Już dziś premiera największej produkcji w historii Bloober Team

The Medium, największa produkcja w historii Bloober Team zadebiutuje już dziś na konsolach Xbox X|S oraz PC w cenie 49,99 EUR/USD. Ponadto gra będzie dostępna w ramach abonamentu Xbox Game Pass Ultimate. Pierwsze oceny recenzentów podkreślają, że mamy do czynienia z najlepszą grą w historii spółki.

The Medium to bez dwóch zdań nie tylko najlepsza gra polskiego studia Bloober Team, ale i jedna z lepszych w swoim gatunku – GryOnline.pl (9/10)

W ciągu ostatnich tygodni media branżowe z całego świata z zapartym tchem śledziły kolejne informacje na temat nadchodzącej produkcji polskich mistrzów horroru. Publikacje na temat The Medium były publikowane w najpopularniejszych i największych portalach gamingowych, w tym m.in. IGN, Eurogamer, czy Gamespot, natomiast trailer stworzony przez Tomasza Bagińskiego na samej platformie YouTube obejrzało ponad 2.7 miliona osób.

  • Od zawsze powtarzałem, że wolę aby nasze gry miały skrajne oceny niż po prostu dobre, ale bez emocji. Rozrzut ocen (od 3/10 do 10/10) pokazuje, że nasze gry poruszają odbiorców, że docierają do ich wnętrza. To taki rodzaj produktu kultury, który albo pokochasz albo znienawidzisz. Bez barw pośrednich.komentuje Piotr Babieno, prezes Bloober Team

Pierwsze recenzje gry, które spływają z całego świata, sugerują, że mamy do czynienia z najlepszą dotychczas grą Bloober Team. Obecna średnia (76%) z pewnością może jeszcze wzrosnąć, ponieważ pojawia się coraz więcej opinii głoszących, iż mamy do czynienia z grą wybitną, nie tylko pod względem artystycznym, ale także technicznym.

The Medium makes better use of its hardware than any other game Ive played on my Series X, cooking up a sumptuous visual feast with no noticeable hits to performance or gameplay – The Gamer (10/10)

The Medium jest produkcją przeznaczoną na PC oraz konsolę Xbox Series X|S, która wykorzystuje pionierskie rozwiązania techniczne (historia rozgrywana na dwóch ekranach jednocześnie), połączone z filmową narracją. Tytuł Bloober Team jest porównany do największych i najpopularniejszych serii horrorów – Resident Evil oraz Silent Hill, natomiast sama spółka przyrównywana do twórców japońskich dreszczowców – Capcomu oraz Konami.

– Nasz zespół wykonał fantastyczną pracę, dzięki której The Medium będzie grą, o której będzie rozmawiało się latami.  Uczestniczyliśmy więc w niesamowitej przygodzie odkrywania nowych lądów dla branży gier. Jestem niezwykle dumny z tego jak ten pierwotny pomysł został przez nas zespół zrealizowany. Podkreślałem to już w kilku wypowiedziach ale największą siłą Bloober Team poza jasną i przemyślaną strategią stanowi prawdopodobnie najlepszy team developerski w Polsce. Mam niesamowity przywilej pracować z takimi talentami, przy których jako szef studia mogę czuć się całkowicie bezpiecznie. Żyjemy w czasach dużego niepokoju. Mam nadzieję, że jest w społeczeństwie coraz większa świadomość, że  nikt jeszcze nie zebrał ze sobą niczego na drugą stronę” i najważniejsze jest to co po sobie temu światu zostawimy. The Medium daje mi poczucie, że choć w małej części jest to również Moja Gra – mój wkład w historię elektronicznej rozrywki. Bez względu jak gra zostanie odebrana – jakie będą recenzjem jakie wyniki sprzedażowe – wiem, że dokonaliśmy tego o czym marzyliśmy. Weszliśmy na nigdy niezdobyty szczyt. I to w najbardziej niesprzyjających warunkach. Teraz trzeba tylko szczęśliwie z niego zejść i szukać dalszych niezdobytych jeszcze gór. Nigdy nie byłem tak spokojny o premierę naszej gry jak w przypadku The Medium. – mówi prezes Bloober Team

Przypominamy, że udział w tworzeniu gry ma szereg renomowanych artystów z całego świata, począwszy na znanych amerykańskich aktorach głosowych: Troyu Bakerze (m.in. z Mass Effect 3, Diablo III, The Last of Us czy Bioshock Infinite), Mary Elizabeth McGlynn (serie Silent Hill i Devil May Cry), muzykach – Akirze Yamaoce (Silent Hill), a na znakomitych aktorach – Marcinie Dorocińskim i Weronice Rosati kończąc. Tytuł przybliża historię Marianny – tytułowego Medium, dzięki czemu bohaterka widzi więcej niż zwykli śmiertelnicy.

Clue gry to różne punkty widzenia. Chcieliśmy sprowokować graczy do zadania pytania czy nie za szybko szufladkujemy? Czy nie za szybko wyrabiamy sobie opinię (albo wręcz mamy ją z góry przekazaną) zanim nie wejdziemy w głąb problemu? W czasach kiedy populizm niszczy wolność słowa, a media nie walczą o prawdę tylko  przekonanie do swej racji chcieliśmy dać asumpt do zastanowienia się nad naszą w tym rolą –  mówi Piotr Babieno

Korzystając z tej okazji chciałbym zdemontować plotki o tym, że mamy wkrótce podać więcej informacji na temat projektu Black. Te informacje będą przekazane przez naszego partnera w tym roku, ale nie spodziewałbym się ich bardzo szybko, to właśnie jedna z takich informacji tworzonych “na potrzebę”. Teraz całkowicie skupiamy się na lunchu i suporcie naszej najważniejszej gry. Gry, która – jestem przekonany – przejdzie do historii –  mówi Piotr Babieno.

OZE i atom mogą zastąpić węgiel szybciej, niż przewiduje rząd. Wyzwaniem będzie dostosowanie sieci przesyłowej i gospodarowanie odpadami

Wprowadzenie energetyki jądrowej i połączenie jej z OZE to jedyny realny sposób osiągnięcia przez Polskę neutralności klimatycznej – wskazuje Instytut Sobieskiego. Eksperci podkreślają, że odejście od węgla może nastąpić szybciej, niż przewidują to plany rządowe. Kwestią do rozstrzygnięcia pozostaje to, w jaki sposób zbilansować energię z atomu i odnawialnych źródeł, żeby było to optymalne ekonomicznie. Wyzwaniem będzie również dostosowanie do nowych mocy sieci przesyłowych, a także zagospodarowanie odpadów z elektrowni jądrowej.

– W Polsce mamy energetykę odnawialną, która zapewnia około 20 proc. konsumowanej energii elektrycznej, i węgiel, który zapewnia ok. 70 proc. [pozostały udział mają elektrownie gazowe i wodne – red.]. Skoro odchodzimy od węgla, co jest nieuniknione i moim zdaniem nastąpi nawet szybciej, niż wskazują na to obecne plany rządu, to oznacza, że musimy go czymś zastąpić – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Robert Zajdler, ekspert ds. energetycznych Instytutu Sobieskiego.

Zaktualizowany projekt „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, który Ministerstwo Klimatu przedstawiło we wrześniu ub.r. i który ma zostać przyjęty jeszcze w tym kwartale, zakłada, że do końca obecnej dekady udział OZE w końcowym zużyciu energii brutto ma wynieść co najmniej 23 proc., z kolei udział węgla w wytwarzaniu energii elektrycznej do tego czasu ma już nie przekraczać 56 proc., a przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2 może spaść nawet do 37,5 proc. Aby zbilansować spadający udział źródeł opartych na węglu, konieczna jest budowa nowych, niskoemisyjnych mocy wytwórczych, które zagwarantują niezawodność dostaw energii.

– Ponieważ Unia Europejska i cały świat idzie w kierunku dekarbonizacji, osiągnięcie tego celu jest istotne i powoduje, że źródła oparte na węglu kamiennym, brunatnym czy gazie są traktowane jako mniej korzystne. Patrząc na różne strategie osiągnięcia tego celu, jakim jest redukcja emisji CO2 i neutralność klimatyczna, widać, że w tych analizach zawsze występuje energetyka atomowa – mówi dr hab. Robert Zajdler.

W listopadowym raporcie „Energetyka jądrowa dla Polski” Instytut Sobieskiego wskazuje, że wprowadzenie energetyki jądrowej i połączenie jej z OZE jest jedyną realną ścieżką, która umożliwi szybkie i sprawne osiągnięcie neutralności klimatycznej. Już w tej chwili połowa krajów Unii Europejskiej, w tym Polska, wykorzystuje albo ma zamiar rozwijać energetykę jądrową w ramach szybszego i efektywnego programu dekarbonizacji.

– W skali całego świata energetyka odnawialna i energetyka jądrowa w bilansie energetycznym zapewniają po około 10 proc. pokrycia konsumpcji – przypomina ekspert. – W momencie, kiedy z produkcji energii i być może też ciepła wytniemy praktycznie cały węgiel i ograniczymy ilość gazu, to te dwa źródła – czyli energetyka jądrowa i OZE – faktycznie będą mogły ze sobą funkcjonować.

Zgodnie z przyjętym w październiku ub.r. przez rząd programem polskiej energetyki jądrowej do 2043 roku w Polsce mają działać już dwie elektrownie atomowe o łącznej mocy od 6 do 9 GW. W latach 2040–2045 około 1/5 krajowej produkcji energii ma już pochodzić z atomu. Pierwsza inwestycja powstanie w Lubiatowie–Kopalinie lub Żarnowcu (lokalizacjach wskazanych już we wcześniejszym PPEJ z 2014 roku), ale pod uwagę brane są również Bełchatów i Pątnów. Uruchomienie pierwszego bloku przewidziano na 2033 rok, kolejne będą oddawane w latach 2035 i 2037. Budowa drugiej elektrowni ma wystartować w 2032 roku, a jej trzy reaktory mają być po kolei uruchamiane w latach 2039–2043.

– Teraz problem polega na tym, ile potrzebujemy tych odnawialnych źródeł energii i energetyki atomowej, żeby to wszystko zbilansować, żeby to było ekonomicznie opłacalne i żeby wyprodukowany przez nie prąd był skonsumowany. Rząd musi przyjąć taką strategię, która zapewni, że to wszystko będzie funkcjonowało ze sobą w synergii – mówi Robert Zajdler.

Do 2030 roku rząd planuje także od 8 do 11 GW w morskich farmach wiatrowych na Bałtyku. Do tego dochodzi też szybko rozwijający się segment energetyki odnawialnej na lądzie (głównie wiatr i fotowoltaika), którego moc zainstalowana już w tej chwili wynosi około 12 GW. Według danych URE moc zainstalowana w krajowym systemie elektroenergetycznym wynosi ok. 47 GW.

Ekspert Instytutu Sobieskiego podkreśla, że wyzwaniem będzie dostosowanie sieci przesyłowo-dystrybucyjnej do nowych źródeł wytwórczych.

 W tej chwili może z tym być problem, ponieważ pierwsza planowana elektrownia jądrowa w okolicach Żarnowca znajdzie się dokładnie w tym miejscu, gdzie na ląd mają wychodzić kable, którymi będzie dostarczana energia elektryczna z farm offshore. Jeżeli z dwóch źródeł w jednym miejscu będzie wychodzić duża moc, to sieć musi być tam dość mocno rozbudowana. Problem tej lokalizacji jest też taki, że nie ma tam wystarczająco przemysłu, który by tę ilość energii od razu skonsumował – ocenia ekspert ds. energetycznych.

Według przyjętego w ubiegłym roku przez URE „Planu rozwoju systemu przesyłowego”, który zakłada różne scenariusze rozwoju krajowego systemu elektroenergetycznego, do 2030 roku inwestycje w sieć mogą wynieść kilka miliardów złotych, w zależności od wariantu.

Kolejną kwestią, jaką trzeba się będzie zająć, rozwijając energetykę atomową, jest zarządzanie odpadami.

To są odpady, które mają dość wysoką promieniotwórczość, czyli ryzyko dla życia, zdrowia, jeżeli coś się stanie, jest dość istotne. Krótkoterminowo są one składowane w odpowiednich miejscach na terenie elektrowni, natomiast po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach trzeba je przenieść do długoterminowego składowiska odpadów. Takich składowisk nie ma, trzeba je stworzyć. Państwa, które próbują je tworzyć, mają z tym problemy, związane np. z transportem odpadów na duże odległości – wyjaśnia Robert Zajdler.

Jak podkreśla, w elektrowniach atomowych szczególnie groźne – dla życia ludzi i kondycji środowiska naturalnego – mogą być także konsekwencje ewentualnych ludzkich błędów czy zaniedbań. Przykładem może być awaria reaktora w Fukushimie.

To się przekłada na koszty. Jak podkreśla sama branża atomowa, o ile w ostatnich 10 latach koszty technologii odnawialnych, np. wiatraków, paneli fotowoltaicznych, spadły o 70–80 proc., koszty energetyki atomowej wzrosły o 26 proc. To jest kwestia zapewniania odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa, szukania odpowiednich procedur, które wykluczą ryzyko awarii – podkreśla ekspert Instytutu Sobieskiego.

Branża turystyczna liczy na poluzowanie restrykcji. Rekordowe zainteresowanie wakacyjnymi wyjazdami pomoże odrobić część strat

Po trzech lockdownach, ograniczeniu możliwości zagranicznych podróży i zamknięciu w domach z pracą zdalną Polacy tęsknią za wyjazdami i już teraz na potęgę bukują pobyty w miejscowościach turystycznych. Z informacji portalu Noclegi.pl wynika, że o ile latem branże hotelarska i gastronomiczna nie będą objęte restrykcjami, mogą liczyć na rekordowy rok.

– To, jaki będzie 2021 rok dla branży turystycznej, zależy od tego, kiedy zostaną zniesione restrykcje. Ale gdybyśmy porównali ten rok z poprzednim, mamy już o 50 proc. więcej rezerwacji na sezon wakacyjny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Natalia Jaworska z portalu Noclegi.pl. – Polacy są spragnieni wyjazdów. W przeprowadzonej przez nas ankiecie goście wypowiadali się, dokąd chcieliby wyjechać w 2021 roku, a najczęstszą odpowiedzią, jakiej udzielali, była: dokądkolwiek.

W 2020 roku od stycznia do listopada z bazy noclegowej skorzystało 15,2 mln turystów krajowych (dane Głównego Urzędu Statystycznego). W tym samym okresie 2019 roku liczba ta sięgała przeszło 26,4 mln – to spadek o ponad 42 proc. Liczba gości zagranicznych spadła z prawie 7 mln do 2,2 mln. Nawet w wakacyjnych miesiącach, gdy poluzowano obostrzenia, urlopowicze zostali w kraju, a media pokazywały pełne plaże i kolejki na górskich szlakach, frekwencja była niższa niż rok wcześniej. Z krajowych wczasów skorzystało 5,3 mln osób wobec 6,6 mln w lipcu i sierpniu 2019 roku. Teraz konsumenci chcą sobie odbić ubiegłoroczną przymusową wstrzemięźliwość.

– Rezerwacje na wakacje w tym roku pojawiają się z dużym wyprzedzeniem, mimo tego, że w trakcie pandemii utrzymywał się raczej trend rezerwacji na ostatnią chwilę, czyli widzimy tutaj pewną zmianę. Jednakże z drugiej strony trzeba zaznaczyć, że hotelarze idą na rękę gościom i robią ukłon w ich stronę, bo dają możliwość odwołania rezerwacji do ostatniej chwili – wyjaśnia ekspertka. – Obecnie ceny są niższe, jednakże jeżeli dostępność maleje, to ceny wzrastają. Ceny wzrosną w wakacje również ze względu na to, że prawdopodobnie hotelarze będą chcieli odbić sobie czas pandemii i ponownie zgromadzić oszczędności, bo w tym czasie z pewnością dużo potracili.

Porównanie ofert z portalu Noclegi.pl wskazuje, że obecnie ceny są od jednej ósmej (Gdańsk) do nawet jednej trzeciej (Zakopane) niższe niż przed rokiem. Przy wyjeździe kilkuosobowej rodziny stanowi to dużą różnicę. Przykładowo tygodniowy pobyt czterech osób w Zakopanem kosztuje 1120 zł zamiast 1708 zł. Popyt na wypoczynek w kraju może napędzić także bon turystyczny. Eksperci serwisu rezerwacyjnego podkreślają, że w połowie stycznia płatności za noclegi bonem wzrosły o 140 proc. w porównaniu do tygodnia wcześniej.

– Branża jest uzależniona od pandemii i tempa szczepień, tak że jeżeli obostrzenia będą się przedłużały, a szczepienia będą wolno postępowały, to musimy się liczyć z tym, że niektóre przedsiębiorstwa turystyczne i obiekty hotelowe po prostu zbankrutują – przewiduje Natalia Jaworska. – Jest kilkadziesiąt tysięcy obiektów, z którymi współpracują Noclegi.pl. Obecnie niewiele z nich informuje, że zamyka swoje działalności. Jednakże to jest jak wróżenie z fusów, nie wiemy, co się wydarzy za miesiąc, dwa czy trzy, bo nie wiemy, jak długo potrwają obostrzenia.

Początek sezonu to zazwyczaj długi weekend majowy, na który też można już zarezerwować miejsce. Przed rokiem liczba Polaków, którzy wykupili noclegi poza domem w maju, była siedmiokrotnie niższa niż w maju 2019 roku. I choć pewien wpływ na ten wybór mógł mieć układ dni w tygodniu (długi weekend trwał bowiem zaledwie trzy dni zamiast pięciu przy jednym urlopowym w 2019 roku), niewątpliwie pandemia odcisnęła na tym wyniku swoje piętno.

Co roku nawet milion osób z zagranicy leczy się w Polsce. Pandemia i nowe technologie mogą przyspieszyć rozwój turystyki medycznej

Wpływ pandemii COVID-19 na przeciążenie służby zdrowia i rozwój nowych technologii sprawił, że coraz częściej zaczyna się mówić o opiece zdrowotnej przyszłości, w której cyfryzacja i sztuczna inteligencja odgrywają kluczową rolę. Przykładowo już teraz, dzięki takim rozwiązaniom jak chociażby telemedycyna czy zdalna diagnostyka, pacjent może być monitorowany na odległość, a opieka nad nim może być przeniesiona ze szpitala w inne miejsce, np. do jego domu. Trend ten powoduje także rozwój i wzrost popularności turystyki medycznej.

Pandemia przyczyniła się do szybkiego rozwoju e-zdrowia i rozwiązań telemedycznych. Z danych Mondial Assistance wynika, że w pierwszych pięciu miesiącach 2020 roku liczba zdalnych konsultacji lekarskich dla klientów ubezpieczeniowych i bankowych wzrosła aż o 172 proc. Duży wzrost odnotowała również Grupa LUX MED, której lekarze i specjaliści w lipcu 2020 roku odbywali 20 tys. porad telemedycznych dziennie.

E-usługi zdrowotne są wygodniejsze dla pacjentów, a dla systemu ochrony zdrowia oznaczają wzrost wydajności i długofalowo niższe koszty. Nowe technologie, które umożliwiają zdalne monitorowanie stanu pacjenta, w połączeniu z ich rosnącą świadomością w kwestii własnego zdrowia i chęcią współuczestniczenia w procesie leczenia, powodują też, że model opieki przechodzi transformację.

–  Pandemia COVID-19 sprawiła, że wiele rozwiązań wydających się być technologiami przyszłości już teraz stało się standardem i znajduje zastosowanie w opiece nad pacjentami. Sztuczna inteligencja oraz algorytmy uczące się bezpośrednio wspierają pracę personelu medycznego, zwiększają skalę działania, dają większą pewność postawienia poprawnej diagnozy już za pierwszym razem, pomagają także zoptymalizować koszty, które w ochronie zdrowia są olbrzymie  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Bruszewski, dyrektor generalny Philips Health Systems. – Obserwujemy stały rozwój całej gamy rozwiązań opartych na nowych technologiach. Już teraz medyczne urządzenia przenośne pomagają monitorować stan zdrowia pacjenta z każdego miejsca, w którym dany pacjent aktualnie się znajduje. Coraz więcej mówi się o tym, że w przyszłości to dom pacjenta stanowić będzie centralny punkt opieki zdrowotnej, szpital natomiast będzie pełnić funkcję nadrzędnej jednostki zarządzania zdrowiem pacjenta.

Eksperci podkreślają, że rozwój nowych technologii w medycynie może przyczynić się również do wzrostu popularności turystyki medycznej. Chodzi tu o wykorzystanie możliwości, jakie dają zdalna opieka nad pacjentem, zdalna diagnostyka czy zdalne monitorowanie takich parametrów życiowych jak chociażby praca serca czy przebieg snu.

– W ostatnich latach turystyka medyczna w Polsce rozwijała się coraz bardziej. Coraz częściej słyszeliśmy, że ludzie korzystają z turnusów, połączonych z zabiegami czy usługami medycznymi, pozwalającymi na wykonanie monitoringu organizmu za pomocą różnych mobilnych urządzeń. Takie połączenie, zwłaszcza w obecnej sytuacji pandemicznej, powodującej duże kolejki w dostępie do specjalistów, może rozwiązywać wiele problemów zdrowotnych – mówi Łukasz Szeliga, prezes Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego.

Foster Travel podaje, że Polska – obok Turcji, Węgier i Czech – jest jedną z najpopularniejszych destynacji turystyki medycznej w Europie, głównie z powodu konkurencyjnych cen w stosunku do takich krajów jak Niemcy czy Wielka Brytania. Szacuje się, że może do niej przyjeżdżać nawet około miliona turystów medycznych, którzy najczęściej korzystają z usług gabinetów stomatologicznych, ale także z zabiegów ortopedycznych czy rehabilitacji. Zaletą polskiego rynku są nie tylko konkurencyjne ceny, ale również wykształcona kadra medyczna i dobra infrastruktura.

Potencjał w tej dziedzinie turystyki został także dostrzeżony przez władze samorządowe Warmii i Mazur, które, by wzmocnić potencjał regionu, rozwijają w nim nową, inteligentną specjalizację, na mocy której powołany został klaster turystyki medycznej „Zdrowe Życie”.

– Klaster powstał w odpowiedzi na zapotrzebowanie władz samorządowych, branży medycznej i hotelarskiej – mówi Jarosław Klimczak, prezes Warmińsko-Mazurskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej w Olsztynie. – Liczymy, że zakres naszego działania wyjdzie poza region Warmii i Mazur i obejmie cały kraj. Już teraz do klastra przyłączyło się kilkadziesiąt podmiotów z całej Polski, są wśród nich m.in. największe na świecie firmy technologiczne, takie jak Philips czy Medtronic – podkreśla.

Klaster „Zdrowie Życie” ma się przyczynić do rozwoju turystyki medycznej w regionie Warmii i Mazur po zakończeniu pandemii, wzmocnić potencjał lokalnych placówek medycznych, ale również hoteli czy SPA oraz zachęcić uczestniczące w nim firmy i podmioty do współpracy i badań nad innowacjami, które przyczynią się do rozwoju tej branży.

– Liczymy, że do klastra dołączą również uczelnie i jednostki badawczo-rozwojowe. Chcielibyśmy, aby na Mazurach rozwijała się branża związana z usługami medycznymi, a także, aby powstał tu ośrodek badawczo-rozwojowy pomagający wdrażać nowoczesne technologie, przy jednoczesnej ocenie skuteczności ich działania – mówi Jarosław Klimczak.

Ścisła współpraca pomiędzy sektorem ochrony zdrowia, branżą turystyczną i firmami technologicznymi może przynieść wiele korzyści zarówno dla mieszkańców, jak i dla turystów Warmii i Mazur, dając im możliwość korzystania nie tylko z walorów przyrodniczych regionu, lecz także z usług medycznych oferowanych w szpitalach i innych wysokospecjalistycznych placówkach.

– Niezależnie od tego, czy mówimy o drobnych zabiegach, opiece pozabiegowej, rehabilitacji czy przygotowaniu osób do zabiegu, infrastruktura Warmii i Mazur może być  fenomenalnym miejscem, aby z niego korzystać i ładować swoje baterie zdrowotne – podkreśla Marcin Bruszewski z Philipsa.

Po co ZUS chce zbierać informacje o umowach o dzieło?

Nowy rok przynosi zmiany w funkcjonowaniu umów cywilnoprawnych. Już nie zatrudnimy pracownika na umowę o dzieło, ciesząc się z braku jakichkolwiek obowiązków składkowych i sprawozdawczych do ZUS-u. Ustawa, która weszła w życie 1 stycznia, nakłada na pracodawców obowiązek zgłoszenia takiej umowy do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w ciągu 7 dni od jej wystawienia. Co więcej, formularz wymaga podania przedmiotu dzieła, którego wykonanie rozliczamy daną umową. Jaki jest cel tej ustawy i czemu budzi ona kontrowersje wśród pracodawców i prawników? Wątpliwości budzi również powód wprowadzenia tego przepisu w tarczach antykryzysowych. Nie służy on pomocy przedsiębiorcom, ale może w przyszłości być skutecznym narzędziem podczas kontroli ZUS-u.

– Według ZUS nowe przepisy mają cel statystyczny i analityczny, a także mają ułatwić weryfikację istnienia obowiązku ubezpieczeń społecznych. Jaki jest rzeczywisty cel tych zgłoszeń? Uważa się, że kontrola. Jeżeli ZUS zbiera informacje o przedmiocie dzieła – to może weryfikować, czy umowa jest rzeczywiście umową o dzieło. Może podważać jej charakter w czasie kontroli i wskazywać, że jest to umowa zlecenie, od której musimy odprowadzić składki – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Bocianowski, adwokat, mediator i specjalista z zakresu prawa pracy. – W czasie kontroli ZUS będzie mógł także żądać okazania wszystkich umów zawartych z daną osobą. Może rozszerzyć kontrolę na umowy z lat przeszłych i kwestionować również ich charakter. Może wydać decyzję o obowiązku uiszczenia przeszłych składek i to z odsetkami. Tutaj pojawia się problem odnośnie kwalifikowania danej umowy. Czasami nawet prawnicy mają wątpliwości, jaki charakter ma dana umowa. Czy powinna być umową zlecenie, czy umową o dzieło. Niektórzy przewidują, że prawdziwą przyczyną wprowadzenia tych przepisów może być dążenie do oskładkowania umów o dzieło na równi z umowami zlecenie – ostrzega Bocianowski.

Powracający do kraju powinni sami się zgłosić do GIS. Kary za złamanie kwarantanny pozostają aktualne

Na polskiej granicy wciąż obowiązują obostrzenia związane z zapobieganiem COVID-19. Jednak od 15 stycznia zmieniły się zasady zgłaszania się na obowiązkową dziesięciodniową kwarantannę po wjeździe do Polski. Dotychczas to przewoźnicy musieli zebrać od podróżnych ich dane osobowe, kontaktowe i adres pobytu lub miejsca zamieszkania, a następnie przekazać te informacje do GIS w celu nałożenia kwarantanny. Teraz podróżni sami muszą dopełnić tego obowiązku. Co ważne, nie zwalnia ich z tego nawet przekazanie swoich danych Straży Granicznej podczas kontroli.

Od 15 stycznia br. obowiązują nowe zasady zgłaszania się na obowiązkową kwarantannę dla osób przekraczających granice Rzeczypospolitej Polskiej. Co do zasady osoba, która przekracza granice wewnętrzne krajów strefy Schengen, jest zobowiązana zgłosić poddanie się kwarantannie do Głównego Inspektora Sanitarnego za pośrednictwem infolinii, przekazując odpowiednie dane wymagane zgodnie z rozporządzeniem – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Wojarska-Aleksiejuk, adwokat z Kancelarii Wojarska Aleksiejuk & Wspólnicy.

Obowiązkowa dziesięciodniowa kwarantanna po przekroczeniu granicy Polski została wprowadzona od 28 grudnia. Dotyczy ona zarówno cudzoziemców, jak i Polaków wjeżdżających do kraju. Wprowadzono jednak kilka wyjątków – z tego obowiązku zwolnieni są m.in. przedstawiciele zawodów medycznych, którzy przekraczają granicę w celu udzielenia świadczeń zdrowotnych, kierowcy zajmujący się transportem drogowym, członkowie misji dyplomatycznych i przedstawiciele organizacji międzynarodowych oraz członkowie ich rodzin, a także studenci i doktoranci, którzy kształcą się bądź prowadzą działalność naukową w Polsce (pełna lista jest udostępniana na stronie Straży Granicznej).

Z obowiązkowej kwarantanny po przekroczeniu granicy zwolnione są również osoby już zaszczepione na COVID-19, które mają odpowiednie zaświadczenie. Natomiast od 23 stycznia nie muszą odbywać jej również ci, którzy mają negatywny wynik testu w kierunku SARS-CoV-2. Test musi być wykonany przed przekroczeniem granicy i jest ważny przez 48 godzin od momentu otrzymania wyniku.

Co istotne, od piątku 15 stycznia br. pasażerów przyjeżdżających do Polski transportem zbiorowym z zagranicy obowiązują nowe zasady zgłaszania się na kwarantannę. Do tej pory, jeszcze przed przekroczeniem granicy, musieli oni podać przewoźnikowi swoje dane osobowe, kontaktowe i adres (zamieszkania lub pobytu), pod którym będą odbywali kwarantannę po wjeździe do Polski. Następnie przewoźnik przekazywał te dane do GIS. Teraz podróżni sami muszą dopełnić tego obowiązku, dzwoniąc pod całodobową infolinię Głównego Inspektora Sanitarnego.

W przypadku przekroczenia granicy zewnętrznej, czyli spoza strefy Schengen, te informacje de facto powinny zostać przekazane funkcjonariuszowi Straży Granicznej podczas kontroli. Następnie on przekazuje je dalej, do systemu teleinformatycznego – wyjaśnia Katarzyna Wojarska-Aleksiejuk. – W rozporządzeniu nie ma jednak takiego wyłączenia, że jeśli przekraczamy granicę zewnętrzną, to jesteśmy zwolnieni ze zgłoszenia się do Głównego Inspektora Sanitarnego, aby poddać się kwarantannie. Dlatego z ostrożności – mimo przekazania swoich danych funkcjonariuszowi SG – zawsze warto jeszcze za pośrednictwem infolinii zgłosić się do GIS.

Jeśli bowiem funkcjonariusz nie wprowadzi tych danych do systemu, podróżnemu może grozić kara grzywny. Rozporządzenie Rady Ministrów nie wprowadza wprawdzie sankcji finansowych za brak zgłoszenia na infolinię GIS po przekroczeniu polskiej granicy, nadal jednak obowiązują wprowadzone wcześniej kary za złamanie nakazu kwarantanny lub izolacji.

– Kwarantanna obowiązuje niezależnie od tego, czy dana osoba zgłosi się na infolinię GIS, czy też nie. Zatem złamanie jej jest i tak zagrożone mandatem karnym lub karą administracyjną w wysokości do 30 tys. zł – podkreśla adwokat z Kancelarii Wojarska Aleksiejuk & Wspólnicy.

Przewoźnicy kolejowi, którzy uruchamiają pociągi międzynarodowe, i organizatorzy transportu zbiorowego są zobowiązani poinformować podróżnych o tych nowych zasadach – za pomocą stron internetowych, komunikatów głosowych i wizualnych, w co najmniej dwóch językach.

Brakuje lekarzy, przybywa chorych. W rozwiązaniu problemu może pomagać sztuczna inteligencja

Algorytm stworzony przez polski start-up medyczny w zaledwie kilka sekund przeanalizuje wyniki badania mózgu tomografem komputerowym i wykryje niepokojące zmiany. Dzięki temu diagności medyczni poradzą sobie z lawinowo rosnącą ilością danych, które muszą przeanalizować. Jak wskazują eksperci, sztuczna inteligencja nie wyprze zawodu lekarza, ale zwłaszcza w dobie niedoboru ich na rynku pracy znacznie usprawni pracę m.in. radiologów.

– Nasze badania nie są ukierunkowane na powstanie inteligencji czy na tworzenie autonomicznych algorytmów, które będą w stanie same podejmować decyzje. Przede wszystkim tworzymy narzędzia, które ułatwią człowiekowi podejmowanie tych decyzji i w tym kierunku będzie szła technologia. Już pojawiają się systemy istotnie skracające czas analizy danych, na podstawie których lekarz np. będzie stawiał diagnozę i będzie podejmował leczenie. Te metody już znajdują zastosowanie m.in. w wyszukiwaniu nowych leków, w diagnostyce medycznej, a w naszym przypadku w diagnostyce radiologicznej – mówi agencji Newseria Innowacje Robert Kitłowski, prezes zarządu BrainScan.

Stworzony przez polski start-up medyczny system pozwala na automatyczne wykrywanie i klasyfikację zmian stwierdzonych w obrazach z tomografii komputerowej mózgu. Obrazy zarejestrowane przez TK są wysyłane do serwera, a następnie do chmury. Następnie wspierane przez sztuczną inteligencję algorytmy analizują wyniki pod kątem stwierdzenia nieprawidłowości. Po tej analizie dane odsyłane są z powrotem na serwer. Dzięki temu lekarze radiolodzy otrzymują przeanalizowane dane i mogą szybciej postawić diagnozę. Algorytmy z wysoką skutecznością diagnozują m.in. krwiaki oraz krwotoki podpajęczynówkowe, śródmózgowe i te, które są zlokalizowane w układzie komorowym.

– Informacje zwracamy w ciągu kilku sekund na serwer klienta. W momencie, gdy radiolog siada do tego badania, widzi określone zmiany i prawdopodobieństwo, z jakim one w danym miejscu występują, więc może szybko podjąć decyzję, czy to faktycznie w tym miejscu jest dane schorzenie i czy być może chirurg powinien się zająć tym pacjentem w pierwszej kolejności. Jest to bardzo praktyczny przykład zastosowania naszego rozwiązania, gdzie w bardzo wymierny sposób skracamy czas analizy określonego badania – wskazuje Robert Kitłowski.

Z danych udostępnionych przez Statista wynika, że w 2020 roku na całym świecie mogło być wygenerowanych nawet ponad 2,3 tys. eksabajtów danych medycznych. Dla porównania w 2013 roku były to nieco ponad 153 eksabajty danych. W związku z gigantycznym przyrostem informacji, które trzeba analizować, wsparcie lekarzy przez sztuczną inteligencję może się okazać konieczne.

– W związku ze starzeniem się społeczeństwa liczba lekarzy, którzy będą w stanie analizować te dane, będzie maleć. W związku z tym trudno oczekiwać, żeby lekarz zwiększył swoją produktywność. Kiedyś tomograf komputerowy robił jeden skan w pół godziny czy godzinę, dzisiaj jest w stanie zeskanować całe ciało w kilka minut. Żaden radiolog nie jest w stanie pracować w takim tempie, żeby przejrzeć skan pacjenta i napisać interpretację w ciągu kilku minut. To trwa zwykle 15–20 minut. Tak więc lekarze są w pewien sposób skazani na zastosowanie nowoczesnych technologii, gdyż w innym wypadku maszyny będą produkować po prostu zbyt dużo obrazów, aby oni byli w stanie je przeanalizować – podkreśla prezes BrainScan.

Według danych Naczelnej Izby Lekarskiej z roku na rok przybywa osób z dyplomem ukończenia studiów na kierunku lekarskim. W 2020 roku w zawodzie tym zarejestrowanych było w Polsce ponad 197 tys. osób, a rok wcześniej niespełna 195 tys. osób. Mimo to wciąż mówi się o deficycie w tej grupie zawodowej. Ta tendencja, połączona ze zwiększonym zapotrzebowaniem na usługi medyczne, również będzie stymulować rozwój zastosowania sztucznej inteligencji w medycynie.

– Jest ogromna luka pokoleniowa. Trudno oczekiwać, by lekarz przed emeryturą chciał pracować 10 lub nawet 12 godzin przed monitorem i analizować te badania. Dlatego wszelkie czynności rutynowe, które tego typu systemy są w stanie zautomatyzować, to jest obszar na którym się koncentrujemy – mówi Robert Kitłowski.

Według Grand View Research wzrost światowego rynku sztucznej inteligencji w diagnostyce w latach 2020–2027 utrzyma się na średniorocznym poziomie ponad 32 proc. Zdaniem twórców raportu głównymi czynnikami napędzającymi rozwój tego rynku będzie niedobór pracowników i wzrost popytu na rozwiązania z zakresu SI w medycynie.

Automatyzacja biznesu pomaga przetrwać w czasach pandemii. Coraz częściej wspiera, a także chroni pracowników przed zwolnieniem

Automatyzacja biznesowa zmienia sposób działania marek, pozwalając im robić więcej za mniej. Wielkość firmy przestaje mieć tak duże znaczenie, a automatyzacja może dać przewagę mniejszym przedsiębiorstwom, które często są w stanie reagować na nowe trendy szybciej niż ich więksi rywale. Przyszłością automatyzacji będzie integracja zautomatyzowanych już wcześniej procesów w jeden łatwy do zarządzania proces główny. Nowym trendem jest też takie wykorzystanie narzędzi typu sztuczna inteligencja, żeby wesprzeć pracownika, a nie go zastąpić.

– Pandemia na pewno zainicjowała powstanie nowych narzędzi związanych z automatyzacją procesów, natomiast wydaje się, że w dużo większym stopniu pokazała, jak ważna jest zwinność w biznesie. Natomiast automatyzacja procesów oznacza zwinność biznesu. Na przykładzie naszych klientów mogę powiedzieć, że praktycznie z dnia na dzień w związku z zaistniałą sytuacją musieli oni zmienić sposób dotarcia do swoich klientów, sposób komunikacji z nimi, a dzięki zautomatyzowanym procesom byli w stanie zrobić to szybko – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wojciech Mikucki-Wituszyński, prezes Sellions.

Automatyzacja biznesowa zmienia sposób działania marek, pozwalając im robić więcej za mniej i błyskawicznie skalować działalność. W teorii oznacza to, że wielkość firmy nie ma tak dużego znaczenia, a automatyzacja może dać przewagę mniejszym markom, które często są w stanie reagować na nowe trendy szybciej niż większe przedsiębiorstwa. Pokazała to już pandemia, kiedy działalność większości firm przeniosła się do sieci. Na znaczeniu zyskały e-commerce i e-usługi. Dla firm oznaczało to konieczność przemodelowania działalności, żeby przetrwać kolejne lockdowny bez większych strat.

Automatyzacja przepływu pracy to inteligentny sposób na zwiększenie zysków firmy. Strony internetowe działają 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Można przyjmować zamówienia o każdej porze dnia i każdego dnia tygodnia. Automatyzacja kluczowych procesów sprawia, że ​​firma działa nawet wówczas, gdy nie ma pracowników. Dlatego po automatyzację procesów sięgają różne branże, nie tylko handel.

– Narzędzia do automatyzacji procesów dostarczają szereg zróżnicowanych korzyści dla różnego rodzaju biznesów. Począwszy od skrócenia czasu dotarcia do klienta, przez skrócenie łańcucha dostaw, lepsze zrozumienie potrzeb klientów i dobranie ofert dopasowanych do oczekiwań, co koniec końców przekłada się np. na podniesienie sprzedaży i podniesienie satysfakcji klientów – przekonuje Wojciech Mikucki-Wituszyński.

Głównym założeniem automatyzacji jest zidentyfikowanie powtarzalnych zadań lub dowolnego ręcznego procesu, który może być lepiej obsługiwany przez oprogramowanie, aplikacje lub technologię. Zamiast tracić cenne godziny pracy, te same zadania wykonują się automatycznie. We wszystkich działach firmy istnieją procesy, które można zautomatyzować. Automatyzacja np. handlu elektronicznego może usprawnić wszystkie procesy, od zarządzania zapasami po marketing. Jak jednak przekonuje prezes Sellions, automatyzacja nie powinna oznaczać całkowitego zastąpienia człowieka przez maszyny i inteligentne algorytmy.

–  W zakresie innowacji, których możemy się spodziewać we wsparciu sprzedaży, to, po pierwsze, zwrócenie się bardziej w stronę pracowników, którym narzędzia automatyzacyjne powinny ułatwiać pracę. Początkowa gorączka „automatyzujmy, co się da” ustępuje podejściu przez pryzmat potrzeb pracownika i odpowiedzi na pytanie, co dokładnie powinniśmy zrobić, aby w jak największym stopniu podnieść efektywność naszych pracowników i ułatwić im pracę – przekonuje.

Przyszłością są też platformy, które integrują zautomatyzowane już wcześniej procesy. Platforma Sellions Engine umożliwia zarządzanie w jednym miejscu działaniami w kanałach offline i online. Pozwala np. na automatyczne wysyłanie maili czy wiadomości SMS, zarządza przebiegiem procesu zakupowego czy wynikami sprzedaży. Jednocześnie agreguje informacje o kliencie, a dzięki mechanizmom segmentacji i scoringu personalizuje działania w każdym kanale. Analizy i raporty pokazują w czasie rzeczywistym skuteczność prowadzonych działań.

– Od dawna znane są aplikacje do automatyzacji mailingu, SMS-ów czy pracy call center. Obecnie pojawia się nowa fala narzędzi, takich jak np. rozwijana przez nas platforma, które łączą te różne kanały komunikacji z klientem w jeden mechanizm, który decyduje, kiedy do klienta wysłać maila, kiedy SMS-a, kiedy wysłać go do handlowca pracującego w terenie, a kiedy ten klient powinien zostać obsłużony przez pracownika – tłumaczy Wojciech Mikucki-Wituszyński.

Triggo zapowiada IPO w I kwartale 2021 roku i planuje pozyskać do 2,5 mln EUR

Zarząd Triggo S.A., spółki opracowującej unikatowy w globalnej skali pojazd elektryczny będący odpowiedzią na korki i brak miejsc parkingowych, planuje w najbliższych miesiącach pozyskać środki w drodze oferty publicznej. Wartość emisji wyniesie do ok. 11 mln zł, które będą dedykowane finansowaniu dalszych badań i prac nad wdrożeniem seryjnej produkcji. Spółka zakłada debiut na rynku NewConnect w 2021 roku. W obszarze operacyjnym Triggo S.A. prowadzi rozmowy nt. pilotaży z partnerami branżowymi, przygotowuje założenia produkcyjne i oczekuje w 2021 roku uzyskania homologacji.

Triggo jest polskim, unikatowym w skali światowej w pełni elektrycznym pojazdem, który dzięki swojej innowacyjnej konstrukcji jako pierwszy na świecie łączy zalety wysokiej mobilności (pokonywanie korków) i łatwości parkowania jednośladów (pozwala zaparkować na 1/5 miejsca dla auta) z bezpieczeństwem i komfortem samochodów miejskich. Kluczowa cechą Triggo jest zmienna geometria podwozia, która umożliwia poruszanie się w dwóch konfiguracjach: manewrowej oraz drogowej. Jego konstrukcja jest chroniona patentami o zasięgu międzynarodowym, obejmującymi łącznie obszar zamieszkiwany przez blisko cztery mld ludzi. Projekt jest odpowiedzią na rosnące zapotrzebowanie w zakresie przyszłościowych usług współdzielenia środków transportu oraz elektromobilności na największych metropolitarnych rynkach świata.

– Decyzja o uzyskaniu statusu spółki publicznej to ważny, a jednocześnie naturalny etap rozwoju projektu Triggo, będący konsekwencją dziesięciu lat rozwoju koncepcji, pięciu lat działalności spółki oraz gotowości produkcyjnej pojazdu. Naszą ambicją jest zostanie polskim globalnym brandem w miejskiej e-mobilności, który efektywnie rozwiązuje dwa kluczowe problemy obecne w każdym mieście – korki i dostępność miejsc parkingowych. Zmienna geometria podwozia warunkująca zalety Triggo może mieć wpływ na transport w największych aglomeracjach UE, USA, Japonii, Chin bądź Indii, czyli rynkach objętych ochroną patentową założeń pojazdu obowiązującą do 2037 roku – mówi Rafał Budweil, Prezes Zarządu i Założyciel Triggo S.A.

– Nasze najbliższe plany to budowa pilotażowej serii informacyjnej pojazdów wraz z ich dostawą do klientów „beta” oraz przeprowadzenie na szeroką skalę działań promocyjnych zmierzających do zainteresowania projektem partnerów strategicznych, w tym licencjobiorców na niezwykle perspektywicznych rynkach Azji południowej i południowo-wschodniej. Przyjęcie z jakim spotykają się informacje na temat Triggo na całym świecie pozwala ufać w realne szanse powodzenia na rynkach azjatyckich – wskazuje Rafał Budweil.

W ocenie Zarządu Triggo S.A. osiągnięcie strategicznej pozycji rynkowej Spółki przyspieszy pozyskanie zewnętrznego kapitału. Emitent planuje w I kwartale 2021 roku przeprowadzić ofertę publiczna akcji, którą zrealizuje w oparciu o memorandum informacyjne pozwalające pozyskać środki do 2,5 mln EUR. W dalszej kolejności Spółka planuje ubiegać się o wprowadzenie akcji do obrotu na NewConnect. Koordynatorem Oferty w procesie będzie Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska.

Obecnie dysponujemy w pełni funkcjonalnymi prototypami, które potwierdziły zakładane cechy użytkowe i stanowią punkt wyjścia do planowanych pilotaży z partnerami branżowymi w I połowie 2021 roku. W dalszej kolejności planujemy rozpoczęcie produkcji seryjnej – uzupełnia Rafał Budweil.

Spółka w 2020 roku rozpoczęła kolejne etapy rozwoju projektu, m.in. obejmujące rozmowy z podmiotami zainteresowanymi dystrybucją pojazdu w UE i na świecie i koncernami motoryzacyjnymi w zakresie potencjalnej współpracy. Została także podpisana umowa z renomowanym włoskim studiem projektowym ItalDesign Giugaro, które wesprze Triggo w budowie relacji z producentami OEM w Chinach.

– NewConnect dla Triggo to pierwszy krok ku obecności na rynkach kapitałowych. W dalszej perspektywie zamierzamy przejść na rynek główny GPW. Triggo jest unikatowym projektem w skali światowej. Globalne trendy na międzynarodowych rynkach kapitałowych są niezwykle sprzyjające dla spółek z branży e-mobilności, co jest odzwierciedlone w niezwykle atrakcyjnych wycenach jakie osiągają. Nie wykluczamy zatem dual listingu na wybranym rynku zagranicznym. – dodaje Rafał Budweil.

Model biznesowy Triggo skupia się na II fundamentach. Pierwszy zakłada koncentrację na dostawach pojazdów na potrzeby flot profesjonalnych odbiorców, w tym operatorów usług car sharing i służb publicznych. Projekt jest odpowiedzią na rosnące zapotrzebowanie w zakresie przyszłościowych usług współdzielenia środków transportu oraz elektromobilności na największych metropolitarnych rynkach Europy, Azjach i Ameryk. II filarem jest wdrożenie własnych platform usługowych Robo-taxi. To przyszłościowy rynek usług przewozów osób, umożliwiający połączenie wysokiej nominalnej marży brutto obserwowanej w systemach car sharingowych, ze znaczącymi przychodami jednostkowymi (Uber, Bold itd.). Kluczowym aspektem jest autonomiczne przebazowanie pojazdów, prowadzące do wzrostu średniej liczby przejazdów poszczególnych pojazdów przy ograniczeniu pracy człowieka. Triggo już dzisiaj dysponuje całkowicie cyfrowym układem sterowania drive-by-wire, tj. punktem wyjścia do instalacji systemów autonomizacji jazdy.

Jednym krokiem w nowoczesność. Czy e-sprzedaż można uefektywnić?

Od dłuższego czasu konsekwentnie przenosimy usługi do sieci. Internetowa sprzedaż zyskuje nie tylko coraz więcej zwolenników, ale też jest szansą na rozkręcenie lub uratowanie niejednego biznesu. Biznes on-line ma wiele zalet. Umożliwia m.in. zredukować koszty, przyciągnąć szersze grono klientów, skutecznie zareklamować swoje produkty lub usługi oraz w prosty sposób przeprowadzać badania rynkowe.

Podczas badania Nielsena „Wpływ Covid-19 na zachowania konsumentów” ponad 30 proc. Polaków przyznało, że zwiększyło swoją aktywność w zakresie zakupów online. Obecna sytuacja niesie korzyści nie tylko dla klientów, ale dla oferentów uczestniczących w wymianie handlowej. Rozwój technologii i poszukiwanie usług/produktów on-line stało się tak samo modne, jak korzystanie ze sklepów stacjonarnych. Bezpieczne i skalowalne rozwiązania upraszczają wejście na rynek on-line. Dzisiaj szukamy łatwych w obsłudze stron internetowych, skrzynek subskrypcyjnych i kanałów promocji, takie jak media społecznościowe oraz łatwych w integracji systemów płatności. Takie rozwiązania pozwalają na dostępność biznesu dla klientów z całego kraju a nawet zza granicy i to zaledwie w kilka kliknięć. Szacuje się, że do 2022r. Globalny rynek on-line osiągnie 200 miliardów dolarów. Takie statystyki udowadniają, że udostępnione technologiczne możliwości przełożą się na biznesowe korzyści a każdy mały biznes może zacząć zarabiać.

Wiele mikro i małych przedsiębiorców za powód wstrzymania się od decyzji przeniesienia usług w sieci wskazuje koszty, które musi ponieść w ramach integracji usług ze sklepem czy bramkami płatniczymi. Wielu klientów przedkłada zaufanie przy wyborze sprzedawcy i często dostępność metody płatności jest czynnikiem decydującym o jego wyborze. Jest to szczególnie ważne przy stronach www bez funkcji sklepu czy cieszących się coraz większym powodzeniem transakcji w mediach społecznościowych.  Dobrym wyjściem z tej sytuacji jest bramka LoanByLink oferująca m.in. prostą integrację nie tylko z kanałami e-commerce. Dużym powodzeniem cieszy się tzw. generator linku płatności. Decydując się na sprzedaż w mediach społecznościowych wystarczy, że pobierzesz link z panelu partnera i udostępnisz na twojej aukcji „kup z LoanByLink”. Możesz go (link) też wysłać dowolnym komunikatorem. Klient dostaje pożyczkę lub opłaca zamówienie szybkim przelewem, dostaje zakupiony towar, a partner środki. Status płatności widoczny jest w panelu partnera. LoanByLink nie pobiera opłat w ramach integracji i sprzedaży. Taka forma integracji uefektywni sprzedaż w sieci.

Tak naprawdę niezależnie od wybranych form udostępniania usług nadrzędne jest dotarcie do odpowiedniej grupy klientów. Rynek on-line jest pełen nowych rozwiązań i możliwości. Odrobina wiedzy praktycznej, stosowanie się do porad doświadczonych specjalistów oraz wykorzystywanie najnowszych, dopasowanych do naszych potrzeb rozwiązań, to gwarancja prężnego rozwoju internetowej sprzedaży.

Monika Krukowska, Project Manager w Provema

Nowy unijny „podatek od plastiku”. Ile wynosi i kto zapłaci?

Od 1 stycznia 2021 r. budżet UE jest zasilany nową opłatą od opakowań plastikowych wytworzonych w kraju członkowskim, których nie poddano recyklingowi. Wpływy z tego tytułu, szacowane na ok. 3 mld euro rocznie mają wesprzeć walkę z Covid-19.

Decyzję dotyczącą zmian w systemie finansowania budżetu UE (tj. systemu zasobów własnych) podjęła Rada Europejska na posiedzeniu w dniach 17–21 lipca 2020 r. Jednak zmiany zostały ostatecznie potwierdzone na posiedzeniu 10 grudnia 2020 r. W konsekwencji nowa kategoria wpłaty do budżetu UE oparta na masie odpadów opakowaniowych z tworzyw sztucznych niepoddanych recyklingowi (tzw. wpłata od plastiku) została wprowadzona od 1 stycznia 2021 r.

Ze względu na konieczność ratyfikacji przepisów dotyczących finansowania budżetu UE (tj. decyzji nr 2020/2053 z 14 grudnia 2020 r. w sprawie systemu zasobów własnych UE) wpłaty od plastiku będą miały charakter retroaktywny. Oznacza to, że niezależnie od terminu wdrożenia unijnej regulacji przez kraje członkowskie, opłata będzie naliczana automatycznie od początku roku.

Wysokość wpłaty ponoszonej przez państwa członkowskie będzie wynosiła 0,80 EUR za każdy kilogram niezrecyklingowanych odpadów z plastiku w danym roku.

Państwa członkowskie o PKB poniżej średniej UE wynegocjowały specjalną obniżkę wpłat. W przypadku Polski oznacza to oszczędność 117 mln EUR rocznie. Każde euro powyżej tej kwoty trafi do unijnego budżetu.

Wiceminister finansów Piotr Patkowski wyjaśnił, że nowa kategoria dochodów budżetu UE nie stanowi w całości dodatkowego obciążenia dla Polski. Jak zaznaczył, w przypadku niewprowadzenia wpłaty od plastiku część tej kwoty i tak zostałaby poniesiona przez Polskę zgodnie z udziałem PL w DNB UE.

„Wpłata dokonywana będzie z budżetu państwa przez Ministerstwo Finansów, tak jak odbywa się to do tej pory w odniesieniu do pozostałych elementów składki członkowskiej” – podkreślił Patkowski w odpowiedzi na poselską interpelację w tej sprawie.

Wiceminister dodał, że utworzenie nowej kategorii dochodów budżetu UE nie oznacza wprowadzenia unijnego podatku od plastiku oraz nałożenia bezpośrednio na konsumentów lub producentów plastiku nowych obowiązków lub obciążeń fiskalnych.

Patkowski przypomniał, że nowy zasób własny ma zachęcać państwa członkowskie do zwiększania poziomu recyklingu odpadów z tworzyw sztucznych lub/i zmniejszać ilość odpadów nieprzetworzonych, celem ograniczenia negatywnych skutków wpłaty od plastiku dla budżetów państw członkowskich.

Prace nad wprowadzeniem takich rozwiązań w Polsce prowadzi Ministerstwo Klimatu i Środowiska w związku z implementacją pakietu legislacyjnego UE dotyczącego odpadów.

Zdaniem przedstawicieli polskiej branży recyklerów polski rząd przeniesie całość kosztów nowej opłaty na producentów opakowań z tworzyw sztucznych w ramach rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP). Branża recyklerska czeka na rozporządzenie w tej sprawie.

„Takie rozwiązanie skłoni producentów plastikowych opakowań, głównie z zagranicznym kapitałem, do sięgania po wytwarzane w Polsce recyklaty, zwiększy popyt na rodzime surowce wtórne” – ocenił Szymon Dziak – Czekan, prezes Stowarzyszenia „Polski Recykling”.

Jego zdaniem przy obecnym deficycie nie można obciążać kosztami daniny od tworzyw sztucznych budżetu państwa. „Tym bardziej, że UE już przymierza się do wprowadzenia obowiązku używania 30 procent granulatu z surowców z recyklingu w produkcji opakowań” – dodał.

mp

Źródło informacji: EuroPAP News

Amazon wchodzi do Polski [komentarze ekspertów]

Dziś rano Amazon oficjalnie ogłosił plany uruchomienia strony Amazon.pl, co oznacza przede wszystkim udostępnienie swojej platformy zakupowej polskim sprzedawcom internetowym. Oto jak to wydarzenie komentują przedstawiciele czołowych polskich firm z branży e-commerce.

Artur Halik, Head of Sales Shoper:

Od ponad trzech lat, co pewien czas słyszymy elektryzujące wieści o mającym nastąpić “już za chwilę” pełnym wejściu Amazona do Polski. Pełnym, czyli także dla sprzedawców, bo dla kupujących opcja zamawiania na niemieckim Amazon.de dostępna jest już nawet dłużej. Parokrotne opóźnienie premiery serwisu na naszym rynku może jednak nie wyjść amerykańskiemu gigantowi na dobre, ponieważ w dużych marketplace’ach konkurencja odbywa się przede wszystkim na poziomie cenowym, a polski e-commerce zdążył już powoli wyrosnąć z wojen o to u kogo jest najtaniej. Coraz więcej sprzedawców dba o budowanie swoich marek zwracając uwagę nie tyle na niskie ceny, a wszystkie aspekty doświadczenia zakupowego.

Wejście Amazona z pewnością wpłynie ożywczo na rynek, co z kolei przełożyć się powinno na pozytywne doświadczenia zakupowe konsumentów. Nie spodziewałbym się jednak, iż Amazon będzie głównym rozgrywającym za dwa lata, a każdy kupujący w sieci rozpocznie od razu zakupy poprzez ten serwis. Nie zapominajmy, że na naszym rodzimym rynku istnieje już marketplace, znany od wielu lat, a jednocześnie otwierają się cały czas kolejne sklepy internetowe, cieszące się wielką popularnością i lojalnością klientów, przywiązanych do marki. Jeśli więc właścicielom zależy na budowaniu rozpoznawalnego biznesu i prezentowaniu produktów w indywidualny sposób, powinny inwestować w pierwszej kolejności we własne kanały, pozostałe traktując jako wspierające sprzedaż. Rozpoczęcie sprzedaży na Amazon to dobry krok w dywersyfikacji ryzyka – trzeba pamiętać jednak, że rozgrywającym jesteśmy tylko na swoim boisku. Jeśli właścicielom e-biznesów zależy na budowaniu rozpoznawalnej marki, prezentowaniu produktów w indywidualny sposób, eksponowaniu historii założycieli, powinny inwestować przede wszystkim we własne kanały, takie jak własny sklep internetowy, który może działać niezależnie od marketplace’ów, pozostałe traktując jako wspierające sprzedaż.

Paweł Szewczyk, Wiceprezes Zarządu merce.com:

Dla polskiego sektora e-commerce pełne wejście Amazona na nasz rynek może mieć pozytywny wpływ. Idealnie byłoby, gdyby amerykański gigant zaistniał u nas na tyle mocno, by zaznaczyć swoją pozycję i skłonić konkurencję do walki o klienta, ale nie zdobył przy tym dominującej pozycji w polskim e-handlu. Zresztą Allegro ze swoją usługą Allegro Smart, bardzo szerokim wyborem produktów i świetną aplikacja ma duże szanse odeprzeć ten atak. Jako polska firma zapłaci też podatki w kraju, działający tam sprzedawcy również, co wydaje się mieć znaczenie dla coraz szerszego grona konsumentów.

Przy takim obrocie spraw Amazon stałby się dla polskich sprzedawców internetowych przede wszystkim wygodnym sposobem do ekspansji za granicę. Już wcześniej część z nich rozpoczęła współpracę z tym serwisem, właśnie po to, by otworzyć sobie drogę na rynki europejskie – globalny marketplace zawsze był dobrym pomysłem na pilotażową sprzedaż za granicą. Teraz zaczną dołączać do nich nieprzekonani i tzw. długi ogon. Do tej pory support Amazona nie był jednak dostępny w języku polskim i rodziło to pewne ograniczenia, teraz powinno być już łatwiej. Spodziewam się zatem dużego zainteresowania i masowego testowania tego nowego kanału przez polskie sklepy internetowe.

Krzysztof Bartnik, założyciel firmy logistycznej Imker:

O oficjalnym pojawieniu się Amazon w Polsce była już mowa tyle razy w ostatnich latach, że kiedy wreszcie ten moment nastąpił to raczej nie spotykam się z olbrzymimi zachwytami, tylko z lekkim uśmiechem, że wreszcie można się tam oficjalnie dostać. Dla sklepów internetowych Amazon jest świetnym kanałem sprzedaży i nie mogę doczekać się, kiedy rozpocznie się przeciąganie liny pomiędzy firmą Jeffa Bezosa a Allegro. Oby z korzyścią dla sprzedających, a nie tylko kupujących.

Nie rekomenduję robienia biznesu wyłącznie na samym Amazonie, tak samo jak nie rekomenduję obecności tylko na Allegro. Świadome podmioty z branży e-handlu powinny traktować te miejsca jako dodatkowe – choć często naprawdę spore – źródła zamówień, a główną działalność koncentrować na swoich stronach. Wizja docierania do milionów klientów kusi, ale trzeba pamiętać, że taka sprzedaż jest obarczona wysoką prowizją. Niezależnie od tego, i tak warto przetestować Amazon, by przekonać się, jak wygląda współpraca z tym gigantem i czy w przypadku naszej działalności przełoży się to na efekty.

Robert Stolarczyk, prezes zarządu PromoTraffic:

Od dawna przepowiadano, że trzeci największy amerykański inwestor w Polsce, zatrudniający w naszym kraju 18 tysięcy pracowników w końcu wykona ważny ruch w celu oficjalnego otwarcia się na nasz rynek. Co prawda już od kilku lat polski konsument mógł relatywnie wygodnie kupować w spolszczonym Amazon.de, ale uruchomienie polskiej wersji to istotny krok w kierunku przyciągnięcia do platformy także polskich e-sprzedawców.

Allegro strategicznie i taktycznie od dawna przygotowywało się na ten moment. Wydaje się, że pozycja lokalnego lidera jest silna, a sama firma jest przygotowana na rywalizację z globalnym graczem. Co ciekawe, inwestorzy momentalnie zareagowali powodując nawet 6% spadek akcji Allegro na GPW.

Wszystkie sygnały wskazują na to, że na końcu zwycięski powinien być polski e-konsument oraz e-biznes. Sprzedaż transgraniczna z naszego kraju musi wzrosnąć, a możliwości globalnego handlu, jakie otwiera przed polskim sprzedawcą Amazon są gigantyczne. W najbliższym roku na pewno wzrośnie popyt na usługi oraz systemy związane ze skalowaniem i optymalizacją sprzedaży na Amazonie.

Próżne oczekiwanie na spadki cen mieszkań

Zarówno na rynku wtórnym, jak i pierwotnym mieszkań miniony rok upłynął pod znakiem wzrostów cen. Nie ustaje zainteresowanie zakupami inwestycyjnymi, a rynek kredytów hipotecznych mimo pandemii odnotowuje bardzo dobre rezultaty. To wnioski z najnowszego raportu za IV kw. 2020 r. przygotowanego przez Metrohouse, Gold Finance i RynekPierwotny.pl.tabelka_ceny_pierwotny tabelka_średnie_ceny

Niezbyt dobre informacje dla kupujących

Pandemia koronawirusa spotęgowała w potencjalnych nabywcach mieszkań nadzieje na to, że na rynku nieruchomości w końcu pojawią się spadki. Jednak jak pokazują dane transakcyjne Metrohouse z rynku wtórnego oraz analiza bazy serwisu RynekPierwotny.pl w największych polskich miastach ceny mieszkań nadal rosną. – Jak na razie osoby oczekujące korekt mogą czuć się mocno zawiedzione. W porównaniu do okresu sprzed 12-stu miesięcy ceny mieszkań na rynku wtórnym, w zależności od lokalizacji wzrosły średnio od 4 do 15 proc. Tymczasem deweloperzy lokale sprzedawali drożej średnio od 4 do 11 proc., mówi Marcin Jańczuk z agencji Metrohouse, współautor raportu Barometr Metrohouse i Gold Finance. Jednocześnie na wysokim poziomie pozostaje wskaźnik zakupów inwestycyjnych, które w dalszym ciągu stoją u podstaw podtrzymywania dość wysokiego zapotrzebowania na nieruchomości.

– Według naszych analiz 35 proc. zakupów na rynku wtórnym można zakwalifikować jako inwestycyjne. Tak wysoki poziom utrzymuje się jeszcze sprzed czasów pandemii, a obecna sytuacja nie przełożyła się na spadek zainteresowania mieszkaniami jako lokatą kapitału, nawet mimo znacznego obniżenia rentowności z wynajmu, tłumaczy Marcin Jańczuk z Metrohouse.

Wysokie ceny mieszkań sprawiają, że coraz częściej zaczynamy interesować się zakupem innych nieruchomości – działkami budowlanymi i domami. Rynek działek, który dotychczas podlegał sezonowości, w ostatnich miesiącach cieszy się nieustającym zainteresowaniem. Według danych Metrohouse w IV kw. 2020 r. zainteresowanie gruntami na stronie www biura wzrosło ponad dwukrotnie w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r.

Na rynku wtórnym kolejne rekordy cenowe

Choć właściciele mieszkań na wynajem nie zaliczą 2020 r. do udanych, to już klienci sprzedający lokale nie mają zbyt dużych powodów do narzekań. Wszystko to dzięki utrzymującym się wzrostom cen na rynku wtórnym. Trudno w obecnej sytuacji oczekiwać spektakularnych podwyżek, ale jak wskazują analizowane dane z transakcji, we wszystkich największych miastach ceny są wyższe niż w III kw. 2020 r. Według raportu Barometr Metrohouse i Gold Finance za IV kw. 2020 r. największe różnice widoczne są w przypadku Gdańska, gdzie za m kw. płaciliśmy więcej o 5,2 proc. niż w poprzednim kwartale (8238 zł).

Na drugim miejscu pod względem podwyżek plasuje się Wrocław (2,9 proc., 7867 zł), a na trzecim Warszawa (2,4 proc., 10912 zł). W Poznaniu za m kw. płaciliśmy średnio 7236 zł (wzrost o 2,1 proc.). Najmniejsze zmiany, nie przekraczające 1 proc. dotyczą Krakowa i Łodzi. W skali ostatnich 12-stu miesięcy największe wzrosty cen dotyczyły Łodzi (14,9 proc.), a we Wrocławiu, Warszawie i Poznaniu przekroczyły 9 proc. Stosunkowo najwolniej rosły ceny mieszkań w Gdańsku (5,4 proc.) i Krakowie (3,9 proc.).

W III kw. 2020 r. nabywaliśmy lokale o dość zbliżonej powierzchni, pomiędzy 51 a 56 m kw. Wyjątkiem jest Kraków, gdzie kupowaliśmy mieszkania o średniej powierzchni 61 m kw. W Warszawie i Krakowie na zakup przeznaczamy ponad pół miliona złotych. Spośród największych polskich miast jedynie w Łodzi średnia cena mieszkania w transakcjach nie przekracza jeszcze 300 tys. zł.

IV kw. 2020 r., jak można się było spodziewać, nie przyniósł wzrostu aktywności potencjalnych nabywców mieszkań. – Paradoksalnie, pod względem sprzedażowym, ostatni kwartał można zaliczyć na rynku do udanych. Choć wysokości Indeksu Popytu za IV kw. 2020 r. są daleko odbiegające od odczytów z analogicznego okresu 2019 r. obecni na rynku klienci wykazywali się większą decyzyjnością i pomimo mniejszego napływu nowych nabywców tempo sprzedaży utrzymywało się na satysfakcjonującym poziomie, mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse. Przed rokiem odczyty IV kw. wynosiły od 120 do 125 pkt., w końcowym kwartale 2020 r. to tylko od 64 do 86 pkt. Być może ograniczony przyrost nowych klientów poszukujących mieszkań jest wynikiem przetoczenia się przez rynek w III kw. klientów gotówkowych, którzy poszukiwali sposobu na ulokowanie swoich nadwyżek finansowych.

Gorąco na rynku pierwotnym

Według ekspertów serwisu RynekPierwotny.pl także mieszkań z segmentu deweloperskiego nie ominęła fala wzrostów cen. Najwyższe wzrosty dotyczą rynku mieszkań w Krakowie, gdzie średnia cena za m kw. wzrosła w ciągu roku o 12,6 proc. do poziomu 9830 zł. Ponad 10-proc. roczne wzrosty odnotowano także w Łodzi (10,8 proc., 6749 zł za m kw.) i we Wrocławiu (10,6 proc., 8960 zł). – W świetle wcześniejszych analiz portalu RynekPierwotny.pl fakt, że Kraków jest liderem cenowych wzrostów nie wzbudza zaskoczenia. We wspomnianym mieście pod koniec 2020 r. już 38% nowych lokali miało cenę ofertową ponad 10 000 zł/mkw. Wyższy wynik był notowany tylko na terenie Warszawy, mówi Andrzej Prajsnar, ekspert serwisu RynekPierwotny.pl.

Wraz z coraz wyższymi cenami w największych miastach, zmniejsza się odsetek lokali dostępnych w cenie poniżej 10000 zł za m kw. W IV kw. 2020 r. jedynym miastem cechującym się znaczącym spadkiem udziału lokali kosztujących ponad 10 000 zł za m kw. był Gdańsk. –Jednocześnie gdańscy deweloperzy wprowadzili do oferty sporo nowych mieszkań z przedziału cenowego 7000-9000 zł za mkw. W drugim mieście, gdzie odnotowano największą kwartalną zmianę średniej ceny 1 mkw., czyli we Wrocławiu, uwagę zwraca natomiast rozbudowa oferty najdroższych mieszkań, mówi Andrzej Prajsnar z RynekPierwotny.pl.

Mocna końcówka roku na rynku kredytów hipotecznych

Jak twierdzą eksperci finansowi ogromnym sukcesem jest fakt, że w żadnym momencie w 2020 roku, banki nie wstrzymały całkowicie możliwości udzielania przez siebie kredytów. Dodatkowo za znacznym obniżeniem poziomu stóp procentowych, nie szły za tym duże podwyżki marż na kredytach hipotecznych. – Średnia różnica marż w stosunku do 2019 roku mieści się w przedziale 0,2-0,3%. Pozytywną informacją jest to, że w IV kwartale 2020 dwa banki (BNP Parias i Santander) wyraźnie zaczęły walczyć o rynek poprawiając cenowo swoją ofertę kredytów hipotecznych. Usłyszeliśmy też od przedstawicieli Rady Polityki Pieniężnej, że do czerwca 2022 roku nie jest planowana podwyżka stóp procentowych a wręcz w I kwartale 2021 rozważana jest możliwość ich dalszej obniżki, mówi Andrzej Łukaszewski, ekspert Gold Finance.

Mając na uwadze wartość nowych umów kredytowych podpisanych przez ekspertów kredytowych Gold Finance i Alex T. Great można oszacować, że w ostatnim kwartale 2020 r. mieliśmy do czynienia z rekordowo wysokimi wynikami, które mogły nawet przekroczyć wolumen 18 mld zł. Może to być nie tylko najlepszy wynik sprzedażowy w 2020 r., ale także rekordowy rezultat w ostatnich latach. Jeżeli prognozy odnośnie IV kw. potwierdzą się, to wartość nowych umów kredytowych w 2020 r. pokrywa się z wynikiem z 2019 r., co w kontekście towarzyszących warunków (pandemia) należy uznać za świetny rezultat.

Cyfrowa transformacja, która dzieje się na naszych oczach. Czego koronawirus nauczył biznes?

73% pracowników[1] deklaruje, że dzięki implementacji i odpowiedniemu wykorzystaniu rozwiązań IT ich firmom udało się przetrwać kryzys spowodowany pandemią COVID-19. Jak na nowe realia zareagował polski biznes? Czego możemy spodziewać się w 2021 roku?

IT daje przewagę

Rok 2020 z pewnością zapisze się w annałach jako niezwykle trudny. Pandemia COVID-19 zmusiła wszystkich do zmiany spojrzenia na świat. Abstrahując od globalnej recesji oraz zapaści ekonomicznej, jednym z największych wyzwań biznesu w 2020 roku był przymusowy lockdown. Z dnia na dzień wiele firm musiało zamknąć swoje fizyczne oddziały i oddelegować pracowników do pracy zdalnej. Niewiele z nich było odpowiednio przygotowanych na taką sytuację.

Największym wyzwaniem dla firm spowodowanym lockdownem było zapewnienie pracownikom odpowiedniego zaplecza informatycznego i zdalnego dostępu do dokumentówmówi Sylwia Pyśkiewicz, CEO Iron Mountain PolskaBadania[2] potwierdzają, że co trzecia polska firma nie dysponowała odpowiednimi zasobami sprzętowymi, natomiast 8% z nich nie stworzyło procedur pracy zdalnej, a także nie posiadało bezpiecznego łącza VPN dla pracowników przebywających poza firmą. Jednak aż 67% firm zdecydowało się ich oddelegować do pracy zdalnej, co oczywiście było decyzją mającą na celu ochronę zdrowia. Stworzyło to jednak wiele problemów w bieżącym funkcjonowaniu biznesu. Outsourcing oraz digitalizacja dokumentów pociągnęła za sobą konieczność digitalizacji całych procesów jak chociażby zarządzanie obiegiem umów, faktur, dokumentów pracowniczych, korespondencji itd. To z kolei oznaczało konieczność implementacji platform workflow do zarządzania zdigitalizowanymi procesami.

Niektóre firmy mniej boleśnie odczuły konieczność przejścia na model pracy zdalnej. Wynikało to z faktu, iż znaczna część ich pracy realizowana już była w oparciu na rozwiązaniach cyfrowych. Najszybciej i najchętniej model home office wprowadziły przedsiębiorstwa z branży nieruchomości (92%), IT (86%), usług dla biznesu (84%) oraz SSC/BPO (80%)[3].

Dowodami tego, że szeroko rozumiana informatyzacja przedsiębiorstw jest dla biznesu niezwykle istotna, są oferty pracy. W porównaniu do 2019 o 63% wzrosła liczba rekrutacji na stanowisko specjalistów ds. ochrony danych osobowych[4].

Szybka adaptacja kluczem do sukcesu

Według badań Atman, 33% firm biorących udział w ankiecie stwierdziło, że są dobrze przygotowane na kryzys pod względem organizacyjnym, jak i technologicznym. 66% z nich oceniło, że ich organizacje dość sprawnie poradziły sobie z początkowymi problemami (najczęściej wskazywanymi były niedostatek narzędzi do pracy zdalnej i niewystarczająca przepustowość Internetu) i szybko przystosowały się do działania w warunkach pandemii. 32% firm zaczęło wykorzystywać platformy cyfrowe, 18% zdecydowało się na inwestycję w infrastrukturę IT[5].

Branża HR stawia na cyfryzację

Jedną z gałęzi biznesu, która w 2020 roku przeszła największą i najbardziej dynamiczną zmianę był HR. 94% pracowników potwierdziło, że rola działów HR była kluczowa w zarządzaniu kryzysowym[6]. Według prowadzonych badań w związku z pandemią COVID-19 niezwykle widocznym trendem była cyfryzacja (wskazana przez 70% ankietowanych) oraz automatyzacja (72%)[7]. Digitalizacja zdjęła z działów personalnych ciężar zadań administracyjnych i przyspieszyła szereg procesów, w tym m.in. rekrutację na nowe stanowiska.

Branża HR została postawiona przed trudnym wyzwaniemkomentuje Sylwia PyśkiewiczKonieczność zdalnego zarządzania zasobami ludzkimi wymusiła implementację szeregu rozwiązań informatycznych. W tym kontekście szczególną uwagę należy zwrócić na tzw. e-teczkę personalną. Na to rozwiązanie decyduje się coraz większy odsetek naszych klientów. Dzięki niej działy kadrowe mają stały dostęp do dokumentów pracowniczych z każdego miejsca z dostępem do Internetu.

Jak pokazują dane, 50% HR-owców korzysta z dedykowanego systemu ATS, czyli oprogramowania do zarządzania procesami rekrutacyjnymi, 28% z modułów oprogramowania klasy ERP, a 37% z zewnętrznych narzędzi wspierających wybrany proces HR[8]. Co więcej, aż 72% pracodawców przewiduje, że działania związane z pozyskiwaniem talentów w najbliższej dekadzie, zostaną całkowicie zautomatyzowane[9].

E-pieczęć, e-podpis, czyli nowe realia

W porównaniu do ubiegłego roku o 17% wzrosła liczba certyfikatów kwalifikowanych, co potwierdza coraz większą popularność tzw. e-pieczęci i mechanizmów identyfikacji elektronicznej (eID)[10]. Niemal 50% polskich firm chce w najbliższej przyszłości wdrożyć możliwości elektronicznej identyfikacji oraz usług zaufania[11].

Wśród naszych klientów obserwujemy coraz większą chęć wykorzystania podpisów czy pieczęci elektronicznychmówi Sylwia PyśkiewiczWynika to z faktu, iż pozwalają one na zachowanie odpowiedniego tempa realizowania działań, które dla wielu branż jest kluczowym elementem, a także z coraz większej liczby narzędzi gwarantujących odpowiedni poziom bezpieczeństwa. Obserwujemy rozkwit tzw. przemysłu 4.0. Biznes zaczyna stosować technologie opierające się na koncepcjach Internetu Rzeczy, sieci 5G czy blockchainów.

Czego jeszcze możemy spodziewać się w nadchodzący roku?

Pandemia przyspieszyła wdrażanie zmian, które i tak były nieodzowne w kontekście rozwoju biznesu dodaje Sylwia PyśkiewiczZ pewnością będziemy obserwować wzrost znaczenia analityki danych w kontekście podejmowania decyzji. Sprawdził się outsourcing oraz praca zdalna, co doprowadziło do digitalizacji procesów a stąd już tylko mały krok do wykorzystania sztucznej inteligencji. Już teraz Iron Mountain oferuje Insight’a – rozwiązanie oparte na sztucznej inteligencji, które potrafi walidować wnioski kredytowe, wyszukiwać rozproszone dane i zbierać je formując analizy predyktywne dla naszych klientów. Potrafi analizować informacje z nośników video, audio, dokumentów papierowych oraz na nośnikach elektronicznych. Takie wsparcie jest niezwykle cenne w codziennej pracy – sztuczna inteligencja może przejąć uciążliwe obowiązki, które będą sprawnie realizowane, pozostawiając tym samym przestrzeń czasową dla pracowników na działania strategiczne biznesowo.

Przed wybuchem pandemii COVID-19 aż 73% firm nie inwestowało w nowe technologie. Jednak już teraz trend ulega zmianie. 69% przedsiębiorstw ma zamiar korzystać z nowoczesnych form komunikowania się z klientem, a 27% z systemów do zarządzania i monitorowania pracy zdalnej[12].

Jednym z niewielu pozytywnych skutków pandemii jest akceleracja rozwoju technologii w biznesie. Cyfrowy podpis oraz możliwość zawierania umów online pozwala 72-krotnie przyspieszyć procesy sygnowania dokumentów i 70% redukcję kosztów. W najbliższym czasie możemy spodziewać się także rozwoju usług z zakresu elektronicznego zarządzania dokumentami (DMS), procesami biznesowymi (BMP) oraz przepływem pracy (tzw. workflow). Coraz większą popularnością będą cieszyć się platformy takie jak M-Files, eVault czy Kofax. Przewiduje się, że synergia tych rozwiązań pozwoli zredukować liczbę błędów pracowników o 43%, natychmiastowy wzrost wydajności o 36% przy jednoczesnej redukcji kosztów administracji o 23%[13].

[1] https://www.atman.pl/blog-post/firmy-ucyfrowione-dobrze-zniosly-lockdown-i-sa-pelne-optymizmu/

[2] https://kodilla.com/pl/blog/praca-zdalna-w-czasach-pandemii

[3] https://kodilla.com/pl/blog/praca-zdalna-w-czasach-pandemii

[4] Rynek pracy w czasie koronawirusa w październiku, Grant Thornton 2020

[5] Badanie COVID-19 Business Pulse Survey – Polska, WBG, PARP, sierpień 2020

[6] HR w dobie pandemii, ICAN, listopad 2020

[7] Tamże

[8] Trendy HR 2020/21, Grow, 2020

[9] https://www.occupop.com/blog-pl/5-top-trendow-w-rekrutacji-w-2020

[10] Trusted economy w nowej rzeczywistości, Obserwatirium.biz, 2020

[11] https://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/1493326,cyfrowe-firmy-odporne-na-pandemie.html

[12] Nowoczesne technologie w przedsiębiorstwach przed, w trakcie i po pandemii COVID-19, PIE, 2020

[13] 15 technologicznych rozwiązań w czasach pandemii COVID-19, EY, 2020

O 1300 proc. wzrosła liczba osób pobierających emerytury głodowe

Z danych ZUS wynika, że na koniec 2020 roku tzw. emerytury głodowe pobierało 310 tys. osób. To o 286,2 tys. więcej niż w roku 2011, kiedy takie świadczenia trafiały do 23,9 tys. Polaków. W latach 2011-2020 liczba emerytów otrzymujących najniższe możliwe świadczenia pieniężne wzrosła trzynastokrotnie, a więc o 1300 proc.[1] Na pogorszenie sytuacji wpłynęło wiele czynników m.in. rosnąca liczba seniorów (w tej chwili jest ich ponad 9 mln.), coraz mniej wydolny system emerytalny oraz obniżenie wieku emerytalnego, które obecny rząd wprowadził w 2017 roku.

Od roku 2011 liczba osób pobierających „głodowe emerytury” rosła sukcesywnie o kilkanaście tysięcy rocznie. Wszystko zmieniło się w roku 2017, gdy rząd PiS wprowadził obniżenie wieku emerytalnego. Tylko od grudnia 2017 do grudnia 2018 przybyło 150 tys. osób otrzymujących takie emerytury. W kolejnych latach te wzrosty plasowały się już na podobnym, bardzo wysokim, poziomie.O 1300 proc wzrosła liczba osób pobierających emerytury głodowe

Warto przypomnieć, że tzw. „głodowa emerytura” to nie to samo co najniższa emerytura, a ta ostatnia wynosiła w grudniu 2020 roku 1200 zł brutto. Najniższe emerytury przysługują mężczyznom, którzy ukończyli 65 lat i mają okres składkowy i nie składkowy wynoszący co najmniej 25 lat oraz kobietom, które ukończyły 60 lat i mają okres składkowy i nieskładkowy wynoszący co najmniej 20 lat.

– Trzeba wyraźnie podkreślić, że głodowe emerytury pobierają osoby, które nie mają pełnego stażu ubezpieczeniowego, czyli 20 lat w przypadku kobiet i 25 lat w przypadku mężczyzn. To osoby, które udokumentowały krótszy czas pracy niż wymagany, a co za tym idzie odprowadzały składki również w krótszej perspektywie czasu. Są to seniorzy, którzy otrzymują niejednokrotnie kilkaset, kilkadziesiąt, a nawet kilkanaście złotych miesięcznie. Trudno wyobrazić sobie zarządzanie tak niskim domowym budżetem – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. – Od lat pracujemy z seniorami i zdajemy sobie sprawę, że niskie emerytury są jednym z najważniejszych czynników, które determinują ich życie. Na przestrzeni lat rośnie liczba emerytów, którzy borykają się z zadłużeniem lub takich, którzy decydują się na ogłoszenie upadłości konsumenckiej. W badaniach opinii, które przeprowadzamy kilka razy w roku emeryci wciąż podkreślają, że decydują się na rentę dożywotnią z powodu rosnącego zadłużenia i kłopotów finansowych. To wciąż jeden z najważniejszych czynników – dodaje Robert Majkowski.

Z czego żyją seniorzy?

Średnia emerytura w Polsce wynosiła w 2020 roku niespełna 2500 zł brutto. Najniższa – 1200 zł brutto. Po odliczeniu kosztów związanych z opłatami mieszkaniowymi i lekami seniorom zostaje „na życie” kilkaset złotych. Czasem znacznie mniej, jeśli spłacają wcześniej zaciągnięte kredyty lub pomagają finansowo rodzinie. – Z badania opinii „Jak żyje się polskim seniorom”, które przeprowadzamy raz na kwartał wynika, że emerytom żyje teraz gorzej niż kiedyś. Tak deklaruje ponad 50 proc. ankietowanych. Co trzeci senior narzeka na zbyt niską emeryturę i brak dodatkowych źródeł dochodu. Dużym obciążeniem jest również pandemia i mowa tu nie tylko o przymusowej izolacji oraz mniejszej dostępności chociażby do opieki zdrowotnej, ale również o finansach – mówi Robert Majkowski. Co prawda emerytury są i będą wypłacane niezależnie od sytuacji epidemiologicznej, stanowiąc jeden z najbardziej bezpiecznych źródeł dochodu, ale trzeba pamiętać o rosnącej inflacji oraz podwyżkach, które będą postępować w 2021 roku.

Emerycki portfel jak puzzle

Eksperci podkreślają, że emerytury będą z czasem jeszcze niższe, a poleganie wyłącznie na świadczeniach pieniężnych z systemu państwowego może spowodować, że liczba seniorów żyjących w skrajnym ubóstwie będzie coraz wyższa. – Moim zdaniem każdy z nas będzie musiał zadbać indywidualnie o swoją emeryturę i postrzegać ją jak portfel, czy też może budżet składający się z puzzli. Te puzzle to różne źródła finansowania począwszy od świadczeń państwowych, poprzez świadczenia kapitałowe (takie jak PPK, czy PPE), aż po pieniądze zgromadzone dzięki IKE, czy IKZE. Coraz większą rolę będą pełnić pieniądze, które można uwolnić dzięki posiadanym nieruchomościom. Już dziś renta dożywotnia jest takim puzzlem wzmacniającym senioralny budżet, ale jej znaczenie będzie rosło, wzorem innych państw europejskich, czy Stanów Zjednoczonych – podsumowuje R. Majkowski.

Warto przypomnieć raport Eurostatu pt. „Distribution of population by tenure status”. Wynika z niego, że 84 proc. nieruchomości stanowi w Polsce własność osób je zamieszkujących. A to oznacza, że można spieniężyć dom lub mieszkanie i „dorabiać” do emerytury. Co prawda w pandemii wynajęcie mieszkania lub jego szybka sprzedaż mogą być utrudnione, ale dostęp do renty dożywotniej pozostanie niezmienny.

[1] https://ciekaweliczby.pl/najnizsze_emerytury_2020/

Zarząd firmy w obliczu działań służb mundurowych – co robić?

W dobie rosnącej aktywności służb skarbowych oraz wzmożonych działań służb policyjnych, nastawionych na wykrywanie i ściganie przestępstw białych kołnierzyków, niemal każdy menadżer musi liczyć się z możliwością prowadzenia czynności procesowych związanych z zarządzaną przez niego firmą, a w konsekwencji dotykających także menadżera osobiście.

Trzeba pamiętać, że dla prowadzenia postępowania wystarczy uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa, nie jest konieczne jego pełne udowodnienie. Stąd, w coraz częściej spotykanej sytuacji przypadkowego wplątania firmy w karuzelę VAT, czy łańcuch firm, wśród których są wystawcy nierzetelnych faktur, albo choćby pomówienia o działanie na szkodę firmy czy też korupcję w biznesie, a także w sytuacji zwykłego wypadku przy pracy, służby powołane do ścigania przestępstw uruchamiają całą machinę, ukierunkowaną na gromadzenie dowodów dla prokuratora i dla sądu.

W ramach tych działań organa ścigania nie poprzestają na rutynowym wezwaniu i przesłuchaniu pracowników firmy jako świadków. Sięgają też po stosunkowo inwazyjne metody wykrywcze, jak przeszukanie w firmie, zatrzymanie rzeczy, a wreszcie – zatrzymanie osób podejrzanych.

Każda firma i każdy menadżer powinien mieć zatem wypracowany model postępowania, na wypadek sytuacji kryzysowych w firmie, a wśród nich na różnorakie kontrole oraz przeszukania jak również zatrzymania rzeczy i pracowników.

Warto znać odpowiedzi na takie pytania jak:

  • Kto i kiedy może dokonać przeszukania w firmie?
  • Czy służby mogą zabrać dokumentację papierową?
  • Co z tajemnicą przedsiębiorstwa?
  • Czy służby mogą zabrać komputery?
  • Czy firmowa korespondencja mailowa sprzed roku jest bezpieczna?
  • Kiedy służby dokonują zatrzymania osoby?
  • Co robić w sytuacji kryzysowej?

Aby zabezpieczyć interesy spółki i osób nią zarządzających warto przygotować się na sytuacje kryzysowe. W ramach takich przygotowań warto zadbać przede wszystkim o:

  • Szczegółowy podział kompetencji w umowie lub statucie spółki, a także w regulaminie zarządu;
  • Jasne określenie zakresu zadań kadry kierowniczej w umowach o pracę czy kontraktach;
  • Umowy indemnifikacyjne członków zarządu i wyższej kadry kierowniczej (wraz z zapewnieniem „opieki prawnej”);
  • Ubezpieczenie D&O;
  • Stworzenie procedury w zakresie podziału obowiązków oraz odpowiedniej organizacji zadań;
  • Korzystanie z opinii prawnych zewnętrznych doradców;
  • Przygotowanie odpowiednich procedur „na sytuacje” awaryjne oraz procedur umożliwiających wykazanie tzw. należytej staranności.

Przeszukanie można przeprowadzić w każdej sprawie. Jego przeprowadzenie nie jest uzależnione od rodzaju popełnionego przestępstwa. Przeszukania może dokonać prokurator albo na polecenie sądu lub prokuratora policja – a w wypadkach wskazanych w ustawie – także inny organ. Postanowienie sądu lub prokuratora należy okazać osobie, u której przeszukanie ma być przeprowadzone. W wypadkach niecierpiących zwłoki, jeżeli postanowienie sądu lub prokuratora nie mogło zostać wydane, organ dokonujący przeszukania okazuje nakaz kierownika swojej jednostki lub legitymację służbową, a następnie zwraca się niezwłocznie do sądu lub prokuratora o zatwierdzenie przeszukania. Postanowienie sądu lub prokuratora w przedmiocie zatwierdzenia należy doręczyć osobie, u której dokonano przeszukania, w terminie 7 dni od daty czynności na zgłoszone do protokołu żądanie tej osoby. Sformułowanie „wypadek niecierpiący zwłoki” jest nieostre, a przy braku jednoznacznego określenia przesłanek przeszukania prze policję „na legitymację”, jego interpretacja bywa bardzo różna. I chociaż przeprowadzenie przeszukania wiąże się z naruszeniem swobód obywatelskich i termin „wypadek niecierpiący zwłoki” powinien być interpretowany zawężająco, to policja często stosuje wykładnię rozszerzającą.

Osobę, u której ma nastąpić przeszukanie, należy przed rozpoczęciem czynności zawiadomić o jej celu i wezwać do wydania poszukiwanych przedmiotów. Podczas przeszukania ma prawo być obecna osoba, u której dokonuje się przeszukania, oraz osoba przybrana przez prowadzącego przeszukanie. Ponadto, może być obecna osoba wskazana przez tego, u kogo dokonuje się przeszukania, jeżeli nie uniemożliwia to przeszukania, albo nie utrudnia go w istotny sposób. Osobą tą może być przykładowo zawezwany do firmy czy domu prawnik.

Policja może zatrzymywać dokumenty w formie papierowej, ale nie tylko. Uprawnienia policji i innych organów śledczych rozciągają się także na przeszukanie komputerów i systemów informatycznych. Przechowywane w formie elektronicznej pliki, w tym korespondencja mailowa, mogą – w zależności od okoliczności i możliwości technicznych – zostać zatrzymane wraz z nośnikiem, bez nośnika, albo skopiowane.

Odpowiedzialność członków zarządu kadry menadżerskiej jest bardzo szeroka, nie wyłączając z tego także ryzyka odpowiedzialności karnej. Oto dwa bardzo istotne, potwierdzone już w orzecznictwie przykłady. Pierwszy: nawet ustanowienie służby bhp nie zwalnia członków zarządu od odpowiedzialności za wypadki przy pracy. Drugi: jeżeli nie powierzono spraw spółki jako płatnika podatku od wynagrodzeń osób fizycznych innemu z członków zarządu, kierownikowi innej komórki organizacyjnej, lub innej jeszcze osobie odpowiedzialnej, to prezes zarządu, jako kierujący pracami zarządu, jest osobą, która zajmuje się sprawami gospodarczymi firmy w powyższym zakresie.

Dla zmitygowania ryzyka odpowiedzialności trzeba przede wszystkim: podzielić kompetencje w zarządzie i zachowywać się jak dobry gospodarz, czyli zachowywać staranność i przezorność, dbać o przygotowanie teoretyczne i doświadczenie praktyczne kadry menadżerskej, działać w granicach dozwolonego ryzyka gospodarczego oraz wspierać się opiniami prawnymi i ekonomicznych uznanych specjalistów.

Jeżeli jednak już dojdzie do działań policji w firmie, to warto współpracować z funkcjonariuszami. Oczywiście podczas takiej współpracy należy pamiętać, by z jednej strony nie utrudniać postępowania, z drugiej zaś – aby nie dostarczać dowodów przeciwko sobie samym. Ponieważ sytuacje kryzysowe w firmie, przybierające postać działań policyjnych, takich jak przeszukanie czy zatrzymanie są czymś wyjątkowym i bardzo stresującym, warto nie tylko zadbać o odpowiednie procedury, ale też przećwiczyć zachowania pracowników na wypadek takich zdarzeń. Szkolenia w zakresie zachowania załogi w przypadku wkroczenia służb do firmy są w dzisiejszych czasach standardem.

Karolina Stawowska, partner w kancelarii Wolf Theiss

Arkadiusz Matusiak, były prokurator, a obecnie szef zespołu White-Collar Crime w Wolf Theiss

Coraz więcej obcokrajowców kupuje mieszkania w Polsce. Na czele Ukraińcy, Niemcy i Białorusini

Prawie 8500 mieszkań rocznie kupują cudzoziemcy. Polskie lokale cieszą się znacznie większą popularnością u naszych wschodnich, głównie obywateli Ukrainy. Obcokrajowcy chętniej wybierają na mieszkanie duże miasto, jak Warszawa, Kraków czy Wrocław.

Na podstawie danych portalu gethome.pl eksperci rankomat.pl przeanalizowali obecność cudzoziemców na krajowym rynku nieruchomości. Kryteria brane pod uwagę dotyczyły narodowości, liczby i powierzchni zakupionych mieszkań, a także miejscowości, które cudzoziemcy wybierali dla tego typu inwestycji.

Ukraińcy, Białorusini i Rosjanie kupili mieszkania równe powierzchni Stadionu Narodowego

Obywatele Ukrainy byli pod względem zakupionej powierzchni mieszkalnej w 2019 roku bezkonkurencyjni (160,7 tys. m2). Dla porównania Białorusini kupili 26,8 tys. m2 mieszkania, a Rosjanie 15,3 tys. m2. Łącznie to 202,8 tys. m2, a więc niemal tyle samo, co całkowita powierzchnia Stadionu Narodowego (203,9 tys. m2).

Niemcy znaleźli się na drugim miejscu zestawienia, ale z wynikiem znacznie bardziej odległym (52 tys. m2). Wśród pozostałych narodowości inwestujących w mieszkania nad Wisłą znaleźli się Brytyjczycy (18,9 tys. m2), Włosi i Francuzi (po 16,6 tys. m2) oraz Chińczycy (10,9 tys. m2). Poniżej 10 000 m2 zakupili w Polsce w 2019 roku obywatele Szwecji (9,8 tys. m2) oraz Izraela (6,9 tys. m2).powierzchnia-mieszka-kupionych-przez-cudzoziemc-w-w-2019-r.-w-tys.-m-v2

Coraz więcej mieszkań ze wschodnim akcentem

Z roku na rok rośnie liczba zakupionych mieszkań przez naszych wschodnich sąsiadów. Ukraińcy, Białorusini i Rosjanie (w zestawieniu za lata 2015-2019 zawsze w tej kolejności) kupili jeszcze w 2015 roku łącznie 914 mieszkań. W 2016 roku było już razem 1395 lokali, w 2017 roku 1930, następnie 2953 (2018 r.) i 3967 (2019 r.). Największy notowany skok wystąpił między rokiem 2017 i 2018, kiedy różnica wyniosła aż 1023 transakcji (roczny wzrost o 53 proc.).Liczba mieszkań kupionych przez wschodnich sąsiadów 2015-2019 r_v1 (1)

Według podziału na narodowości wśród kupujących z Ukrainy panuje boom mieszkaniowy – od 627 w 2015 r. do 3121 w 2019 r. Białorusini też kupują z roku na rok więcej lokali mieszkaniowych w Polsce, ale wzrost jest łagodny – od 145 do 534 między rokiem 2015 i 2019. Rosjanie również są bardziej wstrzemięźliwi z zakupem mieszkania w Polsce. W 2015 r. kupili 142 mieszkania, a w kolejnych 4 latach odpowiednio 156, 184, 255 i 303 takich lokali.

Prawie 8500 lokali mieszkaniowych i 2500 użytkowych

W 2019 r. obcokrajowcy kupili w Polsce niespełna 11 000 lokali. Z tego zdecydowana większość dotyczyła tych o charakterze mieszkaniowym (8487) niż użytkowym (2484).

Spośród lokali mieszkaniowych jeszcze w 2013 roku kupili oni zaledwie 3083. Gwałtowny skok nastąpił między rokiem 2017 (4822) a rokiem 2018 (7043), czyli aż o 46 proc.liczba-mieszka-kupionych-przez-cudzoziemc-w-2013-2019-r-v1

Spośród lokali użytkowych zainteresowanie wśród zagranicznych kupujących od paru lat utrzymuje się na podobnym poziomie. Jeszcze w 2013 r. cudzoziemcy kupili 1203 takich nieruchomości, a w 2019 r. już 2484. Jednak lokale użytkowe nie zawsze cieszyły się rosnącym powodzeniem. Między rokiem 2016 a 2017 nastąpił nawet spadek (z 1747 do 1563), ale rok 2018 przyniósł już odbicie do 2154.

Gdzie w Polsce cudzoziemcy kupują mieszkania?

Jeśli cudzoziemcy kupują mieszkanie w Polsce, to w dużym mieście. Jednak nie każda lokalizacja jest dla nich równie atrakcyjna. Warszawa (2141 kupionych mieszkań), Kraków (1161) i Wrocław (790) to najpopularniejsze adresy w 2019 roku wśród obcokrajowców.

Inne duże miasta, jak Łódź (262 kupione mieszkania), Gdańsk (246) czy Poznań (223) są drugim wyborem. W zestawieniu znalazły się jeszcze Szczecin (116 kupionych mieszkań) i Świnoujście (74). Cudzoziemcy kupowali sporadycznie mieszkania w Gorzowie Wlkp. (47), a zupełnie rzadko w Zakopanem (8).mieszkania-kupione-przez-cudzoziemc-w-w-2015-i-2019-r.-wg-miast-v1

–  Obcokrajowcy kierują się głównie atrakcyjnością danego miasta przy wyborze lokalizacji dla mieszkania. Cena jest drugorzędna, o czym świadczy popularność  Warszawy, Krakowa i Wrocławia, które od lat należą do czołówki polskich miast pod względem stawek za metr kwadratowy. Z tego zestawienia wyłamuje się tylko równie kosztowny Gdańsk – mówi Michał Ratajczak, ekspert ubezpieczeń nieruchomości w rankomat.pl.

Obcokrajowcy chętniej decydowali się na mieszkania położone nad morzem, czyli w Świnoujściu, Gdyni i Gdańsku (łącznie 378) niż w górach, reprezentowanych w zestawieniu tylko przez Zakopane (8).

W porównaniu z rokiem 2015 kolejność miast była prawie taka sama. Wynik Łodzi (99) ustępował Gdańskowi (103) i Poznaniowi (148 mieszkań). W 5 lat największy skok liczbowy zanotowała Warszawa (o 1135 mieszkań), a największy wzrost procentowy Wrocław (o 186 proc. z 276 do 790).

Czy kraj pochodzenia właściciela wpływa na cenę polisy mieszkaniowej?

Bez względu na to, kto jest kupującym mieszkanie w Polsce, taki lokal trzeba ubezpieczyć. Przynajmniej w sytuacji, gdy zakup jest finansowany z kredytu hipotecznego. Jednak kraj pochodzenia nie wpływa na cenę polisy mieszkaniowej. Dotyczy to zarówno zagranicznego właściciela mieszkania, jak i najemcy.

–  Ostateczna cena polisy mieszkaniowej zależy od kilku zmiennych. Przede wszystkim liczy się wartość samego mieszkania. Ale nie bez znaczenia pozostaje też wybór ryzyk. Tańsza będzie ta polisa, która zawiera tylko ochronę murów od pożaru czy zalania. Gdy chcemy zagwarantować sobie ochronę także w przypadku kradzieży, przepięcia czy stłuczenia płyty indukcyjnej, trzeba dokupić parę rozszerzeń – wyjaśnia Michał Ratajczak, ekspert ubezpieczeń nieruchomości w rankomat.pl.

Podatek od sprzedaży detalicznej mają również płacić firmy, które ponoszą straty

Podatek od sprzedaży detalicznej mają również płacić firmy, które ponoszą straty, a ich podstawowa działalność została wstrzymana w wyniku wprowadzonych obostrzeń. Wielu przedsiębiorstwom grozi upadłość.

Firmy działające w branży handlu detalicznego zostały obciążone nowym podatkiem i wynikającymi z tego tytułu obowiązkami administracyjnymi i sprawozdawczymi. Muszą go płacić przedsiębiorstwa, których podstawowa działalność została wstrzymana w wyniku wprowadzonych ograniczeń, a często także te, które nie są uprawnione do skorzystania z rządowej pomocy z powodu wadliwie skonstruowanego mechanizmu wsparcia. Wiele firm nie otrzymało pomocy ponieważ jest ona uzależniona od numeru PKD prowadzonej działalności.

– Ponieważ podatek od sprzedaży detalicznej jest naliczany od przychodu zapłacą go również firmy, które ponoszą straty, tj. uzyskiwane przez nie przychody nie wystarczają na pokrycie bieżących kosztów prowadzenia i utrzymania działalności. Przyczyni się to do upadłości wielu z nich, zwolnień pracowników, kłopotów finansowych ich kontrahentów oraz powstawania zatorów płatniczych. Te, które przetrwają, w celu zapłaty podatku handlowego będą zmuszone podnieść ceny, co niekorzystnie wpłynie na sytuacje materialną obywateli. Apelujemy więc o zawieszenie poboru tego podatku – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, ekspert Konfederacji Lewiatan.

1 stycznia 2021 r. wszedł w życie podatek od sprzedaży detalicznej. Zgodnie z komunikatami Ministerstwa Finansów oraz uzasadnieniem do ustawy, celem wprowadzenia nowej daniny było wyrównanie konkurencji pomiędzy firmami działającymi w branży handlu detalicznego, niwelując korzyści skali osiągane przez większe przedsiębiorstwa oraz chęć uzyskania dodatkowych wpływów budżetowych. Wysokość podatku handlowego wynosi w zależności od 0,8% albo 1,4% przychodu ze sprzedaży.

Pierwotnie podatek miał wejść w życie 1 stycznia 2017 r. jednak ze względu na liczne wątpliwości dotyczące jego zgodności z przepisami wspólnotowymi Komisja Europejska wszczęła wobec Polski postępowanie, nakazując zawieszenie jego poboru. Spór pomiędzy Polską a KE wciąż trwa, a jego rozstrzygnięcie zależy od wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

W ocenie Konfederacji Lewiatan wprowadzanie nowych podatków i opłat parapodatkowych, szkodzi gospodarce i obywatelom. Każdy nowy lub podwyższony podatek pogarsza sytuację firm i konsumentów, wiąże się z ponoszeniem wysokich kosztów związanych z obliczeniem i wpłaceniem zobowiązania. Pogarsza konkurencyjność firm, powoduje spadek ich potencjału rozwojowego, zmniejsza możliwości inwestowania, pociąga za sobą redukcję zatrudnienia i prowadzi do zubożenia społeczeństwa i pogłębienia kryzysu.

Apelujemy do rządu o wstrzymanie poboru podatku od sprzedaży detalicznej. Powinniśmy wziąć przykład z innych krajów Unii Europejskiej i zacząć obniżać podatki, a nie wprowadzać nowe, wysokie i wadliwie skonstruowane.

Przemysław Pruszyński, Konfederacja Lewiatan

Skutki ustawy „Apteka dla Aptekarza” – trwa pandemia, a placówek aptecznych coraz mniej

Według danych polskiej firmy analitycznej PEX Pharma Sequence, od wejścia w życie w 25 czerwca 2017 nowelizacji ustawy „Prawo farmaceutyczne”, popularnie zwaną „Apteką dla Aptekarza” (AdA), liczba aptek nieprzerwanie spada. Do końca roku 2020 z rynku zniknęły 1372 apteki. Dziś działają w Polsce 12202 apteki, wobec 13574 w lipcu roku 2017. Tym samym AdA cofnęła licznik na rynku aptecznym o dziesięć lat, do roku 2011.

W myśl wprowadzonych w roku 2017 przepisów nową aptekę może założyć tylko osoba, będąca farmaceutą oraz spółka jawna lub partnerska farmaceutów. Ustawa wprowadziła także restrykcyjne regulacje geograficzna – demograficzne, dotyczące powstawania nowych aptek – placówka musi przypadać na co najmniej 3 tys. mieszkańców i znajdować się co najmniej 500 metrów od już istniejącej, jeśli w gminie jest więcej niż 3 tys. mieszkańców na aptekę, lub 1 tys. metrów, jeśli przypada mniej niż 3 tys. mieszkańców na aptekę.

Deklarowanym celem wprowadzenia ustawowych ograniczeń miało być zwiększenie dostępności do leków. Cel ten nie został jednak zrealizowany. Obwarowania spowodowały natomiast, że nowych aptek nie ma kto, ani gdzie otwierać. Liczba otwarć po wejściu w życie „AdA” spadła ze średnio 100 – 110 do 15 – 20 miesięcznie. Jednocześnie liczba zamknięć pozostała na średnim poziomie sprzed nowelizacji, czyli ok. 70 placówek miesięcznie.

LICZBA APTEK W POLSCE PO AdA: 2017 – 2020

LICZBA APTEK W POLSCE
Źródło: Univers DOBA, PEX PharmaSequence

– Apteki wciąż znikają z rynku i to wtedy, gdy są najbardziej potrzebne. Polski rynek aptek skurczył się do poziomu z roku 2011 i to w czasie pandemii, w przeddzień wprowadzenia do aptek opieki farmaceutycznej i usług dla pacjentów, co spowoduje, że rola apteki i zapotrzebowanie na jej usługi będzie rosła. Jednym z deklarowanych celów wprowadzenia „Apteki dla aptekarza” miało być zwiększenie dostępności do aptek. Osiągnięto jednak cel odwrotny do zamierzonego – podkreśla Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych.

Reasumując po ponad trzech latach funkcjonowania AdA nie został zrealizowany żaden z celów prezentowanych w uzasadnieniu ustawy. Wynika to z faktu, że część z nich była od początku nieprawdziwa i była pozornym uzasadnieniem dla procesu zamknięcia rynku dla przedstawicieli korporacji zawodowej aptekarzy. „Apteka dla aptekarza” okazała się też nie mieć nic wspólnego z deklarowanym w ustawie zatrzymaniem procederu nielegalnego wywozu leków z Polski, o czym świadczy konieczność wprowadzania kolejnych nowelizacji prawa farmaceutycznego po wejściu w życie „AdA” oraz doniesienia mediów, dotyczące likwidacji mafii lekowych. Z doniesień tych wynikało zresztą, że wywozem leków trudnią się obok hurtowni farmaceutycznych m.in. aptekarze indywidualni, w tym także członkowie korporacji aptekarskiej. Również cel w postaci repolonizacji apteki wyrwania ich z rąk obcego kapitału od początku brzmiał demagogicznie. W posiadaniu podmiotów krajowych jest ponad 93 proc. ogólnej liczny aptek w Polsce. Do podmiotów z udziałem kapitału zagranicznego należy tylko 6,7 proc. ogólnej liczby aptek w Polsce. Także argument o monopolu sieci aptecznych był od początku nieprawdziwy. W Polsce działa dziś 340 sieci aptecznych – są to głównie małe i średnie polskie firmy rodzinne mające po kilkanaście – kilkadziesiąt aptek. Twierdzenie, że kilkaset przedsiębiorstw tworzy monopol na rynku jest sprzeczny z podstawową wiedzą ekonomiczną i zdrowym rozsądkiem.

– AdA wywróciła do góry nogami polski rynek apteczny. Z typowego systemu otwartego zmieniła go w jeden z najostrzejszych i najbardziej przeregulowanych w Europie systemów zamkniętych, w którym łącznie obowiązują restrykcyjne ograniczenia właścicielskie, ilościowe (w tym regulacja „1%”), geograficzne i demograficzne oraz bezwzględny zakaz reklamy aptek i punktów aptecznych – wylicza Marcin Piskorski.

Przedsiębiorcy inwestują w szczere relacje

Przedsiębiorcy inwestują w szczere relacje. Piotr Winek: Tworzenie społeczności, która się nawzajem wspiera to najlepsze możliwe wsparcie dla biznesu.

Cykliczne spotkania prezesów dużych firm urosły już do rangi branżowych mitów. Czym na tle innych klubów wyróżnia się Manager Business Hub, a przede wszystkim – czy w kontekście MBH można mówić o “klubie” jako takim?

Manager Business Hub jest organizacją biznesową, trochę klubem biznesowym, choć nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jako organizacja pomagamy skutecznie spotykać biznes z biznesem. Koncentrujemy się na przestrzeni i okolicznościach, które mogą zapewnić naszym Kolegom i Koleżankom okazję do budowania relacji często nawet półprywatnych. To, co nas wyróżnia na rynku to na pewno różnorodność wydarzeń i atmosfera tych spotkań. Najczęściej są to eventy o charakterze lifestylowym np.: koncerty, akademia golfa, akademia siatkówki, turniej strzelecki, pikniki rodzinne, kolacje, wernisaże i czasami spotkania o charakterze biznesowym – konferencyjnym.

Co sądzisz o potrzebie budowania relacji biznesowych – czy jest na to czas przy prowadzeniu biznesu ?

Problemem przy zarządzaniu jakimkolwiek biznesem może się okazać właśnie brak czasu: na angażowanie się w budowanie relacji, czy spotykanie z ludźmi. O relacjach i ich potrzebie budowania przypominamy sobie, kiedy wystąpi taka potrzeba, kiedy zdefiniujemy tzw. „pożar”. Nie myślimy o budowaniu relacji w perspektywie długofalowej i strategicznej.

Przyjmuje się założenie, że managerowie spółek oczywiście poza kompetencjami merytorycznymi posiadają wystarczające relacje biznesowe, albo dzięki własnym relacjom dotrą do właściwych osób i zbudują te, które mogą okazać się niezbędne.

W tym aspekcie warto skorzystać z narzędzi wsparcia z zewnątrz i nie liczyć tylko na siebie.

W powszechnej opinii tego typu spotkania stają się synonimem napięcia, wymuskania i sztucznego, wręcz rażącego patosu. Jaka atmosfera panuje na Waszych wydarzeniach?

Przyznam szczerze, że osobiście nie lubię spotkań bardzo formalnych, więc wydarzenia MBH takie po prostu nie są. Wystarczy sobie wyobrazić lato — dobrą słoneczną pogodę i np. Krakowskie Przedmieście w Warszawie, znany klub z dobrą muzyką na powietrzu z wydzieloną dla naszych gości specjalną strefą na około 100 osób. W niej stoliki koktajlowe, leżaki, kanapy, catering i napoje, ze świetną muzyką na żywo. Spotykamy się na luzie bez garniturów, krawatów, ludzie się znają, są otwarci na nowe osoby — czy w takiej scenerii może być sztywno? [śmiech]

Przedstawiciele jakich branż goszczą na Waszych eventach?

Nie wywołując konkretnych firm do tablicy, na naszych eventach można spotkać przedstawicieli zarówno spółek Skarbu Państwa, jak i firm prywatnych. Wśród nas są specjaliści z branży: telekomunikacyjnej, paliwowej, tytoniowej, motoryzacyjnej, zbrojeniowej, ubezpieczeniowej, finansowej, IT, przemysłu ciężkiego, medycznej, ale także przedstawiciele administracji rządowej, świata kultury, mediów, czy sportu. Nasi klienci też zapraszają swoich klientów. To ważne, aby mieć możliwość przebywania w przestrzeni neutralnej, a zarazem atrakcyjnej, w której gość nie będzie się zastanawiał, dlaczego został zaproszony i co możemy od niego “chcieć”.

Manager Business Hub nie jest jednak zarezerwowany wyłącznie dla dużych graczy. Jak w Waszym gronie odnajdują się mali i średni przedsiębiorcy?

Z obserwacji mogę powiedzieć, że na spotkaniach ludzie traktują się i rozmawiają ze sobą na równi — bez względu na wielkość firmy, czy zajmowane stanowiska. Oczywiście naszą rolą jest, aby uczestniczyły w nich osoby na podobnym poziomie kierownictwa, bez względu na wielkość biznesu. Oczywiście jest to możliwe przy spotkaniach mniejszych, do 30 osób. Na eventach na 100 i więcej osób to nie jest reguła. Dobrym przykładem były koncerty jazzowe, ubiegłoroczny cykl eventów „Graj o Swój Biznes”, czy coroczny piknik rodzinny, który w 2019 roku zgromadził około 500 gości.

Wyobraźmy sobie, że jestem przedsiębiorcą z sektora MŚP. Czego mogę się nauczyć w trakcie takiego spotkania i jak te doświadczenia wpłyną na moją działalność?

To nie jest kwestia uczenia się — od naszych spotkań ludzie oczekują różnych rzeczy. Jedni chcą poznać potencjalnych klientów — to jest myślenie bardzo bezpośrednie, jeżeli chodzi o rozwój biznesu. Inni potrzebują kontaktów wśród top managerów, ponieważ czują, że relacje w różnych miejscach na rynku przełożą się na skutecznie zarządzanie własną działalnością. Przede wszystkim jednak duża część gości chce poznać osoby podobne do siebie, z podobnymi problemami, pasjami, aby miło spędzać ze sobą czas. Często nie jest to jakkolwiek związane z rozwojem ich biznesów.

Na pierwszy rzut oka sporo ich różni — branża, skala działalności, doświadczenie. Co w takim razie łączy członków Manager Business Hub?

Myślę, że łączy ich otwartość na ludzi, chęć poznawania innych, jak również potrzeba rozwijania własnego biznesu. Każdy z nas ma jakieś relacje, zna różne osoby z różnych biznesów. Tworząc społeczność na tym poziomie, łatwiej jest się wspierać w różnych trudnościach. Jeżeli ktoś na pozór nie jest potencjalnym klientem, czy partnerem biznesowym to nie oznacza, że relacja z nim nie jest wartością, oceniając ją czysto biznesowo. Popatrzmy na to w ten sposób, że każdy z nas ma kontakty i relacje biznesowe. Jeśli darzymy kogoś sympatią, staramy się mu pomóc i też chętnie dzielimy się naszymi kontaktami — to naturalne. Tworzenie społeczności, która się nawzajem wspiera, sympatyzuje ze sobą, ma wspólne potrzeby i zainteresowania, to najlepsze możliwe wsparcie dla biznesu.

Piotr Winek – założyciel i prezes Manager Business Hub; wieloletni specjalista działający na rynku finansowym

Organ nie potrafił jednoznacznie wykazać, którego dokładnie oszustwa dopuścił się przedsiębiorca

Spółka brała udział w międzynarodowym łańcuchu dostaw. Urząd celno-skarbowy ustalił, że była to karuzela VAT, ale nie potrafił udowodnić, czy udział spółki w procederze polegał na świadomym uczestnictwie w oszustwie mającym na celu wyłudzenie VAT, czy na obrocie pustymi fakturami. Dlatego „ogólnie” uznał, że nie należy jej się odliczenie podatku.

Organ uznał, że spółka zawyżyła naliczony VAT na ponad 0,5 mln zł

Naczelnik jednego z urzędów celno-skarbowych przeprowadził wobec spółki z o.o. spółki komandytowej kontrolę celno-skarbową i postępowanie podatkowe w zakresie rzetelności deklarowanych przez nią podstaw opodatkowania oraz prawidłowości obliczania i wpłacania podatku od towarów i usług za styczeń 2017 r. Spółka trudniła się obrotem wyrobami tekstylnymi, także wewnątrzwspólnotowym. Naczelnik stwierdził, że spółka w badanym okresie zawyżyła podatek naliczony o kwotę blisko 530 tys. zł, odliczając VAT z faktur zakupu niedokumentujących rzeczywistych zdarzeń gospodarczych.

Karuzela VAT celem wyłudzenia podatku

Organ uznał, że spółka uczestniczyła w karuzeli VAT-owskiej mającej na celu wyłudzenie tego podatku. Jej mechanizm polegał na łańcuchowym obrocie towarem z udziałem znikającego podatnika, bufora oraz brokera. Naczelnik przypisał spółce rolę brokera, który deklaruje sprzedaż poza granice kraju, a następnie występuje o zwrot VAT. W łańcuchu tym nie dochodzi do rzeczywistej dostawy towarów pomiędzy obciążonymi fakturami podmiotami, a zadaniem firm występujących w tym procederze, rzekomo dostarczających tkaniny do spółki, było tylko uwiarygodnienie transakcji, ale i utrudnienie możliwości ustalenia faktycznego pochodzenia towarów.

Naczelnik ustalił, że na wstępnym etapie tzw. znikający podatnicy dokonują wprowadzenia towaru z Chin na terytorium Unii Europejskiej. Następnie dochodzi do zmiany jego pochodzenia i wprowadzany zostaje na terytorium Turcji już jako towar ze strefy UE-EFTA, bez dodatkowego cła w wysokości 28% i z około 5-krotnym zwiększeniem wartości. Zmianę pochodzenia na niemieckie sygnują tzw. znikający podatnicy.

Słup, bufory i broker

Spółka wniosła odwołanie, ale organ II instancji potwierdził ustalenia organu I instancji, że całe oszustwo karuzelowe zorganizowane było następująco: pierwsze ogniwo w łańcuchu stanowiły tzw. słupy, czyli firmy nie posiadające żadnego majątku, następne to bezpośredni i pośredni dostawcy towaru do spółki, pełniący rolę buforów uwiarygodniających transakcje, później była spółka jako broker, a na końcu kolejne bufory – jeden z siedzibą na Słowacji, drugi w Turcji. Organ zwrócił uwagę, że w łańcuchu tym firmy bufory mimo znaczących kwot nie żądały zwrotu podatku, a żaden z kontrahentów spółki nie przedstawił dowodów na to, że obracany towar był poddany obróbce na terytorium UE przed dostawą do Turcji.

Podsumowując, organ odwoławczy uznał, że ani spółka, ani jej dostawca w poddanym kontroli okresie nie prowadziły między sobą działalności gospodarczej polegającej na obrocie tkaninami, stąd też do żadnych dostaw nie doszło. W związku z tym wystawione przez tego dostawcę na rzecz spółki faktury nie stanowią podstawy do odliczenia VAT. Jedynym celem powołania do życia i prowadzenia działalności przez spółkę nie był zarobek na marży handlowej, a jedynie wyłudzanie zwrotu VAT dzięki zbywaniu towarów na Słowację z zerową stawką tego podatku w ramach transakcji WDT. Decyzją ze stycznia 2020 r. organ stwierdził zawyżenie przez spółkę wartości dokonanych WDT o kwotę ponad 2 mln 300 tys. zł w badanym okresie rozliczeniowym stycznia 2017 r. i określił jej dodatkowe zobowiązanie w VAT w wysokości blisko 530 tys. zł.

Faktura VAT i faktyczne władztwo nad towarem

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi wskazał na zawarte w art. 86 ust. 2, 10, 11 i 12 ustawy o VAT, w brzmieniu obowiązującym w czasie nabywania przez spółkę zakwestionowanych dostaw i doprecyzowane w art. 86 ust. 13, dwie zasadnicze przesłanki odliczenia podatku naliczonego w obrocie wewnątrzkrajowym: a) podatnik musi posiadać fakturę VAT oraz b) i objąć faktyczne władztwo nad towarem, a w przypadku usługi musi ona zostać rzeczywiście wykonana. Oba warunki muszą zostać spełnione. Ochrona tego prawa podatnika powinna zostać zapewniona, jeśli nie wiedział on lub przy dołożeniu należytej staranności nie mógł się dowiedzieć, że we wcześniejszych etapach obrotu system naliczeń i odliczeń VAT uległ naruszeniu. Jednakże wymagać można od niego „należytej” staranności, a nie szczególnej lub nadzwyczajnej. Wszak od podatnika nie można wymagać zachowań właściwych dla organu podatkowego.

Domniemanie prawdziwości złożonego przez podatnika zeznania podatkowego

Następnie sąd zwrócił uwagę na domniemanie prawne zawarte w art. 21 § 2 Ordynacji podatkowej oraz w art. 99 ust. 12 ustawy o VAT co do prawdziwości złożonej przez podatnika deklaracji podatkowej. Wykazany w niej podatek jest podatkiem do zapłaty, chyba że organ określi go w innej wysokości. Z regulacji tej wynika zatem, że to na organie spoczywa konieczność obalenia prawdziwości złożonego przez podatnika zeznania. A zdaniem sądu w tej sprawie do tego nie doszło.

Odpowiedzialność zbiorowa może prowadzić do upadłości wielu uczciwych firm

Samo ustalenie przez organy, że na wcześniejszych etapach łańcucha dostaw wystąpiły nieprawidłowości, nie powoduje automatycznego zakwestionowania transakcji dokonanych z udziałem spółki. Zgodnie z orzecznictwem Trybunału Sprawiedliwości UE nie obowiązuje tutaj odpowiedzialność zbiorowa, gdyż byłoby to krzywdzące dla podmiotów, które zostały nieświadomie wciągnięte w oszukańczy proceder i mogłoby doprowadzić do upadłości wielu uczciwych przedsiębiorstw. Aby tego uniknąć, każda transakcja w łańcuchu dostaw powinna być badana indywidualnie, a charakteru poszczególnej transakcji nie mogą zmieniać wcześniejsze lub późniejsze wydarzenia. Przedsiębiorcę można więc pozbawić prawa do odliczenia VAT, jednak organy muszą wykazać, że wiedział on, lub przy dochowaniu należytej staranności powinien wiedzieć, że uczestniczy w przestępczym procederze.

Przeciwne wnioski płynące z ustaleń organów

Sąd uchylił decyzję organu podatkowego. Podkreślił, że nie jest jego rolą dokonywanie wyboru jednej z dwóch wersji zakwestionowania prawa do odliczenia podatku przez spółkę. Organy powinny się więc zdecydować, czy oskarżają ją o obrót pustymi fakturami, czy czynny udział w karuzeli VAT. Uzasadnienie decyzji organu powinno być jasne, precyzyjne i jednoznaczne. Jeśli twierdzi on, że dostawy do spółki nie miały miejsca, to powinien to udowodnić. A to trudno stwierdzić na podstawie wywodów organów. Bowiem fakt, iż na wcześniejszym etapie obrotu nie nastąpiła dostawa towaru, nie oznacza jeszcze, że dostawa do spółki nie mogła nastąpić z innego źródła. W przedmiotowej sprawie badanie tej kwestii prowadzi nawet do przeciwnych wniosków, skoro organy same potwierdziły, że towar istniał i został dostarczony do odbiorców na Słowacji i w Turcji. Co więcej, jak wynika z dokumentacji, zakwestionowany przez organy dostawca tkanin do spółki był w dacie dokonania spornych dostaw czynnie działającym na rynku podatnikiem VAT, podważone faktury odnotowano w jego dokumentacji księgowej, a podatek należny został zadeklarowany i rozliczony.

Jeśli organy zarzucają spółce pozorność działań lub podejmowanie ich w celu obejścia prawa, powinny to wykazać. Bowiem to właśnie pozorność jest cechą charakterystyczną oszustwa karuzeli VAT. A wówczas na organie ciążyć będzie obowiązek wykazania świadomego uczestnictwa spółki w tym procederze.

Organ ogólnie stwierdził, że przedsiębiorca jest oszustem

Zatem uchylając decyzję naczelnika urzędu celno-skarbowego, WSA podkreślił, że organ powinien jednoznacznie wyrazić, czy podstawą do odmowy spółce prawa do odliczenia VAT i jego zwrotu było operowanie przez nią pustymi fakturami, czy też jej uczestnictwo w karuzeli VAT.

Organ skupiając się na badaniu faz obrotu poprzedzających nabycie towaru dokonane przez Podatnika, a następnie jego wewnątrzwspólnotowe dostawy do D w sposób ogólny ocenił, iż podatnik w transakcjach tych nie działał w dobrej wierze. Stwierdził przy tym, że w jego ocenie Podatnik ten w sposób świadomy uczestniczył w omawianym procederze. Jednak stanowisko to nie zostało powiązane z kompleksową analizą dobrej wiary podatnika w odniesieniu do jego dostawców krajowych” (wyrok WSA w Łodzi z 27 października 2020 r., sygn. akt I SA/Łd 162/20).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Obecni udziałowcy PayPo wykupują pakiet udziałów spółki od funduszu CVC Alior Banku

Fundusz CVC Alior Banku realizuje ponadprzeciętny zysk z inwestycji w PayPo. Jego pakiet wykupują obecni udziałowcy spółki.

RBL_VC, fundusz CVC należący do Alior Banku, dotychczasowy udziałowiec i strategiczny inwestor PayPo, zakończył inwestycję w spółkę, realizując znaczny zysk. To naturalna konsekwencja osiągnięcia wszystkich zakładanych celów współpracy. Cały 20-proc. pakiet udziałów w fintechu oferującym odroczone płatności został wykupiony przez jej obecnych udziałowców.

– Nowoczesne rozwiązania technologiczne to obszar, w którym Alior Bank od zawsze wyznaczał nowe standardy. Dlatego zdecydowaliśmy się na inwestycje między innymi w takie spółki, jak PayPo. Dziś poszukujemy kolejnych podmiotów, w które moglibyśmy zainwestować i których działalność jest spójna ze strategicznymi celami biznesowymi w banku. Jednocześnie życzymy naszym dotychczasowym partnerom z PayPo powodzenia i wielu kolejnych sukcesów, które niewątpliwie są przed nimipodkreśla Jacek Taraśkiewicz, Dyrektor Departamentu Usług Inwestycyjnych i RBL_VC w Alior Banku.

Fintech PayPo, lider polskiego rynku płatności odroczonych, zamknął ubiegły rok rekordem ponad 3 mln obsłużonych transakcji i ponad 20 mln zł przychodu. Na początku stycznia br. doszło do transakcji, w wyniku której swój 20-proc. pakiet udziałów w spółce sprzedał Alior Bank, który jako strategiczny inwestor wspierał jej rozwój od listopada 2018 r. Nabywcami walorów zostali obecni udziałowcy PayPo, co oznacza, że polski fintech stał się w większości własnością kadry zarządzającej spółką.

– Podejmując współpracę z Alior Bankiem ponad 2 lata temu, widzieliśmy w niej olbrzymią szansą na przyspieszenie wzrostu. Dziś mogę powiedzieć, że wykorzystaliśmy ją w 100 proc., a nawet osiągnęliśmy więcej, niż na początku zakładaliśmy. W szybkim tempie staliśmy się liderem innowacyjnej formy płatności w internecie i z każdym miesiącem umacnialiśmy się na tej pozycji. Po dwóch latach nie jesteśmy już startupem, tylko firmą, która mimo młodego wieku stała się podmiotem generującym zyski. Jednak najlepsze lata wciąż przed nami. Wykup menedżerski spółki jest naturalną konsekwencję jej dotychczasowego rozwoju, ale zarazem przygotowaniem do otwarcia kolejnego rozdziału w jej historii – tłumaczy Radosław Nawrocki, prezes i założyciel PayPo.

Alior Bank postawił na polski fintech PayPo w listopadzie 2018 r., kiedy objął w nim 20 proc. udziałów. Wcześniej obie strony nawiązały współpracę w ramach trwającego od połowy września programu akceleracyjnego RBL_Start.

– Przez ponad 2 lata towarzyszyliśmy PayPo w dynamicznym wzroście spółki i jesteśmy dumni z tej strategicznej współpracy i jednocześnie pierwszej inwestycji RBL_VC. Od tego czasu PayPo z początkującego startupu stało się ważnym graczem rynku finansowego, co pozwoliło nam zrealizować wysoką stopę zwrotu. To pokazuje, że RBL_VC poza wspieraniem innowacji jest również rentownym obszarem działalności Alior Banku, który chcemy w dalszym ciągu rozwijać – mówi Tomasz Serwan, Dyrektor RBL_VC – funduszu CVC Alior Banku.

Mobilna bramka płatności – podnieś swój e-commerce na wyższy poziom

E-commerce to jedna z najprężniej rozwijających się gałęzi gospodarczych. Jak wynika z tegorocznego raportu Izby Gospodarki Elektronicznej, blisko 72% internautów deklaruje zakupy w polskich sklepach internetowych. Duża w tym zasługa usprawnień, które ułatwiają proces kupowania w sieci. Nowe kanały sprzedaży wymagają stosowania nowoczesnych rozwiązań. Dowiedz się, jak wybrać bramkę płatności, która podniesie poziom oferowanych usług w Twoim e-commerce.

Znaczenie skutecznej bramki płatniczej

Funkcjonowanie e-commerce nie byłoby możliwe bez zastosowania szeregu rozwiązań i narzędzi. Jednym z nich jest bramka płatnicza – system umożliwiający internetowe rozliczenie pomiędzy klientem a sprzedawcą. Wybór takiej bramki jest konieczny, choćby dlatego, że bez niej pozbawiasz klientów możliwości wygodnych płatności. Co więcej, właściwie dopasowane rozwiązanie potrafi usprawnić funkcjonowanie działalności i przyspieszyć czas obsługi.

Bramki płatnicze znacząco przyspieszają procedurę rozliczania. Dawniej wysłanie towaru do klienta wiązało się z oczekiwaniem na uzyskanie płatności. Po dokonaniu tradycyjnego przelewu oba banki musiały go zaksięgować – dopiero wtedy pieniądze trafiały na konto odbiorcy. Bramka płatnicza pośredniczy w tym procesie. W chwili wysłania przelewu system otrzymuje informację i przekazuje ją sprzedawcy. Ten natomiast może wysłać towar niezwłocznie po uzyskaniu potwierdzenia płatności.

Ze własnym rozwiązaniem na rynek e-commerce postanowił wejść mBank. W 2019 roku uruchomił platformę płatności Paynow. System pozwala na wygodne akceptowanie różnych metod płatności online. Do tego, jest łatwy w obsłudze i upraszcza zarządzanie finansami firmowymi. Paynow jest połączony z systemem bankowości transakcyjnej – zarówno dla klientów małych, jak i dużych przedsiębiorstw, korzystających z wyspecjalizowanego serwisu mBank Company Net.

Dlaczego warto wybrać Paynow? Poznaj zalety

Istnieją dwa typy bramek płatniczych – pierwsze to gotowe platformy, drugie – rozwiązania przygotowywane na konkretny przypadek. Skuteczna bramka płatnicza dla e-commerce powinna być przede wszystkim usprawnieniem. W końcu angażowanie dodatkowych pracowników do przygotowania i obsługi skryptu kosztuje. Ponadto ważnym aspektem jest jej responsywność i możliwość dopasowania do potrzeb Twojego e-commerce. Przy wyborze rozwiązania należy więc zwrócić uwagę na prostotę integracji oraz duży wybór możliwości rozliczenia. Jednocześnie warto skupić się na obsłudze i wsparciu technicznym – tak ważnym w obliczu nagłych problemów.

W przypadku Paynow zyskujesz jedno i drugie. mBank oferuje dostęp do usługi zintegrowanej z systemem mBank CompanyNet oraz pełne wsparcie technologiczne z możliwością konsultacji. Wśród obsługiwanych metod transakcji są płatności pay-by-link, BLIK oraz z użyciem tradycyjnych kart płatniczych. W sumie Paynow obsługuje transakcje z blisko 20 banków. Duży wybór i wygoda przekładają się na pozytywne doświadczenie klientów. 

Paynow to pierwsza w Polsce bramka płatnicza funkcjonująca w chmurze. Oznacza to, że niezależnie od tego, czy w danym okresie Twoje przedsiębiorstwo przyjmie kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy wpłat od klientów, bramka płatnicza będzie funkcjonować dokładnie tak samo. To wszystko dzięki elastyczności modelu chmurowego i możliwości zwiększania mocy obliczeniowej bez konieczności inwestycji w rozwój infrastruktury sprzętowej.

Bramkę płatniczą Paynow możesz szybko zintegrować z popularnymi platformami sprzedażowymi:

  • WooCommerce,
  • PrestaShop,
  • Opencart,
  • Magento,
  • Sote,
  • Shoplo,
  • Redcart,
  • shopGold,
  • Sky-Shop,
  • Codarius.

Wybór bramki płatniczej to również prowizja – ta, jeśli jest odpowiednio niska, może przynieść korzyść zarówno właścicielowi e-commerce, jak i klientom. Niższe opłaty ze strony banku oznaczają bardziej konkurencyjne ceny – nawet w stosunku do innych metod płatności. To przyciąga kupujących i skłania ich do wyboru najkorzystniejszej opcji. W efekcie otrzymują wygodne i proste rozwiązanie, a przy okazji oszczędzają czas spędzony na zakupach. W przypadku Paynow prowizja wynosi 0,95% od każdej płatności – bez opłat aktywacyjnych i abonamentowych. Wszystko możesz kontrolować w wygodnym panelu bieżących rozliczeń.     

Duże znaczenie w kontekście funkcjonowania bramki płatności ma troska o bezpieczeństwo danych użytkowników. To istotny czynnik wpływający na ostateczną decyzję o zakupie w wybranym sklepie. Na płatność z użyciem szybkiego przelewu decyduje się dziś już blisko 70% nabywców[1]. Utrzymanie najwyższych standardów bezpieczeństwa to konieczność. W internetowych płatnościach wykorzystuje się m.in. szyfrowane połączenia SSL, certyfikaty SSL oraz PCI DSS. 

Bramka płatności Paynow – kto może skorzystać?

Paynow to rozwiązanie kierowane do właścicieli e-commerce i firm posiadających aktywny rachunek bankowy w mBanku. Żeby móc skorzystać z usługi, musisz być właścicielem sklepu internetowego, prowadzonego zgodnie z obowiązującymi przepisami.

Co zrobić, by skorzystać z usługi? Wystarczy, że skontaktujesz się ze swoim doradcą. Wybierz firmę, dla której planujesz uruchomić usługę, a następnie wskaż kategorię produktów w swoim sklepie internetowym. Wypełnij rubrykę z informacjami kontaktowymi do jednego z pracowników – na wypadek problemów technicznych. Po uzupełnieniu wniosku prześlij go do banku. W zależności od stopnia skomplikowania, usługa może zostać aktywowana nawet w ciągu jednego dnia roboczego. 

[1] https://eizba.pl/wp-content/uploads/2020/06/Raport-e-commerce-2020.pdf

NEO Hospital wykorzysta technologie MedApp w ramach projektu badawczo-rozwojowego

MedApp S.A., zacieśnia współpracę z Grupą NEO Hospital. W ramach podpisanej umowy, należący do Grupy Szpital na Klinach, wykorzysta technologię trójwymiarowej wizualizacji obrazowych danych medycznych CarnaLife Holo przy realizacji nowego projektu badawczo-rozwojowego. Jego celem jest opracowanie nowej metody operacyjnego leczenia nowotworów trzonu macicy i szyjki macicy.

– Pandemia koronawirusa drastycznie wpłynęła na realizację programów profilaktycznych. Bardzo ucierpiała też diagnostyka. Z pandemii jako społeczeństwo wyjdziemy z zatrważającą skalą długu zdrowotnego. Musimy szukać metod i narzędzi pozwalających na poprawę skuteczności leczenia pacjentów onkologicznych i taką szansę dla kobiet chorych na raka szyki macicy i trzonu macicy tworzy nasz program badawczy oparty o małoinwazyjne metody terapeutyczne, nowoczesny sprzęt oraz innowacyjne systemy wpierające proces planowania zabiegów – Joanna Szyman Prezes Grupy NEO Hospital.

Rozwiązanie CarnaLife Holo zostanie wykorzystane przez NEO Hospital do realizacji projektu w zakresie operacyjnego leczenia nowotworów szyjki i trzonu macicy. Operacje wykonywane będą w krakowskim Szpitalu na Klinach w ramach dofinansowania ze środków Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Małopolskiego na lata 2014 – 2020. W ramach projektu Szpital zrealizuje 200 zabiegów. z wykorzystaniem robota DaVinci. Zabiegi będą dla pacjentek bezpłatne.

 – CarnaLife Holo usprawnia procesy diagnostyczne, co zwłaszcza w przypadku trudnych i skomplikowanych zabiegów może wpływać na precyzję działania lekarza i bezpieczeństwo. Cieszymy się, że nasze innowacje znajdują coraz szersze zastosowanie w codziennej praktyce lekarskiej, wspierając medyków podczas zabiegów chirurgicznych – mówi Krzysztof Mędrala, Prezes Zarządu MedApp.

CarnaLife Holo, to innowacyjny system przetwarzania i holograficznej wizualizacji danych medycznych, który umożliwia przedstawienie trójwymiarowych danych obrazowych w mieszanej rzeczywistości (ang. Mixd Reality) pochodzących z tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego, USG, jak również innych modalności przechowujących dane w standardzie DICOM. Aplikacja CarnaLife Holo oferowana przez MedApp ma szerokie zastosowanie i może być wykorzystywana w celu poprawy bezpieczeństwa zabiegu poprzez jego łatwiejsze zaplanowanie, analizę przestrzennych relacji pomiędzy strukturami anatomicznymi i patologicznymi, jak również podczas samego zabiegu w celu uwidocznienia anatomii pacjentki. Lekarz może bowiem zweryfikować plan zabiegu w oparciu o trójwymiarowe wizualizacje oraz modele struktur anatomicznych lub zwykłe obrazowe dane medyczne.

System CarnaLife Holo w ramach projektu będzie wspierał planowanie zabiegów raka trzonu macicy oraz raka szyjki macicy. Wykorzystanie systemu zostało przewidziane dla  pacjentek, u których anatomia pola operacyjnego jest zaburzona. CarnaLife Holo pozwoli na przedstawienie danych w formie hologramu, z którym lekarz może wchodzić w interakcję. Hologram uwypukla skomplikowane, przestrzenne zależności pomiędzy strukturami anatomicznymi, co jest niezwykle istotne przy planowaniu zabiegów onkologicznych.

Program Neo Hospital stanowi realną szansę dla poprawy jakości leczenia onkologicznego pacjentek dotkniętych rakiem szyjki macicy i rakiem trzonu macicy. Wśród spodziewanych istotnych korzyści programu są takie wartości, jak: mniejszy ból, mniejsze krwawienie śródoperacyjne oraz mniejsza ilość powikłań śród- i postoperacyjnych.

Kolej na Mazury. CPK dofinansuje modernizację linii przez Mrągowo i Mikołajki

Dobra wiadomość dla mieszkańców i wielbicieli Mazur. Modernizacja nieużywanej od 10 lat linii kolejowej nr 223 wkrótce stanie się faktem. Podpisane dziś porozumienie oznacza zielone światło dla realizacji inwestycji wartej ok. 400 mln zł. Projekt wpisuje się w plany budowy tzw. szprychy nr 3 w ramach Programu CPK.

Jak wynika z treści porozumienia podpisanego dzisiaj w Ministerstwie Infrastruktury, spółka Centralny Port Komunikacyjny dofinansuje prace przygotowawcze dla modernizacji linii kolejowej nr 223  z Orzysza przez Mikołajki, Mrągowo i Biskupiec do Czerwonki. Inwestycja została zakwalifikowana do drugiego etapu naboru w ramach Programu Kolej+.

Kwota dofinansowania ze strony CPK wyniesie do 20 mln zł, co stanowi istotną część potrzebnego wkładu własnego samorządu. Resztę sfinansuje samorząd województwa warmińsko-mazurskiego oraz władze Mrągowa, Biskupca i Orzysza. Inwestorem w ramach Programu Kolej+ będzie spółka PKP Polskie Linie Kolejowe. Łączny koszt całej inwestycji ma wynieść ok. 400 mln zł.

Modernizacja linii kolejowej nr 223 to istotne wydarzenie dla regionu. Linia ta została zamknięta ponad 10 lat temu i od tego czasu nie była remontowana. Zarośnięte i porzucone obiekty infrastrukturalne (w tym np. most nad Jeziorem Mikołajskim) wkrótce zmienią swoje oblicze. Skorzystają na tym wszyscy mieszkańcy i odwiedzający Krainę Wielkich Jezior Mazurskich.

Mazury to jedno z ulubionych miejsc wypoczynku Polaków. Ale modernizacja tej linii to także świetna wiadomość dla mieszkańców. Przygotowując inwestycje CPK dbamy o to, aby skorzystali na nich zarówno mieszkańcy, jak też ci, którzy traktują Mazury jako miejsce wypoczynku. Dlatego zdecydowaliśmy się dofinansować tę inwestycję kwotą 20 mln zł – mówi wiceminister infrastruktury Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

Dzięki temu działaniu zwiększamy dostępność transportową kolejnych miast, w tym Mrągowa i Mikołajek, które znowu zostaną włączone do sieci kolejowej – dodaje.

Bardzo cieszę się ze współpracy samorządów mazurskich z CPK, która jest ważna nie tylko w kontekście lokalnym, ale też ponadgranicznym. W tym regionie powstają już linia Rail Baltica prowadząca z krajów bałtyckich do Ełku, Białegostoku i Warszawy. Dzięki odbudowie linii nr 223, którą dofinansuje CPK, bezpośredni dostęp do Wielkich Jezior Mazurskich uzyskają np. mieszkańcy krajów nadbałtyckich. To również inwestycja ważna z punktu widzeniabezpieczeństwa państwa: Orzysz stanie się węzłem przesiadkowym, na czym skorzysta okoliczna baza wojskowa NATO – mówi prof. Karol Karski, poseł do Parlamentu Europejskiego.

Spółka CPK ogłosiła w ub. roku postępowanie na Studium Techniczno-Ekonomiczno-Środowiskowe (STEŚ) dla fragmentu tzw. szprychy nr 3 kluczowej dla województwa warmińsko-mazurskiego (chodzi o 139-kilometrowy odcinek nowej linii kolejowej Ostrołęka – Łomża – Giżycko). Dla 32-kilometrowego odcinka z Ostrołęki do Łomży trwa już inwentaryzacja przyrodnicza.

Jak wynika z harmonogramów CPK z Ostrołęki do Łomży pojedziemypociągiemprzed końcem 2027 r., zaś planowany termin otwarcia trasy z Łomży przez Pisz, Orzysz do Giżycka to 2031 r.

Wszystko to elementy szprychy CPK nr 3, czyli linii nr 29: transportowy kręgosłupMazur prowadzący do Warszawy i CPK. Linia nr 223 z Orzysza przez Mikołajki i Mrągowo będzie zaś stanowić inwestycję komplementarną CPK.

CPK to promowanie kolei. Nie chodzi nam tylko o budowę kolei dużych prędkości, które połączą największe polskie miasta. Chodzi nam o to, aby kolej stała się atrakcyjnym i konkurencyjnym środkiem transportu dla podróży po Polsce. Dlatego już w Koncepcji CPK wskazaliśmy godne wsparcia inicjatywy rozbudowy sieci kolejowej. Pisaliśmy wówczas między innymi o tzw. Pętli Mazurskiej. Dzisiaj, decyzją ministra Marcina Horały, bierzemy współodpowiedzialność finansową za odtworzenie jej istotnej części, linii do Mikołajek i Mrągowa – mówi Mikołaj Wild, prezes spółki CPK.

Przywrócenie transportu kolejowego na linii kolejowej przez Mrągowo i Mikołajki zapewni ponowne włączenie tych miast do sieci kolejowej wraz z możliwością dogodnych przesiadek na połączenia regionalne i dalekobieżne w Orzyszu (w relacjach w kierunku Ełku, Giżycka, Łomży i Warszawy).

Ta inwestycja stanowi wielką szansę rozwojową dla Mrągowa i całego regionu, zarówno jeżeli chodzi o zwiększenie ruchu turystycznego, jak też lepsze skomunikowanie miejscowychterenów inwestycyjnych. Mieszkańcy czekają na przywrócenie ruchu pasażerskiego od 2010 roku. Teraz, dzięki staraniom samorządów i wsparciu ze strony CPK, wyczekiwane inwestycje staną się faktem, a podróżni z Mrągowa będą mogli dojechać nie tylko do Olsztyna, ale i do Warszawy – mówi Stanisław Bułajewski, burmistrz Mrągowa.

Inwestycje kolejowe CPK to łącznie prawie 1800 km nowych linii, które mają powstać do końca 2034 r. Dla ponad 700 km z nich prace przygotowawcze już trwają. Jak wynika z aktualnych harmonogramów CPK pierwsze roboty budowlane mają się rozpocząć w 2023 r. Na Program  CPK składa się w sumie 12 tras  kolejowych, w tym tzw. szprych prowadzących z różnych regionów Polski do Warszawy i CPK. Łącznie to 30 zadań inwestycyjnych, których inwestorem jest spółka CPK.

W województwie warmińsko-mazurskim w ramach Programu Kolejowego CPK powstaną 74 km nowych linii kolejowych, które wybuduje CPK, a kolejnych 208 km zostanie zmodernizowanych przez PKP PLK. Inwestycje te zapewnią skrócenie przejazdu z Olsztyna do Warszawy do 1 godz. 45 min. Z Pisza do stolicy dojedziemy w 1 godz. 45 min., z Ełku w 2 godz. 5 min., z Giżycka w 2 godz. 15 min. i z Elbląga w 2 godz. 25 min.

Funt najdroższy od brexitu. Dobry sygnał z polskiej gospodarki

Stopa bezrobocia w Polsce nie zaskoczyła inwestorów. Wyniosła dokładnie tyle, ile przewidywali analitycy. Kluczowe jest jednak to, jak mało wzrosła w trakcie pandemii względem innych państw naszego regionu.

Bezrobocie w Polsce

Stopa bezrobocia w Polsce wynosi obecnie 6,2%. Mówimy oczywiście o bezrobociu rejestrowanym. To pełen punkt procentowy więcej niż rok temu. Pamiętać należy jednak, że rok temu byliśmy tylko 0,2% powyżej historycznego minimum bezrobocia. Z drugiej strony nie można też zapomnieć, co działo się na świecie przez ten rok i jak dobrym wynikiem wbrew pozorom jest ten rezultat, patrząc zarówno na naszych zachodnich, jak i wschodnich sąsiadów. Były one zgodne z oczekiwaniami, stąd reakcja rynków była relatywnie niewielka. Jest to jednak dobry sygnał na przyszłość dla polskiej waluty.

Co ze stopami procentowymi?

Coraz więcej pojawia się artykułów, w których członkowie Rady Polityki Pieniężnej potwierdzają możliwość wprowadzenia w Polsce ujemnych stóp procentowych. Jest to o tyle dziwne, że cały czas powtarzane są informacje o odpowiednim poziomie stóp obecnie. Szybko jednak pojawia się informacja, że w przyszłości mogą pojawić się ujemne wartości. Dotychczasowy wentyl bezpieczeństwa względem takiego scenariusza (czyli relatywnie wysoka inflacja w grudniu) realnie zniknął. Ceny rosną poniżej środka celu inflacyjnego, co powoduje, że stabilność cen nie będzie zagrożona tak bardzo tą decyzją. Gdyby jednak zbliżała się obniżka, byłby to sygnał osłabiający polską walutę.

Funt najdroższy od brexitu

Wyjście z Unii Europejskiej miało być tragedią dla brytyjskiej gospodarki i funta. Waluta Wielkiej Brytanii ma się jednak od początku stycznia bardzo dobrze. Jest obecnie najdroższa zarówno względem euro, jak i złotego od opuszczenia struktur unijnych. Jak się okazuje, inwestorzy jednak nie podzielają obaw analityków i dziennikarzy, i widzą znacznie lepsze perspektywy stojące przed tamtejszą gospodarką.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – zamówienia na dobra,

20:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Skanska: ten rok upłynie pod znakiem powrotu do biur

Arkadiusz Rudzki – wiceprezes ds. wynajmu i sprzedaży w spółce biurowej Skanska w CEE uważa, że pandemia wykreowała rzeczywistość, która przełoży się na wzmocnienie trendów istniejących w branży od lat. W 2021 roku deweloperzy stworzą jednak nową ofertę dla swoich klientów. Jej celem będzie odpowiedź na hybrydowy model pracy, który powstał w dobie pandemii koronawirusa.

Bezpieczeństwo jako kluczowy trend roku 2021

– Bezpieczeństwo to dla nas od zawsze słowo klucz – budujemy bezpiecznie albo wcale, ale dotyczy to również tego jakie tworzymy projekty – z bezpiecznym środowiskiem pracy dla naszych najemców. Zarówno w roku 2020 jak i w tym jesteśmy maksymalnie skoncentrowani na tym, aby nasze biurowce spełniały zasady zaostrzonego reżimu sanitarnego i tworzyły przestrzeń odpowiednią do powrotu do biura w tej nowej rzeczywistości. Przykładowo, nasza aplikacja „Connected by Skanska” pozwala na dostęp do budynku za pomocą wirtualnych kart, goście korzystają z elektronicznej rejestracji, a dla zmotoryzowanych mamy inteligentny parking umożliwiający wjazd na podstawie automatycznie rozpoznanej tablicy rejestracyjnej. To są rozwiązania, które zwiększają bezpieczeństwo w trudnym czasie pandemii – komentuje Arkadiusz Rudzki, wiceprezes ds. wynajmu i sprzedaży w spółce biurowej Skanska w CEE.

Skanska jako pierwszy deweloper w Europie Środkowo-Wschodniej otrzymała certyfikat WELL Health-Safety Rating w kategorii zgłoszenia kilku projektów równocześnie dla 8 inwestycji – w tym czterech w Polsce. Rating przyznawany jest powierzchniom biurowym o najwyższych parametrach bezpieczeństwa, zmniejszających ryzyko przenoszenia chorób w związku z trwającą pandemią. Wyróżnienia takie jak te stanowią dla pracowników dowód na to, że mogą się czuć w pracy komfortowo.

Praca z biura – nowa forma benefitu

Po początkowym zachwycie możliwością pracy zdalnej, kolejne miesiące pandemii pokazały, że biura będą ciągle potrzebne, a wręcz niezbędne do funkcjonowania zespołów i całych firm. Brak bezpośrednich interakcji z koleżankami i kolegami z pracy wpływa negatywnie zarówno na pracowników, jak i pracodawców. Biura pełnią bardzo ważne role: społeczne, kulturotwórcze, a także formalne. – Chcę podkreślić, że w podejściu do powierzchni biurowych  nastąpiła zmiana, którą pandemia tylko znacznie przyspieszyła. Firmy coraz częściej będą rezygnowały z podejścia „musisz przychodzić do biura” na rzecz „chcę, abyś chciał przychodzić do biura”. Ta zmiana mocno wpłynie na przestrzenie biurowe w przyszłości. Trzeba będzie pracownikom zapewnić więcej miejsca, odpowiednie środki sanitarne i przekonać ich, że biuro jest bezpieczne. Przede wszystkim biuro będzie musiało jednak oferować coś więcej od tego, co pracownik ma w domu –  krótko mówiąc, biuro powinno być lepsze, ładniejsze, wygodniejsze i ciekawsze niż dom wyjaśnia Arkadiusz Rudzki.

Elastyczne modele pracy kreują rosnące znaczenie core & flex –  hybrydowych strategii organizacji miejsc pracy

To, co jeszcze przed pandemią stanowiło przyczynę okazjonalnego włączania powierzchni typu flex do puli dostępnych dla pracowników miejsc pracy – jak na przykład potrzeba zapewnienia chwilowej przestrzeni projektowej czy przejściowej na czas remontu – dziś powoli staje się elementem planowania strategicznego. Nieprzewidywalność i nagłość zmian, które zostały spotęgowane doświadczeniami wynikającymi z koronawirusa. One z kolei z pewnością zmienią przyczyny popytu na biurowe rozwiązania łączone. Flex, w połączeniu tradycyjną centralną siedzibą, na stałe zagości w korporacyjnym planowaniu miejsc pracy, chociażby jako doskonały i bezpieczny bufor dla nieprzewidywalnych zmian w zatrudnieniu, np. redukcji etatów albo rozszerzenia działalności firmy. – Dodatkowo po ostatnim roku wiemy, że korporacyjny model organizacji pracy nie powinien być oparty jedynie o tradycyjną siedzibę i domy pracowników. Nie jest to model doskonały – nie każdy pracownik ma przecież warunki do pracy z własnych czterech ścian. Przestrzenie flex będą idealnym uzupełnieniem i alternatywną pomiędzy biurem z limitowanym dostępem a domem – dodaje Arkadiusz Rudzki. Dość szybko powinniśmy zauważyć wzrost zainteresowania tego rodzaju powierzchniami oraz decyzje deweloperów o uzupełnieniu formatów biurowych o flexy. – Skanska jako pierwsza dostrzegła taką potrzebę i blisko cztery lata temu związała się z Business Link, stawiając na biurowe oferty hybrydowe, tzw. core & flex. W ramach jednej grupy deweloperskiej, jesteśmy w stanie odpowiedzieć w pełni na obecne potrzeby najemców korporacyjnych, którzy chcą połączyć tradycję z elastycznością – podkreśla Rudzki.

Zrównoważona i odpowiedzialna działalność firm

Dla młodego pokolenia kluczową rolę pełnią wartości wyznawane i reprezentowane przez ich pracodawców. Zjawisko to będzie zyskiwało na znaczeniu, szczególnie w kontekście trwającego kryzysu klimatycznego. Zrównoważona i odpowiedzialna działalność korporacji stanie się w przyszłości jedyną możliwą.W Skanska dbamy o to, aby nasze budynki były ponadczasowe, nowoczesne, otwarte i pełne życia. Zależy nam na tym, aby pracownicy chcieli i lubili w nich pracować. Dlatego tak dużą wagę przykładamy do certyfikacji WELL i LEED – chcemy, aby realizowane przez nas inwestycje funkcjonowały w zgodzie z naturą i człowiekiem. Najgorszym, co może spotkać pracownika, jest tzw. „syndrom chorego biura”. Polega on na tym, że biuro jest tak źle zaprojektowane, że ludzie przybywający w nim skarżą się na bóle głowy albo złe samopoczucie. Biorąc pod uwagę czasy, w jakich żyjemy, oraz fakt, że obecność w biurze przestaje być standardem, dbanie o jak najwyższy komfort ludzi znajdujących się w budynku to kluczowy, ale i po prostu niezbędny element sukcesu – podsumowuje Arkadiusz Rudzki.

Rok 2021 pod znakiem recyklingu – w tle zmiany w prawie i ochrona klimatu

Krzysztof Kowalski – pomysłodawca i współtwórca aplikacji WasteMaster – uważa, że rok 2021 będzie rokiem recyklingu. To właśnie ten segment rynku odpadowego ma szansę na największy rozwój. Pomogą mu w tym planowane zmiany legislacyjne, narastająca presja instytucjonalna i społeczna na powstrzymanie zmian klimatycznych oraz inwestycje w nowe technologie w zakresie recyklingu.

Mijający 2020 rok był dla rynku gospodarowania odpadami przełomowy – wprowadzenie elektronicznego systemu ewidencji odpadów BDO, możliwość dokonywania transakcji zakupu/sprzedaży odpadów w sieci czy upowszechnienie zdalnych metod prowadzenia biznesu wprowadziły branżę działającą w mocno tradycyjny sposób w cyfrową erę. Trendy te będę oddziaływać na firmy odpadowe także w kolejnych latach.

Reguły gry na tym rynku zostaną dodatkowo zmodyfikowane przez coraz większą presję związaną z ochroną klimatu i zapowiadane zmiany legislacyjne. Już dziś widać, że branża pójdzie mocno w kierunku zwiększania poziomu recyklingu oraz zbierania poszczególnych frakcji odpadów. Era składowania czy nieefektywnego przewożenia niezagospodarowanych odpadów z miejsca na miejsce mija bezpowrotnie.

Wprowadzający na rynek odpady będą współdzielić koszty ich zagospodarowania

Rynek gospodarki odpadami w Polsce jest zróżnicowany i rozproszony. Z jednej strony to firmy zajmujące się recyklingiem i utylizacją odpadów, zarówno te o ogólnokrajowym zasięgu działania jak te mniejsze, lokalne i regionalne. W sumie to około 6 tys. różnych przedsiębiorstw zajmujących się profesjonalnym gospodarowaniem odpadami. Z drugiej strony jest ok. 90 tys. firm wytwarzających odpady w większej ilości. To m.in. zakłady produkcyjne, firmy z branży budowlanej i podmioty prowadzące działalność usługową – na przykład związaną z naprawami czy sprzątaniem.

Choć wiele polskich przedsiębiorstw w dalszym ciągu dostosowuje swoje zakłady do wprowadzonych niedawno przepisów z zakresu prowadzenia działalności recyklingowej – dotyczących np. zbierania odpadów oraz odpowiedniego przygotowania terenu zakładu – to już dziś wiadomo o kolejnych planowanych zmianach prawa. Branżę odpadową czekają zmiany związane z implementacją dyrektyw unijnych, których przyjęcie planowane jest już w 1 kwartale 2021 r.

Największe modyfikacje, szeroko komentowane przez wszystkich uczestników rynku, dotyczą tzw. rozszerzonej odpowiedzialności producenta, w skrócie ROP. Chodzi o to, aby producenci czy importerzy towarów, partycypowali w kosztach zagospodarowania odpadów, utylizacji lub recyklingu, które powstają z tego produktu. Mechanizm ten ma z założenia skłaniać firmy produkcyjne do tego, aby odpadów było jak najmniej lub aby można je było jak najłatwiej przetwarzać.

Uzdrowienie procesu recyklingu

Obecnie funkcjonuje quasi-system związany z odpowiedzialnością za wprowadzanie do obrotu produktów i związanym z tym powstawaniem odpadów. Np. importując na rynek lodówki, należy zapewnić ich recykling. Przedsiębiorcy mogą przenieść ten obowiązek na organizacje odzysku, które dają im gwarancję wywiązania się z obowiązków prawnych.

Rozwiązanie to ma jednak swoje wady – przy dużej podaży danego odpadu firmy recyklingowe nie są w stanie go przyjąć i we właściwy sposób zagospodarować. W skrajnych przypadkach mogło więc dochodzić do sytuacji, gdy recykling odbywał się „na papierze”, a w rzeczywistości odpady nie były przetwarzane. Dodatkowo opłaty ponoszone przez producentów przy tych mechanizmie są niewielkie i de facto to samorząd wraz z bezpośrednimi użytkownikami finansują ich utylizacją czy recykling. Te niepożądane zjawiska ma zmienić wprowadzenie ROP – producent ma w większym stopniu partycypować w kosztach realnego zagospodarowania tych odpadów.

Projekt ustawy dotyczący ROP przewiduje wprowadzenie regulatora rynku, który będzie funkcjonował przy Instytucie Ochrony Środowiska. Jego zadaniem będzie określanie wysokości opłat za wprowadzanie na rynek opakowań (odpadów). Organizacje odzysku przestaną działać. Wydaje się, że to dobre rozwiązanie zapewniające transparentność procesu i przestrzeganie prawa.

Wprowadzenie ROP przyniesie wiele korzyści firmom zajmującym się recyklingiem – zapewni im strumień finansowania, wpływający na stabilność finansową i pozwoli na rozwój tego sektora. Z drugiej strony jednak, w związku z urealnieniem cen, prawdopodobnie wzrosną stawki za odbiór i utylizację odpadów. Producenci będą więc zainteresowani wyszukiwaniem najkorzystniejszych ofert recyklingu. Niewątpliwie proces ten ułatwi możliwość skonfrontowania opcji dostępnych online i dokonywania w sieci transakcji sprzedaży odpadów.

Dodatkowo przewiduje się, że nowa ustawa spowoduje wzrost cen produktów w związku z wzrostem kosztów po stronie producentów, co odczuje każdy z nas.

Plastikowi mówimy nie

W Europie co roku powstaje 26 milionów ton odpadów z tworzyw sztucznych, z których mniej niż 30% jest zbieranych do recyklingu. Według ustaleń Komisji Europejskiej z 2018 roku opakowania stanowią ponad 50% tych odpadów. Obowiązujące od 1 stycznia 2021 r. przepisy mają zmienić ten obraz.

Decyzją przywódców państw UE wprowadzony został podatek za niepoddawane recyklingowi opakowania z tworzyw sztucznych. Chodzi o to, aby z rynku zniknęły jednorazowe plastikowe opakowania, których nie można ponownie użyć. Opłata za każdy kilogram tego odpadu wynosi 0,8 euro – najwięcej zapłacą więc ci, którzy są w ogonie państw w zakresie recyklingu. Ma to być kolejny impuls dla państw do zwiększenia poziomów recyklingu oraz zbierania i selekcji poszczególnych frakcji odpadów.

Co więcej, w 2021 rok wchodzimy również z nowymi unijnymi przepisami dotyczącymi eksportu, importu i wewnątrzunijnej wysyłki odpadów z tworzyw sztucznych. Zgodnie z nowym prawem zakazany jest wywóz z UE do krajów nienależących do OECD tej grupy odpadów – z wyjątkiem czystych odpadów plastikowych wysyłanych do recyklingu. Ma to również uniemożliwić handel z krajami trzeciego świata, które nie mają możliwość ich właściwego gospodarowania.

Inwestycje w nowe technologie związane z recyklingiem

Wraz z rosnącą presją środowiskową i globalną dyskusją dotyczącą zmian klimatycznych firmy zajmujące się gospodarowaniem odpadów mają coraz większą świadomość, jak istotną rolę odgrywają w procesie tworzenia gospodarki obiegu zamkniętego. To nowe spojrzenie na ten rynek owocuje innym podejściem do procesu gospodarowania odpadami. Już dziś można pokazać przykłady polskich firm recyklingowych, które poprzez inwestycje w określone technologie przerobu odpadów, w tym również niebezpiecznych, stały się liderami branży. Osiągnęły sukces w zakresie zagospodarowania odpadów, np. przemysłowych, katalizatorów samochodowych czy zużytych opon, nie tylko w kraju – są konkurencyjne również na rynku wspólnotowym.

To właśnie trend inwestowania w nowe technologie, poszukiwanie nowej, efektywniejszej drogi recyklingu, zarówno biorąc pod uwagę kwestie środowiskowe jak i finansowe, będzie widoczny w najbliższych latach. Firmy odpadowe, zarówno duże korporacje jak i te mniejsze przedsiębiorstwa, prowadzą działania badawczo-rozwojowe nad frakcjami odpadów. Pojawiają się nowe pomysły na to, jak je wykorzystać. Już dziś z odpadów tworzone są produkty gotowe do wejścia na rynek czy półprodukty handlowe np. z zużytych opon wytwarza się bezpieczne nawierzchnie na place zabaw.

Innowacyjność w tym zakresie stymuluje system dotacji – przy ich przyznawaniu w większym stopniu brane są pod uwagę te odpady, które dopiero pojawią się na rynku, a technologie ich przerobu są jeszcze problematyczne. Dobrym przykładem jest tu branża związana z elektromobilnością, w której w ostatnim czasie prywatne konsorcjum naukowe otrzymało dotację na działania B+R w zakresie utylizacji baterii pochodzących z samochodów elektrycznych.

Polskie firmy recyklingowe dostały więc ogromną szansę na rozwój.

Spowolnienie na regionalnych rynkach biurowych

Nabierająca rozpędu już od pierwszego kwartału 2020 roku pandemia zmieniła plany wielu organizacji. Spowolnienie gospodarcze, które niektóre branże doprowadziło na krawędź bankructwa, mniej dotkliwie wpłynęło na rynek biurowy. Jednak uzasadniona ostrożność zarówno po stronie deweloperów, jak na najemców miała znaczenie na końcowe wyniki rynku.

  • Aktywność najemców na największych rynkach regionalnych w Polsce pozwoliła zakończyć rok 2020 podpisaniem umów na poziomie 580 000 m kw., co było wynikiem gorszym o ponad 100 000 m kw. w porównaniu do 2019 roku. Warto tutaj zaznaczyć, że poprzednie 3 lata charakteryzowały się rekordową aktywnością najemców, a tegoroczny wynik zbliżony jest do popytu z 2016 roku.
  • Baczniej rynkowi przyglądali się również deweloperzy, którzy lekko wstrzymali oddech po czterech aktywnych latach działalności. Średnia wartość roczna wolumenu nowej podaży kształtowała się w poprzednich latach na poziomie około 0,5 mln m kw., a w 2020 roku ukończono niecałe 400 000 m kw.
  • Ostrożność najemców w połączeniu z nie w pełni skomercjalizowaną nową podażą wpłynęły na dalszy wzrost współczynnika pustostanów, który na koniec 2020 roku wyniósł 12,7% i był o ponad 3 pp. wyższy niż przed rokiem.

„Niepewna sytuacja rynkowa nie wpłynęła na rozpoczęte już inwestycje, które są realizowane zgodnie z harmonogramem. Czwarty kwartał 2020 roku na ośmiu największych rynkach regionalnych dostarczył 90 000 m kw. powierzchni w ramach 8 ukończonych inwestycji. Analizując cały rok, nie powinno nikogo zaskoczyć, że prym pod kątem wielkość nowej podaży wiedzie Kraków, który od lat jest liderem wśród regionalnych rynków biurowych. To tam w 2020 roku oddano do użytku 140 000 m kw. Tytuł wicelidera należy do stolicy Śląska, gdzie do użytku oddano ponad 60 000 m kw.,” – komentuje Jadwiga Małek, Konsultant w Dziale Badań Rynku w Knight Frank.

Do największych realizacji ubiegłego roku w Krakowie należą: High5ive 4 o powierzchni 23 000 m kw. Zrealizowany przez Skanska Property Poland, czy drugi etap kompleksu Podium Park o powierzchni 16 400 m kw. należący do Globalworth. Zasoby rynku katowickiego znacząco powiększyły się w pierwszym i ostatnim kwartale, kiedy kolejno ukończono pierwszy i drugi etap kompleksu Face2Face, zrealizowany przez Echo Investment (łącznie 46 000 m kw.).

„Podium pod kątem oddanych do użytku inwestycji zamyka Trójmiasto, które w drugim i trzecim kwartale 2020 roku powiększyło się o 60 000 m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej,” – dodaje Jadwiga Małek.

Dwa największe biurowce ukończone w Gdańsku to Olivia Prime B o powierzchni 25 000 m kw. oraz realizowany przez Skanska Property Poland pierwszy etap kompleksu Wave o powierzchni 23 600 m kw.

Widoczne spowolnienie pod względem nowej podaży odnotowały najmniejsze rynki biurowe w Polsce. W całym 2020 roku w Lublinie nie oddano do użytku ani jednego projektu, a w Szczecinie zaledwie jeden o powierzchni 3 400 m kw.

„Mimo niższego wolumenu popytu niż w ubiegłym roku, od stycznia do grudnia 2020 roku odnotowano 12 transakcji powyżej 10 000 m kw. Udany pierwszy kwartał ubiegłego roku przyniósł niższe, ale wciąż stabilne wyniki. W tym zakresie, w dalszym ciągu umów o największym wolumenie podpisano w Krakowie (158 000 m kw.), a na kolejnych pozycjach znalazły się Wrocław (128 000 m kw.) oraz Trójmiasto (88 000 m kw.),” – wyjaśnia Jadwiga Małek.

Sukcesem w postaci podpisania największej umowy w 2020 roku może pochwalić się Poznań. Chodzi o transakcję przednajmu na 26 000 m kw. podpisaną przez firmę Allegro w biurowcu Nowy Rynek D należącym do Skanska Property Poland.

Ostrożnościowe podejście najemców najbardziej było widoczne w stolicy Małopolski. Tamtejszy popyt był o 40% niższy w porównaniu z 2019 rokiem. W Szczecinie popyt spadł o 30%, a w Katowicach wynajęto o prawie 25% mniej powierzchni niż w 2019 roku.

„Nowa i nieskomercjalizowana w całości podaż oraz mniejsza aktywność najemców miały wpływ na wzrost współczynnika pustostanów powierzchni dostępnej na wynajem na większości regionalnych rynków. Wzrostu pustostanów nie odnotowano w Poznaniu, Szczecinie i Lublinie. Obecnie średni wskaźnik pustostanów w największych regionalnych ośrodkach biurowych wynosi 12,7%, czyli niewynajęte pozostaje 736 000 m kw. powierzchni biurowej,” – dodaje Jadwiga Małek.

Najwyższy współczynnik pustostanów odnotowano w Łodzi – 16,2% i jest to wzrost o 2,1 względem ubiegłego kwartału oraz 5 pp. w porównaniu do ostatniego kwartału 2020 roku. Drugim pod względem wysokości współczynnika pustostanów regionem jest Wrocław, gdzie wskaźnik wzrósł do 15% (wzrost 0,7 pp. kw./kw. i 2,3 pp. r/r). Na największym biurowym rynku regionalnym, w Krakowie, na wynajem było oferowane ponad 200 000 m kw. niewynajętej powierzchni, co stanowiło 14% całkowitych zasobów.

Ostatnie lata na rynkach biurowych przyzwyczaiły nas do kolejnych rekordów i regularnie dobrych wyników. Ostatni rok przyniósł spowolnienie, aczkolwiek jego skutki nie muszą mieć charakteru długotrwałego. W zależności od dalszych działań i restrykcji rządowych oraz zmieniających się preferencji najemców czy ich podejścia do pracy w biurze po pandemii sytuacja na rynku może się zmienić. Odpowiedź na te wątpliwości będzie zależała od aktywności uczestników rynku w 2021 roku.

Dlaczego warto zbudować sklep internetowy, opierając się na Magento?

Jakie szanse i korzyści niesie za sobą wybór platformy Magento? Zapraszamy do lektury tekstu, w którym prezentujemy zalety tego rozwiązania. A jeśli zdecydowali się już Państwo na ten system, mogą Państwo od razu przeskoczyć do drugiej części. Wyjaśniamy w niej, na co trzeba zwrócić uwagę, poszukując agencji zajmującej się profesjonalnymi wdrożeniami e-commerce na Magento.

Sklep na Magento – nieograniczone możliwości

Platforma Magento cieszy się ogromną popularnością. Liczba wdrożeń na całym świecie przekroczyła już 250 tysięcy. W czym tkwi fenomen Magento? Jest to rozwiązanie otwarte, które skutecznie wspiera budowę przewagi konkurencyjnej w internecie i zapewnia większe bezpieczeństwo biznesowe. Rozbudowany system zarządzania produktami i zamówieniami, systemy płatności, raportowanie, optymalizacja pod kątem wyszukiwarek czy bogate pakiety narzędzi marketingowych umożliwiają naprawdę efektywne prowadzenie jednego bądź kilku e-sklepów. Ale co jeśli Państwa biznes potrzebuje czegoś więcej? 

Oprogramowanie otwarte można dowolnie modyfikować i dostosowywać do indywidualnych potrzeb. To oznacza, że decydując się na budowę internetowego sklepu na Magento, mamy zasadniczy wpływ na jego wygląd oraz wszystkie funkcjonalności. Mogą Państwo korzystać zarówno z gotowych, jak i z opracowanych specjalnie dla Waszych rozwiązań. Ta elastyczność sprawia, że są Państwo niezależni, przygotowani na zmiany zachodzące na rynku i wreszcie – gotowi na wyzwania związane z rozwojem biznesu. 

Profesjonalne wdrożenia Magento – jaką agencję wybrać? 

Zdecydowali Państwo, że przez najbliższe lata chcą Państwo korzystać z Magento 2? Komu powinni Państwo powierzyć wdrożenie tego rozwiązania? Żeby wybór agencji interaktywnej okazał się satysfakcjonujący, polecamy dowiedzieć się, z jakimi klientami współpracuje i ile wdrożeń przeprowadziła. Poznawanie doświadczenia firmy warto połączyć ze sprawdzeniem wielkości zespołu oraz certyfikatów potwierdzających jego umiejętności. Dobrym pomysłem może okazać się także zweryfikowanie pozostałych usług świadczonych przez tę firmę.

Certyfikaty i bogate portfolio to jednak nie wszystko. Równie istotny jest element, którego nie można zmierzyć czy wyrazić w liczbach. Mowa o jakości współpracy. Agencja interaktywna ze specjalistami Magento powinna być Państwa partnerem, czyli nie tylko wykonać zadania zgodnie z Państwa oczekiwaniami, ale także zapewnić profesjonalne wsparcie i doradztwo. Doskonale byłoby, gdyby ta firma miała fachową wiedzę na temat specyfiki Państwa branży i segmentu rynku. Na tej podstawie mogłaby wówczas bezbłędnie oceniać, które pomysły się nie sprawdzą oraz proponować lepsze, dostosowane do Państwa potrzeb rozwiązania. 

Podsumowanie 

Podsumowując, decyzja o budowie e-sklepu Magento pozwala Państwu wkroczyć na drogę prowadzącą do nieograniczonych możliwości, niezależności i bezpieczeństwa na przyszłość. Ciesząca się popularnością, sprawdzona technologia w połączeniu z rozwiązaniami szytymi na miarę to niezwykle cenne wsparcie w rozwoju biznesu i dostarczaniu klientom wyłącznie pozytywnych doświadczeń. Warto jednak pamiętać, że ogromny wpływ na jakość wdrożenia ma nie tylko wybór platformy, ale i partnera (agencja czy software house), który zajmie się procesem wdrożeniowym. 

Na podstawie https://www.advox.pl/

Cisco: Jak zmienił się krajobraz cyberzagrożeń podczas pandemii?

W minionym roku cyberprzestępcy wykazywali się wyjątkową aktywnością. Miało to oczywiście w dużym stopniu związek z masowym przejściem pracowników biurowych na tryb pracy zdalnej. Atakujący często wykorzystywali gorzej zabezpieczonych użytkowników i ich urządzenia do prowadzenia szeroko zakrojonych kampanii cyberprzestępczych. Zdaniem ekspertów Cisco, w 2021 r. trudno oczekiwać, że prób ataków będzie mniej. Wzrośnie również skala cyberincydentów o bardziej złożonym charakterze.

W najnowszym raporcie Cisco możemy przeczytać o tym w jakich obszarach cyberprzestępcy byli szczególnie aktywni w 2020 r.:

Ataki na zdalne pulpity

Pandemia sprawiła, że znacznie wzrosła popularność zdalnych pulpitów (RDP – Remote Desktop Protocol), czyli technologii, która pozwala na dostęp do komputera (np. biurowego) ze zdalnej lokalizacji. Bez wątpienia stanowi to wygodne rozwiązanie w sytuacji masowego przejścia na pracę zdalną, ale jednocześnie wzbudza wiele obaw w kontekście cyberbezpieczeństwa.

Obawy te dotyczą kradzieży danych uwierzytelniających, ataków typu man-in-the-middle (cyberatak, w którym atakujący umieszcza się na linii komunikacji między dwiema stronami) czy zdalnego wykonania kodu (luka w zabezpieczeniach, którą atakujący może wykorzystać do uruchomienia własnego kodu na komputerze lub serwerze). Każde rozwiązanie RDP, jeśli zostanie przejęte, umożliwia atakującemu dostęp do cyfrowych zasobów organizacji.

Wg ekspertów Cisco, firmy korzystające z wirtualnych pulpitów powinny wdrożyć specjalne środki bezpieczeństwa:

  • Unikać podłączania zdalnych pulpitów bezpośrednio do sieci. Zamiast tego można zapewnić pracownikom dostęp do wszystkich niezbędnych zasobów za pomocą usługi VPN.
  • Wdrożyć system uwierzytelniania wielopoziomowego – dodatkową warstwę bezpieczeństwa, umożliwiającą potwierdzenie tożsamości użytkowników.
  • Blokować użytkowników, którzy podjęli wiele nieudanych prób logowania.

Ransomware i „podwójne wymuszenie”

W minionym roku ataki typu ransomware przybrały nowe formy. Przykładowo, pojawiły się liczniki odliczające czas, który ma użytkownik na wpłacenie okupu. Eksperci Cisco zajmujący się cyberbezpieczeństwem zaobserwowali, że coraz częściej zaatakowani użytkownicy otrzymują groźby nie tyle zaszyfrowania, co trwałego usunięcia danych.

Zmieniła się również skala ransomware, a ataki na poszczególne urządzenia często są jedynie narzędziem, która pozwala uzyskać dostęp do sieci organizacji. Gdy to już nastąpi, atak ransomware jest uruchamiany dopiero po tym, gdy atakujący wejdą w posiadanie danych firmy, w tym własności intelektualnej czy poufnych informacji handlowych. Często mamy wówczas wg ekspertów Cisco do czynienia ze zjawiskiem „podwójnego wymuszenia” – z jednej strony atakujący przejmują dane, które mogą wykorzystać i dalej monetyzować, z drugiej wymuszają okup za ich odszyfrowanie czy niewykasowanie, co ma na celu maksymalizację szkód ofiar i zysków atakujących.

Kwitnie również czarny rynek, na którym sprzedawane są np. dostępy do sieci firmowych. Nieuczciwi użytkownicy mogą zatem lepiej przygotować się do ataku i w jednym momencie rozesłać złośliwe oprogramowanie do większej liczby organizacji.

Co może zrobić biznes, żeby ustrzec się przed nowymi formami ransomware? Eksperci Cisco podkreślają, że najważniejsze jest kompleksowe podejście do kwestii cyberbezpieczeństwa, na które składa się zapobieganie, lokalizowanie zagrożeń i odpowiadanie na nie. Ekosystem cyberbezpieczeństwa powinien obejmować m.in.:

  • Bezpieczeństwo poczty e-mail
  • Zarządzanie aktualizacjami i łatkami
  • Monitoring systemów i sieci
  • Segmentację sieci
  • Backup i przywracanie systemu po awarii
  • Polityki i procedury
  • Szkolenia

Wykradane hasła i “credential dumping”

Kradzież danych do logowania stanowi drugą najczęstszą aktywność cyberprzestępców podczas włamań do firmowych systemów bezpieczeństwa. Posługując się wykradzionym loginem i hasłem, mogą oni pozostać niezauważeni w sieci danej organizacji. Podobnie jak w przypadku ransomware, również kradzież danych do logowania służy za punkt wyjścia do dalszych ataków i wykradania kolejnych danych do logowania. Zjawisko to nazywa się „credential dumping”. Cyberprzestępcy nie poprzestają na uzyskaniu dostępu do jednego urządzenia. Często z jego poziomu chcą wejść w posiadanie haseł do innych elementów firmowej infrastruktury IT, przeszukując różne obszary systemów, gdzie tego typu informacje są przechowywane. Jak się zabezpieczyć przed tym procederem? Eksperci Cisco radzą, aby:

  • Monitorować dostęp do baz danych LSASS (Local Security Authority Subsystem Service) i SAM (Storage Area Management).
  • Monitorować logi w celu wyszukiwania nieplanowych, podejrzanych aktywności w kontrolerach domen.
  • Wyszukiwać nieoczekiwane i nieprzydzielone połączenia z adresów IP do kontrolerów domen.

Więcej o tym jak działali cyberprzestępcy w roku 2020 można przeczytać w najnowszym raporcie Cisco: Defending Against Critical Threats: A 12 month roundup.

Kiedy Chiny przegonią USA? Biden gotowy na wyścig

Donald Trump szedł po władzę, obiecując m.in. odbudowę potęgi amerykańskiego przemysłu i likwidację deficytu w wymianie towarowej z Chinami. Posługując się dość topornymi metodami, wywołał wojnę handlową. Joe Biden wcale nie zamierza ustępować Chińczykom, ale wojnę chce zmienić w wyścig, sięgając po bardziej subtelne narzędzia niż jego poprzednik. Problem w tym, że losy wyścigu o miano największej gospodarki świata wydają się już przesądzone – pisze Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.Kiedy Chiny przegonią USA

Właśnie minął rok od uroczystego podpisania wstępnej umowy pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Kończyła ona otwarty konflikt handlowy, embarga i wymianę ceł między mocarstwami.

Ubiegłotygodniowa zmiana gospodarza Białego Domu nie oznacza, że napięcie na linii Pekin i Waszyngton wygaśnie. Istnieją jednak przesłanki, by zakładać, że gospodarcza rywalizacja mocarstw przyjmie inne, bardziej przewidywalne oblicze.

Jak Trump z Chinami, Unią, Kanadą i Meksykiem wojował

Jednym z głównych zadań, które stawiał sobie Donald Trump, obejmując urząd prezydenta USA, była zmiana relacji z państwami prowadzącymi – jego zdaniem – nieuczciwą politykę handlową. Trump zamierzał zlikwidować deficyt w obrotach towarowych. Dobrał do tego dość archaiczne i protekcjonistyczne środki, m.in. nakładanie ceł. Doprowadziło to do wybuchu wojny handlowej z Chinami. Dochodziło także do licznych tarć w stosunkach z Kanadą, Meksykiem czy Unią Europejską.

Trudno określić, by misja Trumpa zakończyła się sukcesem. Deficyt w kilku minionych latach uległby wręcz rozszerzeniu, sytuację ratował jednak fakt, że Stany Zjednoczone stały się eksporterem ropy i produktów naftowych.

Spory handlowe nie przywróciły świetności przemysłu

Donald Trump zdobywał władzę z hasłami odbudowy potęgi amerykańskiego przemysłu. Postulaty te rozbudziły silne sentymenty w mieszkańcach niegdyś rozkwitającego i mocno zindustrializowanego tzw. Pasa Rdzy (stany Michigan, Indiana, Ohio, Pensylwania), przesądzając o zwycięstwie w wyborach z 2016 r.

Konfrontacyjna postawa względem Chin nie przełożyła się jednak na odbudowę przemysłu, który pomimo gospodarczego boomu z poprzednich lat (obrazowanego m.in. osiągnięciem przez USA stanu pełnego zatrudnienia) nie zbliżył się nawet do poziomu produkcji z cyklicznego szczytu poprzedzającego wybuch globalnego kryzysu finansowego.

Chiński smok otrząsnął się z pandemii i nadal zyskuje moc

Donald Trump poniósł klęskę, jeśli sądził, że wywołanie wojen handlowych zepchnie Chiny ze ścieżki prowadzącej do osiągnięcia statusu największej światowej gospodarki. Dynamika PKB Chin w poprzednich latach nie spadła poniżej przyzwoitych 6 proc. Ba, nawet w pandemicznym roku 2020 gospodarka Państwa Środka nie skurczyła się.

Obecnie wartość chińskiej gospodarki stanowi ok. 70 proc. PKB USA, ale szacunki Międzynarodowego Funduszu Walutowego nie pozostawiają złudzeń. Dystans będzie malał i do końca kadencji Joe Bidena powinien skurczyć się do ok. 10 proc. W dobie Trumpa nie doszło zatem ani do odrodzenia przemysłowej potęgi USA, ani skutecznego nasypania piachu w tryby największej gospodarki wschodzącej.

Mniejszy deficyt w wymianie z Chinami, ale…

Można jednak mówić o pewnych sukcesach, jeśli spojrzymy wyłącznie na deficyt w wymianie handlowej USA z Chinami, bowiem zawęził się on w kilka lat z ok. 350 mld dolarów do 300 mld. Po wnikliwszej analizie sukces okaże się w dużej mierze pozorny. Po pierwsze, zmniejszenie deficytu nie przełożyło się na zastąpienie importu z Chin krajową produkcją, lecz skutkowało zmianą dostawców. Tym sposobem, jednym z największych wygranych wojny handlowej stał się Wietnam. Wielu komentatorów ocenia nawet, że tendencja ta nie byłaby możliwa gdyby nie… reeksport dóbr wytworzonych w Państwie Środka. Po drugie, na finiszu kadencji Donalda Trumpa eksport amerykańskich dóbr miał wartość o ledwie 4 proc. wyższą niż w momencie, gdy obejmował on urząd.

Mam konto na Twitterze i nie zawaham się go użyć

Ważnym problemem dla rynków finansowych był nie tylko konflikt USA z Państwem Środka, ale przeniesienie go na kanał na Twitterze, na którym Donald Trump regularnie dawał dowody swojej impulsywności i nieprzewidywalności.

Wpisy w mediach społecznościowych zajęły miejsce briefingów prasowych, a na tapet niejednokrotnie brane były także państwa OPEC, w tym sojusznicza Arabia Saudyjska (żądano ograniczenia wydobycia) czy nawet szefostwo Rezerwy Federalnej (rugane za wysoki poziom stóp procentowych i oskarżane o doprowadzanie do zbyt mocnego dolara). Słowem: na rynkach finansowych przez długie okresy dominował chaos i szarpane zmiany wyceny walut, surowców i akcji.

Dodajmy, że z czasem problem dostrzegać zaczęli również menedżerowie firm prowadzących działalność międzynarodową. Tuż przed wybuchem pandemii w świetle licznych badań, m.in. Światowego Forum Ekonomicznego, protekcjonistyczne praktyki, konfrontacyjne nastawienie mocarstw oraz regulacyjna niepewność urosły do rangi największych zmartwienia liderów biznesu.

Biden i jego administracja gotowi na wyścig

Można liczyć, że administracja Joe Bidena poprowadzi będzie bardziej przewidywalną politykę, a swoje stanowisko będzie koordynować z sojusznikami, między innymi Unią Europejską i Japonią. Kluczowe postaci otoczenia nowego prezydenta zapewniają, że twardy kurs zostanie podtrzymany. Krytykowane są jedynie nieskuteczne środki nacisku, na które postawił poprzedni prezydent, nie zaś sama potrzeba rzucenia wyzwania Państwu Środka.

Antony Blinken, sposobiący się do objęcia stanowiska Sekretarza Stanu, przyznał wręcz przed członkami senackiej Komisji Spraw Zagranicznych, że były prezydent postąpił słusznie, biorąc na celownik Chiny. W podobnym tonie wypowiadała się przyszła Sekretarz Skarbu Janet Yellen, która wcześniej pełniła już funkcję Przewodniczącej Rady Gubernatorów Rezerwy Federalnej oraz stała na czele Rady Doradców Ekonomicznych Billa Clintona. Określiła ona w ostatnich dniach Chiny mianem strategicznego konkurenta Stanów Zjednoczonych i zapowiedziała, że będzie zapobiegać wszelkim nieuczciwym praktykom handlowym.

Joe Biden w trakcie kampanii wyborczej sugerował, że jego strategia będzie bazować na wspieraniu konkurencyjności i innowacyjności amerykańskich przedsiębiorstw, a nie na chronieniu ich poprzez nakładanie nowych ceł. Nowych, gdyż nie należy spodziewać się wycofania z taryf nałożonych w poprzedniej kadencji. Wyzwanie stojące przed Bidenem jest gigantyczne, ponieważ obecnie wszystko wskazuje, że może jeszcze nie w trakcie jego obecnej kadencji, ale w perspektywie dekady chińska gospodarka stanie się największa na świecie.

Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl

2020 rok pod znakiem ożywienia na GPW w Warszawie – IPO Watch Europe

Wartość pierwotnych ofert publicznych (Initial Public Offering, IPO) przeprowadzonych na europejskich giełdach w 2020 r. wyniosła 20,3 mld euro – to spadek o 8% w porównaniu do 2019 roku (22,1 mld euro). Allegro.eu było drugim największym debiutem w Europie (i dziewiątym na świecie) w 2020 roku – wynika z raportu „IPO Watch Europe 2020” przygotowanego przez firmę doradczą PwC.

Podsumowanie 2020 roku na GPW w Warszawie

W 2020 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 19 IPO, wobec 16 w 2019 roku. Łączna wartość przeprowadzonych ofert na GPW w minionym roku (łącznie na rynku regulowanym oraz NewConnect) wyniosła 10,9 mld zł (2.433,5 mln euro), z czego aż 10,6 mld zł przypadło na IPO Allegro.eu (uwzględniając zrealizowaną opcję dodatkowego przydziału 15% akcji). To znacząco lepszy pod tym względem rok od poprzedniego, kiedy łączna wartość ofert osiągnęła poziom 65,9 mln zł (15,4 mln euro).

Poza największym debiutem w historii GPW, który przypadł w udziale Allegro.eu, w 2020 roku na głównym parkiecie zadebiutowały spółki Games Operators (z wartością oferty 24,2 mln zł / 5,4 mln euro), Gaming Factory (21,3 mln zł / 4,8 mln euro), PCF Group (203,4 mln zł / 45,8 mln euro) oraz Dadelo (82,8 mln zł / 18,6 mln euro). Rynek główny warszawskiej giełdy został zatem zdominowany przez przedstawicieli branży technologicznej i e-commerce.

Podobnie wygląda sytuacja na alternatywnym rynku NewConnect, na którym zdecydowana większość pierwotnych ofert publicznych została przeprowadzona przez spółki technologiczne (przede wszystkim twórców gier). Największą wartość oferty spośród 14 debiutantów osiągnęła spółka genXone reprezentująca branżę biotechnologiczną, która w ramach debiutu pozyskała 7,4 mln zł (1,6 mln euro).

„Ostatni rok pokazał, w jaki sposób dojrzały rynek kapitałowy reaguje na duże i niespodziewane zmiany. Na warszawskim parkiecie obserwowaliśmy odbicie globalnych trendów oraz, po trudnym i niepewnym drugim kwartale roku, serię przeprowadzonych z sukcesem ofert największych wygranych ‘ery koronawirusa’, czyli spółek technologicznych, z sektora e-commerce, biotechnologicznych oraz gamingowych. W przypadku tych ostatnich Warszawa wyrosła na „hub” o co najmniej regionalnym zasięgu i wzbudza zainteresowanie potencjalnych emitentów spoza Polski. Rekordowe w historii warszawskiej giełdy IPO Allegro.eu w spektakularny sposób zapewniło obecność GPW w globalnych statystykach. Debiut ten odwrócił również trend z ostatnich lat realizacji dużych transakcji (w szczególności z udziałem funduszy PE) w ramach sprzedaży prywatnej. Giełda znowu stała się realną alternatywą, co już teraz przejawia się w realizacji transakcji w formule ‘dual track’” – mówi Bartosz Margol, dyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

Podsumowanie europejskiego rynku ofert pierwotnych w 2020 roku

Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, łączna wartość IPO w Europie w 2020 roku wyniosła 20,3 mld euro i spadła w porównaniu do poprzedniego roku o 1,8 mld euro. Na europejskich parkietach zadebiutowało 135 spółek (wobec 106 w 2019 roku).

 

W minionym roku 5 największych IPO na europejskich giełdach odpowiadało za 44% wartości wszystkich przeprowadzonych ofert pierwotnych. Wśród nich znalazł się debiut Allegro.eu, który uplasował się na drugim miejscu w Europie i dziewiątym na świecie pod względem wielkości oferty. Największą aktywność kolejny rok z rzędu wykazała giełda w Londynie (6,7 mld euro pozyskane z 30 transakcji), za którą znalazła się Oslo Bors (2,9 mld euro z 40 debiutów) oraz Euronext Amsterdam (2,7 mld euro z jedynie 2 IPO).

„Sytuacja geopolityczna, niepewność związana z konsekwencjami brexitu, a przede wszystkim wybuch pandemii koronawirusa odcisnęły piętno na europejskich rynkach IPO, szczególnie w pierwszej połowie 2020 roku. Z każdym kwartałem widoczna była jednak poprawa aktywności i finalnie przeprowadzono więcej ofert pierwotnych z nieznacznie mniejszą wartością niż rok wcześniej. Pojawienie się szczepionki na koronawirusa, zakończone wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych oraz przeprowadzone z sukcesem transakcje pomimo lockdownu napawają optymizmem przed kolejnymi miesiącami. Wśród planowanych w najbliższym czasie debiutów dominują spółki z branż, które już od pewnego czasu wiodą prym na rynkach IPO – technologicznej, e-commerce, czy medycznej. Panująca pandemia jeszcze bardziej wzmocniła ten trend, ponieważ dla większości spółek z tych sektorów to szansa na jeszcze szybszy rozwój, co potwierdzają także dane z warszawskiej GPW” – mówi Tomasz Konieczny, partner w PwC, lider zespołu ds. rynków kapitałowych.

Aktywność na europejskim rynku IPO od 2015 roku*

Aktywność na europejskim rynku IPO
* Dane obejmują wyłącznie IPO o wartości powyżej 5 mln USD – więcej szczegółów nt. metodologii w sekcji O raporcie IPO Watch Europe oraz w Raporcie.

Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie) od 2015 roku*

Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie)
* Daje obejmują wyłącznie IPO o wartości powyżej 5 mln USD – więcej szczegółów nt. metodologii w sekcji O raporcie IPO Watch Europe oraz w Raporcie.

Aktywność na polskim rynku IPO od 2010 rokuAktywność na polskim rynku IPO od 2010 roku

O raporcie IPO Watch Europe

 

Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004-2019.

Raport IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie (włączając w to giełdy w Unii Europejskiej, Islandii, Norwegii, Turcji, Serbii i Szwajcarii) i jest publikowany kwartalnie. Debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwszą ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w ramach jednej giełdy, nie zostały uwzględnione w statystykach. Raport dotyczy okresu od 1 stycznia do 31 grudnia 2020 roku i został sporządzony w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji.

Począwszy od raportu za II kwartał 2019 roku IPO Watch Europe obejmuje wyłącznie oferty o wartości powyżej 5 mln USD. Dla zapewnienia porównywalności, dane za poprzednie okresy prezentowane w raporcie IPO Watch Europe zostały odpowiednio przekształcone. Komentarz do rynku polskiego omawia wszystkie debiuty na rynku w Warszawie, niezależnie od ich wartości.

 

Revolut Money Report: kondycja sektora handlu i usług po roku pandemii na przykładzie wydatków klientów Revolut w Polsce

  • Kryzys o kształcie litery “K” polaryzuje usługi na zwycięzców (online) i przegranych (offline)
  • Triumfalny pochód e-commerce, gamingu, mediów cyfrowych i …osiedlowych sklepików
  • Kina, restauracje, siłownie, galerie handlowe, hotele i transport zbiorowy w zapaści

Revolut udostępnił dziś dane odnośnie wydatków klientów na przełomie roku. Nowy Revolut Money Report pokazuje gdzie trafiały pieniądze klientów Revolut w sezonie świątecznym. Gdy jedne usługi rosły podczas pandemii inne niezmiennie traciły, czy coś jest w stanie odwrócić te trendy? Które sektory ucierpiały najbardziej? Do jakich branż powinna trafić pomoc w 2021 roku?

Wciąż wydajemy pieniądze

Opracowania Revolut Money Report z 2020 roku pokazywały jak świat klienta i usług przeniósł się online. Jak w trzecim kwartale Polacy nie dając za wygraną realizowali plany urlopowe za granicą. Raport powakacyjny ujawnił  wzrost oszczędności w sejfach Vault. Okazało się, że pandemia sprzyja oszczędzaniu. Nowy raport prześwietla wydatki w sezonie przedświątecznym, kluczowym dla rocznego wyniku wielu polskich firm.

Preludium wydatków gwiazdkowych są Dzień Singla, Black Friday i Cyber Monday. To impuls by kupić prezenty tak, by zdążyły dotrzeć na Mikołajki i Wigilię. Wbrew pandemii, średnie wydatki klientów Revolut na osobę w Cyber Monday (30.11) urosły rok do roku z 170 do 195 zł/os. W Dniu Singla (11.11) i Black Friday (27.11) spadły, ale tylko nieznacznie, odpowiednio z 215 do 205 zł/os. i z 225 do 2020 zł/os.

wydatków klientów Revolut w PolsceRok wzrostów w e-commerce

Beneficjentem kwarantanny, obostrzeń i dystansu społecznego w 2020 roku były usługi online. Czwarty kwartał pokazał to jeszcze dobitniej. Wydatki klientów Revolut w polskim e-commerce były wyższe niż rok wcześniej we wrześniu, październiku, listopadzie i grudniu, a zakupy na platformach zagranicznych urosły r/r w listopadzie i grudniu. W najmocniejszym handlowo listopadzie e-wydatki w Polsce wzrosły z 325 do 465 zł/os. a za granicą z 605 do 650 zł/os. Branża e-commerce ma za sobą znakomity rok i dobre perspektywy na rok 2021.

Są dziś tylko dwie branże, branża online, która święci triumfy i branża offline, która czeka na pomoc. Ten podział idzie w poprzek większości sektorów. Są wyjątki, jak sklepy convenience, które w pandemii zwiększyły obroty, lub aplikacje do rezerwacji biletów kolejowych, które notują straty, ale co do zasady świat online i offline oddalają się od siebie pod względem kondycji biznesu i wyników” – Stefan Bogucki, Communications Manager Revolut w Polsce.

Rok wzrostów w e-commerce

Kto rośnie, kto trwa, kto traci?

Kondycja sektora usług jest pochodną trendów konsumenckich, które wciąż kształtuje pandemia. Od zeszłego roku liczba klientów Revolut w Polsce wzrosła o ok. 50%. W ślad za tym można by pomyśleć, że o kilkadziesiąt % powinna wzrosnąć wartość wydatków na poszczególne usługi. Nic z tego. Kryzys przyjmuje kształt litery “K” i polaryzuje usługodawców na wygranych (online) i przegranych (offline). Przykładem mogą być wydatki klientów Revolut w listopadzie i grudniu w galeriach handlowych (dramatyczne spadki) i na Allegro (+184% r/r).

Z grona technologicznych gigantów jak Allegro, Apple, Google, Aliexpress i Amazon, u pierwszej trójki klienci Revolut zostawili w listopadzie i grudniu 2020 r. dużo większe kwoty niż rok wcześniej. W przypadku platform azjatyckich, jak Aliexpress i Banggood, lub amerykańskich, jak Amazon i Wish, wzrosty nie były aż tak wysokie. Znaczny wzrost świątecznych wydatków wśród klientów Revolut w Polsce odnotował Apple (+216% r/r), który dostarcza usługi przydatne do zdalnej pracy, nauki i rozrywki, od muzyki i filmów, po smartfony i laptopy.Kondycja sektora usług

Prezentowe hity

Mikołaj stawiał na elektronikę. Wzrost wydatków wśród klientów Revolut w listopadzie i grudniu, oprócz Apple, zanotowali także RTV Euro AGD (+654% r/r) i Media Markt (+44% r/r). Z elektronicznymi urządzeniami do pracy, nauki i rozrywki przegrywały klasyczne prezenty, jak książki (Świat Książki +3% r/r), perfumy (Sephora -24% r/r) i zabawki (Smyk +7% r/r). O przewadze w walce o świąteczne budżety decydowała z pewnością obecność danego usługodawcy w kanałach sprzedaży online i mobile.Prezentowe hity

Nieprzerwany boom w branży gier

Rok 2020 to triumfalny pochód usługodawców z branży gier. Czwarty kwartał potwierdził ich dominację nad tradycyjnymi formami rozrywki. Największe zakupy polscy klienci Revolut zrobili w listopadzie i grudniu w Sony Playstation, Steam i Microsoft Xbox, ale to ten ostatni odnotował największy wzrost (+221% r/r). Kluczowy okres w handlu przysłużył się także Blizzard Entertainment (+76% r/r) oraz polskiej platformie GOG (+66% r/r).Nieprzerwany boom w branży gier

Trwa streaming kultury i rozrywki

Pandemia odcięła klientów Revolut od sal kinowych niemal całkowicie. Wydatki na bilety do kina w listopadzie i grudniu spadły o ponad 95% r/r. Kina, teatry, muzea, kluby bez pomocy z zewnątrz lub ponownego otwarcia nie przetrwają. Ich miejsce zastąpiła, pytanie czy na trwałe, rozrywka online. Wzrosty wydatków na muzykę, filmy, seriale i informacje online (mobile) przekraczają 100% r/r. Największe kwoty klienci Revolut zostawiają w Netflix i Spotify, ale liderem wzrostów byli YouTube (+233% r/r), TVN (+203% r/r), Tidal (+200% r/r) i CDA (+175% r/r).  Trwa streaming kultury i rozrywki

Więzi społeczne

Dystansujemy się społecznie, ale chcemy pomagać innym. Klienci Revolut hojnie wspierali przed Świętami cele charytatywne przez funkcję Darowizn w aplikacji Revolut, jak i poza nią np. na platformie siepomaga.pl (+120% r/r). W odstawkę nie poszedł też Tinder, wręcz przeciwnie (+59% r/r). Prócz działalności dobroczynnej i randek, klienci Revolut poświęcali czas na zdalne kursy edukacyjne na Udemy i inwestowanie w startupy na platformie Kickstarter, choć tu wzrosty wydatków były mniejsze (odpowiednio +30% i +20% r/r).Więzi społeczne

Marynarka i szorty

W świecie nauki i pracy zdalnej nie ważny jest nowy garnitur, liczą się wygodne krzesło i biurko. W listopadzie i grudniu klienci Revolut więcej niż rok temu wydawali na wyposażenie domu np. w Leroy Merlin (+120% r/r), Obi (+96% r/r) i Castoramie (+84% r/r), niż na nowe ubrania np. w Reserved (-24% r/r) i TK Maxx (-20% r/r). Wyjątkiem były sklepy wyspecjalizowane w sprzedaży cyfrowej, jak np. Zalando, gdzie klienci Revolut zostawili znacznie większe sumy niż rok temu (+160% r/r). Bardziej dbaliśmy o wygodę w domu, niż nową torebkę i krawat.Marynarka i szorty

Kawiarnie i restauracje na skraju upadku

W “branży offline” usługodawców i usług, którzy notują wzrosty ze świecą szukać. Klienci Revolut zostawiali w listopadzie i grudniu większe kwoty niż rok temu w niektórych piekarniach np. Putka (+176% r/r) i Oskroba (+80% r/r) oraz pobliskich sklepach np. Dino (+204% r/r) i Żabka (+141% r/r). Zakupy spożywcze robimy i ten sektor się trzyma, ale kawiarnie i restauracje są w zapaści. Za wyjątkiem dowozu jedzenia, gdzie wydatki klientów Revolut są rekordowe – Uber Eats (+278% r/r) i Pyszne (+149% r/r), polska gastronomia notuje ogromne straty.Kawiarnie i restauracje na skraju upadku 3 Kawiarnie i restauracje na skraju upadku 2 Kawiarnie i restauracje na skraju upadku

Siłownie, catering i vending na łopatkach

Sport przeniósł się do domu i do parku. Klienci Revolut wciąż wydają pieniądze na sprzęt sportowy, w listopadzie i grudniu m.in. w sklepach Decathlon i Martes Sport (+32% i 19% r/r), ale siłowni nie odwiedzają. Kluby fitness bez przychodów, pozbawione pomocy nie przetrwają. Podobnie z branżą eventową, cateringową i vendingową, które związane są z pracą w biurze. Bez powrotu do biur lub ratunku z zewnątrz te firmy, notując wpływy niższe rok do roku o ponad 50%, mogą się już nie podnieść.Siłownie, catering i vending na łopatkach 2 Siłownie, catering i vending na łopatkach

Dramat w transporcie zbiorowym

Klienci Revolut kochają podróże, ale pandemia mocno miesza szyki. Latem zamiast samolotem, autokarem lub pociągiem, docierali często na miejsce transportem własnym. Zamiast hotelu, wybierali kwatery i apartamenty. W czwartym kwartale te tendencje się utrzymały. Klienci Revolut wydali mniej w hotelach (np. Booking.com -52% r/r), transporcie lotniczym (np. Wizz Air -87%, Ryanair -77% r/r), kolejowym (np. PKP Intercity -96% r/r) i autokarowym (np. FlixBus -90% r/r). Chętniej za to wynajmowali auta (np. Panek +119% r/r, 4mobility +91% r/r).Dramat w transporcie zbiorowym 2 Dramat w transporcie zbiorowymNic nie wskazuje na to, by powyższe trendy miały się zmienić w pierwszym kwartale. Drugi oddech tradycyjnym polskim biznesom mogłoby dać ponowne otwarcie gospodarki offline. Kiedy to jednak nastąpi? Dlatego, firmy muszą budować “drugą nogę” w online i mobile, bo tam trafiają wydatki klientów.

Sytuacja na polskim rynku biurowym na koniec 2020 roku

Zapotrzebowanie na przestrzenie biurowe w miastach regionalnych w 2020 było o 16% niższe w porównaniu do 2019 roku, współczynnik pustostanów wzrósł o 3,2 p.p., a wolumen powierzchni biurowych w budowie jest najniższy od ok. 5 lat.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na polskim rynku biurowym na koniec 2020 r.

Popyt – podnajmy i przedłużenia kontraktów

W 2020 roku zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w Polsce w sięgnęło łącznie 1,2 mln mkw., co oznacza spadek o 25% w stosunku do 2019 r.

Na największych rynkach poza Warszawą popyt spadł o 16% rok do roku i wyniósł ponad 580 000 mkw., z czego 38% stanowiły renegocjacje umów. Natomiast biorąc pod uwagę okres od kwietnia do grudnia ich udział wynosił blisko 50%. Firmy decydują się na takie rozwiązanie częściej niż przed wybuchem pandemii, ponieważ przedłużenia kontraktów są podpisywane z reguły na krótszy okres niż podczas relokacji do nowego budynku. W sytuacji niepewności panującej na globalnych rynkach firmy ostrożnie podchodzą natomiast do wieloletnich zobowiązań, tłumaczy Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL.

Największa ubiegłoroczna umowa najmu została zawarta w Warszawie: był to rekordowy przednajem PZU w Generation Park Y (46 500 mkw.). Jeśli chodzi o miasta regionalne, warto wspomnieć o przedłużeniu umów przez Nokię w dwóch wrocławskich biurowcach: West Gate i West Link (na łączną powierzchnię ponad 28 500 mkw.) oraz umowie przednajmu podpisanej przez Allegro w Nowym Rynku D1 w Poznaniu na 26 000 mkw.
Jednym z głównych trendów biurowych jest rosnąca oferta biur na podnajem. Na koniec ubiegłego roku wolumen tego typu powierzchni sięgnął ogółem 280 000 mkw., z czego nawet 150 000 mkw. jest dostępnych poza Warszawą. Wśród rynków regionalnych największy wybór przestrzeni na podnajem oferują firmy we Wrocławiu (45 000 mkw.), Krakowie (ok. 35 000 mkw.) i Trójmieście (blisko 30 000 mkw.). Podobnie jak w przypadku coraz większej skali przedłużeń umów, również i ten trend powinien przybierać na sile do momentu uspokojenia się sytuacji epidemicznej, dodaje Karol Patynowski.

Podaż – deweloperzy ostrożniejsi w rozpoczynaniu nowych budów

Łączne zasoby powierzchni biurowej w Polsce wyniosły na koniec ubiegłego roku 11,7 mln mkw., z czego 5,8 mln mkw. stanowiły biura poza Warszawą. W ciągu całego 2020 r. na polskim rynku biurowym oddano do użytku 700 000 mkw., w tym na rynkach regionalnych – ponad 390 000 mkw. w ramach 36 budynków biurowych.

Obecnie w realizacji znajduje się 1,2 mln mkw. powierzchni. Ponad 700 000 mkw. powstaje poza Warszawą i jest to wynik niższy niż w ubiegłych latach, kiedy wartość ta wahała się od 800 000 mkw. do nawet 900 000 mkw. Wynika to głównie z faktu, że deweloperzy kontynuują rozpoczęte wcześniej prace budowlane, ale nie ruszają z wieloma nowymi projektami, co w perspektywie 2-3 lat może doprowadzić do luki podażowej w niektórych miastach. Co ciekawe, obecnie aktywność deweloperska poza Warszawą koncentruje się bardzo mocno, bo aż w 27% w Katowicach, które są dopiero piątym co do wielkości rynkiem biurowym w Polsce, tłumaczy Hanna Dąbrowska, Analityk Rynku, JLL.

Do największych projektów ukończonych w Polsce w 2020 r. należą, m.in. wielofunkcyjny kompleks The Warsaw Hub (89 000 mkw., Ghelamco Poland), warszawska Mennica Legacy Tower (47 900 mkw., Golub GetHouse) oraz dwa budynki Face2Face w Katowicach (45 800 mkw., Echo Investment).

Rynek inwestycyjny – mocne I półrocze

Pomimo pandemii i jej następstw, ubiegłoroczny wynik transakcyjny okazał się znacznie lepszy niż przypuszczano na początku kryzysu.

Łączna wartość transakcji biurowych w całej Polsce osiągnęła wartość niemal 2 mld euro, z czego 66% – ok. 1,3 mld euro przypadło na Warszawę, a prawie 672 mln euro na rynki poza nią. Wśród miast regionalnych liderem był Kraków – 373 mln euro oraz Katowice – 127 mln euro. Warto jednak zauważyć, że za osiągnięty całościowy wynik w dużej mierze odpowiada mocna pierwsza połowa roku, kiedy sfinalizowano wiele transakcji zainicjowanych jeszcze w 2019. Ostrożne strategie inwestorów w drugim półroczu widoczne były szczególnie w miastach regionalnych, gdzie od lipca do grudnia zamknięto trzy transakcje biurowe. Niemniej jednak, w 2021 spodziewamy się wzrostu aktywności inwestorów na tych rynkach, wylicza Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych, JLL.

Powierzchnie niewynajęte i czynsze

Na koniec grudnia 2020 r. średni poziom pustostanów na największych rynkach biurowych w Polsce wynosił 11,3%.

W Warszawie 9,9% istniejących zasobów biurowych pozostaje do wynajęcia, natomiast poza nią – 12,7%. Na rynkach regionalnych, największe wzrosty współczynnika odnotowano w Łodzi (o 5.1 p.p.) oraz w Trójmieście (o 4.6 p.p.). Najniższym wskaźnikiem pustostanów może się pochwalić Szczecin (6,9%), podczas gdy najwyższy wskaźnik cechuje Łódź (16,4%).

Aktualnie na rynkach poza Warszawą najwyższe czynsze transakcyjne charakteryzują Kraków (14-15,5 euro/ mkw. / miesiąc), a najniższe Lublin (10,5-11,5 euro / mkw. / miesiąc. Ze względu na rosnący współczynnik powierzchni niewynajętej i ograniczenia po stronie popytu można zaobserwować presję na stawki.

TikTok umożliwiał wykradanie danych osobowych oraz numerów telefonów

Funkcja „znajdź przyjaciół” w aplikacji TikTok pozwalała na ominięcie zabezpieczeń i umożliwiała atakującemu uzyskanie dostępu do szczegółów profilu użytkownika wraz z jego numerem telefonu – informują analitycy Check Point Research. Według specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa wykryta luka mogła posłużyć budowaniu nielegalnych baz danych służących szkodliwej działalności.

Analiza zabezpieczeń aplikacji TikTok wykazała, że wykorzystując wykryte luki hakerzy mogli uzyskać dostęp do numeru telefonu, pseudonimu, zdjęcia profilowego i awatara, unikalnych identyfikatorów użytkownika, a także określonego ustawienia profilu. Tik Tok posiadając przeszło 2,8 mln użytkowników w Polsce oraz blisko 700 milionów aktywnych użytkowników na całym świecie mógł stać się zatem przyczółkiem dla dalszych działań przestępczych. Warto nadmienić, że użytkownikami usługi często są osoby znane jak Britney Spears, Justin Bieber czy w Polsce Robert Lewandowski. TikToka w swojej kampanii wyborczej wykorzystywał również Andrzej Duda.

W świetle informacji o możliwości przejęcia danych osobowych oraz numeru telefonu niepokoi fakt, że aż 90% użytkowników aplikacji w Polsce to osoby poniżej 19 roku życia.

Swoje ustalenia Check Point Research przekazał firmie ByteDance, twórcy TikToka, która opracowała niezbędne łatki, aby zapewnić użytkownikom bezpieczne dalsze korzystanie z aplikacji. Jak się okazuje nie był to pierwszy przypadek wykrycia luk w popularnej aplikacji. Rok temu, Check Point opublikował artykuł na temat zestawu luk w zabezpieczeniach, które mogły umożliwić osobie będącej zagrożeniem dostęp do danych osobowych zapisanych na kontach użytkowników, manipulowanie danymi kont użytkowników lub podejmowanie działań w imieniu użytkownika bez jego zgody.

– Główną motywacją (przeprowadzenia badań – przyp. red.) tym razem było zgłębienie prywatności TikTok. Byliśmy ciekawi, czy platforma TikTok może zostać wykorzystana do pozyskania prywatnych danych użytkowników. Okazało się, że odpowiedź jest twierdząca i udało nam się ominąć wiele mechanizmów ochronnych, które prowadzą do naruszenia prywatności. – mówi Oded Vananu, szef działu podatności produktów w firmie Check Point.

Ekspert Check Pointa zwraca również uwagę, że osoba atakująca dysponująca poufnymi informacjami przejętymi z aplikacji mogła wykonać szereg złośliwych działań, takich jak phishing typu spear lub inne działania przestępcze. Jednocześnie Vananu zaleca udostępnienie aplikacjom absolutnego minimum, jeśli chodzi o nasze dane osobowe, a także rekomenduje bieżące aktualizowanie systemów operacyjnych oraz aplikacji do najnowszych wersji.

W związku z incydentem swoje oświadczenie wystosował również TikTok:

Bezpieczeństwo i prywatność społeczności TikTok jest naszym najwyższym priorytetem i doceniamy pracę zaufanych partnerów, takich jak Check Point, w identyfikowaniu potencjalnych problemów, pozwalającą na ich rozwiązanie, zanim wpłyną na użytkowników. Wciąż wzmacniamy nasze mechanizmy obronne, zarówno poprzez ciągłe wzmacnianie naszego wewnętrznego potencjału (…), jak również przez współpracę z podmiotami trzecimi.

68 proc. Polaków ma więcej niż jedną skrzynkę mailową i 60 proc. subskrybuje newslettery

Obecnie w Polsce jest 28,2 mln internautów, którzy korzystają z e-maili. Jak wynika z raportu „Jakie e-maile chcą otrzymywać od Ciebie klienci w 2021 roku?” ExpertSender, 31 proc. ankietowanych posiada tylko jedną, prywatną skrzynkę e-mailową. Z e-maili chętnie korzysta e-commerce. Oferty, które badani dostają e-mailowo, prawie połowa badanych czyta kilka razy dziennie. Dla 53 proc. oferty przesyłane e-mailem są spamem. Aż 48 proc. osób nie otwiera wiadomości z folderu SPAM.

E-mail jest najwygodniejszym, najtańszym i najlepiej konwertującym kanałem zarówno do pozyskiwania nowych, jak i utrzymywania istniejących klientów. A jego wydajność w 2021 roku – drugim roku pandemicznych obostrzeń, w którym wiele firm zmuszona będzie ograniczyć marketingowe wydatki – będzie wręcz podwójnie atrakcyjna – mówi Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender.

E-mailowe realiaraport_e-mail_newslettery_ExpertSender raport_e-mail_Skrzynki_mailowe_ExpertSender raport_e-mail_SPAM_ExpertSender

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez ExpertSender, aż ⅔ Polaków korzysta z więcej niż jednego prywatnego adresu e-mail. Ponad 40 proc. osób ankietowanych ma dwa, 31 proc.  jedno, a 26 proc. od trzech do pięciu kont e-mailowych. Co ciekawe prawie 2 proc. osób ma ponad 6 e-maili. Dodatkowo 47 proc. badanych kilka razy dziennie czyta oferty przesyłane na e-maila, 27 proc. robi to raz dziennie. Tylko 4 proc. nie robi tego wcale.

Ponad 60 proc. ankietowanych subskrybuje newslettery, a 70 proc. wie, że na ich e-maile trafiają oferty specjalne, których mogą nie spotkać w żadnym innym miejscu. Warto też zauważyć, że na współczynnik otwarć ogromny wpływ ma temat wiadomości – aż 79 proc. stwierdziło, że on determinuje otwarcie e-wiadomości.

Lubiane wiadomości e-mail

Według raportu, aż 76 proc. ankietowanych chciałoby odbierać tylko oferty, które ich interesują. Ponad 1/3 badanych twierdzi, że odkąd ogłoszono pandemię, korzysta z ofert przesyłanych e-mailem częściej niż przedtem. Co ciekawe, jeśli niechciana wiadomość e-mail trafi do spamu, wtedy otwiera ją aż ponad połowa osób.

Aż 86 proc. wie, że treść e-maila, którego otrzymuje, może być dopasowana do ich preferencji. Co więcej, 61 proc. znacznie chętniej czyta takie wiadomości. Mimo to ankietowanym zdarza się anulować subskrypcję newslettera. Potwierdziło to 64 proc. osób, a 88 proc. osób wie, że ma do tego prawo.

E-mail stał się codzienną intymną relacją marki z klientem, który świadomie angażuje się w przesyłane treści i zna korzyści związane z kierowaną do niego komunikacją. Według badania, aż 77 proc. osób otrzymuje maile od swoich ulubionych marek. Daje to ogromne możliwości – podsumowuje Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender

Z raportem ExpertSender można zapoznać się https://expertsender.pl/Jakie-emaile-chca-otrzymywac-klienci-Raport-2021.pdf – są to wyniki badania zrealizowanego w listopadzie 2020 na grupie 500 osób metodą CAWI. Próba reprezentatywna.

Koszmar centrów handlowych trwa. Są równi i równiejsi

Koszmar centrów handlowych trwa. Nawet jeśli od lutego galerie będą otwarte na linii najemcy- właściciele obiektów czekają nas konflikty. Jak np. rozliczyć opłaty eksploatacyjne za okresy lockdownu?

Z zapowiedzi przedstawicieli różnych ministerstw padają sugestie o otwarciu centrów handlowych w najbliższych tygodniach, może już od lutego. Ale w jakiej kondycji będą galerie a przede wszystkim najemcy? Na pewno czekają nas ostre negocjacje między wynajmującymi powierzchnię a zarządzającymi obiektami, bo płynność finansowa wielu firm już jest zagrożona. Rok 2020 był fatalny dla centrów handlowych. Z uwagi na COVID-19, zamykano je aż trzy razy: od 14 marca do 3 maja, od 7 do 27 listopada i wreszcie od 28 grudnia do chwili obecnej. Niezależnie od tego, czy umowy najmu w tych okresach obowiązywały czy nie, właściciele centrów handlowych i tak musieli obiekty ogrzewać, odśnieżać, chronić, płacić podatki czy składki ubezpieczeniowe. Gdyby nie pandemia, wszystkie te koszty mogliby teraz łatwo „przerzucić” na najemców poprzez tzw. system opłat eksploatacyjnych. W tym roku nie będzie to jednak takie proste, a same rozliczenia będą o wiele bardziej skomplikowane i nerwowe- ocenia mec. Diana Kalita z kancelarii prawnej Causa Finita.

Płacone przez najemców opłaty eksploatacyjne nie stanowią de facto dochodu wynajmującego. Tworzą raczej fundusz administracyjny, którym właściciel zarządza we wspólnym interesie, swoim i najemców. Aby opłaty wystarczyły na pokrycie wszystkich kosztów obiektu, umowy najmu przewidują mechanizm ich późniejszego rozliczania w oparciu o koszty rzeczywiście poniesione przez właściciela. W razie deficytu, najemcy zobowiązują się w umowach do jego wyrównania.

Są równi i równiejsi. Skomplikowane rozliczenia

To jednak dość skomplikowana i delikatna materia. Nie wszyscy bowiem najemcy są w tym wypadku traktowani jednakowo. W teorii, udział danego najemcy w funduszu administracyjnym powinien odpowiadać proporcji, w jakiej powierzchnia jego lokalu pozostaje do całkowitej powierzchni centrum możliwej do wynajęcia. Często jednak największe sklepy są w ogóle zwolnione z konieczności płacenia opłat eksploatacyjnych. Inne mogą wynegocjować znaczne ograniczenia, jeżeli chodzi o ich wysokość czy też konieczność dokonywania dopłat do deficytu za dany rok. Wynajmujący, chcąc przyciągnąć do centrum duże, rozpoznawalne marki, często się na takie ustępstwa godzą. W konsekwencji jednak, główny ciężar utrzymania obiektów handlowych spoczywa na najemcach lokalnych, nie posiadających dużej siły negocjacyjnej.

Aby osiągnąć ten efekt, umowy najmu centrów handlowych przewidują skomplikowane systemy ustalania udziału poszczególnych najemców w funduszu administracyjnym. Rozliczeń dokonuje się dzieląc najemców na grupy, w zależności od stopnia uprzywilejowania. Najpierw rozlicza się grupę najbardziej uprzywilejowaną, a więc tych najemców, którzy płacą niewielki ryczałt, lub są w ogóle zwolnieni z opłat eksploatacyjnych. Zapłacone przez nich opłaty eksploatacyjne za dany rok odejmuje się po prostu od wszystkich kosztów eksploatacyjnych centrum za ten rok, a powierzchnię ich lokali odejmuje się od całkowitej powierzchni centrum możliwej do wynajęcia. Następnie przechodzi się do grup „niższych”. Jak łatwo zauważyć, system ten pozwala obciążyć opłatami eksploatacyjnymi najemców z ostatniej grupy w dużo większym stopniu, niż by to wynikało ze stosunku powierzchni ich lokali do powierzchni centrum przeznaczonej na wynajem. W rezultacie najmniejsi najemcy płacą najwięcej.

Lockdown jeszcze to wszystko zagmatwał. Termin rozliczenia nierealny

Te, już konfliktogenne, procedury dodatkowo komplikuje art. 15ze ust. 1 tzw. Tarczy Antykryzysowej, przewidujący, że w okresie obowiązywania zakazu prowadzenia działalności w obiektach handlowych o powierzchni sprzedaży powyżej 2000 m², wygasają wzajemne zobowiązania stron umowy najmu powierzchni handlowej. W praktyce oznacza to, że jeżeli któryś najemca korzysta z możliwości czasowego wygaszenia umowy najmu, składając po jednym, dwóch lub nawet trzech locdownach oferty przedłużenia najmu o 6 miesięcy, wówczas właściciel nie może pobierać od niego opłat na fundusz administracyjny za te okresy. Nie może też rozliczać opłat najemcy na ten cel z rzeczywiście poniesionymi w tym okresie kosztami.

Fundusze administracyjne z deficytami. Nerwowe rozliczenia

Tymczasem, z pierwszych informacji wynika, że miesięczne opłaty dokonywane przez najemców w 2020 roku pokryją jedynie ok. 60-70% kosztów administracyjnych centrów handlowych. W funduszach administracyjnych pojawią się więc spore, 30-40% deficyty. Wpływy z opłat eksploatacyjnych od najemców istotnie bowiem spadły. Było to wynikiem nie tylko wygaszania umów najmu, ale także dość powszechnej akcji ich aneksowania po pierwszym lockdownie. Z drugiej strony, duża część kosztów funduszu administracyjnego – podatki, składki ubezpieczeniowe, ochrona czy ogrzewanie – ma charakter stały i centra handlowe nie mają możliwości ich uniknięcia.

W tych warunkach, rozliczenie opłat eksploatacyjnych za 2020 rok będzie najprawdopodobniej operacją nie tylko skomplikowaną, ale i nerwową. Centra mają bowiem możliwość obciążenia deficytem małych najemców w dużo większym stopniu niż najemców kluczowych i nie ulega wątpliwości, że będą chciały z tej możliwości skorzystać. Oznacza to, najemcy „standardowi” mogą spodziewać się wezwań do dokonania dodatkowych opłat, w wysokości ok. 50% tego, co już wynajmującemu w trakcie 2020 roku zapłacili tytułem opłat eksploatacyjnych. Dla sklepu o powierzchni 200 m.kw. kwota ta może przekroczyć nawet 10.000 EURO. Dodatkowe komplikacje wynikać będą z ustawowego wygaszenia części umów najmu. Rozliczając poszczególnych najemców, wynajmujący zmuszeni będą wyłączyć te okresy 2020 roku, w których umowy najmu nie obowiązywały. Stwierdzenie to, wyglądające dość oczywiście w edytorze tekstu, w arkuszu kalkulacyjnym jest jednak o wiele bardziej skomplikowane. Podczas rozliczeń trzeba będzie bowiem wyodrębnić dodatkową grupę tych najemców, którzy skorzystali ze zwolnienia i pominąć koszty administracyjne, które wynajmujący ponosił w okresie, kiedy ich umowy były czasowo wygaszone.

 

Ponieważ wyrównanie deficytu może zaważyć na płynności finansowej wynajmujących, a z drugiej pogorszyć trudną sytuację najemców, proces rozliczenia opłat eksploatacyjnych i ewentualnych negocjacji kwot należy przeprowadzić umiejętnie. Jak będący na granicy wytrzymałości finansowej najemcy zareagują na wezwanie właścicieli centrów handlowych do dodatkowych opłat za prąd, ochronę i śmieci za 2020 rok? Tego można się tylko domyślać. Z pewnością część najemców będzie dążyć do podważenia zasadności i wysokości dopłat. Umowy najmu przewidują z reguły możliwość dokonania przez najemców audytu kosztów ponoszonych przez wynajmującego z funduszu administracyjnego. Inni zwrócą się do wynajmujących o anulowanie dopłat wskazując na już fatalną sytuację finansową. Jeszcze inni wytoczą coraz bardziej ostatnio popularne powództwa o obniżenie czynszu i opłat eksploatacyjnych w oparciu o tzw. klauzulę rebus sic stantibus, albo poszukają ochrony przed wierzycielami w przepisach prawa restrukturyzacyjnego. Tylko nieliczni zapłacą.

Branża fitness zaczyna rok w słabej formie

Rok 2021 centra i kluby fitness oraz siłownie rozpoczynają z zadłużeniem sięgającym ponad 7,7 mln zł. W niewiele lepszej kondycji finansowej są trenerzy i instruktorzy. Prowadzący zajęcia sportowe do oddania mają obecnie 6,4 mln zł. W 2020 r. łączne należności branży wzrosły niemal o jedną czwartą, podaje Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej.

Wraz z przedłużającym się lockdownem narastają problemy finansowe branży fitness. Zadłużenie obiektów służących poprawie kondycji fizycznej oraz prowadzących kursy, zajęcia sportowe czy rekreacyjne na początku stycznia br. sięgało już ponad 14,1 mln zł. W całym 2020 r. zobowiązania tego sektora zdążyły urosnąć o ponad 2,7 mln zł. Zdecydowaną większość, bo 77 proc. zadłużonych firm pomagających utrzymać formę fizyczną, stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze.

Finansowy wycisk

Szczególnie dotkliwy dla branży musiał być lockdown na ich usługi na przełomie roku. Styczeń był zazwyczaj miesiącem największego obłożenia klubów i przypływu klientów zmobilizowanych postanowieniami noworocznymi. W lutym następował zwykle spadek zadłużenia. Tym razem trudno się tego spodziewać. Co ważne, z naszych danych wynika, że na zamknięciu sektora w ogromnym stopniu tracą pojedynczy trenerzy i instruktorzy fitness, którzy bardzo często mają nieregularny system pracy, są samozatrudnieni  lub pracują w oparciu o umowy o dzieło – mówi Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Średnie zobowiązanie siłowni wynosi obecnie ponad 30 tys. zł. W czasie pandemii wzrosło ono o ponad 6 tys. zł. Najwyższą kwotę do spłacenia mają firmy z Mazowsza (2,8 mln zł) i Śląska (2,3 mln zł). Ponad jednomilionowe zaległości mają także obiekty i trenerzy z województwa kujawsko-pomorskiego, dolnośląskiego, zachodniopomorskiego i wielkopolskiego. Na Pomorzu Zachodnim Krajowy Rejestr Długów odnotował najwyższe średnie zadłużenie, sięgające 46,3 tys. zł. Niewiele mniej ma także do oddania przeciętny dłużnik ze Śląska (45,7 tys. zł).

Największe należności branża fitness musi zwrócić bankom (4,6 mln zł), drugie miejsce w kolejce po pieniądze od sektora zajmują firmy zarządzające wierzytelnościami (3 mln zł), a trzecie instytucje z obszaru nieruchomości (1,5 mln zł). Rekordzistą wśród zadłużonych w sektorze fitness jest warszawska spółka z o.o., która do spłacenia ma prawie 1 mln zł (971,2 tys. zł).

Tęsknimy za sportem

Według sondażu „Na co czekamy po pandemii” przeprowadzanego przez IMAS International na zlecenie KRD, już w czasie pierwszego lockdownu otwarcie siłowni i klubów fitness było ważne dla co piątej osoby. Teraz, po wielu miesiącach obecności koronawirusa i zamknięcia centrów sportowych, liczba osób, które tęsknią za możliwością trenowania w takich obiektach, jest prawdopodobnie jeszcze wyższa, zaznacza prezes KRD.

Chociaż branża straciła początek sezonu, to można mieć nadzieję, że podobny efekt jak w styczniu będzie widoczny po uruchomieniu klubów. Stęsknieni za sportem użytkownicy mogą pomóc stanąć sektorowi na nogi. Stąd też duża determinacja branży do ponownego otwarcia obiektów – dodaje Adam Łącki.

Centra fitness i siłownie pozostają zamknięte od połowy października 2020 r., z wyjątkiem nielicznych obiektów, których działalność jest dozwolona w ramach rozporządzenia. Pojawić się na nich mogą jedynie osoby trenujące w ramach współzawodnictwa sportowego, zajęć lub wydarzeń sportowych oraz zajęć na uczelni lub w szkole.

To jednak mała grupa. Wiele obiektów stoi pustych, a przez to swojego zawodu nie mogą wykonywać trenerzy i instruktorzy, który często pracują na własny rachunek, właśnie w takich miejscach. Według Polskiej Federacji Fitness blisko 90 proc. z nich wykonuje zawód w oparciu o inną umowę niż umowa o pracę. Najczęściej swój zawód wykonują na podstawie umowy zlecenia, pracując średnio w 35 obiektach. Zamknięcie większości z nich pozostawia trenerów i instruktorów bez środków do życia – zauważa Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

W sukurs przychodzą rządowe pieniądze, jednak zdaniem przedstawicieli branży, tylko 15 proc. firm z tego sektora kwalifikuje się do pomocy z Tarczy PFR 2.0, a ewentualne pieniądze z Tarczy 6.0, których jeszcze fizycznie nie wypłacono, pokryją ok. 5-10 proc. strat podmiotów, które taką pomoc uzyskają.Branża fitness zaczyna rok w słabej formie

Huśtawka nastrojów

Huśtawka nastrojów nie opuszcza rynków w ostatnich dniach. Po nerwowym poniedziałku i odbiciu we wtorek, dziś aktywa ryzykowne ponownie mają trudności z utrzymaniem wartości. W opiniach inwestorów ścierają się nadzieje na fiskalne wsparcie ożywienia z wątpliwościami wokół skuteczności szczepionek przeciw nowym odmianom wirusa. Dziś wieczorem przekaz z Fed być może pomoże wytłumić obawy.

Można zażartować, że w zależności jaki mamy dzień tygodnia rynki obracają się między chęcią podbierania dołków w oczekiwaniu na silne odbicie gospodarcze w drugiej połowie roku a wątpliwościami o zawyżone wyceny aktywów w obliczu trudności w walce z pandemią. Wydaje się, że głębokie analizy gospodarcze i wirusologiczne nie mają aktualnie posłuchu i decyduje to, co akurat generuje większy szum medialny. Raz tematem dnia jest niska skuteczność szczepionki Moderny na szczep COVID-19 wykryty w RPA. Innym razem uwaga skupia się na determinacji Demokratów w Kongresie USA, by forsować wydatki fiskalne nie bacząc na akceptację Republikanów. W ogólnym ujęciu ani optymiści, ani pesymiści nie zyskują trwałej przewagi, co zamyka rynki w trendzie bocznym, ale hamując apetyt na powiększanie pozycji. Sądzę, że finalnie jest bardziej prawdopodobne, że wszelkie ryzyka dla ożywienia wynikające z rozwoju pandemii i zaostrzana restrykcji spotkają się z silną odpowiedzią władz fiskalnych i monetarnych, stąd średnioterminowo asymetria ryzyk przemawia za wzrostem ryzykownych aktywów. Jednak w międzyczasie szum informacyjny i wątpliwości inwestorów mogą przynieść dwustronne wahania i okresy redukcji ryzykownych pozycji.

Dziś interesującym będzie, czy Fed rozwieje część z wątpliwości uczestników rynków w obliczu narosłych ostatnio spekulacji o wcześniejszym ograniczaniu skupu aktywów (obecnie 120 mld USD/miesięcznie). Ostatnie tygodnie przebiegły pod znakiem licznych komentarzy przedstawicieli FOMC wskazujących na różnice zdań co do przyszłości programu skupu aktywów. Niektórzy z bardziej jastrzębich członków dopuszczali możliwość rozpoczęcia procesu ograniczania skupu aktywów w drugiej połowie roku, pod warunkiem że gospodarka będzie rozwijać się lepiej niż zakładają obecne prognozy. Biorąc jednak pod uwagę nasilanie się pandemii w USA, gospodarka jest daleka od wypełniania celów zatrudnienia i inflacji, które w opinii Fed byłyby uznawane za uzasadniające odchodzenie od ultra-łagodnego nastawienia. Stąd celem Fed powinno być podkreślenie, że nie ma obecnie warunków do nawet rozpoczęcia dyskusji o redukcji tempa skupu obligacji. Sądzimy, że jest to bardzo prawdopodobny scenariusz dla posiedzenia w tym tygodniu, co sugerują ostatnie komentarze przywództwa Fed (Powell, Clarida, Brainard). Ich przekaz był spójny i wyraźnie wskazywał, że dyskusja o ograniczaniu tempa skupu nie rozpocznie się jeszcze przez wiele miesięcy.

Naszym zdaniem na konferencji prasowej prezes Powell powtórzy, że obecnie nie jest jeszcze czas na rozważanie odejścia od ultra-łagodnego nastawienia. Jednocześnie pogorszenie odnotowane w danych z rynku pracy i dotyczących wydatków konsumentów może wpłynąć na bardziej pesymistyczny wydźwięk FOMC. Powell będzie chwalił zapowiedzi nowych projektów wydatków fiskalnych, ale oddali sugestie, że zmniejsza to potrzebę ekspansji monetarnej. Jeśli już, to powinno zostać powtórzone, że Fed jest gotowy zwiększyć luzowanie, jeśli uzna to za konieczne (choć nie zakładamy, aby to miało szybko nastąpić). Im mocniej Powell będzie akcentował, że ograniczanie tempa skupu aktywów jest poza dyskusją, tym większa będzie presja, by odwrócić ostatni wzrost rentowności obligacji skarbowych i większa będzie presja, by sprzedawać USD. Jeśli prezes Fed bezpośrednio odniesie się do ruchów na rynku długu i wyrazi niezadowolenie z zacieśniania warunków finansowych, reakcja będzie mocniejsza.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.