Black Friday – czas łowców okazji, ale też oszustów wyłudzających dane osobowe

Black Friday rozpoczyna intensywny maraton zakupów online, który potrwa aż do Bożego Narodzenia, a w tym roku zapowiada się rekordowo, choćby z uwagi na epidemię, która zagoniła wielu konsumentów do Internetu. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Krajowy Rejestr Długów i serwis ChronPESEL.pl, prezenty w sieci zamierza kupić prawie 60 proc. klientów. Niestety nie wszyscy czują się bezpiecznie robiąc zakupy w Internecie. Za największe zagrożenie badani uważają utratę danych osobowych.

Jak wynika z badania przeprowadzonego w październiku 2020 r. przez Krajowy Rejestr Długów i serwis ChronPESEL.pl, zdecydowana większość, czyli aż 98 proc. respondentów czuje się bezpiecznie robiąc zakupy w sklepach internetowych. To pozytywne zjawisko, jednak taka postawa może uśpić naszą czujność. Spośród osób, które mają wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa zakupów w sieci, blisko 55 proc. wskazuje właśnie na ryzyko wycieku danych osobowych. Biorąc pod uwagę doświadczenie internautów, ich obawy wydają się uzasadnione. W kwietniu 2020 r. o wycieku, gromadzonych od 2007 r., danych osobowych swoich klientów poinformował sklep internetowy Cyfrowe.pl. We wrześniu z kolei ofiarą ataków hakerów padł serwis Aleleki.pl.

Uwaga na pytania o numer PESEL

W czasie zakupów internetowych powinniśmy zachować ostrożność. Chętnych na wykorzystanie naszej nieuwagi nie zabraknie. Sygnałem ostrzegawczym dla wszystkich kupujących w sieci powinny być odpowiedzi 5 proc. respondentów, którzy doświadczyli wycieku danych osobowych. Z cyklicznych badań Gemiusa wynika, że liczba polskich użytkowników na początku roku wyniosła ponad 28 mln. Biorąc pod jeszcze uwagę ostatni raport tej firmy „E-commerce w Polsce 2020”, według którego aż 73 proc. internautów robi zakupy w sieci, widać skalę zjawiska wycieków. Ich ofiarą padło ponad milion Polaków.

Żeby się przed tym uchronić, przede wszystkim należy zachować zdrowy rozsądek. Przestępcy wykorzystują nasz pośpiech, brak uwagi oraz to, że wiele czynności podczas zakupów wykonujemy automatycznie i bez zastanowienia. Warto też zwrócić uwagę na pewne niedozwolone praktyki stosowane nie tylko przez hakerów, ale również właścicieli sklepów. Jak wynika z badania, 5 proc. Polaków przyznaje, że podczas rejestracji w sklepie internetowym poproszono ich o podanie numeru PESEL. Co siódmy ankietowany (15 proc.) nie potrafi jednoznacznie stwierdzić, że tak nie było.

Gromadzenie danych osobowych powinno być adekwatne do celów, w jakim są przetwarzane. W przypadku sklepów internetowych nie ma takiej potrzeby i zbieranie numerów PESEL kupujących jest nieuzasadnione. Niestety, jak pokazują statystyki, wciąż spotykamy się z takimi praktykami. Prośba o podanie numeru PESEL podczas zakupów w sieci powinna być dla nas sygnałem ostrzegawczym. Może to oznaczać albo, że strona jest fałszywa i jej celem jest wyłudzenie naszych danych osobowych, albo świadczyć o braku rzetelności sprzedawcy, który zbiera więcej informacji na nasz temat niż powinien. To dodatkowo zwiększa ryzyko wycieku w przyszłości, ponieważ bazy danych w mniejszych firmach są z reguły słabo zabezpieczone, przez co nie stanowią wyzwania dla sprawnych hakerów. Nie warto się na to narażać  – wyjaśnia Bartłomiej Drozd, ekspert serwisu ChronPESEL.pl.

Nie daj się naciągnąć

Z przeprowadzonego przez KRD i serwis ChronPESEL.pl badania wynika, że ponad połowa z nas zamierza kupić w Internecie prezenty świąteczne. To oznacza, że również dla cyberprzestępców najbliższe tygodnie mogą okazać się pracowite.

Najpopularniejszą metodą stosowaną przez przestępców jest obecnie phishing, czyli podszywanie się pod inne osoby, instytucje lub firmy. Oszuści próbują nas również przekierować  poprzez wysyłane za pośrednictwem e-maili i SMS-ów linki odsyłające do fałszywych stron. To wszystko połączone z brakiem ostrożności ze strony użytkowników Internetu może spowodować, że za tegoroczne zakupy w sieci zapłacimy znacznie więcej, niż planowaliśmy. Przestępcy mogą próbować wykorzystać zdobyte w ten sposób dane osobowe, żeby podszywając się pod ich właściciela, wyłudzić pożyczkę, kupić drogi sprzęt elektroniczny na raty lub wziąć w leasing samochód. Żeby się przed tym uchronić trzeba przestrzegać kilku podstawowych zasad bezpieczeństwa.

– Przede wszystkim korzystajmy ze znanych i sprawdzonych sklepów. Nie dajmy się zwieść dużym przesadnym promocjom u nieznanych sprzedawców oraz zawsze weryfikujmy adresy stron i nadawcę e-maili, które otwieramy. Oszustwo polega na tym, że zazwyczaj na pierwszy rzut oka wyglądają one jak oryginalne, ale różnią się jedną literką albo dopisaną cyfrą na końcu. Sprawdźmy również, kiedy ostatni raz zmieniliśmy hasła do kont związanych platformami e-commerce i jeśli to było dawno, ustawmy nowe. Warto też być zapobiegliwym i oprócz przestrzegania podstawowych zasad bezpieczeństwa, stale monitorować zapytania na swój temat w Krajowym Rejestrze Długów. Tylko wtedy będziemy w stanie szybko zareagować, gdy ktoś spróbuje wykorzystać nasze dane – mówi Bartłomiej Drozd, ekspert ChronPESEL.pl.

Trzymać rękę na pulsie

Monitorując swoją aktywność w systemie informacji gospodarczej będziemy mogli zareagować w momencie, w którym ktoś inny będzie próbował wykorzystać nasze dane osobowe. Zarówno banki, firmy pożyczkowe oraz operatorzy telefoniczni, jak i dostawcy Internetu i telewizji cyfrowej przed podpisaniem umowy z nowym klientem, sprawdzają, czy nie jest on notowany w Krajowym Rejestrze Długów Biurze Informacji Gospodarczej, jako osoba zadłużona. Jednak, żeby to zrobić, potrzebna jest jego pisemna zgoda. Dlatego kiedy otrzymujemy SMS-a, że właśnie sprawdza nas np. jakiś bank, w którym nie składaliśmy w ostatnim czasie wniosku o kredyt, powinniśmy szybko reagować, czyli skontaktować się z instytucją, która nas weryfikowała w celu wyjaśnienia sprawy oraz zawiadomić policję, że doszło do kradzieży tożsamości.

O wycieku danych możemy dowiedzieć się również w inny sposób. W sytuacji, w której sklep, z którego korzystaliśmy poinformuje nas, że padł ofiarą ataku hakerskiego, w pierwszej kolejności należy ustalić, jakie dokładnie dane wyciekły. Jeśli straciliśmy hasła lub loginy do naszych kont lub skrzynek mailowych, powinniśmy je jak najszybciej zmienić. Jeśli dane, które wyciekły widnieją na dowodzie osobistym, należy zastrzec ten dokument, żeby nikt nie mógł się pod nas podszyć. Dodatkowo Urząd Ochrony Danych Osobowych w takich przypadkach rekomenduje założenie konta w systemie informacji gospodarczej, dzięki czemu będziemy mogli monitorować swoją aktywność kredytową.

Badanie zostało przeprowadzone na grupie 1016 osób, którzy robią zakupy w Internecie, w wieku 16-74 lata, w październiku 2020 r.

Sfinks rozwija sieć wirtualnych restauracji (bez stacjonarnego lokalu)

Sfinks Polska, właściciel marek gastronomicznych Sphinx, Chłopskie Jadło czy Piwiarnia Warki, w pandemii rozwija sieć wirtualnych restauracji, czyli bez stacjonarnego lokalu. Obsługują one wyłącznie zamówienia w dowozie i na wynos. W efekcie w Polsce jest już 16 dodatkowych wirtualnych punktów Chłopskie Jadło, działających równolegle do 10 tradycyjnych restauracji pod tym szyldem. Zasięg zwiększają też całkowicie wirtualne marki Sfinksa, które z założenia nigdy nie miały sali dla klientów, tj. The Burgers, YOLO Chicken, Och! PITA i Da Mamma. Łącznie w całym kraju Sfinks ma dziś 93 wirtualne restauracje.

Gastronomiczna spółka Sfinks już przed pandemią zaczęła się rozwijać w kanale delivery. Zainwestowano w autorski system IT, własny serwis do zamówień online Smacznieiszybko.pl oraz nowe koncepty – w segmentach gastronomii, gdzie Sfinks dotąd nie był obecny albo chciał silniej zaistnieć. Jeszcze w 2019 r. portfolio Sfinksa powiększyło się o nowe marki: z pizzą oraz burgerami. Kiedy wybuchła pandemia, prace przyspieszyły i do oferty gastronomicznej grupy dołączyły dwa kolejne całkowicie wirtualne koncepty: z daniami z kurczaka oraz kebabami. Dzięki temu Sfinks objął swoją ofertą niemal wszystkie najchętniej zamawiane w dostawie i na wynos rodzaje dań. Obecnie w ten sposób w całej Polsce działa 38 punktów The Burgers, 14 punktów Och! PITA, 15 punktów YOLO Chicken, 10 punktów Da Mamma oraz 16 wirtualnych Chłopskich Jadeł.

– Potencjał segmentu delivery dostrzegaliśmy już wcześniej, więc kiedy przyszła pandemia, wiele narzędzi mieliśmy gotowych i duża część naszych lokali była w stanie płynnie przestawić się tylko na ten rodzaj sprzedaży. Wiosenny lockdown przyspieszył rozwój tych projektów, a bazą dla nich jest sieć naszych stacjonarnych restauracji. Większość z nich ma potencjał, żeby zająć się także obsługą nowych konceptów, poza swoją własną kartą menu i w ten sposób zdobyć zupełnie nowych klientów. Dziś robi to część lokali, ale docelowo chcemy, żeby wszystkie nasze restauracje stacjonarne  obsługiwały pełną ofertę marek wirtualnych. To nowe możliwości zwiększania zasięgu i obrotów zarówno restauracji, jak i całej grupy Sfinks Polska – mówi Dorota Cacek, wiceprezes Sfinks Polska.

Rozwój Sfinksa w kanale delivery pokazują też wyniki finansowe za 2020 r. W pierwszym półroczu udział obrotów z tej działalności w przychodach spółki wyniósł blisko 12%, podczas gdy rok wcześniej było to nieco ponad 3%. W drugim półroczu dynamika sprzedaży jest również wysoka – z kilkukrotnymi wzrostami. Poza własnym serwisem SmacznieiSzybko.pl oferta marek Sfinksa jest dostępna także poprzez popularne platformy i aplikacje: Pyszne, Glovo i Wolt. Obecnie grupa Sfinks w całej Polsce ma sieć 133 restauracji (stacjonarnych oraz wirtualnych) obsługujących zamówienia z dostawą i na wynos.

Polskie e-sklepy więcej sprzedają za granicę. Jeszcze w tym roku nastąpi wzrost przesyłek międzynarodowych o ponad 50 proc.

  • Black Friday w tym roku to wyjątkowa szansa dla polskich sklepów e-commerce
    i przedsiębiorstw na dotarcie do międzynarodowych klientów i zwiększenie przychodów.
  • Niemal połowa e-sklepów deklaruje, że z okazji Black Friday podejmie dodatkowe działania sprzedażowe[1].
  • Przeniesienie promocji do sieci wpływa na branżę logistyczną, obsługującą gwałtowny wzrost wolumenu przesyłek. DHL Express oczekuje globalnego skoku w liczbie paczek międzynarodowych o ponad 50 proc. w stosunku do ubiegłego roku.
  • Przesyłki z polskich e-sklepów najczęściej są wysyłane w Europie do Niemiec, Francji oraz za ocean – do Stanów Zjednoczonych. Klienci spoza Polski najczęściej są zainteresowani produktami modowymi i kosmetykami.

Black Friday w tym roku to dobry moment dla handlu transgranicznego. Jedna trzecia Polaków kupujących online będzie polowała na okazje w zagranicznych serwisach e-commerce[2]. Wymiana działa również w drugą stronę – wiele polskich przedsiębiorstw już teraz sprzedaje swoje towary czy usługi na innych rynkach. Według GUS, między styczniem a sierpniem tego roku, Polacy prowadzili najbardziej dynamiczną wymianę handlową z Niemcami (184,2 mld PLN). Kolejnymi popularnymi kierunkami eksportu były Czechy (38,6 mld PLN) i Wielka Brytania (36,8 mld PLN)[3].

Kosmetyki i branża modowa zyskują

Początek świątecznych wyprzedaży to okazja dla polskich biznesów, aby w dobie globalizacji nie skupiać się tylko na lokalnym rynku. Firmy sprzedające za granicę mają znacznie szybsze tempo rozwoju (14,3 proc.) w porównaniu do tych, które są aktywne biznesowo jedynie w Polsce (2 proc.)[4]. Pandemia szczególnie pokazała wartość rozszerzania działalności na wiele rynków – firmy nie są wtedy uzależnione od sytuacji epidemiologicznej w jednym kraju.

Produkty znad Wisły cieszą się zainteresowaniem konsumentów z innych krajów, na co wskazują statystyki krajowego eksportu. Polski rynek kosmetyczny jest szósty w Europie pod względem sprzedaży zagranicznej[5], a branża modowa w ubiegłym roku zwiększyła eksport o ponad 15 procent, zajmując ósme miejsce na kontynencie pod kątem obrotów[6].

Za liczbami i trendami związanymi z eksportem kryje się szansa dla sprzedawców. W miarę postępującej globalizacji, dla wielu konsumentów na całym świecie przestało mieć znaczenie, czy zamawiają produkty w krajowych sklepach, czy zagranicznych – szczególnie w warunkach pandemicznych, gdy e-zakupy zaczęły nam towarzyszyć na co dzień. Dla konsumentów najważniejsze jest to, aby przesyłka dotarła w określonym czasie pod konkretny adres. Widzimy, że polskie e-sklepy wykorzystują Black Friday, żeby trafić ze swoimi produktami do konsumentów na całym świecie, w tym za ocen. Przesyłki z polskich e-sklepów najczęściej trafiają do Niemiec, Francji i Stanów Zjednoczonych. Znaleźć w nich można produkty, takie jak produkty modowe czy kosmetyki – mówi Edwin Osiecki, wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu w DHL Express Polska.

Niemal połowa e-sklepów deklaruje, że z okazji Black Friday podejmie dodatkowe działania sprzedażowe[7].

Co równie istotne, zagraniczni klienci dysponują większymi budżetami. W perspektywie globalnej przeciętny dorosły planuje wydać 400 dolarów na zakupy związane z Black Friday. To znacznie więcej niż średnia wartość polskiego koszyka – wskazuje Edwin Osiecki. Z tego względu podczas nadchodzącego sezonu sprzedaży świątecznej zyskają przede wszystkim e-sklepy, które uwzględniły w swojej strategii konsumentów spoza Polski.

Skuteczny plan sprzedaży za granicą powinien uwzględniać gwarancję obsługi kurierskiej wysokiej jakości. Jeszcze przed pandemią co piąty konsument oczekiwał, że zamówienie złożone gdziekolwiek w Europie dotrze do niego w terminie do trzech dni roboczych[8]. Dobór zaufanego partnera logistycznego z kompleksową i elastyczną siecią przygotowaną na największe wyzwania to jeden z kluczowych aspektów wpływających na satysfakcję e-konsumentów.

[1] SMSAPI, Shoper, Komunikacja sklepów internetowych, listopad 2020

[2] Gemius, E-commerce w Polsce, czerwiec 2020

[3] GUS, Obroty towarowe handlu zagranicznego ogółem i według krajów w okresie styczeń-sierpień 2020 roku, październik 2020

[4] PayPal, dane wewnętrzne, 2018

[5] B+R Studio, Prognoza eksportu mebli, 2020

[6] Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii & Polski Fundusz Rozwoju, Akcelerator Branżowy „Moda Polska”, 2019

[7] SMSAPI, Shoper, Komunikacja sklepów internetowych, listopad 2020

[8] DHL Express, 21st Century Spice Trade

UX kluczowe dla zadowolenia klientów bankowych

Pod względem dostępnych funkcjonalności online polskie banki plasują się powyżej globalnej średniej, ale wciąż mogą uczyć się od najlepszych instytucji na świecie. Jak pokazują wyniki badania Digital Banking Maturity 2020. How banks are responding to digital (r)evolution? przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, doświadczenie użytkownika oferowane przez polskie banki pozostaje w tyle za cyfrowymi liderami. Największe różnice dotyczą zakupu ubezpieczenia (24 p.p.), zgłoszenia zagubionej karty (21 p.p.), zamknięcia konta (20 p.p.) i zakupu produktu kredytowego (18 p.p.).

Digital Banking Maturity 2020 to czwarta edycja największego na świecie badania z zakresu bankowości cyfrowej, które w tym roku objęło 318 banków z 39 krajów. Poza oceną i porównaniem stopnia digitalizacji banków, eksperci Deloitte sprawdzili także doświadczenie użytkowników bankowych systemów. W ramach uzupełniającej analizy percepcji user experience (UX) prześledzili 19 scenariuszy odzwierciedlających 10 obszarów aktywności klientów na wszystkich etapach relacji z bankiem oraz przeprowadzili badanie UEQ (User Experience Questionnaire), obejmujące kompleksowe informacje na temat UX aplikacji mobilnych.

Jak wynika z badania, w latach 2018-2020 banki w Polsce rozwijały kanały zdalne szybciej niż banki globalnie, zwiększając swoją przewagę w bankowości internetowej i mobilnej. Spośród 13 polskich banków, objętych badaniem w 2020 roku, pięć to cyfrowi liderzy, którzy znajdują się w gronie 10 proc. najbardziej dojrzałych cyfrowo banków na świecie, a trzy znajdują się w grupie pościgowej.

Choć dojrzałość cyfrowa polskich banków jest lepsza niż średnia światowa, istnieją jednak obszary, które zdecydowanie wymagają poprawy. O ile przewaga polskich banków jest najbardziej widoczna w zarządzaniu produktami i rachunkami oraz w procesie otwierania konta, to w przypadku obsługi klienta online czy sprzedaży produktów dodatkowych Polska znajduje się poniżej średniej globalnej. Biorąc pod uwagę, jak bardzo pandemia koronawirusa zmieniła sposób postępowania konsumentów, także w obszarze bankowości, wydaje się, że polskie banki powinny poprawić przede wszystkim obszary swojej działalności dotyczące budowania trwałych relacji z użytkownikami – mówi Michael Wodzicki, Partner Zespołu SAMA (Strategy, Analytics and M&A), Deloitte.

UX a satysfakcja klientów

Globalni cyfrowi liderzy sektora bankowego dostrzegli już, że doświadczenie klienta to wyróżnik wpływający na satysfakcję klientów. Analizując to doświadczenie wzdłuż ścieżki użytkownika (customer journey) eksperci Deloitte ocenili, że UX polskich banków pozostaje jednak w tyle za cyfrowymi liderami. W przypadku takich funkcjonalności jak zbieranie informacji o koncie (57 proc. w Polsce vs 61 proc. globalnie) czy dodawanie kont z innych banków (17 proc. vs 22 proc.) te zaległości nie są jeszcze tak bardzo wyraźne. Natomiast największe luki dotyczą: ścieżki zakupu ubezpieczenia (20 proc. vs 44 proc.), zgłoszenia zagubionej karty (45 proc. vs 66 proc.), zamknięcia konta (18 proc. vs 38 proc.) i zakupu produktu kredytowego (57proc. vs 75 proc.)

Liczy się pierwsze wrażenie

Wskazówki dla klientów i przyjazny UX podczas otwierania konta są niezbędne, aby wywrzeć pozytywne pierwsze wrażenie. A to ono jest najczęściej decydujące dla efektywnego pozyskania i trwałego utrzymania klienta banku. Niezbędne jest też stałe zwiększanie funkcjonalności i dostosowywanie oferowanych narzędzi do zmieniającego się otoczenia, np. poprzez wprowadzanie usprawnień związanych z ograniczeniem dostępności placówek z powodu pandemii – mówi Daniel A. Majewski, Starszy menadżer w dziale Doradztwa Strategicznego, Deloitte.

Jak wynika z badania Deloitte, właśnie w scenariuszu UX dotyczącym otwierania konta najłatwiej zadbać o dobre pierwsze wrażenie. W tym celu konieczne jest dopracowanie takich prostych wydawałoby się funkcjonalności jak: ułatwienie szybkiego i poprawnego wprowadzania danych, możliwość czytelnego śledzenia postępów całego procesu, jasne i opisowe komunikaty o błędach, dostępność funkcji zapisywania postępów i możliwość późniejszego skończenia oraz potwierdzenie, że formularz jest przetwarzany.

Dążenie do zapewnienia jak najlepszego doświadczenia użytkownika stanowi niezbędny element rozwoju cyfrowych strategii banków. W tym celu należy tak dobrać funkcjonalności UX, aby wspomagały poprawę satysfakcji klientów. Pomocne w tym jest zidentyfikowanie, które kluczowe obszary w przypadku danego banku należy poprawić, aby zwiększyć zadowolenie klienta z wykorzystania kanałów zdalnych – mówi Przemysław Szczygielski, Partner, lider zespołu doradztwa regulacyjnego i ryzyka, lider sektora finansowego w Polsce w Deloitte

Polski startupowiec laureatem prestiżowej nagrody Instytutu Aspen dla młodych liderów

24-letni Michał Tarnowski otrzymał nagrodę Aspen Central Europe Leadership Award. To pierwszy Polak uhonorowany tym wyróżnieniem.

Nagroda międzynarodowego Instytutu Aspen przyznawana jest za aktywne promowanie odpowiedzialnego obywatelstwa, przywództwa opartego na wartościach oraz za tworzenie innowacji, które pozytywnie wpływają na społeczeństwa Europy Środkowej i Wschodniej. Podczas zdalnej gali przewodniczący Instytutu, Ivan Hodáč podkreślił, że Michał Tarnowski stworzył i kieruje dwiema edukacyjnymi platformami, rozwija także Akademię Wiedzy Obywatelskiej – organizację pozarządową, która promuje wśród młodych Polaków wiedzę o służbie cywilnej.

Pochodzący ze Szczecina Michał Tarnowski jest absolwentem Uniwersytetu Oxfordzkiego. Po studiach w Wielkiej Brytanii wrócił do Polski, aby zaangażować się w tworzenie startupów edukacyjnych, działania wolontariackie oraz w działalność obywatelską.

Laureat podkreśla, że wyróżnienie od tak uznanej organizacji jak Aspen Institute dodaje skrzydeł. “To także duża odpowiedzialność, chciałbym dawać przykład młodszym koleżankom i kolegom, że warto jest walczyć o lepszą rzeczywistość”. – dodał. Podczas laudacji zaznaczył, że młode pokolenie jest coraz bardziej aktywne w walce o lepsze jutro, czego najlepszym dowodem jest młodzieżowy strajk klimatyczny czy protesty organizowane w ostatnim czasie w  Polsce, często także przez młodzież licealną.

Nagroda Instytutu Aspen była przez lata przyznawana światowym liderom, którzy odegrali znaczącą rolę w rozwoju Europy Centralnej. Laureatami byli m.in. amerykański senator John McCain i sekretarz stanu USA Madeleine Albright. Od ubiegłego roku wyróżnienie przyznawane jest młodym aktywistom działającym na rzecz rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w naszym regionie.

Kim jest Michał Tarnowski?

Michał Tarnowski
Michał Tarnowski

Michał Tarnowski na University of Oxford studiował na kierunku łączącym nauki polityczne, ekonomię i filozofię. Angażował się w działania polskiej społeczności studenckiej i współprzewodniczył fundacji Project Access Polska, która pomaga polskim licealistom dostać się na najlepsze zagraniczne uczelnie. Po studiach wrócił do Polski i zajmuje się edukacją. Współzałożył startup edukacyjny www.nativated.com, który oferuje lekcje angielskiego online z native speakerami z Oksfordu i Cambridge. Od marca 2020 roku rozwija także drugi startup – www.nauczeni.pl, który oferuje kompleksowe rozwiązanie technologiczne dla nauczycieli do prowadzenia korepetycji online. W ramach Nauczeni.pl zorganizował akcję społeczną #UczęDlaBohaterów – darmowe lekcje dla dzieci osób walczących z COVID-19. Inicjatywa dotarła też do Rosji i Kazachstanie jako TeachingForHeroes, gdzie odbyło się ponad 6 tysięcy bezpłatnych korepetycji.

Tarnowski rozwija także Fundację Akademia Wiedzy Obywatelskiej – organizację, która wprowadza nowoczesną edukację obywatelską do szkół, wykorzystując przy tym nowoczesne technologie.

Zielone centra danych „muszą się pospieszyć”

Centra danych, będące „bijącymi sercami” globalnej infrastruktury teleinformatycznej są dziś obciążone jak nigdy dotąd. Ruch w sieci nieustannie rośnie. Według analizy firmy TeleGeography zdążył już wzrosnąć w tym roku, na całym świecie, aż o połowę względem 2019r. Swój udział coraz mocniej zaznaczają firmy, tłumnie przechodzące na pracę zdalną, stymulujące tym samym DC do pracy na najwyższych obrotach. Oraz – zużywania potężnych ilości energii elektrycznej.

Już dziś, centra danych z całego świata zużywają niemal ekwiwalent całego rocznego zapotrzebowania na energię Hiszpanii. Tylko te zlokalizowane w Chinach, są już bardzo bliskie zrównania się pod względem wymagań energetycznych z całym kontynentem, Australią.

Presja ograniczania zużycia energii i emisji CO2 stale rośnie, a na tą kwestię coraz częściej zwracają uwagę sami klienci – użytkownicy usług świadczonych przez centra danych. – Dostępna gama rozwiązań, gwarancja ich nieprzerwanego świadczenia czy bezpieczeństwo danych były dotychczas głównymi parametrami wyboru dostawcy usług IT. Teraz, dołącza do nich fakt wdrażania polityki zrównoważonego rozwoju i wykorzystywania odnawialnych źródeł energii, stawiany na równi z wymienionymi czynnikami, które decydują o tym czy dana firma wybierze konkretnego operatora, czy skorzysta z usług konkurencji – tłumaczy Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud.

Europejska eko-dekada

W związku z opublikowaną przez Unię Europejską jeszcze w lutym tego roku strategią „zielonej transformacji” centrów danych do 2030 roku, pojawia się coraz więcej inicjatyw w tym obszarze. Nierzadko, myśl o wykorzystaniu odnawialnych źródłach energii i obniżeniu emisji gazów cieplarnianych pojawia się jeszcze przed rozpoczęciem budowy kolejnych kampusów. Firma European Energy poinformowała właśnie, że zbuduję farmę solarną zdolną do wygenerowania 300 MW energii na południu Danii, w pobliżu miejsca, gdzie planuje się wzniesienie kolejnych centrów danych. Zlokalizowana w Norwegii spółka Bulk Data Centers przyznaje z kolei, że już dostrzega znacznie zwiększony popyt na swoje usługi dostarczane przez kampus N01. Jest on zasilany w pełni bez-emisyjną energią pochodzącą z odnawialnych źródeł energii, co umożliwia oferowanie usług klientom po niższych cenach, niż w przypadku polegania na tradycyjnych metodach zasilania centrum danych.

Zielone IT priorytetem firm

Nacisk ze strony branży Data Center w stronę ograniczania zużycia energii i emisji dwutlenku węgla ma więc związek z oczekiwaniami samych klientów. Nie chodzi tu oczywiście tylko o lepszą optymalizację kosztów. Przeprowadzona niedawno przez firmę 451 Research dla Schneider Electric analiza Multi-tenant Datacenters and Sustainability dowiodła, że niemal wszyscy zaproszeni do badania przedstawiciele sektora DC (97%) mają klientów zwracających dużą uwagę na realizację projektów zrównoważonego rozwoju przez ich dostawcę usług IT. –  Największe, centra danych z całego świata potrzebują rocznie blisko 30 miliardów kilowatogodzin. To liczba trudna do wyobrażenia. Zgodnie z prognozami, wszystkie Data Centers już do 2025 roku mają odpowiadać za aż jedną piątą światowego zapotrzebowania na energię. W dobie wyjątkowej dbałości o środowisko naturalne oraz raportowania niefinansowego (ESG) bezczynność operatorów DC w obszarze zrównoważonego rozwoju może okazać się bezwzględna dla ich biznesu. Stąd realizowane w tym kierunku inicjatywy – my dzięki wykorzystaniu fotowoltaiki i elektrowni wodnych w naszym kampusie zamierzamy generować aż 6 MW energii pochodzącej wyłącznie ze źródeł odnawialnych – dodaje Marcin Zmaczyński z Aruba Cloud.

Zdążyć ze zmianami

Na problem dynamicznie przyrastającego zużycia energii przez centra danych należy reagować szybko, gdyż zapotrzebowanie na świadczone przez nie usługi także będzie się bardzo szybko wzmagać. To, głównie za sprawą powszechniejącej kultury pracy zdalnej i faktu, że ten model wykonywania swoich obowiązków pozostanie z nami już na stałe. Najnowsze opracowanie firmy TeleGeography dowiodło, że średnia wartość ruchu w globalnej sieci w tym roku wzrosła o 48%, zaś notowane peaki, czyli chwilowe okresy maksymalnego przyrostu, były większe o 47% w porównaniu do sytuacji przed rokiem.

Zwrot w stronę zielonego zasilania centrów danych powinien przyspieszać po to, by udało się opanować przyrost energii niezbędnej do oferowania rozwiązań IT, w tym szczególnie chmury obliczeniowej: mocy, infrastruktur czy oprogramowania wynajmowanych „jako usługa”. Warto przytoczyć w tym miejscu przykład spółki Echelon Data Centers. Startując, na początku 2019 roku, zakładała ona maksymalnie zużycie energii na poziomie 500 MW do 2025 przez swoje centra danych zlokalizowane w 5 krajach. Już na koniec roku okazało się, że liczba ta wzrosła do 700MW, a uwzględniając wszystkie zaplanowane inwestycje rozbudowy ma ona wynieść aż 2 GW.

Zwrot w stronę zielonego zasilania centrów danych

Liczba umów o dostarczanie energii elektrycznej dla przedsiębiorstw (PPA – Power Purchase Agreements) w rozbiciu na poszczególne sektory gospodarki. Branża technologiczna już w 2015 roku przewodziła pod tym względem, zaś w 2019 zaznaczyła ten fakt najmocniej w historii [źródło: IEA.org]

Sobotni restart galerii handlowych daje przedsiębiorcom szansę na finansowanie

  • Przedłużenie częściowego lockdownu dużych obiektów handlowych na grudzień zmniejszyłoby ich obroty o 12 mld złotych. Niektórzy najemcy w ostatnim miesiącu osiągają 30% rocznego utargu.
  • Zapowiedziany na 28.11 restart galerii to dla zajmujących się sprzedażą detaliczną szansa na zarobek i odblokowanie możliwości pozyskiwania finansowania, zamrożonego wcześniej przez lockdown. W przypadku faktoringu wzrost liczby wniosków jest trzykrotny.
  • Ponowne uruchomienie handlu to szansa na pieniądze także dla dostawców towarów i usług do tych obiektów, często jednak proponuje im się przelew dopiero za kilka miesięcy.

Jesień to tzw. wysoki sezon w handlu detalicznym. W tym roku ograniczenie możliwości działania galerii handlowych tylko w samym listopadzie przyniosło branży stratę obrotów w wysokości około 8 mld zł. Wydłużenie lockdownu na grudzień spowodowałoby nawet 12 mld zł utraconych obrotów (dane Polska Rada Centrów Handlowych). Takiej kwoty nie udałoby się uzyskać w sprzedaży internetowej. Pomimo ogromnego w tym roku rozwoju, e-commerce stanowi tylko 20% średniej sprzedaży. Dlatego decyzja rządu o pełnym restarcie sklepów w galeriach od 28.11 jest tak ważna dla gospodarki. Grudniowy „szał zakupowy” to szansa na wyrównywanie strat poniesionych wcześniej z powodu pandemii. Zniesienie blokady zmniejsza ryzyko upadłości dla wielu firm handlowych, pozwoli też uchronić przed masowymi zwolnieniami pracowników.

Chcą działać, ale nie mogą płacić od razu

Niektórzy najemcy w ostatnim miesiącu roku osiągają 30% rocznego utargu. To zarobek nie tylko sieci handlowych i mniejszych najemców, ale i dostawców towarów i usług do sklepów w galeriach. Hurtownicy też obawiali się, że zostaną z niesprzedanym towarem i bez pieniędzy. Teraz mogą liczyć na zamówienia z centrów i uratowanie wysokiego sezonu handlowego w tym roku. Niestety często słyszą, że na pieniądze muszą poczekać nawet kilka miesięcy.

Działa to często tak: prowadzący hurtownię (np. ubrania, wyroby skórzane, zabawki) dostarcza towar do sklepu w galerii. Właściciel oczywiście chce za towar zapłacić z opóźnieniem – po grudniowym sezonie zakupowym, podczas którego liczy na dużą sprzedaż. To logiczny argument, ale hurtownik nie może czekać na pieniądze do stycznia, ma swoje zobowiązania i listę przelewów do wykonania, a jego pracownicy czekają na wypłatę przed świętami. Oczekiwanie stawia niektórych przedsiębiorców w trudnej sytuacji finansowej i sprawia, że mogą stać się niewypłacalni.

– Hurtownik na kredyt raczej nie może liczyć, bo dla banku w dalszym ciągu, pomimo restartu galerii, jest ryzykownym partnerem. Trafia do nas wiele takich firm, które nie znalazły zrozumienia w bankach. Widzimy ogromny wzrost liczby kierowanych do nas wniosków, w październiku wypłaciliśmy prawie trzykrotnie więcej środków finansowych niż rok wcześniej. W sytuacji kiedy banki regularnie odmawiają kredytowania faktoring jest dla wielu małych firm realną możliwością. To przekłada się na ogromne zainteresowanie faktoringiem w drugim półroczu tego roku. W takim modelu finansowanie jest możliwe, bo tutaj ocena ryzyka odbywa się na innych zasadach niż przy kredycie. Decydujące są perspektywy na przyszłość – jeśli hurtownik ma podpisane umowy z najemcami sklepów w galeriach, to z finansowaniem faktoringowym nie powinien mieć problemu. Za fakturę, którą właściciel sklepu z galerii chce zapłacić z odroczeniem, otrzyma pieniądze od razu – mówi Marek Sikorski, dyrektor sprzedaży Finea.

– Trafia do nas coraz więcej mikroprzedsiębiorców, którzy do tej pory nie korzystali z faktoringu, także tych zajmujących się handlem. Są jednak ostrożni i nie chcą przekazywać do finansowania całych pakietów faktur. My to rozumiemy i dopasowując się do obecnych potrzeb małych firm dopuszczamy finansowanie pojedynczej faktury. W sytuacji, kiedy najemcy i dostawcy centrów handlowych mają małe szanse na „wakacje kredytowe” w bankach, przyspieszenie ruchu pieniądza poprzez finansowanie faktoringowe jest dla nich jedną z niewielu lub jedyną metodą na utrzymanie płynności i „ucieczkę do przodu” – ocenia Mateusz Skowronek, dyrektor sprzedaży eFaktor.

Taki model pozwala na funkcjonowanie całego rynku – galerie działają, najemcy sprzedają, a hurtownicy nie musza czekać na zapłatę miesiącami.

Wg danych Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług podczas pierwszego lockdownu w miesiącach marzec-maj 2020 r. branża centrów handlowych w Polsce odnotowała spadek obrotów netto o ponad 17,5 mld zł. Teraz jest szansa na niższe spadki, tym bardziej, że coraz lepiej znane są i wykorzystywane nowe modele finansowe, takie jak faktoring, ratujące płynność i zmniejszające gotówkową lukę. Popyt na faktoring utrzymuje się mimo pogorszenia sytuacji gospodarczej w Polsce i na świecie. Firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów zanotowały po 9 miesiącach 2020 r. wzrost obrotów o 1,1 proc. względem 3 kwartałów ub. r. Nabyły wierzytelności wynikające z faktur wystawionych przez krajowych przedsiębiorców o łącznej wartości blisko 208 mld zł. Rok temu kwota ta sięgała 205,7 mld zł. Z usługi korzysta obecnie w Polsce prawie 17 tys. firm. Przekazały one do sfinansowania 13,3 mln faktur. Faktoring w 2020 roku urósł jako jedyny z produktów oferujących finansowanie dla firm.

Grzechy główne agencji reklamowych

Korzystanie z usług agencji SEO jest już dzisiaj niemal standardowym rozwiązaniem, wzmacniającym działania marketingowe dużych marek i małych firm w Google. Sęk w tym, że wraz z popularnością tych usług – wzrosła także ilość samozwańczych specjalistów, którzy nie tylko nie przynoszą swoimi działaniami efektów dla klienta, ale i mogą poważnie zaszkodzić biznesowi i jego reputacji. Jak rozpoznać takie agencje i co zrobić, by już za pierwszym razem dobrze wybrać? Warto poszukać odpowiedzi na te i inne pytania w poniższym artykule.

  1. Dlaczego możesz potrzebować pomocy agencji SEO?
  2. Po czym rozpoznać nieudolną agencję SEO?
  3. W jaki sposób zmniejszyć szansę na wybranie złej agencji?
  4. Czym jest SEO Match i jak może pomóc firmom?

Wybór agencji reklamowej nie musi być niczym pole minowe. Są rozwiązania i wiedza, które pomogą dobrze wybrać bez „ofiar” w biznesie. Jak to możliwe? Już wyjaśniamy!

Dlaczego możesz potrzebować pomocy agencji SEO?

Jeśli zastanawiasz się nad rozpoczęciem współpracy z agencją, cieszymy się, że tu jesteś. Dobra agencja SEO to dodatkowy koszt marketingowy, który warto ponieść, jeśli chcesz skutecznie promować swoją działalność w Google. Dzięki współpracy ze specjalistami oddajesz działania w ręce osób, które dysponują umiejętnościami technicznymi oraz wiedzą niezbędną do tego, by zaistnieć w wyszukiwarce. Posiadanie agencji SEO jako partnera oznacza również, że możesz skupić się na pozostałych aspektach rozwoju swojej firmy.

Po czym rozpoznać nieudolną agencję?

Aby móc korzystać z wszystkich korzyści, jakie niesie współpraca z dobrą agencją SEO, trzeba mieć pewność, że jest ona skuteczna. Jak to rozpoznać? Tutaj zaczynają się schody. Jest jednak kilka sygnałów ostrzegawczych, na które warto być wyczulonym zarówno podczas wyszukiwania agencji, jak i dalszej współpracy. Jednym z kluczowych elementów, które należy wziąć pod uwagę podczas rozmowy wstępnej z agencją, jest to, czy zadają pytania na temat Twojej firmy. Czy są zainteresowani tym, jakie sprzedajesz produkty, kim są Twoi klienci i jak przebiegają Twoje wewnętrzne operacje? Bez zrozumienia sytuacji Twojego biznesu, nie będą bowiem w stanie skutecznie pozycjonować strony w Google.

Innym grzechem, który popełniają agencje, jest brak przejrzystości w zakresie tego, co robią i sposobu, w jaki chcą osiągnąć obiecane efekty. Google jest wyczulony na niedozwolone praktyki (black hat SEO) i jeśli któreś z nich zostaną wykorzystane przy pracy nad pozycjami Twojej strony, może się to skończyć karą od wyszukiwarki – a tym samym znacznym spadkiem widoczności w Google.

W jaki sposób zmniejszyć szansę na wybór złej agencji?

Może się tu sprawdzić stary dobry system poczty pantoflowej i osobistych rekomendacji. Porządny research i zapoznanie się z opiniami w sieci również ma znaczenie, choć wiadomo – każdą jedną opinię warto traktować z pewnym dystansem. W końcu sukces w SEO zależy od wielu różnych czynników, m.in. konkurencyjności branży czy stanu technicznego domeny.

Gdy bierzesz pod rozwagę kilka różnych agencji, zajrzyj również na ich stronę. Sprawdź, czy mają sukcesy (case study), którymi mogą się pochwalić, oraz czy dzielą się swoją specjalistyczną wiedzą na blogu. Jeśli na stronie jest również informacja o uzyskanych nagrodach branżowych, to dobry znak.

O pomoc przy wyborze skutecznej agencji SEO możesz się również zwrócić w stronę… algorytmu! Usługa SEO Match opracowana Senuto – firmę technologiczną z branży marketingu – pomoże Ci nie znaleźć pożądanych fachowców, ale też zaoszczędzić sporo czasu, pieniędzy i nerwów. To dzięki danym, na jakich się opiera.

Czym jest SEO Match i jak może pomóc Twojej firmie?

SEO Match to nowy projekt Senuto. Firma opracowała algorytm, który pozwala na niezależną weryfikację skuteczności agencji SEO na podstawie danych analitycznych z platformy Senuto. Masz dostęp do tych informacji jeszcze przed rozpoczęciem współpracy z wybraną agencją – i to za darmo!

Na podstawie danych o agencjach SEO oraz informacji, których udzielisz w formularzu, algorytm dopasuje najlepszego usługodawcę dla Twojej firmy w budżecie, który określisz.

Co ważne, w SEO Match znajdują się wyłącznie zweryfikowane agencje, które mają doświadczenie na rynku oraz odnotowane sukcesy (informacje na ten temat Senuto ma dzięki swojej platformie). Co ważne, algorytm automatycznie wyklucza z listy dostępnych agencji te, które współpracują z Twoimi najbliższymi konkurentami.

Jeśli chcesz mieć jak największą pewność, że dobrze ulokujesz swoje pieniądze, SEO Match podpowie Ci w oparciu o dane, którą agencję wybrać.

Aby skorzystać z możliwości oferowanych przez SEO Match trzeba jedynie wypełnić krótki formularz, na podstawie którego algorytm szybko i sprawnie dopasuje odpowiednią agencję SEO do Twoich potrzeb.

Grupa CDRL podsumowuje wyniki po III kwartale 2020 r.

Grupa CDRL, właściciel marek Coccodrillo oraz Buslik, osiągnęła w III kwartale 13,9 mln zł zysku operacyjnego. To wynik o 41 proc. lepszy niż rok wcześniej. Po III kwartałach zysk ze sprzedaży wzrósł o 3 proc. do 15,1 mln zł. Grupa znacząco poprawiła rentowność operacyjną i marżę na sprzedaży towarów, pomimo wymagającego okresu związanego z epidemią SARS-CoV-2. Negatywny wpływ na wynik netto, miały odpisy i negatywne różnice kursowe. Obecnie Grupa CDRL pracuje nad umocnieniem e-commerce w Polsce i Rumunii, optymalizacją logistyki i zrządzaniem zapasami.

W III kwartale przychody wyniosły 121,3 mln zł, co oznacza spadek o 21 proc. r/r, jednak dzięki skutecznej pracy nad kosztami działalności operacyjnej, spółka znacząco poprawiła rentowność, co przełożyło się na wzrosty zysku operacyjnego.

– Cieszymy się, ze mimo tak trudnego otoczenia osiągnęliśmy przyzwoite wyniki finansowe. Co prawda wypracowaliśmy niższe przychody, ale dzięki jeszcze większemu ograniczeniu kosztów poprawiliśmy realizowane marże. Marża na sprzedaży wzrosła o prawie 7 p.p. Na poziomie wyniku netto odnotowaliśmy stratę w wysokości 3,3 mln zł. Decydujący wpływ na nią miały różnice kursowe i odpisy, m.in. odpisaliśmy całość inwestycji w Fikołki. Liczymy jednak, ze sale zabaw otworzymy na wiosnę i będzie możliwe odwrócenie odpisu. – komentuje Marek Dworczak, prezes CDRL.

W III kwartale strata netto przypadająca akcjonariuszom jednostki dominującej wyniosła 3,3 mln zł, a w ujęciu narastającym 24,8 mln zł. Różnice kursowe szczególnie wysokie były w białoruskiej spółce Buslik, gdzie wyniosły 22,6 mln zł. Grupa dokonała odpisów z tytułu utraty wartości firmy na ponad 5 mln zł, odpisów na należności 2,4 mln zł oraz odpisów na zapasy 1,1 mln zł.

– Przed nami najgorętszy okres sprzedażowy w roku, na który jesteśmy dobrze przygotowani. Zarówno do ponownego uruchomienia sklepów w galeriach, jak i wzrostu zamówień internetowych. Cały czas pracujemy nad optymalizacją tego kanału, w szczególności w Polsce i Rumunii. Usprawniamy procesy logistyczne i dostosowujemy ofertę produktową do obecnych potrzeb klientów, aby jak najefektywniej zarządzać zapasami. – dodaje Marek Dworczak.

Spółka pracuje nad optymalizacją działalności sieci sprzedaży oraz wprowadzeniem rozwiązań sprzedaży omnichannel. W najbliższych tygodniach planuje też wymianę POS-ów.

Grupa CDLR zapowiada również utrzymanie polityki dywidendowej. Dywidenda na jedną akcję ma wynosić 1,05 zł a łączna wartość wypłaconej dywidendy zostanie ustalona według kapitału spółki na dzień 2 grudnia 2020 r. Środki będą pochodzić z kapitału zapasowego Spółki utworzonego z zysku za 2019 rok.

Jak przez ostatnią dekadę zmieniła się świadomość ekologiczna Polaków

Zespół badaczy Havas Intelligence zapytał Polaków o kompleksowe podejście do ekologii, ponawiając po 11 latach badanie Climate Change. Unikatowa wiedza, zestawiona z wnioskami sprzed ponad dekady, pokazuje, że aż pięciokrotnie więcej rodaków dostrzega wpływ nie tylko swój, ale i całego społeczeństwa na ekologię, a aż 52% respondentów uważa, że problem zmian klimatu w Polsce może rozwiązać całkowita zmiana sposobu życia.

Zmiany klimatyczne to definitywnie wielki problem naszych czasów – od zmieniających się wzorców pogodowych, które zagrażają produkcji żywności, po podnoszenie się poziomu mórz, które zwiększa ryzyko katastrofalnych powodzi, skutki zmiany klimatu mają zasięg globalny na bezprecedensową skalę. Dlatego społeczności całego świata, zarówno organizacje, rządy, jak i jednostki, angażują się w działania na rzecz ochrony klimatu i spowolnienia jego zmian. Nie inaczej jest w naszym kraju. Polacy żywo interesują się
problemami ekologicznymi i jak wykazało badanie, mają świadomość coraz to nowszych obszarów zagrożeń dla klimatu.

Problemy związane z ekologią

Obserwowane na całym świecie nowe zjawiska klimatyczne niepokoją Polaków – nikt nie chce, aby dotknęły one bezpośrednio ani jego, ani jego najbliższych. Ta obawa o swoje zdrowie pozostaje największą motywacją do działań proekologicznych. W porównaniu do wyników fali badania z 2009 r. Polacy znacznie bardziej martwią się nadmiernym wzrostem ludności na świecie (56%), zwiększaniem się powierzchni oceanów (67%) oraz zagładą niektórych gatunków zwierząt i roślin (76%). Jednak w dalszym ciągu na pierwszym miejscu stawiają swoje zdrowie (86%), martwią się zanieczyszczeniem wód (82%), suszami (83%), pogarszającą się jakością żywności (81%) i coraz większą ilością odpadów (80%). Co ciekawe, problemy te znacznie bardziej martwią kobiety, niż mężczyzn (82% vs. 70%), osoby starsze powyżej 55 roku życia (87%) oraz mieszkańców wielkich miast (83%). Najmniejsze zainteresowanie problemami klimatu przejawiają osoby młode – do 34 roku życia (do 67%), oraz takie, które ukończyły edukację na poziomie zasadniczym lub podstawowym czy gimnazjalnym (odpowiednio 71% i 64%).

– Ten wniosek może wydawać się zaskakujący, ponieważ to głównie młodych ludzi widzimy podczas akcji dla klimatu. Na pewno po części wynika to odniesienia badania do całości populacji, w której młodzi ludzie stanowią po prostu mniejszość. Ponadto, młodzi są bardziej spolaryzowani. Widzimy ich aktywność podczas strajków klimatycznych w wielkich miastach, należy jednak pamiętać, że spora część młodych ludzi jest całkowicie pasywna w kwestiach społecznych czy środowiskowych. Szczególnie poza dużymi miastami, gdzie
inne problemy wysuwają się na pierwszy plan. Wciąż jednak warto pamiętać, że 67% osób do 34 roku życia martwi się m.in. nadmierną ilością odpadów, zanieczyszczeniem wód, pogarszaniem stanu klimatu czy wymieraniem różnych gatunków zwierząt i roślin. Z kolei martwienie się różnymi kwestiami to domena osób starszych, będących na dalszych etapach życia, a także efekt troski o przyszłe pokolenia – komentuje Alicja
Cybulska, Chief Strategy Officer w Havas Media Group.

HMG_Climate_Change_problemy52% Polaków uważa się za dobrze poinformowanych Podobnie jak w 2009 r., połowa Polaków uważa, że jest co najmniej dobrze poinformowana w kwestii zmian klimatycznych (52%), a jak pokazują wyniki poczucie to jest silniejsze wśród mężczyzn (57%), osób w wieku 25-34 lata (58%), mieszkańców dużych miast (59%) oraz osób z wykształceniem wyższym (57%). Co ciekawe, znacznie niższy odsetek Polaków w 2020 r. wskazywał na emisję dwutlenku węgla, jako powód zmian klimatycznych, niż miało to miejsce w 2009 r.
(79% vs. 91%), podobnie jak w przypadku dziury ozonowej (71% vs. 81%). Obecnie
jednak coraz więcej osób kojarzy takie czynniki jak brak procesów przetwarzania odpadów,
wzrost liczby ludności na świecie, przyczyny naturalne oraz wycieki oleju, jako przyczyniające się do zmiany klimatu, niż miało to miejsce w roku 2009.HMG_Climate_Change_przyczyny

Kogo winimy za zmiany klimatyczne?

Co widać w badaniu, w ciągu dekady zanotowaliśmy ogromny skok świadomości Polaków, związany z ich osobistym wpływem na zmiany klimatu. Obecnie aż pięciokrotnie więcej Polaków dostrzega nie tylko wpływ własny, ale i społeczeństwa w tej kwestii, niż to było w roku 2009. Ponad połowa respondentów (52%, wzrost o aż 42 pp.) uważa, że w naszym kraju trzeba by całkowicie zmienić sposób życia, by rozwiązać problem zmian
klimatu. Z kolei 44% (znowu duży wzrost – o 26 pp.) wierzy, że może samodzielnie wnieść znaczący wpływ na rozwiązanie problemu klimatycznego. Podobnie jak ponad dekadę temu, Polacy nadal uważają, że kraje rozwinięte oraz duże korporacje przyczyniają się do zmian klimatu, aczkolwiek odsetek tak myślących zmalał w 2020 do 78%. Ponadto, uważają, że to również one powinny rozwiązać problem zmian klimatycznych (83%), jednak, pogląd ten nieco osłabł w stosunku do 1 fali badania. Polacy, podobnie jak w 2009 r. uważają również
społeczeństwo (72%) za winnego zmian klimatycznych i globalnego ocieplenia, ale już znacznie mniej osób niż w roku 2009 jest zdania, że to właśnie ono powinno robić więcej, aby rozwiązać ten problem (77%, -6 pp.).

Podobny odsetek badanych uważa, że każdy z nas powinien robić więcej dla środowiska, jednak tego typu głosów jest również mniej, niż w 1 fali badania (76%, -8 pp.). Co ciekawe, wzrosło natomiast istotnie postrzeganie przyczyn naturalnych, jako powodu zmian klimatycznych (53%). – W naszym badaniu rzeczywiście widać wzrost liczby osób, które nie widzą połączenia z działalnością człowieka i uważają, że za  zmiany klimatu odpowiadają przyczyny naturalne. Te wyniki niestety wpisują się w szerszy trend szukania
alternatywnej wersji nauki i prezentowania kontrfaktycznych treści, vide ludzie wierzący w płaską ziemię czy antyszczepionkowcy – komentuje Alicja Cybulska, Chief Strategy Officer w Havas Media Group.HMG_Climate_Change_odpowiedzialni

Należy również zauważyć wysoki wzrost wskazań na rząd naszego kraju, jako współodpowiedzialnego za zmiany klimatu (62%). Jak pokazują wyniki badania aż trzykrotnie mniej Polaków (w stosunku do roku 2009) wierzy, że nasz rząd robi wiele, by rozwiązać tę kwestię. Marki zyskują na byciu eko Dziś ponad połowa Polaków (55%) deklaruje chęć zakupu marek, dla których problemy środowiska naturalnego nie są obojętne. To duża zmiana, ponieważ w 2009 roku deklaracji takich udzieliło tylko 4%
respondentów, za którą idzie również gotowość do zapłacenia za nie więcej. Jak pokazuje badanie kwestie te są bardziej istotne dla kobiet (61%) oraz osób w wieku 55 lat i starszych (64%). – Co ciekawe, zdecydowana większość respondentów chciałaby być informowana o aktywności ekologicznej producentów, a aż 68% z nich życzyłoby sobie, by takie informacje pojawiały się na etykietach produktów. To bardzo ciekawy z punktu
widzenia badawczego wniosek, który nie został jeszcze odkryty przez rynek reklamy. Wybieranie produktów eko sprawia, że wierzymy i myślimy o sobie jak o lepszych ludziach. Nie bez znaczenia jest tu także opinia otoczenia i moda na bycie eko, przez co wypada nam dokonywać takich, a nie innych wyborów – komentuje Alicja Cybulska.

DB Energy planuje emisję akcji i przejście na rynek główny GPW

DB Energy, lider w branży usług efektywności energetycznej w przemyśle, planuje nową emisję akcji i przeniesienie spółki na rynek główny Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie w 2021 roku. Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy DB Energy zaplanowano na 22 grudnia br.

– W ciągu ostatniego roku konsekwentnie realizowaliśmy strategię rozwoju spółki. Zgodnie z przyjętym modelem prowadzimy coraz więcej projektów inwestycyjnych, co przekłada się na wzrost skali biznesu i zysków. Wchodzimy w kolejny rok ze stabilnym portfelem projektów przy dobrej perspektywie rynkowej. Pozwala to pozytywnie myśleć o rozwoju firmy i budowaniu wartości dla akcjonariuszy, powiedział Krzysztof Piontek, Prezes DB Energy SA.

Zaplanowane na 22 grudnia 2020 roku Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy DB Energy podejmie decyzje dotyczące podwyższenia kapitału zakładowego spółki w drodze emisji akcji zwykłych serii D oraz ubiegania się o dopuszczenie i wprowadzenie akcji spółki do obrotu na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Spółka planuje dalszy rozwój na rynku efektywności energetycznej dla przemysłu w kraju i za granicą.

W lipcu 2019 roku DB Energy zadebiutowało na rynku NewConnect. Debiut poprzedziła oferta prywatna, w ramach której spółka wyemitowała 301 460 akcji po cenie emisyjnej 10,8 zł za akcję. W wyniku emisji prywatnej spółka pozyskała 3,26 mln zł, które zostały przeznaczone na rozwój usług w modelu ESCO, utworzenie i rozwój spółki w Niemczech oraz prace związane z komercjalizacją projektu DiagSys. W pierwszym dniu notowania akcje DB Energy kosztowały 17 zł na koniec dnia, tj. wzrost o 57,43%. Aktualny kurs kształtuje się na poziome ponad 35,8 zł, co przekłada się na kapitalizację 109,6 mln zł (na dzień 26 listopada 2020 r.). Dla porównania, w dniu debiutu kapitalizacja wyniosła 52,04 mln zł.

DB ENERGY ROZWIJA RYNEK ESCO W POLSCE

– Otoczenie rynkowe sprzyja rozwojowi naszego biznesu. Obserwujemy rosnące zainteresowanie projektami służącymi ograniczaniu kosztów poprzez optymalizację zużycia energii. Obecnie jesteśmy jedyną firmą na rynku polskim, która realizuje takie projekty w przemyśle kompleksowo, od audytu, poprzez koncepcję projektową, realizację inwestycji jako generalny wykonawca aż po finansowanie w modelu ESCO, podsumowuje Prezes Piontek.

W październiku 2020 roku DB Energy podpisała umowę z międzynarodowym funduszem inwestycyjnym, SUSI Partners. Współpraca z funduszem umożliwi finansowanie projektów poprawy efektywności energetycznej w modelu ESCO dla klientów przemysłowych DB Energy o łącznej wartości co najmniej 20 mln euro do 2023 roku. Pod koniec października 2020 roku DB Energy podpisała już pierwszą umowę w ramach tej puli finansowania przedsięwzięć z obszaru efektywności energetycznej. Inwestycja o wartości 29 mln zł dla Słodowni Soufflet Polska sp. z o.o. będzie realizowana w modelu ESCO, a wynagrodzenie należne DB Energy z tytułu rozliczenia projektu – płatne przez okres 10 lat – jest uzależnione od wygenerowanych oszczędności kosztów energii dla klienta. Jest to największy projekt w portfelu spółki. Aktualnie spółka ma blisko 30 zidentyfikowanych projektów inwestycyjnych o wartości ok. 40 mln euro.

Unijny rynek ESCO jest szacowany na 3 mld dolarów, z czego większość projektów jest realizowana w Niemczech. Najszybciej rosnące rynki w Europie to Niemcy Wschodnie, Czechy, Austria i Węgry. W ubiegłym roku Polska także dołączyła do peletonu. Wartość polskiego rynku ESCO szacuje się na 200 mln euro, jednak jego potencjał jest znacznie większy. Obecnie Ministerstwo Klimatu pracuje nad nowelą ustawy o efektywności energetycznej, której celem jest pobudzenie inwestycji w efektywność energetyczną. Rozważane zmiany powinny się przełożyć na rozwój rynku ESCO. DB Energy planuje wykorzystać potencjał tego rynku w kolejnych latach.

Tech Invest Group przejął Erato Energy i z przytupem wchodzi na rynek fotowoltaiki

Notowany na NewConnect Tech Invest Group sfinalizował przejęcie Erato Energy Sp. z o.o., dynamicznie rozwijającej się firmy zajmującej się sprzedażą oraz montażem instalacji fotowoltaicznych. W wyniku tej transakcji podstawową aktywnością spółki będzie działalność na rynku fotowoltaiki, jednocześnie dotychczasowa działalność inwestycyjna zostanie utrzymana. Obecni udziałowcy Erato Energy objęli akcje nowej emisji i zostali większościowymi akcjonariuszami Tech Invest Group. Po rejestracji zmiany nazwy w KRS, Tech Invest Group będzie działać pod marką Erato Energy ASI S.A.

– Wejście na giełdę to ważny krok w rozwoju Erato Energy. Dotychczas z sukcesem rozwijaliśmy się dzięki środkom z bieżącej działalności operacyjnej. Rynek kapitałowy otwiera nam nowe możliwości, szansę na skokowy rozwój dzięki pozyskaniu nowych inwestorów. Giełda zapewni nam także większą transparentność i wiarygodność na rynku. Chcemy dalej rozwijać kanały dystrybucji oraz realizować nowe projekty, również jako inwestor, nie wykluczamy dokapitalizowania spółek portfelowych TIG – mówi Łukasz Gralec, prezes Erato Energy oraz Tech Invest Group.

Erato Energy to dynamicznie rozwijająca się firma z branży odnawialnych źródeł energii, która zajmuje się sprzedażą oraz montażem fotowoltaiki. Spółka zatrudnia około 100 osób i posiada własne ekipy montujące instalacje u klientów. Od stycznia do sierpnia br. spółka wypracowała 25,5 mln zł przychodów i 2,3 mln zł zysku netto, a w całym 2020 r. liczy na około 50 mln zł przychodów i 7 mln zł zysku netto.

– Przejęcie Erato Energy i docelowo połączenie obu spółek to najważniejszy moment w dotychczasowej historii Tech Invest Group. Wchodzimy na nowy i bardzo perspektywiczny rynek z silnym partnerem, który generuje wysokie przychody. Niebawem przedstawimy zaktualizowaną strategię rozwoju, która wytyczy nowe cele i kierunki działania – komentuje Krzysztof Kłysz, wiceprezes Tech Invest Group.

25 listopada br. Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy (NWZA) Tech Invest Group zdecydowało o emisji akcji serii I skierowanej do udziałowców Erato Energy oraz o emisji nowych akcji serii J do osób związanych z TIG, tj. do głównych akcjonariuszy i obligatariusza, którzy dokapitalizują Spółkę wkładem pieniężnym w wysokości 2,69 mln zł, z przeznaczeniem tej kwoty na całkowitą spłatę zadłużenia finansowego TIG. Warto dodać, że Erato Energy finansuje się środkami własnymi i również nie ma długu finansowego. 26 listopada br. podpisano wszystkie umowy objęcia akcji. Akcje nowej serii I to akcje imienne, natomiast akcje nowej serii J zostały objęte lock-upem. Po rejestracji emisji w KRS, Łukasz Gralec będzie posiadał 56,40 proc. akcji spółki, a Michał Post 21,93 proc. Oba nazwiska są znane w branży fotowoltaicznej już od kilku lat. Łukasz Gralec odpowiada za zbudowanie oraz rozwój Erato Energy, a Michał Post jednej z największych w Polsce firm obsługujących inwestycje publiczne – FlexipowerGroup Sp. z o.o.

NWZA spółki wyłoniło również skład nowej Rady Nadzorczej, która z kolei wybrała nowy Zarząd. Przewodniczącym Rady Nadzorczej został Michał Post, Prezesem spółki został główny udziałowiec Erato Energy Łukasz Gralec, a wiceprezesem Krzysztof Kłysz, dotychczasowy dyrektor inwestycyjny w TIG. Akcjonariusze zdecydowali również o zmianie nazwy Tech Invest Group na Erato Energy ASI S.A., która będzie obowiązywać po rejestracji w KRS.

Grupa Selena: wyniki finansowe po III kwartałach 2020 roku

Grupa Selena – jeden z czołowych producentów i dystrybutorów chemii budowlanej oraz właściciel marki TYTAN PROFESSIONAL – na koniec trzeciego kwartału 2020 roku zanotowała przychody ze sprzedaży w wysokości 1,04 mld zł, co oznacza wzrost o 2,6 proc. r/r, pomimo ograniczeń w działalności gospodarczej kontrahentów, spowodowanych przez pandemię. Po trzech kwartałach br. zysk netto Grupy wyniósł 75,7 mln zł, a wygenerowany przez nią zysk operacyjny (EBIT) osiągnął poziom 110,2 mln zł i był wyższy o 71,1 proc. w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym.

Pomimo trwającej obecnie pandemii koronawirusa, w pierwszych trzech kwartałach br. Grupa Selena zanotowała dobre wyniki finansowe. Zysk brutto ze sprzedaży Grupy w omawianym okresie osiągnął poziom 358,8 mln zł i był o 44 mln zł większy niż w poprzednim okresie. Wynik ten spowodowany był m.in. utrzymującym się spadkiem cen surowców i materiałów produkcyjnych na rynku. Poprawie uległa także rentowność brutto sprzedaży, która wyniosła 34,6 proc. – czyli o 3,4 p.p. więcej niż przed rokiem – i była skutkiem stałego zwiększania udziału w ofercie produktów innowacyjnych o wyższej marży oraz optymalizacji receptur wybranych rozwiązań.

„Załamanie gospodarcze, z którym mamy do czynienia w 2020 roku ma charakter pewnego szoku, zarówno podażowego jak i popytowego, ale gospodarki europejskie i azjatyckie są w fazie odbicia. Na tym tle Selena, działająca w branży materiałów budowlanych, w nieco innej perspektywie czasowej zostanie dotknięta skutkami kryzysu, ponieważ w dalszym ciągu są kontynuowane inwestycje z poprzednich lat. W skali europejskiej możemy spodziewać się spadku popytu w latach 2021-2022 ze względu na spadek nowych inwestycji. Niemniej jednak po III kwartałach nasze wyniki finansowe w dalszym ciągu kształtują się dobrze. Na rynkach europejskich wypracowaliśmy 65% przychodów, a wzrosty w stosunku do poprzedniego okresu odnotowaliśmy również na rynkach Europy Wschodniej i Azji.

Obecnie głównym wyzwaniem, przed którym stoją liderzy Seleny jest utrzymanie relacji z naszymi klientami w dobie pandemii m.in. poprzez nowe kanały dotarcia (online) oraz dedykowaną ofertę produktową, która pomoże im przetrwać okresu spowolnienia. Wprowadziliśmy na rynek nową serię produktów – FAST & PRO, które w znaczący sposób przyspieszają pracę na budowie, co pomaga w odrobieniu potencjalnych zaległości. Produkty te zmieniają również tradycyjny model pracy na szybszy, prostszy i bardziej nowoczesny. Od początku działalności stawialiśmy na produkty innowacyjne dostosowane do oczekiwań wykonawców na ponad 100 rynkach, w tym roku inwestujemy w szybkość aplikacji, bezpieczeństwo oraz rozwiązania proekologiczne (w tym również oparte na surowcach odnawialnych)” – mówi Krzysztof Domarecki, prezes Grupy Selena.

„W tym roku przeprowadziliśmy pierwszą globalną 360 ̊ (online i offline) kampanię FAST & PRO z dedykowanymi landing page’ami, konkursami, webinarami z fachowcami i próbkami, które mogli przetestować nasi klienci. Dobrze zintegrowanie działania w różnych kanałach prowadzone na naszych kluczowych rynkach – przyniosły oczekiwane rezultaty. Już teraz wyniki kampanii są naprawdę zadowalające. Przeszkoliliśmy tysiące  wykonawców online. Prowadzimy zoptymalizowane działania marketingowe pod względem kosztowym, gdzie zakładamy dobry zwrot z inwestycji. Rezultaty tych działań pozwalają nam wysnuć wniosek, że sektor budowlany uważany za dość tradycyjną gałąź przemysłu – w obliczu zmieniających się trendów oraz pandemii – również się zmienia i coraz częściej naszego klienta można znaleźć w sieci. Cieszy mnie także fakt, że nasze interdyscyplinarne i międzynarodowe zespoły efektywnie przeniosły pracę do świata online, o czym świadczą  wyniki finansowe Grupy Selena! Koleżanki i Koledzy – świetna robota – dziękuję!” – mówi Christian Doelle, Wiceprezes ds. Marketingu w Grupie Selena.

W pierwszych trzech kwartałach 2020 roku prace badawczo-rozwojowe w Selenie Labs (dział R&D Grupy Selena) związane były z rozwojem grupy produktowej wysokorefleksyjnej hydroizolacyjnej powłoki dekarskiej COOL-R®, chemii poliuretanów, silikonów oraz hybryd akrylowo-poliuretanowych. Selena Labs kontynuowała również prace nad produktami opartymi na surowcach ze źródeł bioodtwarzalnych (w tym w ramach programu Horyzont 2020, projekty EENSULATE oraz BioMotive), które mają pozytywny wpływ na środowisko naturalne. Oferta opracowana w ramach projektów będzie odpowiadać na potrzeby inwestorów i użytkowników, m.in. w obszarze wymagania LEED, BREEAM, ECO-LABEL i carbon footprint, a wypracowane rozwiązania wpisują się w społeczną odpowiedzialność biznesu Seleny. Corocznym celem Grupy Selena jest wdrożenie na rynek co najmniej kilkunastu nowych rozwiązań produktowych, wypracowanych przy współpracy zespołów dywizyjnych wraz z użytkownikiem.

Mimo prognozowanego spowolnienia gospodarczego spółka nie wyklucza możliwości nowych przejęć i akwizycji. Budżet M&A Grupy Selena to 100 milionów euro, do alokowania w takich segmentach jak: hydroizolacja, wykańczanie wnętrz, dachy oraz okna i drzwi. Spółka szczególnie zainteresowana jest rozwojem na rynkach europejskich: w krajach niemieckojęzycznych, we Francji, Włoszech, Beneluksie, Hiszpanii oraz Turcji. Jak mówi Krzysztof Domarecki: „Nowe przejęcia – nie są kwestią wyceny, ale kwestią gotowości firm do łączenia się i racjonalnej oceny skutków pandemii dla firm w perspektywie 3-5 lat. Z tego powodu wiele procesów M&A w Europie jest spowolnionych. Mamy nadzieję, że w latach 2021-2022 procesy te zostaną uruchomione”.

Szczepionka na koronawirusa: Polacy nadal sceptycznie nastawieni. Blisko 75% nie chce też kar za jej brak

Według badania UCE RESEARCH i SYNO Poland, przeszło czterech na dziesięciu Polaków zamierza zaszczepić się przeciwko COVID-19 w momencie dostępności preparatu. Przeciwników tego rozwiązania jest tylko o 2,5% mniej. Większość mężczyzn deklaruje chęć skorzystania ze szczepionki. Natomiast kobiety są bardziej sceptyczne. Niemal trzy na cztery osoby uważają, że nie należy karać tych, którzy nie zdecydują się na zaszczepienie. Ponad połowa Polaków przyjmie tego typu środek, jeśli taki będzie warunek zagranicznego wyjazdu. Mniej osób zrobi to, gdy pojawią się naciski ze strony pracodawcy.

Polacy nadal sceptycznie nastawieni. Blisko 75% nie chce też kar za jej brak – InfografikaWidoczny podział

Z najnowszego badania opinii społecznej wynika, że 43,2% Polaków chce skorzystać ze szczepionki przeciwko COVID-19 w momencie, kiedy będzie ona dostępna. Natomiast nieznacznie mniej ankietowanych, czyli 40,7%, jest przeciwnego zdania. Z kolei 16,1% nie zajęło stanowiska w tej sprawie. Jak podkreśla Krzysztof Zych, główny analityk UCE RESEARCH, jeśli szczepienie nie będzie obowiązkowe, to być może część niezdecydowanych osób zechce się zaszczepić. Jednak ostatnio widoczny trend spadkowy liczby zachorowań, może być czynnikiem demotywującym wszystkie grupy, bo opada poziom strachu.

– Nie spodziewałem się, że aż tylu z nas nie chce się zaszczepić. A przecież nierozsądni ludzie mogą przyczynić się do śmierci innych. Od lat podobny problem jest ze szczepieniami przeciwko odrze, też przecież chorobie śmiertelnej. Ale niektóre samorządy reagują i mówią, że np. nie wpuszczają dzieci do przedszkoli, jeśli nie są zaszczepione – komentuje Wojciech Bociański, ekspert BCC ds. służby zdrowia.

Jak podkreśla Mariusz Janikowski, przewodniczący Zespołu ds. Polityki Lekowej i Farmakoterapii w Naczelnej Izbie Lekarskiej, to będzie zupełnie nowa szczepionka, co zawsze budzi pewne opory. Ważne będą ogłoszone wyniki badań klinicznych w zakresie tolerancji, bezpieczeństwa i objawów ubocznych. Jeśli pojawią się pozytywne doniesienia, to zainteresowanie z pewnością wzrośnie.

– Tego typu ochrona dorosłych to stosunkowo nowy, słabo rozpowszechniony temat. Nie mamy dobrej tradycji w tym zakresie ani też wiedzy. Jesteśmy bombardowani informacjami o niebezpiecznych szczepionkach. Nie pamiętamy jednak, co im zawdzięczmy. Na niekorzyść działa też infodemia w Internecie na temat pandemii COVID-19 – mówi dr hab. n. med. Ewa Augustynowicz z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny.

W gronie ankietowanych mężczyzn więcej jest chętnych na szczepienie (51,5% – tak, 33,9% – nie, 14,6% – nie wiem). Wśród kobiet przeważają przeciwniczki tego rozwiązania (35,9% – tak, 46,8% – nie, 17,3% – nie wiem). Z kolei patrząc na wiek respondentów, to największy odsetek osób deklarujących chęć zaszczepienia się dotyczy grupy 56-80 lat (52,1%), a oponentów – 23-35 lat (50,6%).

– Osoby do 35. roku życia prawdopodobnie myślą, że jeśli już się zarażą, to nie będą ciężko chorowały. Sądzą więc, że szczepionka nie jest im w ogóle potrzebna. Natomiast ludzie starsi wiedzą, że konsekwencje koronawirusa mogą być dla nich tragiczne. I stąd jest właśnie ta różnica w podejściu w zależności od wieku – dodaje Wojciech Bociański.

Kary i naciski

Na pytanie, czy za brak szczepienia powinny być nakładane kary, aż 74,8% Polaków powiedziało, że nie. Za karaniem było 13,8%, a nie miało zdania w tej kwestii – 11,4%. Według Krzysztofa Zycha, to może pokazywać negatywny stosunek Polaków do szczepienia. Gdyby odczucie realnego zagrożenia było naprawdę duże, to i determinacja w karaniu byłaby większa. Przy wyższej liczbie zakażeń i zgonów, wyglądałoby to nieco inaczej, bo doszedłby czynnik strachu.

– Poza niewielkimi wyjątkami, dotyczącymi szczepień pracowniczych czy poekspozycyjnych, dorośli nie muszą się szczepić. Nigdy nie rozpatrywano wprowadzenia obowiązkowych szczepionek przeciwko COVID-19 lub innych restrykcyjnych form ochrony zdrowia. Nie ma mowy też o karaniu za brak zgody na ich stosowanie – informuje ekspert NIZP-PZH.

Zwolennicy kar głównie oczekują form pieniężnych – 66,2%, a także prac społecznych – 19,4%. Natomiast 7,2% nie potrafi określić rodzaju sankcji. 4,3% wskazuje więzienie – 4,3%, a 2,9% – inny środek represyjny niż wyżej wymienny. Według Wojciecha Bociańskiego, nierealne jest wprowadzenie takich regulacji. Ekspert BCC sugeruje inne rozwiązanie. Jeżeli ktoś zachoruje, a wcześniej się nie zaszczepił, to wówczas powinien płacić za leczenie z własnej kieszeni.

– Ciekawym wątkiem badania jest kwestia, w której to 51,8% Polaków twierdzi, że się zaszczepi, jeżeli wyjazd zagraniczny będzie tym warunkowany. To może wskazywać na to, że społeczeństwu jednak są potrzebne dodatkowe bodźce. Jeżeli będą przed wyjazdem służbowym lub urlopem, zostaną zmuszeni tego dokonać, a są do tego negatywnie nastawieni, to powstanie dylemat, nie tylko prawny, ale też natury etycznej – dodaje główny analityk UCE RESEARCH.

Badania pokazuje też, że 39,4% Polaków zaszczepi się przeciwko COVID-19, jeśli pracodawca będzie na to naciskał. Z kolei 42,5% ma przeciwną opinię, a 18,1% nie miało w tej kwestii zdania. Wśród HR-owców mówi się, że jest bardzo mała różnica pomiędzy sytuacją, kiedy szczepienie wynika z nacisków pracodawcy, a kiedy odbywa się z woli danej osoby.

– Mimo że ludziom bardziej zależy na pracy niż na wakacjach, a przynajmniej dużej części społeczeństwa, to odpowiedzi są mniej zdecydowane. Oczywiście właściciel firmy zawsze ma prawo o to poprosić. Jeśli jednak pracownik zdecydowanie odmówi, może zadziałać art. 2221 kodeksu pracy, który raczej stanie po stronie pracodawcy – analizuje Krzysztof Zych.

Według dr Augustynowicz, na pewno potrzebujemy spokojnego przekazu eksperckiego, również ze strony lekarzy. Ważne jest, aby podkreślać, że szczepienie przeciwko COVID-19 to szansa na ochronę przed zachorowaniem, a w przyszłości – na opanowanie pandemii.

– Nie wykluczam, że wielu obecnych przeciwników szczepień i niezdecydowanych zmieni jednak zdanie. Tak może się stać, jeśli przekonają się, że osoby zaszczepione nie chorują, a niezaszczepione trafiają do szpitali i umierają. Do zmiany postaw mógłby też wpłynąć szerszy przekaz, np. w telewizji publicznej – podsumowuje Wojciech Bociański.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 20-23.11.2020 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland na reprezentatywnej próbie 1 010 dorosłych Polaków.

Boże Narodzenie jak Wielkanoc – ogromne kolejki i zmarnowany towar?

Polscy handlowcy policzyli straty po pierwszej fali pandemii. Wiosenny lockdown kosztował ich 3,5 miliarda złotych. Właśnie o tyle spadły w sumie obroty tej części polskiej gospodarki. Nie wiadomo jeszcze, jak sklepy i przedsiębiorstwa handlowe przetrwają drugą falę epidemii. Jeszcze długo nie będzie można dokładnie policzyć, ile strat przyniosą jesienne ograniczenia. Szczególnie, że nie wiadomo kiedy się skończą. Kolejne zaostrzenie ograniczeń w grudniu będzie oznaczać wielkie straty, związane ze świątecznymi zakupami.

– To, co stało się po pierwszej fali, jest nie do odrobienia. Dotyczy to zarówno handlu i kontrahentów, jak i firm współpracujących – powiedziała serwisowi eNewsroom Renata Juszkiewicz, prezeska zarządu Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. – Dużym uderzeniem podczas pierwszej fali epidemii były święta wielkanocne. Były ogromne limity osób na sklepach. Klienci stali przed drzwiami, tłocząc się w kolejkach, a my zostaliśmy z towarem zamówionym dużo wcześniej, przed świętami Wielkiej Nocy. Obawiamy się takiej sytuacji również teraz, przed Bożym Narodzeniem – przewiduje Juszkiewicz.

Niewypłacalność polskich firm wzrośnie o blisko + 20% jeszcze w 2020 r.

Aktywność gospodarcza w Polsce wyraźnie wzrosła w III kwartale 2020 r., ale nowa blokada doprowadziła kraj do drugiego dna recesji w IV kwartale. Analitycy Euler Hermes szacują, że krótkoterminowy koszt ekonomiczny drugiej blokady będzie stanowił jedynie około 50% skutków gospodarczych, jakie Polska poniosła w okresie marzec-maj. W rezultacie prognozowany jest spadek realnego PKB o około -4,3% w IV kw. w porównaniu kw/kw, oraz skorygowany w górę względem wcześniejszych prognoz do w -3,7% w całym 2020 roku.

  • II etap lockdownu w Polsce będzie stanowił 50% skutków gospodarczych, które poniosła w okresie marzec-maj br.
  • PKB Polski spadnie w IV kw. o -4,3% w porównaniu kw./kw. oraz o -3,7% w całym 2020 roku
  • Całoroczna prognoza wzrostu gospodarczego w Polsce w 2021 r., wyniesie +3,2%, co oznacza spadek wobec poprzedniej prognozy o 1 pp. Główne powody to przeniesienie ujemnych efektów spadku w IV kw. 2020 r. na początek 2021 r. oraz stopniowe znoszenie obostrzeń przez rząd.

Krótkoterminowy koszt gospodarczy drugiego etapu lockdownów będzie miał wpływ na polską gospodarkę odpowiadający 50% tego, który Polska poniosła w okresie od marca do maja. Wynika to z faktu, że nowo wprowadzane środki są bardziej ukierunkowane i trafiają głównie do sektorów usługowych najbardziej podatnych na wpływ Covid-19 (takich jak handel wewnętrzny, transport, hotele i restauracje, szkolnictwo, prace społeczne, rekreacja i sport) i są mniej restrykcyjne niż na wiosnę, podczas gdy wpływ epidemii na sektory przemysłowe, budownictwo i rolnictwo będzie tym razem znikomy. Co więcej, zakłócenia w funkcjonowaniu łańcuchów dostaw, których powodem była sytuacja w Azji i które przyczyniły się do recesji w sektorze przemysłu wiosną, teraz są dosyć ograniczone. Mniejszy skutek drugiego lockdownu dla gospodarki wynika także z udział sektora usług  w wytwarzanej wartości dodanej, który jest w Polsce, podobnie jak w całej Europie Środkowo-Wschodniej niższy niż w krajach zachodnioeuropejskich (w Polsce wynosi 65,5%, podczas gdy w Europie Zachodniej odpowiednio 70% i więcej – np. 74,5% w Hiszpanii i 78,9% we Francji).

Prognoza poprawy sytuacji w 2021 roku uległa pogorszeniu

Pierwszą przyczyną jest przeniesienie ujemnych efektów spadku w IV kw. 2020 r. na początek przyszłego roku. Kolejnym powodem spowolnienia odbicia w 2021 r. jest to, że drugie ponowne otwarcie po zamknięciu w IV kw. br. będzie prawdopodobnie bardziej stopniowe, ponieważ polski rząd wyciąga wnioski z błędów popełnionych latem 2020 roku, chcąc uniknąć trzeciej blokady i potrójnej recesji. W związku z tym, w opinii analityków Euler Hermes, po słabym początku roku 2021 z niewielkim wzrostem w I kwartale nastąpi II kwartał, w którym polskie władze będą prawdopodobnie ostrożniejsze niż latem 2020 roku w kwestii ponownego otwarcia gospodarki. Szczepienia przeciwko Covid-19 mogą mieć pozytywny wpływ na gospodarkę w drugiej połowie 2021 r., ale nie oczekujemy jeszcze zbyt wiele już w przyszłym roku.

Główne ryzyko gospodarcze – w sektorze przedsiębiorstw

Analitycy Euler Hermes uważają, że główne ryzyko gospodarcze w Polsce dotyczy sektora przedsiębiorstw, także w 2021 r. Niewypłacalność polskich firm wzrośnie o blisko + 20% jeszcze w 2020 r., a podobnego wzrostu można się spodziewać w przyszłym roku, ponieważ upadłości po recesji często następują z opóźnieniem. Co więcej, można spodziewać się tego zwłaszcza, że w 2021 r. środki publiczne mające na celu wsparcie gospodarki i poszczególnych firm będą stopniowo ograniczane.

Wskaźnik tzw. Swobody Fiskalnej [Fiscal Leeway Score] wskazuje, że w Europie Środkowo-Wschodniej: Rosja, Bułgaria, Słowacja oraz państwa bałtyckie nadal mają znaczące pole manewru, utrzymując dotychczas konserwatywne podejście w zakresie polityki fiskalnej. Polska (tak jak Węgry, Turcja i Chorwacja) ma zdecydowanie mniejsze pole manewru fiskalnego w 2021 roku. Wciąż też na horyzoncie jest ryzyko spadku, a kluczowym czynnikiem jest tu niepewność odnośnie sytuacji dotyczącej rozwoju epidemii (i szybkości wychodzenia z lockdownu – lub konieczności wprowadzenia jego trzeciej wersji na wiosnę).

Możemy latać mniej lub nawet wcale – Polacy po doświadczeniach pandemii

Aż 85 proc. Polaków jest skłonnych ograniczyć latanie samolotem po pandemii, a blisko jedna trzecia wykazuje gotowość do całkowitej rezygnacji z tego środka transportu – wynika z badań Krajowego Ośrodka Zmian Klimatu (KOZK) dotyczących zmiany postaw społecznych na bardziej przyjazne środowisku w kontekście ograniczeń związanych z epidemią COVID-19.

Tylko 6 proc. Polaków w ogóle nie dopuszcza możliwości zrezygnowania z podróżowania samolotem, a 9 proc. mogłoby ograniczyć ten sposób przemieszczania się tylko w bardzo małym lub małym stopniu. Aż 32 proc. badanych wyobraża sobie życie zupełnie bez latania samolotem, 31 proc. mogłoby ograniczyć korzystanie z tego środka transportu w bardzo dużym lub dużym stopniu, a 22 proc. – w stopniu umiarkowanym. „Te dane wskazują, że nie jesteśmy mocno przywiązani do podróży lotniczych i że samoloty nie są dobrem pierwszej potrzeby. W ramach badań przyjrzeliśmy się nie tylko stosunkowi Polaków wobec tego środka transportu, ale i przyczynom takiej postawy” – wyjaśnia koordynatorka badania, dr Justyna Orłowska, p.o. kierownika Zakładu Ekonomiczno-Społecznych Skutków Zmian Klimatu w Krajowym Ośrodku Zmian Klimatu (Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy).

„Za naszą postawą wobec latania stoją również inne motywy, które zbadaliśmy w ramach badań jakościowych – okazuje się, że dla części badanych najważniejsze są względy ekologiczne. To napawa optymizmem i sugeruje rosnącą świadomość ekologiczną naszego społeczeństwa” – mówi Justyna Orłowska – „Inne motywy, które najczęściej wymieniano, to brak poczucia bezpieczeństwa podróżowania oraz zmiana trybu pracy”. Jak przypomina ekspertka, podróżując samolotem wytwarzamy bardzo duży ślad węglowy. Jego wielkość jest zależna od różnych czynników, różne są też metodologie obliczeniowe, lecz wysoce szkodliwy wpływ lotów samolotowych na środowisko pozostaje niepodważalny. Według kalkulatora ICAO (Organizacji Międzynarodowego Lotnictwa Cywilnego), na jedną osobę podróżującą samolotem z Warszawy do Nowego Jorku w obie strony w klasie ekonomicznej przypadnie emisja ok. 690 kilogramów CO2 do atmosfery. „To mniej więcej tyle samo, ile jedna osoba wydycha w ciągu całego roku” – komentuje ekspertka KOZK.

„Osoby wyjeżdżające za granicę, w tym intensywnie uczestniczące dotąd w ruchu lotniczym, częściej zwracały uwagę na kwestie emisji dwutlenku węgla i ochrony środowiska. Wiele z nich wyraźnie deklarowało chęć rezygnacji z podróżowania samolotem” – mówi dr Orłowska. Ekspertka zauważa, że zmiany w stylu pracy również mocno wpłynęły na nasze postrzeganie transportu lotniczego. „Często zwracano uwagę, że służbowe kontakty bezpośrednie zastąpione w czasie pierwszej fali epidemii komunikacją online i wideokonferencjami przekonały badanych do rozważenia takiej formy pracy także w przyszłości. Okazało się bowiem w praktyce, że nie zawsze musimy wsiadać do samolotu, aby odbyć zagraniczne lub krajowe spotkanie biznesowe” – wyjaśnia dr Orłowska i dodaje, że w kontekście lotów turystycznych zwracano często uwagę na kwestie bezpieczeństwa w podróży.

Badanie KOZK wykazało również, że spośród zachowań mających wpływ na środowisko, to właśnie podróżowanie samolotem jesteśmy skłonni ograniczyć najmocniej w post-pandemicznej przyszłości. „Nasza gotowość do zmiany zachowania i ograniczenia podróży lotniczych to z ekologicznego punktu widzenia bardzo dobra wiadomość. Daje to nadzieję na gotowość społeczeństwa do zmiany w duchu zrównoważonego rozwoju” – komentuje ekspertka Krajowego Ośrodka Zmian Klimatu.Polak-w-samolocie-a-pandemia_badanie_KOZK_1 Polak-w-samolocie-a-pandemia_badanie_KOZK_2 Polak-w-samolocie-a-pandemia_badanie_KOZK_3

***

Badanie zrealizowane w kwietniu i maju 2020 r. składało się z dwóch uzupełniających się części: ilościowej i jakościowej. Badanie ilościowe przeprowadzono na reprezentatywnej grupie Polaków (N=1091). Badanie jakościowe objęło 150 pogłębionych wywiadów zrealizowanych online z osobami zróżnicowanymi pod kątem wielkości zamieszkiwanej miejscowości, regionu Polski i sytuacji życiowej (pod kątem regionalnym wybrano trzy pasy: północny [woj. pomorskie, warmińsko-mazurskie, podlaskie], centralny [wielkopolskie, łódzkie, mazowieckie] i południowy [śląskie, małopolskie i podkarpackie]).

Coraz więcej firm ogłasza niewypłacalność. „Skala bankructw będzie rosła”

Mamy do czynienia z najgorszymi wynikami od dekady, a wszystko wskazuje na to, że najgorsze dopiero przed nami. Fala upadłości firm wydaje się być już nie do zatrzymania, a stosowane przez Rząd rozwiązania pomocowe uruchamiane są zbyt późno. Do Północnej Izby Gospodarczej zgłaszają się przedsiębiorcy mówiący wprost: jesteśmy w dramatycznej sytuacji – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. Jak wynika z informacji Monitora Sądowego i Gospodarczego w październiku tego roku wniosek o niewypłacalność zgłosiło ponad 140 firm. Od początku roku ta liczba przekroczyła już tysiąc. – Jeżeli jedna firma ogłasza niewypłacalność to znaczy, że dziesięć mniejszych mogło upaść po cichu – wyjaśnia Małgorzata Marczulewska, Prezes Grupy AVERTO, windykator.

Dyrektor Wolny ostro: „Nie zamyka się gospodarki lub jej części, gdy nie ma się pieniędzy”

Dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie przyznaje, że informacja o wzroście liczby bankructw oraz ogłoszonych niewypłacalności nie jest żadnym zaskoczeniem. Drugi lockdown, który obserwujemy od października tylko „poprawi” statystyki przedstawione przez Monitor Gospodarczy. Jak mówi ekspert Izby wiele wskazuje na to, że większość firm spośród tysiąca, które ogłosiły niewypłacalność w tarapaty finansowe popadła wiosną, a jesień była tylko przysłowiowym gwoździem do trumny.

– Nie zamyka się gospodarki lub jej części, gdy nie ma się pieniędzy! Coraz większe kłopoty występują w transporcie oraz w sektorze hotelarstwa i gastronomii, czy branży rozrywkowej. Spowolnienie także odczuwalne jest w sektorze budownictwa. Jak wskazują najnowsze dane produkt krajowy brutto (PKB) niewyrównany sezonowo w III kwartale 2020 roku zmniejszył się realnie o 1,6 proc. rok do roku. To już kolejny kwartał na minusie. To oznacza nic innego jak głęboki kryzys i efekt kuli śnieżnej. Kuli, która się toczy i powoli nabiera rozpędu. Tutaj potrzeba zdecydowanych działań ponad podziałami, by ratować gospodarkę. Dodatkowo bardzo wysoka inflacja i osłabiający się złoty osłabiają aktywność konsumencką. Konsumpcji nie sprzyja też dalsze przedłużenie części obostrzeń, w tym dalsze zamrożenie turystyki. Chociażby już dziś wiemy, że ferii zimowych nie będzie – komentuje dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Przyjęta przez rząd Tarcza 6.0 nie jest wystarczająca i pomija wiele branż. Jest niekompletna i nie jest w stanie zapobiec upadkom wielu firm, a co za tym idzie wzrostowi bezrobocia. To samonapędzająca się spirala. Rząd w sposób miękki zamyka firmy, pozwala im działać, ale nakłada takie ograniczenia, że ta działalność jest nieopłacalna. Jeśli chcemy zapobiec fali upadłości, to zamykając poszczególne branże, państwo powinno zagwarantować środki na ochronę miejsc pracy i koszty stałe – dodaje dyrektor Wolny.

Jako Północna Izba Gospodarcza zgłaszamy nasze postulaty przedstawicielom władz państwowych i aktywnie lobbujemy na rzecz rozsądnych działań antykryzysowych w ramach Rady Przedsiębiorców przy Rzeczniku MŚP.

„Na jedną niewypłacalną firmę przypada 10, które upadną w ciszy”

Statystyki dotyczące niewypłacalności zaprezentowane przez Monitor Gospodarczy mogą wydawać się nie tak złe. Tysiąc upadłości w niecały rok w czasach kryzysu? Brzmi nawet pokrzepiająco. Prezes Grupy AVERTO, jednej z największych w regionie firm windykacyjnych przekonuje: nic bardziej mylnego. – Niewypłacalność ogłaszana jest zwykle przez dużą firmę, w której interesie jest wejście np. w układ zbiorowy z wierzycielami. Należy założyć, że na jedną firmę, która ogłosiła niewypłacalność przypada dziesięć mniejszych podmiotów, które nie dostawały wynagrodzenia za pracę lub za towar. Ile z nich upadnie? Większość, ale to będą upadki w ciszy, zwykle nawet nieujmowane w statystykach gospodarczych. Jestem przekonana, że skala bankructw będzie rosła – mówi Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska. Kiedy więc mówimy o niewypłacalności? – Kiedy bieżące zobowiązania przewyższają znacząco przychody i jest to sytuacja niewynikająca z incydentalnego kryzysu – dodaje.

Przyspieszone postępowanie restrukturyzacyjne sposobem na wypłynięcie na powierzchnię?

Jakie firmy mają największy problem z niewypłacalnością? Eksperci wskazują dwie branże: – Budownictwo i turystyka. To branże kryzysowe obecnie. Budownictwo nadal ma przyzwoitą koniunkturę, ale jeżeli dojdzie tutaj do jakiejś wyrwy np. upadku dewelopera to straty odczuwalne są również u dostawców materiałów budowlanych czy w firmach, które bezpośrednio zajmują się prowadzeniem inwestycji. W budownictwie siatka zależności jest najściślej ze sobą powiązana – wyjaśnia Katarzyna Michalska. – Podobnie jest z turystyką. Hotele, usługi wellness, gastronomia, tour-operatorzy, firmy transportowe, kiedy jeden element układanki się przewróci to tracą wszyscy. Zgłosiła się do nas firma zajmująca się dzierżawieniem powierzchni w hotelach pod usługi kosmetyczne. Ich lockdown nie dotyczy, ale kto będzie korzystał z masaży i zabiegów piękności w pustym hotelu? Mamy do czynienia z poważnym kryzysem gospodarczym i nie należy go ignorować – mówi Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy.

– Sposobem na niewypłacalność może być uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne. Cieszy się ono wielkim zainteresowaniem i mamy już pozytywne przykłady uratowanych firm, które znajdowały się w poważnych tarapatach. „Wyjście na prostą” jest możliwe, ale nie jest łatwe – dodaje Katarzyna Michalska.

32 mln zł netto – tyle ma kosztować analiza środowiskowa dla lotniska i węzła kolejowego CPK

Ruszają kolejne prace związane z planowaniem lotniska. Najnowsza umowa na analizy środowiskowe dotyczy węzła CPK, czyli terenów przewidzianych pod budowę nowego portu lotniczego wraz z dworcem kolejowym i zbiegających się tutaj kolejowych „szprych”.

Wartość kontraktu zawartego przez spółkę Centralny Port Komunikacyjny ze spółką Arup Polska to 32 mln zł netto. Do końca 2021 r. wykonawca zobowiązał się do wykonania tzw. inwentaryzacji stanu zerowego środowiska wraz z przedłożeniem i zatwierdzeniem raportów z badań stanu środowiska. Umowa przewiduje też dostarczenie w dalszej kolejności m.in. raportu odziaływania na środowisko, decyzji środowiskowej, pozwoleń wodnoprawnych i decyzji o wyłączeniu gruntów z produkcji rolnej.

Tzw. inwentaryzacja stanu zerowego środowiska, która jest jednym z elementów zawartego kontraktu, obejmie obszar znacznie większy niż samej inwestycji lotniskowo-kolejowej wraz z najbliższym otoczeniem, czyli zakładanych 74 km kw. Badania zostaną przeprowadzone bowiem w czterech podobszarach:

  • tzw. A0obszar badań abiotycznych elementów środowiska i dokumentacji hydrogeologicznej, w najbliższym otoczeniu Portu Solidarność (o powierzchni 157 km kw),
  • A – pełnej inwentaryzacji gatunków roślin i zwierząt dla lokalizacji inwestycji lotniskowej, drogowych i kolejowych wokół węzła (340 km kw),
  • B – buforów na potrzeby inwentaryzacji gatunków ptaków i nietoperzy (794 km kw)
  • C – inwentaryzacji gatunków ptaków mogących stanowić potencjalne zagrożenie dla ruchu lotniczego (1055 km kw)

To najważniejsza spośród umów CPK na analizy środowiskowe. W pierwszej kolejności chodzi o teren nowego lotniska wraz dworcem kolejowym, liniami kolejowymi i infrastrukturą drogową. Umowa obejmie jednak swoim zakresem znacznie większy obszar m.in. ze względu na szczególne wymagania dotyczące inwentaryzacji portów lotniczych – mówi wiceminister infrastruktury Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

Zakres prac będzie dotyczył nie tylko dokumentacji w ramach tzw. inwentaryzacji stanu zerowego środowiska, lecz także na potrzeby oceny oddziaływania na środowisko i innych postępowań administracyjnych związanych z ochroną środowiska, a niezbędnych potem np. do skompletowania przez spółkę CPK wniosku o decyzję lokalizacyjną.

Realizując tę umowę, przyrodnicy zbadają obszar dwukrotnie większy niż całkowita powierzchnia Warszawy. Wszystko po to, abyśmy tworząc Port Solidarność w jak najmniejszym stopniu ingerowali w środowisko naturalne – mówi Mikołaj Wild, prezes spółki CPK.

CPK będzie najlepiej skomunikowanym miejscem w Europie Środkowo-Wschodniej. Do Portu Solidarność będą dojeżdżały pociągi z 10 kierunków, które zapewnią połączenia CPK z większością regionów Polski w czasie do 2,5 godz. Inwestycja zapewni dynamiczny rozwój całego regionu wokół lotniska, w tym m.in. Błonia, Grodziska Mazowieckiego, Sochaczewa i Żyrardowa.

Oprócz inwentaryzacji na terenie węzła CPK do końca 2021 r. zostaną przeprowadzone analogiczne badania środowiskowe dla pierwszych 530 km z planowanych 1 800 km nowych linii kolejowych dużych prędkości. W ramach tego etapu działań inwentaryzacjami objętych zostanie ponad 1 150 km kw. terenu na obszarze siedmiu województw: mazowieckiego, łódzkiego, wielkopolskiego, dolnośląskiego, podkarpackiego, lubelskiego i podlaskiego.

Na tych planowanych liniach, na które zostały już podpisane umowy na inwentaryzacje, badania będą ruszały w pierwszej kolejności:

  1. Linia nr 85 Warszawa Zachodnia – CPK – Łódź Niciarnia o długości 136 km (jako uzupełnienie podpisana dziś umowa na węzeł kolejowy)
  2. Linia nr 85 Łódź – Sieradz Północny55 km
  3. Linia nr 86 Sieradz Północny – Kępno63 km
  4. Linia nr 86 Kępno – Czernica Wrocławska60 km
  5. Linia nr 86 Czernica Wrocławska – Wrocław Główny23 km
  6. Linie nr 267 i 268 Żarów – Świdnica – Wałbrzych – granica państwa62 km;
  7. Linie nr 58 i 632 Łętownia – Rzeszów42 km;
  8. Linie nr 54 i 56 Trawniki – Krasnystaw Miasto i Wólka Orłowska – Zamość46 km;
  9. Linia nr 29 Ostrołęka – Łomża – 32 km.

Jak zakładają harmonogramy, do końca 2023 r. spółka CPK planuje rozpoczęcie pierwszych robót budowlanych, a ich ukończenie do końca 2027 r. Po ich realizacji skrócą się czasy przejazdu, np. z Warszawy do:

  • Łodzi – 45 min;
  • Sieradza – 1 godz. 15 min;
  • Wrocławia – 1 godz. 55 min;
  • Zamościa – 2 godz. 15 min;

Ponadto zostanie utworzone nowe połączenie z Warszawy do Łomży (dziś to jedno z największych miast w Polsce, do których nie dojeżdżają pociągi) – 1 godz. 20 min.

Inwestycje kolejowe CPK to łącznie prawie 1800 km nowych linii, które mają powstać do końca 2034 r. (z czego 530 km wraz z uruchomieniem lotniska). Dzięki inwestycjom CPK łącznie 179 powiatów zostanie skomunikowanych szybkimi połączeniami kolejowymi, a 24 mln ludzi znajdzie się w bezpośrednim zasięgu nowej sieci kolejowej.

Ciemna strona Black Friday. Jak kupować, by nie zalewać środowiska odpadami

Black Friday to święto wyprzedaży. Miliony ludzi, kuszonych na całym świecie przecenionymi produktami, wpadają w szał zakupów. Niestety nie zawsze koniecznych i trafionych. Przed włożeniem do koszyka nowego smartfona czy kolejnej modnej bluzki warto zastanowić się, jakie konsekwencje będzie to miało dla środowiska naturalnego. 

Sprzęt AGD i RTV, odzież, zabawki dla dzieci, a także wiele innych mniej lub bardziej potrzebnych produktów. To wszystko można kupić podczas Black Friday, czyli wywodzącego się ze Stanów Zjednoczonych święta wyprzedaży. Dzień, przypadający na pierwszy piątek po Święcie Dziękczynienia, w ciągu kilkudziesięciu lat rozprzestrzenił się z Ameryki Północnej na inne kontynenty.

Jak wynika z danych NRF, amerykańskiej organizacji reprezentującej handel detaliczny, w 2019 r. niemal 190 milionów mieszkańców USA zrobiło zakupy w dniach pomiędzy Świętem Dziękczynienia a Cyber Monday, czyli przypadającym na poniedziałek po Black Friday dniem wyprzedaży internetowych. W ciągu roku liczba klientów w tym okresie wzrosła aż o 14 proc. Kupujący w 2019 r. średnio wydawali podczas listopadowych obniżek cen niemal 362 dolary, podczas gdy w 2018 r. przeznaczali na ten cel tylko nieco ponad 313 dolarów.

Zakupy a środowisko

Black Friday i następujący po nim Cyber Monday cieszą się w ostatnich latach popularnością również w Polsce. Warto jednak przy tym pamiętać, że zakupy to nie tylko nowe produkty, które często wcale nie są nam potrzebne. To także morze opakowań, starych telewizorów, smartfonów i innego rodzaju elektroniki, trafiającej na śmietnik.

Decydując się na wymianę sprzętu na nowszy, pamiętajmy o wyrzuceniu tego dotychczasowego we właściwy sposób. Urządzenia RTV czy AGD nie mogą trafiać do pojemników na odpady zmieszane bądź być umieszczane w altanach śmietnikowych. Kupując nowy sprzęt, ten zużyty można zostawić w sklepie, w którym nabywamy produkt. Elektrośmieci przyjmowane są również w Punktach Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych – wskazuje Kazimierz Pietras, dyrektor składowiska Amest Otwock Sp. z o.o.

Niestety, często jednak tego rodzaju odpady trafiają na nielegalne wysypiska, urządzane np. w lasach. W Polsce to niestety prawdziwa plaga. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2019 r. zlikwidowano na terenie naszego kraju aż 11 370 niezorganizowanych śmietnisk, pozbawionych jakiejkolwiek kontroli i zatruwających okoliczny ekosystem.

Rozsądne zakupy

Znaczącym problemem, w kontekście zakupów kolejnych produktów, jest również powstawanie olbrzymich ilości odpadów opakowaniowych. Wśród nich są wymagające odpowiedniego zagospodarowania. Chociażby styropian, który może rozkładać się od kilkuset do nawet miliona lat. Powtórne użycie tego rodzaju produktów, np. do zabezpieczania kolejnych przesyłek, jest niezwykle istotne.

Zakup nowego laptopa, smartfona czy lodówki nie powinien być efektem impulsu, a efektem przemyślanego działania, opartego m.in. na trosce o środowisko naturalne. Jeżeli nowszy sprzęt może przynieść wymierne efekty, np. w postaci niższego zużycia energii, warto rozważyć jego nabycie. Jeżeli jednak jest to wyłącznie rezultat chęci zmiany czy mody, z pozoru nieszkodliwe, jednostkowe działanie może być znaczącym obciążeniem dla naszej planety. Zwłaszcza gdy w ten sam sposób pomyślą miliony ludzi na całym świecie – podkreśla Kazimierz Pietras.

W wyniku pandemii tysiące chorych na osteoporozę pozostają bez pomocy. Lekarze i pacjenci apelują o proste zmiany umożliwiające diagnostykę i leczenie

Na osteoporozę choruje w Polsce aż 2,1 mln osób, a liczba nowych przypadków rośnie. Nieleczona prowadzi do niepełnosprawności i trwałego kalectwa, a nawet śmierci. Tymczasem pandemia COVID-19 spowodowała kilkumiesięczny przestój w diagnostyce i terapii tej choroby. Dane NFZ pokazują, że liczba porad udzielonych w poradniach leczenia osteoporozy spadła w tym roku o ponad 20 proc., a wizyt w gabinetach reumatologów i ortopedów – o 1/3. Lekarze alarmują, że opóźnienia będą mieć nieodwracalne konsekwencje dla tysięcy pacjentów, i apelują do Ministerstwa Zdrowia o wdrożenie prostych rozwiązań, które odciążą system. 

Osteoporoza jest chorobą szkieletu i kości, która prowadzi do częstych złamań (najczęściej kręgosłupa, kości przedramienia i szyjki kości udowej) nawet przy niewielkich urazach. Polega na rozrzedzeniu tkanki kostnej (osłabieniu struktury przestrzennej i mineralnej kości), która przez to staje się osłabiona i podatna na złamania. Dlatego osteoporozę nazywa się „złodziejem kości” albo „cichą epidemią”, ponieważ liczba zachorowań na nią szybko rośnie. Szacuje się, że do 2035 roku może zwiększyć się aż trzykrotnie.

Z danych NFZ pozyskanych przez Fundację My Pacjenci wynika, że obecnie mniej pacjentów kierowanych jest na kluczowe badanie diagnostyczne – densytometrię (spadek o 35,7 proc.), a liczba zlecanych operacji wszczepienia endoprotezy stawu biodrowego spadła o 1/3 w stosunku do ubiegłego roku.

– Osteoporoza, jak każda choroba przewlekła, wymaga stosowania się pacjenta do zaleceń lekarskich i zachowania ciągłości terapii. Nieprzestrzeganie tych zasad i brak ciągłości leczenia skutkuje bowiem wzrostem ryzyka złamań i niesprawności funkcjonalnej, a także wzrostem śmiertelności – podkreśla prof. dr hab. n. med. Ewa Marcinowska-Suchowierska, przewodnicząca Zespołu Ekspertów ds. Osteoporozy przy Narodowym Instytucie Geriatrii, Reumatologii i Rehabilitacji.

Obecnie w grupie wiekowej 50+ na osteoporozę choruje w Polsce 2,1 mln osób, z których zdecydowaną większość (1,7 mln) stanowią kobiety. Czynnikami ryzyka, które przyspieszają rozwój choroby, są m.in. otyłość i niska aktywność fizyczna, alkohol i palenie papierosów oraz niskie spożycie wapnia w codziennej diecie. Ryzyko zachorowania wzrasta wraz z wiekiem – proces utraty tkanki łącznej zaczyna się po 30. roku życia, a u kobiet nasila w okresie menopauzy. Osteoporoza przez długi czas może nie dawać żadnych objawów i rozwijać się w ukryciu, ale nieleczona prowadzi do niepełnosprawności, kalectwa, a nawet śmierci.

– Brak leczenia osteoporozy i kontynuacji leczenia wcześniej zdiagnozowanych pacjentów może w najbliższym czasie skutkować znacznym wzrostem liczby złamań osteoporotycznych. To przełoży się z kolei na wzrost wydatków NFZ związanych z leczeniem zabiegowym i spowoduje nasilenie niepełnosprawności u starszych osób po przebytych złamaniach – wskazuje prof. dr hab. n. med. Marek Brzosko, konsultant krajowy w dziedzinie reumatologii oraz prezes zarządu głównego Polskiego Towarzystwa Reumatologicznego.

Lekarze alarmują, że te opóźnienia będą mieć nieodwracalne konsekwencje dla tysięcy pacjentów. Jak wskazują, część problemów można rozwiązać poprzez usprawnienie teleporad, aby zapewnić chorym na osteoporozę ciągłość leczenia i stosowanej farmakoterapii.

– Dziś w trakcie teleporady u specjalisty pacjenci napotykają istotny problem. Lekarz nie ma możliwości zlecenia badań diagnostycznych, co uniemożliwia zarówno kontynuację leczenia chorych, jak i wdrożenie leczenia u nowych pacjentów – mówi Magdalena Kołodziej, prezes Fundacji My Pacjenci.

Organizacje pacjenckie – wspierane przez Rzecznika Praw Pacjenta – od kilku miesięcy apelują też do resortu zdrowia o przyjęcie innego prostego rozwiązania, które pomogłoby poprawić sytuację. Chodzi o umożliwienie lekarzom specjalistom wypisywanie leków z listy „S”, czyli dla pacjentów 75+. Pod względem prawnym jest to możliwe do realizacji.

 Trudno zrozumieć, dlaczego w dobie pandemii, kiedy kontakt z lekarzem jest utrudniony, ciągle przesuwa się uruchomienie tej funkcjonalności – mówi Magdalena Kołodziej.

Fundacja My Pacjenci apeluje także o pomoc seniorom w leczeniu, o zwrócenie uwagi, dopytanie, czy osoby te biorą leki, czy mają w najbliższym czasie zaplanowane wizyty u lekarzy specjalistów, czy potrzebują pomocy w kontakcie z ochroną zdrowia.

Eksperci współpracujący z fundacją w ramach Zespołu Continuum Curatio podkreślają też, by pacjenci nie bali się kontaktu z placówkami ochrony zdrowia. Zapewniają, że badanie czy wizyta tradycyjna, jeśli tylko są możliwe, będą bezpieczne, bez ryzyka zakażenia się koronawirusem, ponieważ przychodnie i szpitale wdrożyły liczne procedury, by to zapewnić.

Firmy budowlane nie odczuwają dużego spowolnienia. Osłabienie koniunktury w budownictwie spodziewane jest w przyszłym roku

Pandemia nie zatrzymała budowlanki. Jak pokazuje listopadowa ankieta PZPB, firmy budowlane mają zapełnione portfele zleceń pozyskanych jeszcze przed pandemią COVID-19, a większość z nich pracuje w tej chwili z 80–90-proc. wydajnością. Ostatnie miesiące przyniosły pewne odbicie zwłaszcza w sektorze mieszkaniowym. Branża budowlana musi jednak przygotować się na skutki kryzysu gospodarczego w następstwie pandemii, choć osłabienie koniunktury pojawi się z pewnym opóźnieniem.

– Kondycja branży budowlanej w dobie COVID-19 jest paradoksalnie dobra. Na pewno lepsza niż wielu innych gałęzi gospodarki. Wynika to faktu, że decyzje inwestycyjne i sam proces inwestycyjny w budownictwie trwają miesiącami, czasem nawet latami. Pierwsza fala pandemii, z którą mieliśmy do czynienia wiosną, spowodowała krótkotrwałe spowolnienie prac budowlanych, niemniej jednak ich nie zatrzymała. Inwestycji budowlanych, w szczególności w sektorze mieszkaniowym, mamy w Polsce na razie rekordową liczbę – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Kisiel, prezes Grupy Atlas.

Branża pozostała w dużej mierze odporna na pandemię, ponieważ jako jedna z niewielu mogła kontynuować działalność w czasie lockdownu przy zachowaniu reżimu sanitarnego. Prace budowlane przebiegają zgodnie z harmonogramem także teraz, w trakcie drugiej fali pandemii – wskazuje Polski Związek Pracodawców Budownictwa. W raporcie „Przyszłość budownictwa po COVID-19” podkreśla, że firmy budowlane mają w tej chwili zapełnione portfele zleceń pozyskanych jeszcze przed pandemią i kontynuują realizację wszystkich powierzonych inwestycji.

Ankieta przeprowadzona przez PZPB na początku listopada pokazała, że firmy budowlane pracują w tej chwili z 80–90-proc. wydajnością, a obostrzenia epidemiologiczne nie wpływają znacząco na kondycję operacyjną spółek. Firmy nie mają problemów ze znalezieniem podwykonawców czy pozyskaniem pracowników z zagranicy. 3/4 z nich nie obawia się pogorszenia swojej płynności finansowej w ciągu kolejnych trzech miesięcy, a ponad 2/3 nie zamierza redukować zatrudnienia. Tylko co czwarta firma przewiduje opóźnienia w realizacji kontraktów z powodu pandemii COVID-19, choć nie będą one duże (jednocześnie dla prawie połowy jest za wcześnie, żeby to ocenić).

 Jeżeli chodzi o dostawców chemii budowlanej, firmy wykonujące prace budowlane i wykończeniowe, ten rok będzie dla nich bardzo dobry. Większe obawy pojawiają się o przyszłość, ale ona będzie uzależniona m.in. od tego, jak długo potrwa druga fala COVID-19. Wrzesień i październik pokazały już mocne odbicie w budownictwie mieszkaniowym. Także wyniki finansowe spółek deweloperskich są dobre. One pokazują, że firmy zaczęły w ostatnich kilku miesiącach bardzo mocno nadrabiać okres spowolnienia z pierwszej fali pandemii – mówi Paweł Kisiel.

W ostatnich kilku latach polski rynek nieruchomości był nieprzerwanie w fazie hossy, ale pandemia SARS-CoV-2 chwilowo nim zachwiała. Klienci ograniczyli popyt, co pociągnęło za sobą słabsze wyniki finansowe deweloperów i wstrzymywanie się z nowymi inwestycjami, zwłaszcza poza największymi aglomeracjami miejskimi. W efekcie podaż nowych inwestycji mieszkaniowych może w najbliższych dwóch–czterech kwartałach nieznacznie wyhamować, choć w lipcu i sierpniu tego roku ich liczba w zasadzie powróciła do poziomu sprzed pandemii, a we wrześniu wyraźnie wzrosła.

Zgodnie z danymi GUS w październiku o 13,9 proc. wzrosła (względem września) liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym. Jednocześnie jednak liczba mieszkań oddanych do użytkowania spadła o 3,9 proc. w ujęciu miesięcznym, a liczba tych, których budowę rozpoczęto – o 25,3 proc. Natomiast łącznie w okresie 10 miesięcy tego roku oddano do użytkowania więcej mieszkań niż przed rokiem (176,4 tys., wzrost o 6,1 proc. r/r). Spadła jednak liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym, oraz mieszkań, których budowę rozpoczęto.

– Rynkowi mieszkaniowemu sprzyjają niskie stopy procentowe. Mamy w Polsce rekordową inflację na tle całej Europy, ludzie nie mogą lokować pieniędzy, a kredyty hipoteczne są bardzo tanie. W pierwszej fazie COVID-u banki bardzo usztywniły swoje polityki, ale dzisiaj atrakcyjnych ofert jest coraz więcej, oprocentowanie kredytów hipotecznych jest niskie, poniżej inflacji, więc to się po prostu opłaca – mówi prezes Grupy Atlas.

Według danych BIK w październiku br. wartość Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe wzrosła rok do roku o 8,1 proc. W sumie o kredyt wnioskowało prawie 38,4 tys. potencjalnych kredytobiorców. To o 1,7 proc. mniej niż rok temu i 2 proc. więcej niż we wrześniu br. Co istotne, w stosunku do minimum z kwietnia br. liczba wnioskujących wzrosła aż o 38,2 proc. W ciągu najbliższych miesięcy potencjalni nabywcy nie mają co liczyć na głęboką korektę cen mieszkań.

– Ceny nieruchomości w Europie i w Stanach Zjednoczonych w średnim i długim okresie rosną. Od początku pandemii w USA wzrosły średnio o 6 proc. W Polsce wielu ekonomistów wieszczyło szybki spadek cen nieruchomości mieszkaniowych, ale one nie chcą spadać i nie ma przesłanek do tego. Wręcz przeciwnie, one raczej będą nadal rosnąć, choć już nie tak dynamicznie na skutek czynników kosztowych i popytowych, bo popyt na mieszkania nie spada – podkreśla Paweł Kisiel.

Ponad 50 proc. przedsiębiorstw ankietowanych przez PZPB obawia się w kolejnych miesiącach problemów z dostępnością materiałów i surowców na rynku budowlanym. 40 proc. przewiduje z kolei pogorszenie swojej sytuacji ekonomicznej w ciągu najbliższych trzech miesięcy (głównie firmy z segmentu infrastruktury transportowej).

PZPB prognozuje, że osłabienie koniunktury w budownictwie pojawi się z pewnym opóźnieniem, a niższa aktywność budowlana najprawdopodobniej utrzyma się przez cały 2021 rok. Najbardziej prawdopodobny scenariusz to utrzymanie wysokich nakładów na inwestycje publiczne na poziomie centralnym (m.in. w segmencie drogowym i kolejowym), ale duży spadek inwestycji w samorządach i ograniczenie ich przez inwestorów prywatnych (zwłaszcza w segmencie biurowym i handlowym). W efekcie można spodziewać się spadku rentowności firm wykonawczych o lokalnym zasięgu i przedsiębiorstw MŚP. Z kolei duże firmy wykonawcze o charakterze wielobranżowym będą w stanie utrzymać, a nawet poprawić dotychczasowe marże m.in. dzięki ustabilizowaniu cen na rynku budowlanym i dobrej rentowności kontraktów pozyskanych przed pandemią koronawirusa.

– Wynikiem pandemii na pewno będzie spowolnienie gospodarcze. Mamy jednak do czynienia z nowym zjawiskiem – masową emisją pieniądza i niskimi stopami procentowymi praktycznie na całym świecie. Tego typu działania pobudzają konsumpcję – zarówno indywidualną, jak i tę o charakterze inwestycyjnym – mówi prezes Grupy Atlas.

Jak wynika z opracowania GUS „Wpływ pandemii COVID-19 na koniunkturę gospodarczą”, w październiku większość przedsiębiorstw z branży budowlanej oceniła negatywne skutki pandemii jako nieznaczne. Dotyczy to szczególnie dużych firm, spośród których wskazało tak 67 proc. Listopadowy wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury w budownictwie kształtuje się jednak na poziomie -26,2, dużo niższym niż w październiku (-16,5).

Mniejsze miasta dzięki pandemii mogą zahamować odpływ ludności. Nowych mieszkańców przyciągnęłyby inwestycje w czyste środowisko i oferta mieszkań na wynajem

Wyludnianie się małych i średnich miast i ucieczka młodych do większych aglomeracji to zjawisko obserwowane od dawna. Dzięki pandemii i pracy zdalnej okazało się, że nie trzeba mieszkać blisko miejsca pracy, co może okazać się szansą dla mniejszych ośrodków. Ich dużym plusem są też niższe koszty utrzymania. Jeśli lokalne społeczności zaproponują wykształconym ludziom warunki do wygodnego i przyjemnego życia, m.in. czyste środowisko i atrakcyjną ofertę mieszkaniową, będą mogły konkurować z większymi miastami o nowych mieszkańców. To może pomóc samorządom pozyskać wykwalifikowanych pracowników m.in. do pracy w urzędach, szpitalach czy szkołach.

– Polskie samorządy na rynku muszą konkurować o pracowników z lokalnymi firmami. W momencie gdy nakłada się na to proces depopulacji, ta konkurencja się nasila. Współczesny świat, procesy gospodarcze są coraz bardziej skomplikowane, wymagani są coraz bardziej doświadczeni ludzie, z dużą wiedzą i kwalifikacjami. W oczywisty sposób gminy mają kłopoty z pozyskaniem takich ludzi – mówi agencji Newseria Biznes Aleksander Jankowski, dyrektor inwestycyjny w Aesco Group.

Według prognozy Głównego Urzędu Statystycznego, zaktualizowanej w 2017 roku, dotyczącej zmiany liczby ludności w gminach, do 2030 roku w dwóch gminach na trzy nastąpi spadek liczby ludności (czyli w 1665 gminach spośród wszystkich 2478). Przy tym w 1007 gminach ubytek ludności wyniesie powyżej 5 proc., a w 322 powyżej – 10 proc.

Najgorsze prognozy dotyczą województw ściany wschodniej, z wyjątkiem Podkarpacia. Aż 43,2 proc. gmin z województwa podlaskiego i 27,7 proc. z Lubelszczyzny straci więcej niż 10 proc. populacji. Dotyczy to również więcej niż co piątej gminy w województwie warmińsko-mazurskim, ale również na Opolszczyźnie i Dolnym Śląsku. Względnie dobrą sytuacją demograficzną będą cieszyć się natomiast Małopolska, Wielkopolska i Pomorze oraz centralna część województwa mazowieckiego, czyli aglomeracja warszawska wraz z przyległymi gminami.

– Do niedawna wydawało się, że depopulacja i migracje do dużych miast to jest coś nieuniknionego. Pandemia, ale również pewne tendencje społeczne pokazały, że małe i średnie miasta nie są z góry skazane na porażkę – mówi Aleksander Jankowski.

Przewagą mniejszych społeczności jest większa przestrzeń, kontakt z naturą, większy spokój, a więc cechy, które budują komfort życia.

Małe i średnie miasta muszą zaoferować coś, co będzie interesującą alternatywą dla ludzi mieszkających czy marzących o mieszkaniu w wielkim mieście. Takimi rzeczami są czyste środowisko, dobry transport, możliwość większego wpływu na sytuację lokalną czy idea smart city – mówi dyrektor inwestycyjny w Aesco Group. – Nam smart city kojarzy się z technologią, ale to są tak naprawdę dobre warunki życia. Jednym z najważniejszych elementów ich zapewnienia jest samorządowe budownictwo mieszkaniowe. To jest coś, co może odróżniać mniejsze miasta od wielkich aglomeracji, w których koszt zakupu lub wynajmu mieszkania jest horrendalnie wysoki.

Z danych GUS wynika, że od stycznia do października 2020 roku włącznie w Polsce oddano do użytkowania 176,4 tys. mieszkań, o 6,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Z tego niemal 65 proc. z przeznaczeniem na sprzedaż lub wynajem, a 33,6 proc. – to budownictwo indywidualne. Na komunalne przypadło 0,43 proc., a na społeczne czynszowe – 0,63 proc. W porównaniu z takim samym okresem 2019 roku to w obu przypadkach o niemal połowę mniej. Jeszcze gorsze są proporcje w przypadku mieszkań, na które wydano pozwolenia lub przyjęto zgłoszenia o zamiarze budowy, podobnie w mieszkaniach, których budowę rozpoczęto.

– W ostatnich pięciu latach przeciętna gmina w Polsce wybudowała pół mieszkania rocznie, w tym samym czasie ta sama przeciętna gmina sprzedała 10 razy tyle mieszkań. Oznacza to, że zasoby komunalne gmin gwałtownie się kurczą. Moim zdaniem wynika to z tego, że zarówno system prawny, jak i potoczne myślenie utożsamia samorządowe budownictwo z funkcją socjalną – tłumaczy Aleksander Jankowski. – Do funkcji socjalnej trzeba bardzo dużo dopłacać, nigdy się nie zwraca, to jest działalność misyjna. Oczywiście jest ona potrzebna, ale nie ma waloru rozwojowego. Drugą kwestią, która jest potrzebna, jest właśnie promowanie budownictwa mieszkaniowego jako narzędzia rozwojowego, które pozwoli gminom się rozwijać, przełamać trendy depopulacyjne i utrzymać zdolności świadczenia swoich usług w przyszłości.

Gminne mieszkania na wynajem mogłyby zaoferować czynsze niższe nawet o 30–50 proc. niż osoby prywatne. Byłoby to także z korzyścią dla samorządu, bo obecnie mieszkania komunalne często są zajmowane przez najbiedniejszych, którzy zalegają z opłatami.

– Należy umożliwić gminom autonomicznie decydować, jakie mieszkania i dla kogo chcą budować. Każda z nich ma inną sytuację: są gminy, które chcą przyciągnąć pracowników do lokalnych stref ekonomicznych, są takie, które chcą z powrotem przyciągnąć młodych ludzi, którzy wyjechali na studia. Samorządowe mieszkania na wynajem są idealnym narzędziem do tego typu przedsięwzięć – rekomenduje Aleksander Jankowski. – Może służyć do pozyskania wartościowych pracowników do pracy w urzędzie, ale prowadzimy rozmowy z władzami, które chcą przyciągnąć lekarzy czy nauczycieli. W każdym przypadku budownictwo samorządowe na wynajem jest bardzo dobrym narzędziem rozwoju gminy.

Wyprzedaże u dealerów mają pobudzić sprzedaż aut przed końcem grudnia. Mimo to w całym roku spadki przekroczą 20 proc.

Sprzedaż samochodów osobowych i dostawczych przez pierwsze 10 miesięcy 2020 roku spadła o 26 proc. Po 20 dniach listopada widać większe zainteresowanie klientów – w osobówkach wzrost sięgnął 7 proc., w autach dostawczych – 26,5 proc. r/r. To może być efekt rozpoczętych wyprzedaży roczników 2020. Pod tym względem pandemiczny rok nie będzie znacząco różnił się od poprzednich. Tym bardziej że od 2021 roku wchodzi w życie nowa norma Euro 6d związana z emisją spalin. Przedstawiciele branży podkreślają, że każdy impuls popytowy byłby na wagę złota, np. programy dopłat połączone ze złomowaniem.

– Spadek sprzedaży notujemy od samego początku pandemii, czyli od kwietnia. Po 11 miesiącach 2020 roku, w połowie listopada, spadek wynosi około 25 proc. Jeżeli nie wydarzą się żadne niespodziewane sytuacje do końca roku, nie będziemy mieli kolejnego pełnego lockdownu, to pewnie zamkniemy rok w przedziale 23–27 proc. spadku sprzedaży – mówi agencji Newseria Biznes Marek Konieczny, prezes Związku Dealerów Samochodów. – Sprzedaż nowych samochodów jest pewnego rodzaju wyznacznikiem kondycji gospodarki. Kiedy ludzie tracą pracę, kiedy są obniżane pensje, to natychmiast jest to widoczne w branży motoryzacyjnej.

Z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że od początku roku do końca października przybyło dokładnie 380 965 samochodów osobowych i dostawczych do 3,5 t. To o 26 proc. mniej w porównaniu do 10 miesięcy 2019 roku. Podobne wyniki notuje branża motoryzacyjna w UE – spadki wyniosły tam 26,8 proc.

– Ruch w salonach jest umiarkowany, ale to wynika nie tylko z elementów ekonomicznych, ale także z sytuacji sanitarnej. Ludzie dużo mniej odwiedzają salony, chcą pewne rzeczy załatwić przez internet. Branża odpowiada na to nowymi aplikacjami, nowymi konceptami sprzedaży. Natomiast wydaje się, że jeżeli uda się w przyszłym roku tę pandemię opanować, a optymizm wróci do polskiej gospodarki, a także do polskiego społeczeństwa, to dość szybko te straty zostaną zniwelowane – ocenia Marek Konieczny.

Ostatni miesiąc przyniósł lekkie odbicie. W ciągu pierwszych 20 dni listopada sprzedaż samochodów osobowych wzrosła o 7 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku. W segmencie aut dostawczych wzrost przekroczył 26 proc., a w ciężarowych sięgnął 50 proc. W kolejnych tygodniach ruch u dealerów także powinien być nieco większy ze względu na duże wyprzedaże aut z tego rocznika.

 Koniec 2020 roku będzie pewnie podobny do lat poprzednich, bo będziemy mieli liczne wyprzedaże w każdej marce – mówi prezes Związku Dealerów Samochodów. – Liczę na to, że polscy klienci, zwłaszcza że rok przyszły może być zdecydowanie lepszy niż ten, że za chwilę pojawi się szczepionka, będą myśleli już w tej perspektywie i okazje, które pojawią się w grudniowych wyprzedażach, będą dla nich bardzo zachęcające.

Dla branży motoryzacyjnej wyprzedaż tego rocznika jest o tyle istotna, że od stycznia 2021 roku wchodzi w życie nowa norma w zakresie emisji spalin. Zobowiązuje ona producentów samochodów do zastosowania technologii, która umożliwi utrzymanie emisji CO2 na poziomie nie wyższym niż 95 g/km. Obecnie obowiązuje tymczasowa norma Euro 6d-Temp, która miała przygotować producentów samochodów do nowych rygorów. Niższa sprzedaż spowodowała, że – jak prognozuje Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów (ACEA) – do końca roku na placach może zalegać nawet 600 tys. pojazdów.

– Z tego powodu dzisiaj cała branża musi starać się sprzedać jak najwięcej samochodów, które spełniają jeszcze starą normę. To z pewnością przyczyni się do tego, że promocje będą nieco lepsze i bardziej atrakcyjne dla klientów – wskazuje Marek Konieczny.

Jak podkreśla, przez sytuację w tegorocznej sprzedaży każdy impuls pobudzający popyt byłby dla branży na wagę złota. Na różnego typu programy dopłat w trakcie pierwszego lockdownu zdecydowały się największe europejskie rynki, m.in. Niemcy, Francja, Włochy czy Hiszpania. Kupujący mogą liczyć na dopłaty do zakupu elektryków, ale także za złomowanie starych pojazdów, co ma również aspekt ekologiczny.

– Państwo na tym nie traci, ponieważ z punktu widzenia modelu podatkowego podatek VAT na tak drogich przedmiotach jak samochody zawsze niweluje te dopłaty. Dla każdego rządu w Europie taki program dopłat oznacza raczej nieco mniejsze wpływy VAT niż wyższe wydatki, nie da się na tym stracić. Apelujemy do polskiego rządu, że taki program jest korzystny nie tylko dla branży, klientów i społeczeństwa, ale także dla budżetu – mówi prezes Związku Dealerów Samochodów. – Branża motoryzacyjna niezależnie od tego, czy to dealerzy, czy importerzy, czy producenci  przyjęłaby taki program z otwartymi rękami. Ale jestem realistą i nie liczyłbym na to, więc chyba musimy sobie poradzić sami.

Szczepionki na koronawirusa trafią do Polski na początku 2021 roku. Jedna z nich została jednak skierowana na dodatkowe badania

Walka z pandemią koronawirusa wkracza w decydującą fazę. Pierwsze szczepionki pomyślnie przeszły fazy testów klinicznych i są gotowe do wprowadzenia do powszechnego obrotu. Na mocy ustaleń poczynionych przez Komisję Europejską już w styczniu 2021 roku pierwsza partia trafi do krajów członkowskich, w tym m.in. do Polski. Po ich zatwierdzeniu będą mogły trafić do pacjentów najbardziej narażonych na powikłania wynikające z zakażenia koronawirusem. Okazuje się jednak, że jedna z nich – szczepionka firmy AstraZeneca tworzona we współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Oksfordzkiego – wymaga dodatkowych badań.

– Kwestie zatwierdzenia szczepionek do obrotu znajdują się na poziomie Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych i Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego, podlegają również rejestracji na poziomie EMA, czyli europejskiej agencji, która je certyfikuje i dopuszcza do obrotu. W tej chwili szczepionki tych producentów, którzy już je opracowali, są na intensywnie pracujących liniach produkcyjnych. W momencie kiedy dojdzie do rejestracji, na pewno się pojawią. Jest to działanie o charakterze globalnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr n. med. Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.

Na przełomie października i listopada, na mocy ustaleń Komisji Europejskiej, przedstawiciele państw członkowskich podjęli decyzję o scentralizowanym zakupie szybkich testów wykrywających obecność koronawirusa oraz szczepionek, kiedy te pomyślnie przejdą testy kliniczne. Współpraca międzypaństwowa ma być gwarancją sprawiedliwego dostępu do niezbędnych środków leczniczych, które pozwolą zwalczyć pandemię na terenie wspólnoty.

Po wstępnym potwierdzeniu skuteczności części szczepionek Komisja Europejska rozpoczęła rozmowy handlowe z ich dystrybutorami, aby jeszcze w styczniu 2021 roku pierwsze partie trafiły do krajów członkowskich. Unia nie chce bowiem uzależniać się od jednego producenta i planuje zakupić szczepionki z jak największej liczby źródeł. Taka strategia zróżnicowanych dostaw ma być gwarantem niezachwianej wyszczepialności w państwach członkowskich, kiedy poszczególne specyfiki pomyślnie przejdą przez proces certyfikacyjny.

Zgodnie z założeniami Rady Ministrów do Polski w pierwszej transzy ma trafić 20 mln dawek szczepionki. Pozwolą one zaszczepić medyków oraz osoby najbardziej narażone na powikłania koronawirusowe.

– Procedura szczepień w Polsce musi być szeroko dostępna. Pewne grupy będą znajdowały się w priorytecie, m.in. osoby starsze, medycy. Logistykę szczepień przygotowuje resort zdrowia w porozumieniu z zespołem zarządzania kryzysowego. Wiemy, że szczepionki są bezpieczne i skuteczne. W obserwacjach i badaniach klinicznych widzimy bardzo dobre efekty ochronne tych działań – przekonuje ekspert.

Dotychczas Komisji Europejskiej udało się zarezerwować przeszło 1,2 mld dawek szczepień, które trafią do krajów członkowskich. Przedstawiciele Unii porozumieli się już w sprawie dostaw pierwszych szczepionek z przedstawicielami firm AstraZeneca, BioNtech-Pfizer, CureVac, Janssen Pharmaceutica NV Moderna oraz Sanofi-GSK. Najnowsze doniesienia wskazują jednak, że szczepionka firmy AstraZeneca tworzona we współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Oksfordzkiego – wymaga dodatkowych badań, potwierdzających jej skuteczność.

Teoretycznie Unii udało się zarezerwować wystarczającą liczbę dawek, aby wyszczepić wszystkich obywateli wspólnoty, ale proces certyfikacji leków nie dobiegł jeszcze końca. Dlatego nie wiadomo, ile szczepionek ostatecznie trafi na unijny rynek. Na tempo szczepienia może mieć wpływ koszt szczepień od poszczególnych dystrybutorów.

– Kwestie refundacji szczepionki leżą w gestii resortu. To dobrze, że szczepionek jest więcej, lekarze będą decydować, która jest najwłaściwsza i która najlepiej przysłuży się pacjentom. Rozpiętość cenowa jest relatywnie duża, słyszymy o tym, że szczepionki mogą kosztować od 15 do nawet ponad 100 za dawkę. Oczywiście, w wypadku dużych populacji, to są ustalenia na poziomie rządów – tłumaczy dr n. med. Radosław Sierpiński.

Polski rząd zapewnia, że szczepionka dla chętnych ma być bezpłatna.

NASA chce wyprodukować tlen na Marsie. Pomoże to w eksploracji planety i powrocie astronautów na Ziemię [DEPESZA]

Już wkrótce na Marsie będzie można produkować tlen. Łazik Perseverance NASA wyposażony jest w urządzenie MOXIE, które może przekształcić marsjańskie powietrze w tlen. Cienka atmosfera Czerwonej Planety składa się w 95 proc. z dwutlenku węgla. Wysłanie czegokolwiek z powrotem w kosmos wymaga paliwa, a spalanie go wymaga tlenu. MOXIE wytwarza tylko około 6 gramów tlenu na godzinę – to o wiele za mało. Jeśli jednak system się sprawdzi, misje na Marsa i dalsza eksploracja kosmosu staną się o wiele prostsze.

– Kiedy wyślemy ludzi na Marsa, będziemy chcieli, aby bezpiecznie z niego wrócili  W tym celu potrzebują rakiety, aby unieść się z planety. Ciekły tlen do utleniania paliwa rakietowego to coś, co możemy wyprodukować na miejscu, nie musimy go zabierać ze sobą na pokładzie. Jednym z pomysłów jest to, by zabrać w podróż pusty zbiornik i napełnić go na Marsie – wskazuje Michael Hecht z Haystack Observatory na MIT, zastępca dyrektora projektu Event Horizon Telescope, a także główny badacz instrumentu Mars Oxygen ISRU Experiment (MOXIE).

Kilka miesięcy temu łazik Perseverance wyruszył w jednokierunkową podróż na powierzchnię Marsa. Wśród wielu innych narzędzi statek zawiera eksperymentalny instrument, który może pomóc astronautom w przyszłości w podróżowaniu na planetę w obie strony.

Mars Oxygen In-Situ Resource Utilization Experiment, czyli MOXIE, jest wielkości mniej więcej akumulatora samochodowego, ale jego rola jest ogromna. Został zaprojektowany, aby poprzez elektrolizę przekształcić dwutlenek węgla w tlen. Cienka atmosfera Marsa składa się w 95–96 proc. z dwutlenku węgla. Wysłanie czegokolwiek z powrotem w kosmos wymaga paliwa, a jego spalanie – tlenu. NASA mogłaby wysłać ciekły tlen na Czerwoną Planetę, ale potrzebna ilość zajmuje zbyt dużo miejsca. Tu pomóc może MOXIE.

– Ludzie zazwyczaj pytają mnie, czy MOXIE jest rozwijany po to, by astronauci mieli czym oddychać na Marsie – twierdzi Michael Hecht. – Jednak to rakiety potrzebują setek razy więcej tlenu niż ludzie.

Atmosfera na Marsie jest 170 razy cieńsza niż na Ziemi. Powietrze jest bogate w dwutlenek węgla, a niskie ciśnienie oznacza, że ​​ilości otaczającego powietrza wpływające do reaktywnego rdzenia MOXIE nie wytwarzają dużo tlenu. Jednak sprężarka urządzenia wytwarza tlen jak drzewo – wdycha dwutlenek węgla i wydycha tlen. Zasysa go i poddaje elektrolizie pod ciśnieniem zbliżonym do ziemskiego. Tam chemiczny katalizator działający w temperaturze 800 stopni Celsjusza wyrywa atom tlenu z każdego wchodzącego CO2. Pary atomów tlenu łączą się i tworzą dwuatomowy tlen, który wydostaje się z tlenkiem węgla.

MOXIE jest niewielki, produkuje też niewielkie ilości tlenu, niewystarczające do wytworzenia paliwa. NASA obecnie testuje rozwiązanie, jeśli się sprawdzi, na Marsie mogłoby stanąć znacznie większe urządzenie, które pomoże w przyszłych misjach kosmicznych. Aby wystartować z Czerwonej Planety, astronauci potrzebują około 30–45 ton metrycznych paliwa, czyli mniej więcej tyle, ile waży prom kosmiczny. Przyszłe generatory tlenu, które obsługują misje ludzi na Marsie, musiałyby być ok. 100 razy większe niż MOXIE.

– MOXIE jest zaprojektowany do wytwarzania około 6 do 10 gramów tlenu na godzinę. To wystarczająca ilość do oddychania dla małego psa – wskazuje Asad Aboobaker, inżynier systemów MOXIE w Jet Propulsion Laboratory w Południowej Kalifornii. – Pełnowymiarowy, docelowy system przystosowany do produkcji paliwa, które wystarczy na powrót astronautów z Marsa, wymagałby zwiększenia produkcji tlenu o około 200 razy.

Produkcja tlenu na Marsie rozwiązałaby ostatni z większych problemów w jego eksploracji. Od lat 90. dyskusje na ten temat sprowadzały się do czterech pytań. Dwa dotyczyły bezpieczeństwa Czerwonej Planety dla ludzkich misji. Jej atmosfera zagraża burzami piaskowymi i promieniowaniem. Te pytania zostały rozwiązane. Kolejne dotyczyło tego, jak duże pojazdy mogą lądować na Marsie. Ten problem został rozwiązany, gdy cztery łaziki NASA wylądowały na nim bezpiecznie w latach 1996–2011. Czwarte pytanie pozostawało bez odpowiedzi i dotyczyło sposobu, w jaki można sprowadzić wszystkie niezbędne zasoby na Marsa. MOXIE może stanowić odpowiedź.

– Zaangażowanie w rozwój MOXIE pokazuje, że NASA traktuje to poważnie – podkreśla Michael Hecht. – MOXIE nie jest jeszcze pełną odpowiedzią, ale jest jej kluczowym elementem. Jeśli projekt się powiedzie, przyszli astronauci będą mogli polegać na tej technologii, która pomoże im bezpiecznie wrócić z Marsa do domu.

Pierwsza załogowa misja na Marsa miałaby się odbyć do 2033 roku.

81% firm obawia się lockdownu. 74% firm deklaruje, że skorzystało ze wsparcia państwa

Blisko 74% firm deklaruje, że skorzystało z pomocy państwa w czasie pandemii. Aż 81% uważa, że dalsze ograniczanie działalności oznaczać będzie problemy z płynnością finansową i może zagrozić ich funkcjonowaniu – wynika z badania przeprowadzonego przez Konfederację Lewiatan.

Gospodarka i przedsiębiorcy obronili się przed negatywnymi skutkami pierwszego uderzenia pandemii, a działania biznesu koncentrowały się na procesach dostosowawczych (wewnętrzne oszczędności, przebranżowienie, uruchomienie dodatkowych kapitałów).

– Aż dwie trzecie firm wykorzystało ożywienie w gospodarce pomiędzy czerwcem a październikiem br. i zwiększyło obroty oraz poprawiło wyniki finansowe. W przypadku kolejnych ponad 11% sytuacja do października br., pogorszyła się radykalnie, a obroty nie osiągnęły nawet połowy wartości z 2019 r. Dla jednej czwartej badanych sytuacja jest bardzo trudna. 81% firm obawia się, że dalsze ograniczanie działalności gospodarczej może zagrozić ich funkcjonowaniu – mówi prof. Jacek Męcina, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Przedsiębiorstwa doceniają pomoc państwa w czasie pandemii. Mimo, że najważniejsze znaczenie w walce z kryzysem miały radykalne oszczędności i uruchamianie dodatkowego kapitału (ponad 50%), to 73,9% firm skorzystało ze wsparcia. Najważniejszymi jego formami było zawieszenie składek ZUS (tak twierdzi 33% firm) i ochrona miejsc pracy (31,3%). Ważną rolę odegrało również podtrzymywanie płynności firm (15,7%). Dzięki wsparciu przedsiębiorstw i ich zapobiegliwości udało się ochronić setki tysięcy miejsc pracy. Zdecydowana większość korzystających z pomocy państwa pozytywnie ocenia współpracę z administracją. Tylko niespełna 8% otrzymała odmowę pomocy.

– Branże szczególnie dotknięte skutkami pandemii uważają, że szybka pomoc państwa była i jest niezbędna. Zwracają jednak uwagę, że w walce ze skutkami Covid-19 brakuje przejrzystej strategii, poprzedzonej szerokimi konsultacjami z biznesem i ekspertami. Firmy w kontekście kolejnego uderzenia pandemii i ograniczeń, które utrzymywać się mogą nie tylko w perspektywie końcówki 2020 roku, ale i początku 2021 roku najbardziej obawiają się wysokich kosztów pracy w warunkach ograniczania działalności, co będzie powodować problemy z płynnością i zagrożenia dla utrzymania zatrudnienia. Tylko strategia bezpiecznego utrzymywania działalności gospodarczej, a w warunkach ograniczeń zachowania pomocy dla przedsiębiorców w szczególności w zakresie ponoszenia kosztów pracy może skutecznie chronić firmy i zatrudnienie – podkreśla prof. Jacek Męcina.

– Należy pamiętać, że w perspektywie roku 2021 wzrosną koszty pracy, choćby związane z podniesieniem płacy minimalnej do 2 800 zł. Dla wielu firm dotkniętych ograniczeniem działalności oznacza to, zwłaszcza I kwartale 2021 roku, poważne wyzwanie z utrzymaniem zatrudnienia i wymaga w takich branżach jak hotelarstwo, gastronomia, turystyka, czy branża eventowa systemowego wsparcia – przekonuje prof. Jacek Męcina.

Badanie zostało przeprowadzone na przełomie października i listopada na ogólnopolskiej próbie 230 firm, reprezentujących kluczowe branże.

Pandemia przyspieszyła część rynkowych procesów. Eksperci wyjaśnili, jak mogą z tego skorzystać przedsiębiorcy

Nowe sposoby dostarczania usług i towarów, rynek e-commerce rozwinięty w niezwykłej skali w krótkim czasie czy powstanie nowych narzędzi pomocowych dla przedsiębiorców, które mogą być skuteczne także w przyszłości – to tylko niektóre zmiany, które zachodzą w gospodarce pod wpływem pandemii. Zdaniem ekspertów, którzy uczestniczyli w konferencjach na temat inwestowania i finansowania w czasach pandemii odbywających się w ramach Europejskiego Kongresu Małych i Średnich Przedsiębiorstw „Back to Business”, przedsiębiorcy muszą się odnaleźć w nowej rzeczywistości, a rolą krajowych instytucji i jednostek samorządu jest dostarczenie im wiedzy i narzędzi, by mogli to zrobić.

Tegoroczna, specjalna edycja Europejskiego Kongresu MŚP odbywa się pod hasłem „Back to Business” – zdaniem organizatorów, Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach, nazwa musi oddawać obecny stan gospodarki – wiele procesów inwestycyjnych zostało w ostatnim czasie wstrzymanych, a przedsiębiorcy muszą się mierzyć nie tylko z problemami finansowymi, ale często także z dużymi ograniczeniami formalnymi dla prowadzonych działalności. Kluczowy jest zatem „powrót do biznesu” – odbudowanie łańcucha dostaw i przekonanie inwestorów, że warto angażować się w nowe projekty. Eksperci z całej Polski – naukowcy, samorządowcy, urzędnicy i przedsiębiorcy, którzy wzięli udział w organizowanym online wydarzeniu 23 i 24 listopada, nie mają wątpliwości, że w każdej sytuacji można dostrzec nowe szanse.

–   Pandemia spowodowała weryfikację wszystkich planów inwestycyjnych, ale warto pamiętać, że niektóre procesy zostały gwałtowanie przyśpieszone. W Polsce mówiło się dużo o przemyśle 4.0, natomiast część firm nie podchodziła do tego w sposób zadaniowy. Inwestycje, które są teraz realizowane, cechują się wysokim udziałem procesów zautomatyzowanych – zauważa Zbigniew Bednarski, dyrektor Biura Koordynacji Oddziałów w Agencji Rozwoju Przemysłu S.A. – W ARP S.A. realizujemy też cały szereg programów wsparcia dla przemysłu. W czasach kryzysu jesteśmy jednostką dedykowaną, żeby realizować projekty „tarczowe”. Prowadzimy także rządowy program wsparcia przedsiębiorców „Polityka Nowej Szansy”. Tych narzędzi mamy szeroką paletę i myślę, że każdy przedsiębiorca może znaleźć coś dla siebie.

Polityka Nowej Szansy to instrument pomocowy oferowany przedsiębiorcom w celu ich ratowania lub restrukturyzacji. Ma stanowić odpowiedź na potrzeby firm, które znalazły się w trudnej sytuacji ekonomicznej i wymagają wsparcia w procesie zmian w swoim biznesie. Budżet projektu to łącznie nawet 1,2 miliarda złotych w ciągu 10 lat. Założenia projektu przedstawiono podczas kongresu, w ramach webinarium przygotowanego przez Centrum Wsparcia MŚP. Centrum Wsparcia to z kolei inicjatywa Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach, która umożliwiła lokalnym przedsiębiorcom pozyskiwanie bezpłatnych porad związanych niemal z każdym obszarem prowadzonej działalności – za pośrednictwem specjalnej infolinii lub na stronie www.centrumwsparciamsp.pl.

Gdzie szukać inwestorów?

Eksperci podkreślali, że przedsiębiorcy mogą szukać środków na finansowanie swoich firm nie tylko w Polsce, ale także za granicą. Jako źródła tego finansowania wskazywano m.in. fundusze ONZ, możliwości zawarte w perspektywie finansowej UE na lata 2021-2027, a także środki z tzw. Green Deal.

Niewiele mikro, małych i średnich przedsiębiorstw szuka inwestorów za granicą. Problemem może być nieznajomość rynku. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, że w każdym z państw są instytucje, których celem jest pomoc w relacjach między przedsiębiorcami. Zachęcam do bezpośredniego kontaktu z państwowymi agencjami, które działają w każdym kraju związkowym. Takim przykładem jest Polsko-Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa, ale nie tylko. Osoby, które działają w tego typu instytucjach mają wiedzę, którą chcą się dzielić – mówi Krystian Stępień, prezes Funduszu Górnośląskiego S.A.

Jak zaznaczali prelegenci, inwestorzy w czasach COVID-19 są może nieco ostrożniejsi, ale na pewno nadal będą szukać prawdziwej okazji do zrobienia udanego biznesu. Tych okazji nadal jest dużo, tym bardziej, że pandemia „wymusiła” na przedsiębiorcach innowacyjne, zaawansowane technologicznie rozwiązania. W ciągu ostatniego roku pojawiły się m.in. nowe sposoby dostarczania usług i towarów, a rynek e-commerce niezwykle się rozwinął. W rzeczywistości pandemicznej nowego znaczenia nabrały m.in. inwestycje w projekty zdrowotne i ekologiczne.

Takim obszarem, o którym myślimy w kontekście ekologii jest np. transport publiczny. Są spółki, które chcą wykorzystywać w tym celu gaz koksowniczy. To oznacza, że można myśleć o tym, jak wykorzystać zasoby węgla, ale nie w bezpośrednim spalaniu, tylko w procesach chemicznych, które pozwolą produkować czystą energię. To jest możliwe – to jest nasza forma szukania sposobu na transformację energetyczną, czyli pomysłu, jak wykorzystać nasze zasoby, np. węgiel i duży potencjał firm górniczych, żeby mogły szukać nowych technologii, nowych rozwiązań i „miękko” przejść do przyszłości nisko lub zeroemisyjnej, przyjaznej dla mieszkańców – wylicza Kazimierz Karolczak, przewodniczący Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii.

Podczas dwudniowego wydarzenia odbywało się także łączenie przedsiębiorców na międzynarodowej platformie spotkań B2B online, która jest dodatkowym i szczególnie cennym elementem kongresu. Pomysłodawcy tego unikalnego narzędzia – Europejski Kongres Małych i Średnich Przedsiębiorstw oraz Enterprise Europe Network przy Funduszu Górnośląskim szacują, że na platformie odbyło się ok. 70 spotkań. Swojej szansy na nawiązanie współpracy z polskimi partnerami szukają przedsiębiorcy m.in. z Austrii, Belgii, Czech, Niemiec, Irlandii, Włoch, Holandii, Rosji, Turcji i Ukrainy. Głównym celem organizatorów jest realna pomoc w odbudowie zerwanych w ostatnim roku łańcuchów dostaw oraz otwarcie polskich firm na nowe rynki.

Jak sztuczna inteligencja i nowe technologie pomagają w cyfrowej transformacji?

Jak nowoczesne technologie – w tym SI – pomogą przeprowadzić biznes przez proces transformacji cyfrowej?

Technologia jest miarą postępu w społeczeństwie. To, w jaki sposób wykorzystujemy ją do poprawy jakości naszego życia i całego ludzkiego doświadczenia, świadczy o naszym rozwoju cywilizacyjnym. Obecnie jesteśmy w momencie Czwartej Rewolucji Przemysłowej, która w dużej mierze zostanie zdefiniowana przez rozwój sztucznej inteligencji.

Sztuczna Inteligencja (SI) choć aktualnie wciąż jest czymś zupełnie nowym, to w nadchodzących latach, podobnie jak elektryczność, stanie się częścią struktury życia codziennego. Już teraz zmienia nasze życie na lepsze. Sami nie zdajemy sobie sprawy jak często nam towarzyszy – korzystając z komputera, smartfonu czy tabletu.

SI ma potencjał by zrewolucjonizować biznes o wiele szybciej, niż nam się wydaje. Szczególnie teraz, w trakcie pandemii jej uczestnictwo w procesie transformacji cyfrowej jest nieuniknione.

SI może tworzyć nowe miejsca pracy

Technologia SI jest stale rozwijana i doskonalona, tak aby ulepszyć sposób w jaki żyjemy oraz pracujemy, z ambicjami, aby działać szybciej, lepiej i sprawniej. W świecie pracy Sztuczna Inteligencja pomaga nam oszczędzać czas i zwiększać produktywność.

Rozwój automatyzacji niewątpliwie ułatwia życie, ale także niesie za sobą szereg pytań, przede wszystkim o zachowanie miejsc pracy. Choć zdecydowana część zadań, szczególnie w sektorze produkcyjnym zostanie zrewolucjonizowana, nie oznacza to że zmniejszy się odsetek zatrudnionych. Zmiana dotyczy przede wszystkim transformacji i automatyzacji procesów, tak aby zmaksymalizować zyski i skrócić czas wykonania czynności. Personel zostanie w ten sposób odciążony od prac rutynowych. Ponadto, potencjał SI drzemie w zakresie tworzenia nowych produktów, usług i rozwiązań technologicznych, a w realizacji tych projektów niewątpliwie rola człowieka będzie niezastąpiona.

Przyszłość biznesu już trwa

Według badań przeprowadzonych przez Salesforce połowa ankietowanych przedsiębiorców zdaje sobie sprawę z tego, że praca zdalna choć miała być rozwiązaniem tymczasowym, to w pewnym stopniu stanie się stałym elementem działalności firmy. To rodzi pewne trudności, w szczególności dla firm które jak dotąd nie miały do czynienia z zarządzaniem zespołami na odległość.

Pomijając aspekt czysto techniczny – jak zapewnienie odpowiednich narzędzi pracy, wykorzystanie odpowiednich platform i programów, zdalny dostęp do danych firmy i bazy klientów – w nowej post-pandemicznej rzeczywistości przedsiębiorcy stoją przed wyzwaniem zapewnienia swoim pracownikom odpowiednich narzędzi nauki. 61% liderów biznesu twierdzi, że w przyszłości pracy, będą wymagali od swojej kadry stale nowych umiejętności. Nowa rzeczywistość wymaga od ludzi nie tylko znajomości technologii, ale przede wszystkim kompetencji szybkiego uczenia się. Kultywowanie tendencji edukowania się przez całe życie pomoże firmom całkowicie zmienić sposób podnoszenia kwalifikacji pracowników. To, jak wypełniamy istniejące dziś luki w zakresie kompetencji i wykształcenia, zadecyduje o naszym sukcesie jako społeczeństwa w przyszłości.

Te umiejętności sprawią, że pracownicy będą mogli odnaleźć się w każdych warunkach, korzystając ze zdywersyfikowanych narzędzi. Technologia zmienia i rozwija się bardzo dynamicznie i prawdopodobnie to tempo będzie sukcesywnie rosnąć. Możliwość wykorzystania przez kadrę pracowniczą narzędzi takich jak sztuczna inteligencja, jest nieoceniona w rozwoju biznesu.

Indywidualne podejście do każdego z naszych klientów

Oczekiwania klientów, które uległy zmianie podczas pandemii, będą miały długofalowe konsekwencje dla przedsiębiorstw każdej wielkości. Ostatnie kilka miesięcy doprowadziło do zrewolucjonizowania stylu życia wielu z nas, również albo przede wszystkim pod kątem technologicznym.

Niezbędnym narzędziem do poprawy naszych doświadczeń jest personalizacja. Natychmiastowy dostęp do źródła informacji o klientach, takich jak poprzednie zakupy, ich preferencje i upodobania pomagają dostawcom usług zdecydowanie lepiej poznać i zrozumieć ich potrzeby. Obecnie obsługa klienta przechodzi przez znaczny proces zmiany. W czasach gdy e-commerce stał się jednym z filarów handlu, internetowe centra obsługi klientów mają o wiele więcej zgłoszeń niż miało to miejsce przed pandemią. W tak szybko zmieniającym się środowisku szansą na przetrwanie są chatboty. Oparte na technologii SI mogą wnieść wyższą jakość obsługi klienta, jednocześnie usprawniając przepływ informacji i procesowanie zapytań.

W rzeczywistości w jakiej się obecnie znajdujemy nie ma miejsca na zwłokę, trzeba działać tu i teraz. Ponieważ zapotrzebowanie na usługi online i bardziej elastyczne doświadczenia konsumentów stale rośnie, firmy nie mają innego wyjścia, jak tylko wdrażać innowacje. Przedsiębiorstwa, które nie wykorzystają tego momentu na zmianę, zostaną w tyle i będzie im bardzo trudno nadrobić stracony czas. Automatyzacja jest silnym elementem rozwoju i pozwoli firmom zaoszczędzić pieniądze, a jednocześnie wzmocnić pozycję marki. Pandemia Covid-19 zwróciła uwagę na fakt, jak istotna jest rola innowacji w procesie transformacji cyfrowej.

Zaufanie jako podstawa innowacji

Wraz ze wzrostem możliwości cyfrowych, które stają się coraz bardziej inteligentne i domyślne, rośnie również potrzeba budowania zaufania do sztucznej inteligencji. Dzięki odpowiedzialnemu wykorzystaniu narzędzi SI mogą one stać się dla nas zarówno w biznesie jak i życiu codziennym, ogromnym wsparciem, pozwalając wykonywać zadania bardziej starannie i efektywnie, a także szybciej niż kiedykolwiek znajdować rozwiązania wielu problemów współczesnego świata.

Innowacyjność i zaufanie to dwie kluczowe wartości, którymi kierujemy się w Salesforce. Zdajemy sobie sprawę z tego, że droga przez cyfrową transformację może być trudna do przebycia, dlatego dostarczamy naszym klientom narzędzia wyposażone w najnowsze technologie, kierując się przy tym wsparciem zaufanych ekspertów.

Autor: Krzysztof Augustynowicz, Regional Sales Director CEE Commercial Business Unit w Salesforce

Przecena kryptowalut

Zarówno dane makroekonomiczne, jak i nieobecność Amerykanów na rynkach powodują, że dzisiejszy dzień zapowiada się wyjątkowo spokojnie na rynku walutowym.

Bezrobocie w ryzach

Wczoraj poznaliśmy stopę bezrobocia w Polsce. Wynosi ona 6,1% i mierzona jest metodą bezrobocia rejestrowanego. Był to wynik dokładnie zgodny z oczekiwaniami analityków, co uspokoiło rynki. Z drugiej strony warto pamiętać, że wskaźnik bezrobocia w Unii częściej podaje się metodą BAEL. Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności ze względu na wymóg aktywnego poszukiwania pracy daje znacznie niższe wyniki. W przypadku Polski jest to obecnie niecałe 3,5%.

Dane z USA bez niespodzianek

Wczorajsze dane z USA były podwójne, gdyż dzisiaj mamy Święto Dziękczynienia. Pomimo dużej liczby odczytów obyło się bez większych niespodzianek. Na uwagę zasługuje spadek dochodów Amerykanów, podczas gdy wydatki wciąż rosną. Nie jest to wielka różnica, ale utrzymywanie się długotrwałe tej tendencji może być problematyczne dla gospodarki. Drugim problemem jest ponownie rosnąca liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Wielu analityków wierzyło w utrzymanie tendencji spadkowej, jednakże nie doszło do tego. Nie może zatem dziwić, że dolar był wczoraj w odwrocie.

Bolesna przecena kryptowalut

Święto Dziękczynienia będzie niemiło wspominaną datą na rynku kryptowalut. Po dwóch miesiącach wzrostów doszło do gwałtownej ponad 10% przeceny, kiedy to najpopularniejsza kryptowaluta w ciągu doby spadła z ponad 19 000 dolarów do poniżej 17 000 dolarów. Porównywalną, a miejscami nawet większą wartość straciły inne, mniej popularne kryptowaluty. Analitycy wskazują, że po tak silnych wzrostach było dużo miejsca na rynku na korektę wywołaną realizacją zysków.

Dzisiaj Święto Dziękczynienia w USA, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

TSL na niskim biegu przez długi kontrahentów

71% respondentów opracowania Intrum European Payment Report 2020 uważa, że terminowe dokonywanie płatności ma kluczowe znaczenie dla budowania i podtrzymywania zaufania między dostawcami i partnerami biznesowymi. Tymczasem aż 17 dni wynosi średnio luka płatnicza (czyli czas, jaki upływa pomiędzy terminem płatności i faktycznym jej dokonaniem) w sektorze B2B. Smutnego obrazu rzeczywistości dopełnia fakt, że w Polsce wg obliczeń KRD odnotowano aż 25 tys. zadłużonych firm przewozowych. Prawie 60% badanych wskazuje brak możliwości rozwoju przez nieściągnięte długi od kontrahentów. Wszystkie te dane wskazują, że płynność finansowa polskiej branży TSL jest zagrożona i wynika często z nietrafionego wyboru kontrahentów. Co zrobić, żeby partner biznesowy w przewozach nie zawiódł oczekiwań, szczególnie jeżeli dopiero zaczynamy karierę przewoźnika? Sprawdzanie zleceniodawców to podstawa.

W TSL, jak w każdym biznesie, panuje zasada ograniczonego zaufania – szczególnie w kwestiach finansowych. Podwójną ostrożnością powinni wykazać się transportowcy, którzy stawiają w branży pierwsze kroki. Ale nawet doświadczeni przewoźnicy mogą nieraz wpaść w pułapkę współpracy z nierzetelnym kontrahentem. Efekty mogą doprowadzić do poważnego nadwyrężenia finansów przedsiębiorcy transportowego, który zanim otrzyma opłatę za wykonane zlecenie, musi najpierw sam zainwestować w utrzymanie floty, kierowcy, opłaty drogowe i benzynę.

Jak szukać kontrahenta?

Żeby zweryfikować kontrahenta, trzeba najpierw wiedzieć, jak go znaleźć. Jak podkreślają eksperci, w branży panuje kilka szkół.

– Najczęściej spotykanym scenariuszem jest znalezienie firmy spedycyjnej, która kompleksowo „poprowadzi” pojazdy: od znalezienia ładunku, po opiekę spedytora nad kierowcą. Część przedsiębiorców świadczy jednoosobowym działalnościom gospodarczym nieformalne usługi spedycyjne. W trzeciej wersji przewoźnicy dysponują już pierwszymi kontaktami w branży, pojazdami i wstępnymi zleceniami. To najczęściej byli kierowcy albo spedytorzy, którzy postanawiają założyć firmę. Ale są też przedsiębiorcy, którzy wykupują dostęp do tzw. giełd transportowych i na nich starają się szukać ładunków i kontrahentów – komentuje Tomasz Czyż, ekspert GBOX, Grupa INELO. Dodaje jednak, że już na tym etapie należy zachować czujność. Konkurencja na rynku sprawia, że pojawiają sią nieuczciwe firmy, które co chwila odradzają się z nowym NIP-em, ale nigdy nie wypłacają wynagrodzeń podwykonawcom.

Pomimo luk w funkcjonowaniu giełdy, warto na nią zaglądać. To często kopalnia recenzji na temat współpracy i ewentualnych problemów z płatnościami. A jak wynika z raportu Intrum, średni czas oczekiwania na opłacenie faktury w sektorze B2B wynosi w Polsce aż 62 dni i jest dłuży od średniej europejskiej tylko o dwa dni. Zarówno nad Wisłą, jak i w UE luka płatnicza wynosi od 14 do 17 dni.

 

Zbliżone realne terminy płatności w Polsce i w Unii Europejskiej pokazują, że kwestia regulowania należności pomiędzy partnerami biznesowymi w obu przypadkach wygląda równie nieciekawie. Jest więcej niż pewne, że sytuacja ulegnie pogorszeniu w obliczu następstw kryzysu wywołanego przez Covid-19. Już w tej chwili mamy do czynienia ze zdestabilizowanymi łańcuchami dostaw, a przedsiębiorcy czują rosnącą presję związaną z szukaniem sposobów na zabezpieczenie płynności finansowej swoich biznesów – dodaje Dariusz Łupiński, ekspert Intrum.

Kontrahent pod lupą

We wstępnym sprawdzeniu partnera biznesowego może pomóc nawet zwykła wyszukiwarka internetowa i portale zbierające oceny o firmie pod kątem np. opinii pracowników. Bardziej wnikliwe spojrzenie na potencjalnego kontrahenta nie jest wcale o wiele trudniejsze. Do dyspozycji pozostają bezpłatne bazy CEIDG (Centralna Ewidencja i Informacja o Działalności Gospodarczej) i KRS, które uwiarygodnią firmy i podstawowe dane na ich temat. W branży TSL kluczowym źródłem wiedzy jest również wyszukiwarka KREPTD, czyli Krajowy Rejestr Elektroniczny Przedsiębiorców Transportu Drogowego, dzięki której zweryfikujemy nie tylko NIP i adres organizacji, ale także posiadane licencje, zezwolenia i certyfikaty jej pracowników. Weryfikacja może także wyjść poza granice kraju. To szczególnie ważne dla przedsiębiorców transportowych, którzy planują przewozy na terenie krajów Unii Europejskiej.

– Międzynarodowi przewoźnicy mogą skorzystać z jeszcze jednego narzędzia, jakim jest wyszukiwarka VIES, która została stworzona przez Komisję Europejską i służy do identyfikowania, czy numer VAT konkretnego przedsiębiorcy został zarejestrowany w interesującym nas kraju członkowskim. Możemy to zrobić za pomocą systemu TMS, który automatycznie sprawdza kontrahenta wśród wyników wyszukiwania, ale też zbiera dane dotyczące dotychczasowych transakcji z tą firmą i opóźnień w płatnościach. Każdemu przedsiębiorcy zapali się z pewnością czerwona lampka, jeżeli analiza wskaże na przekroczenia terminów, szczególnie te powtarzające się – dodaje Tomasz Czyż. – Biorąc pod uwagę skalę środków, jakie muszą zostać najpierw zainwestowane w sam przewóz, warto pomyśleć o limitach kredytowych, które pozwolą uniknąć zamrożenia zbyt dużych kwot. Zwracajmy też uwagę na to, czy samo zlecenie nie jest zbyt zawiłe i obarczone zbyt wieloma karami. To zawsze powinno wzbudzić naszą czujność – podsumowuje Tomasz Czyż, Grupa INELO.

Choć to rozwiązanie generujące koszty, przewoźnik, może zwrócić się także do firm obsługujących długi i pobrać raport organizacji, które nie wywiązują się ze swoich zobowiązań finansowych.

Nieterminowi kontrahenci powodują problemy związane nie tylko z regulowaniem bieżących opłat. Z naszych danych wynika, że ponad połowa, bo aż 51% przedsiębiorców twierdzi, że nieterminowe wpływy utrudniły inwestowanie w strategiczne inicjatywy mające na celu rozwój ich firm. Aż 58% respondentów uznaje, że przeszkodą w rozwoju ich organizacji są straty wynikające z nieściągniętych długów. Dlatego przedsiębiorcy oczekują na rozwiązania legislacyjne ułatwiające ściąganie należności na poziomie krajowym i europejskim. Na nowe zapisy liczy aż 54% respondentów naszego badania – komentuje Dariusz Łupiński, Intrum.

Transport się zrzesza – wirtualnie i w realu

Istotną role odgrywają także oficjalne organizacje branżowe zrzeszające przewoźników, które pozwalają na wymianę doświadczeń i nawiązanie nowych kontaktów. Coraz częściej  w mediach społecznościowych powstają zamknięte grupy, w których można wymienić się wiedza o nierzetelnych kontrahentach.

Obie te formy utrzymywania branżowej solidarności mogą doprowadzić do zawiązania nieformalnych, partnerskich relacji, w ramach których firmy będą dokonywać większych (i z racji tego – korzystniejszych finansowo) zamówień na usługi lub sprzęt – konkluduje Tomasz Czyż, Grupa INELO.

Pandemia a rynek hipoteki odwróconej. 4 nowe zjawiska

Pandemia wpływa na notowania giełdowe, kursy walut, rynki finansowe i ceny nieruchomości. Dotyka przeróżnych obszarów i branż. Niektóre z nich borykają się z coraz większym kryzysem, inne – jak branża spożywcza czy farmaceutyczna – nie odczuwają tak mocno skutków pandemii. Co z rentą dożywotnią? Czy zmiany na rynku nieruchomości wpływają na branżę hipoteki odwróconej? Czy seniorzy decydują się na to rozwiązanie, czy są teraz bardziej ostrożni? Wreszcie, na co wydają pozyskane środki, gdy inflacja rośnie, a ceny produktów i usług są coraz wyższe?

  1. Rynek nieruchomości będzie hamował

Jeszcze we wrześniu br. eksperci podkreślali, że pandemia spowodowała niewielkie zmiany na rynku nieruchomości, a wysokie ceny sprzedaży nie będą raczej spadać. Z danych GUS wynikało, że między styczniem a lipcem 2020 roku oddano do użytkowania 118,8 tys. mieszkań, czyli o 6,6 proc. więcej niż przed rokiem. Później banki zaczęły wstrzymywać finansowanie, inwestorzy stali się bardziej ostrożni, zatrzymano również niektóre budowy.
– Warto pamiętać, że jesteśmy w trakcie drugiej fali pandemii, niektóre gałęzie gospodarki mają narzucane kolejne ograniczenia, żyjemy ciągle z obawą o kolejny lockdown całego kraju. Coraz głośniej mówi się o tym, że ceny nieruchomości mogą spadać, a rynek nieruchomości, rozpędzony od wielu lat, zacznie wyhamowywać. Z jednej strony dobrze będzie inwestować pieniądze w nieruchomości, zwłaszcza gdy inflacja zacznie wpływać na kondycję złotówki a oprocentowanie lokat jest bliskie zeru. Z drugiej strony, przy rosnącym bezrobociu i problemach finansowych coraz większej liczby Polaków, niewiele osób będzie miało środki finansowe, by takiej inwestycji dokonać. Zwłaszcza wtedy, gdy banki będą ostrożne w udzielaniu kredytów – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

– Zmiany na rynku nieruchomości mogą dotyczyć też seniorów. Wzrost kosztów utrzymania nieruchomości, energii elektrycznej, wywozu śmieci, wody, nowe podatki od nieruchomości np. tzw. podatek od deszczu, mogą powodować, że dla wielu seniorów koszty eksploatacji mieszkania będą stanowiły coraz większe obciążenia. W obecnej sytuacji coraz więcej seniorów może zacząć rozważać hipotekę odwróconą jako sposób na „przerzucenie” kosztów utrzymania nieruchomości na kogoś innego. Taka usługa pozwala nie tylko na otrzymywanie dodatkowej renty, ale również na zmniejszenie lub wręcz zredukowanie do zera kosztu utrzymania nieruchomości – dodaje Robert Majkowski.

2. Popyt na usługę będzie rósł

Popyt na rentę dożywotnią będzie rósł nie tylko ze względu na rosnące koszty utrzymania nieruchomości. Polskie emerytury zawsze były jednymi z najniższych w Europie. Teraz, w dobie pandemii, emerytom jest coraz ciężej utrzymać zadowalający poziom życia. Inflacja jest coraz wyższa, a eksperci prognozują, że wciąż będzie rosła. Dotychczasowe świadczenia emerytalne nie będą znacząco rosły (jeśli nie liczyć waloryzacji, która ma nastąpić w marcu), a ceny i wydatki będą coraz wyższe. Z danych KRD wynika, że liczba zadłużonych emerytów rośnie z roku na rok. W tym roku większy był również udział seniorów w ogólne liczbie upadłości konsumenckich.

3. Nowe przeznaczenie środków z renty dożywotniej

Wraz z trudną sytuacją gospodarczą oraz problemami polskich przedsiębiorstw część Polaków już notuje niższe wpływy do domowego budżetu, a część właśnie straciła pracę. – Seniorzy zawsze, mimo niskich rent i emerytur, starali się pomagać finansowo swoim dzieciom. W dobie pandemii to się nie zmienia, a bardzo możliwe, że ta pomoc będzie jeszcze bardziej wskazana. Jeśli te dzieci lub wnukowie zaczną borykać się z problemami finansowymi możliwe, że emerytury ich dziadków i rodziców będą jedynym stałym i pewnym źródłem dochodu. Pieniądze z rety dożywotniej również mogą stać się wsparciem dla domowego budżetu. Tym razem nie tylko samych seniorów, ale również ich bliskich – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

4. Liczba umów „prywatnych” również może rosnąć

Zmieniają się też nastroje społeczne oraz tzw. „grupy wsparcia”. Z badania Funduszu Hipotecznego DOM wynika, że 50 proc. seniorów uważa, że żyje im się teraz gorzej niż kiedyś. Co piąty twierdzi, że powodem jest sytuacja epidemiologiczna w Polsce. Emeryci narzekają na samotność, gorszy dostęp do służby zdrowia i rosnące problemy finansowe. – Okazuje się, że w dobie przymusowej kwarantanny osoby starsze potrzebują pomocy chociażby w robieniu zakupów, czy wyprowadzaniu psa. Jeśli są to osoby samotne ta pomoc płynie najczęściej od znajomych lub sąsiadów. W dobie pandemii, gdy dzieci mieszkają daleko, pomoc w codziennym życiu również spada na osoby ze społeczności mieszkaniowej, zwłaszcza sąsiadów. W tej sytuacji może rosnąć liczba umów o dożywocie podpisywanych między osobami prywatnymi np. seniorem a sąsiadem. Wielu seniorów będzie potrzebowało coraz większej opieki i będzie chciało się finansowo odwdzięczyć – podsumowuje Robert Majkowski.

Po zniesieniu lockdownu firmy usługowe łapią drugi oddech

W III kw. tego roku firmy Nowoczesnej Gospodarki, czyli przedsiębiorstwa wdrażające innowacyjne rozwiązania, odnotowały wzrost zatrudnienia nowych pracowników wynoszący 4,11 proc. (vs III kw. 2019 r.) – wynika  z raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce Q3 2020” przygotowanego przez ADP Polska. Najwięcej nowych pracowników zatrudniły  firmy usługowe, które zanotowały wzrost o 4,48 proc. w porównaniu do analogicznego kwartału 2019 r.

Według danych raportu Głównego Urzędu Statystycznego dynamika zatrudnienia ogółu rynku zmniejszyła się o 1,9 proc. (vs. III kw. 2019 r.). To wynik bardzo podobny do poprzedniego kwartału, kiedy to spadek wyniósł 2 proc. (vs. II kw. 2019 r.). Wzrost zatrudnienia w firmach Nowoczesnej Gospodarki o 4,11 proc. oznacza, że różnica pomiędzy Nowoczesną Gospodarką a rynkiem wyniosła aż 6,01 p.p.

– Od początku roku dystans między innowacyjnymi przedsiębiorstwami i ogółem rynku wyraźnie się zwiększa. W trzecim kwartale osiągnął on rekordowe 6,01 p.p. To najlepszy dowód na to, że firmy korzystające z nowych technologii i outsourcingu procesów lepiej radzą sobie w czasie pandemii. Nie tylko zdecydowanie łatwiej dostosowują się one do konieczności pracy zdalnej, ale traktują ten trudny czas jako szansę na zbudowanie przewagi konkurencyjnej i wypracowanie silniejszej pozycji rynkowej – powiedziała Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Usługi wyraźnie odżyły, produkcja lekko wyhamowuje

W III kw. 2020 r. nieco lepiej z wyzwaniami rynkowymi poradziły sobie firmy usługowe niż produkcyjne. Zatrudnienie w tych przedsiębiorstwach wzrosło o 4,48 proc. (vs III kw. 2019 r.). Zestawiając te wyniki z poprzednim kwartałem tego roku, dynamika wzrostu jest jeszcze bardziej widoczna – w ciągu zaledwie trzech miesięcy różnica w wynikach wyniosła aż 1,52 p.p. Biorąc z kolei pod uwagę wielkość firm, lepiej poradziły sobie duże przedsiębiorstwa, zatrudniające powyżej 500 osób. Odnotowały one wzrost zatrudnienia na poziomie 4,63 proc. (vs III kw. 2019 r.). Natomiast małe firmy usługowe okres od lipca do października zakończyły z 3,72 proc. wzrostem zatrudnienia (vs III kw. 2019 r.).

Co ciekawe, w przypadku firm produkcyjnych Nowoczesnej Gospodarki, w III kw. wzrost zatrudnienia wyniósł 3,05 proc. (vs III kw. 2019 r.). Biorąc pod uwagę fakt, że w II kw. 2020 r. zatrudnienie w przedsiębiorstwach produkcyjnych NG wzrosło aż o 5,46 proc. (vs II kw. 2019 r.), wyraźnie widać wyhamowanie. Dotyczy to głownie dużych firm zatrudniających powyżej 500 osób. Ich wzrost wyniósł zaledwie 1,88 proc.

– Trzeci kwartał to odwrócenie tendencji z poprzedniego okresu. Sektor usług, po odblokowaniu dzięki zniesieniu lockdownu, który umożliwił firmom powrót do normalnego funkcjonowania, wykazał wyższy wzrost niż w poprzednim kwartale. Z kolei firmy produkcyjne w obawie przed drugą falą pandemii, która również stanowiłaby ryzyko kolejnego lockdownu, zabezpieczyły dość duże zapasy towarów, w związku z czym sektor produkcyjny Nowoczesnej Gospodarki w całościowym ujęciu spowolnił – dodała Anna Barbachowska.

Raport WEI: Polski rynek apteczny – kluczowe fakty i liczby

Według stanu na wrzesień 2020 roku w Polsce działało 12 312 aptek ogólnodostępnych, czyli o 1 253 mniej niż w czerwcu roku 2017 roku, gdy w życie weszła tzw. Ustawa „Apteka dla Aptekarza”. Mniej aptek to gorszy dostęp do leków i opieki farmaceutycznej dla pacjentów. Mniejsza konkurencja to z kolei gorsza jakość świadczonych usług. Warsaw Enterprise Institute przestrzega w swoim raporcie: „Polski rynek apteczny – kluczowe fakty i liczby” przed dalszym ograniczaniem konkurencyjności i pogarszaniem sytuacji w sektorze aptecznym w dobie pandemii. W sytuacji kryzysu wywołanego pandemią COVID – 19 wszelkie działania powinny być nakierowane na zwiększenie efektywności całego systemu ochrony zdrowia, ze szczególnym zwróceniem uwagi na rynek apteczny.

Nie bez znaczenia jest także jego wpływ na budżet publiczny i portfel pacjentów. Tylko w 2019 roku sieci apteczne zapłaciły łącznie ponad 1,27 mld a apteki indywidualne 0,57 mld zł podatków. Razem zasiliły więc finanse państwa kwotą prawie 1,8 mld zł. To ważny aspekt makroekonomiczny. Podobnie, co zniesienie antyrynkowych obostrzeń i ułatwienie drogi do otwierania nowych placówek, co spowoduje uwolnienie rynku i zwiększenie średniorocznych przychodów finansów publicznych do prawie 1,9 mld zł. Natomiast oszczędności pacjentów wyniosą nawet 930 mln zł rocznie w wydatkach na produkty nierefundowane (leki Rx., pełnopłatne leki OTC itp.).

WEI wskazuje także w raporcie na trzy rynkowe scenariusze: realistyczny, rynku zamkniętego i otwartego. Dwa pierwsze zakładają dalsze ograniczenia rynkowe, w tym radykalne założenie, w którego w wyniku dochodzi do likwidacji aptek sieciowych i pozostawienia jedynie aptek indywidualnych. Trzeci scenariusz zakłada zniesienie antyrynkowych obostrzeń, ułatwienie drogi do otwierania nowych placówek. W tym scenariuszu liczba aptek wraca do poziomu z roku 2017 i naturalnego nasycenia, uwzględniającego wielkości rynku, ilości recept i ilości farmaceutów. Uwolnienie rynku zwiększy średnioroczne przychody finansów publicznych do prawie 1,9 mld zł. Natomiast oszczędności pacjentów wyniosą nawet 930 mln zł rocznie w wydatkach na produkty nierefundowane (leki Rx., pełnopłatne leki OTC itp.).

Gdzie jest praca dla Ukraińców w czasie drugiej fali pandemii

Wolne miejsca pracy czekają na Ukraińców w Polsce. Gdzie można znaleźć pracę w czasie drugiej fali pandemii.

Wolne miejsca pracy czekają na Ukraińców w Polsce również w czasie drugiej fali pandemii. Największe zapotrzebowanie na migrantów zarobkowych można zaobserwować obecnie w przemyśle spożywczym, branży logistycznej i zakładach elektronicznych.

Centrum Analityczne firmy zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal dokonało analizy branż, w których Ukraińcy mogą znaleźć zatrudnienie jesienią i zimą. Dane bazują na badaniach rynku pracy i oficjalnych statystykach.

Polska gospodarka przeżywa kryzys, ale nie jest on tak głęboki, jak podczas pierwszej fali koronawirusa. Według GUS w III kwartale PKB Polski spadło o 1,6% w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku, notując jednocześnie wzrost o 7,7% w porównaniu z drugim kwartałem, czyli okresem narodowej kwarantanny. Generalnie Polska przechodzi kryzys lepiej niż Ukraina i inne kraje europejskie, gdzie średni spadek PKB wynosi 4,3%. Najlepiej radzą sobie podczas drugiej fali kryzysu przedsiębiorstwa produkcyjne.

Jesienią, w związku ze zbliżającymi się świętami Bożego Narodzenia, tradycyjnie przedsiębiorstwa spożywcze (rybne, mięsne, cukiernicze, producenci mrożonek) zwiększyły produkcję, a co za tym idzie, potrzebują więcej pracowników z Ukrainy. W branży logistycznej i magazynowej wzrost zapotrzebowania wynika ze wzrostu sprzedaży w ramach e-commerce i zamknięcia centrów handlowych. Na przełomie stycznia i lutego prognozowany jest sezonowy wzrost wielkości produkcji w przedsiębiorstwach motoryzacyjnych i zakładach elektronicznych, w których obecnie zatrudnionych jest wielu Ukraińców.

„Sytuację może zmienić pandemia. Już jednak widzimy, że przedsiębiorstwa produkcyjne znacznie lepiej radzą sobie z drugą falą koronawirusa niż pierwszą. Obecnie przedsiębiorstwa, w których zatrudnieni są Ukraińcy, funkcjonują stabilne. Także liczba wolnych miejsc pracy dla Ukraińców jest zbliżona do ubiegłorocznej, bez względu na fakt, że niektóre fabryki nieznacznie ograniczyły produkcję, obawiając się, że ich towary nie znajdą nabywców z uwagi na spadek konsumpcji. Zaskoczyło nas, że firmy stoczniowe, z którymi współpracujemy, również nie spowolniły swojej produkcji. Ich zamówienia na jachty planowane są z dwuletnim wyprzedzeniem”- powiedział Tomas Bogdevic, dyrektor generalny agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal.

Zdaniem Bogdevica trudniej jest o pracę w gastronomii i hotelarstwie, a także w branży usługowej. Restauracje i kawiarnie w Polsce działają wyłącznie na wynos, więc potrzebują mniej pracowników. Hotele z kolei, są otwarte tylko dla osób podróżujących służbowo, a polski rząd nie planuje ich ponownego otwarcia dla wszystkich na ferie zimowe do 17 stycznia.

Co nas czeka w cyberbezpieczeństwie w 2021 roku? Przewidywania eksperta Sophos

W 2021 roku cyberprzestępcy będą wykorzystywać na coraz szerszą skalę powszechnie znane, wiarygodne narzędzia, co ułatwi im poruszanie się po sieci bez wykrycia. Zmieni się też argumentacja związana z żądaniem okupu przez atakujących – nie tylko będą szyfrowali dane, ale też wykradali wrażliwe informacje i grozili ich upublicznieniem. W cyberbezpieczeństwie znajdzie też zastosowanie podejście znane z epidemiologii – eksperci będą tworzyli modele statystyczne, aby szacować realną liczbę zainfekowanych urządzeń. 

Dodatkowe wyłudzenia i początkujący hakerzy

Coraz częściej cyberprzestępcy dzielą się między sobą narzędziami. Ich łatwa dostępność na czarnym rynku sprawia, że także w nadchodzącym roku stale będzie rosła aktywność początkujących hakerów. Będą oni wykorzystywali przede wszystkim oprogramowanie umożliwiające atakowanie dużej liczby niewielkich celów. Stale udoskonalane będą techniki i narzędzia, a gdy jedno zagrożenie zniknie, w jego miejsce szybko pojawiać się będzie kolejne. Zmieni się również argumentacja związana z żądaniem okupu – coraz częściej, pdanych, atakujący wykradają bowiem wrażliwe informacje i grożą ich publikacją, jeśli ich żądania nie zostaną spełnione.

Nowe wykorzystanie botnetów

W 2021 roku konieczne będzie przykładanie większej wagi do powszechnych zagrożeń, takich jak botnety (grupa urządzeń zainfekowanych złośliwym oprogramowaniem, których działanie może być zdalnie kontrolowane przez hakera). Celem takich ataków coraz częściej staje się nie tylko wykorzystywanie mocy obliczeniowej komputerów do kopania kryptowalut czy rozsyłanie spamu, ale też m.in. zbieranie wrażliwych danych, na przykład dotyczących geolokalizacji, które później są sprzedawane na czarnym rynku. Takie incydenty mogą wydawać się nieszkodliwe, jednak grożą otwarciem całego systemu na bardziej zaawansowane zagrożenia, takie jak ransomware.

Legalne narzędzia „kryjówką” przestępców

Duże wyzwanie dla cyberbezpieczeństwa w nadchodzącym roku stanowić będzie coraz częstsze stosowanie przez przestępców powszechnie znanych, wiarygodnych narzędzi i usług sieciowych o wysokiej reputacji. Umożliwia to im poruszanie się po sieci bez wykrycia aż do momentu uruchomienia złośliwego oprogramowania. Jednocześnie utrudnia analizę incydentów, gdyż takie działania nie są automatycznie oznaczane przez rozwiązania ochronne jako zagrożenie. W procesie reagowania na incydenty wzrośnie więc rola specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa. Ich wiedza i doświadczenie będą ułatwiały wyłapywanie anomalii sugerujących podejrzaną aktywność.

Rozwój „cyfrowej epidemiologii”

Jaki procent wszystkich urządzeń jest zainfekowanych niewykrytym złośliwym oprogramowaniem? To kwestia równie trudna do oszacowania, jak procent populacji zarażonej koronawirusem. Podejście znane z epidemiologii może jednak w 2021 roku znaleźć zastosowanie także w cyberbezpieczeństwie. Eksperci będą tworzyli modele statystyczne, aby szacować ogólną liczbę infekcji urządzeń. Pozwoli to skuteczniej oceniać ryzyko powodzenia ataków, ustalać priorytety oraz rozwijać rozwiązania ochronne.

Łukasz Formaskierownik zespołu inżynierów w firmie Sophos

Wyniki Allegro komentuje Grzegorz Rudno-Rudziński (Unity Group)

Allegro miało w trzecim kwartale 2020 roku 131,7 mln zł straty netto wobec 73,4 mln zł zysku rok wcześniej. Skorygowany zysk netto za trzeci kwartał tego roku, oczyszczony o zdarzenia jednorazowe (koszty związane z IPO i refinansowaniem zadłużenia), wyniósł 147,4 mln zł (+94,6 proc. rdr).

Przychody Allegro wzrosły w trzecim kwartale o 49,7 proc. do 928,7 mln zł. Wartość sprzedanych produktów (GMV) na platformie Grupy Allegro w trzecim kwartale 2020 r. wyniosła 8.253 mln zł (+48,7 proc. rdr).

Największy udział w łącznych przychodach miał segment marketplace, czyli prowizje i opłaty pobierane od sprzedających – przychody z tego tytułu wyniosły 771,5 mln zł (+50,2 proc.). Usługi reklamowe przyniosły grupie 78,3 mln zł przychodów (+62,7 proc. rdr), a porównywarka cenowa Ceneo.pl 37,4 mln zł (+17,6 proc. rdr).

– Znakomite wyniki Allegro to ewidentny rezultat wzrostu popularności e-zakupów. Przewidywaliśmy, podobnie jak Allegro, że pikiem sprzedaży w Internecie w tym roku będzie nie grudzień, a listopad – zamknięte galerie i zaplanowane promocje przyczyniły się do tego wzrostu. Na liczby obrazujące ostatni kwartał przyjdzie nam poczekać, ale odwołując się do zeszłorocznych danych był to dla wielu klientów czas, w którym zrealizowali ok. 25% obrotów rocznych w online – w tym roku będzie podobnie lub lepiej. Największa polska platforma sprzedażowa jest skupiona na B2C, ale wciąż integruje powiązane kanały i usługi. Nie dziwi zatem, że Allegro stanęło do walki o ostatnią milę kontaktu z klientem, co dziś  oznacza paczkomaty. W tej bitwie zmierzy się z gigantami: chińskim AliExpress, amerykańskim Amazonem oraz dzisiejszym liderem InPostem, który sam wchodząc na giełdę, może stać się przedmiotem przejęcia. Własna logistyka pozwala na niezależność, pełniejsze poznania własnego klienta i w przyszłości daje możliwości lepszego użycia sztucznej inteligencji do zrozumienia całości zachowań klienta i optymalizacji marży. Równolegle jednak obserwujemy coraz silniejsze firmy w segmencie B2B. Dla przykładu próba powtórzenia modelu biznesowego B2B przez MerXu pokazuje, że rynek e-commerce B2B doszedł do skali obrotów, w którym jest interesujący. W Unity Group także obserwujemy coraz większe inwestycje naszych klientów w ten obszar – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński, Managing Partner, Unity Group.

Koszty eksploatacyjne w czasie pandemii

Pandemia Covid-19 wymusiła na niektórych najemcach i właścicielach budynków biurowych konieczność poszukania oszczędności. W centrum zainteresowania znalazły się m.in. koszty eksploatacyjne. Czy słusznie?

Obok czynszu koszty eksploatacyjne stanowią dla najemców znaczący element ponoszonych wydatków za wynajem powierzchni. Dzieje się tak z powodu ich stałego wzrostu, ale też ze względu na coraz większy udział w całości kosztów ponoszonych przez najemców. Często zdarza się, że decyzja o wynajmie biura lub lokalu usługowo-handlowego w danej nieruchomości uzależniona jest od wysokości opłaty eksploatacyjnej, ponieważ stawki czynszu kształtowane przez mechanizmy rynkowe popytu i podaży są względnie wyrównane.

„Od początku trwania pandemii widzimy bardzo duże zainteresowanie na rynku nieruchomości komercyjnych tematyką obniżenia kosztów eksploatacyjnych. Najlepszym potwierdzeniem tego są liczne zapytania, które dostajemy od najemców. Oczekują oni redukcji kosztów eksploatacyjnych ze względu na pracę zdalną. Wielu najemców uważa, że tzw. lockdown wpłynął na obniżenia kosztów utrzymania nieruchomości. Rzeczywistość jest niestety inna, bo żaden z budynków nie został całkowicie zamknięty, a co za tym idzie musiał być standardowo obsługiwany” – powiedziała Magdalena Oksańska, Head of Property Management Compliance w Knight Frank.

Niektórzy właściciele budynków biurowych musieli zwiększyć zakres i częstotliwość wykonywanej pracy przez serwisy sprzątające. Najczęściej dotykane powierzchnie, np. klamki, przyciski w windach czy barierki, dezynfekowane są znacznie częściej niż miało to miejsce przed wybuchem pandemii. Dodatkowo wzrosły ceny środków czystości, do których zaliczane są środki do dezynfekcji powierzchni. W razie wystąpienia potwierdzonego przypadku Covid-19 w nieruchomości profesjonalne firmy dezynfekują powierzchnię nieruchomości poprzez tzw. zamgławianie.

„Niestety rozczaruję większość najemców, ponieważ koszty eksploatacyjne w czasie pandemii nie ulegną znacznej obniżce. Wynika to z faktu, że biurowce cały czas w pełni funkcjonują, część najemców pracuje w biurze i nawet jeśli w ograniczonym zakresie, to niektóre instalacje pracują pełną parą.” – wyjaśnia Magdalena Oksańska.

Gdzie możemy szukać oszczędności?

„Koszty eksploatacyjne z pewnością będą różniły się pomiędzy obiektami. Wynika to z zależności w jakim stopniu najemcy wykorzystują swoje biura. Obserwujemy, że niektóre budynki biurowe od marca wykorzystywane są w 20%, a inne w większym, np. 80%. To właśnie ilość użytkowników będzie miała kluczowy wpływ na zużycie mediów (energii elektrycznej i wody). W kwietniu i maju faktycznie zauważyliśmy niższe zużycie wody, ale w jednych obiektach było to o mniej więcej 20%, a w niektórych aż o 50%. Należy wziąć pod uwagę, że z jednej strony jest mniej użytkowników w obiektach, ale z drugiej bardziej dbamy o higienę, a zatem zużywamy więcej wody w stosunku do tego co było przed pandemią. Pomimo znacznie wyższej ceny energii w 2020 roku w stosunku do roku poprzedniego koszt ostatecznie może być podobny ze względu na znacznie niższe zużycie” – dodaje Magdalena Oksańska.

W wybranych budynkach biurowych mogły ulec też zmniejszeniu koszty ochrony, pomimo minimalnego wzrostu wynagrodzenia i stawki godzinowej. Działo się to w sytuacji, gdy możliwe było zmniejszenie zespołu chroniącego, np. zewnętrznych obchodowych, czy też kontrolujących parking.

Niższe koszty w miesiącach, w których wielu najemców pracuje zdalnie będą dotyczyły także wywozu odpadów. W marcu, kwietniu i maju wiele samorządów umożliwiło skorygowanie deklaracji dotyczącej wywozu odpadów do wymaganego minimum, co pozwoliło ograniczyć koszty. Od września obowiązują nowe przepisy i odpady przekazywane są już bezpośrednio wybranym firmom a nie jak było wcześniej miastu, co pozwoliło na zoptymalizowanie tych kosztów” – komentuje Magdalena Oksańska.

Ciężko w chwili obecnej jest jednoznacznie prognozować o ile zmniejszą się koszty eksploatacyjne w czasie pandemii Covid-19. Jest to kwestia indywidualna i bardzo dużo zależy od tego w jakim stopniu najemcy wykorzystują swoje biura. Ważna jest kontrola kosztów, a dokładniej sprawdzenie, czy są rozliczane zgodnie z zapisami umowy najmu oraz po stawkach rynkowych.

Metodologia badania

Analizując koszty i opłaty eksploatacyjne eksperci Knight Frank dysponują zarówno danymi z nieruchomości zarządzanych, jak i z innych budynków biurowych z Warszawy i miast regionalnych, które są zbierane regularnie od 2011 roku.

Leczenie COVID-19 – spotkanie ekspertów i przegląd najskuteczniejszych terapii w oparciu o najnowsze publikacje naukowe

Prezes Agencji Badań Medycznych dr Radosław Sierpiński w porozumieniu z Ministrem Zdrowia dr Adamem Niedzielskim, w celu monitorowania obecnej sytuacji dotyczącej skuteczności leczenia COVID-19, zwołał kolejne spotkanie z krajowymi ekspertami, w ramach którego omówione zostały najnowsze wyniki badań oraz ich wpływ na dalsze leczenie chorych z COVID-19. W spotkaniu uczestniczyli: prof. Andrzej Horban – główny doradca premiera do spraw COVID-19, prof. Krzysztof Tomasiewicz –  kierownik Katedry i Kliniki Chorób Zakaźnych UM w Lublinie oraz prof. Robert Flisiak – Prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych.

W ramach dyskusji prof. Krzysztof Tomasiewicz, odniósł się do badania zaprezentowane na łamach „New England Journal of Medicine„, które jak podkreślił wpisują się w nurt prac, które jednoznacznie nie rozstrzygają o skuteczności wykorzystania osocza ozdrowieńców w leczeniu chorych zakażonych wirusem SARS-CoV-2. Osocze, podawane w ramach badania dr Ventura Simononovich’a charakteryzowało się dużą rozbieżnością przeciwciał, co może mieć znaczący wpływ na wyniki końcowe. Ponadto, analiza statystyczna, oparta na tak małej grupie uczestników może prowadzić do niedoskonałych wniosków.

W podobnym tonie, najnowsze doniesienia skomentował prof. Robert Flisiak, dotychczas wszystkie publikacje dotyczące wykorzystania osocza ozdrowieńców w leczeniu chorych z COVID-19 nie dawały stu procentowego potwierdzenia, ale też nie zanegowały z całą pewnością skuteczności wykorzystywania tej terapii, w związku z czym publikacja argentyńskich badaczy nie dodaje merytorycznie nic nowego. Jednocześnie prof. Flisiak podkreśla istotę wspomagającego podania osocza u pacjentów we właściwym momencie terapii. Wyniki te potwierdzają wnioski z rejestru SARS-ter, prowadzonego przez Polskie Towarzystwo Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, które ma szansę uzyskać dofinansowanie Agencji Badań Medycznych i może stanowić krajowy rejestr terapii covidowych w Polsce.

Na ostateczne wyniki badań, które będą w stanie z całą pewnością potwierdzić skuteczność wykorzystania osocza ozdrowieńców w leczeniu COVID-19 lub jej brak będziemy musieli jeszcze poczekać – komentuje prof. Andrzej Horban.

Jak podsumowali zgodnie zebrani eksperci, leczenie remdesivirem i osoczem ozdrowieńców nadal wydają się metodami, które powinny być uwzględnione w standardzie leczenia COVID-19, przy jednoczesnej bieżącej weryfikacji badań w tym zakresie.

Mocna innowacyjna trzydziestka

Ponad 192 mln zł z Funduszy Europejskich pomoże zespołom polskich naukowców i przedsiębiorców w realizacji 30 nowatorskich projektów z różnych dziedzin. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju rozstrzygnęło siódmy konkurs „Projekty aplikacyjne”.

Pierwotnie budżet konkursu wynosił 100 mln zł. Jednak ze względu na wysoki poziom projektów konieczne okazało się niemal dwukrotne jego zwiększenie. Źródłem finansowania są środki z Funduszy Europejskich, z Programu Inteligentny Rozwój.

W konkursie „Projekty aplikacyjne”, podobnie jak we flagowej „Szybkiej Ścieżce” NCBR, nie ma ograniczeń tematycznych, poza wymogiem wpisywania się w co najmniej jedną Krajową Inteligentną Specjalizację.

W siódmej edycji wpłynęło aż 85 wniosków z bardzo wielu dziedzin. Do dofinansowania eksperci wybrali 30 projektów.

– Dalekosiężny cel naszej inicjatywy to znaczące zwiększenie skali wykorzystania nowych rozwiązań technologicznych koniecznych dla rozwoju polskich przedsiębiorstw – co zarazem pomoże poprawić ich konkurencyjność. Projekty wyłonione w konkursie pokazują, że ich autorzy, a więc naukowcy i przedsiębiorcy, nie tylko potrafią ze sobą skutecznie współpracować i doskonale znają najnowsze trendy w swoich obszarach, ale także chcą mieć swój konkretny udział w rynku. Dla ekspertów, którzy oceniali między innymi, czy zgłoszone pomysły mają ten potencjał wdrożeniowy i czy znajdą klientów, to zawsze ogromna satysfakcja, gdy w konkursie napływają wnioski na tak dobrym poziomie – mówi Przemysław Kurczewski, zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Od pomysłu do przemysłu

Najwyższą punktację w konkursie otrzymał projekt „Rozwój przedkliniczny przeciwciał monoklonalnych do diagnostyki i terapii psich nowotworów hematologicznych”, złożony przez konsorcjum w składzie: Instytut Immunologii i Terapii Doświadczalnej im. Ludwika Hirszfelda Polskiej Akademii Nauk, Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu oraz przedsiębiorstwo Vet Planet Sp. z o.o. W tym przypadku rekomendowana kwota dofinansowania to około 2,3 mln zł.

Eksperci wysoko ocenili również pomysł na samoobsługową myjnię bezdotykową z kompaktowym systemem odzyskiwania i oszczędzania wody i energii. Jej zaprojektowania podejmie się Politechnika Lubelska we współpracy z firmą Tixewash Polska Danuta Alchimowicz Spółka Jawna. Z kolei Sieć Badawcza Łukasiewicz – Instytut Ciężkiej Syntezy Organicznej „Blachownia” wraz z Orlen Oil Sp. z o.o. zamierza się skupić na polepszaniu właściwości eksploatacyjnych przemysłowych środków smarowych za pomocą nanododatków. Innowacyjną technologię wytwarzania nanokomponentów Re z odpadów pochodzących z recyklingu przygotują zaś Sieć Badawcza Łukasiewicz – Instytut Metali Nieżelaznych i Zakład Działalności Innowacyjnej „INNOVATOR” Sp. z o.o.

Na blisko 14 mln zł dofinansowania może liczyć projekt opracowania immunologicznych preparatów do profilaktyki i leczenia stanów zapalnych wymienia krów (mastitis), mających stanowić alternatywę dla konwencjonalnych chemioterapeutyków i antybiotyków. Do jego realizacji są gotowe przystąpić Zakład Badawczo-Wdrożeniowy Ośrodka Salmonella IMMUNOLAB Sp. z o.o. oraz Instytut Rozrodu Zwierząt i Badań Żywności Polskiej Akademii Nauk.

Najwyższa rekomendowana kwota dofinansowania – około 15,5 mln zł – dotyczy projektu, w wyniku którego ma powstać opatrunek wchłanialny „na bazie aktywnego tropokolagenu egzogennego ze skór rybich z dodatkiem zmodyfikowanych nanoproszków węgla”. Za tym przedsięwzięciem stoją Politechnika Łódzka, Sancoll sp. z o.o. i Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Wnioskodawcy będą się też przygotowywać m.in. do realizacji takich projektów, jak: „Eko-efektywny wielopaliwowy układ napędowy z ogniwem wodorowym w jednostce pływającej typu katamaran”, „Wykorzystanie środowiska wirtualnej rzeczywistości w systemie szkolenia pracowników handlingu w zakresie obsługi towarów przewożonych drogą powietrzną” czy „Opracowanie systemu szybkiego genotypowania próbek biologicznych dla celów kryminalistycznych – ForenSNP”.

Ponadto w efekcie prac B+R mają powstać czujniki do pomiarów ekstremalnych ciśnień, nowatorska technologia produkcji substratu i nawozów z krajowych surowców do produkcji sadzonek drzew leśnych oraz inteligentny i bezobsługowy system stabilizacji pracy dystrybucyjnych sieci elektroenergetycznych w oparciu o modułowe instalacje wodorowego bufora energetycznego z perspektywą użytkowego wykorzystania wodoru. Praktyczne zastosowanie ma szansę znaleźć także system monitoringu i analizy zdarzeń pozwalający na podniesienie bezpieczeństwa na przejazdach kolejowych kategorii D, a przy tym identyfikujący przestrzeganie obowiązujących przepisów ruchu drogowego.

Silny impuls rozwojowy

Program „Projekty aplikacyjne” cieszy się niezmiennie dużym zainteresowaniem innowatorów. W dotychczas zrealizowanych sześciu konkursach dofinansowanie uzyskało około 140 projektów.

W siódmym konkursie wnioski mogły zgłaszać wyłącznie konsorcja naukowo-przemysłowe składające się maksymalnie z pięciu podmiotów, w tym co najmniej jednego przedsiębiorstwa i co najmniej jednej jednostki naukowej. Liderem takiego konsorcjum może być jednostka naukowa albo przedsiębiorstwo. Projekty muszą być realizowane poza województwem mazowieckim (kategoria regionów słabiej rozwiniętych). Powinny obejmować realizację zarówno badań przemysłowych, jak i eksperymentalnych prac rozwojowych lub wyłącznie tych ostatnich. Elementem projektu mogą być również prace przedwdrożeniowe.

– Nabór wniosków w konkursie prowadziliśmy w lipcu br. Po raz kolejny okazuje się, że nawet epidemia COVID-19 nie jest w stanie wyhamować innowacji, i to w różnych dziedzinach, począwszy od medycyny i biotechnologii, poprzez chemię, ochronę środowiska i energetykę odnawialną, aż po sztuczną inteligencję czy nowoczesne technologie materiałowe. Innowacje pokonują wszelkie bariery. Ich twórcy, polscy przedsiębiorcy i naukowcy, potrafią zawalczyć o sukces swoich przedsięwzięć, a my nadal jesteśmy gotowi im w tym pomagać – deklaruje Przemysław Kurczewski, zastępca dyrektora NCBR.