Na pytanie o skojarzenia z produktem pochodzącym z Chin w odpowiedzi większość z nas z pewnością wyrecytowałaby hasła takie jak „niska jakość”, „tandeta” czy „tania chińszczyzna”. Towary rodem z Państwa Środka obciążone są stereotypami, które pokutują w naszej świadomości od niemal trzech dekad. Zapominamy jednak, że czasy „Jarmarku Europa” minęły bezpowrotnie. Obecnie wysokiej jakości chińskie wyroby towarzyszą nam w niemal każdym momencie życia, choć nie wszyscy mamy tego świadomość…
Wystarczy rozejrzeć się po pomieszczeniu, w którym aktualnie przebywamy. Zakładając, że akurat nie siedzimy w pustym pokoju w samej bieliźnie, można śmiało założyć, że w naszym otoczeniu znajduje się co najmniej kilka produktów o dalekowschodnim rodowodzie. Odzież, obuwie, elementy wystroju wnętrza, sprzęt elektroniczny – wszędzie znajdziemy mniej lub bardziej rzucającą się w oczy informację „Made in China” lub „Made in PRC”. Znajdziemy, jeśli się o to postaramy. Coraz częściej bowiem mamy do czynienia produktami brandowanymi, tj. opatrzonymi logo marki, odpowiednim opakowaniem, z obsługą klienta w języku polskim, gwarancją etc. Za tym wszystkim idzie jakość, która nie odbiega od standardów, do których zdążyliśmy się przyzwyczaić. Witamy w świecie marek własnych. Świecie, w którym „chińskie” staje się… „nasze”.
Tygrys < Smok
Wioski rybackie, które na przestrzeni kilkunastu lat stały się gigantycznymi ośrodkami przemysłowymi. Druga po USA gospodarka, notująca średnie tempo wzrostu na poziomie ok. 10% rocznie, przez ostatnie 30 lat. Największy eksporter na świecie. Chiny, które do grona tzw. azjatyckich tygrysów dołączyły pod koniec lat osiemdziesiątych, dawno już prześcignęły swoich konkurentów w regionie. Jeśli zatem Tajwan, Singapur, Filipiny, Malezja, Indonezja czy w końcu Korea Południowa nazywane są Tygrysami, to patrząc na tę niebywałą skalę wzrostu, Chiny należałoby nazwać co najmniej Smokiem.
Duża w tym zasługa rozwoju sektorów produkcji i eksportu, dzięki którym Państwo Środka zyskało miano „fabryki świata”. Wystarczy spojrzeć na czołówkę producentów elektroniki użytkowej – firmy takie jak Apple czy Samsung od lat korzystają z usług chińskich fabryk, w których z powodzeniem wdrożono najwyższe standardy kontroli jakości. Z kolei przykładem z rodzimego podwórka może być firma Manta, która kilkanaście lat temu zasłynęła wprowadzeniem na rynek „nieśmiertelnych” odtwarzaczy DVD, a dziś jest jednym z największych w Europie producentów budżetowej elektroniki.
Pekin nad Wisłą
Import chińskiej elektroniki do Polski nadal jest niezwykle popularny. Przedsiębiorcy, którzy
z powodzeniem ujarzmili cały proces – od weryfikacji dostawców, poprzez kontrolę jakości, certyfikację i transport, na formalnościach związanych z wprowadzeniem towaru do obrotu kończąc – często mogą pochwalić się dobrze prosperującym biznesem. Należy przy tym rozróżnić dwa modele prowadzenia takiej działalności.
W pierwszym produkty są importowane, a następnie sprzedawane na popularnych portalach aukcyjnych. Przeglądając oferty sprzedaży np. smartfonów na Allegro, z pewnością natkniemy się na mnóstwo tzw. no-name’ów lub urządzeń o egzotycznie brzmiącej nazwie, w wyjątkowo atrakcyjnych cenach. W tym przypadku trzeba się liczyć z mocno ograniczoną grupą docelową. Ze względu na wspomniane już animozje oraz nieufność w stosunku do chińskich wyrobów, trafimy do wąskiego grona odbiorców, dla których głównym czynnikiem decydującym o zakupie jest cena.
Sytuacja wygląda inaczej w przypadku modelu OEM (Originial Equipment Manufacturer)/ ODM (Originial Design Manufacturer). Chińscy dostawcy oferują możliwość tzw. brandingu
i personalizacji produktów. Możemy zatem zamówić partię smartfonów z naszym logo, opakowaniem, wydrukowaną polską instrukcją obsługi itd. Jeszcze kilka lat temu proces ten wiązał się z koniecznością zamawiania określonych, minimalnych ilości towaru, liczonych w tysiącach sztuk. Obecnie, możemy jednorazowo zlecić produkcję nawet 100 sztuk telefonów naszej własnej marki. Ponadto, w przypadku gdy z danym dostawcą współpracujemy od dłuższego czasu i darzymy go zaufaniem, można wynegocjować solidny rabat w zamian za ograniczenie odpowiedzialności gwarancyjnej. Wprawdzie przyjmujemy wówczas zobowiązanie samodzielnego serwisowania sprzętu, ale nadal możemy liczyć na chińskiego kontrahenta w kwestii zaopatrzenia w części zamienne, a nasi klienci z pewnością docenią zalety sprawnego procesu gwarancyjnego w systemie door-to-door.
Posiadanie marki własnej pomaga zdobyć zaufanie konsumentów oraz znacząco zmniejsza bariery nawiązania współpracy z resellerami naszych produktów. Mało który sklep internetowy czy detaliczna sieć handlowa zechce wprowadzić do oferty chiński sprzęt marki, o której nikt nigdy nie słyszał. Tutaj właśnie pojawia się czynnik, który skutecznie zniechęca przedsiębiorców do tworzenia marek własnych – promocja. Aby klienci czy potencjalni partnerzy biznesowi usłyszeli o naszych produktach, musimy zadbać o ich promocję, a dotarcie z komunikatem reklamowym do setek tysięcy odbiorców kojarzy się z koniecznością przeznaczenia bajońskich sum na kampanie marketingowe. Ale kto powiedział, że musimy zaczynać od spotów telewizyjnych czy kampanii radiowych w ogólnopolskich rozgłośniach?
Internet – trampolina do sukcesu Twojej marki
Sprzedawcy na Allegro niechętnie rozmawiają o promocji swoich produktów poza granicami portalu – przyznaje Michał Barszcz, zarządzający krakowską agencją e-marketingową Fogmark. Przeraża ich potrzeba inwestycji w coś, co nie przynosi natychmiastowego przełożenia na sprzedaż. Stare porzekadło mówi „aby wyjąć, musisz zainwestować”. Zastanówmy się zatem, czy biorąc pod uwagę niemałe prowizje, którymi trzeba się podzielić z portalem aukcyjnym, warto inwestować w kanał sprzedaży, na politykę którego nie mamy żadnego wpływu? Wielu drobnych przedsiębiorców, których sprzedaż była uzależniona od Allegro, przestała funkcjonować. Nie wytrzymali kolejnych podwyżek, a ich działalność utraciła rentowność. To wyraźny sygnał dla innych – warto zainteresować się stworzeniem marki własnej oraz jej promocją w Internecie już teraz – dodaje. Trudno się z tym nie zgodzić, zważywszy na możliwości jakie daje Internet w zakresie marketingu. Dzięki odpowiednio zaplanowanym działaniom i wyselekcjonowanym narzędziom możemy niewielkim kosztem rozpocząć promocję swojej marki w Sieci i docierać do potencjalnych klientów z niebywałą precyzją. Należy przy tym pamiętać, że budowa obecności marki w Sieci to proces, który jak każdy inny, wymaga czasu.
Rozważając kwestię reklamy naszego sprzętu elektronicznego w Internecie, naszym pierwszym przystankiem powinny być media społecznościowe. Według raportu Sotrendera, w 2016 roku w Polsce, na samym Facebooku odnotowano niemal 16 mln aktywnych użytkowników, a są przecież jeszcze Instagram, YouTube, Pinterest, Twitter czy Google+. Odpowiednia prezentacja produktów za pomocą postów o zróżnicowanych formatach (grafika, wideo, link, canva itp.) oraz ich promocja może dać zadziwiające efekty. Wyobraźmy sobie kampanię radiową w jednej z najpopularniejszych w Polsce rozgłośni. Cena emisji 10-sekundowego spotu może sięgać kilkunastu tysięcy złotych. Zakładając, że chcemy zbudować świadomość marki pośród szerokiego grona odbiorców, należałoby go emitować co najmniej raz dziennie w godzinach szczytu, co daje nam kwotę kilkuset tysięcy złotych miesięcznie. Za pomocą reklam na Facebooku jesteśmy w stanie dotrzeć do tej samej grupy docelowej za ułamek powyższej kwoty. Co więcej, możemy ustawić je tak, aby wyświetlane były jedynie osobom, które potencjalnie będą zainteresowane naszym produktem – przekonuje Michał Barszcz. Moduł reklamowy Facebooka w istocie stwarza niesamowite możliwości w zakresie precyzyjnego targetowania odbiorców. Skoro reklamujemy rzeczone smartfony, to po co płacić za ekspozycję reklamy ludziom, którzy nie są nimi zainteresowani? Odpowiednio skonfigurowana kampania na Facebooku eliminuje ten problem. Dzięki zaawansowanym ustawieniom możemy dotrzeć do odbiorców określając parametry takie jak wiek, lokalizacja, płeć, zainteresowania czy nawet zachowania. Warto przy tym pamiętać, że zarówno Facebook jak i inne social-media to przede wszystkim miejsca w których możemy, a nawet powinniśmy podjąć żywy dialog z użytkownikami. Na nic zdadzą się nawet najlepiej przygotowane reklamy, jeśli fanpage wypełniony zostanie treściami o wątpliwej jakości lub jeśli będziemy ignorować wiadomości nadsyłane przez użytkowników.
Jesteś tym, kim widzą cię inni
W przypadku elektroniki użytkowej doskonale sprawdzają się również działania z zakresu e-PR. Portale technologiczne zwykle chętnie publikują informacje prasowe dotyczące debiutujących urządzeń, dlatego często już na wstępie można zapewnić sobie szeroki rozgłos bez dużego nakładu finansowego – mówi manager Fogmark. Jak zawsze, należy zadbać o odpowiednią jakość treści oraz materiałów graficznych. Dobrym krokiem jest również wysyłka sprzętu na testy redakcyjne. Coraz więcej ludzi, przed podjęciem decyzji o zakupie sprzętu elektronicznego, poszukuje na jego temat rzetelnych informacji. Recenzja opublikowana na łamach poczytnego portalu technologicznego z pewnością pomoże potencjalnym klientom zorientować się czy produkt będzie w stanie spełnić ich wymagania.
Jak już zostało wspomniane, użytkownicy będą poszukiwać informacji i opinii na temat naszej marki oraz samej oferty. Dlatego właśnie warto zainteresować się działaniami z zakresu marketingu szeptanego, jednak w tym przypadku warto rozważyć zlecenie ich profesjonalistom. WOMM (marketing szeptany) cieszy się nie najlepszą sławą, ponieważ kojarzony jest ze spamem, którego pełno jest na forach internetowych i w komentarzach pod artykułami – mówi Barszcz. Prawdziwa „szeptanka” powinna pobudzać dyskusję na temat produktu w nienachalny, naturalny sposób – tylko wtedy stanowi realną wartość. Prowadzona w nieodpowiedni sposób, może przynieść więcej szkody niż pożytku – dodaje.
Nieco inną formą generowania pozytywnych opinii o marce czy produkcie jest tzw. influencer marketing. Podobnie jak w przypadku WOMM, działania te polegają na wpływaniu na podejmowanie decyzji zakupowych przy pomocy innych ludzi, jednak w tym przypadku nie mówimy o zwyczajnych internautach, ale o prawdziwych liderach opinii. Chodzi przede wszystkim o blogerów i youtuberów, którzy pośród swojej audiencji pełnią rolę ekspertów w danej dziedzinie. Weźmy za przykład videoblogera, który nagrywa materiały na temat gadżetów elektronicznych i wyraża przy tym swoje opinie i odczucia. Ludzie chętniej zaufają recenzji takiego człowieka, ponieważ jest dla nich autorytetem i pełni rolę swego rodzaju bufora między producentem, a klientem końcowym. Dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu jest w stanie przekazać odbiorcy rzeczywisty feedback o produkcie, w oderwaniu od przekazów promocyjnych serwowanych przez producenta.
Jedna noga to za mało
Opieranie importowego biznesu na jednej gałęzi w postaci portalu aukcyjnego, prędzej czy później odbije się nam czkawką. Dywersyfikacja kanałów sprzedaży w obecnych czasach jest już koniecznością, dlatego już teraz warto zastanowić się na stworzeniem swojego własnego brandu, szczególnie w przypadku, gdy sprowadzamy produkty, których jakości się nie wstydzimy. Zbudujmy sklep internetowy, nawiążmy współpracę z resellerami, pokażmy światu, że nasza marka jest godna uwagi. Przy odpowiednim podejściu do tematu promocji brandu oraz dozie cierpliwości i konsekwentności, można zbudować markę, która pozostanie w świadomości konsumentów na lata.
Należy przy tym zachować ostrożność, bowiem wielu przedsiębiorców, którzy postanawiają prowadzić działania marketingowe na własną rękę, robi to w sposób nieumiejętny i nie widząc żadnych efektów – rezygnuje. W skrajnych przypadkach zdarza się nawet, że chałupnicza reklama przynosi więcej szkody niż pożytku. Dlatego jeśli marketing jest nam obcy i wolimy się skupić na sprzedaży, rozważmy współpracę z profesjonalnymi agencjami. Nie traktujmy tego jako pieniądze wyrzucane w błoto. To inwestycja, jak każda inna – potrzebuje czasu, aby się zwrócić i przynieść pożądane efekty.
Przeliczmy koszty prowadzenia działalności, zrezygnujmy na jakiś czas z krótkoterminowego zysku i postawmy na swoją markę. W perspektywie możemy się zdziwić – zwłaszcza wówczas, kiedy wielu z tych, którzy dziś deklarują, że „za Chiny Ludowe nie kupią chińskiego badziewia” jutro zostanie naszymi klientami.
Autor: Aleksander Biernacki















Konferencja przedstawi aktualne trendy oraz innowacje w obszarze modelowania procesów biznesowych, a liderzy technologii poruszą aspekty merytoryczne oraz aplikacyjne, w zakresie tworzenia i rozwijania środowiska BPM w firmie. Wydajna oraz efektywna architektura środowiska BPM, staje się głównym elementem rozwoju gospodarczego oraz kluczowym czynnikiem osiągania znaczących korzyści na rynku.


Ponad połowa ankietowanych uważa, że polskie mięso, wędliny i przetwory mięsne są lepsze od produktów zagranicznych. Niewiele mniejszy odsetek wskazuje na pieczywo i wypieki (48%), a co trzeci badany – na warzywa i owoce.
Dla prawie połowy respondentów informacja o braku konserwantów byłaby przekonująca do zakupu danego produktu spożywczego. 44% ankietowanych zwraca uwagę na wysoką jakość, a 40% – na brak modyfikacji genetycznych. Niemal żaden z respondentów nie wskazał na certyfikaty, czy znak jakości.
Polacy doceniają wysoką jakość produktów także za pomocą portfela. Ponad 60% ankietowanych jest w stanie zapłacić więcej za żywność wysokiej jakości. Ponad 80% respondentów wybrałoby polski produkt zamiast zagranicznego, gdyby był w tej samej cenie.
W ostatnich dniach sytuacja EUR/PLN zdecydowanie się zmieniła. Gdy wydawało się, że kurs odbije się od wsparcia na poziomie 4,30 i zaatakuje ostatnie maksimum niecałe 3 grosze wyżej kurs obrał zdecydowany kierunek na południe. Czynników takiego umocnienia można upatrywać w bardzo dobrej sytuacji gospodarczej w naszym kraju, którą to inwestorzy zauważają. Sprzyja sytuacja na światowych rynkach gdzie nie widać spadku apetytu na ryzyko. Czynniki niepewności, które przyniosły nieco nerwowości choćby referendum w Katalonii zdecydowanie przycichły. Jesteśmy jednak blisko wsparcia w okolicach 4,23-4,24 więc realizacja zysków jest całkiem możliwa. Trzeba tutaj wspomnieć o gołębiej postawie RPP, która będzie hamowała dalsze umocnienie. W końcu na szerokim rynku zaczyna dominować jastrzębie podejście do polityki monetarnej. Oczywiście na EUR/PLN swój wpływ ma sytuacja waluty bazowej czyli euro. Wspólna waluta jest nieco słabsza bo praktycznie wyciszyły się spekulacje odnośnie decyzji EBC o ograniczeniu QE. A był to główny argument dzięki, któremu euro zyskało w ostatnim czasie. Wsparciem dla kursu będzie ostatnie minimum z września, w przypadku ruchu w górę pierwszy opór będzie stanowić pokonana linia trendu wzrostowego. Bardzo istotne będą dane w środę z GUS-u na temat sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej. Jeśli przekroczymy prognozy to z pewnością inwestorzy mogą jeszcze poczekać z odwracaniem pozycji. Oczywiście jeśli do tego czasu sentyment na rynkach pozostanie dobry i nie zobaczymy zdecydowanego umocnienia dolara amerykańskiego.
Analogiczną sytuację mamy na CHF/PLN. Spokojny handel na szerokim rynku wpływa na to, że bezpieczna waluta jaką jest CHF nie jest pierwszym wyborem inwestorów. Lokują oni swoje kapitały w bardziej ryzykownych aktywach. Bez znaczenia okazały się wybory w Austrii choć zakończyły się zaskakującym wynikiem na korzyść partii prawicowych. W szerszym ujęciu dojście do władzy populistów może wywołać konflikty Austrii z największymi krajami strefy euro choćby w temacie uchodźców. Mimo to paniki póki co nie ma bo kraj ten pozostanie proeuropejski. Efekt dla CHF/PLN jest taki, że poruszamy się dość szybko na południe i bardzo możliwe, że będziemy testować ostatnie minimum z końca września. W przypadku odreagowania spadków oporem będzie linia krótkoterminowego trendu spadkowego. Tak jak i na EUR/PLN, o dalszych losach CHF/PLN mogą zdecydować dane z rodzimej gospodarki jeśli będą dobre może zostać pokonane najbliższe wsparcie.
USD/PLN dwa razy próbował sforsować granicę 3,69, które zakończyły się fiaskiem. Od tego momentu nastąpił spadek i umocnienie złotego. Jesteśmy poniżej linii trendu wzrostowego. Początkowy ruch można jeszcze wytłumaczyć gdyż stanowił odzwierciedlenie słabości dolara na szerokim rynku. Było to konsekwencją gorszych danych o inflacji z USA. Kolejne godziny to wzrost kwotowań waluty amerykańskiej na rynkach. Z pewnością swoje trzy grosze w tym temacie dołożyła Janet Yellen twierdząc, że nawet nieco słabszy wzrost cen nie spowoduje dyskusji o zasadności podnoszenia stóp w takim tempie jak Fed zakłada. Nie wiele też dla ogólnej sytuacji dolara wniosło wystąpienie Trumpa w sprawie Iranu. Który zażądał nałożenia sankcji na ten kraj. Zwyczajowo gdy EUR/USD spada kurs złotego w relacji do amerykańskiej waluty rośnie tym razem jednak było inaczej. Może to świadczyć o sile krajowej waluty. Ale też o tym, że ruch ten na głównej parze wynikał ze słabości euro a nie z siły dolara. Wydaje się jednak, że w najbliższym czasie wrócimy do zależności opisanej powyżej. Wsparciem dla USD/PLN będzie ostatnie minimum, w przypadku wzrostów oporem będzie przełamana linia trendu wzrostowego. Póki co mamy test granicy 3,60, a po przełamaniu linii wzrostów wcale nie jest przesądzone, że utworzy się układ spadkowy.
Bez wątpienia kolejne dni mogą przynieść sporą huśtawkę nastrojów na brytyjskiej walucie. GBP/PLN znajduje się obecnie w trendzie spadkowym mimo wszystko widać oznaki przemawiające za odwróceniem się sytuacji. Kurs testuje obecnie opór w postaci linii trendu wzrostowego. Bez wątpienia tydzień może przynieść rozstrzygnięcie tej sytuacji. Jutro poznamy dane o inflacji, w kolejnym dniu o wynagrodzeniach Brytyjczyków. Te dwie pozycje w poprzednim miesiącu spowodowały, że z Banku Anglii popłynęły dość jastrzębie słowa. Jeśli więc znów zobaczymy wyższe wartości to z pewnością funt może zyskać na wartości a kurs GBP/PLN podąży na północ w kierunku ostatniego maxa. Ale sytuacja nie jest taka klarowna. Mamy jeszcze temat negocjacji Brexitowych. Informacje z Brukseli były tak dwuznaczne, że spowodowały kompletną dezorientację inwestorów. Ostatnie informacji z Bloomberga mówiły o impasie w negocjacjach. I może jest w tym ziarno gdyż dzisiaj media głoszą, że sama premier May uda się do Brukseli w celu wypracowania porozumienia. Czasu jest mało gdyż w czwartek odbędzie się szczyt UE na którym to europejscy liderzy odniosą się do tempa rozmów. Premier zawalczyć chce o przejście do kolejnego tematu rozmów a więc dostępu do wspólnego rynku. Jeśli udałoby się osiągnąć kompromis to bardzo możliwe, że brytyjska waluta będzie liderem wzrostów do końca tygodnia.
Badani, którzy przyznali się do obecnych lub wcześniejszych problemów z zadłużeniem, zostali zapytani, czy decydują się na rozmowy dotyczące swojego zadłużenia. 28% stwierdziło, że otwarcie rozmawia o swoich problemach, natomiast aż 48% ankietowanych wybrało odpowiedź „raczej tak”, przyznając, że zazwyczaj podejmuje taką tematykę rozmów. 1 na 5 badanych raczej nie rozmawia na temat swojego zadłużenia, a 5% stanowczo unika tematu kłopotów finansowych. Jeśli podzielimy odpowiedzi na kobiece i męskie, odnotujemy większy procent kobiecych wskazań przy odpowiedzi „zdecydowanie tak” – o 8 punktów procentowych więcej niż u mężczyzn.
Badani zostali również poproszeni o wskazanie z kim rozmawiają o swoim zadłużeniu, jeśli już się na to decydują. 62% respondentów wskazało na partnera/partnerkę lub współmałżonka/współmałżonkę. Ta odpowiedź zdominowała pozostałe, gdyż wskazanie na drugim miejscu – najbliższa rodzina (np. rodzice, rodzeństwo) – uzyskało 37% deklaracji (25 punktów procentowych mniej). Co ciekawe, na podium znalazł się jeszcze wierzyciel/negocjator z firmy zarządzającej wierzytelnościami z 30% wskazań. Na dalszych pozycjach pojawiły się takie odpowiedzi jak „przyjaciele/znajomi” (25%), „prawnik/specjalista ds. finansów” (8%) czy „psycholog” (3%). Największe różnice w podziale odpowiedzi na płeć widać w przypadku wskazania „najbliższa rodzina”, odchylenie od odpowiedzi ogólnej wynosi w obu przypadkach 7% (44% odpowiedzi kobiet; 30% mężczyzn). Również 7 punktów procentowych więcej w stosunku do odpowiedzi ogólnej zauważymy przy kobiecej deklaracji „wierzyciel/negocjator z firmy zarządzającej wierzytelnościami”, która wyniosła 37%.
A jak myślimy o swoim zaległym zobowiązaniu? Co ciekawe, dwa pierwsze miejsca z niemal identycznym wynikiem zajęły skrajne odpowiedzi: „jak o codziennym problemie” z 37% wskazań oraz „jak o moim największym zmartwieniu z 36% odpowiedzi. Skąd taki wynik? Rozwiązanie sugeruje podział odpowiedzi na kobiece i męskie, bowiem 48% badanych mężczyzn traktuje zobowiązanie jak codzienny problem, kiedy tylko 26% badanych pań myśli podobnie. Natomiast zadłużenie jest największym zmartwieniem dla 47% ankietowanych kobiet, a jedynie 26% mężczyzn.
Ostatnie z pytań postawione przed ankietowanymi brzmiało: „Jak reagujesz na problemy ze spłaceniem zadłużenia?”. 40% badanych stwierdziło, że kontaktuje się z wierzycielem (np. bankiem, telefonią czy pożyczkodawcą). ¼ respondentów deklaruje zwracanie się po pomoc do rodziny. 1 na 5 ankietowanych próbuje skontaktować się bezpośrednio z negocjatorem z firmy zarządzającej wierzytelnościami. Ponad 1 na 10 badanych jest w takiej sytuacji bierna i czeka na rozwój sytuacji. Przy wszystkich najpopularniejszych odpowiedziach to kobiety częściej wskazywały na zaproponowane sugestie, choć różnica w stosunku do męskich wskazań nie przekracza 8 punktów procentowych, oprócz odpowiedzi wskazującej na kontakt z negocjatorem – tej odpowiedzi udzieliło 29% kobiet i tylko 12% mężczyzn. Po raz kolejny ta tendencja podkreśla, że to kobiety częściej niż mężczyźni przejmują się zadłużeniem, które stanowi dla nich problem nie tylko finansowy, ale także emocjonalny.