E-commerce – 3 etapy budowy własnego sklepu internetowego

Sprzedaż w internecie staje się coraz popularniejsza. Wpływ na to ma nie tylko obecna sytuacja w kraju i na świecie, ale również docenienie przez klientów wygody zakupów z wykorzystaniem sieci. Założenie własnego sklepu internetowego nie jest trudne, choć oczywiście wymaga włożenia w to nieco pracy. Szybko jednak można się przekonać, jak wygodne jest to rozwiązanie – niemal wszystkie komponenty znajdziemy bez problemu w Internecie, najtrudniej będzie zdecydować się na ten właściwy, który przypadnie nam do gustu a zarazem będzie bardzo użyteczny. Jak założyć własny sklep internetowy?

  1. Stworzenie strony sklepu
  2. Jak wybrać najlepszy hosting?
  3. Platformy dla sklepów internetowych

Stworzenie strony sklepu

Własną stronę stworzyć można, wykorzystując kreator stron www. Jeszcze kilkanaście lat temu było to narzędzie, którego obsługa w większości przypadków wymagała jedynie znajomości języka HTML. Obecnie kreatory stron są znacznie bardziej rozbudowane, co nie znaczy, że trudniejsze. Wręcz przeciwnie, umożliwiają one nie tylko zrobienie własnej witryny, najczęściej wykorzystując prostą i intuicyjna platformę WordPress, ale również zapewniają domenę, hosting oraz pomoc w przypadku problemów. Odpowiednią metodę zbudowania strony www należy dobrać w zależności od oczekiwań – inaczej projektuje się małą witrynę z kilkoma podstronami dla niewielkiej firmy, a inaczej wielofunkcyjny sklep internetowy.

Jak wybrać najlepszy hosting?

Jeśli już mamy własną stronę www, należy znaleźć dla niej miejsce w sieci. Podmiotów oferujących hosting są tysiące, trudno więc dokonać wyboru. Kwestią decydującą będzie na pewno cena, należy jednak zwrócić uwagę, co w ramach miesięcznej lub rocznej opłaty otrzymamy od hostingodawcy. Bardzo ważną kwestią jest szybkość i niezawodność, jednak równie istotną, a często niedocenianą kwestią jest bezpieczeństwo. Warto zwrócić uwagę również na integrację z CMS, czyli systemem wprowadzania danych oraz zmian na stronie www. Wybierając najlepszy hosting zapewniamy prawidłowe działanie witryny lub sklepu internetowego, co ma niebagatelne znaczenie dla odwiedzających nasz serwis.

Platformy dla sklepów internetowych

Jeśli nie jesteśmy zainteresowani własnoręcznym tworzeniem witryny e-commerce – nic straconego! W sieci dostępne są gotowe szablony i oferujące je platformy sklepów internetowych, które w większości bez problemu dostosujemy do własnych potrzeb. Można wybrać na początek któryś z darmowych serwisów, jednak w przypadku planowanego rozwoju sklepu warto zainwestować w platformę oferującą niezbędne dla handlu w internecie opcje. Odpowiednio dostosowując stronę do potrzeb klienta i wychodząc mu naprzeciw z atrakcyjną ofertą, można stać się godnym przeciwnikiem nawet dla takich platform jak Allegro czy Amazon.

Startup Booksy zebrał rekordową rundę w wysokości 70 mln dolarów

70 milionów dolarów w rundzie C – inwestycja w Booksy to największa zebrana runda na tym etapie rozwoju spółki wśród wszystkich polskich startupów. Pieniądze od amerykańskich inwestorów pozwolą na dynamiczne zwiększenie udziału na kluczowych dla Booksy rynkach – w USA, Wielkiej Brytanii i Europie.

Booksy – najpopularniejsza na świecie aplikacja mobilna do rezerwacji wizyt online w salonach urody i kolejny polski kandydat do tytułu jednorożca ogłasza zamknięcie kolejnej rundy finansowania w kwocie 70 mln dolarów. Łącznie Booksy pozyskało już blisko 120 milionów dolarów. To rekord wśród polskich startupów, na tym etapie rozwoju i największy w historii spółki zastrzyk pieniędzy od międzynarodowych inwestorów. Rundę wsparły Cat Rock Capital i Sprints Capital, które dotąd zainwestowały m.in. w Revolut, Vinted, Takeaway i Pyszne.pl. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na dalszą globalną ekspansję i wzmocnienie pozycji lidera za granicą – w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii oraz na pozostałych rynkach europejskich. Lider nie wyklucza też przejęć.

„Ta rekordowa inwestycja jest efektem dynamicznych wzrostów z ostatnich lat oraz grudniowej fuzji z Versum. Potencjał naszego dalszego rozwoju określa m.in. wciąż niski stopień digitalizacji salonów urody oraz ogromna popularność samej aplikacji. Tylko w Stanach Zjednoczonych, gdzie rynek hair&beauty wart jest blisko 100 mld dolarów, wciąż mniej niż 5% usług rezerwowanych jest online. Jednocześnie już teraz Booksy jest jedną z najczęściej pobieranych aplikacji w kategorii lifestyle i posiada więcej aktywnych użytkowników niż jakakolwiek inna aplikacja dla branży hair&beauty.” – komentuje Stefan Batory, założyciel Booksy.

Booksy nie zwalnia tempa pomimo pandemii, która spowodowała zamknięcie dużej części branży salonów urody. W ciągu ostatnich 3 lat przychody spółki wzrosły o 1500%, a po fuzji z Versum, w grudniu 2020 roku, firma została liderem na globalnym rynku usług hair&beauty. Obecnie z aplikacji aktywnie korzysta 13 milionów użytkowników na całym świecie. Tylko w tym roku obsłuży ona blisko 100 mln wizyt o wartości ponad 10 miliardów złotych.

Poza Polską, gdzie Booksy jest niekwestionowanym liderem, firma obecna jest w sześciu regionach, m.in. w USA, Wielkiej Brytanii, Brazylii, RPA, Hiszpanii. Wkrótce także w Meksyku. W 2020 roku Booksy rozszerzyło działalność o kolejne kategorie, nawiązując partnerstwa w sektorze finansów m.in. z: Bank BNP Paribas, Alior Bank, Bank Credit Agricole, w branży e-commerce (x-kom) i telekomunikacyjnej (Play). Dzięki temu klienci partnerów biznesowych mogą wygodnie umawiać wizyty online i realizować je bez kolejki w wybranych punktach.

Pozycję spółki dodatkowo umacniają liczne partnerstwa technologiczne z gigantami rynku online, jak Google, Facebook czy Instagram, umożliwiającymi zapisy online za pośrednictwem Booksy, a także znanymi producentami kosmetyków, jak Salon Expert L’Oreal Professionnel z siecią ponad 900 salonów w Polsce. Z Booksy korzystają także znani styliści, m.in. prywatny fryzjer Baracka Obamy, stylistka Beyoncé.

120 mln dolarów na digitalizację globalnego rynku hair&beauty

Dotychczasowe sukcesy Booksy przekonały do niej międzynarodowych inwestorów, którzy na rozwój firmy przekazali rekordową kwotę 120 mln dolarów. Poza liderami obecnej rundy C, spółkę wsparły dotąd: Piton Capital, Manta Ray – fundusz Sebastiana Kulczyka, Enern, Industry Ventures i XG Ventures. Wśród prywatnych inwestorów znaleźli się Zach Coelius (CEO Triggit), Kai Hansen (Członek Zarządu Booksy), Chris Guzowski i Hannes Graah (VP of Growth w Revolut; wcześniej Global Head of New Markets w Spotify), Piotr Jakubowski i Rohan Monga (b. CMO i COO Go-Jek), Przemysław Gacek i Maciej Noga (Pracuj.pl).

„Jesteśmy niezwykle podekscytowani inwestycją w Booksy, które tworzy wiodącą, globalną platformę umożliwiającą cyfryzację branży hair&beauty i wellness na całym świecie. Przez ostatnie cztery lata uważnie śledziliśmy rozwój spółki i jesteśmy pod ogromnym wrażeniem postępów, jakich dokonał Stefan Batory i zespół Booksy, pozycjonując firmę, jako lidera na tym rynku.” – komentuje Alex Captain, założyciel i partner zarządzający w Cat Rock Capital

“13 milionów klientów i tysiące profesjonalistów, korzystających na co dzień z Booksy, potwierdza, że jest ono niekwestionowanym liderem na bardzo konkurencyjnym rynku. Cieszę, że będę mógł współuczestniczyć w kolejnych etapach dalszego, dynamicznego rozwoju firmy.” – podkreśla Pierre Siri, partner operacyjny w Sprints Capital

Amazon uruchamia Amazon.pl

Amazon ogłasza rozpoczęcie prac nad uruchomieniem w Polsce Amazon.pl. Serwis zapewni polskim klientom nowy wymiar zakupów, a lokalnym biznesom umożliwi dotarcie do większej liczby odbiorców zarówno w Polsce, jak i na świecie. Od dziś przedsiębiorcy, planujący sprzedaż za pośrednictwem Amazon w Polsce oraz globalnie, mogą rejestrować swoje konta po polsku na https://sell.amazon.pl w ramach przygotowań do premiery serwisu.

Ponad 50% towarów sprzedawanych na Amazon pochodzi od zewnętrznych partnerów. Zbliżająca się premiera Amazon.pl zapewni więc polskim przedsiębiorcom możliwość dotarcia do ponad 300 milionów klientów Amazon na całym świecie, w ponad 200 krajach i terytoriach. Obecnie za pośrednictwem Amazon sprzedaje globalnie 1,7 miliona małych i średnich firm, z czego ponad 200 000 przedsiębiorców przekroczyło 100 000 dolarów wartości sprzedaży w 2019 roku. Amazon inwestuje rocznie miliardy dolarów w infrastrukturę, narzędzia i usługi, które umożliwiają małym i średnim firmom skuteczną sprzedaż swoich produktów online. Więcej informacji na temat Amazon Marketplace: https://sell.amazon.pl

„Amazon od wielu lat wspiera polskich klientów oraz pomaga sprzedawać produkty polskich przedsiębiorców w naszych europejskich sklepach. Kolejnym etapem jest wprowadzenie pełnej oferty detalicznej dla konsumentów w Polsce i właśnie nadszedł czas na ten krok – powiedział Alex Ootes, wiceprezes ds. rozwoju w UE, Amazon. – Cieszymy się, że możemy wzmocnić pozycję polskich firm za pośrednictwem Amazon, inwestując w narzędzia i usługi, które pomogą im się rozwijać. Jesteśmy przekonani, że skupiając się na tym, co naszym zdaniem klienci cenią najbardziej – niskich cenach, szerokim wyborze towarów i ich szybkiej dostawie – z czasem zdobędziemy zaufanie klientów w Polsce”.

Amazon działa w Polsce od 2014 roku. Amerykańska Izba Handlowa ogłosiła w 2020 r., że Amazon jest największym amerykańskim pracodawcą w kraju i trzecim co do wielkości amerykańskim inwestorem. Amazon stworzył ponad 18 000 stałych miejsc pracy w dziewięciu nowoczesnych centrach logistycznych: w Sadach (pod Poznaniem), Sosnowcu, Kołbaskowie (koło Szczecina), dwóch obiektach w Bielanach Wrocławskich, Pawlikowicach (koło Łodzi), Łodzi, Okmianach (koło Bolesławca) i Gliwicach oraz w biurze Amazon Web Services i w Centrum Rozwoju Technologii Amazon w Gdańsku, które dostarczają innowacyjne rozwiązania wspierające produkty i usługi Amazon na całym świecie, w tym rozwiązania głosowe Alexa. W 2021 r. uruchomione zostanie 10. centrum w Świebodzinie, gdzie powstanie ponad 1 000 nowych etatów. Od początku pandemii, wszystkie oddziały Amazon przyjęły jako nadrzędny priorytet zapewnienie bezpieczeństwa pracownikom, inwestując ponad 10 miliardów dolarów w realizację tego celu. Wdrożono rozwiązania umożliwiające zachowanie bezpiecznego dystansu 2 metrów, pomiar temperatury, dystrybucję maseczek, rękawic oraz ulepszone procesy czyszczenia i dezynfekcji. Tylko w Polsce Amazon dostarczył swoim pracownikom ponad 8 milionów par rękawiczek, ponad 2 miliony masek ochronnych, ponad 24 miliony sztuk chusteczek dezynfekujących i ponad 33 miliony butelek środków do dezynfekcji rąk, a także dokonał ponad 150 istotnych zmian w procesach w celu poprawy bezpieczeństwa.

Partnerzy sprzedaży, którzy chcą oferować swoje produkty na Amazon.pl, mogą teraz zarejestrować swoje konta sprzedażowe w języku polskim na https://sell.amazon.pl

Niemal co godzinę oszuści próbują wyłudzić 25 tys. zł na cudze nazwisko

Rejestracja na szczepienie lub wizytę u lekarza, realizacja recepty, zameldowanie w hotelu czy wypożyczenie sprzętu sportowego – na co dzień znajdujemy się w wielu sytuacjach, kiedy musimy udostępnić swój numer PESEL osobie trzeciej. Robimy to coraz niechętniej z obawy, że gdy ten dostanie się w niepowołane ręce, możemy mieć kłopoty finansowe. Fundacja Rozwoju Rynku Finansowego radzi, jak przestrzec się przed niechcianym kredytem i co zrobić, gdy ktoś przejmie nasze dane osobowe.

Wyłudzenia kredytów i pożyczek na cudze nazwiska to problem, który w ostatnim roku mocno przybrał na sile. W związku z pandemią i zwiększeniem naszej codziennej aktywności w sieci, przestępcy także przenieśli się do świata cyfrowego. Według raportu infoDOK Związku Banków Polskich tylko w III kwartale 2020 r. odnotowano aż 1888 prób wyłudzeń na łączną kwotę ponad 61 mln złotych. Oznacza to, że niemal co godzinę dochodzi do próby zaciągnięcia zobowiązania finansowego na skradzione dane. Średnia kwota pojedynczej próby oszustwa kredytowego wynosi ponad 25 tys. złotych.

Sam PESEL to za mało, ale pozyskanie pozostałych danych to nic trudnego

28 stycznia to Europejski Dzień Ochrony Danych Osobowych. Warto z tej okazji zwrócić uwagę na bezpieczeństwo naszych danych, a szczególnie numeru PESEL, który coraz częściej musimy udostępniać nieznanym osobom. Na szczęście, nie każde jego przechwycenie kończy się niechcianym kredytem.

„Choć numer PESEL stanowi informację wrażliwą i bezwzględnie powinniśmy uważać, by ten nie dostał się w niepowołane ręce to pamiętajmy, że z reguły sam PESEL nie wystarczy osobie trzeciej do zaciągnięcia kredytu lub pożyczki na nasze nazwisko” – mówi Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego. Jak dodaje ekspertka: „Zarówno banki jak i firmy pożyczkowe, także te udzielające pożyczek wyłącznie przez internet, stosują procedury zapobiegające wyłudzeniom kredytów na cudze dane osobowe. Klienci są poddawani często kilkustopniowej weryfikacji, tak aby maksymalnie ograniczyć ryzyko udzielenia kredytu osobie podszywającej się pod kogoś innego”.

Fakt, że zakres danych osobowych wymaganych przez banki i firmy pożyczkowe do zaciągnięcia zobowiązania jest zasadniczo szerszy niż identyfikujący nas jedenastocyfrowy symbol, nie oznacza jednak, że możemy go swobodnie udostępniać osobom trzecim. Róbmy to tylko w sytuacjach uzasadnionych. Jeśli jesteśmy proszeni o podanie numeru PESEL w instytucji finansowej, towarzystwie ubezpieczeniowym, w przychodni czy aptece w celu zrealizowania e-recepty, nie powinniśmy mieć większych powodów do obaw. Jeśli jednak dostajemy SMS-em bądź e-mailem prośbę o podanie swoich danych lub ktoś do nas dzwoni z taką prośbą, zweryfikujmy dokładnie nadawcę wiadomości i zachowujmy dużą ostrożność przed przekazaniem jakiejkolwiek informacji na swój temat.

Nie zapominajmy również, że już niemal od dwóch lat obowiązuje zakaz kopiowania dokumentów, na których znajdują się nasze dane osobowe. Chodzi nie tylko o dowód osobisty, ale także paszport, prawo jazdy czy legitymację studencką. Jeśli jakaś firma, poza bankiem lub zakładem ubezpieczeń, wymaga od nas przekazania dokumentu tożsamości to może poprosić nas tylko o wgląd. Kopiowanie go jest prawnie zabronione.

Lepiej zapobiegać niż… spłacać cudzy dług

Prewencyjnym rozwiązaniem, które zwiększy naszą ochronę przed działaniem oszustów jest skorzystanie z zastrzeżeń kredytowych. Na rynku dostępnych jest kilka systemów, np. Alerty BIK, ChronPESEL.pl oraz BezpiecznyPESEL.pl, a niektóre z nich są w pełni darmowe” – mówi Agnieszka Wachnicka, prezes FRRF. Sposób ochrony użytkownika jest inny dla każdego z systemów. W zależności od tego, na który się zdecydujemy albo możemy liczyć na powiadomienie sms lub e-mail za każdym razem, gdy jakaś instytucja finansowa będzie sprawdzała naszą zdolność kredytową, albo odgórnie blokujemy nasz numer PESEL w danej bazie, dzięki czemu firma współpracująca z danym systemem po wpisaniu naszego PESEL-u w bazie automatycznie otrzyma powiadomienie, że prawdopodobnie jest to próba oszustwa.

Twoje dane wyciekły? Pierwsze kroki skieruj do banku!

W sytuacji, gdy zgubiliśmy nasz dowód osobisty lub obawiamy się, że ktoś wykradł nasze dane bądź w inny nieuprawniony sposób uzyskał do nich dostęp, pierwsze kroki powinniśmy skierować do banku. Dopiero w drugiej kolejności powinniśmy ten fakt zgłosić policji. Chodzi o jak najszybsze zastrzeżenie dokumentów i wyprzedzenie oszusta, a liczy się każda minuta. Co ważne, dokumenty należy zastrzec także wtedy, gdy aktualnie nie korzystamy bądź nigdy nie korzystaliśmy z usług bankowych.

Zastrzec dokumenty możemy osobiście w wybranym oddziale bankowym lub telefonicznie. Pamiętajmy, że niekoniecznie musimy być klientem banku, w którym zastrzegamy dokument oraz że nie musimy zgłaszać się do każdego z banków oddzielnie. Wystarczy, że utratę dokumentu zgłosimy w jednej instytucji, a ta odnotuje taką informację w centralnym systemie, z którego korzystają nie tylko banki, ale również firmy pożyczkowe, towarzystwa ubezpieczeniowe, firmy telekomunikacyjne i inne podmioty. Warto również wspomnieć, że podobna zasada dotyczy także kart płatniczych i kart kredytowych. Jeśli skradziono nam kartę bądź ją gdzieś zawieruszyliśmy i nie mamy pewności, czy nie dysponuje nią osoba trzecia za każdym razem jak najszybciej powiadommy o tym fakcie nasz bank.

Wymień dokumenty i zmień hasła

Oprócz zastrzeżenia dokumentu w banku i zgłoszenia incydentu policji w następnej kolejności zgłośmy się do urzędu gminy lub placówki konsularnej w celu wyrobienia nowych dokumentów. W tym samym czasie zmieńmy hasła do bankowości elektronicznej oraz w innych serwisach, które mają dostęp do naszego rachunku płatniczego lub karty kredytowej. Dla bezpieczeństwa zmieńmy hasła także w mediach społecznościowych, aby oszust nie mógł przejąć naszego konta.

Nawet jeśli dość szybko udało nam się zastrzec dokument warto monitorować „naszą” aktywność kredytową. Możemy to w łatwy sposób sprawdzić w Biurze Informacji Kredytowej. Z otrzymanego raportu dowiemy się, kiedy i jakie instytucje odpytywały bazę o naszą historię kredytową, co będzie dla nas wskazówką, czy i gdzie oszust próbował zaciągnąć zobowiązanie na nasze nazwisko. W przypadku, gdy przestępcy udało się zawrzeć umowę bez naszej wiedzy, nie bądźmy bezczynni. Nie czekajmy na wezwanie do zapłaty, a sami jak najszybciej powiadommy kredytodawcę o całej sytuacji. Wraz ze zgłoszeniem reklamacji, proces windykacyjny zostanie wstrzymany aż do momentu wyjaśnienia całej sprawy.

Formalności związane z delegowaniem pracowników w ramach świadczenia usług

Wywodząca się z Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej ( Dz.U.2004.90.864/2 – Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, dalej: „Traktat”), Zswoboda świadczenia usług na terenie UE jest jedną z podstawowych zasad funkcjonowania UE.

Zgodnie z art. 56 Traktatu, ograniczenia w swobodnym świadczeniu usług wewnątrz Unii są zakazane w odniesieniu do obywateli Państw Członkowskich mających swe przedsiębiorstwo w Państwie Członkowskim innym niż Państwo odbiorcy świadczenia. Traktatowa zasada oznacza z kolei zarówno swobodę świadczenia usług, jak również swobodę korzystania z nich.

Coraz więcej firm, zarówno i te z państw trzecich, decydują się obecnie na delegowanie swoich pracowników do pracy do innego kraju Europejskiego Obszaru Gospodarczego, Unii Europejskiej celem świadczenia usług za granicą. Polskie firmy w większej skali preferują delegowanie pracowników do Niemiec. Działalność usługowa, będąca jedną ze znaczących obszarów aktywności firm, dotyczy w przeważającym stopniu prac w budownictwie, transporcie, produkcji oraz opiece.

Zgodnie z Dyrektywą 96/71/WE,  za pracownika delegowanego uważa się pracownik, który przez ograniczony czas wykonuje swoją pracę na terytorium innego niż to, w którym zwyczajowo pracuje, państwa członkowskiego.

PODSTAWOWE REGULACJE PRAWNE ZWIĄZANE Z DELEGOWANIEM

Podstawowym aktem prawnym, zawierającym regulację, związane z delegowaniem, jest dyrektywa 96/71/WE o delegowaniu pracowników w ramach świadczenia usług. W/W dyrektywa opisuje warunki zatrudnienia, obowiązujące w przyjmującym państwie członkowskim, które należy zapewnić pracownikom delegowanym. Z uwagi na dynamicznie zmieniającą się sytuację rynkową oraz większą konkurencyjność firm, a także celem zapewnienia pracownikom delegowanym lepszej ochrony socjalnej, zaszła konieczność nowelizacji przepisów.

W efekcie, pod koniec lipca 2020r. w życie weszły zmiany, dot. zasad delegowania pracowników do krajów UE wprowadzone przepisami dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2018/957 z 28 czerwca 2018 r. zmieniającej dyrektywę 96/71/WE dotyczącą delegowania pracowników w ramach świadczenia usług (dalej: dyrektywa 2018/957/UE).

NOWE ZASADY WYNAGRADZANIA

Jedną z podstawowych zmian, wprowadzonych nowelizacją jest zrównanie sytuacji pracowników delegowanych z pracownikami lokalnymi poprzez zapewnienie pracownikowi delegowanemu wszystkich obowiązkowych i dodatkowych składników wynagrodzenia przewidzianych dla pracownika lokalnego, wykonującego pracę tego samego rodzaju w tym samym zawodzie, stanowisku.  Ustalenie należnego pracownikowi delegowanemu wynagrodzenia komplikuje się przede wszystkim tym, że należy sięgać do zasad wynikających   z krajowego ustawodawstwa państwa, do którego pracownicy są delegowani.

W Niemczech, minimalne warunki zatrudnienia określa: Ustawa o płacy minimalnej (MILOG), Ustawa  o czasie Pracy (Arbeitszeitgesetz), Ustawa o minimalnym urlopie (Mindesturlaubsgesetz Für Arbeitnehmer ), a także inne ustawy regulujące  minimalne warunki pracy. W roku 2021r. wysokość minimalnego wynagrodzenia za pracę wynosi 9,50 euro brutto/godzina. W zależności jednak od branży, stawka może się różnić. Tak na przykład, w branży budowlanej w landach zachodnich przewidziane są dwie stawki minimalne: dla pracowników niewykwalifikowanych (obecnie 12,55 euro) oraz dla pracowników wykwalifikowanych (obecnie 15,40 euro, a w Berlinie 15,25 euro).

Do najistotniejszym zmian, wprowadzonych nowelizacją, należy także zaliczyć:

  1. obowiązek zagwarantowania pracownikowi delegowanemu warunków zakwaterowania, wyżywienia lub zwrot wydatków na pokrycie kosztów podróży, wyżywienia i zakwaterowania. Jeśli zgodnie z obowiązującymi przepisami, Pracodawca ma zapewnić pracownikowi lokalnemu zakwaterowanie, w sytuacji, gdy znajduje się daleko od jego normalnego miejsca pracy, to na takich samych zasadach powinno być zagwarantowano pracownikom delegowanym;
  2. konieczność zagwarantowania wszystkich warunków zatrudnienia, obowiązujących w kraju przyjmującym, w przypadku, jeśli czas trwania delegowania przekracza 12 miesięcy lub 18 miesięcy (po złożeniu przez pracodawcę delegującego umotywowanego powiadomienia w kraju przyjmującym). Delegowanie po upływie 12 miesięcy jest nadal możliwe, pod warunkiem zapewnienia pracownikowi delegowanemu wszystkich warunków zatrudnienia, wynikających zarówno z przepisów ustawowych, jak i powszechnie stosowanych umów zbiorowych.

W pomoc przedsiębiorcom, wysyłającym swoich pracowników w ramach delegacji mają zostać utworzone tzw. punkty kontaktowe/strony internetowe, gdzie można zasięgnąć dokładnych informacji na temat delegowania pracowników za granicę. W Niemczech takim punktem kontaktowym jest Zollamt. W Belgii – Federal Public Service Employment, Labour and Social Dialogue. W Polsce stosowne informację można znaleźć na stronie biznes.gov.pl, a także w aktualnościach na stronie Głównego Inspektoratu Pracy.

Delegowanie pracowników za granicę wymaga znajomości wielu rozmaitych zagadnień  i przepisów obowiązującego prawa. Praktyka pokazuje, że zgromadzenie odpowiedniej dokumentacji pracowniczej jest podstawą do prawidłowego delegowania. W związku z powyższym, zachęcamy do skorzystania z  pomocy specjalisty, który udzieli fachowej pomocy w konkretnej sprawie.

Źródła:

  1. Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady nr 96/71/WE z dnia 16 grudnia 1996 r. dotyczącej delegowaniu pracowników w ramach świadczenia usług
  2. Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/67/UE z dnia 15 maja 2014 r. w sprawie egzekwowania dyrektywy 96/71/WE dotyczącej delegowania pracowników w ramach świadczenia usług, zmieniającej rozporządzenie (UE) nr 1024/2012 w sprawie współpracy administracyjnej za pośrednictwem systemu wymiany informacji na rynku wewnętrznym (rozporządzenie w sprawie „IMI”)
  3. Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2018/957 z dnia 28 czerwca 2018 r. zmieniającej dyrektywę o delegowaniu pracowników w ramach świadczenia usług

TP Vision (Philips TV & Sounds) prezentuje wyniki za 2020 rok

TP Vision, firma odpowiedzialna za design, rozwój, produkcję, sprzedaż i marketing marki Philips TV & Sounds zaprezentowała swoje wyniki biznesowe za rok 2020. W minionym roku TP Vision osiągnął rezultaty powyżej średniej dla sektora we wszystkich obszarach.  Firma po raz czwarty z rzędu odnotowała rekordowe wyniki sprzedaży w Europie. Rosły przychody, udział w rynku i rentowność.

W Polsce znacząco wzrosła wartość sprzedanych urządzeń audio, wyprodukowanych przez TP Vision, w szczególności słuchawek Philips. W 2020 roku na polskim rynku wzrosła też wartość sprzedanych telewizorów marki Philips.

Kostas Vouzas, prezes TP Vision na Europę oraz Martijn Smelt, szef marketingu w TP Vision na kontynencie europejskim, zaprezentowali najnowsze wyniki oraz nowe produkty, które zostaną wprowadzone na rynek w pierwszej połowie 2021 roku podczas konferencji prasowej online, która zgromadziła przeszło 1500 gości z całego świata. Była to kolejna edycja wydarzenia, które po raz pierwszy odbyło się we wrześniu 2020 roku.

Na wyniki TP Vision w Europie składają się między innymi:

  • Kontynuacja wzrostu przychodów i rentowności.
  • Poprawa wyników sprzedaży w 2020 roku w porównaniu z 2019:
    • Wzrost biznesu Philips TV & Sounds – o 9%.
    • Sprzedaż telewizorów OLED wzrosła o 20% – był to efekt między innymi wprowadzenia nowych modeli i rozmiarów ekranu.
    • Segment telewizorów premium OLED przewodził wzrostom – Philips OLED+ potroiły sprzedaż w 2020 roku.
    • Sprzedano o 80% więcej telewizorów z serii Performance – w minionym roku zaprezentowano nowe, unowocześnione modele.
  • W ciągu ostatnich pięciu lat sprzedaż urządzeń Philips TV & Sounds wzrosła o 40%.
  • Philips Sounds podwoiło sprzedaż w 2020 roku. Była to w dużej mierze zasługa nowych słuchawek, skierowanych do miłośników sportu.
  • W 2020 roku produkty TP Vision otrzymały 140 nagród w Europie – 100 wyróżnień dla telewizorów i 40 dla produktów audio.

W Polsce w 2020 roku TP Vision sprzedało urządzenia audio o wartości 33% wyższej niż w 2019 roku. Jest to zasługa między innymi popularności słuchawek Philips. W sektorze słuchawek firma odnotowała wzrost na poziomie 85% r/r. W 2020 roku wzrosła też wartość sprzedanych telewizorów Philips w Polsce – o 4% r/r.

TP Vision to firma, która odpowiada za telewizory marki Philips w Europie, Rosji, na Bliskim Wschodzie, w Ameryce Południowej, Indiach oraz w niektórych krajach Azji i Pacyfiku. Dodatkowo, w ostatnim czasie do jej oferty dołączyły produkty audio na licencji Koninklijke Philips N.V.

TP Vision było jedną z pierwszych firm wprowadzających na rynek telewizory OLED, a technologię tę dodatkowo wspiera nowoczesny procesor P5 – teraz wyposażony w rozwiązanie typu AI.

Wysoka jakość obrazu to jeden z czynników, który przyczynił się do pozytywnych wyników Philips i 20% wzrostu sprzedaży telewizorów OLED w 2020 roku. Nowy, ulepszony model OLED806 został zaprezentowany w ubiegłym roku. Firma dodała do swojej oferty również nowe przekątne ekranu tych telewizorów – 48’’ oraz – po raz pierwszy w telewizorach Philips – 77’’.

Telewizory OLED, z nagradzanym procesorem P5, który wyposażony jest w sztuczną inteligencję, a także – dzięki współpracy z firmą Bowers & Wilkins – charakteryzują się wysoką jakością dźwięku,  odnotowały w tym roku bardzo pozytywne wyniki sprzedażowe. Szczególnie wyróżniały się telewizory OLED+, których sprzedaż wzrosła o ponad 300% rok do roku.

Dobre wyniki osiągały też telewizory ze średniej półki, w szczególności dzięki wprowadzeniu popularnej serii Performance, której ideą jest oferowanie klientom jakości na poziomie premium, w tym między innymi technologię Ambilight, w przystępnej cenie.

TP Vision kontynuowało w minionym roku promocję serii Performance pod hasłem „Ten jedyny” („The one to watch”), podkreślając, że jest to telewizor, który ma wszystko to, czego potrzebuje konsument. Kampania przyniosła pozytywne rezultaty, przyczyniając się do wzrostu sprzedaży o 80% w 2020 roku i do kontynuacji wcześniejszych wzrostów – seria Performance niemal podwajała wynik sprzedaży w każdym z wcześniejszym dwóch lat.

TP Vision w 2020 roku skupiało się również na segmencie audio, ponownie wprowadzając na rynek markę Philips Fidelio, oferującą słuchawki premium oraz soundbary. Dzięki takiej decyzji marka w minionych 12 miesiącach podwoiła sprzedaż urządzeń audio.

Kolejne, nowe produkty Philips Fidelio będą dostępne na rynku w 2021 roku. TP Vision planuje między innymi intensywny rozwój kategorii słuchawek sportowych.

TP Vision kontynuuje inwestycje w dalszy rozwój i wzrost marki Philips w kategorii elektroniki konsumenckiej, a także wzmocnienie oraz ekspansję, ze szczególnym nastawieniem na wzmocnieniu możliwości firmy w zakresie digital i partnerstw handlowych.

W 2021 roku będzie można realnie zarobić tylko na bardziej ryzykownych inwestycjach. Giełda przyciągnie inwestorów, jeśli pojawią się ciekawe debiuty

Lubiane przez inwestorów instrumenty nie dają już zarobić tyle, co wcześniej. Globalne obniżenie stóp procentowych sprawiło, że lokaty bankowe przestały przynosić realny zysk, zwłaszcza w Polsce, gdzie inflacja jest relatywnie wysoka. Także na rynku obligacji oraz w nieruchomościach nie da się w najbliższych latach oczekiwać zarobku. To sprawi, że inwestorzy będą szukać okazji w bardziej ryzykownych instrumentach.

Aby pokonać inflację, można zastosować kilka strategii. Przede wszystkim trzeba zdywersyfikować swój portfel i na pewno trzeba wejść w nieco bardziej ryzykowne instrumenty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes iWealth Management, dyrektor zarządzający iWealth Management. – Inwestorzy będą dalej szukali stóp zwrotu na rynkach akcji oraz na rynkach metali, np. złota.

Mimo spowodowanego pandemią rollercoastera na rynkach zdecydowana większość spośród klas funduszy inwestycyjnych w 2020 roku wyszła na plus. Rekordziści – jak wynika z zestawienia Analiz.pl – osiągnęli dwucyfrowe stopy zwrotu. Fundusze metali szlachetnych pozwoliły zarobić 21 proc., fundusze akcji polskich małych i średnich spółek – 20,7 proc. Akcje amerykańskie przyniosły średnio 19,2 proc., a akcje rynków rozwiniętych – 18,0 proc. Także akcje azjatyckie (bez Japonii) dały zarobić – dokładnie 14,8 proc. Najsłabiej wypadły fundusze akcji tureckich, choć bardzo nadgoniły w ostatnim kwartale ubiegłego roku, oraz akcje rynków wschodzących w Europie. Jako jedyne odnotowały straty (odpowiednio 4,2 oraz 1,8 proc.).

Polski rynek, pozostający w marazmie od czasu okrojenia OFE, ożywił się pod koniec roku, którego wydarzeniem był mający miejsce w październiku debiut Allegro. Trudno jednak nie zauważyć, że w ostatnich trzech latach na rynku głównym GPW debiutowało po siedem spółek. Przed kryzysem finansowym, w 2007 roku, było ich 81.

Rynek kapitałowy może przyciągnąć więcej inwestorów, ale to zależy od tego, czy będą ciekawe debiuty – ocenia dyrektor zarządzający  iWealth Management. – Dla przeciętnego Kowalskiego bezpośrednie inwestowanie to bardzo trudne zagadnienie. Takie osoby raczej powinny wybierać instytucje, które wspomogą przy zarządzaniu, i produkty, które dają dodatkową ochronę lub wręcz odliczenie od podatku, takie jak IKZE czy IKE.

Globalnie najpewniejszą inwestycją 2020 roku były akcje amerykańskie, które po marcowej zapaści wielokrotnie biły rekordy wszech czasów. Indeks spółek wzrostowych (technologicznych) Nasdaq jest na poziomach niemal dwukrotnie wyższych niż w połowie marca. Szeroki indeks S&P500 zwiększył swoją wartość o około 70 proc., a Dow Jones – o prawie dwie trzecie. WIG20 wzrósł o prawie 50 proc. w porównaniu do połowy marca, ale wciąż jest na poziomach niższych niż rok, dwa i trzy lata temu. Znacznie lepiej poradziły sobie indeksy małych i średnich spółek, które mimo perturbacji odrobiły straty.

– W ubiegłym roku indeksy giełdowe bardzo mocno rosły, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie jesteśmy obecnie na historycznych wycenach, jeśli chodzi o ostatnie 19 lat. Przewiduję zresztą, że rynek amerykański czeka dosyć mocna korekta w najbliższym horyzoncie. Niekoniecznie jeszcze w 2021 roku, ale na pewno w ciągu następnych pięciu lat możemy się spodziewać dosyć istotnych spadków, głównie ze względu na te historyczne wyceny – prognozuje Grzegorz Chłopek. – Polski rynek nie jest aż tak wysoko wyceniony. Można rzeczywiście znaleźć ciekawe spółki, niemniej jednak zawsze będę polecał formy wspólnego inwestowania dla osób, które nie mają doświadczenia w inwestowaniu na rynku kapitałowym.

Jak podkreśla ekspert, w ostatnim czasie również inwestowanie w nieruchomości przestało przynosić oczekiwane przez inwestorów zyski.

– Pamiętajmy o tym, że rynek wynajmu nieruchomości w tej chwili praktycznie stoi. Jest to bardzo duże ryzyko dla wszystkich, którzy chcieliby w nieruchomości inwestować. Stopy zwrotu na tym rynku powinny być zdecydowanie niższe w najbliższych latach – prognozuje prezes iWealth Management.

Szykują się duże zmiany w przepisach o ochronie konsumentów i konkurencji. UOKiK zyska nowe narzędzia w walce z nieuczciwymi firmami

0

Przepisy o ochronie konsumentów i konkurencji czeka w tym roku szereg dużych zmian. Na wdrożenie do polskiego porządku prawnego czekają unijne dyrektywy i rozporządzenia, dzięki którym UOKiK zyska nowe uprawnienia, w tym m.in. takie, które wcześniej były zarezerwowane dla Policji czy służb specjalnych. W ciągu kilku najbliższych miesięcy urząd zamierza też wytoczyć wojnę przedsiębiorcom, którzy prowadzą pokazy handlowe, bazując na nierzetelnych mechanizmach sprzedażowych i wprowadzając konsumentów w błąd.

 Nasze działania nie mogą nieustannie spotykać się z bombardowaniem ze strony nieuczciwych przedsiębiorców, bo one służą przede wszystkim konsumentom i uczciwym przedsiębiorcom, których dotykają nieuczciwe praktyki, naruszające ich zbiorowe interesy. Dlatego prowadzimy przegląd regulacji, żeby działania UOKiK-u na rynku były dużo sprawniejsze i przyczyniały się do prawidłowego obrotu gospodarczego – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

UOKiK podjął w minionym roku szereg inicjatyw, które są w trakcie procesu legislacyjnego. Jedną z nich są m.in. przepisy wprowadzające zwiększoną ochronę praw nabywców lokali mieszkaniowych i tworzące Deweloperski Fundusz Gwarancyjny, zasilany przez realizatorów inwestycji. Ma on funkcjonować na wzór funduszy bankowego, ubezpieczeniowego czy też turystycznego i zwiększyć poziom ochrony nabywców mieszkań i domów poprzez lepsze zabezpieczenie ich wpłat, np. na wypadek upadłości dewelopera.

– Praktyka pokazuje, że musimy być bardzo aktywni w sferze regulacji gospodarczych, które są tworzone nie tylko na gruncie polskim, ale także na gruncie europejskim. Tutaj przed nami jest wiele wdrożeń, także na poziomie dyrektyw europejskich, takich jak ECN Plus czy rozporządzenie CPC, ale także przepisy europejskie typu dyrektywa „Omnibus”, która ma dodatkowo wspierać ochronę konsumentów. Mamy więc szereg rozwiązań przewidzianych przez Komisję Europejską. Z jednej strony dotyczą one usprawnienia pracy regulatorów, z drugiej – przeciwdziałania nieuczciwym praktykom, także w tej sferze cyfrowej, która jest niezwykle ważna z punktu widzenia nadchodzącej dekady – wymienia Tomasz Chróstny.

W tej chwili w procesie legislacyjnym są dwa projekty zmieniające ustawę o ochronie konkurencji i konsumentów. Jeden z nich wdraża do polskiego porządku prawnego unijne rozporządzenie CPC. Na mocy nowelizacji UOKiK zyska szereg nowych uprawnień, m.in. możliwość przeszukiwania mieszkań, jeżeli uzna, że znajdują się w nim dowody na nielegalną zmowę przedsiębiorców i działania naruszające zbiorowe interesy konsumentów.

– Mamy tu również kwestię rozszerzenia zakupu kontrolnego. Dotychczas mogliśmy podejmować działania zmierzające do zakupu, ale nie mieliśmy możliwości jego sfinalizowania, co wykorzystywali nieuczciwi przedsiębiorcy działający na rynku. Teraz będziemy mogli pozyskać dużo cenniejszy materiał związany z zawartymi umowami, całą ofertą przedstawianą konsumentom na etapie realizacji danej usługi czy zawarcia umowy sprzedażowej. Dzięki temu będziemy mogli dużo lepiej weryfikować, czy konsument nie został wprowadzony w błąd albo czy przedsiębiorca nie stosuje praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów – wyjaśnia prezes UOKiK.

Do tej pory pracownicy UOKiK mogli kontrolować przedsiębiorców jako tzw. tajemniczy klient. Minusem był jednak brak możliwości dokonania w ten sposób zakupu albo zrealizowania określonej transakcji. Po nowelizacji, która wdroży do polskiego prawa unijne rozporządzenie CPC, kontrolerzy urzędu będą mogli bez przeszkód dokonać zakupu towaru bądź usługi, posługując się ukrytą lub przybraną tożsamością. Tym samym UOKiK dołączy do grona instytucji takich jak Policja czy służby specjalne, które dotąd jako jedyne miały takie uprawnienia.

– Tożsamość utajniona to mechanizm, który ma zabezpieczyć pracownika UOKiK-u w trakcie dokonywania czynności i zmniejszyć ryzyko nieuczciwych działań ze strony przedsiębiorców, np. tych, którzy działają w systemie promocyjnym typu piramida finansowa albo oferują inwestycje alternatywne, w trakcie prowadzonych przeciwko nim postępowań – mówi Tomasz Chróstny.

Kolejnym uprawnieniem, które zyska po tej nowelizacji UOKiK, będzie też możliwość ingerowania w zawartość stron internetowych. Urząd będzie mógł m.in. nakazać zamieszczenie ostrzeżenia dla konsumentów, którzy wchodzą na daną witrynę, albo polecić jej administratorowi usunięcie konkretnych treści.

 Pracujemy również nad wprowadzeniem do polskiego porządku dyrektywy ECN Plus, gdzie jest mowa m.in. o usprawnieniu całej naszej działalności i zmianie niektórych sankcji finansowych. Chcemy również w tym roku podjąć bardzo zdecydowane działania eliminujące nieuczciwe praktyki związane z pokazami handlowymi, które wprowadzają konsumentów w błąd i bazują na nierzetelnych mechanizmach sprzedażowych. Ten problem w czasie pandemii uległ zmniejszeniu, ale w kolejnych miesiącach musimy podjąć zdecydowane działania w interesie ochrony konsumentów – zapowiada prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – W toku prac legislacyjnych są również przepisy przewidujące włączenie Biura Rzecznika Finansowego i przejęcie jego kompetencji przez prezesa UOKiK-u po to, żeby jeszcze lepiej służyć prawom i interesom konsumentów na rynku finansowym.

Nowelizacja ustawy o cyberbezpieczeństwie wciąż nie uwzględnia wielu uwag z rynku. Chińskie firmy nadal mogą być wykluczone z wdrażania sieci 5G w Polsce

Po publicznych konsultacjach strona rządowa opublikowała nowy projekt zmian w ustawie o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Nowelizacja – kluczowa dla procesu wdrażania w Polsce sieci 5G – od początku budzi szereg zastrzeżeń po stronie ekspertów i uczestników rynku telekomunikacyjnego, którzy zgłosili do niej ponad 750 uwag. – Obecny projekt tylko w części uwzględnia zgłaszane uwagi, wiele z nich nie zostało jednak uwzględnionych albo przepisy zostały zmienione w sposób budzący kolejne zastrzeżenia i wątpliwości interpretacyjne – podkreśla prof. Maciej Rogalski, rektor Uczelni Łazarskiego, wspólnik w Kancelarii Rogalski i Wspólnicy.

 Projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa z 20 stycznia jest już kolejną wersją zmian tego aktu prawnego. Poprzedni projekt noweli był z 7 września i zgłoszono do niego aż 750 uwag – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Maciej Rogalski.

Wprowadzona w połowie 2018 roku ustawa była pierwszym w Polsce aktem prawnym dotyczącym tego obszaru. Rząd szykuje jej nowelizację, która – jak uzasadnia – jest podyktowana ustaleniami na poziomie europejskim. Chodzi głównie o konieczność wdrożenia do polskich przepisów tzw. 5G Toolbox, który został wypracowany przy udziale wszystkich państw członkowskich UE i przyjęty na początku 2020 roku. Dokument ma wzmocnić poziom cyberbezpieczeństwa w Europie w kontekście budowy sieci 5G. Stąd również i krajowa nowelizacja ustawy o KSC będzie mieć duże przełożenie na wdrażanie tej technologii w Polsce.

Pierwszy projekt nowelizacji pojawił się na początku września ub.r. i od razu wzbudził duże kontrowersje wśród ekspertów i całego rynku telekomunikacyjnego, m.in. ze względu na ekspresowy, 14-dniowy termin jego procedowania. W projekcie znalazły się też zapisy, które pozwalają wykluczyć z budowy 5G niektórych dostawców infrastruktury i oprogramowania. Chodzi przede wszystkim o firmy chińskie, w tym koncern technologiczny Huawei, który jest jednym z głównych dostawców infrastruktury dla tej technologii.

Najnowszy projekt nowelizacji ustawy o KSC trafił już na Komitet Rady Ministrów ds. Cyfryzacji. Eksperci ds. prawa i rynku telekomunikacyjnego wskazują, że nowa wersja nadal nie uwzględnia najważniejszych uwag zgłoszonych w toku konsultacji publicznych.

– Obecny projekt noweli w części uwzględnia zgłaszane uwagi. Szereg z nich nie został jednak uwzględniony albo przepisy zostały zmienione w sposób budzący kolejne zastrzeżenia i wątpliwości interpretacyjne – mówi rektor Uczelni Łazarskiego. – W uwagach wskazywano m.in. na konieczność stosowania przepisów Kodeksu postępowania administracyjnego w postępowaniach, które dotyczą oceny dostawców sprzętu telekomunikacyjnego. W nowej wersji wprowadzono wprawdzie taki wymóg stosowania przepisów k.p.a., ale jednocześnie wprowadzono też szereg wyjątków, co zasadniczo  ograniczy stosowanie podstawowych zasad prawnych. Te zmiany nie są więc wystarczające.

Bez większych zmian pozostawiono też zapisy pozwalające wykluczyć z wdrażania 5G części dostawców na podstawie otwartych, niemerytorycznych kryteriów (np. takich, czy dana firma pochodzi z kraju, w którym są przestrzegane prawa człowieka).

 Wprawdzie poszerzono listę tych kryteriów oraz zmodyfikowano dotychczasowe, jednak nadal są to niewystarczające zmiany – wskazuje prof. dr hab. Maciej Rogalski.

Zgodnie z aktualnym projektem w Polsce oceny dostawców sprzętu i oprogramowania dla sieci 5G ma dokonywać rządowe Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. Weźmie ono pod uwagę kryteria takie jak m.in. prawdopodobieństwo, że dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE bądź NATO, oraz jakie obowiązuje w tym kraju prawo w zakresie ochrony danych osobowych czy praw człowieka. Dostawcy uznani na podstawie tych kryteriów za poważne zagrożenie dla krajowego cyberbezpieczeństwa zostaną odcięci od kontraktów, a firmy telekomunikacyjne korzystające z ich usług bądź sprzętu będą musiały pozbyć się ich w ciągu siedmiu lat, co będzie wiązało się dla nich z dużymi stratami finansowymi. To m.in. z tego powodu rynek wielokrotnie apelował już o wprowadzenie bardziej mierzalnych, merytorycznych kryteriów oceny dostawców.

– Mimo licznych postulatów i propozycji konkretnych rozwiązań nie wprowadzono kryteriów technicznych, które byłyby weryfikowalne w ocenie i nie powodowały wieloznaczności. Co prawda zostały dodane pewne odniesienia do kwestii technicznych, jak np. liczba i rodzaj wykrytych podatności i incydentów dotyczących typów produktów lub usług ICT. Jednak z pewnością nie są to kryteria techniczne, jeśli chodzi o zakres ich stosowania w praktyce na innych rynkach europejskich. Na przykład w Niemczech jest to lista kilkunastu kryteriów technicznych uwzględnianych w ocenie dostawcy, wśród których bardzo istotną rolę odgrywa certyfikacja – wskazuje ekspert.

Rektor Uczelni Łazarskiego podkreśla, że nowy projekt zmian w ustawie o KSC jest też wątpliwy z punktu widzenia jego zgodności z międzynarodowymi i unijnymi przepisami, które dotyczą m.in. wolnego handlu i swobody prowadzenia działalności gospodarczej.

Obecne rozwiązania dotyczące oceny dostawców sprzętu telekomunikacyjnego i liczne ograniczenia praw uczestników tego procesu z pewnością wzbudzą wątpliwości z punktu widzenia Europejskiej konwencji praw człowieka czy Karty praw podstawowych UE, która stanowi, że „każdy jest równy wobec prawa” oraz zabrania się „wszelkiej dyskryminacji ze względu na narodowość”. Mogą pojawić się też problemy z przestrzeganiem Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, który zakazuje ograniczania swobody przedsiębiorczości – wymienia prof. Maciej Rogalski. – Ten projekt powinien być notyfikowany do Komisji Europejskiej, ale zakładam, że ten obowiązek zostanie jeszcze zrealizowany.

Eksperci już wcześniej zwracali też uwagę, że zapisy znowelizowanej ustawy o KSC – wymierzone przede wszystkim w chińskich dostawców sprzętu i oprogramowania – mogą zaszkodzić polskiej gospodarce i negatywnie odbić się na relacjach handlowych z Państwem Środka. Na zlecenie Huaweia brytyjska firma Assembly Research policzyła, że wdrożenie przepisów w kształcie z września ub.r. może opóźnić budowę sieci 5G w Polsce nawet o trzy lata, co pociągnęłoby za sobą straty sięgające 4,8 mld euro.

– Z pewnością decyzje dotyczące wykluczenia części dostawców mogą skutkować daleko idącymi, negatywnymi skutkami gospodarczymi. Ze względu na ograniczenie konkurencji istnieje też ryzyko wzrostu cen usług ICT, w tym usług telekomunikacyjnych dla obywateli. Może to również spowodować dalsze opóźnienia we wdrażaniu usług 5G – zwłaszcza w przypadku ewentualnych sporów prawnych, których efektem może być wstrzymanie aukcji lub zaskarżenie jej wyników – ocenia wspólnik w Kancelarii Rogalski i Wspólnicy.

Koniec z rozrzuconymi po chodniku e-hulajnogami. Będzie też ograniczenie prędkości dla ich użytkowników

0

Elektryczne hulajnogi są już popularnym środkiem transportu, ale coraz częściej dochodzi do kolizji z ich udziałem, a pojazdy porzucone na chodnikach czy poboczach są nierzadkim widokiem, a często też poważnym utrudnieniem w poruszaniu się po mieście. Dlatego resort infrastruktury postanowił uporządkować ten segment rynku. Zgodnie z przyjętymi wczoraj przez rząd przepisami hulajnogi elektryczne będą mogły poruszać się przede wszystkim drogami dla rowerów bądź ścieżkami rowerowymi, natomiast chodnikiem – tylko w wyjątkowych przypadkach. Przepisy wprowadzą też maksymalną prędkość dla e-hulajnóg, a także uregulują kwestię porzucania ich na środku chodników. 

– Hulajnogi elektryczne doczekały się wyodrębnienia w przepisach i zostaną w końcu rozpoznane jako odrębny typ pojazdu – mówi agencji Newseria Biznes Borys Pawliczak, dyrektor generalny Dott, jednego z operatorów elektrycznych hulajnóg na wynajem. – Również urządzenia transportu osobistego (UTO), czyli wszystkie pojazdy zasilane silnikami elektrycznymi, niebędące hulajnogami, takie jak deskorolki elektryczne oraz urządzenia wspomagające poruszanie się (np. rolki), także zostaną dopisane do ustawy.

Hulajnogi elektryczne są popularnym środkiem transportu zwłaszcza w miastach, ale problemem jest ich wciąż nieuregulowany status prawny. Ponieważ nie mają stacji dokujących, po skończonej jeździe można je zostawić w dowolnym miejscu, więc w praktyce często są porzucane na środku chodników czy ścieżek rowerowych, powodując bałagan i zagrożenie dla ruchu. Coraz częstsze są też potrącenia i wypadki z udziałem elektrycznych hulajnóg, które mogą rozpędzać się do ponad 25 km/h. Dlatego resort infrastruktury już od 2019 roku podejmował próby uregulowania tego segmentu.

– Dzięki wprowadzeniu przepisów regulujących hulajnogi elektryczne ich użytkownicy dostają jasność odnośnie do tego, jakimi ścieżkami i drogami powinni się przemieszczać. Tego dotąd brakowało. W myśl obecnie obowiązujących przepisów każda osoba korzystająca z hulajnogi elektrycznej była pieszym, więc tak naprawdę powinna korzystać tylko i wyłącznie z chodnika. To rodziło wiele problemów w organizacji ruchu, jak np. kto ma pierwszeństwo, co się stanie w razie wypadku i jak należy się zachowywać względem innych uczestników ruchu drogowego – mówi Borys Pawliczak.

W myśl nowych przepisów, przyjętych 25 stycznia przez rząd, użytkownicy hulajnóg elektrycznych powinni poruszać się przede wszystkim drogami dla rowerów bądź ścieżkami rowerowymi. Jeżeli ich nie ma, mogą korzystać z jezdni, na której dozwolony jest ruch z prędkością maksymalnie 30 km/h. Jazda hulajnogą elektryczną po chodniku albo drodze dla pieszych będzie dozwolona tylko wyjątkowo, jeżeli chodnik jest usytuowany wzdłuż jezdni z ograniczeniem prędkości do 30 km/h i brakuje wydzielonej drogi dla rowerów. Ustawodawca zastrzegł jednak, że w takim przypadku użytkownik musi zachować szczególną ostrożność, jechać z prędkością zbliżoną do prędkości poruszania się pieszych oraz jest zobowiązany ustępować im pierwszeństwa.

– Również użytkownicy UTO będą w pierwszej kolejności poruszać się drogami dla rowerów bądź też, jeśli takich dróg nie ma, to chodnikami z koniecznością dostosowania prędkości do prędkości pieszego. Użytkownicy urządzeń transportu osobistego nie będą mogli korzystać z dróg z ograniczeniem prędkości do 30 km/h – wyjaśnia menadżer generalny Dott.

Nowa ustawa zabroni użytkownikom hulajnóg elektrycznych przewożenia na nich innych osób, zwierząt i ładunków. Przepisy na dobre mają uregulować również kwestię porzucania takich środków transportu na chodnikach i trawnikach. To oznacza też możliwość karania mandatem za złe parkowanie (w wysokości 100 zł).

– Hulajnogi w pierwszej kolejności powinny zostać zaparkowane w miejscach do tego przeznaczonych, czyli najprawdopodobniej będą to dedykowane miejsca parkingowe stworzone przez miasto. Natomiast w wypadku, kiedy takich miejsc nie ma, należy zostawić hulajnogę na chodniku od zewnętrznej strony, jak najdalej od jezdni, i ustawiać je jedna za drugą, równolegle do pasa drogowego, żeby zajmowały jak najmniej części chodnika – mówi Borys Pawliczak. – To dobre posunięcie ze strony ustawodawcy, które daje jasność użytkownikom, operatorom i miastu, jak zachowywać się w sytuacjach, gdy hulajnogi stoją niezgodnie z przepisami.

Nowa ustawa wprowadza opłatę za usunięcie z drogi hulajnogi elektrycznej i parkowanie na parkingu strzeżonym. Stawka ma wynieść – podobnie jak w przypadku rowerów i motorowerów – 118 zł za odholowanie i 22 zł za każdą dobę przechowywania. Przewidziano również mandaty m.in. za korzystanie z telefonu podczas jazdy czy jazdę pod wpływem alkoholu.

Kolejny istotny zapis dotyczy maksymalnej prędkości poruszania się hulajnogą elektryczną, która nie może przekroczyć 20 km/h.

– Uważamy ten zapis za bardzo restrykcyjny, ponieważ w większości krajów europejskich ta maksymalna prędkość jest nieco wyższa, na poziomie 25 km/h. To nie wydaje się wielką różnicą, natomiast według użytkowników różnica w samym wrażeniu z jazdy jest jednak kolosalna – wyjaśnia ekspert. – Jednym z miejsc, po których można poruszać się hulajnogami elektrycznymi, są drogi z ograniczeniem prędkości do 30 km/h i w takim miejscu 10 km różnicy między pojazdami może już stwarzać pewne zagrożenie. W przypadku korzystania z drogi dla rowerów taka różnica nie wpływa na to, na ile bezpiecznie będą czuli się np. rowerzyści, którzy za pomocą siły mięśni mogą rozwijać podobne prędkości. Przepisy ograniczają też maksymalną prędkość rowerów elektrycznych do 25 km/h, stąd uważamy, że do tej kwestii ustawodawca podszedł bardzo restrykcyjnie.

Menadżer generalny Dott ocenia jednak, że – z tym jednym wyjątkiem – nowelizacja jest korzystna, powinna uregulować ten segment rynku i przyczynić się do zwiększenia bezpieczeństwa na drogach.

Nie widzimy potrzeby ani konieczności, by każdy użytkownik e-hulajnogi musiał być ubezpieczony, jeśli tego nie chce, natomiast samo wprowadzenie przepisów i rozpoznanie hulajnogi elektrycznej jako pojazdu daje mu możliwość, by takie ubezpieczenia uzyskać. Do tej pory nie każdy ubezpieczyciel, a właściwie prawie żaden w Polsce nie oferował takiego ubezpieczenia, z którego czy użytkownik, czy operator mógł skorzystać. Dzięki nowym przepisom powstaje nowy rynek na to, by wprowadzić dodatkowe usługi zapewniające większe bezpieczeństwo – ocenia Borys Pawliczak.

Powstaje biała księga polityki przemysłowej. Stawia na cyfryzację i automatyzację w przedsiębiorstwach

Ruszyły prace nad Polityką Przemysłową Polski. Jedną z jej osi ma być cyfryzacja, która usprawni działalność przemysłową, ma być rozumiana jako zaawansowany technicznie proces wykorzystania dużych zbiorów danych. Zgodnie z założeniami zmiany mają pozwolić na rozwój polskiego przemysłu, zwiększyć jego innowacyjność, a przy tym poprawić konkurencyjność naszej gospodarki i uodpornić ją na wstrząsy. – Stawiamy przede wszystkim na cyfryzację wśród przedsiębiorców. Chcemy przygotować pakiet szkoleń, jak również środków finansowych do wykorzystania m.in. na systemy informatyczne – zapowiada Olga Semeniuk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii.

– Biała księga polityki przemysłowej składa się z kilku osi, zakłada m.in. zachowanie bezpieczeństwa w przemyśle, czyli mobilizację i różnego rodzaju wsparcie w sektorach strategicznych z punktu widzenia polskiego przemysłu. Dodatkowo mówimy również tutaj o osi związanej z automatyzacją i cyfryzacją, czyli tam, gdzie będzie to możliwe, odciążenie za pośrednictwem narzędzi i instrumentów internetowych tych gałęzi gospodarczych, które są z punktu widzenia Polski strategiczne – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Olga Semeniuk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii.

W styczniu ruszyły prace nad Polityką Przemysłową Polski. Jak zapowiada wicepremier Jarosław Gowin, oznacza to, że Polska stawia na Przemysł 4.0. Nowa polityka ma być remedium na wstrzymywanie pracy fabryk i kryzys postpandemiczny.

– Wnioski, jakie wyciągnęliśmy z pandemii COVID-19 w obszarach gospodarczych, spowodowały stworzenie projektu, którego celem jest wzmocnienie przede wszystkim polskich usług i polskiego towaru, zarówno na potrzeby wewnętrzne kraju, jak również na potrzeby eksportu – mówi Olga Semeniuk.

Rozwój przemysłu ma być wielokierunkowy, oparty na pięciu głównych osiach – cyfryzacji, bezpieczeństwie (odtworzenie zdolności produkcyjnych w kluczowych sektorach), lokalizacji produkcji przemysłowej (skrócenie łańcuchów dostaw to szansa na rozwój przyszłościowych branż), Zielonym Ładzie oraz nowoczesnym społeczeństwie (rozwój kompetencji dopasowanych do wykorzystywanych nowych technologii).

– Stawiamy przede wszystkim na cyfryzację wśród przedsiębiorców. Chcemy przygotować pakiet szkoleń, jak również różnego rodzaju środków finansowych, które będą mogły być wykorzystywane przez przedsiębiorców do tego, aby wzmacniać systemy informatyczne, poszerzać kompetencje pracowników do tego, aby choćby w czasie pandemii, kiedy mamy do czynienia z lockdownem, przedsiębiorcy mogli funkcjonować – tłumaczy podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii.

Jak wynika z raportu „Przemysł 4.0 w Polsce – rewolucja czy ewolucja” opracowanego przez Deloitte, dla 86 proc. menedżerów wdrażanie nowych technologii ma kluczowe znaczenie dla uzyskania przewagi rynkowej nad konkurencją. Zwłaszcza w dobie pandemii ucyfrowienie może być nierzadko warunkiem przetrwania przedsiębiorcy na danym rynku.

–  Rok 2020 pokazał niesamowitą skalę zaangażowania, jeśli chodzi o sklepy internetowe i funkcjonowanie e-commerce, to są podstawowe elementy do tego, aby nie tracić płynności przychodów, aby móc szukać innego typu rozwiązań w momencie, kiedy dane firmy znajdują się w lockdownie – przekonuje przedstawicielka MRPiT.

Biała księga ma zidentyfikować najuciążliwsze bariery dla działalności przemysłowej w Polsce i stanowić nowy impuls rozwoju przemysłu. Unia Europejska w „Nowej strategii przemysłowej dla Europy” wskazała silny sektor przemysłowy jako czynnik napędzający gospodarkę i gwarant suwerenności ekonomicznej.

– Spodziewamy się efektów w ramach cyfryzacji i automatyzacji procesów, które prowadzą przede wszystkim do unowocześnienia systemów informatycznych w przedsiębiorstwach, ale również zakresu cyfrowych kompetencji wśród pracowników – zapowiada Olga Semeniuk.

Do końca stycznia trwa pierwszy etap konsultacji, którego efekty zostaną wykorzystane do stworzenia białej księgi.

– Trwają konsultacje, do współpracy zostali zaproszeni przedstawiciele jednostek samorządu terytorialnego, przedstawiciele trzeciego sektora, NGO-sów i stowarzyszeń z tego środowiska. Konsultacje trwają do końca tego miesiąca, w ślad za nimi mają powstać główne priorytety w ramach tej osi. Dodatkowo w ramach tej księgi mówimy również o hubach technologicznych czy farmaceutycznych, które są niezbędne do funkcjonowania w ramach pandemii COVID-19 – zapowiada podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii.

Nowe mapy wspierane przez sztuczną inteligencję pozwalają śledzić sytuację epidemiologiczną w Polsce. W przyszłości mogą być pomocne podczas powodzi lub suszy

Interaktywne mapy pozwalają lepiej zrozumieć rozprzestrzenianie się choroby i przewidzieć jej dalszy rozwój. Mapy internetowe pozwalały śledzić już rozprzestrzenianie się wirusów Eboli i Ziki, a ostatnio systemy informacji geograficznej stanowią kluczowe narzędzie do walki z koronawirusem. W Polsce, na podstawie systemu informacji geograficznej ArcGIS, Esri Polska opracowała dwie interaktywne mapy, które pokazują sytuację epidemiologiczną w kraju. W przyszłości mogą okazać się pomocne także przy powodziach czy suszach.

– W Rządowym Centrum Bezpieczeństwa został wdrożony system informacji geograficznej, który ma na celu monitorowanie i informowanie społeczeństwa o przebiegu sytuacji epidemiologicznej w kraju. Oprócz map system zawiera ogromną liczbę bardzo zaawansowanych narzędzi analitycznych, które pozwalają na lepsze analizowanie, prognozowanie rozwoju sytuacji epidemiologicznej – mówi agencji Newseria Innowacje Bogdan Zawiśliński, dyrektor Działu Bezpieczeństwa i Administracji Centralnej w Esri Polska.

Na rządowych stronach gov.pl zostały umieszczone mapy, które pokazują, jak wygląda sytuacja epidemiologiczna w kraju. Raport ilustruje liczbę zakażonych, ozdrowieńców i przypadki śmiertelne z podziałem na województwa i powiaty. Dostępna jest także druga aplikacja Esri Polska, która przedstawia Narodowy Program Szczepień w liczbach. To efekt podpisanej w grudniu 2020 roku umowy, która zakłada rozbudowę systemu GISCOVID-19 na potrzeby monitorowania przebiegu rozwoju pandemii koronawirusa.

– Dane są zbierane w geobazie, natywnym środowisku dedykowanemu do zbierania danych przestrzennych. Wśród oferowanych narzędzi znajdują się narzędzia sztucznej inteligencji, które pozwalają na analizę przede wszystkim danych rastrowych, na podstawie których możemy zautomatyzować procesy i skrócić czas na uzyskanie odpowiedzi. Po przetworzeniu danych jesteśmy w stanie uzyskać użyteczne informacje. Na bazie tych samych danych jesteśmy w stanie odszukać pewne algorytmy, związki z innymi obiektami i zjawiskami, które otaczają miejsce pozyskiwania tych danych. Dzięki temu uzyskujemy to, czego inni nie widzą – tłumaczy Bogdan Zawiśliński.

Dzięki informacjom m.in. o dokładnej lokalizacji chorych można prześledzić, w których miejscach dochodzi do większej liczby zakażeń i od czego może to zależeć. Dzięki integracji modelowania chorób z systemami GIS badacze mogą tworzyć systemy przewidywania i prognozowania.

– W odseparowanym systemie zostały wdrożone aplikacje, które oferują szereg narzędzi analitycznych dla Straży Pożarnej czy Policji, aplikacje związane z osobami, które znajdują się w kwarantannie. Dzięki temu osoby, które pracują w terenie, mogą sprawdzić, czy w danej lokalizacji znajdują się osoby zainfekowane i czy nie trzeba użyć jakiejś specjalnej odzieży czy sprzętu. Oprócz tego są tam zaimplementowane modele prognostyczne, które pokazują rozwój choroby w przyszłości – wymienia ekspert Esri Polska.

Dane geoprzestrzenne są od dawna wykorzystywane do śledzenia chorób. Ikoniczne mapowanie wybuchów cholery w Londynie w 1854 roku pozwoliło zidentyfikować długo niezrozumiałą przyczynę choroby. Narzędzia do mapowania i modelowania były niezbędne w walce z wirusami Eboli i Ziki. Systemy informacji geograficznej są obecnie kluczowym narzędziem do zwalczania chorób.

– System informacji geograficznej może znacząco przyczynić się do zmniejszenia skutków pandemii poprzez optymalizację sił i środków, jakie są przeznaczone na zwalczanie tego zjawiska. Agencja Rezerw Materiałowych wie, gdzie to zapotrzebowanie jest większe, w związku z czym może lepiej zaplanować rozmieszczenie sił – przekonuje Bogdan Zawiśliński. – Te potrzeby widać na mapach, one są widoczne gołym okiem i tu nie trzeba opasłych tomów do odczytania, jeden rzut oka na mapę sprawia, że dany decydent widzi, gdzie te siły i środki są niezbędne.

Choć obecnie mapy służą do walki z koronawirusem, po ustaniu pandemii mogą być pomocne w różnych sytuacjach kryzysowych, np. powodzi czy suszy.

– System informacji geograficznej może służyć jako doskonałe narzędzie podejmowania decyzji na wszystkich szczeblach zarządzania kryzysowego, na etapie planowania, przygotowania, reagowania i odbudowy. Wiele narzędzi związanych ze sztuczną inteligencją może posłużyć do analiz na etapie odbudowy, gdyż mając dane historyczne na temat przebiegu tej pandemii, będziemy w stanie zaobserwować trendy w czasie i w przestrzeni i tym samym lepiej przygotować się na podobną sytuację w przyszłości – tłumaczy ekspert Esri Polska.

Jakie modernizacje kolejowe w 2021 roku?

Nowy rok kalendarzowy to czas na nowe rozdania w inwestycjach kolejowych. W poprzednich latach obserwowaliśmy, że moment ten przysparza rządzącym trudności. Pomiędzy dwie perspektywy przetargowe wkrada się chaos – przez co nie jesteśmy odpowiednio przygotowani na nowe przetargi w kolejnym roku. Na szczęście, tegoroczne deklaracje Przedsiębiorstwa Robót Komunikacyjnych – które jest narodowym zarządcą infrastruktury – zapowiadają lepszą organizację przetargów. PRK ma przygotowaną dokumentację na już trwające projekty – warte 50 miliardów złotych, a także zapowiada ogłoszenie przetargów na 60 zadań – wartych kolejne 17 miliardów. 

– Do najważniejszych zadań, do jakich się w tej chwili przygotowujemy, zaliczają się prace na dużych stacjach kolejowych. Całkowite przeobrażenie przejdzie w tym roku stacja Słupsk i Ełk. Powstanie także kolejny odcinek linii Rail Baltica – między Białymstokiem a Ełkiem oraz linia kolejowa między Bydgoszczą a Gdynią. To szczególnie ważny projekt, ze względu na dojazd pociągów towarowych do naszych portów – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski prezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Rozpoczną się kolejne prace nad towarową obwodnicą Poznania, która będzie obsługiwać również pociągi osobowe Kolei Samorządowej Województwa Wielkopolskiego. Oprócz infrastruktury towarowej, budowane i przebudowywane będą przystanki do obsługi pasażerskiego ruchu aglomeracyjnego. Bardzo dużo zadań realizowanych będzie na liniach górnego Śląska, także pod kątem przewozów towarowych i pasażerskich. Rok 2021 to także inwestycje w nowe przystanki – między innymi w ramach prezydenckiego programu budowy, przebudowy i modernizacji 200 przystanków, wartego około miliard złotych – podsumowuje Furgalski.

Kolejne lockdowny nie wywołują strachu wśród inwestorów

Na rynkach finansowych dominują dobre nastroje. Inwestorów nie wystraszyły informacje o zacieśnieniu restrykcji w Europie Zachodniej. Spółki raportują zaskakująco dobre wyniki finansowe i czekają na pieniądze, które wydadzą konsumenci.

W USA rozpoczął się sezon ogłaszania wyników. Inwestorów ucieszył zwłaszcza Netflix, ze względu na szybszy od oczekiwanego przyrost abonentów (cena/zysk Netflixa wzrosła do ok. 90) to jedno, natomiast dobre wiadomości (jak szybszy przyrost abonentów) w połączeniu z oczekiwaniem

Wall Street już czeka na uruchomienie wypłaty dla gospodarstw domowych. Zapowiedzi dotyczące czeków dla konsumentów wystarczały, aby pchać notowania w górę.

– To nie czas na panikę, przede wszystkim ze względu na oczekiwane wypłaty, po 1 400 dolarów dla każdego obywatela USA, które będą dopłatą do już wysyłanych 400 dolarów – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Wall Street oczekuje, że te pieniądze trafią właśnie na giełdę, ponieważ zainteresowanie akcjami jest na całym świecie ogromne, również w Polsce, a jest to efekt polityki banków centralnych, która doprowadziła do tego, że oprocentowanie depozytów jest praktycznie zerowe.

Janet Yellen, była szefowa Fed, powraca, tym razem w roli murowanej kandydatki to objęcia fotela szefowej Departamentu Skarbu. Przed jej wystąpieniem spekulowało się, że Yellen będzie chciała odciąć się od polityki słabego dolara, ale ona jedynie zaznaczyła, że nie zamierza podejmować działań w celu osłabienia dolara. Tym samym dała do zrozumienia, że słaby dolar nie będzie jej przeszkadzał. Dodatkowo zapewniła, że Joe Biden nie zamierza podnosić podatków w czasie pandemii. Kurs EURUSD rósł już przed jej wystąpieniem, a po nim te wzrosty przyspieszyły.

Dolar pozostaje mocno wyprzedany, ale przy stabilizacji na rynku długu oraz bardzo pozytywnych nastrojach na Wall Street nie ma pretekstu do większej korekty jego słabości.

– Rynek skoncentrował swoją uwagę na jasnej stronie rozpoczynającej się prezydentury Joe Bidena, gdy nie pojawiły się jeszcze tematy uznawane za najtrudniejsze – wyjaśnia ekspert XTB. – Takim tematem jest właśnie podwyżka podatków, a słowa Janet Yellen przecież można odbierać także w ten sposób, że podwyżka podatków będzie, gdy tylko skończy się pandemia.

Czy walka NBP o konkurencyjność polskiego eksportu naprawdę jest konieczna?

Próby osłabienia złotego przez NBP mogą być pomocne, ale z pewnością nie są niezbędne polskim eksporterom. Z kolei importerom mogą wręcz szkodzić. Dla przedsiębiorców liczą się przede wszystkim: koniunktura na rynkach docelowych oraz możliwie stabilny i przewidywalny kurs walutowy.

Obniżka stóp procentowych jeszcze w pierwszym kwartale 2021 r. to jeden ze scenariuszy rozważanych przez władze monetarne na wypadek pogarszania się sytuacji gospodarczej w Polsce – wynika z niedawnych wypowiedzi prof. Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Bazując na sygnałach płynących ze strony Rady Polityki Pieniężnej, przed najbliższym posiedzeniem (3 lutego) w 2021 r. nie należy spodziewać się wzrostu stóp procentowych. Także cięcia i zejście do poziomu poniżej zera (obecnie główna stopa referencyjna wynosi 0,1 proc.) są mało prawdopodobne. Taki scenariusz możliwy jest jedynie w przypadku znacznego pogorszenia sytuacji gospodarczej.

Nie można natomiast wykluczyć, że Narodowy Bank Polski powtórzy działania z przełomu roku i przeprowadzi kolejne interwencje, mające na celu osłabienie złotego. Wątpię jednak, by mogły one wyraźnie pomóc eksporterom.

Import dotarł do granicy opłacalności. Warto zabezpieczyć kurs w eksporcie

Mniej więcej od połowy grudnia 2020 r. kurs EUR/PLN utrzymuje się w okolicach poziomu 4,50. To oczywiście dobra informacja dla eksporterów – kraje strefy euro odbierają ok. 60 proc. wartości polskiego eksportu. Słabszy złoty sprawia, że ta sama cena płacona przez odbiorców w euro przynosi firmom więcej zysku po przeliczeniu na złote.

Gdy spojrzymy na historyczne dane, to okaże się, że od początku 2019 r. tzw. kurs opłacalności eksportu dla EUR/PLN waha się w przedziale 3,98–4,01. Według wyników badań NBP kurs złotego poniżej tego pułapu spowodowałby, że eksport do strefy euro stałby się dla polskich firm nieopłacalny. Aktualny kurs EUR/PLN (ok. 4,50) jest o kilkanaście procent wyższy od tego progu, dając eksporterom spory bonus do zysków.

Co z tym zrobić? Na miejscu właścicieli firm sprzedających towary do strefy euro rozważyłbym skorzystanie z instrumentów finansowych, które pozwolą zabezpieczyć rozliczenia w oparciu o aktualny kurs EUR/PLN w kolejnych kwartałach.

Nie wierzę bowiem, że NBP jest jeszcze w stanie znacząco osłabić polską walutę. Dlaczego?

  • Po pierwsze: bank centralny porwałby się na walkę z rynkiem. Historia pokazuje, że to operacja skazana na niepowodzenie. Warto w tym kontekście przypomnieć interwencje przeprowadzane przez Szwajcarski Bank Narodowy, który od dawna bezskutecznie próbuje osłabić franka.
  • Po drugie: władze monetarne muszą mieć na uwadze również sytuację importerów (wartość towarów sprowadzanych ze strefy euro to ok. 45 proc. wartości całego importu do Polski). W ich przypadku osłabienie złotego zmniejsza opłacalność biznesu, bo ta sama cena w euro oznacza wyższy koszt wyrażony w złotych. Tymczasem ruch na parze EUR/PLN z przełomu roku wyraźnie przybliżył importerów do granicy opłacalności biznesu. Według wspomnianego już badania NBP od początku 2019 r., w zależności od kwartału, zaczynali oni tracić przy kursie EUR/PLN 4,53–4,62.

Poniżej dla porównania można zobaczyć kształtowanie się kursu EUR/PLN wobec kursów opłacalności od 2015 r.

kurs euro a eksport
Źródło: Dane kwartalne NBP (średnie kursy EUR/PLN) oraz publikacja „Szybki monitoring NBP. Analiza sytuacji przedsiębiorstw”.

Najlepszy dla przedsiębiorcy jest… stabilny kurs złotego

Jeżeli w pierwszej połowie 2021 r. po zaszczepieniu najbardziej narażonych na COVID-19 osób i wycofaniu restrykcji w Europie gospodarka pokaże oznaki ożywienia, to inwestorzy zaczną porzucać waluty określane jako bezpieczne przystanie i lokować kapitał na rynkach wschodzących. A to powinno oznaczać umocnienie złotego i podobnych mu walut regionu.

Czy interwencje NBP będą wówczas skuteczne? Nie sądzę. Co ważniejsze, nie będą także konieczne, bo zarówno dla eksporterów, jak i importerów liczy się przede wszystkim koniunktura na rynkach, z którymi współpracują. Kurs złotego wobec euro, pomijając sytuacje skrajne, ma znaczenie drugorzędne – zwłaszcza gdy przedsiębiorcy zabezpieczają kursy walutowe za pomocą kontraktów terminowych. Waluta powinna być więc przede wszystkim możliwie stabilna, przewidywalna, wsparta bardzo przejrzystą polityką monetarną.

Tylko w ten sposób przedsiębiorcy mogą z wyprzedzeniem planować budżety i szacować wyniki zamówień w eksporcie i imporcie. Mówiąc wprost: ktokolwiek planuje dziś biznes, licząc na przyszłe interwencje banku centralnego, uprawia nic innego jak hazard.

Eksport w czasie pandemii silny jak nigdy

Warto zwrócić uwagę, że nawet bez pomocy ze strony NBP polscy eksporterzy radzą sobie świetnie. Potwierdzają to wyniki uzyskane przez nich w trudnym czasie pandemii, stanowiące dobrą prognozę w kontekście spodziewanego ożywienia gospodarczego w Europie.

Według najnowszych danych NBP listopad 2020 r. był drugim miesiącem z rzędu, w którym wartość eksportu towarów z Polski przekroczyła 100 mld zł. Tym razem sięgnęła ona dokładnie 103,4 mld zł, czyli o 15 proc. więcej wobec listopada 2019 r. To nie „wypadek przy pracy”. Cały ubiegły rok upłynął pod znakiem siły eksporterów – najlepiej świadczy o tym fakt, że w okresie 12 miesięcy (XII 2019–XI 2020) wartość polskiego eksportu przekroczyła 1 bln zł, przewyższając wartość importu o rekordową kwotę w wysokości prawie 51 mld zł (na wysokość samej nadwyżki miała dodatkowo wpływ zmiana kursu EUR/USD).

W kolejnych kwartałach kluczowe dla polskich przedsiębiorców – a tym samym dla siły polskiej gospodarki – będą m.in. tempo szczepień, zniesienie lockdownów i powrót do normalności w Europie. Jeśli pozytywny scenariusz się zrealizuje, to ze zmiennością kursów walutowych poradzą sobie zarówno eksporterzy, jak i importerzy. Bez jakichkolwiek interwencji.

Autor: Jakub Łańcucki, Dyrektor Zarządzający Ebury Polska

Wojna handlowa Chiny-USA się nie skończy

Działania prezydenta Bidena oraz wypowiedzi prezydenta Chin w internetowym Davos pokazują, że konflikt pomiędzy tymi państwami się nie skończy. Skończy się natomiast jego twitterowa odnoga.

Dobre dane z Wysp

Od rana poznaliśmy ważne dane z rynku pracy w Wielkiej Brytanii. W listopadzie średnie wynagrodzenia rosły o 3,6%. W tym samym czasie stopa bezrobocia wzrosła do 5,0%, aczkolwiek analitycy typowali wyższą wartość o 0,1%. Z kolei grudniowa liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wyniosła zaledwie 7 tysięcy, co może sugerować, że grudniowe dane w kwestii bezrobocia również będą korzystne. Co nam mówią te dane? Pokazują, że inwestorzy nie bali się zapowiadanych katastrofalnych skutków brexitu od samego początku. Nie może zatem dziwić, że w styczniu po początkowej słabości funt nie tylko odzyskał straty, ale też zyskuje na wartości względem pozostałych walut.

Buy American

Okazuje się, że Biden pomimo bycia stawianym jako przeciwieństwo Trumpa może mieć z nim wiele wspólnych poglądów. Dobrym przykładem jest inicjatywa mająca na celu zwiększenie zakupów amerykańskich produktów przez administrację. Analitycy obawiają się, że nie obędzie się to bez podniesienia niektórych kosztów, skoro trzeba będzie zrezygnować z importowanych towarów. Z drugiej strony próba przestawienia gospodarki na patriotyzm zakupowy nie jest niczym nowym i wiele państw bardzo chciałoby uzyskać taki efekt nie tylko w trakcie kryzysu. Ruch ten jest wyraźnym sygnałem dla Chin, że zmiana prezydenta pewnego kierunku w polityce nie zapewni.

Forum “w Davos”

Tegoroczne Davos odbywa się przez internet, ale się odbywa. Jednym z pierwszych ważnych sygnałów był pomysł prezydenta Chin mający na celu koordynację polityki makroekonomiczej na świecie. Wystąpienie oczywiście nie było bezinteresowne. Odwoływał się bardzo mocno do wolnego handlu, likwidacji barier i zakończenia dyskryminacji. Wspomniał również o wymianie technologii. Są to postulaty, które stawiałyby Chiny w bardzo korzystnej sytuacji. Nieprzypadkowo jednak pominął w swojej wypowiedzi prawa pracowników, czy kwestie ekologii.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Od jednoosobowego startupu do firmy zatrudniającej 5000 ekspertów i zbliżającej się do 1 mld zł przychodów – 15 lat Sii Polska

W styczniu 2021 roku Sii Polska obchodzi 15. urodziny. Wiele się zmieniło, ale firma pozostała wierna swoim podstawowym założeniom: misji, celom i wartościom. – W 2006 roku miałem nadzieję, że Sii Polska stanie się uznaną, dobrze prosperującą firmą, w której ludzie będą czerpać z pracy przyjemność i poczucie dumy. Dziś mogę z radością powiedzieć, że rzeczywistość przerosła wszystkie moje oczekiwania – mówi Grégoire Nitot, CEO i założyciel Sii Polska.

Ten rok jest wyjątkowy dla Sii Polska – w styczniu firma obchodzi 15-lecie działalności. Wiele się zmieniło przez ten czas, ale kluczowe rzeczy pozostały takie same. Od samego początku firma była zorientowana na ludzi, a decyzje były i nadal są podejmowane zgodnie z 14 podstawowymi wartościami, którymi kierują się Power People każdego dnia, aby osiągnąć 5 strategicznych celów: zysk, satysfakcję klientów, zadowolenie pracowników, wygrywanie z konkurencją i zabawę. Od samego początku Sii Polska była nastawiona na rozwój, zarówno pod kątem zatrudnienia jak i przychodów. Z każdym rokiem wskaźniki dynamicznie rosły, a ubiegły rok finansowy firma zakończyła w marcu 2020 z przychodami na poziomie 840 mln zł.

Power People – klucz do sukcesu

Kolejnym bardzo ważnym czynnikiem sukcesu Sii było ustanowienie i realizacja misji firmy: Power People, czyli identyfikowanie i promowanie najlepszych pracowników. Przez lata setki utalentowanych pracowników awansowało na stanowiska kierownicze. Inwestując w rozwój ludzi i stwarzając im możliwości rozwoju, Sii Polska zdobyła tytuł Great Place to Work, którym jest wyróżniana nagradzana od 2015 roku. Wyróżnienie jest przyznawane na podstawie anonimowego badania satysfakcji pracowników i audytu kultury organizacyjnej firmy. W przeciągu ostatniego roku spadł także wskaźnik rotacji pracowników.

– Jestem bardzo dumny, że tak wiele osób, które były z nami na początku, nadal jest częścią Sii. W 2006 roku miałem nadzieję, że Sii Polska stanie się uznaną, dobrze prosperującą firmą, w której ludzie będą czerpać z pracy przyjemność i poczucie dumy. Dziś mogę z radością powiedzieć, że rzeczywistość przerosła moje oczekiwania. Wiele już osiągnęliśmy, ale teraz skupiamy się na przyszłości, zwłaszcza że przed nami kolejne ważne kamienie milowe, jak 1 mld zł przychodów, który powinniśmy osiągnąć w obecnym roku obrotowym kończącym się w marcu 2021 – mówi Grégoire Nitot, założyciel i CEO Sii Polska.

Jedną z rzeczy, która pozostała niezmieniona, jest świetna atmosfera, z której Sii słynie. I staje się ona tylko lepsza wraz z dynamicznym wzrostem zatrudnienia, które osiągnęło poziom 5000 Power People w 14 lokalizacjach w całej Polsce. Kolejne lata przyniosły wiele wspaniałych wspomnień z licznych imprez, takich jak weekendy integracyjne i tematyczne bale karnawałowe.

Zespoły projektowe liczone w setkach

To, co także łączy ludzi w Sii, to projekty w ramach Programu Sponsoringu Pasji i Sii Power Volunteers, na które firma przeznacza obecnie 500 000 zł rocznie. Do tej pory pracownicy Sii pomogli dzieciom z fundacji charytatywnych, odnowili sale szpitalne, opiekowali się zwierzętami w schroniskach, prowadzili lekcje obsługi komputera dla seniorów oraz uczyli programowania. Ponadto w firmie powstało wiele społeczności poświęconych hobby, w których osoby z różnych lokalizacji i działów mogą dzielić się wiedzą techniczną i pasjami. Istnieją grupy zajmujące się programowaniem, testowaniem, żeglarstwem, wspinaczką górską, bieganiem, ogrodnictwem i wiele innych.

Jednak pewne rzeczy uległy zmianie na przestrzeni lat. Sii zaczynało od obsługi małych i średnich firm. Obecnie wiodące marki z różnych sektorów na całym świecie wybierają Sii jako dostawcę usług IT, inżynieryjnych, BPO i doradczych, w tym Mercedes, Puma, Roche, ABB, mBank, Volvo, Ingenico, Reckitt Benckiser, Credit Suisse, 3M, Qiagen i wiele więcej. Obecnie największy zespół realizujący projekty dla największego klienta liczy ponad 500 osób, a kilka innych jest tuż za nim z ponad 400 inżynierami na pokładzie. Na przestrzeni lat Sii Polska nawiązała także szereg prestiżowych partnerstw, między innymi z Microsoft, IBM, Google Cloud, Adobe i SAP.

Historia Sii rozpoczęła się w małym biurze o powierzchni 50m2 przy ulicy Szpitalnej w centrum Warszawy. Od 2006 roku firma zbudowała swoją bazę biurową w największych miastach Polski: Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu, Poznaniu, Krakowie, Łodzi, Lublinie, Katowicach, Rzeszowie, Bydgoszczy, Częstochowie, Pile, Białymstoku i Gliwicach. Obecnie biura Sii zajmują łącznie ponad 40 tys. m2 w biurowcach klasy A.

Agencja Moody’s utrzymała rating PGE na poziomie Baa1

Agencja ratingowa Moody’s Investors Service utrzymała długoterminowy rating dla PGE Polskiej Grupy Energetycznej na poziomie Baa1, jednocześnie zachowana została stabilna perspektywa ratingu.

Analitycy Moody’s pozytywnie ocenili nową strategię Grupy PGE, która zakłada, rozwój źródeł odnawialnych i niskoemisyjnych oraz osiągnięcie celu neutralności klimatycznej do 2050 roku.

Zdolność kredytową Grupy PGE wzmacnia jej dominująca rola na polskim rynku energetycznym oraz pozycja lidera w segmentach wytwarzania energii, ciepła sieciowego oraz sprzedaży energii. Istotna jest także przewidywalność zysków, ze względu na fakt że około 50% zysku EBITDA pochodzi z segmentów regulowanych – Dystrybucji i Ciepłownictwa. Atutem PGE jest niski poziom dźwigni finansowej (poziom przepływów z działalności operacyjnej FFO za ostatnie 12 miesięcy do długu netto na koniec III kwartału 2020 r. wynosił 79%).

Opinia kredytowa Moody’s wskazuje, że przyjęta przez nas zmiana strategii w kierunku energii odnawialnej i źródeł niskoemisyjnych była decyzją, która bezpośrednio przekłada się na stabilność finansową i wysoką wiarygodność kredytową Grupy PGE” – powiedział Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Według Moody’s znaczącym wyzwaniem dla Grupy PGE będzie zarządzanie złożonym procesem zmiany strategii spółki, kwestia wydzielenia aktywów węglowych oraz realizacja dużych inwestycji w farmy wiatrowe na morzu. Jednak stabilna perspektywa ratingu odzwierciedla założenie, że PGE utrzyma wskaźniki zadłużenia na właściwym poziomie.

Badanie EY: Pandemia zwiększyła zarówno świadomość, jak i chęć dzielenia się danymi osobowymi

Jak wynika z globalnego badania EY „Global Consumer Privacy Survey 2020”, rozwój pandemii COVID-19 to jeden z najistotniejszych czynników, który w ostatnim czasie wpłynął na zwiększenie świadomości dotyczącej prywatności danych osobowych i zakresu ich wykorzystywania. Wskazało na to 43% ankietowanych, którzy za równie ważne w tym zakresie uznali głośne incydenty dotyczące naruszenia bezpieczeństwa danych osobowych. Jak pokazują wyniki badania, zmiany regulacyjne (na przykład wejście w życie RODO), tylko zdaniem jednej czwartej respondentów zwiększyły świadomość tego, w jaki sposób firmy wykorzystują dane osobowe.

Pandemia z jednej strony zwiększyła świadomość dotyczącą zagadnienia dzielenia się danymi osobowymi, ale również zachęciła do dzielenia się nimi. Dokładnie połowa (50%) ankietowanych konsumentów twierdzi, że rozprzestrzenianie się COVID-19 zwiększyło skłonność do udostępniania swoich danych osobowych, zwłaszcza jeśli mogą one przyczynić do postępu prac badawczych albo służyć dobru społecznemu.

– Ochrona danych osobowych to zagadnienie, które w ostatnich miesiącach zyskało na popularności na całym świecie. Również Polacy zaczęli się nim częściej interesować – głównie za sprawą powstających w czasie pandemii aplikacji, pomagających monitorować kontakty między ludźmi, by wychwytywać potencjalne kanały potencjalnej transmisji wirusa. Co jednak odróżnia nas na tle wyników globalnych to mniejsza chęć dzielenia się informacjami o sobie. Z badań przeprowadzonych przez EY Polska latem wynikało, że tylko około jedna trzecia Polaków byłaby skłonna do udostępnienia swoich danych osobowych, by wesprzeć procesy pozwalające na monitorowanie rozprzestrzeniania się pandemii i śledzenia ognisk zakażeń. Świadomość Polaków dotycząca ochrony danych osobowych regularnie wzrasta, choć podobnie jak na całym świecie głównie dzieje się to wtedy, kiedy konsumenci bezpośrednio zetkną się ze zjawiskiem naruszenia bezpieczeństwa danych. Same przepisy nie są natomiast podstawowym źródłem wiedzy w tym aspekcie – mówi Justyna Wilczyńska-Baraniak, Associate Partner, Lider Zespołu Własności Intelektualnej, Technologii i Danych Osobowych, Kancelaria EY Law.

Powiedz ile masz lat, a powiem ci jaki jest twój stosunek do danych osobowych
Jak pokazują badania EY, świadomość dotycząca ochrony i prywatności danych osobowych jest różna w zależności od grupy wiekowej. 34% osób z grupy Baby Boomers (respondenci w wieku 56-75 lat) i 25% osób z Pokolenia X (respondenci w wieku 40-55 lat) uważa, że ani głośne incydenty naruszenia prywatności danych osobowych, ani pandemia, ani nawet zmiany regulacyjne (jak na przykład RODO) nie przyczyniły się do zwiększenia ich świadomości w zakresie wykorzystywania danych osobowych przez organizacje.

W ostatnich miesiącach, jedynie 45% wszystkich ankietowanych poświęciło czas, by dowiedzieć się, w jaki sposób firmy wykorzystują ich dane osobowe i najczęściej byli to przedstawiciele Millennialsów (osoby w wieku 24-39 lat) lub przedstawiciele Pokolenia Z (w wieku 18-23 lata). To oni również znacznie chętniej niż przedstawiciele starszych grup wiekowych decydowali się na przekazanie danych i informacji dotyczących swojego zdrowia, by wspomóc walkę z pandemią i działać tym samym dla dobra społecznego.

Z badania EY wynika także, że altruistyczne udostępnianie danych jest najbardziej powszechne wśród młodszych konsumentów: 26% Millennialsów i 22% przedstawicieli Pokolenia Z twierdzi, że poprawa jakości życia nieznanej osoby jest jednym z najważniejszych czynników decydujących o udostępnieniu swoich danych. Dla porównania, na taki krok decyduje się tylko 19% przedstawicieli Pokolenia X i 14% z pokolenia Baby Boomers.

Z badania EY wynika również [1], że 50% Millennialsów i 42% przedstawicieli Pokolenia Z to osoby otwarte na przekazanie dużej firmie technologicznej informacji pokazujących, czego poszukują w sieci, w zamian za bardziej spersonalizowane wyniki wyszukiwania i doświadczenia online. Na udostepnienie tego typu danych zdecydowałoby się zaledwie 23% z biorących udział w badaniu przedstawicieli pokolenia Baby Boomers.

Młodsi konsumenci są również bardziej wymagający. W ostatnich miesiącach 38% Millennialsów i 31% przedstawicieli Pokolenia Z zwracało się do organizacji z prośbą o sprawdzenie, jakie dane osobowe posiada i / lub poprosiło o ich usunięcie. Taki krok wykonało zaledwie 9% przedstawicieli pokolenia Baby Boomers.

Kiedy chętnie dzielimy się danymi?

Jak wynika z badania EY, wśród czynników, które sprawiają, ze konsumenci chętniej dzielą się swoimi danymi osobowymi najważniejszy to bezpieczne zbieranie i przechowywanie danych przez firmy, którym zostaną one udostępnione. Ten aspekt jest istotny dla 63% badanych. Kolejne to kontrola nad udostępnianymi danymi przekazywanymi przez firmy (to czynnik ważny dla 57% ankietowanych) oraz zaufanie do organizacji, na które wskazuje nieco ponad połowa badanych (51%). Dla jednej czwartej badanych istotne jest, by za udostępnione dane otrzymać dodatkowe korzyści, jeden na pięciu użytkowników ceni sobie spersonalizowanie towarów i usług na podstawie udostępnionych informacji o sobie.

Rys. Odsetek osób, które uważają poszczególne czynniki za najistotniejsze, decydując o przekazaniu organizacji swoich danych osobowychprzekazanie organizacji swoich danych osobowych– Udostępnienie danych osobowych dla bardziej spersonalizowanych usług i doświadczeń klienckich to krok, na który w Polsce gotowa jest jedna na cztery osoby[2]. Około 24% osób jest z kolei skłonnych przekazać swoje dane osobowe w zamian za wynagrodzenie lub zapewnienie sobie zniżki na zakupy lub lepszą ofertę. Jeśli już decydujemy się na przekazanie danych, najczęściej zależy nam na tym, by były one możliwie jak najbardziej zanonimizowane. Wygoda zakupów w sieci może jednak spowodować, że klienci pójdą o krok dalej i zechcą je jeszcze bardziej usprawnić i na przykład w zamian za przekazanie danych osobowych system będzie automatycznie uzupełniał ich koszyk zakupowy. Na taką otwartość będziemy pewnie jednak musieli jeszcze poczekać – mówi Adam Malarski, Starszy Menedżer EY, Business Consulting, zespół Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich.

O badaniu
Dane zawarte w „Global Consumer Privacy Survey 2020” są oparte na globalnej ankiecie zleconej przez EY i przeprowadzonej przez Longitude w lipcu i sierpniu 2020 r. wśród 1901 konsumentów (w wieku 18-75 lat) w regionie Azji i Pacyfiku, Europie i na Bliskim Wschodzie, w Indiach i Afryce (EMEIA) oraz obu Amerykach. Pytania dotyczyły podejścia do prywatności i udostępniania danych, oczekiwania co do tego, jak organizacje będą wykorzystywać dane osobowe i jak dostosowuje się prywatność danych w świecie po pandemii.

Nowa rzeczywistość zmienia sektor finansowy

Wskaźnik Customer Experience Excellence w Polsce wzrósł o ponad 3,6 proc. r/r w przypadku banków i operatorów płatności oraz 5,5 proc. r/r w branży ubezpieczeniowej. Pomimo działania w trudnych warunkach związanych z pandemią COVID-19, troska o dbałość relacji z klientami nie zeszła na dalszy plan. Polacy docenili działania marek, które działały w ich interesie w przypadku m.in. problemów z regulowaniem spłat lub dopasowały swoją ofertę do dynamiczniej rosnącej aktywności klientów online. Z badania KPMG w Polsce wynika, że postępująca digitalizacja, pojawienie się nowego typu klienta, konkurencja ze strony fintechów czy rekordowo niskie stopy procentowe będą w znacznym stopniu determinowały na działalność firm z sektora finansowego w Polsce.

W tegorocznej edycji badania konsumenci w Polsce lepiej niż poprzednio ocenili doświadczenia oferowane przez firmy z sektora finansowego. Banki znalazły się na 6. miejscu wśród badanych sektorów. Z kolei firmy z sektora ubezpieczeniowego znalazły się na 7. miejscu (awansując o 1 pozycję r/r). W przypadku banków kluczowe znaczenie dla budowania pozytywnych doświadczeń klientów było działanie w interesie klienta oraz rozumienie jego indywidualnych potrzeb – jak np. problemów z regulowaniem spłat. Klienci cenią sobie również jasną i zrozumiała politykę cenową oraz efektywne procesy obsługowe w kanałach zdalnych, których wykorzystanie wśród klientów utrzymuje się na rekordowo wysokim poziomie. Z kolei firmy ubezpieczeniowe oparły budowę pozytywnych doświadczeńklientów w szczególności nadostosowaniu zakresu oferty produktowej do nowych potrzeb klientów czy umożliwienie rozwiązania większej ilości spraww kanałach zdalnych.

Andrzej Gałkowski, partner w dziale usług doradczych dla sektora finansowego, lider doradców dla sektora bankowego w KPMG w Polsce.
Marcin Popadiuk, Customer & Strategy Lead, Financial Services Management Consulting w KPMG w Polsce.

Łatwe rozliczenie PIT 28

Pomału zbliża się termin rozliczenia PIT 28 za ubiegły rok. Zamiast więc popełniać błąd i zostawiać wszystko na ostatnią chwilę, warto już teraz przygotować się do wypełnienia deklaracji i ułatwić sobie zadanie oraz oszczędzić nerwów.

  1. Czym jest pit 28?
  2. Kto powinien wypełnić pit 28 za rok 2020?
  3. Rozliczenie PIT-28 online: jak to zrobić?
  4. PIT 28 za 2020: do kiedy należy go rozliczyć?

Oprócz przygotowania dokumentów, które będą niezbędne przy rozliczaniu PIT, należy również upewnić się, że to właśnie z tej deklaracji powinno się skorzystać. W przeciwnym razie można popełnić błędy, których wyjaśnienie zajmie wiele czasu.

Czym jest pit 28?

Do rozliczenia rocznego można wykorzystać różne deklaracje, a jedną z nich jest PIT-28. Podobnie jak w przypadku innych pitów, mogą z niego skorzystać tylko określone osoby. Warto o tym pamiętać, ponieważ czasami podatnicy nie zwracają uwagi na rodzaj deklaracji, a później muszą dokonywać korekty. Deklaracja PIT-28 może zostać złożona w sposób tradycyjny lub online. Pierwsze rozwiązanie jest jednak niepraktyczne, dlatego coraz więcej osób upoważnionych do rozliczenia za pomocą PIT 28 wybiera wypełnienie formularza drogą elektroniczną. Oszczędza się dzięki temu czas i jednocześnie zyskuje pewność, że dokument w formie elektronicznej dotrze do odpowiedniego urzędu skarbowego.

Kto powinien wypełnić pit 28 za rok 2020

Wspomniany druk powinni wypełnić podatnicy, którzy korzystają z rozliczeń uwzględniających ryczałt ewidencjonowany. Nie ma przy tym znaczenia, czy wynika on z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej w formie firmy jednoosobowej lub spółki cywilnej. Dodatkowo PIT 28 jest odpowiedni, jeżeli ktoś chce rozliczyć przychody uzyskane z najmu. Dotyczy to również podnajem, dzierżawę i pozostałe umowy z tej kategorii. Z tego powodu PIT-28 jest najczęściej wybierany przez przedsiębiorców. Nie mogą z niego natomiast skorzystać osoby zatrudnione na etacie, które chcą rozliczyć jedynie przychody wynikające z wynagrodzenia. Istotną rzeczą, o której należy pamiętać, jest to, że druk PIT 28 należy rozliczać indywidualnie. Tym samym nie można go rozliczyć wspólnie z małżonkiem.

Rozliczenie PIT-28 online: jak to zrobić?

W Polsce nieustannie zmieniają się ulgi oraz sposoby rozliczania przychodów, dlatego samodzielne rozliczenie PIT na pierwszy rzut oka może wydawać się skomplikowane. Zanim jednak wydasz pieniądze na to, aby zlecić rozliczenie pitu księgowemu, koniecznie sprawdź program pit 28 online. To proste w obsłudze narzędzie pozwala samemu rozliczyć PIT bez potrzeby zapoznawania się ze skomplikowanymi wytycznymi. Aplikacja prowadzi użytkownika za rękę, więc na pewno nie pominie żadnego istotnego pola. Zaletą programu jest to, że można uruchomić go online w oknie przeglądarki internetowej lub pobrać instalator i zainstalować na dysku. Aplikacja jest stale rozwijana, a z każdym rokiem powiększa się ilość osób, które z niej skorzystały. Zdaniem wielu z nich jest to najlepszy sposób na rozliczenie PIT 28, szczególnie jeżeli ktoś nie zajmuje się takimi rzeczami na co dzień.

PIT 28 za 2020: do kiedy należy go rozliczyć?

Niezależnie od tego, czy skorzystasz z narzędzia do pit w wersji instalowanej na dysku, czy wybierzesz wariant online, pamiętaj o ostatecznym terminie złożenia deklaracji. W przypadku PIT-28 za 2020 rok termin złożenia mija ostatniego dnia lutego. Bez względu na to, który druk będziesz wypełniał w tym roku, wypróbuj program do pit online, a wszystkie formalności załatwisz w mniej niż dziesięć minut.

Rynek powierzchni biurowych w Polsce w 2020 roku

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych opublikowała dane dotyczące rynku powierzchni biurowych na ośmiu głównych rynkach regionalnych w Polsce (Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Szczecin, Lublin) za rok 2020. Źródłem informacji są firmy doradcze działające na rynku nieruchomości komercyjnych (BNP Paribas Real Estate, CBRE, Colliers International, Cresa, Cushman&Wakefield, JLL, Knight Frank, Savills), a podsumowanie dotyczy zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej, nowych obiektów oddanych do użytku, liczby i wielkości transakcji wynajmu oraz ilości powierzchni niewynajętej.

  • Na koniec czwartego kwartału 2020 roku łączne zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na ośmiu rynkach regionalnych wyniosły około 5,79 mln m kw. Najwięcej powierzchni zlokalizowane jest w Krakowie (1 554 900 m kw.), Wrocławiu (1 226 300 m kw.) oraz Trójmieście (888 600 m kw.).
  • W 2020 roku do użytkowania oddano obiekty o łącznej powierzchni 393 300 m kw., z czego najwięcej w Krakowie (ok. 140 700 m kw.), Katowicach (61 300 mkw.) oraz Trójmieście (60 300 m kw.). W czwartym kwartale 2020 roku deweloperzy dostarczyli sześć projektów, wśród największych z nich Face2Face B (26 200 m kw.) wybudowany przez Echo Investment w Katowicach, Hi Piotrkowska (21 000 m kw.) wybudowany przez Master Management Group w Łodzi oraz Unity Tower (15 600 m kw.) dostarczony przez GD&K Group oraz Eurozone Equity w Krakowie.
  • Na koniec czwartego kwartału 2020 roku na ośmiu głównych rynkach regionalnych do wynajęcia od zaraz pozostawało prawie 736 600 m kw. powierzchni biurowej, czego wynikiem jest stopa pustostanu na poziomie 12,7% (wzrost o 0,8 p.p. kw./kw. oraz wzrost o 3.1 p.p. w porównaniu do końca 2019 roku). Najwyższy współczynnik pustostanów odnotowano w Łodzi – 16,4 %, najniższy w Szczecinie – 6,9%.
  • Całkowity wolumen transakcji najmu zarejestrowanych w 2020 roku wyniósł 582 200 m kw., co jest wartością o 16% mniejszą niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Natomiast w samym czwartym kwartale 2020 roku wynajęto o 26% mniej powierzchni niż przed rokiem. W całym 2020 roku najwięcej powierzchni zostało wynajęte w Krakowie (156 600 m kw.) i Wrocławiu (128 400 m kw.).
  • W 2020 roku najwyższy udział w strukturze popytu przypadł nowym umowom: 47% (włączając umowy przednajmu oraz powierzchnie na potrzeby własne właściciela nieruchomości). Renegocjacje i przedłużenia obowiązujących kontraktów odpowiadały za 38% zarejestrowanego popytu, a ekspansje za 13%. W samym czwartym kwartale 2020 roku największy udział stanowiły nowe transakcje – 57%, natomiast na umowy odnowieniowe oraz ekspansje przypadło odpowiednio 35% i 5%.
  • Wśród największych transakcji zawartych w 2020 roku należy wymienić umowę przednajmu Allegro w budowanym projekcie Nowy Rynek D1 (26 000 m kw.), odnowienie umowy ABB w biurowcu Axis w Krakowie (20 000 m kw.), transakcje przednajmu ING Tech Poland w budynku wieżowym Global Office Park A2 (16 600 mkw.), kolejną transakcję przednajmu firmy Fujitsu Technology Solutions w budynku Fuzja w Łodzi (16 300 m kw.) oraz transakcję klienta poufnego w krakowskim Tertium Business Park II (14 500 m kw.).
Kraków Wrocław Trójmiasto Katowice Poznań Łódź Szczecin Lublin
Wielkość zasobów rynku* 1 554 900 1 226 300 888 600 589 700 582 900 578 500 183 400 183 200
Dostępna powierzchnia* 217 500 183 400 84 400 54 000 75 900 94 600 12 600 14 300
Nowa podaż** 140 700 57 200 60 300 61 300 18 300 51 500 3 400 0
Popyt** 156 600 128 400 87 700 65 000 63 200 62 400 9 200 8 800

* Dane na koniec czwartego kwartału 2020

 ** Dane zagregowane dla całego roku 2020

Jaki wpływ Brexit będzie miał na polską branżę spożywczą?

Z początkiem 2021 roku zakończył się okres przejściowy, w którym Wielka Brytania korzystała z przywilejów otwartego rynku i zniesionych ceł, mimo że nie należała do Unii Europejskiej. Zrealizowanie wyjścia Zjednoczonego Królestwa ze wspólnoty może oznaczać straty dla wielu polskich eksporterów, w tym m.in. z branży spożywczej. Każde 10% ewentualnego spadku sprzedaży żywności na rynek brytyjski oznacza w praktyce ok. 300 mln euro rocznie, które trzeba będzie nadrobić na innych rynkach.

Wielka Brytania jest jednym z największych zagranicznych odbiorców polskich artykułów rolno-spożywczych. Dlatego eksporterzy z naszego kraju wyczekiwali informacji o uzgodnieniu umowy o handlu i współpracy pomiędzy Unią Europejską oraz Wielką Brytanią. Zanim to się stało pojawiało się wiele informacji o dodatkowych, często wysokich cłach na różne produkty spożywcze. Choć uzgodniona i obowiązująca od 1 stycznia 2021 r. umowa uspokoiła importerów i eksporterów, to należy pamiętać, że wymiana produktów będzie odbywała się na nieco inny sposób, niż w zeszłym roku.

Brexit wyzwaniem dla polskich producentów mięsa i wędlin

„Przepisy, które weszły w życie 1 stycznia br. minimalizują ryzyko wysokich ceł na niektóre artykuły spożywcze, co znacznie obniżyłoby konkurencyjność polskich produktów na wyspach brytyjskich. Bez tego, szczególnie w przypadku wytwórców produktów mniej przetworzonych, konieczne byłoby poszukiwanie innych rynków zbytu. A to nie byłoby takie proste na przykład w przypadku producentów mięsa i wyrobów mięsnych. Ich sprzedaż wymaga zatwierdzenia przez miejscowe służby sanitarne, co jest procesem długotrwałym i szybkie znalezienie alternatywnych rynków zbytu byłoby ogromnym wyzwaniem – mówi Grzegorz Rykaczewski, analityk sektorowy Santander Bank Polska.”

Wielka Brytania jest jednym z najważniejszych nabywców polskich produktów mięsnych. W roku 2019 wartość eksportu mięsa drobiowego na rynek brytyjski stanowiła 14 proc. całego eksportu z Polski. W przypadku kiełbas i wędlin udział Zjednoczonego Królestwa wyniósł 33 proc., a dla pozostałych przetworów mięsnych 35 proc. Niższe, ale nadal znaczące udziały, zanotowano dla nieprzetworzonej wieprzowiny (6 proc.) oraz nieprzetworzonej świeżej wołowiny (5 proc.). Rynek brytyjski jest również ważny dla polskich firm produkujących słodycze, dla branży piekarniczej, mleczarskiej oraz tytoniowej. W 2019 roku na wyspy brytyjskie trafiło 16 proc. polskiego eksportu produktów czekoladowych, 14 proc. eksportu maślanki i jogurtów, 11 proc. eksportu chleba i pieczywa cukierniczego oraz 6 proc. eksportu serów i papierosów.

„Wielka Brytania – pomimo Brexitu – pozostaje krajem o wysokim potencjale dla polskiego sektora rolno-spożywczego. To rynek prawie 67 milionów konsumentów i jedna z największych gospodarek światowych. To również kraj, w którym – według szacunków brytyjskiego urzędu statystycznego – żyje prawie milion Polaków. Tworzy to potencjał do rozwoju sprzedaży zarówno towarów masowych, nieprzetworzonych, ale też produktów wysoko przetworzonych, w tym sprzedawanych pod markami polskich producentów. Warto jednak pamiętać, że od 2021 roku sprzedaż produktów z UE do Wielkiej Brytanii jest eksportem na rynek „krajów trzecich”. To wiąże się z nowymi obowiązkami administracyjnymi, zarówno po stronie polskiego sprzedawcy, jak i brytyjskiego importera. W niedalekiej przyszłości należy spodziewać się także zmian w brytyjskim prawie żywnościowym, np. wymagań jakościowych dla produktów spożywczych czy zawartości etykiet.  Dla przedsiębiorstw oznacza to konieczność ciągłego monitorowania zmian oraz dostosowywania do nich swoich produktów – dodaje Grzegorz Rykaczewski, analityk sektorowy Santander Bank Polska

Ponad 2 mld euro nadwyżki w handlu z Wielką Brytanią

Nasz kraj ma znaczącą nadwyżkę w wymianie towarowej artykułami rolno-spożywczymi z Wielką Brytanią. Ostatnie pełne dane za cały rok, pochodzące z 2019 roku, pokazują, że wartość eksportu z Polski na Wyspy osiągnęła 2 807 mln euro, przy brytyjskiej sprzedaży do Polski na poziomie 667 mln euro. Nadwyżka wyniosła więc aż 2 140 mln euro. Ale Polska pozostaje również dla Wielkiej Brytanii ciekawym rynkiem zbytu, można zaobserwować wzrost popytu m.in. na importowane alkohole, słodycze, czy też karmy i pasze dla zwierząt.

„Polska jest dziesiątym najważniejszym rynkiem dla Wielkiej Brytanii pod względem eksportu żywności i napojów.  W III kwartale 2020 roku, spośród 20 największych partnerów handlowych Polska była jedynym krajem z Unii Europejskiej, który zwiększał swoje obroty handlowe z Wielką Brytanią, co wskazuje na rosnący popyt także na brytyjskie towary. Teraz, gdy podpisana została Umowa o handlu i współpracy między UE a Wielką Brytanią, należy spodziewać się silnego rozwoju współpracy i handlu między przedstawicielami poszczególnych branż w obu krajach – mówi Nicola Thomas, Dyrektor Brytyjskiego Stowarzyszenia Eksporterów Żywności i Napojów.

Polscy eksporterzy, którzy chcą rozwijać swój biznes w Wielkiej Brytanii mogą liczyć na wsparcie instytucji finansowych działających zarówno na rynku lokalnym jak i w Zjednoczonym Królestwie.  Zwłaszcza teraz, gdy procedury handlowe na tamtejszym rynku uległy zmianie i wymagają dodatkowego zaangażowania. Takiej pomocy udziela m.in. Santander Bank Polska, który może wspierać eksporterów i importerów korzystając z międzynarodowej współpracy w ramach całej Grupy Santander. Dzięki temu przedsiębiorcy łatwiej otworzą rachunek w Wielkiej Brytanii, załatwią formalności związane z kontem, transferami środków czy uzyskają asystę w formalnościach związanych z pozyskaniem finansowania na działalność zagraniczną. Korzystając z onlinowej platformy tradingowej „Santander Trade Club” polscy eksporterzy mogą też znaleźć wiarygodnych, zweryfikowanych już przez bank partnerów handlowych w Wielkiej Brytanii, a także korzystać z unikalnych raportów i bieżących analiz rynkowych.

Eksperci Santander Bank Polska dzielą się też wiedzą na specjalnych dyżurach dla eksporterów i przedsiębiorców handlujących z Wielką Brytanią, które organizuje Brytyjsko-Polska Izba Handlowa (BPCC). Tematyka poruszana podczas tych sesji jest bardzo szeroka, od kwestii podatkowych, logistycznych, przez cła i niezbędne certyfikaty, aż po przepływ pracowników. Sesja z przedstawicielami Santander Bank Polska odbędzie się dnia 02.02.2021 w godzinach od 13:00-15:00. i będzie poświęcona tematyce finansowania handlu, należności, zobowiązań w kontekście międzynarodowym, a także otwierania rachunków bankowych w UK (podmioty polskie) / w PL (podmioty z UK).

Rejestracja na wydarzenie odbywa się poprzez wysłanie maila na: [email protected]

Dodatkowo, przedsiębiorcy zainteresowani udziałem w bezpłatnym webinarze z ekspertami Santander „BREXIT – wymiana handlowa z UE w nowej rzeczywistości”, który odbędzie się 27 stycznia 2021 r., godz. 10:30 – 12:30,  mogą rejestrować się na wydarzenie na stronie: https://go.pardot.santander.co.uk/eubrexitevent

Ranking kredytów gotówkowych – na jakie parametry kredytu zwrócić uwagę ?

Kredyty gotówkowe cieszą się ogromną popularnością – dzięki nim można zrealizować swoje marzenia. Każdy bank ma w swojej ofercie tego typu kredyt, ale bardzo często oferta ofercie nie jest równa.

Kredyty gotówkowe to bazowe produkty banków dedykowane najczęściej dla klientów indywidualnych. Wyróżnia je to, że co do zasady nie trzeba deklarować we wniosku, na co zostaną przeznaczone środki wypłacone w ramach kredytu. Dowolność wykorzystania tych pieniędzy sprawia, że klienci nie są stawiani w kłopotliwej sytuacji i nie muszą się tłumaczyć z tego, w jaki sposób wydadzą pieniądze, które i tak muszą zwrócić w ratach. Składanie wniosku o kredyt gotówkowy nie jest czynnością skomplikowaną, przy czym trzeba liczyć się z tym, że osoby zainteresowane takim kredytem muszą wykazać się zdolnością kredytową i brakiem negatywnych wpisów w BIK oraz w rejestrach dłużników.

Kredyt na oświadczenie czy na zaświadczenie o zarobkach?

Nowoczesne banki ułatwiają swoim klientom wnioskowanie o kredyt gotówkowy. Rezygnują z procedur, które zabierają mnóstwo czasu. W zasadzie jeśli klient składa wniosek przez internet, to wstępną decyzję kredytową może otrzymać w ciągu kilku minut. Można również wnioskować o kredyt przez telefon (po zostawieniu danych kontaktowych oddzwania konsultant reprezentujący bank). W zależności od polityki banku kredyt gotówkowy na oświadczenie o dochodach można otrzymać nawet i w kwocie 40000 zł. Powyżej tej kwoty można spodziewać się, że bank będzie domagać się wyciągów bankowych lub innych dokumentów potwierdzających wysokość dochodów. Chodzi o to, by można było cieszyć się kredytem w sposób odpowiedzialny – każdy kto decyduje się na kredyt gotówkowy musi mieć świadomość, że każdego miesiąca przez ileś lat ma obowiązek spłaty rat. 

Która oferta kredytu gotówkowego może okazać się najkorzystniejsza?

Banki mogą zmieniać oferty, mogą wprowadzać promocje – dlatego każdemu, kto zastanawia się nad kredytem gotówkowym, przyda się porównywarka kredytów  – bankier.pl/smart. Wyszukiwanie oferty wymaga podania kwoty kredytu i okresu spłaty w miesiącach. Trzeba wiedzieć, że najistotniejsze jest sprawdzenie takich parametrów jak RRSO (im niższe, tym tańszy kredyt), kosztu kredytu, czasu spłaty. Dobrze jest wiedzieć czy można będzie skorzystać z wakacji kredytowych, z przedłużenia terminu spłaty kredytu lub z wcześniejszej spłaty (częściowej lub całkowitej) – i na jakich zasadach. Warto jest również sprawdzić ubezpieczenie kredytu na wypadek utraty pracy czy innych zdarzeń losowych. Najlepszy kredyt gotówkowy to taki, który generuje najniższe koszty i zapewnia elastyczne warunki współpracy z bankiem. 

Co jeśli nie uda się otrzymać kredytu gotówkowego?

Alternatywą dla gotówkowych kredytów bankowych są pożyczki ratalne, dostępne dla każdego przez internet. Sektor pożyczek pozabankowych proponuje dla swoich klientów sporo rozwiązań – każdy może wybrać pożyczkę idealną dla siebie. W wyborze najlepszej oferty pomocny jest ranking pożyczek na raty. Można wnioskować o kwoty porównywalne w bankach, a procedura jest bardzo prosta. W większości przypadków dla instytucji pożyczającej pieniądze wystarczające będzie sprawdzenie baz takich jak BIK czy rejestry dłużników. W niektórych przypadkach pożyczkodawca może poprosić o udokumentowanie źródeł dochodów. Procedura wnioskowania i udzielania pożyczki odbywa się w 100% online. 

Leasing najbardziej istotny, rośnie znaczenie dotacji

Jak wynika z badania Komisji Europejskiej (SAFE 2020), leasing pozostaje najbardziej istotnym źródłem finansowania dla polskich firm z sektora MŚP. Drugim najczęściej wskazywanym instrumentem jest linia kredytowa, a trzecim – dotacje. Wśród najważniejszych problemów z jakimi zmagają się przedsiębiorcy, wymieniane są kwestie kadrowe, regulacyjne i inne problemyw tym problemy związane ze skutkami pandemii COVID-19.

63% polskich przedsiębiorców uznaje leasing za najbardziej istotne źródło finansowania działalności[1]. Na drugim miejscu znalazła się linia kredytowa, która jest ważna dla ponad połowy firm MŚP (55%), podczas gdy na trzecie miejsce (z piątego) awansowały dotacje (49%). Takie wnioski płyną z badania SAFE, zrealizowanego przez Komisję Europejską we wszystkich krajach Unii Europejskiej, w drugiej połowie 2020 roku.finansowanie MSP

Dla europejskich firm z sektora MŚP w 2020r. najbardziej istotnymi źródłami zewnętrznego finansowania były natomiast linie kredytowe (ważne dla 50% firm), kredyty bankowe (istotne dla 48% europejskich MŚP) i leasing (wskazywany przez 45% europejskich firm).

Mimo trudnej sytuacji w gospodarce i mniejszej liczby inwestycji, 63 proc. polskich  przedsiębiorców uznaje leasing za najbardziej istotne źródło finansowania i rozważa skorzystanie z niego w przyszłości. Podobnie myślą przedsiębiorcy prowadzący działalność w Finlandii (63%) i Estonii (62%), przy pozytywnej ocenie tego instrumentu w całej Europie. W krajach UE średnio 45% firm wytypowało leasing jako najbardziej istotne źródło finansowania. Podobną ocenę otrzymały dotacje (44 proc. wskazań). Wzrost znaczenia dotacji w ciągu ostatniego roku nie dziwi, biorąc pod uwagę kryzys gospodarczy wywołany przez pandemię COVID-19 i rosnące oczekiwania firm w zakresie instrumentów pomocowych. Nas – jako przedstawicieli branży leasingowej – cieszy utrzymujące się zaufanie, jakim przedsiębiorcy obdarzają leasing. Jako branża jesteśmy gotowi na to, aby wspierać firmy w ich kolejnych inwestycjach – podkreśla Paweł Pach, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu.

Najważniejsze problemy MŚP

problemy MSP
Źródło: Komisja Europejska, Survey on the access to finance of enterprises (SAFE). 2020

Dostęp do finansowania od kliku lat nie jest już problemem dla firm z sektora MŚP. W 2020r. na taki problem wskazało tylko 8% polskich firm. Wśród kwestii najbardziej problematycznych były wymieniane: pozyskanie wykwalifikowanej kadry (19 proc. wskazań), kwestie regulacyjne (18 proc.) czy inne problemy (w tym te związane z pandemią COVID-19). W ostatnim badaniu realizowanym przez Komisję Europejską w 2020r. takiej odpowiedzi udzieliło 16% badanych, podczas gdy rok wcześniej zaledwie 9 proc. badanych firm w Polsce.

Do pierwszej trójki problemów wymienianych przez europejskich przedsiębiorców w 2020r. trafiły: pozyskiwanie klientów (21%), pozyskiwanie wykwalifikowanej kadry (19%) i inne problemy, w tym problemy związane z pandemią COVID-19 (18%).

[1] Źródło: Komisja Europejska, Survey on the access to finance of enterprises (SAFE). 2020

Barometr COVID-19: 43 proc. firm w Polsce spodziewa się powrotu koniunktury jeszcze w tym roku

Najnowsza, szósta już edycja Barometru COVID-19, zrealizowana przez EFL pod koniec ubiegłego roku, pokazuje światełko w tunelu i ocieplenie nastrojów. 34,5 proc. mikro, małych i średnich firm ocenia, że w ciągu najbliższych 6 miesięcy kondycja w ich branży poprawi się – to najwyższy wynik od początku realizacji badania (we wrześniu ub.r. uważało tak tylko 13 proc.). Co więcej, 43 proc. MŚP liczy na powrót koniunktury jeszcze w tym roku, podczas gdy kwartał wcześniej uważało tak 24 proc. zapytanych. Biorąc pod uwagę wielkość biznesów, największy optymizm panuje wśród przedstawicieli firm średnich, a  najmniejszych wśród mikro.

– Szósta już edycja naszego covidowego pomiaru nastrojów w sektorze MŚP pokazuje, że walka z przeciwnikiem nadal trwa, a rozmiar i liczba ciosów rosną. Jednak widać w światełko  w tunelu, gdyż grupa firm, które z większym optymizmem patrzą na najbliższe miesiące, jest większa niż miało to miejsce w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Zasadne jednak wydaje się pytanie, czy lekka poprawa nastrojów to efekt lepszych prognoz na nowy rok – zamykamy to, co było, i zaczynamy od nowa z lepszym nastawieniem. Czy jednak rzeczywiście coraz więcej instytucji stoczyło już jedenaście rund, a do wygranej brakuje im już tylko tej jednej. Mam nadzieję, że ten pozytywny obraz ujrzymy w kolejnym pomiarze na II kwartał – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Optymistycznym krokiem w nowy rok

EFL w badaniu Barometr COVID-19 po raz szósty zapytał przedsiębiorców z sektora MŚP, czy w kontekście kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa, sytuacja w ich branży w ciągu najbliższych 6 miesięcy poprawi się, pogorszy czy pozostanie bez zmian. W porównaniu z pomiarem na IV kwartał 2020 roku (realizowanym pod koniec września 2020 roku) widoczny jest większy optymizm. 34,5 proc. przedsiębiorców ocenia, że sytuacja się poprawi, 30 proc., że pozostanie bez zmian, a co czwarty zapytany jest zdania, że się pogorszy.

Biorąc pod uwagę wielkość biznesów, największy optymizm panuje wśród przedstawicieli firm średnich. 44 proc. z nich uważa, że sytuacja się poprawi w najbliższym półroczu, a jedynie 8 proc., że się pogorszy. W firmach mikro i małych wielkość grupy optymistów i pesymistów są podobne. ocena jest podobna. Poprawę zwiastuje 31,5 proc. mikro i 32,5 proc. małych przedsiębiorstw, podczas gdy o pogorszeniu mówi odpowiednio 27 proc. i 29 proc. firm.

A kiedy zdaniem przedstawicieli MŚP nastąpi powrót koniunktury w Polsce? W grudniu 2020 roku najwięcej firm oceniło, że stanie się to jeszcze w tym (2021) roku (43 proc.). Jest to niemal dwukrotnie wyższy wynik niż kwartał wcześniej, kiedy uważało tak 24 proc. przedstawicieli MŚP. Co trzeci zapytany spodziewa się powrotu koniunktury w ciągu 2-3 lat (34 proc.), w poprzednim pomiarze tego zdania było aż 53 proc. firm. Ponadto, niemal dwa razy mniej liczna jest grupa podmiotów, które sądzą, że koniunktura nie powróci w najbliższych latach (11 proc., we wrześniu 20 proc.).

Powoli topnieją negatywne opinie

Wpływ pandemii koronawirusa na MŚP jest nadal oceniany przede wszystkim jako negatywny, choć optymistów jest nieco więcej niż kwartał wcześniej. Nieco ponad połowa (52 proc.) uznaje, że COVID-19 ma niekorzystny wpływ na ich sektor, podczas gdy w pomiarze na IV kwartał taką opinię wyraziło 61 proc. zapytanych. Z badania na badanie rośnie również odsetek tych podmiotów, którzy uważają koronawirus za neutralny biznesowo – obecnie 38 proc., w IV kwartale 2020 – 35 proc., w III kwartale 2020 – 30 proc.

Biorąc pod uwagę wielkość firm, zmian „niekorzystnych” spodziewają się przede wszystkim przedstawiciele najmniejszych firm zatrudniających do 9 pracowników. Aż 7 na 10 ocenia ten wpływ jako niekorzystny. W firmach średnich jest zdecydowanie lepiej – tak uważa co czwarty zapytany. I to w firmach średnich jest największy odsetek optymistów (17 proc.), podczas gdy w mikro – tylko 3,5 proc. a małych 10 proc.

***

Barometr COVID-19 to dodatkowe badanie towarzyszące Barometrowi EFL, zapoczątkowane w marcu 2020 roku w celu diagnozy wpływu pandemii koronawirusa na przedsiębiorstwa z sektora MŚP. Badanie jest realizowane co miesiąc.

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm.

Pierwsza edycja badania Barometr COVID-19 odbyła się w dniach 17 marca-1 kwietnia 2020 roku. Druga edycja została przeprowadzana w dniach 20-30 kwietnia 2020 roku. Trzecia edycja, odbyła się w dniach 18-30 maja 2020 roku. Czwarta edycja została zrealizowana w dniach 22 czerwca – 6 lipca 2020 roku. Piąta edycja odbyła się w dniach 14-28 września 2020 roku. Aktualna edycja została zrealizowana od 2 do 18 grudnia 2020 roku.

Ponad 5 mld euro zainwestowano w Polsce w nieruchomości komercyjne

Wartość transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce w 2020 roku wyniosła 5,29 mld euro, podała firma doradcza Savills. Rynek inwestycyjny zdominował sektor magazynowy, który odpowiadał za połowę całkowitego wolumenu i po raz pierwszy w historii okazał się bardziej pożądaną klasą aktywów od nieruchomości biurowych i handlowych.

Ostatni kwartał w roku przyjęło się traktować jako okres, w którym aktywność inwestorów na rynku nieruchomości komercyjnych jest największa. Zgodnie z danymi Savills, w 2020 r. najwyższą wartość transakcji (ok. 1,7 mld euro) odnotowano jednak w pierwszym kwartale, kiedy pandemia koronawirusa nie była jeszcze w Europie tak odczuwalna. W czwartym kwartale zainwestowano 1,26 mld euro, co jest wynikiem znacznie niższym, niż średnia z ostatnich pięciu lat dla tego okresu i dwuipółkrotnie niższym, niż wolumen odnotowany w czwartym kwartale w, rekordowym dla polskiego rynku inwestycyjnego, 2019 roku. Całoroczny wolumen w 2020 r. odnotował spadek o 32% rdr.

„Ograniczenia związane z pandemią wywarły bez wątpienia negatywny wpływ na rynek nieruchomości. W wyniku dużej niepewności i strategii wyczekiwania, jaka dominowała wśród inwestorów, spadki wartości transakcji były nieuniknione. W odróżnieniu od poprzedniego kryzysu finansowego obserwowanego po upadku banku Lehman Brothers, w okres pandemii Polska wkroczyła już jako dużo dojrzalszy rynek. Podobnie jak w 2019 roku, tuż przed pandemią, również wówczas, w rok poprzedzający kryzys finansowy, rynek odnotował rekordową wartość inwestycji w nieruchomości. Spektakularny na tamte czasy wolumen z 2006 roku był jednak niższy, niż ten, którym zakończył się, tak trudny przecież, 2020 rok. Pandemia spowolniła zatem znacząco rynek nieruchomości, ale zdecydowanie go nie zatrzymała” – mówi Tomasz Buras, CEO Savills w Polsce.

Aż 2,61 mld euro zainwestowane w magazyny w 2020 r. to absolutny rekord dla tego sektora (49,4% całorocznego wolumenu, wzrost o 65% rdr.). Na wynik ten w dużej mierze złożyły się transakcje portfelowe, w tym przejęcie aktywów firmy Goodman przez GLP, czy transakcja sprzedaży pięciu obiektów magazynowych (280 000 m kw.), których deweloperem było Panattoni Europe, a nowym właścicielem został inwestor z Azji reprezentowany przez Savills Investment Management. Popytowi na magazyny sprzyjało przyśpieszenie w sektorze e-commerce i wynikająca z niego względna odporność obiektów logistycznych na spowolnienie gospodarcze wywołane pandemią.

„Polska, w wyniku swojej strategicznej lokalizacji w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku, staje się również pierwszym przystankiem dla chińskich inwestorów zainteresowanych wejściem na niemiecki czy brytyjski rynek nieruchomości. Tak silny popyt na tę klasę aktywów może w tym roku doprowadzić do zrównywania się stóp kapitalizacji dla najlepszych obiektów biurowych i magazynowych. Wysoka podaż wywrze z kolei presję na ceny gruntów, które mogą wzrosnąć do niespotykanych dotąd poziomów, a silny popyt na rynku najmu powierzchni magazynowych być może stworzy podwaliny pod wzrosty czynszów w średniej i dłuższej perspektywie” – mówi Tomasz Buras.

Jak podaje Savills, wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze biurowym w 2020 r. wyniosła 1,98 mld euro (37,5% całorocznego wolumenu i spadek o 48% rdr.). W ciągu minionych 12 miesięcy właściciela zmieniły m.in. takie obiekty jak Lixa, T-Mobile Office Park, Wola Center i Prosta Office Tower w Warszawie czy Equal Business Park w Krakowie. Nieruchomości handlowe odpowiadały za ok. 12,5% transakcji (0,66 mld euro). W miejsce galerii handlowych, które borykają się z ograniczeniami związanymi z lockdownem, na radarze inwestorów znalazły się parki handlowe w miastach średniej wielkości i obiekty dedykowane zakupom pierwszej potrzeby, zwłaszcza spożywczym.

„Wbrew obawom i powszechnym odczuciom, których źródła należy upatrywać we wciąż dominującej w wielu firmach pracy zdalnej, rynek nieruchomości biurowych nie ucierpiał tak znacząco, jak mogłoby się wydawać. Na koniec roku w Warszawie odnotowano pustostany na poziomie 9,9%, co oznacza wzrost o 2,1 punktu procentowego w stosunku do 2019 roku, ale wciąż jest to wynik dużo niższy od wakatów, które obserwowano w stolicy w latach 2014-2016, kiedy przez warszawski rynek biurowy przechodziła mocna fala podażowa. Pomimo pandemii wciąż zawierane były transakcje najmu powierzchni biurowych, w tym jedna spektakularna, która okazała się rekordowa dla polskiego rynku. W 2021 r. może to dać inwestorom komfort do powrotu do lokowania kapitału w tym sektorze” – dodaje Tomasz Buras.

W 2020 r. mieliśmy do czynienia ze zwiększoną aktywnością inwestorów w segmencie apartamentów na instytucjonalny wynajem (PRS). Rynek ten w Polsce znajduje się dopiero na początkowym etapie rozwoju, podczas, gdy np. w Niemczech czy krajach nordyckich to właśnie living sector zajmuje czołowe pozycje pod względem zainwestowanego kapitału, deklasując często nawet biura i magazyny. Brak produktu dostępnego na sprzedaż wpływa na strukturę transakcji, które są zawierane na etapie finansowania inwestycji deweloperskich i rozpoczynania budowy. Przykładem takiej umowy jest współpraca pomiędzy Eiffage Immobilier Polska i Heimstaden Bostad, przy której doradzała firma Savills. W ramach niej w Warszawie powstanie 640 mieszkań na wynajem instytucjonalny w ramach dwóch projektów. Według Savills rosnąca niepewność na rynku mieszkaniowym sprawia, że więcej deweloperów decyduje się na sprzedaż wybranych projektów inwestorom instytucjonalnym. Dodatkowo analitycy z Savills zwracają uwagę na to, że pomimo zamkniętych uniwersytetów, zainteresowanie inwestorów prywatnymi akademikami nie słabnie.

„Na rynku wciąż dostępna jest duża ilość kapitału, który inwestorzy chcą ulokować w nieruchomości. Pomimo rozpoczętego programu szczepień przeciwko Covid-19, wobec czasu potrzebnego na objęcie nim znacznej części społeczeństwa i wciąż dużej liczby zachorowań, wskazane jest zachowanie ostrożności odnośnie krótkoterminowych prognoz. Biorąc pod uwagę strukturę inwestorów na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce, w której ponad 90% stanowią zagraniczne podmioty, czynnikiem niesprzyjającym powrotowi do normalności są również utrzymujące się ograniczenia w podróżowaniu. Pierwszych odczuwalnych oznak większego ożywienia będzie się można zapewne spodziewać w drugiej połowie roku. W dłuższej perspektywie nieruchomości zachowają status jednych z najbardziej pożądanych aktywów inwestycyjnych. Polska, dołączając powoli do grona europejskich liderów rynku magazynowego oraz dzięki olbrzymiemu potencjałowi rodzącego się ryku najmu instytucjonalnego mieszkań, z pewnością nadal budzić będzie duże zainteresowanie inwestorów” – podsumowuje Tomasz Buras z Savills.

Risk-off. Powiew niepewności

W poniedziałek na rynek wkradła się nerwowość związana z  terminem wprowadzenia pakietu fiskalnego w Stanach Zjednoczonych. Dodatkowo na sentymencie ciążyły gorsze dane dotyczące niemieckiej gospodarki (Ifo).  Wczoraj na początku sesji traciły wszystkie indeksy z Wall Street. Ostatecznie S&P500 zamknął się nad kreską z wynikiem +0,36 proc a technologiczny NASDAQ urósł + 0,87 proc. Zdecydowanie gorzej poradziła sobie Europa. We Frankfurcie spadki pogłębiły się w godzinach popołudniowych. Kolor czerwony był dominujący. DAX na zamknięciu pokazywał wynik -1,66 proc. W trybie risk-off jest już normą, że zyskuje dolar amerykański. Główna para walutowa odpadła od 1,2180 i zmierza obecnie w kierunku 1,2060.

W ostatnim czasie rynki znajdowały się w lekkim letargu. Ze wszystkich stron mieliśmy napływ optymistycznych informacji. Pakiet fiskalny w USA, trwający proces szczepienia ludności przeciw COVID-19 oraz stosunkowo dobre twarde dane z gospodarek – głównie płynące z sektora przemysłowego. Dodatkowo rynek cały czas ma z tyłu głowy, że ultra-luźna polityka monetarna prowadzona przez banki centralne będzie trwać jeszcze przez dłuższy czas. Tematy te jednak były niewystarczające do tego, by wygenerować kolejny mocniejszy ruch na północ. Wystarczyła jedna gorsza informacja aby wprowadzić lekki popłoch wśród inwestorów. Być może rynek do tej pory podchodził do wszystkiego nazbyt optymistycznie (mam na myśli dostępność szczepionki oraz kontrolę nad pandemią na poziomie globalnym) a wczoraj przyszedł czas na refleksję?

Nie należy zapominać, że program szczepień postępuje znacznie wolniej w wielu krajach, niż wcześniej planowano. Ponadto nie jest pewne w jakim stopniu szczepionki są skuteczne przeciwko nowym (prawdopodobnie bardziej niebezpiecznym) mutacjom wirusa. W tym momencie nie mówi się już o złagodzeniu restrykcji. Coraz częściej kraje przedłużają obostrzenia. Stany Zjednoczone ponownie wprowadzają ograniczenia w podróżowaniu a Izrael całkowicie zamknął swoje granice.

Dodatkowo negatywnym zapalnikiem okazała się wypowiedź lidera Demokratów w Senacie  Chucka Schumera, który stwierdził, że prezydent Biden będzie starał się przeprowadzić proces legislacyjny w drodze rekoncyliacji budżetu. Schumer dodatkowo podkreślił, że wprowadzenie pakietu stymulacyjnego w życie zostanie zapoczątkowane nie wcześniej niż w połowie marca. Sam początek sesji na Wall Street wydawał się być dobry. NASDAQ zdążył wyznaczyć kolejny historyczny szczyt jednak chwilę później nastąpiła dynamiczna wyprzedaż. Ostatecznie amerykańskie indeksy skończyły dzień lekko ponad kreską lub tuż poniżej. Mieszane nastroje mogą się przedłużyć. Z  pozytywnych rzeczy z obszaru polityki należy wymienić akceptację Senatu nominacji Janet Yellen na sekretarza skarbu w administracji Bidena.

Wczoraj poznaliśmy odczyt niemieckiego indeksu Ifo. Wynik wskaźnika ostudził nastroje na rynkach. Był bowiem poniżej rynkowych oczekiwań i wskazał najniższy poziom od czerwca. Publikujący wskaźnik Instytut Badań nad Gospodarką podkreślił, że niemiecka gospodarka początek roku rozpoczyna z ograniczoną pewnością. Stan przemysłu jest pozytywny jednak sektor detaliczny przeżywa trudny okres. Na głównej parze walutowej EUR/USD podczas publikacji pojawiła się większa zmienność. Euro straciło w relacji do „zielonego” w pierwszym momencie ok 30 pkt. Spadki z godziny na godzinę jednak pogłębiały się. Aktualnie kurs odbił od poziomu 1,2100. Z dużym prawdopodobieństwem można oczekiwać w najbliższej przyszłości testu obszaru 1,2055, gdzie wypada dołek z 18 stycznia. Jego przełamanie otworzy notowaniom drogę do kluczowego wsparcia 1,1950 – 1,2000.

Z polskiego podwórka poznaliśmy interesujące dane. Produkcja przemysłowa w grudniu wzrosła o 11,2 proc. w relacji rok do roku. Oczekiwania były ustawione na poziomie 8,9 proc. r/r a prognoza TMS Brokers oscylowała wokół 11,5 proc.  Miesiąc do miesiąca sektor wypadł gorzej o 4,4 proc. Wg danych GUS przemysł wzrósł w 28 oddziałach spośród 34.  Poprawę produkcji sprzedanej zanotowano m.in. w produkcji komputerów, wyrobów elektronicznych, optycznych oraz urządzeń elektrycznych. Spadki w produkcji objęły m.in. sprzęt transportowy, koks czy produkty rafinacji ropy naftowej. Reakcja złotego była symboliczna. EUR/PLN był handlowany wczoraj w przedziale 4,5438 a 4,53. Aktualnie notowania urosły do poziomu 4,5520. Złoty jest najsłabszy w relacji do wspólnej waluty od początku stycznia.

Łukasz Zembik, Kierownik Departamentu Analiz TMS

Cyfryzacja opanowuje biznes, ale brakuje specjalistów i pieniędzy

Pandemia zatrzymała świat, ale konsumenci szybko przenieśli do Internetu. To tam rozmawiają, kupują, organizują życie, załatwiają formalności. Biznes już wie, że albo będzie online, albo nie będzie go wcale. Podmioty, które już istniały przechodzą transformację cyfrową w przyspieszonym tempie. Ci, którzy dopiero stawiają biznes od razu wchodzą w online. Zapotrzebowanie na specjalistów IT, fachowców od cyberbezpieczeństwa i rozwiązań chmurowych rośnie lawinowo. Tylko skąd ich wziąć skoro stawki za ich pracę też rosną, a na ekspertów czeka się miesiącami. Z oficjalnych szacunków UE wynika, że jeszcze przed pandemią deficyt programistów w całej Unii wynosił 600 tys. Ograniczony dostęp do specjalistów IT to niejedyny problem biznesu, który chce, a wręcz musi iść z duchem czasu. Takich wyzwań jest znacznie więcej.

Z najnowszego raportu “E-commerce i fintechy. System naczyń połączonych” wynika, że już
2/3 Europejczyków korzysta z zakupów w sieci częściej niż przed pandemią. Duża część konsumentów, którzy zaczęli kupować online podczas pandemii, twierdzi, że będzie kontynuować ten zwyczaj także po jej ustaniu. Robienie zakupów spożywczych, odzieżowych, czy aptecznych to nie wszystko. W sieci na coraz większą skalę działają firmy pożyczkowe, leasingowe, ubezpieczeniowe, szkoleniowe, biura podróży, domy kultury, a nawet salony fitness. To w Internecie uczymy się angielskiego, rozmawiamy z lekarzami, oglądamy spektakle i koncerty. Dziwne? Może tak, ale na razie konieczne.

– Transformacja cyfrowa trwa w najlepsze już od jakiegoś czasu, ale pandemia przyspieszyła ten proces. Konsumenci potrzebują szybkich, prostych i sprawdzonych rozwiązań, chcą mieć natychmiastowy kontakt z obsługą, a przede wszystkim zależy im na tym, by dany proces był jak najmniej skomplikowany i zajmował jak najmniejszą ilość czasu. Tym zmianom sprzyja rozwój nowych technologii – mówi Karol Dziasek, Dyrektor Zarządzający Self Learning Solutions. Po latach pracy w branży finansowej zbudował firmę, która pomaga firmom w procesie cyfryzacji, optymalizacji procesów i obniżaniu kosztów. – Z naszych rozwiązań może korzystać każdy biznes: sklep internetowy, firma pożyczkowa, leasingowa, windykacyjna, czy bank. Weźmy na przykład firmę pożyczkową i proces oceny ryzyka klienta, od momentu gdy konsument klika online „weź pożyczkę”, po jego weryfikację w Biurach Informacji Gospodarczej, poprzez wyliczenia dotyczące zdolności kredytowej oraz decyzję związaną z przyznaniem finansowania. Wszystko to może być oparte na siniku, a taka firma pożyczkowa nie potrzebuje pracowników IT i programistów, by zarządzać tym procesem lub wprowadzać w nim jakiekolwiek zmiany. Analityk może to zrobić samodzielnie i nie musi uczyć się programowania i kodów. Przesuwa po prostu bloki, które już tam są. To duża oszczędność czasu i pieniędzy – dodaje Karol Dziasek.

Pracownik IT (nie) potrzebny od zaraz

Pandemia zwiększyła popyt na produkty i usługi IT. Eksperci prognozują, że można oczekiwać dalszego wzrostu wydatków na transformację cyfrową w głównych sektorach gospodarki – handlu, przemyśle i obszarach usługowych. Od lipca do listopada 2020 r. liczba ogłoszeń w serwisie rekrutacyjnym Pracuj.pl powiększyła się w branży IT o 10 proc. w stosunku do 2019 roku. Pracodawcy szukali głównie deweloperów IT, fachowców od cyberbezpieczeństwa i rozwiązań chmurowych. Specjaliści od rozwoju oprogramowanie także nie mogli narzekać na brak ofert. Podobnie jak ci od aplikacji mobilnych i analizy danych. Według danych firmy Devire podczas pandemii średni wzrost wynagrodzeń w branży IT wynosi 5-10 proc. Co ciekawe, aż 43 proc. specjalistów IT jest spokojnych o swoje zatrudnienie i nie szuka aktywnie pracy. Co czwarty ankietowany informatyk otrzymał w czasie lockdownu podwyżkę. Jeszcze przed koronawirusem deficyt programistów w Polsce szacowany jest był 50 tys. a w całej Unii Europejskiej na 600 tys. – tak wynika z danych Komisji Europejskiej. To właśnie dlatego kluczowe są rozwiązania, które umożliwią cyfryzację i optymalizację procesów bez angażowania rzeszy specjalistów IT oraz ponoszenia kosztów z tego tytułu.

W czym może pomóc silnik decyzyjny?

Coraz częściej mówi się, że silniki decyzyjne, czyli zaawansowane rozwiązania informatyczne, które podejmują decyzję na podstawie zdefiniowanych algorytmów będą napędzać biznes. – Warto pamiętać, że silniki decyzyjne są wszechstronne, bo można na nich oprzeć każdy proces, ale są tylko częścią wielkiego projektu pod nazwą „cyfryzacja”. Każda firma powinna dobrać narzędzia cyfryzacji do swoich możliwości i branży. Zresztą cyfryzacja dotyczy nie tylko otoczenia zewnętrznego danej organizacji a więc tego co i w jaki sposób oferuje klientom, ale można ją odnieść również do otoczenia wewnętrznego. Wiele firm musi zacząć digitalizację od wewnątrz – mówi Karol Dziasek, CEO Self Learning Solutions.

Silnik decyzyjny jest potrzebny niemalże każdej firmie, która działa online. Nawet bankom, w których dużą rolę, podczas udzielania kredytów grają analitycy. Silnik decyzyjny może sam realizować proces weryfikowania klienta, pytania o jego historię kredytową w BIK, BIG, czy ERIF, analizowania szeregu danych i wyciągania wniosków. Rola analityków może być w tym wypadku ograniczona. Silnik taki jak SLS Platform potrafi śledzić, weryfikować i uczyć się na decyzjach podejmowanych przez analityków a w konsekwencji sam podjąć najtrafniejszą decyzję. Trochę tak jak w samochodzie autonomicznym, ale tutaj mówimy o autonomicznych procesach finansowych. Oczywiście taki proces można ułożyć pod własne potrzeby, umieścić różne modele, składowe i bloki. Kiedyś takie bloki były zapisywane w formie kodu, a kod był tworzony przez programistę. Każda zmiana takiego kodu wymagała czasu, pracy informatyka, jak również przetestowania i wdrożenia. Dziś można dostać gotowe rozwiązanie i samodzielnie nim zarządzać.

Największą zaletą digitalizacji i samych silników decyzyjnych, które stanowią jedno z narzędzi w tym procesie, jest to, że ich stosowanie pozwala obniżać koszty, skracać procedury i uniezależniać się od błędów ludzkich.

PayU będzie oferować płatności odroczone z Twisto

  • Twisto, fintech oferujący płatności odroczone omnichannel, podpisał umowę z PayU, liderem płatności online w Polsce.
  • Dzięki temu z płatności odroczonych od Twisto będą mogli skorzystać klienci tysięcy sklepów internetowych, udostępniających system płatności PayU w Polsce. 
  • Rozwiązanie będzie dostępne dla e-sklepów w ciągu kilku najbliższych tygodni.  

Twisto, fintech oferujący płatności odroczone, i PayU, lider płatności online w Polsce współpracujący z największymi markami e-commerce w kraju, zawarły umowę o współpracy. Dzięki temu w ciągu kilku najbliższych tygodni płatności odroczone z Twisto, w ramach platformy PayU Płacę Później, staną się dostępne dla klientów tysięcy sklepów internetowych w Polsce, korzystających z systemu PayU. Kupujący zyskają tym samym możliwość darmowego przesunięcia płatności nawet do 45 dni (do 21 dni bez rejestracji, tj.: bez zakładania konta Twisto).

Wdrożenie Twisto do portfela metod płatności oferowanych przez PayU jest wynikiem konsekwentnej realizacji naszej strategii rozwoju portfolia produktów z zakresu consumer finance, oferowanych we współpracy zarówno z partnerami bankowymi, jak i najlepszymi na rynku fintechami. Jest to uzupełnienie naszej oferty dla merchantów oraz naszych wspólnych klientów, czyli kupujących, których w każdym miesiącu jest kilka milionów. Wspólnie z Twisto pracujemy nad tym, aby udostępnić płatności odroczone naszym sklepom partnerskim w ciągu najbliższych tygodni – mówi Martyna Szczepaniak, Head of Consumer Credit w PayU.

Udostępnienie płatności odroczonych od Twisto w bramce płatniczej PayU na polskim rynku to rozszerzenie dotychczasowej współpracy obu firm. Od lutego 2020 r. PayU udostępnia Twisto jako jedną z metod płatności w sklepach internetowych w Czechach.

Kolejny etap współpracy z PayU to bardzo ważny krok w budowaniu przez Twisto pozycji lidera odroczonych płatności w Polsce i regionie CE. Dlatego jesteśmy idealnym rozwiązaniem także dla sklepów, które planują międzynarodową ekspansję. Istotnie powiększamy bazę sklepów partnerskich, stając się numerem jeden pod względem liczby sklepów akceptantów na naszym rynku – mówi Adam Miziołek, country manager Twisto.

Nawiązanie współpracy z PayU to dobra wiadomość również dla sprzedających – uzyskają oni proste narzędzie m.in. do powiększania koszyka zakupowego klienta, który będzie mógł pozwolić sobie na droższe zakupy. Tym samym zmniejszy się liczba osób rezygnujących z finalizacji zamówienia ze względu na ograniczenia finansowe – dodaje Adam Miziołek, z Twisto.

Korzyści dla kupujących

Z badania „Gemius 2020” wynika, że 43 proc. badanych wstrzymuje się przed zakupem online, ponieważ nie ma fizycznego kontaktu z produktem i możliwości obejrzenia go przed uiszczeniem zapłaty. Z kolei częstą przyczyną porzucania koszyków jest brak środków finansowych dostępnych w danym momencie. Płatności odroczone eliminują wspomniane problemy. Z punktu widzenia klienta istotną cechą rozwiązania oferowanego przez Twisto jest również elastyczny i prosty sposób zarządzania terminem spłaty. Kupujący ma możliwość bezpłatnego przesunięcia płatności o 21 dni bez rejestracji, a także łatwego wydłużenia terminu spłaty po zarejestrowaniu (nawet do 45 dni) lub rozłożenia zakupu na raty.

Kupujący, który potrzebuje więcej czasu na zapłatę za zakup, otrzymuje propozycję rejestracji w aplikacji mobilnej Twisto, a co za tym idzie możliwość bezpłatnego przesunięcia płatności na następny miesiąc lub (jeśli kwota transakcji przekracza 200 zł) rozłożenia zakupu na nawet 12 rat przez aplikację – mówi Adam Miziołek, z Twisto.

Korzyści dla sklepów

Udostępnienie możliwości odroczenia płatności to również szereg korzyści dla sklepów. Jedną z nich jest wzrost wartości koszyka zakupowego. Z doświadczenia Twisto wynika, że klienci decydujący się na opcję „kup teraz, zapłać później” realizują zamówienia o wartości 20 proc. wyższej niż przy tradycyjnych metodach zapłaty.

Możliwość przesunięcia płatności wpływa również na zwiększenie wskaźnika konwersji średnio o 12 proc. (wg danych Twisto), ponieważ niezdecydowani konsumenci chętniej dokonują zakupów, jeżeli mogą sprawdzić produkt, zanim za niego zapłacą. Pozytywne doświadczenia w kontekście płatności oraz uproszczony proces zakupowy sprawiają, że wzrasta poziom lojalność kupującego, a to przekłada się na częstsze zamówienia w danym sklepie. Pomimo tego, że klient przesuwa płatność, sklep otrzymuje należność następnego dnia roboczego. Twisto pokrywa 100 proc. wartości zakupu.

– Oznacza to, że produkt może zostać wysłany od razu, a sprzedawca nie musi czekać na opłacenie zamówienia przez kupującego – mówi Adam Miziołek z Twisto.

Obecnie możliwość odroczenia płatności z Twisto oferuje około 4 tys. sprzedawców w Polsce i w Czechach. Dzięki nawiązaniu współpracy z PayU liczba sklepów partnerskich Twisto w Polsce wzrośnie kilkudziesięciokrotnie.

Indeks Cen Detalicznych 2019-2020

  • Indeks Cen Detalicznych: W 2020 roku liderem cenowych spadków była herbata. Za nią były ziemniaki i sól
  • Największy wzrost w sklepach zanotowały jabłka, mleko i pomarańcze
  • W 2020 roku najbardziej potaniały warzywa, nabiał i używki

Jak wynika z raportu, przygotowanego przez Hiper-Com Poland i UCE RESEARCH na podstawie monitoringu ponad 620 tys. cen, w ub.r. w porównaniu do 2019 roku zanotowano wzrosty w 4 z 11 kategorii. Najmocniej podrożały jabłka, tj. powyżej 37%. Za nimi było mleko – przeszło 20%. Dalej znalazły się pomarańcze – blisko 16%. Najbardziej potaniała herbata – aż o 55%. Istotnie zmniejszyły się również ceny ziemniaków – o 38%, a także soli – o ponad 26%. Natomiast największy ogólny skok nastąpił w kategorii Inne produkty, obejmującej m.in. karmy dla zwierząt i pieluchy oraz Owoce. Z kolei liderami spadków były kategorie Warzywa i Nabiał.

Badanie wykazało, że na 11 sprawdzanych kategorii 4 wzrosły, a 7 zaliczyło spadki. Jak wskazuje Krzysztof Zych z UCE RESEARCH, w ub.r. w porównaniu do 2019 roku największy skok odnotowały Inne produkty – o 21,4%. Tu najbardziej widoczna okazała się zmiana w przypadku karmy dla psów – 13,7% i kotów – 10,6%, a najmniej – pieluch dla niemowląt – 0,9%.

– Wzrost na poziomie powyżej 20% można uznać za znaczny. Po głębszej analizie widać, że głównie karmy dla psów i kotów spowodowały tak duży skok. Na początku pandemii one były jednym z wrażliwych towarów, co skutkowało m.in. brakami na półkach. To wpłynęło na późniejszą tendencję konsumentów do robienia zapasów. Dlatego sklepy podnosiły ceny ze względu na podwyższony popyt i obniżoną podaż – mówi Julia Pryzmont z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland.

Kolejne w zestawieniu są Owoce z wynikiem 11,4%, co podkreśla Krzysztof Zych. I dodaje, że w tej kategorii najbardziej poszły w górę jabłka – o 37,3%, pomarańcze – o 15,9%, a także cytryny – o 13,5%. Ale już cena bananów spadła o 6,5% i to był jedyny spadek w tej kategorii. Dalej widzimy Chemię gospodarczą – 4,7%. Tu z kolei największa zmiana nastąpiła w przypadku pasty do zębów – 7,8%, jak również płynu do mycia naczyń – 4,2%. Natomiast na drugim końcu znalazł się papier toaletowy – 2,4%. Więcej trzeba było też zapłacić w przypadku Dodatków spożywczych – 2,5%. Ketchup poszedł w górę o 5,3%, a musztarda spadła o niecały 1%.

– W pierwszej połowie ub.r. mocno podrożały owoce, w tym te najczęściej spożywane, czyli jabłka. W wyniku spadku produkcji, ich podaż była niska na krajowym rynku. Ponadto Polacy w czasie pierwszej fali pandemii rzadziej odwiedzali sklepy, częściej wybierając produkty o dłuższym terminie. Takie zachowanie sprzyjało popytowi na jabłka. W efekcie odnotowano wzrost cen. Jak wynika z danych Ministerstwa Rolnictwa, na początku lipca 2020 roku były one droższe w hurcie i to prawie trzykrotnie w relacji rocznej. Podrożały też owoce importowane. Natomiast na koniec roku hurtowe ceny jabłek były zbliżone do notowanych rok wcześniej – wyjaśnia Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego Banku Santander.

Z kolei największe spadki rok do roku były widoczne w kategorii Nabiał oraz Warzywa – po 9,8%. Jak zaznacza Julita Pryzmont, w pierwszej z nich największy skok zanotowało mleko – o 20,8%. Zdrożały też takie produkty, jak śmietana – 8,4%, a także jajka – 6,4%. Ser biały i żółty potaniał – odpowiednio o 2,3% i 1,7%. W drugiej kategorii natomiast widzimy, że ogórki podrożały o 6,6%, papryka o 5,6%, a pomidory o 5%. Natomiast ziemniaki kosztowały o 38% mniej niż wcześniej. Znaczący spadek zaliczyła też cebula – 23,2%, marchewka – 19,5%, a także kapusta – 12,3%.

– W 2020 roku w Polsce wzrosła produkcja warzyw, po spadku w roku poprzednim, co sprzyjało niższym cenom w II półroczu. Wysoka dynamika na minusie w całym roku mogła być jednak związana też z pandemią. Rzadsze wizyty w sklepach spowodowały, że Polacy ograniczyli zakupy produktów o krótkim terminie świeżości. A w przypadku większości warzyw nie jest możliwe dłuższe ich przechowywanie bez utraty jakości. Niższe ceny mogły więc być rodzajem zachęty – stwierdza Grzegorz Rykaczewski.

W dół poszły też używki – o 8,5%, a także produkty tłuszczowe – o 7,9%. W pierwszej kategorii piwo podrożało o 3,2%, natomiast herbata potaniała aż o 55,5%. Nieznacznie spadły też ceny kawy – o 1,6%. W tej drugiej kategorii margaryna podskoczyła o 3,3%, ale już cena masła spadła o 8,7%.

– Pandemia odbiła się również na cenach masła. Ono potaniało podczas pierwszej fali pandemii. Później, wraz z odmrażaniem gospodarki, ceny nieco się odbudowały. Wreszcie pod koniec roku znów nastąpił spadek, po ponownym wprowadzeniu ograniczeń w życiu społecznym i gospodarczym – zaznacza analityk z Banku Santander.

Natomiast ekspert z UCE RESEARCH podkreśla, że średnie spadki zaliczyły też Produkty sypkie – 2,7%. Ceny makaronu podskoczyły o 10%, cukru – o 4,5%, a mąki – o 2,8%, ale sól potaniała o 26,4%. W dół poszło też Mięso – 1%. Za nim uplasowały się Napoje – 0,2%. W pierwszej kategorii wieprzowina podrożała o 2,7%, a wołowina potaniała o 0,2%. Do tego drób nieznacznie podrożał, tj. o 0,7%. W drugiej kategorii widzimy, że za napoje gazowane trzeba było zapłacić o 5,2% więcej niż wcześniej, a za soki warzywne i owocowe – odpowiednio o 13% i 3,8% mniej niż w 2019 roku.

– Wieprzowina i drób to rodzaje mięs, które odpowiadają prawie za całość krajowego spożycia. W grudniu ub.r. cena tuszek kurcząt rzeźnych była niższa przeciętnie o 13% r/r. Półtusze wieprzowe potaniały o 38% w porównaniu z bardzo wysokim poziomem z końca roku 2019. W warunkach silnych spadków cen mięsa w zakładach, obniżka odzwierciedlona w indeksie jest więc niewielka. To może wskazywać, że mięso, prawdopodobnie czasowo, utraciło rolę wabika w akcjach promocyjnych – mówi Grzegorz Rykaczewski.

Zdaniem Julity Pryzmont, sieci handlowe w czasie pandemii były niezmiernie ostrożne w podnoszeniu cen, szczególnie asortymentu sprzedawanego w promocji, który z założenia ma podnieść traffic. Mogłoby to wpłynąć na zmianę postrzegania całej marki w czasie, kiedy wartość koszyka zakupowego znacznie się podniosła. Do tego ekspert dodaje, że polski konsument jest niezwykle wrażliwy na wiele elementów zakupowych. Dlatego ceny nie mogły iść mocno w górę.

Badanie pokazuje średnią wartość cenową 11 kategorii (Pieczywo, Nabiał, Mięso, Owoce, Warzywa, Produkty sypkie, Produkty tłuszczowe, Używki, Napoje, Chemia gospodarcza oraz Inne produkty) w 2019 i 2020 roku. Zawierają one w sumie 46 podkategorii. Łącznie zestawiono ze sobą blisko 4,6 tys. marek (w tym ponad 620 tys. różnych cen niemal 348 tys. produktów), pochodzących z prawie 181 tys. gazetek handlowych oraz z ponad 354 tys. promocji sklepowych. Analizą objęto największe na rynku formaty, tj. dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience i cash & carry.

Polska rzeczywistość mieszkaniowa na tle Europy – raport

W ostatnich 30 latach wyraźnie poprawił się standard mieszkań i domów w naszym kraju. Jednak czy udało się nam nadrobić dystans do wielu zachodnich krajów pod względem zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych?

Sprawdziliśmy, które statystyki nie przynoszą nam chluby i czy są takie, z których możemy być dumni. Danych porównawczych szukaliśmy przede wszystkim w Urzędzie Statystycznym Unii Europejskiej (Eurostat) oraz w instytucjach wykorzystujących jego najnowsze dane w swoich analizach. Wzięliśmy pod uwagę 10 najczęściej ocenianych wskaźników.

Liczba mieszkań na 1000 ludności

To jeden ze wskaźników, który zdaniem wielu ekspertów najlepiej oddaje stopień zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych w danym kraju. Np. w przyjętym przez rząd w 2016 r. Narodowym Programie Mieszkaniowym zapisano, że jednym z mierników osiągnięcia zapisanych w nim celów jest liczba mieszkań przypadająca na 1000 mieszkańców. Do 2030 r. ten wskaźnik ma osiągnąć poziom 435, czyli tyle, ile wynosiła średnia Unii Europejskiej. Dodajmy, że punktem wyjścia był wskaźnik z 2014 r, który wynosił 363. Natomiast jak wynika z rządowego sprawozdania, w 2019 r. osiągnął on już poziom 386.

Są to szacunki Ministerstwa Rozwoju na podstawie danych GUS, bo Eurostat nie publikuje tego typu statystyk dla całej UE. Można je jednak znaleźć m.in. w raportach firmy doradczej Deloitte. Wykorzystuje ona w tym celu dane dotyczące liczby mieszkańców i liczby mieszkań, które publikują urzędy statystyczne poszczególnych krajów.

Z wynikiem 386 mieszkań wciąż nam daleko nie tylko do tak zamożnych krajów UE, jak Austria, Francja czy Niemcy, ale nawet do krajów z naszego regionu, np. do Węgier czy Czech.

Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę, że na wynik danego kraju ma wpływ nie tylko liczba budowanych mieszkań, ale też zmiana liczby mieszkańców. Np. w Wielkiej Brytanii trzy lata wcześniej na 1000 mieszkańców przypadały 434 mieszkania. Jednak od tego czasu populacja tego kraju zwiększyła się o ok. 1,7 mln osób. Nowych mieszkań powstało zaś o połowę mniej. W Polsce jest natomiast na odwrót.

Poza tym wskaźnik nie zawsze oddaje rzeczywisty poziom zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych. Np. największą liczbą mieszkań na 1000 mieszkańców mogą się pochwalić Portugalia, Włochy, Bułgaria i Hiszpania. Są to jednak kraje, w których dużą część zasobów stanowią mieszkania wakacyjne.

Liczba mieszkań na 1000 ludności

Liczba pokoi na osobę

W krajach europejskich występują też ogromne różnice pod względem wielkości, rodzaju i jakości mieszkań. Jednym z mierników stosowanych przez Eurostat jest wskaźnik pokazujący liczbę pokoi przypadających na jednego obywatela danego kraju.

W naszym kraju na każdego mieszkańca przypada 1,1 pokoju, co jest wynikiem najgorszym w całej UE, gdzie średnia to 1,6 pokoju. Podobnie jak u nas jest jeszcze w Rumunii i Chorwacji. Na drugim biegunie są takie kraje jak Malta, Belgia i Irlandia, gdzie na osobę przypadają przeszło dwa pokoje.Liczba pokoi na osobę

Przeludnienie mieszkań

Innym miernikiem sytuacji mieszkaniowej w danym kraju jest wskaźnik pokazujący odsetek populacji żyjącej w przeludnionych mieszkaniach. W myśl stosowanej przez Eurostat metodologii zarówno singiel, jak i bezdzietne małżeństwo powinni mieć do dyspozycji mieszkanie, w którym wydzielono minimum jeden pokój dzienny i sypialnię. Gdy pojawi się dziecko, w mieszkaniu powinny być co najmniej dwa pokoje. Dwójka dzieci w wieku do 12 lat może zajmować jeden pokój, ale gdy przekroczą ten wiek i są różnej płci, każde powinno mieć własny. Podobnie w przypadku osób pełnoletnich.

Eurostat podaje, że aż 17,2% ludności UE mieszkało w przeludnionych mieszkaniach. Niestety, w naszym kraju ten wskaźnik jest jednym z najwyższych w Europie i wynosi 37,6%. Pocieszeniem może być jednak to, że przez ostatnie 10 lat skurczył się o ponad 10 pkt proc. Najgorzej pod względem jest w Rumunii, gdzie według Eurostatu problem przeludnienia dotyka blisko 46%  mieszkańców.Przeludnienie mieszkań

Łazienka w mieszkaniu

Jedną z miar rozwoju cywilizacyjnego jest wyposażenie mieszkań i domów w instalację wodno-kanalizacyjną, w tym w spłukiwaną toaletę. Eurostat podaje, że w 2019 r. prawdopodobnie ok. 2% mieszkańców EU nie miało możliwości korzystania z własnego WC.

Sytuacja w poszczególnych krajach jest dość zróżnicowana. Np. aż 24,2% mieszkańców Rumunii nie ma spłukiwanej toalety do wyłącznego użytku gospodarstwa domowego. Natomiast w wielu bogatych krajach Europy mieszkanie lub dom bez spłukiwanej toalety jest rzadkością.

A u nas? Eurostat ocenia, że spłukiwanej toalety nie ma swoich mieszkaniach i domach 1,7% populacji, co stawia nasz kraj na jednym z ostatnich miejsc w UE.  I znów, pocieszeniem może być to, że w tej kwestii odnotowaliśmy ogromny postęp w ostatnich 30 latach. U schyłku PRL spłukiwanej toalety nie było w co trzecim mieszkaniu.Łazienka w mieszkaniu

Koszty utrzymania mieszkania

W każdym kraju koszty utrzymania mieszkania lub domu stanowią duże obciążenie budżetu gospodarstw domowych. Według Eurostatu, mieszkańcy UE przeznaczają na ten cel przeciętnie jedną piątą dochodu. Dla porównania w naszym kraju – 18,1%.

Gorzej, gdy tego typu wydatki przekraczają 40% dochodu, który gospodarstwa domowe mają do dyspozycji. Eurostat mówi wtedy o przeciążeniu kosztami mieszkania. W UE wskaźnik ten wynosi 9,4%. Jednak między poszczególnymi krajami UE występują duże różnice. Np. w naszym kraju przeciążonych kosztami mieszkania jest 6% mieszkańców. To zasługa m.in. programów dopłat do mieszkań (dodatki mieszkaniowe, dopłaty do czynszu).

Eurostat zwraca uwagę, że w większości krajów UE nadmierne koszty mieszkaniowe w większym stopniu dotyczą mieszkańców miast. Najwyższe wskaźniki przeciążenia kosztami mieszkań w miastach odnotowano w Grecji (40,7%), Danii (21,1%) i Niemczech (16,2%).Koszty utrzymania mieszkania

Młodzi pod jednym dachem z rodzicami

Z kolei o dostępności mieszkań świadczy m.in. wskaźnik pokazujący odsetek młodych ludzi w wieku od 25 do 34 lat, którzy mieszkają z rodzicami. Według Eurostatu w 2019 r. wahał się on w państwach członkowskich UE od mniej niż 10% w Danii, Finlandii i Szwecji do ponad 50% na Słowacji, Grecji i Chorwacji.

Również w naszym kraju bardzo wysoki jest odsetek gniazdowników, jak nazywani są młodzi dorośli, którzy mimo ukończenia studiów i znalezienia pracy wciąż mieszkają pod jednym dachem z rodzicami. Co gorsza, od 2005 r. odsetek gniazdowników wzrósł z ok. 36 do 45% w 2018 r. Najnowsze statystyki Eurostatu wskazują, że w 2019 r. było to 43,9%, czyli znacznie powyżej średniej UE, która wynosi 30,5%.

O ile np. we Włoszech wysoki poziom gniazdownictwa jest determinowany przez uwarunkowania kulturowe, to u nas problemem jest niepewna sytuacja młodych na rynku pracy oraz wysokie w porównaniu do zarobków ceny zakupu i najmu mieszkań. Młodzi pod jednym dachem z rodzicami

Przeciętne ceny mieszkań

Eurostat nie podaje przeciętnych cen mieszkań w poszczególnych krajach UE. Publikuje je natomiast dla kilkunastu krajów międzynarodowa firma doradcza Deloitte w corocznym raporcie „Property Index. Overview of European Residential Markets”.  Najwyższe ceny transakcyjne na rynku pierwotnym w 2019 r. Deloitte odnotował w Luksemburgu, Francji i Austrii. W Polsce nowe mieszkania są jednymi z najtańszych.Przeciętne ceny mieszkań

Eurostat podaje natomiast wskaźniki wzrostu cen mieszkań. Niestety, Polska jest jednym z tych krajów, w których w 2020 r. mieszkania podrożały najbardziej.zmiana cen mieszkań 2020

Przeciętne stawki czynszu

Analogicznie wygląda sytuacja z przeciętnymi stawkami czynszu. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się, ile średnio płacą najemcy w największych miastach europejskich musi zajrzeć do opracowań takich, jak wspomniany wcześniej raport Deloitte. Wynika z niego, że najem mieszkań jest u nas dość drogi. Ba, w 2019 r. średnie stawki czynszu w przeliczeniu za m kw. były w naszej stolicy wyższe niż np. w Wiedniu czy Berlinie!Przeciętne stawki czynszu

Ile m kw. za przeciętną pensję

Niestety, naszego kraju próżno szukać w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o dostępność mieszkań, czyli relację ich cen do zarobków. Co gorsza, w 2019 r. dostępność nieco się pogorszyła.

Firma Deloitte uwzględniła w tym wskaźniku przeciętne zarobki brutto, bo tylko takich można użyć do celów porównawczych. Oczywiście faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń dochodu brutto może się różnić w poszczególnych krajach.

Deloitte podaje, że w Polsce na zakup 70-metrowego lokalu trzeba było przeznaczyć w 2019 r. aż 7,7 rocznych pensji brutto. Dodajmy, że rok wcześniej było ich 7,5. Możemy więc pozazdrościć Portugalczykom i Belgom, dla których 70-metrowe mieszkanie to równowartość czterech rocznych pensji. W najgorszej sytuacji są Czesi, bo muszą swoją pensję brutto odkładać przez co najmniej 11 lat. W największych miastach ten wskaźnik dostępności mieszkań jest najpewniej wygląda dużo gorzej, bo ceny mieszkań znacznie przewyższają średnie krajowe.Ile m kw za przeciętną pensję

Liczba budowanych mieszkań

Są też jednak statystyki, które stawiają nasze kraj w europejskiej czołówce. Z raportu Deloitte wynika, że możemy być dumni z wyników budownictwa mieszkaniowego. Pod względem liczby mieszkań oddawanych do użytkowania Polskę wyprzedziły w 2019 r. jedynie Francja i Niemcy, a są to kraje znacznie od nas liczniejsze. Co ciekawe, w 2019 r. powstało blisko 21,6 tys. mieszkań na sprzedaż w Warszawie, czyli więcej niż w niejednym kraju UE.

Liczba budowanych mieszkań

Polska jest też na czele rankingu liczby nowych mieszkań w przeliczeniu na 1000 mieszkańców. Wyprzedziliśmy nie tylko Niemcy, ale także m.in. Wielką Brytanię. Lepsze od nas były pod tym względem jedynie Luksemburg, Francja i Norwegia.

liczba nowych mieszkań w przeliczeniu na 1000 mieszkańców

Cieszyć może też drugie miejsce na podium pod względem zaczynanych inwestycji mieszkaniowych. W 2019 r. inwestorzy w Polsce zaczęli budowę 237,3 tys. mieszkań. W tym w tym rankingu wyprzedziła nas tylko Francja. Jednak w przeliczeniu na 1000 mieszkańców lepszy był tylko Luksemburg.

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Boom na zakupy w sieci trwa, ale… nie wszyscy na nim skorzystają. Rynek e-commerce urośnie do 5 bln USD jeszcze w tym roku!

Pokochaliśmy zakupy przez internet i wszystko wskazuje na to, że tego rodzącego się w bólach uczucia nie przerwie nawet zakończenie pandemii. Według najnowszego raportu eMarketer tylko w 2021 sprzedaż detaliczna w sieci wzrośnie na całym świecie o 14.3%. W sklepach internetowych zostawimy blisko 5 bln USD! Jednak jak ostrzega ekspert, nie wszyscy skorzystają na tych zmianach. Kto może spać spokojnie, a kto powinien zacząć pakować walizki?

Bartosz Ferenc, współzałożyciel CENTEO, narzędzia do automatyzacji sprzedaży w porównywarce Ceneo.pl i jednocześnie agencji oferującej usługi marketingowe na tej platformie uważa, że pandemia COVID-19 to przełomowy moment dla ecommerce. Patrząc na to, jak rozległe są zmiany w handlu, który od wieków definiuje obraz świata, ciężko się z tym twierdzeniem nie zgodzić. – 2020 był dla ludzkości absolutnie przełomowy, to czas, kiedy „nowa gospodarka” zastąpiła stary system. Wprawdzie impetu i charakteru zmian, które dokonały się w ubiegłym roku, nie sposób porównać do takich momentów w historii, jak powstanie internetu czy wynalezienie penicyliny, lecz bez wątpienia był to okres wyjątkowego przyspieszenia. Po raz pierwszy doceniliśmy nasz cyfrowy dorobek, bez którego doświadczenie pandemii byłoby nieporównywalnie cięższe – twierdzi Ferenc.

Przestrzelone prognozy

Rok 2020, jak żaden inny, pokazał nam, że natura nie cierpi próżni, także ta ekonomiczna. Jak szacują eksperci portalu eMarketer w raporcie „Global Ecommerce Update 2021”, mimo że całkowita światowa sprzedaż detaliczna spadła o 3,0%, to handel w internecie kwitł, zaskakując nawet analityków rynkowych. Jak twierdzą eksperci, odpowiedzialni za zrealizowanie badania, sprzedaż realizowana w modelu e-commerce odnotowała w ciągu minionego roku wzrost o 27.6%, znacznie przekraczając 4 bln USD. To więcej niż przewidywano zarówno przed globalną pandemią, jak i w trakcie jej trwania.

O sile rynkowych zmian i ich nieprzewidywalności najlepiej świadczy fakt, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej, gdzieś w połowie zeszłego roku (czerwiec 2020), eMarketer opublikował prognozę, według której handel elektroniczny miał urosnąć o około 16,5%.

Część sklepów internetowych w minionym roku doświadczyła wielokrotnych wzrostów sprzedaży. Największe odnotowały branże: spożywcza, elektronika, sklepy sportowe, budowlane. Aczkolwiek nie do wszystkich los uśmiechnął się jednakowo. Spadek w segmencie sprzedaży online dotknął takie sektory jak: odzieżowy, motoryzacyjny czy beauty. Szczególnie istotne dla e-handlu jest to, że epidemia przełamała bariery u osób niekorzystających w tym zakresie z internetu, dzięki czemu wzrost sprzedaży okaże się trwały – dodaje współzałożyciel CENTEO.

Pozytywnie, ale realistycznie

Ethan Cramer-Flood, realizujący prognozy dla serwisu eMarketer w Insider Intelligence i autor raportu „Global Ecommerce Update 2021” uważa, że konsumenci zachowają wiele nowo nabytych nawyków – szczególnie tych cyfrowych. Ekspert zastrzega jednocześnie, że imponujący wzrost, jakiego doświadczył rynek e-commerce w minionym roku, nie powtórzy się w 2021.

Jak wynika ze wspomnianego wyżej raportu, globalny rynek e-commerce urośnie w tym roku o 14.3% (wzrost o 611 mld USD). To imponująca wartość, ale nie tak fenomenalna, jak 20.2% w 2019 r. i 27.6% w roku ubiegłym.

Jeszcze w 2018 roku wartość globalnego rynku e-commerce nie przekroczyła 3 bln USD. Szacuje się, że w 2020 roku konsumenci z łatwością pokonali granicę 4 bln USD. Eksperci odpowiedzialni za przygotowanie raportu uważają, że do 2022 roku wartość ta wzrośnie do poziomu 5 bln USD, a do 2024 roku – 6 bln USD! W 2020 roku udział segmentu e-commerce w całej sprzedaży detalicznej wynosił 18%, natomiast w 2024 r. ma on zawłaszczyć blisko 22%.Wykres

Migracja handlu do sieci trwać będzie w najlepsze. Należy jednak pamiętać, że nie każdy sektor e-commerce rozwija się równomiernie. Największymi zwycięzcami cyfrowej transformacji handlu są marketplace. Platformy handlowe z roku na rok będą tylko zyskiwać na znaczeniu, a odbędzie się to kosztem indywidualnych sklepów – twierdzi Bartosz Ferenc, który oprócz CENTEO jest właścicielem zarówno jednej z największych polskich agencji Google Ads – Sembot.com, jak i największego w branży sklepu handlowego Materace dla Ciebie, rocznie generującego 20 mln zł zysku.

Według Ferenca, zarówno Google, jak i Facebook dążą do tego, aby konsumenci sfinalizowali zakupy na ich platformach, co odciśnie piętno na polskim rynku e-commerce. Podobnie zresztą jak pojawienie się na nim Amazona, który na innych rozwiniętych rynkach posiada często ponad 50% udziału w handlu detalicznym. – Sprawna integracja z wieloma platformami i płynna optymalizacja oferty we wszystkich kanałach sprzedaży, stanie się niezwykle ważnym obszarem marketingu sklepów internetowych. Rola silnika e-commerce będzie się coraz bardziej sprowadzać do platformy zarządzania ceną, centrum integracji z wieloma marketplace, obsługą zamówień i komunikacji. Jest to kierunek uderzający w przedsiębiorców, ale raczej nieunikniony. Z technologicznego punktu widzenia wpisuje się to w model headless e-commerce, czyli rozdzielenia miejsca przetwarzania zamówienia od miejsca prezentacji – przewiduje ekspert.

W którym mieście jest najtańsze OC? – ranking styczeń 2021

W ostatnich tygodniach widać wyraźne obniżki średniego kosztu OC dla polskich kierowców. Czy składki spadły również w miastach wojewódzkich? Sprawdzamy w najnowszym rankingu.

Krajowe zmiany cen OC pokazują ogólne spadkowe trendy składek. Dla kierowców bardziej użyteczne są jednak informacje o poziomie cen ubezpieczeń w ich mieście. Właśnie dlatego eksperci porównywarki OC / AC Ubea.pl sprawdzili składki OC we wszystkich miastach wojewódzkich na początku stycznia 2021 r.

W których miastach wojewódzkich jest najtańsze OC? Gdzie ceny OC spadły najbardziej?

Ceny OC policzono dla 3 kierowców

Miejsce zamieszkania ma duży wpływ na cenę OC. Nie jest to jednak jedyny czynnik decydujący o wysokości składki ubezpieczenia. Dlatego też składki OC policzono dla trzech kierowców w różnym wieku i o różnej historii ubezpieczeniowej:

  • Wariant 1 – Młody kierowca

Dwudziestotrzyletni student, pan Tomasz, szuka swojego pierwszego OC w związku z zakupem auta. Nie ma żadnej historii ubezpieczeniowej.

  • Wariant 2 – Kierowca z niedawną szkodą

Pani Aneta ma 32 lata i pracuje w biurze. Do minionego roku miała bardzo dobrą historię ubezpieczeniową. Niestety, w poprzednim roku spowodowała wypadek.

  • Wariant 3 – Kierowca bez szkód

Czterdziestodwuletni nauczyciel, pan Stanisław, ma bardzo dobrą historią ubezpieczeniową. Dzięki temu może się pochwalić maksymalnym poziomem zniżek za OC.

We wszystkich wariantach ceny ubezpieczenia OC policzono dla tego samego auta (Skoda Fabia III Kombi z 2015 r. – 1.2 TSI Style, 90 KM) – zaznacza Andrzej Prajsnar, ekspert Ubea.pl.

Gdzie jest najtańsze OC?

Średni koszt OC dla poszczególnych kierowców w miastach wojewódzkich przedstawia poniższa tabela.

Warto podkreślić, że tabela zawiera średnie składki ubezpieczenia. Decydując się na najtańszą propozycję, kierowcy mogliby sporo zaoszczędzić w porównaniu do tych cen.najtańsze OC – ranking styczeń 2021

Na najtańsze ceny OC mogą liczyć kierowcy z następujących miast:

  1. Rzeszów
  2. Kielce
  3. Katowice

Najdroższe składki zanotowano natomiast w następujących stolicach województw:

  1. Wrocław
  2. Gdańsk
  3. Warszawa

Czy składki OC w miastach spadają?

Po porównaniu cen ze składkami OC zanotowanymi jesienią zeszłego roku (sprawdź barometr z października 2020 r.) okazuje się, że w niemal wszystkich miastach wojewódzkich odnotowano spadek cen. Wyjątkiem są Rzeszów i Zielona Góra.

Szczególnie duże spadki zaobserwowano w miastach, w których OC jest tradycyjnie najdroższe, czyli we Wrocławiu i Gdańsku.

Następny barometr da odpowiedź na pytanie, czy ceny OC ustabilizują się na takim niższym poziomie czy też te spadki są jedynie efektem promocji, które ubezpieczyciele oferują tradycyjnie na przełomie roku – zaznacza Paweł Kuczyński, prezes Ubea.pl.składki OC w miastach

2020 rok w branży IT – wzrost wynagrodzeń w widełkach ofert pracy o 18% na B2B

Podczas gdy wiele branż walczy o przetrwanie, rynek IT w czasie pandemii kwitnie, a zarobki rosną niezależnie od specjalizacji. Jak wynika z danych No Fluff Jobs polskiego portalu z ofertami pracy dla branży IT w 2020 roku, wzrosty w dolnych widełkach wynagrodzeń w 2020 roku to 13% UoP i 18% B2B. „Na rękę” na kontrakcie B2B specjaliści backendowi mogli liczyć nawet na 18 000 zł, o 1 500 zł więcej niż rok temu,  a analitycy ze specjalizacją Business Intelligence nawet na 21 500 zł.

Na początku pandemii, w drugim kwartale roku, nic nie zapowiadało tak dynamicznego wzrostu. Pracodawcy byli ostrożni i skupili się na obserwowaniu sytuacji ekonomicznej w Europie oraz na dostosowywaniu procesu rekrutacji do możliwości pracy zdalnej. Natomiast w czwartym kwartale firmy wznowiły zamrożone wcześniej projekty, a w związku z wymuszonym przyśpieszeniem cyfryzacji wielu biznesów zapotrzebowanie na usługi informatyczne bardzo wzrosło – i rekrutacje ruszyły.

Najpopularniejsze technologie

Wzrost liczby ofert można było zaobserwować we wszystkich obszarach rynku. Pracodawcy z branży IT poszukiwali zarówno specjalistów ze znajomością języków backendowych, szczególnie tych programujących w językach Python i Java, jak i specjalistów mocnych w językach frontendowych – tu pilnie poszukiwane były osoby z doświadczeniem w programowaniu w Java Script czy Angular i React.

Więcej ofert i większe zarobki

Konieczność zwiększenia wydajności narzędzi do pracy i komunikacji online wpłynęła również na zwiększenie zapotrzebowania na pracę testerów i analityków danych, szczególnie w obszarze Business Intelligence. Zarobki dla testerów sięgały 16 000 zł netto na umowach B2B, o 2000 zł więcej niż w roku 2019. Nie zmieniły się natomiast wynagrodzenia proponowane przy umowach o pracę – maksymalnie 12 000 zł netto. Z kolei seniorzy szukający pracy w obszarze Business Intelligence mogli liczyć na zarobki nawet do 21 500 zł netto na umowie B2B.

W 2020 r. we wszystkich specjalizacjach IT proponowane zarobki wzrosły w stosunku do 2019 r. Średnio w całej branży IT najniższe proponowane zarobki wzrosły w stosunku do 2019 r. o 18 proc. na kontrakcie B2B – z 11 000 zł do 13 000 zł netto –  i o 13 proc. na umowie o pracę – z 8000 zł do 9500 zł netto. Z kolei najwyższe proponowane zarobki wzrosły średnio o 12,5 proc. na kontrakcie B2B – z 16 000 zł do 18 000 zł netto – i o prawie 8 proc. na umowie o pracę – z 13 000 zł do 14 000 zł netto.

W przypadku specjalistów backendowych maksymalne proponowane płace wzrosły z 16 000 zł netto do 18 000 zł netto na kontrakcie B2B oraz z 14 000 zł netto do 15 700 zł netto na umowie o pracę. W przypadku frontendowców wzrosły z 16 000 zł netto do 17 000 zł netto na kontrakcie B2B oraz z 13 500 zł netto do 15 000 zł netto na umowie o pracę.

Polscy programiści coraz częściej wybierają pracę dla zagranicznych firm

W minionym roku pracodawcy otworzyli się na pracę zdalną. O ile na początku 2020 r. ofert z możliwością pracy całkowicie zdalnej publikowanych na No Fluff Jobs sięgał około 15 proc. wszystkich ofert, to pod koniec roku było to już 40 proc.

Świat IT przestaje mieć fizyczne granicekomentuje Tomasz Bujok, CEO No Fluff Jobs Doświadczeni programiści z Polski coraz częściej rozglądają się za pracą w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Holandii w poszukiwaniu ciekawych projektów, świeżych doświadczeń i wyższych zarobków. Z tego samego powodu polskie firmy przyciągają programistów z innych krajów, np. z Ukrainy i Białorusi. To wyzwanie dla pracodawców, którzy często nie są gotowi do przyjęcia do zespołu osób, z którymi komunikacja odbywa się wyłącznie w języku angielskim. Będą jednak musieli je podjąć, ze względu na dysproporcję między zapotrzebowaniem na usługi informatyczne względem liczby dostępnych na rynku specjalistów. Dodatkowo, aby zatrzymać w firmie pracowników, polscy pracodawcy muszą konkurować m.in. w kwestii zarobków z zachodnioeuropejskimi lub amerykańskimi pracodawcami – w Polsce nadal brakuje 50 tys. programistów, a w Unii Europejskiej liczba ta sięga aż 600 tys.

O poziomie wzrostu zapotrzebowania na usługi IT najlepiej świadczy liczba rekrutacji. W ciągu 2020 liczba ofert na portalu No Fluff Jobs wyniosła 26 tysięcy – najwięcej od początku jego istnienia i o 60 proc. więcej niż w roku 2019.

* Uwzględnione w raporcie oferowane wysokości wynagrodzeń to stawki miesięczne brutto na umowie o pracę oraz netto na umowie B2B. Podane w badaniu wartości są medianą – co oznacza, że 50 proc. specjalistów zarabia mniej niż podana kwota, a 50 proc. więcej.

Firma nabyła roboty budowlane, by wykonać kontrakt, ale fiskus bez uzasadnienia stwierdził, że nie zrobiła tego w celach zarobkowych i odmówił jej prawa do odliczenia VAT

Spółka zawarła kontrakt na dużą budowę. W trakcie jego realizacji jeden z jej partnerów, który miał wykonać część robót, upadł. Aby dopełnić kontraktu, spółka nabywała potrzebne usługi w zastępstwie od innych podwykonawców, w tym także w celu naprawy wad i usterek. Chciała odliczyć VAT naliczony na wystawionych przez nich fakturach. W grę wchodziły setki tysięcy złotych, ale fiskus stwierdził, że te nabyte usługi nie mają nic wspólnego z kontraktem, a spółka nie nabyła ich w celach zarobkowych zgodnie z wymogami ustawy o VAT. Na tej podstawie odmówił jej prawa do odliczenia.

Zawiązanie konsorcjum celem przystąpienia do przetargu

Firma budowlana działająca w formie spółki z o.o. w czerwcu 2015 r. zawarła umowę konsorcjum, w którego skład weszło dwóch partnerów, również będących spółkami z o.o. Celem zawiązania konsorcjum było skuteczne przystąpienie do udziału w postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego na wykonanie robót budowlanych. Firma została jego liderem i koordynatorem prac wykonywanych przez pozostałych partnerów w ramach realizowanego kontraktu. Do jej kompetencji należało również przyjmowanie i dokonywanie płatności i wszelkich rozliczeń w imieniu swoim oraz partnerów z konsorcjum.

Wzajemna odpowiedzialność członków konsorcjum

Partnerzy wedle swoich specjalizacji i zakresu robót zawierali ze zleceniodawcą/zamawiającym umowy na podwykonawstwo we własnym imieniu, a wszystkie trzy spółki, będąc stronami konsorcjum, wyłączyły przyjęcie odpowiedzialności za ewentualne zobowiązania któregokolwiek z partnerów, mogące powstać na podstawie tych odrębnych umów. W przypadku jednak zaspokojenia roszczenia w zamian za któregokolwiek z partnerów, temu który je zaspokoił, przysługiwało roszczenie regresowe o jego zwrot.

Każdemu z partnerów przysługiwało wynagrodzenie odpowiadające zakresowi wykonanych zgodnie z kontraktem robót, które odebrał zamawiający. Wypłacał je lider, który mógł również domagać się od danego partnera zwrotu kosztów, jakie poniósł, a do których ten partner był zobowiązany. Liderowi przysługiwało również prawo do przejęcia od partnera wykonawstwa robót, z którymi ten się spóźniał, wykonywał je niezgodnie z kontraktem lub wcale. Wówczas partner zobowiązany był do pokrycia kosztów wykonania tych robót przez konsorcjum, w tym przez zatrudnionych przez konsorcjum podwykonawców, oraz wszelkich innych szkód, jakich doznali pozostali partnerzy wskutek niewywiązania się przez niego ze swojej części kontraktu. Lider mógł za to doliczać narzut w wysokości 5% wartości wykonawstwa zastępczego.

 

Zawarcie kontraktu i konieczne nabycie usług celem jego wypełnienia

W lipcu 2015 r. konsorcjum zawarło z zamawiającym umowę na wykonanie robót budowlanych. W ich trakcie jeden z partnerów utracił płynność finansową i nie był w stanie terminowo regulować płatności za dostawy materiałów budowlanych. W maju 2017 r. lider zawarł z nim porozumienie, w ramach którego zobowiązał się do pokrycia tych płatności. Lider zmuszony był również zlecić osobom trzecim wykonanie zastępcze części prac budowlanych za ww. partnera, a także prace naprawcze w celu usunięcia wad i usterek w robotach budowlanych, które ten partner już wykonał.

Całkowita wartość szkody i częściowe odszkodowanie

Pełniąca funkcję lidera spółka wystosowała do ubezpieczyciela żądanie gwarancyjne wypłaty ponad 800 tys. zł w ramach odszkodowania za niewykonanie i/lub nienależyte wykonanie zleconych partnerowi prac. Ubezpieczyciel wypłacił żądaną kwotę, a spółka zaliczyła ją na poczet poniesionych przez siebie kosztów podwykonawstwa zastępczego i usunięcia wad. Podwykonawcy wystawiali na rzecz lidera faktury z odwrotnym obciążeniem VAT, przenosząc obowiązek rozliczenia VAT na lidera.

Spółka ustaliła całkowitą wartość poniesionej w związku z zaistniałą sytuacją szkody na kwotę 2 642 092,29 zł. Składały się na nią koszty nabycia wykonawstwa robót zastępczych w wysokości 2 517 088,82 zł, powiększone o narzut 5% zgodnie z ustaleniami umowy konsorcjum. Pomniejszając ją o kwotę wypłaconych w ramach gwarancji 802 892,88 zł, wystawiła notę obciążeniową na partnera w wysokości 1 822 180,00 zł.

Organ stwierdził, że spółka nie ma prawa do odliczenia VAT

Spółka wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z zapytaniem, czy ma prawo do odliczenia VAT z faktur dokumentujących nabycie przez nią opisanych wyżej zastępczych robót budowlanych od podmiotów trzecich. W lutym 2018 r. organ odmówił firmie takiego prawa. W lipcu 2018 r. partner ogłosił upadłość. Spółka jako jego wierzyciel zgłosiła swoje pozostałe do uregulowania roszczenie w wysokości 1 822 180,00 zł do syndyka, który wierzytelności tej nie uznał. Kwota ta, jak zaznaczyła spółka, nie obejmuje poniesionych przez nią wydatków na prace naprawcze wad i usterek, bo te zostały pokryte tytułem wypłaconego przez ubezpieczyciela odszkodowania.

Firma, rozliczając wykonane na rzecz zamawiającego prace, wystawiła faktury obejmujące również roboty budowlane wykonane w ramach ww. wykonawstwa zastępczego, na które wystawiła partnerowi notę obciążającą. Nie uwzględniła w nich jednak kosztów usunięcia usterek i wad, bo te zostały pokryte w ramach gwarancji przez ubezpieczyciela. Łączna kwota zafakturowania przez konsorcjum wyniosła 3 300 000,00 zł netto, a więc przekraczała koszt nabycia wykonawstwa zastępczego. Zamawiający inwestor wypłacił spółce tylko 1 300 000,00 zł, wdając się z nią w spór co do pozostałej kwoty.

Ponowny wniosek o wydanie interpretacji

W związku z zaistniałą sytuacją i zmianą stanu faktycznego, zwłaszcza w postaci odmowy uwzględnienia wierzytelności firmy przez syndyka, spółka na nowo wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej, czy jako nabywca usług zastępczych od podwykonawców, przyjmując rolę podatnika VAT, ma prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego.

Spółka stała na stanowisku, że przysługuje jej prawo do obniżenia VAT należnego o VAT naliczony od całej kwoty poniesionych przez nią kosztów nabycia zastępczych robót budowlanych, czyli 2 517 088,82 zł brutto, a więc łącznie z uzyskanym odszkodowaniem gwarancyjnym.

Warunkiem do odliczenia VAT jest związek wydatku z czynnością opodatkowaną

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej stwierdził, że spółka, ponosząc koszty zatrudnienia podwykonawców do wykonania prac w zastępstwie partnera, jak i naprawy powstałych z jego winy wad i usterek, nie czyniła tego w celach zarobkowych, lecz celem usunięcia skutków nierzetelnego wykonania świadczenia przez swojego partnera. Zdaniem organu koszt ten nie ma związku z czynnościami opodatkowanymi, a w konsekwencji spółce z tytułu ich nabycia nie przysługuje prawo do odliczenia podatku naliczonego. Jej roszczenie o zwrot tych nakładów miało charakter odszkodowawczy i nie podlega opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług. A jak wskazał organ, na mocy art. 86 ust. 1 ustawy o VAT warunkiem koniecznym możliwości odliczenia VAT przez podatnika jest istnienie związku pomiędzy wydatkiem a czynnością opodatkowaną.

Organ nie uzasadnił, z jakich przyczyn uznał, że spółka nie nabyła usług do celów zarobkowych

Dokonana przez organ interpretacja nie utrzymała się w sądzie, który uznał, że organ w sposób lakoniczny uzasadnił swoje przeciwstawne stanowisko do tego, które prezentuje spółka. Sąd stwierdził, że zaprezentowane przez Dyrektora KIS rozumowanie mogłoby być uzasadnione, gdyby spółka faktycznie uzyskała zwrot kosztów lub odszkodowanie za nabyte przez nią roboty budowlane. Zwrócił również uwagę, że organ w ogóle nie odniósł się do faktu, iż firma nie tylko zleciła podwykonawcom wykonanie robót celem usunięcia wad, ale i po to, by wywiązać się ze zobowiązań kontraktowych wobec zamawiającego. Zakupione prace odsprzedała później zamawiającemu i ujęła je na wystawionych mu fakturach. Jak podkreślił sąd, organ podatkowy nie uzasadnił, z jakich powodów uznał, że firma nie działała przy tym w celach zarobkowych. Mając to na uwadze, WSA przychylił się do skargi spółki. Jak orzekł:

„Nie odniósł się organ do podnoszonej okoliczności, że cały zakres prac wykonanych w ramach wykonawstwa zastępczego podlegał odsprzedaży na rzecz Zamawiającego, co dowodzi bezpośredniego związku nabytych usług od podwykonawców zastępczych z przychodami opodatkowanymi Skarżącej” (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Rzeszowie z 27 października 2020 r., sygn. akt I SA/Rz 424/20).

Organu nie obchodzi brak rekompensaty zapłaconego przez spółkę podatku

Opisana sprawa stanowi jaskrawy przykład absurdu. Absurdalnego postępowania, jakiego wobec przedsiębiorcy dopuścił się organ podatkowy, który powinien w istocie stać na straży bezpieczeństwa obrotu gospodarczego i pewności prawa. Trudno bowiem odnaleźć racjonalną przyczynę, jakiej nie potrafił też wskazać sam organ, dla której firma nabywałaby usługi, po czym poniosła ich koszty w innym celu niż realizacja ciążących na niej zobowiązań wynikających z kontraktu, prowadząca do zachowania źródła przychodu. Ale chyba jeszcze bardziej absurdalne w tej sprawie jest naruszanie przez organ kosztem przedsiębiorcy tak fundamentalnej, podstawowej reguły neutralności podatku VAT.

„Zasadny jest zarzut Skarżącej, co do braku stanowiska organu w odniesieniu do realizacji zasady neutralności VAT w sytuacji, gdy z wniosku wynika, że nie doszło i nie dojdzie do faktycznego zrekompensowania kosztów zapłaconego przez Skarżącą podatku” (sygn. akt I SA/Rz 424/20).

Autor: Kinga Hanna StachowiakWspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego.

PPP i energetyka – szansa na obopólne korzyści dla partnerów

Według oficjalnej bazy przedsięwzięć związanych z programem Partnerstwo Publiczno-Prywatne (PPP) prowadzonej przez Ministerstwo Funduszy I Polityki Regionalnej, na 132 zamierzeń inwestycyjnych, tylko 1 związany jest z energetyką. W przypadku podpisanych umów w ramach PPP jest nieco lepiej, bo mamy 3 projekty energetyczne na 151 zawartych umów. Teoretycznie PPP powinno być dla wielu gmin naturalnym wyborem w projektach energetycznych z uwagi na bardzo duże obciążenia finansowe za nimi stojące, w praktyce jednak po obu stronach istnieje wiele obaw i barier, co skutkuje znikomym zainteresowaniem podmiotów publicznych tym sposobem realizacji inwestycji.

W związku z  polityką klimatyczno-energetyczną w UE, która zakłada ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, wiele instalacji ciepłowniczych w Polsce będzie zmuszona w krótkim czasie odejść od węgla i przestawić się na odnawialne źródła energii. Wiąże się to z dużymi obciążeniami finansowymi, które będą rozłożone też na kolejne lata. Zdaniem ekspertów, w sytuacji gdy podmioty odpowiedzialne za inwestycje w ciepłownictwie, np. lokalny MPEC, nie będzie dysponował środkami na ich realizację – PPP może być chętniej wykorzystywany niż dziś.

„Głównym źródłem finansowania inwestycji w energetyce od kilku lat są dotacje oparte o środki unijne, których lwia część znajdują się w gestii Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW), oraz środki Wojewódzkich Funduszy Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Często też, takie inwestycje realizuje się w oparciu o kredyty komercyjne, które mają wpływ na zadłużenie gmin czy podmiotów celowych. PPP ma tą zaletę, że środki inwestowane przez partnera prywatnego, co do zasady nie są ujmowane jako zadłużenie. Niestety praktyka banków często wymusza na partnerze publicznym deklaracje w zakresie spłaty zobowiązania zaciągniętego na potrzeby realizacji przedsięwzięcia, a taka klauzula już musi być ujęta jako zadłużenie podmiotu publicznego, niwelując jedną z zalet PPP” – tłumaczy Małgorzata Dobrzyńska-Dąbska, z kancelarii DABSKA.LEGAL.

Samorządy mogą też przychylnie patrzeć na program PPP, w przypadku podwyższenia efektywności energetycznej, gdzie wynagrodzenia partnera prywatnego jest powiązane z realnymi oszczędnościami. Przykładowo, w Ząbkach zmodernizowano w 2018 r. oświetlenie uliczne. Koszty modernizacji pokrył podmiot prywatny, który miasto wyłoniło w postępowaniu konkurencyjnym i z którym zawarło umowę na 8 lat, a koszt inwestycji i koszty utrzymania instalacji (tj. ok. 5,5 mln) są spłacane z oszczędności uzyskanych ma kosztach energii w okresie obowiązywania umowy.

Z kolei w miejscowości Ruciane Nida wyłoniono już partnera prywatnego, który otrzymał koncesję na modernizację systemu grzewczego kotłowni. Co istotne, tamtejsze Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej (PEC) pozostało stroną umów z użytkownikami końcowymi, a wartość sprzedanej energii cieplnej jest rozliczana pomiędzy PEC i partnerem prywatnym.

„PPP jako alternatywny sposób przeprowadzenia inwestycji, mógłby być wykorzystywany częściej, ale na przeszkodzie stają obawy samorządowców np. dotyczące utraty kontroli nad majątkiem. Dodatkowo realizacje inwestycji z wykorzystaniem dotacji i finansowania pomostowego, samorządy i spółki celowe realizują z powodzeniem od kilku lat, więc jest to z reguły pierwszy wybór dotyczący finansowania. Praktyków, którzy ze strony samorządów i spółek celowych zetknęli się z PPP jest zdecydowanie mniej, jednak ten sposób finansowania inwestycji może być rozważany w momencie, gdy z różnych względów środki dotacyjne są dla podmiotu publicznego nieosiągalne” – dodaje ekspert.

Największym projektem realizowanym w ramach PPP w Polsce jest budowa instalacji termicznego przekształcania odpadów wraz z odzyskiem energii do zapewnienia dostaw ciepła do miejskiej sieci ciepłowniczej w Olsztynie, o wartości 850 mln zł. Projekt zaliczono co prawda do kategorii gospodarowania odpadami, jednak pokazuje ścieżkę jaką mogą iść inne  podmioty publiczne. Inwestycję realizuje MPEC Olsztyn, a jako partner prywatny występuje spółka Dobra Energia dla Olsztyna Sp. z o.o. powołana przez Meridiam Eastern Europe Investments oraz Urbaser Sau. W projekcie wykorzystano też dotację z NFOŚiG, w wysokości 172 mln zł. Partner prywatny będzie spalarnią zarządzać przez 25 lat, a inwestycja ma przyczynić się do zmniejszenia zużycia węgla do produkcji energii cieplnej z 98% do 36%. Prace budowlane, które już ruszyły, mają się zakończyć za około 2,5 roku.

„Wynagrodzeniem partnera prywatnego przy inwestycjach energetycznych mogą być opłaty za dostarczone ciepło oraz przekształcone termicznie odpady komunalne oraz opłaty za energię elektryczną uzyskane z rynku. Partner prywatny zapewnia też wkład finansowy w projekt. Choć taka duża inwestycja  oznacza wiele ryzyk zarówno u partnera prywatnego jak i po stronie publicznej, to korzyści w postaci realizacji celów klimatycznych i uniknięcie skokowego wzrostu zadłużenia mają istotne znaczenie dla spółek komunalnych, które będą z uwagą obserwować rozwój tego projekty” – podsumowuje  Dobrzyńska-Dąbska.

Software house czy zespół wewnętrzny? Aplikacje dla firm

Prowadzisz firmę? Potrzebujesz kogoś do stworzenia aplikacji? W tym momencie masz przed sobą bardzo ważną decyzję. Jako przedsiębiorca możesz po prostu zatrudnić programistów na etat. Masz już przecież dział marketingu, kadry czy księgowość. Czy warto to zrobić?

Czym jest software house?

Skoro tu jesteś, pewnie chcesz natychmiast dostać rozwiązanie Twojego dylematu. A skoro masz dylemat, to na pewno zdajesz sobie sprawę z istnienia firm typu software house i dobrze wiesz, czym się zajmują. Ale może trafić tu ktoś, kto pierwszy raz słyszy tę nazwę. Dlatego dla porządku trzeba wspomnieć, że software house to nic innego, jak przedsiębiorstwo programistyczne. Kiedy potrzebujesz aplikacji, zawsze trzeba wziąć pod uwagę podjęcie z nim współpracy.

Jakie są wady i zalety zatrudnienia programistów we własnej firmie?

Zacznijmy od wad. Skąd wiesz, że specjalista od programowania jest naprawdę dobry? Zapewne oceniasz to na podstawie jego portfolio. Tylko jak możesz mieć pewność, że technologie, z którymi jest obeznany, sprawdzą się w przypadku Twojej aplikacji? W branży IT panuje silna specjalizacja. Nie ma osób, które znają się na wszystkim.

Możesz oczywiście zatrudnić kogoś do skompletowania własnej ekipy, czyli zdecydować się na dodatkowe koszty. Tak, ekipy, bo dobre oprogramowanie zawsze tworzy wielu ludzi. Powiedz jednak – jak planujesz utrzymać dobry zespół przy sobie? Dobra pensja nie wystarczy. Dla prawdziwych informatycznych zapaleńców liczy się rozwój. Możesz zapewnić im wyzwania w dłuższym przedziale czasowym?

Tu dochodzimy do zalet. A właściwie do jednej zalety. Zatrudniając pracowników na stałe być może będziesz odczuwać większy spokój, jeśli chodzi o zachowanie tajemnicy zawodowej. Korzyść dość wątpliwa i czysto subiektywna, bo przecież z software house także podpisujesz umowę. I możesz zadbać, by doskonale chroniła ona Twoje interesy.

Co da Ci współpraca z software house?

Firma programistyczna dobierze rozwiązania technologiczne do Twojego projektu. Zapyta o Twoje cele biznesowe i zrobi wszystko, by dostarczyć Ci solidnie przemyślane pod tym kątem oprogramowanie. Do prac nad projektem zostanie powołany zespół specjalistów, którzy perfekcyjnie wpisują się w jego specyfikę.

UX i UI designer zadba o wygodną obsługę aplikacji. Jeśli tworzysz program dla swoich klientów, aplikacja będzie prowadzić ich prosto do zakupu. Masz w planach oprogramowanie dla pracowników? Specjalista zaprojektuje funkcjonalności w taki sposób, by mogli wykonywać swoje obowiązki lepiej i szybciej.

Jeśli tylko tego potrzebujesz, Twój program będzie dostosowany na potrzeby każdego systemu. Będzie można z niego korzystać zarówno na urządzeniach mobilnych, jak i stacjonarnych. Będzie to oczywiście wymagać współpracy programistów o różnych specjalnościach. Software house nie będzie mieć z tym żadnego problemu.

O wolność od błędów zadbają profesjonalni testerzy. O jasny podział prac na mniejsze części – projekt menadżer. W tym miejscu warto zaznaczyć, że efektem każdego etapu będzie samodzielnie działający fragment oprogramowania. Możesz zgłosić do niego swoje uwagi, co daje Ci pełną kontrolę nad całością.

Wybór zawsze należy do Ciebie.

Gdy zaczynasz pracować z software house, szybko odkrywasz, jak wiele czasu przy tym oszczędzasz. Przestajesz się denerwować, a zaczynasz skupiać się na przekazaniu wszystkich uwag dotyczących projektu w sposób jak najbardziej precyzyjny. W efekcie powstaje program, który napełnia Cię nie irytacją, a dumą.

Rekordowa skala niewypłacalności firm w Polsce w 2020 r. – raport Euler Hermes

Po najgorszym roku w historii niewypłacalności polskich firm przyjdzie kolejny – w 2021 firmy nie dostaną kolejnej tak dużej „szczepionki” z budżetu.

W 2020 r. w oficjalnych źródłach (Monitor Sądowy i Gospodarczy) opublikowano informacje o 1293 niewypłacalnościach polskich firm, tj. o 32% więcej niż przed rokiem i najwięcej w obecnej dekadzie. Niestety, przedsiębiorcom dłużej przyjdzie działać w warunkach dużego ryzyka finansowego – zagrożenia niewypłacalnością odbiorców. Z prognoz Euler Hermes wynika, iż w 2021 nastąpi kolejny znaczny wzrost liczby niewypłacalności w Polsce o +17%, ale także na rynkach eksportowych (+25%)

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego. Wiążą się z brakiem środków na pokrycie zobowiązań u dostawcy, powodując efekt domina – ich kłopoty z płynnością.

  • Sytuacja na rynku daleka jest od przesilenia – w IV kwartale 2020 r. była najwyższa liczba niewypłacalności w historii, było ich o 20% więcej niż w poprzednim, III kwartale 2020 r.
  • Coraz więcej firm nie czeka na realną pustkę w kasie, podejmując decyzję o restrukturyzacji i ochronie przed wierzycielami z wyprzedzeniem, na podstawie sygnałów rynkowych czy wyłącznie kierowani niekorzystnymi perspektywami.
  • Ryzyko nie jest rozłożone równomiernie – nie tylko branżowo, ale i geograficznie. Najbardziej dotknięte wzrostem liczby niewypłacalności są województwa ze znacznym udziałem usług transportowych i turystycznych z północno-zachodniej Polski a także z woj. świętokrzyskiego – z blisko lub ponad 100% wzrostem liczby niewypłacalności r/r
  • Największy wzrost skali problemów zakończony niewypłacalnością zanotowały firmy działające w sektorach transportu (+70% r/r) oraz usług (+69% r/r)
  • Załamanie łańcuchów dostaw, nieprzewidywalne wahania popytu (m.in. na produkty inwestycyjne czy w motoryzacji) oznaczały duże problemy wielu producentów – liczba ich niewypłacalności wzrosła r/r o 27%
  • Nie ma bezpiecznych branż – przykładem sektor spożywczy, w którym niewypłacalnych było 109 producentów i przetwórców (czyli ponad 1/3 wszystkich niewypłacalności firm produkcyjnych – 319)
  • Budownictwo – IV kwartał czasem odwrócenia trendów: obecnie to rynek zamawiającego, a nie wykonawcy, ponowny wyścig o zlecenia kosztem marży i przyszłości, co widać już w niewypłacalnościach – 44 w IV kw. 2020 vs. tylko 25 w IV kw. 2019 (czyli +76% r/r kwartalnie)
  • Handel – wydaje się, iż hurt rozdaje karty (pw. żywności i towarów konsumenckich), ale na horyzoncie problemy detalu, w którym liczba niewypłacalności wzrosła o 35% r/r

Jak ocenia skutki oraz perspektywy przedsiębiorców Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka:

– Tak złe rezultaty można tłumaczyć na wiele sposobów, wskazując m.in. zaszłości w gromadzeniu rezerw kapitałowych etc., ale najbliższe prawdy jest to najprostsze wytłumaczenie – pandemia i związane z nią ograniczenia oraz utrudnienia, co widać m.in. po niechlubnym rekordzie upadłości w usługach oraz w transporcie (nie tylko towarowym – ten powoli odżywa, ale także w tym pasażerskim). Nigdy w historii nie było tak dużych wzrostów liczby niewypłacalności, rzędu 70% r/r jak w tych sektorach – co pokazuje jak rozległe jest to zjawisko!Rekordowa skala niewypłacalności firm w Polsce

Ponadto, to tylko wierzchołek góry lodowej. Zapewne większość firm mniejszych, rodzinnych znika bez żadnego sygnału o ich problemach, często nie wyrejestrowując działalności (lub robiąc to z dużym opóźnieniem) w związku z paraliżem urzędów. Ten mało eksponowany w statystykach i na co dzień problem (mało kto pisze bowiem o problemach rzeszy drobnych firm, uwagę przyciągają tylko znane marki, np. z branży odzieżowej) rodzi duże ryzyko dla dostawców – zaskakiwanych z dnia na dzień brakiem kontaktu, nie mówiąc o płatnościach za swoje produkty i usługi. Ponadto wielu przedsiębiorców z wyprzedzeniem, często tylko w obawie o swoje perspektywy rozpoczyna postepowanie naprawcze. To oczywiście jak najbardziej słuszne i korzystne dla nich, zwiększające szanse powodzenia restrukturyzacji, ale niestety przenoszące problem jak wirus – na większą liczbę kolejnych firm, swoich dostawców, którzy nie otrzymują swoich należności.

– Na dodatek ryzyko nie ogranicza się tylko do wymienionych branż, tych najbardziej ewidentnie dotkniętych lockdownem, ale jest widoczne m.in. w motoryzacji i szerzej, w całym sektorze produkującym na potrzeby inwestycji i je obsługujący. Kryzys zawsze mocniej dotyka słabszych, a im większy kryzys – tym większy jego skutek. Obecny kryzys to pierwsza recesja w Polsce od 30 lat, więc efekt jest duży i współmierny do okoliczności. – wyjaśnia Tomasz Starus i wskazuje: – Rządowa kroplówka pozwoliła przetrwać pierwszy szok, ale nie wyposaży firm w kapitał na ponowny rozruch, bo ten będą musiały zdobyć same. Ponieważ jak zawsze pożyczkodawcy najchętniej pożyczają firmom w bezpiecznej sytuacji (co wcale nie dziwi), tym które w gruncie rzeczy mogą się bez tego obejść, to cała rzesza pozostałych firm operować będzie chciała przede wszystkim kapitałem w postaci towarów i usług od dostawców. W związku z tym przed większością polskich firm, przed zarządzającymi nimi najtrudniejszy rok i test z zarządzania i przedsiębiorczości w historii – niestety bez możliwości poprawek, drugiego podejścia do egzaminu. Strat w obecnej sytuacji generalnie nie da się odrobić, ratując się m.in. eksportem – na rynkach zagranicznych sytuacja nie jest bowiem lepsza.

Badanie KRD/NFG – Nawet 100 faktur mniej wystawiają miesięcznie firmy z sektora MŚP

Ponad 1/3 firm wystawia miesięcznie mniej faktur niż przed pandemią. To oznacza mniejsze wpływy w firmowym budżecie, ale też mniejszy obrót w gospodarce. Główne przyczyny zmniejszonej liczby faktur w obiegu to przede wszystkim: słabszy popyt na produkty i usługi, ograniczenia w działalności kontrahentów i problemy finansowe klientów – wynika z badania Krajowego Rejestru Długów i firmy faktoringowej NFG „Płynność finansowa MŚP w pandemii”.

Gospodarka jest systemem naczyń połączonych. W związku z tym również firmy, które nie zostały zmuszone do zamknięcia lub ograniczenia swojej działalności w pandemii, pośrednio też odczuły jej negatywny wpływ. Przykładowo, zamknięte stoki narciarskie to nie tylko problem właścicieli wyciągów i hoteli, ale także firm produkujących, handlujących i wypożyczających sprzęt do sportów zimowych. Zamknięte hotele i restauracje, to automatycznie zmniejszone zamówienia dla branży FMCG, w tym głównie hurtowni spożywczych i chemicznych itd.

Mniej faktur to mniej pieniędzy na koncie

Pod tym względem pandemia poczyniła luki w obrocie gospodarczym. Według badania „Płynność finansowa MŚP w pandemii”, przeprowadzonego na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej i firmy faktoringowej NFG, 34,4% przedsiębiorstw wystawia obecnie mniej faktur niż przed pandemią. Na drugim biegunie są firmy, które w pandemii wystawiają miesięcznie więcej faktur niż wcześniej – 26,8%. Z kolei 38,8% przedsiębiorców nie potrafi określić, czy i jak zmieniła się liczba wystawianych przez nich faktur w miesiącu.

Zjawisko utraty kontraktów lub zleceń najbardziej widoczne jest w firmach małych i tych działających w branży budowlanej. Więcej faktur obecnie wystawiają firmy średnie i te działające w branży produkcyjnej.

To właśnie w przemyśle mamy relatywnie najlepszą koniunkturę w pandemii. Indeks PMI w grudniu wzrósł do 51,7 pkt. z 50,8 pkt w listopadzie. Firmy produkcyjne, zwłaszcza te kooperujące z zagranicą, notują wręcz zwyżki zamówień. Gorzej natomiast radzą sobie branże: budowlana, handlowa i usługowa. W tej pierwszej aż 42 proc. firm uskarża się na spadek liczby wystawianych faktur. Tymczasem pamiętajmy, że mniejsza liczba faktur to także mniejsze wpływy do budżetów firm. Z naszych danych wynika, że w pandemii, z obawy przed utratą płynności finansowej, więcej firm budowlanych sięgało po faktoring – mówi Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG.

W poszukiwaniu utraconych faktur

Wśród głównych przyczyn, dla których przedsiębiorcy wystawiają mniej faktur, są przede wszystkim: słabszy popyt na ich produkty i usługi (55,2%), ograniczenia w działalności kontrahentów na skutek obostrzeń (53,5%) i problemy finansowe klientów (44,8%). Przedsiębiorcy wskazują, że sami też działają w ograniczonym zakresie na skutek obostrzeń (35,5%) lub ich kontrahenci/klienci zamknęli działalność (18%).

Wiele firm uskarża się również na brak środków finansowych, trudności z uzyskaniem od dostawców surowców niezbędnych do produkcji bądź świadczenia usług, brak rąk do pracy czy niewystarczającą ilość towaru – to wszystko też wpływa na ograniczenia w wystawianiu faktur.Badanie KRD NFG – Nawet 100 faktur mniej wystawiają miesięcznie firmy z sektora MŚP

Mniej szans na finansowanie

Nawet 100 faktur mniej wystawiają miesięcznie firmy z sektora MŚP, w porównaniu do sytuacji sprzed pandemii. Taką odpowiedź wskazało 13,4% firm (głównie średnich i produkcyjnych). Nieco ponad 1/4 przedsiębiorców wystawia do 10 faktur mniej (głównie mikroprzedsiębiorców z branży budowlanej). Z kolei małe firmy, głównie z branży handlowej, straciły do 30 faktur w miesiącu.

W tym miejscu warto podkreślić, że faktura fakturze nierówna. Bo dla jednej firmy utrata stu kontraktów będzie oznaczać 10-procentową lukę w budżecie, a dla innej utrata już jednej, dwóch faktur może być gwoździem do trumny, gdyż byli to po prostu strategiczni klienci. Taka sytuacja często ma miejsce w mikrofirmach, gdzie jedna niezapłacona faktura może realnie zagrozić płynności finansowej przedsiębiorstwa – zwraca uwagę Dariusz Szkaradek.

Mało tego – faktura stanowi dla przedsiębiorcy zabezpieczenie w momencie, gdy zechce on pozyskać finansowanie np. w formie faktoringu. Następuje wówczas cesja wierzytelności na zewnętrzną firmę – w tym wypadku faktora, i przedsiębiorca otrzymuje pieniądze z faktury, którą właśnie wystawił. Jeśli faktury nie wystawił – traci szansę na finansowanie, a jak wiadomo faktoring jest jednym najtańszych, najbezpieczniejszych i najskuteczniejszych instrumentów ochrony płynności finansowej.

Badanie „Płynność finansowa MŚP w pandemii” na zlecenie Krajowego Rejestru Długów i firmy faktoringowej NFG przeprowadzone przez IMAS International w IV kwartale 2020 r. metodą CAWI na grupie 500 mikro, małych i średnich przedsiębiorstw.