Na wynajem mieszkań z rządową dopłatą trzeba będzie poczekać. Na razie trwają przygotowania formalne

CEO Magazyn Polska

Fundusz Mieszkań na Wynajem, który powstaje przy Banku Gospodarstwa Krajowego, rozpocznie działalność na przełomie I i II kwartału tego roku. Pojawienie się pierwszych ofert wynajmu zależy od tego, jak szybko znajdą się na rynku odpowiednie inwestycje. Powstały już podmioty w ramach BGK, które będą zajmować się działalnością inwestycyjną oraz zarządzaniem nieruchomościami. Wszystkie działania związane z bieżącą obsługą budynków i najemców przejmą firmy zewnętrzne na zasadach outsourcingu. 

 – W połowie grudnia powstała spółka BGK Nieruchomości, która będzie zarządzać aktywami funduszy. Powstał też TFI BGK. Złożyliśmy już do Komisji Nadzoru Finansowego wniosek o wydanie zezwolenia na prowadzenie działalności jako towarzystwo funduszy inwestycyjnych mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuszewski, dyrektor Departamentu Inwestycji Kapitałowych Banku Gospodarstwa Krajowego.

Jak wyjaśnia, ta część inicjatywy Funduszu Mieszkań na Wynajem ma się skoncentrować na działalności inwestycyjnej – wyszukiwać odpowiednie budynki i kupować je po przeanalizowaniu opłacalności inwestycji.

 – W tej chwili spółka BGK Nieruchomości przygotowuje się do działalności operacyjnej – mówi Kuszewski. – Wierzymy, że Fundusz Mieszkań na Wynajem powstanie na przełomie pierwszego i drugiego kwartału tego roku. Wydanie zezwolenia przez Komisję Nadzoru Finansowego dla TFI BGK nie jest istotne dla tego procesu, bo zawsze można taki fundusz w formie funduszu inwestycyjnego zamkniętego, aktywów publicznych założyć w innym TFI, a potem tylko w momencie uzyskania zezwolenia przez nasze TFI ten fundusz przekazać.

Wszystkie pozostałe czynności związane z serwisowaniem nieruchomości, obsługą najemców i innymi tego typu działaniami będą zlecane wyspecjalizowanym firmom zewnętrznym.

 – Zapewnimy standard umowy najmu w formule najmu okazjonalnego, balansujący we właściwy sposób obowiązki najemcy i jego korzyści dla oraz zabezpieczający interesy właściciela nieruchomości  podkreśla rozmówca Newserii Biznes i wyjaśnia, że procedura wynajmu nie będzie odbiegała od innych tego typu transakcji na rynku. – Kiedy ktoś znajdzie lokal, który go zainteresuje, będziemy weryfikowali zdolność do płacenia czynszu. Osoba, która będzie posiadała taką zdolność, będzie opłacała kaucję, a potem odbierała klucz.

O terminie, w którym dostępne będą lokale do wynajęcia w ramach funduszu, trudno na razie mówić. Jak wyjaśnia Kuszewski, najpierw trzeba będzie znaleźć odpowiednie budynki, które będą w całości na sprzedaż i będą spełniały wymagania inwestora.

 – To niestety nie jest pietruszka i nie rośnie na grządce. Jeżeli uda nam się znaleźć gotowe, całe budynki, które będziemy mogli kupić, to oczywiście rozważymy taką możliwość, przeanalizujemy, wykonamy odpowiednie badanie pod kątem opłacalności tych inwestycji. Jeżeli się okaże, że nie ma takich budynków, to będziemy musieli poczekać, aż one powstaną i będą zgodne z naszymi standardami – zapewnia dyrektor.

PKP Energetyka wyda 1 mld zł na modernizację zasilania kolei

CEO Magazyn Polska

PKP Energetyka wyda łącznie ponad 1 mld zł na modernizację sieci trakcyjnej w ramach projektu modernizacji układów zasilania. Połowę tej kwoty spółka pozyska poprzez obligacje. Do końca 2015 r. ponad 100 obiektów zasilania zostanie zmodernizowanych lub wybudowanych od nowa. W tym roku zakończy się modernizacja 40 stacji, co pozwoli na wprowadzenie szybkich pociągów Pendolino.

 – Modernizacja układów zasilania jest nieodłącznym elementem modernizacji linii kolejowej. Jeżeli zamierzamy zwiększyć prędkość, puścić pociągi w mniejszych odstępach czasu, oznacza to pewne wymagania dla układu zasilania – wyjaśnia agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Besztak, dyrektor ds. eksploatacji i rozwoju sieci w PKP Energetyka. – W ramach projektu modernizacji układów zasilania (MUZa) zamierzamy do końca 2015 roku zmodernizować lub zbudować od podstaw ponad 100 obiektów zasilania, czyli podstacji trakcyjnych i kabli.

Program inwestycyjny warty ponad 1 mld zł rozpoczął się już w ubiegłym roku. Do końca 2013 r. zmodernizowano 21 obiektów. W tym roku harmonogram przewiduje modernizację kolejnych 40, a cały program zakończy się do grudnia 2015 r.

Środki na inwestycje w połowie pochodzą z obligacji. W październiku 2013 r. spółka podpisała umowę z ING Bankiem Śląskim oraz Bankiem Gospodarstwa Krajowego na emisję obligacji o wartości 500 mln zł. Reszta środków pochodzi z bieżącej działalności spółki oraz z opłat za przyłączenie, płaconych przez PKP Polskie Linie Kolejowe.

Besztak podkreśla, że przeprowadzone modernizacje umożliwią zwiększenie prędkości pociągów, a także wprowadzenie do eksploatacji Pendolino.

 – Po linii kolejowej, jeżeli jest zwiększona prędkość, poruszają się pociągi o większych mocach. Dlatego potrzebna jest większa moc, którą musimy dostarczyć z układów zasilania. Należy zwrócić uwagę, że modernizacja układów zasilania jest robiona nie tylko pod pociągi Pendolino. Robimy ją na kolejnych kilkadziesiąt lat do przodu, bo taki jest mniej więcej czas życia infrastruktury – podkreśla Besztak.

Dzięki inwestycjom moc układów zasilania zwiększy się około dwukrotnie. Powstaną nowe linie zasilające, nowe systemy rozdzielania średniego i wysokiego napięcia, a także systemy rozdzielania prądu stałego 3 kV, który zasila polską trakcję kolejową.

Besztak zapewnia, że ze strony PKP Energetyka nie będzie żadnych opóźnień lub zmian harmonogramu, które mogłyby wpłynąć na planowane na grudzień 2014 r. wprowadzenie do eksploatacji pociągów Pendolino. Już testy szybkich pociągów, w trakcie których osiągnięto rekordową prędkość 293 km/h, pokazały, że zasilanie nie będzie problemem.

 – Poza projektem MUZa PKP Energetyka jest operatorem systemu dystrybucyjnego. W związku z tym mamy cały szereg innych wymagań, między innymi związanych z zapewnieniem odpowiedniego zasilania naszym pozostałym odbiorcom, przyłączaniem nowych odbiorców, dbaniem o to, by awaryjność była na stosunkowo niskim poziomie – podkreśla Besztak.

Chorwacja planuje podnieść standard usług turystycznych. Branża ta stanowi już 15 proc. chorwackiego PKB

CEO Magazyn Polska

Ponad 12 mln turystów odwiedziło w ubiegłym roku Chorwację. Turystyka ma ok. 15-procentowy udział w PKB. Dlatego chorwackie władze stawiają na podnoszenie standardu usług, a także chcą ułatwić procedury otrzymywania wizy dla turystów z Rosji czy Turcji.

 W ubiegłym roku Chorwację odwiedziło 12 mln turystów. To prawie trzykrotnie więcej niż liczba mieszkańców tego kraju, która wynosi 4,5 miliona – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystyna Szczęsny, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie.

Co roku turystów przybywa – najliczniej odwiedzają ten kraj Niemcy, Słoweńcy i Austriacy. Jest też coraz popularniejsza wśród Polaków – w ubiegłym roku do Chorwacji pojechało prawie 680 tys. turystów z Polski – o 17,5 proc. więcej niż w 2012 roku.

Na wejściu Chorwacji do Unii Europejskiej ucierpieli turyści z Ukrainy, Rosji, Bośni i Hercegowiny oraz Turcji, którzy od 1 lipca 2013 roku potrzebują wizy na wjazd do tego kraju. Tylko w lipcu liczba przyjeżdżających do Dubrownika turystów z Rosji i Turcji spadła o 35 proc. Dlatego rząd zapowiedział ułatwienie i skrócenie procedur wizowych.

Turystyka staje się jedną z najważniejszych dziedzin życia gospodarczego – stanowi ok. 15 proc. chorwackiego PKB. W 2012 r. przychody z turystyki wyniosły 6,83 mld euro, a w okresie pierwszych ośmiu miesięcy 2013 r., według szacunków ministerstwa turystyki, były one o 11 proc. wyższe niż w odpowiednim okresie 2012 r.

 – W chorwackiej turystyce zatrudnionych jest około miliona osób, to znaczy, że co czwarty Chorwat znajduje zatrudnienie w turystyce. Dlatego Chorwacja stawia na tę branżę, a Unia z pewnością przyczyni się do tego, bo Chorwaci otrzymają mnóstwo pieniędzy z UE, które będą inwestowane w turystykę. Pieniądze będą trafiały do średnich i małych przedsiębiorstw, takich do 50 mln euro obrotu – mówi Krystyna Szczęsny.

Jej zdaniem, władze chorwackie zauważyły, że aby przyciągnąć turystów, nie wystarczą piękne widoki i sprzyjający klimat, chcą więc podnosić standard usług.

 – Rząd chorwacki chciałby, aby ten kraj był destynacją czterogwiazdkową, choć to nie wszystkim się podoba, gdyż część osób obawia się, że nie wszystkich będzie już stać na wakacje w tym kraju. Jednak choć w szczycie sezonu ceny będą z pewnością wysokie, to przed i po sezonie będą spadały, co pozwoli skorzystać z turystyki większej liczbie ludzi – twierdzi Krystyna Szczęsny.

Choć powierzchnia Chorwacji to jedynie 56 tysięcy kilometrów kwadratowych, to w kraju można wyróżnić aż trzy sfery klimatyczne. To sprawia, że kraj ten jest atrakcyjny nie tylko latem, dla spragnionych słońca turystów, lecz także zimą, dla miłośników sportów zimowych, bo w części centralnej często występują obfite opady śniegu.

Nowy tygodnik prawno-ekonomiczny wchodzi na rynek. Również w darmowej wersji online

CEO Magazyn Polska

W poniedziałek ukaże się pierwsze wydanie „Tygodnika Biznes i Prawo”. Będzie to pierwsze czasopismo prawno-ekonomiczne z dominującym bezpłatnym e-wydaniem, ale do kupienia również w wersji tradycyjnej. Taki model biznesowy ma być odpowiedzią na potrzeby czytelników, którzy szukają specjalistycznych treści przede wszystkim w formie elektronicznej.

 – Obserwujemy odpływ czytelników od prasy codziennej, szczególnie od prasy specjalistycznej, od tematyki prawnej i biznesowej, której zresztą w prasie biznesowej jest coraz mniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Kutarba, redaktor naczelny „Tygodnika Biznes i Prawo”.

Nakład wersji papierowej ma wynieść 5 tys. egzemplarzy, a w formie elektronicznej ma być dystrybuowany do 550 tys. odbiorców. Twórcy pisma podkreślają, że dominujące ma być e-wydanie.

W ocenie redaktora naczelnego „Tygodnika Biznes i Prawo” menedżerowie, prawnicy oraz inni adresaci czasopisma coraz częściej szukają specjalistycznych treści w internecie. Podobny trend widać na całym świecie. Kutarba zwraca uwagę na „Financial Times” i „The Wall Street Journal”, dwa dzienniki specjalizujące się w tematyce biznesowej, które skutecznie zachęcają czytelników do czytania wydań elektronicznych.

 – To jest kierunek, w którym prasa będzie zmierzała. To oczywiście nie oznacza, że papier umrze, ale podstawowym kanałem będzie jednak kanał elektroniczny. Częściej będziemy widzieć osoby, które czytają prasę na tabletach, komórkach, które mają coraz czytelniejsze ekrany, ułatwiające docieranie do treści w takiej formie, jaką zapewniała prasa tradycyjna, papierowa. A coraz rzadziej będziemy widzieli pasjonatów, czytających wydania papierowe – ocenia Kutarba.

Odpowiedzią na ten trend ma być właśnie forma wydawania „Tygodnika Biznes i Prawo”. Tytuł ten będzie uzupełnieniem płatnych, profesjonalnych czasopism wydawnictwa Wiedza i Praktyka.

Kutarba przekonuje, że nowocześni czytelnicy traktują wydania papierowe raczej jako dodatek, dlatego właśnie ta wersja będzie płatna. Bezpłatna wersja elektroniczna ma nie tylko być bonusem dla stałych czytelników, lecz także zachęcić nowych. 

Wśród felietonistów tytułu znajdą się m.in.: Wiktor Legowicz, znany dziennikarz ekonomiczny Programu III Polskiego Radia, Jarosław Neneman, były wiceminister finansów, oraz Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego.

 – Przede wszystkim zależy nam na czytelnikach biznesowych, na profesjonalistach obsługujących biznes, na urzędnikach, czyli na tych wszystkich osobach, które mają największy wpływ na to, jak wygląda w Polsce legislacja, jak działa biznes, jak działa gospodarka, czyli de facto wpływają na to, jak i my funkcjonujemy w społeczeństwie – mówi Kutarba.

Prezes Dow Polska: Branża chemiczna będzie rosła

Przemysł chemiczny zatrudnia ponad 250 tysięcy Polaków. Dzięki poprawiającej się koniunkturze w kraju i na rynkach Europy Zachodniej branża rozwija się dynamicznie i zdaniem jej przedstawicieli tak też będzie w kolejnych latach. Planowane porozumienie USA-UE o wolnym handlu nie powinno tego zahamować.

Negocjacje w sprawie Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (Transatlantic Trade and Investment Partnership – TTIP) mają zakończyć się w IV kwartale br., a dalsza liberalizacja handlu ma, zdaniem jej zwolenników, przyczynić się do wzrostu PKB i zatrudnienia.

 Już dzisiaj możemy sprowadzać produkty z Ameryki, Azji czy z innych kontynentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Stankiewicz, prezes Dow Polska. – Firmy chemiczne są często firmami globalnymi, które mają swoje jednostki produkcyjne na wielu kontynentach, więc w zasadzie wolny rynek jest już teraz. Moim zdaniem umowa transatlantycka nie będzie miała dla nas jakichś gigantycznych konsekwencji.

Odmienne zdanie w tej sprawie wyraził niedawno Zenon Pokojski, wiceprezes zarządu Zakładów Azotowych „Puławy” SA z Grupy Azoty. Jego zdaniem umowa o wolnym handlu może zagrozić polskiemu i unijnemu przemysłowi chemicznemu z uwagi na spodziewane trudności w ochronie przed dumpingiem. Ponadto, według Pokojskiego, dzięki rewolucji łupkowej w USA Amerykanie mogą sprzedawać gaz znacznie taniej, co dodatkowo ułatwiają bardziej liberalne regulacje ekologiczne, a więc koszty produkcji są niższe niż w Europie.

Plany inwestycyjne

W 2014 r. Dow Chemical, czyli największa spółka chemiczna w USA, planuje skupić się na trzech najważniejszych projektach inwestycyjnych. Przede wszystkim chce kontynuować projekt inwestycyjny Sadara w Arabii Saudyjskiej. Zakłada także budowę potężnego i zintegrowanego kompleksu chemicznego, który będzie składał się z 26 fabryk o mocy produkcyjnej rzędu 3 mln ton rocznie. Produkowane mają być tam specjalistyczne chemikalia i tworzywa sztuczne. Pierwsze produkty mają powstać w drugiej połowie przyszłego roku, a pełna zdolność produkcyjna ma być osiągnięta w połowie 2016 r.

 Projekt ten wymaga miliardów dolarów – mówi prezes Dow Polska. – Kontynuujemy też dużą inwestycję budowy fabryk w Zatoce Meksykańskiej.

Konkurencyjność produkcji w tym regionie ma opierać się na wykorzystaniu amerykańskiego gazu łupkowego. W nowych fabrykach produkowane będą innowacyjne kauczuki i tworzywa.

 Są jeszcze inwestycje w badania i rozwój. Firma od lat czyni gigantyczne nakłady na ten cel. Tylko w 2011 roku było to 1,65 mld dolarów, w 2012 roku – podobna kwota. Co roku inwestujemy też w ulepszanie naszych produktów – zapewnia Robert Stankiewicz.

Dow Chemical opublikował w środę wyniki za IV kw. 2013 roku. Były lepsze od oczekiwań i od wyników z IV kwartału 2012 roku. Zysk na akcję wyniósł 65 centów wobec spodziewanych 43, a przychody osiągnęły 14,4 mld dolarów. Na sesji w dniu publikacji wyników spółka była trzecią najmocniej rosnącą firmą w indeksie S&P500 i zyskała prawie 4 procent.

EY: Pracownicy nie są zagrożeniem dla bezpieczeństwa danych firmowych

Pracownik przestał być największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa informacji w firmie. Dziś większym wyzwaniem dla działów IT w przedsiębiorstwach jest rozwój nowych technologii mobilnych i takie zjawiska, jak big data czy cloud computing. Firmy z roku na rok zwiększają swoje nakłady na ochronę wrażliwych danych.

Technologie mobilne stanowią dziś największe wyzwanie dla bezpieczeństwa informacji w firmach. Wiele przedsiębiorstw nie potrafi skutecznie chronić najbardziej wrażliwych danych.

 –  Co roku rosną wydatki na bezpieczeństwo. Są one przeznaczane zarówno na utrzymanie, jak i na rozwój innowacji  wyjaśnia Kazimierz Klonecki, partner EY.  Z drugiej strony luka pomiędzy tym, ile chcemy wydać, a tym, ile możemy utracić, cały czas niestety rośnie.

Z przeprowadzonego pod koniec ubiegłego roku badania firmy EY wynika, że do najczęściej wymienianych zagrożeń zalicza się te związane ze stosowaniem urządzeń mobilnych (45 proc. firm), korzystaniem z mediów społecznościowych (32 proc.), cloud computingiem (25 proc.). Na czwartym miejscu są działania niedbałych lub nieświadomych pracowników (24 proc.).

  W poprzednim roku kluczowym zagrożeniem był pracownik, który ma dostęp do informacji i do rozwiązań technicznych, które tę informację chronią mówi Klonecki. Teraz badanie pokazuje też, że pracownik jest istotny, ale dużo większym wyzwaniem są stosowane technologie. W tym roku wchodzą takie zjawiska, jak big data, cloud computing, który jest już od pewnego czasu na rynku, jak również inne, o których nawet dzisiaj jeszcze nie myślimy. One wygenerują coraz większe ryzyko, coraz większe problemy związane z ochroną tej informacji.

Świadomość polskich firm co do ryzyka, jakie wiąże się z utratą danych, z roku na rok wzrasta. Rosną też ich nakłady na ochronę informacji, ale to wcale nie oznacza, że jest ona skuteczna.

  Nie sztuką jest chronić całe przedsiębiorstwo, ale wtedy zabezpieczenia będą bardzo drogie, a po stronie zarządów też są jakieś ograniczenia. Dlatego bardzo ważne jest to, żeby wiedzieć, jaką informację chcemy chronić, co jest dla nas kluczowe, by mechanizmy kontrolne i rozwiązania związane z bezpieczeństwem były dostosowane do tego, co jest w organizacji twierdzi Klonecki.

Ekspert zauważa, że wiele polskich firm korzysta z rozwiązań na światowym poziomie. To efekt tego, że wiele polskich firm inwestowało w tego rodzaju rozwiązania stosunkowo niedawno.

 Dzisiaj wiele spółek, instytucji finansowych, jak również regulatorów wymaga, żeby bezpieczeństwo było dyskutowane na poziomie zarządów. Oczywiście dalej są firmy małe, których nie stać na zabezpieczenia, albo które uważają, że nie mają informacji, która wymagałaby ochrony. Ale docelowo Polska jako element globalnej sieci musi stosować trendy, które są na świecie – podkreśla ekspert.

Zwraca uwagę na to, że zmienił się również model cyberprzestępczości. Dziś na informacje warte miliony polują dobrze zorganizowane grupy przestępcze, a nie hakerzy-amatorzy.

  Zmieniły się również metody i nakłady, które potencjalni przestępcy mogą wykorzystać do tego, by zagrozić bezpieczeństwu naszych klientów, instytucji, które chcą chronić informacje  wyjaśnia partner EY.

Konkurencyjność przemysłu unijnego i polskiego zagrożona. Obniża ją polityka klimatyczno-energetyczna UE

CEO Magazyn Polska

Zaostrzenie pakietu klimatyczno-energetycznego UE może okazać się zgubne dla polskiej gospodarki – ostrzegają eksperci KIG i apelują do rządu o dokładne obliczenie kosztów związanych z przyjęciem ambitnych celów pakietu. Rygorystyczne wymogi środowiskowe, choć możliwe do spełnienia, mogą znacząco obniżyć konkurencyjność całej UE.

 Realizacja pakietu 3×20 wpłynie negatywnie na konkurencyjność nie tylko polskiego, lecz także unijnego przemysłu, który już od kilku lat znacząco traci na konkurencyjności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Herbert Leopold Gabryś, były wiceminister przemysłu odpowiedzialny za energetykę i przewodniczący Komitetu ds. polityki klimatyczno-energetycznej przy KIG.

Przyjęty w grudniu 2008 r. pakiet klimatyczno-energetyczny 3×20 zakłada, że do 2020 r. państwa członkowskie zwiększą o 20 proc. efektywność energetyczną, osiągną 20-procentowy udział energii z odnawialnych źródeł i zmniejszą o 20 proc. emisję gazów cieplarnianych. Zdaniem Gabrysia cel ten zostanie prawdopodobnie osiągnięty przez Polskę i inne unijne kraje.

W ubiegłym tygodniu KE przyjęła propozycje zaostrzenia pakietu, m.in. zwiększenia udziału OZE do 27 proc. oraz wprowadzenia nakazu zredukowania emisji dwutlenku węgla o 40 proc. do 2030 r.

 – W krajach, gdzie przemysł i elektroenergetyka opierają się na paliwach stałych, jest to wyzwanie na miarę potężnej rewolucji, ogromnie kosztownej dla gospodarki – mówi Herbert Leopold Gabryś. – Przyjęcie pierwotnych wyzwań oznaczałoby utratę od kilkunastu do ponad 20 procent w wielu gałęziach przemysłu w Polsce, takich jak np. przemysł chemiczny, papierowy, hutniczy czy AGD. Stoi za tym zagrożenie utraty kilkunastu tysięcy miejsc pracy.

Zdaniem przewodniczącego Komitetu ds. polityki klimatyczno-energetycznej przy KIG, Polska nie powinna się godzić na nadmiernie rygorystyczne wymagania klimatyczne bez policzenia ich skutków dla gospodarki i społeczeństwa.

 – W samej trosce o środowisko jest wiele dobrych przesłanek, ale policzmy zyski i koszty – przekonuje Gabryś. – Boimy się, że w ferworze politycznych emocji nasi politycy zaakceptują propozycje, a potem dostaniemy koszty, wobec których będziemy bezradni. Dlatego przestrzegamy przed taką lekkomyślnością zarówno Brukselę, jak i polskich polityków, również tych startujących do Parlamentu Europejskiego – dodaje.

Prywatne firmy kontra urzędy pracy – sposób na zmniejszenie bezrobocia

Nie urzędy pracy, ale prywatne firmy będą zajmować się aktywizacją osób długotrwale bezrobotnych. To nowe założenia ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Pomysł nie jest nowy, ale polscy rządzący dopiero teraz zaczynają sięgać po pomoc w zwalczaniu bezrobocia, m.in. poprzez kontraktowanie usług. A szkoda – podkreślają urzędnicy pośredniaków i pracodawcy, choć lepiej późno niż wcale.

To, dlaczego osoby bezrobotne nie mogą znaleźć pracy, wynika z różnych przyczyn. I nie chodzi tu tylko o brak odpowiednich kwalifikacji czy doświadczenia. Często kłopot z zatrudnieniem wynika chociażby z uwarunkowań osobowościowych, tj. braku pewności siebie czy problemów zdrowotnych. To pokazuje, że bezrobocie nie jest zjawiskiem jednorodnym i osoby bez zatrudnienia potrzebują indywidualnego podejścia i wsparcia dopasowanego do ich potrzeb.

Nic zatem dziwnego, że w Sejmie trwają prace nad nowelizacją ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Projekt ma zakładać trzy kluczowe elementy. Podstawą będzie profilowanie pomocy dla bezrobotnych, polegające na zdiagnozowaniu sytuacji, dlaczego dana osoba nie może znaleźć zatrudnienia. Jeśli będzie ona wymagać skomplikowanej pomocy, zostanie przekazana pod skrzydła prywatnego podmiotu. Tam, podczas indywidualnej pracy i wsparcia doradcy zawodowego, klient będzie szukał zatrudnienia. Kiedy już je znajdzie, będzie to monitorowane, bo skuteczność trwałego zatrudnienia to najważniejszy cel.

Projekt miałby opierać się na doświadczeniach aktywizacji osób bezrobotnych z innych krajów, podkreśla Mirosław Proppé, szef grupy doradztwa KPMG. „Najwcześniej na kontraktowanie tego typu usług u prywatnych operatorów otworzyła się Australia – ponad 20 lat temu. Od tego czasu rola publicznych służb jest niewielka. One tylko kwalifikują bezrobotnych do różnych grup, w zależności od tego, jakiej potrzebują pomocy.”

Dzięki przekazaniu zadania aktywizacji osób długotrwale bezrobotnych wyspecjalizowanym podmiotom prywatnym, urzędy pracy będą skupiać się na osobach, którym mogą szybko i efektywnie pomóc. Czyli takim, którym można znaleźć pracę „od ręki”. Czy to się sprawdzi? W Polsce realizowane są projekty wdrażające model pomocy podmiotów prywatnych. Dzieje się tak chociażby na Podkarpaciu, Dolnym Śląsku, Mazowszu i w Małopolsce. Anna Karaszewska, Dyrektor Zarządzająca Ingeus Polska – firmy, która w pilotażowym projekcie przejęła tysiąc osób długotrwale bezrobotnych, m.in. z Powiatowego Urzędu Pracy w Tarnowie, zaznacza „W przeciwieństwie do tego, co dominuje na polskim rynku, nie płaci się nam za usługę – za to, jakie działania podejmuje doradca zawodowy – tylko za zatrudnianie osób bezrobotnych i utrzymanie ich zatrudnienia. 80% ostatecznej kwoty za to co robimy, otrzymujemy w oparciu o efekt.”

A efekty mogą być duże. Dlaczego? Podmioty prywatne mają szerszy wachlarz instrumentów i narzędzi dostępnych w aktywizacji bezrobotnego, podczas gdy publiczne instytucje muszą trzymać się sztywnych ram, narzuconych przez ustawy. W prywatnej firmie na jednego doradcę zawodowego przypada 80 osób, w urzędzie pracy nawet 600. Dyrektorzy pośredniaków liczą, że nowe regulacje prawne szybko wejdą w życie, bo jak twierdzi Stanisław Dydusiak, Dyrektor PUP w Tarnowie, nie każdy w urzędzie czuje się komfortowo. Firmy zajmujące się pośrednictwem pracy będą mogły zagubionym bezrobotnym poświęcić więcej czasu i pomóc im na rynku pracy.

Na wdrożenie nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy liczą też pracodawcy i ich przedstawiciele. „Ona przewiduje szereg różnych rozwiązań, które będą służyły poprawie sytuacji na rynku pracy. Będą służyły też wprowadzeniu różnych mechanizmów, takich jak kontraktowanie usług”- zaznacza Jakub Wojnarowski, Zastępca Dyrektora Generalnego Konfederacji Lewiatan.

Działania, aktywizujące osoby długotrwale bezrobotne przez firmy prywatne, miałyby być finansowane z Funduszu Pracy (5% całej kwoty, jaką co roku otrzymują wojewódzkie urzędy pracy) i pieniędzy pochodzących z Unii Europejskiej. Ile to będzie w przeliczeniu na jedną osobę? Nie wiadomo. Wiadome jest, że 2 miliony Polaków to osoby bezrobotne, z czego połowa długotrwale. Dużą grupę stanowią matki i młodzi ludzie. Ich koszt – biorąc pod uwagę wyłącznie utracone korzyści dla budżetu państwa oraz wydatki na składki zdrowotne – to ponad 10 miliardów złotych rocznie. Jak zaznaczają eksperci – do tego trzeba doliczyć jeszcze wydatki na zasiłki, pomoc społeczną oraz kursy, szkolenia i działania aktywizacyjne. Z bezrobociem niewątpliwie trzeba walczyć. Skuteczną bronią może okazać się nowa ustawa.

Firmy w Europie nie są gotowe na przyjęcie standardu płatniczego SEPA

Przeprowadzone przez Sage badanie dowodzi, że europejskie przedsiębiorstwa nie są gotowe na przyjęcie standardu płatniczego SEPA – szczęśliwie Komisja Europejska przedłuża termin do 1 sierpnia 2014 roku. Połowa z przebadanych firm średniej wielkości nie zna dokładnego terminu przejścia na system SEPA lub nie ma planu dostosowania się do nowego systemu – jednak 74% z nich przewiduje, że już latem będzie obsługiwać płatności w tym standardzie.

Prawie połowa europejskich przedsiębiorców przyznała, że nie zna daty migracji na standard SEPA (Jednolity Obszar Płatności w Euro), będący nowym unijnym schematem zleceń zapłaty i poleceń przelewu. Tak wynika z niezależnego badania, przeprowadzonego przez Sage wśród firm średniej wielkości, na temat stanu przygotowań do przejścia na system płatniczy SEPA.

Przeważająca większość respondentów (82%) twierdziła, że zna termin przejścia na system SEPA. Jednakże, w praktyce prawidłowy termin znała mniej niż połowa (63%) z nich.Blisko jedna czwarta (24%) francuskich i ponad trzy czwarte (76%) polskich przedsiębiorców, którzy twierdzili, że znają termin dostosowania się do standardów płatniczych SEPA, w praktyce nie znało prawidłowego terminu. Zaledwie nieco więcej niż połowa (55%) przedsiębiorców brytyjskich również nie podała tego terminu właściwie.

Wyniki badania ogłoszono po tym, jak Komisja Europejska o sześć miesięcy przedłużyła termin dostosowania systemów płatniczych przedsiębiorcom pracującym nad integracją ze standardem SEPA. Taką decyzję podjęto, gdy okazało się, że wielu z nich nie dotrzyma terminu 1 lutego 2014 roku.Wokół inicjatywy mającej na celu uproszczenie przelewów bankowych w euro między 33 państwami panuje obecnie zamęt, ponieważ nadal nie ma jasności, co do sposobu wdrożenia jej na poziomie poszczególnych krajów.

Christophe Letellier z Sage powiedział:„Zgodnie z oświadczeniami Europejskiego Banku Centralnego oraz Komisji Europejskiej nadal nie ma jasności w tej kwestii.Natomiast nie ma wątpliwości co do tego, że przygotowanie się przez przedsiębiorców na czas jest niezmiernie istotne.Przez ostatnie dwa lata Grupa Sage była w czołówce przygotowujących się do przejścia na SEPA. Zachęcamy i dopingujemy innych przedsiębiorców do finalizowania swoich zadań migracyjnych i prowadzenia prac aż do samego dnia migracji, czyli 1 lutego 2014 roku.”

Wyniki badania pokazały również brak przygotowania przedsiębiorstw do bezwzględnych wymogów legislacyjnych, w tym do zarządzania poleceniami zapłaty i danymi. Prawie połowa (49%) organizacji objętych badaniem obecnie nie dysponuje planem dostosowania się do systemu płatniczego SEPA, pomimo, że w ośmiu z dziesięciu firm (81%) wyznaczono pracownika odpowiedzialnego za zarządzanie migracją. Ponadto, mimo że termin przejścia zbliża się nieuchronnie, tylko jedna na siedem firm (15%) obsługuje płatności w standardzie SEPA.

Prawie trzech na dziesięciu respondentów (29%) twierdzi, że najpoważniejszym efektem braku zgodności ze standardem SEPA będzie wydłużenie procesu płatniczego. Natomiast czterech na dziesięciu przedsiębiorców (41%) uważa, że SEPA będzie miało największy wpływ na regulowanie zobowiązań płatniczych przez wierzycieli. Tyle samo osób jest przekonanych, że SEPA ułatwi im wykonywanie płatności.

Prawne implikacje braku zgodności wzbudzają największe zaniepokojenie na rynku brytyjskim, podczas gdy przedsiębiorcy niemieccy za najistotniejsze uważają kwestie komunikacji z klientami. Hiszpania obawia się przerw w działalności spowodowanych migracją na system SEPA. Bardzo niepokojący jest fakt, że wśród respondentów, którzy nie będą gotowi na obsługiwanie płatności w systemie SEPA w terminie, dwóch na pięciu (40%) jako przyczynę swojego nieprzygotowania na czas podaje brak informacji, podczas gdy blisko jedna czwarta winą za to obarcza zamieszanie legislacyjne.

Metodologia

Firma analityczna Vanson Bourne przeprowadziła wywiady z pracownikami działów finansów w 600 małych i średnich firmach (100-500 pracowników) sektora prywatnego w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii, Polsce i Belgii. Wywiady przeprowadzono w formie ankiet internetowych i telefonicznych, w których zastosowano surowe procesy przesiewowe.

GUS: W ubiegłym roku polska gospodarka urosła o 1,6%

W ubiegłym roku polska gospodarka urosła o 1,6% – poinformował Główny Urząd Statystyczny. Dzisiejszy odczyt okazał się nieco wyższy od przewidywań analityków, którzy spodziewali się wzrostu o 1,5%.

– Warto zapoznać się z komunikatem GUS, w którym znajdziemy jedno dość interesujące zdanie: „W 2013 r. popyt krajowy zmniejszył się realnie o 0,2 % przy wzroście PKB o 1,6 %. W 2012 r. popyt krajowy zmniejszył się o 0,1 % przy wzroście PKB o 1,9 %.” Oznacza to, że przed spadkiem PKB uchronił nas tylko eksport netto, czyli rosnący eksport i malejący import. Dlatego większość Polaków odczuwało ostatnie dwa lata jako faktyczną recesję, co potwierdzały statystyki rynku pracy: malejące zatrudnienie i rosnąca stopa bezrobocia – przekonuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Dla merytorycznej oceny stanu gospodarki znaczenie mają rezultaty kwartalne, na podstawie których od drugiego kwartału 2013 roku mówimy o postępującym ożywieniu gospodarczym. Uśrednione wyniki za cały miniony rok jedynie zaciemniają obraz sytuacji, chociaż nie da się ukryć, że na tle innych państw UE wypadamy bardzo dobrze.

– Wzrost na poziomie 1,6% to umiarkowanie dobra wiadomość, bo jest to wartość najniższa od 2009 roku. Niemniej biorąc pod uwagę odczyty za poprzednie kwartały, końcowy wynik na tym poziomie oznacza, że wzrost PKB w IV kw. 2013 wyniósł ok. 3%. Zobaczymy ile, wyniesie korekta, ale najprawdopodobniej ostateczny wynik nie powinien być gorszy niż 2,5% wzrostu PKB za IV kw. Jest to zgodne z oczekiwaniami analityków. Jeżeli tendencja się utrzyma, to Polacy odczują realną poprawę koniunktury jeszcze w pierwszej połowie 2014 roku. Przy czym poprawa koniunktury dla przeciętnego obywatela oznacza realne zwiększenie wynagrodzeń oraz zmniejszenie stopy bezrobocia – twierdzi Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Poprzedni rok był bardzo trudny dla przedsiębiorstw (nie licząc eksporterów). Odnotowaliśmy rekordowo dużą liczbę upadłości, a także znaczny wzrost bezrobocia. Ponadto obfitował on w wiele trudnych decyzji – konieczna nowelizacja budżetu z 50 mld zł deficytu, reforma OFE oraz utrzymanie podniesionych stawek VAT. Dobre dane płynące z gospodarki to sygnał dla rządu, że niebawem będzie mógł trochę poluzować politykę fiskalną. Bez tego nie da się utrzymać wzrostu w dłuższym okresie.

Więcej na ten temat: http://www.bankier.pl/wiadomosc/PKB-w-gore-o-1-6-3050437.html

73% eksporterów planuje rozwijać działalność eksportową na nowe rynki

Bank Pekao już po raz czwarty opublikował „Raport o sytuacji mikro i małych firm”. Tematem specjalnym tegorocznej edycji jest eksport, obszar w którym również mikro i mali przedsiębiorcy mogą odnieść sukces. Widać poprawę nastrojów wśród 7 tysięcy ankietowanych przedsiębiorców. Tym samym, Ogólny Wskaźnik Koniunktury Mikro i Małych firm osiągnął rekordową w historii badania wartość 94 punktów.

Sytuacja mikro i małych firm

W czwartej edycji Raportu ocena warunków prowadzenia biznesu mikro i małych firm była najwyższa w historii dotychczasowych badań. Ogólny Wskaźnik Koniunktury, który jest syntetyczną miarą nastrojów właścicieli mikro i małych firm w Polsce, wynosi 94 punkty i jest o 4 punkty wyższy od wyniku ubiegłorocznego oraz o 1 punkt wyższy od najwyższego dotąd poziomu wskaźnika z 2010 r.

– Bardzo ucieszyły mnie wyniki czwartego już Raportu o sytuacji mikro i małych firm. Przeprowadziliśmy wywiady z 7 tysiącami przedsiębiorców. Widać wyraźną poprawę nastrojów. Przedsiębiorcy dobrze ocenili ubiegłe 12 miesięcy, ale co najważniejsze z optymizmem patrzą na 2014 rok. To najlepsze wyniki od 2010 roku” – mówi Grzegorz Piwowar, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao.

Ogólny Wskaźnik Koniunktury Mikro i Małych Firm jest obliczany w oparciu o odpowiedzi na osiem pytań dotyczących zarówno ubiegłych, jak i przyszłych 12 miesięcy. Przedsiębiorcy oceniali ogólną sytuację gospodarczą, sytuację branży, firmy, wynik finansowy firmy, zatrudnienie, czas oczekiwania na zapłatę i dostępność do finansowania zewnętrznego.

Najwyższe wyniki na przestrzeni ostatnich 4 lat odnotowano w każdym badanym obszarze za wyjątkiem zatrudnienia w firmach, jednak i tu poziom wskaźnika jest wyższy niż w ubiegłym roku. Szczególną poprawę w stosunku do ubiegłorocznego badania widać w ocenie sytuacji gospodarczej, sytuacji branży oraz sytuacji firmy, jej przychodów i wyniku finansowego. Najlepiej oceniony został dostęp do zewnętrznego finansowania.

Poprawę nastrojów odnotowano też w każdej z branż. Najwyższe oceny za ubiegły rok wystawili usługodawcy. W długim okresie najbardziej stabilnie wygląda sytuacja w branży produkcyjnej. Dużą poprawę widać w budownictwie, najniższe wskaźniki odnotowano w handlu.

Bariery rozwojowe

Raport prezentuje też ocenę barier prowadzenia działalności gospodarczej przez mikro i małe firmy. Polscy przedsiębiorcy ocenili, że bariery te były nieco mniejsze niż w roku ubiegłym. Najwyższy poziom barier rozwojowych odnotowano w branży budowlanej, najniższy w usługowej. Częściej na bariery narzekają firmy małe niż mikro.

Na pierwszym miejscu listy barier znalazła się wysokość podatków (w ubiegłym roku najważniejszą barierą były koszty pracy). W rankingu na wyższych pozycjach niż przed rokiem znalazły się bariery związane z podatkami, konkurencją i rentownością działalności.

Duży postęp odnotowano jeśli chodzi o dostęp do finansowania zewnętrznego (dopiero 11 miejsce na liście barier) i zmniejszenie obciążeń biurokratycznych.

Finansowanie działalności i inwestycje

Pomimo wysokiej oceny dostępności finansowania, tylko co czwarta firma sięga po zewnętrzne źródła finansowania. Odsetek ten nie zmienił się na przestrzeni ostatnich lat mimo nowych form wsparcia finansowania bieżącego (gwarancje de minimis) i rekordowo niskich stóp procentowych.

Badanie pokazało także zauważalny spadek liczby inwestujących firm. Jednocześnie inwestycje mikro i małych firm były niewielkie – 89% inwestycji wymagało wydatków poniżej 100 tys. PLN. Największy spadek inwestycji dotknął branżę budowlaną.

Temat specjalny – eksport w mikro i małych firmach

Według badania w 2013 r działalność eksportową prowadziło 7% mikro firm oraz 24% małych firm. W przypadku mikro firm eksport w większym stopniu ma charakter incydentalny (krótkie kontrakty, jednorazowe umowy, jedna czwarta mikro firm współpracuje tylko z jednym kontrahentem). Dużo bardziej stabilna jest liczba eksporterów w grupie firm małych. 20% firm prowadzi działalność eksportową krócej niż 3 lata (aż 31% mikro firm i 14% małych firm). Największy odsetek eksporterów jest wśród producentów (19%), mniej w pozostałych branżach (około 5,5%).

Wyniki badania pokazały, że eksport bardzo pozytywnie wpływa na sytuację firm. Eksporterzy dużo wyżej ocenili sytuację swojego biznesu niż firmy działające tylko na rynku krajowym.

Głównym rynkiem eksportowym mikro i małych firm są Niemcy (56% eksporterów wysyła tam swoje towary i usługi), co wynika z bliskości i wielkości tego rynku. Wielu eksporterów koncentruje się wyłącznie na tym rynku (19% firm obecnych na rynku niemieckim handluje wyłącznie z tym krajem).

W dalszej kolejności rynkiem docelowym jest Wielka Brytania i Irlandia, co zapewne jest efektem dużej emigracji do tych krajów) oraz kraje skandynawskie. Dla mikro i małych firm istotnym czynnikiem w eksporcie jest odległość do rynków zbytu, stąd duża część eksportu kierowana jest do krajów sąsiednich.

Jedna czwarta badanych firm swoją działalność opiera na eksporcie (przychody z eksportu stanowią ponad 50% całkowitych przychodów). Z drugiej strony dla prawie połowy eksporterów, przychody z eksportu stanowią niewielki dodatek do przychodów generowanych na rynku krajowym.

Statystyczny eksporter współpracuje z kilkoma kontrahentami. Ale aż 15% firm eksporterów współpracuje z ponad 10 firmami za granicą.

Mikro i małe firmy poszukują nowych kontrahentów samodzielnie, poprzez bezpośrednie kontakty, przez Internet lub na targach i wystawach, natomiast w niewielkim stopniu przy poszukiwaniu partnerów za granicą korzystają z pomocy zewnętrznej.

Aż 85% eksporterów konkuruje jakością swoich usług, a 78% ceną produktów lub usług.

– Atutem polskich mikro i małych firm jest połączenie wysokiej jakości i atrakcyjnej ceny. Już nie tylko korzystny kurs wymiany euro i niższe koszty pracy, ale jakość produktu lub usługi staje się główną przewagą konkurencyjną polskiego mikro i małego przedsiębiorcy na rynkach zagranicznych – mówi Grzegorz Piwowar, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao.

Coraz większa rola jakości produktu lub usługi wymaga wdrażania innowacyjnych rozwiązań – badanie pokazało, że eksporterzy w grupie mikro i małych firm dużo częściej też inwestują w innowacje.

Największą barierą w eksporcie jest ryzyko kursowe, a ponad połowa ankietowanych uważa, że wprowadzenie euro będzie korzystne dla działalności eksportowej firmy. Drugą ważną barierą jest konkurencja dużych firm, które wygrywają z polskimi mikro i małymi firmami eksportującymi efektem skali, pozycją negocjacyjną, zasobami na promocję i marketing oraz na badania i rozwój.

Ważną barierą jest także oszacowanie popytu za granicą, stąd duża rola instytucji publicznych, które oferują analizy rynków zagranicznych. Badanie pokazało, że firmy odczuwają jeszcze spowolnienie gospodarcze za granicą (30% wskazało na obawy związane z opóźnieniami w płatnościach). Istotna może być nadal bariera językowa (31% wskazań), natomiast znikome jest znaczenie różnic kulturowych, ponieważ prawie cały eksport mikro i małych firm kierowany jest do Europy.

73% eksporterów zamierza rozwijać działalność eksportową. Połowa eksporterów twierdzi, że rozwój eksportu wiąże się z inwestycjami w innowacje. Stąd mikro i małe firmy liczą na wsparcie podmiotów zewnętrznych. W przypadku banków wiąże się to z kredytami inwestycyjnymi, wygodną wymianą walut oraz instrumentami minimalizującymi ryzyko kursowe. Od instytucji publicznych firmy oczekują informacji o rynkach zagranicznych, wsparcia ze środków publicznych na zakup innowacji oraz udział w targach i wystawach. Ważną rolę mają także, zdaniem właścicieli mikro i małych firm, izby gospodarcze, które informują o rynkach zagranicznych, oferując pomoc w promocji firmy oraz w wyszukiwaniu kontrahentów zagranicznych.

Więcej na temat strategii i przygotowania marki do ekspansji na rynki zagraniczne znajdą Państwo na stronie http://123tlumacz.pl/eksport/

– Nie sposób pominąć wpływu sektora mikro i małych firm na kondycję gospodarki i rozwój kraju. Chcemy wdrażać nowe rozwiązania, które pomogą przedsiębiorstwom w rozwoju biznesu. Zamierzamy wspierać polskich przedsiębiorców w ekspansji na rynki zagraniczne przy wykorzystaniu naszej oferty dedykowanych produktów dla eksporterów „Przedsiębiorczość bez granic”, czy też oferując atrakcyjne rozwiązania w ramach „Pakietu trwałych korzyści” ze specjalną ofertą dla naszych klientów m.in. ze strony Google, Microsoft i home.pl dla mikro i małych firm – mówi Emanuele Cacciatore, Dyrektor Zarządzający Departamentem Klienta Biznesowego.

Z oszczędzaniem na bakier, lecz z dużą chęcią kupowania – nastroje finansowe Polaków

Domowy budżet niejednemu Polakowi spędza sen z powiek. Biorąc pod uwagę wszelkie kwestie związane z codziennymi wydatkami czy opłatami można śmiało powiedzieć, że sprawne zarządzanie domową kasą jest niezmiernie trudne. I choć większość rodaków bajońskich sum nie zarabia – stara się wiązać koniec z końcem – to, jak pokazują badania, próbują oszczędzać.

Każdy chciałby mieć pieniędzy pod dostatkiem. Nie martwić się o wydatki, iść na zakupy i na nich zaszaleć. Niestety – realia finansowe Polaków nie napawają optymizmem, a nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Oczywiście nieocenionym wyjściem, w przypadku ograniczonych wpływów, są zgromadzone oszczędności.Szkopuł w tym, że tylko 20% Polaków regularnie odkłada pieniądze. Większość osób posiadających oszczędności, jak sama przyznaje, robi to od czasu do czasu.

To nie odkrycie, że mamy problemy z konsekwentnym zabezpieczaniem finansowym swojej przyszłości. Jak pokazały wyniki badań Finansowego Barometra ING, Polacy czują największy dyskomfort, widząc poziom swoich oszczędności. Grzegorz Ogonek, ekonomista ING Banku Śląskiego zaznacza, że „[…] obecnie jesteśmy najgorszym krajem spośród 13 przebadanych państw pod względem zadowolenia z odłożonych pieniędzy, podczas gdy jeszcze dwa lata temu Polacy czuli się pewnie z tym, jakie mają oszczędności. One nie były jakieś szczególnie wielkie w porównaniu z zachodem Europy, ale takie mieliśmy poczucie. Teraz ten komfort prysnął, a realia są takie, że mamy za mało i przydałoby się więcej oszczędności.”

Mimo ostrożniejszego gospodarowania pieniędzmi, w drugiej połowie ubiegłego roku konsumpcja prywatna w Polsce zaczęła odżywać. Eksperci zaczęli się zatem zastanawiać, czy potrzeba oszczędzania będzie hamować konsumpcję, czy też w obliczu ożywienia gospodarczego Polacy będą skłonni do większych wydatków. Wyniki Finansowego Barometra ING pokazują zmiany na lepsze. Potrzebny jest jednak cel, by Polacy potrafili oszczędzać. A pieniądze odkładamy na: dom (30%), niespodziewane awarie (27%), kupno auta lub sprzętu elektronicznego (24%), na urlop (23%), spłatę długów (18%) lub emeryturę (5%).

„Jest narastający głód konsumpcji – to widać w odpowiedziach na pytanie, czy globalny kryzys zablokował nas w wydatkach? Polacy odpowiadają podobnie jak Niemcy, Luksemburczycy czy Holendrzy, którzy tak bardzo nie ucierpieli na kryzysie. Z tego wynika, że aż tak mocno nie zaciągnęliśmy pasa” – podkreśla Grzegorz Ogonek. Problemem jaki widzą eksperci jest to, że Polacy w mniejszym stopniu korzystają z zewnętrznych źródeł finansowych, czyli pożyczek i kredytów. Według badań największą niechęć do zapożyczania się wykazali też: Rumuni (79%), Hiszpanie i Czesi (76%). Z kolei najmniejszą Austriacy (59%) i Niemcy(57%).

Warto dodać, że Polacy wydają się patrzeć w przyszłość optymistycznie, bo nie myślą o odkładaniu pieniędzy na tak zwaną czarną godzinę. Taki cel wymienił tylko co czwarty respondent, podczas gdy w Austrii, Luksemburgu, Czechach czy Niemczech – co drugi. Być może i z tego wynika też fakt, że aż 53% badanych z Polski zadeklarowało, że – w razie gdyby przychody znacznie się zmniejszyły – przez trzy miesiące mogliby utrzymać obecny poziom wydatków.

Bez względu na to, czy oszczędzamy, czy też nie, wydaje się, że Polacy z większą rozwagą podchodzą do wydawania pieniędzy i gospodarowania domowym budżetem. Przed dokonaniem zakupu każdą złotówkę oglądamy dwa razy. Nic, tylko cieszyć się z rosnącej świadomości ekonomicznej rodaków. A jak jest naprawdę? To pokażą najbliższe miesiące.

SkyCash z biletami NFC w Krakowie

Pasażerowie komunikacji miejskiej w Krakowie mogą już kupować bilety w technologii NFC, zbliżając telefon do umieszczonych w pojazdach naklejek. Unikalne w skali kraju rozwiązanie to wspólna inicjatywa SkyCash, Orange Polska oraz Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie.

Kraków został pierwszym polskim miastem, w którym można dokonać błyskawicznego zakupu biletów komunikacji miejskiej w technologii zbliżeniowej. W autobusach i tramwajach zamieszczono specjalne naklejki, które przedstawiają najpopularniejsze bilety zakodowane w postaci tagów NFC. Żeby zainicjować zakup, wystarczy zbliżyć do naklejki telefon z zainstalowaną aplikacją SkyCash, a następnie zatwierdzić transakcję kodem PIN. Z pozwalającego zaoszczędzić czas rozwiązania mogą też korzystać posiadacze komórek, które nie obsługują standardu NFC. Należy wtedy zeskanować jeden z umieszczonych na naklejce kodów QR. Projekt jest wspólnym przedsięwzięciem operatora płatności mobilnych SkyCash, Orange Polska oraz Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie.

Integracja z technologią zbliżeniową i kodami QR pozwoliła ponadto na znaczne uproszczenie procesu pobierania aplikacji SkyCash. Jeżeli pasażer, który nie jest jeszcze użytkownikiem systemu, zbliży telefon do plakatu lub zeskanuje fotokod, otrzyma link do programu. Bezpośrednio po rejestracji, także z poziomu telefonu, można podłączyć kartę płatniczą, która pozwala kupować bilety w ramach dostępnych na niej środków, bez konieczności pamiętania o regularnym zasilaniu konta.

– Zbliżeniowe kupowanie biletów eliminuje potrzebę uruchamiania aplikacji przed dokonaniem transakcji, zapewniając tym samym oszczędność czasu i jeszcze większą swobodę podczas korzystania ze środków komunikacji miejskiej – powiedział Dariusz Mazurkiewicz, prezes zarządu SkyCash Poland S.A – Poza Krakowem nasz system działa w kilkudziesięciu miastach na terenie całej Polski. Mamy nadzieję, że już wkrótce także w nich będzie można korzystać z tego wygodnego rozwiązania – dodaje Mazurkiewicz.

Za projekt Bilety „NFC w komunikacji miejskiej w Krakowie” Orange Polska został uhonorowany Nagrodą Innowacyjności w Transporcie oraz tytułem Ambasadora Innowacyjności 2013. Nagroda została wręczona podczas gali II Forum Innowacji Transportowych w Warszawie.

Union Investment TFI komentarz rynkowy w sprawie Turcji

W odpowiedzi na gwałtowne osłabienie się tureckiej liry, centralny bank Turcji (CBRT) podniósł stopy procentowe. Możliwe skutki tej decyzji dla rynków i inwestorów komentują zarządzający Union Investment TFI.

Robert Burdach, zarządzający subfunduszem UniAkcje:

Wczorajsza decyzja CBRT o mocnym podniesieniu stóp procentowych powinna działać stabilizująco na turecką walutę, ale niesie za sobą również silne implikacje dla gospodarki oraz dla oczekiwanych wyników finansowych tamtejszych spółek. W następnych 2-3 kwartałach pod szczególną presją mogą być rezultaty finansowe tureckich banków. Koszt depozytów wzrośnie natychmiastowo, a przerzucenie na klienta wzrostu stóp procentowych poprzez zwiększenie ceny kredytu zajmie co najmniej kilka miesięcy. W rezultacie w 2014 r. marża odsetkowa netto tureckich banków może ulec zmniejszeniu. W dłuższym terminie, po dostosowaniu oprocentowania kredytów do nowych warunków, podwyżka stóp procentowych powinna mieć pozytywny wpływ na wyniki finansowe tamtejszych banków. Jeśli chodzi o inne sektory, to rosnący koszt kredytów konsumenckich może w krótkim terminie oddziaływać negatywnie na popyt na dobra konsumenckie, np. samochody i elektronikę.

Andrzej Czarnecki, zarządzający funduszami obligacji:
Oprócz podwyżki stóp procentowych, centralny bank Turcji uporządkował sposób prowadzenia polityki pieniężnej. Te zmiany należy odebrać bardzo pozytywnie, ponieważ w znaczny sposób poprawiają przejrzystość i przewidywalność polityki pieniężnej w Turcji w stosunku do stosowanych poprzednio „niestandardowych” rozwiązań.
Decyzje tureckiego banku centralnego będą miały w krótkim i średnim terminie pozytywny wpływ zarówno na kurs tureckiej waluty, jak i ceny długoterminowych obligacji tureckich – i to pomimo wzrostu stóp procentowych (na skutek zwiększenia wiarygodności).

Eksporterzy i importerzy spodziewają się w 2014 r. skoku zysków i większych zamówień

Firmy eksportowe i importowe prognozują, że ten rok będzie dla nich bardzo dobry: 76,7 proc. przewiduje zyski, natomiast tylko 4,8 proc. straty wynika z badania* „Przewidywania i nastroje importerów i eksporterów” , instytucji płatniczej obsługującej transakcje walutowe dla firm. Co więcej, w tym roku zyski w handlu zagranicznym mają być wyższe niż w roku 2013. Taki optymizm wyraziło aż 41,7 proc. importerów i 40,4 proc. eksporterów.

Dobre nastroje związane z wynikami finansowymi na koniec roku biorą się z przewidywanego poziomu zamówień. Ich wzrostu w 2014 r. spodziewa się 56,1 proc. eksporterów i 44,9 proc. importerów.

Radosław Jarema, dyrektor zarządzający AKCENTY w Polsce, wskazuje, że obroty realizowane przez jego firmę dla polskich klientów w ramach płatności zagranicznych rosną, w ostatnim roku o ok. 13 proc. Działamy w Czechach, na Słowacji, na Węgrzech i w Polsce, za chwilę w Rumunii. Polska wyróżnia się bardzo, dynamiki eksportu, szczególnie w niektórych branżach, są imponujące. Ale duże wrażenie robi też determinacja, z jaką polskie firmy nawiązują kontakty z partnerami nawet z bardzo egzotycznych krajów, oraz sposób prowadzenia biznesu polskich przedsiębiorców. Widać odważną ekspansję, ale też ścisłą koncentrację na kontroli kosztów, także w zakresie obsługi transakcji walutowych. Polscy przedsiębiorcy ostro jak żadni inni negocjują z nami kursy walut podkreśla Radosław Jarema.

Rok zysków

Zgodnie z badaniem AKCENTY zdecydowana większość właścicieli i prezesów firm eksportowych i importowych w przyszłość patrzy w kategorii zysków (nawet jeśli byłyby one niższe, niż w poprzednim roku), a nie strat. 76,7 proc. przewiduje zyski, a 7,1 proc. oczekuje, że ich wynik finansowy w 2014 r. nie zmieni się w porównaniu do poprzedniego roku. Najbardziej optymistyczni są właściciele największych przedsiębiorstw (których roczne obroty wynoszą ponad 50 mln zł). Wyższych zysków spodziewa się aż 80 proc. z nich. Takich sukcesów oczekuje natomiast 37,5 proc. średnich (roczne obroty od 10 do 50 mln zł) i 39,2 proc. najmniejszych firm (obroty poniżej 10 mln zł). Straty szacuje odpowiednio 6,7 proc. największych, 2,1 proc. średnich i 6,9 proc. małych przedsiębiorstw handlujących z zagranicą.

po półroczu wyższych obrotów

Jedynie 14,1 proc. zbadanych firm szacuje, że w pierwszym półroczu 2014 r. obroty ich firm będą niższe niż w poprzednim półroczu. Wzrost obrotów przewiduje z kolei aż 38,6 proc. zapytanych. Natomiast 38 proc. właścicieli i prezesów twierdzi, że obroty wyniosą tyle samo, co w 2013 r.

Optymizm zależy jednak od wielkości przedsiębiorstwa. Firmy najmniejsze w głównej mierze twierdzą, że obrót wyniesie tyle samo, co w poprzednim półroczu (40,8 proc.). Wśród przedsiębiorstw średnich zdania są podzielone: tyle samo badanych nie przewiduje zmiany obrotów w stosunku do poprzedniego półrocza, co uważa, że będą one wyższe w obu grupach wskaźnik wyniósł 39,6 proc.

Handel zagraniczny szykuje się do wzrostu zamówień

Połowa respondentów badania Plany i nastroje importerów i eksporterów AKCENTY uważa, że zamówienia w ich firmach będą rosły; 1/3 że się nie zmienią. W handlu zagranicznym poziom zamówień jest bardzo ważną predykcją, zawsze patrzy się na nią jako na pierwszą. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że tylko co dziesiąty eksporter i importer ocenia, że zamówienia dla jego firmy zmniejszą się, to oznacza, że handel zagraniczny jest bardzo pozytywnie nastawiony do przyszłości mówi Radosław Jarema. Jednocześnie im większa firma, tym optymistyczniej i dokładniej przewiduje swoje zamówienia. Spośród firm małych zmniejszenie zamówień szacuje 12 proc., zaś 7 proc. nie umie określić ich przyszłego poziomu. Spośród największych firm (pow. 50 mln zł) wszystkie umiały sprecyzować prognozy, przy czym żadna nie spodziewała się zmniejszenia zamówień.

Inwestycje odrobinę odważniejsze, zatrudnienie zostaje jak było

Nasze badanie pokazuje, że 2014 r. dla eksporterów i importerów będzie jeszcze rokiem ostrożności i wstrzymywania się z większymi wydatkami rozwojowymi. Nadzieje i optymizm są, ale muszą się potwierdzić, aby firmy, szczególnie importowe, nabrały pewności, że mogą pozwolić sobie na przesuwanie pieniędzy w obszar dużych inwestycji czy HR i nowych rekrutacji podkreśla Radosław Jarema z AKCENTY.

W przyszłym roku inwestycje będą rosły w 40 proc. firm eksportowych i 27,5 proc. firm importowych. Taki sam w stosunku do 2013 r. poziom inwestycji przewiduje z kolei 50 proc. importerów i 35 proc. eksporterów. W obu grupach zmniejszać inwestycje będzie ok. 1/5 firm.

Importerzy i eksporterzy nie planują zmian kadrowych. Ten sam poziom zatrudnienia przewiduje 66,7 proc. eksporterów oraz 72,5 proc importerów. Ponad 1/5 eksporterów zamierza zatrudniać.

* Ogólnopolskie badanie Przewidywania i nastroje importerów i eksporterów dla AKCENTY w dniach 29-31.11.2013 r. przeprowadził Instytut Homo Homini. Badanie zostało wykonane na próbie 216 przedsiębiorstw zajmujących się importem i/lub eksportem metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI).

 

Zwycięzca Australian Open w Lubinie

KGHM wspiera sportową karierę Łukasza Kubota. Polski tenisista w ubiegłym tygodniu zwyciężył w turnieju deblowym Australian Open 2014. Było to pierwsze wielkoszlemowe zwycięstwo w karierze Lubinianina.

Apple ogłasza wyniki za pierwszy kwartał – zysk netto 13,1 miliarda USD

Apple ogłosiła wyniki finansowe za pierwszy kwartał roku obrotowego 2014, który zakończył się 28 grudnia 2013 r. Spółka zadeklarowała rekordowe przychody kwartalne w wysokości 57,6 miliarda USD i kwartalny zysk netto w wysokości 13,1 miliarda USD, czyli 14,50 USD na akcję rozwodnioną. W analogicznym kwartale poprzedniego roku przychody wyniosły 54,5 miliarda USD, a zysk netto 13,1 miliarda USD, czyli 13,81 USD na akcję rozwodnioną. Marża brutto wyniosła 37,9 procenta w porównaniu z 38,6 procenta w analogicznym kwartale poprzedniego roku. 63 procent przychodów w ostatnim kwartale przypadało na sprzedaż poza USA.

Spółka sprzedała rekordową liczbę 51 milionów iPhone’ów, czyli więcej niż w którymkolwiek wcześniejszym kwartale. W analogicznym kwartale poprzedniego roku sprzedano 47,8 miliona tych urządzeń. Spółka Apple sprzedała też w zakończonym kwartale 26 milionów iPadów. Również i ta liczba jest kwartalnym rekordem wszechczasów. W analogicznym kwartale poprzedniego roku sprzedano 22,9 miliona iPadów. Spółka sprzedała 4,8 miliona komputerów Mac w porównaniu z 4,1 miliona w analogicznym kwartale poprzedniego roku.

Rada dyrektorów Apple zadeklarowała dywidendę gotówkową w wysokości 3,05 USD na akcję zwykłą. Dywidenda jest płatna w dniu 13 lutego 2014 r. dla akcjonariuszy zarejestrowanych na koniec dnia pracy 10 lutego 2014 r.

„Niezmiernie cieszy nas rekordowa sprzedaż iPhone’a i iPada, dobre wyniki sprzedaży produktów z rodziny Mac oraz nieustanny wzrost w sektorze iTunes, oprogramowania i usług”, powiedział Tim Cook, Dyrektor Generalny Apple. „Zadowolenie, lojalność i zaangażowanie klientów jest dla nas źródłem wielkiej satysfakcji. Intensywnie inwestujemy w naszą przyszłość, aby korzystanie z naszych produktów i usług było dla każdego użytkownika jeszcze wspanialszym doświadczeniem”.

„W kwartale zakończonym w grudniu nasza działalność przyniosła ponad 22,7 miliarda USD w gotówce, a do akcjonariuszy w formie dywidend i poprzez odkup akcji własnych wróciło dodatkowe 7,7 miliarda USD, co oznacza, że wypłaty w ramach naszego programu zwrotu kapitału wyniosły już łącznie ponad 43 miliardy USD”, powiedział Peter Oppenheimer, Dyrektor Finansowy Apple.

Apple prognozuje następujące wyniki w drugim kwartale roku obrotowego 2014:

  • przychody ze sprzedaży: od 42 do 44 miliardów USD;
  • marża brutto: od 37 do 38 procent;
  • koszty operacyjne: od 4,3 do 4,4 miliarda USD;
  • pozostałe przychody/(koszty): 200 milionów USD;
  • stawka opodatkowania: 26,2 procenta.

Komentarz indeksowy BossaFX 30 stycznia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 30 stycznia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

KNF: nie oczekujemy w tym roku gwałtownego wzrostu liczby udzielanych kredytów

CEO Magazyn Polska

Miniony rok był dla sektora bankowego bardzo dobry, mimo że wypracował on słabsze wyniki niż w poprzednich dwóch latach – ocenia przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. Jego zdaniem również w tym roku banki nie powinny oczekiwać na rynku gwałtownych zmian, ale przygotować się na zrównoważony rozwój przy umiarkowanym przyroście akcji kredytowej.

Dziś początek sezonu wyników sektora bankowego – raport publikuje BZ WBK. Jak mówi szef KNF, same banki oceniają ubiegły rok pozytywnie.

 – Prezesi banków mówią, że 2013 był bardzo dobrym rokiem. Wprawdzie wynik był poniżej tego, co było w 2012 roku, nawet poniżej poziomu z 2011 roku, ale pamiętajmy, że to były dwa lata rekordowych wyników – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.

Podkreśla, że wbrew wcześniejszym obawom sektorowi udało się utrzymać wyniki i akcję kredytową na stabilnym i satysfakcjonującym poziomie.

 – Sukcesem jest to, że nie mamy do czynienia tak jak w innych krajach ze spadkiem akcji kredytowej, ale przeciwnie, ze stabilnym, spokojnym wzrostem, co z mojego punktu widzenia jest absolutnie satysfakcjonujące – argumentuje szef KNF.

Jego zdaniem, w tym roku w sektorze bankowym nie należy oczekiwać gwałtownych zmian, również tych na dobre.

 – Dzisiaj wszyscy ci, którzy oczekują gwałtownych dynamik wzrostu akcji kredytowej, mają założenia i oczekiwania kompletnie nieuzasadnione – zaznacza Andrzej Jakubiak. – Myślę, że po okresie 2007-2008, banki, ale przede wszystkim też kredytobiorcy, wyciągnęli wnioski.

Mimo że obecne warunki wyjątkowo sprzyjają zaciąganiu kredytów ze względu na rekordowo niskie stopy procentowe, klienci nadal pozostają ostrożni. W ubiegłym roku KNF przyjął rekomendacje (S oraz T), które mają sprawić, by kredyty były bezpieczniejsze i dla klientów, i dla samych banków. Rekomendacja S, która obowiązuje od początku stycznia, dotyczy kredytów hipotecznych i wymaga od kredytobiorcy wkładu własnego, którego wysokość w kolejnych latach będzie się zwiększała.

GUS ogłosi dziś szacunkowe dane dot. PKB za ubiegły rok. Odczyt ma być najgorszy od 11 lat

CEO Magazyn Polska

Główny Urząd Statystyczny opublikuje dziś szacunkowe dane dotyczące PKB za 2013 rok. Zdaniem Ryszarda Petru polska gospodarka urosła o 1,3 proc., co byłoby wynikiem najgorszym od 2002 roku. W tym roku dynamika wzrostu może być dwukrotnie większa, bo główną siłę napędową, czyli eksport, będą wspierać rosnąca konsumpcja wewnętrzna i rosnące inwestycje.

– Ubiegły rok był rokiem kryzysu, najtrudniejszym rokiem od 2002 roku, bo tak niskiego wzrostu gospodarczego nie mieliśmy nawet w głębokim kryzysie w 2009 r. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Petru, przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich. 

Wzrost nieco powyżej 1 proc. to w dużej mierze zasługa działań eksportowych polskich przedsiębiorców. Na rynku wewnętrznym rok był mało udany – konsumpcja nie rosła, zwiększało się za to bezrobocie, które utrzymuje się powyżej 13 proc. Poziom inwestycji też był bliski zera. 

 – Firmy, siedząc na gotówce, boją się inwestować, ze względu na sytuację w światowej gospodarce, na niepewność, która była spowodowana brakiem strategii realizowanej w rządzie – mówi Petru. – Faktem jest, że przykręcamy śrubę podatkową, a żeby zainwestować, trzeba być pewnym, że idziemy we właściwą stronę. 

Zdaniem ekonomisty nastroje będą się poprawiać, zarówno w Polsce, jak i w całej Europie. Prognozowany przez niego tegoroczny wzrost PKB wyniesie ok. 3 proc., a jego siłą napędową ponownie będzie eksport, tym razem jednak przy większym wsparciu inwestycji i konsumpcji.

Zapewnia jednocześnie, że wzrost na tym poziomie nie będzie w istotny sposób odczuwalny dla przeciętnego Polaka. Niewiele zmieni się też w kwestii bezrobocia. Rok 2013 był rynkiem pracodawcy i to może zmienić się najwcześniej w 2015 roku. 

Niepokojący jest fakt, że choć przez ostatnie lata Polska mogła chwalić się jednym z wyższych wzrostów PKB w Europie, to dynamika jest coraz mniejsza. To widać szczególnie na tle najszybciej rozwijających się gospodarek świata. Zdaniem Petru, polska gospodarka musi zostać przemodelowana. Chodzi przede wszystkim o to, by stawiać na nowoczesne technologie, które zdecydowanie popchną gospodarkę w stronę szybkiego rozwoju. Inaczej Polska nie będzie miała szans na dogonienie lepiej rozwiniętych państw.

 – Kończą się proste rezerwy wzrostu i jak nie przejdziemy na wyższy poziom produkcji, na produkcję dóbr finalnych, to cały czas będziemy montować, a tym samym zarabiać mało. I choć będziemy rosnąć szybciej niż inni, to i tak część Polaków będzie migrować z miejsc, gdzie nie ma perspektyw na pracę – przestrzega Petru.

J. Piechota: Ukraińska gospodarka potrzebuje stabilizacji. Inwestorzy wstrzymują decyzje o nowych projektach

CEO Magazyn Polska

Ukraińska Rada Najwyższa zatwierdziła wczoraj wieczorem decyzję o amnestii dla uczestników protestów w Kijowie, ale na prezydenckich zasadach, czyli pod warunkiem, że przeciwnicy władz opuszczą zajęte rządowe budynki. Opozycja, która zbojkotowała głosowanie, zapowiedziała, że ustawy nie uzna. To może odsunąć w czasie szansę na stabilizację polityczną na Ukrainie, a na jej braku cierpi również gospodarka ukraińska.

Prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej ocenia, że jest szansa na zdroworozsądkowe porozumienie między opozycją a prezydentem Janukowyczem, które umożliwi stabilizację sytuacji politycznej na Ukrainie: utworzenie proeuropejskiego rządu i przyspieszone wybory prezydenckie. Tym bardziej że większość społeczeństwa jest przekonana co do europejskiej drogi rozwoju.

 – Protest społeczny przeciw władzy sięgającej do niedemokratycznych metod, jest protestem, którego stłumić się nie da. Wszelkie oznaki solidarności ze strony Polski czy UE są ważne dla liderów opozycji i społeczeństwa ukraińskiego – twierdzi Jacek Piechota, prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej. – Jednak wolałbym, aby politycy skupili się na tym, co będzie po tym, jak Ukraina już wybierze proeuropejską drogę. My, Polacy, a także Bruksela powinniśmy być gotowi na poważną rozmowę na temat tego, jak pomóc Ukrainie wyjść z dramatycznego kryzysu gospodarczego i jak stworzyć warunki umożliwiające poprawę konkurencyjności ukraińskiej gospodarki i spłatę długów.

To nie będzie łatwe, bo kryzys na Ukrainie i niepewność z nim związana spowodowały zastój inwestycyjny.

 – Dzisiaj przede wszystkim jest czas wyczekiwania. Nikt nie podejmuje decyzji o nowych inwestycjach i nowych projektach na Ukrainie. Firmy wstrzymały poszukiwania nowych partnerów po ukraińskiej stronie, czy to dostawców, czy odbiorców. Wszyscy czekają na stabilizację: władzy, systemu politycznego, regulacji  – to jest dla biznesu najważniejsze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Piechota.

Skutki tego odczuwają zarówno mieszkańcy Ukrainy, jak i polskie firmy współpracujące z Ukraińcami. Obecna sytuacja nie sprzyja przyspieszeniu obrotów gospodarczych pomiędzy Polską a Ukrainą, które wciąż nie wróciły do poziomów sprzed 2009 roku. Ukraina boleśnie odczuła ówczesny kryzys gospodarczy. Zanotowała 15-procentowy spadek PKB. Skutki tego odczuły też polskie firmy – obroty handlowe z Ukrainą spadły o 50 proc.

 – Z roku na rok to było odrabiane, ale wciąż są poniżej przedkryzysowego poziomu 9 mld dolarów – zauważa Jacek Piechota.

Kryzys polityczny nie jest też obojętny polskim inwestorom.

 – Ukraina wciąż jest największym rynkiem z krajów byłego Związku Radzieckiego, na którym nasze firmy lokowały inwestycje. Jest tam blisko 900 mln dolarów zainwestowanych przez polskie firmy i istnieje obawa o to, co się z nimi stanie – mówi prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej. – Problem w tym, że wśród przedsiębiorców też jest konflikt interesów. Niektórzy z nich produkowali na Ukrainie z zamiarem sprzedaży swoich towarów w innych krajach Wspólnoty Niepodległych Państw. Dla nich pogorszenie relacji ukraińsko-rosyjskich byłoby niekorzystne.

Polacy importowali z Ukrainy przede wszystkim surowce i nisko przetworzone produkty. Najwięcej eksportowali elektroniki oraz wyrobów przemysłu maszynowego. Szczególnie perspektywiczny dla wzajemnej współpracy był sektor rolniczy.

 – Ukraina, dokonując określonej transformacji, sięgając do swoich zasobów, np. bardzo urodzajnych czarnoziemów, stawiała na rolnictwo. To ogromny sektor, który dynamicznie się rozwijał. Było więc zapotrzebowanie na sprzęt, maszyny, know-how w zakresie produkcji rolnej i spożywczej  – mówi Jacek Piechota.

Szara strefa wśród firm bukmacherskich przekroczyła już 5 mld zł

CEO Magazyn Polska

Nawet 600 mln zł mógłby zyskać budżet państwa, gdyby firmy bukmacherskie zarejestrowane w rajach podatkowych, nielegalnie przyjmujące zakłady w Polsce, płaciły 12-proc. podatek. Dziś od legalnie działających firm wpływa co roku ok. 80-90 mln zł. Dlatego przedstawiciele branży i środowisko sportowe chcą zmian w prawie – proponują m.in. wyłączenie zakładów bukmacherskich z ustawy hazardowej. Argumentują, że zmiany pomogłyby zwiększyć nakłady na polski sport.

 Mamy w Polsce ustawę, która reguluje działalność bukmacherską. Mamy kilka firm, które działają legalnie, posiadają licencję Ministerstwa Finansów i płacą jedne z najwyższych podatków w Europie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Juroszek, prezes firmy bukmacherskiej STS. – Natomiast bukmacherzy zarejestrowani w rajach podatkowych nielegalnie przyjmują na terenie kraju przez internet zakłady, które nie są kontrolowane, na które nienałożone są żadne podatki.

Biorąc pod uwagę, że obecnie zakłady bukmacherskie w Polsce są obciążone 12-proc. podatkiem od obrotu, dla klienta z Polski dużo bardziej opłacalne jest założyć się u bukmachera, który jest zarejestrowany w raju podatkowym.

Jedną z propozycji bukmacherów jest stworzenie ustawy o zakładach wzajemnych i finansowaniu polskiego sportu. Chodzi o to, by zakłady bukmacherskie wykluczyć z zapisów ustawy hazardowej.

 – Zakłady bukmacherskie mają mało wspólnego z hazardem, bo są bardzo mało uzależnione od losowości. Są grą wiedzy – nasi klienci bazują na statystykach i na własnej wiedzy sportowej, żeby zebrać zakłady – tłumaczy Mateusz Juroszek. – Chcielibyśmy, żeby politycy i świat sportu stworzyli wspólnie ustawę, która spowoduje, że firmy europejskie i polskie będą miały te same warunki w Polsce, jeżeli chodzi o przyjmowanie zakładów.

Kolejnym postulatem bukmacherów jest jak najszybsze wprowadzenie indeksu stron hazardowych, które działają nielegalnie, czyli bez pozwolenia Ministerstwa Finansów oraz bez stosownych licencji.

 – Bardzo łatwo jesteśmy w stanie wymusić na operatorach telekomunikacyjnych zablokowanie stron firm, które w Polsce nie płacą podatków, a przyjmują zakłady – tłumaczy prezes STS. – Wydaje nam się, że odcięcie dostępu do nielegalnie działających firm spowoduje, że przynajmniej połowa z tych osób, które z Polski się zakłada, będzie się zakładała w legalnych firmach, a my będziemy mieli możliwość finansować sport w dużo większej skali niż to robimy dzisiaj.

Legalnie działające firmy bukmacherskie w Polsce szacują, że szara strefa może sięgać nawet 5 mld zł, podczas gdy ich obroty to ok. 800 mln zł rocznie. Gdyby uniemożliwić funkcjonowanie nielegalnie działającym bukmacherom, zamiast 80-90 mln zł do budżetu państwa mogłoby trafiać ok. 600 mln zł. Tym samym zwiększyłyby się nakłady na polski sport.

 – Finansowanie polskiego sportu przez firmy bukmacherskie to dziś są kwoty rzędu 8-10 mln zł łącznie, a mogłoby to być 100-200 mln zł, więc to są gigantyczne różnice – mówi Juroszek.

Braki w finansowaniu to główna bolączka polskiego sportu. Z budżetu państwa wciąż nie starcza bowiem pieniędzy na opłacenie nauki, organizację imprez czy innego rodzaju przedsięwzięć sportowych.

 – Sport to nie tylko medale, to jest całe wychowanie młodzieży, to jest też zdrowie starszych ludzi, którzy się ruszają, nas wszystkich tutaj, którzy się ruszają. Sport jest bardzo ważny w ogóle do życia, żebyśmy byli szczęśliwi, żebyśmy byli zdrowi, żebyśmy byli sprawni – argumentuje Czesław Lang, organizator Tour de Pologne i były kolarz.

Jak przekonują przedstawiciela środowiska sportowego, większe pieniądze z budżetu państwa na ten cel przyniosą w przyszłości wymierne korzyści. Rolę sportu w życiu społeczeństwa doceniają już państwa wysoko rozwinięte, które bardzo mocno inwestują w tę dziedzinę.

 – Jeżeli zainwestujemy złotówkę w sport, to ona czterokrotnie się zwróci – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Czesław Lang. – Będziemy mieli zdrowe społeczeństwo, będą to ludzie z pasją, będą chętniej pracowali – wychowamy też dobre społeczeństwo poprzez sport.

Część wynajmujących mieszkania ma czas na rozliczenie się z fiskusem tylko do końca tygodnia

CEO Magazyn Polska

Już tylko dwa dni zostały na rozliczenie się z fiskusem tym, którzy mają przychody opodatkowane ryczałtem. Deklarację PIT-28 składa się zdecydowanie wcześniej niż pozostałe deklaracje roczne, bo tylko do końca stycznia. Powinni o tym pamiętać właściciele wynajmowanych mieszkań, którzy zdecydowali się na zryczałtowany podatek.

Podatnicy, którzy rozliczają przychody z najmu, mogą się rozliczać wedle zasad ogólnych, czyli skali podatkowej 18 proc. i 32 proc., albo wybrać znacznie niższą stawkę ryczałtową.

 – Stawka wynikająca z tzw. ustawy o ryczałcie ewidencjonowanym jest preferencyjna i wynosi 8,5 procent. Należy jednak pamiętać, że w ryczałcie opodatkowany jest przychód. Nieistotne są w tym wypadku koszty jego uzyskania, w przeciwieństwie do zasad ogólnych, gdzie opodatkowany jest realny dochód, czyli przychód minus koszty – mówi Andrzej Marczak, doradca podatkowy, partner KPMG.

Taka forma opodatkowania jest korzystna przede wszystkim dla tych osób, których koszty uzyskania przychodu są niewielkie, czy też nie ma ich praktycznie wcale. Wszystko tak naprawdę zależy od wydatków związanych z najmem. Warto je wówczas wymienić w umowie, tak, by nie stanowiły one przychodu.

 – Jeśli zobowiążemy najemcę, aby takie opłaty, jak na przykład za wodę czy energię elektryczną, pokrywał jako odrębne w stosunku do naszego czynszu i zostanie to odpowiednio zapisane w umowie, wówczas stawka 8,5 proc. będzie nakładana tylko na czynsz, który realnie otrzymujemy, a nie na koszty, które dodatkowo pokrywać będzie najemca – tłumaczy Andrzej Marczak.

To rozwiązanie opłaca się przede wszystkim tym, którzy nie chcą bądź też nie mają czasu na obliczanie, co jest, a co nie jest kosztem uzyskania przychodu. Forma ryczałtu jest dla nich nie tylko wygodna, lecz także atrakcyjna finansowo, podobnie zresztą jak dla tych, którzy wynajmują relatywnie nowe mieszkania.

 – Natomiast osoby, które wynajmują mieszkania lub domy użytkowane wcześniej przez co najmniej 5 lat, mogą zastosować tzw. stawkę amortyzacyjną indywidualną. Przy opodatkowaniu na normalnych zasadach, gdzie przychody pomniejszane są o koszty, można amortyzować mieszkania czy domy i rocznie stosować stawkę 1,5 proc. – mówi Andrzej Marczak. – Przy mieszkaniach używanych dłużej stawka amortyzacyjna wynosi aż 10 proc. rocznie.

Oznacza to, że przy wynajmie mieszkań użytkowanych dłużej niż pięć lat koszty mogą w znacznym stopniu równoważyć przychody. Wówczas dochód, który podlega opodatkowaniu, będzie znacznie mniejszy, a w niektórych sytuacjach może nie być go wcale. Nie ma zatem większego sensu decydować się na ryczałt, gdzie stawka jest zawsze taka sama i nakładana na przychody, niezależnie od tego, ile tak naprawdę wyniósł dochód.

Przy wyborze ryczałtu czy zmianie dotychczasowej formy rozliczania się, należy złożyć oświadczenie w urzędzie skarbowym, a co ważne – w trakcie roku podatkowego wybranej formy opodatkowania nie będzie można zmienić. Zmianę zadeklarowanej formy rozliczania się z urzędem, można zgłaszać do 20 stycznia następnego roku, więc kto tego nie zrobił, następną szansę będzie miał dopiero za rok.

Do końca tego miesiąca z fiskusem muszą rozliczyć się nie tylko wynajmujący mieszkania, lecz także inni podatnicy objęci ryczałtem, czyli prowadzący pozarolniczą działalność gospodarczą indywidualnie bądź w formie spółki cywilnej i jawnej osób fizycznych.

Płatny wjazd do centrów miast poprawia przepustowość ruchu i zmniejsza korki

CEO Magazyn Polska

Płatny wjazd do centrów miast, mniejsza liczba miejsc parkingowych oraz pierwszeństwo dla komunikacji zbiorowej – to wszystko mogłyby usprawnić transport w Warszawie i innych dużych miastach. Władze miast powinny jednocześnie zachęcać mieszkańców do korzystania z transportu miejskiego. Pomogłoby też wdrażanie na większą skalę inteligentnych systemów transportowych, np. informujących o korkach, remontach czy dostępności parkingów.

Adam Piotr Zając ze Stowarzyszenia Integracji Stołecznej Komunikacji (SISKOM) podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes, że mieszkańcy powinni być równocześnie zniechęcani zarówno do korzystania z własnych samochodów, jaki i do podróży komunikacją miejską. Jedną ze skutecznych metod jest wprowadzenie opłat za wjazd do centrum miasta. Zając podkreśla, że miasta, które zdecydowały się na taki krok, m.in. Londyn i Mediolan, znacznie ograniczyły ruch. Maksymalny czas postoju powinien zostać ograniczony, np. do 2 godzin.

 – To narzędzia jak najbardziej skuteczne. Natomiast w Polsce cały czas nie egzekwujemy już istniejących przepisów, np. dotyczących opłat parkingowych. Około 20 proc. kierowców w ogóle nie płaci. Problemem jest także parkowanie w niedozwolonych miejscach. Gdyby takie samochody były odholowywane, a kary za parkowanie bez opłaty byłyby wyższe, wtedy samochodów w centrum mogłoby być mniej – przekonuje Adam Zając w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Kolejnym działaniem powinno być ograniczanie liczby miejsc parkingowych. Dzięki temu jeżdżenie samochodem po centrum miasta stanie się mniej atrakcyjne. Jak podkreśla ekspert, mieszkańcy, którzy będą mieli problem ze znalezieniem miejsca parkingowego, chętniej wybiorą transport publiczny, rower lub nawet krótkie dystanse pokonają pieszo.

Zając dodaje jednak, że równocześnie władze miast muszą usprawniać komunikację publiczną tak, by zwiększać jej atrakcyjność. Niezbędne są inwestycje w tabor, a także w wygląd i funkcjonalność przystanków, stacji oraz ich otoczenia.

  Korki w Warszawie i innych miastach można zmniejszyć, dając priorytet transportowi zbiorowemu. Wtedy będzie on atrakcyjny dla większej liczby mieszkańców – przekonuje Zając. – W Warszawie większość pasażerów wybiera transport zbiorowy. Nawet osoby, które posiadają samochód, decydują się na jazdę komunikacją, ponieważ jest to szybsze i tańsze rozwiązanie. Dlatego warto by było pomyśleć o tym, żeby zwiększyć efektywność transportu przez skrócenie czasu przejazdu. Niektóre polskie miasta wciąż nie oferują transportu zbiorowego na takim poziomie, żeby był on realną alternatywą dla dojazdów samochodem do centrum.

Ważnym elementem usprawnienia komunikacji zbiorowej jest wdrożenie inteligentnych systemów transportowych (ITS). W Warszawie na razie jedynie w Alejach Jerozolimskich oraz na Trasie W-Z zainstalowano tablice dynamicznej informacji pasażerskiej, które wyświetlają czasy planowanych odjazdów najbliższych tramwajów. Według Zająca pasażerowie bardzo dobrze je odbierają, a system powinien być rozszerzony.

Konieczna jest też lepsza synchronizacja świateł drogowych. Choć na wielu skrzyżowaniach działają światła reagujące na ruch, brakuje ogólnomiejskiej koordynacji, przez co kierowcy skarżą się na brak zielonej fali. Tablice świetlne powinny też lepiej informować o korkach, utrudnieniach związanych z remontami oraz o zajętości miejsc parkingowych, w tym również na parkingach park & ride.

 – Wyzwaniem przed wdrażaniem ITS-u jest przede wszystkim integracja i poniesienie dodatkowych kosztów, które będą związane z popularyzacją tych systemów na terenie całego miasta. To są inwestycje idące w setki milionów złotych – ocenia Zając.

Ważną inwestycją jest też dokończenie obwodnicy Warszawy i budowa jej wschodniej, praskiej części. Droga szybkiego ruchu otaczająca stolicę pozwoli odciążyć główne ulice takie, jak Marszałkowska czy Aleje Jerozolimskie.

Nie ma zgody w sprawie jednolitej przestrzeni powietrznej nad Unią Europejską

CEO Magazyn Polska

Protestujący w wielu europejskich krajach kontrolerzy lotów przekonują, że wprowadzenie jednolitej przestrzeni powietrznej nad Unią Europejską oznacza cięcie kosztów, a więc obniżenie bezpieczeństwa lotów. Wskazują też na konieczność inwestycji w infrastrukturę wobec rosnącego rynku lotniczego. Zwolennicy nowych rozwiązań wskazują na nieefektywność obecnego systemu i argumentują, że agencje nawigacyjne w Europie po prostu bronią swojego monopolu. 

W akcji protestacyjnej polscy kontrolerzy bezpośrednio nie uczestniczą, ale pasażerowie odczuli jej skutki, lecąc w środę do lub z innych krajów, na przykład z Włoch czy Portugalii. W czwartek do protestu dołączają Austriacy, Węgrzy i Słowacy. Według polskich danych w dwudniowym proteście może wziąć udział nawet 15 tys. pracowników tej branży.

 – Pakiet Single European Sky, czyli jednolite europejskie niebo, jest ciekawą propozycją. Ale w swoich założeniach, z naszego punktu widzenia, jest nie do zaakceptowania, gdyż przede wszystkim prowadzi do nieracjonalnej redukcji kosztów – przekonuje Janusz Janiszewski, prezes Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

Główny zarzut dotyczący brukselskiej propozycji wprowadzenia jednolitej przestrzeni powietrznej nad Europą to zbyt daleko idąca redukcja kosztów, która będzie mieć wpływ na bezpieczeństwo pasażerów.

 – Koszt służb ruchu lotniczego to zaledwie od 2 do 4 proc. całych kosztów biletu. Czyli jest to niewielki koszt w porównaniu na przykład do kosztów paliwa, które ponoszą linie lotnicze. A trzeba pamiętać, że na bezpieczeństwo każdego pasażera w locie z punktu A do punktu B patrzy kilkuset kontrolerów – podkreśla Janiszewski.

Przekonuje, że agencje nawigacyjne w krajach unijnych potrzebują nowych inwestycji, aby bezpiecznie prowadzić tysiące samolotów, jakie codziennie latają na europejskim niebie – tylko w Polsce to ponad 2 tys. samolotów na dobę.

Z tą argumentacją nie zgadza się Jacek Krawczyk, przewodniczący Grupy Pracodawców Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego, autor opinii na temat Wspólnego Europejskiego Nieba II+ i innych aspektów europejskiego rynku lotniczego. Jego zdaniem nowe rozwiązania mają właśnie głównie zwiększyć bezpieczeństwo lotów.

 – Wspólne europejskie niebo to po pierwsze lepsza organizacja ruchu lotniczego w Europie. To mniej opóźnień dla pasażerów, mniej kosztów ponoszonych przez linie lotnicze i większa efektywność działania europejskich agencji nawigacyjnych – przekonuje Krawczyk.

Jak tłumaczy, obecny system, w ramach którego funkcjonuje 28 systemów prawnych poszczególnych krajów, jest o połowę mniej wydajny niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie obowiązuje jedna przestrzeń powietrzna. Tam jest około dwudziestu tzw. centrów koordynacji obszarowych, w Europie – ponad sześćdziesiąt. Po zmianach zniknie ponad jedna trzecia z nich.

 – Cała ta zawierucha, jaka się w tej chwili rozpoczyna, dotyczy tego, żeby bronić status quo, które polega na tym, że pracujemy dwa razy drożej z dwa razy większą liczbą kontrolerów, za co zapłacą linie lotnicze i pasażerowie – mówi Krawczyk. – To jest po prostu nieskoordynowany twór, który jest skrajnie nieefektywny i którego ryzyko w mojej ocenie jest wyższe, niż gdyby nastąpiła pełna koordynacja procedur i podmiotów biorących udział w tym procesie.

Jak dodaje, kontrolerzy, chroniąc teraz swoje miejsca pracy, nie myślą o przyszłości, kiedy międzynarodowa konkurencja – która dotyczy też nawigacji lotniczej – wymusi konieczne zmiany. Efektem będzie zahamowanie rozwoju lotnictwa europejskiego, co dotknie również bezpośrednio kontrolerów.

 – Możemy za te same pieniądze, za tymi samymi nakładami czasu osiągnąć dużo lepsze parametry i wyniki, bezpieczeństwa również  przekonuje Krawczyk. – Zredukować opóźnienia, co też jest kluczową sprawą dla pasażerów. Nie ma żadnego powodu, żeby dla obrony socjalnej pozycji bardzo uprzywilejowanej i wysokich wynagrodzeń Europejczycy mieli to tolerować.

Sukcesy sportowców przyciągają coraz większe budżety marketingowe

Spektakularne wyniki sportowców, jak wygrana Łukasza Kubota w deblu w Australian Open, przyciągają uwagę marketingowców. Osiągnięcie sukcesu to jednak dopiero początek,  bo tu liczy się powtarzalność. Marketingowcy są natomiast coraz bardziej świadomi możliwości, jakie oferują im najpopularniejsze dyscypliny sportowe.

Marketingowcy sportowi mogą pomóc zawodnikom zdobyć sponsorów, utrzymać popularność, zaplanować karierę. Ale najpierw potrzebny jest sportowy sukces. A im więcej, najlepiej następujących po sobie, zwycięstw, tym o zainteresowanie łatwiej.

 – Sportowy sukces to przepustka uchylająca wcześniej zamknięte drzwi. Ale to nie działa automatycznie. By sukces wykorzystać, trzeba dalej działać, trzeba się pokazywać, bywać, rozmawiać z marketingowcami. Rzadko zdarza się, żeby po jakimś sukcesie natychmiast pojawiali się sponsorzy z lukratywnymi ofertami. To znacznie dłuższy proces, dlatego najlepiej, jeśli sukcesy się powtarza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes firmy Sport Management Polska.

Zainteresowanie marketingowców czy zdobycie sponsorów wymaga wysiłku, zwłaszcza że nie w każdej dyscyplinie jest o nich równie łatwo.

 – Istnieje rodzaj piramidy zainteresowania, jeżeli chodzi o sponsorów. Wiąże się ona z zainteresowaniem konsumentów, widzów, telewidzów i słuchaczy daną dyscypliną. Na szczycie tej piramidy jest piłka nożna, nawet jeśli nie osiągamy w niej żadnych sukcesów – tłumaczy Grzegorz Kita.

Prezes przypomina, że nawet za najlepszych czasów Adama Małysza skoki narciarskie pod względem popularności ledwo wyprzedzały piłkę nożną, choć drużyna narodowa nie miała się czym pochwalić. Zwykle dyscypliny drużynowe przykuwają największą uwagę, mają najwięcej kibiców i są bardziej preferowane przez sponsorów.

 – Podstawowe trio to: piłka nożna, koszykówka i siatkówka. Ale i tu są różne półki – nie każda dyscyplina ma szeroko otwarte drzwi do sponsorów, nie każda budzi ogólne zainteresowanie. W Polsce to na przykład piłka ręczna – komentuje szef Sport Management Polska.

Inaczej jest w przypadku sportów indywidualnych. Choć są kibice zainteresowani konkretnymi dyscyplinami, to ich popularność, również wśród marketingowców, w dużej mierze zależy od odnoszących sukcesy zawodników.

 – W większości takich dyscyplin bardziej interesujemy się twarzą, gwiazdą rywalizacji. W połowie roku 2000 bardziej interesowano się Otylią Jędrzejczak niż samym pływaniem. Dziś kibice biegów narciarskich tak naprawdę interesują się Justyną Kowalczyk. Po odejściu Roberta Kubicy z Formuły 1 zainteresowanie zawodami drastycznie spadło – wylicza Grzegorz Kita.

Zdarzają się jednak wyjątki: po Otylii Jędrzejczak pojawiło się grono utalentowanych polskich pływaków, którzy podtrzymali zainteresowanie. Podobnie niezła drużyna skoczków narciarskich przykuwa uwagę publiczności, choć Adam Małysz już skończył karierę skoczka.

Zainteresowanie marketingowców sportem zawsze budzą wielkie imprezy międzynarodowe, a w takich sytuacjach rośnie pozycja sportu z punktu widzenia możliwości działań marketingowych.

 – To jednak tylko punkt wyjścia, początek dalszych działań od strony organizacji sportowych. Przykład Euro 2012 pokazał wielu marketingowcom, jaka jest siła i skala zjawiska marketingowego tego typu przedsięwzięcia – uważa Grzegorz Kita.

Prezes podkreśla, że największe imprezy mają bardzo zamknięte i hermetyczne struktury sponsorskie dominujące w reklamach i komunikacji.

 – Dlatego wielu marketingowców nie widzi tam dla siebie miejsca. Za to każda taka impreza poprawia ogólną pozycję sportu w ich świadomości – podsumowuje Kita.

Cyfrowa dystrybucja muzyki zmienia polski rynek fonograficzny

CEO Magazyn Polska

Ostatnie kilka lat było dla rynku muzycznego wyjątkowo korzystne. W 2012 roku po raz pierwszy od 1998 światowy przemysł fonograficzny zaliczył minimalny wzrost przychodów. Pomyślne trendy dotarły także do Polski, która jest w trakcie kluczowych przemian w branży.

Rewolucję w polskiej branży fonograficznej zwiastują serwisy streamingowe. W 2012 roku przychody związane z dystrybucją cyfrową wzrosły o 77 procent, a popularność platform takich, jak Spotify lub WiMP ciągle rośnie. Portale związane ze streamingiem pozwalają na słuchanie muzyki bez konieczności pobierania jej na dysk zewnętrzny. Dzięki łączu internetowemu użytkownik ma dostęp do ogromnej ilości muzyki w dowolnym miejscu i czasie.

Polski przemysł fonograficzny znajduje się w przełomowym momencie. Jest to efekt wejścia na nasz rynek zachodnich potentatów związanych z dystrybucją cyfrową. Mówimy tutaj o serwisach streamingowych takich, jak Spotify, Deezer oraz iTunes. Firmy te udostępniają słuchaczom pliki w niskich cenach. Za 10 lub 20 złotych użytkownik może wykupić miesięczny abonament, który daje mu dostęp do 20 mln utworów. Konsument dostał więc możliwość legalnego przesłuchiwania muzyki za cenę mniejszą niż jedna płyta – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Patryk Gałuszka z Uniwersytetu Łódzkiego.

Mimo coraz większej popularności cyfrowej dystrybucji muzyki, to sprzedaż nośników fizycznych jest najbardziej opłacalnym biznesem dla polskich wytwórni fonograficznych. Sprzedane płyty generują 80 procent wszystkich dochodów przemysłu.

Polski rynek cały czas znajduje się w epoce płyt kompaktowych. Słuchacze w większości przypadków stwierdzają, że to właśnie CD jest dominującym przekaźnikiem. Również żaden z wydawców nie zadeklarował, że głównym elementem ich oferty są pliki muzyczne – dodaje dr Patryk Gałuszka.

Jedną z ważniejszych cech rodzimego rynku fonograficznego jest jego elastyczność. Dzięki temu w Polsce swobodnie działają giganci tacy, jak Universal, Sony, Warner, Parlophone oraz niezależne wytwórnie. Szacuje się, że produkcje spod znaku tzw. independent labels stanowią obecnie ok. 14 procent wszystkich wydawnictw.

Różnorodność polskiego przemysłu muzycznego związana jest z istnieniem na rynku zarówno wytwórni wielkich, jak i tych niszowych. W Polsce znajdziemy potentatów rynku światowego, którzy wydają płyty z dominującymi gatunkami muzycznymi oraz mikrowytwórnie prowadzone przez jedną osobę zatrudnioną na etacie w zupełnie innej branży, która po godzinach własnymi siłami wydaje wartościowe nagrania na winylach lub nawet kasetach – wyjaśnia Gałuszka. 

Przychody polskiej branży fonograficznej w latach 2011 i 2012 stanowiły 1 procent przychodów przemysłu muzycznego w skali globalnej. Pozwoliło to uplasować się dystrybutorom na odpowiednio 22. i 23. miejscu na świecie.

Przetargi: rok 2013 pod znakiem śmieci i odpadów

W całym roku 2013 w porównaniu z rokiem 2012, w Biuletynie Zamówień Publicznych pojawiło się o 1,6 procent więcej ogłoszeń o wszczęciu postępowania o udzielenie zamówienia publicznego – wynika z opracowania wykonanego przez serwis eGospodarka.pl. Z zapaści wychodzi budownictwo, co dało się szczególnie zauważyć w drugiej połowie 2013 roku. Jednak publicznym zamówieniom w ubiegłym roku ton nadawały śmieci, a w szczególności zamówienia związane z gospodarką odpadami, a to za sprawą tzw. „ustawy śmieciowej”, która weszła w życie w połowie 2013 roku.

Z danych zebranych i opracowanych przez serwis www.Przetargi.eGospodarka.pl wynika, że w całym roku 2013 w Biuletynie Zamówień Publicznych pojawiło się 184 tys. 827 ogłoszeń o wszczęciu postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, o 2879 więcej niż rok wcześniej.

W roku 2013 wzrost liczby postępowań o udzielenie ZP względem roku poprzedniego zanotowano w dwóch z trzech notowanych kategorii: w zamówieniach na dostawy usług oraz w zamówieniach na prace remontowo-budowlane. Wzrosty te wyniosły odpowiednio 3,63 proc. (usługi) oraz 1,73 proc. (prace budowlane).

Rok 2013 nie okazał się wprawdzie szczególnie pomyślny dla firm budowlanych pracujących dla sektora publicznego, bowiem liczba ogłoszonych w roku 2013 przetargów na prace budowalne była zauważalnie poniżej średniej za lata 2008-2012. Jednak wart mocnego podkreślenia jest – prawdopodobnie już bardziej trwały – wzrost skali ogłaszanych przetargów na prace budowlane, obserwowany już od II kw. 2013 roku. W ostatnim, IV kwartale 2013 roku ogłoszono o 6,53 proc. więcej zamówień na prace budowlane niż rok wcześniej, w III kw. 2013 roczna dynamika zamówień dla sektora budowlanego wyniosła 6,70 proc.

Liczba przetargów na prace budowlano-remontowe w roku 2013 była zauważalne mniejsza niż w szczytowym okresie boomu inwestycyjnego związanego z przygotowaniami do Euro 2012 (lata 2010 i 2011). Jednak spowolnienie w tym segmencie zostało według wszelkiego prawdopodobieństwa powstrzymane i branża budowlano-remontowa zaczyna z sektora publicznego pozyskiwać coraz więcej zamówień.

W 2013 roku wystąpił dość istotny wzrost liczby postępowań przetargowych w kategorii dostaw usług. Tak istotny wzrost ma jednak charakter jednorazowy, bowiem został niemal w całości wygenerowany przez przetargi z zakresu gospodarki odpadami. Zamówienia na usługi związane z gospodarką odpadami były liderami zestawień najczęstszych zamówień przez niemal całe pierwsze półrocze ubiegłego roku. Gminy zostawiły sobie wdrażanie regulacji wynikających ze słynnej „ustawy śmieciowej” niemal na ostatnią chwilę, stąd też pierwsze półrocze zostało zdominowane przez zamówienia na wywóz odpadów, przetwarzanie ich, recykling czy transport.

Podmioty organizujące w 2013 roku zamówienia publiczne najczęściej wybierały formę przetargu nieograniczonego. Na taką formę zdecydowano się w 175 tys. 563 postępowań o udzielenie zamówienia publicznego, czyli 95,12 proc. wszystkich postępowań. Forma ta jest najbardziej przejrzystym sposobem organizowania zamówienia publicznego. Dla urzędników zajmujących się w różnych instytucjach obsługą zamówień jest to również najbardziej bezpieczna forma, pozwala bowiem na uniknięcie zarzutów korupcji czy niegospodarności. Jest to również dość szybki tryb, bowiem postępowanie jest jednoetapowe.

Na zamówienie w trybie przetargu ograniczonego zdecydowano się w przypadku 770 postępowań, czyli w 0,42 procent wszystkich zamówień. Negocjacje z ogłoszeniem wybrano w 0,04 organizowanych w 2013 postępowań o udzielenie zamówienia publicznego.

Pozostałe formy – czyli dialog konkurencyjny, negocjacje bez ogłoszenia, zamówienie z wolnej ręki czy zapytanie o cenę – zastosowano w 4,43 proc. organizowanych w 2013 roku postępowań o udzielenie zamówienia publicznego. Form takich użyto w roku 2013 w przypadku 8 tys. 168 postępowań.

Co dziesiąty przetarg w Warszawie

W 2013 roku najwięcej przetargów ogłoszono w Warszawie. Instytucje zlokalizowane w stolicy opublikowały w ubiegłym roku aż 18 tys. 498 ogłoszeń o udzielenie ZP, co stanowi ponad 10 procent wszystkich ogłoszeń w kraju. Stan ten nie powinien jednak dziwić. W Warszawie ma swoją siedzibę wiele centralnych urzędów, organów administracji oraz innych podmiotów publicznych, zobowiązanych do stosowania prawa zamówień publicznych.

Z drugiego w zestawieniu miasta, czyli Krakowa, w 2013 roku pochodziło 7 tys. 449 ogłoszeń przetargowych, czyli ponad dwukrotnie mniej niż z Warszawy. W trzecim w rankingu Wrocławiu ogłoszono w 2013 roku 5 tys. 139 postępowań o udzielenie zamówienia publicznego. Na kolejnych miejscach znalazły się Poznań (4.635 ogłoszeń), Łódź (3.746), Katowice (3.741), Lublin (3.184), Rzeszów (3.013), Gdańsk (2.886) oraz Szczecin (2.809).

Budżetowa katastrofa. Gospodarka przyspiesza

Rok 2013 upłynął pod znakiem znacznego przeszacowania wpływów budżetowych, który to spadek zaowocował koniecznością szybkiej nowelizacji budżetu państwa, połączonej z dużymi cięciami wydatków. W efekcie ucierpiały budżety całej sfery publicznej, bowiem na skutek cięć i spadku dochodów podatkowych ucierpiały również budżety samorządowe.

Na szczęście w drugiej połowie ubiegłego roku coraz lepsze wieści zaczęły nadchodzić z gospodarki. Produkcja przemysłu po wcześniejszych spadkach oraz stagnacji wystrzeliła w górę. Rósł eksport. Przez sporą część roku spadało bezrobocie liczone w relacji – oczywiście skala tego spadku nie była spektakularna, ale wskazywała na odwrócenie negatywnych tendencji na rynku pracy.

W efekcie wzrost PKB zaczął przyspieszać. Według ostrożnych szacunków, jest bardzo prawdopodobne że za cały rok 2013 dynamika PKB przekroczyła poziom 2 procent. Ruszająca do przodu gospodarka uratowała budżet, bowiem zaczęła fiskusowi generować większe przychody, co pozwoliło z kolei na zmniejszenie deficytu wobec poziomu określonego w znowelizowanej ustawie budżetowej.

– Niestety równowaga budżetowa jest dość złudna. Publiczna kasa nadal wykazuje się wielkimi niedoborami, więc rząd już niemal histerycznie szuka pieniędzy. „Nacjonalizacja” części aktywów OFE zgromadzonych w obligacjach pozwoli na księgowy manewr zmniejszenia relacji zadłużenia do PKB. Poszerzanie bazy podatkowej i zwiększanie opodatkowania to z kolei przejawy rosnącego fiskalizmu państwa – mówi Beata Szkodzin, wydawca serwisu eGospodarka.pl. – Rządowi już tak drastycznie brakuje pieniędzy, że zaczyna sięgać po ostateczne rezerwy. Bo jak inaczej wytłumaczyć pomysły objęcia nowymi daninami tzw. umów śmieciowych, czyli zatrudniania na podstawie umów cywilnoprawnych? Czy budzące wątpliwości pomysły na zwalczanie zjawiska tzw. optymalizacji podatkowej? Niestety polska gospodarka nie jest innowacyjna. Jej głównym atutem są niskie koszty pracy, więc każda próba zwiększenia tych kosztów zakończy się w obecnych warunkach katastrofą społeczno-ekonomiczną – dodaje Beata Szkodzin.

Rok pod znakiem śmieci

Dominującym przedmiotem zamówień publicznych w roku 2013 były śmieci, a w szczególności usługi gospodarki odpadami. Wchodząca w życie od lipca 2013 ustawa o gospodarowaniu odpadami wymusiła na gminach przeprowadzenie szeregu postępowań przetargowych – na usługi wywozu odpadu, ich utylizacji czy przetwarzania. Dlatego zamówienia publiczne w drugim kwartale ubiegłego roku były zdominowane przez niemal wyłącznie przetargi „śmieciowe”. Znalazło to odbicie w całorocznych statystykach: w 2013 roku ogłoszono 1.785 postępowań na usługi wywozu odpadów pochodzących z gospodarstw domowych, o 968,86 proc. więcej niż rok wcześniej. Na usługi transportu odpadów pojawiło się 1.970 ogłoszeń, o 369,05 proc. względem roku poprzedniego, na usługi związane z odpadami 1.964 ogłoszenia (roczna dynamika w wysokości 327,89 procent), na usługi wywozu odpadów 1.951 ogłoszeń, o 148,54 proc. więcej niż w 2012.

Kolejnym sektorem o mocnej, dodatniej dynamice liczby zamówień było wspomniane już budownictwo. W roku 2013 na roboty w zakresie burzenia i rozbiórki obiektów budowlanych oraz roboty ziemne pojawiły się 2.784 ogłoszenia przetargowe, o 24,17 procent więcej niż rok wcześniej. Na roboty w zakresie przygotowania terenu pod budowę i roboty ziemne opublikowano w 2013 roku w BZP 4.166 ogłoszeń, o 23,62 proc. więcej w porównaniu z rokiem 2012. Na wykonanie robót rozbiórkowych 1.974 ogłoszenia (przyrost o 21,63 procent), na roboty instalacyjne wodno-kanalizacyjne i sanitarne 3.771 ogłoszeń (o 21,45 proc. więcej niż w 2012), na przygotowanie terenu pod budowę 3.587 ogłoszeń (przyrost o 21,35 proc.), na tynkowanie 2.950 ogłoszeń (o 19,53 proc. więcej w skali roku), na roboty wykończeniowe w zakresie obiektów budowlanych 3.727 ogłoszeń (+16,40 proc.), na roboty w zakresie burzenia, roboty ziemne 1.396 postępowań (+15,19 proc.). Zwiększyła się ponadto liczba zamówień publicznych na roboty instalacyjne elektryczne (o 15,16 proc.), usługi inżynieryjne w zakresie projektowania (+14,29), roboty instalacyjne w budynkach (o 13,77 proc.), roboty w zakresie budowy dróg (+13,51 proc.).

96,6% – rekordowy wzrost przychodów w Rainbow Tours

Zarząd Rainbow Tours S.A. poinformował, że wartość jednostkowych przychodów ze sprzedaży z tytułu organizacji imprez turystycznych grudniu 2013 r. wyniosła 52,3 mln złotych, co w porównaniu z analogicznym okresem 2012 r., w którym przychody wyniosły 26,6 mln złotych, stanowi wzrost sprzedaży o 96,6 %.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni z tak dobrych wyników w grudniu. Udało nam się je osiągnąć w dużej mierze dzięki wzrostom sprzedaży naszej egzotyki. Rekordy popularności biją kierunki realizowane Dreamlinerem bez przesiadek i międzylądowań na Kubę, Sri Lankę, do Meksyku i Tajlandii, a także nowość czarterowa -Gambia – mówi Remigiusz Talarek-wiceprezes Rainbow Tours.

Przychody ze sprzedaży narastająco za okres od 1 stycznia do 31 grudnia 2013 roku wyniosły 769,6 mln zł i są wyższe o 30,6 %, od przychodów za okres od 1 stycznia do 30 grudnia 2012 roku, które wyniosły 589,1 mln zł.

Skonsolidowane przychody ze sprzedaży Grupy Kapitałowej Rainbow Tours S.A. wyniosły w grudniu 52,4 mln złotych, co w porównaniu z analogicznym okresem 2012 r., w którym przychody wyniosły 27,5 mln, stanowi wzrost sprzedaży o 90,5 %. W rachunku narastającym od 1 stycznia do 31 grudnia 2013 grupa osiągnęła prawie 33 % wzrostu.

Pozycjonowanie lokalne – 7 wskazówek jak być wysoko

Zgodnie z danymi przedstawianymi przez Google Miejsca – aż 97% konsumentów poszukuje informacji na temat firm lokalnych w Internecie. Pojawienie się opcji wyszukiwania lokalnego pozwala internaucie poszukującemu określonych usług za pośrednictwem wyszukiwarki zobaczyć w pierwszej kolejności firmy i strony internetowe firm z okolicy, nawet jeśli w wyszukiwanej frazie użytkownik nie umieścił nazwy miasta. Jakie działania powinien podjąć przedsiębiorca, który chce znaleźć się wysoko na liście wyników lokalnego wyszukiwania? Poniżej przedstawiamy kilka wskazówek.

1. Dodaj wizytówkę w Miejsca Google.

Wizytówka firmy w Miejscach Google dostarczy użytkownikom wielu użytecznych informacji na temat twojego biznesu. Od ilości i jakości umieszczonych przez Ciebie informacji zależy, na jakiej pozycji wyświetlać się będzie Twoja wizytówka, dlatego też zadbaj o podanie jak najbardziej szczegółowych danych o firmie (adres i obszar działania, dni i godziny otwarcia, krótki opis świadczonych usług, zdjęcia siedziby firmy i produktów, informacje na temat możliwych sposobów płatności, adres strony firmowej). Pamiętaj także o tym, aby dodać odpowiednią kategorię dla swojego biznesu – dzięki temu twoja firma pojawi się w wynikach wyszukiwania dla słów kluczowych związanych z branżą w której działasz.

Warto także przemyśleć kwestię zamieszczenia dodatkowych elementów takich jak zdjęcia czy materiały video z Youtube. Postaw pinezkę w miejscu, gdzie prowadzisz swój biznes, a na swojej stronie firmowej umieść link do wizytówki w Miejscach Google.

Uwaga! Przy pozycjonowaniu firmy w obrębie map Google sprawdź, czy Twoja firma istnieje w bazie Google tylko pod jednym adresem i numerem telefonu. Duplikowanie danych firmy mogą mieć negatywny wpływ na pozycje wizytówki firmy w obrębie wyników Google.

2. Zadbaj, aby twój biznes znajdował się w odpowiednich bazach

Miejsca Google to aplikacja czerpiąca informacje z zewnętrznych katalogów lokalnych przedsiębiorców. Dlatego też niezwykle ważne jest, aby twoje dane jako przedsiębiorcy widniały w jak największej ilości baz tego typu. Warto zatem poszukać katalogów, w których możemy umieścić dane teleadresowe naszej firmy. Istotne jest, aby zamieszczone w nich dane zawierały adres, kontakt telefoniczny oraz adres strony internetowej i co najważniejsze – że wszędzie umieściliśmy ten sam format nazwy, adresu i numeru telefonu. Elementy te „wiążą” naszą firmę w wielu lokalizatorach, dlatego wszędzie powinny być identyczne.

Aby podnieść pozycję Twojej firmy na mapie Google należy zadbaj o wiarygodne referencje dla Twojego wpisu w lokalizatorach takich jak Zumi, Firmy.net, YellowPages, EuroPages, Kompass, Do Celu, Panorama Firm, Polskie Książki Telefoniczne, Automapa.

3. Dbaj o to, aby linki do twojej strony znajdowały się na innych witrynach

Jeżeli zależy Ci na budowaniu wiarygodności i wysokiej pozycji w Miejscach Google zadbaj o to, aby link do strony internetowej twojego biznesu pojawiał się na innych witrynach internetowych. Im większa ilość stron internetowych będzie zawierała takie odesłanie, tym wyższa wartość Trust Rank będzie przypisana twojej witrynie. Poza zdobywaniem linków, ważna jest także obecność nazwy naszej firmy (a najlepiej i danych teleadresowych) na innych stronach internetowych. Drugim czynnikiem wpływającym na współczynnik Trust Rank jest czas – im dłużej twoja strona jest w sieci, tym lepiej jest pozycjonowana.

4. Pomyśl nad nazwą firmy odnosząca się do lokalizacji

Kolejnym przydatnym zabiegiem jest umieszczenie w nazwie firmy dodanej do bazy Miejsc Google nazwy miejscowości w której prowadzisz działalność. Google na szczycie listy wyszukiwania Miejsc Google umieszcza bowiem stronę, która ma w nazwie wyszukiwane słowa kluczowe (np. jeżeli wyszukujemy frazę „restauracja tajska Kraków” na szczycie listy wyników pojawią się te lokale gastronomiczne, których nazwa pasuje do wyszukiwanej frazy).

5. Zadbaj o opinie i rekomendacje w sieci

Algorytm jaki stosuje Google przy pozycjonowaniu firmy opiera się także na zamieszczanych w sieci opiniach. Warto zatem zadbać o to, aby nasi klienci zamieszczali swoje opinie i rekomendacje, najlepiej na portalach takich jak Trip Advisor, CitySearch oraz Yelp. Witryny te Google uważa za wiarygodne.

6. Stwórz wersję mobilną strony

Lepszą pozycję w wynikach wyszukiwania w Miejscach Google uzyskasz tworząc wersję mobilną strony internetowej zgodnie z zasadą responsive web design (tworzenie witryn internetowych dostosowujących się do szerokości ekranu na którym jest oglądana). To bardzo ważne, gdyż pół roku temu pojawiła się informacje, że w wyszukiwarce Google na smartfony i tablety, strony niedostosowane do urządzeń mobilnych będą znacznie słabiej pozycjonowane*.

7. Doceniaj rosnące znaczenie mediów społecznościowych w pozycjonowaniu twojej firmy

Google wprowadziło nową funkcjonalność, zbierającą rekomendacje użytkowników Google+ na temat lokalnych firm. Chodzi o usługę Google+ Lokalnie, która jest zintegrowana z wyszukiwarką, mapami oraz aplikacjami mobilnymi. Wpisy firm w Miejscach Google są konwertowane na swoje odpowiedniki w Google+ Lokalnie, która wizualnie są znacznie bardziej atrakcyjne niż wpisy w Miejscach Google. Co więcej otrzymany w Google+ wynik opatrzony jest dodatkowo ocenami i opiniami znajomych użytkownika. Póki co korzystanie z Google+ Lokalnie stanowi alternatywę dla Miejsc Google. Docelowo koncern dąży jednak do stworzenia pojedynczej strony do zarządzania obecnością firmy online.

Podsumowując:

Wyszukiwanie lokalne, to przede wszystkim ogromna szansa dla małych i średnich firm, o których istnieniu użytkownik dowiaduje się doraźnie, poszukując doraźnie konkretnej usługi w sieci. Działając jako lokalny przedsiębiorca masz do dyspozycji wyjątkowo skuteczne narzędziami serwujące twoim potencjalnym klientom dostęp do informacji, jak, kiedy i gdzie mogą skorzystać z twoich usług. Stosując się do podanych wskazówek sprawisz, że Google będzie wyżej pozycjonował twój wpis, a Ty zyskasz nowych klientów.

* Google ma karać za brak strony mobilnej?, Interaktywnie.com, 21 czerwca 2013

Jeżeli chcesz, aby pozycjonowaniem Twojej strony zajęli się profesjonaliści skorzystaj z oferty Emerald Media.

Chcesz odliczyć 100% VAT-u od samochodu osobowego?

Od 1 stycznia 2014 r. przedsiębiorcy mogą odliczać cały VAT od zakupu samochodów z homologacją ciężarową. Podatkowe eldorado nie potrwa jednak długo – rząd w trosce o stan budżetu chce ograniczyć odliczenia. Wczoraj w tej sprawie przyjęto projekt zmian w ustawie o VAT. Powstaje pytanie, czy gospodarka nie zyskałaby więcej, gdyby firmy mogły odliczać cały VAT od nowego samochodu?

Obecnie kupując samochód wart 100 tys. zł i odliczając VAT, możemy zaoszczędzić prawie 19 tys. zł. Warunkiem jest zakup homologacji ciężarowej N1, co może wiązać się z montażem w aucie „kratki”. Po zmianach będzie można odliczać jedynie 50% VAT-u od zakupu samochodu, jednak ten już nie będzie musiał posiadać homologacji N1. Pełne odliczenie pozostanie tylko dla tych, którzy zadeklarują wykorzystanie samochodu jedynie w celach służbowych. Będzie też możliwość odliczenia 50% VAT-u od kupionego paliwa, jednak dopiero od połowy 2015 roku.

Ministerstwo Finansów zapowiadało, że niekorzystne dla przedsiębiorców zmiany będą obowiązywać od 1 marca 2014 roku. Jednak dopiero wczoraj projekt zmian został przyjęty przez rząd, do parlamentu trafi zapewne na początku lutego, a na biurku prezydenta znajdzie się na przełomie lutego i marca. Zmiany zostaną więc wprowadzone później niż planowano, jednak zapobiegliwi powinni pomyśleć o kupnie samochodu jeszcze w lutym.

– Rząd wprowadza ograniczenie w odliczeniach, ponieważ chce zwiększyć wpływy do budżetu. Jednak obecna sytuacja zwiększa popyt na auta wśród przedsiębiorców, którzy kupują 60% wszystkich nowych samochodów w polskich salonach. Pozostawienie tej ulgi mogłoby wesprzeć cały przemysł motoryzacyjny, tym bardziej gdy z polskich fabryk wyjeżdża coraz mniej samochodów. A jest to w naszej gospodarce bardzo ważna branża – odpowiada za 14% eksportu, a zatrudnienie znalazło w niej 750 tys. osób – komentuje Marcin Lekki, analityk Bankier.pl

Czytaj więcej na: http://www.bankier.pl/wiadomosc/Rzad-sie-spieszy-diabel-sie-cieszy-walka-z-odliczeniem-VAT-od-aut-z-kratka-3046279.html

Facebook pośredniakiem XXI wieku

Media społecznościowe dawno przestały spełniać wyłącznie swoje podstawowe role na scenie nowych mediów. Serwisy, które w założeniu miały wyłącznie służyć pogłębianiu prywatnych znajomości, dzielenia się wydarzeniami ze swojego życia, przyjęły rolę rozbudowanych platform, które służą między innymi do informowania o bieżących wydarzeniach, czy komunikacji marki z odbiorcą. Coraz częściej jednak, młodzi ludzie na Facebooku zaczynają szukać pracy. Czy ten trend ulegnie wzrostowi i czy portal Zuckerberga stanie się panaceum na bezrobocie wśród młodych?

Z pewnością jest to wygórowany wniosek, jednak warto temu zagadnieniu przyjrzeć się nieco bliżej. Co sprawia, że Facebook staje się atrakcyjną formą poszukiwania pracy? Przede wszystkim liczba zarejestrowanych użytkowników. Według badania przeprowadzonego przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research na zlecenie Absolvent.pl, aż 86% osób w przedziale wiekowym 18-30 lat posiada profil na Facebooku. Co więcej, jest to grupa w której życiu codziennym Internet stanowi bardzo istotną część, nie tylko na urządzeniach stacjonarnych, ale również mobilnych, takich jak smartfony czy tablety.

Z tego samego raportu wynika jednak, że ofertom pracy na Facebooku ufa jedynie 14% badanych. Z czego może to wynikać? Prawdopodobnie z tego, że poszukiwanie potencjalnych pracowników ogranicza się wciąż jedynie do branży agencji interaktywnych, PR i reklamowych. Jest to uzasadnione działanie, gdyż media społecznościowe stanowią jeden z kluczowych obszarów działania ww. podmiotów.

Warto jednak, by reprezentanci pozostałych gałęzi biznesu uświadomili sobie potencjał drzemiący w tak ogromnej bazie danych. Oczywiście nie znaczy to, że należy zrezygnować z dotychczasowych form zarządzania zasobami ludzkimi, ale jedynie uzupełnić dotychczasowe działania o nowe pola. Co jednak z portalami skoncentrowanymi stricte na rozwój zawodowy?

Na pewno poszukujący pracy powinni zadbać o obecność na platformach takich jak GoldenLine lub LinkedIn. To, co jednak odróżnia ich od Facebooka, to konieczność często żmudnej pracy nad nadaniem takiemu profilowi atrakcyjnego kształtu dla pracodawcy. O ile taka praca zwykle się opłaca, to jednak Facebook pozwala zaoszczędzić ten czas. – komentuje Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA365NET – Co więcej, znajdują się tam narzędzia niedostępne dla pozostałych platform, które z pewnością pomogą osobom kreatywnym wybić się z ogromu kandydatur. Podsumowując: aby skutecznie szukać pracy w portalach społecznościowych, należy zaopatrzyć się w różnorodną paletę możliwości i nie poprzestawać na jednym narzędziu.

Inny jest również styl prowadzonej komunikacji na poszczególnych serwisach. Jest to jednocześnie szansa, jak i pułapka dla szukających pracy. Facebook ma charakter zdecydowanie bardziej nieformalny, dzięki czemu możliwe jest podejście do pracodawcy z mniejszym dystansem niż zazwyczaj. Pamiętać należy jednak, że jest to miecz obosieczny – rekruterzy też korzystają z tych samych mediów i nie wahają się ich użyć, aby sprawdzić kandydatów. Poniżej przedstawiamy kilka wskazówek, jak ustrzec się przed kompromitacją w social media w oczach firmy, do której aplikujemy.

1. Zapoznaj się z ustawieniami prywatności

Jeśli nie zależy Ci na tym, aby Twoje informacje były powszechnie dostępne, nie musisz rezygnować z zamieszczania zdjęć z przyjęć, na których nie wyglądasz zbyt korzystnie. Najprostszym rozwiązaniem jest ukrycie zawartości swojego profilu dla nieznajomych, z wyłączeniem informacji o wykształceniu, czy miejscach w których pracowałeś. Co więcej, Facebook pozwala na tworzenie list znajomych, a przy każdym zamieszczeniu statusu/zdjęcia/wideo, istnieje możliwość określenia dla kogo dany post powinien być widoczny.

2. Kontrowersja – twój wróg

Facebook jako platforma do wymiany myśli i poglądów często kusi zamieszczaniem swoich własnych poglądów na kontrowersyjne tematy. Nie ma nic złego w wyrażaniu własnej opinii na bieżące tematy, jednak wdawanie się w kłótnie w komentarzach (tzw. flame wars) nie świadczy zbyt dobrze o opanowaniu i zarządzaniu swoim profilem. Pamiętaj – pod każdym komentarzem podpisujesz się z imienia i z nazwiska.

3. Uzupełnij profil

Uzupełnienie rubryk dot. wykształcenia, doświadczenia zawodowego, znanych języków trwa kilka chwil, a może znacząco zwiększyć Twoje szanse w poszukiwaniu pracy. Aż 45% badanych w raporcie Absolvent.pl twierdzi, że takie informacje zdecydowanie pomagają w znalezieniu pracy.

Poszukiwanie pracy to często żmudne i frustrujące zajęcie. Warto jednak poświęcić parę chwil, aby dopracować wszystkie dostępne narzędzia, aby zwiększyć swoje szanse na rynku pracy. Najważniejsze jednak, aby podejść do tego z głową – wtedy dopiero nasze działania w tym zakresie staną się skuteczne i pozwolą nam pożegnać się z bezrobociem.

Ogólnopolski konkurs dla firm szkoleniowych i doradczych

Centralne Biuro Certyfikacji Krajowej (CBCK) 3 lutego br. rozpocznie przyjmowanie zgłoszeń do trzeciej edycji ogólnopolskiego konkursu branżowego o tytuł: Firma Szkoleniowa Roku 2014, Firma Szkoleniowo-Doradcza Roku 2014 oraz Program Szkoleniowy Roku 2014.

Konkurs ma na celu wyłonienie instytucji oferujących usługi szkoleniowe i doradcze na najwyższym poziomie, realizowane w oparciu o autorskie programy przez wyspecjalizowaną kadrę trenerów. Szukamy jednostek szkoleniowych, które wyróżniają się na tle konkurencji fachowością i bogatym doświadczeniem; stosujących efektywne metody nauczania, przekładające się na budowanie wiedzy oraz kształtowanie praktycznych umiejętności kursantów i klientów. – mówi Marcin Andrzejewski, dyrektor programowy CBCK, przedstawiciel organizatora konkursu.

Laureaci w kategoriach Firma Szkoleniowa oraz Firma Szkoleniowo-Doradcza Roku 2014 zostaną wyłonieni przez Kapitułę Konkursu w kilku etapach, obejmujących między innymi ocenę przedłożonej dokumentacji oraz analizę wyników przeprowadzonych wywiadów środowiskowych. W przypadku kategorii Program Szkoleniowy Roku 2014 nagroda zostanie przyznana ze szczególnym uwzględnieniem rekomendacji i opinii wystawionych przez uczestników szkoleń i kursów. Zwycięzcy konkursu zostaną ogłoszeni podczas konferencji prasowej w Polskiej Agencji Prasowej S.A. w Warszawie. Otrzymają certyfikat wraz z rocznym pakietem promocji, zapewnionym przez organizatora.

Termin przyjmowania zgłoszeń upływa 7 marca br. Pełne informacje o konkursie oraz zasadach weryfikacji zgłoszeń znajdują się na www.certyfikacjakrajowa.org.pl.

1,5 mln na transfer technologii otrzymała Politechnika Gdańska

Grant w wysokości 1,5 mln złotych na wsparcie transferu technologii otrzymało Centrum Transferu Wiedzy i Technologii Politechniki Gdańskiej. Dofinansowanie przyznało Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach konkursu „Inkubator Innowacyjności”.

Pieniądze z grantu pozwolą na rozwijanie współpracy między środowiskiem naukowym Politechniki Gdańskiej a otoczeniem gospodarczym, m.in. poprzez udział w międzynarodowych wystawach i targach typu „science to business”. Ważnym celem na najbliższy czas jest także przygotowanie projektów komercjalizacji wyników badań naukowych i prac rozwojowych. CTWiT zamierza, w ramach grantu, finansować również prace przedwdrożeniowe, w tym dodatkowe testy laboratoryjne lub dostosowanie wynalazku do potrzeb zainteresowanego nabywcy.

O grant mogły starać się jednostki, które prowadzą aktywną działalność w zakresie komercjalizacji wyników badań naukowych i prac rozwojowych, tzn. takie, które od stycznia 2009 skomercjalizowały co najmniej 4 technologie i zgłosiły do ochrony patentowej – w kraju lub zagranicą – przynajmniej 15 wynalazków. Tylko 12 najlepszych jednostek zajmujących się transferem technologii otrzymało dofinansowanie.

– Od 2009 roku Politechnika Gdańska zgłosiła ponad 250 wynalazków do ochrony patentowej. Nasi pracownicy są autorami ponad 100 rozwiązań innowacyjnych, zrealizowaliśmy więcej niż 800 projektów i prac badawczych na zlecenie firm i złożyliśmy ponad 60 aplikacji o granty na realizację projektów wdrożeniowych w ramach konsorcjów naukowo-przemysłowych – wylicza mgr inż. Damian Kuźniewski, dyrektor Centrum Transferu Wiedzy i Technologii Politechniki Gdańskiej.

Pracownicy Politechniki Gdańskiej zaangażowani byli w komercjalizację i wdrożenie wielu rozwiązań, które odniosły rynkowy sukces. Opracowali m.in. unikalny w skali światowej system inteligentnego oświetlenia ulicznego SILED umożliwiający monitoring miejsc, natężenia ruchu, temperatury powietrza, zanieczyszczeń, etc. Warto przypomnieć także stosowany przez firmę projektową Geo-Expert „sposób zwiększania nośności oraz zmniejszania osiadania wielkośrednicowych pali wierconych”. Technologia przygotowana przez naukowców WILiŚ stosowana jest w mocno obciążonych konstrukcjach np. w podporach Estakady Kwiatkowskiego.

Pominąć nie można wprowadzenia na rynek leku na osteoporozę Ostemax 70 Comfort. Tabletki powstały w oparciu o nową technologię wytwarzania opracowaną przez zespół prof. Janusza Rachonia z Wydziału Chemicznego. Obecnie Ostemax kupuje 70 proc. chorych na osteoporozę – na rynku europejskim.

W połowie roku 2013 Politechnika Gdańska powołała spółkę celową Excento, która pomaga naukowcom w komercjalizacji wyników badań. Zadaniem firmy jest m.in. tworzenie tzw. spółek spin-off, które wdrażać będą wynalazki i technologie opracowane na uczelni. Z końcem września 2013 pracownicy Politechniki Gdańskiej utworzyli dwie takie spółki. NovaPUR sp. z o.o. zajmie się produkcją ekologicznych pianek poliuretanowych. Z kolei ChillID sp. z o.o. zamierza wprowadzić na rynek wskaźniki informujące o świeżości produktów spożywczych. Za pośrednictwem spółki celowej Excento, Politechnika Gdańska planuje uruchamiać trzy firmy odpryskowe rocznie.

– Spółka Excento świadczy na rzecz uczelni m.in. usługi przygotowania wyceny i wprowadzania do obrotu aplikacji mobilnych. Obecnie wprowadzane są aplikacje na platformę AppStore. W najbliższym czasie planuje się wdrożenie procedur umożliwiających komercjalizację wyników B+R poprzez inne platformy, np. Google Play, Windows Phone etc. – podkreśla Damian Kuźniewski.

Oficjalne wręczenie grantów odbędzie się 30 stycznia o godz. 11.00 w Warszawie, w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Grupa Onet.pl poszerza skład Zarządu

Grupa Onet.pl powołała nowych członków Zarządu – Jacka Dzięcielaka oraz Zbigniewa Ptaszyńskiego. Dzięcielak od początku roku odpowiada za sprzedaż, pełniąc funkcje CEO nowo powstałej spółki Media Impact Polska, natomiast Ptaszyński będzie odpowiedzialny za obszar e-commerce oraz rozwój płatnej oferty produktów z portfolio Grupy.

Jacek Dzięcielak jest absolwentem Wyższej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Ukończył również General Management Programme w CEDEP/INSEAD we Francji oraz posiada dyplom MBA University of Calgary. Ze sprzedażą i marketingiem jest związany od 1996 roku, kiedy rozpoczął pracę na stanowiskach menedżerskich w Kostrzyn Paper SA (obecnie Arctic Paper SA) oraz Cezex Sp. z o.o. W grupie HAVAS początkowo odpowiadał za tworzenie i rozwój Media Contacts – wyspecjalizowanej agencji zajmującej się komunikacją w nowych mediach. Od 2003 zarządzał domem mediowym Havas Media (dawniej Media Planning, później MPG) oraz grupą Havas Media Group w Polsce, w skład której wchodzą Havas Media, Arena Media Communications oraz Havas Sports & Entertainment.

Zbigniew Ptaszyński z początkiem lutego dołączy do Grupy i będzie odpowiadać za e-commerce oraz strategię rozwoju płatnej oferty. Raportować będzie do niego pion Zumi i E-commerce, Sympatia, a także dział Monetyzacji Produktów, New Business.

Ptaszyński przez kilka lat związany był z Grupą Allegro w której zajmował stanowisko Retail Integration and Logistics Directora, w latach 2011-2012 był Dyrektorem Operacyjnym Grupy. Przed pracą w Allegro pracował w Grupie Raben oraz zarządzał GLS Poland. Ptaszyński ukończył Wydział Zarządzania i Organizacji na Politechnice Poznańskiej.

Robert Bednarski, Prezes Zarządu Grupy Onet.pl: Bardzo się cieszę z powiększenia zespołu. Wejście do Grupy dwóch tak silnych ekspertów jakimi są Jacek i Zbyszek, z pewnością pozwali nam wzmocnić atrakcyjność i konkurencyjność oferty. Jako lider na rynku staramy się codziennie dostarczać naszym klientom coraz efektywniejsze i nowocześniejsze rozwiązania marketingowe – na tym polu wiedza i doświadczenie Jacka będą kluczowe. Chcemy także w pełni wykorzystać potencjał jaki stanowią użytkownicy odwiedzający serwisy Onet.pl, w kontekście produktów e-commerce oraz oferty płatnych usług, których rozwojem będzie kierował Zbyszek.

Zarząd Spółki Grupa Onet.pl S.A. obecnie stanowią:
Robert Bednarski – Prezes Zarządu
Renata Morlewska – Sipior – Członek Zarządu odpowiedzialna za Departament Finansów
Paweł Leżański – Członek Zarządu odpowiedzialny za Departament IT
Jacek Dzięcielak – Członek Zarządu odpowiedzialny za Sprzedaż
Zbigniew Ptaszyński – Członek Zarządu odpowiedzialny za Departament Monetyzacji i Akwizycji

Jeden, wspólny numer do zastrzegania kart płatniczych działa

Klienci banków, którzy utracą swój kartę mogą ją zablokować dzwoniąc pod 828 828 828. Numer działa przez całą dobę, zarówno w Polsce jak i poza granicami kraju. Uruchomienie linii to kolejny krok w rozbudowie systemu wymiany informacji.

Jest to narzędzie, które pozwala on na szybkie i efektywne zastrzeganie skradzionych lub zagubionych kart płatniczych, nawet jeśli jej posiadacz nie zna numeru telefonu do własnego banku.

Dzwoniąc pod nr (+48) 828 828 828 można z każdego miejsca na świecie, o każdej porze, zarówno z telefonów stacjonarnych jak i komórkowych zastrzec utraconą kartę. Sercem systemu jest zautomatyzowana infolinia IVR wykorzystująca technologię rozpoznawania mowy (portal głosowy). Posiadacz karty po wypowiedzeniu nazwy banku zostanie przekierowany do właściwej infolinii wydawcy. System rozpoznaje nazwy banku wypowiedziane na wszelkie, powszechnie wykorzystywane sposoby – uwzględnia skróty, pełne formy, pominięte słowa w pełnej nazwie, a w przypadku nazw banków o niepolskim brzmieniu będzie umożliwiał rozpoznawanie nazwy w oryginalnym języku. System będzie samoczynnie douczać się po każdej rozmowie (element sztucznej inteligencji). Portal może obsługiwać równolegle wiele połączeń.

Numer: (+48) 828 828 828 jest dostępny 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, ułatwia kontakt z wydawcą karty i jej zastrzeżenie w sytuacji, gdy czas odgrywa istotna rolę. Jedynym ponoszonym kosztem dla użytkownika (posiadacza karty) jest koszt połączenia, zgodny z tabela opłat jego operatora.

System Zastrzegania Kart ma charakter niekonkurencyjny wobec indywidualnych numerów contact center banków. Stanowi uzupełnienie dla infolinii banków oraz jest narzędziem głównie dla tych osób, które nie pamiętają numeru do swojego wydawcy.

System Zastrzegania Kart jest elementem sieci bezpieczeństwa systemu kart płatniczych w Polsce. Służy także popularyzacji posługiwania się kartami oraz rozwojowi obrotu bezgotówkowego. W chwili obecnej do Systemu przystąpiły banki, posiadające łącznie ponad 70 proc. rynku kart płatniczych w Polsce. Kolejne instytucje są w trakcie akcesji.

Operatorem sytemu jest ZBP. System powstał dzięki zaangażowaniu NBP. Partnerami Systemu są: MasterCard, Visa i Exatel.

Więcej informacji na portalu: www.zastrzegam.pl

W IV kwartale 2013 r. próbowano wyłudzić 80,1 mln zł

W ostatnim roku regularnie rosła liczba prób wyłudzeń kredytów: od 1 362 w I kwartale do 1 860 pod koniec roku – wzrost o 36% w ciągu roku i najwyższy wynik od trzech lat! To liczba daleka od rekordowego pod tym względem III kwartału z 2008 r., ale jest to zjawisko niepokojące – wynika z 16 edycji Raportu InfoDOK, który opublikowany został na środowej konferencji prasowej.

W Konferencji wzięli udział Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes ZBP, Jerzy Bańka, Wiceprezes ZBP, Mieczysław Groszek, Wiceprezes ZBP, Grzegorz Kondek, koordynator społecznej Kampanii Informacyjnej Systemu DOKUMENTY ZASTRZEŻONE oraz Marcin Idzik z TNS Polska.

Raport InfoDOK: W IV kwartale 2013 r. próbowano wyłudzić 80,1 mln zł

Na koniec grudnia 2013 r. wielkość Centralnej Bazy Danych Systemu DZ wzrosła z 1 260 796 do 1 294 248 sztuk. W ostatnim kwartale odnotowano zatem wzrost bazy o 33 452 dokumenty (str. 5). W całym 2013 r. do bazy trafiło aż 120 686 dokumentów – to rekord w skali całego badania infoDOK od 2008 r. Statystycznie, niezależnie od pory dnia i nocy, do bazy co 4,5 minuty trafiał nowy dokument.

W ostatnim roku regularnie rosła liczba prób wyłudzeń kredytów: od 1 362 w I kwartale do 1 860 pod koniec roku – wzrost o 36% w ciągu roku i najwyższy wynik od trzech lat! To liczba daleka od rekordowego pod tym względem III kwartału z 2008 r., ale jest to zjawisko niepokojące. Rosnąca liczba prób wyłudzeń na szczęście nie przekłada się na znaczący wzrost łącznej kwoty.

W IV kwartale 2013 r. próbowano wyłudzić 80,1 mln zł (średnia z całego roku to 77 mln zł). Oznacza to spadek prób wyłudzeń na bardzo wysokie kwoty na rzecz tych mniejszych – zbliżonych do średniej, wynoszącej w IV kwartale 2013 r. 22 612 zł. Nadal zdarzają się próby wyłudzeń bardzo wysokich kwot – w IV kwartale 2013 roku odnotowano 16 takich przypadków na kwoty 1 mln zł lub większej. Rekord padł w woj. łódzkim: 5 mln zł.

Co piąty dyrektor finansowy (CFO) przewiduje, że wzrost gospodarczy w Polsce przekroczy 2,6 proc.

W prognozach dyrektorów finansowych (CFO) dotyczących przyszłości polskiej gospodarki widoczny jest coraz większy optymizm. Ponad 60 proc. z nich spodziewa się, że w nadchodzących miesiącach wzrost PKB sięgnie ponad 1,6 proc. Wraca normalność w warunkach prowadzenia biznesu a sytuacja ekonomiczna staje się stabilna. Polskie firmy szykują się do silnej walki o rynek i do dostosowania swoich kosztów do silnej presji cenowej ze strony konkurentów. Priorytetami roku 2014 będzie więc wzrost przychodów i obniżanie kosztów poprzez projekty doskonałości operacyjnej. To główne wnioski płynące z 5. edycji międzynarodowego badania dyrektorów finansowych „Deloitte CE CFO Survey Q4 2013”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte wśród przedstawicieli dużych firm w Polsce i Europie Środkowej.

Na początku 2013 roku polscy dyrektorzy finansowi trafnie przewidzieli wzrost PKB Polski w roku 2013 na poziomie ok. 1,5 proc. Na rok 2014 przewidują dalszą poprawę sytuacji gospodarczej. Ponad 60 proc. z nich prognozuje wzrost gospodarczy powyżej 1,6 proc., w tym największa grupa (41 proc.) uważa, że wyniesie on pomiędzy 1,6 proc. a 2,5 proc. Co ważne, aż jedna piąta badanych wskazała, że wzrost ten sięgnie ponad 2,6 proc. Warto podkreślić, że jedynie w Polsce, na Litwie i Łotwie więcej jest CFO, którzy przewidują niewielki lub dynamiczny wzrost PKB od tych, którzy oczekują recesji lub stagnacji. Na drugim krańcu skali znajdują się Słoweńcy, Chorwaci i Bośniacy.

Ponadto, dyrektorzy finansowi z Polski są aż w pięciu kategoriach w pierwszej trójce z 13 badanych krajów: zamiar zwiększenia lewara finansowego (1 miejsce), skłonność zwiększenia ryzyka (2 miejsce), dostępność nowych kredytów (3 miejsce), wzrost PKB (3 miejsce), spadek bezrobocia (3 miejsce).

Polscy dyrektorzy przewidują również, że bezrobocie w Polsce nieznacznie spadnie (45,8 proc.) a inflacja nie przekroczy 2,9 proc. (88 procent biorących udział w badaniu).

Wśród przedstawicieli polskich firm odsetek tzw. optymizmu netto, czyli różnicy osób wskazujących na poprawę sytuacji ekonomicznej i odsetek mówiących o jej pogorszeniu wzrósł bardzo wyraźnie, z +24 do +44. Ponad 50 proc. CFO z Polski optymistycznie ocenia perspektywy wzrostu swoich firm w porównaniu do sytuacji sprzed 6 miesięcy. „Choć pozytywne nastroje rosną w całej Europie Środkowej, to optymizm polskich CFO wyróżnia się na tle regionu. Większość prognoz CFO wskazuje na to, że do Polski wróciła normalność biznesowa rosnącej gospodarki a ślady kryzysu powoli przemijają.” – wyjaśnia Krzysztof Pniewski, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte.

Część dyrektorów finansowych nadal dostrzega ryzyko związane z niepewną sytuacją ekonomiczną, ale w porównaniu z oceną sprzed pół roku, znacznie zwiększyła się grupa tych, którzy uważają poziom zewnętrznego ryzyka za normalny (30 proc. respondentów w porównaniu do 5 proc. w poprzedniej edycji badania). Dla 2/3 badanych poziom ten jest nadal większy niż zwykle (poprzednio 94 proc.). Warto przy tym jednak zaznaczyć, że aż o połowę spadła liczba CFO oceniających poziom niepewności ekonomicznej jako wysoki.

Podobnie jak w trzech ostatnich edycjach, również i w tym badaniu CFO jako biznesowy priorytet wskazują wzrost przychodów na aktualnych (84 proc.) i nowych rynkach (70 proc.). Restrukturyzacja (zmiana modelu biznesowego) będzie kluczowym priorytetem dla 30 proc. ankietowanych z Polski. Wiąże się to prawdopodobnie z koniecznością poprawy swojej pozycji konkurencyjnej na rynku. Jest to tendencja obecna w większości badanych krajów (poza Litwą). Kluczowy nacisk będzie też położony na redukcję kosztów pośrednich i bezpośrednich (jest to główny priorytet dla około 80 proc. firm).

Obserwujemy też rosnący wzrost apetytu na inwestycje i ryzyko wśród CFO z Polski. Aż 39 proc. z nich uznaje, że przyszedł dobry czas na zwiększenie poziomu akceptowalnego ryzyka. To poziom typowy dla normalnego prowadzenia działalności – rzadko większość firm będzie nastawiona inwestycyjnie. Tylko na Litwie odsetek CFO skłonnych podjąć ryzyko jest wyższy niż w Polsce. Relatywnie wysoki procent dyrektorów finansowych deklarujących gotowość do podjęcia większego ryzyka obecny jest na trzech największych rynkach regionu. Obok Polski są to Czechy (30 proc.) i Rumunia (30 proc.).

W tej edycji badania widać bardzo wyraźną zmianę w obszarach, które budzą największą obawę dyrektorów finansowych. Pół roku temu na presję cenową wskazywało 22 proc., obecnie odsetek ten jest już o 12 pp. wyższy. Jest to w tej chwili problem, który niepokoi polskich CFO w największym stopniu. Na ryzyko zatorów płatniczych i problemów z płynnością wskazuje dwa razy więcej respondentów (20 proc.) niż w maju 2013 roku. Z pierwszego miejsca na trzecie spadła natomiast obawa przed recesją i spadkiem popytu. Odpowiedź tę wybrało obecnie 17 proc. badanych, niemal trzy razy mniej niż jeszcze sześć miesięcy temu. „Wyniki wskazują na zaostrzające się warunki konkurencji i wzmożoną walkę o rynek i wzrost. Ten wzrost wymaga jednak kapitału obrotowego i stąd większy nacisk musi był położony na aspekty zachowania płynności. Podnoszone przez CFO ryzyka są typowe dla przedsiębiorstw w fazie wzrostu, walczących o rynek i potrzebujących pieniędzy na sfinansowanie należności i zapasów”, tłumaczy Paweł Zarudzki, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Mimo często padających argumentów o wadze innowacyjności i inwestycjach w badania i rozwój, z prognoz dyrektorów finansowych wynika, że 68 proc. firm w Polsce w najbliższym roku nie planuje zwiększenia swoich wydatków na ten cel. Zamierza to zrobić zaledwie niespełna jedna czwarta z nich, a 8 proc. przewiduje wręcz, że w ich firmie te nakłady spadną. Dodatkowo, warto zwrócić uwagę, że w ocenie ponad 60 proc. badanych dyrektorów finansowych wydatki ich firm w stosunku do najbliższego konkurenta są na tym samym poziomie.

Wśród wszystkich przebadanych krajów, CFO z Polski są na drugim miejscu pod względem liczby tych, którzy twierdzą, że nowy kredyt dla firm jest łatwo dostępny (20,3 proc.). Niemal sześciu na dziesięciu dyrektorów w Polsce ocenia dostępność nowego kredytu na normalnym poziomie. Dla porównania w Rumunii i Słowenii żaden z badanych CFO nie uważa, że nowy kredyt jest łatwo dostępny, a normalną dostępność stwierdziło odpowiednio ok. 40 proc. i 20 proc. respondentów. Wśród polskich ankietowanych kredyt bankowy jest uznawany za atrakcyjne źródło finansowania przez 42,1 proc. CFO.

Aż połowa badanych dyrektorów finansowych prognozuje nieznaczny wzrost poziomu transakcji M&A w Polsce w porównaniu do poprzedniego okresu, a jedynie 5 proc. spodziewa się spadku takiej aktywności. Obok Polski jedynym takim krajem, gdzie przewidywany jest równie wysoki wzrost jest Słowenia. W stosunku do ubiegłego roku odsetek CFO przewidujących znaczny wzrost transakcji M&A w Polsce wzrósł z 5 proc. do 12 proc. badanych.

Podatki, a w szczególności VAT, są niezmiennie największą bolączką polskich dyrektorów finansowych. Aż 81 proc. z nich wskazuje właśnie ten obszar jako główną przeszkodę w prowadzeniu biznesu. Na drugim miejscu znajdują się przepisy dotyczące CIT (58 proc.).

„Wśród 13 krajów, które wzięły udział w badaniu, Polska jest na drugim miejscu pod względem pozytywnych oczekiwań CFO co do prognoz długoterminowych. Obecna edycja badania pokazała, że w najbliższych miesiącach możemy spodziewać się narastającej konkurencji pomiędzy firmami, które będą zmagały się z presją cenową i dostosowywały swoje koszty do spadających cen. Należy mieć nadzieję, że dobre prognozy gospodarcze i powrót do normalności zachęcą przedsiębiorców do większego ryzyka inwestycyjnego.” – podsumowuje Krzysztof Pniewski.

O badaniu „Central Europe CFO Survey”:

Deloitte CE CFO Survey, to przeprowadzane przez Deloitte dwa razy w roku badanie opinii dyrektorów finansowych (CFO) największych firm w Europie Środkowej (według listy Deloitte z raportu „CE TOP 500”). W tej edycji badanie objęło 13 krajów Europy Środkowej: Polskę, Czechy, Słowację, Rumunię, Węgry, Litwę, Łotwę, Bułgarię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Albanię, Serbię i Słowenię. Wzięło w nim udział blisko 600 dyrektorów finansowych. Podobne badania cykliczne prowadzone są przez Deloitte na całym świecie.

Totalizator Sportowy chce oferować międzynarodowe loterie i gry internetowe

CEO Magazyn Polska

W tym roku Totalizator Sportowy chce osiągnąć rekordowe przychody. Ma być to możliwe dzięki rozszerzeniu działalności. Totalizator planuje wprowadzić europejskie loterie i gry internetowe. Chce również wejść na rynek z produktami powiązanymi z systemem emerytalnym.

Jest szansa na to, że wystąpimy z propozycjami dotyczącymi dodatkowych możliwości rozszerzenia działalności Totalizatora o internet, o grę międzynarodową Eurojackpot czy zdrapki elektroniczne. Plany na 2014 są bardzo ambitne – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Szpil, prezes zarządu Totalizatora Sportowego.

Szpil liczy, że w tym roku uda się pobić rekord przychodów spółki. Totalizator nie podał jeszcze wyników za 2013 r. Rok wcześniej spółka miała przychody ze sprzedaży w wysokości 3,4 mld zł, a zysk netto wyniósł 303 mln zł.

Przychody mają wzrosnąć głównie dzięki rozszerzeniu działalności, w tym dzięki uczestnictwie w międzynarodowych grach. Europejska loteria Eurojackpot, która wystartowała w 2012 r., obejmuje obecnie 14 krajów, a rekordowa wygrana przekroczyła 45 mln euro.

Totalizator Sportowy zapowiada też wejście na rynek produktów finansowych. Wojciech Szpil nie chce na razie zdradzać szczegółów.

 – Przychody Totalizatora, mam taką nadzieję, zostaną wsparte również nowymi produktami, o których dzisiaj nie bardzo mogę mówić. Natomiast myślę, że to będzie odpowiedź: III filar, OFE – zdradza Szpil.

Dzięki większym przychodom oraz nowym zasadom Totalizator Sportowy będzie nadal angażował się w finansowanie polskiego sportu. Spółka od 1994 r. (z przerwą w latach 1998-2000) sponsoruje polskie reprezentacje olimpijskie i wspomoże również sportowców udających się w lutym do Soczi. Finansowane są również kluby sportowe, budowa obiektów sportowych, a także wydarzenia kulturalne. W ciągu ostatnich 13 lat Totalizator przekazał na Fundusz Rozwoju Kultury Fizycznej z tytułu dopłat ponad 7 mld zł, a w samym 2013 roku – 561 mln zł.

Spółka należy w całości do Skarbu Państwa. Totalizator Sportowy poza prowadzeniem gier liczbowych zajmuje się również m.in. zarządzaniem Torem Wyścigów Konnych Służewiec.

Rośnie konkurencyjność polskiej gospodarki na światowych rynkach

CEO Magazyn Polska

Przedsiębiorstwa w Polsce coraz lepiej radzą sobie na międzynarodowych rynkach. Szczególnie w Niemczech, gdzie wypchnęły z sektora motoryzacyjnego Chińczyków i Brytyjczyków. To, czego wciąż brakuje, to rozpoznawalne za granicą polskie marki.

 Porównując różne wskaźniki konkurencyjności, to 60 proc. sektora przemysłowego w Polsce jest całkiem nieźle konkurencyjna, a 20 proc. bardzo konkurencyjna – mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Polska, firmy doradczej, która wraz z bankiem DnB przeanalizowała stopień konkurencyjności polskich producentów.

Jednej piątej sektora przemysłowego w Polsce trudno jest skutecznie rywalizować ze światową konkurencją. Chodzi głównie o branże związane z wydobywaniem surowców czy energetyką. Na drugim biegunie, wśród gałęzi przemysłu, które najlepiej radzą sobie w walce z konkurencją jest na przykład motoryzacja – montownie samochodów czy produkcja części.

 – Właściwie ten sektor wypchnął z rynku niemieckiego firmy chińskie i inne firmy europejskie – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Antczak, przywołując przykład Brytyjczyków, którzy stracili około połowy dotychczasowego udziału w eksporcie części samochodowych i samochodów na rynek niemiecki.

Zyskała na tym Polska, która znacząco zwiększyła liczbę i wartość eksportowanych do naszych zachodnich sąsiadów części i podzespołów. Pozycja polskiego przemysłu na rynku niemieckim jest stabilna. Udział znajduje się na poziomie zbliżonym do innych krajów europejskich. Według szacunków Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej wartość wysyłanych tam towarów wzrosła w minionym roku o ok. 4-5 proc. w porównaniu do roku 2012 i wyniosła ok. 38 mld zł.

Jednak do dalszej poprawy tych wyników potrzebny jest nowy model współpracy gospodarczej.

 – Musielibyśmy konkurować własnymi markami, czego nam jeszcze brakuje – mówi Antczak.

Jak dodaje, to wymaga więcej czasu, co pokazuje przykład firm azjatyckich, które potrzebowały kilku dziesięcioleci, by wypromować kilka własnych, silnych marek, ale dodatkowo miały wsparcie państwa.

Atutem polskiej gospodarki może być natomiast wydajność, która w ostatnich latach rosła dwukrotnie szybciej niż wynagrodzenia. Choć i w tym zakresie jest jeszcze wiele do zrobienia.

Są takie sektory, jak górnictwo, które są słabo wydajne, a tam wynagrodzenia są stosunkowo wysokie – mówi Antczak. – Z drugiej strony są sektory produkcji komputerów, gdzie koszty pracy i wynagrodzenia specjalnie nie rosną, bo są to działy mocno zautomatyzowane..

Zdaniem Rafała Antczaka, trudno byłoby dziś usztywnić zasady panujące na rynku wynagrodzeń we wszystkich sektorach, czego domagają się, m.in. związki zawodowe. Ekspert zaznacza, że to dzięki ich elastyczności polska gospodarka płynnie się rozwija, z czym mają problem inne kraje w Europie.