Co daje Polakom poczucie bezpieczeństwa w finansach?

Z badania Santander Bank Polska[1] wynika, że tylko co drugi Polak ma oszczędności, które pozwalają mu czuć się spokojnie. Nasze poczucie bezpieczeństwa finansowego zależy od wieku, wielkości miasta, w którym mieszkamy, a także liczby osób w gospodarstwie domowym.

Badani mają różne podejście do tego, jaka wartość oszczędności, wyrażona
w wielokrotności wynagrodzenia, zapewnia im poczucie bezpieczeństwa. Ponad połowa Polaków nie posiada oszczędności, które pozwalałyby im czuć się bezpiecznie. Głównie są to osoby, które deklarują, że w ogóle ich nie mają (37 proc.). Kolejne 19 proc. to badani, którzy mają zasoby finansowe, ale ich wysokość nie pozwala im odczuwać spokoju finansowego. Może to wynikać z wysokości osiąganych dochodów – aż 87 proc. ankietowanych z dochodem do 2 000 zł miesięcznie nie ma oszczędności lub nie czuje się bezpiecznie z ich wysokością.

–  Ocena finansowego poczucia bezpieczeństwa jest bardzo subiektywna, jednak z raportu „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020” wynika, że bezpieczniej ze swoimi oszczędnościami czują się mężczyźni, którzy też częściej od kobiet mają odłożone jakiekolwiek pieniądze. Najbezpieczniej czują się osoby będące członkami 3 lub 4-osobowych gospodarstw domowych – odpowiednio 49 i 53 proc. deklaruje dobre samopoczucie w tej sferze – mówi Monika Szlosek, odpowiedzialna za ofertę inwestycyjno-oszczędnościową w Santander Bank Polska.Co daje nam poczucie finansowego bezpieczeństwa

Wielkość miasta i wiek mają znaczenie

Raport „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020” Santander Bank Polska wskazuje również, że większe poczucie finansowego bezpieczeństwa mają mieszkańcy dużych miast, spośród których ponad połowa (57 proc.) wskazała taką odpowiedź. .

Poza wielkością miasta, w którym mieszkamy, także wiek zwiększa poczucie bezpieczeństwa finansowego. Z badań wynika, że ponad połowa osób między 40 a 49 rokiem życia (54 proc.) czuje się dobrze ze swoimi oszczędnościami. Może to wynikać z zachowawczego stylu odkładania pieniędzy przez Polaków, który wymaga znacznie dłuższego horyzontu czasowego, aby móc obserwować efekty pomnażania majątku – tłumaczy Monika Szlosek, odpowiedzialna za ofertę inwestycyjno-oszczędnościową w Santander Bank Polska.

Doceniamy automatyzację

Zgodnie z wynikami badania „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020” co piąty ankietowany korzysta z różnych form automatycznego oszczędzania niewielkiej kwoty po każdej lub po wybranych transakcjach. Co ciekawe, taki sam odsetek badanych deklaruje, że chętnie by z takiej możliwości skorzystało, gdyby była dostępna. 30 proc. badanych nie korzysta z automatycznego oszczędzania, mimo że jego bank oferuje taką możliwość.

Oszczędzanie „mimochodem” staje się coraz popularniejsze, szczególnie w grupie młodszych klientów, osób o niższych dochodach oraz rodzin wieloosobowych. Jest to dobre rozwiązanie na początek dla tych klientów, którzy mającym problem z systematycznym odkładaniem pieniędzy. Warto sprawdzić co oferuje w tym zakresie nasz bank – szczególnie, że z naszych badań wynika, że niemal jedna trzecia badanych Polaków nie orientuje się, czy taki produkt jest dla nich dostępny – podsumowuje Monika Szlosek, odpowiedzialna za ofertę inwestycyjno-oszczędnościową w Santander Bank Polska.

Wyniki pochodzą z badania „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020”, wykonanego w wrześniu br. przez Instytut Badań Społecznych i Rynkowych IBRiS na zlecenie Santander Bank Polska. Raport z badania został powstał we współpracy z firmą analityczną Analizy Online SA.

Badanie ogólnopolskie zrealizowano na pełnoletnich mieszkańcach Polski metodą (CATI). Próba wyniosła 1002 osób.

[1] Wyniki pochodzą z badania „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020”, wykonanego w wrześniu br. przez Instytut Badań Społecznych i Rynkowych IBRiS na zlecenie Santander Bank Polska.

Wpływ wyników wyborów w USA na globalny rynek nieruchomości

Region EMEA jest zróżnicowany pod względem geopolitycznym, co w kontekście wygranej Joe Bidena i Partii Demokratycznej oznacza szereg konsekwencji natury ekonomicznej i biznesowej, które należy wziąć pod uwagę. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że za kadencji prezydenta Bidena Unia Europejska oraz rządy państw Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG) zacieśnią współpracę ze Stanami Zjednoczonymi. Poza EOG – w przypadku Bliskiego Wschodu, Afryki, Rosji i Turcji – relacje będą bardziej zróżnicowane.

Na gospodarki i rynki nieruchomości komercyjnych w regionie EMEA wpływ będą mieć 3 kluczowe elementy:

  1. Handel międzynarodowy | Obniżone cła będą wspierać europejskie przedsiębiorstwa importowe i eksportowe oraz napędzać i stabilizować popyt na nieruchomości przemysłowe.

Obóz Bidena jasno dał do rozumienia, że podejmie konkretne kroki, aby zakończyć „sztuczną wojnę handlową” Trumpa z Unią Europejską przy jednoczesnym niwelowaniu deficytów handlowych między partnerami. Poprawa funkcjonowania NATO i relacji w ramach sojuszu powinna w krótkim okresie zmniejszyć niepewność dotyczącą gospodarki i handlu, jednak nie wpłynie to na potrzebę większej niezależności Europy i konieczność ponoszenia przez nią nakładów na budowanie własnego bezpieczeństwa. W średnim okresie będzie to oznaczać wyższe podatki, które negatywnie przełożą się na produkcję przemysłową, ale umożliwią Europie rozwijanie relacji handlowych zarówno z Zachodem, jak i ze Wschodem. Podziały wokół kwestii irańskiej będą mniej widoczne za prezydenta Bidena, a Wielka Brytania nie będzie odczuwać aż takiej presji związanej z brexitem i ryzykiem surowszych amerykańskich sankcji. Z drugiej strony przyszła umowa handlowa między Stanami Zjednoczonymi a Wielką Brytanią wisi na włosku, ponieważ zależy od podpisania i warunków umowy handlowej między Wielką Brytanią a Unią Europejską.

  1. Inwestycje korporacyjne | Na poziom inwestycji w Europie wpłynie zakres zmian regulacyjnych i podatkowych wprowadzonych przez Bidena.

Jeśli Biden będzie w stanie przeforsować zmiany, większy pakiet stymulacyjny prawdopodobnie złagodzi presję podatkową i regulacyjną, zwłaszcza dla konsumenta amerykańskiego, co pozwoli również ograniczyć negatywne skutki dla eksportu z Europy. Jednakże zmiany podatkowe w krótkiej perspektywie mogą skutkować niższymi przychodami amerykańskich spółek, zwłaszcza w sektorze technologicznym. Biorąc pod uwagę znaczącą obecność amerykańskich spółek technologicznych na europejskich rynkach biurowych, zwłaszcza tzw. grupy „FAMANG” (Facebook, Amazon, Microsoft, Apple, Netflix, Google), mniejsze amerykańskie inwestycje bezpośrednie (FDI) w regionie EMEA mogą negatywnie wpłynąć na popyt na europejskim rynku biurowym. Ponieważ sektor technologiczny skupia 15% pracowników biurowych i stanowi 18% gospodarki biurowej w miastach europejskich, należy go bacznie obserwować. Biorąc to pod uwagę, w 2021 r. duże przedsiębiorstwa europejskie powinny odnotować wyższy wzrost przychodów niż ich amerykańskie odpowiedniki oraz wykorzystać możliwości rozwoju, zwłaszcza w sektorach takich jak energia odnawialna.

  1. Zmiany klimatu | Większa efektywność energetyczna ma poważne implikacje dla sposobów korzystania z nieruchomości, elastyczności/możliwości dostosowania oraz lokalizacji, a zwłaszcza dla budownictwa oraz zarządzania projektami i aktywami. Trend ten dodatkowo wzmacnia konieczność dostosowania się miast do funkcjonowania w nowej rzeczywistości w następstwie pandemii COVID-19.

Zwycięstwo Bidena nie tylko wspiera plan walki z globalnym ociepleniem, lecz także przyspiesza rozwój sektora energii odnawialnej, który stanowił główny element zagranicznych inwestycji bezpośrednich w regionie EMEA w ostatnich latach. Energia odnawialna jest jednym z fundamentów nowego budżetu UE w perspektywie finansowej do roku 2027. W budżecie tym założono pozyskanie 500 GW energii ze źródeł odnawialnych oraz powstanie 3 mln nowych stacji ładowania aut hybrydowych i 1000 stacji ładowania aut z ogniwami wodorowymi do 2030 r. W Holandii zostały już wprowadzone przepisy ograniczające najem komercyjny jedynie do obiektów spełniających wysokie normy efektywności energetycznej. Podobne przepisy mają zostać uchwalone w Wielkiej Brytanii. Z uwagi na duże zapotrzebowanie na energię elektryczną szczególnym nadzorem pod kątem spełniania norm związanych ze środowiskiem, społeczeństwem i ładem korporacyjnym (ang.  Environment, Social, Governance – ESG) zostaną objęte centra przetwarzania danych.

Zwycięstwo Bidena wspiera rozwijanie i wdrażanie bardziej spójnych strategii z zakresu ESG w Ameryce Północnej i Europie, a nawet na całym świecie, zważywszy na dość zaskakującą deklarację Chin z września tego roku o tym, że Państwo Środka planuje całkowite odejście od węgla do 2060 r.

Dla globalnych podmiotów zarządzających inwestycjami stanowi to zachętę, by w większym stopniu uwzględniać w swoich portfelach nieruchomości spełniające normy zrównoważonego rozwoju, które są coraz ważniejsze dla najemców i inwestorów.

Brytyjski minister finansów Rishi Sunak niedawno poinformował o planach wprowadzenia tzw. zielonych obligacji w celu sfinansowania projektów infrastruktury niskoemisyjnej i wzmocnienia pozycji Wielkiej Brytanii jako czołowego na świecie centrum finansowego dla takich inwestycji. Wielka Brytania dołącza do 16 krajów, które już wyemitowały takie obligacje, w tym Niemiec i Szwecji. Popyt na nie był wyższy niż wartość emisji, co pokazuje duże i stale rosnące zapotrzebowanie na inwestycje przyjazne dla środowiska naturalnego.

Więcej informacji na ten temat można znaleźć w raporcie A Tale of Two Outcomes Part 2, w którym omówiono wpływ wygranej Joe Bidena na Stany Zjednoczone, Daleki Wschód oraz region EMEA, z zastrzeżeniem, że sytuacja od chwili obecnej do momentu zaprzysiężenia może się znacząco zmienić.

Komentarz Damiana Harringtona, dyrektora Colliers International ds. badań w regionie EMEA

Które formy rządowej pomocy dla przedsiębiorców nadal są dostępne?

Parlament przyjął już sześć Tarcz Antykryzysowych i wielu przedsiębiorców zastanawia się, z których form rządowej pomocy może jeszcze skorzystać. Eksperci inFakt przygotowali zestawienie świadczeń, które nadal obowiązują.

Świadczenie postojowe – jest to zwolniona z opodatkowania kwota w wysokości 2 080 zł dla osób, które prowadzą działalność gospodarczą lub były zatrudnione na podstawie umów cywilnoprawnych (zlecenie i o dzieło). Można o nie wnioskować co miesiąc, ale nie więcej niż trzy razy. Maksymalna kwota otrzymanego wsparcia to 6 240 zł.

Katalog branży, które mogą skorzystać ze świadczenia postojowego, był poszerzany na mocy kolejnych Tarcz (5.0 i 6.0).

Mikropożyczka 5 000 zł – bezzwrotna pomoc w wysokości 5 000 zł dla osób, które prowadzą działalność gospodarczą. Pożyczka jest automatycznie umarzana po 3 miesiącach od dnia jej otrzymania pod warunkiem, że przedsiębiorca nadal prowadzi działalność. Ta forma pomocy jest także zwolniona z opodatkowania. Wniosek o mikropożyczkę o nazwie PSZ-PKDG można składać na stronie praca.gov.pl.

Dofinansowanie do działalności bez pracowników – jest to bezzwrotne świadczenie przyznawane przez starostę na trzy miesiące. – Kwota dofinansowania uzależniona jest od spadku obrotu przedsiębiorcy, który wylicza się, porównując obroty z dwóch kolejnych miesięcy 2020 roku do analogicznych miesięcy 2019 roku. Za miesiąc uważane jest dowolne 30 dni następujących po sobie – tłumaczy Mateusz Boguszewski, główny księgowy w firmie inFakt. – Jeśli spadek wyniósł 30%, dofinansowanie wyniesie 1 300 zł miesięcznie, 50% spadku to 1 820 zł wsparcia, a 80% spadku – 2 340 zł.

Wniosek o przyznanie tego świadczenia, o nazwie PSZ-DKDG, również należy składać na stronie praca.gov.pl.

Dofinansowanie do działalności zatrudniających pracowników – działalności gospodarcze, które zatrudniają pracowników, mogą skorzystać z dofinansowania zarówno z Powiatowego jak i Wojewódzkiego Urzędu Pracy. Dofinansowanie z PUP dotyczy dopłat do wynagrodzeń pracowników i składek ZUS przez 3 miesiące. Jego wysokość także zależy od spadku obrotu i wyliczane jest na takiej samej zasadzie, jak dofinansowanie do działalności bez pracowników. Można składać je na wniosku o nazwie PSZ-DKWP. Dofinansowanie przysługuje na każdego z pracowników w wysokości nie większej niż 90% kwoty minimalnego wynagrodzenia wraz ze składkami na ubezpieczenie społeczne.

Również na 3 miesiące przyznawane jest dofinansowanie z WUP. Wnioski o nazwie VIA-WOMP przyjmowane będą do 10 czerwca 2021 r., ale dofinansowanie będzie udzielane maksymalnie do 30 czerwca 2021 r. Można je składać na stronie praca.gov.pl.

ORLEN wyznacza kierunki rozwoju Grupy do 2030 roku

Energetyka odnawialna i nowoczesna petrochemia wytyczą drogę transformacji Grupy ORLEN do 2030 roku. Rozwój nowych obszarów będzie napędzany poprzez maksymalizację zysków i przebudowę dotychczasowej działalności, uwzględniającą nowe technologie, trendy środowiskowe i konsumenckie. Realizacja strategii ORLEN2030 doprowadzi do dalszej dywersyfikacji źródeł przychodów Koncernu, wpisując się w długofalowy cel osiągnięcia neutralności emisyjnej w 2050 roku. Strategia zakłada również powrót do wzrostowej ścieżki dywidendy, która od przyszłego roku wyniesie minimum 3,5 zł na akcję.

– Otwieramy nowy rozdział w historii Grupy ORLEN. Kierunki zmian wytycza strategia ORLEN2030, która jest odpowiedzią na globalne trendy. Budujemy nowy Koncern multienergetyczny, zdolny do konkurowania w obliczu wielkich przemian. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że segmenty biznesowe, w których dzisiaj jesteśmy najsilniejsi, będą wymagały niezwykle głębokich zmian. Jesteśmy na nie przygotowani. W ciągu ostatnich lat konsekwentnie i skutecznie prowadziliśmy działania wzmacniające Grupę ORLEN i przygotowujące ją do nadchodzącej transformacji. Na realizację naszych strategicznych celów wydamy łącznie ok. 140 mld zł, co wygeneruje łącznie 195 mld zysku EBITDA w ciągu następnych 10 lat. Zdywersyfikowana działalność zapewni nam stabilną sytuację finansową i pozwoli konsekwentnie budować wartość dla naszych akcjonariuszy. ORLEN2030 będzie efektywnym, zintegrowanym koncernem, opartym o czyste technologie i zeroemisyjne źródła energii – podkreśla Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

140 mld zł nakładów inwestycyjnych

Transformacja Koncernu w kierunku grupy multienergetycznej, będzie oparta o energetykę odnawialną i gazową, efektywną, niskoemisyjną produkcję rafineryjno-petrochemiczną, własne wydobycie węglowodorów oraz zintegrowaną ofertę dla klientów indywidualnych. Do 2030 roku Grupa ORLEN przeznaczy na inwestycje łącznie 140 mld zł, aktywnie zarządzając portfelem działalności biznesowych. Największa część nakładów inwestycyjnych zostanie przeznaczona na segmenty, które w najlepszy sposób realizują ambicje strategicznego rozwoju Spółki. Około 85 mld zł zostanie zaalokowane w nowe, perspektywiczne obszary związane przede wszystkim z energetyką odnawialną i zaawansowaną petrochemią. Z kolei na zwiększenie efektywności obecnych aktywów Grupa przeznaczy 55 mld zł.

Dążenie do zeroemisyjności netto wpisane w strategię

W strategię ORLEN2030 wpisane jest zobowiązanie osiągnięcia długofalowego celu Grupy, czyli całkowitej neutralności emisyjnej w 2050 roku. Do 2030 roku Koncern zredukuje emisje CO2 o 20% z obecnych aktywów rafineryjnych i petrochemicznych oraz o 33% w obszarze energetyki. Efektem finansowym strategii ORLEN2030 będzie dwuipółkrotny wzrost wyniku EBITDA, do poziomu ok. 26 mld zł w 2030 roku. Segmenty energetyki, petrochemii oraz rafinerii będą generowały po ok. 7 mld zł zysku EBITDA, segment detaliczny ok. 5 mld zł, natomiast segment wydobycia ok. 1 mld zł.

Energetyka głównym obszarem rozwoju

Kluczowym obszarem rozwoju Grupy ORLEN w najbliższej dekadzie będzie energetyka, oparta głównie o odnawialne źródła energii i wspierana mocami gazowymi. Do 2030 roku Koncern zamierza osiągnąć poziom 2,5 GW mocy zainstalowanych w źródłach odnawialnych. 1,7 GW zapewnią morskie farmy wiatrowe, natomiast 0,8 GW źródła lądowe – elektrownie wiatrowe i fotowoltaika. Grupa ORLEN zwiększy również z 1,1 GW do 2,0 GW moc zainstalowaną w nowoczesnych elektrowniach gazowych. W perspektywie 2030 roku do 20% gazu wykorzystywanego przez Grupę ORLEN będzie pochodziło z własnych, zasobów Koncernu. Uzupełnieniem mocy wytwórczych będzie rozbudowana, nowoczesna sieć przesyłowa Grupy ORLEN, dająca dostęp do szerokiego grona klientów indywidualnych i generująca stabilne zyski. Koncern będzie wdrażał również pilotażowe magazyny energii, umożliwiające optymalizację kosztów dystrybucji energii elektrycznej.

Inwestycje w moce petrochemiczne w produktach specjalistycznych i recyklingu

W perspektywie 2030 roku segment petrochemiczny będzie generował około połowę zysków Grupy ORLEN pochodzących z przerobu ropy naftowej. Umocnienie pozycji wiodącego producenta petrochemii w Europie Środkowej będzie możliwe dzięki rozwojowi obecnego portfolio produktowego oraz wejściu w nowe obszary biznesowe. Koncern rozbuduje moce w olefinach i pozostałych produktach bazowych. Wzmocni także pozycję w perspektywicznym obszarze polimerów, wydłużając łańcuch wartości i wchodząc w obszar compoundingu i koncentratów. Jednocześnie udział specjalistycznych, wysokomarżowych produktów, takich jak fenol i pochodne aromatów, zwiększy się w portfelu Grupy z obecnych 16% do około 25%. Nową gałęzią segmentu petrochemicznego będzie recykling oraz biomateriały. Do 2030 roku Grupa ORLEN osiągnie moce w recyklingu – przede wszystkim plastików – na poziomie do 0,4 mln ton. Będzie również wdrażać zaawansowane technologie gospodarki obiegu zamkniętego.

Utrzymanie pozycji regionalnego lidera w segmencie rafineryjnym z istotnymi inwestycjami w biopaliwa

Do 2030 roku rafineria pozostanie ważnym segmentem działalności Grupy ORLEN. Fundamentem jego transformacji będzie zwiększenie efektywności energetycznej, pogłębienie przerobu ropy, integracja z Grupą LOTOS. Istotnym elementem będzie również zwiększenie produkcji biopaliw i paliw wodorowych. W perspektywie najbliższej dekady Koncern stanie się jednym z wiodących producentów biopaliw w regionie, w tym zaawansowanych biopaliw drugiej generacji, z mocami produkcyjnymi na poziomie 2 mln ton rocznie. W ramach realizacji strategii ORLEN2030 kontynuowane będą prace nad hubami wodorowymi we Włocławku i Płocku, a także realizowane działania pod kątem produkcji zielonego wodoru.

Wzmocnienie sieci sprzedaży detalicznej oraz rozbudowa segmentu pozapaliwowego

Strategia ORLEN2030 zakłada dynamiczny rozwój segmentu detalicznego, oparty o rozbudowę sieci sprzedaży i znaczące poszerzenie oferty. Do 2030 roku w Europie Środkowej pod polską marką ORLEN będzie działać co najmniej 3,5 tysiąca stacji. Rozwój sieci Grupy ORLEN będzie mieć miejsce przede wszystkim za granicą – udział stacji zagranicznych w całej sieci wzrośnie z 37% do 45%. Koncern będzie zwiększać dostępność paliw alternatywnych, między innymi poprzez budowę minimum 1000 szybkich ładowarek elektrycznych oraz rozwój sprzedaży paliwa wodorowego i LNG/CNG. Grupa ORLEN będzie konsekwentnie pozyskiwać nowe grupy klientów, dzięki szerokiej, zintegrowanej ofercie pozapaliwowej. Na bazie sieci Ruch, Koncern rozwinie formaty sklepowo-gastronomiczne poza stacjami paliw, rozbuduje własną sieć punktów odbioru paczek i ofertę e-commerce. Integracja z Grupą Energa pozwoli na budowę centrów kompleksowej obsługi klientów detalicznych i biznesowych w obszarze sprzedaży paliw i energii elektrycznej oraz rozwiązań z zakresu energetyki rozproszonej. Realizacja działań zapisanych w strategii ORLEN2030 pozwoli na zwiększenie masy marży pozapaliwowej o 50% w stosunku do 2019 roku.

Nowy model zarządzania Grupą i znaczące inwestycje w B+R

Realizacja celów strategii ORLEN2030 będzie wymagała transformacji wewnątrz organizacji. Kluczowym obszarem będą badania i rozwój oraz innowacje, na które Koncern w ciągu dekady przeznaczy łącznie ok. 3 mld zł, czyli około 3% wszystkich nakładów inwestycyjnych. Środki te zostaną przeznaczone m.in. na rozwój funduszu Corporate Venture Capital oraz działalność Centrum Badawczo-Rozwojowego Grupy ORLEN. Istotnym elementem zmiany będzie proces cyfryzacji, wspierający podniesienie efektywności produkcji i dystrybucji, ograniczenie śladu środowiskowego oraz budowę relacji z klientami. Grupa ORLEN wdroży nowy model zarządzania, dostosowany do skali działania i uwzględniający prowadzone procesy akwizycyjne. ORLEN2030 będzie organizacją opartą na wiedzy i wszechstronnych kompetencjach, inwestującą w rozwój talentów i kapitału ludzkiego.

Rozwój Grupy ORLEN przy utrzymaniu stabilnych fundamentów finansowych

Strategia ORLEN2030 to również stabilne fundamenty finansowe prowadzonej działalności. Budowa wartości Grupy ORLEN będzie oparta o rentowne inwestycje, zrównoważone źródła finansowania i stabilny bilans. Koncern planuje utrzymanie wskaźnika dług netto/EBITDA na poziomie nie wyższym niż 2,5x, dostosowując plany inwestycyjne do bieżących możliwości finansowania. Źródła finansowania będą zbilansowane dzięki uzupełnieniu bieżących przepływów finansowych dodatkową pojemnością dłużną. Grupa ORLEN będzie wykorzystywać również alternatywne źródła finansowania, takie jak project finance, finansowanie unijne związane z innowacjami i transformacją energetyczną oraz współfinansowanie wybranych projektów przez partnerów zewnętrznych. Inwestycje bezpośrednio wpisujące się w cel neutralności emisyjnej będą współfinasowane m.in. poprzez obligacje zrównoważonego rozwoju i zielone obligacje emitowane na europejskim rynku kapitałowym.

OZE w sektorze MŚP. 87 proc. firm rezygnuje z OZE przez koszty inwestycji

Na rozwój odnawialnych źródeł energii w segmencie MŚP największy wpływ ma koszt zielonej inwestycji. Jego znaczenie jest jednak coraz mniejsze wraz ze wzrostem wielkości przedsiębiorstwa, na rzecz możliwej do wyprodukowania energii – wynika z raportu EFL „Zielona energia w MŚP. Pod lupą”. To właśnie wysokie koszty początkowe instalacji, w opinii 87 proc. mikro, małych i średnich firm, najbardziej hamują ich decyzje o inwestycji w OZE. 8 na 10 przedsiębiorców do wejścia na „zieloną drogę” zniechęca zbyt długi okres zwrotu, a ponad połowę brak lub niska kwota dofinansowania.

– Największy wpływ na decyzję o inwestycji w instalację energii odnawialnej ma cena początkowa. Możliwa do wyprodukowania ilość energii schodzi na dalszy plan. Jednak im większa firma i tym samym większe zapotrzebowanie na prąd, tym mniejsze znaczenie ma koszt, a większe – ilość zielonej energii, jaką można dzięki danej instalacji wyprodukować. Dla 94 proc. mikrofirm ten czynnik ma bardzo mały wpływ, podczas gdy dla ponad połowy średnich – umiarkowany. Trwająca pandemia może jednak sporo namieszać i na tym rynku. Wiele firm wstrzyma się z dodatkowymi inwestycjami, w tym z OZE, które w piramidzie podstaw nie zajmują miejsca w czołówce i są ujmowane jako dodatkowy koszt. Tymczasem należy wziąć pod uwagę, że fotowoltaika to inwestycja, która zwróci się w przyszłości i przyniesie znaczne oszczędności. A wskazywany koszt początkowy instalacji można znacznie zmniejszyć korzystając ze wsparcia finansowego, które przygotowaliśmy w EFL – powiedział Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL S.A.

Zielone hamulce

W najnowszym raporcie „Zielona energia w MŚP. Pod lupą” EFL zidentyfikował trzy największe bariery hamujące decyzje przedsiębiorców o inwestycjach w OZE. W opinii 87 proc. zapytanych są to zbyt wysokie koszty początkowe, 79 proc. – długi okres zwrotu z inwestycji, a ponad połowę firm (56 proc.) hamuje zbyt niska kwota lub brak dofinansowania. Mikrofirmy zdecydowanie częściej niż pozostali badani wskazują, że wydatki na energię stanowią zbyt małą część kosztów, aby inwestować w OZE. Natomiast wraz ze wzrostem wielkości firmy przedsiębiorcy częściej wskazywali na skomplikowane procedury i regulacje prawne oraz brak wiedzy i miejsca do zamontowania instalacji energii odnawialnej.

bariery inwestycji w oze

Zielone motywatory

Pieniądze z jednej strony hamują przechodzenie MŚP na zieloną energię, z drugiej, mogą przyczynić się do przyspieszenia tego procesu. TOP3 czynników, które przekonałyby firmy do decyzji o własnych instalacjach OZE, stanowią zachęty finansowe. 7 na 10 przedsiębiorców oczekuje łatwiejszego dostępu do finansowania, 6 na 10 – tańszych technologii, a blisko połowa – wyższych dopłat. Najmniejsze przedsiębiorstwa najczęściej wskazywały na łatwiejszy dostęp do finansowania, natomiast wraz z wielkością firmy rośnie rola wsparcia w finansowaniu inwestycji.

zachęty inwestycji w oze– Z perspektywy przedsiębiorcy, który dzięki fotowoltaice może częściowo zrezygnować z coraz droższej energii z sieci, energetyka słoneczna jest już konkurencyjnym rozwiązaniem. Nawet teraz, kiedy ekoświadomość w Polsce nie jest jeszcze w pełni powszechna. Odnawialne źródła energii są konkurencyjne cenowo w stosunku do energii konwencjonalnej, pochodzącej w Polsce w 75% z węgla. Można się zatem spodziewać istotnego przyrostu mocy w fotowoltaice. Przyczyna jest prosta – chodzi nie tyle o ekologię, chociaż ona też jest ważna, co o oszczędności, które dzięki OZE przedsiębiorcy mogą osiągać – zwraca uwagę Marcin Ścigan, aktualnie zastępca dyrektora departamentu ds. OZE w Ministerstwie Klimatu, a poprzednio kierownik ds. OZE z Forum Energii.

Zapraszamy do zapoznania się z pełnym raportem EFL „Zielona energia w MŚP. Pod lupą”: https://media.efl.pl/reports/16870.

Z czym może się wiązać utrata środków unijnych?

W odniesieniu do ostatnich wydarzeń w Brukseli Polacy zastanawiają się, z czym wiązałaby się utrata środków Unijnych. Ekonomiści podkreślają, że jest to trudny i skomplikowany temat. Nie ma jednoznacznych odpowiedzi na pytanie, z jaką stratą finansową wiązałoby się wyjście z Unii lub stracenie dostępu do jej funduszy. Udział w finansach UE jest bowiem dwustronny. Około 1% naszego PKB stanowi składka, którą przekazujemy do unijnego funduszu – zaś środki otrzymywane z tego funduszu stanowią 3% PKB.

– W sytuacji, w której pojawi się pretekst, żeby te fundusze uciąć – nasza sytuacja będzie dosyć niekorzystna. Jest to istotna kwota, którą dostajemy z Unii. Natomiast z drugiej strony nie możemy sytuacji demonizować. Nie jest tak, że jeżeli nagle zabraknie funduszy unijnych, w Polsce nie zostanie kamień na kamieniu – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Dla całej gospodarki to jest sporo, ale to nie jest nic dominującego. My – jako obywatele, administracja i przedsiębiorcy – inwestujemy sami wielokrotnie więcej, niż dostajemy z funduszy unijnych. Należy pamiętać, że unijne strumienie przepływów to nie jest tylko nasza składka i środki, które dostajemy. To są także bardzo duże strumienie środków, które opłacają administrację. Jeżeli nie mielibyśmy tego elementu unijnego i sami, jako obywatele, zabezpieczylibyśmy sumę na finansowanie inwestycji – te wydatki na administrację pozostałyby jako strumień dochodów u nas na rynku – wskazuje Soroczyński.

Krok do tyłu na rozbieg

Na finiszu miesiąca przeważa awersja do ryzyka, która bierze się że skupienia uwagi inwestorów na drugorzędnych czynnikach ryzyka, kiedy przycichły pierwszoplanowe tematy. Szczepionkowy rajd ryzyka ma potencjał, by być kontynuowany w kolejnych tygodniach i miesiącach, nawet jeśli dziś przyjdzie dzień korekty.

Po imponującym listopadzie, kiedy globalny rynek akcji zyskał ok. 13 proc., nie trudno o dyskusję o wykupieniu rynku i potrzebie oczyszczającej korekty. Zagubienie kierunku i niezdecydowanie z ubiegłego tygodnia stworzyło próżnię, którą mogą zapełnić drugorzędne czynniki ryzyka. Takimi są np. spór OPEC+ w sprawie odroczenia planowanego na styczeń przywrócenia wydobycia oraz wpisanie na czarną listę przez USA 89 chińskich firm, które posądza się powiązania z chińskim wojskiem. W pierwszym przypadku, rozmowy OPEC+ trwają i większość państw (w tym najważniejsze Arabia Saudyjska i Rosja) chcą utrzymać dotychczasowe limity wydobycia. Inaczej od przyszłego roku doszłoby do nagłego skoku podaży surowca, co by zaprzepaściło ostatnie odbicie cen. Ale niektóre kraje chcą mieć większy udział w odbudowie globalnego popytu na paliwa, stąd po weekendzie brak szybkiej zgody. Ropa brent traci dziś ponad 2 proc., ale trwające do wtorku negocjacje powinny zakończyć się sukcesem, co stworzy okazję do pozytywnego odreagowania.

Temat chińskich firm wygląda na ostatnią szarżę administracji Trumpa, by przypomnieć o twardym stanowisku prezydenta względem Chin. Choć rodzi to wątpliwości, że przed styczniową inaguracją Bidena Trump może jeszcze „namieszać” w stosunkach handlowych, rynki powstrzymują się od dyskontowania trwałości ewentualnych decyzji, które mogą zostać odwrócone przez przyszłą administrację. Jakkolwiek Joe Biden nie zrezygnuje całkowicie z sankcjonowania Chin, cokolwiek mogłoby zaszkodzić globalnemu handlowi nie wpisuje się w główny nurt polityki prezydenta-elekta.

Zatem dzisiejsze pogorszenie nastrojów powinno być przejściowe. W szerszym ujęciu pozostajemy na trajektorii umacniania się aktywów ryzykownych w krótkim i średnim terminie. Optymizm związany z opracowaniem i dystrybucją szczepionek przeciwko COVID-19 nie słabnie. W najbliższych tygodniach leki powinny zyskać akceptacje urzędów kontroli w USA i Europie. W porównaniu do sytuacji sprzed miesiąca istotnie zmalało ryzyko polityczne w USA, co pomaga w odbiciu Wall Street. Globalna druga fala zachorowań mija punkt kulminacyjny dzięki stanowczej reakcji władz. To solidne postawy dla powrotu apetytu na ryzyko i zaprzęgnięcia do pracy kapitałów inwestycyjnych, które od miesięcy czekały z boku.

EUR/PLN zaczyna tydzień na względnie wysokich poziomach powyżej 4,48. W piątek brakowało typowego dla ostatnich dni popytu na złotego ze strony inwestorów z USA i nie doszło do odreagowania przedpołudniowej słabości. Prawdopodobnie przepływy związane z rozliczeniami na koniec miesiąca także stały za osłabieniem złotego. Oczekujemy, że nastroje globalne pozostaną głównym determinantem zmienności złotego z rosnącymi szansami na spadek EUR/PLN poniżej 4,46, jak tylko minie przejściowa presja związana z rozliczeniami na koniec miesiąca.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nierzetelne działania e-sklepów nie tylko w Cyber Monday

Przed Black Friday, Cyber Monday czy Dniem Darmowej Dostawy e-sklepy kuszą internautów promocjami. Jednak wyniki badania Rzetelnej Firmy pokazują, że aż 70 proc. konsumentów podchodzi do nich sceptycznie. Klienci są wyczuleni na sztuczki sprzedawców, zwracają natomiast uwagę na rzetelność e-sklepów. Blisko co trzeci konsument doświadczył przypadku nierzetelności ze strony internetowych sprzedawców. Mimo to, prawie połowa badanych deklaruje, że będzie robić świąteczne zakupy właśnie przez Internet.

Polacy coraz częściej robią zakupy online. A amerykański czarny piątek i cybernetyczny poniedziałek na dobre przyjęły się w rodzimym kalendarzu wyprzedaży. W szale zakupów warto zachować zdrowy rozsądek. Zwłaszcza że, jak przyznało 31% kupujących w sieci, nierzetelność sklepów internetowych nadal jest powszechna.

– Dla niemal 99 proc. badanych duże znaczenie ma wiarygodność sklepu internetowego. Najważniejsze są wiarygodne opinie (97,7 proc.). Popularnym sposobem weryfikacji jest ich lektura w takich serwisach jak Opineo czy Ceneo, a także na Allegro. Warto też sprawdzić, czy e-sklep nie jest zadłużony. Kupowanie w takim sklepie może być ryzykowne. Certyfikat Rzetelności jest potwierdzeniem, że dany e-sklep nie jest dłużnikiem notowanym w KRD i można bezpiecznie robić tam zakupy. 17 proc. respondentów zwraca uwagę właśnie na certyfikaty rzetelności i kodeksy etyczne e-sklepu. Kupujący zwracają także uwagę, czy dany e-sklep jest znany (54 proc.), czy jego strona internetowa zawiera komplet informacji kontaktowych (49 proc.) i jak długo działa na rynku (43 proc.). Blisko co trzeci klient e-sklepu przyznaje, że doświadczył nierzetelnego działania ze strony sprzedającego. Widać więc, że świadomość wśród klientów odnośnie rzetelności takich sklepów jest coraz większa  – mówi Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Grzeszki i grzechy e-sklepów

Niezadowolenie z zakupionej rzeczy to największy problem klienta. Ci, którzy spotkali się z nierzetelnością e-sklepów, wymieniają ich najczęstsze grzechy. Należą do nich: nieterminowość (30%), zła jakość produktu (29%) czy niezgodność produktu z opisem (28%). 15% ankietowanych doświadczyło także oszustwa. Co szósty badany przyznaje, że opłacone zamówienie w ogóle nie dotarło do kupującego.

Klientom sklepów internetowych zdarzyło się też, że trafili na niekompetentną obsługę (12%), sklep utrudniał zwrot towaru, jego wymianę czy reklamację (12%). Prawie 12% ankietowanych otrzymało wybrakowany produkt.

Warto pamiętać, że kupujący przez Internet lub telefonicznie ma możliwość rezygnacji z wybranego towaru lub usługi. Jeśli umowa została zawarta poza siedzibą firmy, a w przypadku zakupów internetowych tak właśnie się dzieje, można złożyć oświadczenie o rezygnacji z zakupu do 14 dni. Po złożeniu takiego oświadczenia kupujący zyskuje kolejne 14 dni na odesłanie towaru. Co ważne, towar kupiony w sieci można zwrócić w ciągu 14 dni od daty jego odbioru. Jeśli sprzedający nie poinformuje kupującego o możliwości odstąpienia od umowy, termin ten wydłuża się do roku – dodaje Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Obawy i konsekwencje

Wśród osób kupujących przez Internet są i takie, które mają pewne obawy. Najwięcej, bo 54% boi się wycieku danych osobowych. Połowa z nich martwi się, że zapłaci za towar, ale go nie otrzyma. 41% obawia się, że sklep, w którym kupuje, jest fikcyjny. 32% zastanawia się, czy otrzyma produkt nieuszkodzony i zgodny z opisem. Niepokój wzbudza także zwrot towaru, jego wymiana czy reklamacja (27%), problemy z bezpieczeństwem płatności (22,7%), obawa o to, że towar nie dotrze na czas (14%) lub będzie złej jakości (9%).

Nieetyczne działania sklepów internetowych mają swoje konsekwencje w postaci zdenerwowania klienta (64%) i straty czasu (51%). 35% kupujących przyznaje, że musiało odesłać produkt, często na własny koszt. Co trzeci oszukany przez sklep internetowy poniósł straty finansowe. Zaledwie 7% pokrzywdzonych przez nieuczciwych sprzedawców zdecydowało się zgłosić przestępstwo na policję, a niecałe 7% przekazało sprawę do rzecznika praw konsumenta.

E-sklepy odrobiły zadanie domowe

Jak wynika z podobnego badania Rzetelnej Firmy, przeprowadzonego w 2015 roku, na skutek nierzetelnego zachowania sklepu internetowego, 43% kupujących zaczęło częściej weryfikować wiarygodność sprzedawców. Co czwarty badany przestał kupować w sklepie, na którym się zawiódł, a 10% przez pewien czas w ogóle nie robiło zakupów online.

Wydaje się, że dzisiaj e-sklepy odrobiły lekcję, klienci zwracają dużą uwagę na ich wiarygodność, więc sprzedawcy dbają o swoją reputację. Wygląda na to, że z powodu pandemii częściej będziemy robić zakupy w sieci i większość sprzedawców jest tego świadoma.

Ogólnopolskie badanie IMAS International było przeprowadzone w październiku 2020 r. na grupie 1016 osób w wieku 16-74 lata robiących zakupy w Internecie.

Znaczny spadek liczby kredytów udzielanych mikroprzedsiębiorcom

W październiku 2020 r., w porównaniu do października 2019 r., banki udzieliły dużo mniej kredytów mikroprzedsiębiorcom zarówno w ujęciu liczbowym (-34,7%), jak i wartościowym (-21,9%).

Sprzedaż kredytów dla mikroprzedsiębiorców według produktów kredytowych

W ujęciu liczbowym banki przyznały o (-41,5%) mniej kredytów w rachunku bieżącym, o (-29,0%) mniej kredytów obrotowych oraz o (-25,8%) inwestycyjnych. Spadła także wartość udzielonych w październiku 2020 r. kredytów inwestycyjnych o (-32,5%), obrotowych (-21,0%) oraz kredytów w rachunku bieżącym (-12,8%).

W dziesięciu miesiącach 2020 r. banki udzieliły łącznie 109,3 tys. kredytów mikroprzedsiębiorcom (-32,2%) na łączną kwotę 14,346 mld zł (-27,9%), w tym: 7,7 tys. kredytów inwestycyjnych (-27,4%) na kwotę 2,354 mld zł (-37,3%), 38,4 tys. kredytów obrotowych (-30,0%) na kwotę 6,146 mld zł (-23,2%) oraz 29,6 tys. (-35,3%) kredytów w rachunku bieżącym na kwotę 3,803 mld zł (-24,6%).

Jakość portfeli kredytów dla mikroprzedsiębiorców według produktów kredytowych

Październikowy odczyt Indeksu jakości kredytów mikroprzedsiębiorców wyniósł 3,83% w ujęciu wartościowym. Produktowe Indeksy jakości w październiku kształtowały się w ujęciu wartościowym – kredyty inwestycyjne 1,45%, kredyty obrotowe 7,62% oraz kredyty w rachunku bieżącym 3,26%. W październiku 2020 r. w porównaniu do września 2020 r. poprawił się (spadł) ogólny indeks jakości (-0,34). Również indeks polepszył się (spadł) w okresie 12 miesięcy o (-1,79).

Obecnie pozytywnym zjawiskiem jest jego polepszenie pomimo niekorzystnego stałego trendu pogarszania się od czterech lat. Osiągnął on w październiku najniższą (najlepszą) wartość od 2016 r. Źródłem polepszenia są dwa czynniki: tarcze finansowe pozwalające zachować płynność finansową w obliczu spadku sprzedaży oraz korzystanie z wakacji kredytowych. Zmiana wartości Indeksu w okresie 12 miesięcy jest jednak zróżnicowana co do wartości. Najwyższe polepszenie o (-3,02) wystąpiło w przypadku kredytów obrotowych oraz inwestycyjnych (-2,03). Najniższe w przypadku kredytów w rachunku bieżącym (-0,52).

Sprzedaż kredytów dla mikroprzedsiębiorców według sektorów

Na 10,9 tys. kredytów udzielonych mikroprzedsiębiorcom w październiku br., 5,1 tys. zaciągnęły firmy usługowe (47%) i 2,9 tys. handlowe (27%). Łącznie więc 73% udzielonych w październiku kredytów przypada na te dwa sektory. Z łącznej kwoty 1,560 mld zł, banki udzieliły 672 mln zł (43,1%) kredytów firmom z sektora usług oraz 427 mln zł (27,4%) mikroprzedsiębiorcom prowadzącym działalność handlową. Finansowanie tych dwóch sektorów to 70,5% łącznej wartości udzielonych kredytów w październiku 2020 r.
W okresie styczeń – październik 2020 r. najwyższe spadki liczby udzielonych kredytów dotyczyły finansowania usług (-34,1%). W przypadku produkcji spadek wyniósł (-33,3%), a handlu (-32,1%). W ujęciu wartościowym w okresie pierwszych dziesięciu miesięcy 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. najwyższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów mikroprzedsiębiorców z sektora produkcyjnego (-30,6%) oraz usług (-30,4%). W październiku w stosunku do września (m/m) wzrost w ujęciu liczbowym, i to niewielki (+1,9%), odnotowaliśmy jedynie w handlu. W ujęciu wartościowym wzrosty dotyczyły kredytów udzielanych firmom już z dwóch sektorów: handlu (+8,0%) oraz usług (+5,1%).

Jakość portfeli kredytów dla mikroprzedsiębiorców według branż

Według odczytów Indeksu Jakości najgorzej (najwyższy poziom wskaźnika) w październiku 2020 r. spłacane były kredyty przez firmy handlowe – w październiku wartość indeksu wyniosła 4,26%. Wartość Indeksu dla wszystkich branż jest najniższa w okresie ostatnich pięciu lat (od 2016 r.).

W okresie ostatnich 12 miesięcy Indeks polepszył się (spadł) dla wszystkich czterech branż, najwięcej w usługach o (-2,31). Najlepszy (najniższy) odczyt w październiku odnotował Indeks Jakości firm z sektora budowlanego i wynosił on tylko 2,67%.

Opodatkowanie najmu: rząd pomoże firmom?

Opodatkowanie najmu to dość skomplikowana kwestia – m.in. ze względu na niejasny podział działalności prywatnej i firmowej. Rząd zamierza wprowadzić zmiany.

Niedawno na portalu NieruchomosciSzybko.pl ukazał się artykuł dotyczący zasad opodatkowania prywatnego oraz firmowego wynajmu. Wspomniany tekst nie dostarcza jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy najem więcej niż jednego mieszkania zawsze trzeba rozliczać w ramach działalności gospodarczej. Trudno się temu dziwić, bo stanowisko organów podatkowych w praktyce bywa dość uznaniowe. Nie tylko interpretacje podatkowe fiskusa są rozbieżne. Ten sam problem dotyczy również orzecznictwa sądów administracyjnych. W ramach odpowiedzi, rząd zamierza wprowadzić pewną zmianę, która ma sprawić, że opodatkowanie najmu będzie nieco prostszą kwestią dla właścicieli mieszkań i domów. Wbrew pozorom, nie chodzi jednak o precyzyjne rozgraniczenie pomiędzy najmem prywatnym oraz najmem firmowym.

Nasz artykuł w bardzo dużym skrócie:

  1. Rząd chce umożliwić rozliczanie firmowego najmu nieruchomości w ramach ryczałtu (8,50%/12,50%).
  2. Taka zmiana zmniejszy liczbę wątpliwych sytuacji związanych z rozróżnieniem pomiędzy najmem prywatnym i firmowym.
  3. Nie wszystkim przedsiębiorcom będzie się jednak opłacało rozliczenie ryczałtowe.
    Poniżej dowiesz się więcej o tym, dlaczego niektóre firmy nie skorzystają na nowym ryczałcie.

Teraz część wynajmujących woli zaryzykować

Nowe przepisy, które niedawno już zaakceptował Sejm mają sprawić, że opodatkowanie najmu w ramach prywatnej działalności będzie mniej atrakcyjne (względem wynajmu firmowego). Chodzi przede wszystkim o właścicieli więcej niż jednej nieruchomości, którzy obecnie zastanawiają się nad prywatnym lub firmowym rozliczeniem. Opodatkowanie najmu bez rejestracji firmy jest bardziej ryzykowne dla takich osób ze względu na możliwość zastrzeżeń fiskusa, ale jednocześnie zapewnia możliwość rozliczenia podatkowego z wykorzystaniem stawki ryczałtowej. „Po zmianach z początku 2018 roku, taka forma opodatkowania cechuje się dwoma stawkami: 8,50% (dla sumy przychodów do 100 000 zł) oraz 12,50% (dla nadwyżki ponad 100 000 zł rocznie)” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Warto wspomnieć, że podany limit na poziomie 100 000 zł/rok obejmuje obydwoje małżonków. Co ważne, stutysięczny limit nie dotyczy jednak przychodów z najmu, dzierżawy i innych umów o podobnym charakterze, związanych z dzierżawą gospodarstwa rolnego lub jego składników na cele rolnicze. Do wspomnianego limitu są kwalifikowane natomiast przychody wynikające z najmu, podnajmu, dzierżawy oraz poddzierżawy zarówno mieszkań i domów, jak i pozostałych nieruchomości. „Trzeba o tym pamiętać, bo ryczałtowe opodatkowanie najmu prywatnego zwykle kojarzy się tylko z nieruchomościami mieszkaniowymi” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Zniknie zachęta do prywatnego wynajmowania

Uchwalona niedawno przez Sejm ustawa z dnia 28 października 2020 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne oraz niektórych innych ustaw likwiduje zachętę podatkową związaną z zarezerwowaniem ryczałtowego rozliczenia tylko dla osób wybierających prywatny najem. Zgodnie ze wspomnianą ustawą, świadczenie usług wynajmu i obsługi nieruchomości własnych lub dzierżawionych (PKWiU 68.20.1) od 1 stycznia 2021 r. będzie mogło podlegać opodatkowaniu stawką ryczałtową na poziomie 8,50% przychodów (do 100 000 zł rocznie) oraz 12,50% przychodów (powyżej 100 000 zł/rok). „Warto dodać, że identyczne stawki podatku ryczałtowego będą dotyczyły także świadczenia usług związanych z zakwaterowaniem (PKWiU dział 55) oraz przychodów z najmu, podnajmu, dzierżawy, poddzierżawy oraz z innych umów o podobnym charakterze dotyczących składników majątku związanych z działalnością gospodarczą” – wymienia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Nie każda firma skorzysta z nowych przepisów

Generalnie rzecz biorąc, ryczałtowe opodatkowanie najmu domów i mieszkań na podobnych zasadach dla prywatnych wynajmujących oraz przedsiębiorców jest dobrą wiadomością. Opisywana modyfikacja przepisów zwiększa bowiem podatkowe pole manewru dla osób, które zarejestrowały działalność gospodarczą. Co więcej, od 2021 roku prawdopodobnie zmniejszy się liczba kłopotliwych przypadków, w których urząd skarbowy lub sąd administracyjny będzie musiał rozstrzygać, czy najem dwóch lokali stanowi działalność gospodarczą o charakterze zaplanowanym, ciągłym i zorientowanym na zysk. „Równocześnie trzeba jednak pamiętać, że z nowej oferty podatkowej nie będzie chciało skorzystać wielu przedsiębiorców działających w branży najmu nieruchomości. Wynika to z kwestii, które opisaliśmy poniżej” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Przede wszystkim, stawka ryczałtowa na poziomie 12,50% dla przychodów powyżej 100 000 zł rocznie jest o wiele mniej korzystna od liniowej stawki 8,50%, która w całym zakresie obowiązywała przed 2018 rokiem. Właśnie dlatego wielu wynajmujących przedsiębiorców będzie musiało sprawdzić, czy podatek wynoszący 8,50%/12,50% przychodów będzie dla nich rzeczywiście bardziej korzystny niż często wykorzystywana stawka dochodowa 17,00% lub 19,00% uwzględniająca również wydatki oraz amortyzację nieruchomości. „Ryczałtowe opodatkowanie najmu firmowego mieszkań może być dobrą opcją dla przedsiębiorców, którzy z różnych przyczyn mają niskie koszty podatkowe” – zwraca uwagę Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Warto też pamiętać o jeszcze jednym aspekcie. Mowa o dodatkowych formalnościach powiązanych z rejestracją i prowadzeniem firmy. Mogą one sprawić, że osoby, które są pewne swojego statusu jako prywatnego wynajmującego (np. w związku z najmem jednego mieszkania), po prostu nie będą rejestrować działalności gospodarczej. „Takim wynajmującym nie opłaci się zmiana statusu najmu na firmowy, skoro ryczałtowe opodatkowanie wynajmu w ramach działalności gospodarczej nie będzie dla nich korzystniejsze” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Przez pandemię do lekarzy trafia więcej pacjentów z zaawansowanym rakiem prostaty. Wcześniejsza diagnoza pozwala na skuteczne leczenie m.in. za pomocą robota da Vinci

Rak prostaty jest najczęstszym nowotworem złośliwym wśród mężczyzn, ale wielu z nich przed zgłoszeniem się do lekarza powstrzymuje wstyd i strach. Pandemia wpłynęła na dodatkowe opóźnienia w diagnostyce tego nowotworu – podkreślają urolodzy. Tymczasem wykrycie raka prostaty w początkowym stadium daje dużą szansę na całkowite wyleczenie i pozwala zastosować u pacjenta nowoczesne, mniej inwazyjne metody, takie jak operacje robotyczne. Zabiegi w asyście robota chirurgicznego da Vinci są bardziej precyzyjne i w większości przypadków pozwalają pacjentom na powrót do normalnego funkcjonowania, ograniczając liczbę komplikacji.

– Diagnostyka raka prostaty w dobie pandemii koronawirusa znacznie się pogorszyła, dlatego że utrudnił się dostęp do lekarzy, przede wszystkim do lekarzy tzw. ambulatoryjnych, działających w ramach poradni, którzy zwykle wykonywali dużo badań przesiewowych, biopsji. Jeszcze rok temu było to niewyobrażalne, że pacjenci w takim stadium zaawansowania trafiają do ośrodka wysokospecjalistycznego – a aktualnie panowie, których poziom PSA oscyluje wokół kilkuset, jeszcze nie mają wykonanych żadnych innych badań i dopiero dowiadują się o tym, czym jest prostata. To jest duży problem, który, miejmy nadzieję, niedługo będziemy mieli za sobą – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Paweł Salwa, urolog, kierownik Oddziału Urologii Szpitala Medicover w Warszawie.

Każdego roku diagnozuje się około 15 tys. przypadków raka prostaty, a codziennie z jego powodu umiera w Polsce około 10 mężczyzn. Ryzyko zachorowania rośnie wraz z wiekiem – szacuje się, że w grupie wiekowej 75+ aż 80 do 90 proc. mężczyzn jest dotkniętych tą chorobą. Często rozwija się ona w ukryciu i przez długi czas przebiega bezobjawowo, a wstyd oraz strach przed leczeniem i dolegliwościami wciąż powstrzymują wielu pacjentów przed zgłoszeniem się do lekarza. Wczesna diagnoza i wykrycie nowotworu prostaty w początkowym stadium, kiedy obejmuje on tylko gruczoł krokowy, daje jednak dużą szansę na całkowite wyleczenie.

– Jeżeli chodzi o nowoczesne metody diagnozowania raka prostaty, to kluczowe miejsce zajmuje rezonans magnetyczny, który jest stosowany po to, żeby następnie móc wykonać biopsję tzw. fuzyjną i celowaną. Obrazy uzyskane z rezonansu wgrywamy do dużej maszyny dedykowanej do pobierania celowanych, precyzyjnych biopsji i na podstawie diagnozy spod mikroskopu, której dokonuje histopatolog, możemy określić, czy dany pacjent wymaga leczenia oraz jakiego – tłumaczy dr Paweł Salwa.

Wczesna diagnostyka i wykrycie raka prostaty w początkowej fazie są ważne również dlatego, że pozwalają na zastosowanie u pacjenta nowoczesnych i mniej inwazyjnych metod leczenia.

– Rak prostaty jest najczęstszym nowotworem złośliwym u mężczyzn, przez co wykonuje się bardzo dużo badań naukowych i bardzo duże nakłady inwestowane są po to, żeby stworzyć i unowocześnić metody jego leczenia. Aktualnie najbardziej nowoczesną, skuteczną i technologicznie zaawansowaną metodą jest usuwanie raka prostaty w asyście robota da Vinci przez doświadczonego operatora, czyli takiego, który wykonał co najmniej 500–1000 tego rodzaju operacji – podkreśla kierownik Oddziału Urologii Szpitala Medicover w Warszawie.

Roboty da Vinci są obecnie wykorzystywane w wielu dziedzinach chirurgii, zwłaszcza w ginekologii, kardiochirurgii i właśnie urologii. Pozwalają na bardzo precyzyjne wykonywanie zabiegów chirurgicznych także w trudno dostępnych rejonach ciała pacjenta. Robot składa się z czterech ramion, z których jedno zawiaduje pracą kamery endoskopowej, a trzy pozostałe są wyposażone w narzędzia chirurgiczne i funkcję tzw. sztucznego nadgarstka, imitującą ruchy ludzkiej ręki. Robot jest obsługiwany z poziomu konsoli chirurgicznej, która umożliwia manewrowanie ramionami oraz podgląd operowanego fragmentu ciała w technologii 3D i rozdzielczości HD. Konsolę obsługuje operator – lekarz, który wcześniej musi przejść kilkunastomiesięczne szkolenie.

Radykalna prostatektomia (usunięcie gruczołu krokowego poprzez powłoki brzuszne) wykonywana przez robota da Vinci jest uznawana za najnowocześniejszą i najbardziej zaawansowaną technologicznie metodę leczenia raka prostaty. Taki zabieg jest nawet 10-krotnie bardziej precyzyjny, co ułatwia całkowite usunięcie nowotworu. Jest on przeprowadzany w znieczuleniu ogólnym i polega na wykonaniu kilku około 1,5-centymetrowych otworów na skórze brzucha, przez które do ciała pacjenta wprowadzane są ramiona robota. Co istotne, taki zabieg przeprowadzany w asyście robota eliminuje np. zmęczenie osoby wykonującej operację, zmniejsza liczbę komplikacji i jest przy tym mniej obciążający dla organizmu pacjenta, który traci mniej krwi.

– Dzięki zastosowaniu robotów w urologii udało się nie tylko zwiększyć skuteczność leczenia onkologicznego, ale przede wszystkim poprawić jakość życia pacjentów po operacji. Chodzi o tzw. wynik funkcjonalny, czyli to, jak pacjent będzie oddawał mocz, jakie będzie trzymanie tego moczu, żeby nie musiał korzystać z wkładek, pieluch, tego typu pomocy, oraz żeby zachował erekcję, czyli możliwość satysfakcjonującego życia seksualnego. I w tych dziedzinach zastosowanie robota przez doświadczonego operatora daje ogromne przewagi w stosunku do starszych metod – przekonuje dr Paweł Salwa.

Jak podkreśla, urologia jest dziedziną medycyny, która bardzo szybko adaptuje nowe technologie i robotyka znalazła w niej bardzo szerokie zastosowanie. W tej chwili praktycznie każdą operację urologiczną można wykonać w asyście robota da Vinci.

– W naszej praktyce stosujemy roboty przede wszystkim do skomplikowanych operacji onkologicznych, tzn. raka prostaty. Wykonujemy tego typu operacji najwięcej w kraju, więcej niż wszystkie inne ośrodki robotyczne razem wzięte. Jednak robotem można leczyć także raka nerki, pęcherza oraz choroby niezłośliwe. Doświadczony operator jest w stanie w asyście czy za pomocą robota przeprowadzić każdą operację – wskazuje urolog ze Szpitala Medicover w Warszawie.

W Polsce jest tylko kilkanaście szpitali dysponujących tą technologią, w tym warszawski Szpital Medicover, który z wykorzystaniem robota da Vinci przeprowadza zabiegi operacyjne pacjentów we wszystkich stadiach raka prostaty. Urządzenie, którym dysponuje placówka, jest też wyposażone w laser FireFly pomagający wykrywać przerzuty do węzłów chłonnych oraz ocenić ukrwienie brzegów tkanki w zabiegach rekonstrukcyjnych.

– Przyszłością leczenia urologicznego będzie na początek unowocześnienie diagnostyki, aby była ona na jeszcze wcześniejszym etapie jeszcze bardziej precyzyjna, co umożliwi nam zastosowanie metod minimalnie inwazyjnych, takich jak stosowany w Szpitalu Medicover robot da Vinci. Kolejnym krokiem będzie dalsza miniaturyzacja, zastosowanie nanorobotów czy też urządzeń, które w sposób zautomatyzowany będą w stanie wykonywać operacje. Jest to niewątpliwie jeszcze pieśń przyszłości, ale w ciągu kilku dekad pewnie się o tym przekonamy – zapowiada dr Paweł Salwa.

Na koronakryzysie najmocniej ucierpi młode pokolenie dopiero wchodzące na rynek pracy. Rządy już dziś powinny pracować nad planem pomocy

Po kryzysie lat 2007–2008 bezrobocie wzrosło w większości krajów UE, najmocniej na południu Europy. Jednak obecny koronakryzys uderzył w rynek pracy nawet 10 razy mocniej niż poprzedni. W najgorszej sytuacji znalazła się generacja wchodząca dopiero na rynek pracy. Ten fakt będzie rzutował na całe ich życie zawodowe. Dlatego też, zdaniem Andrzeja Kubisiaka z Polskiego Instytutu Ekonomicznego, już teraz powinny powstać programy wsparcia dla młodych.

Zdecydowanie koronawirus i kryzys przez niego wywołany w największym stopniu uderzył w osoby młode. Widać to właściwie w większości krajów rozwiniętych. Dane OECD opisujące te kraje mówią o tym, że wzrost bezrobocia wśród młodych wzrósł w nich z 12 do 18 proc. na przestrzeni okresu pandemicznego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora ds. badań i analiz Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – To nie jest duże zaskoczenie, bo większość branż, które były zamykane w czasie lockdownu, są dosyć mocno nasycone osobami młodymi. Co więcej, młode osoby relatywnie łatwo jest zastępować w organizacjach, bo jeszcze nie mają unikalnych umiejętności czy kompetencji, na których instytucja może się opierać.

Najmocniej dotknięte zostały takie dziedziny jak turystyka, hotelarstwo, gastronomia, rozrywka, usługi fryzjerskie czy kosmetyczne, branża spa.

Jak wylicza OECD, w ciągu trzech pierwszych miesięcy pandemii liczba przepracowanych godzin, o które spadły rynki pracy w kilku wybranych krajach skupionych w tej organizacji, była mniejsza nawet o 15 proc. niż przed lockdownem. W czasie poprzedniego kryzysu sprzed 12 lat były to spadki rzędu 1–2 proc. Natomiast w efekcie kryzysu zadłużenia bezrobocie wzrosło w Portugalii z 3,8 proc. w 2001 roku do 16,2 proc. w 2013 roku, zaś wśród młodych wynosiło 35,4 proc. We Włoszech zwiększyło się z 9,6 proc. do 12,1 proc., ale wśród najmłodszych sięgało 42,7 proc. W Hiszpanii wskaźniki te wynosiły 10,5 proc. w 2001 roku, 26,1 proc. w 2013 roku oraz 53,9 proc. (młodzi w 2013 roku). Nie lepiej było w Grecji, gdzie aż 56,8 proc. absolwentów nie mogło znaleźć pracy przy wskaźniku bezrobocia ogółem na poziomie 27,5 proc. (wzrost także z 10,5 proc. w 2001 roku). Tym razem jednak nie skończy się na krajach południa Europy.

– Jest to specyfika, która wystąpiła w bardzo różnych gospodarkach, np. w Szwecji, która ma dosyć silne zabezpieczenia socjalne, USA, Izraelu, we Francji czy w Polsce. To bardzo zróżnicowane kraje i gospodarki, a wszędzie tam wśród młodych występuje zjawisko bezrobocia oraz dezaktywizacji zawodowej części osób – informuje zastępca dyrektora ds. badań i analiz Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Jest to o tyle niepokojące, że odbudowa rynku pracy po tak silnym kryzysie często zajmuje wiele lat. Szereg badań, które mówią nam o doświadczeniach z kryzysu finansowego, który choć głęboki, to 10 razy słabiej uderzył w rynek pracy niż ten obecny, pokazują, że często młodzi długofalowo wypadają z rynku pracy, bądź ich warunki zatrudnieniowe w długim horyzoncie czasowym są dużo słabsze.

Ekspert dodaje, że nie jest to jedynie chwilowy problem, który może się rozwiązać, gdy gospodarki wrócą do wzrostu sprzed pandemii (a i to ma nastąpić najwcześniej w 2022 roku), ponieważ rozpoczynanie ścieżki kariery w otoczeniu kryzysowym, niemożność otrzymania pracy, godnego wynagrodzenia czy szkoleń już na samym początku może rzucić cień na całą drogę zawodową. Może to także skutkować frustracją młodych osób, a nawet trwałym wykluczeniem z rynku pracy i to w warunkach, gdy społeczeństwa w szybkim tempie się starzeją, a liczba emerytów rośnie. Dlatego zdaniem Andrzeja Kubisiaka zarówno poszczególne kraje, jak i organizacje międzynarodowe już teraz powinny zacząć opracowywać strategie zwalczania tego zjawiska, bo może ono mieć bardzo poważne konsekwencje społeczne w przyszłości.

– Powrót do odpowiednio pracującego i funkcjonującego rynku pracy wymaga jeszcze wielu kwartałów. Prawdopodobnie rok 2022 to będzie czas, kiedy wiele strat po pandemii będziemy w stanie odrobić, ale żeby te prognozy się spełniły, sytuacja epidemiologiczna nie może aż tak bardzo się zaostrzać, żebyśmy wracali np. do kolejnych lockdownów – komentuje.

Wyniki „Badania aktywności ekonomicznej ludności” (BAEL) wskazują na lekką stabilizację na rynku pracy w III kwartale br. GUS podaje, że wprawdzie zaobserwowano znacznie większy wzrost liczby bezrobotnych niż w II kwartale (według BAEL 3,4 proc. versus 3,1 proc.), ale jednocześnie zwiększyła się liczba osób pracujących, a zmniejszyła się liczba osób biernych zawodowo. Świadczy to nie tylko o ożywieniu na rynku pracy, lecz także aktywizacji osób nieposzukujących pracy lub niegotowych do jej podjęcia.

Według BAEL stopa bezrobocia osób w wieku 15–24 lata wynosiła 13 proc. (wobec 3,4 proc. ogółem). Kwartał wcześniej było to 9,5 proc. W grupie wiekowej 25–34 lata wyniosła ona 4,1 proc. Z kolei wskaźnik aktywności zawodowej (pracujący plus bezrobotni) w tych grupach to odpowiednio 32,1 proc. (rok temu było to 36,8 proc.) oraz 85,2 proc.

Osoby aktywne zawodowo stanowiły w III kwartale 2020 roku 56,9 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej. Wskaźnik ten zwiększył się w porównaniu z II kwartałem br., jak też nieznacznie w odniesieniu do III kwartału 2019 roku (odpowiednio o 1,4 pkt proc. oraz 0,2 pkt proc.). Wśród osób bezrobotnych (poprzednio pracujących) 111 tys. osób (26,9 proc.) jako przyczynę zaprzestania ostatnio wykonywanej pracy podało sytuacją spowodowaną pandemią COVID-19 (w poprzednim kwartale było to 83 tys., tj. 20,1 proc.).

Z kolei w zbiorowości biernych zawodowo (liczącej nieco ponad 13 mln osób) 124 tys. osób wskazało, że podana przez nich przyczyna nieposzukiwania pracy miała bezpośredni związek z pandemią COVID-19. Z tego 27 tys. osób jako powód nieposzukiwania pracy podało opiekę nad dzieckiem lub inną osobą wymagającą opieki, a 21 tys. osób było przekonanych, że w związku z sytuacją związaną z pandemią nie znajdą odpowiedniej pracy.

W styczniu ma ruszyć druga tarcza finansowa. PFR skontroluje firmy, które uzyskały pomoc w pierwszej transzy

0

Przedstawione założenia tarczy finansowej 2.0 zakładają, że tym razem wsparcie trafi do przedsiębiorców z 38 branż, które najbardziej ucierpiały na skutek pandemii. PFR przeznaczy na pomoc dla mikro-, małych i średnich firm 10 mld zł. Przewiduje również możliwość umorzenia 100 proc. subwencji dla MŚP z pierwszej tarczy. Pomoc uzyskają również duże przedsiębiorstwa. Od początku pandemii w ramach tarczy finansowej do firm trafiło ponad 60 mld zł. Teraz PFR skontroluje wybranych beneficjentów dotacji.

Zakładamy, że kontrole PFR-u i to, co PFR powinien sprawdzać, można podzielić na kilka etapów. Pierwszy z nich to etap weryfikacyjny złożenia wniosku. Tutaj będzie sprawdzane, czy nastąpił faktyczny spadek obrotów ze sprzedaży, który został zadeklarowany we wniosku o uzyskanie danej subwencji finansowej. Co ważne, będzie to porównywane z deklaracjami VAT-owskimi. Kolejna kwestia, która będzie sprawdzana, to czy podane zatrudnienie jest zgodne z faktycznym zatrudnieniem u danego przedsiębiorcy – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Aleksiejuk, radca prawny, partner zarządzający w Kancelarii Wojarska Aleksiejuk & Wspólnicy.

Jak podkreśla, na tym etapie kontrolerzy będą sprawdzać także to, czy przedsiębiorca nie zalegał na koniec 2019 roku z żadnymi daninami publicznymi, np. składkami na ZUS, podatkiem dochodowym czy solidarnościowym. W ramach weryfikacji kryteriów uprawniających do złożenia wniosku urzędnicy PFR sprawdzą także, czy spółka nie była w tzw. trudnej sytuacji majątkowej, czyli nie było prowadzone wobec niej postępowanie restrukturyzacyjne. Kontrolowany będzie również fakt, czy przedsiębiorstwo w momencie składania wniosku o dofinansowanie spełniało kryterium zaliczenia firmy do sektora MŚP (w trakcie naboru wniosków nastąpiła zmiana definicji statusu MŚP z polskiej na unijną)

Kolejny etap kontroli będzie dotyczył sposobu wykorzystania dofinansowania.

W jaki sposób środki zostały wykorzystane, czy na koszty związane z działalnością gospodarczą, czy na wynagrodzenia pracowników, zakup materiałów, czy też zostały wykorzystane w sposób niezgodny, np. na wypłaty właścicielskie czy inne wydatki, których nie można przyporządkować do kosztów związanych z prowadzoną działalnością gospodarczą – mówi Piotr Aleksiejuk.

Zaznacza, że na ten aspekt przedsiębiorcy powinni zwrócić szczególną uwagę w czasie przygotowań do kontroli PFR.

Firmy powinny także pamiętać o obowiązku złożenia odpowiednich dokumentów do banku, za pośrednictwem którego otrzymały wsparcie PFR. Do 31 grudnia br. beneficjent musi dostarczyć dokumenty potwierdzające, że umowę subwencji finansowej podpisała osoba do tego uprawniona. Bez tego PFR może zobowiązać beneficjenta do zwrotu całości subwencji.

– Wiele kryteriów w aplikacjach o dofinansowanie było przedstawianych w formie oświadczeń. Teraz więc trzeba sprawdzić w dokumentacji z danego okresu, czy dane kryteria zostały spełnione – wyjaśnia radca prawny. – Przewidujemy, że kontrole mogą rozpocząć się jeszcze w tym roku albo na początku następnego, więc kluczowe jest, żeby dopełnić tych obowiązków formalnoprawnych wymaganych przez bank jak najszybciej. W przypadku spółek osobowych należy pamiętać o przedłożeniu zgody odpowiedniego organu na zaciągnięcie zobowiązania, w przypadku przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą w formie indywidualnej chodzi o zgodę współmałżonka, jeśli funkcjonuje ustrój majątkowy, który tego wymaga.

Jak ocenia ekspert, w dobie pandemii kontrole będą raczej przeprowadzane zdalnie. Kontrolerzy PFR będą mogli korzystać ze wsparcia urzędników administracji skarbowej, a także funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Przysługują im uprawnienia wynikające z ustaw, które regulują funkcjonowanie danych organów.

Zdaniem Piotra Aleksiejuka w przypadku stwierdzenia nieprawidłowości w trakcie kontroli możliwe są dwa rodzaje konsekwencji.

– Po pierwsze, jest to zwrot subwencji w trybie natychmiastowym – PFR przewiduje na to 14 dni – oraz odsetek od pozyskanej kwoty. Po drugie, możliwe są sankcje karne związane z tzw. oszustwem dotacyjnym oraz ze składaniem fałszywych deklaracji i oświadczeń. Będą one dotyczyły nieuczciwych przedsiębiorców, którzy składali wnioski o dofinansowanie, a w przypadku spółek prawa handlowego przede wszystkim reprezentanci, którzy o takie dofinansowanie występowali – wymienia partner zarządzający w Kancelarii Wojarska Aleksiejuk & Wspólnicy.

Pompy ciepła coraz popularniejsze w polskich domach. W tym roku padły rekordy sprzedaży takich urządzeń

0

Na koniec ubiegłego roku w polskich domach było zainstalowanych 128 tys. pomp ciepła, które pracowały na potrzeby centralnego ogrzewania i podgrzewania wody. W optymistycznym wariancie ich liczba do 2030 roku może wrosnąć już do prawie 2,1 mln – wynika z szacunków Polskiej Organizacji Rozwoju Technologii Pomp Ciepła. Rozwojowi rynku sprzyjają m.in. rządowy program Czyste Powietrze, wzrost świadomości ekologicznej Polaków, unijne regulacje ukierunkowane na energooszczędne budownictwo i realne korzyści tej technologii, które przekładają się na wymierną oszczędność. W ubiegłym półroczu wzrost sprzedaży takich urządzeń w kilku segmentach rynku pobił wyniki za cały 2019 rok.

– Rynek pomp ciepła jest obecnie w fazie dynamicznego wzrostu. W tym roku przewidujemy dynamikę na poziomie około 100 proc. w segmencie pomp typu powietrze–woda, czyli służących do centralnego wodnego ogrzewania budynków i korzystających z powietrza jako źródła ciepła. To oznacza wzrost sprzedaży do blisko 40 tys. urządzeń. Natomiast w przypadku innych segmentów, droższych pomp ciepła, np. typu solanka–woda, tzw. gruntowych pomp ciepła, wzrost będzie nieznaczny, na poziomie kilku procent – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Lachman, prezes zarządu Polskiej Organizacji Rozwoju Technologii Pomp Ciepła (PORT PC).

2019 rok był już dziewiątym z rzędu, kiedy w Polsce odnotowano duży wzrost sprzedaży takich urządzeń (łącznie 42,8 tys. sztuk, co oznaczało wzrost całego rynku o 37 proc. r/r). W I półroczu 2020 roku cały rynek pomp ciepła w Polsce odnotował wzrost na poziomie ok. 60 proc. w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej. W przypadku pomp ciepła do centralnego ogrzewania ten wzrost wyniósł ok. 80 proc. – wynika z danych PORT PC. Organizacja podaje, że w kilku segmentach tego rynku wyniki sprzedaży za pierwsze półrocze br. zrównały się z wynikami osiągniętymi za cały ubiegły rok. Nieznaczny, około 10-proc. spadek odnotował jedynie rynek gruntowych pomp ciepła. Z kolei pompy typu powietrze–woda biją w ostatnich miesiącach rekordy popularności.

– Głównym elementem, który na to wpływa, jest większa dostępność tej technologii niż w przypadku gruntowych pomp ciepła. Koszty zakupu takich urządzeń są wyraźnie niższe niż jeszcze trzy–pięć lat temu, szczególnie w przypadku pomp ciepła korzystających z powietrza jako źródło ciepła. Wpływa na to także rosnące zainteresowanie rozwiązaniami bezemisyjnymi, ponieważ pompa ciepła zamontowana w budynku nie powoduje żadnej niskiej emisji. Trzecim elementem jest rosnące zainteresowanie produkcją energii elektrycznej na własne potrzeby, np. poprzez montaż fotowoltaiki na dachach budynków – wymienia Paweł Lachman.

Wzrosty są napędzane także przez relatywnie niskie koszty takiej inwestycji i późniejszej eksploatacji pomp powietrze–woda, a także możliwość zintegrowania pompy ciepła z własną instalacją fotowoltaiczną, co przekłada się na wymierne oszczędności.

– Główne korzyści z zamontowania pompy ciepła to w wielu przypadkach wyraźnie niższe rachunki. W budynku z instalacją ogrzewania podłogowego lub ściennego koszty ogrzewania mogą być nawet 40 proc. niższe niż w przypadku ogrzewania gazem – wskazuje prezes PORT PC. – Inną korzyścią jest też możliwość współpracy z instalacją fotowoltaiczną w ramach systemu opustu. Dzięki takiemu rozwiązaniu koszty ogrzewania ciepłej wody i chłodzenia oscylują wokół kilkunastu złotych miesięcznie. Dodatkowo program Mój Prąd i dodatkowe wsparcie w postaci ulgi termomodernizacyjnej czynią taką inwestycję naprawdę opłacalną.

PORT PC prognozuje, że wyniki rynku za II półrocze br. mogą okazać się jeszcze lepsze, bo czynnikiem napędzającym sprzedaż okazała się właśnie nowa wersja programu Czyste Powietrze, która wystartowała 15 maja br. Zwiększenie dofinansowania do pomp ciepła o wysokiej efektywności znacząco napędziło zainteresowanie potencjalnych inwestorów.

Wyraźnie widać też, że do wzrostu sprzedaży przyczynia się wsparcie z programu Czyste Powietrze dla budynków już istniejących. Mamy nadzieję, że zgodnie z założeniami głównych strategii Europejskiego Zielonego Ładu to wsparcie dla technologii pomp ciepła pojawi się też w odniesieniu do nowych budynków jedno- i wielorodzinnych – podkreśla Paweł Lachman.

Z kolei w przyszłym roku do rozwoju tego rynku może przyczynić się wejście w życie nowych warunków technicznych dla budynków i ich usytuowania (WT2021), dotyczących efektywności energetycznej. Nowe przepisy zaczną obowiązywać od 1 stycznia i wymuszą m.in. spadek zużycia energii pierwotnej w budynkach mieszkalnych. Co istotne, pompy ciepła – jako najbardziej efektywna technologia grzewcza – wpisują się też w nową strategię Komisji Europejskiej dotyczącą integracji sektorów energetycznych.

– W ramach głównej strategii polityki klimatycznej, czyli osi Zielonego Ładu, wyraźnie wskazany jest kierunek rozwoju produkcji energii elektrycznej z OZE. W 2030 roku ma być na poziomie ok. 60 proc. Podkreślony został też duży wzrost produkcji tej energii ze względu na łączenie sektorów, ale też rola pomp ciepła, które w 2030 roku mają stanowić ok. 40 proc. zasobu w budynkach mieszkalnych, a w 2050 roku już ok. 70 proc. To duże wyzwanie. Komisja Europejska planuje odejście od stosowania paliw kopalnych w budynkach i żeby ten plan można było zrealizować, działania trzeba zacząć już teraz. To wyraźne wskazanie kierunku działań przez KE pomoże rynkowi pomp ciepła również w Polsce – ocenia prezes PORT PC.

Mimo kolejnego roku wzrostów prawie 43 tys. pomp ciepła sprzedanych w ubiegłym roku to wciąż zaledwie ok. 10 proc. całkowitej sprzedaży na rynku urządzeń grzewczych w Polsce. W porównaniu z innymi krajami UE, np. Szwecją, Austrią czy Niemcami, krajowy rynek wciąż jest dopiero w początkowej fazie rozwoju. Dlatego też prezes PORT PC wskazuje, że potrzebna jest szeroka edukacja i kampanie informacyjne.

– Inwestorów interesuje głównie to, czy ta technologia jest niezawodna, jak długo pracuje takie urządzenie, jakie są realne koszty napraw czy serwisu. Jest bardzo wiele niewiadomych, na które przeciętny Kowalski nie jest w stanie sobie sam odpowiedzieć. Dlatego potrzebna jest kampania informacyjna, żeby uświadomić te główne korzyści, ale też ograniczenia stosowania pomp ciepła. Ograniczeniem jest m.in. to, że takie urządzenie nie nadaje się do każdego typu budynku – mówi Paweł Lachman.

Jak wynika z analiz organizacji, rynek pomp ciepła rozwija się też po stronie producentów. W Polsce inwestycje już rozpoczęli lub planują rozpocząć światowi potentaci w produkcji niskoemisyjnych urządzeń grzewczych. PORT PC zwraca też uwagę na duży potencjał firm pośredniczących, czyli np. polskich przedsiębiorstw wytwarzających komponenty do pomp ciepła i firm usługowych.

– Producenci pomp ciepła w Polsce to jest segment, który zaczyna się mocno rozwijać. Dotychczasowa polityka sprzed dwóch–trzech lat, pokazująca kierunek rozwoju urządzeń grzewczych, była niestety błędna. Dlatego cieszy fakt, że teraz mamy wyraźne wskazanie w kierunku technologii bezemisyjnych. To powoduje, że spora część producentów urządzeń grzewczych, głównie kotłów na paliwa stałe, zaczyna przestawiać się na produkcję pomp ciepła. Tu potrzebne jest solidne wsparcie ze strony państwa – nie tylko na poziomie badań i rozwoju, ale też m.in. wsparcie informacyjne i szkoleniowe producentów, którzy zmieniają swoją ofertę. To duże wyzwanie nie tylko dla organów państwa, ale i dla organizacji branżowych – mówi prezes PORT PC.

Według szacunków Polskiej Organizacji Rozwoju Technologii Pomp Ciepła w 2019 roku w polskich domach było zainstalowanych już łącznie 128 tys. pomp ciepła, które pracowały na potrzeby centralnego ogrzewania lub centralnego ogrzewania i przygotowania ciepłej wody użytkowej. Organizacja szacuje, że do 2030 roku – w bazowym, realistycznym scenariuszu – ta liczba wzrośnie już do ok. 1,09 mln, a średni udział pomp ciepła we wszystkich budynkach sięgnie 10 proc. Z kolei w scenariuszu optymistycznym, który zakłada wyeliminowanie istniejących obecnie barier dla tego rynku, całkowita liczba zainstalowanych pomp ciepła mogłaby sięgnąć ok. 2,08 mln (udział 22,8 proc.). Zależnie od scenariusza zatrudnienie w sektorze produkcji, instalacji i serwisu takich urządzeń znajdzie od 11 do 20 tys. osób.

Polskie autonomiczne roboty trafiają do fabryk. Sztuczna inteligencja pozwoli im na pracę z ludźmi w zatłoczonych magazynach

Systemy autonomiczne pozwolą zwiększyć wydajność fabryk i magazynów wielkopowierzchniowych. Dzięki robotom funkcjonującym w ramach zintegrowanego inteligentnego roju szereg najbardziej powtarzalnych i uciążliwych czynności może zostać w pełni zautomatyzowany. Po zintegrowaniu maszyn z wewnętrznym systemem automatyki przemysłowej roboty tego typu mogą w czasie rzeczywistym korygować swoje zadania oraz optymalizować trasy przejazdu, aby usprawnić funkcjonowanie przedsiębiorstwa. Jedną z takich maszyn udało się skonstruować warszawskiemu start-upowi VersaBox.

– Powstał prototyp robota, który w sposób autonomiczny może przemieszczać się w dynamicznie zmiennym środowisku: magazynie, zakładzie produkcyjnym, między ludźmi, wózkami widłowymi czy innymi środkami transportu poziomego. Na podstawie testów systemu sporo się nauczyliśmy, prototyp był modyfikowany, poprawiany, optymalizowany, aż doszliśmy do konkretnego produktu, czyli robota VersaBox, jednostki transportowej spełniającej wszystkie wymagania bezpieczeństwa, zaprojektowanej pod kątem wykorzystania w zakładach przemysłowych różnego rodzaju – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jakub Michalski, współzałożyciel VersaBox.

System automatyki przemysłowej od VersaBox powstał w ramach projektu „Autonomiczny system transportu oparty na robotach mobilnych oraz uczących się algorytmach planowania i sterowania dla procesów produkcyjnych oraz nieliniowych procesów wewnętrznej logistyki magazynowej” finansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Inżynierowie odpowiedzialni za niegoplanowali stworzyć mobilną platformę, która będzie odpowiadać na rosnące zapotrzebowanie branży produkcyjnej na rozwiązania z zakresu automatyki.

Projekt VersaBox nie ogranicza się jednak wyłącznie do samego pojazdu. To komplementarny, w pełni konfigurowalny system przystosowany do zarządzania flotą robotów w ramach autonomicznych rozwiązań przemysłowych. Mobilne platformy można w pełni zsynchronizować z wewnętrznymi systemami magazynowymi, aby w czasie rzeczywistym odciążać najbardziej obłożone ciągi komunikacyjne. Algorytmy sztucznej inteligencji od VersaBox nieustannie analizują moce przerobowe zakładów produkcyjnych, aby zoptymalizować zadania robotów pracujących w roju i zwiększyć efektywność zakładu.

– Bez opracowania algorytmów, które pozwalają flocie robotów pracować w określonej przestrzeni zakładu, funkcjonowanie tego typu rozwiązań jest niewykonalne. Jakiś system nadrzędny musi kontrolować i optymalizować ich pracę. Muszą być w stanie wymienić między sobą informacje o środowisku, w którym się poruszają, o swoim położeniu i negocjować ze sobą przejazdy. Wszystko po to, żeby system mógł pracować płynnie, żeby nie powstawały zatory, roboty nie blokowały się wzajemnie, a jednocześnie tak ze sobą współpracowały, żeby uzyskać jak największą wydajność – tłumaczy ekspert.

Skuteczność automatycznych systemów magazynowych doceniły duże korporacje technologiczne. Na szeroką skalę stosuje je m.in. amerykański Amazon, wykorzystujący mobilne platformy transportowe w procesie zautomatyzowanego transportowania zamówień w rozdzielni. O wysokiej skuteczności systemów automatyki przemysłowej przekonuje również Sumitomo (SHI) Demag, twórca modułowej platformy myConnect do zdalnego zarządzania produkcją. Firma wyspecjalizowała się w produkcji inteligentnego oprogramowania stworzonego z myślą o fabrykach przyszłości. Dzięki platformie analitycznej przedsiębiorcy mogą spersonalizować zadania narzędzi analitycznych na potrzeby poszczególnych maszyn.

Podobne rozwiązania software’owe znaleźć można również w ekosystemie VersaBox. Twórcy tej mobilnej platformy zaprojektowali ją w taki sposób, aby przedsiębiorcy mogli dostosować jej funkcjonowanie i zadania do potrzeb konkretnej fabryki bądź magazynu.

– Zawsze analizowana jest wydajność systemu odnoszona do obecnych sposobów realizacji procesu, w wielu przypadkach jest to proces manualny. Zawsze liczy się, po jakim czasie od zakupu systemu inwestycja ma szansę się zwrócić. W zależności od procesów i klientów jest to od roku do półtora, za granicą krócej. To zależy też od tego, jak bardzo system musi być zintegrowany z infrastrukturą – czy będzie to prosty robot zarządzany w prostym procesie, czy trzeba zainwestować w przygotowanie końcówek linii produkcyjnych lub zmodyfikowanie procesu pod kątem wykorzystania tego typu rozwiązań – wyjaśnia Jakub Michalski.

Odkryto sposób, w jaki Słońce emituje energię. W eksperymencie brali udział Polacy

Eksperyment Borexino prowadzony przez zespół naukowców w podziemnym laboratorium w Gran Sasso włoskiego Narodowego Instytutu Fizyki Jądrowej pozwolił udowodnić na drodze eksperymentalnej, że gwiazdy większe od Słońca wytwarzają energię na drodze cyklu węglowo-azotowo-tlenowego. Tym samym potwierdzono, że gwiazdy generują energię na co najmniej dwa sposoby, co z kolei pozwoli zrozumieć ich funkcjonowanie. W pracach nad tym przełomowym odkryciem współuczestniczyli polscy fizycy.

– W końcu mamy pierwsze przełomowe, eksperymentalne potwierdzenie tego, w jaki sposób wytwarzają energię gwiazdy cięższe od Słońca – podkreśla Gianpaolo Bellini, profesor na Uniwersytecie w Mediolanie. – To kulminacja trzydziestoletnich wysiłków, zapoczątkowanych w 1990 roku, i ponad 10 lat odkryć Borexino w dziedzinie fizyki Słońca, neutrin i wreszcie gwiazd.

W ramach eksperymentu Borexino włoscy naukowcy przyjrzeli się procesowi fuzji jądrowej zachodzącemu wewnątrz Słońca, który odpowiada za generowanie energii emitowanej przez gwiazdę. W przypadku obiektów tej wielkości fuzja w 99 proc. przebiega na drodze łączenia się ze sobą atomów wodoru, które przekształcają się w hel, pierwiastek o większej masie, uwalniając w trakcie tego procesu duże ilości energii.

Głównym zadaniem Borexino było zbadanie pełnego spektrum strumienia neutrin powstającego podczas fuzji termojądrowej zachodzącej wewnątrz Słońca. Dogłębna analiza pozwoliła potwierdzić hipotezy dotyczące cyklu węglowo-azotowo-tlenowego (CNO) jako alternatywnego źródła energii pochodzenia słonecznego. Naukowcom udało się zarejestrować strumień neutrin generowanych na drodze cyklu CNO, udowadniając jego istnienie, a co za tym idzie, potwierdzając hipotezę dotyczącą reakcji termojądrowych wewnątrz masywnych gwiazd, których katalizatorami są atomy węgla, azotu oraz tlenu.

– Pomimo osiągniętych wcześniej wyjątkowych sukcesów i dysponując już niezwykle czystym i czułym detektorem, musieliśmy nadal ciężko pracować nad poprawieniem eliminowania i zrozumienia źródeł tła [procesów imitujących sygnał od neutrin, np. promieniowania kosmicznego – przyp. red.]. To pozwoliło zidentyfikować neutrina z cyklu CNO – tłumaczy Gioacchino Ranucci, badacz z sekcji INFN w Mediolanie, rzecznik prasowy projektu Borexino.

Polscy naukowcy z Instytutu Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie wraz z ekspertami z Instytutu Fizyki Jądrowej im. Maxa Plancka w Heidelbergu oraz Uniwersytetu w Princeton byli odpowiedzialni za proces projektowania oraz konstruowania detektora do wykrywania strumieni neutrin na potrzeby eksperymentu Borexino. To dzięki wysokiej czułości tego urządzenia udało się uchwycić wąski strumień neutrin z cyklu CNO.

Przy projektowaniu detektora zdecydowano się na konstrukcję warstwową, aby zapewnić maksymalną radioczystość pomiaru. Dzięki temu stężenie radioizotopów w 300-tonowym ciekłym scyntylatorze jest przeszło o 18 rzędów wielkości niższe niż w wodzie mineralnej, co pozwoliło przeprowadzić pomiary o niespotykanej dotąd czułości.

– Wykrycie neutrin słonecznych produkowanych w cyklu CNO przez Borexino jest zwieńczeniem wieloletnich wysiłków, które doprowadziły nas do wykorzystania technologii ciekłego scyntylatora w nieosiągalny do tej pory sposób i uczynienia detektora Borexino najmniej radioaktywnym miejscem na Ziemi – przekonuje Marco Pallavicini, profesor na Uniwersytecie w Genui i członek zarządu INFN, obecnie współrzecznik eksperymentu.

Po raz pierwszy hipotezę dotyczącą istnienia cyklu CNO wewnątrz masywnych gwiazd wysunęli w 1938 roku naukowcy Hans Bethe oraz Carl von Weizsaecker. Eksperyment Borexino pozwolił potwierdzić tę teorię na polu eksperymentalnym. Choć cykl CNO odgrywa niewielką rolę w przypadku Słońca, ma kluczowe znaczenie dla życia i ewolucji bardziej masywnych gwiazd. To z kolei może pomóc lepiej zrozumieć pochodzenie cięższych pierwiastków, które umożliwiają życie na Ziemi.

Wbrew polskiej racji stanu, bez pieniędzy i bez sojuszników. Stanowcze NIE dla odrzucenia unijnego budżetu

Apel Rady Przedsiębiorczości dot. rządowego stanowiska w sprawie budżetu Unii Europejskiej na lata 2021–2027.

Lekkomyślną decyzją, wynikającą wyłącznie z międzypartyjnych rozgrywek w obozie władzy, utrudnimy wyjście z kryzysu nie tylko samym sobie, lecz także wszystkim krajom należącym do europejskiej Wspólnoty – piszą szefowie największych polskich organizacji przedsiębiorców i pracodawców.

Rada Przedsiębiorczości stanowczo protestuje przeciwko rządowym planom zablokowania budżetu Unii Europejskiej na lata 2021–2027. Stanowisko deklarowane przez rząd Mateusza Morawieckiego jest sprzeczne z interesem narodowym i polską racją stanu. Przekreśla również szanse na szybkie wyjście z kryzysu gospodarczego wywołanego pandemią COVID-19.

Zablokowanie unijnego budżetu będzie miało katastrofalne skutki dla Polski – zarówno jeśli chodzi o sytuację wewnętrzną, jak i międzynarodową. W efekcie tej decyzji ucierpi większość grup społecznych: budżet unijny zostanie ograniczony do minimalnych wydatków, co oznacza, że możemy zapomnieć o środkach na inwestycje, wypłatach z funduszu spójności, z którego korzystają uboższe regiony, wsparciu rozwoju obszarów wiejskich, programach naukowo-badawczych czy edukacyjnych. Co więcej, rząd chce pozbawić Polaków dostępu do wartego blisko 800 mld euro specjalnego funduszu Next Generation EU, którego celem jest ożywienie gospodarek krajów członkowskich poturbowanych obecnym kryzysem. To Polska i kraje naszego regionu najbardziej skorzystają z tego funduszu, nawet 4-krotnie więcej niż kraje bogate, takie jak Francja czy Holandia. W szczytowym momencie absorpcji tych środków nasz PKB zwiększyłby się nawet o 3,5 proc., a w długim okresie poziom PKB trwale powiększyłby się nawet o 2 proc. Odrzucenie tych możliwości rozwoju to cios wymierzony bezpośrednio w polskie firmy, gospodarstwa wiejskie, samorządy, służbę zdrowia i inne usługi publiczne. Skąd weźmiemy środki? Przy obecnym deficycie finansów publicznych i wyczerpaniu zasobów budżetowych, decyzja rządu może oznaczać jedno: konieczność podwyższenia podatków, czyli kolejne uderzenie w polskich obywateli.

W normalnych warunkach za podjęciem takiej decyzji – decyzji, która na wiele lat zmniejszy zarobki, poziom życia, zasoby i możliwości rozwojowe milionów Polaków powinny stać poważne przesłanki dyktowane racją stanu. Tymczasem wyjaśnienia, które podaje rząd, są w najlepszym wypadku świadectwem niekompetencji: twierdzenie, że uzależnienie wypłaty funduszy od przestrzegania zasad praworządności jest ingerencją w suwerenność Polski, opiera się na rażącym przeinaczeniu krytykowanych zapisów. Po pierwsze, praworządność – zdefiniowana w art. 2 Traktatu o Unii Europejskiej i doprecyzowana kolejnymi wyrokami międzynarodowych trybunałów – nie jest instrumentem wywierania wpływu politycznego, ale zbiorem formalnych zasad, które mają zapewnić ochronę podstawowych praw obywateli, legalność działań władzy

i bezstronność wymiaru sprawiedliwości. Po drugie, mechanizm łączenia wypłat z funduszy UE z praworządnością, na który przystało 25 państw członkowskich, został ograniczony jedynie do kwestii finansowych: chodzi o należyte zarządzanie środkami pochodzącymi z tych funduszy, nie zaś ogólne naruszenia praworządności.

Stanowisko polskiego rządu nie ma więc uzasadnienia ani z prawnego, ani z ekonomicznego punktu widzenia. Niesie też z sobą fatalne konsekwencje dla relacji międzynarodowych. Lekkomyślną decyzją, wynikającą wyłącznie z międzypartyjnych rozgrywek w obozie władzy, utrudnimy wyjście z kryzysu nie tylko samym sobie, lecz także wszystkim krajom należącym do europejskiej Wspólnoty. Brak solidarności w tym trudnym czasie uderza w wizerunek i dorobek historyczny naszego kraju, który 30 lat temu pokazał Europie jak ważne są współpraca i zjednoczenie. Skazujemy się w ten sposób na utratę kolejnych sojuszników i marginalizację. Istnieje realne ryzyko, że rządy innych państw porozumieją się w sprawie programów pomocowych z pominięciem Polski.

Dlatego żądamy wycofania deklaracji o zablokowaniu przez Polskę unijnego budżetu i dołączenia do grona 25 krajów popierających jego obecny kształt. Jako reprezentanci biznesu generującego ok. 70% krajowego PKB apelujemy do proeuropejskich przedstawicieli koalicji rządzącej o zatrzymanie marszu w kierunku narodowej katastrofy.

Rada Przedsiębiorczości to forum współdziałania Business Centre Club, Federacji Przedsiębiorców Polskich, Konfederacji Lewiatan, Krajowej Izby Gospodarczej, Polskiej Rady Biznesu, Pracodawców RP, Związku Banków Polskich, Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych ABSL i Związku Rzemiosła Polskiego.

 

Branża meblarska ucierpiała w pandemii – jej dług wzrósł o 1/4

28 listopada ponownie otworzyły się duże sklepy meblowe. Koronawirus i związane z nim ograniczenia oraz przerwy w dostępie do punktów handlowych nie pozostały bez wpływu na branżę meblarską. Długi producentów i sprzedawców mebli wynoszą już w sumie blisko 100 mln zł. Od stycznia wzrosły o jedną czwartą, podaje Krajowy Rejestr Długów.

W ostatnią sobotę listopada klienci będą mogli zrobić zakupy w galeriach handlowych, w tym w wielkopowierzchniowych sklepach meblowych. To dobra wiadomość dla branży meblarskiej, która po wiosennym lockdownie musiała w ostatnich tygodniach znów ograniczyć sprzedaż.

Dług o 1/4 w górę

Wpływ pandemii widoczny jest wyraźnie w zmianie zadłużenia firm z sektora. Od stycznia do listopada br. dług producentów mebli wzrósł o 24%, do kwoty blisko 65 mln zł. Ich zadłużenie rosło także przed pandemią, jednak w umiarkowanym stopniu. Pandemia przyniosła gwałtowny jego skok. W kwietniu wzrost zadłużenia sięgał nawet 8% z miesiąca na miesiąc.

Firma wytwarzająca meble ma do oddania średnio 33,4 tys. zł, jednak są rekordziści, jak choćby przedsiębiorstwo z województwa kujawsko-pomorskiego, które zalega ze spłatą aż 2,8 mln zł. Najwięcej, bo ponad 22,2 mln zł producenci mebli mają do oddania bankom, w dalszej kolejności 18,2 mln zł firmom windykacyjnym i funduszom sekurytyzacyjnym, a 3,4 mln firmom faktoringowym. Najwięcej długów mają producenci mebli z województwa wielkopolskiego: ponad 11,1 mln zł. Na dalszych miejscach uplasowały się firmy z województwa śląskiego (7,6 mln zł) i mazowieckiego (7,5 mln zł). Najczęściej zadłużone są najmniejsze podmioty. Blisko 80% całego zadłużenia należy do jednoosobowych działalności gospodarczych.

Krajowy Rejestr Długów przyjrzał się też zadłużeniu przedsiębiorstw handlujących meblami. Obecnie wynosi ono ponad 34 mln zł. W porównaniu do stycznia to wzrost o 23%, czyli o 6,4 mln zł. To duża zmiana, bo w odróżnieniu od producentów, poziom zadłużenia sprzedawców w ciągu ostatnich 2 lat utrzymywał się na stałym poziomie.

Obecnie największą kwotę do uregulowania (80%) mają jednoosobowe działalności gospodarcze. Sprzedawcy mebli w przeważającej części zalegają ze spłatą bankom, w dalszej kolejności zarządcom wierzytelności i firmom telekomunikacyjnym. Średni dług wynosi 37,5 tys. zł, przy czym rekordzista z województwa pomorskiego ma do oddania już prawie 1 mln zł. Pod względem regionalnym największe zadłużenie rozkłada się dość równomiernie na 4 województwa: mazowieckie, pomorskie, wielkopolskie i śląskie, w których sięga ponad 4 mln zł.

Jesienne zamknięcie sklepów wielkopowierzchniowych było kolejnym ciosem dla branży meblowej. Gdy firmy powoli zaczęły odrabiać straty po wiosennym lockdownie, znów zostały zmuszone do wstrzymania sprzedaży. Zapewne efekt tego zobaczymy niedługo w kolejnym wzroście zadłużenia branży, ale miejmy nadzieję, że tym razem przyrost nie będzie tak duży, bo i zamrożenie sprzedaży trwało krócej niż podczas pierwszej fali pandemii – komentuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Zamknięte sklepy to nie jedyny problem

Jak zaznacza prezes KRD, nie tylko zamykanie sklepów czy wprowadzenie w nich limitów klientów odbijają się na sytuacji polskiego sektora meblarskiego.

Branża odczuła skutki pandemii także pośrednio, poprzez problemy innych branż. Gdy nie remontują się i nie otwierają nowe restauracje, hotele, sklepy czy biura, nie ma zamówień także na ich umeblowanie. Dodatkowo, branża jest też bardzo mocno nastawiona na eksport. Za granicę wysyła blisko 90 proc. swojej produkcji. Wiele zależeć więc będzie od tego, jak sytuacja epidemiczna będzie rozwijać się w innych krajach – wskazuje prezes Krajowego Rejestru Długów.

Pozytywne sygnały

Mimo nadejścia drugiej fali pandemii, branża meblarska liczy na odbicie w końcówce roku . B+R Studio we współpracy z Ogólnopolską Izbą Gospodarczą Producentów Mebli zaktualizowało niedawno swoją prognozę dla wartości produkcji sprzedanej branży meblarskiej w 2020 r., wg której ma ona wzrosnąć o 2,5%. w porównaniu do 2019 r. Jako przyczyny podwyższenia swoich szacunków eksperci wskazali na lepsze możliwości rozwoju eksportu – szybszy niż zakładano powrót handlu, wysoki kurs euro oraz przeznaczanie środków, które konsumenci wydaliby na wakacje, na wyposażenie mieszkania.

Wiele branż, w tym meblarska, obawiało się drugiej fali pandemii. Widać jednak, że firmy nie marnowały czasu na przygotowania do powrotu obostrzeń czy zamknięcia sklepów. Ruch na rynku magazynowym wskazuje, że zawczasu zabezpieczały towary i usprawniały logistykę niezbędną do sprzedaży online. Spodziewały się, że po okresie obniżonego zainteresowania konsumenci i firmy zaczną robić odkładane wcześniej zakupy i popyt wzrośnie – podsumowuje Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.  

Co dalej z kursem złotego?

Kurs franka szwajcarskiego spadł w okolice 4,10 zł. Poprawiły się nastroje frankowiczów. Jednak perspektywy na wzmacnianie złotego są słabe. Inne waluty rynków wschodzących radzą sobie lepiej.

Globalne rynki akcji znów znalazły się w okolicach historycznych maksimów. Szampańskie nastroje to pochodna rewelacji odnośnie szczepionek, a następnie nominacji osób bliskich Wall Street na kluczowe stanowiska w przyszłej administracji Joe Bidena. Natomiast dane makro przynoszą raczej kolejne rozczarowywania.

– Przed miesiącem rynki panikowały, zwłaszcza z powodu restrykcji nakładanych w Europie, a teraz znów ą w bardzo dobrych nastrojach – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Dominuje narracja, że znów jest świetnie, bo za chwilę zaczną się szczepienia. Przy takich nastrojach kapitał przemieszcza się w kierunku bardziej ryzykownych aktywów, a do takich nie należy frank szwajcarski.

Wydawałoby się, że w takich okolicznościach waluty rynków wschodzących będą sobie radzić wyśmienicie i faktycznie w wielu przypadkach tak jest.

Złoty jednak radzi sobie przeciętnie, zamiast wykorzystując euforię przełamać kluczowe poziomy na EURPLN i USDPLN. Co ciekawe, jeszcze słabiej wygląda forint. Czeska korona z kolei radzi sobie zauważalnie lepiej.

Czyżby inwestorzy reagowali negatywnie na zapowiedź weta wobec unijnego budżetu? Wydaje się, że czynnik ten może być nie bez znaczenia.

Warto pamiętać, że takie negatywne czynniki działają znacznie mocniej w niekorzystnych okolicznościach – gdyby z jakiegoś powodu sentyment na globalnych rynkach gwałtownie się pogorszył, złoty mógłby teraz znacznie bardziej to odczuć.

– Rynek walut krajów wschodzących jest obecnie bardzo podzielony, wzmacnia się waluta Meksyku i RPA, a nie reaguje turecka lira, bo Turcja na własne życzenie wpadła w kłopoty – wyjaśnia ekspert XTB. – Polska waluta jest jakby pośrodku, a jej dalsze wzmocnienie wobec franka szwajcarskiego jest mało prawdopodobne. Nie będzie atutów w postaci wyższych stóp procentowych, które pomagałyby złotemu.

K. Domarecki (Selena FM) podsumowuje Zjazd Firm Rodzinnych U-RODZINY 2020

Nie patrzyłbym na pandemię jedynie przez pryzmat naszego zmęczenia i pewnej frustracji, która towarzyszy ludziom i która jest zrozumiała. Musimy sobie uświadomić, że właśnie mamy do czynienia z ogólnoświatowym sukcesem technologii, którą ludzkość wymyśliła w ciągu ostatnich 20 lat. Ponadto, rządy na całym  świecie  na nieprawdopodobną skalę zaangażowały się w uratowanie miejsc pracy. A to będzie podstawą do odbicia, które nastąpi po kryzysie pandemii – podkreślał Krzysztof Domarecki, prezes zarządu Selena FM SA podczas 13. Ogólnopolskiego Zjazdu Firm Rodzinnych U-RODZINY 2020.

Ogólnopolski Zjazd Firm Rodzinnych U-RODZINY 2020, po raz pierwszy w historii, odbywał się w tym roku w formule on-line na platformie internetowej u-rodziny.pl. Tematem przewodnim trzynastej edycji wydarzenia, organizowanego przez Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych, był „Czas przemian”, który wyjątkowo trafnie wpisał się w aktualną sytuację na świecie. Przez pięć dni – od 23 do 27 listopada, przedsiębiorcy, eksperci, samorządowcy, doradcy, politycy, a przede wszystkim właściciele największych polskich firm rodzinnych, dyskutowali wirtualnie m.in. jak w dobie pandemii poradzić sobie z kryzysem, jak w nowych warunkach rozwijać własne biznesy oraz czy „rodzinność” ma wpływ na funkcjonowanie firmy w tych czasach.

Do grona znakomitych panelistów, którzy dzielili się z uczestnikami swoim doświadczeniem, po raz kolejny został zaproszony prezes zarządu Selena FM SA Krzysztof Domarecki. – Pamiętajmy, że kryzys, z którym się  teraz mierzymy, jest kryzysem w skali światowej. Przedsiębiorcy na całym świecie mają te same problemy. Co będzie dalej? Po każdym takim kryzysie następuje odwilż. Dziś mamy odłożony popyt, miliony konsumentów nie wydają pieniędzy na kina, teatry, ograniczyli zakupy w centrach handlowych i korzystanie z usług, nie wyjeżdżają na wakacje. Ponadto, obserwując kraje zarówno europejskie, jak i pozaeuropejskie, choćby te, w których działa Selena – i nie ma tu wielkiej różnicy pomiędzy Polską a resztą świata – trzeba jasno powiedzieć, że rządy na całym świecie popełniają podobne błędy. Równocześnie jednak robią również dużo dobrego – mowa tu o tarczach antykryzysowych i ochronie miejsc pracy. W tej drugiej kwestii rządy zaangażowały się na nieprawdopodobną wręcz skalę. I to jest największy sukces polityki światowej ostatniego roku. I to będzie też podstawą do odbicia po kryzysie, który będzie miał wymiar krótkoterminowy. Ze skutkami pandemii będziemy bowiem borykać się przed kolejne 10 lat. Nie zapominajmy jednak, że w Polsce będziemy mieli podobne problemy jak reszta świata – mówił prezes Krzysztof Domarecki podczas piątkowej debaty podsumowującej całe wydarzenie, która skupiła się wokół tematu „Co po kryzysie? Jak uleczyć gospodarkę, biznes, miasta i rodziny?”

Piątkowa dyskusja dotyczyła również pandemii w kontekście nowych technologii.

Pandemia to nie tylko kryzys. Technologicznie sprawdziliśmy się w boju

Musimy sobie uświadomić, że dziś mamy do czynienia z ogólnoświatowym sukcesem technologii, którą ludzkość wymyśliła w ciągu ostatnich 20 lat. Dzięki tym technologiom pracują biura, funkcjonują firmy, nie został zerwany łańcuch dostaw. Było to możliwe również dzięki rozwiązaniom politycznym, jakie wprowadziliśmy w Europie jak np. strefa Schengen. Dlatego nie patrzyłbym na pandemię przez pryzmat naszego zmęczenia i pewnej frustracji, która towarzyszy ludziom i która jest zrozumiała, ale również przez pryzmat tego, że cywilizacja technologiczna sprawdziła się w boju i ona działa. I taka percepcja już z nami zostanie. Zmieni się nie tylko model korzystania z biur, ale także model tworzenia wartości ekonomicznej czy modele operacyjne przedsiębiorstw – podkreślał Krzysztof Domarecki.

Prezes odniósł się także do przyszłości rynku pracy.

Pandemia to taki moment, w którym warto, aby polscy przedsiębiorcy trochę bardziej dojrzeli do konceptu, który od lat z powodzeniem funkcjonuje w krajach zachodnich, czy w państwach, które mają tradycję przedsiębiorczości 200-300 lat, jak Brazylia czy Turcja. Czyli, aby zrozumieli, że tylko współdziałanie biznesu i rządu pozwoli na uregulowanie kluczowych elementów funkcjonowania biznesu. Patrząc na polską mentalność, myślę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby wzmocnienie dialogu na linii rząd, przedsiębiorcy i związki zawodowe, na wzór trochę niemiecki. Przedsiębiorcy musieliby jednak porzucić przez lata powtarzane hasło: „wystarczy, żeby rząd nie przeszkadzał”. Musieliby nauczyć się więcej współdziałać z pracownikami, nawet jeśli nie tworzą oni związków zawodowych. W ten sposób nie tylko rozwiążemy problem rynku pracy, ale generalnie lepiej będziemy zarządzać kwestiami gospodarki i zbudujemy system oddziaływania na całą klasę polityczną, a nie tylko na rząd – mówił prezes Domarecki.

Swoje opinie na temat trudności i wniosków, jakie wyciągniemy z koronakryzysu przedstawiali także podczas odbywających się w ramach Zjazdu U-RODZINY 2020 prelekcji, warsztatów i debat m.in. prof. Andrzej Blikle, Piotr Voelkel (Grupa Kapitałowa VOX), prof. Jerzy Hausner, Grzegorz Putka (Piekarnie Cukiernie Putka), dr Henryka Bochniarz (Konfederacja Lewiatan), Przemysław Mitraszewski (LPP), Stanisław Han (Hasco-Lek), Adam Rozwadowski (Enel-Med), Jerzy Pietrucha (Grupa Pietrucha), Piotr Czachorowski (Krynica Vitamin), Jacek Ptaszek (JMP Flowers) i wielu innych.

Głównym organizatorem 13. Ogólnopolski Zjazd Firm Rodzinnych U-RODZINY 2020 jest Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych. IFR jest największą i najstarszą organizacją reprezentującą środowisko firm rodzinnych, zrzeszającą około 500 przedsiębiorców z całej Polski, którzy reprezentują blisko 600 firm zatrudniających prawie 27 500 pracowników z obrotem ponad 7,5 mld.

Współgospodarzami tegorocznego wydarzenia U-RODZINY 2020 były Samorządy Województw Mazowieckiego i Małopolskiego. Patronatem honorowym konferencję objęły Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, Przedstawicielstwo Komisji Europejskiej w Polsce oraz Polska Agencja Inwestycji i Handlu.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 30.11 – 4.12.2020

Rynki wkraczają w ostatni miesiąc roku – czas podsumowań i ostatnich rozliczeń w ramach przygotowań do 2021 roku, z którym wszyscy wiążą wielkie nadzieje na normalizację sytuacji zdrowotnej, gospodarczej i rynkowej. W krótkim terminie więcej argumentów jest za podtrzymaniem apetytu na ryzyko, nawet jeśli statystyki zachorowań w głównych gospodarkach są powodem do niepokojów. Wątpliwe, aby zaplanowane dane mogły zachwiać konsensusem. W najbliższych dniach główna uwaga skupi się na PMI/ISM oraz raporcie NFP z USA. Nie oczekujemy zmian w stanowiskach RBA i RPP.

Przyszły tydzień: PMI/ISM z USA/Europy/Chin, NFP, Powell, Lagarde, brexit?, PKB/CPI z Polski, RPP, RBA, rynek pracy Kanady

USA

W USA dane z sektora przedsiębiorstw nie pokazują dramatycznych skutków drugiej fali pandemii, stąd rewizja PMI i premierowe odczyty ISM (wt, czw) powinny rysować pozytywny obraz. Bardziej niepokojące mogą być wnioski z Beżowej Księgi Fed (śr), choć rynek zwykle nie przywiązuje do nich dużej uwagi. Wreszcie po raporcie z rynku pracy (pt) oczekuje się dalszego wyhamowania tempa przyrostu zatrudnienia, choć oczekiwania istotnej poprawy w 2021 r. powinny neutralizować ewentualne rozczarowania słabymi figurami. Prezes Fed Powell będzie przemawiał w Kongresie (wt, śr), gdzie razem z sekretarzem skarbu Mnuchinem będą omawiać zmiany w CARES Act i prośbę Mnuchina dot. odzyskania części środków użyczonych Fed. Mnuchin może zasugerować chęć przeznaczenia finansowania na pakiet fiskalny, co byłoby pozytywną informacją. Od Powella oczekuje się deklaracji, że Fed wciąż ma narzędzia do wspierania gospodarki.

Strefa euro

W strefie euro wstępne odczyty PMI pokazały, że wpływ drugiego lockdownu na gospodarkę jest prawdopodobnie mniejszy niż wiosną. Hiszpania i Włochy na początku listopada wprowadziły ogólnokrajowe restrykcje, ale środki były znacznie mniej rygorystyczne niż w kwietniu. Prawdopodobnie najsilniej ucierpiały sektory usługowe, podczas gdy przemysł powinien utrzymać ekspansję (odczyt powyżej 50 pkt.). Przed posiedzeniem EBC 10 grudnia przedstawiciele banku rozpoczynają okres zamknięty dla wystąpień publicznych. Przemówienie prezes Lagarde w poniedziałek będzie ostatnim momentem na udzielenie wskazówek, nawet jeśli rynek powszechnie spodziewa się luzowania polityki. EUR/USD ma problemy z odbiciem się od 1,19, w czym może przeszkadzać ryzyko werbalnej interwencji EBC, jak tylko kurs sięgnie 1,20.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii możemy rzucać monetą, czy przyszłotygodniowe rozmowy w sprawie umowy handlowej brexitu przyniosą finał. Sugerowanym „miękkim” terminem jest 1 grudnia, ale trzeba mieć też na uwadze, że szczyt UE jest dopiero 10-11 grudnia, a sesja plenarna Parlamentu UE zaplanowana jest na 14 grudnia, także i przynajmniej do tej daty szum wokół brexitu może nie ucichnąć. Finalne szacunki PMI (wt, czw) raczej nie przyniosą istotnych rewizji, biorąc pod uwagę, że lockdown 2.0 był utrzymywany przez cały miesiąc. GBP czeka na wynik negocjacji.

Polska

W Polsce rewizja PKB za III kw. (pon) pierwszy raz pokaże komponenty odbicia (7,7 proc. k/k) z silnym udziałem konsumpcji prywatnej. W odczycie PMI dla przemysłu (wt) intersującym będzie, jak restrykcje w gospodarce rzutowały na oczekiwaniach firm dotyczące przyszłości. Pozytywną przeciwwagą może być solidna postawa przemysłu Niemiec. Stopniowe spowolnienie inflacji CPI (wt) do 3 proc. r/r powinno zadowalać gołębie skrzydło Rady Polityki Pieniężnej. Decyzja RPP w środę, ale nie spodziewamy się zmiany polityki. Oczekujemy, że nastroje globalne pozostaną głównym determinantem zmienności złotego z rosnącymi szansami na spadek EUR/PLN poniżej 4,46, jak tylko minie przejściowa presja związana z rozliczeniami na koniec miesiąca.

Chiny

Poza tym, odczyty PMI z Chin (pon, wt, czw) prawdopodobnie pokażą podtrzymanie ekspansji w przemyśle i usług w ramach procesu odbudowy ożywienia. Silny wzrost w regionie jest wspierającym tłem dla apetytu na ryzyko w tej części świata z pozytywnymi wibracjami dla rynku akcji, a pośrednio dla AUD i NZD.

Australia

W Australii po RBA nie oczekujemy zmian po tym, jak miesiąc temu bank dokonał rewizji programu skupu aktywów i obniżył stopę kasową. PKB za III kw. (śr) ma odbić o 2,4 proc. k/k po tąpnięciu o 7 proc. w II kw. Lockdown w rejonie Melbourne będzie ciążył na wynikach, jednak otwarcie gospodarki w innych regionach zapewnia dodatni wynik. Ogólnie dane powinny sugerować, że Australia wychodzi na prostą bez oznak nowej fali zachorowań na COVID-19, co wspiera oczekiwania aprecjacji AUD w średnim terminie.

Kanada

W Kanadzie PKB za III kw. (wt) będzie podsumowanie odbicia po wiosennym lockdownie, jednak ważniejsze mogą być listopadowe dane z rynku pracy (pt), które wskażą, czy pozytywne trendy w zatrudnieniu nie zostały istotnie zachwiane przez jesienny wzrost zachorowań na koronawirusa. CAD pozostaje w tyle do innych ryzykownych walut G10 przez „bliskość” do USA. Uwaga też na negatywny wpływ ewentualnej korekty cen ropy przed szczytem OPEC w przyszłym tygodniu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sprzedaż detaliczna znowu spadła

W tym tygodniu zostały opublikowane wyniki październikowej sprzedaży detalicznej w Polsce. Spadły one o 2,1% międzyrocznie. Wynik ten zaskoczył negatywnie, ponieważ spodziewano się spadku o 1,4%.

Można się spodziewać, że skutki decyzji mających za zadanie zahamować rozwój pandemii, będą miały odzwierciedlenie w wynikach listopadowych i grudniowych. Na pewno nie zobaczymy znaczącej poprawy w najbliższym czasie, gdyż pandemia w Polsce nie traci na sile. W najbliższych miesiącach polską gospodarkę będzie utrzymywał przemysł, ale nawet tutaj można spodziewać się pogorszenia sytuacji, jak sugerują wcześniejsze wskaźniki.

Z drugiej strony rynek pracy w Polsce ma się nadal bardzo dobrze, a fakt, że płace rosną, a bezrobocie nie, sugeruje, że popyt konsumpcyjny nie powinien znacząco spaść w perspektywie długoterminowej. Zatem polska gospodarka mogłaby stosunkowo szybko wyjść z kryzysu wywołanego koronawirusem.

Oprócz COVID-19, na gospodarkę europejską wpłynie również wynik ustaleń w sprawie Brexitu, który powinniśmy poznać już kilka dni temu. Jednak pomimo stosunkowo małej skłonności Wielkiej Brytanii do negocjacji, sekretarz Komisji Europejskiej Ylya Johanson twierdzi, że jest jeszcze miejsce na porozumienie. Jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę oporną współpracę Zjednoczonego Królestwa i fakt, że ratyfikacja jakiegokolwiek porozumienia na czas będzie bardzo trudna. Szanse na zawarcie umowy stale maleją.

Kurs złotego nie zmienił się mocno w tym tygodniu, oscylując w piątek rano w okolicach 4,48 PLN/EUR. Eurodolar wzrósł w tym tygodniu do 1,193 USD/EUR.

Marta Pavlik, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Większość Polaków za otwarciem stoków narciarskich

54 proc. Polaków popiera pomysł otwarcia ośrodków narciarskich – wynika z najnowszego badania agencji badawczej SW Research. Przeciwnego zdania jest co szósty badany (17 proc.), a blisko co trzeci (30 proc) nie ma wyrobionej opinii. 

Kilka dni temu branża narciarska, Główny Inspektorat Sanitarny wypracowały z rządem RP porozumienie, na mocy którego w Polsce zostaną otwarte ośrodki narciarskie. Ponieważ nadal jednak niejasna jest decyzja w sprawie potencjalnego otwarcia hoteli i pensjonatów, temat wywołał pytań i kontrowersji. W ostatnim badaniu omnibusowym Agencja SW Research postanowiła sprawdzić opinię społeczeństwa na temat tego pomysłu.

Poparcie dla uruchomienia przestrzeni dla amatorów narciarstwa widoczne jest przede wszystkim wśród najmłodszej grupy badanych (18-24 lat: 56 proc; 25-34 lat: 59%). Ponadto, przychylność społeczeństwa dla tego pomysłu jest wyższa w mniejszych miejscowościach. Wśród mieszkańców wsi i miast do 20 tys. mieszkańców poparcie wyniosło 56 proc, podczas gdy dla miast powyżej 200 tys. mieszkańców tylko 47 proc.narty_400

Osoby wyrażające aprobatę dla otwarcia ośrodków narciarskich przede wszystkim wskazywały na konieczność zapewnienia bezpieczeństwa finansowego dla branży turystycznej (25 proc.). Drugim istotnym aspektem była pozytywny wpływ aktywności fizycznej dla zdrowia i odporności (23 proc.). Co piąty ankietowany (20 proc.) zauważył, że na stoku ryzyko zarażenia się koronawirusem jest niewielkie.

Wysokie poparcie dla otwarcia ośrodków narciarskich mimo trwającej pandemii to efekt wielu czynników. Polacy, którzy popierają to rozwiązanie, na pierwszym miejscu wymieniają uzasadnienie ekonomiczne, a w dalszej kolejności wskazują na aspekty zdrowotne, tj. budowanie odporności przez sport, jak i małe ryzyko zakażenia się wirusem na otwartej przestrzeni – komentuje Piotr Zimolzak, wiceprezes agencji SW Research. Należy zauważyć, że głównymi promotorami pomysłu są osoby młode, w sile wieku, aktywne fizycznie. Kwestią otwartą zatem pozostaje pytanie, na ile podawane przyczyny są racjonalizacją bardziej ukrytych motywacji, związanych chociażby z naturalną chęcią „wydostania” się z zamkniętych przestrzeni objętych obostrzeniami, czy wykorzystania każdej okazji by spędzić czas z rodziną czy znajomymi.  – zastanawia się Zimolzak.

Z kolei główną barierą wskazywaną przez przeciwników pomysłu jest ogólne ryzyko epidemiczne, które zostało opisane za pomocą następujących obaw: wzrośnie liczba zachorowań (29 proc) na skutek dużych skupisk ludzi (20 proc).

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane w dniach 24-25.11.2020 r. przez agencję badawczą SW Research na reprezentatywnej próbie n=1000 dorosłych Polaków w ramach badania omnibusowego OmniWatch48.  Metoda: wywiady online, CAWI. Źródło próby: panel badawczy SW PANEL.

Praca na produkcji – gwarancja stabilnego zatrudnienia

Sytuacja gospodarcza na świecie w wyniku pandemii dynamicznie i znacząco się zmienia. W tej nowej rzeczywistości firmy radzą sobie w różny sposób – niektóre decydują się na reorganizację swojego modelu biznesowego, inne np. na zmianę struktury produkcji. Wiele z nich w obliczu kryzysu zmuszonych jest do zakończenia swojej działalność. Są jednak i takie przedsiębiorstwa, które utrzymują ciągłość funkcjonowania, zapewniając swoim pracownikom bezpieczne zatrudnienie.

Bezpieczeństwo zatrudnienia cenniejsze niż kiedykolwiek 

W obliczu niepewnej sytuacji gospodarczej Polacy szczególnie cenią sobie stabilną sytuację firmy, w której pracują lub do której chcą aplikować. Z badania Randstad Award 2013 wynika, że to najważniejsza obecnie dla pracowników kwestia – wskazało ją aż 72% ankietowanych. Na drugim miejscu (70%) uplasowało się bezpieczeństwo zatrudnienia%. Obecnie na wysokość zarobków jako główny czynnik brany pod uwagę przy wyborze pracy wskazało 49%, podczas gdy jeszcze dwa lata temu był on dominujący. W związku z kryzysem widać więc zmianę priorytetów polskich pracowników. 

Praca w Stargardzie lub Poznaniu

Potrzebę stabilności wśród członków swojej załogi – tych aktualnych oraz potencjalnych –  dostrzegają też sami pracodawcy. Co więcej – decydują się realnie na nią odpowiadać. Obecnie w ofertach pracy często wśród czynników, dla których warto podjąć zatrudnienie w danej firmie, rekruterzy wskazują właśnie stabilność zatrudnienia. Nie jest to tendencja dostrzegalna jedynie w przedsiębiorstwach zlokalizowanych w największych miastach jak Poznań czy Wrocław. Przykładem może być też np. praca w Stargardzie w fabryce opon Bridgestone, która zapewnia stałe zatrudnienie. Nie bez znaczenia jest tu ugruntowana od lat pozycja firmy. Przedsiębiorstwa – nie tylko te produkcyjne – które długo pracowały na swój rozwój i zdołały zgromadzić rezerwy finansowe mają często mniejszy problem z przetrwaniem trudniejszego gospodarczo czasu, a co za tym idzie – gwarantowaniem swoim pracownikom poczucia bezpieczeństwa. Tymczasem z kwietniowego badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że co piąta firma nie ma rezerw finansowych, a najtrudniej jest przedsiębiorcom w branży usługowej, w mniejszym stopniu zaś ucierpiała produkcja. 

Stabilna praca na produkcji?

Na to, że branża produkcyjna może być obecnie jednym z najlepszych wyborów wskazuje też lipcowa odsłona badania kondycji firm i pracowników przeprowadzonego przez Polski Fundusz Rozwoju i Polski Instytut Ekonomiczny. Wynika z niego, że 15% firm produkcyjnych myślało o zwiększeniu zatrudnienia w najbliższym czasie, podczas gdy np. 10% przedsiębiorstw z sektora usługowego planowało redukcję etatów. To dobra informacja dla tych, którzy chcą rozpocząć pracę na produkcji. Fabryki oferując stabilne zatrudnienie przyczyniają się do zadowolenia oraz lojalności pracowników. To natomiast kwestie pomocne w niezachwianym utrzymywaniu ciągłości produkcji oraz niegenerowaniu dodatkowych kosztów związanych z rekrutacją. 

Choć kryzys związany z pandemią odbił się na funkcjonowaniu wielu przedsiębiorstw, w Polsce działa sporo stabilnych firm produkcyjnych, np. praca w Stargardzie i Poznaniu oferowana jest między innymi przez fabrykę opon Bridgestone. W nieprzewidywanej sytuacji ekonomicznej stabilność to to, czego potrzebują zarówno pracownicy, jak i same przedsiębiorstwa. 

Więcej ofert pracy w okresie przedświątecznym w produkcji, handlu, logistyce

Tradycyjny wzrost popytu w okresie przedświątecznym i częściowe zniesienie obostrzeń związanych z pandemią skutkuje zwiększeniem liczby ofert pracy tymczasowej w produkcji, handlu i logistyce, wynika z danych Work Service. Po tygodniach oczekiwania pospiesznie wracają do zatrudnienia pracowników także sieci handlowe i hurtownie. Nadal wstrzymuje rekrutacje branża turystyczna, hotelarska i gastronomiczna.

– Tegoroczny okres przedświąteczny przynosi duże zmiany w zatrudnieniu do prac tymczasowych. Jest odzwierciedleniem zmienności sytuacji i dużej niepewności. Podczas gdy w niektórych branżach, np. w logistyce, sprzedaży internetowej czy produkcji widać wręcz wzrost w porównaniu z rokiem ubiegłym, w innych sektorach możliwości znalezienia zajęcia są minimalne, by nie powiedzieć zerowe. Wynika to z obostrzeń związanych z pandemią – komentuje Iwona Szmitkowska, Wiceprezes Work Service.

Jak wynika z danych Work Service, na przestrzeni ostatnich tygodni wrosło – wręcz o ponad 10 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym – zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych w produkcji, dostawie i sprzedaży produktów spożywczych. Zwiększyła się również produkcja kosmetyków, słodyczy, alkoholi i ten trend się utrzymuje. Nadal pracę mogą znaleźć operatorzy maszyn, operatorzy wózków widłowych, komisjonerzy.

Perspektywa gorączkowych przedświątecznych zakupów i częściowe zniesienie ograniczeń związanych z pandemią sprawia, że do zwiększenia liczby pracowników wróciła branża handlowa – sklepy stacjonarne, przede wszystkim spożywcze, hurtownie, centra handlowe w całym kraju. Powtórne otwarcie galerii handlowych 28 listopada oznacza zwiększenie zapotrzebowania na sprzedawców, kasjerów, pracowników porządkowych, ochroniarzy, sprzątaczek, osób wykładających towar i zajmujących się inwentaryzacją. Na liście rekrutowanych są też pakujący prezenty, brakuje natomiast ofert dla promotorów marek, hostess, animatorów zabaw i wydarzeń mikołajkowych.

– Branża handlowa przyspiesza, licząc jednocześnie na utrzymanie wysokiej sprzedaży online. Nadal pracę można znaleźć w e-commerce i branżach powiązanych z tym sektorem – wyjaśnia Iwona Szmitkowska, Wiceprezes Work Service.

10% proc. wzrost zatrudnienia w porównaniu z rokiem ubiegłym odnotowuje branża logistyczna obsługująca centra handlowe, firmy odzieżowe czy branżę spożywczą – to centra logistyczne i spedycyjne, operatorzy logistyczni, magazyny, firmy kurierskie i przewozowe. Poszukiwani są pakowacze, magazynierzy, operatorzy wózków widłowych, kierowcy, kurierzy, spedytorzy.

– Mamy też propozycje pracy w domu, m.in. dla osób, które zostały z dziećmi w wieku szkolnym. To np. oferty prowadzenia sklepu internetowego czy copywritingu – komentuje Iwona Szmitkowska.

Z powodu obostrzeń nie będą organizowane spotkania świąteczne w firmach czy restauracjach, co za tym idzie nie są prowadzone jak w latach ubiegłych rekrutacje w firmach obsługujących tego rodzaju wydarzenia. Pracownicy gastronomii często aplikują na oferty innych branż. W usługach – salonach kosmetycznych, fryzjerskich, SPA – nie oczekuje się wzrostu z uwagi na pandemię. To także różnica w stosunku do lat poprzednich.

– Branża hotelarska i restauracyjna cały czas w napięciu czeka na rozwój sytuacji i decyzje dotyczące skali zniesienia obostrzeń, możliwości wyjazdów fna Święta czy ferie. Jeżeli lokale gastronomiczne, hotele i pensjonaty zostaną otwarte choć w części, zapotrzebowanie na pracowników natychmiast wzrośnie – komentuje Iwona Szmitkowska, Wiceprezes Work Service.

Szczyt pandemii może być okazją do przemyślenia strategii inwestycyjnych

Wiele wskazuje na to, że właśnie teraz jesteśmy świadkami światowego szczytu pandemii. W najgorszym wypadku nastąpi on w ciągu najbliższych tygodni. Oznacza to, że niedługo, wraz ze zmianą trendu w liczbie zachorowań, zmianie mogą ulec również trendy dotyczące procesów gospodarczych. Ciekawe rzeczy mogą się dziać na światowych rynkach kapitałowych. Konsekwencją coraz mniejszej liczbie zachorowań będzie znoszenie ograniczeń administracyjnych. Prawdopodobnie właśnie od teraz stopniowo zacznie się poprawiać sytuacja sektorów najbardziej dotkniętych pandemią. A to może oznaczać, że nadchodzi najlepszy moment na inwestycje w te sektory.

Światowe giełdy, mimo kryzysu, mają się całkiem nieźle. Najważniejszy amerykański indeks – Dow Jones Industrial Average, zaczął 2020 rok na poziomie 28 868 punktów. Po ogromnym spadku do 18 591 punktów, od końca marca jego wartość wręcz eksplodowała i obecnie oscyluje w okolicach rekordu wszech czasów, znacznie przekraczając 29 000 punktów. Podobnie jest z innymi indeksami, szczególnie z technologicznym Nasdaq, który po marcowym załamaniu osiągnął rekord wszech czasów już w pierwszej połowie czerwca i nadal rośnie. Od początku roku można było na nim zarobić aż 30,4%.

Cały czas jednak jest kilka sektorów, których nie dotyczą intensywne wzrosty. Szczególnie często przywoływanym przykładem jest sektor linii lotniczych. Obrazujący jego sytuację giełdowy indeks „S&P 1500 Airlines Sub-Industry” zaczął bieżący rok na poziomie 389 punktów. Jego obecna wartość około 273 punkty jest niższa od tej z początku roku o ponad 28%. Ale i tak inwestorzy, którzy odważyli się zainwestować w ten indeks w połowie maja, gdy jego wartość wynosiła 133,96 punktów, zarobili już ponad 103%! Tymczasem, patrząc na ilość kapitału napływającego na giełdy, gdy linie lotnicze na nowo ruszą po zniesieniu ograniczeń, odrobienie strat z okresu pandemii wydaje się tylko kwestią czasu.

Znacznie większe straty ponieśli inwestorzy zaangażowani w sektor wydobycia i przetwórstwa ropy i gazu. Indeks „S&P 1500 Oil & Gas drilling” spadł w tym roku o 64%. Ponad 37% stracił indeks „S&P 1500 Oil & Gas Refining & Marketing”. Jednak chcąc inwestować w ten sektor, inwestorzy będą musieli rozważyć, czy nie boją się utraty jego pozycji na rzecz energetyki odnawialnej. Wydaje się jednak, że zielona rewolucja w transporcie i energetyce nie powinna nastąpić w ciągu kilku miesięcy. Technologie pozyskiwania energii z wiatru i słońca wciąż wymagają udoskonaleń, co oznacza, że sektor gazowy i paliwowy ma przed sobą co najmniej kilkanaście lat względnie stabilnej działalności. Powinien więc przynajmniej częściowo wyjść z obecnej zapaści.

Kolejną branżą, która nie odrabia strat na amerykańskich giełdach jest bankowość. Indeks „S&P 500 Banks Industry” stracił od początku roku ponad 20%. Na bankach przede wszystkim odbija się słaba sytuacja finansowa ich klientów i zwiększone ryzyko kredytowe. Jednak mimo niezwykle dynamicznie rozwijającej się konkurencji ze strony sektora fintech, tradycyjne banki z pewnością nie złożą broni w walce o klientów. Mają one ogromną przewagę kapitałową nad startupami internetowymi, od dawna widać też, że nie mają problemów z absorpcją innowacji. Oznacza to, że sytuacja sektora bankowego może się istotnie poprawiać w czasie wygaszania pandemii.

Podobnej rewizji może wymagać strategia dotycząca inwestycji w sektory, które najbardziej zyskały na pandemii. Wśród nich są firmy logistyczne, głównie zajmujące się rozproszoną logistyką miejską, fintechy wprowadzające nowe technologie płatności oraz niektóre przedsiębiorstwa farmaceutyczne i medyczne. Wątpliwe jest aby ich rozwój mógł pozostać tak dynamiczny po wygaszeniu pandemii. W tym wypadku obecne przesilenie może być dobrym momentem na wyjście z inwestycji, tym bardziej że światowe banki centralne, w tym amerykański FED, kiedyś będą musiały skończyć ze swoją polityką nieskończonego dodruku pieniądza, co może negatywnie wpłynąć na główne indeksy giełdowe.

Autor: Łukasz Blichewicz – współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych

Złoty jednak traci. Kurs euro powyżej 4,48 zł

Po kilku dniach spokoju złoty znów trochę traci na wartości. Powoli można to łączyć z niepokojem potencjalnego zawetowania unijnego budżetu, aczkolwiek tutaj raczej jest to bardziej ryzyko eskalacji konfliktu niż wynik obecnego działania.

Złoty traci

Zamieszanie związane z głosem sprzeciwu Polski wobec Unii powoli zaczyna psuć klimat wokół polskiej waluty. Nie jest to oczywiście jedyny czynnik, ale warto zwrócić uwagę na fakt, że od rana traci nie tylko złoty, ale również forint. Z kolei czeska korona pozostaje w miarę stabilna. Z drugiej strony należy pamiętać, że mamy piątek. Część inwestorów może nie chcieć mieć otwartej pozycji na weekend w polskich złotych w obawie, czy nie padną jakieś bardzo mocne deklaracje. Rynki generalnie unikają oceny politycznej, gdyż jeżeli inwestor z powodów ideologicznych odpuści inwestycje, ktoś inny w jego miejsce zarobi te pieniądze. W rezultacie do momentu, kiedy groźby odcięcia pieniędzy nie staną się realne, zmiany na złotym nie powinny być zbyt silne.

Nieobecność Amerykanów

Wczoraj zgodnie z oczekiwaniami nieobecność Amerykanów na rynku spowodowała, że nie działo się zbyt wiele. Było to wynikiem zarówno braku inwestorów zza oceanu, jak również przesunięcia odczytów danych makroekonomicznych (zwyczajowo przypadających na czwartek, takich jak liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych) na środę. Nie oznacza to, że na parach dolarowych nic się nie działo. Po prostu, patrząc na napięcia pomiędzy FED a administracją odchodzącego prezydenta, nie było tego za wiele.

Ropa naftowa znów drożeje

Pomimo wczorajszej przeceny cen czarnego złota był to bardzo dobry tydzień dla tego surowca. Jeszcze wczoraj zastanawiano się, czy ropa przekroczy w tym tygodniu barierę 50 dolarów za baryłkę po raz pierwszy od marca. Dzisiaj, co prawda, zatrzymała się tuż ponad 48 dolarów. Mowa oczywiście o surowcu kwotowanym na giełdzie w Londynie. Amerykańskie notowania znajdują się około 3 dolarów niżej. Ostatnie wzrosty nie spowodowały jednak (jak to często ma miejsce na rynku) odbicia w górę na rublu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Rynek intermodalny odnotowuje wzrosty, mimo że globalne problemy wpływają negatywnie na jego rozwój

Loconi Intermodal, lider na polskim rynku operatorów intermodalnych, podsumowuje sytuację i wydarzenia w swojej branży. Po trudnej wiośnie z powodu pandemii i lockdownu, lato i wczesna jesień przyniosły odbicie w górę masy przewiezionych towarów na rynku transportu kolejowego oraz intermodalnego. To dobry sygnał, jednakże problemy związane z obrotem kontenerów pomiędzy Chinami a Europą, mogą wpłynąć negatywnie na wzrosty ich wolumenów. Mimo to, operatorzy intermodalni liczą na szybki rozwój w czasie po pandemii, do czego przyczynić się mogą też inwestycje w infrastrukturę kolejową i portową.

Na końcu III kwartału 2020 r. przewozy towarowe koleją osiągnęły już poziom zbliżony do zeszłorocznego. Masa przewiezionych ładunków we wrześniu wyniosła 19,6 mln ton, praca przewozowa blisko 4,7 mld tonokilometrów, zaś praca eksploatacyjna 6,9 mln ton. Widoczny wzrost odnotował też rynek przewozów intermodalnych. Według najnowszych danych Urzędu Transportu Kolejowego, w trzech pierwszych kwartałach 2020 r. masa przewozów intermodalnych wzrosła o ponad 18 proc., a liczba jednostek o blisko 17 proc. Od początku tego roku przewieziono koleją niemal tyle intermodalu co w całym 2018 r. Udział przewozów intermodalnych systematycznie rośnie i w III kwartale wyniósł 10,5 proc. według masy. Porównując to z analogicznym okresem ubiegłego roku w trzecim kwartale 2020 roku wzrosły wszystkie parametry transportu intermodalnego. Od lipca do września przewoźnicy kolejowi przetransportowali ponad 438 tysięcy kontenerów, co stanowiło 724 tysiące TEU.

Po III kwartałach 2020, w przewozach intermodalnych masa ładunków osiągnęła blisko 17 mln ton, praca przewozowa wyniosła prawie 5,5 mld tonokilometrów, co oznacza wzrost o ponad 18 proc. i 5,7proc. w porównaniu do III kwartów 2019 r.

– Już po pierwszych dwóch kwartałach, pomimo marcowego lockdownu, Loconi Intermodal odnotowało wyższe przewozy zarówno w ujęciu miesiąc do miesiąca, jak i rok do roku.

W miesiącach letnich, np. porównując sierpień do lipca 2020, odnotowaliśmy wzrost na poziomie 14 proc., a w październiku osiągnęliśmy swój rekord wolumenowy transportując 11 tyś. kontenerów na 252 pociągach – wylicza Katarzyna Kwasiborska, dyrektor ds. operacyjnych, Loconi Intermodal SA.

Problemy z pustymi kontenerami w Chinach

Tendencja wzrostowa powinna utrzymać się jeszcze w listopadzie, kiedy to spływają kontenery z Chin i jest większy ruch towarowy w związku z dostawami przedświątecznymi. Jednakże optymizm ten studzą informacje związane z brakiem dostępności kontenerów w chińskich portach, co powoduje problemy z importem z Dalekiego Wschodu i opóźnienia w dostawach. To z kolei wpływa na nierównomierne rozłożenie wolumenów w transporcie intermodalnym. Taką sytuację obserwuje się zarówno w transporcie morskim jak i kolejowym na trasach Nowego Jedwabnego Szlaku. Komunikaty płynące ze strony chińskiej informują, iż może to potrwać aż do początku marca 2021 r. Do tego nie wiadomo, jak rozwinie się sytuacja z pandemią i otwieraniem z lockdownu europejskich gospodarek.  Jeśli restrykcje będą się wydłużały, uderzy to w te obszary rynku, od których zależny jest transport intermodalny. Chodzi o takie branże jak fashion, health&care, czy meblarska. O ile część wolumenów przeniesiona zostanie do sprzedaży e-commerce, to jednak nie wyrównają one strat spowodowanych zamknięciem handlu tradycyjnego. Pomimo tych globalnych problemów, na rozwój i przyszłość rynku intermodalnego należy patrzeć z optymizmem.

Inwestycje w infrastrukturę a rozwój przewozów intermodalnych

– W momencie powrotu gospodarki na normalne tory i uwolnienia rynku z lockdownu liczymy na szybkie odbicie w górę wolumenów kontenerowych. Pomogą w tym również inwestycje w restrukturyzację linii kolejowych w Polsce, które cały czas są realizowane, w tym głównie te związane z poprawą dostępności kolejowej do portów morskich i terminali kontenerowych – mówi Katarzyna Kwasiborska.

Wśród nich wymienić można chociażby poprawę kolejowego dostępu do portów w Szczecinie i Świnoujściu. Inwestycja PKP Polskich Linii Kolejowych zapewni dojazd do tych portów dłuższym i cięższym składom. Pojadą tam pociągi 750-metrowe o obciążeniu 221 kN na oś. Podobnie jest z poprawą dostępności kolejowej do trójmiejskich portów morskich, np. realizowany projekt pn. „Poprawa dostępu kolejowego do portu morskiego w Gdyni” ma zwiększyć wolumeny kontenerów przeładowywanych na kolej w gdyńskich terminalach. Inną ważną inwestycją dla intermodalu jest modernizacja linii kolejowej Rail Baltica. Na terenie Polski prace wykonano już na 1/3 długości tej trasy. Budowa obejmuje ok. 390 km od Warszawy do Trakiszek na granicy z Litwą. To część korytarza transeuropejskiego, który łączy Niemcy, Polskę, Litwę, Łotwę i Estonię. Także przedsiębiorcy inwestują w rozwój infrastruktury do przeładunku kontenerów. Loconi Intermodal inwestuje w rozwój własnej sieci terminali kontenerowych. Pod koniec ub.r. Loconi zwiększyło powierzchnię, jednego ze swoich kluczowych obiektów w sieci intermodalnej, terminala w Warszawie. Rozwinięte zostały zdolności składowe tego terminala o 25 proc. z 3,5 tyś. TEU do 4,3 tyś. TEU i rozszerzono jednocześnie usługi depotowe dla chińskich kontenerów.

– Wszystkie te działania oraz inwestycje dają nadzieję na szybki rozwój przewozów intermodalnych w Polsce i utrzymanie konkurencyjności polskich operatorów na rynku europejskim. Pozostaje tylko pytanie – jak długo trzeba będzie czekać aż europejska gospodarka odzyska równowagę, którą straciła przez koronawirusa – podsumowuje Katarzyna Kwasiborska.

Rynek oczekuje, że EBC dokonana rewizji polityki monetarnej

Pod nieobecność Amerykanów Azja zdaje się tracić poczucie kierunku, co prowadzi do tego, że na starcie piątkowych notowań w Europie mamy niezdecydowany dryf. Tradycyjnie już w tym tygodniu FX realizuje poranną presję osłabienia dolara, która może być odwrócona w drugiej części dnia.

EUR/USD wciąż nie może ustanowić trwałego wyłamania ponad 1,19. W ostatnich dniach zauważalny jest schemat, gdzie poranek w Europie przynosi próby wyjścia ponad 1,19, ale zapędy te ukrócane są, jak tylko do gry wchodzą inwestorzy z Nowego Jorku. Nawet pomimo ograniczonej aktywności Amerykanów w związku ze Świętem Dziękczynienia, schemat ten się utrzymał. Na papierze wszystko wskazuje na osiągnięcie (i przełamanie) 1,20 prędzej czy później. Apetyt na ryzyko podsycany przez rewelacje o szczepionkach; obfitość dolara, który będzie finansować inwestycje w aktywa ryzykowne; większa skala ekspansji monetarnej i fiskalnej USA niż strefy euro; potencjalna dywersyfikacja inwestorów na rynku akcji z wygrzanego Wall Street w stronę europejskich spółek. Co stoi na przeszkodzie? „Magia” 1,20, a raczej namaszczenie tego poziomu jako wzbudzającego niezadowolenie przedstawicieli EBC. Pierwsze werbalne ostrzeżenia pojawiły się już we wrześniu, kiedy ostatnim razem EUR/USD flirtował z psychologicznym poziomem. Od tego czasu kilkukrotnie członkowie EBC – najzagorzalej główny ekonomista Lane – podkreślali istotność zacieśniania się warunków finansowych, także w formie drożejącego euro. Stąd inwestorzy nie chcą niepotrzebnie drażnić EBC, szczególnie przed zbliżającym się posiedzeniem banku 10 grudnia.

Rynek już oczekuje, że EBC dokonana rewizji polityki w odpowiedzi na pogarszającą się sytuację gospodarczą w obliczu drugiej fali pandemii. Wczoraj jasno to wynikało z opublikowanych minutek EBC oraz z komentarzy Lane’a. Konsensus rynkowy zakłada rozszerzenie programu skupu aktywów PEPP o co najmniej 500 mld EUR wraz z przedłużeniem innych programu ilościowych. Pośrednio przesłanką za dodatkowym QE była także wczorajsza decyzja szwedzkiego Riksbanku o zwiększeniu własnego programu skupu aktywów. Riksbank dba o to, by korona nie zyskiwała za bardzo względem euro i wczorajszą decyzję można traktować jako ruch wyprzedzający względem grudniowej decyzji EBC. Pomimo tego, nic nie stoi na przeszkodzie, by 10 grudnia EBC okrasiło swoją decyzję dodatkowym komentarzem o sile EUR tak, aby na każdym froncie zadbać o łagodzenie warunków finansowych w gospodarce. I to jest ryzyko, które przynajmniej do 10 grudnia może hamować wzrosty EUR/USD, nawet jeśli kierunek zdaje się przesądzony.

Jak EUR/USD utrzymał wczoraj schemat „rano wyżej, po południu niżej”, tak w przypadku EUR/PLN sekwencja została zaburzona i nie kurs nie odnotował powrotu w stronę 4,46 i został pod 4,48. Ogólnie jednak sytuacja na rynku nie uległa zmianie, gdzie pozytywny klimat w stosunku do ryzykownych aktywów stabilizuje złotego na wyższych poziomach, ale EUR/PLN trafia na silne wsparcie techniczne na 4,46. Wczoraj rząd przedstawił założenia tarczy finansowej 2.0, która przewiduje pomoc do 35 mld zł dla 38 branż poszkodowanych skutkami jesiennej fali pandemii koronawirusa. Rządowy plan w dużym stopniu opiera się o środki finansowe, które zostały zarezerwowane pod pierwszą tarczę, ale nie zostały w pełni wykorzystane. W efekcie skutki fiskalne nie będą znacząco odbiegały od pierwotnych założeń. Złoty nie zareagował na komunikat, gdyż premia za ryzyko z tytułu obaw o skutki wzrostu zachorowań już dawno wyparowała z wartości złotego (wzrosty EUR/PLN ponad 4,60).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Budowlańcy mówią, że przez pandemię pracy jest mniej

Po pół roku trwania pandemii 64% firm budowlanych w Polsce poniosło straty finansowe. Skutki obostrzeń były dla nich odczuwalne, mimo że aż 59% z nich funkcjonowało bez większych zakłóceń w czasie trwania lockdownu – wynika z raportu Oferteo.pl. Trzy czwarte przedsiębiorców budowlanych sięgnęło po rządową pomoc, aby przetrwać trudny czas.

Kryzys gospodarczy a konkretne branże

Problemy przedsiębiorców związane z epidemią i wynikającymi z niej ograniczeniami odczuła niemal każda branża. W przypadku większości firm spowodowały one duże straty finansowe i utrudnienia w prowadzeniu biznesu. Najboleśniej kryzys dotknął przedsiębiorstwa oparte na turystyce, gastronomii i kulturze, ale wpłynął on również na inne sektory gospodarki. Oferteo.pl, największy polski portal łączący poszukujących usług budowlanych z ich dostawcami, postanowiło sprawdzić, jak przez pół roku od marca do października radziła sobie branża budowlana w Polsce.

Budowlanka działała w czasie lockdownuCzy od czasu ogłoszenia lockdownu kontynuował Pan, kontynuowała Pani działalność

Negatywny wpływ pandemii na sytuację finansową przedsiębiorstwa zadeklarowało ogółem aż 70% ich właścicieli. W przypadku wyłącznie firm budowlanych ten odsetek wyniósł 64%. Wygląda więc na to, że mimo iż prawie dwie trzecie branży budowlanej poniosło straty, to i tak została ona poszkodowana w mniejszym stopniu niż pozostałe. Taki stan rzeczy potwierdzają również sami właściciele firm budowlanych, z których 64% nie zgodziło się ze stwierdzeniem, że ich branża została szczególnie dotknięta przez kryzys wywołany pandemią.

Warto przyjrzeć się też danym dotyczącym funkcjonowania podczas lockdownu. Wynika z nich, że specjaliści budowlani w większości pracowali wówczas normalnie – tak zadeklarowało aż 59% badanych. 38% firm kontynuowało działalność w ograniczonym zakresie, a zawiesiło ją tylko 3% respondentów.

Zwolnienia są ostatecznościąCzy w związku z pandemią musiał Pan, musiala Pani zwolnić pracowników

Jak pokazało badanie Oferteo.pl, do października tego roku 75% pracodawców udało się uniknąć zwolnień, choć część z nich je rozważała. Cięcia kadrowe planowało wówczas 9% badanych, a 16% przedsiębiorców miała je już za sobą.

Przez pierwsze pół roku trwania pandemii rząd wprowadził w życie kilka rodzajów wsparcia, które miały pomóc firmom w przetrwaniu ciężkiego okresu i utrzymaniu miejsc pracy. Po taką pomoc sięgnęło niemal trzy czwarte przedsiębiorstw budowlanych. Najwięcej, bo 54%, skorzystało ze zwolnienia z ZUS, 43% z mikropożyczki, a 25% ze świadczenia postojowego.

Brak zleceń i klientów

Z jakimi problemami Pana, Pani firma musiała się zmierzyć w trakcie pandemiiMimo stosunkowo dobrej (w porównaniu do innych branży) sytuacji, przedsiębiorcy budowlani również muszą się mierzyć z problemami. Podobnie jak reszta właścicieli biznesów, wśród największych perturbacji najczęściej przytaczali oni zmniejszoną liczbę zleceń, rezygnację dotychczasowych klientów, a także brak środków na sfinansowanie bieżącej działalności.

Jeśli chodzi o największe wyzwania, jakie obecnie stoją przed firmami, to najczęściej wskazywano działanie w atmosferze niepewności wynikającej ze zmieniającej się sytuacji. Na drugim miejscu znalazło się pozyskanie nowych klientów, dalej utrzymanie płynności finansowej. Wiele osób odpowiedziało także, że sporym utrudnieniem jest dla nich brak specjalistów na rynku pracy.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego w październiku 2020 roku na grupie 374 przedsiębiorców działających w branży budowlanej.

Pierwszy, podlaski odcinek Via Carpatii jest już w realizacji

Została podpisana umowa na projekt i budowę odcinka drogi ekspresowej S19 od węzła Białystok Południe do Plosek o długości prawie 13 km. To pierwszy fragment, z dziesięciu, międzynarodowej trasy Via Carpatii w woj. podlaskim, który przechodzi do etapu realizacji. Do końca roku planujemy podpisanie umów na kolejne odcinki tej drogi, stanowiącej też obwodnicę Białegostoku.

Były przetargi, są umowy GDDKiA

GDDKiA S19-Bialystok-Ploski – podpisanie umowy„Podpisana dziś umowa na odcinek od węzła Białystok Południe do Plosek nad Narwią, to pierwsza z trzech najbliższych umów na realizację trasy S19 w woj. podlaskim. Jeszcze w tym roku planujemy podpisać kontrakty z wykonawcami odcinków Księżyno – Białystok Południe (wraz z DK65 do Grabówki) oraz Białystok Zachód – Księżyno. W ten sposób w realizacji będzie już cała tzw. południowa obwodnica Białegostoku wraz z wylotem w stronę Bielska Podlaskiego” – powiedział Tomasz Żuchowski, p.o. Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad.

„W pierwszej połowie 2021 r. planujemy podpisanie umów na pozostałe odcinki S19 w woj. podlaskim, na które w tym roku ogłosiliśmy przetargi” – dodał szef GDDKiA.

Eska nad Narwią GDDKiA

GDDKiA S19 Białystok Południe – PloskiOdcinek Białystok Południe (bez węzła) – Ploski nad Narwią ma długość 12,73 km. Droga będzie miała dwie jezdnie po dwa pasy ruchu. Rodzaj konstrukcji nawierzchni – beton czy asfalt – wybierze wykonawca. Zadanie obejmować będzie też budowę 16 obiektów inżynierskich, w tym 160-metrowego mostu nad doliną Narwi i osiem przejść dla zwierząt.

Na tym fragmencie S19 zaplanowany został węzeł Zabłudów, zapewniający relację Białystok – Zabłudów – Juchnowiec Kościelny.

Wykonawcą zadania o wartości 396,9 mln zł jest firma Mota Engil Central Europe.

Harmonogram prac:
· III/IV kwartał 2021 r. – złożenie wniosku o wydanie decyzji o zezwoleniu na realizację inwestycji drogowej (ZRID);
· II kwartał 2022 r. – uzyskanie decyzji ZRID;
· 2022-2024 – lata realizacji.

Dane techniczne:
· Przekrój docelowy – 2×2;
· Liczba i szerokość pasów ruchu – 2 x 2 x 3,5 m;
· Pas dzielący wraz z opaskami – min. 5 m;
· Prędkość projektowa – 120 km/h;
· Pas awaryjny – 2,5 m;
· Kategoria ruchu – KR 6;
· Obciążenie nawierzchni – 11,5 t/oś.

Sztuczna Inteligencja (AI) monitoruje produkcję papieru (AI w przemyśle papierniczym)

Produkcja papieru jest procesem wieloetapowym. Jak podaje Wikipedia, nowoczesna produkcja papieru rozpoczęła się w Europie na początku XIX wieku wraz z rozwojem maszyny Fourdrinier (znanej również jako maszyna papiernicza). Urządzenie takie wytwarza ciągłą rolkę papieru. Jak dalej opisuje Wikipedia, nowoczesna papiernia (= fabryka papieru) jest podzielona na kilka sekcji […]. Miazga jest rafinowana i mieszana w wodzie z innymi dodatkami w celu uzyskania zawiesiny (pulpy). Skrzynia wlewowa maszyny papierniczej (Headbox) rozprowadza zawiesinę na ruchomym ciągłym sicie, woda spływa z zawiesiny (grawitacyjnie lub pod próżnią), mokry arkusz papieru przechodzi przez prasy i wysycha (Forming Fabric), a na koniec zwijany jest w duże rolki. Dla tych, którzy nie są do końca zaznajomieni z tym procesem, oto zdjęcie przykładowej maszyny papierniczej:

AI w przemyśle papierniczym
Źródło zdjęcia: PIV measurements of flow through forming fabrics — Scientific Figure on ResearchGate. Available from: https://www.researchgate.net/figure/Forming-section-of-a-modern-Fourdrinier-paper-machine_fig3_286055124

Tzw. faza odwadniania pochłania najwięcej energii i kapitału. Usuwanie wody na maszynie papierniczej odbywa się w następujących po sobie etapach tj. sekcja prasy, sekcja suszenia itp. Podczas tej fazy obserwuje się naturalne zjawisko zwane „linią mokrą”, czasem „linią suchą” lub ogólnie „linią wodną”.

„Linia Mokra” (ang. “Wet Line”) to naturalne zjawisko, które występuje podczas produkcji papieru. Należy je uważnie monitorować, aby uniknąć strat i kosztownych przerw w produkcji papieru.

Jak opisano w amerykańskim patencie o numerze US4500968A, linia mokra jest linią rozgraniczającą między częścią wsadu zanurzoną w wodzie a częścią mającą włókna wystające ponad powierzchnię wody. Patrząc w dół pod ostrym kątem można dostrzec błyszczącą powierzchnię w miejscu, w którym woda wystaje ponad powierzchnię masy papierniczej oraz obszar matowy […], gdzie przez masę przepłynęła wystarczająca ilość wody.

Linia mokra powinna być utrzymywana w określonym obszarze na maszynie papierniczej. Gdy wymknie się spod kontroli, może powodować szkody, które przekładają się na konkretne straty i opóźnienia w produkcji. Dlatego należy podjąć odpowiednie działania zanim linia mokra zbliży się zbytnio do określonych obszarów. Sama jej obecność jest przydatna dla operatora przy optymalizacji ustawień maszyny papierniczej. Jednak operator musi stale kontrolować maszynę wizualnie, ręcznie monitorować ją i odpowiednio dostosowywać ustawienia, aby uniknąć katastrofy.

Cognitive Services od byteLAKE to zestaw narzędzi wykorzystujących sztuczą inteligencję. Wśród nich jest dedykowany moduł do wykrywania Linii Mokrej, dzięki któremu można monitorować jej obecność i zachowanie 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.

Firma byteLAKE nawiązała współpracę z liderami branży papierniczej w celu dalszej optymalizacji produktu Cognitive Services i dostosowania go do automatycznego wykrywania linii mokrej. Rozwiązanie przedstawiono na poniższym obrazku.

Cognitive Services
Wykrywanie „linii mokrej” za pomocą sztucznej inteligencji (computer vision)

Nasz model AI (sztuczna inteligencja) został nauczony wykrywania linii mokrej i zaprojektowany do pracy w czasie rzeczywistym. Opiera swoje działanie o obrazy pozyskane z kamer przemysłowych. Algorytmy AI kontrolują powierzchnię, na której formowany jest materiał i uruchamiają alarm po wykryciu linii mokrej. Oprócz tego algorytmy analizują maszynę papierniczą i otoczenie w celu wykonania pomiarów i oceny położenia linii mokrej jak i jej szerokości. Informacje te są następnie przedstawiane operatorowi maszyny papierniczej, który może odpowiednio zareagować i np. wprowadzić do niej odpowiednie ustawienia.

Usługi Cognitive Services od byteLAKE do wykrywania „linii mokrej” zostały już skomercjalizowane i z powodzeniem wdrożone w papierniach.

Z naszych usług Cognitive Services korzystają już pierwsze papiernie. Nasi klienci przemysłowi wykorzystują modele sztucznej inteligencji m.in. przy automatycznym monitorowaniu jakości i przy automatyzacji wielu różnych procesów. Celem tego typu projektów jest przede wszystkim wsparcie personelu naszych klientów w monitorowaniu jakości i ostatecznie zwiększenie ogólnej efektywności procesów produkcyjnych. A w przypadku naszego modelu do detekcji linii mokrej, sztuczna inteligencja znacząco usprawnia proces produkcji papieru i zwiększa jego wydajność.

Dla przemysłu papierniczego monitorowanie i pomiary odległości oparte na sztucznej inteligencji okazały się ważnymi krokami zabezpieczającymi cały proces produkcji papieru. Tak zwana „linia mokra” pojawiająca się na linii produkcyjnej jest zjawiskiem normalnym. Jednak, jak wspomniałem wcześniej, jej zachowanie i rozwój muszą być uważnie monitorowane. Dzięki usługom Cognitive Services od byteLAKE proces tworzenia i przesuwania się linii mokrej może być monitorowany 24/7.

Projekty związane z wdrożeniami naszego detektora linii mokrej były i są dla nas wspaniałym doświadczeniem. Mogę powiedzieć wiele ciepłych słów o bezproblemowej i owocnej współpracy z personelem naszego klienta. Jednak jeśli chodzi o sam przemysł papierniczy, jest on naprawdę pełen niespodzianek. Przed pierwszymi projektami nigdy nie myślałem o wykorzystaniu tam rozwiązań AI. Koniec końców okazało się, że jest to kolejna wspaniała branża, w której AI ma wiele do zaoferowania. Predykcja trendów, rozwiązania z wachlarza Przemysłu 4.0, analityka Big Data, wizja komputerowa to tylko niektóre aspekty, o których chciałbym wspomnieć . Jako zespół byteLAKE jesteśmy dumni z dodania detektora linii mokrej go do naszej oferty AI dla fabryk, powiedział Mariusz Kolanko, współzałożyciel byteLAKE

Ludzie i maszyny popełniają błędy. Dlatego usługi Cognitive Services od byteLAKE zostały zaprojektowane tak, aby skutecznie wydobywać to, co najlepsze z obu tych światów.

byteLAKE kontynuuje współpracę z liderami branży w celu rozwijania kolejnych modułów w ramach oferty Cognitive Services. Sztuczna inteligencja ma ogromny potencjał w zakresie automatyzacji produkcji i szybko przynosi wymierne korzyści.

Więcej o byteLAKE

Sztuczna inteligencja dla biznesu. Produkty i usługi.

  • AI: innowacyjna, oparta na sztucznej inteligencji automatyzacji i analityka danych. Rozwiązania z zakresu dynamiki płynów, produkcji, przemysłu 4.0, Big Data, przetwarzania dokumentów, dla restauracji, przemysłu budowlanego, przemysłu chemicznego, rolnictwa, logistyki i nie tylko.
  • HPC: skracanie czasu do uzyskania wyników i dostosowanie złożonych algorytmów do architektur wieloprocesorowych (CPU, GPU i FPGA).

Cognitive Services od byteLAKE

Jest to zbiór modeli sztucznej inteligencji (AI) zaprojektowanych dla potrzeb Przemysłu 4.0. Każdy zaprojektowany i wytrenowany przez nas model sztucznej inteligencji koncentruje się na określonych zadaniach branżowych, zapewniając w ten sposób maksymalną dokładność. Usługi Cognitive Services od byteLAKE koncentrują się głównie na następujących dwóch obszarach:

  • Wspomagana przez sztuczną inteligencję inspekcja wizualna dla efektywnego monitorowania jakości produktów i procesu.
  • Analityka danych Big Data / z czujników IoT (Internet Rzeczy). Mechanizmy oparte na sztucznej inteligencji umożliwiają znalezienie trendów, przewidzenie awarii systemów, odpowiedzi na pytania, takie jak dlaczego coś się dzieje, co prawdopodobnie się wydarzy lub aby znaleźć zbiorowe znaczenie danych pochodzących z wielu źródeł.
Cognitive Services od byteLAKE. Rozwiązania dla Przemysłu 4
Cognitive Services od byteLAKE. Rozwiązania dla Przemysłu 4.0

Oceanograficzny satelita Sentinel-6 dołączył do unijnego systemu obserwacji Ziemi Copernicus

21 listopada z bazy Vandenberg w Kalifornii w Stanach Zjednoczonych, w ramach europejsko-amerykańskiej współpracy, został wyniesiony na ziemską orbitę satelita Sentinel-6 Michael Freilich, noszący imię byłego szefa działu nauk o Ziemi w NASA. Jest on przeznaczony do precyzyjnych pomiarów zmian poziomu morza. Będzie dostarczał informacje dla nauk o klimacie oraz do kształtowania polityki morskiej, a także wspierał ochronę 600 mln ludzi, zamieszkujących tereny przybrzeżne. Dane z Sentinela-6 zasilą europejski program obserwacji Ziemi Copernicus.

Najnowszy satelita wyposażony jest w altymetr radarowy –  urządzenie, które będzie wykonywało bardzo dokładne pomiary wysokości powierzchni oceanów. Dane te mają kluczowe znaczenie w monitorowaniu wahań poziomu wód, szczególnie w kontekście zmian klimatycznych i ocieplania się klimatu. Satelita ma również pomagać w prognozowaniu pogody oraz realizowaniu gospodarki morskiej, np. poprzez wyznaczanie optymalnych tras dla statków.

Sentinel-6 będzie mapował co 10 dni 95 proc. oceanów na Ziemi. Gromadzone dzięki niemu dane przyczynią się do rozwoju nauk o Ziemi i lepszego jej poznania. A dziś, w czasie niepewności klimatycznej oraz coraz częściej pojawiających się gwałtownych i niebezpiecznych zjawisk atmosferycznych, ma to ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa naszego życia na Ziemi – mówi Stanisław Krzyżanowski, Business Development Manager w CloudFerro, firmie, która w ramach współpracy z ESA stworzyła oraz jest operatorem CREODIAS.eu, jednej z europejskich platform udostępniających dane satelitarne z obserwacji Ziemi.

Sentinel-6 (określany też jako Sentinel-6A) powstał dzięki współpracy międzynarodowej organizacji europejskich: ESA (Europejska Agencja Kosmiczna) i EUMETSAT (Europejska Organizacja Eksploatacji Satelitów Meteorologicznych) oraz amerykańskich NASA i NOAA (National Oceanic and Atmospheric Administration). W 2025 roku, do misji, która zaplanowana jest do 2030 roku, ma dołączyć Sentinel-6B.

Program obserwacji Ziemi Copernicus, w ramach którego ESA operuje konstelacją satelitów Sentinel, jest obecnie prawdopodobnie najbardziej ambitnym projektem obserwacji naszej planety. Mimo tego, że na rynku pojawia się coraz więcej komercyjnych firm, będących operatorami satelitów mapujących Ziemię, nikt nie realizuje tak ogromnych inwestycji w szeroką gamę różnych super dokładnych czujników, jak ESA – mówi przedstawiciel CloudFerro. – Jednak to, co w programie Copernicus jest najbardziej istotne, to fakt, że dane z monitoringu Ziemi trafiają do domeny publicznej, służąc nie tylko naukowcom i ośrodkom badawczym. Może z nich korzystać także biznes, tworząc różnego rodzaju rozwiązania i aplikacje, oparte na danych satelitarnych.

Sentinel-6 Michael Freilich dołączył do grona pozostałych satelitów misji Sentinel obrazujących Ziemię działających na rzecz poprawy stanu środowiska i podniesienia bezpieczeństwa mieszkańców naszej planety.

Zobrazowania z europejskich satelitów Sentinel-1, Sentinel-2, Sentinel-3 i Sentinel-5 są dostępne dla każdego m.in. na platformie CREODIAS.eu, która jest jednym z DIAS (Data and Information Access Services), realizowanych w ramach unijnego programu monitorowania Ziemi Copernicus.

Cyberbezpieczeństwo i luka kompetencyjna

Najczęstszym problemem wśród specjalistów zajmujących się bezpieczeństwem informacji jest brak kompetencji cyfrowych. Niedobór specjalistów wysokiej klasy w tym obszarze jest identyfikowany z zagrożeniem dla cyberbezpieczeństwa, a dalej dla przychodów, bezpieczeństwa i stabilności gospodarczej. To prawda – jednak tylko do pewnego stopnia. W taki sposób problem jest definiowany w większości przypadków – jedynie jako brak wykwalifikowanych kandydatów na podobne stanowiska. Z naszych doświadczeń wynika, że nie do końca tak jest.

Ile kompetencji cyberbezpieczeństwa można kupić za 10 tys. PLN?

Niektóre problemy związane z zatrudnianiem pracowników bezpieczeństwa odzwierciedlają szersze kwestie kadrowe: każdy chce mieć „gotowego do potrzeb człowieka” – specjalistę, ale niekoniecznie za stawkę rynkową. Często słyszymy argumenty odnoszące się do „braku czasu na szkolenia kogoś” z jednoczesną deklaracją „potrzeby natychmiastowego złagodzenia zagrożeń”.

Czym w ogóle jest cyberbezpieczeństwo?

Wiele organizacji wydaje się budować wymagania kadrowe w zakresie cyberbezpieczeństwa wokół tytułu zawodowego w dziedzinie informatyki. Dawniej była to dobra strategia, ale obecnie tytuły zawodowe związane z informatyką i cyberbezpieczeństwem nieco się rozbiegają – z kilku powodów.Oczywiście cyberbezpieczeństwo jest bezpośrednio skorelowane z informatyką, zarówno pod kątem zasobu wiedzy, jak i codziennych czynności. Jednak większość osób zajmujących się informatyką chce tworzyć oprogramowanie. Ponadto większość programów edukacyjnych z zakresu informatyki oferuje niewielki zakres wiedzy w obszarze bezpieczeństwa. Częściowo wynika to z faktu, że jest ogrom innych materiałów do omówienia, a częściowo dlatego, że samo bezpieczeństwo nie jest jeszcze odrębną dziedziną. Dla złagodzenia braków kadrowych obiecujące są dziś metodologie DevSecOps. Dzięki nim programiści mogą z czasem poznawać dziedzinę i zacząć dbać o bezpieczeństwo, jednak w tej chwili nie są to jeszcze bardzo popularne metodologie.

O którym cyberbezpieczeństwie mówimy?

Póki co, sama problematyka bezpieczeństwa jest niedokładnie zdefiniowana.  Obejmuje tak wiele różnych zestawów umiejętności, że nawet doświadczeni eksperci ds. bezpieczeństwa często nie wiedzą jaki dokładnie powinien być zakres ich odpowiedzialności. Ta specjalizacja obejmuje takie elementy, jak analiza złośliwego oprogramowania, testy penetracyjne, przegląd kodu, analiza kryminalistyczna, analiza zagrożeń, ocena ryzyka, ocena zgodności, kryptografia – szyfrowanie, monitorowanie sieci i reagowanie na incydenty. Wymaga także zrozumienia innych dziedzin, w tym tworzenia oprogramowania, architektury aplikacji, architektury informacji, wizualizacji danych, prawa, podstawowych zasad biznesowych i skutecznej komunikacji. Czasami wymaga wiedzy z dziedzin takich jak geopolityka, ekonomia globalna, przeciwdziałanie terroryzmowi, psychologia behawioralna i metody statystyczne.Żadna instytucja, póki co, nie jest w stanie skutecznie tego wszystkiego ująć w jednym programie. Ponadto potrzeby poszczególnych organizacji będą również zdeterminowane różniącymi się od siebie strategiami, architekturami bezpieczeństwa oraz perspektywą osób odpowiedzialnych za zatrudnianie. Oznacza to, że nawet doświadczeni specjaliści po prostu muszą stale zdobywać nowe umiejętności.Dlatego właśnie zawodowe stopnie zdobyte na uczelniach, nie przystają do rzeczywistości, a sama dziedzina jest tak odporna na kategoryzację. Obecnie tylko osoby nieustająco uzupełniające wiedzę w tym obszarze mogą czuć się prawdziwymi specjalistami. Z naszego doświadczenia wynika, że jest to kluczowa cecha eksperta cyberbezpieczeństwa: nieustanne zainteresowanie dziedziną, ideą bezpieczeństwa, czy doniesieniami w tym obszarze.  Taki specjalista po prostu nauczy się wszystkiego, czego będzie od niego wymagała sytuacja – często taka, do której trudno będzie znaleźć eksperta z doświadczeniem w tym obszarze, bo cyberzagrożenia nieustannie się zmieniają i stale napotykamy na jakieś zupełnie nowe.

Skuteczniej: wyszkolić własnych ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa

Inwestowanie w niewykwalifikowanych, ale zmotywowanych kandydatów może wydawać się ryzykowne. Byłoby wspaniale, gdyby można po prostu stworzyć eksperta bezpieczeństwa ze studenta, ale zarówno historia, jak i rozwój dziedziny cyberochrony wskazują na potrzebę budowania kompetencji, a nie „kupowania” ich w ten sposób. Kluczem do pozyskania odpowiedniego specjalisty jest przetestowanie jego pasji. Dla ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa ciągłe uczenie się jest częścią pracy. Jeśli już znajdujemy kogoś, kogo ciągnie do tematu cyberbezpieczeństwa z tytułu zainteresowań, to postawienie na szkolenie takiej osoby jest celowe. Z naszych doświadczeń wynika, że pasjonaci są bardziej efektywni, zaś ich szkolenie nie winduje kosztów tak, jak zatrudnianie ekspertów „na miarę”. Musimy również podkreślić, co także wynika z naszego doświadczenia, że ​​wielu najlepszych kandydatów będzie pochodzić z innych środowisk, niż tradycyjnie – informatyka. Samouki, pasjonaci, hobbyści i kandydaci do nauki programowania są chętni i zdolni do uczenia się, a w związku z tym do osiągania sukcesów w tej coraz istotniejszej dla życia i gospodarki dziedzinie.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

Kary umowne za opóźnienia a CIT

Spółka wypłacała swoim kontrahentom kary umowne z tytułu opóźnienia w dostawie towaru. Wypłacała je, mimo iż to nie ona ponosiła winę za opóźnienia, a producent. Spółka chciała jednak maksymalnie minimalizować skutki nieterminowej dostawy, aby w relacjach biznesowych zachować wiarygodność rynkową. Jednak fiskus, dokonując wykładni przepisu art. 16 ust. 1 pkt 22 ustawy o CIT, stwierdził, że wskazuje on kary umowne jako wyłączone z katalogu wydatków, jakie można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu prowadzonej działalności. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Bydgoszczy wyrokiem z 16 września 2020 r. (sygn. akt I SA/Bd 383/20) uznał takie rozszerzające rozumienie tego przepisu na niekorzyść podatnika za niedopuszczalne.

Kontrakt na dostawę lokomotyw

Działająca w formie spółki z o.o. firma specjalizuje się w wydzierżawianiu lokomotyw przewoźnikom kolejowym. W maju 2016 r. zawarła z polskim producentem pojazdów szynowych umowę na zakup 16 lokomotyw. Producent zobowiązał się do zapłaty spółce kar umownych w przypadku opóźnień w dostawie zamówionych pojazdów. W kwietniu i sierpniu 2018 r. spółka zawarła trzy odrębne umowy z trzema przewoźnikami, mocą których zobowiązała się wobec każdego z nich do wydzierżawienia im lokomotyw. Z powodu opóźnień producenta spółka nie wywiązała się w terminie z tych umów wobec przewoźników. Z tego tytułu wypłaciła im kary umowne. W związku z zaistniałą sytuacją firma obciążyła w ramach rekompensaty karami finansowymi producenta pojazdów szynowych. Ich część pokryła wydatki poniesione na wypłatę kar dla przyszłych dzierżawców lokomotyw, a pozostała część uległa potrąceniu na poczet płatności za zakup tych pojazdów. W grudniu 2019 r. producent wreszcie dostarczył lokomotywy, a spółka przekazała je kontrahentom w dzierżawę.

Kary umowne w kosztach prowadzonej działalności

Firma była przekonana, że będzie mogła ujmować wydatki ponoszone przez nią na zapłatę kar umownych na rzecz swoich kontrahentów, dzierżawców lokomotyw w kosztach uzyskania przychodu prowadzonej przez siebie działalności. Były one uzasadnione jej dążeniem do minimalizacji negatywnych konsekwencji niewywiązania się przez nią z umowy w terminie, w tym zwłaszcza dla jej wizerunku, mogącego ulec nadszarpnięciu w oczach aktualnych i przyszłych kontrahentów.

Organ powołał katalog wyłączeń z ustawy o CIT

Jednak w maju 2020 r. Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w wydanej przez siebie interpretacji poinformował spółkę, że jest ona w błędzie. Wskazał na przepis art. 16 ust. 1 pkt 22 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, który stanowi, że za koszty uzyskania przychodu nie uważa się kar umownych i odszkodowań z tytułu wad dostarczonych towarów, wykonanych robót i usług oraz zwłoki w dostarczeniu towaru wolnego od wad albo zwłoki w usunięciu wad towarów albo wykonanych robót i usług.

Zdaniem organu pojęcie „wad dostarczonych towarów, wykonanych robót i usług” w rozumieniu tego przepisu odnosi się do każdego przypadku nienależytego wykonania umowy. A takim jest nieterminowe wykonanie kontraktu przez spółkę, rozumiane w świetle art. 16 ust. 1 pkt 22 ustawy o CIT jako wada wykonanych robót lub usług.

Wydatek w celu zabezpieczenia źródła przychodu

Spółka wniosła do sądu skargę. Rozpoznający ją Wojewódzki Sąd Administracyjny w Bydgoszczy w odpowiedzi na stanowisko organu podatkowego wskazał przepis art. 15 ust. 1 tej samej ustawy o CIT. Stwierdza on, że kosztami uzyskania przychodu są koszty poniesione w celu osiągnięcia przychodów ze źródła przychodów lub w celu zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodów, poza kosztami wymienionymi w art. 16 ust. 1.

Sąd podzielił opinię organu, że aby wydatek mógł zostać zaliczony do kosztów uzyskania przychodu, musi łącznie spełniać następujące warunki:

  • zostać poniesionym przez podatnika;
  • być definitywnym, a więc jego wartość nie została zwrócona podatnikowi;
  • pozostawać w związku z prowadzoną przez podatnika działalnością gospodarczą;
  • zostać poniesionym w celu uzyskania przychodów, zachowania lub zabezpieczenia ich źródła;
  • być właściwie udokumentowanym;
  • nie należeć do katalogu wydatków wskazanego w art. 16 ust. 1 ustawy o CIT.

Wskazany przez organ przepis nie obejmuje każdej kary umownej

WSA w Bydgoszczy postawił w związku z tym pytanie, którego z tych warunków nie spełnia poniesiony przez spółkę wydatek w postaci kary umownej? Bowiem organ podatkowy w swojej interpretacji nie wykazał, że wydatku tego nie łączy z osiąganym przez spółkę przychodem związek, o jakim mowa w art. 15 ust. 1 ustawy o CIT. Sąd zwrócił uwagę, że organ, odmawiając przedsiębiorcy prawa do zaliczenia tego wydatku do kosztów prowadzonej działalności, powołuje się więc na samo brzmienie art. 16 ust. 1 pkt 22 ustawy o CIT, wywodząc, że odnosi się on do kategorii odszkodowań i kar umownych. Ale organ nie sprecyzował, że chodzi o odszkodowania i kary umowne będące następstwem niewykonania lub nienależytego wykonania zobowiązania przez dłużnika, do którego doszło wskutek niedochowania przez niego należytej staranności. W opinii sądu przepis ten nie dotyczy więc wszystkich bez wyjątku kar umownych, a wyłącznie tych, które zostały w nim sprecyzowane. NSA w wyroku z 9 stycznia 2020 r., stwierdzając, że wyłączenie z art. 16 ust. 1 pkt 22 ustawy o CIT stanowi wyjątek od zasady ustanowionej w art. 15 ust. 1, wskazał, że należy go interpretować ściśle. Bo gdyby żadnej kary umownej lub odszkodowania nie można było zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu, to regulacja art. 16 ust. 1 pkt 22 ustawy o CIT byłaby zbędna (sygn. akt II FSK 1330/19).

Wada a wadliwość to nie to samo

Bydgoski sąd stwierdził, że w rozpatrywanym przypadku nie występuje żadna z przesłanek do objęcia regulacją art. 16 ust. 1 pkt 22. Podkreślił, że nie można utożsamiać wady wykonanej usługi z nienależytym wykonaniem zobowiązania. Organ podatkowy, nie odnajdując definicji „wadliwy” w ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych, poszukuje jej w słowniku języka polskiego, podczas gdy zdaniem WSA art. 16 ust. 1 pkt 22 tej ustawy wyjaśnia, że nie chodzi o wadliwość wykonania usługi, lecz o to, że usługa miała wadę. A to nie to samo. Gdyby organ chciał być rzetelny, to – jak wskazał sąd – odwołałby się do słownikowej definicji rzeczownika „wada”, a nie przymiotnika „wadliwy”. „Odkryłby wówczas, że wada zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego to „1. «ujemna cecha charakteru», 2. «brak, uszkodzenie obniżające wartość jakiegoś przedmiotu, systemu», 3. «niedorozwój lub nieprawidłowa budowa jakiegoś narządu żywego organizmu»” (…) Zdaniem Sądu opóźnienie się tu nie mieści” (wyrok z 16 września 2019 r., sygn. akt I SA/Bd 383/20).

Organ nie może dokonywać wykładni rozszerzającej na niekorzyść podatnika

W opinii sądu organ wbrew literalnemu brzmieniu i prawniczemu rozumieniu art. 16 ust. 1 pkt 22 ustawy o CIT dokonał jego rozszerzenia na wszelkie stosunki zobowiązaniowe wywołujące skutki podatkowe. A przy interpretacji regulacji stanowiących wyjątki, należy je rozumieć ściśle, a nie dokonywać wykładni rozszerzającej na niekorzyść podatnika. Spółka poprzez zapłatę kar umownych na rzecz swoich kontrahentów dążyła do minimalizacji negatywnych skutków niewywiązania się przez nią z umowy. Stąd też poniesienie tego wydatku służyło utrzymaniu stosunków gospodarczych z dzierżawcami, a tym samym zachowaniu czy też zabezpieczeniu jej źródła przychodów.

Uchylając na korzyść spółki zaskarżoną interpretację Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej, WSA w Bydgoszczy orzekł:

„…wykładnię rozszerzającą wyjątki na niekorzyść podatnika Sąd uznaje za niedopuszczalną (…) jakkolwiek Spółka była odpowiedzialna (ex contractu) wobec Dzierżawców za nieterminowe oddanie im lokomotyw do użytkowania, to jednak sama nie ponosiła „winy” za powstałe opóźnienie, albowiem przyczyny (jak wynika z opisu) leżały po stronie dostawcy lokomotyw. Wolno zatem uznać, że Skarżąca nie dopuściła się niedbalstwa czy braku należytej staranności i nie można w jej postawie doszukiwać się przesłanki uzasadniającej wyłączenie kary umownej z kosztów uzyskania przychodów” (sygn. akt I SA/Bd 383/20).

Bo przedsiębiorcy to przedsiębiorcy, więc muszą płacić więcej

Organy podatkowe w relacjach z podatnikami obowiązuje zasada in dubio pro tributario, co jeszcze mocniej zostało podkreślone 1 stycznia 2016 r., kiedy to reguła ta została wprowadzona wprost do Ordynacji podatkowej w art. 2a. Stanowi ona, że niedające się usunąć wątpliwości co do treści przepisów prawa podatkowego rozstrzyga się na korzyść podatnika.

W 2018 r. Rzecznik Praw Obywatelskich opublikował podręcznik „O zasadzie rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika”, jak uzasadnił, w nadziei, że zawarte w nim informacje oraz wskazówki okażą się przydatne dla podatników dochodzących obrony swoich praw. W opracowaniu tym Rzecznik, przyznając, że fiskus w interpretacji przepisów prawa podatkowego stoi na straży interesu Skarbu Państwa, zauważył, że reguła rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika jest znacznie częściej stosowana w przypadku „zwykłych” obywateli, nieprowadzących działalności gospodarczej, niż ma to miejsce w przypadku, gdy drugą stroną sporu podatkowego są przedsiębiorcy.

W swoim podręczniku RPO w tabeli zamieszczonej na stronie 23: „Decyzje wydane z zastosowaniem klauzuli in dubio pro tributario przez organy według stanu na dzień 31 marca 2018 r.” zamieścił następujące dane, wg których od dnia 1 stycznia 2016 r., a więc od dnia wprowadzenia do Ordynacji podatkowej zasady rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika, reguła ta została przez organy użyta:

  • w 2016 r. – 4 razy w zakresie podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT) i 0 razy w podatku dochodowym od osób prawnych (CIT);
  • w 2017 – 7 razy w PIT i tylko w jednym przypadku w CIT;
  • w 2018 r. (do 31 marca) – 1 raz w PIT i 0 razy w CIT.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czym jest budżet Unii Europejskiej i jakie działania finansuje?

Budżet UE jest finansowany ze źródeł obejmujących określony procent dochodu narodowego brutto każdego państwa członkowskiego. Wydatki z budżetu wykorzystuje się na tak różnorodne działania, jak poprawa poziomu życia w uboższych regionach oraz zapewnienie bezpieczeństwa żywności.

Budżet Unii Europejskiej jest planem dochodów i wydatków UE sporządzanym w walucie europejskiej, czyli euro, na okres budżetowy jednego roku (tożsamego z rokiem kalendarzowym). Począwszy od 1988 roku budżety roczne ustalane są z uwzględnieniem ram finansowych, które określają roczne pułapy wydatków w ciągu kilku następnych lat. Wydatki budżetu UE nie mogą przekroczyć poziomu 1,23 proc. unijnego dochodu narodowego brutto (DNB), czyli DNB wszystkich państw członkowskich. W praktyce oscylują na poziomie około 1 proc. unijnego DNB.

1. Źródła dochodów UE

Pierwotnie każda ze Wspólnot Europejskich – Europejska Wspólnota Gospodarcza (EWG), Europejska Wspólnota Węgla i Stali (EWWiS) oraz Europejska Wspólnota Energii Atomowej (Euratom) – miała swój odrębny budżet. W 1967 roku, w wyniku utworzenia jednolitych instytucji dla wszystkich Wspólnot, połączono budżety EWG, Euratomu oraz budżet administracyjny EWWiS, tworząc budżet ogólny, który finansowano składkami członkowskimi.

W 1971 roku, w celu sfinansowania budżetu, wprowadzono system zasobów własnych Wspólnot. Pierwszym zasobem własnym były tzw. Traditional Own Resources (TOR), które składały się z ceł i opłat rolnych. Osiem lat później dodano do TOR kolejny składnik oparty na niewielkiej części dochodu państw członkowskich z VAT-u. Największa reforma budżetu została przeprowadzona w 1988 roku, w ramach tzw. pakietu Delorsa (Jacques Delors w latach 1985-1994 pełnił funkcję przewodniczącego Komisji Europejskiej – red.). Wprowadzono wtedy limit zasobów własnych, wieloletnie ramy finansowe (perspektywy finansowe) z limitami wydatków w poszczególnych kategoriach i kolejny instrument stanowiący źródło dochodu, czyli wpłaty narodowe oparte na udziale państw członkowskich w produkcie narodowym brutto UE (zamienionym następnie na dochód narodowy brutto UE).

2. Przygotowywanie projektu budżetu UE

Rozporządzenie ws. wieloletnich ram finansowych określa przede wszystkim maksymalne pułapy wydatków, jakie mogą przyjąć budżety roczne UE. W przypadku dwóch pozycji budżetowych, tj. polityki spójności i rozwoju obszarów wiejskich, określony zostaje wprost budżet wieloletni, czyli plan wydatków na dłuższy okres czasu. Rozporządzeniu towarzyszy Porozumienie Międzyinstytucjonalne, zawierane przez Radę, Parlament Europejski i Komisję Europejską, które określa zakres współpracy w sprawach budżetowych pomiędzy tymi instytucjami w celu sprawnego zarządzania finansowego.

Ramy finansowe planowane są na kilka lat. Pierwsza perspektywa finansowa, tzw. pakiet Delorsa I obejmowała lata 1989-1993, druga (Delors II) lata 1994-1999, trzecia (Agenda 2000) lata 2000-2006, zaś czwarta (Nowa Perspektywa Finansowa) lata 2007-2013. Z początkiem 2014 roku rozpoczęła się piąta perspektywa finansowa na lata 2014-2020, zaś 1 stycznia 2021 rozpocznie się szósta perspektywa 2021-2027.

Propozycje w formie rozporządzenia o Wieloletnich Ramach Finansowych przedstawia Komisja Europejska. Następnie Rada, w trybie jednomyślnej decyzji, może wprowadzić zmiany do propozycji Komisji. Parlament Europejski natomiast, przy bezwzględnej większości głosów, wyraża zgodę na przyjęcie rozporządzenia przez Radę.

3. Zarządzanie funduszami UE

Wieloletnie Ramy Finansowe przekładają priorytety polityczne UE na wartości budżetowe. Są jednocześnie instrumentem dyscypliny i planowania budżetowego, ponieważ wielkość wydatków w budżetach rocznych musi uwzględniać pułapy określone właśnie w perspektywie finansowej.

Środkami UE gospodaruje się zgodnie z surowymi zasadami, tak aby zagwarantować ścisłą kontrolę nad tym, jak są one wydawane, oraz aby zapewnić przy tym przejrzystość i rozliczalność.

27 komisarzy UE dzieli ostateczną odpowiedzialność polityczną za zagwarantowanie właściwego wydawania funduszy unijnych. Jednak z uwagi na to, że zarządzanie większością tych środków odbywa się na poziomie krajowym, odpowiedzialność za kontrole doraźne i coroczne spoczywa na rządach krajowych.

Zarządzanie. ok. 80 proc. budżetu UE odbywa się na zasadzie partnerstwa z władzami krajowymi i regionalnymi (tzw. zarządzanie dzielone) głównie za pośrednictwem pięciu największych funduszy – funduszy strukturalnych i inwestycyjnych. Są to: Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego (EFRR), Europejski Fundusz Społeczny (EFS), Fundusz Spójności, Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich (EFRROW) i Europejski Fundusz Morski i Rybacki (EFMR). Pozostałymi funduszami zarządza bezpośrednio UE.

4. Działania i przedsięwzięcia finansowane z unijnego budżetu

Z unijnego budżetu finansowane są wszelkie działania podejmowane przez administrację Unii, polityki i programy pomocowe, a także sama administracja.

Wielkość i struktura wydatków budżetu UE zmieniały się od czasu powstania EWG wraz z pogłębiającą się integracją, wprowadzaniem nowych polityk wspólnotowych i kolejnymi rozszerzeniami. Przez większość czasu największym beneficjentem budżetu UE było rolnictwo. W rekordowym 1970 roku przeznaczano na ten sektor gospodarki niemal 87 proc. budżetowych wydatków. Od lat dziewięćdziesiątych zauważa się jednak stałe ograniczenie kosztów i redukcję wydatków przeznaczonych na Wspólną Politykę Rolną (WPR) .

Udział rynkowych wydatków na WPR w budżecie UE spadł do około 40 proc. od perspektywy 2007-2013 i w obecnej perspektywie. Z kolei w rekordowym 2007 roku wydatki na politykę spójności wyniosły aż 38,6 proc. rocznego budżetu. Miało to związek ze znacznymi nakładami w stosunku do nowych państw członkowskich, w tym Polski, które weszły do Unii Europejskiej w 2004 roku. W aktualnej perspektywie (2014-2020) środki przeznaczane na finansowanie polityki spójności stanowią drugi co do wielkości wydatek corocznego budżetu, stanowiąc około 33 proc. Natomiast w 2021 r., który rozpocznie perspektywę 2021-2027, wydatki na politykę spójności zaplanowano na poziomie 51 730 mln EUR, co stanowi 31,37 proc. całości wydatków.

Co roku coraz więcej nakładów budżetowych było też kierowanych na badania, rozwój oraz wzrost gospodarczy krajów UE. Tendencję zwyżkową można zauważyć od 2007 roku. Natomiast w przyszłym roku ma nastąpić 4-proc. spadek w stosunku do 2020 r. Od połowy lat dziewięćdziesiątych można zauważyć też stopniowe zwiększenie wydatków przeznaczonych na działania zewnętrzne Unii Europejskiej. Większe nakłady UE na działania zewnętrzne mogą wynikać ze zwiększającego się poczucia odpowiedzialności UE za losy krajów słabiej rozwiniętych.

5. Budżet UE 2021-2027

Podczas nadzwyczajnego szczytu w Brukseli 21 lipca br. przywódcy UE uzgodnili budżet o łącznej wartości 1 824,3 mld euro.

Pakiet pomocowy, łączący wieloletnie ramy finansowe (1 047,3 mld euro), i nadzwyczajny instrument Next Generation EU (750 mld euro) mają pomóc odbudować UE po pandemii Covid-19 i wesprzeć inwestycje w transformację ekologiczną i cyfrową.

Budżet UE kształtował się przez kilka dekad wraz z ewolucją samej Unii Europejskiej. Finansuje on programy i działania UE we wszystkich dziedzinach jej polityki: od rolnictwa, przez politykę regionalną, badania naukowe, przedsiębiorczość, po przestrzeń kosmiczną. W kolejnym rozdaniu środków Unii Europejskiej wspierana będzie głównie odbudowa gospodarcza Europy po koronakryzysie oraz inwestycje związane z ekologią i transformacją cyfrową.

Black Friday – czas łowców okazji, ale też oszustów wyłudzających dane osobowe

Black Friday rozpoczyna intensywny maraton zakupów online, który potrwa aż do Bożego Narodzenia, a w tym roku zapowiada się rekordowo, choćby z uwagi na epidemię, która zagoniła wielu konsumentów do Internetu. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Krajowy Rejestr Długów i serwis ChronPESEL.pl, prezenty w sieci zamierza kupić prawie 60 proc. klientów. Niestety nie wszyscy czują się bezpiecznie robiąc zakupy w Internecie. Za największe zagrożenie badani uważają utratę danych osobowych.

Jak wynika z badania przeprowadzonego w październiku 2020 r. przez Krajowy Rejestr Długów i serwis ChronPESEL.pl, zdecydowana większość, czyli aż 98 proc. respondentów czuje się bezpiecznie robiąc zakupy w sklepach internetowych. To pozytywne zjawisko, jednak taka postawa może uśpić naszą czujność. Spośród osób, które mają wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa zakupów w sieci, blisko 55 proc. wskazuje właśnie na ryzyko wycieku danych osobowych. Biorąc pod uwagę doświadczenie internautów, ich obawy wydają się uzasadnione. W kwietniu 2020 r. o wycieku, gromadzonych od 2007 r., danych osobowych swoich klientów poinformował sklep internetowy Cyfrowe.pl. We wrześniu z kolei ofiarą ataków hakerów padł serwis Aleleki.pl.

Uwaga na pytania o numer PESEL

W czasie zakupów internetowych powinniśmy zachować ostrożność. Chętnych na wykorzystanie naszej nieuwagi nie zabraknie. Sygnałem ostrzegawczym dla wszystkich kupujących w sieci powinny być odpowiedzi 5 proc. respondentów, którzy doświadczyli wycieku danych osobowych. Z cyklicznych badań Gemiusa wynika, że liczba polskich użytkowników na początku roku wyniosła ponad 28 mln. Biorąc pod jeszcze uwagę ostatni raport tej firmy „E-commerce w Polsce 2020”, według którego aż 73 proc. internautów robi zakupy w sieci, widać skalę zjawiska wycieków. Ich ofiarą padło ponad milion Polaków.

Żeby się przed tym uchronić, przede wszystkim należy zachować zdrowy rozsądek. Przestępcy wykorzystują nasz pośpiech, brak uwagi oraz to, że wiele czynności podczas zakupów wykonujemy automatycznie i bez zastanowienia. Warto też zwrócić uwagę na pewne niedozwolone praktyki stosowane nie tylko przez hakerów, ale również właścicieli sklepów. Jak wynika z badania, 5 proc. Polaków przyznaje, że podczas rejestracji w sklepie internetowym poproszono ich o podanie numeru PESEL. Co siódmy ankietowany (15 proc.) nie potrafi jednoznacznie stwierdzić, że tak nie było.

Gromadzenie danych osobowych powinno być adekwatne do celów, w jakim są przetwarzane. W przypadku sklepów internetowych nie ma takiej potrzeby i zbieranie numerów PESEL kupujących jest nieuzasadnione. Niestety, jak pokazują statystyki, wciąż spotykamy się z takimi praktykami. Prośba o podanie numeru PESEL podczas zakupów w sieci powinna być dla nas sygnałem ostrzegawczym. Może to oznaczać albo, że strona jest fałszywa i jej celem jest wyłudzenie naszych danych osobowych, albo świadczyć o braku rzetelności sprzedawcy, który zbiera więcej informacji na nasz temat niż powinien. To dodatkowo zwiększa ryzyko wycieku w przyszłości, ponieważ bazy danych w mniejszych firmach są z reguły słabo zabezpieczone, przez co nie stanowią wyzwania dla sprawnych hakerów. Nie warto się na to narażać  – wyjaśnia Bartłomiej Drozd, ekspert serwisu ChronPESEL.pl.

Nie daj się naciągnąć

Z przeprowadzonego przez KRD i serwis ChronPESEL.pl badania wynika, że ponad połowa z nas zamierza kupić w Internecie prezenty świąteczne. To oznacza, że również dla cyberprzestępców najbliższe tygodnie mogą okazać się pracowite.

Najpopularniejszą metodą stosowaną przez przestępców jest obecnie phishing, czyli podszywanie się pod inne osoby, instytucje lub firmy. Oszuści próbują nas również przekierować  poprzez wysyłane za pośrednictwem e-maili i SMS-ów linki odsyłające do fałszywych stron. To wszystko połączone z brakiem ostrożności ze strony użytkowników Internetu może spowodować, że za tegoroczne zakupy w sieci zapłacimy znacznie więcej, niż planowaliśmy. Przestępcy mogą próbować wykorzystać zdobyte w ten sposób dane osobowe, żeby podszywając się pod ich właściciela, wyłudzić pożyczkę, kupić drogi sprzęt elektroniczny na raty lub wziąć w leasing samochód. Żeby się przed tym uchronić trzeba przestrzegać kilku podstawowych zasad bezpieczeństwa.

– Przede wszystkim korzystajmy ze znanych i sprawdzonych sklepów. Nie dajmy się zwieść dużym przesadnym promocjom u nieznanych sprzedawców oraz zawsze weryfikujmy adresy stron i nadawcę e-maili, które otwieramy. Oszustwo polega na tym, że zazwyczaj na pierwszy rzut oka wyglądają one jak oryginalne, ale różnią się jedną literką albo dopisaną cyfrą na końcu. Sprawdźmy również, kiedy ostatni raz zmieniliśmy hasła do kont związanych platformami e-commerce i jeśli to było dawno, ustawmy nowe. Warto też być zapobiegliwym i oprócz przestrzegania podstawowych zasad bezpieczeństwa, stale monitorować zapytania na swój temat w Krajowym Rejestrze Długów. Tylko wtedy będziemy w stanie szybko zareagować, gdy ktoś spróbuje wykorzystać nasze dane – mówi Bartłomiej Drozd, ekspert ChronPESEL.pl.

Trzymać rękę na pulsie

Monitorując swoją aktywność w systemie informacji gospodarczej będziemy mogli zareagować w momencie, w którym ktoś inny będzie próbował wykorzystać nasze dane osobowe. Zarówno banki, firmy pożyczkowe oraz operatorzy telefoniczni, jak i dostawcy Internetu i telewizji cyfrowej przed podpisaniem umowy z nowym klientem, sprawdzają, czy nie jest on notowany w Krajowym Rejestrze Długów Biurze Informacji Gospodarczej, jako osoba zadłużona. Jednak, żeby to zrobić, potrzebna jest jego pisemna zgoda. Dlatego kiedy otrzymujemy SMS-a, że właśnie sprawdza nas np. jakiś bank, w którym nie składaliśmy w ostatnim czasie wniosku o kredyt, powinniśmy szybko reagować, czyli skontaktować się z instytucją, która nas weryfikowała w celu wyjaśnienia sprawy oraz zawiadomić policję, że doszło do kradzieży tożsamości.

O wycieku danych możemy dowiedzieć się również w inny sposób. W sytuacji, w której sklep, z którego korzystaliśmy poinformuje nas, że padł ofiarą ataku hakerskiego, w pierwszej kolejności należy ustalić, jakie dokładnie dane wyciekły. Jeśli straciliśmy hasła lub loginy do naszych kont lub skrzynek mailowych, powinniśmy je jak najszybciej zmienić. Jeśli dane, które wyciekły widnieją na dowodzie osobistym, należy zastrzec ten dokument, żeby nikt nie mógł się pod nas podszyć. Dodatkowo Urząd Ochrony Danych Osobowych w takich przypadkach rekomenduje założenie konta w systemie informacji gospodarczej, dzięki czemu będziemy mogli monitorować swoją aktywność kredytową.

Badanie zostało przeprowadzone na grupie 1016 osób, którzy robią zakupy w Internecie, w wieku 16-74 lata, w październiku 2020 r.

Sfinks rozwija sieć wirtualnych restauracji (bez stacjonarnego lokalu)

Sfinks Polska, właściciel marek gastronomicznych Sphinx, Chłopskie Jadło czy Piwiarnia Warki, w pandemii rozwija sieć wirtualnych restauracji, czyli bez stacjonarnego lokalu. Obsługują one wyłącznie zamówienia w dowozie i na wynos. W efekcie w Polsce jest już 16 dodatkowych wirtualnych punktów Chłopskie Jadło, działających równolegle do 10 tradycyjnych restauracji pod tym szyldem. Zasięg zwiększają też całkowicie wirtualne marki Sfinksa, które z założenia nigdy nie miały sali dla klientów, tj. The Burgers, YOLO Chicken, Och! PITA i Da Mamma. Łącznie w całym kraju Sfinks ma dziś 93 wirtualne restauracje.

Gastronomiczna spółka Sfinks już przed pandemią zaczęła się rozwijać w kanale delivery. Zainwestowano w autorski system IT, własny serwis do zamówień online Smacznieiszybko.pl oraz nowe koncepty – w segmentach gastronomii, gdzie Sfinks dotąd nie był obecny albo chciał silniej zaistnieć. Jeszcze w 2019 r. portfolio Sfinksa powiększyło się o nowe marki: z pizzą oraz burgerami. Kiedy wybuchła pandemia, prace przyspieszyły i do oferty gastronomicznej grupy dołączyły dwa kolejne całkowicie wirtualne koncepty: z daniami z kurczaka oraz kebabami. Dzięki temu Sfinks objął swoją ofertą niemal wszystkie najchętniej zamawiane w dostawie i na wynos rodzaje dań. Obecnie w ten sposób w całej Polsce działa 38 punktów The Burgers, 14 punktów Och! PITA, 15 punktów YOLO Chicken, 10 punktów Da Mamma oraz 16 wirtualnych Chłopskich Jadeł.

– Potencjał segmentu delivery dostrzegaliśmy już wcześniej, więc kiedy przyszła pandemia, wiele narzędzi mieliśmy gotowych i duża część naszych lokali była w stanie płynnie przestawić się tylko na ten rodzaj sprzedaży. Wiosenny lockdown przyspieszył rozwój tych projektów, a bazą dla nich jest sieć naszych stacjonarnych restauracji. Większość z nich ma potencjał, żeby zająć się także obsługą nowych konceptów, poza swoją własną kartą menu i w ten sposób zdobyć zupełnie nowych klientów. Dziś robi to część lokali, ale docelowo chcemy, żeby wszystkie nasze restauracje stacjonarne  obsługiwały pełną ofertę marek wirtualnych. To nowe możliwości zwiększania zasięgu i obrotów zarówno restauracji, jak i całej grupy Sfinks Polska – mówi Dorota Cacek, wiceprezes Sfinks Polska.

Rozwój Sfinksa w kanale delivery pokazują też wyniki finansowe za 2020 r. W pierwszym półroczu udział obrotów z tej działalności w przychodach spółki wyniósł blisko 12%, podczas gdy rok wcześniej było to nieco ponad 3%. W drugim półroczu dynamika sprzedaży jest również wysoka – z kilkukrotnymi wzrostami. Poza własnym serwisem SmacznieiSzybko.pl oferta marek Sfinksa jest dostępna także poprzez popularne platformy i aplikacje: Pyszne, Glovo i Wolt. Obecnie grupa Sfinks w całej Polsce ma sieć 133 restauracji (stacjonarnych oraz wirtualnych) obsługujących zamówienia z dostawą i na wynos.

Polskie e-sklepy więcej sprzedają za granicę. Jeszcze w tym roku nastąpi wzrost przesyłek międzynarodowych o ponad 50 proc.

  • Black Friday w tym roku to wyjątkowa szansa dla polskich sklepów e-commerce
    i przedsiębiorstw na dotarcie do międzynarodowych klientów i zwiększenie przychodów.
  • Niemal połowa e-sklepów deklaruje, że z okazji Black Friday podejmie dodatkowe działania sprzedażowe[1].
  • Przeniesienie promocji do sieci wpływa na branżę logistyczną, obsługującą gwałtowny wzrost wolumenu przesyłek. DHL Express oczekuje globalnego skoku w liczbie paczek międzynarodowych o ponad 50 proc. w stosunku do ubiegłego roku.
  • Przesyłki z polskich e-sklepów najczęściej są wysyłane w Europie do Niemiec, Francji oraz za ocean – do Stanów Zjednoczonych. Klienci spoza Polski najczęściej są zainteresowani produktami modowymi i kosmetykami.

Black Friday w tym roku to dobry moment dla handlu transgranicznego. Jedna trzecia Polaków kupujących online będzie polowała na okazje w zagranicznych serwisach e-commerce[2]. Wymiana działa również w drugą stronę – wiele polskich przedsiębiorstw już teraz sprzedaje swoje towary czy usługi na innych rynkach. Według GUS, między styczniem a sierpniem tego roku, Polacy prowadzili najbardziej dynamiczną wymianę handlową z Niemcami (184,2 mld PLN). Kolejnymi popularnymi kierunkami eksportu były Czechy (38,6 mld PLN) i Wielka Brytania (36,8 mld PLN)[3].

Kosmetyki i branża modowa zyskują

Początek świątecznych wyprzedaży to okazja dla polskich biznesów, aby w dobie globalizacji nie skupiać się tylko na lokalnym rynku. Firmy sprzedające za granicę mają znacznie szybsze tempo rozwoju (14,3 proc.) w porównaniu do tych, które są aktywne biznesowo jedynie w Polsce (2 proc.)[4]. Pandemia szczególnie pokazała wartość rozszerzania działalności na wiele rynków – firmy nie są wtedy uzależnione od sytuacji epidemiologicznej w jednym kraju.

Produkty znad Wisły cieszą się zainteresowaniem konsumentów z innych krajów, na co wskazują statystyki krajowego eksportu. Polski rynek kosmetyczny jest szósty w Europie pod względem sprzedaży zagranicznej[5], a branża modowa w ubiegłym roku zwiększyła eksport o ponad 15 procent, zajmując ósme miejsce na kontynencie pod kątem obrotów[6].

Za liczbami i trendami związanymi z eksportem kryje się szansa dla sprzedawców. W miarę postępującej globalizacji, dla wielu konsumentów na całym świecie przestało mieć znaczenie, czy zamawiają produkty w krajowych sklepach, czy zagranicznych – szczególnie w warunkach pandemicznych, gdy e-zakupy zaczęły nam towarzyszyć na co dzień. Dla konsumentów najważniejsze jest to, aby przesyłka dotarła w określonym czasie pod konkretny adres. Widzimy, że polskie e-sklepy wykorzystują Black Friday, żeby trafić ze swoimi produktami do konsumentów na całym świecie, w tym za ocen. Przesyłki z polskich e-sklepów najczęściej trafiają do Niemiec, Francji i Stanów Zjednoczonych. Znaleźć w nich można produkty, takie jak produkty modowe czy kosmetyki – mówi Edwin Osiecki, wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu w DHL Express Polska.

Niemal połowa e-sklepów deklaruje, że z okazji Black Friday podejmie dodatkowe działania sprzedażowe[7].

Co równie istotne, zagraniczni klienci dysponują większymi budżetami. W perspektywie globalnej przeciętny dorosły planuje wydać 400 dolarów na zakupy związane z Black Friday. To znacznie więcej niż średnia wartość polskiego koszyka – wskazuje Edwin Osiecki. Z tego względu podczas nadchodzącego sezonu sprzedaży świątecznej zyskają przede wszystkim e-sklepy, które uwzględniły w swojej strategii konsumentów spoza Polski.

Skuteczny plan sprzedaży za granicą powinien uwzględniać gwarancję obsługi kurierskiej wysokiej jakości. Jeszcze przed pandemią co piąty konsument oczekiwał, że zamówienie złożone gdziekolwiek w Europie dotrze do niego w terminie do trzech dni roboczych[8]. Dobór zaufanego partnera logistycznego z kompleksową i elastyczną siecią przygotowaną na największe wyzwania to jeden z kluczowych aspektów wpływających na satysfakcję e-konsumentów.

[1] SMSAPI, Shoper, Komunikacja sklepów internetowych, listopad 2020

[2] Gemius, E-commerce w Polsce, czerwiec 2020

[3] GUS, Obroty towarowe handlu zagranicznego ogółem i według krajów w okresie styczeń-sierpień 2020 roku, październik 2020

[4] PayPal, dane wewnętrzne, 2018

[5] B+R Studio, Prognoza eksportu mebli, 2020

[6] Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii & Polski Fundusz Rozwoju, Akcelerator Branżowy „Moda Polska”, 2019

[7] SMSAPI, Shoper, Komunikacja sklepów internetowych, listopad 2020

[8] DHL Express, 21st Century Spice Trade

UX kluczowe dla zadowolenia klientów bankowych

Pod względem dostępnych funkcjonalności online polskie banki plasują się powyżej globalnej średniej, ale wciąż mogą uczyć się od najlepszych instytucji na świecie. Jak pokazują wyniki badania Digital Banking Maturity 2020. How banks are responding to digital (r)evolution? przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, doświadczenie użytkownika oferowane przez polskie banki pozostaje w tyle za cyfrowymi liderami. Największe różnice dotyczą zakupu ubezpieczenia (24 p.p.), zgłoszenia zagubionej karty (21 p.p.), zamknięcia konta (20 p.p.) i zakupu produktu kredytowego (18 p.p.).

Digital Banking Maturity 2020 to czwarta edycja największego na świecie badania z zakresu bankowości cyfrowej, które w tym roku objęło 318 banków z 39 krajów. Poza oceną i porównaniem stopnia digitalizacji banków, eksperci Deloitte sprawdzili także doświadczenie użytkowników bankowych systemów. W ramach uzupełniającej analizy percepcji user experience (UX) prześledzili 19 scenariuszy odzwierciedlających 10 obszarów aktywności klientów na wszystkich etapach relacji z bankiem oraz przeprowadzili badanie UEQ (User Experience Questionnaire), obejmujące kompleksowe informacje na temat UX aplikacji mobilnych.

Jak wynika z badania, w latach 2018-2020 banki w Polsce rozwijały kanały zdalne szybciej niż banki globalnie, zwiększając swoją przewagę w bankowości internetowej i mobilnej. Spośród 13 polskich banków, objętych badaniem w 2020 roku, pięć to cyfrowi liderzy, którzy znajdują się w gronie 10 proc. najbardziej dojrzałych cyfrowo banków na świecie, a trzy znajdują się w grupie pościgowej.

Choć dojrzałość cyfrowa polskich banków jest lepsza niż średnia światowa, istnieją jednak obszary, które zdecydowanie wymagają poprawy. O ile przewaga polskich banków jest najbardziej widoczna w zarządzaniu produktami i rachunkami oraz w procesie otwierania konta, to w przypadku obsługi klienta online czy sprzedaży produktów dodatkowych Polska znajduje się poniżej średniej globalnej. Biorąc pod uwagę, jak bardzo pandemia koronawirusa zmieniła sposób postępowania konsumentów, także w obszarze bankowości, wydaje się, że polskie banki powinny poprawić przede wszystkim obszary swojej działalności dotyczące budowania trwałych relacji z użytkownikami – mówi Michael Wodzicki, Partner Zespołu SAMA (Strategy, Analytics and M&A), Deloitte.

UX a satysfakcja klientów

Globalni cyfrowi liderzy sektora bankowego dostrzegli już, że doświadczenie klienta to wyróżnik wpływający na satysfakcję klientów. Analizując to doświadczenie wzdłuż ścieżki użytkownika (customer journey) eksperci Deloitte ocenili, że UX polskich banków pozostaje jednak w tyle za cyfrowymi liderami. W przypadku takich funkcjonalności jak zbieranie informacji o koncie (57 proc. w Polsce vs 61 proc. globalnie) czy dodawanie kont z innych banków (17 proc. vs 22 proc.) te zaległości nie są jeszcze tak bardzo wyraźne. Natomiast największe luki dotyczą: ścieżki zakupu ubezpieczenia (20 proc. vs 44 proc.), zgłoszenia zagubionej karty (45 proc. vs 66 proc.), zamknięcia konta (18 proc. vs 38 proc.) i zakupu produktu kredytowego (57proc. vs 75 proc.)

Liczy się pierwsze wrażenie

Wskazówki dla klientów i przyjazny UX podczas otwierania konta są niezbędne, aby wywrzeć pozytywne pierwsze wrażenie. A to ono jest najczęściej decydujące dla efektywnego pozyskania i trwałego utrzymania klienta banku. Niezbędne jest też stałe zwiększanie funkcjonalności i dostosowywanie oferowanych narzędzi do zmieniającego się otoczenia, np. poprzez wprowadzanie usprawnień związanych z ograniczeniem dostępności placówek z powodu pandemii – mówi Daniel A. Majewski, Starszy menadżer w dziale Doradztwa Strategicznego, Deloitte.

Jak wynika z badania Deloitte, właśnie w scenariuszu UX dotyczącym otwierania konta najłatwiej zadbać o dobre pierwsze wrażenie. W tym celu konieczne jest dopracowanie takich prostych wydawałoby się funkcjonalności jak: ułatwienie szybkiego i poprawnego wprowadzania danych, możliwość czytelnego śledzenia postępów całego procesu, jasne i opisowe komunikaty o błędach, dostępność funkcji zapisywania postępów i możliwość późniejszego skończenia oraz potwierdzenie, że formularz jest przetwarzany.

Dążenie do zapewnienia jak najlepszego doświadczenia użytkownika stanowi niezbędny element rozwoju cyfrowych strategii banków. W tym celu należy tak dobrać funkcjonalności UX, aby wspomagały poprawę satysfakcji klientów. Pomocne w tym jest zidentyfikowanie, które kluczowe obszary w przypadku danego banku należy poprawić, aby zwiększyć zadowolenie klienta z wykorzystania kanałów zdalnych – mówi Przemysław Szczygielski, Partner, lider zespołu doradztwa regulacyjnego i ryzyka, lider sektora finansowego w Polsce w Deloitte