Sytuacja na europejskim rynku nieruchomości komercyjnych w 3 kw. 2020

Z najnowszego raportu „DNA of Real Estate”, opracowanego przez międzynarodową firmę doradczą Cushman & Wakefield, wynika, że trend powolnego wzrostu czynszów i zmian stóp kapitalizacji na europejskich rynkach nieruchomości komercyjnych utrzymał się również w trzecim kwartale 2020 roku. 

  • Silny popyt ze strony najemców i inwestorów przyczynia się do wzrostu czynszów i dalszej kompresji stóp kapitalizacji w sektorze nieruchomości logistycznych.
  • Rynki biurowe we Francji oraz w Niemczech i Wielkiej Brytanii bardziej odporne na zawirowania pomimo nieznacznego spadku czynszów i niewielkiego wzrostu stóp kapitalizacji.
  • Sektor handlowy nadal znajduje się w trudnej sytuacji, a czynsze obniżyły się w ujęciu rocznym o 7,2% – jest to najgłębszy spadek od czwartego kwartału 2009 roku.

Trwająca globalna pandemia koronawirusa wpływa na europejski rynek nieruchomości komercyjnych, powodując w ujęciu kwartalnym kolejne spadki czynszów w obiektach handlowych oraz nieznaczne obniżki stawek czynszowych w budynkach biurowych. Natomiast w sektorze nieruchomości logistycznych czynsze nadal rosną, a stopy kapitalizacji ulegają dalszej kompresji, ponieważ dzięki pozytywnym wskaźnikom przyciąga on kolejnych inwestorów – mówi Silvia Jodlowski, starszy analityk w Cushman & Wakefield.Europejski sektor logistyczny w czasie pandemii nadal rośnie

Nieruchomości logistyczne

Sektor nieruchomości logistycznych pozostał w dość dobrej kondycji również w trzecim kwartale 2020 roku. W warunkach ograniczonej podaży oraz silnego popytu ze strony najemców i inwestorów osiąga on najlepsze wyniki spośród głównych sektorów nieruchomości, o czym świadczy dalszy wzrost czynszów i kompresja stóp kapitalizacji na większości rynków. Stawki czynszowe w przypadku najlepszych obiektów w Europie wzrosły średnio o 0,6% w trzecim kwartale i aż o 2,1% w ciągu roku. Największy wzrost miał miejsce w Berlinie, gdzie czynsze wzrosły w ciągu kwartału o 12%, a także w Rotterdamie – o 7,1%. Stopy kapitalizacji dla nieruchomości logistycznych w Europie spadły o 25 pb rok do roku i wyniosły 5,26% w trzecim kwartale 2020 roku. Najniższe średnie stopy kapitalizacji na poziomie nieprzekraczającym 4% utrzymują się we Francji i w Niemczech, a na większości rynków obniżyły się w ujęciu rocznym o co najmniej 20 pb.

Pomimo dynamicznej sytuacji na rynku i wciąż dużej niepewności spowodowanej pandemią koronawirusa perspektywy dla sektora magazynowego pozostają korzystne. Przewidujemy, że popyt na rynku magazynowym będą nadal generować przede wszystkim firmy z branży logistycznej, kurierskiej i handlowej w silnym powiązaniu z rozwojem sektora e-commerce. Do normalnej aktywności wracają powoli firmy z sektora produkcyjnego i motoryzacyjnego. Warto także wspomnieć o rosnącej aktywności firm z branży IT, które poszukują nowoczesnej powierzchni magazynowej z przeznaczeniem na centra przetwarzania danych. To szczególnie ciekawa grupa najemców, zupełnie odporna na aktualną sytuację rynkową – mówi Joanna Sinkiewicz, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield Polska.

Nieruchomości biurowe

Czynsze za wynajem powierzchni biurowych spadły nieznacznie w trzecim kwartale (-0,1% kwartał do kwartału), po dużo większym spadku o 0,7% w poprzednim kwartale. Tempo wzrostu w ujęciu rocznym spowolniło jeszcze bardziej – stawki czynszowe są o zaledwie 1% wyższe w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku, co oznacza, że rosną one najwolniej od 2014 roku. Czynsze wzrosły tylko w pięciu miastach, przy czym najbardziej w Birmingham (o 7% do 37,00 GBP/st. kw./rok) oraz w Leeds (o 6% do 34,00 GBP/st. kw./rok). Spadki odnotowano w sumie na dziesięciu rynkach – o 10% w Stambule oraz o 5% w Berlinie, gdzie tym samym zakończył się okres nieprzerwanego wzrostu czynszów, w którym wzrosły one z poziomu 22,50 EUR/m kw./miesiąc w trzecim kwartale 2014 roku do 40 EUR/m kw./miesiąc w pierwszym kwartale 2020 roku. 

Stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości biurowych w Europie wzrosły do 4,34% po spadku do 4,26% w pierwszym kwartale bieżącego roku. Na głównych rynkach Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii zaobserwowaliśmy jednak w ciągu kwartału nieznaczną kompresję, co świadczy o zainteresowaniu inwestorów najbardziej atrakcyjnymi aktywami w kluczowych lokalizacjach – mówi Nigel Almond, dyrektor zespołu ds. analiz danych w Cushman & Wakefield.

Nieruchomości handlowe

W sektorze nieruchomości handlowych trend spadkowy utrzymał się również w trzecim kwartale 2020 roku. Tempo zmian na rynku handlowym, który znalazł się w trudnej sytuacji, przyspieszyło z powodu trwającej pandemii i spadku sprzedaży w sklepach stacjonarnych, zamarcia ruchu turystycznego w niektórych lokalizacjach oraz nieprzerwanego rozwoju sprzedaży w kanale online.

Od ponownego otwarcia centrów handlowych po wiosennym lock-downie obserwowaliśmy w Polsce systematyczny spadek udziału sprzedaży przez Internet, który w sierpniu 2020 r. wyniósł już tylko 6,1%, podczas gdy w kwietniu wynosił rekordowe 11,9%. Przed pandemią udział e-commerce w sprzedaży detalicznej ogółem oscylował w granicach 5-6%. Wraz z jesiennym nasilaniem się pandemii obserwujemy powrót konsumentów do zakupów internetowych. We wrześniu 2020 roku udział sprzedaży online wyniósł już 6,8%, czyli o 0.7 pp. więcej niż miesiąc wcześniej. W kolejnych miesiącach spodziewamy się dalszych wzrostów, których wysokość będzie uzależniona od rozwoju sytuacji epidemicznej – mówi Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Cushman & Wakefield.

Czynsze za najlepsze powierzchnie handlowe obniżyły się w trzecim kwartale o 2,3% – to mniej niż w drugim kwartale, w którym spadły o 4,3%. W ujęciu rocznym spadły one w trzecim kwartale jeszcze bardziej, bo aż o 7,2%, czyli najbardziej od czwartego kwartału 2009 roku, w którym spadki czynszów wyniosły 7,6%. Na żadnym rynku nie odnotowano wzrostów w ciągu kwartału, a na połowie rynków zarejestrowano spadki. Stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości handlowych w Europie wzrosły w trzecim kwartale 2020 roku do 4,67% i były o 45 pb wyższe niż rok temu, przy czym największy wzrost do poziomu 6,19% zaobserwowano w Wielkiej Brytanii.

MedApp podpisał umowę z NEO Hospital na pilotażowe wykorzystanie technologii CarnaLife System

MedApp, polska spółka technologiczna specjalizująca się w sztucznej inteligencji i mieszanej rzeczywistości w medycynie, poszerzyła współpracę z Grupą NEO Hospital, prowadzącą krakowski Szpital na Klinach. Spółka będzie dostarczała szpitalowi swoje rozwiązanie telemedyczne do zdalnego monitorowania stanu zdrowia pacjenta oraz zarządzania procesem leczenia – CarnaLife System. Pilotażowo systemu zostanie wykorzystany w opiece nad pacjentami dotkniętymi otyłością.

Już teraz lekarze i pacjenci szpitala korzystają z CarnaLife Holo, rozwiązania do holograficznego obrazowania danych medycznych 3D.

CarnaLife System to innowacyjne narzędzie do rejestracji danych medycznych, umożliwiające w efektywny sposób ich gromadzenie oraz analizę. System bezpiecznie gromadzi dane medyczne i rejestruje wyniki badań w czasie rzeczywistym w chmurze Azure firmy Microsoft oraz interpretuje je przy użyciu algorytmów sztucznej inteligencji. Technologia ta będzie wspierać specjalistów szpitala w czasie całej ścieżki pacjenta bariatrycznego w systemie, tj. od kwalifikacji i planowania zabiegu, po jego przeprowadzenie i  monitorowanie stanu zdrowia po operacji.

– Współpraca z NEO Hospital rozwija się pomyślnie. Cieszymy się, że potencjał naszych technologii został doceniony. Wdrożenie rozwiązania CarnaLife System wpłynie na jakość leczenia i obsługi pacjenta. Wykorzystanie naszej aplikacji przez Szpital na Klinach jest kolejnym wdrożeniem CarnaLife System, jednak pierwszym wdrożeniem w Szpitalu. Chcemy przekonać również inne szpitale, że zdalny monitoring i diagnostyka pacjentów z wykorzystaniem naszej aplikacji CarnaLife System przynosi korzyści zarówno lekarzom, pielęgniarkom, jak i pacjentom. Nasza technologia sprawdza się w każdych warunkach, jednak teraz w okresie ograniczonego dostępu do personelu medycznego, wykorzystanie CarnaLife System przynosi szpitalom jeszcze większe korzyści. Wierzę, że dzięki współpracy z NEO Hospital będziemy mieć kolejne referencje dla innych podobnych placówek i szpitali nie tylko w Polsce, ale również za granicą – podsumowuje Krzysztof Mędrala, Prezes Zarządu MedApp.

W Szpitalu na Klinach lekarze będą mogli wykorzystywać rozwiązanie w pełnym zakresie. Pomiary gromadzone i analizowane przez CarnaLife System będą mogły być wykorzystywane przez specjalistów chirurgii metabolicznej, kardiologów, pulmonologów, diabetologów i lekarzy innych specjalizacji.

Będzie ono stanowiło uzupełnienie rozwiązania CarnaLife Holo, które już teraz jest wykorzystywane na co dzień przez specjalistów Szpitala. Technologia CarnaLife Holo umożliwia tworzenie dokładnego i interaktywnego środowiska rzeczywistości mieszanej (MR) z wykorzystaniem gogli HoloLens Microsoft. Na podstawie tomografii komputerowej (CT), rezonansu magnetycznego (MRI), angiografii (angio-CT, angio-MRI), echokardiografii (ECHO), USG, a także innych modalności dostępnych w standardzie obrazowania DICOM tworzy się wirtualny, trójwymiarowy obraz pacjenta.

– Dziś w dobie pandemii, gdy pacjenci doświadczają ograniczeń w dostępie do ośrodków medycznych, zaawansowane rozwiązania telemedyczne w zakresie monitorowania zdrowia wspierają kontakt lekarzy i pacjentów w oparciu o dane medyczne. Szczególną grupą naszych pacjentów są osoby otyłe, dla których rozwiązania powinny być szyte na miarę. Pacjenci dotknięci otyłością wymagają dedykowanego systemu urządzeń monitorujących oraz monitoringu większej liczby parametrów z uwagi na złożoność choroby jaką jest otyłość i współistniejące choroby – podkreśla Joanna Szyman, Prezes Zarządu NEO Hospital.

Sytuacja epidemiologiczna związana z pandemią SARS-CoV-2 skłoniła szpitale do większego, niż wcześniej otwarcia się na rozwiązania zdalne. Korzyścią wdrożenia takich rozwiązań jest możliwość zapewnienia wysokiego poziomu bezpieczeństwa – zarówno kadrze medycznej jak i pacjentom, którzy podlegają stałemu monitoringowi stanu zdrowia. Telemedycyna jest również optymalnym narzędziem ułatwiającym pracę w obliczu ograniczonych zasobów i konieczności ciągłej kontroli wielu pacjentów w tym samym czasie.

CarnaLife System jest modułem analitycznego systemu CarnaLife, który jest certyfikowany jako wyrób medyczny klasy IIb.  MedApp wprowadza wkrótce kolejne rozszerzenia aplikacji, po wideokonsultacji z której lekarze i pacjenci mogą korzystać od września, już w grudniu planuje udostępnić  usługę Wirtualnej Przychodni. Ma ono na celu usprawnić funkcjonowanie zarówno małych placówek medycznych, szpitali, jak i rozwiniętych sieci medycznych i będzie dla nich realnym wsparciem w zakresie pełnej obsługi pacjentów.

InventionMed zakupił działkę pod budowę Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych VR i AR w Bydgoszczy

InventionMed, technologiczna firma z branży medycznej jest coraz bliżej rozpoczęcia budowy Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych VR i AR w Bydgoszczy. Spółka zakupiła nieruchomości o łącznej powierzchni 2072 mkw. za kwotę ponad 4 mln zł.  Projekt uzyskał dofinansowanie z Ministerstwa Rozwoju w kwocie 16 mln zł.

– Zgodnie z zapowiedziami, już niedługo rozpocznie się budowa Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych VR i AR w Bydgoszczy. „Wirtualny szpital” to innowacyjna na skalę światową inwestycja, która pozwoli na kształcenie przyszłych lekarzy z wykorzystaniem zaawansowanych technologicznie rozwiązań z dziedziny symulacji medycznych  – komentuje Tomasz Kierul, Prezes Zarządu InventionMed.

Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych VR i AR w Bydgoszczy będzie pierwszą tego typu inwestycją na świecie. „Wirtualny szpital” umożliwi testowanie najnowocześniejszych rozwiązań technologicznych i prototypowych symulatorów medycznych stworzonych w oparciu o VR (virtual reality) i AR (augmented reality) oraz autorską technologię InventionMed – podwójną immersję. Spółka opracuje i wdroży rozwiązania produktowe umożliwiające kompleksowe szkolenie adeptów medycyny – nie tylko w zakresie dermatologii i medycyny estetycznej, ale również kardiologii, kardiochirurgii a także neochirurgii, chirurgii, geriatrii, anatomii oraz rehabilitacji neurologicznej.

Wstępny projekt zakłada budowę 5-kondygnacyjnego budynku.. Całkowita wartość projektu to 29,5 mln zł. Realizację projektu wspiera notowana na NewConnect spółka SoftBlue. W maju br. firmy zawarły list intencyjny w tej sprawie. SoftBlue udostępni zasoby technologiczne a także wesprze InventionMed swoim wieloletnim doświadczeniem branżowym.

WIBOR i LIBOR do likwidacji. Czeka nas rewolucja w oprocentowaniu kredytów mieszkaniowych?

Oprocentowanie kredytów mieszkaniowych opiera się m.in. na stopach WIBOR oraz LIBOR. Wyjaśniamy, czy faktycznie zostaną one zlikwidowane.

W 2019 r. krajowe media donosiły, że stopa WIBOR może zostać zupełnie zlikwidowana. Była to ważna wiadomość, ponieważ na wspomnianej stopie opiera się oprocentowanie kredytów mieszkaniowych spłacanych przez 1,8 mln polskich gospodarstw domowych. Po tych doniesieniach z I kw. 2019 roku, sprawa rzekomej likwidacji WIBOR-u zeszła na dalszy plan. Właśnie dlatego czasem pojawiają się pytania, czy oprocentowanie kredytów mieszkaniowych oraz sposób jego wyznaczania faktycznie ulegnie dużym zmianom w najbliższym czasie. Warto wspomnieć, że ten temat dotyczy również półmilionowej rzeszy rodzin oraz singli posiadających kredyty mieszkaniowe rozliczane we franku i euro. Wcześniejsze zapowiedzi zmian dotyczyły bowiem również innych stóp międzybankowych niż WIBOR. Przykładem są stopy LIBOR EUR oraz LIBOR CHF, na których opiera się oprocentowanie „hipotek” z waloryzacją do franka szwajcarskiego i euro.

Zmiany mają zapobiec manipulowaniu oprocentowaniem

Najpierw warto wyjaśnić, skąd wzięło się zamieszanie ze stopami międzybankowymi jako podstawą oprocentowania kredytów mieszkaniowych. Źródeł opisywanych komplikacji trzeba szukać m.in. w Rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2016/1011. „Wspomniane rozporządzenie informuje, że stopy rynku międzybankowego, które później stanowią podstawę oprocentowania „hipotek” powinny opierać się na faktycznie zrealizowanych transakcjach, a nie deklaracjach największych banków” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

W analizowanym kontekście warto przypomnieć, że stopa WIBOR 3M, na której często bazuje oprocentowanie kredytów mieszkaniowych odzwierciedla przeciętny koszt trzymiesięcznej pożyczki z rynku międzybankowego. „Jeżeli taki średni odsetkowy koszt pozyskania kapitału od konkurentów bazuje na samych deklaracjach banków, a nie faktycznie zrealizowanych transakcjach z rynku międzybankowego, to mogą pojawiać się podejrzenia dotyczące manipulacji dokonywanych przez największe instytucje finansowe” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wspomniane podejrzenia w przeszłości dotyczyły również innych stóp międzybankowych niż krajowy WIBOR lub WIBID. W przypadku londyńskiej stopy międzybankowej LIBOR, wiemy że największe banki faktycznie dopuściły się manipulacji. Takie nieuczciwe praktyki wpływały na oprocentowanie kredytów oraz wiele innych wskaźników finansowych. W efekcie prowadzonego śledztwa, największe światowe banki (takie jak np. Citigroup, RBS, Barclays oraz JPMorgan) musiały zapłacić ponad 17 mld dolarów kary. Chodziło między innymi o porozumiewanie się pracowników banków w sprawie deklarowanych stawek LIBOR. „Nowe unijne rozporządzenie (zwane też rozporządzeniem BMR) ma utrudnić nieuczciwe zachowania bankowców” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Stopa WIBOR już została odpowiednio zmodyfikowana …

Posiadacze kredytów mieszkaniowych mogli poczuć się nieco zdezorientowani w kwestii WIBOR-u oraz innych stóp odpowiadających za wysokość ich rat (tzw. stóp bazowych/referencyjnych). Krajowe media najpierw informowały bowiem, że stopa WIBOR w obecnej formie przestanie istnieć wraz z końcem 2019 r. Tak krótki termin wyznaczony do wprowadzenia zmian sprawił, że nad opisywanym tematem musiał obradować Komitet Stabilności Finansowej skupiający przedstawicieli Narodowego Banku Polskiego, Komisji Nadzoru Finansowego, Ministerstwa Finansów i Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Na całe szczęście, unijni prawodawcy zreflektowali się, że państwom członkowskim potrzeba więcej czasu. „Dlatego ostateczny termin wprowadzenia regulacji dotyczących ważnych stóp międzybankowych został przesunięty na przełom 2021 r. oraz 2022 r.” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

W związku z powyższym, „złotówkowych” kredytobiorców na razie nie czekają poważne zmiany. Trzeba również wspomnieć, że stawka WIBOR została już odpowiednio dostosowana do nowych unijnych regulacji. Oznacza to, że może być ona używana również po 31 grudnia 2021 roku. Takie rozstrzygnięcie będzie wpływać nie tylko na oprocentowanie kredytów mieszkaniowych. „Warto pamiętać, że od WIBOR-u oraz stopy WIBID (również dostosowanej do rozporządzenia BMR) zależą warunki wielu innych produktów bankowych. Przykład to chociażby lokaty oraz kredyty gotówkowe” – przypomina Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Nie wiemy, jaki wskaźnik zastąpi „frankowcom” LIBOR

Bardziej skomplikowana sytuacja aktualnie dotyczy kredytów bazujących na stopie międzybankowej LIBOR. W przypadku Polski, chodzi przede wszystkim o kredyty mieszkaniowe, które są rozliczane w euro oraz franku szwajcarskim. Posiadacze tych „hipotek” powinni wiedzieć o istotnym fakcie. Mianowicie brytyjski regulator rynku finansowego (FCA – Financial Conduct Authority) niedawno potwierdził, że stopy LIBOR (dotyczące np. euro oraz franka) nie będą już publikowane po 31 grudnia 2021 r. „Właśnie dlatego aktualnie trwają prace nad przygotowaniem alternatywnych wskaźników zastępujących różne stopy LIBOR (m.in. LIBOR EUR oraz LIBOR CHF)” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Skutki gospodarcze pandemii koronawirusa sprawiły, że opisywany temat ostatnio zszedł na dalszy plan. Tym niemniej, nadal jest on bardzo ważny, ponieważ wpłynie na oprocentowanie kredytów spłacanych przez około 500 000 polskich gospodarstw domowych. „W takich „hipotekach” LIBOR prawdopodobnie zostanie automatycznie zastąpiony przez wskaźnik, który wskaże Komisja Europejska” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Autor: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Rollercoaster na rynku kredytów mieszkaniowych

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Kolejny w tym roku, dziesiąty odczyt Indeksu wyniósł +8,1%, co oznacza, że w październiku 2020 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 8,1% w porównaniu z październikiem 2019 r.

W październiku 2020 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 38,44 tys. potencjalnych kredytobiorców, w porównaniu do 39,12 tys. rok wcześniej – jest to spadek o -1,7%. W porównaniu do września 2020 r., liczba wnioskujących wzrosła o 2%, zaś w stosunku do minimum z kwietnia 2020 r. wzrosła aż o 38,2%. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w październiku br. wyniosła 297,77 tys. zł i była o 5,3% wyższa niż w październiku 2019 r.

– Na wartość październikowego Indeksu pozytywnie wpłynął wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu, natomiast negatywnie – spadek liczby wnioskodawców. Październikowy Indeks, choć jest mu daleko do odczytu lutowego br. (+27,6%), który zakończył poprzedni wzrostowy trend popytu na kredyty mieszkaniowe, jest już kolejnym po wrześniowym, dodatnim odczytem obejmującym okres pandemii. Potwierdza się więc odbudowa popytu (ujęcie wartościowe) na rynku kredytów mieszkaniowych, zapoczątkowana w czerwcu, lipcu i sierpniu oraz odzwierciedlona dodatnim wrześniowym odczytem.

Popyt w roku 2020 możemy określić jako swoisty rollercoaster: w styczniu kontynuowana hossa z 2019 r., w lutym – pełna euforia, w marcu w pierwszej połowie optymizm, w drugiej połowie niepewność, w kwietniu – głęboki spadek, w maju lekka poprawa, w czerwcu wyraźna poprawa, stabilizacja w miesiącach wakacyjnych lipcu i sierpniu, a we wrześniu i październiku dodatnie odczyty. Otwartym pytaniem pozostaje, jak długo potrwają wzrosty. Zagrożeniem może być druga fala pandemiczna. Mamy obecnie już soft lockdown, rośnie prawdopodobieństwo hard lockdownu na podobieństwo drugiej połowy marca i kwietnia. Tym bardziej, że twardy lockdown jest już ogłoszony w kilku europejskich krajach, m.in. w Wielkiej Brytanii czy w Austrii. W takim przypadku można się spodziewać negatywnej a wręcz panicznej reakcji potencjalnych wnioskodawców – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Trzeba również pamiętać, że Indeks wskazuje jedynie na odbudowę strony popytowej i to tylko w wymiarze wartościowym rynku kredytów mieszkaniowych. Warto zwrócić uwagę na wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu, co częściowo może być związane z poluzowaniem przez część banków wymagań co do udziału własnego – a tym samym wzrostu akceptowalnego poziomu wskaźnika LtV. Wartość akcji kredytowej determinowana jest polityką kredytową banków. Dlatego też w miarę optymistyczne odczyty poziomu popytu na kredyty mieszkaniowe nie oznaczają jednak, że nastąpi również automatycznie wzrost akcji kredytowej. Szczególnie w obecnych warunkach, banki prawdopodobnie w odpowiedzi na wzrost niepewności, bardzo ostrożnie podejdą do udzielania kredytów mieszkaniowych – dodaje prof. Rogowski.BIK Indeks w październiku 2020Metodyka indeksu:

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Radna Warszawy: Nowy wiceprezydent musi mieć doświadczenie w zarządzaniu miastem. W tych trudnych okolicznościach nie ma czasu na naukę

Obowiązki zdymisjonowanego wiceprezydenta Warszawy Pawła Rabieja przejęła wiceprezydent Renata Kaznowska. To o tyle istotne, że wśród nich jest nadzór nad szpitalami w mieście, a dziś sytuacja w służbie zdrowia jest bardzo trudna. Jednocześnie trwają rozmowy o wyborze nowego wiceprezydenta. – Najważniejsze, aby osoba ta mogła szybko przejąć nowe obowiązku i aby miała dużą wiedzę i doświadczenie w pracy w samorządzie – mówi Anna Auksel-Sekutowicz, radna m.st. Warszawy z ramienia Nowoczesnej.

Paweł Rabiej został zdymisjonowany we wtorek, 3 listopada. „W związku z tym, że wiceprezydent Paweł Rabiej odpowiedzialny za obszar zdrowia w Urzędzie m.st. Warszawy, w trudnej dla wszystkich sytuacji epidemicznej udał się na urlop bez mojej wiedzy i zgody, podjąłem decyzję o jego dymisji” – zakomunikował prezydent miasta Rafał Trzaskowski.

Nie będę komentowała decyzji prezydenta Rafała Trzaskowskiego. Zrobił to, co musiał. Teraz musimy stanąć na wysokości zadania, w obliczu tej sytuacji, z którą mamy do czynienia. Jak wiadomo, obecnie obowiązki prezydenta Pawła Rabieja przejęła Renata Kaznowska – mądra i kompetentna osoba, z bardzo dużym doświadczeniem w zarządzaniu miastem. Będzie miała pełne wsparcie zarządu i rady miasta, więc sądzę, że bez najmniejszego problemu odnajdzie się w swoich nowych obowiązkach. Sądzę, że nie będzie to miało żadnych negatywnych skutków dla zdrowia warszawiaków i funkcjonowania szpitali – komentuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Auksel-Sekutowicz.

Radna m.st. Warszawy nie wytypowała żadnego kandydata, ale poinformowała, że jest to przedmiotem ustaleń między przedstawicielami partii.

Myślę, że ta sytuacja szybko się wyklaruje i nowo mianowany wiceprezydent równie szybko przejmie obowiązki na stałe – dodaje. – Na pewno nowym wiceprezydentem Warszawy będzie osoba merytoryczna. Chciałabym, żeby była to osoba z szeregów Nowoczesnej, natomiast to są kwestie, które są dyskutowane na poziomie władz. Najważniejsze, aby nowy wiceprezydent mógł szybko przejąć swoje obowiązki i aby miał dużą wiedzę i doświadczenie w pracy w samorządzie. Mamy tak trudne czasy, że uczenie się w tym momencie nie jest tutaj dla nas najważniejsze. Powinniśmy zaproponować to stanowisko osobie bardzo merytorycznej.

Jak podkreśla Anna Auksel-Sekutowicz, Pawłowi Rabiejowi należą się podziękowania, bo w obliczu pandemii wiele razy stawał na wysokości zadania.

Miałam z nim stały kontakt, nawet w ostatnim czasie, współpracowaliśmy w ramach przygotowań Warszawy do drugiej fali pandemii, wzmacniania opieki szpitalnej. Paweł Rabiej zawsze był dostępny dla radnych 24 godziny na dobę. Współpraca układała się nam bardzo dobrze – podsumowuje radna Nowoczesnej.

Prezydent miasta już kilka dni temu informował, że sytuacja epidemiczna w mieście jest krytyczna. Zgodnie z danymi Państwowego Powiatowego Inspektora Sanitarnego w m.st. Warszawie z 4 listopada w mieście jest ponad 26,3 tys. przypadków potwierdzonych laboratoryjnie z wynikiem dodatnim. W ciągu poprzedniej doby przybyło ich 1,7 tys. Liczba osób hospitalizowanych z powodu podejrzenia zakażenia to 542 (56 przybyło w ciągu poprzedniej doby), a  liczba zgonów związanych z COVID-19 to 226 (z kolei liczba ozdrowieńców to 9876 osób).

70 proc. firm w branży szkoleniowej jest zagrożonych bankructwem. Apelują o wsparcie finansowe i pomoc w uruchomieniu usług online

0

Po pierwszej fali pandemii koronawirusa ponad połowa firm w branży usług rozwojowych straciła przychody w zasadzie w całości, a pozostali przedsiębiorcy – znaczną ich część. Druga fala będzie jeszcze groźniejsza od pierwszej, bo wiele firm jest na skraju bankructwa. Ratunkiem może być rozwój usług szkoleniowych online. – Postulujemy do rządu o różnego rodzaju projekty, granty oraz bezzwrotne lub częściowo umarzalne pożyczki, które pomogą firmom przejść na profesjonalne usługi zdalne – mówi Piotr Piasecki, prezes Polskiej Izby Firm Szkoleniowych i przewodniczący Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych.

Kondycja branży usług rozwojowych jest tragiczna. Badanie, które przeprowadziliśmy po pierwszej fali pandemii koronawirusa, pokazało, że ponad połowa firm straciła praktycznie 100 proc. przychodów, a kolejne 30 proc. przedsiębiorców uzyskiwało 20–25 proc. przychodów. Obecnie przygotowujemy drugie badanie, ale wiemy już z informacji zebranych z rynku, że sytuacja się powtarza. 70 proc. firm sektora jest bardzo zagrożona bankructwem, czyli nie ma kompletnie dochodów – uściśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Piasecki.

22 proc. przedsiębiorstw odczuło obniżenie dochodów na poziomie 50–75 proc, a pozostała część realizuje 20–50 proc. obrotów.

Większość firm z branży próbuje adaptować się do zmian, 1/3 organizacji chce jakoś przeczekać najtrudniejszy okres, 13 proc. szuka szans poza rynkiem usług rozwojowych, a 2 proc. z niego wychodzi. Pozostali wprowadzają usługi zdalne lub przygotowują się do tego. Co szósta firma znacząco zwiększyła skalę lub zakres oferty świadczonej online. Jednak nie każde szkolenie lub zajęcia można prowadzić zdalnie – często w ten sposób udaje się przekazać tylko część teoretyczną, a praktyczna musi się odbywać tradycyjnie. Przykładem może być nauka jazdy samochodem.

Po pierwszej fali pandemii mieliśmy takie sygnały, że mimo pomocy ze strony państwa firmy bardzo ścięły koszty, ograniczyły wydatki w swojej działalności, wiele z nich korzystało z oszczędności. Przygotowanie się do drugiej fali pandemii jest trudne, bo wiele podmiotów po prostu jest na skraju bankructwa po tym, co wydarzyło się wiosną. Liczymy na pomoc rządu. Niestety część firm bez wsparcia będzie musiała ogłosić upadłość – dodaje prezes Polskiej Izby Firm Szkoleniowych.

Wśród postulatów branży usług rozwojowych kierowanych do rządu jest uruchomienie wsparcia finansowego, które umożliwi przejście do świadczenia usług zdalnych. Chodzi o różnego rodzaju projekty, granty, bezzwrotne lub częściowo umarzalne pożyczki. To wymaga zbudowania infrastruktury e-learningowej, zakupu technologii oraz rozwoju kompetencji. Przykładem takiego wsparcia może być uruchomiony dziś program o wartości 5,5 mln zł obejmujący szkolenia i doradztwo z zakresu projektowania i realizacji zdalnych usług rozwojowych. To wspólna inicjatywa Ministerstwa Rozwoju, PARP, Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych, HRP Group i Polskiej Izby Firm Szkoleniowych. Tego typu inicjatyw branża potrzebuje jednak więcej.

Potrzebujemy również wsparcia bezpośredniego, które uratuje płynność finansową: zwolnienia ze składek ZUS, wypłaty postojowego, dotacje dla przedsiębiorców, którzy utrzymają miejsca pracy, restrukturyzacja zadłużenia, które już powstało np. względem ZUS czy urzędu skarbowego, czy też zmiana harmonogramu spłat subwencji, które wcześniej firmy otrzymały – wymienia Piotr Piasecki.

Jednym z postulatów branży jest także wsparcie dla popytu na usługi rozwojowe, np. poprzez wprowadzenie bonów edukacyjnych, które mogłyby być wykorzystane w czasie pandemii na zdalne szkolenia.

– Oczekujemy szybkiej reakcji i zapewnienia, że szkoleniowcy, którzy odnotowali duży spadek dochodów, będą w stanie funkcjonować, przynajmniej w  minimalnym zakresie. Chcielibyśmy usłyszeć, że rząd poważnie potraktuje nasze pomysły i zasili branżę średnio- i długofalowo, aby mogła się rozwijać, zarówno ze strony technologicznej, jak i kompetencyjnej, oraz dopasować do potrzeb gospodarki – zaznacza prezes PIFS.

26 października przedstawiciele Polskiej Izby Firm Szkoleniowych i Prezydium Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych wzięli udział w spotkaniu z wicepremierem i ministrem rozwoju, pracy i technologii Jarosławem Gowinem.

– Rząd nas uprzedził, że niestety skala tych potrzeb, łącznie zsumowanych, z różnych branż to są ogromne sumy, które przekraczają możliwości. Otrzymaliśmy zapewnienie, że rząd będzie te postulaty dokładnie weryfikował i selektywnie podchodził do przyznawania pomocy. My nie mamy nic przeciwko temu, bo każda firma potrzebuje innego rodzaju wsparcia – podkreśla Piotr Piasecki.

Jak szacuje PIFS, w branży usług rozwojowych działa w Polsce około 70 tys. podmiotów, które zatrudniają ok. 100 tys. osób. Wartość rynku, jeżeli weźmiemy pod uwagę całą edukację pozaformalną i formalną, szacowana jest na 6–10 mld zł.

– Do usług rozwojowych zalicza się edukacja skierowana zarówno do przedsiębiorstw, jak i innych grup odbiorców: na potrzeby rynku pracy, sportowa, artystyczna oraz edukacja po zajęciach szkolnych. Wszędzie tam, gdzie świadczone są usługi wspomagające uczenie się, mówimy o sektorze usług rozwojowych – wyjaśnia prezes PIFS.

Zdaniem Piotra Piaseckiego branża ma kluczowe zadanie w tym trudnym gospodarczo czasie. Rośnie bowiem zapotrzebowanie na wsparcie coachów, trenerów, ale także na kursy umożliwiające przekwalifikowanie się.

– W związku z tym mamy do odegrania ważną rolę, może nie pierwszoplanową jak medycy, ale jesteśmy tuż za nimi. Wspomagamy psychikę, edukujemy, uczymy nowych umiejętności – wymienia.

Opłaty i podatki będą rosły. To konsekwencja zwiększonych wydatków publicznych i zadłużania państwa

Mimo zapewnień, że podwyżki podatków nie będzie, już wiadomo o nowych opłatach, które w ramach „uszczelniania” systemu w przyszłym roku obciążą niektóre grupy podatników. Wśród nich jest tzw. opłata cukrowa nałożona na producentów i dostawców napojów słodzonych. Zapewne wejdzie w życie także podatek od sprzedaży detalicznej zapowiedziany już kilka lat temu. Zdaniem Roberta Gwiazdowskiego z Centrum im. Adama Smitha nowe obciążenia są nieuniknione, skoro rząd wydaje i zadłuża się na taką skalę.

Czeka nas fala nowych podatków, które dla zmyłki nie będą nazywane podatkami. Zresztą to nic nowego, bo od lat państwo udaje, że nas nie opodatkowuje. Przykładowo składka na ubezpieczenia emerytalne to nic innego jak podatek celowy na emeryturę. I to nie dla tych, którzy płacą ten podatek, tylko dla tych, którzy dzisiaj pobierają te świadczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Robert Gwiazdowski, prof. Uczelni Łazarskiego, przewodniczący Rady Programowej Centrum im. Adama Smitha. – Będziemy więc mieli różnego rodzaju opłaty, ostatnio bardzo popularne, tudzież inne daniny publiczne. Państwo wydaje, więc musi mieć skądś na to pieniądze.

Według danych Ministerstwa Finansów po wrześniu br. deficyt budżetu państwa wyniósł 13,8 mld zł, ale znowelizowana w sierpniu ustawa zakłada niedobór na poziomie niemal 109,4 mld zł. Na środowej konferencji premier Mateusz Morawiecki podkreślił, że na koniec roku deficyt będzie zapewne niższy niż założony w ustawie, a nadwyżka trafi na ratowanie przedsiębiorstw i miejsc pracy z najbardziej zagrożonych branż. Niewiele lepiej zapowiada się przyszły rok, gdy wydatki mają przekroczyć wpływy o 82,3 mld zł. Dlatego też rząd szuka pieniędzy, które pozwoliłyby mu zwiększyć dochody budżetu i pokryć wszystkie zobowiązania socjalne. Już uchwalono opłatę cukrową, którą to ustawę mimo apeli producentów napojów na bazie soków z owoców oraz branży sadowniczej podpisał prezydent Andrzej Duda.

Ważą się również losy podatku handlowego, konkretnie to, czy odwołanie Komisji Europejskiej od wyroku akceptującego wprowadzenie tego podatku w kształcie przyjętym przez rząd zostanie przyjęte, czy odrzucone. Rzecznik generalna TSUE uznała w połowie października, że polski podatek od sprzedaży detalicznej nie narusza unijnego prawa w dziedzinie pomocy państwa. Tę opinię mogą, ale nie muszą, brać pod uwagę sędziowie trybunału. Nowa danina pierwotnie miała obowiązywać od września 2016 roku, ale została zawieszona do końca tego roku.

– Po trzecie, będziemy mieć poza opłatą tzw. solidarnościową nowe podatki, które wymierzone będą w tych, którzy mają coś więcej, np. w posiadaczy nieruchomości – wylicza Robert Gwiazdowski. – Ci, którzy mają większą nieruchomość, zapłacą większy podatek od tzw. deszczówki. Na każdym kroku będzie coś, co spowoduje, że zapłacimy więcej. Generalnie wydaje mi się, że podwyżki różnych danin publicznych albo wprowadzanie nowych to jest tylko kwestia czasu.

Kolejny pomysł to podatek od deszczu – limit powierzchni, od której trzeba będzie odprowadzić daninę za zabudowanie więcej niż połowy działki, spadnie z 3,5 tys. mkw. do 600 mkw. (do tej pory podatek obowiązywał od zabudowania 70 proc. gruntu). A to oznacza obciążenia i dla właścicieli domów, i dla mieszkańców budynków wielorodzinnych.

Eksperci Pracodawców RP wskazują na jeszcze inne obciążenia, które dotkną przedsiębiorców i konsumentów – nowy podatek od alkoholu w małych butelkach oraz opodatkowanie spółek komandytowych, a także podwyżkę podatku od nieruchomości, ograniczenie ulgi abolicyjnej, z której korzystają polscy podatnicy zarabiający za granicą, oraz utrzymanie wyższych stawek VAT. Przedstawiciele przedsiębiorców apelują, by odłożyć w czasie wprowadzanie nowych obostrzeń.

– W naszej ocenie czas kryzysu to nie jest odpowiedni moment na zwiększanie obciążeń. Przeciwnie, potrzebne są działania proinwestycyjne, które pozwolą zminimalizować negatywne skutki recesji – oceniają reprezentanci Pracodawców RP.

Polska przyciąga dużych inwestorów z branży przemysłu drzewnego. Lokalne firmy często nie są w stanie sprostać tej konkurencji

0

Pandemia COVID-19 zachwiała kondycją przemysłu drzewnego, który po przejściowych problemach, w tym m.in. z dostępnością surowca, wraca już do funkcjonowania na pełnych obrotach. Bolączką branży wciąż jednak pozostają m.in. problemy ze znalezieniem pracowników, monopol Lasów Państwowych, które dostarczają ponad 90 proc. surowca na krajowy rynek, oraz ostra konkurencja, która winduje ceny drewna. Tę dodatkowo zaostrza ekspansja dużych zagranicznych firm, dla których polski rynek jest atrakcyjny m.in. ze względu na niższe koszty pracy. Lokalne przedsiębiorstwa nie zawsze są w stanie ją wytrzymać.

– Pandemia i spowolnienie gospodarcze mocno odbiły się na branży drzewnej. Od marca do czerwca wielu klientów zamknęło bramy, przez co również my musieliśmy mocno zwolnić i wpadliśmy w duże kłopoty. Obecnie nastąpiło już duże odbicie, wszystkie zakłady pracują pełną parą. Natomiast spodziewamy się, że w nadchodzącym czasie na rynku znów nastąpi mocne tąpnięcie i trzeba będzie spowalniać – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Remuszko, dyrektor Tartaku Napiwoda.

Według danych Polskiej Izby Gospodarczej Przemysłu Drzewnego w Polsce sektor drzewny wypracowuje ok. 2,5 proc. krajowego PKB, zapewnia wpływy budżetowe na poziomie przekraczającym 30 mld zł rocznie i zatrudnia bezpośrednio ok. 350 tys. pracowników. Kolejne dziesiątki tysięcy osób pracują w firmach powiązanych z przemysłem drzewnym, m.in. w transporcie, przy hodowli lasu i pozyskaniu drewna, u partnerów handlowych oraz producentów maszyn i urządzeń do przetwórstwa drewna.

Obraz branży jest niejednorodny i składają się na niego zarówno duże koncerny, jak Ikea czy grupa Krono, ale i małe firmy rodzinne – producenci tarcicy, podłóg drewnianych, palet i płyt wiórowych i pilśniowych, wyposażenia ogrodów, tartaki, celulozownie, firmy papiernicze i stolarskie oraz producenci mebli. Według PIGPD samych zakładów meblarskich jest na polskim rynku ok. 20 tys., a nasz kraj jest drugim na świecie producentem mebli, trzecim dostawcą stolarki budowlanej (okien, drzwi i podłóg), pierwszym producentem płyt drewnopochodnych oraz drugim producentem opakowań drewnianych. Należy także do pierwszej dziesiątki producentów tarcicy.

Przez ostatnie lata branża była jednym z kół zamachowych gospodarki, głównych eksporterów i motorów inwestycji. Jednak pandemia COVID-19 i związana z nią recesja zachwiały jej kondycją, na co nałożyły się też problemy z dostępnością surowca. Sektor niemal w całości bazuje na krajowych zasobach drewna, a głównym dostawcą tego surowca jest Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe, od którego pochodzi ponad 90 proc. dostaw do krajowych przetwórców drewna. Jak podaje PIGPD, od początku roku warunki rynkowe zmusiły leśników do ograniczenia pozyskania drewna o 23 proc. w marcu, a w kwietniu o 50 proc. rok do roku.

– Obecnie podaż jest na dobrym poziomie, większość zakładów pracuje pełną parą, ceny na rynku surowca w naszym regionie są dosyć wysokie, bo bijemy się o drewno. Ceny sprzedaży tarcicy, które od dwóch lat spadały, teraz przestały spadać. Niestety ceny na produkty uboczne typu zrębka czy zrzyny nadal spada – mówi Maciej Remuszko.

Obok monopolu Lasów Państwowych jedną z najważniejszych bolączek branży drzewnej są problemy ze znalezieniem pracowników oraz duża konkurencja na rynku surowca, która winduje ceny drewna. Tę rosnącą konkurencję dodatkowo zaostrza też ekspansja zagranicznych firm, które na polski rynek przyciągają m.in. duża dostępność surowca i niższe koszty pracy.

Czynnikiem zachęcającym jest też jakość naszego surowca, pracowitość Polaków oraz to, że takie firmy dostają od polskich władz ulgi, np. w podatku od nieruchomości – mówi dyrektor Tartaku Napiwoda. – Ekspansja międzynarodowych firm na polski rynek drzewny powoduje, że ta konkurencja o surowiec i pracowników jest jeszcze większa. Ale trzeba pamiętać, że duże, międzynarodowe firmy inwestują w Polsce po to, żeby obniżyć koszty płac, a nie płacić ludziom tyle, co na Zachodzie.

Dużą inwestycję w Polsce planuje austriacka korporacja Binderholz, która na Warmii i Mazurach chce wybudować nowoczesny, wielkopowierzchniowy tartak. Regionalni przedsiębiorcy z branży drzewnej oceniają, że zmusi ich to do redukcji zatrudnienia i likwidacji swoich biznesów. Pod listem otwartym w tej sprawie, skierowanym do rządu i władz województwa, podpisały się 54 firmy zatrudniające ponad 4 tys. pracowników.

 Dla lokalnego rynku budowa ogromnego tartaku oznacza tyle, że w promieniu 200 km znacznie wzrośnie cena surowca. Wielu z nas działa na rynku międzynarodowym, nie jesteśmy w stanie z dnia na dzień podnieść ceny sprzedaży, a nie będzie nas stać, żeby płacić za surowiec tyle, ile korporacja – wskazuje Maciej Remuszko. – Dla nas oznacza to rychły koniec działalności.

W tej chwili firmy z branży drzewnej mają możliwość zakupu drewna w dwóch procedurach: poprzez przetargi ograniczone, do udziału w których niezbędna jest historia zakupowa (przedsiębiorca może kupić do 80 proc. surowca, który nabywał w ciągu dwóch ostatnich lat), albo aukcje, do których może przystąpić każdy podmiot, a wygrywa ten, który zaoferuje najwyższą cenę. Regionalne firmy wskazują, że nie mają w nich szans z dużą, zagraniczną korporacją.

Co istotne, w latach 2008–2018 Lasy Państwowe zwiększyły pozyskanie drewna z 30 do 40 mln m3 na rok. Dzięki temu wcześniejsze otwarcia dużych tartaków i fabryk, jak np. Ikea w Wielbarku, nie odbiły się na mniejszych, lokalnych firmach. Jednak teraz LP nie planują pozyskiwać dodatkowego surowca. Dlatego – jak oceniają lokalni przedsiębiorcy – budowa nowego zakładu, kupującego w regionie średnio ok. 200–800 tys. m3 drewna, mocno wywinduje jego ceny. Ich zdaniem wpłynie to też na rynek pracy, bo nowoczesne, korporacyjne tartaki są w pełni zautomatyzowane i zatrudniają tylko ok. 50 pracowników. Z drugiej strony zagrożonych likwidacją będzie kilka tysięcy miejsc pracy w przemyśle drzewnym w województwie warmińsko-mazurskim, firmy bowiem nie przetrwają wyścigu z dużymi konkurentami.

– Ekspansja międzynarodowych firm na rynek drzewny powoduje, że konkurencja o surowiec i o pracowników jest jeszcze większa. Nie oszukujmy się, duże firmy inwestują u nas po to, żeby płacić jak najmniej, mniej niż na Zachodzie, więc nie oczekujmy, że ludzie będą zarabiać kokosy. Druga kwestia jest taka, że takie firmy potrafią przez kilka lat przepłacać wiele milionów za drewno, żeby wykończyć konkurencję, a następnie zdobyć historię zakupową w Lasach Państwowych i potem dyktować warunki zakupu – mówi dyrektor Tartaku Napiwoda.

Lokalni przedsiębiorcy podkreślają, że nie walczą z tą inwestycją, ale z jej wspieraniem przez władze, dawaniem ulg i partycypowaniem w kosztach.

Sztuczna inteligencja diagnozuje bezobjawowych pacjentów COVID-19 ze 100-proc. skutecznością na podstawie analizy kaszlu. Naukowcy pracują już nad aplikacją mobilną [DEPESZA]

Naukowcy z Massachusetts Institute of Technology opracowali algorytm sztucznej inteligencji zdolny do wykrywania bezobjawowego zakażenia koronawirusem na podstawie próbek głosu. Zespół badawczy pracuje nad stworzeniem aplikacji mobilnej służącej do testów przesiewowych. – Skuteczne wdrożenie grupowego narzędzia diagnostycznego mogłoby ograniczyć rozprzestrzenianie się pandemii, gdyby wszyscy z niego skorzystali przed udaniem się do klasy, fabryki lub restauracji  – przekonuje Brian Subirana, naukowiec z MIT.

– Naukowcy z MIT odkryli, że sposób kasłania osoby bez objawów COVID-19 może różnić się od osób zdrowych. Różnic tych nie da się usłyszeć ludzkim uchem, ale może je wychwycić sztuczna inteligencja – wskazuje Jennifer Chu z MIT News Office.

Naukowcy z MIT pracują nad tym, by ten model sztucznej inteligencji włączyć do wygodnej w obsłudze aplikacji mobilnej. Jeśli zostałaby ona zatwierdzona przez FDA (amerykańską Agencję ds. Żywności i Leków), to medycy na całym świecie mogliby zyskać bezpłatne narzędzie do badań przesiewowych o bardzo wysokiej wiarygodności. W trakcie badań wstępnych algorytm wykazał 98,5-proc. skuteczność w diagnozowaniu osób objawowych i 100-proc. skuteczność w diagnozowaniu pacjentów bezobjawowych.

– Nasze badania wskazują, że sposób, w jaki produkujemy dźwięk, zmienia się, gdy chorujemy na COVID-19, nawet jeśli nie mamy żadnych objawów. Na dźwięki mówienia i kaszlu wpływają struny głosowe i otaczające je narządy. Oznacza to, że część mowy człowieka przypomina kaszel, a kaszel w części przypomina mowę. Oznacza to również, że rzeczy, które łatwo wyprowadzamy z płynnej mowy, sztuczna inteligencja może wychwycić po prostu z kaszlu, w tym takie rzeczy jak płeć osoby, język ojczysty, a nawet stan emocjonalny – podkreśla Brian Subirana, naukowiec z Laboratorium Auto-ID MIT.

Do diagnozowania zakażenia SARS-CoV-2 zostały wykorzystane biomarkery choroby Alzheimera. W pierwszej fazie prac naukowcy na bazie tysiąca godzin nagrań wyszkolili ogólny algorytm uczenia maszynowego, służący do rozróżniania dźwięków związanych z różnym nasileniem pracy strun głosowych. Potem zespół wyszkolił drugą sieć neuronową do rozróżniania stanów emocjonalnych uwydatnionych w mowie i charakterystycznych dla chorób neurologicznych. Następnie naukowcy wyszkolili na bazie danych z nagrań kaszlu trzecią sieć neuronową zdolną wykrywać zmiany w wydolności płuc i układu oddechowego. Po połączeniu wszystkich trzech narzędzi powstał algorytm zdolny diagnozować kaszel pod kątem cech charakterystycznych dla choroby COVID-19. Narzędzie jest ogromną szansą na wczesne diagnozowanie choroby.

Tymczasem sztuczna inteligencja coraz skuteczniej radzi sobie z diagnozowaniem zakażenia nowym koronawirusem na podstawie różnego rodzaju danych uzyskiwanych w badaniach. Amerykańska firma Novarad udostępniła do bezpłatnego pobrania asystenta diagnostycznego AI COVID-19, który umożliwia szybkie i zautomatyzowane diagnozowanie choroby na podstawie skanów pozyskanych z tomografii komputerowej płuc pacjentów. Narzędzie pozwala nie tylko diagnozować zachorowanie, ale i oceniać stopień zajęcia płuc zmianami chorobowymi.

– Skuteczne wdrożenie grupowego narzędzia diagnostycznego mogłoby ograniczyć rozprzestrzenianie się pandemii, gdyby wszyscy z niego skorzystali przed udaniem się do klasy, fabryki lub restauracji  – przekonuje Brian Subirana.

Szykuje się przełom w badaniach nad problemami z pamięcią. Na jej zaniki może wpływać korzystanie z wielu urządzeń cyfrowych naraz

To może być rewolucja w badaniach nad chorobą Alzheimera i innymi schorzeniami neurologicznymi związanymi z pamięcią. Naukowcy ze Stanford Memory Lab za pomocą technik pomiaru aktywności mózgu i rozszerzenia źrenic wykazali korelację między zanikami pamięci a korzystaniem z wielu różnych urządzeń cyfrowych. Odkrycia mogą pomóc w lepszym zrozumieniu części chorób neurologicznych i ich leczeniu, np. poprzez monitorowanie rozszerzenia źrenic.

– Kiedy kierujemy naszym życiem, mamy takie okresy, w których jesteśmy sfrustrowani, ponieważ nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie wiedzy i wyrazić to, co wiemy – wskazuje Anthony Wagner, profesor nauk społecznych w Szkole Humanistyczno-Naukowej Uniwersytetu Stanforda. – Na szczęście nauka dysponuje teraz narzędziami, które pozwalają nam wyjaśnić, dlaczego dana osoba od czasu do czasu może nie pamiętać czegoś zapisanego w jej pamięci.

Problemy z pamięcią dotykają nie tylko ludzi starszych czy tych z chorobami neurologicznymi. Praktycznie każdy ma czasem problem z przypomnieniem sobie części wydarzeń. Badanie prowadzone przez naukowców ze Stanford Memory Lab wykazało, że osoby korzystające jednocześnie z wielu mediów cyfrowych mają większą tendencję do utraty uwagi i niemożności przypomnienia sobie części zdarzeń.

Naukowcy przeprowadzili badanie za pomocą technik pomiaru aktywności mózgu i rozszerzenia źrenic. Uczestnikom pokazano na ekranie serię obrazów, a następnie poproszono ich o ocenę, jak bardzo im się podobają. Po 10-minutowej przerwie pokazano im więcej zdjęć i poproszono ich o określenie, czy już je oceniali, czy też są nowe. Następnie uczestnicy wypełnili kwestionariusz, w którym musieli określić m.in. częstotliwość korzystania z wielu mediów cyfrowych naraz.

– Zwiększenie fal alfa z tyłu czaszki wiąże się z zanikami i rozproszeniem uwagi – wskazuje Kevin Madore ze Stanford Memory Lab. – Wiemy również, że zwężenia w średnicy źrenicy – zwłaszcza przed wykonaniem różnych zadań – są związane z niepowodzeniami, takimi jak wolniejszy czas reakcji i większe błądzenie myślami.

Naukowcy odkryli, że osoby korzystające z wielu urządzeń cyfrowych naraz mają tendencję do częstszego tracenia uwagi. Zostało to potwierdzone przez pomiar aktywności ich mózgu oraz średnicy źrenicy. Zmniejszona średnica wskazuje na zmniejszoną uwagę, co zaobserwowano właśnie u tych osób, które jako swój nawyk wskazywały wielozadaniowość.

Co istotne, wyniki badania wskazują, że na zapamiętywanie wpływa nie tylko to, co dzieje się w tym samym czasie, ale także przyzwyczajenia czy wydarzenia z przeszłości.

– To logiczne, że uwaga jest istotna dla uczenia się i zapamiętywania, jednak nawet rzeczy, które dzieją się przed rozpoczęciem procesu zapamiętywania, będą miały duży wpływ na to, czy rzeczywiście można reaktywować pamięć istotną dla obecnego celu – tłumaczy Anthony Wagner.

Badanie może mieć ogromne znaczenie dla lepszego zrozumienia chorób związanych z zanikami pamięci czy Alzheimerem. Naukowcy sugerują, że można byłoby wykorzystać czujniki oka, które wykrywałyby utratę uwagi w czasie rzeczywistym na podstawie rozszerzenia źrenicy. W ten sposób można poinstruować daną osobę, aby przekierowała swoją uwagę na wykonywane zadanie. Czujniki mogą więc pomóc w nauce.

– Mamy teraz okazję zbadać i zrozumieć, w jaki sposób interakcje między połączeniami w mózgu, które wspierają uwagę, wykorzystanie celów i pamięć, odnoszą się do indywidualnych różnic w pamięci u osób starszych, zarówno w odniesieniu do choroby Alzheimera, jak i niezależnie od niej – przekonuje badacz ze Szkoły Humanistyczno-Naukowej Uniwersytetu Stanforda.

Kolejne miliardy na CPK. Jaka jest przyszłość rządowej inwestycji?

Wciąż trwają powolne działania rządu, dotyczące budowy Centralnego Portu Lotniczego. Inwestycja, której pomysł pojawił się już dobrych parę lat temu, wciąż jest na etapie planowania i analizowania. W ostatnich dniach pojawiła się uchwała rządu, w której przeznacza on na dalsze planowanie lotniska i infrastruktury pomocniczej 13 miliardów złotych. Mimo, że ten wydatek nie obciąży bezpośrednio skarbu państwa, wciąż pozostaje kontrowersyjny. Budowa CPK nie ma bowiem dużego poparcia politycznego.

– CPK nie jest inwestycją, która ma powszechne poparcie polityczne. Cała opozycja jest jej przeciwna. Wydawanie miliardów złotych na wykup gruntów w sytuacji, w której może dojść do zmiany władzy, może urodzić duże problemy – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Problemy pojawić się mogą również lokalnie. Nowa wójt Baranowa, w której to gminie ma powstać CPK, jest przeciwko tej inwestycji. Wiadomo już, że rada społeczna gminy rozważa zerwanie współpracy z CPK. Nie powstała również jeszcze ustawa – obiecywana przez rząd w zeszłym roku – która zapewniłaby bonusy za szybsze sprzedanie nieruchomości pod budowę lotniska. Kontrowersje wzbudza również wykładanie miliardów złotych na budowę nowego lotniska – gdy przez koronawirusa bardzo cierpią już działające porty. Pieniądze z pomocy rządowej jeszcze do nich nie doszły – a zamierzona kwota, wynosząca 142 miliony, jest bardzo niewielka. Dlatego warto zastanowić się nad dalszym finansowaniem tej inwestycji, gdy grozi nam bankructwo istniejących lotnisk. Nie możemy pozwolić na to, żeby ten system zdecentralizowanego ruchu lotniczego, który tworzymy od wejścia do Unii Europejskiej, padł teraz pod naporem pandemii – zaznacza Furgalski.

Dr Dawid Piekarz: dławiąca globalizacja

Mariusz Marszałkowski/Instytut Jagielloński: Czy grozi nam technologiczna zimna wojna, która zmusi świat do wyboru między Chinami a USA? Który kraj ma większe szanse w tej rozgrywce?

Dr Dawid Piekarz: Należy powiedzieć wprost, że to nie Stany Zjednoczone są dzisiaj głównym dostarczycielem kapitału i technologii na świecie. Na wiodącą pozycję wysuwają się Chiny, a dobrym tego przykładem są nowe technologie, takie jak np. 5G. W tej rozgrywce chodzi przede wszystkim o to, kto będzie mógł w różnych rejonach świata implementować swoje technologie. To jest element, który będzie zmuszał Polskę do pewnego inteligentnego lawirowania. Może okazać się, że najatrakcyjniejszym dostawcą kapitału i technologii w Polsce czy regionie będą Chiny. To będzie miało wpływ na naszą pozycję. Oczywiście z jednej strony Amerykanie będą od nas oczekiwać osłony przed chińskimi wpływami w naszej części Europy. Z drugiej zaś widać, że potęga chińska potrafi być skuteczna i atrakcyjna.

M.M./Instytut Jagielloński: Z kim Polska powinna utrzymywać najściślejsze relacje?

D.P.: Stary hegemon, czyli Stany Zjednoczone, jest dla Polski lepszy. Historia i geopolityka osadzają nas w roli sojusznika USA, a nasze kraje wciąż łączy chociażby wspólnota wartości zachodu. Polska też tak naprawdę nie ma za bardzo pola manewru, by wybrać inaczej. Nasze bezpieczeństwo w dużym stopniu opiera się na protekcji militarnej Amerykanów, czego przykładem jest obecność wojsk USA w naszym kraju. Istotne jest w tej kwestii pozostanie asertywnym przy jednoczesnym zachowaniu lojalności wobec Stanów Zjednoczonych. Patrząc na bieżącą sytuację, może się jednak okazać, że wkrótce stary hegemon nie będzie w stanie zagwarantować swoim sojusznikom bezpieczeństwa i stabilności. Oznacza to, że jednak pewna asertywność i elastyczność w wykorzystywaniu, np. przepływów kapitałowych i technologicznych z Chin, a niekoniecznie od Stanów Zjednoczonych, może być niezbędna dla naszego funkcjonowania. Przy czym warto zastanowić się nad szerszym otwarciem na kapitał czy produkcję chińską, co może nastąpić w ramach Trójmorza. Zapomnijmy o tym, że wrócą lata 90. i że USA będą nadawały ton na świecie, bo te czasy już nie wrócą. Dlatego, mówiąc wprost, Polska musi nauczyć się gry na kilku fortepianach.

M.M./Instytut Jagielloński: Czy kwestie biznesowe nabiorą politycznego charakteru?

D.P.: „Koniec historii” nie nastąpił. Nie jest tak, jak było jeszcze 10 lat temu. Wówczas mogliśmy się łudzić, że o wszystkim zadecyduje światowy handel. Skończyły się czasy, w których nie było apolitycznych zakupów energii i nie było apolitycznych zakupów broni. W tej chwili okazuje się, że w coraz większej liczbie obszarów decydują nie tylko pieniądz i rachunek ekonomiczny, ale także interesy polityczne. To w coraz większym stopniu dotyczy właśnie świata technologii. Ten obszar będzie się nieustannie poszerzał, dlatego wykorzystywanie rożnego rodzaju miękkiej siły, także handlowej czy inwestycyjnej do tego, żeby realizować stricte polityczne cele, stanie się coraz powszechniejsze. Tym samym widać, że polityka globalna wróciła w wielkim stylu.

M.M./Instytut Jagielloński: Czyli można powiedzieć, że kwestie polityczne czy gospodarcze mogą dokonać podziału świata?

D.P.: Zwrócimy uwagę na to, że Stany Zjednoczone, które były w latach 90. XX wieku głównym motorem globalizacji, w tej chwili mówią wprost, że globalizację trzeba zahamować. Co ciekawe, Chiny twierdzą, że globalizację trzeba rozpędzać. Czyli to, co niegdyś służyło USA, nagle zaczyna je dławić. Niespodziewanie okazało się, że beneficjentem globalizacji nie jest ten, który ją zapoczątkował, tylko ten, kto na niej korzysta. Co więcej, ten kto ją zapoczątkował chciałby ją teraz zatrzymać, gdyż stała się ona dla niego destrukcyjna. Można tym samym odnieść wrażenie, że wracamy raczej do „koncertu mocarstw” niż do polityki globalnej. Podsumowując, oznacza to, że w tle rywalizacji dwóch wielkich państw, będą się jednak toczyły rozmaite rozgrywki średniaków.

M.M./Instytut Jagielloński: Jaką rolę we współczesnym świecie odgrywa Unia Europejska?

D.P.: Jeśli chodzi o technologię to Unia Europejska jest graczem na bocznym torze i od lat nie potrafi odnaleźć się w globalnym wyścigu. By móc uczestniczyć w rywalizacji z takimi wielkimi graczami jak Chiny czy USA, UE sama musiałaby się stać czymś na kształt super państwa. W pewnych aspektach widać, że stara się dogonić czołowych gigantów, ale widać także, że ze strony większości państw i narodów nie ma zgody na formułę super państwa. To właśnie sprawia, że Unia pełni jedynie pomniejszą rolę. Unia Europejska jest potężną gospodarką, natomiast politycznie ma małe szanse na wygranie jakiegokolwiek wyścigu. Odwrót od globalizacji do koncertu mocarstw odbywa się ze wszystkimi konsekwencjami, co oznacza, że należy być mocarstwem, czyli państwem z sojusznikami i ich zasobami, by uczestniczyć w rywalizacji o wpływy na świecie.

M.M./Instytut Jagielloński: Czy w takiej sytuacji możemy mówić o tworzeniu „nowego ładu” na świecie?

D.P.: Obserwując bieżącą politykę i wydarzenia na świecie można stwierdzić, że stare sprawdzone metody budowania lokalnych imperiów, jak robi to Turcja, wciąż są aktualne. W tej układance „nowego światowego ładu” widać, że pomiędzy wielkimi graczami zarysowuje się korpus większych i średnich. Jeżeli Polska będzie starała się wykorzystać swoją miękką siłę, będzie umiała budować swoją pozycję w regionie i zachowa balans między UE, a USA i trochę między Chinami, to ma ogromne szanse by stać się ważnym graczem pośrodku. Taka sytuacja będzie dla nas dobra, ponieważ zapewni nam pozycję beneficjenta kapitału z różnych stron, przejmowania produkcji z dalekiego wschodu i przede wszystkim będziemy odporniejsi na naciski polityczne.

M.M./Instytut Jagielloński: Czy Polska ma szanse budować swoją pozycję w świecie poprzez politykę energetyczną?

D.P.: Nasza polityka energetyczna jest elementem decydującym. W tej chwili jesteśmy na etapie budowy swojej infrastruktury gazowej czy naftowej w Europie Środkowo-Wschodniej i to jest krok we właściwym kierunku. W sytuacji walki między USA a Niemcami o budowę gazociągu Nord Stream 2 Polska stoi z boku i robi swoje. Z jednej strony nie dołączamy się do Nord Stream 2, gdyż wiemy, że to byłoby ogromnym zagrożeniem dla naszej suwerenności energetycznej, a z drugiej strony nie czekamy bierne, tylko zaczynamy budować drugi gazoport, zaczynamy importować LNG od innych i budujemy specjalną infrastrukturę do handlu tym LNG w całym regionie. Polska w tej rywalizacji energetycznej staje się głównym z rozgrywających w tym regionie. I to jest dokładnie wzór, którego powinniśmy się trzymać i go stosować.

Dr Dawid Piekarz – ekspert z zakresu strategii i bezpieczeństwa energetycznego, wiceprezes Instytutu Staszica. W latach 2004-2010 rzecznik PKN Orlen. Poza tym pracował m.in. w Min. Finansów, UKE, PKP SA. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, wykładowca Uczelni Vistula.

Wpływ COVID-19 na oferty świadczeń zdrowotnych dla pracowników

  • Ograniczanie kosztów ma kluczowe znaczenie, ponieważ aż 68% ubezpieczycieli spodziewa się wzrostu liczby roszczeń z tytułu diagnostyki, opieki i leczenia przypadków związanych z COVID-19.
  • Przewiduje się, że  koszty leczenia w 2021 r. znacznie przewyższą stopę inflacji.
  • Praca zdalna i elastyczne warunki pracy staną się podstawą do wprowadzenia istotnych zmian w programach świadczeń pracowniczych zapewnianych przez pracodawców.

Problemy związane ze świadczeniem opieki zdrowotnej oraz długotrwałe zmiany w modelach pracy wynikające z pandemii COVID-19 będą miały istotny wpływ zarówno na koszty, jak i kształt programów świadczeń zdrowotnych zapewnianych przez pracodawców – wynika z najnowszego raportu Mercer Marsh Benefits (MMB).

Szóste, coroczne badanie MMB Health Trends: 2020 Insurer Survey pokazuje, że 68% ubezpieczycieli spodziewa się wzrostu liczby roszczeń z tytułu diagnostyki, opieki i leczenia przypadków COVID-19.

Ubezpieczyciele prognozują również, że oczekiwany wzrost kosztów leczenia znacznie przewyższy stopę inflacji w 2021 r. W roku ubiegłym ubezpieczyciele odnotowali wzrost kosztów o 9.7%, co stanowiło prawie 3-krotność stopy inflacji. W 2020 r. spodziewają się za to wzrostu kosztów leczenia o 9,5%, czyli ok. 3,5-krotność stopy inflacji. Jednocześnie 90% ubezpieczycieli uważa, że tendencja ta utrzyma się lub nasili w 2021 r.

Kryzys COVID-19 uwydatnił słabe strony dzisiejszych programów świadczeń pracowniczych. Wiele z nich opiera się na dokumentacji papierowej, co uniemożliwia często dostęp i zarządzanie nimi w sposób zdalny. Ze względu na fakt, że obecnie wielu pracodawców poszukuje dostawców oferujących dodatkowe świadczenia, takie jak ochrona zdrowia psychicznego, profilaktyka zdrowotna czy szeroki wachlarz usług cyfrowych i internetowych; ubezpieczyciele coraz częściej szukają możliwości poszerzania zakresów własnych rozwiązań.

Jak podaje raport, nastąpił wzrost ubezpieczycieli oferujących wirtualne konsultacje zdrowotne lub „telemedycynę”. 59% z nich stwierdziło, że stanowiło to aktywną część ich obecnego podejścia do zarządzania planami (w porównaniu do 38% w 2019 r.). Ponadto, oferta 55% ubezpieczycieli obejmuje także prewencyjne inicjatywy zdrowotne m.in. badania przesiewowe, a kolejne 20% wskazuje, że podejmują próby lub opracowali plan wdrożenia tego typu rozwiązań w ciągu najbliższych 24 miesięcy. Programy świadczeń zapewniane przez pracodawców nadal będą odgrywać istotną rolę w dostarczaniu pracownikom potrzebnych usług zdrowotnych. Dowodzi temu fakt, że nieco ponad połowa ubezpieczycieli oczekuje, że proponowane przez nich programy będą uwzględniały szczepienia przeciwko COVID-19, szczególnie dotyczy to krajów Ameryki Łacińskiej.

Raport zwraca również uwagę na istniejące luki w oferowanym wsparciu dla zdrowia psychicznego, mimo wzrostu popytu na tego typu usługi w czasie trwania pandemii. Przykładowo, wirtualne poradnictwo w zakresie zdrowia psychicznego nadal nie jest powszechnie dostępne, ponieważ tylko 1/3 ubezpieczycieli oferuje je na całym świecie, podczas gdy 32% z nich nie posiada w swojej ofercie jakichkolwiek świadczeń w tym obszarze. Dzieje się tak, pomimo że we wszystkich regionach na świecie, ubezpieczyciele oceniają prywatne, opłacane przez pracodawców, systemy opieki zdrowotnej jako bardziej skuteczne aniżeli publiczne, w dostępie do potrzebnej profilaktyki, diagnostyki i leczenia zaburzeń zdrowia psychicznego.

Remigiusz Kostka – Dyrektor Działu Ubezpieczeń Osobowych w Marsh Polska dodaje: „Pierwsze, dedykowane rozwiązania ubezpieczeniowe związane z COVID-19 pojawiły się w naszym kraju w marcu br. Z upływem czasu i dostosowywania się do nowej sytuacji, obserwowaliśmy bardzo dynamiczny rozwój dodatkowych usług medycznych m.in. w zakresie wirtualnych konsultacji zdrowotnych lub teleporad, które niedługo będą stanowić standardowe rozwiązanie oferowane Klientom. Ubezpieczyciele także starają się sprostać oczekiwaniom Klientów, zarówno w kontekście zakresu ubezpieczenia (np. dostęp do usługi assistance, obejmującej m.in. wsparcie psychologa), jak i zapewnienia systemów umożliwiających wdrażanie grupowego ubezpieczenia na życie w zakładzie pracy za pośrednictwem internetu. Przy ograniczonym dostępie do biur, w wielu sytuacjach takie rozwiązanie jest jedynym, które pozwala sprawnie przeprowadzić proces wdrożenia nowego, lepszego ubezpieczenia”.

Chaotyczne działania, niepewność oraz konflikt polityczny pogrążą gospodarkę

Nie ma się co łudzić, że sektorowe obostrzenia uderzą w gospodarkę również sektorowo. Ich działanie będzie raczej przypominać przewrócenie pierwszych klocków domina, które pociągną następne. Obostrzenia uderzają bowiem nie tylko w konkretną branżę. To prawda, że firmy w niej działające muszą zamknąć swoją działalność lub znacząco ograniczyć i w wielu przypadkach ich przychody spadną do zera albo zmaleją o kilkadziesiąt procent. Dotyczy to np. zakwaterowania i gastronomii, przemysłu spotkań i wydarzeń, branży fitness oraz handlu. Po pierwsze pracownicy tych branż, a są ich miliony, ograniczą swoją konsumpcję, a firmy redukują zamówienia u podwykonawców. Gospodarka to po prostu mechanizm naczyń połączonych.

Jednak zapominamy, że podobnie jak rośnie liczba zakażeń w tempie wykładniczym, tak wzrasta niepewność we wszystkich obszarach w gospodarce. Jest ona potęgowana przez brak przewidywalności w działaniach podejmowanych przez administrację. Przykład? Zamknięcie cmentarzy na kilkanaście godzin zanim wszyscy ruszyliby na groby bliskich. Co z tego, że teraz rząd pomoże (o ile pomoże) branżom związanym z tą tradycją? Gdyby ograniczenie wprowadzono wcześniej, sprzedaż kwiatów i zniczy mogłaby się rozłożyć na tydzień przed 1 listopada, co skompensowałoby straty. Tymczasem środki rządowe można by było wydać na inne cele. To dowód niepotrzebnego marnowania środków budżetowych. Sami sobie strzelamy w stopę, pogłębiając straty w gospodarce.

Skutki tego ograniczenia bezpośrednio dotknęły handlarzy kwiatów i zniczy, ale wywołało oddźwięk wśród wszystkich przedsiębiorców. Teraz żadna branża nie może mieć pewności, czy nagle, z godziny na godzinę, nie zostaną wprowadzone obostrzenia, które ograniczą ich przychody. I to po wcześniejszych zapowiedziach, że „obostrzeń się nie przewiduje”.

Podczas drugiej fali pandemii niepewność będzie więc dużo większa niż na wiosnę. Pierwsza była czymś niespotykanym w historii. Zaskoczyła nas wszystkich. Jednak szybko wróciła nadzieja, że pandemia lada moment ustąpi. Dodatkowo ten optymizm i brak ostrożności był niepotrzebnie podbijany przez przedwyborczy PR. To uśpiło naszą ostrożność, mimo że wielu ekspertów nawoływało, aby być gotowym na ewentualną drugą falę i budować bufory bezpieczeństwa.

Teraz obawy są ogromne. Według badania Centrum Monitoringu Sytuacji Gospodarczej 90 proc. firm obawia się pandemii. Dodatkowo 80 proc. obawia się wzrostu podatków.

Dziś ani firmy, ani społeczeństwo w rychłe wygaszenie pandemii nie uwierzy. Już teraz boimy się trzeciej fali. Już nikt nie da wiary słowom polityków. Tym bardziej, że wraz z pandemią po Polsce rozlał się ogromny konflikt społeczno-polityczny, niszczący kapitał społeczny, tak potrzebny w walce z pandemią i rozwojem gospodarczym.

Niepewność to wróg inwestycji i konsumpcji. W obecnej fazie recesji nie mamy co liczyć na to, że firmy zdecydują się na inwestycje. Zresztą w budownictwie i inwestycjach od początku kryzysu nie widać żadnego odbicia. Niepewność wpłynie również negatywnie na konsumpcję. Rynek pracy nadal jest w tendencji spadkowej, jeżeli chodzi o liczbę pracujących. Statystyki bezrobocia pokazują złudną stabilizację, bo tracący pracę uciekają w bierność zawodową i nie są ujmowani w statystykach bezrobocia.

Ogólny spadek popytu, niepewność, brak przewidywalności, słaby rynek pracy oraz konflikt społeczno-polityczny spowodują, że po silnej odbudowie PKB w III kw. w Polsce, w ostatnim kwartale tego roku zanotujemy głęboki spadek PKB. W skrajnym scenariuszu będzie on porównywalny do tego z II kwartału, czyli nawet 8-9 proc. kw./kw. Te efekty mogą się też rozlać na I kw. przyszłego roku. Druga fala kryzysu przeciągnie się na dłuższy okres, a szybkie, silne odbicie jest mało prawdopodobne.

OECD w swoich symulacjach już w czerwcu zakładała w jednym ze scenariuszy drugie uderzenie pandemii. Według tych prognoz koszt ponownego zamknięcia gospodarki oraz generalnie skutek drugiej fali pandemii w Polsce to ok. 2 pp. PKB w 2020 r., czyli ok. 50 mld zł w ujęciu rocznym. Poniżej przedstawiam wykres dla gospodarki światowej, ale bardzo podobny scenariusz rozważano dla Polski. Był to scenariusz z ponownym załamaniem PKB w IV kw. bieżącego roku. Pytanie retoryczne, dlaczego rząd nie miał w rezerwie takich scenariuszy?skutek drugiej fali pandemii

Niemieckie instytuty badawcze ostatnio szacowały, że wpływ drugiej fali na gospodarkę niemiecką to ponad 1 pp. Skala niepewności jest więc teraz ogromna. To oznacza, że ostateczny wpływ drugiej fali pandemii na polski PKB zmieści się w przedziale 1-2 pp. PKB. Skutki mogą się rozlać też na początek przyszłego roku. Oznacza to, że scenariusz rządowy spadku PKB o 4,6 proc. w tym roku wydaje się teraz bardzo realny. Nie można wręcz wykluczyć, że w skrajnym scenariuszu zbliży się do minus 5 proc.

Oczywiście jest to wypadkową skali wprowadzanych obostrzeń. Jednak niepewność wydaje się być poza kontrolą. Dlatego należy apelować do rządu o większą przewidywalność i przejrzystość strategii walki z pandemią. Ostatnie zaskakujące decyzje potęgują niepewność i zwiększają niepotrzebnie straty polskiej gospodarki.

dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP

Opóźnia się publikacja oficjalnych wyników wyborów w USA. Co na to rynki?

Uwaga inwestorów skupia się dziś na jednej kwestii – wyborach w USA. Jaki rezultat obstawia obecnie rynek i co może się wydarzyć w najbliższych dniach?

Spełniły się obawy dotyczące tego, że publikacja wyników wyborów w USA zostanie opóźniona, a ich rezultat, w przypadku zwycięstwa Bidena, najpewniej będzie kwestionowany. O ile w większości amerykańskich stanów zliczono już prawie wszystkie głosy, o tyle wyniki w kluczowych stanach, zwłaszcza tych na terenie tzw. pasa rdzy na północnym wschodzie kraju, jeszcze nie są przesądzone. Cząstkowe wyniki obu kandydatów w większości najważniejszych nierozstrzygniętych stanów są zbliżone do siebie, choć jednocześnie uznaje się, że w wielu z nich większość głosów nadesłanych pocztą – których część czeka na podliczenie – została oddana na Demokratów.

Wczoraj ze względu na oczekiwane zwycięstwo Demokratów widać było poprawę sentymentu do ryzyka na rynkach: wyprzedaży doświadczył dolar amerykański, pozytywnie z kolei reagował złoty. Dobra passa złotego i osłabienie dolara trwały do godzin nocnych, kiedy punkty do głosowania zaczęły się zamykać. Później – wraz z napływem wyników cząstkowych z poszczególnych stanów – nastąpiło odwrócenia sytuacji na rynku. Okazało się bowiem, że Demokraci w tych wyborach nie radzą sobie tak dobrze, jak sugerowały wcześniej sondaże. Obecnie rynki ponownie mają nadzieję na zwycięstwo Bidena, co wspiera złotego i nie sprzyja amerykańskiej walucie. W momencie pisania niniejszego komentarza kurs EUR/USD znajduje się w okolicy wczorajszych maksimów powyżej poziomu 1,17, z kolei kurs EUR/PLN wynosi 4,55.

Skala zmienności na rynku – jak na wydarzenie o takim znaczeniu – nie jest dramatyczna, jest jednak podwyższona, zwłaszcza na parach ze złotym. Taka sytuacja może utrzymać się przez pewien czas. Jesteśmy zdania, że im dłużej niejasność w kontekście wyników będzie trwać, tym więcej wsparcia otrzymają waluty safe haven (w tym dolar amerykański) i tym gorzej radzić będą sobie niemal wszystkie inne waluty, w tym złoty.

Na wyniki wyborów przyjdzie nam jeszcze poczekać. Możliwe, że więcej jasności przyniosą kolejne godziny, jednak biorąc pod uwagę, że znaczna liczba głosów została oddana za pośrednictwem poczty niewykluczone, że finalny rezultat nadejdzie dopiero za kilka dni. Trump już wyraził opinię, że doszło do oszustwa wyborczego. W tym kontekście można założyć, że jeśli wybory wygra Biden, jego zwycięstwo zostanie zakwestionowane przez obecnego prezydenta. Rozciągnęłoby to cały proces jeszcze bardziej, co miałoby negatywny wpływ na sentyment do ryzyka.

Spodziewamy się dość silnych ruchów na rynkach w perspektywie najbliższych 48 godzin, w miarę zliczania większej liczby głosów i uzyskiwania przez inwestorów jaśniejszego obrazu sytuacji.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Opinia Polaków na temat obostrzeń związanych z epidemią COVID-19

Polacy popierają zaostrzenie nakazu zakrywania ust i nosa w przestrzeni publicznej (61%), ale sceptycznie patrzą na inne działania związane z próbą ograniczenia rozpowszechniania się koronawirusa w Polsce.

W październiku odnotowane zostały rekordowe dzienne przyrosty zachorowań na COVID-19. 17 października wprowadzona została w całej Polsce żółta strefa, która m.in. ograniczała działalność gastronomii czy liczbę osób na weselach i imprezach okolicznościowych, zgromadzeniach publicznych oraz podczas uroczystości religijnych. Co więcej, zawieszona została działalność basenów i siłowni, a nakaz zakrywania ust i nosa został poszerzony do wszystkich przestrzeni publicznych. Wyjątkami były powiaty, które zostały włączone do czerwonej strefy z jeszcze większymi ograniczeniami.

Wraz z odnotowaniem 23 października ówczesnego rekordu zachorowań (13 632 osób), premier ogłosił, że od 24 października cała Polska została objęta czerwoną strefą, za czym idą nowe obostrzenia i zasady bezpieczeństwa. Nauka w szkołach wyższych, ponadpodstawowych i klasach 4-8 w trybie zdalnym, działalność basenów i siłowni pozostała zawieszona, lokale gastronomiczne i restauracje zostały objęte zakazem działalności stacjonarnej. Wprowadzono ograniczenia liczby osób w placówkach handlowych czy przemieszczania się osób powyżej 70 roku życia.

Sześciu na dziesięciu Polaków zgadza się ze stwierdzeniem, że wprowadzenie nakazu noszenia maseczek w przestrzeni publicznej pozytywnie wpłynie na spadek liczby zachorowań na COVID-19 (61%). Przeciwnego zdania jest 18% badanych. Pozostałe działania nie rządu nie spotkały się z podobną aprobatą. Ponad połowa respondentów uważa kompletne zamknięcie obiektów związanych z branżą fitness (np. siłowni, basenów) za błędne posunięcie rządu (56%), a jedynie co piąty uważa wprowadzenie obostrzeń dla tej branży jest dobrą decyzją (20%). Większość Polaków uważa, że kościoły i inne obiekty kultu religijnego powinny być objęte większymi obostrzeniami (74%). Z tym stwierdzeniem nie zgadza się 11% badanych. Polacy wskazali obostrzenie, które powinno zostać wprowadzone – prawie 2/3 respondentów uważa, że osoby wracające z zagranicy powinny przechodzić obowiązkową kwarantannę (64%). Odmiennego zdania jest 14% przebadanych osób.Opinia Polaków na temat podejścia do nowych obostrzeń

Polacy rozumieją, że rozszerzenie nakazu zakrywania ust i nosa w przestrzeni publicznej jest konieczne, żeby ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa w naszym kraju. Jednak dla polskiego społeczeństwa pozostałe działania w obrębie innych obostrzeń są niezrozumiałe – zauważa Piotr Zimolzak, Wiceprezes Zarządu SW Research. Ograniczenie funkcjonowania niektórych branży spotyka się ze sprzeciwem części osób (branża gastronomiczna – 59%, branża fitness – 56%). Jednocześnie Polacy negatywnie oceniają jedynie umiarkowane obostrzenia dla kościołów i miejsc kultu religijnego czy brak kwarantanny dla osób przyjeżdzających z zagranicy. Kolejne pomiary pozwolą sprawdzić nastroje Polaków związane z coraz to nowszymi obostrzeniami, a także umożliwią zweryfikowanie, jakie środki bezpieczeństwa podejmują oni w związku ze wzrostami zachorowań w Polsce – komentuje Zimolzak.

Metodologia badania

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 20-23.10.2020 przez SW RESEARCH Agencję Badań Rynku i Opinii metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W badaniu zebrano 1021 ankiet z reprezentatywną próbą grupy Polaków. Badanie ma charakter cykliczny, prezentowane wyniki pochodzą z Pomiaru XIII.

Indeks GIP60 w październiku wrócił do poziomów z czerwca

W październiku Giełdowy Indeks Produkcji (GIP60) spadł do 696,58 punktów (-10,54% m/m), pogłębiając korektę trwającą już od połowy sierpnia. Akcje polskich producentów ucierpiały na skutek odpływu kapitału z ryzykownych inwestycji sprowokowanego rosnącym zagrożeniem epidemiologicznym.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc październik. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

„Niekorzystna sytuacja rynkowa nie oszczędziła polskich spółek produkcyjnych notowanych na GPW. Wśród sześćdziesięciu największych spółek z tej grupy jedynie jedenastu udało się zwiększyć wartość rynkową w październiku (średnio o ok. 35 mln zł). Trzy czwarte polskich spółek produkcyjnych z GIP60 dotknęła w tym czasie przecena o znacznie większej sile, gdyż średni spadek wartości rynkowej u tych spółek wyniósł 135 mln zł. Sumarycznie ze spółek z grupy GIP60 odpłynęło w październiku 5,7 mld zł, z czego największą część stanowi odpływ zaobserwowany na akcjach LPP (-20,12% m/m, co daje 2,5 mld zł), którą w dół pociągnęły wyniki finansowe w bieżącym roku.

W wartościach względnych sytuacja jest również zła dla inwestorów. Rekordowe spadki na akcjach Mabionu, ZPUE i RAFAKO przekroczyły 30%, a spadek o co najmniej 10% dotknął prawie połowę wszystkich spółek z GIP60 (osiem z nich stopniało o ponad jedną piątą). Na drugim biegunie tylko trzy spółki, którym udało się uzyskać dwucyfrową dodatnią stopę zwrotu.

Odzież i farmacja najsłabiej

W przekroju branżowym najwięcej stracili projektanci i dystrybutorzy odzieży, określani przez nas jako projektanci. Tylko z tej grupy spółek wyparowało w listopadzie prawie 3 mld zł, co oznacza redukcję ich wartości rynkowej o niemal jedną piątą. Niewiele lepiej zachowywały się akcje producentów wyrobów farmaceutycznych, których ceny akcji skurczyły się w październiku średnio o 14,74%, producentów z branży elektromaszynowej, gdzie spadek cen akcji wyniósł średnio 13,01%, oraz u producentów z branży metalurgicznej, których akcje traciły na wartości średnio 12,30%. Wyjątkowo dobrze w ostatnim czasie radzą sobie producenci mebli i innych wyrobów z drewna. W 2020 roku spółki z tej branży jako jedne z nielicznych z całej GPW poprawiły swoje ubiegłoroczne wyniki finansowe, co nie umknęło uwadze inwestorów (wartość rynkowa tych spółek rosła w październiku średnio o 8,74%).

Niedźwiedzie nastroje nie objęły samych spółek produkcyjnych, ale opanowały całą warszawską giełdę, jak również wiele rynków zagranicznych. Indeks szerokiego rynku WIG spadł w miesiąc o 10,8%. Najwięcej traciły duże spółki z WIG20 (-11,5% m/m), nieco mniej spółki średnie zrzeszone w MWIG40 (-10,3% m/m) i małe z indeksu SWIG80 (-9,3% m/m). Solidarnie spadały wszystkie subindeksy sektorowe, a najwięcej spośród nich WIG-ENERGIA (-21,4% m/m), WIG-ODZIEŻ (-19,3% m/m), WIG-PALIWA (-17,2% m/m), WIG-BANKI (-14,7%), WIG-LEKI (-13,6%), WIG-MOTO (-11,8% m/m) i WIG-CHEMIA (-11,1% m/m). Traciły również zagraniczne rynki akcji – spadki zaobserwowano m.in. na amerykańskich S&P500 i NASDAQ100, niemieckim DAX, brytyjskim FTSE i francuskim CAC40. We wszystkich wspomnianych przypadkach spadki przybrały na sile w drugiej połowie października, co pozwala przyjąć, że za gros tych spadków odpowiada pogarszająca się w wielu krajach sytuacja epidemiologiczna, niosąca za sobą wiadomo kolejnego zamrożenia gospodarek.

Quo Vadis Ursusie?

Kolejny obraz prezentujący trudną sytuację polskich spółek produkcyjnych to podium z październikowego rankingu GIP60. Bo o ile cieszy, że w tak trudnych warunkach rynkowych znalazły się spółki, którym udało się zaskoczyć odpornością (trzem spółkom udało się osiągnąć dwucyfrową dodatnią stopę zwrotu), to niestety pozycja lidera w postaci spółki Ursus S.A. w restrukturyzacji wygląda co najmniej podejrzanie.

W ponad pięcioletniej historii projektu GIP60 spółka Ursus wielokrotnie pojawiała się na podium miesięcznej klasyfikacji, również na pierwszym miejscu. Przeważnie u źródła sukcesów spółki stała nowa wizja rozwoju, nierzadko związana z okazją sporych dopłat ze środków publicznych. Niestety do tej pory spółce nie udało się zrealizować ambitnych planów, a o kolejnych porażkach faworyta  inwestorów informowała zwykle ich własna kieszeń po pęknięciu bańki oczekiwań.  Cena akcji spółki, która w najlepszym okresie znajdowała się w okolicach 5 zł, tym razem wzrosła z poziomu 55 gr do 64 gr wskutek informacji o liście intencyjnym inicjującym współpracę badawczo-rozwojową i przemysłową ze spółką China Dongfeng Motor Industry Imp. & Exp. Co. Ltd. Owocem tej współpracy mają być innowacyjne pojazdy elektryczne i elektryczno-wodorowe.

Drugie miejsce w październikowej klasyfikacji GIP60 przypadło spółce Pozbud T&R S.A. za miesięczny wzrost ceny akcji o 14,51% do poziomu 1,855 zł za akcję. Ten wielkopolski producent okien i drzwi drewnianych poprawił swoje zeszłoroczne wyniki, w tym przede wszystkim rentowność, co przełożyło się na jego wartość rynkową.

Najniższy stopień podium GIP60 dla Fabryka Mebli FORTE S.A. za miesięczny wzrost wartości rynkowej o 11,72%, co w przypadku tej spółki wiązało się z napływem prawie 90 mln zł kapitału. Ceny akcji znanego polskiego producenta mebli zyskują wskutek imponującego odrodzenia popytu na produkty z tej branży, który podobnie jak w przypadku Pozbud przełożył się na wzrost wartości rynkowej.

Zamrożą, czy nie zamrożą?

W komentarzu z ubiegłego miesiąca zapytaliśmy „Quo Vadis 2020 roku?”. Z przymrużeniem oka można stwierdzić, że odpowiedź nadeszła już w tym miesiącu w postaci nomen omen Ursusa, który odrodził się niczym mityczny Feniks. Podtrzymując przymrużenie oka, zastanówmy się czy należy ten znak odczytywać jako zapowiedź zjawiskowego odrodzenia akcji polskich producentów na GPW, czy może niedawne odbicie cen akcji to był chwilowy miraż, który skończy się dla inwestorów równie boleśnie jak dotychczasowe zakupy akcji spółki Ursus S.A.? Co prawda sienkiewiczowski Ursus skręcił kark bykowi, a ten jak wiadomo jest symbolem hossy, ale w rozstrzygnięciu powyższego problemu interpretacyjnego bardziej przydatne będzie określenie ryzyka ponownego zamrożenia gospodarki, na skalę porównywalną z tym, co miało miejsce na wiosnę. Wszystko inne jest wtórne, jak np. to że póki co producenci mierzą się z dużym popytem na swoje produkty, a mierniki nastrojów (PMI, ISM itp.) zapewniają o bardzo dobrej sytuacji w branży produkcyjnej. Niestety po zamknięciu zakładu można liczyć tylko straty, nawet jak do fabryki spływają nowe zamówienia zakupu. W ostatnich dniach wiele państw podążało w kierunku ponownego zamrożenia gospodarek coraz większymi krokami. Również w Polsce kolejne ograniczenia zaciskają pętlę coraz ciaśniej, ale jednak dotychczasowe ograniczenia aktywności gospodarczej nie dotykały bezpośrednio firm produkcyjnych. Również wiosenny lockdown okazał się stosunkowo łagodny akurat dla tego sektora, więc gdyby najczarniejszy scenariusz się nie zrealizował to warto rozważyć zakup akcji polskich producentów.”

***

Giełdowy Indeks Produkcji to wspólne przedsięwzięcie firmy DSR, serwisu analitycznego „Produkcja.Expert” oraz Wydziału Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej.

Weź udział w badaniu na temat CSR w Polsce – ankieta on-line

Francusko-Polska Izba Gospodarcza (CCIFP) już po raz piąty zaprasza firmy i organizacje do udziału w cyklicznym badaniu CSR w praktyce – barometr CCIFP. Jego celem jest pokazanie w jakim stopniu firmy angażują się w działania z zakresu Społecznej Odpowiedzialności Biznesu, jakie są ich motywy, a także kto i w jaki sposób zarządza polityką CSR w organizacji. Tegoroczna ankieta została poszerzona o pytania dotyczące działań firm w obliczu pandemii.

Kliknij TUTAJ by przejść do ANKIETY ON-LINE >>>.

Jej wypełnienie nie zajmie więcej niż 10 minut. Odpowiedzi zbierane są do piątku 13 listopada.

Do udziału w ankiecie zapraszamy wszystkie firmy i organizacje, niezależnie od wielkości, pochodzenia kapitału, czy stopnia zaangażowania w działania CSR. Chcemy poznać nie tylko obszary i tematy, które w tym momencie są dla firm najważniejsze, ale również zasoby, którymi dysponują przedsiębiorstwa, by planować i wdrażać projekty z zakresu Społecznej Odpowiedzialności Biznesu. – mówi Mariusz Kielich, Kierownik ds. Komunikacji w CCIFP.

Badanie ma charakter cykliczny, co pozwala na pokazanie ewolucji działań i tendencji w zakresie CSR na polskim rynku. Tegoroczna ankieta poszerzona została o kilka pytań dotyczących zaangażowania organizacji w walkę z pandemią, a także o wpływ obecnej sytuacji sanitarnej i gospodarczej na dotychczasową politykę CSR firm.

Raport z badania zostanie zaprezentowany w grudniu, w trakcie jednego ze spotkań on-line organizowanych przez Francusko-Polską Izbę Gospodarczą. Raport z poprzedniej edycji badania CSR w praktyce – barometr Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej jest to pobrania na stronie CCIFP >>>.

Partnerami tegorocznego badania są: Orange Polska, PwC, Havas Media, CSR Info, Centrum UNEP/GRID-Warszawa, Global Compact Network Poland, Forum Odpowiedzialnego Biznesu, Odpowiedzialnybiznes.pl, Proto.pl, BIZON – biznes odpowiedzialny i nowoczesny w radiu MUZO.FM, My Company Polska, CEO.com.pl.

PayU i Smartney rozpoczynają współpracę

PayU S.A. i Smartney nawiązały współpracę, w ramach której udzielają pożyczek dla użytkowników serwisu OTOMOTO. Osoby, które wybiorą usługę „Finansowanie na OTOMOTO” zyskają tym samym dodatkową możliwość sfinansowania zakupu środków transportu o wartości do 60 tys. zł, z okresem kredytowania do 5 lat. Proces pożyczkowy jest uproszczony i odbywa się w całości online, a środki trafiają na konto pożyczkobiorcy w ciągu kilku minut. Firmy zapowiadają także poszerzenie współpracy technologiczno-biznesowej w niedalekiej przyszłości. 

– Zakup samochodu zawsze wiąże się z większym wydatkiem, który niejednokrotnie obciąża nasz domowy budżet, dlatego konsumenci poszukują dodatkowych środków pieniężnych na ten cel. W obecnej sytuacji ważne jest poszerzenie dostępności kredytowej – w jednym miejscu i bez konieczności wychodzenia z domu. Taką możliwość udało nam się stworzyć dzięki współpracy z PayU – mówi Tomasz Głodowski, Dyrektor Sprzedaży Partnerskiej Smartney.

Maksymalna kwota kredytu, którą można otrzymać to 60 tys. zł z okresem spłaty do 5 lat. Proces jest prosty, szybki, nie wymaga od klienta dostarczania żadnych dokumentów, a wypłata odbywa się zazwyczaj w ciągu kilku minut. Jest to możliwe m.in. dzięki nowoczesnym technologiom i automatyzacji. Konsument, który chce kupić pojazd na Otomoto.pl może załatwić sprawę telefonicznie. Podczas jednego połączenia uzyska informację czy w ogóle otrzyma pożyczkę i w jakiej wysokości.

Proces sprzedaży opiera się na specjalnie przygotowanej aplikacji, którą Smartney dostarcza partnerom biznesowym. Jest to innowacyjne narzędzie typu „plug-and-play”, które umożliwia przyjmowanie wniosków od klientów przez telefon, nie wymaga skomplikowanych integracji i ogranicza zaangażowanie zespołu IT do minimum. Warto przypomnieć, że PayU jest kolejnym partnerem firmy Smartney. W ostatnim kwartale Smartney rozpoczął współpracę również z Expanderem i Open Finance.

Polska w czołowej 15. rynków kupujących najwięcej robotów przemysłowych

Międzynarodowa Federacja Robotyki (IFR) opublikowała najnowszy raport podsumowujący sprzedaż robotów w ubiegłym roku. Jak wynika z danych IFR, populacja maszyn w przemyśle rośnie i niedługo dobije do 3 mln jednostek. Jednym z krajów, które zdaniem Federacji w 2019 roku były liderami, jest Polska. Nasz kraj pierwszy raz w historii badania znalazł się w czołowej 15. rynków kupujących najwięcej robotów przemysłowych.

Jak wynika z analizy, 2019 był rokiem rekordowym i na świecie funkcjonuje dziś około 2.7 mln robotów przemysłowych. To niemal tyle samo, ile wynosi liczba mieszkańców Wiecznego Miasta – Rzymu. Jednocześnie to wynik o 12% wyższy niż w roku ubiegłym, co przekłada się na około 300 tys. jednostek.

Już przed rokiem eksperci byli pozytywnie zaskoczeni wynikiem, jaki udało się wypracować branży przemysłowej w zakresie robotyzacji. Głównie dlatego, że było to sprzeczne z kondycją sektorów automotive i elektryfikacji. Miały one być kotwicą w ekspansji mechanicznych pomocników. – zauważa Michał Górecko, Dyrektor Pionu Sprzedaży z BPSC. Ekspert dodaje, że: – Jednak to nic w porównaniu z tym, co czeka nas w raporcie za 2020 i w kolejnych latach. Możemy obstawiać dwa diametralnie różne scenariusze: z jednej strony stajemy naprzeciw prognozy pesymistycznej, która zakłada, że powinniśmy spodziewać się gwałtownego obniżenia wydatków. Z drugiej strony istnieją realne przesłanki, które pozwalają nam wierzyć w to, że firmy zintensyfikowały swoje wydatki na rozwój, by uchronić się przed kryzysem, który nam zagraża. Tak gospodarczy, jak i zdrowotny. Podobnego zdania są eksperci z Statista, którzy przewidują, że wraz z końcem roku odnotujemy wzrost wydatków na cyfrową transformację o około 10%.

Sumaryczna ilość robotów w przemyśle to jedno, natomiast osobną kwestią jest ilość sprzedanych nowych urządzeń, które dopiero zasilą fabryki. I w tym aspekcie 2019 nie wygląda już tak okazale. Jak twierdzą twórcy raportu, odnotowano 12% spadek tej wartości, co przełożyło się na sumę 373 tys. sprzedanych jednostek. To trzeci pod względem wielkości wynik, odkąd IFR prowadzi swoje pomiary.

Europejska zadyszka

Z ponad 2,7 mln robotów przemysłowych, jakie obecnie funkcjonują na całym świecie, zaledwie 580 tys. znajduje się w Europie. To niewiele więcej niż 20% globalnej populacji. Dla porównania kraje azjatyckie mogą pochwalić się wynikiem na poziomie 1 mln 688 tys. jednostek. To przekłada się na udział w wysokości 62.5%, a to oznacza nie mniej ni więcej, jak to, że na każdego robota zainstalowanego na terenie Starego Kontynentu, przypadają trzy w Azji.

Kraje tego regionu stosowały bądź wciąż stosują tak zwaną politykę merkantylizmu. Zagraniczne korporacje w poszukiwaniu cięć kosztów związanych z realizacją swoich podstawowych działalności stopniowo przenosiły odpowiednie działy do wspomnianych krajów, by uzyskać jak najwyższe przychody i tym samym się rozwijać. – zauważa Michał Kaźmierczak, dyrektor biznesu Robotyki i Automatyki Dyskretnej ABB w Polsce i dodaje: – W tym samym czasie, kraje Wspólnoty Europejskiej, nie były w stanie osiągnąć oczekiwanego i należytego poziomu synergii przez ciągłe podziały wewnętrzne. Dla Europy przeszkodą była również historyczna spuścizna i zróżnicowanie poziomów ekonomicznych poszczególnych regionów. Sprostać temu miała rozbudowana polityka spójności, jednak nie przynosi ona oczekiwanego efektu.

Nic nie wskazuje również na to, by w ciągu najbliższych lat, ta sytuacja miała ulec poprawie. Skąd ten wniosek? Patrząc na wyniki raportu IFR, w 2019 w Europie sprzedano zaledwie 72 tys. robotów przemysłowych. To 3 razy mniej niż w Azji, która jest liderem inwestycji w nowe jednostki.

Polska kontra reszta świata

Badania przeprowadzone przez naukowców z uczelni MIT (Massachusetts Institute of Technology), która należy do ścisłej czołówki najlepszych placówek edukacyjnych, wykazały, że firmy, które szybko przyjęły roboty, stały się bardziej produktywne i zatrudniły więcej pracowników (Acemoglu i Restrepo, 2010-2015).

Dlatego informacja o tym, że Polska odnotowała swój debiut na prestiżowej liście 15 państw, które najchętniej kupują nowe roboty przemysłowe, powinna ucieszyć nie tylko zwolenników automatyzacji. Ostatnie miejsce współdzielimy z Czechami. W ubiegłym roku na terenie RP swoje miejsce znalazło 2600 nowych jednostek.

Nie oznacza to jednak, że Polacy mogą osiąść na laurach. Jak pokazuje dalsza analiza raportu, nie starczyło dla nas miejsca w rankingu 20 państw o największym współczynniku robotyzacji, co oznacza tylko jedno – przed nami wciąż daleka droga. Najwyższą wartością może pochwalić się Singapur, gdzie ilość jednostek robotycznych, przypadających na 10 tys. pracowników wynosi 918. Zestawienie zamyka Słowenia z wynikiem 157.

A jak wygląda sytuacja u naszego najbliższego sąsiada, Niemców? Najsilniejsza gospodarka Europy osiągnęła siedmiokrotnie wyższy wynik niż Polacy w zakresie nowych instalacji i w rezultacie uplasowała się na 5 pozycji z liczbą 20500 jednostek. Udało się to wypracować, przy jednocześnie wysokim współczynniku robotyzacji. Czwarta lokata, zaraz po Japonii, Korei i Singapurze to imponujący wynik. Obecnie u naszych sąsiadów zza Odry przypada 346 robotów na 10 tys. pracowników produkcji. To o wiele więcej niż wynosi Europejska średnia, która ukształtowała się na poziomie 114 jednostek.

Jeżeli zaś chodzi o globalne zestawienie, to plastron lidera po raz kolejny trafił do Chińczyków, których fabryki wzbogaciły się o ponad 140 tysięcy nowych robotów w 2019. – Osoby sympatyzujące z Państwem Środka na pewno są zadowolone, że mimo licznych komplikacji, udało się utrzymać zeszłoroczną przewagę. Z wynikiem na poziomie ponad 35%, podobnie jak w 2018, Chiny są absolutnym dominatorem w rankingu nowych maszyn na całym świecie. Z pewnością wpływ na to miało porozumienie, znane jako umowa „fazy pierwszej”, jakie w 2019 zawarły władze Waszyngtonu z przedstawicielami Pekinu. Wspomniana umowa reguluje między innymi przymusowy transfer wiedzy pomiędzy korporacjami oraz zatrzymuje wojnę celną. – tłumaczy Michał Kaźmierczak z ABB.

Chińczycy nie powinni jednak zwlekać z inwestycjami w robotyzację. Jak pokazuje raport MFR, na 10 tys. pracowników produkcji, przypada tam 187 maszyn, co plasuje Państwo Środka na 15 pozycji. Co prawda to wciąż o wiele więcej niż wskazuje globalna średnia, wynosząca 113, ale biorąc pod uwagę ambicje Pekinu, o wiele za mało by skutecznie mierzyć się, np. z Niemcami, bądź równie silną konkurencją z Azji.

2021, początek nowej ery

Twórcy raportu przedstawiają również swoje prognozy na nadchodzący 2021. Eksperci przewidują, że zbliżający się nowy rok będzie dla przedsiębiorstw produkcyjnych czasem powolnego powrotu do normy, który może nie nastąpić tak prędko, jak byśmy chcieli. Proces odbudowy potrwa przynajmniej dwa lata i w różnych regionach będzie cechował się odmiennym tempem.

Badacze z Federacji Robotyki wskazują również na korzyści, wynikające ze zmian, jakie nas czekają. Wiele rządów zapowiada, że będzie wspierać inwestycje w nowoczesne technologie produkcji, co powinno zmotywować dyrektorów fabryk do wzmożonych modernizacji linii wytwórczej. To również doskonały moment do tego, by nadrobić zaległości w tym zakresie, co zaowocuje większą elastycznością produkcji. Zmieni się również sposób budowania i działania łańcucha dostaw, dzięki czemu firmy staną się bardziej niezależne.

Jeszcze nie tak dawno roboty były oskarżane o kradzież pracy, jaka zarezerwowana jest dla ludzi. Po pandemii społeczna optyka uległa przewartościowaniu. Gdyby nie nowoczesne maszyny, działające bez ustanku na halach produkcyjnych, świat prawdopodobnie ległby w gruzach. Chociażby dlatego, że skutecznie chronią przed zakażeniem COVID-19. Ich rosnąca zdolność do bycia zastępstwem człowieka na linii wytwórczej okazała się nieoceniona w stosowaniu zasady społecznego dystansowania i odporności na choroby i stres. Jak twierdzi Euronews, wspólnie z automatyzacją i ecommerce, roboty będą stanowiły fundament odmienionej, post-COVIDowej rzeczywistości. To początek nowej ery.

GfK: polski rynek kawy rośnie nawet w czasie pandemii

Polacy kupują kawę na potęgę. Rynek warty ponad miliard złotych.

Tegoroczne zawirowania w handlu i całej gospodarce nie wpłynęły negatywnie na polski rynek kawy. W pierwszym półroczu br. wydatki gospodarstw domowych na kawę wyniosły 1,54 mld zł i były o 7,1% większe niż przed rokiem. Konsumenci coraz częściej sięgają także po ekspresy do kawy. W tej kategorii staliśmy już czwartym co do wielkości rynkiem w Europie. Takie dane płyną z najnowszych analiz GfK Polonia.

Polska kawą stoi. Taką tezę można wysnuć po analizie danych GfK Polonia przedstawiających sprzedaż ekspresów do kawy w Polsce w pierwszej połowie br. W ujęciu wartościowym na tym rynku wyprzedzają nas tylko Niemcy, Francja i Niderlandy. Mocno zaskakujący może wydać się fakt, że daleko za nami pozostają m.in. Brytyjczycy oraz słynące z kawy Włochy.

Boom w segmencie ekspresów automatycznych

Polski rynek ekspresów rozwija się przede wszystkim w oparciu o jedną kategorię. Polacy pokochali ekspresy automatyczne, czyli najdroższe na rynku urządzenia, które wymagają kawy ziarnistej i pozwalają przygotować różne rodzaje kaw w sposób minimalizujący zaangażowanie konsumenta. Udział sprzedaży ekspresów automatycznych w Polsce, w pierwszym półroczu 2020 wynosi aż 60,8%, przy średniej europejskiej na poziomie 14%. Warto również podkreślić, że ekspresy automatyczne w pierwszym półroczu tego roku odpowiadają za 92% wartości całego rynku urządzeń do przygotowywania kawy. – W poprzednich latach rynek ekspresów automatycznych przyzwyczaił nas do dwucyfrowych wzrostów, zarówno w wartości jak i ilości sprzedawanych urządzeń. Dynamika na poziomie od ponad 30% do blisko 50% nie była niczym zaskakującym. Okres pandemii musiał wpłynąć na korektę tego zjawiska, ale wciąż ekspresy automatyczne notują wzrosty. W pierwszej połowie tego roku sprzedano o blisko 11 tysięcy urządzeń więcej w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r., a rynek wygenerował tym samym dodatkowe 21,5 mln zł – tłumaczy Artur Noga-Bogomilski, Senior Director w dziale Market Insight Solution w GfK.

Wzrosty na przekór okolicznościom

Świetnych wyników na rynku ekspresów do kawy nie wyhamowała nawet pandemia koronawirusa. Nowa sytuacja z jednej strony ograniczyła dynamikę wydatków na tego typu urządzenia, co jest naturalną tendencją w czasie niepewności i zagrożenia. Z drugiej strony konieczność pracy w domu oraz ograniczenia w działaniu kawiarni i restauracji spowodowały, że część klientów po pewnym czasie kupiła ekspres automatyczny, aby móc cieszyć się doświadczeniem wysokiej jakości kawy we własnym gospodarstwie domowym. Potwierdzają to wyniki badań przeprowadzonych przez GfK w czerwcu. Blisko 4 na 5 konsumentów pijących kawę potwierdziło, że najczęściej robi to w domu (78%), a kolejnych 16% w pracy. Wskazania na kawiarnie i miejsca „na mieście” to tylko 5% – mimo uwzględnienia okresu po formalnym odmrożeniu gospodarki.

Kawa ziarnista również w górę

Popularność automatycznych ekspresów do kawy powinna była znaleźć swoje odbicie na rynku kawy ziarnistej i tak właśnie się stało. Dane GfK monitorujące zakupy gospodarstw domowych w Polsce wyraźnie potwierdzają trendy wzrostowe. W ujęciu wartościowym wydatki gospodarstw na kawę ogółem wzrosły w pierwszym półroczu 2020 w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku o 7,1%. W tym samym okresie segment kawy ziarnistej odnotował aż 28,4% wzrostu. W pierwszej połowie roku wzrosła także wartość wydatków na segment kapsułek (7,4%) oraz kawy mielonej (4%). Jedyną kategorią, która pozostała stabilna z lekką tendencją spadkową w relacji rok do roku, była kawa rozpuszczalna (zawierająca kawę rozpuszczalną, rozpuszczalną smakową, mixy (np. 3w1), substytuty kawy (np. z cykorii) oraz cappuccino/frappe itp.). W jej przypadku zmiana wyniosła -0,2%.

 

Na podstawie danych GfK pochodzących z Panelu Gospodarstw Domowych możemy zaobserwować, że popularność kawy utrzymuje się w Polsce na stałym, wysokim poziomie (96% gospodarstw kupiło kawę w okresie od lipca 2019 do czerwca 2020 roku. To tyle samo co w dwóch poprzednich analogicznych okresach). – Ogólnie zamiłowanie Polaków do kawy trwa. Zmieniają się jednak preferencje związane z jej rodzajami. Obserwujemy pewien odpływ konsumentów od bardziej tradycyjnych, ale wciąż największych pod względem udziałów wartościowych rodzajów kawy: mielonej i rozpuszczalnej. W tym przypadku spadek liczby nabywców w ostatnich latach to ok. 1-2 pp. z roku na rok – mówi Katarzyna Krajewska, Manager w Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

A co z kapsułkami?

Pierwsza połowa roku nie była dobrym okresem dla ekspresów kapsułkowych. Ten segment rynku zanotował istotne spadki – Polacy kupili 9 tysięcy mniej tego typu urządzeń niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Wartość rynku spadła o ponad 15% i praktycznie wszyscy istotni gracze odnotowali słabsze wyniki niż przed rokiem. Okazuje się jednak, że nawet na malejącym rynku można odnosić sukcesy. Kiedy cała kategoria maleje, a konkurenci tracą udziały, jedna z istotnych marek zanotowała w pierwszej połowie roku blisko 90% wzrost w ujęciu ilościowym oraz ponad 50% w ujęciu wartościowym. W efekcie udziały marki wzrosły prawie dwukrotnie, co pokazuje jak przemyślana strategia i konsekwentne działania mogą wpływać na pozycję marki nawet na bardzo trudnym i wymagającym rynku.

Dużo mniej klientów w galeriach handlowych

Istotny spadek liczby klientów w drugiej połowie miesiąca spowodowany wejściem w życie kolejnych ograniczeń epidemicznych i wzrostem zachorowań na COVID -19

W związku z rosnącą liczbą zakażonych koronawirusem oraz wprowadzeniem kolejnych ograniczeń epidemicznych Polacy wyraźnie ograniczyli wizyty w centrach handlowych. Według danych Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH) średnia odwiedzalność obiektów handlowych w październiku br. była prawie o 30 proc. niższa niż w analogicznym miesiącu ubiegłego roku i wyniosła 72 proc. Analizując tylko ostatnie dwa tygodnie października, odwiedzalność znacząco spadła osiągając w ostatnim tygodniu miesiąca w dni handlowe wartość 59 proc. w porównaniu do analogicznych dni w roku poprzednim.

Największy spadek poziomu odwiedzalności w porównaniu do analogicznego dnia w roku 2019 roku odnotowano 29 października, wówczas wyniosła ona jedynie 52 proc. r/r.

W najtrudniejszej sytuacji znajdują się największe obiekty handlowe, w których zatrudnionych jest najwięcej osób. Od początku pandemii osiągają one niższe wyniki odwiedzalności niż małe i średnie nieruchomości komercyjne w porównaniu z rezultatami z ubiegłego roku w dni handlowe. W październiku br. zanotowały footfall niższy w niektórych obiektach nawet o 5 p.p. od średniej odwiedzalności analogicznego okresu w roku ubiegłym.

Należy zwrócić uwagę, że odwiedzalność centrów handlowych jest wyraźnie zróżnicowana w skali Polski. W październiku tylko w regionie północno-zachodnim przekroczyła 80 proc., natomiast w pozostałych nie przekroczyła 70 proc. w stosunku do wyników z zeszłego roku. Najsłabiej w dalszym ciągu wypada region wschodni, w którym odwiedzalność wyniosła 61 proc. r/r.

Nie zmieniły się przyzwyczajenia klientów co do najchętniej wybieranego dnia – pozostaje nim w dalszym ciągu sobota. Mimo znaczących spadków liczby klientów, w soboty w centrach handlowych było średnio o 42 proc. klientów więcej niż w pozostałe dni handlowe.

„Klienci bardzo szybko zareagowali na wprowadzanie przez rząd obostrzeń i ograniczyli swoją mobilność. Przychodzą do galerii po to, żeby zaspokoić najważniejsze potrzeby zakupowe, co potwierdza spadająca odwiedzalność w obiektach handlowych, obowiązują godziny dla seniorów oraz ograniczenia dotyczące liczby osób, mogących przebywać w sklepach. Uważamy, że dodatkowe ograniczenie działalności handlu byłoby obecnie nieuzasadnione. O ile na początku miesiąca liczba osób odwiedzających centra handlowe dochodziła do 80 proc. wyniku sprzed roku, to pod koniec spadła w wielu przypadkach nawet o połowę. Dla całego sektora centrów handlowych ponownie nadszedł bardzo trudny czas. Tym trudniejszy, że przypadający na miesiące przedświąteczne, które zazwyczaj dla handlu były okazją do odbicia nieco słabszych wyników z polowy roku” – komentuje Radosław Knap, Dyrektor Generalny PRCH.
MIESIĘCZNA ODWIEDZALNOŚĆ OBIEKTÓW HANDLOWYCH 2

MIESIĘCZNA ODWIEDZALNOŚĆ OBIEKTÓW HANDLOWYCHZauważalny spadek odwiedzalności obiektów handlowych w dni handlowe w ciągu ostatnich dwóch tygodni, kiedy w Polsce wprowadzano stopniowe ograniczenia związane z pandemią COVID-19.

Jak udoskonalić system finansowania startupów

Stworzenie efektywnego systemu obrotu papierami wartościowymi małych i średnich przedsiębiorstw może być kamieniem milowym na drodze rozwoju nowoczesnych technologii. Jest to obecnie jeden z największych problemów, z jakimi muszą sobie poradzić dynamicznie rozwijające się przedsiębiorstwa z sektora fintech.

Inwestycje w startupy technologiczne należą do bardzo ryzykownych. Jednak w przypadku sukcesu, stopy zwrotu mogą być liczone w tysiącach procent. Niestety, brak finansowego powodzenia przedsięwzięcia to nie jedyne ryzyko, jakie musi brać pod uwagę inwestor. Jednym z bardzo poważnych potencjalnych problemów jest to, że inaczej niż w przypadku spółek notowanych na giełdzie, udziały w startupach technologicznych mają dość niski stopień płynności. Innymi słowy, w razie potrzeby nie można ich szybko sprzedać. Taka transakcja wymaga najczęściej znalezienia inwestora, który wierzy w sukces finansowy przedsięwzięcia oraz ma wizję jego rozwoju.

Startupom z pewnością byłoby łatwiej pozyskiwać środki na rozwój, gdyby istniały instytucje stworzone na wzór tradycyjnych giełd papierów wartościowych, zajmujące się obrotem udziałami mniejszych firm. Istnienie takiego rynku w znaczący sposób obniżałoby ryzyko inwestycji. Komitet doradczy ds. małych i średnich przedsiębiorstw amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC), już w 2013 roku wydał rekomendację dotyczącą stworzenia regionalnych instytucji zajmujących się obrotem takimi papierami wartościowymi.

Światowe giełdy próbują rozwiązywać problem tworząc parkiety alternatywne, takie jak warszawski NewConnect czy Londyński AIM. Jednak cały czas nie udało im się zlikwidować bardzo wysokich barier wejścia dla emitentów, przy czym często nie udaje się również rozwiązać problemu niskiej płynności. Można się spotkać z opiniami, że rynki alternatywne raczej łączą wady niż zalety obrotu papierami wartościowymi na giełdzie i poza nią.

W kilku krajach udało się stworzyć nieco lepsze rozwiązania. Na przykład w nowej Zelandii alternatywny rynek NZX, który miał problemy z niskimi obrotami i niską płynnością, został zastąpiony przez nowy rynek NXT, który specjalizuje się w handlu papierami wartościowymi emitowanymi przez małe i średnie przedsiębiorstwa. Podobny rynek udało się stworzyć w Korei Południowej. KRX Startup Market, stworzony przez The Korea Exchange, specjalizuje się w obrocie udziałami przedsiębiorstw, które pozyskały kapitał na rozwój poprzez crowdfunding.

Wydaje się, że optymalnym rozwiązaniem problemu byłoby zezwolenie platformom crowdfundingowym na zajmowanie się wtórnym obrotem. Również takie rozwiązanie funkcjonuje już w Nowej Zelandii. Powstał tam rynek o nazwie „Unlisted”, gdzie wtórny obrót papierami wartościowymi odbywa się poprzez platformę crowdfundingową Crowdsphere. Takie rozwiązanie wymagałoby jednak stworzenia odpowiednich regulacji.

Należy pamiętać o tym, że papiery wartościowe emitowane przez małe i średnie przedsiębiorstwa, zawsze będą związane z wysokim ryzykiem. Są też podatne na manipulacje cenowe według schematu pump and dump. Między innymi dlatego historycznie wiele prób tworzenia rynków akcji małych przedsiębiorstw zakończyło się niepowodzeniami. Taka sytuacja jest poważnym wyzwaniem regulacyjnym. Jednak zmiany w strukturze światowej gospodarki, dekoncentracja wielu kluczowych rynków a także zwiększający się udział małych i średnich przedsiębiorstw tworzeniu światowego PKB powodują, że warto podjąć ryzyko reformy i decentralizacji rynków obrotu papierami wartościowymi.

Autor: Bartosz Tomczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej w polskim fintech’u Provema

IoT słabym ogniwem przemysłu

Każdego dnia podejmowanych jest nawet 230 tysięcy prób cyberataków wykorzystujących złośliwe oprogramowanie.[1] Skala zagrożeń, dotyczących także biznesu oraz przemysłu, stale rośnie. Słabym ogniwem w sieci może być nie tylko komputer czy drukarka, ale też inteligentne oświetlenie, czujniki czy system sterujący klimatyzacją. Eksperci wskazują na konieczność ochrony przemysłowego internetu rzeczy (IIoT) oraz utworzenia międzynarodowych norm bezpieczeństwa inteligentnych urządzeń i systemów.

Internet rzeczy wkracza do przemysłu

W 2019 roku 36% przedsiębiorstw ze światowego sektora energetyki i usług publicznych wdrażało rozwiązania z zakresu internetu rzeczy.[2] Na same systemy IIoT w ciągu 5 lat na świecie wydanych zostanie prawie 950 mld dolarów.[3] Na inteligentnych urządzeniach w coraz większym stopniu bazuje infrastruktura operacyjna (OT), która kontroluje pracę maszyn. Inteligentne czujniki i programy zarządzają budynkami i sprzętem, systemami przeciwpożarowymi, klimatyzacją, oświetleniem czy windami.

Realne wirtualne zagrożenia

W 75% zakładów i firm inteligentne czujniki używane są do monitorowania fizycznego bezpieczeństwa budynku czy sprzętu.[4] Jednak nierzadko pomija się kwestie związane z ich wirtualną ochroną. Czujniki temperatury, ruchu i wilgotności czy systemy sterowania budynkami oraz maszynami często nie są uwzględniane przez rozwiązania chroniące przed cyberatakami, a są na nie równie podatne jak np. komputery. Mają też zwykle o wiele słabsze zabezpieczenia niż tradycyjny sprzęt IT i stanowią słabe ogniwo całego systemu.

Rygorystyczne standardy bezpieczeństwa są powszechne dla sprzętu komputerowego i oprogramowania IT: szyfrowana komunikacja, antywirusy czy regularne aktualizacje. Wraz z postępującą cyfryzacją oraz wykorzystaniem urządzeń z zakresu internetu rzeczy w zakładach i budynkach konieczne jest zapewnienie podobnych dobrych praktyk i standardów także w przemyśle – mówi Jacek Zarzycki, Product Manager w firmie Eaton.

Przez klimatyzację do sieci

Inteligentny system oświetlenia sam z siebie nie przesyła informacji, które mogą zostać przejęte przez przestępców i zaszyfrowane dla okupu. Jednak jest połączony z wewnętrzną siecią przedsiębiorstwa, a przez to otwiera „furtkę” do całego środowiska IT i cenniejszych danych. Ale także samo zakłócanie pracy maszyn i systemów przemysłowych może spowodować przestoje oraz straty finansowe i wizerunkowe.

W 2014 roku cyberprzestępcy uzyskali dostęp do danych 110 mln Amerykanów poprzez system ogrzewania, wentylacji i klimatyzacji dużej sieci sklepów. Rok później cyberatak na elektrownie skutecznie pozbawił zasilania 230 tysięcy odbiorców na Ukrainie. Przez system zdalnego dostępu przestępcy dostali się m.in. do fizycznej infrastruktury obiektu, takiej jak wyłączniki i zasilacze UPS. Posłużyły one do sabotowania pracy zakładu.

Kwestie cyberbezpieczeństwa powinny być uwzględniane już na etapie projektowania i testowania urządzeń oraz infrastruktury. Aby minimalizować ryzyko, że rozwiązania techniczne narażą przedsiębiorców na atak, potrzebne są międzynarodowe, ujednolicone certyfikaty bezpieczeństwa – wskazuje Jacek Zarzycki.

[1] Według raportu Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa Sieci i Informacji, Main incidents in the EU and worldwide. ENISA Threat Landscape from January 2019 to April 2020.

[2] Vodafone IoT Barometer 2019.

[3] Według raportu Grand View Research: https://www.grandviewresearch.com/press-release/global-industrial-internet-of-things-iiot-market

[4] Raport Grupy Roboczej do spraw Internetu Rzeczy przy Ministerstwie Cyfryzacji, IoT w Polskiej Gospodarce, 2019.

Sunday Energy wchodzi na rynek węgierski

Ekspansja spółki Sunday Energy S.A. na rynkach zagranicznych będzie opierać się na współpracy z partnerami z rynków lokalnych, oferującymi urządzenia PV pod marką Sunday Energy. Wybór Węgier do programu pilotażowego wynika z relacji handlowych spółki oraz dynamicznego rozwoju segmentu OZE w tym kraju. Węgry zakładają do 2030 roku osiągnięcie 90-proc. poziomu neutralności klimatycznej. Sunday Energy planuje w połowie kolejnego roku debiut na rynku NewConnect, a wcześniej, w okresie do końca bieżącego okresu – emisję akcji o wartości do 4 mln zł na platformie Crowdconnect.pl.

Działalność Sunday Energy opiera się na podstawowym filarze fotowoltaicznym, bazującym na imporcie  i sprzedaży paneli PV oraz innych komponentów (m.in. inwertery). Spółka rozwija także projekty deweloperskie własnych farm fotowoltaicznych (aktualnie trwają prace nad projektami o mocy 10 MW, w przygotowaniu inwestycje rzędu 100 MW). W drugim rozwijanym segmencie new business celem Sunday Energy jest budowa uzupełniających usług, oferujących klientom dodatkową wartość dodaną. Pierwszą
z nich stanowią rozwiązania ukierunkowane na poprawę komunikacji oraz rozwój narzędzi do zarządzania ofertami i usługami w relacji między firmami instalatorskimi a klientami detalicznymi. Druga grupa usług bazuje na oferowaniu wsparcia dla instytucji finansujących rynek OZE (m.in. firm leasingowych) w zakresie demontażu, testowania, serwisu, magazynowania i dalszej sprzedaży paneli i urządzeń PV.

Stabilny i systematyczny wzrost skali biznesu Sunday Energy w Polsce i pozytywne przyjęcie przez rynek rozwijanej oferty sprzedaży komponentów PV skłoniły nas do poszukiwania nowych, zagranicznych kierunków zbytu. Podjęliśmy decyzję o wejściu do Węgier z uwagi na atrakcyjność rynku ukierunkowaną na rozwój odnawialnych źródeł energii, a jednocześnie wypracowane relacje z lokalnym dystrybutorem. Współpraca w oparciu o model partnerski pozwoli nam z jednej strony zaoferować najwyższej jakości urządzenia, z drugiej umożliwia wykorzystanie know how i wiedzy dot. specyfiki rynku węgierskich kooperantów, którzy już odbierają pierwsze zapytania o produkty z naszego asortymentu – mówi Michał Sochacki, Prezes Zarządu Sunday Energy S.A.

Węgierski rząd zapowiada osiągnięcie neutralności energetycznej na poziomie 90 proc. do 2030 roku (jednocześnie w tym okresie zaprzestając produkcji energii opartej na węglu). Główną składową rozwijanego miksu energetycznego kraju będzie fotowoltaika oraz energetyka jądrowa. Rozwój segmentu OZE jest wspierany przez szereg zachęt i ułatwień, jak dopłaty i bezkosztowe pożyczki (w tym do realizacji prosumenckich instalacji PV).

– Pierwszą sprzedaż chcemy zrealizować na przełomie 2020 i 2021 roku. Co ważne, panele i urządzenia PV będą oferowane pod marką Sunday Energy – dodaje Michał Sochacki.

Sunday Energy zakłada przeprowadzenie do końca 2020 roku emisji akcji na platformie Crowdconnect.pl. Spółka planuje pozyskać do 4 mln zł, dedykowanych wzrostowi skali sprzedaży paneli i inwerterów oraz rozwojowi nowych usług dla branży, takich jak zarządzanie komponentami PV na rynku wtórnym i budowa narzędzi poprawiających współpracę między instalatorami i klientami detalicznymi.

Spółka współpracuje z wiodącymi globalnymi producentami wysokiej jakości ogniw słonecznych, jak Anhui Daheng Energy Technology Co., Ltd., znany pod marką DAH Solar. Koncern posiada sieć sprzedaży w ponad 50 krajach, istnieje na rynku od 2009 roku i dynamicznie buduje portfel rozwiązań patentowych. Panele DAH Solar zostały zatwierdzone przez międzynarodową certyfikację TUV, CE, CEC, INMETRO, FIDE.

– Krajowy rynek pozostaje dla Sunday Energy podstawowym kierunkiem o nieograniczonych możliwościach rozwoju skali biznesu. Dotychczasowe dane wskazujące na dynamiczne wzrosty mocy zainstalowanej w fotowoltaice, jak również polityka gospodarcza zakładająca udział energii PV w 2030 roku na poziomie kilkukrotnie wyższym wobec 2,7 GW obecnie, pozwalają nam z optymizmem patrzeć w przyszłość  – podsumowuje Prezes Zarządu.

W III kwartale Alior Bank wraca na ścieżkę wzrostu

W III kwartale Alior Bank wraca na ścieżkę wzrostu: 82 mln zł zysku netto, wysoka zdolność operacyjna i rekordowa wartość udzielonych kredytów hipotecznych.

Dzięki wyróżniającej się ofercie produktowej oraz wysokiej jakości świadczonych usług, mimo trudnego otoczenia makroekonomicznego, w III kwartale br. Alior Bank wypracował 892,7 mln zł przychodów i zakończył każdy z trzech miesięcy dodatnim wynikiem finansowym, z łącznym zyskiem netto w wysokości 81,8 mln zł. Stałe wzmacnianie relacji z klientem oraz rozbudowywanie portfolio produktów i usług banku przełożyło się na wzrosty kluczowych wolumenów. Na koniec kwartału Alior Bank wzmocnił swój udział w rynku kredytów hipotecznych, osiągając rekordową sprzedaż o wartości 0,96 mld PLN, co oznacza wzrost o 45 proc. kw./kw. oraz 100 proc. wzrost r/r. Bank konsekwentnie utrzymuje bezpieczną pozycję kapitałową – współczynnik TIER1 na koniec III kw. znajduje się na poziomie 12,98 proc., co oznacza 2,2 mld zł nadwyżki kapitału ponad minimalne wymogi regulacyjne. Natomiast koszty ryzyka w III kw.’20 zmniejszyły się o 68 proc., w stosunku do kosztów II kwartału’20 z 915 mln zł do 289 mln zł.

– Konsekwentnie pracujemy na rzecz wysokiej jakości produktów i usług, dopasowanych do aktualnych potrzeb i oczekiwań klientów, dzięki temu możliwe jest budowanie partnerskich, długotrwałych relacji z naszymi klientami. Doceniają oni bank zarówno za ofertę produktową, jak i za rozwiązania technologiczne – mówi Iwona Duda, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, kierująca pracami zarządu. – Solidny wynik w III kwartale jest również efektem konserwatywnego systemu zarządzania ryzykiem, który przyjęliśmy w II kwartale. Nowe kryteria mają zastosowanie do wszystkich segmentów produktów oferowanych przez Alior Bank. Wraz z rotacją dotychczasowego portfela kredytów, której horyzont nie jest odległy, nowy portfel kredytowy będzie miał coraz większy udział w portfelu ogółem kwartał do kwartału. To znacząco przełoży się na jakość naszych aktywów – dodaje.

Coraz więcej klientów z długotrwałą relacją

Liczba klientów indywidualnych wzrosła o blisko 200 tys. r/r, w III kw.’20 zanotowano 6 proc. wzrost liczby nowych rachunków z kartą debetową oraz 4 proc. wzrost liczby klientów z systematycznymi wpływami.

Wraz z budowaniem długotrwałej relacji z klientem Alior Bank skutecznie realizuje swój cel wzmacniania roli bankowości cyfrowej. – W analizowanym okresie liczba użytkowników aplikacji Alior Mobile wyniosła 585 tys., co oznacza 47 proc. wzrost w ciągu roku. Dodatkowo, sprzedaż rachunków osobistych i kont oszczędnościowych w kanałach zdalnych wzrosła r/r o 7 proc. Poprzez kolejne wdrożenia i usprawnienia chcemy rozwijać kanały zdalne Alior Banku, dzięki którym nasi klienci w sposób łatwy i bezpieczny mogą zarządzać swoimi finansami. Wdrażamy także usługi, które odpowiadają na potrzeby klientów związane z ich codzienną aktywnością wychodząc naprzeciw zmieniającym się oczekiwaniom – mówi Iwona Duda, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, kierująca pracami zarządu.

Bezpieczna pozycja kapitałowa i poziom ryzyka pod kontrolą

Poziomy współczynników kapitałowych TIER1 oraz TCR na koniec III kw. 2020 pozostawiają znaczne bufory ponad minima regulacyjne na poziomie odpowiednio: 448 p.b. (2 196 mln PLN) oraz 491 p.b. (2 405 mln PLN). Pozycja płynnościowa jest utrzymywana również na bezpiecznym poziomie, co potwierdza wysoki poziom wskaźnika LCR, który wyniósł w trzecim kwartale 170 proc.

– W trudnych warunkach ekonomicznych, z jakimi dziś się mierzymy, szczególnie ważna jest optymalizacja kosztów i procesów. Są to działania, które skutecznie wdrażamy w celu maksymalizacji przychodu i zminimalizowania negatywnego wpływu epidemii COVID-19 na wyniki finansowe całej Grupy Kapitałowej – wyjaśnia Agnieszka Nogajczyk-Simeonow, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, odpowiedzialna za obszar finansów.

Po znacznym wzroście kosztów ryzyka w II kw. 2020 roku, w minionym III kwartale bank odnotował powrót do typowych dla siebie poziomów. Porównując kwartał do kwartału zmniejszyły się one o 68 proc., z 915 mln zł w II kw.’20 do 289 mln zł w III kw.’20, a współczynnik CoR spadł odpowiednio z 5,9 proc. do 1,9 proc. Po trzech kwartałach 2020 roku wskaźnik C/I wyniósł 48,8 proc.

– W przypadku w miarę stabilnej i przewidywalnej sytuacji makroekonomicznej oraz braku znaczących zdarzeń jednorazowych, koszty ryzyka powinny stanowić około 2 proc. w ujęciu kwartalnym. To są założenia, które chcielibyśmy zrealizować w IV kwartale – mówi Maciej Brzozowski, Wiceprezes Zarządu Alior Banku odpowiedzialny za obszar ryzyka.

Rozwój biznesu i rekordowa wartość udzielonych kredytów hipotecznych

W trzecim kwartale br. Alior Bank osiągnął wzrosty kluczowych wolumenów. Aktywa na koniec września wyniosły 77,7 mld PLN (+1 proc. r/r), a wartość depozytów 65,9 mld PLN (+1,7 proc. r/r). Bank poprawił również liczbę klientów w poszczególnych segmentach. Liczba klientów detalicznych w III kw.’20 wyniosła 4,3 mln, co oznacza wzrost w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku o 4,9 proc. Bank urósł także w bazie klientów biznesowych, gdzie odnotował 9,4 proc. wzrost, dający wynik 235 tys. firm korzystających z usług banku.

W III kw. ’20 bank po raz pierwszy odnotował odbicie w sprzedaży pożyczek gotówkowych – z 0,98 mld PLN w II kw.’20 do 1,16 mld PLN w III kw. Ten wzrost popytu może świadczyć o stopniowej adaptacji społeczeństwa do sytuacji gospodarczej. Jednocześnie pozytywny trend utrzymuje się w sprzedaży kredytów hipotecznych. W III kw.’20 ich sprzedaż była rekordowa i wyniosła 0,96 mld PLN, co oznacza wzrost o 45 proc. kw./kw. oraz 100 proc. wzrost r/r. Tym samym Alior Bank w minionym kwartale osiągnął udział rynkowy na poziomie ok. 7 proc.

– Silny wzrost w segmencie kredytów hipotecznych daje możliwość zrównoważenia wyników sprzedaży w stosunku do innych produktów kredytowych. Jesteśmy bardzo zadowoleni z takiego wyniku, gdyż w ten sposób pozyskujemy aktywnych klientów, którzy będą współpracowali z nami przez dłuższy czas. Będziemy nadal rozwijali ten segment sprzedaży – mówi Dariusz Szwed, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, odpowiedzialny za produkty i sprzedaż w zakresie klienta indywidualnego i biznesowego.

Transformacja bazy klientów biznesowych

Liczba klientów w segmencie mikro wyniosła na koniec III kwartału 205 tys. (+13 proc. r/r). W tym czasie widoczny jest wzrost o 12 p.p. udziału nowych rachunków mikro z kartą debetową. Jednocześnie już 70,7 tys. przedsiębiorców z tego segmentu płaciło składki ZUS oraz podatki za pośrednictwem konta w Alior Banku.

Pokrycie nowej sprzedaży kredytów dla mikrofirm gwarancjami BGK utrzymuje się na poziomie powyżej 90 proc. Zaktualizowana polityka kredytowa oraz wdrożenie nowego systemu kredytowego powodują wzrost jakości nowej sprzedaży.

W III kw. 2020 r. nastąpił spadek liczby nowych klientów biznesowych w stosunku do II kw. 2020 r. Jest on pochodną ograniczeń wprowadzonych na skutek epidemii COVID-19. Nowa akwizycja realizowana jest jednak z wyższym uproduktowieniem i skoncentrowaniem na budowaniu głównej relacji. W III kw.’20 odnotowano 11 proc. wzrost r/r liczby klientów korzystających z produktu BankConnect, który pozwala na integrację systemów księgowych klienta z BusinessPro.

– Co istotne, Alior Bank posiada stosunkowo niski udział klientów biznesowych z branż najbardziej zagrożonych wpływem COVID-19. W segmencie klienta biznesowego 63 proc. portfela to branże niskiego ryzyka, 24 proc. to firmy zakwalifikowane do średniego ryzyka, natomiast zaledwie 13 proc. firm zostało zdefiniowanych jako wrażliwe na rozwój pandemii i jej skutki – podkreśla Dariusz Szwed.

Rekordy w kluczowych spółkach Grupy

– W ostatnich miesiącach wyróżniające się wyniki odnotowały także spółki należące do Grupy Alior Banku. W III kw.’20 Alior TFI osiągnął rekordową sprzedaż netto zarządzanych przez siebie funduszy inwestycyjnych osiągając wartość 287 mln PLN. Wartość aktywów pod zarządzaniem funduszy otwartych Alior TFI wzrosła r/r o 57 proc. do niemal 920 mln PLN. Z kolei Alior Leasing zrealizował sprzedaż na poziomie 1,6 mld PLN, z czego 634 mln PLN to wynik za III kw.’20 (+ 12 proc. r/r). Jest to wynik sugerujący odreagowanie zachowań klientów po trudnym II kwartale. Liczymy na kontynuację tych trendów w kolejnym okresie – komentuje Iwona Duda.

Na koniec września saldo portfela należności leasingowych wyniosło 5,3 mld PLN i było wyższe o 0,4 mld PLN niż na koniec III kw. 2019 roku. Liczba klientów spółki wzrosła r/r o 14,3 tys. i wynosi 65,3 tys. Z kolei liczba podpisanych umów w portfelu Alior Leasing to 90,1 tys. (+ 19 tys. r/r).

Rozwój innowacji i udogodnień dla klientów

– W drugiej połowie roku bank konsekwentnie rozwijał kanały zdalne, stale pracujemy nad nowymi rozwiązaniami, które ułatwiają zdalne bankowanie naszym klientom. Mamy ambitne plany i szereg wdrożeń, które jeszcze w tym roku będą do dyspozycji użytkowników – mówi Iwona Duda, Wiceprezes zarządu Alior Banku kierująca pracami zarządu.

W III kw.’20 Alior Bank promował zdalne kanały bankowości, które umożliwiały klientom korzystanie z usług bez wychodzenia z domu. Wśród wprowadzonych w tym okresie narzędzi znajduje się między innymi wykorzystanie biometrii w celu identyfikacji klienta w procesie otwarcia rachunku. Całkowicie zdalny proces zakładania Konta Jakże Osobistego został wprowadzony w aplikacji dzięki rozwiązaniu video selfie. Bank rozszerzył także oferowane usługi z zakresu otwartej bankowości poprzez udostępnienie podglądu rachunków z siedmiu innych banków poprzez bankowość w Alior Online.

Kolejnym wdrożeniem w kanałach cyfrowych banku jest m.in. udostępnienie klientom usługi moBILET do zakupu biletów komunikacji miejskiej oraz parkingowych za pomocą aplikacji, a już niebawem klienci Alior Banku będą mogli skorzystać z możliwości, jaką daje Autopay – system automatycznych opłat za przejazdy autostradami.

Dzięki szybkiemu reagowaniu na zmieniające się otoczenie oraz dostosowywaniu oferty do oczekiwań klientów, Alior Bank został wyróżniony w niezależnych rankingach. Bank otrzymał pierwsze miejsce w zestawieniu „Bank przyjazny Firmie” magazynu „Forbes” oraz pierwsze miejsca w kluczowych kategoriach „Bankowość tradycyjna” i „Bankowość zdalna” w rankingach tygodnika „Newsweek”.

W ramach synergii z Grupą PZU, Alior Bank kontynuuje rozwój platformy Cash, która pozwala na skorzystanie z oferty pożyczki gotówkowej przez pracowników firm, które chcą dołączyć do platformy. Korzystać z niej mogą m.in. pracownicy spółki Link4. Rozwiązanie będzie udostępniane kolejnym pracodawcom, chętnym do skorzystania z takiej możliwości.

Kluczowe wskaźniki finansowe w III kw. 2020 roku:

  • Przychody: 892,7 mln zł; zysk netto: 81,8 mln zł.
  • Wskaźnik ROE w III kw. 2020 na poziomie 5,1 proc.
  • Bezpieczna pozycja kapitałowa oraz płynnościowa banku. Współczynnik TIER1 na poziomie 12,98 proc., a TCR 15,41 proc. Nadwyżka ponad wymogi regulacyjne dla TIER1 wynosi 448 p.b. (2 196 mln zł), a TCR 491 p.b. (2 405 mln zł).
  • Koszty ryzyka na poziomie 1,9 proc. w ujęciu QTD (vs. 5,9 proc. w II kw.’20). Stosunkowo niski udział klientów biznesowych z branż najbardziej zagrożonych wpływem COVID-19.
  • Marża odsetkowa netto (NIM) banku w analizowanym okresie wyniosła 3,71 proc.

Koniec ze sztucznym wszczynaniem postępowań karno-skarbowych przeciw przedsiębiorcom

Przez 4 lata i 11 miesięcy fiskus kontrolował i sprawdzał rozliczenia przedsiębiorcy za 2011 r. Na miesiąc przed upływem terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego organy ścigania wszczęły wobec przedsiębiorcy postępowanie karno-skarbowe, na co powołał się fiskus, skutecznie zawieszając z tego powodu bieg terminu przedawnienia zobowiązania. W wydanym 19 sierpnia 2020 r. wyroku WSA w Łodzi, powołując się na najnowsze orzecznictwo Naczelnego Sądu Administracyjnego, potępił takie zachowanie organów:

Jeżeli od dnia wszczęcia postępowania karno-skarbowego do dnia wydania zaskarżonej decyzji nie były podejmowane w postępowaniu karno-skarbowym żadne czynności procesowe, należy uznać, że postępowanie to zostało wszczęte w celu sztucznego utrzymania stanu wymagalności zobowiązania podatkowego” (sygn. akt I SA/Łd 45/20). To bardzo dobra i korzystna wiadomość dla przedsiębiorców.

Nabycie usług naprawczych i transportowych

Jedna z polskich spółek akcyjnych nabyła w 2011 r. usługi transportowe na terenie kraju oraz usługi naprawy maszyn i pieca od jednego kontrahenta. W styczniu 2017 r. naczelnik urzędu skarbowego określił spółce wysokość zobowiązania w podatku od towarów i usług za okres od stycznia do grudnia 2011 r. w innej wysokości, niż to spółka wykazała w złożonej przez siebie deklaracji. W wyniku przeprowadzonej w firmie kontroli, jak i późniejszego postępowania podatkowego organ podatkowy stwierdził, że wystawione przez tego kontrahenta faktury nie dokumentują rzeczywistych zdarzeń gospodarczych, przez co firma zawyżyła VAT naliczony.

Wszczęcie postępowania karno-skarbowego

Dyrektor izby administracji skarbowej, jako organ wyższego stopnia, w listopadzie 2019 r. w odpowiedzi na odwołanie spółki wskazał, że postanowieniem z 1 grudnia 2016 r. zostało wszczęte w tej sprawie dochodzenie w postępowaniu karno-skarbowym w zakresie podania nieprawdy w składanych w urzędzie skarbowym deklaracjach VAT-7 za miesiące od stycznia do grudnia 2011 r., co doprowadziło do uszczuplenia należnego podatku od towarów i usług, a zatem do przestępstwa określonego w art. 56 § 2 w zw. z art. 6 § 2 Kodeksu karnego skarbowego. Jak poinformował spółkę organ, w związku z powyższym uległ zawieszeniu bieg terminu przedawnienia spornego zobowiązania podatkowego, dlatego też prowadzenie postępowania podatkowego za poszczególne miesiące 2011 r. jest dopuszczalne, bo dochodzenie to nadal nie zostało zakończone.

Dyrektor poinformował również, że zebrany w sprawie materiał dowodowy potwierdza, iż firma nie mogła nabyć zakwestionowanych usług, bowiem w 2011 r. świadczący je usługodawca nie prowadził rzeczywistej działalności gospodarczej w ich zakresie. Zdaniem organu spółka nie dochowała więc należytej staranności w doborze kontrahenta, stąd odliczenie VAT z wystawionych przez niego faktur zwyczajnie jej nie przysługuje.

Procedura weryfikacji kontrahentów nie taka, jakby tego chciał organ

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi, rozstrzygając wniesioną przez firmę skargę, zgodził się z organami podatkowymi, że przedsiębiorca, od którego spółka nabyła zakwestionowane usługi, nie był ich rzeczywistym świadczeniodawcą. Co prawda usługi zostały wykonane, ale przez inny podmiot, niebędący wystawcą spornych faktur.

Sąd jednak nie zgodził się z opinią organów, jakoby spółce nie można było przypisać dobrej wiary przy doborze kontrahenta. Posiadała ona bowiem przy prowadzeniu swojej działalności procedurę weryfikacji kontrahentów, tyle tylko, że nie tak wnikliwą, jakby chciał tego organ. Ale m.in. świadkowie potwierdzili, że firma oczekiwała okazania referencji od dostawcy usług. Do tego usługi zostały w rzeczywistości dokonane, co usprawiedliwia spółkę, która w tych okolicznościach nie dociekała, czy wykonujący je pracownicy, czy też samochody transportowe należą do wystawcy faktury.

Postępowanie wszczęte na 30 dni przed przedawnieniem

Jednak WSA w Łodzi uchylił zaskarżoną decyzję dyrektora izby administracji skarbowej jeszcze z innej przyczyny, którą, mimo że skarżąca spółka nie wskazała jej w skardze, wziął pod uwagę z urzędu. Chodziło o powołanie się przez organ podatkowy na zawieszenie biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego spółki z powodu wszczęcia dochodzenia w sprawie karno-skarbowej. Było to zobowiązanie za 2011 r., a zawieszające bieg terminu przedawnienia dochodzenie zostało wszczęte 1 grudnia 2016 r., czyli na 30 dni przed upływem tego terminu.

„Nie podano jednak żadnych informacji, czy w toku tego postępowania zostały podjęte jakiekolwiek czynności, co pozwoliłby Sądowi ocenić, czy postępowanie karno-skarbowe rzeczywiście się toczy, czy też stan wymagalności zobowiązania podatkowego utrzymywany jest sztucznie” (wyrok WSA w Łodzi z 19 sierpnia 2020 r., sygn. akt I SA/Łd 45/20).

Nadmierne wydłużanie terminu przedawnienia zobowiązań podatkowych

Sąd, przywołując orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego, przypomniał, że ustawodawca, kształtując regulacje w zakresie zawieszenia lub przerwania biegu przedawnienia, powinien brać pod uwagę również okoliczności faktyczne istniejące przy egzekwowaniu zobowiązań podatkowych, takie jak sposób zachowania się podatnika (np. czy ukrywa majątek, który mógłby posłużyć ich zaspokojeniu, czy nie). Ponadto, jeśli ustawodawca określił termin, tak jak w tym przypadku 5-letni, na wygaśnięcie zobowiązań podatkowych, to niewydolność organów podatkowych, słabość instytucjonalna państwa nie mogą być usprawiedliwieniem nadmiernie wydłużanego terminu przedawnienia tych zobowiązań.

Organy podatkowe powinny dążyć do tego, aby wyegzekwować spełnienie zobowiązania przez podatnika przed upływem terminu jego przedawnienia. A przecież mają ku temu liczne instrumenty jak chociażby czynności sprawdzające, kontrolę skarbową czy kontrolę podatkową. Wszelkie działania powinny podejmować z odpowiednim wyprzedzeniem, nie zaś utrzymywać stan wymagalności zobowiązania podatnika przez bliżej nieokreślony czas. Takie postępowanie organów narusza jego poczucie bezpieczeństwa i konstytucyjną regułę poszanowania jego godności, jednocześnie stanowiąc wyraz braku zaufania państwa do podatnika.

Ważna dla przedsiębiorców najnowsza linia orzecznicza sądów

Co jednak najważniejsze dla podatników, w zakończeniu uzasadnienia swojego wyroku łódzki sąd podkreślił, że o braku aprobaty dla sztucznego przedłużania ściągalności zobowiązań podatkowych poprzez wszczynanie w tym celu, i jedynie w tym celu, postępowań karno-skarbowych wyraźnie opowiada się nie tylko wcześniejszy (np. wyrok NSA z dnia 17 maja 2016 r., sygn. akt II FSK 974/14, wyrok WSA w Warszawie z dnia 11 grudnia 2017 r., sygn. akt III SA/Wa 3823/16), ale i najnowszy głos orzecznictwa:

„Pogląd, że postępowanie karnoskarbowe nie może być wszczynane jedynie w celu przedłużenia terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego, wyrażono w najnowszym orzecznictwie NSA z dnia 30 lipca 2020 r., sygn. akt I FSK 128/20 oraz I FSK 42/20. Wyrokami tymi oddalono skargi kasacyjne od wyroków WSA we Wrocławiu (…)”. W wyrokach tych WSA we Wrocławiu wskazał, że „Organ przygotowawczy, wszczynając postępowanie karne skarbowe (w fazie ad rem), nie może później nic nie robić zwłaszcza w ramach procedury, w której nie uczestniczy podatnik, a od której uzależniony jest upływ terminu przedawnienia” (sygn. akt I SA/Łd 45/20).

Koniec ze sztucznym wydłużaniem czasu na nękanie przedsiębiorców

„…ustawodawca powinien kształtować mechanizmy prawa podatkowego w taki sposób, aby wygaśnięcie zobowiązania podatkowego następowało w rozsądnym terminie. (…) egzekwowanie długu podatkowego i towarzysząca mu niepewność podatnika co do stanu jego zobowiązań podatkowych nie mogą trwać przez dziesięciolecia” – zawarł w uzasadnieniu swojego wyroku Trybunał Konstytucyjny już ponad 8 lat temu, 17 lipca 2012 r. (sygn. akt P 30/11). Oczywiście przykład niniejszej sprawy pokazuje, że organy nie brały sobie dotąd zbytnio do serca wskazań najwyższej wyroczni prawa w Polsce.

Ale stan ten może zmienić wspomniana wyżej najnowsza linia orzecznicza, potwierdzona wyrokami Naczelnego Sądu Administracyjnego z 30 lipca 2020 r., za którą – jak widać – podążają już wojewódzkie sądy administracyjne. To bardzo ważny dla przedsiębiorców głos orzecznictwa. Wkłada im bowiem w ręce niezwykle silną broń w walce z urzędnikami sztucznie wszczynającymi przeciwko firmom postępowania karno-skarbowe, jedynie celem wydłużania sobie latami możliwości ich kontrolowania i sprawdzania.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Niespodzianka w wyborach? Co z dolarem?

Wygląda na to, że w USA jednak dojdzie do niespodzianki wyborczej. Nie znamy jeszcze wszystkich wyników, ale po podliczeniu większości głosów, więcej elektorów wybrało Donalda Trumpa, a tym samym aktualny prezydent uzyska reelekcję.

Wybory w USA

Na moment pisania tych słów teoretycznie nie znamy wyniku wyborów w USA. Teoretycznie, gdyż patrząc na wyniki cząstkowe widać, że musiałoby się w liczeniu zdarzyć coś bardzo niestandardowego, by Joe Biden zwyciężył w wyborach pomimo ogólnie większej liczby głosów w skali kraju. Powodem tej sytuacji jest elektorski system głosowania, a sztab Donalda Trumpa niemal odpuścił dwa bardzo duże stany Nowy Jork i Kalifornię. W rezultacie całkowity wynik zgodnie z oczekiwaniami jest lepszy po stronie Demokratów. Niespodzianką, również względem prezentowanych tutaj oczekiwań, jest jednak przewaga Republikanów w podziale na konkretne Stany, ale najwyraźniej mocny finisz kampanii przynosi teraz dobre skutki.

Co z dolarem?

Jeszcze wczoraj byliśmy świadkami silnego osłabiania się dolara. W nocy, gdy jednak okazało się, że wcale nie ma wyraźnej przewagi Demokraty, byliśmy świadkami wyraźnego odbicia. W rezultacie dolar był najmocniejszy względem euro od lipca. Warto zwrócić uwagę, że wynik wyborów nie jest jeszcze w pełni potwierdzony, co może sugerować, że czeka nas jeszcze trochę zawirowań na rynku.

Karuzela na PLN

Wczoraj, gdy jeszcze wynik wyborów wydawał się być pewny polski złoty wyraźnie odrabiał straty z ostatnich dni. Punkt przełamania pojawił się wieczorem. Po osiągnięciu poziomu 4,53 zł za euro, kurs wystrzelił i przez moment nad ranem sięgnął dzisiaj 4,60 zł. Teraz stabilizuje się w okolicach 4,57 zł za euro. Sytuacja na innych walutach naszego regionu ma się bardzo podobnie, co wskazuje na dominujący wpływ czynników zewnętrznych – w tym wspomnianych wyborów prezydenckich.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:15 – USA – raport ADP na temat miejsc pracy,
14:30 – USA – handel zagraniczny,
16:00 – USA – raport ISM dla usług.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Dlaczego ceny mieszkań nie spadają? Polityka pieniężna a rynek mieszkaniowy

Spodziewano się spadku cen mieszkań, jednak do tego nie doszło. Po dziewięciu miesiącach spadła jedynie liczba i wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych, o 5,4 proc. licząc rok do roku. Co się dzieje na polskim rynku i na świecie?

Ceny mieszkań w czasie kryzysu są zaskoczeniem, nie tylko na polskim rynku. W USA wzrosły o 6 proc. I był to wzrost najszybszy od kilku lat.

– To jest efekt działań banków centralnych, które po raz pierwszy na taką skalę wypychają pieniądze z bezpiecznych przystani na rynek – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Banki centralne zaburzyły rynek różnych aktywów.

Dziś utrzymywanie pieniędzy na lokatach czy inwestowanie ich w obligacje jest nieopłacalne. Stąd tak duża skala inwestowania w akcje, w złoto i srebro, ale też w mieszkania.

Na polskim rynku nieruchomości jest to popyt gotówkowy, dlatego tak duża jak dotąd akcja kredytowa banków nie jest potrzebna. I to właśnie popyt gotówkowy ma tak duży wpływ na brak spadku cen mieszkań. Nasila go wyjątkowo wysoka inflacja w Polsce.

– W przypadku poprzedniego kryzysu finansowego rentowność polskich obligacji 10-letnich dochodziła do 8 proc., a były banki, które dawały oprocentowanie depozytów w okolicy 10 proc. – dodaje ekspert XTB. – I to była bezpieczniejsza sytuacja od obecnej, umożliwiała przeczekanie aż opadnie kurz, gdy obecnie jesteśmy w sytuacji, że rentowność może coraz bardziej spadać.

Do normalizacji sytuacji na rynku nieruchomości doprowadziłaby podwyżka stóp procentowych. Jednak prawdopodobnie szybko to się nie zdarzy.

Ponad milion mkw. wolnej powierzchni biurowej w Polsce

W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2020 r. na rynku nowoczesnych powierzchni biurowych w Polsce deweloperzy dostarczyli ponad 530 000 mkw. 305 000 mkw. przypadło w udziale ośmiu głównym rynkom regionalnym (Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań, Łódź, Katowice, Lublin i Szczecin), z kolei w Warszawie w tym czasie oddano do użytku 231 600 mkw. Nowa podaż wraz z umiarkowanym popytem spowodowały, że obecnie dostępnych od ręki jest ponad 1,2 mln mkw. powierzchni biurowej. Firma AXI IMMO prezentuje najnowsze dane dla polskiego rynku powierzchni biurowych na zakończenie III kwartału 2020 r.

W strukturze nowej podaży w okresie od lipca do września br. najwięcej nowoczesnej powierzchni biurowej  oddano w Warszawie. Deweloperzy dostarczyli na ten rynek sześć projektów (131 500 mkw.), wśród których największymi były kompleks The Warsaw HUB (Ghelamco, 89 000 mkw.), budynek Biura przy Warzelni (Echo Investment, 24 000 mkw.) i The Park 7 (White Star RE, 10 000 mkw.). W regionach tylko na czterech z ośmiu analizowanych rynków ukończono prace nad nowymi inwestycjami (129 500 mkw.). Najwięcej powierzchni dostarczono we Wrocławiu (48 900 mkw.), Krakowie (38 200 mkw.), Trójmieście (30 400 mkw.) i Łodzi (12 000 mkw.). Natomiast sumarycznie od początku roku w Warszawie oddano ok. 231 600 mkw., z kolei na głównych rynkach regionalnych ponad 305 000 mkw. z czego najwięcej w Krakowie (107 300 mkw.), Trójmieście (60 300 mkw.) i Wrocławiu (57 200 mkw.). Nowa podaż spowodowała, że na koniec III kw. 2020 r. całkowite zasoby powierzchni biurowej w Polsce wynoszą ok. 11,5 mln mkw. Liderem pozostaje Warszawa (5 822 400 mkw.) przed regionalnymi rynkami (ok. 5,7 mln mkw.), wśród których tradycyjnie najwięcej powierzchni znajduje się w Krakowie (1 521 400 mkw.), Wrocławiu (1 235 000 mkw.) i Trójmieście (898 800 mkw.).

„Zgodnie z naszymi wcześniejszymi prognozami rynek biurowy na skutek pandemii COVID-19 przechodzi przez szereg zmian. Zarówno pod względem popytowym jak i podażowym. Po pierwsze widzimy nadal postępujące zmiany w zakresie pracy zdalnej, która wpływa na decyzje najemców odnośnie do długości podpisywanych umów, a przede wszystkim ich rodzaju. Decyzje o ewentualnych planach o ekspansji czy relokacji są odkładane. Po drugie na wszystkich rynkach obserwujemy pogłębiającą się ofertę powierzchni do wynajęcia na zasadach podnajmu. Na zakończenie II kw. 2020 r. wskazywaliśmy, że w Warszawie dostępność tego rodzaju oferty stanowiła około 1% jej całkowitych zasobów, a dziś jest to już ok. 1,5%. Po trzecie część z firm obecnie dużo bardziej przychylnie, jako opcję tymczasową, analizuje elastyczne formy najmu. Po czwarte do czasu uspokojenia się sytuacji na rynku spodziewamy się, że większość z planowanych na najbliższe lata nowych projektów zostanie wstrzymana do min. 70% skomercjalizowana obecnie dostępnych inwestycji,” – wskazuje Martin Lipiński, Dyrektor Działu powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, AXI IMMO.

Na koniec września br. w Polsce wolumen dostępnej od ręki powierzchni biurowej wyniósł 1 238 800 mkw. (10,7%). Najwięcej do wynajęcia od zaraz pozostaje w Warszawie (559 200 mkw.), Krakowie (188 800 mkw.) Wrocławiu (176 500 mkw.) i Trójmieście (84 700 mkw.). Ogółem w regionach wolna powierzchnia na koniec III kw. wyniosła 679 600 m kw. i tylko w ciągu trzech ostatnich miesięcy  wzrosła o ok. 108 000 mkw. Najwięcej powierzchni przybyło we Wrocławiu (43 800 mkw.), Trójmieście (32 100 mkw. i Krakowie (24 400 mkw.). Przyjmując wartości procentowe dla każdego z rynków, w stolicy współczynnik pustostanów osiągnął wartość 9,6% (+1,7 pp. kw./kw. i +1,4 pp. r/r). z kolei w regionach wynosi on 11,9% (+1,7 pp. kw./kw.). Najwięcej procentowo wolnej powierzchni odnotowano w Łodzi i Wrocławiu – 14,3%, Poznaniu – 13,3%, Krakowie 12,4% i Lublinie (10,4%), a najmniej w Katowicach – 7,0%, Szczecinie – 7,3%, Trójmieście – 9% i Warszawie (9,6%).

„Reasumując, obecna sytuacja na rynku jest dobra dla wszystkich podmiotów, które z różnych przyczyn dotychczas zastanawiały się czy wynajęcie powierzchni biurowej w biurowcu to na pewno rozwiązanie skrojone na ich potrzeby. Skorzystanie z oferty podnajmu może w znaczący sposób wpłynąć na ich przyszłe decyzje o rozwoju strukturalnym. Z naszych doświadczeń wynika, że najemcy, którzy zdecydowali się na przetestowanie pracy na elastycznej powierzchni czy w ramach zespołów projektowych u klienta podejmowali decyzję o relokacji ich biznesu z mieszkania czy domu do mniejszego biura w biurowcu. Zmiana niosła ze sobą lepszą organizację i efektywność pracy, a otoczenie innych firm wpływało na podniesienie ich prestiżu” – dodaje Martin Lipiński.

W trzecim kwartale 2020 r. wolumen transakcji najmu na polskim rynku biurowym wyniósł 239 500 mkw. W Warszawie od lipca do końca września br. wynajęto 113 200 mkw. (-40% r/r). natomiast w regionach podpisano łącznie umowy na 126 300 mkw. Najwyższą aktywność najemców odnotowano we Wrocławiu (46 200 mkw.), Trójmieście (30 400 mkw.) i Krakowie (25 300 mkw.). Z kolei podsumowując pierwsze trzy kwartały 2020 r. w Warszawie najemcy wynajęli prawie 447 500 mkw., natomiast w regionach w analogicznym okresie podpisano umowy na 459 500 mkw., najwięcej w Krakowie (140 000 m kw.), Wrocławiu (108 800 m kw.) i Trójmieście (82 100 mkw.). Za popyt w III kw. w Warszawie odpowiadały w podobnym stopniu nowe umowy (47,9%, w tym umowy przednajmu) i renegocjacje/przedłużenia (47,6%). Najniższy wynik przypadł ekspansjom – 4,5%. Z kolei w regionach najwyższy udział w popycie stanowiły odnowienia umów (52%), a następnie nowe umowy (31%) i ekspansje (17%).

* Dane na podstawie Axi Immo Group i PINK.

UOKiK: 1,7 mln zł kary dla spółki Appol za opóźnione płatności dla sadowników

Spółka Appol w nieuczciwy sposób wykorzystywała swoją przewagę kontraktową wobec dostawców jabłek, opóźniając znacząco płatności za zrealizowane dostawy surowca na koncentrat jabłkowy.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny nałożył na przedsiębiorcę karę w wysokości blisko 1,7 mln zł.

Appol należy do chińskiego koncernu Zhonglu Fruit Juice, jednego ze znaczących producentów koncentratu jabłkowego na świecie. Z ustaleń UOKiK wynika, że w latach 2017-2019 spółka notorycznie zalegała z płatnościami wobec polskich dostawców jabłek.

Przedsiębiorca zobowiązał się w umowach o dostawę na zapłatę pieniędzy, w zależności od rodzaju umowy, w ciągu maksymalnie 14 lub 30 dni. W rzeczywistości płacił nawet po 90 dniach. Największe opóźnienia miały miejsce w 2017 r. i dotyczyły ponad 70 proc. wszystkich transakcji. W kolejnych dwóch latach zaległości było mniej – ponad 37 proc. w 2018 i 17 proc. w 2019 r.

– Pacta sunt servanda – zasada wywodząca się z prawa rzymskiego oznacza, że umów należy dotrzymywać. Jeśli spółka Appol deklarowała zapłatę w ciągu maksymalnie 30 dni, wówczas dostawcy jabłek mieli pełne prawo oczekiwać, że w takim terminie otrzymają należne im pieniądze. Wielu z sadowników musiało jednak czekać znacznie dłużej. To niedopuszczalne działanie i przejaw wykorzystywania przewagi kontraktowej przez producenta koncentratu jabłkowego. Dlatego nałożyłem na Appol karę w wysokości blisko 1,7 mln zł – mówi Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK.

To kolejna decyzja UOKiK dotycząca przetwórców owoców. We wcześniejszych rozstrzygnięciach została nałożona sankcja w wysokości 8,3 mln zł na T.B Fruit. Decyzja jest nieprawomocna, przedsiębiorca odwołał się do sądu. Natomiast spółki Rauch, Real i Dohler dobrowolnie zmieniły zarzucane im nieuczciwe praktyki handlowe – skróciły terminy płatności i spłaciły zaległe należności.

Maksymalna kara za nieuczciwe wykorzystywanie przewagi kontraktowej na rynku rolno-spożywczym wynosi 3 proc. ubiegłorocznego obrotu przedsiębiorcy.

Przedsiębiorco, rolniku, jeżeli działasz w branży rolno-spożywczej i twój duży kontrahent wykorzystuje swoja przewagę narzucając niekorzystne dla ciebie warunki współpracy – zawiadom UOKiK. Uruchomiliśmy specjalny formularz, który ułatwi ci zgłoszenie nieprawidłowości. Wejdź i wypełnij: https://ankieta.uokik.gov.pl/formularz-zgloszenie-przewaga/

Polacy pokonają kosmiczną pikselozę

Dzięki polskim inżynierom możliwość powiększania zdjęcia satelitarnego w celu zobaczenia szczegółów niewidocznych w oryginalnym obrazie nie jest już science fiction. Firma KP Labs rozpoczyna nową erę rekonstrukcji zdjęć satelitarnych w ramach projektu „DeepSent”, zakwalifikowanego do finansowania przez Europejską Agencję Kosmiczną (ESA). Projekt rewolucjonizuje dotychczasowe techniki przetwarzania obrazów, zwane metodami rekonstrukcji nadrozdzielczej, które pozwalają na podnoszenie rozdzielczości zdjęć oraz szczegółowości widocznych na nich obiektów.

– Celem projektu DeepSent jest zwiększenie możliwości metod rekonstrukcji nadrozdzielczej stosowanej do multispektralnych obrazów rejestrowanych przez satelity misji Sentinel-2 (to misja obserwacyjna Ziemi realizowana przez satelity Europejskiej Agencji Kosmicznej, przekazujące informacje istotne m.in. dla rozwoju rolnictwa). Zwłaszcza w przypadku, gdy dostępnych jest wiele obrazów tego samego obszaru uchwyconych w różnym czasie. Realizowany projekt zakłada dostosowanie istniejących głębokich sieci neuronowych, służących do rekonstrukcji wieloobrazowej, do przetwarzania obrazów satelitarnych Sentinel-2 – mówi twórca rozwiązania prof. Michał Kawulok, specjalista naukowy w KP Labs.

Techniki rekonstrukcji nadrozdzielczej (ang. super-resolution reconstruction) pozwalają powiększać rozdzielczość zdjęcia w taki sposób, aby można było zobaczyć niewidoczne wcześniej szczegóły, zamiast siatki pikseli. Aby osiągnąć taki efekt zastosowane zostaną algorytmy umożliwiające dobór danych do uczenia sieci, aby rekonstrukcja nadrozdzielcza mogła być realizowana jak najlepiej. Jakość danych treningowych ma kluczowe znaczenie w działaniu sieci neuronowych używanych do rekonstrukcji nadrozdzielczej.

Jak tłumaczy prof. Michał Kawulok: “W pierwszym etapie istniejące sieci zostaną zastosowane do rekonstrukcji nadrozdzielczej obrazów Sentinel-2 w taki sposób, że każde pasmo obrazu multispektralnego będzie traktowane niezależnie, a następnie podjęta zostanie próba wykorzystania korelacji pomiędzy poszczególnymi pasmami. Ważnym celem projektu DeepSent jest opracowanie technik mających na celu podniesienie jakości danych wykorzystywanych do uczenia sieci głębokich realizujących rekonstrukcję.”

Opracowana technologia pozwoli na kilkukrotne powiększenie zdjęcia satelitarnego i dostrzeżenie w nim większej liczby szczegółów. Obrazowania Ziemi dostarczane są między innymi przez europejskie satelity Sentinel i amerykańskie Landsat, które są dużo starsze od Sentineli. Dzięki rozwiązaniom opracowanym w ramach projektu DeepSent będzie możliwe poszerzenie możliwości stosowania obrazów z wcześniejszych satelitów. Mimo, że KP Labs swoje technologie rozwija głównie na potrzeby przemysłu kosmicznego, rozwiązania będą niezastąpione w przypadku ziemskich problemów.

Umożliwi to zwiększenie możliwości wykorzystania zdjęć do mapowania terenu, planowania przestrzennego, wspomoże podejmowanie decyzji w branży ubezpieczeniowej oraz pozwoli na szybką reakcję na sytuacje kryzysowe w celu ochrony środowiska. Jednak technologia ma dużo szersze zastosowanie. Poprawa rozdzielczości może także znaleźć zastosowanie na przykład w radiologii, do powiększania obrazów tomografii komputerowej.

Potencjalne kierunki rozwoju dla branży TSL wobec niepewnych scenariuszy

Niepewność gospodarcza wynikająca z dalszego przebiegu pandemii trwa już od wielu miesięcy. Dodatkowo przewoźnicy muszą dostosowywać się do zmieniających się przepisów prawa. Jednak jak wskazują eksperci, nawet w tym trudnym czasie można realizować strategie, które dają szansę na stabilizację oraz rozwój.

Sytuacja transportu jest wprost zależna od kondycji gospodarki. Spadki wolumenów w przewozach drogowych towarów były więc nieuniknione, skoro na skutek pandemii w II kwartale br. doświadczyliśmy pierwszej większej recesji od początku lat 90. PKB Polski spadł o 8,9% r/r. Gospodarka szybko odbiła, ale wzrost konsumpcji był w dużym stopniu spowodowany realizacją popytu odroczonego. W lepszej sytuacji jest przemysł.

Wybicie w przemyśle ma dużo większe fundamentalne podstawy i dużo lepsze perspektywy. Obserwujemy tzw. efekty substytucyjne, które wiele razy występowały w sytuacjach spowalniania gospodarki europejskiej, a polegające na wypychaniu konkurencji przez polskie firmy dzięki niższym kosztom i cenom. Przemysł może kontynuować ten trend, w odróżnieniu od popytu krajowego, który powoli zaczyna ulegać ponownemu osłabieniu. Dobrą kondycję przemysłu potwierdzają rosnące wskaźniki PMI choćby dla Polski czy Niemiec – twierdzi Piotr Bielski, Dyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych, Santander Bank Polska.

Mimo tego niepewność dotycząca przyszłości gospodarczej rośnie w świetle drugiej fali pandemii.

Wszystko wskazuje na to, że nadchodzące spadki nie będą aż tak dotkliwe. Należy jednak zakładać, że pojawią się ponownie, jeśli nadejdą kolejne fale pandemii, ale każdy z nich powinien być coraz mniejszy. Taki schemat może się powtarzać do momentu pojawienia się medycznego rozwiązania problemu wirusa – dodaje Piotr Bielski.

Do wyzwań gospodarczych doszło kolejne. Finalny kształt uchwalonego w lipcu br. przez Parlament Europejski Pakietu Mobilności rodzi dodatkowe zagrożenia dla krajowych przewoźników. Nowe regulacje mogą istotnie podwyższyć koszty oraz zmniejszyć intensywność prowadzonej przez nich działalności. Dotyczy to przede wszystkim przedsiębiorstw transportowych wyspecjalizowanych w przewozach cross-trade oraz kabotażowych.

Z przepisów, które już weszły w życie, największy wpływ na działalność polskich przedsiębiorstw będzie miał obowiązek odbioru regularnego tygodniowego odpoczynku przez kierowcę poza kabiną oraz powrotu kierowcy do kraju zamieszkania lub siedziby firmy co 4 tygodnie. Od 2022 r. konieczny będzie powrót pojazdu do bazy co 8 tygodni, ponadto zaczną też obowiązywać nowe limity kabotażu oraz zasady delegowania.

W scenariuszu pesymistycznym, skutkiem wprowadzenia Pakietu Mobilności może być spadek pracy przewozowej o 20%, co się przekłada na spadek przychodów branży o 1,3 do 2,0 mld euro. To by się wiązało z trwała utratą 40-60 tysięcy miejsc pracy u krajowych przewoźników w międzynarodowych przewozach – przewiduje Maciej Wroński, Prezes Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska.

Sytuacja rynkowa może sprawić, że część tych zagrożeń uda się jednak przekuć w szanse.

W scenariuszu optymistycznym, spadki mogą mieć charakter przejściowy. Szacuje się, że w Europie brakuje około 500 tys. kierowców. Może nam sprzyjać pandemia, Brexit oraz wojny handlowe między USA a Chinami, które mogą skłaniać producentów do lokowania inwestycji o charakterze produkcyjnym oraz logistycznym na terenie naszego kraju. W efekcie popyt na nasz transport może się szybko odbudować, a wzrost kosztów zostać skompensowany wyższymi stawkami -– zakłada Maciej Wroński.

Na rynku można obecnie dostrzec więcej szans. Dobrym kierunkiem ich poszukiwania są obszary rynku, które długoterminowo są w trendzie rosnącym i jednocześnie były bardziej odporne na kryzys wywołany pandemią. Takim segmentem jest transport intermodalny, który w Europie rośnie nieustannie od 2009 r. Wg UTK w Polsce segment ten zwiększył pracę przewozową o 9,8% w 2019 r., ale też okazał się być antycyklicznym w sytuacji kryzysu. Wzrost nastąpił nawet w II kwartale br. (+5,5% r/r). Masa towarów przewożonych koleją w Polsce maleje, co jest spowodowane głównie spadkiem przewozów masowych. Rośnie natomiast udział transportu intermodalnego w przewozach kolejowych łącznie. W I połowie roku było to 14,4% pracy przewozowej, w porównaniu do 12,7% w 2019 r.

Coraz więcej przewoźników i klientów bierze pod uwagę transport intermodalny jako kierunek rozwoju. Bardzo możliwe, że to właśnie Polska będzie bardzo silnym graczem na rynku przewozów intermodalnych w przyszłości. Transport intermodalny ma wiele silnych stron – rozwiązuje problem z odstępnością kierowców na trasach międzynarodowych, niweluje ryzyko zachorowań, skraca czas dostaw towarów, bo pomija kontrole na drogowych przejściach granicznych, a także jest bardziej ekologiczny –  zauważa Marcin Żurowski, Dyrektor Terminalu Intermodalnego, CLIP Group.

Przepełniony rynek europejski

Potencjał rozwojowy kryje się w nowych kierunkach geograficznych. Pomijając obecny kryzys, rozwój transportu drogowego towarów wewnątrz UE jest ograniczony, ponieważ rynek ten jest dojrzały i nasycony. Praca przewozowa krajów EU28 przekroczyła poziom z 2008 r. dopiero w latach 2017-2019. Według danych Eurostat Polska już obecnie ma duży udział w transporcie ogółem UE (17%) oraz międzynarodowym UE (32%), więc w nieskończoność nie może rosnąć poprzez wypieranie mniej konkurencyjnych krajów.

 

Szans można szukać poza UE. Takim kierunkami są Europa Wschodnia oraz Bliski i Daleki Wschód. Poza Chinami nie są to duże rynki, choć relatywnie szybko się rozwijają. Jednak wcale nie jest łatwo odnieść na nich sukces.

Wydzieliliśmy specjalną spółkę, gdyż kierunki wschodnie wymagają dedykowanego podejścia. Niepewność związana z tymi rynkami wynika z długich dystansów, wyjazdu poza UE i regulacji celnych. Problemem są sytuacje, kiedy z jakiegoś powodu do danego kraju nie można wjechać. Wtedy zostajemy z towarem, skomplikowanymi procedurami i dużą zagadką do rozwiązania. Stąd niezbędnym zasobem są doświadczeni, cierpliwi i pokorni pracownicy ze znajomością przepisów i procedur celnych. Do tego dochodzą różnice kulturowe i bariery psychologiczne. Nie każdy chce jeździć na Wschód w obawie o bezpieczeństwo, ale też z wygody. Kierowcy wolą realizować krótsze kursy do Europy Zachodniej –stwierdza Bartłomiej Łapiński, Dyrektor Zarządzający, Raben East.

Trzeba ocenić szanse, ale też zagrożenia obecne w tych krajach.

Podstawowe pytanie brzmi, czy potrafimy konkurować na Nowym Jedwabnym Szlaku. Mamy tu potężną konkurencję ze strony Białorusi czy Kazachstanu. Ograniczeniem jest również brak możliwości wjechania do Chin. Za to możemy odegrać znaczącą rolę jako hub przeładunkowy – dodaje Bartłomiej Łapiński.

Wolumeny realizowane na rynkach pozaunijnych są zdecydowanie niższe w porównaniu do przewozów wykonywanych w UE. Specjalizacja w określonych kierunkach geograficznych może szczególnie dobrze się sprawdzać w połączeniu ze strategią odejścia od dużych wolumenów i definiowania swojej domeny przez pryzmat wartości przewożonych towarów.

Zawsze jest dobry moment, aby szukać nowych rynków, również niszowych. Znaleźliśmy swoje nisze obsługując sektory wytwarzające produkty wysokiej wartości, jak wyroby farmaceutyczne czy tytoniowe. Dzięki temu można realizować efektywne przewozy do Afryki Północnej, choćby do Maroka. Jednym z czynników sukcesu jest elastyczność floty i zapewnienie powrotów z towarami na potrzeby rynków unijnych – mówi Roman Jarosiewicz, Manager ds. Sprzedaży, Boekestijn Transport Service.

Materiał został przygotowany na podstawie wniosków z eksperckiego webinaru „Transport drogowy w obliczu zagrożeń i nowych szans biznesowych” zorganizowanego przez Związek Pracodawców Transport i Logistyka Polska, Niderlandzko-Polską Izbę Gospodarczą oraz Santander Bank Polska.

15 największych firm budowlanych w Polsce. W 2019 roku odnotowały ponad 32,6 mld zł przychodów

Przychody największych 15 podmiotów budowlanych na polskim rynku przekroczyły poziom 32 mld złotych, co oznacza niewielki spadek o 1,4 proc. w stosunku do 2018 roku. Natomiast rok do roku, głównie za sprawą popytu na usługi budowlane w sektorze infrastrukturalnym, o prawie 20 mld zł wzrosła wartość produkcji budowlano-montażowej. Eksperci firmy doradczej Deloitte, autorzy raportu „Polskie spółki budowlane 2020 – najważniejsi gracze, kluczowe czynniki wzrostu i perspektywy rozwoju branży” odnotowują wzrost średniego zatrudnienia w sektorze budowlanym o prawie 4 proc. rok do roku wraz z jednoczesną stabilizacją historycznych trendów wzrostowych w zakresie kosztów materiałów i płac. Jak zauważają analitycy, pandemia w krótkim okresie prawdopodobnie wpłynie na proces organizacji pracy na budowach i zmniejszenie podaży projektów w sektorze prywatnym. Kołem zamachowym sektora pozostanie realizacja dużych inwestycji publicznych i programów budowy infrastruktury drogowej i kolejowej.

Eksperci Deloitte przeprowadzili ankietę wśród podmiotów z branży budowlanej działających w Polsce. Celem badania, którego wyniki są integralną częścią raportu, było poznanie odczuć branży w zakresie możliwości rozwoju koniunktury, wpływu dywersyfikacji usług, a także ocena najważniejszych ryzyk i szans. Jednym z kluczowych pytań w ankiecie było to -dotyczące  wpływu pandemii COVID-19 na kształtowanie się rynku budowlanego w najbliższej przyszłości.

Polski rynek budowlano-montażowy w 2019 wzrósł o 9 proc. w porównaniu do roku 2018.  Dzięki inwestycjom realizowanym przez przedsiębiorstwa zatrudniające powyżej 9 osób, wartość produkcji osiągnęła 224,3 mld zł (206,2 mld zł rok wcześniej).

W tegorocznym zestawieniu za poziom przychodów odpowiada w znacznej mierze realizacja dużej liczby publicznych projektów infrastrukturalnych. Chodzi głównie o te z zakresu budownictwa drogowego i kolejowego, co było i jest efektem m.in. dotacji z funduszy unijnych oraz rządowych programów budowy dróg i kolei. Wzrost odnotowaliśmy również na rynku budownictwa mieszkaniowego oraz ogólnego, niemniej w kontekście pandemii COVID-19 oczekiwać należy wyhamowania inwestycji w sektorze prywatnym – mówi Maciej Krasoń, Partner, lider sektora nieruchomości i budownictwa Deloitte w Polsce i Europie Środkowej. We wrześniu 2020 roku produkcja budowlano-montażowa mierzona w cenach stałych była niższa o 9,8 proc. rok do roku oraz o 15,5 proc. wyższa w stosunku do sierpnia bieżącego roku. Warto podkreślić, że przez pierwsze 8 miesięcy 2020 r. liczba mieszkań oddanych do użytkowania zwiększyła się o 3 proc. w stosunku do 2019 roku. Spadła natomiast liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia i tych, których budowę rozpoczęto. Jak zauważają eksperci, obserwowane od kilku miesięcy spadki produkcji budowlano-montażowej przypisać należy głównie spowolnieniu gospodarczemu spowodowanemu epidemią COVID-19.

Zmiany na podium

W 2019 roku przychody największych piętnastu spółek budowlanych osiągnęły poziom ponad 32,6 mld zł, co oznacza niewielki spadek rok do roku (-1,4 proc.). Po raz trzeci z rzędu liderem rankingu Deloitte jest Grupa Budimex. Przychody firmy wyniosły 7,6 mld zł, czyli 2,5 proc. więcej niż w 2018 roku. Podobnie jak rok temu za Budimeksem uplasowała się Grupa Strabag z przychodami na poziomie 4,6 mld zł, a zatem wyższymi w stosunku do 2018 roku aż o około 12,5 proc. Na trzecim miejscu jest Grupa PORR, która w najnowszym zestawieniu strąciła z podium Skanska S.A., notując przychody na poziomie 2,3 mld zł, czyli niższe o 14,7 proc. rok do roku.

Grupa Strabag oraz Grupa Mostostal Warszawa to firmy, które w 2019 roku uzyskały największy wartościowo wzrost przychodów – odpowiednio 510,5 mln zł i 256,2 mln zł. Trzeci wynik zanotowała Grupa Budimex, której przychody zwiększyły się w badanym okresie o 182,5 mln zł.

– W tegorocznym zestawieniu pojawili się również dwaj debiutanci. Wzrost przychodów Grupy Goldbeck i Grupy ZUE pozwolił im znaleźć się w gronie 15 największych spółek budowlanych w Polsce pod względem osiągniętych przychodów. Uplasowały się one odpowiednio na 13. i 15. miejscu z przychodami na poziomie 1,2 mld i 996 mln zł. Co warte podkreślenia, Grupa Goldbeck w całości koncentruje się na budownictwie prywatnym, realizując większy wolumen mniejszych kontraktów w porównaniu do spółek, w przypadku których dominują duże kontrakty infrastrukturalne – mówi Paweł Sadowski, Partner Associate w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte. Ekspert dodaje, że Grupa Goldbeck jest beneficjentem m.in. bardzo dobrej koniunktury w sektorze budownictwa magazynowego, który wydaje się być odporny na pandemię z uwagi na przyspieszenie rozwoju e-commerce. W związku z tym można oczekiwać, że zagości na dłużej w rankingu Deloitte.

Efekt pandemii

Eksperci Deloitte zauważają, iż w analizowanym okresie branża odnotowała wzrost średniego zatrudnienia o 3,9 proc., a więc o ponad 16 tys. osób więcej względem 2018 roku. W pierwszym półroczu 2020 roku trend wzrostowy był utrzymany, a przeciętne zatrudnienie wyniosło 428 tys., czyli więcej o 0,5 proc. niż pod koniec 2019 roku. Rosnące zapotrzebowanie na pracowników ma odzwierciedlenie we wzroście płac w sektorze budowlanym. W 2018 roku średnia płaca brutto wynosiła 4 902 zł, rok później było to już 5 215 zł, a więc więcej o 6,4 proc. Oczywiście obecna sytuacja związana z pandemią COVID-19 może wpłynąć na poziom zatrudnienia oraz ilość realizowanych projektów, niemniej dla doświadczonych pracowników w najbliższych latach nie powinno zabraknąć zajęcia.

W ciągu ostatniego roku spadł odsetek przedsiębiorców, którzy nie widzieli żadnych istotnych barier związanych z prowadzeniem działalności w sektorze budowlanym. W lipcu 2020 roku wyniósł on 5,9 proc., co jest wynikiem gorszym niż przed rokiem, gdy wskaźnik ten utrzymywał się na poziomie 8,6 proc. Nadal 60 proc. ankietowanych uważa, że największą barierą prowadzenia działalności w ich branży są wysokie koszty zatrudnienia. To nieco mniej niż przed rokiem, ale wciąż ten czynnik jest najbardziej uciążliwy.

– Jednym z ważniejszych wyzwań dla podmiotów budowalnych są także problemy z rekrutacją pracowników. Przed pandemią przedsiębiorcy radzili sobie między innymi zatrudniając pracowników z zagranicy. Jednak w obecnej rzeczywistości pozyskanie pracownika z Ukrainy czy Białorusi również stanowi wyzwanie. Pandemia COVID-19 z dużą pewnością wywrze negatywny wpływ na poziom nowych projektów, zwłaszcza w sektorze prywatnym, co w rezultacie przełoży się na większą konkurencję na rynku pracownika i mniejszych firm podwykonawczych – mówi Łukasz Michorowski, Partner w dziale Audytu, ekspert usług doradczych dla sektora budowlanego i nieruchomości, Deloitte.

Rośnie WIG Budownictwo

Wśród piętnastu największych spółek budowlanych przedstawionych w rankingu, aż dziewięć jest notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Ich łączna wartość rynkowa wyniosła na koniec 2019 roku niemal 6 mld zł i była wyższa o 1,6 mld zł od łącznej wartości rynkowej tych podmiotów na koniec 2018 roku. W wartościach procentowych wzrost łącznej kapitalizacji giełdowej wyniósł 36 proc. Na 30 czerwca 2020 r. kapitalizacja spółek budowlanych, pomimo pierwszej fali pandemii COVID-19, wzrosła o dalsze 24 proc. względem końca 2019 roku.

Pod względem wartości rynkowej niezmiennie od 2011 roku liderem jest spółka Budimex, z kapitalizacją na poziomie 4,4 mld zł (wzrost o 51,4 proc. r/r), która stanowi ok. 74 proc. całkowitej wartości kapitalizacji wszystkich spółek publicznych z naszego rankingu. Na drugim miejscu uplasowała się Grupa Polimex Mostostal, a na trzecim Grupa Unibep z kapitalizacją na poziomie odpowiednio 509 mln zł oraz 288 mln zł.

Rynki zagraniczne ważne, ale nie kluczowe

Firmą, która w 2019 roku uzyskała największe przychody za granicą jest Grupa Polimex Mostostal. Choć spółka wygenerowała 489 mln zł, to wynik ten był niższy o ponad 5 proc. niż w roku 2018. Działalność eksportowa dużych grup budowlanych skupiona jest na rynkach sąsiednich, przede wszystkim w krajach Europy Wschodniej, a także w Niemczech i na rynkach skandynawskich. Wartość sprzedaży generowanej poza granicami kraju nadal jest jednak relatywnie niewielka. W ujęciu nominalnym średnia uzyskiwanych przychodów z zagranicy dla największych spółek wynosiła w 2019 roku 190 mln zł i była niższa o 4 mln zł od średnich przychodów uzyskiwanych z zagranicy rok wcześniej. Oznacza to spadek o 2 proc.

– Coraz więcej podmiotów w sektorze budowlanym szuka kontraktów oraz odbiorców swoich usług poza rodzimym rynkiem. Taka dywersyfikacja ryzyka działalności będzie niebawem kluczowa, szczególnie gdy wykorzystane zostaną fundusze europejskie przekazane w ramach perspektyw realizowanych z budżetów unijnych. Już teraz sektor, a zwłaszcza spółki o rodzimym kapitale, coraz przychylniej patrzy na rynki zagraniczne, które oferują duże możliwości, choć oczywiście nie bez ryzyka – mówi Maciej Krasoń. Ekspert dodaje, że lokalny rynek pozostaje jednak priorytetem dla największych grup budowlanych w Polsce.

Pomoc państwa na ratowanie i restrukturyzację przedsiębiorstwa

W sierpniu 2020 roku weszła w życie ustawa o udzielaniu pomocy publicznej w celu ratowania lub restrukturyzacji przedsiębiorców. Ma ona trzy cele: ratowanie firmy, udzielenie tymczasowego wsparcia restrukturyzacyjnego oraz umożliwienie właściwej restrukturyzacji.

Przewidziana w ustawie pomoc jest skierowana do bardzo szerokiego grona właścicieli firm, a podstawowym warunkiem jej otrzymania jest łączne spełnienie warunków określonych przez artykuł 141 ust. 1 ustawy „Prawo restrukturyzacyjne” i  przez artykuł 11 ustawy „Prawo upadłościowe”. W pierwszym przypadku konieczne jest, aby przedsiębiorca podjął działalność w danym sektorze przynajmniej trzy lata przed dniem złożenia wniosku  restrukturyzacyjnego udzielenie pomocy publicznej, ponadto pomoc w ramach ustawy nie może być udzielana firmom działającym w branży górniczej i hutniczej, działającym na rynkach, na których występuje strukturalna nadprodukcja oraz należącym do grup kapitałowych ( z pewnymi wyjątkami). Drugi warunek zakwalifikowania się do otrzymania pomocy to spełnienie kryterium niewypłacalności w rozumieniu ustawy „Prawo upadłościowe”. Oznacza to, że przedsiębiorstwo musi spóźniać się w realizowaniu swoich zobowiązań finansowych przez okres co najmniej trzech miesięcy lub zobowiązania muszą przekraczać wartość jego majątku i stan ten musi się utrzymywać przez okres 24 miesięcy. Dla tego drugiego warunku w ustawie opisano szereg kryteriów alternatywnych, umożliwiających sięgnięcie po pomoc publiczną co w praktyce oznacza iż grono podmiotów które mogą być beneficjentami tej ustawy jest stosunkowo szerokie. Co ważne z pomocy publicznej mogą również korzystać przedsiębiorstwa w trakcie postępowania restrukturyzacyjnego bądź zamiarzające takie postępowanie otworzyć. Ewentualne zaległości podatkowe bądź ujawnienie podmiotu w bazach niesolidnych dłużników (np. BIK) również nie jest elementem dyskryminującym możliwość otrzymania pomocy.

Środki finansowe przewidziane przez ustawę będą przyznawane przez Agencję Rozwoju Przemysłu. Wsparcie ma mieć charakter zarówno finansowy, jak i ekspercki. Jak mówi Mariusz Grajda, partner zarządzający i członek zarządu w firmie MGW CCG: – „cały proces finansowania podzielony jest na 3 etapy: opracowanie analizy sytuacji finansowej firmy, przygotowanie planu restrukturyzacyjnego, a następnie jego wdrożenie. Każdy etap określony jest w czasie i na każdy z nich można uzyskać dodatkowe środki. W ramach pierwszego etapu organizacja może otrzymać pomoc na ratowanie, w kolejnych etapach ustawa przewiduje tymczasowe wsparcie restrukturyzacyjne oraz wsparcie na właściwą restrukturyzację przedsiębiorstwa”.

„Firmy znajdujące się w trudnej sytuacji finansowej często nie mają środków na opracowanie i wdrożenie skutecznego planu restrukturyzacji. Ponadto mogą posiadać zaległości względem organów administracyjnych, które wykluczają otrzymanie pomocy w ramach tarcz antykryzysowych. Ustawa o udzielaniu pomocy publicznej w celu ratowania lub restrukturyzacji przedsiębiorców wypełnia tę lukę i dzięki temu może stanowić bardzo pożyteczne narzędzie pomocy dla firm” – dodaje Mariusz Grajda.

Nawet 18 miesięcy wsparcia

Pomoc na ratowanie może być udzielana wyłącznie w formie pożyczki, w celu umożliwienia kontynuowania działalności gospodarczej przez okres niezbędny do opracowania planu restrukturyzacji lub do likwidacji działalności gospodarczej. Ten etap może trwać maksymalnie przez okres 6 miesięcy, a otrzymanie pomocy może być uzależnione od ustanowienia zabezpieczeń. Wysokość pomocy nie może być wyższa niż środki niezbędne do utrzymania działalności operacyjnej przedsiębiorstwa powiększone o ewentualne wydatki związane z przygotowywanymi analizami i wstępnym planem restrukturyzacji  .

Drugi etap pomocy przewidzianej ustawą stanowi tymczasowe wsparcie restrukturyzacyjne. W jego ramach właściciel firmy może otrzymać środki na utrzymanie działalności gospodarczej przez czas niezbędny na opracowanie ostatecznego planu restrukturyzacji. Udzielenie tej formy pomocy jest uzależnione od zatwierdzenia przez ARP uproszczonego planu restrukturyzacji przedsiębiorstwa. Maksymalny czas, na jaki może być udzielone wsparcie, to 18 miesięcy. Jeżeli organizacja korzystała wcześniej z pomocy na ratowanie, okres jej otrzymywania wlicza się do tego terminu.

Ostatnim etapem pomocy przewidzianym przez ustawę jest pomoc na restrukturyzację. Jego celem jest przywrócenie firmie długookresowej zdolności do konkurowania na rynku. W przeciwieństwie do wcześniej omówionych etapów pomocy, może ona być udzielana w różnych formach, między innymi w formie pożyczki, objęcia akcji lub udziałów, objęcia obligacji, zmiany terminów spłat pożyczek, a także w formie ulg lub odroczeń w wykonaniu administracyjnych kar pieniężnych lub odsetek za zwłokę.

Jak mówi Hanna Machowska-Bielawska, Head of Team Banking Counseling w MGW CCG:

–  „Uzyskanie pomocy publicznej przewidzianej ustawą najczęściej wymaga skorzystania przez przedsiębiorcę z usług doświadczonego doradcy restrukturyzacyjnego. MGW CCG wspiera firmy w uzyskaniu dofinansowania oraz przygotowania i wdrożenia elementów związanych z przeprowadzeniem postępowania restrukturyzacyjnego. Przygotowujemy plan restrukturyzacyjny, a także w imieniu dłużnika zawieramy porozumienia z wierzycielami. Udzielamy kompleksowej pomocy, w ramach której pierwszym celem jest odzyskanie równowagi finansowej, a kolejnym uzyskanie trwałej przewagi konkurencyjnej. Sporządzamy również pełną dokumentacją wniosku o udzielenie pomocy publicznej”.

Pomoc dla przedsiębiorstw w ramach ustawy może być udzielana do wysokości środków przeznaczonych na ten cel w budżecie państwa. Wynoszą one 120 milionów rocznie w latach 2020-2029. Warto jednak dodać iż do końca 2021 roku środki przeznaczone na tą pomoc mogą być powiększone o środki unijne przeznaczone na walkę z efektami pandemii.

Ustawa jest elementem realizowanego przez Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii programu „Polityka nowej szansy”. Program ma być odpowiedzią na problemy z finansowaniem działalności, jakie napotykają małe i średnie firmy w związku z aktualnym kryzysem. Jego celem ma być ograniczenie ryzyka przedwczesnej likwidacji przedsiębiorstw a elementami – oprócz „Ustawy o udzielaniu pomocy publicznej w celu ratowania lub restrukturyzacji przedsiębiorców” – są też działania umożliwiające sprawną likwidację firm oraz program „Nowy start”, realizowany przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Ułatwia on ponowne podejmowanie działalności gospodarczej.

Wybory w USA – małe różnice, duże niepokoje

Wynik wyborów prezydenckich w USA nie jest jeszcze przesądzony i wciąż czekamy na rezultaty z kilku stanów. Rozstrzygające wyniki mogą się pojawić dziś wieczorem, ale i dopiero w piątek. Prezydent Trump już ogłosił swoje zwycięstwo, w przeciwnym razie pójdzie z protestem do Sądu Najwyższego. Nerwowość zaczyna przejmować kontrolę nad rynkami.

Wyniki z Wisconsin będą podane dziś po południu czasu polskiego. Pensylwania i Karolina Północna przyjmują głosy listowne do piątku. Wyniki cząstkowe z nierozstrzygniętych stanów sugerują zwycięstwo Trumpa, ale dane są wypaczone przez opóźnione liczenie głosów listownych, z których wyborcy Demokratów korzystali dwukrotnie częściej od Republikanów. Joe Biden potrzebuje tylko 32 głosów elektorskich, co mogą mu zapewniać zwycięstwa w dwóch stanach. Ale Donald Trump polega na aktualnych wynikach cząstkowych i już ogłosił swoje zwycięstwo, a jeśli wyniki się nie potwierdzi, ma zamiar skierować sprawę do Sądu Najwyższego.

W ciągu jednej nocy z rynków wyparowały nadzieje na tzw. „błękitną falę” (wygrana Bidena i odbicie Senatu przez Demokratów). Wynik Bidena jest gorszy niż sugerowały sondaże, a Senat prawdopodobnie pozostanie w rękach Republikanów. Rosną szanse na końcowe zwycięstwo Trumpa lub brak szybkiego rozstrzygnięcia i podtrzymanie niepewności. Oba scenariusze podkopują zaufanie w rajd walut ryzykownych, który miał miejsce na początku tygodnia. USD odrabia straty, silnie tracą NOK i AUD, ale cofają się też EUR/USD i GBP/USD. Nawet jeśli Biden wygra, to bez kontroli w Senacie nie uda mu się przeforsować dużego pakietu fiskalnego. To scenariusz negatywny dla ryzyka.

Rynek akcji jest w chaosie. Błękitna fala byłaby prostym sygnałem dla wzrostów, Biden z Senatem daje wstępne rozczarowanie, ale docelowo oznacza też brak ryzyka wyższych podatków dla firm. Za to Trump podnosi ryzyko kwestionowania wyniku, co dziś rano wywołuje wstrząsy. Ktokolwiek trzyma się jeszcze kupionych akcji, z pewnością liczy, że cały bałagan uda się dziś rozstrzygnąć, teraz najlepiej na korzyść Trumpa. Wall Street wciąż może dziś zamknąć się wzrostami, ale na ten moment niczego nie da się założyć na 100 proc. lub nawet na 70 proc.

Niepewność wyniku wyborów osłabia ponownie złotego. Wczorajszego zjazdu EUR/PLN z 4,60 do 4,53 nie powinno się nazywać umocnieniem złotego, gdyż mylnie kładzie to nacisk na „zasługę” czynników związanych z polską walutą. EUR/PLN spadał we wtorek z pomocą nastrojów globalnych. Rozpędzony rajd ryzykownych aktywów stał się przeszkodą dla strategii sprzedaży złotego pod negatywny rozwój drugiej fali pandemii w Polsce. Perspektywa niekorzystnego zwrotu w czynnikach globalnych skłoniła do domykania transakcji sprzedaży PLN. Dodatkowo mocne odbicie EUR/USD podnosiło ryzyko strat na długich pozycjach w USD/PLN. Dziś sytuacja jest inna. „Błękitnej fali” na pewno nie będzie, a w wyścigu prezydenckich szanse wzrosły na korzyść reelekcji Trumpa lub niepewnego i kontestowanego wyniku. To razem wzmacnia USD (ściąga niżej EUR/USD) lub rodzi podstawy do awersji do ryzyka. Warunki zewnętrzne są teraz co najwyżej neutralne, podczas gdy sytuacja krajowa (wysoka liczba zakażeń, protesty i ryzyko pogłębienia lockdownu) pozostaje nieprzychylna. Dziś o 14:00 rząd ma ogłosić nowe restrykcje. Z kolei posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej zostało przełożone z dziś na piątek bez podania powodu, co obudziło spekulacje o ogłoszeniu nowych narzędzi luzowania polityki monetarnej dla wsparcia działań rządu w walce z COVID-19. Sprzedaż złotego ponownie staje się atrakcyjną strategią.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

5 największych trendów na rynku startupów w 2021

Trwająca niemal od początku roku epidemia koronawirusa SARS-CoV-2 uwydatniła to, że istnieje grupa firm, które mogą czerpać korzyści biznesowe i trwale się rozwijać niezależnie od ogólnej sytuacji gospodarczej kraju. Mowa o startupach, czyli młodych firmach technologicznych. Można pokusić się o stwierdzenie, że doświadczenia płynące z wiosennego lockdownu oraz nowych obostrzeń wskazują kierunek, w jakim startupy będą się rozwijać w nadchodzących miesiącach. Przede wszystkim będzie to rozwój 5G, telemedycyna i praca zdalna.

Wszyscy doskonale kojarzymy takie marki, jak Instagram, Airbnb czy Uber. Firmy te rozpoczynały swoją działalność jako startupy technologiczne – dzięki nowatorskim pomysłom i najnowocześniejszym technologiom osiągnęły światowy sukces, który liczy się w miliardach dolarów zysku oraz milionach użytkowników na całym świecie. Ich historie to świetna nauka dla właścicieli firm technologicznych, którzy dopiero zaczynają podbój światowych rynków. Tym bardziej, że okoliczności temu sprzyjają. W związku z obecną sytuacją gospodarczą i światowym kryzysem zdrowotnym wszyscy zmuszeni jesteśmy zmienić swój dotychczasowy styl życia – tak w wymiarze prywatnym, jak i zawodowym. Co to oznacza dla startupów technologicznych? Iwo Rybacki z Grupy Assay omawia kierunki rozwoju startupów w 2021 roku.

  1. Praca zdalna

Chociaż temat wydaje się oczywisty, wciąż pozostaje ogromne pole do działania dla startupów oferujących rozwiązania ułatwiające pracę zdalną. Wiele funduszy Venture Capital zauważa, że obecne usługi i narzędzia nie rozwiązują wszystkich problemów związanych z telepracą. Jednym z takich zagadnień jest cyberbezpieczeństwo – przykładowo bezpieczeństwo danych udostępnianych podczas rozmów na narzędziach typu Skype, Zoom czy Slack. Oprócz tego, eksperci zauważają również inne wyzwania, jakie niesie ze sobą praca zdalna. Są nimi współpraca pomiędzy zespołami czy automatyzacja procesów. Wszystko to prowadzi do wniosku, że praca zdalna wciąż stwarza ogromne możliwości dla firm technologicznych tworzących narzędzia do współpracy projektowej na odległość.

  1. Zrobotyzowane dostawy

Na polskim gruncie temat właściwie nie istnieje. Wynika to z braku chęci wykorzystania tej technologii w dostawach. Jednak to, co dotychczas wydawało się skomplikowane i droższe od sprawdzonych rozwiązań, stało się jednym z najgorętszych globalnych trendów. Jak można się spodziewać, to Chiny są krajem, który jako jeden z pierwszych wykorzystał roboty do zamówień w celu spowolnienia rozprzestrzeniania się koronawirusa. Mechanizm działania jest szalenie prosty: aplikacje dostawcze zaczęły wykorzystywać autonomiczne pojazdy, czy maszyny do wysyłki zamówień spożywczych do klientów. Na świecie powstaje coraz więcej startupów, które oferują podobne rozwiązania i wydaje się, że będzie ich powstawać jeszcze więcej, biorąc pod uwagę chociażby wzrastający udział handlu elektronicznego w branży spożywczej.

  1. Teleporady i wirtualne leczenie

Branża medyczna to jeden z tych sektorów gospodarki, który w obliczu epidemii zaczął na niespotykaną dotąd skalę wykorzystywać rozwiązania telekomunikacyjne, aby proponować usługi w formie teleporad. Dotyczy to nie tylko sektora prywatnego, lecz także placówek publicznych. Wszystko to jest spowodowane chęcią zmniejszenia ryzyka zakażenia pacjentów i personelu medycznego.

Mimo że indywidualny charakter podstawowej opieki zdrowotnej stwarza potrzebę bezpośredniego spotkania lekarza z pacjentem, okazuje się, że wizyty te w większości mogą być realizowane w formie teleporad. Jak wynika z badań, tylko w tym roku liczba wizyt online wzrosła o 50 proc. w stosunku do poziomu sprzed pandemii. Według firmy badawczej Forrester Research do końca bieżącego roku liczba ta wzrośnie do blisko miliarda. Dla startupów działających zwłaszcza w sektorze opieki zdrowotnej daje to możliwość rozwoju i konkurowania z większymi graczami. Warto podkreślić, że branża healthcare w wirtualnej odsłonie nie ogranicza się tylko do usług medycznych świadczonych drogą telefoniczną czy online. Biotechnologia, automatyzacja prowadzenia dokumentacji medycznej, wykorzystanie sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego do opracowania lekarstw i szczepień, wykorzystanie robotyki to kolejne wielkie zagadnienia, które stawiają ogromne wyzwania przed młodymi firmami technologicznymi.

  1. 5G oraz Internet rzeczy (IoT)

Jeśli chodzi o statystyki, te przedstawiają się następująco: ponad 35 krajów – w tym Polska – uruchomiło już komercyjne usługi 5G. W wymiarze globalnym w sieć 5G inwestuje obecnie ponad 380 operatorów. Nie ma wątpliwości, że przeniesienie wielu aspektów życia do świata wirtualnego stworzyło dużo większe, niż dotychczas zapotrzebowanie na szybszy Internet i dobrze skomunikowane urządzenia w ramach Internetu rzeczy (Internet of Things). Wydaje się, że trwająca epidemia jeszcze bardziej popchnęła do przodu prace nad wdrożeniem 5G.

Na przykładzie Chin widać, że wprowadzenie tej sieci można przeprowadzić w dość sprawny sposób. Startupy mają szereg możliwości wykorzystania zagadnienia 5G do rozwoju swojego biznesu. Warto przyjrzeć się na przykład temu, jak 5G wpływa na rozwój inteligentnych miast oraz zastosowaniu technologii Internetu rzeczy. Może być to zarządzanie sygnalizacją świetlną, oświetleniem publicznym, systemem informacji publicznej, rozwiązaniami stosowanymi w komunikacji miejskiej, monitoringiem przestrzeni publicznej czy czujnikami mierzącymi jakość powietrza.

  1. Edukacja online

W ostatnich miesiącach nastąpił ogromny wzrost zapotrzebowania na platformy umożliwiające naukę online. Większość placówek edukacyjnych, takich jak szkoły, uczelnie czy centra coachingu prowadzą zajęcia z wykorzystaniem platform telekonferencyjnych. Wydaje się, że to rozwiązanie pozostanie w edukacji nawet po ustaniu epidemii, kiedy wszystko wróci do normy. To również otwiera szereg możliwości i wyzwań przed startupami działającymi na rynku telekomunikacji.

Podsumowując, warto podkreślić, że sukces startupów technologicznych w dużej mierze zależy od tego, czy będą one wykorzystywać rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji czy uczenia maszynowego. To trendy, które są na rynku obecne od lat, w ciągu nadchodzącej dekady będą miały kluczowe znaczenie dla młodych firm, które chcą konkurować z większymi, bardziej znanymi markami.

 

ŹRÓDŁA

https://medium.com/swlh/the-5-biggest-startup-trends-for-2021-631434909940

https://www.startechup.com/blog/business-material/whats-the-future-of-tech-startups-in-2021-and-beyond/

https://startuparound.com/read/1592843407.0509927/4-enterprise-developer-trends-that-will-shape-2021-

Samochody elektryczne – przegląd oferty na polskim rynku

Na polskim rynku dostępne jest już ponad 100 modeli samochodów z napędem elektrycznym, a BEV i PHEV oferowane są praktycznie w każdym segmencie. Rosną pojemności akumulatorów, osiągi oraz moce ładowania. Średni zasięg samochodów całkowicie elektrycznych oferowanych w Polsce przekracza 380 km (WLTP). Przedział cenowy nowych samochodów w pełni elektrycznych wynosi od 80 do niemal 800 tys. zł – wynika z najnowszego Katalogu pojazdów elektrycznych PSPA.

PSPA zaprezentowało 4. edycję Katalogu pojazdów elektrycznych. Z raportu wynika, że liczba samochodów z napędem elektrycznym dostępnych na polskim rynku powiększa się z roku na rok. Koncerny motoryzacyjne obecne w Polsce oferują już 101 modeli całkowicie elektrycznych (BEV, ang. battery electric vehicles) oraz hybryd typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles). W 2017 r. polscy klienci mieli do wyboru 33 modeli BEV i PHEV, w 2018 r. 35, zaś w roku ubiegłym – 46.Katalog_EV_2020_grafika_1 Katalog_EV_2020_grafika_2 Katalog_EV_2020_grafika_3 Katalog_EV_2020_grafika_4 Katalog_EV_2020_grafika_6 Katalog_EV_2020_grafika_7 Katalog_EV_2020_grafika_8 Katalog_EV_2020_grafika_ZBIORCZA

– Od momentu publikacji poprzedniej edycji, oferta koncernów motoryzacyjnych w zakresie EV powiększyła się ponad dwukrotnie. Uwzględniając wszystkie warianty bateryjne oraz mocy, ta liczba staje się jeszcze wyższa. W Polsce dostępne są niemal wszystkie modele BEV i PHEV oferowane na zachodzie Europy. Co ważne, samochody z napędem elektrycznym stają się coraz praktyczniejsze, coraz bardziej komfortowe i dla wielu nabywców mogą stanowić już realną alternatywę dla pojazdów konwencjonalnych – mówi Jan Wiśniewski z PSPA.

Partnerami tegorocznej edycji raportu zostały firmy Alphabet, Garo oraz Webfleet Solutions. W katalogu zaprezentowano zarówno modele osobowe, jak i dostawcze (42 BEV i 59 PHEV). Rozpiętość cenowa modeli sprzedawanych na polskim rynku jest bardzo szeroka. Najtańszym samochodem w pełni elektrycznym oferowanym w Polsce jest Škoda CITIGOe iV, dostępna od 82 050 zł, bez uwzględnienia dopłat z programów wsparcia NFOŚiGW. Na przeciwnym biegunie znajduje się Porsche Taycan Turbo S, którego ceny rozpoczynają się od 794 000 zł. Najtańszą hybrydą typu plug-in w Polsce jest natomiast KIA Ceed 1.6 Gdi Plug-in Hybrid w cenie od 127 990 zł, zaś najdroższą – Porsche Cayenne Turbo S E-Hybrid Coupé, za które trzeba zapłacić co najmniej 864 000 zł. Co ważne, w ciągu ostatniego roku na rynku zadebiutował szereg modeli BEV i PHEV należących do popularnych segmentów rynkowych i oferowanych w stosunkowo atrakcyjnych cenach.

– Bez wątpienia, elektromobilność, czyli jeden z dominujących trendów we współczesnej motoryzacji, stała się faktem również na polskim rynku. Każdy znaczący producent samochodów oferuje dziś nie tylko hybrydy typu plug-in, ale także pojazdy w pełni elektryczne. Troska o planetę, niskie koszty eksploatacji i komfort podróży wskazują główne powody tego zjawiska – mówi Krzysztof Leszczyński z Alphabet Polska Fleet Management.

Pojazdy całkowicie elektryczne stają się także coraz bardziej praktyczne w warunkach codziennego użytkowania. Z generacji na generację modele BEV wyposażane są w coraz pojemniejsze akumulatory trakcyjne i w konsekwencji dysponują coraz większymi zasięgami na jednym ładowaniu. W tej kategorii czołowe pozycje zajmują takie pojazdy jak Tesla Model S Long Range (652 km), Tesla Model 3 Long Range (582 km) oraz Volkswagen ID.3 z baterią 77 kWh (546 km). Z Katalogu wynika, że średni zasięg BEV samochodów całkowicie elektrycznych wynosi ok. 380 km (WLTP).

Podobny trend można zaobserwować w segmencie PHEV. Zasięgi hybryd typu plug-in obecnej generacji często przekraczają 50 km w trybie zeroemisyjnym (WLTP). Rekordzistą w tej dziedzinie jest Mercedes-Benz GLE 350 e, który na napędzie elektrycznym może przejechać w teorii 89 km. Kolejne miejsca zajmują BMW X5 xDrive45e (77 km), jak również Land Rover Range Rover Evoque, Mercedes-Benz A 250 e i Mercedes-Benz CLA 250 e (po 65 km).

– Jako jeden z pierwszych dostawców telematyki zaoferowaliśmy funkcjonalności dedykowane pojazdom elektrycznym w ramach naszego rozwiązania do zarządzania flotą WEBFLEET. Już teraz podłączonych mamy kilkaset elektryków. Wzrost różnorodności dostępnych modeli przyspieszy proces elektryfikacji i ułatwi firmom flotowym transformację w kierunku e-mobility – uważa Dariusz Terlecki, Dyrektor Sprzedaży Poland &CEE, Webfleet Solutions.

Wyposażanie EV w pojemne akumulatory trakcyjne idzie w parze z przystosowywaniem ich do coraz większych mocy ładowania i korzystania z ultraszybkich stacji. Przykładowo, Porsche Taycan pozwala na uzupełnianie energii z mocą 270 kW, modele Tesli od 170 do 200 kW, zaś Audi e-tron i BMW iX3 – 150 kW. Do niedawna standardem w przypadku samochodów całkowicie elektrycznych było 50 kW.

– Katalog, którego jesteśmy Partnerem nieprzerwanie od czterech lat, doskonale ilustruje dynamikę rynku e-mobility. Jako producent stacji ładowania, dokładamy wszelkich starań, aby ta dynamika miała odzwierciedlenie w rozwiązaniach, które oferujemy. W 2021r. wejdziemy m.in. z własną stacją prądu stałego DC oraz mocami przerobowymi sięgającymi 8.000 stacji wallbox miesięcznie – mówi Krzysztof Zamożny, Head of Sales E-mobility GARO Polska Sp. z o.o.

Rynek EV zmienia się bardzo dynamicznie, a do sprzedaży regularnie trafiają nowe pojazdy z napędem elektrycznym, dlatego PSPA uruchomiło również aktualizowaną na bieżąco, internetową wersję katalogu w ramach kampanii społecznej elektromobilni.pl (https://elektromobilni.pl/baza-pojazdow/). Kampania elektromobilni.pl to jedna z najbardziej kompleksowych inicjatyw w Europie, której celem jest edukacja i wzrost świadomości społecznej w zakresie rozwoju zeroemisyjnych technologii w transporcie. Organizatorami kampanii są PSPA oraz Krajowy Ośrodek Zmian Klimatu. Elektromobilni.pl zostali objęci patronatem honorowym Ministerstwa Klimatu i Środowiska oraz Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii. W inicjatywę zaangażowało się także kilkadziesiąt podmiotów i instytucji aktywnych w obszarze zrównoważonego transportu w Polsce, w tym koncerny motoryzacyjne: BMW, Daimler, Nissan i Volkswagen, sektor infrastrukturalny: ABB i Nexity oraz instytucje finansowe: PKO Leasing. Wśród partnerów są ponadto: Arval, Garo, GreenWay, Volvo, LOTOS, Energa, innogy Go! oraz MAN. Wśród patronów znalazły się również liczne ambasady, m.in. Niderlandów, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Włoch, Izraela, Niemiec oraz izby handlowe i kilkadziesiąt polskich samorządów, a także organizacje, w tym m.in. UDT, NCBiR, PZPM, PZWLP, Forum Energii, ZPL, ZDS, ITS.

– Centralnym punktem kampanii jest serwis edukacyjny elektromobilni.pl. To źródło rzetelnej informacji na temat elektromobilności w Polsce, które dostarcza wiedzę i narzędzia, niezbędne do podejmowania świadomych decyzji o zamianie pojazdu na elektryczny. W serwisie docelowo znajdzie się 12 narzędzi ułatwiających podjęcie odpowiedzialnej decyzji o przejściu na elektromobilność – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA. – W ramach kampanii uruchomiony został także program Elektromobilna Polska, skierowany do miast, miejsc, instytucji i firm przyjaznych elektromobilności. Każdy podmiot może włączyć się w kampanię i zostać jej ambasadorem. Stworzyliśmy także pierwszy w Polsce klub posiadaczy i użytkowników EV.

Kierunki zmian w budynkach biurowych

Pandemia COVID-19 z dnia na dzień zmieniła sposób w jaki pracujemy i stała się jednym z punktów zwrotnych dla sektora biurowego. Powolny proces adaptowania biurowców do nowych oczekiwań najemców i zmieniających się wymagań rynku obserwowany przed pandemią, w najbliższych kwartałach będzie więc musiał przyspieszyć, z tym, że tym razem zmiany w sektorze biurowym będą zachodziły w wielu obszarach jednocześnie.

Aby zidentyfikować oczekiwane kierunki zmian w sektorze biurowym, zaczęliśmy od analizy nowych potrzeb. Przeprowadziliśmy dwie ankiety, których celem było poznanie oczekiwań pracowników biur i planów najemców. Wyniki ankiety skierowanej do pracowników biur jednoznacznie wskazują, że pandemia przyspieszy rozpowszechnienie się elastycznego modelu pracy, ale jednocześnie potwierdzają, że biura pozostaną niezbędnym elementem modelu pracy. Niemal 80% spośród ponad 1.800 respondentów jest zdania, że po pandemii COVID-19 chciałoby pracować w modelu łączącym pracę zdalną z pracą z biura. Jedynie 9% ankietowanych wybrałoby pracę z domu, a 12% pozostałoby przy dotychczasowym modelu pracy wyłącznie w biurze.

Wobec takich wyników, chcieliśmy poznać plany najemców i przeprowadziliśmy ankietę, w której udział wzięło 225 firm posiadających łącznie 927 biur w Europie. Większość najemców potwierdza, że biura są niezbędne, ale powinna zmienić się ich funkcja, ponieważ ich pracownicy mają nowe oczekiwania wobec biura. Kluczowe wnioski płynące z tej ankiety to:

  • 60% najemców jest przekonanych, że potrzebuje nowej strategii dotyczącej miejsca pracy,
  • 40% przewiduje, że obłożenie biura będzie mniejsze i potrzebuje w biurze więcej miejsca do współpracy,
  • 80% chce przywiązywać większą wagę do zdrowia i bezpieczeństwa pracowników,
  • 41% rozważa włączenie do swojej strategii powierzchni elastycznych,
  • 44% rozważa zwiększenie wykorzystania nowych technologii w miejscu pracy.

W rezultacie, należy oczekiwać, że część najemców wprowadzi w związku z tym nowe kryteria wyboru biur. Jednak wobec drugiej fali pandemii i oczekiwanego spowolnienia gospodarczego, aktualnie wśród najemców dominuje strategia „przeczekania i obserwowania jak zmieni się rynek”. Pierwsze symptomy zmieniającego się podejścia najemców w sektorze biurowym są już widoczne. O ile wolumen transakcji najmu w pierwszej połowie roku napędzany był negocjacjami rozpoczętymi jeszcze przed pandemią, to obecne dane wyraźnie już pokazują ograniczenie aktywności najemców. W Warszawie w minionym kwartale zostało wynajęte najmniej powierzchni biurowej od dekady, natomiast w regionach najemcy wynajęli o 40% mniej powierzchni niż w analogicznym okresie przed rokiem. Warto również spojrzeć na zmiany w strukturze transakcji najmu. Podczas gdy w ostatnich latach przeważały nowe umowy i umowy typu pre-let, w III kwartale 2020 połowa wynajętej powierzchni biurowej w największych miastach to renegocjacje wcześniejszych umów najmu, niejednokrotnie podpisane na relatywnie krótki okres.

Spadek aktywności najemców przełożył się na wzrost współczynnika pustostanów odnotowany w ciągu minionego pół roku. Od kwietnia do września 2020 roku oferta powierzchni niewynajętej w największych ośrodkach biznesowych w Polsce powiększyła się o 300.000 m2, a największy wpływ na wzrost pustostanów w ostatnich dwóch kwartałach miało oddanie do użytku dość dużej liczby nie w pełni skomercjalizowanych obiektów. W rezultacie, w większości największych miast współczynnik pustostanów przekroczył już 10%. Warto jednocześnie podkreślić, że faktyczna oferta dostępnej powierzchni biurowej jest zdecydowanie szersza. Część firm rozważa zmianę modelu pracy, dlatego decydują się na zredukowanie aktualnie zajmowanej powierzchni biurowej i podnajęcie części swojego biura. Na koniec września 2020 roku w największych miastach w ramach podnajmu oferowane było już ponad 240.000 m2 biur, czyli niemal dwukrotnie więcej niż w poprzednim kwartale.

Co ważne, długi proces inwestycyjny nie pozwala deweloperom na elastyczną reakcję na nowe okoliczności rynkowe. W rezultacie, w sektorze biurowym nadal utrzymuje się wysoka aktywność deweloperów, a na etapie realizacji mamy ponad 1,6 mln m2 nowej powierzchni biurowej. Zgodnie z harmonogramami deweloperów, podaż powierzchni biurowej oczekiwana w 2020 i 2021 roku może być najwyższa od lat i przekroczyć 800.000 m2 rocznie, co z pewnością poskutkuje dalszym znaczącym wzrostem współczynnika pustostanów.

Właściciele budynków i deweloperzy stają przed coraz większymi wyzwaniami. Nowa sytuacja rynkowa zmieniająca się w wyniku pandemii COVID-19 i spowolnienia gospodarczego wymusza na właścicielach zarówno nowych, jak i istniejących budynków biurowych zmianę strategii wynajmu wobec obecnych i przyszłych najemców. Właściciel budynku, przygotowując się do procesu negocjacji czy renegocjacji umowy najmu, powinien być teraz nastawiony przede wszystkim na dialog z najemcą.

Jednocześnie, najemcy, wybierając nowe biuro czy przedłużając umowę najmu, muszą mieć pewność, że właściciel budynku w trosce o zdrowie pracowników najemcy, wprowadza w nieruchomości możliwe zmiany oraz ulepszenia wpływające na komfort i bezpieczeństwo pracy. Z przeprowadzonych przez nas analiz jednoznacznie wynika, że biurowce oferujące udogodnienia i usługi, które mają na celu promocję zdrowia i poprawę samopoczucia będą zdecydowanie wyżej cenione przez najemców.

Wobec zmian jakie rynek wymusza na właścicielach budynków, to biura z możliwością elastycznej aranżacji stają się najbardziej pożądanym rozwiązaniem, choć wiemy, że ich przygotowanie nie jest proste i dla wszystkich użytkowników jednakowe.

Nowa sytuacja rynkowa będzie skłaniała niektóre firmy do stosowania modelu hybrydowego, który zakłada łączenie długoterminowej umowy najmu biura z krótkoterminowym wynajmem przestrzeni coworkingowej oferując pracownikom możliwość pracy zdalnej. W rezultacie, biura coworkingowe, których operatorem jest właściciel budynku, mogą stać się atutem wyróżniającym budynek.

Na pewno oczekujemy również, że wpływ nowych technologii na zmieniające się środowisko pracy będzie zdecydowanie bardziej odczuwalny niż dotychczas. Do tej pory branża proptech koncentrowała się przede wszystkim na poszukiwaniu rozwiązań, które wpływają na podniesienie komfortu użytkowników, a jednocześnie obniżają koszty eksploatacji budynku. W obliczu pandemii COVID-19 i związanych z nią obostrzeń, zakres poszukiwanych funkcjonalności nieco się zmienił stawiając w centrum uwagi kwestie bezpieczeństwa użytkowników budynków.

To jedynie kilka przykładów kierunków zmian, których spodziewamy się w sektorze biurowym. Zmieniające się oczekiwania najemców z pewnością przyspieszą zmiany w podejściu właścicieli biurowców, ponieważ to właśnie rozwiązania pozytywnie wpływające na samopoczucie pracowników w budynku i elastyczność właściciela budynku wobec najemcy zadecydują o uzyskaniu przewagi konkurencyjnej biurowca.

Elżbieta Czerpak, Dyrektor Działu Badań Rynku, Knight Frank