Polacy polubili bankowość mobilną. Ponad połowa badanych twierdzi, że w przyszłości to będzie ich główny sposób kontaktu z bankiem. Przyczyniają się do tego wygoda, bezpieczeństwo mobilnych aplikacji i powszechność smartfonów z dostępem do internetu. Za pomocą telefonu konsumenci najczęściej robią przelewy, sprawdzają stan swojego konta czy historię transakcji oraz płacą za zakupy.
– Rewolucja cyfrowa i powszechność smartfonów spowodowały rozwój bankowości mobilnej. Dziś rozwija się ona dużo szybciej niż kiedyś bankowość internetowa. Co kwartał w Polsce przybywa kilkaset tysięcy nowych klientów bankowości mobilnej. Smartfony, które mamy przy sobie w kieszeni, to nasze centrum dowodzenia, które obejmuje również bankowość– mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Chruściel, dyrektor Orange Finanse.
Z raportu „Bank.Jest.Mobi 2016”, opracowanego przez agencję interaktywną Mobee Dick i TNS Polska wynika, że 74 proc. Polaków korzystających z bankowości mobilnej nie wyobraża sobie bez niej życia, a ponad połowa twierdzi, że w przyszłości będzie to ich główny kanał kontaktu z bankiem.
W Polsce liczba użytkowników bankowości mobilnej rośnie lawinowo. Z danych opracowanych przez PRNews wynika, że w I kwartale 2017 roku liczba użytkowników, którzy logują się do banku z urządzenia mobilnego, wyniosła ok. 8,2 mln – to o 545 tys. osób więcej niż jeszcze w IV kwartale 2016 roku. W badaniu „ING International Survey – Mobile Banking 2016” do korzystania z bankowości mobilnej przyznawało się 43 proc. Polaków.
– Model korzystania z bankowości bardzo się zmienił. Lata temu korzystaliśmy z niej w tradycyjny sposób – chodziliśmy do oddziałów, robiliśmy przelewy. Potem jak grzyby po deszczu powstawały rozwiązania bankowości internetowej, do których dzisiaj praktycznie każdy ma dostęp. Popularność usług bankowości mobilnej bierze się z tego, że telefon zawsze mamy ze sobą. Przyzwyczailiśmy się do mobilności, korzystając z mediów, chcemy jej doświadczać też w bankowości –przekonuje Marcin Chruściel.
W ubiegłym roku liczba sprzedanych w Polsce smartfonów przekroczyła 8 mln sztuk. IDC szacuje, że w tym roku będzie to 8,5 mln. Z cyklicznego raportu „Digital in 2017: Global Overview”, który przygotowały agencje We Are Social i Hootsuite, wynika, że z telefonu komórkowego korzysta 74 proc. Polaków.
–Polacy mają zaufanie do mobilnego bankowania, co widać po statystykach. Ponad 2/3 klientów Orange Finanse loguje się do banku ze smartfona. Telefon jest nie tylko centrum dowodzenia naszymi finansami, oferuje też wygodę płacenia. Dziś mogę wyciągnąć kartę i pójść do bankomatu lub na zakupy, ale mając Orange Finanse, mogę też płacić telefonem. Wdrożyliśmy usługę Android Pay, która pozwala płacić telefonem, więc idąc na zakupy, nie muszę mieć ze sobą portfela – mówi Marcin Chruściel.
Rosnącą popularność płatności mobilnych potwierdza badanie Digital Payments Study 2016 na zlecenie Visa, z którego wynika, że od 2015 roku potroił się odsetek Europejczyków, którzy regularnie płacą za pomocą urządzeń mobilnych (wzrost z 18 proc. do 54 proc.). Polska jest jednym z rynków, na których płatności mobilne są najbardziej rozpowszechnione. Ponad trzy czwarte (79 proc.) Polaków objętych badaniem Visa Digital Payments Study to użytkownicy mobilnych płatności.
Z usług Orange Finanse przez trzy lata skorzystało 460 tys. klientów, którzy zrobili przelewy na łączną kwotę ponad miliarda zł. Ponad dwie trzecie z nich logowała się do banku ze swojego smartfona. Za pomocą telefonu w Orange Finanse klienci najczęściej robią przelewy, sprawdzają stan konta czy historię transakcji.
– Na popularności zyskują także usługi związane z BLIK-iem. Przelewy na telefon i wypłaty z bankomatu z jego wykorzystaniem są dostępne w telefonie. Wygoda, którą daje bankowość mobilna, powoduje, że klienci szybko się do niej przekonują i nie chcą z niej rezygnować – mówi Marcin Chruściel.
Jak przekonuje dyrektor Orange Finanse, bankowość mobilna jest bezpieczna.
– W bankowości mobilnej mamy cały system zabezpieczeń. Wykorzystywana jest m.in. biometria w zabezpieczeniach telefonu. Dziś większość telefonów jest wyposażona w fingerprint [przycisk identyfikujący odcisk palca właściciela]. Aby dostać się do bankowości, trzeba przyłożyć palec lub wstukać PIN. Każdy przelew także musi być autoryzowany PIN-em. Poziom zabezpieczeń jest wysoki i klienci nie mają obaw, żeby korzystać z mobilnej bankowości – mówi dyrektor Orange Finanse.
Z badań wynika, że metody uwierzytelniania biometrycznego uważa za bezpieczne 83 proc. konsumentów. Zaufanie mają do nich zarówno millenialsi, jak i osoby w wieku 45–54 lata. Trzy czwarte konsumentów (74 proc.) uważa skanowanie odcisku palca za najbezpieczniejszą formę uwierzytelniania.
W najnowszym rankingu innowacyjności Bloomberga Polska awansowała o jedną pozycję i obecnie zajmuje 22. miejsce wśród 50 najbardziej innowacyjnych gospodarek świata. Najlepiej wypadamy pod względem wykształcenia na poziomie wyższym. Pozycję obniżają nam natomiast trzy inne kategorie – wydatki na prace badawczo-rozwojowe, produktywność oraz liczba naukowców zaangażowanych w prace badawczo-rozwojowe na milion mieszkańców. Szansą na rozwój innowacji w kraju jest uruchamiany projekt Sieć Otwartych Innowacji.
– Jest to projekt na granty na transfer technologii. Te granty będą refinansowane przez naszą agencję z pieniędzy europejskich. Celem jest oczywiście podniesienie innowacyjności polskich firm, które mogą przetransferować jakąś innowacyjną technologię i podnieść swoją innowacyjność.– mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Bartosz Sokoliński, dyrektor Biura Rozwoju i Innowacji w Agencji Rozwoju Przemysłu.
Według najnowszego rankingu innowacyjności Bloomberga Polska zanotowała awans o jedną pozycję i obecnie plasuje się na 22. miejscu wśród 50 najbardziej innowacyjnych gospodarek świata. Bloomberg, biorąc pod uwagę m.in. liczbę osób z wyższym wykształceniem wśród osób pracujących, uplasował Polskę na 15. miejscu. Pod względem wydatków na prace badawczo-rozwojowe liczonych jako procent PKB, produktywności (PKB, dochód narodowy na głowę i zmiana tych wartości w okresie 3 lat) oraz pod względem liczby naukowców zaangażowanych w prace badawczo-rozwojowe na milion mieszkańców kraju zajmujemy dopiero 35. pozycję. Na pierwszych miejscach listy uplasowały się Korea Południowa, Szwecja i Niemcy.
– Spotykając się z różnymi przedsiębiorcami, zauważyliśmy taki problem, że niektóre firmy mają pewne technologie, pewne zastrzeżone IP, a inne ich potrzebują i niekoniecznie się spotykają. Pomyśleliśmy, że warto wykorzystać to, co zostało stworzone w Polsce i w całej UE, żeby podnieść innowacyjność polskich przedsiębiorców i dajemy te granty. Zatem z jednej firmy, uczelni, instytucji lub instytutu chcemy przenieść innowacyjną technologię do innych polskich firm – tłumaczy Bartosz Sokoliński.
Jak wynika z raportu „Diagnoza stanu transferu technologii za pośrednictwem spółek celowych”, przygotowanego na zlecenie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, istnieje nagła potrzeba niwelowania barier systemowych i prawnych, które utrudniają rozwój działalności spółek celowych. Niezbędne jest zwiększenie zaangażowania w transfer technologii naukowców. Na tę potrzebę odpowiada nowa inicjatywa ARP.
W Polsce od lat prowadzony jest Program Innowacyjna Gospodarka. Przy wsparciu Unii Europejskiej przeznaczono na niego do tej pory niemal 10,2 mld euro. Największą część tej kwoty, bo 36,4 proc., mają pochłonąć inwestycje w innowacyjne przedsięwzięcia. Na badania i rozwój nowoczesnych technologii przewidziano 14,9 proc. wszystkich środków, a na rozwój infrastruktury badawczo-rozwojowej trafi 14,2 proc. Potężnym źródłem finansowania jest także nowy program ARP, w którym pojedyncza firma może otrzymać nawet 10 mln zł wsparcia.
– Pula środków na cały projekt, który będzie trwał przez sześć lat, to sto kilkadziesiąt milionów złotych, w tym naborze będzie alokacja dziesięć milionów złotych. Jedna firma może dostać od sto tysięcy do dziesięciu milionów złotych. To początek tego programu, chcemy się jak najwięcej nauczyć z pierwszego naboru, zobaczymy, jakie będzie zainteresowanie, jakie mogą być potencjalne przeszkody przy składaniu wniosków. Liczymy na zainteresowanie, mamy nadzieję, że sfinansujemy od kilku do kilkunastu projektów do końca roku – prognozuje Dyrektor Biura Rozwoju i Innowacji w ARP.
Jak podkreśla ekspert, inicjatywa skierowana jest do mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw, a aplikować w pierwszym naborze programu Sieć Otwartych Innowacji można do końca października 2017 r. Pierwsze firmy powinny otrzymać dofinansowanie jeszcze przed końcem tego roku.
– Aplikować można bardzo prosto. Na stronie projektu są wszystkie dokumenty, które należy złożyć. Ważne jest, aby mieć wycenę technologii, to jeden z ważniejszych punktów, na ich bazie tworzymy listę rankingową. Od 10 do 31 października firmy mogą się zgłaszać. Myślimy, że do końca grudnia uda nam się utworzyć listę rankingową i będziemy wiedzieli, które firmy dofinansujemy – zapewnia Bartosz Sokoliński.
Coraz więcej urządzeń jest ze sobą połączonych i wymienia między sobą dane. Internet rzeczy nazywany jest „kolejną rewolucją przemysłową”. Samochód odbierający informację od czujnika zamontowanego na drodze ostrzeże kierowcę, że nawierzchnia jest oblodzona. Dzięki ciągłemu monitorowaniu ruchu w mieście przez tysiące czujników można będzie rozładować korki i usprawnić transport. Eksperci prognozują, że kolejnym krokiem może być komunikowanie się z urządzeniami myślami, czyli „Internet Ludzi”.
– Inteligentne otoczenie to codzienne życie w domu. Mamy inteligentne lodówki, szczoteczki do zębów, czy samochody. Ostatnio Tesla odblokowała w swoich samochodach możliwość szybszej jazdy, aby łatwiej było uciekać przed huraganem. To niesamowite, że ktoś zdalnie może zwiększyć możliwości auta. To będzie postępować – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mateusz Jarus, prezes zarządu Expansio Software House, twórcy oprogramowania CodeAll do programowania Internetu Rzeczy.
Analitycy Boston Consulting Group przewidują, że do 2020 roku biznes wyda 250 mld euro na Internet Rzeczy (IoT – Internet of Things). Inwestycje w tym obszarze przewyższą tradycyjne inwestycje w technologie. Będą one napędzane głównie przez trzy działy gospodarki: produkcję przemysłową, transport i logistykę oraz usługi. W każdej z nich należy spodziewać się inwestycji w Internet Rzeczy rzędu 40 mld euro. Inwestycje te mogą się jednak zwrócić, co pokazują przykłady ze świata.
– Inteligentne otoczenie to także inteligentne miasto. W Los Angeles mnóstwo czujników zamontowanych w drogach monitoruje ruch samochodów i steruje sygnalizacją świetlną, aby zmniejszać korki. W Kalifornii czujniki służą temu, aby zarządzać gospodarką wodną, dzięki czemu o 80 proc. zmniejszono zużycie wody – opowiada Mateusz Jarus.
Największą część inwestycji pochłoną usługi oraz aplikacje i analityka. Eksperci szacują, że na usługi, które pozwolą zintegrować i dostosowywać dane do swoich potrzeb, firmy wydadzą 60 mld euro. Drugie tyle pochłoną aplikacje dla IoT, które wspólnie z narzędziami analitycznymi – tutaj inwestycje sięgną 20 mld – pozwolą na zinterpretowanie danych i podejmowanie decyzji na tej podstawie.
– Postęp jest tak szybki, że czujniki po pierwsze bardzo się miniaturyzują, po drugie coraz szybciej przetwarzane są informacje zbierane z tych czujników. Musimy pamiętać, że tych danych jest ogrom, jest ich coraz więcej, trzeba odpowiednio szybko je przetwarzać.– mówi Mateusz Jarus, prezes zarządu Expansio Software House.
50 mld euro zostanie zainwestowanych w sam sprzęt dla internetu rzeczy. 40 mld w szkielet IoT, czyli chmury obliczeniowe i platformy do przechowywania i przetwarzania danych (15 mld) oraz w komunikację (25 mld). Komunikacja to obszar, w którym zdaniem ekspertów może dokonać się największy skok technologiczny w IoT.
– Myślę, że kolejnym krokiem będzie sterowanie urządzeniami za pomocą myśli. Już dzisiaj trwają prace nad tym, aby komunikować się nie poprzez urządzenie, ale poprzez nasze myślenie. Kolejnym krokiem może być nie Internet Rzeczy, ale Internet Ludzi – prognozuje Mateusz Jarus.
Z rozwojem Internetu Rzeczy wiążą się tez poważne pytania o bezpieczeństwo czy prywatność. Przed kilkoma miesiącami FBI wydało oficjalne oświadczenie, w którym ostrzegało rodziców przed kupowaniem dzieciom &HASH39;inteligentnych&HASH39; zabawek łączących się z Internetem. Według Boston Consulting Group, do 2020 r. 20 mld euro zostanie przeznaczonych na bezpieczeństwo Internetu Rzeczy.
– Zagrożeniem w przypadku Internetu Rzeczy jest to, że każde urządzenie może być zhakowane, natomiast pamiętajmy, że już dzisiaj wszystkie większe instytucje są podłączone do internetu. Nieraz słyszymy o tym, że hakerzy włamują się np. do elektrowni atomowej. W książce Blackout jest pokazane, jakie są skutki takiego ataku i to dzieje się już dzisiaj. Podłączanie kolejnych rzeczy do Internetu otwiera nowe furtki dla włamywaczy, ale nie sądzę, aby podłączenie szczoteczki do zębów znacząco zwiększyło zagrożenie w naszym życiu – uspokaja prezes zarządu Expansio Software House.
Już w 2014 r. firma Proofpoint informowała o ataku, podczas którego hakerzy wykorzystali telewizory, lodówki i termostaty przypadkowych osób do wysłania 750 tys. e-maili ze spamem i próbami wyłudzenia. Eksperci ds. bezpieczeństwa wielokrotnie alarmowali o błędach w tak krytycznych urządzeniach, jak pompy infuzyjne czy rozruszniki serca. Potencjalnie zagrożone mogą być także inteligentne samochody.
– W przypadku autonomicznego samochodu może to mieć znaczenie, ponieważ ryzykiem jest utrata życia. To coś znacznie większego niż po prostu straty materialne, ale pamiętajmy o tym, że już dzisiaj każdy korzysta z rachunków bankowych, każdy może włamać się do naszego konta i ukraść nasze pieniądze. My to akceptujemy, każda technologia niesie za sobą szereg szans, ale jest tam też margines zagrożeń, z którymi po prostu trzeba się pogodzić – mówi Jarus.
Orkan Ksawery, trąby powietrzne, potężne burze – coraz częściej tego typu zjawiska atmosferyczne pojawiają się w Polsce. Tylko w wyniku sierpniowych i październikowych nawałnic śmierć poniosło 8 osób, a blisko 100 zostało rannych. Takie zjawiska są efektem zmieniającego się klimatu. W walce z naturą mogą pomóc nowe technologie, które pozwalają wykrywać groźne zjawiska atmosferyczne. Szansą są tzw. prognozy Nowcasting, czyli bardzo krótkie prognozy, uaktualniane co 15 min.
– Wykorzystaniem nowej technologii jest to, co nazywamy Nowcastingiem, czyli bardzo krótką prognozą, powiedzmy do kilku godzin, ale jednak taką, która będzie uaktualniana co 15 minut, czy pół godziny, aby znaleźć jak najdokładniejszą odpowiedź na to, co dzieje się w atmosferze – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Andrzej Mazur z Wydziału Numerycznych Prognoz Meteorologicznych w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej.
Według raportu firmy Research Nester “Global Weather Forecasting System Market Analysis & Opportunity Outlook 2021”, globalny rynek systemów prognozowania w latach 2015-2021 będzie rosnąć w tempie średnio 7 proc. rocznie, by osiągnąć wartość 2,2 mld dolarów. Rynek ten podzielony jest na: radary pogodowe, pogodowe systemy satelitarne, stacje pogodowe oraz sonary. Prognozy pogody powstają na bazie modeli numerycznych.
– Pewne procesy, które zachodzą w atmosferze są parametryzowane, opisywane za pomocą układów równań. Te układy równań po prostu rozwiązuje się numerycznie na naszych maszynach obliczeniowych. To modelowanie numeryczne w zakresie podstawowych parametrów pogodowych, tzn. temperatury, wiatru, ciśnienia itd. – wyjaśnia Andrzej Mazur.
Rynek samych usług przewidywania pogody również rośnie. Według raportu Markets&Markets, jego wartość w 2016 wyniosła 1,1 mld dolarów, a do roku 2021 ma wzrosnąć do ok. 1,6 mld dol. przy średniorocznym wzrośnie na poziomie 7,15 proc. Prognozowanie pogody będzie się rozwijać w zakresie zwiększania rozdzielczości.
– Nowe technologie i nowe elementy, które mogą wchodzić do prognoz, to przede wszystkim zwiększenie rozdzielczości, zarówno czasowej, jak i przestrzennej. Chodzi o to, aby takie zjawiska quasi-punktowe, jak na przykład trąby powietrzne, nawalne deszcze oraz inne tego typu zjawiska – bardzo intensywne i groźne, a zachodzące na obszarze nawet kilkuset metrów, mogły być przewidywane z dużą dokładnością – twierdzi Andrzej Mazur.
W Polsce groźnym zjawiskiem są przede wszystkim silne wiatry, takie jak orkany. W wyniku przejścia przez Polskę na początku października br. orkanu Ksawery, śmierć poniosły dwie osoby, a 39 zostało rannych, w tym ośmiu strażaków. Rzecznik Państwowej Straży Pożarnej poinformował, że strażacy interweniowali niemal 10 tys. razy w związku z silnym wiatrem. Bilans sierpniowych nawałnic jest jeszcze bardziej tragiczny. Zginęło 6 osób, a 54 osoby zostały ranne, w tym 15 strażaków.
Groźne zjawiska pogodowe nasilają się nie tylko w Polsce. Według raportu przygotowanego przez Światową Organizację Meteorologiczną, 2016 rok pobił rekord z 2015 r. i był najcieplejszym w historii. Jak uważają autorzy raportu, najważniejszą przyczyną zmian klimatycznych na świecie jest spalanie paliw kopalnych, co prowadzi do globalnego ocieplenia. Raport potwierdza, że średnia temperatura podnosi się o 0,1 – 0,2 stopnie Celsjusza w ciągu dekady. Zmiany klimatyczne powodują, że pogodę w dokładny sposób można przewidzieć tylko w krótkich terminach.
– Im większa dokładność i rozdzielczość przestrzenna, tym mniej jesteśmy w stanie określić to w horyzoncie czasowym – jeśli możemy przewidywać zjawiska w rozdzielczości nawet kilkuset metrów, to horyzont czasowy wynosi maksymalnie trzy dni. Prognozy dłuższe niż trzydniowe, zwłaszcza w skali krajowej czy nawet kontynentalnej, nie są zbyt wiarygodne i nie są zbyt popularne wśród modelarzy ze względu na ich niezbyt wysoką jakość – zauważa Andrzej Mazur.
Ciekawym wykorzystaniem nowych technologii w walce z groźnymi zjawiskami atmosferycznymi jest aplikacja Groomsh. To bot internetowy, który działa wewnątrz aplikacji Facebook Messenger. Ostrzega on lokalne społeczności o możliwości wystąpienia groźnych burz, pozwala także ostrzec znajomych.
Do końca 2017 roku tylko w samej Warszawie powstanie ponad 350 tys. mkw nowej przestrzeni biurowej. Zauważalny jest trend reorganizacji wynajmowanej powierzchni biurowej zarówno pod kątem organizacyjnym, jak i kosztowym. Coraz częściej firmy decydują się na zmianę lokalizacji. Ponoszą koszty nie tylko zmiany siedziby, lecz także związane z adaptacją pracowników do nowych pomieszczeń. Pracownicy, kontrahenci i goście często tracą czas na odnalezienie się w nowych pomieszczeniach, poszukując odpowiednich osób czy sal konferencyjnych. Polska aplikacja do zarządzania biurem ma być odpowiedzią na ten problem.
– Zonifero to aplikacja, którą wykonaliśmy na początku na własny użytek. Służy do zarządzania biurem, przyjmowania nowych pracowników do biura czy informowania pracowników zdalnych, którzy przyjechali do biura, o tym, gdzie mogą znaleźć w biurze, np. sale konferencyjne, kuchnie, departamenty HR czy administracji – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Strzelecki, wiceprezes grupy kapitałowej TenderHut.
Z przygotowanego przez Colliers International raportu „Polska. Market Insights. Raport roczny 2017” wynika, że w 2016 r. deweloperzy oddali do użytku rekordową liczbę powierzchni biurowej – niemal 900 tys. mkw. To o 60 proc. więcej niż średnia z lat 2011–2015. Do końca 2017 r. oddanych do użytku zostanie kolejnych ok. 900 tys. mkw. To oznacza, że coraz więcej firm będzie zmieniać swoje siedziby.
– Mamy wszystko w jednym miejscu, możemy zarezerwować salę konferencyjną, powiedzieć, że kogoś szukamy, możemy znaleźć osobę, do której chcielibyśmy pójść. Jest cały szereg notyfikacji związanych z biurem czy rzeczy związanych z ogólną pracą biura, informujemy np. dział administracji, że jest nieporządek w sali i trzeba go posprzątać albo że potrzebujemy serwis kawowy do sali, bo mamy gości – wyjaśnia Robert Strzelecki.
Według badania „Digital Workplace Report: Transforming Your Business” stworzonego przez Dimension Data, w którym wzięło udział 800 specjalistów ds. IT i biznesu z dużych przedsiębiorstw operujących w 15 krajach, 40 proc. firm zatrudnia pracowników zdalnych na pełen etat, a 56 proc. zatrudni takich pracowników w ciągu najbliższych dwóch lat. 25 proc. przedsiębiorstw uważa, że już w ciągu najbliższego roku istotnym elementem funkcjonowania firmy będzie analityka miejsca pracy.
– Aplikacja ma szereg funkcji niedostępnych dla normalnego użytkownika, ale dostępnych dla office managera, związanych ze statystyką używania biura. Może się on dowiedzieć, ile razy sala konferencyjna była używana, ile osób było średnio w sali, może podejmować decyzje w sposób wiarygodny na temat tego, ile sal konferencyjnych potrzebujemy w biurze, patrzeć, ile było zgłoszeń dotyczących np. zepsutego sprzętu, takiego jak drukarka czy sprzęt telekonferencyjny – wyjaśnia wiceprezes grupy kapitałowej TenderHut.
Obecnie w budowie jest ponad 1,5 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, z czego 46 proc. powstaje w Warszawie. Do końca 2017 r. w stolicy ma powstać 352 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej. Jak zauważają eksperci z Colliers International, wśród firm coraz bardziej widoczny jest trend reorganizacji wynajmowanej powierzchni biurowej zarówno pod kątem organizacyjnym, jak i kosztowym. W efekcie czego coraz częstsze są relokacje i zapotrzebowanie na rozwiązania organizujące nową przestrzeń biurową.
– Mamy zapytania z różnych obszarów, zarówno z obszarów związanych z administracją publiczną, centrami szkoleniowym, jak i biznesem. Aplikacja jest przygotowana dla każdej wielkości firmy, obsługuje też wiele budynków, wiele lokalizacji czy pięter – zapewnia Robert Strzelecki.
Kredyt i leasing to dwie odmienne formy finansowania zakupu środków trwałych. Dzięki nim można nabyć nowy komputer, samochód, linię produkcyjną czy urządzenia niezbędne do obsługi magazynu. Jednak to leasing cieszy się coraz większą popularnością wśród przedsiębiorców i osób prywatnych. Dlaczego warto wybrać go zamiast kredytu?
Leasing w firmie – główne korzyści
Leasing dla firm taki jak https://happymiles.pl/ jest chętnie wybierany ze względu na możliwość doliczenia wysokości rat leasingowych do kosztów uzyskania przychodu. Dzięki temu przedsiębiorcy osiągają wymierne korzyści podatkowe, bez zmniejszania zdolności kredytowej i pogarszania swojej wiarygodności w oczach partnerów biznesowych. Co więcej, opóźnienia w spłacie rat leasingowych nie są odnotowywane w BIK lub BRKN, dzięki czemu przedsiębiorcy w przyszłości nie mają problemów z uzyskaniem kolejnego leasingu lub kredytu obrotowego, inwestycyjnego czy gotówkowego. W przypadku Happy Miles oferta leasingu jest interesująca także ze względu na niskie stałe raty miesięczne oraz obowiązek płacenia dodatkowo jedynie za przejechane kilometry.
Nowy samochód firmowy w leasingu
Przedsiębiorcy najczęściej decydują się na leasing auta – na przykład https://happymiles.pl/leasing-samochodu-dla-firmy/. Zakup nowego samochodu to wydatek co najmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych w przypadku nowego auta osobowego lub ponad 100-150 tysięcy złotych w przypadku auta ciężarowego. Leasing samochodu jest znacznie tańszy niż zakup auta firmowego na kredyt samochodowy – średnio oprocentowanie leasingu jest niższe o kilkanaście punktów procentowych. Niższe oprocentowanie wynika przede wszystkim z faktu, iż przez cały okres obowiązywania umowy właścicielem pojazdu jest leasingodawca. Tym samym leasingobiorca staje się jedynie użytkownikiem auta, co oznacza, że firma leasingowa ponosi mniejsze ryzyko. Co więcej, leasing na auto firmowe można uzyskać nawet w pierwszym dniu od rejestracji działalności gospodarczej. Banki wymagają, by firma istniała znacznie dłużej, jeżeli jej właściciel chce kupić auto na kredyt.
Warto pamiętać, że ceny aut dostępnych w leasingu oferowanym na przykład przez Happy Miles, są o wiele przystępniejsze niż w przypadku dokonywania samodzielnego zakupu pojazdu z salonu. Dzieje się tak głównie z tego powodu, iż leasingodawcy posiadają atrakcyjne umowy z dealerami i producentami samochodów. Dzięki nim kupują nowe auta z wysokimi rabatami, a następnie zarabiają na ich udostępnianiu w użytkowanie firmom.
W 18. edycji rankingu najszybciej rozwijających się firm technologicznie innowacyjnych w Europie Środkowej znalazły się aż 22 spółki z Polski. W tym roku pierwsze pięć miejsc w zestawieniu głównym Deloitte Technology Fast 50 Central Europe przypadło debiutantom, którzy w ubiegłym roku zdobyli tytuł „Wschodzących Gwiazd”. Zwycięzcą rankingu została czeska spółka Kiwi.com. Spośród polskich firm najwyżej, bo na czwartym miejscu znalazł się Tooploox. Średnia dynamika wzrostu przychodów firm znajdujących się w tegorocznej edycji rankingu wynosi 1 127 proc. i jest wyższa niż rok wcześniej.
W zestawieniu uplasowały się 22 firmy z Polski. Aż 19 z nich znalazło się w głównej kategorii „Technology Fast 50” oraz trzy w podkategorii „Wschodzące Gwiazdy”. Na drugim miejscu pod względem liczby spółek znalazła się Chorwacja, która w głównej kategorii rankingu ma osiem firm. Trzecie miejsce pod tym względem przypadło Litwie z sześcioma firmami. Poza tym w kategorii „Technology Fast 50” swe miejsce znalazły także przedsiębiorstwa z Czech (5), Rumunii (3), Bułgarii, Węgier i Słowacji (po 2) oraz Bośni i Hercegowiny, Estonii i Łotwy (po 1).
„Wschodzące Gwiazdy” zwycięzcami rankingu
Zwycięzcą Deloitte Technology Fast 50 CE jest internetowa wyszukiwarka lotów Kiwi.com z Czech, która rok temu debiutowała w kategorii „Wschodzące Gwiazdy”. Spółka osiągnęła wzrost przychodów na poziomie niemal 7,2 tys. proc. (przychody 2016 versus 2013 rok). Jeżeli firma w ciągu kolejnych lat utrzyma podobną dynamikę wzrostu, to w 2021 roku Kiwi ma szansę stać się światowym liderem w sprzedaży podróży online. – „Kolejny raz w naszym rankingu liderem została firma, która jeszcze rok temu była zbyt młoda, by znaleźć się w głównej kategorii. Szczególnie cieszy fakt, że po raz kolejny zdecydowaną większość, bo aż 68 proc. w zestawieniu stanowią podmioty, które znalazły się w nim po raz pierwszy, co dodatkowo pokazuje, z jakim powodzeniem młodym firmom udaje się komercjalizować rozwijane przez nie technologie” – mówi Agnieszka Zielińska, Partner, Dział Doradztwa Finansowego, Lider Programu Central European Fast 50, Deloitte.
Na drugim miejscu uplasował się debiutant – litewska firma Deeper. Trzecie miejsce należy do czeskiej firmy Prusa Research. W pierwszej dziesiątce znalazły się trzy polskie firmy: Tooploox (4 miejsce), Absolvent.pl (5 miejsce) oraz Cloud Technologies (9 miejsce).
W tym roku do udziału w rankingu zgłosiło się ponad 300 firm.
Stabilny wzrost spółek technologicznych
Średni wzrost przychodów firm, które znalazły się w tegorocznym zestawieniu wyniósł 1 127 proc. (przychody 2016 versus 2013 rok). Rok wcześniej było to 1 057 proc. – „Już drugi rok z rzędu średnia dynamika wzrostu przychodów w naszym zestawieniu przekracza 1000 proc., co pokazuje, w jak mocno wzrostowej fazie znajduje się branża nowych technologii. Niemal połowa spółek z tegorocznego rankingu już rozwija swoją działalność i analizuje możliwości jej rozszerzenia poza rynki Europy Środkowej. Eksport technologii stanowi optymistyczny prognostyk na przyszłość dla regionu” – mówi Agnieszka Zielińska. Średni wzrost przychodów polskich firm, które znalazły się w głównej części zestawienia wyniósł ponad 790 proc. Aby znaleźć się w rankingu spółka musiała osiągnąć wzrost co najmniej w wysokości 310,4 proc.
Podobnie jak w poprzednich latach tegoroczny główny ranking „Technology Fast 50” zdominowały firmy zajmujące się rozwiązaniami IT, w tym tworzące aplikacje mobilne i UX-design, budujące platformy e-commerce, automatyzację procesów marketingowych czy rozwiązania w zakresie Data Science, Big Data, Internet of Things w oparciu o rozwiązania w chmurze. Stanowią one aż 78 proc. wszystkich spółek, które znalazły się w zestawieniu (rok wcześniej 74 proc.). W rankingu znalazły się również spółki z rozwiązaniami technologicznymi w zakresie innowacyjnych rozwiązań światłowodowych, rozpoznawania głosu, radiologii cyfrowej, platform fin-techowych, czy precyzyjnych instrumentów pomiarowych dla kosmonautyki
W tym roku po raz drugi przyznano nagrodę „Most Disruptive Innovation”. Jej laureatem może zostać spółka, której technologie, produkt lub usługi mają szanse stać się przełomowe i wywrzeć rewolucyjny wpływ na rynek. W tegorocznej edycji uhonorowano serbską spółkę DADANCO Europe, dostawcę energooszczędnych technologii grzewczych i wentylacyjnych. Wyróżnienie zdobyła firma UiPath z Bukaresztu, która jest prężnie rozwijającym się dostawcą rozwiązań RPA.
Szczegółowe wyniki rankingu
Ranking Deloitte Technology Fast 50Central Europe skupia najszybciej rozwijające się środkowoeuropejskie przedsiębiorstwa technologicznie na podstawie wzrostu przychodów operacyjnych. W jego skład wchodzą trzy kategorie: główna „Technology Fast 50” oraz dwie podkategorie „Wschodzące Gwiazdy” i „Wielka Piątka”. Firmy same zgłaszają chęć udziału w rankingu, a eksperci Deloitte weryfikują dane przesłane przez firmy. Laureaci rankingu Central Europe automatycznie wezmą udział w rankingu o szerszym zasięgu geograficznym „Technology Fast 500 EMEA”, którego pełne wyniki poznamy w grudniu br.
Kryteria ogólne dla wszystkich kategorii:
spółka opracowuje lub wytwarza autorskie i/lub ponosi istotne nakłady na prace badawczo-rozwojowe,
posiada strukturę własności, która wyklucza udziały większościowe zagranicznych inwestorów strategicznych,
posiada siedzibę w jednym z krajów uczestniczących w programie,
być firmą technologiczną, a jej działalność musi zawierać się w jednej z kategorii: oprogramowanie, sprzęt komputerowy, komunikacja, media, czyste technologie, nauki przyrodnicze.
Kategoria główna „Technology Fast 50”
Kryteria szczegółowe dla firm w kategorii głównej:
działa na rynku co najmniej od czterech lat (brano pod uwagę przychody z lat 2013-2016),
w rozpatrywanych okresach rocznych osiąga przychody operacyjne nie mniejsze niż 50 tys. euro.
lp.
Nazwa firmy
Kraj
Sektor
Wzrost (proc.)
1
Kiwi.com s.r.o..
Czechy
IT & Digital Solutions
7165
2
Deeper, UAB
Litwa
IT & Digital Solutions
7048
3
Prusa Research s.r.o.
Czechy
IT & Digital Solutions
6910
4
TOOPLOOX SPÓŁKA Z.O.O.
Polska
IT & Digital Solutions
2827
5
ABSOLVENT.PL SPÓŁKA Z.O.O
Polska
IT & Digital Solutions
2437
6
Inloop, s.r.o.
Słowacja
IT & Digital Solutions
2211
7
NSoft d.o.o. Mostar
Bośnia i Hercegowina
IT & Digital Solutions
1990
8
Good one, UAB
Litwa
Internet, Media & Telecom
1962
9
CLOUD TECHNOLOGIES S.A.
Polska
IT & Digital Solutions
1558
10
Rimac Automobili
Chorwacja
Clean Tech and Energy
1059
Kategoria „Wschodzące Gwiazdy”
Kryteria szczegółowe dla firm w podkategorii „Wschodzące Gwiazdy”
historia działalności nie jest krótsza niż trzy lata,
w rozpatrywanych okresach rocznych osiąga przychody operacyjne nie mniejsze niż 30 tys. euro.
lp.
Nazwa firmy
Kraj
Sektor
wzrost (proc.)
1
CGTrader, UAB
Litwa
IT & Digital Solutions
3329
2
Q
Chorwacja
IT & Digital Solutions
2446
3
DOGADAMYCIE.PL Spółka Z.O.O
Polska
Internet, Media & Telecom
1532
4
Tresorit Kft.
Węgry
IT & Digital Solutions
968
5
VOICEPIN.COM SPÓŁKA Z.O.O
Polska
IT & Digital Solutions
875
6
SALELIFTER SPÓŁKA Z.O.O
Polska
Internet, Media & Telecom
786
7
Pilulka Distribuce s.r.o.
Czechy
Internet, Media & Telecom
736
8
OptoForce Kft.
Węgry
IT & Digital Solutions
715
9
Merit Media Int
Chorwacja
Internet, Media & Telecom
712
Kategoria „Wielka Piątka”
Kryteria szczegółowe dla firm w kategorii „Wielka Piątka”
działa na rynku co najmniej od czterech lat,
w rozpatrywanych okresach rocznych osiąga przychody operacyjne nie mniejsze niż 50 tys. euro, z tymże w ostatnim rozpatrywanym roku przychody nie mogą być niższe niż 25 mln euro.
W tym roku jedynie trzy firmy spełniły wyżej wymienione kryteria:
lp.
Nazwa firmy
Kraj
Sektor
Wzrost (proc.)
1
ZOOT a.s.
Czechy
Internet, Media & Telecom
820
2
Titan Gate JSC
Bułgaria
Internet, Media & Telecom
802
3
Pigu, UAB
Litwa
Internet, Media & Telecom
208
4
ESET, spol. s r.o.
Słowacja
Internet, Media & Telecom
35
5
Aliter Technologies, a.s.
Słowacja
IT & Digital Solutions
2
Partnerzy Honorowi rankingu: Ministerstwo Rozwoju, Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Energii, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Urząd Patentowy Rzeczpospolitej Polskiej, Polski Fundusz Rozwoju, Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji.
Partnerami rankingu są: Orange Polska, Salesforce i NRW.INVEST GmbH.
W trakcie czwartkowej sesji funt szterling (0,2 proc.) stał się zakładnikiem słów Michela Barniera, głównego negocjatora UE do spraw BREXIT-u, który finalnie zaproponował możliwość zastosowania okresu przejściowego. Powyższa wzmianka przyczyniła się do powstania zdecydowanie szerzej zakrojonych przetasowań niż te wynikające z mało pasjonujących wypowiedzi bankierów centralnych. Pięć minut miała również polska gospodarka, bowiem nastąpiło potwierdzenie wstępnego szacunku inflacji CPI za wrzesień. Głównym motorem presji cenowej pozostała żywność (0,5 proc. m/m), której wtórowały wyższe ceny odzieży i obuwia (2,1 proc. m/m) oraz paliw do prywatnych środków transportu (3,5 proc. m/m).
Cios w siłę szwedzkiej korony (-1,0 proc.) skutecznie wymierzyły rozczarowujące szacunki wrześniowej dynamiki cen konsumenta. Wbrew powszechnym oczekiwaniom roczna inflacja CPI uplasowała się na poprzednio obserwowanym poziomie 2,1 proc. (konsensus: 2,4 proc.). Dość płasko wypadł również wskaźnik cen bazowych, który w ujęciu rok do roku odnotował stabilizację przy poziomie 2,3 proc. (konsensus: 2,5 proc.). Przecena skandynawskiej waluty wyraźnie okrywa dzisiejszy odwrót szwajcarskiego franka (-0,2 proc.) oraz euro (-0,2 proc.). Na koniec dnia EUR/USD balansuje w okolicach poziomu 1,1840.
Dawkę sporego zaskoczenia zapewniły sierpniowe wskazania produkcji przemysłowej w Eurolandzie, która w ujęciu miesiąc do miesiąca odnotowała aż 1,4 proc. skok (konsensus: 0,6 proc.). Bardziej aktualne dane zaserwowała amerykańska gospodarka. Miesięczna dynamika cen producenta wyniosła 0,4 proc. (konsensus: 0,4 proc.) przy 0,4 proc. skoku cen bazowych (konsensus: 0,2 proc.). Poniżej oczekiwań uplasowały się dane dotyczące liczby nowo zarejestrowanych bezrobotnych. Według komunikatu w ubiegłym tygodniu złożono 243 tys. wniosków o zasiłek (konsensus: 250 tys.), tj. 15 tys. mniej niż poprzednio.
W koszyku walut Emerging Markets obserwowano wyraźny podział sentymentu. Zwyżce południowoafrykańskiego randa (0,4 proc.) sprzeciwiały się waluty państw Europy Środkowo-Wschodniej. Najsilniejszą przecenę notował rumuński lej (-0,3 proc.), który lekko oskoczył polskiemu złotemu (-0,2 proc.) oraz czeskiej koronie (-0,2 proc.). Na koniec dnia EUR/PLN i CHF/PLN stabilizują się w okolicach wczorajszego zamknięcia (tj. odpowiednio przy 4,2690 oraz 3,6990), USD/PLN wraca 50 pipsów nad 3,6000, a GBP/PLN notuje ruch w okolice poziomu 4,7850.
W trakcie czwartkowej sesji z prospadkowych nastrojów wyłamała się giełda w Londynie, na czele której znalazły się walory St. James’s Place za sprawą przychylnej noty analitycznej wydanej przez JPMorgan. Na fali rekomendacji znalazło się również Burberry Group (2,7 proc.) świętujące ostatnio lepsze perspektywy wynikowe francuskiego koncernu Louis Vuitton Moët Hennessy (0,7 proc.). Cena docelowa ustalona przez Mirabaud Securities wynosi 22 GBP przy aktualnej cenie za walor rzędu 19 GBP. Finalnie indeks FTSE 100 zakończył dzisiejsze notowania ze zwyżką rzędu 0,3 proc.
We Frankfurcie obserwowano próbę utrzymania statusu quo. Wśród komponentów indeksu DAX (0,0 proc.) najsilniejszy ruch w stronę północy odnotowała Lutfhansa (2,3 proc.) mająca perspektywę wykupu schedy po Air Berlin za kwotę 210 mln EUR. Swoje wczorajsze wzrosty usilnie kontynuuje RWE (1,9 proc.) czekające na publikację wyników za miniony kwartał. Najsilniej ciążącym komponentem okazał się być Deutsche Telekom (-1,4 proc.). Mniej pokaźny ruch ku niższym poziomom odnotowały Deutsche Bank (-1,1 proc.) oraz BMW (-0,6 proc.).
Środowa euforia przy Książęcej została obrócona w realizację zysków. Na czele indeksu WIG 20 (-0,6 proc.) znalazł się mBank, który z 2,0 proc. zwyżką odskoczył zyskującym po 1,4 proc. Tauronowi oraz Asseco Poland. Najbardziej pokaźną przecenę w Warszawie odnotował sektor paliwowy z Lotosem (-3,1 proc.) na czele. Zdecydowanie skromniejszy ruch na południe ma za sobą Energa (-1,7 proc.), która wczorajszą sesję zakończyła z 7,9 proc. zwyżką.
Solidne przetasowanie nastroju na rynku surowców zapewniła publikacja raportu WASDE. Wśród płodów rolnych pierwsze skrzypce grała soja (2,1 proc.), która znalazła się na fali niższych od oczekiwań zapasów końcowych oraz utrzymaniu poziomu produkcji z wrześniowego raportu. Zwyżkę surowca przebija gaz ziemny, którego listopadowe kontrakty na przestrzeni dnia drożeją 3,3 proc. Dość pokaźną przecenę ma za sobą sok pomarańczowy. Jego 2,6 proc. zniżka lekko okrywa cieniem ropę WTI, która wracając do poziomu 50,20 USD za baryłkę notuje ruch rzędu 2,1 proc. W przypadku metali szlachetnych należy mówić o dużo spokojniejszej sesji. Na koniec dnia uncja złota (0,1 proc.) wraca do poziomu 1 293,00 USD, a srebro (0,3 proc.) ponownie wybija nad 17,22 USD.
Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers
Na drodze do jazdy lokalnie bezemisyjnej koncern Daimler kontynuuje realizację „trzypasmowej” strategii układów napędowych – opartej na pojazdach elektrycznych, hybrydowych oraz zasilanych silnikami spalinowymi. Firma przyjmuje holistyczne podejście do elektryfikacji i wprowadza na rynek nową markę EQ. Poza opracowaniem modułowej rodziny samochodów koncern stworzy kompleksowy ekosystem, obejmujący niezbędną infrastrukturę do ładowania.
1 z 6
Plug-In Hybrid Familie von Mercedes-Benz: S 500 e, E 350 e, GLE 500 e, C 350 e, GLC 350 e, GLC 350 e Coupé
Plug-In Hybrid family of Mercedes-Benz: S 500 e, E 350 e, GLE 500 e, C 350 e, GLC 350 e, GLC 350 e Coupé
Autonomiczne samochody SMART Carsharing
Mercedes-Benz Vision Van – Exterior
Mercedes-Benz Vision Van – Exterior
Mercedes-Benz urban eTruck, Exterieur, Silver Arrow metallic, dreiachsiger Verteiler-Lkw, 2 x 125 kW, 2 x 500 Nm, 3 Module Lithium-Ionen-Batterien, Gesamtkapazität: 212 kWh, elektrisch angetriebene Hinterachse, Reichweite: bis zu 200 km, zul. Gesamtgewicht: 26 t
Mercedes-Benz urban eTruck, exterior, silver arrow metallic, three-axle short-radius distribution truck, 2 x 125 kW, 2 x 500 Nm, 3 modules of lithium-ion batteries, total capacity: 212 kWh, electrically driven rear axle, operating range: up to 200 km, permissible gross vehicle weight: 26 t
Weltpremiere auf der IAA 2017 in Frankfurt - Mercedes-Benz präsentiert sein erstes voll-elektrisches EQ Konzeptfahrzeug im Kompaktsegment.
World première at the 2017 International Motor Show (IAA) in Frankfurt - Mercedes-Benz presents the first, fully electric EQ concept vehicle in the compact car segment.
„Wszystko mamy przygotowane. Tylko w rozwój gamy naszych aut EQ zainwestujemy ponad 10 mld euro” – mówi Ola Källenius, który od początku br. odpowiada za badania w koncernie Daimler i rozwój Mercedes-Benz Cars. „Do 2022 roku wprowadzimy na rynek więcej niż 10 pojazdów z napędem całkowicie elektrycznym. Przeprowadzimy też elektryfikację całego portfolio Mercedes-Benz. W przypadku każdej serii modelowej nasi klienci będą mogli wybrać przynajmniej jedną elektryczną alternatywę – więc łączna liczba takich modeli (hybrydowych lub na prąd – przyp. tłum.) wzrośnie do 50”.
Jeśli chodzi o przyszłość mobilności, koncern Daimler polega na dalszym współistnieniu różnych rozwiązań, optymalnie dopasowanych do indywidualnych potrzeb klientów i modeli samochodów. Ola Källenius: „Kładziemy nacisk na wysoce efektywne, zaawansowane technicznie silniki spalinowe, systematyczną hybrydyzację oraz jednostki elektryczne zasilane energią z akumulatora lub ogniw paliwowych. Celowo mamy tak szerokie podejście – uwzględniamy nasze szerokie portfolio pojazdów oraz zróżnicowane wymagania klientów w zakresie mobilności”.
Droga nr 1: jako elektryczny pionier Mercedes-Benz opiera się na mobilności wolnej od emisji CO2
W 2007 r. smart fortwo electric drive uczynił Daimlera pierwszym producentem, który zaoferował produkowane seryjnie auto elektryczne. Dziś w sprzedaży jest już czwarta generacja smarta electric drive. Latem 2017 r. do modeli smart fortwo coupé oraz smart forfour (średnie zużycie energii elektrycznej: 12,9/13,1 kWh/100 km; średnia emisja CO2: 0 g/km) dołączył smart fortwo cabrio z elektrycznym napędem akumulatorowym. Teraz smart, jako pierwsza marka samochodów, planuje systematyczne przestawienie się z silników spalinowych na elektryczne. Od 2020 r. w Europie i USA firma chce sprzedawać wyłącznie modele na prąd.
W dalszą przyszłość pozwala spojrzeć studium designerskie smart vision EQ fortwo, ilustrujące nowe rozwiązania dla zindywidualizowanego, elastycznego i efektywnego lokalnego transportu publicznego. Autonomiczny, zasilany jednostką elektryczną smart vision EQ prezentuje spójną koncepcję miejskiej mobilności jutra – oraz przyszłości tzw. car-sharingu, czyli współdzielenia samochodów.
Mercedes-Benz przyjmuje holistyczne podejście do elektryfikacji układów napędowych. Firma pracuje nad rozwojem marki EQ z myślą o stworzeniu całego ekosystemu, który poza samymi autami elektrycznymi obejmować będzie kompleksową ofertę w zakresie elektromobilności – od inteligentnych usług i jednostek przechowywania energii dla użytku prywatnego i komercyjnego aż po rozwiązania w dziedzinie ładowania oraz recyklingu.
Istotnym elementem tej inicjatywy jest opracowanie wszechstronnej architektury dla pojazdów elektrycznych zasilanych energią z akumulatora. Produkcja pierwszego seryjnego modelu nowej marki EQ – o nazwie EQC – ma ruszyć w fabryce Mercedes-Benz w Bremen w 2019 r.
Podczas niedawnego salonu samochodowego we Frankfurcie Mercedes-Benz zaprezentował prototyp EQA – przykład realizacji strategii marki EQ w klasie aut kompaktowych. Pojazd wyposażono w dwa silniki elektryczne, po jednym z przodu i z tyłu, o mocy systemowej układu napędowego przekraczającej 200 kW. Zmienna dystrybucja momentu obrotowego między osiami zapewnia zróżnicowaną charakterystykę jazdy. O tym, który program układu napędowego jest aktualnie załączony, prototyp EQA informuje za pomocą komunikatów na unikalnej, cyfrowej osłonie chłodnicy.
Przedprodukcyjne egzemplarze GLC F-CELL stanowią z kolei wyraźny sygnał koncernu Daimler w zakresie rozwoju technologii ogniw paliwowych. Zaprezentowane na targach we Frankfurcie pojazdy jako pierwsze na świecie łączą napęd wodorowy z ładowanym z gniazdka akumulatorem litowo-jonowym jako dodatkowym źródłem energii. Dzięki inteligentnej współpracy obu źródeł energii silnik elektryczny zapewnia przyjemność z dynamicznej jazdy przy zerowej lokalnej emisji spalin. Rodzinny SUV oferuje też szereg innych zalet: ma funkcjonalne nadwozie, zapewnia długi zasięg i moc 147 kW (200 KM), może się pochwalić krótkim czasem tankowania i jest wyposażony najnowszą generację systemów wspomagających wraz z funkcjami zarezerwowanymi specjalnie dla pojazdu z napędem wodorowo-akumulatorowym.
W przyszłości także w gamie pojazdów użytkowych wszystkich klas dostępne będą lokalnie bezemisyjne wersje elektryczne: FUSO eCanter, przeznaczony do lekkiego transportu dystrybucyjnego na terenie Europy, Azji i Ameryki, oraz elektryczna ciężarówka Mercedes-Benz dla transportu ciężkiego. W USA północnoamerykański oddział Daimler Trucks North America pracuje nad elektryczną ciężarówką Freightliner eCascadia dla transportu dalekobieżnego. W 2018 r. do produkcji seryjnej trafi pierwszy miejski autobus z elektrycznym napędem akumulatorowym.
Tymczasem Mercedes-Benz Vans pracuje nad całkowicie elektrycznymi wersjami Vito i Sprintera. Znany jest już pierwszy partner, który będzie je użytkować – to firma logistyczna Hermes.
Droga nr 2: szeroka gama hybryd plug-in będzie jeszcze szersza
Hybrydy plug-in reprezentują kluczowy etap rozwoju na drodze do lokalnie bezemisyjnej przyszłości pojazdów mechanicznych. Dlaczego? Ponieważ oferują klientom to, co najlepsze w dwóch rodzajach napędu: w mieście mogą poruszać się w trybie całkowicie elektrycznym, a na długich trasach korzystają z potencjału jednostki spalinowej. Aby podkreślić istotną rolę hybryd w procesie elektryfikacji samochodu w ogóle, modele plug-in sygnowane przez Mercedes-Benz będą w przyszłości nosić oznaczenie EQ Power.
Ponieważ hybrydowy napęd plug-in swoje największe atuty ujawnia w pojazdach wyższych klas i przy zróżnicowanym trybie eksploatacji, Mercedes-Benz opowiada się za taką koncepcją napędu w modelach od Klasy C wzwyż. Hybrydową ofensywę ułatwia inteligentna, modułowa koncepcja napędu – dzięki możliwości skalowania daje się zastosować go w wielu seriach modelowych, w samochodach z różnymi nadwoziami oraz w autach z kierownicą po lewej i prawej stronie.
Po modelach C 350 e* (limuzyna, kombi oraz wersja z długim rozstawem osi przeznaczona na rynek chiński), GLE 500 e 4MATIC*, GLC 350 e 4MATIC*, GLC Coupé 350 e 4MATIC* oraz E 350 e* do oferty dołącza ósma hybryda plug-in Mercedesa – S 560 e* (*średnie zużycie paliwa: 2,1-3,3 l/100 km, średnie emisje CO2: 48-78 g/km, średnie zużycie prądu: 11,0-16,7 kWh/100 km), następca limuzyny S 500 e.
Hybrydowy napęd S 560 e łączy benzynowy silnik V6 o mocy 270 kW (367 KM) oraz elektryczną jednostkę rozwijającą 90 kW. Trzecia generacja hybrydowej przekładni stanowi ewolucję skrzyni automatycznej 9G-TRONIC PLUS. Przekładnia hydrokinetyczna, sprzęgło i silnik elektryczny zespolono tu w innowacyjną jednostkę hybrydową. Dzięki zintegrowaniu i połączeniu sprzęgła rozłączającego, tłumika drgań skrętnych oraz sprzęgła blokującego (lock-up) z wirnikiem jednostki elektrycznej pozwoliło zachować kompaktowe gabaryty konstrukcji. Przekładnia hydrokinetyczna z wydajnym, efektywnym obiegiem hydraulicznym zapewnia niezwykłą gładkość podczas ruszania z miejsca w trybie hybrydowym.
Nowy rozdział w napędach dla autobusów otwiera hybryda Citaro. Po raz pierwszy na świecie technologia hybrydowa dostępna jest w ramach specjalnego wyposażenia dla niezwykle szerokiej gamy autobusów miejskich z silnikami benzynowymi i wysokoprężnymi, a nie w postaci osobnych modeli – i w ten sposób może zapewnić korzyści w wielu wariantach pojazdów. W połączeniu z nowym, elektrohydraulicznym układem kierowniczym hybrydowy napęd Citaro ogranicza zużycie paliwa autobusu, już teraz słynącego ze swojej oszczędności, nawet o kolejne 8,5 %, zależnie od zastosowań oraz specyfikacji.
Droga numer 3: wysoce efektywne silniki spalinowe
Na swojej mapie drogowej w kierunku zrównoważonej mobilności Mercedes-Benz przywiązuje dużą wagę do optymalizacji nowoczesnych jednostek spalinowych. Do dalszej redukcji zużycia paliwa w ramach całej floty w szczególności – zwłaszcza w Europie – przyczyniają się ekonomiczne, przyjazne środowisku i popularne silniki wysokoprężne. Nowy 4-cylindrowy diesel OM 654 zapoczątkował przełomową rodzinę jednostek Mercedes-Benz. To pierwszy motor wysokoprężny dla aut osobowych ze stopniowaną misą spalania. Jej nazwa pochodzi od charakterystycznego kształtu misy spalania w koronie tłoka.
Lista innowacji obejmuje również połączenie aluminiowego bloku silnika i stalowych tłoków oraz dodatkowo udoskonaloną powłokę gładzi cylindrowych NANOSLIDE®. Nowy 4-cylindrowy silnik OM 654 świętował swoją premierę wiosną 2016 r., pod maską Klasy E 220 d (średnie zużycie paliwa: 3,9 l/100 km; średnie emisje CO2: 102 g/km). Jego zapotrzebowanie na olej napędowy jest o około 13 % niższe od poprzednika zamontowanego w porównywalnym samochodzie.
Nowy 6-cylindrowy rzędowy silnik Diesla zadebiutował w dwóch wersjach mocy: w Mercedesie S 350 d osiąga moc 210 kW (286 KM) oraz 600 Nm momentu (średnie zużycie paliwa: 5,1 l/100 km; średnie emisje CO2: 134 g/km). Z kolei wariant S 400 d o mocy 250 kW (340 KM) i 700 Nm maksymalnego momentu obrotowego to najmocniejszy produkowany seryjnie osobowy Mercedes-Benz z jednostką wysokoprężną (średnie zużycie paliwa: 5,2 l/100 km; średnie emisje CO2: 135 g/km).
Nowe 4- i 6-cylindrowe silniki benzynowe wskazują drogę do przyszłości motorów spalinowych: zaopatrzono je w przełomowe rozwiązania, takie jak alternator zespolony z rozrusznikiem (EQ Boost), 48-woltowa pokładowa instalacja elektryczna czy elektryczna sprężarka (wariant 6-cylindrowy).
Nowa 6-cylindrowa jednostka rzędowa na linii startowej pojawia się w dwóch wersjach mocy. W Mercedesie S 450 (także z napędem 4MATIC) generuje moc 270 kW (367 KM) oraz maksymalny moment obrotowy 500 Nm (średnie zużycie paliwa: 6,6 l/100 km; średnie emisje CO2: 150 g/km). Odmiana S 500 dysponuje mocą 320 kW (435 KM) oraz 520 Nm maksymalnego momentu obrotowego (średnie zużycie paliwa: 6,6 l/100 km; średnie emisje CO2: 150 g/km). Krótkookresowo EQ Boost z alternatorem zintegrowanym z rozrusznikiem zapewnia dodatkowe 250 Nm oraz 16 kW mocy. W porównaniu z poprzednikiem S 500 z jednostką V8 o podobnej mocy udało się tu ograniczyć emisję CO2 o około 22 %.
Na swoją premierę czeka też nowa generacja 4-cylindrowego silnika benzynowego (wewnętrzne oznaczenie M 264) o mocy jednostkowej znacznie przekraczającej 100 kW z 1 litra pojemności. Wykorzystanie alternatora zespolonego z rozrusznikiem w układzie napędu pasowego oraz 48-woltowej pokładowej instalacji elektrycznej wyznacza kolejny etap elektryfikacji układów napędowych i ułatwia realizację funkcji takich jak doładowanie, żeglowanie z odłączonym silnikiem czy rekuperacja energii.
Podobnie jak motor 6-cylindrowy, tak i nowa jednostka V8 świętowała swój debiut w najnowszej Klasie S. Zaopatrzona w podwójne turbodoładowanie, należy ona do najoszczędniejszych benzynowych „V-ósemek” na świecie – zużywa nawet o 6 % mniej paliwa od poprzednika. Dzięki układowi regulacji wzniosu zaworów CAMTRONIC, z myślą o ograniczeniu zapotrzebowania na benzynę, podczas jazdy z częściowym obciążeniem odłączane są tu jednocześnie 4 z 8 cylindrów. Nowy motor V8 osiąga moc 345 kW (469 KM) i 700 Nm maksymalnego momentu obrotowego i dostępny jest w modelach Mercedes-Benz S 560 (średnie zużycie paliwa: 7,9-8,5 l/100 km; średnie emisje CO2: 181-195 g/km) oraz Mercedes-Maybach S 560 (średnie zużycie paliwa: 8,8-9,3 l/100 km; średnie emisje CO2: 198-209 g/km).
Droga numer 4: mobilność jutra będzie bardziej elastyczna i lepiej skomunikowana
Od lat Daimler ewoluuje z producenta samochodów w kierunku dostawcy usług mobilności. W pierwszej połowie 2017 r. dwukrotnie wzrosła liczba klientów, którzy na całym świecie korzystają z cyfrowych usług mobilności, takich jak car2go (globalny lider w branży car-sharingu), mytaxi (europejski lider rynku przewozów taksówkowych) czy moovel. Jako użytkownicy usług mobilnych Daimlera w ponad 100 miastach Europy, Ameryki Północnej i Chin zarejestrowanych jest dziś ponad 15 mln klientów.
To samo dotyczy wdrażania kolejnych założeń strategii koncernu Daimler o nazwie CASE. Każda z liter symbolizuje tu inną oś rozwoju mobilności: łączność (Connected), pojazdy autonomiczne (Autonomous), usługi współdzielenia pojazdów (Shared & Services) oraz napędy elektryczne (Electric). Segment Shared & Services obejmuje wszystkie usługi mobilności oferowane przez Daimler Financial Services – od car-sharingu (car2go) i przewozów taksówkowych (mytaxi) do platform mobilności (moovel). Od końca 2016 r. koncern Daimler świadczy również usługi prywatnego car-sharingu – Croove, niezależne od marki pojazdu i wykraczające poza zakres car2go.
Cyfrowy dostęp do świata Mercedes-Benz zapewnia Mercedes me. Za pomocą portalu mercedes.me klienci mogą korzystać z usług, produktów i ofert lifestyle’owych Mercedesa, Daimlera oraz partnerów. Po założeniu konta kierowcy Mercedesów mają dostęp do spersonalizowanych treści, a także do… własnego samochodu. Każdy, kto posiada model z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in, może korzystać ze specjalnych funkcjonalności Mercedes me: standardowa funkcja zdalnego sterowania Remote Online pozwala klientom w wygodny sposób, na ekranie własnego smartfona, sprawdzać poziom naładowania akumulatora, zasięg i położenie najbliższej stacji ładowania.
Integralną część elektromobilnościowej inicjatywy Mercedes-Benz Cars stanowią inteligentnie połączone rozwiązania w zakresie ładowania. Akceptacja klientów dla aut elektrycznych jest bowiem ściśle związana z dostępnością kompleksowej infrastruktury do ich ładowania. Czy to w domu, za pomocą ładowarki typu wallbox, czy na zakupach, w pracy, czy na ulicy – już dziś możliwości „tankowania” aut na prąd są bardzo zróżnicowane. Od 2018 r. w elektrycznych Mercedesach stopniowo wprowadzany będzie standard ładowania prądem stałym bazujący na CSS (Combined Charging System). Daimler prowadzi w tej dziedzinie szeroko zakrojone programy partnerskie.
Koncern planuje też wspólne przedsięwzięcie z firmami BMW Group, Ford Motor Company oraz Volkswagen Group z Audi i Porsche w celu utworzenia sieci ultraszybkich, wysokowydajnych ładowarek o mocy do 350 kW, zlokalizowanych przy głównych szlakach drogowych w Europie. Jej budowa rusza w 2017 r.; początkowo sieć ma obejmować 400 punktów na terenie Starego Kontynentu.
W ramach projektu charge@Daimler koncern łączy swoje aktywności w celu stworzenia inteligentnej infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych na terenie wszystkich swoich fabryk w Niemczech. Już dziś pracownicy Daimlera w 24 niemieckich miastach mają dostęp do licznych rozwiązań z zakresu ładowania. Do końca 2018 r. sieć będzie obejmować ponad 2000 punktów ładowania.
Wiosną 2017 r. Daimler został głównym inwestorem w firmie ChargePoint Inc., dostawcy usług ładowania z USA. Celem tej strategicznej inwestycji jest znaczne poszerzenie portfolio rozwiązań inteligentnego ładowania i zapewnienie klientom wszechstronnej palety usług premium z zakresu elektromobilności.
Z Saksonii na cały świat: światowa sieć produkcji akumulatorów
Prócz wewnętrznych prac rozwojowych, doświadczenia w produkcji i modułowej strategii dla napędów alternatywnych elementem filozofii Daimler AG jest zapewnienie bezpośredniego dostępu do kluczowych komponentów pojazdów elektrycznych oraz zelektryfikowanych.
Dzięki swojej spółce zależnej Accumotive koncern Daimler dysponuje kompleksową wiedzą i doświadczeniem w zakresie rozwoju oraz produkcji wysoce zaawansowanych akumulatorów. W związku z planowaną ofensywą aut elektrycznych pod marką EQ powstaje globalna sieć produkcji akumulatorów, z lokalizacjami w Europie, Azji oraz Ameryce Północnej. W sumie firma zainwestuje w nią ponad 1 mld euro, a sieć poza dwiema fabrykami w saksońskim miasteczku Kamenz ma w przyszłości obejmować zakłady w Stuttgarcie-Untertürkheim, Pekinie (Chiny) oraz Tuscaloosie (USA). Analogicznie do produkcji pojazdów sieć wytwarzania akumulatorów może elastycznie i wydajnie reagować na bieżący popyt. Poszczególne lokalizacje zaopatrują lokalne zakłady produkcyjne, a w razie potrzeby swoje akumulatory mogą też eksportować.
Sieć ekspercka: skoncentrowane wiedza i doświadczenie
NuCellSys, spółka zależna Daimlera, to światowy lider w rozwoju układów ogniw paliwowych i systemów przechowywania wodoru na potrzeby zastosowania w pojazdach mechanicznych. W 2015 r. Daimler zaangażował się w nową linię działalności biznesowej – systemy przechowywania akumulatorów – i otworzył się w ten sposób na nowe możliwości rozwoju poza sektorem motoryzacyjnym.
Sieć ekspercka obejmuje też wspólne przedsięwzięcia, takie jak współpraca z Boschem w zakresie silników elektrycznych (EM-motive). W ramach kolejnych spółek joint venture ma powstać m.in. infrastruktura do tankowania wodoru (H2 Mobility GmbH) oraz ogólnoeuropejska sieć szybkiego ładowania akumulatorów. Z myślą o rozszerzeniu ekosystemu zintegrowanego wokół elektromobilności Daimler AG realizuje też projekty partnerskie, np. z dostawcą usług ładowania, firmą ChargePoint.
Wyniki badania „Problemy i wyzwania w organizacjach – znaczenie kapitału społecznego”, przeprowadzonego przez agencję IQS na zlecenie House of Skills, Forum Odpowiedzialnego Biznesu oraz Komitet Dialogu Społecznego KIG (KDS KIG) pokazały, że aż 95% ankietowanych pracowników i menedżerów obserwuje w swoim miejscu pracy zjawiska, które mogą wiązać się z deficytem kapitału społecznego. Niedostatek m.in. zaufania, odpowiedzialności, współpracy, przepływu informacji i realizacji celów może zatem się okazać hamulcem rozwoju polskiej gospodarki lub jej dźwignią, uniemożliwiając bądź ułatwiając szybki pościg za gospodarkami rozwiniętych krajów Zachodu.
W jaki sposób zwiększyć i wykorzystać potencjał relacji społecznych i zaufania dyskutowali dziś eksperci i uczestnicy warsztatu „Kapitał społeczny. Koncept naukowy czy dźwignia wzrostu gospodarczego?”, zorganizowanego przez KDS KIG. W dyskusji podkreślano, że Polska staje się coraz bardziej innowacyjna i zaczyna napotykać bariery wzrostu charakterystyczne dla państw Europy Zachodniej. Na tym tle deficyt kapitału społecznego już teraz dla większości firm okazuje się problemem.
– W polskich firmach, które wzięły udział w badaniu, pracują dobrze wykształceni, doświadczeni ludzie. Natomiast wciąż brakuje otwartej komunikacji, zaufania i współpracy. Znów bowiem, dają o sobie znać kłopoty ze sztywną hierarchią władzy w organizacjach – ocenił wyniki badania Maciej Witucki, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG.
– W sierpniu 2017 roku zapytaliśmy pracowników i menedżerów polskich firm o trudności, z którymi mierzą się w swoich organizacjach. Ciekawiło nas, jak powszechnie występują zjawiska, które mogą być związane z niedostatkiem kapitału społecznego, czyli z brakiem przepływu informacji wewnątrz organizacji, z brakiem zaufania czy współpracy między zespołami – mówiła Ewa Kastory, Senior Partner w House of Skills, współtwórca i kierownik merytoryczny pierwszej w Polsce Szkoły Kapitału Społecznego. – Chcieliśmy dowiedzieć się, na ile negatywne zjawiska, świadczące o niskim poziomie kapitału społecznego doskwierają firmom oraz jak o nim mówią pracownicy i menedżerowie. Okazało się, że najistotniejszą bolączką jest brak przepływu informacji – wskazało ją aż 50% respondentów.
Twórcy badania zrezygnowali z zadawania pytań wprost o kapitał społeczny. Postanowili natomiast stworzyć kwestionariusz, zawierający opisy konkretnych działań, problemów lub sytuacji, występujących w organizacjach, które mogą świadczyć o niedostatecznym rozwoju tego kapitału.
– Kapitał społeczny wydaje się zagadnieniem trudno uchwytnym. Dopiero, gdy spojrzymy na przykłady działań, widzimy jak kluczowy jest to obszar w organizacji i dlaczego warto i trzeba w niego inwestować – uważa Jacek Kowalski, ekspert KDS KIG, członek zarządu ds. zasobów ludzkich w Orange Polska. – W Orange przywiązujemy dużą wagę do wzmacniania kapitału społecznego.
W różny sposób budujemy zaufanie i relacje ze swoimi pracownikami, klientami, czy kontrahentami, mając na uwadze korzyści wszystkich stron. Najważniejsze, aby działania wewnątrz i na zewnątrz organizacji były spójne.
– Kapitał społeczny jest siłą napędową wysoko rozwiniętych gospodarek i bardzo wyraźnie wiąże się z dobrobytem społeczeństw. Niestety w Polsce jego poziom jest niski. Zbliżamy się do momentu,
w którym ten deficyt uniemożliwi nam dalszy, szybki rozwój gospodarczy. Dziś kwestia kapitału społecznego jest podnoszona głównie w publikacjach naukowych, a przecież ma on praktyczne, bezpośrednie przełożenie na biznes i otoczenie społeczne. Dlatego biznes i nauka muszą wspólnie wpłynąć na budowę kapitału społecznego i zwiększanie zaufania – powiedział prof. Krzysztof Jasiecki z Centrum Europejskiego UW, ekspert KDS KIG.
Z badania wynika, że w firmach relacje międzyludzkie są coraz lepsze. W skali o 1 do 5, gdzie 1 oznacza „nie występuje” a 5 „występuje powszechnie”, jedynie 15% respondentów (4 i 5 na skali) wskazało, że w ich miejscu pracy ludzie się nie znają i nie ufają. Odmienne doświadczenia (1 i 2 na skali) miało natomiast aż 67% pracowników. Odrobinę gorzej wygląda sytuacja w przypadku atmosfery w pracy. Skarży się na nią 25% respondentów, a 58% jest z niej zadowolonych.
Trochę gorsze wyniki przynosi kolejna kategoria, czyli zaangażowanie w pracę. 28% respondentów uważa, że w ich przedsiębiorstwie pracownicy są zdemotywowani, przeciwnego zdania jest 41% badanych. Stosunek ten wynosi 41% do 38%, gdy chodzi o przedkładanie własnych celów nad cele firmy. Najgorsze statystyki dotyczą zarządzania i komunikacji w firmach. W większości przedsiębiorstw takie problemy jak brak przepływu informacji i dobrych praktyk, zakłócenia we współpracy między zespołami są powszechniejsze niż ich brak. Odpowiednio dla każdego z problemów: 41%-35%; 39%-37%; 40%-38%.
Część z działań naprawczych, podejmowanych w celu ograniczenia negatywnych zjawisk, wywołanych deficytami kapitału społecznego, sprawdza się dobrze. Dotyczy to szkoleń i programów rozwojowych, które były przeprowadzone w 40% ankietowanych firm, a 63% respondentów uważa je za skuteczne. Wyjazdy lub spotkania integracyjne organizuje się równie często (37%), ale ich skuteczność docenia tylko 48% badanych. Zdecydowanie niedocenianym sposobem rozwiązywania problemów pozostaje zmiana zakresu obowiązków pracowników lub zespołów. Aż 67% respondentów uważa ją za działanie skuteczne, ale została przeprowadzona tylko przez 27% firm.
Dotychczasowe działania ustawodawcy w zakresie uszczelniania systemu podatkowego w zdecydowanej mierze skupiały się na problematyce podatku od towarów i usług. Niemniej jednak kierownictwo Ministerstwa Finansów nie zamierza na tym poprzestać i coraz częściej spogląda w kierunku odbudowy dochodów budżetowych także z tytułu podatku CIT. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie intensywność planowanych zmian, które w radykalnym stopniu mogą doprowadzić do zwiększenia zobowiązań podatkowych przedsiębiorcy.
Zapowiedzi urzędników ze Świętokrzyskiej
Tegoroczne wakacje nie były łaskawym czasem dla przedsiębiorców. W lipcu przedstawiono bowiem projekt zmian w ustawach o PIT, CIT oraz o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne. Jednym ze sztandarowych rozwiązań zaproponowanych wówczas przez urzędników fiskusa było wprowadzenie przepisów limitujących – powyżej progu kwotowego uwzględniającego potrzeby wynikające z działalności operacyjnej przedsiębiorstwa – wysokość kosztów uzyskania przychodów związanych z zawieranymi przez podatników CIT umowami na określone usługi niematerialne. Istota problemu sprowadzała się do przyjęcia tezy, że wydatki poniesione przez przedsiębiorcę na usługi doradcze, księgowe, badania rynku, usługi prawne, usługi reklamowe, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, usługi rekrutacji pracowników, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze oraz inne koszty m.in. z tytułu praw autorskich lub licencji miały zostać ograniczone do wysokości 5% zysku EBITDA danego przedsiębiorstwa. Natomiast w sytuacji, gdy w danym roku podatkowym firma nie osiągnęła zysku, wówczas maksymalny limit kosztów za wydatki poniesione na ww. usługi niematerialne to 100 tys. zł miesięcznie, a więc 1,2 mln zł rocznie.
Fikcyjne propozycje
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Ministerstwo Finansów, forsując tak represyjny projekt, wprowadza de facto fikcję prawną odnośnie do kwalifikacji do kosztów podatkowych wyłącznie tych wydatków za usługi niematerialne, które nie przekraczają ustawowo określonego limitu, podczas gdy nadwyżka takich wydatków ponad określony wskaźnik nie będzie mogła być uznawana za koszt, mimo że wypełnia definicję kosztów uzyskania przychodów, o której mowa w art. 15 ustawy o CIT. Przedstawiciele resortu finansów argumentowali zasadność proponowanych zmian tym, że jest to konieczna odpowiedź na praktykę unikania podatków poprzez fikcyjne usługi niematerialne. Z ich zapewnień wynikało, że od 2005 r. wynagrodzenia za świadczone z zagranicy usługi niematerialne wzrosły aż o 455%, tymczasem od wejścia Polski do UE płatności za usługi doradcze powinny raczej maleć. Z kolei podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów Paweł Gruza wskazał, że wzrastający wypływ środków z Polski na usługi niematerialne wynikał m.in. z błędnej polityki poprzedniego rządu w odniesieniu do cen transferowych, a po stronie aparatu skarbowego nie było adekwatnej reakcji.
Jak można było się spodziewać, planowane zmiany spotkały się ze zdecydowaną dezaprobatą przedsiębiorców oraz przedstawicieli zawodów świadczących usługi niematerialne. Dopiero w wyniku wzmożonej fali krytyki fiskus zaczął liberalizować przedstawione dotychczas postulaty i zapowiedział dalsze prace nad wypracowaniem konsensusu w tym zakresie. Efektem tych prac było opublikowanie 26 września kolejnego projektu nowelizującego m.in. ustawę o CIT we wskazanym zakresie. Niestety, nowy pomysł Ministerstwa Finansów tylko nieznacznie skorygował pierwotne zamiary urzędników.
Ustępstwo czy zamierzone działanie?
W nowym projekcie proponuje się podwyższenie tzw. kwoty wolnej do wysokości 3 mln zł w roku podatkowym, poniżej której wydatki na usługi niematerialne w ogóle nie będą podlegać wyłączeniu z kosztów uzyskania przychodu. Jednocześnie w przepisach nowelizujących ustawę o CIT ograniczono katalog przedmiotowy usług niematerialnych objętych proponowanym limitem, a ograniczenia te mają dotyczyć już tylko kosztów poniesionych na rzecz podmiotów powiązanych kapitałowo z podatnikiem. Dokonując wykładni powyższych przepisów a contrario sugerowane zmiany nie będą dotyczyły zatem kosztów usług, licencji i opłat ponoszonych na rzecz podmiotów niepowiązanych. Koszty te, poza wymogiem ich faktycznego poniesienia (niefikcyjny charakter) i związku z prowadzoną działalnością, o której mowa w art. 15 ust. 1 ustawy o CIT, będą – na zasadach dotychczasowych – odliczane w pełnej wysokości. Co istotne, ograniczenie w zaliczaniu do kosztów podatkowych usług niematerialnych nie znajdzie także zastosowania do kosztów poniesionych przez spółkę tworzącą podatkową grupę kapitałową na rzecz innych spółek z tej grupy. Projektodawca przewidział także możliwość rozliczenia kosztów nieodliczonych w danym roku podatkowym w kolejnych 5 latach podatkowych na zasadach i w ramach obowiązujących w danym roku limitów.
Projekt zmieniono, obawy pozostały
Przedsiębiorcy już teraz powinni przygotować się na nowe pomysły resortu. Owszem, Ministerstwo Finansów zliberalizowało przepisy w zakresie niektórych ograniczeń przy kwalifikacji wydatków poniesionych na usługi niematerialne do kosztów podatkowych, to jednakże nadal są to regulacje, które w istotny sposób mogą wpłynąć na realny wzrost kwoty stanowiącej podstawę opodatkowania, co bezpośrednio przełoży się także na zwiększenie zobowiązania podatkowego z tytułu CIT.
Kontrole podatkowe, zwłaszcza te związane z dodatkową weryfikacją zwrotu podatku VAT, mają to do siebie, że są nieustannie przedłużane. Powody ku temu są różne. Przegląd czynności podejmowanych przez organy podatkowe prowadzi jednak do wniosku, iż ich kontrole najczęściej są wywołane uporczywym składaniem przez te organy powtarzających się zapytań do administracji podatkowych innych państw, zwanych informacjami SCAC. Czy istnieje realna konieczność notorycznego sięgania po nie? Czy można skutecznie przeciwdziałać takiemu przedłużaniu kontroli?
Czym jest informacja SCAC i do czego służy
Podstawowym aktem prawnym Unii Europejskiej regulującym zagadnienie wymiany informacji o VAT pomiędzy państwami członkowskimi pozostaje nadal dyrektywa Rady 2011/16/UE z dnia 15 lutego 2011 r. w sprawie współpracy administracyjnej w dziedzinie opodatkowania i uchylająca dyrektywę 77/799/EWG. Zgodnie z tą dyrektywą wniosek o udzielenie informacji o VAT oraz odpowiedź na taki wniosek są przesyłane przy użyciu standardowego formularza wymiany informacji SCAC (SCAC – Stały Komitet Współpracy Administracyjnej). Do standardowych formularzy można załączać wszelkie inne dokumenty, ich uwierzytelnione kopie lub wyciągi z nich, np. faktury VAT, dokumenty potwierdzające zapłatę za towar czy międzynarodowe listy przewozowe CMR.
W Polsce natomiast obowiązuje Ustawa z dnia 9 marca 2017 r. o wymianie informacji podatkowych z innymi państwami (Dz.U. z 2017 r. poz. 648), która implementuje do polskiego porządku prawnego dyrektywy Rady UE z lat 2014–2016, zmieniające dyrektywę Rady 2011/16/UE z dnia 15 lutego 2011 r.
Ocena funkcjonowania systemu oraz problemy z tym związane
Analizując przepisy prawne, należy zwrócić uwagę, iż procedura wymiany informacji w sprawach podatkowych jest z natury rzeczy dla polskich podatników powolna i uciążliwa. Miesiącami czekają oni na udzielenie odpowiedzi przez organy państwa członkowskiego. Problemem jest także mała wiarygodność przekazywanych danych. Dotyczy to przede wszystkim rozbieżności w informacjach statystycznych czy zmian z mocą wsteczną w systemie VIES (często okazuje się, że kontrahent na dzień zawarcia transakcji był aktywny w systemie VIES, natomiast z informacji SCAC otrzymujemy informację, że już aktywny nie jest). Należy podkreślić, iż Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za prawdziwość informacji uzyskanych za pośrednictwem internetowego narzędzia VIES ze względu na to, że informacje pochodzą z krajowych baz danych, nad którymi Komisja nie ma kontroli. Tym samym informacje uzyskane od państwa członkowskiego na formularzu wymiany SCAC często różnią się od danych, którymi dysponował przedsiębiorca w momencie zawierania transakcji.
Nowe przepisy unijne nie stanowią dużego udogodnienia dla podatników i w praktyce nie zmieniają czasu oczekiwania podatnika na odpowiedź od organu podatkowego innego państwa członkowskiego. Organ współpracujący ma na nią sześć miesięcy od daty otrzymania wniosku o udzielenie informacji, a w przypadku gdy nie jest w stanie odpowiedzieć na wniosek w tym terminie, może on być wydłużony. Jak wykazują sprawozdania Komisji Unii Europejskiej, prawie połowa wnioskodawców otrzymuje odpowiedzi z opóźnieniem, a więc zazwyczaj nie jest dotrzymywany sześciomiesięczny termin udzielenia odpowiedzi. Ponadto stwierdzono, że pewna liczba wniosków pozostaje bez odpowiedzi od roku lub dłużej. Powoduje to, iż kontrole podatkowe czy postępowania podatkowe prowadzone przez organy podatkowe są rażąco przewlekłe oraz znacząco przekraczają terminy, o których mowa w ordynacji podatkowej. Tym samym termin zwrotu podatku VAT podlegającego weryfikacji w ramach kontroli podatkowej lub postępowania podatkowego ulega wydłużeniu.
Należy wskazać również, iż uzyskane przez organ podatkowy informacje od innego państwa członkowskiego:
często stanowią informacje, którymi już dysponował organ wnioskujący lub ograniczają się do informacji, iż nie ma kontaktu z kontrahentem podatnika,
w wielu przypadkach odpowiedzi organów są wzajemnie sprzeczne lub powołują się na sprzeczne ze sobą wyniki „rozmów” z pracownikami kontrahenta,
w większości przypadków, nawet w przypadku stwierdzonych u kontrahenta podatnika nieprawidłowości, przekazywane informacje nie są wystarczająco szczegółowe.
Innymi słowy, jakość wymienianych na formularzu SCAC informacji o domniemanych nadużyciach z udziałem polskiego podatnika VAT pozostawia wiele do życzenia.
Informacje uzyskane przez organ podatkowy na formularzu SCAC jako dowód w sprawie
Nieterminowe udzielenie odpowiedzi przez administrację podatkową państwa członkowskiego może być podstawą stwierdzenia przewlekłości postępowania podatkowego (w takiej sytuacji należy zweryfikować aspekt niezbędności zweryfikowania kontrahentów w stosunku do kontroli przeprowadzanej u podatnika), natomiast niekompletne bądź sprzeczne informacje mogą stanowić podstawę do zakwestionowania ich mocy dowodowej przed polskimi organami podatkowymi lub sądami administracyjnymi. Ponadto, zgodnie z orzecznictwem Trybunału Sprawiedliwości UE, jeżeli nieprawidłowości zostaną stwierdzone u kontrahenta unijnego, to podmioty, które nieświadomie uczestniczyły w oszustwie podatkowym, nie mogą zostać pozbawione prawa do odliczenia z tego powodu, że transakcja poprzedzająca jego dostawę bądź następująca po jego dostawie miała charakter oszukańczy (sygn. C-354/03, C-355/03 i C-484/03).
W połowie września posłowie klubu Kukiz’15, dzięki poparciu posłów PiS, złożyli w sejmie projekt uchwały w sprawie powołania komisji śledczej ds. wyłudzeń VAT. Pomysł spotkał się oczywiście z entuzjazmem ministra Morawieckiego. Przy okazji rozliczeń finansowych, minister Ziobro chce konfiskować majątki i wsadzać winnych do więzienia.
Komisja ma zająć się wyłudzeniami podatku od towarów i usług, do jakich doszło w latach 2007–2017, głównie za rządów koalicji PO-PSL. Minister Finansów szacuje, że budżet państwa utracił w tamtym okresie od 200 do 250 miliardów złotych. Morawiecki jest oburzony procederem i indolencją ówczesnych władz, licząc w myślach pieniądze, które teraz mogłyby sfinansować budowy dróg i program 500 plus. W jego opinii odnalezienie winnych pomoże również wyjaśnić społeczeństwu, dlaczego rząd nie ma pieniędzy na realizację wyborczych obietnic. O krok dalej idzie Prokurator Generalny.
Instrukcja dla prokuratorów
10 sierpnia b.r. Zbigniew Ziobro wydał specjalne Wytyczne Prokuratora Generalnego w sprawie zasad prowadzenia postępowań przygotowawczych w sprawach o przestępstwa związane z procederem wyłudzania nienależnego zwrotu podatku od towarów i usług (VAT) oraz innych oszukańczych uszczupleń w tym podatku. Przestępstwa te określił mianem najgroźniej uderzających w interesy finansowe państwa. Za główny cel minister wskazuje prokuratorom doprowadzenie do postawienia w stan oskarżenia „osób odgrywających wiodącą rolę w przestępczym procederze”. Tym samym Ziobro nie chce, by jego podwładni skupiali się na tzw. płotkach. Priorytetem jest odzyskanie pieniędzy utraconych przez skarb państwa. Prokuratorzy mają w tym celu szybko i skutecznie doprowadzać do ogłoszenia zarzutów i postanowień o zabezpieczeniu majątkowym, a w przypadku podejrzanych nadal prowadzących lub zarządzających działalnością gospodarczą – do zakazania im tego.
Główny cel nowych pomysłów ministra Ziobry:
ustalenie i oskarżenie winnych wyłudzeń VAT;
pozbawienie ich uzyskanych korzyści;
odzyskanie wyłudzonych należności.
Wyspecjalizowane służby ścigania
Pomysł Zbigniewa Ziobry nie przewiduje udziału laików, wyraźnie zastrzegając, by nie włączać do jego realizacji jednostek policji niższych szczebli. Sprawami wyłudzeń VAT mają zajmować się prokuratorzy wyspecjalizowani w zwalczaniu przestępczości gospodarczej z prokuratur regionalnych i okręgowych. Postępowania prowadzone przeciwko grupom zorganizowanym mają być delegowane do Wydziałów Zamiejscowych Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej.
Ale to tylko wierzchołek góry lodowej – siatka funkcjonariuszy obejmować ma bowiem włączenie i koordynację działań zarządów CBŚ, wydziałów do spraw przestępczości gospodarczej Komend Wojewódzkich Policji, delegatur ABW, CBA oraz naczelników urzędów celno-skarbowych. Prokuratorzy mają w szczególności nadzorować kooperację tych służb ze służbami Krajowej Administracji Skarbowej. Armia urzędników ma być tak dalece wyspecjalizowana, że minister sugeruje nawet prokuratorom stałe uczestnictwo w ukierunkowanych na zagadnienie wyłudzeń podatkowych szkoleniach.
Organy delegowane do ścigania wyłudzeń VAT:
prokuratorzy regionalni i okręgowi,
Prokuratura Krajowa (w sprawach przestępczości zorganizowanej),
CBŚ,
Komendy Wojewódzkie Policji,
ABW,
CBA,
urzędy celno-skarbowe,
Krajowa Administracja Skarbowa.
Odebranie majątku nawet bez wyroku
Prokuratorzy i funkcjonariusze wspomnianych służb już na wstępnym etapie postępowania mają za zadanie dążyć do ustalenia majątku podejrzanych. Wszystko po to, by móc następnie ustanowić na nim zabezpieczenie. W przypadku podejrzanych o uzyskanie korzyści majątkowej znacznej wartości (ponad 200 tys. zł) w wyniku wyłudzenia nienależnego VAT, pod lupę będzie brany cały ich majątek, uzyskany w czasie popełniania przestępstwa, po nim oraz nawet do 5 lat przed nim. Ciężar udowodnienia, że majątek został nabyty legalnie spoczywać będzie na podejrzanym. Służby przyjrzą się także operacjom majątkowym podejrzanych, dokonanych w tym okresie na rzecz osób trzecich. Podejrzenie przestępstwa prania pieniędzy w powiązaniu z uszczupleniem VAT ma skutkować niezwłocznym wstrzymaniem takiej transakcji i blokadą rachunku.
W tej sytuacji uzasadnione są obawy, że tak jednoznaczne wytyczne ministra Ziobry mogą prowadzić do nadużyć przynoszących w ostatecznym rozrachunku więcej strat niż korzyści. W czasach PRL władze, zagarniając majątki, nazywały przedwojennych arystokratów wyzyskiwaczami i reakcyjną szlachtą. Gdy po latach pokrzywdzeni mogli dochodzić swoich roszczeń – upomnieli się o nie, a uszczerbek na tym poniósł przede wszystkim skarb państwa.
Minister Ziobro w swoich wytycznych wprost sugeruje prokuratorom stosowanie konfiskaty rozszerzonej i przepadku przedsiębiorstwa. Te wprowadzone w kwietniu nowelą Kodeksu karnego instytucje pozwalają przejąć władzę nie tylko nad majątkiem sprawcy, ale i osób trzecich, którym sprawca mienie przekazał nieodpłatnie bądź po zaniżonej cenie. Majątek może zostać skonfiskowany również bez wyroku – np. gdy sprawca umrze lub ciężko zachoruje.
Jesteś przedsiębiorcą? Prokuratura się tobą zainteresuje
Najniebezpieczniejszy i najgroźniejszy dla obrotu gospodarczego i prawnego jest przepadek przedsiębiorstwa. Instytucja ta, wprowadzona nowelizacją do Kodeksu karnego w art. 44a, pozwala na konfiskatę firmy należącej do osoby fizycznej, jeśli służyła ona bezpośrednio lub pośrednio do popełnienia przestępstwa. Rozszerzona wersja tej instytucji pozwala odebrać przedsiębiorstwo nawet nienależące do sprawcy, ale mogące pełnić rolę pomocniczą w popełnieniu przestępstwa. Jak z tego wynika, nie trzeba być przestępcą, by wzbudzić zainteresowanie służb i prokuratury – wystarczy status przedsiębiorcy. Co więcej, gdy już to zainteresowanie wzbudzimy, nie musimy zostać nawet skazani, aby utracić kontrolę nad własnym przedsiębiorstwem. Tym zajmie się bowiem zarządca „zapewniający ciągłość pracy zabezpieczonego przedsiębiorstwa”. Zarządca może zostać ustanowiony w naszej firmie przez prokuratora już na skutek samego podejrzenia popełnienia przestępstwa.
Za kratki za podatki
Chyba najsłynniejszym w dziejach podatnikiem, który trafił do więzienia właśnie za podatki, był Al Capone. Teraz niektórzy rodzimi przedsiębiorcy mogą poczuć się w jego skórze. Minister Ziobro chce, by każdorazowo, gdy postępowanie dotyczy wyłudzeń przekraczających wartość 1 miliona złotych, prokuratorzy regionalni obowiązkowo informowali o tym Dyrektora Departamentu do Spraw Przestępczości Gospodarczej Prokuratury Krajowej. W przypadku tego typu spraw, których przedmiotem jest mienie wielkiej wartości (zgodnie z art. 115 § 6 kk), a szkoda nie została naprawiona, prokuratorzy mają wnioskować o wymierzenie kar bezwzględnego pozbawienia wolności.
Zagrożenia
Instytucja przepadku przedsiębiorstwa spotyka się z falą krytyki i bardzo negatywnymi opiniami. Odbieranie przedsiębiorcom zarządu nad firmami, jeszcze na długo przed uprawomocnieniem wyroku skazującego, może doprowadzić do znacznego pogorszenia sytuacji firmy. Komisaryczny zarządca ma głównie za zadanie umożliwić i pomóc prokuraturze w gromadzeniu materiału dowodowego, a nie przynosić przedsiębiorstwu zysk.
Oprócz pojedynczych „ofiar” pochłoniętych na ołtarzu sprawiedliwości na skutek niezasadnego, a trwającego przecież miesiącami czy latami zarządu komisarycznego, sporą ofiarę złożyć będzie musiał sam skarb państwa. Zaangażowanie personalne takiej rzeszy urzędników do ścigania wyłudzeń podatku, jak i koordynacja ich działań liczone będą zapewne w setkach, jeśli nie w miliardach złotych. Ostatnie z zagrożeń dotyczy wprost samej gospodarki kraju. Trudno bowiem oczekiwać, że zrównani ze statusem przestępcy (lub co najmniej podejrzanego) przedsiębiorcy będą mogli spokojnie skupić się na rozwoju swoich biznesów – szczególnie w sytuacji, gdy muszą szukać dobrego prawnika.
Oto podsumowanie nowych pomysłów ministra Ziobry przez pryzmat powołanej komisji śledczej ds. wyłudzenia VAT:
Postuluje się uruchomienie potężnej siatki wyspecjalizowanych służb do ścigania przestępstw związanych z uszczupleniem należności podatkowych.
Za główny cel postawiono dążenie do zabezpieczenia majątku sprawców wyłudzeń dla rekompensaty strat skarbu państwa.
Ciężar udowodnienia legalności posiadanego majątku może sięgać nawet do 5 lat wstecz i spoczywa na podejrzanym, a w pewnych przypadkach także na osobach trzecich.
Dopuszcza się możliwość ustanowienia zarządcy komisarycznego w firmie przedsiębiorcy tylko w następstwie samego podejrzenia, już na wstępnym etapie postępowania, a więc bez prawomocnego wyroku.
Przewiduje się karę pozbawienia wolności dla sprawców wyłudzeń, których wartość przekracza 1 milion złotych.
Awin, globalna sieć reklamy efektywnościowej, przygotowała raport, podsumowujący sytuację w marketingu afiliacyjnym i prezentujący stan rozwoju branży w 2017 roku. Doświadczenia płynące ze współpracy z ponad 6000 reklamodawców i ponad 100 000 aktywnych wydawców z całego świata, pozwalają na zidentyfikowanie głównych charakterystyk 11 lokalnych rynków, na których działa sieć, oraz wyłonienie głównych trendów w afiliacji. Swoje miejsce w raporcie ma także Europa Wschodnia, która stanowi specyficzny rynek na tle sąsiadów.
Marketerzy w coraz większym stopniu zwracają uwagę na wymierne i jednoznaczne pomiary ich działań. Marketing afiliacyjny pozwala osiągnąć te cele i wesprzeć markę w działaniach w modelu efektywnościowym. Między innymi to jest przyczyną jego rosnącej popularności.
Marketing afiliacyjny jest w pełni adaptowalnym i elastycznym rozwiązaniem dla marek, które starają się zrozumieć, jak i gdzie inwestować w zwiększanie budżetów cyfrowych. Pozwala skutecznie kierować reklamę do grupy docelowej za pośrednictwem odpowiedniego kanału i w odpowiednim czasie, a jednocześnie śledzić poczynania konsumentów, poczynając od pierwszego kontaktu z produktem, aż po jego zakup. Współpraca z siecią afiliacyjną pozwala poszerzyć zasięg działań, a tym samym uczynić lokalną markę globalną, znaną w różnych zakątkach świata.
Siłą marketingu afiliacyjnego jest elastyczność i możliwość dopasowania do specyfiki danego regionu i do jego cyfrowej kultury. Trzeba mieć jednak na uwadze, że obecnie sytuacja nieco się zmienia. Coraz więcej jest kwestii wspólnych i mimo różnic dotyczących np. ustawodawstwa regionalnego czy odmiennych preferencji co do płatności, jest wiele zagadnień, które istnieją niezależnie od miejsca.
Branża afiliacyjna stale się rozwija. Zgodnie z raportem Forrester z 2016 r., amerykański rynek ma wzrastać średnio o około 10% rocznie, co oznacza, że do roku 2020 może przynieść prawie 7 mld dolarów dochodów i prowizji wydawców. To wzrost o 27%.
Marketing efektywnościowy nadal rozwija się na najbardziej ugruntowanych rynkach Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. To rokroczny wzrost o około 8-12% w ciągu ostatnich pięciu lat i nic nie wskazuje na to, żeby sytuacja się zmieniła. Ten sam raport firmy Forrester podaje również, że około 80% reklamodawców w USA działa w afiliacji i średnio przeznacza na ten kanał około 10% swoich wydatków marketingowych.
Jeśli podsumować wszystkie dostępne dane, globalną wartość branży szacuje się na około 13 miliardów dolarów.
Europa Wschodnia w Awin
Europa Wschodnia to jeden z 11 regionów, w których działa Awin. Geograficznie sieć współpracuje z wydawcami z Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Rumunii, Ukrainy, Rosji. Łącznie na tym obszarze aktywnie działa 235 reklamodawców z regionu i aż 2877 wydawców.
Dane o rynku:
192 miliony użytkowników Internetu
średnio 37% dorosłych obywateli posiada smatrfon
średnio 70% korzysta z Androida, 28% z iOS
Google jest najpopularniejszą przeglądarką
Podział sprzedaży według urządzeń: smartfon – 9%, desktop – 88%, tablet – 3%
Z racji, iż wiele z krajów to małe rynki, liczne marki międzynarodowe, chcące poszerzyć zasięg w całym regionie, z czysto praktycznych powodów traktują Europę Środkowo-Wschodnią jako spójną jednostkę biznesową. Tym samym ignorują olbrzymie różnice kulturowe obecne w regionie, szczególnie te językowe, co czyni ich działania niewłaściwymi i nieskutecznymi w kwestii zaangażowania indywidualnych konsumentów i społeczności. Tymczasem marketing efektywnościowy daje unikalną szansę skutecznego koordynowania takich kampanii w tych regionach.
Siedziba wschodnioeuropejskiego oddziału Awin zlokalizowana jest w Polsce, jednak zasięg sieci obejmuje szereg państw sąsiadujących. Tym samym reklamodawcy mają możliwość dotarcia do wielu lokalnych wydawców za pomocą jednej platformy, która pozwala na skuteczną komunikację i obsługę relacji.
To oczywiście udana taktyka, zapewniająca reklamodawcom, którzy nie mają lokalnych oddziałów, możliwość promowania marki na nowych rynkach, w sposób odpowiadający preferencjom lokalnych konsumentów.
Cyfryzacja w Europie Wschodniej
Z racji braku inwestycji w infrastrukturę w ciągu ostatnich dziesięcioleci, mieszkańcy Europy Wschodniej nie mogli skorzystać ze wszystkich zalet kanału online, tak jak miało to miejsce na zaawansowanych w tej materii rynkach sąsiadujących. Wskaźnik penetracji cyfrowych nabywców dla krajów takich jak Polska, Rumunia, Słowacja i Bułgaria jest stosunkowo niski w porównaniu do Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji.
Mimo takiej przeszłości, poprawiające się standardy ekonomiczne w tym regionie sprawiają, że aktualnie jest to jeden z najszybciej rozwijających się rynków e-commerce na świecie.W Europie Środkowo-Wschodniej osiągnięto najwyższy wzrost sprzedaży e-commerce w 2016 r. Zgodnie z tegorocznym raportem „European Ecommerce Report” Rumunia, Słowacja, Estonia, Ukraina, Polska i Bułgaria odnotowały w ubiegłym roku wzrost sprzedaży e-commerce o co najmniej 25%.
W rzeczywistości, jeśli chodzi o porównywanie skuteczności wydawców działających na rynku Europy Wschodniej z innymi rynkami, na których operuje Awin, można zauważyć, że ich udział w prowizji jest znacznie wyższy, niż w innych miejscach.
Polski krajobraz
Próba dotarcia do konsumentów z Europy Wschodniej i zaangażowania ich za pomocą własnych niezależnych działań marketingowych, może być szczególnie trudna dla zagranicznych brandów. Konsumenci, którzy nie znają marki, są o wiele mniej skłonni do zakupu jej produktów, niż ma to miejsce na innych rynkach. Wynika to m.in. z braku rozwiniętego transgranicznego handlu online w Polsce, który jest powszechny w państwach Europy Zachodniej.
Według ostatnich badań firmy Paypal wśród kupujących w Internecie, 78% polskich klientów twierdzi, że dokonują zakupów w sieci tylko za pośrednictwem platform krajowych. To najwyższy odsetek we wszystkich europejskich krajach. Taka lojalność wobec rodzimych platform detalicznych wyjaśnia dlaczego wiodące strony internetowe w Polsce to podmioty krajowe, podczas gdy na wielu innych rynkach międzynarodowi gracze, na przykład Amazon i Ebay, zdołali zdominować lokalne sceny e-commerce.
W Polsce największą grupę klientów przyciąga lokalna platforma aukcji internetowych Allegro i jedynie Zalando oraz Aliexpress udało się znacząco wkroczyć do świadomości internetowych klientów.
Wśród państw Europy Wschodniej Polska wyróżnia się jako jedna z bardziej zaawansowanych gospodarek cyfrowych. Wskaźnik penetracji cyfrowych nabywców kształtuje się na poziomie 56%, przy czym należy zaznaczyć, że w szerszym kontekście europejskim, nasz kraj jest wciąż słabo rozwinięty, chociaż wyróżnia się na tle sąsiadów.
Według indeksu gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego, Polska zajmuje 23 pozycję pośród 28 europejskich państw. Odpowiedzią na taki stan rzeczy jest realizowany przez rząd Program Operacyjny Cyfrowa Polska. Inicjatywa uruchomiona w 2014 r. i planowana do roku 2020 ma na celu rozwiązanie problemu braku inwestycji w krajową gospodarkę cyfrową.
Dotychczas zarówno polscy przedsiębiorcy, jak i konsumenci ostrożnie podchodzili do usług internetowych i tylko nieliczna część populacji regularnie korzysta z różnorodnych opcji dostępnych w sieci. Niewielu Polaków pobiera muzykę, korzysta z „wideo na żądanie”, przesyła własną treść na platformy internetowe lub angażuje się w sieci społecznościowe – świadczy o tym globalna penetracja social media według We Are Social.
Także w Rosji, podobnie jak w Polsce, liczba kont sieci społecznościowych, które są aktywne w populacji, stoi na niskim poziomie – tylko nieco powyżej średniej globalnej i znacznie poniżej regionów, takich jak USA, Australia i południowo-wschodnia Azja.
Istnieją jednak pewne aspekty internetowego świata, które polscy użytkownicy szybko przyjęli. Wydawcy online, zwłaszcza witryny z wiadomościami, mają dużą liczbę aktywnych odbiorców. Coraz więcej Polaków cieszy się możliwościami bankowości online i zakupów w sieci.
Porównanie regularności, z jaką konsumenci z różnych krajów europejskich robili zakupy w sieci pokazuje, że odsetek kupujących online raz w miesiącu zaskakująco plasuje Polskę na drugiej pozycji, tuż za Wielką Brytanią.
Jeśli potencjał ten ma zostać w pełni zrealizowany, w przyszłości polscy sprzedawcy detaliczni będą musieli inwestować w swoje platformy e-commerce. Obecnie tylko jedna na dziesięć polskich firm z sektora małych i średnich sprzedaje swoje wyroby w sieci, podczas gdy średnia w UE wynosi 17%. W Polsce e-commerce stanowi obecnie zaledwie 4,1% PKB w porównaniu do około 6-8% w Wielkiej Brytanii, Szwecji i Danii.
W rzeczywistości brak inwestycji sprzedawców detalicznych w handel elektroniczny w pewien sposób wyjaśnia coraz większe wykorzystanie sieci afiliacyjnych w celu wspierania strategii marketingu online, które tradycyjnie były w kompetencjach wewnętrznych działów marek. Choć wielu reklamodawców w Europie Wschodniej chętnie zarządza największymi partnerami samodzielnie lub też za pośrednictwem agencji reklamowych, chęć poszerzenia zasięgu, jednocześnie bez przeciążania zespołu, otwiera drzwi do współpracy z sieciami afiliacyjnymi.
Niedostatek umiejętności w ramach marketingu online wśród reklamodawców otwiera szansę wydawcom, aby wspierali ich w ramach niektórych bardziej technicznych aspektów reklamy internetowej, takich jak kampanie reklamowe, retargetingowe i remarketingowe. Biorąc pod uwagę wysoki odsetek blokowania reklam w regionie (około 37%), konieczność precyzyjnego kierowania ich do potencjalnych klientów ma zasadnicze znaczenie.
Wiele firm nieposiadających zasobów do samodzielnego wykonywania tego rodzaju działań, powierza je w modelu efektywnościowym trzeciej stronie. Produkty takie jak UnBlock firmy Cloud Technologies, które umożliwiają wyświetlanie reklam nawet tym użytkownikom, którzy korzystają z oprogramowania blokującego reklamę, to tylko jeden z przykładów działalności biznesowej, która odpowiada na specyficzne warunki lokalnego rynku.
Rynek wschodnioeuropejski jest wyraźnym przykładem jak można rozwijać marketing efektywnościowy, niezależnie czy mamy do czynienia z lokalnymi sprzedawcami, którzy po raz pierwszy wchodzą w świat marketingu online, czy z zagraniczną marką, która chce po prostu wejść na nowy rynek. Model efektywnościowy pozwala na testowanie nowych rozwiązań bez ryzyka, podczas gdy lokalni wydawcy mogą zwiększyć zasięg marki wśród nowych odbiorców, bez konieczności fizycznej obecności w regionie.
Okiem lokalnego eksperta
Awin zapytał przedstawicieli lokalnego biznesu o ich przemyślenia na temat rozwoju marketingu afiliacyjnego. W regionie Europy Wschodniej swoje opinie przedstawili: Katarzyna Leboch, Internet Marketing Specialist z Answear.com oraz Elżbieta Czakon z Cloud Technologies SA. Jedno z postawionych pytań dotyczyło zalet korzystania z afiliacji.
Co postrzegasz jako zalety korzystania z afiliacji jako kanału cyfrowego w Twoim regionie?
Katarzyna Leboch: To naturalne uzupełnienie naszych wydatków na marketing, a także stabilne źródło ruchu i dochodu. Pomaga nam też docierać do tych wydawców, do których nie mogliśmy dotrzeć bezpośrednio. Wreszcie nasza współpraca z sieciami partnerskimi umożliwia nam kontrolowanie usług cashback i kodów rabatowych w bardziej wiarygodny sposób. Mamy bardziej transparentną wiedzę na temat tego, jak tymi kanałami promowana jest nasza marka.
Elżbieta Czakon: E-commerce to teraz bardzo silny trend. W związku z tym istnieje większa potrzeba kampanii w modelu efektywnościowym. Sieci partnerskie mają możliwości i know-how do zapewnienia tego typu usług. Jednocześnie uważamy, że domy mediowe nie mają jeszcze umiejętności na takim poziomie jak sieci partnerskie, by koordynować takie kampanie.
O raporcie
W raporcie eksperci podsumowali główne rynki, na których działa Awin, tj. Australię, Kraje Beneluksu, Brazylię, Wielką Brytanię, Stany Zjednoczone, Francję, Włochy, Hiszpanię, region DACH, a więc Niemcy, Austrię i Szwajcarię oraz Kraje nordyckie i Europę Wschodnią. Poza analizą makroekonomiczną regionu, szczegółowo przedstawiono także specyfikę każdego z nich i rozwój branży w ujęciu lokalnym. Jedocześnie zebrano opinie i przemyślenia o kanale partnerskim od przedstawicieli lokalnych podmiotów.
W drugiej części raportu zidentyfikowano podobieństwa na każdym rynku. Niekoniecznie są specyficzne wyłącznie dla afiliacji, ale mają na nią wpływ. Omówiono m.in. wzrost mobilności konsumentów oraz roli globalnych wydarzeń handlowych. Poruszono także temat konwersji kodów rabatowych oraz rosnącej roli influencerów. Na koniec zwrócono uwagę na to, jak marki postrzegają afiliację, jak zmieniają swoje podejście do zarządzania programami partnerskimi oraz jak oceniają wartość partnera.
Finalne dane potwierdzą wzrost krajowej inflacji CPI do 2,2% r/rwe wrześniu z 1,8% r/r w sierpniu. Rozkład zmian cen żywności w regionie (Czechy, Węgry) sugeruje, że jej dynamika może się okazać nieco niższa niż zakładaliśmy, co wskazywałoby na ryzyko silniejszego od naszych szacunków (PKO: 1,0% r/r vs konsensus 0,9% r/r) wzrostu inflacji bazowej (dane w pt.).
Wysokie odczyty produkcji przemysłowej za sierpień dla Niemiec i Włoch wspierają optymistyczne oczekiwania co do wyników dla całej strefy euro, mimo zaskakująco silnego wyhamowania produkcji we Francji.
Przegląd wydarzeń:
Rząd w Madrycie domaga się od rządu Katalonii jasnej i ostatecznej deklaracji ws. ogłoszenia niepodległości. Krok ten może stać się wstępem do procedury zawieszenia autonomii regionu, zdymisjonowania rządu regionalnego i rozpisania wcześniejszych wyborów lokalnych.
Minutes z wrześniowego posiedzenia FOMC potwierdzają, że dla większości jego członków bazowym scenariuszem jest podwyżka stóp w grudniu br., za czym przemawiają dobra kondycja gospodarki i przekonanie o przejściowym osłabieniu inflacji.Wczoraj zasadność rozważenia jeszcze jednej podwyżki w 2017r. potwierdził Ch. Evans dodając, że oczekuje wzrostu dynamiki płac. W ocenie J. Williamsa dobra kondycja rynku pracy (i wzrost inflacji) będą uzasadniać stopniowe podwyżki docelowo do 2,5%.
Członek RPP, J. Żyżyński (jeden z 2 skrajnych „gołębi”) ocenił, że popyt na kredyt nie jest na tyle silny, aby Rada była zmuszona do podwyższania stóp NBP, zwłaszcza przy inflacji poniżej celu.
Wg raportu JOLTSs, liczba nowotworzonych miejsc pracy w USAw sierpniu nieznacznie spadła(6,082 mln), ale i tak była 3. najwyższą w historii danych, potwierdzając utrzymujący się wysoki popyt na pracę. Współczynnik dobrowolnych odejść z pracy od około roku jest stabilny, wskazując, że pomimo wysokiego popytu na pracę, presja płacowa jest umiarkowana. O ile dane są wg nas neutralne z punktu widzenia oczekiwań na podwyżkę stóp procentowych Fed w grudniu br., to brak wzmocnienia presji płacowej może łagodzić jastrzębie nastawienie Fed w 2018r.
Inflacja wzrosła we wrześniu do 2,2% r/r (PKO: 2,1% r/r, konsensus: 2,0% r/r) z 1,8% r/r w sierpniu, potwierdzając wstępny odczyt GUS. Po odsezonowaniu inflacja CPI wzrosła we wrześniu o 0,3% m/m wobec 0,2% m/m w sierpniu.
Główną przyczyną odbicia inflacji był wzrost dynamiki cen żywności (do 5,3% r/r z 4,6% r/r w VIII, najwyżej od IX 2012 r.) oraz inflacji bazowej (wg naszych szacunków, do 0,9-1,0% r/r z 0,7% r/r w VIII, odczyt jutro). O 3,6% r/r rosły też ceny paliw, niemniej efekty ich wysokiej dynamiki miesięcznej zaledwie zrównoważyły wysoką bazę z ubiegłego roku.
Wyższy niż wynikający z sezonowego wzorca wzrost cen żywności był spowodowany przede wszystkim przyspieszeniem dynamiki cen masła (do 48,1% r/r z 42,9% w sierpniu) i owoców (do 9,8% r/r z 7,1%).O ile w pierwszym przypadku krajowe i zagraniczne dane hurtowe wskazują na wyhamowanie tendencji wzrostowej w X/XI, o tyle w przypadku owoców niskie tegoroczne zbiory (związane z przymrozkami na wiosnę) przełożą się na dalszy wzrost cen w perspektywie najbliższych kilku miesięcy.
Do wzrostu inflacji bazowej przyczyniły się w szczególności: wzrost cen odzieży oraz w kategorii łączność. Wzrost cen odzieży wynika z przesunięcia sezonowego i jest najpewniej związany z wcześniejszym wprowadzeniem kolekcji jesień/zima, wobec czego najpewniej ulegnie odwróceniu w październiku. W pozostałych kategoriach (poza restauracjami i hotelami) nie widać póki co silnych oznak presji kosztowej, co oznacza naszym zdaniem, że inflacja bazowa do końca roku pozostanie stabilna, a nawet może lekko wyhamować na skutek efektów wysokiej bazy.
Wzrostowi inflacji towarów do 2,0% r/r z 1,5% r/r w sierpniu towarzyszyła stabilizacja inflacji usług (2,7% r/r).
Egzogeniczny, a także przejściowy charakter obecnego wzrostu inflacji (tegoroczny szczyt na poziomie 2,2-2,3% r/r inflacja osiągnie w listopadzie, aby później silnie spowolnić na przełomie roku) wspiera bieżące, „gołębie” nastawienie RPP. Nie oznacza to jednak, że w najbliższych miesiącach nie będą rosły oczekiwania na podwyżki stóp NBP. Uważamy jednak, że zmaterializują się one pod koniec przyszłego roku (w listopadzie).
W pracy czasem można zagryźć zęby. Jeśli jednak złapiesz się na takim odruchu już podczas rozmowy kwalifikacyjnej, ratuj się! Jedynym rozsądnym wyjściem jest „ewakuacja” i dalsze poszukiwanie pracy.
Intuicja, czytanie między wierszami czy chłodna analiza, mogą być pomocne w wyciąganiu wniosków po rozmowie kwalifikacyjnej. Nie warto lekceważyć tego, co podpowiadają nam zmysły. Praca podjęta z rozsądku – zwłaszcza w sytuacji, gdy mamy do czynienia z rynkiem pracownika – niesie więcej szkody niż pożytku.
Oto 6 sygnałów, których nie można lekceważyć według serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl:
Rozmowa kwalifikacyjna w locie
Przychodzisz punktualnie na rozmowę o pracę, a na miejscu okazuje się, że druga strona jest zupełnie nieprzygotowana. To kiepski sygnał. Jeśli czekasz w holu, bo menadżer szuka wolnej sali, a finalnie rozmowa kwalifikacyjna ma miejsce w firmowej kuchni, masz prawo czuć się niepoważnie potraktowany. Jeszcze gorzej, gdy rozmowa zaczyna się słowami „wyskoczyło mi ważne spotkanie, ale znajdę chwilę na rozmowę z panią/em, najwyżej się później zdzwonimy”. Nie warto łudzić się, że taki szef poważnie traktuje zespół, z którym pracuje.
Rozmowa kwalifikacyjna powinna być zaplanowana na dzień i godzinę. Po stronie szefa lub rekrutera leży zarezerwowanie miejsca, w którym się ona odbędzie – mówi Joanna Żukowska z MonsterPolska.pl. Zdarza się, że rekruterzy-freelancerzy, umawiają się z kandydatami poza firmą np. w kawiarni. Takie spotkania także obowiązuje pewien savoir-vivre. Osoba rekrutująca powinna zadzwonić, ustalić ze stroną miejsce i godzinę. Może także wysłać przypomnienie o rozmowie drogą sms tuż przed spotkaniem. Jeśli musi przełożyć spotkanie, to z odpowiednim wyprzedzeniem – dodaje.
W momencie, gdy rekruter odwołuje spotkanie smsem, kiedy ty jesteś już w kawiarni (do tego bez przeprosin i wskazania kolejnego terminu, w którym ma odbyć się rozmowa kwalifikacyjna), nie trać czasu i szukaj innej oferty.
Próba dyskredytacji CV
„Nie jest imponujące to CV, ale postanowiłem dać Pani/u szansę” – jeśli rozmowa kwalifikacyjna rozpoczyna się od takich słów, to wiedz, że to nie wróży nic dobrego. Szef, który nie ma skrupułów, aby zdyskredytować CV w pierwszym zdaniu spotkania, będzie najpewniej negatywnie oceniał twoją późniejszą pracę. Bardzo trudno pracuje się z ludźmi – zwłaszcza jeśli od nich zależy „być albo nie być” w firmie – którzy nieustannie krytykują, podważają jakość pracy, dyskredytują przy innych członkach zespołu. Jeśli dowiesz się, że w tej firmie jest bardzo duża rotacja, już znasz przyczynę.
Oczywiście możesz też odpowiedzieć: „Najpewniej jest coś, co ujęło Pana w moim CV, bo w przeciwnym razie z pewnością nie traciłby Pan czasu na osobę, której CV nie rokuje”. Po pierwszym starciu rozmowa może przybrać korzystny obrót.
Niewybredny język a rozmowa kwalifikacyjna
Z badań CBOS wynika jednak, że ponad połowa zatrudnionych (55 proc.) przynajmniej od czasu do czasu słyszy przekleństwa w miejscu pracy, a wśród nich jedna trzecia (33 proc.) słyszy je często. Niestety zdarza się, że szefowie nie tylko przeklinają „pod nosem”, ale na zebraniach z zespołem. Jeśli jesteś osobą, która nie toleruje takiego języka, zwróć szczególną uwagę na kulturę wypowiedzi przyszłego szefa. Zdradzą go też gesty. Zaciśnięte dłonie i szczęka, ogólne spięcie nie wróżą spokojnej współpracy.
Teoretycznie można przymknąć na to oko, jeśli mamy pewność, że w późniejszej pracy styczność z szefem będzie bardzo ograniczona.
Drobne uszczypliwości
Kto przerobił pracę z uszczypliwym szefem (nie mylić z osobą posiadającą złośliwe poczucie humoru), wie, że na dłuższą metę to powód do poszukiwania innej pracy. Trudno bowiem pracuje się z osobą, która potrafi rzucić wchodząc do pokoju „chyba lubisz ten sweterek, tak często go nosisz” albo „ojej, a ty znowu na kanapkach od żony, zamiast kupić sobie ciepły obiad”, wiedząc że pracownik nie zarabia wiele, a do tego ma kredyt i rodzinę na utrzymaniu. Taki szef lubi, kiedy zespół nie czuje się komfortowo, bo wyznaje zasadę, że praca w stresie jest skuteczniejsza. Poza tym zdenerwowanego pracownika można łatwiej „ustawić”. Dlatego rozmowa kwalifikacyjna to moment, w którym należy zwrócić uwagę na drobne uszczypliwości.
Jedynym sposobem na uszczypliwości jest puszczanie ich mimo uszu. Opcjonalnie, o ile potrafisz, możesz się odgryźć. Pytanie tylko, czy twoje dni w firmie od tego czasu nie będą policzone?
Propozycje niekorzystnych zapisów w umowie
Rozmowa kwalifikacyjna to moment, w trakcie którego może pojawić się wątek wstępnego omówienia zasad współpracy. Zapisy, które warto omówić to np. zakaz konkurencji czy finansowanie szkoleń i ewentualny zwrot kosztów po rozstaniu z firmą – radzi Joanna Żukowska, ekspertka serwisu MonsterPolska.pl.
Jeśli pracodawca proponuje język angielski za darmo, ale zobowiązuje nowego pracownika do co najmniej trzech lat pracy, warto się zastanowić nad skorzystaniem z takiej oferty. Dzisiejszy rynek pracy jest dynamiczny. W umowie musi być zapis, który będzie regulował sytuację opłaty za kurs języka angielskiego także w momencie rozstania przed wskazanym terminem. Wizja opłaty kilku tysięcy za kurs, przy źle podpisanej umowie, może zblokować ci w przyszłości podjęcie atrakcyjnej pracy.
Warto te kwestie omówić i wynegocjować korzystne dla obu stron zapisy. Można poprosić o dzień lub dwa na podjęcie ostatecznej decyzji.
Złe mówienie o poprzednikach
O przyszłym pracodawcy świadczy także sposób mówienia o zespole i osobach, które pracowały przed tobą na konkretnym stanowisku. Jeśli okaże się, że poprzednicy „nie radzili sobie, opóźniali terminy, nie realizowali założonych wyników”, to może być sygnał, że w firmie są wyśrubowane cele. Jeśli szef sugeruje, że zespół wymaga reorganizacji, to oznacza, że wejdziesz do firmy, którą czekają personalne turbulencje. To jednoznaczne z informacją, że najbliższe miesiące będą nerwowe i niestabilne.
Rozmowa kwalifikacyjna to moment, w którym nie tylko ty jesteś oceniany. To także chwila, w której musisz wyłapać potencjalne minusy danego miejsca pracy. Można znaleźć sposoby, aby przetrwać koszmarną rozmowę. Pytanie, co zrobić, jeśli taki pracodawca zaoferuje zatrudnienie? Mając alternatywę, lepiej się ewakuować.
W środę amerykański dolar tracił do głównych rywali po tym, jak opublikowano protokół z ostatniego posiedzenia Rezerwy Federalnej. Widać w nim konsensus dotyczący jeszcze jednej podwyżki stóp procentowych w tym roku, jednak jest on łagodzony obawami o zbyt niską inflację. Dolar traci także do waluty kanadyjskiej i meksykańskiej w związku ze wznowieniem trudnych negocjacji handlowych w ramach NAFTA. Na fali słabego dolara amerykańskiego trzeci dzień z rzędu zyskuje złotówka. Polskiej walucie pomaga także polepszenie prognoz MFW dotyczących wzrostu PKB: z 3,4% do 3,8% w 2017 r. i z 3,2% do 3,3% w 2018 r.
Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do głównych
walut: euro (-0,39%), brytyjskiego funta (-0,2%), dolara kanadyjskiego (-0,11%), dolara australijskiego (-0,03%) oraz japońskiego jena (-0,23%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,182, GBP/USD – 1,32, USD/CAD – 1,25, AUD/USD – 0,779 i USD/JPY – 112,4. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,16%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,6, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,896. Złotówka rośnie do światowych walut. W środę rano dolar kosztuje 3,63 zł, euro – poniżej 4,3 zł, funt – poniżej 4,8 zł, a frank szwajcarski – poniżej 3,73 zł.
Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru zielonego i czerwonego.
W środę londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,06%, frankfurcki indeks DAX wzrósł o 0,17%, a paryski indeks CAC 40 obniżył się o 0,02%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,18%, meksykański indeks Bolsa podniósł się o 0,31%, a brazylijski indeks Bovespa spadł o 0,31%. W czwartek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 0,35%, chiński indeks Shanghai Composite spadł o 0,06%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,4%.
Ropa i złoto: Cena ropy naftowej wzrasta trzeci dzień z rzędu, ale wolniej. W środę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 56,94 USD (+0,58%), a ropy WTI – 51,3 USD (+0,74%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 58 USD. Także cena złota idzie w górę. W czwartek rano uncję metalu rynek wycenia na 1295 USD. To 7 USD więcej (+0,54%) niż dobę wcześniej.
Huckleberry Games S.A., Spółka z branży gier komputerowych, przygotowująca się do debiutu na rynku NewConnect, otrzymała dofinansowanie z programu sektorowego GameINN w kwocie ponad 1,57 mln zł. Pozyskane środki pozwolą Spółce na realizację nowego oraz innowacyjnego projektu.
Wniosek o dotację na stworzenie Algorytmu Prawdziwego Życia (APŻ) złożony przez Huckleberry Games S.A. w ramach konkursu GameINN organizowanego przez NCBiR został rozpatrzony pozytywnie i zakwalifikowany do dofinansowania. Całkowita wartość kosztów kwalifikowanych projektu sięga 2.561 tys. zł, a kwota przyznanej dotacji wynosi 1.578 tys. zł. Pozyskanie dofinansowania stanowi jeden z elementów długoterminowej strategii rozwoju Spółki w obszarze rozwoju na różnych płaszczyznach w sektorze gier video.
„Dofinansowanie z projektu dla branż kreatywnych GameINN daje nam ogromną szansę na rozwój firmy nie tylko na polu tworzenia gier (B2C), ale również na polu tworzenia zaawansowanej technologii, która może być sprzedawana innym przedsiębiorstwom (B2B). Taka dywersyfikacja działalności pozwoli nam zmniejszyć ryzyko, które wiąże się z ukierunkowaniem rozwoju tylko w jednym segmencie. Powstała technologia może posłużyć nam do tworzenia zaawansowanych i unikatowych produkcji, które wyróżnia się na obecnym rynku gier. Dzięki pozyskanym funduszom Spółka nie musi podejmować się trudnego zadania sfinansowania całego procesu R&D z własnego budżetu.” – wyjaśnia Patryk Borowski, Prezes Zarządu Spółki Huckleberry Games S.A.
W czerwcu 2017 r. Huckleberry Games S.A. złożyła wniosek do Zarządu GPW w Warszawie o wprowadzenie do alternatywnego systemu obrotu na rynku NewConnect 499.999 akcji serii C oraz 102.439 akcji serii E. Z oferty publicznej akcji serii E Spółka pozyskała ponad 2 mln zł, które zostaną przeznaczone na produkcję nowych gier na komputery PC, konsole i urządzenia VR oraz na przygotowanie aplikacji mobilnej do gry „Edengrad”. Zarząd Huckleberry Games S.A. przewiduje, że wejście na rynek NewConnect przełoży się na przyśpieszenie tempa rozwoju Spółki.
W kwietniu 2017 r. Huckleberry Games S.A. rozpoczęła sprzedaż gry „Edengrad” za pośrednictwem platformy dystrybucji cyfrowej Steam. Produkcja ta została wprowadzona do dystrybucji w wersji Alpha, a więc w fazie wczesnego dostępu, co jest związane z chęcią budowania wokół niej szerokiej społeczności oraz umożliwienia graczom realnego wpływu na proces tworzenia tej gry.
Huckleberry Games S.A. zajmuje się produkcją innowacyjnych gier typu MMORPG. Spółka do produkcji swoich gier wykorzystuje nowoczesny silnik unity3d. Serwer użyty przy produkcji gry „Edengrad” jest autorską technologią Spółki, a metody w nim wykorzystane są innowacyjne na skalę światową. Spółka chce również przygotować aplikację mobilną dla graczy „Edengradu”, w której będą się oni komunikować z innymi graczami oraz otrzymywali powiadomienia o akcjach dziejących się w grze, m.in. rozpoczęciu wojen, sprzedanym przedmiocie na aukcji (w grze) oraz promocjach w sklepie z przedmiotami premium. Strategia Rozwoju Huckleberry Games S.A. zakłada dalsze realizowanie bardzo innowacyjnych gier. W najbliższym czasie Spółka będzie zajmowała się produkcją gry „Edengrad: Arena”, która będzie przeznaczona na urządzenia VR. Następną bardzo ważną produkcją studia Huckleberry Games S.A. będzie gra RPG „Stay Hungry” przeznaczona na komputery PC oraz konsole.
Jednym z Akcjonariuszy Huckleberry Games S.A. jest notowany na rynku NewConnect fundusz kapitałowy – ERNE VENTURES. W lutym 2015 r. fundusz zainwestował w Huckleberry Games S.A. środki, które umożliwiły Spółce realizację prac nad rozwojem gry „Edengrad”.
chcemy polecić drużynę z p4rgaming do sponsorowania nas.
Czy to koniec call center, jakie znamy? Od maja 2018 w życie wchodzi RODO – to tajemniczo brzmiące hasło w praktyce oznacza prawo do „bycia zapomnianym”. Każdy, absolutnie każdy będzie mógł zażądać trwałego usunięcia wszystkich swoich danych z baz kontaktów a na firmy, które nie dostosują się do tego rozporządzenia czekają gigantyczne kary. Co to oznacza dla całej branży?
Nie da się ukryć, że u większości osób hasło telemarketer albo call center nie budzi pozytywnych emocji. Za ten stan rzeczy odpowiadają niestety wieloletnie błędy branży, która bezlitośnie nękała „Bogu ducha winnych” klientów telefonami. Zgodnie z wynikami badania SMG/K RC odnośnie marketingu zintegrowanego 8% klientów zadeklarowało odbieranie telefonu telemarketingowego kilka razy w tygodniu a aż 32% otrzymywało je nawet kilka razy w miesiącu.
Lwia część tych połączeń to losowo wybrane rekordy z baz kontaktów, których sprzedaż stała się powszechną praktyką. Wkrótce jednak się to zmieni, bo firmy wykorzystujące do kontaktu dane klientów, będą musiały posiadać wyraźnie udzieloną przez nich zgodę. Wśród zapisów nowego rozporządzenia najbardziej problematyczna okazała się „uprzednio wyrażona przez klienta zgoda” w połączeniu z dodanymi słowami „telekomunikacyjnych urządzeń końcowych”. W praktyce oznacza to, że czynność polegająca na dzwonieniu do potencjalnego klienta w celu przedstawienia mu oferty handlowej staje się niezgodna z prawem. Jakie jest więc rozwiązanie dla firm, które na kontakcie telefonicznym z klientem opierają swoją działalność?
Kto dotyczy RODO?
Bardzo często pomimo próśb o usunięcie z bazy kontaktów, telefon wciąż dzwonił a wypisywanie się z list newsletterowych nie dawało rezultatów. To zmieni się już od maja 2018 r. kiedy wejdzie w życie unijne Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych. Osoba, której dane dotyczą, ma prawo żądania od administratora niezwłocznego usunięcia dotyczących jej danych osobowych, a administrator ma obowiązek bez zbędnej zwłoki je usunąć. Obowiązek ten powstaje w przypadku, gdy dane te nie są już administratorowi niezbędne, została cofnięta zgoda na ich przetwarzanie, osoba, której dotyczą wnosi sprzeciw co do ich przetwarzania bądź były one przetwarzane niezgodnie z prawem.
– Niestety masowe działania wielu firm telemarketingowych na przestrzeni ostatnich lat spowodowały, że klienci bardzo nerwowo reagują na telefony konsultantów. Winna w tym przypadku jest komunikacja bez kontekstu wynikająca z kupowania przez firmy telemarketingowe baz losowych klientów i obdzwaniania ich bez jakiejkolwiek wiedzy na temat ich zainteresowań czy preferencji zakupowych – wyjaśnia Paweł Pierścionek, Chief Technology Officer w firmie Cludo dostarczającej zaawansowane oprogramowanie do zarządzania call i contact center w modelu SaaS – Firmy, które już jakiś czas temu zdecydowały się na wdrożenie systemów analizujących w czasie rzeczywistym dane na temat klientów i umożliwiające poznanie ich preferencji w tym momencie mają ułatwione zadanie, bo jest zdecydowanie mniejsze prawdopodobieństwo, że klienci znajdujący się w konkretnie zdefiniowanej bazie będą żądali usunięcia z niej swoich danych osobowych, co siłą rzeczy nie naraża ich od razu na straty – dodaje ekspert Cludo.
Kogo dotyczyć będzie rozporządzenie RODO? Właściwie wszystkich firm, które w jakikolwiek sposób gromadzą i wykorzystują dane dotyczące osób fizycznych. Nie będzie miało znaczenia czy dane zbierane są przez duże korporacje – na przykład firmy ubezpieczeniowe czy instytucje finansowe – czy przez niewielkie rodzinne przedsiębiorstwa, takie jak sklep internetowy.
Czy to koniec call center, jakie znamy?
Polska jest liderem outsourcingu usług w Europie Środkowo-Wschodniej i jednym z liderów na świecie. Lwią część usług outsourcingowych stanowią te związane z call center a na obecny obraz rynku składają się 147 firmy outsourcingowe skupiające ponad 24 000 stanowisk. Szacuje się, że w sektorze nowoczesnych usług biznesowych zatrudnionych jest w Polsce ponad 170 tys. osób. Jednak czy ta dziedzina outsourcingu – jedna z pierwszych w branży – będzie też pierwszą, która zniknie z rynku?
– Bez wątpienia nowe rozporządzenie wymusi zmiany w całej branży call center, której działalność przecież na danych osobowych się opiera. Wiele firm wciąż nie posiada oprogramowania, które pozwala im świadomie zarządzać danymi klientów. W obliczu digitalizacji właściwie wszystkich obszarów biznesunie sposób uporządkować informacji, zwłaszcza, że tych lawinowo przybywa i coraz częściej są one rozrzucone po różnych obszarach firmy. W kontekście call i contact center dochodzi jeszcze kwestia wielokanałowości kontaktów z klientem, ponieważ dane trafiające do systemu pochodzą z różnych źródeł: telefon, sms, czat, formularz kontaktowy na stronie internetowej, czy wiadomość w serwisie społecznościowym pozostawiona na fanpag’u firmy. Nieuporządkowanie tych zasobów w kontekście nowych regulacji może stać się przyczyną problemów i wysokich kar finansowych – przestrzega Paweł Pierścionek, CTO Cludo.
Zapomnij albo zapłać
To, co pozwala zatrzymać dane klientów do dalszego przetwarzania, to prawnie uzasadniona potrzeba wynikająca z innych aktów, np. prawa telekomunikacyjnego czy wszelkiego rodzaju umów wymagających weryfikacji tych danych. Warto podkreślić, że przepisy nakazujące wykreślenie na żądanie danych osobowych z firmowych rejestrów, zawarte w Ustawie o Ochronie Danych Osobowych obowiązują już dzisiaj – problem jednak w tym, iż nikt dotychczas nie analizował czy po cofnięciu zgody klienta na ich dalsze gromadzenie i przetwarzanie, zostały one trwale usunięte. Nowe rozporządzenie daje już takie narzędzia i można się spodziewać, że 20 mln EUR kary albo 4% wartości rocznego obrotu, które mogą zapłacić firmy naruszające zapisy RODO skłania do refleksji i zadecyduje o „być albo nie być” na rynku wielu podmiotów z branży call center.
– Paradoksalnie wprowadzenie zaostrzonych regulacji może mieć pozytywny wpływ na całą branżę call center a tym samym na jakość obsługi klienta. Odczują to zarówno klienci, którzy przestaną być nękani niechcianymi telefonami, jak i same call i contact center, które zmuszone do ścisłej weryfikacji swoich baz klientów i wdrożenia technologii umożliwiających świadome zarządzanie danymi zyskają szansę na zwiększenie efektywności poprzez kontakt ze ściśle określoną grupą konsumentów potencjalnie zainteresowanych ich produktami – prognozuje ekspert Cludo.
Niepokojącym pozostaje tylko fakt, iż świadomość przedsiębiorców dotycząca RODO wciąż jest niewielka. Według zeszłorocznego badania firmy Dell, ponad 80 proc. ankietowanych przedstawicieli firm nic nie wie na temat nowego unijnego rozporządzenia lub ma o nim szczątkową wiedzę. Zaledwie 3 proc. osób biorących udział w badaniu zadeklarowało, że ich firma ma stosowny plan oraz dysponuje procedurami spełnienia wytycznych RODO.
Firma Dell Technologies zaprezentowała swoją nową strategię w zakresie Internetu rzeczy, a także nowo utworzony dział rozwiązań IoT oraz premierowe produkty i udoskonalone opcje finansowania. Wszystko po to, by podkreślić wiodącą pozycję w tej dziedzinie oraz pokazać zaangażowanie na rzecz pomagania klientom w procesie wejścia w złożony i rozproszony świat IoT, przy wykorzystaniu uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji. W ciągu nadchodzących trzech lat Dell Technologies przeznaczy 1 mld USD na badania i rozwój w obszarze Internetu rzeczy.
Internet rzeczy i rozproszony model IT
Przez ostatnich 15 lat obserwowaliśmy nieustanny rozwój technologii chmurowych, z których wynika scentralizowany model dostarczania usług IT. Jednak dziś, kiedy urządzenia wszelkiego rodzaju – od telefonów, przez samochody, po żarówki czy termostaty – są inteligentne, pojawia się potrzeba przetwarzania informacji w czasie rzeczywistym w modelu rozproszonym. A wszystko po to, by nie marnować czasu na przesyłanie danych do chmury.
„Internet rzeczy zdecydowanie zmienia sposób, w jaki żyjemy oraz w jaki działają firmy. W zasadzie zmienia cały świat” – powiedział Michael Dell, prezes i CEO Dell Technologies. „Dell Technologies przeciera dla swoich klientów szlaki, oferując nową, rozproszoną architekturę, która łączy IoT oraz sztuczną inteligencję w ramach jednego, kompleksowego ekosystemu. Zalety tego rozwiązania będą bardzo wyraźne i odczuwalne na całym świecie.
Kompleksowe i pragmatyczne podejście Dell Technologies do IoT skupia się na zintegrowanych rozwiązaniach i współpracy ze starannie dobranymi partnerami. Podejście to ma zapewnić klientom korzyści już teraz oraz przygotować ich na przyszłe potrzeby technologiczne. Klienci coraz częściej zgłaszają potrzebę współpracy z jednym partnerem, który pomoże im wdrożyć rozwiązania IoT w ich przedsiębiorstwach.
Nowy dział IoT w Dell Technologies
Nowy dział IoT Dell Technologies, kierowany przez CTO VMware, Raya O’Farrella, pomoże klientom wdrożyć i wykorzystać technologie, rozwiązania i usługi z całej oferty Dell Technologies. Obejmie to kolejne inwestycje w tworzenie produktów do bardziej zaawansowanych zastosowań oraz opracowywanie planów wdrożeń IoT dostosowanych do potrzeb klientów. Model ten sprawi, że klienci i partnerzy otrzymają najlepsze, kompleksowe rozwiązanie IoT dostosowane do ich potrzeb.
„W Dell Technologies już dawno dostrzegliśmy potencjał dynamicznie rozwijającego się rynku rozwiązań IoT” — powiedział Ray O’Farrell, dyrektor generalny ds. IoT w Dell Technologies oraz CTO VMware. „Nasz nowy dział rozwiązań IoT będzie współpracować ze wszystkimi innymi jednostkami w ramach organizacji oraz z zewnętrznymi partnerami, abyśmy mieli pewność, że dostarczamy klientom odpowiednie technologie – po to, by mogli oni szybciej i skuteczniej wdrażać rozwiązania z obszaru Internetu rzeczy.
Inwestycje w obszarze IoT
W ciągu nadchodzących trzech lat Dell Technologies przeznaczy 1 mld USD na badania i rozwój w obszarze Internetu rzeczy. Dotyczy to produktów, rozwiązań, laboratoriów i współpracy z partnerami.
Nowe produkty:
Project Nautilus, rozwiązanie w zakresie pamięci masowej i analizy danych w czasie rzeczywistym, które przekształca produkty Dell EMC Isilon i ECS w platformy pamięci masowej IoT.
„Project Fire”, część rodziny rozwiązań VMware Pulse dla IoT, to hiperkonwergentna platforma z uproszczonym zarządzaniem, zapewniająca lokalnie możliwości obliczeniowe, storage’owe oraz analityczne (za pośrednictwem Project Nautilus)
Rozwiązanie RSA „Project Iris” pozwala na skuteczne monitorowanie zagrożeń, nawet na brzegu sieci
Technologie takie jak akceleratory zwiększą szybkość przetwarzania i analiz bliżej brzegu. Współpraca z liderami, takimi jak VMware, Intel i NVIDIA, oraz inwestycje Dell Technologies Capital w Graphcore, które umożliwiają optymalizację wydajności sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego i uczenia głębokiego w centrum przetwarzania danych i całym środowisku IoT.
Nowe usługi w obszarze IoT:
Nowe usługi z zakresu doradztwa strategicznego – wsparcie w procesie wyznaczania celów biznesowych, strategii i kierunków rozwoju, budowy infrastruktury, usług wdrożenia i wsparcia.
Wdrożenie rozwiązania Worldwide Herd i usługi konsultingowe w zakresie analityki danych geograficznie rozproszonych i uczenia głębokiego w ramach zbiorów danych, których nie można przenieść z powodu ich rozmiarów, poufności lub regulacji prawnych.
Ponadto, Dell Technologies planuje rozwijać ofertę produktów i rozwiązań IoT poprzez zacieśnianie współpracy z partnerami:
Wielokrotnie nagradzany to starannie opracowany, wielopoziomowy program, który zrzesza ponad 80 partnerów, zarówno duże firmy, takie jak Intel, Microsoft czy SAP, jak i startupy typu Action Point, IMS Evolve, FogHorn i Zingbox.
Program obejmuje obecnie wszystkie rozwiązania oferowane przez firmy należące do Dell Technologies, co umożliwia łatwą współpracę i realizację planów
VMware i SAP współpracują w celu stworzenia zintegrowanego rozwiązania IoT do zastosowań analitycznych i w branżowych aplikacjach. Rozwiązanie wykorzystuje VMware Pulse IoT Center, SAP Cloud Platform i SAP Leonardo.
11 października br. Sejmowa Komisja Finansów Publicznych przyjęła projekt nowelizacji Ordynacji podatkowej, który zakłada możliwość uzyskania przez przedsiębiorcę informacji o wywiązywaniu się jego kontrahenta z obowiązków publicznoprawnych. Projektowana zmiana daje szansę na skuteczne zweryfikowanie rzetelności partnera biznesowego.
Na podstawie przyjętego projektu nowelizacji Ordynacji podatkowej, przedsiębiorca może wystąpić do właściwego urzędu o wydanie zaświadczenia o kontrahencie, w którym znajdą się informacje o niezłożeniu lub złożeniu przez podatnika deklaracji lub innego dokumentu, do których złożenia był obowiązany na podstawie przepisów ustaw podatkowych, nieujęciu lub ujęciu przez podatnika w złożonej deklaracji lub innego dokumentu zdarzeń, do których ujęcia był obowiązany na podstawie przepisów ustaw podatkowych, zaleganiu lub niezaleganiu przez podatnika w podatkach wynikających z deklaracji lub innych dokumentów składanych na podstawie ustaw podatkowych.
Należy pamiętać, że taka weryfikacja będzie dotyczyła tylko kontrahenta, czyli podmiotu, który już jest stroną ważnej umowy handlowej.
Omawiany projekt wprowadza korzystne dla przedsiębiorców zmiany. Pozwoli przedsiębiorcy na sprawdzenie rzetelności swojego partnera biznesowego. Natomiast w celu weryfikacji podmiotu, z którym dopiero planuje się większą transakcję wystarczy, aby jedna ze stron nabyła od drugiej próbkę towaru. Wówczas możliwe będzie wystąpienie o wydanie odpowiedniego zaświadczenia – mówi Mariusz Korzeb, ekspert podatkowy Pracodawców RP.
Zmiany na rynku pracy i edukacji przyspieszają coraz bardziej. 25 lat temu internet był nowinką technologiczną, 10 lat temu świat zaczęły zmieniać media społecznościowe. Dzisiaj kolejną „rewolucją” jest postępująca automatyzacja, która stanie się naturalną częścią pracy w wielu zawodach, a jednym z największych beneficjentów technologii opartej na komputeryzacji będą finansiści. Ci finansiści, którzy zdobędą wykształcenie odpowiadające na potrzeby nowego rynku pracy. Symboliczną datą może być rok 2020.
– Osoby biegłe w zarządzaniu finansami zawsze były cenione na rynku. Jednak nigdy w historii ich przygotowanie do pełnienia zawodów związanych z rachunkowością nie było tak dużym wyzwaniem zarówno dla samych uczelni, jak i dla studentów. Dzisiaj od finansistów oczekuje się, by byli bardziej managerami i doradcami niż tylko księgowymi. Co więcej, Polskę możemy przyrównać dziś do krajów anglosaskich, gdzie zawody związane z rachunkowością zyskują pozycję zawodu zaufania publicznego. To wymaga na wszystkich – stowarzyszeniach profesjonalistów, uczelniach oraz oczywiście samych specjalistach – przywiązywania większej uwagi do jakości kształcenia i etyki zawodowej – zwraca uwagę Jakub Bejnarowicz, szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.
Podobne wnioski płyną z Międzynarodowej Konferencji Naukowej „Sprawozdawczość i Rewizja Finansowa – wyzwania i szanse nauki i dydaktyki rachunkowości”, która odbyła się pod koniec września na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Jej uczestnicy wskazywali także, że aby sprostać nowym wymaganiom polskie uczelnie dostosowują się do światowych standardów między innymi dzięki współpracy z międzynarodowymi organizacjami branżowymi jak np. Chartered Institute of Management Accountants.
IV rewolucja przemysłowa i nowe kompetencje managerów
IV rewolucja przemysłowa już dzisiaj ma ogromny wpływ na rynek pracy. Przygotowany przez World Economic Forum raport „The Future of Jobs” wskazuje, jak na przestrzeni zaledwie 5 lat zmieni się profil najbardziej pożądanych kompetencji pracowników.
– Już w 2020 znacznie wzrośnie rola np. inteligencji emocjonalnej czy elastyczności poznawczej pracowników. To umiejętności typowo miękkie i – na co warto zwrócić uwagę – typowo ludzkie, raczej poza dostępnością sztucznej inteligencji, przynajmniej jak na razie. To pokazuje, w jakim kierunku powinni rozwijać się managerowie w różnych zawodach, w tym także finansiści – podkreśla Jakub Bejnarowicz.
Top 10 kompetencji na rynku pracy według World Economic Forum
Na czerwono zostały zaznaczone kompetencje, które do 2020 przestaną być kluczowymi na rynku pracy. Na zielono zostały zaznaczone kompetencje, które w 2020 roku będą jednymi z kluczowych i które w 2015 roku nie były uznawane za najważniejsze.
2015
2020
1. Umiejętność kompleksowego rozwiązywania problemów
1. Umiejętność kompleksowego rozwiązywania problemów
2. Umiejętność koordynacji pracy z innymi
2. Krytyczne myślenie
3. Zarządzanie ludźmi
3. Kreatywność
4. Krytyczne myślenie
4. Zarządzanie ludźmi
5. Negocjacje
5. Umiejętność koordynacji pracy z innymi
6. Kontrola jakości
6. Inteligencja emocjonalna
7. Orientacja usługowa
7. Umiejętność oceny i podejmowania decyzji
8. Umiejętność oceny i podejmowania decyzji
8. Orientacja usługowa
9. Aktywne słuchanie
9. Negocjacje
10. Kreatywność
10. Elastyczność poznawcza
Wyjście poza dotychczasowe ramy kompetencyjne i wejście w rolę managera w przypadku finansistów nabiera jeszcze większego znaczenia, gdy spojrzymy na rosnącą rolę sprawozdawczości przedsiębiorstw, na co także zwracali uwagę uczestnicy krakowskiej konferencji. Z jednej strony informacje finansowe podawane w sprawozdaniach finansowych są jednym z kluczowych źródeł wykorzystywanych do podejmowania decyzji na rynkach kapitałowych. Z drugiej, nowym wyzwaniem jest wejście w życie znowelizowanej ustawy o rachunkowości, która nakłada na niektóre jednostki dodatkowo obowiązki i zasady raportowania danych niefinansowych zgodnie z postanowieniami unijnej dyrektywy 2014/95/UE z 22.10.2014 r. Te dodatkowe sprawozdania będą w wielu przypadkach podlegały właśnie pracownikom działów finansowych.
Aby sprostać coraz bardziej złożonym wyzwaniom zawodowym, finansiści muszą sięgnąć po nowe technologie. Jak pokazuje raport CIMA „Agile Finance Revealed” aż 83% finansistów uważa automatyzację i robotyzację za pozytywne zjawiska, które przyspieszą ich pracę i zwiększą efektywność. Z kolei 51% finansistów jest skłonnych do wprowadzania pełnego zarządzania wydajnością w oparciu o tzw. rozwiązania w chmurze, z kolej 44% gotowych jest wykorzystywać technologie przyszłości takie jak np. robotyzacja.
– Wiodące polskie uczelnie ekonomiczne, jak Szkoła Główna Handlowa w Warszawie, Akademia Leona Koźmińskiego, Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu czy Katowicach oferują zaawansowane programy profesjonalnego kształcenia, uwzględniające zmiany technologiczne, jakie następują w zawodach. To pozwala pozytywnie patrzeć na przyszłość polskiego rynku, szczególnie w obliczu rosnącego popytu na specjalistów w sektorze nowoczesnych usług dla biznesu, w którym Polska jest regionalnym liderem. Wybór kariery w finansach staje się więc coraz ciekawszym wyzwaniem, daje też coraz więcej możliwości – podsumowuje Jakub Bejnarowicz.
Branża transportowa działa w wyjątkowo konkurencyjnym środowisku. Z jednej strony obowiązują w niej niezwykle krótkie czasy dostawy, a z drugiej firmy przewozowe podlegają restrykcyjnym przepisom wpływającym na godziny i koszty pracy kierowców. Szansą na zwiększenie konkurencyjności i ekspansję na rynkach międzynarodowych jest wykorzystanie Internetu rzeczy oraz systemów analitycznych pozwalających na przetwarzanie danych zebranych przez inteligentne urządzenia.
(12 października 2017 r.) – Firmy transportowe muszą nieustannie szukać oszczędności poprzez optymalizację procesów wewnętrznych i usprawnienie obsługi klientów. Z pomocą przychodzą rozwiązania z zakresu Internetu rzeczy. Na IoT (ang. Internet of Things – Internet rzeczy) składają się: sieć połączonych urządzeń, które pozwalają na aktywne gromadzenie i przesyłanie danych oraz zaawansowane narzędzia analityczne, które umożliwiają uwolnienie znajdującej się w nich wiedzy.
Inteligentne lokomotywy
Przykładem firmy wykorzystującej potencjał Internetu Rzeczy w codziennej pracy jest GE Transportation, amerykański producent sprzętu dla branży kolejowej, morskiej, górniczej oraz energetycznej. Lokomotywy GE Transportation są wyposażone w czujniki umożliwiające zbieranie danych dotyczących m.in. zużycia paliwa. Oprogramowanie SAS® Event Stream Processing pozwala na przetwarzanie tych informacji w czasie rzeczywistym i utrzymanie wydajności lokomotyw na najwyższym poziomie. Umożliwia to nie tylko optymalizację kosztów, ale również ograniczenie przestojów czy opóźnień.
Administracja szuka oszczędności w transporcie
Wykorzystanie potencjału Internet Rzeczy w transporcie nie byłoby możliwe bez wsparcia platform analitycznych. Potwierdza to przykład Departamentu Transportu Karoliny Północnej, w którym prognozy dotyczące kosztów i przychodów pozwalają na znalezienie środków na kolejne inwestycje. Dzięki analizie danych w przeciągu dwóch następnych lat organizacja planuje uzyskać dodatkowe 267 milionów dolarów na nowe projekty budowlane.
Szukając oszczędności czy dodatkowych środków, należy zacząć od eliminacji błędów. Jeżeli rozbieżność wynosząca 1 procent może równać się 15-20 milionom dolarów strat, to prognozy budżetowe powinny być przeprowadzone w jak najdokładniejszy sposób. Dlatego dział transportu publicznego w Karolinie Północnej zdecydował się na wdrożenie platformy SAS Viya, której zadaniem było przeanalizowanie 1300 projektów – tłumaczy Magdalena Rempuszewska, Konsultant Biznesowy w SAS Polska.
Poza optymalizacją wydatków wykorzystanie analityki w Departamencie Transportu Karoliny Północnej niesie ze sobą również inne korzyści, do których zaliczyć można:
Analizę danych dotyczących awarii i czynników przyczyniających się do ich występowania, co pozwala na zapewnienie środków zaradczych, które wpływają na zmniejszenie liczby ofiar w wypadkach drogowych. Dane te mogą być gromadzone w systemie i w razie wypadku zostać przekazywane do odpowiednich organów.
Gromadzenie, analizowanie i raportowanie danych o autostradach, ruchu towarowym na mostach i drogach.
Analizę danych drogowych w czasie rzeczywistym w celu podejmowania bardziej świadomych decyzji dotyczących mobilności i przekierowania trasy w przypadku powstania zatorów komunikacyjnych.
Zbieranie informacji o bezpieczeństwie pojazdów.
Dane paliwem branży transportowej
Według szacunków Cisco Systems, do 2020 roku do sieci podłączonych będzie 50 miliardów urządzeń IoT. Potencjału tej technologii nie należy ignorować, szczególnie w kontekście branży transportowej, gdzie optymalizacja czasu pracy i kosztów jest niezwykle istotna, a opóźnienia w dostawie towarów wiążą się z dotkliwymi karami.
Kwestię kar w branży transportowej reguluje polskie prawo przewozowe oraz konwencja CMR. W praktyce zauważyć można tendencję do stosowania zapisów mających na celu obejście tych przepisów. Zleceniodawcy przewidują np. kary umowne nie za opóźnienie w dostarczeniu towaru, ale za zbyt późne podstawienie pojazdu pod załadunek.
Firmy transportowe muszą zrobić wszystko, aby zapewnić maksymalną terminowość dostaw. Zadanie to jest znacznie utrudnione, gdy przedsiębiorstwo nie wykorzystuje systemów analitycznych pozwalających m.in. na planowanie czasu pracy kierowców czy zarządzanie stanami magazynowymi. W erze Internetu rzeczy dane są paliwem, a analityka to silnik napędzający branżę transportową – podsumowuje Magdalena Rempuszewska.
Źródła:
SAS® helps GE Transportation optimize equipment operation in Industrial IoT era
North Carolina DoT’s Transportation Analytics Center enlists SAS to pave a way forward
Według globalnego badania, w którym wzięło udział 1610 informatyków, w ostatnim kwartale liczba przedsiębiorstw czerpiących korzyści ze wdrożenia usług w zakresie infrastruktury chmurowej znacznie wzrosła. Prawie trzy czwarte respondentów (72%) uważa, że infrastruktura jako usługa (IaaS) ułatwia firmom wprowadzanie innowacji, co stanowi wzrost o 10% w porównaniu z poprzednim kwartałem. Badanie pokazało również, że – zdaniem 68% przedsiębiorstw, IaaS zapewnia wyjątkowe wyniki pod względem szybkości i dostępności — czyli o 20% więcej niż w poprzednim kwartale.
Ponad połowa respondentów (56%) stwierdziła, że w wyniku migracji do chmury ich firma zwiększyła produktywność, a niemal połowa (46%) uważa, że dzięki migracji ich działy informatyczne mogą lepiej skupić się nad projektami wnoszącymi wartość dodaną.
Badanie pokazało także, że dwie trzecie przedsiębiorstw (66%) jest zdania, że firmy nieinwestujące w IaaS będą mieć problemy z nadążeniem za przedsiębiorstwami, które ją wdrożyły. Okazało się również, że przejście na IaaS znacznie skróciło czas wdrażania nowych aplikacji i usług oraz obniżyło koszty utrzymania infrastruktury u ponad dwóch trzecich respondentów (68%).
„Badanie pokazało, że inwestycje w infrastrukturę chmurową przynoszą korzyści” — powiedział James Stanbridge, wiceprezes Oracle, szef działu produktów IaaS w regionie EMEA i APAC. „Przedsiębiorstwa dostrzegają je nie tylko w dziale informatycznym. Migracja pozwoliła im zwiększyć wydajność, a zamiast koncentrować się na samym utrzymywaniu infrastruktury, mogą się skupić na projektach wnoszących wartość dodaną. Mając na uwadze wyraźne przekonanie respondentów o tym, że IaaS może pomóc przedsiębiorstwom w realizacji celów w zakresie transformacji i innowacji, spodziewamy się, że w przyszłości zwrot z tej inwestycji będzie jeszcze większy. Natomiast firmy, które jeszcze nie wdrożyły IaaS, ryzykują tym, że zostaną w tyle za swoimi bardziej elastycznymi konkurentami”.
Ponadto 20% ankietowanych uważa, że IaaS pomaga im w rewolucjonizowaniu rynku i zdobywaniu przewagi nad konkurencją. Wyniki badania odzwierciedlają korzyści, które już teraz dostrzegają klienci używający Oracle Cloud Infrastructure, wynikające z jej wysokiej dostępności, wydajności i ekonomiczności.
Australian Finance Group, Benchmark, Pernod Ricard Asia, Telesoft i Total to przykłady przedsiębiorstw, które wdrożyły platformę Oracle Cloud Infrastructure, aby przyspieszyć wprowadzanie innowacji i zapewnić najwyższej jakości obsługę klienta. Platforma Oracle Cloud Infrastructure – zarządzana, hostowana i wspierana przez Oracle zapewnia firmom narzędzia, których potrzebują, aby migrować, budować i wykorzystywać aplikacje produkcyjne o znaczeniu krytycznym w chmurze. Usługi infrastruktury Oracle dostarczają kompleksowy zestaw narzędzi do sterowania oraz ogromną elastyczność w uruchamianiu zarówno klasycznych, jak i chmurowych obciążeń, oferując użytkownikom przewidywalne oszczędności.
Informacje o badaniu i dodatkowe zasoby
Badanie zostało przeprowadzone przez Oracle we współpracy z firmą Longitude Research i objęło 1 610 informatyków w Arabii Saudyjskiej, Australii, Indiach, Korei Południowej, Malezji, Niemczech, Singapurze, Wielkiej Brytanii i we Włoszech. Respondentów pytano o ich doświadczenia związane ze wdrożeniem infrastruktury chmurowej oraz o to, co chcieliby zmienić w tym zakresie.
Ubywa stacjonarnych placówek bankowych, a Polacy z roku na rok stają się coraz bardziej mobilni – można wysnuć tezę, że za kilka lat wszelkie sprawy związane z finansami będziemy załatwiać online. Czy na pewno? O tym, jaka przyszłość czeka stacjonarne placówki oraz jaką rolę będzie za kilka lat odgrywał outsourcing bankowy opowiada Wojciech Jóźwiak, prezes zarządu Monetii, właściciela jednej z największych sieci placówek obsługujących transakcje gotówkowe.
Tempo, w którym z Polskich ulic znikają oddziały banków jest zaskakujące. Jak wynika z danych Komisji Nadzoru Finansowego jeszcze pod koniec marca 2016 roku w naszym kraju istniało niemal 7,5 tys. placówek instytucji finansowych – pod koniec lipca 2017, było ich już o 9 procent mniej. Mogłoby się wydawać, że w sytuacji, gdy z miesiąca na miesiąc ubywa oddziałów, przyszłość outsourcingu bankowego stoi pod znakiem zapytania. Nic bardziej mylnego. Niedługo możemy spodziewać się, że banki coraz chętniej będą powierzały pewne obszary swojej działalności, jak chociażby organizacje oddziałów, firmom zewnętrznym. Dlaczego?
„Już dziś, z powodu rewolucji technologicznej, instytucje finansowe mają do czynienia z zupełnie nowym rodzajem konsumenta. Polacy są światowymi liderami w adaptowaniu innowacyjnych rozwiązań związanych z finansami, a funkcjonujące na rodzimym rynku banki starają się za nimi nadążyć. Po piętach depczą im firmy z sektora FinTech, które już na starcie mają przewagę gdyż nie obowiązują ich rygorystyczne regulacje. Wyniki „2017 Connected Banking Customer Report” pokazują, że im mniej innowacyjnych usług oferuje bank, tym częściej klienci korzystają z ofert FinTechów. Ale jaki ma to związek z zamykaniem oddziałów? Mniej placówek oznacza redukcję kosztów, a zaoszczędzone pieniądze banki mogą przeznaczyć na nowe technologie, które pozwolą zatrzymać klienta. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie oznacza to, że w przyszłości czeka nas całkowite przeniesienie usług finansowych online. Jak pokazują liczne badania cenimy szybkość i wygodę jaką daje bankowość elektroniczna, jednak nadal wolimy osobisty kontakt z doradcą w oddziale. Banki zdają sobie z tego sprawę – jak wynika z The Digital Banking Expert Survey jedynie 5 procent planuje całkowitą rezygnację z placówek. – komentuje Wojciech Józwiak prezes Zarządu Monetii
W przyszłości większość instytucji finansowych będzie starała się odnaleźć złoty środek między tym, co online a tym, co offline. Oddziały będą zmieniały się w cyfrowe centra doradcze, gdzie innowacyjne technologie będą stanowiły dopełnienie profesjonalnego doradztwa. Można również spodziewać się, że banki postawią na outsourcing. Powierzenie wiarygodnym firmom zewnętrznym, podlegającym nadzorowi KNF, prowadzenia części oddziałów – tzw. outsourcing kasowy – umożliwi optymalizację wydatków przy jednoczesnym zachowaniu wysokich standardów obsługi oraz bezpieczeństwa transakcji. To z kolei pozwoli bankom skupić się na rozwoju nowych technologii mających umocnić ich przewagę konkurencyjną.
Rozszerzona rzeczywistość (ang. augmented reality – AR) kojarzy się głównie z grami i rozrywkowymi aplikacjami na smartfony. O ile faktycznie ten segment stanowi obecnie większość rynku, to potencjał wykorzystania technologii AR w biznesie jest w zasadzie nieograniczony, a pierwsze rozwiązania są już dostępne.
Miliard użytkowników do 2020 r.
Rozszerzona rzeczywistość pozwala na połączenie świata fizycznego z cyfrowym. Technologia ta polega na nakładaniu wirtualnych i interaktywnych obiektów na obraz prawdziwego otoczenia. Końcowy efekt można oglądać na ekranie smartfona, tabletu czy też za pomocą specjalnych okularów. Jednym z najbardziej znanych przykładów zastosowania AR jest gra Pokemon GO, która została pobrana na całym świecie ponad 750 milionów razy.
Według szacunków wartość rynku wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości do 2020 r. wyniesie ok. 150 miliardów dolarów, a liczba użytkowników tych technologii sięgnie nawet miliarda. Firma IDC ocenia, że dochody z VR/AR wzrosną w ciągu roku o ponad 130% – z poziomu 6,1 miliarda dolarów w 2016 r. do 13,9 miliarda dolarów w 2017 r.
Do czego można wykorzystać AR?
Interaktywne treści AR pozwalają w inny sposób spojrzeć na materiały drukowane. Przykładowo, używając dedykowanej aplikacji podczas przeglądania katalogu, odbiorca zobaczy na ekranie smartfona linki do ofert z danym artykułem, jego trójwymiarowy model czy prezentację wideo. Technologia AR otwiera również wiele możliwości w obszarze digital marketingu z użyciem etykiet i drukowanych kreacji reklamowych oraz daje szansę na wyróżnienie się na rynku wydawniczym poprzez zamieszczanie interaktywnych elementów w czasopismach i książkach.
Ponadto AR może posłużyć do tłumaczenia tekstu na papierze oraz do szybkiego rozpoznawania i archiwizowania dokumentów. Rozszerzona rzeczywistość jest już dziś elementem szkoleń dla zawodowych kierowców, inżynierów czy lekarzy. Systemy AR pozwalają także wzbogacić wrażenia z wizyt w muzeach czy uzupełnić doświadczenie zakupowe w galeriach handlowych.
Aplikacja AR dla każdej firmy
Japoński koncern Konica Minolta od kilku lat współpracuje z firmami opracowującymi narzędzia AR – takimi jak Wikitude i Anyline – by rozwijać i dostarczać rozwiązania tego typu dla biznesu. Przykładem jest bazowa aplikacja mobilna AR, którą można dostosować do potrzeb danego przedsiębiorstwa poprzez personalizację jej wyglądu oraz treści. Użytkownicy aplikacji mogą sami dodawać do niej materiały AR – np. filmy czy modele 3D – lub uzyskać wsparcie producenta w ich przygotowaniu. Dzięki temu klienci zyskują zindywidualizowane rozwiązanie bez konieczności budowania własnego systemu.
Firma oferuje również wykorzystujące rozszerzoną rzeczywistość systemy do nawigacji wewnątrz budynków. Ze wspomnianych usług skorzystały już m.in. brytyjska poczta UK Mail czy muzeum brytyjskich sił lotniczych RAF.
Wearable Communicator – okulary AR dla biznesu
Konica Minolta opracowała także własne okulary AR o nazwie Wearable Communicator. W odróżnieniu od większości podobnych projektów, które tworzono na rynek konsumencki, Wearable Communicator od początku jest rozwijany z myślą o zastosowaniach biznesowych. Głównymi elementami urządzenia są miniaturowy ekran LCD, pryzmat oraz zaawansowany moduł optyczny HOE (ang. holographic optical element). Moduł HOE pozwala odpowiednio powiększyć obraz dostarczany do oka oraz filtrować długości fal światła, dzięki czemu wyświetlane na ekranie cyfrowe treści są ostre i wyraźne. Dodatkowo użytkownik może je kontrolować za pomocą gestów.
Okulary Wearable Communicator mogą być częścią systemów CPS (ang. cyber-physical system), łączących świat cyfrowy ze światem fizycznym. Systemy te są coraz częściej wdrażane chociażby w przemyśle. Rozwiązanie Konica Minolta było np. ostatnio testowane na linii produkcyjnej w fabryce ciągników John Deere w Mannheim w Niemczech.
Rozszerzona rzeczywistość to technologia, która szybko upowszechnia się zarówno na rynkach konsumenckim, jak i biznesowym. Potencjał do innowacji z użyciem AR jest ogromny i chcemy pomagać firmom go wykorzystać – także w Polsce. Rozwiązania oparte o AR będą istotnym czynnikiem pozwalającym na bycie o krok przed konkurencją. Wdrażanie tej technologii to część realizowanej przez nas idei miejsca pracy przyszłości – mówi Paweł Grzyb, Marketing Manager w Konica Minolta Business Solutions Polska.
Powstają nowe ośrodki badawcze
Technologia rozszerzonej rzeczywistości i sposoby na jej wykorzystanie są jednym z kluczowych obszarów rozwoju w prowadzonych przez Konica Minolta ośrodkach Business Innovation Center (BIC). Centra te skupiają wokół siebie jednostki akademickie, instytuty badawcze, firmy partnerskie i startupy celem pracy nad innowacyjnymi rozwiązaniami dla biznesu.
Do tej pory na świecie powstało pięć takich ośrodków. Obszar Europy obsługuje BIC mający siedzibę w Londynie, zaś w czeskim Brnie znajduje się laboratorium badawczo-rozwojowe firmy.
Startup UnStock kupiony przez popularną izraelską platformę wideo – Slidely! To kolejny sukces polskiej ekipy, która wcześniej została doceniona przez prestiżowy amerykański akcelerator.
UnStock to dzieło trzech przyjaciół znad Wisły. Adam Cellary, Kamil Goliszewski i Jakub Górajek stworzyli marketplace, dzięki któremu twórcy mogli sprzedawać firmom kręcone smartfonami filmy. Transakcja odbywała się za pomocą kilku kliknięć, a platforma zajmowała się pośrednictwem i formalnościami. Potencjał startupu dostrzeżono w jednym z najlepszych akceleratorów na świecie – nowojorskim AngelPad. Była to pierwsza w historii grupa z Polski, która dostała się do tego prestiżowego programu.
UnStock szybko zwrócił uwagę największych międzynarodowych graczy. Ostatecznie wyścig o polski projekt wygrała popularna izraelska platforma Slidely generująca treści wideo. O jej zasięgu może świadczyć już sam profil na Facebooku – Slidely ma ponad 2,4 mln obserwatorów! Serwis umożliwia użytkownikom tworzenie własnych filmów, kompilacji oraz wideoklipów i zamieszczanie ich na Facebooku, Google Plus czy Twitterze. Płatna opcja Promo pozwalająca na przygotowanie materiałów wideo do celów marketingowych miesięcznie przynosi firmie prawie milion dolarów MRR (powtarzalnych przychodów miesięcznych).
Slidely zainwestuje nad Wisłą
Kupno UnStocka to jednak nie wszystko – izraelska spółka planuje także inwestycje w Polsce. Firma otwiera u nas swój oddział, za który będą odpowiadać twórcy UnStocka. Obecnie zespół liczy pięć osób, do założycieli dołączyli bowiem Krystian Solarz oraz Tomasz Pasternak, którzy mieli duży wpływ na ostateczny kształt aplikacji. Ekipa ma nadzieję na szybki rozwój projektu i szuka kolejnych pracowników, m.in. doświadczonych backend i frontend deweloperów.
“To niesamowita satysfakcja, gdy tak wielki gracz docenia nasze know-how”- podkreśla Kamil Goliszewski, dotychczasowy COO UnStocka, a obecnie Head of Product and Operations w Slidely. Pytany o kwotę transakcji podkreśla, że jest ona objęta tajemnicą biznesową. Twórcy aplikacji zapewniają jednak, że negocjacje od samego początku odbywały się w partnerskiej atmosferze. Zwracają też uwagę, że szefowie Slidely byli pod wrażeniem jakości usług na rynku nowych technologii w Polsce oraz wysokiej etyki pracy – właśnie dlatego postanowili otworzyć w naszym kraju kolejny oddział. W ciągu roku w warszawskim biurze Slidely zatrudnienie ma znaleźć łącznie około 30 osób.
Pierwsi goście tegorocznej edycji EKMŚP potwierdzają swój udział. Między 18 a 20 października w Katowicach będzie można spotkać Jarosława Gowina (Wicepremier, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego), Briana Sandovala (Gubernator Stanu Nevada) czy Elżbietę Bieńkowską (Komisarz ds. Rynku Wewnętrznego, Przemysłu, Przedsiębiorczości i MŚP), którzy zabiorą głos w kongresowych rozmowach.
Europejski Kongres Małych i Średnich Przedsiębiorstw to największe w Europie spotkanie przedstawicieli nauki, samorządu i biznesu, które oprócz władz państwowych uświetnią prezesi i dyrektorzy najlepiej prosperujących firm w Polsce, eksperci z rozmaitych urzędów (PUP, ZUS, WFOŚiGW), uczelni wyższych, jak również z innych organizacji.
– Kongres jest przestrzenią wymiany myśli, jak również areną, na której odbywa się transfer wiedzy. I to wiedzy rzetelnej, praktycznej i przede wszystkim pomocnej w codziennych wyzwaniach podejmowanych przez przedsiębiorców – mówi Tadeusz Donocik, Prezes RIG w Katowicach i Organizator EKMŚP. – Aby spełnić tę obietnicę, zapraszamy ekspertów z różnych dziedzin, w tym również przedstawicieli ministerstwa.
W ramach 10 ścieżek tematycznych paneliści będą poruszać się m.in. wokół tematyki kontroli w firmie, starając się odpowiedzieć na pytania, czy należy się jej obawiać, jak postępować oraz jaka jest rola instytucji kontrolnych w polityce państwa. Do dyskusji zostali zaproszeni eksperci, m.in. Marian Banaś, Edyta Bielak-Jomaa (Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych), Marek Posobkiewicz (Główny Inspektor Sanitarny), Izabella Żyglicka (Rzecznik Praw Przedsiębiorców przy RIG w Katowicach).
Natomiast wspólnie ze Stanisławem Szwedem z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej uczestnicy Kongresu zastanowią się nad wyzwaniami stawianymi rynkowi pracy, nad wykorzystaniem potencjału Silver Economy czy kwestią migracji. Z kolei Jarosława Gowina będzie można spotkać w kilku panelach. Zabierze głos w dyskusji dotyczącej kształcenia dualnego, nowoczesnych strategii uzyskiwania przewagi konkurencyjnej przez MŚP oraz Future Mobility. Minister wystąpi także podczas Sesji Sejmiku Województwa Śląskiego, poruszając temat: „Nauka – gospodarka – samorząd. Współpraca międzysektorowa warunkiem rozwoju innowacyjności”.
Nie zabraknie również gości z zagranicy. Wśród nich m.in.: Brian Sandoval (Gubernator Stanu Nevada), Ma Xianghui (Ministerstwo Przemysłu i Technologii Informatycznych), czy Hamat Bah (Minister Turystki i Kultury Gambii). Ich wystąpienie podczas ceremonii otwarcia podkreśli międzynarodowy wymiar Kongresu, w ramach którego odbędą się sesje panelowe dotyczące współpracy z USA czy wejścia polskich przedsiębiorców na rynek chiński i białoruski.
– Sesje panelowe dotyczące współpracy międzynarodowej wpisują się w hasło przewodnie tegorocznej edycji Kongresu, czyli „Uwolnić biznes!” – dodaje Tadeusz Donocik. – Nie tylko zachęcamy do ekspansji zagranicznej, ale również dajemy okazję do jej zapoczątkowania poprzez nawiązanie relacji z przedsiębiorcami z licznych krajów EU oraz USA, Chin, Egiptu, Iranu, Kazachstanu i Białorusi.
Oprócz samego Kongresu warte uwagi są Targi Biznes Expo, które są największą imprezą towarzyszącą Kongresowi. Na ponad 5000 metrach kwadratowych niemal 100 wystawców zaprezentuje swoje usługi i produkty dla MŚP. Warto będzie zajrzeć do Strefy Prezentacji, gdzie odbędą się warsztaty i wykłady, jak również do Strefy Eksperta, aby uzyskać poradę dotyczącą m.in. prowadzenia firmy, zmian w przepisach czy możliwości otrzymania dotacji.
Udział w Kongresie jest bezpłatny, wymaga jedynie rejestracji poprzez www.ekmsp.eu
Organizator: Regionalna Izba Gospodarcza w Katowicach
Współgospodarze: Miasto Katowice, Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego, Górnośląski Związek Metropolitalny, Wojewoda Śląski
Główny Współorganizator: Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego
Współorganizatorzy: Politechnika Śląska, Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego, Krajowa Izba Gospodarcza
Główny Partner Merytoryczny: Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości
O ile w ubiegłym tygodniu spekulacje o przyszłej obsadzie fotela prezesa Fed pomagały dolarowi, to w ostatnich dniach polityczne pogłoski są już zdecydowanie mniej korzystne. Pozytywny dla dolara trend wyraźnie wytracił impet. EUR/USD wyszedł w okolice 1,1850, USD/JPY cofa się w kierunku 112,00 a waluty gospodarek wschodzących w środowisku bardzo niskiej awersji do ryzyka (rekordy na globalnych giełdach akcji) ruszyły do odrabiania strat EUR/PLN cofnął się z 4,33 do 4,28. Sprawia to, że USD/PLN jest dziś około osiem groszy poniżej piątkowych maksimów z piątkowej sesji.
Prodolarowy kandydat w odwrocie
Na początku miesiąca kandydatem numer jeden do zastąpienia w przyszłym roku Janet Yellen w fotelu prezesa Fed stał się Kevin Warsh. Byłby on najkorzystniejszym wyborem dla dolara, ponieważ postrzegany jest jako zacięty krytyk polityki ilościowego luzowania i osoba zaniepokojona nadmiernie luźnymi warunkami finansowymi w gospodarce. Zdaniem bukmacherów obecnie zdecydowanie wyższe szanse ma jednak Jerome Powell (z Rady Gubernatorów Fed). Iluzoryczne prawdopodobieństwo przypisuje się kandydaturom Janet Yellen oraz Gary’ego Cohna. Swój werdykt Trump ma zakomunikować już w najbliższy piątek.
Notowania bukmacherskie: szanse wiodących kandydatów do fotela prezesa Fed. Źródło: PredictIT
Prawda jest taka, że każdy z grona przewijających się w mediach kandydatów (poza Kashkarim) będzie mniej gołębi od Yellen. Należy przy tym zastrzec, że Powell jest postrzegany jako osoba o neutralnych poglądach na politykę monetarną. Co więcej, zainteresowania decydenta koncentrują się raczej na regulacji sektora finansowego – o optymalnej jego zdaniem polityce pieniężnej wypowiada się dość rzadko.
Poglądy obecnych członków FOMC. Źródło: TMS NonStop
Przesłanką, która uprawdopodabnia jego wybór jest odwołanie uprzednio zaplanowanego na piątek wystąpienia publicznego. Interpretacja tego kroku jest dwojaka. Część uczestników rynku uważa, że jego temat, czyli „Are Rules Made to be Broken? Discretion and Monetary Policy” może prowokować do formułowania tez sprzecznych z poglądami Trumpa. Innymi słowy: Powell może nie chcieć narażać się na ostatniej prostej. Inna interpretacja jest taka, że w świetle informacji o piątkowym ogłoszeniu nominacji, Powell po prostu „czyści sobie” kalendarz by po ogłoszeniu jego wyboru nie mieć innych zobowiązań.
Paul znów blokuje Trumpa
Drugi cios dolarowi ponownie zadaje Senator Rand Paul. Ponownie, gdyż jego sprzeciw nie pozwolił na demontaż systemu Obamacare na wiosnę, co wyrządziło administracji Trumpa wielką wizerunkową krzywdę i zachwiało rynkową wiarę w możliwość wdrożenia zapowiadanych w kampanii reform. Politico donosi, że obecnie w Senacie może zabraknąć jednego głosu do zatwierdzenia proponowanych cięć podatków. Tym brakującym Senatorem znów być ma – jakżeby inaczej – Rand Paul. Trump zapowiedział już, że w celu zapewnienia szerszego poparcia zaproponuje korekty swojego planu, co oczywiście odsunąć może termin wejścia w życie nowych regulacji.
Trump w wiecznym konfikcie
Jakby tego było mało Prezydent USA najpierw wycofał poparcie dla Boba Corkera niegdysiejszego sprzymierzeńca (a nawet kandydata do objęcia najwyższych stanowisk – sekretarza stanu i wiceprezydenta). Następnie wdał się na Twitterze w pyskówkę z tym wpływowym republikańskim senatorem. Kolejne podziały i kłótnie w obozie republikańskim na pewno nie pomagają w umocnieniu kruchego poparcia dla pomysłów administracji Trumpa. Na razie najważniejsza źródła w Waszyngtonie mówią, że w partii dominuje pogląd, że priorytetem jest realizacja programu reform i ten spór należy jak najszybciej wygasić.
To nie koniec silniejszego dolara
Naszym zdaniem wyhamowanie pozytywnego dla dolara trendu ma charakter przejściowy – rynek pod nieobecność kluczowych danych makroekonomicznych skupił się na czynnikach istotnych, ale nie najważniejszych dla odbicia wartości amerykańskiej waluty. Tymi są i będą: wyraźnie bardziej jastrzębi do oczekiwań Fed zmierzający (abstrahując od personaliów jego prezesa) do kolejnych podwyżek i wyraźne odbicie inflacji, które powinno znaleźć potwierdzenie w piątkowych odczytach danych za wrzesień. Eurodolar powinien osuwać się w kierunku naszego szacunku krótkoterminowej wartości godziwej bazującego na relatywnej wycenie obligacji, oznacza to spadek o około 2 proc. względem bieżących pułapów i zniżkę w kierunku 1,16. W przypadku EUR/PLN pomimo pozytywnych tendencji po stronie czynników lokalnych nie widzimy potencjału do zejścia głębszego niż w okolice 4,26.
Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS
Pomimo gołębiego stanowiska RPP, ostateczne dane o wrześniowej inflacji będą miały duże znaczenie dla notowań obligacji skarbowych. Wrześniowe minutes Fed nie zmieniły oczekiwań rynkowych odnośnie grudniowej podwyżki stóp procentowych, choć zostały odczytane raczej gołębio.
Rynek walutowy i stopy procentowej
Środa na rynkach finansowych rozpoczęła się w pozytywnych nastrojach po tym jak w ocenie obserwatorów spadło ryzyko rozpadu Hiszpanii. Przewodniczący regionalnego rządu i przywódca ruchu separatystów Katalonii, choć we wtorek ogłosił niezależność regionu, to jednocześnie wezwał do odroczenia skutków deklaracji, by umożliwić negocjacje z Madrytem. Wśród inwestorów wzrosło więc przekonanie, że pomimo skomplikowanej sytuacji politycznej Katalonia ostatecznie nie odłączy się od Hiszpanii. W rezultacie, podczas środowej sesji europejskiej notowania euro wzrosły powyżej 1,185 USD i spadły poniżej 4,27 PLN.
Obok wydarzeń w Europie wsparciem dla euro stał się też konflikt pomiędzy prezydentem D. Trumpem, a wpływowym republikańskim senatorem B. Corkerem rozbudzający obawy o powodzenie zapowiedzianej reformy podatkowej w USA. Obecnie Corker przewodniczy Komitetowi Spraw Zagranicznych Senatu i jest wiodącym „jastrzębiem deficytowym”. Ostatnie dni pokazały jednak, jak bardzo od zeszłego roku pogorszyły się relacje na linii Trump-Corker, kiedy to był on brany pod uwagę jako ewentualny wiceprezydent. Na rynku zaczęto się więc zastanawiać, jak Trumpowi uda się porozumieć z Demokratami, jeśli nie potrafi tego zrobić z liderami własnej partii.
Na notowaniach dolara zaważyła też wypowiedź Roberta Kaplana, w tym roku uczestniczącego w głosowaniach dot. zmian polityki pieniężnej Fed, wskazująca, że jest on zaniepokojony tym, że pomimo spadku bezrobocia w USA do 4,2% globalizacja i nowe technologie przyczyniają się do utrzymania niskiej dynamiki cen. Szef Fed w Dallas podkreślił, że w sprawie wycofania polityki akomodacji przez bank centralny USA utrzyma na najbliższych posiedzeniach FOMC „otwarty umysł”.
Obawy o inflację wyrażone zostały też w opublikowanych wieczorem minutes z wrześniowego posiedzenia FOMC. Choć w większość przedstawiciele amerykańskich władz monetarnych nadal opowiadają się za grudniową podwyżką stóp procentowych, to jednak niepokoi ich obecny poziom inflacji. „Wielu uczestników” posiedzenia wyraziło obawę, że niskie tegoroczne odczyty inflacji mogą odzwierciedlać nie tylko wpływ czynników o charakterze przejściowym, ale także tych o bardziej trwałym oddziaływaniu. Tym samym dalsze zacieśnienie polityki monetarnej w 2007 roku choć nadal jest bardzo wysoce prawdopodobne, to jednak może nie być tak automatyczne jak niektórzy sądzą. Po publikacji protokołu rynkowe prawdopodobieństwo podwyżki stóp w USA w grudniu (wg FedWatch) pozostało bez zmian na poziomie około 80%. Niemniej, mimo faktycznego potwierdzenia grudniowej podwyżki stopy funduszy federalnych, rynek walutowy uznał minutes za dość gołębie. Stąd, po publikacji eurodolar utrzymał wzrost zaś eurozłoty nasilił spadek. W rezultacie, w czwartek, jeszcze przed otwarciem handlu kurs EURUSD notowany jest w okolicach 1,188 zaś EURPLN przy 4,27.
Z kolei na rynku stopy procentowej brak ogłoszenia niepodległości przez Katalonię skutkowało dalszym spadkiem rentowności w Hiszpanii, które zbliżają się do poziomów obserwowanych jeszcze przed referendum. W takim otoczeniu spadł popyt na aktywa bezpiecznych przystani, przez co rosły rentowności obligacji niemieckich, natomiast większym zainteresowaniem inwestorów cieszyły się aktywa bardziej ryzykowne.
W Polsce krzywa dochodowości przesunęła się w dół, jednak w dużym stopniu była to korekta silnego ruchu wzrostowego obserwowanego od początku października niż istotna zmiana trendu. Jednym z argumentów za spadkiem rentowności w ostatnich dniach mogły być komentarze ze strony członków RPP, wśród których nie ujawnił się żaden nowy członek frakcji jastrzębiej. Profesor Jerzy Żyżyński w swojej ostatniej wypowiedzi stwierdził, że nie zauważa popytu na kredyt, który mógłby skłaniać do podwyżek stóp procentowych. Mimo utrzymującej się retoryki Rady, za powrotem do wzrostu rentowności obligacji mogą przemawiać dane inflacyjne, gdzie w czwartek GUS może potwierdzić swój wstępny odczyt CPI na poziomie 2,2% r/r, a w publikowana w piątek inflacja bazowa może wzrosnąć z sierpniowych 0,7% r/r (PKO: 1,0%).
Autorzy: Joanna Bachert i Arkadiusz Trzciołek, PKO Bank Polski
Rynek pracy przeżywa boom rekrutacyjny – 40% firm planuje przeprowadzić rekrutacje jeszcze w tym roku. To najwyższe wskazanie w historii 8 edycji badania firmy Coface.
– Największe zapotrzebowanie występuje w sektorze handlowym – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Kubisiak, szef biura prasowego Work Service – Duże zapotrzebowanie ma również sektor usługowy oraz produkcja. W tegorocznym raporcie istotną zmianą jest fakt, że pracodawcy poszukują pracowników średniego i niższego szczebla, a dopiero na końcu znajduje się kadra zarządzająca. Do tej pory pracownicy podstawowi i fizyczni byli najczęściej poszukiwani na rynku pracy. Dzisiaj są to menedżerowie, specjaliści oraz pracownicy wykwalifikowani – podsumował Kubisiak.
Dominujący od początku tygodnia trend stopniowego osłabiania się dolara jest podtrzymany. Kolejną cegiełkę dokłada silniejsze niż zakładał to rynek zaniepokojenie FOMC tegoroczną słabością inflacji wyrażone w protokole z wrześniowego posiedzenia. Sytuacja uległa w porównaniu z poprzednim tygodniem wyraźnej odmianie, ponieważ wygasły dotychczas pozytywne dla dolara impulsy polityczne a pusty kalendarz makro nie dostarcza nowych pretekstów do wyprzedaży obligacji.
Na początku miesiąca kandydatem numer jeden do zastąpienia w przyszłym roku Janet Yellen w fotelu prezesa Fed stał się Kevin Warsh. Byłby on najkorzystniejszym wyborem dla dolara, ponieważ postrzegany jest jako zacięty krytyk polityki ilościowego luzowania i osoba zaniepokojona nadmiernie luźnymi warunkami finansowymi w gospodarce. Zdaniem bukmacherów obecnie zdecydowanie wyższe szanse ma jednak Jerome Powell (z Rady Gubernatorów Fed). Iluzoryczne prawdopodobieństwo przypisuje się kandydaturom Janet Yellen oraz Gary’ego Cohna. Swój werdykt Trump ma zakomunikować nawet w najbliższy piątek.
Po drugie Politico donosi, że obecnie w Senacie USA może zabraknąć jednego głosu do zatwierdzenia proponowanych cięć podatków. Tym brakującym Senatorem ma być Rand Paul, który zablokował demontaż systemu Obamacare. Trump zapowiedział już, że w celu zapewnienia szerszego poparcia zaproponuje korekty swojego planu, co oczywiście odsunąć może termin wejścia w życie nowych regulacji. Jakby tego było mało Prezydent USA najpierw wycofał poparcie dla niegdysiejszego sprzymierzeńca ( a nawet kandydata do objęcia najwyższych stanowisk – sekretarza stanu i wiceprezydenta) Boba Corkera Następnie wdał się na Twitterze w pyskówkę z tym wpływowym republikańskim senatorem. Kolejne podziały i kłótnie w obozie republikańskim na pewno nie pomagają w umocnieniu kruchego poparcia dla pomysłów administracji Trumpa. Na razie najważniejsza źródła w Waszyngtonie mówią, że w partii dominuje pogląd, że priorytetem jest realizacja programu reform i ten spór należy jak najszybciej wygasić.
Naszym zdaniem wyhamowanie pozytywnego dla dolara trendu wzrostu rentowności obligacji ma charakter przejściowy – rynek pod nieobecność kluczowych danych makroekonomicznych skupił się na czynnikach istotnych, ale nie najważniejszych dla odbicia wartości amerykańskiej waluty. Tymi są i będą: Fed zmierzający (abstrahując od personaliów jego prezesa) do kolejnych podwyżek i wyraźne odbicie inflacji, które powinno znaleźć potwierdzenie w piątkowych odczytach danych za wrzesień. W obecnych okolicach 1,1870 rynek powinien podjąć próbę wygaszania odbicia EUR/USD. Naszym zdaniem eurodolar powinien osuwać się w kierunku szacunku krótkoterminowej wartości godziwej bazującego na relatywnej wycenie obligacji, oznacza to spadek o około 2 proc. względem bieżących pułapów i zniżkę w kierunku 1,16.
EUR/PLN notował wczoraj najsilniejszy spadek w całym 2017 roku. Złoty korzysta przede wszystkim na korekcie ostatnich zwyżek rentowności obligacji USA oraz globalnej hossie na rynku akcji. Spodziewamy się jednak, że kurs nie będzie w stanie trwale zejść poniżej 4,26, gdzie wypada dolna banda obowiązującego od maja kanału wzrostowego oraz 200 – sesyjna średnia ruchoma.
Dziś poznamy finalny odczyt inflacji za wrzesień a jutro wartość wskaźnika bazowego. Szybki szacunek GUS wskazał, że ceny konsumenckie we wrześniu były aż 2,2 proc. wyższe niż przed rokiem. Dynamika CPI bliżej celu inflacyjnego ostatnio była w grudniu 2012 roku. Taki stan rzeczy to w pierwszym rzędzie pochodna drożejących paliw oraz warzyw i owoców. Obie tendencje nadal będą windować ścieżkę inflacji. Ostatniemu wystrzałowi kursu ropy na dwuletnie maksima (i w okolice 60 dolarów za baryłkę w przypadku brent) towarzyszyło kilkunastogroszowe osłabienie złotego do dolara. Choć nie widzimy znacznej przestrzeni do kontynuacji wzrostów cen surowców energetycznych na globalnych rynkach, to wpływ tych tendencji na rodzimą inflację będzie wyraźny. Średnie ceny paliw od końca czerwca wzrosły już o ponad 25 groszy.
Kombinacja tych czynników będzie do końca roku utrzymywać dynamikę CPI powyżej 2 proc. a nasza wstępna prognoza sugeruje, że w listopadzie może nawet wypchnąć wskaźnik do celu NBP (przed jego grudniowym spadkiem do 2,1 proc r/r). Można domniemywać, że do silniejszego niż zakładał to rynek wyskoku cen swoją cegiełkę mogły dołożyć też wyższe ceny leków (zmiana listy leków refundowanych), biletów lotniczych czy podręczników szkolnych. Ogółem szacujemy, że dynamika cen bazowych przyspieszyła we wrześniu z 0,7 do 0,9 proc. rok do roku.
Warto pamiętać, że paliwa i żywność to składowe koszyka, na które Rada Polityki Pieniężnej nie ma wpływu. Zdecydowana większość decydentów reprezentuje stanowisko, że nie ma potrzeby szybszego podniesienia kosztu pieniądza z 1,5 proc. Kluczowy argument jest taki, że źródła wzrostu cen szybko wygasną i poprzez efekty bazy w przyszłym roku będą obniżać ich trajektorię. Przy silnym rynku pracy i rozpędzonej gospodarce (prognozujemy dynamikę PKB w III kwartale na pułapie 4,3 proc. rok do roku i jej przyśpieszenie do 4,5 proc. w ostatnich trzech miesiącach 2017) głównym zagrożeniem dla takiego scenariusza może stać się eskalacja oczekiwań płacowych prowadząca do wybuchu presji kosztowej w gospodarce. Na razie władze monetarne nie wykazywały zaniepokojenia taką ewentualnością i nie zakładamy by w najbliższych tygodniach zmieniły stanowisko.
Trudności ze znalezieniem pracownika ma coraz więcej firm. Jedni pracodawcy chcąc zapełnić braki kadrowe oferują wyższe wynagrodzenie, inni zaś zatrudniają obcokrajowców. Polska staje się coraz bardziej atrakcyjnym rynkiem pracy dla wschodnich sąsiadów, zaś Polacy, którzy wyemigrowali do Wielkiej Brytanii, od momentu Brexitu, coraz chętniej wracają. Rząd szacuje, że w wyniku wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej do kraju może powrócić 200 tysięcy Polaków. Czy masowy powrót naszych rodaków z Wysp uratuje polską gospodarkę?
W wyniku Brexitu coraz więcej Polaków wraca, tym bardziej, że sytuacja w kraju uległa zmianie. Masowe powroty z zagranicy już się zaczęły. Według opublikowanych w lipcu danych GUS, w zeszłym roku w Polsce osiedliło się 62 tysiące osób, to najlepszy rezultat od 2008 r., kiedy GUS zaczął badać zjawisko. Statystyki uwzględniają wyłącznie tych, którzy zgłosili minimum roczny powrót w urzędach gmin. Ponadto w bazie PESEL zarejestrowano niemal 15 tysięcy niepełnoletnich przyjezdnych.
– Decyzja o powrocie nie należy do łatwych, tym bardziej, że jak pokazują dane z GUS, Polacy wracają z całymi rodzinami. Część wraca mając już zagwarantowaną posadę, są też tacy, którzy zgromadzone oszczędności zainwestują w prywatne biznesy, ponieważ nie wyobrażają sobie powrotu na etat. Co ważne, mieszkając kilka lub kilkanaście lat w Wielkiej Brytanii nabyli szereg pożądanych na rodzimym rynku pracy kompetencji, m.in. nauczyli się języka angielskiego. Napływ kreatywnych ludzi z pewnością zadziała stymulująco na całą gospodarkę. – mówi Natalia Bogdan, właścicielka agencji rekrutacji Jobhouse.
Polscy przedsiębiorcy w odpowiedzi na brak rąk do pracy coraz chętniej zatrudniają obcokrajowców. Jak pokazują wyniki badań przeprowadzonych przez Business Centre Club oraz Międzynarodową Organizację do spraw Migracji (IOM), robi to już niemal 40 proc. przedsiębiorców, a blisko 60 proc. to planuje. Prawie 10 mld zł wysłali obcokrajowcy pracujący w Polsce do swoich domów w okresie od stycznia do czerwca. To 3/4 więcej niż przed rokiem[i].
– Polskie firmy potrzebują zarówno dobrze wykształconych kierowników wysokiego szczebla, jak również tych z fachem w ręku. Obie grupy znalazły atrakcyjne zatrudnienie poza naszym krajem w momencie wejścia Polski do Unii Europejskiej. Teraz rodzimy rynek pracy potrzebuje ich wiedzy, kompetencji, a pracodawcy są gotowi zapewnić im godne zarobki. Warto pamiętać, że powrót rodaków z Wielkiej Brytanii nie sprawi, że zabraknie miejsc pracy dla innych narodowości, lecz wprowadzi większą dynamikę rozwoju – podsumowuje Natalia Bogdan.
Na bankowych kontach leżą bezczynnie miliardy złotych. Zamiast czekać na wzrost oprocentowania standardowych depozytów warto skorzystać z innej możliwości pomnażania oszczędności. Wybierając lokatę inwestycyjną mamy szansę na niestandardowy zysk przy minimalnym poziomie ryzyka.
Oprocentowanie depozytów w bankach jest rekordowo niskie i jeszcze długo nic nie zmieni się na lepsze z punktu widzenia oszczędzających. Perspektywa podwyżek stóp w NBP jest odległa i pierwszych ruchów w górę można spodziewać się dopiero w drugiej połowie 2018 r. Jednak zanim drgnie oprocentowanie w bankach minie jeszcze kwartał lub dwa.
Na wyższe odsetki nie trzeba jednak czekać aż NBP podwyższy rynkowe stopy. Do wyboru jest wiele innych produktów finansowych, w których można liczyć na większy zysk niż na standardowym depozycie. Jednym z nim są lokaty inwestycyjne, dające stabilność depozytu i potencjał zysku z funduszu inwestycyjnego.
Mechanizm
Lokata jest produktem strukturyzowanym, łączącym cechy depozytu i funduszu. Bank część środków przechowuje na depozycie, zazwyczaj dobrze oprocentowanym, a pozostałą część pieniędzy inwestuje. Standardowo podział między komponent oszczędnościowy i inwestycyjny wynosi po 50 proc., choć są lokaty, w których udział depozytu wynosi 25 proc.
W przeciwieństwie do standardowej lokaty, gdzie od początku wiadomo jaki będzie końcowy zysk deponenta (chyba, że jest to lokata z oprocentowaniem zmiennym) wysokość odsetek w przypadku lokaty inwestycyjnej nie jest znana aż do jej wygaśnięcia. Ostateczny wynik zależy od zachowania instrumentu z jakim jest powiązany, albo raczej od tego, czy zachowa się zgodnie z przyjętymi na wstępie założeniami.
Rodzaje lokat
Komponent inwestycyjny lokaty może być powiązany z różnymi instrumentami finansowymi. W Polsce najbardziej popularne są lokaty oparte o kursy walutowe. Czasem jest to para walut, np. euro/złoty, a czasem cały koszyk walut, np. kilku krajów. Na starcie lokaty przyjmujemy konkretne założenie co do zachowania naszego instrumentu w określonym czasie, np. że cena pójdzie w górę o określoną wartość i na koniec okresu inwestowania wyniesie tyle i tyle. Albo że spadnie poniżej pewnej granicy. Założenie może być też takie, że kurs będzie poruszał w określonym przedziale. Premia wypłacana jest wtedy, jeśli kurs nie przebije korytarza ani w dół ani w górę.
W podobny sposób działają lokaty, dla których punktem odniesienia są indeksy giełdowe, krajowe i zagraniczne lub koszyk akcji spółek z określonego sektora, np. biotechnologicznego lub nowych technologii. W momencie zakładania lokaty stawiane jest założenie co do możliwego zachowana wskaźników lub kursów i w zależności od scenariusza realizowana jest lub nie wypłata zysku z inwestycji. W taki sam sposób budowane są lokaty powiązane z rynkami surowcowymi, rolnymi lub metalami szlachetnymi, które polegają na obserwacji instrumentu bazowego.
Dzień pomiaru
Zasady rozliczania zysków z lokaty inwestycyjnej opierają się o obserwację instrumentu bazowego i szereg pomiarów dokonywanych w określonych momentach trwania inwestycji, odnoszonych następnie do ogólnych warunków dotyczących produktu. Przykładowo, założenia dla lokaty inwestycyjnej opartej o koszyk akcji pięciu spółek technologicznych mogą być takie, że jeśli w dwóch datach pomiaru cena żadnego z walorów nie spadnie poniżej 100 proc. wartości na dzień założenia lokaty, wówczas wypłacane jest wysokie oprocentowanie. Jeśli w jednym z pomiarów jedna ze spółek odnotuje spadek poniżej 100 proc. wówczas premia także się należy. Dopiero jeśli w dwóch datach pomiaru jeden z walorów został przeceniony, do posiadacza lokaty wraca kapitał bez odsetek.
W przypadku lokat opartych o kurs walutowy, warunkiem wypłaty premii może być warunek, że przez czas jej trwania, cena waluty będzie poruszać się w określonym korytarzu plus/minus np. 15 gr. Jeśli nie przebije ani górnej ani dolnej bariery, odsetki zostaną wypłacone.
Wkalkulowane ryzyko
Powodzenie inwestycji lokaty strukturyzowanej opiera się o solidną analizę i prognozy, ale ma też w sobie sporo klasycznej rynkowej gry. Ostateczny wynik zależy od szeregu zmiennych, jak polityka, pogoda, katastrofy naturalne, itp. Lokata w części inwestycyjnej przypomina zakład co do spodziewanych zachowań danego rynku lub aktywa. Przykładowo, bank „stwierdza”, że w najbliższym czasie kurs euro/złoty pójdzie w górę i stawia na to pieniądze. Druga strona „obstawia” spadki. Po umówionym okresie mówimy „sprawdzam” i następuje rozliczenie kontraktu. Wygrany otrzymuje premię, a przegrany wychodzi z inwestycji bez zysku.
Pełna gwarancja
Trzeba dodać, że nawet w razie niepowodzenia inwestycji, posiadacz lokaty otrzymuje z powrotem cały wpłacony kapitał. Kosz inwestycji to zatem utrata odsetek, ale nie ulokowanych środków. I druga ważna uwaga: lokaty inwestycyjne objęte są gwarancją Bankowego Funduszu Gwarancyjnego do kwoty stanowiącej równowartość 100 tys. EUR.
Lokata inwestycyjna stanowi ciekawą alternatywę dla tradycyjnych lokat bankowych, gdyż w środowisku bardzo niskich stóp procentowych, tego typu inwestycja obarczona jest ograniczonym ryzykiem.
Kilka lat temu, kiedy oprocentowanie w bankach wynosiło 7 i więcej procent, inwestycja w lokatę inwestycyjną, która mogła zapewnić nawet ponad 10 proc. odsetek, wymagała zastanowienia, czy warto przedkładać nieco niższy, a pewny zysk, nad potencjalny. Obecnie, kiedy zyski z lokat bankowych są niewielkie, niewielki jest też margines ryzyka. Za to możliwości zysku powinny skłonić oszczędzających do rozważenia tego produktu.
Po zmianie akcjonariatu spółka chce kontynuować dotychczasowe tempo rozwoju. Prowadzi szereg inwestycji mieszkaniowych w największych miastach Polski. Posiadany bank ziemi daje potencjał oferty kilku tysięcy mieszkań. Firma realizuje też dwa projekty biurowe w Warszawie i Wrocławiu i cały czas obserwuje rynek pod kątem nowych szans inwestycyjnych. Poza dużymi miastami w obszarze jej zainteresowania są też rynki regionalne.
– W zakresie budownictwa mieszkaniowego chcielibyśmy utrzymać dotychczasową strategię dywersyfikacji. Jako jeden z nielicznych deweloperów w Polsce działamy na 5 podstawowych rynkach: Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto i w tej chwili ruszamy z inwestycjami w Katowicach. Tę strategię chcielibyśmy dalej rozwijać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Niedośpiał, prezes zarządu LC Corp S.A.
Jak podkreśla, wszystkie te ośrodki mają jeszcze duży potencjał rozwoju. Dlatego spółka chce utrzymywać na nich swoją obecność. Dziś realizuje na nich łącznie ponad 20 inwestycji mieszkaniowych.
– Nasz potencjał to oferta kilku tysięcy mieszkań. Poziom naszej sprzedaży od 2 lat utrzymuje się na poziomie 2 tys. mieszkań. Nie wykluczamy, że pojawią się również inne miejskie lokalizacje, nieco mniejsze i rozwijające się. W tej chwili monitorujemy rynek – mówi Dariusz Niedośpiał.
Poza inwestycjami mieszkaniowymi, prowadzonymi w 5 polskich miastach, spółka LC Corp jest też aktywna na rynku nieruchomości komercyjnych. W portfelu ma łącznie około 50 tys. mkw. powierzchni handlowej oraz 150 tys. mkw. powierzchni biurowej, łącznie z aktualnie prowadzonymi projektami.
– W tej chwili realizujemy dwa projekty biurowe: Wola Retro w Warszawie liczący 24,5 tys. mkw. oraz Retro Office House na ul. Piłsudskiego, w samym centrum Wrocławia, tuż przy kinie Capitol. Moim zdaniem to jeden z najlepiej zlokalizowanych biurowców we Wrocławiu. Mamy już ponad 70 proc. skomercjalizowania, a pozostało jeszcze ponad 8 miesięcy do zakończenia budowy – mówi Tomasz Wróbel, członek zarządu LC Corp S.A.
Deweloperska spółka podkreśla, że cały czas analizuje rynek, poszukując nowych możliwości inwestycyjnych. Bezpieczeństwo takich inwestycji gwarantuje wysoki stopień komercjalizacji inwestycji jeszcze przed startem.
– Cykl od zakupu do rozpoczęcia budowy nie przekracza zwykle roku. Zwykle w momencie rozpoczęcia budowy chcemy mieć około 30 proc. skomercjalizowanej powierzchni. Cały czas analizujemy rynek, szukamy nowych projektów. Rozglądamy po rynkach wrocławskim, warszawskim, kilku rynkach regionalnych i szukamy szans – patrzymy, kogo możemy tam wprowadzić, zaczynamy rozmowy, sprawdzamy rynek, podejmujemy decyzję, kupujemy, projektujemy i budujemy – mówi Tomasz Wróbel.
LC Corp to notowana na warszawskim parkiecie spółka zgodnie z raportem giełdowym, w pierwszym półroczu 2017 r. wypracowała 42,7 mln zł zysku netto.
Do września właścicielem spółki deweloperskiej był biznesmen Leszek Czarnecki. We wrześniu jeden z najbogatszych Polaków sprzedał swój pakiet 51,17 proc. akcji i złożył rezygnację z funkcji przewodniczącego rady nadzorczej LC Corp. Swoje zaangażowanie udziałowe w spółce zwiększyły natomiast Otwarte Fundusze Emerytalne oraz m.in. fundusze zarządzane przez Altus oraz i Quercus TFI.
Szwedzki koncern motoryzacyjny Volvo umacnia swoją pozycję w segmencie SUV-ów, które już od kilku lat notują rekordowe wyniki sprzedaży. Marka wprowadziła właśnie na rynek nowy model premium XC40. Mały, miejski SUV został naszpikowany innowacjami i ma być jednym z najlepiej wyposażonych w swojej klasie. W kilka dni po premierze koncern ma już ponad 200 zamówień i liczy na dalsze dynamiczne wzrosty sprzedaży. Równolegle Volvo wprowadza też na rynek pakiet usług abonamentowych.
– Wprowadziliśmy na rynek Volvo XC40, ponieważ widzimy, że w Polsce, a także w krajach europejskich i USA, jest duże zapotrzebowanie na tej wielkości samochody. Dotąd nigdy nie byliśmy obecni w segmencie małych SUV-ów, ale widzimy duży potencjał. Generalnie nasze SUV-y bardzo dobrze się sprzedają – model XC60 jest liderem w swoim segmencie. Liczymy, że nowy XC40 także będzie liderem w segmencie SUV-ów małej wielkości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Nycz, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Volvo Car Poland.
Na rynku motoryzacyjnym ofensywa SUV-ów trwa od kilku lat. W 2015 roku stały się najchętniej kupowanymi samochodami w Europie i już blisko co czwarte auto, które opuszcza fabrykę, należy do tego segmentu.
– Świat oszalał na punkcie SUVów. Od pewnego czasu nawet małe samochody usiłują je naśladować – mówi Stanisław Dojs, rzecznik prasowy Volvo Car Poland.
SUV-y są mocnym akcentem w ofercie szwedzkiego koncernu motoryzacyjnego. Model premium XC60 pozostaje niedościgniony w klasie średniej wielkości SUV-ów i odpowiada za blisko jedną trzecią wyników sprzedażowych Volvo. Z kolei duży XC90 skutecznie konkuruje z dotychczasowym liderem, czyli BMW. Obecna generacja, wprowadzona trzy lata temu, nadal sprzedaje się rekordowo.
– Volvo jest specjalistą w SUV-ach. Mamy dużego XC90 oraz XC60. To był naturalny ruch, aby wreszcie zaproponować naszym klientom i kierowcom coś mniejszego. XC40 to najmniejszy SUV, jaki Volvo kiedykolwiek wyprodukowało i na pewno na rynku jest miejsce na ten samochód – podkreśla Stanisław Dojs.
– To piękny samochód, który wzbudza ogromne emocje. Przestronny, dobrej jakości, dobrze wykonany SUV, który ma bardzo podobną stylistykę wnętrza do jego starszych kuzynów – dodaje Mariusz Nycz. – Ten samochód łączy zalety miejskiego auta, które zmieści się w różnych zaułkach i na parkingu, oraz rodzinnego samochodu, który jest w stanie pomieścić czteroosobową rodzinę.
Dyrektor sprzedaży i marketingu Volvo Car Poland podkreśla, że marka ma duże oczekiwania i stawia sobie ambitne cele sprzedażowe związane z nowym modelem SUVa. Z czasem ma on awansować na pozycję lidera w swojej klasie, podobnie jak wcześniej jego starsi kuzyni: XC60 oraz XC90.
– Ledwie pokazaliśmy ten samochód, a już mamy sprzedanych ponad 200 sztuk. Można powiedzieć, że ten samochód cieszy się ogromną popularnością i obserwując dzisiaj, jaki jest odbiór potencjalnych klientów, jesteśmy przekonani, że sprzedaż będzie jeszcze większa – ocenia Mariusz Nycz.
Przez kilka pierwszych miesięcy po rozpoczęciu produkcji model XC40 będzie dostępny wyłącznie z napędem na cztery koła z silnikiem Diesla D4 o mocy 190 KM lub z jednostką benzynową T5 o mocy 247 KM. Pozostałe wersje silnikowe – w tym hybrydowa i elektryczna – dołączą do oferty w kwietniu 2018 roku. Produkcja XC40 wystartuje w listopadzie, w fabryce samochodów w belgijskim Gent.
– Pierwsze samochody będą dostępne w punktach dealerskich na przełomie stycznia i lutego przyszłego roku. Myślę, że największą popularnością będą cieszyć się silniki diesla, D3 oraz D4, a także silniki benzynowe, których mamy 3 rodzaje – mówi Mariusz Nycz.
Model XC40 będzie dostępny w różnych zestawieniach kolorystycznych, w tym z białym i czarnym dachem oraz szeroką paletą tapicerek. Wewnątrz styliści Volvo zaprojektowali sporo miejsca i stylowe detale, na przykład gniazda na karty kredytowe i bardzo praktyczne miejsce na telefon z funkcją ładowania indukcyjnego. O wyglądzie i wyposażeniu klienci w dużym stopniu zadecydują sami.
– W zależności od tego, jak go „ubierzemy”, taki będziemy mieć samochód. W środku można poszaleć: zamówić czerwoną skórę albo bardziej zachowawczą kremową lub brązową. Można nawet wyłożyć wnętrze pomarańczowym filcem. Samochód daje ogromne pole do konfiguracji. Jednocześnie ma design, który bardzo mocno wpisuje go w styl miejski. Może też przy okazji uwieść nieco młodszą klientelę niż większe samochody, które mamy w ofercie – mówi Stanisław Dojs.
Przed wprowadzeniem na rynek nowego modelu szwedzki koncern przeprowadził szereg badań wśród potencjalnych klientów. Okazało się, że kierowcy cenią sobie m.in. wysoką pozycję za kierownicą, która stwarza dobrą widoczność i poczucie bezpieczeństwa. Stąd w nowym XC40 bardzo wysoki prześwit nadwozia, który deklasuje nawet wiele większych modeli SUV-ów.
– Unikalną cechą samochodu jest to, że możemy przekazać komuś elektroniczny, wirtualny kluczyk, wysyłając kod za pomocą aplikacji Volvo On Call. Mogę taki kluczyk wysłać na przykład do mojej żony, a ona zobaczy gdzie jest ten samochód i za pomocą swojego telefonu będzie mogła go uruchomić. To powiew przyszłości – dodaje Stanisław Dojs.
Od strony technologicznej nowy XC40 ma być jednym z najlepiej wyposażonych małych SUV-ów premium na rynku. Model został wyposażony w zaawansowane systemy bezpieczeństwa, system wspomagania kierowcy Pilot Assist, Run-off Road Protection i Mitigation, który pozwoli uniknąć zjechania z pasa ruchu, system monitorowania martwego pola BLIS oraz kamerę 360 stopni. To tylko część z długiej listy rozwiązań, które mają przełożyć się na bezpieczeństwo kierowcy i pasażerów tego modelu auta.
– Ten samochód będzie liderem bezpieczeństwa w swojej klasie. Są w nim m.in. elektroniczne systemy które dbają o to, abyśmy nie uderzyli w inny pojazd – samochód będzie automatycznie wyhamowywał przed innymi pojazdami, w sytuacji krytycznej może nawet te pojazdy mijać. Będzie również wykrywał i hamował przed innymi przeszkodami takimi jak duże zwierzęta, piesi, rowerzyści – wylicza Stanisław Dojs.
Wraz z nowym modelem SUVa zadebiutował na rynku program Care by Volvo. To kompleksowy abonament samochodu, który obejmie m.in. pełne ubezpieczenie, przeglądy i opony zimowe, ale także car sharing, wynajem większego auta oraz usługi consierge. Raz do roku, w ramach opłat, kierowca będzie mógł zlecić zawiezienie samochodu do serwisu i dostarczenie go z powrotem „do drzwi”.
Abonament Care by Volvo zostanie wprowadzony jednocześnie na 7 rynkach w Europie, w tym właśnie w Polsce. Program nie będzie wymagać wpłaty własnej, a miesięczna opłata za korzystanie z auta ma być wszędzie taka sama.
– Nie wpłacając nic, klient może użytkować ten samochód przez 2 lata, opłacając abonament. Jest w nim wiele usług, m.in.: pakiet serwisowy, ubezpieczenie, zimowe opony. Klient może wypożyczyć większy samochód na wakacje letnie czy zimowe, ale jest też ta opcja car sharingu. Takiego modelu użytkowania jeszcze nie mieliśmy, to coś bardzo innowacyjnego – zauważa Mariusz Nycz.
Coraz więcej branż zmaga się z niedoborem pracowników. Problem z rekrutacją może negatywnie wpływać na funkcjonowanie firmy i znacznie podnosić koszty pozyskania pracowników. Dlatego coraz więcej firm stawia na budowanie wizerunku dobrego pracodawcy, próbując wyróżnić się na rynku pracy. Tym bardziej że samo podnoszenie wynagrodzeń i dodatki pozapłacowe często przestają być wystarczające.
– Sytuacja na rynku pracy sprzyja osobom utalentowanym, które się wyróżniają pewnymi umiejętnościami. Nie jest im trudno znaleźć pracę, szczególnie talentom w obszarze IT i nowoczesnych technologii – to są kompetencje, których jest za mało. Nastały dobre czasy dla takich osób – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Warzybok, dyrektor praktyki Talent w Aon Hewitt.
Historycznie niskie bezrobocie sprawia, że od miesięcy rynkiem pracy rządzą pracownicy. Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, we wrześniu stopa bezrobocia po raz kolejny spadła (o 0,1 proc.) do poziomu 6,9 proc. Bez pracy pozostaje obecnie 1,1 mln Polaków. To najniższe wskaźniki od początku lat 90.
Jeszcze niższe dane podaje Eurostat, według którego w sierpniu stopa bezrobocia wyniosła w Polsce 4,7 proc. (wobec 4,8 proc. w lipcu), a liczba bezrobotnych w Polsce wyniosła 812 tys. Na europejskim i polskim rynku pracy szczególnie duże jest zapotrzebowanie na informatyków i programistów, które wynosi od 30 do nawet 50 tys. specjalistów. Ta luka się powiększa, dlatego zawody związane z branża IT są wymieniane w czołówce najlepiej opłacanych, najbardziej perspektywicznych i poszukiwanych na polskim rynku pracy.
Jak zauważa dyrektorka praktyki Talent w Aon Hewitt, rynek pracownika przekłada się też na presję dotyczącą wynagrodzeń, wobec czego firmy są zmuszone systematycznie podnosić pensje. W sierpniu przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 4492,63 zł, co oznacza wzrost o 6,6 proc. rok do roku (ok. 280 zł). W największym stopniu korzystają na tym właśnie specjaliści od IT oraz fachowcy, przedstawiciele niedocenianych do tej pory zawodów, tj. budowlańcy czy mechanicy.
– Obserwujemy w niektórych organizacjach ogromną presję na wynagrodzenia pracowników liniowych i inwestycje w grupę pracowników, która do tej pory była dosyć nisko wynagradzana. To często powoduje, że ciężar budżetowy jest przeniesiony na bieżące potrzeby tej grupy, kosztem stanowisk wyższych czy osób, które uczestniczyły do tej pory w programach talentowych, na które czasami brakuje już pieniędzy. Z perspektywy jednostek są to dobre czasy – mówi Magdalena Warzybok.
Niedobór pracowników wiąże się nie tylko z obniżeniem zdolności produkcyjnych, ale i wysokimi kosztami rekrutacji oraz pozyskiwania nowych talentów. W branży HR przyjęło się, że rekrutacja i pozyskanie nowego pracownika na specjalistyczne stanowisko to dla firmy koszt równowartości sześcio-, a nawet dwunastokrotnego miesięcznego wynagrodzenia.
– Firmy, które budują swoją komunikację poprzez aktywny employer branding, budują swój wizerunek jako pracodawcy z misją, wyznającego określone wartości, które wyróżniają firmę na rynku pracy – mają zdolność przyciągania najlepszych osób znacznie łatwiej i dla nich te koszty są mniejsze – zaznacza Magdalena Warzybok.
Czynniki, takie jak misja i wartości, są istotne przede wszystkim dla przedstawicieli pokolenia millenialsów i generacji Z, którzy za kilka lat będą stanowić większość kandydatów do pracy (według szacunków w 2025 roku będą już stanowić ok. trzech czwartych siły roboczej).
Z danych Aon Hewitt wynika, że kluczowe aspekty budujące zaangażowanie millenialsów w miejscu pracy to możliwość samorealizacji, pozafinansowe uznanie oraz orientacja na ludzi. Dla przedstawicieli młodszych pokoleń ważna jest także reputacja firmy jako pracodawcy oraz kultura firmy zorientowana na pracowników.
– Młode osoby, które są pewne swoich umiejętności, mają dobrą sytuację na rynku pracy. Ich niekoniecznie interesują warunki finansowe, które na ogół są dobre. Coraz większe znaczenie mają za to kwestie dotyczące wartości organizacji – czy one są spójne z wartościami tych pracowników, czy misja i strategia firmy są dla nich interesujące, czy mają okazję uczestniczyć w projektach, które mają wpływ nie tylko na wynik finansowy firmy, ale też na otoczenie czy społeczeństwo. Kwestie niematerialne, szczególnie wśród osób, które mogą wybierać sobie różnych pracodawców, nabierają szczególnego znaczenia – ocenia Magdalena Warzybok.
Według większości prognoz niektóre gospodarki afrykańskie będą się rozwijały już w najbliższych latach w tempie 5–6 proc. rocznie. Konkurencja na tych rynkach nie jest tak duża jak np. w Azji. Polscy przedsiębiorcy korzystają już na afrykańskich kontraktach, wielu jednak wciąż uważa taką inwestycję za zbyt ryzykowną. Eksperci podkreślają, że ważne jest odpowiednie zabezpieczenie.
– Rynek afrykański wzrasta od wielu lat i będzie wzrastał przez następne kilkanaście la. To jest 55 krajów, z których każdy jest trochę inny, ma inne uwarunkowania ekonomiczne, polityczne, natomiast wszędzie jest potrzeba inwestycji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Musialski, dyrektor Feerum na Afrykę. – Kraje te nie mają za bardzo swojego finansowania, dlatego większość inwestycji to inwestycje ze świata. Polskie firmy dopiero raczkują na terenie Afryki.
Najważniejszym inwestycyjnym partnerem krajów afrykańskich są Chiny. Według raportu firmy McKinsey do 2016 roku firmy z Państwa Środka zainwestowały na Czarnym Lądzie niemal 50 mld dol. Dwanaście lat wcześniej wartość chińskich inwestycji w Afryce była pięćdziesięciokrotnie niższa. Innymi ważnymi partnerami Afrykanów są Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy i Francja. Swoich sił nieśmiało próbują też Polacy. Wielkim orędownikiem przyszłości Afryki był Jan Kulczyk, który interesował się przede wszystkim Nigerią. W Etiopii inwestuje z rządową pomocą Ursus, a producent przyczep i naczep Wielton uruchamia montownię na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Feerum otrzymała kontrakt na budowę silosów zbożowych oraz magazynów w Tanzanii.
– Przy współpracy z polskim rządem firma Feerum ma zabezpieczone środki z inwestycji, ponieważ jest to program rządowy. Prywatnie proponowałbym, aby zawsze mieć jakieś ubezpieczenie firm ubezpieczających na tym rynku, przede wszystkim KUKE. Wtedy jest to w miarę bezpieczne – radzi chcącym inwestować w Afryce Janusz Musialski. – Biznesowo jest to jedyny obszar na świecie, który jeszcze jest obszarem wzrostowym, gdzie rynek jest na tyle duży i na tyle chłonny, że spokojnie można inwestować. Prowizje i ewentualne zyski z tego rynku są na tyle wysokie, że praktycznie każdy biznes, który się uruchomi w Afryce, jest biznesem, który przynosi zyski.
Dodaje też, że polski inwestor w Afryce może się czuć bezpiecznie, choć zależy to również od kraju. Jako najbardziej obiecujące rynki wymienia Tanzanię, RPA, Angolę i Kenię, w przeciwieństwie do niestabilnych politycznie Rwandy czy Zambii.
Polski rząd od 2013 roku prowadzi inicjatywę GoAfrica, pośrednicząc w nawiązywaniu wzajemnych kontaktów przez firmy i instytucje polskie i afrykańskie. W 2016 roku polsko-afrykańska wymiana handlowa wyniosła 4,2 mld dol. Głównymi partnerami firm znad Wisły były RPA, Maroko i Egipt, a następnie Liberia, Algieria i Tunezja. Szybko rosła jednak wartość transakcji z Mozambikiem (niemal o połowę), Etiopią (14 proc.) i Senegalem (12 proc.).
– Tam też są różni ludzie. Są firmy, które mają świetny standing, które są świetnie zorganizowane, ale są też firmy, które są nastawione przede wszystkim na oszustwa finansowe – przestrzega dyrektor Feerum na Afrykę. – Takie firmy mają świetnie przygotowane dokumenty, a reszta jest oszustwem. Trzeba uważać i pracować poprzez przedstawicielstwa albo poprzez przedstawicielstwo rządowe, ambasadę, albo poprzez organy, które Polska Agencja Inwestycji i Handlu w Afryce uznaje za takie, z którymi warto współpracować.
Według prognoz OECD dla Afryki o ile w 2016 roku średnia wzrostu gospodarczego dla kontynentu wyniosła 2,2 proc., o tyle w 2017 będzie to 3,4 proc., a w 2018 roku – 4,3 proc. Spowolnienie w poprzednich latach wynikło z niskich cen surowców, od eksportu których uzależniona jest część krajów afrykańskich. Najmocniej w 2016 roku rosła Afryka Wschodnia – PKB tego regionu zwiększyło się o 5,3 proc. Na drugiej stronie skali znalazła się Afryka Zachodnia ze wzrostem na poziomie zaledwie 0,4 proc. Jednak już w 2018 roku rozwój gospodarki w tym regionie ma przyspieszyć do 5,5 proc.
W I półroczu 2017 roku polska branża leasingowa urosła o niemal 12 proc., głównie dzięki finansowaniu zakupu samochodów lekkich, ale też maszyn i urządzeń. Dobra koniunktura – zdaniem ekspertów – pozwala mieć nadzieję na dalszy rozwój sektora. Polski rynek pozytywnie wyróżnia się na tle Europy. Udział leasingu w tworzeniu polskiego PKB jest trzykrotnie większy niż w Unii Europejskiej – podkreśla prezes zarządu PKO Leasing.
– Rynek leasingu jest w doskonałej kondycji już od wielu lat. Najlepiej jest na rynku finansowania samochodów osobowych, który rośnie o 17 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Krzemiński, prezes zarządu PKO Leasing. – Maszyny i urządzenia, które są jednym z podstawowych elementów tworzenia polskiego PKB, notują 20 proc. wzrostu rok do roku. Po bardzo dobrym 2016 roku są to dane, które powodują duży spokój po naszej stronie, jeśli chodzi o możliwość obsługi klientów i jakości ryzyka kredytowego. Także w lipcu i sierpniu zobaczyliśmy bardzo dobre wyniki firm leasingowych.
Według danych Związku Polskiego Leasingu w I połowie 2017 roku dynamika polskiej branży wyniosła 11,6 proc. w ujęciu rocznym. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku polskie firmy leasingowe udzieliły finansowania w wysokości 31,8 mld zł, co jest wynikiem lepszym niż połowa wartości finansowania z 2016 roku (29 mld zł). Najczęściej przedmiotem leasingu były pojazdy lekkie (44,3 proc.), potem środki transportu ciężkiego – ciągniki, naczepy, ciężarówki pow. 3,5 t, autobusy, samoloty, statki, pociągi – 27,3 proc., a także maszyny i urządzenia (26,7 proc.). Na nieruchomości przypadło 1,2 proc.
– W czerwcu kredyty inwestycyjne w systemie bankowym wzrosły o 10 proc., więc widać wyraźnie, że ta część finansowania gospodarki, która pochodzi z systemu bankowego również się rozwija – informuje Krzemiński. – Nam jest łatwiej umieszczać produkt na rynku dlatego, że jest on szybszy, oparty o aktywa, które finansujemy, więc ryzyko jest rozłożone pomiędzy firmę oraz klienta, którego finansujemy, jego zdolność do spłacania zadłużenia i płynność aktywów, które finansujemy. Z tego powodu nam jest łatwiej rosnąć, ale widać wyraźnie, że także rynek bankowy się rozwija, a nasz produkt jest uzupełnieniem oferty Grupy PKO Banku Polskiego. Jako grupa oferujemy kompleksowe usługi odpowiadające na potrzeby każdego klienta.
Leasing jest głównym – obok kredytu – zewnętrznym źródłem finansowania inwestycji polskich firm – wynika z danych ZPL. Łączna wartość aktywnego portfela branży na koniec czerwca 2017 roku wyniosła 109,1 mld i była porównywalna do wartości salda kredytów inwestycyjnych, udzielonych firmom przez banki, które równało się w tym samym momencie 120,7 mld zł.
– Mamy dobry popyt krajowy, a gros obsługiwanych klientów to firmy z sektora mikrofirm i MSP. Te firmy pracują dla rynku wewnętrznego, w związku z tym jeśli popyt krajowy jest wysoki, mamy stabilizację w zatrudnieniu i rosną nam dochody rozporządzalne, to nasi klienci mają popyt na swoje produkty i usługi na rynku – informuje prezes PKO Leasing. – Cały biznes, który finansuje samochody, drobne sprzęty i urządzenia do wartości 100 tys. zł, ma wewnętrzną podstawę do rozwoju.
Od stycznia do czerwca 2017 r. za pomocą leasingu firmy sfinansowały zakup lekkich pojazdów osobowych i dostawczych o wartości 14,1 mld zł, co oznacza wzrost rok do roku o 17,4 proc. W segmencie maszyn i urządzeń, w tym IT, wzrost wyniósł 19,8 proc., a wartość wyleasingowanych urządzeń sięgnęła 8,5 mld zł. Szczególnie wysoką dynamika charakteryzowały się umowy leasingowe w zakresie maszyn rolniczych (+29,8 proc. rdr.), maszyn do produkcji tworzyw sztucznych i obróbki metali (+31,1 proc. rdr.), maszyn poligraficznych (+26,2 proc. rdr.) i sprzętu budowlanego (+17,7 proc. rdr.).
– Właśnie uruchamiamy bardzo duży zasób środków unijnych. 84 mld euro netto, które powinny w końcu wpłynąć do gospodarki, na pewno spowodują wzrost popytu na dobra inwestycyjne – przekonuje Andrzej Krzemiński. – Okazało się, że embarga nakładane za naszą wschodnią granicą wcale nie dotknęły nas tak bardzo. Tam biznes trochę się otwiera, w związku z tym mamy ciekawą perspektywę ze wschodu. Również Europa Zachodnia się podnosi, tamte przedsiębiorstwa również potrzebują naszych towarów, również ci, którzy eksportują mają dobre perspektywy.
Od II kwartału 2013 roku gospodarka krajów Unii Europejskiej i strefy euro – głównego odbiorcy polskich towarów i usług – rośnie sukcesywnie. W II kwartale 2017 roku tempo wzrostu wyniosło odpowiednio 0,7 proc. i 0,6 proc. kwartał do kwartału (dane odsezonowane). W ujęciu rocznym wzrost wyniósł 2,3–2,4 proc., w obu przypadkach o 0,3 pkt proc. więcej niż w I kwartale roku. Polska gospodarka według prognoz agencji Moody’s ma w tym roku wzrosnąć nawet o 4,3 proc., co jest skokowym wzrostem zarówno wobec poprzednich prognoz (3,2 proc.), jak i ubiegłorocznego wyniku (2,8 proc., o cały 1 pkt proc. mniej niż zapisano wcześniej w ustawie budżetowej).
– Nie widać na rynku żadnych zagrożeń. W moim przekonaniu rok 2018 przyniesie kolejne dobre 10 proc. rozwoju, a być może trochę więcej – prognozuje prezes PKO Leasing. – Jesteśmy szóstym rynkiem leasingu w Europie. Mamy 3,8 proc. udziału w całym biznesie leasingowym w Europie. Wskaźnik udziału polskiego leasingu w tworzeniu polskiego PKB jest trzykrotnie wyższy aniżeli średnia europejska. To jest immanentna cecha gospodarki szybko rozwijającej się oraz gospodarki, która działa w oparciu o firmy z trudnym dostępem do kapitału. Dlatego uważam, że jeszcze kilka dobrych lat przed nami i lepszych aniżeli na rynku europejskim.