2021 rokiem magazynów, ale i wyzwań dla logistyki e-commerce

Miniony rok był prawdopodobnie najlepszym dla rozwoju sektora magazynowego, a całkowita podaż powierzchni magazynowych – według różnych szacunków – przekroczyła już 20 milionów metrów kwadratowych. To dobry czas dla deweloperów, ale i duże wyzwanie dla branży TSL.

Choć w ubiegłym roku przez wszystkie przypadki odmieniano słowa „pandemia” i „lockdown”, to w nie mniejszym stopniu 2020 rok przyniósł ogromne przyspieszenie tempa rozwoju e-commerce. To właśnie e-handel zdominował dyskurs w branży TSL. Lockdown wymusił na nas pozostanie w domach i zmianę wielu nawyków. Tak, jak z konieczności przeszliśmy na pracę zdalną i opanowaliśmy narzędzia niezbędne do edukacji online, tak błyskawicznie przekonaliśmy się do zakupów przez internet. To oczywiście nie nowość, ale tak dynamicznego wzrostu popytu branża dotychczas nie odnotowała. Tam zaś, gdzie popyt, tam pojawia się konieczność walki o klienta i przyciągnięcia jego uwagi. W obliczu rozwoju e-commerce staliśmy się bardziej wymagający. Zaczęliśmy oczekiwać błyskawicznych dostaw, informacji o dostępności produktów, ale i przestaliśmy mieć opory związane z zamawianiem produktów i odsyłaniem ich dużych partii. Rynek błyskawicznie na to zareagował. Wiele firm nie miało możliwości dotarcia do klienta przez inne kanały, więc musiało odpowiedzieć na potrzeby konsumentów, jak i dotrzymywać kroku czujnej konkurencji.

Nowe magazyny, czyli impuls

Z danych firmy doradczej Axi Immo wynika, że już w trzecim kwartale 2020 roku udało się przekroczyć granicę 20 milionów metrów kwadratowych powierzchni magazynowych w Polsce, a po stronie popytu odnotowano jeden z najlepszych wyników w historii. Tylko w okresie od lipca do września wynajęto 1,22 mln metrów kwadratowych dostępnych w Polsce powierzchni magazynowych[1]. Wniosek jest prosty – to był kapitalny rok dla magazynów. Spora w tym zasługa zarówno wspomnianego sektora e-commerce, ale także całej branży FMCG, której pandemia w ogóle nie osłabiła i która w ogóle nie odczuła skutków lockdownu. To, co zwraca naszą uwagę, to rozwój SBU, czyli niewielkich podmiejskich inwestycji magazynowych. Dla e-commerce i firm kurierskich, ale i FMCG takie magazyny to dobra wiadomość, bo oznaczają skrócenie łańcuchów dostaw, szybszy i sprawniejszy transport – a w warunkach wysokiej konkurencyjności jest to szczególnie pożądane.

Wyzwania – automatyzacja i logistyka ostatniej mili

Nowe powierzchnie magazynowe to wielka szansa dla TSL, ale nie można zapominać o wyzwaniach i zobowiązaniach branży. Istotnym aspektem skrócenia łańcuchów dostaw jest nie tyle zmniejszenie fizycznego dystansu pomiędzy kolejnymi jego ogniwami, ale usprawnienie wzajemnego przepływu informacji pomiędzy nimi. Ogromna w tym rola nowych technologii, zwłaszcza sztucznej inteligencji, która może wspierać automatyzację magazynu, a tym samym – zwiększyć efektywność procesów, oszczędzić więcej miejsca czy zmniejszyć koszty transportu bliskiego i energii elektrycznej. Doskonałym tego przykładem jest nierozwiązana jeszcze kwestia logistyki ostatniego kilometra. Nowe magazyny w dodatkowych lokalizacjach „bliżej” klienta mogą skrócić dystans i czas dostawy, ale tylko w sytuacji, gdy są wspierane przez analitykę big data i staranne planowanie logistyczne już na etapie wprowadzania produktów „na magazyn”.

Podsumowując – rozwój sektora magazynowego powinien nieść za sobą nie tylko ilość, ale i jakość. Potrzebujemy więcej magazynów, ale takich, które są inteligentne i nowoczesne. To poważne wyzwanie dla branży TSL, zwłaszcza logistyków, którzy powinni dostrzec potencjał nowych technologii i SI.

Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics

[1] AXI IMMO Raport – Polski rynek magazynowy III kw. 2020 r. – AXI IMMO

„Silna turystyka to zachodniopomorska racja stanu” – Północna Izba Gospodarcza nie zgadza się na różnicowanie przedsiębiorców i brak wsparcia dla Pomorza Zachodniego

Turystyka jest mocno dotknięta gospodarczymi konsekwencjami pandemii koronawirusa. Pas nadmorski w sezonie zimowym zapełniał się turystami z Niemiec oraz zwolennikami weekendowego wypoczynku. Obecnie największe kurorty są opustoszałe, a przedsiębiorców martwi brak rezerwacji nawet na miesiące wiosenne.  Niemiecki lockdown również nie ułatwia sytuacji. Wszyscy zgodnie twierdzą, że ludzie obawiają się planować wypoczynku wielkanocnego czy majówkowego, bo nie wiadomo czy pandemia do tego czasu odpuści. Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie ponawia apel o wsparcie celowe dla zachodniopomorskiej turystyki. Przy okazji demaskujemy pewną manipulację, którą Rząd tłumaczył, dlaczego gminy górskie zimą powinny otrzymać wsparcie, a nadmorskie już nie. – Turystyka zachodniopomorska to nie jest już tylko słońce, morze i plaża, a tętniący życiem cały rok organizm. Nie możemy mówić, że latem modne jest morze, a zimą góry i tak sezonowo rozdzielane będzie wsparcie. Przecież latem turystów w górach również nie brakuje. Jesteśmy przeciwni różnicowaniu przedsiębiorców. Silna turystyka to zachodniopomorska racja stanu – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Zestawiono cztery województwa przeciwko dwóm i nie doliczono turystów z zagranicy. Pomorze Zachodniopomorskie poszkodowane w wyliczeniach ministerialnych

Jako Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie bardzo aktywnie włączamy się walkę o branżę turystyczną. Przygotowaliśmy co najmniej kilkanaście apeli i pism o wsparcie do przedstawicieli rządu i organów rządowych. Opracowaliśmy wspólnie projekt Tarczy Antykryzysowej dedykowanej branży turystycznej i okołoturystycznej, zawierający cały szereg rozwiązań prawnych, administracyjnych i finansowych.

– W odpowiedzi uzyskanej z Departamentu Turystyki Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii, ku naszemu zdumieniu, otrzymaliśmy informację, iż „Wsparcie przewidziane uchwałą oparto o analizę ruchu turystycznego za I kwartał z lat 2018-2020. Na jej podstawie można stwierdzić, że w okresie zimowym krajowy ruch turystyczny koncertuje się w województwach, na terenie których znajdują się gminy górskie (województwa Dolnośląskie, Małopolskie, Podkarpackie i Śląskie). Średnie dane z I kwartału w ostatnich 3 latach pozwalają oszacować wielkość krajowego ruchu turystycznego na terenie tych czterech województw w sumie na poziomie około 3,8 mln, co stanowi około 40% ruchu na terenie całego kraju w tym okresie każdego roku. W tym samym okresie na terenie dwóch województw nadmorskich, tj. Pomorskiego i Zachodniopomorskiego, odnotowywano około 1,4 mln krajowych podróży turystycznych, co stanowiło około 15% ruchu krajowego mieszkańców Polski.” – mówi dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie dr Piotr Wolny. Statystyki wyraźnie pokazują, że dysproporcje między turystyką górską i morską wynoszą 36% (województwa Dolnośląskie, Małopolskie, Podkarpackie i Śląskie) do 20% ruchu turystycznego w regionach nadmorskich.

– Powyższa metodologia zawiera jednak istotne wady, które wpływają na ogólny błąd we wskazanych wyliczeniach. A mianowicie zestawiono cztery województwa naprzeciwko dwóm województwom. Po drugie nie uwzględniono turystów zagranicznych, a przecież turyści z Niemiec czy Skandynawii tłumnie odwiedzają nasze kurorty bez względu na porę roku. Naszym zdaniem dokonano manipulacji, która miała uzasadnić nierównomierne wsparcie przedsiębiorców działających w branży turystycznej – dodaje dr Piotr Wolny.

Prezes Hanna Mojsiuk apeluje: „Panie Premierze, zapraszamy nad morze!”

Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk wzięła udział w posiedzeniu komisji  gospodarki, infrastruktury i ochrony środowiska zachodniopomorskiego sejmiku. – Skala strat o których informowali samorządowcy i przedsiębiorcy obecny podczas komisji była ogromna i nie mogła pozostawić nas obojętnymi. To czas na działanie i aktywny lobbing w obronie turystyki.  W związku z powyższym apelujemy wspólnie z samorządowcami, parlamentarzystami i przedsiębiorcami o uruchomienie podobnego programu wsparcia w proporcjonalnym udziale finansowym do prawdziwych danych o ruchu turystycznym. Przedsiębiorcy znad morza to nie tylko hotelarze, ale i gastronomia, rybacy, osoby zajmujące się sprzedażą pamiątek. Małe firmy, które nie mają biznesowych alternatyw, a są regularnymi płatnikami do budżetu. Zdarzają się sytuacje, że po prostu nie mają za co nakarmić swoich rodzin – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej.

– Apelujemy do Premiera RP o uwzględnienie pasa nadmorskiego w uruchamianym dla Południa Polski specjalnym programie pomocowym dla samorządów, które utraciły dochody związane z zamrożeniem turystyki, mamy pełną świadomość jak takie wsparcie mogłoby pomóc lokalnym gminom i przedsiębiorcom przetrwać ten trudny czas – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk. – Będziemy głośno upominać się o zachodniopomorską turystykę. Panie Premierze, prosimy żeby przyjechać nad morze, przejść się pustymi alejami spacerowymi, porozmawiać z przedsiębiorcami. Turystyka to nie tylko góry. Wsparcie powinno dotrzeć do wszystkich, którzy są gospodarczymi ofiarami koronawiursa – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk.

Nowe szczyty na rynkach amerykańskich w tle inauguracji nowego prezydenta

Z pewnością najczęściej komentowanym wydarzeniem zarówno dla giełdy, jak i polityki w minionym tygodniu było zaprzysiężenie nowego prezydenta USA, Joe Bidena, które odbyło się w środę 20 stycznia. Tydzień rozpoczął się spokojnie, ponieważ w poniedziałek Amerykanie obchodzili Dzień M. Lutera Kinga i giełdy w USA były zamknięte. Od wtorku jednak rozpoczęły się wzrosty na amerykańskim rynku i we środę indeksy: Nasdaq, S&P 500 oraz Dow Jones poprawiły historyczne rekordy ustanowione kilka tygodni wcześniej. Pozytywne nastroje inwestorów przełożyły się na znaczne wzrosty spółek technologicznych – Netflix po publikacji wyników za Q4 zyskał aż 17%. Zyskiwały także metale szlachetne, cena złota wzrastała, jednak już w piątek została ona poddana korekcie, w wyniku czego tydzień zakończył się umiarkowanym wzrostem +1,49%. Tradycyjnie srebro podążało za złotem, jednak z większą zmiennością i ostatecznie srebro skończyło tydzień wzrostem +2,92%.

W czwartek odbyło się posiedzenie Rady Prezesów EBC. Nie dokonano zmian parametrów polityki pieniężnej w strefie euro, co było zgodne z oczekiwaniami rynku. Oznacza to, że główna stopa procentowa pozostaje na poziomie 0,00%, natomiast depozytowa na poziomie -0,5%. EBC potwierdził również kontynuację programu QE oraz zapowiedział, że jeśli zajdzie taka potrzeba, działania stymulacyjne zostaną rozszerzone.
Zarówno giełdy krajów zachodnioeuropejskich, jak i Polska GPW zakończyły tydzień ze stratą. Głównym powodem gorszych nastrojów inwestorów był brak widocznej poprawy w walce z pandemią, a także wprowadzanie kolejnych lockdownów w części krajów, np. Francji oraz przedłużanie tych, które już trwają. W minionym tygodniu WIG stracił niemal 1%, a WIG20 spadł o 1,66%, co obniżyło jeszcze jego wynik od początku roku, który wynosi -1,6%.

W piątek GUS opublikował dane z polskiego rynku pracy, które okazały się dosyć pozytywne, ponieważ przeciętne zatrudnienie spadło jedynie o 1% r/r, a przeciętne wynagrodzenie wzrosło o 6,6% w ujęciu rocznym.

W bieżącym tygodniu najważniejszymi wydarzeniami mającymi wpływ na rynki będą: posiedzenie FED, rozpoczęcie Światowego Forum Ekonomicznego, które zwykle miało miejsce w Davos, a w tym roku odbędzie się online oraz aktualizacja prognoz globalnego PKB przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Rezerwa Federalna zbierze się we wtorek na pierwszym posiedzeniu w tym roku, a decyzja w sprawie dalszej polityki monetarnej zapadnie w środę. Również w tym tygodniu możemy spodziewać się publikacji danych dotyczących PKB Polski za 2020. Bez wątpienia będzie to najniższy wskaźnik od ponad 20 lat.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Amnesty International: Bogate kraje kupiły już ponad 80 proc. dostaw szczepionek. Biedne zaszczepią w tym roku tylko 1 na 10 osób

Ponad 80 proc. dostaw szczepionek Pfizera-BioNTechu i Moderny planowanych na 2021 rok zostało już sprzedanych do bogatych krajów. Te zakontraktowały już wystarczającą liczbę dawek, aby do końca roku zaszczepić całą swoją populację prawie trzykrotnie. Tymczasem biedniejsze nie będą w stanie zaszczepić nawet lekarzy czy osób z grup ryzyka. Blisko 70 krajów o niższych i średnich dochodach w tym roku zaszczepi tylko 1 na 10 swoich obywateli – wynika z danych Amnesty International. Organizacja podkreśla, że – zgodnie z międzynarodowym prawem dotyczącym praw człowieka – na bogatszych państwach spoczywa odpowiedzialność za pomoc tym, które dysponują mniejszymi zasobami, a bez solidarności nie uda się zakończyć globalnej pandemii COVID-19. Według WHO będzie to możliwe dopiero po wyszczepieniu około 70 proc. całej światowej populacji. 

W krajach Europy masowe szczepienia przeciw COVID-19 ruszyły 27 grudnia. W sobotę Wielka Brytania poinformowała, że tylko w ciągu jednej doby zaszczepiono prawie pół miliona obywateli (do tej pory co najmniej jedną dawkę szczepionki przyjęło w sumie ponad 5,8 mln Brytyjczyków). Wśród krajów, które przodują w szczepieniach, jest też Izrael, który do tej pory zaszczepił ok. 25 proc. swojej populacji, a w ubiegłym tygodniu rozpoczął podawanie szczepionki młodzieży w wieku 16–18 lat.

W Polsce z kolei wykonano do tej pory ponad 707,5 tys. szczepień (niecałe 2 proc. populacji), a według rządowych zapowiedzi do końca marca mają one objąć ok. 3,1 mln Polaków. W sobotę pełnomocnik rządu Michał Dworczyk poinformował, że 3,1 mln szczepionek, które mają dotrzeć do Polski z końcem marca, zostały już w pełni rozdysponowane i w tej chwili nie ma już wolnych dawek. Dynamika szczepień w naszym kraju jest niewystarczająca, ale jak uzasadnia rząd ma to związek m.in. z tymczasowym ograniczeniem dostaw szczepionki Pfizera-BioNTechu do państw UE. Firma zapowiedziała, że czasowo ograniczy dostawy do krajów europejskich po to, żeby móc zwiększyć moce produkcyjne i nadrobić je w II kwartale.

– Nawet w Polsce, czyli w kraju członkowskim jednego z najbogatszych bloków gospodarczych na świecie, szczepienia na COVID-19 będą opóźnione ze względu na trudności z wyprodukowaniem odpowiedniej liczby dawek szczepionki. To pokazuje, że kraje najbiedniejsze zapewne będą musiały czekać jeszcze wiele miesięcy, jeśli nie lat, aby móc zaszczepić swoich obywateli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Wojciech Wilk, prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Jak wskazuje, według realistycznych prognoz część krajów afrykańskich będzie mogła przeprowadzić szczepienia na masową skalę dopiero w 2023 roku. To oznacza, że jeszcze przez co najmniej kolejne dwa lata będą dotknięte medycznymi, społecznymi i gospodarczymi skutkami obecnej pandemii.

– Jednocześnie one cały czas będą zagrożeniem epidemiologicznym dla innych krajów, dlatego że wirus mutuje. Mówimy nie tylko o mutacji wirusa w Wielkiej Brytanii, ale też o nowych szczepach – prawdopodobnie bardziej zaraźliwych – które pojawiły się w Republice Południowej Afryki, ostatnio w Brazylii. Dlatego wyszczepienie jak największej liczby ludzi na świecie jest konieczne do tego, żeby zapewnić bezpieczeństwo epidemiologiczne – podkreśla dr Wojciech Wilk.

Według Światowej Organizacji Zdrowia osiągnięcie zbiorowej odporności będzie możliwe dopiero po wyszczepieniu około 70 proc. całej światowej populacji. Jeżeli część państw pozostanie bez dostępu do szczepień, nie uda się zakończyć globalnej pandemii, bo wirus cały czas będzie się rozprzestrzeniać.

– Nie wystarczy, że zaszczepimy ludność Europy, a o wszystkich poza Europą możemy zapomnieć, bo to jest choroba zakaźna. W latach 70. udało się wyeliminować ospę, bo szczepienia objęły cały świat. Podobnie teraz, żeby wyeliminować COVID-19, szczepienia też muszą objąć cały świat – podkreśla prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Jak podaje Amnesty International, bogate kraje zakontraktowały już wystarczającą liczbę dawek, aby zaszczepić całą swoją populację prawie trzykrotnie do końca 2021 roku. Przoduje Kanada, która wykupiła taką liczbę dawek, która pozwoliłaby zaszczepić każdego obywatela pięć razy. Z kolei UE zakontraktowała dotąd w sumie blisko 2,4 mld dawek, z czego do Polski w ramach wspólnego mechanizmu zakupowego ma trafić 60 mln.

Według danych międzynarodowej organizacji Oxfam bogate kraje reprezentujące zaledwie ok. 13 proc. światowej populacji kupiły do tej pory 53 proc. wszystkich przyszłych, najbardziej obiecujących szczepionek. Z kolei od listopada ponad 80 proc. dostaw szczepionek Pfizera-BioNTechu i Moderny planowanych na 2021 rok zostało już sprzedanych do bogatych krajów.

Tymczasem 67 państw (w tym m.in. Kenia, Birma, Nigeria, Pakistan i Ukraina) o niższych i średnich dochodach pozostaje daleko w tyle. Według Amnesty International w całym przyszłym roku będą one w stanie zaszczepić na COVID-19 tylko 1 na 10 swoich obywateli, o ile przemysł farmaceutyczny i rządy innych państw nie zapewnią im właściwej pomocy.

– Tutaj wyzwania są trzy. Po pierwsze, kwestie wyprodukowania odpowiedniej liczby dawek szczepionki. Po drugie, możliwości zakupu tych szczepionek przez najbiedniejsze kraje świata. One nie są drogie, np. szczepionka Pfizera kosztuje ok. 40 dol., czyli ok. 160 zł za dwie dawki. Ale w przypadku stumilionowej Etiopii przekłada się to już na dość duże koszty. Pamiętajmy, że PKB krajów afrykańskich, czyli wielkość całej ich gospodarki, jest porównywalna do PKB jednego polskiego województwa. Zatem z naszego polskiego punktu widzenia te stosunkowo nieduże koszty związane z zakupem szczepionek dla krajów afrykańskich są niesamowicie wysokie – mówi dr Wojciech Wilk.

Jak podkreśla, trzecim wyzwaniem jest nie tylko sam zakup szczepionek, ale również koszty związane z ich transportem i dystrybucją.

– Ogromne nakłady muszą być wyłożone na proces szczepienia, nie tylko personel medyczny, który musi podać te szczepionki całej populacji, lecz także m.in. na proces transportu. Szczepionka Pfizera musi być przechowywana w -70 stopniach Celsjusza. W przypadku większości krajów afrykańskich jest praktycznie niemożliwe, żeby dostarczyć ją do terenów położonych w głębi lądu – mówi .

Prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej wskazuje, że wiele krajów afrykańskich na skutek przedłużającej się pandemii i lockdownu może wejść w fazę głębokiego kryzysu gospodarczego, co pociągnie za sobą kolejne wojny domowe i kryzysy humanitarne na całym kontynencie.

– Jeżeli zapaść w ruchu turystycznym i handlu międzynarodowym będzie trwała jeszcze rok, to wiele z tych krajów wejdzie w fazę naprawdę głębokiego kryzysu, który może skutkować powstaniem nowych zarzewi wojen domowych. Na przykład w Libanie widzimy, jak kryzys gospodarczy bardzo szybko przekształca się w kryzys polityczny, a na to nakłada się jeszcze pandemia COVID-19 i kryzys uchodźców syryjskich – zaznacza.

Amnesty International wskazuje, że zgodnie z międzynarodowym prawem dotyczącym praw człowieka wszystkie kraje mają obowiązek współpracować w odpowiedzi na pandemię, a na bogatszych państwach spoczywa szczególna odpowiedzialność za pomoc tym, które dysponują mniejszymi zasobami. Tymczasem w tej chwili część rządów skupia się wyłącznie na zapewnieniu szczepionek własnym obywatelom, gromadząc liczbę dawek pozwalającą na zaszczepienie ich po kilka razy, podczas gdy biedne państwa nie będą w stanie zaszczepić nawet lekarzy czy osób z grup ryzyka. Co istotne, ich obywatele są też w większym stopniu narażeni na zakażenie COVID-19, m.in. z powodu niedoboru wody pitnej, żywności i ograniczonego dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej.

– Zaszczepienie ludności najbiedniejszych krajów na świecie jest moralnym obowiązkiem, przede wszystkim władz tych krajów, ale i wszystkich tych, którzy z tych szczepionek skorzystali i są w stanie pomóc finansowo czy z punktu widzenia humanitarnego. Ten proces będzie trwać, ale w naszym własnym interesie jest to, aby szczepionka jak najszybciej dotarła do ludzi najbardziej potrzebujących – szczególnie do uchodźców mieszkających w przepełnionych obozach, gdzie panują bardzo ciężkie warunki życia i inne choroby, nie tylko COVID-19. Na przykład na granicy tureckiej – czyli tysiąc kilometrów od granicy UE – są obozy, gdzie na 1 mkw. przypada ponad 3 tys. osób. Łatwo sobie wyobrazić, jak ogromny będzie koszt ludzki i jak wiele osób może pochłonąć pandemia w obozach dla uchodźców, zanim tam dotrze szczepionka – mówi dr Wojciech Wilk.

Sanepid przeprowadza nawet 1300 kontroli dziennie w otwartych placówkach gastronomicznych. Tymczasem sądy uchylają kary za łamanie obostrzeń

Sądy administracyjne rozpatrują w ostatnich tygodniach dziesiątki spraw, które dotyczą kar nakładanych przez sanepid za złamanie pandemicznych obostrzeń. Niedługo rozpraw może być jeszcze więcej, ponieważ według Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej obecnie sanepid wykonuje nawet 1300 kontroli dziennie w całym kraju. Jednak w większości przypadków są one rozstrzygane na korzyść obywateli i przedsiębiorców. Sądy uchylają kary i zwracają uwagę m.in. na brak właściwej podstawy prawnej oraz niezgodność rządowych zakazów i nakazów z Konstytucją. Przedsiębiorców, którzy zastanawiają się nad wznowieniem działalności mimo groźby kary z sanepidu, może to zachęcić do masowego łamania lockdownu.

– Dziś możemy już mówić o lawinie wyroków wojewódzkich sądów administracyjnych, które uchylają kary nakładane przez sanepid – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes adwokat Paweł Kopij z Kancelarii Kopij Zubrzycki.

Według Sławomira Grzyba, sekretarza generalnego zarządu Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej (IGGP), obecnie sanepid przeprowadza dziennie nawet 1300 kontroli ponownie otwartych lokali w ramach akcji HASHotwieraMY (za PAP). Za naruszenie zakazów i nakazów, wprowadzonych w związku z pandemią COVID-19, powiatowy inspektor sanitarny może nałożyć karę administracyjną w wysokości nawet 30 tys. zł. Od decyzji sanepidu można jednak odwołać się do wojewódzkiego inspektora sanitarnego. Jeżeli i on podtrzyma decyzję o ukaraniu wówczas można ją zaskarżyć do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Te rozpatrują w ostatnich tygodniach dziesiątki takich spraw.

Dotychczasowa praktyka pokazuje jednak, że w większości przypadków uchylają kary za łamanie obostrzeń związanych z pandemią.

– Dotychczasowe orzecznictwo wskazuje dwie główne wady decyzji wydawanych przez sanepid. Pierwszą i najważniejszą jest niekonstytucyjność podstawy prawnej dla decyzji o nałożeniu kary – podkreśla adwokat Paweł Kopij. – Jeśli chodzi o ograniczenia w wolności prowadzenia działalności gospodarczej, to najważniejszy jest art. 22 Konstytucji, według którego takie ograniczenia mogą być wprowadzane, jednak jest to dopuszczalne wyłącznie w drodze ustawy. Natomiast w stanie prawnym, który mamy dziś, te ograniczenia są wprowadzone rozporządzeniem. I to jest głównym powodem uchylania tych decyzji przez sądy. Złamane zostały podstawowe reguły, jakie wprowadza Konstytucja.

Już na początku stycznia WSA w Opolu uchylił karę 10 tys. zł nałożoną przez sanepid na fryzjera, który prowadził działalność wbrew rządowym zakazom. Sąd uzasadnił, że tak daleko idące ograniczenie praw i wolności konstytucyjnych może nastąpić jedynie w drodze ustawy i wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, a nie w drodze rozporządzenia Rady Ministrów. Ograniczenie działalności gospodarczej było więc niezgodne z Konstytucją. Dlatego opolski WSA (w nieprawomocnym wyroku) umorzył postępowanie przeciw fryzjerowi, uchylił karę i na dodatek zarządził od sanepidu zwrot kosztów procesowych.

Problemem jest nie tylko brak właściwej podstawy prawnej, lecz także procedura nakładania kar przez sanepid. Są one nakładane arbitralnie, bez możliwości obrony i zabrania stanowiska. Co więcej, karę nałożoną przez sanepid trzeba opłacić w ciągu siedmiu dni. Zaskarżenie jej nie wstrzymuje wykonania – więc tak czy inaczej jest ona ściągana z konta bankowego w ciągu tygodnia.

– Łamanie przez sanepid podstawowych zasad Kodeksu postępowania administracyjnego jest drugim, równie istotnym uchybieniem – wskazuje adwokat  z Kancelarii Kopij Zubrzycki. – Chodzi tu przede wszystkim o złamanie zasady czynnego udziału stron w postępowaniu. Wyraża się ona w tym, że strona może powoływać dowody, składać oświadczenia oraz wypowiadać się odnośnie do prowadzonych dowodów. Niezapewnienie jednej ze stron możliwości czynnego udziału w postępowaniu powoduje, że te kary są nakładane arbitralnie, w oderwaniu od okoliczności.

Wyroki uchylające decyzje sanepidu zapadają nie tylko w sprawach dotyczących przedsiębiorców, lecz także obywateli. W połowie stycznia Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł, że rozporządzenie o powszechnym nakazie zasłaniania nosa i ust stoi w sprzeczności z Konstytucją. W efekcie uchylił nałożoną przez sanepid grzywnę 5 tys. zł za brak maseczki. W sumie od 12 do 14 stycznia br. warszawski WSA rozpatrzył ponad 20 spraw dotyczących kar za łamanie obostrzeń. W każdej z nich orzekł na korzyść ukaranego i uchylił decyzję sanepidu, stwierdzając brak właściwej podstawy prawnej.

– Nie można postawić tezy, że sądy będą teraz automatycznie uchylać decyzje sanepidu. Polski system prawny nie opiera się na precedensach, więc nie można tutaj z góry przyjąć automatyzmu. Każda sprawa jest traktowana indywidualnie i indywidualnie oceniana przez niezawisły sąd. Natomiast skala tych naruszeń – jeśli chodzi o Konstytucję i Kodeks postępowania administracyjnego – jest duża, więc możemy z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że takie sprawy będą kończyły się pozytywnie dla skarżących – mówi Paweł Kopij.

Jak wskazuje, dotychczasowe orzeczenia sądów mogą zachęcić innych ukaranych do odwoływania się od decyzji sanepidu, więc takich spraw z pewnością będzie przybywać.

– Jeżeli taka linia orzecznicza już istnieje, to osoby prywatne bądź przedsiębiorcy na pewno skorzystają z tego trybu i będą składać skargi. Dlatego ta lawina wyroków będzie postępowała – mówi adwokat.

Od 18 stycznia wielu przedsiębiorców, w tym m.in. właściciele restauracji, hoteli czy obiektów usługowych, zdecydowało się wznowić działalność, mimo wciąż obowiązujących obostrzeń i rządowych zakazów. Według IGGP otworzyło się nawet 20 tys. lokali w skali całego kraju. Sanepid może ukarać ich karą administracyjną w wysokości do 30 tys. zł.

Polskie lotniska mierzą się z największym kryzysem w historii. Część portów czeka upadłość lub będzie musiała się przebranżowić

Pandemia i lockdowny spowodowały, że polskie lotniska mierzą się z największym kryzysem w historii. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej podaje, że w całym 2020 roku liczba wszystkich operacji lotniczych spadła o 58,7 proc. w porównaniu do 2019 roku. Większość lotnisk regionalnych musi walczyć o utrzymanie płynności finansowej, a przed nimi jeszcze co najmniej dwa trudne sezony. Na wsparcie państwa raczej nie powinny liczyć, więc niektóre porty czeka upadłość lub przynajmniej znaczące zmiany w działalności.

– Generalnie kondycja lotnisk jest zła, ponieważ właściwie nie pracują albo pracują w minimalnym zakresie. Niektóre lotniska radzą sobie w tym kryzysie lepiej, inne gorzej. Wynika to z tego, w jakiej kondycji finansowej w niego weszły. Co do zasady duże lotniska miały jakieś zapasy środków finansowych, a lotniska małe miały je minimalne lub w ogóle, co oznacza, że każde z nich musiało podjąć działania restrukturyzacyjne związane ze zwolnieniem części personelu, ze zmianą zakresu czy czasu wykonywania operacji. Tak szyjąc i łatając, żyją z dnia na dzień i z miesiąca na miesiąc – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sebastian Gościniarek, partner BBSG.

Polska Agencja Żeglugi Powietrznej w raporcie podsumowującym 2020 rok podaje, że liczba wszystkich operacji lotniczych w polskiej przestrzeni publicznej spadła o 58,7 proc., do poziomu 376,9 tys. Liczba operacji na polskich lotniskach wyniosła 193,7 tys., po spadku o 56,4 proc. Największe spadki dotknęły lotniska w Warszawie (-59 proc.), Krakowie (-57 proc.), Wrocławiu (-56 proc.) oraz Modlinie (-56 proc.). Najmniejsze straty odnotowały porty w Zielonej Górze (-12 proc.), Łodzi (-38 proc.) i Olsztynie-Szymanach (-38 proc.).

Z kolei Związek Regionalnych Portów Lotniczych zebrał statystyki ruchu pasażerskiego za trzy kwartały 2020 roku w 13 funkcjonujących w Polsce lotniskach regionalnych. Wynika z nich, że od początku stycznia do końca września 2020 roku z połączeń regularnych i czarterowych skorzystało ok. 8,04 mln podróżnych, czyli o 15,3 mln pasażerów mniej (-65,6 proc.) r/r. Wiadomo, że statystyki za cały rok będą jeszcze gorsze, bo podsumowania największych portów – w Warszawie, Krakowie, Katowicach czy Gdańsku – mówią o ok. 70-proc. spadkach.

– Do poziomu ruchu z 2019 roku wrócimy w 2025, może nawet w 2026 roku. Lekki wzrost będzie notowany dopiero w 2022, a może w 2023 roku. Lotniska muszą się przygotować, że jeszcze przynajmniej dwa sezony, letni i zimowy, będą bardzo trudne, więc będą musiały zwracać się o pomoc na zewnątrz, czy to do swoich udziałowców, czy do rynków finansowych. W konsekwencji może się okazać, że niektóre z lotnisk albo upadną, albo w znaczący sposób przeformułują swoją działalność – ocenia Sebastian Gościniarek.

Część portów, aby przetrwać, będzie musiała np. znacząco ograniczyć ruch, czyli wstrzymać wszystkie operacje w danych godzinach. Mogą też zdecydować się na to, by przestać być lotniskiem użytku publicznego i nie przyjmować ruchu czarterowego czy regularnych przewoźników, ale stać się lotniskiem general aviation, czyli o charakterze ogólnym. Wszelkie tego typu zmiany oznaczają jednak duże zwolnienia i obniżki wynagrodzeń.

– Nie są to na pewno łatwe decyzje, ale myślę, że lotniska albo w tej chwili są przymuszone do tego i wykonują takie działania, albo już wkrótce nie będą miały wyjścia i będą musiały je podjąć – prognozuje ekspert ds. lotnictwa BBSG. – Lotniska w Poznaniu i Katowicach ogłosiły, że będą zwalniały pracowników, i weszły w odpowiednie procedury. Podobnie dzieje się na lotnisku w Rzeszowie, przy czym w przypadku tych lotnisk mamy do czynienia ze zwalnianiem dosyć sporej grupy zatrudnionych. W innych portach ten proces również się odbywa, może jeszcze nie na taką skalę, ale nie sądzę, żeby którekolwiek lotnisko ostało się w takim zestawie personelu, w jakim weszło w ten kryzys na początku 2020 roku.

W listopadzie lotniska dostały z budżetu państwa 142,2 mln zł w ramach rekompensaty za czas administracyjnego zamknięcia ruchu pasażerskiego od 15 marca do 30 czerwca. ZRPL podaje, że środki pokryły 30–40 proc. poniesionych w tym okresie strat. Pomoc państwa dla lotnisk regionalnych powinna być większa, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że IV kwartał przyniósł dalszy spadek ruchu pasażerskiego, nawet o 90 proc. r/r.

– Znacznie mniej będzie ruchu biznesowego, czyli tego najbardziej wartościowego do tej pory, zarówno dla przewoźników, jak i dla lotnisk. Więcej będzie ruchu prywatnego, czarterów. Struktura ruchu się zmieni i będą musiały się zmienić też podmioty występujące na rynku, czyli zarówno przewoźnicy, jak i porty lotnicze – ocenia Sebastian Gościniarek.

Jego zdaniem mimo zmian czekających rynek i okresowego spowolnienia w ruchu lotniczym decyzja o kontynuowaniu budowy Centralnego Portu Lotniczego nie podlega wątpliwości. Pandemia może jedynie opóźnić całą inwestycję, ale nie powinna jej wstrzymać.

Rząd wydłużył termin korzystania ze specustawy lotniskowej do końca 2025 roku. Ma to pozwolić na nowe inwestycje dotyczące infrastruktury lotniczej, w tym także inwestycji towarzyszących budowie Centralnego Portu Komunikacyjnego.

– Obecna sytuacja rynkowa powinna skłonić decydentów do tego, żeby jeszcze raz przyjrzeć się, jak ten CPK powinien wyglądać – postuluje ekspert BBSG. – Bez wątpienia musimy mieć nowe lotnisko, które zastąpi Lotnisko Chopina, ponieważ w obecnej lokalizacji ono nie ma możliwości rozwoju i w pewnej perspektywie czasowej przestanie wystarczać. Nie może być tak, że dojdziemy do tego momentu i dopiero wtedy zaczniemy się zastanawiać, co robić. To jest dodatkowy argument. Jeśli kwestię budowy CPK wyczyścimy z wszystkich politycznych ozdobników, to okaże się, że jest konieczne wyjście z sytuacji.

Ojcowie poświęcają dzieciom więcej czasu w pandemii. Prawie co trzeci przyznaje, że poprawiło to relacje rodzinne

Ponad 60 proc. ojców w czasie pandemii spędza więcej czasu ze swoimi dziećmi. To przekłada się na poprawę wzajemnych relacji. – Jest to bardzo pozytywny skutek uboczny pandemii koronawirusa. Dzięki temu rośnie rola ojców w wychowywaniu dzieci – mówi dr Dariusz Cupiał z Tato.net. Raport o ojcostwie „Stato’20” pokazał również, że ojcowie, którzy nie mieszkają z dziećmi, odczuwają pogorszenie sytuacji – w czasie pandemii nie mają z nimi kontaktu lub jest on bardzo utrudniony. W Polsce wciąż mało popularne są inicjatywy wspierające mężczyzn w ojcostwie, a dodatkowo nie sprzyjają im regulacje prawne i praktyka sądów. Dlatego eksperci postulują szereg zmian.

– Badania prowadzone podczas drugiej fali pandemii COVID-19 wykazały bardzo wyraźnie, że spora grupa mężczyzn wygrała ojcostwo. Z tego należy się cieszyć, bo skutki tego zjawiska będą odczuwalne przez lata, także wtedy, gdy już zapomnimy o pandemii. Wspólnie spędzony czas w domu – odrabianie lekcji, pomoc w nauce, wspólne posiłki, czytanie na dobranoc, gimnastyka z tatą – spowodował, że było znacznie więcej interakcji między ojcami a dziećmi. Przysłużyły się temu praca i nauka zdalna – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Dariusz Cupiał, inicjator projektu Tato.net.

W tegorocznej edycji raportu „Stato’20” w ocenie zmian w postawach ojcowskich w ostatnim roku dominuje stabilizacja, a jeśli jest zmiana, to częściej na lepsze. Wielu badanych przyznało, że rozwinęli się jako ojcowie i lepiej postrzegają się w tej roli. Jednym z najczęściej wskazywanych uzasadnień takiej opinii jest spędzanie większej ilości czasu z dziećmi. Deklaruje to prawie 61 proc. ojców. Największa grupa badanych wskazywała, że poświęca dzieciom całą swoją uwagę przez ponad dwie godziny dziennie. Jeszcze w 2014 roku najpopularniejsze odpowiedzi dotyczyły czasu liczonego w minutach. To przekłada się na mocniejsze więzi i lepsze relacje. Ojcowie chwalili się również tym, że w czasie pandemii wzrosła ich świadomość na temat roli odgrywanej w życiu i wychowaniu dziecka, ale także dowiedzieli się dużo nowych rzeczy na temat swoich pociech.

– Podczas pierwszych analiz w ramach inicjatywy Tato.net 16 lat temu poziom satysfakcji z pełnienia roli ojca u mężczyzn był bardzo niski. Obecnie obserwujemy bardzo duży wzrost satysfakcji z faktu bycia tatą i pełnienia tej roli. Jest to obserwacja, która może wynikać z różnych działań, programów i kampanii promujących rodzinę oraz działalności różnych ruchów, inicjatyw takich jak Tato.net – zaznacza inicjator tego projektu.

Badani ojcowie zostali zapytani m.in. o bariery lub przeszkody napotykane w budowaniu relacji z dziećmi w czasie pandemii. Prawie 50 proc. ankietowanych uznało, że takie bariery nie istnieją, a jedyne wskazania dotyczyły ograniczenia wspólnych aktywności poza domem, wyjść (13,8 proc.) oraz zamknięcia, izolacji od innych (11,1 proc.).

Jak podkreślają autorzy raportu, ze szczegółowej analizy odpowiedzi widać jednak, że w rodzinach, które przed pandemią borykały się z problemami, stała obecność wszystkich członków w domu wydobyła je na wierzch. Odrębną grupą ankietowanych byli ojcowie niemieszkający z dziećmi, którzy wskazywali na całkowity brak kontaktu lub bardzo utrudniony kontakt z dzieckiem w okresie pandemii.

Wzmocnienie roli ojców i rozwój ich kompetencji ma istotne znaczenie profilaktyczne dla zapobiegania problemom ich dzieci. Dlatego tak potrzebne jest wsparcie w ojcostwie w postaci programów czy warsztatów edukacyjnych, wymiany doświadczeń, np. w ramach lokalnych klubów ojcowskich. Takich inicjatyw prowadzonych przez organizacje pozarządowe, szkoły, samorządy czy kościoły jest coraz więcej. Włączają się w to również pracodawcy.

– To jest bardzo budujące, że biznes jest zainteresowany ideą work–life balance, a więc wspieraniem pracownika, który jest ojcem, żeby radził sobie lepiej w godzeniu obowiązków zawodowych i rodzinnych. Firmy wspierają swoich pracowników także w podnoszeniu kompetencji w tym obszarze. Przykładem jest KGHM Polska Miedź, która organizuje zajęcia, nie tylko dla rodziców, ale także dla ojców – podkreśla dr Dariusz Cupiał.

Przy wszystkich wyzwaniach ojcowie jednak wciąż rzadko korzystają z oferty programów rozwojowych dla rodziców. W ciągu ostatniego roku zrobiło to jedynie 5 proc. badanych. Takie wsparcie jest szczególnie przydatne nie tylko zaraz po urodzeniu dziecka, lecz również w kryzysowych dla niego i dla rodziny momentach, także przy rozwodach i dzieleniu opieki nad dziećmi.

– W Stanach Zjednoczonych ojcowie mają do wyboru albo płacić alimenty, albo iść do więzienia. Zanim pójdą do więzienia, mogą uczestniczyć w specjalnych kursach ojcostwa. Okazuje się, że prowadzone zajęcia powodują, że decyzja ojców o zaangażowaniu się finansowym i czasowym w opiekę nad dzieckiem się zmienia. U nas taka praca instytucji z ojcami jest wciąż pieśnią przyszłości – mówi inicjator Tato.net.

Eksperci podkreślają także konieczność zmian w prawie, które wspierałyby ojców. Jedną z rekomendacji legislacyjnych jest wpisanie wprost ojcostwa do Konstytucji RP. Artykuł 18 podkreśla, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.

– Wciąż w naszej konstytucji ojcostwo nie funkcjonuje tak jak macierzyństwo, a przecież to może mieć różne pozytywne konsekwencje, gdyby ustawa zasadnicza również dostrzegła wprost znaczenie ojca w życiu dziecka i naszego społeczeństwa – postuluje dr Dariusz Cupiał.

Nowe uregulowania powinny pojawić się również w obszarze wsparcia ojców wychowujących samotnie dzieci po śmierci ich matek.

W Polsce wciąż istnieje kryzys związany z rozpadem rodziny oraz regulacjami dotyczącymi alimentacji i opieki nad dziećmi. Przepisy prawne nie idą w parze z praktyką i wciąż pozostawiają wiele do życzenia – dodaje inicjator Tato.net.

Eksperci postulują o opracowanie rozwiązań prawnych, urealniających obliczanie alimentów przez sądy, aby rola ojca nie była sprowadzona wyłącznie do dostarczania środków finansowych. Należy również zaostrzyć przepisy i sankcje za utrudnianie ojcu kontaktów z dzieckiem oraz regularnie edukować sędziów na temat trudności w realizowaniu kontaktów z dziećmi, z jakimi borykają się ojcowie na co dzień, a także zwiększyć efektywność przepisów prawnych regulujących te kwestie.

– Na przestrzeni lat takich zmian nie widać. Takie sygnały dostajemy od ojców w kryzysie, którzy korzystają z różnych programów Tato.net, spotkań. Nie otrzymują oni odpowiedniego zrozumienia i wsparcia. Dlatego rekomendujemy, by ten obszar spotkał się z wnikliwszą uwagą instytucji, które są odpowiedzialne za legislację – podkreśla dr Dariusz Cupiał.

2021 może być rokiem wielkich odkryć kosmicznych. Rozpocznie się m.in. poszukiwanie życia na Marsie i podobnych do Ziemi egzoplanetach

Chociaż pandemia koronawirusa opóźniła niektóre plany naukowe z 2020 roku, 2021 zapowiada się jako rzadko spotykany rok nauki – zapowiada  dyrekcja Misji Naukowych NASA. Na Marsa ruszyły trzy misje, obserwacje rozpocznie nowy Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba, w toku są też plany powrotu ludzi na Księżyc. Dodatkowo w ramach nowej misji ma zostać zbadana powierzchnia Merkurego, a misja Solar Orbiter wejdzie w fazę obserwacji.

– Rok 2021 będzie szalenie ciekawy w kwestii badań kosmicznych, a w szczególności Marsa. Po raz pierwszy mamy do czynienia z prawdziwym wyścigiem na Marsa. Amerykanie, Chińczycy, Zjednoczone Emiraty Arabskie, wszyscy wystrzelili sondy w kierunku Marsa, one się spotkają na orbicie marsjańskiej już niebawem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. Piotr Orleański, kierownik Laboratorium Satelitarnych Aplikacji Układów FPGA w Centrum Badań Kosmicznych PAN.

Co 26 miesięcy Ziemia i Mars znajdują się wyjątkowo blisko siebie, dzięki czemu każdy statek kosmiczny opuszczający Ziemię ma do pokonania mniejszy dystans na Czerwoną Planetę. W 2020 roku na Marsa zostały wystrzelone trzy misje – chińska Tianwen-1, sonda Zjednoczonych Emiratów Arabskich i łazik Perseverance NASA.

Sonda Al-Amal („Nadzieja”) należąca do Zjednoczonych Emiratów Arabskich to pierwsza misja międzyplanetarna w świecie arabskim. Sonda pozostanie na orbicie przez marsjański rok – odpowiednik 687 dni na Ziemi, aby zebrać informacje o atmosferze Marsa. Wylądować na Czerwonej Planecie ma z kolei chińska sonda Tianwen-1 („Poszukiwanie niebiańskiej prawdy”), która zawiera orbiter, rozkładaną kamerę, lądownik i łazik, które mogą wysyłać wiadomości na Ziemię. Łazik Perseverance („Wytrwałość”) NASA będzie zaś szukać dowodów na istnienie życia, badać klimat i geologię Marsa oraz zbierać próbki, które w następnych misjach trafią na Ziemię. Pod łazikiem znajduje się helikopter Ingenuity, pierwsza tego typu maszyna, która będzie latała na obcej planecie.

– Na orbicie marsjańskiej pracują też amerykańskie i europejskie orbitery. Od 2003 roku Mars Express, orbiter Europejskiej Agencji Kosmicznej, a od 2016 roku orbiter ExoMars, na obu są obecne instrumenty, w których budowie uczestniczyło Centrum Badań Kosmicznych – mówi dr hab. Piotr Orleański. – Ten wyścig bardzo przybrał na rozmiarach.

Rok 2021 będzie przełomowy nie tylko pod względem odkryć na Marsie. Amerykański program Artemis, który ma docelowo wysłać na Księżyc pierwszą kobietę i mężczyznę w 2024 roku, jest jeszcze na początku drogi, ale już trwają przygotowania do próbnego lotu bez załogi. Z kolei NASA i jej  Volatiles Investigating Polar Exploration Rover, czyli VIPER, stworzy pierwszą mapę zasobów wodnych Księżyca.

– Europejska Agencja Kosmiczna będzie kontynuować misję Solar Orbiter, która wejdzie w fazę obserwacji, a także misję BepiColombo, czyli misję do Merkurego. Obie lecą już w kierunku swoich punktów docelowych. W 2021 roku będzie również kończona budowa JUICE, czyli satelity, który ma lecieć do księżyców Jowisza, ale też kilka innych poważnych projektów – wymienia ekspert.

Na październik zaplanowano wystrzelenie Teleskopu Kosmicznego Jamesa Webba, który – wedle założeń – ma odpowiedzieć na pytania dotyczące naszego Układu Słonecznego, może wykryć światło z pierwszej generacji galaktyk, które powstały we wczesnym Wszechświecie po Wielkim Wybuchu, i zbada atmosfery pobliskich egzoplanet pod kątem możliwych oznak życia.

– Cały świat czeka na to, żeby ten teleskop zaczął działać. On będzie dużo bardziej zaawansowany niż teleskop Hubble’a czy Herschela, nie tylko technicznie, ale przede wszystkim będzie miał większy zakres spektralny, większą czułość, większą rozdzielczość, będzie to zupełnie nowa klasa teleskopu, który w końcu będzie mógł w jakiś sposób zastąpić Hubble’a na orbicie – przekonuje dr hab. Piotr Orleański.

Jak wskazuje, już ubiegły rok pokazał, że przemysł kosmiczny przechodzi metamorfozę. Zamiast ogromnych misji, do których przygotowania trwały latami, powstają też mniejsze, w tym prywatne misje.

– Wszystkie duże konstelacje satelitarne są sponsorowane przez państwa, np. nasz europejski Copernicus to jest konstelacja budowana za pieniądze państw członkowskich Unii Europejskiej. Galileo, czyli konstelacja nawigacyjna, też jest sponsorowana, tak samo jak GLONASS, Beidou czy GPS – to są przecież misje sponsorowane przez państwa albo agencje kosmiczne. Natomiast taki SpaceX to jest przedsięwzięcie prywatne, które oczywiście weszło w tej chwili w kontakt z amerykańską agencją kosmiczną, ale nadal jest prywatne – zaznacza kierownik Laboratorium Satelitarnych Aplikacji Układów FPGA w Centrum Badań Kosmicznych PAN.

Sekwencjonowanie RNA to przyszłość genetyki. Technologia pozwoliła na opracowanie szczepionki na COVID-19 i może pomóc w wykrywaniu raka piersi czy płuc

Dzięki testom genetycznym już dziś można ocenić ryzyko obciążenia potomstwa ponad 350 dziedzicznymi chorobami. Laboratoria genetyczne są w stanie wykryć nawet najrzadziej występujące mutacje we wszystkich znanych genach człowieka. Zdaniem ekspertów przyszłość genetyki wiąże się z sekwencjonowaniem RNA, które pozwoliło opracować szczepionkę na COVID-19. Technologia ta może być jednak pomocna również we wczesnym wykrywaniu raka piersi, tarczycy czy płuc.

– Badania genetyczne rozwiną się w kierunku odkrywania i walki z chorobami, na które dzisiaj nie ma leków albo są leki, ale jest późna wykrywalność. Na pewno to będą nowotwory oraz wszelkiego rodzaju problemy z sercem. Już dzisiaj widzimy, że technologia, która pozwoliła bardzo szybko opracować szczepionkę w kierunku koronawirusa właśnie przez wyselekcjonowanie RNA, będzie też wykorzystywana do prac genetycznych dotyczących walki z nowotworami – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Strzelczyk, prezes zarządu Zdrowegeny.pl.

Badania opublikowane w styczniu przez Clinical Cancer Research wskazują, że sekwencjonowanie RNA jest idealną strategią potwierdzania nietypowych układów RET. Ich fuzje są znanymi czynnikami powodującymi kilka nowotworów, w tym raka tarczycy i płuc. Z kolei naukowcy z Uniwersytetu Medycznego w Kuangsi w Chinach dowiedli,  że długi, niekodujący RNA MALAT1 może być biomarkerem raka piersi, niezależnym od stadium guza, stopnia zaawansowania choroby i stanu węzłów chłonnych. Można go oznaczyć, wykonując test Oncotype DX. Zdaniem ekspertów coraz więcej chorób będzie można zdiagnozować dzięki testom genowym.

– Wkrótce będziemy mogli się zbadać na każdy rodzaj choroby. Już dzisiaj mamy badania, które pozwalają przetestować jednocześnie 14 nowotworów i prawdopodobieństwo zachorowania na nie. Cała nauka będzie szła w tym kierunku, by zacząć się testować i genetycznie sprawdzać, jak bardzo jesteśmy obciążeni, jak nasze organizmy są obciążone. Po to, żeby móc wyselekcjonować te choroby, na które dzisiaj Polacy najczęściej zapadają, z których sobie nie zdają sprawy, że gdzieś mogą je w sobie mieć – twierdzi ekspert.

Dostępne komercyjnie testy genetyczne pozwalają wykrywać choroby takie jak cały katalog nowotworów, w tym m.in. czerniaka, raka żołądka czy raka piersi, ale także celiakię, zakrzepicę, a nawet ryzyko wystąpienia zawału, samoistnego poronienia czy otyłości. Z kolei badanie WES umożliwia analizę wszystkich znanych, czyli około 23 tys. genów, pod kątem nawet najrzadziej występujących mutacji. Taki test jest polecany osobom, u których występują objawy kliniczne, lecz nie udaje się postawić diagnozy. Możliwe jest już ponadto wykonanie testu na nosicielstwo ponad 350 chorób dziedziczonych genetycznie.

– W tej chwili najbardziej obiecujące pod kątem technologii są technologie opierające się na sekwencjonowaniu genów chorób, które występują u człowieka. To wszystkie nowotwory, choroby kardiologiczne, genetyczne czy te dotyczące niepłodności. Wyselekcjonowuje się geny, sprawdza je dokładnie i określa się prawdopodobieństwo ich wystąpienia. W tej chwili w laboratoriach trwają intensywne prace nad tym, żeby móc te choroby leczyć szybciej i szybciej je wykrywać – mówi Jakub Strzelczyk.

Według Allied Market Research do 2027 roku światowy rynek testów genetycznych osiągnie przychody sięgające ponad 21 mld dol. Dla porównania w 2019 roku było to ponad 12,5 mld dol. Zdaniem autorów badania głównymi czynnikami napędzającymi rozwój tego rynku będzie wzrost częstotliwości występowania raka i zaburzeń genetycznych, a także rozwój technologii testowania i większa wiedza z zakresu wdrażania spersonalizowanych terapii.

Podsumowanie kluczowych zmian podatkowych wpływających na działalność branży nieruchomości w Polsce

Nowelizacja ustawy o PIT i ustawy o CIT wprowadziła wiele zmian i nowych obowiązków dotyczących spółek nieruchomościowych. Rozliczenia podatku dochodowego obciążać będzie nie sprzedającego, ale nabywcę udziałów, czyli inwestora.

Od nowego roku mamy ustawową definicję spółki nieruchomościowej. Zgodnie z tą definicją, spółki nieruchomościowe to podmioty zobowiązane do sporządzania bilansu na podstawie przepisów o rachunkowości, które spełniają następujące zasadnicze warunki:

  • na pierwszy dzień roku podatkowego/obrotowego co najmniej 50% wartości aktywów spółki pochodzi (bezpośrednio lub pośrednio) z nieruchomości położonych w Polsce oraz z praw do takich nieruchomości;
  • wartość nieruchomości takiej spółki przekracza 10 mln zł;
  • 60% przychodów spółki pochodzi z najmu, podnajmu, dzierżawy, poddzierżawy, leasingu i innych umów o podobnym charakterze lub z przeniesienia własności nieruchomości lub prawa do nieruchomości oraz z tytułu udziałów w innych spółkach nieruchomościowych (nie stosuje się do nowopowstałego podmiotu).

– Jednocześnie, w przypadku podmiotów rozpoczynających działalność wartość 10 mln zł przyjmuje się wg wartości rynkowej nieruchomości, zaś w przypadku podmiotów kontynuujących działalność, wartość tę ustala się wg wartości bilansowej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Anna Turska-Tomczykowska, Partner Zarządzający w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Najistotniejszą zmianą jest nałożenie na spółki nieruchomościowe funkcji płatnika podatku dochodowego od sprzedaży swoich udziałów/akcji czy innych podobnych praw przez jej wspólnika. Spółka będzie pełniła funkcję płatnika jeżeli:

  • zbywającym udziały w spółce nieruchomościowej jest podmiot zagraniczny, niebędący polskim rezydentem podatkowym, oraz
  • przedmiotem transakcji zbycia są udziały dające co najmniej 5% praw głosu, co najmniej 5% prawa do udziału w zysku (przy spółkach osobowych), albo co najmniej 5% ogólnej liczby tytułów uczestnictwa lub praw o podobnym charakterze.

Wprowadzone zmiany będą miały duży praktyczny wpływ na rozliczenia stron transakcji sprzedaży udziałów w spółkach nieruchomościowych.

– Przede wszystkim wskutek nowelizacji, prawny ciężar właściwego rozliczenia podatku dochodowego obciążać będzie nie podmiot realizujący dochód (tj. sprzedającego), ale nabywcę udziałów (inwestora) – wyjaśnia Anna Turska-Tomczykowska. – Przejmując spółkę nieruchomościową to inwestor będzie zmagał się z ewentualnymi nieprawidłowościami w zakresie wykonania przez nią obowiązków płatnika przy transakcji.

W przypadku nieposiadania przez spółkę nieruchomościową informacji o kwocie transakcji spółka nieruchomościowa ma obowiązek przyjąć, że transakcja została dokonana po cenie rynkowej. Brak jest jednak przepisów nakazujących podatnikowi przekazanie płatnikowi informacji o możliwych do rozpoznania przez niego kosztach uzyskania przychodów na zbyciu Udziałów. W efekcie, nabywca udziałów w toku due diligence podatkowego spółki nieruchomościowej będzie musiał dokonać analizy podatkowej historii objęcia/nabycia udziałów przez sprzedawcę i samodzielnie zweryfikować poziom możliwych do rozpoznania kosztów podatkowych. Zakres badania podatkowego ulegnie zatem istotnemu rozszerzeniu i to na kwestie podatkowe nie dotyczące bezpośrednio nabywanej spółki.

Nowe przepisy mogą doprowadzić w praktyce do bardzo restrykcyjnego podejścia przy ustalaniu podatku CIT i PIT na sprzedaży udziałów, poprzez przykładowo wyłączenie z rachunku kosztów podatkowych kwot co do których powstaną jakiekolwiek, nawet najmniejsze wątpliwości. W skrajnych przypadkach, może dochodzić do zatrzymania części ceny sprzedaży udziałów i zwolnienia jej dopiero po upływie okresu przedawnienia zobowiązania podatkowego.

– Strony transakcji nieruchomościowej powinny zacząć regulować w dokumentacji transakcyjnej sposób korekty ceny związanej z rozliczeniami podatku dochodowego sprzedawcy z tytułu transakcji lub rozważyć wprowadzenie stosownych klauzul w zakresie tzw. specific indemnity, na okoliczności nieprawidłowego rozliczenia podatku dochodowego sprzedawcy przez spółkę nieruchomościową jako płatnika – dodaje A.Turska-Tomczykowska, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.

Duży wzrost PKB i odbicie koniunktury – prognozy na drugą połowę 2021

Prognozy ekonomiczne na 2021 rok są dosyć pozytywne. Według obliczeń ING Banku Śląskiego Polska odrobi w nadchodzącym roku spadek PKB, któremu winna była pandemia koronawirusa. Na polepszenie się sytuacji gospodarczej będziemy jednak musieli poczekać do drugiej połowy roku. Pierwszy i drugi kwartał najpewniej miną nam pod znakiem trzeciej fali zachorowań, utrzymania obostrzeń i powszechnych szczepień. Jednak gdy zaszczepiona zostanie przynajmniej połowa społeczeństwa, a statystyki zakażeń uspokoją się – możemy liczyć na przyrost PKB aż o 4,5% wobec poprzedniego roku. Głównym motorem odbicia gospodarczego będzie eksport i konsumpcja, a szczególnie efekt popytu odroczonego – który już w drugim kwartale 2020 roku okazał się być bardzo mocny. Polska może cieszyć się również dużym wzrostem eksportu – w roku 2021 będzie on tylko nieznacznie mniejszy niż w roku poprzednim. Istotnym elementem poprawy koniunktury będą inwestycje publiczne, a także środki unijne.

– Prognozy na pierwszy kwartał są dosyć ostrożne. Sezonowość zwykłej grypy sugeruje, że kolejna fala pandemii może mieć miejsce właśnie w pierwszych dwóch miesiącach. Rządy wprowadzają więc twarde lock-downy i reagują na nową mutację wirusa – co jest szczególnie widoczne w Wielkiej Brytanii. Jesteśmy więc ostrożni z krótkoterminowymi  prognozami. Jednak od drugiego kwartału gospodarka międzynarodowa i polska powinny radzić sobie dużo lepiej – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Mamy nadzieję, że akcja szczepień przyniesie stopniowe znoszenie ograniczeń epidemicznych i odczuwalne odbicie koniunktury – prawdopodobnie już w drugim kwartale 2021 roku. Obawiamy się trochę o inwestycje prywatne. One wciąż pozostaną słabe, ze względu na dużą niepewność. Struktura PKB będzie więc bardzo mocno skupiona na eksporcie i konsumpcji, a także na inwestycjach publicznych. Efektem ubocznym takiej struktury wzrostu gospodarczego będzie utrzymanie podwyższonej inflacji, która średnio wyniesie ponad 3% w roku 2021. Jednak PKB wzrośnie o 4,5% – wobec spadku o 2,8% w roku 2020. W związku z tym Polska już w tym roku odrobi całość strat spowodowanych przez pandemię – prognozuje Benecki.

Apetyt na ryzyko nie przyniósł umocnienia złotego

Aktywa ryzykowne na całym świecie w znacznej mierze kontynuowały wzrost, z kolei dolar przez większość tygodnia tracił. Pozytywny sentyment do ryzyka nie przyniósł jednak umocnienia złotego.

Zdaje się, że katalizatorem dla zmian na rynku było senackie przesłuchanie Janet Yellen. Była szefowa amerykańskiej Rezerwy Federalnej, która ma objąć stanowisko sekretarza skarbu Stanów Zjednoczonych orędowała za prowadzeniem znacznie bardziej agresywnej, luźnej polityki fiskalnej skupionej na wydatkach. Potwierdziła tym samym nasz pogląd, że środowisko polityczne w USA przesunęło się w stronę nawet większych deficytów fiskalnych na tak długo, jak długo nie dojdzie do żadnego wypadku.

Obecnie jednak wskaźniki wyprzedzające zdają się wskazywać, że ostre lockdowny w Europie obniżają aktywność w tutejszej gospodarce. Odmienna jest sytuacja w USA, gdzie występuje większa swoboda w zakresie restrykcji. Oczekujemy, że posiedzenie Rezerwy Federalnej w tym tygodniu przyniesie potwierdzenie ultragołębiego podejścia banku centralnego do polityki pieniężnej. Czwartkowe dane o wzroście gospodarczym USA w ostatnim kwartale ubiegłego roku powinny potwierdzić z kolei, że gospodarka w Stanach w ostatnim czasie radzi sobie lepiej niż większość europejskich.

PLN

Złoty zakończył miniony tydzień na niemal niezmienionym poziomie w parze z euro, ponownie radząc sobie gorzej niż inne kluczowe waluty regionu. A to wszystko pomimo względnie dobrego sentymentu do ryzyka i pozytywnych wieści z Polski.

W kontekście tych ostatnich warto wspomnieć o coraz niższej liczbie notowanych przypadków koronawirusa. Warto podkreślić, że spadek ten nie idzie w parze ze wzrostem odsetka testów pozytywnych, jest wręcz odwrotnie. Niestety liczba notowanych zgonów związanych z COVID-19 nadal pozostaje bardzo wysoka, w okolicy 300 dziennie.

Zeszłotygodniowe dane makro za grudzień w ujęciu ogólnym zaskoczyły na plus. Szczególnie cieszy wzrost dynamiki płac w przedsiębiorstwach, która wróciła do poziomu sprzed pandemii, i odbicie produkcji budowlano-montażowej. Na początku tego tygodnia z kolei solidnie zaskoczyły dane o produkcji przemysłowej.

W najbliższych dniach skupimy się przede wszystkim na informacjach z zewnątrz, które będą wpływały na szeroki sentyment, niemniej jednak dużą wagę przywiązujemy też do postępów kraju w walce z pandemią.

EUR

W strefie euro narastają krótkoterminowe trudności gospodarcze, będące konsekwencją zarządzonych ostatnio ostrych lockdownów. Zbiorczy indeks PMI za styczeń pokazał spadek w relacji do poprzedniego miesiąca, oddalając się od granicy, której przekroczenie sugeruje ekspansję gospodarki. Obecnie istnieją autentyczne obawy, że gospodarka wspólnego bloku walutowego może zmierzać w kierunku recesji o podwójnym dnie.

Powolny proces szczepień daje kolejny powód do niepokoju, tym bardziej będziemy podchodzić do tych danych z dużą uwagą. W najbliższym czasie siła euro będzie powstrzymywana przez rozbieżność sytuacji gospodarczej w bloku walutowym i poza nim, jednak wspierana przez otwarcie inflacjonistyczne podejście decydentów fiskalnych i monetarnych w USA. Sądzimy, że ostatnie przedziały, w jakich poruszała się para EUR/USD, zostaną zachowane, jednak w dłuższym terminie powinniśmy obserwować aprecjację euro.

USD

Spodziewamy się, że w środę FOMC będzie trzymał się bardzo gołębiej retoryki z poprzedniego spotkania. Przewodniczący Powell prawdopodobnie ponownie zasugeruje, że Fed będzie tolerował wyższą inflację, jeśli i kiedy taka się pojawi. Tym razem nie poznamy jednak nowych projekcji decydentów dotyczących stóp procentowych i perspektyw gospodarki USA. Dlatego też nie spodziewamy się, że w kontekście posiedzenia na rynku wystąpią silniejsze ruchy.

W tym tygodniu uwaga rynku powinna skupić się na dwóch kluczowych odczytach: danych o PKB USA w IV kwartale ubiegłego roku i grudniowych danych o inflacji PCE. Oczekuje się, że pierwszy z odczytów pokaże niewielki wzrost. Sądzimy, że drugi może zaskoczyć in plus, co może krótkoterminowo zaszkodzić dolarowi.

GBP

Połączenie trwającego lockdownu i brexitowego zamieszania doprowadziło do pogorszenia sytuacji gospodarczej w Wielkiej Brytanii, co pokazały ostatnie dane makroekonomiczne. Wśród nich chyba najbardziej niepokojącymi były wyraźnie niższe od zeszłomiesięcznych wstępne styczniowe dane PMI. Inwestorzy jednak nadal odnajdują pewne pocieszenie w szybkim tempie szczepień w Wielkiej Brytanii. Szterling w zeszłym tygodniu pozostał dość stabilny w parze z euro i umocnił się w parze z dolarem amerykańskim. Na Wyspach podano już ponad 6,5 miliona dawek szczepionek przeciwko COVID-19, co oznacza, że do tej pory szczepionkę otrzymała mniej więcej co dziesiąta osoba.

Skupiające się na okresie do końca listopada dane z brytyjskiego rynku pracy, które poznamy w tym tygodniu, powinny mieć ograniczony wpływ na rynek. Ostatnie wydarzenia sprawiają bowiem, że tracą one na aktualności. Niemniej biorąc pod uwagę, że Wielka Brytania jest liderem w zakresie szczepień, funt brytyjski powinien zachowywać się podobnie jak aktywa ryzykowne, reagując na zmiany sentymentu do ryzyka.

CHF

Frank szwajcarski w ostatnich dniach radził sobie lepiej niż inne waluty safe haven, kończąc zeszły tydzień w parze z euro blisko poziomu, na którym go rozpoczął. Frank pozostaje niezwykle stabilny, lecz dane o pozycjach spekulacyjnych sugerują, że w ostatnich tygodniach nie był tak mocno faworyzowany przez inwestorów jak wcześniej. Wygląda na to, że presja aprecjacyjna na franka zmniejszyła się. Jednak niewielkie wzrosty wartości depozytów na żądanie w SNB w ostatnich dwóch tygodniach oraz to, że waluta radzi sobie lepiej od innych uznawanych za bezpieczne, sugeruje, że presja nie zniknęła w pełni.

W zeszłym tygodniu nadal napływały pozytywne wieści z frontu walki z pandemią. Liczby nowych zakażeń i zgonów z tytułu COVID-19 spadają, jednocześnie widać postęp w kontekście szczepień. Do tej pory około 2% populacji kraju otrzymało pierwszą dawkę szczepionki. Tym samym wskaźnik wyszczepienia wzrósł powyżej średniej unijnej.

Poza wieściami dotyczącymi pandemii w tym tygodniu przyjrzymy się również danym o nastrojach ze Szwajcarii, zwłaszcza odczytowi indeksu wskaźników wyprzedzających KOF, który poznamy w piątek.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Polacy coraz mniej martwią się o zdrowie, coraz więcej o pieniądze

Opracowany przez Deloitte indeks niepokoju spadł w ciągu miesiąca o 5 p.p., a więc najwięcej wśród badanych krajów europejskich i wynosi obecnie 2 proc. Mimo to pogarszają się nastroje polskich konsumentów. Chociaż mniej się boimy o zdrowie własne i bliskich, wyniki najnowszej edycji badania firmy doradczej Deloitte Global State of the Consumer Tracker pokazują, że coraz bardziej niepokoją nas kwestie finansowe. Prawie dwie trzecie Polaków obawia się o utrzymanie ciągłości spłaty zadłużenia kredytowego, a 68 proc. z niepokojem patrzy na stan swoich oszczędności.

Na przełomie grudnia i stycznia po raz 11 firma doradcza Deloitte zbadała nastroje i obawy polskich konsumentów związane z pandemią koronawirusa. Na świecie badanie „Global State of the Consumer Tracker” zostało przeprowadzone po raz 14. Poza Polską, na pytania Deloitte odpowiedziało po tysiąc osób z 17 krajów – byli to mieszkańcy Australii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile oraz RPA.

Największy w Europie spadek poziomu obaw

Z drugiego na szóste miejsce na świecie spadła Polska w zestawieniu dotyczącym poziomu obaw wywołanych pandemią. Indeks niepokoju, czyli różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły, wyniósł na początku roku 2 proc., a więc o 5 p.p. mniej niż miesiąc temu. Poziom obaw Polskich konsumentów spada więc sukcesywnie od początku listopada, kiedy osiągając swój szczyt, wyniósł aż 34 proc.

Co ciekawe, zdecydowanie ubyło osób w najstarszej z badanych grup wiekowych – a więc 55+ – które deklarują, że zwiększył się ich poziom niepokoju (-3 p.p.). Obecnie jest ich tyle samo co wśród konsumentów w wieku 18-34 lata (40 proc.). Wciąż najbardziej zaniepokojoną grupą wiekową są osoby w wieku pomiędzy 35 a 54 lata (46 proc.).

Polska odnotowała najwyższy spadek indeksu niepokoju spośród krajów europejskich. To prawdziwy rollercoaster nastrojów. Z pewnością wpływ na uspokojenie miało rozpoczęcie szczepień wśród lekarzy i personelu medycznego oraz uruchomienie zapisów na szczepienia dla pozostałych grup, a także spadek liczby zachorowań. Na świecie największą zmianę, jeśli chodzi o poprawę nastrojów, widać w Chinach, gdzie opracowany przez nas indeks niepokoju spadł od początku grudnia aż o 10 p.p. – mówi Michał Tokarski, Partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

Z pewnością w najnowszej edycji badania uwagę zwraca bardzo duży wzrost poziomu obaw w Irlandii, bo aż o 15 p.p. Obecnie wynosi on 12 proc., tym samym globalnie kraj ten znalazł się na trzecim miejscu z najwyższym indeksem niepokoju za RPA (17 proc.) i Indiami (28 proc.). Również wysoki wzrost odnotowała Wielka Brytania – +14 p.p. Niezmiennie najlepsze na świecie nastroje są wśród naszych zachodnich sąsiadów, choć w ciągu miesiąca indeks niepokoju Niemców nieco drgnął z -33 proc. na -30 proc.

Spadła przedświąteczna gorączka

Eksperci Deloitte odnotowali nad Wisłą bardzo wysoki odsetek osób, które niepokoją się o zdrowie swoich bliskich. Odpowiedziało tak aż 80 proc. zapytanych, tyle samo co w Chile, Indiach i Meksyku. To też najwyższy wynik w Europie. Od ostatniego badania konsumenci w Polsce wyprzedzili pod tym względem Hiszpanów (78 proc.). Najbardziej na świecie zaniepokojeni o zdrowie rodziny są Chińczycy (86 proc.).

Tylko nieznacznie, bo o 1 p.p. spadła liczba Polaków, którzy są zaniepokojeni własną kondycją fizyczną. Zadeklarowało to 62 proc. zapytanych, a więc znacznie mniej niż w Hiszpanii, gdzie liczba takich odpowiedzi była największa w Europie (77 proc.). Także w tym wypadku najbardziej na świecie niepokoją się Chińczycy (89 proc.), a ich liczba wzrosła od ostatniego badania aż o 5 p.p.

Nie możemy mówić co prawda o szybkim tempie tych zmian, ale fakt, że obawy Polaków o własne zdrowie topnieją, widać na przykładzie zakupów w sklepach stacjonarnych. W grudniu znacznie, bo aż o 10 pp. wzrosła liczba konsumentów, którzy czują się bezpiecznie podczas robienia takich sprawunków. Mogło być to spowodowane faktem, że grudzień to czas zakupów produktów spożywczych na świąteczny stół, a tych Polacy nie lubią kupować w Internecie. Teraz, kiedy święta za nami widać nieznaczny spadek liczby osób, które czują się bezpiecznie w sklepach stacjonarnych – z 49 na 48 proc. – mówi Krzysztof Wilk, Partner Associate w dziale Doradztwa Podatkowego, lider praktyki Life Sciences & Health Care, Deloitte.

Po wzrostach poczucia bezpieczeństwa podczas typowych aktywności konsumenckich, jakie zauważalne były w wynikach ankiet przeprowadzonych miesiąc temu, w najnowszej edycji badania ten trend wyraźnie zwolnił. O 2 p.p. wzrosła liczba osób, które deklarują, że czują się komfortowo podczas podróży samolotem (28 proc.) i gdyby miały wziąć udział w meczu czy koncercie (22 proc.). Na niezmienionym poziomie (36 proc.) utrzymuje się liczba polskich konsumentów, którzy nie mają obaw przed zatrzymaniem się w hotelu, choć w poprzednim badaniu ich liczba wzrosła aż o 8 p.p.

Co ciekawe minimalnie (-1p.p.) spadło poczucie bezpieczeństwa Polaków w przypadku wizyt w barach czy restauracjach (35 proc.). O 3 p.p. natomiast ubyło od ostatniej fali badania konsumentów, którzy czują się komfortowo, korzystając z indywidulanych usług, czyli np. podczas wizyty u dentysty czy fryzjera (39 proc.).

Widmo utraty pracy nadal straszy

Najnowsza fala badania jest drugą z kolei, która pokazuje malejące obawy Polaków przed powrotem do biur. W ciągu miesiąca liczba osób, dla których jest to powód do obaw spadła o 5 p.p., a od początku listopada to spadek o w sumie 10 p.p., do 25 proc. Coraz mniej niepokoi nas podróżowanie komunikacją miejską, którą wielu z nas wykorzystuje na dotarcie do biur. Od początku grudnia liczba osób, które planują ograniczyć korzystanie z miejskiego transportu spadła z 54 proc. do 47 proc.

Niestety, uspokojenie nastrojów nie dotyczy poczucia bezpieczeństwa związanego z pracą. Od listopada, kiedy utraty zatrudnienia obawiało się rekordowe 54 proc. naszych ankietowanych, ich liczba spadła zaledwie o 1 p.p., do 53 proc. To drugi wynik w Europie za Hiszpanią, gdzie takie obawy ma aż 57 proc. mieszkańców – mówi John Guziak, Partner, lider ds. Kapitału Ludzkiego w Deloitte Polska.

Najnowsza fala badania pokazuje, że Polacy mniej martwią się o zdrowie, a więcej o stabilność swojej sytuacji finansowej. Jeszcze dwa miesiące temu troska o zdrowie bliskich i własne były odpowiednio na pierwszym i drugim miejscu wśród powodów niepokoju polskich konsumentów. W styczniu nadal zdrowie wiedzie prym, ale tuż za nim znajdują się stan oszczędności i obawa o możliwość spłaty kredytów. Troska o własne zdrowie jest dopiero na czwartym miejscu.

Od ostatniego badania aż o 4 pp. wzrosła liczba Polaków, dla których powodem do zmartwień jest spłata zadłużenia kredytowego. O 2 p.p. przybyło natomiast wśród naszych ankietowanych osób, które z niepokojem patrzą na stan swoich oszczędności. Może to być także pokłosiem niedawnych wydatków związanych ze świętami. Większość z nas nadwyrężyła swoje portfele, a do tego dochodzi przedłużający się lockdown i utrzymująca się niepewność co do najbliższej przyszłości – mówi Przemysław Szczygielski, Partner, lider branży Usług Finansowych w Polsce, Deloitte.

Tylko o 1 p.p. spadła w ciągu miesiąca liczba Polaków, którzy obawiają się o uregulowanie nadchodzących płatności (29 proc.), a o 2 p.p. ubyło konsumentów, którzy odkładają na przyszłość robienie większych zakupów (37 proc.).

Nerwowy początek roku

Aż 46 proc. z nas przyznaje, że kupuje więcej niż jest w stanie zużyć na bieżąco. To najwyższy wynik dla Polski w historii badania i najwyższy w Europie. Za nami są Brytyjczycy. Aż 41 proc. z nich kupuje na zapas, podczas gdy we Francji i Hiszpanii robi tak niespełna jedna czwarta konsumentów. Na świecie najwięcej osób, które kupują na zapas jest w Indiach – 64 proc. Brytyjczycy i Niemcy najczęściej w Europie przyznają się do polowania na okazje (po 48 proc.). Globalnie najwięcej konsumentów, którzy, jeśli trafią na atrakcyjną cenę, są gotowi kupić rzecz, która nie jest im niezbędna, niezmiennie jest w Chinach – 64 proc. Nad Wisłą na okazje poluje 46 proc. zapytanych (-2 p.p.).

– Najnowsze wyniki badania pokazują minimalny odwrót od tzw. trendu convenience. Od października stopniowo przybywało osób gotowych płacić więcej za wygodę, jak na przykład dostarczenie zakupów do domu. Od grudnia takich osób ubyło o 2 p.p. – dodaje Michał Tokarski. Znacznie, bo aż o 9 p.p. ubyło konsumentów, którzy decydują się płacić więcej za wygodę, by chronić swoje zdrowie. Ten powód wciąż jest najważniejszy, jednak od listopada osób, które go podają ubyło aż o 16 p.p. Na drugim miejscu jest oszczędność czasu, którą wskazała połowa ankietowanych.

Jak zmienią się ceny mieszkań w 2021 r.? Deweloperzy odpowiadają

Czy zapowiadane dalsze obniżki stóp procentowych i coraz wyższa inflacja może mieć wpływ na ceny mieszkań? Co będzie miało największe znaczenie dla zmiany stawek cenowych na rynku mieszkaniowym? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develii

Potencjalne, kolejne obniżki stóp procentowych bez wątpienia będą wspierać popyt. Niższe stopy procentowe to niższy koszt kredytu, jak również większa zdolność nabywcza klientów. Dodatkowo widzimy sporą aktywność klientów inwestycyjnych chcących ochronić swój kapitał przed rosnącą inflacją. Obecnie średnie oprocentowanie lokat jest znacznie niższe niż 1 proc. przy inflacji, która w ostatnich miesiącach kształtowała się na poziomie około 3 proc. Z uwagi na brak alternatywy, zakup mieszkania wydaje się być najlepszym rozwiązaniem.

Jednocześnie od kilku kwartałów liczba inwestycji wprowadzanych na rynek systematycznie spada. Wynika to m.in. z mniejszej liczby wydawanych pozwoleń na budowę i z ograniczonej ilości gruntów.

W minionym roku ceny mieszkań ustabilizowały się. Patrząc jednak na dane sprzedażowe za IV kw. 2020 roku i problemy z nową ofertą nie można wykluczyć wzrostu cen mieszkań w tym roku. W dużym stopniu będzie to zależeć od rozwoju pandemii.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

W mojej opinii, znaleźliśmy się obecnie w sytuacji, gdy wchodzimy w stały cykl charakteryzujący stabilne kraje europejskie, który skutkuje wzrostem cen mieszkań na poziomie 3-4 proc. rocznie. Takiej sytuacji spodziewam się przez kilka najbliższych lat. Choć zmiany w otoczeniu rynkowym mogą oczywiście wpływać na ceny mieszkań.

Bartosz Kuźniar, prezes zarządu Lokum Deweloper S.A.

Niskie stopy procentowe przekładają się na realne ujemne oprocentowanie lokat oraz niskie koszty kredytowania zakupu nieruchomości, wspierając popyt. Zakup mieszkania to bezpieczna lokata kapitału, stabilna forma inwestowania oszczędności, co w dobie rosnącej inflacji jest rozsądnym zabezpieczeniem przed spadkiem wartości posiadanych środków. Jednocześnie, z uwagi na coraz mniejszy zasób dostępnych gruntów pod zabudowę mieszkaniową, stale podnoszone wymagania techniczne oraz wydatki na energię i wynagrodzenia koszty realizacji mieszkań wciąż rosną, co naturalnie wymusza podwyżkę ich cen.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Obniżki stóp procentowych mogą wpłynąć na wzrost popytu na mieszkania kupowane w celach inwestycyjnych, gównie z myślą o wynajmie. Stały, stabilny zysk i wzrost wartości lokali skłaniają do zakupu na przykład mikroapartamentów, które są idealne do pracy albo do zamieszkania dla młodej osoby. Z transakcji inwestor może odzyskać 23 proc. VAT. Wśród kupujących mieszkania w tym celu jest coraz większa grupa klientów „gotówkowych”. Wzrost inflacji prawdopodobnie wpłynie na wzrost popytu. Można zatem spodziewać się, że ceny mieszkań będą stopniowo rosły. Na wzrost cen w perspektywie najbliższych miesięcy, mogą mieć także wpływ ograniczenia podażowe. Z uwagi na spadek liczby pozwoleń na budowę wydanych w 2020 roku i coraz bardziej ograniczoną dostępność gruntów, pula mieszkań w ofercie deweloperów maleje. Niemniej, rynek oceniam jako ustabilizowany.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Tak, te czynniki będą miały wpływ. Ceny prawdopodobnie będą nadal rosnąć, ale w mniejszym tempie niż miało to miejsce we wcześniejszych latach. Prognozujemy, że ceny w 2021 roku wzrosną o około 5 proc. Z danych rynkowych wynika, że w roku 2020, mimo trudnego dla wszystkich okresu pandemii, ceny wzrosły w większości miast o kilka procent. Ewentualne obniżenie stóp procentowych powinno utrzymać tę tendencję. Mieszkania będą droższe, ale kredyty hipoteczne tańsze, więc popyt utrzyma się na wysokim poziomie.

Należy pamiętać, że stopy procentowe i tak mają już historycznie niskie wartości, więc trzymanie kapitału na lokatach bankowych jest de facto stratą. Jeśli dołożymy do tego inflację, nie powinien dziwić rekordowy odpływ pieniędzy z banków. Te pieniądze będą musiały zostać gdzieś ulokowane, a naturalnym wyborem są nieruchomości.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Rynek trójmiejski, na którym skupia się Dekpol Deweloper charakteryzuje się systematycznym wzrostem cen mieszkań. Atrakcyjna lokalizacja, rozwinięta komunikacja, a także wspaniałe walory turystyczne naszego regionu, zapewniają duże zainteresowanie ze strony klientów. W efekcie zakładamy, że ceny lokali będą utrzymywać się na podobnym poziomie, a w najlepszych lokalizacjach Trójmiasta nadal będą rosły.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Nie sadzę by zmiany stóp procentowych, nawet jeśli ostatecznie ulegną dalszemu obniżeniu, znacząco wpłynęły na ceny mieszkań czy kredytów. Możliwości dalszego obniżania kosztu pieniądza nie są już bardzo duże i sądzę że ewentualne zmiany będą niewielkie i spodziewamy się raczej długofalowej stabilizacji w tym zakresie.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu Nickel Development

Niskie stopy procentowe to silny bodziec, wspierający popyt na mieszkania. Dlatego sprzedaż mieszkań nie spada. Nie ma też powodów by prognozować, że w najbliższym czasie zmienią się ceny ofertowe. Sytuacja na rynkach zachodnich pokazuje nam, że choć wzrosty cen nieruchomości są mniejsze niż w 2019 roku to jednak nadal mówimy o tendencji wznoszącej. W Polsce nie odnotowaliśmy ani spadku cen gruntów, ani usług budowlanych, dlatego spadek cen nieruchomości w bieżącym roku jest mało prawdopodobny.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Sądzę, że ceny mieszkań w 2021 roku nie będą spadać. W niektórych lokalizacjach nawet wzrosną. Spodziewamy się raczej ustabilizowania cen, ale nie ich spadku. Klienci szukają coraz lepszych projektów, z balkonami i tarasami w dobrych lokalizacjach. Oczekują dobrze zaprojektowanych mieszkań, by w razie potrzeby korzystać z nich także w ramach pracy zdalnej. Doceniają też wsparcie w obszarze procedur kredytowych, przyspieszenia i ułatwienia możliwości otrzymania kredytu. Dlatego mamy specjalne umowy z bankami, aby zrealizować te oczekiwania.

Agata Zambrzycka, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu Aria Development

Niskie stopy procentowe wspierają popyt na mieszkania, gdyż polepszają zdolność kredytową klientów, którzy korzystają z kredytów hipotecznych. Zwiększają również atrakcyjność inwestycji w mieszkania na wynajem w porównaniu z lokatami bankowymi. Ponadto, stopy procentowe niższe od inflacji zachęcają osoby obawiające się utraty wartości ich oszczędności do relokacji środków na rynek nieruchomości i zakupu mieszkań. Jednakże referencyjna stopa procentowa jest obecnie na bardzo niskim poziomie i niewielka jej obniżka nie będzie miała tak dużego wpływu na rynek, jak zmiany ubiegłoroczne. Liczymy, że klienci, którzy chętnie korzystają z kredytów hipotecznych, będą w dalszym ciągu zainteresowani naszymi projektami.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Ceny mieszkań są wypadkową podaży i popytu. Wszystko wskazuje na to, że podaż nowych mieszkań w 2021 roku znacząco się nie zmieni. Szacujemy natomiast, że nieco wzrośnie poziom zainteresowania.

Oprocentowanie lokat bankowych i poziom inflacji w 2020 roku sprawiły, że trzymanie środków w banku oznaczało utratę ich wartości. Polacy wycofali z lokat blisko 80 mld zł i naturalnie te środki w jakimś stopniu trafiły na rynek pierwotny. Niski poziom oprocentowania kredytów był z kolei zachętą do skorzystania z tego źródła finansowania. Według szacunków, w kwietniu i maju ubiegłego roku ilość udzielanych kredytów hipotecznych spadła odpowiednio o 20 i 28 proc. r/r. natomiast we wrześniu i kolejnych miesiącach pojawiło się już znaczące ożywienie i powrót do ilości umów kredytowych zawieranych w analogicznym okresie 2019 roku.

Przewidywania na 2021 wskazują na utrzymujący się poziom inflacji w granicach 2,6-3 proc., więc utrzymanie obecnego poziomu oprocentowania lub ewentualne dalsze obniżki stóp procentowych przyniosą dalszy wzrost zainteresowania ochroną wartości kapitału poprzez inwestowanie m. in. w nieruchomości.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Przewidujemy, że ceny mieszkań mogą mieć nadal tendencję wzrostową, ponieważ istnieje zależność, że im tańsze są kredyty tym droższe mieszkania i odwrotnie. Poza tym, wzrost inflacji spowoduje, że klienci jeszcze chętniej będą inwestować środki w zakup mieszkań. Nieruchomości są jedną z najbezpieczniejszych form lokowania kapitału i skuteczną ochroną przed utrata wartości pieniądza.

Sylwester Śniadecki, prezes Śniadecki Development i Śniadecki Investment Group

Naszym zdaniem trudno jest jednoznacznie określić, jak ceny będą kształtowały się w związku z dalszymi obniżkami stóp procentowych. Przewidujemy, że pozostaną na obecnym poziomie lub odnotują nieznaczny wzrost w drugiej połowie bieżącego roku. Wszystko zależy jednak od tego, jak rynek będzie reagował na konsekwencje stagnacji gospodarczej trwającej od marca 2020.

Autor: dompress.pl

Future Collars z finansowaniem ponad 5 mln PLN na rozwój edukacji online

Pandemia zwiększyła zapotrzebowanie na edukację online. Na obszarze EduTech skupia się również zainteresowanie inwestorów. Future Collars, nowoczesna szkoła programowania i kompetencji cyfrowych online, pozyskała 5 mln PLN od funduszy VC. Finansowanie umożliwi firmie dalszy rozwój oferty usług konsumenckich i biznesowych oraz kontynuowanie misji demokratyzacji dostępu do nauki i pracy.

W tym roku boleśnie przekonaliśmy się o tym, że funkcjonowanie gospodarki jest zależne od możliwości pracy i nauki w formule online, a dotychczasowy model edukacji został przygotowany z myślą o świecie, który przestał istnieć. Dzięki Future Collars każdy może sięgnąć po rzetelną edukację oferowaną poprzez szkolenia online ze wsparciem mentorów, którzy pomogą w zdobyciu wiedzy potrzebnej do bycia atrakcyjnym na rynku pracy.

Promowany przez nas od 2016 roku model nauki umożliwia ciągły rozwój i edukację online z niezawodnym wsparciem najlepszych specjalistów z branży IT oraz ekspertów od kompetencji cyfrowych. Wykorzystujemy potencjał nowych technologii i za ich pośrednictwem docieramy do każdego, komu zależy na szybkiej ścieżce rozwoju lub przebranżowieniu się. Skuteczność naszej metody jest wynikiem trzech elementów: możliwości zdobywania wiedzy od praktyków, swobodnej nauki zdalnej na autorskiej platformie e-learningowej i pracy nad projektami w zespołach rozproszonych. Dotychczas w kursach Future Collars wzięło udział ponad 1000 osób skomentowała Beata Jarosz, współzałożycielka Future Collars.

Przebranżowienie na życzenie

O zmianach w sposobie zdobywania wiedzy i nadchodzącym trendzie uczenia się przez całe życie (lifelong learning) mówiono już w 2018 roku podczas Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) w Davos. Eksperci przewidywali wówczas, że do 2025 roku około 375 milionów pracowników będzie zmuszonych do przebranżowienia się (reskilling). Zwracano także uwagę na trend doskonalenia swoich kwalifikacji (upskilling).

W 2021 roku, kiedy wciąż mierzymy się z druzgocącymi skutkami trwającej pandemii, coraz wyraźniej dostrzegamy, że niedobór odpowiednich umiejętności oraz przyspieszony postęp automatyzacji procesów wywołuje lawinową wręcz potrzebę upskillingu i reskillingu. Aby nadążyć za zmianami zachodzącymi w tzw. nowej normalności, zdobywanie kompetencji i ciągłe uczenie się to konieczność, zarówno z perspektywy pracowników, jak i pracodawców – dodaje Beata Jarosz.

Potwierdzają to dane opublikowane w tegorocznym raporcie WEF[1]. Okazuje się, że aż 94% liderów biznesu oczekuje, że pracownicy będą zdobywać nowe kompetencje, przy czym sami inwestują w rozwój zatrudnionych, oferując im możliwość nauki online. Równocześnie już 40% pracowników podejmuje się doszkalania za pośrednictwem internetu z własnej inicjatywy. 

To gra warta świeczki. Według analizy WEF znaczna część osób, które w przeciągu ostatnich 5 lat znalazły zatrudnienie w tzw. zawodach jutra, przeszły tam z niepowiązanych branż. Przykładowo wśród osób przechodzących do zawodów związanych z danymi i sztuczną inteligencją, aż 50% stanowią te, które wcześniej nie pracowały w branży IT –   powiedziała Joanna Pruszyńska-Witkowska, współzałożycielka Future Collars.

Zawód przyszłości potrzebny od zaraz

Future Collars zostało stworzone z myślą o potrzebach rynku pracy, który dynamicznie się zmienia.  Startup oferuje edukację w ramach tzw. zawodów przyszłości. Chodzi m.in. o takie profesje jak: Data Science, Java Developer, Frontend Developer, UX Designer, Scrum Master czy Python Developer.

W jednej z pierwszych faz rozwoju startupu (tzw. fazie seed) Future Collars pozyskał finansowanie na rozwój od funduszu inwestycyjnego venture capital (VC) Simpact oraz inwestorów prywatnych. Wówczas Spółka otrzymała 1,2 mln PLN, co pozwoliło rozszerzyć funkcjonalności platformy e-learningowej. Tym razem potencjał firmy został dostrzeżony przez KnowledgeHub, który zdecydował się zainwestować 4 mln PLN.

Pandemia koronawirusa znacząco przyspieszyła proces cyfryzacji firm, które z dnia na dzień musiały dostosować swoje procesy biznesowe do nowej rzeczywistości. Zapotrzebowanie na kompetencje cyfrowe rośnie szybciej niż przypuszczaliśmy, a wraz z nim rynek edukacji online. Liczba osób, które w ostatnim roku poszukiwały okazji do nauki online wzrosła czterokrotnie. W 2020 roku pięć razy więcej przedsiębiorstw zaoferowało szkolenia online swoim pracownikom. Te dane pokazują, że produkt Future Collars, autora innowacyjnego modelu do nauki kompetencji przyszłości, został uszyty na miarę obecnych czasów i jest skazany na sukces. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że startup tworzą dwie, doświadczone zawodowo kobiety, których nadal brakuje w świecie IT i nowych technologii. Mam nadzieję, że nasz fundusz pozwoli im znacznie rozwinąć portfolio produktów i usług oraz w szybkim tempie osiągnąć założone cele – mówi Krzysztof Pudlak, managing partner w KnowledgeHub.

[1]„The Future of Jobs Report 2020”, Światowe Forum Ekonomiczne, październik 2020 r.

Przedsiębiorcy z kredytami frankowymi też wygrywają z bankami

Do sądów gospodarczych wpływa coraz więcej spraw przedsiębiorców, którzy zaciągnęli kredyty powiązane z walutą CHF. Choć nie mogą oni powołać się na zapisy abuzywne w umowach i przepisy chroniące konsumentów, sądy znajdują podstawy do unieważnienia ich umów kredytów w oparciu o inne przesłanki.

W dniu 21 grudnia 2020 roku Sąd Okręgowy Wydział Gospodarczy wydał wyrok w sprawie XXVI GC 586/20 orzekając nieważność umowy kredytu waloryzowanego do kursu CHF zawartej pomiędzy wspólnikami spółki cywilnej a mBankiem.

Sąd gospodarczy oparł się na opiniach biegłych i ustalił, że mechanizm waloryzacji jest nietransparentny i tylko częściowo opisany w umowie, a jego zamieszczenie tam prowadzi do braku określenia świadczenia głównego w umowie. Ponadto, sąd wskazał na nierównomierne rozłożenie ryzyka walutowego i misseling z uwagi na nieadekwatność kredytu do działalności spółki i jej doświadczenia oraz fakt, że kredyt służył realizacji jedynie jej celów pobocznych.

„Biegli w tych procesach potwierdzają przede wszystkim nierównowagę kontraktową i przewagę informacyjną banku oraz że umowy te zawierają w
sobie elementy instrumentu finansowego. Jestem pozytywnie zaskoczona przede wszystkim przygotowaniem merytorycznym sądów gospodarczych,
którym łatwiej przychodzi zrozumienie skomplikowanych wątków finansowych” – komentuje mec. Barbara Garlacz, która prowadzi kilkadziesiąt spraw przedsiębiorców posiadających kredyty powiązane z waluta CHF.

Czy wkrótce w Polsce ruszą Fundusze Inwestycji w Nieruchomości (REIT)?

Do tej pory inwestowanie na lukratywnym rynku nieruchomości dla większości drobnych inwestorów oznaczało ich kupowanie, które służyło np. przechowaniu wartości kapitału lub zarabianiu na wynajmie. Oczywiście, można też zarabiać będąc udziałowcem w przedsięwzięciu deweloperskim i to nawet 12,5% rocznie. Jest to niezwykle atrakcyjne na tle inwestycji w lokaty, obligacje, czy mieszkania na wynajem. Niewielu jednak wie, że jest to ułamek możliwości pomnażania kapitału, bo można też bogacić się na inne sposoby, a na świecie zapewniają to specjalistyczne fundusze inwestycyjne tzw. “REIT”. U nas jak na razie wciąż brakuje legislacji. Szacuje się, że polski kapitał stanowi tylko od 2% do 5% wolumenu inwestycji na rynku nieruchomości komercyjnych. Brak regulacji prawnych w naszym kraju od lat blokuje prawdziwy rozwój tego segmentu i jego dostępność dla każdego inwestora. 

Polscy inwestorzy, zarówno indywidualni, jak i instytucjonalni wciąż mają bardzo ograniczone możliwości inwestowania i realizowania zysków na rynku nieruchomości. Ten stan ma zmienić nowa ustawa – rząd właśnie wraca do prac nad przepisami o REIT-ach, niezwykle popularnych za granicą funduszach inwestujących w nieruchomości. Czas na Polskę, dobre prawo, czyli nowa ustawa powinna zapewnić inwestorom bezpieczeństwo w hossie i w bessie.

Pomimo pandemii firmy deweloperskie oraz budowlane notują doskonałe wyniki finansowe i właśnie padł kolejny rekord sprzedaży. Jak informuje GUS, w ubiegłym roku na rynek trafiło aż 222 tys. mieszkań, to najwięcej od czasów boomu Edwarda Gierka sprzed 40 lat i było ich o 7 proc. więcej niż w roku 2019. Dominowali tu deweloperzy, którzy w 2020 roku przekazali do eksploatacji 143,8 tys. mieszkań – wzrost o 9,4 proc. rok do roku. Natomiast liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym w 2020 roku wzrosła o 2,8% r/r do 275 938.

Nawet w tak trudnych i nieprzewidywalnych czasach w sytuacji nagłego lockdownu gospodarki, inwestycje w nieruchomości okazały się bezpieczną przystanią. Nisko oprocentowane lokaty bankowe nie chroniące przed utrata wartości i inflacją spowodowały, że pieniądze zdeponowane w bankach zaczęły szybko się kurczyć. Od początku pandemii z lokat ubyło już 64 miliardy złotych. W 2020 roku drożały zarówno nowe, jak i używane lokale, na rynku pierwotnym w największych miastach ceny te rosły w tempie 3–9 proc. (6 proc. w Warszawie) r./r. Polacy osiągnęli szczyt w wykupie nieruchomości i detalicznych obligacji skarbowych, gdzie przede wszystkim szukano bezpieczeństwa i optymalnego zysku.

Inwestowanie w nieruchomości to stabilny i dobry biznes

Według różnych szacunków z uwzględnieniem demografii i trendów rynkowych w Polsce wciąż brakuje ok 2,3 – 3 milionów mieszkań, a w najbliższej dekadzie prognozuje się dalszą dobrą koniunkturę związaną z wysokim popytem. Rosną też ceny mieszkań. Jak przeanalizował Dom Maklerski Michael Strom, biorąc pod uwagę okres 4Q 2006 – 4Q 2019, gdzie dysponujemy danymi dla wszystkich klas aktywów, najwyższą stopę zwrotu zanotowało złoto. Drugim najmocniej rosnącym aktywem była cena mieszkania powiększonego o wynajem. W analizowanym okresie takie połączenie wygenerowało stopę zwrotu w wysokości 135%.  Wynik w całym okresie jest składową wzrostu cen mieszkań o 53% oraz przychodów z najmu, które dodały kolejne 82 p.p. wyniku. W analizowanym ujęciu sam wzrost cen mieszkań pokonał inflację konsumencką o ponad 23 p.p., która urosła przez 13 lat o 30%.

Tym samym, nie powinno nas zaskakiwać, że od lat na rynku przybywa firm deweloperskich, które walczą o lukratywne zyski – jest ich już ponad 2 tysiące. Inwestując w kolejne projekty potrzebują kapitału, który pozyskują z różnych źródeł: kredytów bankowych, giełdy, obligacji, funduszy, itd. Pozyskanie kapitału generuje spore koszty, np. prócz odsetek i podatków również opłaty związane z obsługą czy emisją obligacji, doradców, domów maklerskich, itp. Pozyskanie finansowania wymaga również odpowiednich zabezpieczeń, czyli np. budowania banków ziemi. Nic więc dziwnego, że firmy deweloperskie szukają optymalizacji i “taniego pieniądza”.

Na zachodzie REIT-y zapewniają konkurencyjne i całkowite stopy zwrotu w oparciu o wysokie, stabilne dochody z dywidend i długoterminowy wzrost wartości kapitału. Ich stosunkowo niska korelacja z innymi aktywami sprawia, że są również doskonałym dywersyfikatorem, który może pomóc zmniejszyć ogólne ryzyko portfela i zwiększyć zwroty. W zamian za wypłatę większości zysku, REIT korzysta ze zwolnienia z CIT. Przez brak na naszym rynku odpowiednich regulacji dot. działania popularnych za granicą REIT-ów, czyli Spółek Rynku Wynajmu Nieruchomości, rynkową lukę w pozyskiwaniu kapitału od małych inwestorów prywatnych próbują wypełnić inne, stanowiące atrakcyjną alternatywę dla rozwiązań funduszowych, obligacyjnych oraz bezpośredniego inwestowania pieniędzy na giełdzie rozwiązania, np. typu private equity, które są dostępne dla każdego.

Jest w co inwestować, bo firmy budowlane wytwarzają bezpośrednio 7,4 proc. PKB, ale poprzez efekty pośrednie generują dodatkowe 9,3 proc. PKB. Łącznie sektor budowlany przyczynia się do powstawania 288 mld zł wartości dodanej, czyli 16,8 proc. PKB. Branża ta tworzy bezpośrednio 6 proc. liczby miejsc pracy, a pośrednio łącznie 15 proc., czyli 2 mln 90 tys. zatrudnionych.

Rząd wraca do pracy nad ustawą o REIT-ach

Możliwości lokowania w tego typu fundusze, dostępne dla szerokiego grona inwestorów, ograniczają się do posiadania akcji deweloperów giełdowych oraz obligacji notowanych na Catalyst. Z tego powodu wiele osób decyduje się na samodzielne inwestowanie w nieruchomości, głównie poprzez zakup mieszkań, lokali w formule condo i aparthotelowej oraz mniejszych lokali komercyjnych. Wciąż  nie mamy na polskim rynku papierów wartościowych produktu inwestycyjnego o charakterze rentierskim. Tymczasem w posiadaniu zagranicznych REIT-ów (szczególnie w segmencie komercyjnym) znajduje się wiele topowych polskich nieruchomości. Według różnych szacunków w tym segmencie, w Polsce zainwestowano ok. 64 mld euro. Niestety, udział rodzimego kapitału był mniejszy niż 5 procent.

W zgodnej opinii Stowarzyszenia REIT Polska i Polskiej Izby Nieruchomości Komercyjnych (PINK) aktualny stan może zmienić się wyłącznie poprzez wprowadzenie systemowych i sprawdzonych rozwiązań, z wielką korzyścią dla polskich inwestorów indywidualnych i polskiej gospodarki. Wiceminister rozwoju, pracy i technologii Anna Kornecka, w kierowanym przez Wiceprezesa Rady Ministrów Jarosława Gowina resorcie, zapowiedziała powrót razem z Ministrem finansów do ustawy o firmach inwestujących w nieruchomości. Informacja o przygotowaniach do uchwalenia ustawy o polskich REIT-ach pojawiła się dzień po apelu Ministra finansów, który chciałby, aby Polacy zaczęli obracać swoimi oszczędnościami trzymanymi w “skarpecie”.

Pamiętajmy, że wartość aktywów finansowych netto gospodarstw domowych (aktywa pomniejszone o zobowiązania) wynosiła na koniec 2019 roku, aż 1.398.874 mln złotych. Bieżące depozyty rozliczeniowe to największy składnik aktywów finansowych gospodarstw domowych. W tej pozycji zgromadziliśmy w podanym okresie blisko 604 mld zł. Również demografia zmienia aktywa Polaków i za 20 lat majątek przeciętnej rodziny wzrośnie do ponad 860 tys. zł.

Inwestorzy indywidualny chcą zarabiać na rynku nieruchomości

Rynek nie znosi próżni, a biznes poszukuje rozwiązań zastępczych. W ostatnich latach powstały na przykład serwisy i platformy crowdfunding’owe dedykowane dla projektów o charakterze udziałowym. Specjalizujące się w projektach inwestycyjnych, w które użytkownicy serwisu mogą lokować swój wolny kapitał poprzez nabywanie udziałów w spółkach celowych, realizujących inwestycje deweloperskie, inwestycje w grunty oraz inwestycje w zakup lokali mieszkalnych pod wynajem. Minimalna kwota kapitału do zainwestowania wynosi tylko 1.000 zł.

Na rynku znajdziemy nawet firmy, które oferują przy progu wejścia od 200.000 zł ponad 12% zysku rocznie, oferując udziały w spółce deweloperskiej realizującej budowę domów i mieszkań w Warszawie. Ciężko jednak je transparentnie zweryfikować, bo nie stoi za nimi żaden znany brand, z drugiej strony mają w swoim portfolio zrealizowane i rozliczone projekty oraz dobre opinie klientów. Jak widać, ta forma inwestowania cieszy się coraz większą popularnością.

Natomiast nową jakość z pełną transparentnością na rynku daje produkt “Equity”, za którym stoi twórca sukcesów Murapolu i HRE Investments – Michał Sapota wraz ze swoim zespołem fachowców i ekspertów. W ostatnim czasie przygotowali specjalną ofertę dla inwestorów zainteresowanych ulokowaniem kapitału w nieruchomościach. Mogą oni nabyć udziały w projekcie “Warszawska Sky” i zarobić 6,88% rocznie. W zależności od projektu istnieje możliwość zainwestowania nawet kilkunastu tysięcy złotych.

Mechanizm zainwestowania jest całkiem prosty: inwestor przyjmie ofertę objęcia udziałów, opłaca zadeklarowany udział i potwierdza ten fakt u notariusza. W tym samym momencie HRE Investments podpisuje umowę na odkup udziałów po – z góry określonej cenie, która to uwzględnia oczekiwany przez inwestora zysk. Inwestor otrzymuje kwartalnie swój zysk tytułem zaliczki na poczet ceny za objęte udziały. Deweloper to udziałowiec większościowy, posiadający docelowo ok. 60% udziałów w spółce celowej wnoszącej grunt i podmiot odpowiedzialny za organizację całego procesu realizacji i sprzedaży inwestycji, mający odpowiednie zasoby, doświadczenie i know-how.

Deweloper, który pozyska finansowanie z tańszego źródła może uzyskać lepsze wyniki sprzedażowe dla swoich projektów i dysponuje większym marginesem, np. na nakłady reklamowe czy promocje cenowe. Dlatego wszystkie dostępne formy pozyskiwania kapitału lub skrócenia cyklu operacyjnego (prefabrykacja) budzą wielkie zainteresowanie branży. Natomiast inwestorzy mogą liczyć na udziały w wysokich zyskach z tych inwestycji, konkurencyjnych do innych ofert dla lokowanego kapitału. REIT-y mogłyby więc korzystnie wpłynąć na rozwój projektów deweloperskich i całość branży budowlanej. Można mnożyć przykłady ofert inwestycyjnych na naszym rynku świadczące o dużych zasobach wolnych środków finansowych, które jednak w niewielkim stopniu zagospodarowują popyt inwestorski w tym sektorze.

Real Estate Investment Trust (REIT) podbiły światowe rynki

REIT-ty, na które czekamy w Polsce to typ funduszy inwestycyjnych, często notowanych na giełdzie papierów wartościowych, pozwalających indywidualnym (drobnym) inwestorom na zbiorowe lokowanie środków w nieruchomości. Te niezwykle popularne, np. w USA podmioty finansowe, które występują w charakterze spółek albo funduszy notowanych na GPW, dzięki którym mniejsi (drobni) inwestorzy mogą lokować swoje środki w nieruchomości.

Są one również dostępne dla pozostałych inwestorów, w tym dla inwestorów instytucjonalnych. Celem działania tego przedsiębiorstwa jest nabycie praw własności do różnych typów nieruchomości przynoszących dochód, m.in. nieruchomości komercyjnych – powierzchni biurowych, hoteli, powierzchni handlowych (przede wszystkim wielkich centrów handlowych), magazynów, a także nieruchomości mieszkaniowych przeznaczonych na wynajem, a następnie zarządzanie nimi i czerpanie z tego zysków. Głównym źródłem dochodów podmiotów REIT pozostają czynsze, a nie wzrost wartości nieruchomości, gdyż transakcje sprzedaży i kupna posiadanych aktywów wykonywane są jedynie w celu dopasowania składu portfela nieruchomości do bieżącej sytuacji rynkowej. Dochód REIT pochodzi zatem przede wszystkim z nieruchomości, innych aktywów bądź innych przedsięwzięć biznesowych powiązanych z nieruchomościami.

REIT-y pozwalają każdemu inwestować w portfele aktywów w postaci nieruchomości w taki sam sposób, w jaki inwestuje się w inne branże – poprzez zakup pojedynczych akcji firmy lub poprzez fundusz inwestycyjny lub fundusz ETF (exchange-traded fund). Akcjonariusze REIT uzyskują udział w dochodzie uzyskanym z inwestycji w nieruchomości – bez konieczności wychodzenia z domu i kupowania, zarządzania lub finansowania nieruchomości. Około 145 milionów Amerykanów inwestuje w akcje REIT poprzez rodzaj emerytalnego planu oszczędnościowego “401(k)”, który w USA jest odpowiednikiem polskiego Pracowniczego Planu Kapitałowego lub inne fundusze inwestycyjne. W sumie wszystkie typy REIT-ów posiadają łącznie ponad 3,5 bln USD aktywów brutto w całych Stanach Zjednoczonych, a notowane na giełdzie REIT posiadają aktywa o wartości około 2,5 bln USD, reprezentujące ponad 500 000 nieruchomości. Amerykańskie fundusze REIT zostały ustanowione przez Kongres w 1960 roku, aby zapewnić wszystkim inwestorom, zwłaszcza drobnym, dostęp do nieruchomości przynoszących dochód. Od tego czasu amerykańskie podejście do funduszy REIT służy jako model dla około 40 krajów na całym świecie, w których funkcjonują. Z sukcesem  dostępne są chociażby na rynku Bułgarskim i Węgierskim.

Obecnie w samej Wielkiej Brytanii istnieje ich 56 o łącznej kapitalizacji rynkowej 89,5 mld USD, a w Europie (bez Wielkiej Brytanii) jest 151 REIT-ów o kapitalizacji 420 mld USD. Pierwszy z nich powstał w 1995 roku w Belgii. Od lat 90-tych w REITy inwestuje także Oljefondet – Norweski Państwowy Fundusz Emerytalny. Zyskują również na popularności wśród inwestorów z innych krajów Europy Zachodniej, szczególnie Wielkiej Brytanii, Holandii i Francji. Natomiast na największym rynku nieruchomości w Europie, czyli w Niemczech, gdzie około połowa zlokalizowanych nieruchomości ma charakter mieszkaniowy, fundusze specjalne i REIT zajmują większość udziałów w całości inwestycji mieszkaniowych.

REIT inwestuje w szeroką gamę nieruchomości, w tym biura, budynki mieszkalne, magazyny, centra handlowe, placówki medyczne, centra danych, wieże komórkowe, infrastrukturę i hotele. Większość REIT skupia się na określonym typie nieruchomości, ale niektóre posiadają w swoich portfelach wiele typów i inwestują również na rynkach zagranicznych.  Aktywa REIT notowane na giełdach zaliczane są do jednego z 13 sektorów nieruchomości, np. mieszkaniowych, hotelowych (resorty), komercyjnych (biura, galerie handlowe, logistyka), zdrowotnych, przemysłowych czy centrów danych (chmura). Potencjał wzrostu wiąże się z ryzykiem, które różni się w zależności od rodzaju REIT. Największy REIT w 2020 roku to American Tower inwestujący w nieruchomości sektora telekomunikacji, według kapitalizacji rynkowej obecnie wart 102,3 mld USD.

Powracająca historia, czyli REIT-y po polsku

Polski Związek Firm Deweloperskich dostrzegał konieczność wprowadzenia do polskiego systemu prawnego regulacji i w wydanym ponad cztery lata temu stanowisku przekonywał, iż zagraniczna popularność podobnych rozwiązań dowodzi o zasadności wdrożenia ich w naszym kraju. Pierwszy pamiętny projekt ustawy dot. Spółek Rynku Wynajmu Nieruchomości (SRWN) autorstwa Ministerstwa Finansów  z 2016 roku został wycofany, a kolejny “ustawy o polskich REIT-ach”, które miały nazywać się już Firmami Inwestującymi w Najem Nieruchomości (FINN) został przesłany do Sejmu, jednak utknął na etapie pierwszego czytania. Dokument zakładał, że mogłyby być nimi firmy notowane na giełdzie z przynajmniej 50 mln zł kapitału. W efekcie cały czas brakuje formuły prawnej dla REIT-ów, a otwarte fundusze inwestycyjne nie mogą inwestować bezpośrednio w nieruchomości, czy w aktywa nienotowane na rynkach regulowanych. Czas pokaże, czy obecna kolejna próba wdrożenia oczekiwanych legislacji zakończy się sukcesem.

Autor / fot.: Adam Białas – niezależny ekspert rynku, dziennikarz biznesowy,  menedżer agencji marketingu i komunikacji Core PR, która specjalizuje się m. in. w sektorach finansowym i nieruchomości.

Rzecznik MŚP pyta Ministra Zdrowia o przesłanki wydłużenia zakazu działalności solariów

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz w stanowisku z dn. 25 stycznia 2021 r. skierowanym do Ministra Zdrowia dr Adama Niedzielskiego zwrócił się z zapytaniem o powody wydłużenia okresu zakazu działalności solariów, saun i salonów masażu. Adam Abramowicz poprosił również o wyjaśnienie, na jakiej podstawie Główny Inspektor Sanitarny zdecydował o nieaktualności opinii Krajowego Konsultanta ds. epidemiologii, mówiącej iż ryzyko zakażenia klientów solariów wirusem SARSCov-2 jest niewielkie.

W piśmie Adam Abramowicz podkreślił, że branża solariów kilkukrotnie zwracała się do Ministerstwa Zdrowia i Głównego Inspektora Sanitarnego z prośbą o przedstawienie analiz, potwierdzających negatywny wpływ działalności solariów na rozprzestrzenianie się epidemii COVID-19. Pisma te pozostały bez odzewu, co zdaniem zainteresowanych, może świadczyć o braku racjonalnej przesłanki dla zakazu działalności takich obiektów.

Rzecznik MŚP podkreśla także, iż na prośbę Głównego Inspektora Sanitarnego 2 września 2020 r. została sporządzona opinia autorstwa dr hab. Iwony Paradowskiej-Stankiewicz, mówiąca że „ryzyko zakażenia klientów solariów wirusem SARSCoV-2 jest niewielkie pod warunkiem bezwzględnego przestrzegania przez personel solariów zasad sanitarno-higienicznych oraz zasad obowiązujących podczas epidemii SARS-CoV-2.”. Opinia ta została upubliczniona dopiero po ponad 3 miesiącach, jednak Pan Krzysztof Saczka, pełniący obowiązki Głównego Inspektora Sanitarnego uznał ją za nieaktualną. Ta decyzja miała być powodem ponownego zamknięcia branży.

Proszę o informację, na jakiej podstawie Główny Inspektor Sanitarny zajął takie stanowisko oraz o przesłanie wszystkich analiz zamówionych bądź sporządzonych przez Ministerstwo Zdrowia oraz jednostki jemu podległe, które świadczyłyby o nieaktualności  opinii firmowanej przez Krajowego Konsultanta ds. epidemiologii. Dodatkowo proszę o informację, dlaczego opinia ta nie była udostępniona przedstawicielom branży przez ponad
3 miesiące od jej sporządzenia, mimo kilkukrotnie kierowanych próśb do Ministerstwa i Głównego Inspektora Sanitarnego. Liczę na odpowiedź w ciągu 7 dni
– pisze w liście Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Tarcza dla mikroprzedsiębiorcy – jak, ile i na co wydać subwencje z Tarczy Finansowej 2.0?

Przedsiębiorcy z 45 branży mogą do 28 lutego ubiegać się o subwencje z Tarczy Finansowej 2.0 Polskiego Funduszu Rozwoju. Osoby fizyczne prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą mogą otrzymać nawet 324 tys. zł., a firmy z sektora MŚP – 3,5 mln zł. 

Tarcza dla mikroprzedsiębiorcy

Mikroprzedsiębiorca, który chce otrzymać wsparcie, musi spełnić łącznie trzy kryteria:

  • Pierwsze z nich dotyczy prowadzenia działalności w jednej ze wskazanych branży według stanu na 31.12.2019, 01.11.2020 oraz w dniu złożenia wniosku. Obecnie ubiegać się o wsparcie mogą przedsiębiorcy z jednej spośród 45 branży wskazanych na podstawie kodów Polskiej Klasyfikacji Działalności (PKD). – W przeciwieństwie do przepisów o Tarczy Branżowej, nie musi być to przeważające PKD. Przedsiębiorca powinien według stanu na każdy z wyżej wymienionych dni prowadzić działalność, do której przypisany byłby przynajmniej jeden określony kod – tłumaczy Mateusz Boguszewski, główny księgowy w firmie inFakt.
  • Drugie kryterium dotyczy spadku obrotów o co najmniej 30%. Przedsiębiorca może wybrać, które dwa okresy chce w tym celu porównać. Może to być kwiecień – grudzień 2020 r. do kwietnia – grudnia 2019 r. lub październik – grudzień 2020 r. do października – grudnia 2019 r.
  • Trzeci warunek to brak zaległości w opłacaniu podatków i składek ZUS na 31 grudnia 2019 r. lub 31 grudnia 2020 r. lub na dzień składania wniosku.

Całkowite umorzenie subwencji będzie możliwe, jeżeli  mikroprzedsiębiorca spełni jeszcze dwa warunki. Pierwszym z nich jest nieprzerwane prowadzenie działalności gospodarczej w okresie od dnia złożenia wniosku o subwencję do 31 grudnia 2021 r. Drugim – utrzymanie średniego zatrudnienia w 2021 r. w porównaniu do 2020 r.

Ile może otrzymać mikroprzedsiębiorca?

Wysokość subwencji przyznanej mikrofirmie zależy od spadku jej obrotów oraz od liczby pracowników: spadek obrotów o co najmniej 30% to 18 tys. zł na pracownika, a o co najmniej 60% – 36 tys. zł na pracownika. Maksymalna do uzyskania kwota subwencji dla mikroprzedsiębiorców wynosi więc 324 tys. złotych.

Co istotne, definicja pracownika na potrzeby wyliczania subwencji różni się od definicji pracownika, która wykazuje, czy mamy do czynienia z mikroprzedsiębiorstwem – tłumaczy ekspert inFakt. – Na potrzeby ustalenia statusu, czyli dla prawa do otrzymania subwencji liczą się tylko osoby na umowie o pracę, a do wyliczenia wysokości subwencji – każda osoba, za którą przedsiębiorca odprowadza składki za ubezpieczenia społeczne.

Środki z subwencji mogą zostać wykorzystane na konkretne cele, takie jak: pokrycie kosztów wynagrodzeń pracowników, koszty zakupu towarów i materiałów oraz usług obcych, bieżące koszty obsługi finansowania zewnętrznego, koszty najmu (lub umów o podobnym charakterze) nieruchomości użytkowanej do celów prowadzenia działalności, koszty wszelkich należności publicznoprawnych, koszty zakupy sprzętu i innych środków trwałych niezbędnych do prowadzenia działalności gospodarczej.

Subwencja dla małych i średnich firm

Aby otrzymać subwencję, firmy z sektora MŚP muszą wykazać spadek przychodów o przynajmniej 30% w jednym z dwóch wybranych okresów: listopad – grudzień 2020 r. w porównaniu do tego samego okresu z 2019 r. lub styczeń – marzec 2021 r. w porównaniu do tego okresu w 2019 r. W takim przypadku należy podać przewidywany spadek według swojej najlepszej wiedzy.

Firmy z sektora MŚP  mogą otrzymać subwencję w wysokości 70% straty brutto wykazanej za okres od listopada 2020 do marca 2021. W przypadku okresu styczeń – marzec 2021 należy oszacować możliwą stratę. Maksymalna kwota wsparcia to 3,5 mln zł, jednak nie więcej niż 72 tys. zł na pracownika. Może być ono przeznaczone na finansowanie 70% kosztów stałych.

Także małe i średnie firmy mogą ubiegać się o całkowite umorzenie subwencji pod dwoma warunkami:

  • Pierwszym z nich, podobnie jak w przypadku JDG, jest nieprzerwane prowadzenie działalności gospodarczej w okresie od dnia złożenia wniosku do 31 grudnia 2021 r.
  • Drugi warunek to rozliczenie nadwyżki udzielonej subwencji w terminie po 31 grudnia 2021 r., ale nie później niż do 31 stycznia 2022 r. – Jako nadwyżka rozumiana jest różnica między otrzymaną kwotą subwencji, a faktycznie poniesionymi kosztami stałymi w sytuacji, gdy rzeczywiste koszty stałe okazały się niższe – tłumaczy Mateusz Boguszewski. Beneficjent powinien wykazać rzeczywiste koszty stałe na podstawie sprawozdań finansowych lub dokumentów księgowych za okres od 1 listopada 2020 r. do 31 marca 2021 r.

W przypadku MŚP utrzymanie poziomu zatrudnienia nie należy do warunków umorzenia subwencji.

Na co nie można wydawać środków?

Przedsiębiorców obowiązuje zakaz dokonywania jakichkolwiek płatności na rzecz swoich pracowników poza wynagrodzeniem zasadniczym, a więc np. premii. Beneficjent subwencji nie może też wydać środków na rzecz właścicieli lub podmiotów, z którymi ma powiązania, nie może również przedpłacać kredytów, leasingów i innych podobnych instrumentów.

Zakaz dotyczy także nabycia (przejęcia) w sposób bezpośredni lub pośredni, w części lub całości, innego podmiotu lub dokonywania transakcji, których celem jest takie nabycie lub przejęcie.

Zmiany liczby deweloperów w krajowych metropoliach

Krajowe media rzadko podają informacje o liczbie firm deweloperskich działających w poszczególnych miastach. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl prześledzili zmiany takiej liczby od 2010 roku.

Liczba firm deweloperskich, które działają w poszczególnych miastach to ciekawa oraz rzadko eksponowana kwestia. Wydaje się oczywiste, że najwięcej takich przedsiębiorstw funkcjonuje na terenie Warszawy i tam prowadzi swoje inwestycje. Analiza portalu RynekPierwotny.pl potwierdza jednak, że liczba deweloperów działających na obszarze jakiegoś miasta niekoniecznie ma związek z jego wielkością. Warto zatem sprawdzić, jak wygląda ranking największych polskich miast pod względem liczby deweloperów, którzy prowadzą inwestycje na ich terenie.

Koniunktura zachęcała nowe firmy do wejścia na rynek …

Informacje na temat liczby firm deweloperskich z poszczególnych miast podaje Narodowy Bank Polski w swoim corocznym raporcie dotyczącym sytuacji na lokalnych rynkach mieszkaniowych. Analitycy portalu RynekPierwotny.pl postanowili wykorzystać wspomniane statystyki NBP do sprawdzenia, w którym z największych miast liczba deweloperów mocno wzrosła pomiędzy 2014 r. oraz 2019 r. Wyniki analizy obejmującej miasta wojewódzkie oraz Gdynię są następujące:

  • Białystok – 10 firm deweloperskich w 2014 r./17 firm deweloperskich w 2019 r.
  • Bydgoszcz – 29/33
  • Gdańsk – 65/42
  • Gdynia – 27/27
  • Katowice – 40/51
  • Kielce – 43/43
  • Kraków – 135/176
  • Lublin – 30/50
  • Łódź – 68/110
  • Olsztyn – 20/22
  • Opole – 10/20
  • Poznań – 48/91
  • Rzeszów – 147/284 – dane za 2018 r.
  • Szczecin – 67/85
  • Warszawa – 264/261
  • Wrocław – 115/130
  • Zielona Góra – 11/14

Powyższe dane sugerują, że w wielu miastach dobra koniunktura na rynku deweloperskim skutkowała wzrostem liczby firm budujących nowe domy i lokale. Przykładem są takie ośrodki miejskie, jak chociażby Kraków, Łódź, Poznań i Rzeszów. Ostatnie ze wspomnianych miast wyróżnia się ciekawą specyfiką rynku pierwotnego, na którym działa wiele mniejszych przedsiębiorstw.

Boom nie zawsze musi jednak skutkować wzrostem liczby aktywnych deweloperów, o czym dobrze świadczy przykład Gdańska. W tym mieście miał miejsce spadek liczby działających firm deweloperskich. Mógł być on spowodowany m.in. wzmożoną konkurencją. Wzrost popytu na niektórych rynkach czasem sprawia, że wchodzą na nie duzi gracze wcześniej inwestujący w innych częściach Polski.Zmiany liczby deweloperów w krajowych metropoliach

Od 2010 r. liczba inwestorów mocno wzrosła np. w Łodzi

Największe ośrodki miejskie z pewnością zasługują na pogłębioną analizę dotyczącą liczby aktywnych firm deweloperskich. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl przygotowali powyższą tabelę. Przedstawia ona zmiany liczby deweloperów prowadzących działalność na terenie sześciu największych ośrodków miejskich od 2010 roku do 2019 roku. Podobnie jak poprzednio, odpowiednie informacje pochodzą z raportów NBP.

Długookresowa analiza bazująca na danych, które zebrały oddziały Narodowego Banku Polskiego wskazuje, że duży wzrost liczby aktywnych firm deweloperskich był widoczny w Łodzi. Ponad dwukrotna zmiana liczby deweloperów dobrze koresponduje z ożywieniem inwestycyjnym, które miało miejsce w trzecim największym mieście naszego kraju.

Dużym wzrostem liczby działających w nich firm deweloperskich wyróżniały się także dwa inne wiodące ośrodki miejskie. Mowa o Wrocławiu oraz Poznaniu. Jeżeli natomiast chodzi o stolicę, to w perspektywie 9 lat odnotowano tylko przejściowy wzrost liczby aktywnych deweloperów mieszkaniowych. Warszawski rynek z pewnością jest bardzo konkurencyjny, co utrudnia kolejnym inwestorom mieszkaniowym rozpoczęcie działalności na nim.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Dobry poranek dla dolara

Inwestorzy nie przywiązywali szczególnej wagi do dobrych danych z indeksów koniunktury USA w piątek. Dzisiejsze słabsze dane z Niemiec pozwoliły jednak przypomnieć sobie o nich i wziąć je pod uwagę, dzięki czemu dzisiaj od rana euro traci względem dolara.

Dobre dane z USA

W piątek poznaliśmy dane z indeksów PMI nie tylko dla Europy, ale również dla USA. Te zza oceanu okazały się zresztą dużo korzystniejsze od oczekiwań dla amerykańskiej gospodarki. Indeks dla przemysłu wynosi 59,1 pkt wobec oczekiwanych 56,5 pkt, a dla usług 57,5 pkt wobec oczekiwanych 53,6 pkt. Są to rezultaty pokazujące wyraźną przewagę optymistów w badaniu. Dane te nie miały jednak większego wpływu na rynek. Na koniec tygodnia w porównaniu do jego początku dolar okazał się o cent słabszy względem euro. W piątek zmienność była wyjątkowo niska, tak jakby inwestorzy nie chcieli otwierać pozycji przed weekendem.

Produkcja przemysłowa w Polsce

Dzisiaj o 10:00 poznaliśmy lepsze od oczekiwań dane z Polski. Produkcja przemysłowa rośnie o 11,2% wobec oczekiwanego 8,7%. Warto przypomnieć, że to wzrost roczny. Zatem pandemia na przemysł okazuje się nie mieć zbyt silnego wpływu. Złotówka zareagowała podwyższoną zmiennością, ale należy pamiętać, że dane nałożyły się z odczytem od naszego zachodniego sąsiada, co tłumaczy nagłe skoki w górę i w dół tuż po publikacji. Co ciekawe, od dobrych danych z kraju inwestorzy większą uwagę zwrócili na potencjalne problemy naszego głównego partnera handlowego i złoty traci na wartości.

Słabsze dane z Niemiec

O tej samej porze co dane z Polski pojawił się indeks instytutu IFO w Niemczech. Wypadł on słabiej od oczekiwań, co spowodowało, że inwestorzy zaczęli przenosić swoje środki za ocean. Słabsze dane z Europy przypomniały o dobrych odczytach piątkowych w USA i od rana dolar zyskuje względem euro. Biorąc pod uwagę to jak dobre były odczyty z Europy w ostatnich miesiącach można się spodziewać, że kolejne dane nie sprostają nadmiernie rozbudzonym oczekiwaniom.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Epidemia przyspieszyła cyfryzację, a z nią rozwój OZE

trzy na cztery firmy z branży technologicznej, medialnej, finansowej i telekomunikacyjnej przyspieszyło cyfryzację wskutek epidemii koronawirusa[1]. W wyniku kryzysu transformacja, która zajęłaby dwa lata, trwała dwa miesiące. Ale zmiany spowodowane pandemią mogą wykraczać także poza sferę cyfrową i rozwój systemów telekomunikacyjnych czy centrów przetwarzania danych. Cyfryzacja stanowi też szansę na zwiększone pozyskiwanie energii z zielonych źródeł i dekarbonizację. Dane i ekologia wydają się nie mieć wiele wspólnego, jednak odpowiednie wykorzystanie informacji może neutralizować negatywne dla środowiska naturalnego efekty rozwoju gospodarczego.

Cyfrowa era wymaga energii

Jeszcze przed wybuchem epidemii 60% światowej populacji było online. Cyfrowe dane są częścią codzienności, dlatego możliwe było niemal z dnia na dzień przeniesienie pracy, nauki, wizyt lekarskich czy zakupów do sieci. Poskutkowało to gwałtownym wzrostem ilości przetwarzanych informacji: w 2020 roku było to nawet 59 zettabajtów, czyli bilionów gigabajtów[2]. W związku z tym zwiększa się zapotrzebowanie na energię. Między innymi z tego powodu centra danych odpowiadają już za zużycie w procesie cyfryzacji nawet 20% światowej energii[3].

Digitalizacja sprzyja środowisku?

Według założeń Unii Europejskiej do 2030 roku emisje gazów cieplarnianych powinny zostać zredukowane o 55%, a centra danych być neutralne klimatycznie. Wideokonferencje będą więc „zielone” i przyjazne dla klimatu, gdy systemy przetwarzające informacje zostaną zasilone energią z odnawialnych źródeł. W ograniczaniu emisji może jednak pomóc także sama cyfryzacja.

W nadchodzących latach cyfrowe rozwiązania umożliwią inteligentną komunikację pomiędzy systemami pomiarowymi w budynkach czy magazynami energii i siecią elektryczną. Na coraz szerszą skalę stosowane będą banki energii, zarówno w infrastrukturze centrów danych, jak i w akumulatorach pojazdów elektrycznych – wskazuje Mariusz Hudyga, Product Manager w firmie Eaton.

Praca zdalna w dużym stopniu zastąpiła dojazdy do biura i podróże, ograniczyła więc zużycie paliwa. Zakupy w sklepach internetowych umożliwiają bardziej efektywne planowanie tras dostaw niż w przypadku korzystania z tradycyjnych kanałów sprzedaży. Redukują też wydatki na energię związane z nadprodukcją czy niepotrzebnym magazynowaniem produktów. E-bankowość ogranicza potrzebę zasilania i utrzymywania nieruchomości należących do instytucji finansowych. Dzięki wysokiej wydajności nowoczesnej elektroniki digitalizacja zapewnia także większą energooszczędność, a co za tym idzie – redukcję emisji CO2.

Dom zasilany z samochodu

Cyfrowe systemy umożliwiają wytwarzanie, przesyłanie i magazynowanie na szeroką skalę energii ze źródeł odnawialnych. OZE są bardzo wydajne i tańsze w przeliczeniu na wat niż energia uzyskiwana z paliw kopalnych, jednak równocześnie mniej stabilne – nie zawsze odpowiednio mocno wieje wiatr czy świeci słońce. W równoważeniu produkcji i zarządzaniu obciążeniem całej sieci pomoże digitalizacja.

Cyfrowe technologie zapewnią stabilne dostawy energii elektrycznej z wiatru, wody czy słońca. Sztuczna inteligencja będzie w czasie rzeczywistym analizowała informacje o produkcji i popycie na energię, pomoże więc w planowaniu i zachowywaniu równowagi sieci. Nadwyżka energii z OZE będzie np. przechowywana w akumulatorach samochodów podłączonych do sieci i wykorzystywana w momencie większego zapotrzebowania w domu, które zasygnalizują czujniki – podkreśla Mariusz Hudyga.

[1] https://bakermckenzie.turtl.co/story/cloud-survey-report-2020/page/4/3

[2] https://www.statista.com/statistics/871513/worldwide-data-created/

[3] https://www.ey.com/en_ch/decarbonization/how-digitization-acts-as-a-driver-of-decarbonization

Gartner: chwilowe spadki i dalszy wzrost wydatków na chmurę

Szacuje się, że w 2020 r. globalna wartość rynku chmury publicznej wyniosła 257,5 mld dolarów, a dwa lata później wyniesie już 362,2 mld dolarów. Oznacza to, że do 2024 r. wydatki na chmurę będą stanowić już 14,2% całego globalnego rynku IT – prognozuje Gartner. To między innymi efekt pandemii i związanej z COVID-19 przyśpieszonej cyfryzacji.

Dostawcy usług chmurowych mogą zacierać ręce – na horyzoncie nie widać w tej chwili żadnych zagrożeń, które mogłyby wstrzymać popyt na cloud computing. Analitycy Gartnera prognozują, że rosnące zainteresowanie chmurowymi usługami utrzyma się co najmniej do 2024 r. Warto podkreślić, że bardzo pozytywny wpływ na rynek chmury będzie miała szybka popularyzacja globalnej chmury publicznej.  Eksperci przestrzegają jednak przed pochopną migracją do modelu cloud.

Na rynku utrwaliło się przekonanie, że chmura jest bezwzględnie rozwiązaniem optymalnym kosztowo. Nic bardziej mylnego. Zawsze warto zastanowić się i przeanalizować różne ścieżki infrastrukturalne. Dobrze to obrazuje jeden z ostatnich projektów Beyond.pl. Wspólnie z naszym klientem chmurowym, który planował znaczący przyrost mocy obliczeniowej, przeanalizowaliśmy kilka scenariuszy infrastrukturalnych. Okazało się, że rozwiązanie hybrydowe składające się z kolokacji, IaaS i chmury było najbardziej optymalne finansowo. Model mieszany pozwoli klientowi wygenerować oszczędność na poziomie 50% względem rozwiązania opartego wyłącznie na chmurze w okresie kolejnych 5 lat – zwraca uwagę Wojciech Stramski, CEO Beyond.pl.

PaaS na szczycie

Według Gartnera wartość globalnego rynku chmury obliczeniowej wzrośnie z obecnej wartości 257,5 mld dolarów do 362,2 mld dolarów w 2022 r. Oznacza to, że udział usług chmurowych w rynku IT wzrośnie z 9,1% do 14,2%.

Zdaniem analityków, największym segmentem rynku pozostanie Software as a Service (SaaS). Co jednak ciekawe, Gartner szacuje, że sprzedaż SaaS spadła – ze 102 mld dolarów w 2019 r. do 101,4 mld dolarów w 2020 roku. Jednak już w 2021 r. wartość sprzedaży usług SaaS wzrośnie do kwoty 117,7 mld USD. Rok później będzie to już nawet 138,2 mld dolarów.

Gartner przewiduje jednak, że to na rozwiązania Platform-as-a-Service (PaaS) popyt będzie rósł najszybciej – w tempie 26,6% rdr. Sprzedaż wzrośnie z 43,8 mld dolarów w 2020 r. do 68,9 mld dolarów w 2022 r. Wzrost inwestycji w PaaS będzie wynikał z potrzeby udostępnienia pracownikom narzędzi do pracy zdalnej. To oznacza zapotrzebowanie na wydajną i skalowalną infrastrukturę, której wymagają zmodernizowane i natywne aplikacje chmurowe.

Etap stabilizacji

Bardzo duże wzrosty Gartner prognozuje w obszarze IaaS i DaaS. Wartość sprzedaży infrastruktury jako usługi wzrośnie z obecnych 51,4 mld dolarów w 2020 r. do 82,2 mld dolarów w 2022 r. Z kolei sprzedaż usług DaaS zwiększy się ponad dwukrotnie – z 1,2 mld dolarów w roku ubiegłym do 2,5 mld dolarów w 2024 r.

W trakcie pierwszej fali pandemii większość organizacji musiała podejmować działania ad hoc, na bieżąco dostosowując się do rozwoju sytuacji. Jednym z obserwowanych efektów był wzrost zainteresowania firm w Polsce usługami cloud. I to nie tylko SaaS (oprogramowanie dostępne jako usługa), lecz np. Desktop as a Service, czyli stacjami roboczymi w chmurze – zwraca uwagę Arkadiusz Sikora z VMware.

Jego zdaniem duża część tych firm dopracowuje obecnie systemy, które wiosną budowane były na szybko, a dziś wymagają optymalizacji. To z kolei oznacza dalszy wzrost sprzedaży rozwiązań chmurowych. – Jednym z priorytetów jest poprawa doświadczeń pracowników funkcjonujących zdalnie oraz zwiększenie stabilności i responsywności wdrożonych rozwiązań. Firmy dążą też do ułatwienia komunikacji i uproszczenia dostępu do firmowych zasobów oraz poszukują nowoczesnych rozwiązań w obszarze bezpieczeństwa, pozwalających odpowiednio zabezpieczyć zarówno posiadane w chmurze zasoby, jak i użytkowników, którzy z nich korzystają. To sprawia, że zwracają się w kierunku usług chmurowych – dodaje Arkadiusz Sikora.

Rzeczywiście, z danych Gartnera wynika, że wartość sprzedaży usług do zarządzania chmurą i bezpieczeństwem wzrośnie z kwoty 14,8 mld dolarów w 2020 r. do 19,9 mld dolarów w 2022 r.

Najwolniej będzie rosła sprzedaż rozwiązań BPaaS czyli Cloud Business Process Services – z 44,7 mld dolarów w 2020 r. do 50,3 mld dolarów w 2022 r. Według Gartnera, obok SaaS, to drugi obszar rozwiązań chmurowych, który w tym roku odnotuje niewielki spadek – z 45,2 w 2019 r. do 44,7 mld dolarów.

Liczba upadłości i restrukturyzacji rośnie na początku roku

2020 rok przyniósł znaczący wzrost liczby upadłości i restrukturyzacji polskich przedsiębiorstw. Według obserwacji ekspertów PMR Restrukturyzacje w styczniu br. dynamika zgłaszanych niewypłacalności jeszcze przyspieszyła, a problemy związane z utratą płynności finansowej dotykają kolejnych sektorów gospodarki.

Pandemia i utrudnienia działalności gospodarczej zbierają żniwo wśród polskich przedsiębiorstw. Według najnowszych danych firmy Coface, w ubiegłym roku w Polsce zarejestrowaliśmy 1243 upadłości i restrukturyzacji firm, czyli o 22% więcej niż przed rokiem. Największy wzrost liczby postępowań odnotowały sektor usługowy (54% rok do roku), handel detaliczny (39%) i transport (36%). – Prawdziwe problemy firm widać jednak dopiero w skali mikro. Dla przykładu, branże gastronomiczna i hotelarska, kwalifikowane jako usługi, odnotowały aż 186% skok w tym zakresie. Olbrzymie problemy dotknęły także sektor rozrywkowy oraz autobusowe przewozy dalekobieżne. W przypadku utrzymania obecnej sytuacji lista branż dotkniętych przez pandemię będzie się systematycznie wydłużać – wskazuje Małgorzata Anisimowicz, prezes zarządu PMR Restrukturyzacje i kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny.

Pandemia zbiera żniwa na początku roku

Rosnącej liczby problemów z niewypłacalnością nie udało się uniknąć pomimo aktywnej walki przedsiębiorców o utrzymanie własnych biznesów. – Wiele firm niemal od samego początku pandemii zaczęło ograniczać niektóre obszary działalności oraz likwidowało poszczególne składniki majątkowe. Właściciele nierzadko sprzedawali nawet prywatne aktywa. Wszystko po to, aby poprawić płynność finansową. Przedsiębiorcy korzystali także z minimalnej pomocy państwa, jednak w praktyce nie pozwoliła ona nawet na pokrycie kosztów stałych prowadzonych działalności – wyjaśnia Małgorzata Anisimowicz. Ekspert dodaje jednocześnie, że w pierwszych miesiącach bieżącego roku skala problemu będzie narastać.

Uważnie przyglądamy się sytuacji polskich firm i zauważamy, że z każdym kolejnym tygodniem przedsiębiorcy składają coraz więcej wniosków o upadłość lub restrukturyzację. Przedłużające się obostrzenia i zamrożenie gospodarki sprawiają, że wiele osób prowadzących biznesy traci nadzieję na utrzymanie firmy „przy życiu” i rezygnuje z dalszej walki. Tymczasem w wielu przypadkach nawet z bardzo trudnej sytuacji można wyjść na prostą. Kluczowym problemem okazuje się brak fachowego doradztwa. Firmy nie zdają sobie sprawy, że mogą skorzystać z gotowych i łatwo dostępnych rozwiązań. Przykładem jest uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne, które umożliwia szybkie zawarcie układu z wierzycielami, praktycznie bez udziału sądu. To realna alternatywa, która pozwala utrzymać firmę na rynku i daje szansę na przywrócenie jej pełnej konkurencyjności – tłumaczy Małgorzata Anisimowicz.

Problemy jednych szybko uderzą w pozostałych

Eksperci PMR Restrukturyzacje zauważają, że utrzymanie obecnej sytuacji i nasilenie problemów branży handlowej, turystycznej czy transportowej już wkrótce przełoży się na kondycję pozostałych biznesów. Sektory gospodarki, które dziś mierzą się z największymi problemami płynnościowymi, dają zatrudnienie kilku milionom Polaków. To jednocześnie konsumenci, którzy w obliczu braku stałych dochodów lub nawet niepewności utrzymania miejsca pracy będą coraz bardziej ograniczać wydatki.  – Mamy tutaj do czynienia z pewnego rodzaju kołem zębatym. Kłopoty jednej gałęzi gospodarki prędzej czy później napędzą kolejne. Doskonale obrazuje to przykład branży hotelarskiej. Problemy finansowe hotelu bezpośrednio uderzają w działalność m.in. pralni, dostawców żywności, usługi kosmetyczne czy firmy eventowe. Podobne analogie możemy znaleźć niemal w każdej gałęzi gospodarki, dlatego tak ważna jest mądra i skuteczna walka o ratowanie polskich przedsiębiorców – podkreśla Małgorzata Anisimowicz.

Niewykorzystany potencjał biometanu, Polska może stać się liderem

Polski rynek biogazowy, z ponad 300 instalacjami, jest jednym z mniejszych w Europie. Co więcej, w naszym kraju nie ma obecnie instalacji produkujących biometan, który mógłby być tłoczony do sieci gazowej. Tymczasem nasz kraj stać na to, by zostać potentatem w produkcji tego paliwa odnawialnego. Jak prognozuje Uniwersytet Przyrodniczy z Poznania, w optymistycznym wariancie, w Polsce można wyprodukować około 8 mld m3 biometanu rocznie, co oznacza, że ponad 60% importowanego z zagranicy gazu ziemnego, może zostać zamienionych paliwem odnawialnym z polskich odpadów. Impulsem do zmian jest przedsięwzięcie „Innowacyjna biogazownia” Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Niewykorzystany potencjał

Na kontynencie europejskim działa około 18 tys. biogazowni. Najwięcej jest ich w Niemczech – ok. 10 tys., ponad 1500 we Włoszech, niemal 900 we Francji i przeszło 600 w Wielkiej Brytanii. W Polsce, pomimo tak dużego potencjału surowcowego, wybudowanych jest niewiele ponad 300 biogazowni (w tym 99 rolniczych), a żadna z nich nie wytwarza biometanu, który mógłby zostać wtłoczony jako paliwo do sieci gazowej. Jakie są zatem największe przeszkody, by Polska mogła rozwinąć się jako potentat w produkcji biometanu na szeroką skalę? Do głównych ograniczeń eksperci zaliczają m.in. wymagający proces obsługi instalacji, a także brak odpowiednich regulacji prawnych. Obecnie inwestycja w biogazownie wymaga uzyskania bardzo dużej liczby pozwoleń oraz zgromadzenia szerokiego zakresu dokumentacji, w związku z czym zablokowana zostać może na wielu etapach jej realizacji. Rząd pracuje jednak nad tym, by precyzyjnie uregulować kwestie prawne związane z rynkiem biogazu i biometanu w naszym kraju. Zmiana regulacji prawnych pozwoliłaby na przykład na możliwość uzyskiwania przez przedsiębiorców dodatkowych systemów wsparcia, co bez wątpienia zwiększyłoby atrakcyjność inwestycji w tego typu technologie. Problemem, który również napotyka wielu krajowych inwestorów oraz właścicieli instalacji biogazowych są protesty społeczne, wywołane najczęściej wydzielaniem się nieprzyjemnych zapachów z terenu biogazowni lub obawą przed takimi emisjami wśród lokalnych społeczności.

Bogactwo surowców

Biometan, który powstaje w procesie uzdatniania biogazu, by móc być tłoczonym do sieci dystrybucyjnych, powinien spełnić wszystkie parametry gazu wysokometanowego. Dzięki temu odbiorcy końcowi nie odczuwają żadnej różnicy w działaniu urządzeń zasilanych gazem, niezależnie od tego, jak dużą cześć dostarczanego im paliwa stanowi to paliwo odnawialne. Do jego produkcji potrzebny jest surowiec organiczny (tzw. substrat), a koszt jego pozyskania zależy od rodzaju danego surowca. Podstawowe, najbardziej wydajne źródła biogazu stanowią surowce takie jak: obornik i gnojowica, pomiot ptasi, kiszonki z traw, odpady owocowo-warzywne, odpady z ubojni i rzeźni, a także odpady z cukrowni, gorzelni, i mleczarni, odpady z przetwórstwa żywności oraz przeterminowana i zepsuta żywność (refood). Naukowcy z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu oszacowali możliwość wykorzystania odpadów z przemysłu rolno-spożywczego w naszym kraju na równowartość blisko 8 mld m3 metanu rocznie. Krajowe zużycie gazu ziemnego wynosi obecnie około 17 mld m3 rocznie, z czego 13,5 mld stanowi import spoza Unii Europejskiej (najczęściej z Rosji). Oznacza to, że ponad 60% importowanego przez Polskę gazu ziemnego, zastąpione może zostać produkowanym na krajowym podwórku paliwem gazowym – biometanem.

Impuls od NCBR

Z inicjatywą zrewolucjonizowania polskiego sektora biogazowego, w celu wykorzystania jego bardzo wysokiego potencjału, wyszło Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR), które w grudniu ogłosiło przedsięwzięcie o nazwie „Innowacyjna Biogazownia”. Zadaniem wybranych przez NCBR podmiotów będzie opracowanie uniwersalnej, zautomatyzowanej i prostej w obsłudze, samowystarczalnej energetycznie technologii, która nie będzie emitowała do środowiska uciążliwych dla człowieka odorów. Celem nadrzędnym przedsięwzięcia, które zakończone zostanie w 2023 roku, jest oczywiście uzyskanie technologii pozwalającej na produkcję oraz wtłaczanie biometanu do sieci gazowej. Na jego osiągnięcie NCBR przeznaczyło budżet w wysokości 29,5 mln zł.

– Zakładamy, że pojawienie się na rynku innowacyjnej technologii, opracowanej w toku prac badawczo-rozwojowych może stanowić impuls dla rozwoju polskiego sektora biogazu i biometanu, a także wpisać się we wzrostowy trend wykorzystania tego źródła energii odnawialnej w Europie i w Polsce. Dzięki naturalnym warunkom i wydajności źródeł mamy wielki potencjał, by stać się potentatem. Polska technologia to również szansa dla polskich firm na eksport na szeroką skalę informuje Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Opracowana technologia usprawni dekarbonizację polskiego systemu energetycznego, a tym samym skrócenie łańcucha dostaw paliw kopalnych. Obydwa te działania są wymagane przez Unię Europejską w strategii „Europejskiego Zielonego Ładu”. Jest to plan mający na celu przekształcenie Unii w nowoczesną i konkurencyjną gospodarkę, która w 2050 r. ma osiągnąć zerowy poziom emisji gazów cieplarnianych. Planowane efektywne i zrównoważone wykorzystywanie biomasy doskonale wpisuje się w te założenia.Biogazownia

Trwa nabór, powstanie także centrum badawcze

Firmy i podmioty chcące wziąć udział w przedsięwzięciu „Innowacyjna Biogazownia” zgłaszać się mogą do 8 lutego 2021 roku w otwartym naborze. Do 1 kwietnia 2021 roku NCBR dokona wyboru 4 wykonawców technologii, którzy wejdą do I etapu. W I kwartale 2021 roku nastąpi także wybór partnera strategicznego, który udostępni teren pod realizację przedsięwzięcia i będzie nim zawiadywał. W rekomendowanym przez niego miejscu powstanie centrum technologiczno-badawcze, w którego skład wejdą prototypy stworzone przez uczestników przedsięwzięcia, a także zwycięski demonstrator biogazowni. Do NCBR będą mogły zgłaszać się instytucje, które dysponują odpowiednim potencjałem w tym zakresie.

NCBR zauważa przynajmniej trzy możliwe kierunki rozwoju technologii po zakończeniu przedsięwzięcia, są to: stworzenie technologii dla gmin, która uniezależni je energetycznie, stworzenie krajowej sieci biogazowni, a także opracowanie technologii mającej indywidualne zastosowanie dla rolników i inwestorów posiadających bazę surowcową. Projekt NCBR wpisuje się m.in. w ambitne plany PGNiG, największego krajowego przedsiębiorstwa zajmującego się poszukiwaniami i wydobyciem gazu ziemnego oraz jego importem, którego prezes zapowiedział w sierpniu ubiegłego roku, iż w ciągu 10 lat w Polsce powstanie od 1500 do 2000 biogazowni. PGNiG spodziewa się, że do 2025 roku około 1,5 mld m3 biometanu będzie wtłaczane do sieci gazowej grupy.

„Innowacyjna Biogazownia” jest tylko jednym z kilku przedsięwzięć prowadzonych przez NCBR, które mają na celu zmianę reguł gry polskiej gospodarki. W ramach tej transformacji, opracowane mają być również m.in. nowoczesne oczyszczalnie ścieków czy budynki efektywnie energetyczne. Wszystkie przedsięwzięcia zostały wybrane pod kątem ich potencjału masowego wdrożenia i możliwości stania się polską specjalnością.

Aktualne informacje oraz dokumentację przedsięwzięcia „Innowacyjna biogazownia” można znaleźć na stronie internetowej Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Projekt realizowany jest w ramach projektu pozakonkursowego pn. Podniesienie poziomu innowacyjności gospodarki poprzez realizację przedsięwzięć badawczych w trybie innowacyjnych zamówień publicznych w celu wsparcia realizacji strategii Europejskiego Zielonego Ładu (w ramach poddziałania 4.1.3 Innowacyjne metody zarządzania badaniami Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój).

Projekt realizowany jest ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.

Warunki oceny, czy transakcja kontrolowana ma charakter jednorodny

Przepisy w zakresie dokumentacji cen transferowych zmieniają się praktycznie co roku. Fiskus coraz większą wagę przykłada do tego tematu, stąd też potrzeba licznych zmian. Jedną z nich jest zmiana w zakresie podmiotów zobowiązanych do raportowania transakcji. Przy wypełnieniu obowiązku przygotowania dokumentacji cen transferowych za 2019 r. nie jest już ważna wysokość przychodów i kosztów wygenerowanych przez podatnika czy też wartość transakcji z jednym podmiotem, ale wysokość poszczególnych transakcji o charakterze jednorodnym. Może to mieć istotne znaczenie przy ustalaniu, czy podmiot w danym roku będzie w ogóle zobowiązany do przygotowania dokumentacji cen transferowych.

Kiedy powstaje obowiązek przygotowania dokumentacji TP?

Obowiązek przygotowania lokalnej dokumentacji cen transferowych powstaje dla kontrolowanych transakcji jednorodnych o wartości przynajmniej 10 mln zł w przypadku transakcji towarowej lub finansowej, o wartości 2 mln zł w przypadku transakcji usługowej lub innej transakcji oraz 100 tys. zł w przypadku transakcji z podmiotami z tzw. rajów podatkowych.

Wartość transakcji jednorodnych ustalana jest bez względu na liczbę dokumentów księgowych. Bez znaczenia jest także fakt, czy transakcja realizowana jest z jednym, czy z wieloma podmiotami powiązanymi. Istotne jest natomiast wypełnienie kryteriów transakcji jednorodnej określonych w art. 11k ust. 5 ustawy o CIT / art. 23w ust. 5 ustawy o PIT.

Istotne jest zatem, aby przy weryfikacji, czy podmiot zobowiązany jest do przygotowania dokumentacji cen transferowych, prawidłowo ustalić transakcje jednorodne podlegające obowiązkowi raportowania. Przy kwalifikacji transakcji do transakcji jednorodnych należy wziąć pod uwagę cztery istotne elementy opisane poniżej.

Jednolitość transakcji w ujęciu ekonomicznym

Jednolitość ekonomiczną należy rozumieć jako dokonywanie transakcji na podobnych warunkach wynikających z umów, w oparciu o podobny przebieg transakcji czy model współpracy. Co istotne, analizy należy dokonać w oparciu o wszystkie transakcje łącznie, nie pojedyncze, oderwane od całej transakcji. Innymi słowy, podatnicy, przygotowując dokumentację, powinni patrzeć na dokonywane transakcje bardzo szeroko, a o jednorodności decyduje analiza całości warunków współpracy i transakcji. Tytułem przykładu można wskazać na sytuację sprzedaży części zamiennych do pojazdów. Transakcją jednorodną w ujęciu ekonomicznym będzie zarówno sprzedaż silnika, jak i sprzedaż pojedynczej lampy, ponieważ sensem ekonomicznym obu transakcji jest sprzedaż części zamiennych. Jeżeli jednak podatnik oprócz dokonywania sprzedaży nowych części zamiennych dokonywałby jeszcze regeneracji i sprzedaży używanych części, wtedy takie transakcje mogą mieć różne ekonomiczne znaczenie.

Kryteria porównywalności określone w przepisach wykonawczych

W zakresie określenia kryteriów porównywalności wydane zostało rozporządzenie Ministra Finansów w sprawie cen transferowych w zakresie podatku dochodowego od osób prawnych z dnia 21 grudnia 2018 r. (Dz.U. z 2018 r. poz. 2491). W ramach badania jednorodności i kryteriów porównywalności transakcji pod uwagę należy wziąć:

  • cechy charakterystyczne usług, towarów albo innych świadczeń;
  • pełnione funkcje, ponoszone ryzyka, zaangażowane aktywa w przeprowadzanych transakcjach;
  • warunki transakcji wynikające z umowy albo innego dokumentu;
  • warunki ekonomiczne występujące w danym miejscu i danym czasie;
  • strategię gospodarczą.

W przypadku wystąpienia znaczących, istotnych różnic przy analizie powyższych kryteriów takie transakcje nie będą kwalifikowane jako jednorodne.

Dodatkowo ustawodawca w wyżej wymienionym rozporządzeniu wskazał kryteria porównywalności dla transakcji obejmujących wartości niematerialne, gdzie dodatkowo uwzględnia się zdolności do pełnienia funkcji i ponoszenia ryzyka w zakresie posiadania tytułu prawnego do danej wartości niematerialnej, jej tworzenia, rozwijania, ulepszania czy wykorzystania.

Z kolei w przypadku trudnych do wyceny wartości niematerialnych pod uwagę należy wziąć dodatkowo informację, czy podmiot niepowiązany w porównywalnych okolicznościach renegocjowałby pierwotne warunki ustalone przez strony, przyjąłby w rozliczeniu transakcji płatności warunkowe czy dokonałby rekalkulacji ceny w oparciu o klauzulę umowną dotyczącą zmiany ceny.

Metody weryfikacji cen transferowych

Transakcje można uznać za jednorodne, jeżeli sposób ustalenia ceny transferowej był ten sam. Ceny transferowe można ustalać w oparciu o jedną z metod: porównywalnej ceny niekontrolowanej; koszt plus; ceny odprzedaży; podziału zysku; marży transakcyjnej netto lub w przypadku, gdy nie jest możliwe zastosowanie powyższych metod w oparciu o inną metodę najbardziej odpowiednią w danych okolicznościach. Zatem kolejną przesłanką za uznaniem, że transakcja ma charakter jednorodny, jest zastosowanie tej samej metody ustalania ceny.

Ponadto podatnicy w przypadku analizy jednorodności transakcji powinni także uwzględnić inne istotne okoliczności transakcji kontrolowanej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Brexit zmienia logistykę. Droższa wymiana handlowa i zdecydowanie większa biurokracja

Zmiany są wielkie – zarówno pod kątem podatkowym jak i administracyjnym. Pierwszy miesiąc Brexitu to próba odnalezienia się w nowej sytuacji i problem ten dotyczy zarówno Wielkiej Brytanii jak i krajów z którymi Zjednoczonej Królestwo prowadziło wymianę handlową. – Po pierwszym miesiącu mogę powiedzieć, że Wielka Brytania nie była przygotowana na Brexit.  Zmiany są ogromne i o ile pewne rzeczy w zakresie logistyki są proste, tak przygotowanie klientów do warunków współpracy przy eksprcie i imporcie jest zupełnie nowym, często bardzo trudnym zadaniem. Klienci przygotowali się do pewnego systemu działania, który teraz działać będzie już zupełnie inaczej. Musimy liczyć się ze wzrostem kosztów wymiany handlowej oraz zwiększoną biurokracją, która będzie dotkliwa dla firm zajmujących się rozliczaniem oraz podatkami – mówi Laura Hołowacz, Prezes Grupy CSL.

Dzięki „Grupie Brexitowej” CSL radzi sobie z nowym systemem działania w kontekście zmian w Wielkiej Brytanii

Wielka Brytania nie jest już członkiem Unii Europejskiej. Nie ma zaskoczenia w tym, że Brexit doszedł do skutku, ale jego formuła „rzutem na taśmę” powoduje, że po nowym roku nastąpił wielki chaos w relacjach handlowych i gospodarczych. Rykoszetem dostało się również logistyce, która niemal do ostatniego momentu nie wiedziała jak wyglądać będą nowe relacje gospodarcze, w tym przekraczanie granicy, opłaty celne, pozwolenia czy rozliczenia podatkowe. Jak mówi Prezes Grupy CSL Laura Hołowacz chaosu w tym temacie jest mnóstwo i tylko sprawnie działające przedsiębiorstwa, które od dawna przygotowywały się na Brexit są w stanie dynamicznie sprostać operatorom zajmującym się importem i eksportem z i do Wielkiej Brytanii.

– Grupa CSL wypracowała swoje mechanizmy działania w relacjach z Wielką Brytanią. Mamy procedury dla klientów zarówno pod kątem celnym jak i podatkowym. Od jesieni 2020 przybyło trzech klientów, a rozmawiamy z kolejnymi. Zostali oni poniekąd „porzuceni” przez firmy, które obsługiwały ich dotychczas, a stwierdziły, że meandry nowego systemu handlowego są zbyt trudne do opanowania w tak szybkim tempie. My również wszystkiego się uczymy, ale powołana przez CSL Grupa Brexitowa od kilku miesięcy przygotowywała się na różne scenariusze Brexitu. Wdrażamy więc w życie ustalenia jednego z analizowanych wariantów. Jesteśmy krok do przodu – mówi Laura Hołowacz, Prezes Grupy CSL.

Więcej administracji, wyższe ceny, mniejsze zainteresowanie firm logistycznych współpracą handlową z Wielką Brytanią

Po miesiącu faktycznego Brexitu trudno mówić o podsumowaniach i prognozach, ale można mówić o wrażeniach, a te nie są najlepsze. – Jestem zaniepokojona gospodarczym losem Wielkiej Brytanii. Brexit i Koronawirus to jest duet morderczy dla brytyjskiej gospodarki. Nie jestem przekonana czy efektem tych dwóch sytuacji nie będzie poważna recesja – mówi Prezes Grupy CSL Laura Hołowacz.

Konsekwencje Brexitu będą bolesne dla mieszkańców Wielkiej Brytanii, ale i dla gospodarki w całej Unii Europejskiej: – Ceny pójdą mocno w górę, bo taryfy towarowe nie zostały kompletnie wynegocjowane i są duże różnice w porównaniu z tymi, które obowiązywały do tej pory. Brytyjczycy odczują Brexit w swoich kieszeniach. Do tego postoje na granicach, nowe zobowiązania celne, brak odpowiednich procedur dla przewoźników. Jestem pewna, że będzie to skutkowało wzrostem cen oraz zmniejszeniem zainteresowania obrotem handlowym z Wielką Brytanią. Zmieniły się wszystkie zasady i na pewno ten pierwszy czas, będzie czasem próby dla brytyjskiej administracji – mówi Prezes Laura Hołowacz.

– Polska jako wielki producent ma dużą szansę na przejęcie pewnych rynków. Jestem przekonana, że będziemy wysyłać do Wielkiej Brytanii więcej towarów. Dla Grupy CSL to jest szansa, bo wiele firm logistycznych jest nieprzygotowanych do obsługi klientów spoza Unii Europejskiej. Jesteśmy w bieżącym kontakcie z Krajową Administracją Skarbową, Polską Izbą Spedycji i Logistyki oraz naszymi partnerami z Wielkiej Brytanii. Spodziewam się w 2021 rozwoju na tym rynku dla naszej grupy, choć oczywiście dla całej gospodarki lepiej byłoby, gdyby do Brexitu nie doszło – dodaje Prezes Laura Hołowacz.

Kryzys kryzysowi nierówny – jak koronawirus traktuje różne branże?

Kryzys gospodarczy, spowodowany epidemią koronawirusa, każdego traktuje inaczej. Szczególnie widać to na przykładzie przedsiębiorstw, które muszą radzić sobie z nową sytuacją. Specyficzne okoliczności, w jakich żyjemy – jednym dają nowe możliwości rozwoju, a innym odbierają klientów i pole działania. Ci, którzy pracują w branży IT, zajmują się komunikacją cyfrową i e-commercem – święcą triumfy. Niewiele kłopotów mają również sektory produkcyjny i budowlany. Jednak ci przedsiębiorcy, którzy zajmują się usługami, turystyką, gastronomią czy hotelarstwem – zostali przyparci do muru. Dużą rolą państwa jest więc wprowadzenie takich działań osłonowych, by w maksymalnym stopniu chroniły przedsiębiorstwa tracące na kryzysie najwięcej. Ma on bowiem kształt litery K: są branże, które radzą sobie relatywnie dobrze, i te, które są w bardzo trudnej sytuacji. Nie jest winą przedsiębiorców, że znaleźli się w tych gałęziach, które idą w dół – a nie wybrali tych, które dzisiaj zyskują na znaczeniu i mają dobre wyniki finansowe.

– Sektor usługowy to jedna z tych branż, które raportują największe trudności płynnościowe. To także jeden z niewielu sektorów, który dzisiaj ma ujemny bilans jeśli chodzi o plan zatrudnieniowy: planuje zwalniać więcej osób, niż zatrudniać – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Granica między firmami, które mocniej lub słabiej odczuwają skutki kryzysu, przebiega też na osi wielkości. W zupełnie innej sytuacji są dzisiaj duże firmy – które mają relatywnie dobrą płynność finansową, niż mikro i małe przedsiębiorstwa – gdzie sytuacja płynnościowa jest najtrudniejsza. Oczywiście, żadne subwencje i działania odraczające koszty nie zastąpią wolnego rynku. Do momentu, aż sytuacja epidemiczna się nie ustabilizuje, kondycja przedsiębiorców będzie bardzo trudna. Działanie państwa w tym zakresie jest bardzo istotne – żeby tym przedsiębiorcom, którzy przed pandemią mieli dobrze wyregulowane biznesy, pomóc utrzymać się na powierzchni. To bardzo ważne – bo poczucie niesprawiedliwości wśród przedsiębiorców, często uzasadnione, jest dosyć wyraźne – wskazuje Kubisiak.

PPK – przekonać nieprzekonanych mogą tylko pieniądze

Z badań przeprowadzonych przez PFR TFI wśród pracowników dużych firm wynika, że ok. 75% z nich oszczędza z myślą o emeryturze. Ciągle jednak najczęściej odkładamy pieniądze na lokatach bankowych, inwestując w euro lub dolary albo po prostu trzymając gotówkę na czarną godzinę. Polacy coraz chętniej sięgają po wyspecjalizowane produkty emerytalne, wciąż jednak z rezerwą podchodzą do inwestowania.PPK – przekonać nieprzekonanych mogą tylko pieniądze

Dane dotyczące sposobów i form oszczędzania i inwestowania zostały opublikowane w raporcie Motywacja do oszczędzania i uczestnictwa w Pracowniczych Planach Kapitałowych w grudniu 2020 r. Badanie przeprowadzono na grupie ponad 400 osób pracujących w przedsiębiorstwach zatrudniających powyżej 250 pracowników, czyli tych, które do PPK przystąpiły najwcześniej. Co czwarty badany (24%) deklaruje uczestnictwo w Pracowniczych Planach Kapitałowych, a 16% osób odkłada środki w ramach Pracowniczych Planów Emerytalnych (PPE). Z dodatkowych programów emerytalnych, takich jak IKE lub IKZE, korzysta 14% przyszłych emerytów. Z kolei po polisy ubezpieczeniowe sięga 16% respondentów. Zdecydowana większość, bo aż 42%, oszczędza jednak przede wszystkim na lokatach bankowych. Także tych, które dziś oprocentowane są na umowne 0% i do których – biorąc pod uwagę inflację – dopłacamy. Według danych NBP na koniec listopada 2020 r. wartość depozytów gospodarstw domowych wyniosła 953,48 mld zł.

Przekonać nieprzekonanych mogą tylko pieniądze

Na program Pracownicze Plany Kapitałowe większość pracowników nadal patrzy z dystansem i ogranicza swoje zaangażowanie właściwie tylko do obserwowania. To nic nowego. Tego rodzaju rozwiązania, które dobrze sprawdzają się m.in. w Wielkiej Brytanii, Holandii, Islandii, czy Nowej Zelandii, w pierwszym okresie wprowadzania również były traktowane przez zatrudnionych z dużą rezerwą i ostrożnością.

– Na zmianę nastawienia musimy poczekać. Warto przypomnieć, że Pracownicze Plany Kapitałowe to niezwykle ważny projekt, dzięki któremu miliony Polaków otrzymało narzędzie do gromadzenia i pomnażania oszczędności w perspektywie długoterminowej. Uważam, że z czasem także i u nas PPK realnie wpłyną na standard życia na emeryturze. Dlatego misją, jaką sobie wyznaczyliśmy, jest nie tylko skuteczne zarządzanie programem, lecz także promowanie oszczędzania długoterminowego i edukacja finansowa. Jestem przekonana, że PPK mogą być skutecznym narzędziem w budowaniu poduszki finansowej na przyszłość – podkreśla Ewa Małyszko, prezes PFR TFI.

Pierwsze efekty, pierwsze podsumowania

Oczywiście musimy pamiętać, że PPK to program długoletni, a jego efektywność zależy m.in. od wieku pracownika oraz od tego, kiedy przystąpił do PPK. Tutaj nie da się niczego przyspieszyć ani skrócić. Żeby kapitał nabrał wymiernego znaczenia i stanowił dla nas dodatkowe źródło utrzymania, gdy przejdziemy na emeryturę, musimy go budować latami. Dlatego rok to z jednej strony zdecydowanie za mało, żeby wyciągać daleko idące wnioski, a z drugiej – wystarczający okres, by zobaczyć, że w PPK warto pozostać.

Według danych na koniec trzeciego kwartału 2020 r. przeciętnie w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2020 roku uczestnik PPK na swoim koncie prócz własnych wpłat zgromadził o 86%, a po czterech kwartałach – już o 95% środków więcej niż wynoszą jego wpłaty. Mówiąc inaczej, po roku oszczędzania w programie na koncie statystycznego pracownika jest o 1378 zł więcej niż wyniosły jego własne wpłaty. Poza środkami, które do wpłat każdego zatrudnionego (minimum 2% wynagrodzenia) dołożył pracodawca (minimum 1,5% wynagrodzenia pracownika), na rachunki oszczędzających wpłynęły wpłaty powitalne od państwa w wysokości 250 zł, dopłata roczna 240 zł i zysk wypracowany przez instytucje finansowe zarządzające programem, szacowany średnio na ok. 325 zł. Na początku 2021 r. na rachunkach w PPK zebrano już 2,75 mld zł. Ponad połowę tej kwoty (50,8%) wpłacili pracownicy. Reszta, czyli 49%, pochodzi z wpłat pracodawców i Skarbu Państwa.

Zobaczyć i uwierzyć

Uwierzyć na słowo? Dać się przekonać opowieściami? Nie. To tak nie działa. Polacy lubią konkrety. Dlatego tak istotnym elementem PPK jest serwis umożliwiający bezpośredni dostęp do informacji o stanie rachunku, historii wpłat i złożonych dyspozycji.

– Pracownicy, którzy już rok temu przystąpili do programu, widzą efekty oszczędzania. To są konkretne kwoty, które co miesiąc zasilają ich prywatne rachunki PPK – zapewnia prezes Ewa Małyszko i dodaje: – Jestem przekonana, że tylko właściwa i odpowiedzialna komunikacja może przesądzić o powodzeniu programu – zarówno dla pracodawcy, jak i dla pracownika. Oszczędzającym daje gwarancję, że zarządzająca ich środkami instytucja finansowa traktuje ich z należytą uwagą, pracodawcom – że zawsze mogą liczyć na pomoc i wsparcie, a instytucji finansowej – że nagrodą za dobrze i efektywnie prowadzony program będą pracownicy przystępujący do niego w kolejnych latach.

Liczyć na siebie czy liczyć na ZUS?

Nie ma wątpliwości – emerytura z ZUS będzie niska. W 2020 r. średnia wysokość wypłacanej emerytury wynosiła 2200 zł i stanowiła ok. 54% przeciętnego wynagrodzenia. Według prognoz za 30 lat przyszli emeryci otrzymają średnio 1200 zł emerytury, co będzie stanowić już tylko 29% przeciętnego wynagrodzenia. Lepiej więc raczej nie będzie.

– A mimo to Polacy wykazują umiarkowane zainteresowanie dodatkowymi metodami oszczędzania na przyszłość, wybierając zazwyczaj dobrze znane, ale mało efektywne produkty finansowe. Motywacja do oszczędzania zmienia się wraz z wiekiem. Dla młodszych emerytura jest wciąż odległą perspektywą, ich uwagę pochłaniają bieżące wydatki i plany, takie jak np. zakup mieszkania czy założenie lub powiększenie rodziny. Wraz z wiekiem i osiąganiem życiowej stabilizacji troska o środki finansowe na emeryturę wyraźnie rośnie – podsumowuje prezes E. Małyszko.

Zdecydowana większość badanych (74%), którzy do programu przystąpili w pierwszej turze, deklaruje, że zamierza pozostać w PPK aż do osiągnięcia 60. roku życia, co pozwoli na maksymalne wykorzystanie zalet i korzyści programu. Przy czym bardziej zdecydowani są mężczyźni oraz osoby w wieku 50–55 lat, a więc ta grupa uczestników, której do 60. urodzin pozostało stosunkowo mało czasu. Niewielu spośród badanych zdecydowało się na odprowadzanie dodatkowych wpłat na PPK. Zarówno pracownik, jak i pracodawca mają możliwość zwiększenia wpłat do poziomu maksymalnie 4% wynagrodzenia. Aż 83% pracowników odprowadza jedynie wpłaty podstawowe, tylko 14% osób decyduje się na ich zwiększenie. Warto dodać, że uczestnik PPK może wielokrotnie zmieniać wartość dodatkowej wpłaty składając odpowiednią dyspozycję.

Każdą decyzję można zmienić

Pod koniec 2020 r., po wdrożeniu trzech pierwszych etapów, partycypacja w Pracowniczych Planach Kapitałowych wynosiła 30,4% ogółu zatrudnionych. Nie są to jednak pełne dane. Umów nadal nie podpisało ok. 8 tys. firm. Z kolei w tym roku do programu PPK będą przystępować najmniejsze firmy, zatrudniające do 19 osób, urzędy centralne, administracja wojewódzka i samorządowa oraz jednostki samorządowe, czyli np. szkoły, przedszkola, szpitale czy przychodnie. W sumie to ponad 830 tys. podmiotów zatrudniających ok. 6 mln osób.

Eksperci zakładają też, że część pracowników, którzy zrezygnowali z programu po kilku miesiącach, ostatecznie zdecyduje się na udział w nim. Z badań PFR TFI wynika, że taką opcję rozważa 16% osób, które wypisały się z PPK. Rozważając ewentualny ponowny udział w PPK, respondenci wymieniają szereg oczekiwań zarówno wobec programu, jak i dotyczących ich sytuacji życiowej. Najczęściej wymienianą kwestią jest stabilność zatrudnienia, a także wyższe zarobki, co według respondentów zwiększy ich skłonność do oszczędzania. Dla respondentów ważna jest także gwarancja prywatności i nienaruszalności środków. Przy czym warunek ten jest już spełniony, gdyż środki zgromadzone na koncie PPK są prywatną własnością uczestnika i podlegają dziedziczeniu.

Na trudne chwile i dla potomnych

Podobnie jak w badaniach PFR TFI, według tych przeprowadzonych przez Insurance Europe we współpracy z Polską Izbą Ubezpieczeń, oszczędzając na emeryturę, Polacy oczekują przede wszystkim bezpieczeństwa inwestycji – zadeklarowała to prawie połowa ankietowanych. Ważna jest też możliwość dziedziczenia odłożonych pieniędzy przez bliskich (46%) oraz wypłaty środków finansowych w momencie, kiedy będą potrzebne – nawet przed przejściem na emeryturę (43%).

Pomysłodawcy PPK uwzględnili takie rozwiązania. Przede wszystkim każdy uczestnik programu może wycofać zgromadzone oszczędności w dowolnym momencie przed 60. rokiem życia bez konieczności podawania przyczyny. Wypłata nie obejmie jednak całości zgromadzonych środków – odliczone zostaną od niej bowiem dopłaty pochodzące ze środków publicznych (wpłaty powitalna i roczne), 30% środków pochodzących z wpłat pracodawcy oraz 19-procentowy podatek od zysków kapitałowych wypracowanych przez pozostałą część środków pochodzącą z wpłat pracodawcy oraz wpłaty pracownika.

W wyjątkowej sytuacji losowej, takiej jak poważna choroba uczestnika, jego współmałżonka lub dziecka, a także w przypadku całkowitej niezdolności do pracy bądź umiarkowanego lub znacznego stopnia niepełnosprawności każdy oszczędzający w PPK ma możliwość wypłaty do 25% środków (jednorazowo lub w ratach). Możliwa jest też wypłata do 100% zgromadzonych pieniędzy na cele mieszkaniowe. Z tej możliwości mogą skorzystać tylko ci uczestnicy, którzy w dniu złożenia wniosku o wypłatę środków nie ukończyli 45 lat. Całość zgromadzonych na rachunku PPK pieniędzy podlega dziedziczeniu.

Chcę wiedzieć więcej

Przedstawione wyniki pochodzą z badania Motywacja do oszczędzania i uczestnictwa w Pracowniczych Planach Kapitałowych, przeprowadzonego we wrześniu przez agencję badawczą Difference we współpracy z PFR TFI SA. Badanie zrealizowano na reprezentatywnej próbie osób w wieku 18–55 lat, pracujących w dużych firmach (zatrudniających ponad 250 osób). W badaniach wykorzystano pogłębione wywiady indywidualne oraz ankiety internetowe zrealizowane metodą CATI. Próba wyniosła 417 osób.

Czego boją się Polacy? Na pewno nie sztucznej inteligencji

Zaledwie co trzeci Polak obawia się rozwoju sztucznej inteligencji, wynika z raportu Pew Research Center. W zestawieniu z innymi krajami nadwiślański entuzjazm wydaje się zaskakująco wysoki. Tylko 28% respondentów uważa, że ekspansja SI to coś złego. Czy pomoże nam to odbudować się po kryzysie?

Polacy sztucznej inteligencji się nie boją! Przynajmniej tak wynika z ostatnich badań Pew Research Center. Ośrodek badawczy z siedzibą główną w USA opublikował raport, z którego wynika, że zaledwie mniej niż jedna trzecia (28%) naszych rodaków obawia się rozwoju sztucznej inteligencji.

Po przeciwnej stronie znajdują się entuzjaści SI, których jest u nas aż 40%. Skąd taka różnica i dlaczego tak wielu zwolenników ma ta technologia? Grzegorz Kosiński, CEO Audience Network uważa, że powodów może być kilka, ale najważniejszy jest jeden – O Sztucznej Inteligencji mówi się od dawna i ludzie przywykli do samego terminu i technologii. Te pozytywne nastroje przekładają się również na aktywność biznesu. Firmy coraz śmielej wykorzystują sztuczną inteligencję. Szacujemy, że tegoroczna wartość polskiego rynku danych wyniesie blisko 40 mln USD, co oznacza ponad 22% wzrost w porównaniu z rokiem poprzednim. Dane są tym dla SI, czym ropa dla silnika spalinowego, tj. paliwem, który pozwala na jej efektywne działanie.

Grzegorz Kosiński uważa, że prawdziwym poligonem doświadczalnym dla SI była reklama internetowa. Dzięki Big Data oraz programatycznemu zakupowi mediów komunikacja on-line całkowicie zmieniła swoje oblicze. Algorytmy SI zaczęto wykorzystywać do tworzenia spersonalizowanych kampanii, które osiągają dużo lepszą skuteczność, niż działania o szerokim zasięgu. Korzystając z uczenia maszynowego i analizy dużych zbiorów anonimowych danych, SI jest w stanie zapewnić firmom głęboki wgląd w profile swoich klientów. Biznes może nie tylko hiper-personalizować interakcje, ale jest również w stanie przewidzieć przyszłe zachowania klientów, wykorzystując zebrane informacje.

Champion innowacji?

W tej nietypowej statystyce Polacy okazują się jednym z najbardziej otwartych na rozwój SI narodów. Niewiele jest europejskich krajów, które mogą pochwalić się niższym wskaźnikiem negacji rozwoju sztucznej inteligencji. W zasadzie ustępujemy tylko duetowi hiszpańsko-szwedzkiemu, który osiągnął odpowiednio 26 i 24 procent.

Również odnosząc się do globalnych statystyk, bliżej nam do prymusów w zakresie mentalnego wsparcia dla developmentu sztucznej inteligencji. Według PRC światowa mediana wynosi odpowiednio 33% dla sceptyków do 53% dla entuzjastów. Grzegorz Kosiński z Audience Network zwraca uwagę na regionalizację nastrojów: – Zagłębiając się w wyniki badań, szybko zauważymy, że w zależności od położenia geograficznego, odczucia respondentów związane z rozwojem SI mogą być skrajnie różne. Stary kontynent “stanął” na granicy pomiędzy krajami azjatyckimi, które okazują się bardzo liberalnie podchodzić do rozwoju SI, a sąsiadami zza wielkiej wody. USA, Kanada i Brazylia zaskakująco sceptyczne w tym kontekście.

Cyber-optymiści w przewadze

Jak wynika z badania PRC, ponad połowa wszystkich respondentów (53%) uważa, że rozwój sztucznej inteligencji lub wykorzystanie systemów komputerowych zaprojektowanych w celu naśladowania ludzkich zachowań jest dobrą rzeczą dla społeczeństwa, podczas gdy tylko co trzeci z nich (33%) uważa, że jest to coś złego. Czy ten wynik można nazwać zaskakującym? Grzegorz Kosiński z Audience Network – agencji, która wykorzystuje algorytmy bazujące na sztucznej inteligencji w swojej codziennej działalności, zwraca uwagę na okoliczności, w jakich realizowano badania – Od pewnego czasu możemy mówić o fali transformacyjnych technologii, które automatyzują miejsca pracy i wiele codziennych czynności, jak jazda samochodem, zakupy czy dostęp do treści. Nic, na co trafiamy dziś w sieci, nie jest przypadkowe. Cała konstrukcja instytucji, jaką jest internet, została obecnie dostosowana do możliwości sztucznej inteligencji – tłumaczy ekspert, a następnie dodaje: – Nic co widzisz w ekranie telefonu lub komputera, nie jest dziełem przypadku. Banery z reklamami, posty na Facebooku czy powiadomienia o nowych promocjach, wszystkie te formy komunikacji marki z klientem, realizowane są przy użyciu sztucznej inteligencji i danych behawioralnych, na co pozwala reklama w modelu programmatic.

Amerykańska firma konsultingowa Pew Research Center, która specjalizuje się w badaniach nastrojów i opinii społecznych zaprezentowała właśnie wyniki swoich najnowszych globalnych badań. Do wypełnienia ankiety zaproszono osoby z 20 krajów w Europie, Azji, Ameryce Północnej i Południowej. Na liście nie zabrakło również Polski. Zbieranie danych odbywało się na przełomie lat 2019-2020, jednak ich opracowanie i publikacja nastąpiły dopiero teraz.

Sprzyjająca rozwojowi sztucznej inteligencji atmosfera jest ważna, ponieważ nareszcie stopień jej zaawansowania i efektywności pozwala realnie rozszerzyć tradycyjne ludzkie możliwości. SI już dziś można wykorzystać w oprogramowaniu, które wspiera działanie firm, a koszty i trudność wdrożenia tego typu rozwiązań znacznie zmalały, co wpłynęło na liberalizację w dostępie. Jest to szczególnie ważne w sektorach, w których synteza lub przetwarzanie danych jest realizowane. Jednak wąskim gardłem może okazać się w tym przypadku luka kompetencyjna. Microsoft ostrzega, że dwie trzecie pracowników, ​​nie ma odpowiednich umiejętności cyfrowych, aby pełnić nowe i pojawiające się role w swoich organizacjach.

Polski przemysł – czy podda się czwartej rewolucji?

Wśród wielu odbiorców usług z sektora przemysłowego popularne jest stwierdzenie „digitalizacja fabryk” – rozumiane jako wdrażanie wszelkich rozwiązań związanych z przetwarzaniem danych i usprawnieniami procesów, ale stosowane w halach fabrycznych. Z drugiej strony zaobserwować można fakt stosunkowo słabego poddawania się polskiego przemysłu czwartej rewolucji przemysłowej. A jak w praktyce wygląda rzeczywistość? I jakie rozwiązania są wdrażane? O tym poniżej.

Powolna ewolucja, zamiast rewolucji?

W wielu halach fabrycznych technologie produkcji są unowocześniane, jednak w zakresie organizacji produkcji i logistyki wewnętrznej częściej spotyka się rozwiązania z epoki „trzeciej rewolucji przemysłowej” tzn. generowania za pomocą systemów klasy ERP krótkoterminowych planów produkcyjnych, a dalej produkcja dzieje się w dużej części w sposób „szamański”, czyli tak jak dawniej – na bazie wiedzy, praktyki i doświadczenia wybranych pracowników. Przyglądając się zmianom na rynku światowym, śmiało można wysnuć tezę mówiącą o tym, że polskie firmy także powinny być zainteresowane nowoczesnymi rozwiązaniami. Obecne nie spełniają bowiem potrzeb ich użytkowników i nie pozwalają efektywnie funkcjonować. Nieprzemyślane systemy logistyczne, brak odpowiedniego planu negatywnie wpływają na ocenę i kontrolę działań. W efekcie w firmie brakuje podstawowych informacji – kiedy i jaka czynność została wykonana, a to z kolei uniemożliwia ewentualną optymalizację działań, czy naprawę błędów. Odpowiedzią na to może być wdrożenie oprogramowania klasy MES przeznaczonego do zarządzania procesami produkcyjnymi i zarządzania logistyką wewnątrzzakładową oparte o nowoczesne metody oznaczeń (wspierającego obszartraceability” produktów). System MES informuje osoby odpowiedzialne za produkcję o jej faktycznym stanie, co pozwala rzetelnie ocenić efektywność działań. Można zatem powiedzieć, że łączy wirtualny świat planowania produkcji z rzeczywistym światem hali produkcyjnej.

Intralogistyka pomaga ciąć koszty

– Z uwagi na niski poziom automatyzacji logistyki w polskim przemyśle szczególny nacisk położony jest także na dotarcie do klientów w zakresie autonomicznych systemów intralogistyki. Sukces wdrożenia takiego systemu u jednego z naszych klientów, gdzie przewozi on tysiące palet miesięcznie, zupełnie bez ingerencji ludzi, skłania nas do przekonania co do celowości jego wdrożenia. Uzyskano spore oszczędności w zakresie kosztów osobowych i podniesiono jakości funkcjonowania procesów intralogistycznych – mówi Grzegorz Krupa – Dyrektor ds. Nowych Technologii firmy Etisoft.

A jaka będzie przyszłość w branży?

Przyszłość opiera się na trzech filarach: mierzalności, porządkowaniu, i ostatnim z nich, który nie może istnieć bez wcześniejszych – automatyzacji. Przyszłością logistyki są zatem projekty, których celem jest automatyzacja procesu kontroli, w tym kontroli produkcji oraz kontroli jakości (np. optymalizacja wydajności systemów intralogistycznych – automatyczna, bezobsługowa wymiana baterii w pojazdach typu AGV/AMR i zaawansowane algorytmy optymalizacji ruchu i kooperacji grupy pojazdów).

A co rozważać poza logistyką wewnętrzną?

Warto także pochylić się nad tematem systemów kontroli wizyjnej, choć jak mówi ekspert z Etisoft:

Trudniej jest nam przebić się z zaawansowanymi systemami wizyjnej kontroli jakości do osób zarządzających produkcją. Jest to dla nas trochę niezrozumiałe, gdyż potencjalne korzyści są jasne, konkretne i mierzalne. Systemy wizyjne nie tylko zmniejszają koszty kontroli jakości, ale według badań naukowych, osiągają dokładność ponad 94%, podczas gdy człowiek wykonujący tę samą czynność nie przekracza 70%. Na bazie kilku dokonanych przez nas wdrożeń w branży AGD możemy stwierdzić, że nasi klienci, którzy używają takich systemów, zamawiają je na kolejne linie produkcyjne i rozszerzają ich zakres działania.

PIE: Dobre wyniki produkcji na koniec 2020

Sektor przemysłowy osiągnął dwucyfrowy wzrost w grudniu. Kolejne miesiące dalej powinny przynosić dobre wyniki przetwórstwa, zwłaszcza w branżach nastawionych na eksport.

Dynamika produkcji przemysłowej wzrosła w grudniu z 5,9 do 11,2%r/r, znacznie powyżej mediany rynkowych prognoz (8,3%). Bardzo wysoki wzrost po części wynika z dodatkowych 2 dni roboczych względem ubiegłego roku – efekty kalendarzowe podniosły łączną dynamikę o ponad 4pp. Niemniej, nawet po ich pominięciu widzimy wyraźną poprawę produkcji zarówno w przypadku dóbr konsumpcyjnych, jak i inwestycyjnych.

Po raz kolejny bardzo dobre wyniki osiągnęli eksporterzy. Produkcja najmocniej wzrosła wśród producentów elektroniki (39,3%), sprzętu elektrycznego (39,1%) i tworzyw sztucznych. Przewaga tych sektorów nad pozostałymi branżami najprawdopodobniej utrzyma się także w kolejnych miesiącach. Zamówienia eksportowe wzrosły w listopadzie o 20,7%r/r, podczas gdy łączny portfel był większy o 15,1%. W efekcie popyt zagraniczny będzie napędzał aktywność sektora na początku roku.

Prognozujemy, że przemysł dalej osiągać będzie 4-5% wzrost na początku bieżącego kwartału, pomimo niesprzyjających efektów sezonowych. W marcu wynik będzie dwucyfrowy z uwagi na niską bazę porównawczą. Spodziewamy się dobrej kondycji eksportu. Dynamikę powiększać będzie też produkcja sektora energetycznego. Prawdopodobnie odbijać też będzie aktywność MSP – dotychczas odbudowa w tym segmencie jest wolniejsza względem dużych przedsiębiorstw.

Coccodrillo optymalizuje sieć sprzedaży

CDRL, właściciel marki Coccodrillo optymalizuje sieć sprzedaży stacjonarnej zarówno w Polsce jak i na rynkach zagranicznych. Mimo pandemii, w II półroczu 2020 r. zostało otwartych 12 nowych salonów franczyzowych. Obecnie na rynku Polskim spółka posiada łącznie 243 salony – większość z nich znajduje się przy ulicach, w związku z czym ok 150 salonów nie zostało objętych obowiązującym obecnie zakazem handlu. W trosce o bezpieczeństwo klientów, firma wprowadza szereg udogodnień.

Coccodrillo skupia się obecnie na umacnianiu sklepu internetowego, który w związku z pandemią i ograniczeniami, odnotowuje rekordowe wyniki sprzedaży. Równolegle, trwa optymalizacja sieci stacjonarnej. Spółka nie planuje otwierania kolejnych sklepów własnych w galeriach handlowych – wraz z zakończeniem umów, zostanie zamkniętych kilka sklepów. Coccodrillo nie rezygnuje jednak z rozbudowywania sieci stacjonarnej w formule franczyzowej – w ostatnim półroczu powstało 12 takich salonów w Polsce.

W minionym półroczu, Coccodrillo otworzyło również trzy sklepy franczyzowe w na Słowacji a także na Łotwie i we Włoszech. Firma rozwija się również poza Unią Europejską W ostatnich miesiącach otwarte zostały dwa sklepy monobrandowe w Rosji oraz dwa w Kazachstanie.

Coccodrillo nieustannie monitoruje sytuację związaną z pandemią koronawirusa i podejmuje szereg działań, dzięki którym klienci – szczególnie ci w sklepach stacjonarnych – mogli czuć się bezpiecznie. Spółka umożliwiła składanie zamówień przez telefon – usługa ta cieszy się dużym zainteresowaniem wśród klientów.

Trzymamy się tego, co znamy

Ostrożny optymizm stara się przeważać na rynkach. Powody pozostają wciąż te same – inwestorzy pokładają duże nadzieje w planach fiskalnych prezydenta USA Bidena, co z pomocą ultra-luźnej polityki Fed zapewni idealne warunki do umocnienia ryzykownych aktywów. Tło jest wszystkim znane, choć brakuje konkretnego impulsu, by wyrwać rynki do mocniejszego ruchu.

W rozkręceniu rajdu nie pomaga też fakt, że generalny optymizm jest zakłócany przez okresowe ryzyka związane z rozwojem wirusa i kłopotami z dystrybucją szczepionek. Podtrzymywanie oczekiwań, że za pół roku wszystko będzie wyglądać lepiej to jedno, ale nie da się całkowicie zagłuszyć obaw, że w międzyczasie lockdowny nie pogłębią recesji tak bardzo, że późniejsze odbicie będzie rozwleczone na dłuższy okres. Szum informacyjny wokół pandemii jest głośny, jednak patrząc ponad chwytliwe nagłówki pozostaję przy zdaniu, że pozytywny scenariusz dla globalnej gospodarki pozostaje bazowym. Pandemia nie uderza już w sektor przemysłowy, czego dowodzą ostatnie silne odczyty PMI dla tego sektora z Europy i USA. Także w USA fiskalny bodziec jest kwestią czasu niż szansą zależną od międzypartyjnego porozumienia. W weekend media donosiły, że Demokraci są gotowi forsować wydatki w trybie rekoncyliacyjnym, do czego potrzeba tylko 51 głosów w Senacie zamiast tradycyjnych 60. Nie wszystko z proponowanych przez Bidena 1,9 bln USD da się uchwalić w tym trybie, ale determinacja Demokratów pokazuje, że polityczne gierki (tj. opóźnianie legislacji, by obwiniać za to Republikanów) schodzą na dalszy plan.

Co jeszcze w tym tygodniu? Dane makro przestały istotnie wpływać na rynki – wiadomo, że przez COVID-19 odczyty aktywności wypadają słabo tam, gdzie restrykcje odciskają piętno. Ewentualne reakcje rynków pojawiają się przy odczytach PMI/ISM i raporcie NFP, ale na te przyjdzie poczekać do pierwszego tygodnia lutego. W tym tygodniu mamy posiedzenie FOMC (wt-śr), ale nie oczekuję niespodzianek. Ostatnie tygodnie przebiegły pod znakiem licznych komentarzy przedstawicieli FOMC wskazujących na różnice zdań co do przyszłości programu skupu aktywów, jednak głos członków zarządu (Powell, Clarida, Brainard) był spójny i wyraźnie wskazywał, że dyskusja o ograniczaniu tempa skupu nie rozpocznie się jeszcze przez wiele miesięcy. Oczekujemy, że na konferencji prasowej prezes Powell powtórzy, że obecnie nie jest jeszcze czas na rozważanie odejścia od ultra-łagodnego nastawienia. Przekaz powinien pozostać gołębi z przewaga negatywnych ryzyka dla USD.

Dziś w niemieckim indeksie Ifo obniżenie oceny bieżącej (zaostrzenie lockdownu) będzie równoważone przez poprawę oczekiwań wraz z zapowiedziami kanclerz Merkel zaszczepienia wszystkich chętnych do końca września. W tym tygodniu startuje też szczyt w Davos, tym razem całkowicie wirtualny. Prezes EBC Lagarde przemawia dziś dwukrotnie, ale jest mało prawdopodobne, aby mogła dodać coś więcej ponad to, co usłyszeliśmy w zeszłym tygodniu na konferencji po posiedzeniu banku. Pozostajemy pozytywnie nastawieni dla kierunku wzrostowego euro.

W Polsce dobra passa grudniowych danych sugeruje również pozytywne zaskoczenia w odczycie produkcji przemysłowej, szczególnie że sektorowi w mniejszym stopniu niż usługom doskwierają restrykcje. W piątek GUS poda też wstępny szacunek dynamiki PKB za 2020 r. Konsensus zakłada całoroczny spadek o 2,6 proc., ale lepsze dane grudniowe, szczególnie zaskakujące odbicie produkcji budowlano-montażowej, podnoszą oczekiwania. Kurs złotego ustabilizował się w wąskim przedziale 4,52-4,55 za euro, skąd docelowo liczymy na wyjście dołem, do czego jednak przydałby się silniejszy apetyt na ryzyko na rynkach zewnętrznych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Bolt ogłasza plany ekspansji w regionie Azji i Pacyfiku oraz Ameryki Łacińskiej

Bolt Franchise to program, który ma na celu zapewnić niedrogie, wygodne i odpowiedzialne usługi transportu miejskiego i dostaw dla większej liczby klientek i klientów na całym świecie. Pozwoli on przyspieszyć rozwój platformy Bolt poprzez ekspansję poza jej główne rynki w Europie i Afryce, do regionów takich jak Ameryka Łacińska i Azja. Bolt jest pierwszą platformą mobilności na świecie, która wprowadza międzynarodowy program franczyzowy usług z zakresu transportu na żądanie i dostaw jedzenia.

– W 2020 roku prawie podwoiliśmy liczbę naszych klientek i klientów, osiągając 50 milionów użytkowników w 40 krajach i 200 miastach. Bolt Franchise umożliwi lokalnym przedsiębiorcom korzystanie z naszej technologii i wiedzy rynkowej. Cieszymy się, że możemy zaoferować usługi transportowe, mikromobilne i dostaw milionom klientek i klientów w regionach Azji i Pacyfiku, Ameryki Łacińskiej i nie tylkopowiedział Nikita Utkins, Franchise Expansion Manager w Bolt.

Bolt połączy siły z wybranymi franczyzobiorcami w celu świadczenia usług mobilności na zasadzie udziału w przychodach. Przedsiębiorcy dołączający do Bolt Franchise będą odpowiedzialni za codzienną, lokalną działalność firmy, taką jak marketing, obsługa klienta oraz wprowadzanie kierowców i kurierów w działanie aplikacji. Firmy, które zdecydują się na współpracę z Bolt, mogą uruchomić jedną lub kilka usług, w tym przewozy osób, wypożyczanie urządzeń mikromobilnych z hulajnogami i rowerami elektrycznymi oraz dostawy żywności.

– Usługi na żądanie zdobyły już popularność, jednak ich potencjał w obszarze innowacji nie został jeszcze w pełni wykorzystany. W Bolt mamy wieloletnie doświadczenie we współpracy z lokalnymi partnerami w krajach takich jak Meksyk, Rosja i Arabia Saudyjska.  Chcemy dać lokalnym przedsiębiorcom dostęp do światowej klasy technologii i zapewnić lepszą jakość usług milionom ludzi dodał Nikita Utkins.

Czy 2021. będzie rokiem zielonej energii?

Najbliższe miesiące mogą okazać się przełomowe dla całego rynku energii ze źródeł odnawialnych. OZE już wcześniej notowało rekordowe zainteresowanie, zarówno ze strony klientów, jak i samych inwestorów. Trend wydaje się nie ustawać, pomimo niepewnych czasów dla innych branż. Szczególnie w roku 2021, spółki związane z zieloną energetyką nie będą musiały martwić się o przyszłość sektora.

Z rozpędem i bez giełdowej konkurencji

Ostatnia dekada stanęła pod znakiem dynamicznych wzrostów zużycia produktów OZE w tempie rocznym na poziomie (uśredniając) 13,7 proc. Według analityków z Międzynarodowej Agencji Energii (IEA), źródła odnawialne to także jedyna nisza, która notowała dwucyfrowe wyniki z całej branży i bezkonkurencyjny w kategorii kolejnych wzrostów pretendent do zajęcia czołowych miejsc na energetycznym podium. Najwięksi gracze? Chiny (odpowiadające za 70 proc. światowej produkcji paneli fotowoltaicznych), Unia Europejska (skupiająca jedne z największych rynków OZE) oraz Stany Zjednoczone (deklarujące powrót do Porozumienia paryskiego).

Na ogromny potencjał OZE reagowali również czujni inwestorzy. Jeszcze na jesieni 2020 roku, czyli w okresie tzw. drugiej fali epidemii, indeks Invesco Solar ETF TAN notował aż 144.1-proc. wzrosty. Sam wolumen opcji kupna ETF iShares Global Clean Energy w październiku ubiegłego roku odnotował skok na poziomie… 600 proc.! Biorąc pod uwagę sytuację na przestrzeni wszystkich 12 miesięcy, S&P Global Clean Energy wzrósł o ponad 177 proc. A energetyczna konkurencja? Indeksy, bazujące m.in. na węglu i tradycyjnych formach wydobycia, notowały regularne spadki: Dow Jones U.S. Coal o ponad 75 proc, a S&P 500 Energy o około 33 proc.

OZE w kuluarach

Optymistycznie dla zielonej energii rozkładają się również siły w rządowych kuluarach. Globalny rynek OZE może oczekiwać dużego wsparcia ze strony nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Joe Bidena, który zadeklarował, że USA wrócą do postanowień Porozumienia paryskiego. Z realizacji postanowień klimatycznych zrezygnował dokładnie 4 listopada 2020 roku Donald Trump, choć i ten fakt nie zniechęcił inwestorów do zielonej energii. Wagę słów prezydenta-elekta rynek odczuł jeszcze przed jego oficjalnym przejęciem władzy. Kandydat Demokratów planuje przekazać na rzecz rozwoju eko-gospodarki aż 2 mld dolarów. Jednak czy bez USA inwestujących w OZE, globalny rynek odwróciłby się od zielonej energii? Z pewnością nie. Na stanowczą politykę klimatyczną stawia również Unia Europejska.

Jednym z najbardziej strategicznych miesięcy 2021 roku będzie czerwiec. Wczesnym latem Komisja Europejska planuje przedstawić raporty z rewizji dotychczasowych regulacji klimatycznych, a także zaproponować zmiany w prawodawstwie klimatyczno-energetycznym. Całkiem możliwe, że wtedy też zapadną kolejne wytyczne dotyczące skali celów redukcji dwutlenku węgla. Już teraz grudniowy projekt Rady Europejskiej, dotyczący zwiększenia celu redukcji z 40 proc. na 55-proc. ograniczenie emisyjności, napawa optymizmem. Spółki zajmujące się zieloną energią będą miały jeszcze większe pole do rynkowego manewru, czego wyrazem jest m.in. inwestycja Respect Energy na Pomorzu, która w perspektywie najbliższych 30 lat przyczyni się do redukcji emisji CO2 o ok. 5 mln ton. Eksperci przewidują również, że całkiem możliwym scenariuszem jest wprowadzenie opłat uzależnionych od emisji CO2 z budynków i transportu. Zdaniem przedstawicieli Konfederacji Lewiatan, dla regionalnej branży energetycznej obiecujące mogą się wydawać specjalne rewizje dyrektyw Komisji w sprawie OZE.

Zielona energia szansą dla polskich inwestorów

Zarówno zmiany zza Atlantyku, jak i decyzje organów w Brukseli, będą rzutować na sytuację OZE w Polsce. Najbardziej strategiczne wydają się środki z ram finansowych na lata 2021-2027, a także NextGenerationEU, czyli m.in. Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (RRF) oraz Fundusz Sprawiedliwej Transformacji. W 2. kwartale 2021 roku polski rząd musi przedstawić założenia tzw. sprawiedliwej transformacji. Plan m.in. rozbudowy krajowego sektora OZE będzie w dużym stopniu finansowany z pieniędzy unijnych. Ponad 30 proc. środków z UE jest dedykowane inwestycjom na ochronę klimatu i niskoemisyjną energetykę. Całkiem możliwe, że pierwsze fundusze trafią nad Wisłę jeszcze w tym roku.

Sam RRF to dla Polski zastrzyk gotówki na poziomie 23 mld euro w formie bezzwrotnych grantów oraz 34 mld euro w formie pożyczek. Co jednak z sektorem prywatnym? I w tym segmencie czeka nas sporo zaskoczeń. Jedną z najbardziej obiecujących inicjatyw jest partnerstwo strategiczne Respect Energy (dawniej TRMEW Obrót S.A.) i niemieckiego koncernu fotowoltaicznego GOLDBECK SOLAR GmbH. Pierwszy projekt duetu? Farma fotowoltaiczna w Zwartowie na Pomorzu, która ma być największą elektrownią tego typu w całej Europie Środkowo-Wschodniej o finalnej wartości ok. 200 mln euro. W obliczu tak dynamicznych zmian na globalnym rynku OZE, region powinien stanowczo wykorzystywać nadarzające się okazje. Na zielonej energii zyska nie tylko klimat, gospodarka, czy konsument. Cały anturaż dofinansowań, nowych inicjatyw oraz trendów to także ogromna szansa dla krajowych inwestorów.

Rok 2021 to dla branży OZE przede wszystkim czas na jak najszybsze wykorzystanie dostępnych już na rynku instrumentów. Dynamika wzrostu całego sektora jest jednym z głównych argumentów dla potencjalnych inwestorów, którzy chcieliby postawić na niszę wpisującą się nie tylko w rządowe strategie klimatyczne, ale i w mocny trend wśród samych konsumentów. Najbliższe miesiące powinny być dla sektora synonimem dużych zmian i niezwykle wytężonej pracy. Obserwując sytuację na krajowym rynku, już teraz widać pierwsze kroki w stronę całkowicie nowych standardów branży.

Sebastian Jabłoński

Nowy trend w branży TSL

Pandemia koronawirusa spowodowała zupełną zmianę percepcji na prowadzenie biznesu w niemalże każdym sektorze gospodarki. Nie inaczej stało się w branży TSL. Wśród przedsiębiorców transportowych wzrosło zainteresowanie inwestycjami w warsztaty, myjnie, czy powierzchnie magazynowe. Na rynku można również znaleźć firmy, które odnajdują się w imporcie i sprzedaży pojazdów, niejednokrotnie prowadząc przy tym własny transport czy spedycję. Z czasem to, co miało niwelować wydatki związane z utrzymaniem floty, staje się usługą oferowaną innym przewoźnikom. Taka dywersyfikacja przychodu jest popularniejsza za zachodnią granicą, jednak i w Polsce pojawia się coraz więcej firm, generujących dodatkowe zyski w ten sposób. Jakich trendów inwestycyjnych możemy się spodziewać w 2021 roku w branży TSL? Odpowiada Tomasz Czyż, ekspert GBox z Grupy INELO.

Zdaniem ekspertów z Grupy INELO, którzy przyjrzeli się strategiom, jakie polscy transportowcy realizują w dobie pandemii, krajowe przewozy i wynikające z nich przychody mogą wrócić do poziomy sprzed roku już niedługo. Dodatkowo, raport banku Santander na temat kondycji TSL w post pandemicznej rzeczywistości upatruje szans w rozwoju Nowego Jedwabnego Szlaku i ugruntowania Polski jako europejskiego hubu przeładunkowego. To okazja dla przewoźników, którzy oprócz floty posiadają infrastrukturę do obsługi pojazdów innych firm.

Analityczne trendy nakłaniają do zmian

Choć nie jest to wciąż normą, według obserwacji Grupy INELO zakładanie dodatkowej, okołotransportowej działalności to widoczny trend wśród polskich przewoźników. Rozbudowa na własne potrzeby warsztatu, myjni lub powierzchni magazynowej przekłada się po pewnym czasie na dodatkowy zarobek. Co skłania przewoźników do takich decyzji?

– Ostatnie 12 miesięcy przyniosło zauważalną zmianę przewoźników w podejściu do nowych technologii w transporcie. Wiele firm zdecydowało się na wdrożenie cyfrowych rozwiązań, takich jak np. TMS, umożliwiających dokładną analizę kondycji przedsiębiorstwa oraz zaplanowanie długofalowej strategii rozwoju. Niektórzy z nich postanowili zainwestować wolne środki w dywersyfikację swoich biznesów. Otworzyło się kilka nowych warsztatów – w praktyce wygląda to tak, że przedsiębiorca naprawia pojazdy nie tylko swoje, ale również innych przewoźników. Doskonałym przykładem może być również prowadzenie myjni dla cystern, które przed każdym załadunkiem muszą zostać umyte i uzyskać specjalny certyfikat. Ciekawa jest też dynamika rozwoju powierzchni magazynowych oraz przeładunkowych, które z czasem staja się nawet głównym źródłem dochodu firmy – komentuje Tomasz Czyż, ekspert GBOX, Grupa INELO.

Takie działania wynikają z prostego rachunku ekonomicznego: budowa multifunkcyjnej hali, magazynu czy zakup odpowiedniego sprzętu to inwestycja, która zwraca się po kilku latach i skutecznie ogranicza wysokie wydatki zostawiane w kasie pośredników. Strategia rozwijania firmy o kolejne usługi to także poduszka finansowa w niepewnych czasach, możliwość szybkiego przebranżowienia się, a także szansa na znalezienie dodatkowych oszczędności przy rozliczaniu podatków. W takich sytuacjach przedsiębiorcy korzystają również z dofinansowań UE czy krajowych funduszy wsparcia rozwoju.

Rekompensaty nierentownych frachtów?

Eksperci GBOX i INELO podkreślają, że prowadzenie dodatkowej działalności tylko po to, żeby uratować fracht mija się z celem. Rozbudowa oferty to raczej kolejny element rozwoju organizacji.

– Nie każdy przewoźnik decyduje się na wykupienie dla pojazdów pełnych pakietów serwisowych. Inni planują używać ciężarówek dłużej niż sam okres leasingu. To naturalne, że w takiej sytuacji posiadanie własnego warsztatu stacjonarnego pozwoli utrzymać flotę na wysokim poziomie niezawodności, co przekłada się bezpośrednio na niższe koszty eksploatacji, redukcję spalania i większą wartość odsprzedaży pojazdu – dodaje Tomasz Czyż.

Zdaniem Tomasza Czyża najpopularniejszym kierunkiem jest jednak rozwój własnej spedycji. Dzieje się tak, gdy pojazdy własne nie są w stanie obsłużyć wszystkich zleceń. Handel ładunkami nie wymaga praktycznie żadnej inwestycji finansowej. Niezbędne jest natomiast zbudowanie reputacji pewnego płatnika i profesjonalna obsługa klientów, gwarantująca rozszerzanie kontaktów, które przyniosą wymierny biznesowy efekt.

– Promowanie i rozwijanie nowych trendów jest możliwe dzięki zbudowanej wcześniej marce szanowanej w branży firmy z wieloletnimi tradycjami. To inspiruje innych przedsiębiorców do oferowania konkurencyjnych produktów i usług, przez co TSL nigdy nie stoi w miejscu i wciąż się rozwija – podsumowuje.

Polska specyfika?

Generowanie dodatkowego przychodu w branży TSL jest nie tylko polską specjalnością. To globalny trend, który na Starym Kontynencie widać szczególnie mocno w Europie Zachodniej. Wynika on z dużej swobody, jaką prywatni przewoźnicy cieszyli się tam od wielu lat w czasie, gdy blok wschodni borykał się z centralizacją gospodarki.

– Do rozwoju i sukcesu tych przewoźników często przyczyniały się właśnie pozostałe aspekty działalności, czyli usługi zewnętrzne i handel, które istotnie wpływały na finanse firmy – podsumowuje Tomasz Czyż.

Polska może stać się największym producentem energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych. Wymaga to modernizacji i budowy sieci przesyłowej w Polsce Północnej

Stabilne ramy prawne dla budowy polskich farm wiatrowych na Bałtyku ma zapewnić ustawa offshore’owa, którą w ubiegły czwartek podpisał prezydent. Prąd z wiatraków na morzu ma popłynąć już za kilka lat, ale wymaga to przyspieszenia inwestycji, również tych związanych z budową sieci dystrybucyjnych. Inwestycje w tym zakresie wymusza także rządowy plan rozwoju OZE i budowy elektrowni jądrowej. Boomu inwestycyjnego będzie potrzebować zwłaszcza północna Polska.

– Perspektywy dla budownictwa elektroenergetycznego na ten rok są zależne od rynku. W Polsce jesteśmy w okresie przejściowym, trwa zatwierdzanie polityki energetycznej państwa do 2040 roku. Dlatego dla wszystkich spółek zajmujących się sieciami energetycznymi, przesyłowymi czy dystrybucyjnymi jest to moment na aktualizację planów rozwojowych – mówi Mariusz Targowski, prezes zarządu Enpromu. – Na rynkach zagranicznych te decyzje zostały już podjęte i tam trwa etap wdrażania i uruchamiania planów rozbudowy sieci związanych z wyprowadzeniem mocy z farm offshore’owych. Mowa tu głównie o krajach, które leżą wzdłuż Morza Bałtyckiego i Morza Północnego.

Farmy wiatrowe na morzu ma obecnie 11 europejskich państw, a liderami są Wielka Brytania, Niemcy, Dania, Belgia i Holandia. Prąd z pierwszych polskich farm wiatrowych na Bałtyku ma natomiast popłynąć około 2025 roku. Zaktualizowany projekt „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, który we wrześniu 2020 roku przedstawiło Ministerstwo Klimatu i który ma być przyjęty jeszcze w tym kwartale, wymienia je jako jedną ze strategicznych inwestycji energetycznych. Zgodnie z rządowymi planami do 2040 roku Polska ma mieć na Bałtyku już 8-11 GW mocy, a wart ok. 130 mld zł program budowy morskich farm wiatrowych ma stać się kołem zamachowym dla całej gospodarki.

– Trzeba zdać sobie sprawę, że już ta planowana w najbliższej perspektywie budowa farm offshore’owych na Bałtyku do 2030 roku spowoduje generację mocy na poziomie elektrowni Bełchatów, która dzisiaj zaspokaja ok. 20 proc. zapotrzebowania na moc w Polsce – mówi Mariusz Targowski.

21 stycznia prezydent podpisał tzw. ustawę offshore’ową, która ma zapewnić stabilne ramy prawne dla budowy polskich farm wiatrowych na Bałtyku. Określa ona m.in. system wsparcia i ułatwienia administracyjne dla takich projektów oraz zasady przyłączania wytwórców do sieci elektroenergetycznej. Rząd liczy, że nowe i długo wyczekiwane przez branżę offshore’ową przepisy będą stanowić impuls dla dynamicznego rozwoju tego sektora. Z kolei stowarzyszenie WindEurope, które promuje energetykę wiatrową, nazywa polskie plany budowy farm wiatrowych ambitnymi i podaje, że jeżeli uda się je zrealizować, wówczas Polska stanie się największym rynkiem offshore na Bałtyku.

Prezes Enpromu zwraca też uwagę na fakt, że budowa farm na Bałtyku w połączeniu z planowanym na 2033 rok oddaniem pierwszego bloku elektrowni atomowej (prawdopodobnie na Pomorzu: w Lubiatowie–Kopalinie lub Żarnowcu) spowoduje konieczność wzmocnienia sieci przesyłowej przede wszystkim w północnej części Polski.

– Obecnie wytwarzanie skupia się w południowej części kraju,  a więc tam, gdzie znajduje się główny odbiorca, czyli przemysł ciężki. Jeżeli przesuniemy część wytwarzania na północ Polski, wtedy sieci przesyłowe muszą przekazać tę energię na południe. To jedno z głównych wyzwań przed Polskimi Sieciami Elektronergetycznymi na najbliższe lata – mówi Mariusz Targowski.

Według rządowych planów integrację morskich farm wiatrowych z Krajowym Systemem Elektroenergetycznym ułatwi fakt, że budowa nowych mocy będzie rozłożona na etapy. Harmonogram zakłada, że do 2030 roku Polska ma mieć na Bałtyku początkowo 3,8 GW mocy, a następnie ok. 10 GW do 2040 roku.

Jak podkreśla prezes Enpromu, planowane w kolejnych dekadach projekty dotyczące rozwoju OZE – w tym także farm wiatrowych na lądzie – po stronie spółek dystrybucyjnych spowodują duże zapotrzebowanie na wcześniejsze modernizacje i budowę nowych sieci dystrybucyjnych.

– Przebudowa linii 110 kV z lat 60. daje nawet kilkukrotny wzrost możliwości przesyłowych takiej linii w sieci dystrybucyjnej – mówi. Skalę zjawiska widać jeszcze lepiej w przypadku planów krajowego operatora sieci przesyłowej.  – Program rozwoju PSE, który – w zależności od scenariusza – pokazuje, że do 2030 roku powstanie 1–1,5 tys. km nowych lub gruntownie zmodernizowanych sieci 400 kV. Jest to program wart ok. 4–5 mld zł w perspektywie do 2030 roku.

Plan Rozwoju Systemu Przesyłowego do 2030 roku został na początku czerwca 2020 roku zatwierdzony przez URE. Stanowi odpowiedź na najważniejsze wyzwania w obszarze przesyłania energii elektrycznej i uwzględnia różne scenariusze rozwoju Krajowego Systemu Elektroenergetycznego, wskazując inwestycje niezbędne do zapewnienia jego niezawodności. Dokument zakłada, że w latach 2019–2040 zapotrzebowanie na moc w Polsce wzrośnie o około 46,5 TWh. W tym okresie znacząco spadnie też rola jednostek wytwórczych zasilanych paliwami węglowymi – ich udział w mocy zainstalowanej netto zmniejszy się do ok. 20 proc. w 2040 roku. Wzrośnie za to udział OZE w wytwarzaniu energii elektrycznej, osiągając ok. 32 proc. w 2030 i 40 proc. w 2040 roku.

Prawie 5 mln Polaków nie korzysta z komputera i internetu. Podatek od smartfonów i laptopów jeszcze pogłębi problem cyfrowego wykluczenia

W Polsce blisko 5 mln osób wciąż nie korzysta z internetu ani komputera, a pod względem wykluczenia cyfrowego sytuacja wygląda gorzej tylko w sześciu krajach Europy. Jedną z głównych przyczyn są zbyt wysokie koszty sprzętu i dostępu do sieci. Tymczasem planowane przez rząd rozszerzenie opłaty reprograficznej na nowe urządzenia, takie jak smartfony, tablety, laptopy i komputery stacjonarne, może dodatkowo wywindować ich ceny o kilkaset złotych. – W tej pandemicznej sytuacji, kiedy z dnia na dzień przestawiliśmy się na nauczanie zdalne, zamknęliśmy seniorów w domu i przenieśliśmy szereg usług do online’u, podnoszenie cen na urządzenia typu smartfon czy laptop jest błędem – podkreśla Michał Herde z Federacji Konsumentów.

Raport Federacji Konsumentów („Wykluczenie cyfrowe podczas pandemii. Dostęp oraz korzystanie z internetu i komputera w wybranych grupach społecznych”) pokazuje, że w czasie pandemii Polacy rozpoczęli walkę z wykluczeniem cyfrowym „na własną rękę”. W sklepach elektronicznych o kilkadziesiąt procent wzrosło zainteresowanie laptopami i tabletami. Organizacja zwraca jednak uwagę, że chociaż ceny tych urządzeń w Polsce są obecnie niższe niż w krajach Europy Zachodniej, i tak dla wielu Polaków wciąż są zbyt wysokie. Planowane przez rząd rozszerzenie opłaty reprograficznej na nowe urządzenia – takie jak smartfony, tablety, laptopy i komputery stacjonarne – może je jeszcze wywindować.

– Opłata reprograficzna jest nałożona na niektóre nośniki, np. papier i płyty CD, a projektowane zmiany mają rozszerzyć ją na kolejne nośniki: smartfony, laptopy czy telewizję z funkcją smart – mówi agencji Newseria Biznes Michał Herde, członek Rady Krajowej Federacji Konsumentów i prezes warszawskiego oddziału tej organizacji. – Nie widzimy jednak związku między korzystaniem z tych nośników a stratami po stronie twórców. Jeżeli np. słuchamy muzyki na smartfonie, to nie plików zapisanych w pamięci urządzenia, ale raczej muzyki świadczonej jako usługa, za którą płacimy w ramach streamingu czy video on demand. Dlatego nie widzimy potrzeby nakładania nowej opłaty.

Z szacunków Federacji Konsumentów wynika, że jeżeli urządzenia takie jak smartfony, tablety czy laptopy zostaną objęte opłatą reprograficzną w wysokości do 6 proc., to ich ceny wzrosną nawet o kilkaset złotych. To ograniczy popyt, a Polacy będą kupowali mniej sprzętu. To jeszcze bardziej przyczyni się do zaostrzenia problemu wykluczenia cyfrowego. Tym bardziej że już dziś dla wykluczonych cyfrowo gospodarstw domowych o najniższych dochodach, poniżej 2,5 tys. zł netto, największą barierę stanowią zbyt wysokie koszty sprzętu (21,6 proc.) i dostępu do internetu (14,7 proc.).

– Nadal dla 1/4 osób ceny stanowią istotną barierę w zakupie urządzenia, a tym samym w dostępie do nowoczesnych usług. W tej sytuacji, kiedy z dnia na dzień przestawiliśmy się na nauczanie zdalne, zamknęliśmy seniorów w domu, odcięliśmy ich od świata zewnętrznego, podnoszenie cen na urządzenia typu smartfon czy laptop jest po prostu błędne. Będzie to istotna bariera dla możliwości zakupowych Polaków – mówi członek Rady Krajowej Federacji Konsumentów. – Oczekujemy spokojnej dyskusji i przede wszystkim dobrego uzasadnienia tego projektu, ale dopiero po ustaniu zagrożenia pandemicznego.

Tym bardziej że pandemia COVID-19 już zaostrzyła problem wykluczenia cyfrowego wśród Polaków – zwłaszcza tych, którzy już wcześniej nie korzystali z internetu.

– Podczas pandemii zostaliśmy w domach. Osoby, które na co dzień korzystają z internetu, nie miały problemu z tym, żeby z dnia na dzień przestawić się na pracę, zakupy czy korzystanie z usług zdalnie. Natomiast ogromna rzesza Polaków, których dotknął lockdown, została tak naprawdę z dnia na dzień odcięta od świata – mówi Michał Herde.

W sumie problem dotyczy ok. 4,51 mln osób w wieku 16–74 lata (15,5 proc). Jeszcze więcej, bo ok. 4,78 mln Polaków, nigdy wcześniej nie posługiwało się komputerem – wynika z raportu Federacji Konsumentów.

– W tej grupie 80 proc. stanowią osoby starsze, bezrobotne i niepełnosprawne. Szacuje się, że od 50 do 70 tys. uczniów nie posiada ani dostępu do komputera, ani łącza, a aż co czwarty uczeń nie ma własnego urządzenia, musi je współdzielić z innym domownikiem. Siłą rzeczy osoby te, w tym dzieci i młodzież, nie mają możliwości korzystania z nowoczesnych zdalnych usług – mówi Michał Herde.

Ponad 80 proc. dyrektorów szkół wskazuje, że to właśnie dostęp do sprzętu i łączy stanowi główny problem w zdalnej edukacji. Co istotne, w normalnych okolicznościach uczniowie i studenci nie należą do grupy wykluczonych cyfrowo, bo według GUS-u 97,4 proc. gospodarstw domowych, w których są dzieci, posiada komputer. W czasie pandemii i powszechnej nauki zdalnej ilość sprzętu komputerowego w domach Polaków okazała się jednak niewystarczająca.

– Weźmy pod uwagę, że nawet państwo przeszło na świadczenie różnego rodzaju usług publicznych zdalnie. Przez internet możemy zarejestrować samochód, zapisać się do lekarza, zdalnie możemy też wziąć udział w wyborach. Kiedy ponad 15 proc. polskiego społeczeństwa nie ma możliwości dostępu do tych usług, to zaczyna być dość realny problem – ocenia prezes warszawskiego oddziału Federacji Konsumentów.

W grupie najbardziej dotkniętych cyfrowym wykluczeniem są seniorzy, których ten problem w dużym stopniu dotyczył jeszcze przed pandemią. W Polsce ponad połowa osób w wieku 65–74 lata nigdy nie korzystała z internetu i jest to odsetek o 20 pkt proc. wyższy niż unijna średnia, która wynosi 33 proc. Ogółem, pod względem wykluczenia cyfrowego w UE, sytuacja gorzej niż w Polsce wygląda tylko w sześciu krajach – w Portugalii, Grecji, Rumunii, Chorwacji, Bułgarii i we Włoszech. Około 15,5 proc. Polaków, którzy nie mają dostępu do internetu, to wynik również znacznie powyżej unijnej średniej na poziomie 9 proc. Również pod względem liczby osób, które nie korzystają z komputera, znajdujemy się w europejskim ogonie, zajmując 20. pozycję wśród państw UE.

– W różnych grupach wiekowych są różnego rodzaju bariery. W grupie wiekowej 16–20 lat głównym problemem jest brak sprzętu albo brak dostępu do łącza internetowego. Wśród seniorów jest nim wciąż brak umiejętności posługiwania się rożnego rodzaju narzędziami w internecie – wyjaśnia Michał Herde. – Jeszcze w 2019 roku mieliśmy bardzo dobrą dynamikę wzrostu liczby osób wykluczonych, które zyskiwały dostęp do internetu i komputera. Ale zazwyczaj, zwłaszcza w miasteczkach i na wsiach, zyskiwały go dzięki różnego rodzaju organizacjom społecznym, seniorskim, uniwersytetom trzeciego wieku itd. Te instytucje wykonywały bardzo dobrą robotę, ucząc seniorów korzystania z internetu. Po wybuchu pandemii, przy ograniczonej możliwości wyjścia z domu, zostały one pozbawione możliwości działania.

Olga Semeniuk: W pierwszej kolejności będą odmrażane sklepy detaliczne i centra handlowe. Jesteśmy gotowi do wdrożenia protokołów bezpieczeństwa dla ponad 40 branż

Jeżeli rząd zdecyduje się na poluzowanie części obostrzeń od 1 lutego, to w pierwszej kolejności pracę będą mogły wznowić sklepy detaliczne i centra handlowe. Decyzja o luzowaniu bądź wydłużeniu restrykcji ma zapaść w tym tygodniu i będzie uzależniona m.in. od statystyk dotyczących zakażeń i zgonów oraz sytuacji epidemiologicznej w całej Europie, która jest obecnie trudna. Wyczekują jej przede wszystkim przedsiębiorcy, którzy w całym kraju decydują się już na wznawianie działalności mimo zakazów. Olga Semeniuk, wiceminister rozwoju, pracy i technologii, przekonuje jednak, że są to odosobnione przypadki i skala zjawiska jest niewielka.

– Mamy nadzieję, że luty będzie miesiącem, w którym będziemy mogli powoli uwalniać przede wszystkim sprzedaż detaliczną i centra handlowe, a w ślad za tym również inne obszary gospodarcze. Czekamy na decyzje Rządowego Zespołu Zarządzania Kryzysowego – mówi Olga Semeniuk.

Po feriach, 18 stycznia w ścisłym reżimie sanitarnym do szkół wrócili uczniowie klas I–III szkół podstawowych, jednak wszystkie inne, obowiązujące w tej chwili ograniczenia – w tym m.in. zamknięcie galerii handlowych, hoteli i gastronomii – rząd przedłużył do 31 stycznia. Najprawdopodobniej w tym tygodniu zapadnie decyzja, czy z początkiem lutego zostaną one poluzowane, czy wydłużone o kolejne tygodnie.

– Zależy nam na tym, aby gospodarka była uwalniana jak najszybciej. Pod uwagę brane są różne warianty – zarówno punktowe odmrażanie gospodarki, jak również całościowe, w poszczególnych etapach. Wszystko uzależnione jest od Narodowego Programu Szczepień, jak również od sytuacji epidemicznej w Europie – mówi wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

W ubiegłym tygodniu o możliwość luzowania obowiązujących w Polsce obostrzeń z początkiem lutego pytany był również szef resortu zdrowia Adam Niedzielski, który wskazał, że istnieje na to szansa, jednak kluczowym argumentem jest utrzymująca się wysoka liczba zgonów.

Wiele zależy też od tego, jak będzie rozwijać się sytuacja epidemiologiczna po tym, jak w połowie stycznia część uczniów wróciła do stacjonarnego nauczania. Rząd chce sprawdzić, czy nie przełoży się to na zwiększoną liczbę zakażeń.

– Jesteśmy na etapie weryfikacji stanu po zakończeniu ferii zimowych. Wirus działa z opóźnieniem 10–14 dni od momentu, kiedy kończymy dany etap potencjalnie zwiększonej mobilności – mówi Olga Semeniuk.

Jak wskazuje, o poluzowaniu obostrzeń będzie decydować opinia działającej przy premierze Rady Epidemicznej, ale rząd uwzględnia też sytuację, jaka panuje w całej Europie. Ta wciąż jest trudna, m.in. ze względu na odkrytą niedawno w Wielkiej Brytanii nową mutację koronawirusa SARS-CoV-2 i rosnące w wielu krajach statystyki zakażeń.

Powodują one, że kolejne europejskie kraje decydują się na wprowadzenie nowych albo wydłużenie obecnie obowiązujących restrykcji. W ostatnich dniach taką decyzje podjęły m.in. Hiszpania, Holandia, Austria i Włochy. Czechy zadecydowały o wydłużeniu obowiązującego w kraju stanu wyjątkowego do 14 lutego. Częściowy lockdown wydłużyły też Niemcy, gdzie w sklepach i środkach komunikacji miejskiej wymagane jest noszenie maseczek medycznych typu FFP2. Z kolei we Francji wyjść z domu można tylko z ważnego powodu i należy w tym celu mieć przy sobie specjalne zaświadczenie.

– Bierzemy pod uwagę zarówno Radę Epidemiczną, która funkcjonuje przy prezesie Rady Ministrów, ale również wszystkie informacje, które spływają do nas z Europy. Niestety mamy do czynienia z drugim szczepem SARS-CoV-2, który bardzo szybko rozprzestrzenia się w Wielkiej Brytanii. Wszystkie działania, które podejmujemy, narzędzia i instrumenty wsparcia z budżetu państwa, które są przewidziane dla różnych gałęzi i obszarów gospodarczych, mają zapewnić im możliwość przetrwania w czasie, kiedy lockdown funkcjonuje – mówi wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

Według niej, jeśli rząd zdecyduje się na poluzowanie części obostrzeń z początkiem lutego, to w pierwszej kolejności pracę będą mogły wznowić sklepy detaliczne i centra handlowe.

Końca dobiegają też prace nad zaktualizowaniem protokołów bezpieczeństwa, do których poszczególne branże będą musiały się dostosować, wznawiając działalność.

– Jesteśmy gotowi do wdrożenia protokołów bezpieczeństwa dla ponad 40 branż, jesteśmy już na etapie ich ostatnich aktualizacji – mówi Olga Semeniuk. – Bierzemy pod uwagę metraż, liczbę osób, przepustowość, która musi być zachowana, jak również czas, który dana liczba osób może spędzać w jednym miejscu. To są podstawowe kryteria, które bierzemy pod uwagę, aby zapewnić komfort zarówno przedsiębiorców, jak i klientów.

Jak podaje KPRM, do tej pory wsparcie wypłacone firmom i pracownikom w ramach tarcz antykryzysowej, finansowej i pomocowej przekroczyło już 170 mld zł i uratowało ponad 5 mln miejsc pracy. W czasie obecnie obowiązujących restrykcji przedsiębiorców mają też wesprzeć rozwiązania przewidziane w rozszerzonej tarczy branżowej, m.in. zwolnienie ze składek ZUS za listopad, ustanowienie jednorazowego dodatkowego świadczenia postojowego w wysokości 2080 zł, dopłata dla przedsiębiorców w wysokości 2 tys. zł do każdego miejsca pracy (w tym umowy-zlecenia), dotacja w wysokości do 5 tys. zł oraz zawieszenie opłaty targowej w 2021 roku.

– Liczymy, że z samej tarczy branżowej, która weszła w życie 19 grudnia ub.r., skorzysta ponad 240 tys. przedsiębiorstw. Zgodnie z rozporządzeniem przyjętym przez Radę Ministrów rozszerzyliśmy tę tarczę o dodatkowe sześć kodów PKD z działu turystyka i liczymy, że te dodatkowe środki finansowe na poziomie około 5 mld zł trafią bezpośrednio do wszystkich zainteresowanych objętych lockdownem – mówi wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

Obecnie rząd raczej nie planuje nowych instrumentów pomocowych i skupia się na dysponowaniu środków kierowanych do przedsiębiorców w ramach tarczy branżowej, jak i Tarczy Finansowej 2.0 Polskiego Funduszu Rozwoju, która została uruchomiona 15 stycznia.

– Na dzisiaj mówimy o ponad 200 mln zł, które znajdują się już na kontach przedsiębiorców – mówi Olga Semeniuk.

Wsparcie w ramach Tarczy Finansowej 2.0 PFR obejmie przedsiębiorców z 38 branż najbardziej dotkniętych skutkami pandemii. Do mikro- i średnich firm ma trafić w sumie ok. 13 mld zł. Przedsiębiorstwa uprawnione do wsparcia w jej ramach mogą ubiegać się o nie do 28 lutego br.

Duża część przedsiębiorców wskazuje jednak, że rządowa pomoc jest dalece niewystarczająca i – wbrew rządowym zakazom – decyduje się na wznowienie działalności. Stąd w całej Polsce punktowo otwierają się m.in. restauracje, hotele, obiekty rozrywkowe i usługowe. Część z nich na nowo uruchamia działalność w ramach zorganizowanych akcji, jak Góralskie Veto czy #OtwieraMY, którą wsparła Izba Gospodarcza Gastronomii Polskiej (IGGP). Wiceszefowa MRPiT przekonuje jednak, że są to odosobnione przypadki i skala zjawiska jest niewielka.

– W kontekście gastronomii, klubów fitness czy hotelarstwa – skala potencjalnego otwierania działalności niezgodnie z rozporządzeniem dwa tygodnie temu wydawała się bardzo duża. Na dzisiaj mówimy o 70–80 obiektach gospodarczych, które zdecydowały się na otwarcie pomimo funkcjonującego rozporządzenia – mówi Olga Semeniuk. – Nie obawiamy się tego typu przykładów, wszyscy od 10 miesięcy żyjemy z pandemią COVID-19 i jest ona nowa zarówno w obszarze społeczno-zdrowotnym, jak i gospodarczym. Tylko solidarnościowe podejście do tego tematu pozwoli nam szybciej uwolnić gospodarkę.

Według szacunków IGGP po 18 stycznia działalność wznowiło nawet 20 tys. lokali gastronomicznych.