Komisja Nadzoru Finansowego wesprze polski fintech. Trwa nabór zgłoszeń do programu Innovation Hub

Komisja Nadzoru Finansowego wesprze polski fintech. Trwa nabór zgłoszeń do programu Innovation Hub 1

Polski rynek fintech jest wyceniany na około 860 mln euro, co czyni go największym w Europie Środkowo-Wschodniej. Jedną z głównych barier rozwojowych dla tej branży w Polsce jest niepewność dotycząca osadzenia nowoczesnych rozwiązań w obowiązujących przepisach prawa. Komisja Nadzoru Finansowego prowadzi program Innovation Hub, dzięki któremu przedsiębiorcy będą mogli rozwiać wątpliwości prawne towarzyszące ich działalności.

– Dedykowani pracownicy urzędu mają udzielać wsparcia w zakresie osadzenia tych nowoczesnych rozwiązań w obowiązujących przepisach prawa i regulacjach nadzorczych. Jedną z kluczowych barier w rozwoju innowacyjnych rozwiązań jest brak pewności prawnej. Nowoczesne rozwiązania nie zawsze w sposób jednoznaczny i precyzyjny wpisują się w obowiązujące przepisy prawa czy obowiązujące regulacje nadzorcze. Budzi to wątpliwości i potrzebę pomocy, której oczekują te podmioty – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Piwowarski z Urzędu KNF.

KNF ogłasza program Innovation Hub, który ma na celu wspomaganie podmiotów działających w branży fintech. Jest on skierowany do podmiotów planujących rozpoczęcie działalności w ramach części rynku finansowego objętej nadzorem KNF (m.in. start-upy), które mają innowacyjny produkt lub usługę finansową opartą na nowoczesnych technologiach informatycznych, oraz do tych, które już są nadzorowane przez KNF, ale planują wdrożyć innowacyjny produkt lub usługę opartą na IT.

– Innowacyjne rozwiązania są istotnym elementem tworzącym przewagę konkurencyjną. Jeżeli ktoś jest innowacyjny, ma dużą szansę być konkurencyjnym na rynku, w związku z czym wydaje się, że wszystkie podmioty, zarówno mniejsze, jak i większe, powinny wpisać innowacyjność w swoją strategię działania, bo tym w przyszłości będą budowali przewagę konkurencyjną – mówi przedstawiciel KNF.

Program Innovation Hub został uruchomiony na początku stycznia 2018 roku i nie ma określonego czasu trwania. Zgłoszenia do udziału można dokonać poprzez wypełnienie formularza dostępnego na stronie internetowej KNF. Jest ono później poddawane ocenie na podstawie ustalonych kryteriów.

– Pierwsze kryterium to innowacyjny charakter produktu czy usługi finansowej opartej na nowoczesnych technologiach. Drugi to dokonanie wstępnej analizy. Składa się na nią rozpoznanie przepisów prawa i regulacji oraz wykazanie, czy takie rozwiązanie w ogóle podlega pod nadzór finansowy czy też nie. Trzeci element to wskazanie obszarów, w których wsparcie byłoby najbardziej wskazane i pożądane ­– wymienia Tomasz Piwowarski.

FinTech – połączenie sektora finansów z nowymi technologiami – jest jedną z najszybciej rozwijających się branż technologicznych na świecie. Z danych opublikowanych przez firmę doradczą Deloitte wynika, że do 2020 roku wzrost inwestycji w firmy należące do tego sektora może sięgać nawet 55 proc. średniorocznie. Jak dowiadujemy się z raportu „FinTech w Polsce. Bariery i szanse rozwoju”, jednym z głównych czynników spowalniających rozwój innowacji finansowych jest niewielkie zainteresowanie Komisji Nadzoru Finansowego innowacyjnymi rozwiązaniami i nowymi podmiotami na rynku.

Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Deloitte rynek fintech w Europie Środkowo-Wschodniej jest wart ponad 2 mld euro. Niemal 40 proc. tej kwoty przypada na Polskę, co czyni nas największym graczem w naszej części kontynentu. Globalny rynek inwestycji w fintech szacowany jest na ponad 15 mld euro. Jednym z liderów branży jest Wielka Brytania, notująca roczną wartość przychodów na poziomie 26 mld euro.

Wirtualna rzeczywistość odtworzy warunki panujące na lotnisku. W Polsce powstaje symulator do szkolenia personelu lotniska

Wirtualna rzeczywistość odtworzy warunki panujące na lotnisku. W Polsce powstaje symulator do szkolenia personelu lotniska 2

Polacy pracują nad rozwiązaniem wykorzystującym wirtualną rzeczywistość, które pozwoli przeszkolić osoby pracujące na płycie lotniska. Jako pierwszy powstaje patent dla marshallerów, czyli osób odpowiedzialnych za prawidłowe zatrzymanie samolotu. Wirtualne środowisko pozwala w realistyczny sposób odtworzyć warunki panujące na płycie portu lotniczego oraz określa poprawność wykonania przez personel gestów wykorzystywanych podczas ich codziennej pracy. Nowe rozwiązanie ma wiele możliwości personalizacji i co ważne – w znaczący sposób umożliwia obniżenie kosztów tego typu szkoleń.

– Po założeniu gogli zabieramy osobę szkoloną na płytę lotniska, dokładnie w to miejsce, w którym rzeczywiście później będzie wykonywała swoją pracę. Kładziemy duży nacisk na to, żeby w momencie, gdy mamy do czynienia z lotniskiem w Balicach, były rzeczywiście odwzorowane naturalne warunki panujące w tym miejscu – malowanie pasa startowego, linie, uwarunkowania geograficzne, wzgórza, specyficzne obiekty. To wszystko jest bardzo ważne przy realistycznym szkoleniu – mówi w rozmowie z agencją informacyjna Newseria Innowacje Michał Litworowski, prezes Nano Games i  pomysłodawca marki Simpro.

Pomysłodawcy mogli przetestować swoje założenia w ramach projektu Krakowskiego Parku Technologicznego ScaleUp, którego partnerem było lotnisko Balice. Obecnie rozwiązanie znajduje się na etapie prototypu. Jak przekonują twórcy, aktualnie skoncentrowali się na konkretnej grupie odbiorców, chociaż technologia umożliwia znacznie szerszy zakres możliwości szkoleniowych.

– To Kraków Airport, widząc potencjał w technologii, zaprosił nas do rozmowy i w porozumieniu z nimi wypracowaliśmy grupę, która jest najlepiej dostosowana do pierwszego etapu projektu. To personel, który najbardziej potrzebuje tych szkoleń, bo w praktyce ponosi dużą odpowiedzialność w codziennym funkcjonowaniu lotnisk, szczególnie tych, które są obciążone ruchem. Co chwila jest tam lądowanie i start, co 10 minut podjeżdża nowy samolot i walczy się o każde 10 cm pasa, więc zatrzymanie tego pojazdu przez marshallerów w prawidłowy sposób jest krytyczne – przekonuje Michał Litworowski.

Dzięki dotychczasowym pracom udało się osiągnąć podstawową funkcjonalność systemu. Docelowo produkt ma obejmować cały proces szkolenia, obejmujący m.in. pełny zakres znaków czy statków powietrznych. Jedną z zalet rozwiązania jest możliwość wizualizacji warunków, które w rzeczywistości byłyby bardzo trudne lub kosztowne do osiągnięcia. Ponadto system umożliwia symulację zdarzeń takich jak wybuch czy pożar.

– Na przykładzie Krakowa widzimy, że realistyczne szkolenie wymagałoby po prostu zabezpieczenia pasa lotniczego i przygotowania samolotu, np. Boeinga 747. Gdybyśmy chcieli kupić taki samolot i podstawić go do celów szkoleniowych, to trzeba byłoby dysponować budżetami na poziomie wielu milionów złotych. W tym przypadku możemy tanio i efektywnie oddać warunki geograficzne i wymiarowe, które są w rzeczywistości – zauważa przedstawiciel firmy Nano Games.

Twórcy projektu nie chcą ograniczać się jedynie do szkolenia pracowników portów lotniczych. Rozmawiają już z partnerami z Polski i Europy, a na horyzoncie ich zainteresowania są m.in. tzw. operatorzy infrastruktury krytycznej, odpowiadający za zapewnienie bezpieczeństwa i ciągłości funkcjonowania np. dworców.

Firma ABI Research prognozuje, że w tym roku wartość rynku szkoleń z wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości osiągnie wartość 216 mln dol., a do 2022 roku wzrośnie do poziomu 6,3 mld dol.

Opracowano terapię bezoperacyjnego leczenia nowotworów opartą na technologii jądrowej. Trwają pracę nad wprowadzeniem jej do szpitali

Opracowano terapię bezoperacyjnego leczenia nowotworów opartą na technologii jądrowej. Trwają pracę nad wprowadzeniem jej do szpitali 3

Terapia borowo-neutronowa pozwala niszczyć komórki nowotworowe przy minimalnym uszkodzeniu zdrowych. Podany pacjentowi nieradioaktywny izotop boru kumuluje się w komórkach nowotworowych, nieznacznie osadzając się w komórkach zdrowych. Po napromieniowaniu strumieniem neutronowym powstała energia niszczy komórki nowotworowe. Metoda pozwala znacznie wydłużyć życie choremu. Jeszcze do niedawna do przeprowadzenia terapii były niezbędne badawcze reaktory jądrowe. Dzięki generatorom neutronowym leczenie będzie możliwe także w szpitalach.

– Terapia borowo-neutronowa (BNCT – przyp.red.) polega na podaniu pacjentowi preparatu, który zawiera atomy boru, a następnie poddaniu pacjenta promieniowaniu neutronowemu. W wyniku reakcji pomiędzy neutronami a atomami boru następuje rozbicie atomów boru na cząsteczki alfa i atomy litu, które niszczą swoje najbliższe otoczenie, uszkadzając komórkę nowotworową. Przy założeniu, że atomy boru nie znajdowały się w komórkach zdrowych, te są oszczędzane w procesie terapeutycznym – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr inż. Michał Gryziński, dyrektor Departamentu Eksploatacji Obiektów Jądrowych Narodowego Centrum Badań Jądrowych.

Wprowadzenie do organizmu stosunkowo bezpiecznej ilości boru pozwala skutecznie leczyć niektóre rodzaje nowotworów. Sprawdzi się zwłaszcza tam, gdzie zawodzi zazwyczaj stosowana radio- i chemioterapia lub gdy nie ma możliwości operacyjnego usunięcia nowotworu, np. przy wielopostaciowych glejakach, guzach mózgu, głowy i szyi. Promieniowanie neutronowe reaguje bardzo intensywnie z atomami boru, stąd niszczone w terapii są tylko te komórki, do których został dostarczony związek.

Terapia BNCT pozwala znacznie wydłużyć życie, w zależności od choroby nawet o kilka lat. Literatura zna też przypadek pozaustrojowego napromieniowania wątroby pozwoliło pacjentowi przeżyć jeszcze kilka lat. Jak przy każdego rodzaju leczeniu, istnieją także skutki uboczne terapii borowo-neutronowej. Przy podawaniu preparatu, może on trafiać także do części komórek zdrowych i podczas napromieniowywania uszkadzać także je. To ryzyko jest jednak stopniowo minimalizowane.

– Technologia biomolekularna na tyle poszła naprzód od momentu pojawienia się tej terapii, że w tej chwili jest możliwe uzyskiwanie preparatów borowych i doprowadzanie ich w wyjątkowo selektywny sposób za pomocą technik biochemicznych, wewnątrzustrojowych, do komórek nowotworowych – przekonuje przedstawiciel NCBJ.

Dotychczas taka terapia mogła być stosowana wyłącznie w reaktorach jądrowych, bo tylko tam można było wytworzyć neutrony o odpowiedniej energii i gęstości strumienia. Taka metoda jest droga i stosunkowo mało dostępna. Powoli się to jednak zmienia. Trwają prace nad wybudowaniem generatora, który dostarczy niezbędną do terapii wiązkę neutronów i będzie mógł być zainstalowany w szpitalu onkologicznym.

– Mamy do czynienia z dużą liczbą przeprowadzonych procedur terapeutycznych w Finlandii i w Japonii. Otwierają się dwa nowe centra terapii borowo-neutronowej w Japonii, właśnie głównie z myślą o dwóch prototypach generatorów neutronowych produkowanych przez koncern Sumitomo Mitsubishi – mówi dr inż. Michał Gryziński

Prace badawczo-rozwojowe w zakresie terapii BNCT trwają w Polsce. W Narodowym Centrum Badań Jądrowych powstanie stanowisko badawcze tej metody metodą przy reaktorze jądrowym MARIA w Świerku. Naukowcy NCBJ chcą uruchomić specjalistyczne laboratorium wykorzystujące do badań wiązkę neutronów epitermicznych. Dzięki temu w Polsce będzie możliwe nie tylko szkolenie specjalistów terapii BNCT, lecz także prowadzenie badań radiobiologicznych oraz badań nad optymalizacją wiązki neutronów epitermicznych, nad związkami boru czy szukanie optymalnych form planowania terapii.

– Mamy tu wszystko, dzięki czemu możemy rozwijać tę terapię, natomiast jeżeli taka terapia kiedykolwiek będzie w Polsce prowadzona, to w szpitalu onkologicznym i nie z wykorzystaniem reaktora jądrowego, tylko z wykorzystaniem odpowiedniego generatora neutronów – tłumaczy ekspert.

Budowa mieszkań coraz droższa. Deweloperzy będą próbować przerzucić koszty na klientów

Budowa mieszkań coraz droższa. Deweloperzy będą próbować przerzucić koszty na klientów 4

Na rynku mieszkaniowym hossa trwa już piąty rok z rzędu. Niskie stopy procentowe napędzają popyt, na wysokim poziomie utrzymuje się też podaż. Na dostępność nowych inwestycji mogą jednak wpłynąć rosnące ceny gruntów – nawet o kilkadziesiąt procent. Ten czynnik, w połączeniu z coraz większym brakiem siły roboczej w budownictwie, przekłada się też na wzrost kosztów realizacji inwestycji mieszkaniowych. Niewykluczone, że deweloperzy spróbują w części przerzucić je na nabywców. 

– Obserwujemy wzrost cen transakcyjnych mieszkań. W Warszawie ten wzrost jest najmniejszy i wynosi około 2 proc. rok do roku. Dynamicznie rosną natomiast ceny w dużych miastach – w Gdańsku i Krakowie jest to już ok. 8 proc. Z kolei we Wrocławiu wzrost cen transakcyjnych sięga około 4,5 proc. –mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Mucha, menadżer w Domu Maklerskim Navigator SA.

Ubiegły rok był okresem bardzo dobrej koniunktury na rynku mieszkaniowym. Na wysokim poziomie utrzymywała się podaż, a popyt na mieszkania wzrósł o 20 proc. W podsumowaniu przygotowanym przez agencję Metrohouse i RynekPierwotny.pl eksperci zauważają, że ten trend trwa już od czterech lat, a w 2018 roku może paść kolejny sprzedażowy rekord.

Z końcem ubiegłego roku zaczęły rosnąć też ceny. Ponadprzeciętne wzrosty odnotowały rynki w Gdańsku, Krakowie i Łodzi. Najmniej było to odczuwalne w Warszawie, gdzie stawki podlegały tylko niewielkim wahaniom. Z raportu Amron – SARFiN za III kwartał 2017 roku wynika, że w tym okresie średnia cena transakcyjna za 1 mkw. wzrosła raptem o 1,8 proc. (83 zł). W Warszawie coraz gorzej wygląda jednak podaż mieszkań, za co w dużej mierze odpowiadają rosnące ceny gruntów.

Duża aktywność w zakresie sprzedaży mieszkań powoduje, że mamy efekty w postaci rosnących cen gruntów dla deweloperów. W Warszawie wzrosły nawet o 80 proc., w innych miastach o około 40–50 proc. Wiąże się to również z brakiem rąk do pracy. Generalni wykonawcy podnoszą ceny, bo jest presja płacowa ze strony pracowników, więc rosną koszty wykonania mieszkań po stronie dewelopera, co w naszej ocenie przełoży się na dalszy wzrost cen mieszkań dla przeciętnego Kowalskiego – mówi Mateusz Mucha.

Deweloperzy mają kłopoty z pozyskaniem pracowników, bo na polskim rynku panuje historycznie niskie bezrobocie (6,6 proc. na koniec grudnia według GUS). Budownictwo jest w czołówce branż, które mają największe problemy ze znalezieniem rąk do pracy.

Ekspert Domu Maklerskiego Navigator prognozuje, że w 2018 roku deweloperzy będą chcieli przerzucić część wyższych kosztów realizacji inwestycji na nabywców. Rekordowo niskie stopy procentowe w dalszym ciągu będą jednak napędzać duży popyt na mieszkania.

– Patrzymy na rynek z umiarkowanym optymizmem. Niski poziom stóp procentowych będzie dalej mocno wspierać popyt. Wiele osób nadal zamiast trzymać środki na lokacie, przeznacza je na zakup mieszkań na wynajem, które dają obecnie wyższy zwrot niż lokata. Sądzimy, że ten trend utrzyma się w 2018 roku, ponieważ RPP skłania się raczej ku utrzymaniu poziomu stóp procentowych na obecnym poziomie. Dużo zależy od tego, na ile deweloperzy będą w stanie uzupełniać ofertę mieszkań, jak szybko będą w stanie procedować nowe wnioski o pozwolenia na budowę – mówi Mateusz Mucha.

Z danych Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami wynika, że w 2016 roku 51 proc. inwestujących Polaków wybrało nieruchomości jako formę lokowania kapitału.

Prezes Narodowego Banku Polskiego prof. Adam Glapiński konsekwentnie zapowiadał w ostatnich tygodniach, że stopy procentowe najprawdopodobniej nie wzrosną w 2018, a być może również i w 2019 roku. To dobra wiadomość dla kredytobiorców, którzy mogą liczyć na atrakcyjne warunki kredytowe przy zakupie mieszkania.

W 2018 roku na rynek mieszkaniowy duży wpływ będzie mieć również wygaszenie programu Mieszkanie dla Młodych, który cieszył się rekordowo dużą popularnością (ostatnia, styczniowa pula dopłat w wysokości 380 mln zł została rozdysponowana w ciągu dwóch dni). Agencja Metrohouse jednak prognozuje, że nie będzie on jeszcze zbyt duży, bo współfinansowane dzięki dopłatom z MdM mieszkania będą nadal oddawane do użytku. Prawdziwy obraz tempa sprzedaży pokażą nowe inwestycje, a rynkowej zadyszki należy wypatrywać nie wcześniej niż w I–II kwartale 2019 roku.

W ciągu 2 lat rynek handlu w internecie urośnie do 60 mld zł. Elektroniczne portfele i smartfony zastąpią tradycyjne karty

W ciągu 2 lat rynek handlu w internecie urośnie do 60 mld zł. Elektroniczne portfele i smartfony zastąpią tradycyjne karty 5

2018 rok przyniesie dalszy wzrost rynku e-handlu, nawet o 30 proc. Jego wartość może wzrosnąć do blisko 60 mld zł do 2020 roku – szacują eksperci Tpay.com. Za tak dużą dynamiką pójdzie także wzrost liczby transakcji bezgotówkowych, które – zgodnie z oczekiwaniami klientów – mają być szybkie, wygodne, ale przede wszystkim bezpieczne. Tradycyjny plastik zostanie zastąpiony przez elektroniczne portfele i płatności mobilne.

– Rynek e-commerce każdego roku wykazuje wzrosty. W skali światowej jest na poziomie 20 proc., a optymistyczne prognozy dla Polski mówią o wzroście w skali roku nawet o 30 proc. Rynek e-commerce wart jest obecnie około 40 mld zł. Perspektywa najbliższych dwóch lat jest taka, że wartość wzrośnie do blisko 60 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maja Feliksiak z Tpay.com, firmy świadczącej usługi płatnicze.

Popularność tego kanału sprzedaży wynika przede wszystkim z jego dużej efektywności. Mimo dużej konkurencji i stosunkowo niskich marż e-sprzedawcy wykazują zysk finansowy. Z kolei dla klientów handel w internecie to przede wszystkim oszczędność czasu i pieniędzy oraz wygoda. Ten kanał może zyskiwać jeszcze bardziej w związku z wprowadzanym ograniczeniem handlu w niedziele.

Eksperci zauważają, że w związku z intensyfikacją zakupów online i handlu mobilnego płatności elektroniczne rozwijają się niezwykle dynamicznie.

– Rozwój płatności bezgotówkowych, czy to online, czy mobilnych, wymusza na operatorach płatności zapewnienie wysokich standardów bezpieczeństwa. Większość z nich gwarantuje bezpieczeństwo przez wielopoziomowe systemy zabezpieczeń, a po stronie banków i ich aplikacji mobilnych są to autoryzacje, czy to z użyciem odcisku kciuka, czy poprzez podanie kodu PIN – podkreśla Maja Feliksiak.

Wzmacnianiu bezpieczeństwa transakcji pomóc ma unijna dyrektywa PSD2, która weszła w życie w styczniu tego roku. Przewiduje ona między innymi silne uwierzytelnienie płatności w internecie (uwierzytelnienie za pomocą dwóch metod, np kod SMS i rozpoznanie biometryczne, takie jak faceID lub odcisk palca).

Z drugiej strony dyrektywa wprowadzi też tzw. third party providers, czyli instytucje finansowe, które będą pośredniczyć w przekazywaniu środków drogą elektroniczną. Do tej pory inicjowanie transakcji płatniczej było możliwe tylko na linii płatnik – bank. To może skutkować pojawieniem się nowych ciekawych rozwiązań na rynku finansowym. Ostatnie lata pokazały, że Polacy są otwarci na takie nowinki.

– Zmiany w zakresie kart płatniczych idą w tym kierunku, by zastąpić tradycyjny plastik portfelem elektronicznym. Takie rozwiązania przygotowały już m.in. Visa i Mastercard – mówi Maja Feliksiak.

Drugim ważnym trendem są płatności mobilne. Jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się systemów płatności jest BLIK. To sześciocyfrowy kod generowany przez aplikację mobilną banku klienta, który jest podawany przy realizacji transakcji.

Transakcje BLIK-iem zyskują na popularności. Przez pierwsze trzy kwartały 2017 roku transakcji BLIK-iem było 21 mln, z czego 13 mln to transakcje zrealizowane przez internet. Tylko w IV kwartale BLIK osiągnął rekord – 8 mln transakcji, z czego 5,2 to również transakcje przez internet – wyjaśnia ekspertka Tpay.com

Maja Feliksiak zaznacza, że 2018 rok będzie czasem dalszego rozwoju rynku e-commerce i wzrostu liczby transakcji bezgotówkowych, od których klienci oczekują, że będą szybkie, wygodne i przede wszystkim bezpieczne.

L. Sobolewski: Spadki na giełdach nie muszą oznaczać końca hossy. Może to być chwilowe zjawisko

L. Sobolewski: Spadki na giełdach nie muszą oznaczać końca hossy. Może to być chwilowe zjawisko 6

Początek lutego przyniósł gwałtowną przecenę na światowych rynkach akcji. Kilkuprocentowe spadki na amerykańskich parkietach w czasie jednej sesji zaniepokoiły rynki i spowodowały wyprzedaż akcji na całym świecie. Spadki dotknęły również giełdę w Polsce. Jednak dobre dane z gospodarki powinny zachęcić inwestorów do kupowania notowanych na parkiecie spółek.

Mówi się, że to jest bardzo długo trwająca hossa, ale w czasie tej długiej hossy mieliśmy też apogeum kryzysu greckiego, kiedy to Grecja zaprzestała obsługiwania swoich zobowiązań na początku lipca 2015 roku, potem mieliśmy mocne przyhamowanie wzrostu gospodarczego w Chinach, co spowodowało kilkuprocentowe spadki indeksów na Wall Street, na giełdach azjatyckich, również w naszym regionie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ludwik Sobolewski były prezes GPW w Warszawie, były prezes giełdy w Bukareszcie. – Wszystkie rynki z tego wyszły. Okazało się to potknięciem na drodze do dobrego obrotu. Musimy chwilę zaczekać, gospodarka komunikuje, że wszystko jest dobrze, a nawet świetnie, więc może jest to chwilowe zjawisko.

Gwałtowna przecena na światowych rynkach akcji rozpoczęła się w piątek, 2 lutego, ale naprawdę mocne spadki na Wall Street nastąpiły po weekendzie. W ciągu jednej sesji amerykański indeks Dow Jones stracił 4,1 proc., a S&P 500 – 4,6 proc. Oba indeksy wytraciły całe zyski z początku 2018 roku. Analitycy tłumaczą to wzrostem zainteresowania tanimi obligacjami amerykańskimi, których rentowności poszły w górę – inwestorzy mieli przerzucić część kapitału na tę bezpieczną formę inwestycji. W ślad za amerykańskimi indeksami w dół poszły giełdy azjatyckie i europejskie, w tym także Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie. Kolejne dwa dni przyniosły jednak częściowe odbicie.

Kursy mogą spadać albo iść do góry, po prostu tak jest, było i będzie. Ważne jest to, żeby firmy dobrze przechodziły przez te trudniejsze sytuacje – wtedy można wiele dobrego zrobić dla siebie, dla akcjonariuszy, dobudować fundamenty, przyciągnąć nawet więcej kapitału niż w czasie wysokiej hossy, kiedy wszyscy inwestują we wszystko – przekonuje Ludwik Sobolewski. – Zgodnie z tym, co mówią Japończycy, kryzys jest szansą na dobre efekty. Jeśli potrafimy to zrobić, łatwiej możemy pokazać, że jesteśmy lepsi niż konkurencja.

Były prezes GPW przypomina także, że to właśnie w czasie kryzysu finansowego sprzed dekady giełda warszawska wyprzedziła wiedeńską pod względem kapitalizacji spółek i obrotów. Nawet na koniec kiepskiego dla notowań 2016 roku krajowe spółki na GPW miały wartość 131 mld euro, natomiast te notowane w Wiedniu – 95,2 mld euro. Obroty akcjami wyniosły 43,7 mld euro w Warszawie i 28 mld euro w stolicy Austrii. Wciąż czyni to z warszawskiego parkietu lidera w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, choć od zachodnioeuropejskich giełd dzieli go przepaść.

Ludwik Sobolewski był prezesem Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie w latach 2006–2013. Następnie przez cztery lata, do listopada 2017 roku, szefował parkietowi w Bukareszcie. Był drugim pod względem długości prezesury szefem GPW, po Wiesławie Rozłuckim, który pełnił tę funkcję przez 15 lat. W czasie czteroletniej bukareszteńskiej kadencji Sobolewskiego przez fotel prezesa GPW przewinęło się pięć osób, w tym jedna pełniąca obowiązki prezesa. Od ubiegłego roku na czele giełdy stoi Marek Dietl.

Zarówno ze względu na mój dotychczasowy życiorys, jak i nowy rozdział, który otwieram, zależy mi na tym, żeby giełda warszawska dobrze się rozwijała, bo to będzie pozytywnie rzutować na firmy, które tworzą klaster rynku kapitałowego – mówi były prezes GPW. – Chodzi nie tylko o giełdę, sprawne rozliczenia transakcji i domy maklerskie, banki inwestycyjne, których właściwie nigdy nie mieliśmy, lecz także żeby byli też analitycy, prawnicy rynku kapitałowego i dziennikarze finansowi. Byłoby dobrze, gdyby politycy czasami wsparli to poważne przedsięwzięcie. Gdy mamy klaster, to jest najlepsza prognoza dla przyszłość rynku.

Po złożeniu rezygnacji ze stanowiska prezesa giełdy w Bukareszcie Ludwik Sobolewski założył agencję relacji inwestorskich Cornerstone Communications, która rozpoczyna działalność na polskim rynku. Ma doradzać spółkom publicznym i niepublicznym w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Z wykształcenia prawnik, jest też partnerem zarządzającym Kancelarii Sobolewski Kielska Dąbrowska Grabowska, która ma pomagać firmom w rozwoju i nawiązywaniu kontaktów na zagranicznych rynkach w regionie.

TVP testuje nowe badania oglądalności. Nadawca będzie wykorzystywać internet rzeczy i specjalne opaski do analizy zachowań widzów

TVP testuje nowe badania oglądalności. Nadawca będzie wykorzystywać internet rzeczy i specjalne opaski do analizy zachowań widzów 7

Telewizja Polska pracuje nad udoskonaleniem własnego systemu pomiarów oglądalności. Publiczny nadawca korzysta w tej chwili z rozwiązania bazującego na danych z dekoderów Netii. Równolegle prowadzi pilotażowe testy nowego systemu telemetrycznego opartego o internet rzeczy i specjalne opaski dokładnie rejestrujące zachowania widzów przed telewizorami. 

– Telewizja Polska rozpoczęła pracę nad nowym pomiarem oglądalności kanałów telewizyjnych. Chcemy lepiej zarządzać ramówką na wszystkich naszych antenach i contentem reklamowym oraz dostosowywać go do potrzeb naszych klientów, czyli reklamodawców. Unikalna wartość tego, co robimy, jest taka, że dostajemy dane w trybie online. To oznacza, że możemy reżyserować programy z wykorzystaniem danych na żywo – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Klepacki z biura strategii i projektów Telewizji Polskiej SA.

Informacji o tym, jaką oglądalnością cieszą się programy telewizyjne, dostarczają badania telemetryczne. Te są potrzebne, ponieważ na ich podstawie stacje mogą efektywnie konstytuować swoją ramówkę i ustalać cenniki dla reklamodawców.

W Polsce od 2011 roku jedynym podmiotem, który dokonuje takich pomiarów, jest Nielsen Audience Measurement (część globalnego koncernu Nielsen Company). Instytut bada oglądalność na podstawie reprezentatywnego panelu 2 tys. gospodarstw domowych (w których mieszka ponad 5 tys. osób), skonstruowanego na podstawie danych GUS oraz czynników takich jak region geograficzny, wielkość gospodarstwa, struktura demograficzna czy rodzaj odbieranego sygnału telewizyjnego. Z danych telemetrycznych Nielsena korzystają nie tylko stacje telewizyjne, lecz także reklamodawcy, agencje i domy mediowe.

Nasze badania oglądalności bazują na rzeczywistych zachowaniach widzów. Z kolei istniejące na rynku badanie jest deklaratywne, dlatego że – aby zarejestrować samo zdarzenie oglądania telewizji – użytkownik musi nacisnąć przycisk na pilocie, zalogować się. W naszym podejściu ta sytuacja nie występuje. Dekoder sam zbiera rzeczywiste dane o zachowaniach widzów przed telewizorem – mówi Marcin Klepacki.

Dane o oglądalności Nielsena pochodzą z telemetrów – urządzeń podłączonych do telewizora i dekodera, montowanych w gospodarstwach biorących udział w badaniu. Telemetr zapisuje czas włączenia i wyłączenia telewizora oraz identyfikator odbieranej stacji. Dodatkowo za pomocą specjalnego pilota widz każdorazowo informuje system o momencie, w którym zaczyna i kończy oglądać dany program.

TVP od kilku miesięcy kwestionuje wyniki oglądalności Nielsena, uważając je za zaniżone, i posługuje się alternatywnymi danymi o widowni na podstawie własnych badań oglądalności opartych na danych od klientów Netii.

– Tym, co wyróżnia badanie, jest liczba punktów pomiarowych. Pomiar bazuje na danych ze ścieżki zwrotnej dekoderów – my gromadzimy dzisiaj dane z około 200 tys. dekoderów rozlokowanych praktycznie po całej Polsce. Jest to około 40 proc. kodów pocztowych i prawie 60 proc. gmin. Oznacza to, że rozdzielczość geograficzna tych danych jest bardzo dobra – samych punktów pomiarowych jest sto razy więcej niż w obecnie obowiązującym na rynku badaniu – tłumaczy Marcin Klepacki.

Z usług Netii, z którą TVP współpracuje od kilku miesięcy, korzysta około 180 tys. gospodarstw domowych w 1,5 tys. gmin w całej Polsce. Łącznie klienci telekomu korzystają z ok. 200 tys. dekoderów.

Dziś integrujemy te dane, ale nie wyodrębniamy ich jako oddzielnego źródła. Prototyp, nad którym w tej chwili pracujemy, to wykorzystanie danych z odbiorników telewizji hybrydowej. Jest to telewizja, która dostarcza sygnał poprzez cyfrową telewizję naziemną, natomiast ścieżka zwrotna jest realizowana przez poprzez podłączenie telewizora do internetu – wyjaśnia Marcin Klepacki.

Przez rozpoczęciem własnych pomiarów TVP uwzględniła rozkład geograficzny oraz takie czynniki jak struktura gospodarstw domowych, rozkład wieku badanej populacji czy procentowy udział mężczyzn i kobiet. Wartości, którymi się posługuje, są zbieżne z danymi GUS, dlatego w ocenie TVP można wykorzystać je do modelowania oglądalności dla całej Polski.

Stosujemy też algorytmy z zakresu sztucznej inteligencji, które pozwalają nam – na podstawie rzeczywistych zachowań widzów – definiować, kim oni są. Nie jest to żadna inwigilacja, tylko typowe analizy na zupełnie anonimowych danych. Jesteśmy też w stanie podejść w trochę inny sposób do samej klasyfikacji widzów przed telewizorem. Uważamy, że tego typu analizy pozwolą w niedalekiej przyszłości dużo lepiej dostosowywać reklamę do preferencji widzów, a tym samym pozwolą reklamodawcom lepiej zarządzać ich pieniędzmi reklamowymi – mówi Marcin Klepacki.

Publiczny nadawca pracuje również nad rozwiązaniem, które w przyszłości ma umożliwić dokładniejszy pomiar zachowań indywidualnych widzów przed telewizorami. Wykorzystuje w tym celu rozwiązania internetu rzeczy (IoT) bazujące na specjalnie stworzonym systemie telemetrycznym. Obecnie trwają jego pilotażowe testy.

Chcemy wykorzystać coś podobnego do znanych na rynku opasek fitness. Wyposażony w taką opaskę użytkownik jest identyfikowany przez specjalny system radiowy, umieszczony przy odbiorniku telewizyjnym. Dodatkowe sensory identyfikują, czy faktycznie znajduje się on w tym pomieszczeniu, czy przypadkiem nie jest w innej części, poza zasięgiem telewizora. W tej chwili prowadzimy pilotaż tego rozwiązania i myślę, że będzie ono dobrym uzupełnieniem tego typu pomiarów – mówi Marcin Klepacki.

Zadłużenie Europejczyków wobec banków i telekomów daje zarobić polskim firmom. Grupa GetBack chce się rozwijać w Hiszpanii, Rumunii i Bułgarii

Zadłużenie Europejczyków wobec banków i telekomów daje zarobić polskim firmom. Grupa GetBack chce się rozwijać w Hiszpanii, Rumunii i Bułgarii 8

Polski rynek wierzytelności może być wart już ponad 32 mld zł i dynamicznie rośnie. Dlatego GetBack SA to na krajowym podwórku chce skoncentrować swój rozwój, ale jednocześnie zamierza zwiększać swoją obecność na zagranicznych rynkach. Perspektywiczne są szczególnie Rumunia, drugi największy rynek handlu wierzytelnościami w Europie Środkowo-Wschodniej, a także Hiszpania, gdzie podmiot z Grupy Kapitałowej GetBack nabył portfele wierzytelności o wartości nominalnej blisko miliarda euro.

Chcemy się skupić głównie na Polsce, bo mamy tutaj bardzo dużo transakcji, które dają nam dochodowość i będziemy to kontynuowali. Jednocześnie będziemy budowali naszą obecność na rynku hiszpańskim, pogłębiali Rumunię i uzupełniali to różnymi dodatkowymi transakcjami, takimi jak np. w Bułgarii –zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Kąkolewski, prezes zarządu GetBack SA.

Grupa Kapitałowa GetBack, działająca na rynku wierzytelności, ma za sobą rekordowy rok pod względem operacyjnym. Na koniec 2017 roku łączna kwota kupionych portfeli wierzytelności w imieniu własnych i zewnętrznych funduszy sekurytyzacyjnych wyniosła blisko 2 mld zł, czyli o ponad 110 proc. więcej niż w 2016 roku. Kwota spłat z zarządzanych w imieniu obsługiwanych funduszy portfeli wyniosła 1,2 mld zł, co oznacza 70 proc. wzrost w skali roku. Na koniec 2017 roku nominalna wartość wierzytelności, którymi zarządza spółka, wyniosła 28,2 mld zł, przy 19,4 mld zł w 2016 roku.

Za dobre wyniki w dużej mierze odpowiada polski rynek wierzytelności, którego wartość mogła w 2017 roku przekroczyć 32 mld zł, przy 20 mld zł rok wcześniej. Grupa Kapitałowa GetBack zapowiada dalsze inwestycje na polskim rynku. Spółka chciałaby osiągnąć pozycję lidera na rynku polskim – jeśli się uda, to już w ciągu trzech najbliższych lat.

Zarząd zapowiada jednocześnie dalszą ekspansję zagraniczną. Tym bardziej że rynki, na których Grupa Kapitałowa GetBack jest już obecna, wyglądają obiecująco.

– Działalność w Hiszpanii rozwija się bardzo dobrze, lepiej niż oczekiwaliśmy.  W imieniu naszego funduszu nabyliśmy ponad 900 mln euro nominału, czyli istotną kwotę, która – mam nadzieję – przyniesie szybko dobre zwroty. Wierzę, że zawarte transakcje są bazą do tego, żebyśmy zwiększali naszą efektywność w zakresie dochodowości dla naszych inwestorów – wskazuje Konrad Kąkolewski.

GetBack SA we wrześniu ubiegłego roku rozpoczęła współpracę z dwoma czołowymi podmiotami na hiszpańskim rynku, które specjalizują się w zarządzaniu wierzytelnościami (Cobralia Servicios Integrales de Recuperación oraz Liberto Ventures). W połowie stycznia tego roku spółka poinformowała z kolei o nabyciu przez jej podmiot zależny od jednego z hiszpańskich banków portfela wierzytelności o łącznej wartości nominalnej 637 mln euro. W ostatnim tygodniu została podpisana kolejna umowa dotycząca nabycia wierzytelności o wartości 246 mln euro. Jak podkreśla prezes zarządu GetBack SA, spółka ma na ekspansję inny pomysł niż pozostałe firmy z branży.

 Nie tracimy czasu na wydawanie pieniędzy inwestorów, żeby zbudować jakiś fundament. Posługujemy się benchmarkami oraz uznanymi liderami tamtejszej branży – współpracujemy z dwoma czołowymi firmami na tym rynku. Wierzę, że powinniśmy w miarę szybko zacząć dostarczać dobre wyniki z tego rynku – przekonuje Konrad Kąkolewski.

GetBack SA zapowiada też zwiększenie obecności na rynku rumuńskim, na który Grupa Kapitałowa GetBack weszła w 2014 roku. Rumunia to drugi rynek handlu wierzytelnościami w Europie Środkowo-Wschodniej, a Grupa jest tam obecna przede wszystkim w sektorze telekomunikacyjnym.

– Jesteśmy zadowoleni z tej działalności, która jest podstawą do naszej dochodowości na tym rynku. Chcemy dzisiaj trochę przesunąć nacisk i zwiększyć wolumeny z rynku bankowego, w związku z czym poszukujemy finansowania – mówi prezes zarządu GetBack SA.

W styczniu spółka poinformowała o ustanowieniu na rynku rumuńskim programu emisji obligacji o wartości nominalnej do 100 mln lejów (RON).

Dochodowym rynkiem dla Grupy Kapitałowej GetBack może się okazać Bułgaria, na którym rozpoczęła współpracę z lokalnym serwisem specjalizującym się w zarządzaniu wierzytelnościami – Cycle Credit Bulgaria EOOD. Jednocześnie podmiot z Grupy wygrał przetarg na nabycie portfeli wierzytelności o łącznej wartości nominalnej około 50 mln zł.

– Na rynku bułgarskim widzimy bardzo dużo możliwości inwestycyjnych. Jest to mniejszy rynek, ale dochodzi na nim do wielu ciekawych transakcji, do których mamy dostęp poprzez nasze relacje bezpośrednie, również poprzez Związek Banków Bułgarii. Oceniamy, że ten rynek nie może konkurować wielkością z Hiszpanią czy Polską, nawet Rumunią, natomiast może być bardzo ciekawym dodatkiem – ocenia Konrad Kąkolewski. –  Idziemy tam, gdzie widzimy, że wewnętrzne stopy zwrotu mogą być ponadprzeciętne, a zwrot na kapitale odpowiednio wysoki.

Koniec 9-letniej hossy?

Początek lutego przyniósł ostre spadki na światowych giełdach. Zwłaszcza na Wall Street, ale także w Warszawie. Czy to koniec 9-letniej hossy i inwestorzy zaczynają wycofywać się z rynku akcji?

– Mocne styczniowe wzrosty został całkowicie wymazane – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Pojawiły się komentarze, że to już koniec 9-letniej hossy, rozpoczętej po globalnym kryzysie finansowym z 2008 r.

To co dobre już sie kończy? Niekoniecznie, bo jednak napływające dane gospodarcze są bardzo dobre, dotyczące zarówno Europy, USA i Azji.

– Ale inwestorzy wiedzą, że banki centralne zaczną podnosić stopy procentowe, czyli skończy się okres taniego pieniądza i nadchodzi okres redukowania zaangażowania w akcje.

Pozostają otwartą kwestią kiedy do się stanie? Za wcześnie, aby mówić, że to definitywny koniec rynku byka, ocenie ekspert z XTB.

Trzy najważniejsze zmiany podatkowe już obowiązujące

Z początkiem tego roku obowiązuje wiele zmian podatkowych, zarówno w podatkach dochodowych, jak i w pośrednich, czyli dotyczących VAT. Trzy zmiany są szczególnie ważne, ze względu na ich zasięg, a więc liczbę podatników, których zmiany te dotyczą.

Od 1 stycznia 2018 r. wszyscy podatnicy VAT, którzy składają deklaracje VAT-7 lub VAT-7K, prowadzą elektroniczną ewidencję VAT (rejestr sprzedaży i zakupów VAT) i przesyłają ją jako Jednolity Plik Kontrolny dla potrzeb VAT. Obowiązek złożenia pliku JPK_VAT za styczeń upływa 26 lutego 2018 r.

– Ta zmiana dotyczy także mikroprzedsiębiorców- mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Tomczykowski, partner zarządzający, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.

Przez 30 dni może zostać zablokowanych rachunek bankowy przedsiębiorcy, ze względu na STIR. To system teleinformatyczny izby rozliczeniowej.

– Możliwość blokowania rachunków dotyczy przypadków podejrzenia, że przedsiębiorca bierze udział w wyłudzaniu podatków, a więc chodzi o słynne karuzele podatkowe – wyjaśnia P.Tomczykowski.

Trzecia ze zmian to split payment, czyli wprowadzenie płatności podzielonej.

– Zamiast otrzymywać płatności na jeden rachunek, jak dotychczas, przedsiębiorcy będą mogli wyodrębnić dwa rachunki. Jeden będzie nadal dotyczył działalności gospodarczej, ale wyodrębnione zostaną tylko wpłaty podatku VAT, które będą wpływać na drugi z rachunków przedsiębiorcy.

Wysoki popyt powoduje spadek stopy pustostanów w Warszawie

Stolicy w ostatnim kwartale 2017 roku przybyło 72 tys. m kw. nowych biur zlokalizowanych w 8 budynkach. Wynik z ostatnich trzech miesięcy pozwolił zamknąć ubiegły rok z nową podażą na poziomie ok. 280 tys. m kw. i wielkością rynku szacowaną na 5,37 mln m kw. – podkreślają autorzy raportu AAG Office Warsaw Q4 2017 z BNP Paribas Real Estate Poland.

Umiarkowana podaż

Po wysokim wzroście nowej podaży zanotowanym w stolicy w 2016 roku (ok. 410 tys. m kw.), w raportowanym okresie widoczny był spadek do poziomu zarejestrowanego w latach 2012 – 2015.

Na koniec ubiegłego roku wiodącą pod względem ilości powierzchni biurowej była strefa Centrum, której wielkość przekroczyła łącznie 2 mln m kw. powierzchni. Od kilku kwartałów znaczącą dynamikę rozwoju można zaobserwować w strefie Centrum – Zachód. Okolice Ronda Daszyńskiego, będące jednym z większych placów budowy w tej części Europy, przyciągają potencjałem lokalizacji, bliskością ścisłego centrum i bardzo dobrym dostępem do komunikacji publicznej, w tym do rozbudowywanej II linii metra.

Jesteśmy świadkami fundamentalnych zmian w centralnej strefie Warszawy i wykształcania się nowego, biznesowego regionu w stolicy. W sąsiedztwie Ronda Daszyńskiego w perspektywie   2–3 lat pojawią się nowe obiekty biurowe, w tym wysokościowce, które trwale zmienią panoramę Warszawy. Warto jednak podkreślić, że równolegle z rozwojem rynku biurowego, Wola przyciąga również liczne projekty mieszkaniowe, którym towarzyszą funkcje handlowe i usługowe zlokalizowane w parterach. W dzielnicy powstaje obecnie najwięcej mieszkań w mieście. Ten zaniedbany wcześniej rejon miasta, w odróżnieniu od Służewca, gdzie dominuje monokultura zabudowy biurowej, ma szansę na przeobrażenie w nowoczesny kwartał miejski skupiający różnorodne funkcje i tętniący życiem również po zakończeniu pracy biurowców – Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Raport opracowany przez BNP Paribas Real Estate Poland wskazuje, że największa część biurowej podaży w ubiegłym roku trafiła na Mokotów, drugą pod względem wielkości zasobów strefę. Odmienna sytuacja występuje we Wschodniej strefie, obejmującej prawobrzeżną część miasta, którą cechuje najmniejsza siła przyciągania nowych inwestycji biurowych.

Stabilny popyt

W ubiegłym roku wskaźnik najmu powierzchni biurowej netto (nowe transakcje, umowy przednajmu oraz powiększenia zajmowanych powierzchni) osiągnął poziom ok. 600 tys. m kw. i był nieznacznie niższy niż odnotowany w rekordowym, 2015 roku. Jednak w porównaniu r/r, wynik z 2017 był o ponad 30 proc. wyższy niż w roku 2016.

Autorzy raportu podkreślają spore zainteresowanie najemców projektami zlokalizowanymi w strefie Centrum i powstającymi na jej zachodnim obrzeżu. Interesującą lokalizacją staje się również Mokotów, który oferując szeroki wybór powierzchni biurowych, stwarza lepsze możliwości do negocjacji bardziej elastycznych komercyjnych warunków najmu.

Wysoki poziom ubiegłorocznego popytu miał bezpośrednie przełożenie na spadek wskaźnika powierzchni niewynajętej, który zmniejszył się z ok. 15 proc. na początku roku, do około 12 proc. na koniec IV kwartału.

Patrząc jedynie przez pryzmat wskaźnika pustostanów można odnieść wrażenie, że stołeczny rynek daje duże pole manewru w znalezieniu odpowiedniego biura. W praktyce jednak, wynajęcie powierzchni powyżej 5 000 m kw. o odpowiednim standardzie, a takich najczęściej poszukują duże firmy myśląc o rozwoju albo relokacji do Warszawy, zaczyna stanowić duże wyzwanie – Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa na Europę Środkowo-Wschodnią, BNP Paribas Real Estate Poland

Autorzy raportu zwracają uwagę, że ubiegłoroczną strukturę popytu zdominowały nowe kontrakty.

Czynsze bez zmian

Pod koniec ubiegłego roku miesięczne stawki wywoławcze czynszów w najlepszych obiektach w strefie Centrum wahały się pomiędzy 20 EUR a 22 EUR za m kw. Z raportu wynika, że poprawa wskaźnika wynajętej powierzchni przekłada się bezpośrednio na pozycję negocjacyjną wynajmujących. Analitycy BNP Paribas Real Estate Poland przewidują, że w perspektywie krótkookresowej stołeczny rynek będzie świadkiem powrotu rynkowej równowagi na linii najemca – wynajmujący, a także optymalizacji pakietu zachęt dla najemców w postaci wakacji czynszowych albo dopłat do wyposażania powierzchni.

Centrum urośnie

W perspektywie trzech najbliższych lat największy rozwój sektora biurowego odnotowany zostanie w stołecznej strefie Centrum, w której powstanie ponad 75 proc., (czyli około 600 tys. m kw.) z około 780 tys. m kw. powierzchni będących obecnie w fazie budowy. Co istotne, deweloperzy upodobali sobie szczególnie okolice Ronda Daszyńskiego, gdzie na placach budowy znajduje się ponad 250 tys. m kw. nowoczesnych biur, a kolejne projekty są na różnych etapach przygotowania.

Chiński import 36% w górę. Spadki ropy

Dobre dane z Niemiec nie uratowały euro przed kolejnymi spadkami. Chińczycy pokazali jeden z tych odczytów makroekonomicznych, w które ciężko uwierzyć. Rosnące zapasy ropy obniżają jej cenę.

Dane z Niemiec

Poznaliśmy wzrost niemieckiego eksportu za 2017 rok. Wzrósł on o 6,3%. Import z kolei rósł nawet szybciej bo o 8,3%. Oznacza to, że nadwyżka handlowa uległa w zeszłym roku skurczeniu. Dane te spowodowały krótkotrwałe umocnienie się euro. Po chwili jednak powróciliśmy do spadków. Dlaczego europejska waluta traci? Inwestorzy reagują na informację o kolacji CDU/CSU z SPD. Dotychczas oczywistym było, że finansami kierować będą zwycięzcy wyborów. Tak się jednak nie stało i teka ministra finansów trafiła w ręce SPD. Podział stanowisk ogólnie uważany jest za korzystny dla socjaldemokratów, którzy zwyczajowo cieszą się mniejszą sympatią inwestorów.

Dobre dane z Chin

Odczyty gospodarcze z państwa środka zawsze budziły spore wątpliwości.  Wzrost eksportu o 11,1% jest imponujący, ale biorąc pod uwagę oczekiwania na 9,6% nie jest wcale tak odległy od oczekiwań. Zdziwienie budzi natomiast import. Oczekiwania były co prawda wyższe bo 9,8%. Realizacja natomiast to aż 36,9%. Mowa o imporcie w dolarach, w juanach jest to w dalszym ciągu ponad 30%. Analitycy wskazują, że to efekt słabszego grudnia, wzrostu popytu na drożejącą ropę i przesunięcia świąt noworocznych wedle tamtejszego kalendarza. W mediach analitycy zwracają uwagę, że rząd zapowiada próbę walki z umacniającym się juanem.

Spadki na rynku ropy

Wczoraj czarne złoto straciło na wartości około 2 dolarów na baryłce. Powodem były większe od oczekiwań zapasów. Co prawda zapasy samej ropy nie były aż tak duże, ale znacznie powyżej oczekiwań znajduje się w magazynach zarówno benzyny jak i destylatów. To te informacje spowodowały ruch w dół. Wraz z ropą w dół poszedł również rosyjski rubel.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:00 – Wielka Brytania – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Onboarding w nowoczesnym wydaniu – co robić, żeby dobrze wprowadzić nowego pracownika?

Jak wesprzeć nową osobę w zespole, by zarówno firma, jak i nowy pracownik mieli okazję poznać swoje potrzeby i ułatwić cały proces pojawienia się nowego członka zespołu w organizacji? Tematowi onboardingu przyglądamy się razem z Robertem Strzeleckim, wiceprezesem technologicznej firmy TenderHut i pomysłodawcą biurowej aplikacji Zonifero.

„On board” oznacza z angielskiego „na pokład” i właśnie w związku z wejściem nowej osoby na firmowy pokład słowo „onboarding” zostało zaadaptowane do branży HR. W nomenklaturze działów zarządzania zasobami ludzkimi onboarding to bowiem hasło oznaczające proces wprowadzania nowego pracownika do firmy. Wdrożenie w arkana przedsiębiorstwa nie jest sprawą prostą zarówno dla HR-owca, jak i dla nowej osoby. Okres próbny trwa ok. 3 miesięcy i na ogół tyle czasu nie wystarcza, aby nowy pracownik dokładnie poznał firmę, swoich współpracowników oraz obowiązki, które ma wykonywać zawodowo. Pracodawca wiele wymaga od nowej osoby, ale czy firma równie wiele daje z siebie, aby na lata zatrzymać w swoich szeregach świeżo nabytego specjalistę?

Pierwsze wrażenie jest najważniejsze

Rezygnacja z pracy w okresie próbnym to zmora firm, szczególnie w obecnie panującej sytuacji, gdzie mamy do czynienia z  rynkiem pracownika, a nie pracodawcy. Badania nie napawają optymizmem: w ciągu pierwszych 45 dni w nowej pracy rezygnuje z niej 22% pracowników, a z kolei w ciągu początkowych 4 miesięcy, czyli zwykle zaraz po okresie próbnym, pracę zostawia aż 50% osób.[i] Wielu pracodawców wciąż błędnie sądzi, że pracownik zatrudniony na okres próbny jest już osobą „pozyskaną” i nie wymaga już szczególnego zainteresowania. Tymczasem dobre przyjęcie w pierwszych dniach jest kluczowym czynnikiem w decyzji nowej osoby, czy będzie chciała kontynuować pracę dla danej firmy. – Pierwsze wrażenie jest kluczowe, a potem musi być tylko lepiej – mówi Robert Strzelecki. – Nie wystarczy już podarowanie nowo przyjętej osobie zestawu gadżetów firmowych, czy przedstawienie jej po kolei wszystkim pracownikom – z tym możemy spotkać się w każdej firmie, a sęk w tym, żeby wyróżnić się jako przedsiębiorstwo już pierwszego dnia i dać nowej osobie odczuć, że trafiła do nowoczesnej firmy zorientowanej na pracownika – dodaje Strzelecki.

Różne metody wdrażania pracownika

Standardem jest wdrażanie nowej osoby w obowiązki i zaznajamianie jej ze specyfiką firmy poprzez przydzielenie opiekuna. Takim przewodnikiem najczęściej zostaje bezpośredni przełożony lub osoba pracująca już jakiś czas na tym samym stanowisku. – Kuluarowe rozmowy są oczywiście bardzo ważne, ale moim zdaniem to nadal nie pokazuje firmy w pełnej krasie. Poza tym, przewodnik nie jest na czas „opieki” zwalniany ze swoich obowiązków zawodowych, może więc nie mieć wystarczająco dużo czasu, żeby pomóc w zaklimatyzowaniu się nowej osobie i w rezultacie problem gładkiego wejścia w firmowy nurt nadal pozostaje nierozwiązany – mówi Robert Strzelecki. – Zapomina się także o tak podstawowej czynności, jaką jest zapoznanie nowej osoby z przełożonym. Nie chodzi o familiarny uścisk dłoni, ale o pokazanie pracownikowi, że w strukturach firmy jest osobą ważną i przełożonemu nie żal czasu na zapoznanie się. Takie drobne gesty na początku tworzą dobry grunt pod późniejszą współpracę – dodaje Strzelecki, który w ciągu zaledwie kilku lat działalności TenderHut powitał w firmie 200 nowych pracowników. Kwestie personalne, które pracownik musi wypracować w nowej firmie, to jednak tylko jedna strona medalu. Problemem dobrze przeprowadzonego onboardingu może być… poczucie zagubienia w nowej przestrzeni. – Brzmi to dość zabawnie, ale w rzeczywistości stanowi zupełnie realne zagadnienie. Pracownik, który gubi się w dużej firmie jest sfrustrowany i przede wszystkim mniej wydajny, bo traci czas na szukanie odpowiednich miejsc i osób. Ten problem znam z podwórka własnej firmy i rozwiązaliśmy go za pomocą tego, na czym znamy się najlepiej, czyli nowych technologii – dodaje wiceprezes TenderHut.

Młodzi idą za techniką

Projektując efektywny onboarding nie sposób nie brać pod uwagę charakterystyki pokolenia, które dziś wchodzi na rynek pracy. – Czy to pokolenie Y czy jeszcze młodsze pokolenie Z – młodych ludzi, bez względu na branżę, w której pracują łączy jedno – są zorientowani na nowe technologie. Wszelkie narzędzia mobilne stanowią dla nich naturalne środowisko i to jest właśnie ten trend, na który w procesie onboardingu trzeba teraz zwracać szczególną uwagę – zauważa Robert Strzelecki. Ważne jest to, dzięki czemu pracownik będzie miał poczucie, że pracuje w elitarnym i nowoczesnym miejscu. Robert Strzelecki, m.in. z myślą o nowych pracownikach i ich wdrażaniu wpadł na pomysł aplikacji mobilnej, która spełnia rolę firmowego organizera i przenosi życie biurowe do smartfonowej aplikacji. – Dzięki Zonifero problem błądzenia nowych osób po firmie został praktycznie wyeliminowany, bo wszystkie informacje potrzebne do natychmiastowego odnalezienia się w nowym budynku i – co ważniejsze – w gronie nowych osób pracownicy mają teraz w swoich smartfonach. Aplikacja pokazuje im szczegółową mapę biura, mówi, jak trafić do najważniejszych miejsc typu, kuchnia, kadry, pokój relaksu, wskazuje gdzie kto pracuje i jak mają na imię nowi współpracownicy. Dzięki niej nowe osoby mają też od razu dostęp do danych kontaktowych poszczególnych osób z firmy i z poziomu aplikacji mogą do nich dzwonić lub pisać. Na WIKI pracownik znajdzie wszystkie informacje dotyczące biurowej organizacji miejsca pracy. Użytkownik może ponadto zwołać spotkanie, zarezerwować salę i dać o nim znać wybranym pracownikom – to wszystko za pomocą kilku kliknięć w aplikacji, bez zbędnych maili i telefonów – opowiada Strzelecki. – Nie ukrywam także, że Zonifero to temat, który wykorzystujemy już na etapie własnych rekrutacji mówiąc o naszej kulturze organizacyjnej. Młodzi ludzie bardzo entuzjastycznie reagują na takie nowinki i są pod wrażeniem tego, że firma, która oferuje im pracę jest nowoczesna i zdigitalizowana. Takie, wydawałoby się, banalne rzeczy, jak na przykład podpisywanie listy obecności przez jedno kliknięcie w aplikację na smartfonie naprawdę ma dla nich znaczenie i jest postrzegane dużo lepiej niż papierowa lista na sekretariacie. Myślę, że nowe technologie to właśnie kierunek, w którym firmy teraz powinny podążać, zarówno pod względem rekrutacji, jak i późniejszego onboardingu.

 – W czasach, gdy to pracownik wybiera sobie firmę, w której chce pracować, a nie odwrotnie, po prostu nie warto rezygnować, czy skracać czasu onboardingu. Nowa rekrutacja z pewnością będzie trwała dłużej, więc nie należy ryzykować – żartuje Robert Strzelecki.

[i] www.biznes-firma.pl/czym-jest-onboarding/29221

E-walutowe fakty i mity. Cała prawda o kantorach internetowych

Ukryte opłaty, różna wysokość prowizji, brak kontroli i zabezpieczenia transakcji. To podstawowe zarzuty, jakie stawia się kantorom działającym w sieci. Czy wymieniając walutę w Internecie, narażamy się na utratę pieniędzy? Postanowiliśmy zmierzyć się z podstawowymi mitami na temat e-kantorów.

Mit klient nie posiada żadnego zabezpieczenia

Coraz więcej kantorów prowadzonych jest przez spółki posiadające licencję krajowej instytucji płatniczej. Posiada ją również spółka Currency One, która jest operatorem dwóch serwisów do wymiany walut online – Internetowykantor.pl i Walutomat. Zdobycie takiej licencji nie jest proste – aby uzyskać miano instytucji płatniczej, dana firma musi być monitorowana przez Komisję Nadzoru Finansowego. Oznacza to przejście przez skomplikowane procedury i kontrole, m.in. weryfikację stabilności finansowej, dające pewność, że instytucja spełnia rygorystyczne standardy bezpieczeństwa i jest godna zaufania, a więc można jej bez obaw powierzyć swoje środki. Uzyskać taką licencję nie jest łatwo i jeśli e-kantor już ją posiada, nie chce ryzykować jej utraty.

Instytucji kontrolujących kantory internetowe jest więcej. Wspomnieć można chociażby Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych czy Generalnego Inspektora Informacji Finansowej, czy UOKIK. Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo systemów informatycznych, warto pamiętać, że kantory internetowe to nowe podmioty. Technologie wykorzystywane w ich tworzeniu to nie relikty XX wieku, tylko najnowsza wiedza wnoszona do spółek przez wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Co więcej, Internetowykantor.pl, jak i Walutomat, działają w pełnej zgodzie z przepisami prawnymi obowiązującymi w całej Unii Europejskiej.

Wybierając serwis do wymiany walut online, warto pomyśleć o kwestiach zabezpieczenia transakcji. Internetowykantor.pl i Walutomat stosują wewnętrzną politykę bezpieczeństwa, wzmocnioną odpowiednią strukturą organizacyjną. W serwisach należących do Currency One bezpieczeństwo danych Użytkowników zapewniają eksperci z Działu Compliance oraz Działu Bezpieczeństwa i Zarządzania Ryzykiem, którzy dbają o dostosowanie działalności e-kantorów do obowiązujących wymogów prawnych i regularnie wykonują zewnętrzne testy bezpieczeństwa serwisów.

Mit różne kursy walut, różnej wielkości prowizje, dodatkowe opłaty

Zarzut ten dotyczy tak naprawdę transparentności polityki cenowej. Nie jest on stawiany wyłącznie branży kantorów internetowych. Pojawia się wszędzie tam, gdzie usługa jest chociaż odrobinę bardziej skomplikowana. Uczciwe i transparentne e-kantory, takie jak Internetowykantor.pl i Walutomat, nie naliczają żadnych ukrytych opłat. Podczas zawierania transakcji większość z nich wręcz zachęca do skorzystania z opcji „sprawdź, jak wyliczony został kurs”, bądź odsyłają do stron „sprawdź, ile to kosztuje”.

Z czego zatem może wynikać obawa, że w ostatecznym rozliczeniu pojawią się koszty,
o których nie było wcześniej żadnej informacji? Z tego, że wbrew pozorom jest to usługa złożona. Nie jest to po prostu wymiana walut. Jest to wpłata, wymiana i wypłata. Jeśli przelew jest wysłany z banku, w którym serwis posiada rachunek w danej walucie,w większości przypadków użytkownik nie powinien ponieść żadnych kosztów. Wysłanie przelewu zewnętrznego (międzybankowego), zwłaszcza walutowego, może wiązać się jednak z opłatami. Jego koszt liczony jest według Tabeli Opłat i Prowizji banku, z którego dokonywany jest przelew, i to właśnie tam powinniśmy sprawdzić, ile zapłacimy wysyłając przelew do kantoru internetowego.

Gdy mamy już pieniądze w Panelu Klienta, sama wymiana jest bardzo transparentna, wygodna i szybka. Co więcej, większość kantorów internetowych, oprócz możliwości akceptacji aktualnego kursu, umożliwia ustawienie zlecenia oczekującego na interesujący nas poziom ceny danej waluty.

Ostatnim elementem transakcji jest wypłata środków. Zazwyczaj wypłata do banku, w którym serwis posiada konto jest darmowa. Z kolei, jeżeli e-kantor nie posiada rachunku w danym banku, koszt wypłaty będzie nieunikniony. Bywa, że dla wygody użytkownika jest on już zawarty w kursie wymiany. Bywa też, że jest to kwota potrącana z wysokości wypłaty. Warto natomiast zwrócić uwagę, że opłata ta jest jasno komunikowana jeszcze przed zatwierdzeniem transakcji wymiany, by uniknąć nieporozumień.

Mit potrzeba posiadania dwóch kont: złotowego i walutowego

Żeby skorzystać z usług kantoru internetowego, nie potrzeba posiadać dwóch rachunków bankowych. Wiele e-kantorów, w tym Internetowykantor.pl, realizując usługę płatniczą, umożliwia transfer wymienionych środków prosto do odbiorcy. Dzięki temu nie tylko nie musimy otwierać kont w walutach wszystkich krajów, gdzie potencjalnie możemy chcieć prowadzić biznes, czy jechać na wakacje, ale też unikniemy wysokich marż, jakie banki naliczają za przelewy zagraniczne. Jak to działa? Po prostu wpłacamy złotówki do Internetowykantor.pl, wymieniamy na potrzebną walutę i bezpośrednio z serwisu wysyłamy je do odbiorcy. Tak samo, jak robimy to w banku, tylko taniej.

Autor: Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

FinAi otrzymał 7,3 mln zł dofinansowania na projekt stworzenia modelu ryzyka kredytowego

Łukasz Dziekan, CTO FinAi
Łukasz Dziekan, CTO FinAi

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przyznało FinAi 7,3 mln zł dofinansowania w ramach programu Inteligentny Rozwój. Pozyskane środki firma planuje przeznaczyć na realizację projektu budowy modelu estymacji ryzyka kredytowego klienta detalicznego z wykorzystaniem alternatywnych źródeł danych oraz najnowszych badań i narzędzi z zakresu teorii grafów. Partnerami inicjatywy zostały Wydział Matematyki i Nauk Informacyjnych Politechniki Warszawskiej oraz jeden z wiodących banków detalicznych w Polsce.

Projekt realizowany przez FinAi wychodzi naprzeciw oczekiwaniom banków, które poszukują nowych, skutecznych metod analizy i ograniczania ryzyka kredytowego w dynamicznie zmieniającym się otoczeniu biznesowym.

Na świecie z powodzeniem funkcjonują już tego typu rozwiązania, oferowane przez Lenddo, czy ZestFinance. Są one jednak mniej zaawansowane od naszego projektu, z punktu widzenia zastosowanych metod analizy danych i głównego pomysłu matematycznego. Na rynku europejskim wciąż brakuje gracza, który oferowałby bankom i klientom nową jakość w obszarze oceny ryzyka kredytowego – mówi Łukasz Dziekan, CTO FinAi. I dodaje: Stoimy przed niepowtarzalną szansą, aby polski fintech odegrał znaczącą rolę w eksporcie polskiej myśli naukowej i technologicznej na skalę europejską, w kontekście kluczowego dla sektora bankowego procesu.

Wdrożenie nowego modelu szacowania ryzyka kredytowego umożliwi bankom, a także innym instytucjom finansowym, dotarcie z produktami kredytowymi do nowych segmentów populacji, jednocześnie poprawiając efektywność istniejących już narzędzi i procesów. Dzięki jego wykorzystaniu wzrośnie również liczba osób, które zostaną ocenione przez polski system bankowy jako wiarygodne z punktu widzenia ryzyka kredytowego, co w dalszej perspektywie może mieć wpływ na poprawę wskaźnika wykluczenia finansowego wśród Polaków. Będzie to dotyczyło w szczególności ludzi młodych, będących na początku kariery zawodowej. w przypadku których bankom brakuje obecnie rozwiązań umożliwiających ocenę ich wiarygodności kredytowej, szczególnie w kanałach cyfrowych.

Prace badawcze związane z analizą zaawansowanej teorii grafów będą realizowane przez FinAi w kooperacji z Wydziałem Matematyki i Nauk Informacyjnych Politechniki Warszawskiej. Pracami zespołu naukowców Politechniki Warszawskiej pokieruje prof. dr hab. Jarosław Grytczuk. Ze strony FinAi projekt będą realizować eksperci posiadający wieloletnie doświadczenie w zakresie budowania modeli ryzyka dla sektora bankowego. Zespoły będą prowadziły ścisłą współpracę tak, aby najnowsze osiągnięcia nauki oraz prace na nowych reprezentacjach danych o kliencie, przełożyć na realne rozwiązanie biznesowe.

W celu zbudowania skutecznego, a zarazem użytecznego biznesowo modelu estymacji ryzyka kredytowego, FinAi nawiązał również partnerstwo z jednym z największych banków detalicznych na polskim rynku.

Zaangażowanie znaczących partnerów świadczy o skali projektu prowadzonego przez polski fintech. Całkowity koszt jego realizacji wyniesie 9,5 mln zł, z czego 7,3 mln będzie pochodziło z dofinansowania z funduszy europejskich.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju jest agencją wykonawczą Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Powołane zostało latem 2007 roku jako jednostka realizująca zadania z zakresu polityki naukowej, naukowo-technicznej i innowacyjnej państwa. W momencie powstania było pierwszą jednostką tego typu, stworzoną jako platforma skutecznego dialogu między środowiskiem nauki i biznesu.

Toyota inwestuje w aplikację taksówkową Japan Taxi

Toyota szuka sposobów na umocnienie swojej pozycji w nowych, przyszłościowych branżach, dlatego angażuje się w nowoczesne usługi transportowe, oparte na technologii łączenia samochodów w chmurze. W tym miesiącu firma zainwestuje 7,5 miliarda jenów (68,6 miliona dolarów) w Japan Taxi, aplikację taksówkową na telefony i tablety działającą w całej Japonii.

Toyota i Japan Taxi będą współpracowały w kwestiach terminali taksówkowych połączonych w chmurze oraz zbierania i przetwarzania danych z samochodów. Akio Toyoda, prezydent Toyoty, ma duże ambicje w związku z zaangażowaniem koncernu w nowe, przyszłościowe formy transportu, które wykraczają poza tradycyjnie rozumianą motoryzację. Jego zdaniem technologie chmury i Big Data w szybkim tempie przeobrażą branżę transportową, tworząc nowe możliwości rozwoju. Toyoda jest przekonany, że taka okazja zdarza się raz na stulecie – już niedługo motoryzacja będzie zdominowana przez elektryfikację napędów, autonomiczne prowadzenie i usługi oparte na połączeniu w chmurze. Prezydent Toyoty zamierza przekształcić jednego z największych producentów samochodów na świecie o 80-letniej tradycji w globalnego dostawcę usług mobilności.

W ubiegłym roku Toyota rozpoczęła program testowy urządzenia do zbierania danych z samochodów – w ramach pilotażu zostało ono zamontowane w 500 tokijskich taksówkach. Zbieranie danych na temat trasy i funkcjonowania samochodu podczas jazdy oraz rejestracja wideo w czasie rzeczywistym pozwoli opracować dynamiczne mapy, potrzebne m.in. do funkcjonowania autonomicznych samochodów. Toyota planuje wprowadzić na rynek system zautomatyzowanej jazdy po autostradzie o nazwie Highway Teammate w 2020 roku, a w ciągu kilku następnych lat w ofercie firmy pojawi się Urban Teammate – system autonomicznej jazdy po mieście.

W 2011 roku firma Japan Taxi wprowadziła aplikację na smartfony i tablety do zamawiania usług taksówkarskich, obejmującą całą Japonię. Do dziś została ona pobrana przez 4 miliony użytkowników, którzy mogą korzystać z 60 000 taksówek. Obecnie co czwarta taksówka działająca w Japonii jest objęta tym serwisem. Firma należy do Ichiro Kawanabe, prezesa japońskiej federacji taksówkarskiej oraz właściciela Nihon Kotsu Co. – największej firmy taksówkarskiej w kraju. Nihon Kotsu wprowadza do użytku nowy hybrydowy model Toyota JPN Taxi, samochód przystosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych, który z wyglądu przypomina londyński black cab. Pojazd zadebiutował w październiku 2017 roku i do końca roku uzyskał sprzedaż 1 500 egzemplarzy.

Rekomendacje klientów decydują dziś o przewadze konkurencyjnej

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych certyfikatów potwierdzających wysoką jakość obsługi i satysfakcję klientów jest Godło Ogólnopolskiego Programu Certyfikującego Firma Przyjazna Klientowi. W tym roku SAS po raz kolejny otrzymał to prestiżowe wyróżnienie. Nagroda jest efektem polityki firmy, która stawia na pierwszym miejscu wiarygodność i zaufanie, a na każdym etapie współpracy z klientami ogromną wagę przykłada do jakości oferowanych produktów i usług.

Nagroda „Firma Przyjazna Klientowi” ma szczególne znaczenie, gdyż o jej przyznaniu decydują sami klienci, którzy w badaniu ankietowym oceniają różne aspekty współpracy z przedsiębiorstwem. W tym roku ponownie oceny przyznane SAS we wszystkich obszarach branych pod uwagę w badaniu są wyższe niż średnie wskazania dla laureatów poprzedniej edycji FPK.

Rozwijamy w SAS środowisko pracy oparte na wiedzy, sprzyjające kreatywności oraz zaangażowaniu pracowników. Gwarantuje to naszym klientom komfort pracy z najwyższej klasy specjalistami i przynosi wspaniałe rezultaty. Jesteśmy wiodącym dostawcą rozwiązań analitycznych na polskim rynku i uczestniczymy w najważniejszych projektach informatycznych w kraju – mówi Alicja Wiecka, Dyrektor Zarządzający, SAS Polska.

Organizatorem programu certyfikującego jest Fundacja Digital Knowledge Observatory, niezależna instytucja zajmująca się problemami przedsiębiorczości, wdrażania innowacji oraz edukacji ekonomicznej społeczeństwa i biznesu. Fundacja za pomocą metody CAWI (Computer-Assisted Web Interview) ocenia ogólny poziom satysfakcji ze współpracy z firmą, doświadczenia klientów w zakresie kontaktu z jej pracownikami oraz skłonność do rekomendacji. Godło „Firma Przyjazna Klientowi” stanowi gwarancję dla obecnych oraz potencjalnych klientów, że organizacja stawia ich potrzeby na pierwszym miejscu, a polityka obsługi klienta jest realizowana na najwyższym poziomie, zgodnie ze standardami wyznaczanymi przez liderów rynku.

Bitcoin odrabia straty

W ciągu ostatnich dwóch dni bitcoin odrabiał wcześniejsze starty. W czwartek rano jego wartość wynosi 8,1 tys. USD (tyle co w poniedziałek rano), podczas gdy wtorkowy dołek był na poziomie 6,1 tys. USD. Oznacza to wzrost o 33%. W porównaniu z początkiem roku najpopularniejsza kryptowaluta warta jest 40% mniej i aż 60% mniej niż w połowie grudnia, kiedy kosztowała niemal 20 tys. USD. Aktualnie kapitalizacja bitcoina przekracza 137 mld USD. Tymczasem amerykański ekonomista Nouriel Roubini uważa, że bitcoin to „największa bańka w historii ludzkości” i wieszczy, że cena tej wirtualnej waluty może spaść nawet do zera.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do głównych walut: do euro (+0,94%), brytyjskiego funta (+0,53%), dolara kanadyjskiego (+0,46%), dolara australijskiego (+0,59%) oraz japońskiego jena (+0,44%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,229, GBP/USD – 1,391, USD/CAD – 1,256, AUD/USD – 0,784 i USD/JPY – 109,6. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,5%) i kurs EUR/JPY wynosi 134,7, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,883. Złotówka traci do głównych walut światowych. W czwartek rano dolar kosztuje 3,39 zł, euro – prawie 4,17 zł, funt – 4,72 zł, a frank szwajcarski – ponad 3,59 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach przewaga koloru zielonego. W środę w Europie londyński indeks FTSE 100 zyskał 1,93%, frankfurcki indeks DAX – 1,6%, a paryski indeks CAC 40 – 1,82%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 spadł o 0,5%, meksykański Bolsa – o 0,67%, a brazylijski Bovespa – o 1,34%. W czwartek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 1,13%, indeks Shanghai Composite obniżył się o 1,43%, a hongkoński indeks Hang Seng zyskał 0,29%.

Ropa i złoto: Czwarty dzień z rzędu ceny ropy naftowej idą w dół. W środę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 65,51 USD (-2,06%), a ropy WTI – 61,79 USD (-2,59%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca spadła o 1 USD do 71 USD. Z kolei złoto drugi dzień z rzędu notuje spore spadki. W czwartek rano uncję metalu rynek wycenia na 1313 USD. To aż 18 USD mniej (-1,35%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 3:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Kansas City
  • 4:07 – Chiny – Bilans handlu zagranicznego, styczeń – 20,3 mld USD (prognoza 54,1 mld USD)
  • 8:00 – Niemcy – Bilans handlu zagranicznego, grudzień – 21,4 mld EUR (prognoza 21,7 mld EUR)
  • 9:00 – Czechy – Stopa bezrobocia, styczeń – 3,9% (prognoza 3,9%)
  • 9:45 – Niemcy – Wystąpienie szefa Bundesbanku
  • 10:00 – Australia – Wystąpienie szefa RBA
  • 10:50 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Dallas
  • 13:00 – Wielka Brytania – Decyzja ws. stóp procentowych i protokół z posiedzenia Banku Anglii
  • 14:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Filadelfii
  • 15:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Minneapolis

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Dwudziestolecie ruchu open source. Historia otwartego oprogramowania z perspektywy firmy Red Hat

Dwadzieścia lat temu, 3 lutego 1998 r. w sali konferencyjnej w kalifornijskim Palo Alto wymyślono termin „open source”. Była to reakcja grupy inżynierów: Michaela Tiemanna (obecnego wiceprezesa ds. technologii open source w Red Hat), Todda Andersona, Chrisa Petersona z Foresight Institute, Johna „Maddoga” Hallego i Larrego Augustina z Linux International, Sama Ockmana z Grupy Użytkowników Linuksa w Dolinie Krzemowej oraz Erica Raymonda na oświadczenie firmy Netscape o planowanym przez nią udostępnieniu kodu źródłowego do bezpłatnego użytku publicznego. Zarówno termin, jak i sama koncepcja zdobyły błyskawiczną popularność, a dzisiejsza społeczność open source liczy dziesiątki milionów użytkowników oraz współtwórców.

Z okazji 20. rocznicy utworzenia ruchu open source, zebraliśmy wypowiedzi kilku weteranów Red Hat na temat tego, czym było dla nich „otwarte oprogramowanie” na przestrzeni lat.

Chris Wright, wiceprezes i główny dyrektor ds. technologii w Red Hat, o swoich początkach w społeczności open source

Na przełomie 1995 i 1996 roku ukończyłem uniwersytet i podjąłem pierwszą „prawdziwą” pracę. W latach szkolnych odkryłem i pokochałem system UNIX. Tak się złożyło, że produkt mojej firmy był oparty na tym systemie, a zatem chciałem wykorzystać ten fakt, żeby jak najwięcej nauczyć się o języku programowania. Brakowało mi jednak możliwości eksperymentowania z Uniksem w domu. Wówczas kolega poradził mi, żebym wypróbował system Linux jako sposób na stworzenie „uniksopodobnego” środowiska na domowym komputerze. Idąc za radą, ściągnąłem wtedy z sieci ponad 50 dyskietek Slackware dystrybucji Linuksa. Instalacja była skomplikowana, a konfigurowanie X w celu stworzenia graficznego pulpitu było wyższym stopniem wtajemniczenia. Było to interesujące, gdyż musiałem dowiedzieć się sporo o Linuksie i moim sprzęcie, żeby wszystko zaczęło działać. Linux był wciąż nieco niedopracowany, ale bawiłem się świetnie.

Korzystając z linuksowego komputera w domu oraz zestawu kompilatorów GCC (ang. GNU Compiler Collection) i pewnych narzędzi z SunSITE w pracy, byłem od tamtej pory codziennym użytkownikiem oprogramowania open source. Gdzieś po drodze przeszedłem na instalacje Red Hat Linux (w wersji 4 czy 5) z płyty CD. Kiedy pojawiła się wersja Red Hat Linux 6, używałem Linuksa w domu zarówno na sprzęcie x86, jak i SPARC (dostałem dwie stare stacje robocze SPARCstation, a w pracy pisałem kod głównie w Linuksie). Doszło wówczas do rozłamu na GCC i EGCS (ang. Experimental/Enhanced GNU Compiler System), a ja odkryłem, że podczas kompilowania firmowych projektów otrzymywałem znacznie lepsze ostrzeżenia od kompilatora EGCS w Linuksie niż od naszego starego GCC. Bardziej też podobało mi się środowisko deweloperskie. Proste narzędzia, takie jak powłoka (bash), edytor (vim), klient poczty (pine), były dostępne od razu po zainstalowaniu systemu – nie trzeba było już ściągać kodu z SunSITE.

Wraz z kolegą zaproponowaliśmy, że skonfigurujemy linuksowe stacje robocze dla intereków zespołu, można więc powiedzieć, że byliśmy swego rodzaju ewangelistami Linuksa w naszym biurze. Mimo to byłem jedynie użytkownikiem oprogramowania open source, a nie aktywnym członkiem społeczności czy współtwórcą. Zacząłem jednak zaglądać pod maskę, żeby zrozumieć, jak to wszystko działa, przeczytałem Manifest GNU i byłem podekscytowany ideą wolności oprogramowania.

 W 1999 r. pracowałem w firmie Lucent nad platformą komunikacji zunifikowanej. Byłem odpowiedzialny za wysoką dostępność platformy. Pewnego razu spotkałem kolegę, który pracował nad projektem zwanym Linux-HA. Był jego zagorzałym zwolennikiem i zachęcił mnie do jego wypróbowania. Dostrzegłem potencjał projektu i zacząłem się coraz bardziej angażować. Dołączyłem do listy dyskusyjnej, eksperymentowałem z oprogramowaniem i uczestniczyłem w dyskusjach projektowych. Fascynująca sprawa! W pewnym momencie znalazłem problem, który mi przeszkadzał i wysłałem kod, żeby dodać nową funkcję. Byłem zaangażowany w więcej niż jedną pracę, co doprowadziło do tego, że część tej pracy zacząłem wykonywać w czasie wolnym – dla zabawy! To był czas, kiedy wszystko uległo zmianie. Współpraca ze społecznością dawała mi mnóstwo satysfakcji i zacząłem się jej oddawać. Nie mogłem uwierzyć, że mogę być bezpośrednio zaangażowany, uczyć się od naprawdę utalentowanych inżynierów i dzielić się pomysłami w celu zbudowania czegoś, co będzie przydatne dla wszystkich. Fajnie jest pisać kod i dążyć do technicznej doskonałości ze świadomością, że rozwiązujesz czyjeś problemy. Tak właśnie ze zwykłego użytkownika oprogramowania open source stałem się zaangażowanym członkiem ruchu.  

Stormy Peters, starszy kierownik zespołu ds. społeczności, o osiągnięciach ruchu open source na przestrzeni lat

Społeczność open source zmieniła nie tylko tworzenie oprogramowania, lecz także sposób współpracy między firmami. Niemal każda organizacja na świecie używa oprogramowania open source, a wiele z nich przyczynia się również do jego rozwoju. Ta możliwość dzielenia się wspólną technologią pozwoliła nam wszystkim na tworzenie jeszcze lepszych rozwiązań i funkcjonalności. Mam wrażenie, że na przestrzeni tych dwudziestu lat zacząłem na co dzień używać rzeczy, o których wcześniej czytałem w książkach science fiction. Codziennie odbywam rozmowy wideo z dużymi grupami osób, mój telefon informuje mnie o wypadkach drogowych, (nie pytając nawet o to, dokąd się wybieram), regularnie współpracuję z ludźmi rozsianymi po całym świecie. Nie wszystkie rozwiązania są zbudowane wyłącznie na oprogramowaniu open source, ale wszystkie powstały i działają w oparciu o tę infrastrukturę. Myślę, że tak szybkie tempo innowacji było możliwe tylko dzięki ścisłej współpracy.

Nick Hopman, dyrektor ds. nowych technologii w Red Hat, o przyszłości ruchu open source

W miarę rozwoju mojej kariery i zaangażowania w ruch open source, postrzegam go jako coś znacznie wykraczającego poza proces rozwijania i eksponowania technologii. Uważam go obecnie za katalizator zmian w każdym aspekcie społeczeństwa – w administracji rządowej, polityce, diagnostyce medycznej, ponownym projektowaniu procesów i wielu innych. We wszystkich tych dziedzinach można zastosować otwarte zasady, które dopracowano w toku tworzenia oprogramowania open source w celu stworzenia społeczności, które stymulują zmiany i innowacje. Uważam, że filozofia otwartego oprogramowania będzie nadal napędzać postęp technologiczny, ale jestem jeszcze bardziej ciekaw tego, jak zmieni ona świat na sposoby, których nawet się nie domyślamy.

Jim Whitehurst, prezes i dyrektor generalny w Red Hat, o przyszłości ruchu open source

Przyszłość ruch open source rysuje się w jasnych barwach. Jesteśmy u progu nowej fali innowacji, która nadejdzie dlatego, że informacje zaczynają oddzielać się od fizycznych obiektów za sprawą Internetu rzeczy (IoT). Przewiduję, że w ciągu następnej dekady rozwiną się całe branże oparte na koncepcjach open source, takich jak udostępnianie informacji i wspólne innowacje. Będzie to widoczne wszędzie, począwszy od sektorów non-profit, takich jak opieka zdrowotna, edukacja i administracja rządowa, aż po globalne korporacje, które wiedzą, że dzielenie się informacjami prowadzi do lepszych wyników. Otwarte innowacje, przy których partycypują różne strony, będą miały znaczący wpływ na zwiększenie produktywności na całym świecie. Coraz więcej innowacji powstaje w społecznościach otwartych, a technologie open source upowszechniają się, dlatego też uważam, że Red Hat stanie się jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek w świecie technologii.

Polacy kontra rachunek bankowy – 17% nie ma wcale, 18% nie wie ile płaci

Agnieszka Porębska-Kość - Nest Banku
Agnieszka Porębska-Kość – Nest Banku

Według NBP 17% Polaków nie ma konta osobistego*. Z badań na zlecenie Nest Banku wynika z kolei, że ponad 18% z nas nie wie, ile miesięcznie kosztuje ich prowadzenie  rachunku**. Wchodząca w życie w sierpniu 2018 roku nowelizacja Ustawy o usługach płatniczych, nakładająca na banki obowiązek oferowania bezpłatnego podstawowego rachunku płatniczego, wywoła zamieszanie na rynku rachunków osobistych. Bankowcy liczą także, że wpłynie na świadomość finansową Polaków – Już od dawna zachęcamy klientów do korzystania z bezwarunkowo bezpłatnego Nest Konta. W popularyzacji prostych rozwiązań widzimy ogromną szansę na zwiększenie zaufania Polaków do instytucji finansowych i ich wiedzy na temat zarządzania domowym budżetem – mówi Agnieszka Porębska-Kość z Nest Banku.

W marcu 2017 r. warunkowo[1] darmowe konto w banku posiadało 56% Polaków – wynika z badania przeprowadzonego przez instytut Kantar Millward Brown na zlecenie Nest Banku. Ponad 26% z nas świadomie płaciło za prowadzenie rachunku, a 18 % nie miało pojęcia jakie koszty ponosi. Biorąc pod uwagę 17% rodaków nie mających w ogóle rachunku bankowego, rynek finansowy ma jeszcze wiele do zrobienia w zakresie edukacji bankowej Polaków.

Dużo może zmienić zmiana Ustawy o usługach płatniczych z 30 listopada 2017 roku. Od 8 sierpnia 2018 roku nowe przepisy nałożą na banki obowiązek oferowania tzw. podstawowego rachunku płatniczego. Co to oznacza w praktyce? – Podstawowy rachunek płatniczy będzie mógł założyć każdy Polak, pod warunkiem, że nie posiada innego konta osobistego w polskiej walucie. Jego otwarcie nie będzie mogło się wiązać z żadnymi opłatami. Co więcej, banki nie będą mogły warunkować dostępu do niego skorzystaniem z innych usług wyjaśnia Agnieszka Porębska-Kość z Nest Banku

Zgodnie z nowymi przepisami bezpłatne ma być zarówno założenie, jak i prowadzenie konta, obsługa karty płatniczej, wypłaty z bankomatów własnych banków oraz 5 darmowych wypłat w miesiącu z bankomatów innych banków. Ponadto w każdym miesiącu będziemy mogli bezpłatnie zrealizować 5 transakcji, w tym: zlecenia przelewów, polecenia zapłaty, zlecenia stałe. Bezwarunkowo bezpłatny rachunek jest w Nest Banku od dawna dostępny w stałej ofercie i cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem klientów. Jasne zasady przyciągają zarówno klientów sprawnie poruszających się w bankowym świecie, jak i tych obawiających się powierzyć swoje pieniądze instytucji finansowej –  zauważa Agnieszka Porębska-Kość. 

Nowelizacja ustawy może wprowadzić na rynku bankowym spore zamieszanie. Część klientów może zdecydować  się na zamknięcie kont, za które płacili, aby skorzystać z bezpłatnej oferty. Rynek liczy jednak przede wszystkim na to, że na usługi bankowe zdecyduje się spora część z 17%, które według NBP nie posiadają żadnego rachunku osobistego.

– To ważne, żeby dostęp do usług bankowych mieli wszyscy, niezależnie od tego, jak regularny mają przychód czy jak często płacą kartą – mówi Agnieszka Porębska-Kość. – Dla banków zmiany w ustawie będą szansą na dotarcie do nowej grupy klientów i na przekonanie ich do swoich usług. Z kolei klienci, którzy nie ufali do tej pory bankom, zyskają wiele nowych możliwości wynikających z posługiwania się chociażby płatnościami bezgotówkowymi. Zwiększy się również bezpieczeństwo ich pieniędzy i możliwość kontroli wydatków – zauważa Agnieszka Porębska-Kość.

Dostęp do darmowego rachunku osobistego w każdym banku to nie jedyna zmiana dla klientów polskich instytucji finansowych. Ustawodawca przewidział szereg zmian również w zasadach informowania o usługach. Ujednoliceniu ulegnie między innymi nazewnictwo oraz standard informowania o opłatach. Wszystko to ma zwiększyć przejrzystość usług bankowych i komfort klientów.

* Na podstawie raportu NBP: „Postawy Polaków wobec obrotu bezgotówkowego luty 2017”

** Na podstawie badania „Eksploracja postaw i potrzeb klientów indywidualnych oraz mikroprzedsiębiorców w kategorii bankowej” przeprowadzonego przez instytut Kantar Millward Brown na zlecenie Nest Banku

[1] Konto za które klient nie poniesie opłat, jeżeli spełni warunki wyznaczone przez dany bank np. zadeklaruje miesięczny wpływ wynagrodzenia.

Istotny dzień dla kursu funta

Indeks GBP od początku lutego traci. Dziś jest szansa na odmianę w tej kwestii – o ile tylko Bank Anglii (BoE) nie zawiedzie.

Po południu BoE zdecyduje o stopach procentowych. Nikt nie spodziewa się zmian parametrów polityki monetarnej podczas spotkania, jednak nie ma to żadnego znaczenia. To co istotne to publikacja kwartalnego “Raportu o Inflacji”, w którym Bank zaprezentuje swoje nowe oczekiwania względem kształtowania się dynamiki cen i wzrostu gospodarczego w przyszłości. Ta publikacja może wpłynąć na rynkowe oczekiwania dotyczące kolejnych podwyżek stóp procentowych i tym samym na cenę brytyjskiej waluty. Tzw. “superczwartek” zakończy się konferencją prasową, na której wystąpi prezes BoE, Mark Carney. Jego ton również będzie miał znaczenie. Sugestia szybszych podwyżek stóp procentowych powinna wzmocnić funta.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

Kurs złotego PLN

Polska waluta wczoraj poddała się sile dolara amerykańskiego i zakończyła dzień na minusie w relacji do głównych walut. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w lutym utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie, ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Prezes nadal powtarza, że w jego indywidualnej ocenie stopy procentowe w 2018 r.  powinny pozostać niezmienione. Co istotne – stara się on nie wybiegać w przyszłość i nie oceniać, jak Rada zachowa się w 2019 r. Towarzyszący prezesowi NBP prof. Osiatyński zwrócił uwagę na fakt odbicia inwestycji w drugiej połowie ubiegłego roku, w tym prawdopodobnego odbicia inwestycji prywatnych w końcówce roku. Tym samym zauważył, że wzrost nakładów brutto na środki trwałe może przekładać się na wzrost produktywności pracy, co sprawiłoby, że luka między produktywnością pracy, a dynamiką płac byłaby niższa. Uznawany za jednego z jastrzębi, profesor Hardt podczas konferencji wypowiadał się w dosyć gołębim tonie, zwracając uwagę na dynamikę inflacji bazowej, która okazywała się być raczej niższa od oczekiwań (w tym miejscu przypominamy również, iż na przestrzeni ostatnich dziewięciu miesięcy dynamika cen bazowych była praktycznie płaska). Profesor Hardt dodał, iż w świetle ostatnich danych prawdopodobieństwo tego, że stopy w 2018 r. pozostaną stabilne jest wyższe, niż szacował jeszcze kilka miesięcy temu.

Kurs euro EUR

Kurs EUR/PLN w środę umocnił się o 0,3%, wahając się w widełkach 4,15 – 4,17. Wspólna europejska waluta traciła w relacji do głównych walut pomimo informacji o osiągnięciu porozumienia przez partie CDU/CSU i SPD. Może to być związane z tym, iż układ musi zostać jeszcze zaakceptowany przez członków SPD, co może stanowić czynnik ryzyka.

Kurs funta GBP

Kurs GBP/PLN w środę umocnił się aż o 0,8%, wahając się w widełkach 4,68 – 4,72. Brytyjska waluta kontynuowała spadki w relacji do USD, w parze ze słabszymi europejskimi walutami jednak zyskiwała. Zgodnie z wyliczeniami brytyjskiego rządu, na “twardym Brexicie” Wielka Brytania straciłaby 80 mld GBP – daje to pewien pogląd na to, jak ogromna jest stawka, o którą toczyły i toczą się negocjacje.

Kurs dolara USD

Kurs USD/PLN w środę umocnił się aż o 1,4%, wahając się w widełkach 3,35 – 3,40. Amerykańska waluta kontynuowała rajd w górę, zyskując przede wszystkim w relacji do słabszych, europejskich walut. Wczorajsze przemówienie Johna Williamsa było optymistyczne. Członek FED zwrócił uwagę, że sytuacja na rynku pracy ulega poprawie i – jeśli gospodarka utrzyma tempo tworzenia 2 mln. miejsc pracy rocznie – powinno przełożyć się to na presję cenową. Poinformował jednocześnie, że nie ma preferencji między 3, a 4 podwyżkami stóp procentowych w tym roku.

Umocnienie dolara nie było istotnie związane ze słowami WIlliamsa, wpływ na USD miało natomiast porozumienie, jakie udało się wypracować amerykańskim politykom. Zgodnie z jego treścią amerykańska administracja będzie miała zapewnione finansowanie na kolejne dwa lata. Nowe porozumienie zakłada wzrost wydatków na obronność i różnorakie programy wewnętrzne. Ostateczna wersja porozumienia musi zostać jeszcze przegłosowana przez obie izby parlamentu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:00 – publikacja decyzji BoE i raportu o inflacji w Wielkiej Brytanii
  • 13:30 – konferencja prasowa BoE
  • 14:00 – przemawia Patrick Harker z FOMC
  • 15:00 – przemawia Neel Kashkari z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Prawdziwe przyczyny ostatniego „krachu”

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Jedna z rynkowych zasad głosi, że spadki na giełdach kończą się w momencie, kiedy dobrze zostaną poznane ich przyczyny. Na pierwszy rzut oka może wydawać się to nieco śmieszne, gdyż wyjaśnień ruchów na rynkach można codzienne znaleźć od groma. Problem w tym, że nierzadko są one nieprecyzyjne bądź wręcz błędne. Warto w tym kontekście prześledzić historię ostatniego „krachu”. W dość częstej opinii rozpoczął się on w piątek po publikacji comiesięcznego raportu z rynku pracy, w którym uwagę inwestorów zwrócił najsilniejszy wzrost płac od 2009 roku. Miałoby to wpłynąć na wzrost oczekiwań inflacyjnych i w konsekwencji również ilości podwyżek stóp procentowych w USA. Z kolei silniejsza skala zacieśnienia monetarnego wywołała odwrót od ryzyka na parkietach giełdowych. Z tym tłumaczeniem jest jednak kilka problemów. Po pierwsze, pierwsza silniejsza wyprzedaż miała miejsce dzień wcześniej w Europie. Zbiegło się to z początkiem kolejnego miesiąca kalendarzowego i już wówczas złamane zostały ważne techniczne wsparcia w przypadku DAX-a czy WIG20. Po drugie, dla uważnego obserwatora piątkowe dane z USA wcale nie miały wymowy proinflacyjnej. Aby to zrozumieć trzeba mieć świadomość, że zarobki podawane są jako średnia za jedną godzinę pracy. Wspomniana średnia wzrosła w styczniu o 2,9% rok do roku, co w istocie było przyspieszeniem względem wcześniejszych odczytów. Miało ono jednak naturę bardzo techniczną. Otóż nastąpił silny spadek ilości godzin przeprowadzonych przez Amerykanów. Był on najsilniejszy od początku ubiegłego roku, nie licząc września, w którym niski odczyt wynikał z huraganowych zniszczeń. Zresztą spadała też ogólna wielkość zarobków, ale mniej niż ilość godzin pracy, i stąd obserwowany wzrost średniej płacy za przepracowaną godzinę. Sam raport był dodatkowo pod wpływem obserwowanego w ostatnim czasie uderzenia zimy w USA, więc nie warto na jego bazie wyciągać zbyt pochopnych wniosków. Efektywny rynek nie powinien przynajmniej tego robić. Co więc było prawdziwą przyczyną spadków? Odpowiedź wszyscy poznali we wtorek. Była nią implozja popularnych ostatnimi czasy funduszy zarabiających na spadku rynkowej zmienności. Strategia ta była bardzo zyskowna z uwagi na niemalże niczym nieprzerwany, jednostajny i spokojny wzrost najważniejszych indeksów. Koniec tej sielanki musiał kiedyś nastąpić, a że trwała ona nadzwyczaj długo, to i zakończenie było gwałtowne. Co ważne, wyraźnie spokojniejsze były rynki walut oraz surowców. Oznacza to, że giełdowych zniżek nie można wiązać z obawami o osłabienie koniunktury gospodarczej. To teoretycznie dobra wiadomość, ale gdyby za miesiąc nie zmienił się obraz wspomnianego wyżej raportu z rynku pracy, to jego wymowa nie byłaby korzystana dla perspektyw dla wzrostu czy inflacji, co lekki niepokój może już budzić.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

RPP wzmacnia gołębi przekaz

Środowa sesja na krajowym rynku walutowym, z lekko osłabiającym się złotym, nie zmieniła jego ogólnego obrazu. W centrum uwagi krajowych graczy pozostawała RPP, po której choć nie oczekiwano, że zmieni swoje silnie gołębie nastawienie w polityce monetarnej, jednak zastanawiano się, czy jeszcze nie nasili tonu wypowiedzi biorąc pod uwagę ostatnie załamania na rynku akcji na świecie i w Polsce oraz przygaszoną inflację.

Od pierwszych godzinach handlu w Europie kurs EURPLN lekko rósł, nadal jednak pozostając w rysowanym w tym tygodniu przedziale wahań 4,14-4,17. Po południu chwilowe wsparcie dla PLN nadeszło ze strony danych KE, której prognozy z „zimowego” raportu były znacznie wyższe niż „jesienne” przewidywania. Posiedzenie RPP ponownie zaś osłabiło złotego.

W lutym stopy NBP pozostały na dotychczasowym poziomi (1,5% dla stawki referencyjnej). Przejściowo obniżona inflacja odebrała nieco pewności jastrzębim członkom Rady. Dodatkowo RPP wciąż nie dostrzega zagrożeń ze strony rynku pracy, na co wskazywały już minutes z jej styczniowego posiedzenia. W rezultacie, pomimo bardzo optymistycznego odczytu PKB za 2017 r. sugerującego odbicie inwestycji (w tym prywatnych) w IV kw. ub. roku zarówno ton komentarza, jak i samej konferencji pozostały wyraźnie bardziej gołębie niż miesiąc wcześniej. Prezes NBP Adam Glapiński jednoznacznie podtrzymał scenariusz stabilnych stóp w 2018 r. i wskazał, że w jego ocenie stopy nie zostaną podniesione także w pierwszych kwartałach 2019 r. Jednocześnie retorykę złagodzili pozostali członkowie Rady obecni na konferencji prasowej, Łukasz Hardt i Jerzy Osiatyński. W styczniu łagodniej o podwyżkach wypowiadali się też Eugeniusz Gatnar i Jerzy Kropiwnicki. Przedstawiciele „jastrzębiego” skrzydła Rady zaczynają więc łagodnieć.

Komisja Europejska szacuje, że w 2017 roku wzrost gospodarczy Polski wyniósł 4,6% (czyli tyle, co pokazał wstępny szacunek GUS, zaś w 2018 roku powinien sięgnąć 4,2%). Tymczasem, w listopadzie analitycy unijni spodziewali się, że wzrost w 2017 roku wyniesie 4,2%, a w 2018 roku 3,8%. W opublikowanym raporcie KE podkreśliła, że głównym silnikiem wzrostu w Polsce pozostaje konsumpcja, w tym prywatna wspierana przez szybszy wzrost płac i rekordowo wysokie zaufanie konsumentów.

Środowe spadki złotego wynikały też zachowania zmian notowań głównej pary walutowej. Praktycznie przez cały dzień kurs EURUSD schodził w dół zbliżając się do wsparcia na 1,2245. Dolara wspiera oczekiwanie na marcową podwyżkę stóp w USA, narosłe po publikacją rządowego raportu z rynku pracy za styczeń. Gospodarka amerykańska rozwija się, a presja płacowa powinna zacząć nasilać wzrost inflacji. Obecnie mówiąc o gołębiach w FOMC ma się na myśli zwolenników trzech podwyżek stóp, jastrzębie zaś nie wykluczają czterech ruchów. Ponadto dolarowi sprzyja obecne wygaszanie emocji na rynku akcji (choć środowa sesja i tak stała jeszcze pod znakiem wahania wskaźników, choć już w mniejszej skali) oraz porozumienie w amerykańskim senacie (brak którego groziłoby już w piątek zawieszeniem działalności rządu federalnego), stąd udany atak na długo testowany rejon 1,233-1,235 przyspieszył spadek kursu EURUSD. Dolar powraca więc do łask, co będzie szkodziło złotemu i innym walutom EM.RPP wzmacnia gołębi przekazAutor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Prawie połowa konsumentów rezygnuje z zakupów online, bojąc się o bezpieczeństwo swoich danych

Marek Safiejko, CEO 9bits
Marek Safiejko, CEO 9bits

Według międzynarodowego badania przeprowadzonego przez Ipsos, blisko 50 proc. konsumentów rezygnuje z zakupów online ze względu na obawy związane z bezpieczeństwem dokonywanych transakcji. Jeżeli chodzi o polskich internautów, ten odsetek jest jeszcze większy, bo aż 4 na 5 osób boi się robić zakupy w sieci ze względu na ryzyko stania się ofiarą cyberprzestępstwa[1]. Tylko w I poł. 2017r. odnotowano więcej naruszeń i kradzieży danych niż w całym 2016r[2]. To problem nie tylko dla klientów e-sklepów, ale i całej branży e-commerce. Klienci obawiają się udostępniać swoje dane, wobec czego marki nie mogą przygotowywać dla nich spersonalizowanej oferty. Tracą na tym jedni i drudzy. Szansą na poprawę tej sytuacji może być obowiązujące od maja tego roku nowe prawo dotyczące ochrony danych osobowych – RODO.

Nowe zasady dotyczące bezpieczeństwa danych

Powyższe dane mają swoje potwierdzenie w analizach Shop Alike. Wynika z nich, że aż dla 1/4 klientów sklepów internetowych obawy związane z bezpieczeństwem danych są tym czynnikiem, który ma znaczący lub bardzo znaczący wpływ na powstrzymywanie się od dokonywania zakupów online. Czy te obawy są uzasadnione? Wydaje się, że tak. Jak podaje firma Gemalto, światowy lider w obszarze cyfrowego bezpieczeństwa, w pierwszej połowie 2017r. miało miejsce więcej naruszeń i kradzieży danych (1,9 mld) niż w całym 2016 r. (1,37 mld).

Firmy z branży e-commerce, np. sprzedawcy internetowi, nawet przed ogłoszeniem RODO mieli obowiązek zapewnić swoim klientom odpowiedni poziom bezpieczeństwa podczas dokonywania przez nich transakcji. Jak zaznacza Marek Safiejko, CEO 9bits, nowe prawo nałoży na administratorów danych osobowych nowe obowiązki.

– Wdrożenie rozwiązań z obszaru IT, które po pierwsze, byłyby zgodne z unijną regulacją, a przede wszystkim skutecznie chroniłyby dane konsumentów, stanie się jednym z najważniejszych priorytetów dla e-commerce. Tym bardziej, że niezastosowanie się do zmian będzie mieć spore konsekwencje finansowe. Przykładowo, firmy mogą ponieść wysokie kary za niepoinformowanie o naruszeniu lub kradzieży danych, zarówno ich właściciela, jak i stosownych podmiotów w ciągu 72h od wykrycia tego faktu.Konieczność dostosowania się do nowego prawa to bez wątpienia dla branży duże wyzwanie, ale także szansa, by dzięki stosowaniu przejrzystej polityki bezpieczeństwa zdobyć przewagę rynkową i stworzyć wartość dodaną dla klientów. Zresztą, takie są ich wymagania. Polacy uważają, że odpowiedzialność za bezpieczeństwo ich danych w Internecie należy do podmiotów trzecich – wyjaśnia Marek Safiejko.

Personalizacja kontra bezpieczeństwo

Cyberprzestępstwa dotyczące kradzieży danych osobowych, niosą negatywne skutki dla konsumentów, ale nie pozostają bez wpływu na branżę e-commerce. Internetowe firmy tracą podwójnie. Nie chodzi tylko o zyski z potencjalnych zakupów, których mogliby dokonać klienci w sieci, gdyby nie obawiali się ryzyka takich transakcji, ale również o ograniczoną możliwość przygotowania dla nich spersonalizowanej oferty. – Personalizacja, opiera się na profilowaniu klientów, czyli bezpośrednio związana jest z gromadzeniem, przetwarzaniem i analizowaniem danych konsumentów, takich jak. np. ich wiek czy płeć, zainteresowania, a także historia zakupów czy innych śladów pozostawionych przez nich w sieci. Dzięki znajomości tych informacji właściciel sklepu internetowego może kierować do osób odwiedzających jego witrynę zindywidualizowaną ofertę handlową – wyjaśnia Marek Safiejko.

Wielu konsumentów wiąże z tym faktem obawy. Jak wynika bowiem z najnowszego raportu przygotowanego przez fundację Wiedza To Bezpieczeństwo[3], 30 proc. respondentów zapytanych o to, co uważa za największe zagrożenie dla swoich danych osobowych, wskazało na przestępczość internetową, ale prawie tyle samo, bo 26 proc. wiąże swoje obawy z organizacjami,  które  chcą  zwiększać  swoje  zyski,  wykorzystując  dane  osobowe  bez  zgody  osób,  których dotyczą.

– Z naszych obserwacji wynika, że większość zagrożeń związanych z bezpieczeństwem danych osobowych dotyczy gromadzenia i przetwarzania tych informacji w systemach IT, do których dostęp jest możliwy przez Internet. Nieodpowiednie zabezpieczenia tych programów daje osobom postronnym dostęp do ogromnej ilości danych, które mogą zostać skradzione. Jak się jednak okazuje, problemem dla konsumentów robiących zakupy online jest także nierzetelne zachowanie firm sprzedających i świadczących usługi w sieci, które przetwarzają dane bez wiedzy osób, do których należą lub wykorzystują te informacje do innych celów niż były pierwotnie pozyskane – komentuje Marek Safiejko.

Wraz z RODO firmy będą musiały więc zmierzyć się nie tylko z nieufnością klientów, ale także z nowymi zasadami dotyczącymi ochrony danych osobowych, które regulują również kwestię dotyczącą profilowania m.in. klientów sklepów internetowych.

Nowe reguły gry

Profilowanie klientów (przede wszystkim chodzi o to zautomatyzowane) w celu przygotowania dla nich spersonalizowanej oferty wraz z momentem obowiązywania RODO zostaje unormowane prawnie i otrzymuje jednoznaczną definicję. Firma, która w swojej działalności chce korzystać z profilowania, musi każdorazowo powiadomić o tym fakcie konsumenta, który z kolei musi otrzymać informację, jakie są następstwa wyrażenia przez niego zgody na takie działanie. Według RODO przetworzenie danych, a co a tym idzie – profilowanie, będzie możliwe wtedy, gdy zostanie wyrażona na nie zgoda użytkownika, np. poprzez zaznaczanie w konkretnym miejscu w witrynie internetowej pola z wyrażeniem zgody. Przed tym krokiem internauta musi zostać zapoznany z klauzulą informującą o celu zbierania i przetwarzania danych.

  Co ważne, jednym z obowiązków narzuconych przez RODO na Administratora danych osobowych (nierzadko jest nim właściciel sklepu internetowego), jest umożliwienie konsumentowi wniesienia sprzeciwu, zarówno wobec przetwarzania danych, jak i profilowania w celu przedstawienia oferty handlowej, a także wycofania wcześniej udzielonej zgody na takie działanie. Klienci zyskują również prawo do poprawienia swoich danych oraz ich „zapomnienia”, czyli np. usunięcia ich z bazy serwisu, z którego korzystali – wyjaśnia Marek Safiejko, 9bits.

RODO: wyzwanie i szansa dla e-commerce

Nowa, unijna regulacja chroni przede wszystkim interesy internautów, ale jak wpłynie na branżę e-commerce?

– Odpowiedź na to pytanie zapewne poznamy najwcześniej pod koniec tego roku. Potencjalne ryzyko wiąże się z tym, że klienci mając świadomość, że ich dane są wykorzystywane do profilowania, mogą się nie zgadzać nie tylko na ich przetwarzanie, ale w ogóle będą rezygnować z dzielenia się z tymi informacjami. To z kolei oznacza, że spersonalizowane oferty trafią do mniejszej liczby konsumentów, co w konsekwencji może przełożyć się na mniejsze zyski e-sklepów – uważa Marek Safiejko.

Ale jak jednocześnie zauważa Marek Safiejko, obowiązywanie RODO będzie miało również pozytywne skutki dla internetowych sprzedawców:

– Paradoksalnie wymóg rzetelnego informowania o gromadzeniu i przetwarzaniu danych osobowych konsumentów, a następnie wykorzystywania ich do profilowania, wśród niemałej grupy internautów wzbudzi zaufanie do e-sprzedawców. Ci, przez obecnych, a także potencjalnych klientów będą postrzegani jako odpowiedzialni i profesjonalni przedsiębiorcy, którzy wykorzystują nowoczesne technologie i mechanizmy stosowane w digital marketingu, przede wszystkim po to, aby dopasować swoją ofertę do ich potrzeb. Jeżeli firmy z branży e-commerce odpowiednio przygotują się na nowe wymogi stawiane przez RODO, mogą więcej zyskać niż stracić – mówi Marek Safiejko.

Dzięki nowemu prawu, użytkownicy Internetu mają uzyskać większą kontrolę oraz wiedzę nad tym, co dzieje się z informacjami na ich temat, które udostępniają w sieci, co obecnie nie zawsze jest możliwe. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Future od Apps, aż 4 na 5 konsumentów chciałaby mieć większą kontrolę nad danymi, które udostępnia.

[1] Dane: Ipsos.

[2] Dane: Gemalto

[3] Fundacja Wiedza to Bezpieczeństwo, Co wiemy o ochronie danych osobowych. Raport 2017

Korekta na półmetku

Dolar rozpoczyna dzień od osłabienia. W wielu przypadkach ma ono znamiona korekty wczorajszych silnych ruchów. Atmosfera na rynku pozostaje nerwowa a zmienność po wybuchu będzie przez jakiś czas utrzymywać się na podwyższonym poziomie. Naszym scenariuszem bazowym pozostaje kontynuacja redukcji ekspozycji inwestorów wszędzie tam, gdzie pozycjonowanie jest skrajne na tle historycznych norm. W przypadku surowców dotyczy to zwłaszcza miedzi oraz ropy.

Wczorajszy raport Departamentu Energii wskazał nie tylko na podniesienie się poziomu zapasów ropy i benzyny, ale również przekroczenie przez wydobycie surowca bariery 10 mln baryłek na dzień. Reakcja to ostry spadek kursu ropy WTI, którą od szczytów dzieli już 5 dolarów. Spodziewamy się kontynuacji zniżki do 60 USD, ale wcześniej może odegrać się wzrostowe odbicie. Z tego względu zamknęliśmy wczoraj ubiegłotygodniową rekomendację sprzedaży.

Na rynku walutowym najważniejszym wydarzeniem jest zejście przez eurodolara poniżej 1,23. Jeśli ruch ten nie zostanie szybko zanegowany, to otworzy się droga do korekty o modelowym zasięgu 1,21. Wpisywać będzie się ona w przytoczoną już redukcję skrajnego zaangażowania inwestorów, w końcu pozycja spekulacyjna netto obrazowana danymi CFTC jest najwyższa w historii.

Uważamy również, że wzrost zmienności i pogorszenie sentymentu inwestycyjnego będzie utrzymywać zwiększoną presję na świat emerging markets. Główni kandydaci do przeceny to lira (rosnąca niestabilność makroekonomiczna i spadające realne stopy procentowe), rubel (zwrot sentymentu na rynku ropy, który tradycyjnie wręcz automatycznie odciska piętno na wiarygodności kredytowej kraju i firm) oraz rand (niestabilność polityczna, rozstrzygająca się walka prezydenta Zumy o zachowanie urzędu, spadki cen metali szlachetnych –ważnych towarów eksportowych). Złoty również ma potencjał do kontynuacji rozpoczętego już osłabienia. EUR/PLN odbił już na kilka groszy od dołka i powinien kierować się do 4,19 – 4,20. Przełamanie tej bariery będzie otwierać drogę do jeszcze głębszej przeceny. Taki ruch byłby zgodny z naszymi szacunkami krótkoterminowej wartości godziwej, którą na podstawie relatywnej wyceny szeregu klas aktywów, widzimy obecnie w okolicach 4,24.

Wracając do świata G-10: obok euro słaby powinien być również funt. Tu pozycjonowanie od absolutnych, historycznych rekordów jest jeszcze bardzo dalekie, ale od przeciętnego od czasu referendum ws. Brexitu odbiega już o około dwa odchylenia standardowe. Dziś dla brytyjskiej waluty kluczowy będzie oczywiście wynik posiedzenia Banku Anglii, ale naszym zdaniem nie ma ono potencjału do wsparcia GBP. Zostanie ona opublikowana w czwartek 8 lutego o 13:00. My i rynek oczekujemy utrzymania stopy procentowej na kasowej na 0,50 proc. Wraz z decyzją opublikowany zostanie Raport Inflacyjny z prognozami gospodarczymi. Nikt na rynku nie oczekuje zmiany stopy procentowej, choć pojedyncze głosy za podwyżką byłyby niespodzianką. Silna koniunktura w całej Europie pozwoli na podniesienie prognoz wzrostu gospodarczego, ale niepewności związane z Brexitem oraz spowalniająca inflacja dają przestrzeń do utrzymania ostrożnego nastawienia, stąd małe są szanse, by funt znalazł w decyzji powody do umocnienia.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Papierowe gazetki nie tak szybko znikną z rynku. Sieci nadal będą w nie inwestować

Opinie członków Kapituły Programu AdRetail Inspirio (AdRI) na temat przyszłości gazetek papierowych i elektronicznych są dość mocno podzielone. 2 z 8 ekspertów przewiduje, że drukowana wersja niemal przestanie istnieć w ciągu dekady. Pozostali zapewniają, że przetrwa dłużej bądź nie wskazują granicy czasowej jej końca. Ponadto twierdzą, że przekaz tradycyjny jest wciąż ważny dla konsumentów, co wynika z ich wieloletnich upodobań oraz przyzwyczajeń.

Jak wiadomo, rośnie udział przekazu elektronicznego, mobilnego i dokonywanego na monitorach sklepowych display’ów. Jednak dr Maria Andrzej Faliński, jeden z ekspertów Kapituły AdRI, zapewnia, że nie należy zbyt szybko spodziewać się zanikania drukowanych publikacji. W ciągu najbliższych 3-5 lat nastąpi rekompozycja papierowej wersji w relacji z innymi formami przekazu. Wielokanałowy handel doprowadzi bowiem do pomnożenia i synergicznego powiązania przekazów papierowych oraz ekranowych. Promocje, które zaczną się w Internecie, będą miały swoje kontynuacje w innych środkach przekazu. Sieci znajdą nowe zastosowanie dla papieru. Drukowane gazetki będą dołączane do produktów, wysyłanych do domów klientów.

– Nie spodziewam się całkowitej rezygnacji z papierowych gazetek w ciągu najbliższych 5 lat. Wciąż są one chętnie oglądane przez Polaków. A we współczesnym świecie coraz trudniej jest zdobyć uwagę klienta. Sieci handlowe i marki konkurują o nią nie tylko między sobą, ale też z rodziną konsumenta, jego przyjaciółmi, pracą oraz różnymi formami rozrywki. Za 5-10 lat ta walka się nasili, bo ludzie będą mieli mniej czasu i ochoty na zakupy. Zamawianie produktów stanie się zautomatyzowaną czynnością. Odsetek osób zainteresowanych drukowaną publikacją będzie już tak znikomy, że jej wydawanie przestanie być opłacalne – mówi Sebastian Starzyński, prezes zarządu Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Z kolei Andrzej Wojciechowicz, ekspert Komisji Europejskiej i kolejny członek Kapituły AdRI, wskazuje na większą trwałość przekazu papierowego wobec elektronicznego. Leżąca na stole, komodzie czy szafce nocnej gazetka przypomina o sieci i trwającej promocji przy każdym mimowolnym spojrzeniu. Utrwala logo operatora w podświadomości konsumenta, w przeciwieństwie do przekazu elektronicznego, który po pobieżnym przejrzeniu często jest usuwany, w obawie przed zaśmiecaniem pamięci urządzenia. Dlatego gazetki drukowane będą ewoluować w swojej formie i treści tak długo, jak producenci będą chcieli w nie inwestować. Produkty zaczną być pokazywane w coraz ciekawszy sposób, podobny do reklam modowych. Pojawią się też dodatkowe treści, np. krzyżówki, rebusy, konkursy, które zmieniają charakter przekazu i dotrą głębiej do zainteresowań klientów.

Kiedy zniknie druk?

– Papierowe gazetki zostaną ograniczone do dystrybucji we własnych placówkach na przestrzeni 5-6 lat. Podstawowym kanałem komunikacji z klientami będzie online, a następnym offline. Przemawia za tym wzrost liczby użytkowników e-gazetek i powstawanie nowych serwisów gazetkowych. Elektroniczna forma ma przewagę nad tradycyjną. Umożliwia bowiem natychmiastowy dostęp do informacji, bez konieczności oczekiwania na wersję drukowaną czy wyjścia po nią do sklepu. Coraz większe znaczenie mają też aspekty ekologiczne, cenowe, komunikacyjne i kontroli efektów, które przemawiają za tą formą publikacji – zaznacza Karol Kamiński, zasiadający w Kapitule Programu AdRetail Inspirio.

Zdaniem Katarzyny Czuchaj-Łagód, Dyrektor Zarządzającej firmą badawczą Mobile Institute i członka Kapituły AdRI, wyraźnie rośnie zainteresowanie konsumentów gazetkami online. Nie wiadomo jednak, czy dzieje się to kosztem publikacji drukowanych, których wciąż dużo powstaje na naszym rynku. Tempo digitalizacji na pewno będzie zależeć nie tylko od skłonności konsumentów, ale także od świadomości cyfryzacji w biznesie. Wydaje się, że Polacy są gotowi na nową formę gazetek, pod warunkiem, że będzie dla nich wygodna w użyciu. Dojrzali odbiorcy, powyżej 45. roku życia, doceniają praktyczne rozwiązania, co również przekonuje ich do tego typu nowości.

– Dematerializacja papierowych gazetek będzie dość długim procesem. Nasze społeczeństwo jeszcze nie jest gotowe na taką zmianę, zwłaszcza starsze pokolenie, które z zasady mniej posługuje się nowymi technologiami. Myślę, że dopiero w perspektywie 10 lat formy drukowane będą tak naprawdę miały znikomy udział w rynku. Dłużej się nie utrzymają, bo nie dają sieciom tylu możliwości, co e-gazetki. Elektroniczna wersja pozwala na sprawdzenie, jak wiele razy została przeczytana. Ponadto, proces jej tworzenia i dystrybucji jest znacznie prostszy ­– argumentuje Norbert Kowalski, przewodniczący Kapituły Programu AdRetail Inspirio.

Koniec gazetek?

W opinii Sebastiana Starzyńskiego, dekada to wystarczający czas na całkowity zanik gazetek, nie tylko tych papierowych. Nastąpi to stopniowo, wraz z upowszechnieniem się aplikacji typu osobisty asystent zakupowy, oparty na sztucznej inteligencji. Takie platformy będą samodzielnie analizowały dostępne na rynku promocje i wybierały te najlepiej dopasowane do indywidualnych potrzeb konsumentów. To znaczy, będą dynamicznie dostosowywać się do wielu zmiennych, m.in. do domowych zapasów produktów, pogody, planów, upodobań itp. Będą weryfikować oferty niczym idealna sekretarka i dopuszczać do ludzi tylko te, które mogą ich zainteresować.

– Zarówno konsumenci, jak i gracze na rynku czekają na pierwsze gazetki online, które w całości lub chociaż częściowo będą indywidualnie dostosowane do konkretnych klientów. Niemniej, uważam, że dystrybucja gazetek w formie drukowanej, a tym bardziej elektronicznej, nie jest zagrożona. Wszystkie formy publikacji, zostaną unowocześnione i nie znikną z rynku. Warto dodać, że dotychczas całkowita rezygnacja z papierowej wersji dotyczyła mniejszych sieci i była podyktowana głównie względami ekonomicznymi – podkreśla Karol Kamiński.

Natomiast Marcin Dobek podaje, że zgodnie z prognozami amerykańskiej branży, w 2019 roku aż 80% treści marketingowych w Internecie będzie w formie wideo. Sieci, ze względu na koszty, już ograniczyły wydruk i kolportaż tradycyjnych gazetek, na rzecz zupełnie nowych form komunikacji z konsumentami. Członek zarządu platformy TakeTask S.A. dodaje, że trend zanikania papierowych gazetek stale postępuje. Coraz więcej sieci już ich nie kolportuje. Promocje są umieszczane na stronach internetowych oraz w sklepach. W ten sposób redukują koszty.

Korzyści ze zmian

– Technologia tanieje i jest coraz powszechniejsza. Ponadto przekaz elektroniczny, uruchamiany w sklepie i w jego otoczeniu, daje wielkie możliwości, chociażby dzięki holografii, czyli obrazom przestrzennym. To wszystko sprawia, że sieci trafią ze swoimi ofertami do coraz większej liczby odbiorców, również tych mniej zamożnych. Ci klienci, którzy preferują drukowane gazetki, również nie stracą swojego źródła informacji. Papier jest w końcu ważną, wielowiekową częścią naszej kultury – przekonuje dr Faliński.

Według Norberta Kowalskiego, nie istnieje obawa, że w przyszłości dość mocno zniwelowany dostęp do papierowych wydań zmniejszyłby zainteresowanie promocjami uboższej grupy konsumentów. Nawet całkowity brak tradycyjnej wersji tego nie zmieni. W kanale online sieci mogą więcej zaoferować konsumentom, tzn. dodatkowe rabaty, zniżki, przepisy na bazie promocyjnych produktów, recenzje i wiele innych materiałów promocyjnych. Dlatego przekonają użytkowników do tej formy komunikacji.

– Nowoczesne technologie stają się dostępne również dla biedniejszych konsumentów. Wkraczają w każdy aspekt naszego życia, niezależnie od zasobności portfela. Niezamożni klienci także mają dostęp do Internetu, gdzie szukają promocji. Nie można też wskazać, że gazetka papierowa jest nośnikiem szczególnie przez tę grupę preferowanym. Ryzyko związane z odpływem klientów z powodu bariery technologicznej oceniam dziś jako bardzo niewielkie – stwierdza przewodniczący Kapituły Programu AdRetail Inspirio.

Jak podsumowuje Marcin Dobek, na wsi gazetki papierowe docierają coraz rzadziej. Ze względu na koszty, dystrybuowanie ich tam nie jest po prostu opłacalne. Obecnie, dzięki kanałowi online i nowoczesnym telefonom, każdy ma dostęp do promocji. Już ponad 70% Polaków posiada smartfony. Internet jest coraz szybszy i tańszy. Zatem nie ma żadnej bariery w odbiorze elektronicznych gazetek.

Kryzys w energetyce wiatrowej. Przez niekorzystne zmiany w prawie 70 proc. instalacji notuje straty

Kryzys w energetyce wiatrowej. Przez niekorzystne zmiany w prawie 70 proc. instalacji notuje straty 9

Nowy system wsparcia dla biogazowni rolniczych uratował tę branżę przed falą upadłości. Za to z początkiem stycznia 2018 roku doszło do pierwszego od lat bankructwa farmy wiatrowej w Polsce. Sytuacja energetyki wiatrowej jest bardzo zła, głównie ze względu na drastyczny spadek cen zielonych certyfikatów i dodatkowy podatek, nałożony w ramach tzw. ustawy antywiatrakowej. Obecna sytuacja w OZE to przestroga dla prywatnych inwestorów, którzy przez ostatnie lata borykali się z niestabilnością polskiego prawa.

 Sytuacja branży OZE w Polsce nie jest dobra, choć oczywiście w różnych sektorach mamy inną sytuację. W tej chwili najlepiej miewa się sektor biogazu rolniczego, który został uratowany przed katastrofą dzięki wprowadzeniu dla niego osobnego systemu wsparcia, tzw. błękitnych certyfikatów. To spowodowało, że setka działających w Polsce biogazowni złapała oddech – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Podgajniak, wiceprezes Polskiej Izby Gospodarczej Energii Odnawialnej i Rozproszonej.

Obowiązek zakupu błękitnych certyfikatów – przyznawanych za zakup energii elektrycznej pochodzącej z biogazowni rolniczych – wprowadziła nowelizacja ustawy o OZE, która weszła w życie w lipcu 2016 roku. Nowy system wsparcia miał poprawić sytuację finansową biogazowni, z których wiele znalazło się na skraju bankructwa przez spadek cen zielonych certyfikatów.

Wiceprezes PIGEOR ocenia, że nowe świadectwa pochodzenia dla energii z biogazowni rolniczych odniosły skutek i uratowały branżę przed falą upadłości. Z drugiej strony w Polsce wciąż jest ich niewiele. Dla porównania, w Niemczech, porównywalnych pod względem wielkości areału rolniczego, działa ich około 8 tys.

Biogazownie – obok spalarni biomasy i energetyki wiatrowej – miały się przyczynić do osiągnięcia w Polsce wymaganego przez Komisję Europejska 20-proc. poziomu OZE do 2020 roku. Jednak sytuacja dwóch pozostałych branż jest nie najlepsza – z poważnym kryzysem mierzy się zwłaszcza energetyka wiatrowa.

– Są dwa czynniki, które spowodowały tę zapaść finansową: pierwszym jest spadek cen certyfikatów, które do tej pory stanowiły dodatkową dopłatę w stosunku do wpływów za energię sprzedawaną do systemu. Te certyfikaty z poziomu ponad 250–270 zł spadły aktualnie do 45 zł. To mniej niż wynosi dodatkowy podatek, który został nałożony na elektrownie wiatrowe w związku z ustawą odległościową. Dziś wynosi on przeciętnie 50–70 zł na 1 MWh w zależności od wietrzności terenu, a za certyfikat można dostać 45 zł, czyli państwo nie tyle wspiera, ile zabiera nawet to, co drugą ręką postanowiło przyznać – mówi Tomasz Podgajniak.

Obecną sytuację w energetyce wiatrowej wiceprezes PIGEOR ocenia jako katastrofalną, podkreślając że 70 proc. instalacji wiatrowych wykazuje straty.

Myślę, że i tak jest to rachunek zaniżony, bo w pozostałych 30 proc. mieści się grupa przedsiębiorców, która dostała spore dotacje inwestycyjne. Oni nie ponoszą kosztów kapitałowych. Jeszcze większa jest grupa tych, którzy sprowadzili do Polski tzw. demobil, czyli wiatraki demontowane w innych krajach. Oni ponoszą tylko koszty obsługi, bilansowania, a to daje się zapewne pokryć z przychodów uzyskiwanych za energię elektryczną – wyjaśnia Tomasz Podgajniak.

Na początku stycznia miała miejsce pierwsza od lat upadłość farmy wiatrowej, należącej do brytyjskiego funduszu inwestycyjnego Impax. Instalacja o mocy 6 MW, wybudowana w 2010 roku kosztem 37 mln zł, może zostać przejęta za ułamek wartości (2,8 mln zł) przez spółkę Polenergia.

Majątek może zostać przejęty za 10 proc. wartości inwestycji. To naprawdę żałosny pieniądz, a i tak kupujący zastrzegł, że może się wycofać z umowy, jeżeli nie uda mu się odzyskać koncesji na prowadzenie działalności. Takich sytuacji się spodziewaliśmy, protestując przeciwko zmianom wprowadzanym w przypisach – mówi Tomasz Podgajniak.

Wiceprezes PIGEOR ocenia, że nawet gdyby zmieniła się sytuacja na rynku certyfikatów, to przy obecnych przepisach na lądzie i tak nie powstaną nowe elektrownie wiatrowe. Ustawa antywiatrakowa, która obowiązuje od lipca 2016 roku, wprowadziła bardzo restrykcyjne warunki dotyczące lokalizowania takich instalacji.

To strzelanie sobie w stopę, ponieważ energetyka wiatrowa jest dzisiaj najtańsza, a za moment będzie drugą w kolejności – po fotowoltaice, która notuje tak szybkie spadki cen instalacji, że stanie się konkurencyjna dla każdej innej formy energii. Myślę, że to będzie rewolucja, przynajmniej jeżeli chodzi o sektor prosumencki – spotkamy się z zupełnie innymi warunkami dla funkcjonowania dużej energetyki konwencjonalnej. Ona straci za moment istotną pulę klientów, którzy po prostu „zagłosują nogami” i pójdą w zupełnie inną stronę – mówi Tomasz Podgajniak.

Wiceprezes PIGEOR zwraca też uwagę na to, że współspalanie – sektor bardzo dynamicznie rozwijający się do tej pory – praktycznie przestał produkować, bo przy obecnej cenie certyfikatów jest to zupełnie nieopłacalne. Działają jeszcze jednostki biomasowe, które dostały dotacje z funduszy unijnych lub krajowych z NFOŚ i muszą pracować, bo w przeciwnym razie musiałyby zwrócić wsparcie. Ale i one notują straty – chyba że są to elektrociepłownie komunalne, które zarabiają jeszcze na sprzedaży ciepła i pracują tylko w sezonie grzewczym.

Mamy do czynienia z próbą ręcznego ratowania czegoś, co jest nie do uratowania, czyli węgla. Ta próba skończy się katastrofą. Z punktu widzenia polskiej gospodarki również będziemy mieć sytuację katastrofalną. Za moment będziemy mieć najdroższą energię w regionie, a to znaczy, że konkurencyjność polskich przedsiębiorstw spadnie dramatycznie. Nie mamy już taniej siły roboczej, a do tego dojdzie jeszcze droga energia – prognozuje Tomasz Podgajniak.

Wiceprezes PIGEOR ocenia, że podkreśla też, że obecna sytuacja w sektorze OZE to bardzo zły sygnał i przestroga na przyszłość dla prywatnych inwestorów, którzy inwestowali i budowali w Polsce energetykę wiatrową od podstaw, a przez ostatnie lata borykali się z niestabilnością polskiego prawa.

 – Państwo zaprosiło polskich i zagranicznych inwestorów, żeby budowali potencjał wiatrowy praktycznie od zera. W 2005 roku było 80 MW zainstalowanej mocy, a w 2015 roku już ponad 4,5 tys. MW, więc w ciągu 10 lat moce zainstalowane zwiększono pięćdziesięciokrotnie. Teraz państwo mówi: „dobrze, zaryzykowaliście – to wasz problem, ale my wam to teraz zabierzemy, nakładając drakońskie podatki i obniżając dochody”. To jest katastrofa, której ja nie jestem w stanie zrozumieć – podkreśla Tomasz Podgajniak.

Polacy wydają ponad 40 mld zł na zdrowie z własnej kieszeni. Coraz więcej osób kupuje prywatne polisy zdrowotne

Polacy wydają ponad 40 mld zł na zdrowie z własnej kieszeni. Coraz więcej osób kupuje prywatne polisy zdrowotne 10

Niedofinansowana służba zdrowia, nisko oceniania przez pacjentów jakość organizacji opieki i wielomiesięczne kolejki do specjalistów – to powody, dla których rośnie popularność prywatnych ubezpieczeń medycznych. Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że po trzecim kwartale ubiegłego roku objętych nimi było niemal 2,2 mln Polaków. Taka polisa jest również jednym z najbardziej pożądanych przez pracowników benefitem pozapłacowym, co w połączeniu ze starzeniem się społeczeństwa, jednocyfrowym bezrobociem i wzrostem zapotrzebowania na świadczenia medyczne, napędza rozwój tego segmentu.

 Pomimo bardzo szerokiego koszyka publicznego, który obiecuje nam prawie wszystko, ponad połowa Polaków w ostatnim roku finansowała sobie z własnej kieszeni świadczenia opieki zdrowotnej. Widać więc, że chcemy i musimy wydawać prywatnie na zdrowie. Na ten cel wydajemy już ponad 40 mld zł, a niektóre zestawienia pokazują nawet 46 mld zł, to ogromna kwota – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Jak wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń, z prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych korzysta już 2,17 mln Polaków (dane za III kwartał 2017 r.). Liczba osób z polisą zdrowotną wzrosła bardzo dynamicznie po III kwartale ubiegłego roku – aż o 23 proc.

– Problemem polskiej opieki zdrowotnej są kolejki do świadczeń, których potrzebujemy na co dzień. Niewielu z nas od pewnego wieku nie skarży się na bóle kręgosłupa. Tymczasem, jak pokazują ostatnie statystyki, na tomografię dolnego odcinka kręgosłupa trzeba czekać blisko pół roku, na rezonans magnetyczny blisko 10 miesięcy, a na wizytę u ortopedy 9–10 miesięcy. W związku z tym nie dziwi fakt, że prawie 70 proc. osób, które wydawały pieniądze na prywatną opiekę zdrowotną, wydały je właśnie na szybszy dostęp do specjalistów bądź badań – mówi Dorota M. Fal.

Dla większości pacjentów prywatne ubezpieczenie zdrowotne jest właśnie sposobem na to, aby zapewnić sobie dostęp do profilaktyki i szybkich konsultacji lekarskich bez konieczności czekania w długich kolejkach.

Dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne gwarantują szybki dostęp do lekarza pierwszego kontaktu, większość zapewnia go w ciągu jednego, maksymalnie dwóch dni. To pozwala na szybką interwencję w przypadku  zwykłego przeziębienia lub grypy i skorzystanie z opieki lekarskiej w bardzo komfortowych warunkach. Gwarantowane najczęściej w polisach 5–7 dni oczekiwania na specjalistę, w porównaniu z czasem oczekiwania w publicznej opiece zdrowotnej, to ogromna różnica – podkreśla Dorota M. Fal.

Jak pokazują dane PIU, w III kwartale 2017 roku wysokość składki przypisanej w dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych wzrosła o 21 proc. (rok do roku) i sięgnęła blisko 0,5 mld zł.

Eksperci PIU oceniają, że starzenie się społeczeństwa będzie powodować wzrost zapotrzebowania na świadczenia medyczne, a tym samym – prywatne ubezpieczenia zdrowotne, zapewniające dostęp do lepszej i szybszej opieki.

Dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne stanowią również dużą wartość dla pracodawców. Po pierwsze – efektywna i dopasowana do potrzeb pracowników opieka medyczna pozwala obniżyć koszty związane ze zwolnieniami lekarskimi, a z drugiej strony – prywatne polisy to najbardziej cenione benefity pozapłacowe.

Ubezpieczenie zdrowotne jest jednym z najbardziej oczekiwanych i pożądanych benefitów pracowniczych prawdopodobnie dlatego, że oferuje szybki dostęp do specjalistów, do diagnostyki, do lekarza pierwszego kontaktu. Patrząc na kolejki w publicznej opiece zdrowotnej i na fakt, że budżet NFZ przewiduje w tym roku o 1,5 mln zł mniej wydatków na ambulatoryjną opiekę specjalistyczną, czyli na lekarzy specjalistów, możemy oczekiwać, że zapotrzebowanie na ten produkt będzie się tylko zwiększało – prognozuje Dorota M. Fal.

W Gdańsku powstaną nowe magazyny na ropę naftową. Coraz więcej tego surowca dociera do Polski drogą morską

W Gdańsku powstaną nowe magazyny na ropę naftową. Coraz więcej tego surowca dociera do Polski drogą morską 11

Dwa zbiorniki na ropę naftową o pojemności 100 tys. metrów sześciennych każdy – to najnowsza inwestycja PERN, dzięki której pojemność gdańskiej bazy magazynowej spółki wzrośnie o 20 proc. Rozbudowa jest konieczna, ponieważ do Polski coraz więcej tego surowca dociera drogą morską. Nowe zbiorniki wybuduje konsorcjum Mostostal Warszawa i Mostostal Płock. Kontrakt opiewa na blisko 143 mln zł. W planach do 2020 r. PERN ma jeszcze kilka innych, dużych inwestycji w segmencie ropy i paliw. 

– Potrzeba budowy zbiorników magazynowych ropy naftowej w Gdańsku wynikła z konieczności realizacji założeń rozwoju tej branży w Polsce, a przede wszystkim zapewnienia bezpieczeństwa dostaw surowców dla polskich rafinerii. Musimy zadbać o bezpieczeństwo, a także zaspokoić potrzeby naszych klientów w zakresie liczby i jakości dostaw ropy do Gdańska, czyli separacji ropy i rozdzielenia jej gatunków, które trafiają statkami do portu w Gdańsku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Zwierzyński, wiceprezes zarządu spółki PERN SA.

Baza magazynowa w Gdańsku liczy obecnie 18 zbiorników na ropę naftową, których łączna pojemność wynosi 900 tys. metrów sześciennych. Do 2020 roku pojemność sięgnie 1,1 mln metrów sześciennych – to efekt podpisanej umowy na rozbudowę bazy. PERN wyłonił w przetargu ofertę konsorcjum Mostostal Warszawa i Mostostal Płock, które wybuduje w Gdańsku dwa nowe zbiorniki na ropę naftową – każdy o pojemności 100 tys. metrów sześciennych – wraz z infrastrukturą towarzyszącą. Wartość kontraktu wyniesie blisko 143 mln zł.

– Termin realizacji to 25 miesięcy od momentu przekazania placu budowy, czyli zakończenie nastąpi na przełomie miesięcy jesiennych i zimowych 2020 roku – mówi Tadeusz Zwierzyński.

– 25 miesięcy to termin wystarczający do wykonania tego projektu. Wiemy to z własnego doświadczenia, do tej pory zrealizowaliśmy już cztery takie inwestycje. Ten termin pozwoli bezpiecznie wykonać zadanie, a zamawiający w miarę szybko otrzyma nowe pojemności magazynowe. Pozwolenie na budowę jest spodziewane pod koniec lutego i niezwłocznie po jego otrzymaniu oraz przekazaniu nam placu budowy chcemy rozpocząć prace. Cały etap przygotowawczy już rozpoczęliśmy – dodaje Maciej Barycki, prezes Mostostal Płock.

Wiceprezes PERN podkreśla, że rozbudowa tej infrastruktury to jeden z filarów strategii spółki przyjętej w 2016 roku. Poza tym inwestycja jest elementem budowania niezależności energetycznej kraju oraz pokrywa się z oczekiwaniami klientów, którzy dywersyfikują dostawy ropy naftowej, w tym zwłaszcza PKN Orlen, który chce separacji gatunków ropy dostarczanej tankowcami do gdańskiego Naftoportu.

– Inwestycja zwiększy pojemność bazy magazynowej w Gdańsku o ponad 20 proc. Ponadto do bazy w Gdańsku przynależy terminal naftowy, który już dziś liczy 375 tys. metrów sześciennych. W następnym przetargu rozstrzygniemy wybór wykonawcy na podwojenie tej pojemności do poziomu prawie 800 tys. metrów sześciennych – zapowiada Tadeusz Zwierzyński.

Gdański terminal przeznaczony na różne gatunki ropy naftowej, to jedyny taki obiekt w Polsce działający jako hub morski. W ramach strategicznych inwestycji do 2020 roku PERN zamierza rozbudować go o pięć nowych zbiorników o łącznej pojemności 63 tys. metrów sześciennych.

– W najbliższych latach planujemy bardzo duże inwestycje, zarówno w segmencie ropy, jak i paliw. W segmencie ropy to przede wszystkim rozbudowa zbiorników w bazie w Gdańsku oraz rozbudowa TNG. W segmencie paliw planujemy budowę nowych zbiorników w bazie w Nowej Wsi i Koluszkach. Ponadto planowany jest II etap tej rozbudowy, w którym ma powstać blisko 190 tys. metrów sześciennych nowych pojemności magazynowych w paliwach. Łącznie w ramach tych inwestycji w magazynowanie ropy i paliw – powstanie około 550 tys. metrów sześciennych zbiorników na ropę i ok. 310-320 tys. metrów sześciennych nowych zbiorników do magazynowania paliw – wylicza Mateusz Wodejko, wiceprezes zarządu PERN SA.

Pierwszy etap rozbudowy pojemności w obszarze paliw ma się zakończyć jeszcze w 2018 roku. Obejmie budowę nowych zbiorników o pojemności magazynowej 130 tys. m3 w bazach w Nowej Wsi i Koluszkach – czyli tam, gdzie popyt ze strony klientów jest największy. Potężny plan inwestycyjny spółki na najbliższe dwa lata zakłada też inwestycje liniowe: budowę drugiej nitki rurociągu Pomorskiego (Gdańsk–Płock) oraz  wybudowanie rurociągu paliwowego Boronów–Trzebinia.

– Te inwestycje będą oznaczały duże nakłady, ale zakładamy, że docelowo przysłużą się zwiększeniu bezpieczeństwa energetycznego Polski i umacnianiu pozycji firmy na rynku europejskim – mówi Mateusz Wodejko.

Na początku stycznia formalnie zakończył się proces połączenia spółki PERN z OLPP – dotychczas największym w Polsce podmiotem wyspecjalizowanym w magazynowaniu i przeładunku paliw płynnych. Połączenie z założenia ma wzmocnić grupę kapitałową, zwiększyć jej wartość i zapewnić mocniejszą pozycję na rynku.

– Połączona spółka będzie dysponowała jeszcze większym potencjałem finansowym, który ułatwi realizację inwestycji i umożliwi ich realizację w taki sposób, żeby efekt był jak najbardziej zoptymalizowany – mówi Mateusz Wodejko.

PERN SA to państwowa spółka, strategiczna z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego kraju. Zarządza siecią ponad 2,6 tys. km rurociągów i jest właścicielem 19 baz paliw o pojemności 1,8 mln metrów sześciennych, w których magazynowana jest benzyna i inne paliwa do bieżącej dystrybucji. Jest właścicielem rurociągu „Przyjaźń”, którym transportuje ropę naftową do krajowych rafinerii PKN Orlen i Grupy Lotos oraz dalej, do Niemiec. Należy do niej również większościowy pakiet udziałów w gdańskim Naftoporcie, jednym z największych naftowych terminali przeładunkowych na Bałtyku.

Grupa Mostostal Warszawa już wcześniej realizowała zamówienia dla PERN-u, to jeden z największych generalnych wykonawców w Polsce. Z kolei wyspecjalizowany w montażu zbiorników przemysłowych Mostostal Płock przeprowadził m.in. kompleksową realizację dwóch zbiorników na ropę surowcową w Adamowie – wówczas były to największe tego typu instalacje w Polsce. Spółka była też zaangażowana z budowę terminala naftowego w Gdańsku, a w portfolio całej grupy znajdują się znaczące inwestycje realizowane na zamówienie sektora naftowo-paliwowego.

Rośnie liczba urządzeń pomagających walczyć ze smogiem. Pojawiają się tkaniny filtracyjne czy „zielone” doniczki

Rośnie liczba urządzeń pomagających walczyć ze smogiem. Pojawiają się tkaniny filtracyjne czy „zielone” doniczki 12

Rośnie liczba innowacyjnych urządzeń, które pomagają walczyć ze smogiem. Oprócz standardowych masek i oczyszczaczy powietrza na rynku pojawiają się także inne produkty, takie jak doniczki, które intensyfikują oczyszczające działanie roślin, czy tkaniny filtracyjne. Zanieczyszczenia powietrza to coraz poważniejszy problem, zwłaszcza w Polsce. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia 7 na 10 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie znajduje się właśnie w Polsce. Co roku smog powoduje śmierć nawet 40 tys. Polaków.

– Problem złej jakości powietrza i smogu jest bardzo lokalny. W Polsce widzimy, że on nasila się zimą w związku z niską emisją, czyli tym, jak są ogrzewane domy jednorodzinne, ale z drugiej strony są miejsca, gdzie jest on bardziej związany z komunikacją, np. w centrum Warszawy, więc problem smogu zależy od wielu rzeczy. To, co warto robić, to obserwować i śledzić jakość powietrza tam, gdzie jesteśmy. Są do tego aplikacje i urządzenia – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Agnieszka Liszka-Dobrowolska z portalu oddechtożycie.pl.

Za powstawanie smogu odpowiada przede wszystkim tak zwana niska emisja, czyli pyły i szkodliwe gazy pochodzące z transportu i domowych palenisk. Raport Najwyższej Izby Kontroli pt. „Ochrona powietrza przed zanieczyszczeniami” wskazuje, że niska emisja odpowiada za ok. 90 proc. zanieczyszczeń, a 7 proc. generuje komunikacja. W największych miastach transport odpowiada już za ponad 60 proc. zanieczyszczeń. Jakość powietrza należy śledzić na bieżąco, a swoją aktywność najlepiej dostosować właśnie względem zanieczyszczeń.

– Jeśli powietrze jest złej jakości, a musimy przejść dłuższy kawałek, powinniśmy korzystać z masek antysmogowych, odpowiednio certyfikowanych. Możemy też korzystać z oczyszczaczy powietrza w domu, ale są też inne urządzenia czy metody, które możemy wykorzystywać. W domu możemy poprawiać jakość powietrza, wykorzystując rośliny, np. ze wsparciem doniczek Airy, które intensyfikują właściwości roślin. Są też tkaniny filtracyjne Respilon, które można montować w oknach i ograniczać ilość pyłów dostających się do pomieszczenia przez nieszczelne okna – tłumaczy dr Agnieszka Liszka-Dobrowolska.

Airy zasysa powietrze od dołu, wentylując korzenie roślin i pozbywając się trujących związków oraz toksyn, i wyrzuca od góry czyste powietrze.

Włókniny filtracyjne, z których zbudowane są maski przeciwsmogowe, zapewniają skuteczną filtrację powietrza i stanowią ochronę przed cząstkami stałymi, które występują w wysokim stężeniu przy smogu. Barierą dla pyłów unoszących się w powietrzu są specjalne siatki. Część z nich – membrany Respilon – dzięki wykorzystaniu nanotechnologii oprócz kurzu, pozwalają zatrzymać bakterie, zarodniki grzybów, spaliny i cząstki smogowe. W domu przydatne mogą się też okazać oczyszczacze powietrza. Ich efektywność zależy przede wszystkim od filtra, a skuteczność może sięgać 99,7 proc. Wyłapywać dwutlenek węgla i wzbogacać powietrze w tlen pomagają rośliny, praktycznie wszystkie. Dzięki specjalnym doniczkom mogą jednak ośmiokrotnie wydajniej czyścić powietrze.

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń, które pomagają walczyć ze smogiem, oraz inicjatyw, które pomagają im zaistnieć na rynku.

– Mamy w swojej ofercie urządzenia podręczne, które można postawić w domu czy wziąć ze sobą do kieszeni, sprawdzić, jaka jest jakość powietrza. To także temat ochrony małych dzieci przed smogiem, najmniejszym dzieciom nie powinno się zakładać masek. Kiedy wiemy, że normy są przekroczone parokrotnie mamy propozycję kalifornijskiego start-upu, który przygotował oczyszczacz powietrza do wózka, który działa przez parę godzin, można nakierować strumień czystego powietrza do budki – mówi ekspertka portalu oddechtożycie.pl.

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia 7 na 10 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie znajduje się właśnie w Polsce. Leżą one głównie w województwie śląskim i małopolskim. Mocno zanieczyszczona jest jednak również Warszawa czy Kielce.

– To, co dziś można zrobić doraźnie, to zabezpieczyć siebie i swoją rodzinę w miarę możliwości, sprawdzać jakość powietrza, ale też zaangażować się, tzn. zapytać lokalne władze, co robią w sprawie jakości powietrza, zobaczyć, co robi lokalny alarm smogowy. Można włączyć się w działania, zwracać uwagę na to, czym palą nasi sąsiedzi. Jeśli wszyscy nie zaangażujemy się w kwestię poprawy jakości powietrza, to ten proces będzie trwał wiele lat i nie wiadomo, kiedy zobaczymy efekty – ocenia dr Agnieszka Liszka-Dobrowolska.

Co trzeci nastolatek padł ofiarą wyzwisk lub był ośmieszany w internecie. Budowanie kultury szacunki w sieci wymaga edukacji i systemowego wsparcia

Co trzeci nastolatek padł ofiarą wyzwisk lub był ośmieszany w internecie. Budowanie kultury szacunki w sieci wymaga edukacji i systemowego wsparcia 13

Już 60 proc. młodych ludzi było świadkami poniżania i ośmieszania w sieci. Bezpośredniego ataku doświadczył co trzeci nastolatek. Jednocześnie jednak tylko co piąty o takim doświadczeniu informuje dorosłych. Konieczne jest kształtowanie odpowiedzialnego korzystania z internetu, ale i właściwa edukacja ze strony rodziców i nauczycieli – podkreślają eksperci z okazji Dnia Bezpiecznego Internetu. Potrzebne jest też systemowe wsparcie, budowanie programów szkolenia i edukowania, wsparcie administracji i dostawców treści.

 Młodzi ludzie bardzo boją się hejtu. Hasło tegorocznych światowych obchodów Dnia Bezpiecznego Internetu – „Tworzymy kulturę szacunku w sieci” – nie jest przypadkowe. To temat, który jest obecny w głowach młodych ludzi, powstrzymuje ich przed internetową twórczością i nawiązywaniem relacji –podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Rywczyńska, koordynatorka Polskiego Centrum Programu Safer Internet w NASK.

Z badania „Nastolatki 3.0” przeprowadzonego przez NASK wynika, że środowisko internetu jest przez samą młodzież odbierane jako agresywne. Niemal 60 proc. młodych ludzi było świadkami poniżania i ośmieszania swoich znajomych w sieci. Co trzeci nastolatek sam padł ofiarą wyzwisk, a co piąty doświadczył ośmieszania w internecie. W dużej mierze wynika to z braku szacunku, a bez niego niemożliwe jest zbudowanie kultury zrozumienia i tolerancji.

 Wiadomo, że jeżeli na agresję odpowiemy agresją, to tylko ją potęgujemy, tworzymy spiralę. Jeśli jednak potrafimy być ponad agresję i potrafimy promować inne wartości, to agresja będzie dużo mniejsza. Wpłynie na to także kształtowanie już od bardzo młodych pokoleń kultury używania internetu, czyli jak zwracać się w sieci do siebie, jak używać internetu, żeby piętnować tych, którzy chcą z niego robić agresywne środowisko – wskazuje dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor NASK.

To brak poszanowania innych osób, ich prywatności czy odmiennych poglądów prowadzi do cyberprzemocy, hejtu czy ksenofobii. Działający w NASK Dyżurnet.pl, zespół przyjmujący zgłoszenia o niebezpiecznych treściach w sieci zagrażających najmłodszym użytkownikom, podaje, że w 2017 roku wśród blisko 14 tysięcy przyjętych zgłoszeń zidentyfikowano prawie 2,5 tys. incydentów związanych z rozpowszechnianiem materiałów przedstawiających seksualne wykorzystywanie dzieci i ponad 1,3 tys. z publikacją obrazów dzieci i nastolatków w seksualnym kontekście. Zespół podejmował też działania związane z rasizmem i cyberprzemocą. Łącznie do Interpolu i międzynarodowej sieci punktów kontaktowych Inhope Dyżurnet zgłosił ponad 2,7 tys. incydentów.

– Niezwykle ważny jest rodzic. To on buduje pierwsze postawy życiowe dziecka. My, dorośli, jesteśmy często przez młodych ludzi naśladowani, to, jakie mamy postawy w sieci, to, jak my zarządzamy naszą obecnością w sieci, ma kluczowe znaczenie dla młodych ludzi – tłumaczy Anna Rywczyńska.

Duża rola spoczywa także na nauczycielach, zwłaszcza że w mniejszych miejscowościach to szkoła jest miejscem, gdzie dziecko ma pierwszy kontakt z internetem.

– Ministerstwo Edukacji Narodowej chciałoby, żeby na każdej lekcji, nie tylko na informatyce, wykorzystywać nowoczesne zasoby, a to rodzi różne konsekwencje dotyczące bezpiecznego internetu. Stąd zmiany w Prawie oświatowym, które dotyczą bezpiecznego korzystania z technologii. Te kwestie znalazły się także w podstawie programowej do informatyki i podstawie programowej edukacji dla bezpieczeństwa. Podejmujemy takie działania, żeby każdy nauczyciel wiedział, jak postępować w przypadku negatywnych zjawisk, potrafił zabezpieczyć uczniów przed negatywnymi konsekwencjami korzystania z internetu – tłumaczy Maciej Kopeć, wiceminister edukacji.

Walka z mową nienawiści, falą hejtu, zwłaszcza w kontekście ochrony dzieci i młodzieży, powinna mieć jednak nie tylko wymiar edukacyjny, lecz także formę systemowego wsparcia.

– Budowanie szacunku w sieci powinno być wsparte, i jest wspierane, odpowiednimi strategiami na poziomie administracji państwowej. Warto wspomnieć dokument strategiczny „Krajowe ramy polityki cyberbezpieczeństwa na lata 2017–2022”, gdzie wiele miejsca poświęca się na projektowanie działań, które wspierają tworzenie całego ekosystemu, budowanie programów szkolenia, edukowania, przeprowadzania szkoleń – wskazuje Krzysztof Silicki, podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Takim systemowym wsparciem, programem, który może pomóc zbudować kulturę komunikacji w internecie, może być Ogólnopolska Sieć Edukacyjna. Zgodnie z rządową strategią w kolejnych latach wszystkie 30,5 tys. szkół ma się znaleźć w zasięgu szybkiego i bezpiecznego internetu. Dziś zaledwie kilka tysięcy ma dostęp do sieci o przepustowości co najmniej 100 Mbps, a co czwarty uczeń deklaruje, że nie korzysta z internetu nawet na lekcjach informatyki. Zgodnie z rządowymi planami w 2018 roku pierwsze 1,5 tys. szkół zostanie podłączonych do szerokopasmowego internetu w ramach OSE.

– Internet ma to do siebie, że skraca dystans, powoduje, że w jednej chwili można uzyskać to samo w każdym innym miejscu w Polsce i na świecie. Dlatego realizowany przez NASK program OSE, czyli szybki i bezpieczny internet dla szkół, umożliwi wszystkim dzieciom korzystanie z tego bogactwa, które daje internet, pomoże nauczycielom w podnoszeniu swoich kwalifikacji cyfrowych, co przełoży się na bardziej efektywne kształcenie uczniów. Program umożliwi też szersze wprowadzenie nowych technologii do dydaktyki, ponieważ OSE to nie tylko szybki dostęp do internetu, lecz także bezpieczny strumień transmisji ogromnych danych – tłumaczy dr inż. Wojciech Kamieniecki.

Od 2004 roku z inicjatywy Komisji Europejskiej w drugim tygodniu lutego organizowany jest Dzień Bezpiecznego Internetu, którego celem jest podjęcie dyskusji na temat bezpieczeństwa w sieci i promocja działań na rzecz pozytywnego wykorzystywania zasobów internetowych przez dzieci i młodzież. W tym roku hasłem akcji 6 lutego jest „Tworzymy kulturę szacunku w sieci”.

2018 rok będzie kolejnym rokiem hossy w mieszkaniówce. Na rynku zaczyna brakować gruntów pod nowe inwestycje deweloperskie

2018 rok będzie kolejnym rokiem hossy w mieszkaniówce. Na rynku zaczyna brakować gruntów pod nowe inwestycje deweloperskie 14

Na rynku mieszkaniowym hossa trwa trzeci rok z rzędu, a tylko w sześciu największych miastach Polski deweloperzy sprzedali w ubiegłym roku blisko 73 tys. lokali. Rekordowy popyt na mieszkania przekłada się na rekordowy popyt na grunty. Z szacunków JLL wynika, że w tym roku ponad 60 firm deweloperskich planuje zakupy gruntów o łącznej wartości od 10 do 50 mln zł. Tych zaczyna jednak brakować. Ceny gruntów nie powinny już szybować w górę, bo na wielu lokalnych rynkach nie ma miejsca na kolejne wzrosty.

– Wygląda na to, że w 2018 roku rynek gruntów inwestycyjnych ma dużą szansę kontynuować trend z ubiegłego roku, który upłynął pod znakiem boomu w sektorze mieszkaniowym. Ten rynek osiągał kolejne rekordy – zarówno pod względem liczby sprzedanych mieszkań (ponad 72 tys.), jak i terenów inwestycyjnych. W sumie wartość gruntów, które zmieniły właściciela, sięgnęła ok. 5,5 mld zł – mówi agencji Newseria Biznes Daniel Puchalski, dyrektor działu gruntów inwestycyjnych w JLL.

Z danych firmy doradczej JLL wynika, że zdecydowanym liderem był segment mieszkaniowy, w którym odnotowano rekordową liczbę oraz wartość umów kupna i sprzedaży. Na rynku miały też miejsce transakcje pakietowe – włącznie z nabywaniem całych budynków na etapie pozwolenia na budowę.

Mieszkaniówka jest w fazie boomu trzeci rok z rzędu. W ubiegłym roku podaż nie nadążała za popytem – dlatego w ciągu roku deweloperom zdarzało się podnosić ceny nawet kilkukrotnie, żeby nieco wyhamować sprzedaż i utrzymać lepszą płynność całego projektu. Największy wzrost cen ofertowych miał miejsce kolejno: w Trójmieście (15 proc.), Łodzi (8,5 proc.) i Warszawie (8,4 proc.).

Rekordowy popyt i kurcząca się oferta lokali poskutkowały zwiększonym zainteresowaniem gruntami ze strony deweloperów. To miało z kolei bezpośrednie przełożenie na ich ceny – w niektórych rejonach Warszawy wzrosły one nawet o 80 proc.

W dalszym ciągu liczymy na to, że – jeśli chodzi o grunty – rynek mieszkaniowy będzie się rozwijał równie mocno i szybko. Bardzo istotna jest podaż – podaż pieniądza jest bardzo wysoka, natomiast podaż gruntów umiarkowana. Do tego dochodzą wysokie koszty wykonawstwa, czyli dość duże problemy generalnych wykonawców z zatrudnianiem specjalistów i podwykonawców. Oczywiście, są też czynniki sprzyjające, zapewne istniejące banki ziemi będą mocno wykorzystywane w tym roku, aby jeszcze tę dobrą koniunkturę wykorzystać – prognozuje Daniel Puchalski.

Z szacunków JLL wynika, że w tym roku ponad 60 firm deweloperskich planuje zakupy gruntów o wartości od 10 do 50 mln zł, a 14 inwestorów jest gotowych nabyć tereny o wartości nawet 150–200 mln zł. Z kolei fundusze typu private equity są gotowe na wydanie około 300 mln euro na zakupy dużych pakietów mieszkaniowych pod wynajem w celach inwestycyjnych

– Policzyliśmy to z grubsza, rozmawiając w zeszłym roku z wieloma inwestorami. Przeprowadziliśmy badania na grupie ponad 120 inwestorów, z których wynika, że gdyby były dostępne na rynku grunty inwestycyjne pod zabudowę mieszkaniową, biurową i hotelową, to spokojnie moglibyśmy liczyć na wyniki rzędu 6–8 mld zł. Niemniej jednak wątpię, że taki wynik uda się uzyskać, ze względu na dosyć niską podaż gruntów. Ona spadła mocno w zeszłym roku ze względu na wiele zakupów, które obserwowaliśmy – mówi Daniel Puchalski.

W ubiegłym roku również inwestorzy hotelowi – zachęceni dobrą sytuacją na tym rynku – śmielej podejmowali decyzje o nowych projektach, co miało bezpośrednie przełożenie na zainteresowanie gruntami na sprzedaż i obiektami do adaptacji na cele hotelowe.

Zeszły rok był również bardzo ciekawy pod kątem nieruchomości hotelowych. To drugi boom po tym zarejestrowanym przed EURO 2012 – zauważa Daniel Puchalski.

Eksperci JLL prognozują, że liczba projektów ogłoszonych i rozpoczętych w 2017 roku oraz niesłabnące zainteresowanie inwestorów to dowód na to, że w kolejnych latach na rynku hotelowym można się spodziewać nawet kilkudziesięciu otwarć nowych obiektów rocznie, a na polskim rynku zadebiutują niedostępne dotąd marki znanych, międzynarodowych sieci (np. Motel One, Marriott Renaissance, Four Points by Sheraton czy MGallery by Sofitel).

Wygląda na to, że trendy na 2018 rok będą bardzo zbliżone do ubiegłorocznych. Mimo wielu niedogodności i różnego rodzaju ustaw, które są wprowadzane na rynek bądź już uchwalone, widzimy bardzo wysoką podaż pieniądza i w dalszym ciągu bardzo wysokie zainteresowanie na rynku gruntów: tak mieszkaniowych, jak i  hotelowych – mówi Daniel Puchalski. – Miasta regionalne – Wrocław, Kraków, Trójmiasto, Poznań czy Katowice – mają bardzo dobry czas i wygląda na to, że deweloperzy będą kontynuować w nich zakupy pod zabudowę biurową. Zapewne możemy się spodziewać kilku ciekawych transakcji w tym sektorze.

JLL prognozuje, że w przyszłym roku skala popytu na grunty pod zabudowę biurową i handlową utrzyma się na poziomie podobnym co w latach poprzednich. Liderem będzie jednak segment mieszkaniowy. Niezmienny apetyt na grunty, bardzo dobre wyniki sprzedaży mieszkań w IV kwartale 2017 roku i długie listy rezerwacyjne w świeżo rozpoczętych projektach pokazują, że w tym roku można się spodziewać dalszych dobrych wyników – zarówno jeśli chodzi o sprzedaż gruntów, jak i mieszkań.

W ostatnich kwartałach – z związku z rekordowym popytem – inwestorzy odczuwali rosnące ceny gruntów.

– W wielu miejscach ceny doszły do apogeum i raczej nie powinny już rosnąć, natomiast dla sektora jako całości jest jeszcze miejsce na wzrosty na niektórych rynkach lokalnych. Przy ostatnich negocjacjach i apetytach inwestorów widzimy, że te ceny jeszcze nieznacznie będą rosły też w dużych miastach regionalnych – zarówno pod budownictwo biurowe i mieszkaniowe. Jeśli chodzi o Warszawę, to w tych najdroższych lokalizacjach jak Wola – raczej wątpimy, żeby ceny osiągały jeszcze wyższe ceny niż w ubiegłym roku – mówi Daniel Puchalski.

Koniec elastyczności na rynku pracy

Projekt nowego Kodeksu Pracy zawiera tak sztywne zasady zawierania umów o pracę, że nie będą one w stanie zastąpić wielu nietypowych usług dziś wykonywanych na podstawie umów cywilnych. Tymczasem współczesny rynek pracy wymaga przede wszystkim elastyczności. To, co proponuje Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy, to cofnięcie się do lat 70 tych, kiedy kodeks wszedł w życie.

Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy zamierza zrezygnować z zatrudniania w ramach umów prawa cywilnego. Zgodnie z projektem praca nie na etacie ma być jedynie wyjątkiem. Prawo zawierania umów cywilnoprawnych zostanie przyznane wyłącznie samozatrudnionym, którzy będą musieli zarejestrować swoją działalność. Jednak nawet samozatrudniony może być uznany za pracownika, jeśli nie spełni określonych cech świadczących o sprzedaży usług. Pracodawcy otrzymają w zamian prawo stosowania trzech nowych rodzajów umów o pracę: umowy o pracę sezonową, dorywczą lub pracy nieetatowej.

– Wszystkie nowe umowy cechuje daleko idąca elastyczność, niestety zakres ich zastosowania będzie raczej niewielki, o czym świadczą już same ich nazwy – ocenia wiceprzewodnicząca Komisji prof. Monika Gładoch. Praca sezonowa ma być dopuszczalna wyłącznie w związku z okresowym zapotrzebowaniem na prace ściśle związane z warunkami atmosferycznymi, cyklami produkcji rolnej i ogrodniczej oraz w związku z okresowym zapotrzebowaniem lub brakiem zapotrzebowania na produkty, wynikającym z pór roku. Umowa na czas wykonywania pracy dorywczej będzie zawierana w celu wykonania prac nieregularnych lub wynikających z potrzeb obiektywnie krótkoterminowych na czas nie dłuższy niż 30 dni w ciągu roku kalendarzowego. Z kolei praca nieetatowa może być oferowana wyłącznie pracownikom do 26 roku życia i powyżej 60 roku życia oraz przedsiębiorcom i pracownikom zatrudnionych na pół etatu – w obu przypadkach maksymalnie do 18 godzin tygodniowo.

– Proponowane umowy nie mogą zastąpić szeregu nietypowych usług wykonywanych obecnie na podstawie umów cywilnych. Domniemanie stosunku pracy działa wbrew woli stron, co oznacza koniec elastyczności na rynku pracy – podsumowuje prof. Monika Gładoch.

Ataki DDoS zagrożeniem dla sektora finansowego

Ataki typu DDoS („odmowa usługi” ang. Distributed Denial of Service) stają się coraz częstszym zagrożeniem dla sektora finansowego. Dane pokazują, że ataki DDoS są najbardziej powszechnym rodzajem cyberataku stosowanego wobec firm świadczących usługi finansowe, stanowiąc 32% analizowanych przypadków naruszeń bezpieczeństwa. Według szacunków instytucje finansowe mogą stracić w ich wyniku nawet 100 000 dolarów na godzinę.[1]

Na czym polega atak DDoS?

Ataki DDoS biorą na cel część sieci, zalewając ją żądaniami, które przekraczają jej przepustowość. Tym samym powodują jej spowolnienie lub awarię. W znacznej mierze ataki DDoS są powiązane z  cyberprzestępcami wspieranymi przez państwa, które wykorzystują ataki do celów politycznych. Jednak wraz z postępującym uzależnianiem organizacji od transakcji internetowych cyberprzestępcy zaczęli kierować ataki DDoS w stronę firm, zarabiając na nich pieniądze.

Czynniki umożliwiające przeprowadzenie ataku DDoS

Specjaliści z firmy Fortinet wskazują na dwa podstawowe czynniki umożliwiające przeprowadzenie ataku typu DDoS:

  • Urządzenia IoT. Liczba urządzeń internetu rzeczy gwałtownie rośnie w sektorze finansowym i chociaż oferują one wiele udogodnień i korzyści dla konsumentów, są również w dużej mierze podatne na naruszenia bezpieczeństwa. Urządzenia IoT są infekowane przez złośliwe oprogramowanie i przekształcane w boty, a następnie połączone w sieć w celu utworzenia botnetu, który może obejmować setki tysięcy zainfekowanych urządzeń. Botnety z kolei są używane do przeprowadzania ataków typu DDoS.
  • Dostępność. Coraz łatwiej jest kupować w Darknecie złośliwe oprogramowanie jako usługę. Oznacza to, że osoby nawet bez umiejętności kodowania, mogą przeprowadzać wyrafinowane, skuteczne ataki z wykorzystaniem złożonych botnetów.

Konsekwencje DDoS

Niezależnie od tego, w jaki sposób są przeprowadzane, ataki DDoS powodują przestoje w działalności firmy. Według szacunków instytucje finansowe mogą stracić w ich wyniku nawet 100 000 dolarów na godzinę. Są one również wykorzystywane do wyłudzania pieniędzy od organizacji: cyberprzestępcy grożą firmom atakiem DDoS, chyba że otrzymają odpowiedni okup. Mogą być one także powszechnie stosowane do odwrócenia uwagi osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo IT. W tym czasie cyberprzestępcy instalują złośliwe oprogramowanie, które pomaga w kradzieży danych.

Zabezpieczanie przed atakami DDoS

W ostatnich latach instytucje finansowe doświadczają wzmożonej aktywności cyberprzestępców, którzy wykorzystują ataki typu DDoS. Jest to bardzo duży problem dla banków, dotykający kilku wymiarów ich działalności.

W wyniku ataków DDoS banki tracą nie tylko pieniądze, ale także zaufanie klientów. Ponieważ instytucje świadczące usługi finansowe prowadzą coraz więcej operacji online, stają się bardziej podatne na tego typu zagrożenia – mówi Wojciech Ciesielski, kierownik ds. klientów kluczowych sektora finansowego w firmie Fortinet.  – Ataki te są coraz  bardziej wyrafinowane i zagrażają też prywatności konsumentów. Sektor finansowy musi więc zapewniać środki bezpieczeństwa w celu ochrony przed DDoS w każdej warstwie sieci.

[1] https://www.bankinfosecurity.com/ddos-a-8497

Fundusz ERNE VENTURES przejął spółkę publiczną, aby uruchomić giełdę kryptowalut

ERNE VENTURES, fundusz kapitałowy notowany od dziesięciu lat na NewConnect, ogłosił przejęcie publicznej spółki Revitum S.A. w celu zmiany jej strategii i uruchomienia giełdy kryptowalut działającej zgodnie z wszelkimi wymaganiami prawnymi oraz posiadającej wszelkie stosowne licencje i zezwolenia.

ERNE VENTURES, który wprowadził na rynek publiczny 10 spółek, w ostatnich latach inwestował głównie w projekty growe. Wychodząc naprzeciw najnowszym trendom w finansowaniu startupów, fundusz szczególną uwagę zwraca obecnie na
projekty planujące wdrożenie rozwiązań opartych o blockchain, również w ramach ICO (Initial Coin Offering).

Z obserwacji rynku wynika, iż wadą wielu emisji cyfrowych walut jest brak pełnej informacji o twórcach projektów czy też niewystarczająca dokumentacja pozwalająca w pełni ocenić ryzyko inwestycyjne. Większość ICO jest też często jedynie pomysłami w bardzo wczesnej fazie rozwoju.

Z tego powodu fundusz skoncentruje się na tzw. 'reverse ICO’, czyli na projektach spółek posiadających już gotowy produkt lub usługę. Na chwilę obecną ERNE VENTURES ma już zbudowaną grupę partnerów z prawie wszystkich kontynentów, którzy na zasadzie doradztwa lub bardzo bliskiej współpracy są gotowi uczestniczyć w realizowanych projektach. Zebrane kompetencje obejmują opracowanie ekonomiki tokenów i zasadności użycia technologii blockchain, doradztwo prawne, konsultacje marketingowe i PR, realizację kampanii reklamowych wraz z tworzeniem społeczności wokół produktu, programy lojalnościowe, rozwiązania KYC/AML, obsługę klienta przy emisji ICO, przygotowanie materiałów informacyjnych obejmujących whitepaper, dotarcie do inwestorów, jak również obsługę samej emisji walut cyfrowych.

Intensywną realizację nowego kierunku inwestycyjnego ERNE VENTURES dowodzi nie tylko zapowiedziana zmiana działalności Revitum, ale i poszerzenie strategii innej notowanej spółki z grupy ERNE VENTURES, czyli Telehorse S.A. Zarząd Telehorse ogłosił bowiem w zeszłym tygodniu rozszerzenie zakresu działalności na rynku gier komputerowych poprzez uruchomienie społecznościowej platformy dystrybucyjnej o międzynarodowym zasięgu. Wykorzystując swój potencjał oraz posiadane kompetencje, Telehorse będzie finansować marketing oraz dystrybuować wybrane przez społeczność gry video i mobilne, bazując na technologii blockchain. Platforma będzie rozwijana w ramach spółki celowej, która planuje pozyskanie środków poprzez przeprowadzenie emisji ICO.

Niemiecki konsensus przechodzi bez echa

Wtorkowe doniesienia o osiągnięciu porozumienia pomiędzy CDU/CSU oraz SPD przeszły praktycznie bez echa. Decyzja o ponownym zawiązaniu „Wielkiej Koalicji” była jedynie kwestią czasu, na co wcześniej wskazywały wewnętrzne naciski ze strony członków obu partii. Plany daleko idących zmian w ramach niemieckiej polityki fiskalnej rzutują uzgodnieniem kandydatury Olafa Scholza, burmistrza Hamburga, na stanowisko nowego ministra finansów, który otrzymuje w spadku po wysoce konserwatywnym Wolfgangu Schäuble dość szerokie pole do popisu.

Dzisiejsza sesja to wyraźny powrót dolara do łask. W koszyku G10 wyższość amerykańskiej waluty najsilniej uznają jej skandynawskie odpowiedniki. Szczególną uwagę zwraca korona norweska (-1,1 proc.), która znalazła się pod presją odczuwalnej przeceny ropy naftowej i niezbyt satysfakcjonujących wskazań produkcji przemysłowej za grudzień. Najbliżej poziomów z wczorajszego zamknięcia znajduje się japoński jen (-0,1 proc.) usilnie stabilizujący kurs USD/JPY w okolicach 109,60. W środku stawki w dalszej mierze znajduje się euro (-0,8 proc.) mogące w trakcie najbliższych godzin ponownie wypchnąć notowania EUR/USD nad okrągły poziom 1,2300.

Serię wypowiedzi amerykańskich bankierów centralnych rozpoczął Bill Dudley, reprezentant Fed z Nowego Jorku, który w swoim dość nudnym wystąpieniu skoncentrował się na odstępstwach od szeroko rozumianej kultury bankowości oraz ostatnich uchybieniach etycznych Wells Fargo. Dość ciekawą serię pytań i odpowiedzi ma za sobą Charles Evans, szef Fed z Chicago, prognozujący spadek stopy bezrobocia do poziomu 3,5 proc. w perspektywie najbliższych dwóch lat. Dolar zlekceważył wysoce gołębią deklarację Evansa o tym, że był wysoce bliski sprzeciwu wobec grudniowej podwyżki stóp procentowych.

Zgodnie z oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła stopy procentowe na niezmienionych poziomach. Tym razem w komunikacie do decyzji pierwsze skrzypce próbowały grać wzmianki dotyczące wyraźnego odbicia inwestycji prywatnych w ostatnich trzech miesiącach minionego roku, co napawa optymizmem przed wskazaniami za najbliższe kwartały. W dalszej mierze Rada utożsamia utrzymywanie obecnie obowiązujących ram polityki pieniężnej z brakiem powstawania nierównowag w gospodarce. Ponownie zwrócono uwagę na wysoce przygaszoną inflację bazową, której towarzyszą oscylujące blisko celu roczne przyrosty indeksu CPI. W trakcie konferencji szczególną uwagę zwróciła wymijająca wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego na temat potencjalnych podwyżek stóp procentowych w 2019 roku. Malejące ryzyko zmiany instrumentów zauważa również inny członek Rady – Łukasz Hardt, zdaniem którego szansę lekkiego zacieśniania ograniczają obecnie obserwowane tendencje gospodarcze.

Środa przyniosła długo oczekiwane odbicie na europejskim rynku akcji. Wśród głównych indeksów o miano lidera do końca walczyły wiedeński ATX (2,9 proc.) oraz mediolański FTSE MIB (2,9 proc.), na czele którego znalazły się walory Fiata (6,8 proc.). We Frankfurcie liderem został Adidas (5,3 proc.) za sprawą napływu przychylnych not analitycznych. Nieco skromniejszy ruch w stronę północy odnotowało Deutsche Börse, notujące swoją 4,1 proc. zwyżkę na wyraźnie podbitym wolumenie obrotu. Skalę potencjalnych wzrostów indeksu DAX (1,6 proc.) częściowo ograniczył Deutsche Bank (-0,4 proc.) będący zakładnikiem publikacji wyników za miniony kwartał. Dość nisko znalazła się również Lufthansa (-0,3 proc.), której władze przewidują podtrzymanie dynamicznego tempa wzrostu w 2018 roku.

Nieco silniejszą skalę wzrostu notuje londyński FTSE 100 (1,9 proc.), na czele którego znalazł się rosnący najsilniej od blisko dwóch lat Scottish Mortgage Investment (6,6 proc.). Uwagę inwestorów usilnie próbował zwrócić GlaxoSmithKline (3,4 proc.) informujący o rewizji długookresowych prognoz wyników. Niezbyt optymistyczne nastroje na rynku surowców wyraźnie uderzyły w wycenę wydobywczych gigantów. Najsilniej „oberwały” walory Randgold Resources, które na przestrzeni dnia potaniały o 3,8 proc.

Przy Książęcej swoje pięć minut miał Lotos (4,5 proc.) pomimo wczorajszych informacji o nieplanowanym przestoju rafinerii w Gdańsku. Obniżenie rekomendacji przez Bank Ochrony Środowiska (1,8 proc.) do „trzymaj” nie wpłynęło istotnie na sentyment wobec LPP, które wróciło do poziomu 9 825 PLN za walor. Na dnie indeksu WIG 20 (1,2 proc.) znalazło się Asseco (-2,7 proc.) taniejące od początku miesiąca aż 5,9 proc. Solidnie ciążącym komponentem okazało się być KGHM (-1,6 proc.), któremu wtórowało wymazujące wczorajsze zyski Orange Polska (-1,5 proc.).

Środa na rynku surowców stoi pod znakiem wyraźnego odpływu kapitału. Beneficjentem solidnego przetasowania sentymentu stają się marcowe kontrakty na pszenicę, które wypracowując zwyżkę rzędu 3,3 proc. zyskały miano lidera płodów rolnych. O niezbyt pozytywnych nastrojach mówi się na rynku surowców energetycznych, gdzie pod presją niezbyt przychylnego raportu Departamentu Energii USA znalazła się ropa naftowa. Obecnie West Texas Intermediate schodzi w okolicę poziomu 61,70 USD, notując tym samym ruch rzędu 2,7 proc. Wśród metali szlachetnych najsilniejszą przecenę ponownie ma za sobą pallad (-2,5 proc.), który okrywa cieniem dzisiejsze ruchy w wykonaniu srebra (-1,4 proc.) oraz złota (-0,6 proc.). Na koniec dnia żółty kruszec jest wyceniany po 1 315 USD za uncję.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Blisko połowa instytucji z sektora bankowego skorzysta z pomocy firm IT, przygotowując się do RODO

Aż 9 na 10 przedstawicieli sektora finansowego biorących udział w badaniu Linux Polska przyznało, że reprezentowane przez nich instytucje planują wdrożyć dodatkowe rozwiązania z obszaru IT w związku z RODO. W dodatku, w związku z nowymi przepisami, co trzecia firma zwiększyła lub planuje w znacznym stopniu zwiększyć wydatki na cyberbezpieczeństwo. Unijna regulacja dot. ochrony danych osobowych zacznie obowiązywać już za kilkanaście tygodni, przedsiębiorstwom pozostaje więc niewiele czasu na dostosowanie się do nowych zasad. Może być to jeden z powodów, dla którego blisko połowa z nich skorzysta z pomocy firmy zewnętrznej, aby przygotować obecnie stosowaną infrastrukturę informatyczną na wymogi stawiane przez prawo, które zacznie obowiązywać w maju.

Jak pokazują wyniki badania Linux Polska, chociaż prace przygotowawcze zostały w pełni zakończone tylko w co 10 firmie, to aż blisko 75 proc. ankietowanych ocenia stan przygotowania swojej instytucji na moment obowiązywania RODO jako dobry lub bardzo dobry. Skąd ten optymizm? Według badanych, aż 9 na 10 firm z sektora bankowego wdroży dodatkowe rozwiązania IT z obszaru bezpieczeństwa danych osobowych klientów, które będą zgodne z wymogami stawianymi przez nową regulację. Osoby biorące udział w badaniu zostały zapytane również o to, kto w instytucjach, które reprezentują jest odpowiedzialny za wprowadzenie zmian dotyczących gromadzenia i przetwarzania danych osobowych nałożonych przez RODO?

W blisko jednej trzeciej przypadków rola ta przypadnie zespołom IT, co świadczy o tym, że firmy w kompleksowy sposób podchodzą do wprowadzenia nowych zasad i co więcej, są świadome trudności technologicznych związanych ze spełnieniem wymogów stawianych przez RODO. To wyjaśnia, dlaczego prawie połowa instytucji korzysta lub planuje skorzystać z pomocy firmy zewnętrznej, aby przygotować obecnie stosowaną infrastrukturę IT na obowiązywanie unijnej regulacji – zaznacza Tomasz Dziedzic, Chief Technology Officer w Linux Polska.

Firmy nie tylko chcą powierzyć to ważne zadanie firmom zewnętrznym, ale również zwiększyć wydatki na bezpieczeństwo IT w związku z RODO, co jednogłośnie zadeklarowali wszyscy ankietowani biorący udział w badaniu. W blisko co trzeciej instytucji wydatki na ten cel wzrosną znacząco.

Co z tymi danymi, czyli jakie wyzwania dla instytucji finansowych niesie RODO?

Wśród wymogów stanowiących największe wyzwanie dla firm z sektora finansowego w związku z obowiązywaniem RODO, ankietowani na pierwszym miejscu wskazali ograniczenie przechowywania danych (ponad 33 proc.), a zaraz za nim na liście znalazło się ograniczenie celu wykorzystania danych (blisko 28 proc.).RODO dla firm

Jak zaznacza Marek Najmajer, wyniki badania odzwierciedlają rzeczywiste problemy techniczne i organizacyjne, jakie napotykają firmy chcące dostosować dotychczasową infrastrukturę IT do wymogów stawianych przez nowe prawo.

Jedna z zasad wprowadzonych przez RODO, czyli ograniczenie przechowywania danych, mająca na celu graniczenie do minimum czasu ich gromadzenia, w praktyce ma się sprowadzać do trwałego usunięcia danych po ustaniu celu ich przetwarzania lub na prośbę podmiotu udostępniającego te informacje np. bankowi. Zapis ten wymaga szczegółowej interpretacji, ponieważ takie skrajne podejście do kwestii ograniczenia przechowywania danych dla wielu instytucji pod względem technicznym będzie trudne w realizacji. Z kolei ograniczenie celu wykorzystania danych zostało wprowadzone, by sankcjonować użycie danych do innych celów, niż te, na które wyraził zgodę użytkownik w momencie ich przekazania. Respektowanie tego wymogu wymusza na firmach, z jednej strony – zmianę wielu formularzy i odpowiednich struktur danych, z drugiej – może mieć wpływ na przepływ danych w systemach CRM, hurtowaniach danych, które zbierają je
z systemów głównych i często używają tych informacji do efektywniejszej analizy potencjału nabywczego klienta
– wyjaśnia Tomasz Dziedzic, Linux Polska.

Zdaniem eksperta Linux Polska jest zaskakujące, że „tylko” ponad co piąty ankietowany wymienił obowiązek powiadamiania konsumentów o naruszaniu bezpieczeństwa danych osobowych w ciągu 72 godzin od wykrycia takiego zdarzenia.

Gdy nowe regulacje weszły w życie, firmy z sektora finansowego najgłośniej mówiły o tym, jak gigantyczne kary pieniężne mogą zapłacić banki, jeżeli nie spełnią obowiązku dotyczącego powiadamiania w ciągu 72 godzin o naruszenia czy wycieku danych osobowych. Natomiast wyniki ankiety mogą sugerować, że ten wymóg został niedoceniony przez respondentów. Ten fakt zdumiewa tym bardziej, że wskazany czas, czyli trzy doby, musi wystarczyć na analizę przyczyny, zakresu i konsekwencji naruszenia danych oraz na powiadomienie o tym fakcie klienta. Jeżeli dana instytucja chce się odpowiednio przygotować do tego zadania, powinna liczyć się z tym, że takie działanie będzie wymagać wdrożenia we właściwym czasie niezbędnych rozwiązań informatycznych – dodaje Tomasz Dziedzic, Linux Polska.

Nieodpowiednia infrastruktura IT mniejszym problemem niż niejasności przepisów

Jak zauważa Marek Najmajer, przedstawiciele sektora bankowego biorący udział w badaniu również nie zwrócili szczególnej uwagi na kwestie techniczne związane z bezpieczeństwem systemów informatycznych stosowanych przez banki oraz przygotowanie ich na wymogi stawiane przez RODO. Ich zdaniem niejasności dotyczące ostatecznego kształtu przepisów czy duże nakłady finansowe potrzebne do przygotowania się firmy na obowiązywanie nowych regulacji (odpowiednio 54 i 27 proc. ankietowanych) stanowią dla banków większe przeszkody niż nieodpowiednia infrastruktura IT wewnątrz reprezentowanej instytucji (13,5 proc.).

Przed takimi instytucjami jak banki, RODO w pierwszej kolejności stawia obowiązek wdrożenia niezbędnych rozwiązań, które jeszcze w efektywniejszy sposób niż dotychczas będą pomagały dbać o bezpieczeństwo danych osobowych klientów. Chodzi przede wszystkim o weryfikowaniei usprawnienie istniejących systemów informatycznych stosowanych przez banki, które odpowiadają za bezpieczeństwo danych osobowych. Inwestowanie w rozwiązania IT, które będą zgodne z wymogami stawianymi przez nowe regulacje, to dopiero kolejny etap – komentuje Marek Najmajer, ekspert Linux Polska.

Zasugerowane podejście nie oznacza całkowitej wymiany oprogramowania dbającego o bezpieczeństwo danych, a raczej wsparcie go nowymi rozwiązaniami zgodnymi z wymogami stawianymi przez RODO i zadbanie o jak najszybsze obniżenie poziomu ryzyka związanego z naruszeniem danych. To podejście powinno eliminować obawy banków
o przeznaczenie znacznych środków na dostosowanie się do unijnej regulacji.

Mniej czy więcej papieru, czyli nowelizacja prawa telekomunikacyjnego

dr Aleksandra Musielak, radca prawny, ekspertka Konfederacji Lewiatan
dr Aleksandra Musielak, radca prawny, ekspertka Konfederacji Lewiatan

Nowelizacja prawa telekomunikacyjnego nie przyczyni się do efektywnego wykorzystania nowoczesnych technologii w sektorze telekomunikacyjnym – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Nowe prawo telekomunikacyjne może utrudnić upowszechnienie udziału elektronicznego obiegu dokumentów w obrocie gospodarczym. Dziwi wprowadzanie dodatkowych utrudnień, poprzez np. zniesienie wygodnego i chętnie wybieranego przez klientów trybu zmiany umowy przez telefon czy wprowadzenia obowiązku przekazywania regulaminów i cenników w formie papierowej każdorazowo, gdy klient zawiera umowę w formie pisemnej – mówi dr Aleksandra Musielak, radca prawny, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Oznacza to, że nawet jeśli klient zawierający w ten sposób umowę zażyczy sobie cennika i regulaminu na e-mail, nie będzie mógł dostać tych dokumentów elektronicznie, jako że nowela przewiduje, że musi otrzymać je w formie papierowej.

Propozycje zmian w ustawie dotyczące Premium Rate (chodzi o usługi telekomunikacyjne o podwyższonej opłacie: konkursy i loterie SMS, pobieranie gier) nie rozwiążą rzeczywistych problemów konsumenckich na rynku takich usług.

– Wynika to głównie z tego, że przewidziane mechanizmy de facto nie obejmują i nie sankcjonują działań rzeczywistych oszustów, a wręcz przeciwnie pozwalają im nadal bezkarnie funkcjonować – dodaje dr Aleksandra Musielak.

Projekt przewiduje odpowiedzialność dostawcy usług telekomunikacyjnych za umożliwienie świadczenia usługi o podwyższonej opłacie. Konfederacja Lewiatan uznaje za prawnie i logicznie niedopuszczalny mechanizm , w którym za naruszenie przepisów prawa odpowiedzialność (łącznie z karami) ponosić będzie podmiot inny niż sprawca naruszenia.

Planowana nowelizacja umożliwia w razie wykrycia przez prezesa UKE nieprawidłowości w działaniu danego operatora telekomunikacyjnego lub innego podmiotu podlegającego kontroli UKE, nałożenie kary niezależnie od zakończenia postępowania kontrolnego. Oznacza to, że usunięcie przez przedsiębiorcę nieprawidłowości w trakcie postępowania kontrolnego nie będzie chroniło przed karą.

Konfederacja Lewiatan proponuje zapewnienie odpowiedniego vacatio legis dla wprowadzanych przepisów, w szczególności okres 9 miesięcy na dostosowanie systemów IT dla potrzeb wdrożenia nowych rozwiązań z obszaru Premium Rate.

Ratownictwo medyczne będzie państwowe

Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan
Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan

Projekt ustawy o państwowym ratownictwie medycznym, nad którym pracuje Sejm, eliminuje z rynku usług medycznych prywatnych przedsiębiorców. Konfederacja Lewiatan uważa, że żadne kontrole, w tym NIK, nie wykazały nieprawidłowości w udzielaniu pomocy pacjentom w prywatnych placówkach. Nie ma też zastrzeżeń do pracy pracowników medycznych.

– Zadania z zakresu ratownictwa medycznego nie są realizowane lepiej tylko dlatego, że dysponent jest państwowy. W żadnym z raportów NIK nie wskazano, że forma własności ma jakiekolwiek znaczenie przy wykonywaniu usług medycznych – przekonuje dr Dobrawa Biadun, radca prawny, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Po upaństwowieniu ratownictwa medycznego konieczne będzie odtworzenie całej jego struktury (zapewnienie lekarzy, zakup ambulansów, wyposażania), zbudowanej i utrzymywanej przez podmioty prywatne w ostatnich kilkunastu latach. Niestety, nie dokonano oceny faktycznych kosztów całej operacji, co jest sprzecznie z zasadami gospodarowania środkami publicznymi. Nie wskazano również na realne zagrożenie wypłaty odszkodowania na rzecz firmy Falck na podstawie umowy miedzy rządami Polski i Danii.

Prawo międzynarodowe, w tym prawo UE chroni przed wszelkimi działaniami państwa polegającymi na „wywłaszczeniu pośrednim” oraz przed „działaniami równoznacznymi z wywłaszczeniem”. Sąd arbitrażowy rozstrzygający spór Ronald S. Lauder przeciwko Republice Czeskiej uznał że „pośrednie wywłaszczenie, albo nacjonalizacja jest środkiem, który nie wiąże się z przejęciem majątku, ale skutecznie uniemożliwia jego wykorzystanie. Przyjmuje się, że co do zasady, działania mogące skutkować pośrednim wywłaszczeniem stanowią szeroki wachlarz i każdy przypadek powinien być rozstrzygany na podstawie zaistniałych okoliczności” .

Nowe przepisy doprowadzą do sytuacji, w której podmioty prywatne nie będą mogły korzystać z majątku w celu przystąpienia do konkursu i ubiegania się o zawarcie umowy – prowadzi zatem do wywłaszczenia (nacjonalizacji).

W 2017 roku zatrudniono o 36% Ukraińców więcej niż rok wcześniej

W 2017 roku zostało wydanych ponad 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi, o 39% więcej niż w poprzednim roku – wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Aż 94% wszystkich oświadczeń dotyczyło obywateli Ukrainy, na których zapotrzebowanie wzrosło o 36% r/r. Popularność pracy w Polsce wśród Ukraińców oraz ich łatwa aklimatyzacja, zachęciły pracodawców do szukania kadry również w innych państwach. W 2017 roku wydano o 148% r/r więcej oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Białorusi.

Ukraińcy, ze względu na bliskość kulturową i językową, stanowią dla pracodawców w Polsce, którzy mierzą się z pogłębiającymi się deficytami kadrowymi, obecnie podstawowy ratunek. Świadczy o tym rosnące zapotrzebowanie. Z roku na rok wydawanych jest więcej oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy naszym wschodnim sąsiadom – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.

W jakich branżach pracują Ukraińcy?

Pracownicy z Ukrainy w 2017 roku najczęściej pracowali w rolnictwie – aż 303 tys. Jednak w porównaniu rok do roku zapotrzebowanie na nich w tym sektorze zmalało o 9%. Wielu Ukraińców znalazło zatrudnienie w przetwórstwie przemysłowym – 217 tys., +38% r/r. Natomiast w budownictwie, gdzie w ubiegłym roku pracowało 214 tys. Ukraińców, wzrost rok do roku wyniósł 34%. Co istotne, większość Ukraińców zatrudniona była w ramach umowy o pracę (ok. 948 tys.) oraz umowę zlecenie (ok. 419 tys.).

Warto odnotować, że w zestawieniu Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej dominują agencje zatrudnienia, które złożyły aż 676 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Ukrainy.

Po pracownika na Białoruś

W związku z rosnącym zapotrzebowaniem na kadrę, pracodawcy zaczęli rozglądać się za możliwością zatrudnienia pracowników również z innych krajów niż Ukraina. Wyróżnia się tutaj Białoruś. W 2017 roku liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Białorusi wzrosła dwuipółkrotnie w porównaniu do 2016 roku (23 tys. w 2016 vs. 58 tys. w 2017).

Zarobki na Białorusi są wyższe niż na Ukrainie, nadal jednak niższe niż w Polsce. To powoduje, że Białorusini decydują się na emigrację zarobkową właśnie do naszego kraju. Natomiast polscy pracodawcy zaczynają po nich sięgać, bo podobnie jak Ukraińcy są nam bliscy kulturowo – mówi Krzysztof Inglot.