Polskie start-upy rosną w siłę i wychodzą na zagraniczne rynki. Mają coraz więcej możliwości pozyskania pieniędzy

Polskie start-upy rosną w siłę i wychodzą na zagraniczne rynki. Mają coraz więcej możliwości pozyskania pieniędzy 1

Polskie start-upy rozwijają się głównie z własnych środków, ale chcą też przyciągać zagranicznych inwestorów. Coraz łatwiej jest im też pozyskać wsparcie z budżetu państwa czy funduszy unijnych. W Warszawie zakończyła się właśnie dwudniowa konferencja Wolves Summit poświęcona start-upom – jedno z największych wydarzeń networkingowych w Europie Środkowo-Wschodniej. Wydarzenie, które jest okazją do nawiązania kontaktów biznesowych, przyciągnęło do stolicy ok. 1,2 tys. wilków biznesu i 200 start-upów z regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

– Rynek start-upów w Polsce rozwija się w szybkim tempie, ale brakuje jeszcze edukacji. Na rynku są liczne przykłady pozyskania finansowania, jednak nie obserwowaliśmy jeszcze zbyt wiele większych wyjść z inwestycji przez inwestorów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Piasek, współzałożyciel Wolves Summit.

Z najnowszego raportu Fundacji Startup Poland („Polskie Startupy. Raport 2017”) wynika, że w stosunku do poprzednich lat w 2017 roku mniej start-upów rozwijało się z pomocą zewnętrznego kapitału. Głównym modelem finansowania jest bootstrapping, czyli oszczędności i reinwestowanie przychodów. Z własnych środków utrzymuje się w tej chwili 62 proc. polskich start-upów (wobec 50 proc. w ubiegłym roku). Jednak aż 77 proc. firm planuje w ciągu najbliższych sześciu miesięcy pozyskać finansowanie zewnętrzne.

Najpopularniejszym źródłem kapitału zewnętrznego jest venture capital (krajowy lub zagraniczny). Zaraz po nim pieniądze publiczne, pochodzące ze środków unijnych (PARP lub NCBiR). Równie popularny co unijny jest kapitał prywatny pozyskany od krajowych i zagranicznych aniołów biznesu. Nieco mniej start-upów finansuje się za pomocą środków pozyskiwanych w ramach programów akceleracyjnych.

Co piąty start-up, który pozyskał zewnętrzny kapitał na rozwój, korzysta z zagranicznego źródła finansowania: akceleratora, anioła biznesu albo funduszu venture capital. Natomiast w gronie spółek, które dopiero planują pozyskać kapitał inwestycyjny, 44 proc. chce nawiązać współpracę z inwestorem zagranicznym. Współzałożyciel Wolves Summit zauważa też, że w najbliższym czasie będzie łatwiej pozyskać środki z programów krajowych i unijnych.

– W poprzednim roku mieliśmy zahamowanie, znaleźliśmy się między jednym a drugim ciągiem finansowania europejskiego. Powstała dziura finansowa, która w tej chwili jest zasypywana. Wystartowały pierwsze fundusze z NCBiR i z PARP. Bardzo dużą wartość dołoży Polski Fundusz Rozwoju. Powstaje dużo różnych wehikułów. To bardzo napędzi dynamikę wzrostu finansowania start-upów. Pojawi się też finansowanie kolejnego etapu, którego trochę brakowało na rynku. To z kolei przeniesie polski ekosystem start-upowy na kolejny etap – mówi Piotr Piasek.

Polskie start-upy tworzą technologie przede wszystkim w obszarach: big data, analityka, internet rzeczy, narzędzia deweloperskie i nauki przyrodnicze. Są coraz bardziej umiędzynarodowione: 28 proc. start-upów zatrudnia zagranicznych pracowników, a blisko połowa sprzedaje swoje produkty i usługi za granicą. Dane Fundacji Startup Poland pokazują też, że 17 proc. takich spółek rozwija się w tempie przekraczającym 50 proc. miesięcznie.

– Myślę, że polski rynek ma bardzo duży potencjał wzrostowy. Mamy bardzo dobrych programistów, odpowiednie uniwersytety. Potrzeba jednak więcej przedsiębiorczości, która jest dla Polaków naturalna, bo radzimy sobie na co dzień, jak trzeba. Brakuje jednak wiedzy biznesowej, doświadczeń innych osób, które mogą pokazać, w jaki sposób ten biznes robić – mówi Piotr Pasek.

W Warszawie zakończyła się wczoraj szósta edycja jednego z największych wydarzeń networkingowych w Europie Środkowo-Wschodniej poświęconego start-upom, firmom technologicznym, inwestorom oraz korporacjom, które planują współpracę z innowacyjnymi, mniejszymi podmiotami. Coroczna konferencja Wolves Summit przyciągnęła kilkaset inwestorów i  globalnych koncernów oraz start-upy z całego świata, dla których to spotkanie jest okazją do zweryfikowania swojego pomysłu, sprawdzenia, czy budzi zainteresowanie rynku oraz nawiązania kontaktów biznesowych.

– Po raz pierwszy zorganizowaliśmy Wolves Summit w Gdyni dwa lata temu. Mieliśmy wtedy okazję zobaczyć potencjał tego rynku. Postanowiliśmy iść w tym kierunku – pomagać korporacjom i inwestorom w szukaniu coraz lepszych projektów. Start-upy mogą teraz uczestniczyć w konferencji za darmo, dzięki temu przyjeżdżają do nas lepsze projekty – mówi Piotr Pasek.

Jak podkreśla współzałożyciel Wolves Summit, tegoroczna edycja konferencji kładła nacisk na współpracę w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

– Jeżeli chodzi o innowacje, to współpraca w regionie Europy Środkowo-Wschodniej jest w tej chwili w trendzie wzrostowym. Pomagają w tym środki unijne. W Polsce będzie bardzo duży wzrost dostępności takich środków i finansowania. Chcemy się skupiać na popularyzacji innowacji w tym regionie – mówi Piotr Pasek.

Na dwudniową konferencję Wolves Summit do Warszawy przyjechało około 1,2 tys. wilków biznesu – około 200 start-upów z regionu CEE i ponad 400 przedstawicieli korporacji i inwestorów, w tym menadżerów największych firm z sektora finansów, energetyki czy technologii. Agenda przewidywała ponad 2,5 tys. spotkań jeden na jeden, służących nawiązywaniu relacji biznesowej. W tym roku po raz pierwszy partnerem Wolves Summit została też warszawska Giełda Papierów Wartościowych.

– Na Zachodzie jest to naturalny kierunek rozwoju biznesu giełdy, który polega na wprowadzaniu kolejnych spółek. Rozwój NewConnect w Polsce jest coraz silniejszy. Widzimy z doświadczeń Zachodu, że zaangażowanie giełdy na wcześniejszym etapie pozwala lepiej się przygotować i dostarczyć więcej spółek w krótszym czasie, otworzyć i zachęcić je do debiutu – tak, aby więcej spółek debiutowało na naszym parkiecie, zamiast szukać finansowania za granicą –mówi Piotr Piasek.

Zła komunikacja i nieufność między pracownikami utrudnia rozwój przedsiębiorcom. Odbija się to na funkcjonowaniu 95 proc. firm w Polsce

Zła komunikacja i nieufność między pracownikami utrudnia rozwój przedsiębiorcom. Odbija się to na funkcjonowaniu 95 proc. firm w Polsce 2

Pracownicy ukrywają błędy, są zdemotywowani, czują, że ich zdanie nie ma znaczenia. Niechętnie oferują pomoc i zgłaszają własne pomysły, nie identyfikują się z firmą i nie znają jej celów, skarżą się na złą atmosferę w pracy. Wszystko to efekty deficytu kapitału społecznego, na które wskazują polskie firmy. Negatywne konsekwencje dotykają 95 proc. przedsiębiorstw w Polsce. Ich skutkiem jest mniejsza efektywność pracy oraz brak przepływu informacji w firmie. Niski poziom kapitału społecznego zagraża nie tylko kondycji przedsiębiorstw, lecz także krajowej gospodarce.

Aż 95 proc. firm skarży się na niedostatek kapitału społecznego. To znaczy, że brakuje w firmach otwartej komunikacji, zaufania i współpracy. Ludzie pracują w  silosach, nie wychodząc poza realizację własnych celów. Tak naprawdę nieuchronnie zbliżamy się do momentu, w którym nie będziemy mogli dalej rozwijać się gospodarczo, jeżeli poziom kapitału społecznego się nie podwyższy  przestrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Kastory, senior partner w House of Skills.

Kapitał społeczny to termin z pogranicza socjologii i ekonomii. Składają się na niego zaufanie, współpraca i jakość relacji między ludźmi w ramach grupy. To jeden z czynników, które warunkują zasobność społeczeństwa, zaraz obok kapitału finansowego i ludzkiego. W wysoko rozwiniętych gospodarkach kapitał społeczny jest głównym motorem rozwoju determinuje tempo wzrostu w ponad 50 proc.

W relacjach biznesowo-gospodarczych kapitał społeczny ułatwia negocjacje, skraca procesy inwestycyjne, obniża koszty transakcji, zmniejsza korupcję i zwiększa rzetelność kontrahentów. Sprzyja wymienianiu się wiedzą, podnosi solidarność i zapobiega nadużywaniu dobra wspólnego. Pozytywny wpływ kapitału społecznego na poziom dobrobytu widać w takich krajach, jak Norwegia, Szwecja, Kanada, USA czy Wielka Brytania, gdzie poziom zaufania jest ściśle powiązany z poziomem życia mierzonym PKB na mieszkańca.

W Polsce także zachodzi związek pomiędzy kapitałem społecznym a zamożnością poszczególnych regionów. W czołówce znajdują się duże miasta: Warszawa i Poznań, które mają najwyższy wskaźnik kapitału społecznego i zarazem najwyższy poziom PKB na mieszkańca.

– Do tej pory należeliśmy do krajów słabo rozwiniętych, gdzie podstawą rozwoju był kapitał ludzki, czyli nasze wykształcenie i doświadczenie. W tym jesteśmy dobrzy. Należymy do czołówki europejskiej. Jednak za chwilę będziemy już należeć do krajów lepiej rozwiniętych, w których podstawowym paliwem rozwoju jest kapitał społeczny  podkreśla Ewa Kastory.

Według autora „Diagnozy społecznej” prof. Janusza Czapińskiego kapitał ludzki, na którym opierał się dotychczasowy wzrost gospodarczy, niedługo przestanie już wystarczać. Po przekroczeniu określonego progu zamożności, kluczowego znaczenia nabierze kapitał społeczny, niezbędny do podtrzymania rozwoju. Taka sytuacja ma miejsce w większości zachodnioeuropejskich i rozwiniętych gospodarek.

Przede wszystkim biznes powinien wiedzieć, że kapitał społeczny jest zasobem, który służy do generowania zysku w organizacji. W przeciwieństwie do kapitału ludzkiego, który jest zasobem indywidualnym i służy do rywalizacji, kapitał społeczny jest zasobem wspólnoty i dobrem firmy. Jesteśmy w momencie, w którym musi się zmienić model zarządzania. Przywódca musi być człowiekiem, który potrafi stworzyć przyjazne środowisko, w którym panuje otwarta komunikacja, a ludzie wiedzą, jakie są nadrzędne cele organizacji, mogą poczuć się zaangażowani, proaktywni i mieć więcej swobody – mówi Ewa Kastory.

Ze wspólnego badania, które zrealizowały Komitet Dialogu Społecznego (KIG), Forum Odpowiedzialnego Biznesu oraz House of Skills, wynika, że w 95 proc. organizacji w Polsce ma obawy związane z deficytem kapitału społecznego. Tylko 5 proc. twierdzi, że ten problem ich nie dotyczy.

Negatywne zjawiska takie jak brak przepływu informacji i brak współpracy między zespołami są ściśle powiązane z rozmiarem organizacji. W tych większych, które zatrudniają powyżej 250 osób, występują częściej.

– W zasadzie w każdej wielkości organizacji trzeba się zajmować budowaniem kapitału społecznego. W korporacjach powinno to przychodzić naturalnie, ponieważ wtedy zmienia się postawa klientów. To klienci częściej patrzą na firmę nie tylko przez pryzmat jej produktów, lecz także pozycji na rynku. W jaki sposób przedstawia się klientowi, w jaki sposób wchodzi z nim w relacje. To bardzo ważne elementy, podobnie jak to, czy firma jest obecna w środowisku lokalnym i pokazuje się nie tylko, jako przedsiębiorstwo, które chce zarobić pieniądze  mówi Jacek Kowalski, ekspert Komitetu Dialogu Społecznego KIG, członek zarządu ds. zasobów ludzkich Orange Polska.

Wysoki poziom kapitału społecznego w firmie wpływa też na jej pracowników, którzy są lepiej zmotywowani, bardziej zaangażowani i chętni do tego, żeby brać na siebie dodatkową odpowiedzialność. Poprawia się również wymiana informacji i współpraca pomiędzy poszczególnymi działami firmy.

 Pracownicy coraz częściej zwracają uwagę na to, czy firma oferuje im coś więcej niż wyłącznie pasek płacowy. W procesach rekrutacyjnych zbierają informacje, starają się dowiedzieć, co firma ma do zaoferowania poza samą pracą. Realizują swoje pasje w firmie, szukają towarzystwa. Jeżeli przy okazji projektów, które realizuje firma, jest możliwość zrealizowania swoich ambicji, to super. W takich projektach rozwijają się przyjaźnie i relacje – przekonuje Jacek Kowalski.

Orange Polska prowadzi szereg projektów, które mają ułatwić nawiązywanie kontaktów pomiędzy pracownikami. Przykładem jest firmowy wolontariat, w ramach którego pracownicy działają na rzecz lokalnych społeczności, bezpieczeństwa w internecie czy rozwijania cyfrowych kompetencji u dzieci. W zeszłym roku wzięło w nim udział prawie 3,5 tys. osób, które łącznie poświęciły na to 26 tys. godzin. Operator stworzył i udostępnił im specjalną aplikację umożliwiającą śledzenie na bieżąco akcji, w które chcą się włączyć oraz publikować relacje z prowadzonych projektów.

– Niezależnie od tego inwestujemy w środowisko wewnętrzne. Upraszczamy i ułatwiamy kontakty pomiędzy pracownikami. Stąd też Link, jako narzędzie komunikacji dla rozproszonych zespołów, bo mamy ich 900, które działają w terenie – wylicza Jacek Kowalski.

Z badania „Problemy i wyzwania w organizacjach  znaczenie kapitału społecznego”, które przeprowadzono w polskich firmach na przełomie sierpnia i września, wynika, że to właśnie komunikacja i brak przepływu informacji są głównymi konsekwencjami niedostatków kapitału społecznego.

Polskie firmy skarżą się, że pracownicy są skupieni przede wszystkim na swoich, osobistych celach (40 proc.), a zespoły nie pracują wystarczająco efektywnie (40 proc.). Pracownicy ukrywają błędy, są zdemotywowani, czują, że ich zdanie nie ma znaczenia, niechętnie oferują pomoc, nie identyfikują się z firmą i nie znają jej celów. Skarżą się na złą atmosferę w pracy i nie zgłaszają własnych pomysłów – wszystko to efekty deficytu kapitału społecznego, na który wskazują polscy przedsiębiorcy.

Back-up jest gwarancją bezpieczeństwa

Postęp technologiczny spowodował, że nie potrafimy już funkcjonować bez sprzętu teleinformatycznego. W naszych urządzeniach przechowujemy swoje najcenniejsze informacje. Utrata ich może prowadzić do przykrych konsekwencji, zarówno finansowych jak i wizerunkowych. Zabezpieczyć nas przed nimi może rzetelnie zrobiony back-up. Czym właściwie jest i jak może pomóc?

Back-up  

…to proces, w którym zabezpieczamy nasze dane, kopiując je do bezpiecznego miejsca. Całe środowisko backupowe dzieli się na elementy hardwareowe i softwareowe. Służą one do efektywnego zarządzania i przechowywania kopi danych oraz zapewniania im krótko i długotrwałej ochrony. Back-up może być wykonywany w  odpowiednio przygotowanej infrastrukturze serwerowej. Lokalizacja takiej infrastruktury może znajdować się na terenie przedsiębiorstwa albo w hostingu zewnętrznym. Celem tego typu przedsięwzięć jest ubezpieczenie przed nieprzewidzianymi sytuacjami, w których nasze dane mogą ulec zniszczeniu w wyniku np. awarii sprzętu, błędu ludzkiego, ataku hakerskiego lub kradzieży.

Od czego zacząć?

Każde przedsiębiorstwo charakteryzuje się inną specyfiką, dlatego potrzeby i wymagania związane z ochroną danych muszą być dopasowywane indywidualnie do każdej organizacji.

Najprostszym rozwiązaniem  pozwalającym nam stworzyć kopie ważnych plików jest przeniesienie ich na zewnętrzny nośnik, np.  optyczne dyski pamięci, zewnętrzny dysk SSD lub magnetyczny. Dodatkowo dysponując odpowiednim urządzeniem, streamerem możemy wykonać kopię na taśmę magnetyczną LTO. Dzięki takiemu back-upowi mamy kontrolę nad tym kto ma dostęp do naszych danych, w jaki sposób są chronione oraz w dowolnej chwili możemy odzyskać wszystkie ważne dla nas informacje. Nie możemy jednak zapominać o regularnym testowaniu każdego z tych nośników oraz samej zapisanej kopii. Do tego celu zaleca się cykliczne, próbne odtwarzanie zapisanych informacji. Niezależnie od wyboru nośnika, dobrą praktyką jest, aby każdy z nich był zabezpieczony technicznie poprzez odpowiednie zaszyfrowanie. Polega ono na zakodowaniu danych według określonego schematu, tak aby osoba postronna nie mogła ich odczytać.

Warto także pamiętać  o  zabezpieczaniu nośników przed dostępem fizycznym. Przede wszystkim należy zadbać o odpowiednie miejsce, w którym będą przechowywane nośniki z danymi. Powinno ono mieć ograniczony dostęp wyłącznie dla osób upoważnionych. Ponadto istotne jest zadbanie o to, aby skopiowane pliki znajdowały się w innej strefie pożarowej niż dane oryginalne. Dobrym rozwiązaniem jest także  przechowywanie ich w sejfie ogniotrwałym – mówi Marcin Kujawa Inżynier ds. bezpieczeństwa informacji, Fundacja Wiedza to Bezpieczeństwo.

Inne rozwiązania:

  1. Synchronizacja środowiska do zdalnej lokalizacji DRC (Disaster Recovery Center)

Na tę opcję mogą sobie pozwolić tylko firmy dysponujące dużym budżetem. System stosuje replikę synchroniczną w obu centrach jednocześnie, z niewielkim opóźnieniem, w zależności od przepustowości łącza oraz ilości danych. Wymagane jest stworzenie i utrzymanie infrastruktury serwerowej w innej lokalizacji lub innej strefie pożarowej.
Systemy danych w centrach mogą praktycznie na bieżąco wymieniać się informacjami.

  1. Chmury

Dynamiczny rozwój Internetu na przestrzeni ostatnich lat doprowadził do tego, że większość z nas ma do niego nieograniczony dostęp w wersji szerokopasmowej. Wykorzystują to firmy z branży IT, które tworzą centra danych, znajdujące się w różnych lokalizacjach geograficznych, pracujących 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.

Stworzenie back-upu w chmurze nie jest skomplikowanym procesem. Jednak wielu przedsiębiorców nadal nie jest przekonanych do tego rozwiązania, bowiem mimo zapewnień usługodawców, nie mają pewności kto ma dostęp do ich danych, gdzie znajdują się serwery obliczeniowe oraz w jaki sposób są zabezpieczone.

Decydując się na skorzystanie z tego rozwiązania warto pamiętać o zaszyfrowaniu danych, tak aby zminimalizować ryzyko, że skorzysta z nich osoba niepowołana.

Podczas zawierania umów z firmami świadczącymi usługi chmurowe należy zwrócić uwagę na zabezpieczenie formalno-prawne. W umowie powinny znaleźć się zapisy dotyczące powierzenia przetwarzania danych osobowych oraz dotyczące poufności danych. Usługodawca powinien zadeklarować pisemnie, gdzie położona jest serwerownia. Jest to bardzo ważne dla wszystkich europejskich firm, ponieważ jeśli dane będą przetwarzane poza Europejskim Obszarem Gospodarczym, to wymagana jest także zgoda GIODO. Dodatkowo umowa powinna zawierać opis zabezpieczeń teleinformatycznych. Po wprowadzeniu unijnych przepisów o ochronie danych osobowych każde przedsiębiorstwo będzie zobligowane do prowadzenia rejestrów czynności przetwarzania. Będą one musiały potwierdzać stosowanie polityki back-upu poprzez ich opisanie, a także udostępniać je w ramach kontroli.

Podsumowanie

Na sam koniec warto zaznaczyć, że wszystkie istniejące sposoby na stworzenie back-upu nie dają nam stu procentowej pewności, że nasze dane będą w pełni bezpieczne. Zawsze może wyniknąć jakaś nieprzewidziana sytuacja, która wpłynie na ich utratę. Nie zmienia to jednak faktu, że musimy wykorzystywać wszystkie znane nam środki do tego by zminimalizować ryzyko i chronić nasze cenne informacje.

Minister energii chce mieć za dużo uprawnień

Propozycje Ministerstwa Energii ograniczą funkcjonowanie przedsiębiorstw zajmujących się dystrybucją energii elektrycznej. Będą one miały kłopoty w dysponowaniu majątkiem sieciowym, co utrudni budowę i modernizację sieci, przedłużanie procesu przyłączania nowych odbiorców, wytwórców itp. Nowe regulacje zwiększą obciążenia administracyjne firm – uważa Konfederacja Lewiatan, oceniając projekt ustawy.

Takie rozwiązania wprowadzić ma projekt ustawy o szczególnych uprawnieniach ministra właściwego do spraw energii oraz ich wykonywaniu w niektórych spółkach kapitałowych lub grupach kapitałowych prowadzących działalność w sektorach energii elektrycznej, ropy naftowej oraz paliw gazowych oraz ustawy o zarządzaniu kryzysowym.

Mają zostać rozszerzone uprawnienia ministra energii w spółkach kapitałowych m.in. prowadzących działalność w sektorach energii elektrycznej, których mienie zostało ujawnione w jednolitym wykazie obiektów, instalacji, urządzeń i usług wchodzących w skład tzw. infrastruktury krytycznej.

W ocenie Konfederacji Lewiatan infrastruktura służąca do dystrybucji energii elektrycznej („sieć dystrybucyjna”) nie jest i nie powinna być tzw. infrastrukturą krytyczną w rozumieniu projektu ustawy. Zakwalifikowanie do takiej kategorii wiąże się z szeregiem ograniczeń i utrudnień w funkcjonowaniu przedsiębiorstw dystrybucyjnych (Operatorów Systemów Dystrybucyjnych).

– O ile uzasadnione jest objęcie ustawą infrastruktury służącej do wytwarzania albo przesyłania energii elektrycznej (sieć przesyłowa: sieć wysokiego i najwyższego napięcia), o tyle w przypadku sieci dystrybucyjnych (sieć średniego i niskiego napięcia) jest to złe rozwiązanie. Nowe przepisy ograniczą bowiem Operatorów Systemów Dystrybucyjnych w dysponowaniu majątkiem sieciowym, utrudniając realizację zadań ustawowych i wynikających z koncesji, takich jak budowa i modernizacja sieci, utrudnienia w usuwaniu kolizji, utrudnienia lub przedłużenie procesu przyłączania nowych odbiorców, wytwórców itp. – ostrzega Dominik Gajewski, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Propozycje Ministerstwa Energii to dodatkowe obciążenia administracyjne przedsiębiorstw dystrybucyjnych, oprócz już istniejących, związanych z realizacją zadań na rzecz obronności.

– To również konieczność tworzenia u przedsiębiorstw dystrybucyjnych pełnomocnika do spraw ochrony infrastruktury krytycznej oraz szereg nowych obowiązków sprawozdawczych – dodaje Dominik Gajewski.

Szansa na wzrost inwestycji firm w innowacje

Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu poprawy otoczenia prawnego działalności innowacyjnej.

Przedsiębiorstwa działające w Polsce, z wydatkami na inwestycje w prace badawczo-rozwojowe na poziomie 0,47 proc. PKB, plasują się na 20 miejscu w UE28. W 2015 r. nakłady firm na B+R w UE28 wyniosły 1,3 proc. PKB, czyli prawie 3 razy więcej niż w Polsce. Najmniej w UE na B+R wydawały firmy na Cyprze (0,08 proc. PKB) i firmy łotewskie (0,15 proc. PKB). Najwięcej – firmy szwedzkie (2,27 proc. PKB), austriackie (2,18 proc. PKB), niemieckie (1,95 proc. PKB) i fińskie (1,94 proc. PKB).

W porównaniu z liderami mamy jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Ale i tak, od wejścia Polski do UE w 2004 r. nasze firmy co roku coraz więcej inwestują w B+R. W 2004 r. ich nakłady na B+R wyniosły 0,16 proc. PKB, dzisiaj jest to 3-krotnie więcej (0,47 proc. PKB). Większość tego wzrostu to zasługa funduszy unijnych, które wspierały firmy w ich decyzjach dotyczących inwestycji w działalność badawczo-rozwojową, a także inwestycji w B+R firm z kapitałem zagranicznym. Bez tych dwóch czynników zapewne nasze związki z innowacjami byłyby dużo słabsze niż są. Jednak fundusze unijne będą wspierać inwestycje firm w innowacje i B+R do 2020 r. (2022 r. uwzględniając okres ich rozliczania). Co do przyszłości (nowa perspektywa finansowa UE), można zakładać, że pieniędzy europejskich będzie mniej i na pewno będą znacznie trudniej dostępne.

Dlatego tak ważne było stworzenie rozwiązań krajowych, które tworzyłyby środowisko sprzyjające inwestycjom w innowacje i B+R. Przyjęta przez Radę Ministrów ustawa o zmianie niektórych ustaw w celu poprawy otoczenia prawnego działalności innowacyjnej jest bardzo ważnym elementem tego środowiska. Rozwiązania w niej zawarte na pewno zwiększą zainteresowanie przedsiębiorstw inwestycjami w B+R. Przede wszystkim wzrosnąć mają bowiem odliczenia z tytułu ulgi na B+R do 100 proc. kosztów kwalifikowanych, niezależnie od wielkości firmy (dzisiaj obowiązuje ulga w wysokości 50% kosztów osobowych dla wszystkich firm oraz 50 proc. pozostałych kosztów kwalifikowanych dla MŚP, a 30 proc. dla dużych firm). Rozszerzeniu ma ulec także katalog kosztów kwalifikowanych, m.in. o należności z tytułu umów cywilno-prawnych, czy koszty nabycia sprzętu specjalistycznego. Prawo do ulgi na B+R będą miały także firmy działające w Specjalnych Strefach Ekonomicznych (ale od działalności B+R prowadzonej poza SSE). Projekt ustawy proponuje także zniesienie podwójnego opodatkowania funduszy kapitałowych w latach 2018-2023. Tu trochę dziegciu – szkoda, że projektodawcy nie zdecydowali się w tym przypadku na trwałe rozwiązanie problemu podwójnego opodatkowania inwestorów wspierających projekty B+R+I poprzez fundusze kapitałowe. Kiedyś trzeba będzie to zrobić, może warto było zacząć już przy tej ustawie.

Przede wszystkim jednak bardzo brakuje w projekcie ustawy tzw. innovation box,czyli obniżonej stawki podatku dochodowego albo zwolnienia podatkowego od dochodów ze sprzedaży praw własności intelektualnej (IP). Większość krajów UE takie rozwiązanie już ma (np. Węgry opodatkowują takie dochody stawką w wysokości 4,5 proc.). Bez tego trudno będzie zachęcać firmy do lokowania w Polsce na stałe działalności badawczo-rozwojowej. Szkoda. Tym bardziej, że cel, który postawiła sobie Polska, to 1,7 proc. wydatków na B+R w relacji do PKB do 2020 r. Zostało nam jeszcze 3 lata do jego realizacji. Gdyby nakłady na B+R rosły w Polsce w latach 2017-2020 w takim tempie jak w latach 2012-2015 (wzrost z 0,88 proc. PKB do 1 proc. PKB), to w 2020 r. osiągniemy poziom 1,15 proc. PKB, a nie 1,7 proc. Mało. Tym bardziej, że świat się cyfryzuje, robotyzuje, dzięki nowym technologiom informatycznym dynamicznie rozwija się gospodarka współdzielenia. Te zmiany nie pozostawiają pola manewru. Musimy inwestować w innowacje i B+R. Dlatego cieszy, że tak Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, jak i Ministerstwo Finansów i Rozwoju świetnie to rozumieją, na co wskazuje przygotowany projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu poprawy otoczenia prawnego działalności innowacyjnej. I prosimy o dalszą, jeszcze większą odwagę w otwieraniu się na B+R+I.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Duży wzrost wykorzystania Internetu mobilnego w Polsce

W Polsce rośnie zużycie transferu  danych na urządzeniach mobilnych. Jesteśmy już na szóstym miejscu w Unii Europejskiej. To ważny trend, który w najbliższych latach wprowadzi jeszcze większe zmiany do usług oferowanych klientom komentuje Grażyna Piotrowska–Oliwa, Prezes Virgin Mobile Polska.

Polska znajduje się na szóstym miejscu pod względem korzystania z Internetu mobilnego – wynika z danych UKE zawartych w najnowszym raporcie NIK „Gospodarowanie częstotliwościami przeznaczonymi dla telekomunikacji, radiofonii i telewizji”. Na czele znalazła się Finlandia, Dania i Szwecja, a za nami takie kraje jak Francja, Wielka Brytania czy Niemcy.

Raport wskazuje, że penetracja Internetu na urządzeniach mobilnych w Polsce wyniosła 114,56% i jest wyższa od średniej w UE, która wynosi 83,90%. Oznacza to, że statystyczny Polak dysponuje więcej niż jednym urządzeniem mobilnym z kartą SIM zapewniającym dostęp do Internetu. Urządzenia oprócz wykonywania połączeń telefonicznych służą nam do korzystania z komunikatorów, aplikacji przeglądania stron internetowych i coraz częściej do robienia zakupów. Wzrost użycia danych związany jest też z konsumpcją wideo. Raport Online Video Forecasts 2017 wskazuje, że czas oglądania video na smartfonach i tabletach wzrośnie w tym roku o 35%, do 28,8 minut dziennie.

Z danych Virgin Mobile wynika, że od stycznia do końca sierpnia 2017 roku zużycie transferu danych wzrosło o 56%. Jest to efekt dostępu do szybszego Internetu oraz sporych pakietów danych udostępnych klientom, często po niższych cenach. Dla porównania: w Polsce za usługi telekomunikacyjne płacimy średnio sześć, w Czechach dziewięć, a na Słowacji trzynaście euro. To pokazuje, jak bardzo komfortową sytuację mają polscy konsumenci– mówi Grażyna Piotrowska – Oliwa, Prezes Virgin Mobile Polska.

Trend ten będzie kontynuowany i spowoduje rozwój oferty operatorów z korzyścią dla klientów. Większe pakiety danych, a co za tym idzie coraz częstsze korzystanie z Internetu na urządzeniach mobilnych, tworzą nowe możliwości także dla wszystkich podmiotów oferujących usługi za pośrednictwem sieci. Już dziś firmy oferujące mobilny dostęp do treści wideo planują wprowadzenie formatów w jakości 4K. Z lepszego dostępu do sieci korzystać będą również twórcy usług opartych o Internet Rzeczy – dodaje Prezes Virgin Mobile Polska.

Wspomniany raport podaje również, że do 2020 roku 80% mieszkańców będzie korzystało z Internetu, najwięcej oczywiście w miastach. Na wsi również prognozowany jest wzrost. Z sieci będzie tu korzystać 73% mężczyzn i 69% kobiet. Dla operatorów telefonii komórkowej dane te są optymistyczne, ale stanowią również wyzwanie w zakresie obsługi klientów oraz zapewnieniu odpowiedniej wydajności technologicznej.

Energetyka w centrum uwagi

Środową niemoc dolara skutecznie wykorzystały waluty państw Emerging Markets, którym przewodzi odrabiająca straty lira turecka (1,3 proc.). Nieco skromniejszą skalę umocnienia ma za sobą polski złoty (0,9 proc.) notujący najsilniejsze umocnienie względem euro od 6 grudnia. W trakcie najbliższych minut zmienność na rynku walutowym może skutecznie podbić publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC. Na pierwszym planie minutek powinna znaleźć się dyskusja dotycząca rozczarowującej presji cenowej w amerykańskiej gospodarce.

Lekkie podbicie zmienności szwedzkiej korony zapewniły wystąpienia przedstawicielek Riksbanku – Cecilii Skingsley oraz Kerstin af Jochnick. Ich dzisiejsze wystąpienia nie stały pod znakiem gwałtownych zwrotów w prowadzonej retoryce. Jochnick, pełniąca funkcję pierwszej wiceprzewodniczącej, z entuzjazmem przyjmuje dane napływające ze szwedzkiej gospodarki. Stwierdza ona wyraźną poprawę trendów inflacyjnych oraz silniejszą dynamikę składowych PKB. Jej zdaniem potencjalna podwyżka stóp procentowych powinna wiązać się z ustabilizowanymi tendencjami w zakresie presji cenowej czy bardziej pokaźnymi przyrostami produkcji. Na koniec dnia korona notuje 0,2 proc. aprecjację, ustępując między innymi norweskiemu odpowiednikowi (0,3 proc.) oraz euro (0,3 proc.) wypychającemu kurs EUR/USD w okolice poziom 1,1850.

Na podtrzymanie gołębiego stanowiska zdecydował się Charles Evans, przedstawiciel Fed z Nowego Jorku, który wyraził swoje rozczarowanie dynamiką amerykańskich wynagrodzeń. Evans pozostaje dość optymistycznie nastawiony do poprawy tendencji w powyższym zakresie. Co więcej, Evans poruszył zagadnienia związane ze wzrostem gospodarczym, który pozostaje pod presją czynników przejściowych. Jego słowa nie wpłynęły na siłę dolara. W koszyku G10 obecnie wyższość amerykańskiej waluty uznaje australijski dolar, który próbuje ustabilizować swoje notowania przy poziomie z wczorajszego zamknięcia.
W danych z amerykańskiej gospodarki uwagę inwestorów próbowały zwrócić sierpniowe szacunki liczby otwartych procesów rekrutacyjnych, które uplasowały się poniżej mediany rynkowych oczekiwań (6 082 tys., konsensus: 6 135 tys.). Na nieco dalszym planie znalazła się rewizja prognoz Departamentu Energii USA, który spodziewa się utrzymania średniej ceny baryłki ropy WTI na poziomie 50,57 USD.

Najbardziej pozytywnymi nastrojami na europejskich parkietach mogły popisać się spółki z sektora energetycznego, które zyskują po doniesieniach w sprawie niedostatecznych standardów francuskich elektrowni atomowych w zakresie grubości wykorzystywanych rurociągów. Wzrostom indeksów FTSE MIB (1,0 proc.) oraz IBEX 35 (1,3 proc.) przeciwstawiały się CAC 40 (0,0 proc.) oraz FTSE 100 (-0,1 proc.), które walczyły o utrzymanie poziomów z wczorajszego zamknięcia.

Euforię na rodzimym rynku uzupełniała wypowiedź Krzysztofa Tchórzewskiego, ministra energii w gabinecie Beaty Szydło, napawająca optymizmem w zakresie uzyskania przez Polskę derogacje w kwestii wymagań ogólnych oraz rynku mocy. Przy Książęcej niekwestionowanym liderem pozostała Energa, która ze zwyżką rzędu 7,9 proc. odskoczyła PGE (4,2 proc.) informującemu o nieplanowanej przerwie w dostawie prądu z elektrowni Turów. Zakres dzisiejszej zwyżki indeksu WIG 20 (1,4 proc.) usilnie próbowały ograniczyć walory CCC (-1,9 proc.) będące na fali realizacji ostatnich zysków.

Na szczycie frankfurckiej giełdy znalazło się RWE (3,4 proc.) oraz E.ON (2,9 proc.). Najsilniej rosnącym komponentom indeksu DAX (0,2 proc.) pomogły negocjacje związku zawodowego IG BCE, który obawia się przetransferowania środków w stronę odnawialnych źródeł energii. Swoje wzrosty kontynuuje ThyssenKrupp (2,0 proc.) mający perspektywę wymazania sześciu spadkowych sesji. Listę komponentów zamknął BASF, który ze zniżką rzędu 0,8 proc. odskoczył Adidasowi (-0,5 proc.) oraz Linde (-0,4 proc.).

W gronie metali najbardziej udaną sesję notuje pallad. Jego 2,5 proc. zwyżka okrywa cieniem zdecydowanie skromniejsze ruchy w wykonaniu metali szlachetnych – w tym złota (-0,2 proc.) oraz srebra (-0,2 proc.). Na rynku płodów rolnych obserwuje się dość silne przetasowania. Miano niekwestionowanego lidera zdobyły grudniowe kontrakty na kakao, które na przestrzeni dnia podrożały 3,2 proc. Podobną skalę ruchu, aczkolwiek ku niższym poziomom, ma za sobą taniejąca 3,3 proc. kawa. Na rynku ropy obserwuje się względną stabilizację notowań. Obecnie baryłka West Texas Intermediate wraca do poziomu 51,20 USD, notując tym samym ruch rzędu 0,6 proc.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Inwestorzy przestali „ślepo” kupować wszystkie spółki z WIG20

Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Union Investment TFI
Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Union Investment TFI

Tegoroczna siła blue chipów jest imponująca. Pomimo delikatnych spadków obserwowanych we wrześniu, WIG20 wciąż jest na solidnym plusie. Ostatnio zauważyliśmy jednak istotną zmianę jakościową. Inwestorzy stali się bardziej wybredni. Nie kupują już hurtem wszystkich spółek z WIG20 tylko dlatego, że charakteryzują się wysoką płynnością. Zaczynają coraz uważniej patrzeć na fundamenty – wyniki raportowane przez poszczególne blue chipy oraz perspektywy dla poszczególnych sektorów. Obrazują to notowania z ostatniego miesiąca. Podczas gdy rafinerie i spółki chemiczne były mocne, energetyka i banki już nie.

W najbliższym czasie trzeba się nastawić na bardziej selektywne podejście do inwestowania w WIG20, chociaż w dalszym ciągu przeważają argumenty za wzrostami. Gospodarka jest na fali wznoszącej, a akcje dużych spółek nie są jeszcze drogie. W USA osiągamy kolejne szczyty na giełdowych indeksach. Ostatnio poprawił się także sentyment na giełdach w Europie .

Wybrane „misie” pokażą pazur

Indeks WIG20 od początku roku wciąż prezentuje się znacznie lepiej niż indeksy grupujące średnie i małe spółki. Natomiast już w końcówce roku giełdowe „misie” mogą odzyskać nieco blasku. Sygnał do odbicia powinny dać lepsze wyniki finansowe za trzeci kwartał. Oczywiście ich poprawa będzie dla spółek sporym wyzwaniem – nie tak łatwo w ciągu zaledwie kilku miesięcy uporać się z rosnącymi kosztami pracy czy surowców i zwiększyć zyskowność biznesu. Z rozmów ze spółkami wiemy jednak, że w wielu z nich trwają intensywne prace, które mają dostosować ceny towarów i usług do nowych warunków. Na korzyść mniejszych firm przemawia też stabilizacja kursów walutowych. Z pewnością cieszy ona eksporterów i spółki osiągające przychody w innych walutach,

Odbicie w segmencie średnich i małych spółek powinna dodatkowo wesprzeć gra inwestorów pod tzw. efekt stycznia. W styczniu wielu inwestorów, szczególnie instytucjonalnych, wdraża w życie nowe strategie inwestycyjne i uzupełnia swoje portfele akcjami perspektywicznych spółek. Zwiększony popyt skumulowany w krótkim czasie potrafi wywołać dynamiczne wzrosty cen i giełdowych indeksów.

Jest jeden warunek – spółki będą musiały spełnić swoje obietnice dotyczące zysków i udowodnić, że potrafią się dostosować do trudniejszego otoczenia rynkowego. Trzeba mieć świadomość, że ta sztuka nie uda się wszystkim. Dlatego, podobnie jak w segmencie blue chipów, należy postawić na dokładną selekcję.

Odpowiedzialność kierowcy za rozbicie samochodu CarSharingowego

Wiele osób boi się, że w razie rozbicia samochodu CarSharingowego ze swojej winy poniosą dolegliwe konsekwencje finansowe. Jest to jeden z częstszych powodów, dla których albo nie korzystają z usługi wcale, albo wybierają dostawców, którzy ten udział mają jak najniższy. Żeby rzetelnie ocenić kwestie odpowiedzialności, warto jednak skupić się nie tylko na kwocie kary za uszkodzenie, lecz definicji, czym tak naprawdę ta odpowiedzialność jest i co obejmuje.

Na ten moment porównywać możemy co najmniej kilka regulaminów polskich dostawców CarSharingu. Potencjalny użytkownik czyta je dość pobieżnie i skupia się jedynie na „udziale własnym w szkodzie”, warto jednak nadmienić, że to nie jedyne miejsce, gdzie może być mowa o odpowiedzialności kierowcy i , że poszczególne paragrafy regulaminu mogą się wzajemnie ograniczać i wyłączać.

Na samym początku należy zdefiniować „szkodę ze swojej winy” , czyli spowodowana własnym działaniem, od szkody nie ze swojej winy, kiedy sprwcą jest inny uczestnik ruchu. Jeśli ktoś spowoduje wypadek, gdzie my jesteśmy poszkodowani i nie przyczyniliśmy się do tego, w żadnej ze znanych firm CarSharingowych nie poniesiemy odpowiedzialności. Za zniszczenia zapłaci ubezpieczenie winowajcy. Po naszej stronie będzie leżało wykazanie swojej niewinności.

W przypadku szkód ze swojej winy sytuacja jest bardziej skomplikowana. W regulaminie jednej z firm CarSharingowych czytamy, że „użytkownik ponosi odpowiedzialność za uszkodzenia powstałe z jego winy” , co znaczy tyle, że płaci za wszystkie zniszczenia bez ograniczeń.  W innym punkcie tego samego regulaminu jest mowa o wyłączeniu odpowiedzialności „ w przypadku wypadku lub kolizji”. Do tego paragrafu jest oczywiście wiele wyłączeń, jednak ważniejsze jest, co to jest kolizja i wypadek. W tym regulaminie nie znajdziemy definicji. Jest to więc niedookreślone i w przypadku sporu może być dolegliwe finansowo. Udowodnienie Klientowi odpowiedzialności za uszkodzenie samochodu w tej firmie powoduje więc konieczność zapłaty za koszt naprawy i/lub części, bez ograniczeń  kwotowych, czyli do pełnej wartości zniszczonego samochodu i dodatkowe 35% tej kwoty na konto dostawcy CarSharingu.

W przypadku „błędu lub brawurowej jazdy”, która będzie przyczyną uszkodzenia samochodu użytkownik kolejnej firmy CarSharingowej odpowiada do pełnej wysokości szkody. Chociaż tuż przed tym punktem czytamy, że „uszkodzenie samochodu podlegającego ubezpieczeniu Klient ponosi koszt naprawy samochodu, jednak nie więcej niż 1000 zł”. Mamy więc kolejną sytuację sporną, o której będzie rozstrzygał sąd, a w przypadku niekorzystnej interpretacji będzie nas to sporo kosztować.

Swój regulamin zmienia dziś firma PANEK CarSharing zmniejszając udział własny w szkodzie z 4 000 do 2000 zł. Jest to maksymalna karą jaką można otrzymać za zniszczenie samochodu. W przypadku, kiedy szkoda powstała z winy Klienta zapłaci on kwotę odpowiadającą wartości zniszczeń wg wyceny „renomowanego i powszechnie znanego systemu wyceny kosztów naprawy” ale nie więcej niż 2 000 zł. Znaczy to tyle, że nawet w przypadku zniszczenia całego samochodu, Klient zapłaci jedynie 2 000 zł. Jest to taka sama kwota jak w przypadku zniszczenia roweru miejskiego.

„Regulaminy należy czytać z uwagą. Widzimy, że nasi Klienci robią to faktycznie rzetelnie, analizują jego punkty, zadają pytania, zgłaszają uwagi. Między innymi z tego powodu zdecydowaliśmy się na wprowadzenie zmian. Obniżyliśmy udział własny i znieśliśmy minimalny czas posiadania prawa jazdy, który wcześniej wynosił 1 rok. Zmniejszenie odpowiedzialności do 2 000 zł jest ukłonem w stronę Klientów, co do zasady kara miała powodować, że nasi Klienci będą jeździć ostrożniej. Ilość szkód przekłada się przecież na cenę usługi w następnym roku. Ponieważ jednak wiele osób zgłosiło, że ta kwota jest duża, zmniejszyliśmy ją pozostawiając zasadę, że jest to maksymalny próg obciążenia”- dodaje Katarzyna Panek , rzecznik PANEK S.A.

Wszystkie powyższe zasady dotyczące odpowiedzialności nie obejmują jednak przypadków rażącego naruszenia zasad bezpieczeństwa w ruchu drogowym przez użytkownika, na przykład jazdy pod wpływem alkoholu, środków odurzających. Są to jednak przypadki, które nie powinny powodować nieporozumień interpretacyjnych i są w pełni uzasadnione i powinny rodzić pełną odpowiedzialność finansową.

Katalonia hamuje swoje zapędy niepodległościowe

Inwestorzy ponownie zwątpili w reformę podatków w USA. Efektem wyprzedaż dolara na rynkach. Konflikt w partii republikańskiej między Trumpem a Corkerem zasiewa znów niepewność. Katalonia jednak chce rozmawiać i porzuca na jakiś czas desperackie plany oderwania się od Hiszpanii.

A jednak odwrót

Wczorajszy dzień minął pod znakiem wyprzedaży dolara amerykańskiego na szerokim rynku. I to w momencie, gdy wydawało się, że amerykańska waluta łapie wiatr w żagle i np. na głównej parze walutowej świata trend wzrostowy może się odwrócić. Tak się jednak nie dzieje, a wszystko przez politykę.

Znów ten Trump i zdolność do wchodzenia w konflikty

Zdecydowanie uwydatniła się słaba pozycja prezydenta Trumpa w sprawie reformy podatkowej w USA, która miała przynieść większy wzrost gospodarczy. Chodzi o spór prezydenta USA z republikańskim senatorem Bobem Corkerem. Co gorsza pomysły Trumpa nie zawsze uzyskują poparcie w jego partii. Trzeba też dodać, że przewaga partii rządzącej w senacie jest znikoma, więc taki konflikt zasiewa kolejne ziarno niepewności. To kolejny sygnał z USA, że reforma podatków – tak szumnie zapowiadana – wciąż stoi pod znakiem zapytania.

Inwestorzy nie do końca wierzyli w ogłoszenie niepodległości

Z pewnością na wzrosty EUR/USD i złamanie poziomu 1,18 miały wpływ wydarzenia w Katalonii. Inwestorzy nie bardzo wierzyli, że władze Katalonii mogą już wczoraj ogłosić niepodległość. Można to było zaobserwować po wzrostach EUR/CHF, co wskazywało, że ucieczki kapitału do bezpiecznej przystani, a zatem i nerwowości, nie ma na rynkach. Lider katalończyków poprosił Madryt o rozmowy i negocjacje w tej trudnej sprawie. Wydaje się więc, że ambicje niepodległościowe można “zamieść pod dywan”. A jedyne, co ten region może uzyskać, to są kolejne ustępstwa ze strony Madrytu na rzecz Barcelony.

Lokomotywa europejskiej gospodarki

Bez wątpienia europejska waluta dostała też solidne wsparcie ze strony danych z niemieckiej gospodarki. Dość mocno przekroczyła prognozy publikacja wyników handlu zagranicznego. Nadwyżka w handlu była najwyższa od roku, a jest to zasługa przede wszystkim zwiększenia eksportu. Również nadspodziewanie dobrze zachowuje się niemiecki przemysł, kolejne pozytywne wskaźniki ekonomiczne wpływają na lepsze wyniki całej strefy euro.

Złotówka i poprawa nastrojów

Polska waluta wczoraj miała całkiem udany dzień. Była to zasługa głównie czynników zewnętrznych, takich jak słabnący dolar na szerokim rynku czy dość zachowawcza decyzja władz Katalonii o nie ogłaszaniu niepodległości, a powrocie do rozmów. W efekcie EUR/PLN powrócił poniżej 4,30, GBP/PLN poniżej 4,80.

Ciężki dzień pod znakiem zmienności

Dzisiaj kalendarz makro jest bardzo ubogi. W zasadzie rzuca się w oczy tylko komunikat z Fed o 20.00 czyli tzw. minutki. Wrześniowe posiedzenie władz monetarnych USA było dość jastrzębie, stąd i takiego wydźwięku oczekuje się po dzisiejszej publikacji. Zaskoczenia więc może nie być, a co za tym idzie i większej reakcji na amerykańskiej walucie. Dzień więc zapowiada się na wyjątkowo spokojny, a większej zmienności trudno się spodziewać.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Kurs funa najniżej od miesiąca, ale 5 zł wciąż realne

Kurs funta spadł w środę do 4,77 zł i tym samym był on najtańszy od prawie miesiąca. W krótkim terminie spadki mogą być kontynuowane, ale jeszcze w tym roku notowania GBP/PLN powinny wrócić do poziomu 5 zł.

Trwa zła passa brytyjskiej walut. Funt, za którego jeszcze pod koniec września, po miesięcznym rajdzie w górę o 36 gr, płacono prawie 4,94 zł, dziś tanieje o ponad 2 gr i spada w okolice 4,77 zł. To nie tylko 9. spadek na 10 dni sesyjnych, ale też i najniższy kurs od prawie miesiące. I jak się wydaje to prawdopodobnie jeszcze nie koniec spadków. Aczkolwiek w perspektywie miesiąca należy się liczyć nie tylko z powrotem w okolice wrześniowych maksimów, ale nawet z atakiem na psychologiczny poziom 5 zł.

Od 28 września funt potaniał o 17 gr. Początkowo zniżka ta była zwykłą korektą wcześniejszego rajdu w górę o 36 gr, którą dodatkowo pogłębiał powrót obaw o konsekwencje brexitu dla brytyjskiej gospodarki, kilka gorszych raportów makroekonomicznych (m.in. słabszy od prognoz wzrost brytyjskiego PKB w II kwartale, spadek indeksu PMI dla przemysłu), a także niepewność polityczna wokół osoby premier May. Obecnie zaś kurs GBP/PLN w dół ściąga umacniający się do głównych walut złoty.

Obserwowana obecnie poprawa sentymentu do złotego, a także innych walut regionu (m.in. węgierskiego forinta), dobre nastroje na rynkach globalnych, a także krótkoterminowa tendencja spadkowa na GBP/PLN, każą spodziewać się jeszcze niższego kursu funta. Realne jest zejście do 4,7570 zł, czyli do połowy impulsu wzrostowego z okresu 28 sierpnia – 28 września br.

Przyszły tydzień może przynieść odwrócenie tendencji spadkowej na GBP/PLN. Notowania funta powinny wówczas znaleźć wsparcie ze strony licznie publikowanych danych z brytyjskiej gospodarki. Danych, które przypomną inwestorom o perspektywie listopadowej podwyżki stóp procentowych przez Bank Anglii.

Publikacja makroekonomiczne z Wielkiej Brytanii w okresie 11-22.10.2017

  • 17.10: Inflacja CPI (wrzesień)
  • 17.10: Inflacja PPI (wrzesień)
  • 18.10 Stopa bezrobocia (sierpień)
  • 18.10: Wynagrodzenia (sierpień)
  • 18.10 Zasiłki dla bezrobotnych (wrzesień)
  • 19.10 Sprzedaż detaliczna (wrzesień)

Utrzymująca się wysoka inflacja na Wyspach, przy jednocześnie dobrych danych płynących z tamtejszej gospodarki, powinno już w listopadzie zaowocować pierwszą od lat podwyżką stóp procentowych przez Bank Anglii. Zważywszy, że jednocześnie  Rada Polityki Pieniężnej (RPP) nie spieszy się z podwyżkami stóp w Polsce, więc będzie to w średnim terminie wypychać notowania funta w górę. Najpierw w kierunku maksimum z poprzedniego miesiąca (4,9389 zł), a następnie ku poziomowi 5 zł.

Głównym ryzykiem dla takiego scenariusza są roszady na szczytach brytyjskiej polityki. Osiągnięcie poziomu 5 zł mogłoby też opóźnić podwyższenie jeszcze w październiku przez agencję S&P ratingu Polski, a całkowicie go wykluczy zmiana retoryki RPP na bardziej „jastrzębią”.

O godzinie 14:30 kurs GBP/PLN testował poziom 4,7738 zł.

Marcin Kiepas, niezależny analityk 

Analiza techniczna USDJPY oraz WIG20

Notowania USDJPY osiągnęły swój szczyt w czerwcu 2015 roku, po tym znalazły się w mocnym trendzie spadkowym trwającym ponad 54 tygodnie. Po tym nastąpił nagły zwrot, Donald Trump został wybrany na nową głowę Stanów Zjednoczonych, w niespełna kilka tygodni notowania USDJPY z poziomu 101 poszybowały na 118. Od tamtej pory poruszamy się w kanale spadkowym, a także poniżej długoterminowej linii trendu.

Notowania USDJPY, interwał tygodniowy

Notowania USDJPY, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Notowania pary walutowej USDJPY znalazły się w okolicy górnej bandy kanału spadkowego. Ponadto oscylator stochastyczny wskazuje na mocne wykupienie dolara amerykańskiego. Sumując obydwa czynniki mamy większe prawdopodobieństwo wyprzedaży pary walutowej USDJPY. Dodatkowo poprzednią tygodniową świecę można odczytać jako formację Pin Bara.

Spread rentowności amerykańskich i japońskich

Kluczem do dalszego prognozowania kursu pary walutowej USDJPY jest zachowanie rentowości obligacji amerykańskich oraz japońskich. Polityka banku centralnego Japonii zakłada kontrolowanie 10-letnich obligacji w okolica 0. Z tego powodu czynnikiem decydującym o dalszym losie kursu USDJPY jest rentowność amerykańskich obligacji. Jeżeli rośnie, to notowania USDJPY idą na północ i odwrotnie.

Spread 10-letnich obligacji amerykańskich i japońskich

Spread 10-letnich obligacji amerykańskich i japońskich

Źródło: Bloomberg

WIG 20 – czy przebijemy magiczne 2640 punktów?

Notowania polskiego indeksu WIG 20 znalazły się w bardzo kluczowym miejscu, a dokładniej w tym samym, co w 205 roku. Od 2012 do 2015 roku notowania indeksu znalazły się w szerokiej konsolidacji. Każdy czekał na mocne wybicie górą, a tu niespodzianka – indeks został mocno wyprzedany, ale obecny stan nie trwał zbyt długo. Po mocnej wyprzedaży przyszła jeszcze mocniejsza kontra kupujących, która zniwelowała całe wcześniejsze spadki. Ale co teraz?

Notowania WIG20, interwał miesięczny

Notowania WIG20, interwał miesięczny

Źródło: Admiral Markets

Zobaczmy co nam mówi sezonowość na temat stóp zwrotu w poszczególnych miesiącach. Od 2003 do 2016 roku średnia stopa zwrotu w październiku jest dodatnia. Ponadto w ciągu ostatnich 13 lat w miesiącu październik ujemną stopę zwrotu zobaczyliśmy jedynie w 5 przypadkach. Z kolei listopad nie jest już tak przyjazny dla polskich inwestorów, bowiem średnia stopa zwrotu z tego miesiąca jest ujemna. Idąc dalej, grudzień uważany jest za miesiąc związany z rajdem świętego Mikołaja, średnia stopa zwrotu jest pozytywna.

Sezonowość na indeksie WIG20

Sezonowość na indeksie WIG20

Źródło: Bloomberg

Reasumując, jest duża szansa na przebicie wspomnianego wsparcia, aczkolwiek sezonowość nie jest jedynym aspektem, który powinniśmy rozpatrywać przy tak mocnym oporze.

Dział Analiz Admiral Markets

Utrata pracy nam niestraszna

Szef mnie zwolni? Nie ma powodów do lęku – odpowiadają najczęściej Polacy. Ponad 3/4 ankietowanych nie boi się utraty pracy, 16% deklaruje umiarkowaną obawę, a jedynie 7% odczuwa duży lęk – pokazują wyniki badania „Monitor Rynku Pracy”.

Zaledwie 23% ankietowanych Polaków obawia się utraty dotychczasowego stanowiska. Jednocześnie rzadziej niż do niedawna respondenci mówią o zmianach zawodowych w ich życiu. Jeśli już się takie pojawiają, to z własnej inicjatywy i dlatego, że oferta nowego pracodawcy była lepsza. Już co drugi badany Polak podaje właśnie taki powód rotacji.
Co piąty badany zmienił w ostatnim kwartale pracę. Tak niskiego poziomu rotacji na rynku pracy nie notowaliśmy w badaniu od blisko 4 lat. W stosunku do poprzedniego kwartału ten odsetek zmniejszył się o 7 p.p. – był to największy spadek w historii Monitora Rynku Pracy.

Dotychczas Polska przodowała w Europie pod względem rotacji. W najnowszej edycji badania, po raz pierwszy od czterech lat, wskaźnik rotacji był niższy niż europejska średnia. Najczęściej pracę zmieniali w ostatnim czasie Francuzi (23%), Brytyjczycy (22%) i Szwajcarzy (22%), najrzadziej – mieszkańcy Luksemburga (8%), Austrii (13%) i Danii (16%).

Od czterech lat jako główny powód rotacji Polacy wskazują lepsze warunki pracy w nowym miejscu zatrudnienia. Od tego też czasu dynamicznie maleje odsetek osób, które pracę zmieniły ze względu na zmiany struktury firmy, co na ogół ma związek ze zwolnieniem.

W najnowszym badaniu co drugi pracownik deklarował, że o zmianie pracy zdecydowała lepsza oferta – jest to najwyższy wynik w historii. Jeszcze cztery lata temu deklarowało tak 30% respondentów. Na osobiste pragnienie zmiany w najnowszej edycji wskazało 29% ankietowanych, a zmiana struktury firmy była powodem rotacji dla 14% uczestników badania (dla porównania cztery lata temu, gdy był to dominujący czynnik, odsetek ten sięgał 30%).

– W wynikach badania widać najdobitniej odwrócenie ról. Pracownik coraz śmielej bierze swoją karierę we własne ręce i podejmuje świadome decyzje, kierując się swoim interesem. Jest coraz bardziej aktywnym uczestnikiem rynku pracy – negocjuje warunki, szuka miejsca pracy, w którym otrzyma coś więcej. Baczniej też obserwuje propozycje pracodawców, bo nie musi już korzystać z pierwszej lepszej. – wyjaśnia Monika Hryniszyn, Członek Zarządu i Dyrektor Personalna w Randstad Polska. Jak dodaje, efektem jest coraz większa liczba pracowników, którzy przekonali się o tym, że taka postawa procentuje. Potwierdza to też wyhamowanie rotacji na rynku pracy – wielu kandydatów już trafiło do firmy, która zaproponowała im dobre warunki.

Od trzech edycji badania maleje liczba respondentów, którzy poszukują nowego zatrudnienia. W tej kategorii notujemy najniższy wynik od wielu lat. Aktywnie nowej pracy szuka 9% ankietowanych, rozgląda się za nowym zajęciem 18% uczestników badania.

W siedmioletniej historii badania Monitor Rynku Pracy jeszcze nigdy Polacy tak rzadko nie przejawiali obaw o utratę pracy. Ponad 3/4 ankietowanych w ogóle nie dostrzega takiego ryzyka, 16% deklaruje umiarkowaną obawę, a 7% – odczuwa duży lęk. Grupą wiekową, która najbardziej boi się utraty pracy są ludzie w wieku od 18 do 24 lat (39%, w tym 13% czuje się silną obawę).

– Pracodawcy muszą przykładać większa troskę do jakości zatrudnienia, bo to chęć poprawy warunków pracy i płacy będzie dominującym powodem zmiany pracodawcy. Względna równowaga na rynku pracy wpływa ogólnie na większe poczucie bezpieczeństwa pracowników. Dzisiejsi pracownicy są bardziej świadomi swojej kariery zawodowej i lepiej ją planują, są nastawieni na podnoszenie kwalifikacji i rozwój zawodowy, a to dobrze wróży polskiemu rynkowi pracy na przyszłość – ocenia prof. dr hab. Jacek Męcina, dyrektor Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego i doradca Konfederacji Lewiatan.

Kolejny raz z rzędu z wynikiem 76% Polacy zajmują miejsce w europejskiej czołówce najbardziej usatysfakcjonowanych pracowników. Tradycyjnie wyprzedzają nas kraje nordyckie – w tym kwartale Dania (83%) i Norwegia (78%). Co ważniejsze, wyniki w Polsce nie różnią się znacząco w zależności od płci czy wieku. Bardziej zadowoleni z pracy są mężczyźni (76%) niż kobiety (74%). Najczęściej satysfakcję zawodową deklarują osoby w wieku od 25 do 34 lat (79%), najrzadziej – respondenci w wieku od 45 do 54 lat (71%). Europejska średnia sięga 70%, a najmniej satysfakcji z pracy czerpią Włosi (65%), Grecy (63%) i Węgrzy (58%).

Kurs euro na fali

Euro mocno wsparły bardzo dobre dane gospodarcze napływające z Niemiec. Ponadto amerykański dolar traci na wartości do swoich rywali na fali wzrostu nadziei na ograniczenie europejskiego programu luzowania ilościowego. Euro zyskiwało po wypowiedzi członkini zarządu EBC Sabine Lautenschlaeger, która powiedziała, że bank centralny w przyszłym roku powinien rozpocząć ograniczanie agresywnego programu skupu obligacji.
Inwestorzy oczekują aktualizacji programu jeszcze podczas październikowego spotkania EBC. Euro pomogło także uspokojenie sytuacji wokół Katalonii. Otóż lider separatystów Carles Puigdemont opóźnił ogłoszenie niepodległości na rzecz dialogu z rządem Hiszpanii.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do głównych
walut: euro (-0,39%), brytyjskiego funta (-0,2%), dolara kanadyjskiego (-0,11%), dolara australijskiego (-0,03%) oraz japońskiego jena (-0,23%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,182, GBP/USD – 1,32, USD/CAD – 1,25, AUD/USD – 0,779 i USD/JPY – 112,4. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,16%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,6, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,896. Złotówka rośnie do światowych walut. W środę rano dolar kosztuje 3,63 zł, euro – poniżej 4,3 zł, funt – poniżej 4,8 zł, a frank szwajcarski – poniżej 3,73 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach przewaga koloru zielonego. We wtorek londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 0,4%, frankfurcki indeks DAX spadł o 0,21%, a paryski indeks CAC 40 obniżył się o 0,04%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,23%, meksykański indeks Bolsa stracił 0,18%, a brazylijski indeks Bovespa wzrósł o 1,55%. W środę w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 0,28%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,16%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,01%.

Ropa i złoto: Cena ropy naftowej wzrasta drugi dzień z rzędu. We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 56,61 USD (+1,45%), a ropy WTI – 40,92 USD (+2,63%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 58 USD. Także cena złota idzie w górę. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1288 USD. To 2 USD więcej (+0,15%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 1:50 – Japonia – Zamówienia na sprzęt, maszyny i urządzenia (m/m), sierpień – 3,4% (prognoza 1,1%)
  • 2:00 – USA –Wystąpienie szefa Fed z Dallas
  • 8:00 – Rumunia – Inflacja CPI (r/r), wrzesień – 1,8% (prognoza 1,6%)
  • 9:00 – Hiszpania – Inflacja CPI (r/r), wrzesień – 1,8% (prognoza 1,8%)
  • 13:15 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Chicago
  • 20:00 – USA – Protokół z posiedzenia FOMC, wrzesień

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Coraz wyższa jakość raportowania pozafinansowego w Polsce

Po raz 11 przyznano nagrody dla przedsiębiorstw oraz organizacji pozabiznesowych za przygotowane raporty z zakresu zrównoważonego rozwoju i społecznej odpowiedzialności biznesu. Organizatorem konkursu Raporty Społeczne są Forum Odpowiedzialnego Biznesu oraz firma doradcza Deloitte. W tegorocznej edycji zgłoszono ich rekordową liczbę, bo aż 44. Rok wcześniej były to 32 raporty. 

Wśród 44 zgłoszonych raportów znalazło się 40 opracowanych przez firmy, dwa przez fundacje korporacyjne i po jednym przez organizację pozarządową i instytucję publiczną. Były one oceniane przez jury złożone z przedstawicieli środowiska naukowego, biznesu, administracji publicznej i organizacji pozarządowych, a także brały udział w głosowaniu internautów. – Jako jurorzy zdajemy sobie sprawę, jak wiele pracy kosztuje przygotowanie raportu z działalności niefinansowej, czyli obejmującej aktywność na polu zrównoważonego rozwoju i społecznej odpowiedzialności. Pod tym względem powinniśmy gratulować każdej firmie i organizacji, która taką publikację opracowała. Jednak stajemy przed dużym wyzwaniem wyboru tych najlepszych raportów. Najlepiej wpisujących się w główne kryteria oceny dotyczące trzech aspektów: kompletności, zaufania i komunikacji – mówi Dominika Bettman, Prezeska Forum Odpowiedzialnego Biznesu, Przewodnicząca jury Konkursu Raporty Społeczne.

Nagrodzone organizacje

Nagrody za najlepsze raporty zostały przyznane w siedmiu kategoriach. Oprócz tego jury eksperckie i dziennikarskie zdecydowały się również na przyznanie wyróżnień.

  1. Nagroda główna Jury: CEMEX za najbardziej kompleksowe podejście, przejrzystość, zwięzłość oraz klarownie przedstawioną informację o zobowiązaniach i ich realizacji.

Wyróżnienie w opinii Jury: PKN Orlen za najlepszy raport online

Wyróżnienie w opinii Jury: Bank Zachodni WBK za wartość edukacyjną raportu

  1. Najlepszy debiut w opinii Jury: Lafarge
  2. Najlepszy raport organizacji pozabiznesowej w opinii Jury: Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ
  3. Nagroda GPW: Budimex S.A.
  4. Nagroda Ministra Rozwoju i Finansów: Cemex
  5. Nagroda internautów: Bank Zachodni WBK
  6. Nagroda dziennikarzy: Bank Zachodni WBK za kompleksowość, transparentność i ciągłe postępy w realizacji zasad zrównoważonego rozwoju

Pierwsze wyróżnienie dziennikarzy: Cemex za czytelną informację o zakresie działań firmy

Drugie wyróżnienie dziennikarzy: Lafarge za całokształt działań i kompleksowość raportu

Obowiązek raportowania dotyczy około 300 podmiotów

Konkurs przyczynia się do zwiększenia transparentności działań organizacji i podejmowania dialogu z interesariuszami, stanowi też dobre źródło inspiracji, w jaki sposób ujawniać dane niefinansowe, czyli dotyczące oceny ryzyk, podstaw zarządczych i wskaźników z zakresu przeciwdziałania korupcji, negatywnego wpływu na środowisko naturalne, aspektów pracowniczych, społecznych czy poszanowania praw człowieka.

Jest to tym bardziej ważne, że w Polsce od 1 stycznia 2017 r. zaczęły obowiązywać przepisy dyrektywy 2014/95/UE o ujawnianiu informacji niefinansowych i informacji dotyczących różnorodności przez niektóre duże jednostki oraz grupy. Zakładają one, że spółki giełdowe, banki oraz tzw. duże jednostki zainteresowania publicznego, czyli podmioty, które zatrudniają co najmniej 500 osób i osiągają w Polsce obroty powyżej 85 mln zł sumy aktywu bilansu lub 170 mln zł przychodów netto rocznie (dla grup kapitałowych sumy te będą odpowiednio wyższe) są zobowiązane do raportowania. W Polsce nowymi przepisami zostało objętych około 300 podmiotów. W tej grupie są m.in. banki, towarzystwa ubezpieczeniowe, spółki giełdowe, ale też fundusze inwestycyjne czy fundusze emerytalne.

Coraz wyższa jakość raportów

Jak zauważają organizatorzy konkursu z roku na rok w raportach znajdują się coraz bardziej kompleksowe informacje, spełniające wymogi nowych przepisów, jak chociażby dotyczących ujawniania danych o różnorodności, zarządzaniu łańcuchem dostaw czy określeniu celów zrównoważonego rozwoju.

– W badaniu, które przeprowadziliśmy w 2016 roku na pięciuset największych firmach w regionie Europy Środkowej okazało się, że to właśnie w Polsce przygotowywanych jest najwięcej raportów. Co roku powstaje ich około 40. Dotychczas opublikowanych zostało ok. 330 raportów pozafinansowych, z czego 275 zgłoszono w ciągu ostatnich dziesięciu lat do konkursu Raporty Społeczne – mówi Irena Pichola, Partner Deloitte, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej.  – Cieszy nas to, że jakość raportów wzrasta, coraz więcej też pojawia się raportów zintegrowanych. Aż 86 proc. raportów zostało przygotowanych w oparciu o międzynarodowy standard Global Reporting Initiative (GRI). Spośród nich blisko 30 proc. było poddanych niezależnej weryfikacji zewnętrznej – dodaje.

Wyniki konkursu zostały ogłoszone 10 października br. podczas gali w Centrum Prasowym PAP w Warszawie.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy nadal nie docenia polskiej gospodarki

Nowe prognozy MFW kreślą optymistyczny obraz globalnej i krajowej gospodarki. Mocnej poprawie uległy prognozy dynamiki PKB dla strefy euro (do 2,2% i 2,3% w 2017 i 2018 r.), podczas gdy korekta oczekiwań co do polityki fiskalnej zaowocowała obniżką prognoz dla USA. Prognozy dla wzrostu gospodarczego Polski podniesiono odpowiednio do 3,8% i 3,3% z 3,4% i 3,2%. Naszym zdaniem prognozy MFW dla Polski są nadal zbyt niskie.

G. Ancyparowicz z RPP potwierdziła stanowisko, że stopy pozostaną bez zmian do połowy 2018 r., zaznaczając różnicę względem ocen Prezesa NBP (stabilizacja w całym 2018 r.). Niezmiennie gołębie stanowisko zaprezentował E. Łon, prezentując nawet koncepcję QE. E. Łon ma skrajnie gołębie poglądy, które nie są podzielane przez innych członków RPP, natomiast G. Ancyparowicz reprezentuje centrum, które rozstrzygnie o polityce stóp NBP.

Niemiecka gospodarka nie wykazuje oznak negatywnego wpływu umocnienia EUR. Przy silniejszym od prognoz wzroście eksportu i importu nadwyżka handlowa Niemiec zwiększyła się do 21,7 mld EUR (najwyżej od kwietnia 2016 r.), wspierając scenariusz przyspieszenia wzrostu PKB w 3q17. Odczyt sugeruje, że dynamika polskiego eksportu mogła spowolnić w sierpniu wobec lipca (gdy osiągnęła 10,2% r/r)

MFW nadal nie docenia polskiej gospodarkiInflacja CPI na Węgrzech wyhamowała we wrześniu do 2,5% r/r (oczekiwano stabilizacji na poziomie 2,6% r/r) wobec niedoszacowanego wpływu efektu wysokiej bazy na spadek dynamiki cen paliw. Co istotne, inflacja bazowa wzrosła do 2,9% r/r z 2,8% r/r, a ceny żywności spadły o 0,1% m/m (podobnie jak wcześniejszy odczyt z Czech wpisały się w sezonowy wzorzec). Wskazuje to na ryzyko silniejszego od naszych szacunków (PKO: 1,0% r/r vs konsensus 0,9% r/r) wzrostu inflacji bazowej w Polsce.

Produkcja przemysłowa w Wielkiej Brytanii wzrosła w sierpniu o 2,8% r/r, po zrewidowanym w górę wzroście o 2,7% r/r w lipcu. Sektor przemysłowy wykazuje oznaki ożywienia po trudnym początku roku, co wspiera oczekiwania na podwyżkę stóp Banku Anglii w tym roku.

Autor/Źródło: PKO Bank Polski

Romans rekrutacji z digitalem trwa w najlepsze

Sterowane głosowo chaty, pozyskiwanie kandydatów przy wykorzystaniu marketing automation, ocena dopasowania profili oparta o machine learning, automatyzacja w umawianiu spotkań, czy video interviewing brzmią nieco jak elementy fabuły filmu science-fiction, ale powoli stają się rzeczywistością. Romans rekrutacji i digitalu trwa w najlepsze. Szacuje się, że niebawem
14 godzin pracy rekrutera w tygodniu, może zostać zastąpione przez działania z obszaru szeroko rozumianej automatyzacji. Sprawi to, że rekruterzy i zespoły HR będą mogły skupić się na bardziej strategicznych aspektach swojej pracy. Jednym z nowoczesnych rozwiązań, które wpływają na skrócenie czasu procesu rekrutacyjnego jest video-rozmowa kwalifikacyjna. Drugim – ogłoszenie o pracę w formie wideo. Dlaczego? Ponieważ treść wizualna jest dużo bardziej atrakcyjna, niesie zupełnie inny przekaz i – dzięki social mediom i innym narzędziom – trafia wprost do odbiorców.

Wysoko rozwinięte technologie, automatyzacja, marketing w mediach cyfrowych – wszystkie te obszary znajdują coraz szersze zastosowanie również w procesach rekrutacji. Obecnie, pracownicy działów HR muszą zarówno bacznie obserwować technologiczne trendy, jak również łączyć i zgłębiać kompetencje w tym zakresie. Z czego to wynika? Głównie z nowych potrzeb „cyfrowego społeczeństwa”. Coraz częściej oglądamy treści na urządzeniach przenośnych, które stopniowo wypierają komputery – jak wskazują dane StatCounter w październiku po raz pierwszy to nie komputery a urządzenia przenośne królowały w zakresie korzystania z Internetu. Większość, czyli ponad 51 proc. danych przetworzono właśnie na tabletach i smartfonach. Przy rosnącym trendzie mobile’u jednocześnie rozwija się istotny dla rekrutacji wideo trend. – Obecnie, aż 66 proc. populacji świata korzysta z telefonów komórkowych[i], niewiele mniej osób (62 proc.) ogląda treści wideo udostępnione w Internecie właśnie na urządzeniach mobilnych[ii]. Ponadto, aplikacje coraz częściej zastępują klasyczne metody poszukiwania pracy. W związku z tym, pracodawca, który chce dotrzeć do potencjalnego pracownika powinien zaadaptować nowe preferencje kandydatów i dostosować sposoby komunikacji. Z danych Devire wynika bowiem, że 80 proc. poszukujących pracy jest bardziej skłonna zaaplikować na ogłoszenie zawierające video – wyjaśnia Mateusz Wójtowicz, Executive Manager Zespołu Sales & Marketing w Devire.

Pracodawco – zmień strategię

Polski rynek pracy rozwija się – rośnie wskaźnik zatrudnienia, spada bierność zawodowa, cały czas odnotowujemy przyspieszenie wzrostu płac oraz najniższą od wielu lat stopę bezrobocia[iii]. To wszystko sprawia, że firmy zmagają się z niedoborem pracowników na lokalnych rynkach, a pracodawcy mają coraz większe trudności w rekrutowaniu odpowiedniej kadry. Niestety, większość ogłoszeń o pracę nadal wykorzystuje niemal identyczny model tworzenia: renoma firmy, obowiązki pracownika i wymagania. Z danych Devire wynika, że ponad 50 proc. kandydatów podejmuje błędną decyzję, źle interpretując zawarte w ogłoszeniach informację. – Najważniejszą kwestią w obecnych procesach rekrutacji jest całkowita zamiana perspektywy. Pamiętajmy, że dzisiejszy kandydat coraz częściej postrzega rekrutację przez pryzmat czasu i benefitów – im szybciej tym lepiej. Osoby szukające pracy wolą aplikować poprzez wysłanie linku do swojego profilu np. LinkedIn, GoldenLine czy Xing, niż poświęcać swój czas na tworzenie CV. W tym miejscu nieocenione okazuje się wsparcie ze strony agencji rekrutacyjnych takich jak Devire, które dokonują dalszej selekcji, oceniają, dopasowują wymagania i potrzeby zarówno kandydata, jak i pracodawcy a także zajmują się kwestiami organizacyjnymi – mówi Mateusz Wójtowicz, Executive Manager Zespołu Sales & Marketing w Devire. – Obecnie przeważająca część osób poszukujących pracy zaczyna przeglądać ogłoszenia przy użyciu urządzenia przenośnego. Świat nowoczesnego HR, wymaga niekonwencjonalnych kroków – jednym z nich są wideo ogłoszenia o pracę. Wiele organizacji już dziś stosuje wideo do przeprowadzania ponad połowy swoich procesów rekrutacyjnych – dodaje Mateusz Wójtowicz.

Dlaczego wideo?

Z ogólnodostępnych danych wynika, że około 90 procent informacji, które są odbierane przez mózg to bodźce wizualne – przetwarzamy je 60 tys. razy szybciej niż tekst. Ponadto, ludzie spędzają średnio 2,6 razy więcej czasu na stronach z filmem niż bez[iv], a użycie słowa wideo w temacie wiadomości e-mail zwiększa liczbę otwarć niemal o 20 proc[v]. Z raportu „Videoquake 4.0: Binge, stream, repeat – how video is changing forever” wynika, że wideo na urządzeniach przenośnych ogląda 90 proc. osób w wieku od 18 do 24 lat, 86 proc. w wieku 25-34 lata, 79 proc. w wieku od 35 lat do 49 lat i wreszcie 52 proc. z grupy 50-59 lat[vi]. Ogółem z Internetu aktywnie korzysta w Polsce 25,71 mln osób. Średni czas, jaki Polacy spędzają codziennie w Internecie, surfując na komputerach, to 4,4 godz.[vii]. Co więcej, ponad 70 proc. osób przypomina sobie materiał video obejrzany w przeciągu ostatnich 30 dni. W jaki sposób wpływa to na proces rekrutacji? – Jak obserwujemy – wideo staje się najczęściej używaną formą komunikacji na świecie. Biorąc pod uwagę rozwijający się od kilku lat trend rynku pracownika, coraz częściej to pracodawca musi uatrakcyjnić przekaz, by zachęcić potencjalnego kandydata do zasilenia kadry. Video ogłoszenie nie jest już zatem tylko miłym akcentem oferty o pracę – to strategia zdobycia odpowiedniego pracownika – podkreśla Mateusz Wójtowicz, Executive Manager zespołu Sales & Marketing w Devire.

Większy zasięg, natychmiastowe rezultaty

Odpowiednia strategia i treści przekładają się na wyższe rankingi i większe zaangażowanie ze strony odbiorców. Prawie każda firma kieruje reklamy do kandydatów, którzy są użytkownikami serwisu Facebook, Instagram lub Twitter. W ubiegłym roku 500 milionów osób oglądało filmy na Facebooku i to tylko wierzchołek góry lodowej. Z czego to wynika? Wideo ogłoszenia szybko stają się środkiem przekazu dla wszystkich treści cyfrowych: najnowsze dane sugerują, że każda firma, która przyjmuje zaawansowane narzędzia komunikacji w formie wideo, znacznie zwiększy ruch internetowy do 2019 roku. – Video marketing kreuje natychmiastowe rezultaty w zakresie SEO – materiał video ma statystycznie 50 razy większą szansę, żeby pojawić się w pierwszych 10 wynikach wyszukiwania niż zwykłe ogłoszenie o pracę. Z naszych obserwacji wynika również, że ogłoszenia zawierające wideo posiadają o 500 proc. większy współczynnik klikalności. Jako agencja rekrutacyjna pracujemy bardzo blisko rynku i niemal w czasie rzeczywistym mamy dostęp do aktualnych potrzeb dotyczących różnych uczestników rynku pracy – rocznie docieramy do ponad 120 tys. kandydatów z różnych sektorów i z doświadczeniem w pracy w odmiennych pionach funkcjonalnych. W związku z tym, znamy perspektywę kandydata, ale również potrafimy m.in. porównać wartość obecnej oferty pracodawcy z tym, co oferuje konkurencja – zaznacza Mateusz Wójtowicz z Devire. Tylko silnie rozwinięte kompetencje digitalowe, a także połączenie specjalistycznej wiedzy z zakresu marketingu i HR – skutkuje nowoczesną, a przede wszystkim efektywną rekrutacją – dodaje.

Idealne ogłoszenie video

Z obserwacji Devire wynika, że forma ogłoszeń o pracę pojawiających się na polskim rynku rekrutacji nadal budzi zastrzeżenia. Od tego, w jaki sposób zostaną przedstawione poszczególne elementy, zależy m.in.: zainteresowanie kandydatów, przebieg wstępnej weryfikacji i selekcji, a co najważniejsze dotarcie do interesującej pracodawcę stosownej grupy specjalistów. Pracownik od początku chce być traktowany jak partner, dlatego oferta powinna być tworzona według zasad EVP, Employer Value Proposition.
– Ogłoszenie rekrutacyjne w formie wideo to szansa dla kandydata m.in. na zapoznanie się z kulturą organizacji i środowiskiem firmy oraz spotkanie rekrutera. Co więcej taka forma komunikacji pozwala na zastosowanie efektywnego EVP – z jednej strony jest to magnes przyciągający pracowników i wyróżnik organizacji, z drugiej zaś obietnica pracodawcy, która musi być poparta czynami – mówi Mateusz Wójtowicz, Executive Manager zespołu Sales & Marketing w Devire. Tworząc wzorowe ogłoszenie o pracę w formie wideo należy wziąć pod uwagę także parametry techniczne takie jak długość filmu, jakość oraz odpowiedni kanał dystrybucji. – Wideo jest wizytówką firmy, więc powinno być wyprodukowane w profesjonalny sposób – według zasad fachowej kreacji filmowej, za pomocą odpowiedniego sprzętu i sprawdzonej ekipy. Rozwój technologii sprawia, że nagrywanie wysokiej jakości materiałów jest na wyciągniecie ręki. Pamiętajmy jednak, że nawet najlepszy sprzęt nie jest gwarantem sukcesu – równie istotny jest scenariusz, treść i sposób komunikacji z kandydatem. Wymaga to znajomości oczekiwań rynku, ale także łatwości tworzenia angażujących scenariuszy filmowych – w Devire łączymy te kompetencje – podkreśla Mateusz Wójtowicz.

Co powinno zawierać takie ogłoszenie?

– Oprócz informacji podstawowych, na początku warto pokazać elementy kultury organizacyjnej firmy – przestrzeń biurową, interakcje pomiędzy pracownikami, czy eventy, które miały miejsce. Jednocześnie pozwoli to na ilustrację głównych wartości firmy – warto pamiętać, że osoby poszukujące pracy chcą pracować dla pracodawców, którzy wyznają podobny zestaw wartości. Ponadto, możemy zaaranżować spotkanie z potencjalnym przyszłym przełożonym lub zespołem już za pomocą wideo. Zmniejszy to dystans, zwiększając poczucie komfortu potencjalnego kandydata oraz zachęci do szybszej interakcji z firmą – dodaje Ekspert Devire. Jeśli chodzi o czas trwania wideo – po dokonaniu analizy 50 najpopularniejszych filmików na You Tubie, te najczęściej oglądane trwają średnio 2 minuty 54 sekundy – zbyt długi materiał może znudzić i zniechęcić kandydata. – Zastanawiając się, w jaki sposób i gdzie zamieszczać ogłoszenia o pracę w formie video – warto skorzystać z dostępnego kanału korporacyjnego: strona internetowa, czy kanał Kariera na You Tube. Okazuje się, że You Tube jest obecnie najbardziej popularną przeglądarką – zaraz po Google – w 2017 roku średnia miesięczna liczba odsłon filmów wideo na You Tube wynosi 30 miliardów. Jednocześnie, w Polsce, w ciągu czterech lat liczba użytkowników YouTube wzrosła o sześć milionów – do 18.9 miliona. Co więcej, platforma znajduje coraz szersze zastosowanie. You Tube to już nie tylko miejsce, gdzie spotykamy influencerów – coraz częściej służy ona również do komunikacji pracodawca – pracownik. Właśnie dlatego postanowiliśmy sprawdzić skuteczność takich narzędzi i wprowadziliśmy usługę promocji ofert o pracę w formie wideo. Okazało się, że ogłoszenie o pracę w formie filmu, realizowane przez Devire dla Adamedu – lidera na rynku farmaceutycznym,  osiągnęło niebotyczny zasięg organiczny, który kilkunastokrotnie przekroczył zasięg standardowego ogłoszenia o pracę (np. na LinkedIn) i osiągnął kilkadziesiąt tysięcy więcej odsłon w przeciągu zaledwie 2 dni – podkreśla Mateusz Wójtowicz, Executive Manager zespołu Sales & Marketing w Devire.

[i] Raport Digital in 2017 Global Overwiev

[ii] Wideo: więcej, szybciej, lepiej. Jak cyfrowa rewolucja zmienia rynek treści wideo, Raport PWC

[iii] Raport NBP, Kwartalny raport o rynku pracy w I kw. 2017 r.,

https://www.nbp.pl/publikacje/rynek_pracy/rynek_pracy_2017_1kw.pdf

[iv] https://wistia.com/blog/video-time-on-page?utm_content=buffer9b696&utm_medium=social&utm_source=twitter.com&utm_campaign=buffer

[v] http://www.insivia.com/27-video-stats-2017/

[vi] https://www.pwc.com/us/en/advisory-services/publications/consumer-intelligence-series/videoquake4.html

[vii] Deloitte „Tech Trends 2017. The kinetic enterprise”.

Deklaracja premiera Katalonii ogranicza ryzyko polityczne i powinna wspierać europejskie aktywa

W swoim wieczornym wystąpieniu Puigdemont powstrzymał się od jednoznacznej deklaracji niepodległości Choć sam kurs EUR/USD nie zareagował wyraźnie na słowa prezydenta Katalonii, to reakcja rynków obligacji i akcji jest wyraźna, np. IBEX na starcie środowej sesji idzie do góry o ponad 1,5 proc. Rozładowanie napięć będzie sprzyjać nadganianiu przez ten wskaźnik giełdowy dystansu do innych zachodnioeuropejskich indeksów. Widać to ewidentnie m.in. po zachowaniu FTSE MIB, czyli włoskiego indeksu o podobnej charakterystyce. W czasie gdy IBEX pod presją premii za ryzyko polityczne spadał w kilka miesięcy z 11 200 pod 10 000 punktów, FTSE MIB wiódł prym na Starym Kontynencie.

Zawężanie się różnicy rentowności pomiędzy obligacjami Niemiec i Hiszpanii to kolejny dobry omen dla ryzykownych aktywów. Nastroje na rynkach są naprawdę pozytywne, o czym może świadczyć flirtowanie indeksów giełdowych z rozmaitych zakątków świata z historycznymi bądź wieloletnimi szczytami (chociażby Dow Jones, Nikkei 225, czy Kospi).

Pozytywny rozwój wypadków na scenie politycznej Hiszpanii to naszym zdaniem zdecydowanie za mało, żeby przedłużyć wzrosty eurodolara, ale obecne otoczenie rynkowe sprzyja np. odreagowaniu w notowaniach mocno przecenionych ostatnio walut emerging markets. EUR/PLN powinien kontynuować mozolne osuwanie się w kierunku 4,26. Oczywiście przeważają czynniki o charakterze globalnym, ale odłożenie do sejmowej zamrażarki tzw. ustawy antyspreadowej, czy pasmo dobrych danych na pewno nie przeszkadzają złotemu. Jeśli chodzi o dane to w drugiej części tygodnia poznamy źródła wrześniowego wyskoku inflacji do 2,4 proc. rok do roku. Spodziewamy się, że jednym z nich będą ceny bazowe, których dynamika rok do roku w naszych prognozach przyśpiesza z 0,7 proc. w sierpniu do 0,9 proc. we wrześniu.

Wydarzeniem dnia jest protokół z posiedzenie Fed we wrześniu, któremu towarzyszyła publikacja nowych projekcji oraz konferencja Yellen. Z tego względu uwaga będzie skierowana przede wszystkim na układ sił pomiędzy frakcją zwolenników tezy, że słabość inflacji jest przejściowa a decydentami sugerującymi zwlekanie z kontynuacją zacieśniania. Reakcja nie powinna być mocna, gdyż rynek skupia się na kwestii następcy Janet Yellen w fotelu prezesa Fed. Wiodącymi kandydatami są Powell i Warsh a swój werdykt Trump ma zakomunikować nawet w najbliższy piątek. Drugie z wymienionych nazwisk byłoby korzystniejsze dla dolara, gdyż Warsh postrzegany jest jako zacięty krytyk ilościowego luzowania i osoba zaniepokojona nadmiernie luźnymi warunkami finansowymi w gospodarce. Niezależnie od tego czynnika pozostajemy pozytywnie nastawieni do dolara, głównym motorem jego aprecjacji będzie odbicie wskaźników inflacyjnych. W przypadku EUR/USD scenariuszem bazowym pozostaje wyhamowanie zwyżki przed oporem 1,1870 a największy potencjał do silnego ruchu widzimy w przypadku USD/JPY (powinien zmierzać do 114,35). W szerszym horyzoncie bardzo dużo przestrzeni do spadków ma również AUD/USD.

Dziś należy śledzić także wieczorne wystąpienie Praeta z ECB w kontekście wskazówek odnośnie do strategii wygaszania QE. Obecnie przeważa pogląd, że Rada Prezesów skłania się do rozwiązania by pula aktywów pozyskiwanych każdego miesiąca była mniejsza a program trwał minimum do września.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Do 2021 r. globalny rynek telewizyjny będzie wart 373 mld dolarów. Technologia eye trackingu zbierze dane o zainteresowaniach użytkowników

Do 2021 r. globalny rynek telewizyjny będzie wart 373 mld dolarów. Technologia eye trackingu zbierze dane o zainteresowaniach użytkowników 3

Globalny rynek telewizyjny do 2021 r. będzie wart blisko 373 mld dolarów. Zmiany na tym rynku nie są rewolucyjne, ale ewolucja następuje w sposób ciągły. W najbliższych latach coraz większą rolę będzie odgrywać technologia eye trackingu, czyli śledzenia ruchu gałek ocznych, która zgromadzi dane o zainteresowaniach i nawykach użytkowników, przenosząc widzów do wirtualnego świata.

– Myśleliśmy, że cyfryzacja w radykalny sposób zmieni telewizję. Ale jeśli się zastanowimy, to telewizja zaczęła się od kineskopu, teraz mamy ekrany ciekłokrystaliczne. Zaczynaliśmy od telewizji naziemnej, przez kablówki, dziś mamy streaming. Zmiany są nieustanne. Tylko wyobrażamy sobie telewizję jako stabilne medium. Tymczasem zmiany zachodzą non-stop. Te dzisiejsze są dużo bardziej radykalne, ale zmiana jest po prostu nieodłączną cechą telewizji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. William Uricchio, z Massachusetts Institute of Technology.

Według najnowszego raportu sporządzonego przez analityków Technavio, do 2021 roku globalny rynek telewizyjny będzie wart niespełna 373 mld dolarów, przy wzroście średniorocznym na poziomie 10 proc. Najnowszym trendem, który ma zrewolucjonizować rynek telewizyjny w najbliższych latach jest technologia eye trackingu, czyli śledzenia ruchu gałek ocznych. Według raportu stworzonego przez serwis Markets and Markets, rynek eye trackingu w latach 2017-2023 będzie systematycznie rósł w tempie 27,4 proc., osiągając w 2023 r. wartość na poziomie 1,37 mld dolarów. Eye tracking może być wykorzystany także w innych dziedzinach.

– Dzięki zestawowi gogli, eye tracking pozwala śledzić ruchy ludzi i zbierać informacje na temat tego, czym są zainteresowani, a czym nie. Jestem pewien, że o tym myślał Mark Zuckerberg, kiedy kupował Oculusa. Ale tę technologię można wykorzystywać w innych celach – np. do podróży kosmicznych, w grach komputerowych, albo do konstruowania historii na podstawie tego, co my uznajemy za interesujące, a nie tego, co za interesujące uznał autor – wyjaśnia William Uricchio.

Ekspert zwraca także uwagę na zagrożenia, jakie niesie ze sobą najnowsza technologia. Już teraz każdy nasz ruch jest śledzony w Internecie, głównie w celach reklamowych. Według badania Pew Research Center, aż 91 proc. Internautów uważa, że konsumenci stracili kontrolę nad danymi zamieszczanymi w sieci. Za sprawą najnowszych technologii, takich jak eye tracking, będzie można śledzić użytkowników także podczas oglądania telewizji. Pozwolą one jednak także dopasować treści, dostarczane konkretnemu użytkownikowi.

– Będziemy wiedzieli na co patrzysz i czym jesteś zainteresowany. To niesie ze sobą bardzo poważne i istotne kwestie związane z ochroną prywatności. Jestem przekonany, że ten system może na siebie zarabiać. Po drugie, pozwoli nam tworzyć bardziej zindywidualizowane narracje, historie które będą się od siebie nieco różniły w zależności od użytkownika – tłumaczy William Uricchio.

Kolejnym trendem, który w przyszłości rozpowszechni się na rynku telewizyjnym, jest wirtualna rzeczywistość. Raport Zion Market Research określa, że obecna wartość rynku VR to ok. 2 mld dolarów. Rynek ten ma rosnąć w tempie 54 proc. średniorocznie, by w 2022 r. osiągnąć wartość blisko 27 mld dolarów. Tractica, firma badająca interakcje człowieka z technologią, wskazuje natomiast, że rynek aplikacji do wirtualnej rzeczywistości i akcesoriów do VR będzie rósł w tempie nawet 142 proc. rocznie. W 2020 roku ma osiągnąć pułap ponad 21 mld dolarów. W branży telewizyjnej już testowany jest tzw. responsywny VR.

– Polega on na tym, że kiedy ty patrzysz na postać, ona patrzy na ciebie. Dobrym przykładem jest tutaj Kreeb Ben Khalifa, który tworzy projekt pod nazwą „Wróg”, realizowany w MIT na zlecenie telewizji francuskiej. W scenariuszu możesz podejść do dwóch wrogów, izraelskiego żołnierza i palestyńskiego bojownika. Trik polega na tym, że oni patrzą na ciebie, więc nie powinieneś podchodzić zbyt blisko. W wersji kobiecej stosujemy gesty, nie wolno ani trzymać się zbyt daleko, ani zbyt blisko. To niezwykłe doświadczenie – przekonuje William Uricchio.

Ekspert podkreśla, że w przyszłości segment VR pozwoli czerpać jeszcze więcej wrażeń i doświadczeń z rozrywki, wznosząc ją na zupełnie nowy, jeszcze bardziej zbliżony do rzeczywistości poziom.

– Ja wiem dokładnie jak ten system został stworzony, ale i tak nie mogłem się doczekać, jak skończy się ta historia. Responsywny VR ma nam zatem dawać kontakt z rzeczami, na które patrzymy, którymi jesteśmy zainteresowani. System odpowiada na to, na co patrzymy – podsumowuje ekspert z MIT.

Studia dają pracę i lepszą płacę – prawda czy mit?

Za granicą dyplom wyższej uczelni przekłada się na wyższe zarobki, zmniejsza ryzyko bezrobocia, a w niektórych państwach ogranicza prawdopodobieństwo depresji. A jak to wygląda w Polsce? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Studenci, którzy na początku października rozpoczęli naukę na polskich uczelniach, mogą się zastanawiać, czy ukończenie studiów rzeczywiście się opłaca?

Z opublikowanych kilka tygodni temu danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (raport „Education at a Glance 2017”) płyną wnioski, że wyższe wykształcenie przynosi korzyści, i to nie tylko ludziom z dyplomem.

Wykształcenie chroni przed bezrobociem

Wyliczankę zalet z ukończenia studiów można zacząć od dostępu do pracy. Według danych OECD na koniec 2016 r. współczynnik zatrudnienia osób w wieku 25-34 lata posiadających przynajmniej licencjat wynosił w Polsce 88 proc., a przeciętnie w OECD – 83 proc. Z kolei stopa bezrobocia w naszym kraju była na poziomie 4,3 proc., przy średniej dla OECD – 6,6 proc.

Dla ludzi bez wyższego wykształcenia, ale ze średnim ogólnokształcącym, zasadniczym zawodowym i policealnym, poziom zatrudniania w Polsce wynosił 77 proc., w OECD – 76 proc., natomiast stopa bezrobocia w Polsce – 8 proc., a średnia w OECD – 9,1 proc.

Współczynnik bezrobocia wśród młodych Polaków w wieku 25-39 lat (dane Eurostat) mniej poddaje się wahaniom koniunktury dla ludzi po studiach niż dla tych bez wyższego wykształcenia. Przez minione 20 lat ten wskaźnik wynosił odpowiednio od 2,6 do 9 proc. u osób z dyplomem uczelni oraz od 6,2 do 21,1 proc. u osób bez takiego dyplomu.

Różnice we wskaźniku zatrudnienia rosną wraz z poszerzeniem grupy wiekowej. Wśród Polaków w wieku 25-64 lata odsetek zatrudnionych z wyższym wykształceniem wynosi 88 proc., natomiast bez dyplomu uczelni już jedynie – 68 proc.

Co student zainwestuje, szybko odzyska w zarobkach

Najistotniejsze w bilansie zysków i strat zdobycia wyższego wykształcenia wydaje się zestawienie kosztów dłuższej nauki z perspektywą na wyższe zarobki. Poza dodatkowymi wydatkami związanymi z dalszą edukacją student, pracujący na swoje utrzymanie, zarabia zwykle mniej od swojego kolegi, który już zakończył naukę i znalazł pełnoetatową posadę. W kolejnym etapie pracownik z wyższym wykształceniem i wyższymi zarobkami zapłaci wyższe podatki i wyższe składki na ubezpieczenie społeczne oraz otrzyma mniej świadczeń od państwa.

Według danych OECD przeciętne zarobki brutto ludzi z wyższym wykształceniem są w Polsce o ok. 60 proc. wyższe niż pracowników bez dyplomu uczelni. Jest to wynik bliski średniej w OECD – 56 proc. oraz 22 krajów UE będących w zestawieniu – 53 proc. Między poszczególnymi krajami występują jednak ogromne różnice w wynagrodzeniach – od 17 proc. w Szwecji do 137 proc. w Chile.

Premia za wykształcenie znacznie wyższa dla mężczyzn

Przekładając różnice w wynagrodzeniach na konkretne kwoty, warto pamiętać, że w celu ułatwienia porównań w opracowaniu OECD występuje parytet siły nabywczej dolara – USD PPP, a jednostka USD PPP jest warta 1,75 zł. Mężczyzna z wyższym wykształceniem podczas całej swojej kariery zawodowej zarobi w Polsce netto o 367 tys. USD PPP więcej (640 tys. zł) niż gdyby nie ukończył studiów. Z kolei kobieta po studiach zarobi w Polsce o 230 tys. USD PPP (402 tys. zł) niż zatrudniona bez dyplomu uczelni. Podane wartości uwzględniają już całkowity bilans zysków oraz kosztów.

Różnice między korzyściami z wyższego wykształcenia dla mężczyzn oraz dla kobiet występują nie tylko w Polsce. Według OECD wynikają one z ogólnego poziomu zarobków kobiet w relacji do mężczyzn, częstszej pracy kobiet w niepełnym wymiarze godzin czy konieczności pozostania w domu, opieką nad dziećmi. W skrajnym przypadku, czyli w Japonii, benefity netto z posiadania dyplomu dla mężczyzny wynoszą 239 tys. USD PPP, a dla kobiety tylko 28 tys. USD PPP.

Kraje, w których dyplom jest panaceum na depresję

OECD w swoim raporcie przeanalizował nie tylko bilans indywidualnych korzyści i strat. W wielu krajach znaczne koszty edukacji ponosi również państwo. Wszędzie jednak późniejsze wpływy z podatków przewyższają publiczne środki inwestowane w edukację.

Ciekawostka: w niektórych krajach odsetek osób z depresją w znacznym stopniu zależy od wykształcenia. W Irlandii aż 21 proc. mężczyzn oraz 26 proc. kobiet z wykształceniem gimnazjalnym i niższym przyznało w ankietach, że cierpi dla depresję. W tym kraju depresja dotknęła jedynie 8 proc. pracowników z wyższym wykształceniem. Podobne różnice istnieją w Holandii czy Wielkiej Brytanii. W Polsce wykształcenie i depresja nie są ze sobą powiązane.

Gdzie więcej wykształconych, tam mniejsze dysproporcje płacowe

Inna interesująca kwestia – im więcej na rynku pracy ludzi z dyplomem uczelni, tym różnice w wynagrodzeniach stają się mniejsze. W Brazylii, Chile czy Meksyku, gdzie jest najmniej obywateli z wykształceniem wyższym (20 proc. i poniżej), zarobki najlepiej wykształconych są ponad dwa razy wyższe niż tych, którzy zakończyli edukację wcześniej. Z kolei w Szwecji, Norwegii, Australii czy Kanadzie, gdzie dyplomem legitymuje się ponad 40 proc. społeczeństwa, różnica w wysokości płac wynosi od 17 do 40 proc.

Finalny wniosek: edukacja opłaca się wszystkim. Ludziom po studiach daje wyższe zarobki, państwu wyższe podatki, a gdy rośnie grupa pracowników z dyplomem uczelni, zwykle maleją różnice w wynagrodzeniach na całym rynku pracy.

Dzisiaj w centrum uwagi minutes Fed

W oczekiwaniu na dzisiejsze minutes Fed doszło do korekty ostatnich wzrostów rentowności obligacji. Korekcyjne osłabienie dolara do euro i umacniający się chiński juan wsparły złotego.

Rynek stopy procentowej

We wtorek na rynku stopy procentowej obserwowana była większa aktywność ze strony inwestorów po tym jak w poniedziałek w USA świętowano Dzień Kolumba. Na rynkach dominowały spadki rentowności obligacji skarbowych, co było powodowane obawami o napiętą sytuację polityczną w Hiszpanii i ryzyko ogłoszenia niepodległości przez Katalonię. W związku z tym pojawiał się wzmożony popyt na aktywa bezpiecznej przystani, przez co amerykańska krzywa dochodowości obniżyła się o blisko 5pb. Spadek krzywej US Treasuries stanowił również korektę ostatnich wzrostów, zwłaszcza biorąc pod uwagę obciążony dużą niepewnością raport z amerykańskiego rynku pracy (w związku z huraganami), który pomimo spadku zatrudnienia pokazał wzrost płac oraz niższą stopę bezrobocia.

W środę głównym wydarzeniem zagranicznym będzie publikacja minutes z wrześniowego posiedzenia amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Ostatnie prognozy zaprezentowane przez członków Fed, a także ich wypowiedzi wskazują, że w grudniu powinno dojść do trzeciej w tym roku podwyżki stóp procentowych. Obecnie taki scenariusz jest również w dużym stopniu zakładany przez rynek, gdzie implikowane prawdopodobieństwo takiego ruchu przekracza 75%. Władze Fed w ostatnim czasie bagatelizowały fakt, iż inflacja jest niższa od celu. Jednak w piątek mogą otrzymać argument za przyspieszeniem wzrostu cen, gdyż oczekuje się, że indeks CPI we wrześniu podskoczył do 2,3% r/r z 1,9% w sierpniu.

W Polsce w tym tygodniu również głównym wydarzeniem będzie publikacja danych inflacyjnych, które mogą pokazać narastanie presji inflacyjnej wynikającej nie tylko z czynników przejściowych. W takim scenariuszu kontynuowana może być przecena polskich papierów, zwłaszcza na krótkim końcu krzywej dochodowości, który w ostatnich tygodniach nie odnotował tak silnego wzrostu jak dłuższy koniec. Za takim faktem stało gołębie nastawienie Rady Polityki Pieniężnej prezentowane na ubiegłotygodniowej konferencji prasowej. Główny nurt w radzie zakłada utrzymanie stóp procentowych bez zmian nawet do końca przyszłego roku, jednak pojawiają się też głosy mówiące o możliwości dalszego łagodzenia polityki monetarnej. Zdaniem członka RPP Eryka Łona, polskie władze monetarne mogłyby pójść śladem innych banków centralnych i rozważyć aktywność na rynku akcji i obligacji korporacyjnych. Mimo wszystko rynek stopy procentowej wciąż zakłada, że kolejny ruch będzie stanowił raczej podwyżkę kosztu pieniądza, a krzywa FRA wycenia go już nawet w perspektywie 12 miesięcy.

Tymczasem, wrześniowe raporty inflacyjne opublikowane były już w Czechach i na Węgrzech. W Czechach inflacja przyspieszyła do 2,7% r/r z 2,5% co może skłaniać Czeski Bank Narodowy do kolejnej podwyżki stóp procentowych. Natomiast ceny nieznacznie obniżyły się na Węgrzech (do 2,5% r/r z 2,6%), gdzie zgodnie z retoryką Narodowego Banku Węgier możliwe jest dalsze niekonwencjonalne łagodzenie warunków monetarnych.

Dzisiaj w centrum uwagi minutes Fed

Autor: Arkadiusz Trzciołek, PKO Bank Polski S.A.

Rynek walutowy

Wtorek przyniósł kontynuację korekcyjnego trendu wzrostowego na rynku głównej pary walutowej i spadkowego na rynku złotego. Jeszcze podczas sesji europejskiej kurs EURUSD przełamał opór na poziomie 1,18 zaś EURPLN spadł poniżej 4,29. W rejony najwyższe od tygodnia pchnęły wspólną walutę m.in. kolejne solidne dane makro oraz jastrzębie komentarze przedstawicielki EBC, które wzmocniły przekonanie inwestorów, iż perspektywy dla gospodarek strefy euro są optymistyczne.

Zdaniem Sabine Lautenschlaeger z Rady Prezesów ECB, od przyszłego roku bank powinien zacząć już ograniczać skalę skupu aktywów z zamiarem całkowitego zakończenia programu. Lautenschlaeger, która prezentuje mocno jastrzębie stanowisko wskazywała również, że czynniki obniżające inflację są tymczasowe, więc nawet jeśli cierpliwość i wsparcie są wciąż potrzebne gospodarce, dalsze zwiększanie bilansu banku nie jest już konieczne.

Z kolei niemieckie dane handlowe za sierpień pokazały wzrost eksportu o 3,1% m/m, znacznie przekraczając 1,2% miesięczny wzrost importu. W rezultacie skorygowana sezonowo nadwyżka w handlu wzrosła z 19,5 mld euro w lipcu do 21,7 mld euro, pokazując najwyższy poziom od kwietnia 2016 r. Oznacza to, że niedawna aprecjacja euro względem dolara (w sierpniu maksimum dla kursu EURUSD wynosiło 1,2069) miała nieznaczny wpływ na niemieckich eksporterów. Dobre odczyty pokazała też sierpniowa niemiecka produkcja przemysłowa. Z wynikiem najwyższym od sześciu lat na poziomie 2,6% m/m równie mocno wspiera rozpoczęcie taperingu w Europie. W najbliższych dniach inwestorzy ponownie skupią się więc na EBC, który 26 października podczas posiedzenia zadecyduje, czy będzie kontynuował program luzowania ilościowego w przyszłym roku, a jeśli tak, to w jakiej skali. Sygnały od członków banku wskazują, iż mogą oni opowiedzieć się za przedłużeniem okresu jego trwania (prawdopodobnie o sześć lub dziewięć miesięcy), ale i również za redukcją skali skupu aktywów.

Uspokojenie się sytuacji politycznej w Europie (obserwatorzy zakładają, że niepodległość Katalonii jest mało prawdopodobna, wczoraj przywódca ruchu niepodległościowego ogłosił niezależność regionu, ale ze wskazaniem, że skutki deklaracji powinny być odroczone, aby umożliwić negocjacje) w połączeniu z osłabieniem dolara do euro sprzyjały wczoraj złotemu. Warto tu wspomnieć też o wywiadzie Ł. Hardta z RPP, który zasugerował niewielką podwyżkę stóp na początku 2018 roku, jeśli prognozy banku centralnego pokażą możliwość przekroczenia celu inflacyjnego, wynoszącego 2,5% w dwóch-trzech kolejnych kwartałach. Po wrześniowym posiedzeniu RPP uwaga inwestorów przesunięta została w stronę listopadowej projekcji NBP, która (w świetle tych słów) może nasilić polaryzację poglądów wśród członków Rady. Mało prawdopodobne wydaje się jednak, by już w pierwszych miesiącach przyszłego roku w Radzie zdołała zbudować się większość, która przegłosowałaby prezesa A. Glapińskiego.

We wtorek wsparcie złotemu dał też umacniający się chiński juan. Kurs USDCNY spadł do 6,572. Prezes Ludowego Banku Chin ogłosił pilną potrzebę otwarcia sektora finansowego kraju, ostrzegając jednocześnie, że reforma będzie znacznie trudniejsza, jeśli nie zostanie wykorzystany obecny korzystny moment. Konieczne jest zwiększenie handlu zagranicznego i zagranicznych inwestycji, bardziej rynkowy mechanizm ustalania wartości juana oraz poluzowanie kontroli kapitału. Odkąd Zhou Xiaochuan kieruje bankiem centralnym m.in. zakończył powiązanie juana z dolarem i odszedł od ograniczenia stopy depozytowej. Nadzorował też „awans” juana do statusu waluty rezerw.

W środę, w centrum uwagi znajdzie się przede wszystkim protokół w ostatniego posiedzenia FOMC. Trudno jest oczekiwać, aby nie zawierał on jastrzębich akcentów, co oznacza że powinien nasilić popyt na dolara. Im zaś mocniejszy dolar, tym większa będzie presja podażowa na złotego.

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski S.A.

Medycyna zmierza w kierunku robotyzacji. Polska jednym ze światowych liderów innowacji w tej dziedzinie

Medycyna zmierza w kierunku robotyzacji. Polska jednym ze światowych liderów innowacji w tej dziedzinie 4

Innowacyjne rozwiązania na rynku medycznym skupiają się wokół robotyzacji i telemedycyny. Od kilku lat w tempie dwucyfrowym rośnie rynek telemedycyny. Do 2021 roku będzie rósł w tempie średnio 16 proc. rocznie, a jego wartość może osiągnąć 55,1 mld dolarów. Coraz częściej w tej dziedzinie wykorzystywana jest też sztuczna inteligencja, a operacje już wykonywane są w sposób autonomiczny przez roboty. Jednym z liderów innowacyjnych rozwiązań w medycynie jest Polska. Fundacja Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu pracuje nad własnym medycznym robotem.

– Na początku września w Chinach doszło do pierwszej operacji wykonanej przez robota w sposób w pełni autonomiczny. Robot wykonał rekonstrukcję szczęki, po wykonaniu rekonstrukcji zamontował jeden ze sztucznych implantów zębowych. Fundacją Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu im. Zbigniewa Religi pracuje nad własnym robotem, odpowiednikiem da Vinci. Ma świetny progres, dobrze widać, w jakim kierunku idą ich rozwiązania, to coś, co wydaje się być kolejnym etapem – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mateusz Kierepka, prezes zarządu MedApp, firmy opracowującej innowacyjne rozwiązania z zakresu medycyny.

Coraz częściej medycyna wykorzystuje sztuczną inteligencję, która w znaczący sposób może pomóc zmniejszyć kolejki do gabinetów lekarskich. Lekarze mogą skorzystać ze specjalnego oprogramowania, które wykorzystuje zebrane informacje i na ich podstawie jest w stanie przewidzieć przyszłość, np. wystąpienie w określonym czasie danej choroby u pacjenta.

– Pracujemy nad systemami sztucznej inteligencji, która wykorzystuje wiedzę zdobytą od lekarzy i pomaga lekarzom znacznie lepiej diagnozować przyszłość – jest w stanie podpowiedzieć, czy jest duża szansa na to, że Jan Kowalski za tydzień będzie miał konkretny przypadek chorobotwórczy. Lekarz musi to potwierdzić, bo tylko on zna tego pacjenta, ale dając lekarzowi tego typu narzędzia, znacznie poprawiamy jego wydajność i jego codzienną pracę – mówi Mateusz Kierepka.

Ważnym trendem na rynku medycznym jest telemedycyna, która może zrewolucjonizować system opieki zdrowotnej, przyspieszyć możliwość rozpoznania choroby i poprawić jakość monitorowania leczenia. Jak wynika z raportu BCC Research, globalny rynek telemedycyny w 2016 roku miał osiągnąć wartość 23,8 mld dolarów. Do 2021 roku będzie ona rosła w tempie średnio 16 proc. rocznie, do poziomu 55,1 mld dol. Według raportu firmy badawczej Research and Markets, rynek telemedycyny do 2025 r. ma osiągnąć wartość 78 mld dolarów.

– Rozwiązania telemedyczne to według nas jest przyszłość. Dzięki nim pacjent jest w stanie szybciej się kontaktować z lekarzem, nie musi jechać na miejsce, a lekarz jest w stanie maksymalnie szybko zareagować w przypadku, gdy następują konkretne zdarzenia, np. serce przestaje działać w taki sposób, jak powinno albo jak pracowało do tej pory, reakcja jest natychmiastowa. Zmieniamy naszą służbę zdrowia z takiej działającej po fakcie na taką, która działa, gdy coś się dzieje – zapewnia prezes zarządu MedApp.

Jak wynika z raportu „mHealth App Developer Exonomics” firmy badawczej research2guidance, obecnie w najpopularniejszych sklepach z aplikacjami znajduje się 259 tys. aplikacji oferujących usługi telemedyczne. Według badania PwC i GSMA9, tzw. mZdrowie (z ang. mHealth – mobile Health) pozwoli zaoszczędzić do końca 2017 roku ok. 100 mld euro na kosztach opieki zdrowotnej w Unii Europejskiej. Jak przekonuje ekspert, liderem w zakresie nowoczesnych rozwiązań medycznych jest Polska.

– Jesteśmy w świetnym miejscu, Polska jest zagłębiem, znacząco wyprzedzamy cały świat w wielu miejscach. Wiedza naszych lekarzy, specjalistów, naukowców jest czymś, co będzie w krótkim czasie mocno owocowało – twierdzi Mateusz Kierepka.

Mimo dobrej koniunktury, deweloperzy unikają agresywnych zakupów pod nowe nieruchomości

Dr Łukasz Bernatowicz z BCC zauważa, że obecnie rośnie rywalizacja między deweloperami o to, kto kupi więcej i lepiej zlokalizowanych gruntów. Wygrają ci, którzy mają zgromadzone środki na nabycie dodatkowych terenów. Pozostali muszą się kredytować, żeby wykorzystać dobrą koniunkturę i nie wypaść z wyścigu o klienta. Warto też zaznaczyć, że umowy zawierane z bankami są dziś dużo bezpieczniejsze dla inwestorów, niż przed laty. To obniża ryzyko występowania spektakularnych upadłości na tym rynku. W ocenie eksperta Łukasza Sęktasa, branża bardzo dojrzała po fali bankructw. Nabywanie ziem powyżej cen rynkowych zdarza się już rzadko i dotyczy wyjątkowo zdesperowanych inwestorów.

Jak zauważa prezes zarządu TIARA Development, ostatnio wzrósł obrót działkami deweloperskimi. Wynika to m.in. z tego, że w czasie poprzedniego boomu mieszkaniowego wielu inwestorów zbudowało zbyt duże tzw. banki gruntów. W efekcie nie potrzebowali oni kupować kolejnych terenów przez ok. 8 lat. Zdaniem Łukasza Sęktasa, te zasoby w końcu się zmniejszyły i deweloperzy ponownie przystąpili do zwiększonych zakupów, ale tym razem robią to dużo ostrożniej, niż w poprzednich latach.

– Ci, którzy zgromadzili nadwyżki w środkach operacyjnych i teraz nabywają więcej gruntów za gotówkę, wygrają z konkurencją. Jest to szczególnie istotne w przypadku spółek notowanych na GPW, bo one muszą zadbać o interesy swoich akcjonariuszy. Firmy, nieprzygotowane do dobrej koniunktury, muszą się kredytować, co oczywiście wiąże się z dodatkowymi kosztami. Inaczej wypadną z wyścigu na rynku nieruchomości, który nabiera coraz większego tempa – mówi dr Łukasz Bernatowicz, ekspert ds. infrastruktury prawa budowlanego i zamówień publicznych z Business Centre Club.

Według prezesa Sęktasa, planowanie jest dość skomplikowane w branży deweloperskiej, ze względu na długi proces inwestycyjny, często sięgający 3-4 lat. Gromadzenie gruntów w czasach dekoniunktury nie jest łatwe, szczególnie w dużych firmach, np. giełdowych, gdzie kadrę zarządzającą ocenia się na podstawie rocznych wyników. Ciężko też jest przekonać inwestorów do zakupu dodatkowych terenów, gdy sprzedaż mieszkań jest niska. A kiedy następuje boom na rynku, trudno jest już o sensowne i tanie zakupy. Problemem jest przede wszystkim niewystarczająca ilość ziemi w dobrych lokalizacjach. Oczywiście najwięksi gracze najczęściej koncentrują się na wielu rynkach, a mniejsi budują na obrzeżach miast albo specjalizują się w drogich lokalizacjach, usytuowanych w centrach metropolii.

– Myślę, że tzw. kumulacja boomu deweloperskiego jest jeszcze ciągle przed nami. Powinna nastąpić w przyszłym roku, ale też nie urwie się raptownie. Będzie kończyła się łagodnie, bez żadnego tąpnięcia. Wynikać to będzie z tego, że deweloperzy działają bardziej przezornie, niż w latach 2008-2009, kiedy kilku dużych graczy zbankrutowało. Wnioski zostały wyciągnięte z tamtej nauki. To znaczy, inwestorzy nie wydają już tak pochopnie środków, jak wcześniej. I dokładnie planują swoje inwestycje – ocenia dr Bernatowicz.

Jak wyjaśnia Łukasz Sęktas, po ostatnim boomie mieszkaniowym deweloperzy nauczyli się, że nic nie trwa wiecznie. Wtedy spora część inwestorów, spodziewając się dalszego wzrostu cen mieszkań i poziomów sprzedaży, gromadziła ziemie „na zapas”. Grunty były kupowane bardzo drogo i po osłabieniu koniunktury okazało się, że na wielu z nich nie uda się wybudować nieruchomości i sprzedać ich z zyskiem. Wówczas nastąpił szereg bankructw. Niektórzy, chcąc zakończyć inwestycje, musieli dopłacać do sprzedawanych mieszkań. Podobne tendencje były widoczne również w innych krajach Europy, np. w Hiszpanii, a także w Stanach Zjednoczonych.

– Banki też są lepiej przygotowane na udzielanie kredytów deweloperom, ponieważ w dużo bezpieczniejszy sposób zawierają z nimi umowy. Inwestorzy muszą się wylegitymować znacznie bardziej szczegółowym raportem, niż kilka lat temu. Potem oczywiście są rozliczani z każdego etapu prowadzonej budowy. Jeżeli nie jest ona dociągnięta do określonego poziomu, nie wpływa kolejna transza pieniędzy. W związku z tym, deweloperzy bardzo dbają o to, żeby wszystko robić w terminie – wyjaśnia dr Bernatowicz.

Deweloperzy mogą intensyfikować swoje zyski, budując coraz więcej mieszkań, ale to jest bardzo trudne. Eksperci są zgodni co do tego, że łatwo można się przeliczyć. W związku z tym, trzeba postępować zgodnie z biznesplanem i nie podejmować pochopnych decyzji, mimo że okoliczności wydają się ku temu sprzyjające. Jak pokazują doświadczenia deweloperów z kilku ostatnich lat, trzymanie się dyscypliny budżetowej jest najważniejsze w tym biznesie. Wielu przedstawicieli branży zakłada, że zyski przyjdą same, przy rozsądnym podejściu. Bardzo korzystna koniunktura mieszkaniowa będzie bowiem sprzyjać powiększaniu dochodów.

– 10 lat temu, podczas boomu mieszkaniowego, deweloperzy przelicytowywali się między sobą, podbijając ceny gruntów, czasami nawet kilkukrotnie. Obecnie już nie widać na rynku tak agresywnych zachowań, choć czasem zdarzają się też zakupy powyżej cen rynkowych. Dokonują ich zdesperowani inwestorzy, którym brakuje gruntów pod inwestycje. Niemniej, branża jest dziś dużo dojrzalsza i mądrzejsza. Sytuacja jest tylko trudniejsza dla nowych graczy, bo ceny transakcyjne gruntów w ostatnich 2-3 latach wzrosły o kilkadziesiąt procent, ale też wynagrodzenia wykonawców poszybowały w górę – komentuje Łukasz Sęktas.

Natomiast dr Bernatowicz dodaje, że zyski deweloperów, wbrew pozorom, nie są ogromne. Wynoszą 8-12% w skali roku. I to już jest naprawdę dobrym wynikiem. Boom mieszkaniowy przyniesie korzyści nie tylko tej branży, ale wielu innym dziedzinom gospodarki. W ślad za inwestorami pójdą firmy budowlane i wykończeniowe. Dobra passa czeka także architektów wnętrz i projektantów zieleni oraz tych wszystkich specjalistów, którzy w różnym zakresie zagospodarowują nowoczesne osiedla mieszkaniowe. Oczywiście zyskają również producenci mebli i sprzętu RTV i AGD. Ekspert z BCC przewiduje, że ww. sektory m.in. dlatego będą prężnie się rozwijały w najbliższych latach.

– Przede wszystkim rozwiną się ci deweloperzy, którzy będą w stanie zaoferować to, czego oczekują klienci, w rozsądnych cenach. Z kolei najwięcej mogą stracić niedoświadczeni inwestorzy. Jeżeli niezdecydowany, świeży na rynku gracz spóźni się z zakupem gruntu i czasem budowy, to w skrajnym przypadku nawet nie odzyska zainwestowanych pieniędzy. Nastąpiłoby to, gdyby ceny mieszkań lekko spadły za 3-4 lata, co nie jest mało prawdopodobne – podsumowuje Łukasz Sęktas.

HEAL: Energetyka węglowa generuje koszty zdrowotne na poziomie 16 miliardów euro. Nowe unijne regulacje mogą je ograniczyć do miliarda euro

HEAL: Energetyka węglowa generuje koszty zdrowotne na poziomie 16 miliardów euro. Nowe unijne regulacje mogą je ograniczyć do miliarda euro 5

W Europie energetyka węglowa odpowiada za ok. 23 tys. przedwczesnych zgonów rocznie i generuje koszty zdrowotne sięgające 63 mld euro – wynika z raportu „Europe’s Dark Cloud”. W Polsce koszty te wynoszą do 16 mld euro. Mimo to produkcja, wydobycie i spalanie węgla wciąż są dotowane ze środków publicznych. Pieniądze te mogłyby zostać przesunięte na przyjazne dla zdrowia, odnawialne źródła energii lub na nowe szpitale i kształcenie lekarzy – podkreślają przedstawiciele HEAL.

 Spalanie węgla powoduje szereg chorób i powikłań. W wyniku spalania emitowane są do atmosfery bardzo szkodliwe substancje, pyły zawieszone różnej wielkości, dwutlenek azotu, dwutlenek siarki, rtęć. Powoduje to między innymi powikłania związane z układem oddechowym, napady astmy, zaostrzenia objawów astmy, alergii, choroby układu krwionośnego. Zanieczyszczenie powietrza może prowadzić do udaru mózgu, do zapalenia oskrzeli i płuc, a przede wszystkim do raka płuc – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Muras, specjalistka ds. komunikacji w Health and Environment Alliance (HEAL Polska).

Zanieczyszczone powietrze jest niebezpieczne przede wszystkim dla dzieci i osób starszych, a także dla kobiet w ciąży. 97 proc. Polaków jest narażonych na stężenia pyłów powyżej poziomu rekomendowanego przez WHO (20 μg/m3 dla PM10 – stężenie roczne). Co roku w Polsce umiera przedwcześnie ponad 40 tys. osób z powodu zanieczyszczeń powietrza.

– Zanieczyszczeniom powietrza należy poświęcać uwagę nie tylko w okresie grzewczym, lecz także latem, gdy powstaje ozon w reakcji fotochemicznej tlenków azotu z tlenem. To wszystko na nas wpływa, zwłaszcza na alergików, którzy odczuwają to ze zwielokrotnioną siłą – mówi Muras.

Istotny wpływ na jakość powietrza ma energetyka węglowa. Raport „Europe’s Dark Cloud: How coal-burning countries are making their neighbours sick” przygotowany przez European Environmental Bureau (EEB), Climate Action Network (CAN) Europe, WWF, Sandbag oraz HEAL, ocenia, że emisje z energetyki węglowej są odpowiedzialne w Europie za 23 tys. przedwczesnych śmierci oraz dziesiątki tysięcy schorzeń. Skutki oddychania zanieczyszczonym powietrzem kosztują nawet 62,3 mld euro.

Raport HEAL „Ukryte koszty: jak wycofanie dotacji do paliw kopalnych poprawi zdrowie publiczne” wskazuje, że każdego roku spalanie surowców kopalnych skraca życie 6,5 mln osób na świecie. Jest przyczyną groźnych chorób, w tym raka. Koszty spadają na obywateli, przemysł nie ponosi kosztów leczenia, skutków zmiany klimatu ani degradacji środowiska.

– Koszty zdrowotne powodowane przez energetykę węglową w Polsce to 16 mld euro rocznie. Te koszty, nawet do 1 miliarda euro, mogłaby ograniczyć nowa dyrektywa, która weszła w życie w sierpniu. Koszty te obejmują nie tylko hospitalizację, lecz także utracone dni pracy czy wcześniejsze renty, wszystkie związane z tym, że nie możemy funkcjonować tak, jak funkcjonowalibyśmy, gdybyśmy nie byli narażeni na szkodliwe substancje – tłumaczy ekspertka HEAL Polska.

Przegłosowane w kwietniu, a przyjęte w sierpniu standardy emisyjne BAT (Best Available Techniques) dla obiektów wysokiego spalania mogą do połowy 2021 roku przyczynić się do zmniejszenia liczby przedwczesnych zgonów spowodowanych spalaniem węgla z 23 do blisko 9 tys. rocznie, a koszty zdrowotne ponoszone z tytułu chorób spadną z 63 do 24 mld euro.

Wciąż jednak w Europie na węgiel i górnictwo przeznacza się miliardy euro rocznie.

– Gdyby przesunąć te środki np. na ochronę zdrowia, to w Polsce można by za równowartość krajowych subwencji zbudować rocznie 34 szpitale i zatrudnić kilkadziesiąt tysięcy lekarzy. To cele, które można byłoby dotować za pomocą pieniędzy, które są obecnie pompowane w przemysł węglowy. Te środki można byłoby przeznaczyć na odnawialne źródła energii, które są nieszkodliwe i jednocześnie miałyby szansę się rozwijać – ocenia Agnieszka Muras.

Raport HEAL wskazuje, że w krajach grupy G20 koszty przedwczesnych zgonów związanych z zanieczyszczeniem powietrza spowodowanym spalaniem paliw kopalnych są sześciokrotnie większe niż dotacje (2,7 bln dol. vs. 444 mld dol.).

– W Szwajcarii nie ma dopłat do przemysłu węglowego. Na ten przemysł jest za to nałożony specjalny podatek i dopłaca on do odnawialnych źródeł energii. Jesteśmy za tym, aby dopłacać na takim poziomie, na jakim potrzeba pobudzić OZE. Rośnie stężenie dwutlenku węgla, mamy zmiany klimatyczne, na co wpływ przede wszystkim spalanie paliw kopalnych. Odczuwamy to na co dzień, nigdy wcześniej nie było tak radykalnych zmian klimatu wywołanych działalnością człowieka. Gdybyśmy przesunęli te środki, które co roku przeznaczamy na produkcję, wydobycie i spalanie węgla w stronę odnawialnych źródeł energii, wszystkim przyniosłoby to korzyści – przekonuje Agnieszka Muras.

Nowe śmigłowce mogą wzmocnić bezpieczeństwo nad Bałtykiem. Bez tego akcje ratunkowe są utrudnione

Nowe śmigłowce mogą wzmocnić bezpieczeństwo nad Bałtykiem. Bez tego akcje ratunkowe są utrudnione 6

Aktualizacja 10.10.17 godz. 21:00

Marynarka Wojenna potrzebuje nowych śmigłowców do patrolowania wód terytorialnych i wybrzeża Bałtyku – podkreśla kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek. Zapewnienie bezpieczeństwa żeglarzom, rybakom i turystom wymaga zakupu nowych maszyn, dostosowanych do ratowania życia i prowadzenia akcji w trudnych warunkach meteorologicznych.  Z odpowiednim sprzętem Polska, w ramach współpracy międzynarodowej, mogłaby też udzielać pomocy innym krajom nadbałtyckim.

– Aby zwiększyć możliwości ratownicze i zapewnić bezpieczeństwo na naszych wodach terytorialnych, trzeba wyposażyć naszą armię w śmigłowce, które będą technicznie dostosowane do wykonywania zadań ratowniczych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek ze Szkoły Morskiej w Gdyni.

Od początku września całodobowy dyżur w systemie ratownictwa morskiego i lotniczego pełni załoga śmigłowca W-3WARM „Anakonda” w Gdyni Babich Dołach, natomiast w godz. 11.00-19.00 dyżuruje również załoga śmigłowca Mi-14PŁ/R lub W-3WARM na lotnisku w Darłowie. System ratownictwa wspiera też całodobowo załoga samolotu patrolowego Bryza, dyżurująca na lotnisku w Siemirowicach koło Lęborka.

W tym roku Brygada Lotnictwa Marynarki Wojennej rozpoczęła prace nad wydłużaniem resursu, czyli zdolności użytkowej dwóch śmigłowców Mi-14PŁ/R, przeznaczonych do zadań ratowniczych. Wydłużenie resursu pozwoli eksploatować maszyny jeszcze przez kolejne cztery lata, jednak Marynarka Wojenna pilnie potrzebuje nowych śmigłowców.

– W mojej ocenie na Wybrzeżu, na naszych 32 tys. mkw. wód terytorialnych, powinniśmy mieć trzy punkty ratownicze: Górki Zachodnie, Darłowo i Dziwnów. To najbardziej optymalna strefa dla zapewnienia bezpieczeństwa na całym obszarze naszych wód terytorialnych, bezpieczeństwa ludzi żeglujących zawodowo oraz sportowo i turystycznie. Może się wydawać, że te 32 tys. mkw. to niewiele i nie potrzeba tak dużych śmigłowców. Jednak ratownictwo morskie, prowadzone z pokładu śmigłowca, to nie tylko nasze wody terytorialne. Z odpowiednim sprzętem moglibyśmy udzielać pomocy w ramach współpracy międzynarodowej innym krajom przynależącym – mówi kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek.

Z podpisanej przez Polskę  Międzynarodowej Konwencji o poszukiwaniu i ratownictwie morskim wynika zadanie utrzymywania sił lotniczych gotowych do ratowania zdrowia i życia w wyznaczonej strefie odpowiedzialności na Bałtyku (tzw. SAR, ang. Search and Rescue), której powierzchnia wynosi nieco ponad 30 tys. mkw. To zadanie w całości spoczywa na Brygadzie Lotnictwa Marynarki Wojennej.

– Sytuacja, która miała miejsce stosunkowo niedawno, czyli katastrofa Jana Heweliusza, pokazała sprawne działanie służb niemieckich. Natomiast nasze lotnictwo nie wzięło udziału w akcji ratowniczej ze względu na warunki hydrometeorologiczne. Gdybyśmy dysponowali wtedy śmigłowcami we wspomnianym rejonie, na pewno szybko zostałaby przeprowadzona akcja ratunkowa – uważa kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek.

Marynarka Wojenna dysponuje obecnie śmigłowcami średniego zasięgu W3RM. Są to maszyny po modernizacji, których stan techniczny pozwala zapewniać podstawowe bezpieczeństwo na Bałtyku. Jednak zasięg i ładowność, czyli liczba osób, które maszyny są w stanie jednorazowo zabrać na pokład w trakcie akcji ratowniczej, nie są wystarczające i nie spełniają potrzeb służb ratowniczych.

– Na naszych wodach terytorialnych coraz częściej odwiedzanych przez turystów, którzy chętnie przyjeżdżają wypoczywać nad Bałtyk, boimy się przede wszystkim zimna i hipotermii. Bałtyk jest cały rok zimny, więc pomoc musi być natychmiastowa. Na Morzu Bałtyckim są takie miejsca jak platformy wiertnicze, ludzie pracują na morzu, dlatego należy tę pomoc zapewnić w jak najkrótszym czasie – podkreśla kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek.

W końcówce ubiegłego roku Ministerstwo Obrony Narodowej „w ramach pilnej potrzeby operacyjnej” rozpisało przetarg na zakup 16 śmigłowców dla polskiej armii, w tym ośmiu maszyn przeznaczonych do prowadzenia misji ratowniczych na morzu, które mają trafić do Marynarki Wojennej. W postępowaniu, które MON chce zamknąć przed końcem roku, biorą udział Airbus Helicopters (producent Caracali), firma Sikorsky – należąca do amerykańskiego koncernu Lockheed Martin (producent S70i Black Hawk), oraz należące do Leonardo Helicopters polskie zakłady PZL-Świdnik, w których produkowany jest śmigłowiec AW101.

Z punktu widzenia ratownika uważam, że śmigłowiec ratowniczy powinien być tworzony z myślą o ratownictwie i przeznaczony wyłącznie do misji poszukiwawczo-ratowniczych. To powinna być duża maszyna, dobrze doposażona, pewna i przygotowana do działań morskich w charakterze ratowniczego statku powietrznego – mówi kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek.

W ocenie ratownika z 30-letnim stażem potrzebom służb ratunkowych najlepiej odpowiadają produkowane w Świdniku śmigłowce AW101, ze względu na ich ładowność, dużą liczbę miejsca i możliwość udzielania poszkodowanym pierwszej pomocy przedmedycznej już na pokładzie maszyny.

– Z tyłu jest bardzo dużo miejsca, można prowadzić reanimację i resuscytację za pomocą wszystkich urządzeń dostępnych w medycynie ratunkowej. Maszyny na wyposażeniu polskiej Marynarki Wojennej, które biorą udział w akcjach ratunkowych, to nie są śmigłowce kolumny sanitarnej. Ich głównym zadaniem jest przyjąć sygnał, odnaleźć rozbitka, podjąć rozbitka z wody lub innego terenu trudno dostępnego, jakim jest platforma wiertnicza, statek czy jacht, i podczas transportu do szpitala lub na lotnisko udzielać pomocy przedmedycznej. Duża kabina ładunkowa w tylnej części pozwala na reanimację, dlatego uważam AW101 za jeden z najlepszych śmigłowców – mówi kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek.

Co piąty Polak biega. Zainteresowanie tym sportem widać wyraźnie w mediach społecznościowych

Co piąty Polak biega. Zainteresowanie tym sportem widać wyraźnie w mediach społecznościowych 7

Bieganie to coraz bardziej medialny temat. Tylko w sierpniu i we wrześniu na portalach i w mediach społecznościowych pojawiło się około 300 tys. wpisów na ten temat, które wygenerowały ponad 40 mln interakcji – wynika z danych Instytutu Monitorowania Mediów. Internauci poszukują przede wszystkim wiadomości na temat treningów, sposobów na kontuzje oraz porad dotyczących sprzętu. Dla firm zaangażowanie w dyskusje internautów to szansa na wypromowanie swojego produktu lub samej marki.

 W sierpniu i we wrześniu zmonitorowaliśmy ponad 300 tys. wpisów w mediach społecznościowych i artykułów na portalach. To oznacza, że co godzinę powstaje około 200 materiałów na temat biegania. Ta kwestia angażuje wiele marek oraz znanych osób – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Pawłowska z Instytutu Monitorowania Mediów.

Duże zaangażowanie internautów budzą nie tylko wpisy biegaczy i osób promujących zdrowy styl życia. Niemal każdy post, który dotyczy biegania, spotyka się z dużym zainteresowaniem. Z badania przeprowadzonego przez IBRIS Instytut Badań Rynkowych i Społecznych wspólnie z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki wynika, że w Polsce biega 22 proc. dorosłych osób. To jedna z najczęściej wybieranych aktywności fizycznych. Zainteresowanie tym sportem widać też w internecie.

– W ciągu 2 miesięcy wszystkie wpisy wygenerowały ponad 40 milionów interakcji, z czego najwięcej, bo aż 80 proc., to udostępnienia – wskazuje Magdalena Pawłowska.

Z danych IMM wynika, że najwięcej postów pojawia się na Facebooku, Instagramie i Twitterze. Internauci chętnie dzielą się informacjami dotyczącymi techniki biegania czy miejscami idealnymi na trening. W mediach społecznościowych często też umawiają się na wspólne bieganie. Szukają porad dotyczących treningów, wyboru akcesoriów oraz sposobów na zapobieganie kontuzjom.

– To doskonała okazja dla marek, aby zaangażować się w naturalną dyskusję w mediach społecznościowych, a przy okazji zareklamować swój produkt. Najwięcej takich wzmianek pojawia się na Facebooku. Tam znajdziemy ponad 40 proc. wszystkich publikacji dotyczących biegania – mówi Magdalena Pawłowska.

Najbardziej aktywne na swoich fanpage’ach są Runner’s World Polska, On the Move oraz Sklep Biegacza. Dla firm włączenie się w dyskusję internautów to szansa na zbudowanie swojego wizerunku jako eksperta w danej dziedzinie, a także na promocję swoich produktów.

 W naszej strategii uznaliśmy, że celem nie będzie budowanie bezpośredniej sprzedaży, ale jej wsparcie i pokazanie nas jako osób pasjonujących się bieganiem. Dlatego zależy nam na tworzeniu różnorodnych treści i materiałów, począwszy od materiałów produktowych, jak recenzje sprzętu, pokazanie nowości, poprzez materiały poradnikowe, informacyjne i ciekawostki z biegowego świata – mówi Paweł Matysiak ze Sklepu Biegacza.

Targetem marki mogą być sami biegacze, zwłaszcza że jest to grupa bardzo zróżnicowana. Część osób to doświadczeni sportowcy, którzy biegają regularnie od dłuższego czasu, biorą udział w maratonach czy ultramaratonach, ale też amatorzy i ci, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z bieganiem. Dużą grupą, do której mogą dotrzeć marki, jest też rodzina biegaczy i obserwatorzy biegów.

 Przygotowanie merytorycznych i wartościowych materiałów to nie wszystko. Ważna jest ich odpowiednia dystrybucja i to, aby trafiły do konkretnego odbiorcy. Pole do popisu dają tutaj media społecznościowe, które mają bardzo duże możliwości kierowania. Wszystko po to, aby współtworzyć środowisko biegowe w Polsce, być miejscem stworzonym przez biegaczy dla biegaczy, chcemy być miejscem pierwszego wyboru, zwiększać ruch na naszej stronie internetowej, a tym samym naszą sprzedaż – tłumaczy Paweł Matysiak.

BGK prognozuje umocnienie złotówki i osłabienie kursu dolara

Ostatnie dni były pozytywną niespodzianką, jeśli chodzi o umocnienie złotówki. Miało na to wpływ kilka wydarzeń w kraju i za granicą. Po polskiej stronie leży niewątpliwie kolejna pozytywna wiadomość, jeśli chodzi o wzrost gospodarczy. Pojawiły się już pierwsze informacje dotyczące trzeciego kwartału, także pozytywne. Tempo wzrostu utrzymuje się na dobrym poziomie. W niektórych obszarach, jak np. budownictwo zanotowano także przyspieszenie. Fundamentalne podstawy gospodarcze są lepsze niż można było oczekiwać. Znajduje to odzwierciedlenie w walucie. Na wcześniejsze osłabienia złotego przekładały się oczekiwania wobec banków centralnych za granicą, przede wszystkim Rezerwy Federalnej w Stanach i Europejskiego Banku Centralnego, które teraz będą zaostrzać politykę monetarną.

– W drugim kwartale przekroczono szacowane wyniki. Nie dotyczy to tylko PKB, ale i innych wskaźników – powiedział agencji eNewsroom Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego – Obecnie spodziewamy się, że tak dobrej – z punktu widzenia kredytobiorców – polityki nie będzie, ale i tak sprzyja ona aktywom takich krajów jak Polska. Polski złoty korzysta na tej zmianie, nie jest to jednak trwały trend. Kiedy banki centralne podejmą oczekiwane kroki, sytuacja powróci do normy i złoty powróci do poziomu 4,25-4,30 wobec euro. Wydaje się to być stanem równowagi, biorąc pod uwagę sytuację w krajowej gospodarce oraz długoterminową politykę monetarną za granicą. Jeżeli chodzi o pozostałe waluty, to można się spodziewać dalszego osłabienia dolara wobec euro. W perspektywie najbliższych miesięcy w pewnym stopniu będzie tak również ze złotówką, która jednak nie spadnie raczej wobec amerykańskiej waluty. Od kilku tygodni zaobserwować można powrót franka szwajcarskiego w relacji do euro, po tym jak w styczniu Bank Szwajcarii przestał bronić kursu waluty. Tendencja ta będzie postępować. Z punktu widzenia polskich kredytobiorców sytuacja będzie się poprawiać, mimo spodziewanego niewielkiego osłabienia złotego wobec euro – dodał Kaczor.

Dolarowa defensywa

Wtorkowy kalendarz wydarzeń makroekonomicznych nie należał do porywających. Uwagę inwestorów skradły dane z brytyjskiej gospodarki, które finalnie należy ocenić jako niezbyt satysfakcjonujące. Wydźwięk pokaźnego wzrostu produkcji przemysłowej (1,6 proc. r/r, konsensus: 0,9 proc.) oraz produkcji wytwórczej (2,8 proc. r/r, konsensus: 1,9 proc.) zniweczyły szacunki deficytu handlowego, który w sierpniu uplasował się na poziomie 14,2 mld GBP (konsensus: -11,2 mld). Na rynku surowcowym prawdziwy roller-coaster notuje ropa. Obecnie West Texas Intermediate przebija się przez poziom 51,00 USD za baryłkę, notując tym samym ruch rzędu 3,0 proc.

Na dalszym planie znalazły się doniesienia z niemieckiej gospodarki, która w sierpniu odnotowała nadwyżkę w wymianie międzynarodowej na poziomie 20,0 mld EUR (konsensus: 19,5 mld EUR). Tak dobry wynik to między innymi zasługa silniejszej dynamiki eksportu (3,1 proc. m/m, konsensus: 1,1 proc.), co należy wiązać między innymi z obecnością silniejszych efektów sezonowych. Na fali niezbyt pomyślnych danych znalazła się norweska korona, która przez lwią część dnia była zakładnikiem zdecydowanie słabszej inflacji bazowej (1,0 proc. r/r) niż wynikałoby to z mediany rynkowych oczekiwań (1,2 proc.).

Wtorkową słabość dolara wykorzystały wszystkie waluty koszyka państw G10. Na czele zestawienia z niewielką przewagą znajduje się szwedzka korona (0,6 proc.), która lekko ucieka dzisiejszej aprecjacji euro (0,5 proc.) czy funta szterlinga (0,5 proc.). Na koniec dnia EUR/USD próbuje ustabilizować swoje notowania nad poziomem 1,1800, a GBP/USD balansuje przy 1,3210. Najbardziej zachowawczą walutą pozostało kiwi, którego 0,2 proc. aprecjacja wypycha NZD/USD w okolice poziomu 0,7080.

W gronie walut Emerging Markets dzisiejszej kondycji dolara nie wykorzystało między innymi meksykańskie peso, które na przestrzeni dnia odnotowało relatywnie skromną skalę osłabienia. Niekwestionowanym królem koszyka pozostaje południowoafrykański rand. Jego 1,1 proc. zwyżkę próbują gonić południowokoreański won (0,9 proc.) oraz polski złoty (0,9 proc.), który zyskuje miano lidera regionu. Na koniec dnia EUR/PLN wraca do poziomu 4,2860, USD/PLN schodzi do 3,6330, CHF/PLN stabilnie przy 3,7250, a GBP/PLN przebija się pod poziom 4,8000.

Na Starym Kontynencie obserwowano wyraźny podział sentymentu. Ze zniżkowych nastrojów udało się wyłamać giełdzie w Londynie, której wzrosty napędzały Persimmon (2,3 proc.) za sprawą zmiany rekomendacji przez Redburn na „kupuj” oraz Burberry Group (2,2 proc.) po świetnych wynikach sprzedażowych francuskiego koncernu Louis Vuitton Moët Hennessy (2,2 proc.). Najsilniej rosnącym indeksem na Starym Kontynencie został ponownie WIG 20 (0,7 proc.). Nastroje przy Książęcej poprawiła wypowiedź Jacka Sasina, posła Prawa i Sprawiedliwości, który poinformował o wstrzymaniu prac nad projektem ustawy spreadowej. Najsilniejszy ruch ku wyższym poziomom odnotował posiadający pokaźny portfel kredytów walutowych mBank (3,5 proc.). W cieniu jego wzrostów znalazły się między innymi Bank Zachodni WBK oraz PKO BP, które dzisiejszą sesję zakończyły ze zwyżką rzędu 2,7 proc.

Ze wzrostowych nastrojów wyraźnie wyłamała się giełda w Madrycie. Jutrzejsze nastroje wśród komponentów indeksu IBEX 35 (-0,9 proc.) będą zależały od dzisiejszych postanowień katalońskiego rządu. Skromniejszy ruch ku niższym poziomom odnotował DAX (-0,2 proc.) oddalający się od okrągłego poziomu 13 000 pkt. Rynkowy optymizm próbowała narzucić Lufthansa (2,5 proc.), której władze poinformowały o zawarciu długookresowego porozumienia ze związkami zawodowymi. Nieco niżej znalazły się walory Deutsche Post (1,7 proc.) za sprawą doniesień dotyczących nawiązania współpracy z NVIDIĄ w zakresie autonomicznego prowadzenia pojazdów. Listę komponentów na frankfurckim parkiecie zamknął Fresenius ze zniżką rzędu 2,2 proc.

Udaną sesję na rynku surowców notują metale szlachetne, którym obecnie przewodzi platyna ze zwyżką rzędu 1,4 proc. Niewiele mniejszy ruch ku wyższym poziomom notuje srebro (1,1 proc.) stabilizujące swoje notowania powyżej poziomu 17,1600 USD za uncję. W przypadku złota należy mówić o ponownym przebiciu poziomu 1 290 USD, który zagwarantował dzienny ruch rzędu 0,5 proc. W cieniu sytuacji na światowym rynku ropy znalazł się między innymi gaz ziemny (1,7 proc.). Podobną skalę zwyżki notuje lider płodów rolnych – sok pomarańczowy, którego listopadowe kontrakty na przestrzeni dnia podrożały o 1,6 proc.
Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Czy banki docierają do fanów konkurencji?

Czy banki mogą na Facebooku docierać do fanów swojej konkurencji? Mogą – najlepiej robi to Alior i Idea – nie tylko poprzez posty wirusowe, ale i komunikację swoich klientów.

siec1

Na fanpage Alior Banku, Idea Banku, Citi Handlowego i Eurobanku jest najwięcej osób, które są aktywne na innych fanpage bankowych. Sprawdziliśmy to patrząc na posty, komentarze, like’i i share’y osób aktywnych na wielu różnych fanpage bankowych. To właśnie te 4 banki docierają do osób zainteresowanych innymi bankami na Facebooku.

fp-banki-w3

We wrześniu i na początku października 2017 najbardziej angażowały – zdobyły najwięcej like’ów – fanpage ING BŚ i Alior Banku – poprzez posty z mechaniką comment or like – skierowane do szerokiej publiczności.

fp-banki-w2

We wrześniu i na początku października 2017 najwięcej postów bankowych zostało opublikowanych na fanpage PKO BP i mBank Polska. Osoby aktywne na fanpage PKO BP i mBank Polska rzadko są aktywne na fanpage innych banków.

Źródło: IRCenter.com

MON i MSWiA mogą utrudnić prowadzenie biznesu w strefach ochronnych

Ministerstwo Obrony Narodowej i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji mogą utrudnić lub uniemożliwić prowadzenie działalności gospodarczej w strefach ochronnych – ostrzega Konfederacja Lewiatan, oceniając ustawę związaną z uproszczeniem realizacji inwestycji służących bezpieczeństwu i obronności państwa.

Możliwość ustanawiania obszaru zastrzeżonego i strefy ochronnej wokół niego, dokonywanego na podstawie ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, w sposób znaczący może wpłynąć na prawa i obowiązki obywateli, których aktywność życiowa będzie się koncentrowała w strefach ochronnych.

Takie zmiany są przewidziane w projekcie ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z uproszczeniem realizacji inwestycji służących bezpieczeństwu i obronności państwa. Na podstawie tej ustawy ministrowie resortów „siłowych” będą mogli, w drodze rozporządzenia ustanowić strefę ochronną, w której będzie obowiązywało szereg ograniczeń w zakresie podstawowych praw i wolności. Takich rozporządzeń może być wydanych wiele, a żadne z nich nie będzie zawierało uzasadnienia, co w sposób oczywisty jest sprzeczne z art. 2 Konstytucji.

W strefie ochronnej można ustanowić ograniczenia w dopuszczalnym lub faktycznym sposobie zagospodarowania terenu, w tym dotyczące jego przeznaczenia oraz wykonania robót budowlanych. Ponadto można ustanowić ograniczenia w zakresie przebywania osób lub swobody poruszania się.

– Takie unormowania, oprócz ograniczeń podstawowych praw człowieka, mogą doprowadzić do uniemożliwienia prowadzenia działalności gospodarczej, co przy całkowitej dowolności w ustanawianiu strefy ochronnej wydaje się być niedopuszczalne, w szczególności, że podmioty zainteresowane nigdy nie poznają uzasadnienia takiego postępowania władzy wykonawczej. Również tryb dochodzenia odszkodowań za takie ograniczenia jest niejasny i nieprecyzyjny.

Dodatkowo, organy władzy wykonawczej będą mogły dowolnie wyłączać konsultacje projektów rozporządzeń, powołując się na klauzulę obronności i bezpieczeństwa, chcąc uprościć sobie proces legislacyjny – mówi Dominik Gajewski, radca prawny, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Solato zwycięzcą polskiej odsłony konkursu PowerUp!

Spośród uczestników regionalnej gali finałowej jury wyłoniło najlepszy start-up pracujący nad innowacjami w energii: firmę Solato. Bracia Piotr i Maciej Murawscy zaprezentowali rozwiązanie mające na celu optymalizację pracy elektrycznych urządzeń grzewczych w inteligentnej sieci. System gromadzi i przetwarza dane pochodzące z urządzeń i dostarcza je do dostawcy energii niemal w czasie rzeczywistym. Pozwala to na oszczędności zarówno dla dostawców, jak i użytkowników podłączonych do sieci.

Drugie miejsce w konkursie przyznano Whittle Power Solutions: Paweł Woźniak zaprezentował turbinę gazową dostarczającą ciepło i prąd dla domów jednorodzinnych. Trzecie miejsce zajął LeSSs, reprezentowany przez Piotra Ostanka: LeSSs to inteligentny system sterowania oświetleniem zewnętrznym za pomocą kamer HD, który zarządza poziomem światła w zależności od obecności osób w pobliżu lamp ulicznych.

Start-upy zaprezentowały różnorodne rozwiązania, ale widoczny jest trend „smart”, stawiający na oszczędzanie i optymalizację zużycia energii. Zwycięska firma Solato wychodzi naprzeciw zapotrzebowaniu, które widzimy na rynku energetycznym, a ich inteligenta sieć może pozwolić na duże oszczędności na bardzo szeroką skalę. Możliwość globalnego zastosowania była jednym z najważniejszych kryteriów branych pod uwagę przez jurorów mówi Łukasz Świercz, Business Creation Officer w InnoEnergy Central Europe, przewodniczący jury.

Do trzeciej edycji konkursu organizowanego przez InnoEnergy – największy europejski akcelerator w branży cleantech, przystąpiło niemal 160 start-upów z 23 krajów Europy Środkowej. Regionalna gala finałowa w Warszawie, podobnie jak 11 pozostałych finałów regionalnych (odbywających się między innymi na Węgrzech, w Grecji, Chorwacji, Litwie, Czechach i Estonii), poprzedzona była intensywnymi bootcampami: biznesowe warsztaty w Polsce poprowadził Rafał Szczepanik, doświadczony trener i szkoleniowiec. Uczestnicy mieli okazję zweryfikować modele biznesowe i udoskonalić sztukę prezentacji.

Podczas regionalnej gali finałowej przed jury oraz inwestorami i przedstawicielami mediów, swoje innowacyjne rozwiązania zaprezentowało 8 najlepszych start-upów z Polski.

Naszą główną ideą jest połączenie wszystkich elektrycznych urządzeń grzewczych w domach w jeden duży organizm, który współpracuje z dostawcami prądu tak, by umożliwić korzystanie z energii elektrycznej w najbardziej optymalny sposób. Uważamy, że jeżeli pomysł jest dobry, a w jego realizację wkładamy całe serce i energię – to musi się udać. Trzeba próbować swoich sił w takich konkursach jak PowerUp! – komentują swoje zwycięstwo Piotr i Maciej Murawscy.

Uczestnicy PowerUp! oceniani byli między innymi w kontekście świadomości biznesowej oraz potencjału zespołu i gotowości produktu:

Jesteśmy bardzo zainteresowani środowiskiem start-upowym i ważny jest dla nas udział w tego typu przedsięwzięciach, zwłaszcza organizowanych przez naszego wieloletniego partnera –  InnoEnergy. Jako członek jury zwracałem uwagę głównie na innowacyjność, realne szanse zastosowania rozwiązania oraz zespół i jego ambicje – mówi Paweł Poneta, kierownik zespołu badań i rozwoju w Tauron Polska Energia. Tauron jest regionalnym partnerem konkursu w Polsce.

W jury, oprócz Pawła Ponety i Łukasza Świercza, zasiedli również inni cenieni fachowcy z sektora energii i venture capital: Konrad Sitnik (partner zarządzający w EEC Ventures), Paweł Bochniarz (Chairman MIT Enterprise Forum) oraz Witold Rożnowski (dyrektor badań i rozwoju w RAFAKO). Rafako zostało partnerem globalnym konkursu, a tak jego wagę ocenia Agnieszka Wasilewska–Semail, prezes i dyrektor generalny spółki:

– Popieramy misję InnoEnergy związaną z innowacjami w dziedzinie energii odnawialnej, która jest zgodna z filozofią biznesową RAFAKO – nasza praca nie tylko ogranicza się do projektowania i produkcji różnego rodzaju instalacji. Naszym ambitnym celem jest doprowadzenie do wytwarzania energii elektrycznej w jak najbardziej przyjazny dla środowiska sposób. Konkurs PowerUp! doskonale wpisuje się w cele RAFAKO i mamy nadzieję, że odkryte firmy przyczynią się do poprawy czystości naszego środowiska.

Publiczność miała również możliwość wysłuchania Krzysztofa Hołowczyca w roli keynote speakera, który mówił o analogiach w dążeniu do sukcesu w sporcie i w biznesie.

22 listopada Solato stanie w szranki z laureatami pozostałych regionalnych odsłon konkursu w RaM Colosseum w Budapeszcie, gdzie powalczy o nagrody finansowe (20 000 Euro za pierwsze miejsce) oraz udział w prestiżowym akceleratorze Highway®, pomagającym przekształcać start-upy we wczesnej fazie rozwoju w dobrze prosperujące przedsiębiorstwa.

Spółka w Wielkiej Brytanii – dlaczego założenie spółki typu LTD się opłaca?

Jak założenie spółki w Wielkiej Brytanii może pomóc freelancerom rozwinąć biznes, zwiększyć zyski oraz zoptymalizować płacone podatki.

W globalnej wiosce niezwykle łatwo jest pracować z dowolnego miejsca na świecie. Dlaczego więc tego nie robić, zwłaszcza jeśli można wtedy płacić mniejsze podatki?

Choć w drugiej połowie XX w. nastąpił rozpad brytyjskiego imperium kolonialnego, to Zjednoczone Królestwo zachowało bardzo silną pozycję polityczną i gospodarczą w Europie, pozostając poza Unią Gospodarczą i Walutową. Jako jeden z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ i członek-założyciel NATO oraz Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, Zjednoczone Królestwo zachowało mocarstwową pozycję na świecie. Fakt, że zdecydowało się wyjść z Unii Europejskiej w 2017 r., wg prognoz ekspertów nie będzie miał negatywnego przełożenia na prowadzenie biznesu w tym kraju.

Trzeba pamiętać, że to właśnie Wielka Brytania jest twórcą anglosaskiego systemu prawnego obecnego również w takich krajach jak Stany Zjednoczone, Australia czy Nowa Zelandia.

Jak założyć spółkę typu Limited?

Angielska spółka typu Limited (LTD) to odpowiednik polskiej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Obie spółki posiadają osobowość prawną. Ich finanse są odrębne od finansów właścicieli firmy. Udziałowcy odpowiadają za zobowiązania spółki tylko do wysokości wniesionego wkładu, a dokładniej do wartości posiadanych udziałów. W przypadku spółek Limited nie ma wymogu co do minimalnej wysokości kapitału założycielskiego – spółkę można rejestrować nawet z kapitałem zakładowym 1 funta. Minimum jeden udział musi zostać przyznany. Funkcje dyrektora, sekretarza i udziałowca mogą pełnić osoby fizyczne lub inne firmy.

Zysk firmy kapitałowej objęty jest podatkiem od osób prawnych (corporation tax), który obecnie, w 2017 r., wynosi 19%. Firma typu Limited jest wiarygodną, najpopularniejszą dziś formą prowadzenia działalności gospodarczej w Wielkiej Brytanii. Angielską spółkę LTD można założyć i prowadzić, nawet jeśli nie jest się rezydentem czy mieszkańcem Zjednoczonego Królestwa. Do rejestracji wymagana jest tylko jedna osoba (pełniąca jednocześnie funkcje dyrektora i udziałowca; funkcja sekretarza jest opcjonalna). Osoba lub osoby wchodzące w skład struktury spółki Limited nie muszą być rezydentami Wielkiej Brytanii, mogą to być obywatele z dowolnych części świata. Dane dyrektorów, sekretarzy i udziałowców są jawne i dostępne w rejestrze handlowym (Companies House) dla opinii publicznej. Aby zapewnić większą prywatność osobom będącym beneficjentami ostatecznymi spółki, można skorzystać z usług dyrektorów powierniczych (nominee directors), a nawet udziałowców powierniczych (nominee shareholders) działających na podstawie declaration of trust – umowy będącej oświadczeniem o powierzonych udziałach.

Korzyści z założenia spółki typu LTD

Spółki zarejestrowane w Wielkiej Brytanii mogą skorzystać na tym, że kraj ten ma renomę stabilnego i wiarygodnego biznesowo. Jeżeli działają one bowiem na rynkach zagranicznych, firma ich spółki jest na pewno lepiej odbierana przez kontrahentów niż obco brzmiąca „sp. z o.o.”.

Poza tym spółka typu LTD może służyć nie tylko do prowadzenia działalności operacyjnej, ale i do ochrony aktywów. Związane jest to z konkurencyjnym opodatkowaniem zysków z udziałów w spółce tego typu w Wielkiej Brytanii. Szczególne możliwości powstają, jeśli udziałowcem jest spółki kapitałowa z typowego „raju podatkowego”, np. Gibraltaru. Jurysdykcje „offshore” dobrze chronią informacje dotyczące struktury właścicielskiej i majątkowej spółek, a jednocześnie nie nakładają podatku dochodowego na dochody z tytułu udziału w LTD, jeśli prowadzi ona swoją działalność poza daną jurysdykcją. Dlatego też zwłaszcza w takiej sytuacji UK LTD stanowi bardzo reprezentacyjne i prestiżowe opakowanie dla struktury korporacyjnej, która w innych okolicznościach mogłaby zostać uznana za spółkę stosującą szkodliwą konkurencję podatkową.

Założenie spółki LTD będzie szczególnie korzystne dla programistów, blogerów, coachów/trenerów, fotografów, specjalistów ds. marketingu oraz przedstawicieli innych zawodów, których można określić wspólnym mianem: freelancerzy.

Im niepotrzebne są biura, zakłady ani zezwolenia. Grono klientów zainteresowanych ich usługami nie ogranicza się do rządowych instytucji – są to zawody w 100% wolne, nie ma więc przeszkód, by ich wykonawcy mieli w swoim gronie klientów podmioty z różnych krajów.

Struktura proponowanego rozwiązania może ograniczyć się do założenia samej spółki LTD. Ciekawe są jednak również warianty łączące je z polską jednoosobową działalnością gospodarczą lub inną spółką w typowej jurysdykcji offshorowej. Wszystko zależy od indywidualnej sytuacji biznesowej.

Autorzy: prawnik Aleksandra Budzyńska, mec. Robert Nogacki – Kancelaria Prawna Skarbiec

Doręczanie pism od fiskusa

Naczelny Sąd Administracyjny stwierdził, że profesjonalny pełnomocnik nie musi być na platformie ePUAP, aby skutecznie doręczano mu pisma. Niewskazanie adresu elektronicznego na tej platformie nie stanowi takiego braku formalnego pisma, który uniemożliwia skuteczne złożenie odwołania od decyzji administracyjnej.

Elektroniczny adres do doręczeń na platformie ePUAP

Od 1 stycznia 2016 r. obowiązują nowe zasady doręczania pism pełnomocnikom profesjonalnym (doradcom podatkowym, radcom prawnym, adwokatom). Z art. 144 § 5 ordynacji podatkowej wynika, że pełnomocnikom profesjonalnym oraz organom administracji publicznej pisma są doręczane za pomocą środków komunikacji elektronicznej albo w siedzibie organu podatkowego.

Przez ostatnie kilkanaście miesięcy organy podatkowe zwiększyły nacisk na doręczanie pism za pośrednictwem portalu podatkowego lub adresu elektronicznej skrzynki podawczej na platformie ePUAP. Urzędy skarbowe zaczęły stosować te przepisy bardzo restrykcyjnie, twierdząc, że wskazanie adresu elektronicznego stanowi obowiązek pełnomocnika, nie zaś jego uprawnienie. W rezultacie w wielu przypadkach niewskazanie takiego adresu skutkowało pozostawieniem odwołania bez rozpoznania.

Profesjonalny pełnomocnik nie musi być na platformie ePUAP

Jednak Naczelny Sąd Administracyjny z wyroku NSA z 22 marca 2017 r., sygn.. akt I GSK 166/17 stwierdził, że niewskazania w pełnomocnictwie szczególnym adresu elektronicznego przez pełnomocnika profesjonalnego nie można zaliczyć do braków, które uniemożliwiają nadanie podaniu właściwego biegu. NSA orzekł, że brak adresu elektronicznego w pełnomocnictwie jest tylko problemem technicznym, a organ podatkowy, wydając postanowienie pozostawiające odwołanie bez rozpoznania, odebrał stronie prawo do załatwienia sprawy podatkowej dwa razy, zgodnie z zasadą dwuinstancyjności. Adres elektroniczny jest tylko ułatwieniem dla organów podatkowych, które w jednym dokumencie otrzymują pełnomocnictwo oraz dane niezbędne do komunikowania się z pełnomocnikiem – ocenił NSA. Nie wyklucza to doręczenia profesjonalnemu pełnomocnikowi dokumentów w sposób tradycyjny w przypadku wystąpienia problemów technicznych uniemożliwiających organowi podatkowemu doręczenie pism za pomocą środków komunikacji elektronicznej.

Sprawa, w której został wydany powyższy wyrok, dotyczyła wydania przez jednego z naczelników urzędu celnego decyzji określającej zobowiązanie w podatku akcyzowym w związku z wewnątrzwspólnotowym nabyciem samochodu osobowego. Strony, które były reprezentowane przez adwokata, wniosły odwołanie od tej decyzji. W odpowiedzi na wezwanie do uzupełnienia braków formalnych odwołania poprzez złożenie pełnomocnictwa szczególnego wykazującego umocowanie adwokata do wniesienia odwołania pełnomocnik załączył potwierdzone za zgodność z oryginałem kopie pełnomocnictw szczególnych. W tych pełnomocnictwach nie został wskazany adres elektroniczny na platformie ePUAP.

Dyrektor izby celnej pozostawił odwołanie bez rozpoznania, gdyż jego zdaniem w świetle art. 144 § 5 ordynacji podatkowej pełnomocnik będący adwokatem lub radcą prawnym zobligowany był do utworzenia adresu elektronicznego na platformie ePUAP. Natomiast nieusunięcie braku formalnego pisma skutkuje pozostawieniem odwołania podatnika bez rozpoznania. Strony wniosły do sądu administracyjnego skargę na to postanowienie, ale sąd I instancji uznał skargę za nieuzasadnioną. Dopiero na skutek zaskarżenia orzeczenia sądu I instancji Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok korzystny dla stron postępowania.

Skutki wyroku NSA na przyszłość

Naczelny Sąd Administracyjny w tym przypadku uchylił wyrok sądu administracyjnego oraz decyzję izby celnej. Dyrektor izby celnej będzie zobowiązany do uwzględnienia oceny prawnej wyrażonej przez NSA. Jest to z pewnością precedensowe orzeczenie, które będzie miało wpływ na ocenę przepisów ordynacji podatkowej przez urzędników przy rozpatrywaniu kolejnych spraw.

Autor: mec. Paula Fijałkowska, mec. Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Transakcje łańcuchowe – studium przypadku

Transakcje łańcuchowe to skomplikowana materia i zwykle trudno określić z całą pewnością, jakie powinno być opodatkowanie określonych transakcji w łańcuchu. Zależy to bowiem od wielu czynników. W ostatnim czasie orzecznictwo dostarcza nam kolejnych przykładów sytuacji problematycznych, w których najbezpieczniej zwrócić się o radę do profesjonalnego pełnomocnika.

Stan faktyczny sprawy

W 2014 r. jeden z największych polskich podmiotów paliwowych nawiązał współpracę z polską spółką prawa handlowego na dostawę biokomponentów do swojej rafinerii. Dostawy miały być realizowane zgodnie z formułą kontraktową CFR GDYNIA według Incoterms. Po podpisaniu kontraktu polska spółka prawa handlowego zaczęła realizować kontrakt, transportem morskim dostarczając biokomponent do polskiego koncernu paliwowego. Dostawy realizowane były w formule dostaw wewnątrzwspólnotowych w ramach transakcji łańcuchowych, o których mowa w art. 22 ust. 2 ustawy o VAT. Uczestniczyło w nich kila podmiotów, przy czym towar był transportowany bezpośrednio od pierwszego sprzedawcy bezpośrednio do ostatecznego nabywcy. Zgodnie z obowiązującymi przepisami w takiej sytuacji tylko jedna z transakcji, tzw. transakcja ruchoma, może mieć status dostawy wewnątrzwspólnotowej (WDT), natomiast pozostałe mają status dostawy w miejscu – są to tzw. transakcje nieruchome. Zgodnie z orzecznictwem TSUE status transakcji ruchomej powinna mieć transakcja, w trakcie której następuje rzeczywiste przemieszczenie towaru od dostawcy do ostatecznego nabywcy. Z uwagi na fakt, że polski dostawca do polskiej grupy paliwowej nie był organizatorem wysyłki, słusznie rozpoznał swoją transakcję z ostatecznym nabywcą jako dostawę nieruchomą i wystawił fakturę ze stawką VAT podstawową (23%) .

Postępowanie kontrolne

W 2016 r. jeden z dyrektorów UKS wszczął w spółce postępowanie kontrolne. W wyniku kontroli i przeanalizowania transakcji łańcuchowej organ kontroli doszedł do wniosku, że – z uwagi na formułę kontraktową CFR (INCOTERMS) widniejącą na fakturze dostawy do ostatecznego nabywcy oraz identyczną formułę zastosowaną do transakcji poprzedzającej – ryzyko utraty towaru przeszło na kupującego w momencie wysyłki towaru z zagranicy. W efekcie to transakcja pomiędzy ostatnim sprzedającym i ostatecznym nabywcą winna posiadać status dostawy ruchomej, a więc faktura winna być wystawiona ze stawką VAT 0%. Postępowanie kontrolne zostało zakończone wydaniem decyzji organu kontrolnego, w której zmieniono przebieg transakcji gospodarczej w ten sposób, że dostawa krajowa pomiędzy przedostatnim w łańcuchu dostaw podmiotem a ostatecznym nabywcą została uznana za WDT. Jednocześnie z uwagi na wystawienie przez podmiot krajowy faktury ze stawką VAT 23% organ uznał konieczność zapłaty ujawnionego podatku na fakturze na podstawie art. 108 ustawy o VAT. Podmiot krajowy złożył odwołanie od przedmiotowej decyzji do organu II instancji. Z uwagi na znaczną kwotę będącą przedmiotem sporu (równą kwocie należnego podatku VAT, jak stanowi art. 108 ustawy o VAT) ustanowił w sprawie profesjonalnego pełnomocnika.

Postępowanie odwoławcze

Profesjonalny pełnomocnik przeanalizował akta kontroli oraz decyzję organu I instancji i doszedł do wniosku, że odwołanie winno być uzupełnione o dodatkowe argumenty.

Przede wszystkim podniósł w uzupełnieniu odwołania dodatkowy zarzut, że organ I instancji nie przeanalizował kompletnej transakcji łańcuchowej, a jedynie dwie ostatnie, i z uwagi na zastosowaną regułę kontraktową zmienił przebieg transakcji gospodarczej. Pełnomocnik dokonał analizy całej transakcji łańcuchowej i wskazał, że aby właściwie zinterpretować zaistniałą sytuację i poprawnie ustalić transakcję ruchomą w łańcuchu dostaw, trzeba przeanalizować całą transakcję łańcuchową (od pierwszego dostawcy do ostatniego nabywcy). Należy ustalić, kiedy nastąpiło faktyczne rozpoczęcie przemieszczenia towaru na terytorium kraju. Żeby uzyskać dowód przesądzający, trzeba wskazać, który podmiot w łańcuchu dostaw organizował i rozpoczął transport towaru do ostatecznego nabywcy.

Przebieg transakcji wyglądał w następujący sposób. Transakcja między podmiotem A i B odbywała się na warunkach dostawy FOB. Oznacza to, że był określony port załadunku, a ryzyko i koszty przechodzą na kupującego z momentem dokonania załadunku na statek. Transakcja ta poprzedzała rzeczywisty transport do odbiorcy ostatecznego, w związku z czym ma charakter transakcji nieruchomej.

Następna transakcja, pomiędzy podmiotem B oraz C, była dokonywana zgodnie z warunkami dostawy CFR. Oznacza to, że dostawę uważa się za zrealizowaną w momencie załadunku towaru na statek przewoźnika wskazanego przez dostawcę. Drugi w łańcuchu dostaw podmiot przenosił ryzyko utraty lub uszkodzenia towaru oraz koszty na trzeci podmiot w łańcuchu dostaw w momencie załadowania towaru na statek. W tym też momencie rozpoczął się transport towaru do Polski do ostatecznego nabywcy.

Potwierdzeniem, że drugi podmiot w transporcie towarów był organizatorem transportu, jest faktura wystawiona przez spedytora na rzecz firmy X za usługi transportowe na rzecz zagranicznego podmiotu drugiego w łańcuch dostaw. Faktura obciąża drugi podmiot w łańcuchu dostaw kosztami frachtu na odcinku Rotterdam–Gdynia.

Wraz z załadunkiem na zlecenie drugiego podmiotu w łańcuchu dostaw rozpoczął się właściwy transport towaru do ostatecznego nabywcy. Ponieważ transport ma charakter wewnątrzwspólnotowy, podmiot B rozpoznał u siebie dla celów podatku od wartości dodanej wewnątrzwspólnotową dostawę towarów (podmiot podał do rozliczenia niemiecki numer identyfikacyjny dla celów podatku od wartości dodanej), natomiast podmiot C rozpoznał wewnątrzwspólnotowe nabycie towaru (wskazał do rozliczenia polski numer identyfikacyjny dla celów VAT). Mamy więc w tym wypadku do czynienia z transakcją mającą charakter transakcji ruchomej.

Dodatkowo podmiot B posiada wszystkie dokumenty związane z transportem towaru, przygotowywał dokumentację wywozową (na jego zlecenie dokonał tego spedytor). Zgodnie z zasadą, że w transakcji łańcuchowej tylko jedna transakcja może mieć charakter transakcji ruchomej, natomiast pozostałe transakcje mają charakter transakcji nieruchomych, pozostałe transakcje krajowe należy uznać za nieruchome.

Transakcje krajowe nieruchome zostały dokonane na bazie CFR i w zasadzie wskazują moment, w którym kolejny podmiot z łańcucha dostaw rozporządza towarem jako właściciel. Nie ma to jednak żadnego znaczenia dla ustalenia, która z tych transakcji ma charakter transakcji ruchomej, ponieważ ta już została wskazana – jest to transakcja podmiotu dokonującego rzeczywistego rozpoczęcia transportu do podmiotu ostatniego w łańcuchu dostaw. Identyczne stanowisko prezentuje zarówno orzecznictwo wspólnotowe oraz krajowe, jak i piśmiennictwo.

Po przeprowadzonym postępowaniu odwoławczym organ II instancji uchylił decyzję organu I instancji z uwagi na nieprzeanalizowanie przez ten ostatni kompletnej transakcji łańcuchowej.

Rola profesjonalnego pełnomocnika

Decyzja podmiotu o ustanowieniu w sprawie profesjonalnego pełnomocnika bez wątpienia była słuszna. Rozbudowana przez niego analiza przebiegu transakcji pozwoliła bowiem wzmocnić argumentację podniesioną przez podatnika w odwołaniu od decyzji i przyczyniła się do uchylenia decyzji organu I instancji. Uchroniła go także przed skutkami finansowymi wykonania niekorzystnej decyzji organu I instancji.

Autorzy:doradca podatkowy Jerzy Tatarczak, mec. Robert Nogacki Kancelaria Prawna Skarbiec

Finiata najszybciej rozwijającym się fintechem w Polsce

Mikrofaktoring okazał się niezwykle przydatną usługą dla polskich przedsiębiorców. Na platformie Finiaty w przeciągu czterech miesięcy zarejestrowało się ponad 4500 klientów, a obrót finansowania z każdym miesiącem rośnie o 100%. Ponad 70% klientów korzysta wielokrotnie z usług Finiaty. Dobre wyniki skłoniły fintecha nie tylko do rozszerzenia oferty i pozyskania nowej grupy odbiorców, ale również do pomysłu o powiększeniu samej firmy.

FinTech, czyli Financial Technology to sektor gospodarki obejmujący przedsiębiorstwa operujące w branży finansowej oraz technologicznej. Do tego grona zaliczamy firmy,
które świadczą usługi finansowe za pośrednictwem Internetu. Swoją ofertę kierują przede wszystkim do tych osób, które zaczynają dzień ze smartfonem w ręku.

Początkowo oferta Finiaty była przygotowany z myślą o sektorze małych i średnich przedsiębiorstw oraz freelancerów. Usługa na polskim rynku okazała się olbrzymim sukcesem więc Finiata przygotowała ofertę również dla większych firm.

– Promocyjną ofertę, nawet z 50-procentową zniżką skierowaliśmy zarówno do większych przedsiębiorstw jak i naszych stałych klientów, którzy zadeklarują przekazanie minimum 80 tysięcy złotych brutto do faktoringu miesięcznie. – powiedział Grzegorz Micyk, CEO, Finiata Polska.

Oferta okazała się strzałem w dziesiątkę. Wartość sfinansowanych faktorów Finiaty w przeciągu miesiąca podwoiła się, zaś retencja (wskaźnik lojalności klientów) utrzymuje się na poziomie 70-80%. To znak, że zapotrzebowanie na poprawę płynności finansowej w sektorze MSP jest niezwykle duże i jest ono trwałe.

Sukces zachęcił fintecha do kolejnych działań. Teraz myśli o przejęciu innych firm
ze swojej branży.

– Zapotrzebowanie na poprawę płynności finansowej w firmach jest niezwykle duże.
W Polsce Finiata oferuje usługę mikrofaktoringu cichego od lipca tego roku i już zdobyła liczne grono klientów. Chcemy się rozwijać i docierać do kolejnych grup odbiorców. Skupowanie mniejszych firm z naszego sektora to kolejny krok w tym kierunku. – powiedział Grzegorz Micyk, CEO, Finiata Polska.

Dzięki usłudze cichego faktoringu z regresem (Finiata nie kontaktuje się z klientem) przedsiębiorcy otrzymują płatnośćza wystawioną fakturę w ciągu 24 godzin od zaakceptowania jej w systemie, a spłata finansowania zostaje odroczona nawet do 120 dni. Kontrahenci klientów Finaty nie są informowani o tym, że ich dostawca korzysta z zewnętrznego finansowania. Faktura jest płacona bezpośrednio na konto dostawcy, a nie Finiaty. Po otrzymaniu zapłaty dostawca zwraca uzyskaną wcześniej zaliczkę do Finiaty.

Zasady funkcjonowania usługi są bardzo proste: przedsiębiorca rejestruje się na platformie Finiaty i otrzymuje limit faktoringowy. Wprowadzając faktury do systemu wykorzystuje przyznaną przez Finiatę kwotę. Przedsiębiorca sam ustala okres finansowania faktury (30/60/90 dni). Jeśli wcześniej ustalony termin okaże się zbyt krótki, może go przedłużyć  nawet do 120 dni, przy czym 14 dni karencji jest bezpłatne. To co przedsiębiorcy cenią sobie najbardziej to fakt że w Finiata data wymagalności faktury nie jest powiązana
w żaden sposób z data zwrotu finansowania – przedsiębiorca w każdej chwili przed data wymagalności może sfinansować fakturę i ciągle otrzyma finansowanie na 30 lub więcej dni.

Usługa Finiaty jest prosta do wyliczenia: 4 zł + VAT za każde 100 zł kwoty na finansowanej fakturze, za każde 30 dni okresu finansowania. Dodatkowo bezpłatnie oferowane
są podstawowe działania związane z uruchomieniem finansowania, m. in. rozpatrzenie wniosku, czy przeprowadzenie analizy kredytowej.

Polityka dyktuje kursy walut

Polityka mocno wpływa na kursy walut. W efekcie sporu dyplomatycznego pomiędzy USA a Turcją, związanego z wydawaniem wiz oraz aresztem tureckiego pracownika amerykańskiego konsulatu w Istambule, głęboki spadek wartości wobec amerykańskiego dolara zanotowała turecka lira (2,8%). Do amerykańskiego dolara traci także dolar nowozelandzki, co związane jest z politycznym patem po wyborach parlamentarnych – politycy na antypodach mają problem z utworzeniem nowego rządu. Z kolei brytyjski funt zyskuje do dolara w reakcji na umocnienie pozycji premier Wielkiej Brytanii Theresy May.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar wzrasta wobec japońskiego jena (+0,05%), a traci do euro (-0,34%), brytyjskiego funta (-0,46%), dolara kanadyjskiego (-0,14%) oraz dolara australijskiego (-0,27%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,177, GBP/USD – 1,317, USD/CAD – 1,252, AUD/USD – 0,778 i USD/JPY – 112,7. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,4%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,6, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,894. Złotówka pozostaje na podobnym poziomie wobec funta, a rośnie do innych światowych walut. We wtorek rano dolar kosztuje 3,65 zł, euro – 4,3 zł, funt – 4,81 zł, a frank szwajcarski – 3,73 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru czerwonego i zielonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,2%, frankfurcki indeks DAX zyskał 0,16%, a paryski indeks CAC 40 wzrósł o 0,11%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 stracił 0,18%, meksykański indeks Bolsa – 0,46%, a brazylijski indeks Bovespa – 0,43%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 0,64%, chiński indeks Shanghai Composite podniósł się o 0,26%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,6%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych głębokich spadkach cena ropy naftowej minimalnie odrobiła straty. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 55,79 USD (+0,3%), a ropy WTI – 49,58 USD (+0,58%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 57 USD. Także cena złota idzie w górę. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1286 USD. To 4 USD więcej (+0,31%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 7:45 – Szwajcaria – Stopa bezrobocia, wrzesień – 3,1% (prognoza 3,2%)
  • 8:00 – Niemcy – Bilans handlowy, sierpień – 21,6 mld euro (prognoza 20 mld euro)
  • 8:00 – Rumunia – PKB (r/r), II kw. – 6,1% (prognoza 5,9%)
  • 9:00 – Węgry – Inflacja CPI (r/r), wrzesień – 2,5% (prognoza 2,6%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Produkcja przemysłowa (r/r), sierpień (prognoza 0,8%)
  • 16:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Minneapolis

 

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Czy ZUS zatrzyma polski transport?

W Polsce brakuje ok. 100 tys. zawodowych kierowców – to jeden z największych problemów z jakim spotykają się firmy transportowe. Rozwiązaniem miał być napływ pracowników ze wschodu Europy ale coraz częściej odmawia się kierowcom-cudzoziemcom wydania niezbędnego zaświadczenia A1.

Formularz A1 to tzw. unijny formularz wprowadzony w kwietniu 2014 roku na terenie wszystkich państw UE, zastępując funkcjonujący do tej pory druk E 101. Dokument potwierdza odprowadzanie składek na ubezpieczenie społeczne w danym kraju, należącym do wspólnoty europejskiej, a także zwalnia przedsiębiorstwo z obowiązku ponownego opłacania świadczeń w innym państwie członkowskim. Pracownicy delegowani do pracy za granicą na terenie Unii Europejskiej, muszą posiadać formularz A1 w kabinie pojazdu na wypadek kontroli drogowej. Przedsiębiorcy, którzy na skutek braków kadrowych zdecydowali się przyjąć do pracy kierowców z krajów Europy Wschodniej, szczególnie odczują skutki tego problemu. – Zaświadczenie A1 stanowi potwierdzenie, że delegowany pracownik podlega polskim ubezpieczeniom oraz polskiemu ustawodawstwu. Aby zdobyć ten dokument pracodawca lub sam pracownik muszą złożyć odpowiedni wniosek do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Praktyka pokazuje, że może to być problematyczne w przypadku firm zatrudniających pracowników pochodzących spoza UE – wyjaśnia Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Barierą do wydania formularza A1 dla obywateli państw niebędących członkami Unii Europejskiej są niejednoznaczne przepisy prawa unijnego m.in. czas trwania i ciągłość pobytu na terytorium państwa członkowskiego, charakter wykonywanej pracy, czas trwania umowy o pracę czy nawet więzi rodzinne wnioskodawcy. – Przewoźnicy ostatnio coraz częściej informują nas o odmowie wydania przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych niezbędnego w transporcie międzynarodowym dokumentu. Jest to o tyle niepokojące, że bez zaświadczenia A1, firma nie może wysłać kierowcy z towarem poza granice Polski. W przypadku kontroli pojazdu bez takiego dokumentu, przedsiębiorcy grożą kary. Niestety, coraz częściej jedynym rozwiązaniem, aby uzyskać takie zaświadczenie jest walka na drodze sądowe  – komentuje Kamil Wolański.

Jak zauważa ekspert dodatkowym utrudnieniem w kwestii odmowy wydawania dokumentów cudzoziemcom są nie do końca jasne regulacje prawne. Przede wszystkim, w przepisach brakuje uporządkowania kwestii związanych z tym, kiedy i na jakiej podstawie można odrzucić wniosek o przyznanie dokumentu poświadczającego opłacanie składek. Pracownicy ZUS-u rozpatrując wniosek o poświadczenie formularza A1, decydują, czy ich zdaniem spełnione zostały kryteria dotyczące miejsca zamieszkania, zawarte w art. 11 Rozporządzenia 987/2009. W efekcie, poszczególne oddziały interpretują przepisy w zupełnie różny od siebie sposób. – Im dłużej polskie prawo nie będzie w jasny sposób regulowało przepisów, tym większy spadek konkurencyjności dotknie polską branżę transportową. W obecnej sytuacji, przedsiębiorcy nie mogą czuć się pewnie zatrudniając pracowników ze Wschodu, właśnie ze względu na zaświadczenie A1 – dodaje Wolański.

Co na to ZUS? – Zaświadczenie A1 możemy wydać jeżeli mamy legalny pobyt w Polsce i zamieszkanie w Polsce. Zamieszkanie zaś to nie jest pobyt czasowy. Zamieszkanie tym się różni od czasowego pobytu, że jest to trwały pobyt w jakimś państwie, mieście, miejscowości. W większości przypadków, z którymi mamy do czynienia, przedsiębiorcy występują o zaświadczenie A1 dla swoich kierowców wskazując wielu kierowcom to samo miejsce zamieszkania. Często jest to miejsce zamieszkania wynajmowane kierowcom przez przedsiębiorcę. Zgodnie z unijnymi dyrektywami, rozporządzeniami Parlamentu Europejskiego o zamieszkaniu możemy mówić w kontekście ośrodka interesów życiowych. Dla kierowców z Ukrainy centrum życia wcale nie jest w Polsce, ale w ich domach na Ukrainie. Tutaj jedynie mieszkają czasowo. W większości przypadków nie mają tu rodzin, stałego miejsca zamieszkania, stąd też nie możemy wydawać zaświadczenia A1 komuś kto nie ma stałego miejsca zamieszkania w Polsce. Robimy to także w interesie przedsiębiorców. Jeżeli byśmy wydawali takie zaświadczenia służby innych państw przeprowadziłyby kontrole i okazałoby się, że zaświadczenie A1 zostało wydane bezprawnie, to taki przedsiębiorca za swojego kierowce musiałby zapłacić wszystkie zaległe składki oraz odsetki. To byłoby dla niego o wiele bardziej uciążliwe niż sam fakt, że nie wydamy zaświadczenia A1 ponieważ ono nie przysługuje – mówi Wojciech Andrusiewicz, rzecznik prasowy ZUS.

Vít Endler inwestuje w start-upy i kupuje udziały w Virtooal.com

Już niedługo polskie e-sklepy będą mogły wziąć udział w prawdziwej rewolucji, która odmieni ich sposób sprzedaży i zwiększy zyski. To za sprawą wirtualnego lustra – wyjątkowej technologii start-upu Virtooal.com, którego udziałowcem został Vit Endler.

virtooalStart-up Virtooal.com prowadzi zaawansowane prace nad technologią wirtualnego lustra, które niedługo można będzie wykorzystać w branży e-commerce na szeroką skalę. Ten niezwykle nowoczesny projekt stwarza możliwości sprzedażowe, o których jeszcze do niedawna właściciele sklepów internetowych mogli tylko pomarzyć. Wirtualne lustro to narzędzie, które buduje doświadczenia klienta i wspiera jego obsługę. Dzięki niemu marki e-commerce mogą badać, rozumieć i przewidywać zachowania konsumenckie. To prawdziwa rewolucja w dziedzinie zakupów online.

W ciągu kilku najbliższych lat wirtualne lustro ma szansę stać się standardowym narzędziem, wykorzystywanym przez sklepy internetowe do sprzedaży artykułów z kategorii moda i lifestyle. Dzięki niemu robienie zakupów on-line ma być tak samo skuteczne jak w sklepach stacjonarnych. Wirtualne lustro działa w prosty sposób – pozwala klientowi wgrać na stronie e-sklepu zdjęcie jego twarzy, by następnie “przymierzać” na nim np. okulary czy kapelusz.

– Virtooal.com otwiera możliwość rozwiązania problemów w sprzedaży online, które nie zostały rozwiązane dotychczas – tłumaczy Vit Endler. – W branży e-commerce, szczególnie w sektorze beauty i fashion, mamy ogrom zdefiniowanych wyzwań, które niejeden właściciel e-sklepu chciałby w szybkim czasie zniwelować, a co najważniejsze doprowadzić, by e-kupujący nie czuli obaw przed zamówieniem tego typu produktów drogą internetową, a mogli śmiało i wygodnie przymierzać, próbować, dopasowywać i znajdować produkty pod siebie.

W ostatnich miesiącach Virtooal.com pozyskał nowego inwestora, Vita Endlera – do niedawna Prezes Zarządu Mall.pl, dzięki czemu zyskał dodatkowe kilkadziesiąt tysięcy euro na przyspieszenie rozwoju platformy i poszerzenie swojej aktywności sprzedażowej.

Mój udział w tym przedsięwzięciu to zarówno okazja do rozbudowania doświadczenia dla start-upu w e-commerce, ale również, w przypadku powodzenia projektu, transfer wiedzy pomiędzy Virtooal.com a naszą międzynarodową firmą. Mall.pl skorzysta z innowacyjnego podejścia tworzonego w środowisku startupowym, natomiast młodzi przedsiębiorcy dostaną możliwość testowania i ulepszania swoich nowatorskich produktów i rozwiązań – tłumaczy V. Endler.

Wirtualne lustro to technologia niezwykle atrakcyjna dla kupujących, ale i właścicieli sklepów internetowych. Ci ostatni skorzystają na niej najwięcej. Implementacja systemu do e-sklepu jest bardzo łatwa, gdyż polega na instalacji plug & play. Konsekwencją natomiast jest zwiększenie konwersji od 10 do 50 %, jak i wyraźne zmniejszenie ilości zwrotu zakupionych towarów.

Twórcy wirtualnego lustra wierzą, że skala jego wykorzystania będzie globalna. Już dziś oferują swą usługę w USA, Europie zachodniej oraz Wielkiej Brytanii.

Kobiety na rynku pracy – skandynawska perspektywa

Dania, Norwegia i Szwecja to kraje, w których żyją najbardziej zadowoleni pracownicy, co potwierdza m.in. ranking Global Workforce Hapiness Index. Skandynawia należy też do najbardziej atrakcyjnych rynków pod kątem zatrudnienia, a skandynawskie miasta przyciągają talenty i są przyjazne dla start-upów.

W świadomości wielu Europejczyków, kraje skandynawskie są znane z wysokiego poziomu zatrudnienia, elastyczności i niskiego bezrobocia. Przyglądając się bliżej rynkom pracy tych krajów warto zwrócić uwagę na trzy ważne aspekty, które je określają – wysoki stopień równości, bezpieczeństwa i konsensusu.

Skandynawia ma też długą tradycję związaną z zapewnieniem kobietom równych szans. Międzynarodowe rankingi wskazują na Północ Europy jako najlepsze miejsce do życia dla kobiet – są to też kraje, które zapewniają kobietom najlepsze warunki na rynku pracy. Na Islandii kobiety zajmują 48% miejsc w parlamencie, co stanowi najwyższy procent na całym świecie. Szwecja jako pierwsza na świecie wprowadziła urlop tacierzyński, a w Finlandii mamy najwyższy odsetek wykształconych kobiet (aż 49%).

Jednocześnie w najnowszym zestawieniu The Economist  „The Glass Ceiling Index 2017” oceniającym warunki dla kobiet na rynku pracy, Polska znalazła się na wysokim,  piątym miejscu wśród 100 krajów świata. Czy mamy powody do optymizmu i jaką inspirację możemy czerpać ze Skandynawii? Przyjrzyjmy się bliżej, jak wygląda sytuacja kobiet na rynku pracy w Polsce i na Północy Europy. 

Opublikowana w czerwcu 2017 roku, kolejna edycja Raportu OECD Empolyment Outlook 2017 poświęcona rynkowi pracy, prezentuje wyniki badań przeprowadzonych w 33 krajach, w których wzięto pod uwagę także takie wskaźniki jak: równość płac, procentowy udział kobiet wśród zatrudnionych, stopę bezrobocia wśród kobiet oraz udział kobiet pracujących w pełnym wymiarze czasu, w stosunku do całej liczby zatrudnionych pań. Stworzony na tej podstawie przez PWC raport „Women in Work Index 2017” wskazuje pięć krajów zajmujących najwyższe pozycje w rankingu, są nimi kolejno Islandia, Szwecja, Norwegia, Dania (6. miejsce), Finlandia (7. miejsce) oraz Polska na 9. miejscu.

Odsetek pracujących i szukających pracy kobiet zależy w dużej mierze od poziomu ich wykształcenia, liczby dzieci w rodzinie, oferowanej płacy, zapewnienia równowagi między pracą a życiem rodzinnym, ułatwieniami w prowadzeniu firmy, a także modelu kulturowego preferowanego przez dane społeczeństwo. Według opracowania PWC „Women in Work Index 2017”  wśród państw notujących jedne z wyższych stóp aktywności zawodowej kobiet znajdują się Islandia, Norwegia, Finlandia i Szwecja. W Polsce natomiast najwięcej, bo aż 90% kobiet w grupie kobiet aktywnych zawodowo jest zatrudnionych na pełny etat. W Finlandii panie na pełnym etacie  stanowią 84% wszystkich zatrudnionych kobiet,  w Szwecji 82%, w Danii 74%, w Norwegii wskaźnik ten wynosi 72%.

W poszukiwaniu harmonii między pracą a życiem rodzinnym

Umiejętność zachowania równowagi pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym jest sztuką, która udaje się nielicznym, dlatego też nieocenionym wsparciem są  rozwiązania instytucjonalne, zwłaszcza dostępność żłobków i przedszkoli, regulacje dotyczące urlopów macierzyńskich/tacierzyńskich oraz wychowawczych. Państwa o najwyższej stopie aktywności zawodowej kobiet takie jak Islandia, Norwegia, Finlandia, Szwecja, to jednocześnie kraje, które cechują zaawansowane mechanizmy umożliwiające godzenie pracy zawodowej i obowiązków rodzicielskich.

Polska na tle krajów skandynawskich, jak i wszystkich krajów OECD  ma jeden z najniższych odsetków dzieci do lat 2 oraz od 3 do 5 lat objętych opieką instytucjonalną (żłobki, kluby malucha, przedszkola, legalnie zatrudnione opiekunki). Przekłada się to w dużym stopniu na udział kobiet w rynku pracy. W Polsce zaledwie 61% pań w wieku od 15 do 64 lat wykazuje aktywność zawodową, co jest poniżej średniej europejskiej, która wynosi 63,2%.

Podobną tendencję pokazuje wskaźnik zatrudnienia wg wieku produkcyjnego i płci. Według przygotowanego przez OECD Empolyment Outlook 2017,  Polska na tle krajów skandynawskich znajduje się na odległym  miejscu pod względem proporcji zatrudnienia kobiet względem mężczyzn. Wynik 61% pracujących kobiet względem 75% mężczyzn daje nam 63. miejsce, podczas gdy Finlandia, w której pracuje 74% kobiet versus 76% mężczyzn zajmuje 8. miejsce. Szwecja zajmuje 12. pozycję z wynikiem 79% vs 84%, Norwegia 13. z proporcją zatrudnionych  76% vs 80%, zaś Dania 19. – 75% vs 81%.

Różnice płacowe

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy i w jakim stopniu różnice płacowe mają wpływ na zatrudnienie i aktywność zawodową kobiet. W Polsce luka płacowa raportowana przez wspominany już raport PWC wynosiła 7%, co na tle krajów UE-28 ze średnią 16% jest wynikiem pozytywnym. Natomiast w Finlandii, gdzie kobiety wykazują większą niż w Polsce aktywność zawodową, utrzymuje się 18% deficyt w różnicy wynagrodzeń mężczyzn i kobiet, co jest najwyższą różnicą porównaniu z pozostałymi krajami tego regionu. Najmniejszą różnicę poziomów płac odnotowano w Norwegii, wyniosła ona zaledwie 6%.

Podobnie niejednoznaczne wyniki daje studiowanie stopy bezrobocia. W Polsce wynik 7,5% jest o blisko 2 pkt proc. lepszy niż ten uzyskany średnio zarówno przez kraje Unii Europejskiej, jak i przez Finlandię. Zwraca natomiast uwagę fakt, że w Finlandii, Norwegii i Szwecji stopa bezrobocia jest niższa wśród kobiet niż wśród mężczyzn.

Państwa o najwyższej stopie aktywności zawodowej kobiet takie jak Islandia, Norwegia, Finlandia, Szwecja, to jednocześnie kraje, które rozwijają zaawansowane mechanizmy umożliwiające godzenie pracy zawodowej i obowiązków rodzicielskich. Umiejętność zachowania równowagi pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym jest trudne, więc nieocenionym wsparciem są rozwiązania instytucjonalne, w tym dostępność żłobków i przedszkoli, regulacje dotyczące urlopów macierzyńskich/tacierzyńskich oraz wychowawczych, do których przykłada się ogromną wagę.

Źródło: SPCC/https://www.spcc.pl/node/20599    

Projekt ustawy o ujawnianiu wyników finansowych największych firm

Wtorkowa Rada Ministrów zajmie się projektem nowelizacji ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Jeśli zmiana wejdzie w życie największe podmioty w kraju będą musiały ujawniać dane dotyczące podatku CIT.

Projekt Ministra Rozwoju i Finansów przewiduje ujawnienie takich danych jak przychody, koszty uzyskania przychodów, dochód, podstawa opodatkowania i należny podatek, w tym także nazwę podatnika oraz identyfikator podatkowy NIP wraz ze wskazaniem roku podatkowego, za który informacja jest publikowana. Informacja taka będzie mogła wskazywać również wysokość efektywnej stopy podatkowej danego podatnika, obliczonej jako procentowy udział kwoty podatku należnego w zysku brutto wykazanym w sprawozdaniu finansowym za ten sam rok podatkowy.

Celem nowelizacji ma być zwiększenie transparentności funkcjonowania największych podmiotów gospodarczych w Polsce i zniechęcanie do stosowania agresywnej optymalizacji podatkowej.

Propozycja zmian wzbudziła na etapie konsultacji społecznych pewne kontrowersje. Wątpliwości dotyczyły przede wszystkim ryzyka ujawnienia tajemnicy skarbowej przedsiębiorstwa.

– Wydaje się, że proponowane zmiany nie będą stanowić takiego zagrożenia – uważa jednak Mariusz Korzeb, ekspert ds. podatkowych Pracodawców RP. – Większość danych na temat rozliczeń finansowych dużych przedsiębiorstw już teraz jest dostępnych w publikowanych cyklicznie sprawozdaniach finansowych. Resort finansów zestawia te dane, aby wykazać, jaki jest efektywny wpływ podatku CIT do budżetu Skarbu Państwa w stosunku do osiągniętego zysku – tłumaczy Korzeb.

Problemem może się natomiast okazać to, w jaki sposób opublikowane dane zostaną zinterpretowane przez opinię publiczną. Firmy mogą zostać posądzone o stosowanie agresywnej optymalizacji całkowicie bezpodstawnie. – Niska efektywność podatkowa nie musi bowiem w żaden sposób świadczyć o tym, że dany podmiot stosował agresywną optymalizację podatkową. Chociażby wydatki na badania i rozwój mogą tę efektywność w danym roku znacząco obniżyć. W związku z tym należy się zastanowić, czy nowelizacja w tym kształcie spełni zakładane przez Projektodawcę cele – podsumowuje Mariusz Korzeb.