Do startu przyszłotygodniowego posiedzenia FOMC pozostały tak naprawdę dwie istotne publikacje makro – czyli inflacja CPI oraz PPI. Te figury poznamy odpowiednio w środę oraz w czwartek. Rynek nadal oczekuje, że Fed obniży stopy procentowe w tym roku łącznie o 100 punktów bazowych. Pozostały jedynie 3 termin, więc na obniżka o 50 punktów bazowych musiałaby być zrealizowana albo we wrześniu albo w listopadzie albo w grudniu. Implikowane prawdopodobieństwo wskazuje, że większe szanse na mocniejszy ruch przypadają na jesienne posiedzenia. Wrzesień na ten moment jest wyceniany na poziomie niecałych 30 proc.
Nie ma wątpliwości, że rynek pracy w USA się ochłodził. Teraz najważniejsze pytanie brzmi w jaki sposób Fed oceni to spowolnienie i dostosuje parametry polityki monetarnej. Pamiętajmy, że Powell w klarowny sposób zakomunikował, że dalszy regres na tym polu nie będzie mile widziany. Dane jednak jeszcze nie wskazują dają przesłanek, że gospodarkę amerykańską czeka „twarde lądowanie”. Historia pokazuje, że Rezerwa Federalna decydowała się na mocniejszą reakcję w przeszłości, kiedy zatrudnienie w sektorze pozarolniczym spadało w miesiącach poprzedzających decyzję (były to wartości ujemne). Tak było w 2001 oraz 2007 roku. Aktualnie sytuacja jest zdecydowanie lepsza. Porównując również aktualną stopę bezrobocia z tamtymi okresami, rok 2024 ponownie wygrywa. Dodatkowo uważam, że ruch o 50 pb we wrześniu mógłby spowodować wzrost rynkowej awersji do ryzyka a dominującą interpretacją takiej decyzji mogłaby być ta, która mówi, że Fed jest jest spóźniony z reakcją i chce nadrobić zaległości. Uważam również, że mogłyby urosnąć spekulacje, że bank centralny wie więcej na temat aktualnej sytuacji gospodarczej i że ta nie jest tak dobra jak sugerują publicznie dostępne wskaźniki.
Prognozy dotyczące danych CPI wskazują, że zasadniczy CPI w ujęciu rok do roku powinien znacznie się obniżyć z 2,9 proc. do 2,6 proc. a bazowy pozostać na poziomie 3,2 proc. Dynamika miesięczna według oczekiwań ma ustabilizować się na pułapie 0,2 proc. i wynieść tyle samo co wartości lipcowe. Publikacja zbliżona do konsensusu powinna ucieszyć Rezerwę Federalną ale prawdopodobnie nie będzie czynnikiem, który może wpłynąć na decyzję o mocniejszej zmianie parametrów polityki monetarnej za tydzień. Jeśli CPI zostałoby podbite do wyższych wartości (co stanowiłoby negatywną niespodziankę), wówczas szansa na większe cięcie ze strony Fed prawdopodobnie zostanie w pełni zredukowana przez rynek, co mogłoby wpłynąć na aprecjację USD.
Oczekujemy, że na kolejnym posiedzeniu 12 września EBC po raz drugi w tym roku obniży stopę depozytową do 3,50% po przerwie w lipcu.
W obliczu spadku inflacji do 2,2% r/r w sierpniu, poluzowanie restrykcyjnego nastawienia jest uzasadnione.
W przyszłości EBC będzie podążał za stopniowym cyklem cięcia, osiągając stopę końcową na poziomie 2,5% w połowie 2025 roku.
Jednak przy rekordowo niskim bezrobociu, silnym wzroście płac i lepkiej inflacji bazowej, EBC nie spieszy się i prawdopodobnie będzie kładł nacisk na ostrożne podejście zależne od danych.
EBC wkrótce dokona drugiej obniżki stóp procentowych w tym roku, ponieważ cel inflacyjny jest coraz bliżej. Na kolejnym posiedzeniu 12 września EBC prawdopodobnie obniży stopę depozytową o 25 pb do 3,50%, co będzie drugą obniżką w tym cyklu po przerwie w lipcu. Należy zauważyć, że stopa dla głównych operacji refinansujących (MRO) i MLF (Marginal Lending Facility – stopa wg. której EBC udziela pożyczek w euro bankom komercyjnym mającym siedzibę w strefie euro) spadnie nawet o 60 pb do 3,65% i 3,90% z przyczyn technicznych, aczkolwiek bez żadnego wpływu na gospodarkę.
Wraz ze spadkiem inflacji w sierpniu do uspokajającego poziomu 2,2% r/r, poluzowanie restrykcyjnego nastawienia jest uzasadnione. Istnieją jednak pewne zastrzeżenia. Inflacja w strefie euro spadła z 2,6% r/r do 2,2% w sierpniu, co jest najniższym odczytem od 2021 roku. Było to jednak w dużej mierze spowodowane efektami bazowymi i spadkiem komponentu energetycznego inflacji. Inflacja bazowa tylko nieznacznie spadła z 2,9% r/r do 2,8%. Co bardziej niepokojące, miesięczna zmiana cen bazowych przyspieszyła nawet do 0,3% m/m. Tak więc, choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że cel inflacyjny jest w zasięgu celu EBC, sekwencyjnie inflacja bazowa utrzymuje się uparcie powyżej 3% od sześciu miesięcy (wykres 1). Jest to nadal napędzane przez inflację cen usług, która nawet wzrosła do najwyższego odczytu od prawie roku (4,2% r/r), choć spowolniła sekwencyjnie. Inflację w usługach nadal napędza historycznie wysoki wzrost płac. Podczas gdy wciąż można oczekiwać spowolnienia tempa wzrostu płac, a następnie powinno ono przełożyć się na spowolnienie cen usług wraz z niższym popytem, obecnie nie ma jeszcze oznak tego w twardych danych. Z drugiej strony, wskaźniki oparte na ankietach wykazują oznaki złagodzenia, a podkomponent cen nakładów na usługi PMI (w dużej mierze napędzany przez płace) spadł w sierpniu do 58,0, najniższego poziomu od 2021 r. (wykres 2). W tym kontekście wszystkie oczy będą zwrócone na oczekiwania ekspertów EBC. Są one aktualizowane co kwartał, ale Allianz Trade nie spodziewa się żadnych istotnych zmian.
Wykres 1: Miary inflacji zasadniczej i bazowej, %
Źródła: LSEG Datastream, Allianz Research
W przyszłości Allianz Trade spodziewa się jeszcze jednej obniżki stóp EBC w 2024 r. i osiągnięcia stopy końcowej na poziomie 2,5% do połowy 2025 r. Chociaż niekorzystne efekty bazowe spowodują ponowny wzrost inflacji zasadniczej do blisko 3% pod koniec tego roku (wykres 1), Allianz Trade uważa, że EBC przeanalizuje te anomalie statystyczne i będzie kontynuował stopniowy cykl łagodzenia. Mimo to oczekujemy, że cykl obniżek stóp procentowych przyspieszy, przesuwając jedno cięcie z 2025 na 2024 rok. Ponieważ gospodarka amerykańska wykazuje coraz większe oznaki słabości, a Fed spodziewa się odpowiednio większej liczby cięć do końca roku niż kilka miesięcy temu, ryzyko rozbieżności w polityce transatlantyckiej zanika. Niweluje to jeden z argumentów przemawiających za przedłużającą się pauzą EBC. I choć inflacja bazowa jest nadal silna, a wzrost gospodarczy ożywia się, obecne stanowisko EBC jest nadal bardzo restrykcyjne. Realne stopy procentowe stają się nawet coraz bardziej restrykcyjne w obliczu dezinflacji. W tym kontekście dalsze luzowanie polityki pieniężnej jest rzeczywiście uzasadnione. Nadal oczekujemy, że stopa końcowa na poziomie 2,5% zostanie osiągnięta do połowy 2025 r., kiedy to oczekuje się, że inflacja osiągnie cel w sposób zrównoważony. W tej perspektywie nadal jesteśmy po jastrzębiej stronie w porównaniu do oczekiwań rynkowych, które obecnie wyceniają około dwie i pół obniżki stóp procentowych w tym roku oraz stopę docelową na poziomie około 2,2%, która ma zostać osiągnięta w drugiej połowie przyszłego roku.
Wykres 2: Prognoza cen czynników produkcji PMI i składników inflacji bazowej, %, wskaźnik
Źródła: LSEG Datastream, Allianz Research. Uwaga: Kropkowane linie odnoszą się do prognozy Allianz Research. Ceny PMI dla usług i produkcji są przesunięte o dwanaście miesięcy do przodu.
Wraz ze stabilizacją spreadów w strefie euro, EBC może przyspieszyć zacieśnianie ilościowe zgodnie z oczekiwaniami, a dyskusje na temat instrumentu ochrony transmisji (TPI) ponownie zeszły na dalszy plan. Zgodnie z naszymi bazowymi założeniami, zamieszanie związane z wyborami we Francji i późniejszy impas polityczny pogorszyły perspektywy dla Francji, a to przekształciło się w ogólnoeuropejskie ryzyko. W rezultacie spready obligacji skarbowych w strefie euro w dużej mierze powróciły do normy, choć obecnie rynek postrzega atrakcyjność inwestycyjną Francji na równi z Hiszpanią (wykres 3). Zacieśnianie ilościowe przyspieszyło w lipcu, jak już ogłoszono w grudniu ubiegłego roku przez EBC, z dodatkowymi 7,5 mld EUR miesięcznie z programu PEPP, oprócz średnio 30 mld EUR miesięcznie z programu APP. Ponadto pozostałe 85 mld EUR (z ponad 2 bln EUR) pozostających do spłaty TLTRO zostanie spłacone do końca roku, ostatecznie kończąc (na ten moment) kolejny rozdział niekonwencjonalnej polityki pieniężnej.
Wykres 3: Spready obligacji skarbowych strefy euro, pb
Źródła: LSEG Datastream, Allianz Research
We wtorek odbędzie się debata prezydencka między Kamalą Harris a Donaldem Trumpem, która może znacząco wpłynąć na dynamikę kampanii i decyzje Amerykanów 5 listopada. Eksperci Saxo kreślą krajobraz przed debatą, a także przedstawiają trzy możliwe scenariusze wyborcze i oceniają ich potencjalny wpływ na rynek akcji.
Od szokującego wyniku wyborów w 2016 roku, kiedy Trump zasiadł w Białym Domu, stawka w wyborach w USA gwałtownie wzrosła. Odnosi się to również do światowych rynków finansowych, na których, jak zauważają eksperci Saxo, królują obecnie właśnie amerykańskie akcje i to na niespotykaną dotąd skalę. Stanowią one aż 65% wagi indeksu MSCI ACWI, obejmującego zarówno rynki rozwinięte, jak i wschodzące, w tym Chiny. Nic dziwnego, że we wtorek uwaga inwestorów skoncentruje się na debacie. W badaniu przeprowadzonym wśród użytkowników platformy Saxo, nadchodzące wybory w USA zostały wymienione jako jeden z kluczowych czynników wpływających na decyzje inwestycyjne w bieżącym kwartale.
– Odbywająca się we wtorek debata prezydencka to jedno z kluczowych wydarzeń przed 5 listopada, które może znacząco przechylić szalę zwycięstwa na jedną ze stron i wpłynąć na ostateczny wynik. Szczególnie, jeśli jakaś część wyborców nagle zobaczy Trumpa lub Harris w zupełnie innym świetle niż dotychczas – zauważa John J. Hardy, Główny strateg makroekonomiczny, Saxo.
Krajobraz przed debatą
Badania sugerują, że Amerykanie nigdy wcześniej nie byli aż tak podzieleni w istotnych kwestiach politycznych. Kierunki polityczne zaproponowane przez Harris i Trumpa są skrajnie różne. Jednocześnie trwa walka o niezdecydowanych wyborców.
– Często, gdy coraz bardziej zbliżamy się do dnia wyborów, kandydaci, starają się nie pokazywać swoich skrajnych poglądów, by przekonać niezdecydowanych, niezwiązanych z żadną partią. Trump stara się unikać wrażenia, że jest zbyt określonym przeciwnikiem aborcji, ponieważ znaczna część Amerykanów (około 60-40%) uważa, że terminacja ciąży powinna być legalna w większości przypadków – zauważa John J. Hardy, Główny strateg makroekonomiczny, Saxo.
Jak twierdzi ekspert, Harris również zbliża się ze swoimi poglądami w kierunku centrum.
– W jej kampanii królują spoty, które pokazują ją jako nieugiętą w kwestii południowej granicy USA, co miałoby zamazać wrażenie, że Demokraci są zbyt łagodni w kwestii nielegalnej imigracji. I dodaje – kandydatka proponuje również skromniejszą podwyżkę podatku od długoterminowych zysków kapitałowych niż Biden i czterokrotne zwiększenie podatku od wykupu akcji spółek – z 1% do 4%. To ostatnie niemal całkowicie zniechęciłoby firmy do wykupu akcji na rzecz wypłaty dywidend. Byłaby to ogromna zmiana, która kompletnie przeobraziłaby krajobraz dywidend w przeciętnej amerykańskiej firmie. Około trzy czwarte firm z indeksu S&P 500 w USA wykupuje akcje, co w okresie 12 miesięcy do marca osiągnęło wartość około 800 miliardów dolarów.
Trzy scenariusze
Obecnie eksperci Saxo dostrzegają trzy kluczowe scenariusze wyborcze, które mogą odbić się na rynkach w różny sposób. Ich prawdopodobieństwa odnoszą się do początku września. Szanse obu kandydatów są jednak bardzo wyrównane i mogą się zmieniać, między innymi po nadchodzącej debacie.
Trump zdobywa wszystko: W tym scenariuszu Trump wygrywa, a Republikanie mają większość zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie.
Prawdopodobieństwo: 45%.
Ten scenariusz najpewniej przyniesie dalsze cięcia podatkowe, mimo że sytuacja związana z zadłużeniem USA jest znacznie gorsza niż przed cięciami z 2017 roku. Trump zapowiedział także, że będzie dążył do deregulacji w wielu sektorach. W polityce zagranicznej pełne zwycięstwo Trumpa mogłoby oznaczać mniejsze wsparcie dla Ukrainy. Cięcia podatkowe i prawdopodobnie zwiększone wydatki mogłyby pomóc gospodarce USA uniknąć recesji. Odbyłoby się to jednak za cenę nowej fali inflacji, wynikającej z rosnącego zadłużenia USA i obiecanej przez Trumpa deportacji milionów imigrantów, co z kolei przełożyłoby się na jeszcze bardziej napiętą sytuację na rynku pracy.
Harris i impas: W tym scenariuszu Harris wygrywa, a Demokraci zdobywają Izbę Reprezentantów, ale nie Senat.
Prawdopodobieństwo: 45%.
To prawdopodobnie najgorszy scenariusz dla gospodarki USA, ponieważ Harris i Demokraci mieliby w nim bardzo ograniczoną możliwość wdrażania jakichkolwiek inicjatyw. To z kolei może prowadzić do braku możliwości prowadzenia nowej polityki fiskalnej, a nawet przedłużenia dużych programów wdrożonych pod rządami Bidena i Trumpa. W efekcie mogłoby to wywołać lub pogłębić recesję. Scenariusz impasu byłby korzystny dla gigantów naftowych i gazowych, ponieważ transformacja ekologiczna promowana przez Demokratów musiałaby się zmierzyć z oporem i opóźnieniami.
Harris zdobywa wszystko: Harris wygrywa, a Demokraci kontrolują zarówno Izbę, jak i Senat.
Prawdopodobieństwo: 10%.
Choć ten scenariusz jest najmniej prawdopodobny, to nie można go wykluczyć, biorąc pod uwagę aktualny impet kampanii Harris oraz sygnały świadczące o tym, że Demokraci mogą zdobyć wystarczającą liczbę mandatów w Izbie Reprezentantów. To jednak kontrola nad Senatem będzie tu znacznie większym wyzwaniem. W tym scenariuszu można spodziewać się większego wsparcia dla Ukrainy oraz mniej agresywnej polityki wobec Chin. Harris wyraziła zamiar podniesienia stawek podatkowych dla korporacji oraz podatków od zysków kapitałowych, co mogłoby negatywnie wpłynąć na wyceny akcji i przynieść krótkoterminowe spadki na rynkach. Jednak są sektory, które dzięki ukierunkowanym wydatkom fiskalnym, mogłyby liczyć na znacznie większe korzyści, niż w jakimkolwiek innym scenariuszu.
Lista akcji, na które warto zwrócić uwagę przy różnych wynikach wyborów w USA
Na podstawie analizy trzech możliwych scenariuszy dotyczących wyników wyborów w USA, eksperci Saxo stworzyli trzy zestawy inspiracji, które mogą pomóc w zrozumieniu, jak te wybory potencjalnie wpłyną na rynki. W miarę wzrastającej niepewności co do wyniku wyborów, reakcje mogą być bardziej punktowe i zmienne, szczególnie w noc wyborczą 5 listopada, podczas liczenia głosów.
Trump zdobywa wszystko: w tym scenariuszu eksperci zwrócili szczególną uwagę m.in. na firmy takie jak Rheinmetall AG, JPMorgan Chase & Co., Chevron Corp., Newmont Corp., Kongsberg Gruppen ASA, czy BXP Inc..
Harris i impas: może szczególnie wpłynąć na akcje m.in. Eli Lilly & Co., Walmart Inc., UnitedHealth Group Inc., Chevron Corp., Procter & Gamble Co., czy NextEra Energy Inc..
Harris zdobywa wszystko: scenariusz, w którym zdaniem ekspertów na korzyści mogą liczyćin. NVIDIA Corp., Intel Corp., First Solar Inc., UnitedHealth Group Inc., Enphase Energy Inc., czy Siemens AG.
Indeksy w dół, dolar lekko silniejszy a rentowności amerykańskich papierów dłużnych na niższych poziomach. Złoto poniżej 2500 USD a ropa najtańsza od marca 2023 roku. To obraz rynku po piątkowych, najważniejszych na ten moment danych z gospodarki USD – czyli raportu NFP. Obyło się bez spektakularnej zmienności. Awersja do ryzyka lekko wzrosła ale indeks strachu VIX jest wciąż daleki od ekstremalnych poziomów, które doświadczyliśmy miesiąc temu.
Raport z amerykańskiego rynku pracy nie dał jasnej wskazówki co zrobi Fed 18 września. Mowa tutaj oczywiście o skali luzowania monetarnego. Inwestorzy wciąż zastanawiają się czy będzie to 25 czy może jednak 50 punktów bazowych. Reakcja rynkowa pokazuje, że po publikacji dużo było zawahań w jaki sposób interpretować dane. Pewne elementy zawiodły i były poniżej rynkowego konsensus, niektóre mówiąc kolokwialnie „dowiozły” wynik. Ostatecznie indeksy skończyły dzień na minusie, dolar uległ lekkiej aprecjacji a a na rynku długi widać było spadek rentowności.
Wszyscy ci, którzy oczekiwali, że w piątek otrzymają powtórkę wydarzeń sprzed miesiąca, mogą czuć się rozczarowani. Po 14:30 obserwowaliśmy huśtawkę wahań notowań na rynkach finansowych. Wszystko dlatego, że interpretacja danych nie należała tym razem do łatwych i klarownych.
Spójrzmy na konkrety. W sierpniu główna liczba, czyli przyrost miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych, wyniósł 142 tys. co dało wynik poniżej prognoz, które oscylowały wokół 165 tys. Należy tu także nadmienić, że obydwa poprzednie odczyty, te za lipiec oraz czerwiec, łącznie zostały zrewidowane w dół o 89 tys. Pozytywem był spadek stopy bezrobocia do wartości 4,2 proc. z 4,3 proc. Wzrosły mocno średnie płace godzinowe zarówno w ujęciu miesiąc do miesiąca jak i rok do roku.
Po słabym raporcie lipcowym uczestnicy rynku zadawali sobie pytanie jak duży wpływ na wynik miały czynniki jednorazowe i czy tak duże rozczarowanie było jedynie pewnego rodzaju „wypadkiem przy pracy”. Późniejsza rewizja danych rocznych (do marca 2024 roku) o ponad 800 tys. miejsc pracy utwierdziła rynek w przekonaniu, że następuje spowolnienie i są już widoczne jego pierwsze efekty. Sam fakt, że Fed tak mocno położył nacisk na dane NFP, dało rynkom pole do jeszcze większych spekulacji, że w gospodarce zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Mówiło się o możliwym wpływie huraganu Beryl, choć BLS w komunikacie stwierdził, że wpływ tego zjawiska atmosferycznego na dane był marginalny.
Nie ulega wątpliwości, że dane pokazują spowolnienie, ale jest ono sukcesywne i nie doświadczyliśmy większych tąpnięć. Z pozytywnych informacji można podać wydłużenie średniego tygodnia pracy. Otrzymaliśmy również wzrost zarobków godzinowych. Wciąż jednak przytaczana reguła Sahm sygnalizuje recesję, bowiem wysyłany przez nią wskaźnik wynosi obecnie 0,57 punktu procentowego, a progiem jest poziom 0,5 proc.
Dane są dość słabe, nieco lepsze od lipca ale nie wywołują na rynku paniki. Powołując się na statystykę powinniśmy zakładać, że zostaną one za miesiąc zrewidowane w dół, bo taka tendencja panuje od wielu miesięcy. Rynek kontraktów futures w pierwszych minutach po publikacji zaczął mocniej wyceniać możliwość cięci stóp o wartość 50 punktów bazowych w tym miesiącu. Implikowane prawdopodobieństwo urosło do ponad 50 proc. Zostało ono jednak w kolejnych godzinach handlu zmniejszone i wróciło do wartości sprzed godz. 14:30 i obecnie wynosi mniej niż 30 proc. Teraz przed nami dane inflacyjne, które będą już ostatnią szansą na interpretacje i wyciąganie wniosków. Poznamy je w środę (CPI) oraz czwartek (PPI). Wchodzimy w okres „blackout-u” co oznacza, że żadnych wskazówek nie otrzymamy już od przedstawicieli FED w najbliższych dniach.
W piątek Christopher Waller z Rezerwy Federalnej podkreślił potrzebę szybkich obniżek stóp w obliczu słabnącego rynku pracy i przyznał wprost, że mogą nastąpić ruchy o 50 punktów bazowych. Teoretycznie powinna to być negatywna informacja dla USD, choć nie było tego widać na wykresie. Rynek na ten moment wciąż liczy, że Fed łącznie obniży koszt pieniądza w tym roku łącznie o 100 pb. Ja osobiście zakładam, że mocniejsza reakcja banku centralnego USA mogłaby wprowadzić dużo nerwowości na rynku i dlatego zakładam, że Powell zdecyduje się na spokojne trzy kroki o 25 pb do końca tego roku.
Ropa naftowa zmierza ku największemu tygodniowemu spadkowi od prawie roku. OPEC, podobnie jak wielu analityków, źle ocenił perspektywy wzrostu zapotrzebowania na ten surowiec w 2024 roku. Jeszcze w zeszłym miesiącu grupa prognozowała wzrost popytu o 2 miliony baryłek dziennie, a obecnie coraz bardziej prawdopodobne jest, że to Międzynarodowa Agencja Energetyczna (MAE) miała rację, przewidując wzrost poniżej 1 miliona baryłek, głównie z powodu malejącego popytu w Chinach, gdzie prawdopodobnie nastąpił już szczyt zapotrzebowania. Wpłynęły na to osłabienie wzrostu gospodarczego oraz szybki rozwój pojazdów elektrycznych i hybrydowych, co zwiększa zapotrzebowanie na energię elektryczną, jednocześnie zmniejszając popyt na benzynę i olej napędowy.
OPEC+ może wpływać na podaż, ale nie na popyt, a obecnie to właśnie niskie zapotrzebowanie jest głównym problemem i przyczyną osłabienia cen. Dopóki sytuacja się nie ustabilizuje, OPEC nie będzie w stanie zwiększyć produkcji, prawdopodobnie aż do przyszłego roku. W krótkim okresie jednym z nielicznych działań, jakie OPEC może podjąć, jest wywarcie presji na Irak, Kazachstan i Rosję, aby w pełni realizowały wymagane cięcia produkcji w ramach rekompensaty za wcześniejsze nadprodukcje.
Uważam w tym momencie, że 70 USD za baryłkę ropy Brent to granica, której grupa może chcieć bronić, czy to poprzez interwencje słowne, nacisk na wspomniane kraje, czy nawet kolejne, bolesne cięcia produkcji. Oprócz śledzenia danych gospodarczych z Chin i USA w poszukiwaniu oznak poprawy, powinniśmy też czekać na ustabilizowanie globalnych marż rafineryjnych i oznaki ich wzrostu – w przeciwnym razie nie może być mowy o jakimkolwiek niedoborze na rynku tego surowca, w świetle obecnej sytuacji.
W tym tygodniu zarówno ropa WTI, jak i Brent przełamały kluczowe poziomy wsparcia 71,70 USD i 75 USD, które teraz pełnią rolę oporu. W sytuacji, gdy ceny pozostaną poniżej tych poziomów, spekulanci będą postrzegać rynek jako okazję do sprzedaży przy wzrostach, zamiast wcześniejszego podejścia „kupuj na spadkach”.
Ole Hansen, Dyrektor ds. strategii rynku surowców Saxo
Za nami amerykańskie JOLTS’y, raport Challengera, ADP i claims’y, które doprowadziły do czwartkowego osłabienia waluty zza oceanu. Wsparcia w danych nie znajduje również unijna waluta, która cierpi po piątkowych odczytach PKB ze strefy euro. Słabość walut fiducjarnych wykorzystuje srebro i złoto. Dziś po południu poznamy tzw. payrolls’y, czyli dane z sektora prywatnego w USA, które mogą odmienić losy słabego w tym tygodniu dolara.
Dane z USA
Zakończenie minionego tygodnia przebiega pod dyktando publikacji z amerykańskiego rynku pracy. Wczoraj poznaliśmy raport Challengera, który wskazał skok planowanych zwolnień z 25,88 tys. do 75,89 tys. Dodatkowo zgodnie z danymi od ADP spadła zmiana zatrudnienia w sektorze prywatnym (poza rolnictwem) ze skorygowanych 111 tys. do 99 tys. Zaznaczę, że prognozy mówiły o wzroście do 145 tys. Słabnąca siła amerykańskiego rynku pracy doprowadziła do nerwowych ruchów na eurodolarze. Chwilę później dolara próbowały ustabilizować zwyżkowe odczyty wskaźników PMI i ISM dla usług, które wykazały dobrą kondycję badanego sektora w USA. Obrona USD trwała dosłownie godzinę, gdyż po 17:00 popularny „edek” postanowił wybrać się w podróż na północ. Trend słabnącego „zielonego” zakończył się dopiero w piątek o poranku, kiedy to notowania EUR/USD dotarły do oporu 1,112 USD.
Unijna gospodarka nie dowozi
Notowania głównej pary walutowej świata reagują również na odczyty ze strefy euro, do których zaliczają się dzisiejsze finalne dane PKB. Te, podobnie jak wczorajsze publikacje z amerykańskiego rynku pracy, nie imponują. Produkt krajowy brutto w ujęciu kwartalnym to 0,2%, co jest wartością o 0,1 punktu procentowego niższą od i tak niskich prognoz. W ujęciu rocznym dowieziono zakładane 0,6%. Jedynym pozytywem danych od Eurostatu jest pierwsze miejsce Polski. Nasza gospodarka w ujęciu kwartalnym odnotowała wzrost rzędu 1,5%. Ostatecznie dane dla strefy euro są niższe, niż wyniki wstępne. Zatem nie dziwi fakt osłabienia unijnej waluty po ich publikacji. Notowania eurodolara po godzinie 11:00 schodzą do poziomu 1,11 USD. W dalszej części dnia uwaga inwestorów będzie skupiona na tzw. payrolls’ach, które zakładają delikatny spadek stopy bezrobocia i wzrost zatrudnienia w sektorze prywatnym. Wyniki otrzymamy o godzinie 14:30 i to właśnie wtedy możliwa jest większa zmienność na rynku forex.
Silne złoto
Pierwszy tydzień września pokazuje, że na tytułowym metalu szlachetnym nie tak łatwo będzie trwale zejść do wycen poniżej 2500 USD za uncję. Dowodami broniącymi powyższej tezy są zarówno środowe, jak i czwartkowe spadki notowań metalu, które – gdy tylko otarły się o wsparcie 2475 dolarów – natychmiast zostały odkupione przez rynkowych graczy. Złoto to inwestycja alternatywna, uznawana jednocześnie za bezpieczną przystań (tzw. safe haven). Aktywo zwykło zyskiwać na atrakcyjności w oczach inwestorów w niespokojnych czasach, w których aktualnie żyjemy. Dodatkowo, wciąż utrzymuje się wysoki popyt na kruszec ze strony bankierów centralnych. Wszystkiemu temu towarzyszy wizja rychłych obniżek stóp procentowych w USA (inne wielkie banki centralne już zaczęły cykl luzowania), co także przemawia za dalszymi zwyżkami złota, gdyż koszt pieniądza fiducjarnego będzie spadać. W tym otoczeniu dobrze radzi sobie także srebro, które w tym tygodniu na wykresie obroniło poziom wsparcia 27,8 USD. W momencie pisania tekstu surowiec notowany jest o dolara wyżej. Złoto znajduje się powyżej 2515 USD.
Pierwszy piątkę miesiąca ponownie elektryzuje uczestników rynku jak w przeszłości. Zaczęło się od rozczarowującej publikacji miesiąc temu a potem doszły słowa Powella, który zwrócił uwagę na zatrudnienie i powrót do równowagi jeśli chodzi o sprawę podwójnego mandatu Fed. Można powiedzieć nawet, że tym razem waga przechylona jest w stronę danych na temat zatrudnienia a o inflacji rynek pomału zaczyna zapominać.
Przez cały tydzień rynek jakby wstrzymywał oddech. W poniedziałek nie było Amerykanów „w grze”, potem przyszły spadki a następnie krótkoterminowa konsolidacja. Dziś obserwujemy kontynuację wyprzedaży Teraz liczą się jedynie dwie cyfry: pierwsza dotycząca zmiany zatrudnienia (prognoza 165 tys.) oraz druga wskazując stopę bezrobocia (prognoza 4,2 proc.).
W przypadku gorszych wyników, mogą wzrosnąć obawy o recesję w USA. Rynek zacznie wówczas wyceniać wyższe implikowane prawdopodobieństwo wrześniowego ruchu ze strony Fed na poziomie 50 pb. Dolar znalazłby się pod presją spadkową a kurs EUR/USD może w takim scenariuszu zawitać ponownie w okolicy 1,12 albo wyżej. Lepsze dane pewnie rozwieją te obawy i być może oceniana wówczas będzie dynamika wzrostu płac. To z kolei przyniosłoby aprecjację USD. Najtrudniej przewidzieć ruch w przypadku, kiedy dane będą zgodnie z oczekiwaniami lub bliskie tym poziomom.
Ten tydzień przyniósł wzrosty EUR/USD co było napędzane innymi danymi makro. Zarówno ADP jak i ankieta JOLTS rozczarowały, co wzmacniało ocenę rynku, że NFP może również pokazać słaby rezultat. Inne dane jak ISM dla usług poprawiły nastroje, ale jedynie na chwilę. Cała rynkowa energia jest skupiona na sytuacji na rynku pracy, więc pozostałe dane stanowią w tym momencie jakby tło.
Na rynkach akcyjnych dziś przeważa niepokój. Dzisiejsze negatywne otwarcie giełd europejskich pokazuje, że obawy ponownie narastają. Dax traci ponad 0,5 proc., WIG już prawie 1 proc. jest „pod kreską”. Spadają kontrakty futures na amerykańskie indeksy. Kurs EUR/USD jest dość stabilny. Niewiele zmienia się wycena złota oraz ropy naftowej. Nowe lokalne minima wyznaczają rentowności obligacji rządu USA. Pomimo spadków na giełdach złoty już zdołał odrobić część poniesionych wczoraj strat.
Rada Polityki Pieniężnej zgodnie z oczekiwaniami utrzymała we wrześniu stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Uwaga skupiła się na retoryce prezesa Glapińskiego, która wpłynęła na kurs EUR/PLN.
Ton prezesa Glapińskiego podczas wrześniowej konferencji prasowej był stosunkowo gołębi. Stwierdził, że dyskusja o obniżeniu stóp może nastąpić przed powrotem inflacji do celu. W kontekście terminarza dyskusji na ten temat wspomniał okres po II kwartale, nie wyklucza jednak wcześniejszego terminu. Zgodnie z jego słowami cięcie będzie miało standardową wielkość, tj. 25 pb. (0,25 pp.).
Jego dzisiejsze wypowiedzi traktujemy jako potwierdzenie, że prezes NBP na koniec lata faktycznie zaczyna wymieniać pióra. Nasze przekonanie co do tego, że stopy procentowe w najbliższym roku będą obniżane, rośnie. Najbardziej prawdopodobnymi terminami pierwszej obniżki są w naszej ocenie marzec lub lipiec, czyli miesiące publikacji nowych projekcji inflacyjnych NBP. Sporo będzie zależało oczywiście od sytuacji inflacyjnej, nie bez znaczenia pozostają również sytuacja fiskalna i otoczenie zewnętrzne.
Komentarze Glapińskiego znalazły odzwierciedlenie w kursie złotego. Para EUR/PLN w trakcie jego wypowiedzi skierowała się w górę, zbliżając się do poziomu 4,28 – złoty stracił zyski z wcześniejszej części dnia. Skala zmian jest jednak ograniczona, co ma zapewne związek z tym, że dzisiejsze wypowiedzi Glapińskiego są jedynie dopełnieniem zmiany w jego retoryce, która nastąpiła już wcześniej. Co więcej, wyceny obniżek stóp procentowych w przyszłym roku jeszcze przed konferencją prasową były dość agresywne (mniej więcej 150 pb.).
Inwestowanie w nieruchomości to jedno z najpewniejszych sposobów na pomnażanie kapitału. Okolice Wrocławia stają się coraz bardziej atrakcyjne dla osób szukających mieszkania poza miastem. Spokojne otoczenie, konkurencyjne ceny i bliskość do dynamicznie rozwijającej się stolicy Dolnego Śląska to tylko niektóre z zalet inwestowania w tej okolicy. Przyjrzyjmy się, jakie korzyści płyną z wyboru lokalizacji pod Wrocławiem oraz gdzie warto inwestować.
Dlaczego warto inwestować w mieszkania pod Wrocławiem?
Inwestowanie w mieszkania w okolicach Wrocławia niesie ze sobą szereg korzyści, które docenia coraz większa liczba inwestorów. Przede wszystkim, ceny nieruchomości w tych lokalizacjach są niższe niż w centrum miasta, co pozwala na uzyskanie większej powierzchni za bardziej atrakcyjną kwotę.
Co więcej, takie miejsca charakteryzują się spokojnym otoczeniem, które sprzyja wypoczynkowi i daje możliwość życia w bliskim kontakcie z naturą. Kolejnym atutem jest świetnie rozwinięta infrastruktura drogowaoraz komunikacyjna, umożliwiająca szybki dojazd do centrum Wrocławia. Dzięki temu, mieszkanie pod miastem nie oznacza rezygnacji z udogodnień, jakie oferuje metropolia.
Najbardziej atrakcyjne lokalizacje pod Wrocławiem
W okolicach Wrocławia znajduje się wiele miejscowości, które warto rozważyć jako lokalizację dla swojej inwestycji. Miękinia to jedno z tych miejsc, które cieszy się rosnącą popularnością dzięki bliskości do Wrocławia oraz rozwijającej się infrastrukturze.
Dobrym przykładem atrakcyjnej inwestycji jest Nowa Winnica Miękinia oferowana przez WPBM Mój Dom. Jest to spokojne, ale dobrze skomunikowane osiedle, które łączy nowoczesny styl życia z atmosferą małomiasteczkowego spokoju. Inwestycja oferuje przestronne mieszkania z dużymi balkonami i tarasami, otoczone zielenią.
Kolejnym osiedlem o dużym potencjale jest Zielona Lutynia, położona na granicy Wróblowic z dynamicznie rozwijającą się Lutynią. Ta malownicza miejscowość oferuje nie tylko tereny rekreacyjne, ale także dobre połączenia z centrum Wrocławia.
Perspektywy wzrostu wartości nieruchomości
Inwestycje w mieszkania w okolicach Wrocławia mają duży potencjał wzrostu wartości nieruchomości. Rozwój infrastruktury drogowej i społecznej, wzrastające zainteresowanie spokojnymi lokalizacjami oraz rosnąca liczba mieszkańców powodują, że wartość nieruchomości w tych rejonach będzie rosła. Projekty takie jak Nowa Winnica Miękinia i Zielona Lutynia to inwestycje, które mogą przynieść znaczące zyski w dłuższym okresie. A wszystko dzięki rosnącemu popytowi na mieszkania w atrakcyjnych lokalizacjach pod Wrocławiem.
Sprawdź ofertę zaufanego dewelopera WPBM Mój Dom
Jeśli poszukujesz inwestycji, która łączy nowoczesność, komfort i obiecujące perspektywy wzrostu wartości, inwestycje WPBM Mój Dom są idealnym rozwiązaniem. Projekty takie jak Nowa Winnica Miękinia i Zielona Lutynia oferują doskonałe warunki do życia i inwestowania. Skontaktuj się z nami, aby dowiedzieć się więcej o aktualnych ofertach i sprawdź, jak WPBM Mój Dom może pomóc Ci w znalezieniu idealnej nieruchomości.
Eksperci rynkowi przewidują, że po wakacjach codzienne zakupy zdrożeją rdr. o ok. 5%. Argumentują to m.in. wzrostem inflacji, cen gazu i energii elektrycznej, a także poprawą sytuacji finansowej Polaków. Mówią też o tym, że w jakimiś stopniu wyhamuje wojna cenowa sieci handlowych, bo Polacy są nią już zmęczeni. Musi więc pojawić się na rynku coś świeżego. A jeśli to się potwierdzi, drożyzna przestanie być stopowana. Niektórzy eksperci przewidują też, że przed Bożym Narodzeniem wzrosty cen sięgną nawet 6-7% rdr. i to będzie kolejny szok dla konsumentów. Inni znawcy rynku twierdzą, że w tym okresie retailerzy nie będą mogli sobie pozwolić na tego rzędu podwyżki, bo klienci ograniczyliby świąteczne zakupy. Natomiast co do jednego panuje wyjątkowa zgodność. W sklepach będzie coraz drożej.
Od września jeszcze drożej
Od co najmniej pięciu miesięcy dynamika wzrostu cen sukcesywnie idzie w górę. Jak wynika z comiesięcznych raportów pt. „Indeks Cen w Sklepach Detalicznych”, autorstwa m.in. Uniwersytetu WSB Merito, w lipcu br. codzienne zakupy zdrożały rdr. o niecałe 4%, w czerwcu – o nieco ponad 3%, w maju – o niespełna 3%, a w kwietniu – o przeszło 2%. – Podobnie widzi to GUS, tylko bierze w tym kontekście pod uwagę nieco węższy asortyment, czyli żywność i napoje bezalkoholowe. Natomiast wyniki pierwszego raportu uwzględniają też m.in. chemię gospodarczą, art. dla dzieci i karmy dla zwierząt. Dlatego dane mogą nieco się od siebie różnić, ale niestety przynoszą ten sam wniosek. W sklepach jest coraz drożej – mówi Robert Biegaj, ekspert rynku retailowego z Grupy Offerista.
Jak zapewnia dr Maria Andrzej Faliński, były dyrektor generalny POHiD-u, dynamika wzrostu cen w sklepach dalej będzie rosła. Zdaniem eksperta, po wakacjach codzienne zakupy zdrożeją o ok. 5% rdr. – Podstawowym argumentem do tego będzie, zapowiadany w wielu firmach, kolejny wzrost wynagrodzeń Polaków. Co roku we wrześniu produkty w sklepach z reguły tanieją, bo klienci mają w portfelach mniej pieniędzy po urlopach. Jednak tym razem tak nie będzie. I przemawia za tym zdecydowana poprawa nastrojów konsumenckich – wyjaśnia dr Faliński.
Z kolei ekspert z Grupy Offerista zgadza się z tym, że jesienią ceny w sklepach mogą poszybować o ok. 5% rdr. I dodaje, że podwyżki będą również powiązane z ogólnym wzrostem inflacji, a także cen gazu i energii elektrycznej. – Zagłębiając się bardziej w temat, należy wskazać, że producenci zderzają się z dodatkowymi kosztami. A skoro problem zaczyna się na początku łańcucha dostaw, to dalej jest tylko gorzej, bo każdy gracz na rynku po kolei dokłada swoją podwyżkę, żeby przypadkiem nie stracić – zwraca uwagę ekspert.
W niektórych branżach producentom jest naprawdę bardzo ciężko, co podkreśla dr Faliński. – Wielu z nich rujnują czynniki pogodowe. Można wręcz powiedzieć, że krajowy rynek warzyw i owoców praktycznie się rozsypał. To jednak dłuższy temat, który również należałoby zgłębić. Natomiast kolejnym powodem jesienniej drożyzny w sklepach będzie odmrożony kilka miesięcy temu VAT – podkreśla ekspert.
Wojna cenowa ratuje portfele
Według Roberta Biegaja, ten ostatni czynnik ma obecnie mniejszy wpływ na kształtowanie się cen w sklepach, zwłaszcza w obliczu toczącej się wojny cenowej pomiędzy największymi dyskontami na rynku. – Bez niej byłoby jeszcze drożej. Obecnie do tej walki dołączają też hipermarkety, które próbują odbudować swoją pozycję na rynku. Ponadto zaczynają w niej uczestniczyć sieci convenience, chcące odebrać dyskontom tzw. spontanicznego klienta. Same dyskonty raczej nie wchodzą w ostrą narrację z nowymi konkurentami. Robią to w stonowany sposób, co oczywiście stopuje podwyżki cen – analizuje ekspert.
Konsumenci mogą cieszyć się z tego, że wojna cenowa w sklepach obniża ceny. Jednak – w opinii eksperta z Grupy Offerista – ta sytuacja już nie potrwa długo. – Tuż po wakacjach – szczególnie we wrześniu i w październiku – sieci handlowe będą próbowały finalnie przerzucić na konsumentów ponoszone przez dłuższy czas dodatkowe koszty. Nie będą przecież w nieskończoność ciąć marż, bo nie ma to sensu biznesowego. Retailerzy nie działają charytatywnie. Muszą sobie wszystko kalkulować i odpowiednio szybko reagować na sytuację. I to będzie czynnik kolejnego wzrostu cen – ostrzega Robert Biegaj.
Nie do końca zgadza się z tym dr Faliński, który uważa, że wojna cenowa jeszcze długo będzie trwała na rynku. – Właściwie, dopóki żaden segment nie przebije dyskontów w stosowaniu ich własnej strategii, polegającej na oferowaniu niskich cen dobrych jakościowo produktów marek własnych, nie ma mowy o zakończeniu wojny. Warto wiedzieć o tym, że ona była już przewidywana w Niemczech 30 lat temu. Teraz trudno jest wypracować lepszy sposób na przyciągnięcie klientów do sklepów – przekonuje były dyrektor generalny POHiD-u.
Odnosząc się do tak postawionej tezy, Robert Biegaj zwraca uwagę na to, że nie chodzi o całkowite zakończenie wojny, tylko o zmianę jej formy, bo konsumenci są już zmęczeni ciągłym słuchaniem, jak to jedna sieć jest tańsza od drugiej. Do tego cała operacja nieco straciła na świeżości. Ekspert jednocześnie dodaje, że z pewnością retailerzy podejmą nowe działania, bo walka na ceny – w takiej czy innej formie – musi jakoś się toczyć na rynku. Jest poniekąd wpisana w handel. Tylko nie będzie przynosić konsumentom tyle oszczędności co teraz i przez to produkty w sklepach znowu zdrożeją. W powiązaniu z rosnącą inflacją to będzie podwójne uderzenie w portfele Polaków.
Bożonarodzeniowy szok
– Trzeba też brać pod uwagę kolejny czynnik. Jeśli konsumpcja będzie rosła wraz z nastrojami zakupowymi Polaków, to wówczas sieci handlowe dodatkowo podkręcą ceny. Będą chciały przy okazji zarobić, ale też odbić sobie poprzednie słabsze okresy. Wobec tego ceny w sklepach na pewno pójdą w górę. I w grudniu może to się skończyć wzrostem cen na sklepowych półkach nawet o 6-7% rdr. Nie można też wykluczyć tego, że to będzie jeszcze większy skok – prognozuje Robert Biegaj.
Do powyższego ekspert dodaje, że w kolejnych miesiącach będzie można zauważyć rotację dynamiki wzrostu cen na różnych kategoriach. To będzie powodowało krótkoterminowe i bardziej oddalone w czasie podwyżki cen. – Będzie wyraźnie widać utrzymujący się trend wzrostowy w większości grup produktów. Producenci i sieci handlowe będą myśleć o podnoszeniu cen w taki sposób, żeby nie były to zbyt widoczne działania dla konsumenta. I będzie to rozłożone raczej w dłuższej – kilkumiesięcznej perspektywie, o ile oczywiście na rynku nie wydarzy się nic gwałtownego, co mogłoby tę sytuację jeszcze bardziej zaostrzyć – zapowiada Robert Biegaj.
Z kolei dr Faliński przewiduje, że przed Bożym Narodzeniem ceny w sklepach wzrosną znów o 5% rdr. – Jednak 5% rdr. we wrześniu to nie to samo co 5% rdr. w grudniu, gdy w sklepach odbywa się największa sprzedaż w skali roku. Konsumenci są przyzwyczajeni do określonych zakupów w tym czasie i bardziej lubią wtedy wydawać pieniądze. Ale nie mogą zbyt mocno poczuć podwyżek, bo przestaną czuć świąteczny klimat i zwyczajnie obrażą się na sklepy – argumentuje były dyrektor generalny POHiD-u.
Podsumowując, Robert Biegaj zaznacza, że oprócz krajowych czynników, wiele złego może też przynieść sytuacja na świecie. Jeżeli np. zaostrzy się konflikt w Ukrainie albo coś wydarzy się na Bliskim Wschodzie, to u nas też skomplikuje się sytuacja. I do ww. wartości niestety trzeba będzie dołożyć kilka dodatkowych procent. Podwyżki cen nie będą oczywiście takie, jak w szczycie zeszłorocznej inflacji, ale z pewnością konsumenci je odczują, gdy zacznie się zbliżać Boże Narodzenie.
Wdrożenie systemu zarządzania magazynem jest kluczowym krokiem w optymalizacji operacji logistycznych w przedsiębiorstwach o strukturach magazynowych. Systemy WMS stanowią fundament dla skutecznego zarządzania przepływem towarów, co jest niezbędne do utrzymania konkurencyjności na rynku. Odpowiednio dobrany i wdrożony WMS umożliwia nie tylko precyzyjne zarządzanie stanami magazynowymi, ale również znacząco usprawnia procesy związane z przyjęciami, składowaniem, kompletacją i wydaniem towarów. Przedsiębiorstwa, które zainwestowały w zaawansowane rozwiązania WMS, odnotowują znaczące korzyści w postaci redukcji kosztów operacyjnych, poprawy efektywności oraz zwiększenia satysfakcji klientów. Właściwa implementacja WMS wymaga jednak nie tylko dokładnej analizy potrzeb przedsiębiorstwa, ale także zrozumienia złożoności procesów magazynowych i umiejętności przewidywania przyszłych trendów w logistyce. Dlatego wybór odpowiedniego systemu WMS jest decyzją strategiczną, która powinna być podejmowana z uwzględnieniem długoterminowych celów przedsiębiorstwa oraz możliwości skalowania i integracji z innymi systemami używanymi w organizacji.
Analiza potrzeb przedsiębiorstwa jako podstawa wdrożenia systemu WMS
Wybór odpowiedniego systemu WMS powinien być poprzedzony szczegółową analizą potrzeb przedsiębiorstwa. Właściwa identyfikacja kluczowych obszarów, które wymagają optymalizacji, pozwala na precyzyjne dopasowanie funkcjonalności systemu do specyfiki działalności. Analiza ta powinna obejmować nie tylko bieżące procesy magazynowe, ale także przewidywane zmiany w strukturze organizacyjnej oraz potencjalny wzrost skali operacji. Kluczowe jest zrozumienie, jakie procesy magazynowe generują najwięcej kosztów i które z nich można zoptymalizować poprzez automatyzację. Ważnym elementem analizy jest także ocena obecnych systemów IT i ich zdolności do integracji z nowym systemem WMS. W przypadku przedsiębiorstw o skomplikowanej strukturze magazynowej, istotne jest także uwzględnienie możliwości rozbudowy systemu w przyszłości oraz jego elastyczności w kontekście zmieniających się potrzeb rynku.
Identyfikacja kluczowych obszarów do optymalizacji
Proces wdrożenia systemu WMS rozpoczyna się od dokładnej identyfikacji obszarów, które wymagają usprawnień. Należy przeanalizować wszystkie etapy procesu magazynowego, od przyjęcia towaru, przez jego składowanie, aż po wydanie. Szczególną uwagę należy zwrócić na te procesy, które są najbardziej podatne na błędy lub generują największe koszty operacyjne. Kluczowe jest również zrozumienie, jakie czynniki wpływają na efektywność operacyjną magazynu, takie jak struktura magazynu, lokalizacja towarów, czy strategie kompletacji zamówień.
Ocena obecnych systemów IT i integracja z WMS
Systemy IT używane w przedsiębiorstwie, takie jak ERP, TMS czy systemy automatyzacji, muszą być kompatybilne z nowym WMS. Wybór systemu, który można łatwo zintegrować z istniejącą infrastrukturą IT, minimalizuje ryzyko zakłóceń w codziennej pracy magazynu i pozwala na płynną wymianę danych między systemami. Niezbędne jest także zapewnienie, że nowy WMS będzie mógł współpracować z urządzeniami automatyzującymi pracę magazynu, takimi jak skanery, roboty magazynowe czy systemy sortowania.
Funkcje systemów WMS w optymalizacji procesów magazynowych
Systemy WMS oferują szereg funkcji, które umożliwiają kompleksowe zarządzanie operacjami magazynowymi. Każda z tych funkcji ma na celu usprawnienie konkretnego aspektu działalności magazynowej, od przyjęcia towarów, przez ich składowanie, aż po kompletację i wysyłkę. Właściwe wykorzystanie tych funkcji pozwala na znaczne zwiększenie efektywności operacyjnej magazynu oraz redukcję kosztów związanych z jego funkcjonowaniem.
Zarządzanie przyjęciami i składowaniem towarów
System WMS umożliwia automatyzację procesu przyjęcia towarów do magazynu, co przekłada się na redukcję błędów oraz zwiększenie szybkości przetwarzania dostaw. Dzięki integracji z systemami ERP, WMS może automatycznie weryfikować zgodność dostawy z zamówieniem, co minimalizuje ryzyko pomyłek. WMS pozwala także na optymalne przypisanie towarów do odpowiednich lokalizacji magazynowych, co z kolei wpływa na efektywność dalszych procesów magazynowych.
Optymalizacja kompletacji zamówień
Jednym z najważniejszych procesów w zarządzaniu magazynem jest kompletacja zamówień. Systemy WMS oferują zaawansowane algorytmy kompletacji, które pozwalają na wybór najefektywniejszej strategii kompletacji w zależności od specyfiki zamówienia. WMS wspiera różne metody kompletacji, takie jak “pick by light”, “pick by voice”, czy “batch picking”, co pozwala na dostosowanie procesu do indywidualnych potrzeb przedsiębiorstwa.
Wybór i wdrożenie systemu WMS
Proces wyboru i wdrożenia systemu WMS jest złożonym przedsięwzięciem, które wymaga starannego planowania i koordynacji. Każdy etap wdrożenia, od analizy wymagań, przez wybór dostawcy, aż po finalne uruchomienie systemu, musi być przeprowadzony z uwzględnieniem specyficznych potrzeb przedsiębiorstwa oraz jego długoterminowych celów.
Analiza wymagań i wybór dostawcy
Wybór odpowiedniego systemu WMS powinien być poprzedzony szczegółową analizą wymagań. Ważne jest, aby zdefiniować wszystkie kluczowe funkcje, jakie powinien spełniać system, oraz ocenić dostępne na rynku rozwiązania pod kątem ich zgodności z tymi wymaganiami. Proces ten obejmuje także wybór odpowiedniego dostawcy, który będzie w stanie zapewnić nie tylko dostarczenie i wdrożenie systemu, ale także jego dalsze wsparcie techniczne i rozwój.
Etapy wdrożenia i testowanie systemu
Wdrożenie systemu WMS składa się z kilku kluczowych etapów, z których każdy musi być starannie zaplanowany i zrealizowany. Etapy te obejmują instalację i konfigurację systemu, integrację z istniejącymi systemami IT, szkolenie personelu oraz testowanie systemu w warunkach rzeczywistych. Testowanie jest kluczowym elementem wdrożenia, który pozwala na wykrycie i wyeliminowanie ewentualnych błędów przed pełnym uruchomieniem systemu.
Korzyści z implementacji systemu WMS
Wdrożenie systemu WMS przynosi szereg korzyści, które bezpośrednio wpływają na efektywność operacyjną przedsiębiorstwa oraz jego pozycję na rynku. System WMS pozwala na znaczną optymalizację procesów magazynowych, co przekłada się na redukcję kosztów operacyjnych, poprawę jakości obsługi klienta oraz zwiększenie elastyczności operacyjnej.
Redukcja kosztów operacyjnych
Optymalizacja procesów magazynowych za pomocą systemu WMS pozwala na znaczącą redukcję kosztów operacyjnych. Automatyzacja procesów takich jak przyjęcie towarów, kompletacja zamówień czy zarządzanie przestrzenią magazynową, pozwala na oszczędności w zakresie kosztów pracy, a także na minimalizację ryzyka błędów i strat.
Poprawa jakości obsługi klienta
Systemy WMS umożliwiają precyzyjne zarządzanie stanami magazynowymi, co przekłada się na szybszą realizację zamówień oraz zmniejszenie liczby pomyłek. To z kolei prowadzi do zwiększenia satysfakcji klientów, którzy otrzymują zamówione produkty szybciej i zgodnie z oczekiwaniami. Lepsza obsługa klienta wpływa także na lojalność klientów i może przyczynić się do wzrostu sprzedaży.
Przyszłość systemów WMS
Systemy WMS stale ewoluują, aby sprostać rosnącym wymaganiom rynku oraz postępującej automatyzacji procesów logistycznych. Przyszłość systemów WMS związana jest z integracją nowoczesnych technologii, takich jak sztuczna inteligencja, Internet Rzeczy oraz zaawansowana analityka danych. Technologie te pozwolą na jeszcze większą automatyzację i optymalizację procesów magazynowych, a także na wprowadzenie nowych funkcjonalności, które zrewolucjonizują zarządzanie magazynem.
Sztuczna inteligencja i automatyzacja
Integracja systemów WMS ze sztuczną inteligencją umożliwi automatyzację jeszcze większej liczby procesów magazynowych. Systemy będą w stanie samodzielnie podejmować decyzje dotyczące optymalnego rozmieszczenia towarów, wyboru strategii kompletacji czy zarządzania zapasami. Sztuczna inteligencja pozwoli także na przewidywanie potrzeb magazynowych na podstawie analizy danych historycznych oraz bieżących trendów.
Internet rzeczy i analityka danych
Internet Rzeczy pozwala na zbieranie danych z urządzeń znajdujących się w magazynie, takich jak skanery, czujniki czy roboty. Te dane mogą być następnie analizowane w czasie rzeczywistym, co umożliwia bieżące monitorowanie stanu magazynu oraz szybkie reagowanie na wszelkie nieprawidłowości. Zaawansowana analityka danych pozwala także na tworzenie bardziej precyzyjnych prognoz oraz planowanie operacyjne.
Podsumowanie
Wdrożenie systemu WMS to strategiczna decyzja, która może przynieść przedsiębiorstwu szereg korzyści, od zwiększenia efektywności operacyjnej, przez redukcję kosztów, aż po poprawę jakości obsługi klienta. Aby jednak w pełni wykorzystać potencjał systemu WMS, konieczne jest dokładne zrozumienie specyfiki procesów magazynowych w przedsiębiorstwie oraz staranne zaplanowanie każdego etapu wdrożenia. Kluczowe jest także zapewnienie, że wybrany system będzie w stanie dostosować się do zmieniających się potrzeb organizacji oraz integrować się z innymi systemami IT używanymi w firmie. Dzięki właściwej implementacji WMS, przedsiębiorstwo może zyskać nie tylko lepszą kontrolę nad operacjami magazynowymi, ale także większą elastyczność i zdolność do szybkiego reagowania na zmiany rynkowe.
Andrzej Szczepanik awansował na stanowisko Managera Biura Colliers w Łodzi i objął zarządzanie lokalnym oddziałem firmy. W nowej roli będzie odpowiedzialny m.in. za utrzymanie wysokiej jakości współpracy z klientami w Łodzi i regionie, pozyskiwanie nowych partnerów biznesowych, budowanie strategii rozwoju Colliers na lokalnym rynku oraz prowadzenie kluczowych procesów doradczych.
Andrzej Szczepanik dołączył do zespołu Colliers w 2018 roku, wzmacniając dział powierzchni biurowych. Posiada 14 lat doświadczenia na rynku nieruchomości, co czyni go jednym z czołowych profesjonalistów w branży w regionie Łodzi. Reprezentując najemców, zrealizował ponad 60 transakcji na łączną powierzchnię przekraczającą 60 000 mkw. Współpracował przy tym z firmami takimi jak: Airbus, Asseco, Barry Callebaut, Deloitte, KPMG, Fujitsu, Nordea, Bosch, Tate&Lyle, ZF Automotive, Faurecia, laboratoria Oncoarendi oraz kliniki Medicover.
– Awans Andrzeja na stanowisko Managera Biura w Łodzi jest dla nas naturalnym krokiem w poszerzaniu kompetencji naszego zespołu. Jego bogate doświadczenie na rynku nieruchomości, doskonała znajomość aktualnych trendów, lokalnych realiów i potrzeb klientów, w połączeniu z umiejętnością zarządzania i strategicznego myślenia, czynią go idealnym liderem do dalszego, dynamicznego rozwoju działalności Colliers w regionie – mówi Paweł Skałba, Senior Partner, Dział Powierzchni Biurowych, Colliers.
– Jesteśmy obecnie świadkami znaczącego punktu zwrotnego na rynku nieruchomości, gdzie ogromna presja najemców na oszczędności ściera się z rosnącymi kosztami budowy. W rezultacie mamy do czynienia z rosnącym wolumenem pustostanów oraz spadkiem podaży nowoczesnej przestrzeni biurowej – przyznaje Andrzej Szczepanik, Associate Director i nowy Manager biura Colliers w Łodzi. – Jednocześnie praca hybrydowa, która miała generować oszczędności, stawia przed firmami nowe wyzwania, zwłaszcza w kontekście nauki kultury organizacyjnej i efektywnej pracy w nowym modelu. Rosnąca świadomość dotycząca ESG z kolei powoduje, że najemcy coraz częściej poszukują wiedzy i rozwiązań, które pomogą im sprostać nowym wymaganiom legislacyjnym oraz wyzwaniom technologicznym. Jestem niezwykle zadowolony, że od teraz w nowej roli będę mógł wspierać naszych klientów w tak dynamicznym i pełnym wyzwań czasie – dodaje Andrzej Szczepanik.
Przed dołączeniem do Colliers Andrzej Szczepanik zdobywał doświadczenie w OPG Property Professionals, gdzie pełnił funkcję Managera Rozwoju Biznesu, obsługując inwestorów, najemców i klientów indywidualnych. Zainicjował tam projekt mieszkaniowy ART MODERN, w którym zarządzał zespołem marketingu i sprzedaży. Był również odpowiedzialny za udaną komercjalizację i marketing projektów biurowych i typu mixed-use w Łodzi, takich jak: Jaracza 47 Prestige, Orange Plaza Financial Center, Piotrkowska 120 i OFF Piotrkowska Center.
Andrzej Szczepanik ukończył studia podyplomowe z zakresu Inwestycji w Nieruchomości i Wyceny Nieruchomości na Uniwersytecie Łódzkim. Wcześniej na tej samej uczelni uzyskał tytuł magistra Turystyki i Rekreacji. Posiada także tytuł magistra Zarządzania Marketingiem Politechniki Łódzkiej.
W pierwszym półroczu 2024 r. Polacy otrzymali 23,96 mld zł odszkodowań i świadczeń ubezpieczeniowych – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń (PIU). W dużym stopniu wzrosły wypłaty związane z ubezpieczeniami od ognia i innych żywiołów, ale też ze szkodami komunikacyjnymi.
Kluczowe liczby:
23,96 mld zł dla poszkodowanych, w tym:
8,07 mld zł z ubezpieczeń na życie,
10,04 mld zł z ubezpieczeń komunikacyjnych (OC+AC),
5,84 mld zł z pozostałych ubezpieczeń.
Na ubezpieczenia przeznaczyliśmy 42,84 mld zł, o 9,9 proc. więcej niż rok wcześniej.
90,87 mld zł aktywów stanowiły obligacje i inne papiery wartościowe o stałej kwocie dochodu, wspierające gospodarkę i finanse publiczne.
17,57 mld zł aktywów było ulokowanych w akcjach spółek z GPW i innych papierach o zmiennej kwocie dochodu.
903,73 mln zł podatku dochodowego zapłacili ubezpieczyciele.
Ubezpieczenia na życie
– Obserwujemy stały wzrost rynku ubezpieczeń na życie. Po okresie spadków odnotowaliśmy niewielki wzrost w ubezpieczeniach z funduszem kapitałowym. Polacy dostrzegają znaczenie ochrony życia i zdrowia. Szukają rozwiązań, które zapewnią ich bliskim stabilizację finansową w razie wypadku, poważnego zachorowania czy śmierci. Mamy nadzieję, że to zainteresowanie produktami życiowymi się utrzyma, zwłaszcza wobec sporego zadłużenia Polaków. Ubezpieczenia są tu istotną poduszką finansową dla rodziny i pozwalają utrzymać poziom życia w razie śmierci lub poważnej choroby głównego żywiciela rodziny – mówi Jan Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu PIU.
W ubezpieczeniach na życie widoczny jest jednocześnie spadek wypłat, co jest w głównej mierze odzwierciedleniem spadku śmiertelności po okresie pandemii.
Na polisy życiowe wydaliśmy w pierwszym półroczu 2024 r. 11,79 mld zł, o 4,6 proc. więcej niż rok temu. Ich liczba pozostaje na stabilnym poziomie tj. 11,2 mln polis w ubezpieczeniach indywidualnych oraz 11,8 ubezpieczonych osób w ubezpieczeniach grupowych. Kolejny kwartał rośnie zainteresowanie polisami grupowymi. Składka z tego typu umów w pierwszym półroczu br. wyniosła 4,9 mld zł i wzrosła o 6 proc. w stosunku do ubiegłego roku. To pokazuje, że ubezpieczenie na życie jest jednym z najważniejszych benefitów pracowniczych.
Ubezpieczenia komunikacyjne
W ubezpieczeniach majątkowych największą część odszkodowań stanowią wypłaty w ramach polis komunikacyjnych. Odszkodowania z autocasco wyniosły 4,17 mld zł, o niemal 20 proc. więcej niż przed rokiem.
Średnia składka OC komunikacyjnego wyniosła po II kwartałach 2024 r. 531 zł. To tylko o 27 zł więcej niż rok wcześniej (5,3 proc. r/r). Jednocześnie wzrosła średnia szkoda. Jej koszt wyniósł ponad 10,1 tys. zł, czyli 938 zł więcej niż przed rokiem (10,2 proc r/r).
– Obserwujemy stały wzrost kosztów szkód. Tu nadal odczuwamy skutki inflacji. Rosną koszty części i usług. Ubezpieczyciele muszą to uwzględniać w swoich kalkulacjach. Ceny polis w ostatnim czasie zaczęły rosnąć. Trzeba się spodziewać kolejnych stopniowych wzrostów, ubezpieczyciele muszą realizować obowiązek zachowania równowagi między wypłatami odszkodowań a składkami. Mimo że zdają sobie sprawę z tego, że polscy kierowcy są szczególnie wrażliwi na ceny OC, muszą dostosować je do rosnących wypłat – mówi Jan Grzegorz Prądzyński.
Ubezpieczenia majątkowe
W pierwszym półroczu 2024 r. zanotowaliśmy wzrost wypłat z ubezpieczeń żywiołów aż o 22 proc.
– Za nami burzliwe lato i trudna wiosna z falami przymrozków. Było więcej gradobić, wichur, nawalnych deszczy, ale też pożarów. Wiele szkód było punktowych, ale ich wartość systematycznie rośnie. Większego znaczenia nabierają powodzie błyskawiczne, co jest związane ze zmianą charakteru opadów latem. Deszczy nawalnych będzie coraz więcej. Są one często bardziej intensywne, krótkotrwałe i coraz bardziej niszczycielskie. Rośnie też ich częstotliwość, a ich skutki odczuwamy silniej, z uwagi na postępującą urbanizację. Dlatego ryzyko wystąpienia powodzi błyskawicznych eksperci oceniają jako dominujące w Polsce. Im więcej zabudowanej powierzchni, tym większe szanse, że nawalny deszcz spowoduje powódź. Ryzyko to paradoksalnie wzmacnia równolegle występująca susza, która utrudnia wsiąkanie wody w zbitą, wyschniętą glebę – mówi Andrzej Maciążek, wiceprezes zarządu PIU.
W związku z ogniem i innymi żywiołami, ubezpieczyciele wypłacili po II kwartałach 2024 r. ponad 1,2 mld zł.
W ubezpieczeniach majątkowych istotnym problemem jest niedoubezpieczenie. Składową luki ubezpieczeniowej w tym segmencie stanowią szkody katastroficzne. Dotyczą one zarówno nieruchomości, jak i mienia gospodarstw domowych oraz przedsiębiorstw. Swiss Re szacuje lukę ubezpieczeniową dla Polski w zabezpieczeniu katastrof naturalnych w 2022 r. na poziomie 300 mln dolarów, czyli około 1,3 mld zł, co pokazujemy w raporcie „Polacy i ryzyko – jak się ubezpieczamy? Luka ubezpieczeniowa w Polsce”.
– W Polsce ponad 70 proc. jednorodzinnych budynków mieszkalnych jest ubezpieczonych na wypadek gradu i huraganu, a 62 proc. jest ubezpieczonych od powodzi. Średnio aż 49 proc. nieruchomości ma ubezpieczenie. To dużo w porównaniu do innych krajów europejskich. Jednak od kilku lat już zwracamy uwagę na to, by ubezpieczać się dobrze i zadbać o to, by suma ubezpieczenia była adekwatna do dzisiejszego poziomu cen nieruchomości, materiałów budowalnych i kosztów robocizny. Szacujemy, że w ostatnich latach suma ubezpieczenia jest zaniżona o minimum 20-30 proc. – dodaje Jan Grzegorz Prądzyński.
Wynik netto
Polscy ubezpieczyciele wypracowali w pierwszym półroczu 2024 r. 6,8 mld zł zysku netto. Przede wszystkim wpływ na to mają zwiększone przychody z lokat ubezpieczycieli, związane m.in. z wysokimi stopami procentowymi. Znaczenie ma również spadek śmiertelności w stosunku do sytuacji w czasie pandemii, który wpłynął na mniejsze wypłaty z polis życiowych. Do budżetu państwa ubezpieczyciele odprowadzili 0,9 mld zł podatku dochodowego.
Przykłady szkód ubezpieczeniowych z II kwartału 2024 r.
Rodzaj polisy
Składka
Zdarzenie
Pomoc dla poszkodowanych
NNW szkolne
50 zł (rocznie)
Upadek dziecka z wysokości
Wypłacone świadczenie za uszczerbek na zdrowiu: 1 050 zł
NNW szkolne
45 zł (rocznie)
Niefortunny upadek dziecka
Wypłacone świadczenie za uszczerbek na zdrowiu: 720 zł
NNW szkolne
50 zł (rocznie)
Uraz nogi podczas gry w piłkę
Wypłacone świadczenie za uszczerbek na zdrowiu: 1 080 zł
NNW szkolne
87 zł (rocznie)
Uraz ręki w wyniku potknięcia i upadku
Wypłacone świadczenie za uszczerbek na zdrowiu: 2 100 zł
NNW szkolne
45 zł (rocznie)
Upadek w trakcie zajęć z akrobatyki
Wypłacone świadczenie za uszczerbek na zdrowiu: 1 750 zł
Środa to dzień aż trzech decyzji w sprawie kosztu pieniądza. Jedna z nich należy do Polski. Wczoraj otrzymaliśmy słabsze dane z amerykańskiego przemysłu. Nieco lepiej ma się europejski sektor usługowy, jednak i tu publikacje znalazły się poniżej oczekiwań.
RPP nie zmienia zdania
Dziś w kalendarzu makroekonomicznym można znaleźć kilka decyzji w sprawie kosztu pieniądza na świecie. Pierwsza na tapet wpadła obniżka stóp procentowych w Chile, która osłabiła tamtejsze peso. Druga to pozostawienie kosztu pieniądza na niezmienionym poziomie (5,75%), które dotyczy Polski. W tym przypadku wpływ decyzji na notowania waluty był żaden, gdyż na rynku dosłownie brakowało głosów o jakimkolwiek innym scenariuszu. Jako ostatnia w kolejce ustawiła się publikacja z Kanady, gdzie koszt kredytu zmienił się z 4,50% na 4,25%. Przypomnę, że Bank Kanady rozpoczął cykl luzowania w czerwcu. Czy dojdzie do kolejnej, już trzeciej obniżki z rzędu przyjdzie nam poczekać do godziny 15:45.
Amerykański przemysł kuleje
Wczorajsze indeksy dla przemysłu – PMI na poziomie 47,9 pkt. i ISM o wartości 47,2 pkt. – nie sprostały niewygórowanym, rynkowym oczekiwaniom. Obydwa znalazły się poniżej konsensusu, który wynosił odpowiednio 48 pkt. i 47,5 pkt. Zatem prognozy nie zostały „dowiezione”. Przypomnę, że za poziom neutralny uznaje się 50 pkt., a wszystko co poniżej sygnalizuje recesję. Słabsze dane po raz kolejny wzbudzają obawy o amerykańską gospodarkę i jej tzw. „twarde lądowanie”. Na rynku cały czas trwa debata, jaką obniżkę wykona FOMC we wrześniu. Po wczorajszych publikacjach rośnie prawdopodobieństwo podwójnego ruchu (redukcja o 50 p.b.) do 41%, na co wskazuje narzędzie FedWatch od CME w momencie pisania niniejszego tekstu. Przed nami ostatnie dwa dni tygodnia, które spędzimy z publikacjami z amerykańskiego rynku pracy i to tak naprawdę one mogą „namieszać” na rynku, przez co będą decydować o losach dolara pod koniec tygodnia.
Dane z Europy
W czwartek poznaliśmy indeksy PMI dla usług z wielu państw Wspólnoty. Wszystkie z nich znalazły się powyżej neutralnego poziomu, zatem sytuacja badanego sektora w całej Unii nie jest najgorsza. Problem w tym, że w wielu przypadkach dane, podobnie jak te ze Stanów, nie sprostały oczekiwaniom. I tak Niemcy przy prognozie 51,4 pkt. spadły do 51,2 pkt., a wskaźnik dla całej strefy euro (52,9 pkt.) wzrósł mniej, niż się spodziewano (53.3 pkt.) Publikacje nie odznaczyły się na notowaniach eurodolara, który dziś oscyluje przy 1,105 USD. Brak wahań na głównej parze walutowej świata rozlał się na większość wykresów xxxPLN, gdzie także wieje nudą. Kurs EUR/PLN o godzinie 15:00 to niecałe 4,28 PLN, USD/PLN to 3,87 PLN, a funta kupimy poniżej 5,08 PLN. Wyjątkiem jest CHF/PLN, gdzie złoty się umacnia, sprowadzając notowania do 4,55 PLN.
Ostatnio opublikowane przez GUS dane o wzroście PKB potwierdzają, że gospodarka przyspieszyła w drugim kwartale tego roku, wzrastając o 3,2% r/r, a główną siłą napędową była konsumpcja gospodarstw domowych. Jednak struktura wzrostu gospodarczego zawiera kilka niespodzianek, a jego tempo, mimo że jest wyższe, nadal pozostaje poniżej potencjalnych możliwości polskiej gospodarki.
Publikowane już wcześniej szacunkowe dane GUS[1] wskazały, że Polska była krajem o najwyższym wzroście PKB ze wszystkich krajów UE w drugim kwartale tego roku. Nasza rodzima gospodarka zwiększyła się o 1,5% w porównaniu do poprzedniego kwartału i o 4% w porównaniu z tym samym kwartałem ubiegłego roku (dane wyrównane sezonowo). Co na ten temat mówią ekonomiści?
Co stoi za wzrostem PKB?
Ostatnio opublikowane przez GUS dane[2] rzuciły światło na powody i strukturę wzrostu polskiej gospodarki.
– Wydatki konsumentów na produkty i usługi rosną w tempie przekraczającym 4% już od początku tego roku. Sprzyja temu korzystna sytuacja na rynku pracy z utrzymującą się niską stopą bezrobocia, rosnącymi wynagrodzeniami oraz inflacją na znacznie niższych poziomach niż w roku ubiegłym. – mówi Grzegorz Sielewicz, Główny Ekonomista Coface w Polsce i Regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – Jednak konsumpcja prywatna nie rośnie w tak dynamicznym tempie, jak realny wzrost wynagrodzeń, co wskazuje na to, że gospodarstwa domowe nie tylko wydają, ale część swojego dochodu kierują także na wzrost oszczędności.
Z kolei wzrost odnotowany w sektorze konsumpcji publicznej (+10,7% r/r w drugim kwartale 2024 r.), według ekonomistów wynika z wyższych wynagrodzeń w sektorze publicznym oraz istotnego wzrostu wydatków na zbrojenia. Ten drugi czynnik wspierał także inwestycje, które wprawdzie już nie zmniejszały się, jak to miało miejsce w pierwszym kwartale, lecz tym razem dodały 0,4 pkt procentowego do wzrostu gospodarczego. Ich wzrost o 2,7% r/r jest jednak ograniczany przez przestój inwestycji unijnych i według ekspertów przyspieszy dopiero po rozpoczęciu realizacji projektów w ramach KPO.
Marazm inwestycyjny potwierdziły już wcześniejsze dane – nakłady inwestycyjne firm średnich i dużych zmniejszyły się o ponad 5% i dotyczyły nie tylko przemysłu, który pozostaje słabym ogniwem polskiej gospodarki, ale także wielu innych sektorów.
Co zagraża polskiej gospodarce?
Dużym zagrożeniem dla gospodarki Polski, pozostaje sytuacja na rynkach zagranicznych. Dotyczy to szczególnie naszego głównego partnera handlowego, jakim są Niemcy i strukturalnych problemów tamtejszego przemysłu. Wpływa to negatywnie na polską produkcję przemysłową, która nadal doświadcza ograniczonego popytu.
– Konkurencyjność cenowa i jakościowa naszego eksportu sprawia, że nadal zdobywamy rynki zagraniczne, jednak wzrost eksportu jest znacznie niższy niż w latach ubiegłych. Gospodarka światowa powinna stopniowo przyspieszać, niemniej jednak przyszłe kwartały i 2025 r. nadal będą w większym stopniu zasilane popytem krajowym niż zagranicznym. Konsumpcja gospodarstw domowych będzie się stabilizować, a inwestycje rosnąć. – podaje Grzegorz Sielewicz – Poza ryzykiem ze strony rynków zagranicznych, wyniki finansowe firm są pod presją niższych marż, m.in. ze względu na rosnące koszty wynagrodzeń. Te ostatnie, choć napędzają konsumpcję gospodarstw domowych, stały się znacznym obciążeniem dla przedsiębiorstw.
Ostatnie badania publikowane przez NBP[3] wskazują, że presja płacowa traci na sile, zwłaszcza w obliczu niższej inflacji niż w roku ubiegłym. Dalszy dynamiczny wzrost wynagrodzeń bez proporcjonalnego wzrostu wydajności pracy mógłby skutkować ograniczeniem konkurencyjności naszej gospodarki.
W powyższym otoczeniu gospodarczym ekonomiści oczekują, że polska gospodarka wzrośnie o 3% w tym roku i o 3,5% w przyszłym roku.
Dzisiaj kolejne posiedzenie RPP z serii niedecyzyjnych. Po konflikcie personalnym z rządem członkowie Rady nie potrafią grać do jednej bramki. Za oceanem – w podobnej sytuacji do naszej – Chile obniża stopy. Optymizm w Stanach przymiera.
Posiedzenie RPP
Z kronikarskiego obowiązku warto wspomnieć, że dzisiaj odbywa się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych. Poprzednie zdanie sugeruje, że decyzja ta nie jest uznawana za istotną, mimo tego że jesteśmy w środku światowego trendu obniżek stóp procentowych. Powód jest prosty: Polska nie bierze udziału w tym procesie, pomimo tego że już teraz mamy jedne z najwyższych kosztów kapitału na kontynencie. Jeżeli chodzi o poziom współpracy NBP z rządem – a raczej jej braku – jest to fenomen na skalę światową. Mamy stopy procentowe wyraźnie wyższe od inflacji. Zamiast je obniżać, będziemy pompować grube miliony w gospodarkę, w program wzrostu cen mieszkań, jednocześnie dociskając gospodarkę drogim kredytem, wynikającym bezpośrednio ze stóp procentowych. Dzisiejsza decyzja nie powinna być oczywiście niespodzianką. Nie ma analityka, który spodziewa się czegoś innego niż brak zmian. Problemem jest to, że jeżeli nie pojawi się na konferencji zapowiedź obniżek w nadchodzących miesiącach, a na świecie będą trwały obniżki, możemy szybko zobaczyć efekty na rynku walutowym. Im wyższe bowiem stopy procentowe względem innych państw, tym mocniejsza waluta. W rezultacie eksporterzy dociskani z jednej strony przez wysoki koszt kapitału dostaną jeszcze mocnego złotego, by przypadkiem nie eksportować zbyt korzystnie.
Dane zza oceanu
Ze względu na dzień wolny za oceanem w poniedziałek, indeksy koniunktury były publikowane dopiero wczoraj. Kanada uzyskała wynik wyraźnie lepszy od oczekiwań, bo przy spodziewanym poziomie 48,5 pkt pokazała aż 49,5 pkt. Kraj ten regularnie oscyluje tuż poniżej granicy 50 pkt, rozdzielających przewagę odpowiedzi pozytywnych od negatywnych. Słabiej sytuacja wygląda jednak w USA. Pomimo tego, że jeszcze dwa miesiące temu przeważali optymiści, wczoraj zobaczyliśmy wynik 47,9 pkt. Był to również symbolicznie słabszy wynik od oczekiwań. To między innymi dlatego wczoraj znów dolar miał słabszy dzień.
Chile obniżyło stopy procentowe
W nocy zgodnie z oczekiwaniami, Chile dołączyło do państw obniżających stopy procentowe. Kraj ten obniżył główną stopę procentową z 5,75% na 5,5%. Złośliwi zwracają uwagę, że kraj ten miał dokładnie takie stopy procentowe jak Polska, ale wyższą inflację, bo aż 4,6%, również jak w Polsce rosnącą. Reakcja rynków była przewidywalna. Skoro stopy procentowe rosną, oznacza to, że waluta się osłabia. Tak właśnie było wczoraj w przypadku chilijskiego peso.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę:
14:30 – USA – handel zagraniczny,
15:45 – Kanada – decyzja w sprawie stóp procentowych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Oferta mieszkań deweloperskich na siedmiu największych rynkach w Polsce sięga obecnie ponad 52 tysiące lokali. To wynik o 50% wyższy niż rok temu. Liczba wprowadzeń jest większa od mieszkań sprzedanych już ósmy miesiąc z rzędu, a w Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu i Katowicach rynek pierwotny już się mierzy z nadpodażą. Zarówno kupujący, jak i firmy deweloperskie czekają na impuls z zewnątrz, który z powrotem będzie stymulował popyt.
Z danych Otodom Analytics wynika, że w granicach siedmiu głównych miast deweloperzy sprzedali niespełna 2,8 tys. mieszkań, co jest podobnym rezultatem jak w lipcu. Jednak jest to wynik blisko o połowę mniejszy niż rok wcześniej. Biorąc pod uwagę korekty danych wstecz, rynek deweloperski zakończy sierpień finalnie z około 2,6 -2,7 tys. sprzedanych mieszkań. W porównaniu do lipca sprzedaż nowych mieszkań zmniejszyła się minimalnie (niecałe 0,5%). Natomiast w ujęciu rocznym spadła aż o 43%. W sierpniu na rynek trafiło ponad 3,6 tys. nowych mieszkań, o ok. 750 mniej niż w lipcu br. i 800 więcej niż w sierpniu 2023 r.
– Sierpień na rynku mieszkaniowym w siedmiu największych miastach niewiele się różnił od tego, co działo się w lipcu. Okazało się, że pułap 3 tysięcy sprzedanych lokali po raz kolejny jest dla deweloperów nieosiągalny. Co więcej, ta tendencja spadkowa w zakresie sprzedaży mieszkań deweloperskich utrzymuje się, a w biurach sprzedaży wyczuwalny jest pewien stan wyczekiwania na impuls, który będzie ponownie stymulować stronę popytową. Zarówno deweloperzy, jak i klienci indywidualni czekają na zmianę, która nadejdzie spoza rynku mieszkaniowego – wyjaśnia Katarzyna Kuniewicz, szefowa działu badań w Otodom Analytics. – A policzalnym efektem tego wyczekiwania jest liczba nowych lokali wprowadzonych do sprzedaży w sierpniu, kiedy to deweloperzy rozpoczęli sprzedaż 3,6 mieszkań i jest to o 17% mniej niż w lipcu br. i aż o 29% mniej niż w sierpniu ubiegłego roku – dodaje ekspertka. Dane Otodom Analytics
Warszawa ze spadkiem sprzedaży
W sierpniu najwięcej nowych mieszkań kupiono w Warszawie – 881, co stanowi 31% całej sprzedaży na siedmiu rynkach głównych. Zaraz za stolicą znalazł się Kraków z wynikiem na poziomie 452 mieszkań. W Trójmieście i Wrocławiu sprzedaż zamknęła się w przedziale 300-400 lokali, a w Łodzi i Poznaniu na poziomie blisko 300. W Katowicach, najmniejszym rynku spośród analizowanych miast, deweloperzy sprzedali 151 mieszkań.
Warszawa, pomimo najlepszego wśród największych rynków wyniku w sierpniu, odnotowała spadki sprzedaży zarówno w ujęciu miesięcznym, jak i rocznym. Od lipca sprzedaż w stolicy zmniejszyła się o 16%, a od sierpnia zeszłego roku o prawie 50%. Mniejszą sprzedaż w tych dwóch okresach można zauważyć też we Wrocławiu i Łodzi – odpowiednio o 9% i 5%, a w stosunku do sierpnia 2023 r. o 55% i 18%. Od sierpnia ubiegłego roku mniej mieszkań sprzedaje się też w Trójmieście i Krakowie (o 44-48%), Katowicach (o 29%) oraz Poznaniu (o 14%). Jednak w ujęciu miesięcznym odnotowano w tych miastach wzrost sprzedaży – największy w Katowicach (84%), a najmniejszy w Krakowie (6%).
Oferta mocno w górę
Liczba wprowadzeń na wszystkich siedmiu rynkach była mniejsza niż w poprzednim miesiącu. Analiza danych Otodom Analytics wskazuje, że więcej nowych mieszkań niż w lipcu wprowadzono na rynkach wrocławskim, trójmiejskim i warszawskim. W czterech pozostałych miastach nastąpił spadek. W porównaniu do sierpnia ubiegłego roku liczba wprowadzeń zmalała jedynie w Łodzi oraz w Krakowie. Oferta w Warszawie przekroczyła 12,3 tys. mieszkań i stanowi 24% wszystkich ogłoszeń. Na drugim miejscu jest Łódź, która posiada prawie 8,8 tys. mieszkań na sprzedaż, a dalej, z podobnym wynikiem, Wrocław i Poznań (niecałe 7,5 tys.). Niewiele mniejsza jest podaż krakowskich deweloperów – przeszło 7,2 tys. mieszkań. W Trójmieście jest to prawie 5,6 tys. lokali, a w Katowicach niecałe 3,6 tys.
W ciągu roku liczba oferowanych przez firmy deweloperskie mieszkań wzrosła we wszystkich analizowanych miastach. Najmniejszą zmianę odnotowaliśmy w Trójmieście, gdzie oferta urosła o 3%, natomiast na pozostałych rynkach notujemy wzrosty na dwucyfrowym poziomie. Od sierpnia 2023 r. podaż zwiększyła się o 17% w Katowicach, 46% w Warszawie, 66% w Poznaniu, 69% we Wrocławiu, 73% w Łodzi i 83% w Krakowie.
Aktualnie Łódź, Poznań, Wrocław i Katowice zagrożone są nadpodażą.
Cenowa stabilizacja
Widać lekkie wyhamowanie w cenach. Od lipca wzrosły one nieznacznie w Trójmieście i Wrocławiu, a spadły w Warszawie, Krakowie, Poznaniu i Łodzi – jednak w żadnym z tych miast zmiana nie przekroczyła 1%. Największą różnicę odnotowano w Katowicach, gdzie kwoty za mkw. mieszkania w ciągu miesiąca wzrosły o niecałe 1,5%. W ujęciu rocznym na wszystkich 7 rynkach nastąpił wzrost średniej ceny mkw. mieszkania. Najbardziej, o prawie 20%, podrożały mieszkania w Łodzi, a następnie w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Katowicach (11-13%).
– Przeciętne ceny mieszkań ustabilizowały się. Jednak nie mamy do czynienia z tak wyczekiwanymi przez klientów obniżkami. Ciekawym zjawiskiem jest wyraźnie widoczny mniejszy średni metraż mieszkań wprowadzanych do sprzedaży. To około 55 mkw. Należy zwrócić uwagę, że mieszkania wprowadzone w sierpniu i we wrześniu są o 3-4 mkw. mniejsze niż lokale, będące już w ofercie. W rezultacie w ofercie deweloperów mamy mieszkania o powierzchni średnio 51-52 mkw., co najwidoczniej staje się nowym standardem na rynku pierwotnym – podsumowuje Katarzyna Kuniewicz, Otodom Analytics.
Ten tydzień zdominowany jest przez dane z amerykańskiego rynku pracy. Dziś poznamy ankietę JOLTS, która wskaże siłę popytu na pracę. Jutro natomiast otrzymamy prywatny raport ADP, wyjątkowo w czwartek ze względu na poniedziałkowe święto w USA. Inwestorzy jednak tak naprawdę czekają na piątkowy raport NFP, którego znaczenie ponownie urosło. Wczoraj trochę zamętu wprowadził ISM dla przemysłu a także wypowiedzi Mester z Fed w Cleveland. Rynek ponownie zaczął się obawiać o gospodarkę USA, stad też wzrost awersji do ryzyka. O panice nie można jednak mówić, indeks strachu co prawda urósł ale do ekstremalnych poziomów obserwowanych w pierwszych dniach sierpnia, jest mu jeszcze daleko.
Już dziś poznamy liczbę wolnych miejsc pracy, „JOLTS Job Openings”, które wskazują, ile miejsc pracy jest nieobsadzonych, nowo utworzonych lub istniejących, i które firmy mają trudności z ich obsadzeniem. Liczba wolnych miejsc pracy stale spada od szczytu osiągniętego podczas pandemii, ale nie powróciła jeszcze do poziomu sprzed kryzysu. Prognozowana wartość to 8,100 mln. W czwartek poznamy prywatny ADP, który jest traktowany w pewnym stopniu jako wskaźnik wyprzedzający dla oficjalnych miesięcznych danych podawanych przez BLS. Rynek jednak wie, że tak naprawdę raport ten w niewielkim stopniu koreluje z NFP. Zgodnie z oczekiwaniami ADP ma wzrosnąć z poziomu 122 tys. do 145 tys. nowych miejsc pracy.
W tym momencie dane, które poznamy w piątek, są dlatego tak ważne, ponieważ mocno rozczarowały miesiąc wcześniej i rozbudziły obawy o recesję. Sam Fed oficjalnie zakomunikował, że temat zatrudnienia staje się w tym momencie istotny. Być może staje się bardziej kluczowy od inflacji, która została opanowana. Rezerwa Federalna nie chce mocniejszego schłodzenia rynku pracy, stąd tek komunikat z Jackos Hole o dostosowaniu polityki monetarnej, co jednoznacznie zostało zinterpretowane jak start cyklu luzowania. Na rynku trwa coś na kształt przeciągania liny. Raz spekulacje o zmianie stóp o 50 pb bazowych rosną raz maleją. Po wczorajszym dniu implikowane prawdopodobieństwo większego ruchu w dół wzrosło i wynosi ok 40 proc.
Zarówno w 2001 jak i 2007 roku, kiedy startowały poprzednie cykle łagodzenia warunków monetarnych w USA, Fed decydował się na pierwszy ruch w wysokości 50 punktów bazowych. Sytuacja makro wówczas była zdecydowanie inna. Przed pierwszym cięciem, na rynku pracy spadało zatrudnienie w niektórych miesiącach. Aktualnie wciąż ich przybywa więc ten argument nie przemawia za mocniejszą zmianą parametrów. W bezpośrednim okresie poprzedzającym pierwszą redukcję kosztu pieniądza, która miała miejsce w połowie 2019 roku, cały czas przybywały wakaty, co prawda częste były odczyty wyraźnie poniżej 100 tys. Tym razem sytuacja na rynku pracy jest lepsza, a wynik z 2 sierpnia, który wprowadził tak dużą panikę na rynku (114 tys.), na tle historycznych odczytów wydaje się być wciąż solidną cyfrą. Po drugie, jeśli Powell rozpocząłby od mocniejszego ruchu, mógłby zasiać obawy rynku, że Fed jest spóźniony z obniżkami i w ten sposób chce nadgonić zaległości, jednocześnie przyznając się do swojego błędu. To mogłoby wprowadzić ponownie wzrost awersji do ryzyka, czego na pewno nie chce Rezerwa Federalna.
Rosnąca stabilnie, lecz niegwałtownie, długo utrzymująca się inflacja przyspiesza rozwój najmu zwrotnego nieruchomości. To jedna z najbezpieczniejszych metod uzyskania finansowania na rynku ze względu na stałe koszty, nawet w 30-letniej perspektywie, niezależne od stóp procentowych. Wraz z ich skokiem, rośnie zainteresowanie tematem. Cały 2024 rok prawdopodobnie zakończy się wzrostem liczby transakcji o ok. 8-10% rdr. Po wakacjach nastąpi dalsze ożywienie, szczególnie na przełomie III i IV kwartału br. Natomiast prognozowany na przyszły rok poziom wzrostu inflacji pozwala przewidywać jeszcze szybszy rozwój tego rynku. Kolejne lata będą również dynamiczne, z uwagi na wciąż niewykorzystany potencjał. Najwięcej mogą skorzystać na tym stabilne i wiarygodne firmy.
Ożywienie wśród inwestorów
Najem zwrotny nieruchomości (sale leaseback), często mylnie określany jako leasing zwrotny, to forma pozyskania finansowania dla rozwoju przedsiębiorstw. Transakcja składa się z dwóch łączących się ze sobą etapów. W pierwszym kroku następuje sprzedaż nieruchomości na rzecz funduszu inwestycyjnego, a następnie jej dotychczasowy właściciel, podpisując umowę najmu, staje się najemcą, dalej prowadząc działalność w identycznym zakresie w tej samej nieruchomości.
Inwestorzy coraz częściej dostrzegają, że rynek najmu zwrotnego nieruchomości w okresach długo utrzymującej się inflacji jest jedną z najkorzystniejszych form finansowania. Wzrost zainteresowania najmem w ostatnich latach wręcz wystrzelił. Potęguje go stale rosnąca świadomość na temat korelacji wysokiej inflacji i opłacalności najmu zwrotnego.
Wysoka inflacja z reguły idzie w parze z podwyższonymi stopami procentowymi, które – mimo jej spadku w 2023 roku – wciąż nie odchyliły się istotnie od szczytu we wrześniu 2022 roku. Prognozy na najbliższy czas nie wróżą ich rychłego powrotu do niskiego poziomu. Natomiast koszty najmu zwrotnego nie są bezpośrednio powiązane z nimi, są relatywnie stałe nawet na przestrzeni 30 lat. Dlatego też rynek ten jest przez inwestorów postrzegany jako stabilny.
Nie ma zapewne innego produktu, który w takim długim okresie oferowałby stałość kosztów finansowania. To powoduje, że w niepewnych czasach najem zwrotny stanowi bezpieczną i stabilną inwestycję. Niweluje ona długoterminowe ryzyka, w tym takie jak ewentualne konflikty zbrojne czy powrót pandemii. A sama inflacja ma przecież to do siebie, że fluktuuje.
Dwucyfrowy wzrost na horyzoncie
Prognozowanie poziomu inflacji w dłuższym okresie nie jest łatwym zadaniem. Według ekonomistów oraz projekcji NBP, do końca kolejnego roku poziom inflacji nie powróci do celu inflacyjnego (2,5% ± 1%). Do tego projekcje na kolejne lata obarczone są większą dozą niepewności. Natomiast pewne jest to, że wzrost inflacji będzie tylko potęgował atrakcyjność najmu zwrotnego nieruchomości.
Od kilku miesięcy ponownie obserwujemy wzrost inflacji w Polsce. W grudniu br. może ona wynieść 5%, a przyszłym roku – nawet nieco ponad 7%. To skłoni inwestorów do zwiększenia zainteresowania najmem zwrotnym, co postępuje już od dawna. Po ostatnich GUS-owskich pełnych odczytach wzrostu inflacji w lipcu, a także po szybkim szacunku z sierpnia widać dalsze ożywienie.
Obserwując rynek, można oczekiwać, że branża najmu zwrotnego dalej organicznie będzie wzrastać. Cały ten rok prawdopodobnie zakończy się wzrostem transakcji o ok. 8-10% rdr. A jeżeli ww. prognozy dot. inflacji będą niedoszacowane, wynik ten może być jeszcze lepszy. Obserwując czynnik inflacji oraz inne kwestie rynkowe, oczekuje się, że tuż po wakacjach rynek najmu zwrotnego zacznie przyspieszać. Szczególnie będzie można to zauważyć na przełomie III i IV kwartału br.
Oczywiście wiele będzie zależało od tego, czy nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, co mogłoby wstrząsnąć całym rynkiem finansowym czy nieruchomości. Niemniej największe wzrosty dot. najmu zwrotnego wciąż są przed nami. Rynek ten w Polsce szybko się rozwija, a inwestorzy zagraniczni coraz częściej dostrzegają w nim potencjał.
Inflacja odgrywa dużą rolę
Jeżeli kolejne branże skorzystają z najmu zwrotnego, wówczas prognozowany wzrost liczby transakcji rok do roku będzie sukcesywnie się zwiększał i to nawet wyraźnie dwucyfrowo. W okresie największego wzrostu inflacji nastąpił przełom w Polsce dla tej formy finansowania. Wcześniej najem zwrotny nie był w naszym kraju aż tak szeroko stosowany.
Z zasady wzrost inflacji nie pomaga w podejmowaniu przełomowych decyzji biznesowych. Jednak właśnie taki czas daje możliwość skorzystania z nieszablonowych rozwiązań. Inwestorzy coraz częściej biorą pod uwagę najem zwrotny nieruchomości, a im więcej inwestorów na rynku, tym ich oferta dla przedsiębiorców jest lepsza. Stopy procentowe, które nie powinny już dalej wzrastać, ustabilizowały oczekiwania inwestorów co do stopy zwrotu z inwestycji w nieruchomości.
W okresie bardzo niskiej inflacji i niemal zerowych stóp procentowych kredyt bankowy może być faktycznie tańszy, ale w czasie długo utrzymującej się podwyższonej inflacji przewaga najmu nad nim jest wyraźna. W momencie bardzo raptownego wzrostu inflacji często jest za późno na podjęcie decyzji o najmie, bo inwestorzy boją się ryzyka i uwzględnią to w cenie. Długo utrzymująca się wysoka inflacja i perspektywa jej ponownego wzrostu – jak to obecnie obserwujemy – to najlepszy moment na najem zwrotny.
Rozwiązanie tylko dla silnych
W zdecydowanej większości branż, posiadających nieruchomości przy utrzymującej się inflacji, wystąpią korzyści wynikające z najmu zwrotnego. Mogą być one mniejsze, jeśli firmy w okresie, w którym ich wynik bardzo obciążyły zmienne koszty energii, chcą skorzystać z szansy finansowania w ramach najmu zwrotnego. Czasem jest na to zwyczajnie za późno. Warto było taką decyzję podjąć wcześniej, aby zabezpieczyć się przed znaczącym wzrostem kosztów finansowania.
Każda firma lepiej, aby podejmowała decyzje w sposób przemyślany, a nie pochopny. Jeśli jej celem jest działanie w sposób przewidywalny w długim okresie, to najem zwrotny w takich czasach, jak teraz mamy, będzie idealnym rozwiązaniem.
Warto podkreślić, że jest to produkt dla firm, które generują zyski i chcą się dalej rozwijać. Inwestorem są podmioty o bardzo niskim apetycie na ryzyko, więc branże, które akurat w danym roku przechodzą trudności finansowe, mogą nie przekonać nikogo do zainwestowania w ich nieruchomość.
W pogoni za rynkiem zachodnim
Wraz z dalszym wzrostem zainteresowania najmem zwrotnym, na polski rynek będą napływać kolejni międzynarodowi inwestorzy, którzy od lat praktykują tego typu działalność w Europie czy w Stanach Zjednoczonych. Kapitału na rynkach rozwiniętych jest dużo. Do Polski będzie go napływać tylko więcej. Zatem to jest samonapędzający się mechanizm.
Im więcej firm będzie zamierzało skorzystać z tej formy finansowania, tym większa liczba podmiotów będzie chciała udzielić takiego finansowania. Rynek stanie się jeszcze bardziej konkurencyjny i dojrzały, co widać już od wielu lat w Stanach Zjednoczonych, gdzie ponad 50% nieruchomości jest wynajmowanych. Tak jest dzięki dojrzałości tamtejszego rynku kapitałowego.
Rynek najmu zwrotnego w Polsce wciąż jest w fazie intensywnego rozwoju. W Europie Zachodniej czy w USA od lat już funkcjonują z sukcesem liczne branże finansowe. Dla inwestorów atrakcyjnych okazji inwestycyjnych w Europie nie jest tak dużo, jak w Polsce. Z tego wynika ich tak wyraźne zainteresowanie naszym krajem, co obserwujemy od kilku lat.
Autorem komentarza jest Mariusz Stępień, ekspert rynku nieruchomości, biegły rewident, dyrektor finansowy w INWI
Polska waluta zyskała wczoraj na wartości zarówno względem euro, dolara amerykańskiego jak i funta szterlinga. Przy małej zmienności na niemieckim czy francuskim parkiecie, na GPW dominowały zdecydowane zwyżki, które przyniosły zwyżki indeksu WIG20 aż o ponad 1,8 proc. Wczorajsze umocnienie złotego można tłumaczyć zachowaniem inwestorów na GPW. Spoglądając na instrumenty pochodne oparte o stopę procentową (FRA) w Polsce, było widać wczoraj wzrosty, co też po części tłumaczy siłę PLN. Rynek spodziewa się wysokich stóp procentowych po prostu przez dłuższy czas. Za siłą złotego mogła stać również niewielka deprecjacja USD. Tak czy inaczej wrzesień nasza waluta zaczęła od zdecydowane akcentu.
Już jutro Rada Polityki Pieniężnej podejmie decyzję o parametrach polityki monetarnej. Szeroki konsensus rynkowy zakłada, że stopy procentowe nie ulegną zmianie. Najważniejsza wydaje siebyć konferencja prasowa, na której mogą zostać podane kolejne wskazówki jakie będą dalsze działania banku centralnego. Piątkowy wysoki odczyt inflacyjny w jakimś stopniu utwierdził rynki, że zmiana retoryki na „gołębia” nie nastąpi w najbliższym czasie. Wręcz przeciwnie, obecnie „jastrzębie nastawienie RPP może się wydłużyć w czasie, co może tłumaczyć w pewnym stopniu siłę złotego.
Przypomnijmy, że wskaźnik CPI w sierpniu uplasował się na poziomie 4,3 proc. w ujęciu rok do roku co daje wzrost z 4,2 proc. Za szybkimi obniżkami kosztu pieniądza wciąż także nie przemawia wynik inflacji bazowej, która w lipcu urosła do poziomu 3,8 proc. przy prognoza wskazujących minimalnie niższy poziom 3,7 proc. W sierpniu prawdopodobnie utrzyma się na podobnym poziomie, co będzie świadczyło o uporczywości cen. Wskaźnik nie uwzględniający żywności oraz energii stabilizuje się od kilku miesięcy i prognozy wskazują, że w najbliższym czasie nie możemy oczekiwać złagodzenia. Jeśli weźmiemy do tego lepsze dane o PKB za drugi kwartał (3,2 proc., prognoza 2,8 proc.) otrzymujemy mix czynników, które raczej powinny utwierdzać RPP w przekonaniu, że obecne nastawienie jest słuszne.
Notowania EUR/PLN zbliżyły się wczoraj do minimów ustanowionych w sierpniu. Kluczowym poziomem technicznym, który może ograniczać dalsze spadki jest właśnie ten poziom czyli okolice 4,26. Jeśli on zostanie pokonany, wówczas otworzy się droga do 4,25 – poziomu, z którym notowania nie mogą sobie poradzić już od kilku miesięcy. Po sierpniowym osłabieniu dolara, złoty oddał cześć wypracowanych zysków w końcówce miesiąca. Notowania USD/PLN dotarły do 3,8840 po czym nastąpiło wczorajsze umocnienie. Dzienna, spadkowa świeca przykrywa swym korpusem kilka poprzednich wzrostowych i z technicznego punktu widzenia sygnalizuje, że dalsze wzrostu notowań zostały zatrzymane.
Kluczowe dla złotego będą oczywiście dane piątkowe z USA na temat rynku pracy. Jeśli one rozczarują i ponownie pokażą słabość, wówczas USD po raz kolejny może wpaść w spiralę wyprzedaży, co będzie z korzyścią dla PLN.
Miesiąc zaczynamy spokojnym handlem na wielu aktywach, co w sporej mierze jest pokłosiem braku świętujących dziś amerykańskich inwestorów. Mimo wszystko z lekkiego osłabienia USD stara się korzystać PLN, poprawiający swoją pozycję na parach z głównymi walutami. Przemysłowe PMI ze Starego Kontynentu lekko polepszają nastroje wokół europejskiej gospodarki, ale wciąż trudno im dotrzeć do pozytywnych rejonów. Jednak kluczowe odczyty nadejdą dopiero w kolejnych dniach z USA i to one mogą kreować sentyment na początku września.
EUR ze słabą reakcją na PMI
Wstępne europejskie, sierpniowe PMI (badające nastroje w przedsiębiorstwach) sprzed dwóch tygodni mocno nadwątliły już i tak słabą atmosferę wokół gospodarek strefy euro. Finalne dane trochę ją polepszają, chociaż do pułapu 50 pkt, który oddziela recesję od ekspansji, niektórzy wciąż mają daleką drogę. Mimo wszystko w dość ponurej atmosferze każda poprawa i przekroczenie prognoz jest brane za dobrą monetę. Jedynym krajem z wynikiem słabszym od oczekiwań okazała się Hiszpania, ale ona przynajmniej utrzymuje głowę nad powierzchnią (50,5 pkt). Blisko kluczowego pułapu z 49,4 pkt znaleźli się Włosi. Największa pozytywna niespodzianka dotyczy Francji, gdzie przemysł wykazał 43,9 pkt. Minimalnie swój rezultat do 42,4 pkt poprawili Niemcy, ale nie zmienia to faktu, że z lidera stali się obciążeniem dla eurozony. W ten sposób wynik dla całej strefy euro podskoczył do 45,8 pkt. Powyższy pakiet danych miał ograniczony wpływ na pozycję wspólnej waluty. Z innych kierunków w dalszym ciągu najlepiej prezentuje się Wielka Brytania z 52,5 pkt. Natomiast Polska potwierdza wzrostowy trend, osiągając tym razem 47,8 pkt.
Pozytywnie wokół CHF
Coraz ciekawiej wygląda sytuacja w Szwajcarii, która dziś mocno zaskoczyła rynki swoimi publikacjami. Pozostając w temacie przemysłowego PMI, wyniosło ono w tym alpejskim kraju 49 pkt, zdecydowanie przebijając poprzedni rezultat i prognozy (43 pkt). Potwierdzeniem pozytywnych trendów w tamtejszej gospodarce była też sprzedaż detaliczna w ujęciu rocznym, która w czerwcu spadła o 2,6%, a za lipiec oczekiwano spadku o 0,2%, tymczasem odnotowano wzrost na poziomie 2,7%. W ten sposób ostatnie decyzje Szwajcarskiego Banku Narodowego, który zdecydował się na obniżki stóp procentowych, wydają się całkiem trafne. Jednak równocześnie zarówno powyższe pozytywne dane mogą zamykać ścieżkę do kolejnych cięć. Taki scenariusz powinien w najbliższym czasie wspierać CHF. Dziś po południu kurs franka przebił 4,54 zł.
EUR/USD czeka na Amerykanów
Jak już wspomniałem na wstępie, poniedziałkowy handel nie należy do najbardziej emocjonujących, co w dużej mierze jest skutkiem braku na rynku świętujących Amerykanów. Kurs EUR/USD po ostatnich spadkach lekko się koryguje, wracając z 1,105 $ do 1,106 $. Trudno jednak w tym wypadku mówić o obraniu jakiegoś kierunku, a o wiele bardziej pasuje tu określenie konsolidacji. Poważniejszy impuls może przyjść już jutro wraz ze wskaźnikiem wyprzedzającym ISM dla amerykańskiej gospodarki. Jednak najważniejszy odczyt tygodnia nadejdzie dopiero w piątek wraz z danymi amerykańskiego Departamentu Pracy. Przed miesiącem NFP zatrzęsło rynkami, generując poważne tąpnięcie na giełdach. Teraz ma ono szansę ustalić ostateczne oczekiwania wobec obniżki stóp ze strony Fed, aktualnie rynek wycenia szanse na ruch o 50 pb na 30%. Po drodze już w środę poznamy decyzję RPP, ale w tym wypadku możliwy jest tylko jeden scenariusz, czyli kontynuacja jastrzębiej polityki i retoryki, dlatego ani posiedzenie, ani konferencja prezesa Glapińskiego następnego dnia nie powinny mieć wpływu na pozycję złotego. Ten radzi sobie w trakcie dzisiejszego handlu całkiem dobrze, kurs EUR/PLN kieruje się do 4,27 zł, a kurs USD/PLN spogląda na 3,86 zł. Co ciekawe w dość mizernym otoczeniu europejskich giełd (nad kreską są jedynie Madryt i Amsterdam) fantastycznie radzi sobie GPW, gdzie WIG20 zyskuje aż 1,7%. Jednak nie warto wyciągać z tego daleko idących wniosków, ponieważ bez najważniejszych globalnych graczy przed godz. 15 obrót nie przekracza mizernych 500 mln.
Grupa TAG Immobilien z sukcesem wyemitowała 5,5-letnie obligacje o stałym oprocentowaniu na poziomie 4,25% i łącznej wartości 500 mln EUR. Zanotowano wysoką, 5-krotną nadsubskrypcję i duże zainteresowanie inwestorów instytucjonalnych modelem biznesowym TAG. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na cele korporacyjne, w tym dalszy rozwój polskiego portfela najmu, refinansowanie wygasających w przyszłości zobowiązań oraz wzmocnienie ratingów na poziomie inwestycyjnym.
„Udane uplasowanie obligacji korporacyjnych to ważny krok w dywersyfikacji naszych źródeł finansowania. Pozyskane środki przeznaczymy na dalszy rozwój naszego polskiego portfela najmu, a także na przyszłe refinansowanie. Udana emisja obligacji wzmacnia również nasze dwa ratingi na poziomie inwestycyjnym przez zwiększenie wykorzystania instrumentów niezabezpieczonych. Jesteśmy bardzo zadowoleni z dużego zainteresowania naszymi obligacjami ze strony inwestorów, a także z zaufania, jakim obdarzono TAG” – komentuje Martin Thiel, Dyrektor Finansowy i Współdyrektor Generalny TAG.
Transakcja była prowadzona przez BofA Securities, Deutsche Bank, J.P. Morgan i Société Générale jako współprowadzących księgę popytu.
„Współpraca w ramach Grupy TAG daje nam istotne przewagi konkurencyjne na polskim rynku, ale przede wszystkim umacnia naszą pozycję finansową. Dzięki temu mamy możliwości, by realizować kolejne inwestycje i rozszerzać nasze portfolio. Tak duże zainteresowanie inwestorów obligacjami Grupy TAG potwierdza, że widzą oni nasze sukcesy w Polsce i wierzą w naszą strategię i potencjał rozwoju” – wskazał Oscar Kazanelson, przewodniczący rady nadzorczej ROBYG i Vantage.
W 2024 roku Grupa TAG planuje sprzedaż na poziomie 2700 mieszkań oraz zwiększenie portfela lokali na wynajem o 1000 nowych mieszkań. Ponadto Grupa rozbudowuje bank ziemi, który obejmuje potencjał budowy około 25.000 lokali w całej Polsce i szuka możliwości inwestycyjnych w nowe grunty.
Grupa TAG podpisała łącznie 1497 umów przedwstępnych i deweloperskich oraz 409 umów rezerwacyjnych. ROBYG zrealizował i rozpoznał w przychodach 1100 lokali, Grupa TAG zrealizowała i przekazała 1540 lokali, z czego 1330 lokali zostało przekazanych klientom, a 212 lokali wprowadzono na wynajem. Łącznie w H1 2024 roku Grupa TAG w Polsce miała w budowie około 4100 mieszkań i lokali komercyjnych. Portfolio mieszkań na wynajem Grupy wyniosło ok. 2600 lokali na koniec H1 2024.
W czerwcu 2024 roku Grupa TAG Immobilien – do której należy ROBYG i Vantage – zainwestowała 390 mln zł w bank ziemi w całej Polsce. W pierwszym półroczu 2024 roku Grupa TAG w Polsce miała w budowie około 3900 mieszkań i lokali komercyjnych.
WIBOR – narzędzie w rękach banków czy efekt polityki pieniężnej? Rozmawiamy o tym, co naprawdę kształtuje koszty naszych kredytów.
W analizie TEP pod koniec 2023 r. przeanalizowaliśmy cztery mity pojawiające się w debacie publicznej w odniesieniu do WIBOR (Warsaw Interbank Offered Rate), czyli kluczowego wskaźnika stóp procentowych w Polsce. Demagogia nie zna jednak granic i musimy zająć się następnymi mitami, które się pojawiły.
WIBOR jest oderwany od stóp NBP
Mit ten zakłada, jakoby banki komercyjne miały nieograniczoną swobodę w ustalaniu stawek WIBOR w oderwaniu od polityki pieniężnej Narodowego Banku Polskiego (NBP). W konsekwencji miałyby one oportunistycznie zawyżać WIBOR po to, by uzyskiwać dodatkowe przychody od rat od kredytów o zmiennym oprocentowaniu.
Pogląd ten jest absolutnie nieprawdziwy, a jego fałsz można łatwo obnażyć odwołując się do zasad wyznaczania stawki WIBOR i działania NBP. Kwotowania podawane przez banki komercyjne w procesie tzw. fixingu, czyli ustalania poziomu WIBOR, mają charakter wiążący (GPW Benchmark 2021). Oznacza to, że bank jest prawnie zobowiązany do zawarcia transakcji z innym bankiem według podanych stawek w określonym czasie. W odniesieniu do WIBOR transakcją tą jest udzielenie „pożyczki” na rynku międzybankowym, czyli umieszczenie depozytu jednego banku w innym banku na określony czas. Bank kwotujący ten depozyt zobowiązany jest podać jednocześnie stawki offer i bid. Stawka offer sygnalizuje, na jaki procent bank jest gotów złożyć depozyt, a stawka bid – na jaki procent gotów jest depozyt przyjąć. Zgodnie z regulaminem WIBOR/WIBID to różnica pomiędzy obiema kwotowanymi stawkami nie może być wyższa niż 0,2% (GPW Benchmark 2021). Gdyby więc bank zakwotował stawkę offer na poziomie np. 10%, to musiałby jednocześnie zakwotować stawkę bid na poziomie 9.8%. To kwotowanie miałoby charakter wiążący, co oznacza, że każdy inny bank mógłby złożyć depozyt na 9.8%, a bank kwotujący byłby zobowiązany go przyjąć. Taki mechanizm dwustronności kwotowania i ich wiążącego charakteru istniał od początku istnienia WIBOR, czyli od 1992 roku. Został on wymyślony jako mechanizm zapobiegający jego zawyżaniu.
Na rynku finansowym oprocentowanie jest ceną pieniądza (Mishkin, Matthews i Giuliodori 2013). Zbyt wysoki koszt pożyczki międzybankowej ogłoszony przez bank sprawi, że żaden inny bank nie będzie zainteresowany wchodzeniem w tego rodzaju transakcje, ponieważ będzie to ekonomicznie nieuzasadnione.
Ponadto, na rynku międzybankowym działa też bank centralny, który również może udzielać pożyczek bankom komercyjnym po tzw. stopie lombardowej (jednej ze stóp procentowych ustalanych przez NBP). Pożyczki te udzielane są pod zastaw papierów wartościowych posiadanych przez bank komercyjny (Narodowy Bank Polski 2022b). Nietrudno więc zauważyć, że jeśli stopy kwotowane przez banki komercyjne (a w rezultacie WIBOR) będą wyższe niż stopa lombardowa NBP, to właśnie do banku centralnego udawać się będą te banki komercyjne, które potrzebują płynności. Stopa lombardowa NBP jest więc naturalną, górną granicą WIBOR-u.
Źródło: Stooq.pl (WIBOR), NBP (stopy NBP)
Zjawisko to pokazuje powyższy wykres. Stawka WIBOR ON (overnight) nigdy nie przekracza stopy lombardowej NBP, a stawka WIBOR 3M jest z nią skorelowana. Różnice między WIBOR ON i 3M wynikają z większej premii za ryzyko w przypadku depozytu składanego na dłuższy termin, co było szczególnie zauważalne w 2022 roku, kiedy rozpoczęła się wojna w Ukrainie. Gdyby wysoka wartość stawki WIBOR wynikała z oportunistycznych działań banków komercyjnych, to działanie takie byłoby widoczne już w latach 2015-2019. Tymczasem dane jednoznacznie wskazują, że wzrost stawek WIBOR był skorelowany w czasie z zacieśnieniem polityki pieniężnej NBP rozpoczętym w roku 2022 (wyższe stopy procentowe banku centralnego miały opanować rosnącą gwałtownie inflację).
Relacja między stopami procentowymi ustalanymi przez bank centralny i stawkami WIBOR jest elementem tzw. mechanizmu transmisji polityki pieniężnej tj. zjawiskiem oczywistym dla wszystkich osób zajmujących się ekonomią oraz finansami (Narodowy Bank Polski 2023).
Banki mogą pożyczyć taniej w NBP po stopie lombardowej, niż na rynku międzybankowym
Kolejny mit dotyczący działania banków komercyjnych dotyczy źródeł pozyskiwania kapitału. Pojawiły się opinie, jakoby banki mogły pożyczać środki od NBP taniej, niż mogłyby to robić na rynku międzybankowym. Głoszenie takich tez dowodzi, że ich autorzy nie znają zasad działania sektora bankowego.
Po pierwsze, nie jest prawdą, jakoby stopa lombardowa była tańsza niż WIBOR. Jak już pokazałem wyżej – jest ona górną granicą tej stawki. Uzyskiwanie w ten sposób środków przez bank byłoby więc sprzeczne z zasadami racjonalności ekonomicznej i wzbudziło sprzeciw właścicieli banku komercyjnego. Istotą działalności bankowej jest przecież korzystanie z depozytów złożonych przez klientów, a nie pożyczanie pieniędzy od banku centralnego.
Po drugie, pożyczka po stopie lombardowej NBP wiąże się z koniecznością zabezpieczenia tej operacji odpowiednio płynnymi aktywami banku (Narodowy Bank Polski 2022a). Udzielenie takiego zabezpieczenia jest dla banku komercyjnego kosztem ekonomicznym oraz administracyjnym.
Po trzecie, nadmierne korzystanie banku komercyjnego z kredytu lombardowego NBP jest sygnałem, że coś niewłaściwego dzieje się z jego strategię finansową. Sygnał taki zostanie negatywnie odebrany zarówno przez Komisję Nadzoru Finansowego, jak i resztę otoczenia rynkowego.
Pogląd, jakoby banki mogły ignorować rynek międzybankowy i pożyczać środki od NBP nie wytrzymuje więc konfrontacji z rzeczywistością – to kolejny funkcjonujący w przestrzeni publicznej mit.
Wzrost WIBOR-u był unikalny i wynikał z „chciwości” polskich banków, co nie ma miejsca w strefie euro
Mit ten jest rozwinięciem zaprezentowanych wcześniej teorii spiskowych głoszących, jakoby wzrost stawek WIBOR po 2022 roku wynikał z oportunistycznego działania banków komercyjnych dążących do podwyższenia rat kredytobiorcom korzystającym z kredytów o zmiennej stopie oprocentowania. Zgodnie z tym poglądem zjawisko to było unikalne dla polskiej gospodarki i było konsekwencją „chciwości” banków komercyjnych.
Przedstawiony pogląd można dość prosto obalić, zestawiając wydarzenia na polskim rynku finansowym z sytuacją w strefie euro i sprawdzić, jak w ostatnich latach wyglądała zarówno stawka EURIBOR (Euro Interbank Offered Rate), jak i stopy polityki pieniężnej prowadzonej przez Europejski Bank Centralny (EBC). Podobnie jak w Polsce czyni to NBP, EBC prowadzi politykę pieniężną za pomocą stóp procentowych, wśród których znajduje się tzw. marginal lending facility (MLF), tj. stopa, po której EBC udziela pożyczek w euro bankom komercyjnym mających siedzibę w strefie euro.
Źródło: Europejski Bank Centralny (MRF), Bank of Finland (EURIBOR)
Podobnie jak w przypadku stawek obowiązujących na polskim rynku finansowym, także stawki europejskie są ściśle powiązane z MLF EBC. Deklarowanie przez banki komercyjne kwotowań wyższych niż stopa MLF byłoby bowiem pozbawione sensu ekonomicznego – także na rynku finansowym strefy euro banki komercyjne nie mogą zachowywać się oportunistycznie.
Podsumowanie
Walka z mitami „ekonomicznymi” narastającymi wokół WIBOR przypomina pracę opisaną w micie Syzyfa. Jak tylko obalone zostaną jedne nieprawdziwe twierdzenia pojawiają się nowe, które nijak się mają do teorii ekonomii. Nie wolno jednak bezkrytycznie tylko słuchać kolejnych nie prawdziwych tez, trzeba je sprawdzać i odrzucać, by nie pozwalać na zakorzenienie się „mitologii WIBOR”.
Bibliografia
European Money Markets Institute. b.d. „Euribor® Methodology | The European Money Markets Institute (EMMI)”. Pobrano 27 sierpień 2024 (https://www.emmi-benchmarks.eu/benchmarks/euribor/methodology/).
GPW Benchmark. 2021. „Regulamin Stawek Referencyjnych WIBID i WIBOR, przyjęty Uchwałą Zarządu Nr 16/2020 z dnia 3 marca 2020 (z późn.zm.)”.
Mishkin, Frederic S., Kent Matthews, i Massimo Giuliodori. 2013. The Economics of Money, Banking and Financial Markets: European Edition. Pearson Education.
Narodowy Bank Polski. 2022a. „Obwieszczenie Prezesa Narodowego Banku Polskiego z dnia 22 marca 2022 r. w sprawie ogłoszenia jednolitego tekstu uchwały Zarządu Narodowego Banku Polskiego w sprawie wprowadzenia «Regulaminu refinansowania banków kredytem lombardowym oraz kredytem w ciągu dnia operacyjnego przez Narodowy Bank Polski»”.
Narodowy Bank Polski. 2022b. „W jaki sposób Narodowy Bank Polski wpływa na krótkoterminowe stopy procentowe w gospodarce?”
Narodowy Bank Polski. 2023. „Mechanizm transmisji polityki pieniężnej w Polsce. Stan wiedzy w 2023 roku.”
Exodus nauczycieli (delikatnie) zatrzymany. Mniej chętnych zgłasza się do pracy do rekrutacji.
Jeszcze dwa lata temu firmy rekrutacyjne były zasypywane wiadomościami od nauczycieli, którzy chcieli zmienić pracę – w tym roku sytuacja się uspokoiła. Oczywiście nauczycieli, którzy pytają o możliwość zmiany pracy nadal jest wielu. Mowa głównie o młodych nauczycielach, szukających dla siebie lepszych perspektyw zawodowych, ale skala zjawiska jest mniejsza. – Wzrost wynagrodzeń sprzed kilku miesięcy przekonał doświadczonych nauczycieli, by zostali w oświacie, ewidentnie spadł również współczynnik nauczycieli decydujących się na przejście na emeryturę – mówi Anna Sudolska, ekspertka rynku pracy IDEA HR Group. – Największym problemem pozostają młodzi – dodaje.
Gdzie najchętniej uciekali ze szkoły nauczyciele? Rynek pracy jest otwarty
Nauczyciele od lat protestują przeciwko niskim wynagrodzeniom. Sytuacja w ostatnich latach doprowadzała wielu nic do trudnej decyzji, by zrezygnować z pracy pedagogicznej na rzecz np. handlu, usług, IT, pracy w sektorach usług wspólnych, a nawet w zawodach poniżej kwalifikacji jak np. w halach magazynowych. Oczywiście takie sytuacje nie były codziennością, a nauczyciele chętniej zatrudniali się w korporacjach, gdzie kompetencje związane z edukacją czy znajomością języków obcych były bardzo pożądane.
– Motywacją dla nauczycieli do zmiany pracy przede wszystkim było wynagrodzenie. Praca nauczyciela jest odpowiedzialna i wymaga odpowiednich kompetencji. Na rynku komercyjnym najbardziej pożądana była znajomość języków obcych i kompetencje organizacyjne. Dlatego nauczyciele świetnie odnajdywali się w dużych korporacjach, w sektorze IT czy jako pracownicy działów administracyjnych i HR – mówi Anna Sudolska.
W tym roku pracy poza szkołą szuka mniej pedagogów.
– Można powiedzieć, że wzrost wynagrodzeń spowodował, że exodus nauczycieli ze szkół został delikatnie zatrzymany, ale nie ma gwarancji, że to sytuacja trwała, a nie kredyt zaufania, który został przez pedagogów dany rządzącym – dodaje ekspertka.
„System nie potrafi zawalczyć o młodych nauczycieli”
Jacy nauczyciele najczęściej decydowali się na zmianę pracy? Mowa przede wszystkim o nauczycielach początkujących, ekspertach wychowania przedszkolnego, informatykach i matematykach.
– System zdecydowanie nie potrafi jeszcze zawalczyć o młodych nauczycieli. O ile starsi są już przyzwyczajeni do systemu pracy w szkole i zmiana może być dla nich niekomfortowa, tak młodzi nauczyciele i wychowawcy nie mają oporów, by zmieniać pracę. Gdy pojawiają się np. oferty dotyczące pracy w komercyjnych żłobkach to szybko odpowiadają na nie osoby zatrudnione w placówkach publicznych – mówi Anna Sudolska.
– Nauczyciele ze znajomością języków obcych szybko znajdują pracę w dużych korporacjach, a matematycy i informatycy byli swojego czasu agregowani przez branżę IT. Obecnie zapotrzebowanie na juniorów się zmniejszyło, co powoduje, że ten nabór jest również mniejszy – dodaje ekspertka IDEA HR Group.
To, czy nauczyciele będą odchodzić ze szkół, czy jednak zdecydują się, by w nich zostać zależy od dalszego planu rządzących na poprawę jakości kształcenia i stawek wynagrodzeń dla nauczycieli początkujących.
– Nie można wykluczyć, że wielu nauczycieli zrezygnuje z pracy np. we wrześniu lub w październiku. Po pierwszej inicjacji z systemem szkolnym i po otrzymaniu pierwszej wypłaty – dodaje Anna Sudolska.
Sierpień ostatecznie okazał się pozytywny dla Wall Street. W piątek indeksy rosły a przez cały miesiąc zdołały odrobić straty poniesione na skutek słabego raportu NFP. Dow Jones ustanowił nowy rekord a SP500 zbliżył się do poziomu ATH. Jedynie Nasdaq znajduje się nico niżej, co można tłumaczyć ostatnią lekką słabością akcji spółki Nvidia. Inwestorzy z zadowoleniem przyjęli preferowany przez Fed wskaźnik inflacji – deflator PCE, który okazał się zgodny z konsensusem rynkowym na poziomie 0,2 proc. m/m i 2,5 proc. r/r (oraz 2,6 proc. bazowy). Wsparło to nadzieje rynku na obniżkę stóp procentowych Fed we wrześniu ale jednocześnie wynikająca z raportu siła konsumenta nieco zmniejszyła siłę spekulacji na temat mocniejszego działania Rezerwy Federalnej.
Po słabym raporcie NFP z 2 sierpnia nastąpiła mocna wyprzedaż na rynku akcji. Potem popyt ponownie się odrodził. Rynek otrzymywał lepsze dane makro i uspokajające wypowiedzi z Fed co podbudowało nastroje i oddaliło wizję recesji. Kluczowa była wypowiedź Powell w Jackson Hole, w której przewodniczący zaznaczył, że nadszedł czas na dostosowanie polityki pieniężnej. Rentowności amerykańskich obligacji po spadku na początku sierpnia lekko odreagowały, choć utrzymują się w trendzie spadkowym od kilku miesięcy. Dolar tracił na wartości przez większość ubiegłego miesiąca, jedynie miniony tydzień przyniósł odreagowanie amerykańskiej waluty. Dziś w USA święto, więc uwaga będzie skupiona na europejskim rynku.
W kolejnych dniach otrzymamy poszczególne składowe dotyczące rynku pracy. ADP, JOLT, tygodniowe wnioski o zasiłek a także subkomponent zatrudnienia ISM. Na koniec podsumowaniem będzie miesięczny raport NFP. Dane z lipca były słabe. BLS podało wprost, że huragan Beryl w niezauważalny sposób wpłynął na statystyki. Rynek jednak spekuluje, że mogło być inaczej. Wzrost stopy bezrobocia (z 4,1 proc. do 4,3 proc.) wynikał natomiast głównie ze wzrostu imigracji a nie ze względu na redukcje stanowisk przez firmy. Tak czy inaczej wielokrotnie przytaczano w tym wypadku regułę Sahm, która w teorii wskazuje na recesję w amerykańskiej gospodarce. Statystycznie wskaźnik ten w ostatnich kilkudziesięciu latach był skutecznym prognostykiem poprzednich załamań koniunktury w USA. Następnie otrzymaliśmy również rewizję danych o zatrudnieniu z ostatniego roku do marca 2024 roku. Wielkość redukcji wyniosła ponad 800 tys. co pokazało, że rynek pracy ulegał większemu schłodzeniu już na wcześniejszym etapie. Obecnie prognozy wskazują, że zatrudnienie w USA wzrosło w sierpniu o 165 tys. a stopa bezrobocia spadła do 4,2 proc. Jeśli dane będą bliskie oczekiwań lub lepsze, wówczas jeszcze mocniej zmniejszy się szansa na cięcie stóp przez Fed o 50 pb, co może wpłynąć na aprecjację USD oraz wzrost rentowności na rynku długu. Pytanie teraz jak zareaguje Wall Street. Ostatnio słabe dane były odebrane negatywnie, więc można zakładać, że poprawa sytuacji wpłynie na wzrost optymizmu i dominację kupujących, ponieważ wizja załamania gospodarczego w USA zostanie całkowicie zniwelowana. Pamiętajmy jednak, że indeksy w USA ale też w Europie (DAX) znajdują się w newralgicznym położeniu.
Wakacje, remonty, prace zarobkowe – nadużycia na L4 to problem, który coraz mocniej dotyka pracodawców. Conperio, polska firma doradcza specjalizująca się w problematyce absencji chorobowych, ujawnia, że aż 37% kontroli przeprowadzonych latem 2024 roku wykazało nieprawidłowości. Średni wskaźnik absencji w kontrolowanych przedsiębiorstwach w lipcu osiągnął 8,44%. To skok o niemal 2 punkty procentowe w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego lata. Skala nadużyć jest alarmująca, a problem narasta. Czy planowane przez rząd zmiany przepisów dotyczące L4 pomogą ograniczyć patologię w tym zakresie?
Ogromna i kosztowna skala nadużyć
Dane z Biura Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców pokazują, że w pierwszym półroczu 2023 r. firmy wypłaciły 6,2 mld zł wynagrodzeń chorobowych – rok wcześniej, za cały rok było to 10,9 mld zł. Państwo oraz przedsiębiorcy ponoszą niezwykle wysokie koszty związane z absencją chorobową pracowników. Dla tych drugich to także utrudnienia i konsekwencje związane z zastępstwami, a także zakłóceniami w realizacji produkcji. Z danych Conperio wynika, że około 40% z 40 000 kontrolowanych rocznie zwolnień budzi wątpliwości, co do sposobu ich wykorzystywania.
– Obecna skala nadużyć i poziom wypłat świadczeń chorobowych stanowi poważne obciążenie dla polskiej gospodarki. Problem leży nie tylko w nadużywaniu zwolnień przez pracowników, ale także w ograniczonych możliwościach ZUS-u do skutecznej kontroli osób przebywających na zasiłku. Nasze wieloletnie doświadczenie i obserwacje pokazują, że społeczne przyzwolenie na nadużywanie L4 w Polsce rośnie – dla wielu staje się to sposobem na dodatkowy urlop czy zarobek. To najwyższy czas, by rzetelnie pochylić się nad przepisami w tym zakresie – podkreśla Mikołaj Zając, prezes firmy Conperio.
Najbardziej kuriozalne przypadki
Nadużycia na zwolnieniach chorobowych przyjmują najróżniejsze formy. Najczęstsze przypadki obejmują remonty w domu, malowanie mieszkania, wycinanie chwastów lub spożywanie alkoholu.
W niektórych przypadkach pracownicy tłumaczyli się, że „chory może chodzić”, co interpretowali jako zgodę na wykonywanie dowolnych czynności.
Niektórzy pracownicy w czasie zwolnienia kontynuują zatrudnienie w innym miejscu. Przykładem jest przypadek nauczycielki, która z powodu choroby była na zwolnieniu w jednej szkole, ale jednocześnie pracowała w innej. Tłumaczyła, że zwolnienie dotyczyło tylko jednego miejsca pracy.
Często zdarza się, że pracownicy nie kryją się z korzystaniem z wolnego czasu. Podczas jednej z kontroli pracownik wskazał domek letniskowy nad morzem jako adres pobytu na zwolnieniu lekarskim, jednak podczas kontroli był nieobecny. Oświadczył, że był na zakupach i okazał paragon, który wystawiony był w znanej nadmorskiej miejscowości.
Czy planowane zmiany pomogą?
Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej pracuje nad reformami, które mogą przejąć finansowanie absencji chorobowej przez ZUS od pierwszego dnia niezdolności do pracy. Istnieje również propozycja podniesienia świadczeń z 80% do 100% wynagrodzenia. Prezes Conperio, Mikołaj Zając wskazuje, iż proponowany przez polityków kształt zmian wymaga ponownego przemyślenia i wskazuje na potencjalne poważne zagrożenia, które mogą przynieść.
– Zmiany proponowane w obecnym kształcie w istotny sposób przyczynią się do zwiększenia dziury budżetowej, stając się jej pierwszym i największym składnikiem. Co więcej, mogą jeszcze bardziej zwiększyć odsetek osób korzystających ze zwolnień chorobowych w sposób niezgodny z przeznaczeniem, trwale zmieniając stosunek Polaków do pracy i źródła pochodzenia pieniędzy. Skutecznym rozwiązaniem, zmniejszającym jednocześnie dziurę budżetową, jest zaadresowanie problemu nadużywania L4 u źródła i kompleksowa pomoc dla pracodawców, chociażby poprzez wsparcie ich w kontrolach – wyjaśnia Mikołaj Zając.
Ekspert apeluje, aby w pierwszej kolejności proponowane przez rządzących zmiany zostały poddane szerokim konsultacjom społecznym z przedsiębiorcami oraz przedstawicielami rynku pracy.
– Wszelkie dążenia do wyeliminowania nieprawidłowości w zakresie niewłaściwego wykorzystywania zwolnień chorobowych są działaniem pożądanym. Przepisy są zdecydowanie przestarzałe i wymagają dostosowania do współczesnego świata. Kierunek zmian, jakkolwiek właściwy, może nie być jednak skuteczny. W pierwszej kolejności rządzącym oraz przedsiębiorcom zależeć powinno bowiem na wyeliminowaniu patologii związanych z nadużywaniem L4 przez pracowników – podsumowuje Mikołaj Zając.
Sądy okręgowe załatwiają coraz więcej spraw frankowych. Z najnowszych danych wynika, że w pierwszej połowie br. odnotowano wzrost w tym zakresie o przeszło 45% rdr. Jednocześnie składanych pozwów jest o kilka tysięcy więcej od rozstrzyganych sporów. Choć w Sądzie Okręgowym w Warszawie sytuacja wygląda odwrotnie, liczba nowych spraw jest mniejsza od załatwionych. Jak podkreślają eksperci, działa tam tzw. specjalny wydział frankowy, a ponad rok temu nastąpiła nowelizacja przepisów k.p.c. Patrząc tylko na dane dotyczące spraw załatwionych od stycznia do czerwca tego roku, widać, że kolejne miejsca w zestawieniu zajmują sądy okręgowe z największych miast. Według znawców tematu, przyczyniają się do tego m.in. coraz lepsze ugody proponowane przez banki.
Jak wynika z danych pozyskanych z 47 sądów okręgowych z całej Polski, w I połowie br. załatwiono w nich 35,6 tys. spraw frankowych. To oznacza wzrost rdr. o 45,1%, z 24,5 tys. Jednak liczba składanych pozwów z tego zakresu jest większa. Od stycznia do czerwca 2024 roku wyniosła 39,4 tys. Rok wcześniej była na poziomie 38,9 tys. Inaczej wygląda sytuacja w SO w Warszawie, gdzie w I połowie 2024 r. liczba załatwionych spraw była większa od liczby złożonych (10,3 tys. vs. 6,6 tys.).
– Sąd Okręgowy w Warszawie posiada wyspecjalizowany wydział frankowy. Sędziowie orzekają tam wyłącznie w sprawach kredytów indeksowanych i denominowanych do waluty obcej. Dodatkowo w kwietniu ub.r. nastąpiła nowelizacja przepisów k.p.c. zakładająca konieczność składania pozwu w sądzie właściwym dla kredytobiorcy. To sprawiło, że zdecydowanie zmniejszyła się ilość nowych spraw w tzw. wydziale frankowym – komentuje radca prawny Agnieszka Dudek z Uniwersytetu WSB Merito.
Z kolei jak podkreśla mecenas Mikołaj Majcher z Kancelarii MBM Legal, sytuacja w SO w Warszawie wynika z odciążenia wydziału frankowego od napływu pozwów kredytobiorców z całej Polski. Pozostałe sądy powinny być przygotowane na wzrost liczby składanych pozwów przez konsumentów. Zdaniem eksperta, w tym roku powinna być już widoczna tendencja wzrostowa w wydawaniu wyroków przez sądy spoza Warszawy. One mogą bazować na ugruntowanej już linii orzeczniczej w temacie kredytów waloryzowanych do walut obcych.
– Fakt, że w Sądzie Okręgowym w Warszawie liczba załatwionych spraw przewyższa ilość złożonych pozwów, jest dowodem na wysoką efektywność tego sądu. Może to świadczyć o lepszej organizacji pracy oraz doświadczeniu sędziów w sprawach frankowych. Myślę, że taki scenariusz jest również możliwy w skali całego kraju, jeśli inne sądy skorzystają z tych doświadczeń i usprawnień. Kluczowe będą dalsze zmiany organizacyjne sądów. Istotne też będzie zwiększenie liczby sędziów specjalizujących się w sprawach frankowych – stwierdza radca prawny Adrian Goska z Kancelarii SubiGo.
Patrząc na dane z I połowy 2024 roku, widać, że najwięcej spraw frankowych załatwiono we wspomnianym już Sądzie Okręgowym w Warszawie – 10,3 tys. (rok wcześniej – 7,9 tys. i +29,6%). Dalej plasuje się SO w Poznaniu – 2,2 tys. (poprzednio – 1,6 tys. i +43% rdr.), Warszawa-Praga w Warszawie – 2,1 tys. (956 i +117,5%), Krakowie – 2,1 tys. (1,1 tys. i +96,5%), Gdańsku – blisko 2 tys. (1,2 tys. i +64,3%) i we Wrocławiu – 1,8 tys. (867 i +102,3%).
– Wzrost liczby wyroków w sprawach frankowych, wydawanych przez sądy w różnych częściach Polski, świadczy o polepszeniu się sytuacji konsumentów i szybszym rozstrzyganiu sporów. Coraz większa liczba wydawanych orzeczeń jest konsekwencją nowelizacji k.p.c. Obowiązuje ona od połowy kwietnia 2023 r. I rozłożyła wpływ nowych spraw na poszczególne sądy. Najnowsze orzecznictwo Sądu Najwyższego i TSUE, a także coraz większe doświadczenie sędziów orzekających w sprawach frankowych również wpływają pozytywnie na sytuację kredytobiorców w sporach z bankami – przekonuje mecenas Mikołaj Majcher.
Z kolei mecenas Adrian Goska zaznacza, że znaczny wzrost liczby załatwionych spraw w innych miastach, takich jak Poznań, Kraków czy Gdańsk, wskazuje na rosnącą aktywność sądów w rozstrzyganiu tych sporów. W opinii eksperta, to dobry kierunek, który zwiększa szansę na szybsze kończenie procesów w całym kraju. Ważne jest też, aby sądy w mniejszych miastach czerpały z doświadczeń większych ośrodków. To mogłoby przyczynić się do jeszcze większej efektywności w rozpatrywaniu ww. spraw.
– To, że w niektórych częściach kraju jest więcej składanych wniosków niż załatwianych spraw, pozostaje oczywiście kwestią przejściową. Nie mamy przecież nieskończonej ilości spraw frankowych, w końcu nowych pozwów będzie coraz mniej. To spiętrzenie wynika z nasilania powództw. A to z kolei jest konsekwencją przede wszystkim decyzji TSUE. Klienci z mniejszymi obawami składają powództwo, bo lęków związanych z wystąpieniem przeciwko bankowi jest coraz mniej. Natomiast nie mamy skokowego wzrostu ilości sędziów zajmujących się tego typu sporami – mówi ekonomista Marek Zuber.
Jak zaznacza radca prawny Agnieszka Dudek, z roku na rok prawdopodobnie pozwów w sprawach kredytów indeksowanych i denominowanych będzie już coraz mniej. To może wpłynąć na poprawę szybkości orzekania. Ekspertka podkreśla też, że podpisywanych jest coraz więcej ugód. Natomiast adwokat Milena Mocarska z Kancelarii MBM Legal informuje, że niektóre banki zaczęły oferować ugody warte uwagi kredytobiorców. Fakt zawarcia porozumienia pozwala na szybkie załatwienie sprawy. To argument, który często przemawia do frankowiczów.
– Banki coraz częściej nie składają apelacji od wyroków I instancji lub wycofują odwołania w trakcie trwania sprawy. Zaczynają bowiem rozumieć, że taka postawa i zawieranie ugód może bardziej się opłacać. To przyczynia się do szybszego zakończenia procesów. Wzrost liczby spraw, które kończą się ugodą, również wpływa pozytywnie na tempo załatwiania sporów – podsumowuje ekspert z Kancelarii SubiGo.
Komisja Nadzoru Finansowego wyraziła zgodę na powołanie dwóch nowych Członków Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Michał Kobza będzie odpowiedzialny za rozwój i sprzedaż, natomiast Marcin Rulnicki za zarządzanie finansowe.
Rada Nadzorcza GPW powołała Michała Kobzę i Marcina Rulnickiego do Zarządu w lipcu 2024 roku.
Powołanie nowych Członków Zarządu GPW zostało poprzedzone procedurą konkursową.
Zarząd GPW składa się z maksymalnej liczby pięciu osób.
Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) udzieliła zgody na dokonanie zmian w Zarządzie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW). Tym samym nowymi Członkami Zarządu zostali Michał Kobza i Marcin Rulnicki. W lipcu 2024 roku Rada Nadzorcza GPW w związku z przeprowadzonym postępowaniem kwalifikacyjnym na stanowiska Członków Zarządu GPW ds. rozwoju i sprzedaży oraz ds. finansowych powołała Michała Kobzę i Marcina Rulnickiego w skład Zarządu Giełdy.
Obecnie Zarząd GPW tworzą:
Tomasz Bardziłowski, Prezes Zarządu
Sławomir Panasiuk, Wiceprezes Zarządu, Członek Zarządu ds. informatycznych
Monika Gorgoń, Członek Zarządu ds. operacyjnych i regulacyjnych
Michał Kobza, Członek Zarządu ds. rozwoju i sprzedaży
Marcin Rulnicki, Członek Zarządu ds. finansowych
Michał Kobza
Michał Kobza, Członek Zarządu GPW
Michał Kobza to ekspert z ponad 15-letnim doświadczeniem w infrastrukturze rynku kapitałowego, sprzedaży, rozwoju biznesu, zarządzaniu produktami finansowymi oraz projektami strategicznymi.
Przez lata współpracował z międzynarodowymi bankami inwestycyjnymi, brokerami, firmami typu proprietary trading, powiernikami oraz dostawcami oprogramowania i usług telekomunikacyjnych dla podmiotów rynku kapitałowego.
Od września 2022 roku Michał Kobza pełnił funkcję eksperta ds. rozwoju w firmie WAMID (Saudi Tadawul Advanced Solutions Company) w Rijadzie, Arabii Saudyjskiej. W ramach swoich obowiązków odpowiadał za identyfikację i rozwój nowych możliwości biznesowych dla giełdy Tadawul w regionie MENA.
Od 2008 roku do 2022 roku był związany z Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie, gdzie zaczynał od pozycji specjalisty. W latach 2015-2022 pełnił funkcje dyrektora i wicedyrektora Działu Rozwoju Rynku GPW. Zarządzał zespołem odpowiedzialnym za pozyskiwanie nowych członków giełdy, rozwój programów zachęt cennikowych oraz wprowadzanie nowych klas aktywów. Zainicjował uruchomienie Programu Wsparcia Pokrycia Analitycznego oraz brał udział w licznych projektach wdrażających nowe systemy i usługi. Na początku swojej kariery, w latach 2007-2008, pracował jako hedge fund accountant w firmie PFPC International (PNC Financial Services Group) w Dublinie, Irlandia. Pełnił funkcję członka Rady Nadzorczej Infoengine S.A. oraz GPW Benchmark.
Posiada tytuł MBA z zakresu transformacji cyfrowej, który uzyskał w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej. W 2017 roku ukończył program International Institute for Securities Market Growth (SEC) w Waszyngtonie. Wcześniej, w latach 2016-2017, studiował zarządzanie IT na Politechnice Warszawskiej. Jest także absolwentem Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, gdzie ukończył studia magisterskie z inwestycji kapitałowych i finansów przedsiębiorstw.
Marcin Rulnicki
Marcin Rulnicki, Członek Zarządu GPW
Marcin Rulnicki to doświadczony menedżer finansowy z bogatym doświadczeniem w zarządzaniu finansami, strategią biznesową oraz procesami przejęć i integracji spółek. Od listopada 2022 roku do czerwca 2024 pełnił funkcję CFO w międzynarodowej Grupie SunRoof, gdzie wspierał opracowanie strategicznego planu biznesowego oraz odpowiadał za przygotowanie długoterminowego planu finansowego, wdrożenie procesów raportowania i prognozowania zarządczego oraz nadzór nad międzynarodowym zespołem finansowym.
W latach 2012-2021, pracował w Asseco South Eastern Europe S.A. jako CFO Grupy ASEE i członek zarządu. Odpowiadał za międzynarodowy zespół finansowy, funkcję prawną i administracyjną, a także uczestniczył w opracowywaniu i realizacji strategii biznesowej Grupy. W latach 2009-2012 pełnił funkcję Corporate Finance Managera w Asseco Poland S.A., gdzie nadzorował finanse międzynarodowej części Grupy Asseco, uczestniczył w procesach przejęć oraz nadzorował zagraniczne aktywa grupy.
Marcin Rulnicki ma również doświadczenie jako założyciel firmy doradczej M3 Advisory oraz jako CFO i CEO w Zachodnim Funduszu Inwestycyjnym NFI S.A. W latach 2002-2006 pracował jako Accounting Manager w Heitman Financial Sp. z o.o. Swoją karierę zawodową rozpoczynał w Ernst and Young Audit.
Posiada tytuł magistra z inwestycji kapitałowych i strategii finansowych przedsiębiorstw uzyskany na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu oraz jest biegłym rewidentem.
W sierpniu, w większości największych miast, potencjalni nabywcy nowych mieszkań udali się na wakacje, a deweloperzy nie szarżowali z ich podażą. Efektem była stabilizacja średniej ceny metra kwadratowego mieszkań w ofercie warszawskich, trójmiejskich, łódzkich i śląsko-zagłębiowskich firm deweloperskich. Niestety, w Krakowie, Wrocławiu i Poznaniu średnia znów poszła w górę – wynika ze wstępnych danych BIG DATA RynekPierwotny.pl.
W Warszawie i Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropoli sierpień był piątym w tym roku miesiącem, w którym średnia cena metra kwadratowego mieszkań w ofercie firm deweloperskich utrzymała poziom z poprzedniego miesiąca. Cieszyć też może wyhamowanie podwyżek w Trójmieście i Łodzi, gdzie w lipcu średnia cena nowych mieszkań w przeliczeniu na metr kwadratowy wzrosła aż o 2%. Podobną podwyżkę eksperci portalu RynekPierwotny.pl odnotowali wówczas we Wrocławiu. W sierpniu wyniosła tu ona „tylko” 1%. Podobnie w Krakowie i Poznaniu. Przy czym akurat w tych miastach ceny wróciły na ścieżkę wzrostu. W Krakowie miesiąc temu świętowaliśmy pierwszy po 2,5 roku spadek średniej ceny metra kwadratowego o 1%. W Poznaniu przerwana została seria trzech miesięcy bez podwyżek.
Sierpień nie przyniósł zmian w wyścigu o miano tegorocznego lidera podwyżek. Wciąż prowadzą Łódź ex aequo z Wrocławiem. Od początku roku średnia cena metra kwadratowego wzrosła w tych dwóch miastach o 10%. Poznań strącił Warszawę z drugiego miejsca na trzecie. Podwyżki wyniosły tam odpowiednio 7% i 6%. Z kolei w Krakowie średnia poszła w górę o 5%, w Trójmieście – o 4%, a w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropoli – o 3%.
– Przed rokiem sierpień był wyjątkowo pracowity dla deweloperów. W ofercie banków pojawił się wówczas „Bezpieczny Kredyt 2%”, który wyzwolił istną lawinę popytu na mieszkania. W tym roku biura sprzedaży firm deweloperskich wyraźnie opustoszały. Nie dziwi więc, że znów zaczęły dawkować podaż – komentuje Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.
Na podstawie wstępnych danych sprzedażowych BIG DATA RynekPierwotny.pl można wywnioskować, że m.in. w Warszawie i Krakowie część potencjalnych nabywców uznała, że nie ma powodu do pośpiechu i w sierpniu udała się na wakacje. Wśród nich są tacy, którzy mają gotówkę lub wystarczającą zdolność kredytową. Z kolei ci, którzy nie mogą sobie obecnie pozwolić na kredyt z powodu zbyt wysokiego oprocentowania, czekają na korzystniejsze warunki kredytowe. W tej grupie jest zaś wielu takich, którzy wciąż liczą na nowy program wsparcia kredytobiorców „Kredyt mieszkaniowy #naStart”. Niestety, także w sierpniu rząd nie podjął ostatecznej decyzji w tej sprawie.
Warto zwrócić uwagę również na pewną prawidłowość – we wszystkich miastach, w których spadła w sierpniu sprzedaż mieszkań (w Warszawie, Krakowie, Łodzi i Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropoli) deweloperzy dostarczyli ich na rynek mniej niż miesiąc wcześniej. I na odwrót, w Trójmieście i Poznaniu wzrost sprzedaży mógł być efektem wzrostu podaży. Z tego schematu wyłamał się jedynie Wrocław, w którym zawarto w sierpniu więcej umów deweloperskich, mimo spadku liczby mieszkań, które pojawiły się w sprzedaży. Mimo to sytuacja kupujących we wszystkich metropoliach wciąż jest dość komfortowa, jeśli chodzi o wielkość oferty – w większości miast wzrosła, a jeśli spadła, to niewiele. W dodatku deweloperzy oferują różnego rodzaju bonusy, a nawet kilkuprocentowe rabaty.
Warszawa przyciąga ludzi z całego świata – zarówno w celach urlopowych, jak i służbowych. Niezależnie jednak od przyczyny przyjazdu do stolicy, kluczem do udanego pobytu jest odpowiedni nocleg. Wybór obiektów jest ogromny. Dowiedz się, na jakie aspekty zwrócić uwagę, wybierając zakwaterowanie.
Lokalizacja – klucz do wygodnego zwiedzania
Pierwszym aspektem – i bez wątpienia najważniejszym – jest lokalizacja noclegu. Warszawa to bardzo duże miasto, dlatego warto zastanowić się, jakie atrakcje są priorytetowe. Mając na liście zwiedzenie centrum, warto szukać noclegu w okolicach Śródmieścia. Bliskość Pałacu Kultury i Nauki, Starego Miasta czy Muzeum Narodowego z pewnością ułatwi zwiedzanie.
Jeśli jednak celem jest udział w wydarzeniu sportowym, warto rozważyć noclegi blisko Stadionu Narodowego w Warszawie. To nie tylko świetne rozwiązanie dla kibiców, ale także dla tych, którzy chcą uniknąć korków i tłumów po zakończonym wydarzeniu. Z kolei dla osób ceniących spokojniejsze, bardziej zielone dzielnice, idealnym wyborem okażą się noclegi w Warszawie na Żoliborzu. Ta malownicza dzielnica oferuje nie tylko relaks w otoczeniu parków, ale także łatwy dostęp do atrakcji turystycznych dzięki dobrze rozwiniętej komunikacji miejskiej.
Komfort i udogodnienia – na co zwrócić uwagę?
Kolejny istotny aspekt to standard noclegu. W Warszawie znajdziesz wiele różnych obiektów – od luksusowych apartamentów w centrum, przez przytulne pensjonaty, aż po tanie noclegi. Propozycje sprostają zarówno oczekiwaniom najbardziej wymagających podróżnych, jak i tych, którzy poszukują bardziej budżetowych opcji. Dopasowane do potrzeb noclegi w Warszawie wyszukasz na stronie noclegi.renters.pl.
Przy wyborze zakwaterowania warto zwrócić uwagę na udogodnienia. Prywatny parking, inteligentny system do zarządzania oświetleniem, telewizor smart czy basen lub siłownię to udogodnienia, z których mogą korzystać goście luksusowych apartamentów. Wisienką na torcie jest dedykowany kanał całodobowy infolinii ze statusem VIP.
Podróżując z małym dzieckiem, warto zwrócić na dostępność łóżeczka, przestrzeń do zabawy czy możliwość wynajęcia apartamentu z większą liczbą sypialni. W przypadku podróży służbowej warto poszukać noclegów zlokalizowanych blisko centrum biznesowego, wyposażonych w komfortowe biurko.
Jak znaleźć tanie noclegi w Warszawie?
Budżet to istotny czynnik przy wyborze noclegu, zwłaszcza jeśli zależy Ci na oszczędnościach. Jak znaleźć tanie noclegi w Warszawie, które jednocześnie będą spełniały oczekiwania?
Przede wszystkim warto rozważyć rezerwację noclegu z wyprzedzeniem. Im wcześniej zarezerwujesz obiekt, tym większa szansa na znalezienie apartamentu w atrakcyjnej cenie. Warto także korzystać z serwisów internetowych z porównywarką cen. Dzięki temu szybko zorientujesz się, które opcje mieszczą się w Twoim budżecie.
Innym sposobem na znalezienie taniego noclegu jest zaplanowanie podróży poza sezonem. Ceny w Warszawie mogą znacząco różnić się w zależności od okresu – na przykład w czasie wakacji czy dużych wydarzeń, takich jak koncerty czy konferencje, ceny mogą wzrosnąć nawet o kilkadziesiąt procent. Dlatego, jeśli masz taką możliwość, zaplanuj podróż poza sezonem lub w mniej popularnym terminie.
Czasem warto także spojrzeć na oferty w mniej oczywistych dzielnicach miasta. Noclegi na Żoliborzu czy w innych spokojniejszych rejonach Warszawy mogą okazać się nie tylko tańsze, ale i bardziej komfortowe niż te w ścisłym centrum. Dzięki dobrze rozwiniętej komunikacji miejskiej w stolicy dotarcie do głównych atrakcji turystycznych nie będzie stanowiło problemu.
Inflacja CPI w strefie euro w sierpniu wyniosła 2,2 proc. r/r. Odczyt jest zgodny konsensusem rynkowym.
W poprzednim miesiącu wskaźnik wynosił 2,6 proc. Inflacja bazowa spadła do 2,8 proc. r/r. Wskaźnik inflacji jest już bardzo blisko celu wyznaczonego na 2 proc.
W dalszym ciągu jednak widzimy utrzymującą się podwyższoną inflację w usługach. W ostatnim miesiącu ceny usług rosły o 0,4 proc. m/m, a roczny wskaźnik wzrósł do 4,2 proc. r/r. Z kolei ceny energii zanotowały spadek o 1 proc. m/m, w stosunku rocznym jest to spadek o 3 proc. r/r.
Ogólny wydźwięk odczytu pozostaje pozytywny i umacnia przekonanie o wrześniowej obniżce stóp procentowych o 25pb w strefie euro. Wydaje się także, że do końca roku nie będzie to jedyny ruch w dół.
Bartosz Wałecki, Analityk Michael / Ström Dom Maklerski
Wczorajsze dane z Niemiec na temat inflacji zrobiły bardzo dużo miejsca dla EBC na obniżkę stóp procentowych na następnym posiedzeniu 12 września. Patrząc na reakcję rynków, właśnie trwają ruchy pod ten scenariusz. Zamieszanie na rynku ropy trwa.
Inflacja w Niemczech poniżej oczekiwań
Inflacja to jeden z niewielu wskaźników makroekonomicznych obok bezrobocia, który – kiedy znajduje się poniżej poziomu oczekiwań – to dobra wiadomość. W Niemczech roczny wskaźnik inflacji znalazł się w sierpniu na poziomie 1,9% pomimo oczekiwań na 2,1%. Ostatni raz wzrost cen w Niemczech poniżej poziomu 2% oglądaliśmy w marcu, tyle że 2021 roku. Jest to odczyt, który pozwala EBC na przyspieszenie tempa redukcji stóp procentowych. Bank ten jest bowiem w klinczu, z jednej strony decydenci boją się powrotu inflacji, z drugiej strony jednak widzą sytuację gospodarczą, w której znajduje się Europa. Ta z kolei spowodowana jest przynajmniej w pewnym zakresie przygniatającym kosztem kapitału, powodowanym przez wciąż bardzo wysokie stopy procentowe. Jak zareagowały rynki walutowe? Skoro otrzymały sygnał, że jest przestrzeń, by EBC przyspieszyła obniżki, to byliśmy świadkami wyprzedaży euro. W rezultacie kurs euro względem kursu dolara wyraźnie spadł.
Dane z USA
Tuż po danych z Niemiec poznaliśmy również pakiet danych z USA. Na uwagę zasługuje oczywiście PKB. Pomimo tego, że były to dane finalne, czyli tylko rewizja wstępnych danych, zobaczyliśmy delikatnie inny odczyt niż wcześniej. Roczna, annualizowana stawka wzrosła z 2,8% na 3%. Warto jednak pamiętać, że annualizacja oznacza, że poprawiły się dane kwartalne i w prognozie rozciągnięto je na cały rok. W rezultacie należy taką zmianę traktować jako 4-krotnie mniejszą. Również dane o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych nie zaskoczyły rynków. Było ich co prawda o 2 tysiące mniej, ale ponownie nie jest to liczba, która potrafi zachwiać rynkiem. W rezultacie rynek dalej przenosił zainteresowanie z euro na dolara.
Karuzela na ropie
Jeszcze wczoraj pisaliśmy o spadkach cen czarnego złota. Od tego czasu miały jednak miejsce dwa wydarzenia, które poważnie wpłynęły na ten rynek. Jednym są problemy z produkcją w Libii. Mówi się o spadku produkcji o około 0,5 mln baryłek dziennie, czyli około 40 mln dolarów. Drugi temat to spadek produkcji w Iraku z 4,25 mln baryłek dziennie do 3,9 mln. Warto w przypadku drugiej wiadomości dorzucić kontekst, że kraj ten w ramach uczestnictwa w OPEC oficjalnie powinien i tak produkować tylko 4 mln baryłek. Biorąc pod uwagę, że ograniczenia w Libii mogą jeszcze wzrosnąć, nie można się dziwić, że ceny ropy naftowej znów idą w górę. Jeżeli brakuje towaru, cena powinna wzrastać.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
11:00 – strefa euro – inflacja konsumencka,
14:30 – USA – wydatki i dochody Amerykanów,
14:30 – Kanada – PKB,
15:45 – USA – indeks Chicago PMI.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl
Według wstępnego szacunku Inflacja CPI w sierpniu wyniosła 4,3 proc. r/r. Jest to nieznaczny wzrost w porównaniu do poprzedniego miesiąca, gdzie odczyt wyniósł 4,2 proc. r/r.
Wskaźnik ustabilizował się na poziomie ponad 4 proc. po ubiegłomiesięcznym skoku, który był spowodowany odmrożeniem cen energii i gazu. W ujęciu miesięcznym odnotowano wzrost o 0,1 proc. m/m. Wydaje się, że podwyższona inflacja w okolicach 5 proc. pozostanie z nami już do końca roku.
Już teraz patrzymy na pierwszy kwartał 2025 r. kiedy to może czekać nas kolejny skok inflacji przy założeniu całkowitego wygaszenia działań osłonowych. Wtedy wskaźnik inflacji powinien osiągnąć szczyt i zacząć powoli spadać. W tym czasie widzimy pierwszą możliwość na rozpoczęcie obniżek stóp procentowych.
W tym tygodniu poznaliśmy projekt przyszłorocznego budżetu, w którym deficyt wynosi prawie 290 mld zł. Potencjalnie tak wysoki deficyt może mieć wpływ na retorykę RPP i stać się argumentem do dalszego przesuwania obniżek. Jednak patrząc w szczegóły, widzimy, że budżet obciąża dodatkowo spłata zapadających obligacji PFR i BGK na łącznie ponad 63 mld zł.
Bartosz Wałecki, Analityk Michael / Ström Dom Maklerski
1,30 zł na akcję chce wypłacić akcjonariuszom do końca listopada Zarząd Fabrity Holding jako zaliczkę na dywidendę z zysku roku 2024, a dzięki kwestiom związanym z odzyskiwaniem nadpłaty podatków skonsolidowany zysk netto półrocza może przekroczyć 6,8 mln zł. Z kolei efektywność kosztową i operacyjną grupy kapitałowej ma wspierać połączenie giełdowej spółki Fabrity Holding z jej spółką zależną Fabrity.
Po udanym pierwszym półroczu, w którym wedle wstępnych szacunków Grupa Fabrity Holding osiągnęła 37,7 mln zł przychodów ze sprzedaży usług (+20% rdr), 4,3 mln zł EBITDA (+15% rdr) i 3,5 mln zł zysku operacyjnego (+40% rdr), Zarząd Fabrity Holding zarekomendował Radzie Nadzorczej wypłatę ponad 2,9 mln zł (1,3 zł na akcję) dywidendy zaliczkowej z zysku 2024 roku w okresie najbliższych trzech miesięcy. Po zgodzie Rady, Zarząd podejmie docelową uchwałę o wypłacie zaliczki, w której określi m.in. konkretny termin jej wypłaty i dzień ustalenia prawa do otrzymania zaliczki z posiadanych akcji. Pod koniec czerwca br. Fabrity Holding wypłaciła 7,4 mln zł dywidendy (3,25 zł na akcję), a wraz ze zrealizowanym wcześniej skupem akcji własnych do akcjonariuszy trafiło łącznie 15,1 mln zł. Łączna kwota środków przekazanych do akcjonariuszy z zysków lat 2021-2023 to blisko 44,4 mln zł, z czego same dywidendy to 36,7 mln zł, co odpowiada wypłacie 15,65 zł na akcję. To oznacza, że inwestorzy kupujący akcje nieco ponad dwa lata temu (początek 2022 roku i okresy wcześniejsze) otrzymali już kwotę dokonanej inwestycji w samych dywidendach brutto.
Rozpędu nabiera zamiar połączenia głównej spółki operacyjnej Fabrity ze spółką holdingową Fabrity Holding. Uzgodniony został już plan połączenia i parytet wymiany udziałów Fabrity na akcje Fabrity Holding, który został ustalony w oparciu o wyceny spółek przygotowane przez niezależny podmiot. Parytet wynosi 69,51 : 1, co oznacza, że w procesie połączenia wspólnicy Fabrity inni niż Fabrity Holding za jeden udział Fabrity otrzymają przeliczeniowo 69,51 akcji Fabrity Holding, tzn. za posiadane przez nich łącznie 7.400 udziałów Fabrity otrzymają łącznie 514.374 akcje Fabrity Holding, które będą stanowić docelowo 18,50% w podwyższonym kapitale zakładowym. Planowane połączenie ma zostać dokonane przez przeniesienie całego majątku Fabrity na Fabrity Holding za akcje, które Fabrity Holding wyda innym wspólnikom Fabrity (łączenie się przez przejęcie). Spółka Fabrity ulegnie rozwiązaniu bez przeprowadzania likwidacji, a notowana na GPW spółka Fabrity Holding ma skrócić nazwę, pozostawiając jej pierwszy człon.
– Po sprzedaży spółek marketingowych od razu powstało pytanie, co dalej ze strukturą Grupy Fabrity. Połączenie giełdowej spółki Fabrity Holding S.A. z wiodącą w Grupie spółką zależną Fabrity sp. z o.o. jest kolejnym naturalnym krokiem i będzie też ostatnim etapem wieloletniego procesu upraszczania struktury. Jeszcze w 2018 roku w Grupie było dziewięć podmiotów, a o skali uproszczenia będzie świadczyć też zmiana nazwy spółki giełdowej, gdyż rezygnujemy ze słowa „holding” w nazwie i spółka giełdowa będzie używać firmy „Fabrity S.A.” Z połączeniem wiążemy również oczekiwania dotyczące uproszczenia procesów wewnętrznych, zmniejszenia liczby operacji pomiędzy spółkami w Grupie i idącego za tym ograniczenia kosztów administracyjnych. Korzyści te powinniśmy odczuwać już w pierwszym półroczu 2025 roku. Liczymy, że formalne połączenie spółek poprzez rejestrację w KRS nastąpi w pierwszym kwartale przyszłego roku – wyjaśnia Artur Piątek, Wiceprezes Zarządu Fabrity Holding S.A.
– Oprócz oczywistych korzyści związanych z uproszczeniem struktury i procesów związanych ze świadczeniem usług wpierających, przede wszystkim decydujemy się na ten krok z myślą o realizacji strategii i przyspieszeniu rozwoju. Będziemy mogli w bardziej czytelny sposób realizować inwestycje akwizycyjne, a także będziemy mieli większe możliwości przy tworzeniu programu motywacyjnego dla kadry zarządczej, która w znakomitej większości jest zatrudniona obecnie w spółce zależnej. W praktyce transferujemy również środki pieniężne z działalności operacyjnej, zgromadzone w spółce zależnej, do spółki notowanej na GPW – wskazuje Tomasz Burczyński, Prezes Zarządu Fabrity Holding S.A.
Wycena Fabrity Holding na potrzeby połączenia uwzględnia nadpłatę podatku dochodowego w związku z wykorzystaniem ulgi holdingowej przy sprzedaży spółek zależnych, która to nadpłata częściowo została już odzyskana. W czerwcu br. urząd skarbowy zwrócił Fabrity Holding nadpłatę CIT za rok 2023 (1,79 mln zł, RB 45/2024), a analogiczny wniosek o zwrot dotyczy również podatku za rok 2022 (blisko 2,5 mln zł). Zarząd Fabrity Holding z racji istotnego zwiększenia prawdopodobieństwa otrzymania tej kwoty od organu podatkowego, dokonał przekwalifikowania tej należności z wysoce niepewnej i pozabilansowej na należność bilansową. W rezultacie jednostkowy wynik netto Fabrity Holding za pierwsze półrocze 2024 r. wyniesie szacunkowo ponad 4,8 mln zł, a skonsolidowany wynik netto za ten okres przekroczy szacunkowo 6,8 mln zł (raport okresowy za pierwsze półrocze 2024 zostanie zaprezentowany 30 sierpnia br.).
Zgodnie z Przepisami ustawy z dnia 14.12.2012 r. o odpadach, przedsiębiorcy transportujący odpady mają obowiązek dostarczenia ich do miejsca przeznaczenia oraz przekazania podmiotowi wskazanemu przez zlecającego usługę transportu. Niedopełnienie tych obowiązków przez przewoźnika może skutkować nałożeniem kary administracyjnej w wysokości od 1000 do 100 000 zł. Kary te nakładane są zgodnie z przepisami postępowania administracyjnego.
Czy awaria pojazdu to siła wyższa?
Pojawia się pytanie, czy awaria pojazdu, która skutkuje składowaniem odpadów w innym miejscu niż określone przez zlecającego transport, może usprawiedliwiać niewykonanie obowiązku dostarczenia odpadów do miejsca przeznaczenia i tym samym pozwolić na uniknięcie kary? Chodzi tu o możliwość zastosowania przepisu art. 189e Kodeksu postępowania administracyjnego, który przewiduje, że strona, która naruszyła prawo wskutek działania siły wyższej, nie podlega karze.
Orzeczenie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego z listopada 2021 r.
W tej kwestii wypowiedział się Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w sprawie dotyczącej administracyjnej kary pieniężnej nałożonej na przewoźnika za niedostarczenie odpadów do miejsca ich przeznaczenia. Podczas kontroli Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska ujawniono, że odpady, które przewoźnik miał dostarczyć, zostały zmagazynowane w innym miejscu z powodu awarii pojazdu. Ostatecznie, w wyniku działań kontrolnych, odpady zostały dostarczone do miejsca przeznaczenia, jednak przewoźnik został ukarany administracyjną karą pieniężną.
Przewoźnik odwołał się od tej decyzji, argumentując, że naruszenie prawa zostało usunięte, ponieważ odpady ostatecznie trafiły do miejsca przeznaczenia. Zdaniem przewoźnika, awaria pojazdu powinna zostać uznana za siłę wyższą, co uzasadniałoby odstąpienie od nałożenia kary. Transport odpadów został przerwany z powodu awarii pojazdu, która przewoźnik uznał za siłę wyższą. Sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie.
Sądowy pogląd na awarię pojazdu
W uzasadnieniu wyroku z listopada 2021 r. (IV SA/Wa 1282/21) Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie stwierdził, że niewykonanie obowiązku dostarczenia odpadów do miejsca ich przeznaczenia stanowi delikt administracyjny. Sąd podkreślił: „W przypadku naruszenia obowiązku, o którym mowa w art. 24 ust. 4 ustawy o odpadach, ze względu na jego specyfikę, nie można mówić o zaprzestaniu popełniania deliktu. Deliktu popełnionego raz nie da się cofnąć, a jedynie zniwelować następstwa niezgodnego z prawem zachowania.”
W ocenie Sądu „awaria techniczna pojazdu wykorzystywanego do prowadzenia działalności w zakresie transportu odpadów nie może stanowić okoliczności, na którą nie ma się wpływu. Zasady doświadczenia życiowego wskazują, że pojazd jako urządzenie mechaniczne ulega eksploatacji, zwłaszcza gdy jest wykorzystywany w celach gospodarczych, a regularne przeglądy techniczne mogą zapobiec zajściu awarii, która czasowo wyłączy możliwość korzystania z pojazdu. Spółka jako podmiot prowadzący tak wyspecjalizowaną działalność gospodarczą powinna liczyć się z możliwością awarii, któregoś z pojazdów, i z tego względu powinna dołożyć wszelkiej staranności, aby chociaż jeden z pojazdów był utrzymany w stanie technicznym umożliwiającym niezakłócone korzystanie z niego, ewentualnie podjąć inne działania, np. wynająć inny pojazd, celem zapewnienia możliwości kontynuacji prowadzenia działalności.”
Wyrok z 4 stycznia 2023 r.
Natomiast w wyroku z 4 stycznia 2023 r. (VIII SA/Wa 16/22) Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie stwierdził: „Przepis art. 189e KPA wyłącza możliwość ukarania strony jedynie w bardzo szczególnej sytuacji, jaką jest siła wyższa. Za siłę wyższą jest uznawane wyłącznie zdarzenie charakteryzujące się trzema następującymi cechami: zewnętrznością, niemożliwością jego przewidzenia oraz niemożliwością zapobieżenia jego skutkom. Siła wyższa wyznacza granicę odpowiedzialności na zasadzie ryzyka. Dominuje koncepcja obiektywna siły wyższej rozumianej jako zdarzenie zewnętrzne, o charakterze nadzwyczajnym, przejawiającym się w nieznacznym stopniu prawdopodobieństwa jego wystąpienia oraz o charakterze przemożnym, polegającym na niemożności jego opanowania i zapobieżenia jego skutkom na istniejącym w danej chwili poziomie rozwoju wiedzy i techniki. Zwykle przejawem tak rozumianej vis maior są katastrofy żywiołowe: trzęsienia ziemi, powodzie lub huragany. Za siłę wyższą mogą być także uznane zdarzenia wywołane przez człowieka, jak: działania wojenne lub gwałtowne rozruchy, a także akty władzy publicznej, którym należy się podporządkować pod groźbą sankcji.”
Wnioski z orzecznictwa
Ta linia orzecznicza wskazuje, że przewoźnik powinien liczyć się z możliwością awarii pojazdu transportującego odpady, ponieważ jest to ryzyko gospodarcze obejmujące nie tylko odpowiedzialność wobec kontrahentów, ale także odpowiedzialność administracyjną i karną.
Autor: Radca Prawny Przemysław Ostrzyżek, Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy
Windykacja ma niebagatelną rolę w funkcjonowaniu każdego przedsiębiorstwa, gdyż pozwala utrzymać płynność finansową i jednocześnie minimalizować straty, które wynikają z zaległych płatności. Niestety, tradycyjne metody windykacji często się nie sprawdzają, ale to się zmienia, wraz z rozwojem nowoczesnych technologii, a w szczególności sztucznej inteligencji generatywnej (generative AI). Warto zapoznać się lepiej z tym tematem!
Generatywna AI w windykacji – co to takiego?
Przodują tu zwłaszcza platformy oparte na chmurze (cloud-based debt collection platform), takie jak rozwiązania Loxon, które wprowadzają automatyzację windykacji (debt collection automation). Zapewnia to ogromne korzyści zarówno przedsiębiorstwom, jak i klientom. Tak nowoczesny sposób ściągania długów wychodzi więc naprzeciw najważniejszych potrzeb związanych z odzyskiwaniem pieniędzy!
Jest to możliwe za sprawą generatywnej AI – technologii pozwalającej na tworzenie treści na podstawie analizy danych. Umożliwia to generowanie spersonalizowanych komunikatów skierowanych do dłużników, na przykład wiadomości tekstowych czy e-maili. Są one bardziej subtelne, a jednocześnie skuteczniejsze, niż miało to miejsce w tradycyjnej windykacji. Uwzględnia bowiem indywidualne potrzeby, jak również sytuację finansową klientów.
Generatywna AI nie wyśle bowiem do każdego tej samej wiadomości, lecz zrobi to, analizując uprzednio historię płatności, preferencje komunikacyjne i inne dane. Tworzy to bardziej spersonalizowany komunikat. Zwiększa to szanse na odzyskanie należności, ale tez poprawia relacje z klientami.
Generatywna AI – siła automatyzacji
Automatyzacji windykacji (debt collection automation) odgrywa niezwykle ważną rolę, gdyż dzięki niej można zautomatyzować wiele procesów, zwłaszcza tych, które wcześniej trzeba było wykonywać ręcznie. Przykładem chatboty zasilane AI. Obsługują zapytania klientów, udzielają informacji o stanie zadłużenia, są też w stanie przetwarzać płatności. Platformy automatyzujące windykację oferują przedsiębiorstwom możliwość pełnej integracji z systemami zarządzania danymi klientów!
Platformy oparte na chmurze – całkiem nowe możliwości
Specjalnie zaprojektowane platformy windykacyjne oparte na chmurze (cloud-based debt collection platform) są podstawą nowoczesnych rozwiązań windykacyjnych. Pozwalają przechowywać i przetwarzać duże ilości danych, robiąc to w sposób bezpieczny oraz efektywny. Systemy automatyzujące windykację (automated debt platform) mogą być skonfigurowane w ten sposób, aby automatycznie przypominać dłużnikom o nadchodzących terminach. Potrafią też monitorować wpływ należności w czasie rzeczywistym.
Poprawa doświadczenia klienta dzięki AI
To, co w windykacji często jest problematyczne to trudne relacje z klientem. W tradycyjnej windykacji to powszechnie występujące zjawisko. Wyzwaniem jest więc poprawa tych relacji, w czym wymiernie pomaga generatywna AI. Oferuje rozwiązania, które są w stanie znacząco poprawić doświadczenie klienta. Zaliczamy do nich spersonalizowane komunikaty czy szybkie i precyzyjne odpowiedzi na zapytania. Ogromnym plusem jest też możliwość natychmiastowego przetwarzania płatności. Analiza dużych ilości danych pozwala im także lepiej zrozumieć potrzeby i preferencje swoich klientów.
Nie ma wątpliwości, że generatywna sztuczna inteligencja to przyszłość windykacji, dlatego każda firma powinno wdrożyć u siebie to niezawodne rozwiązanie!
Wczorajsze dane z polskiej gospodarki nie zaskoczyły analityków. Pewną niespodzianką jest natomiast symboliczne obsuwanie się w dół stawek WIBOR. W tle zapasy ropy naftowej w USA spadały wyraźnie słabiej, niż oczekiwano, co spowodowało przecenę ropy.
PKB Polski bez niespodzianek
Finalne dane o PKB Polski nie zaskoczyły rynków. Miało być w ujęciu rocznym 3,2% i było 3,2%. W ujęciu kwartalnym jest wynik 1,5%, co obiektywnie rzecz biorąc, jest bardzo dobrym rezultatem. Ostatni raz roczne PKB rosło szybciej w czwartym kwartale 2022 roku, kiedy jeszcze wpływ inflacji i rosyjskiej agresji na terytorium Ukrainy nie doprowadził do zduszenia wyników. Ostatni wyższy wynik kwartalny był w kwartale, kiedy Rosjanie dokonali inwazji na naszego wschodniego sąsiada. Utrzymanie tych danych pozwoliło złotemu odrobić część strat, które poniósł wczoraj.
Stawki WIBOR drgnęły
Dobre wiadomości nadchodzą dla kredytobiorców złotowych, którzy zdecydowali się na zmienne stopy procentowe. W końcu stawka, od której zależne są odsetki kredytów, drgnęła w dół. Nie jest to na razie zbyt szybki ruch, ale zarówno w 6, jak i w 12-miesięcznej stawce widać powolny ruch w dół. Oznacza to, że rynek zaczyna wyceniać spadki stóp procentowych w tym czasie. Trzeba oczywiście pamiętać, że skala tych obniżek sugeruje bardzo powolny spadek, ale zawsze. No i oczywiście, 6 miesięcy to luty 2025 roku, czyli wcale nie tak szybko. Byłaby to jednak ważna zmiana oczekiwań, bo dotychczas wielu członków RPP odsuwa dalej decyzje o obniżkach. Gdyby ruch ten się utrzymał, byłby to sygnał do osłabienia polskiej waluty.
Zapasy ropy w Stanach
Wczoraj poznaliśmy zmiany zasobów ropy w USA. Rynek oczekiwał tygodniowego spadku o 3 miliony baryłek, faktycznie zapasy spadły „zaledwie” o 0,85 miliona baryłek. Jest to zatem informacja, że w ciągu tygodnia przybyło na rynku ponad 2% światowej dziennej produkcji. Cały świat pod koniec zeszłego roku wydobywał niewiele ponad 80 milionów baryłek dziennie. W rezultacie znów byliśmy świadkami spadków cen surowca. Ropa brent, czyli notowana w Londynie, kosztuje za baryłkę obecnie około 77 dolarów. By lepiej oddać miejsce, w którym się obecnie znajdujemy na wykresach, najlepiej porównać to do najniższych i najwyższych poziomów w tym roku. Najdrożej za ropę brent płacono ponad 92 dolary, najmniej niecałe 75 dolarów. Jesteśmy zatem relatywnie bardzo blisko rocznych minimów i to pomimo napięć na Bliskim Wschodzie. Jak widać, nadchodząca słabsza koniunktura wygrywa ze strachem przed eskalacją.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Niemcy – inflacja konsumencka,
14:30 – USA – Produkt Krajowy Brutto.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl
Takiego zainteresowania mieszkaniami na wynajem nie było od dawna – w lipcu aż o 23% wzrosły wyszukiwania w tej kategorii, co oznacza, że najemcy szybciej niż zwykle rozpoczęli poszukiwania. Brak większych wzrostów cen też ich do tego zachęca. Niestety wybór jest coraz mniejszy – pod koniec miesiąca baza ofert zmniejszyła się do 22,2 tys. Dlatego za moment w cenie będą też pokoje i stancje, których mamy na rynku najwięcej od 2022 roku – wynika z “Raportu z rynku najmu” Otodom.
Wyraźne ożywienie na rynku najmu to znak, że największa grupa popytowa w tym segmencie rozpoczęła intensywne poszukiwania. W związku z tym dostępna liczba ofert mieszkań na wynajem skurczyła się na koniec lipca 2024 r. i wyniosła 22,2 tys. (-7,9% m/m) – co jest najmniejszym wynikiem w tym roku i jest praktycznie na tym samym poziomie co w lipcu 2023 r. Ofert jest mniej, mimo iż dodano 17,3 tys. ogłoszeń, czyli o 17% więcej niż w poprzednim miesiącu i reaktywowano prawie 5,8 tys.(+16,9% m/m). A co z rotacją, czyli ogłoszeniami dodanymi, które zostały zdjęte w tym samym miesiącu? Poziom rotacji odrobinę spadł. Mówimy o 5,4 tys. ofert, co przekłada się na spadek o 4% m/m.
W lipcu liczba dostępnych mieszkań na wynajem jest już mniejsza o 8% w skali całego kraju, a ceny wyższe o 1,2%. To może oznaczać, że lepszego momentu na wynajem mieszkania przez studentów nie będzie a baza będzie się już tylko zmniejszać. Co prawda na rynek w ostatnim czasie trafiło sporo nowych mieszkań, w dobrych lokalizacjach, kupowanych inwestycyjnie w latach 2021-2022, ale większość z nich już się wynajęła. Z roku na rok obserwujemy jak zmieniają się zachowania najemców, którzy nauczeni doświadczeniem poprzednich lat, wiedzą kiedy przypada najgorętszy okres w roku i nie odkładają poszukiwań na ostatnią chwilę – mówi Agata Stachowiak, ekspert rynku nieruchomości Otodom.
Porównując do sytuacji w czerwcu, oferta najbardziej skurczyła się w Olsztynie (-20%), Krakowie (-17%) i Szczecinie (-13%). Również w Poznaniu poszukujący na wynajem mają coraz mniejszy wybór (-9% w stosunku do czerwca). Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę konkretne liczby i wartości bezwzględne, na uwagę zasługują Warszawa (mniej o 387 mieszkań) oraz Wrocław (mniej o 387 mieszkań 155). Z kolei baza ofert powiększyła się o kolejne nieruchomości przede wszystkim w nadmorskich kurortach czyli w Sopocie (+63%), Gdańsku (+14%) i Gdyni (+6%), gdzie do oferty najmu długoterminowego płynnie przechodzą mieszkania z wakacyjnego najmu krótkoterminowego.
Sezonowa korekta cen najmu
Osoby poszukujące mieszkania na wynajem w lipcu mogły spotkać się z nieco wyższymi stawkami – średnia cena ofertowa wyniosła 3 548 zł, co oznacza wzrost o 1,2% w stosunku do poprzedniego miesiąca i 2,2% w porównaniu do cen z lipca 2023 r. Największe wzrosty cen zanotowały Warszawa i Gdańsk – mowa o 3%, czyli odpowiednio ok. 170 i 90 zł. W pozostałych miastach jest spokojniej pod względem cen. W Krakowie podwyżka wyniosła 2%, z kolei w Poznaniu i Wrocławiu 1-1,5%. Jeśli porównamy obecne ceny z ubiegłorocznymi, to odnotujemy wzrost stawek najmu w 4 miastach: Poznaniu i Krakowie (o 3-4%), oraz Katowicach i Warszawie (o 1-2%). Po części wynika to ze zmiany struktury dostępnej oferty – w Krakowie, Poznaniu i Wrocławiu w lipcu notuje się wyższy udział mieszkań droższych w kwocie 3-4 tysięcy złotych w ofercie, kosztem tych do 2,5 tysiąca złotych. Z kolei w Trójmieście wzrost średniej stawki najmu jest związany z rosnącą liczbą ogłoszeń, a także średnich stawek mieszkań o powierzchni 40-60 m.kw. i tych większych (60-90 m.kw.).
Średnio we wszystkich miastach akademickich ceny wzrosły o 100-150 zł w porównaniu do ubiegłego roku. To oznacza względną stabilizację cen, jeśli weźmiemy pod uwagę, że jesteśmy w szczycie sezonu najmu. Na koniec lipca najwięcej za wynajem mieszkania trzeba było zapłacić w Warszawie – blisko 5100 zł oraz w Krakowie, Wrocławiu i Gdańsku – ok. 3100-3300 zł. W Poznaniu, Katowicach i Łodzi średnie stawki ofertowe najmu mieszczą się w przedziale 2100-2500 tys. zł – mówi Agata Stachowiak.
Podwyżki nie ominęły też mniejszych miast akademickich – w ciągu miesiąca średnie stawki najmu najbardziej poszły w górę w Zielonej Górze i Olsztynie (+3%), a koszt najmu wzrósł w tych miastach o ok. 50-70 zł. Są też miasta ze spadkami cen – we Wrocławiu o 2%, w Gdańsku i Łodzi na poziomie 4-5%, tym samym średni koszt wynajmu obniżył się tu w ciągu roku o odpowiednio 150 i 120 zł.
Jakich mieszkań na wynajem szukają Polacy?
Lipiec nie zaskoczył pod względem preferowanych przez najemców parametrów mieszkań. Najczęściej wyszukiwaną kombinacją były lokale 2-pokojowe o minimalnym metrażu 40 mkw. Drugie i trzecie miejsce na podium zajmują większe nieruchomości – o powierzchni co najmniej 50 mkw. z 3 lub 2 pokojami. Wśród kawalerek najchętniej wybierane są te powyżej 30 mkw.
W miastach wojewódzkich najczęściej poszukiwano mieszkań z 2 pokojami, ale w różnych budżetach. Kryterium maksymalnej ceny najmu wynoszącej 2000 zł przyjmowano przeważnie w Białymstoku Bydgoszczy oraz Kielcach. O 500 zł więcej wynosił najpopularniejszy próg w Łodzi, Zielonej Górze, Katowicach, Lublinie, Olsztynie, Rzeszowie, Szczecinie i Poznaniu. Mieszkań w kwocie do 3000 zł w większości przypadków szukano w Krakowie, Trójmieście i Wrocławiu a także, co ciekawe, w Warszawie, gdzie w czerwcu czy maju kryterium cenowe dla tego metrażu wynosiło 3500 zł. Większe lokale, powyżej 6 pokoi, w skali całego kraju mają znikome zainteresowanie i to tylko w mniejszych miastach takich jak Olsztyn, Białystok czy Lublin. To kwestia małej dostępności tego typu mieszkań ale też cen – w Warszawie trzeba liczyć się z kosztem na poziomie 7 000 zł i więcej.
Pokoje i stancje – budżetowa alternatywa
Obecnie dużą grupę poszukujących mieszkań na wynajem stanowią studenci. Jednak jak pokazuje doświadczenie poprzednich lat, część z nich zderzy się z realiami rynkowymi i obecnymi cenami. Te, choć utrzymują się od kilku miesięcy na podobnym poziomie, to nadal nie są skrojone pod kieszeń studenta. Dlatego za moment rozpocznie się poszukiwanie pokoi i stancji a tych mamy najwięcej na rynku od początku 2022 roku bo prawie 13000. W samej Warszawie na olx.pl wystawionych jest ponad 2000 ofert. Najwięcej ogłoszeń pochodzi z województw: mazowieckiego, dolnośląskiego, małopolskiego oraz wielkopolskiego. Nie mamy jednak dobrych wiadomości, ceny pokoi poszły w górę – jeszcze w 2022 roku pokoje wystawione za więcej niż 1000 zł stanowiły 23% wszystkich ofert, w tym roku aż 44% pokoi kosztuje powyżej tysiąca złotych. Wzrost ten jednak wyhamował w ciągu ostatniego roku: w porównaniu z 2023 ceny poszły w górę już tylko o 8% czyli jakieś 76 zł.
Inwestorzy mają obecnie ogromne oczekiwania wobec firm związanych ze sztuczną inteligencją. Nvidia, której akcje od początku roku wzrosły o ponad 160 proc., zaprezentowała wyniki za drugi kwartał. Mimo przekroczenia prognoz analityków, ceny akcji spadają o prawie 7 proc. Wyniki, choć bardzo dobre, nie sprostały oczekiwaniom inwestorów.
Opublikowane wczoraj wyniki Nvidia pokazują, że popyt na rozwiązania AI jest nadal silny. Przychody firmy wzrosły o 122 proc. rok do roku, osiągając 30,04 miliarda dolarów, a przychody z centrów danych wzrosły o 154 proc. do 26,3 miliarda dolarów, znacznie przewyższając wcześniejsze szacunki. Nvidia ogłosiła również dodatkowy program skupu własnych akcji o wartości 50 miliardów dolarów i zapowiedziała kontynuację wzrostu przychodów w kolejnych kwartałach. Firma pochwaliła się także zasobem gotówki wynoszącym 34,8 miliarda dolarów.
Z raportu Nvidia wyłania się obraz firmy, która w pełni wykorzystuje rewolucję AI. Inni najwięksi gracze technologiczni, tacy jak Meta, Microsoft i Alphabet, inwestują ogromne sumy w rozwój sztucznej inteligencji. Te pieniądze w znacznym stopniu wpływają do portfela Nvidia, która ma niemal monopolistyczną pozycję na rynku mikroprocesorów o tych zastosowaniach. Dodatkowo, po wcześniejszych obawach o możliwe opóźnienia, firma przewiduje przychody liczone w miliardach dolarów z nowej serii chipów Blackwell.
Chociaż wyniki Nvidia po raz kolejny przekroczyły oczekiwania analityków, inwestorzy liczyli na jeszcze lepsze rezultaty. Wzrost ceny akcji o 161 proc. od początku roku sprawia, że oczekiwania wobec firmy są niemal niemożliwe do spełnienia. W rezultacie, akcje spółki spadają obecnie o prawie 7 proc. w handlu przed sesją, ponieważ giełda w USA jeszcze nie rozpoczęła notowań.
Warto zauważyć, że Nvidia jest trzecią najbardziej wartościową spółką na świecie, choć rośnie w tempie bardziej typowym dla firm wzrostowych o średniej lub małej kapitalizacji. To nietypowe połączenie skali i wzrostu wymaga ostrożności.
Akcje Nvidia są wysoko wyceniane, szczególnie w porównaniu do szerokiego rynku. Wskaźnik forward P/E (cena do zysku) wynosi 47,60, podczas gdy średnia dla indeksu S&P 500 to 22,48. Aby ta wycena była bardziej atrakcyjna, potrzebny byłby spadek ceny lub wyższe prognozy zysków.
Jedno jest pewne: sztuczna inteligencja nie jest chwilową modą. Nvidia generuje już naprawdę znaczące przychody, ponieważ liczne firmy inwestują duże kwoty w chipy i technologie AI lub modernizują istniejące systemy. Przewiduje się, że globalne wydatki na sztuczną inteligencję osiągną 632 miliardy dolarów do 2028 roku, a Nvidia, jako pionier w dziedzinie procesorów graficznych, znajduje się na czele tego trendu.
W dniu 1 sierpnia 2024 roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie podjęła decyzję o wszczęciu śledztwa w sprawie niedopełnienia ciążących obowiązków i nadużycia udzielonych uprawnień przez osoby obowiązane na podstawie ustawy i umowy do zajmowania się działalnością gospodarczą PKP CARGO S.A. w okresie od 25 lipca 2022 do 31 lipca 2023 roku. Sprawa dotyczy tzw. decyzji węglowej – tj. podjęcia działań w ramach wykonania decyzji Prezesa Rady Ministrów bez uprzedniego zawarcia porozumienia z Ministrem Aktywów Państwowych oraz wydania uchwały zarządu PKP CARGO S.A., wskutek czego wyrządzono szkodę majątkową wielkiej wartości ww. podmiotowi w postaci utraty przychodów z wykonywanych umów z innymi podmiotami i utraty spodziewanych korzyści, tj. o przestępstwo z art. 296 § 1 i 3 k.k.”
– W kwietniu tego roku zostaliśmy delegowani do Zarządu PKP Cargo z Rady Nadzorczej. Dokonaliśmy pierwszych analiz, audytów, weryfikacji tego, co się dzieje w spółce. Niestety, zastaliśmy spółkę w opłakanej kondycji, w bardzo trudnej sytuacji organizacyjnej, przewozowej, a przede wszystkim finansowej – powiedział serwisowi eNewsroom.pl dr Marcin Wojewódka, p.o. Prezesa Zarządu PKP CARGO w restrukturyzacji. – Niestety od kilku miesięcy zmuszeni jesteśmy zbierać środki na wypłaty pensji. Musimy manewrować między płatnościami, ponieważ nasi poprzednicy – zarządy, które zarządzały w cudzysłowie PKP Cargo w latach poprzednich z politycznego nadania poprzedniej partii rządzącej – prowadząc gospodarkę rabunkową na PKP Cargo, doprowadziły do obecnej, bardzo trudnej sytuacji. Szereg kardynalnych, podstawowych błędów biznesowych dzisiaj przynosi bardzo negatywne konsekwencje. To błędy, które popełniono w poprzednich latach – przede wszystkim tak zwana decyzja węglowa i sposób wykonania tej decyzji, a także sposób wykonania tak zwanego leasingu zwrotnego. Tuż przed wyborami 2023 roku sprzedano najlepsze lokomotywy, zainkasowania za nie środki, wyleasingowano je następnie zwrotnie przez PKP Cargo – a kilkaset milionów, które zainkasowano, zamiast spłacić pożyczki i długi spółki – przeznaczono na podwyżki dla pracowników przedwyborcze po to, żeby prawdopodobnie kupić elektorat. Niestety żerowano na naszej spółce – polityczne decyzje naszych poprzedników niosą negatywne konsekwencje dzisiaj. Dlatego też jeszcze w czerwcu złożyliśmy pierwsze zawiadomienia do prokuratury, które dotyczą właśnie wykonania decyzji węglowej. W ostatnich dniach otrzymaliśmy informację, że warszawska prokuratora wszczęła śledztwo w tej sprawie. W przygotowaniu są kolejne zawiadomienia do prokuratury dotyczące naszych poprzedników i ich nieudolnego zarządzania na szkodę spółki. Natomiast co do konkretów, będziemy je ujawniali w formie raportów bieżących – bo jako spółka giełdowa jesteśmy zobowiązani tego rodzaju informacje, które mogą mieć wpływ na cenę akcji, publikować w ramach raportów bieżących – wyjaśnia dr Marcin Wojewódka.