Turcja broni liry i podwyższa stopy procentowe

Lira ma za sobą bardzo dobry listopad, problem w tym, że to jeden z niewielu dobrych miesięcy w tym roku. To pozwala spojrzeć na ten wynik zupełnie inaczej. Musiałoby się jeszcze wiele wydarzyć, by turecka waluta wróciła do poziomów sprzed pandemii.

Rynek budowlany w USA

Wczorajsze dane z rynku nieruchomości w USA nie wskazują na problemy gospodarcze. Ruszyło 1,53 mln budów domów, to na ogół dobry wynik w normalnych warunkach, a teraz był jeszcze wyraźnie wyższy od oczekiwań. Dane te są o tyle ważne z symbolicznego punktu widzenia, że poprzedni kryzys gospodarczy USA wziął się właśnie z załamania na rynku nieruchomości. Z tego powodu przykładana jest wyższa (niż można by uznać za właściwą) waga do tych danych.

Płace w Polsce

Zatrudnienie w Polsce spada w tym roku, ale płace rosną. W ciągu roku zatrudnienie spadło o 1%, co patrząc na inne gospodarki i na to, ile w poprzednich latach osób pracowało w Polsce, jest wciąż bardzo solidnym wynikiem. Warto jednak zwrócić uwagę, że pomimo kryzysu w górę idą cały czas wynagrodzenia. Średnia pensja zbliża się bardzo mocno do 5500 zł brutto, obecnie wynosi 5489 zł. Jest to wzrost w ujęciu rocznym o 4,7%. Wiadomo, przed pandemią wzrosty wynosiły około 7%, ale to dalej zdecydowanie szybciej niż inflacja.

Turcja zmienia stopy procentowe

Dzisiaj zgodnie z oczekiwaniami Turcja dokonała podwyżek stóp procentowych. Ruch jest znaczny, ale jak słusznie zauważają analitycy proporcjonalny do problemów, jakie ma tamtejsza waluta. Główna stopa procentowa wzrosła o imponujące 4,75% (z 10,25% do 15%). Pamiętając niechęć prezydenta Erdogana do podwyżek stóp procentowych, najprawdopodobniej opcja bardziej stopniowych zmian nie wchodziła w rachubę. Od początku listopada lira turecka umacnia się jednak gwałtownie względem euro. Z drugiej strony sam fakt umocnienia o 10% i kolejny 1% po decyzji, nie robi takiego wrażenia, jak ponad 50% strat wartości w ciągu roku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Firmy nie potrzebują influencerów. Pracownik to najlepsza wizytówka pracodawcy

Opinie pracowników w mediach społecznościowych o swojej firmie to jedno z najbardziej wiarygodnych źródeł informacji o pracodawcy. Posty pracowników dotyczące organizacji to także magnes dla partnerów biznesowych i kandydatów do pracy – szacuje się, że osiem na dziesięć osób ufa rekomendacjom szeregowych pracowników, a nie ich szefom. To powód, by starania o wizerunek zacząć od środka firmy.

Tak twierdzi zespół naukowców i praktyków w obszarze marketingu i HR – prof. Grzegorz Mazurek i dr hab. Paweł Korzyński z Akademii Leona Koźmińskiego, oraz prof. Michael Haenlein z ESCP Business School. W artykule na łamach „European Management Journal” badacze, na podstawie wyników własnych badań pt. „Budowanie marki poprzez aktywność pracowników w mediach społecznościowych”, analizują rolę pracowników we wspieraniu działań firm w social mediach.

– Wielu szefów zastanawia się, jak można doprowadzić do sytuacji, gdy pracownicy będą sami z siebie dobrze mówić o firmie poza pracą. Tymczasem popularne również w Polsce zjawisko „employee advocacy”, czyli rzecznictwo pracowników, polegające na uczynieniu ich ambasadorami firmy, wchodzi na nowy poziom i obejmuje również obszar mediów społecznościowych – mówi prof. Paweł Korzyński, kierownik projektu badawczego.

Postawione hipotezy badacze zweryfikowali na grupie prawie 100 pracowników naukowych z 19 krajów, którzy w ciągu ostatnich lat publikowali artykuły w 50 renomowanych czasopismach według rankingu Financial Times. – Uważamy, że te osoby pełnią funkcje reprezentantów uczelni w jej relacjach interesariuszami. Dzięki temu mają największy wpływ na sposób, w jaki otoczenie postrzega instytucje, w których pracują. Badania potwierdzają, że pracownicy naukowi chętnie angażują się w komunikację o marce pracodawcy w mediach społecznościowych, gdzie często są osobami „pierwszego kontaktu”, np. dla studentów – tłumaczy Korzyński.

Dobrowolna promocja to wiarygodna promocja

Autorzy badania piszą, że wraz z rozwojem rzecznictwa pracowników rośnie świadomość, iż mogą oni przynieść firmie więcej korzyści niż chociażby kampanie wizerunkowe. – Dobrowolna promocja organizacji przez ludzi, którzy w niej pracują, jest przede wszystkim wiarygodna. Badania pokazują, że szeregowi pracownicy cieszą się 8 razy większym zaufaniem niż dyrektorzy, również wewnątrz samej firmy – przekonuje Korzyński.

Firmy mają sposoby, by przekonywać personel do publikowania pozytywnych treści na temat działalności marki. To często specjalne programy, które zapewniają system nagród dla najbardziej zaangażowanych pracowników. – Jednak wyniki naszego projektu wyraźnie wskazują, że aby ludzie robili to dobrowolnie i czerpali satysfakcję, trzeba m.in. włączać ich w procesy decyzyjne, budować relację opartą na zaufaniu, a także zapewniać poczucie sprawczości i realnego wpływu na przyszłość organizacji – podkreśla profesor.

Inicjatywa w rękach pracowników

Jednocześnie eksperci przestrzegają menadżerów, że ich intensywne działania mogą przynieść więcej szkody niż pożytku dla umocnienia wizerunku firmy. Badania wskazują, że za dużo firmowych treści może zaszkodzić kreowaniu zaangażowania personelu. – Jeżeli w wyniku takiej komunikacji czujemy się wręcz „zobligowani” do zamieszczania postów na swoich profilach, to postrzegamy naciski jako zbędną kontrolę, której nie chcemy doświadczać. Idealna sytuacja jest taka, gdy pracodawca pozostawia pracownikom swobodę, tak aby sami wychodzili z inicjatywą, a ich działania były autentyczne. Jednocześnie szef może podtrzymywać ten entuzjazm oraz pokazywać, że docenia zespół za wysiłek wkładany w budowanie marki. Tutaj chodzi o dobrą zabawę – wyjaśnia badacz.

Być albo nie być… ambasadorem marki?

Badacze stwierdzają, że pracownicy stanowią ważne ogniwo w procesie umacniania marki korporacyjnej w mediach społecznościowych. Efekty uzyskane dzięki dobrze przemyślanym programom employee advocacy potwierdzają tezę, że największym kapitałem firmy są pracownicy.

– Zamiast tworzyć kosztowne reklamy lub angażować do promocji liderów opinii, wystarczy rozejrzeć się dookoła i zadać sobie pytanie, którzy członkowie zespołu mogliby zostać ambasadorami marki.

Z naszych analiz wynika, że najlepiej w tej roli sprawdzi się osoba z rozbudowaną i różnorodną siecią kontaktów w mediach społecznościowych, dzięki czemu istnieje większe prawdopodobieństwo interakcji z potencjalnymi interesariuszami firmy. Po drugie, musi być ona na bieżąco z aktualnymi wydarzeniami i interesować się działalnością firmy jako całości, np. poprzez obserwowanie profili społecznościowych, uczestniczenie w dyskusjach pod postami i wchodzenie w interakcję z tymi treściami za pomocą różnych przycisków reakcji – wymienia profesor.

Według naukowców, z jednej strony wyniki projektu mogą być wskazówką dla kierowników działów marketingu i HR, którzy chcą skuteczniej wykorzystywać potencjał mediów społecznościowych.

– Jednak z drugiej strony ta wiedza może się przydać również małym firmom, które ze względu na brak wielkich budżetów na działania promocyjne powinny myśleć o budowaniu siły swojej marki w sieci poprzez rzecznictwo pracowników w social mediach – twierdzi Korzyński.

Przykłady skutecznych działań employee advocacy na międzynarodowym rynku

  • Dell

    Firma Dell w 2015 roku uruchomiła program ambasadorów wśród pracowników. Wystarczyły dwa lata, by udostępnili oni w sieci 150 000 tys. różnych treści na temat pracodawcy. Osoby zatrudnione w firmie dotarły tym samym do 1,2 mln osób, a to przełożyło się na 45 000 odwiedzin witryny producenta komputerów.

    Sukces programu był tak znaczący, że nowe rekrutacje pękały w szwach. Do polowy 2015 roku program ambasadorów zgromadził 10 tys. chętnych. Firma daje także możliwość publikowania w sieci z firmowego konta. Wtedy to pracownicy decydują, co może być interesujące dla klientów.

  • Adobe

    Firma Adobe zaproponowała swoim pracownikom zaprojektowanie koszulek, które ilustrują jak się pracuje w tej organizacji. Zaangażowanie pracowników sprawiło, że koszulki wyprzedały się na pniu w ciągu kilku dni. W ramach akcji #AdobeLife, w sieci działa też hashtag, pod którym pracownicy udostępniają swoje treści o firmie.

 

  • OsloMet

    Na OsloMet, trzecim co do wielkości uniwersytecie w Norwegii to studenci i pracownicy uczelni są jej influencerami. Facebookowy profil uczelni, który obserwuje 30 tys osób miał znacznie mniejsze zasięgi niż 15 indywidualnych postów ambasadorów.
  • Vodafone

    Wśród dużych firm, które wdrożyły programy „employee advocacy”, Vodafone wyróżnia się proaktywnym tworzeniem treści korporacyjnych, które można udostępniać. Go Social, program Vodafone UK, proponuje swoim pracownikom szeroki zakres treści na blogu grupy. Można je udostępniać w mediach społecznościowych, a pracownicy mogą przesyłać własne treści do ogólnodostępnej platformy Go Social. Trafiają one na oficjalny profil firmy po zatwierdzeniu przez administratorów.
  • Reebok

    Reebok stosuje podobne dwukierunkowe podejście – firma produkująca odzież sportową tworzy artykuły i posty na blogach, które udostępnia pracownikom w celu zamieszczania na swoich profilach społecznościowych. Treści tworzone przez pracowników trafiają na firmowe kanały społecznościowe.

Polski Holding Ochrony: wstrzymać podwyżkę stawki minimalnej

O wstrzymanie wprowadzenia nowej wysokości minimalnej stawki godzinowej i płacy miesięcznej na 2021 rok – zwraca się do premiera Mateusza Morawieckiego w imieniu firm branży security Polski Holding Ochrony. Powód: brak lub znaczne ograniczenie wpływów u takich przedsiębiorstw, przez co pozbawione są one dziś możliwości regulowania zobowiązań w takim kształcie jak przed pandemią. Z uwagi na lockdown dla wielu zleceniodawców z gastronomii, biur czy handlu, usługi ochrony w dotychczasowym rozmiarze stały się po prostu zbędne – uważa Polski Holding Ochrony i ostrzega, że wprowadzenie wyższej stawki minimalnej bez uwzględnienia obecnych okoliczności, a więc niejako „w ciemno”, skutkować może też koniecznością zwolnień pracowników i zwiększeniem bezrobocia.

Wywołany pandemią kryzys pozbawił wiele zajmujących się ochroną osób i mienia przedsiębiorstw wpływów. Klienci z każdej niemal branży albo wycofali się w ogóle ze współpracy z firmami sektora ochrony albo znacznie ją ograniczyli. Np. w handlu czy gastronomii ochrona w dotychczasowym rozmiarze jest po prostu zbędna, a sami zleceniodawcy też każdego dnia dostają mocno po kieszeni, poszukując wszędzie oszczędności.

– W obliczu ostatnich ograniczeń i zamykania kolejnych branż, a jak też słyszymy – możliwości całkowitego lockdown na terenie kraju, apelujemy o wstrzymanie wykonania ostatniego rozporządzenia dotyczącego minimalnej stawki godzinowej i płacy miesięcznej na 2021 rok – mówi Sławomir Wagner – przewodniczący Rady Nadzorczej Polskiego Holdingu Ochrony.

Rząd co roku waloryzuje płacę minimalną, a co za tym idzie, minimalną stawkę godzinową, po uzgodnieniach w ramach Rady Dialogu Społecznego. W tym roku, na skutek nie dojścia do porozumienia pomiędzy członkami RDS i rządem, rządowa propozycja dotycząca wysokości minimalnego dopuszczalnego wynagrodzenia na 2021 rok stała się obowiązującą. Publikacja stosownego rozporządzenia Rady Ministrów miała miejsce 16 września.

Od 1 stycznia 2021 r płaca minimalna wzrośnie do 2800 zł, a minimalna stawka godzinowa – do 18,30 zł. W wywołanym przez pandemię kryzysie, a w szczególności podczas faktycznego lockdownu, gdy wiele korzystających z usług ochrony branż de facto nie funkcjonuje, podwyżka ta, jak twierdzi Sławomir Wagner, znowu przyprawi o zawrót głowy właścicieli i zarządzających firm sektora security. Jak wskazuje, branża ochrony jest całkowicie uzależniona od sytuacji ekonomicznej swoich kontrahentów, a w obecnym stanie rzeczy ograniczenie lub całkowite wstrzymanie ich działalności przekłada się wprost na realizację przez nie kontraktów. Wiele z nich jest dziś przez zleceniodawców rozwiązywanych lub ograniczanych do niezbędnego minimum.

– Tak jak dla nas, tak i dla naszych kontrahentów, każda zmiana kosztów zatrudnienia, przy braku możliwości pełnego prowadzenia działalności i efektywnego wykorzystania posiadanych środków oraz potencjału naszych pracowników, powoduje po prostu brak wpływów, a przez to – zwolnienia i nakłada dodatkowe koszty na tzw. odprawy. Staliśmy się zatem elementem „efektu domina”, który po upadku jednej jego kostki, kładzie kolejne. I nic tu nie pomogą kolejne tarcze – zwraca uwagę Sławomir Wagner. W takiej sytuacji firmy z branży security czeka, jego zdaniem, jak najszybsze wystąpienie do klientów, by w drodze negocjacji przekonać ich do podwyższenia obecnych stawek kontraktowych, co i tak dzieje się już od paru lat, a konkretnie od 2016 roku.

– Wprowadzenie po raz pierwszy minimalnej stawki godzinowej doprowadziło, z powodu braku akceptacji ze strony klientów podwyższenia ceny usług, do rozwiązania od 10 do 15 procent trwających umów. Zawsze równoznaczne jest to ze zwolnieniami pracowników, którzy je bezpośrednio wykonywali, a dziś zagrożenie to, i to w większej niż przy poprzednich podwyżkach skali, jest znacznie poważniejsze. Byłby to dramat dla nich samych, ich rodzin oraz firm, w których są zatrudnieni, bowiem to oni właśnie stanowią największą wartość na rynku tych usług – konstatuje Sławomir Wagner, przyznając jednocześnie, że część kontraktów była „ratowana” przez zmianę formy ochrony: z bezpośredniej fizycznej na zabezpieczenia techniczne, a konkretnie na systemy alarmowe i telewizję dozorową. Dodatkowym kłopotem jest brak równowagi między zleceniodawcami i zleceniobiorcami usług. W sektorze ochrony jest to najbardziej widoczne przy kontraktach, gdzie zleceniodawcą jest podmiot publiczny.

– Wszystkie zmiany wprowadzane przez rząd w systemie wynagradzania pracowników i systemie ubezpieczeń społecznych są obligatoryjne dla przedsiębiorców i skutkują ich bezwzględnym wprowadzeniem w swoich firmach – zauważa Sławomir Wagner. Jak wskazuje, ustawa Prawo zamówień publicznych, po kolejnych jej nowelizacjach, wprowadziła natomiast fakultatywny zapis mówiący o możliwości przystąpienia do negocjacji kontraktów przez zleceniodawców z sektora publicznego w przypadku zmiany minimalnego wynagrodzenia, w tym stawki godzinowej, zmiany systemu ubezpieczeń społecznych i podatku VAT.

– Powstała zatem kuriozalna sytuacja, w której wykonawcy i zamawiający usługi ochrony stoją na dwóch różnych biegunach. Kontrahenci firm ochrony mogą jedynie przystąpić do negocjacji kontraktu w wyniku wprowadzanych zmian, ale wcale nie muszą zgodzić się na nowe proponowane stawki. Niejednokrotnie padały z ich ust do realizujących usługi ochrony firm stwierdzenia, że „nie jest to ich problem, a wasz”. Natomiast my, pod rygorem sankcji karnych przewidzianych we wprowadzanych aktach prawnych, jesteśmy przymuszeni do zastosowania zmieniających się co rocznie stawek minimalnego wynagrodzenia i minimalnej stawki godzinowej – tak brak symetrii miedzy zleceniodawcami a zleceniobiorcami usług ochrony opisuje Sławomir Wagner z Polskiego Holdingu Ochrony. Dotyczy to też kontraktów w sektorze prywatnym, gdzie klienci wcale nie są skorzy do corocznych renegocjacji umów. Już w ubiegłych latach można było zauważyć coraz większą ich chęć do ograniczania składów osobowych na danej zmianie, a zamiast tego – większy udział rozwiązań technologicznych np. monitoringu wizyjnego.

– Można się spodziewać, że i tym razem sytuacja się powtórzy, być może w formie nawet katastrofalnej, gdyż nakłada się dziś na to pandemia COVID 19. Klienci nie będą bowiem skorzy już w ogóle do jakichkolwiek podwyżek stawek kontraktowych, tym bardziej, że sami potracili kontrakty, ograniczyli produkcję lub świadczone usługi z powodu pandemii – zauważa Sławomir Wagner, który ma jednak nadzieję, że mimo sytuacji, w jakiej wszyscy się znaleźliśmy, skala zwolnień w firmach ochrony ograniczy się do maksymalnie 5%. – Tam, gdzie jeszcze to możliwe, firmy ochrony, aby nie tracić klienta, będą proponować najnowsze rozwiązania technologiczne z zakresu zabezpieczeń, a segment ten w branży ochrony rozwija się obecnie w tempie ok. 15-20% rocznie, na co nie wątpliwie wpływ ma coroczna zmiana stawki godzinowej, a obecnie również pandemia COVID 19 – prognozuje Sławomir Wagner.

Jego zdaniem sytuacja na polskim rynku jest równie nieciekawa jak wiosną.
– Podczas pierwszego lockdownu obroty w branży spadły r/r o kilkanaście procent, teraz można mówić o nawet 30-procentowym spadku. W pewnym stopniu zajmujące się ochroną firmy ratuje przechodzenie na rozwiązania technologiczne, ponieważ można z nich wypracować większy zysk. Najwięcej tracą więc te, które świadczą wyłącznie tradycyjną – bezpośrednią ochronę fizyczną. Pandemia przyspieszyła proces cyfryzacji, ale on postępuje w naszej branży już od kilku lat, odkąd oskładkowano umowy zlecenia oraz wprowadzono minimalną stawkę godzinową, przez co nawet kilkukrotnie wzrosły koszty zatrudnienia – tak sytuację na polskim rynku ochrony opisuje Sławomir Wagner, który oprócz kierowania Radą Nadzorczą Polskiego Holdingu Ochrony, jest honorowym prezesem Polskiej Izby Ochrony – jako jej współzałożyciel i były, długoletni, prezes.

Uważa więc, że wprowadzenie rewaloryzowanej stawki należy odłożyć na lepszy czas.
– Proponujemy, aby to rozporządzenie zaczęło obowiązywać z chwilą zdecydowanego wyhamowania pandemii w Polsce i powrotu wszystkich branż gospodarki do pełnej możliwości wykorzystania swojego potencjału produkcyjnego i usługowego – uważa Sławomir Wagner.

Rynek usług ochrony w Polsce do 2016 szacowany był na ok. 350 tys. pracowników. Po kolejnych zawirowaniach związanych z ozusowaniem umów cywilno-prawnych i wprowadzeniu, corocznie waloryzowanej, minimalnej stawki godzinowej liczy obecnie ponad 200 tys. pracowników. Uważa się go w dalszym ciągu za jeden z najliczniejszych segmentów usługowych. Dziś miesięczna płaca minimalna wynosi 2600 złotych, zaś minimalna stawka godzinowa – 17 złotych.

ATAL: wyniki finansowe za 3 kw. 2020 r.

ATAL – ogólnopolski deweloper – od stycznia do września bieżącego roku, po wydaniu 1 783 lokali, wygenerował skonsolidowane przychody na poziomie 671,1 mln zł, co oznacza wzrost 160% rok do roku. W tym samym okresie sprawozdawczym spółka wypracowała 82,4 mln zł zysku netto przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej

Marża brutto ze sprzedaży od stycznia do września 2020 r. wyniosła 19,7%, natomiast marża netto w tym okresie to 12,3%. W samym III kwartale b.r. marża ze sprzedaży wzrosła do 22,5%, a marża netto do 14,5%.

Bardzo satysfakcjonujący – zważywszy na sytuację, jaką mamy obecnie – wynik sprzedaży oraz wysoka liczba przekazań sprawiają, że spółka notuje wysokie przychody. Ponadto osiągnięta kontraktacja mieszkań pozwala nam zabezpieczyć odpowiedni poziom przekazań w nadchodzących okresach sprawozdawczych. Skupiamy się aktualnie na utrzymywaniu ciągłości realizacji wszystkich projektów deweloperskich, co pozwoli nam na niezakłócone działanie także w przyszłych okresach mówi Zbigniew Juroszek, prezes ATAL.

Spółka od stycznia do września 2020 roku przekazała 1 783 lokale, czyli o blisko 63% więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

ATAL od stycznia do września 2020 roku zawarł  2083 umowy deweloperskie i przedwstępne.  W samym tylko III kwartale Spółka zawarła 801 umów deweloperskich i przedwstępnych. To o 16% więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Co istotne, odnotowana w III kw. kontraktacja wzrosła aż o 49% w porównaniu z II kw. roku. Spółka zakłada, że w całym 2020 roku liczba podpisanych umów deweloperskich wyniesie ok. 2,8 tys.

Od początku 2020 roku ATAL wprowadził do sprzedaży w sumie 10 projektów – Nowe Miasto Jagodno III i ATAL City Square we Wrocławiu, kolejna faza ATAL Aleja Pokoju oraz Apartamentów Przybyszewskiego 64 w Krakowie, ATAL Bosmańska, Przystań Letnica II i Śląska 12 w Trójmieście, Apartamenty Drewnowska 43 IV i Nowe Miasto Polesie II w Łodzi oraz drugi etap gliwickiej inwestycji Apartamenty Karolinki. Na koniec września br. oferta dewelopera to 4 447 lokali.

ATAL rozszerza portfolio produktowe. Spółka rozwija kompetencje na rynku komercyjnym, wprowadzając do oferty kolejne biurowce. Pierwszy nowy obiekt – o powierzchni ok. 13,5 tys.  PUM – powstaje w południowej części Wrocławia, przy ul. Krakowskiej 35. Aleja Pokoju 81 to kolejny kompleks biurowy, który powstaje na krakowskich Czyżynach i zaoferuje 8,4 tys. mkw.  nowoczesnej powierzchni biurowo-usługowej. Oba biurowce zdobyły certyfikat BREEAM Very Good dla Design Stage.

Warunki uznania wierzytelności za nieściągalne w zakresie podatków dochodowych i podatku VAT

Przedsiębiorcy, którzy nie otrzymali zapłaty za zrealizowaną transakcję, mogą zaliczyć ją do kosztów podatkowych oraz skorygować VAT należny. Konieczne jest tylko spełnienie określonych warunków, innych w przypadku ustaw o podatku dochodowym i ustawy o podatku od towarów i usług.

Ustawa o podatku dochodowym PIT/CIT

W celu zarachowania wierzytelności nieściągalnych do kosztów uzyskania przychodów powinny być spełnione dwa warunki. Pierwszy z nich to wcześniejsze zarachowanie należności podatnika z tytułu dokonanej transakcji jako przychód należny. Ponadto nieściągalność wierzytelności musi zostać udokumentowana w określony w ustawie sposób.

Przychód należny

Warunek przychodu należnego wynika z zasady rozpoznawania przychodów na potrzeby podatkowe, zgodnie z którą do przychodów podatkowych zalicza się przychody należne, a nie faktycznie otrzymane. Innymi słowy, przychód z działalności gospodarczej podatnika podlega opodatkowaniu nawet w sytuacji, gdy nie otrzymał on zapłaty od kontrahenta. Ustawodawca przewidział, że część kontrahentów nie będzie regulowała swoich zobowiązań, dlatego dał możliwość skorygowania przychodu należnego poprzez zaliczenie wierzytelności nieściągalnych do kosztów podatkowych. Opcja ta dotyczy wyłącznie przychodów należnych. W przypadku więc przychodów powstających na zasadzie kasowej (np. związane ze spłatą odsetek od pożyczek), czyli w dacie wpływu należności, powyższa ulga nie ma zastosowania.

Kategoria przychodów należnych obejmuje przychody netto tj. bez podatku VAT, ponieważ należny podatek VAT nie stanowi przychodu podatkowego. Ta prosta reguła komplikuje się w sytuacji, gdy kontrahent częściowo uiści należność. W takiej sytuacji trzeba ustalić, jaka część kwoty netto i jaka część podatku VAT została zapłacona.

Nieściągalność wierzytelności

Drugi warunek skorzystania z ulgi i zaliczenia nieściągalnych wierzytelności w koszty polega na weryfikacji faktu nieściągalności. Ustawodawca przewidział określony katalog sytuacji skutkujący wystąpieniem nieściągalności wierzytelności oraz dokumentów je potwierdzających. Oznacza to, że nie każdy brak możliwości dochodzenia należności może zostać uznany za nieściągalną wierzytelność.

Pierwszym dokumentem jest uznane przez wierzyciela postanowienie o nieściągalności wydane przez właściwy organ postępowania egzekucyjnego. W praktyce chodzi o postanowienie organu egzekucyjnego o umorzeniu egzekucji z uwagi na jej bezskuteczność. Przyczyny wydania takiego postanowienia mogą być różne, a w sentencji nie znajdziemy słów „postanowienie o nieściągalności”. Treść takiego postanowienia powinna być zatem jasna, żeby nie budzić żadnych wątpliwości.

Kolejnym dokumentem potwierdzającym nieściągalność wierzytelności jest postanowienie sądu o oddaleniu wniosku o ogłoszenie upadłości, jeżeli majątek dłużnika nie wystarcza na pokrycie kosztów postępowania (art. 13 § 1 prawa upadłościowego i naprawczego), postanowienie o umorzeniu postępowania z przyczyn jak wyżej (art. 361 pkt 1 prawa upadłościowego i naprawczego) lub postanowienie o zakończeniu postępowania upadłościowego (art. 362 prawa upadłościowego i naprawczego).

Podatnik ma także możliwość sporządzenia protokołu we własnym zakresie, wskazującego, że koszty procesowe, a następnie egzekucyjne związane z dochodzeniem wierzytelności byłyby równe bądź jej równe. Jest to najmniej sformalizowany dokument potwierdzający nieściągalność wierzytelności. Niemniej, biorąc pod uwagę charakter tego dokumentu, może on być przedmiotem sporu pomiędzy podatnikiem a fiskusem. W szczególności taki protokół powinien wskazywać okoliczności potwierdzające brak możliwości egzekucji wyższych kwot oraz kalkulację kosztów zestawioną z realnymi możliwościami egzekucyjnymi.

Ustawa o podatku od towarów i usług

Ustawa o VAT jest mniej sformalizowana w zakresie możliwości korekty podatku należnego w sytuacji wierzytelności nieściągalnych niż ustawy o podatkach dochodowych. W szczególności ustawa o VAT przyjęła koncepcję uprawdopodobnienia nieściągalności, co oznacza brak uregulowania wierzytelności przez kontrahenta w okresie 90 dni od daty upływu terminu płatności określonego na fakturze lub w umowie. Kolejne warunki to konieczność dokonania dostawy lub świadczenia usługi na rzecz podatnika czynnego VAT oraz konieczność posiadania tego statusu na dzień dokonania korekty rozliczenia. Ponadto w tych dwóch datach dłużnik nie może być w trakcie postępowania restrukturyzacyjnego, postępowania upadłościowego lub likwidacji. Powyższej korekty można dokonać w okresie maksymalnie 2 lat od daty wystawienia faktury VAT dokumentującej dokonaną transakcję. Korekta następuje w rozliczeniu za okres, w którym uznano wierzytelność za uprawdopodobnioną, czyli po upływie 90 dni od daty upływu terminu płatności. W sytuacji, gdy po dokonaniu korekty wierzytelność zostanie uregulowana lub zbyta w jakiejkolwiek formie, konieczne jest odpowiednie skorygowanie podatku należnego w okresie otrzymania płatności. O dokonanej korekcie należy poinformować właściwego naczelnika urzędu skarbowego, wypełniając odpowiednią pozycję pliku JPK VAT.

Wyrok TSUE

Sprawą ulgi na złe długi w przepisach VAT zajął się Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który w orzeczeniu z 15 października 2020 r. (sprawa C-335/19; E. sp. z o.o. sp.k. przeciwko Ministrowi Finansów) stwierdził, że polskie przepisy uzależniające obniżenie podstawy opodatkowania od faktu posiadania przez dłużnika statusu podatnika VAT czynnego oraz braku toczącego się postępowania upadłościowego lub likwidacji w stosunku do niego, w dniu dokonania dostawy / świadczenia usługi oraz w dniu poprzedzającym dzień złożenia korekty deklaracji są sprzeczne z unijną Dyrektywą VAT.

Wyrok TSUE rozszerza możliwości podatników na skorygowanie VAT należnego w sytuacji problemów z dłużnikiem (stan upadłości / likwidacja) i nieuregulowania płatności w terminie. Co więcej, wyrok ten może także otworzyć drogę do skorzystania z ulgi na złe długi w VAT także w stosunku do podmiotów niebędących podatnikami (np. osób fizycznych). Do końca roku możliwe jest składanie wniosków o stwierdzenie nadpłaty wstecz do grudnia 2014 r.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

82 proc. budynków biurowych z niskim współczynnikiem pustostanów

Analitycy REDD, niezależnej platformy dostarczającej dane o rynku biurowym w Polsce, przeprowadzili analizę pustostanów w obiektach biurowych. Większość, spośród 2 tys. budynków w całej Polsce, ma poniżej 25 proc. wolnej powierzchni.

– Analizując największą bazę danych o rynku, codziennie zbieramy interesujące statystyki. Tym razem postanowiliśmy bliżej przyjrzeć się pustostanom w biurowcach – mówi Judyta Bartnicka, analityczka REDD.

Jak pokazały dane REDD, współczynnik pustostanów (Vacancy Rate) poniżej 25 proc. zanotowano w ponad 80 proc. oddanych do użytku nieruchomości. Z kolei wysokie współczynniki pustostanów (powyżej 50 proc.) dotyczą 7,8 proc. spośród ponad 2 tys. budynków biurowych.REDD1 REDD2 (2)

Największe powierzchnie dostępne w klasie A

– Ciekawych obserwacji dostarcza analiza średnich dostępnych powierzchni w budynkach, według współczynnika pustostanów. Jak się okazuje, w każdym przedziale vacancy rate (VR), średnia dostępnej powierzchni jest znacznie wyższa w obiektach A-klasowych, czyli tych najnowocześniejszych i najnowszych – tłumaczy Judyta Bartnicka, analityczka REDD.

Dla porównania: w obiektach o wysokim VR w przedziale 80-90 proc. średnia powierzchnia wolnych biur to 10,984 m2 dla obiektów klasy A oraz 2,187 m2 dla obiektów klasy B.REDD3

Zmiana zasad legalizacji pobytu i pracy dla osób wykonujących zawody medyczne

Kolejne zmiany w legalizacji pobytu cudzoziemców jako reakcja Polski na sytuację na Białorusi oraz braki kadrowe w branży medycznej.

Dopiero co w Dzienniku Ustaw została opublikowana ustawa wprowadzająca szereg zmian do przepisów regulujących uzyskiwanie wiz oraz zatrudnianie cudzoziemców, zaś w wykazie prac legislacyjnych i programowych Rady Ministrów pojawiła się zapowiedź kolejnej nowelizacji Ustawy o cudzoziemcach. Jak się jednak okazuje to nie wszystkie rządowe propozycje wprowadzone w reakcji na międzynarodową sytuację polityczną oraz epidemiologiczną. W poniedziałek 16.11.2020 r. na stronie Rządowego Centrum Legislacji zamieszczony został projekt Rozporządzenia Ministra Rozwoju, Pracy i Technologii zmieniającego rozporządzenie w sprawie przypadków, w których powierzenie wykonywania pracy cudzoziemcowi na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej jest dopuszczalne bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę. Według prawników z JP Business Law Firm proponowane zmiany są krokiem w dobrą stronę i mogą ograniczyć niepotrzebną biurokrację, szczególnie w przypadków zatrudniania cudzoziemców wykonujących zawody medyczne.

„Projekt ma być procedowany w trybie pilnym. Jego podstawowe założenia polegają na umożliwieniu podejmowania pracy przez cudzoziemców bez konieczności uzyskiwania zezwoleń na pracę w sytuacjach, kiedy będą oni przebywali w Polsce na podstawie wizy wydanej w celu humanitarnym lub wizy wydanej z adnotacją „w związku z udziałem w rządowym programie Poland. Business Harbour” (jest to program skierowany do obywateli Białorusi ułatwiający specjalistom z branży IT, start-upom, MŚP, jak i dużym firmom, relokację na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej)”wyjaśnia Karol Wysocki, Kierownik Działu #GlobalMobilityDesk w JP Business Law Firm w Warszawie.

Projekt ten ma na celu wprowadzenie ułatwień dotyczących podejmowania pracy przez obywateli Białorusi w związku z pogarszającą się sytuacją społeczno-polityczną w tym państwie oraz przez cudzoziemców posiadających prawo wykonywania zawodów medycznych, a także cudzoziemców zatrudnionych w prywatnej służbie domowej członków misji dyplomatycznych i urzędów konsularnych. W tekście projektu postuluje się zwolnienie z wymogu posiadania zezwolenia na pracę cudzoziemców mających uprawnienia do wykonywania zawodów medycznych takich jak lekarz, lekarz dentysta, pielęgniarka, położna oraz ratownik medyczny. Tym samym cudzoziemcy (oczywiście ci posiadający odpowiednie kwalifikacje zawodowe) zamiast oczekiwać na otrzymanie zezwoleń na pracę będą mogli niezwłocznie zając się leczeniem. „Niewątpliwie należy pozytywnie należy odczytywać ułatwienia wprowadzone dla obywateli Białorusi. Mogą one pomóc w wejściu na polski rynek pracy specjalistów, którzy będą mieć udział w zwiększaniu konkurencyjności polskiej gospodarki”uważa Valeria Jeleńska, Prezesa Zarządu JP Busines Law Firm,

Rewolucja bez rewolucji? Rząd planuje zmiany w ryczałcie

Rząd planuje daleko idące zmiany w ryczałcie ewidencjonowanym od przychodów. Od 2021 roku miałyby obowiązywać ośmiokrotnie wyższe limity przychodów dla tego podatku, stawka ryczałtu dla wolnych zawodów ma zostać obniżona z 20% do 17%, a ich katalog będzie poszerzony m.in. o psychologa, fizjoterapeutę, zawody prawnicze, architekta czy inżyniera budownictwa. Jednak zdaniem ekspertów z firmy inFakt nowe przepisy nie będą miały istotnego wpływu na decyzje podatników.

Choć ryczałt w nowej odsłonie będzie dostępny dla większości usług i zawodów, już teraz można założyć, że przedsiębiorcy pozostaną przy konkurencyjnych formach opodatkowania, takich jak podatek liniowy czy zasady ogólne. Wynika to z możliwości rozliczania przy podatku liniowym czy skali podatkowej kosztów uzyskania przychodów, które powodują, że dochód do opodatkowania obniża się, podczas gdy przy opodatkowaniu ryczałtem jest wartością stałą – tłumaczy Marta Serafin, doradca podatkowy w firmie inFakt.

Nowe limity

Projektowane przepisy przewidują ośmiokrotne podwyższenie limitów dla ryczałtu ewidencjonowanego – z 250 000 euro na 2 000 000 euro. Z tej formy opodatkowania skorzystają od 2021 roku przedsiębiorcy osiągający przychody z działalności prowadzonej samodzielnie lub w formie spółki w wysokości nie przekraczające 9 030 600 zł. Wzrośnie także limit dla opłacających zaliczki co kwartał z 25 000 euro do 200 000 euro. Podatnik, który zdecyduje się na opłacanie zaliczek w tej formie, nie może osiągnąć przychodu za 2019 powyżej kwoty 903 060 zł.

Nowe stawki oraz nowe definicje

Od 2021 r. stawka ryczałtu w zakresie wolnych zawodów zostanie obniżona z 20% do 17%. Pojawi się także nowa stawka 15% obejmująca usługi, które obecnie opodatkowane są stawką 17% m.in. usługi programistyczne. Zlikwidowany zostanie załącznik nr 2 zawierający wykaz usług, których świadczenie wyłącza z opodatkowania ryczałtem ewidencjonowanym. Większość usług z tego załącznika opodatkowana zostanie stawką 15%, m.in. usługi rachunkowo-księgowe, doradztwa podatkowego, reklamowe, architektoniczne, inżynierskie czy head office.

Nowelizacja zakłada także rozszerzenie definicji wolnego zawodu opodatkowanego wg stawki 17% m.in. o: psychologa, fizjoterapeutę, adwokata, notariusza, radcę prawnego, architekta, inżyniera budownictwa, rzeczoznawcę budowlanego, biegłego rewidenta, księgowego, agenta ubezpieczeniowego, doradcę podatkowego, doradcę restrukturyzacyjnego.

Od 2021 r. za wolny zawód uznane zostanie wykonywanie usług na rzecz osób prawnych oraz jednostek organizacyjnych nieposiadających osobowości prawnej albo na rzecz osób fizycznych dla potrzeb prowadzonej przez nie pozarolniczej działalności gospodarczej. – Obecnie jest to przesłanka wykluczająca korzystanie z ryczałtu ewidencjonowanego, co oznacza, że lekarz czy korepetytor mogą świadczyć usługi jedynie na rzecz osób fizycznych – wyjaśnia ekspert inFakt.

Kto wybierze ryczałt?

Pomimo tak daleko idących zmian ryczałt nie będzie dla wielu przedsiębiorców atrakcyjną formą opodatkowania. Powodem jest m.in. jego wysoka stawka, np. 17% czy 15% w porównaniu do stawki podatku liniowego wynoszącego 19% czy stawki pierwszego progu skali podatkowej 17%.

Informatyk, księgowy czy lekarz wybiorą stawkę o kilka punktów procentowych wyższą, jednak taką, która pozwoli im na rozliczenie kosztów podatkowych z działalności. Dla przykładu lekarz świadczący w ramach działalności gospodarczej usługi na rzecz przychodni, osiągający przychody ok. 7 100 zł miesięcznie (pierwszy próg podatkowy), zapłaci ryczałt ok. 12 800 zł rocznie – mówi Marta Serafin. – Wystarczy, że wydatki związane z prowadzoną działalnością wyniosą ok. 600 zł miesięcznie, a opłacalne będzie przejście na zasady ogólne. Programista, którego przychód wyniesie 10 000 zł, zapłaciłby ryczałt w wysokości 18 000 zł podatku. Koszt miesięczny ok. 2 200 zł, np. rata leasingowa, spowoduje, że powinien wybrać podatek liniowy. Analizując odpowiednią dla siebie formę, przedsiębiorca powinien wziąć także pod uwagę możliwość wspólnego rozliczenia z małżonkiem oraz jako samotny rodzic – które dostępne są jedynie w przypadku skali podatkowej. Informatyk, który zdecyduje się na ryczałt, nie skorzysta natomiast z ulgi IPBox.

Rewolucja w najmie

Najbardziej oczekiwaną zmianą ma być możliwość opodatkowania ryczałtem przychodów z najmu w ramach działalności gospodarczej. – Obecnie ta forma obejmuje tylko podatników, którzy wynajmują swoje nieruchomości prywatnie. Od przyszłego roku ryczałt wybiorą także przedsiębiorcy osiągający przychody z najmu, podnajmu, dzierżawy, poddzierżawy oraz innych umów o podobnym charakterze składników związanych z działalnością gospodarczą – tłumaczy ekspert inFakt.

Stawka 8,5% oraz 12,5% od nadwyżki ponad 100 tys. zł obejmie także świadczenie usług:

  • związanych z zakwaterowaniem (PKWiU dział 55);
  • świadczenia usług wynajmu i obsługi nieruchomości własnych lub dzierżawionych (PKWiU 68.20.1);
  • wynajmu i dzierżawy m.in. samochodów osobowych, furgonetek bez kierowcy (PKWiU 77.11.10.0), środków transportu wodnego bez załogi (PKWiU 77.34.10.0), własności intelektualnej i podobnych produktów z wyłączeniem prac chronionych prawem autorskim (PKWiU 77.40).

Oznacza to, że jeśli projekt wejdzie w życie, odejdą spory z fiskusem o granice między zarządzaniem majątkiem prywatnym a prowadzeniem działalności. Nie będzie miała też znaczenia liczba wynajmowanych nieruchomości.

Spółki komandytowe podatnikami CIT – możliwe konsekwencje podatkowe

Od połowy września tego roku trwają pracę nad projektem nowelizacji ustaw podatkowych, które mają wprowadzić opodatkowanie spółek komandytowych. Obecnie projekt nowelizacji jest już uchwalony przez Sejm i został przekazany do Senatu. W niniejszym artykule zostaną przybliżone podstawowe zasady wprowadzane na podstawie nowych przepisów, jak również związane z tym kwestie, które powinny być potencjalnie brane pod uwagę nie tylko z punktu widzenia wypłaty zysków na rzecz wspólników, ale również z punktu widzenia działalności operacyjnej tego typu podmiotów.

Zasady opodatkowania w spółce komandytowej. Co się zmieni?

Co do zasady zmiany przewidziane przez nowe przepisy nie wydają się skomplikowane. Spółki komandytowe (oraz niektóre spółki jawne) będą podlegały opodatkowaniu CIT tak jak spółki kapitałowe. Opodatkowaniu będą podlegali także wspólnicy tych spółek. W tym przypadku podstawą opodatkowania będzie kwota otrzymana przez danego wspólnika tytułem udziału w zysku w spółce komandytowej. W odniesieniu do wspólników proponowane przepisy nowelizacji przewidują jednak specyficzne zasady opodatkowania. Komplementariusz spółki komandytowej będzie miał prawo do odliczenia od podatku, kwoty podatku uiszczonego wcześniej przez spółkę komandytową, której jest wspólnikiem, proporcjonalnie do posiadanego w spółce prawa do udziału w zysku. Natomiast komandytariusz spółki komandytowej (również inna spółka komandytowa), który spełnia określone warunki będzie uprawniony do zastosowania zwolnienia z opodatkowania w odniesieniu do przychodów uzyskanych z tytułu udziału w spółce komandytowe. Zwolnienie z opodatkowania będzie dotyczyło 50% przychodów uzyskanych przez komandytariusza z tytułu udziału w zyskach w spółce komandytowej mającej siedzibę lub zarząd na terytorium Polski. Zwolnienie znajdzie zastosowanie zarówno w odniesieniu do komandytariuszy podlegających opodatkowaniu CIT jak i komandytariuszy będących osobami fizycznymi. Zwolnienie przewidziane w odniesieniu do komandytariusza nie będzie miało jednak zastosowania w odniesieniu do przychodów uzyskanych przez komandytariusza, który jest jednocześnie (a) członkiem zarządu komplementariusza spółki komandytowej z udziału w której uzyskał przychód mogący podlegać przedmiotowemu zwolnieniu, (b) wspólnikiem posiadającym bezpośrednio lub pośrednio przynajmniej 5% w kapitale zakładowym komplementariusza lub (c) podmiotem powiązanym z takim członkiem zarządu lub komplementariuszem.

Konsekwencje objęcia spółek komandytowych reżimem ustawy o CIT

W praktyce objęcie spółek komandytowych reżimem ustawy o CIT będzie miało jednak konsekwencje nie tylko dla wspólników tych spółek, ale również z punktu widzenia prowadzonej przez te spółki działalności operacyjnej. Spółki komandytowe jako podatnicy CIT będą objęte specyficznymi regulacjami przewidzianymi przez ustawę o CIT, które do tej pory nie znajdywały zastosowania do tego typu spółek. W szczególności po wprowadzeniu nowych przepisów do spółek komandytowych znajdą zastosowanie ograniczenia związane z możliwością zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów kosztów finansowania dłużnego oraz wydatków na usługi niematerialne.

Dodatkowe obowiązki spółek komandytowych

Dodatkowe obowiązki spółek komandytowych będą wiązały się również z wypłatą zysków na rzecz wspólników mających siedzibę za granicą. W tym zakresie na spółce będzie ciążył obowiązek rozliczenia podatku u źródła w Polsce, a tym samym każdorazowej weryfikacji statusu podatkowego wspólnika. Do rozważanie jest również kwestia czy wypłata zysku może korzystać z obniżonej stawki podatkowej przewidzianej w odpowiednich umowach międzynarodowych o unikaniu podwójnego opodatkowania lub może korzystać z całkowitego zwolnienia z opodatkowania na podstawie tzw. Dyrektywy Parent-Subsidiary.

Oczywiście, istnieją też „pozytywne” aspekty związane z objęciem spółek komandytowych przepisami ustawy o CIT. Spółki komandytowe spełniające określone warunki będą mogły skorzystać z opodatkowania obniżoną stawką podatkową w wysokości 9%. Biorąc jednak pod uwagę, że gdyby nie wprowadzenie nowych przepisów spółki te w ogóle nie podlegałyby opodatkowaniu CIT, korzyść ta ma raczej charakter drugoplanowy.

Autor: Łukasz Koc, Radca Prawny Dział Prawa Podatkowego Kancelaria Sadkowski i Wspólnicy

Czwartek może przynieść osłabienie złotego

Ponure nastroje obejmują rynki finansowe, kiedy obawy związane z koronawirusem podsyca przywrócenie restrykcji w Nowym Jorku i nowy rekord zachorowań w Japonii. Atmosfera jest jednak daleka od szoku i paniki, a raczej inwestorzy uzmysławiają się, że droga do ożywienia wspartego szczepionką będzie wyboista.

Nie za dużo ciekawego da się powiedzieć o zmianach cen aktywów w obliczu nowych informacji. Decyzja o zamknięciu szkół publicznych w Nowym Jorku posłała w dół indeksy na Wall Street, a w nocy rynki w Azji musiały zmierzyć się z podwyższeniem alertu wirusowego w Tokio do najwyższego, czwartego poziomu po tym, jak dzienna liczba zachorowań przekroczyła 500. Na rynku walutowym skutkuje to umocnieniem USD do reszty walut G10, ale trudno to nazwać traktowaniem dolara jako bezpiecznej przystani. Na rynku obserwujemy wahania nastrojów od nadziei na powstanie szczepionki do obaw o bieżący wzrost zakażeń. jeśli w tym pierwszy rajd ryzykownych aktywów jest finansowany sprzedażą USD, to redukcja ryzyka musi kończyć się domykaniem krótkich pozycji w dolarze. Status bezpiecznej przystani nie ma tu znaczenia i trudno żeby miał, kiedy sytuacja epidemiologiczna w USA jest tak zła. Ponadto uporządkowany charakter dzisiejszej korekty sugeruje, że nie dokonuje się istotna ewaluacja szans dla hossy w średnim terminie. Ale krótkoterminowych ryzyk nie można całkowicie ignorować, a to utrudnia stabilne budowanie strategii na dłuższy okres. Szersza perspektywa powinna ostatecznie być ważniejsza i w tym kontekście jest bardziej realne, że inwestorzy będą w korektach polować na niższe ceny kupna ryzykownych aktywów.

Rynek złotego dziś rano podłapuje nocne pogorszenie nastrojów i EUR/PLN odbija od 4,46. Ogólnie jednak od zeszłego tygodnia kurs pozostaje zamknięty w tym samym korytarzu z górną granicą na 4,50-4,51. Dzisiejsze dane z rynku pracy najprawdopodobniej nie znajdą odbicia w notowaniach złotego. Potencjalne skutki restrykcji antycovidowych jeszcze nie ujawnią się w październikowych danych. Wczorajsze protesty pod Sejmem przypomniały o niepokojącej sytuacji społeczno-politycznej, jednakże w ostatnich tygodniach nie było widać, aby rynek dyskontował dodatkową premię za ryzyko z tego tytułu. Przy ponurych nastrojach na rynkach zewnętrznych czwartek może przynieść niewielkie osłabienie złotego w kierunku 4,49.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Gdy tarcza nie wystarcza. Upadłość czy restrukturyzacja w dobie Covid-19

Dostrzegając problemy finansowe przedsiębiorców będące skutkiem kryzysu wywołanego przez pandemię, ustawodawca wprowadził w ramach tak zwanej Tarczy 4.0. uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne, stanowiące jedną z alternatyw dla upadłości. Postępowanie to ma na celu wynegocjowanie z wierzycielami układu, dzięki któremu dłużnik będzie mógł przynajmniej częściowo spełnić ciążące na nim zobowiązania. Zawiłości prawne tłumaczy mec. Magdalena Jadczyczyn-Skitek z kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Przedsiębiorcy mający problemy finansowe w związku z epidemią, w pierwszej kolejności powinni zweryfikować, czy nie mogą skorzystać z programów publicznego wsparcia finansowego, które pomogłoby przetrwać firmie. Rozpoczęcie procedury upadłościowej lub restrukturyzacyjnej może uniemożliwić lub utrudnić jego uzyskanie.

Co to jest niewypłacalność

Przedsiębiorca jest niewypłacalny, jeżeli utracił zdolność do wykonywania swoich wymagalnych zobowiązań pieniężnych. Domniemywa się, że dłużnik utracił zdolność do wykonywania swoich zobowiązań, jeżeli opóźnienie w ich wykonaniu przekracza trzy miesiące.

Dłużnik będący osobą prawną (np. spółka kapitałowa) albo jednostką organizacyjną nieposiadającą osobowości prawnej, której odrębna ustawa przyznaje zdolność prawną (np. spółka osobowa), jest niewypłacalny także wtedy, gdy jego zobowiązania pieniężne przekraczają wartość jego majątku, a stan ten utrzymuje się przez okres przekraczający dwadzieścia cztery miesiące – komentuje mec. Magdalena Jadczyszyn-Skitek z kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Obowiązek zgłoszenia wniosku o ogłoszenie upadłości  a wszczęcie postępowania restrukturyzacyjnego

Niewypłacalny dłużnik, który ma co najmniej dwóch wierzycieli, jest obowiązany, nie później niż w terminie trzydziestu dni od dnia, w którym wystąpiła podstawa do ogłoszenia upadłości, zgłosić w sądzie wniosek o ogłoszenie upadłości.

Jeśli tego nie zrobi, to naraża się na odpowiedzialność odszkodowawczą wobec wierzycieli, a w pewnych wypadkach (spółki kapitałowe) nawet na odpowiedzialność karną. Aby tego uniknąć należy m.in. udowodnić, że w terminie na złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości dokonano otwarcia uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego, które następuje poprzez obwieszczenie w Monitorze Sądowym i Gospodarczym, po zawarciu umowy z doradcą restrukturyzacyjnym, bez udziału sądu – dodaje mec. Jadczyszyn-Skitek.

Podmioty, które stały się niewypłacalne z powodu COVID-19, a stan niewypłacalności powstał w okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii, zostały czasowo zwolnione z obowiązku złożenia wniosku upadłościowego (jednakże mają takie prawo). Tarcza antykryzysowa ustanawia domniemanie, zgodnie z którym w przypadku, gdy stan niewypłacalności powstał w czasie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii ogłoszonego z powodu COVID-19 to przyjmuje się, że zaistniał on z powodu COVID-19.

Obowiązek złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości powstanie ponownie już po zakończeniu stanu wprowadzonego w związku z pandemią COVID-19.

Upadłość a uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne

Z postępowania upadłościowego jak i z uproszczonej restrukturyzacji mogą skorzystać m.in.:

  • osoby fizyczne, osoby prawne i jednostki organizacyjne niebędące osobami prawnymi, którym ustawa przyznaje zdolność prawną, prowadzące we własnym imieniu działalność gospodarczą lub zawodową,
  • spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i spółki akcyjne nieprowadzące działalności gospodarczej,
  • wspólnicy osobowych spółek handlowych ponoszący odpowiedzialność za zobowiązania spółki bez ograniczenia całym swoim majątkiem.

Skutki obu postępowań są różne. Upadłość zmierza do likwidacji przedsiębiorstwa i jego majątku. Upadły traci prawo zarządu mieniem wchodzącym do masy upadłości. Oprócz tego upadły jest zobowiązany wskazać i wydać syndykowi cały swój majątek, wydać wszystkie dokumenty dotyczące jego działalności, majątku oraz rozliczeń. W upadłości ulegają zawieszeniu postępowania egzekucyjne wszczęte przeciwko upadłemu przed ogłoszeniem jego upadłości. Postępowanie upadłościowe może trwać nawet od 2 do 3 lat – dodaje mec. Jadczyszyn-Skitek.

Uproszczona restrukturyzacja pozwala dłużnikowi na zaspokojenie swoich wierzycieli i dalsze funkcjonowanie na rynku, dzięki zawarciu układu z wierzycielami.

Mówiąc w uproszczeniu, dłużnik proponuje swoim wierzycielom zasady, na jakich zamierza zaspokoić ich wierzytelności (np. częściowe umorzenie zobowiązań, rozłożenie na raty, odroczenie terminu płatności czy konwersja wierzytelności na udziały lub akcje), a wierzyciele propozycje te w drodze głosowania akceptują, bądź nie.  Zgody nadzorcy układu, czyli doradcy restrukturyzacyjnego, będą wymagały jedynie działania dłużnika przekraczające zakres zwykłego zarządu (zwykłego zarządzania czy administrowania). Zgoda taka może zostać wydana także w terminie 30 dni od dnia dokonania czynności dodaje mec. Jadczyszyn-Skitek.

Zawieszeniu ulegają m.in. postępowania egzekucyjne. Obowiązuje zakaz wypowiadania umów najmu, dzierżawy, leasingu czy kredytu, bez zezwolenia nadzorcy układu. Dzięki temu przedsiębiorca może nadal prowadzić działalność. Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne trwa do 4 miesięcy.

Nie każde postępowanie restrukturyzacyjne kończy się sukcesem. W razie niezatwierdzenia układu przed upływem 4-miesięcznego terminu, w ciągu dwóch tygodni od odmowy albo w terminie siedmiu dni od umorzenia postępowania przez sąd, dłużnik może złożyć uproszczony wniosek o ogłoszenie upadłości lub wniosek o otwarcie postępowania sanacyjnego. Dzięki temu majątek dłużnika pozostaje pod ochroną i możliwe jest płynne przejście do dalej idącej restrukturyzacji albo do procedury upadłości.

Warto podkreślić, że w przypadku obu postępowań niewypłacalny przedsiębiorca, musi posiadać odpowiednie środki pieniężne na pokrycie kosztów postępowania, które są zróżnicowane w zależności od stanu faktycznego.  Przykładowo opłata sądowa przy upadłości wynosi 1000 zł, zaliczka na koszty postępowania 5.148,07 zł. Ponadto konieczne są środki, które – już po ogłoszeniu upadłości – będą potrzebne na zapłatę kosztów likwidacji majątku przedsiębiorstwa i podziału tych środków pomiędzy uprawnionych wierzycieli oraz wynagrodzenia syndyka – zaznacza mec. Jadczyszyn-Skitek.

Przy uproszczonej restrukturyzacji trzeba m.in. opłacić wynagrodzenie doradcy restrukturyzacyjnego oraz zaspokajać bieżące zobowiązania dłużnika.
W obu postępowaniach dochodzą jeszcze koszty ogłoszeń w Monitorze Sądowym i Gospodarczym.

Z uproszczonej restrukturyzacji można skorzystać w okresie do dnia 30 czerwca 2021 r. przy czym nie ma znaczenia, czy stan zagrożenia niewypłacalnością albo niewypłacalność przedsiębiorcy powstały w czasie lub w związku z epidemią COVID-19. Warto wskazać, iż w prawie restrukturyzacyjnym przewidziane są jeszcze inne sposoby restrukturyzacji – podsumowuje mec. Jadczyszyn-Skitek.

Przedsiębiorca ponosi odpowiedzialność odszkodowawczą za otwarcie uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego w złej wierze (np. świadome otwarcie uproszczonej restrukturyzacji mimo braku możliwości wykonania układu ‒ wyłącznie po to, aby odwlec ogłoszenie upadłości albo wstrzymać egzekucję). Roszczenie o naprawienie szkody przysługuje zarówno wierzycielowi, jak i osobie trzeciej, która przez działanie dłużnika poniosła szkodę.

Garnitur może poczekać, czyli jak i na co Polacy wydają w pandemii

Aż 61 proc. Polaków ograniczyło wydatki w pandemii. Ponad 43 proc. robi to z powodu wzrostu cen produktów i usług, a 35 proc. ze względu na spodziewane podwyżki. Epidemia zmusiła nas do rezygnacji z usług fryzjerskich oraz kosmetycznych (35 proc.), a także kupowania kosmetyków i perfum (34 proc.). 1/3 rodaków przeznacza mniej pieniędzy na ubrania i obuwie codziennego użytku, a co 5. na odzież biznesową. Ponadto zredukowaliśmy wydatki na jedzenie (19 proc.). Taki obraz portfeli Polaków daje najnowsze badanie „Barometr oszczędności” przeprowadzone przez IMAS International dla Krajowego Rejestru Długów.

Pandemia zmieniła podejście Polaków do gospodarowania pieniędzmi. 38 proc. mówi wprost, że ich sytuacja finansowa się pogorszyła. Ponad połowa twierdzi, że pozostała bez zmian, ale – co ciekawe – 6,2 proc. uważa, że jest lepsza niż przed wybuchem koronawirusa. Rodacy starają się panować nad wydatkami – teraz 39 proc. osób mocniej kontroluje swoje finanse niż wcześniej. Nieco ponad połowa nie zmieniła swojego podejścia do wydawania pieniędzy – zarządza finansami tak samo jak wcześniej. Natomiast 9 proc. twierdzi, że mniej skrupulatnie sprawdza stan konta.

– Pandemia niewątpliwie przewartościowała nasze życie. Jak pokazuje badanie, z jednej strony zmobilizowała Polaków do racjonalnego gospodarowania pieniędzmi, ale sprawiła też, że mimo dużych zmian w codziennej rzeczywistości i braku pewności co do przyszłości, ludzie nie chcą się ograniczać. Jest grupa, która nie mogąc żyć jak dotąd, czyli na przykład jeździć na egzotyczne wakacje lub chodzić na masowe koncerty, rekompensuje sobie to innymi przyjemnościami. Zmienia wystrój mieszkania czy kupuje sprzęt elektroniczny z wyższej półki. Ludzie szukają namiastki normalności w tych trudnych realiach – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

 Widmo podwyżek

Polacy ograniczają wydatki z konkretnych powodów. 43 proc. zaciska pasa ze względu na rosnące ceny towarów i usług, a 35 proc. – bo przewiduje dalsze podwyżki.

– Pandemia z pewnością zmieniła to, w jaki sposób gospodarujemy pieniędzmi. Wiele osób utraciło czasowo lub na dłuższy okres możliwość zarabiania. W takiej sytuacji musiały one ograniczyć wydatki, ponieważ były zmuszone żyć z oszczędności. Nawet osoby, którym pierwsza fala pandemii nie odebrała dochodów, mogły poczuć niepewność związaną z własną pozycją na rynku pacy i ogólną sytuacją w kraju i na świecie. Sprzyja to gromadzeniu oszczędności i zniechęca do rozrzutności. Dodatkowo okres, kiedy pozostawaliśmy w domach, sprzyjał ograniczaniu wydatków. Było mniej możliwości spotkań towarzyskich, wyjść do restauracji czy kina. Również rzadsze wyjścia na zakupy sprzyjały oszczędnościom, gdyż mieliśmy mniej okazji do kupowania rzeczy nieplanowanych, wybieranych pod wpływem impulsu – mówi dr Joanna Rudzińska-Wojciechowska, ekspertka do spraw psychologii konsumenta z Akademii Leona Koźmińskiego.

Mniej na kosmetyki i fryzjera

 Jak pokazuje badanie KRD, pandemia wymusiła cięcia w domowych budżetach. W efekcie aż 1/3 rodaków zdecydowała się na oszczędności w wydatkach, chcąc odłożyć gotówkę na „czarną godzinę”. Blisko 22 proc. zrobiło to w obawie przed obniżką wynagrodzeń, 21 proc. spodziewając się drugiej fali koronawirusa (badanie było przeprowadzone w październiku), a co 5. ankietowany licząc się możliwością utraty pracy. Polacy przystopowali wydatki także dlatego, że nie mogli korzystać z wielu usług i aktywności w czasie pandemii (17 proc.), a 13,5 proc. musiało częściej niż dotąd korzystać z prywatnej służby zdrowia.

Ograniczenia, jakie narzuciła pandemia, sprawiła, że rodacy najmocniej oszczędzają obecnie na wyjściach do restauracji (49 proc.), podróżach (48 proc.), wyjściach do kina, na koncerty czy kręgle (blisko 30 proc.).

– Badanie przeprowadziliśmy tuż przed drugą falą pandemii, a więc kiedy jeszcze restauracje, hotele i pensjonaty, a także kina i teatry działały. I mimo że część społeczeństwa dość lekko traktowała zagrożenie koronawirusem, a więc nie obawiała się obecności w miejscach, gdzie gromadzi się dużo ludzi, to i tak nastąpiła znaczna redukcja wydatków na te cele – dodaje Adam Łącki.

Ale wydajemy też mniej na zabiegi kosmetyczne i fryzjerów (35 proc.), kosmetyki i perfumy (ponad 1/3), ubrania i obuwie codziennego użytku – robi tak co 3. z nas. Ponadto w sposób bardziej przemyślany kupujemy jedzenie w sklepach – prawie co 5. Polak potwierdza, że obawy o swoją obecną lub przyszłą sytuację finansową ogranicza ten rodzaj wydatków. Z tego samego powodu mniej pieniędzy przeznaczamy też na meble i artykuły wyposażenia wnętrz – deklaruje tak 1/3 badanych. Co 4. rodak świadomie zredukował wydatki na swoje hobby.

Badanie „Barometr oszczędności” zostało przeprowadzone w drugiej połowie października 2020 r. przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej metodą CAWI na reprezentatywnej grupie 1000 Polaków.

BADANIE: Polacy dość mocno podzieleni w kwestii grudniowego otwierania galerii handlowych

Z najnowszego badania wynika, że co drugi konsument chce, aby w grudniu br. galerie handlowe w pełni działały. Stan epidemiologiczny nie ma dla tych osób znaczenia. 22,8% Polaków wyraża odmienne zdanie, a 26,6% jest niezdecydowanych. Eksperci tłumaczą, że przeciwnicy i niepewni boją się wzrostu zachorowań na święta. Jednocześnie wyjaśniają, że galerie dobrze dbają o bezpieczeństwo, m.in. dzięki rozwiązaniom technologicznym. Natomiast branża ostrzega, że wartość utraconych obrotów w listopadzie i grudniu może sięgnąć nawet 20 mld zł. Wiele firm nie przetrwa najbliższych trzech miesięcy.

Przeprowadzone w zeszły weekend badanie opinii wykazało, że 50,6% Polaków chce, aby w grudniu rząd przywrócił pełen handel w galeriach, bez względu na stan epidemiologiczny. 22,8% ankietowanych ma przeciwne zdanie. Jak tłumaczy dr Krzysztof Łuczak z Proxi.cloud, powodem tego może być to, że społeczeństwo jest już dość zmęczone ciągłymi obostrzeniami związanymi z pandemią. Do tego konsumenci nie wyobrażają sobie odebrania im przedświątecznych zakupów, tym bardziej że część sklepów w galeriach działa. Dlatego większość osób chce powrotu do normalności.

– Galerie powinny być w pełni otwarte dopiero wówczas, gdy linia zachorowań wypłaszczy się i będzie to wyraźnie widocznym trendem. Takie stanowisko zajmuje właśnie 22,8% Polaków. I według mnie, jest to głos jak najbardziej rozsądny, bo Polacy obawiają się wzrostu zachorowań i to akurat na święta lub Nowy Rok – mówi dr Urszula Kłosiewicz-Górecka z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Zdaniem dr Soni Buchholtz z Konfederacji Lewiatan, kluczowe jest to, czy w przypadku pełnego otwarcia galerii w grudniu ludzie faktycznie odwiedzą je tak tłumnie, jak w poprzednich latach. Jak podaje NBP, zainteresowanie tą formą kupowania jest niższe nawet o 30% patrząc na dane r/r. Ekspert przewiduje, że część zakupów przeniesie się do Internetu. Ponadto święta w węższym kręgu osób zmniejszą zapotrzebowanie na dobra i usługi. Już sama niepewność przyszłości zniechęci niektórych klientów do dużych zakupów.

– E-commerce nie będzie w stanie w pełni zastąpić tradycyjnego handlu, gdyż stanowi tylko około 20% średniej sprzedaży. Ponadto handel przyuliczny praktycznie nie istnieje, gdyż polski rynek był budowany od podstaw na bazie galerii – przypomina Agata Samcik z Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Z badania również wynika, że 26,6% ankietowanych nie ma zdania w powyższej kwestii. Według dr Kłosiewicz-Góreckiej, prawdopodobnie są to osoby rozumiejące potrzebę otwarcia galerii w celu ratowania funkcjonujących tam firm. Przy istniejących obostrzeniach część z tych sklepów, zwłaszcza z art. nieżywnościowymi, nie przetrwa kolejnych trzech miesięcy. Jednocześnie niezdecydowani konsumenci mogą stawiać na handel online, który umożliwia bezpieczne świąteczne zakupy.

– Centra handlowe już na początku pandemii w Polsce dostosowały się do reżimu sanitarnego, zalecanego przez Ministerstwo Zdrowia i GIS. Zadbały o bezpieczne warunki korzystania z obiektów, m.in. wprowadzając regularną dezynfekcję dedykowanymi środkami, udostępniając rękawiczki, dyspensery z płynami dezynfekującymi i maseczki. Przyjęły też logistykę umożliwiającą zachowanie dystansu – podkreśla Joanna Kłusek z Cushman & Wakefield.

Natomiast ekspert z Proxi.cloud zauważa, że wbrew niektórym opiniom powielanym w mediach, galerie w Polsce są dobrze przygotowane na czas pandemii. Przykładem może być warszawskie Blue City. Ma unikalny system obsługiwany przez 80 central wentylacyjnych. W 100% korzysta ze świeżego powietrza, niepochodzącego z obiegu zamkniętego. Takie rozwiązanie technologiczne może znacznie zwiększać bezpieczeństwo ludzi przebywających w sklepach, na korytarzach czy nawet na parkingu.

– Ograniczenie handlu tylko w samym listopadzie to dla branży strata obrotów w wysokości około 8 mld zł. Wydłużenie lockdownu na grudzień to kolejne nawet 12 mld zł. Łącznie mogłoby to wynieść 20 mld zł. Takiej straty nie udźwignie wiele firm, nie tylko handlowych, ale także usługowych powiązanych z branżą – zaznacza Agata Samcik.

Ekspert z Polskiego Instytutu Ekonomicznego informuje, że, biorąc pod uwagę lata poprzednie, w grudniu sprzedaż detaliczna zwykle wzrasta o ok.14% w porównaniu z listopadem, a w niektórych branżach rośnie jeszcze bardziej. Na przykład sprzedaż tekstyliów, odzieży i obuwia wzrasta o ok. 20%, mebli, sprzętu RTV i AGD – o 17-19%, a prasy i książek – o przeszło 40%. Brak handlu w tych obiektach pogrąży wiele firm, biorąc pod uwagę tegoroczne spadki. Z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych wynika, że w I półroczu br. transakcje zmniejszyły się o blisko 1/3 w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku.

– W ostatnich miesiącach roku duże obroty generują odzież i obuwie zimowe. Te art. istotnie stracą na wartości z początkiem stycznia, podobnie jak bożonarodzeniowe produkty. Jeśli galerie nie będą w pełni otwarte, handel zostanie pozbawiony możliwości uzyskania obrotów, które dałyby szansę na przetrwanie i zgromadzenie środków na nowe kolekcje, ponieważ dziś trudno jest mówić nawet o odrabianiu strat – dodaje Agata Samcik.

Jak podsumowuje dr Krzysztof Łuczak, sytuacja w handlu jest tak trudna, że niedopuszczenie do przedświątecznej sprzedaży może pogrążyć branżę w wieloletnim i poważnym kryzysie. Sklepy z wyprzedzeniem gromadzą asortyment i oby się nie okazało, że zostaną z nim tak, jak sprzedawcy przed Wszystkimi Świętymi, bo tutaj na skup interwencyjny rządu raczej nie ma szans.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 14-16.11.2020 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH, na zlecenie portalu money.pl, na reprezentatywnej próbie 1 026 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.

Cyberbezpieczeństwo: Rok 2021 również pod znakiem COVID-19

Więcej ataków związanych z COVID-19, rozwój złośliwego oprogramowania, nowe konflikty cybernetyczne oraz zagrożenia dla 5G i Internetu Rzeczy – tak zdaniem ekspertów z firmy Check Point będzie wyglądał krajobraz zagrożeń cybernetycznych w 2021 roku i „następna normalność” firm, administracji państwowej czy wręcz wszystkich użytkowników Internetu.

Check Point stwierdza, że skutki zmian wprowadzonych podczas pandemii COVID-19 będą nadal kluczowym zagadnieniem dla zespołów IT i bezpieczeństwa organizacji. 81% przedsiębiorstw przyjęło masową pracę zdalną dla swoich pracowników, a 74% planuje włączyć ją na stałe. Eksperci ostrzegają jednocześnie przed pojawiającymi się zagrożeniami związanymi z oprogramowaniem ransomware i botnetami oraz wyzwaniami związanymi z zabezpieczeniem nowych sieci 5G i rozrostem ilości podłączonych urządzeń, które będą zasilać.

Pandemia COVID-19 wpłynęła na typowe działania praktycznie w każdej organizacji, zmuszając je do odłożenia na bok istniejących planów biznesowych i strategicznych i szybkiego przejścia do zapewnienia bezpiecznej zdalnej łączności na masową skalę Zespoły ds. Bezpieczeństwa musiały również radzić sobie z eskalacją zagrożeń dla ich nowych wdrożeń w chmurze, ponieważ hakerzy starali się wykorzystać wpływ pandemii: aż 71% specjalistów ds. bezpieczeństwa zgłosiło wzrost zagrożeń cybernetycznych od czasu rozpoczęcia blokad – wskazuje dr Dorit Dor, wiceprezes ds. Produktów w Check Point Software Technologies.

Prognozy firmy Check Point dotyczące bezpieczeństwa cybernetycznego są w tym roku podzielone na trzy kategorie: wydarzenia związane z COVID-19; złośliwe oprogramowanie, prywatność i konflikty cybernetyczne; oraz powstające platformy 5G i IoT.

Wydarzenia związane z pandemią

  • Zabezpieczenie „następnej normalności”: w 2021 r. Covid-19 nadal będzie wpływać na nasze życie, firmy i społeczeństwa, a wpływ ten będzie się zmieniać wraz z upływem roku. W związku z pośpiechem do pracy zdalnej organizacje muszą lepiej zabezpieczyć swoje nowe sieci rozproszone i wdrożenia w chmurze, aby chronić swoje aplikacje i dane. Oznacza to egzekwowanie i automatyzację zapobiegania zagrożeniom we wszystkich punktach sieci (od telefonów komórkowych i punktów końcowych pracowników, przez urządzenia IoT, po chmury) w celu powstrzymania zaawansowanych ataków przed szybkim rozprzestrzenianiem się w organizacjach i wykorzystywaniem słabych punktów w celu naruszenia poufnych danych. Automatyzacja zapobiegania będzie wyjątkowo ważna, ponieważ 78% organizacji twierdzi, że brakuje im umiejętności cybernetycznych.
  • Nie ma lekarstwa na exploity związane z COVID: ponieważ COVID-19 będzie nadal dominował w nagłówkach gazet, wiadomości o rozwoju szczepionek lub nowych krajowych ograniczeniach będą nadal wykorzystywane w kampaniach phishingowych, tak jak miało to miejsce w tym roku. Firmy farmaceutyczne opracowujące szczepionki będą również celem złośliwych ataków ze strony przestępców lub państw narodowych, chcących wykorzystać tę sytuację.
  • Szkoła w domu – ukierunkowanie na zdalne uczenie się: Szkoły i uniwersytety przestawiły się na wykorzystanie platform e-learningowych na dużą skalę, więc nie jest zaskoczeniem, że sektor ten odnotował 30% wzrost cotygodniowych ataków cybernetycznych tuż przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego czy akademickiego. W nadchodzącym roku ataki będą nadal zakłócać zdalne uczenie się.

Złośliwe oprogramowanie, prywatność i cyberwojna

  • Podwójne wymuszenia zwiększają stawkę za ransomware: w trzecim kwartale tego roku nastąpił gwałtowny wzrost liczby ataków ransomware typu podwójnego wymuszenia: hakerzy najpierw wydobywają duże ilości poufnych danych, zanim zaszyfrują bazy danych ofiary. Następnie napastnicy grożą, że opublikują te dane, jeśli nie zostaną zapłacone żądania okupu, wywierając dodatkową presję na organizacje, aby spełnić żądania hakerów.
  • Armia botnetów będzie nadal rosła: hakerzy przekształcili wiele rodzin złośliwego oprogramowania w botnety, by zbudować armie zainfekowanych komputerów, za pomocą których przeprowadzają ataki. Emotet, najczęściej używane złośliwe oprogramowanie w 2020 r., Na początku był trojanem bankowym, ale ewoluował, aby stać się jednym z najbardziej trwałych i wszechstronnych botnetów, zdolnym do uruchamiania szeregu szkodliwych exploitów, od oprogramowania ransomware po kradzież danych.
  • Ataki międzypaństwowe: cyberataki państw narodowych będą nadal rosły. Głównie dotyczyć będą szpiegostwa lub wpływania na wydarzenia w innych krajach. Microsoft niedawno poinformował, że cyberprzestępcy z zaledwie trzech krajów zainicjowali aż 89% incydentów hakerskich w poszczególnych państwach w ciągu ostatniego roku. W ostatnich latach skupiono się głównie na zabezpieczeniu krajowej infrastruktury krytycznej, ważnym jest jednak, aby rozpoznać również wpływ ataków na inne sektory państwowe. Należą do nich krajowe organizacje opieki zdrowotnej czy departamenty rządowe.
  • Deepfakes: Techniki kreowania fałszywego wideo lub audio są teraz na tyle zaawansowane, że można je wykorzystać do tworzenia ukierunkowanych treści w celu manipulowania opiniami, cenami akcji lub jeszcze bardziej destrukcyjnych działań. Na początku tego roku grupa polityczna w Belgii opublikowała fałszywe nagranie belgijskiego premiera wygłaszającego przemówienie łączące COVID-19 ze szkodami dla środowiska i wzywające do podjęcia działań w sprawie zmiany klimatu. Wielu widzów uważało, że przemówienie było prawdziwe. Na prostszym poziomie dźwięk może zostać sfałszowany w celu phishingu głosowego – tak, aby np. głos dyrektora generalnego mógł ominąć uwierzytelnianie głosowe.
  • Prywatność? Jaka prywatność?: Nasze urządzenia mobilne udostępniają znacznie więcej danych niż zdajemy sobie z tego sprawę – głównie dzięki aplikacjom wymagającym szerokiego dostępu do kontaktów, wiadomości i nie tylko. W tym roku zostało to spotęgowane przez źle zaprojektowane aplikacje do śledzenia kontaktów COVID-19, które mają problemy z prywatnością i wyciekaniem danych osobowych. Jednocześnie zwróćmy uwagę, że były to legalne i oficjalne aplikacje! Tymczasem mobilne złośliwe oprogramowanie atakujące dane uwierzytelniające użytkowników bankowych i popełniające oszustwa związane ze złośliwymi reklamami to główne zagrożenie, które będzie się jeszcze bardziej rozwijać.

Nowe platformy 5G i IoT

  • Korzyści i wyzwania związane z 5G: Całkowicie połączony, szybki świat obiecany przez 5G daje korzyści również przestępcom i hakerom, umożliwiając im przeprowadzanie ataków i powodowanie zakłóceń poprzez atakowanie łączności nowej technologii. Urządzenia e-zdrowia nowej generacji będą zbierać dane na temat samopoczucia użytkowników, połączone usługi samochodowe będą monitorować ruchy użytkowników, a aplikacje inteligentnego miasta będą zbierać informacje o tym, jak żyją mieszkańcy. Ta ogromna ilość danych z zawsze włączonych urządzeń 5G będzie musiała być chroniona przed włamaniami, kradzieżą i manipulacją, aby zapewnić prywatność i bezpieczeństwo, zwłaszcza że wiele z tych danych ominie sieci korporacyjne i ich mechanizmy kontroli.
  • Internet zagrożeń: wraz z rozwojem sieci 5G liczba podłączonych urządzeń IoT będzie się masowo zwiększać – drastycznie podnosząc podatność sieci na wielowektorowe cyberataki o dużej skali. Urządzenia IoT, wraz z połączeniem z sieciami i chmurami, nadal stanowią słabe ogniwo w zakresie bezpieczeństwa: trudno jest uzyskać pełny wgląd w urządzenia, przy czym mają one złożone wymagania dotyczące bezpieczeństwa. Potrzebujemy bardziej holistycznego podejścia do bezpieczeństwa IoT, z połączeniem tradycyjnych i nowych mechanizmów kontrolnych w celu ochrony tych stale rosnących sieci we wszystkich sektorach przemysłu i biznesu.

Jedną z niewielu przewidywalnych rzeczy w cyberbezpieczeństwie jest to, że hakerzy i cyberprzestępcy będą starać się wykorzystać ważne wydarzenia lub zmiany – takie jak COVID-19 lub wprowadzenie 5G – dla własnej korzyści. Aby wyprzedzić zagrożenia, organizacje muszą być proaktywne i nie pozostawiać żadnej części powierzchni ataku bez ochrony lub niemonitorowania, w przeciwnym razie mogą stać się kolejną ofiarą wyrafinowanych, ukierunkowanych ataków – zwraca uwagę Wojciech Głażewski, menedżer polskiego oddziału Check Pointa.

W logistyce liczy się czas, jednak na pracowników z Ukrainy trzeba poczekać

IV kw. roku w branży logistycznej już tradycyjnie oznacza pik rekrutacyjny. Mimo że część firm np. z sektora e-commerce nie narzekała na brak zajęć w czasach COVID-19 to wzmożona ilość pracy w logistyce czeka nie tylko w e-handlu. Pojawi się ona, gdy nadejdzie Black Friday i zniknie wraz z końcem wyprzedaży. Niezmiennie – od kilku lat – utrzymuje się również wysokie zapotrzebowanie na pracowników ze Wschodu. W tym roku na kadrę z Ukrainy, trzeba będzie poczekać min. 10 dni, a to wieczność w dynamicznie rozwijającej się branży logistycznej, w której liczy się czas. Niestety, właśnie tyle trwa obowiązkowa kwarantanna – nasi wschodni sąsiedzi muszą ją przejść zanim rozpoczną pracę po przyjeździe do Polski.

Otwartość na pracowników z Ukrainy w branży logistycznej rośnie z miesiąca na miesiąc. Z danych Grupy Progres wynika, że zapotrzebowanie na kadrę ze Wschodu w tym roku było najwyższe w lipcu i sierpniu, mimo że były to kolejne miesiące, w których nasz kraj walczył z pandemią. W wakacje do pracy potrzebowano o 25 proc. więcej Ukraińców niż w styczniu, lutym czy marcu tego roku. Przez pierwsze miesiące dominował strach i niepewność co będzie dalej. Jednak branża logistyczna jest w dość dobrej kondycji, a zapotrzebowanie na pracowników np. magazynowych nie maleje. Firmy szykują się na nadchodzący wielkimi krokami Czarny Piątek, który w tym roku z powodu restrykcji będzie widoczny szczególnie w sieci, gdy zakupowicze zaczną polować na promocje. Każde kliknięcie i zakup rzeczy oznacza pracę do wykonania przez szereg ludzi, którzy czekają po drugiej stronie komputera, by przyjąć zamówienie, spakować je i przygotować do wysyłki, a następnie dostarczyć do klienta. Część tych czynności wykonują w Polsce nasi Wschodni sąsiedzi, których do pracy w tym sektorze również nie brakuje – większość Ukraińców myślących o zarabianiu w Polsce chciałaby pracować w magazynie (66 proc.). Nasz kraj to dla nich szansa na zarobek szczególnie w czasach, gdy o etat na Ukrainie nie jest łatwo – w ciągu roku liczba bezrobotnych Ukraińców wzrosła o 59 proc.

Na Ukrainie trudno o pracę w logistyce, w Polsce jest ona od ręki, ale po kwarantannie

Jak wynika z najnowszych danych Centrum Zatrudnienia Ukrainy największym zainteresowaniem wśród kandydatów do pracy cieszą się stanowiska związane m.in. z branżą TSL – kierowca, magazynier, ładowacz i pakowacz. Niestety, sytuacja na ukraińskim rynku pracy w ciągu roku zmieniła się diametralnie i nie jest to zmiana na lepsze. Obecnie na Ukrainie oficjalnie zarejestrowanych jest 427 tys. bezrobotnych, co szósty ma szansę na zatrudnienie w swojej ojczyźnie. W ubiegłym roku o jeden wakat walczyło trzech kandydatów.

Sytuacja związana z pandemią zdecydowanie „namieszała” również na polskim rynku pracy. Szeroko pojęta branża logistyczna z jednej strony cierpiała z powodu utraty kontraktów, braku zamówień, firmy zamykały się, wstrzymywały produkcję i redukowały zatrudnienie. Przykładem może być tu branża automotive, która dość dotkliwie odczuła sytuację związaną z koronawirusem. Z drugiej strony przeżywała istny boom widoczny szczególnie w firmach kurierskich i e-commerce, gdzie zapotrzebowanie na pracowników nie maleje. Podobnie jak otwartość na zatrudnianie obcokrajowców – pożądanymi kandydatami do pracy w tej branży są najczęściej Ukraińcy. Jednak na drodze do ich zatrudnienia stoją restrykcje wprowadzone w związku z COVID-19 – mówi Agnieszka Różańska, Starszy Specjalista ds. sprzedaży w Grupie Progres.

Firmy, które chcą zatrudniać Ukraińców muszą liczyć się z tym, że każdy z nich po przyjeździe do Polski ma obowiązek odbycia kwarantanny trwającej 10 dni. Dopiero po jej przejściu i za zgodą sanepidu może rozpocząć pracę.

Covidowe benefity dla Ukraińców

Standardami przy zatrudnianiu Ukraińców, które cieszyły się popularnością były startery sieci telekomunikacyjnej, pomoc przy zakładaniu konta w banku czy przy wypełnianiu wniosków na kartę pobytu oraz infolinia w języku ukraińskim. Obecnie to norma, o którą już nie pytają, bo w czasach pandemii kluczową kwestią jest dla nich zapewnienie bezpłatnego zakwaterowania w Polsce, posiłki regeneracyjne, darmowy transport do pracy oraz możliwość wypracowania większej liczby godzin. Są one dla nich szczególnie ważne, bo restrykcje, którym muszą się poddać po przyjeździe do Polski oznaczają dla nich 10 dni bez szybkiej szansy na zarobki.

Według Agnieszki Różańskiej, kluczowymi działaniami agencji pracy zatrudniających Ukraińców w sektorze TSL są obecnie te związane z epidemią. Pracowników ze Wschodu wspiera się w kwestiach związanych z zakwaterowaniem na czas kwarantanny i po jej przebyciu. Niemniej ważna jest koordynacja zakupów dostarczanych do osób w izolacji oraz pomoc rekruterów z Ukrainy i polskich konsultantów, proaktywne reagowanie na zaistniałą sytuację, a także stały kontakt z pracownikami przebywającymi na kwarantannie. Ważne są również procedury postępowania dotyczące koronawirusa wdrażane w większości firm – pracownicy są o nich informowani, a komunikaty przekazywane są w ich ojczystym języku. Ekspertka podkreśla, że zdrowie kadry, jej bezpieczeństwo i komfort pracy jest dla firm z sektora TSL priorytetem chroniącym przed brakiem przestojów oraz pozwalającym na ich dalszy rozwój w trudnych czasach.

JR HOLDING ASI S.A. wypracowuje bardzo wysoki zysk netto w 3 kw. 2020 r.

JR HOLDING ASI S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2012 r., zanotowała ponad 340 mln zł zysku netto w 3 kw. 2020 r. Z kolei po trzech kwartałach tego roku jej zysk netto sięgnął blisko 760 mln zł.

Zakończony 3 kwartał br. był dla Spółki niezwykle udany, bowiem udało jej się wypracować niezwykle wysoki zysk netto przekraczający 340 mln zł. Narastająco, po trzech kwartałach zysk netto JR HOLDING ASI S.A. sięga prawie 760 mln zł. Osiągnięcie tych znakomitych wyników finansowych to przede wszystkim zasługa wzrostu wartości spółek portfelowych, które znajdują się w portfelu inwestycyjnym. Oczywiście, wcześniej zostały one poddane dogłębnej analizie i zweryfikowane pod kątem możliwości wzrostu wartości. Zarząd JR HOLDING ASI S.A. jest zadowolony z wypracowanych wyników w samym trzecim kwartale br., jak i po trzech kwartałach tego roku.

„Za nami kolejny kwartał, w którym osiągnęliśmy bardzo wysoki zysk netto. Dobrane przez nas spółki do portfela inwestycyjnego rozwijają się bardzo dobrze i zwiększają dynamicznie wycenę rynkową. Bardzo nas cieszy ich rozwój, który wpływa pozytywnie na wzrost naszych aktywów oraz na nasze wyniki finansowe. Zamierzamy zakończyć ten rok rekordowym wynikiem w całej historii Spółki.” – wyjaśnia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING ASI S.A.

Emitent jest skoncentrowany na projektach inwestycyjnych związanych z branżą OZE, gier komputerowych, nowoczesnych technologii oraz medycyny i biotechnologii, a wkrótce także ze sztuczną inteligencję. Powyższe branże mają przed sobą bardzo dobre perspektywy, a podmioty w nich działające mogą osiągać wysokie wzrosty wartości. Po bardzo udanych inwestycjach w spółki tzw. „Covidowe”, JR HOLDING ASI S.A. będzie redukował zaangażowanie w tym segmencie, co wynika ze zmieniającej się sytuacji rynkowej. Do końca roku Spółka opublikuje również zaktualizowaną strategię rozwoju na lata 2020-2022.

„Nasza dotychczasowa strategia jest cały czas realizowana, a jej założenia zostały spełnione z wyprzedzeniem i na wyższym poziomie. Analizujemy i weryfikujemy wiele bardzo ciekawych projektów inwestycyjnych, które do nas trafia. Dzięki umocnieniu marki JR HOLDING ASI na rynku transakcji i projektów inwestycyjnych jesteśmy coraz silniejszym partnerem dla wielu przedsięwzięć biznesowych. Uważam, że nasza obecna wycena rynkowa nie jest adekwatna do posiadanych przez nas aktywów i osiągniętych wyników finansowych oraz nie odzwierciedla dynamicznego rozwoju Grupy.” – zakończył Ciszewski.

Spółka wypracowała w 2019 r. ponad 165 mln zł zysku brutto, co jest rekordowym wynikiem w jej wieloletniej historii. W minionym roku JR HOLDING ASI S.A. została wpisana przez Komisję Nadzoru Finansowego do Rejestru Zarządzających Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi.

Wzrost nadużyć w cyfrowych płatnościach podczas pandemii

Okres lockdownu i potrzeba zachowania dystansu społecznego spowodowane pandemią COVID-19 przyczyniły się do powstania wielu nowych aplikacji mobilnych i cyfrowych kanałów kontaktu, które umożliwiły funkcjonowanie w tych trudnych czasach. Usługi bankowości mobilnej w Stanach Zjednoczonych wzrosły o 50 proc. w I poł. 2020 roku, a nowe rejestracje wzrosły o 200 proc. w samym kwietniu. Rozkwit zakupów online i zbliżeniowych form płatności przyczynił się do rozwoju rynku e-commerce. Przeniesienie wielu procesów do przestrzeni cyfrowej okazało się zbawienne w czasach kryzysu, jednak, jak wynika z nowego raportu Javelin Strategy & Research i SAS, przyczyniło się również do wzrostu skali nadużyć na całym świecie.

Potwierdzają to dane Stowarzyszenia Biegłych ds. Przestępstw i Nadużyć Gospodarczych (ang. Association of Certified Fraud Examiners – ACFE). Aż 77 proc. uczestników badania ACFE odnotowało wzrost liczby nadużyć w związku z kryzysem wywołanym COVID-19. Co więcej, 1/3 organizacji określiła je jako znaczące, a 92 proc. spodziewa się, że przestępstw finansowych będzie coraz więcej.

Zauważyliśmy prawie 35-proc. wzrost prób nadużyć, co oznacza, że przestępcy są bardziej aktywni w kanałach cyfrowych, wykorzystując fakt, że większość procedur antyfraudowych zakłada normalne warunki działania branży finansowej, a w roku 2020 niewiele transakcji przebiega w tradycyjny sposóbmówi jeden z uczestników badania Javelin Strategy & Research i SAS.

Wpływ fali nadużyć jest odczuwany na wiele różnych sposobów, co ma związek ze wzrostem liczby cyfrowych płatności na całym świecie mówi Stu Bradley, wiceprezes działu Global Fraud and Security Intelligence Division w SAS. Efektywna walka z nadużyciami wymaga wykorzystania wielu danych cyfrowych i hybrydowego wielowarstwowego podejścia w podejmowaniu decyzji w trakcie trwania pandemii i po jej ustaniu. Zaawansowana analityka pozwala firmom przygotować się na przyszłe wyzwania.

Kluczowe wnioski i rekomendacje z raportu:

  • Cyfrowe płatności przyczyniają się do wzrostu globalnego ryzyka. Chociaż technologie płatności różnią się w zależności od regionu, trendy w zakresie nadużyć mają wyraźne cechy wspólne na całym świecie. To oznacza, że przestępcy koordynują i dzielą się informacjami w sposób bardziej otwarty niż robią to instytucje finansowe, co daje im znaczną przewagę w obchodzeniu systemów bezpieczeństwa.
  • Cyfrowe nadużycia są coraz częstsze i bardziej wyrafinowane. Rozwiązania, którymi dysponują przestępcy, są równie zaawansowane jak technologie wykorzystywane do wykrywania ich działań. Inżynieria społeczna, phishing, kradzieże tożsamości, a także szeroki wachlarz cyfrowych form płatności stanowią broń w rękach nieuczciwych użytkowników. Organizacje powinny mieć świadomość, że nowe mechanizmy płatności są szczególnie częstym celem ataków, co wynika z faktu, że systemy odpowiadające za sprawowanie nad nimi kontroli są często nieskuteczne już w momencie ich uruchomienia.
  • Organizacje świadczące usługi finansowe potrzebują zaawansowanych rozwiązań analitycznych, aby móc identyfikować nakładające się zagrożenia w czasie rzeczywistym. Złożoność wektorów ataków sprawia, że biznes musi wdrożyć kompleksowe podejście, aby wykrywać i zapobiegać nadużyciom, jednocześnie koordynując strategie i działania śledcze. Automatyzacja i zaawansowana analityka zasilane przez sztuczną inteligencję oraz uczenie maszynowe mogą sprawić, że firma nie będzie polegała wyłącznie na analizach nadużyć dokonywanych przez członków zespołu, co przełoży się na wzrost efektywności.
  • Dane są kluczowe. Wykorzystanie danych na potrzeby analiz w czasie rzeczywistym i automatyzacja działań będą kluczowe w realiach nowej normalności. Możliwości biznesu będą różniły się w zależności od stopnia dojrzałości technologicznej. Organizacje, niezależnie od stopnia rozwoju, potrzebują danych w czasie rzeczywistym, aby podejmować efektywne decyzje. Co ważne, wdrożenie infrastruktury chmurowej na potrzeby zarządzania nadużyciami zwiększa możliwości przyswajania informacji przez system.

Zarządzanie ryzykiem podczas zmian w sposobach płatności

Zmiany w sposobach płatności sprawiają, że instytucje finansowe muszą dokładnie znać źródła transakcji. Ważna jest wiedza, czy pochodzą z aplikacji mobilnych, czy serwisów transakcyjnych. Ich prawidłowe zabezpieczenie przed cyfrowymi nadużyciami staje się coraz bardziej skomplikowane.

Zrozumienie przejścia ze strategii omnichannel do multichannel, a także znajomość złożonych narzędzi, które wykorzystują przestępcy, dostarczają wskazόwek instytucjom finansowym, pomocnych w budowie krόtko- i długofalowych strategii zwalczania nadużyćmówi Krista Tedder, szefowa działu płatności w Javelin Strategy & Research. Bez wsparcia technologii i usprawnienia procesów operacyjnych, instytucje finansowe muszą liczyć się z poważnymi stratami, zarówno wizerunkowymi, jak i finansowymi. Niektóre usprawnienia mogą być wdrożone szybko, wypracowanie innych zajmuje miesiące, a nawet lata. Ważne jest, aby na początku analizować wszystkie strumienie danych w czasie rzeczywistym i połączyć zarządzanie tożsamością oraz monitoring transakcji nie tylko w celu wykrycia nadużycia, które już wystąpiło, ale także zapobiegania przyszłym tego typu zdarzeniom. Branża usług finansowych musi w szerszym zakresie wykorzystywać sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe.

Nadużycia problemem nie tylko branży finansowej

Nadużycia nie dotykają jedynie branży finansowej, ale szerzej biznesu. Od czasu wystąpienia pandemii firmy wdrażają kolejne innowacje mające na celu sprostanie oczekiwaniom klientów, którzy chcą elastyczności i szybkich odpowiedzi Teraz muszą redefiniować to, w jaki sposób dbają o bezpieczeństwo swoje i konsumentów. Jak wynika z badania „ACFE Anti-Fraud Technology Benchmarking Report” tylko 39 proc. organizacji korzysta z oprogramowania do zarządzania przypadkami nadużyć. Połowa ankietowanych używa automatycznego monitorowania alertów bezpieczeństwa lub przypadków naruszeń, a 2/3 wykorzystuje analitykę do wykrywania anomalii i podejrzanych zachowań. Eksperci ACFE i SAS przewidują, że w najbliższych dwóch latach stopień wykorzystania obu rodzajów rozwiązań wzrośnie do 72 proc. Innym sposobem walki z nadużyciami jest weryfikacja użytkowników usług finansowych na podstawie danych biometrycznych. Z tej technologii korzysta obecnie 26 proc. organizacji. Z kolei 16 proc. planuje wdrożenie rozwiązań tej kategorii na przestrzeni najbliższych dwóch lat.

O tym, że decydenci ze świata biznesu myślą, jak skutecznie przeciwdziałać nadużyciom, świadczy fakt, że 55 proc. organizacji planuje zwiększyć, w ciągu dwóch najbliższych lat, budżet na technologie wspierające walkę z tym procederem. Zgodnie z przewidywaniami wykorzystanie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego w tym samym obszarze ma wzrosnąć niemal 3-krotnie.

Dzieci są coraz bardziej świadome zagrożeń w sieci, lecz nie zawsze umieją chronić swoje dane. Ta umiejętność powinna być stałym elementem edukacji cyfrowej

Europejczycy są stosunkowo dobrze poinformowani o nowych przepisach dotyczących ochrony danych osobowych – wynika z danych Komisji Europejskiej. Dobrze na tym tle wypadają Polacy – znajdujemy się na trzecim miejscu w UE. Także dzieci mają coraz większą świadomość zagrożeń i swoich praw do ochrony prywatności, jednak wciąż nie wiedzą, jak je egzekwować. Często brakuje im rozwagi i przewidywania konsekwencji swoich działań. – Edukacja w zakresie ochrony danych osobowych powinna być przekazywana systemowo – podkreślają przedstawiciele UODO, inicjatora ogólnopolskiego programu edukacyjnego „Twoje dane – Twoja sprawa”.

– Niemal 2/3 mieszkańców Unii Europejskiej słyszało o RODO i jeszcze więcej, bo prawie 3/4, jest świadomych, że przysługuje im przynajmniej jedno z sześciu głównych praw zawartych w tej regulacji. Ponad 60 proc. wie, że na terenie danego kraju funkcjonuje instytucja odpowiedzialna za przestrzeganie i monitorowanie prawa w zakresie ochrony danych osobowych – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mirosław Sanek, zastępca Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

Według raportu Komisji Europejskiej „Special Eurobarometer 487a” większość Europejczyków jest coraz bardziej świadoma swoich praw w zakresie ochrony danych osobowych. Na tle innych narodowości Polacy mają dużą świadomość funkcjonowania RODO, tym samym uplasowaliśmy się na trzecim miejscu (86 proc.) w rankingu krajów europejskich, po Szwecji (90 proc.) i Holandii (87 proc.). Najczęściej też korzystaliśmy z prawa do odmowy przyjmowania materiałów marketingu bezpośredniego (21 proc.), prawa dostępu do swoich danych (16 proc.) oraz prawa do usunięcia danych (15 proc.).

– Jednocześnie tylko 14 proc. z nas jest zadowolonych z tego, co się dzieje z naszymi danymi w internecie. Zdecydowanie więcej ma głębokie przekonanie o tym, że oddając dane do sieci, traci nad nimi kontrolę. Jest to źródło dużego niepokoju. Z jednej strony wynika on z gwałtownego rozwoju nowych technologii, dla których pobieranie danych jest bardzo istotne. Z drugiej zaś nie przywiązujemy wagi do czytania polityki prywatności serwisów internetowych – tłumaczy Mirosław Sanek.

Skoro ochrona danych osobowych nastręcza trudności dorosłym, trudno się dziwić, że problem mają z tym również dzieci i młodzież. Jednak jak podkreślają przedstawiciele UODO, młodzi ludzie wiedzą coraz więcej o swoich prawach i potrzebie chronienia swojej prywatności. Ze względu na to, że w obsłudze urządzeń i technologii cyfrowych są biegli i poruszają się w tym temacie sprawniej niż ich rodzice, ich świadomość na temat zagrożeń w internecie rośnie, choć wciąż nie jest wystarczająca.

– Dzieci od najmłodszych lat korzystają z nowoczesnych technologii, umiejętnie się nimi posługują, natomiast brakuje im rozwagi, refleksji, odpowiedzialności za swoje działania. Nie mają jeszcze umiejętności przewidywania konsekwencji swoich czynności, dlatego ochrona danych osobowych i prywatności jest tak ważna – ocenia Marta Mikołajczyk, koordynatorka programu „Twoje dane – Twoja sprawa” z UODO.

Dzieci nie zawsze mają świadomość, że każda zainstalowana aplikacja zyskuje dostęp do większej ilości informacji o nas, niż jest to konieczne do realizacji usługi, m.in. do naszej lokalizacji czy kontaktów. Choć może się to wydawać niewinne, zagrożenia z tym związane mogą być poważne.

– Niefrasobliwe zachowania naszych dzieci w sieci to zaproszenie dla rasowych przestępców do naszego realnego życia. Pamiętajmy, że wszelka nasza obecność w sieci rodzi tego typu zagrożenie. Nasze błędy w przestrzeni cyfrowej, w internecie mogą nas dogonić w rzeczywistości – podkreśla zastępca Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

Ze względu na te zagrożenia edukacja dzieci w zakresie bezpieczeństwa danych i ochrony prywatności zarówno w internecie, jak i w świecie realnym powinna wejść na stałe do domów i szkół. Ochrona danych osobowych to sedno umiejętności cyfrowych, dlatego warto rozmawiać z dziećmi i edukować. Takie zadanie pełni ogólnopolski program edukacyjny „Twoje dane – Twoja sprawa”, realizowany przez UODO od 2009 roku pod patronatem Ministerstwa Edukacji Narodowej i Rzecznika Praw Dziecka. W tym roku szkolnym wystartowała już 11 edycja programu.

– Program odbywa się dwuetapowo. W pierwszym etapie szkolimy nauczycieli i dyrektorów szkół, wyposażamy ich w wiedzę o ochronie danych osobowych oraz omawiamy realizację programu. Przekazujemy im materiały edukacyjne i angażujemy w prowadzenie zajęć. Kolejnym etapem jest realizacja inicjatyw bezpośrednio przez szkoły, czyli organizacja zajęć, szkolenie rad pedagogicznych i różne wydarzenia tematyczne – wymienia Marta Mikołajczyk.

Co roku w programie bierze udział średnio 4 tys. nauczycieli i 40 tys. uczniów z ponad 300 placówek. Jak podkreśla jego koordynatorka, zainteresowanie nim jest coraz większe, ale – co istotne – widać też efekty edukacji wśród najmłodszych.

– Dzieci mają coraz większą świadomość swoich praw, choć trudno im je realizować. Dlatego istotne jest wsparcie ekspertów i rodziców. Praktyczny aspekt tej edukacji jest bardzo ważny. Nie chodzi tylko o nabywanie wiedzy, ale kluczowe jest budowanie świadomości i rozumienie pewnych zjawisk związanych z ochroną prywatności. Natomiast, co jest równie istotne, edukacja w zakresie ochrony danych osobowych powinna być przekazywana systemowo. Nie wystarczy jedna lekcja w jednej szkole. Warto, żeby to był długi proces – mówi. – Z najmłodszymi uczniami kluczowe jest realizowanie zajęć w formie zabawy, poprzez gry czy konkursy. Dzieci wtedy łatwiej rozumieją te trudne zagadnienia.

Wirtualne karty płatnicze stopniowo zastępują plastikowe. Pojawia się coraz więcej możliwości ich wykorzystania

0

Na polskim rynku funkcjonuje ponad 2 mln kart wirtualnych i na razie mają one blisko 5-proc. udział w rynku kart płatniczych. Dane NBP z II kwartału pokazują, że w dobie pandemii ich liczba zwiększyła się o 118 tys., czyli o 6,2 proc. Wpływają na to m.in. rosnąca popularność e-commerce oraz rekomendacja, by płatności realizować bezgotówkowo i bezdotykowo. – To kwestia kilku lat, by wirtualne rozwiązania zastąpiły plastikowe – podkreśla Arkadiusz Rochala z Sodexo. Firma właśnie wprowadziła wirtualne karty przedpłacone jako benefit dla pracowników oraz nagroda w programach wsparcia sprzedaży.

– Karty wirtualne stają się coraz popularniejsze. Wpływa na to otoczenie zewnętrzne i pandemia, która w jeszcze większym stopniu wzmacnia powszechną digitalizację. Widzimy wzrost e-commerce’u i zmianę przyzwyczajeń zakupowych. Nie bez znaczenia jest też to, jak w tej chwili funkcjonujemy jako pracownicy. Większość z nas pracuje z domu, więc tego typu wirtualne rozwiązania – bez plastiku i bez logistyki – świetnie wpisują się w obecne czasy – mówi agencji Newseria Biznes Arkadiusz Rochala, dyrektor generalny Sodexo Benefits and Rewards Services w Polsce.

Służące do płatności internetowych i mobilnych karty wirtualne funkcjonują na polskim rynku od 2004 roku – wynika z informacji Narodowego Banku Polskiego. Jednak dopiero w ostatnim czasie zyskują na popularności. Na koniec II kwartału było ich nieco ponad 2 mln, co daje 4,7 proc. udziału w ogólnej liczbie kart. Na koniec pierwszego kwartału było to odpowiednio 1,9 mln (wzrost o 6,2 proc.) oraz 4,4 proc. udziału.

– W moim przekonaniu jest to kwestia tylko kilku lat, zanim wirtualne rozwiązanie zastąpi to tradycyjne, plastikowe – przekonuje ekspert.

Jak podkreśla, większemu wykorzystaniu wirtualnych kart mocno sprzyja zarówno wzrost rynku e-commerce, do czego przyczynia się też pandemia COVID-19, jak również ogólny trend, jakim jest rosnąca popularność płatności bezgotówkowych i bezstykowych. Jak wynika z danych NBP, w II kwartale br. udział płatności zbliżeniowych w całkowitych obrotach kartami wyniósł 93 proc. To oznacza, że w Polsce 9 na 10 transakcji kartami jest realizowanych zbliżeniowo. Na ich popularność wpływa dodatkowo rekomendowanie przez Światową Organizację Zdrowia płatności bezdotykowych w sklepach stacjonarnych.

– Pod kątem infrastruktury polski rynek też jest doskonale przygotowany do obsługi takich transakcji. Mamy ponad milion terminali i każdy z nich akceptuje płatności zbliżeniowe, w tym karty wirtualne. Praktycznie wszystkie transakcje kartami są już w tej chwili dokonywane zbliżeniowo, co plasuje nas na pierwszym miejscu w Europie, a portfele mobilne oparte na Google Pay i Apple Pay też stają się coraz popularniejsze – ocenia Arkadiusz Rochala.

Wirtualne karty przedpłacone, podobnie jak ich plastikowe odpowiedniki, mają numer, datę ważności oraz kod CVC.  Można je dodać do portfeli mobilnych Google Pay i Apple Pay, które obecnie ma już ponad 3,3 mln Polaków. Są akceptowane przy płatnościach w sklepach stacjonarnych i internecie, pozwalają też wypłacić gotówkę z bankomatu.

Sodexo, jako pierwsza instytucja niefinansowa, wprowadziło właśnie na polski rynek wirtualne karty przedpłacone, które będą służyć jako benefity przyznawane pracownikom przez firmę w ramach podarunku albo dodatkowego świadczenia oraz jako nagrody dla konsumentów, klientów lub partnerów w programach wsparcia sprzedaży.

– Wprowadziliśmy dwa rodzaje wirtualnych kart. Pierwszy z nich to wirtualne karty podarunkowe, służące jako benefit do nagradzania, motywowania i angażowania pracowników. Drugi to wirtualne karty premiowe, które mogą być wykorzystywane w programach lojalnościowych i wsparcia sprzedaży oraz do motywowania sił sprzedaży. Obie mają dokładnie te same cechy i dają te same możliwości, co wcześniej wprowadzane przez nas karty plastikowe – mówi Małgorzata Kroh, dyrektor ds. marketingu i rozwoju Sodexo Benefits and Rewards Services w Polsce.

Benefity w Polsce otrzymuje ok. 9,5 mln pracowników, a łączna wartość świadczeń przyznanych w ubiegłym roku przekroczyła 14 mld zł. Kategoria kart przedpłaconych jest od lat w czołówce najpopularniejszych świadczeń. Pozwala bowiem pracownikowi samodzielnie zdecydować, na co chce przeznaczyć środki. Jest też benefitem prostym w obsłudze, możliwym do zrealizowania w dowolnym miejscu i czasie. Dlatego też w tym roku wirtualna karta przedpłacona może sprawdzić się np. jako świąteczny prezent dla pracowników.

– To bardzo uniwersalne narzędzie przekazywania nagród i benefitów, dające swobodę wyboru osobie obdarowanej. To też rozwiązanie bezpieczne, co w dzisiejszych czasach wydaje się być cechą numer jeden, gdyż właściwie do zera ogranicza potrzebę fizycznego kontaktu związanego z przekazaniem, odebraniem czy korzystaniem z tej karty – mówi Małgorzata Kroh.

Wirtualna karta Sodexo trafia bezpośrednio na adres e-mail osoby obdarowanej w postaci kodu dostępowego. Kartę można aktywować na stronie internetowej, gdzie można także sprawdzić jej saldo albo historię transakcji. Dostęp do danych karty ma tylko osoba obdarowana i nie można jej ukraść, jak tradycyjnej karty płatniczej.

– Jest to też rozwiązanie ekologiczne, dlatego że produkcji i dystrybucji tych kart do pracowników, klientów czy partnerów nie towarzyszy plastik ani zużycie papieru. Prawie do zera ograniczony jest związany z tym ślad węglowy – mówi ekspertka z Sodexo. – Ważną cechą takich kart jest też oczywiście oszczędność finansowa, ponieważ jest to rozwiązanie cyfrowe, więc nie pociąga za sobą żadnych dodatkowych kosztów związanych z ich dystrybucją i logistyką. Zwolnienia podatkowe i finansowanie z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych powodują, że jest to rozwiązanie jeszcze bardziej efektywne kosztowo.

Z perspektywy pracodawcy wirtualny podarunek jest atrakcyjnym narzędziem budowania employer brandingu. Jednak firma równie dobrze może wykorzystać go w programach lojalnościowych i innych akcjach wsparcia sprzedaży, jak np. konkursy, loterie czy promocje „buy & get”. Sprzyja temu możliwość szybkiego i łatwego przekazania takiej karty nawet bardzo licznej grupie konsumentów, klientów czy partnerów, bez pakowania ani fizycznej wysyłki i związanych z tym wydatków. Co więcej, podobnie jak pozostałe karty i kupony Sodexo wirtualne karty przedpłacone podlegają zwolnieniu z podatku VAT.

– Wirtualna karta podarunkowa jest rozwiązaniem dla nowoczesnych firm, które szukają efektywnych narzędzi do przekazywania benefitów pracowniczych. Natomiast wirtualna karta premiowa jest efektywnym narzędziem dla każdego, kto planuje bądź prowadzi programy wsparcia sprzedaży, szuka rozwiązań do lojalizowania i nagradzania sił sprzedaży albo do wykorzystania w konkursach konsumenckich – podsumowuje Małgorzata Kroh.

Polacy wysłali w tym roku za granicę o 30 proc. więcej przesyłek. Okres przedświąteczny może przynieść rekordowe wzrosty

Przed świętami liczba przesyłek nadawanych do krajów Unii Europejskiej rośnie nawet o 50 proc. wobec innych miesięcy. DHL Parcel prognozuje, że w tym roku – ze względu na pandemię i związane z nią obostrzenia – ten wzrost będzie dużo wyższy, a już dotychczasowe wyniki pokazują, że rynek jest o 30 proc. większy niż przed rokiem. Wraz ze skokowym rozwojem e-commerce polscy konsumenci coraz chętniej kupują w zagranicznych e-sklepach. Wciąż jednak potencjał unijnego rynku nie jest w pełni wykorzystywany przez krajowe firmy. Za granicę sprzedaje tylko kilka procent firm z branży e-commerce – i to właśnie ta grupa najbardziej skorzystała w okresie wiosennego lockdownu. Oferty firm logistycznych mają je zachęcić do zagranicznej ekspansji.

– W tym roku ruch przesyłek międzynarodowych wzrośnie o ponad 30 proc. Już w czasie pierwszej fali pandemii zauważyliśmy dwukrotny wzrost dynamiki w ruchu przesyłek międzynarodowych. To pokazuje, że ten sektor gospodarki radzi sobie w pandemii całkiem dobrze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Arkadiusz Stasiak, dyrektor sprzedaży regionalnej DHL Parcel.

Jak pokazują dane Gemiusa, w Polsce zakupy online robi już 73 proc. internautów, czyli o 11 pkt proc. więcej niż jeszcze rok temu. Tak duży wzrost to efekt pandemii i obostrzeń w życiu gospodarczym i społecznym, które wiele osób skłoniły do kupowania przez internet. Co istotne, w Polsce już prawie 1/3 kupujących online korzysta również z zagranicznych serwisów e-commerce. W porównaniu z ubiegłym rokiem wartość ta wzrosła o 4 pkt proc. (z 26 do 30 proc. obecnie).

Na wzrost dynamiki w ruchu przesyłek międzynarodowych, do którego przyczyniła się pandemia, wpłynie dodatkowo gorący okres przedświąteczny. Jak podaje DHL, przed świętami liczba paczek nadawanych do krajów Unii Europejskiej rośnie nawet o 50 proc. w stosunku do poprzedzających miesięcy.

– W tym roku spodziewamy się nawet większej skali wzrostu. Bardzo możliwe jest wprowadzenie dalszych obostrzeń w Polsce i w Europie, więc w momencie, kiedy ruch transgraniczny będzie utrudniony, Polacy będą rezygnować z wyjazdów i odwiedzin u rodziny i zapewne zauważymy zwiększoną liczbę nadań takich przesyłek – mówi Arkadiusz Stasiak.

Zdecydowanym liderem przesyłek nadawanych z Polski są Niemcy – ten kierunek generuje prawie 30 proc. całego polskiego eksportu. Wpływa na to kilka czynników, m.in. dwukrotnie wyższa niż w Polsce liczba potencjalnych konsumentów, bliskie sąsiedztwo i zamożność niemieckiego społeczeństwa. Drugim kierunkiem przesyłek nadawanych z Polski są Czechy, które mają 6-proc. udział w krajowym eksporcie paczek, a tuż za nimi są Wielka Brytania i Francja z niewiele niższym udziałem.

– Jeśli zaś chodzi o perspektywiczne kierunki rozwoju, zauważamy, że polscy przedsiębiorcy dobrze radzą sobie w krajach bałkańskich. Tam rynek e-commerce jest dosyć młody, co powoduje, że jego konkurencyjność jest wciąż dużo niższa niż w Europie Zachodniej – wskazuje dyrektor sprzedaży regionalnej DHL Parcel.

Ranking najważniejszych kierunków wpływa na ofertę firm logistycznych. Ekspert DHL Parcel podkreśla, że rynek niemiecki ze względu na jego wielkość i potencjał jest dla firmy kluczowy.

– Niemieccy konsumenci są mocno przywiązani do swojego krajowego przewoźnika, którym jest DHL. Wynika to z szerokiej oferty, ale też z ugruntowanej pozycji lidera – przekonuje Arkadiusz Stasiak. – Intuicyjne rozwiązania sprawiają, że odbiorca może elastycznie definiować formy odbioru przesyłki. Może to być własne mieszkanie, bezpieczne miejsce na posesji, mieszkanie sąsiada albo jeden z 28 tys. punktów odbioru rozlokowanych na terenie Niemiec. W ramach tej sieci funkcjonuje również 6 tys. automatów paczkowych.

Jak podkreśla, dla 90 proc. niemieckich odbiorców punkt odbioru jest zlokalizowany w odległości mniejszej niż 1 km. To forma odbioru, która cieszy się coraz większą popularnością. Niemieckie firmy, które sprzedają swoje produkty poprzez popularną platformę eBay, podkreślają, że to właśnie ta forma dostawy jest dla nich najważniejsza. Oferty z taką opcją są wyżej pozycjonowane w wynikach wyszukiwania. Popularność dostaw do punktów odbioru rośnie także w Polsce. Sieć DHL Parcel liczy tu 10 tys. punktów, a 80 proc. klientów może dotrzeć do jednego z nich w czasie krótszym niż 10 minut.

Poza formą dostawy duże znaczenie dla polskich firm wysyłających paczki za granicę ma także wsparcie firmy logistycznej w formalnościach. Przykładem może być rynek brytyjski, który od stycznia 2021 roku znajdzie się poza Unią Europejską. Ostateczny kształt przepisów dotyczących wymiany handlowej między krajami członkowskimi wspólnoty a Wielką Brytanią jest jeszcze opracowywany. Jednak już w tej chwili wiadomo, że nieuniknione zmiany będą dotyczyć między innymi odprawy celnej i VAT.

– Staramy się dostosować ofertę do potrzeb klienta. I tym razem, dzięki podpisanej umowie z agencją celną, będziemy wspierać klienta, przeprowadzając go przez całą procedurę odprawy i zapewniając mu stałe wsparcie – podkreśla dyrektor sprzedaży regionalnej DHL Parcel.

Oferta firm logistycznych dla biznesu może być impulsem, który zachęci przedsiębiorców do ekspansji zagranicznej. Jak podkreśla ekspert DHL Parcel, dziś tylko kilka procent polskich firm działających w e-commerce sprzedaje swoje produkty na rynkach zagranicznych, znacznie mniej niż średnio w UE. To właśnie one najbardziej skorzystały w okresie lockdownu – wykorzystały zamknięcie konkurencyjnych firm w innych krajach i zwiększyły sprzedaż nawet trzykrotnie. Kolejne ograniczenia w handlu mogą skłonić jeszcze większą grupę przedsiębiorców do szukania odbiorców za granicą. Tym bardziej że popularne platformy zakupowe, takie jak eBay czy Amazon, bardzo ten start ułatwiają.

– DHL Parcel zapewnia możliwość wysyłania przesyłek do wszystkich krajów w Unii Europejskiej. Podpisując jedną umowę, można wysyłać przesyłki zarówno w kraju, jak i za granicę. W Europie mamy przemyślaną, nowoczesną infrastrukturę, dzięki której zapewniamy bezpieczeństwo, atrakcyjne czasy doręczeń i nowoczesne narzędzia pozwalające śledzić losy przesyłki. Zapewniamy odbiorcom elastyczne, dostosowane do ich potrzeb formy odbioru. Natomiast dla nadawcy bardzo ważne jest to, że zapewniamy późne godziny odbioru i projektujemy procesy zgodnie z ich deklaracjami – mówi Arkadiusz Stasiak.

KIG: E-papierosy objęte nawet sześciokrotnie niższą akcyzą niż podgrzewacze. Na nierównych obciążeniach tracą głównie polscy producenci

0

Od początku października producenci podgrzewaczy tytoniu i płynów do e-papierosów muszą płacić od nich akcyzę. Jak wynika z analiz KIG, obecny system jest tak skonstruowany, że powoduje nierówne obciążenia podatkowe produktów z tej samej kategorii. Uderza to w polskich producentów e-papierosów i polskich rolników produkujących tytoń do podgrzewaczy tytoniu. Najwyższą akcyzę płacą bowiem producenci wkładów z liquidem do otwartych e-papierosów, a są to zwykle polskie małe i średnie firmy. Różnica w obciążeniu podatkowym między różnymi produktami jest nawet sześciokrotna.

– Mamy w tej chwili jedną, dosyć wysoką stawkę akcyzy na tradycyjne wyroby tytoniowe, czyli głównie papierosy, i obniżoną, preferencyjną stawkę dla wyrobów alternatywnych. Natomiast w ich obrębie widać pewne zróżnicowanie – część tych wyrobów jest po prostu znacznie mniej opodatkowana niż pozostałe. Wydaje się, że nie to było celem administracji – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej.

Jeszcze do niedawna podatkiem akcyzowym były objęte tylko tradycyjne wyroby tytoniowe, natomiast e-papierosy i wyroby nowatorskie były z niego zwolnione. Wprawdzie akcyzę na nie wprowadzono w 2018 roku, ale przez pierwsze dwa lata stawka była zerowa. To zmieniło się od 1 października br., od kiedy producenci płynów do e-papierosów i podgrzewaczy tytoniu są również zobowiązani płacić akcyzę od swoich produktów. Ministerstwo Finansów ustaliło jej stawkę na 0,55 zł za 1 ml płynu do e-papierosów oraz około 305,39 zł za 1 kg tytoniu w przypadku podgrzewaczy.

Jak wynika z raportu opracowanego przez Kantar na zlecenie KIG, wysokość akcyzy płaconej przez producentów podgrzewaczy tytoniu wyniesie ok. 1,95 zł na paczce takich wyrobów (ok. 0,0064 kg tytoniu x 305,39 zł). W Polsce takie wyroby sprzedają na razie tylko dwa podmioty.

Drugą alternatywą dla tradycyjnego tytoniu są e-papierosy. Ten segment dzieli się na tzw. systemy otwarte (ze zbiornikiem na płyn do samodzielnego uzupełniania) oraz zamknięte systemy e-papierosowe (na gotowe wkłady z płynem). Z analiz wynika, że właśnie w tym segmencie, czyli między otwartymi i zamkniętymi systemami e-papierosowymi, zachodzą największe dysproporcje w wysokości akcyzy płaconej przez producentów.

– Raport przygotowany dla KIG pokazuje, że z perspektywy konsumenta faktyczne opodatkowanie w tych dwóch grupach produktowych jest bardzo różne – mówi Krzysztof Rutkowski, partner w Kancelarii Doradztwa Celnego i Podatkowego Rutkowski i Wspólnicy. – Efektywne opodatkowanie systemów zamkniętych jest dużo niższe. Przykładowy pojemnik zawierający 0,7 ml płynu, który zaspokaja dzienne zapotrzebowanie, zgodnie z obowiązującymi stawkami jest opodatkowany akcyzą około 38 gr. Z kolei akcyza na płyny do e-papierosów w tzw. systemie otwartym wynosi ponad 2 zł.

Jak wskazuje, różnice w opodatkowaniu wynikają głównie z różnic technologicznych między urządzeniami. Te z kolei przekładają się na różnice w średnim dziennym zużyciu płynów do e-papierosów.

– Systemy e-papierosowe otwarte są starsze i produkowane głównie przez krajowych producentów. Natomiast systemy zamknięte są bardziej nowoczesne, w których efektywniej wykorzystuje się e-liquidy, przez co zużywają one odpowiednio mniej wyrobów akcyzowych – mówi Krzysztof Rutkowski.

Jak wynika z analiz KIG, w otwartych systemach e-papierosowych średnie dzienne zużycie płynu wynosi ok. 4,2 ml. Tym samym ich producenci, czyli głównie polskie firmy z sektora MŚP, zapłacą średnio 2,31 zł akcyzy. Z kolei w zamkniętych systemach e-papierosowych średnie dzienne zużycie płynu wynosi 1,1 ml, co oznacza, że ich producenci (głównie międzynarodowe koncerny tytoniowe) płacą średnio 0,60 zł akcyzy.

– Ukształtowanie stawki akcyzy w zależności od jednostki objętościowej e-liquidu powoduje, że polscy producenci płacą wyższy podatek od zaspokojenia tej samej potrzeby konsumenta, ponieważ ich wyrób jest po prostu zużywany w większej objętości – mówi partner w Kancelarii Doradztwa Celnego i Podatkowego Rutkowski i Wspólnicy. – Oczywiście możliwe jest wyrównanie szans rynkowych między krajowymi producentami e-papierosów a ich zagraniczną konkurencją. Natomiast wymaga to zmiany przepisów, zmiany obecnej struktury stawki akcyzy. Ta zmiana wymaga dostrzeżenia specyfiki i istotnych różnic technologicznych występujących na tym rynku.

Stawka akcyzy w przypadku płynów do systemów zamkniętych e-papierosów jest nawet 25-krotnie niższa niż dla zwykłych papierosów i pięciokrotnie niższa niż dla podgrzewaczy tytoniu. Producenci tych ostatnich są z kolei zobowiązani płacić najwyższą akcyzę, podobnie jak małe i średnie polskie firmy produkujące płyny do e-papierosów do tzw. systemów otwartych. To oznacza, że obecne rozwiązania podatkowe faworyzują systemy zamknięte, których ponad 60 proc. rynku kontroluje międzynarodowy koncern tytoniowy.

– W wyrównaniu szans najbardziej wskazane byłoby przejrzenie polityki akcyzowej. W tej chwili nasi producenci płynów płacą większą akcyzę niż ich zagraniczni konkurenci, którzy korzystają z technologii pozwalającej działać na preparatach bardziej skoncentrowanych – dodaje Piotr Soroczyński.

Jak podkreśla, utrzymanie istniejącej dziś nierównowagi powoduje nie tylko nierówne traktowanie niektórych grup producentów, ale może także zaburzać rynek.

– Powinniśmy przemyśleć cały system akcyzowy dotyczący wyrobów tytoniowych i alternatywnych – zaznacza główny ekonomista KIG. – Zróżnicowanie akcyzy będzie naturalnie powodować przesuwanie się konsumentów pomiędzy różnymi, alternatywnymi możliwościami zaspokojenia potrzeby nikotyny. Trzeba przeanalizować, które z tych form są najbardziej preferowane przez administrację i państwo, choćby ze względów zdrowotnych. Może się okazać, że któryś z tych wyrobów należałoby preferować np. jako zastępstwo dla tradycyjnych papierosów w procesie rzucania palenia.

Interfejsy mózg–komputer pozwolą na połączenie ludzkich myśli ze sztuczną inteligencją. Niosą za sobą jednak wiele zagrożeń, jak np. hakowanie umysłu

Dzięki około 100 miliardom połączeń neuronowych nasze mózgi są w stanie przetwarzać miliardy bitów informacji na sekundę. Wciąż jednak niewiele wiadomo o komórkach, które odgrywają ważną rolę w procesach poznawczych, regulacji pracy serca, płuc i innych narządów. Interfejsy mózg–komputer pozwalają to zmienić. Za pomocą inteligentnych czujników można sprawdzić pracę mózgu, stan skupienia czy zmierzyć emocje. Neuralink może zaś pozwolić na symbiozę między ludzkim mózgiem a sztuczną inteligencją. W środowisku naukowym budzi to jednak wiele wątpliwości, nie tylko natury etycznej.

Zdaniem wielu ekspertów mózg i umysł są ostatnią granicą nauki. Wciąż niewiele wiadomo o tej masie komórek, która odgrywa ważną rolę w procesach poznawczych, regulacji pracy serca i innych narządów. Dzięki około 100 mld połączeń neuronowych nasze mózgi są w stanie przetwarzać miliardy bitów informacji na sekundę. W odkrywaniu tajemnic umysłu mogą pomóc interfejsy mózg–komputer. Te jednak, choć dają spore możliwości, budzą też wiele kontrowersji, zwłaszcza pod względem wykorzystania komercyjnego.

– Wyzwań i kontrowersji jest całkiem sporo, zwłaszcza jeśli zaczniemy rozmawiać o przestrzeni wykorzystania komercyjnego, nie o samej medycynie. To np. wyzwania związane z przestrzenią biologiczną. Czy po wszczepieniu chipu do mózgu nie okazałoby się, że przy okazji cokolwiek możemy uszkodzić? Pojawia się przestrzeń technicznych wyzwań i sceptycyzmu, bo co ile będę musiała taki interfejs wymieniać? Czy tak jak w przypadku rozruszników serca będzie on miał swój okres ważności? – rozważa w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Dominika Kaczorowska-Spychalska, dyrektor Centrum Mikser Inteligentnych Technologii na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego.

W sektorze publicznym inicjatywy takie jak Human Brain Project mają na celu przyspieszenie badań, które mogą pomóc dowiedzieć się więcej o mózgu, głównie w celu lepszego leczenia chorób i poprawiania funkcji poznawczych. W sektorze prywatnym firmy pracują zaś nad opracowaniem skutecznych interfejsów mózg–komputer do szerokiego zakresu zastosowań. Przykładem może być Neuralink Corporation Elona Muska, które stara się stworzyć superszybki, szerokopasmowy interfejs mózg–maszyna, mogący pomóc mózgowi lepiej pracować przy użyciu koncepcji sztucznej inteligencji.

Do ludzkiego mózgu można by „przyszyć” cienkie elektrody w taki sposób, aby komórki mózgowe mogły być bezpośrednio dostępne i manipulowane przy użyciu sztucznej inteligencji. Elon Musk stwierdził, że ostatecznym celem Neuralink jest stworzenie symbiozy między ludzkim mózgiem a sztuczną inteligencją.

– Pojawiają się kontrowersje związane z bezpieczeństwem, bo czy za pośrednictwem takiego interfejsu ktoś mógłby przejąć władzę nad moimi myślami? Bardzo mocno podkreśla się, że takie hakowanie umysłu raczej nie będzie wchodziło w grę, że te rozwiązania będą faktycznie na tyle zakodowane, że takiego ryzyka nie będzie. Jednak sceptycy mówią, że jeśli można zhakować nasz komputer, to może w przyszłości można byłoby zhakować nasz umysł – zauważa dr Dominika Kaczorowska-Spychalska.

Interfejsy mózg–komputer pozwalają już sprawdzić nasz stan skupienia, pomóc w nauce, czytają nasze emocje, pozwalają też kontrolować zdrowie. Pojawiają się już pomysły, żeby wczepiać dzieciom tuż po urodzeniu specjalne chipy, które mogłyby na bieżąco sprawdzać parametry życiowe, ostrzec przed chorobami, a sprawdzając geny – ocenić, na jakie schorzenia byłyby narażone w przyszłości. Choć z punktu widzenia medycznego takie urządzenia znacznie ułatwiłyby życie, budzą wiele wątpliwości, zwłaszcza natury etycznej. Część naukowców podkreśla, że taka ingerencja w ciało człowieka i manipulowanie nim poprzez nowe technologie może nieść za sobą wiele zagrożeń.

– Dynamika zmian i nowe rozwiązania i technologie, które się wciąż wokół nas pojawiają, zachodzą tak szybko, że właściwie dzisiaj chyba nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, co będzie dalej. Jedyne, co nas ogranicza, to nasza wyobraźnia, natomiast coś, na co powinniśmy zwrócić uwagę, to funkcje człowieka, który powinien być papierkiem lakmusowym, wskaźnikiem racjonalności określonych decyzji czy dane rozwiązanie powinniśmy implementować do naszego życia – przekonuje ekspertka.

Choć interfejsów mózg–komputer jest coraz więcej i mają też więcej zastosowań, wciąż pozostają raczej kwestią przyszłości, zwłaszcza ich szerokie, komercyjne wykorzystanie. Choć już teraz część firm udostępnia specjalne aplikacje i czujniki, które mają zwiększyć możliwości naszych mózgów, to wciąż daleka droga do możliwości sterowania ludzkim umysłem przez sztuczną inteligencję. Nad Neuralinkiem trwają dopiero prace, eksperymenty prowadzone są na zwierzętach. Wciąż jeszcze nie wiadomo, czy będzie można je stosować u ludzi.

– Pamiętajmy też, że świat za 10–15 lat może być całkiem inny, gdzie będziemy traktowali taki interfejs jako coś naturalnego, ale jednocześnie prawdopodobnie będziemy rozmawiali o całkiem innych wyzwaniach i całkiem innych kontrowersjach, które wokół nich będą się pewnie pojawiać – ocenia dr Dominika Kaczorowska-Spychalska.

Do poznania tajemnic Wszechświata potrzebny jest nowy, potężny teleskop. Naukowcy chcą go zbudować na Księżycu

Długo oczekiwany Teleskop Kosmiczny Jamesa Webba (JWST) ma wystartować w październiku 2021 roku i rozpocząć nową erę obserwacji kosmosu. Choć jego rola jest nie do przecenienia, nie pozwoli dostrzec pierwszych gwiazd, które powstały blisko Wielkiego Wybuchu. Istnieją teorie, że zanim jeszcze powstały pierwsze galaktyki, istniały gwiazdy III populacji. Ciekły teleskop zwierciadlany, który działałby z powierzchni Księżyca, mógłby je badać – przekonują naukowcy.

Grupa astronomów z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin odkryła, że ​​pomysł teleskopu na Księżycu, odłożony na półkę przez NASA dekadę temu, może rozwiązać problem, którego żaden inny teleskop nie potrafi – mógłby zbadać pierwsze gwiazdy we Wszechświecie.

Takich możliwości nie ma nawet Teleskop Kosmiczny Jamesa Webba (JWST), który ma ruszyć w 2021 roku. Choć ma skupić się na podczerwonej części widma od 0,6 (światło czerwone) do 28 mikronów (podczerwień) i dostrzec bardzo odległe galaktyki, to nie dostrzeże tych, które powstały jako pierwsze, jeszcze przed uformowaniem pierwszych galaktyk. Ostatecznie Wielki Teleskop, który działałby z krateru na biegunie północnym lub południowym Księżyca, mógłby bezpośrednio obserwować pierwsze powstałe gwiazdy.

– W całej historii astronomii teleskopy stawały się coraz potężniejsze, pozwalając nam badać źródła z coraz odleglejszych czasów, coraz bliżej Wielkiego Wybuchu – podkreśla Volker Bromm, profesor na Wydziale Astronomii Uniwersytetu Teksańskiego w Austin. – Nadchodzący Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba sięgnie czasu, w którym formowały się pierwsze galaktyki.

Gwiazdy obserwowane w galaktykach zostały pierwotnie podzielone na dwie populacje przez Waltera Baade’a w latach 40. XX wieku. Te z I populacji są bogate w metale, w przeciwieństwie do tych z II. Jednak nawet najbardziej ubogie w metale gwiazdy II populacji mają metaliczność znacznie większą niż gaz pozostały po Wielkim Wybuchu. Z tego powodu astronomowie wprowadzili trzecią klasę gwiazd.

Gwiazdy III populacji składają się w całości z pierwotnego gazu – wodoru, helu oraz bardzo małych ilości litu i berylu. Oznacza to, że gaz, z którego powstały gwiazdy III populacji, nie został włączony, a następnie wydalony z poprzednich generacji gwiazd, ale był nieskazitelnym materiałem pozostałym po Wielkim Wybuchu. W ten sposób stanowiłyby pierwszą generację gwiazd uformowanych w galaktyce, prawdopodobnie ok. 13 mld lat temu.

– Teorie wskazują, że przed uformowaniem się pierwszych galaktyk istniał czas, w którym formowały się pojedyncze gwiazdy tzw. III populacji. To momenty „pierwszego światła”, które są poza polem widzenia nawet potężnego teleskopu Webba. Dlatego wymagają jeszcze potężniejszego narzędzia – przekonuje Volker Bromm.

Proponowany księżycowy teleskop zwierciadlany miałby zwierciadło o średnicy 100 metrów. Jego lustro nie byłoby wykonane ze szkła, ale z lżejszego płynu – jego transport na Księżyc byłby więc tańszy. Teleskop miałby mieć postać obracającej się kadzi wypełnionej płynem, na powierzchni którego znajdowałby się metaliczny, a więc odbijający się płyn, np. rtęć. Kadź byłaby w ciągłym ruchu, w ten sposób powierzchnia płynu miałaby odpowiedni paraboliczny kształt i działała jak lustro. Skierowany byłby wciąż w ten sam skrawek nieba, aby zebrać jak najwięcej światła.

Teleskop zbudowany na Księżycu mógłby odpowiedzieć na pytania dotyczące Wielkiego Wybuchu, pomógłby też doprecyzować czas, kiedy do niego doszło.

– Pytanie, w jaki sposób powstawały gwiazdy na początku historii kosmosu, jest kluczowe. Pojawienie się pierwszych gwiazd oznacza fundamentalną zmianę w historii Wszechświata, kiedy pierwotne warunki ustanowione przez Wielki Wybuch ustąpiły miejsca stale rosnącej kosmicznej złożoności, ostatecznie formując planety, życie i inteligentne istoty – tłumaczy naukowiec.

Jak skutecznie chronić tajemnicę przedsiębiorstwa?

Informacje, którymi dysponuje przedsiębiorstwo, budują jego przewagę konkurencyjną. Dlatego z perspektywy zarządzających najistotniejsze powinno być odpowiednie zabezpieczenie informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa. Do zadania tego należy jednak podejść z najwyższą starannością, właściwą dla wagi sprawy.

Ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji zawiera definicję tajemnicy przedsiębiorstwa i wprowadza mechanizmy jej ochrony. Analizując stan prawny ze szczególnym uwzględnieniem praktyki orzeczniczej, należy stwierdzić, że absolutnie kluczowym jest udowodnienie przed sądem przez przedsiębiorcę (zarówno w sporze cywilnym jak i karnym), iż podjął on, przy zachowaniu należytej staranności, działania mające na celu utrzymanie informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa w poufności. Ciężar dowodu w tym względzie spoczywa na przedsiębiorcy. Praktyka pokazuje jednak, iż wielu pokrzywdzonych przedsiębiorców nie sprostało wymogom dowodowym. Nie potrafili oni udowodnić przed sądem, że były pracownik lub zleceniobiorca wykorzystał informacje poufne dla własnych lub/i cudzych celów, co kończyło się wyrokami uniewinniającymi.

Dla każdego typu organizacji podstawowym i uniwersalnym działaniem jest przyjęcie adekwatnego regulaminu ochrony informacji poufnych, który normować powinien takie kwestie jak np. zasady dostępu pracowników do informacji, zasady korzystania z służbowych i prywatnych urządzeń elektronicznych, zasady ochrony dokumentów i nośników danych zawierających tajemnicę przedsiębiorstwa. Nawet najlepiej napisane procedury lub regulaminy na nic się jednak nie zdadzą jeśli dana organizacja nie przeprowadzi odpowiednich szkoleń oraz nie będzie dbała o dawanie pracownikom dobrego przykładu płynącego „z góry”. Regulacje wewnętrzne, szkolenia i odpowiednia kultura organizacyjna są elementami kluczowymi dla formalnego wykazania, iż przedsiębiorca dochował należytej staranności w ochronie informacji poufnych. Czy to jednak wystarczy, aby wygrać proces w sądzie o naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa?

Weźmy za przykład przedsiębiorstwo, z którego odchodzi jeden z kluczowych pracowników działu handlowego. Przedsiębiorca nie zawarł z nim umowy o zakazie konkurencji po ustaniu stosunku pracy, nie chciał bowiem generować dodatkowych kosztów. Sądził, iż wystarczy zawarcie z pracownikiem umowy o zachowaniu poufności (NDA), w której określono, że pracownik ma obowiązek zachowania w poufności informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa przez okres 10 lat po ustaniu stosunku pracy. Po miesiącu od zwolnienia okazało się, że ów były pracownik założył konkurencyjną działalności i skierował ofertę do klientów obsługiwanych dotychczas przez byłego pracodawcę. W efekcie doszło do sytuacji, w której były pracownik przejął 80% klientów byłego pracodawcy, łącznie z tymi, których nigdy bezpośrednio nie obsługiwał, oferując produkty za niższą cenę lub zapewniając lepsze warunki transakcji. Przykładowy przedsiębiorca podejrzewa, iż były pracownik bezprawnie pozyskał jego bazę klientów, w której znajdowały się informacje o dostawcy produktu, cenie sprzedażowej, marży oraz szczegółowe dane dotyczące warunków umowy z klientem. Przedsiębiorca kieruje zawiadomienie o przestępstwie do prokuratury w związku z podejrzeniem karalnego wykorzystania przez byłego pracownika w jego własnej działalności informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa byłego pracodawcy. Prokuratura umarza postępowanie wobec braku danych dostatecznie uzasadniających popełnienie przestępstwa, tłumacząc swą decyzję brakiem dowodu na pozyskanie przez pracownika bazy klientów przedsiębiorcy, wobec czego brak jest podstaw do twierdzenia, iż pracownik posiłkował się zbiorem danych przedsiębiorcy przy konstruowaniu ofert konkurencyjnych kierowanych do klientów przedsiębiorcy.

Powyższy przykład opisuje często występującą w realiach biznesowych sytuację, w której przedsiębiorca czuje się pokrzywdzony, ale poza podejrzeniem brak jest twardych dowodów przestępstwa. Jakie działania należy podjąć, aby właściwie zabezpieczyć dane poufne, a jeśli już dojdzie do wycieku jak udowodnić, iż doszło do przestępstwa?

Zanim zaczniemy snuć jakiekolwiek podejrzenia względem naszych pracowników, należy mieć pewność, że w naszej organizacji wdrożyliśmy wszystkie możliwe mechanizmy, które umożliwią przeprowadzenie wewnętrznego śledztwa w oparciu o konkretne dowody.

Elementarną kwestią jest rezygnacja z popularnego w wielu przedsiębiorstwach podejścia „Bring your own device”, które jest wygodne dla pracodawców, jednak odbija im się mocną czkawką w momencie, gdy staje się konieczna analiza telefonu, czy komputera pracownika – jest ona najprościej rzecz ujmując niemożliwa do przeprowadzenia, gdyż to nie pracodawca, a pracownik jest właścicielem sprzętu. Mało więc prawdopodobne, że ów pracownik dobrowolnie przekaże nam swój sprzęt tym bardziej, że może mieć coś na sumieniu.

Kolejną bardzo ważną kwestią jest wdrożenie w organizacji rozwiązań systemowych, które na co dzień pomogą nam chronić firmowe zasoby, śledzić ruch plików, czy zapanować nad urządzeniami przenośnymi.

Jednym z takich rozwiązań przydatnym nie tylko w walce z nieuczciwymi pracownikami, ale zapewniającym szeroko pojęte bezpieczeństwo danych jest wdrożenie w firmie usługi Security Operations Center (SOC).

Rozwiązanie to jest pomocne w monitorowaniu bezpieczeństwa całej naszej organizacji, chroni nas przed atakami hakerów, wirusów, trojanów, niechcianym szyfrowaniem itp. Jedną z jego wielu zalet jest również monitoring aktywności pracowników – weryfikacja jakimi plikami się „interesują”, ile razy dany dokument otwierali, drukowali, kopiowali. Mając wdrożone takie rozwiązanie możemy dokładnie prześledzić ruch plików w naszej organizacji i ograniczyć dostęp osobom, które mieć do nich wglądu nie powinny. Zgodzimy się zapewne, że często w firmie wszyscy pracownicy mają dostęp do wszystkich danych, nie jest to absolutnie praktyka godna pochwały. Inną odrębną kwestią jest szyfrowanie cennych zasobów, szyfrowanie wiadomości, czy tez autoryzacja tylko konkretnych, zatwierdzonych przez nas dysków przenośnych, która pozwoli nam ograniczyć niekontrolowane „wynoszenie” danych, uchroni także przed ewentualnym zgubieniem, czy kradzieżą firmowych zasobów.

Gdy już dojdzie do wycieku danych, istotne jest również, by móc jak po nitce do kłębka dojść do miejsca, z którego dane te wyciekły, niejako odtwarzając wszystkie te punkty i kroki które były wykorzystane przez cyberprzestępców. Możliwość takiej analizy daje nam wspomniany wcześniej SOC.

Pamiętajmy również, o jednej prostej zasadzie, która może znacznie przyspieszyć nasze wewnętrzne śledztwo, gdy będziemy chcieli sprawdzić kontakty, korespondencję, czy też inne aktywności byłych pracowników. Wykonujmy kopie binarne dysków twardych, róbmy kopie telefonów w momencie, gdy pracownik oddaje nam firmowy sprzęt, tj. najczęściej w ostatnim dniu jego pracy. Zazwyczaj dzieje się tak, że sprzęt byłego pracownika, nieraz jeszcze tego samego dnia zostaje przekazany do użytku innemu pracownikowi, który nieświadomie, ale za to bardzo skutecznie zatrze wszelkie aktywności swojego poprzednika. Posiadanie kopii da nam pewność, że gdy pojawią się wątpliwości będziemy mieli konkretne źródło, w którym będziemy mogli ewentualnie znaleźć potwierdzenie naszych przypuszczeń. Na taką usługę również możemy liczyć w ramach Security Operations Center.

Niestety nie można wymagać, aby każdy pracownik posiadał wystarczającą wiedzę z zakresu ataku i obrony przed cyberprzestępcami. Szkolenie pracowników z metod jakimi posługują się cyberprzestępcy jest nieodłącznym elementem podwyższania poziomu bezpieczeństwa całej organizacji. Jednak doświadczenie pokazuje, że pracownicy nie dbają o bezpieczeństwo swojego miejsca pracy. Skupiają się na wykonywaniu obowiązków, nie bacząc na niebezpieczeństwa jakie niesie ze sobą „klikanie w każdy podesłany link”, otwieranie zdjęć przesyłanych przez „znajomych”. W tym przypadku lekiem znowu jest usługa SOC, która bierze na siebie monitorowanie działań użytkownika i reakcji na jego niepożądane (często nieświadome) działanie.

Warto, aby każdy przedsiębiorca przyjrzał się uważnie panującym u siebie zasadom ochrony informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa i zastosował opisane w niniejszym artykule dobre praktyki.

Autorzy:

  1. Adwokat Dawid Rasiński, partner zarządzający w Kancelarii Karbowski Rasiński & Partners;
  2. Maciej Karmoliński, Dyrektor Operacyjny ForSec Sp. z o.o.

Polki o swoim ciele

Czy współczesne Polki akceptują swoje ciało? W jaki sposób dbają o swoje dobre samopoczucie? Czy porównują się z innymi kobietami? Na to i inne pytania z obszaru dbania o siebie, urody i samoakceptacji odpowiedzieliśmy w dniu wczorajszym, w ostatnim z cyklu webinarów „Siła Kobiet. Jakie są współczesne Polki?”.

Na podstawie wyników badania „Siła Kobiet”, które we współpracy z ambasadorkami, ekspertami i internautkami zrealizowała agencja badawcza Mobile Institute.

Relacja z ciałem lepsza z wiekiem

Niestety, aż 48% Polek deklaruje, że nie lubi swojego ciała. Dotyczy to przede wszystkim młodych dziewczyn, dojrzałe kobiety “po czterdziestce” znacznie częściej akceptują swoje ciało i wręcz je lubią, także wyraźnie widać, że wraz z wiekiem poziom samoakceptacji rośnie. Zdecydowanie bardziej krytyczne wobec siebie są mieszkanki wsi oraz małych miejscowości – wśród Polek mieszkających na wsiach aż 70% wskazało, że nie lubi swojego ciała. Dość pozytywnym wynikiem jest fakt, że dokładnie jedna trzecia kobiet ocenia swoją relację z ciałem jako „pełną wdzięczności i szacunku”. Z drugiej strony, co 4.  określa ją jako „wymagającą i surową”, a kolejne 22% jako „krytykującą i oceniającą”.

Czy media mają wpływ na nasz obraz w lustrze?

Wydaje się, że media – szczególnie społecznościowe – „atakują” nas obrazami idealnych kobiet – szczupłych, zadbanych i do tego niewiarygodnie aktywnych. Badane kobiety zgadzają się z tą opinią. Aż 56% Polek jest zdania, że media mają wpływ na to, jak kobiety postrzegają swoje ciało. Również 55% uważa, że narzucają one kanon kobiecego piękna. Potwierdza to aż 70% dojrzałych internautek, a także 60% najmłodszych badanych dziewczyn (z Pokolenia Z). Bardzo silnie wpływ mediów odczuwają też mieszkanki średnich i dużych, ale nie największych miast, zachodnich województw oraz najlepiej zarabiające Polki. One najczęściej odbierają przekaz mediów jako narzucający pewne konkretne wzorce. Może to mieć niebagatelne efekty, ponieważ już w badaniu z 2018 roku dotyczącym FOMO (fear of missing out), czyli lęku przed pominięciem w związku z odłączeniem od Internetu, 48% badanych przyznało, że social media mają wpływ na ich samoocenę. Z drugiej strony, prawie połowa kobiet nie dostrzega wpływu mediów na kwestie postrzegania ciała, co może być efektem tego, że w ostatnim czasie pojawia się jednak coraz więcej kampanii i treści propagujących naturalne kształty i naturalność w ogóle.

My & one

44% badanych Polek twierdzi, że nigdy nie porównuje się z innymi kobietami, 14% natomiast robi to codziennie i przy każdej okazji. Im starsza kobieta, tym rzadziej porównuje się do innych. Rzadziej z innymi kobietami porównują się też mieszkanki wsi i mniejszych miast. Ciekawym jest, że status kobiety („w związku”, „singielka”, czy „to skomplikowane”) nie ma wpływu na siłę tego zjawiska. Widać natomiast wyraźny związek pomiędzy zamożnością, a porównywaniem się – im zasobniejszy portfel, tym Polki robią to rzadziej. A jak jest z wyróżnianiem się? 58% Polek uważa, że nie warto wyróżniać się na tle innych, np. wyglądem lub zachowaniem. Jedynie 13% wskazuje, że zdecydowanie warto być widoczną i unikalną, potocznie mówiąc „rzucać się w oczy”. Najchętniej wyróżnią się z tłumu mieszkanki miast największych i takich, gdzie liczba mieszkańców znajduje się w przedziale 100-200 tys. (ponad 60%) oraz 50-100 tys. (44%).

Czy i jak o siebie dbamy?

Aż 71% badanych internautek wykonuje chociaż jedną czynność, która ma na celu zadbanie o wygląd oraz dobre samopoczucie. W ramach takich aktywności Polki najczęściej piją dużo wody oraz korzystają z kosmetyków. Popularnymi sposobami są także dbanie o odpowiednią ilość snu oraz uprawianie sportu, który jednak jest strategią znacznie częstszą u młodszych badanych. Najwięcej z nich stawia na fitness i bieganie. Patrząc zaś na liczbę i różnorodność aktywności prozdrowotnych, liderkami są dziewczyny dojrzałe – z pokolenia X i Silver Power. Ważne jest również to, że Polki dbają o siebie przede wszystkim dla samych siebie – swojego dobrego samopoczucia. To jest najważniejsza przyczyna, wskazywana przez 28% badanych kobiet. Z drugiej strony, często wskazują także, że nie chcą odstawać od innych kobiet, czyli porównują się z innymi. Co 4. motywuje się otoczeniem – tym, co pomyśli partner lub generalnie opinią innych. W sumie te “zewnętrzne” motywatory stanowią aż 50% wskazań. Własne dobre samopoczucie najczęściej motywuje kobiety ze skrajnych pokoleń – Z (43%) i Silver Power (36%).

Raport „Siła Kobiet” powstał na podstawie szeroko zakrojonego badania, w którym zebrano opinie ponad 1600 internautów, z czego ponad 1000 stanowiły kobiety. W ramach badania zostało zadanych ponad 170 różnorodnych pytań. Przy tworzeniu kwestionariusza badawczego oraz analizie wyników brały udział ambasadorki projektu i eksperci. Pytania do badania zgłosiły również w ramach akcji #kobietypytająkobiety internautki. Raport jest dostępny do pobrania na stronie: https://mobileinstitute.eu/kobiety

Nowy cyfrowy świat

Wojciech Jakóbik: Jak technologia wpływa obecnie na stosunki międzynarodowe? Jakie ma znaczenie dla pozycji Polski?

Izabela Albrycht, prezes Instytutu Kościuszki: Nowe przełomowe technologie, z których gros jest technologiami cyfrowymi, to dziś najważniejsze narzędzia państw do tego, aby budować silną pozycję na arenie międzynarodowej. Dzieje się tak dlatego, że rozwój i implementacja takich technologii jak sztuczna inteligencja, zaawansowana analiza danych, komputery kwantowe czy broń hipersoniczna zmienią świat i krajobraz bezpieczeństwa, a w związku z tym będą kluczowe w kształtowaniu potęgi państw. Coraz bardziej widać, że państwa mają ambicje, aby stać się technologicznymi pionierami. Od kilku lat obserwujemy ich działania zmierzające do rozwoju innowacji, zwiększenia krajowej produkcji w sektorze ICT oraz budowy autonomii w zakresie kluczowych technologii. Kraje opracowują swoje strategie w tym obszarze, tworzą agencje zajmujące się rozwojem technologicznych innowacji, wspierają rozwój cyfrowego kapitału ludzkiego, a także podejmują wiele innych kroków. Liderami w tym wyścigu są USA i Chiny, ale widzimy wzmożoną aktywność także w innych państwach i organizacjach międzynarodowych. Tak zwana geopolityczna Komisja Europejska zwraca uwagę na potrzebę budowania strategicznej autonomii przy wsparciu suwerenności technologicznej. Dwadzieścia procent z funduszu odbudowy gospodarki po COVID-19 ma być wykorzystane na rozwój cyfrowy.

W.J.: Dlaczego technologia 5G budzi tyle emocji, skoro – upraszczając – jest to szybki Internet?

I.A., prezes Instytutu Kościuszki: To jest niepoprawne uproszczenie, z niewiadomych względów wciąż rozprzestrzeniające się w debacie publicznej. Oprócz większej prędkość transferu danych 5G oferuje również m.in. znaczne ograniczenie opóźnień i zwiększenie maksymalnej liczby urządzeń podłączonych do sieci. Jednak przede wszystkim należy zauważyć, że przewagi sieci 5G względem sieci wcześniejszych generacji są szczególnie ważne, jeśli myślimy o jej zastosowaniu w strategicznych sektorach gospodarki czy domenie militarnej. Choć NATO wskazywało już wcześniej na konieczność zapewnienia bezpieczeństwa sieci telekomunikacyjnych, w tym w ramach tzw. cywilnej gotowości Sojuszu, to aktualne zainteresowanie tym tematem w związku z rozwojem sieci 5G jest znacznie większe. Myślę, że dobrą ilustracją jest niedawne spotkanie zastępcy sekretarza generalnego NATO Mircea Geoana z podsekretarzem stanu USA Keithem Krachem. Na koncie Twitter tego ostatniego pojawiły się informacje, że możemy zmierzać w kierunku tzw. „Clean NATO Network”. Władze USA podkreślają obawy o dostęp do wielkich zbiorów danych właśnie w związku z budową sieci 5G, która będzie atrakcyjnym celem dla przestępców i zagranicznych adwersarzy. Wskazują tym samym na potrzebę budowy bezpiecznej, odpornej infrastruktury cyfrowej z komponentami dostarczanymi przez zaufanych dostawców (Clean Network). Kwestia bezpieczeństwa sieci 5G dotyczy bowiem nie tylko niezawodności sieci dla funkcjonowania korzystającej z niej infrastruktury kraju czy podłączonych urządzeń, ale także dla zachowania integralności i bezpieczeństwa danych nią przesyłanych. Ilość cyfrowych danych, które stają się najważniejszym zasobem współczesnego świata dynamicznie rośnie, a ich zastosowanie ma również wymiar geopolityczny. Poświęciłam temu tematowi rozdział w naszym najnowszym raporcie o geopolityce nowych cyfrowych technologii, więc ograniczę się teraz tylko do zwrócenia uwagi na użycie danych w kontekście przekształcania ich w wysokiej jakości informacje i wiedzę, które następnie znajdują zastosowanie w sferze publicznej, działaniach informacyjnych, procesach decyzyjnych czy operacjach militarnych. Tym samym są one generatorem różnego rodzaju wartości, czy źródłem budowania potęgi gospodarczej oraz informacyjnej – niosą bowiem wiedzę o działaniach, zachowaniach czy preferencjach, a także rozwoju technologii sztucznej inteligencji, która ma krytyczne znaczenie dla przyszłości świata. Podsumowując, globalna konkurencja o dane odbywa się na wielu płaszczyznach technologicznych, w tym internetowej infrastrukturze do transmisji danych.

W.J.: Jak cyfryzacja świata wpływa na realia funkcjonowania NATO w relacji z partnerami i wobec zagrożeń międzynarodowych?

I.A., prezes Instytutu Kościuszki: Na szczycie NATO w Londynie w 2019 r. podjęte zostały bardzo ważne instytucjonalne kroki w tym zakresie. Po pierwsze zapadła polityczna decyzja o tym, że nowe i przełomowe technologie są absolutnie kluczowe dla utrzymania technologicznej i obronnej przewagi Sojuszu względem rywali i adwersarzy. W związku z tym konieczne jest wspólne podejście do tej kwestii i jej zrozumienie. Po drugie, podjęto też wiele bardziej szczegółowych ustaleń, w tym decyzję aby umiejscowić w strukturze NATO wiedzę i odpowiedzialność za tematy technologiczne. W ramach Sojuszu powołana została m.in. Rada Innowacji NATO (NATO Innovation Board), a także grupa doradcza składająca się z 12 ekspertów, której mam zaszczyt być członkiem. Wskazano także siedem pierwszych obszarów technologicznych, którymi zajmie się Sojusz, a do końca roku ma zostać ukończona spójna strategia wdrażania nowych i przełomowych technologii.

W.J.: Czy wojna w cyberprzestrzeni zastępuje skutecznie konflikt konwencjonalny, a może go zapowiada?

I.A., prezes Instytutu Kościuszki: To element wojny hybrydowej, której rozwój obserwujemy i która coraz częściej plasuje konflikt w szarej strefie, czyli trudnej do udowodnienia naszym adwersarzom wrogiej wobec nas aktywności. Spodziewam się, że przenikanie się konfliktu konwencjonalnego z niekonwencjonalnym utrzyma się przez lata, z tym, że ten niekonwencjonalny zyska na znaczeniu, zaawansowaniu i wyrafinowaniu. Te cyfrowe zaburzenia w cyberprzestrzeni będą, jak sądzę, zwiastowały konflikty zbrojne i będą coraz ważniejszym elementem działań wojennych.

W.J.: Czy cyberbezpieczeństwo Polski jest obecnie na odpowiednim poziomie? Czy artykuł piąty będzie nas chronił przed hakerami z innych krajów?

I.A., prezes Instytutu Kościuszki: Budowanie systemu cyberbezpieczeństwa kraju to proces ciągły. Na przestrzeni ostatnich lat wiele w tym zakresie osiągnęliśmy, także dlatego, że spiritus movens zmian była Unia Europejska z dyrektywą NIS czy też NATO z Cyber Defence Pledge, a także uznanie na szczycie Sojuszu w Warszawie w 2016 r. cyberprzestrzeni jako osobnej domeny działań zbrojnych. Artykuł piąty nie ochroni nas oczywiście w sensie dosłownym, dlatego musimy samodzielnie budować odporność infrastruktury naszego kraju, rozwijać krajowy sektor produktów i usług dla cyberbezpieczeństwa, tworzyć instytucje oraz struktury, w tym sektorowe CERTy i SOCi, a także dalej rozbudowywać polską cyberarmię. Artykuł piąty może natomiast mieć siłę odstraszania, bo rzeczywiście tak jest, że może zostać uruchomiony w sytuacji, kiedy dany kraj członkowski lub grupa krajów padnie ofiarą cyberataku. Osobną kwestią jest rzecz jasna atrybucja tego ataku do konkretnego państwowego aktora i forma odpowiedzi na atak. Zdolności w zakresie atrybucji to zresztą element, który należy rozwijać także w Polsce, wzmacniając nasz system cyberbezpieczeństwa. Co wypada w tym miejscu podkreślić, to także fakt, że najlepszą siłę odstraszania ma rozbudowany cyfrowy arsenał ofensywny. W tym momencie członkowie Sojuszu zaczęli go indywidualnie rozwijać, a szereg z nich zdecydowało się użyczać go na potrzeby działań NATO w sytuacji zagrożenia. Polska także musi podjąć w tym zakresie kroki, bo nie można wykluczyć, że cyberprzestrzeń, mimo zastosowania do niej obowiązującego prawa międzynarodowego, wciąż na lata pozostanie „Dzikim Zachodem”, w niewystarczającym stopniu uregulowanym i przewidywalnym. Myśląc o przyszłości cyberprzestrzeni musimy jednak także dążyć do tego, aby nie doprowadzić do jej zmilitaryzowania, bo jest to przede wszystkim przecież przestrzeń, która na co dzień służy aktywności cywilnej każdego z nas.

Izabela Albrycht – prezes Instytutu Kościuszki i szefowa Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa – CYBERSEC. Członek Rady do Spraw Cyfryzacji i Grupy Doradczej NATO ds. nowych technologii, a także członek Zarządu DIGITALEUROPE, gdzie jest wspólną reprezentantką Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji (PIIT), Związku Cyfrowa Polska (ZIPSEE Digital Poland) oraz Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji (KIGEIT).

Rada Przedsiębiorczości krytykuje konfiskatę mienia przed wyrokiem sądu

W związku z ponowną deklaracją o prowadzonych w rządzie pracach nad ustawą wprowadzającą konfiskatę prewencyjną, przedsiębiorcy skupieni w Radzie Przedsiębiorczości wyrażają stanowczy sprzeciw wobec zamierzeń wprowadzenia do polskiego system prawnego możliwości stosowania takiego rozwiązania, które oznaczałoby przepadek mienia bez prawomocnego wyroku sądu, a tylko na podstawie podejrzeń.

Szczególnie groźny dla stabilnego rozwoju gospodarczego jest zamiar dopuszczenia konfiskaty mienia osób i przedsiębiorstw bez związku z popełnieniem ciężkiego przestępstwa. Projektowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości rozwiązania rodzą nieznane w państwie prawa niebezpieczeństwo dla wszystkich, który podejmują trud i ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej.

Podejmowanie tak niebezpiecznych inicjatyw w dobie pogłębiającego się kryzysu gospodarczego, który skutkuje często przerwaniem dotychczasowej sieci współpracy gospodarczej, dodatkowo tylko pogorszy warunki wykonywania działalności gospodarczej i zatrudnienia w Polsce. Zwłaszcza dzisiaj rząd powinien dbać o bezpieczeństwo prawne biznesu, aby choć w części złagodzić ogromne wyznawania gospodarcze, przed jakimi stoją polscy przedsiębiorcy. Nawet jeżeli intencje projektodawców są godne uwzględnienia, to nie wolno wprowadzać rozwiązań, które przerzucą obowiązek wykazywania pochodzenia majątku z organów ścigania na przedsiębiorców.

Jednym z milowych kroków ostatnich lat było wyraźne zadeklarowanie w Konstytucji Biznesu zaufania do przedsiębiorcy. Konfiskata prewencyjna to nic innego jak deklaracja już nie tylko całkowitego braku zaufania, ale wręcz przyzwolenie na bezkarne godzenie w dobre imię tysięcy uczciwych przedsiębiorców. Budowana latami reputacja może bardzo szybko lec w gruzach, a jej odbudowa może być już niemożliwa. Wiarygodność zapewnień o dążeniu do polepszenia otoczenia prowadzenia przedsiębiorstw można budować tylko na spójności czynów i słów. Projekt przepisów o konfiskacie prewencyjnej to jednoznaczna zapowiedź pogorszenia warunków prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce.

Wzywamy zatem do zaprzestania prac nad przepisami o tzw. konfiskacie prewencyjnej w obecnym kształcie.

Polska krajem z najwyższym na świecie poziomem niepokoju wywołanego pandemią

O 30 pp. wzrósł w ciągu miesiąca poziom obaw Polaków wywołanych przez pandemię koronawirusa. Opracowany przez Deloitte indeks niepokoju wynosi nad Wisłą 34 proc. i jest najwyższy na świecie. Najnowsza edycja badania firmy doradczej Deloitte Global State of the Consumer Tracker pokazuje, że ogólny poziom lęku przełożył się na niemal wszystkie przyzwyczajenia i zachowania konsumentów w Polsce. Aż 46 proc. z nas deklaruje, że kupuje na zapas. To najwyższy wynik dla Polski w historii badania i ponownie najwyższy w Europie.

„Global State of the Consumer Tracker” to prowadzone cyklicznie przez Deloitte badanie reakcji i obaw konsumentów związanych z pandemią koronawirusa. Najnowsza ankieta przeprowadzona na przełomie października i listopada jest dwunastą na świecie i dziewiątą dla Polski. Oprócz Polaków na pytania firmy doradczej odpowiadało po tysiąc osób z: Australii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile, RPA. W sumie Deloitte przeprowadził badanie w 18 krajach świata.

Największy lęk na świecie

Opracowany przez Deloitte indeks niepokoju to różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły. W najnowszej fali badania firmy doradczej Deloitte indeks ten osiągnął nad Wisłą poziom 34 proc., co oznacza wzrost w ciągu miesiąca aż o 30 pp.

To najwyższy wynik wśród wszystkich badanych krajów. Nigdy wcześniej też żaden kraj europejski nie deklarował tak wysokiego poziomu obaw. Z pewnością wpływ na to ma między innymi liczba zakażeń, która codziennie przekracza 20 tys. osób. Pod względem poziomu niepokoju Polska o 3 pp. wyprzedziła nawet Indie, które dotąd właściwie w każdej fali badania wykazywały najwyższy poziom obaw. Na trzecim miejscu są Włochy, prawie jedna czwarta mieszkańców tego kraju deklaruje, że ich poziom obaw wzrósł w ciągu ostatniego tygodnia – mówi Michał Tokarski, Partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

Najwięcej osób, które zgadzają się ze stwierdzeniem, że są bardziej zaniepokojone niż tydzień temu jest wśród osób w wieku 55+ – aż 64 proc. Nieco mniej (61 proc.) jest ich natomiast wśród ludzi młodych, między 18 a 34 rokiem życia. Poziom obaw różni się także w zależności od wysokości zarobków. Najwięcej osób, które deklarują wzrost niepokoju jest wśród konsumentów o wysokich dochodach – 66 proc. Wśród osób o średnich i niskich zarobkach wzrost niepokoju deklaruje po 63 proc. ankietowanych.

Pod względem niepokoju, Polska wyprzedziła nawet Indie (31 proc.), które dotąd właściwie w każdej fali badania wykazywały najwyższy poziom obaw. Na trzecim miejscu są Włochy (24 proc.). Państwami, których obywatele obawiają się najmniej są Chiny i Japonia (po -19 proc.).

Eksperci zwracają uwagę, że w historii badania nie zdarzył się dotąd tak duży skok poziomu obaw. Również o 30 pp. wzrósł w ciągu miesiąca indeks niepokoju w Niemczech i wynosi obecnie -12 proc. Tym samym kraj ten przestał być tym, który notuje najniższy globalnie poziom obaw, choć dalej to właśnie Niemcy są najmniej zaniepokojoną nacją w Europie. Dużą różnicę od początku października odnotowały także Włochy (+26 pp.), które są drugim europejskim krajem z najwyższym poziomem niepokoju (24 proc.), a także Francja (+19 pp.), która jest na trzecim miejscu (22 proc.).

Zmiany w zachowaniach

Rekordowy nad Wisłą indeks niepokoju znajduje odzwierciedlenie w nastrojach dotyczących zdrowia własnego i najbliższych osób. Od ostatniego badania o 4 pp. przybyło konsumentów, którzy niepokoją się o swoje zdrowie ( 66 proc.). Jesteśmy pod tym względem na drugim miejscu w Europie za Hiszpanią (75 proc.). Na świecie najwięcej osób niepokojących się o własną kondycję jest w Chinach (84 proc.).

Jeszcze więcej, bo o 5 pp. przybyło tych, którzy obawiają się o zdrowie bliskich osób. To powód do zmartwień dla 82 proc. badanych i najwyższy wynik w Europie. Także tu globalnie wyprzedzają nas Chiny, choć niewiele, bo o 1 pp. Zarówno w przypadku pytań o zdrowie własne, jak i bliskich osób liczba zaniepokojonych Polaków rośnie systematycznie od końca sierpnia i w najnowszej edycji naszego badania osiągnęła najwyższe wyniki od chwili dołączenia do niego Polski – mówi Krzysztof Wilk, Partner Associate w dziale Doradztwa Podatkowego, lider praktyki Life Sciences & Health Care, Deloitte.

Ogólny wzrost niepokoju w kraju przełożył się także na wiele zachowań polskich konsumentów. Po nieznacznym wzroście w ostatnim badaniu, do 39 proc., a więc aż o 12 pp. spadła liczba Polaków, którzy czują się bezpiecznie podczas zakupów w sklepach stacjonarnych. Podczas kiedy badanie przeprowadzone na przełomie września i października pokazało nieznaczne zmniejszenie (-3 pp.) liczby konsumentów, którzy czują się komfortowo w barach i restauracjach, najnowsza ankieta pokazuje spadek aż o 11 pp. (30 proc.). Trzeba jednak zaznaczyć, że lokale gastronomiczne od 24 października mogą serwować jedzenie jedynie na wynos. Tylko nieco ponad jedna czwarta z nas czuje się dziś bezpiecznie podczas pobytu w hotelu (-8 pp.), a jedynie 16 proc. konsumentów deklaruje, że nie ma obaw przed udziałem w meczach, koncertach czy innych wydarzeniach, które gromadzą tłumy (-7 pp.). O 5 pp. mniej jest też osób, które bez obaw korzystają z indywidulanych usług jak wizyta u dentysty czy fryzjera (34 proc.). O 4 pp. ubyło natomiast konsumentów, którzy bezpiecznie czują się na pokładzie samolotów (21 proc.).

Straszy widmo utraty pracy

Najnowsza edycja badania pokazuje znaczny, bo aż o 14 pp. wzrost obaw przed podróżami komunikacją miejską. W najbliższych dniach aż 58 proc. respondentów planuje ograniczyć korzystanie z tego środka transportu. Może być to odzwierciedleniem ostatnich zaleceń rządu dotyczących promowania w firmach zdalnej formy pracy.

Sami konsumenci też coraz ostrożniej podchodzą do powrotu do pracy stacjonarnej. Obawy przed powrotem do biura ma aż 36 proc. zapytanych, czyli 9 pp. więcej niż miesiąc temu i najwięcej od startu badania nad Wisłą. Od pierwszej połowy lipca, kiedy poziom obaw związanych z pracą stacjonarną był najniższy to wzrost aż o 14 pp. – mówi John Guziak, Partner, lider ds. Kapitału Ludzkiego w Deloitte Polska.

Ekspert dodaje, że od lipca rośnie także liczba Polaków, którzy obawiają się utraty pracy. Dziś to powód do zmartwień dla ponad połowy konsumentów, który pogłębia się z każdym tygodniem i ryzykiem wprowadzenia w Polsce pełnego lockdownu, co w przypadku wielu osób będzie się wiązało z utratą zatrudnienia.

Znów robimy zapasy

W obliczu dużych zmian i zwiększonych obaw polskich konsumentów, nieporównanie mniejszy niepokój widać w przypadku pytań o finanse. Podobnie jak miesiąc temu 13 proc. respondentów jest spokojnych o spłatę swojego zadłużenia kredytowego. Tylko o 1 pp. wzrósł odsetek tych, dla których może to być problem (63 proc.). Dwie trzecie ankietowanych obawia się natomiast o stan swoich oszczędności.

Choć to oczywiście sporo, od ostatniej fali badania to wzrost jedynie o 1 pp. O 2 pp., z 14 do 12 proc., spadła natomiast liczba respondentów, którzy są spokojni o swoje oszczędności. Większe różnice widać w podejściu Polaków do robienia zakupów. Wzrosła liczba tych z nas, którzy uważają, że to nienajlepszy czas na duże wydatki – mówi Przemysław Szczygielski, Partner, lider branży Usług Finansowych w Polsce, Deloitte.

Ekspert zauważa, że jedna trzecia z nas obawia się o uregulowanie przyszłych płatności, a 40 proc. deklaruje, że odkłada na później większe zakupy.

Pandemia i związany z nią duży wzrost niepokoju w ostatnich tygodniach, zweryfikowały nasze podejście nie tylko do dużych zakupów. Z najnowszej edycji badania Deloitte wynika, że Polacy wrócili do kupowania na zapas. Aż 45 proc. konsumentów nad Wisłą, a więc najwięcej w Europie, deklaruje, że kupują więcej, niż są w stanie zużyć na bieżąco. To wzrost w ciągu miesiąca o 9 pp. i wynik przewyższający nawet ten historycznie najwyższy z pierwszej połowy czerwca, kiedy odpowiedziało tak 44 proc. konsumentów. Na świecie częściej od nas kupują na zapas Hindusi (67 proc.) i Chińczycy (61 proc.).

Nieznacznie wzrosła (2 pp.) w ciągu miesiąca liczba polskich konsumentów, którzy, pytani o tzw. trend convenience gotowi są więcej zapłacić za wygodę, jak na przykład dostarczenie zakupów do domu (31 proc.).

Najnowsza edycja naszego badania pokazuje, że oszczędności co prawda są dla nas ważne, i coraz ważniejsze w obliczu możliwych kłopotów z zatrudnieniem, jednak na pierwszym miejscu znajdują się zdrowie i bezpieczeństwo. Za główny powód gotowości do wydawania więcej na wygodę aż 71 proc. ankietowanych podawało właśnie troskę o zdrowie. Dla porównania w badaniu sprzed miesiąca, był to powód dla 61 proc. zapytanych – mówi Michał Tokarski.

W dalszym ciągu maleje liczba osób, które polują na okazje (44 proc.). Na świecie najczęściej Chińczycy (61 proc.), a w Europie Niemcy (49 proc.) odpowiadają, że jeśli trafią na atrakcyjną cenę, są gotowi kupić rzecz, której kupna nie planowali.

Weto unijnego budżetu pogorszy wizerunek naszego kraju, zaszkodzi przedsiębiorcom i finansom publicznym

Polska wetując budżet UE może stracić nawet 27,8 mld euro w formie grantów. Nie będzie też mogła zaciągnąć preferencyjnych pożyczek na kwotę 32 mld euro. Nie trafią do nas również pieniądze na żadne nowe projekty w polityce spójności – wynika z wyliczeń Konfederacji Lewiatan.

W poniedziałek Polska i Węgry nie zgodziły się na pakiet finansowy, który obejmuje prawie 1,1 bln euro w nowym budżecie UE na lata 2021-2027 i 750 mld euro w funduszu odbudowy gospodarki po pandemii. Oba kraje kontestują bowiem zasadę „pieniądze za praworządność”, która pozwalałaby na zawieszenie unijnych funduszy tym krajom, które nie przestrzegają praworządności. Polsce obiecano łącznie 127,5 mld euro w dotacjach i 32 mld euro w pożyczkach. W przypadku zablokowania funduszu odbudowy gospodarki możemy stracić 27,8 mld euro w formie dotacji.

Sprzeciw Polski i Węgier nie oznacza jeszcze ostatecznego weta. Trwa poszukiwanie kompromisu. We wtorek rozmawiali na ten temat ministrowie ds. europejskich państw UE, w czwartek planowany jest videoszczyt przywódców.

– Polska wiele ryzykuje. Może znacznie później otrzymać pieniądze na odbudowę gospodarki po pandemii, a w skrajnym przypadku nawet je utracić. Pogorszy swój i tak nadszarpnięty wizerunek w UE i wiarygodność biznesową, co nie pozostanie bez wpływu na zaufanie inwestorów do naszego kraju oraz poziom inwestycji. Ostateczne polskie weto zaszkodziłoby gospodarce, przedsiębiorcom i naszym finansom publicznym. Mam nadzieję, że rząd ma tego świadomość i siądzie do rozmów z unijnymi partnerami w poszukiwaniu kompromisu – mówi Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan.

Warto wiedzieć, że nasze firmy, czy też jednostki naukowe mogą też korzystać z funduszy paneuropejskich programów, które nie przysługują Polsce, ale można ubiegać się o nie w ramach konkursów. Są to przede wszystkim Horyzont Europa (76 mld euro z WRF + 5 mld euro Fundusz Odbudowy) oraz InvestEU (2,8 mld euro z WRF i 5,6 mld euro z Funduszu Odbudowy). Osiągnięte ostatnio porozumienie między Radą i Parlamentem Europy zakłada m. in. dodatkowo 15 mld euro więcej na naukę, zdrowie i edukację poprzez wzmocnienie programów Horyzont Europa, EU4Health i Erasmus+. Te pieniądze też mogą być zagrożone.

Polska i Węgry z najwyższą inflacją w całej UE

Polska wreszcie jest w czymś najlepsza w Unii Europejskiej, szkoda, że jest to podnoszenie cen. Dane te mają jednak tę dobrą konsekwencję dla konsumentów, że odkładają najprawdopodobniej kwestie ujemnych stóp procentowych.

Kolejne słabsze dane z USA

Wczoraj poznaliśmy dane z USA na temat sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej. Mamy podobną sytuację jak w wielu regionach świata (gdzie produkcja wciąż ma się relatywnie dobrze) za to sprzedaż detaliczna nie spełnia oczekiwań. Widać to zarówno w zachowaniu analityków, którzy stawiają wyższe oczekiwania przed wzrostem produkcji, jak i w samych danych, gdzie często to produkcja przebija oczekiwania, za to sprzedaż ich nie osiąga. Rezultatem był kolejny słaby dzień dla dolara i kolejna próba zbliżenia się do poziomu dolara i 19 centów za 1 euro.

Polska z najwyższym wynikiem

Jak dobrze wiemy, nie zawsze najwyższy wynik jest najlepszy. Dobrym przykładem jest bezrobocie, ale i inflacja dobrze się wpasowuje w tę prawidłowość. Polska uzyskała wg danych Eurostatu najwyższy odczyt w całej Unii Europejskiej. Metodologia unijna nie pokrywa się dokładnie z tą prezentowaną w GUS, więc nie może dziwić inny wynik. Polska uzyskała tam 3,8%. Jest to rezultat nie tylko wyższy o 0,8% od drugich w kolejce Węgier, ale również przekracza cel inflacyjny NBP (gdyby był to wynik GUS). W takiej sytuacji należałoby rozważać podwyżkę stóp procentowych, a przynajmniej zamknąć temat ujemnych stóp. To prawdopodobnie właśnie ta reakcja odpowiada za dzisiejsze nagłe umocnienie złotego względem głównych walut.

Japonia znów prezentuje słabsze dane

Nadwyżka handlowa Japonii nagle wyskoczyła. Powodem jest spadek importu o 13,3% przy oczekiwanym spadku o 9%. Z kolei Spodziewany spadek eksportu o 4,5% w skali roku ograniczył się do spadku o 0,2%. W rezultacie nadwyżka zamiast 250 mld jenów sięgnęła 872 mld jenów. Jen od rana zyskuje na wartości.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – dane z rynku nieruchomości,
16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Ukraińcy szukają możliwości pozostania w Polsce w czasie drugiej fali pandemii

W ostatnich miesiącach w Polsce można zaobserwować globalny trend – coraz więcej pracowników z Ukrainy stara się znaleźć podstawy prawne do pozostania w Polsce w czasie drugiej fali pandemii. Donosi o tym Centrum analityczne firmy Gremi Personal.

Pierwsza fala pandemii w marcu i panika wśród ukraińskich migrantów zarobkowych wywołana informacjami o zamknięciu ukraińsko-polskich granic doprowadziła do powrotu do ojczyzny około 200 tys. Ukraińców. Teraz trend jest odwrotny.

Pogarszająca się sytuacja gospodarcza i rosnące bezrobocie na Ukrainie motywują Ukraińców do korzystania z możliwości pozostania i dalszej pracy w Polsce dzięki ustawie o tarczy antykryzysowej. Zgodnie z nią cudzoziemcy mogą zostać w Polsce na podstawie paszportów biometrycznych w ramach ruchu bezwizowego i wiz pracowniczych, termin ważności których już ubiegł, przez 30 dni po zakończeniu pandemii.

Ponad 70 proc. pracowników Gremi Personal, którzy przybyli do Polski jeszcze przed wybuchem pandemii, pracuje nieprzerwanie od 10 miesięcy, co przekracza średni czas pobytu w Polsce ukraińskich migrantów zarobkowych.

Centrum analityczne Gremi Personal również odnotowuje większy wzrost liczby osób ubiegających się o kartę pobytu wśród Ukraińców, którzy przybyli do Polski przed pandemią, oraz tych, którzy przyjeżdżają do pracy teraz.

Centrum Analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal

W sklepach będzie mniej promocji? Eksperci: Tych już ubywa, a przez drugi lockdown może być dużo gorzej

W I półroczu br. w sklepach ogólnie było o 15% mniej promocji niż rok temu. Największy spadek, bliski 80%, zaliczyły placówki z art. dziecięcymi. Na dużym minusie były też sieci ze sprzętem RTV-ADG – ponad 40%, a także hipermarkety – prawie 30%. Mniejsze redukcje przeprowadziły drogerie i apteki, cash&carry, supermarkety i convenience. Wzrosty poniżej 10% były tylko w dyskontach, sieciach typu DIY i hurtowniach. Ubiegłoroczny poziom utrzymały jedynie sklepy z art. z kategorii kultury i rozrywki. Takie wnioski płyną z raportu Centrum Analiz Grupy AdRetail, Hiper-Com Poland i UCE RESEARCH.

Z analizy ponad 2,3 mln promocji wynika, że w I półroczu tego roku sieci handlowe ogólnie zrobiły w gazetkach o 15% mniej promocji niż w analogicznym czasie 2019 roku. Jak komentuje Andrzej Wojciechowicz, w IV kwartale ub.r. sieci mogły uzgodnić z producentami podobny plan promocyjny co rok wcześniej, a nawet bogatszy. Jednak musiały ograniczyć ilość akcji ze względu na pandemię, lockdown i przeniesienie znacznej części sprzedaży do e-commerce.

– Biorąc pod uwagę wszystkie wyzwania, których jeszcze rok temu nikt w branży się nie spodziewał, ogólna redukcja na poziomie 15% wydaje się być spora. Jednak chcąc to jednoznacznie ocenić, należy przyjrzeć się z osobna sytuacji każdego kanału sprzedaży. Natomiast niewątpliwe jest to, że lockdown miał w tym duży udział – podkreśla Karol Kamiński, Przewodniczący Kapituły Programu AdRetail Inspirio.

Największe spadki odnotowały sklepy z art. dla dzieci – 79%, a także sieci oferujące RTV-ADG – 43%. Na trzecim miejscu znalazły się hipermarkety – 27%. Potem były drogerie i apteki – 14%, cash&carry – 8%, supermarkety – 7%, a także sieci convenience – 6%.

– Spadek promocji w sklepach z art. dziecięcymi wynikał z tego, że Polacy przenieśli swoje zakupy do dyskontów. Ich oferty są równie atrakcyjne co specjalistycznych sieci. Konsumenci mogą kupować produkty dla dzieci niejako przy okazji codziennych zakupów, ograniczając liczbę odwiedzanych miejsc. To w czasie pandemii ma istotne znaczenie – wyjaśnia dr Urszula Kłosiewicz-Górecka.

Konsumenci głównie skoncentrowali się na kupowaniu niezbędnych produktów, co podkreśla kolejny ekspert – dr Maria Andrzej Faliński. Redukcja zakupów w takich kategoriach, jak zabawki czy RTV-AGD, poskutkowała zawężeniem promocji. Kosztowne akcje niewiele mogły w tej sytuacji zmienić, więc zaniechano ich. Spadła też pozycja hipermarketów, oferujących bardzo szeroki asortyment, bo klienci nie byli nim zainteresowani.

– Trudna sytuacja hipermarketów była widoczna już od dłuższego czasu. Pandemia to tylko zaostrzyła. W trakcie jej trwania klienci drastycznie ograniczyli wizyty w sklepach wielkopowierzchniowych. Zwyczajnie obawiali się zakażenia wirusem. Woleli chodzić do mniejszych placówek – przypomina Karol Kamiński.

Z kolei największy przyrost zanotowały dyskonty – 9%, następnie sklepy typu DIY – 5% oraz hurtownie – 3%. W sklepach z art. z kategorii kultury i rozrywki nic się nie zmieniło. Z  kolei Yves Frerot z Hiper-Com Poland zauważa, że w okresie narodowej kwarantanny zdecydowaną przewagę uzyskały sklepy relatywnie bliskie konsumentowi. W tym wypadku prym wiodły dyskonty. Natomiast wiele słyszeliśmy o domowych remontach z racji zaistniałej sytuacji. I to mogło mieć wpływ na wyniki sieci z branży DIY.

– Warto zauważyć, że tylko 3 formaty z 11 zrobiły więcej promocji. Wzrost dyskontów na poziomie 9%, podczas gdy większość była na minusie, to dla branży niepokojące zjawisko. Sklepy dyskontowe mocno wypychają z rynku całą szeroko pojętą konkurencję. Dlatego sieci handlowe powinny wyciągnąć z tej analizy odpowiednie wnioski. Konsumenci, ze względu na niepewną sytuację na rynku, coraz bardziej oczekują rabatów, co potwierdzają już badania opinii społecznej. I dlatego sieci powinny wychodzić tym oczekiwaniom naprzeciw – przekonuje Przewodniczący Kapituły Programu AdRetail Inspirio.

Jak przewiduje dr Faliński, jeśli dojdzie do ponownego lockdownu – co jest prawdopodobne, to ograniczenie podaży i aktywności handlowej wygasi akcje promocyjne. Nie będzie popytu na inne artykuły niż te niezbędne. Zarabiać będą tylko niektóre formaty, głównie dyskontujące i same dyskonty. Przekaz promocyjny będzie bardzo wąski i podkreślający niskie ceny tylko niezbędnych produktów. Jeśli do ww. sytuacji jednak nie dojdzie, to promocje wybuchną, bo handel i produkcja będą chciały szybko odbudować rynek.

Analiza powstała na zlecenie Programu AdRetail Inspirio. Przygotowali ją eksperci z Centrum Analiz Grupy AdRetail, międzynarodowej agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz platformy analityczno-badawczej UCE RESEARCH. Finalnie sprawdzono ponad 2,3 mln promocji pochodzących z gazetek wydawanych w całym I półroczu 2020 roku. Wyniki porównano z danymi z analogicznego okresu ub.r. Pod uwagę wzięto dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience, cash&carry, hurtownie, drogerie i apteki, sieci DIY, RTV-AGD, a także sklepy dziecięce oraz z art. z kategorii kultury i rozrywki.

Kryzys dotknął 70% firm. Jak przedsiębiorcy radzą sobie po wielu miesiącach pandemii

70% firm w Polsce odczuwa już straty związane z pandemią. Do końca października większości z nich udawało się uniknąć zwalniania pracowników – wynika z raportu Oferteo.pl. Ponad połowa przedsiębiorców twierdzi, że wprowadzone przez rząd ograniczenia związane z Covid-19 były zbyt restrykcyjne.

Miesiące utrudnień

Pierwsze ograniczenia związane z epidemią wprowadzono w Polsce w marcu 2020 roku. Niemal całkowity lockdown trwał kilka tygodni, w których ograniczony był handel, zamknięte siłownie, punkty gastronomiczne i instytucje kultury. Kolejne etapy znoszenia ograniczeń trwały od 20 kwietnia do 6 czerwca.

W czasie wakacji większość biznesów funkcjonowała względnie normalnie. Punkty mogły być otwarte, jednak musiały spełniać warunki takie jak ograniczona liczba osób w pomieszczeniach, stosowanie maseczek i częsta dezynfekcja. Państwo uruchomiło też kilka programów, których celem było wsparcie firm najbardziej dotkniętych kryzysem.

Jesienne wzrosty zakażeń sprawiły, że ponownie zaczął wchodzić w życie scenariusz, który mieliśmy wiosną.

70% firm z gorszą sytuacją finansowąW ciągu ostatnich 6 miesięcy sytuacja finansowa w Pana firmie

W październiku 2020 roku Oferteo.pl, największy polski portal łączący poszukujących usług z ich dostawcami, przeprowadził drugą edycję badania wśród polskich przedsiębiorców. Jego celem było lepsze poznanie sytuacji, w jakiej znaleźli się właściciele firm – ich odczuć, obaw i przemyśleń po pół roku pracy w wyjątkowych warunkach.

Kluczowe były pytania o sytuację finansową i o to, jak wpłynęła na nią pandemia. 39% badanych stwierdziło, że w ostatnim czasie sytuacja finansowa ich firmy pogorszyła się, a 31% – że znacznie się pogorszyła. Dodatkowo 60% przyznało, że spadła liczba nowych klientów korzystających z ich usług.

Wśród 70% przedsiębiorców, którzy stracili na pandemii, największa część (38%) określiła swoje przychody jako 26–50% mniejsze niż w poprzednim półroczu. Co trzeci przyznał, że były one niższe nawet o połowę.

Przedsiębiorcy chętnie sięgali po pomoc finansową oferowaną przez rząd. Najczęściej było to zwolnienie z ZUS (56% z nich), mikropożyczka (51%) oraz świadczenie postojowe (27%). Często jedno przedsiębiorstwo skorzystało z więcej niż jednego programu wsparcia, natomiast aż 22% firm nie skorzystało z żadnej formy pomocy.

Zwolnienia są ostatecznościąCzy w związku z epidemią musiał Pan zwolnić pracowników

Wyniki badania pokazują, że w 81% przypadków firmom udało się jak dotąd uniknąć zwolnień pracowników. Jednak pracodawcy często rozważali taki krok, a nawet wciąż go planują. Redukcję liczby zatrudnionych przeprowadziło 19% badanych.

Co piąty przedsiębiorca zdecydował się obniżyć płace pracownikom lub zmniejszyć etaty. Co dziesiąty planuje taki krok.

Brak zleceń i klientówZ jakimi problemami Pana firma musiała się zmierzyć w trakcje pandemii

Pytani o największe problemy, z jakimi musieli się zmierzyć, przedsiębiorcy najczęściej wskazywali na zmniejszoną liczbę zleceń (63%) oraz rezygnację dotychczasowych klientów (36%). Często pojawiały się też problemy, takie jak brak środków na bieżącą działalność, a także zaburzona płynność finansowa. 17% firm miało trudność z dostosowaniem się do wymogów sanitarnych. Bardzo podobnie te obawy układały się w pierwszej edycji badania Oferteo.pl.

Największym wyzwaniem dla 60% badanych jest obecnie niepewność wynikająca z dynamicznie rozwijającej się sytuacji. Wielu odpowiadało też, że obawia się o pozyskiwanie nowych klientów (54%) oraz utrzymanie finansowej płynności (42%).

Niepotrzebne ograniczenia?Oceniając z perspektywy czasu, lockdown wprowadzony przez rząd był Pana zdaniem

Z perspektywy czasu aż 66% przedsiębiorców ocenia ograniczenia wprowadzane przez rząd jako zbyt surowe. Zaledwie co piąty badany przyznaje, że były one odpowiednie.

Po 6 miesiącach od wprowadzenia pierwszych obostrzeń ponad połowa właścicieli firm stwierdziła, że sprawy biznesowe potoczyły się gorzej, niż przewidywali jeszcze pół roku temu. U niemal 30% sytuacja wygląda tak, jak się tego spodziewali, a 20% stwierdza, że rzeczywistość okazała się nawet bardziej pozytywna niż początkowe założenia.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego w październiku 2020 roku na grupie 870 przedsiębiorców.

Polscy klienci szacują, że w tym roku 62% ich interakcji z firmami odbywa się w trybie online, w porównaniu z 46% w roku 2019

Z czwartej edycji raportu State of the Connected Customer przygotowanego przez Salesforce wynika, że przedłużający się kryzys wpłynął na wszystkie aspekty naszego życia. Diametralnie zmienił się sposób interakcji klientów z przedsiębiorstwami, a kluczem do dobrych relacji między nimi stały się takie czynniki jak empatia, personalizacja, wygoda i transformacja cyfrowa. Klienci zaczynają inaczej postrzegać rolę biznesu w społeczeństwie, a coraz większy wpływ na ich decyzje zakupowe ma kapitalizm interesariuszy (ang. stakeholder capitalism).

„Niezależnie od tego, co firma sprzedaje lub komu świadczy usługi, funkcjonuje dziś w środowisku, którego jeszcze na początku roku nie była w stanie sobie wyobrazić” ― powiedział Vala Afshar, główny konsultant ds. technologii cyfrowych w firmie Salesforce. „Masowe przenoszenie się do kanałów cyfrowych to nie jedyne wyzwanie stojące przed szefami przedsiębiorstw. Muszą oni również słuchać klientów i reagować na ich oczekiwania, nie tylko oferując innowacyjne produkty i usługi, lecz także wykazując empatię i zrozumienie, a ponadto zasadniczo zmienić sposób myślenia o roli biznesu w społeczeństwie. Komunikacja z klientami w różnych punktach kontaktu (poprzez spotkania bezpośrednie, kanały cyfrowe itp.) pozwala uzyskać całościowy obraz tych interakcji i jest pierwszym krokiem na drodze do osiągnięcia odporności i wzrostu”.

Ten globalny raport został opracowany na podstawie badań, w których wzięło udział ponad 15 000 klientów indywidualnych i biznesowych z 27 krajów, w tym 650 respondentów z Polski. Jego celem jest pomoc firmom w znalezieniu nowych, efektywnych sposobów obsługi klientów. Badania objęły klientów reprezentujących cztery generacje: pokolenie powojennego wyżu demograficznego (tzw. baby boomers), generację X, milenialsów i generację Z.

W tym roku po raz pierwszy interaktywne dane wyszczególnione według krajów i pokoleń są dostępne w serwisie Tableau. Można tam znaleźć kluczowe wnioski z badań dotyczące klientów indywidualnych i biznesowych oraz skutków pandemii COVID-19.

Oto najważniejsze trendy przedstawione w tegorocznym raporcie State of the Connected Customer:

Podczas kryzysu komunikacja z klientami nabiera szczególnej wagi

Tegoroczne wydarzenia przewróciły do góry nogami relacje między klientami i firmami. W czasie, gdy panuje niepewność i zamieszanie, firmy mogą zwiększyć i odzyskać zaufanie zarówno dotychczasowych, jak i nowych klientów. W Polsce 90% klientów twierdzi, że o tym, czy firma jest godna zaufania, świadczy jej postępowanie w trakcie kryzysu. 

Kluczem do wyróżnienia się na tle konkurencji jest zrozumienie potrzeb klientów i zapewnienie im dogodnej obsługi

Wszyscy działamy dziś w warunkach ciągłych zmian i niepewności. Szczególnego znaczenia nabiera więc zrozumienie wyjątkowych potrzeb, oczekiwań i problemów klientów oraz zapewnienie im dogodnej obsługi opartej na Internecie, która uwolni ich od zbędnych stresów w tym trudnym okresie. 53% polskich klientów uważa, że firmy zajmujące się sprzedażą, usługami i marketingiem nie udostępniają potrzebnych informacji.

Migracja do świata cyfrowego jest dziś koniecznością

Model obsługi klienta oparty głównie na technologiach cyfrowych zostanie z nami na dłużej, zwłaszcza że ludzie wyrobili sobie nowe nawyki. Coraz więcej interakcji odbywa się przez Internet, a klienci oczekują od firm udostępniania operacji cyfrowych w wielokanałowym środowisku umożliwiającym częste kontakty. Model ten w dużej mierze wykorzystuje dane osobowe, wobec czego klienci domagają się większej przejrzystości i nadzoru. W Polsce 72% klientów twierdzi, że po wybuchu pandemii COVID-19 ma większe oczekiwania wobec przedsiębiorstw w zakresie funkcji cyfrowych.

Klienci wymagają od firm zaangażowania społecznego

Problemy społeczne, gospodarcze i ekologiczne, którym długo nie poświęcano należytej uwagi, teraz wysunęły się na pierwszy plan. Społeczeństwo wymaga od przedsiębiorstw, aby zaangażowały się w naprawę tych wieloletnich zaniedbań. Jeśli firma poczuwa się do odpowiedzialności tylko wobec swoich akcjonariuszy, może to niekorzystnie wpłynąć na jej wyniki finansowe. 90% polskich klientów uważa, że społeczna rola biznesu uległa zmianie.

Co dalej? Warto wykorzystać doświadczenia różnych sektorów i branż

Klienci korzystają z produktów i usług różnych branż, gromadzą doświadczenia w sferze prywatnej i zawodowej, kontaktują się z innymi osobiście lub za pośrednictwem kanałów cyfrowych, zajmują się sprawami najważniejszymi i mniej istotnymi. Granice między tymi obszarami często zacierają się w ich umysłach. Wszystko to wpływa na oczekiwane przez klientów standardy obsługi.

Przedsiębiorstwa, które chcą się wyróżnić na tle konkurencji, powinny więc śledzić nie tylko swoich bezpośrednich konkurentów, lecz oceniać swoje możliwości w porównaniu z firmami z innych branż. 62% klientów na całym świecie twierdzi, że ich doświadczenia w jednej branży wpływają na oczekiwania wobec innych sektorów.

Metoda badań

Raport „State of the Connected Customer” został opracowany na podstawie badań przeprowadzonych metodą podwójnej ślepej próby wśród 12 000 klientów indywidualnych i 3600 klientów biznesowych w Ameryce Północnej i Południowej, Europie, Afryce i na Dalekim Wschodzie. Dane zgromadzono w okresie od 16 lipca do 18 sierpnia 2020 r. Wszyscy respondenci są panelistami będącymi osobami trzecimi. Badania objęły następujące kraje: Australia, Belgia, Brazylia, Dania, Filipiny, Finlandia, Francja, Hiszpania, Holandia, Indie, Irlandia, Japonia, Kanada, Korea Południowa, Niemcy, Nowa Zelandia, Norwegia, Polska, Republika Południowej Afryki, Singapur, Stany Zjednoczone, Szwajcaria, Szwecja, Tajlandia, Wielka Brytania, Włochy i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Na wyniki badań mają wpływ uprzedzenia kulturowe. Do danych przypisano wagi w celu wiarygodnego odzwierciedlenia całej populacji.

Jurysdykcje podatkowe niechętne do współpracy – co takiego dają przedsiębiorcom, że Unia tak bardzo się ich boi?

Od grudnia 2017 r. Unia Europejska prowadzi wykaz jurysdykcji niechętnych współpracy do celów podatkowych. Ostatnią aktualizację tej czarnej listy opublikowała 6 października 2020 r. Znajduje się na niej obecnie 12 państw, terytoriów, jurysdykcji. Dlaczego Unia piętnuje konkurencyjne systemy podatkowe? Bo są konkurencyjne.

Pierwszy unijny wykaz jurysdykcji niechętnych do współpracy podatkowej Rada UE przyjęła 5 grudnia 2017 r. Od 2020 r. wykaz ten jest aktualizowany dwa razy w roku, a ostatnia aktualizacja miała miejsce 6 października 2020 r. Obecnie znajduje się w nim 12 jurysdykcji: Samoa Amerykańskie, Anguilla, Barbados, Fidżi, Guam, Palau, Panama, Samoa, Seszele, Trynidad i Tobago, Vanuatu oraz Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych. Kolejna aktualizacja czarnej listy jurysdykcji niechętnych do współpracy podatkowej nastąpi w lutym 2021 r.

Jakie restrykcje?

Rada Unii Europejskiej zaleciła unijnym instytucjom oraz państwom członkowskim, by te brały pod uwagę jurysdykcje wciągnięte na listę w swojej polityce zagranicznej, współpracy rozwojowej, a także w stosunkach gospodarczych. Za pośrednictwem podmiotów z państw umieszczonych w wykazie nie mogą być przekazywane części środków z instrumentów UE, np. z Europejskiego Funduszu na rzecz Zrównoważonego Rozwoju. Państwa członkowskie powinny również dokładniej monitorować transakcje swoich podatników korzystających z jurysdykcji umieszczonych w wykazie oraz podejmować środki ustawodawcze celem ograniczania możliwości czerpania przez tych podatników korzyści podatkowych oferowanych przez te jurysdykcje.

Bo to niezgodne z interesem Unii

U podstaw funkcjonowania Unii od początku istnienia leżało dążenie do stworzenia i ochrony wspólnego rynku wewnętrznego państw europejskich. Miało to na celu wzrost konkurencyjności Europy wobec innych światowych rynków, zwłaszcza tych silniejszych, czyli azjatyckiego i północnoamerykańskiego. Zgodnie z art. 113 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej:

„Rada (…) po konsultacji z Parla­mentem Europejskim oraz Komitetem Ekonomiczno-Społecznym, uchwala przepisy dotyczące harmonizacji ustawodawstw odnoszących się do podatków obrotowych, akcyzy i innych podatków pośrednich w zakresie, w jakim harmonizacja ta jest niezbędna do zapewnienia ustanowienia i funk­cjonowania rynku wewnętrznego oraz uniknięcia zakłóceń konkurencji” (wersja skonsolidowana, Dz.Urz. UE nr C 326/47 z 26.10.2012 r.).

Między innymi dzięki powyższej regulacji Unia może kontrolować i harmonizować systemy podatkowe swoich państw członkowskich. Nie ma jednak takich uprawnień w odniesieniu do państw nienależących do jej organizacji. Jaka może być więc unijna reakcja? Właśnie w postaci tworzenia czarnych list jurysdykcji niechętnych do współpracy podatkowej, a więc niechętnych do dopasowania swojego systemu fiskalnego do warunków, jakich chciałaby Unia.

Walka o pieniądze firm i innych podatników

Czy to złe praktyki UE? Unia, jak każdy podmiot, który potrzebuje finansowana, chce w jak najwyższym stopniu chronić swoje główne źródło przychodów. Tworzy więc czarne listy i dostępnymi w prawie międzynarodowym środkami represjonuje wciągnięte na nie konkurencyjne systemy podatkowe. Ma do tego prawo. Ale takie samo prawo do korzystania z tych konkurencyjnych jurysdykcji mają podatnicy. Zresztą polskim obywatelom, przedsiębiorcom gwarantuje to sama Konstytucja RP, stanowiąc w art. 31 pkt 2 zd. drugie, że: „Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje” (Dz.U. 1997, nr 78, poz. 483). Ta konstytucyjna reguła oznacza więc również, że nikomu nie wolno zabraniać tego, czego nie zabrania mu prawo.

Dlatego przedsiębiorcy tak chętnie korzystają z zagranicznych jurysdykcji, które całkowicie legalnie oferują swoim rezydentom większą swobodę gospodarczą, liczne ulgi podatkowe, niższe lub 100% zwolnienia z podatku od określonego rodzaju dochodów. Dla niektórych przedsiębiorców ważną rolę odgrywa niejednokrotnie gwarancja większej anonimowości prowadzonego biznesu, a dla jeszcze innych po prostu bardziej przyjazne środowisko do jego prowadzenia, niż te, w którym obecnie funkcjonuje. Jedynym minusem jest fakt, że korzystaniu z dobrodziejstw takich nieunijnych jurysdykcji może towarzyszyć wrogość administracji podatkowej państw członkowskich, jak i samej UE.

Tłumaczenia Unii

Jak deklaruje Rada Unii Europejskiej, utworzenie wykazu i wciąganie na niego wybranych jurysdykcji spoza państw członkowskich Unii Europejskiej powodowane jest m.in. koniecznością stawienia czoła zewnętrznym wyzwaniom dla baz podatkowych krajów UE. Rada tłumaczy, że Unii nie chodzi o to, aby potępiać kogokolwiek, a zachęcić do pozytywnych zmian w systemie podatkowym. Lista wskazuje państwa – co jeszcze raz warte podkreślenia – spoza UE, które sprzyjają nadużyciom podatkowym, uszczuplając wpływy państw unijnych w podatku CIT. To narzędzie przeciwko bezprawnemu niepłaceniu lub zaniżaniu podatków. Jednocześnie Rada UE przyznaje wprost, że unijny wykaz to również narzędzie przeciw „minimalizowaniu zobowiązań podatkowych legalnymi sposobami” (www.consilium.europa.eu).

 

Rezydencja podatkowa Malty

Podsumowując, utworzony 5 grudnia 2017 r., i obecnie aktualizowany dwa razy do roku, wykaz jurysdykcji niechętnych współpracy do celów podatkowych to unijny sposób na walkę z konkurencyjnymi systemami podatkowymi, a więc walkę o pieniądze przedsiębiorcy, podatnika, które mogłyby zasilać unijną kasę, a które przy wykorzystaniu tych „niechętnych do współpracy” jurysdykcji zostają w kieszeni przedsiębiorców. A dopóki korzystanie z dobrodziejstw oferowanych przez takie rezydencje podatkowe nie będzie zakazane prawem, Unii pozostaje tworzenie czarnych list i stosowanie wobec ujętych na nich państw represji politycznych i gospodarczych, o jakich mowa powyżej.

Co ciekawe, Unia Europejska ma w swoich szeregach jurysdykcję podatkową, która również oferuje przedsiębiorcom bardzo przyjazne środowisko dla biznesu, w tym atrakcyjny system podatkowy. Mowa tutaj o Malcie, która z racji położenia na terytorium UE nigdy nie znajdzie się na omawianej liście.

Przedsiębiorca niebędący obywatelem Malty, a który uzyska certyfikat jej rezydencji podatkowej, nie płaci podatku od dochodów uzyskanych ze źródeł leżących poza jej terytorium. Z kolei dzięki preferencyjnemu systemowi odliczeń efektywna stawka opodatkowania CIT spółek na Malcie może wynosić zaledwie ok. 5%. Ze szczególnych ulg w opodatkowaniu korzystają zwłaszcza udziałowcy zarejestrowanych na Malcie spółek w momencie wypłat dywidendy. A bardzo elastyczną i niezwykle atrakcyjną dla przedsiębiorców z punktu widzenia korzyści podatkowo-prawnych jest opcja prowadzenia biznesu w strukturze holdingu polsko-maltańskich spółek, który pozwala uzyskiwać dyrektorowi całkowicie zwolnione z opodatkowania wynagrodzenie.

Rezydencja podatkowa Malty, podobnie zresztą jak cały jej system podatkowo-prawny, jest więc ciekawą propozycją dla przedsiębiorców szukających ochrony majątku swoich firm czy też większego bezpieczeństwa swojego biznesu i przyjaznego dla niego środowiska. Ta położona na obszarze UE jurysdykcja państwa będącego członkiem Wspólnoty Europejskiej to być może prawdziwa, zdrowa i czysto konkurencyjna odpowiedź Unii na atrakcyjną dla przedsiębiorców ofertę innych państw i terytoriów spoza jej struktur.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Wyzwania CEO – nowe czasy, nowe spojrzenie na zarządzanie firmą

Świat stoi u progu permanentnej rewolucji cyfrowej i żadne przedsiębiorstwo nie może pozostać jej obojętne. Nowe technologie już nie tylko wpływają, ale również determinują sposób pracy i zarządzania firmą, co stanowi wyzwanie dla dzisiejszych liderów. CEO powinni nie tylko sprostać oczekiwaniom dynamicznie zmieniającego się środowiska biznesowego, ale także nadawać agendę cyfrowej transformacji w swoich firmach. Przed jakimi wyzwaniami stoją dzisiejsi dyrektorzy zarządzający i jak zmieniła się ich rola w obliczu ostatnich wydarzeń? Komentuje Paweł Wierzbicki, Partner w firmie rekrutacyjnej Page Executive.

Jak zarządzać zmianą?

Wydarzenia zapoczątkowane na przełomie lutego i marca pokazały, w jakim stopniu firmy są zaawansowane w obszarze digitalizacji procesów i przygotowane na zmianę trybu pracy. Środowisko biznesowe bardzo dynamicznie się zmieniło i wymagało błyskawicznego dostosowania do nowych warunków. „Lockdown” obnażył słabe strony organizacji, których zaplecze technologiczne, ograniczony dostęp do systemów oraz informacji uniemożliwiły nie tylko sprawne wdrożenie pracy zdalnej, ale także sparaliżowały możliwość efektywnego zarządzania przedsiębiorstwem. Pandemia pokazała przedsiębiorcom, że należy myśleć o przyszłości i nauczyć się zarządzać ryzykiem, jeszcze zanim się ono pojawi. Nowe okoliczności zweryfikowały kompetencje wielu CEO. Sprawne i właściwe zarządzanie zespołami, wiedzą oraz danymi stało się ważne jak nigdy wcześniej. Od pracowników oczekiwano natomiast umiejętności sprawnego i efektywnego adaptowania się do dynamicznie zmieniającego się otoczenia.

CEO, w obliczu nagłej restrukturyzacji procesów powinni zastanowić się, w jaki sposób zarządzać informacją wewnątrz i na zewnątrz organizacji. Kluczowe jest w tym przypadku zadbanie o kompetentną kadrę managerską, która potrafi dostosować się do nowych okoliczności, a także umiejętnie wykorzystać rynkowe innowacje. Okazało się, że niezwykle ważne jest zatrzymanie w firmie pracowników, których cechuje elastyczność i z łatwością dostosowują się do nowego środowiska, widząc w nim szansę na rozwój. Poprzednie miesiące pokazały, że nie wszyscy liderzy poradzili sobie z reorganizacją pracy. Wiele firm w ostatnim czasie boryka się z dużą rotacją kadr. W tej sytuacji CEO muszą zastanowić się nad przeorganizowaniem wewnętrznych struktur w swoich przedsiębiorstwach i dostosować umiejętności pracowników do wymagań rynku – komentuje Paweł Wierzbicki, Partner w Page Executive.

Praca zdalna NIE dla każdego

W pierwszych tygodniach pandemii pojawił się szereg dyskusji, jak rynek pracy przejdzie szybką rewolucję i wskazywały m.in. na gruntowne przeobrażenie rynku nieruchomości biurowych w związku z następstwami masowej pracy zdalnej. Jednak możemy przypuszczać, że w perspektywie czasu, większość firm będzie dążyła do ponownego otwarcia swoich siedzib i powrotu do pracy stacjonarnej. Wynikać to będzie m.in. z braku wcześniejszego przeszkolenia i przygotowania liderów na zdalne zarządzanie zespołami, ale także silną potrzebę pracowników do interakcji z otoczeniem. W sytuacji dynamicznych zmian w strukturze i procesach organizacji, dyrektorzy generalni powinni zadbać o wzajemną i skuteczną wymianę informacji. Wyzwaniem dzisiejszego CEO jest zatem skuteczne zarządzanie wiedzą i utrzymanie talentów. Duże znaczenie ma również przygotowanie strategii w obszarze pozyskania najlepszych pracowników w przyszłości. W tym celu pomocna będzie zdolność do właściwiej oceny umiejętności kandydata oraz jego potencjału.

Praca zdalna negatywnie wpływa na komunikację z nowymi pracownikami oraz odbija się na efektywności procesu wdrożeniowego. Osoby zrekrutowane online mogą mieć problem ze zbudowaniem relacji z przełożonymi i współpracownikami, poznaniem kultury organizacji i utożsamieniem się z wartościami firmy. Do zadań CEO należy zatem zadbanie o skuteczny proces onboardingowy, który zapewni wzajemne poznanie wszystkich członków zespołu. Na przestrzeni ostatnich miesięcy, a nawet tygodni można zauważyć, że nie wszyscy liderzy są przygotowani na zdalne zarządzanie procesami rekrutacyjnymi. Dlatego właśnie tak istotne jest rozwijanie umiejętności w tym obszarze i dostosowanie kluczowych procesów HR-owych do obecnej i przyszłej sytuacji rynkowej – mówi Paweł Wierzbicki.

Rekrutacja szyta na miarę

Duże rotacje kadr w przedsiębiorstwach, a także reorganizacja wewnętrznych struktur oraz modelu pracy wskazują na to, że niebawem CEO mogą zacząć poszukiwania nowych, innowacyjnych metod rozwoju swoich pracowników. Dużą popularnością nadal cieszą się warsztaty techniczne, jednak firmy powinny intensyfikować swoje działania w kierunku zwiększania potencjału organizacji, a także zachęcać zespoły do wewnętrznego rozwijania innowacyjności i zarządzania własnymi zasobami.

Wiele firm w ostatnim czasie skupia swoje działania na rozwoju robotyzacji procesów oraz digital marketingu, dlatego umiejętność budowy platform e-commerce oraz internetowych kanałów sprzedaży jest bardzo ceniona u kandydatów. Przedsiębiorstwa, aby podnosić swoją konkurencyjność powinny także starać się lepiej zrozumieć klienta i w jego kierunku ustawiać swoje działania. W tej sytuacji, siłą organizacji są pracownicy, którzy są elastyczni i potrafią sprawnie skoordynować pracę wewnątrz zespołów. Trend customer centric nakłada na CEO obowiązek badania modeli zachowań konsumentów. Taka wiedza pomoże wyznaczyć skuteczny kierunek zmian i reorganizacji procesów w organizacji, w taki sposób, aby nie tylko spełniały oczekiwania  samej firmy, ale przede wszystkim aby były atrakcyjne i efektywne dla  pozyskania i obsługi klienta – podsumowuje Paweł Wierzbicki z Page Executive.

Zawarłeś układ z wierzycielami, zostaniesz wykluczony z zamówienia publicznego

Nowe prawo zamówień publicznych, które wejdzie w życie 1 stycznia 2021 roku, przewiduje, że przedsiębiorcę będzie można wykluczyć z procedury zamówieniowej na trzy lata jeśli zawarł układ z wierzycielami.

Przesłanka wykluczenia z zamówienia publicznego będzie więc dotyczyć nie tylko wykonawców znajdujących się w poważnych trudnościach finansowych grożących ich bankructwem, ale także tych, którzy z sukcesem zakończyli postępowanie restrukturyzacyjne i zawarli układ z wierzycielami. W czasie drugiej fali pandemii Covid-19 wiele firm, zwłaszcza małych i średnich, wpadnie w kłopoty i będzie musiało przeprowadzić restrukturyzację sądową zakończoną układem z wierzycielami. Nowe przepisy wykluczą je z zamówień publicznych, co będzie miało negatywny wpływ na cały rynek.

– Przepisy, które mają wejść w życie od nowego roku zwiększą liczbę upadłości na skutek braku możliwości zawarcia układu z wierzycielami, wzrosną obciążenia sądów restrukturyzacyjnych i upadłościowych (których funkcjonowanie już dziś pozostawia wiele do życzenia) upadłościami wykonawców, których można by uniknąć gdyby zrezygnować z proponowanej regulacji. Nowe przepisy dyskryminują też firmy, które zawarły układ z wierzycielami (z powodzeniem przeprowadziły restrukturyzację) w stosunku do tych, które znajdują się w postępowaniu restrukturyzacyjnym, ale takiego układu jeszcze nie zawarły. Dlatego apelujemy o rezygnację z kontrowersyjnej przesłanki wykluczenia z zamówienia publicznego – mówi mec. Katarzyna Kuźma, partner w Praktyce Infrastruktury i Energetyki w kancelarii Domański Zakrzewski Palinka, przewodnicząca Rady Zamówień Publicznych przy Konfederacji Lewiatan.

Przedsiębiorcy zwracają uwagę również na inne skutki nowej regulacji. Niekorzystny wpływ na konkurencyjność w postępowaniach o zamówienie publiczne (mniejsza liczba oferentów/ofert ), co może się przełożyć na wzrost cen ofertowych i obciążeń finansowych dla sektora finansów publicznych.

Wzrosną także obciążenia administracyjne, zarówno dla zamawiających, jak i wykonawców oraz zwiększy się liczba likwidacji zakładów pracy, co może przełożyć się na wzrost bezrobocia i większe obciążenie systemu opieki społecznej.

Recepta na sukces? Wiedza, zaangażowanie i… szczęście

Polskie przedsiębiorstwa, poza nielicznymi wyjątkami, często obawiają się milowych kroków – ukierunkowanego rozwoju wyznaczonego przez nową strategię, zmiany obszaru działalności, współpracy z potencjalnymi konkurentami czy ekspansji na rynki zagraniczne i globalnej działalności. Nierzadko wstrzymuje je w rozwoju konserwatywne myślenie, bazujące na utrzymaniu bieżących zasobów i ograniczeniu skrupulatnie wyliczonego ryzyka. Tymczasem te firmy, które odnoszą sukces patrzyły przed siebie, nie koncentrowały się jedynie na bieżących wydarzeniach i swojej konkurencji. Stała za nimi odwaga, ciężka praca, wiedza oraz doza szczęścia, która decydowała o finalnym powodzeniu.

Choć słowo marketing odmieniane jest przez różne przypadki, gros polskich firm obiera orientację produktową, a nie rynkową. Posiadając w portfolio tzw. „dojną krowę” liczą, że będzie przynosić im stałe zyski. Oczywiście niskim kosztem. Tymczasem o sukcesie decydują konsumenci, to jak szybko i w jaki sposób jesteśmy w stanie dostosować się do ich potrzeb oraz czy jesteśmy w stanie sprzedać im nasz pomysł.

By odpowiadać na bieżącą sytuację trzeba mieć oczy szeroko otwarte, a znajomość (nawet doskonała) własnego rynku nie wystarczy. Inne branże mogą być naszą szansą lub zagrożeniem, dlatego warto być czujnym i znać ogólną sytuację ekonomiczną, polityczną czy kulturową. Innymi słowy stosować podejście interdyscyplinarne. Koniecznym jest również znajomość i badanie trendów – niekoniecznie by nimi podążać! Są przecież nisze, które również można wypełnić.

Często dla lepszego, bardziej skutecznego działania niezbędne są zmiany – produktów, procedur, czy kompleksowe restrukturyzacje. Skuteczna transformacja wymaga jednak zrozumienia nie tylko otoczenia zewnętrznego, ale również własnej organizacji. Pozwoli nam to odpowiednio ją zakomunikować, uzasadnić czy zaangażować w nią pracowników, tak by byli świadomi jej konieczności i chcieli ją sami przeprowadzać. Czego jednak jeszcze potrzeba by osiągnąć sukces?

Czy warto ufać ekspertom? Czy warto obierać czyjąś ścieżkę? Tak, to zależy…

Do skutecznego działania, w szczególności w orientacji marketingowej, nie zawsze wystarczą zasoby jakimi dysponujemy w danym momencie. Nie można zaprzeczyć, że w biznesie liczy się wiedza. Tę można zdobyć przez budowanie własnego doświadczenia lub zakupić na rynku – zatrudniając menedżerów, partnerów czy agencje, które specjalizują się w danym sektorze lub zagadnieniu. Jednak, że we współczesnym świecie – skomplikowanym, wielowymiarowym i bardzo dynamicznym, wiedza powinna ulegać ciągłej aktualizacji. Oznacza to, że w niektórych obszarach nawet wiedza ekspercka może okazać się nieaktualna, niewystarczająca lub niedostosowana do bieżących realiów. Dotyczy to w szczególności dziedzin, w których czynnik ludzki pełni pierwszoplanową rolę, jak np. ekonomii, która nierzadko chce zbudować dokładny model pozwalający na ścisłe przewidywania zachowań uczestników rynku – jednak zawsze dodaje na końcu ceteris paribus.

Poza stałą potrzebą aktualizacji wiedzy, na drodze ekspertów w skutecznym jej wykorzystaniu pojawiają się również inne przeszkody. Błędy poznawcze, heurystyki czy nieświadome motywacje to czynniki nad którymi czasem trudno nam zapanować, w szczególności, gdy decyzja musi być podjęta szybko i pod dużą presją.

Zdarza się, że nasza wiedza (lub szerzej – naszej firmy, organizacji) oparta jest na błędnym wnioskowaniu lub fałszywych danych? Takie sytuacje nie należą do rzadkości, a przekonują się o tym liczni inwestorzy, w szczególności zainteresowani nowymi technologiami.

Nie chodzi o to, ile zarabiasz, chodzi o to, ile jesteś wart. A kto jest najwięcej wart? Firmy, które tracą pieniądze – to słowa Russa Hannemana, fikcyjnego inwestora, bohatera serialu komediowego Silicon Valley. Filmowa satyra na Dolinę Krzemową doskonale oddaje współczesne relacje inwestorskie oraz wartości jakimi rządzą się niektóre startupy czy spółki. Niekoniecznie chodzi o technologię, potencjał rozwoju czy generowane dochody. Ważny jest tzw. storytelling, czyli bajka opisująca sposoby i zakładane cele, w które mają uwierzyć akcjonariusze. I ta historia nierzadko ma za zadanie zastąpić wiedzę lub ją w odpowiedni sposób ukształtować.

Czy można pozyskać 700 mln USD na startup biotechnologiczny, który obiecuje rewolucję na miarę wynalezienia żarówki, choć specjaliści (z zakresu biotechnologii, nie inwestycji) są do niego sceptycznie nastawieni? Okazuje się, że można. Theranos to największy oszust w branży start-upów, który obiecywał precyzyjną diagnostykę medyczną z kropli krwi pobranej z palca. Gdy diagności, biotechnologowie czy inżynierzy stukali się w głowę, wskazując liczne przeszkody stojące przed tą metodą, inwestorzy venture capital, wsłuchani i zapatrzeni w Elizabeth Holmes (ledwo 20 letnią założycielkę startupu) z zachwytem przelewali kolejne transze pieniężne, licząc na wielomilionowe czy miliardowe zyski w niedalekiej przyszłości.

Ledwie kilka tygodni temu media giełdowe ogłosiły, że akcje Snap Inc. (właściciela popularnego wśród młodzieży komunikatora Snapchat) wzrosły o 26%. To zasługa pozytywnego zaskoczenia wynikami za trzeci kwartał roku: Spółka wypracowała 679 mln USD przychodu. Jednocześnie ogłoszono, że Snap Inc. odnotował w tym samym okresie 200 mln USD straty netto. Wzrosła jednak liczba jego użytkowników. Jak to możliwe, że spółka, która jeszcze nigdy nie odnotowała zysku netto tak dobrze sobie radzi na giełdzie? Czy zadziała tu samospełniająca się przepowiednia, powodująca, że wieloletnie zastrzyki gotówki pozwolą utrzymać nierentowną, choć rozpoznawalną spółkę, która dzięki rosnącej liczbie użytkowników stanie się atrakcyjna dla większej rzeszy reklamodawców?

Zarządzający i ich doradcy doskonale „wiedzą”, że podjęcie ryzyka oraz tworzenie złudzenia bieżącego sukcesu pozwala „kupić” czas inwestorów, akcjonariuszy, aż do momentu, w którym całe przedsięwzięcie będzie w stanie na samo na siebie zarabiać (lub w ogóle funkcjonować – jak w przypadku Theranosa). To strategia znana już od czasów Edisona, który najpierw ogłosił udoskonalenie żarówki i jej masową produkcję – dzięki czemu mógł zebrać od inwestorów niezbędny budżet – choć dopiero później rzeczywiście udało mu się tego dokonać.

Wiedza to również przewidywania naukowców, co do fiaska projektu Elizabeth Holmes – przecież obecny rozwój technologii nie pozwala na opracowanie urządzenia badającego krew pobranego z opuszka palca. Zarówno jedna i druga „wiedza” umiejscowiona jest w pewnym sensie w systemie dialektycznym.

Czy można zatem wierzyć doradcom, którzy rekomendują inwestowanie w Snapchata? Niewykluczone, że wspólna wiara twórców, użytkowników i inwestorów doprowadzi do sukcesu na miarę Facebooka lub Google’a. Z drugiej strony nawet małe załamanie na rynkach technologicznych może spowodować, że twórcy aplikacji z duszkiem w logo podzielą po części los innowacyjnego Theranosa… Wszystko zależy od ich szczęścia – tego kształtowanego przez nich samych, jak i niezależnego od wysiłków.

Szczęście jako czynnik niezbywalny w interesach

Zilustrowane powyżej przykłady nie mają na celu podejmowania kwestii etycznych. Istotą jest ukazanie wielowymiarowości wiedzy, tego, że nie raz okazuje się niewystarczająca do realizacji planów oraz wskazaniu na ważny czynnik szczęścia w zarządzaniu start-upem, przedsiębiorstwem, czy decyzjach dnia codziennego.

Czy zatem warto wierzyć doradcom? Owszem. Zakładając, że są uczciwi, znają się na rzeczy i patrzą na problem z różnych perspektyw. W ten sposób działamy na rzecz szczęścia i pomyślności naszych interesów. Jednak nie znaczy to, że ich przewidywania okażą się właściwe.

Na potwierdzenie tezy o znaczeniu szczęścia w biznesie przytoczę ciekawy eksperyment, realizowany kilka lat temu w Wielkiej Brytanii. Jerker Denrell z Uniwersytetu Oxfordzkiego oraz Chengwei Liu z Uniwersytetu w Warwick przeprowadzili badania polegające na modelowaniu wyników gry rozgrywanej w wielu rundach. Okazało się, że po pewnym czasie gracze o największych umiejętnościach osiągali drugie w kolejności rezultaty. Osoby, które odnosiły spektakularne sukcesy w grze, zawdzięczały to raczej szczęściu lub podejmowaniu ryzyka, a nie największym umiejętnościom i doświadczeniu.

W biznesie zatem (jak i szerzej – w życiu) szczęście bezsprzecznie się liczy. Tak jak wiedza i umiejętność korzystania z niej, zaangażowanie, wytrwałość i odwaga. Zatem idźmy swoimi drogami i nie wzorujmy się na najlepszych – ciężko będzie bowiem powtórzyć ich ścieżkę i skopiować ich łut szczęścia. Jeśli jednak chcemy się na kimś oprzeć to spójrzmy na challengerów, tych którzy ciężką pracą gonią, umiejętnościami i własnym doświadczeniem gonią liderów.

Pandemia ma silny wpływ na zdrowie fizyczne oraz psychiczne pracowników

Dane z najnowszego raportu Koalicji Bezpieczni w Pracy „Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2020. Wpływ pandemii koronawirusa na polski rynek pracy” pokazują, że pracodawcy szybko zareagowali na bieżącą sytuację epidemiczną i wprowadzili szereg rozwiązań sanitarnych zanim weszły w życie odpowiednie regulacje. Z czym przede wszystkim nie poradziły sobie firmy, a co najbardziej zawodzi w pandemicznym bezpieczeństwie pracy?

Ewa Gawrysiak, Sales and End User Marketing Manager w TenCate Protective Fabrics, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy:

Wyniki raportu „Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2020. Wpływ pandemii koronawirusa na polski rynek pracy” pokazały, że z reguły polskie firmy szybko zareagowały na bieżącą sytuację wprowadzając – nierzadko przed oficjalnym ogłoszeniem obostrzeń przez państwo – odpowiednie środki i procedury minimalizujące wystąpienie zakażenia wirusem SARS-CoV-2 w organizacji. Z kolei pracownicy w większości pozytywnie i ze zrozumieniem ocenili powzięte przez pracodawców działania. Niemniej są obszary, co do których trudno jest oczekiwać tak optymistycznych wyników z uwagi na to, że obecny kryzys nie ma sobie równego w powojennej historii gospodarczej Polski. Wpływ pandemii sięga nie tylko ekonomicznej strony działalności firm. Jest również ogromnym wyzwaniem dla dotychczasowej kultury i organizacji pracy, poczucia bezpieczeństwa pracownika oraz czasem pojawienia się nowych – przynajmniej dla ustawodawcy – form współpracy, takich jak praca zdalna, której nigdy w takiej skali w polskich przedsiębiorstwach nie realizowano.

Raport pokazał, że pandemia stanowiła ogromne wyzwanie dla pracownika i miała silny wpływ na jego zdrowie psychiczne oraz fizyczne. Aż trzech na czterech respondentów odpowiedziało, że w tym czasie zaczęło odczuwać różnego rodzaju dolegliwości. Najczęściej wymieniany był niepokój i lęk (33 proc.), zaburzenia nastroju (31 proc.) oraz zaburzenia lub brak snu (26 proc.). Oczywiście jest to wynikiem ogromnego stresu, na jaki narażona była część populacji. W dalszej kolejności pojawiał się ból głowy (26 proc.) i kręgosłupa (25 proc.), czy wreszcie otyłość (13 proc.). Pierwsze dwa schorzenia mogą być związane z trudnością zapewnienia ergonomicznych warunków pracy, na przykład podczas pracy zdalnej. Otyłość stanowi jeden ze skutków ograniczenia ruchu spowodowanego lockdownem. Widać zatem, że dla polskich przedsiębiorstw o wysokiej kulturze bezpieczeństwa istotnym zagadnieniem wymagającym szukania rozwiązań będzie minimalizowanie zagrożeń psychospołecznych, na które w tym czasie w sposób szczególny są narażeni właśnie pracownicy. Kolejnym jest zaś zapewnienie ergonomicznych warunków pracownikom pracującym zdalnie. Ta kwestia wymaga regulacji na poziomie legislacyjnym, dlatego cieszą ostatnie zapowiedzi wprowadzenia do Kodeksu pracy takiej kategorii. Kwestią otwartą pozostaje pytanie o finansowanie takich inwestycji oraz to, w jaki sposób pracodawca może kontrolować warunki pracy w prywatnym mieszkaniu pracownika.

Dużą rolę czynników psychospołecznych widzimy w odpowiedziach na pytania o uciążliwości w pracy zdalnej. Pracownikom najbardziej doskwierał brak kontaktu z ludźmi (43 proc.) i przenikanie się życia prywatnego z zawodowym (37 proc.). Przed pracodawcami stoi zatem wyzwanie, aby – zanim praca zdalna na stałe zostanie w organizacjach – nauczyć ludzi, jak z niej korzystać. Co ciekawe, w tym samym pytaniu na brak odpowiedniej infrastruktury IT wskazało jedynie 17 proc. respondentów z grupy pracowników. Z kolei pracodawcy dostrzegają potrzebę organizacji dodatkowych szkoleń dotyczących bezpieczeństwa danych (87 proc.), a 73 proc. z nich spodziewa się, że pandemia koronawirusa spowoduje długofalowo zwiększenie inwestycji w bezpieczeństwo systemów IT.

PGE Baltica podpisała umowę z Państwowym Instytutem Geologicznym

Zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami, PGE Baltica oraz Państwowy Instytut Geologiczny – Państwowy Instytut Badawczy (PIG-PIB) podpisały umowę o współpracy i doradztwie technicznym w zakresie prac geologiczno-inżynierskich dla dwóch morskich farm wiatrowych Baltica-2 i Baltica-3. Jest to kolejny krok w realizacji Programu Offshore Grupy Kapitałowej PGE, zakładającego – zgodnie z nową strategią Grupy PGE – budowę morskich farm wiatrowych o łącznej mocy do 6,5 GW i wdrożenie postanowień listu intencyjnego podpisanego między spółką a instytutem w lutym 2020 roku.

Badania geologiczne to ważny etap przygotowawczy do budowy morskich farm wiatrowych. Dzięki nim zdefiniowane zostaną warunki podłoża gruntowego panujące na obszarach morskich, na których powstaną instalacje offshore. Zebrane podczas badań dane umożliwią inwestorowi m. in. wybór odpowiednich fundamentów pod turbiny wiatrowe, które zostaną zainstalowane na zróżnicowanych pod względem geologicznym obszarach południowego Bałtyku. 

Eksperci z PIG-PIB wesprą PGE Baltica w tym bardzo istotnym etapie realizacji inwestycji, jakim są morskie badania geologiczne. Współpraca obejmie przede wszystkim identyfikację uwarunkowań geologicznych terenów morskich i lądowych, na których powstaną obiekty i elementy instalacji morskich farm wiatrowych. Ponadto, spółka będzie mogła liczyć na doradztwo techniczne oraz wsparcie przy gromadzeniu niezbędnej dokumentacji projektowej w zakresie geofizyki, geologii oraz geotechniki.

Instalacja morskich farm wiatrowych na dnie morza to złożony proces wymagający szeregu badań i analiz oraz odpowiednio przygotowanej dokumentacji. Zależy nam na tym, aby realizowana przez PGE Baltica inwestycja opierała się na najwyższej jakości danych, dlatego zdecydowaliśmy się na współpracę z Państwowym Instytutem Geologicznym – Państwowym Instytutem Badawczym. Wierzymy, że dzięki wsparciu ekspertów będziemy mogli sprawnie przeprowadzić prace w zakresie geotechniki i dobrać najbardziej odpowiednie technologie offshore, co przełoży się na optymalizację procesu inwestycyjnego – powiedziała Monika Morawiecka, Prezes PGE Baltica.

Specjaliści z Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego będą służyć swoją wiedzą i doświadczeniem w realizacji badań geologicznych na morzu m.in. oceniając próby gruntu i skał pobrane z dna Bałtyku. PIG-PIB posiada najpełniejsze informacje o budowie geologicznej i zasobach geologicznych kraju. Jest to wynik ponad stu lat pracy kilku pokoleń polskich geologów. Instytut dysponuje obecnie najnowszymi informacjami na temat budowy geologicznej polskiej części Bałtyku.

Znajomość budowy geologicznej ma fundamentalne znaczenie przy posadowieniu obiektów budowlanych, zwłaszcza na obszarach morskich. Jakość wykonanych badań geologiczno-inżynierskich i odpowiednie rozpoznanie podłoża budowlanego warunkują sposób posadowienia, bezpieczeństwo konstrukcji oraz koszty całej inwestycji. Nasi eksperci wesprą PGE Baltica fachową wiedzą w przygotowaniu obszernej dokumentacji projektowej pod względem jej zgodności z przepisami, normami i wiedzą w zakresie projektowania, dokumentowania i prowadzenia prac geologicznychpodsumowuje Mateusz Damrat, Dyrektor PIG-PIB.

Podpisanie umowy między PGE Baltica, spółką odpowiedzialną za realizację Programu Offshore w Grupie Kapitałowej PGE, a PIG-PIB to kontynuacja współpracy nawiązanej w lutym 2020 roku. Podmioty te podpisały wówczas list intencyjny, w którym zadeklarowały udział ekspertów PIG-PIB i PGE Baltica we wzajemnych konsultacjach merytorycznych i operacyjnych podczas prac projektowych.

PGE Baltica angażuje się we współpracę z polskimi ośrodkami naukowymi przy budowie morskich farm wiatrowych, koncentrując się na realizacji wspólnych projektów badawczych oraz wymianie wiedzy. Od grudnia 2019 roku spółka realizuje projekt badawczy przy wsparciu Zakładu Aerodynamiki Instytutu Maszyn Przepływowych PAN. Celem projektu jest oszacowanie wpływu spowolnienia przepływu wiatru, jakie w swoim otoczeniu powodują duże morskie farmy wiatrowe [tzw. blockage effect]. Pierwsze efekty prac w ramach projektu planowane są na połowę 2021 roku.

Celem współpracy z ośrodkami naukowymi jest optymalizacja i sprawna realizacja Programu Offshore Grupy PGE, który zakłada pozyskanie do 2040 roku ok. 6,5 GW mocy zainstalowanej na Bałtyku. Program ten będzie realizowany w dwóch etapach. Pierwszy z nich zakłada budowę 3 morskich farm wiatrowych Baltica-1, Baltica-2 i Baltica-3. Natomiast w drugim etapie realizowane będą kolejne inwestycje w offshore, które zapewnią Grupie ok. 3 GW dodatkowej mocy zainstalowanej.

***

O Spółce PGE Baltica

PGE Baltica została powołana w styczniu 2019 roku, jako spółka odpowiedzialna za realizację Programu Offshore w Grupie Kapitałowej PGE, który zakłada w pierwszej fazie budowę trzech farm wiatrowych:

  • Elektrowni Wiatrowej Baltica-1 (EWB1), która w czerwcu 2020 roku otrzymała techniczne warunki przyłączenia do sieci przesyłowej dla mocy do 896 MW.
  • Elektrowni Wiatrowej Baltica-2 (EWB2), która w styczniu 2019 roku otrzymała od operatora sieci przesyłowej propozycję technicznych warunków przyłączenia do KSE dla 1498 MW.
  • Elektrowni Wiatrowej Baltica-3 (EWB3) z umową przyłączeniową na maksymalnie 1045 MW.

Właścicielem PGE Baltica i spółek celowych jest Polska Grupa Energetyczna PGE SA.

Program Offshore zakłada wybudowanie do 2040 roku morskich farm wiatrowych o łącznej mocy do 6,5 GW, co czyni Grupę Kapitałową PGE liderem przyszłego sektora morskiej energetyki wiatrowej. Poza rozpoczętymi projektami o łącznej moc do ok. 3,5 GW, grupa planuje pozyskanie ok. 3 GW mocy zainstalowanej na Bałtyku w kolejnym etapie.