„Roboty” coraz odważniej przejmują biznes – już prawie 40 proc. firm na świecie wdrożyło sztuczną inteligencję

Według najnowszego raportu Gartnera, w ciągu czterech ostatnich lat zaufanie firm do rozwiązań opartych na SI zwiększyło się o 270 proc. Tylko w ciągu ostatniego roku liczba firm z różnych branż, wdrażających technologie sztucznej inteligencji, wzrosła trzykrotnie. CIO coraz częściej przekonują się, że decyzja w tej sprawie to dla ich przedsiębiorstw być albo nie być. Jeśli sami tego nie zrobią, prędzej czy później po SI sięgnie konkurencja.

W 2018 roku 25 proc. firm na świecie wdrożyło rozwiązania oparte na różnych formach sztucznej inteligencji. Mowa tutaj np. o chatbotach wykorzystujących przetwarzanie języka naturalnego czy uczeniu maszynowym. Na chwilę obecną ­­­wskaźnik ten osiągnął poziom 37 proc. Powodem tak dużego wzrostu jest fakt, że technologia SI stała się znacznie bardziej dojrzała, a to sprawia, że przedsiębiorstwa mniej się jej obawiają.

Oswajając SI

Eksperci przekonują, że rok 2019 przyniesie kolejne wdrożenia, a wykorzystywanie rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji stanie się jeszcze bardziej powszechne. Wprowadzenie na nasz rynek asystenta Google mówiącego po polsku pokazało, że sztuczna inteligencja działa, jest rozwiązaniem, którego nie dość, że nie należy się obawiać, to jeszcze ułatwia ono życie.

Rok 2019 upłynie pod znakiem „oswajania” sztucznej inteligencji nie tylko w sektorze konsumenckim, ale również biznesowym.  Dziś mamy do czynienia z coraz bardziej skomplikowanym krajobrazem technologicznym przedsiębiorstw, efekty wykorzystania SI odczuwają już więc w tej chwili nie tylko działy biznesowe, ale także IT. Rozwój tzw. uczenia maszynowego już teraz pozwala na wdrażanie samonaprawiających się baz danych czy automatyzację monitoringu bezpieczeństwa środowisk IT oraz urządzeń końcowych – komentuje Stanisław Bochnak, strateg ds. biznesowych w firmie VMware, specjalizującej się w innowacjach dla biznesu.

Pomocna dłoń „robota”

Obecnie wdrażane rozwiązania sztucznej inteligencji potrafią ocenić co się dzieje z firmowymi systemami IT czy innymi technologiami wykorzystywanymi w danym przedsiębiorstwie. Podpowiadają co wymaga naprawy, a co modernizacji i jak to zrobić.  CIO coraz bardziej zdają sobie sprawę z tego, że automatyzacja jest warunkiem udanej cyfryzacji. W efekcie, jak pokazują badania Gartnera, już 52 proc. firm telekomunikacyjnych na świecie wdrożyło chatboty, by zautomatyzować oraz zoptymalizować obsługę klientów.

SI jest przede wszystkim narzędziem optymalizacji. Choć nie brzmi to tak ekscytująco jak superinteligentny robot, to właśnie w tym „optymalizowaniu” leży prawda o rewolucji jaka czeka przedsiębiorstwa. Wykorzystują one w coraz większym stopniu chmury obliczeniowe, analitykę big data i nowoczesną infrastrukturę IT. A tym wszystkim trzeba zarządzać. Choć człowiek najlepiej sprawdza się w tej roli, ma swoje ograniczenia – szczególnie gdy firmowe systemy stają się coraz bardziej skomplikowane i rozbudowane, a jednocześnie firma chce działać szybko i efektywnie. Wówczas z pomocą przychodzi sztuczna inteligencja i machine learning – tłumaczy Stanisław Bochnak z VMware.

W taki właśnie sposób technologie kognitywne wykorzystuje obecnie np. brytyjski dostawca energii, National Grid. Firmowe drony zostały wyposażone w algorytmy uczenia maszynowego, by móc kontrolować działanie ponad 11 tys. km linii elektrycznych. Google wykorzystuje z kolei uczenie maszynowe do walki ze spamem, a Bank of America w swojej codziennej pracy z klientami wykorzystuje wirtualnych doradców.

W pogoni za pracownikami

Wraz z rosnącą adaptacją SI w biznesie, rośnie zapotrzebowanie na wykwalifikowane w tym zakresie kadry. Choć sztuczna inteligencja może zautomatyzować wiele działań, sama potrzebuje ludzi, którzy będą czuwać nad jej działaniem. Badanie Gartnera wykazało , że 54 proc. firm na świecie brak odpowiednich pracowników wskazuje jako największe obecnie wyzwanie i przeszkodę na drodze do wdrażania inteligentnych rozwiązań biznesowych.

Jeśli dana firma nie ma pod ręką ludzi obeznanych ze sztuczną inteligencją, warto pomyśleć nad inwestycjami w programy szkoleniowe dla pracowników z doświadczeniem w zakresie statystyki i analityki big data. Pewnym i sprawdzonym rozwiązaniem pozostaje także współpraca z partnerami technologicznymi – radzi Chris Howard wiceprezes ds. badawczych w Gartnerze.

Okazuje się więc, że SI nie tyle pozbawi ludzi pracy, co daje obecnie możliwości rozwoju nowych zawodów i obszarów działalności dla firm technologicznych czy konsultingowych. Według sondażu przeprowadzonego przez Dun & Bradstreet na konferencji AI World Conference i Expo, 40 proc. organizacji z listy Global 2000 deklaruje, że wprowadzenie AI stworzyło nowe miejsca pracy.

Branża TSL przed coraz większymi wyzwaniami

Firmy transportowe i logistyczne stoją przed coraz większymi wyzwaniami wynikającymi z konkurencji i zmian zachodzących na rynku. Automatyzacja i cyfryzacja procesów będą nadal kontynuowane, tymczasem oczekiwania konsumentów będą wciąż rosły. Internet rzeczy (IoT), sztuczna inteligencja (AI), Big Data, a także technologia blockchain może być odpowiedzią na rosnące oczekiwania rynku.

Najnowsze badania wykazują, że w świecie cyfryzacji, przepływ danych i informacji generuje obecnie większą wartość ekonomiczną niż światowy handel dobrami fizycznymi. Taka sytuacja otwiera wiele możliwości i rynków dla elastycznych i innowacyjnych podmiotów wchodzących na rynek cyfrowy, ale jednocześnie zagraża modelom biznesowym uznanych liderów branży. Ponadto pojawią się dodatkowe możliwości biznesowe związane z przepływem danych, którymi firmy te zarządzają, lecz nie do końca wykorzystują.

Rynek żeglugi morskiej w stanie ciągłych zmian

Rynek żeglugi morskiej jest w stałym procesie transformacji. W rezultacie postępującego procesu konsolidacji jego struktura uległa znacznej zmianie. Cztery największe przedsiębiorstwa żeglugowe posiadają obecnie ponad 50% światowych zdolności przewozowych. Ponadto prawie wszystkie przedsiębiorstwa żeglugi liniowej są zorganizowane w trzech sojuszach, które działają podobnie jak oligopole i obejmują wszystkie główne szlaki morskie na całym świecie. W zawiązku z tym armatorzy muszą się skupić przede wszystkim nad innowacjami związanymi z wydajnością eksploatacji statków.

Nadal utrzymuje się tendencja do budowania statków o dużych rozmiarach. Statki te są bardziej efektywne kosztowo i w związku z tym prowadzą do uzyskania przewagi konkurencyjnej. Statki o dużych rozmiarach wymagają jednak również nowej infrastruktury, szczególnie w portach i reorganizacji łańcucha dostaw – mówi Wojciech Drzymała, partner w dziale audytu ogólnego, szef zespołu doradczego dla sektora transportu, spedycji i logistyki w KPMG w Polsce.

Największe jednostki floty morskiej stanowią uzupełnienie nowej formy organizacji transportu bazującej na planowaniu i koordynacji łańcuchów dostaw za pomocą modeli opartych na cyfrowych platformach. W przeszłości transport towarów był organizowany przez brokerów i agentów oraz ich globalną sieć. Ten rodzaj pracy może potencjalnie zostać zastąpiony przez modele cyfrowe, np. platformy tworzone przez nowe, zaawansowane technologicznie firmy. Ten trend na rynku może wpłynąć na przyszłe modele biznesowe firm transportowych.

Rosnąca potrzeba automatyzacji w logistyce

Internet rzeczy (IoT), sztuczna inteligencja (AI) i Big Data to tematy, które są szeroko omawiane w wielu branżach. Niektórzy mówią o czwartej rewolucji przemysłowej, która będzie miała podobny wpływ, jak pierwsza rewolucja przemysłowa pod koniec XVIII wieku.

Podczas gdy niektórym sektorom udało się już wdrożyć różne nowe technologie, inne sektory mają sporo do nadrobienia. Z różnych badań wynika, że digitalizacja w sektorze logistyki jest stosunkowo niska, w porównaniu z innymi sektorami, takimi jak na przykład finanse lub handel. Sektor logistyki coraz częściej staje więc przed koniecznością zmian, zwłaszcza w zakresie wdrażanie zautomatyzowanych procesów – mówi Wojciech Drzymała, partner w dziale audytu ogólnego, szef zespołu doradczego dla sektora transportu, spedycji i logistyki w KPMG w Polsce.

Robotyzacja i automatyzacja procesów

Jedną z głównych sił napędowych innowacji w branży logistycznej jest znaczny wzrost popytu na usługi logistyczne. Handel elektroniczny nadal stale rośnie, generując potrzeby transportowe. Jednocześnie można zaobserwować ciągły spadek dostępnej siły roboczej, głównie z powodu zmian demograficznych. Wdrożenie nowych technologii powinno zwiększyć wydajność, szybkość i jakość usług logistycznych.

Ważny i ciekawy aspekt wzrostu wydajności i jakości usług logistycznych wiąże się z automatyzacją procesów biznesowych, znanej również jako robotyzacja i automatyzacja procesów (RPA) oraz technologią blockchain, szczególnie w zakresie możliwości zastosowani tzw. smart contracts, co może znacznie przyspieszyć dokonywanie transakcji w łańcuchu logistyki i zwiększyć ich bezpieczeństwo.

O RAPORCIE
„Transport tracker” jest publikacją KPMG International, w której eksperci KPMG podsumowują wyniki międzynarodowego sektora transportowego. W IX edycji raportu tendencje makroekonomiczne, takie jak protekcjonizm i zmieniające się wymagania konsumentów, a także nowi gracze rynkowi i ich wpływ na tradycyjne podmioty, są przedmiotem dyskusji, ze szczególnym naciskiem na cyfryzację, automatyzację i blockchain.

FPP: Czas na cofanie licencji za nielegalny kapitał bukmacherów

Federacja Przedsiębiorców Polskich ponownie zaapelowała do Ministerstwa Finansów o zdecydowane kroki i rzetelne badania legalności kapitału bukmacherów, którzy przez lata drenowali polski budżet. Zgodnie z przepisami firmy, które przez lata przyczyniały się do uszczuplania budżetu państwa o setki milionów złotych, powinny ponieść z tego tytułu konsekwencje. Gdyby procedury działały prawidłowo, to część podmiotów nie otrzymałaby zezwolenia, albo zostałyby im one cofnięte. Zwłaszcza, że Krajowa Administracja Skarbowa zareagowała na tę kwestię i zablokowała strony internetowe takich bukmacherów.

W październiku 2018 roku, kierując się zarówno dobrem państwa, jak i zasadami uczciwej konkurencji, Federacja Przedsiębiorców Polskich wystąpiła do Ministerstwa Finansów z apelem o podjęcie przez resort oraz podległe mu organy administracji odpowiednich działań prawnych, zmierzających do prawidłowego egzekwowania obowiązujących przepisów ustawy o grach hazardowych. W wystąpieniu zwrócono uwagę, iż odpowiednie służby nie badają w sposób należycie wnikliwy legalności kapitału zagranicznych bukmacherów ubiegających się o wydanie zezwolenia na prowadzenie działalności w Polsce.

Mariusz Korzeb wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich
Mariusz Korzeb wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich

„Ministerstwo Finansów – zgodnie z ustawowym obowiązkiem – powinno w sposób kompleksowy badać legalność kapitału zagranicznych bukmacherów rejestrujących swoją działalność w Polsce. Jest to bowiem element niezbędny do wydania zezwolenia. Dotyczy to zwłaszcza tych podmiotów, które przez lata działały nielegalnie i wyprowadziły z Polski setki milionów złotych. Podmioty te nie poniosły jakiejkolwiek odpowiedzialności za dotychczasowe naruszenia przepisów oraz wieloletnie unikanie płacenia podatków, pomimo osiągnięcia na terenie Polski ogromnych zysków. Należy przede wszystkim zaprzestać wydawania zezwoleń na prowadzenie zakładów wzajemnych podmiotom, które naruszały postanowienia ustawy. Podmiotom, które dopuszczały się naruszeń, a zarejestrowały swoją działalność – cofnąć zezwolenie. Tym bardziej, że Krajowa Administracja Skarbowa zadecydowała w grudniu 2018 r. o wpisaniu do Rejestru Domen Służących do Oferowania Gier Hazardowych Niezgodnie z Ustawą domeny wykorzystywanej przez podmiot powiązany z nowo zarejestrowanym operatorem bukmacherskim. Dlatego logicznym działaniem państwa prawa powinno być dążenie do przynajmniej częściowego zrekompensowania poniesionych szkód. Minister Finansów powinna uważnie przyjrzeć się tej sprawie i działaniom podległych jej departamentów – mówi Mariusz Korzeb, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Do 2017 r. szara strefa w zakładach bukmacherskich wynosiła ok. 90 proc., a budżet państwa tracił z tego tytułu rokrocznie 300-400 mln zł. Wprowadzone w 2017 roku zmiany w ustawie o grach hazardowych – przede wszystkim blokowanie stron nielegalnych bukmacherów – spowodowały, że zagraniczni operatorzy zaczęli rejestrować swoje działalności w Polsce. Okazało się jednak, że podmioty te są często powiązane kapitałowo i osobowo, jak również identyfikują się tymi samymi logotypami/znakami towarowymi, co zagraniczni operatorzy – którzy przez lata działali w szarej strefie. Podmioty te nie poniosły jakiejkolwiek odpowiedzialności za swoje naruszenia i wieloletnie uchylanie się od płacenia podatków, choć osiągnęły na terenie Polski w sposób bezprawny ogromne zyski.

Podsumowanie 2018 roku na warszawskim rynku powierzchni biurowych

  • W 2018 roku aktywność inwestycyjna na warszawskim rynku biurowym osiągnęła rekordową wartość 1,7 mld euro w 28 transakcjach;
  • Rekordowe stopy kapitalizacji dla nieruchomości biurowych – po raz pierwszy w historii poniżej 5%;
  • Popyt w Warszawie utrzymuje się na wysokim poziomie, czego wynikiem jest rekordowy wolumen transakcji najmu, który wyniósł 858 000 mkw.;
  • W 20 nowych inwestycjach na rynek dostarczono zaledwie 233 000 mkw. powierzchni biurowej;
  • Absorpcja netto była o 8% niższa niż w rekordowym 2017 roku;
  • W 2018 roku, operatorzy przestrzeni coworkingowych otworzyli w Warszawie łącznie 37 600 mkw. powierzchni coworkingowej w 15 centrach.

– Rok 2018 był rekordowy pod względem wartości transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce – całkowity wolumen przekroczył 7 miliardów euro. Na rynku biurowym również pobito nowe rekordy. Wolumen transakcji wyniósł aż 2,6 miliarda euro, co stanowi 37%-owy udział w rynku w 2018 roku. Wzrost aktywności inwestycyjnej w tym sektorze r/r wyniósł 88%.

W Warszawie odnotowano najwyższą aktywność inwestycyjną na rynku biurowym – zamknięto tu łącznie 28 transakcji o wartości 1,7 miliarda euro. W pozostałych miastach Polski liczba transakcji była nieco niższa (13 transakcji), a wartość budynków, które zmieniły właściciela wyniosła łącznie 850 milionów euro.

Miniony rok był rekordowy także pod kątem wartości stóp kapitalizacji w sektorze biurowym. W 2018 roku po raz pierwszy w historii polskiego rynku inwestycyjnego w sektorze nieruchomości komercyjnych odnotowano w Warszawie transakcje poniżej bariery 5%, tj. 4,75%. Spośród wszystkich miast regionalnych najwyższe ceny osiągają biurowce na rynku w Krakowie – stopa kapitalizacji wynosi tu 5,75% dla najbardziej atrakcyjnych nieruchomości.

Michał Wachowicz, konsultant w dziale rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield
Michał Wachowicz, konsultant w dziale rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield

Ze względu na dobrą kondycję polskiej gospodarki i dobrą dostępność produktów inwestycyjnych prognozujemy, że aktywność inwestycyjna w 2019 roku w sektorze biurowym utrzyma się na obecnym, wysokim poziomie, przy dalszej kompresji stóp kapitalizacji dla najlepiej zlokalizowanych A-klasowych biurowców z długoterminowymi umowami najmu – komentuje Michał Wachowicz, konsultant w dziale rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield.

Na koniec 2018 roku całkowite zasoby biurowe w stolicy wyniosły 5,46 miliona mkw. Pomimo obserwowanej w 2018 roku luki podażowej, która utrzyma się również w 2019 roku, na warszawski rynek w 20 inwestycjach oddano 232 700 mkw. nowoczesnej powierzchni. Wynik ten jest o 70 000 mkw. niższy niż pięcioletnia średnia dla lat 2012-2017. Największe budynki biurowe oddane na stołeczny rynek w 2018 roku to: Proximo II (19 950 mkw.), Equator IV (19 200 mkw.) oraz Centrum Biurowe Koneser (17 300 mkw.).

Jan Szulborski, konsultant w dziale Badań i Doradztwa, Cushman & Wakefield
Jan Szulborski, konsultant w dziale Badań i Doradztwa, Cushman & Wakefield

– Na koniec 2018 roku, w budowie znajdowało się blisko 730 000 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, z czego ponad 82% zlokalizowane jest w strefach centralnych. W najbliższych dwunastu miesiącach możemy spodziewać się relatywnie niskiego poziomu nowej podaży, która wyniesie 230 000 mkw. Co więcej, na skutek przesunięcia terminów oddania kilku wielkoskalowych projektów na 2021 rok, zmniejszyła się prognozowana nowa podaż przewidziana na rok 2020 – powiedział Jan Szulborski, konsultant w dziale Badań i Doradztwa, Cushman & Wakefield, autor raportu.

Po stronie popytowej, w 2018 roku zanotowano rekordowy wolumen aktywności najemców wynoszący 858 000 mkw. – to o 4% więcej niż w 2017 roku. Wśród największych transakcji można wymienić renegocjację umowy Deloitte w Q22 (22 100 mkw.), transakcję WeWork w zachodnim budynku Mennica Legacy Tower (14 200 mkw.) oraz transakcję Cambridge Innovation Center w budynku Varso II.

Wskaźnik powierzchni niewynajętej na koniec 2018 roku wyniósł 8,7%, co stanowi spadek o 2,9 pp. rok do roku i jest najniższą wartością od 2012 roku. Duża aktywność najemców biurowych została odzwierciedlona w wysokiej absorpcji, która w całym 2018 roku wyniosła 345 000 mkw. i była nieznacznie niższa od wartości z rekordowego 2017 roku

Utrzymujący się niski wskaźnik powierzchni niewynajętej nie wpłynął w IV kwartale 2018 roku na zmianę stawek czynszów nominalnych, które utrzymały się na poziomie 23,5-23,75 EUR/mkw./miesiąc dla najlepszych biur zlokalizowanych w Centralnym Obszarze Biznesu w Warszawie.

Krzysztof Misiak, Partner, Dyrektor Sekcji Miast Regionalnych w dziale powierzchni biurowych w Cushman & Wakefield.
Krzysztof Misiak, Partner, Dyrektor Sekcji Miast Regionalnych w dziale powierzchni biurowych w Cushman & Wakefield.

– W 2018 roku zaobserwowaliśmy kilka istotnych i pozytywnych zmian na rynku warszawskim. Popyt brutto był wyjątkowo wysoki i wyniósł około 858 000 mkw., natomiast absorpcja wyniosła 345 000 mkw. i na koniec 2018 roku aż o 50% przewyższyła oddaną do użytku nową podaż. Spowodowało to spadek stopy pustostanów do rekordowo niskiej wartości 8,7%. Dodatkowo, rosnąca aktywność operatorów coworkingowych oraz duży udział ekspansji, a także rosnąca liczba nowych firm działających w Warszawie, gwarantują deweloperom komfortowe warunki w kontekście realizacji kolejnych projektów. Dla rynku warszawskiego bardzo istotne jest utrzymanie tempa przyrostu nowej podaży. Każdy rynek, na którym najemcy mają możliwość wyboru powierzchni, rozwija się bardzo dynamicznie, ponieważ taka sytuacja ma realny, pozytywny wpływ na popyt. Braki podażowe, których można zacząć się obawiać przy obecnej niskiej stopie pustostanów, mogą w dłuższej perspektywie odzwierciedlać się w niższym niż dotychczas wolumenie realizowanych na rynku transakcji – podsumowuje Krzysztof Misiak, Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych w Cushman & Wakefield.

Neuromarketing – w jaki sposób optymalizować działania marketingowe?

Skuteczne strategie marketingowe opierają się na takiej komunikacji, która uwzględnia potrzeby i wartości konsumentów. Zatem z jakich narzędzi skorzystać, aby poznać szczegółowe preferencje potencjalnych klientów?

Badania przeprowadzone w ramach projektu badawczego Buyology pokazują, że aż 85% codziennych decyzji zakupowych jest podejmowanych na poziomie podświadomości. Tak wysoki współczynnik pozwala wysunąć tezę, że kluczem do skutecznego oddziaływania na klientów mogą być ich pragnienia, emocje i wartości, które wyznawane są często nieświadomie. – Skuteczne działania marketingowe opierają się właśnie na dotarciu do tych skrywanych czynników, których poznanie stanowi fundament efektywnej strategii i komunikacji marketingowej – mówi Izabela Kaczmarska, Strategic Planner w PA. Marketerzy coraz częściej sięgają po naukowe ekspertyzy, które badają ludzką podświadomość. Dziedziną, która umożliwia szczegółowe badanie preferencji konsumentów jest neuromarketing. Polega on na monitorowaniu aktywności wybranych obszarów mózgu, które pozwalają poznać, dlaczego i na jakiej podstawie podejmujemy takie, a nie inne decyzje zakupowe. Największym atutem neuromarketingu jest przede wszystkim to, że przedstawia on wiarygodną i praktyczną wiedzę, która pomaga opracować jeszcze lepszą strategię marketingową.

W głąb zmysłów

Jednym z podstawowych badań pozwalających ocenić reakcję mózgu na bodźce marketingowe jest EEG, czyli elektroencefalografia. Polega ona na odpowiednim rozmieszczeniu na powierzchni skóry głowy elektrod rejestrujących zmianę potencjału elektrycznego, które pochodzą od aktywności neuronów kory mózgowej. Następnie otrzymuje się zapis fal o nazwie delta, theta, alfa, beta i gamma. Ich szczegółowa analiza dostarcza marketerom wielu istotnych informacji związanych z emocjami badanych. Zebrane w ten sposób dane dotyczące preferencji konsumentów pozwalają specjalistom od marketingu przygotować ofertę i działania reklamowe skrojone na miarę potrzeb konkretnej grupy docelowej.

Wiele korporacji skorzystało z badań neuromarketingowych przy projektowaniu swoich opakowań. Przykładem może być marka Frito-Lay, która dzięki badaniu EEG odkryła, że matowe opakowania chipsów wywołują w konsumentach bardziej pozytywne odczucia niż ich błyszczące odpowiedniki. Kolejnym przykładem jest serwis eBay, który korzysta z usług PayPal. Co skłoniło użytkowników do skorzystania z płatności on-line? Szybkość – analiza fal mózgowych klientów wykazała, że była ona większym impulsem decydującym o ich wyborze niż bezpieczeństwo i ochrona.

Widzieć i wiedzieć więcej

Eye-tracking opiera się na śledzeniu ruchów gałki ocznej za pomocą specjalnie zaprojektowanych kamer, dzięki którym możemy określić, w jaki sposób ludzie reagują na konkretne obrazy. Wynik takiego badania przedstawiany jest w formie mapy cieplnej. Jest ona szczególnie pomocna dla marketerów, którzy tworzą platformy internetowe i aplikacje mobilne. Z pomocą urządzeń i programów komputerowych można stwierdzić, które elementy strony internetowej były dla badanego przyjemnością, a które go zainspirowały czy zaniepokoiły. Otrzymane w ten sposób informacje służą stworzeniu przyjemnego dla oczu interfejsu.

Badania eye trackingowe mają swoje zastosowanie także w sklepach stacjonarnych. Strategiczne rozłożenie kategorii produktowych w obszarze całego sklepu sprawia, że konsumenci mogą swobodnie poruszać się w alejkach promocyjnych. To właśnie w tym miejscu ich uwaga skupiona jest na produktach uwzględniających ich potrzeby i pragnienia.

Badanie ruchów gałki ocznej odgrywa istotną rolę również czasie projektowania materiałów reklamowych, np. cenówek i woblerów.

Główną zaletą badań neuromarketingowych jest wynik oparty na potwierdzonych naukowo faktach, a nie deklaracjach respondentów, które nie zawsze pokrywają się z prawdą. Nie ulega żadnym wątpliwościom, że pomimo wysokich kosztów ich realizacji, będą one odgrywały znaczącą rolę w tworzeniu dopasowanej do odbiorców komunikacji marketingowej. Dynamiczny rozwój neuromarketingu będzie także przyczyną pojawiających się dyskusji na temat etyki tego rodzaju działań.

W 2019 roku wzrośnie liczba upadłości

Efekt uboczny zbyt niskiego wzrostu gospodarczego i zaostrzenia warunków finansowych.

  • Na poziomie globalnym tendencja wzrostowa w zakresie niewypłacalności przedsiębiorstw utrzymywała się w 2018 r. (+10% r/r), głównie ze względu na gwałtowny wzrost w Chinach (+60%) oraz, w mniejszym stopniu, wzrost w Europie Zachodniej (+2%)
  • W 2019 r. liczba upadłości przedsiębiorstw ma wzrosnąć trzeci rok z rzędu (+6% r/r): wyhamowywanie tempa wzrostu gospodarczego do zbyt niskiego tempa wzrostu w połączeniu z globalnym zaostrzeniem warunków finansowania spowoduje wzrost liczby upadłości w większości krajów

W 2018 r. utrzymała się tendencja wzrostu liczby niewypłacalności na świecie, która rozpoczęła się jeszcze w 2017 r., po wcześniejszych siedmiu kolejnych latach znacznego spadków ich liczby. Stąd analizowany przez Euler Hermes globalny wskaźnik niewypłacalności, obejmujący 43 kraje odpowiadające łącznie za 83% globalnego PKB, wzrósł w 2018r. o + 10% r/r. Euler Hermes spodziewa się, że w 2018 r. aż w 20 krajach odnotowano więcej niewypłacalności niż w 2017 r.

Trzy czynniki składają się na wyjaśnienie tego faktu:

  • Słabszy kontekst makroekonomiczny dla niektórych krajów;
  • Wdrożenie nowych rodzajów procedur upadłościowych oraz oczyszczenie rejestrów przedsiębiorstw w drodze oficjalnych procedur upadłościowych w kilku innych krajach;
  • Co najważniejsze – większa skłonność do korzystania z procedur dotyczących niewypłacalności w Chinach.

Liczba niewypłacalności przedsiębiorstw wzrośnie także w 2019 r. – z powodu zbyt niskiego tempa wzrostu gospodarczego.

Zdaniem analityków Euler Hermes, tendencja wzrostowa w zakresie liczby niewypłacalności utrzyma się także w 2019 r. (+6% r/r). Tym razem perspektywa ta będzie jednak odzwierciedlać bardziej uniwersalny powód: miękkie lądowanie gospodarki światowej, a w efekcie wolniejsze tempo jej wzrostu na poziomie +3,0% w 2019 r. z 3,1% w 2018 r. i 3,2% w 2017 r. Analitycy spodziewają się, że realny wzrost PKB zmniejszy się w USA (z 2,9% w 2018 r. do 2,5% w 2019 r.), w Strefie Euro (z 1,9% do 1,6%) i Azji (z 5,1% do 4,8%).

W rzeczywistości ten malejący popyt zwiększa wrażliwość na zagrożenia firm o wysokich kosztach stałych, a także tych z większymi zapasami lub z problemami w zakresie zapotrzebowania na kapitał obrotowy. Jednocześnie koniec łatwo dostępnego finansowania zwiększa podatność na zagrożenie całych sektorów charakteryzujących się dużym zadłużeniem, a w skali globalnej rośnie wrażliwość na ryzyko u najbardziej zadłużonych firm.

Większość gospodarek dla ustabilizowania poziomu niewypłacalności przedsiębiorstw, powinna powrócić (zwłaszcza te rozwinięte) do właściwego dla siebie tempa wzrostu PKB, a nawet je przekroczyć (w tym m.in. powrót do +1,7% dla Europy Zachodniej).

Innymi słowy – eksperci Euler Hermes spodziewają się, że stopniowo tempo wzrostu gospodarczego okazywać się będzie niewystarczające dla rosnącej liczby przedsiębiorstw w coraz większej liczbie krajów w odniesieniu do ich kosztów produkcji, kosztów (re)finansowania i wyzwań strukturalnych.

W tym kontekście Euler Hermes przewiduje, że w 2019 r. każde 2 z 3 krajów odnotuje wzrost liczby niewypłacalności przedsiębiorstw (w porównaniu z 2 z 5 w 2018 r.). Ponadto w połowie krajów liczba niewypłacalności firm w 2019 r. będzie wyższa niż średnia w latach 2003-2007, przed kryzysem finansowym z 2008 r.

Należy zaznaczyć, że z rosnącą liczba niewypłacalności zmierzyć się będą musiały właśnie te kraje, które w ostatnich latach wykazały się dynamicznym rozwojem działalności gospodarczej, ponieważ młode firmy są zbyt słabe, aby przetrwać w obecnych realiach.

Wniosek: uważać na startupy!

Chiny pozbywają się swoich państwowych firm-zombie

Gwałtowny wzrost liczby niewypłacalności w Chinach nadal będzie podnosił regionalne (i globalne) wskaźniki niewypłacalności.

W 2018 r. liczba bankructw tamtejszych przedsiębiorstw nadal cechowała się ogromnym, bo dwucyfrowym wzrostem (szacowanym na +60%) zgodnie z dostępnymi nieoficjalnymi danymi, co potwierdza tym samym oficjalnie przekazany wzrost ich liczby za 2017 r. (+74%, osiągając poziom 6,257 przypadków niewypłacalności według Najwyższego Sądu Ludowego Chin).

Analitycy Euler Hermes spodziewają się w 2019 r. kolejnego dwucyfrowego wzrostu liczby niewypłacalności w Chinach – tym razem o 20% r/r. Po pierwsze z powodu trwającego łagodzenia i dostosowywania modelu wzrostu chińskiej gospodarki, a w szczególności w odniesieniu do: wzrostu akcji kredytowej, inicjatywy nowego Jedwabnego Szlaku oraz handlu międzynarodowego. Po drugie i najważniejsze, chińskie władze zdecydowały się zrobić porządek z częścią przedsiębiorstw państwowych przypominających (od strony finansowej) “zombie” (wg. niektórych badań może to być ponad 20 000 przypadków).

Ludovic Subran, Główny Ekonomista w Euler Hermes
Ludovic Subran, Główny Ekonomista w Euler Hermes

– Ogólnie rzecz biorąc, przedstawiona perspektywa niewypłacalności wymaga od zarządzających ryzykiem i liderów biznesu na całym świecie większej selektywności i działań zapobiegawczych, w tym doskonałej praktyki w zakresie zarządzania ryzykiem kredytowym (sprzedaży z odroczonym terminem płatności). Wskazujemy również na konieczność dokładnego monitorowania ryzyka politycznego i kwestii z nim związanych, które sprzyjać będą niestabilności w 2019 r., nawet jeśli w naszym podstawowym scenariuszu rozwoju sytuacji spodziewamy się pozytywnych wyników dla większości rynków – powiedział Ludovic Subran, szef globalnego działu badań makroekonomicznych w Allianz i główny ekonomista Euler Hermes.

Orange rozszerza współpracę ze start-upami. Będą pracować nad rozwiązaniami internetu rzeczy, smart cities i e-handlu

Orange rozszerza współpracę ze start-upami. Będą pracować nad rozwiązaniami internetu rzeczy, smart cities i e-handlu 1

Z dużymi korporacjami współpracuje tylko 1/3 polskich start-upów, ale zdecydowana większość chciałaby mieć taką możliwość. Dużym wsparciem stają się dla nich programy akceleracyjne. Jak wynika z raportu „Polskie Startupy 2018”, 24 proc. tych, które pozyskały finansowanie w 2018 roku, znalazło je dzięki pomocy takich programów. W ramach akceleratora Orange Fab operator telekomunikacyjny zamierza rozwijać współpracę ze start-upami w takich obszarach, jak internet rzeczy, smart cities czy e-handel. Zarówno korporacje, jak i małe innowacyjne spółki coraz chętniej wchodzą w taką współpracę i czerpią z niej obustronne korzyści. 

– Duże firmy patrzą na start-upy jako inkubatory nowych pomysłów i inspirację. Start-upy przynoszą gotowe rozwiązania, szybkie i łatwe do implementacji. Prawdopodobnie te rozwiązania nie powstałyby w tradycyjnym, korporacyjnym trybie, gdzie pewne rzeczy zajmują więcej czasu. W przypadku Orange Fab nasza współpraca ze start-upami ma właśnie taki wymiar – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bożena Leśniewska, wiceprezes zarządu Orange Polska.

W branżach zaawansowanych technologicznie – takich jak telekomunikacja – wiele rozwiązań już po kilku latach jest postrzeganych jako przestarzałe, a innowacja staje się elementem business as usual. W rozwijaniu i wdrażaniu nowych pomysłów pomagają start-upy. Ich model działalności jest bardziej elastyczny niż dużych korporacji, dzięki czemu mogą łatwiej i szybciej kreować innowacje.

– Korporacje są z natury powolne. Choć mają dużo zasobów, pieniędzy i pracowników, to tak naprawdę trudno im eksperymentować z nowymi technologiami czy modelami biznesowymi. Start-upy robią to naturalnie. Szybciej testują nowe technologie, natomiast brakuje im tej skali. Z takiego mariażu może wyniknąć dużo dobrego – mówi Tomasz Rudolf, CEO The Heart, korporacyjnego centrum innowacji.

W ciągu ostatnich czterech lat w ramach programu akceleracyjnego Orange Polska przeanalizował ponad 800 projektów opracowanych przez start-upy. Kilkadziesiąt z nich przeszło lub właśnie przechodzi fazę testów. Część z nich została już wdrożona komercyjnie, a w 2018 roku kolejne cztery projekty start-upowe weszły w fazę pilotażu lub wdrożenia. Orange zapowiada, że zamierza rozszerzać współpracę ze start-upami.

– Wychodzimy z wizerunku telekomu i usługi dla klientów, portfolio rozwiązań jest coraz szersze, dotyczy również rozwiązań cyfrowych. Stajemy się partnerem w transformacji cyfrowej dla przedsiębiorstw w Polsce. Nie bylibyśmy w stanie samodzielnie tworzyć cyfrowych rozwiązań, ważnych dla poszczególnych branż biznesu. Dlatego współpracujemy ze start-upami poprzez Orange Fab – mówi Bożena Leśniewska.

Obszar, w którym Orange zamierza rozszerzać swoją współpracę z młodymi, innowacyjnymi podmiotami, jest bardzo szeroki – od internetu rzeczy, poprzez cyberbezpieczeństwo, e-handel, obsługę klientów, automatyzację procesów, sztuczną inteligencję, zarządzanie systemami miejskimi i energią, po usługi finansowe.

– Wprowadzamy te firmy w programy akceleracyjne, dajemy im wsparcie ekspertów, mentorów, wsparcie finansowe, dostęp do różnego rodzaju konferencji, eventów i przedsięwzięć, dzięki którym młodzi przedsiębiorcy mogą się uczyć, poznawać nowe modele działania, również we współpracy z dużymi korporacjami – mówi Bożena Leśniewska.

Program Orange Fab wystartował w Polsce w 2014 roku jako jeden z pierwszych na rynku. Poza naszym krajem działa w 16 państwach m.in. we Francji, Izraelu, Japonii, Hiszpanii, Senegalu, Kamerunie, Belgii i Luksemburgu, Jordanii i USA. W ramach Orange Fab twórcy rozwiązań z największym potencjałem są zapraszani do kilkunastotygodniowej akceleracji, w ramach której zyskują bezpośredni kontakt z inwestorami, mentorami i ekspertami, a także dostęp do klientów i infrastruktury Orange Polska. Przykładami tej udanej współpracy są komercyjne wdrożenia takich rozwiązań, jak chatbot do komunikacji z klientem przez Messenger, system miejskiego inteligentnego oświetlenia czy inteligentne meble miejskie (ławki solarne, kosze na śmieci, wiaty przystankowe).

– Dla start-upów to niepowtarzalna szansa, żeby wejść świat dużego biznesu, poznać jego reguły, zrozumieć procesy decyzyjne. To taki poligon doświadczalny, który im zapewniamy. Z drugiej strony, program akceleracyjny Orange Fab daje wsparcie i umożliwia dotarcie do naszej największej wartości, czyli bazy klientów, którzy poszukują właśnie takich rozwiązań, jakie tworzą młode, prężne firmy – mówi Bożena Leśniewska.

Z raportu „Polskie Startupy 2018” Fundacji Startup Polska wynika, że z dużymi korporacjami współpracuje tylko 1/3 polskich start-upów, ale zdecydowana większość chciałaby mieć taką możliwość.

– Do tej pory polskie start-upy były najczęściej dostawcami dla dużych korporacji. Natomiast myślę, że w przyszłości coraz częściej będziemy widzieli modele partnerskie, dystrybucyjne. W Polsce wciąż rzadkie są modele inwestycyjne, gdzie korporacja ma mniejszościowy pakiet albo kupuje cały start-up. Będziemy ich widzieli coraz więcej, bo powstają kolejne korporacyjne fundusze venture capital, które inwestują w młode spółki już na wczesnym etapie –mówi Tomasz Rudolf.

Inwestycje polskich firm i instytucji rosną i pchają w górę PKB. Wciąż niewielki udział małych i średnich przedsiębiorstw

0

Inwestycje polskich firm i instytucji rosną i pchają w górę PKB. Wciąż niewielki udział małych i średnich przedsiębiorstw 2

W III kwartale 2018 roku popyt inwestycyjny sięgnął poziomu najwyższego od trzech i pół roku, a tempo wzrostu nakładów brutto na środki trwałe sięgnęło niemal 10 proc. To dane, które cieszą polityków, a Polsce pozwalają błyszczeć na tle gospodarek innych krajów Europy. Ekonomiści wskazują jednak, że bez działań zachęcających do inwestycji najmniejszych przedsiębiorców dobra passa może się wkrótce skończyć.

 Widzimy, że inwestycje są głównie dokonywane w sektorze publicznym i przez spółki Skarbu Państwa. Dotyczy to głównie instytucji, gdzie pracuje powyżej 49 osób, które napędzają gospodarkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Włodarczyk-Niemyjska, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Kwestia inwestycji zagranicznych jest bardzo niewielka i niestety ten procent jest cały czas niewystarczający. To pokazuje, że może nastąpić osłabienie wzrostu gospodarczego. Nie jesteśmy w stanie tylko konsumować, musimy też inwestować w inne przestrzenie.

Według szacunków ekonomistów w 2018 roku polska gospodarka rozwijała się w tempie 5 proc., czyli jeszcze szybszym niż rok wcześniej. To zasługa głównie konsumpcji, której sprzyjają wyższe dochody społeczeństwa przy umiarkowanej inflacji, ale w III kwartale nastąpił także wyraźny wzrost inwestycji. Nakłady brutto na środki trwałe, które przez cały 2016 rok spadały, by potem powoli odbijać, wzrosły o 9,9 proc. Zwiększyła się także stopa inwestycji, czyli relacja nakładów brutto na środki trwałe do produktu krajowego brutto w cenach bieżących. Wyniosła ona 17,8 proc. wobec 17,0 proc. przed rokiem.

Inwestycje polskich przedsiębiorców są i rosną, co jest bardzo pozytywne, natomiast ten sektor, który my reprezentujemy w ZPP, czyli małych i średnich przedsiębiorstw, najmniej inwestuje, najmniej ma pieniędzy na to, najmniej bierze kredytów na ten cel, więc nie ma możliwości na podjęcie jakichś większych działań – informuje Katarzyna Włodarczyk-Niemyjska. – Często jest to rozwój tymczasowy, nie ma pracy nad tym, żeby rozwinąć większą innowacyjność w ramach działania przedsiębiorstw. Nad tym musimy się pochylić, bo sytuacja się będzie bardzo dynamicznie zmieniać.

Z tego względu inwestycje to domena państwa i samorządów, zwłaszcza że ubiegły rok rozpoczął wyborczy maraton, a w przypadku firm – największych podmiotów. Od stycznia do września 2018 roku przedsiębiorstwa zatrudniające przynajmniej 50 osób przeznaczyły na rozwój prawie 90 mld zł, czyli realnie o 12,4 proc. więcej niż rok wcześniej w tym okresie. Według Szybkiego monitoringu NBP z października 2018 roku, w przypadku niemal połowy spośród ok. 18,6 proc. przedsiębiorstw planujących rozpoczęcie nowych inwestycji, deklarowanym źródłem finansowania będą̨ środki własne, a kredyt bankowy, podobnie jak inne źródła finansowania, wskazywany jest niemal dwukrotnie rzadziej.

Nie możemy nieustannie konsumować, potrzebne są inwestycje do tego, żeby się rozwijać. Nigdy nie zdarzyło się tak, że sama konsumpcja nakręcała rozwój gospodarki – mówi przedstawicielka Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Jest dobra koniunktura, trudno znaleźć pracowników, miejsca są dobrze opłacane, ale jest z drugiej strony pozapłacowe koszty pracy są bardzo dużym obciążeniem dla przedsiębiorców. Podobnie jak niestabilność prawa, legislacyjne rollercoastery, które nam władza funduje. Lepiej jest mieć sytuację, gdzie jest rzeczywiście źle, ale jest przynajmniej stabilnie, a nie nieustanne zmiany.

Jak poinformował Eurostat, w strefie euro jednak stopa inwestycji biznesu wyniosła w III kwartale 2018 roku 23,3 proc., o 0,3 pkt proc. więcej niż kwartał wcześniej. Z kolei w 2017 roku Polska pod względem nakładów inwestycyjnych do PKB zajęła 23. miejsce wśród 28 państw członkowskich. W tym samym roku nakłady na badania i rozwój wyniosły 2,07 proc. europejskiego PKB, a w przypadku Polski ledwo przekroczyły 1 proc. Dało to naszemu krajowi 20. miejsce.

Największym zagrożeniem dla Polski jest brak innowacyjności. Jest wiele rzeczy, które na to wpływają, ale jeśli nie zaczniemy jako państwo podchodzić bardzo sensownie i wielopłaszczyznowo do kwestii innowacyjności, wprowadzania wszelkiego rodzaju komputeryzacji, ale w większym aspekcie, digitalizowania wszystkich dziedzin, to niedługo pozostaniemy w innej erze niż pozostałe kraje UE – przestrzega Katarzyna Włodarczyk-Niemyjska. – Chodzi oczywiście o przepisy prawne, możliwość tworzenia, działania i rozwijania się, żeby ułatwić niektóre procesy w ramach firm, skrócić je i przełożyć z zasobów ludzkich na możliwości technologiczne.

Warszawa stawia na rozwój rynków hotelowego i konferencyjnego. Chce zbudować nowe centrum kongresowe

0

Warszawa stawia na rozwój rynków hotelowego i konferencyjnego. Chce zbudować nowe centrum kongresowe 3

Warszawska Organizacja Turystyczna i Biuro Rozwoju Gospodarczego Urzędu Miasta pracują nad strategicznymi dokumentami określającymi kierunki rozwoju stolicy. Wśród priorytetów są sektory centrów usług biznesowych, technologii IT czy moda i design. To też pociąga za sobą dynamiczny rozwój rynku powierzchni biurowych i konferencyjnych. Miasto zamierza też lobbować na rzecz powstania nowego centrum kongresowego.

Warszawska Organizacja Turystyczna i jej dział Warsaw Convention Bureau, który zajmuje się pozyskiwaniem międzynarodowych kongresów i wydarzeń, współpracuje blisko z Urzędem Miasta, szczególnie z Biurem Rozwoju Gospodarczego i wspólnie z tym biurem pracujemy na kilku dokumentach strategicznych, które określają, które kierunki gospodarki będą się szczególnie silnie rozwijać i na które miasto będzie stawiało – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Czerwiński, wiceprezes Warszawskiej Organizacji Turystycznej. – To są m.in. business shared services, nowoczesne informatyczne technologie, ale też, co ciekawe, branża fashion i design.

Zapewnia, że Warszawska Organizacja Turystyczna dba o ciągły transfer wiedzy z danej dziedziny, organizując w Warszawie kongresy, które są platformą do wymiany cennych doświadczeń. To pozwala miastu nie tylko stawać się bardziej innowacyjnym, lecz również napędza rozwój branży turystycznej, głównie w segmencie biznesowym, oraz rynku konferencyjnego.

– Jedną z kluczowych branż jest branża deweloperska. Jesteśmy w rankingach w pierwszej trójce miast, które mają największą podaż rozwijającej się przestrzeni biurowej. Co ciekawe, w tym momencie Warszawa ma w tzw. pipeline, czyli w budowie około 1 mln mkw. powierzchni biurowej i tylko 14 procent z tej powierzchni jest jeszcze niewynajęta, co jest niezwykle ważne – podkreśla Mateusz Czerwiński.

Jak wynika z raportu CBRE „Q4 2018 Market View. Warszawski rynek biurowy”, w centrum Warszawy wskaźnik niewynajętych powierzchni spadł do poziomu najniższego od dekady. Od kilku kwartałów popyt na biura w tej części miasta jest znacznie wyższy niż podaż – w całym 2018 roku oddano do użytku 122 tys. mkw. powierzchni, podczas gdy zainteresowanie szacowane było na ok. 400 tys. mkw. Powrót do równowagi – w opinii ekspertów CBRE – możliwy będzie w przyszłym roku, kiedy do użytku zostanie oddanych kilka znaczących inwestycji w centrum.

Widać to też na rynku hotelowym. W latach 2018–2019 przyrost liczby pokoi hotelowych to będzie około 4 tys. – informuje przedstawiciel Warszawskiej Organizacji Turystycznej. – To jest spójne, ponieważ warszawskie hotele w dużej części utrzymują się z ruchu korporacyjnego, konferencji i kongresów. Mamy coraz więcej powierzchni biurowej, czyli coraz więcej firm, z których każda organizuje wydarzenia i konferencje. W związku z tym rozwija się też sukcesywnie rynek hotelowy i cały rynek konferencyjny. To właśnie jest jedna z branż, na które mocno stawia Biuro Rozwoju Gospodarczego.

Według danych JLL w Warszawie działa ponad 100 hoteli, w ciągu kilku kolejnych lat zaplanowano około 25 nowych otwarć. To tyle, ile powstało podczas ostatnich dziesięciu lat, co wskazuje, że rynek przyspiesza. Wiele nowych inwestycji powstanie w ścisłym centrum stolicy oraz na sąsiadującej z nim Woli. Większość miejsc hotelowych zajęta jest w tygodniu, a nie w weekendy, co wpływa też na ceny noclegów, które w soboty potrafią spaść nawet o połowę w porównaniu z dniami roboczymi.

Trend jest taki, że na pewno miasto będzie prowadziło lobbing na rzecz powstania nowego centrum kongresowego, który dalej będzie rozwijał wymienione wcześniej gałęzie gospodarki – dodaje Mateusz Czerwiński. – Warszawa wystawia się z sukcesami na dwóch największych w Europie i na świecie targach inwestycyjnych, w Cannes i w Monachium, te działania będą kontynuowane. Rozwijany jest też dosyć intensywnie obszar Pragi, czyli prawobrzeżnej Warszawy, która przez lata była trochę zapomniana. Teraz prowadzony jest projekt rewitalizacji, w ramach którego m.in. aspekt turystyczny też jest mocno wdrażany i tym się zajmuje WOT.

W I połowie 2018 roku według GUS w Polsce udzielono noclegów 7,7 mln turystów zagranicznych, z których 1,43 mln miało miejsce w województwie mazowieckim. To niemal 18,5 proc. wszystkich noclegów zagranicznych gości w Polsce – więcej odnotowano tylko w Małopolsce oraz w Zachodniopomorskiem. Biorąc pod uwagę wszystkie noclegi, z gośćmi krajowymi włącznie, odsetek spada do 11,5 proc., co wskazuje na wagę wizyt cudzoziemców w stolicy. Natomiast wśród powiatów i miast na prawach powiatu Warszawa pod względem udzielonych noclegów zajęła 1. miejsce z liczbą niemal 3 mln.

Oprócz tego jest cała masa projektów typowo naukowych, w których miasto współpracuje z lokalnymi uczelniami, stowarzyszeniami, start-upami. One mają rozwijać nas jako bardzo innowacyjną gospodarkę, czy jeżeli chodzi o cybersecurity, techniki informacyjne, ale też np. zrównoważoną żywność, bo to jest taki obszar bardzo ważny dla Mazowsza – podkreśla wiceprezes WOT.

Już nie tylko małe firmy wynajmują tymczasowe miejsca pracy. Coraz częściej z takich przestrzeni biurowych korzystają korporacje

Już nie tylko małe firmy wynajmują tymczasowe miejsca pracy. Coraz częściej z takich przestrzeni biurowych korzystają korporacje 4

W samej stolicy jest już ponad 100 przestrzeni, które wolni strzelcy, start-upy czy kreatywne zespoły dużych firm mogą wynająć na tymczasowe miejsce pracy. Po kilkadziesiąt tego typu obiektów oferują Kraków, Wrocław, Katowice i Poznań. Coraz częściej korzystają z nich duże firmy, a nie tylko jednoosobowe firmy czy pracujący na rachunek własny. Takie otoczenie to źródło inspiracji, przyciąga też do firmy młodych pracowników.

– Korporacje coraz częściej wybierają przestrzenie coworkingowe, ponieważ dają one coś nowego – coś, czego firmy nie mogą zaoferować w klasycznych przestrzeniach biurowych. Jest to kompletnie nowy produkt, który bardzo wzbogaca ofertę firmy, szczególnie w oczach pracowników młodszego pokolenia –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Kwinta, senior community manager w Mindspace Koszyki.

Na początku rozwoju rynku przestrzenie coworkingowe były traktowane głównie jako przestrzeń do pracy dla start-upów czy osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. Dziś na takie biura coraz większą uwagę zwracają większe przedsiębiorstwa, które mają swoje siedziby.

 – Korporacje i duże firmy umieszczają tutaj swoje akceleratory bądź inkubatory dla start-upów i małych firm. Również działy designu, działy projektowe są wyodrębniane z głównych central i przenoszone do przestrzeni coworkingowych, gdzie pracownicy mogą w zupełnie innym otoczeniu pracować nad powierzonymi im zadaniami – podkreśla Michał Kwinta.

Coworking w Polsce dynamicznie się rozwija. Mindspace, globalny operator przestrzeni coworkingowych, działa w Warszawie od października 2017 roku. Początkowo uruchomił w Hali Koszyki trzypiętrową przestrzeń o powierzchni 3 tys. mkw., przeznaczoną dla łącznie 450 osób. Po pół roku do powierzchni tych dołączyło kolejne piętro, również pod adresem Koszykowa 61, natomiast na początku 2019 roku firma uruchomiła dwa dodatkowe piętra przy Koszykowej 65, również w kompleksie Hali Koszyki.

Jak podkreśla Michał Kwinta, w całości jest to przestrzeń w standardzie premium. Biura są przygotowywane w formule plug and play, czyli pracownik musi jedynie przynieść swój komputer, a samo biuro jest w pełni urządzone i wyposażone, także przestrzenie wspólne, takie jak lobby czy kuchnie.

– W ofercie mamy hot desk, czyli niededykowane miejsce pracy, które jest naszym najprostszym, a zarazem najtańszym produktem. Jeżeli ktoś potrzebuje czegoś więcej, stałego miejsca do pracy, ale nie potrzebuje przestrzeni biurowej, wtedy może skorzystać z dedicated desk – miejsca w małym open space, które jest do jego dyspozycji 24 godziny na dobę, jak również przestrzenie biurowe, od 1 aż do 50 osób – wylicza przedstawiciel Mindspace. – Właśnie wieża na Koszykowej 65 została otworzona z myślą o dużych zespołach. Najmniejsze biuro, które tu mamy, jest dla zespołów 11-osobowych, a największe dla 50-osobowych.

Mindspace od czasu powstania w 2014 roku otworzył już 28 oddziałów na całym świecie, początkowo na rynkach niemieckim i izraelskim. Warszawskie biuro było ósmym w portfolio firmy. Po nim firma zagospodarowała przestrzenie m.in. w Bukareszcie w Rumunii, w Holandii (Amsterdam i Utrecht), w USA czy w Wielkiej Brytanii. W Polsce na razie skupia się na lokalizacji w Hali Koszyki, jednak rozważa także ekspansję w innych polskich miastach. Wiążące decyzje jednak jeszcze nie zapadły.

Warszawa jest bardzo dynamicznie rozwijającą się stolicą europejską, liderem w tej części Europy. Zainteresowanie globalnych operatorów przestrzeni coworkingowych również jest bardzo widoczne, w związku z czym Warszawa na pewno stanie się bardzo konkurencyjna na tle innych stolic europejskich – tłumaczy decyzję o lokalizacji Michał Kwinta. – Otwierając nową przestrzeń Mindspace, kierowaliśmy się danymi z rynku. Widać, że Warszawa potrzebuje przestrzeni coworkingowych dla dużych zespołów. Osoby mające członkostwo w Mindspace Koszyki mogą swobodnie korzystać ze wszystkich lokalizacji Mindspace na świecie bez dodatkowych kosztów, dzięki czemu mogą rozwijać swój biznes, stacjonując i na co dzień pracując w Warszawie.

Crowdfunding nieruchomości coraz popularniejszym sposobem na inwestowanie. Za kilkadziesiąt tysięcy złotych można się stać współwłaścicielem nieruchomości i czerpać z tego zyski

0

Crowdfunding nieruchomości coraz popularniejszym sposobem na inwestowanie. Za kilkadziesiąt tysięcy złotych można się stać współwłaścicielem nieruchomości i czerpać z tego zyski 5

Crowdfunding nieruchomości na świecie zyskuje na popularności. W Polsce finansowanie inwestycji przez grupę ludzi wykupujących tzw. cegiełki jest jeszcze stosunkowo mało znane, ale sytuacja powoli się zmienia. Do inwestycji wystarczy minimum 10 tys. zł, choć kwoty zazwyczaj są nieco wyższe. Na jedną kamienicę składa się 30–40 inwestorów, a zysk jest proporcjonalny do wkładu. Stopa zwrotu może sięgać 20 proc. W Polsce problemem jest jeszcze niska świadomość crowdfundingu nieruchomości i skomplikowany proces formalny – ocenia Tymoteusz Sikora z Recrowd.

 Crowdfunding nieruchomości polega na tym, że bardzo dużo ludzi inwestuje pasywnie w daną nieruchomość. Wartość kamienicy wynosi 1 mln zł – zamiast jednej osoby za 1 mln zł kupuje ją 10, 20 czy 50 osób za mniejsze kwoty i później proporcjonalnie do tego, co zainwestowali, dzielą się zyskiem – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tymoteusz Sikora, inicjator projektu Recrowd – narzędzia, które ma wspierać i automatyzować proces crowdfundingu nieruchomości.

Choć inwestycja w nieruchomości kojarzy się zazwyczaj z dużym kapitałem, do jej finansowania nie zawsze konieczny jest kredyt. Crowdfunding, czyli finansowanie różnego rodzaju projektów poprzez jednorazowe wpłaty przez osoby zainteresowane daną inicjatywą, cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Od niedawna tego typu kampanie możliwe są także w branży nieruchomości. Nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych wystarczy, by zostać udziałowcem i czerpać korzyści z inwestycji w nieruchomości.

– Teoretycznie obecnie próg minimalny to około 10 tys. od osoby, co i tak jest dużo mniejsze w porównaniu do kupna kamienicy za 1 mln zł, przy czym zazwyczaj te kwoty są nieco wyższe: 50–100 tys. zł – mówi Tymoteusz Sikora.

Inwestycje w nieruchomości stają się coraz popularniejsze. Z analiz Narodowego Banku Polsku wynika, że nawet co trzecie mieszkanie na rynku pierwotnym zostało kupione w celach inwestycyjnych. W 2017 roku było ok. 715 tys. deklaracji podatkowych osób uzyskujących dochody z wynajmu, o 8,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Dla części osób barierą są jednak zbyt wysokie koszty, dla nich rozwiązaniem może być właśnie crowdfunding. Korzystna jest też możliwość posiadania kilku projektów zamiast jednego mieszkania.

 Jeśli chodzi o zalety, to przede wszystkim mniejsze kwoty inwestycji, dostęp dla osób, które nie miały wcześniej możliwości zainwestowania w rynek nieruchomości. Po drugie, możliwość dywersyfikacji portfela. Nawet jeśli mamy 1–2 mln zł do dyspozycji, nie musimy inwestować w jeden produkt, możemy to rozłożyć na mniejsze kwoty, tak aby inwestycje były bezpieczniejsze – mówi Sikora.

Na Zachodzie, np. w USA, działa kilkadziesiąt platform, które łączą inwestorów. W Polsce crowdfunding nieruchomości jest jeszcze stosunkowo mało popularny, a grupowym inwestowaniem w nieruchomości przeznaczone na wynajem zajmuje się niewiele firm. Jedna z grup, która specjalizuje się w inwestowaniu w nieruchomości, od 2014 zebrała ok. 30 mln zł kapitału w ramach swoich projektów. To pokazuje, że crowdfunding nieruchomości w Polsce powoli rośnie w siłę.

 Obecnie największym problemem jest to, że ludzie po prostu nie wiedzą o takim modelu – mówi Tymoteusz Sikora. – W Polsce niestety jest też bardzo skomplikowany proces formalny. To ma się zmienić, zostały podjęte kroki, jednak na razie jest to bardzo duży problem, zarówno dla inwestorów, jak i dla inwestorów-inicjatorów – wskazuje.

Kinetyczny piasek może skutecznie pomóc w walce z chorobą Alzheimera. Nowoczesne terapie angażujące wiele zmysłów pozwalają też walczyć ze stresem

Kinetyczny piasek może skutecznie pomóc w walce z chorobą Alzheimera. Nowoczesne terapie angażujące wiele zmysłów pozwalają też walczyć ze <a title=stresem" title="Kinetyczny piasek może skutecznie pomóc w walce z chorobą Alzheimera. Nowoczesne terapie angażujące wiele zmysłów pozwalają też walczyć ze stresem" />

Kinetyczny piasek może skutecznie pomóc w walce z chorobą Alzheimera. Nowoczesne terapie angażujące wiele zmysłów pozwalają też walczyć ze <a title="leczenie stresu" href="https://3xz.pl/stres/" data-schema-attribute="">stres</a>em 6

Na problemy poznawcze na świecie choruje ponad 36 mln ludzi. To przede wszystkim osoby dotknięte Alzheimerem, ale też chorobą Aspergera czy zespołem Downa. Choć nie wynaleziono jeszcze na nie lekarstwa, może im pomóc terapia polisensoryczna. Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń wykorzystujących nowe technologie, które mają pobudzić chorych, a przy okazji obniżyć poziom lęku. To nie tylko rozwiązania z zakresu rozszerzonej czy wirtualnej rzeczywistości, ale małe ogrody z kinetycznym piaskiem, które ożywają pod wpływem użytkownika.

– Inner Garden jest to narzędzie terapeutyczne do stymulacji polisensorycznej, czyli angażuje różne zmysły. Pomaga osobom z zaburzeniami funkcji poznawczych, takimi jak choroba Alzheimera, zespół Aspergera czy zespół Downa, obniżyć poziom lęku, a ten jest u nich bardzo wysoki. Trudno im też nad nim zapanować, ponieważ nie można ich tego nauczyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alain Frey ze start-upu Ullo-World.

Alzheimer Disease International szacuje, że na świecie na choroby otępienne choruje ponad 36 mln osób. Choć na chorobę nie ma jeszcze lekarstwa, pomocne okazują się nowe technologie. Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość pomaga już we wczesnym wykryciu choroby. Testy specjalnego zestawu słuchawkowego HTC Vive i oprogramowania kreującego środowisko wirtualne wykazały, że wirtualna rzeczywistość jest znacznie dokładniejsza niż tradycyjne metody rozpoznania choroby.

Nowe technologie pomagają też walczyć z lękiem, fobiami i uzależnieniami. Dzięki zaangażowaniu kilku zmysłów jednocześnie są znacznie skuteczniejsze. Podobnie działa Inner Garden, który został opracowany jako nowe podejście terapeutyczne do opieki nad zaburzeniami poznawczymi. Urządzenie wygląda jak niewielka piaskownica z kinetycznym piaskiem, lecz dzięki wbudowanemu projektorowi rzucającemu światło na niego, ożywa pod wpływem użytkownika, który może dowolnie kształtować krajobraz, np. góry czy morze.

– Koncepcja urządzenia polega na pełnym zaangażowaniu użytkownika za pomocą trzech zmysłów: wzroku, dotyku – budowanie krajobrazów jest bardzo przyjemnym zajęciem – a także dźwięku, dzięki czemu korzystanie z urządzenia jest bardzo relaksujące. Jeśli w piaskownicy uformowano łąki czy prerie, będzie można usłyszeć śpiew ptaków. Oprócz tego zachęcamy pacjentów do zsynchronizowania swojego oddechu z ruchem wody i fal. Fale działają jak asystent oddychania, dzięki czemu osoba oddycha dużo bardziej świadomie – tłumaczy ekspert.

Multimodalne sensoryczne zanurzenie zmniejsza zaburzenia lękowe, a efekty są długotrwałe. W przeciwieństwie do wirtualnej rzeczywistości nie wywołuje nieciągłości w doświadczeniu. Co więcej użytkownik może wejść w interakcję ze stworzonym krajobrazem. Dzięki połączeniu ogrodu z pasem oddechowym, oddech jest zobrazowany ruchem fal.

– Użytkownik może obserwować swoją interakcję z krajobrazem i oddychać dużo bardziej świadomie, pracować nad swoim oddechem, co prowadzi do obniżenia poziomu lęku, umożliwia pozbycie się natrętnych myśli i pozwala się odprężyć – przekonuje Alain Frey.

Kształtując piasek, użytkownik tworzy żywy, miniaturowy świat. Naturalne elementy ogrodu są połączone z pomiarami fizjologicznymi w czasie rzeczywistym, takimi jak oddychanie. Korzystając z zestawu słuchawkowego Virtual Reality, całość tworzy dedykowaną sesję medytacyjną. Choć urządzenie ma przede wszystkim zadanie terapeutyczne, może być stosowane także jako element walki ze stresem.

Według firmy badawczej Grand View Research w 2025 roku wartość rynku AR i VR w branży medycznej ma przekroczyć 5 mld dol. przy szacowanym tempie wzrostu na poziomie 29 proc.

Inteligentne lustra to w pełni funkcjonalne komputery. Doradzą, w co się ubrać i jak się umalować, oraz pozwolą obejrzeć wiadomości

Inteligentne lustra to w pełni funkcjonalne komputery. Doradzą, w co się ubrać i jak się umalować, oraz pozwolą obejrzeć wiadomości 7

Wśród rozwiązań inteligentnego domu coraz częściej można spotkać lustra wyposażone w system operacyjny, który oprócz możliwości codziennego przeglądania się, oferuje pełną funkcjonalność komputera. Dzięki temu można wyświetlić na nim najświeższe informacje ze świata, obejrzeć wiadomości na YouTube czy wyświetlić dane zebrane przez urządzenia fitness. Inteligentne lustra znajdą zastosowanie w domowych i hotelowych łazienkach. Podpowiedzą, w co się ubrać i jak się umalować. Znajdą także zastosowanie w domowej opiece medycznej.

– Obecnie inteligentne lustra najczęściej polegają na tym, że umieszcza się iPada za zwykłym lustrem. Traktujemy to bardziej jako widżet, za pomocą którego można czytać wiadomości i sprawdzać pogodę. Nasze lustro bazuje na inteligentnej technologii, ponieważ jest wyposażone we wbudowany komputer. Podobnie jak wszystkie urządzenia do automatyzacji domu, system obsługuje się za pomocą aplikacji w systemie Android, którą wystarczy pobrać ze sklepu Google Play i uruchomić – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Stephen LaMachia z firmy Electric Mirror.

Firma Electric Mirror jako pierwsza zaprojektowała lustro z wbudowanym oświetleniem, które przyczyniło się do powstania luster inteligentnych czy telewizorów wbudowanych w panele kuchenne. Wcześniej takie projekty powstawały przy wykorzystaniu mikrokomputerów Raspberry Pi wraz z oddzielnymi monitorami umieszczanymi za taflą lustra. Obecnie na rynku są już dostępne inteligentne lustra z systemem operacyjnym Android, które mogą pełnić rolę codziennego asystenta.

– Jeśli rano chcemy obejrzeć wiadomości, przejrzeć Facebooka lub skorzystać z dowolnej aplikacji dostępnej w sklepie Google Play, która pomaga w codziennych czynnościach lub służy do rozrywki, możemy to zrobić, korzystając z inteligentnego lustra. W lustro wbudowany jest komputer, który obsługuje się poprzez panel dotykowy. Urządzenie obsługuje też Asystenta Google. Można je dostosować do swoich potrzeb, korzystając z dowolnych aplikacji, których używamy na co dzień – tłumaczy Stephen Lamachia.

Inteligentne lustra są coraz popularniejsze i coraz wszechstronniejsze. Urządzenie Mirror zaprojektowane przez tancerkę baletową Brynn Putnam służy np. do korygowania postawy podczas ćwiczeń fitness. Lustro wyświetla pozycję, którą powinien przyjąć użytkownik, jednocześnie odbijając jego sylwetkę. Projektanci HiMirror połączyli z kolei lustro z zaawansowaną stacją kosmetyczną. Sprzęt skanuje wygląd skóry użytkownika i radzi, które kosmetyki należy zastosować. Może nawet symulować wygląd użytkownika po wykorzystaniu konkretnego kremu.

Coraz częściej po tego typu urządzenia sięgają też przedstawiciele hoteli i placówek medycznych.

– W sektorze opieki zdrowotnej za pomocą aplikacji komputerowej wbudowanej w inteligentne lustro można codziennie zapisywać dane medyczne i np. przesyłać je bezpośrednio do swojego lekarza. Powiedzmy, że ktoś codziennie rano mierzy ciśnienie i się waży. Jeśli korzysta z odpowiedniej aplikacji, dane te trafiają do przychodni, więc przy wizycie lekarz może się szybko z nimi zapoznać i stwierdzić np. na podstawie zapisów z ostatnich trzech miesięcy, że wszystko jest w porządku – wskazuje ekspert.

Przyszłością inteligentnych luster są asystenci głosowi, którzy pozwalają na bezdotykową obsługę urządzeń. Podczas targów CES 2019 w Las Vegas zaprezentowano m.in. serię luster Verdera Voice z wbudowaną Alexą od Amazonu, a wkrótce pojawi się model z Asystentem Google. Capstone Connected Home z kolei zaprezentowało Smart Mirror, które zostanie wyposażone w systemy sterowania dotykowego i głosowego, a pod taflą szkła znajdziemy system operacyjny od Google, który pozwoli zainstalować aplikacje ze Sklepu Play.

Firma MarketsandMarkets szacuje, że branża inteligentnych luster w najbliższych latach będzie się rozwijała w tempie niemal 9,5 proc. w skali roku, by w 2023 roku osiągnąć wartość blisko 4,5 mld dol.

Pizza inna niż wszystkie? To carbonara!

Carbonara to bardzo lubiana pozycji wśród pizzy, poza wyśmienitym smakiem od innych odróżnia ją jeszcze kolor. Carbonara to należy do rodzaju pizzy Bianca, czyli białej. Oznacza to tyle, że nie używa się do niej sosu pomidorowego. Jej nazwa wzięła się od spaghetti Carbonara, gdyż używa się do niej takich samych produktów, co przy tej paście. Tradycyjnie są to: jajka, boczek, czarny pieprz, ser pecorino albo parmezan.

Niezależnie czy będzie przygotowywać Carbonarę w postaci pizzy czy też spaghetti, najlepiej użyć do niej guanciale, czyli peklowanego mięsa z wieprzowych policzków. Jednak nie łatwo je znaleźć polskich sklepach, więc równie dobrze można je zastąpić, pancettą, która jest częściej spotyka, lub dobrej, jakości boczkiem. Reszta składników to już standardowe produkty dostępne wszędzie, więc nie powinniście mieć problemów z ich zakupem. Ta pizza należy do jednych z najprostszych w wykonaniu a zarazem jest jedną z najsmaczniejszych. Potrzebne będą:

  • 250 gramów ciasta na pizzę
  • 50 gramów guanciale, pancetty lub innego wysokiej jakości boczku
  • 30 gramów pecorino lub parmezanu
  • 125 gramów mozzarelli (jedna kulka)
  • 2 średnie jajka
  • szczypta czarnego pieprzu

Na początku kroimy boczek na paski o kwadratowym przekroju 3×3 mm. Mozzarellę oduczamy z serwatki, osuszamy ją a potem kroimy lub rozrywamy na małe kawałki. Z ciasta formujemy koło o średnicy 34-36 cm. Najlepiej jest to zrobić palcami, gdyż wałek „wyciśnie” z ciasta całe powietrze, które nadaje mu puszystości. Układamy na cieście boczek a brzegi pizza smarujemy odrobiną oliwy z oliwek. Teraz wkładamy pizzę do rozgrzanego do maks. temperatury piekarnika z włączoną funkcją termoobiegu na około 4 minuty.

Po tym czasie wyjmujemy placek i dokładamy od niego poszarpaną mozzarellę, wbijamy jajka oraz posypujemy tartym pecorino lub parmezanem. Zanim włożymy pizzę ponownie do piekarnika posypujemy ją czarnym pieprzem. Po około 5 minutach lub jak zaobserwujemy, że mozzarellą „bąbelkuje” pizza powinna być już gotowa do jedzenia. Może tak się nam spodoba przygotowywanie pizzy, że ta pasja przerodzi się w biznes. Zanim to jednak nastąpi można swoją ulubioną pizzę zamówić z Pizzerii 105 poprzez stronę PizzaPortal.pl.

Co dalej z brexitem?

We wtorek 29 stycznia, w godzinach wieczornych, brytyjscy parlamentarzyści odrzucą plan B, który przedstawi im rząd. Wielka Brytania nie opuści UE wcześniej niż z końcem tego roku.

– Brytyjski rząd przy poprzednim głosowaniu doznał potężnej porażki, a plan B nie zmienia niczego w sposób istotny i wiadomo, jak skończy się wtorkowe głosowanie – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Co dalej, trudno przewidzieć. Pewne jest tylko to, że 29 marca Wielka Brytania nie opuści UE, choć taki termin wcześniej ustalono.

– Najciekawsze jest, czy podczas głosowania uda się wprowadzić do dokumentów poprawkę o tym, że termin wyjścia z UE przedłużony zostanie do końca roku – komentuje ekspert.

Jak przedsiębiorcy oceniają problemy z dyscypliną płatniczą kontrahentów?

Największą trudnością związaną z funkcjonowaniem firmy są opóźnienia i problem ze ściąganiem należności od kontrahentów. Uważa tak prawie 1/5 przebadanych przez ARC na zlecenie Polskiego Związku Faktorów przedsiębiorców. Ten problem dotyczy przede wszystkim małych firm. A jak jest z dużymi?

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Polski Związek Faktorów, aż 67 proc. firm uważa, że nieprzestrzeganie terminów płatności przez kontrahentów to bardzo istotny lub raczej istotny problem. Ponadto niewielu mniej stwierdza, że równie problematyczne są wydłużone terminy płatności i niewypłacalność kontrahentów.

Problemy te zgłaszają przede wszystkim małe przedsiębiorstwa, liczące od 10 do 49 osób. Prawie połowa z nich sądzi, że nieprzestrzeganie terminów płatności to bardzo istotna bariera w rozwoju. Jeśli dodać do tego aż 28 proc., które odpowiada, że to raczej istotny problem, okaże się, że aż ¾ małych przedsiębiorstw zwraca uwagę na tę trudność. W przypadku wydłużonych terminów płatności procent jest niewiele mniejszy – aż 62 proc. najmniejszych przebadanych firm zgłasza, że to raczej istotny lub bardzo istotny problem. Również ponad połowa, bo 56 proc. ankietowanych firm (10-49 pracowników), za równie problematyczną uważa niewypłacalność kontrahentów.

Im większe, tym lepiej

Znamienne jest to, że im większa firma, tym coraz mniejsza istotność wymienionych problemów. Aż o 14 pp. mniej przedsiębiorstw zatrudniających od 50 do 249 osób potwierdza, że nieprzestrzeganie terminów płatności przez kontrahentów to dla nich trudność. Odsetek ten jest jeszcze mniejszy w przypadku największych podmiotów (250 lub więcej osób), bo wynosi jedynie 34 proc. Mniej dużych przedsiębiorstw postrzega też jako trudność wydłużone terminy płatności. 49 proc. firm zatrudniających od 50 do 249 osób i 41 proc. firm powyżej 250 pracowników zaznaczyło, że jest to bardzo istotny lub raczej istotny problem. Skala problemu niewypłacalności pozostaje podobna – 46 proc. średniej wielkości firm i 44 proc. największych uważa go za raczej istotny lub bardzo istotny.

Wiedza o faktoringu wśród przedsiębiorców

Warto przy tym zauważyć, że wraz ze wzrostem firmy rośnie wiedza na temat faktoringu. Okazuje się, że ponad połowa dużych przedsiębiorstw (zatrudniających od 250 osób) ocenia swoją wiedzę na temat tego rodzaju finansowania jako raczej dużą bądź bardzo dużą. Procent ten jest mniejszy w przypadku firm od 50 do 249 osób – jedynie 40 proc. i w przypadku firm od 10 do 49 osób – tylko 32 proc.

Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services
Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services

Ponadto, jak wynika z badania, nie tylko wiedza na temat faktoringu jest większa wśród dużych firm. Wraz z wielkością przedsiębiorstw rośnie również procent tych korzystających z faktoringu. Ponad 30 proc. firm zatrudniających od 250 potwierdza, że korzysta obecnie z tej formy finansowania, podczas gdy w przypadku firm poniżej 250 osób liczba ta zmniejsza się do jedynie 13 proc. – dodaje Jerzy Dąbrowski, dyrektor generalny Bibby Financial Services. – Można przypuszczać, że gdyby małe i średnie podmioty częściej decydowały się na faktoring, ich problemy z pozyskiwaniem należności od kontrahentów byłyby mniejsze i w mniejszym stopniu utrudniały funkcjonowanie. Oznacza to, że mimo rosnącego zainteresowania alternatywnymi formami finansowania wśród polskich przedsiębiorców, również z sektora MŚP, dalej niezwykle istotne jest edukowanie ich na temat faktoringu. Jest to zadanie, przed którym stoją firmy faktoringowe.

Przygotowania na Brexit. Kolejne słabe dane z Niemiec

Rząd Theresy May przygotowuje się na najgorsze w kontekście Brexitu. Optymizm przedsiębiorców za naszą zachodnią granicą wyraźnie spada. Wenezuela powodem kolejnych konfliktów z Rosją.

Wielka Brytania przygotowuje się na Brexit

Jeżeli nie dojdzie do przedłużenie terminu za 2 miesiące Londyn nie będzie już w Unii Europejskiej. Rządzący przeglądają właśnie rozwiązania jakie będą mogły zostać wprowadzone w przypadku skrajnych rozwojów sytuacji. Im głośniej jest o skrajnych rozwiązaniach w tym tak zwanym twardym Brexicie tym słabiej zachowuje się funt. Ostatnie dwa tygodnie to stabilny ruch w górę brytyjskiej waluty wywołany oddalaniem się negatywnych scenariuszy. Z kolei dzisiejszy poranek widzimy lekkie osłabienie brytyjskiej waluty wywołane przygotowaniami na najgorsze.

Słabe dane z Niemiec

W piątek opublikowano indeks instytutu IFO. Jest to wskaźnik pokazujący na podstawie ankiet wypełnianych przez niemieckich przedsiębiorców jakie będą zmiany koniunktury. Wynik 99,1 punktu jest o tyle niepokojący, że oczekują oni dalszego pogorszenia sytuacji. Pogarszanie się nastrojów w głównej gospodarce strefy euro nie może sugerować tylko problemy dla tej waluty. Gdyby faktycznie doszło do spowolnienia w Europie odbiłoby się to negatywnie nie tylko na euro ale również na bardzo silnie powiązanym z euro złotym.

Prezydent Maduro odrzuca przyspieszone wybory

Przyspieszone wybory były warunkiem w postawionym przez największe państwa Unii Europejskiej ultimatum. Otrzymał on 8 dni na wyznaczenie nowej daty. Nie zabrakło oczywiście mocnych słów. Problem jest o tyle palący, że do krytyki samego ultimatum przyłączyli się Rosjanie. Moskwa stoi po stronie dotychczasowego prezydenta pomimo stylu w jakim wyeliminował kontrkandydatów oraz przeprowadził wybory. Może to doprowadzić do dodatkowych konfliktów z Rosją. Część państw zachodnich już teraz uznała lidera opozycji za tymczasowego prezydenta, są wśród nich USA, Kanada i Izrael.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Zawieszenie government shutdown nie pomogło dolarowi

Amerykańska waluta zakończyła tydzień na minusie, co powiązać można ze zmianą sentymentu do ryzyka. W ubiegłym tygodniu dobrze radził sobie funt, który w relacji do głównych walut i złotego zyskał ponad 2%.

Donald Trump wreszcie poddał się presji, żeby zakończyć tzw. Shutdown, trwający od 35 dni. Był to najdłuższy przypadek zamknięcia rządu w historii USA. W ostatnim czasie zaczął rodzić coraz poważniejsze konsekwencje – w tym pogłębiający się chaos związany z obsługą lotnisk. Prezydent USA ogłosił, że rząd będzie otwarty co najmniej do 15 lutego. Dość paradoksalnie dolar amerykański osłabił się w odpowiedzi na te wieści – inwestorzy porzucali bowiem waluty zaliczane do grupy „bezpiecznych przystani” na rzecz tych bardziej ryzykownych.

Przenieśmy się do Frankfurtu. Tam Mario Draghi, przewodniczący Europejskiego Banku Centralnego, głosił kolejne „gołębie” przemówienie dotyczące stanu gospodarki strefy euro. Wypowiedź Draghiego była poprzedzona przez spotkanie decyzyjne EBC, podczas którego decydenci utrzymali stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Retoryka Daghiego sugeruje, że perspektywy podniesienia stóp procentowych po raz pierwszy od 2011 r. odsuwają się w czasie. Tymczasem kurs funta brytyjskiego względem dolara amerykańskiego przekroczył istotny poziom 1,32. Sentyment wobec waluty poprawia się dzięki rosnącej nadziei na uniknięcie tzw. Brexitu bez umowy.

Na szczególną uwagę w nadchodzącym tygodniu zasługuje: głosowanie brytyjskiego parlamentu nad „planem B” Theresy May ws. Brexitu we wtorek, środowe spotkanie decyzyjne FOMC w USA oraz publikacja danych z rynku pracy w Stanach Zjednoczonych, która nastąpi w piątek.

PLN

Polski złoty w relacji do euro cały czas pozostaje względnie stabilny. Nie brakuje jednak istotnych odczytów z Polski, które warto obserwować. Kluczowy szacunek sprzedaży detalicznej w grudniu istotnie rozczarował, dynamika wyniosła zaledwie 4,7%, wobec oczekiwanych 7,7% rocznie, będąc kolejnym sygnałem sugerującym wyhamowywanie głównych składowych wzrostu gospodarczego Polski. Częściowo słabszy odczyt można tłumaczyć czynnikami sezonowymi, jednak ciężko nimi wyjaśnić skalę spadku.

W tym tygodniu informacje z Polski również będą istotne, kluczowe odczyty poznamy jednak dopiero pod koniec tygodnia. W czwartek opublikowane zostaną „minutki” z ostatniego spotkania RPP, poznamy też wstępny szacunek dynamiki PKB w ostatnim kwartale ubiegłego roku. W piątek natomiast opublikowany zostanie indeks PMI dla przemysłu Polski w styczniu, który w poprzednim miesiącu bardzo negatywnie zaskoczył konsensus.

GBP

W zeszłym tygodniu funt brytyjski radził sobie bardzo dobrze – rynki są coraz bardziej przekonane co do możliwości uniknięcia tzw. Brexitu bez umowy, co pozwoliło szterlingowi umocnić się o ponad 2% w relacji do głównych walut i złotego. Funt umocnił się w konsekwencji szeregu optymistycznych wieści politycznych. Korzystnym dla szterlinga okazało się m.in. poparcie posłów Izby Gmin dla poprawki Yvette Cooper, która pozwoli na przesunięcie terminu wejścia w życie artykułu 50. Równie istotne była deklaracja ze strony DUP (koalicjantów Partii Konserwatywnej), zgodnie z którą partia zdecyduje się poprzeć „plan B” Theresy May, jeżeli umowa będzie przewidywać ograniczenie czasowe na obowiązywanie tzw. backstopu w Irlandii Północnej.

Najbliższy tydzień będzie zdominowany przez wieści dotyczące Brexitu, a dokładnie przez wtorkowe głosowanie w brytyjskim parlamencie. Członkowie Izby Gmin nie będą głosować nad samą umową May, a nad propozycjami poprawek do umowy regulującej wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Jesteśmy zdania, że silne poparcie członków parlamentu w kwestii przesunięcia w czasie wyjścia z UE, decyzja o rozpisaniu kolejnego referendum albo jakiekolwiek inne odrzucenie scenariusza tzw. Brexitu bez umowy może przełożyć się na istotne umocnienia funta.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury Polska

Quo Vadis Digital Europe – MCI na Davos o przyszłości inwestycji w spółki technologiczne

Światowe Forum Ekonomiczne w Davos to największe spotkanie przedstawicieli biznesu, polityki i mediów gospodarczych. Tematem przewodnim tegorocznego wydarzenia było kształtowanie gospodarki w ramach światowej czwartej rewolucji przemysłowej. Jeden z panelów zorganizowanych w Domu Polskim w Davos we współpracy z MCI, dotyczył inwestycji na rynku technologii.

Podczas drugiego dnia forum Tomasz Czechowicz rozpoczął dyskusję na temat podsumowania inwestycji rynku VC i PE w Europie. Podczas prelekcji porównywał wyniki światowych liderów, przedstawiał największe transakcje sprzedaży i czynniki wpływające na ich rozwój.

– Ostatnie lata to stałe rekordy na europejskim rynku transakcji dokonanych przez fundusze inwestycyjne. Doszło do sprzedaży największych technologicznych spółek, które znacząco podniosły wyniki całego obszaru. Inwestorów zmieniły takie marki jak Spotify – 24,21 mld euro, Adyen – 18,25 mld euro, FarfeTech – 6.1 mld euro czy ElasticSearch – 5,4 mld, tłumaczy Czechowicz.

Pomimo tak dobrych wyników głównymi graczami na światowym rynku pozostają Chiny i USA, które w ubiegłym roku dokonały transakcji na odpowiednio – 113 i 136 mld USD i są uważane za swoiste inkubatory technologicznych spółek.

– Europa, choć konsekwentnie zbliża się do ich poziomu, osiągnęła inwestycje na ok. 107 mld USD. Wpływ na wyższe wyniki innych regionów świata ma wiele czynników, przede wszystkim jest to innowacyjny ekosystem, dynamiczne środowisko technologiczne i wysoki poziom edukacji odpowiadającej na aktualne potrzeby rynku. Jednak kluczem do rozwoju technologicznego DNA są właśnie intensywne inwestycje w spółki technologiczne. Europejski rynek VC/Digital PE angażuje zaledwie 0,13 proc. wartości swojego PKB, podczas gdy liderzy przeznaczają na to prawie trzy razy więcej – ok 0,5 % PKB, dodał Czechowicz.

Choć dynamika wzrostu podejmowanych inwestycji przez fundusze zaangażowane w gospodarkę cyfrową Starego Kontynentu jest wysoka i wynosi ok. 30 proc. r/r, to należy pamiętać, że wynika to z niskiej sytuacji wyjściowej. Region Dalekiego Wschodu, pomimo wysokiej bazy, osiąga ponad dwukrotnie większe tempo rozwoju – 70 proc.

Co ważne, rozwój technologii nie zawsze idzie w parze ze wzrostem gospodarczym. Jedne z najsilniejszych gospodarek Europy – Niemcy, Polska czy Włochy posiadają najmniejszą liczbę spółek technologicznych. Pomimo ogromnego potencjału, te kraje ciągle nie potrafią wypracować własnej drogi na zbudowanie silnej pozycji w nowych technologiach. Wpływ na taką sytuację mają przestarzałe regulacje prawne, dotyczące m.in. funkcjonowania fintech-ów, nasycenie rynku oraz wysoka konkurencja.

– Przyszłością europejskiego rynku technologii jest szersze zastosowanie sztucznej inteligencji AI i big data, np. w obszarze zdrowia. Inwestycje poczynione w bieżący rozwój tego środowiska będą miały wpływ na nowe pokolenia, a w efekcie na kondycję gospodarki. Stworzenie przyjaznego ekosystemu dla twórców aplikacji, w tym również przepisów prawa ułatwiającego ich działanie, wykształci nowych światowych gigantów – podkreśla Brent Hoberman CEO Founders Forum i Firstminute Capital.

Nowe spółki technologiczne wyznaczają kierunek rozwoju całej gospodarki, generują nowe miejsca pracy, wyznaczają trendy i kształtują przyszłe pokolenia. Przyszłość tego obszaru jest zależna od przestarzałego prawa i powolnych procesów legislacyjnych. Staje to w kontrze z tempem rozwoju technologii, których doświadczamy na co dzień.

W dyskusji wzięli udział także:

  • Anna Fang, Partner & CEO ZhenFund
  • Francis Leung, Chairman CVC China
  • Arek Wylęgalski, Venture Partner, firstminute capital; Advisor, MCI Growth & Buyout Funds

Krach kryptowalutowego górnictwa. Koszt wydobycia większy niż cena bitcoina

Cena bitcoina spadła poniżej średniego kosztu jego wydobycia, co sprawia, że część kopiących kryptowaluty może zaniechać zajęcia, które stało się nieopłacalne. Może to wywołać eskalację trendu spadkowego i sprowadzić cenę bitcoina poniżej 2 tys. dolarów – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Rynkowi kryptowalut doskwiera brak pozytywnych bodźców. Nic więc dziwnego, że ceny spadają. Wywiera to dużą presję na trudniących się „kopaniem” kryptowalut. Średni koszt potrzebny do stworzenia jednego bitcoina wynosił 4,060 tys. dol. w IV kwartale ub.r. – wg analizy JPMorgan Chase cytowanej przez agencję Bloomberg. Dzisiaj cena tej największej z kryptowalut waha się w okolicach 3,5 tys. dolarów.

Taki poziom prawdopodobnie będzie stopniowo przyczyniał się do ograniczenia liczby trudniących się tym procesem, szczególnie że nie widać światełka dla kryptowalut. Spadek cen stawia pod znakiem zapytania opłacalność wydobycia bitcoinów praktycznie we wszystkich regionach świata, z wyjątkiem Chin, gdzie średni koszt wykopania jednego bitcoina wg ww. analizy wynosił 2,4 tys. dol. Chińskie podmioty są w stanie tanio kupować energię stanowiącą główny koszt w całym procesie kopania kryptowalut.

Jeżeli z rynku wykruszą się „wydobywcy”, którzy mają wysokie koszty, zyskają na tym podmioty niskokosztowych. Będą one mogły wydobywać więcej bitcoinów, zużywając tyle samo energii. Mogłoby to doprowadzić do spadku kosztów chińskich producentów do poziomu nieco poniżej 1,260 tys. dol. – wg danych JPMorgan Chase. Większa podaż tańszych bitcoinów może z kolei wywierać dodatkową presję na cenę największej kryptowalut, a tym samym także na cały rynek, w którym udział bitcoina nadal wynosi ok. 50 proc. Czy wartość jednego bitcoina może spaść właśnie do poziomu ok. 1,260 tys. dolarów?

Ciężko uznać taki scenariusz za mało realistyczny, jeśli przeanalizujemy ruchy cenowe. Od połowy grudnia 2017 r. do dzisiaj cena spadła z ok. 20 tys. do 3,5 tys. dol., czyli o ok. 82 proc. Nawet jeśli ponadroczny okres zawęzimy do trzech miesięcy, spadek i tak wydaje się ogromny. Wartość bitcoina od połowy listopada 2018 r. do połowy grudnia obniżyła się z ok. 6,5 tys. dol. do 3,2 tys., czyli o połowę. Spadku ceny poniżej 2 tys. dol., nawet w miesiąc przy mało sprzyjających okolicznościach, nie można więc wykluczyć.

Okoliczności rzeczywiście nie są sprzyjające. Częściowe zamknięcie instytucji federalnych w USA przyczyniło się do wycofania wniosku o wprowadzenie funduszy ETF opartych na bitcoinie do obrotu na giełdzie w USA. W strukturach amerykańskiego regulatora rynku finansowego (SEC) znajdowało się zbyt mało osób, by przeanalizować, a następnie zatwierdzić wniosek. Oczywiście należało się także liczyć z jego odrzuceniem. Tak czy owak, stanęło na informacji, która nie pomoże kryptowalutom. Tymczasem ten rynek potrzebuje kroków, które przełożą się na większe zaufanie zarówno konsumentów, jak i instytucji finansowych. Bez wprowadzenia regulacji ceny kryptowalut nadal mogą stopniowo osuwać się coraz niżej.

mytaxi powiększa przychód o 75% w 2018 roku

Największa europejska aplikacja taxi świętuje nowy rekord liczby przejazdów, kierowców i pasażerów korzystających z aplikacji w 2018 roku. W ciągu roku, 100.000 kierowców mytaxi zrealizowało 40 milionów przejazdów w 9 krajach Europy. Wśród 12 nowych miast mytaxi w ubiegłym roku, aż 4 są polskie, co przyczyniło się do 50% wzrostu liczby kursów w Polsce. Spółka planuje stworzyć 450 dodatkowych miejsc pracy, w dużej mierze dla programistów i deweloperów, by zrealizować ambitne plany na ten rok.

Międzynarodowa dostępność mytaxi wpłynęła również na czterokrotne powiększenie liczby przejazdów realizowanych poza granicami kraju. Firma sięgnęła również po kolejną, dynamicznie rozwijającą się gałąź rynku transportowego, jaką są e-hulajnogi na minuty, które pilotażowo zostały udostępnione pod marką Hive w Lizbonie.

 – Ubiegły rok był przełomowy dla mytaxi. 75% wzrost przychodu na wszystkich rynkach, na których operujemy, czyni nas najszybciej rozwijającą się firmą taxi w Europie – przyznaje Eckart Diepenhorst, CEO mytaxiPozytywne wyniki widzimy nie tylko w wewnętrznych statystykach, ale również w ocenie aplikacji w App Store, która w 2018 roku wzrosła z 4,1 do 4,8. Ma to niewątpliwie związek z przebudową aplikacji, której dokonaliśmy pod koniec ubiegłego roku, dzięki której pasażer może zamówić taksówkę według preferencji. Kilka miesięcy po aktualizacji, zauważyliśmy, że znacznie wzrosła liczba zamówień taksówek klasy Plus i XL. W 2019 roku będziemy kontynuować rozwój produktu oraz dostępności w Europie i intensywnie powiększać liczbę pasażerów indywidualnych oraz biznesowych. Dlatego nasz zespół, który obecnie liczy ponad 600 pracowników w Europie, powiększy się prawie dwukrotnie.

22 mln kilometrów taksówką w Polsce

Polski oddział mytaxi odnotował 50% wzrost liczby kursów w 2018 roku i 55% wzrost liczby użytkowników (w porównaniu do 2017 r.).

– mytaxi jest obecnie pierwszym wyborem dla pasażerów i licencjonowanych kierowców taxi w siedmiu największych miastach w Polsce – mówi Krzysztof Urban, dyrektor zarządzający mytaxi w Polsce – W ubiegłym roku o 160% zwiększyliśmy liczbę kursów realizowanych przez klientów biznesowych. Sukcesem okazało się również wprowadzenie atrakcyjnych cen gwarantowanych na wybranych trasach, dzięki czemu liczba zamówień na nich wzrosła ponad 4-krotnie. To dowód na to, że pasażerowie znając opłatę z góry, chętnie decydują się na kurs taksówką.

Aplikacja dostępna jest już w 7 polskich aglomeracjach, dzięki ubiegłorocznemu startowi w Aglomeracji Śląskiej, Poznaniu, Łodzi i Wrocławiu. Liczba polskich kierowców taxi, którzy w 2019 roku dołączyli do mytaxi, przekroczyła tysiąc.

– W 2019 roku skupimy się na utrzymaniu pozycji lidera, osiągając czas dojazdu nie dłuższy niż 5 minut w każdym z miast – dodaje Krzysztof Urban – Nadal będziemy pracować nad konkurencyjnością naszej usługi, nie tylko na poziomie jakościowym, ale także cenowym. Naszym celem jest zaoferowanie rozwiązań, dzięki którym taksówka będzie dostępna cenowo dla każdego – jak ma to miejsce w Warszawie dzięki usłudze mytaxi match. Drugim celem jest zapewnienie naszym Kierowcom jak największej liczby zleceń i minimalnych czasów przestoju.

Łącznie, wszyscy polscy pasażerowie i kierowcy mytaxi przejechali ponad 22 mln kilometrów, co jest porównywalne z okrążeniem Ziemi 550 razy. Pasażer o największej liczbie kursów mytaxi, wykonywał średnio 3 kursy dziennie przez cały rok, co łącznie daje około 21 dni w taksówce (przy założeniu 25 min – średni czas przejazdu taxi). Najbardziej intensywnymi dniami dla Kierowców mytaxi, pod względem liczby zamówień, były: 14 grudnia – dzień firmowych imprez gwiazdkowych i Sylwester. W tych dniach mytaxi było zamawiane co 2 sekundy. Najpopularniejsze miejsca docelowe w stolicy to Dworzec Centralny, Arkadia i „Mordor” na Domaniewskiej. Pasażerowie przyznali kierowcom łącznie ponad 3 mln PLN napiwków przez aplikację. Usługa współdzielenia taksówki mytaxi match, w 2018 roku połączyła aż 15 tysięcy pasażerów jadących w podobnym kierunku.

23 w regionie, 46 na świecie – Polska dołuje w tegorocznym Indeksie Wolności Gospodarczej The Heritage Foundation i The Wall Street Journal

Nie udało się polepszyć ani nawet utrzymać pozycji Polski w Indeksie Wolności Gospodarczej. Tegoroczny wskaźnik dla naszego kraju wyniósł 67,8 pkt, co plasuje nasz kraj dopiero na 46 miejscu w rankingu światowym i odległej 23 pozycji w zestawieniu regionalnym. Tak wynika z Indeksu Wolności 2019 Heritage Foundation i Wall Street Journal, który zaprezentowała Fundacja Warsaw Enterpise Institute, wyłączny polski partner światowego raportu. Celem Indeksu jest ranking państw i ocena polityki ich rządów pod kątem wolności gospodarczej. Według tegorocznej edycji Polska pozostaje w grupie państw „umiarkowanie wolnych”.

Sumaryczny wskaźnik Polski pogorszył się o 0,7 pkt, w stosunku do poprzedniego roku. Spadek wynika w głównej mierze z pogorszenia skuteczności sądów (-12,6), polityki monetarnej (-2,9), warunków dla biznesu (-1,8) i niższego odczytu w zakresie obciążeń podatkowych (-1,0). Pozycji Polski nie zdołały poprawić wzrosty w kategoriach fiskalizm (+4,9) oraz inwestycje (+5,0).

Warto zauważyć, że ocena Polski jest niższa od regionalnej średniej (68,6 pkt), ale zdecydowanie powyżej średniej światowej (60,8 pkt).

W tegorocznym indeksie na uwagę zasługuje wyższy odczyt w zakresie wydatków publicznych (+1,0) oraz prawa własności (+0,5). Gorzej natomiast wypadliśmy w kategorii handel (-0,9), co wynika z konieczności wdrażania szeregu unijnych barier handlowych. Autorzy raportu podkreślają, że pozytywną reputację Polska uzyskała dzięki przeprowadzonym reformom strukturalnym, w zakresie liberalizacji rynku i bardziej przyjaznych regulacji dla biznesu. Natomiast najważniejsze wyzwania systemowe stojące przed naszą gospodarką to sztywny kodeks pracy, niewydolny system sądownictwa gospodarczego, biurokracja, uciążliwy system podatkowy oraz braki w infrastrukturze transportowej. Konieczne są także gruntowne reformy mające na celu wzmocnienie niezależności systemu sądowego, który pozostaje niewydolny, słabo administrowany i niedostatecznie obsadzony. Do innych wyzwań należy zaliczyć niedobory na rynku pracy oraz konieczność wyrównania poziomu rozwoju między biedniejszym wschodnim regionem kraju a bardziej zamożnym i uprzemysłowionym regionem zachodnim.

W komentarzu do tegorocznych odczytów autorzy zwracają uwagę na wciąż nadmierne obciążenia wynikające ze struktury systemu podatkowego oraz niewydolność wymiaru sprawiedliwości.

Wśród krajów europejskich w czołówce plasują się: Szwajcaria, Irlandia, Wielka Brytania, Islandia, Holandia, Dania. W rankingu porównano 44 kraje europejskie, z czego zdecydowana większość jest co najmniej „umiarkowanie wolna”.

W Europie jest 5 gospodarek o bardzo ograniczonej wolności gospodarczej („mostly unfree”). Podobnie jak w zeszłym roku, autorzy indeksu nie wyróżnili gospodarek, gdzie wolność jest tłumiona („repressed”). Analizowana jako całość, Europa w dalszym ciągu zmaga się z wysokimi obciążeniami podatkowymi i kosztami pracy oraz problemami w zarządzaniu finansami publicznymi i rosnącym długiem w wielu krajach regionu. Do głównych wyzwań stojących przed państwami Starego Kontynentu można zaliczyć także istniejące bariery administracyjne, które zakłócają wymianę handlową.

W czołówce światowej rankingu, jako kraje w pełni wolne gospodarczo, znajdują się niezmiennie: Hong Kong, Singapur, Nowa Zelandia, Szwajcaria oraz Australia, co jednocześnie plasuje je w czołówce najbogatszych państw na świecie. W badaniu brano pod uwagę 180 państw.

Indeks Wolności Gospodarczej – przygotowywany przez The Heritage Foundation i The Wall Street Journal od ponad 20 lat – stał się najbardziej popularnym rankingiem na świecie. Celem Indeksu Wolności Gospodarczej – od początku istnienia w 1995 roku – jest katalogowanie państw według rozwiązań, polityk realizowanych w celu zwiększania wolności gospodarczej, a tym samym promowania rozwoju i pomnażania dobrobytu narodów. W ramach Indeksu Wolności Gospodarczej analizowane są rządy prawa (prawa własności, skuteczność sądów, rzetelność państwa); wielkość sektora publicznego (obciążenie podatkowe, fiskalizm, wydatki publiczne); efektywność regulacyjna (warunki dla biznesu, polityka monetarna, rynek pracy) oraz otwartość rynku (handel, inwestycje, finanse).

Regionalnej prezentacji Raportu – obejmującej porównanie Czech, Estonii, Gruzji, Litwy, Łotwy, Niemiec, Polski, Słowacji, Ukrainy oraz Węgier – dokonała Warsaw Enterprise Institute, fundacja ZPP, która jest strategicznym partnerem raportu w Polsce.

W centrum Warszawy zostało już tylko 5% wolnych biur, a zainteresowanie nie maleje

Wskaźnik powierzchni niewynajętych w centrum Warszawy spadł do poziomu najniższego od 2009 r. – wynika z najnowszego raportu CBRE „Q4 2018 Market View. Warszawski rynek biurowy”. Na wynajem jest tylko 115 tys. mkw., czyli mniej, niż powierzchnia Pałacu Kultury i Nauki. Już od kilku kwartałów zainteresowanie biurami w centrum przewyższa dostępność, dlatego coraz częściej można mówić tam o „rynku wynajmującego”.

Mikołaj Sznajder, Senior Associate Director, Dział Office, CBRE_media
Mikołaj Sznajder

Coraz bardziej konkurencyjny rynek pracy przyczynił się do zmiany biurowego krajobrazu Warszawy. Kluczowe znaczenie w przyciąganiu i utrzymywaniu talentów zyskuje lokalizacja, dzięki czemu czasami wygrywa z ceną. W efekcie zdarza się, najemcy przenoszą się do znacznie lepiej skomunikowanego centrum stolicy. Jednakże w tym wypadku popyt znacznie wyprzedził podaż – powierzchnie biurowe w centralnej części miasta schodzą właściwie od ręki, a współczynnik pustostanów jest na rekordowo niskim poziomie 5,4%. Deweloperzy nie nadążają z finalizacją projektów. Równowagę prawdopodobnie uda się przywrócić dopiero w 2020 r., gdy do użytku oddanych zostanie kilka znaczących inwestycji biurowych, takich jak Varso, Generation Park, The Warsaw Hub czy Skyliner – mówi Mikołaj Sznajder, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych CBRE.

Rośnie popyt, maleje ilość wolnej powierzchni

W całej Warszawie biur do wynajęcia było średnio 8,7%, lecz wskaźnik ten znacznie różni się dla poszczególnych lokalizacji – w centralnej części miasta było to zaledwie 5,4%, a w pozostałych niecałe 11%. Średnią pustostanów zawyża zwłaszcza Służewiec (18,5%), gdzie dużo wolnych biur zostało jeszcze m.in. w Trinity Park.

Firmy najchętniej poszukują powierzchni w Centralnym Obszarze Biznesu (CBD), wyznaczonym przez Al. Jana Pawła II, Al. Solidarności, Hożą oraz Krakowskie Przemieście i Nowy Świat, a także na bliskiej Woli (City Centre West – CCW). Oba te miejsca charakteryzują się doskonale rozwiniętą siecią komunikacyjną, a nowe inwestycje przyciągają głównie dzięki położeniu w sąsiedztwie II linii metra. Deficyt biurowy w tych lokalizacjach powinien zostać zaspokojony dopiero w 2020 r. roku. W Warszawie może przybyć wtedy nawet ponad 550 tys. mkw. powierzchni biurowej, a trend przenoszenia się do centrum może się odwrócić.

– Dla porównania w całym 2018 r. w centrum stolicy oddano do użytku tylko 122 tys. mkw., czyli zdecydowanie poniżej popytu, który wyniósł tu około 400 tys. mkw. W obecnym roku powinno zostać zrealizowane tylko 142 tys. mkw. Oznacza to, że obecny rok, podobnie jak poprzedni, będzie stał pod znakiem luki podażowej. Przedsiębiorcy, którzy poszukują wolnych powierzchni muszą podejmować szybko decyzje i pogodzić się z cenami najmu dochodzącymi w najlepszych budynkach średnio do 24 euro/m-c/mkw., ponieważ ta sytuacja może się dalej zmieniać na ich niekorzyść. W tej chwili w centrum Warszawy możemy zdecydowanie mówić o rynku właścicieli – podsumowuje Mikołaj Sznajder.

Coworking receptą na problemy z wynajmem?

W dalszym ciągu atrakcyjną alternatywą dla tradycyjnych biur są powierzchnie coworkingowe, których w Warszawie sukcesywnie przybywa. To trend, który zatacza coraz szersze kręgi. Chętnie decydują się na nie zarówno startupy oraz przedstawiciele MŚP, dzięki czemu mają do dyspozycji biura w dobrej lokalizacji za przystępną cenę, jak również korporacje. Te ostatnie wynajmują miejsca w coworkingach np. na pracę projektową lub ze względu na lepszy dojazd dla pracowników. W czwartym kwartale 2018 r. operatorzy biur elastycznych powiększyli się o kolejne 21 000 mkw., co oznacza, że w całym minionym roku w stolicy wynajęto łącznie ponad 100 tys. mkw. przestrzeni coworkingowych.

Portret szefa. Polscy specjaliści o przełożonych

Relacje z szefami stanowią jeden z czynników, które silnie wpływają na nasze zadowolenie z codziennej pracy. Znany stereotyp mówi, że Polacy lubią narzekać na przełożonych. A jednak – badania Pracuj.pl pokazują, że specjaliści są zazwyczaj zadowoleni z relacji z szefami. I choć przełożonym do ideału wciąż jeszcze trochę brakuje – coraz częściej budują oni partnerskie relacje z podwładnymi.  

Wysokość pensji – to najważniejszy czynnik decydujący o wyborze pracy przez polskich specjalistów, przepytanych przez Pracuj.pl w ramach badania „Specjaliści 2018”. Bardzo duży wpływ na decyzje zawodowe mają też kwestie „miękkie”, m.in. dobra atmosfera w zespole, poczucie bycia docenionym i jasna ścieżka rozwoju. O ile na wysokość wynagrodzenia menedżerowie nie zawsze mają wpływ, o tyle to właśnie oni w największym stopniu kreują poczucie własnej wartości podwładnych i jakość relacji w zespołach.

Wysoki poziom zarobków od dłuższego czasu pozostaje na szczycie piramidy potrzeb pracowników, ale to nie ona utrzymuje największe talenty na dłużej. Spośród osób badanych przez Pracuj.pl w raporcie „Specjaliści 2018”, które nie chcą zmieniać swojej pracy, 60% jako powód wskazywało sympatię do firmy i przełożonych, a 53% dobrą atmosferę w zespole. A to właśnie te aspekty życia firmy kreują szefowie poprzez swoje działania. Przełożeni powinni swoimi działaniami potwierdzać najważniejsze wyróżniki firmy, które decydują o jej wyborze przez kandydatów do pracy
— mówi Konstancja Zyzik, ekspert Pracuj.pl, Talent Acquisition & Employer Branding Manager.

Jak w rzeczywistości wygląda portret szefów tworzony przez specjalistów, wyłaniający się z badań i analiz? Wbrew stereotypom, polski przełożony w ich oczach nie jest pozbawiony wad, ale daleko mu do przerysowanego Szefa znanego z ostatnich kampanii Pracuj.pl.
szef_okiem_specjalisty_01
Szef nie taki straszny

Według raportu „Pensja, zadania, szef”, już pod koniec 2017 roku aż 93% specjalistów twierdziło, że dobrze dogaduje się ze swoimi przełożonymi. 8 na 10 uważało, że ma z ich strony wsparcie w realizacji codziennych obowiązków. Co więcej, aż 9 na 10 badanych czuło się swobodnie w towarzystwie swoich szefów. Bezpośrednie stosunki częściej deklarują osoby, które zarabiają więcej. Można przypuszczać, że zajmują one wyższe stanowiska albo mają dłuższe doświadczenie, co pozwala na większą swobodę w kontaktach z przełożonymi.szef_okiem_specjalisty_02

Łukasz Marciniak, ekspert Pracuj.pl, Dyrektor Rozwoju Sprzedaży w Grupie Pracuj
Łukasz Marciniak, ekspert Pracuj.pl, Dyrektor Rozwoju Sprzedaży w Grupie Pracuj

Polacy coraz częściej postrzegają swoje relacje z przełożonymi pozytywnie. Coraz bardziej dojrzałe podejście szefów do budowy relacji z pracownikami w Polsce to wynik zarówno trendów napływających z zagranicy, jak i rosnącej świadomości znaczenia marki pracodawcy w firmach. Widać to zwłaszcza w branżach z tzw. rynkiem pracownika, w których rosnący nacisk kładzie się na rozwój menedżerów w obszarach kompetencji miękkich, tworzone są wewnętrzne polityki rozwoju pracowników. Mądry szef wie dziś, że dobre relacje z zespołem i obustronna komunikacja pozytywnie wpływają na atmosferę, która jest kluczowa, aby przywiązać specjalistę do firmy
— tłumaczy Łukasz Marciniak, ekspert Pracuj.pl, Dyrektor Rozwoju Sprzedaży w Grupie Pracuj.

Jak zauważają eksperci, na pozytywny obraz stosunków z kadrą menedżerską i innymi pracownikami ma wpływ otwarta współpraca, brak toksycznej rywalizacji, lojalność, poczucie równego traktowania, nienaruszanie godności, wsparcie oraz zaufanie wobec zespołu, co przekłada się na samodzielność w działaniu pracownika. Oczywiście, sposób budowy relacji z kadrami powinien być dostosowywany zawsze do typu i specyfiki organizacji, ale kluczowe wartości poszukiwane przez pracowników pozostają takie same.

Żółta lampka dla szefa

Pozytywne postawy specjalistów wobec szefów nie oznaczają jednak, że nie planują oni zmian na drodze zawodowej.  6 na 10 specjalistów badanych przez Pracuj.pl jesienią 2018 roku wskazywało, że chce szukać nowej pracy. Ich postawy kształtowane są jednak przez wzrost ambicji. Byliby oni skłonni zmienić firmę i przełożonych, jeśli w nowym miejscu mieliby zapewnione nie tylko lepsze zarobki, ale także możliwości rozwoju zawodowego.szef_okiem_specjalisty_03szef_okiem_specjalisty_04

Jak podkreślają eksperci Pracuj.pl, kwestie związane z rozwojem zawodowym mogą skutecznie zachęcać pracownika do przeniesienia się w nowe miejsce – mimo dobrych relacji interpersonalnych w obecnej pracy. Dlatego szefowie powinni zwracać szczególną uwagę na te czynniki.

Czym więc zdaniem specjalistów charakteryzuje się dobry pracodawca? Gwarantuje wyższe zarobki, rozdziela ciekawe obowiązki, umożliwia pięcie się po kolejnych szczeblach kariery. W kontekście tych danych przełożeni powinni patrzeć na swoje zespoły nie tylko pod kątem pozytywnej relacji, ale także aspiracji swojego zespołu.

Konstancja Zyzik, ekspert Pracuj.pl, Talent Acquisition & Employer Branding Manager
Konstancja Zyzik, ekspert Pracuj.pl, Talent Acquisition & Employer Branding Manager

Adresowanie przez podwładnego potrzeby zmian związanych z którymś z wyliczonych czynników powinno stanowić dla szefa żółtą lamkę ostrzegawczą. Specjaliści chcą czuć się docenieni za osiągnięcia i mieć przekonanie, że zarówno szef, jak i firma mają pomysł na rozwój zatrudnianych osób. To trudna sztuka, bo obecnie w pracy zawodowej spotyka się w jednym miejscu wiele pokoleń, które ze sobą współpracują. Różnią je wartości i oczekiwania, wychowywały się w innych rzeczywistościach i inaczej postrzegają szacunek, plany rozwojowe, dobre relacje. Na pewno największą wagę do partnerskich relacji przykładają przedstawiciele Pokoleń Y i Z, ale nie można lekceważyć innych grup w tym zakresie – mówi Konstancja Zyzik, ekspert Pracuj.pl, Talent Acquisition & Employer Branding Manager. szef_okiem_specjalisty_05

Razem w górę

Poczucie wartości jest istotne dla pracowników na całym świecie. Według globalnego raportu firmy O.C. Tanner, opartego na wypowiedziach 200 000 badanych, 79% pracowników odchodzących z pracy potwierdzało, że jednym z powodów ich decyzji było poczucie bycia niedocenionym. Raport Pracuj.pl „Specjaliści 2018” wykazał, że podobne postawy przyjmuje 49% badanych specjalistów w Polsce.

Chcąc się rozwijać, współczesny szef z jednej strony może się cieszyć z bardziej partnerskich relacji z podwładnymi, ale musi też bardzo uważać na ryzyka związane z dużą rywalizacją o pracowników. Jak pokazują ustalenia badaczy, kluczowe w tym procesie jest budowanie poczucia wartości zespołu oraz świadomości, że mogą liczyć na wsparcie swojej firmy.

Kurs euro pod presją. Oczekiwanie na łagodny Brexit wspiera funta

Ogólny obraz krajowego rynku walutowym wciąż nie zmienia się istotnie. Rynek na razie cierpliwie czeka na ostateczne rozstrzygnięcia globalne, niemniej nie można wykluczyć, że przedłużająca się niepewność może zacząć podbijać awersję do ryzyka, na czym zapewne stracą waluty ryzykowne. EUR/PLN na razie jednak „trzyma się” okolic 4,29.

Choć najdłuższy w historii USA shutdownu zakończył podpisaniem ustawy przez prezydenta, to jednak D.Trump ostrzegał, że jeśli Kongres nie zapewni „uczciwego porozumienia” do 15 lutego, to ponownie doprowadzi do zawieszenia rządu federalnego lub użyje swoich uprawnień w sprawie nadzwyczajnej sytuacji na granicy z Meksykiem. Wg S&P Global Ratings zawieszenie działań rządu federalnego kosztowało amerykańską gospodarkę co najmniej 6 mld USA, a groźba jego wznowienia może negatywnie wpływać na nastroje w kręgach biznesowych i na rynkach finansowych. Nerwowość nie opuszcza też tematu sporu handlowego USA-Chiny. Uwagę przyciągać będą teraz zaplanowane na ten tydzień rozmowy handlowe, a wg L.Kudlowa będą one kluczowe dla stosunków pomiędzy dwoma mocarstwami. W środę doradca prezydenta USA M.Pillsbury mówił jednak, aby nie oczekiwać rychłego przełomu w negocjacjach z Chinami. Zasugerował, że Chińczycy preferują zawieranie umów w ostatniej chwili, aby uzyskać najlepszy możliwy wynik. Taki styl negocjacji miał miejsce w przeszłości i teraz też tak może być. Niemniej w dłuższym terminie osiągnięcie porozumienia jest możliwe, gdyż „Trump bardzo dba o tą sprawę”. Nadal niewiadomą pozostaje też Brexit, niemniej rynek obecnie wyklucza możliwość braku porozumienia Londynu z Brukselą, choć takie ryzyko polityczne wciąż istnieje. Coraz głośniej mówi się, że premier May odsunie w czasie datę opuszczenia UE przez UK, aby uniknąć wyjścia nieuporządkowanego. Rynek nie wyklucza też drugiego referendum, co mogłoby oznaczać brak Brexitu, choć jest to opcja mniej prawdopodobna. Oczekiwanie na pozytywną dla obydwu stron formę Brexitu wyraźnie wspiera brytyjskiego funta. W ostatnich dniach GBP/USD wzrósł do blisko 1,32. Podtrzymanie popytu na GBP, widoczne jest również na parze GBP/PLN, który obecnie testuje 4,96 – najwyższego poziomu od lipca 2018 r.

Tymczasem euro pozostaje głównie pod wyraźną presją słabych wyników gospodarczych Wspólnoty mogących rzutować na politykę monetarną EBC, co powoduje, że inne czynniki (obecnie, wydawałoby się pozytywne dla wspólnej waluty) schodzą na drugi plan.  Spowolnienie gospodarcze w strefie euro ma coraz większą szansę przekształcić się w recesję. Tak przynajmniej sygnalizują najnowsze odczyty PMI, które w strefie euro osiągnęły najniższy poziom od 2013 roku. Słabną też nastroje gospodarcze, co szczególnie widać po odczytach dla Niemiec (Ifo w styczniu na poziomie 99,1 pkt). Spowalnianie EZ widzi też EBC. Podczas czwartkowego posiedzenia, prezes M. Draghi, zwrócił uwagę na zmianę bilansu ryzyka dla prognozy wzrostu gospodarczego w stronę negatywną. EBC nadal jednak dostrzega duży potencjał popytu wewnętrznego zwłaszcza w odniesieniu do presji kosztowych i inflacji. Niemniej euro łatwo nie poddaje się, w zeszłym tygodni wybraniając wsparcie na 1,13 USD.

W najbliższych dniach spodziewamy się, że gołębich minutes RPP (z zaznaczeniem, że stopy procentowe w Polsce mogą pozostać niezmienione nawet do końca kadencji obecnej Rady w 2022r.) zostanie zrównoważone przez ostrożny Fed (brak sygnału do pospiechu w normalizacji polityki pieniężnej) i pozytywny klimat wokół rozmów handlowych między USA a Chinami powinny skutkować utrzymaniem EUR/PLN w okolicach 4,29.

Wykres dnia: Oczekiwanie na łagodny Brexit wspiera brytyjskiego funta. Poniżej kurs GBP/PLN ciągnięty w górę przez rosnące notowania GBP/USD.

Oczekiwanie na łagodny Brexit wspiera brytyjskiego funta
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Imigranci z Dalekiego Wschodu remedium na deficyt pracowniczy

Drastycznie zwiększające się zapotrzebowanie na pracę oraz emigracja pracowników z Ukrainy do innych krajów Europy Zachodniej powodują, iż polscy pracodawcy coraz częściej decydują się na zatrudnianie kadry pracowniczej z Dalekiego Wschodu. Czy tego typu praktyki są dobrym kierunkiem dla polskiej gospodarki? Na to pytanie odpowiada prezes firmy Smart Work – Mariusz Hoszowski.

Mariusz Hoszowski -  Prezes firmy Smart Work
Mariusz Hoszowski –  Prezes firmy Smart Work

Rosnąca niechęć Polaków do podjęcia określonych stanowisk pracy oraz niski poziom bezrobocia sprawił, iż aktualnie na rynku odnotowuje się deficyt pracowniczy w wielu gałęziach gospodarki. W konsekwencji, polscy pracodawcy zaczęli inwestować w pracowników zagranicznych – głównie z Ukrainy, choć coraz częściej również w osoby z Dalekiego Wschodu, czyli z Nepalu, Indii lub Bangladeszu. Jak mówi Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work, tego typu kadra pracownicza trafia do Polski już od dłuższego czasu, jednak dopiero od 2-3 lat zauważalny jest znaczący wzrost ilości wydawanych zezwoleń na pracę: „Pracownicy z Dalekiego Wchodu przyjeżdżają do nas głównie z Nepalu, Indii i Bangladeszu oraz w mniejszym stopniu z Indonezji lub Filipin. Przyczynę ich zwiększającej się liczby upatruje się nie tylko w trudnej sytuacji ekonomicznej zaistniałej w ich rodzimych krajach, ale w samym spadku ilości pracowników z Europy Wschodniej skłonnych do przyjazdu do Polski. Co więcej, branże takie jak przetwórstwo mięsa i ryb w tej chwili oparte są głównie na pracownikach z Dalekiego Wschodu, gdyż ani Polacy, ani Ukraińcy nie chcą już podejmować pracy na stanowiskach produkcyjnych w tych sektorach, a bez dalekowschodnich pracowników branże te nie miałyby aktualnie możliwości funkcjonowania w Polsce.”

Profil pracownika

Jakiego typu pracownicy z Dalekiego Wchodu przyjeżdżają do Polski? Są to głównie osoby niewykwalifikowane, choć w przypadku branży budowlanej można spotkać wielu pracowników z doświadczeniem, wcześniej wyjeżdżających do Zatoki Perskiej i pracujących przy rozbudowie m.in. Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Charakterystyczne są także widoczne różnice cywilizacyjne oraz wyznaniowe. Wśród dalekowschodnich pracowników spotyka się wyznawców islamu, hinduizmu oraz buddyzmu, a ich sama znajomość języka angielskiego jest na bardzo niskim poziomie. Znaczna większość osób nigdy nie miała do czynienia z przemysłem, czego przykładem są Nepalczycy. Nepal nie posiada rozwiniętego przemysłu tak jak w krajach europejskich, dlatego pracownicy nepalscy trafiający do naszych realiów nie są przyzwyczajeni do pracy w pewnym reżimie godzinowym. Zdarza się również, że Polskę traktują jako drzwi do Europy – w szczególności do Portugalii, gdzie znajduje się duża diaspora nepalska.” – mówi Mariusz Hoszowski, Prezes firmy Smart Work. W jaki sposób więc polscy pracodawcy mają korzystać z tego typu kadry pracowniczej?

Sposoby na przełamanie barier

Według opinii wielu pracodawców, pracownicy z Dalekiego Wschodu szybko przystosowują się do polskich warunków. W tym procesie szczególną rolę odgrywa tak zwany okres przejściowy, na który składają się wszelkiego rodzaju szkolenia pomagające w przyswojeniu zasad bezpieczeństwa pracy, pokonywaniu barier cywilizacyjno-kulturowych lub zmiana w działaniach organizacji przyjmujących pracowników, na przykład w zakresie tłumaczenia dokumentacji na język dla nich zrozumiały. Co więcej, bardzo ważne jest również stanowisko koordynatora posługującego się ojczystym językiem przyjętej grupy pracowniczej, który pełni rolę tłumacza lub osoby kierującej pracą oraz przydziałem konkretnych zadań, a także pomaga w rozwiązywaniu bieżących problemów. W przypadku aspektu zarobkowego, pracownicy z Dalekiego Wschodu mają niższe oczekiwania odnośnie wynagrodzenia i warunków mieszkaniowych od pracowników dostępnych obecnie na rynku.

Dalekowschodni pracownik = przyszłość polskiej gospodarki?

Czy dalekowschodni pracownicy to kierunek perspektywiczny dla Polski? Zdaniem Mariusza Hoszowskiego, rozwiązaniem dla polskiej gospodarki z pewnością jest dywersyfikacja kierunków pozyskiwania pracowników i otwartość na obcokrajowców. Nie można jednak traktować samych pracowników z Dalekiego Wchodu jako sposobu na uzupełnienie luk w głównym trzonie kadry pracowniczej, lecz jako jej dodatkowe wsparcie: „Jeżeli chcielibyśmy utrzymać aktualne tempo wzrostu gospodarczego do 2050 roku, Polska musi przyjąć około 5 mln imigrantów tylko po to, aby utrzymać obecny stan rozwoju. Zakładając jednak, że będzie on niższy, to i tak nie mówimy o tysiącach pracowników, a o milionach. Z racji występujących problemów w procedurach zatrudniania osób z Dalekiego Wschodu, przepływie danych w urzędach wojewódzkich oraz pozyskiwaniu wiz do Polski, na dzień dzisiejszy polscy pracodawcy mają zbyt dużą niepewność czasu oraz możliwej długości zatrudnienia takich pracowników. Przełomem w tej sytuacji z pewnością byłoby wprowadzenie szeregu ułatwień, dzięki którym proces zatrudnienia obcokrajowców stałby się pewniejszy i szybszy, co pozwoliłby na łatwiejsze sprowadzanie do kraju nie tylko niewykwalifikowanych pracowników zagranicznych, ale również konkretnych specjalistów”.

Wyrok ws. kredytu we frankach: wypłata kredytu w innej walucie

Konsumenci coraz częściej podejmują przed sądem walkę o podważenie ważności poszczególnych zapisów bądź też ważności całych tzw. umów frankowych. Jednym z głównych zarzutów, na jaki powołują się kredytobiorcy w kierowanych przeciw bankom pozwach, jest zawarcie niedozwolonych klauzul w umowach kredytu. Jedne sądy przychylają się do tych zarzutów, inne nie. W orzecznictwie istnieje co do tej kwestii rozbieżność. W wyroku z 8 listopada 2018 r. Sąd Okręgowy w Warszawie stwierdził, że: „(…) zastosowane w umowach postanowienia denominacyjne nie są niedozwolonymi postanowieniami umownymi w rozumieniu art. 385¹ § 1 k.c.” (sygn. akt I C 157/17).

Zgodnie z art. 385¹ § 1 zd. 1 Kodeksu cywilnego: „Postanowienia umowy zawieranej z konsumentem nieuzgodnione indywidualnie nie wiążą go, jeżeli kształtują jego prawa i obowiązki w sposób sprzeczny z dobrymi obyczajami, rażąco naruszając jego interesy (niedozwolone postanowienia umowne)” (Dz.U. 1964 nr 16, poz. 93 ze zm.).

Przepis art. 69 ust. 2 ustawy – Prawo bankowe (Dz.U. 1997 nr 140, poz. 939, ze zm.) określa niezbędne elementy, jakie powinna zawierać umowa kredytu. Wymienia wśród nich m.in.: kwotę i walutę kredytu, zasady i termin spłaty kredytu, wysokość oprocentowania kredytu i warunki jego zmiany. W pkt. 4a precyzuje, że w przypadku zawarcia umowy kredytu indeksowanego bądź denominowanego do waluty innej niż polska, w umowie tej powinny się znaleźć „szczegółowe zasady określania sposobów i terminów ustalania kursu wymiany walut, na podstawie którego w szczególności wyliczana jest kwota kredytu, jego transz i rat kapitałowo-odsetkowych oraz zasad przeliczania na walutę wypłaty albo spłaty kredytu” (art. 69 ust. 2 pkt 4a ustawy – Prawo bankowe).

Kredyt indeksowany i kredyt denominowany

Kredyt indeksowany do waluty innej niż polska to umowa, której przedmiotem jest udzielenie kredytu w kwocie wyrażonej w walucie polskiej, ale ostateczna kwota kapitału, do spłaty której zobowiązany będzie kredytobiorca, zostaje ustalona wg kursu wymiany tej obcej waluty obowiązującego w dniu podpisania kredytu. Jego raty są określone w walucie obcej, ale spłata następuje w złotówkach, po kursie obowiązującym w banku w dniu spłaty.

W sierpniu 2018 r. sprawa umowy kredytu indeksowanego do franka szwajcarskiego (CHF) była przedmiotem rozstrzygnięcia Sądu Okręgowego w Warszawie. Sąd uznał wniesione przeciw udzielającemu kredyt bankowi powództwo w zakresie, w jakim dotyczyło zawartych w umowie kredytu klauzul abuzywnych, za jakie sąd uznał zapisy dotyczące indeksacji. Nakazał bankowi zwrot kredytobiorcom nadwyżki nadpłaconej przez nich sumy rat kredytowych nad kwotą należną, obliczoną po wyeliminowaniu tych zapisów.

„W ocenie Sądu, w realiach niniejszej sprawy występują przesłanki do uznania postanowień przewidujących indeksację kredytu za postanowienia niedozwolone. Taki wniosek wynika z przeprowadzonej oceny kształtu postanowień, które z jednej strony różnicują wysokość kursu przyjętego dla przeliczeń kwoty kredytu z PLN na CHF, a następnie przeliczeń wysokości wymaganej spłaty z CHF na PLN, a z drugiej strony – pozwalają kredytodawcy na swobodne ustalenie wysokości każdego z tych kursów” (wyrok z 08.08.2018 r., sygn. akt XXV C 590/16).

Równo trzy miesiące później zgoła odmienne stanowisko Sąd Okręgowy w Warszawie zajął w podobnej sprawie, dotyczącej jednak umowy kredytu denominowanego.

Kredyt denominowany do obcej waluty to umowa, której przedmiotem jest kwota wyrażona w walucie obcej, a wypłata następuje w złotówkach po przeliczeniu wg kursu waluty obcej obowiązującego w momencie wypłaty. Spłata kredytu następuje w ten sposób, że kredytobiorca spłaca ratę w złotówkach, stanowiącą równowartość raty w obcej walucie. Ustalenie wysokości raty w złotówkach następuje po przeliczeniu wg kursu sprzedaży tej obcej waluty obowiązującego np. na dwa dniu przed terminem spłaty raty.

Pozew o unieważnienie umowy

W lutym 2017 r. kredytobiorca wniósł pozew o zasądzenie na jego rzecz od banku ponad 334 tys. złotych oraz ponad 381 tys. franków szwajcarskich wraz z ustawowymi odsetkami. Podstawą roszczenia był zarzut nieważności zawartej przez niego umowy kredytowej z bankiem. Przyczyną tej nieważności zdaniem powoda było zawarcie w umowie niedozwolonych postanowień.

W opinii powoda zawarł on umowę kredytu w walucie polskiej, bo w takiej walucie kredyt został mu wypłacony. Kurs franka szwajcarskiego wykorzystywany był jedynie do jego waloryzacji. Przy czym tu właśnie dopatrywał się abuzywności postanowień umownych, z powodu braku ograniczeń swobody banku w wyznaczaniu kursu CHF. To z kolei dawało bankowi możliwość manipulowania wysokością rat i kwoty kredytu do spłaty, a dokładne określenie kwoty kredytu jest koniecznym elementem umowy kredytu. Kredytobiorca podniósł, że brak ustawowych elementów umowy stanowi zgodnie z art. 58 § 1 Kodeksu cywilnego podstawę do stwierdzenia jej nieważności. W konsekwencji powód domagał się zwrotu wpłaconych na rzecz banku kwot, jako nienależnych bankowi.

Umowa nazwana

Sąd oddalił powództwo, stwierdzając, że to powód wyraził chęć uzyskania u pozwanego kredytu, poszukując w tym zakresie produktu z najkorzystniejszym dla siebie oprocentowaniem. Bank w odpowiedzi przedstawił powodowi ofertę, która mogłaby sprostać tym potrzebom. Z akt sprawy wynikało, że bank udzielił powodowi kredytu w kwocie 757 650 CHF, ale to właśnie na wniosek powoda został mu wypłacony w PLN. Nic nie stało na przeszkodzie, by powód zawarł umowę kredytu jedynie złotowego. „Powód zdecydował się na zaciągnięcie kredytu we franku szwajcarskim z uwagi na atrakcyjność raty, która była znacznie niższa aniżeli w przypadku kredytu złotowego” (sygn. akt I C 157/17).

Strony zawarły więc umowę kredytu denominowanego, a bank oddał powodowi do dyspozycji określoną kwotę pieniędzy, na zasadach ustalonych przez strony w umowie kredytu. W zamian za to powód zobowiązał się zwracać bankowi w ratach wykorzystaną kwotę kredytu i do zapłaty odsetek. Nie trafiony jest zatem zarzut pobrania przez bank świadczenia nienależnego. Nie ma również podstaw, by podważać dopuszczalność takich konstrukcji prawnych, skoro możliwość zawierania umów kredytu denominowanego przewiduje ustawa – Prawo bankowe.

Kursy walut nie zależą tylko od banków

Sąd nie zgodził się z kredytobiorcą co do tego, że zastosowane w umowie postanowienia denominacyjne stanowią klauzule abuzywne w rozumieniu art. 385¹ § 1 Kodeksu cywilnego. Jak wskazał sąd, stanowiący miernik denominacji kurs franka szwajcarskiego nie jest ustalany przez bank jednostronnie i dowolnie. Bank jest bowiem zobowiązany na podstawie art. 111 ust. 1 pkt 3 Prawa bankowego ogłaszać w miejscu wykonywania czynności stosowane kursy walut. Obowiązek ten nie służy jedynie do wyliczenia waloryzacji kredytów indeksowanych, ale także do wielu innych czynności bankowych. Prawa rynku wymuszają na banku stosowanie konkurencyjnych kursów wymiany walut. Zatem na ostateczny kurs publikowany w tabeli mają wpływ również inne czynniki, a nie jak podnosił powód – jedynie bank.

Kredytobiorca godził się na ryzyko

Sąd zgodził się z pozwanym, który wskazał w odpowiedzi na pozew, że powód świadomie przystąpił i zawarł umowę o kredyt we frankach. Przemawiają za tym zarówno jego doświadczenie, jak i posiadane kwalifikacje w zakresie inwestycji na rynku nieruchomości. Był zatem świadomy, czym jest ryzyko kursowe oraz rozumiał mechanizmy kształtujące wysokość rat spłaty kredytu.

„Należy wyraźnie stwierdzić, że powód dokonał świadomie wyboru kredytu i jego warunków, które to w chwili zawierania umowy niewątpliwie były dla niego korzystne. Dopiero z perspektywy czasu ocenił, że kredyt nie był dla niego korzystny, jak się tego spodziewał, co było jednak przede wszystkim wynikiem wzrostu kursu, natomiast nie było to wynikiem naruszenia dobrych obyczajów przy zawieraniu umowy kredytu” (sygn. akt I C 157/17).

Każda umowa wymaga indywidualnej oceny

W swoim rozstrzygnięciu Sąd Okręgowy w Warszawie zawarł stwierdzenie, że zawarte w umowie kredytu postanowienia denominacyjne nie stanowią klauzul abuzywnych. Ustalenia przez strony odnośnie do wypłaty kredytu w innej walucie niż waluta kredytu nie są sprzeczne z naturą tego zobowiązania, nie naruszają prawa ani zasad współżycia społecznego.

W judykaturze istnieje jednak ogromna rozbieżność w przedmiocie dopuszczalności w umowach kredytu klauzul denominacyjnych. W wyroku z 13 lipca 2016 r. Sąd Okręgowy w Toruniu uznał, że kredyt denominowany jest kredytem w walucie polskiej, nie jest więc kredytem walutowym (sygn. akt I C 916/16). Sąd Okręgowy w Warszawie w wyroku z 2 grudnia 2016 r. (sygn. akt III C 75/16) oraz Sąd Apelacyjny w Białymstoku w wyroku z 17 stycznia 2018 r. (sygn. akt I ACa 647/17) stwierdzały nieważność umów kredytu denominowanego.

Niemniej jak wskazał Sąd Okręgowy w Warszawie w niniejszej sprawie: „(…) dla rozstrzygnięcia sprawy nie mają decydującego znaczenia uprzednio wydane orzeczenia sądowe w innych sprawach, albowiem każdorazowo sąd obowiązany jest do dokonania całościowej oceny materiału dowodowego w celu ustalenia wiążącej strony treści stosunku prawnego” (sygn. akt I C 157/17).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ile zarobisz w branży nieruchomości – aktualne stawki wynagrodzeń

Duży popyt na inwestycje sprawia, że branża nieruchomości w Polsce intensywnie się rozwija. Ze względu na dynamikę i konkurencyjność rynku, rekrutacja zaangażowanych i wysoko wykwalifikowanych pracowników staje się coraz większym wyzwaniem. Krzysztof Butyński, managing consultant w Michael Page odpowiadający za rekrutację w obszarze nieruchomości i w budownictwie, analizuje jakich specjalistów potrzebują firmy oraz przedstawia ich średnie wynagrodzenia.

Najbardziej pożądani specjaliści w branży

Krzysztof Butyński, managing consultant w Michael Page
Krzysztof Butyński, managing consultant w Michael Page

W Polsce branża nieruchomości odnotowuje bardzo dobre tempo wzrostu. Napędzana jest głównie przez sektor magazynowy, biurowy, mieszkaniowy i hotelowy. Wg raportu EY, Polska jest liderem regionu CEE pod względem wartości transakcji na rynku nieruchomości, które w 2017 r. sięgnęły rekordowego poziomu 5 mld euro. Jednak znaczny wzrost kosztów inwestycji budowlanych sprawia, że deweloperzy stają również w obliczu nowego wyzwania, jakim jest optymalizacja wydatków. W związku z tym w branży zauważalne jest duże zapotrzebowanie na konkretnych specjalistów potrafiących zarządzać budżetem inwestycji. Tym obszarem często zajmują się cost managerowie. Do obowiązków takich osób należą również: estymacja kosztów, współpraca z kierownikami projektu i inżynierami budowy, organizacja i rozstrzyganie przetargów i finalne rozliczanie inwestycji. Obecnie, pensje cost managerów oscylują wokół 10-15 tys. zł brutto miesięcznie i są o ok. 20-30 proc. większe niż jeszcze rok temu.

W branży nieruchomości cenieni są również land managerowie, których zadaniem jest znalezienie i pozyskanie atrakcyjnego gruntu. Obecnie ich pensje wahają się między 10-16 tys. zł brutto, jednak najczęściej wynoszą średnio 12 tys. zł brutto. Na oferty pracy nie powinni także narzekać kierownicy projektów, którzy czuwają nad realizacją inwestycji. Od kandydatów na to stanowisko oczekuje się również kompetencji interpersonalnych z uwagi na konieczność utrzymania pozytywnych relacji ze wszystkimi stronami procesu inwestycyjnego. Kierownik projektu może liczyć w Polsce na zarobki rzędu 14-20 tys. zł brutto miesięcznie, przy czym średnie wynagrodzenia oferowane na tym stanowisku wynoszą 17 tys. zł brutto. Natomiast, kandydaci z 8-10 letnim doświadczeniem na wymagających projektach, na przykład z segmentu biurowego, mogą oczekiwać pensji rzędu nawet do 30 tys. zł brutto miesięcznie. Warto przy tym dodać, że kandydaci coraz bardziej nastawieni są na współpracę w oparciu o własną działalność gospodarczą.

Bez większych trudności pracę w nieruchomościach powinni znaleźć również leasing managerowie, którzy odpowiadają za komercjalizację nieruchomości i przyciągnięcie do punktów potencjalnych najemców. Wynagrodzenia takich osób oscylują między 11-18 tys. zł brutto miesięcznie, jednak najczęściej otrzymują oni pensję w wysokości 14 tys. zł brutto.

Na pensje między 8-15 tys. zł brutto miesięcznie mogą liczyć property managerowie. Najczęściej takim osobom oferuje się średnie wynagrodzenie rzędu 12 tys. zł brutto. Do zadań takich specjalistów należy zarządzanie operacyjne budynkami biurowymi, handlowymi, hotelowymi lub magazynowymi. Niezmienną popularnością w branży cieszą się również assect managerowie, którzy odpowiadają za funkcjonowanie obiektu i wzrost wartości całej inwestycji. Ich wynagrodzenia wynoszą od 18 do 30 tys. zł brutto miesięcznie, przy czym najczęściej otrzymują średnio ok. 21 tys. zł brutto miesięcznie. W nieruchomościach zauważalne jest także duże zapotrzebowanie na specjalistów zajmujących się zarządzaniem technicznym nieruchomościami. Facility managerowie mogą liczyć na wynagrodzenie między 8-16 tys. zł brutto miesięcznie, jednak najczęściej oferowana stawka wynosi średnio 14 tys. zł brutto miesięcznie. Natomiast, kierownik projektu ds. Fit-Out, który zajmuje się aranżacją i wykończeniem wnętrz komercyjnych może spodziewać się pensji między 12-23 tys. zł brutto miesięcznie. Średnio, specjaliści na tym stanowisku otrzymują wynagrodzenie w wysokości 16 tys. zł brutto miesięcznie.

Rynek zmierza ku stabilizacji

Wg danych GUS w grudniu 2018 r. stopa bezrobocia w Polsce wyniosła 5,8 proc. i była najniższa od 28 lat. Deficyt wykwalifikowanych pracowników odczuwa również branża nieruchomości, a walka o pozyskanie dobrego kandydata oddziałuje również na wysokość oferowanych wynagrodzeń. Choć minione lata cechował bardzo intensywny wzrost rynku nieruchomości, to jednak możemy zauważyć, że pod względem wysokości pensji, rynek zaczął wkraczać już w fazę stabilizacji. Mimo to dalej widoczne są duże rozbieżności w stawkach oferowanych osobom na tym samym stanowisku. Na wysokość pensji w nieruchomościach wpływa wiele czynników, takich jak m.in. doświadczenie i staż pracy, branża, w jakiej dana firma deweloperska działa (np. handlowa, magazynowa, biurowa, czy mieszkaniowa), zakres obowiązków i odpowiedzialność jaka spoczywa na danym specjaliście oraz ilość prowadzonych przez niego projektów. Ponadto, większych zarobków mogą spodziewać się osoby dobrze znający języki obce, pracujący w dużych firmach deweloperskich, zlokalizowanych w dużych miastach oraz ci, którzy już wcześniej piastowali analogiczne stanowisko w konkurencyjnej firmie.

Rynek budowlany w sześciu krajach Europy Środkowo-Wschodniej wydaje się przegrzany

Udział nowych inwestycji biurowych w całkowitej podaży w sektorze biurowym w stolicach 6 krajów Europy Środkowo-Wschodniej (region CEE-6) osiągnął najwyższy pułap w cyklu i kształtuje się on na poziomie 10%-21%. W miastach regionalnych w Polsce przedział ten wyniósł 10%-28%. Szczytowe wartości są także odnotowywane w sektorze magazynowym w całym regionie CEE. Tak wynika z danych Colliers International, globalnej firmy doradczej z sektora nieruchomości.

Dane zostały opublikowane w najnowszym raporcie Colliers pt. „CEE construction markets: The Icarus effect”

Mark Robinson, specjalista ds. badań rynku w regionie CEE w Colliers International, wyjaśnia: „W mitologii greckiej Ikar za bardzo zbliżył się podczas lotu do słońca, którego promienie rozpuściły wosk na jego skrzydłach. To sprawiło, że śmiałek runął do morza. Według nas jest to stosowna analogia dla obecnej sytuacji na rynku budowlanym w regionie CEE. Wydaje się, że wskaźnik koniunktury ESI (ang. economic sentiment indicator) dalej rośnie, pomimo osiągnięcia ostatnio rekordowych wartości w większości państw Europy Środkowo-Wschodniej. Analizując szczytowy okres ostatniego cyklu w latach 2007-2008, stwierdziliśmy, że to zwyżkujące koszty budowy i ceny przełożyły się, po osiągnięciu rekordowego poziomu, na późniejsze spadki jeszcze przed wybuchem globalnego kryzysu finansowego w 2008-2009 r.”.

Okazuje się, że to niedobór pracowników wydaje się szczególnie zwiększać koszty budowy. Przy prawdopodobnie porównywalnym do ubiegłego roku tempie wzrostu płacy minimalnej i średniej w regionie CEE-6 w 2019 r. presja będzie rosnąć. W naszej opinii najpoważniejsze problemy w zakresie niedoboru pracowników i kształtowania się cen występują w Rumunii i na Węgrzech, podczas gdy tempo wzrostu popytu wydaje się mniejsze na Słowacji, a może także spaść w Czechach. Wygląda na to, że najmniejsze obawy dotyczące podaży może mieć obecnie Bułgaria. Natomiast rozmiar i płynność rynku w Polsce, mogą złagodzić skutki ewentualnego spowolnienia.

Jonathan Cohen, Senior Partner, Dyrektor Działu Doradztwa Budowlanego Colliers International w Polsce
Jonathan Cohen, Senior Partner, Dyrektor Działu Doradztwa Budowlanego Colliers International w Polsce

“W przeciwieństwie do roku 2008, w którym pomimo spadku inwestycji w nieruchomości komercyjne, statystyki dotyczące gospodarki i zatrudnienia wzrosły dzięki inwestycjom infrastrukturalnym w UE i inwestycjom BPO / SSC, po decyzji o Brexicie oraz obniżeniu i relokacji funduszy strukturalnych w UE, Polska może mieć niższe wydatki na infrastrukturę, czego efektem mogą być nadwyżki zasobów produkcyjnych w sektorze budowlanym. Będą one dodatkowo spotęgowane, gdy polscy i ukraińscy pracownicy powrócą z rynków zachodnioeuropejskich,” komentuje Jonathan Cohen, Senior Partner, Dyrektor Działu Doradztwa Budowlanego Colliers International w Polsce.

Wróćmy na ziemię

Poprosiliśmy naszych ekspertów ds. wycen nieruchomości w regionie CEE o wyrażenie opinii na temat tego, jakie czynniki mogą obecnie być istotne dla deweloperów inwestujących w nieruchomości komercyjne. We wszystkich krajach poza Polską na pierwszym miejscu wymieniano popyt ze strony klientów. Dlaczego Polska jest tutaj wyjątkiem? Możliwym wytłumaczeniem jest utrzymująca się stabilna podaż nowych inwestycji budowlanych w polskich miastach. Deweloperzy działający na bardziej płynnym rynku biurowym mogą z większą pewnością podchodzić do budowania spekulacyjnego. Nawet w sektorze magazynowym ilość powierzchni znajdującej się obecnie w budowie, jako odsetek całkowitej podaży przestrzeni magazynowej w Warszawie (6%) i w 8 miastach regionalnych w Polsce (średnio 13%) jest większa niż w Pradze i Budapeszcie (w obu przypadkach jest to 5%). Najważniejszymi czynnikami dla polskich deweloperów są obecnie koszty pracy oraz materiałów.

Niska podaż pracowników topi skrzydła

Zarówno w regionie CEE, jak i w całej UE, wzrost płac i trudności w pozyskaniu pracowników pod koniec 2018 r. to problemy jeszcze bardziej dotkliwe niż w latach 2006-2007. Coraz trudniej o rentowną działalność w sytuacji, gdy płace w ciągu niespełna 3 lat wzrosły o jedną czwartą, a w niektórych przypadkach nawet o połowę. W ciągu ostatnich 12 miesięcy koszty realizacji typowych inwestycji biurowych w dzielnicach biznesowych w stolicach regionu CEE-6 wzrosły o ok. 5%-17%. Wygląda na to, że rok 2019 będzie kolejnym rokiem wzrostu płac w regionie. Szacujemy, że krajowy poziom płac wzrośnie rok do roku o 5%-10%, a płaca minimalna we wszystkich branżach zanotuje wzrost o 7%-10%, przy możliwych wynikach skrajnych, takich jak ogłoszony niedawno przez Rumunię wzrost minimalnego wynagrodzenia robotników budowlanych o oszałamiające 58% w skali rok do roku. Koszty budowy mogą więc dalej rosnąć, przy jednocześnie spadającym powoli popycie.

Pięta achillesowa. Czy spadki się utrzymają?

Nastroje gospodarcze w 6 krajach Europy Środkowo-Wschodniej, nawet uwzględniając odnotowywane od lutego spadki, pozostają na historycznie wysokim poziomie, nie prognozując na chwilę obecną recesji. Pogorszenie nastrojów wynika głównie z sytuacji w eksporcie i jest powiązane ze spowolnieniem gospodarczym/eksportowym w strefie Euro. Państwa regionu CEE-6 i cała Europa będzie musiała w 2019 r. stawić czoła kwestii Brexitu oraz potencjalnym problemom handlowym z USA. Sam Brexit może doprowadzić do ograniczenia inwestycji w 6 krajach regionu CEE poprzez swój wpływ na program funduszy strukturalnych UE po 2020 roku, przekładający się na sytuację w zakresie budownictwa lądowego.

Zbyt wysokie loty – skok cen inwestycji budowlanych

Nastąpił wyraźny skok poziomu cen inwestycji komercyjnych w 6 krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Zmiana kosztów budowy powierzchni najmu brutto typowej przestrzeni biurowej wielkości 15 tys. metrów kwadratowych w centralnej dzielnicy biznesowej w stolicach wahała się, według naszych specjalistów ds. wycen, w ciągu ostatniego roku w regionie CEE-6 od ok. 5% do ok. 17%. Inwestycje w Budapeszcie (wzrost o 10%-15%) i Bukareszcie (zwyżka o 11%-17%) borykały się z najwyższą presją cenową w 2018 r. W Polsce firma Colliers odnotowała dwucyfrowy wzrost kosztów w sektorze budownictwa komercyjnego, wynikający zarówno z niedoboru pracowników, jak i materiałów budowlanych. Co ciekawe, oficjalne statystyki GUS za ten sam okres wskazują na niższy wzrost kosztów w ciągu roku, co prawdopodobnie jest wynikiem korekty wcześniejszych anomalii w tym zakresie.

Czynniki podażowe rzucają wyzwanie grawitacji

Najistotniejszym ograniczeniem w całym regionie jest obecnie brak pracowników. Ograniczenia finansowe, w tym ryzyko projektowe, walutowe, koszty odsetek od zadłużenia oraz presja w zakresie płac i marży, pozostaje drugim najważniejszym czynnikiem, który przez ostatnie lata tylko w niewielkim stopniu ulegał cyklicznym wahaniom.

Wzrost płac utrzyma się w 2019 r.

Nawet biorąc pod uwagę spowolnienie gospodarcze w całej Europie i potencjalnie w regionie CEE-6, wydaje się, że presja na wzrost płac utrzyma się w regionie przez cały 2019 r. Zalecenia dotyczące płacy minimalnej mówią o wzroście w przedziale 7%-10% w ciągu tego roku. Poziomy te to punkt odniesienia dla oczekiwań najmniej wykwalifikowanych pracowników na placu budowy. Według danych Eurostatu od 2015 r. nastąpiła prawdziwa rewolucja, jeżeli chodzi o poziom wynagrodzenia w branży budowlanej w całym regionie. Pomijając podwojenie płac brutto w Rumunii pod wpływem zmian w ordynacji podatkowej, największy wzrost odnotowano na Węgrzech * (149 w porównaniu do 100 w 2015 r.), w Polsce (129) i na Słowacji (126).

* Wskaźnik wzrostu płac w budownictwie wg Eurostatu, Q3 2018 (2015 = 100)

Czym różnią się PPK od OFE?

Pracownicze Plany Kapitałowe oceniane są jako potrzebne rozwiązanie, niezbędne dla przyszłości emerytalnej Polaków. Program jest szczególnie ważny w sytuacji niżu demograficznego i zwiększających się obciążeń Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Oszczędzanie na emeryturę okazuje się niezbędne. PPK jest obecnie jedynym realnym pomysłem, który daje możliwość zgromadzenia dodatkowych kapitałów przyszłym emerytom. Otwarte Fundusze Emerytalne stanowiły część środków publicznych, a nowy program to prywatne, gromadzone oszczędności, które zabezpieczą jesień życia. To dwa zupełnie różne rozwiązania. OFE były w pewnym stopniu obligatoryjne, a PPK są dobrowolne. Pracownicy mogą, ale nie muszą oszczędzać na emeryturę w ramach tego programu. To kolejna zasadnicza różnica.

– Nie ma żadnej wątpliwości, że środki gromadzone w PPK są i będą prywatne. Wynika to z samej konstrukcji prawnej tego produktu, a nie tylko z zapisu ustawie, choć w akcie prawnym zostało to jasno zaznaczone – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Wojewódka, radca prawny, wiceprezes Instytutu Emerytalnego – Środki z Pracowniczych Planów Kapitałowych, tak samo jak lokaty bankowe, stanowią prywatną własność. Pojawia się pytanie, czy mogą zostać znacjonalizowane. Teoretycznie może się tak stać, co pokazują przykłady Cypru czy Malty – gdzie objęło to tamtejsze lokaty bankowe. Należy jednak zwrócić uwagę, że żaden rząd – bez względu na jego proweniencje polityczną – nie podejmie się działań prowadzących do utraty zaufania obywateli do systemu emerytalnego. Sama struktura prawna PPK pozwala pracownikowi na pobranie wszystkich środków w dowolnym momencie. Uczestnik może w każdej chwili wycofać swoje fundusze. Choć można mieć pewne zastrzeżenia do nowego systemu i jego założeń, to prywatność gromadzonych środków nie powinna budzić żadnych wątpliwości – podsumował Wojewódka.

Government shutdown w USA tymczasowo zawieszony

Government shutdown w USA został zawieszony, ale za 18 dni powróci, jeśli prezydent Trump nie dostanie swojego muru na granicy z Meksykiem. Z rozmrożenia administracji publicznej cieszą się przede wszystkim pracownicy sektora (otrzymają zaległe pensje), ale dla rynków to żaden przełom, zatem i reakcja jest skromna. Przed nami spokojny poniedziałek, ale za to w bardzo bogatym w wydarzenia tygodniu.

W piątek prezydent USA Donald Trump zgodził się na tymczasowe zakończenie government shutdown (GS), jeśli jednak do 15 lutego nie uzyska 5,7 mld USD na budowę muru na granicy z Meksykiem, wówczas wracamy do punktu wyjścia. Presja polityczna i niezadowolenie społeczne stały się zbyt duże, jednak biorąc pod uwagę, że żadna ze stron (Trump vs Demokraci) nie chce wyjść na przegranego w sporze, kolejny GS wciąż jest bardzo prawdopodobny. Rynki już wcześniej nie budowały premii za ryzyko w związku z GS, więc i teraz złagodzenie sytuacji nie bardzo ma z czego przynosić odreagowanie. Uszczerbek na wzroście gospodarczym pozostaje niewielki i częściowo jest do odrobienia w kolejnych kwartałach, dlatego też inwestorzy nie panikują. Z GS wiąże się natomiast psychologiczna premia niepewności wokół perspektyw polityczno-ekonomicznych największej gospodarki świata. Lista powodów do obaw w tym roku jest długa, więc jedna pozycja mniej powinna pomagać apetytowi na ryzyko, jeśli takowy zakiełkuje.

A powodów by ruszyć sentymentem w tym tygodniu nie brakuje. We wtorek ma dojść do głosowania nad poprawkami do projektu porozumienia brexitu, które m.in. przewidują wykluczenie opcji rozwodu z UE bez żadnej umowy oraz odroczenie brexitu, jeśli rząd nie będzie w stanie uzyskać większości parlamentarnej za żadnym planem. Funt ma za sobą imponujący tydzień przy wymazywaniu premii za chaotyczny brexit, jednak problemem na przyszłość pozostają odmienne wizje UE i Wielkiej Brytanii dotyczące backstopu. Weekendowe doniesienia prasowe sugerują, że Irlandia sprzeciwia się usunięciu bezterminowości backstopu (czego bardzo chce m.in. sojusznik rządu May północnoirlandzka partia DUP). Mam wrażenie, że w funcie zbudowało się zbyt dużo optymizmu jak na bałagan, który mogą zgotować brytyjscy politycy.

W środę kończy się posiedzenie FOMC, po którym nie spodziewamy się zmian w polityce pieniężnej. Nowością w tym roku jest konferencja prasowa prezesa Fed po każdym posiedzeniu i prezes Powell z pewnością wykorzysta wystąpienie do komunikacji ewentualnych zmian w nastawieniu. Po serii wypowiedzi członków FOMC w ostatnich tygodniach jest praktycznie pewne, że Fed przyjmie postawę wyczekiwania do czasu wygaszenia niestabilności rynkowej i niepewności wokół istotnych kwestii polityczno-gospodarczych. Środa i czwartek to czas kolejnej rundy negocjacji handlowych USA-Chiny, na które do Waszyngtonu zjeżdża chińska delegacja z wicepremierem Liu He. Wyraźny przełom jest mało prawdopodobny, ale oczekiwalibyśmy, że rynek dalej będzie wybiórczo szukał powodów do podtrzymania nadziei na porozumienie.

Poza tym czeka nas zalew raportów makro z USA uwolnionych po zakończeniu government shutdown z największą uwagą na raporcie NFP w piątek. W reszcie świata ważne będą HICP z Eurolandu, PKB i PMI z Polski, PMI z Chin, CPI z Australii i PKB z Kanady. Dziś natomiast tylko drugorzędna podaż pieniądza z Eurolandu i regionalne indeksy aktywności z USA. Po południu przemawiać będą prezesi EBC i Banku Anglii, więc uwaga na wskazówki dotyczące polityki monetarnej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Cztery czynniki, które wpłyną na rynki finansowe w 2019 roku

Świat rynków finansowych kończył rok 2018 z dużym bagażem nierozwiązanych problemów. Wpływały one na perspektywy globalnego ożywienia, ceny walut i surowców czy kierunki rynków akcji. Jak podkreślają eksperci, ten bagaż czynników ryzyka zabieramy na kolejny rok i wcale nie jesteśmy bogatsi o rozwiązania.

Okazuje się, że na globalną gospodarkę w 2019 roku wciąż będą wpływać czynniki, które mocno namieszały na rynku już w poprzednim roku. Przedstawiamy cztery najważniejsze z nich.

Brexit

Dla osób interesujących się rynkami finansowymi nie ma dnia, w którym nie słyszeliby czegoś nowego o Brexicie. O tym, jak absurdalna stała się cała saga rozstania Wielkiej Brytanii z Unią Europejską, niech świadczy fakt, że w Rosji powstało już specjalne słowo „brexić”. W wolnym tłumaczeniu oznacza, że ktoś się żegna, ale nie wychodzi. Po półtora roku negocjacji i na dwa miesiące przed planowaną datą „rozwodu” wciąż nie wiemy na jakich warunkach i czy w ogóle Wielka Brytania opuści UE. Wstępny projekt porozumienia między brytyjskim rządem i unijnym przedstawicielstwem został ostro skrytykowany, a w końcu odrzucony przez parlament, zapisując na kartach historii największą porażkę rządowego wniosku. Rząd premier szuka nowego pomysłu na jednoczesne udobruchanie UE, opozycji, a nawet członków własnej partii.

W 2019 rok wkroczyliśmy z bogatą paletą scenariuszy dotyczących Brexitu – od chaotycznego rozstania z UE bez żadnych uzgodnień, przez podtrzymanie unii celnej, zatwierdzenie gotowego projektu porozumienia, aż po powtórzenie referendum. Brexit może odbyć się 29 marca lub zostać odroczony. Czas ucieka, a Brytyjczycy wciąż nie wiedzą, jak będzie wyglądać ich przyszłe życie w Europie.

– Wydaje się, że zdrowy rozsądek wygra, a Brexit odbędzie się na łagodnych warunkach. Jednak na razie pozostaje duża niepewność, która gospodarczo szkodzi obu stronom. Sam „rozwód” nie będzie wydarzeniem na „raz i po kłopocie”, ale z jego skutkami Europa będzie się borykać przez dłuższy okres – podkreśla Konrad Białas, główny ekonomista Domu Maklerskiego TMS Brokers.

Polityka

Ryzyko polityczne na dobre zagościło wśród czynników, które zaprzątają głowy inwestorów. Wszelkie trendy rynkowe szybko tracą pęd w obawie, że jeden gest czy decyzja polityczna odwrócą sytuację o 180 stopni. Specyfika ryzyka politycznego polega na tym, że zwykle pojawia się nagle i jest bardzo trudne do zmierzenia. Idealnym przykładem minionego roku jest rynek ropy naftowej. Decyzja Donalda Trumpa o wycofaniu się z umowy atomowej z Iranem wywindowała jej ceny o ponad 20 proc. W kolejnym kroku Waszyngton udzielił jednak zwolnień od kar dla kluczowych odbiorców ropy, co spowodowało spadek cen o 45 proc. Jedna decyzja, olbrzymie implikacje.

W 2019 roku znów będziemy borykać się z ryzykiem nagłego zwrotu wydarzeń. Głównym „sprawcą” pozostanie wciąż prezydent USA Donald Trump. Trwający od 22 grudnia government shutdown, czyli wstrzymanie prac części administracji publicznej i niewypłacanie pensji pracownikom, jest najlepszym dowodem determinacji Trumpa do osiągnięcia swoich celów. W tym przypadku chodzi o uzyskanie środków na budowę muru na granicy z Meksykiem. Ponadto, wciąż toczy się spór budżetowy włoskiego rządu z Komisja Europejską, a we Francji możemy spodziewać się konsekwencji protestów „żółtych kamizelek” . Jest to wciąż bardzo duży bagaż powodów do nerwowości rynków w 2019 roku.

Wojny handlowe

Wojny handlowe to chwytające hasło, które krótko podsumowuje problemy globalnej gospodarki. Protekcjonizm i bariery dla wolnego handlu stają się kotwicą dla rozwoju globalnej gospodarki. Na głównym froncie wojen handlowych znajdują się obecnie USA i Chiny, ale problem jest głębszy z uwagi na skomplikowaną siatkę połączeń międzyrządowych. Mniejsze gospodarki Azji są uzależnione do handlu z Chinami, a samo Państwo Środka jest kluczowym partnerem wymiany dla UE i Japonii.

Konflikt ma więc wpływ na kłopoty całego świata. Nawet jeśli w ostatnich tygodniach słyszymy o postępach w negocjacjach, protekcjonistyczne aspiracje prezydenta Trumpa nie kończą się na Chinach. Wygrana na jednym polu bitwy może go zachęcać do kontynuacji kampanii na frontach z UE i Japonią. To poważne zagrożenie dla rozwoju inwestycji, które może hamować światowy wzrost gospodarczy.

Banki centralne

Wszystkie wymienione problemy są trudnym orzechem do zgryzienia dla banków centralnych. Po masowych obniżkach stóp procentowych, często nawet poniżej zera, kiełkuje potrzeba normalizacji polityki pieniężnej. Przede wszystkim banki chcą odbudować amunicję na przyszłe uderzenie recesji. Wyzwaniem okazuje się podwyższanie kosztu kredytu. Pierwszym odważnym była Rezerwa Federalna USA, która jednak pod presją rynków przerwała cykl podwyżek stóp procentowych. Inne banki centralne nie mają takiego komfortu i dalsze podtrzymywanie luźnej polityki grozi narastaniem poważnych nierównowag w systemie finansowym.

Decyzje decydentów w 2019 roku mogą być równie trudne, co w szczycie kryzysu finansowego. Zagadką pozostaje na ile można działać przeciwko ożywieniu teraz, żeby wciąż mieć narzędzia by je ratować podczas większych zagrożeń. Rezerwa Federalna USA, Europejski Bank Centralny, Bank Anglii i Bank Japonii – najważniejsze podmioty globalnej polityki monetarnej będą prowadzić świat finansów po nieznanych, niespokojnych wodach.

Co piąty gimnazjalista nie ćwiczy na zajęciach z WF-u. Do aktywności fizycznej młodzież zachęcać będą najlepsi sportowcy

Co piąty gimnazjalista nie ćwiczy na zajęciach z WF-u. Do aktywności fizycznej młodzież zachęcać będą najlepsi sportowcy 8

Ponad 20 proc. polskich uczniów szkół podstawowych i gimnazjów ma nadwagę. Ma to związek z tym, że nawet co piąty gimnazjalista nie ćwiczy na zajęciach z wychowania fizycznego. W dzieciach można jednak obudzić zainteresowanie sportem. Sprzyjają temu sukcesy naszych zawodników i zachęty ze strony sportowców. Pokazała to pierwsza edycja programu Drużyna Energii, w którym szkoły i uczniowie – zachęcani przez gwiazdy polskiego sportu – brali udział w sportowej rywalizacji. Teraz rusza druga edycja akcji. Każde dziecko, które uda nam się oderwać od tabletu, konsoli czy smartfona, będzie naszym wielkim sukcesem – podkreśla Grzegorz Bałkowiec z firmy Energa, inicjatora akcji.

– Kiedy byłem młodym chłopakiem, chciałem być jak Ronaldinho, nauczyć się wykonywać dokładnie takie triki. Myślę, że przez sukcesy polskiej reprezentacji czy projekty takie jak Drużyna Energii jesteśmy w stanie tę ciekawość dzieci odpowiednio pokierować – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Golonka, mistrz świata trików piłkarskich, ambasador Drużyny Energii.

Polskie dzieci mają problemy z otyłością – Instytut Żywności i Żywienia wskazuje, że nawet 23 proc. uczniów szkół podstawowych cierpli na nadwagę lub otyłość. Do tego rzadko ćwiczą. Tylko w klasach IV–VI w szkołach podstawowych zwolnienia z WF ma 15 proc. dzieci. NIK podaje, że w przypadku uczniów gimnazjum ten odsetek przekracza 20 proc. Zamiast aktywności fizycznej wybierają smartfony i tablety. Aktywność fizyczną dzieci i młodzieży wspiera Grupa Energa, która postanowiła kontynuować program Drużyna Energii.

– W pierwszej edycji zgłosiło się aż 600 szkół, a filmików, które nadesłały dzieciaki, naśladując naszych sportowych ambasadorów, było ponad 20 tys. – podkreśla Grzegorz Bałkowiec, zastępca dyrektora departamentu marketingu i komunikacji w firmie Energa. – Rozszerzamy ten projekt o kolejną dyscyplinę, jaką jest koszykówka. Jest to nasz świadomy wybór, ponieważ jesteśmy partnerem strategicznym Energa Basket Ligi Kobiet, Energa Basket Ligi Mężczyzn, a także zasilamy naszą kadrę Polski, która ma teraz szansę po 50 latach pojechać na mistrzostwa świata do Pekinu.

Program Drużyna Energii przeznaczony jest dla uczniów klas VI-VIII szkoły podstawowej. Do zgłoszenia szkoły, wystarczy nagrać trwające od 15 do 300 sekund wideo, na którym uczniowie i nauczyciele pokażą. że sport to ich pasja. Liczy się inwencja – sto najbardziej kreatywnych szkół co miesiąc będzie walczyć o lekcję WF z ambasadorami akcji. Zadaniem będzie nagranie jak największej liczby filmików, na których uczniowie wykonują ćwiczenia przygotowane przez sportowców.

Organizatorzy obliczyli, że bilans I edycji to 35 tys. spalonych kalorii i zarażenie dzieci sportową pasją.

– Myślę, że pierwsza edycja przyciągnęła dzieci tym, że tacy sportowcy jak Krzysztof Ignaczak i ludzie związani ze sportem, są w stanie bardzo dużo pokazać tym dzieciom. Tego się nie zapomina. Jak dzieci obcują z gwiazdami, które potrafią zrobić np. triki piłkarskie, to jest dla nich namacalny dowód na to, że można się tego nauczyć, że każdy, kto trochę potrenuje, będzie w stanie to zrobić – ocenia Izabela Bełcik, była siatkarka, reprezentantka Polski.

Wizyta ambasadorów – uznanych sportowców to dla dzieci wielkie wydarzenie. To oni w ramach Drużyny Energii przeprowadzają treningi i namawiają do aktywności. Pomagają im w tym narzędzia kojarzone raczej z czymś innym niż sportem, czyli internet i media społecznościowe. I to właśnie one w dużej mierze przesądziły o dużym sukcesie pierwszej edycji.

 Na początku potrzebna jest rozrywka. Jeżeli dziecko w tej dyscyplinie sportu czy w tej pasji się zakocha, to będzie szukało dalszej drogi, żeby w przyszłości robić to profesjonalnie. Mam nadzieję, że właśnie dzięki takiej atrakcyjnej formie naszego projektu jesteśmy w stanie to zaszczepić – podkreśla Krzysztof Golonka.

 Jesteśmy i w małych, i w dużych szkołach, docieramy z projektem nie tylko do dużych aglomeracji, nie tylko tam, gdzie dzieci mają okazje spotykać sportowców na imprezach sportowych, ale również do małych miejscowości, gdzie często jest to jedno z największych wydarzeń w historii miasta – mówi Robert Leszczyński, dyrektor marketingu sportowego w New Balance Polska, będącego partnerem technicznym programu Drużyna Energii.

Szkoły mogą zgłaszać się do projektu do 10 lutego za pośrednictwem strony www.DruzynaEnergii.pl. Wybrane placówki do czerwca będą rywalizować o udział w wielkim finale. Trzy najlepsze dostaną czeki na wyposażenie sali gimnastycznej w sprzęt sportowy, a najlepsza szkoła otrzyma też puchar Drużyny Energii.

Rozwój samochodów z napędem elektrycznym znacząco zwiększy zapotrzebowanie na miedź. Chce na tym skorzystać KGHM

Rozwój samochodów z napędem elektrycznym znacząco zwiększy zapotrzebowanie na miedź. Chce na tym skorzystać KGHM 9

Światowe zapotrzebowanie na miedź wzrośnie zdecydowanie dzięki rozwojowi elektromobilności. Samochody z napędem elektrycznym zawierają nawet cztery razy więcej tego surowca niż auta z silnikiem spalinowym. Dlatego, według Europejskiego Instytutu Miedzi, ich upowszechnienie może spowodować wzrost popytu na miedź o 1,7 mln ton do 2027 roku. Na wzrostowym trendzie chce skorzystać rynkowy potentat, KGHM Polska Miedź.

– Każdy samochód elektryczny oznacza kilkadziesiąt razy większe zapotrzebowanie na miedź. To oznacza, że wszystkie koncerny samochodowe, które będą partycypowały w rozwoju rynku elektromobilności, naturalnie zwiększą zapotrzebowanie na ten surowiec. A koncerny samochodowe to jeden z głównych motorów rozwoju gospodarek krajowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ireneusz Jazownik, dyrektor Centralnego Ośrodka Przetwarzania Informacji w KGHM Polska Miedź S.A.

Elektromobilność to obecnie jeden z najsilniejszych trendów w motoryzacji. Mocny akcent na rozwój nisko- i zeroemisyjnego transportu stawiają nie tylko koncerny samochodowe, lecz także obecny rząd. Rozwój elektromobilności ma umożliwić powstanie nowych branż oraz stworzyć nowy łańcuch wartości w polskim przemyśle.

Z wyliczeń Cambridge Econometrics i Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych wynika, że do 2030 roku elektryfikacja transportu drogowego przyczyni się do stworzenia około 50,8 tys. nowych miejsc pracy oraz wzrostu polskiej gospodarki o 0,3 proc. Do 2050 roku ten wzrost może sięgnąć nawet 1,1 proc. Od ubiegłego roku obowiązuje ustawa, która ma kompleksowo uregulować tę branżę i wprowadza system zachęt dla nabywców samochodów elektrycznych. Rząd liczy, że elektromobilność pobudzi innowacje i nowe technologie w polskim przemyśle motoryzacyjnym.

Na jej rozwoju chce skorzystać także miedziowy potentat, KGHM Polska Miedź.

– Każdemu laikowi samochód kojarzy się ze stalą, olejami, paliwem, chromowanymi zderzakami. Ta miedź przemyka gdzieś w tym samochodzie w formie wiązek elektrycznych. Natomiast samochód elektryczny to już zupełnie inna kategoria, bo ta elektryczność musi być jakoś przewodzona. Przewody elektryczne są tym, czym w standardowym samochodzie jest cały układ zasilania paliwem. W elektrykach mamy układ zasilania energią i to wszystko idzie przy pomocy przewodów miedzianych. Mało tego, wszystkie baterie w samochodzie elektrycznym to dodatkowe kilkadziesiąt kilogramów miedzi. W takim samochodzie jest kilkukrotnie – jeżeli nie kilkuset – razy więcej miedzi niż w konwencjonalnym – tłumaczy Ireneusz Jazownik.

Jak podaje Europejski Instytut Miedzi, samochody z napędem elektrycznym zawierają nawet cztery razy więcej tego surowca niż auta z silnikiem spalinowym. Miedź jest także intensywnie wykorzystywana w infrastrukturze niezbędnej do ładowania pojazdów elektrycznych. Według analityków EIM ze względu na rozwój sektora elektromobilności do 2027 rok światowe zapotrzebowanie na miedź wzrośnie o 1,7 mln ton.

– Szacujemy, że z tytułu elektromobilności zapotrzebowanie na miedź wzrośnie zdecydowanie. Mamy plany rozwoju, które zostały zaprezentowane przez zarząd KGHM, ale to nie jest wyłącznie nastawienie na kolejne źródło zysku. Chcemy też partycypować w rozwoju cywilizacyjnym, w ekologii. To jest rzeczywiście dobre miejsce na odpowiedzialną rolę KGHM w rozwoju cywilizacyjnym – podkreśla dyrektor Centralnego Ośrodka Przetwarzania Informacji w KGHM Polska Miedź S.A.

W październiku ubiegłego roku spółka KGHM nawiązała już współpracę w obszarze rozwoju elektromobilności z Tauronem,. Ma ona dotyczyć budowania infrastruktury ładowania pojazdów elektrycznych, rozwoju usługi carsharingu oraz wspólnych działań proekologicznych.

Pacjenci w Polsce nadal czekają na refundację nowoczesnych terapie w leczeniu szpiczaka. Rumunia czy Słowenia już je finansują

Pacjenci w Polsce nadal czekają na refundację nowoczesnych terapie w leczeniu szpiczaka. Rumunia czy Słowenia już je finansują 10

Blisko połowa chorych na szpiczaka plazmocytowego – rzadki nowotwór złośliwy – kwalifikuje się do przeszczepu szpiku. To najbardziej efektywna metoda walki z tą chorobą. Jeszcze przed zabiegiem pacjenci muszą być leczeni innymi metodami, żeby zredukować liczbę komórek szpiczakowych. Problem w tym, że część chorych nie reaguje na dostępne w Polsce terapie lekowe, przez co nie może zostać poddana przeszczepowi. W Europie już od kilku lat zarejestrowane są nowoczesne leki, które mogłyby pomóc pacjentom w uzyskaniu remisji choroby. Refundują je m.in. Rumunia i Słowenia. Pacjenci w Polsce nadal walczą o dostęp do nich.

Dla pacjentów ze szpiczakiem plazmocytowym najważniejsze jest to, żeby jak najdłużej byli utrzymani w remisji choroby. Czyli walczymy o to, żeby choroba przez długi okres nie dawała kolejnych objawów. Pacjenci potrzebują dostępu do nowoczesnych terapii lekowych, które dawałyby szansę na przeszczep, ale na dziś nie są refundowane. To standard europejski, którego u nas w dalszym ciągu brakuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Rokicki, prezes zarządu Fundacji Carita im. Wiesławy Adamiec.

Szpiczak plazmocytowy jest bardzo rzadkim nowotworem złośliwym. Szacuje się, że stanowi nie więcej niż 2 proc. ogółu chorób nowotworowych. W Polsce choruje na niego około 6 tys. pacjentów. Dotąd choroba atakowała głównie osoby starsze, po 60. roku życia. Jednak ta granica wieku się zaniża i obecnie coraz więcej pacjentów ma 30–40 lat.

Chorzy na szpiczaka to w części ludzie w mocno zaawansowanym wieku, często cierpiący na różne schorzenia dodatkowe, którzy raczej nie są w stanie przeżyć zabiegu przeszczepu, bo to dość agresywna metoda. Natomiast mniej więcej połowa chorych to są ludzie młodsi, w lepszym stanie ogólnym, którzy taki zabieg mogą przeżyć. Dla nich przeszczep to najbardziej skuteczna metoda redukcji komórek szpiczakowych – dodaje prof. dr hab. n. med. Wiesław Jędrzejczak, wieloletni konsultant krajowy w dziedzinie hematologii.

Aby pacjenta dobrze przygotować do przeszczepu, niezbędny jest dostęp do odpowiedniej terapii lekowej, która zatrzyma chorobę, wprowadzi ją w stan remisji i przygotuje pacjenta do procedury autoprzeszczepu szpiku kostnego – mówi Łukasz Rokicki.

– Większość chorych reaguje na leczenie, które mamy obecnie dostępne. Problemem są ci, którzy reagują niewystarczająco i potrzebują innego leczenia, żeby móc kwalifikować się do przeszczepienia – mówi prof. Wiesław Jędrzejczak.

Jednym z takich leków przygotowujących do przeszczepu jest karfilzomib, który w Polsce jest nadal nierefundowany. Jak podkreśla prof. Jędrzejczak, ten lek jest właściwie jedynym wyjściem dla tej grupy chorych, która nie kwalifikuje się do przeszczepu szpiku, stosując dotychczasową terapię.

– Karfilzomib jest lekiem nowej generacji, który na świecie bardzo szeroko wkroczył do leczenia szpiczaka. Mówię o tej bogatszej części świata, która może sobie na to pozwolić. Jest to lek bardzo skuteczny, ale my w Polsce na razie jeszcze nawet nie marzymy o tym, żeby móc udostępnić ten lek wszystkim chorym. Marzymy o tym, żeby podawać go tym, którzy potrzebują go najbardziej. Są to pacjenci, którzy nie uzyskują wystarczającej poprawy dostępnymi metodami leczenia. Gdyby uzyskali co najmniej częściową remisję, mogliby skorzystać z przeszczepienia szpiku i tutaj rzeczywiście może pomóc karfilzomib – mówi prof. Wiesław Jędrzejczak.

Jak podkreśla, karfilzomib jest lekiem, który nie wymaga podawania ciągłego. Jego zadaniem jest wprowadzenie pacjenta w stan, w którym choroba częściowo ustępuje, tak aby można było poddać go zabiegowi przeszczepu. Leczenie nim jest stosunkowo krótkie i w związku z tym – tanie.

Niestety pacjenci mają dostęp do tych nowoczesnych terapii tylko w badaniach klinicznych. My zmierzamy do tego, aby ten dostęp był normalnie refundowany przez państwo, żeby pacjenci nie musieli jeździć od kliniki do kliniki w poszukiwaniu leku – mówi Łukasz Rokicki.

Jak podkreśla, wśród podopiecznych fundacji jest wielu pacjentów, którzy – dzięki przeszczepowi – utrzymali remisję i wrócili do w miarę normalnego życia, jak przed chorobą.

– W Europie co roku rejestrowanych jest około 6 nowych cząsteczek, leków w szpiczaku plazmocytowym. My dalej walczymy o te leki, które w Europie były zarejestrowane już kilka lat temu. Mówimy zwłaszcza o dwóch lekach: karfilzomibie i daratumumabie, które są bardzo potrzebne pacjentom ze szpiczakiem. Mają inny schemat działania: karfilzomib jest to lek przygotowujący do przeszczepu, a daratumumab jest to lek dla pacjentów, którzy do tego przeszczepu się nie kwalifikują. Bardzo ważne jest, żeby wypełnić tę lukę w leczeniu i dogonić Europę. Takie kraje jak Rumunia czy Słowenia już te terapie mają – podsumowuje prezes zarządu Fundacji Carita im. Wiesławy Adamiec.

Brak śniegu, skradziony bagaż czy wypadek na stoku mogą zepsuć zimowe ferie. Na wypadek tych zdarzeń można się ubezpieczyć

Brak śniegu, skradziony bagaż czy wypadek na stoku mogą zepsuć zimowe ferie. Na wypadek tych zdarzeń można się ubezpieczyć 11

Wydawana przez Narodowy Fundusz Zdrowia karta EKUZ zapewnia jedynie podstawową opiekę medyczną w krajach Unii Europejskiej. Nie pokryje np. kosztów transportu medycznego do Polski czy akcji ratowniczej z użyciem śmigłowca. Dlatego, wybierając się na zagraniczny urlop na narty lub snowboard, warto wcześniej zadbać o dodatkowe ubezpieczenie. Te rodzaje aktywności sportowej są jednymi z najpopularniejszych wśród Polaków. Coraz częściej wybierają oni zagraniczne stoki.

Narty i snowboard należą do najpopularniejszych sportów zimowych. Jak pokazują statystyki, w 2018 roku prawie 5 mln Polaków korzystało z tej formy wypoczynku. Coraz częściej Polacy jeżdżą na ferie zimowe za granicę. Do najpopularniejszych kierunków należą Włochy, Austria, Czechy i Słowacja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Zgudka, menadżer ds. produktów w Nationale-Nederlanden.

Ekspertka podkreśla, że przy planowaniu budżetu na ferie warto pamiętać również o potencjalnych wypadkach. Za granicą obowiązują inne zasady ratownictwa, więc nawet niewielki wypadek na stoku może znacznie powiększyć koszty wyjazdu.

– Bezpłatna karta EKUZ, która umożliwia nam dostęp do opieki medycznej za granicą w krajach UE, w wielu przypadkach okazuje się niewystarczająca. Przykładowo, nie pokrywa ona kosztów transportu do Polski. Natomiast osoby, które zdecydują się na zakup specjalnej zimowej polisy turystycznej, zyskują wsparcie finansowe i organizacyjne nie tylko w przypadku nagłego zachorowania czy nieszczęśliwego wypadku, ale także rekompensatę w razie niekorzystnych warunków atmosferycznych – mówi Małgorzata Zgudka.

Osoby objęte zimowa polisą turystyczną mogą liczyć na pomoc w różnych sytuacjach. Na wypłatę świadczenia można liczyć na przykład w przypadku zamknięcia narciarskich tras zjazdowych z powodu nadmiernej lub niedostatecznej ilości śniegu. Co więcej, jeżeli w związku z lawiną czy osuwiskiem dostęp do naszego ośrodka narciarskiego będzie niemożliwy, wówczas można liczyć na zwrot kosztów transportu i zakwaterowania.

W razie nagłego zachorowania albo niezdolności do uprawiania sportów zimowych możemy liczyć na zwrot kosztów za niewykorzystany karnet, wypożyczony sprzęt czy lekcje z instruktorem, które wcześniej kupiliśmy. Koszt takiej polisy może zaczynać się już od 6 zł za dzień – mówi Małgorzata Zgudka.

Ubezpieczenie można rozszerzyć o dodatkowe opcje, jak np. ochronę bagażu, sprzętu sportowego czy nawet ochronę mieszkania na czas wyjazdu. W ramach pomocy assistance ubezpieczenie można również rozszerzyć o następstwa choroby przewlekłej.

Decydując się na dodatkową ochronę w trakcie zimowego urlopu, należy zwrócić uwagę, czy będzie ona obowiązywać też w krajach tranzytowych.

Warto zwrócić też uwagę na to, czy ubezpieczenie obowiązuje już od momentu wyruszenia w drogę. Przykładowo, polisa Nationale-Nederlanden obowiązuje już od momentu wyjścia z domu w Polsce, a nie dopiero po przekroczeniu granicy – mówi Małgorzata Zgudka.

Rynek żywności ekologicznej w kryzysie. Mimo że zainteresowanie konsumentów rośnie

Rynek żywności ekologicznej w kryzysie. Mimo że zainteresowanie konsumentów rośnie 12

W Niemczech żywność ekologiczna odpowiada za mniej więcej 10 proc., w Danii – ok. 20 proc. Sprzedaży. W Polsce to mniej więcej 1-3 proc. To pokazuje potencjał tego rynku. Jednak wielkość powierzchni upraw ekologicznych systematycznie spada, a rynek znajduje się w kryzysie. Tempo sprzedaży biożywności jest wprawdzie na wysokim poziomie, ale ma w tym udział większy import. Ministerstwo rolnictwa chce wspierać ten segment polskiej produkcji rolnej.

– Rynek żywności ekologicznej w Polsce jest w stanie stabilnego kryzysu. Wielkość produkcji się nie zwiększa. Rynek zwiększa się zasadniczo poprzez wzrost importu przez głównych graczy, natomiast pozostali zachowali swoje status quo. Chociaż wielkość produkcji rolniczej ekologicznej rośnie, duża jej część jest wywożona w postaci surowców do Francji, Niemiec i wraca w postaci produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karol Krajewski, doradca ministra rolnictwa w Gabinecie Politycznym.

Z badań Nielsena wynika, że większość Polaków, w myśl zasady, że jest się tym, co się je, jest w stanie zapłacić więcej, jeśli produkt nie ma sztucznych dodatków i składników. Ponad połowa dokładnie czyta etykiety produktów. W efekcie coraz częściej sięgamy po żywność ekologiczną, bio, z naturalnych upraw. Mimo to, jak wynika z danych Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, polskie rolnictwo ekologiczne przeżywa kryzys. Wielkość powierzchni upraw ekologicznych w Polsce szacuje się obecnie na 500 tys. hektarów i systematycznie spada. Jeszcze w 2013 roku było to ok. 670 tys. ha.

– Z różnych badań wynika, że żywność ekologiczna to około 3 proc. produkcji rolniczej, nawet niektórzy mówią, że tylko 1 proc. W krajach takich jak Niemcy to jest 10 proc., w Danii nawet 20 proc., wiec mamy tu do czynienia z dużą rezerwą i potencjałem. Wydaje mi się, że jesteśmy na początku drogi. Trzeba przełamać tą bierność, stabilizację, która jest, poprzez rozwój rynku żywności ekologicznej – przekonuje Karol Krajewski.

Według raportu IMAS „Żywność ekologiczna w Polsce 2017” ten segment rynku rozwija się w Polsce z prędkością 10–20 proc. rocznie. Wartość krajowego rynku żywności ekologicznej w 2017 roku sięgnęła miliarda złotych. Z danych NIK wynika, że średnio Polak na ekologiczną żywność wydaje 7 euro. Dla porównania w Niemczech jest to ok. 100 euro, a w Danii nawet 200 euro rocznie. Średnia europejska wynosi 44 euro.

– Ministerstwo działa w ramach „Planu dla wsi”, którego jednym z celów jest rozwój produkcji żywności wysokiej jakości, w tym żywności ekologicznej, naturalnej, wytwarzanej zgodnie z zasadami zachowania środowiska. Żywność ekologiczna jest głównym segmentem tego rynku, planujemy  wsparcie dla rozwoju produkcji, dofinansowania możliwości i warunków dla producentów, skrócenia łańcuchów, żeby rolnicy dostawali tę część zysku, którą przejmują pośrednicy, a więc uporządkowania również w rolniczym handlu detalicznym i sprzedaży bezpośredniej – podkreśla przedstawiciel resortu rolnictwa.

Na realną pomoc będą mogły liczyć małe gospodarstwa, które będą chciały przestawić się na produkcję ekologiczną i w tym się specjalizować.

Przejście z produkcji konwencjonalnej na ekologiczną może być dla rolników problematyczna. Rezygnacja ze stosowania nawozów oznacza wyższe koszty, których nie są w stanie pokryć otrzymywane rekompensaty. Ponadto, aby stać się pełnoprawnym gospodarstwem ekologicznym, trzeba przejść proces certyfikacji. Cały proces trwa kilka lat. Dla rolnika oznacza to konieczność ponoszenia większych kosztów bez gwarancji zwrotu. Resort zapowiada także ułatwienia w procesie certyfikacji i uproszczenie procedur oraz niezbędnych ram prawnych.

– W nowym programowaniu zakładamy wsparcie tych procesów i uproszczenie procedur. Te zaś są dosyć długie, szczególnie w zakresie produkcji żywności pochodzenia zwierzęcego, która wymaga dłuższego czasu dochodzenia, czyli około 3 lat – wskazuje Karol Krajewski.

Ten segment rynku ma wzmacniać powołana pod koniec ubiegłego roku pod patronatem ministerstwa Koalicja na rzecz Rozwoju Rynku Żywności Bio. Jej założycielami są przedstawiciele Carrefour Polska, Polskiej Izby Żywności Ekologicznej, SGGW i stowarzyszenia EKOŁAN. Celem Koalicji będzie budowanie rynku żywności bio, wypracowanie rozwiązań, które będą wspierać jego rozwój, a także podnoszenie świadomości konsumentów.

Sztuczna inteligencja na dużą skalę wejdzie na rynek w ciągu 3-5 lat. Wzrost gospodarczy na świecie może dzięki niej przyspieszyć nawet o 1 proc.

Sztuczna inteligencja na dużą skalę wejdzie na rynek w ciągu 3-5 lat. Wzrost gospodarczy na świecie może dzięki niej przyspieszyć nawet o 1 proc. 13

Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji zmienią oblicze globalnego rynku pracowniczego. Systemy automatyczne zastąpią pracowników wykonujących najprostsze zawody i doprowadzą do stworzenia nowych miejsc pracy w branży IT. Na upowszechnienie się sztucznej inteligencji powinni przygotować się zarówno przedsiębiorcy, którzy za kilka lat wykorzystają ją do optymalizacji pracy, jak i sektor rządowy, który powinien wypracować rozwiązania ułatwiające i regulujące rozwój projektów wykorzystujących samouczące się algorytmy. Światowa gospodarka dzięki SI może zanotować wzrost nawet o 1 proc.

Sztuczna inteligencja jest w tej chwili jednym z wiodących trendów zmian w gospodarce, które mają charakter transformacyjny, czyli rewolucyjnej, głębokiej zmiany. SI stoi za wszystkimi technologiami, które zmierzają do automatyzacji, ale również odpowiada za takie technologie jak rozpoznawanie obrazu czy rozpoznawanie i syntezowanie języka.

– Te wszystkie technologie są obecnie wykorzystywane w bardzo wielu dziedzinach – pojazdach autonomicznych, przewidywaniu usterek, tzw. predictive maintenance, w różnego rodzaju optymalizacjach, wspieraniu podejmowania decyzji, czy rekomendowaniu pewnych działań. Szacuje się, że dzięki wprowadzeniu sztucznej inteligencji wzrost gospodarczy może przyspieszyć w ramach świata nawet o około 1 proc. – mówi agencji Newseria Innowacje Tomasz Klekowski, prezes zarządu Związku Pracodawców Technologii Cyfrowych.

Na początku roku firma badawcza Randstad przeanalizowała stosunek polskich pracowników do innowacyjnych technologii wykorzystywanych w biznesie. 58 proc. respondentów chce pogłębiać swoje umiejętności zawodowe związane z nowymi technologiami, w tym m.in. wykorzystujące sztuczną inteligencję. W cyfrowych narzędziach badani widzą przyszłość rynku pracy, ale tylko 45 proc. ankietowanych twierdzi, że ich pracodawcy prowadzą szkolenia z wykorzystania np. technik uczenia maszynowego.

Firma Synerise uruchomiła program AI Schools & Academy. W jego ramach w przedszkolach i szkołach powszechnych przeprowadzone zostaną dodatkowe lekcje, które przybliżą uczniom koncepcję sztucznej inteligencji. Do programu przystąpi 1500 placówek, a zajęcia będą odbywać się w skali co najmniej 10 godzin miesięcznie. Synerise udostępni wszystkie narzędzia potrzebne do przeprowadzenia lekcji: bazę wiedzy, kursy on-line, chmurę obliczeniową oraz środki finansowe potrzebne na uruchomienie dodatkowych pracowni.

– Najważniejsze jest rozpoczęcie edukacji, ponieważ sztuczna inteligencja na dużą skalę wejdzie na rynek w perspektywie 3-5 lat. Nie mamy więc wiele czasu i należy przygotować zarówno tych, którzy będą tworzyć, czyli analityków, architektów sztucznej inteligencji, czyli programistów, jak i odbiorców, zwłaszcza w sektorze przedsiębiorstw, tak aby wszyscy byli gotowi. Również aby to było możliwe, potrzebne jest równolegle i bardzo szybko rozpoczęcie prac nad stworzeniem dużych zbiorów danych, które mogą być wykorzystywane do szkolenia, trenowania algorytmów sztucznej inteligencji – wskazuje Tomasz Klekowski.

Ministerstwo Cyfryzacji pracuje nad rozwiązaniami legislacyjnymi, które przygotują nasz rynek do upowszechnienia się sztucznej inteligencji wśród przedsiębiorców. W obliczu narastającego zainteresowania rynku technologią uczenia maszynowego powołano do życia roboczą grupę specjalistów, która wypracuje rozwiązania umożliwiające wykorzystanie sztucznej inteligencji na szeroką skalę. Głównym zadaniem ekspertów będzie przystosowanie zapisów prawa do tej technologii.

– Strategia sztucznej inteligencji w Polsce jest jeszcze w powijakach, ale wyłaniają się już pewne obszary konsensusu, które są zawarte np. w założeniach przygotowanych przez grupę ekspertów do strategii tworzonej przez Ministerstwo Cyfryzacji. Również konferencja organizowana przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii jest takim krokiem, który przekłada te ogólne założenia strategii na konkretne działania, na mapę drogową poszczególnych poczynań – przekonuje ekspert.

Tymczasem pierwsze komercyjne wdrożenia sztucznej inteligencji są już za nami. Bank PKO BP we współpracy z polską firmą Emplocity opracował np. narzędzie rekrutacyjne wykorzystujące sztuczną inteligencję. Kandydaci w pierwszej fazie rekrutacji rozmawiają ze specjalnie spreparowanym chatbotem, który przeprowadza wstępną selekcję uczestników. Firma Żabka idzie jeszcze dalej i chce stworzyć w Polsce sieć sklepów bezobsługowych na wzór amerykańskich drogerii Amazon Go.

Według wstępnych założeń placówki te będą otwarte 24 godziny na dobę i nie znajdziemy w nich tradycyjnych kas ani kasjerów. Sklepy będą obsługiwane za pośrednictwem aplikacji mobilnej wykorzystującą sztuczną inteligencję do komponowania indywidualnych, spersonalizowanych ofert promocyjnych. Oprogramowanie przeanalizuje preferencje użytkownika i na tej podstawie zaproponuje zakup konkretnych produktów w niższej, atrakcyjnej cenie. Placówki zostaną także wyposażone w inteligentne półki monitorujące poziom zatowarowania oraz kasy samoobsługowe. Pierwsze wdrożenia zautomatyzowanych sklepów Żabki zaplanowano na ten rok.

Według marketsandMarkets branża sztucznej inteligencji w najbliższych latach będzie rozwijać się w średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 36,5 proc., by w 2025 roku osiągnąć wartość 190 mld dol.

Powietrze w domach może być nawet 5 razy bardziej zanieczyszczone niż na zewnątrz. Dzięki urządzeniu polskiej firmy można je niemal całkowicie oczyścić

Powietrze w domach może być nawet 5 razy bardziej zanieczyszczone niż na zewnątrz. Dzięki urządzeniu polskiej firmy można je niemal całkowicie oczyścić 14

Tylko w Polsce zanieczyszczenie powietrza przyczynia się do ponad 45 tys. przedwczesnych zgonów. Problem narasta w sezonie grzewczym. Powietrze w zamkniętych pomieszczeniach może być nawet od 2 do 5 razy bardziej zanieczyszczone niż to na zewnątrz. Dzięki urządzeniu polskiej firmy można łatwo zmierzyć poziom zanieczyszczeń przy wykorzystaniu niskokosztowych czujników pyłu. Tym samym niemal każdy będzie mógł sobie pozwolić na domową stację, zwłaszcza że oczyszczacze można wypożyczać. Jednocześnie powietrze można oczyścić niemal w 100 proc.

– Projekt EcoLife to system, który umożliwia pomiar zanieczyszczenia powietrza wewnątrz budynków oraz na zewnątrz budynków, a także analizę zebranych danych i zarekomendowanie użytkownikom działań, co zrobić, żeby poprawić lokalną jakość powietrza. Lokalną – czyli mówimy o powietrzu w zamkniętych pomieszczeniach, tak aby oddychać powietrzem, które nie ma negatywnego wpływu na nasze zdrowie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Adam Pastuszka z firmy Eco Life.

System Eco Life umożliwia pomiar smogu (PM 10 i PM 25) i gazów organicznych wewnątrz pomieszczeń, a wyniki można porównać z zanieczyszczeniem na zewnątrz. System sam analizuje dane zgromadzone przez stacje wewnętrzną i zewnętrzne i rekomenduje, co należy zrobić, aby poprawić jakość powietrza w pomieszczeniu. Jednocześnie w rozwiązaniu wykorzystuje się niskokosztowe czujniki. W ten sposób na domową stację może sobie pozwolić niemal każdy.

– Wprowadziliśmy też unikatową usługę, dostępną tylko u nas, czyli możliwość wypożyczania oczyszczaczy. Współpracujemy z firmą Sharp, której oczyszczacze wypożyczamy na 3 do 12 miesięcy. Daje to możliwość obniżenia bariery wejścia w technologię oczyszczania. Jeśli ktoś nie potrzebuje, lub nie chce kupić oczyszczacza na własność, może za bardzo przystępne pieniądze mieć możliwość polepszenia jakości powietrza którym oddycha – podkreśla Adam Pastuszka.

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń, które pozwalają badać jakość powietrza. W Glasgow np. uruchomiono program „Sensing the City”, który ma usprawnić proces monitorowania zanieczyszczenia powietrza, a czujniki mobilne uzupełniają tradycyjne stacje. Z kolei dzięki współpracy firm Google i Aclima ma powstać sieć czujników działających w ramach internetu rzeczy. Problemem jest jednak nie tylko skala zanieczyszczenia powietrza na otwartej przestrzeni, ale i wewnątrz budynków, w mieszkaniach czy miejscu pracy.

– Wewnątrz pomieszczeń jesteśmy w stanie już w tym momencie oczyścić to powietrze, którym oddychamy ze skutecznością 99 proc. Zanieczyszczenie powietrza na zewnątrz jest problemem systemowym i ten problem systemowy narastał przez ostatnie 40-50 lat, więc to jest trochę tak jak z odchudzaniem się – jeżeli ktoś nabierał masy przez lat 5-10, to trudno jest rozwiązać ten problem w krótkim czasie. Podobnie jest ze smogiem – wskazuje ekspert.

Z danych WHO wynika, że z powodu niskiej jakości powietrza umiera przedwcześnie tylko w Polsce ok. 45 tys, a w całej Europie nawet 500 tys. osób,. Według badań WHO powietrze w zamkniętych pomieszczeniach może być nawet 5-krotnie bardziej zanieczyszczone niż to na zewnątrz.

– W okresach jesienno-zimowych i wczesnej wiosny, spędzamy więcej niż 50 proc. czasu w zamkniętych pomieszczeniach – w mieszkaniu, w pracy. Właśnie tam możemy poprawić jakość powietrza – przekonuje Adam Pastuszka.

Według Research and Markets globalny rynek systemów kontroli zanieczyszczenia do 2025 roku będzie wart 98 mld dol.

Gotowa spółka – sprawdzamy kiedy warto ją kupić

Gotowa spółkaZakup gotowej spółki z o.o. to rozwiązanie z którego korzysta coraz więcej przedsiębiorców. Dlaczego? Ponieważ są to legalnie zarejestrowane firmy, wolne od zobowiązań, które pozwalają na działalność od razu po podpisaniu umowy. Ponadto gotową spółkę możemy personalizować, czyli zmienić jej nazwę, adres lub profil działalności (występując w tej sprawie do KRS).

Oszczędność czasu
Założenie spółki może zająć nawet kilka miesięcy, a jej zakup nie więcej niż 1-2 dni. Gotowa spółka pozwala nam na prowadzenie działalności natychmiast, bez potrzeby załatwiania wielu dokumentów i biegania po urzędach.

Zakup spółki na odległość

Zakup spółki może odbyć się na odległość, jeśli obie strony nie mogą spotkać się w jednym miejscu. W takim przypadku, każda ze stron podpisuje umowę, co poświadcza notariusz, a dokumenty zostają wysłane pocztą. To duże ułatwienie, jeśli np. jedna ze stron przebywa zagranicą.

Koncesje i zezwolenia

Istnieje możliwość kupienia gotowej spółki posiadającej koncesję czy interesujące nas zezwolenia. Dzięki temu przedsiębiorca nie musi starać się o to na własną rękę. Firmy, które zajmują się sprzedażą spółek profesjonalnie mają do zaoferowania wiele różnych opcji.

Staż spółki

Zakup gotowej spółki daje możliwość korzystania z jej stażu, czyli okresu występowania w bazie KRS. Jest to bardzo pomocne w przypadku jeśli chcemy ubiegać się o kredyt (w tym przypadku liczy się dłuższy staż), skorzystać z dotacji lub wziąć udział w projektach, które często przeznaczone są dla działalności nowych firm lub z krótkim stażem. Dodatkową zaletą w przypadku spółek z dłuższym stażem jest prestiż i większe zaufanie przyszłych klientów.

Zakup gotowej spółki pozwala zaoszczędzić przede wszystkim czas oraz ominąć żmudny proces przechodzenia przez wszystkie formalności potrzebne do jej założenia. Jeśli zależy Ci na odpowiednim stażu spółki, firmie z daną koncesją lub po prostu masz ciekawy pomysł na biznes, który chcesz wprowadzić jak najszybciej, to zakup gotowej spółki jest idealnym pomysłem dla Ciebie.