Przełom w leczeniu niedokrwiennego udaru mózgu. Skuteczny zabieg w Polsce wykonuje tylko 7 placówek

Przełom w leczeniu niedokrwiennego udaru mózgu. Skuteczny zabieg w Polsce wykonuje tylko 7 placówek 1

Skuteczność leczenia udaru mózgu zależy od tempa, w jakim zostanie ono wdrożone. Nowoczesna terapia o nazwie trombektomia mechaniczna może zostać zastosowana nawet sześć godzin po wystąpieniu objawów. Daje ona trzykrotnie lepsze efekty niż tradycyjnie stosowana tromboliza. W Polsce dostępna jest jednak tylko w siedmiu placówkach – w Lublinie, Rzeszowie, Krakowie, Katowicach, Gdańsku, Warszawie i Grodzisku Mazowieckim – w ramach programu pilotażowego.

Udar mózgu to nagłe, występujące miejscowo zaburzenia krążenia, w wyniku których krew nie dociera do tkanki mózgowej. Wśród czynników odpowiedzialnych za występowanie udaru znajduje się nadwaga, palenie tytoniu, cukrzyca, miażdżyca, nadciśnienie tętnicze, niektóre schorzenia serca, przewlekły stres oraz wiek. Najczęściej chorują osoby po 65 roku życia, choć 15 proc. wszystkich pacjentów stanowią chorzy, którzy nie ukończyli 45 lat. Udar objawia się przede wszystkim nagłym zaburzeniem czucia w jednej połowie ciała, problemami z widzeniem, gwałtownie występującymi zawrotami głowy z nudnościami i wymiotami, a także zaburzeniami mowy. Osoba, u której występują tego rodzaju symptomy, powinna natychmiast trafić do szpitala.

– Wizyty u lekarza rodzinnego czy okulisty wydłużają czas diagnostyki udaru i powodują, że chory trafia do szpitala w momencie, kiedy nie możemy mu już pomóc. Oczywiście, możemy diagnozować dalej przyczyny udaru, ale wszystkie metody leczenia interwencyjnego należy wykonać w określonym oknie czasowym: tromboliza – cztery i pół godziny, a trombektomia – sześć godzin – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Jarosław Sławek, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Podstawą działania lekarzy specjalistów jest odpowiednio szybka diagnoza, a więc ustalenie, czy u pacjenta wystąpił udar niedokrwienny czy krwotoczny. Przyczyną pierwszego z nich jest niedrożność tętnicy zaopatrującej mózg w krew, drugi pojawia się natomiast na skutek pęknięcia ściany tętnicy mózgowej. Udary niedokrwienne występują znacznie częściej – stanowią 85 proc. wszystkich przypadków i mogą być skutecznie leczone. W diagnostyce wykorzystywana jest tomografia komputerowa oraz ultrasonografia tętnic domózgowych – na ich podstawie pacjent kwalifikowany jest do określonego leczenia. Nowością w terapii udaru niedokrwiennego jest trombektomia mechaniczna.

 Zabieg polega na wyciągnięciu cewnikiem skrzepliny z naczynia mózgowego, które ta skrzeplina zamyka. To jest metoda znacznie skuteczniejsza niż dotychczas stosowana tromboliza, czyli podanie leku, który rozpuszcza tę skrzeplinę. Skuteczność jest 2–3-krotnie wyższa – mówi prof. Jarosław Sławek.

Zabieg trombektomii mechanicznej ma nieco szersze okno terapeutyczne niż zabieg trombolizy, można go bowiem przeprowadzić sześć godzin po wystąpieniu udaru. Najnowsze badania dają nadzieję, że już wkrótce okno to powiększy się do szesnastu, a nawet dwudziestu czterech godzin. Trombektomia jest zabiegiem inwazyjnym, który powinien być wykonywany w specjalistycznych ośrodkach. W Polsce jest obecnie ponad dwadzieścia tego rodzaju placówek, resort zdrowia objął refundacją operację wykonywane tylko w siedmiu z nich w ramach programu pilotażowego.

 Pilotaż nie jest w interesie pacjentów, dla których ważny jest szeroki dostęp do ośrodków neurologicznych wykonujących trombektomię mechaniczną. Sama metoda nie wymaga sprawdzenia pod kątem skuteczności, natomiast sprawny system wymaga jej finansowania. Niezrozumiałe zatem dla nas jest przewlekanie, odkładanie w czasie, brak mapy drogowej, która wyznaczałaby włączanie kolejnych ośrodków do leczenia za pomocą tej metody – mówi prof. Jarosław Sławek.

Ograniczony dostęp do nowoczesnych terapii to nie jest jedyny problem polskiej neurologii. Równie istotne znaczenie ma deficyt młodych kadr. Specjalizację tę wybiera bowiem stosunkowo niewielki odsetek studentów uczelni medycznych. Zdaniem eksperta może to mieć związek ze stereotypowym postrzeganiem neurologii jako specjalizacji diagnostycznej, a nie terapeutycznej. Pozyskanie nowych kadr, zwłaszcza dla oddziałów szpitalnych, oraz podwyższenie poziomu edukacji przyszłych neurologów są więc jednymi z najistotniejszych wyzwań Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

– Chcemy inicjować także badania naukowe, również postulować o lepszą organizację opieki nad chorymi neurologicznymi w Polsce, bo ta obecna jest bardzo kosztochłonna i bardzo nieefektywna pod względem ekonomicznym – mówi prof. Jarosław Sławek.

Media społecznościowe zmieniają branżę kosmetyczną. Trendy w makijażu wyznaczają obecnie gwiazdy

Media społecznościowe zmieniają branżę kosmetyczną. Trendy w makijażu wyznaczają obecnie gwiazdy 2

Ciepły brąz na powiekach i czerwień na ustach – tak powinien wyglądać makijaż na jesień i zimę 2018/2019. Trendy wyznaczają obecnie nie tylko słynni wizażyści, lecz przede wszystkim popularne w internecie celebrytki.

Gwałtowny rozwój mediów społecznościowych w istotny sposób wpłynął na branżę kosmetyczną. Sezonowe trendy w makijażu wyznaczają obecnie nie tylko najwięksi światowi styliści i wizażyści, lecz przede wszystkim celebrytki cieszące się największą popularnością wśród internautów. Należy do nich m.in. polska modelka Joanna Krupa, której profil na Instagramie obserwuje 1,3 mln internautów.

– Często to właśnie one narzucają trendy, bo jeśli coś wygląda dobrze na czerwonym dywanie, to cały świat chce to nosić i cieszyć się tym. Trendy w makijażu inspirowane są w dużej mierze stylizacjami celebrytek – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Neil Young, ambasador makijażu marki Douglas.

Zdaniem eksperta do lamusa odchodzi także podział na sezonowe trendy wyznaczane przez pory roku. Na tę zmianę również miały wpływ media społecznościowe. Dzięki internetowi marki kosmetyczne docierają bowiem do kobiet żyjących w różnych strefach klimatycznych. Ten sam przekaz trafia więc zarówno do klientek, które w danym momencie cieszą się słonecznym latem, jak i tych, które doświadczających zimowych mrozów.

– Nie wierzę już w podział na jesień, zimę, wiosnę i lato. Jeśli czujesz się w czymś dobrze, noś to! Niezależnie od koloru i niezależnie od stylu. Jeśli w czymś jest ci dobrze, noś to i czerp z tego przyjemność! – mówi Neil Young.

W sezonie jesienno-zimowym zawsze sprawdzi się klasyka, czyli mocno podkreślone usta. Najlepiej wybrać pomadkę w odcieniach czerwieni, która kojarzy się właśnie z tymi porami roku. Oko można podkreślić graficzną kreską, wykonaną eyelinerem lub kredką. Panie, które lubią mocniejszy makijaż oka, mogą użyć również cieni w klasycznej kolorystyce.

– Jeśli chodzi o paletę cieni, odzwierciedla ona w dużej mierze charakter sezonu. Dominują w niej ciepłe brązy, miedź, złoto, barwy metaliczne – mówi Neil Young.

Postępujące zmiany klimatyczne wymuszają pilną zmianę źródeł energii. Nowe technologie ograniczają emisję dwutlenku węgla oraz pochłaniają go z powietrza

Postępujące zmiany klimatyczne wymuszają pilną zmianę źródeł energii. Nowe technologie ograniczają emisję dwutlenku węgla oraz pochłaniają go z powietrza 3

W ciągu najbliższych kilku dekad globalne ocieplenie może osiągnąć niebezpieczny poziom – alarmują klimatolodzy i apelują o redukcję emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Coraz więcej państw w odpowiedzi na to rezygnuje z obciążającej środowisko energetyki węglowej na rzecz odnawialnych źródeł energii. To jednak za mało. Aby skutecznie zredukować efekt cieplarniany, potrzebne są technologie pochłaniające dwutlenek węgla już znajdujący się w atmosferze.

– Nowe technologie mogą pomóc w walce ze zmianami klimatycznymi. Mówimy przede wszystkim o wdrażaniu odnawialnych źródeł energii. Te technologie są już sprawdzone, są coraz tańsze. Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat koszt energii wytwarzanej z fotowoltaiki spadł o 73 proc., a koszty energii produkowanej z wiatru spadły o jedną czwartą. Ta branża rozwija się w sposób bardzo dynamiczny – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Jędrzejewski, rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

Potrzeba wprowadzania zmian w polityce energetycznej jest bardzo pilna. Mogą o tym świadczyć przewidywania klimatologów z działającego przy Organizacji Narodów Zjednoczonych Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC). Z analiz zespołu badawczego pod przewodnictwem prof. Jamesa Hansena wynika, że jeżeli roczne emisje dwutlenku węgla rosłyby o 2 proc., to do końca XXI wieku jego stężenie w atmosferze byłoby dwukrotnie większe niż obecnie i wynosiłoby 864 ppm.

Zdaniem naukowców przy ograniczeniu stężenia do 350 ppm, udałoby się zamknąć wzrost globalnej temperatury na poziomie nieprzekraczającym 1,5 stopnia Celsjusza. Takie ocieplenie i tak skutkowałoby poważnymi zmianami pogodowymi, znacznym podniesieniem poziomu mórz i zachwianiem naturalnych ekosystemów, ale ich skala nie wykraczałaby poza bezpieczne normy.

– Jeżeli będziemy przechodzili na odnawialne źródła energii, energetykę rozproszoną, energetykę obywatelską, jeżeli będziemy stosowali te sprawdzone i możliwe do wdrożenia technologie, przyczyni się to i do rozwoju gospodarczego, i do zwiększenia rynku pracy, i do znacznego zmniejszenia liczby chorób. Jeżeli zmniejszymy emisję, będziemy mieli czystsze powietrze. Powietrze mniej zanieczyszczone oznacza, że mniej ludzi przedwcześnie z tego powodu umrze czy mniej osób z tego powodu zachoruje – apeluje Krzysztof Jędrzejewski.

Kluczowy może być rozwój technologii pozwalającej na magazynowanie wyprodukowanej energii. Dotychczas za dużą wadę energetyki odnawialnej uznawany był fakt, że wyprodukowaną energię należy spożytkować w czasie rzeczywistym. Co więcej, w przypadku fotowoltaiki okresy gorszego nasłonecznienia i godziny nocne są czasem, w którym energia produkowana jest cząstkowo lub wcale. Wydajne magazyny energii mogłyby rozwiązać problem podaży energii w tych okresach.

– Następuje bardzo intensywny rozwój magazynów energii, jednocześnie spadek cen tychże magazynów, bo do tej pory pewna stabilność energetyki ze źródeł odnawialnych była uzależniona od możliwości jej magazynowania. To się w sposób bardzo dynamiczny zmienia – wskazuje Krzysztof Jędrzejewski.

Zdaniem analityków z firmy doradczej Frost & Sullivan to właśnie systemy magazynowania energii w akumulatorach w najbliższych latach będą jednym z najważniejszych sposobów na spopularyzowanie OZE. Wartość światowego rynku magazynów energii do 2024 roku ma przekroczyć 8 mld dol. Coraz więcej krajów decyduje się więc na odejście od energetyki węglowej na rzecz wytwarzania jej ze źródeł odnawialnych.

– W 2017 roku Chiny zainwestowały w OZE około 125 mld dol., 30 proc. więcej niż rok wcześniej, USA inwestują na poziomie 40 mld dol. rocznie. Bardzo ambitny plan, tzw. Solar India, czyli słoneczne Indie, ma z kolei na celu odchodzenie od energetyki węglowej w tym kraju, a przechodzenie na odnawialne źródła energii – mówi rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

Polska wciąż pozostaje pod tym względem w tyle za światowymi liderami. Rodzima energetyka nadal aż w 85 proc. oparta jest na węglu. Dywersyfikacji źródeł energii mają służyć założenia rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Zakłada ona stopniowe i efektywne kosztowo zwiększanie udziału OZE w źródłach energii w ciągu najbliższej dekady.

Ograniczenie emisji do atmosfery gazów cieplarnianych nie rozwiązuje jednak zdaniem naukowców z IPCC problemu związanego z efektem cieplarnianym. Według nich należy opracować metody redukcji dwutlenku węgla już wyemitowanego. Realizowany przez Islandczyków projekt CarbFix zakłada np. wtłoczenie do wnętrza Ziemi dwutlenku węgla wymieszanego z siarkowodorem. Bazalt, czyli skała wulkaniczna, do której została wtłoczona mieszanina, stała się podłożem dla reakcji gazu z wodą. Produktem reakcji była substancja stała podobna do kredy. Mineralizacji uległo w wyniku eksperymentu nawet do 98 proc. dwutlenku węgla.

Z kolei wspierany przez Billa Gatesa kanadyjski start-up Carbon Engineering opracował technologię wychwytywania dwutlenku węgla wprost z powietrza. Polega ona na zasysaniu powietrza za pomocą wielkich wentylatorów do wieży chłodniczej. Powietrze wchodzi w niej w reakcję z wodorotlenkiem potasu. W wyniku szeregu reakcji można uzyskać paliwo, którego koszt produkcji wynosi około dolara za litr.

– Przestańmy budować kolejne bloki węglowe, tak jak ostatnio pan minister Tchórzewski funduje nam wbrew wszelkiej logice ekonomicznej czy społecznej elektrownię Ostrołęka C, a zacznijmy transformację, zacznijmy odchodzenie od węgla, a przejdźmy na rozwój odnawialnych źródeł energii i zwiększanie efektywności energetycznej – konkluduje Krzysztof Jędrzejewski.

Sztuczna inteligencja zautomatyzuje branżę cyberbezpieczeństwa. Będzie wskazywać i sama zwalczać zagrożenia

Sztuczna inteligencja zautomatyzuje branżę cyberbezpieczeństwa. Będzie wskazywać i sama zwalczać zagrożenia 4

Branża informatyczna nadal boryka się z niedoborem ekspertów zajmujących się walką z przestępczością w internecie. Analitycy z firmy Fortinet oszacowali, że w 2022 roku w samej tylko Europie zabraknie 350 tysięcy specjalistów od cyberbezpieczeństwa. Problem niedoboru kadrowego może rozwiązać sztuczna inteligencja oraz programy automatyzujące proces wykrywania zagrożeń. W przyszłości SI w branży bezpieczeństwa cybernetycznego będzie rozróżniać zagrożenia podobnie jak człowiek, ale o wiele szybciej i na większą skalę.

– Główną rolą sztucznej inteligencji w cyberbezpieczeństwie jest postrzeganie obrazu zagrożenia tak, jak widzi go człowiek. Obecnie analitycy ds. bezpieczeństwa tworzą obraz sytuacji z małych elementów. Pozyskują informacje, zadają pytania i w ten sposób budują pełny obraz. To jest trudne zadanie dla maszyny, natomiast sztuczna inteligencja potrafiłaby wykonywać ten proces automatycznie, postrzegając zagrożenia tak jak my i zalecając nam kolejne kroki do podjęcia bez otrzymania wcześniejszych instrukcji, jak to zrobić – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Aviv Mor z Verint Systems.

Cyberprzestępczość to dziś problem o charakterze globalnym, z którym zmagają się zarówno użytkownicy prywatni, jak i firmy czy organizacje publiczne. O skali zagrożenia najlepiej świadczy badanie przeprowadzone przez Fortinet, które wykazało, że w ciągu ostatnich dwóch lat aż 95 proc. polskich firm doświadczyło problemów związanych z naruszeniem bezpieczeństwa systemów informatycznych. Skala problemu jest na tyle duża, że na rynku od lat brakuje specjalistów do walki z cyberprzestępczością.

Brytyjska organizacja Qufaro zajmująca się problemami bezpieczeństwa w sieci planuje nawet powołać szkołę National College of CyberSecurity, która wyedukuje przyszłych specjalistów. To jednak może nie wystarczyć, aby uodpornić systemy informatyczne na ataki ze strony cyberprzestępców.

Pomocne może się okazać wykorzystanie sztucznej inteligencji. Systemy automatyzujące ochronę danych wykonają większość pracy za człowieka, dzięki czemu uczelniom uda się szybciej wyszkolić brakującą kadrę informatyczną.

– Automatyzacja cyberbezpieczeństwa pozwala na obniżenie poziomu umiejętności wymaganego do pracy w centrum bezpieczeństwa. Przeniesienie zadań z ludzi na maszyny umożliwia obniżenie wymagań w zakresie przeszkolenia i umiejętności pracowników centrum bezpieczeństwa – tłumaczy ekspert.

Sztuczna inteligencja powinna przede wszystkim zautomatyzować proces wykrywania zagrożeń. Dzięki wykorzystaniu technologii uczenia maszynowego SI mogłaby precyzyjnie odsiać prawdziwe zagrożenia od fałszywych alarmów, które nadmiernie obciążają pracę zespołów ds. bezpieczeństwa internetowego. Firma Red Hat podczas konferencji AnsibleFest 2018 zaprezentowała, jak platforma Ansible automatyzuje najważniejsze procesy bezpieczeństwa. Oprogramowanie może samoczynnie wykrywać podejrzane działania w sieci, analizować zagrożenia i zapobiegać włamaniom. Ansible potrafi także przekonfigurować firmową zaporę sieciową i automatycznie wpisać źródła ataku na czarną listę.

Podobne rozwiązania wdroży dla swoich klientów firma Oracle. Nowa platforma bezpieczeństwa Oracle Cloud Infrastructure będzie automatycznie instalowała poprawki bezpieczeństwa i wykorzysta technologię uczenia maszynowego do rozpoznawania nowych zagrożeń. Sztuczna inteligencja zostanie także wykorzystana do usuwania skutków cyberataków.

– Dzięki zastosowaniu automatyzacji w centrum bezpieczeństwa możemy znacznie szybciej dostrzec, zrozumieć i zareagować na czyhające w sieci zagrożenia, a tym samym schwytać osoby przeprowadzające atak zaraz po tym, jak złamią zabezpieczenia, zanim będzie za późno. Atakujący ciągle dostosowują swoje sposoby działania. Nie sądzę, aby należało dążyć do pełnego bezpieczeństwa, ale jego wysoki stopień pozwala zidentyfikować zagrożenie i zareagować na tyle szybko, by zapobiec szkodom. Do tego powinno się dążyć – twierdzi Aviv Mor.

Firma analityczna Technavio szacuje, że rynek technologii cyberbezpieczeństwa wykorzystujący sztuczną inteligencję do 2022 roku będzie się rozwijał w tempie 29 proc. średniorocznie. Z kolei według analityków z Reaserch and Markets wartość rynku zautomatyzowanych systemów cyberbezpieczeństwa wzrośnie do 5,8 mld dol. w 2025 roku przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 23 proc.                                                              

VII Konferencja Top Industry Summit

VII edycja jednego z najważniejszych wydarzeń branży przemysłowej – konferencja Top Industry Summit odbędzie się już 7 listopada w warszawskim hotelu The Westin pod patronatem honorowym Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju.

EC_Top-IndustryObecnie coraz częściej mówi się o wszechobecnej robotyce, czy sztucznej inteligencji, które stają się nieodłącznym elementem naszego życia. Sektor energetyczny, farmacja czy przemysł ciężki, nie wspominając o wszelkiego rodzaju produkcji, to tylko część sektorów, w których automatyzacja jest wykorzystywana na szeroką skalę. Tegorocznemu forum przyświeca idea debaty o wyzwaniach, jakie stwarza postępująca czwarta rewolucja przemysłowa.

Zaproszeni eksperci ze świata nauki i biznesu podzielą się swoją wiedzą dotyczącą rozwoju nowych technologii oraz odpowiedzą na wszelkie pytania nurtujące gości. Wśród podejmowanych tematów znajdą się zagadnienia dotyczące przemysłu w dobie robotyki i automatyki, współczesnej wizji mobilności, efektywności sektora gazowego i energetycznego czy też cyberbezpieczeństwa oraz sztucznej inteligencji. Poznamy również odpowiedzi na pytania jak skutecznie wykorzystać potencjał płynący z machine learning oraz jak stworzyć nowoczesną firmę w oparciu o efektywną współpracę biznesu i nauki.

Zgodnie z tradycją, zwieńczeniem konferencji będzie gala rozdania „Diamentów Top Industry”. Nagrody te uhonorują najważniejsze osiągnięcia oraz najbardziej wyróżniające się spółki, projekty i osobowości w całej branży. Kapituła konkursowa nagrodzi laureatów w kategoriach takich jak: produkt roku, osobowość branży, lider technologii ale i wiele innych.

Partnerem głównym wydarzenia jest PKO Bank Polski.

Partnerami złotymi zostali: Engie Polska, Future Pipe Industries, Nask SA oraz Toyota Motor Poland.

Partnerami wydarzenia są: APA Group, Autoland, Bank Gospodarstwa Krajowego, Robert Bosch, Canon Polska, Cigno Consulting, Kancelaria DZP, Fracht FWO Polska, Ghelamco, ING Bank Śląski, Kongsberg Automotive, Lyreco, Marvipol, Microstrategy, Nord Partner, Pocztylion Arka Powszechne Towarzystwo Emerytalne, Precia Polska, Sage Polska.

Partnerem gali natomiast jest Alfavox.

Rejestracja na wydarzenie: http://www.executive-club.com.pl/konferencje/chemia/7-listopada-2018/rejestracja/

W Polsce, podobnie jak w większości krajów wysokorozwiniętych, nadal istnieją nierówności edukacyjne wśród dzieci

Mieszkanie w zamożnym kraju nie gwarantuje równego dostępu do wysokiej jakości edukacji, zauważa UNICEF w opublikowanym dziś raporcie „Niesprawiedliwy Start” dotyczącym nierówności edukacyjnych wśród dzieci w krajach wysokorozwiniętych, w tym w Polsce. Dzieci w mniej zamożnych krajach często doświadczają mniejszych nierówności edukacyjnych pomimo gorszej sytuacji ekonomicznej danego kraju.

W raporcie „Niesprawiedliwy Start. Nierówności edukacyjne wśród dzieci w krajach wysokorozwiniętych” UNICEF porównał wyniki 41 państw członkowskich UE i OECD pod względem nierówności edukacyjnych na poziomie wychowania przedszkolnego, szkoły podstawowej oraz szkoły średniej. Autorzy zbadali również powiązania między nierównościami edukacyjnymi a takimi czynnikami jak: zawód rodziców, imigranckie pochodzenie, płeć dziecka, a także charakter szkoły.

Z danych zaprezentowanych w Raporcie wynika, że Finlandia, Łotwa oraz Portugalia mają systemy edukacji zapewniające najwyższy poziom równości na wszystkich trzech poziomach edukacji i znalazły się w najwyższej części tabeli rankingowej. Z kolei Australia, Nowa Zelandia i Słowacja znalazły się na dole rankingu ze względu na duże nierówności utrzymujące się we wszystkich trzech obszarach. Polska znalazła się w najwyższej części tabeli rankingowej na dwóch poziomach: wychowania przedszkolnego oraz szkoły średniej.

W poszczególnych krajach występują znaczące różnice w zakresie nierówności na poszczególnych etapach kształcenia. Irlandia i Słowenia znalazły się na dole tabeli rankingowej (znaczne nierówności) pod względem upowszechnienia uczestnictwa w wychowaniu przedszkolnym, ale przesuwają się na jej początek (niskie nierówności) na poziomie szkoły średniej. We Francji wskaźnik uczestnictwa w wychowaniu przedszkolnym należy do jednego z najwyższych wśród badanych krajów, lecz na poziomie szkoły średniej kraj ten plasuje się w dole tabeli rankingowej. Holandia znajduje się na czele zestawienia pod względem wyrównanych wyników w zakresie osiągnięć w czytaniu w szkole podstawowej, jednak spada na 26. miejsce w rankingu (na 38 krajów) w tym obszarze wśród 15-latków.

W ogólnych rankingach Polska wypada bardzo dobrze w zakresie nierówności edukacyjnych. Możemy się poszczycić tym, że należymy do grona najlepszych. Jednak jeżeli przyjrzymy się bardziej szczegółowo ustaleniom Raportu, to możemy zauważyć, że w dalszym ciągu w naszym kraju istnieją duże nierówności edukacyjne. Wynikają one w znacznym stopniu z sytuacji społeczno-ekonomicznej rodzin. Niestety do tej pory nasz system edukacyjny nie był w stanie ich ograniczyć, powiedział Marek Krupiński, Dyrektor Generalny UNICEF Polska.

W Polsce niemal wszystkie dzieci (99,7%) uczęszczają do przedszkola na rok przed oficjalnym wiekiem rozpoczęcia nauki w szkole podstawowej, jest to element obowiązkowy edukacji. Jednak tylko 8% dzieci w wieku poniżej 3 lat jest zapisanych do żłobków i innych placówek opieki nad dziećmi, co stawia nas na 3. od końca miejscu wśród badanych krajów. Gorzej sytuacja wygląda tylko w Czechach i na Słowacji.

89% dzieci w Polsce osiąga dobry poziom umiejętności w czytaniu (na poziomie średniozaawansowanym lub wyższym) w 4. klasie szkoły podstawowej. Mimo to luka osiągnięć w czytaniu w Polsce (pomiędzy uczniami z najlepszymi i najgorszymi wynikami) jest dość duża i plasuje Polskę na 15. miejscu wśród 31 krajów. Oznacza to, że nierówności edukacyjne na tym poziomie kształcenia są znaczące.

86% dzieci w wieku 15 lat osiąga podstawową (poziom 2) umiejętność czytania, co plasuje Polskę w czołówce międzynarodowej. Niestety istnieje bardzo duża różnica w oczekiwaniach młodzieży co do kontynuacji nauki na poziomie wyższym. Wśród dzieci rodziców o wysokim statusie zawodowym chęć dalszego kształcenia deklaruje 60% uczniów, zaś wśród dzieci rodziców o niskim statusie zawodowym tylko 39%. Tak duża różnica w tym zakresie dotyczy jedynie Polski, stawiając nas na ostatnim miejscu wśród badanych krajów.

Krzysztof Szczerbacz: Czy Ukraińcy wyjada z Polski do Niemiec?

Czy istnieje realne zagrożenie, że obywatele Ukrainy pracujący obecnie w Polsce wyjadą do Niemiec w związku z potencjalnym szerszym otwarciem niemieckiego rynku pracy dla Ukraińców? – komentarz ARC Rynek i Opinia na podstawie wyników badania zrealizowanego wśród Ukraińców.

Ostatnio pojawiły się w mediach informacje, że polscy pracodawcy mogą wkrótce stanąć przed wielkim problemem odpływu pracowników z Ukrainy z naszego kraju. Z badań przeprowadzonych w tym roku przez naszą firmę wynika, że jest kilka typów ukraińskich pracowników w Polsce. Wśród nich są tacy, którzy regularnie przyjeżdżają tutaj do pracy i wracają na Ukrainę. Niektórzy jednorazowo, niektórzy regularnie, jednak ich domem i miejscem do życia pozostaje Ukraina. Oni nie zamierzają przenosić się do Polski na stałe. Ta grupa to 28% Ukraińców pracujących w Polsce. Są też ludzie młodzi, studenci, dla których Polska jest miejscem przejściowym i którzy w dużej mierze rozważają dalszą emigrację po ukończeniu studiów. Jednak największa grupa badanych – 38% – zamierza zostać w naszym kraju na stałe, a kolejne 24% jeszcze nie podjęło w tym zakresie żadnej decyzji. Z naszego badania wynika również, że Ukraińcy są bardzo zadowoleni z pobytu w naszym kraju, przede wszystkim z poziomu życia (88%), dostępności różnych usług (83%) i życzliwości Polaków (75%). Trzy czwarte Ukraińców ma stałą pracę, co trzeci pracuje w swoim zawodzie. Prawie połowa planuje kupić w Polsce nieruchomość.

Wygląda więc na to, że zdecydowana większość Ukraińców może chcieć nadal zostać w naszym kraju. Dlaczego?

Krzysztof Szczerbacz
Krzysztof Szczerbacz z ARC Rynek i Opinia

Krzysztof Szczerbacz z ARC Rynek i Opinia: W emigracji ważny jest nie tylko aspekt finansowy, lecz również społeczny i kulturowy. Język ukraiński jest podobny do polskiego, kulturowo również nasze narody są zbliżone. Można założyć, że dużo trudniej byłoby się odnaleźć Ukraińcom, zwłaszcza tym dojrzałym, z dziećmi w Niemczech niż w Polsce. To pokazuje, że obywatele Ukrainy odnaleźli w Polsce stabilizację i z pewnością nie jest to oczywiste, że ze względu na wyższe zarobki są gotowi emigrować dalej. Oczywiście są różne rodzaje prac i można przypuszczać, że otwarcie rynku niemieckiego dla pracowników z Ukrainy może negatywnie wpłynąć na zatrudnienie przy pracach sezonowych, które nie wymagają znajomości języka oraz szczególnej aklimatyzacji w nowym miejscu. Bliskość kulturowa czy poczucie stabilizacji nie mają tutaj dużego znaczenia. Ważny jest jak najwyższy zarobek w jak najkrótszym czasie.

Ukraińcy dobrze czują się w Polsce

Źródło: ARC Rynek i Opinia, maj 2018

Dane pochodzą z badania zrealizowanego przez ARC Rynek i Opinia miało na celu ustalenie zwyczajów konsumenckich i postaw obywateli Ukrainy przebywających w Polsce. Badanie zrealizowano metodą CAWI (ankiety online) oraz metodą wywiadów realizowanych z wykorzystaniem tabletów przez ankieterów. Realizacja badania miała charakter modułowy. Zrealizowano łącznie 532 wywiady. Badaną populację stanowili obywatele Ukrainy przebywający obecnie w Polsce. Respondentów nie rekrutowano wśród osób pracujących sezonowo na wsi (np. przy zbiorach owoców). Termin realizacji badania: kwiecień-maj 2018.

Czwarta rewolucja przemysłowa w praktyce. Europa wciąż w ogonie

Najnowszy raport PwC obnaża prawdę o współczesnym przemyśle, który w większości pozostaje obojętny na technologiczną rewolucję. Ta ignorancja okupiona jest niemałą ceną. W regionie Azja-Pacyfik, gdzie największy odsetek producentów cieszy się cyfrową dojrzałością, spodziewany jest 17-procentowy wzrost przychodów wynikających bezpośrednio z adopcji technologii przemysłu 4.0. Europa tymczasem wciąż pozostaje w ogonie.

Czwarta rewolucja przemysłowa trwa w najlepsze, jednak jej wpływ na przedsiębiorstwa produkcyjne wciąż pozostaje znikomy – wynika z raportu PwC „Global Digital Operations Study 2018”. Nie oznacza to wcale, że brak działań w obszarze cyfrowej transformacji obejdzie się bez konsekwencji. – Firmy, które nie zaczną wprowadzać radykalnych zmian, czeka walka o przetrwanie. Jednak tylko nieliczne firmy czerpią realne korzyści z przemysłu 4.0. Nazywamy je cyfrowymi championami – pisze dr Reinhard Geissbauer z zespołu konsultingowego PwC.

Przemysł 4.0 w dużym skrócie można zdefiniować jako dogłębną cyfryzację procesów zachodzących w przedsiębiorstwach produkcyjnych poprzez implementację zaawansowanych systemów IT, przemysłowego internetu rzeczy, analityki danych i sztucznej inteligencji.

Kryzys adaptacji

W badaniu przeprowadzonym przez PwC wzięło udział 1155 menedżerów reprezentujących największe przedsiębiorstwa produkcyjne w 26 krajach. Zebrane w ten sposób informacje pozwoliły autorom raportu zapoznać się z posiadanymi przez nie rozwiązaniami technologicznymi, aktualnym stanem kluczowych ekosystemów, szczegółami na temat oferowanych produktów i usług oraz współpracy z dostawcami i partnerami. Zyskując wgląd w kluczowe obszary działalności firm produkcyjnych, doszli oni do niepokojących wniosków: zaledwie 10 proc. przebadanych podmiotów osiągnęło poziom cyfrowych championów. Reszta wciąż pozostaje daleko w tyle i, nawet posiadając technologie przemysłu 4.0, nie potrafi czerpać z nich wymiernych korzyści. Skąd bierze się ta przepaść?

Dążymy do tego, by zespolić świat fizyczny z wirtualnym w sposób, który znacząco usprawnia działanie tego pierwszego. Taki poziom cyfryzacji wymaga nie tylko sporego budżetu, lecz także wprowadzenia fundamentalnych zmian w zarządzaniu przedsiębiorstwem. Zbieranie danych nie jest już sztuką. Wyzwanie polega na wyciąganiu z nich wartościowych wniosków, a to wymaga zmiany myślenia i utartych sposobów działania. Nagrodą są: skok produktywności, wyższy poziom bezpieczeństwa, lepsza jakość i mniejsze marnotrawstwo – wyjaśnia Piotr Rojek, dyrektor zarządzający w DSR, firmie specjalizującej się w dostarczaniu nowoczesnych rozwiązań IT dla przemysłu.

Jego zdaniem wymiana informacji pomiędzy ludźmi, maszynami i systemami komputerowymi stanowi siłę czwartej rewolucji przemysłowej. Siłę, którą należy umiejętnie okiełznać, by przyniosła oczekiwane rezultaty.

Eksperci są zgodni, że stabilny wzrost przychodów wynikający z adaptacji technologii przemysłu 4.0 można osiągnąć wyłącznie, gdy nie są one dodatkiem do przestarzałego modelu przedsiębiorstwa, lecz stanowią impuls do zmian w każdym jego obszarze – od sposobu zarządzania po relacje z klientami.

Takie zmiany w początkowym stadium zazwyczaj są niewygodne i kosztują sporo energii, jednak stojąc w miejscu, pozwalamy innym, by nas wyprzedzili, a na to żadna firma nie może sobie pozwolić. Trudność polega na tym, że nie ma gotowców, które pasowałyby do każdej organizacji. Dopiero angażując zespoły na różnych szczeblach do poszukiwania nieoczywistych rozwiązań, możemy pełnymi garściami czerpać z nowych technologii. Inaczej zawsze będą jedynie dodatkiem – zwraca uwagę Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie doradczo-szkoleniowej DT Makers, specjalizującej się w design thinking. To kreatywna metoda tworzenia nowatorskich rozwiązań w oparciu o głębokie zrozumienie potrzeb użytkownika, stosowana m.in. przez IBM, Accenture i BMW.

Championi spijają śmietankę

Z adaptacją technologii przemysłu 4.0 najlepiej radzą sobie firmy z regionu Azja-Pacyfik (APAC), gdzie 19 proc. producentów osiągnęło poziom cyfrowych championów. Tamtejsze firmy wprowadzają cyfrowe produkty i usługi szybciej niż reszta świata. Wynika to m.in. z entuzjazmu młodych, zaznajomionych z nowymi technologiami managerów korporacyjnych oraz rosnących kosztów produkcji, które azjatyckie firmy starają się obniżyć poprzez digitalizację. Obrana przez nie strategia zdaje się przynosić rezultaty. Na przestrzeni pięciu najbliższych lat liderzy przemysłu 4.0 w Azji spodziewają się 17-procentowego wzrostu przychodów wynikających bezpośrednio z technologicznej transformacji. Tymczasem w Ameryce na status cyfrowych championów zasłużyło 11 proc. przedsiębiorstw. W Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce (EMEA) takich firm jest zaledwie 5 proc.

Ich znakiem rozpoznawczym są rozbudowane i wciąż dopracowywane cyfrowe produkty i usługi. Również dotarcie do klientów, samodzielnie lub przez pośredników, odbywa się przy pomocy internetu. Według PwC takie firmy specjalizują się w pozyskiwaniu insightów konsumenckich i w inteligentny sposób łączą oczekiwania klientów z szytymi na miarę rozwiązaniami, wzbogacając tradycyjne produkty o dodatkowe usługi, oprogramowanie, analitykę danych i inne wartości wynikające z posiadania rozszerzonych sieci partnerskich. Aby to osiągnąć, cyfrowi championi wykorzystują otwarte platformy i likwidują granice – wewnętrzne i zewnętrzne. W efekcie ponad połowa ich przychodów pochodzi z ulepszonych cyfrowo lub wyłącznie cyfrowych produktów i usług. PwC prognozuje, że inwestycje w nowe technologie i cyfrowe ekosystemy przyniosą im 15-procentowy wzrost przychodów w ciągu następnych pięciu lat.

Taki poziom cyfryzacji wydaje się nieosiągalny dla większości polskich producentów. Według Piotra Rojka ich spora część zatrzymała się na wdrożeniu systemu ERP i spoczęła na laurach. Istnieje również grono firm, które realizują przemyślaną strategię transformacji, inwestując spore środki w technologie przemysłu 4.0. – Budżety na cyfryzację przemysłu rosną od dłuższego czasu. Wdrażając nowoczesne systemy IT i przemysłowy internet rzeczy, możemy zwiększyć wydajność jednostek produkcyjnych o kilkadziesiąt procent, znacząco zredukować zastoje, ograniczyć awarie maszyn i zwiększyć jakość wyrobów. Producenci mają tego świadomość i nie chcą pozostać w tyle. To dobra postawa, natomiast jeśli chcemy dogonić liderów cyfrowej transformacji, musimy robić o niebo więcej – uważa dyrektor zarządzający w DSR.

Warszawski rynek biurowy w świetnej kondycji

Pozytywne nastroje najemców, deweloperów i inwestorów znajdują odzwierciedlenie w spektakularnym popycie na biura i obniżającym się wskaźniku pustostanów. Rynek się zmienia, a rosnąca aktywność firm coworkingowych jest tego najlepszym przykładem.

Popyt wciąż w górę

Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

„Warszawski rynek biurowy po raz kolejny osiągnął świetne wyniki.  Zarówno fundusze inwestycyjne, jak i firmy poszukujące nowych lokalizacji na swoją działalność, coraz częściej wybierają właśnie stolicę. Pozytywne nastroje są poparte spektakularnym popytem na biura, obniżającym się wskaźnikiem pustostanów i coraz większą różnorodnością produktu dostępnego na rynku. Od stycznia do końca września aktywność najemców osiągnęła blisko 632 000 mkw”,  wyjaśnia Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Tradycyjnie już największą popularnością wśród firm cieszyło się Centrum z podpisanymi umowami na ponad 178 000 mkw., następnie Mokotów – prawie 138 000 mkw. oraz Centralny Obszar Biznesu, gdzie wynajęto blisko 136 000 mkw.

Jakub Sylwestrowicz
Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

“Jedną z najciekawszych umów najmu w tym roku było odnowienie i ekspansja Deloitte w Q22. Transakcja ta potwierdza, że najemcy coraz częściej będą zwracać uwagę na lokalizację nieruchomości, jej cechy funkcjonalne, udogodnienia w okolicy, jak również na długofalowe możliwości powiększania biura w danym budynku. Co warto odnotować, oprócz międzynarodowych firm, które wchodzą na polski rynek, istotnym źródłem popytu na biura w Warszawie są również podmioty z sektora publicznego, coraz częściej wybierające na swoje siedziby nieruchomości komercyjne. Przykładem takiej transakcji jest umowa Komisji Nadzoru Finansowego w budynku Piękna 2.0”, podkreśla Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL.

Coworkingi polubiły Warszawę

Najgorętszym trendem w Warszawie jest dynamiczny rozwój operatorów przestrzeni elastycznych, a do najbardziej aktywnych należą Regus, Spaces i WeWork.

“Łącznie, do końca III kwartału operatorzy elastycznych przestrzeni biurowych wynajęli aż 86 000 mkw. Te koncepty wzbogacają ofertę warszawskiego rynku oraz są świetnym uzupełnieniem tradycyjnych umów najmu. Współczesny model pracy ewoluuje, a nieruchomości komercyjne dostosowują się do zmian, jak i czerpią korzyści z nowych trendów”, dodaje Jakub Sylwestrowicz.

Podaż – wielkie projekty przed nami

„Na rosnące zapotrzebowanie na biura odpowiadają deweloperzy realizując projekty, które zmieniają panoramę współczesnej biznesowej Warszawy. W tym roku rynek wzbogacił się o 190 000 mkw., a w realizacji pozostaje kolejne 740 000 mkw. Należy przy tym zauważyć, że Warszawa jest jednym z najbardziej chłonnych rynków biurowych w Europie, co oznacza, że realizowane projekty nie zachwieją równowagi pomiędzy podażą a popytem”, tłumaczy Mateusz Polkowski.

Do największych nowych obiektów oddanych w tym roku należały Proximo II, Equator IV i Koneser.

Pustostany i czynsze

Poziom pustostanów w Warszawie pozostaje w tendencji spadkowej i pod koniec III kwartału 2018 wyniósł 10%. W centralnych regionach wynosi 6,6%, co jest najniższym wynikiem od 2012 roku.

Najwyższe czynsze transakcyjne wzrosły w centralnych częściach Warszawy ze względu na wysoki popyt, niski wskaźnik pustostanów (który jest znacznie poniżej średniej dla całego miasta) oraz rosnące koszty budowy (wzrost średnio o 15-20% w porównaniu z 2012 r.). W szerokim centrum czynsze  dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 17 euro do 23,5 euro / mkw. /miesiąc, a poza nim od 11 euro do 15 euro/ mkw. / miesiąc.

Wyprzedaż aktywów ryzykownych wspiera dolara amerykańskiego

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem w relacji do dwóch głównych walut, co związane było praktycznie w całości z siłą dolara amerykańskiego i odwrotem od ryzyka.

Enrique Diaz-Alvarez – Ebury
Enrique Diaz-Alvarez

Ubiegły tydzień przyniósł kontynuację odwrotu od ryzyka na rynkach. Gwałtownych spadków doświadczyły przede wszystkim globalne indeksy giełdowe. Nawet dość wyraźny spadek rentowności amerykańskich obligacji skarbowych nie był w stanie istotnie poprawić sentymentu do aktywów postrzeganych za ryzykowne. Optymizmu nie wspierały również dane gospodarcze. Największą niespodzianką była publikacja rozczarowujących odczytów indeksów aktywności biznesowej w strefie euro, co dodatkowo szkodziło sentymentowi. Tym razem dolar amerykański został potraktowany przez inwestorów jako waluta „bezpieczna” i umocnił się względem wszystkich pozostałych walut gospodarek G10 z wyłączeniem jena japońskiego.

W tym tygodniu najważniejsze dla rynku walutowego będą publikacje dotyczące dynamiki cen w strefie euro oraz comiesięczny raport z amerykańskiego rynku pracy. Inwestorzy będą również zwracać szczególną uwagę na rozwój sytuacji związanej z sentymentem do ryzyka. Nie powinny im również umknąć informacje dotyczącego konfliktu Włoch i KE wokół włoskiego budżetu. Istotna w tym kontekście będzie również ewolucja spreadu włoskich obligacji i pozostałych krajów strefy euro.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł lekkie osłabienie polskiego złotego w relacji do euro i znaczącą wyprzedaż w parze z dolarem amerykańskim. Jednoczesne złoty umocnił się w parze ze słabszym funtem brytyjskim.

W ostatnim tygodniu poznaliśmy nowe dane GUS o bezrobociu w Polsce. Zgodnie z najnowszym odczytem we wrześniu bezrobocie w Polsce wyniosło 5,7% i było niższe od oczekiwań. Tym samym wskaźnik w ostatnim miesiącu pomiarów znalazł się na najniższym poziomie od 1990 r. Dane budzą nieco optymizmu po ostatnich, słabszych odczytach o dynamice płac i zatrudnienia.

W najbliższą środę opublikowane zostaną wstępne szacunki wzrostu dynamiki cen w Polsce w październiku. Pod koniec tygodnia poznamy z kolei odczyt październikowego indeksu PMI dla przemysłu kraju, który w ostatnim czasie istotnie rozczarowywał. W ostatnim miesiącu pomiarów indeks znalazł się na poziomie zbliżonym do granicy wyznaczającej ekspansję.

GBP

Wyprzedaż aktywów ryzykownych z zeszłego tygodnia odbiła się dość mocno na funcie brytyjskim. Na kształtowanie się kursu szterlinga miało wpływ zarówno umocnienie dolara amerykańskiego, jak i – ponownie – sytuacja polityczna. Według doniesień brytyjski rząd nie jest w stanie dojść do porozumienia co do propozycji ustępstw, które wielka Brytania musi przedstawić Unii Europejskiej w celu wznowienia negocjacji ws. Brexitu. Impas w brytyjskim rządzie wystraszył inwestorów, a funt brytyjski w minionym tygodniu okazał się najgorzej radzącą sobie walutą G10. W naszej opinii wyprzedaż funta brytyjskiego była jednak nadmierna. Jakiekolwiek jastrzębie komentarze płynące z czwartkowego spotkania Banku Anglii w naszej opinii mają potencjał do wyraźnego wzmocnienia szterlinga, zwłaszcza, jeśli sentyment do ryzyka ustabilizuje się w najbliższych dniach.

EUR

Rozczarowujące odczyty indeksów aktywności biznesowej w październiku, które zostały opublikowane w ubiegłym tygodniu sprawiły, że inwestorzy stali się bardziej ostrożni. Są to kolejne dane, które powodują wzrost obaw – w zeszłym miesiącu inflacja bazowa w strefie euro również okazała się niższa od oczekiwanej przez konsensus. Słabe dane gospodarcze w tym momencie wydają się jednak nie mieć istotnego wpływu na Europejski Bank Centralny. Podczas październikowego spotkania, przewodniczący EBC, Mario Draghi, stwierdził wyraźnie, że słabość gospodarek bloku walutowego jest tymczasowa, tym samym nie ma potrzeby zmieniać stanowiska EBC w kwestii polityki monetarnej, czy nawet oczekiwań. Mimo to, w ostatnim czasie wspólna europejska waluta nie była wspierana ani przez dane makro, ani przez ogólną niechęć do ryzyka. Stąd w ubiegłym tygodniu kurs euro w relacji do dolara amerykańskiego wyłamał się z dotychczasowego korytarza wahań, istotnie osłabiając się w stosunku do USD.

W tym tygodniu inwestorzy prawdopodobnie skupią się przede wszystkim na kluczowych, wstępnych danych o inflacji w strefie euro, które poznamy w środę.

USD

Ostatnie dane gospodarcze płynące ze Stanów Zjednoczonych były mieszane, jednak w ujęciu ogólnym były zdecydowanie lepsze niż te dla strefy euro. Zanualizowany wzrost PKB kraju w trzecim kwartale był wysoki, jednak w obliczu rosnącego oprocentowania kredytów hipotecznych dość istotnie zmalała aktywność na rynku nieruchomości.

W piątek poznamy kolejny istotny raport z amerykańskiego rynku pracy, który powinien rzucić nieco więcej światła na kondycję rynku pracy i szerzej – amerykańskiej gospodarki. Nie widzimy powodów, aby w tym momencie wątpić w jej siłę. Będziemy jednak z pewnością obserwować, czy utrzymujące się, niskie bezrobocie i wysoki poziom kreacji nowych miejsc pracy będą przekładać się na utrzymanie presji płacowej.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury Polska

Savills: Alternatywne nieruchomości mieszkaniowe cieszą się coraz większą popularnością wśród inwestorów

Z najnowszych danych międzynarodowej firmy doradczej Savills wynika, że alternatywne nieruchomości mieszkaniowe cieszą się coraz większym zainteresowaniem inwestorów. W ubiegłym roku wolumen dużych transakcji inwestycyjnych w sektorze mieszkaniowym na świecie przekroczył wartość inwestycji na rynkach nieruchomości handlowych czy magazynowych.

Według Savills globalny wolumen transakcji inwestycyjnych w sektorze prywatnych akademików wzrósł w ostatnich pięciu latach o 87%. Dojrzałość rynku brytyjskiego i amerykańskiego w połączeniu z niewielką podażą i dużym popytem na prywatne domy studenckie oznacza, że w nadchodzącym roku największe możliwości inwestowania w tym sektorze zaoferują miasta Europy Południowej. Niemniej jednak zapotrzebowanie na nieruchomości mieszkaniowe , obiekty co-livingowe i domy seniora na całym świecie sprawia, że wszystkie rynki oferują możliwości lokowania kapitału. Skala inwestycji w tego rodzaju aktywa jest jednak niewystarczająca szczególnie w Wielkiej Brytanii.

Z raportu międzynarodowej firmy doradczej Savills Global Living wynika, że największa podaż prywatnych domów studenckich występuje w Wielkiej Brytanii, gdzie zakwaterowanie może znaleźć 27% wszystkich studentów, a najmniejsza – w Europie Południowej. We Włoszech, które są czwartym największym rynkiem w Europie pod względem liczby studentów, wskaźnik ten w skali całego kraju nie przekracza 5%.

Z analizy danych o poszczególnych miastach uzyskanych od firmy StudentMarketing, która prowadzi badania i gromadzi dane dotyczące domów studenckich i mikroapartamentów, wynika, że najmniejsze możliwości zakwaterowania studentów oferują: Rzym (zaledwie 6500 łóżek na 220 500 studentów, czyli zakwaterowanie znajdzie tylko 3% studiujących), Porto (3,5%), Florencja (3,8%), Barcelona (4,9%) i Madryt (5,7%). Według Savills miasta te zapewniają inwestorom najlepsze możliwości lokowania kapitału ze względu na dużą liczbę studentów zagranicznych i wysokie średnie stawki czynszów w prywatnych akademikach.

Europy Zachodniej i poszukują możliwości wzrostu w stabilnym środowisku - mówi Kamil Kowa, członek zarządu i dyrektor działu doradztwa kapitałowego i wycen, Savills Polska
Europy Zachodniej i poszukują możliwości wzrostu w stabilnym środowisku – mówi Kamil Kowa, członek zarządu i dyrektor działu doradztwa kapitałowego i wycen, Savills Polska

– Liczba studentów zagranicznych w Polsce wzrosła pięciokrotnie w ostatniej dekadzie i w bieżącym roku akademickim wynosi już 73 000. Polska zajmuje szóste miejsce w Europie pod względem populacji studentów, a przy tym odnotowuje dynamiczny wzrost gospodarczy i oferuje bardziej atrakcyjne stopy kapitalizacji w porównaniu z Europą Zachodnią. Wszystko to sprawia, że nasz kraj będzie jednym z najpopularniejszych kierunków inwestycyjnych dla wielu inwestorów, którzy są już obecni w krajach Europy Zachodniej i poszukują możliwości wzrostu w stabilnym środowisku – mówi Kamil Kowa, członek zarządu i dyrektor działu doradztwa kapitałowego i wycen, Savills Polska

W roku akademickim 2017/2018 w Polsce studiowało blisko 1,3 miliona studentów, jednak w 490 akademikach oferowanych zarówno przez uczelnie państwowe, jak i prywatne, zakwaterowanie może znaleźć tylko niespełna 130 000 osób, czyli 10% studiujących. Potencjał tego rynku dostrzegły m.in. takie firmy jak Student Depot, Basecamp, Golub GetHouse (Livinn) czy chociażby Zeitgeist Asset Management. Część z już realizowanych lub planowanych inwestycji oferować będzie bardzo wysoki standard. Z szacunków Savills wynika, że w Polsce segment prywatnych domów studenckich zapewnia miejsca dla ok. 4000 studentów.

– Przewidujemy, że oprócz prywatnych akademików coraz większą popularnością będzie się cieszył inny sektor rynku mieszkaniowego, tj. mieszkania na wynajem instytucjonalny. Ze względu na zbliżający się szczyt aktualnego cyklu koniunkturalnego wiele funduszy jest zainteresowanych zwiększeniem alokacji kapitału w aktywa bardziej odporne na ewentualnie spowolnienie – dodaje Kamil Kowa.

globalny dział badań Savills na podstawie danych StudentMarketing, 2018
Źródło: globalny dział badań Savills na podstawie danych StudentMarketing, 2018

Wśród pierwszych w Polsce projektów w sektorze mieszkań na wynajem instytucjonalny należy wymienić aktywa zarządzane przez fundusz Catella obejmujące część budynku Złota 44 w Warszawie, budynek Pereca 11 oraz obecnie realizowany kompleks trzech budynków w Krakowie przy ul. Rakowickiej. Kolejne duże inwestycje stanowią Browary Warszawskie, czyli projekt zarządzany przez spółkę Resi4Rent z grupy Griffin RE oraz Liberty Tower, inwestycję Golub GetHouse. Również domy seniora w przyszłości mogą zyskiwać na popularności. Populacja osób powyżej 65. roku życia liczy już w Polsce ponad 6,5 mln osób.

– Domy studenckie w Europie są powszechnie uznawane za pełnoprawną kategorię aktywów charakteryzującą się wystarczającą płynnością. Coraz więcej inwestorów, w tym zagranicznych i instytucjonalnych, uważa inwestowanie w akademiki za idealny sposób na dywersyfikację portfeli i uzyskanie wyższych zwrotów z inwestycji niż w przypadku tradycyjnych klas aktywów. Inwestorzy doceniają także fakt, że domy studenckie uważane są za aktywa odporne na recesję, ponieważ liczba studentów zagranicznych stale rośnie – rosła nawet w czasie kryzysu sprzed dekady – dodaje Samuel Vetrak, dyrektor generalny StudentMarketing.

Według Savills w 2017 roku wartość inwestycji w sektorze prywatnych domów studenckich osiągnęła rekordowy poziom 17,5 mld USD w skali globalnej, co oznacza wzrost o 4% z 16,9 mld USD w 2016 roku. Ponad połowa tego wolumenu (51%, 8,9 mld USD) przypadła na Wielką Brytanię i Europę Zachodnią – to wzrost o 35% w porównaniu z 6,6 mld USD w 2016 roku. Największą aktywność inwestycyjną w sektorze domów studenckich w Europie odnotowano w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Hiszpanii (zob. graf poniżej).

Savills wskazuje także na zainteresowanie operatorów domów studenckich sektorem nieruchomości mieszkaniowych i co-livingowym oraz na związane z tym możliwości rozłożenia ryzyka inwestycyjnego na kilka różnych rodzajów aktywów. Wolumen inwestycji w sektorze instytucjonalnego najmu mieszkań na ośmiu największych rynkach europejskich przekroczył w ubiegłym roku 27 mld euro, czyli wzrósł o 19% od 2013 roku, ale nadal stanowi niewielki ułamek inwestycji w USA. Szwecja, Holandia, Dania i Niemcy mają dobrze rozwinięte rynki mieszkań na wynajem instytucjonalny, które oferują największą płynność.

– Ze względu na coraz lepszą jakość zarządzania, umacnianie się marek poszczególnych operatorów oraz niewystarczającą podaż profesjonalnie zarządzanych nieruchomości prywatnych na wynajem na wielu rynkach, podmioty takie jak The Fizz i Milestone wprowadzają na rynek nowe produkty wychodząc naprzeciw oczekiwaniom klientów. Sektor instytucjonalnego najmu mieszkań w Wielkiej Brytanii jest nadal na wczesnym etapie rozwoju – w 2017 roku całkowity wolumen transakcji inwestycyjnych wzrósł tam o 20% w porównaniu z rokiem 2016 do 2,6 mld funtów, co stanowi zaledwie 18% wolumenu odnotowanego w Niemczech. W ubiegłym roku 70% stanowiły transakcje typu forward funding oraz terminowe transakcje kupna. Zainteresowanie budową nowych obiektów może przyczynić się do wzrostu aktywności transakcyjnej w przyszłości – dodaje Marcus Roberts dyrektor działu mieszkaniowych rynków kapitałowych w Savills, Europa.

Warszawski rynek biurowy po III kwartale 2018 r.

Najniższy od 5 lat wskaźnik pustostanów – 10%, najniższa od 2011 roku podaż nowej powierzchni – 16,3 tys. mkw., krótkoterminowe wzrosty czynszów – to najważniejsze wnioski z raportu CBRE „Q3 2018 Market View” podsumowującego warszawski rynek biurowy. Eksperci dodatkowo zwracają uwagę na inwestycyjny zawrót głowy w stolicy. W III kwartale br. wartość sprzedanych biurowców wyniosła 770 mln euro i była wyższa niż w całym 2017 roku.

Mikołaj Sznajder, Senior Associate Director, Dział Office, CBRE_media
Mikołaj Sznajder

Rozbieżność pomiędzy rosnącymi potrzebami najemców a ograniczoną, możliwą do natychmiastowego najmu powierzchnią przełożyła się na najniższy od ponad pięciu lat wskaźnik pustostanów w Warszawie. Na koniec III kwartału br. wyniósł on 10%, co oznacza spadek o 1 p.p. w porównaniu z poprzednim kwartałem. – W zestawieniu z tym samym okresem 2017 roku doszło do jeszcze większej zmiany, bo o -2,9 p.p. Warto zwrócić uwagę, że w aż 57% budynków biurowych w stolicy poziom wolnych powierzchni nie przekracza 200 mkw. Jednocześnie 80% najemców zgłasza zapotrzebowanie na biura o powierzchni przekraczającej wspomniane 200 mkw. Najtrudniej o duże biuro w Centralnej Warszawie (Centralny Obszar Biznesu), gdzie wskaźnik pustostanów wynosi zaledwie 6,5% mówi Mikołaj Sznajder, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych CBRE.

Zmiany, zmiany, zmiany

W III kwartale br. na warszawskim rynku biurowym kilka istotnych budynków zmieniło właściciela. Łączny wolumen transakcji inwestycyjnych w tym czasie wyniósł w stolicy prawie 770 mln euro, a od stycznia do września tego roku – 1,2 mld euro. To dwa razy więcej niż w całym 2017 roku, w którym sprzedano w Warszawie biurowce za 600 mln euro.

Do największych transakcji należała sprzedaż dwóch budynków C i D będących częścią kompleksu Gdański Business Center za 200 mln euro. Biurowiec Spektrum Tower został przejęty przez Globalworth za 101 mln euro, a Skanska sprzedała Generation Park za 83 mln euro. Te trzy transakcje odpowiadają za połowę sprzedanego wolumenu w III kwartale br.

Większy wybór za dwa lata

Gdyby porównać podaż nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie na koniec czerwca i września br. – trudno dostrzec wielką różnicę. Po III kwartałach br. wyniosła ona 5,42 mln mkw., tylko o 16,3 tys. mkw. więcej niż trzy miesiące wcześniej. W stolicy oddano bowiem do użytku tylko dwa obiekty biurowe o takiej właśnie łącznej powierzchni. Jest to jeden z najniższych wyników od I kwartału 2011 roku, w którym oddano jeden projekt o powierzchni 5 tys. mkw. Eksperci CBRE zwracają uwagę, że z podobną sytuacją będziemy mieć do czynienia w końcówce tego roku, kiedy przybędzie ok. 70 tys. mkw. – Dopiero od II połowy 2019 roku możemy spodziewać się dostarczenia na warszawski rynek większego zasobu powierzchni. Jeśli firmie zależy na centralnej części stolicy, musi uzbroić się w jeszcze większą cierpliwość, bo tutaj nowe projekty będę dostępne bliżej początku 2020 roku. Łącznie w latach 2019-2020 w Warszawie przybędzie około 650 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni, z czego znaczna część przewidziana jest na 2020 rok komentuje Mikołaj Sznajder z CBRE.

Największym obiektem biurowym, którego otwarcie zaplanowano na 2020 rok, jest Varso. Powierzchnia biurowca HB Reavis znajdującego się tuż przy Dworcu Centralnym ma wynosić 142 tys. mkw. Drugim co do wielkości projektem biurowym, który ma również zostać oddany w 2020 roku, jest The Warsaw Hub (78 tys. mkw.). Natomiast w przyszłym roku swoje drzwi otworzy Mennica Legacy Tower o powierzchni ponad 60 tys. mkw.

Krótkoterminowe podwyżki czynszów w centrum Warszawy

Dobra kondycja rynku, z której wynika wzmożona aktywność najemców, przesuwa przewagę w stronę właścicieli budynków. Po wzroście w pierwszym półroczu stawek czynszów w najbliższych miesiącach możemy podziewać się jedynie krótkoterminowych wzrostów cen najmu w istniejących budynkach. W centrum, najdroższej części stolicy, stawki wynoszą średnio 24 euro/m-s/mkw. W dłuższej perspektywie oddanie nowych budynków w okolicach Ronda Daszyńskiego osłabi presję na wzrost stawek czynszów w najbardziej prestiżowych biurowcach.

Kłopotliwy zapis w ustawie o transporcie drogowym

Ustawy i regulacje dotyczące transportu drogowego mają usprawniać pracę kierowców, poprawiać bezpieczeństwo na drodze oraz wyznaczać jasne zasady związane z uprawnieniami kontrolerów. W praktyce okazuje się jednak, że często przepisy są bardzo różnie interpretowane. Tym razem kłopotów może nastręczać art. 50 z nowej ustawy o transporcie drogowym. Opinie Wojewódzkich Inspekcji Transportu Drogowego są podzielone w kwestii rozpoznawania naruszeń i nakładania kar. A kierowcy o pracę w nocy pytają na potęgę. Telefon alarmowy OCRK we wrześniu i październiku odnotował ponad 400 zgłoszeń o poradę w tym właśnie temacie. W czym tkwi problem?

Od 3 września obowiązuje ustawa o transporcie drogowym, w tym zapis dotyczący przekroczenia czasu pracy w porze nocnej, wprowadzając karę, której do tej pory nie było. Teraz za takie naruszenie można zapłacić każdorazowo od 50 do kilkuset złotych w zależności od skali wykroczenia, ale ukarany zostaje wyłącznie przewoźnik. Sankcja wydaje się niewielka, jednak samo zrozumienie nowych przepisów jest dla kierowców kłopotliwe. Kontrolerzy zaś mają różne zdania na temat egzekwowania obowiązujących norm. W odpowiedzi na liczne pytania ze strony polskich przewoźników , ekspert OCRK omawia różne scenariusze zdarzeń i komentuje możliwe rozwiązania.

Regulamin

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

Każda firma ma obowiązek ustalenia dwóch pór nocnych oraz poinformowania o tym swoich pracowników. Pierwsza przerwa wynika z ustawy o czasie pracy kierowcy i są to wybrane cztery godziny pomiędzy 00:00 a 7:00. – Najczęściej wyznaczany jest czas 00:00 – 4:00 rano, gdyż wtedy większość kierowców odbiera odpoczynek. Tutaj należy zwrócić szczególną uwagę na to, że nawet jedna minuta pracy w tej porze powoduje objęcie kierowcy limitem 10 godzin – mówi Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

Drugim dokumentem obligatoryjnym dla pracowników firmy jest wybranie ośmiu godzin pomiędzy 21:00 a 7:00, co wynika z Kodeksu Pracy. Dlaczego? – W tych godzinach pracy należy się dodatek do wynagrodzenia w wysokości 20% pensji minimalnej, tj. około 2,28 do 2,76 PLN do każdej godziny. Ale ta pora nocna nie ma nic wspólnego z ograniczeniem czasu pracy kierowcy. Jednak przewoźnicy powinni pamiętać o innym naliczaniu wynagrodzenia, gdyż w przypadku braku wypłaty „dodatku nocnego” oraz kontroli Państwowej Inspekcji Pracy, takie naruszenie z pewnością zostanie ujawnione – mówi Włoch.

Jak zauważa ekspert OCRK, częstym błędem popełnianym zza kółka jest wliczanie do obowiązującego limitu 10 godzin wszystkich czynności pomiędzy odpoczynkami dobowymi. Tymczasem liczą się jedynie zdarzenia jazdy oraz innej pracy, które zostały zarejestrowane przez tachograf.

Na przykład

– Przewoźnicy, a szczególnie kierowcy powinni pamiętać, że jeśli w wyznaczonej porze nocnej wystąpi choć minuta pracy, to bezwzględnie kierujący nie może pracować dłużej niż 10 godzin w okresie 24 godzin od momentu rozpoczęcia jazdy. Na przykład, w firmie ustalono godziny nocne od godziny 3:00 do godziny 7:00, a pojazd ruszył o 5:00 w poniedziałek, czyli jeszcze w określonej w przedsiębiorstwie porze nocnej. Zatem nie można przekroczyć limitu 10 godzin między 5:00 w poniedziałek a 5:00 we wtorek. Taką sytuację ilustruje wykres zapisu tacho z programu 4Trans. Pokazane jest wyraźnie naruszenie, gdyż kierowca pracował 13 godzin. Przekroczył czas pracy o trzy godziny, co w tym wypadku podlega karze 50 PLN – mówi ekspert OCRK.

Zapis ewidencji czasu pracy kierowcy z oprogramowania 4TransZapis ewidencji czasu pracy kierowcy z oprogramowania 4Trans.

Podczas kontroli

Transportowcy obawiają się kar, gdyż bardzo łatwo jest doprowadzić do wykroczenia ze względu na nieuwagę lub nieznajomość przepisów. Sprawdzenie zapisów danych z tachografów może odbyć się na drodze, ale także w firmie. A co jeśli inspektor nie zna godzin pracy nocnej danego przedsiębiorstwa? – Sprawa jest prosta – wówczas weryfikuje się czas pracy pomiędzy 3:00 a 4:00, ponieważ zawsze w wyznaczonej porze nocnej ten przedział jest obecny. Wedle prawa kontroli mogą podlegać osoby wykonujące przewozy bez względu na rodzaj zatrudnienia. Jednak, ze względu na nieścisłości zawarte w art. 50 ustawy o transporcie drogowym, inspektorzy transportu drogowego w Polsce podczas kontroli drogowych odstąpili od sprawdzania przekroczeń dotyczących pracy w nocy. Z kolei podczas kontroli w przedsiębiorstwie część służb kontrolnych stosuje uproszczoną zasadę i nie bierze pod uwagę zdarzeń jazdy i pracy po wykonanym odpoczynku dobowym – mówi Łukasz Włoch.

Uwaga kierowcy, służby kontrolne to również Straż Graniczna, Państwowa Inspekcja Pracy, czy też Służba Celno-Skarbowa. Te organy mogą nakładać kary niezależnie od interpretacji Wojewódzkich Inspekcji Transportu Drogowego. Warto być czujnym i dobrze zrozumieć nowe przepisy.

Nieznajomość prawa nie szkodzi urzędnikom

Interpretacja indywidualna wydawana przez organy podatkowe musi, zgodnie z art. 14c. § 1. Ordynacji podatkowej, zawierać „wyczerpujący opis przedstawionego we wniosku stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego oraz ocenę stanowiska wnioskodawcy wraz z uzasadnieniem prawnym tej oceny” (Dz.U. 1997 nr 137 poz. 926 ze zm.). Wojewódzki Sąd Administracyjny w wyroku z 5 lipca 2018 r. przypomniał fiskusowi, że aby to uzasadnienie stanowiło rzetelną informację dla podatnika, powinien z niego wynikać tok rozumowania organu (I SA/Łd 346/18).

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Od 1 stycznia 2016 r. obowiązuje tzw. ulga badawczo-rozwojowa. Została ona wprowadzona w życie ustawą z dnia 25 września 2015 r. o zmianie niektórych ustaw w związku ze wspieraniem innowacyjności (Dz.U. 2015 r., poz. 1767), zastępując ulgę na nowe technologie. Ulga pozwala dodatkowo obniżyć podstawę opodatkowania o część kosztów uzyskania przychodów ujętych już w rozliczeniu prowadzonej działalności, pod warunkiem, że ich źródłem są nakłady na działalność badawczo-rozwojową (dalej: B+R). Koszty te przepis art. 18d ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. 1992 nr 21, poz. 86 ze zm.) określa mianem „kosztów kwalifikowanych”.

Inwestycje w rozwój własnego produktu

Z takiej ulgi chciała skorzystać spółka, dokonująca inwestycji B+R dla rozwoju i zwiększenia konkurencyjności prowadzonej przez siebie działalności. Nakłady dotyczyły zarówno wprowadzania nowych technologii produkcji, jak i pozwalającego czuwać nad jej przebiegiem oprogramowania. Zdaniem spółki odmowa możliwości skorzystania z ulgi z uwagi na inwestycje B+R w rozwój własnego produktu prowadziłaby do dyskryminacji wobec innych przedsiębiorców nabywających nowe technologie z zewnątrz. Stanowisko przedsiębiorstwa potwierdzał szereg wydanych wcześniej interpretacji, w tym m.in.: Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach z 22.06.2016 r., IBPB-1-2/4510-281/16/KP; DIS w Warszawie z 16.08.2016 r., IPPB5/4510-641/16-3/MR; Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 28.03.2017 r., 0461-ITPB3.4510.52.2017.1.DK czy DKIS z 25.05.2017 r., 1462-IPPB1.4511.93.2017.2.ES.

Firma zwróciła się do organu podatkowego z wnioskiem o wydanie interpretacji, czy ulgą z art. 18d ustawy o CIT mogą również zostać objęte odpisy amortyzacyjne dokonywane nadal w związku z wykorzystywaniem tych innowacji, ale których wdrożenie nastąpiło przed 1 stycznia 2016 r. Tu również stanowisko spółki potwierdzały interpretacje: DIS w Warszawie z 16.08.2016 r., IPPB5/4510-640/16-2/MR; DIS w Warszawie z 22.12.2016 r., 1462-IPPB5.4510.977.2016.1.MR; DIS w Poznaniu z 26.01.2017 r., 3063-ILPB2.4510.263.2016.1.AO.

Wdrażanie nowych technologii i innowacji to nie działalność badawczo-rozwojowa

Organ w wydanej interpretacji stwierdził, że podejmowanych przez spółkę inwestycji „…nie można uznać za działalność badawczo-rozwojową, skoro celem podjętych działań jest usprawnienie funkcjonowania prowadzonej przez Wnioskodawcę działalności gospodarczej. Wprowadzanie nowych technologii oraz wdrożenie innowacyjnego na skalę przedsiębiorstwa oprogramowania, nie przesądza jeszcze o realizacji czynności związanych z działalnością badawczo-rozwojową” (interpretacja indywidualna DKIS z 8 marca 2018 r., 0111-KDIB1-3.4010.18.2018.1.BM).

Ten sam argument stanął u podstaw negatywnej opinii organu również w zakresie możliwości zaliczenia do kosztów kwalifikowanych odpisów amortyzacyjnych. Organ przyznał, że mogłyby one zostać objęte ulgą, gdyby były dokonywane w związku z prowadzeniem prac badawczo-naukowych. Jednak w tym przypadku, zdaniem fiskusa, są powiązane tylko z bieżącą działalnością przedsiębiorstwa.

Lakoniczność uzasadnienia zaskarżonej interpretacji

W skardze do WSA spółka podniosła, że wdrażanie nowych technologii i oprogramowania, ich testowanie i dostosowywanie do potrzeb działalności firmy wypełnia znamiona prac rozwojowych wyrażonych w art. 4a pkt 28 ustawy o CIT, zatem jest działalnością badawczo-rozwojową.

Sąd odniósł się krytycznie do argumentacji obu stron – nie tyle do stanowisk zajętych przez strony ile do sposobu ich przedstawienia. Zauważył, że spółka nie wyjaśniła precyzyjnie, czy wdrażane przez nią innowacyjne oprogramowanie zostało w całości nabyte, czy też w części przez nią wytworzone. Miało to jednak znaczenie marginalne. Sąd skupił się bowiem na „lakoniczności uzasadnienia zaskarżonej interpretacji” organu, prowadzącej do naruszenia wymogów art. 14c Ordynacji podatkowej (Dz.U. 1997 nr 137, poz. 926 ze zm.).

Poszukiwanie logiki toku rozumowania

Uchylając zaskarżoną interpretację, WSA zarzucił Dyrektorowi Krajowej Informacji Skarbowej, że w jej uzasadnieniu organ poprzestał jedynie na przytoczeniu regulacji prawnych. Krótkiej wykładni przepisów dokonał na gruncie teoretycznym, zamiast odnieść się przez ich pryzmat do konkretnych okoliczności zaprezentowanego przez spółkę stanu faktycznego.

„Z uzasadnienia prawnego interpretacji powinien zatem wynikać tok rozumowania organu interpretacyjnego, który doprowadził z jednej strony do zanegowania stanowiska wnioskodawcy, a z drugiej strony do przyjęcia przez organ stanowiska odmiennego. Uzasadnienie prawne musi bowiem stanowić rzetelną informację dla wnioskodawcy, dlaczego w jego sprawie określone przepisy znajdują zastosowanie, a także dlaczego wyrażony przez niego pogląd nie zasługuje na uwzględnienie” (I SA/Łd 346/18).

Nieznajomość prawa nie szkodzi urzędnikom

Przykład niniejszej sprawy kolejny raz pokazuje, że organy podatkowe niemal z urzędu przyjmują w relacji z podatnikiem rolę wroga, przeciwnika broniącego sprzecznego interesu majątkowego. Urzędnicy skarbowi zatracają się w tym antagonizmie do tego stopnia, że nawet przy braku pewności swoich racji brną w zaparte, byleby tylko tej racji nie przyznać podatnikom. Jest to wyraźny przejaw urzędniczego bezprawia. Brak zdolności logicznego uzasadniania wydawanych i sobie tylko przychylnych rozstrzygnięć dowodzi rażącej nieznajomości prawa podatkowego przez organy fiskusa – prawa, na podstawie którego działają. Jak trafnie zauważył Albert Einstein: „Jeżeli nie potrafisz czegoś prosto wyjaśnić – to znaczy, że niewystarczająco to rozumiesz”.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polski rynek biurowy rośnie najszybciej w regionie CEE

Rynek nieruchomości komercyjnych cieszy się coraz większym zainteresowaniem inwestorów. Wartość przeprowadzonych transakcji kupna/sprzedaży w pierwszych trzech kwartałach bieżącego roku w segmencie komercyjnym w Polsce przekroczyła 5 mld euro, z czego ponad 2 mld euro przypadło na sektor biurowy. Analitycy firmy doradczej Walter Herz prognozują, że w tym roku wolumen inwestycji może być największy w historii polskiego rynku.

Bartłomiej Zagrodnik – Walter Herz.W ostatnich latach rynek inwestycyjny w Polsce rozwijał się w tempie kilkunastu procent rocznie, co stanowi jeden z najlepszych wyników w Środkowo-Wschodniej części Europy. – Wzrost wartości transakcji w Polsce determinuje sprzyjająca sytuacja gospodarcza w naszym kraju, a także coraz wyższa jakość dostępnych nieruchomości, gwarantujących relatywnie atrakcyjne stopy zwrotu, przy utrzymującym się od dawna boomie na rynku najmu. To zwiększa płynność rynku, a tym samym stwarza bardzo dobrą sytuację dla nowych inwestorów – przyznaje Bartłomiej Zagrodnik, Prezes Zarządu w Walter Herz.

Polska w gronie najbardziej rozwiniętych gospodarek świata

W przypadku inwestycji dokonywanych w sektorze biurowym dominującą rolę odgrywają międzynarodowe fundusze, w tym kapitał europejski oraz amerykański. W naszym kraju kupują przede wszystkim inwestorzy z Niemiec, Austrii, Wielkiej Brytanii i USA, a w ostatnim czasie zauważalny jest też wzrost zainteresowania nieruchomościami komercyjnymi ze strony podmiotów z RPA i Dalekiego Wschodu, w tym Chin, Korei Południowej, Malezji i Singapuru. Widoczny jest również powrót do Polski podmiotów, które były już aktywne na naszym rynku, a teraz znów zaczynają planować tu swoje inwestycje. Udział polskich podmiotów w rynku inwestycyjnym jest wciąż znikomy. W odróżnieniu na przykład od kapitału z Czech, który rozszerza aktywność inwestycyjną nad Wisłą.

Szanse na zwiększenie zainteresowania światowych inwestorów naszym rynkiem, zdaniem ekspertów Walter Herz, zwiększa awans Polski do grona 25 najbardziej rozwiniętych rynków na świecie w indeksie FTSE Russel. To swoista gwarancja większego bezpieczeństwa, która stanowi pozytywny sygnał dla zdecydowanej większości wiodących funduszy inwestycyjnych, które się do tego indeksu benchmarkują. Polska będzie teraz postrzegana, jako bardziej stabilny rynek, na którym można długofalowo inwestować i uwzględniana przy dalszej budowie portfeli inwestycyjnych przez największych, globalnych graczy.

To z pewnością przyczyni się do dalszego rozwoju sektora nieruchomości komercyjnych w naszym kraju, zarówno jeśli chodzi o inwestycje, jak i rynek najmu. Tym bardziej, że już wcześniej również Stoxx, operator indeksów Deutsche Boerse Group podjął decyzję o przesunięciu Polski z Emerging Markets do DevelopedMarkets.

Dziewięć dużych ośrodków biznesowych

Jako najbardziej rozwinięty rynek w regionie CEE możemy wiele zaoferować. – Poza Warszawą, mamy osiem dobrze rozwiniętych biznesowych ośrodków regionalnych, znacznie więcej niż inne państwa w naszym regionie i większość krajów Europy Zachodniej. Dziewięć największych polskich miast kusi przede wszystkim inwestorów z segmentu bankowego i finansowego oraz sektora nowoczesnych usług dla biznesu – zwraca uwagę Bartłomiej Zagrodnik.

Dzięki coraz większemu zainteresowaniu inwestycjami w Polsce m.in. ze strony największych, międzynarodowych firm nasz, rodzimy rynek nieruchomości biurowych świetnie sobie radzi od kilku lat, zarówno w stolicy, jak i w innych miastach. W niezwykłym tempie rośnie przede wszystkim segment biurowy w Warszawie, która powszechnie uznawana jest już za rynek dojrzały. W ciągu ostatnich lat w mieście dokonał się ogromny skok jakościowy, jeśli chodzi o oferowaną powierzchnię w nowych projektach biurowych. Tym samym dostarczone zostały nowe produkty inwestycyjne.

Jak zauważa Bartłomiej Zagrodnik, w aglomeracji warszawskiej notowana jest zarówno rekordowo duża aktywność deweloperów, jak i niezwykle duży popyt na nowoczesną powierzchnię biurową, co dopinguje inwestorów do inicjowania kolejnych projektów. – Na stołecznym rynku popyt na biura przewyższa podaż. Dostępność powierzchni  biurowych zmniejsza się, co przy utrzymującej się wysokiej absorpcji sprawia, że w niektórych lokalizacjach dochodzi do wzrostu stawek czynszowych – zauważa Prezes Zarządu Walter Herz.

Warszawa z rekordowymi wynikami

Całkowita podaż na rynku biurowym w Warszawie wynosi ponad 5,4 mln mkw. A w budowie, jak obliczają specjaliści Walter Herz, jest około 770 tys. mkw. powierzchni. – Mimo tak szerokiej realizacji nowych projektów, na warszawskim rynku biurowym możemy dziś obserwować efekt pewnego rodzaju luki podażowej. Taka sytuacja może utrzymać się jeszcze przez następne 18 miesięcy, do czasu ukończenia budowy i oddania do użytkowania dużych projektów, które są aktualnie w trakcie realizacji. Widoczne są coraz częściej renegocjacje obecnych umów na długo przed zakończeniem aktualnych kontraktów  – przyznaje Bartłomiej Zagrodnik.

Stąd najemcy, szczególnie ci którzy potrzebują dużych powierzchni, decydują się coraz częściej na zawieranie umów przednajmu (prelease), zapewniając sobie tym samym najbardziej atrakcyjne lokalizacje. Dzięki dużej chłonności rynku, która w ubiegłym roku wyniosła ponad 800 tys. mkw. powierzchni, w Warszawie spada współczynnik pustostanów. Według danych Walter Herz, nowe inwestycje, które mają zostać oddane do końca przyszłego roku skomercjalizowane są już w ponad jednej trzeciej.

Warszawa jest jednym z najbardziej chłonnych rynków biurowych w Europie. Szczególnie dużym powodzeniem cieszy się wśród inwestorów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu oraz firm z branży IT, finansów i bankowości, podmiotów doradczych, a także operatorów powierzchni coworkingowych, którzy w ostatnim czasie szybko zwiększają ofertę w otwieranych w Warszawie centrach.

Warszawski rynek przyciąga największe światowe firmy

Stolica Polski przyciąga coraz więcej największych, światowych graczy. W Warszawie biuro uruchomił w niej niedawno JP Morgan, jeden z największych banków na świecie. Na warszawski rynek weszła międzynarodowa sieć coworkingowa WeWork, a plany rozwoju swojego warszawskiego centrum usług ogłosił Standard Chartered, jedna z największych, globalnych  instytucji bankowych.

Odbiorcą sporej ilości powierzchni biurowej w aglomeracji są centra usług dla biznesu. Według prognoz ABSL do końca 2020 roku w Warszawie będzie działać 240 centrów, w których zatrudnienie wzrośnie do 65 tys. osób. Swoje centra usług ma już w Warszawie 30 firm z listy 500 największych przedsiębiorstw świata magazynu Fortune (Fortune Global 500).

Nie zwalnia tempa również rozwój rynków regionalnych. Poza Warszawą, zasoby Krakowa i Wrocławia przekroczyły już milion mkw. powierzchni biurowych. Duża skala inwestycji realizowanych w największych miastach kusi fundusze inwestycyjne, które nabywając świeżo oddane i skomercjalizowane budynki, motywują deweloperów do rozpoczynania nowych projektów.

Kraków największym ośrodkiem BPO/ SSC w Polsce

Oferta stolicy Małopolski, drugiego, największego rynku biurowego w Polsce przekracza obecnie 1,2 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Jak szacują eksperci Walter Herz, w budowie jest dziś w Krakowie ponad 300 tys. mkw. biur, a w tym roku na rynek może trafić nawet 190 tys. mkw. biur. Tempo wzrostu segmentu biurowego w aglomeracji jest imponujące. Od 2008 roku zasoby nowoczesnej powierzchni w mieście zwiększyły czterokrotnie.

Kraków jako najmocniejsza marka turystyczna w Polsce i jedna z najlepszych w Europie oraz świetny ośrodek akademicki i niezwykle zasobny rynek pracy stanowi atrakcyjną lokalizację dla inwestorów, szczególnie z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Szybki rozwój tego sektora, który możemy obserwować w mieście od kilkunastu lat, przekłada się na znakomitą kondycję rynku biurowego.

Firmy z sektora BPO/SSC i IT, dla których krakowski rynek jest główną lokalizacją w Polsce, generują popyt na większość powierzchni biurowej, która trafia do najemców na terenie aglomeracji. W minionym roku popyt na powierzchnię biurową w Krakowie przekroczył 200 tys. mkw.

Wrocław z dziesięciokrotnie większymi zasobami biurowymi od dekady

Nowoczesne usługi biznesowe są również specjalnością Wrocławia, który jest drugim, po Krakowie regionalnym ośrodkiem biurowym w kraju, dysponującym ponad milionem mkw. nowoczesnej powierzchni. A jeszcze przed dekadą wrocławski rynek dysponował zaledwie jedną dziesiątą obecnych zasobów. Zapotrzebowanie na nowe biura utrzymuje się w mieście na wysokim poziomie, co motywuje deweloperów do wzmożonej aktywności. Według danych Walter Herz we Wrocławiu w trakcie realizacji jest przeszło 300 tys. mkw. biur.

Czwartym krajowym rynkiem biurowym, którego wielkość przekroczy 1 mln mkw. powierzchni będzie prawdopodobnie Trójmiasto. Według wskazań specjalistów Walter Herz nastąpi to za dwa lata. Rosnąca atrakcyjność inwestycyjna Pomorza przekłada się na świetną sytuację rynku biurowego w regionie. Trójmiasto cieszy się obecnie rekordowo dużym zainteresowaniem, zarówno międzynarodowych, jak i polskich inwestorów.

Z danych Walter Herz wynika, że trójmiejski rynek oferuje aktualnie ponad 770 tys. mkw. biur. Na terenie aglomeracji w budowie pozostaje około 170 tys. mkw. nowoczesnej przestrzeni biurowej, z której większość ma zostać oddana do końca przyszłego roku. Ubiegły rok był dla Trójmiasta najlepszy w historii pod względem popytowym, zapotrzebowanie na biura sięgnęło 114 tys. mkw.

Trójmiasto dogania biurowe podium

Trójmiasto pozostaje dla inwestorów interesującym rynkiem także ze względu na swoje położenie. Gdańsk, Gdynia i Sopot oferują szeroki wybór różnego rodzaju powierzchni, a także podobnie, jak Kraków niewątpliwe walory turystyczne. Tak, jak w innych miastach regionalnych głównym najemcą powierzchni biurowej są tu firmy z sektora BPO/SSC, które odpowiadają za 65 proc. zeszłorocznego najmu Duża absorpcja notowana na trójmiejskim rynku sprawia, że utrzymuje się na nim najmniejszy współczynnik niewynajętej powierzchni biurowej w kraju.

Bartłomiej Zagrodnik zauważa, że  beneficjentami spektakularnego rozwoju sektora nowoczesnych usług dla biznesu w Polsce, który w ciągu ostatniego roku uruchomił ponad 90 nowych centrów, są nie tylko największe ośrodki miejskie, ale i mniejsze rynki biurowe. – Sektor rozwija się również w takich miastach jak Lublin, Olsztyn, Białystok, Rzeszów, Radom, Kielce, Bydgoszcz, Toruń, Szczecin, Lublin, czy Opole – wymienia. I dodaje, że inwestorzy z tej branży poszukują nowych lokalizacji także w mniejszych ośrodkach miejskich w Polsce.

Duży projekt w zakresie wsparcia mniejszych miast planuje również Agencja Rozwoju Przemysłu, która zamierza w nich budować projekty biurowe dedykowane dla sektora BPO/SSC. Szansę na rozwój ryku BPO w niewielkich miastach przynosi także nowa ustawa o specjalnych strefach ekonomicznych. Nowe regulacje przewidują duże zachęty dla inwestorów. A to w połączeniu z odpowiednim potencjałem kadrowym niektórych mniejszych ośrodków może przynieść im inwestycje z tego sektora, a tym samym rozwój rynku biurowego.

S&P500 ponad 10 proc. niżej od szczytu

Rozwój sytuacji na rynku akcji pozostaje w centrum uwagi inwestorów. Dla graczy na rynku walutowym widmo bessy bardziej niż do rozgrywania schematu bezpieczne vs. ryzykowne waluty zachęca do ograniczania ekspozycji w czymkolwiek. Do tego dochodzi koniec miesiąca, a przy S&P500 ponad 10 proc. niżej od szczytu, potrzeba dostosowania pozycji zabezpieczających jest duża.

Wall Street w paskudnym stylu zakończyło ubiegły tydzień, dziś giełda w Szanghaju dołożyła kolejne 2 proc. zniżek, a odbicie w Europie jest traktowane jako przejściowy moment ulgi. Worek z problemami jest wypchany i zamiast ubywać czynników ryzyka, dochodzą nowe. Dziś rano rynek z pomocą tabloidowych nagłówków spekuluje o schyłku władzy Angeli Merkel w Niemczech po fatalnych wyborach lokalnych w Hesji, gdzie poparcie dla partii koalicyjnych CDU i SPD spadło 10 pkt proc. Na razie pod ryzykiem stoi jej przywództwo w partii (prasa donosi, że nie będzie się ona starać o reelekcję), a biorąc pod uwagę, że kadencja Merkel ma trwać jeszcze przez kilka lat, Niemcy bez Merkel nie są bliskim scenariuszem. Mimo to Merkel dla strefy euro była synonimem stabilności i dbania o jedność, więc dyskusja o jej odejściu jest dolewaniem oliwy do ognia, kiedy problemy włoskiego budżetu ciążą na wycenie europejskich aktywów.

Spread między rentownościami 10-latek Włoch i Niemiec jest podwyższony, choć spada poniżej 270 pb po tym, jak w piątek agencja S&P utrzymała rating Włoch na BBB, ale obniżyła perspektywę do negatywnej ze stabilnej. Szanse na obniżkę ratingu nie były duże, choć spekulacji nie brakowało. Ulga może być jednak krótkotrwała, jeśli weźmiemy pod uwagę, że nie widać rychłego finału sporu włoskiego rządu z Komisją Europejską. Tydzień temu widzieliśmy, na ile zdała się mniej dramatyczna decyzja Moody’s o obniżce ratingu tylko o jeden stopień.

Rynki pozostają nieskorelowane przy nurkujących indeksach i względnej stabilności rynku walutowego. W najbliższych dniach raczej nie będzie lepiej, gdyż koniec miesiąca zwykle jest obarczony wpływem przetasowań w portfelach inwestycyjnych. Silne zmiany indeksów giełdowych wymuszają dostosowanie pozycji zabezpieczających przed ryzykiem kursowym. To na przykład będzie generować popyt na USD z tytułu zamykania krótkich pozycji przez japońskich inwestorów kupujących akcje na Wall Street. Sytuację ułatwi też brak istotnych danych w pierwszej części tygodnia. Dziś wrześniowy indeks PCE Core z USA nie powinien być źródłem zaskoczeń, gdyż jego odczyt niejako zdradził piątkowy raport o PKB, gdzie podano kwartalny PCE Core.

Dalej w tygodniu wskaźniki inflacji oraz aktywności biznesu udzielą wskazówek o sile globalnego ożywienia. Uwagę przyciągną decyzje Banku Japonii (śr) i Banku Anglii (czw), a raport z rynku pracy USA (pt) będzie głównym wydarzeniem tygodnia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przed nami ciekawy tydzień. Co czeka złotego?

To będzie ciekawy tydzień, odbicie we Włoszech oraz krótszy tydzień złotego.

PKB, inflacja, rynek pracy.

Przed nami całkiem interesujący tydzień na rynku walutowym. Poniedziałkowa sesja powoli się rozkręca, z pewnym oporem żegnając się z weekendem. Wszystko wskazuje jednak na to, że stopniowo będziemy wchodzić na coraz wyższe obroty. Główna para walutowa na razie pozostaje poniżej poziomu 1,14$, choć powoli szala ryzyk przechyla się w stronę “zielonego”. Jeszcze dzisiaj poznamy odczyt o dochodach i wydatkach Amerykanów, przy okazji opublikowana zostanie bazowa inflacja. Wtorkowa sesja zostanie zdominowana przez odczyty PKB w wybranych gospodarkach Europy. Te najgorętsze będą dotyczyły Włoch oraz Francji. Poznamy też wstępny zbiorczy odczyt dla całej strefy euro. Przez cały tydzień będą też napływały odczyty indeksu PMI dla przemysłu. Na finał zaplanowano piątkowy odczyt z amerykańskiego rynku pracy. Dodatkowo rynek zapewne cały czas będzie pamiętał o zbliżających się wyborach w Stanach, które mają być swoistą cenzurką poczynań Trumpa.

S&P na ratunek Italii.

W piątek inwestorzy poznali najnowszy rating kredytowy dla Włoch. Co zaskakujące S&P nie zmienił samej oceny, obniżając jedynie perspektywę. Rynek przyjął tą decyzją z ogromnym optymizmem, wyraźnie zbijając rentowności włoskiego długu. Radość była tak wielka, że prawdopodobnie mało kto zadał sobie trud, by zapoznać się z tekstem tego raportu. Amerykanie wytknęli w nim wszystkie obawy, którymi żył rynek, dorzucając garść nowych. Przykładowo nie wierzą, że uda się utrzymać deficyt w zakładanych (i kontrowersyjnych) 2,4%, sugerując, że będzie wyższy o 30 punktów bazowych. Co więcej, nie zakładają już, że Włochom uda się utrzymać tendencję do zmniejszania poziomu relatywnego zadłużenia. Sam wzrost zresztą też jest zagrożony, poprzez wypychanie inwestycji z sektora prywatnego. Jednym zdaniem z tego raportu wynika wyjątkowo ponury krajobraz, a jedyne co w nim optymistyczne to nagłówek.

Co czeka złotego?

W poniedziałek nasza waluta traci na szerokim rynku. Oznacza to kontynuację trendu z zeszłego tygodniu. Osłabienie złotego cały czas jest co najwyżej pełzające – trochę ponad grosz na dolarze, pół grosza na euro. Jako że rynek wyraźnie szuka odwrotu od układu mocny dolar – słabe euro, sytuacja naszej waluty również może się w tym tygodniu lekko poprawić. Większych ruchów nie należy jednak się spodziewać, w czwartek ze względu na święto, duża część rynku będzie miała wolne. Niepewność związana z przyszłotygodniowymi wyborami w USA także może pomóc złotemu.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

III kwartał 2018 r. na rynku magazynowym

W III kwartale 2018 roku na polski rynek magazynowy trafiło 683,4 tys. mkw. Tym samym na koniec września zasoby powierzchni magazynowej w Polsce przekroczyły 15 mln mkw., co oznacza, że w ciągu 5 ostatnich lat całkowity wolumen powierzchni podwoił się. W budowie pozostaje prawie 2 mln mkw., z czego ponad 25% w Polsce Centralnej.

Polska Centralna, zaraz po Warszawie i Górnym Śląsku, należy do najdynamiczniej rozwijających się regionów. To tu na koniec września zakończono budowę kolejnej części kompleksu Panattoni Central European Logistics Hub, który powstaje w Łodzi. Był to największy obiekt przemysłowo-magazynowy oddany w minionym kwartale (74 tys. mkw.). Dzięki temu podaż w Polsce Centralnej na koniec III kw. przekroczyła 2 mln mkw.

Warto także zwrócić uwagę na wschodnie regiony Polski (Lublin czy Białystok), gdzie w minionym kwartale dostarczono łącznie 75 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni przemysłowo-magazynowej.

W III kw. nieznacznie wzrósł wskaźnik pustostanów w Polsce dla sektora powierzchni przemysłowych, osiągając poziom 4,5%. Największą ilość powierzchni niewynajętej odnotowano w Warszawie (I strefa) oraz regionie wschodnim (11,4%).

Tomasz Kasperowicz, partner w Colliers International
Tomasz Kasperowicz, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International

— Jest to znaczący wzrost w porównaniu do poprzedniego kwartału, gdzie wskaźnik pustostanów wzdłuż wschodniej ściany Polski należał do jednych z najniższych w kraju i w II kw. 2018 r. wynosił 2,5%. Jest to związane przede wszystkim z faktem, że część powierzchni oddanej do użytku w ostatnim czasie nie została jeszcze wchłonięta przez rynek — mówi Tomasz Kasperowicz, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International.

Deloitte: Sektor energetyczny będzie coraz częściej padał ofiarą cyberataków

Określenie krytycznych systemów oraz dokonanie analizy i testów w celu wykrycia ich podatności na potencjalne cyberataki, to kluczowy obszar nad jakim powinny pracować firmy z sektora energetycznego, w szczególności w branży naftowo-gazowej (Oil&Gas). Autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „An integrated approach to combat cyber risk. Securing industrial operations in oil and gas” ostrzegają, że w niektórych przypadkach nie jest potrzebna zaawansowana technologia czy wiedza, aby zaatakować wewnętrzne systemy informatyczne firm energetycznych.

Straty finansowe i wizerunkowe, choć mogą być ogromne, to należą do najmniej dotkliwych z możliwych skutków ataku na przedsiębiorstwo z sektora energetycznego. Efekty działania cyberprzestępców mogą być dużo bardziej rozległe i w skrajnych przypadkach oddziaływać na ludzkie zdrowie oraz życie.

W Polsce szczególnie narażonym na cyberatak jest sektor naftowo-gazowy. To właśnie operatorzy tego segmentu rynku, świadczący kluczowe usługi, stanowią strategiczny punkt na mapie nie tylko bezpieczeństwa gospodarczego czy obywateli, ale także całego kraju. To wynik aktualnej sytuacji geopolitycznej, w tym rywalizacji wielu grup wpływów. Operatorzy, z uwagi na to, że posiadają systemy automatyki przemysłowej i systemy IT są grupą podwyższonego ryzyka – mówi Piotr Borkowski, Ekspert w obszarze cyberbezpieczeństwa w Zespole ds. Energii i Zasobów Naturalnych Deloitte.

Systemy (nie)bezpieczeństwa

W obliczu możliwych, niekiedy skrajnych, skutków cyberataków zupełny brak lub niedostateczna dbałość o zabezpieczenie przed nimi może dziwić. W wielu przypadkach twórcy systemów automatyki przemysłowej skupili się przede wszystkim na ich niezawodności, zamiast na potencjalnym zagrożeniu, jakie ich przejęcie przez np. terrorystów może oznaczać. – Systemy IT oraz OT, administrowane przez operatorów usług kluczowych, mogą zostać zaatakowane zarówno przez grupy wynajęte przez firmy konkurencyjne, grupy działające na rzecz obcych państw, jak również „zwykłych” przestępców, którzy w takiej formie swojej aktywności mogą upatrywać potencjalnie dobrego zysku. Wskazane systemy muszą być również jak najlepiej przygotowane na kampanie globalne, które często choć są nieukierunkowane to rykoszetem potrafią spustoszyć systemy niejednej dużej firmy. Tak wiele czynników ryzyka dla systemów IT oraz OT powinno być motywatorem do podjęcia wszelkich dostępnych środków, aby maksymalnie ograniczyć ryzyko ich wystąpienia – zaznacza Piotr Borkowski. Eksperci Deloitte zwracają uwagę, że skuteczność tych działań zależy od połączenia wiedzy o IT i inżynierii oraz pogodzenia ich niekiedy rozbieżnych punktów widzenia. Specjaliści przemysłowych systemów sterowania nie zawsze bowiem w pełni rozumieją współczesne zagrożenia bezpieczeństwa informatycznego, podobnie jak specjaliści od bezpieczeństwa IT często nie rozumieją procesów przemysłowych. Bez wsparcia IT systemy sterowania produkcją niezwykle trudno jest zabezpieczyć. Wynika to między innymi z tego, że choć nie zostały zaprojektowane do połączenia, dziś funkcjonują jako część sieci. Rozwój technologiczny sprzyja wydajności i obniżeniu kosztów, ale także otwiera przedsiębiorstwa na całą gamę cybernetycznych zagrożeń.

Ostrzeżenie z USA

O skali zagrożenia najlepiej świadczą próby ataków, które obserwujemy od lat. Już w 2003 r. jedna z amerykańskich elektrowni jądrowych w stanie Ohio została zainfekowana wirusem Slammer. Terroryści najpierw zaatakowali system firmy współpracującej z przedsiębiorstwem zarządzającym elektrownią. Potem łatwiej już było uderzyć w samą elektrownię, a wirus błyskawicznie atakował kolejne komputery. Slammer zablokował system odpowiedzialny za chłodzenie reaktora. Z kolei w 2014 r. zhakowane zostały systemy komputerowe operatora elektrowni jądrowej w Korei Południowej. Informacje i technologie zachodnich firm energetycznych nieustannie próbują wykraść hakerzy z konkurencyjnych krajów. Rozsyłają maile z zainfekowaną treścią, instalują szkodliwe oprogramowanie czy zmieniają treści na stronie internetowej atakowanej firmy. To ataki nieudane, gdzie straty są znikome lub nie było ich wcale. Ale w 2016 r. atak na ukraińską energetykę pozbawił prądu część Kijowa na dwa dni. Rok wcześniej podobny atak pozbawił prądu 225 tys. mieszkańców zachodniej Ukrainy. Przed cyberprzestępcami z Rosji na początku roku ostrzegał Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS) Stanów Zjednoczonych. Z jego analiz wynika, że scenariusz jest zazwyczaj podobny do tego w Ohio. Hakerzy atakują najpierw organizacje zewnętrzne, współpracujące z faktycznym celem ich ataku. Wirus rozprzestrzenia się poprzez zainfekowane konta pocztowe czy strony internetowe odwiedzane przez pracowników.

Różne motywy, jeden cel

Nieznajomość wroga powinna być dużą zachętą do jak najlepszego zabezpieczenia systemów IT i OT. Dodatkowy akcelerator działań to wejście w życie w sierpniu tego roku ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, która w odniesieniu do systemów IT i ich bezpieczeństwa narzuca na operatorów usług kluczowych dodatkowe wymagania – mówi Piotr Borkowski.

Brak zabezpieczeń, nieprawidłowe testowanie systemów IT czy wdrażanie technologii bez wcześniejszych testów – to wszystko zostawia luki, z których mogą skorzystać cyberprzestępcy. Często pomijanym elementem w systemach bezpieczeństwa są także ludzie. Przez brak przeszkolenia w tym zakresie i wiedzy o ryzyku pracownicy przenoszą do systemu przedsiębiorstwa media zainfekowane złośliwym oprogramowaniem. Wiele osób wciąż jest przekonanych, że niepowodzenia czy awarie najczęściej są spowodowane warunkami pogodowymi, błędami ludzkimi i zmęczeniem sprzętu, a nie manipulacją cyberprzestępców.

Znalezienie podatności i ewentualnych błędów konfiguracyjnych w posiadanych systemach to priorytet dla firm naftowo-gazowych. Eksperci Deloitte zaznaczają, że pracę nad nimi powinien na bieżąco wykonać zespół specjalistów ds. biznesu, inżynierii i bezpieczeństwa IT. Niemożliwe jest zabezpieczenie wszystkiego w równym stopniu. Na szczycie listy powinny być więc krytyczne zasoby i infrastruktura. Aby przedsiębiorstwo było bezpieczne konieczne jest jego ciągłe i automatyczne monitorowanie oraz opracowanie mechanizmów wychwytujących potencjalny atak lub minimalizowanie jego skutków.

Złoty może osłabić się w najbliższych dniach

Niezaspokojony popyt będzie wspierał dalszy spadek rentowności obligacji. Złoty może osłabić się w najbliższych dniach z powodu rosnącej awersji do ryzyka.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Ostatni tydzień na rynku finansowym przyniósł wzrost awersji do ryzyka. W efekcie widać było odpływ kapitału w kierunku aktywów bezpiecznych. Zyskiwały USD i CHF, a traciły waluty rynków wschodzących, w tym z naszego regionu. Dodatkowo widać było silne spadki rentowności obligacji skarbowych na globalnym rynku długu, pośrednio wspierające również polskie papiery. Nastroje w zeszłym tygodniu pogorszyły się na skutek zaostrzającej się dyskusji pomiędzy instytucjami unijnymi a Włochami, a także po publikacji słabszych od oczekiwań indeksów PMI i Ifo w strefie euro, zwiększających obawy o perspektywy europejskiej gospodarki w najbliższych kwartałach.

W najbliższych dniach sentyment nie powinien ulec zmianie. W scenariusz nieco słabszego wzrostu gospodarczego w strefie euro w II połowie 2018 r. powinny wpisać się publikacje danych nt. PKB w III kw. W przypadku większości odczytów w Europie prawdopodobne są nieco niższe dynamiki w relacji do poprzedniego kwartału. W takim scenariuszu kapitał nadal powinien płynąć w kierunku aktywów i walut bezpiecznych. Tę tendencję wspierać też będzie proces uzgodnień pomiędzy KE a rządem włoskim. Biorąc pod uwagę nieugiętą postawę Rzymu należy spodziewać się, że dopiero dalsza przecena obligacji włoskich może skłonić rząd do złagodzenia stanowiska. Oznacza to jednak, że w średnim terminie utrzyma się podwyższona premia za ryzyko.

W kraju obraz ten powinien zostać wzmocniony wstępną publikacją inflacji w październiku i indeksem PMI dla przemysłu. Można spodziewać się spadku CPI w okolice 1,7-1,8% r/r, co będzie wspierać dotychczasowe umiarkowane nastawienie RPP. Biorąc pod uwagę relatywnie wysoką korelację koniunktury w Polsce z trendami dominującymi w Unii Europejskiej istnieje ryzyko negatywnego zaskoczenia PMI. Jest to o tyle istotne, że ostatni odczyt wyniósł 50,5, a ewentualny spadek indeksu mógłby oznaczać poziom niższy niż psychologiczne 50.

W najbliższym tygodniu na rynku walutowym spodziewać się można testu oporu na 4,32 na EUR/PLN. Biorąc pod uwagę wspomniane negatywne nastroje nie jest wykluczony wzrost notowań w kierunku 4,34. Prawdopodobny spadek EUR/USD w kierunku przynamniej 1,13 skutkowałby wyraźniejszym wzrostem notowań USD/PLN powyżej 3,80.

Dla lokalnego rynku długu, poza wspomnianymi czynnikami, za spadkiem rentowności obligacji skarbowych przemawiać też będzie napływ nowego kapitału na rynek z tytułu wykupu obligacji skarbowych i drogowych. Te oczekiwania potwierdził wynik piątkowej aukcji obligacji, na której inwestorzy zgłosili popyt na 30 mld PLN. Dlatego w najbliższych tygodniach możliwy jest dalszy spadek rentowności 2-letnich papierów w kierunku 1,50%, natomiast 10-letnich nawet w kierunku 3,00%.

Wykres dnia: Piątkowa aukcja zakończyła się sukcesem Ministerstwa Finansów i potwierdziła wysoki popyt na obligacje skarbowe.

Piątkowa aukcja zakończyła się sukcesem Ministerstwa Finansów i potwierdziła wysoki popyt na obligacje skarbowe
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Jak wprowadzić polskie produkty do zagranicznych sieci handlowych?

Sieci zagraniczne obecne w Polsce od wielu lat prowadzą bardzo intensywne kampanie, jeśli chodzi o sprzedaż polskich produktów w swoich placówkach. Dana sieć podpisuje porozumienie i przekazuje informację do odpowiedników zagranicznych, które przejmują naszego kontrahenta – czyli negocjacje z rodzimą firmę przetwórczą. Wtedy pozostaje kwestia tego jak promować takie produkty. Najprostszym, a jednocześnie najlepiej trafiającym do konsumentów zagranicznych środkiem, są organizowane w sieciach handlowych „polskie dni”, we wszystkich krajach, w których zlokalizowane są sklepy.

– W ten sposób możliwe jest pokazanie jakości polskich produktów i ich ceny. Tak dowiaduje się o nich zagraniczny konsument – powiedziała serwisowi eNewsroom Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji – Poza tym Polska ma dobrze rozpracowaną kwestię współpracy z importerami, którzy również wykonują cześć tej pracy na rzecz polskich produktów. Kwestie marketingu i promocji pozostają oczywiście bardzo ważne i kosztowne. Bardzo wielu producentów nie stać na tak drogą kampanię w danej sieci zagranicą. Dobrym, kompromisowym rozwiązaniem jest więc wprowadzenie na obce rynki polskiego produktu pod własną marką. Obniża to koszty reklamy, a jednocześnie dany towar wchodzi na nowy rynek w obcym kraju. Bardzo dobrze zagranicą sprzedają się polskie wyroby mleczne – jogurty i inne, pokrewne produkty. Słynne są nasze rodzime oscypki oraz ogórki. Swojego czasu firma TESCO realizowała dużą kampanię, jeśli chodzi o sprzedaż pomidorów. Obecnie sieć sklepów Biedronka, bardzo mocno inwestująca w produkty BIO, prowadzi działania, które mają je wprowadzić pod tą marką do Portugalii – podkreśliła Juszkiewicz.

1 stycznia 2019 roku zacznie obowiązywać elektroniczna dokumentacja medyczna. Niewiele placówek jest na to przygotowanych

1 stycznia 2019 roku zacznie obowiązywać elektroniczna dokumentacja medyczna. Niewiele placówek jest na to przygotowanych 5

Od 1 stycznia 2019 roku trzy dokumenty – karta informacyjna leczenia szpitalnego, karta odmowy przyjęcia do szpitala oraz informacja specjalisty dla lekarza kierującego – będą wystawiane już wyłącznie w formie elektronicznej. Niedługo wejdą też obligatoryjne e-zwolnienia lekarskie, a po nich elektroniczne recepty i skierowania, które już za 2–3 lata będą wystawiane wyłącznie w tej formie. E-dokumentacja medyczna będzie wyzwaniem, bo duża część placówek i lekarzy nie ma jeszcze odpowiednich narzędzi ani zaplecza IT. Atende Medica udostępni im za darmo oprogramowanie, które pozwoli spełnić nowe wymogi dotyczące wystawiania elektronicznej dokumentacji. 

– W 2019 roku wejdzie w życie sześć dokumentów elektronicznych. Będą to wypis ze szpitala, odmowa przyjęcia pacjenta do szpitala oraz informacja dla lekarza kierującego, a także trzy dokumenty przetwarzane na centralnych platformach, czyli e-recepta, e-skierowanie elektroniczne i zwolnienie lekarskie e-ZLA – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Judycki, wiceprezes zarządu Atende Medica.

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia z 8 września 2015 roku w sprawie ogólnych warunków umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej z początkiem stycznia przyszłego roku wejdzie w życie elektroniczna dokumentacja medyczna (EDM). To oznacza, że trzy dokumenty – karta informacyjna leczenia szpitalnego, karta odmowy przyjęcia do szpitala oraz pisemna informacja specjalisty dla lekarza kierującego – będą obowiązywać wyłącznie w formie elektronicznej.

Dla innych dokumentów przewidziane są późniejsze terminy, dlatego wystawianie elektronicznych recept, zwolnień i skierowań nadal będzie opcjonalne. Obowiązkowe e-recepty wejdą w życie dopiero od 1 stycznia 2020 roku, natomiast e-skierowania dokładnie rok później w 2021 roku.

– Te kilka e-dokumentów faktycznie usprawni życie pacjentom i placówkom ochrony zdrowia. E-receptę pacjent będzie mógł mieć zawsze przy sobie, będzie mógł ściągnąć ten dokument z centralnej platformy. Dzięki temu wnuczek będzie mógł wykupić leki dla swojej babci bez potrzeby fizycznego przekazywania sobie recepty. Podobnie jest z e-skierowaniem. W tej chwili pacjent umawia się na wizytę do lekarza telefonicznie albo przez e-rejestrację, a następnie ma tydzień na dostarczenie papierowego skierowania. Kiedy wejdą skierowania w wersji elektronicznej, nie będzie już takiej konieczności – mówi Tomasz Judycki.

Pilotaż e-recept ruszył już na początku tego roku. Rozwiązanie ma poprawić bezpieczeństwo pacjentów i skrócić kolejki do gabinetów lekarskich, w których pacjenci oczekują wyłącznie na przepisanie recepty. W tej formie nie będzie możliwości ich fałszowania, a fundusz będzie mógł lepiej kontrolować wydawanie leków refundowanych. Rozładować kolejki pomogą także e-skierowania, które skrócą czas oczekiwania na badania i zabiegi.

– E-skierowanie będzie też dużym usprawnieniem dla placówek ochrony zdrowia, dlatego że wraz z nim pojawi się również pełna informacja o danych demograficznych pacjenta, imię, nazwisko, PESEL, adres. Wszystko to, co obecnie rejestratorka w przychodni czy w szpitalu wpisuje ręcznie do systemu z dowodu osobistego albo deklaracji pacjenta, będzie mogła jednym kliknięciem wczytać do systemu informatycznego. W tej chwili w wielu przychodniach wisi kartka, że pacjenci muszą przyjść 10 minut wcześniej, żeby założyć kartę pacjenta i zarejestrować wszystkie dane. Dzięki temu e-skierowaniom takie karteczki znikną – mówi Tomasz Judycki.

W przypadku e-zwolnień główną zaletą będzie usprawnienie przepływu dokumentacji pomiędzy pracownikiem, przedsiębiorstwem a Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Możliwość wystawiania e-ZLA lekarza mają już od kilkunastu miesięcy, jednak z ponad 23 tys. uprawnionych do tego lekarzy tylko niewielki odsetek przestawił się na formą elektroniczną. Większość wciąż wystawia zwolnienia w papierowej formie.

– Zwolnienia lekarskiego nie trzeba dostarczać do zakładu pracy, jeżeli zostało wystawione w formie elektronicznej. To rzeczywiście ułatwienie, ponieważ chory pacjent, który leży w domu, nie zawsze ma możliwość pojechania do pracy i dostarczenia papierowego zwolnienia od lekarza – mówi Tomasz Judycki.

Wiceprezes zarządu Atende Medica podkreśla, że tworzenie elektronicznej dokumentacji medycznej (EDM) – czyli tej, która będzie obowiązkowa od 1 stycznia 2019 roku – musi się odbywać według ściśle określonych reguł, zawartych w Polskiej Implementacji Krajowej HL7 CDA. Nie wszystkie podmioty mają jeszcze oprogramowanie, które to umożliwia. Placówkom, które nie mają zaplecza IT, Atende Medica bezpłatnie udostępni narzędzia niezbędne do tego, żeby spełnić nowe wymogi.

– Od stycznia trzy dokumenty: wypis ze szpitala, odmowa przyjęcia oraz informacja dla lekarza kierującego muszą być wystawiane w formacie HL7 CDA, czyli nie może to być prosty skan czy .pdf. Ten obowiązek pojawi się już za dwa miesiące, ale wiele placówek medycznych nadal nie ma oprogramowania, które umożliwia wystawianie takich dokumentów. Dlatego zaproponowaliśmy udostępnienie za darmo odpowiedniego oprogramowania każdemu, kto jest zarejestrowany w Rejestrze Podmiotów Wykonujących Działalność Leczniczą. Każda przychodnia, szpital i praktykujący lekarz może się do nas zwrócić, zarejestrować się i rozpocząć użytkowanie tego systemu. Oferujemy również przechowywanie dokumentów wytworzonych w tym systemie przez cały okres ich obowiązywania – mówi Tomasz Judycki.

Eksperci podkreślają, że wdrożenie e-dokumentacji medycznej będzie dla szpitali, przychodni i lekarzy dużym wyzwaniem. Dlatego termin wejścia w życie nowych przepisów był już wielokrotnie odsuwany w czasie. Jeszcze w kwietniu br. Naczelna Rada Lekarska apelowała do Ministra Zdrowia o uchylenie rozporządzenia, argumentując, że wprowadzenie EDM w styczniu spowoduje chaos i dezinformację, a większość podmiotów nie jest jeszcze gotowa na to rozwiązanie. Mimo to resort zadecydował o utrzymaniu tego terminu.

– Zależy nam na tym, żeby EDM w Polsce wreszcie ruszył i żebyśmy już przestali przekładać terminy. Jednak wszystkie placówki powinny być wyposażone w odpowiednie oprogramowanie i móc faktycznie produkować dokumenty elektroniczne. Ufamy, że uda się to wdrożyć, ponieważ dostarczane przez nas rozwiązanie wymaga jedynie dostępu do internetu i dowolnej przeglądarki, można go używać nawet na smartfonie. Każdy lekarz, który ma smartfona, może zacząć używać tego oprogramowania praktycznie od dzisiaj – mówi wiceprezes zarządu Atende Medica.

Z badań wynika, że na informatyzację w służbie zdrowia gotowi są sami pacjenci. Jak pokazuje przeprowadzone w tym roku na zlecenie LekSeek Polska badanie „E-zdrowie oczami Polaków”, za najbardziej atrakcyjne rozwiązania uważają właśnie możliwość wprowadzenia rejestracji online na refundowane wizyty oraz otrzymywanie recept i zwolnień lekarskich drogą elektroniczną.

Jak wynika z tegorocznej, III edycji „Badania stopnia informatyzacji podmiotów wykonujących działalność leczniczą” przeprowadzonego przez CSIOZ, w tej chwili tylko nieco ponad 56 proc. podmiotów jest przygotowanych do prowadzenia elektronicznej dokumentacji medycznej. Natomiast 47 proc. tych, które wskazały, że nie są jeszcze gotowe, ma w planach albo przynajmniej rozważa inwestycję umożliwiającą im prowadzenie EDM.

Wiceminister pracy: Czasy przebierania w pracownikach się skończyły. Teraz firmy walczą o nich dodatkowymi benefitami

Wiceminister pracy: Czasy przebierania w pracownikach się skończyły. Teraz firmy walczą o nich dodatkowymi benefitami 6

Najniższe od 28 lat bezrobocie w połączeniu ze wzrostem gospodarczym powoduje konkurencję między pracodawcami i presję zarówno na podnoszenie płac, jak i oferowanie pozapłacowych benefitów. Firmy dość powszechnie zapewniają pracownikom karty MultiSport, dodatkowe ubezpieczenia, opiekę zdrowotną i możliwość uczestniczenia w szkoleniach. Coraz więcej firm umożliwia też udział w wolontariacie pracowniczym albo inicjuje programy sportowe. Przykłady najlepszych propracowniczych inicjatyw wyłoniła rozstrzygnięta w tym tygodniu VIII edycja konkursu „Pracodawca Godny Zaufania”.

– Czasy, w których pracodawca mógł przebierać w pracownikach, już się skończyły. Jako pracownicy się z tego cieszymy, natomiast dla pracodawców rodzi to większe wyzwania. Oprócz podstawowych standardów pracodawcy muszą wychodzić z dodatkową ofertą, dodatkowymi benefitami i łączyć pracowników, tworzyć poczucie, że pracują w fajnej, dobrze zarządzanej, ale też przyjaznej firmie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Marczuk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Z ostatniego „Barometru Rynku Pracy”, przygotowanego przez instytut Kantar Millward Brown na zlecenie Work Service, wynika, że problemy z brakiem specjalistów deklaruje już 49,7 proc. polskich firm, a 16,4 proc. pracodawców nie podejmuje nowych inwestycji z powodu deficytów kadrowych. Utrzymujące się od miesięcy rekordowo niskie bezrobocie, które we wrześniu wyniosło 5,7 proc., w połączeniu ze wzrostem gospodarczym i rosnącym zapotrzebowaniem na wykwalifikowane kadry powodują konkurencję między pracodawcami, presję na podnoszenie wynagrodzeń oraz większe skupienie na obszarze employer brandingu i oferowanie pracownikom pozapłacowych benefitów.

Z jednej strony pomaga to firmom przyciągać nowych kandydatów i pozycjonować się jako atrakcyjny pracodawca. To istotne o tyle, że na rynek pracy wkroczyło już pokolenie milenialsów i generacji Z, które – jak wynika z raportu Deloitte „Liderzy Przyszłości” – od pracodawców oczekują przede wszystkim wyzwań i umożliwienia im rozwoju zawodowego. Pozapłacowe benefity, możliwość ciągłego rozwoju oraz wartości, które reprezentuje firma, stają się w ich przypadku równie ważne, co wysokość pensji.

Z drugiej strony – pozapłacowe dodatki i dbałość o pracowników po prostu się firmom opłaca, bo zwiększa ich wydajność i zaangażowanie. W raporcie „Cała Polska tworzy idealne miejsca pracy” firma doradcza PwC przytacza dane, z których wynika, że zadowoleni pracownicy są o 43 proc. bardziej produktywni, o 86 proc. bardziej kreatywni, o 36 proc. rzadziej korzystają ze zwolnienia chorobowego.

W obszarze employer brandingu i benefitów pozapłacowych co chwilę pojawiają się nowe rozwiązania. Służbowy samochód, telefon czy elastyczne godziny pracy są już standardem. Firmy dość powszechnie zapewniają też pracownikom karty MultiSport, dodatkowe ubezpieczenia czy opiekę zdrowotną oraz możliwość uczestniczenia w szkoleniach podnoszących kwalifikacje. Dla pracowników istotne stają się także wartości i społeczne zaangażowanie firm, stąd coraz więcej firm umożliwia im udział w wolontariacie pracowniczym, akcjach charytatywnych. Rosnącą popularnością cieszą się też programy sportowe i drużyny, które działają w ramach firmy. Pracownicy wspólnie uprawiają sport i nawiązują relacje, co przekłada się nie tylko na ich zdrowie i wydajność, lecz także poprawia współpracę.

– Udowodniono naukowo, że osoby, które są aktywne fizycznie każdego dnia oraz decydują się na dodatkowe zajęcia sportowe, mają średnio o 5 dni absencji rocznie mniej niż ich nieaktywni współpracownicy – podkreśla Grzegorz Haftarczyk, członek zarządu Benefit Systems.

– Aktywnie zachęcamy naszych pracowników do uprawiania sportu, dzięki czemu są o wiele bardziej pozytywnie nastawieni do życia i do pracy, notujemy również mniej absencji. Widzimy też, że współpraca jest o wiele lepsza, ponieważ nasi pracownicy są zachęcani do pracy grupowej. Są to nie tylko gry zespołowe, lecz także wspólne wyjazdy na biegi czy wyścigi kolarskie. Podczas takich aktywności nawiązują się i pogłębiają przyjaźnie między osobami z różnych wydziałów – dodaje Aleksander Skołożyński, dyrektor finansowy spółki Emitel SA.

W tym tygodniu została rozstrzygnięta VIII edycja konkursu „Pracodawca Godny Zaufania”, której organizatorami są Krajowa Izba Gospodarcza i Fundacja Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. W konkursie nagradzane są firmy i instytucje, które w zakresie polityki pracowniczej sięgają po ciekawe i skuteczne rozwiązania, uwzględniając rozwój zawodowy pracowników i ochronę ich praw. Celem jest przede wszystkim promowanie odpowiedzialnej polityki pracowniczej.

– Ten konkurs jest dla innych firm drogowskazem, że  jeżeli będą robić coś nie tylko dla własnego pożytku, lecz także dla swoich pracowników, to zostaną dostrzeżeni – mówi Bartosz Marczuk.

W tegorocznej edycji konkursu wręczono dziewięć nagród. W kategorii „Motywacja” wyróżnienie trafiło do Benefit Systems, spółki, która oferuje  program sportowo-rekreacyjny MultiSport, a swoim pracownikom zapewnia szeroki pakiet programów motywacyjnych m.in. z zakresu opieki zdrowotnej, aktywności fizycznej, ubezpieczeń, szkoleń oraz kursów językowych.

– Kartę MultiSport ma w Polsce ponad 900 tys. osób. Dodając rynki zagraniczne, jest ich ponad 1,1 mln. Osoby te pracują w 14 tys. firm, które są naszymi klientami. Z roku na rok rośnie zarówno liczba pracodawców gotowych wspierać pracowników w zakresie aktywnego stylu życia, jak i samych pracowników zainteresowanych dostępem do obiektów sportowo-rekreacyjnych. Zmiana ta cieszy, jednak mamy jeszcze wiele do zrobienia w zakresie aktywności fizycznej Polaków. W porównaniu z innymi krajami Europy Zachodniej czy Skandynawii w Polsce wskaźnik aktywności nadal jest relatywnie niski – mówi Grzegorz Haftarczyk, członek zarządu Benefit Systems.

W kategorii wolontariat tytuł „Pracodawcy Godnego Zaufania” trafił do Leroy Merlin Polska – za Fundację Leroy Merlin, której misją jest budowanie trwałego wkładu w rozwój społeczności lokalnych. Lux Med został nagrodzony w kategorii edukacja za możliwość rozwoju pracowników poprzez skierowane do nich programy edukacyjne, adresowane zarówno do personelu placówek, jak i do kadry menadżerskiej. Natomiast w kategorii zdrowie najlepszy okazał się Volkswagen Poznań, wyróżniony za kompleksową ofertę programów zdrowotnych dla pracowników (m.in. program zapobiegania rozwojowi chorób cywilizacyjnych oraz program wsparcia zdrowia psychicznego). Firma Kapsch Telematic Services została z kolei nagrodzona za szeroką ofertę programów stażowych skierowanych do studentów oraz międzynarodowy program wymiany pracowników.

– Współpracujemy z kilkoma uczelniami, m.in. z Akademią Ekonomiczną w Krakowie i Politechniką Śląską w Gliwicach. Te programy stażowe nie są standardowe, one są przygotowane indywidualnie dla poszczególnych studentów. Technologia, którą się zajmujemy, jest unikalna w skali światowej i nie ma nikogo innego, kto byłby w stanie przekazać studentom wiedzę z tego zakresu. Wydaje się, że to główny powód, dla którego zostaliśmy dostrzeżeni i wyróżnieni – mówi Marek Cywiński, dyrektor zarządzający Kapsch Telematic Services.

Aleksander Skołożyński, dyrektor finansowy spółki Emitel, która została wyróżniona tytułem „Pracodawcy Godnego Zaufania” w kategorii bezpieczeństwo, podkreśla, że potwierdzeniem propracowniczej polityki firmy jest fakt, że średni staż pracy zatrudnionych w niej pracowników przekracza 20 lat.

– To zachęca nas do tego, aby jeszcze więcej rzeczy z zakresu bezpieczeństwa robić dla naszych pracowników, tak aby mogli bezpiecznie dojść do mety w swojej karierze zawodowej. Nasi pracownicy pracują w bardzo trudnych warunkach, na bardzo dużych wysokościach i ta nagroda tylko potwierdza to, że obraliśmy dobry kurs w zapewnianiu im bezpieczeństwa – mówi Aleksander Skołożyński.

W VIII edycji konkursu „Pracodawca Godny Zaufania” w kategorii samorządów najlepsza okazała się Warszawy. Nagroda została jej przyznana za działania w ramach programów stażowych i praktyk oraz na rzecz pracowników zwłaszcza w obszarach aktywizacji zawodowej osób z orzeczeniem o niepełnosprawności. Kapituła konkursu wyróżniła również najlepszych dziennikarzy, którym bliska jest tematyka pracownicza.

PERN do 2022 roku wdroży plan megainwestycji. Dzięki temu powstanie wiele nowych miejsc pracy w gospodarce

PERN do 2022 roku wdroży plan megainwestycji. Dzięki temu powstanie wiele nowych miejsc pracy w gospodarce 7

PERN, potentat na krajowym rynku logistyki naftowej, który realizuje właśnie program megainwestycji, w ciągu najbliższych czterech lat wybuduje nowe zbiorniki na ropę i paliwa oraz dwa rurociągi – surowcowy i paliwowy. Spółka ogłosiła już przetarg na II etap rozbudowy gdańskiego Terminala Naftowego, który ma zwiększyć jego pojemność o prawie 400 tys. m³, co pozwoli sprawniej obsługiwać wpływające do Naftoportu tankowce. Grupa podkreśla, że inwestycje są efektem rosnącego zapotrzebowania na paliwa i oznaczają nowe miejsca pracy, a także wsparcie dla krajowej gospodarki.

 Plan megainwestycji PERN oznacza budowę nowych pojemności zbiornikowych na paliwa i nowych rurociągów. Nowe pojemności to z jednej strony zbiorniki na paliwa płynne, a z drugiej – na ropę naftową. Do tego dokładamy również rurociągi na ropę i paliwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Igor Wasilewski, prezes zarządu PERN SA.

W gdańskim Terminalu Naftowym znajduje się obecnie sześć zbiorników na ropę o łącznej pojemności 375 tys. m³. PERN zamierza wybudować dodatkowych pięć zbiorników, dzięki czemu będzie można sprawniej obsługiwać tankowce, które wpływają do Naftoportu. Dzięki planowanym inwestycjom możliwości gdańskiego Terminala Naftowego powiększą się o prawie 400 tys. m³ nowych pojemności magazynowych.

 Nasze inwestycje wynikają po pierwsze z rządowego programu „Polityka dla infrastruktury naftowej”, a po drugie z sytuacji na rynku. Wzrost zapotrzebowania na paliwa wymusza wzrost pojemności i dlatego podjęliśmy decyzję o budowie nowych zbiorników – mówi Igor Wasilewski.

Spółka podkreśla, że zarówno ostatnie dwa lata, jak i pierwsze półrocze br. przyniosły dynamiczny wzrost rynku paliwowego, który jest efektem wprowadzenia przez rząd nowych regulacji w postaci pakietu paliwowego, energetycznego i transportowego. Ich efektem było m.in. ograniczenie nielegalnych dostaw paliw płynnych do Polski tzw. szarej i czarnej strefy, a także znaczny wzrost popytu na świadczone przez PERN usługi.

Przetarg na rozbudowę gdańskiego terminala został już ogłoszony. Zgodnie z jego specyfikacją PERN zamierza wybudować trzy zbiorniki o pojemności 100 tys. m³ każdy oraz dwa zbiorniki o pojemności 45 tys. m³ każdy. Planowany termin wykonania inwestycji to 21 miesięcy od dnia podpisania umowy, co oznacza przełom sierpnia i września 2020 roku.

Spółka podkreśla, że zbiorniki w gdańskim Terminalu będą wybudowane zgodnie z obowiązującymi przepisami dotyczącymi ochrony środowiska. Wykonawca będzie też musiał zastosować podwójne dno – górne stalowe i drugie z geomembrany – oraz zainstalować system monitoringu przestrzeni międzydennej wraz z systemem automatyki, który będzie sygnalizować obecność ewentualnych węglowodorów.

Obecnie w bazie surowcowej w Gdańsku trwa już budowa dwóch zbiorników na ropę o łącznej pojemności 200 tys. m³, która ma się zakończyć w kwietniu 2020 roku.

–To potężny zastrzyk pieniędzy dla polskiej gospodarki, ponieważ wszystkie projekty realizujemy wspólnie z polskimi firmami. W ten sposób napędzamy polską gospodarkę, nie mówiąc o zasilaniu paliwami. Megainwestycje PERN oznaczają dla gospodarki również nowe miejsca pracy w polskich firmach – zaznacza Igor Wasilewski.

Rozbudowa gdańskiego Terminala Naftowego to jeden z kilku projektów inwestycyjnych PERN. Spółka finalizuje także budowę nowych pojemności paliwowych w Koluszkach i Nowej Wsi Wielkiej.

 Zapotrzebowanie na infrastrukturę paliwową pociąga za sobą również zapotrzebowanie na rurociągi, bo pomiędzy zbiornikami a rafinerią potrzebny jest rurociąg. Z tego powodu podjęliśmy decyzję o budowie rurociągu paliwowego Boronów–Trzebinia na dostawę paliwa do Aglomeracji Śląskiej oraz prowadzimy prace przygotowawcze do budowy rurociągu naftowego Gdańsk–Płock. Ponadto przystąpiliśmy do drugiego etapu budowy zbiorników na paliwa płynne. Kończymy etap projektowania, aby w przyszłym roku rozpocząć budowę w konkretnych bazach paliw. Oprócz tego podejmujemy prace modernizacyjne, aby utrzymać obecną infrastrukturę i zapewnić ciągłe dostawy paliw do naszych klientów – wymienia Igor Wasilewski.

Polski rynek coraz bardziej otwiera się na dostawy ropy z różnych kierunków – nie tylko z Rosji, lecz także z Morza Północnego, Arabii Saudyjskiej i USA. Krajowe rafinerie realizują inwestycje, które pozwalają im na zwiększenie przerobu z użyciem innych gatunków niż ropa rosyjska. Przedstawiciele PERN podkreślają, że dzięki inwestycjom Spółka jest przygotowana do tego, żeby zapewnić elastyczny transport każdego rodzaju surowca do rafinerii i zachować jego pełną jakość.

Grupa PERN to państwowa spółka, strategiczna z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego kraju, oraz potentat na krajowym rynku logistyki naftowej. Jest właścicielem rurociągu „Przyjaźń”, którym transportuje ropę naftową do krajowych rafinerii PKN Orlen i Grupy Lotos oraz dalej, do Niemiec. Należy do niej również większościowy pakiet udziałów w gdańskim Naftoporcie – jednym z największych naftowych terminali przeładunkowych na Bałtyku. Firma ma 3,5 mln m³ pojemności magazynowej na ropę naftową oraz 1,8 mln m³ na paliwa płynne. W należących do spółki bazach paliwowych magazynowana jest benzyna, olej napędowy, lekki olej opałowy, biokomponenty oraz paliwo lotnicze przeznaczone do bieżącej dystrybucji i zaopatrywania rynku, jak również zapasy interwencyjne.

W przyszłym roku odnowa polskich miast nabierze tempa. Samorządy mogą pozyskać na ten cel prawie 7 mld zł z budżetu unijnego

W przyszłym roku odnowa polskich miast nabierze tempa. Samorządy mogą pozyskać na ten cel prawie 7 mld zł z budżetu unijnego 8

Ponad 4 tys. projektów rewitalizacyjnych za 18 mld zł zrealizowały polskie jednostki samorządu terytorialnego na przestrzeni ostatnich 14 lat. Większość z nich została sfinansowana przy wsparciu środków unijnych. Z tej perspektywy finansowej samorządy wykorzystały zaledwie 279 mln z 7 mld zł zaplanowanych na ten cel. W latach 2019–2020 projekty rewitalizacyjne powinny jednak nabrać tempa – wynika z prognoz ekspertów DNB Bank Polska i analityków z Fitch Ratings. Tym bardziej że po 2020 roku dostęp do funduszy z UE będzie ograniczony i samorządy będą musiały szukać innych źródeł finansowania tego typu inwestycji. Zdaniem specjalistów spowoduje to wzrost popularności obligacji przychodowych i inwestycji realizowanych w partnerstwie publiczno-prywatnym.

Z raportu „Zdążyć przed zamknięciem unijnej kasy. Czy polskie samorządy stać na rewitalizację?”, który przygotowali eksperci DNB Bank Polska we współpracy z analitykami z Fitch Ratings, wynika, że w ostatnich 14 latach zrealizowano w Polsce ponad 4 tys. projektów rewitalizacyjnych o wartości przekraczającej 18 mld zł. Gros takich inwestycji został sfinansowany przy wsparciu środków unijnych.

 W poprzedniej perspektywie unijnej zrealizowano inwestycje związane z rewitalizacją na ponad 3,7 mld zł. W obecnej perspektywie na tego typu inwestycje zaplanowane zostało prawie 7 mld zł. Jednak skala wykorzystania środków unijnych na koniec sierpnia br. to zaledwie 279 mln zł. Widać więc, że jak na razie jest wiele projektów w planach, dużo funduszy zarezerwowanych w regionalnych programach operacyjnych, ale skala ich wykorzystania jest dość mała – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Zielińska, dyrektor biura sektora publicznego w DNB Bank Polska.

Najbardziej reprezentacyjne przykłady rewitalizacji, których dokonały samorządy w ostatnich latach, to m.in. warta blisko 57 mln zł rewitalizacja śródmieścia Wałbrzycha oraz 4,5 ha zabytkowych, poprzemysłowych terenów kopalni „Julia”, które obecnie pełnią funkcję centrum sztuki i kultury. Oba projekty przyczyniły się do zmiany wizerunku pogórniczego miasta oraz przyciągnęły nowych inwestorów i w konsekwencji wpłynęły na rozwój lokalnej gospodarki.

W Łodzi przeprowadzono spektakularną rewitalizację zabytkowego osiedla na Księżym Młynie. Inwestycja warta dotąd 125,8 mln zł została sfinansowana głównie z budżetu gminy i nadal trwa – skala inwestycji planowanych do końca 2020 roku to ok. 64 mln zł. Płock może się pochwalić rewitalizacją synagogi i utworzeniem Muzeum Żydów Mazowieckich. Wart 9 mln zł projekt miał na celu ocalenie dziedzictwa kultury żydowskiej i został w większości sfinansowany przy wsparciu środków z UE (7,5 mln zł).

– Wśród liderów jest Łódź i całe województwo, które dotąd zrealizowało projekty rewitalizacyjne za ponad 500 mln zł, z czego połowa była dofinansowana z UE. Jednak w wielu województwach tych projektów było za mało. W województwie podlaskim w tej perspektywie zaplanowane są inwestycje warte zaledwie kilkadziesiąt milionów złotych – mówi Małgorzata Zielińska. – Do skutecznego przygotowania takich projektów potrzeba odwagi, determinacji i dużo pracy, być może także powołania w samorządach specjalnych departamentów i osób, tworzenia warunków, prowadzenia konsultacji społecznych czy rozmów z partnerami prywatnymi. 

Jak podkreśla, w kolejnych dwóch latach projekty rewitalizacyjne, które samorządy realizują przy wykorzystaniu środków z UE, powinny nabrać tempa. Polska jednak nadal pozostaje pod tym względem w tyle za resztą Europy i w porównaniu do Niemiec czy Wielkiej Brytanii wypada blado. W Niemczech w latach 1995–2006 na rewitalizację miast przeznaczono ze środków publicznych kwotę 23,5 mld euro, co po przeliczeniu na złote daje średniorocznie kwotę blisko trzykrotnie większą niż w Polsce. Jednym z powodów jest fakt, że w Polsce wciąż bardziej pożądane społecznie są inwestycje drogowe bądź infrastrukturalne.

– Każdy samorząd jest inny, każdy ma inne potrzeby i inną skalę problemów. Jedni chcą rewitalizować starówkę, inni myślą o całych dzielnicach i obszarach wymagających dużych nakładów, remontów czy rewitalizacji starych fabryk, loftów. Takie inwestycje się dzieją, nie można mówić, że ich nie ma. Z całą pewnością jest ich jednak wciąż za mało – podkreśla dyrektor biura sektora publicznego w DNB Bank Polska.

Eksperci podkreślają, że po 2020 roku dostęp do dotacji z funduszy strukturalnych UE czy innych środków pomocowych będzie już ograniczony i sytuacja samorządów diametralnie się zmieni. Finansowanie projektów rewitalizacyjnych stanie się trudniejsze, a lokalni włodarze będą musieli poszukać innych źródeł, które pozwolą realizować im ten cel. Jak wskazują specjaliści, realizowane projekty powinny być dochodowe i same się spłacać, a jednocześnie przynosić korzyści społeczne. Dlatego po 2020 roku preferowanym sposobem finansowania takich inwestycji najprawdopodobniej będzie PPP.

– Współpraca pomiędzy samorządem a sektorem prywatnym to obszar, który jest mocno promowany zarówno przez Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, jak i organizacje wspierające tego typu inwestycje. PPP może być jednym z pomysłów na rewitalizację miast, podobnie jak fundusze unijne i klasyczne finansowanie hybrydowe. Po części mogą być to właśnie fundusze unijne, a po części inwestycje realizowane przez samorząd przy współpracy z inwestorem prywatnym – mówi Małgorzata Zielińska.

Dyrektor biura sektora publicznego w DNB Bank Polska wskazuje, że Warszawa jest przykładem samorządu, który jak dotąd z dużymi sukcesami realizuje projekty rewitalizacyjne w formule partnerstwa publiczno-prywatnego.

– Przykładem jest chociażby warszawska Praga, Centrum Koneser, Port Praski. To są olbrzymie inwestycje. Port Praski to praktycznie cała nowa dzielnica, która powstała na zdegradowanym obszarze. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Ale rewitalizacja to nie tylko ładniejsze kamienice, nowe szkoły, restauracje, sklepy. Dzięki niej młodzi ludzie chcą mieszkać na warszawskiej Pradze – mówi Małgorzata Zielińska.

Projekty rewitalizacyjne wymagają dużych nakładów. Jak podkreślają specjaliści, wybór modelu finansowania zależy głównie od tego, jaką rolę w tym procesie chce pełnić gmina. Może ona występować jako inwestor bezpośredni albo pośredni, który stymuluje inwestycje, wprowadzając udogodnienia dla inwestorów. Wymaga to stworzenia przyjaznego klimatu do inwestowania i podtrzymywania współpracy z sektorem prywatnym.

Natomiast jeżeli gmina chce wystąpić jako bezpośredni inwestor, może wykorzystać środki własne, korzystać ze środków z funduszy strukturalnych UE czy też z innych środków pomocowych. Gmina może także zaciągać kredyty, pożyczki bankowe oraz emitować obligacje komunalne. Jednym z instrumentów, choć nadal mało popularnym, są również obligacje przychodowe. W latach 2005–2017 polskie samorządy wyemitowały obligacje przychodowe na ponad 1,8 mld zł, ale zdaniem ekspertów w najbliższych latach ich popularność będzie rosła, a wartość tego typu emisji powinna sięgnąć kilku miliardów złotych.

Raport ekspertów DNB Bank Polska i analityków z Fitch Ratings wskazuje, że polskie samorządy są w stosunkowo dobrej sytuacji finansowej i stać je na podejmowanie projektów rewitalizacyjnych.

 Prognozujemy, że w tym roku nadwyżka dochodów operacyjnych nad wydatkami operacyjnymi wyniesie 26 mld zł i będzie niższa niż w 2017 roku, kiedy wyniosła 28 mld zł. JST wydadzą w tym roku na inwestycje około 37 mld zł (ok. 15 proc. wydatków ogółem), czyli więcej niż w 2017 r., gdy inwestycje wyniosły 35 mld zł. Wzrost wydatków na inwestycje JST będzie wiązał się ze wzrostem zadłużenia, aczkolwiek nie będzie on znaczący – mówi Dorota Dziedzic, dyrektor w zespole finansów publicznych Fitch Ratings.

Z prognoz Fitch Ratings wynika, że znaczne zwiększenie wydatków majątkowych nastąpi w latach 2019–2020 ze względu na inwestycje samorządów współfinansowane ze środków unijnych, do których zaliczają się również projekty rewitalizacyjne. W opinii Fitch wydatki te przynajmniej w połowie będą finansowane ze funduszy Unii Europejskiej.

– Oceniamy, że na koniec 2018 roku dług całego sektora JST wyniesie 70 mld zł i będzie nieznacznie wyższy od ubiegłorocznego. Wpływ na to mają takie czynniki, jak zakumulowane środki pieniężne pochodzące z nadwyżek budżetowych wygospodarowanych po zakończeniu poprzedniej perspektywy unijnej czy fakt, że w ostatnich dwóch latach spłaty istniejącego zadłużenia były wyższe niż kwoty nowo zaciągniętego długu – mówi Dorota Dziedzic.

Sprzęt kuchenny w polskich domach coraz bardziej zaawansowany technologicznie. Pozwala zdrowiej i taniej przygotowywać potrawy

Sprzęt kuchenny w polskich domach coraz bardziej zaawansowany technologicznie. Pozwala zdrowiej i taniej przygotowywać potrawy 9

W polskich kuchniach zaczynają królować technologie, które pozwalają prosto i szybko przygotowywać zdrowe potrawy, są intuicyjne w użyciu, a czasem wręcz wyręczają użytkownika. Takie są oczekiwania konsumentów, więc producenci sprzętu prześcigają się w nowoczesnych rozwiązaniach, łącząc je z oryginalnym designem, który będzie pasował do każdego rodzaju kuchni. Takie połączenie można zobaczyć na przykładzie warszawskiej Akademii Kulinarnej Whirlpool, która przeszła niedawno gruntowną metamorfozę.

– W obecnych czasach konsumenci myślą przede wszystkim o tym, żeby odżywiać się zdrowo i smacznie. Nowe technologie mają pomagać im osiągnąć ten cel. W przypadku nowej linii urządzeń do zabudowy W Collection, którą Whirlpool właśnie wprowadza na rynek, jest to m.in. funkcja pary. Umożliwia ona gotowanie w piekarnikach na parze, co jest bardzo zdrowym sposobem przygotowywania potraw – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Cichocka, senior marketing manager, Poland and Baltic States w Whirlpool.

Marka Whirlpool wprowadziła właśnie na rynek nową gamę inteligentnych sprzętów AGD – W Collection. Urządzenia dostępne są w czterech liniach, które łączy elegancki design, nowoczesna technologia oraz intuicyjność użytkowania. Kolekcję tworzą przede wszystkim inteligentne urządzenia do gotowania – piekarniki, płyty indukcyjne, okapy oraz kuchenki mikrofalowe.

– Trzeba obalić mit, że przygotowywanie posiłków w kuchenkach mikrofalowych jest niezdrowe. Wręcz przeciwnie. Według ostatnich badań WHO okazuje się, że przygotowywanie potraw w mikrofalach – dzięki temu, że są one krócej poddawane są obróbce termicznej – jest dużo zdrowsze – mówi Joanna Cichocka.

Jak podkreśla, użytkownicy oczekują także, że sprzęty będą same podpowiadać odpowiednie dla nich rozwiązania, a w niektórych kwestiach nawet ich wyręczać. Temu ma służyć stosowana przez Whirlpool technologia 6. Zmysł, która uczy się preferencji danego konsumenta.

– Dzięki zaprogramowanym przepisom technologia ta prowadzi go przez cały proces przygotowywania potrawy, podpowiadając najlepsze rozwiązania. Nie trzeba się zastanawiać, w jakiej temperaturze upiec biszkopt, żeby nie było zakalca. Urządzenia W Collection podpowiedzą, w jakiej temperaturze piec potrawy, jak długo trzymać je w piekarniku, a nawet jakich składników powinniśmy użyć – wyjaśnia Joanna Cichocka.

W nowych sprzętach Whirlpool zastosowane zostały innowacyjne technologie, wśród których znajdują się m.in. opatentowana, czteropunktowa termosonda, która mierzy temperaturę w czterech różnych punktach pieczonej potrawy, zapewniając równomierne wypieczenie. Funkcja Cook4 umożliwia z kolei pieczenie czterech różnych potraw w tym samym czasie. Interfejs piekarnika sugeruje użytkownikowi najbardziej odpowiednią półkę dla poszczególnych potraw, podczas gdy system obiegu powietrza i mocniejszy silnik wentylatora zapobiegają mieszaniu się smaków i aromatów.

– Inteligentne urządzenia muszą być łatwe i intuicyjne w obsłudze. Temu służą m.in. duże wyświetlacze tekstowe, które obsługujemy podobnie jak smartfona, przesuwając palcem po ekranie i wybierając potrzebną funkcję. Coraz powszechniejsze staje się łączenie wszystkich urządzeń w ramach smart home w jedną domową sieć. Takie możliwości mamy także w linii urządzeń W Collection, które mogą być sterowane z poziomu aplikacji mobilnej. Dzięki temu, nie ruszając się z salonu, możemy nastawić piekarnik, żeby nagrzał się do odpowiedniej temperatury, a okap może nas powiadomić o tym, że pralka zakończyła cykl prania – wylicza Joanna Cichocka.

Produkty z nowej linii W Collection są elementem wyposażenia warszawskiej Akademii Kulinarnej Whirlpool. Akademia przeszła niedawno wizualną i technologiczną metamorfozę. Koncepcja redesignu została oparta na założeniu, że kuchnia, jako lokal, powinna być przede wszystkim kolorowa i radosna. Dlatego po pięciu latach biel na ścianach Akademii zastąpiły kolory – turkusowy, żółty i czerwony.

– We wzornictwie kuchennym dominuje trend, że wszystko jest białe, szare lub czarne, sterylne i gładkie. Ten trend powoli odchodzi, zastępuje go nowa moda na naturalne materiały, naturalne wykończenia i żywe kolory. W Akademii Kulinarnej Whirlpool nowe sprzęty są futurystyczne i robią wielkie wrażenie. Udało nam się zapewnić dla nich naturalne tło. Chcieliśmy pokazać, że sprzęty będą dobrze wyglądały nie tylko w kuchni – laboratorium, lecz także w zwykłej kuchni, domowej i ciepłej – mówi Jan Strumiłło, architekt i twórca koncepcji redesignu Akademii Kulinarnej Whirlpool.

W nowej, kolorowej odsłonie Akademia zaprasza pasjonatów gotowania na warsztaty pod okiem zawodowych kucharzy, które odbywają się trzy razy w tygodniu. Tematyka zajęć jest bardzo szeroka – od podstaw kulinarnych, przez tajniki kuchni włoskiej, aż po warsztaty tematyczne.

– Akademia Kulinarna Whirlpool to przestrzeń wielofunkcyjna, która służy wielu celom – gotowaniu, nagrywaniu, spotkaniom. Mieści się w przestrzeni, która wygląda inaczej niż zwykła kuchnia. To jest przestrzeń loftowa. My zmieniliśmy ją tak, żeby była bardziej swojska, ciepła i przyjazna dla użytkownika. Osiągnęliśmy to, stosując naturalne materiały, intensywne kolory i znacznie cieplejsze oświetlenie. Odchodzimy od laboratoriów w kierunku kuchni domowych – mówi Jan Strumiłło.

Średnio co 8 minut ktoś w Polsce dostaje udaru mózgu. 90 proc. czynników ryzyka można wykluczyć samodzielnie

Średnio co 8 minut ktoś w Polsce dostaje udaru mózgu. 90 proc. czynników ryzyka można wykluczyć samodzielnie 10

Każdego roku udar mózgu dotyka ponad 80 tys. Polaków i powoduje ok. 30 tys. zgonów. To trzecia, po chorobach serca i nowotworach, najczęstsza przyczyna śmierci i główny powód trwałej niepełnosprawności Polaków po 40 roku życia. 90 proc. czynników, które potęgują ryzyko udaru mózgu, można zmodyfikować albo całkiem wykluczyć samodzielnie. Wystarczy zmienić styl życia i dietę, rzucić palenie, ograniczyć alkohol i więcej się ruszać. W praktyce poziom wiedzy dotyczący przyczyn oraz objawów udaru mózgu jest jednak wciąż niski. Dlatego ważne, żeby szerzyć ją od najmłodszych lat. To właśnie cel Ogólnopolskiego Programu na rzecz Profilaktyki Udarowej pt. „I Ty możesz zostać superbohaterem”, który jest właśnie realizowany w szkołach w całej Polsce.

Udar mózgu jest bardzo powszechną chorobą. Ryzyko, że ktoś z nas dozna udaru mózgu, wynosi 1 do 6. W skali Polski jest to rocznie około 80 tys. nowych przypadków, spośród których 25 proc. pacjentów nie przeżyje pierwszych trzech miesięcy. Kolejna połowa jest zagrożona trwałą niesprawnością, więc jest to istotny problem zdrowotny. W ujęciu ogólnym udar mózgu jest trzecią co do liczebności przyczyną zgonów i najczęstszą przyczyną niesprawności u osób dorosłych, więc jest to bardzo poważny problem, z którym radzimy sobie stopniowo coraz lepiej, ale nadal dalece nieoptymalnie –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Michał Karliński, neurolog w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

Ryzyko wystąpienia udaru znacząco zwiększają schorzenia układu sercowo-naczyniowego, takie jak nadciśnienie tętnicze, choroba niedokrwienna serca i migotanie przedsionków, a także cukrzyca, otyłość, brak aktywności fizycznej, nadużywanie alkoholu czy palenie tytoniu.

 Szalenie istotna jest profilaktyka, dlatego że poprzez optymalizację stylu życia i leczenie chorób towarzyszących, takich jak nadciśnienie tętnicze, migotanie przedsionków, miażdżyca czy cukrzyca, możemy zmniejszyć ryzyko udaru mózgu. Co ważniejsze, możemy zapobiec połowie udarów mózgu poprzez wprowadzenie pięciu konkretnych zachowań prozdrowotnych, tj. niepalenie tytoniu, zachowanie prawidłowej masy ciała, regularną aktywność fizyczną, nienadużywanie alkoholu bądź spożywanie go w niewielkich ilościach i zdrowa dieta. Zdrowy styl życia naprawdę ma znaczenie – podkreśla dr Michał Karliński.

W praktyce poziom wiedzy dotyczący objawów udaru mózgu oraz czynników go wywołujących jest wciąż niski. Ważne, żeby szerzyć ją od najmłodszych lat i to właśnie jest celem Ogólnopolskiego Programu Edukacyjnego na rzecz Profilaktyki Udarowej.

– W ramach kampanii „Stop udarom” od 2012 roku razem z firmą Boehringer Ingelheim działamy na rzecz profilaktyki i prewencji udarów mózgu w Polsce. W tym roku po raz pierwszy zainicjowaliśmy nowy program pod nazwą „I ty możesz zostać superbohaterem”, który dociera przede wszystkim do młodzieży ze szkół podstawowych. To jest dość innowacyjne podejście do tematyki profilaktyki i prewencji udarów mózgu. Ten program w zamyśle ma dotrzeć do różnych grup społecznych i rodzin, zarówno do dzieci, ale poniekąd też do ich rodziców, dziadków, rodzeństwa. Dzieci mają zwrócić na ten problem uwagę rodziców, którzy potencjalnie są też narażeni na wystąpienie udaru mózgu – mówi Sebastian Szyper, prezes Stowarzyszenia Udarowcy, Liczy się Wsparcie!.

Program skierowany do uczniów piątych klas jest prowadzony w szkołach na terenie całej Polski. Ma formułę interaktywnych warsztatów edukacyjnych. W trakcie zajęć dzieci dowiadują się, jak działa mózg, jak dochodzi do udaru i jakie funkcje mózgu może on wyłączyć. Uczą się, jakie są objawy udaru mózgu i jak należy reagować w sytuacji ich wystąpienia. Scenariusze zajęć zostały przygotowane wspólnie z nauczycielami z Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych. Prowadzą je edukatorzy z Międzynarodowego Stowarzyszenia Studentów Medycyny IFMSA-Poland.

Warsztaty odbywają się w trakcie 45-minutowej lekcji, podczas której uczymy dzieci o udarze mózgu. Na początku opowiadamy pewne ciekawostki o samym mózgu, jak on funkcjonuje, jak się odżywia. W ten sposób staramy się wytłumaczyć, czym jest udar i jak poważne może mieć konsekwencje –mówi Karolina Mitruczuk, edukatorka z IFMSA-Poland.

Dzięki interaktywnej formie warsztaty angażują uczniów i w przystępny sposób przekazują wiedzę, która może uratować komuś życie. W trakcie zajęć dzieci rozwiązują krzyżówki i quizy, a w części praktycznej przeprowadzają doświadczenie, które pokazuje przepływ krwi do mózgu. Oglądają też edukacyjną animację, w której główną rolę odgrywa Doktor Stroke – Pogromca Udarów, w którego wciela się aktor Michał Malinowski.

 Moim zadaniem, jako superbohatera, jest uświadamianie, jakim zagrożeniem jest udar mózgu, jakie konsekwencje niesie zignorowanie objawów. Z drugiej strony zwracam uwagę na fakt, że tym konsekwencjom możemy przeciwdziałać dzięki podstawowej wiedzy, którą można posiąść w kilka minut. To może później decydować o życiu, śmierci lub trwałej niepełnosprawności. Zanim zaangażowałem się w kampanię nie miałem pojęcia, że skala udarów mózgu w Polsce jest aż tak duża. Mówi się o nowotworach, chorobach serca, a to jest równie duży problem – mówi Michał Malinowski.

Inicjatorzy kampanii STOP UDAROM (www.stopudarom.pl) podkreślają, że w Światowym Dniu Udaru Mózgu, który jest obchodzony 29 października, warto przypomnieć sobie jego podstawowe objawy, czyli: usta wykrzywione, dłoń opadnięta, artykulacja utrudniona i rozmazane widzenie. Pierwsze litery każdego z nich składają się w słowo „udar”. W przypadku zaobserwowania takich symptomów u kogoś bądź u siebie należy bezwzględnie i jak najszybciej wezwać pogotowie.

Dynamiczny rozwój inteligentnych miast wymaga jednego standardu rozwiązań i elementów smart city. To szansa dla dopiero tworzonych systemów np. w Polsce

Dynamiczny rozwój inteligentnych miast wymaga jednego standardu rozwiązań i elementów smart city. To szansa dla dopiero tworzonych systemów np. w Polsce 11

W największych miastach świata pojawia się coraz więcej rozwiązań z zakresu smart city. Najczęściej spotykane są systemy zarządzania ruchem drogowym, które pozwalają redukować korki na drogach i ograniczać smog. W miastach takich jak Wiedeń, Londyn czy Nowy Jork, takie rozwiązania już funkcjonują, natomiast w polskich miastach dopiero są wdrażane. Skuteczność i bezpieczeństwo inteligentnych miast mógłby zwiększyć jeden standard, w którym pracowałyby wszystkie elementy smart city, takie jak kamery ze sztuczną inteligencją, inteligentne radary, czy czujniki pogody.

– Smart city to nie tylko oprogramowanie, to nie tylko usługi różnego typu które są dedykowane na potrzeby miast, to przede wszystkim społeczność, która myślenie swoje dedykuje właśnie typowi smart, które się rozwija nie tylko technologicznie, ale również mentalnie i umysłowo. To bardzo ważny aspekt rozwoju każdego miasta i każdej społeczności – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dawid Paruzel, dyrektor operacyjny Smart in, polskiego producenta rozwiązań inteligentnego miasta.

Współczesne projekty inteligentnych miast skupiają się głównie na kwestiach związanych z bezpieczeństwem społeczeństwa. Coraz częściej władze sięgają po systemy inteligentnego monitoringu, które umożliwiają służbom miejskim błyskawicznie reagowanie na wszelkie zagrożenia dla porządku publicznego. Aby jednak te informacje można było błyskawicznie przetwarzać i analizować, twórcy systemów inteligentnych muszą korzystać z rozwiązań automatyzujących pracę monitoringu.

Jednym z najciekawszych przykładów na wykorzystanie technologii inteligentnych do monitoringu obszarów miejskich jest system wdrożony przez chińskie władze. W kilkunastu miastach wykorzystuje się tam kamery CCTV podłączone do sztucznej inteligencji. Oprogramowanie korzysta z systemu rozpoznawania twarzy do automatycznego wyszukiwania osób poszukiwanych listem gończym. System ma już pierwsze sukcesy na koncie.

Z kolei inżynierowie Nokii opracowali oprogramowanie do analizy materiału wideo, które automatycznie zidentyfikuje potencjalne zagrożenia w środowisku miejskim: przeanalizuje prędkość ruchu pojazdów i będzie śledzić tempo poruszania się poszczególnych przechodniów. Dzięki temu nie tylko wykryje pirata drogowego i automatycznie zrobi mu zdjęcie, będzie w stanie zlokalizować źródło wybuchu masowej paniki i poinformować o tym służby bezpieczeństwa.

– Wszelkiego rodzaju oprogramowanie wspierające jest bardzo istotne, ale czujnik pogodowy czy czujnik zanieczyszczeń PM2,5 nie wystarczy, bo on nie wpływa na bezpieczeństwo bezpośrednie obywateli. Narzędzia, którymi dysponują służby obsługujące bezpieczeństwo miast, powinny dysponować informacją zintegrowaną i zunifikowaną. Powinny dysponować platformą z udostępnianymi informacjami od wszystkich służb miejskich z jednym panelem zarządczym, za pomocą którego operatorzy mogą reagować na zdarzenia – mówi ekspert.

Największym problemem, z jakim zmagają się niemal wszystkie miasta inteligentne, jest brak ujednoliconych wytycznych co do sposobu działania poszczególnych rozwiązań. Nie istnieje uniwersalne oprogramowanie, które pozwoliłoby szybko i sprawnie wdrożyć systemy inteligentne na nowe obszary i zintegrować je z istniejącą infrastrukturą miejską.

Problem ten zauważyli m.in. inżynierowie Huawei, którzy podczas konferencji Connect 2018 w Szanghaju zaproponowali nowy model funkcjonowania inteligentnych miast. Proponują, aby ideę smart city rozwijać w ramach struktury 1+4+N: jedno inteligentne centrum operacyjne (IOC), cztery sztuczne inteligencje wyspecjalizowane w różnych zadaniach oraz platforma N przeznaczona do instalowania innowacyjnych aplikacji rozszerzających możliwości systemów miejskich.

– Monitoring wizyjny w bardzo wielu miastach uruchamiany jest w podobnych, ale jednak mimo wszystko różnych technologiach. Jeśli będziemy chcieli zunifikować tego typu rozwiązania albo rozszerzyć np. w Warszawie, która jest dużą metropolią, będzie trudno zunifikować to do jednego panelu zarządczego. Podobnym miejscem jest Śląsk, w którym następuje zgrupowanie wielu miast, dużych, mniejszych miejscowości w jednym, metropolitalnym miejscu – mówi Dawid Paruzel

Unifikacja miejskiego Internetu Rzeczy według pomysłu Huawei pozwoliłaby szybko i sprawnie wymieniać informacje między kamerami CCTV, systemami do analizy ruchu drogowego, czujnikami podtopień oraz stacjami pogodowymi informującymi o zanieczyszczeniach. Ujednolicenie narzędzi ułatwiłoby także wdrażanie systemów inteligentnych tam, gdzie nie funkcjonują jeszcze żadne rozwiązania z zakresu smart city.

Wprowadzenie nowego standardu mogłoby być szansą dla polskich miast, które dopiero zaczynają wprowadzać elementy smart city, zwłaszcza w obszarze transportu.

– U nas w Polsce już w kilku miastach wdrażane są skutecznie elementy smart city. Dobrym przykładem jest wdrażanie w bardzo wielu lokalizacjach w Polsce technologii związanej z tzw. ITS, czyli inteligentnym zarządzaniem ruchem drogowym. Cała aglomeracja poznańska została wyposażona w inteligentne rozwiązania wspierające ruch drogowy, tak samo Wrocław czy Warszawa – wymienia ekspert.

Obecnie rozwiązania inteligentnego ruchu drogowego są rozszerzane np. w Lublinie. Projektowanie rozwiązań typu ITS, m.in. inteligentnych skrzyżowań, rozpoczęło się także na Śląsku, np. w Tychach i w Katowicach. Na świecie wdrażanie rozwiązań smart city jest jednak o wiele bardziej zaawansowane.

– W Wiedniu, Londynie, czy Nowym Jorku inteligentne systemy zarządzania ruchem drogowym powstały, m.in. po to, żeby zmniejszyć ilość zatorów, korków na drogach, przez to również ograniczyć ilość emisji CO2, a ostatnio jest to bardzo istotny temat w kontekście efektu cieplarnianego na świecie – twierdzi Dawid Paruzel.

Według raportu opracowanego przez firmę analityczną marketsandMarkets, wartość rynku technologii z zakresu smart city przez najbliższe pięć lat będzie rosnąć w tempie 23 proc., by w 2022 roku osiągnąć wartość 1,2 bln dol.

Płatności za pomocą obrączki czy zegarka wchodzą do bankowości. W przyszłości będzie można płacić bez wyciągania smartfona z kieszeni

Płatności za pomocą obrączki czy zegarka wchodzą do bankowości. W przyszłości będzie można płacić bez wyciągania smartfona z kieszeni 12

W pierwszym półroczu 2018 r. systemem BLIK dokonano 33 mln transakcji – to tyle, ile w całym ubiegłym roku. Popularność płatności mobilnych wpisuje się w ogólny trend, jakim jest odchodzenie od gotówki na rzecz cyfrowych form płatności. Już niebawem za zakupy będzie można zapłacić przybliżając do terminala obrączkę czy zegarek. W Stanach Zjednoczonych są już testowane sklepy, które same pobierają odpowiednią należność – klient bierze z półki interesujące go rzeczy i wychodzi ze sklepu, a transakcja dokonuje się w tle.

Polacy bardzo szybko przyswajają nowe technologie w finansach. Wprowadzona na polski rynek usługa Apple Pay w tydzień pozyskała 200 tys. użytkowników. Rosnące grono klientów zdobywa też elektroniczna portmonetka Google Pay. Usługę udostępnia w Polsce już 12 banków i korzysta z niej już przeszło 300 tys. klientów. Z kolei wprowadzonym trzy lata temu systemem BLIK dokonano w pierwszym roku 2 mln transakcji. Z kolei tylko w pierwszym półroczu br. ich liczba wzrosła już do 33 mln – to tyle, ile w całym ubiegłym roku (co i tak stanowiło czterokrotny wzrost względem 2016).

Na popularności zyskują także płatności zbliżeniowe. Według NBP 66 proc. Polaków uważa, że płatności smartfonem i kartą są wygodniejsze i prostsze, niż gotówką. W obrocie znajduje się już ponad 38 mln kart płatniczych, a 8 na 10 transakcji dokonywanych za ich pośrednictwem to transakcje zbliżeniowe. Polacy korzystają z transakcji zbliżeniowych trzykrotnie częściej niż ich europejscy sąsiedzi, ale polski rynek wciąż jest jednak daleko w tyle za państwami takimi jak Szwecja czy Szwajcaria, gdzie udział gotówki w obrocie wynosi już raptem kilka procent (w Polsce wciąż oscyluje wokół 40 proc.) na rzecz bardziej nowoczesnych form płatności.

Najnowszym trendem są płatności dokonywane poprzez urządzenia do noszenia, takie jak zegarek.

– Metody płatności takie jak wearables to w dużej mierze moda. Tym, co sprawia że płatności mobilne tak świetnie sobie radzą, jest fakt, że wszyscy mamy telefony. Natomiast fakt, że musimy kupić nowy gadżet aby móc płacić za pomocą wearables, niekoniecznie doprowadzi do masowej adopcji tego trendu. Jednak na dużych, ekskluzywnych konferencjach wyraźnie widać coraz więcej płatności zegarkiem czy obrączką – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marta Krupińska, współzałożycielka Azimo.

Z opublikowanego na początku tego roku badania Mastercard, dotyczącego otwartości klientów na nowoczesne formy płatności, wynika że 27 proc. Polaków chciałoby w przyszłości płacić zbliżeniowo urządzeniami ubieralnymi, takimi jak inteligentny zegarek czy opaska fitness. Według ekspertów Mastercard – w Polsce ta technologia ma szansę przyjąć się szybciej, niż w innych częściach Europy. Wynika to z faktu, że polski sektor bankowy należy do najbardziej innowacyjnych na świecie, a polscy klienci bankowości bardzo szybko adaptują technologiczne nowinki w finansach.

Płatności zbliżeniowe za pomocą gadżetów, które można na siebie włożyć, są równie proste jak płatności kartą. Obrączkę czy bransoletkę wystarczy przyłożyć do terminala płatniczego.

– Do terminala płatniczego przybliżamy np. obrączkę, która wysyła informację do naszego telefonu i możemy zatwierdzić tę transakcję telefonem, chyba, że jest ona poniżej pewnej kwoty. W dużej mierze jest to kwestia gadżetu, to że nie muszę wyciągnąć telefonu, nie musze wyciągnąć karty, tylko mogę machnąć ręką i transakcja jest dokonana – tłumaczy Marta Krupińska.

Według prognoz Mastercard – do 2020 roku już 62 proc. wereables, czyli urządzeń ubieralnych, ma być wyposażonych w funkcje płatnicze. Prawdziwą rewolucją będą jednak płatności, które nie wymagają od nas jakiejkolwiek uwagi.

– W tej chwili Amazon tworzy w USA supermarkety, w których możemy płacić w ogóle nie płacąc. Podchodzimy do półki, ściągamy z niej rzeczy i wychodzimy z supermarketu. To idea płacenia bez koszyka. To jest przyszłość – prognozuje Marta Krupińska.

Założony przez nią start-up Azimo działa na rynku międzynarodowych transferów gotówki i stanowi dziś konkurencję dla gigantów takich jak Western Union. Umożliwia przesłanie pieniędzy na numer telefonu komórkowego. W tym celu nie trzeba nawet znać numeru konta bankowego odbiorcy – wystarczy, że zaloguje się on do aplikacji na swoim telefonie i wpisze numer rachunku, na którym mają zostać zaksięgowane środki.

Według firmy badawczej Tractica, już w 2020 r. wartość transakcji dokonanych za pomocą urządzeń wearables sięgnie 500 mld dol. Wartość będzie rosnąć w najbliższych latach w tempie 177 proc. średniorocznie.

Ambasady Francji, Stanów Zjednoczonych, Norwegii i Australii wspierają zrównoważony rozwój w Polsce

Podczas obchodów Dnia Organizacji Narodów Zjednoczonych (UN Day) przedstawiciele ambasad Francji, Stanów Zjednoczonych, Norwegii i Australii odebrali certyfikaty Partnerstwa SDGs „Razem dla środowiska” na znak ich zaangażowania w realizowanie Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ w Polsce. Ambasady współpracują z Centrum UNEP/GRID-Warszawa przy realizacji ekologicznych projektów.

Ochrona środowiska wymaga wspólnego wysiłku przedstawicieli wszystkich narodów świata. Tym bardziej czujemy się wyróżnieni zaangażowaniem i uwagą, z jakimi do naszych działań podeszli ambasadorzy Francji, Stanów Zjednoczonych, Norwegii i Australii, którzy swoje poparcie wyrazili poprzez podpisanie oficjalnych listów. Są one podstawą naszej dalszej wielopłaszczyznowej współpracy – mówi Maria Andrzejewska, Dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa.

Podczas uroczystości 25 października 2018 r. certyfikaty Partnerstwa SDGs „Razem dla środowiska” odebrali Ambasador Norwegii Olav Myklebust, Ambasador Australii Paul Wojciechowski, Adam Kapella reprezentujący Ambasadora Francji oraz Alison Behling reprezentująca Ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Ambasady realizują wspólnie z Centrum UNEP/GRID-Warszawa różnorodne działania ekologiczne, m.in. projekt ECO-MIASTO promujący zrównoważony rozwój polskich miast oraz Program GLOBE – Międzynarodowy Program Edukacyjny w Polsce.

Na zdjęciu (od lewej): Alison Behling reprezentująca Ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, Adam Kapella reprezentujący Ambasadora Francji, Dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa Maria Andrzejewska, Ambasador Norwegii Olav Myklebust i Ambasador Australii Paul Wojciechowski  fot. UNEP/GRID-Warszawa
Na zdjęciu (od lewej): Alison Behling reprezentująca Ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, Adam Kapella reprezentujący Ambasadora Francji, Dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa Maria Andrzejewska, Ambasador Norwegii Olav Myklebust i Ambasador Australii Paul Wojciechowski fot. UNEP/GRID-Warszawa

Partnerstwo SDGs „Razem dla środowiska” jest odpowiedzią na potrzebę budowy w Polsce przyjaznego klimatu oraz możliwie najlepszych warunków dla realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju, a szczególnie tych, które odnoszą się do kwestii środowiskowych. Oprócz ambasadorów wspiera je prawie czterdziestu partnerów instytucjonalnych oraz wielu partnerów indywidualnych.

LOT: 8 dzień strajku, już 76 odwołanych rejsów

Strajk w PLL LOT trwa już 8 dni. Przedstawiciel biura prasowego przewoźnika poinformował w piątek rano, że do tej pory odwołane zostały 74 rejsy na ponad 2 700 zaplanowanych. Po południu pojawiła się informacja o kolejnych dwóch odwołanych połączeniach dalekodystansowych: do Toronto i Tokio. Według szacunków Skycop odszkodowania dla poszkodowanych podróżnych mogą pochłonąć już ponad 6,5 mln zł. Konflikt w PLL LOT się pogłębia. Zarząd nie chce przywrócić do pracy zwolnionych pracowników, a strajkujący nie zamierzają ustąpić. Nie widać też szans na szybkie zakończenie konfliktu, co wzmacniają doniesienia, że 67 zwolnionych pracowników otrzymało propozycje pracy od konkurencyjnych firm.

LOT na bieżąco informuje swoich pasażerów o zmianach w rozkładzie, przebukowuje bilety na alternatywne rejsy własne lub innych linii lotniczych, aby pasażerowie mogli, jak najszybciej dostać się do swojego miejsca docelowego. Przewoźnik wyleasingował też kilka samolotów wraz z załogami, aby protest załóg w jak najmniejszym stopniu dotykał pasażerów.

Pomimo wysiłków podejmowanych przez przewoźnika, zaskoczyły nas informacje o zwolnieniu strajkujących pracowników. To nie są standardy godne spółki należącej do Skarbu Państwa. Wiemy już o 76 odwołanych lotach, a także o licznych opóźnieniach. Jeśli posłużymy się danymi przekazanymi przez służby informacyjne LOT, to można przyjąć, że na jeden rejs przypada średnio około 82 pasażerów[1]. To oznacza, że odwołania lotów mogły dotknąć już ponad 6 tys. osób. Zakładając tylko najniższą stawkę odszkodowania wynikającą z przepisów unijnych, czyli 250 euro, protest może kosztować LOT już ponad 6,5 mln zł, a do tego dochodzą inne koszty, np. za wynajem dodatkowych samolotów. – wyjaśnia Marius Stonkus, prezes Skycop.

Strajk a walka o odszkodowanie

Unijne rozporządzenie 261/2004, którego celem jest ochrona pasażerów, przewiduje odszkodowania w wysokości od 250 do 600 euro za opóźnione i odwołane loty. Przepisy nie dotyczą wprost strajków personelu linii lotniczych. W kwietniu Europejski Trybunał Sprawiedliwości uznał jednak odpowiedzialność linii lotniczych za zakłócenia lotów wynikające z nieplanowanych strajków pracowników. Od tej pory każdy strajk może być rozpatrywany jako podstawa do wypłaty odszkodowania.

– Zachęcamy podróżnych, by walczyli o swoje prawa i występowali o odszkodowania za opóźnione o co najmniej 3 godziny i odwołane loty. Napięta sytuacja pomiędzy związkami zawodowymi i zarządem trwała w PLL LOT od wielu miesięcy. Przewoźnik miał szansę aby w trosce o dobro pasażerów odpowiednio przygotować się do protestu lub zapobiec mu, więc trudno tu mówić o nadzwyczajnych okolicznościach, które zwalniałyby z odpowiedzialności za zakłócenia dotykajace pasażerów – mówi Marius Stonkus.

[1] Siódmego dnia strajku biuro prasowe przewoźnika podawało informacje o zrealizowaniu 2 222 rejsów i przewiezieniu 183 tys. pasażerów, co daje średnio 82 pasażerów na lot.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Przyszły tydzień może przynieść karuzelę nastrojów, biorąc pod uwagę kruchość sentymentu na rynku akcji, podwyższoną zmienność na koniec miesiąca, a do tego publikacje istotnych danych. Wskaźniki inflacji oraz aktywności biznesu udzielą wskazówek o sile globalnego ożywienia. Uwagę przyciągną decyzje Banku Japonii i Banku Anglii, a raport z rynku pracy USA będzie głównym wydarzeniem tygodnia. Wszytko to w politycznym szumie związanym ze sporem nad włoskim budżetem, Brexitem i wyborami do Kongresu USA.

Przyszły tydzień: PCE Core, indeks zaufania konsumentów, ISM, NFP z USA, HICP/PKB z Eurolandu, BoE, PMI/CPI z Polski, BoJ, PMI z Chin, CPI z Australii, rynek pracy z Kanady

USA

Obfity kalendarz z USA zawiera PCE Core (pon), indeks nastrojów konsumentów (wt), ISM (czw) i NFP (pt). PCE jest preferowaną przez Fed miarą inflacji, nastroje konsumentów będą ważnym barometrem w obliczu zapaści rynku akcji, a ISM rzuci więcej światła na stanowisko firm w obliczu wojny celnej z Chinami. W raporcie z rynku pracy dynamika zatrudnienia powinna wrócić bliżej 200 tys. i otrząsnąć się z wpływu czynników jednorazowych (134 tys. we wrześniu). Płace będą gwiazdą raportu, a prognoza 0,3 proc. m/m ustawia wysoko poprzeczkę dla pozytywnych zaskoczeń. Przyszły tydzień będzie ostatnim przed wyborami do Kongresu USA (6 listopada), więc można spodziewać się, że polityka przyćmi dane, a zmienność USD będzie bardziej chaotyczna.

EBC

Po ostatnim posiedzeniu EBC wiemy, że bank pokłada nadzieje w przyspieszeniu inflacji w oparciu o silne płace. W październiku inflacja HICP (śr) może pokazać siłę na bazie wzrostu cen energii, ale efekty bazy powinny też pomóc podbić inflację bazową do 1,1 proc. Wstępny szacunek PKB (wt) raczej spowolni z 2,1 proc. r/r w II kw., biorąc pod uwagę rozczarowanie w wynikach przemysłu. Mieszany przekaz danych zostawi EUR na pastwie wieści dotyczących sporu o włoski budżet, gdzie o szybki finał będzie bardzo trudno.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii, jeśli na chwilę uda się oderwać od tematu Brexitu, uwagę przyciągną prezentacja budżetu (pon), PMI dla przemysłu (czw) i decyzja Banku Anglii (czw). Ostatnie dane fiskalne sugerują malejący deficyt, co powinno skutkować w niższych potrzebach pożyczkowych w następnym okresie – pozytywny sygnał. Aktywność w przemyśle pozostaje niezmienna od miesięcy i wahania PMI wokół 53 pkt powinny być odebrane neutralnie. Bank Anglii nie ma potrzeby sugerować zmiany nastawienia, gdyż ręce decydentów są związane w obliczu ryzyka, jakie niesie ze sobą niedogadany Brexit. Poza tym na rynku nie ma powodu, by kochać funta.

Polska

W Polsce zakładamy wzrost inflacji (śr) w październiku o 0,4 proc. m/m na wyższych cenach energii, ale efekty bazy obniżą wskaźnik roczny do 1,8 proc. r/r (z 1,9 proc.). Szacujemy obniżenie indeksu PMI dla przemysłu (pt) do 49,9, co byłoby silnym sygnałem mijania szczytu cyklu koniunkturalnego. Utrata przez złotego pozytywnego zaplecza danych makro może być bolesnym ciosem w obliczu wzrostu rynkowej awersji do ryzyka, pchając EUR/PLN w kierunku 4,35.

Japonia

Nie oczekujemy niespodzianek po posiedzeniu Banku Japonii (wt-śr). W obliczu zawirowań rynkowych i niepewności o wpływ wojen handlowych jest mało realne, aby BoJ decydował się na dyskusję o zmianie nastawienia. Przy wyhamowaniu wzrostów rentowności obligacji skarbowych USA i stabilizacji USD/JPY nie ma potrzeby modyfikować polityki wobec rentowności japońskich 10-latek (ostatnio dopuszczono do zwiększenia fluktuacji do 0,2 proc.). Jak na razie USD/JPY względnie opiera się korelacji z dołującym rynkiem akcji, ale presja wzrasta.

Chiny

Przy skupieniu uwagi wokół kondycji chińskiej gospodarki, odczyty październikowych indeksów PMI z Państwa Środka (śr, czw) mogą być silnym determinantem rynkowych nastrojów. Największym ryzykiem jest osunięcie Caixin PMI dla przemysłu poniżej bariery 50 pkt, która rozdziela ożywienie od recesji w sektorze. Przy wzmacniającym się wpływie ceł importowych nie jest to wykluczone.

Australia

W Australii na pierwszym planie będzie odczyt CPI za III kw. (śr). W ujęciu rocznym inflacja ma osłabić się poniżej 2 proc., przypominając, że daleko jesteśmy momentu, kiedy RBA zmieni swoje nastawienie na jastrzębie. W efekcie globalne czynniki będą miały największy wpływ na AUD i przy problemach Chin dolar australijski jest łatwym celem. W Nowej Zelandii do wyrwania NZD spod presji awersji do ryzyka przydałoby się pozytywne zaskoczenie w odczycie indeksu zaufania biznesu (śr). W obecnym klimacie jednak jakikolwiek rajd kiwi szybko spotka się z reaktywacją podaży.

Kanada

Z Kanady nadejdą dane o PKB (śr) i z rynku pracy (pt). Główna uwaga będzie na dynamice wynagrodzeń, gdyż to ostatni element układanki, którego Bank Kanady potrzebuje, by spodziewać się szybszego wzrostu inflacji i w rezultacie przyspieszyć z zacieśnianiem monetarnym. Wysoki odczyt wzmocni rynkowe spekulacje o możliwej podwyżce jeszcze w tym roku (grudzień), co dałoby istotne wsparcie dla CAD. Do tego czasu jednak kanadyjki dolar będzie miał kłopoty z utrzymaniem wartości w obliczu pogorszenia sentymentu globalnego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W trzecim kwartale br. czynsze za powierzchnie biurowe i logistyczne w Europie wzrosły o 0,7%

  • Raport „DNA of Real Estate” przedstawia analizę sektora nieruchomości biurowych, handlowych i logistycznych w Europie
  • Czynsze w budynkach biurowych w Europie rosną ósmy kwartał z rzędu
  • W ujęciu rocznym czynsze najbardziej wzrosły w sektorze nieruchomości biurowych – o 2,5%
  • Czynsze w obiektach logistycznych rosną najszybciej od 2008 roku przy jednocześnie największej kompresji stóp kapitalizacji

Z najnowszego raportu „DNA of Real Estate”, opracowanego przez międzynarodową firmę doradczą Cushman & Wakefield, wynika, że czynsze za wynajem powierzchni biurowych w Europie rosną nieprzerwanie od ośmiu kwartałów, przy czym w trzecim kwartale 2018 roku wzrosły o 0,7%.

W ujęciu rocznym stawki czynszowe w Europie wzrosły najbardziej w sektorze nieruchomości biurowych, bo aż o 2,5%. Z kolei na rynku nieruchomości logistycznych wzrost czynszów wyniósł 1,8% w skali roku oraz 1,9% w minionym kwartale – jest to najszybsze tempo wzrostu od 2008 roku.

Czynsze za wynajem powierzchni handlowych znacząco wzrosły od czasu ostatniego kryzysu finansowego i są obecnie o ponad 30% wyższe niż w 2008 roku, do czego w największym stopniu przyczyniły się trendy wzrostowe w Europie Zachodniej. Jednak w trzecim kwartale bieżącego roku stawki czynszowe w tym segmencie rynku obniżyły się o 0,4%, a w ujęciu rocznym o 0,5%.

Nigel Almond, dyrektor działu badań rynków kapitałowych w firmie Cushman & Wakefield
Nigel Almond, dyrektor działu badań rynków kapitałowych w firmie Cushman & Wakefield

Nigel Almond, dyrektor zespołu ds. analiz danych w firmie Cushman & Wakefield, powiedział: „Największe rynki w Europie, czyli Francja, Niemcy, kraje nordyckie i Beneluksu oraz Wielka Brytania, w dużym stopniu odrobiły straty od czasu ostatniego kryzysu finansowego, a czynsze powróciły do poziomów sprzed kryzysu lub je przekroczyły. Rynki semi-core, w tym Irlandia, Włochy, Portugalia, Europa Środkowo-Wschodnia i Hiszpania, bardziej odczuły następstwa kryzysu, ale czynsze przy głównych ulicach handlowych w tych krajach generalnie wzrosły, co świadczy o utrzymującym się popycie na najbardziej atrakcyjne lokale w największych miastach europejskich”.

„We wszystkich kategoriach aktywów na głównych rynkach nieruchomości Europy Środkowo-Wschodniej obserwujemy takie same trendy jak na całym kontynencie. W Polsce rosną czynsze za wynajem powierzchni biurowych i logistycznych, a Praga odnotowuje najszybsze w Europie tempo wzrostu kosztów najmu lokali przy głównych ulicach handlowych. Przewidujemy, że w Europie Środkowo-Wschodniej kompresja stóp kapitalizacji będzie się pogłębiać we wszystkich sektorach nieruchomościdodał Soren Rodian Olsen, Partner, dyrektor działu rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield.

Nieruchomości biurowe

Czynsze za wynajem powierzchni biurowych w Europie wzrosły w ujęciu rocznym o ponad 2% piąty kwartał z rzędu, ale są nadal niższe o 1,4% w porównaniu z poziomem zarejestrowanym w trzecim kwartale 2008 roku, czyli przed kryzysem.

Wzrosty odnotowano na 12 spośród 47 monitorowanych rynków, przy czym przede wszystkim w Niemczech (4,1% w Monachium, 1,9% w Hamburgu i 1,6% w Berlinie). Ze względu na silny popyt i ograniczoną dostępność powierzchni biurowej czynsze wzrosły także na rynkach regionalnych w Wielkiej Brytanii (o 6,2% w Bristolu, 4,5% w Edynburgu i 2,1% w Newcastle). Największy wzrost miał miejsce w Sofii, gdzie czynsze wzrosły o 7,1% w ciągu kwartału i o ponad 11% w ujęciu rocznym w wyniku dużej aktywności najemców.

Stopy kapitalizacji dla nieruchomości biurowych w Europie obniżyły się o 1 pb do 4,41%, a ich kompresja na siedmiu z 47 monitorowanych rynków wyniosła od 10 do 25 pb. W Monachium zmniejszyły się o 10 pb do 2,7% – najniższego poziomu w Europie. Stopy kapitalizacji spadły na czterech z pięciu rynków biurowych w Niemczech, przy czym najbardziej we Frankfurcie, bo aż o 25 pb, co świadczy o dużym zainteresowaniu inwestorów i dobrej kondycji rynku. O tyle samo obniżyły się stopy kapitalizacji w Budapeszcie i Lizbonie.

Nieruchomości logistyczne

Sektor nieruchomości logistycznych nadal odnotowuje dobre wyniki zarówno pod względem aktywności najemców, jak i inwestorów, o czym świadczy największy kwartalny wzrost czynszów (na równi z sektorem biurowym) oraz najgłębsza kompresja stóp kapitalizacji, które w przypadku najlepszych obiektów logistycznych w Europie obniżyły się o 5 pb w ciągu kwartału oraz o 41 pb w ujęciu rocznym i wynoszą obecnie 5,9%.

Do wzrostu czynszów w Europie o 0,7% przyczyniły się przede wszystkim rynki regionalne w Wielkiej Brytanii, w tym Leeds (8,7%), Cardiff (8,3%) i Bristol (3,6%). Jest to spowodowane przez duży popyt wśród najemców i absorpcję nowej podaży w warunkach ograniczonej dostępności powierzchni logistycznych. Wzrosty odnotowano także w Moskwie (6,6%), Dublinie (4,4%) i Budapeszcie (3,8%).

Stopy kapitalizacji spadły poniżej 6% – w porównaniu z drugim kwartałem 2018 roku były niższe o 5 pb i wynoszą obecnie 5,90%. Kompresję o ponad 20 pb odnotowano w krajach Beneluksu, a w Brukseli i Antwerpii o 40 pb (z 5,90% do 5,50%). Stopy kapitalizacji obniżyły się na 17 spośród 45 rynków logistycznych. W Niemczech wynoszą obecnie 4,45%, co oznacza, że zmniejszyły się o 11 pb w ciągu kwartału i o 65 pb rok do roku. Stopy kapitalizacji na wszystkich monitorowanych rynkach utrzymują się na bardzo zbliżonym do siebie poziomie (od 4,4% do 4,6%).

Główne ulice handlowe

Czynsze za powierzchnie handlowe wzrosły w minionym kwartale tylko na czterech spośród 41 monitorowanych rynków: w Pradze (4,5%), Sztokholmie (3,7%), Londynie (2,3%) i Helsinkach (1,4%). Jednak wskutek dwucyfrowego spadku w Stambule stawki czynszowe w skali całego kontynentu obniżyły się o 0,4%. W porównaniu z dynamicznie rozwijającymi się sektorami nieruchomości biurowych i logistycznych, czynsze na rynku powierzchni handlowych w pięciu największych miastach Niemiec utrzymują się na stabilnym poziomie od 18 miesięcy.

Drugi kwartał z rzędu – po raz pierwszy od pierwszego kwartału 2012 roku – więcej rynków nieruchomości handlowych odnotowało wzrost stóp kapitalizacji niż spadek. Na rynkach regionalnych w Wielkiej Brytanii zarejestrowano wzrost o 25 pb w Cardiff, Manchesterze i Newcastle. Stopy kapitalizacji wzrosły także w Stambule i Zurychu, wskutek czego średnia ważona dla najlepszych nieruchomości handlowych w Europie wyniosła 3,25% (wzrost o 3 pb). Rosną także w Wielkiej Brytanii, gdzie w drugim kwartale 2016 roku spadły do rekordowo niskiego poziomu 3,12%. Na wszystkich pozostałych największych rynkach stopy kapitalizacji są obecnie najniższe od 10 lat.

Nota dla Wydawcy

Dane przedstawione w raporcie dotyczą czynszów i stóp kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości. Dane sumaryczne dla poszczególnych krajów i regionów stanowią średnią ważoną PKB rynków monitorowanych w tych lokalizacjach. Dodatkowe informacje dostępne na żądanie.

Złoty stabilizuje się na niższych poziomach

Złoty pozostaje słaby, jednak w ostatnim czasie nie jest poddawana większym wahaniom. Złoty jest względnie stabilny mimo zmian na głównej parze oraz utrzymujących się globalnych ryzyk. Para EUR/PLN cały czas znajduje się w górnej części wąskiego korytarza, w którym pozostawała od końcówki lipca.

Wczorajszy dzień przyniósł poprawę na globalnych rynkach akcji – zyskiwały indeksy europejskie i amerykańskie. Dziś jednak na rynki akcji ponownie powróciła czerwień: kluczowe azjatyckie indeksy w nocy traciły ok. 0,5%, z kolei europejskie otworzyły się z luką rzędu 1,5%. Amerykańskie futures również nie radzą sobie dobrze, co wzmacnia obawy względem amerykańskiej sesji. Jeżeli niepewność na rynkach będzie się utrzymywać, niewykluczone, że przełoży się docelowo na nieco głębszą przecenę polskiej waluty.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,31-4,32. Mimo względnej stabilizacji w parze ze złotym, wspólna waluta istotnie traciła w relacji do dolara amerykańskiego, zyskiwała z kolei w parze ze słabszym funtem brytyjskim.

Wydźwięk wczorajszej konferencji Europejskiego Banku Centralnego był dość optymistyczny – prezes Draghi stwierdził, że pozostaje przekonany, iż dynamika cen powróci do celu inflacyjnego. Draghi nie przywiązał również zbyt dużej wagi do ostatnich słabszych odczytów z gospodarek strefy euro, sugerując, że są one oznaką jedynie „gorszego momentum”. Nie wyrażał również większych obaw o sytuację Włoch, jednak nie omieszkał skrytykować ostatnich działań kraju, sugerując, że na poprawę sytuacji na włoskim rynku długu może wpłynąć przede wszystkim „obniżenie tonu” włoskiego rządu.

Piątek nie przyniesie żadnych istotnych danych z europejskich gospodarek. W drugiej części dnia warto jednak zwrócić uwagę na przemówienia Mario Draghiego oraz Benoita Couere z EBC. Inwestorzy będą wyczekiwać również zakończenia europejskiej sesji, w godzinach wieczornych decyzję w sprawie ratingu Włoch opublikuje bowiem agencja Standard&Poor’s. Niewykluczone, że S&P zdecyduje się na obniżkę ratingu z poziomu BBB do BBB- (najniższego ratingu inwestycyjnego) lub – co najmniej – na zmianę perspektywy oceny wiarygodności kredytowej kraju ze stabilnej do negatywnej.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,85-4,88. Waluta osłabiała się również w relacji do głównych walut. Szterlingowi wczoraj nie sprzyjało umocnienie dolara amerykańskiego oraz informacje, że negocjacje w sprawie Brexitu zostały wstrzymane ze względu na brak porozumienia w zespole premier May.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,77-3,79. Dolar wczoraj zyskiwał w relacji do słabszych głównych walut.

Wczorajsze dane makroekonomiczne z USA były mieszane: we wrześniu rozczarowały dane o bazowych zamówieniach środków trwałych i bilans handlowy; pozytywnie zaskoczyły odczyty z rynku nieruchomości, względnie neutralne były z kolei cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych.

Piątek przyniesie informacje o realnych wydatkach konsumpcyjnych w III kwartale br. Kluczowymi danymi będą jednak szacunki zanualizowanej dynamiki PKB USA w III kwartale. Zgodnie z oczekiwaniami, wspierana przez amerykańską ekspansywną politykę fiskalną ekspansja gospodarcza wyniosła imponujące 3,3% w ujęciu zanualizowanym.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – dynamika PKB USA w III kwartale br.
  • 14:30 – dane o realnych wydatkach konsumpcyjnych i bazowy indeks cen wydatków konsumpcyjnych PCE w USA w III kwartale br.
  • 16:00 – indeks nastrojów konsumentów Michigan w USA w październiku
  • 16:00 – przemawia prezes EBC, Mario Draghi
  • 16:15 – przemawia Benoit Coeure z EBC
  • Godziny wieczorne – rewizja ratingu Włoch przez S&P

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Ukraińcy w 2017 roku wydali w Polsce prawie 8 mld zł

Z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2017 roku cudzoziemcy zostawili w Polsce aż 41,5 mld zł, o 6% więcej niż rok wcześniej. Najwięcej wydały osoby przekraczające granicę z Niemcami (16 mld zł) oraz Ukrainą (7,7 mld zł). Ukraińcy pozwalali sobie na wyższe wydatki podczas jednej wizyty – w sklepach i restauracjach zostawiali średnio 751 zł, podczas gdy Niemcy 461 zł. Eksperci Personnel Service wskazują, że otwarcie na ruch przygraniczny i wydłużenie okresu legalnej pracy dla obywateli Ukrainy w Polsce będzie miało pozytywny wpływ na PKB.     

W 2017 roku granicę Polski przekroczyło 171,6 mln cudzoziemców, co stanowi prawie 60% wszystkich przekroczeń granicy. Ich liczba w porównaniu do 2016 roku wzrosła o ok. 4%. Obcokrajowcy zostawiają też w Polsce coraz więcej pieniędzy. Jak wskazał GUS, najwyższe wydatki, biorąc pod uwagę lądową granicę, ponieśli cudzoziemcy przekraczający granicę z Niemcami, a następnie z Ukrainą. Jeżeli jednak spojrzymy na średnie wydatki ponoszone przez przedstawicieli poszczególnych państw podczas jednej wizyty w Polsce – rekordowe kwoty zostawili Ukraińcy.

Krzysztof Inglot - Work Service
Krzysztof Inglot – Work Service

W 2017 roku Ukraińcy przekroczyli polską granicę aż 21 mln razy. To nie powinno dziwić, zwłaszcza biorąc pod uwagę skalę imigracji zarobkowej do naszego kraju. Pamiętajmy jednak, że przyjeżdżają do nas nie tylko pracownicy, ale także odwiedzające ich rodziny czy znajomi – oni także zostawiają w Polsce niemałe pieniądze. Przeciętnie w sklepach wydają  751 zł, czyli o prawie 38 zł więcej, niż rok wcześniej. To sporo, biorąc pod uwagę, że średnie wynagrodzenie na Ukrainie wynosi niewiele więcej, bo ok. 1 tys. zł – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Cudzoziemcy jadą do Polski na zakupy

Obcokrajowcy, którzy przyjechali do Polski w 2017 roku jako główny cel wizyty deklarowali zakupy (66,1% odpowiedzi). W celach służbowych i zawodowych podróżowało 9% wszystkich cudzoziemców.

Największym zainteresowaniem obcokrajowców cieszyły się towary nieżywnościowe, na które wydali łącznie 24,4 mld zł (59% ogółu ich wydatków). Na żywność i napoje bezalkoholowe przeznaczyli 5,1 mld zł (12,3%), a na alkohol i wyroby tytoniowe łącznie 4,2 mld zł (10,0%). W porównaniu z 2016 r. wydatki cudzoziemców były wyższe – na towary nieżywnościowe o 5,8%, na żywność i napoje bezalkoholowe o 11,9%, a na napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe (razem) o 3,1% – podaje Główny Urząd Statystyczny. Co ciekawe, Ukraińcy wyróżniali się dużym udziałem w zakupach materiałów do budowy, remontu i konserwacji mieszkania lub domu oraz odzieży i obuwia.

Wzrost wydatków cudzoziemców, również Ukraińców, w Polsce oczywiście pozytywnie wpływa na naszą gospodarkę. Z punktu widzenia PKB najlepszym rozwiązaniem byłoby pozwolić Ukraińcom pracować i osiedlać się w Polsce na dłużej. Na razie mogą zostawać u nas tylko pół roku. Wydłużenie tego okresu do np. 3 lat dałoby pozytywny efekt nie tylko dla pracodawców, ale również gospodarki. Ukraińcy zaczęliby zarabiać i wydawać w Polsce, a nie tak jak do tej pory, gdzie sporą część wynagrodzenia wysyłają do ojczyzny. Trzy czwarte z nich zarabia w Polsce powyżej 2,5 tys. zł – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Skandynawowie chcą wprowadzić całkowity zakaz sprzedaży aut z silnikami benzynowymi i diesla

Regulacje w zakresie rejestracji aut z silnikami benzynowymi i wysokoprężnymi.

Norwegia jest liderem europejskich rankingów z największą liczbą sprzedaży samochodów elektrycznych.[1] Kraj jako jeden z pierwszych zapowiedział zakaz sprzedaży aut z silnikami benzynowymi i diesla. Celem rządu jest rejestracja od 2025 roku wyłącznie aut z silnikami z zerową emisją spalin. W Danii sektor transportu jest obecnie odpowiedzialny za jedną czwartą emisji dwutlenku węgla. Duński rząd, który będzie dążył do zakazu sprzedaży samochodów napędzanych paliwem do 2030 roku. Jednocześnie premier Lars Løkke Rasmussen wyraził nadzieję, że do 2030 r. będzie w Danii milion samochodów elektrycznych lub hybrydowych.[2]

Podobne działania zapowiedział islandzki rząd ogłaszając nowy plan działania dotyczący środowiska, który zakłada zaprzestanie wykorzystywania wszystkich paliw kopalnych przed rokiem 2050. Od 2030 roku zostanie zakazane rejestrowanie pojazdów z silnikami wysokoprężnymi i benzynowymi. Jedynym wyjątkiem będzie rejestracja aut na oddalonych obszarach kraju, w których trudno byłoby korzystać z pojazdów innych niż pojazdy napędzane benzyną lub olejem napędowym. Dzięki nowym przepisom nastąpi zmniejszenie emisji CO² pochodzącego z islandzkich dróg o połowę w roku 2030.[3]

Zrównoważony rozwój – model nordycki

Jednym z wyznaczników ekologicznych działań państw jest miejsce jakie zajmują w raportach nt. zrównoważonego rozwoju. W trzeciej edycji raportu z 2018 roku opisującego coroczne postępy w osiąganiu zrównoważonego rozwoju przygotowanego przez Bertelsmann Stiftung i Sustainable Development Solutions Network (SDSN) Szwecja, Dania, Finlandia i Norwegia plasują się w pierwszej dziesiątce. Szwecja zajmuje pierwsze miejsce w rankingu, a Dania i Finlandia odpowiednio drugie i trzecie miejsce, zaś Norwegia plasuje się na 6. pozycji)[4]. Jak wynika z Raportu SDG „Globalne obowiązki – realizacja celów” 2018 opisującego coroczne postępy w osiąganiu zrównoważonego rozwoju kraje skandynawskie są obecnie na najlepszej drodze do osiągnięcia celów zrównoważonego rozwoju przed rokiem 2030. Warto przypomnieć, że dokument określający cele zrównoważonego rozwoju został przyjęty przez wszystkie 193 państwa członkowskie ONZ Rezolucją Zgromadzenia Ogólnego 25 września 2015 roku w Nowym Jorku. Niemcy i Francja to jedyne kraje grupy G7, które znalazły się w pierwszej dziesiątce rankingu. Stany Zjednoczone zajmują 35. pozycję, podczas gdy Chiny i Rosja zajmują odpowiednio 54. i 63. miejsce.

[1] EV-Volumes

[2] thelocal.dk

[3] icelandmonitor.mbl.is

[4] nordsip.com

III próg podatkowy i likwidacja podatku liniowego w działalności gospodarczej

W dniu 23 października 2018 roku Sejm RP przegłosował rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy – Ordynacja podatkowa oraz niektórych innych ustaw (druk nr 2860) oraz rządowy projekt ustawy o Solidarnościowym Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych (druk nr 2848).

Oba projekty były przedmiotem gruntownej krytyki wielu uczestników przeprowadzonych konsultacji społecznych, w tym również ZPP. Pierwszy z nich zakłada bowiem wprowadzenie do polskiego systemu podatkowego szeregu zmian o charakterze bardzo istotnym dla podmiotów gospodarczych, odnoszących się m.in. do kwestii raportowania o schematach podatkowych, czy też zmian dotyczących klauzuli obejścia prawa podatkowego. Są to działania, które w zamierzeniu ustawodawcy mają uszczelnić system i doprowadzić do zwiększenia dochodów budżetowych, w praktyce jednak mogą być dla podatników niebezpieczne. Ponadto, w ramach projektu, ustawodawca wprowadza tzw. exit tax, zgodnie z którym opodatkowane miałyby zostać dochody z niezrealizowanych zysków. Oznacza to de facto opodatkowanie przeniesienia składnika majątku poza terytorium Polski, w wyniku którego Rzeczpospolita traci w całości albo w części prawo do opodatkowania dochodów ze zbycia tego składnika, a także zmiana rezydencji podatkowej, w wyniku której Polska traci w całości albo w części prawo do opodatkowania dochodów ze zbycia składnika majątku będącego własnością podatnika, w związku z przeniesieniem jego miejsca zamieszkania do innego państwa.

Jest to rozwiązanie wynikające poniekąd z dyrektywy ATAD – jednak polski ustawodawca zdecydował się implementować przepisy w sposób zaostrzony względem minimalnych wymagań ustanowionych w dyrektywie, obejmując podatkiem również osoby fizyczne nieprowadzące działalności gospodarczej.

Warto zaznaczyć, że przyjęty projekt został wyodrębniony z projektu większego, który był uprzednio przedmiotem konsultacji społecznych i zawierał szereg innych rozwiązań, obejmujących m.in. preferencyjne

opodatkowanie dochodów z praw własności intelektualnej, czy też zmianę zasad podatkowego rozliczania kosztów rat leasingowych. W toku konsultacji społecznych, ZPP złożył krytyczne stanowisko do projektu zwracając uwagę na część niekorzystnych rozwiązań, a także poddając krytyce fakt, że dyrektywę ATAD polski ustawodawca zdecydował się implementować w pośpiechu czyniącym proces konsultacji w zasadzie iluzorycznym (zaledwie dwa tygodnie na zgłoszenie uwag do bardzo obszernego projektu, przy jednoczesnym konsultowaniu nowej Ordynacji podatkowej), mimo że czas na transpozycję mija dopiero z końcem 2019 roku. Nasze stanowisko w powyższym zakresie pozostaje niezmienne – wyrażamy stanowczy sprzeciw wobec wprowadzania nowych rozwiązań podatkowych, tak głęboko ingerujących w interesy podatników, w tak krótkim czasie, bez uwzględnienia uwag złożonych w toku konsultacji społecznych, a także bez dogłębnej analizy i dyskusji nad orzecznictwem TSUE odnoszącym się do koncepcji exit tax oraz jego wpływem na ostateczny kształt polskiej regulacji.

Podczas tej samej sesji plenarnej uchwalono ponadto również drugi projekt ustawy – o Solidarnościowym Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych. Fundusz ten miałby być finansowany ze składek obciążających wynagrodzenia pracowników oraz nowego podatku o stawce 4 proc., którego podatnikami będą osoby osiągające roczne dochody na poziomie miliona złotych. Warte zauważenia, że wysokość wspomnianej składki nie została w ustawie podana – ma być na bieżąco określana w ustawie budżetowej. W rzeczywistości zatem, polski ustawodawca, pod pretekstem stworzenia Funduszu (w dużej mierze pokrywającego się kompetencyjnie z już istniejącym PFRON), zdecydował się na zwiększenie pozapłacowych kosztów pracy (co gorsza – w wysokości nie określonej na stałe w ustawie), a także likwidację liniowego podatku dochodowego od działalności gospodarczej i wprowadzenie do skali podatkowej trzeciego progu w wysokości miliona złotych. ZPP już kilkukrotnie zdecydowanie krytykował ten pomysł, wskazując na jego antyrozwojowy charakter, a także niebezpieczeństwo wprowadzenia dalej idących zmian w przyszłości, zmierzających w kierunku stworzenia w Polsce progresywnego systemu opodatkowania dochodów.

Reasumując, 23 października polski Sejm uchwalił dwa projekty ustaw wprowadzające istotne, niekorzystne dla podatników zmiany. Jak wynika z informacji dotyczącej głosowań, niestety niewielu posłów sprzeciwiło się tym inicjatywom, co pozostawiamy do rozwagi w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych.

Paszport na sprzedaż. „Najlepsze” obywatelstwa ekonomiczne

Obywatelstwo ekonomiczne, które w uproszczeniu można nazwać obywatelstwem za pieniądze, to według „The Economist” (27.09.2018 r. Genewa) wielki biznes i łatwe pieniądze dla małych krajów, ale też potencjalna szansa dla kryminalistów. Były premier Tajlandii Thaksin Shinawatra, pozbawiony władzy w wyniku zamachu stanu w 2006 r., zapytany o to, jak został obywatelem Montenegro odpowiedział „kupiłem wyspę”. Wypowiedź tę można potraktować w kategorii żartu, ale w istocie nim nie jest. Obywatelstwo można kupić, ale to nie wyjaśnia fenomenu zjawiska. Przyjrzyjmy się mu zatem z bliska.

Istota obywatelstwa ekonomicznego

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Obywatelstwo w zamian za poczynione inwestycje nie jest procederem nowym, gdyż liczy sobie już ponad 30 lat. Do jego prekursorów zaliczane jest Królestwo Tonga na południowym Pacyfiku, które w 1983 r. zaczęło sprzedawać paszporty za kilka tysięcy dolarów, ograniczając formalności do kilku zdawkowych pytań. Dziś sektor CRBI (ang. Citizenship and Residence by Investment) wzoruje się na ustawie przyjętej w 1984 r. w małej federacji Saint Kitts i Nevis na Morzu Karaibskim, oferującej obywatelstwo obcokrajowcom, którzy dokonali „znacznych” inwestycji. Obecnie jej populacja wynosi około 50 tys. mieszkańców, z których połowa z paszportami federacji żyje poza granicami.

Jeszcze ważniejsze dla branży było to, że w 1986 r. Kanada wprowadziła program pobytu w zamian za inwestycje. Okazało się to niezwykle atrakcyjne dla mieszkańców Hongkongu, zaniepokojonych zbliżającym się przekazaniem ich prowincji we władanie Chinom w 1997 r. Wprawdzie Kanada w 2014 r. wycofała się z programu, ale nadal jest on oferowany w prowincji Quebec.

W ślad za Kanadą poszły inne kraje, w tym Stany Zjednoczone, które w 1990 r. wprowadziły wizy EB-5, wymagające inwestycji w wysokości co najmniej 1 mln USD lub 500 000 USD w „ukierunkowanym” obszarze wysokiego bezrobocia.

Liczba „migrantów inwestycyjnych” nadal rośnie. Każdego roku tysiące paszportów jest kupowanych i sprzedawanych głównie przez ludzi bardzo bogatych. Liczba nabytych na rynku pozwoleń na pobyt dochodzi do setek tysięcy. Rozwijająca się branża – konsultanci, prawnicy, bankierzy, księgowi i pośrednicy w obrocie nieruchomościami – zajmuje się doradzaniem inwestorom niezadowolonym z ograniczeń wynikających z ich obecnego obywatelstwa.

Całkowity rozmiar działalności CRBI jest nieznany. Rada Migracji Inwestycyjnej (IMC) – grupa lobbingowa – szacuje, że rocznie w ten sposób nabywa obywatelstwo 5000 osób, inwestując około 3 mld USD. Znacznie wyższe liczby wiążą się z „pobytem”. Na przykład same USA wydają rocznie około 1000 wiz EB-5.

Popyt na długoterminowe wizy i paszporty rośnie, a więc coraz więcej krajów podnosi swoją atrakcyjność. Około 100 państw oferuje program „pobyt za inwestycje”. Kilkanaście państw proponuje obywatelstwo w tym pięć karaibskich państw wyspiarskich, Vanuatu, Jordania oraz – w obrębie UE – Austria, Cypr i Malta.

Ostatnim uczestnikiem tego rynku stała się Mołdawia, która w lipcu 2018 r. podpisała umowę z konsorcjum projektującym program „obywatelstwo za inwestycje”, oraz Czarnogóra, która w tym samym miesiącu ogłosiła, że w październiku 2018 r. uruchomi własny program.

Obywatelstwo ekonomiczne jest dedykowane dla osób, które pilnie potrzebują innego paszportu, czy to z powodów podatkowych, biznesowych czy podróży. Pobyt w zamian za inwestycje to nie to samo, co inwestowanie w obywatelstwo. Złote programy wizowe takie jak w Portugalii i Grecji ostatecznie przyniosą drugi paszport, ale zajmie to co najmniej sześć lat. Inne kraje jak np. Panama oferują wizę Friendly Nations, która wprawdzie ułatwi warunki pobytu, ale wymaga lat na naturalizację i nie ma 100% gwarancji jej powodzenia.

Obywatelstwo kontrowersyjne?

Nad branżą ciążą jednak ciemne chmury. Podejrzewa się, że jest nadmiernie skomercjalizowana, a uzyskiwanie praw i przywilejów, które patrioci w danym kraju uważają za święte i nie na sprzedaż, ułatwiają życie oszustom i terrorystom. Kwestia ta jest szczególnie „delikatna” w przypadku Unii Europejskiej. Dotyka wszak jednej z najbardziej „krajowych” kompetencji, ale ma konsekwencje ogólnounijne. Paszport członka UE jest również paszportem całej Unii – wiza „Schengen” zapewnia dostęp do 22 członków UE i czterech innych krajów.

W czasach, gdy imigracja jest kontrowersyjna, zwłaszcza ostatnio w Europie, idea nabywania prawa pobytu, a nawet obywatelstwa za gotówkę, wzbudza niesmak. Nie zmienia tego fakt, iż liczby te są nieznaczne w porównaniu z całkowitymi przepływami migracyjnymi. Dla przykładu w 2016 r. 863000 obywateli spoza UE otrzymało jej obywatelstwo; co roku Ameryka naturalizuje 700000-750000 osób. Jednak migranci inwestycyjni ucieleśniają wolności dostępne dla nielicznych beneficjentów globalizacji. Budzą więc oczywisty sprzeciw. Theresa May, premier Wielkiej Brytanii, określiła tę grupę ludzi mianem „obywateli znikąd”.

Fakt, że niektórzy z nabywców paszportów są oszustami, czyni biznes jeszcze bardziej niepopularnym. „Umożliwienie oszustom i przestępcom kupowanie rezydentury to skandal” – napisano w „Times of London” w czerwcu 2018 r. Wprawdzie nigdzie nie jest tak swobodnie, jak niegdyś w Królestwie Tonga, ale podejrzenia, że jest to biznes, w którym pieniądze pomagają ludziom podstępnym, są bardzo żywe.

Zarówno UE, jak i OECD, kluby bogatych krajów, spoglądają podejrzliwie na systemy CRBI. Jeszcze w tym roku Komisja Europejska opublikuje raport na temat programów, które są oferowane przez członków UE. Branża obawia się najgorszego. W sierpniu Vera Jourovej, komisarz ds. sprawiedliwości, powiedziała niemieckiemu dziennikowi „Die Welt”, że Komisja jest „bardzo zaniepokojona” i nie życzy sobie „żadnych koni trojańskich w UE”.

OECD natomiast obawia się, że programy CRBI można wykorzystać do niweczenia wysiłków na rzecz walki z oszustwami podatkowymi i praniem brudnych pieniędzy. Osoba unikająca opodatkowania może to uczynić, przyjmując obywatelstwo lub miejsce zamieszkania w drugim kraju, a otwierając rachunek bankowy w trzecim.

Przedstawiciele branży CRBI postrzegają trend obywatelstwa ekonomicznego jako pożądany i nieunikniony. Używa się tu kilkupoziomowej argumentacji. Po pierwsze wskazuje się na korzyści ekonomiczne dla krajów prowadzących takie programy. Mówi się o nich jak o dobrodziejstwie zwłaszcza dla małych krajów, o ograniczonych możliwościach przemysłowych, które chcą ożywić swoje gospodarki. Często przywoływanym przykładem jest Dominika zdewastowana pod koniec 2017 r. przez huragan Maria, a dwa lata wcześniej spustoszona przez huragan Erika. MFW oblicza, iż dochody z CRBI w tym kraju to 10% PKB. Jako sukces prezentowana jest również Malta, gdzie branża migracyjno-inwestycyjna ma dobre wyniki gospodarcze.

Drugim argumentem jest korzyść dla samych migrantów. Wielu klientów CRBI po prostu chce ułatwień w poruszaniu się, a te oferują niektóre paszporty. Branża przedstawia się jako obrońca liberalizmu i globalizacji w czasie, gdy są to wartości zagrożone.

Wreszcie trzeci aspekt dotyczy tych, którzy potrzebują paszportów lub praw pobytu z mniej czystych pobudek: unikania podatków lub policji, prania nieuczciwych pieniędzy lub – co najgorsze – do angażowania się w terroryzm. Aby przeciwstawić się przekonaniu, że są to pożądani klienci, w czasie forum IMC w Genewie delegaci mówili o należytej staranności w stosowaniu zasady „poznaj swojego klienta”. Jonathan Cardona, dyrektor programu CRBI ukierunkowanego na Maltę, stwierdził, że zaaprobował ponad 900 paszportów w ciągu czterech lat, ale odrzucił 22% wnioskodawców, głównie z powodu „braku jasności” co do źródła ich bogactwa. Wysoki odsetek ma sugerować, że sito kontrolne jest niezwykle gęste.

 „Najlepsze” obywatelstwa ekonomiczne – próba rankingu

Co czyni obywatelstwo najlepszym? Wiele osób uważa, że jakość paszportu określa liczba krajów, które paszport pozwala odwiedzić. Eksperci branży CRBI twierdzą jednak, że paszport nie jest definiowany wyłącznie przez pryzmat jego przywilejów podróżniczych. Gdyby tak było, to Stany Zjednoczone znalazłyby się wśród najlepszych obywatelstw na świecie i nikt nie chciałby się go wyrzekać. W rzeczywistości bycie obywatelem USA z ogromnym obciążeniem podatkowym jest niekiedy gorsze niż bycie obywatelem Saint Lucia i Czarnogóry, który od czasu do czasu potrzebuje wizy, ale ma znacznie większą swobodę osobistą i finansową.

Programy CRBI, jak zaznaczono, wdraża około 100 krajów, a kilkanaście wprost sprzedaje obywatelstwo, więc nie sposób przyjrzeć się wszystkim. Warto natomiast zwrócić uwagę na te z największymi tradycjami i najbardziej przyciągające klientów.

Cypr proponuje obecnie najdroższe obywatelstwo, szybki czas jego uzyskania, ale też perspektywy zwiększonej biurokracji. Do niedawna czas oczekiwania na naturalizację wynosił 57 dni, ale w związku z perturbacjami w UE proces ten się wydłużył. Obywatelstwo można uzyskać, inwestując 2 mln EUR w nieruchomości, obligacje rządowe, lokaty bankowe w banku na Cyprze lub inwestując w nową spółkę (kwota ta została zmniejszona pod koniec 2016 r.). Walorem Cypru jest to, iż można inwestować, a nie bezzwrotnie darować. Jednak warunkiem uzyskania obywatelstwa jest utrzymywanie domu na Cyprze na sumę 0,5 mln EUR. Dzięki inwestycjom „paszportowym” rozwija się wiele miast, w tym Limassol określany mianem „Moskwy nad Morzem Śródziemnym”. Niewątpliwy minus – Cypr nie jest częścią strefy Schengen, a jego paszport nie otwiera drzwi do Stanów Zjednoczonych.

Uzyskanie obywatelstwa Malty jest możliwe stosunkowo szybko, bo w ciągu 15 miesięcy, ale trzeba zapłacić około 1 mln EUR. W przeciwieństwie do rezydentury, która jest prostszym procesem, obywatelstwo maltańskie jest nieco bardziej skomplikowane, częściowo z powodu niejasnej polityki rządu. Malta oferuje program inwestycyjny, który pozwala na dostęp zarówno do Unii Europejskiej, jak i strefy Schengen bez granic. Paszport maltański jest jedynym, który oferuje bezwizowy dostęp do wszystkich sześciu dużych krajów anglojęzycznych, w tym do Stanów Zjednoczonych.

W przeciwieństwie do Cypru Malta wymaga darowizny dla rządu, która wynosi 650 000 EUR dla głównego wnioskodawcy plus 25 000 EUR dla małżonka i każdego małoletniego dziecka. Dorosłe dzieci w wieku do 25 lat i pozostające na utrzymaniu rodziców mogą zostać dodane za dodatkową opłatą 50 000 EUR na osobę. Oprócz darowizny należy także zainwestować 150 000 EUR w maltańskie obligacje rządowe lub od czasu do czasu maltańskie akcje na okres pięciu lat. Ponadto istnieje obowiązek kupna domu na głównej wyspie za 350 000 EUR lub więcej, ewentualnie wynajęcia lub pięcioletniej dzierżawy za co najmniej 16 000 EUR rocznie.

W Saint Kitts i Nevis można inwestować lub przekazywać pieniądze rządowi, ale mamy pewność, że pieniądze ułatwią proces uzyskania obywatelstwa. Państwo prowadzi oryginalny program paszportów ekonomicznych od 1984 r., a inne programy karaibskie są jego kopią. Wymagania zawsze były proste: można przekazać pieniądze na rządowy fundusz rozwoju lub nabyć „zatwierdzone” nieruchomości. Darowizna stanowi zazwyczaj lepszą opcję, ponieważ nieruchomość jest znacznie droższa. Obecnie darowizna zaczyna się od 150 000 USD.

Inwestycja w nieruchomości wynosi 200 000 USD i więcej. Można ją odsprzedać za kilka lat, ale prawdopodobnie nie otrzyma się pełnego zwrotu pieniędzy. Opcja nieruchomości wiąże się z dodatkowymi opłatami rządowymi. Atutem Saint Kitts jest szybki czas uzyskania paszportu, bo około 45 dni, jeśli ma się uzasadniony powód, a od niedawna oferuje się bezwizowe wjazdy do Rosji. Państwo straciło swój paszportowy blask, kiedy w 2014 r. utraciło prawo bezwizowego wjazdu do Kanady.

Paszport Dominiki wyróżnia się jakością, ale i ceną. Obecnie jego wartość to 100 000 USD. Tańsze wydaje się tylko Belize. Przywileje paszportowe są podobne do tych z Saint Kitts i Nevis, z wyjątkiem prawa bezwizowego wjazdu do Rosji. Dominika wymaga od obywateli ekonomicznych podstawowej znajomości angielskiego. Podlega ona kontroli.

Najbardziej interesującymi atutami Grenady jest bezwizowy dostęp do Rosji i Chin, a także to, że jako jedyne karaibskie państwo posiada program paszportowy, który jest częścią amerykańskiego programu traktatowego E-2. Zasadniczo oferuje uproszczoną procedurę do pobytu w USA dla właścicieli firm, co czyni ją jeszcze bardziej atrakcyjną. Grenada w zamian za obywatelstwo proponuje darowiznę w wysokości 150 000 USD dla jednej osoby lub 200 000 USD dla pary małżeńskiej. Można także kupić zatwierdzone nieruchomości o wartości 350 000 USD.

Saint Lucia oferuje najnowszy program obywatelski na Karaibach. Obecnie darowizna za obywatelstwo wynosi 100 000 USD – tyle samo co na Dominice. Saint Lucia pozwala również inwestować w nieruchomości lub rozpocząć działalność gospodarczą. Oferuje też świadczenia dla rodzin – darowizny i opłaty uwzględniają włączenie do wniosku rodziców zależnych. W przypadku kupna nieruchomości wymagana jest wartość 300 000 USD. Przy opcji inwestycji biznesowych wymaga się 3,5 mln USD i utworzenia trzech miejsc pracy.

W styczniu 2017 r. Turcja wprowadziła program obywatelstwa gospodarczego w celu wsparcia kulejącej gospodarki. Nieco wcześniej turecka lira pogrążyła się w stosunku do dolara amerykańskiego, a akty terroryzmu spowodowały, że sprzedaż nieruchomości w Stambule spadła do najniższego poziomu. Chcąc ponownie przyciągnąć inwestorów, turecki rząd postanowił zaoferować obywatelstwo milionom inwestorów.

Oferta była prosta: inwestycja miliona dolarów w nieruchomości i uzyskanie obywatelstwa. Jedynym zastrzeżeniem było ograniczenie tytułu własności zmuszające nabywcę do posiadania nieruchomości przez trzy lata. W niektórych przypadkach możliwe było uniknięcie podatku VAT przy zakupie nieruchomości, co zmniejszało koszty.

Inne opcje przewidywały inwestycje kapitałowe w wysokości 2 mln USD lub po prostu zdeponowanie 3 mln USD w tureckim banku albo zatrudnienie 100 pracowników. Każda z tych inwestycji powinna trwać co najmniej przez trzy lata.

W związku z tym, że lira turecka wciąż jest słaba, a stopy procentowe wysokie, rząd zgodził się w 2018 r. na radykalne obniżenie ceny nieruchomości w zamian za obywatelstwo do 300000 USD, co czyni ofertę konkurencyjną. Początkowo program był skierowany do bogatych Arabów, ale obniżka kosztów inwestycji przyciągnie i inne osoby.

Wnioski

Trudno na podstawie pobieżnego przeglądu wskazać najlepszy program obywatelstwa ekonomicznego. Wszystko zależy od oczekiwań klienta i jego możliwości. Dla tych, których „goni” czas, dobrym rozwiązaniem może być Malta, Dominika i St. Lucia. Dla tych, którzy nie ścigają się z nim – atrakcyjne mogą okazać się inne lokalizacje. Jeśli chce się mieć prawie 100% gwarancji uzyskania obywatelstwa w ciągu 4-12 miesięcy, powyższe programy są interesujące. Kluczem do uzyskania drugiego paszportu jest pewność legalizmu, a więc ważne jest unikanie oszustw i opłacania skorumpowanych urzędników.

Dobry program musi spełnić kilka kryteriów. Po pierwsze musi być stosunkowo szybki. Malta jest jedynym programem na tej liście, który zajmuje więcej niż kilka miesięcy. Po drugie musi być towarem. Oznacza to, że każdy może wziąć udział w paszportowej „konkurencji”. Chodzi też o to, aby nie był podatny na polityczne kaprysy. Po trzecie program powinien być dobrze zorganizowany. Oznacza to stałe kwoty inwestycji i wyraźną ścieżkę do obywatelstwa. Programy CBI działają niemal jak biznes – każdy kraj, który oferuje mętną ścieżkę do drugiego paszportu, winien być brany pod lupę i zaliczany do innej kategorii. Wreszcie program musi być legalny, czyli zgodny z prawem kraju oferującego i prawem międzynarodowym.

Autor:radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski.

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ryzyka w światowej gospodarce nadal narastają

W tym tygodniu głównym wydarzeniem na polu europejskiej polityki pieniężnej było posiedzenie EBC. Sytuacja jest w jej przypadku dość skomplikowana. Z jednej strony, EBC widzi wzrost presji inflacyjnej, co skłania jej członków do zakończenia programu QE pod koniec tego roku. Z drugiej strony, nie można nie zauważyć cały czas narastającego ryzyka.

Pomimo opinii Mario Draghiego, że zagrożenia dla ogólnego wzrostu gospodarczego strefy euro są zrównoważone, nerwowość wciąż rośnie. Powodami są np. niezbyt udane negocjacje w sprawie Brexitu, planowany deficyt budżetu Włoch, czy też rosnące obawy związane z wojną handlową między Chinami i USA. Ponadto, niektóre duże gospodarki, takie jak niemiecka czy chińska, zwalniają.

Wskaźniki wyprzedzające w strefie euro wskazują na znaczne spowolnienie wzrostu gospodarczego. Spośród możliwych opcji aktualnie najbardziej prawdopodobne jest, że program QE naprawdę zostanie ukończony w tym roku. Decyzja o tym czy w przyszłym roku nastąpi podniesienie stóp procentowych, zostanie podjęta na podstawie rozwoju makroekonomicznego.

W każdym razie, na rynkach panuje nerwowość i istnieje ryzyko, że kursy walut mogą być bardziej zmienne w najbliższej przyszłości. Na wyżej wymienione zagrożenia reaguje również polski złoty.

W tym tygodniu się osłabił, w piątek rano jego wartość była na poziomie 4,31 EUR/PLN. Kurs eurodolara w tym czasie wynosił 1,14 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Wyniki Grupy Netia za III kw. 2018 r.