Poczta Polska chce rozszerzyć działalność w internecie. Nowa platforma zakupowa ma zwiększyć zyski i promować nowe produkty

Poczta Polska chce rozszerzyć działalność w internecie. Nowa platforma zakupowa ma zwiększyć zyski i promować nowe produkty 1

Firmy, które wdrożyły systemy zakupowe, mogą liczyć nawet na 15 proc. oszczędności. W Polsce jednak zaledwie co trzecie przedsiębiorstwo korzysta z platform zakupowych. Największe generują dziesiątki miliardów zysku. Taką platformą może się stać rozwiązanie stworzone przez Ulan Systems na potrzeby Poczty Polskiej, dla której to okazja do rozszerzenia sprzedaży swoich usług i produktów w internecie w zakresie B2B. Rozwiązanie obecnie jest w fazie testów.

– W ramach programu Gamma Rebels dla Poczty Polskiej stworzyliśmy platformę handlową, która służy do sprzedaży produktów przez wielu dostawców. Platformy handlowe są miejscem, w którym kupujący spotykają się z ofertą wielu firm, ofertą produktów bądź usług. Przykładami mogą być Airbnb, Uber, Amazon, a w Polsce Allegro. Właśnie takie rozwiązanie stworzyliśmy dla Poczty Polskiej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Karol Andruszków z Ulan Systems.

Jak ocenia portal Bigcommerce w The 19 Ecommerce Trends, ponad połowa osób na świecie woli kupować online, a 54 proc. korzysta przy tym z platform handlowych. Największe platformy handlowe na świecie są warte miliardy dolarów, np. Uber już 69 mld dol., eBay – 35 mld dol., a Airbnb – 30 mld dol. Platforma Ulan Systems daje szansę na zwiększenie zysków Poczty Polskiej, a także sprzedaż ubezpieczeń i innych dodatkowych produktów.

– Gotową platformę dostosowaliśmy wizualnie do brandingu Poczty Polskiej. Stworzyliśmy przejrzyste, bardzo intuicyjne miejsce, w którym każdy może kupować produkty z wielu kategorii. W ramach platformy produkty mają być dostarczane do klientów za pomocą przesyłek Poczty Polskiej. Poczta będzie miała też możliwość zarabiania na tej platformie poprzez pobieranie prowizji, ponadto będzie też mogła edukować na temat swoich produktów, np. ostatnio wypuściła usługę odbiór w punkcie – po pierwsze będzie mogła przedstawić tę usługę klientom platformy, po drugie będzie mogła pokazać, gdzie są takie punkty – wskazuje Karol Andruszków.

Z raportu „Digitalizacja rynku B2B. Cyfrowe platformy zakupowe” przygotowanego przez Deloitte oraz Aleo wynika, że w Polsce choć silną pozycję zajmuje sektor B2C, to klienci B2B stanowią znacznie istotniejszą grupę. Korzystanie z platform handlowych, dzięki agregacji zapotrzebowania i dotarciu do nowych dostawców, pozwala firmom uzyskać oszczędności w przedziale 10–15 proc. Wyniki badania przeprowadzonego na zlecenie Aleo wskazują jednak, że tylko 35 proc. przedsiębiorstw korzysta z internetowych platform zakupowych. Z rozwiązania Ulan korzysta już ok. 200 klientów, przede wszystkim z sektora małych i średnich firm.

– Nasz marketplace jest rozwiązaniem dla małych przedsiębiorców, głównie firm z sektora MŚP, który wspomaga sprzedaż ich produktów. Rozwiązanie jest rozproszone – oprócz tego, że klienci mogą sprzedawać poprzez platformę, mogą również sprzedawać na własnych stronach internetowych, czyli dodając produkt na platformie, produkt ten automatycznie pojawia się na jego dedykowanej stronie internetowej. Dzięki temu klient ma większą możliwość dostosowania oferty i swojej strony do potrzeb klientów końcowych, zmiany designu i stworzenia własnego brandu. Rozwiązanie to jest dostosowane również dla osób, które nie mają żadnej wiedzy informatycznej, mogą same stworzyć taką stronę internetową, zintegrowaną z naszym marketplace – przekonuje Wojciech Andruszków, prezes zarządu Ulan Systems.

Obecnie w Poczcie Polskiej trwają testy funkcjonalne oraz analizy, czy wdrożenie takiego rozwiązania będzie uzasadnione ekonomicznie i biznesowo. Platforma miałaby służyć do sprzedaży produktów Grupy Poczty Polskiej oraz produktów komplementarnych z usługami PP.

Wartość rynku e-commerce B2B na świecie ma wzrosnąć do 2020 roku do 6,7 bln dolarów, wynika z szacunków firmy Frost & Sullivan.

Odpowiednia polityka cenowa firmy może zwiększyć marżę i napędzić sprzedaż. 80 proc. przedsiębiorstw nie wykorzystuje potencjału w tym obszarze

Odpowiednia polityka cenowa firmy może zwiększyć marżę i napędzić sprzedaż. 80 proc. przedsiębiorstw nie wykorzystuje potencjału w tym obszarze 2

Nie więcej niż 1/5 firm doskonale radzi sobie z kształtowaniem strategii cenowej. Pozostałe 80 proc. ma w tym zakresie niewykorzystany potencjał – wynika z globalnego badania niemieckiej firmy doradczej Simon Kucher. Właściwie skonstruowana polityka cenowa nie polega na zwiększaniu cen – powoduję maksymalizację marży i napędza sprzedaż. Jej nieodłącznym elementem są promocje, do których przyzwyczajeni są polscy konsumenci. 

– Strategia cenowa jest dla firmy bardzo ważnym elementem. Nad tym tematem pracuje zazwyczaj cała firma: prezes coś ustali, marketing coś wymyśli, sprzedawcy ostatecznie dają rabat i sprzedają. Ważne, żeby całość była spójna, a ktoś doglądał tego, co się w firmie dzieje pod tym względem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Richard Zinoecker, partner zarządzający warszawskiego biura Simon Kucher.

Firma konsultingowa co roku przeprowadza globalne badanie „Global Pricing Survey”, którego celem jest zebranie informacji o głównych wskaźnikach cen i zysku, poziomie zarządzania cenami oraz branżowych i regionalnych trendach cenowych. Taka wiedza umożliwia wytypowanie obszarów zarządzania cenami, które pozwolą firmom generować większe zyski.

– To ogólnoświatowe badanie, w którym na pytania odpowiada ok. 4 tys. menadżerów. Okazuje się, że firmy, które doskonale radzą sobie z tematem polityki cenowej, mają zyski większe o blisko 25 proc. Poza tym odpowiednia strategia przydaje się przy wprowadzaniu na rynek innowacji i nowych produktów. Nie jest tak, że każdy produkt z sukcesem trafia na rynek, ale ten czynnik podnosi szansę do 50 proc., czyli co drugi projekt się udaje. Pozostała grupa firm ma mniej więcej 20 proc. udanych produktów – mówi Richard Zinoecker.

Eksperci Simon Kucher ocenili, że około 15–20 proc. firm to tzw. pricing champions, którzy doskonale sobie radzą z tematem polityki cenowej. Pozostałe 80 proc. ma w tej dziedzinie niedociągnięcia, ale i duży potencjał. Partner zarządzający warszawskiego biura firmy dodaje, że na przestrzeni ostatniej dekady podejście do kształtowania strategii cenowej w polskich firmach znacznie się zmieniło.

– Pracuję jako doradca w polityce cenowej od około 10 lat, wtedy ten temat był dosyć egzotyczny. Dwie główne reakcje brzmiały: „proszę pana, cenę już mamy” i druga: „nie wiedziałem, że można tak kombinować z cenami”. W trakcie tych 10 lat to podejście mocno się zmieniło. W tej chwili jest wiele konferencji i artykułów, dużo się rozmawia i publikuje na ten temat. Polska jest pod tym względem na poziomie zachodnich krajów takich jak Niemcy czy Francja. To jednak nie oznacza, że każda firma doskonale radzi sobie z zarządzaniem cenami – mówi Richard Zinoecker.

W polityce cenowej nie chodzi bezpośrednio o podnoszenie cen. Właściwie skonstruowana powoduje maksymalizację marży, pozwala jednocześnie zwiększyć zyskowność i poziom sprzedaży.

– Są trzy sposoby ustalania ceny przez firmę. Pierwszy, klasyczny i bardzo często stosowany to koszt +, czyli połączenie kosztu i narzutu, które daje ostateczną cenę. Drugi sposób – być może stosowany jeszcze częściej niż pierwszy – to dostosowanie się do konkurencji i do ceny rynkowej. Trzeci sposób – i zarazem element, który warto uwzględniać – jest to tzw. value-based pricing, czyli ustalanie cen na podstawie wartości, czyli skłonność klientów do naszych produktów wobec oferty konkurencji – mówi Richard Zinoecker.

Integralnym elementem polityki cenowej firmy są promocje i okazjonalne obniżki cen. Ich poziom powinien być zależny od branży i rodzaju biznesu, a także celu, jaki firma chce osiągnąć. Polskie firmy nagminnie stosują w tym zakresie dwa skrajne podejścia: w ogóle nie organizując promocji cenowych, wychodząc z założenia że wystarczy dobry produkt i silna marka, żeby przyciągnąć konsumentów, albo nieustanie obniżają ceny swoich produktów.

– Idealnie jest wtedy, kiedy firma ma dobre, konkurencyjne ceny, po których jest w stanie na co dzień sprzedawać swoje produkty, i dodatkowo organizuje selektywne promocje, która się opłacają i są skierowane do  konkretnej grupy docelowej. Niestety, firmy robią promocje, ale nie wiedzą, po co ani czy w ogóle się ona opłaci. Klienci przestają w ogóle kupować bez promocji i to też jest duży problem. Warto być ostrożnym, przeprowadzając takie akcje – podkreśla partner zarządzający warszawskiego biura Simon Kucher.

Temat roli kobiet nie cichnie w debacie publicznej. Artyści przełamują stereotypy związane z postrzeganiem kobiet

Temat roli kobiet nie cichnie w debacie publicznej. Artyści przełamują stereotypy związane z postrzeganiem kobiet 3

W polskiej debacie publicznej wciąż aktualny jest temat roli, praw i potrzeb kobiet. Głos w tej dyskusji zabrali też polscy artyści, którzy przedstawili swoje spojrzenie na różne aspekty kobiecości i macierzyństwa. Prace wybitnych grafików i rysowników zostały zebrane w siódmej edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter, tym razem zatytułowanego „Kobiece sprawy”. Nad stroną artystyczną całego projektu czuwał Andrzej Pągowski, jeden z najbardziej i uznanych polskich grafików i plakacistów.

Kobieta wchodzi w tak wiele ról, ma tak wiele twarzy i reprezentuje sobą tak wiele emocji, wyzwań też ma mnóstwo. Jak wiemy, polityka o nas nie zapomniała. Jesteśmy bardzo aktywne, ponadto jesteśmy matkami, ciągle chcemy być kochane i piękne, ale również chcemy być ważne w życiu społecznym, politycznym, nie uciekamy na bok. Myślę, że nadchodzi era kobiet – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aneta Grzegorzewska, dyrektor ds. komunikacji korporacyjnej Gedeon Richter Polska.

W obecnych czasach bycie kobietą jest dużym wyzwaniem – poddane sprzecznym oczekiwaniom współczesne kobiety próbują pogodzić wiele różnych ról społecznych. W polskiej debacie publicznej również nie cichnie temat kobiet – ich praw, potrzeb oraz ról.

To, co dzieje się na świecie, nie napawa optymizmem. Natomiast panie wzięły sprawy w swoje ręce, coraz głośniej mówią o ważnych sprawach, domagają się godności i na pewno potrzebują wsparcia. Daliśmy artystom tematy ważne – wrażliwość, mądrość, dojrzałość, bycie liderką – i myślę, że dobrze na nie odpowiedzieli – mówi Andrzej Pągowski odpowiadający za koncepcję artystyczną Kalendarza.

W tym tygodniu miała miejsce premiera 7. edycji Kalendarza Artystycznego „Kobiece sprawy” – projektu, w ramach którego 12 polskich plakacistów przedstawiło swoje spojrzenie na różne aspekty kobiecości. Andrzej Pągowski wraz z firmą farmaceutyczną Gedeon Richter zaprosił w tym roku do współpracy wybitnych plakacistów z różnych pokoleń, sam również jest autorem jednej z kart kalendarza. Uznany polski grafik i plakacista zwraca uwagę na fakt, że jednym z najważniejszych motywów tegorocznego kalendarza jest macierzyństwo, sportretowane na wiele sposobów.

– Kobieta jest matką, ale też chce być elegancka, jest bardzo wrażliwa, potrafi przekazywać swoją dojrzałość – mówi Andrzej Pągowski.

– Macierzyństwo to temat bardzo dwuznaczny. Z jednej strony to gigantyczna zmiana w życiu kobiety, z drugiej – wielka frajda. Bardzo łatwo przy portretowaniu kobiet otrzeć się o jakiś stereotyp – kobiety pięknej, seksownej, ideału kobiety – dlatego jako ilustrator staram się szukać jakiegoś intymnego momentu, nie ocierać się o stereotypy i przedstawić kobietę w uniwersalny sposób. Wydaje mi się, że tegoroczny temat – „Kobiece sprawy” – jest też bardzo aktualny i bieżący wobec zmian, parytetów, różnych działań równościowych – dodaje ilustratorka Aleksandra Niepsuj.

W pracach przygotowanych dla kalendarza „Kobiece sprawy” artyści zwięźle zilustrowali kobiece priorytety i problemy, a także zobrazowali współczesny model kobiecości. Różnorodność form, kolorów i kresek czyni cały projekt bardzo oryginalnym pod względem artystycznym.

Kobiety są zdecydowanie wdzięcznym tematem dla artysty, co widać po historii sztuki. Natomiast w dzisiejszych czasach wychodzimy trochę z idealistycznego, zawsze pięknego lub czysto erotycznego ich przedstawienia. Wiąże się to też z ryzykiem popadania w jakieś stereotypy. Ten projekt i ilustracje w nim zawarte mają przełamać te stereotypy, pokazać kobiety w innym świetle, nadać nową perspektywę. W pewnym sensie cały czas borykamy się z tymi samymi problemami. Akcja HASHmetoo czy temat równouprawnienia kobiet powraca co jakiś czas, zwłaszcza w Polsce – to świadczy, że niewiele się zmienia – mówi Jan Bajtlik, artysta grafik.

Wszystkie plakaty stworzone dla kalendarza Gedeon Richter „Kobiece sprawy” zostały zaprezentowane 6 lutego podczas zamkniętego pokazu w Arkadach Kubickiego. Rzeczniczka firmy Aneta Grzegorzewska zwraca uwagę na fakt, że projekt wpisuje się w aktualną debatę społeczno-polityczną dotyczącą kobiet i przedstawia płeć piękną z nowej perspektywy – co nie znaczy, że w kalendarzu nie ma portretu kobiety zapracowanej, przytłoczonej czy pełnej emocji.

Jesteśmy bardzo związani z kobietami, produkujemy i rozwijamy leki na różne kobiece schorzenia, leki antykoncepcyjne, więc firma w pewnym sensie istnieje dla kobiet. Istotne jest, że prawie 70 proc. zatrudnionych w całej firmie osób to kobiety – w związku z tym na co dzień widzimy ich pracę, zaangażowanie, tysiąc twarzy, które muszą przybrać, żeby pełnić role liderek, managerów, matek czy mentorów. To inicjatywa dla kobiet, dla naszych pracowników, żeby przedstawić kobiecość w nieco innej formie – podsumowuje Tomasz Németh, dyrektor generalny i prezes Gedeon Richter Polska.

20- i 30-latkowie chętnie zakładają własne firmy. Motywuje ich potrzeba bycia niezależnym oraz chęć zysku

20- i 30-latkowie chętnie zakładają własne firmy. Motywuje ich potrzeba bycia niezależnym oraz chęć zysku 4

Do połowy przyszłej dekady millenialsi mają stanowić już ponad trzy czwarte wszystkich zatrudnionych na rynku pracy. Generacja Y to pokolenie z „żyłką do biznesu”, dlatego część z nich zatrudnia się sama, zakładając własną działalność gospodarczą. Ponad połowa Igreków wykorzystuje do tego własny kapitał, co czwarty korzysta z kredytu bankowego, a co trzeci – zapożycza się u znajomych lub rodziny. Miarą sukcesu jest dla nich finansowa niezależność i równowaga między pracą i życiem prywatnym. 

 Podstawową rzeczą, która motywuje millenialsów do zakładania własnych firm, jest osiąganie zysku i zarabianie pieniędzy. Na drugim miejscu jest uzyskanie niezależności – nie tylko finansowej, ale również na zasadzie „sam jestem sobie sterem i okrętem”, nie pracuję w korporacji, nie mam nad sobą szefa. Kolejny jest brak dostępnych miejsc pracy, brak etatu i konieczność szukania własnej drogi. Co ciekawe, jest też mały, 4-proc. udział tych millenialsów, którzy twierdzą, że zakładają własny biznes po to, żeby zmienić świat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Woźniak, wiceprezes zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego.

Millenialsi, czyli pokolenie urodzone w latach 1980–1994, bywają też nazywani pokoleniem Y, e-generacją czy pokoleniem Piotrusia Pana. To obecni 20- i 30-latkowie. Do 2025 roku będą stanowić już 75–80 proc. wszystkich pracowników na globalnym rynku pracy. Przyjęło się, że millenialsi są grupą, która ma wysokie poczucie własnej wartości i kompetencji zawodowych oraz równie wysokie oczekiwania wobec pracodawców. Nie uznają barier, nie przywiązują się do miejsca pracy i autorytetów, oczekują przede wszystkim możliwości rozwoju i elastyczności.

– Bardzo ważna jest dla nich stabilność finansowa własna i całego ich otoczenia i rodziny. Bardzo wysoki odsetek millenialsów deklaruje też, że istotny jest dla nich work-life balance, czyli równowaga pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym. To cecha, która bardzo mocno odróżnia ich od wcześniejszego pokolenia X – mówi Radosław Woźniak.

Igreki są też bardzo przedsiębiorcze – nie mają też problemu z przechodzeniem „na swoje”, czyli zakładaniem własnego biznesu. Badanie przeprowadzone w 2016 roku przez ARC Rynek i Opinia pokazało, że 75 proc. osób reprezentujących to pokolenie planuje otworzenie własnej firmy.

– Pomysł na własny biznes u millenialsów bierze się przede wszystkim z marzeń i idei. Chcą realizować marzenia, swoje cele i przy okazji prowadzić biznes. Tak deklaruje prawie połowa badanych. Część millenialsów twierdzi też, że zakładała swój biznes, kierując się głównie badaniami rynkowymi i wynikami analiz dotyczących nisz rynkowych – mówi Radosław Woźniak.

Z raportu „Millenialsi w MŚP. Pod lupą”, opracowanego przez EFL, wynika, że większość Igreków sfinansowała założenie firmy z własnych środków – tak wskazało 52 proc. badanych. Wśród najmłodszych przedstawicieli tego pokolenia (do 24 roku życia) ten odsetek był jeszcze wyższy i sięgnął 94 proc. Relatywnie często jako źródło finansowania wskazywano również pożyczkę z banku (41 proc.). Prawie co trzeci Igrek (29 proc.) zaciągnął w tym celu pożyczkę u rodziny lub znajomych, a tylko co dziesiąty skorzystał z dotacji z urzędu pracy lub rządowego dofinansowania na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Millenialsi zdecydowanie najrzadziej decydowali się na skorzystanie z finansowania społecznościowego oraz funduszy typu seed capital czy venture capital (mniej niż 1 proc. badanych).

Badanie EFL pokazało też, że Igreki chętniej sięgają po zewnętrzne źródła finansowania niż przedsiębiorcy z sektora MŚP ogółem, z których 80 proc. inwestuje w firmę z własnych środków. W pokoleniu Y przynajmniej o 10 pkt. proc. więcej przedsiębiorców sięgnęło po kredyt bankowy. Natomiast znajomość i korzystanie z leasingu są w obu grupach zbliżone.

Na korzyść millenialsów wypada za to stopień rozpoznania możliwości, jakie dają środki z programów UE. Otrzymało je ponad 16 proc. z nich, podczas gdy w MŚP ten odsetek jest dziesięciokrotnie niższy (1,6 proc.).

– Tym, co zaskoczyło mnie w tym badaniu, jest wynik pokazujący, że najmłodsi przedstawiciele millenialsów wykazują zdecydowanie mniejsze zaufanie do reklam. Wyraźnie nie chcą kierować się reklamą jako taką, bardziej biorą pod uwagę rekomendacje bądź prowadzą własne poszukiwania – mówi wiceprezes zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego.

Nieruchomości i obligacje korporacyjne mogą być czarnym koniem inwestycji w 2018 roku

Nieruchomości i obligacje korporacyjne mogą być czarnym koniem inwestycji w 2018 roku 5

Fundusze akcji rynków wschodzących dały zarobić najwięcej w 2017 roku. Polacy jednak wciąż najchętniej lokują pieniądze w bezpiecznych funduszach gotówkowych i pieniężnych. W tym roku – według firmy doradczej Great Private Equity – korzystne stopy zwrotu mają szanse przynieść inwestycje w obligacje korporacyjne oraz nieruchomości.

 Trudno przewidzieć, który segment rynku będzie działał najlepiej. My jako firma postawiliśmy na dwa typy inwestycji dla naszych klientów. Pierwszy to ciągle niedoceniane obligacje korporacyjne. W Polsce ten rynek dopiero się rozwija się, ponieważ osiąga niecałe 2 proc. polskiego PKB. Dla przykładu rynek Holandii to 140 proc. PKB – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Włodarczyk, prezes zarządu Great Private Equity. – W Wielkiej Brytanii, która króluje wartościowo w pozyskaniu kapitału, inwestycje w zakresie obligacji to 80 proc. PKB. To jest ogromna wartość tego rynku.

W 2017 roku fundusze obligacji korporacyjnych dały średnio zarobić w przypadku polskich firm 2,7 proc., a w przypadku globalnych – 3,3 proc. To niewiele w porównaniu np. z funduszami akcji rynków wschodzących: Azja bez Japonii przyniosła średnio 23,3 proc. zysku, globalne rynki wschodzące 14,7 proc., a akcje polskie – 13,8 proc. Jednocześnie jednak są to inwestycje o znacznie wyższym stopniu ryzyka, choć także przy wyborze funduszy czy konkretnych firm, których obligacje zamierza się kupić, wymagana jest ostrożność.

– Jest masa firm, które wypuszczają tego typu papiery dłużne, czyli pożyczają pieniądze od swoich obligatariuszy, natomiast dość często nie mają ku temu podstaw biznesowych. To łatwo pożyczony pieniądz, który później klient może niestety stracić – mówi Paweł Włodarczyk. – Jest dość duże zróżnicowanie rynku, jeżeli chodzi o tego typu papiery. Trzeba z niego wyłuskać te najlepsze.

Tylko w 2017 r. na giełdowym rynku Catalyst, na którym sprzedawane i kupowane są obligacje firm, spółdzielni i samorządów wartość emisji papierów korporacyjnych wyniosła ponad 76 mld zł (rok wcześniej było to 68,8 mld zł), a liczba serii wzrosła do 416 z 385 w 2016 roku. Spadła co prawda liczba emitentów: z 133 do 121. Paweł Włodarczyk zaznacza, że Great Private Equity nie sprzedaje inwestorom pakietów obligacji, a typuje konkretne spółki po przeprowadzeniu analizy rynku, na którym spółka działa, oraz jej możliwości i pomysłu biznesowego, na który chce pozyskać pieniądze od obligatariuszy.

– Przede wszystkim mówimy tutaj o obligacjach zabezpieczonych. Należy pamiętać, żeby wyszukiwać te, które są zabezpieczone, ale nie wekslem prezesa, a nieruchomościami lub ruchomościami spółki. To pokazuje, czy szefowie firmy wierzą w ten biznes, czyli czy są w stanie zastawić swój własny, prywatny majątek, gdyby to przedsięwzięcie nie wyszło – mówi Paweł Włodarczyk.

Właśnie nieruchomości to drugi segment rynku, w którym Great Private Equity upatruje szans na zyski w 2018 roku. Chodzi tu zarówno o inwestowanie w fundusze nieruchomości, jak i bezpośrednio w fizyczny zakup mieszkania np. na wynajem. Przy niskim poziomie stóp procentowych i oprocentowaniu lokat niewystarczającym nawet na wyrównanie inflacji Polacy coraz chętniej inwestują nadwyżki pieniędzy w zakup lokalu. W ubiegłym roku za gotówkę tylko w siedmiu największych miastach Polski kupiono ok. 50 tys. mieszkań.

Nieruchomości to inwestycja długoterminowa, natomiast w przypadku obligacji mówimy o roku czy dwóch latach – tłumaczy prezes Great Private Equity. – Dzisiaj na rynku obligacji oprocentowanie, jakie jest płacone klientowi, jest od 3-4 proc. do nawet kilkunastu procent. Te kilkunastoprocentowe omijałbym z jednego powodu – jeżeli ktoś jest mi w stanie dzisiaj zapłacić odsetki 18-20 proc., to ja nie chcę mieć do czynienia z aż tak wysokimi odsetkami, bo dzisiaj pozyskanie pieniądza aż tyle nie kosztuje. Rzeczywista, realna wartość odsetek wypłaconych klientowi od obligacji to między 5 a 8 proc.

Polskie auto elektryczne coraz bliżej. Do małoseryjnej produkcji trafi w 2019 roku

Polskie auto elektryczne coraz bliżej. Do małoseryjnej produkcji trafi w 2019 roku 6

W ciągu najbliższych miesięcy eksperci motoryzacyjni wybiorą partnera do budowy pierwszego polskiego e-samochodu. Za realizację projektu odpowiada ElectroMobility Poland. Auto trafi do małoseryjnej produkcji w 2019 r.

Pod koniec ubiegłego roku spółka rozstrzygnęła konkurs na wizualizację nadwozia, w którym wyłoniła projekty o najciekawszym designie. W listopadzie rozpoczęło się postępowanie skierowane do producentów pojazdów i komponentów samochodowych.

– Komisja ma za zadanie wytypować samochód, który byłby polską wizytówką. W tej chwili waży się, czy powinien on być duży czy mały, tani czy drogi. Dylematy wiążą się nie tylko z trudnościami technicznymi, lecz także ze sprawami finansowymi. Podoba mi się młoda generacja konstruktorów, ludzi chętnych do stworzenia polskiego samochodu, oni podchodzą do tego z wielkim zapałem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbysław Szwaj, konstruktor i członek komisji oceniającej w postępowaniu „Polski Samochód Elektryczny”.

Całe postępowanie będzie się składać z kilku etapów, w trakcie których eksperci dokładnie zweryfikują nie tylko wszystkie projekty, lecz także kompetencje zespołów, które je zgłosiły. Spółka chce, aby za kilkanaście miesięcy były już gotowe pierwsze prototypy funkcjonalne – czyli takie, które nie są jeszcze gotowe do wdrożenia do produkcji, ale pokażą już, jak będzie wyglądało e-auto, jakie będzie miało funkcje i czym będzie mogło przekonać do siebie polskich konsumentów.

– Oczekujemy od projektów przede wszystkim innowacyjności, ponieważ wchodzenie w bezpośrednią konkurencję z firmami samochodowymi, które od wielu lat zajmują się elektromobilnością, nie będzie proste. Musimy znaleźć sobie niszę, która odpowiada naszym użytkownikom i realnie ją zagospodarować – mówi zasiadający w komisji Wojciech Sierpowski, który od 1992 roku jest także członkiem jury Car of the Year.

Zainteresowanie współpracą z EMP jest bardzo duże. Zgłosiło się siedemnaście konsorcjów, na które składa się blisko dwieście podmiotów. Jak zapewnia Piotr Zaremba, dyrektor zarządzający ElectroMobility Poland, firmy te mają bardzo różne kompetencje, które wzajemnie się uzupełniają. Oceniamy koncepcję biznesową i techniczną złożonych projektów. Szukamy też ludzi, którzy mogliby te projekty dalej realizować.

Bartosz Mielecki z Polskiej Grupy Motoryzacyjnej ocenia, że projekt polskiego elektryka jest inicjatywą, która przyciągnie młodych, ambitnych konstruktorów czy inżynierów, którzy mają już doświadczenie w pracy dla dużych, zagranicznych koncernów. Teraz będą mogli je wykorzystać na polskim rynku.

– Wokół PGM zbudowaliśmy sojusz, grupę polskich firm, które zdecydowały się wesprzeć ten projekt. Chcemy, żeby powstała wspólna wartościowa marka, która będzie integrowała zakłady produkcyjne, użytkowników samochodów i państwo. Traktowanie tego jako wspólny projekt i wspólne przedsięwzięcie może być z korzyścią zarówno dla polskiej gospodarki, jak i dla konsumentów – mówi Bartosz Mielecki.

Wśród projektów, które trafiły do EMP, znalazła się między innymi nowa wersja legendarnej Syreny i elektryczny crossover z napędem na cztery koła. Jego twórca, Andrzej Lechowicz ze spółki Sancad, podkreśla, że to obecnie szybko rosnący segment rynku motoryzacyjnego.

– Crossover to najszybciej rozwijający się segment samochodów. Widzę, że na rynku jeszcze tego nie ma, ale wszyscy – Chińczycy, Europejczycy, Amerykanie – rozpoczęli już prace nad elektrycznymi crossoverami. Myślę, że to najlepsza droga, żeby dzisiaj zacząć ten projekt, a za kilka lat być na równi z dużymi koncernami.

Piotr Kiljańczyk z AK Motor, uczestnik postępowania „Polski Samochód Elektryczny” dodaje – uznaliśmy, że w inicjatywie ElectroMobility Poland warto zaistnieć i zdobyć w ten sposób udział w rodzącym się rynku elektromobilności. Nasz pojazd ma cechy – zarówno techniczne, jak i użytkowe – dzięki którym może zaistnieć na rynku i być ciekawą alternatywą do dostępnych obecnie samochodów masowych. Nasze konsorcjum odpowiada za stworzenie prototypu oraz wdrożenie na rynek nowego wcielenia samochodu Syrena. Mamy nadzieję, że – tak jak pierwsza Syrena obudziła w Polakach mobilność – tak syrena elektryczna będzie w stanie pobudzić w Polakach elektromobilność.

Przełomowy wyrok w obronie przedsiębiorcy – lawinowe wnioski o wznowienie postępowania stwierdzenia nieważności decyzji

Odmowa możliwości dokonania odliczenia kosztów przy jednoczesnym nakazie zapłaty VAT od faktur sprzedażowych – to kolejna decyzja fiskusa, która narażając firmę na milionowe straty, mogła doprowadzić do jej upadłości. Naczelny Sąd Administracyjny powiedział jednak „dość” takiemu postępowaniu organów podatkowych. Jego wyrok to wyraźny sprzeciw wobec urzędniczego bezprawia.

Wszystko zaczęło się w 2009 r., gdy dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej w W. wszczął postępowanie kontrolne wobec jednej z największych firm w kraju, zajmującej się dystrybucją sprzętu elektronicznego. Postępowanie miało zbadać rzetelność deklarowanych podstaw opodatkowania oraz obliczania i wpłacania podatku VAT za 2008 r. Urzędnicy przeprowadzili kontrolę dopiero w kwietniu 2013 r., stwierdzając nieprawidłowości w rozliczeniu VAT. Na podstawie art. 88 ust. 3a pkt 4 lit. a ustawy o podatku od towarów i usług organ podatkowy odmówił firmie możliwości odliczenia podatku naliczonego od faktur zakupowych, podnosząc, że transakcje, które dokumentują, nigdy nie zostały dokonane.

Odsprzedaż licencji

Fiskus podważył prawdziwość czynności dokonanych przez firmę, która była jednym z pośredników w procesie realizacji zamówienia publicznego na dostawę oprogramowania edukacyjnego dla szkół. Chodziło o przetarg na kursy językowe ogłoszony przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Wspomniana firma najpierw dokonała zakupu praw licencyjnych do oprogramowania, a następnie je odsprzedała. Dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej podniósł, że zarówno faktury zakupowe, jak i sprzedażowe nie dokumentują rzeczywistych czynności. Wydał więc decyzję stwierdzającą nieprawidłowość polegającą na zawyżeniu podatku naliczonego obniżającego podatek należny o kwotę 6 351 685,57 zł oraz zawyżeniu podatku należnego o 7 858 547,00 zł. Tym samym, odmawiając prawa do odliczenia kosztu zakupu, nakazał firmie zapłatę podatku od faktur sprzedażowych.

Czynności nie było, ale płacić trzeba

Posądzona o próbę wyłudzenia firma w listopadzie 2014 r. złożyła na decyzję organu skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który blisko rok później podtrzymał decyzję skarbówki (III SA/Wa 3663/14). Choć sąd potwierdził wątpliwości organu co do prawdziwości i zasadności dokonania czynności zakupu licencji, to jednak na podstawie art. 108 ustawy o podatku od towarów i usług poparł żądanie izby skarbowej o zapłatę należnego VAT z tytułu jej odsprzedaży.

Fiskus wszechwiedzący

Mimo przegranej w kolejnej instancji firma nie złożyła broni. Zwłaszcza że jednym z argumentów zawartych w uzasadnieniu wyroku WSA było, że „zdaniem organu odwoławczego, ograniczona wiedza organu kontroli skarbowej w zakresie prawa autorskiego, prawa zamówień publicznych, prawa bankowego i realiów funkcjonowania podmiotów gospodarczych w branży IT, wbrew stanowisku Skarżącej nie może stanowić przeszkody w prawidłowo dokonanej ocenie wykonania warunków wynikających z umów łączących strony oraz podatkowych skutków wynikających z takiej oceny”.

W lutym 2016 r. firma złożyła do Naczelnego Sądu Administracyjnego skargę kasacyjną. 18 grudnia ub.r. NSA uchylił zaskarżony wyrok, jednocześnie zwracając sprawę Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu w Warszawie do ponownego rozpatrzenia. Zasądził też od organu podatkowego na rzecz skarżącej firmy zwrot 46 276 złotych z tytułu kosztów postępowania kasacyjnego (I FSK 352/16).

W uzasadnieniu uchylenia wyroku znalazł się zarzut, że organy podatkowe nie dokonały właściwej oceny spornych czynności. Zabrakło im bowiem spojrzenia na nie z ekonomicznego punktu widzenia. Sam sąd kasacyjny dostrzegł w nich uzasadnione celem gospodarczym działanie.

Koniec z orzekaniem na podstawie podejrzenia

Zanim skarbówka uznała działania firmy za nierzeczywiste i stanowiące nadużycie w zakresie VAT, powinna była określić, jaki jest charakter nadużycia i jakie dokładnie negatywne skutki miało ono dla Skarbu Państwa. Dopiero potem mogła przedsiębiorców karać czy też odbierać przysługujące im z mocy prawa uprawnienie do odliczenia VAT.

Wyrok NSA wydaje się przełomowy. Dotąd w sporach z fiskusem przedsiębiorca był karany tylko na podstawie samego już uznania przez organy skarbowe, że dopuścił się nadużycia lub brał udział w zdarzeniu stanowiącym nadużycie VAT. Wyrok sądu kasacyjnego z 18 grudnia 2017 r. rzuca całkiem nowe światło na szanse przedsiębiorców w walce z urzędniczym bezprawiem.

Sądy widzą patologię

Przywołany wyrok nie jest pierwszym przejawem sprzeciwu wobec abstrakcyjnego karania przedsiębiorców przez organy podatkowe. Rok wcześniej, w grudniu 2016 r., WSA w Białymstoku orzekł, że zgodnie z art. 122 i art. 187 § 1 Ordynacji podatkowej to na organach spoczywa obowiązek zebrania materiału dowodowego i podjęcia wszelkich działań w celu wyjaśnienia i załatwienia sprawy (I SA/Bk 600/16). W tym samym orzeczeniu WSA wyraził swoją irytację podejściem organów skarbowych do przedsiębiorców: „Poszerzenie prowadzonej działalności o nową ofertę jest prawem podmiotu prowadzącego działalność gospodarczą i wynika z biznesowych decyzji i kalkulacji, zmierzających do osiągania zysków. Nie zawsze musi to oznaczać, że podmiot gospodarczy poszerzający swoją działalność o nowy przedmiot, czyni to w celu wyłudzeń podatkowych”.

Fundamentalne prawo podatnika

Niemal identyczne sprawy, których przedmiot dotyczył zakupu i sprzedaży praw licencyjnych w procesie realizacji przetargu na dostawę oprogramowania edukacyjnego dla Ministerstwa Edukacji Narodowej, były już rozpatrywane przez WSA w Poznaniu (I SA/Po 1107/15) oraz NSA (I FSK 1658/15). Również w tych przypadkach organy podatkowe niejako z urzędu orzekały na niekorzyść podatnika. Dopiero skargi wniesione przez przedsiębiorców do sądów powodowały uchylanie zaskarżonych decyzji.

Jak widać, nadużycia urzędnicze to dla fiskusa standard. Wszelkie niezrozumiałe czy niejasne dla organów skarbowych działania przedsiębiorców są traktowane jako nadużycie podatkowe. Przywołane orzeczenia sądów pokazują jednak, że przed taką samowolą można, a nawet trzeba się bronić. Skuteczna okazuje się wówczas pomoc kancelarii prawnopodatkowych specjalizujących się w zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi, takimi właśnie jak przypadki bezprawia urzędniczego – szczególnie ze strony organów podatkowych.

Na koniec warto jeszcze raz przywołać wspomniany wyżej wyrok WSA w Białymstoku, który przypomina to, o czym najczęściej zapominają organy skarbowe: „prawo do odliczenia podatku naliczonego jest fundamentalnym prawem podatnika”.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Jak rynek SEO/pozycjonowania zmienia się w rynek PR

Ostatnie lata przyniosły znaczne zmiany na rynku pozycjonowania stron w wyszukiwarkach internetowych. Zmieniające się algorytmy Google wymusiły opracowanie zupełnie nowego podejścia do tego tematu. Nie wystarczy już upakowanie jak największej ilości słów i fraz kluczowych w tekście, zaczął liczyć się content i pozytywne doświadczenia internautów. Czy to oznacza koniec SEO?

Algorytm RankBrain – liczy się doświadczenie użytkownika

Proste algorytmy, które określały pozycję strony w wynikach wyszukiwania jedynie na podstawie ilości fraz kluczowych, już dawno przeszły do historii. Obecnie Google stawia na wartościową treść i jej dobry odbiór przez użytkowników. Samouczący się algorytm RankBrain, wedle wszelkich przewidywań, w roku 2018 stanie się najważniejszym czynnikiem w pozycjonowaniu.

RankBrain uczy się, które strony najczęściej odwiedzają internauci, jak długo na nich pozostają i jakie linki klikają. Na tej podstawie szereguje strony w wynikach wyszukiwania. W praktyce oznacza to więc, że strony, na których użytkownicy pozostają dłużej są lepiej indeksowane.

Tym, co skłania internautów do pozostania na stronie, jest oczywiście treść – wartościowa, interesująca i pomocna, ale także przedstawiona w czytelny sposób. Sprawia to, że najistotniejszą kwestią dla dobrego wypozycjonowania strony stał się odpowiedni content.

Content marketing kluczem do sukcesu

Ponieważ wyszukiwarki lepiej pozycjonują strony, na których użytkownicy zatrzymują się dłużej, kluczowe stało się tworzenie treści merytorycznych, wartościowych dla użytkowników, czyli tzw. content marketing. Zadaniem content marketingowych tekstów jest przyciągnięcie uwagi czytelnika, zainteresowanie go tematem i nienachalne przedstawienie oferty. Liczy się więc przede wszystkim jakość i budowanie pozytywnej opinii o firmie, co tradycyjnie było rolą PR.

Aby czytelnik zatrzymał się na naszej stronie dłużej, musi najpierw na nią trafić. Istotne jest więc tworzenie takich tekstów, które odpowiadaj na wpisywane przez internautów zapytania – frazy kluczowe. Wzrost znaczenia content marketingu nie oznacza zatem, że frazy kluczowe przestały mieć znaczenie, a jedynie, że lepsze wyniki daje logiczna, uporządkowana treść, a nie chaotycznie sklejone zdania ze słowami kluczowymi upakowanymi na siłę. Metodą na osiągnięcie sukcesu wcale nie jest więc porzucenie SEO, a połączenie go z content marketingiem – jest to zadanie SEO PR.

SEO PR – marketing przyszłości

SEO PR łączy optymalizację strony pod wyszukiwarki z działaniami Public Relation, dotyczy więc działań wizerunkowych w wyszukiwarkach. W uproszczeniu oznacza to tworzenie takich materiałów PR, które nasycone są frazami kluczowymi. Działania SEO PR skupiają się również na pozycjonowaniu pozytywnych opinii na temat firmy, recenzji produktów i usług czy innych treści dobrze wpływających na wizerunek marki. Skuteczne działania w tym zakresie polegają między innymi na tworzeniu artykułów eksperckich, komentarzy w pismach branżowych, prowadzeniu bloga firmowego i biura prasowego czy aktywności w mediach społecznościowych.

Wszystkie teksty, poza swoją wartością merytoryczną, budującą zainteresowanie konsumentów, powinny zawierać frazy kluczowe, na które się pozycjonujemy. Zazwyczaj jest to nazwa firmy z dodatkowymi słowami, jak opinie, klienci, praca czy nazwa produktu. Teksty te pozwalają internautom na dotarcie do informacji na temat firmy i jej oferty oraz tego, co myślą o niej inni klienci. Dzięki temu buduje się zaufanie do marki, a także zwiększa linkowanie do naszej strony, które bardzo pozytywnie wpływa na pozycję w wyszukiwarce.

Rynek SEO uległ znacznym zmianom na przestrzeni ostatnich lat. Nie oznacza to jednak, że całkowicie zmienił się w rynek PR. Dobry content stał się niezbędnym elementem marketingu internetowego i faktem jest, że obecnie liczy się przede wszystkim wartościowa treść. Jednak nie wystarcza ona do osiągnięcia sukcesu.

Algorytmy wyszukiwarek nadal potrzebują słów kluczowych do pozycjonowania, zmienił się jedynie sposób ich użycia w tekście. Obecnie treść musi być nie tylko merytoryczna i interesująca dla czytelnika, musi również zawierać naturalnie wplecione frazy kluczowe i linki, dzięki którym internauta znajdzie nas w sieci. Zamiast zmiany SEO w PR, nastąpiło więc ich trwałe połączenie, które, wedle wszelkich przewidywań, będzie się w najbliższych latach nasilać.

Autor: Krzysztof Kłosiński, Redaktor portalu HRownia.pl, PR Specialist w Conture

Korekta czy jednak początek końca hossy

Stabilizacja sytuacji po ubiegłotygodniowej fali spadków na giełdach. Ta sytuacja jednak pozostanie w głowach inwestorów i w efekcie bardziej selektywnie będą wybierać swoje aktywa do inwestycji. Zyskują bezpieczne przystanie a więc i frank szwajcarski. Złotówka traci niejako z przymusu ale skala wyprzedaży nie jest duża. Dolar przed ważnym tygodniem, odczyty inflacyjne w centrum uwagi. Funt liderem zmienności po komunikacie z Banku Anglii a na tym nie koniec bo w tym tygodniu inflacja. Warto obserwować sytuację na obligacjach, nadmierny wzrost rentowności może popsuć klimat na rynkach akcji.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 13.12.2017-12.02.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,1317 3,5210 3,3136 4,6523
Maksimum 4,1970 3,6550 3,5161 4,7700

EUR/PLN

euro 12.02W ostatnich dniach katalizatorem zmian na rynkach pozostaje rynek akcyjny. Spora przecena, która zawitała na Wall Street popsuła nieco klimat na rynkach. Początkowo nawet krajowa waluta trzymała się dość silnie jednak z czasem uległa presji rynku. Chodzi o apetyt na ryzyko, który nagle załamał co w efekcie powoduje odwrót od rynków wschodzących. Na EUR/PLN doszło do przełamania oporu w postaci linii trendu spadkowego. Kurs dotarł nawet w okolice 4,20 jednak test tego kolejnego oporu się nie powiódł. W połączeniu tego faktu z nieco ustabilizowaniem się rynków akcyjnych doszło do powrotu poniżej granicy 4,18. Większemu odreagowaniu niesłuży też rosnący w siłę dolar na szerokim rynku. Amerykańska waluta często w sytuacji napięć rynkowych służy oprócz jena japońskiego czy franka szwajcarskiego jako bezpieczna przystań. Co może się wydarzyć w dalszej części tygodnia trudno wyrokować. Nadal nie znamy odpowiedzi na pytanie czy tak spore spadki na giełdach to początek końca hossy czy tylko krótkoterminowa korekta. Jedno jest pewne po takiej panice, która miała miejsce w ubiegłym tygodniu nerwowość na rynkach pozostanie. I na pewno bardziej selektywnie inwestorzy będą dobierać swoje aktywa. Trzeba jednak wspomnieć też o tym, że wcale aż takiej silnej wyprzedaży na aktywach rynków wschodzących nie było widać. Co może sugerować, że inwestorzy widzą wyniki gospodarek tych krajów, które są znacznie lepsze od krajów rozwiniętych. Fundamentalnie więc waluty tych krajów mogą się bronić skutecznie. Na obecną chwilę wsparciem będzie pokonana linia trendu spadkowego czyli mniej więcej poziom 4,17. Oporem będzie psychologiczna wartość 4,20.

CHF/PLN

frank 12.02Jeśli na rynkach króluje niepewność to zyskują waluty uznawane za bezpieczne. Idealnie aktualną sytuację obrazuje wykres CHF/PLN. Frank podrożał w relacji do złotego o ponad 12 groszy. Dzisiaj mamy do czynienia z lekkim odreagowaniem ale sytuacja nadal nie wróciła do normy. Strach inwestorów nadal pozostaje dość duży i wystarczy teraz mały punkt zapalny by wywołać lawinę. Warto w tym kontekście wspomnieć o zachowaniu rynków obligacji. Ich rentowność szybuje do góry. A trzeba przyznać, że wycofywanie się Fed-u z QE wcale w tym kontekście nie pomaga. Finansowanie transakcji staje się tym samym trudniejsze a widmo straty większe. Do tego rosnąca rentowność obligacji działa niekorzystnie na giełdy, stąd możemy oczekiwać jeszcze co najmniej jednego tąpnięcia na rynku akcyjnym. Co za tym idzie o powrót na ostatnie minima na CHF/PLN będzie ciężki.

USD/PLN

dolar 12.02Jak już pisaliśmy powyżej, beneficjentem nerwowej sytuacji na rynkach światowych bez wątpienia jest dolar amerykański. Gwałtowny spadek na giełdzie amerykańskim szybko przerzucił się na inne parkiety. Tym bardziej, że stało się to w sytuacji gdy kreślono to coraz nowsze szczyty a nikt nie brał pod uwagę pojęcia spadków. EUR/USD po wybuchu paniki szybko podążył na południe i jest blisko 1,22. USD/PLN tym samym szybko zyskał ponad 10 groszy i jest powyżej 3,40. Ten tydzień na pewno wiele powie o kondycji dolara. Kluczowe będą wskazania inflacji. Mimo, że wzrost cen znajduje się poniżej celu Fed to amerykańskie władze monetarne w obliczu świetnej kondycji gospodarki utrzymują proces kontynuowania podwyżek stóp procentowych. Jeśli dane pozytywnie zaskoczą to USD/PLN może się znaleźć powyżej 3,50. Do tego trzeba dodać, że mogą być spore trudności z odreagowaniem na głównej parze w obliczu potencjalnych ryzyk politycznych. Do 2 marca trwa głosowanie w SPD czy przystąpić do koalicji z partią Merkel. 4 marca odbędą się wybory we Włoszech. W efekcie odreagowanie na USD/PLN i powrót w okolice minimum może się okazać zbyt trudne.

GBP/PLN

funt 12.02Funt przyzwyczaił nas do tego, że jest jednym z liderów zmienności. I poprzedni tydzień zdecydowanie to potwierdził. Najpierw doszło do sporego zaskoczenia ze strony Banku Anglii. Owszem główne parametry zostały utrzymane w polityce monetarnej ale komunikat po posiedzeniu zdecydowanie miał wydźwięk jastrzębi. Wcześniej nikt z inwestorów nie zakładał, że BoE zdecyduje się zakomunikować podwyżki stóp w tym roku. Efekt był taki, że brytyjska waluta była liderem wzrostów walut G-10. Załamanie na giełdach i pogorszenie sentymentu wywołało jednak ucieczkę od funta. A to dlatego, że brytyjska w efekcie trwających reperkusji brexitowych nie jest uznawana za waluta bezpieczna. GBP/PLN zyskał więc szybko 10 groszy po czym jeszcze szybciej stracił ponad połowę wcześniejszych wzrostów. A ten tydzień nie powinien być gorszy jeśli chodzi o zmienność. Poznamy dane o inflacji z Wielkiej Brytanii jeśli odczyty pokażą wynik co najmniej 3% możemy oczekiwać kolejnych wzrostów na funcie. Oporem i wsparciem będą ograniczenia wyrysowanego kanału.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Ofiary Brexitu

Ci, którzy głosowali za Brexitem, mogą czuć się oszukani. Zamiast oszczędności na unijnych składkach, lepszej ochrony zdrowia czy braku konkurencji ze strony obywateli UE na rynku pracy, wyłania się groźba masowych zwolnień i pogorszenia kondycji gospodarczej – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Gorąca dyskusja o skutkach Brexitu odżyła w Wielkiej Brytanii po doniesieniach o tajnym raporcie rządu nt. skutków opuszczenia Wspólnoty. Według doniesień medialnych raport zawiera informacje, że PKB może spaść nawet o 8 proc. w porównaniu do scenariusza pozostania Zjednoczonego Królestwa w UE. Najciekawszy jest jednak fakt, że najdotkliwsze straty mogą ponieść regiony, w których poparcie dla Brexitu było największe.

Atmosfera tajemnicy

Pierwszy o tajnym raporcie dotyczącym Brexitu poinformował BuzzFeed. Później dziennikarskie śledztwo na temat skutków wyjścia z UE zaczął prowadzić m.in. „Financial Times” i poinformował, że parlamentarzyści, którzy mają dostęp do opracowania, są pod ścisłym nadzorem podczas zapoznawania się z jego treścią.

Informacje przygotowane przez współpracujących z rządem ekonomistów są według obecnej administracji na tyle wrażliwe, że nie powinny wpaść w ręce partnerów, z którymi prowadzone są negocjacje. Ogólne dane z raportu jednak nie zaskakują i pokrywają się z wcześniejszymi analizami.

Ubytek w PKB w najbliższych 15 latach związany z Brexitem będzie wynosił od 2-8 proc. w porównaniu do scenariusza pozostania w Unii. W zależności od bliskości przyszłych relacji z UE Wielka Brytania będzie musiała dodatkowo pożyczyć od 20 do 80 miliardów funtów więcej w badanym okresie – według relacji parlamentarzystów pytanych przez „FT”. Najważniejszy jest jednak inny fakt. Znaczne straty poniosą przede wszystkim te regiony, w których dominowały głosy za opuszczeniem Wspólnoty. I akurat te informacje są dostępne publicznie.

Głosowałeś za Brexitem – stracisz najwięcej

Częścią niejawnego raportu rządu jest dostępna w internecie publikacja naukowców University of Sussex, w której Michael Gasiorek, Ilona Serwicka oraz Alasdair Smith oceniają poszczególne scenariusze Brexitu i ich wpływ brytyjski przemysł.

W zdecydowanej większości przypadków Brexit wpłynie na podniesienie cen, zmniejszy wymianę handlową oraz zatrudnienie. W przypadku „twardego” Brexitu koszty transportu mogą wzrosnąć o 9,8 proc., a odzieży 6,1 proc. Z kolei eksport przetworzonej żywności może zmniejszyć się nawet o 38 proc., a wyrobów farmaceutycznych o ponad 20 proc., gdyby stosunki Wielkiej Brytanii z Unią opierały się o zasady Światowej Organizacji Handlu (WTO).

Mniejsza aktywność gospodarcza przemysłowych regionów związana z utrudnieniami regulacyjnymi i handlowymi wpływa także na utratę miejsc pracy. Procentowo najwięcej etatów może zniknąć w okręgu wyborczym Copeland – powyżej 10 proc. osób aktywnych zawodowo. Wyraźne zmniejszenie zatrudnienia ma być także obserwowane w środkowej Anglii, jak wynika z opracowania „Which Manufacturing Sectors are most Vulnerable to Brexit” przygotowanego przez University of Sussex.

Prawdziwym paradoksem może być jednak fakt, że akurat te regiony głosowały za Brexitem. W okręgu wyborczym Copeland za opuszczeniem UE opowiedziało się 64 proc. wyborców. Poważnie ma także ucierpieć West Midlands (należy do niego między innymi miasto Birmingham), gdzie przeciwko Wspólnocie zagłosowało 59,3 proc. Poza utratą miejsc pracy, według informacji „FT”, PKB tego hrabstwa może być niższe nawet o 16 proc. w porównaniu do opcji pozostania wewnątrz Unii.

Waluty zareagowały na spadki globalnych indeksów akcji

Tematem, który w minionym tygodniu dominował na rynkach finansowych była kwestia zmienności na rynku akcji. Po miesiącach systematycznych i nieprzerwanych wzrostów, akcje skierowały się na południe.

Mimo wyprzedaży, należy zauważyć, że po zeszłotygodniowej wyprzedaży indeksy nadal znajdują się powyżej poziomów notowanych jeszcze trzy miesiące temu. Rynki walutowe początkowo nie cierpiały z powodu zamieszania na rynku akcji. Jednakże, w dalszej części tygodnia zaczęły zachowywać się bardziej typowo – mieliśmy do czynienia z klasycznym odwrotem od ryzyka, co wzmocniło dolara amerykańskiego w relacji do wszystkich walut G10 z wyjątkiem – uznawanego za inną bezpieczną przystań – jena japońskiego.

W tym tygodniu kluczowymi danymi, których oczekujemy będą odczyty inflacji ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. W naszej opinii rynek powinien silnie reagować na wyższy od oczekiwanego wzrost dynamiki cen w USA (oczywiście jeśli publikacja zaskoczy konsensus). W konsekwencji takiego obrotu spraw rentowności amerykańskich obligacji powinny pójść w górę, tym samym wzmacniając amerykańską walutę w relacji do wszystkich głównych walut. Utrzymująca się zmienność na rynkach akcji również powinna sprzyjać dolarowi amerykańskiemu. Jeśli faktycznie miałaby trwać, menedżerowie ds. ryzyka na całym świecie powinni wycofywać się z najpopularniejszych na rynku zakładów ostatnich tygodni, w tym – długich pozycji na euro, których wartość osiągnęła ogromne rozmiary.

PLN

Jak wspomnieliśmy, rynek walutowy ostatecznie zareagował na zmiany na rynku akcji, w związku z czym pod presją znalazły się waluty EM, takie jak polski złoty. Złotemu nie sprzyjała również, związana z tym zmiana układu sił na głównych parach i silne spadki na EUR/USD. Polska waluta najmocniej traciła w parze z dolarem amerykańskim, funtem brytyjskim i frankiem szwajcarskim.

W kontekście minionego tygodnia warto wspomnieć o decyzji Rady Polityki Pieniężnej. Zgodnie z oczekiwaniami, RPP podczas spotkania w lutym utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Ramię decyzyjne banku centralnego twardo stoi przy swoim, w związku z czym banki i ośrodki analityczne, a przede wszystkim inwestorzy, zaczynają odsuwać w czasie oczekiwania względem podwyżek stóp procentowych, co w naszej opinii w krótkim terminie powinno ograniczać potencjał umocnienia polskiej waluty. Biorąc pod uwagę dane bieżące oraz oczekiwania względem przyszłych odczytów stawiamy, że pierwsza podwyżka stóp procentowych w Polsce nie powinna nadejść przed rozpoczęciem 2019 r.

Z perspektywy Polski w tym tygodniu najważniejszymi odczytami będą: wzrost dynamiki PKB w IV kwartale ubiegłego roku, który poznamy w środę oraz czwartkowe dane o inflacji w styczniu. Zgodnie z oczekiwaniami konsensusu wzrost gospodarczy Polski w IV kwartale powinien osiągnąć dynamikę rzędu 5,2% w ujęciu rocznym, naszym zdaniem ostateczny odczyt powinien być nieco wyższy. Oprócz tego w piątek poznamy dane o dynamice wynagrodzeń oraz zatrudnieniu w Polsce. Polska waluta powinna jednak reagować przede wszystkim na zmiany sentymentu na szerokim rynku oraz publikowane dane z USA.

GBP

W następstwie spotkania Banku Anglii w czwartek, funt brytyjski poddany był silnemu wzrostowi zmienności. Komitet decyzyjny zasugerował, że stopy procentowe powinny wzrosnąć wcześniej, niż zakładały rynki, naszym zdaniem kolejna podwyżka nastąpi już w maju. Funt brytyjski umocnił się po informacji, po czym doznał jednak pewnego osłabienia związanego z płynącymi z UE ostrzeżeniami dotyczącymi negocjacji ws. Brexitu i wyprzedażą na rynkach finansowych.

Biorąc pod uwagę zmianę retoryki Banku, publikacja danych inflacyjnych we wtorek powinna nabrać większego znaczenia. Odczyt pokazujący wysoką dynamikę cen powinien wspierać funta brytyjskiego, zwłaszcza w relacji do euro i złotego.

EUR

W minionym tygodniu, pozbawionym istotnych informacji z gospodarek strefy euro, wspólna waluta reagowała głównie na informacje zewnętrzne. Pomimo tego, iż początkowo euro trzymało się dosyć dobrze, wspólna waluta ostatecznie zareagowała na zmiany na rynkach i zakończyła tydzień osłabiając się o około 2% w relacji do dolara amerykańskiego. EUR nie wsparła nawet informacja o porozumieniu ws. utworzenia tzw. “Wielkiej koalicji” partii CDU/CSU i SPD w Niemczech.

Bieżący tydzień również nie będzie nadto obfity w informacje ze strefy euro, w związku z czym spodziewamy się, że wspólna waluta będzie reagować głównie na kwestie techniczne, takie jak pokrywanie długich pozycji na euro.

USD

Najbardziej oczywistą, bezpośrednią przyczyną globalnej wyprzedaży na rynku akcji była zmiana rynkowych oczekiwań względem kształtowania się stóp procentowych w przyszłości, co wywarło presję na krzywą rentowności w USA. Wyższa dynamika płac oraz pewne pozytywne zaskoczenie w kwestii inflacji sprawiło, że rynek zaczął zastanawiać się nad możliwością nawet czterech podwyżek stóp procentowych ze strony Rezerwy Federalnej w bieżącym roku. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na dane inflacyjne, które zostaną opublikowane w środę. Kontynuacja wzrostu dynamiki cen mogłaby przełożyć się na wzrost rentowności amerykańskich obligacji 10-letnich do poziomu 3%, co miałoby potencjał istotnego umocnienia dolara amerykańskiego.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Korekta na giełdach. Zmienność na rynku ropy

Po silnych spadkach ostatnich dni na giełdach mamy dzisiaj moment oddechu. Dane z Wielkiej Brytanii pociągnęły w dół notowania funta. Gwałtowny przyrost nowych odwiertów w USA ciągnie cenę ropy w dół.

Korekta na giełdach

Po niemal każdym silnym ruchu na rynkach następuje odbicie w przeciwną stronę. Takie korekty wynikają najczęściej z braku chętnych do kontynuowania ruchu i w końcu realizacja zysków powoduje krótkotrwałe odwrócenie trendu. Nie inaczej jest dzisiaj na rynkach. Zarówno polski parkiet jak i parkiety innych krajów zachodnich idą dzisiaj w górę. Takie ruchu nie są oczywiście wystarczające by odrobić całe spadki z ostatnich tygodni. Kolejne dni pokażą, czy ruch korekcyjny będzie trwał dalej czy powrócimy do spadków. Patrząc na waluty widać pewną sugestię. Dzisiaj inwestorzy w dalszym ciągu pomimo odbicia na giełdach nie rezygnują z kupowania franka szwajcarskiego. Oznacza to, że mogą spodziewać się wzrostu ryzyk an rynkach.

Słabsze dane z wysp

W piątek poznaliśmy bilans handlu zagranicznego oraz wyniki produkcji przemysłowej dla Wielkiej Brytanii. Deficyt wzrósł o ponad miliard funtów podczas gdy analitycy spodziewali się spadku. Dodatkowo produkcja przemysłowa w ciągu roku nie zmieniła się pomimo spodziewanych wzrostów. W rezultacie funt stracił około 1% na wartości. Tym samym po dobrych danych z przed kilku dni nie ma już śladu w wycenie brytyjskiej waluty.

Spadki na ropie

Ostatni tydzień był fatalny dla cen ropy naftowej. Wszyscy patrzyli na giełdy, a na czarnym złocie również mieliśmy znaczące spadki. W ciagu tygodnia ropa crude spadła z 70 dolarów za baryłkę do 63 dolarów. Dzisiaj od rana obserwujemy jednodolarowej odbicie. Co spowodowało tak duże spadki. Powodów było kilka. Po pierwsze cena 70 dolarów był dobrym sygnałem do realizacji zysków. Po drugie zaczęły rosnąć zapasy ropy w USA. Po trzecie i chyba najważniejsze na rynku pojawiają się nowe odwierty. Liczba wież wiertniczych w USA jest najwyższa od prawie 3 lat, kiedy to spadek cen ropy spowodował znaczne zmniejszenie inwestycji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kontrakty na Bitcoin już w TMS!

Dom Maklerski TMS Brokers wprowadził do swojej oferty kontrakt CFD oparty o notowania kontraktu terminowego na Bitcoin. Broker przygotował jedne z najlepszych warunków na rynku z maksymalną ekspozycją aż do 10 kontraktów, możliwością utrzymywania otwartych pozycji nawet przez 365 dni oraz zajmowania pozycji long i short. Dzięki temu klienci w pełni mogą wykorzystywać okazje inwestycyjne. Oferta dostępna jest na rachunkach TMS Trader, TMS Connect (w tym TMS Connect Premium).

Od teraz inwestorzy mają do dyspozycji atrakcyjne warunki handlu. Konkurencyjny spread i niska prowizja, wynosząca 0,08% to nie jedyne elementy oferty w TMS. Poza zajmowaniem pozycji long i short, broker umożliwia też utrzymywanie otwartych pozycji nawet przez 365 dni. Kwotowanie odbywa się natomiast w oparciu o notowania kontraktu terminowego na regulowanej amerykańskiej giełdzie Chicago Mercantile Exchange (CME).

Egzekucja zleceń, dokonywana jest w trybie market, dzięki czemu nie występują rekwotowania.
Przy tym instrumencie broker oferuje zmienny spread, który można w dowolnej chwili sprawdzić za pomocą dostępnego na stronie TMS narzędzia do analizy spreadów. Tak, jak w przypadku innych instrumentów, klienci będą mogli zobaczyć jak kształtował się on historycznie dla dowolnego 15-miuntowego wycinka czasu w podziale na sesję europejską, azjatycką i amerykańską.

W celu zwiększenia bezpieczeństwa kapitału zainwestowanego przez klientów, TMS Brokers ograniczył również poziom dźwigni do 2:1. Dodatkowo, broker zapewnia ochronę przed ujemnym saldem do kwoty 20 000 EUR.
Wszystkie transakcje odbywają się na platformie MT4, również w wersji mobilnej. Dzięki temu, klienci mogą handlować za pomocą swojego smartfona w dowolnym czasie i miejscu.

Sprawdź pozycje funduszy lewarowanych na Silver oraz EURUSD

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Sprawdź pozycje funduszy lewarowanych na Silver oraz EURUSD 7– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Sprawdź pozycje funduszy lewarowanych na Silver oraz EURUSD 8-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

EURUSD – spadek pozycji netto

W poprzednim tygodniu fundusze lewarowane zmniejszyły swoje zaangażowanie w euro, co było zgodne z poprzednim scenariuszem. Pomimo tego na rynku cały czas znajduje się spora przewaga długich pozycji nad krótkimi, co sprzyja dalszej deprecjacji euro względem dolara amerykańskiego.

Według ostatniego raportu Commitments of Traders kapitał lewarowany zamknął ponad 9 000 długich pozycji oraz otworzył 1 241 krótkich. Zjawisko to prawdopodobnie będzie kontynuowane, ponieważ patrząc historycznie pozycja netto jest bardzo wysoko. Kontynuacja zamykania długich pozycji oznacza odsprzedanie kontraktów, czyli pojawienia się dodatkowej podaży euro oraz zwiększony popyt na dolara amerykańskiego.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cmegroup

Oprócz tego warto zanotować, że jeszcze dwa tygodnie temu na rynku została osiągnięta historycznie największa długa pozycja utrzymana w portfelach funduszy lewarowanych. W związku z tym większe prawdopodobieństwo leży po stronie deprecjacji euro. A co na to analiza techniczna?

Notowania EURUSD, interwał tygodniowy

Notowania EURUSD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Na interwale tygodniowym notowania pary walutowej EURUSD nie przebiły strefy podaży 1.249. Aktualnie notowania znalazły się w korekcie, pierwszym celem sprzedających jest strefa 1.21. Jeżeli zostanie pokonana, to podaż otworzy sobie drogę do kolejnego psychologicznego poziomu 1.15. Scenariusz spadkowy wspierany jest także przez negatywną dywergencję MACD.

Srebro – zdołowany rynek

W grudniu 2017 roku rozpoczął się rajd na notowaniach srebra, który został zakończony spektakularną wyprzedażą. Ostatnią wyprzedaż można powiązać z zarządzającymi, którzy powiększyli swoją krótką pozycję. Według ostatniego raportu Commitments of Traders zarządzający zredukowali długą pozycję o kolejne 11 000 kontraktów terminowych oraz powiększyli krótką pozycję o 11 794 kontakty. Dzięki temu pozycja netto znalazła się blisko zera, co oznacza równowagę w portfelach zarządzających pomiędzy pozycjami długimi oraz krótkimi. Patrząc długoterminowo był to też moment, w którym notowania srebra szukały swojego krótkoterminowego mima, czy tym razem będzie tak samo?

Pozycje zarządzających, – bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje zarządzających, - bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cmegroup

Według raportu COT dalsza wyprzedaż srebra jest już coraz mniej prawdopodobna, natomiast według analizy technicznej mamy miejsce na jej kontynuację. Notowania srebra znalazły się na krótkoterminowym wsparciu 16.32. Utworzone Pin Bary na interwale dziennym wspierają mocniejsze odbicie. Z drugiej strony wyprzedaż może znieść ceny srebra w okolicę mocniejszego wsparcia w okolicy 15.70. Pamiętajmy, że tanie aktywo może stać się jeszcze tańsze.

Notowania srebra, interwał dzienny

Notowania srebra, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Dwie twarze Kim Dzong Una

„Do trzech razy sztuka” – ta fraza idealnie odzwierciedla starania Koreańczyków z Południa w zakresie organizacji zimowych igrzysk w Pjongczangu. Za tak wysoką determinacją stoją nie tylko względy związane z promocją dość słabo znanego regionu, ale również perspektywa osiągnięcia komercyjnego sukcesu. Pod względami finansowymi Pjongczang ma na celu zbliżyć się do niedoścignionych rozgrywek z Seulu, które pod koniec lat osiemdziesiątych zapewniły dodatkowe pół miliarda dolarów wpływu do budżetu. Źródłem olimpijskiej niepewności w dalszej mierze pozostaje nieobliczalność głowy północnokoreańskiego reżimu, pomimo dość gwałtownej zmiany retoryki. Za uśmiechem Kima zdecydowanie nie stoją potencjalne sukcesy wspólnej reprezentacji w hokeju na lodzie, a czysto ekonomiczne pobudki mogące istotnie wpłynąć na poprawę kondycji reżimu.

Tuż przed rozpoczęciem igrzysk wielu obserwatorów zwracało uwagę na szereg ryzyk, które mogą wynikać z ich organizacji w południowokoreańskim Pjongczangu. Realizację potencjalnie czarnego scenariusza rozpoczęła defilada Koreańskiej Armii Ludowej, która z okazji swojego siedemdziesięciolecia próbowała udowodnić światu, iż jest ona na miarę prawdziwego atomowego mocarstwa. Pokaz doskonale wyszkolonych żołnierzy przyćmiła zmiana podejścia Kim Dzong Una, który odważył się zaprosić „niebawem” prezydenta z Południa – Mun Dze Ina.

Długo wyczekiwane spotkanie na szczycie niewątpliwie należy traktować jako zasłonę dymną. Prowadzenie „dyplomacji uśmiechu” to przede wszystkim gra o dodatkowy czas, który pozwoli Kimowi na jeszcze dalej idący rozwój potencjału nuklearnego. Dobrym politycznym zagraniem jest wykorzystanie w prowadzonej strategii Kim Jo Dzong, siostry przywódcy określanej północnokoreańską Ivanką Trump. W tym przypadku potencjalne przełamanie lodów docelowo mogłoby skutkować zniesieniem części sankcji eksportowych oraz pozyskaniem łatwiejszego dostępu do paliw wykorzystywanych przede wszystkim do napędzania pojazdów armii.

Fiasko w pseudo-pokojowych rozmowach na linii Pjongjang-Seul przełoży się na wyraźny gniew Północy. W odwecie jej władze będą próbowały przeprowadzić kolejne testy pocisków międzykontynentalnych czy zorganizować szeroko zakrojone manewry na Morzu Japońskim. Przy obecnym kształcie koreańskich stosunków nie należy wykluczyć dość szybkiej materializacji ryzyka. Tradycyjnie beneficjentami tak rozumianych posunięć będą bezpieczne przystanie, które w ostatnim czasie częściowo znalazły się na fali potężnej przeceny na Wall Street.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Umiejętne połączenie e-commerce ze sprzedażą tradycyjną gwarantuje sukces w handlu detalicznym

Ożywienie gospodarcze w wielu regionach świata sprzyja globalnym sprzedawcom detalicznym. Przychody 250 największych detalistów na świecie wyniosły w ubiegłym roku obrotowym (kończącym się najpóźniej w czerwcu 2017 r.) 4,4 biliona dolarów. Rok do roku był to wzrost o 4,1 proc. Jak wynika z najnowszej edycji corocznego raportu „Global Powers of Retailing 2018. Transformative change, reinvigorated commerce”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, choć nadal 90 proc. sprzedaży globalnej ma miejsce w sklepach tradycyjnych, to prawdziwa walka o klienta rozegra się w kanałach cyfrowych. Niezmiennie od ponad 20 lat największym detalistą na świecie pozostaje amerykański gigant Wal-Mart.

Suma przychodów 250 największych sieci detalicznych, wygenerowanych w minionym roku podatkowym, wyniosła prawie 4,41 bln dolarów, co oznacza wzrost o 4,1 proc. W ciągu ostatnich pięciu lat wzrost ten wyniósł średnio 4,8 proc. rocznie. – Mimo trudnych warunków makroekonomicznych handel detaliczny rozwija się stabilnie. Sytuacja różni się jednak w zależności od regionu: w Afryce i na Bliskim Wschodzie oraz Ameryce Południowej odnotowano znaczący wzrost przychodów, sięgający odpowiednio 10,9 oraz 9,8 proc., podczas gdy w Europie, Azji czy Ameryce Północnej było to wzrosty poniżej 5 proc. – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte.

Aby znaleźć się na liście TOP 250 (ostatnia firma w zestawieniu) spółka musiała w poprzednim roku obrotowym (ostatnim zakończonym) osiągnąć przychody w wysokości co najmniej 3,6 mld dolarów, a średni poziom przychodów przypadający na jedną firmę wyniósł 17,6 mld dolarów. Średnia marża zysku netto w branży wyniosła 3,2 proc. Aż 22,5 proc. przychodów detaliści czerpali z działalności poza krajem rodzimym. Średnia liczba krajów, w których sieci prowadzą swoją działalność, wyniosła w omawianym okresie 10.

Branża spożywcza nadrabia stracony czas

Raport omawia zagadnienia związane z umiejętnością angażowania klienta, która dzięki wykorzystaniu odpowiednich technologii oraz wzmacnianiu lojalności ma pomóc detalistom w dostarczaniu konsumentom nowych doświadczeń. Eksperci Deloitte zwracają uwagę na konieczność budowania kompetencji cyfrowych na najwyższym poziomie. Przedstawiciele sektora detalicznego z całego świata w szybkim tempie przystosowują się do nowej sytuacji. Dziś z perspektywy konsumenta sposób robienia zakupów nie polega na zastępowaniu sklepów stacjonarnych internetowymi. – Nie chodzi o wybór jednego kanału, a wręcz przeciwnie. Klienci przeskakują z kanału na kanał, a na ich ścieżkę zakupową składa się szereg interakcji z daną marką, zarówno online, jak i offline – mówi Mariusz Chmurzyński, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

Z danych Deloitte wynika, że 56 centów z jednego dolara wydanego w sklepie tradycyjnym to efekt kontaktu klienta z kanałami cyfrowymi. Trzy lata wcześniej było to 36 centów. Ci którzy kupują w różnych kanałach wydają ponad dwa razy więcej, niż ci, którzy robią zakupy jedynie w sklepach tradycyjnych. Oznacza to, że detaliści muszą odpowiednio i całościowo planować i funkcjonować we wszystkich kanałach, niezależnie od tego, czy ostateczna sprzedaż odbywa się w sklepie czy w Internecie.

Jak wskazuje raport powiązanie zakupów stacjonarnych z internetowymi pomaga nadrabiać straty. Wielu graczy, którzy początkowo nie nadążali za trendami cyfrowymi, teraz próbuje to zmienić. Dotyczy to szczególnie detalistów działających w branży spożywczej. Ostatnie badania wskazują, że globalna sprzedaż artykułów spożywczych poprzez e-commerce wzrosła w ubiegłym roku o 30 proc. Z kolei, jeżeli chodzi o zasięg geograficzny, to największe wzrosty w handlu internetowym zanotowano w Chinach (o 52 proc.), Korei Południowej (o 41 proc.), Wielkiej Brytanii (o 8 proc.) oraz Francji (o 7 proc.).

W realu to, czego klient nie znajdzie online

Eksperci zwracają uwagę również na konieczność tworzenia niepowtarzalnych doświadczeń, które spełniają oczekiwania odbiorców. Aż 90 proc. sprzedaży detalicznej na świecie nadal odbywa się w sklepach tradycyjnych. Jednak aby sprostać konkurencji ze strony przyjaznych w obsłudze sklepów online, które mogą zaoferować ogromny asortyment, zasadniczą rolę odgrywa doświadczenie klienta i zaangażowanie marki. Dlatego ważne jest tworzenie unikalnych, wyselekcjonowanych ofert oraz przyjemna atmosfera i oferowanie klientom usług typu concierge. Na przykład sieć amerykańskich supermarketów Hy-Vee podjęła współpracę z siecią ośrodków fitness OrangeTheory, czego skutkiem było otwarcie sal treningowych obok sklepów.

Jak wskazuje raport Deloitte sprzedaż detaliczna dzięki najnowszym technologiom odzyskuje wigor. Wpływ na ten stan rzeczy mają Internet Rzeczy, sztuczna inteligencja, rzeczywistość rozszerzona i wirtualna, jak również robotyka, które powinny stać się przedmiotem zainteresowania detalistów, i to zarówno tradycyjnych, jak i internetowych.

Liderzy bez zmian

Amerykańska sieć Wal-Mart od ponad 20 lat pozostaje największym światowym detalistą i generuje roczne przychody ponad czterokrotnie wyższe niż jej najpoważniejszy konkurent. Na drugim miejscu w poprzednim roku obrotowym znalazło się Costco, a na trzecim koncern The Kroger Co., który jako jedyny gracz w TOP 10 operuje tylko na jednym rynku. Z kolei na czwartym miejscu uplasował się niemiecki Schwarz Unternehmens Treuhand KG, który polskim klientom może być znany jako właściciel sieci dyskontów Lidl i supermarketów Kaufland. Na piątym miejscu ponownie znalazła się sieć drogerii i aptek Walgreens Boots Alliance. Pierwsza piątka nie zmieniła się w stosunku do poprzedniego roku.

Na szóste miejsce z dziesiątego awansował Amazon.com, który zajął miejsce The Home Depot. W pierwszej dziesiątce znalazły się jeszcze Aldi Einkauf GmbH & Co. oHG, Carrefour i CVS Health Corporation, który awansował z 12 miejsca. Właściciel sieci sklepów Biedronka Jeronimo Martins znalazł się w tym roku na 56. miejscu (rok wcześniej było to 64. miejsce).

W ubiegłym roku obrotowym grupa 10 największych sprzedawców detalicznych na świecie rosła szybciej niż całe TOP 250 i zanotowała wzrost przychodów o 4,5 proc. Udział pierwszej dziesiątki w ogólnym poziomie sprzedaży całego zestawienia wyniósł w omawianym czasie 30,7 proc. (rok wcześniej 30,4 proc.). Natomiast wzrost przychodów wygenerowany przez TOP 10 stanowił blisko 44 proc. wzrostu całego TOP 250, co oznacza że najwięksi gracze stopniową zwiększają swą dominację.

Dziesięciu największych globalnych detalistów:

Miejsce w rankingu Nazwa spółki Kraj pochodzenia Przychody ze sprzedaży detalicznej w poprzednim roku obrotowym (mld USD)
1 Wal-Mart Stores, Inc. USA 485,8
2 Costco Wholesale Corporation USA 118,7
3 The Kroger Co. USA 115,3
4 Schwarz Unternehmens Treuhand KG Niemcy 99,2
5 Walgreens Boots Alliance, Inc.(poprzednio Walgreen Co.) USA 97
6 Amazon.com, Inc. USA 94,6
7 The Home Depot, Inc. USA 94,5
8 Aldi Einkauf GmbH & Co. oHG Niemcy 84,9
9 Carrefour Francja 84,1
10 CVS Health Corporation USA 81,1

 

Największy skok Amazonu

Po raz pierwszy od czterech lat branża odzieżowa i akcesoriów nie była wyraźnym liderem wzrostu przychodów, ale pozostała najbardziej dochodowym sektorem. Z kolei detaliści FMCG to zdecydowanie największe firmy (średnie przychody detaliczne sięgające prawie 21,7 mld dolarów), a także najliczniejsze (135 detalistów odpowiada za 54 proc. z całej TOP 250). Ich udział w przychodach TOP 250 wynosi aż 66,4 proc.

W tegorocznym rankingu znalazło się dziesięć firm-debiutantów lub takich, które wróciły do niego po przerwie.

Na czele zestawienia firm, które w latach 2011-2016 osiągnęły największe wzrosty przychodów, znalazła się ponownie chińska firma Vipshop Holdings Limited, w której przypadku było to 103,8 proc. Porównując pierwszą dziesiątkę ostatniego zestawienia i tę z 2001 roku, to jedynie cztery firmy znajdowały się w obu rankingach. Największy awans należy do Amazon.com, który w 2001 roku znajdował się na 157 miejscu, a obecnie jest to szósta pozycja. W ciągu roku wzrost przychodów firmy wyniósł 19,4 proc. – Amazon jest jedną z najbardziej innowacyjnych firm na świecie, która osiągnęła nie tylko najwyższy procentowy wzrost przychodów w pierwszej dziesiątce, ale była najlepsza pod tym względem również w ostatnich pięciu latach. Agresywna polityka Amazon w branży spożywczej, przejęcie sieci marketów ze zdrową żywnością Whole Foods przy jednoczesnym realizowaniu strategii e-commerce powinny zaowocować poprawieniem jego pozycji w naszym zestawieniu. Niewykluczone, że Amazon w ciągu dwóch lat stanie na podium – prognozuje Mariusz Chmurzyński.

Pełny raport dostępny jest pod linkiem: https://www2.deloitte.com/content/dam/Deloitte/global/Documents/consumer-industrial-products/cip-2018-global-powers-retailing.pdf

Informacje o publikacji/ metodologia:

The Global Powers of Retailing 2018. Transformative change, reinvigorated commerce przedstawia 250 największych sieci sprzedaży detalicznej na świecie, uszeregowanych według wielkości przychodów. Ranking firm powstał na podstawie wielkości przychodów ze sprzedaży detalicznej, a nie łącznej sumy obrotów. Tegoroczna edycja raportu grupuje firmy wg. danych za ostatni zamknięty rok finansowy 2016 (uwzględnia również firmy, które rok podatkowy FY16 zakończyły najpóźniej w czerwcu 2017 r.).

Raport analizuje wyniki w odniesieniu do poszczególnych regionów geograficznych, sektorów produktów, aktywności w Internecie i innych czynników. Przedstawia również 50 najszybciej rosnących sieci detalicznych w okresie FY2011-FY2016, prognozy dotyczące gospodarki globalnej, analizę kapitalizacji rynku w branży detalicznej.

Rozwój technologii ułatwia życie niepełnosprawnym. Roboty asystujące pomogą w codziennych czynnościach, a bioniczna proteza pozwoli odzyskać czucie

Rozwój technologii ułatwia życie niepełnosprawnym. Roboty asystujące pomogą w codziennych czynnościach, a bioniczna proteza pozwoli odzyskać czucie 9

Najnowsze technologie mają wiele do zaoferowania osobom niepełnosprawnym. Inteligentne domy pozwalają na kontrolowanie niemal wszystkich urządzeń za pomocą smartfona. Specjalne roboty asystujące mogą wspomóc niepełnosprawnych i chorych w codziennych czynnościach. W lubelskiej klinice neurologii testowany jest robot-asystent, który przypomni o wzięciu leku czy pomoże w gotowaniu. Jednym z największych osiągnięć jest projekt bionicznej ręki, która dzięki zabiegowi ponownego unerwienia kończyn, pozwoli zastąpić amputowaną rękę.

– Kiedyś innowacją był wózek inwalidzki. Dzisiaj mamy inteligentne domy, gdzie każdym elementem możemy sterować za pomocą zwykłego smartfona, a ludzie niepełnosprawni stają się coraz bardziej niezależni od innych osób – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjna Newseria Innowacje Katarzyna Bylińska z firmy ParrotOne, twórcy aplikacji i klawiatury dla osób niewidomych.

Lubelski robot powstał w ramach projektu RAMCIP i skierowany jest m.in. do osób z zaburzeniami pamięci, np. chorobą Alzheimera. Ma wspomóc chorych w samodzielnym funkcjonowaniu. Z jego funkcjonalnością w fazie testowej mogą zapoznać się pacjenci Kliniki Neurologii SPSK4 w Lublinie. Urządzenie pomoże sięgnąć po przedmiot, zakręci wodę i gaz czy przypomni o wzięciu leków i wskaże konkretne z nich.

– Roboty asystujące to ciekawy temat. Jeżeli pomyślimy o robocie humanoidalnym, który nie tylko będzie wyglądał jak człowiek, ale również poruszał się jak człowiek, będzie w stanie przewidzieć pewne rzeczy, będzie w stanie odczytać z mimiki twarzy, z temperatury ciała, w jakim stanie znajduje się niepełnosprawny – byłoby to świetne ułatwienie opieki nad osobami niepełnosprawnymi – twierdzi ekspertka.

Niezwykle ważnym osiągnięciem w dziedzinie poprawiania komfortu życia osobom niepełnosprawnym, a w tym przypadku osobom po amputacji kończyn, są bioniczne protezy. Działają one na podstawie interfejsu TMR (celowana reinerwacja mięśniowa) pośredniczącego pomiędzy technologią a człowiekiem. W ten sposób uszkodzone, np. w wyniku ataku rekina, kończyny zostają ponownie ukrwione i połączone z bioniczną protezą. Pacjent może korzystać z protezy w taki sam sposób, jakby była to jego ręka, czy noga. Obecnie naukowcy pracują nad czuciowymi funkcjami takich sztucznych kończyn.

– Nie wierzę w to, że jakakolwiek technologia będzie w stanie całkowicie wyeliminować pewną niepełnosprawność. Mamy protezy, ale nigdy nie staną się one prawdziwą ręką. Mam natomiast nadzieję, że postęp medycyny pozwoli na to, żeby osobom niepełnosprawnym przywrócić pełnosprawność – mówi ekspertka.

Firma ParrotOne prowadzi prace nad rozwiązaniami i aplikacjami, które ułatwią niepełnosprawnym codzienne życie, np. usprawnią ich komunikację ze światem. To aplikacja ParrotOne, będąca komunikatorem i inteligentną klawiaturą dotykową, dostosowaną do ograniczeń manualnych seniorów, niepełnosprawnych ruchowo i dzieci.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce żyje ok. 4,7 mln osób niepełnosprawnych. To 12,2 proc. obywateli naszego kraju.

Rośnie liczba innowacyjnych rozwiązań dla miast. Inteligentne latarnie naładują elektryczne auta i zwiększą zasięg 5G w miastach

Rośnie liczba innowacyjnych rozwiązań dla miast. Inteligentne latarnie naładują elektryczne auta i zwiększą zasięg 5G w miastach 10

Już w kilkunastu miastach na świecie, również w Polsce, działają oświetleniowe kolumny wielofunkcyjne Shuffle. Inteligentne latarnie umożliwią miastom rozszerzenie zasięgu 4G, a w przyszłości także 5G. Pozwolą także naładować samochód elektryczny czy zainstalować monitoring miejski. Metropolie i duże miasta coraz częściej szukają nowoczesnych rozwiązań. W skali globalnej wartość rynku inteligentnych miast do 2020 roku będzie wynosić około 1,5 bln dolarów.

– Kolumny wielofunkcyjne pozwalają na łączenie wielu funkcjonalności w jednym urządzeniu. Shuffle łączy w sobie funkcjonalności związane nie tylko z oświetleniem, ale dodatkowo z funkcjonalnościami typowo użyteczności publicznej, jak monitoring, nagłośnienie, hot-spoty, czy ładowanie samochodów – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Radosław Szalek, dyrektor ds. marketingu w Schreder Polska.

Na świecie rośnie liczba inteligentnych urządzeń i aplikacji. W takim kierunku podążają też największe metropolie. Według szacunków ONZ do 2050 roku dwie trzecie światowej populacji będzie zamieszkiwać małe i duże miasta. Zarówno obecnie, jak i w nadchodzących dekadach, miasta będą musiały się zmierzyć nie tylko z dynamicznym przyrostem liczby mieszkańców, lecz także z licznymi problemami. Coraz większa liczba mieszkańców sprawia, że przyszłością mogą okazać się urządzenia spełniające wiele funkcji.

– Kolumna Shuffle składana jest z wielu elementów. Działa na zasadzie klocków Lego, gdzie mamy podstawę słupa i do wyboru całą gamę modułów z różnymi funkcjonalnościami, które możemy konfigurować według własnych potrzeb. Mamy moduły ze wspomnianymi kamerami, nagłośnieniem, ładowarkami, oświetleniowe czy też nowość na rynku, moduł który pozwala na komunikację telefoniczną w zasięgu sieci 4G i 5G – wymienia Radosław Szałek.

Firma Schreder wspólnie z Huawei zaprezentowała Shuffle Site, urządzenie które pozwoli miastom zwiększyć zasięg 4G, a jednocześnie w przyszłości – także w technologii 5G, sieci komórkowej nowej generacji. W porównaniu do LTE stworzy wręcz rewolucyjne możliwości, oferując szybsze łącza komunikacji i większą przepustowość sieci. Większość ekspertów jest zgodna, że upowszechnienie 5G będzie początkiem kolejnego etapu rewolucji technologicznej i umożliwi rozwój internetu rzeczy, czy rozwiązań smart city na masową skalę. Jednocześnie, zasięg sieci 5G będzie mocno ograniczony i będzie wymagał większej liczby punktów dostępowych. Takimi punktami mogą być inteligentne latarnie Shuffle.

Wielofunkcyjne systemy oświetleniowe są już obecne w kilkunastu miastach na świecie. Także w Polsce zostały zainstalowane m.in. w Warszawie, Krakowie, Zielonej Górze czy Wrocławiu. Moduły Shuffle Site z technologią 5G będą wdrażane w najbliższym czasie, także w Polsce.

– Skorzystają na tym przede wszystkim użytkownicy, ale także inwestorzy czy zarządcy dróg, którzy będą mogli w jednym urządzeniu połączyć wiele funkcjonalności, bez konieczności stawiania dodatkowych odbiorników do transmisji sieci 5G. Funkcjonalność sieci 5G to nowy projekt. Jest on w fazie wdrożeniowej, są na razie instalacje jedynie pilotażowe, natomiast prawdopodobnie w najbliższych miesiącach zostanie to wdrożone i pewnie także pierwsze instalacje pojawią się u nas w kraju – zapowiada ekspert.

Miasta, które dzięki innowacjom odpowiadają na potrzeby społeczne i ekonomiczne mieszkańców oraz realizują koncepcję zrównoważonego rozwoju, określa się mianem „inteligentnych”. Nowe technologie sprawiają nie tylko, że miasta stają się bardziej przyjazne i wygodne dla mieszkańców, lecz także przekładają się na obniżenie kosztów utrzymania i zwiększenie wydajności infrastruktury miejskiej.

Z raportu „Inteligentny Rozwój Miast” firmy Integrated Solutions, zajmującej się wdrażaniem inteligentnych rozwiązań dla samorządów, wynika że w skali globalnej wartość rynku inteligentnych miast do 2020 roku będzie wynosić już ok. 1,5 bln dolarów.

– Rozwiązania i technologie z pewnością będą podążały w kierunku smart city. Latarnia już nie tylko oświetla, ale staje się pewnego rodzaju nośnikiem danych. Samo oświetlenie staje się coraz bardziej inteligentne poprzez wprowadzanie systemów nadążnych, systemów dostosowania oświetlenia do panujących warunków, pozwala na obniżenie kosztów i zapewnienie komfortu mieszkańcom – ocenia Radosław Szałek.

NRPiP postuluje zwiększenie stawki żywieniowej w szpitalach

Stawki żywieniowe dla pacjentów w szpitalach – które ustalają kierownicy poszczególnych podmiotów leczniczych – wynoszą w większości placówek w Polsce 5 zł dziennie. To zbyt niska kwota dla osób wymagających wzmocnienia organizmu w chorobie czy po zabiegach. Niepokojące jest także, że rosną ceny energii, paliwa i żywności – a stawka żywieniowa jest cały czas na tym samym poziomie. Żywienie pacjenta jest bardzo istotną częścią procesu terapeutycznego. Naczelna Rada Pielęgniarek i Położnych dostaje sygnały od przedstawicieli zawodu, że chorzy w szpitalach są bardzo często niedożywieni.

 Tak niska stawka żywieniowa znacznie odbiega nawet od kosztów wyżywienia osób przebywających w więzieniach  powiedziała serwisowi eNewsroom Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych –  NRPiP zgłasza poważny problem i postuluje zwrócenie na niego uwagi przez Ministerstwo Zdrowia. Żywienie jest jednym z elementów terapii – źle odżywiony pacjent jest bardziej narażony na zakażenia czy odleżyny. To ważny i niezbędny element terapii, którego nie można pomijać – a przede wszystkim integralna część procesu leczniczego. Misja i obowiązki personelu medycznego – który bez wątpienia powinien być właściwie wynagradzany – powinny iść w parze z dbałością o bezpieczeństwo i jakość opieki nad pacjentem. Takie postulaty prezentujemy od wielu lat – systematycznie apelując do Ministra Zdrowia. Dlatego postulujemy zwiększenie stawek przeznaczonych na żywienie pacjentów, a także rozszerzenie pomocy dla osób leżących – które przy zbyt małej liczbie personelu pielęgniarskiego i pomocniczego często nie spożywają w ogóle podawanego im jedzenia. Posiłki zostają podane, a następnie niezjedzone przez chorego wracają do kuchni. Te zagadnienia powinny być uregulowane ogólnie przyjętymi standardami przez Ministerstwo Zdrowia lub przez procedury dotyczące jakości leczenia pacjentów w szpitalu – podsumowała Małas.

Branżę equity crowdfundingu czeka poważna zmiana. W kilka lat rynek może zanotować ogromny wzrost

Według ekspertów, podniesienie obecnego limitu kwoty oferty publicznej papierów wartościowych bez prospektu emisyjnego ze 100 tys. do 1 mln euro, wywoła wysyp sprzedaży akcji na nienadzorowanym rynku. Dzięki temu, rodzimy equity crowdfunding wzrośnie w tym roku z 20 do 50-80 mln, a w 2019 roku – do min. 100 mln zł. W kolejnych latach może dojść nawet do miliarda złotych. Dodatkowo, UKNF rozważa przyjęcie wyższej granicy – 5 mln euro. Gdyby do tego doszło, byłoby to pozytywną niespodzianką dla rynku. Wówczas Polacy mogliby zostać startupowym hubem Europy Środkowo-Wschodniej. Zmiany umożliwi Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2017/1129 z dnia 14 czerwca 2017 roku, które wejdzie w życie już 21 lipca br.

Duże zmiany

Dotychczas Komisja Nadzoru Finansowego nieugięcie trzymała się limitu 100 tys. euro rocznie na wprowadzanie do obiegu papierów wartościowych w drodze emisji publicznej. Wynika to z obecnie obowiązującej Ustawy o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych. Jest ona naszą formą implementacji Dyrektywy 2003/71/WE Parlamentu Europejskiego i Rady UE z dnia 4 listopada 2003 roku. Od połowy tego roku KNF nie będzie już nadzorował żadnej tego typu kampanii w kwocie nieprzekraczającej równowartości 1 miliona euro. zięki nowemu unijnemu prawu, ww. limit zwiększy się aż 10-krotnie.

– To będzie miało szczególne znaczenie dla polskich startupów, które zdobywają środki w kampaniach equity crowdfunding, finansowanych w tradycyjnym pieniądzu, czyli w złotym lub w euro. Będzie to tak samo ważne dla korzystających z tzw. Initial Coin/Token Offering, a więc pozyskujących fundusze w cyfrowalutach. W obu przypadkach równowartość ponad 4 mln zł zebranego publicznie kapitału na start i potem w każdym kolejnym roku pozwoli z większości projektów uczynić poważne i dochodowe biznesy – zapowiada Mariusz Sperczyński, szef inicjatywy bitSecurities.io.

Z kolei UKNF wskazuje, że mniejsi, polscy przedsiębiorcy nie mieli dotychczas ograniczonego dostępu do pozyskiwania kapitału w sposób publiczny. Przepisy umożliwiają zdobywanie środków w formie akcji, w ramach wyjątku od sporządzenia prospektu, do kwoty 2,5 mln euro. KNF dodaje również, że liczba spółek zainteresowanych uproszczonym finansowaniem wzrosła z 28 w 2016 roku do 35 w 2017 roku. Mają one także prawo ubiegać się o dopuszczenie do obrotu na NewConnect.

– Rozporządzenie nie dotyczy tylko debiutów typu NewConnect. Chodzi o znacznie wyższy, niż 100 tys. euro, limit ofert bez nadzoru, który wprowadzono już w niektórych państwach członkowskich. Dla przykładu, holenderski ustawodawca podniósł go w niektórych przypadkach do 5 milionów euro. Natomiast, zgodnie z nowym prawem unijnym, kampanie publiczne realizowane do miliona euro będą bez nadzoru. W kwotach od 1 do 8 mln euro państwa członkowskie będą mogły same zadecydować o regulacji ofert publicznych papierów wartościowych, odbywających się raz w roku – zaznacza Sperczyński.

Niemniej KNF stwierdza, że kwota oferty publicznej papierów wartościowych powinna być większa, niż 1 mln euro. Może to być nawet 5 mln euro, biorąc pod uwagę wielkość polskiego rynku i przeciętną wartość tego typu ofert. Jednak, zgodnie z rozporządzeniem unijnym, inwestorowi zawsze należy zapewnić dostęp do danych, umożliwiających podjęcie przemyślanej decyzji. Nawet w przypadku ofert do 1 mln euro kraje członkowskie mogą nakładać obowiązki informacyjne, niestanowiące niepotrzebnego obciążenia dla spółek.

– Będzie dużym zaskoczeniem, jeśli polski regulator pozwoli korzystać z limitu do 5 milionów euro w ramach NewConnect. Natomiast, liczę na to, że dla trybu bez nadzoru do miliona euro nie zostaną nałożone procedury dokumentu informacyjnego, zatwierdzanego przez jakąkolwiek instytucję. Byłoby to zdecydowanym odejściem od intencji nowego rozporządzenia. UE szczególnie zwraca uwagę na potrzebę obniżenia kosztów pozyskiwania środków przez firmy – dodaje ekspert z bitSecurities.io.

Tymczasem Piotr Biernacki, wiceprezes zarządu Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych, ma nadzieję, że polski regulator wykorzysta górną granicę 8 mln euro, określoną przepisami unijnymi. Wówczas będzie można przeprowadzać oferty publiczne o wartości do ok. 33 mln zł, na podstawie dokumentu informacyjnego. Przygotowanie go jest prostsze, niż pełnego prospektu. To przełożyłoby się na niższe koszty pozyskania kapitału. Inwestorzy skorzystaliby na tym, że spółki częściej i łatwiej proponowałyby im objęcie nowych akcji lub obligacji.

Szansa dla Polski?

– Projekty poniżej 1 miliona euro otrzymają również możliwość transgraniczności na terenie UE poprzez zdjęcie nadzoru w jakimkolwiek kraju członkowskim. Może to oznaczać, że np. emisje papierów wartościowych, realizowane w tym trybie przez podmiot zlokalizowany w Polsce, będą mogły swobodnie korzystać z finansowania zagranicznych inwestorów. Dotychczas limit wynosił 100 tys. euro i niestety do niego należało wliczać też dodatkowe wartości dystrybucji, redystrybucji, czy obrotu wtórnego poza granicami kraju macierzystego. Wraz z nowym rozporządzeniem wartość emisji jest jednoznacznie interpretowana jako pierwotny wkład – zwraca uwagę Mariusz Sperczyński.

Jak przewiduje Arkadiusz Regiec, ekspert rynku crowdfundingowego, limit w wysokości 5 mln euro dałby naszym inwestorom szansę na zakup zagranicznych projektów, głównie z Europy Środkowo-Wschodniej. Wówczas Polska mogłaby stać się swego rodzaju hubem startupowym Międzymorza. Zyskałoby na tym też 20 tys. rodzimych informatyków. Zdaniem szefa platformy Beesfund, z odpowiednim kapitałem mają oni potencjał do tego, żeby zmienić swoje projekty w globalne biznesy. Traktując emisję papierów wartościowych jako dopełnienie funduszy Venture Capital i środków z Polskiego Funduszu Rozwoju, mogą osiągnąć naprawdę wiele.

– Sądzę, że Polska ma szansę na to, aby stać się atrakcyjnym miejscem do rozwoju startupów z Europy Środkowo-Wschodniej, ale nie nastąpi to wyłącznie dzięki zmianom w przepisach dotyczących pozyskiwania kapitału. Trzeba pamiętać o tym, że rozporządzenie prospektowe dotyczy wszystkich krajów członkowskich, więc inni w naszym regionie mogą stworzyć podobne do polskich regulacje – podkreśla Piotr Biernacki.

Szef inicjatywy bitSecurities.io. uważa, że kluczowe będzie zapewnienie Polsce statusu państwa przyjmującego emisję papierów wartościowych do 1 miliona euro bez rozbudowanych obowiązków informacyjnych. Ekspert proponuje, aby nasz regulator wdrożył wersję oddającą wolnemu rynkowi sprawy w tym trybie. To pomoże w lokalizacji na terenie kraju szeregu inicjatyw, pochodzących także spoza wspólnoty i korzystających np. z equity crowdfundingu w pierwszej fazie działalności. Potencjał jest szczególnie wysoki w mikrobiznesach elektronicznych, które mogłyby do nas trafić i tu się rozwijać, na bazie przepisów UE. Oczywiście należy podejrzewać, że Estonia czy Słowacja też dadzą im taką możliwość. Z kolei Litwa już nas wyprzedza w wyścigu o pozycję lokalnego lidera w zakresie fintech. Sprytne wykorzystanie rozporządzenia pozwoliłoby nam odwrócić ten trend.

– Do prowadzenia biznesu w wybranym kraju, zwłaszcza na wczesnych etapach rozwoju firmy, potrzeba wielu zachęt, których obecnie brakuje w Polsce. Przede wszystkim przedsiębiorcy oczekują stabilnego prawa i pewności, że otoczenie regulacyjne nie pogorszy się dla nich. Przydałyby się nam też np. zmiany przepisów, które spowodują realne zmniejszenie kosztów funkcjonowania MŚP. Oczywiście wiele rodzimych podmiotów zyska na wprowadzeniu rozporządzenia unijnego, ale to kropla w morzu tutejszych potrzeb – tłumaczy Piotr Biernacki.

Wysyp ofert

Ekspert z platformy Beesfund zauważa, że już teraz wiele podmiotów przygotowuje się do emisji papierów wartościowych, według nowego prawa. Biorąc pod uwagę, że na opracowanie kampanii potrzeba kilku miesięcy, na jesieni należy spodziewać się eksplozji ofert. Regiec prognozuje, że przy limicie 1 mln euro do końca roku wartość rodzimego equity crowdfundingu wzrośnie z obecnych 20 do 50-80 mln zł, a w 2019 roku – do minimum 100 mln zł. W ciągu kilku lat ten segment w Polsce osiągnie poziom nawet 1 mld zł obrotu. Im wyższy okaże się limit, tym mniejsza stanie się luka kapitałowa, a na tym zyska cała gospodarka. Equity crowdfunding, który na świecie istnieje od ok. 5-6 lat, a u nas dopiero zaczyna być odkrywany, za 10 lat będzie już typowym źródłem finansowania w naszym kraju.

– Wiele podmiotów na rynku potrzebuje dostępu do różnych rodzajów finansowania. Są to przede wszystkim innowacyjne startupy, które starają się pozyskać kapitał poza systemem bankowym. Jednakże nowe unijne przepisy otworzą szerokie możliwości, także dla bardziej dojrzałych przedsiębiorstw, np. w zakresie jednolitych w UE prospektów emisyjnych. W przypadku ofert do miliona euro faktycznie trzeba oczekiwać dużego wysypu emisji akcji na prywatnym, nienadzorowanym rynku – przewiduje Sperczyński.

W opinii Arkadiusza Regieca, podniesienie limitu, nie tylko na sprzedaż akcji, ale i obligacji, spowoduje, że wiele spółek już działających ze sprawdzonym modelem biznesowym sięgnie po tę szansę. Mogą to być rodzinne firmy, powstałe nawet w latach 90. ubiegłego wieku. Ekspert spodziewa się, że wkrótce wiele skrywanych dotąd projektów ujrzy światło dzienne, dzięki możliwości sfinansowania ich. Ponadto, żadnym zaskoczeniem nie będzie aktywność startupów. Według raportu Startup Poland, aż 11% tego typu podmiotów deklaruje, że będzie szukało finansowania właśnie w crowdfundingu. Dla porównania, w 2016 roku było to zaledwie 3%.

– Moim zdaniem, rozporządzenie unijne nie zwiększy znacząco ilości ofert emisyjnych zarówno na rynku regulowanym, jak i nieregulowanym. Teoria hierarchii źródeł finansowania wskazuje, że jeżeli przedsiębiorstwa potrzebują kapitału, to w pierwszej kolejności dążą do zatrzymania w firmie jak największej części wypracowanego zysku. Jeśli to nie wystarcza, sięgają po kredyty. Dopiero, gdy dochodzą do kresu możliwości finansowania długiem, szukają kapitału w drodze emisji akcji czy udziałów. To się sprawdza szczególnie w polskich warunkach, gdzie panuje bardzo zachowawcze podejście do finansowania działalności i rozwoju – ocenia dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, Główna Ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Jak podsumowuje Mariusz Sperczyński, w tradycyjnym modelu oddanie części firmy akcjonariuszom publicznym jest uważane za ostateczność. Jednak w tzw. nowej ekonomii, opartej na mechanizmie społecznościowym, startup walczy o jak największą liczbę udziałowców. Chodzi o szybką adaptację nowego biznesu w środowisku, do którego jest kierowany. Aktywność zwolenników w social mediach zwiększa szansę na pełen rozwój projektu. Jednak twórca przedsięwzięcia wciąż zachowuje nad nim kontrolę. Mechanizm sprawdził się już w Wielkiej Brytanii, w USA oraz na transgranicznym rynku, czyli w świecie tzw. Initial Coin Offering. Rozporządzenie unijne pozwoli istotnie zwiększyć udział społecznościowy akcjonariuszy w budowie nowego biznesu. Najbliższe dwa lata pokażą, czy polski rynek dołączy do nowego trendu, czy pozostanie w cieniu innych gospodarek.

Profil ryzyka polskiego inwestora: ultrakonserwatywny

Tylko 4 proc. Polaków skusiłoby się na inwestycję w fundusze, gdyby zysk miał wynieść 10 proc. Reszta boi się stracić oszczędności i woli trzymać je w banku. Tymczasem istnieje mnóstwo sposobów jak zadbać o bezpieczeństwo naszych zasobów i przy tym zarobić, korzystając z możliwości rynku kapitałowego.

Rosyjskie przysłowie „Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana” wśród polskich  inwestorów jest zupełnie niepopularne. Co więcej, jak wynika z najnowszej edycji raportu BGŻOptima „Polak Oszczędny”, jesteśmy bardzo konserwatywni, jeśli chodzi o profil ryzyka inwestycyjnego.

Badanie potwierdziło, że gros respondentów trzyma pieniądze w bankach, gdzie oferty sprzyjają lokowaniu w produkty o krótkim terminie zapadalności. „Trzyma” jest właściwym określeniem, ponieważ z wypowiedzi badanych wynika, że jest im dość obojętne, czy to jest lokata czy zwykły rachunek oszczędnościowy.

Zysk ma wtórne znaczenie wobec poczucia bezpieczeństwa, które jest dla Polaków priorytetem. Jest ono rozumiane bardzo wąsko, jako ochrona przed utratą posiadanego kapitału, nawet za cenę utraty potencjalnych zysków. Aż 68 proc. badanych mówi, że trzymanie pieniędzy w banku jest nieopłacalne. Mimo to pieniądze szerokim strumieniem płyną do banków, bo większość Polaków z założenia odrzuca wszelkie instrumenty związane z jakimkolwiek ryzykiem. Jak pokazało badanie BGŻOptima, ok. 7 proc. badanych nie jest w ogóle zainteresowanych produktami inwestycyjnymi i nic nie jest w stanie przekonać ich do przeznaczenia na nie części oszczędności.

Lepszy wróbel w garści

Awersja do ryzyka jest podobna w każdej grupie dochodowej. W sumie aż 81 proc. badanych przedkłada bezpieczeństwo nad zysk. Obawa przed poniesieniem straty jest tak silna, że tylko 4 proc. respondentów zadeklarowało gotowość wejścia w inwestycję bez gwarancji kapitału, gdyby potencjalny zysk wyniósł 10 proc.

Wśród najbezpieczniejszych instrumentów finansowych badani wymienili produkty depozytowe oraz obligacje skarbowe. Równocześnie bardzo nisko w hierarchii bezpieczeństwa umieścili np. zakup jednostek funduszy obligacji, zrównoważonego rozwoju lub uczestnictwo w Pracowniczych Programach Emerytalnych, które z założenia nie są obarczone najwyższym poziomem ryzyka.

Strach ma wielkie oczy

Uważniejsza lektura badań wskazuje, że niechęć do ryzyka dyktowana jest tylko w części obawami przed poniesieniem straty, a w znacznym stopniu wynika też z niewiedzy. Trudno o inne stwierdzenie jeśli wśród stosunkowo bezpiecznych inwestycji ankietowani wymieniają lokowanie kapitału w złoto i biżuterię, antyki, dzieła sztuki i oczywiście – nieruchomości, kupowane z zamiarem odsprzedaży oraz na wynajem. Te ostatnie uważane są za inwestycje pewniejsze niż obligacje rządowe.

Tymczasem dane historyczne pokazują, że lęk przed rynkiem kapitałowym to strach, który ma wielkie oczy, a to niesprzyja podejmowaniu racjonalnych decyzji. Z analizy BGŻOptima wynika, że w minionych pięciu latach na lokacie można było zarobić 14,8 proc., podczas gdy najlepsze fundusze (akcji polskich), zarobiły ponad 30 proc., a WIG poszedł w górę o 44 proc. Interesujące są również wyniki aktywów, przyjmowanych powszechnie za najlepszy sposób na inwestycje. W tym samym czasie wynajem nieruchomości w największych polskich miastach przyniósł zysk na poziomie od 2,36% do 12,35%. Natomiast złoto straciło na wartości aż 25 proc.

Ignorując instrumenty rynku kapitałowego pozbawiamy się tym samym możliwości efektywnego pomnażania oszczędności. Awersja do ryzyka jest zrozumiałą postawą, niemniej istnieje szereg rozwiązań pozwalających ograniczyć ryzyko inwestycyjne, lokując pieniądze w różne instrumenty.

Czego nie wiemy

Odpowiedzi respondentów wskazują, że ich wiedza na temat możliwości inwestycyjnych jest niepełna, a czasem odwołuje się do stereotypowych wyobrażeń o najlepszych sposobach pomnażania kapitału.

Tymczasem oferta produktów oszczędnościowych i inwestycyjnych jest bogata i obejmuje zarówno instrumenty bardzo bezpieczne, jak i bardziej ryzykowne. Inwestorzy z dużą awersją do ryzyka, zainteresowani przede wszystkim ochroną kapitału, powinni zapoznać się z zasadami działania lokat strukturyzowanych i lokat z funduszem. Niskim poziomem ryzyka charakteryzują się też wybrane fundusze. Wrzucanie ich wszystkich do jednego worka i opatrywanie etykietą instrumentów wysokiego ryzyka, nie oddaje prawdy o złożoności tego rynku. Mamy bowiem tutaj rozwiązania odpowiednie dla inwestorów o małej tolerancji na ryzyko, a więc fundusze obligacji i fundusze rynku pieniężnego, bardzo płynne, umożliwiające łatwe wyjście z inwestycji. Dalej są fundusze średniego ryzyka, jak obligacji korporacyjnych. Potem dopiero fundusze akcji, przy których potrzebne są już nieco silniejsze nerwy i przede wszystkim dłuższa perspektywa inwestycyjna.

Szkoda tracić szansę

Żelazną zasadą każdego inwestora jest dywersyfikacja portfela w celu zwiększenia szans na zysk, ale też by skuteczniej chronić się na wypadek niepowodzenia, wybór którejś z inwestycji. Trzymanie pieniędzy na koncie bankowym daje poczucie bezpieczeństwa, jednak spokojny sen można zapewnić sobie równie skutecznie poprzez odpowiedni dobór produktów finansowych.

Nie trzeba wszystkich pieniędzy wpłacać do jednego funduszu, można je podzielić między kilka, zachowując większość środków na lokacie bankowej. Od kilku lat oprocentowanie depozytów systematycznie maleje. Szkoda przegapić szansę na dodatkowy zarobek. Niewiele ryzykując można uzyskać interesujący zwrot z kapitału.

***
Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima

Preferencje kulinarne Polaków i Koreańczyków dzieli przepaść. Wymiana handlowa rośnie, ale jej poziom jest niewielki

Preferencje kulinarne Polaków i Koreańczyków dzieli przepaść. Wymiana handlowa rośnie, ale jej poziom jest niewielki 11

Polscy sportowcy walczą o medale w Korei Południowej, a krajowe firmy – o tamtejszych konsumentów. W ciągu 11 miesięcy 2017 roku wartość eksportu produktów rolno-spożywczych wzrosła o blisko 50 proc., jednak na tle innych rynków wymiana handlowa jest jednak stosunkowo niewielka. Przyczyną mogą być różne gusta kulinarne – oceniają analitycy BGŻ BNP Paribas. Polacy jedzą prawie dwa razy więcej mleka i przetworów mlecznych, za to dwukrotnie mniej warzyw niż Koreańczycy.

 Wymiana handlowa między Polską a Republiką Korei jest śladowa, chociaż w 2017 roku odnotowaliśmy bardzo duży wzrost eksportu i importu. Eksport wzrósł prawie o 50 proc., natomiast wynosi tylko około 50 milionów euro, czyli 1 proc. całego naszego eksportu poza rynki unijne. Znaczenie Korei w naszym eksporcie jest jednak niewielkie – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marta Skrzypczyk, dyrektor ds. rynków rolnych w BGŻ BNP Paribas.

Po pierwszych 11 miesiącach 2017 roku wartość eksportu rolno-spożywczego z Polski do Korei wyniosła 53,1 mln euro, co oznacza ponad 53-proc. wzrost w ujęciu rocznym. Sprzedajemy przede wszystkim skrobię (10,4 mln euro), suszone owoce (7,3 mln euro), sery i twarogi (6 mln euro). Blisko 3 mln euro wyniosła sprzedaż piwa.

– W Korei także konsumuje się piwo, ale znacznie mniej niż w Polsce. W naszym kraju to prawie 100 litrów rocznie na mieszkańca, w Korei zaś ok. 40 litrów rocznie – wskazuje Marta Skrzypczyk.

Jeszcze szybciej od eksportu rósł import, bo o 71 proc. Łączna wartość sięgnęła jednak zaledwie 12 mln euro. Polacy kupują głównie napoje bezalkoholowe (6 mln euro) oraz esencje i koncentraty z kawy, herbaty lub maté (4,6 mln euro).

– To, że wymiana handlowa jest niewielka, wynika z tego, że dieta Polaków i Koreańczyków bardzo mocno się różni. Jest to zgodne z naszym stereotypowym wyobrażeniem o tym, co się je w Azji i Europie. Dieta przeciętnego Polaka składa się z produktów zbożowych, nabiału i mięsa, natomiast Koreańczyka – z warzyw, ryżu i owoców morza – mówi Skrzypczyk.

Przeciętny Koreańczyk spożywa rocznie 206 kg warzyw, podczas gdy Polak niemal dwukrotnie mniej (108 kg). W przypadku owoców różnica wynosi zaledwie 10 proc na korzyść gospodarza Zimowych Igrzysk Olimpijskich (67 do 60 kg rocznie). Polacy konsumują za to zdecydowanie więcej mleka i produktów mleczarskich. W Korei to 29 kg na mieszkańca, czyli o 86 proc. mniej niż w naszym kraju. Polacy nie wyobrażają sobie życia bez produktów zbożowych, głównie pszenicy. Średnio rocznie spożywają 109 kg zbóż, przy nieco ponad 50 kg w Korei. Koreańczycy wybierają ryż, w Polsce zaś jemy go w znikomych ilościach (odpowiednio 85 kg i 1 kg).

– Koreańczycy i Polacy jedzą mięso. My jemy znacznie więcej wieprzowiny. Koreańczycy z kolei znacznie więcej wołowiny, około 15 kg roczni. U nas to około 2 kg rocznie – wymienia ekspertka BGŻ BNP Paribas.

Polacy najczęściej wybierają wieprzowinę (46 kg przy 33 kg w Korei) i drób (27 do 16 kg). Stosunkowo niska popularność wołowiny w naszym kraju może wynikać z jej wysokiej ceny. W Korei, gdzie społeczeństwo jest znacznie bogatsze, czerwone mięso je się zdecydowanie częściej, podobnie jak ryby i owoce morza (53 kg, czyli niemal 5-krotnie więcej niż w Polsce).

– Według danych Banku Światowego PKB per capita w 2016 roku wynosiło w Korei 27,5 tys. dolarów, natomiast w Polsce jest o ponad połowę niższe. Możliwości zakupów Koreańczyków są więc dużo większe – przekonuje Marta Skrzypczyk.

Co piąty Polak cierpi na szumy uszne. To dolegliwość często bagatelizowana przez pacjentów

Co piąty Polak cierpi na szumy uszne. To dolegliwość często bagatelizowana przez pacjentów 12

Około 20 proc. dorosłych Polaków cierpi na szumy uszne, a dla 5 proc. ta dolegliwość jest poważnym problemem. Trwające powyżej pięciu minut i częściej niż dwa razy w tygodniu szumy uszne występują także u 6 proc. dzieci – podaje Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu. Długotrwałe, nasilone dzwonienie, dudnienie, pisk, gwizdanie albo szumienie w uszach może być symptomem poważniejszej choroby i każdorazowo wymaga dokładniejszej diagnostyki. Eksperci przypominają o niej w zakończonym właśnie Tygodniu Świadomości Szumów Usznych.

Szumy uszne to dźwięki, które słyszy się w jednym lub w obu uszach, w głowie, a czasem poza głową. Mogą one brzmieć różnie, to nie musi być konkretnie szum. Może to być pisk, gwizd lub dzwonienie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Danuta Raj-Koziak, otolaryngolog, audiolog i foniatra, kierownik Zakładu Szumów Usznych w Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu.

Szacuje się, że szumów usznych doświadcza 20 proc. dorosłych Polaków, przy czym dla około 5 proc. ta dolegliwość stanowi już znaczący problem. Z badań przeprowadzonych przez Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu wynika, że szumy uszne występują także u 6 proc. dzieci. Dla około 1,5 proc. dzieci jest to problem, który im istotnie dokucza.

Nie każdy rodzaj szumu jest istotny klinicznie. Chwilowe dzwonienie w uszach, które trwa kilka sekund, nie ma znaczenia klinicznego i nie należy się go obawiać. Szumy istotne klinicznie to takie, które trwają co najmniej 5 minut i pojawiają się częściej niż dwa razy w tygodniu. Taka dolegliwość wymaga diagnostyki – mówi dr n. med. Danuta Raj-Koziak.

Przyczyny szumów usznych mogą być bardzo różne i powstawać na każdym poziomie drogi słuchowej. Nie istnieje uniwersalna terapia, która byłaby skuteczna w każdym takim przypadku. Pacjenci, którzy doświadczają nasilonych szumów, gwizdów, dzwonienia czy szelestów w uszach, wymagają ukierunkowanych badań.

– To nie jest tak, że my od razu wiemy, gdzie znajduje się problem. Musimy podjąć diagnostykę, przebadać cały układ słuchowy i znaleźć miejsce powstawania szumów usznych. Najczęściej znajduje się ono w układzie słuchowym. Na podstawie przeprowadzonej diagnostyki, która poparta jest badaniami audiologicznymi, stawiamy diagnozę i proponujemy dalsze postępowanie w zależności od stwierdzonego schorzenia – mówi dr n. med. Danuta Raj-Koziak.

Przykładowo, szumy uszne mogą być objawem otosklerozy – to choroba charakteryzująca się postępującym niedosłuchem, której towarzyszą szumy uszne, a skutecznym leczeniem w jej przypadku jest operacja. Może to być również symptom choroby Meniere’a, której – obok postępującego niedosłuchu – towarzyszą zawroty głowy. Szumy uszne mogą również towarzyszyć pacjentom, którzy mają nadciśnienie, zmiany miażdżycowe, chorobę niedokrwienną serca, cukrzycę albo zaburzenia hormonalne.

– Pacjent potrafi dokładnie określić, w jakich sytuacjach szumy najbardziej mu dokuczają. Z reguły pojawiają się wieczorem, przed zaśnięciem, kiedy robi się cicho i nagle pacjent zaczyna te szumy bardzo wyraźnie słyszeć. Jeżeli zaburzają zasypianie, powodują problem z koncentracją, uniemożliwiają czy utrudniają pracę albo wypoczynek, jest to już problem, który ma niekorzystny wpływ na pacjenta. My, diagnozując pacjenta, używamy kwestionariuszy, przy pomocy których jesteśmy w stanie ocenić stopień dokuczliwości szumów usznych i na tej podstawie kwalifikujemy do odpowiedniego leczenia – mówi dr n. med. Danuta Raj-Koziak.

Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu był pierwszą jednostką W Polsce, który stworzył pacjentom z szumami usznymi instytucjonalne warunki do ich diagnostyki i terapii zarówno w ramach porad ambulatoryjnych jaki i diagnostyki szpitalnej.

– Nasze społeczeństwo się starzeje, a liczba pacjentów z szumami usznymi znacząco wzrasta. Obserwujemy to w poradni. Świadomość tego problemu też jest coraz większa, a my walnie się do tego przyczyniliśmy. Wciąż jednak jest wiele do zrobienia. Temu służą takie akcje jak Tydzień Świadomości Szumów Usznych, którego celem jest przekazywanie informacji na temat problemu, zachęcanie do podjęcia diagnostyki i ewentualnie rozwiązania tej dolegliwości – mówi kierownik Zakładu Szumów Usznych w Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu.

Branża hotelarska zmaga się z niedoborem pracowników. Konieczne inwestycje w automatyzację

Branża hotelarska zmaga się z niedoborem pracowników. Konieczne inwestycje w automatyzację 13

Duża konkurencja ze strony apartamentów i obiektów na krótkoterminowy wynajem oraz rosnące koszty pracy powodują, że hotele muszą szukać sposobów na podniesienie rentowności i przyciągnięcie gości. To jest jednak trudne ze względu na brak dostępnych pracowników. Dlatego branża coraz częściej zmienia politykę kadrową i inwestuje w szkolenia, by utrzymać personel. Odpowiedzią na ten problem są również inwestycje w automatyzację.

Bezrobocie na poziomie 6,9 proc., emigracja zarobkowa i obniżony wiek emerytalny to czynniki, które wpłynęły na mniejszą liczbę pracowników na polskim rynku. Dla branży hotelowej oznacza to trudności ze znalezieniem chętnych do pracy. W krótkim okresie rozwiązaniem było zatrudnianie cudzoziemców.

– Bardzo szybko i to źródło się wysyciło, wobec czego hotele, by zadbać o jakość usług, muszą starać się o to, by pracownicy ich nie opuszczali i by zachować ich lojalność. To nie jest łatwe, bo większość hoteli nie jest hotelami sieciowymi i stworzenie ścieżki rozwoju nie jest takie proste – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Dragan, dyrektor zarządzający firmy Profitroom.

Duża rotacja pracowników powoduje wzrost kosztów pracy. To obok coraz mniejszej dostępności kadr kolejne wyzwanie dla działów HR hoteli i sieci hotelowych. Kluczowe będzie zatrzymanie pracowników doświadczonych i taki system szkoleń i motywacji, który zachęci do pracy w branży ludzi młodych. To o tyle trudne, że przedstawiciele pokolenia Y mają inne wymagania niż starsi pracownicy. Zdecydowanie większą wagę przywiązują do równowagi między pracą a życiem prywatnym.

– Będzie to wymagało od hoteli zrewidowania swojej polityki kadrowej, zbudowania ścieżek karier, zapewnienia odpowiednich szkoleń, żeby pracownicy chcieli pozostać w danym hotelu, żeby nie musiał on cały czas pozyskiwać nowych i ciągle ich szkolić. Wówczas są to niewspółmiernie większe koszty – mówi Marcin Dragan.

Rywalizacja o pracowników będzie rosła równolegle ze wzrostem liczby obiektów. W okresie 2017–2019 tylko na gdańskim rynku pojawi się ok. 1, 5 tys. nowych pokoi hotelowych, co oznacza wzrost o 50 proc. Z kolei w Warszawie w perspektywie najbliższych lat baza pokoi hotelowych ma wzrosnąć o 35–40 proc. Branża będzie musiała się zmierzyć z rosnącą presją na podwyżki płac, rosnącymi kosztami, a co za tym idzie – spadkiem rentowności obiektów.

– Spadają średnie ceny, tzw. ADR. Jesteśmy już prawdopodobnie na szczycie cyklu koniunkturalnego. Pomimo tego, że popyt rośnie, to także bardzo mocno wzrosła podaż obiektów i apartamentów na krótki najem. Efekt jest taki, że hotele muszą podnieść wskaźniki obłożenia, żeby zrealizować dany przychód, co z kolei przy problemach kadrowych będzie pewnym wyzwaniem – wyjaśnia Marcin Dragan.

Z tym wyzwaniem hotele starają sobie radzić również poprzez automatyzację niektórych prac. Wiele hoteli już dziś korzysta z automatycznych systemów rezerwacji.

– Wszystkie prace, które są żmudne, nieefektywne, kosztochłonne, ale też nieprzyjemne dla pracownika, powinny być zautomatyzowane. Automatyzację obserwujemy szczególnie w obszarze sprzedaży i marketingu – podkreśla Marcin Dragan.

Przykładem mogą być zautomatyzowane platformy marketingowe. Reklamy oparte na automatyzacji zajmują dziś 93 proc. przestrzeni reklamowej wydawców, w tym Google. Według ZenithOptimedia w mijającym roku wykorzystanie reklam programatycznych wzrosło o 31 proc., podczas gdy wykorzystanie reklam w mediach społecznościowych i reklam wideo odpowiednio o 25 i 20 proc. Branża hotelarska korzysta z rozwiązań, które sprawdzają się w przypadku e-commerce.

W 2018 roku hotele powinny też przyjrzeć się swojej ofercie pod kątem zmieniających się potrzeb i gustów klientów. Trendem, który wkracza na rynek usług hotelowych jest slow travel. Goście nie chcą już brać udziału w objazdówkach, przenosząc się z miejsca na miejsce. Wybierają pobyty dłuższe związane z poznawaniem ludzi i kultury danego miejsca. Do lamusa odchodzi model turystyczny typu 3 x S (ang. sea, sun, sand), popularność zyskuje zaś formuła 3 x W (wolno, wnikliwie, wyjątkowo).

– Goście oczekują doświadczeń, nowych wrażeń, nie samego bed & breakfast, lecz szczególnej oferty związanej z eksploracją miejsca, z doświadczaniem go i lokalnych tradycji. To świetna szansa dla obiektów nieoczywistych turystycznie, które mogą zaoferować nietypowy zakres usług – mówi Marcin Dragan.

Większe hotele i sieci powinny szukać pomysłów na unikalne oferty dostosowane do potrzeb gości, biorąc pod uwagę oczekiwania różnych grup, np. smakoszy, amatorów domków na drzewach czy glampingu (glamour + camping). Coraz ważniejszym trendem są też wyjazdy dla rodzin wielopokoleniowych, tak zwane 3G. Dlatego hotele muszą postawić na atrakcje dla gości z różnych grup wiekowych.

– Często widzimy sytuacje, że rezerwacje składane są przez rodziców dzieci, którzy jadą na rodzinny wyjazd z dziadkami – dodaje Marcin Dragan.

Większe zainteresowanie najmem napędza rynek nieruchomości. Rośnie znaczenie lokali wynajmowanych na krótki czas

Większe zainteresowanie najmem napędza rynek nieruchomości. Rośnie znaczenie lokali wynajmowanych na krótki czas 14

Ponad połowa Polaków, którzy inwestują, decyduje się na nieruchomości. Rok 2018 może być pod tym względem rekordowy. Do takich inwestycji przekonuje ich coraz większe zainteresowanie najmem zarówno krótko-, jak i długoterminowym. Na ten ostatni wpływa rosnąca liczba pracowników i studentów z zagranicy. Na rynek najmu trafi też część klientów, którzy nie zdążyli na dopłaty z MdM. Choć rośnie popyt, problemem może wkrótce stać się podaż. Na rynku coraz mniej jest dostępnych gruntów pod budowę kolejnych inwestycji, dodatkowo koszty prac wykończeniowych rosną, a spada dostępność ekip.

 Rynek najmu jest rozgrzany. Zarówno jeśli chodzi o inwestycje w mieszkania – spodziewamy się, że to będzie kolejny rok intensywnych inwestycji w mieszkania ze strony inwestorów indywidualnych, ale pewnie też zaczną się trochę bardziej aktywizować inwestorzy instytucjonalni – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Kaźmierczak, partner zarządzający Grupą Mzuri.

Dane Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami w 2016 roku już 51 proc. inwestujących Polaków wybrało nieruchomości jako formę lokowania kapitału.

– Polacy bardzo chętnie inwestują w mieszkania pod wynajem, bo jest to względnie bezpieczna alternatywa dla lokat bankowych, gdzie oprocentowanie jest 3-4-krotnie niższe – tłumaczy Artur Kaźmierczak.

W 2017 roku do użytku oddano 178,2 tys. mieszkań, o ponad 9 proc. więcej niż rok wcześniej. Duża część z nich trafiła na najem. W tym roku zainteresowanie taką formą inwestycji będzie rosnąć, zwłaszcza w segmencie najmu krótkoterminowego.

– Staje się on bardzo modny. Wiele osób się nad nim zastanawia, bo przynosi dużo większe przychody, choć wiąże się z dużo większymi kosztami. Rozwój tego segmentu rynku może być bardzo ciekawy – prognozuje Kaźmierczak.

Przy wyborze mieszkania pod najem krótkookresowy inwestor powinien brać pod uwagę lokalizację, wielkość i standard nieruchomości, warto też sprawdzić konkurencję w okolicy. Zyski z takiego najmu mogą jednać znacznie przekraczać te z najmu długoterminowego, dlatego operatorzy najmu krótkoterminowego, zwłaszcza ci oferujący np. czynsz gwarantowany, mogą cieszyć się zainteresowaniem.

Zdaniem eksperta także sytuacja na rynku najmu długoterminowego będzie coraz lepsza. Duży wpływ na to ma coraz większa liczba cudzoziemców. Jak podaje Grupa Mzuri, stanowią oni nawet 10 proc. na rynku najmu. Rośnie też grupa zagranicznych studentów, którzy wybierają polskie uczelnie – według GUS tylko w roku akademickim 2015/2016 było ich ok. 60 tys. Rynek najmu może też napędzać zakończony program Mieszkanie dla Młodych – rządowe dopłaty służyły często za wymagany wkład własny, dzięki czemu na kredyt hipoteczny mogło sobie pozwolić więcej osób. Na popularność najmu wpływają też inne oczekiwania społeczeństwa.

– Coraz więcej osób mieszka w wynajętych mieszkaniach i albo chcą, albo muszą to robić. Chcą, bo np. planują przenieść do innego miasta, może do innego kraju. Może ze względu na to, że nie chcą wiązać się kredytem, słyszeli dużo o frankowiczach, o tym, że kredyt to kotwica u szyi. Z drugiej strony jest duża grupa, która może chciałaby mieć własne mieszkanie, ale wymogi, które KNF narzuca bankom odnośnie wkładu własnego, skutecznie na wiele lat wykluczają takie osoby z możliwości kupna mieszkania na kredyt, nie mówiąc już o zakupie za gotówkę – podkreśla Kaźmierczak.

Z kolei do inwestycji w nieruchomości mogą przyciągnąć spadająca liczba pustostanów (na podstawie zarządzanych nieruchomości Mzuri ocenia ich odsetek na 4,8 proc. w 2017 roku przy 6,1 proc. rok wcześniej) i rosnące ceny najmu.

– W ciągu ostatnich 12 miesięcy najmocniej wzrosły czynsze najmu w Łodzi – o 6,1 proc. Na drugim miejscu spośród dużych miast była Warszawa (niecałe 5 proc.). Mamy też takie miasta jak Poznań, gdzie czynsze najmu nieznacznie, ale jednak spadły. Natomiast patrząc na całość rynku, widzimy, że stawki rosną – ocenia ekspert.

Jak wskazuje Kaźmierczak, mimo rosnącego popytu, niewiadomą jest sytuacja na rynku deweloperskim.

– Ograniczona jest podaż gruntów, co staje się dużym problemem. Rosną dość istotnie koszty wykonawstwa i dostępność firm wykonawczych. Deweloperzy mają więc przed sobą trudny rok, w którym będą podejmować trudne decyzje. Nie mają za bardzo na czym budować, chyba że ktoś ma bank ziemi, ale ciężko jest ten bank odnawiać, a z drugiej strony ceny wykonawstwa rosną tak szybko, że powoduje to dużą niepewność na rynku – mówi partner zarządzający Grupą Mzuri.

Koszty prac budowlano-montażowych w budynkach mieszkalnych wzrosły w ciągu roku o 1,3 proc., najszybciej montaż osprzętu instalacyjnego (o 4,3 proc.), instalacje (w zależności od typu od 1,2 do 2,3 proc.), czy tynkowanie (1,2–2,8 proc.). Wyższe są też ceny materiałów budowlanych.

– Inwestorzy mogą się natknąć na taką barierę w dostępności fachowców. Jest ich coraz mniej, a przynajmniej ich liczba nie rośnie jak rośnie liczba remontów. Przekłada się to na rosnące ceny i wydłużające się terminy, a wręcz może się zdarzyć, że ekipa porzuci remont, żeby się pracować gdzie indziej, gdzie uzyskają lepszą cenę – prognozuje Artur Kaźmierczak.

OFE do likwidacji jeszcze w tej kadencji Sejmu. Polacy będą mieć większy wpływ na inwestowanie odkładanych pieniędzy

OFE do likwidacji jeszcze w tej kadencji Sejmu. Polacy będą mieć większy wpływ na inwestowanie odkładanych pieniędzy 15

W 2019 roku ma nastąpić ostateczna reforma OFE, czyli ich likwidacja. Zamiast nich zostaną wprowadzone pracownicze plany emerytalne, a trzy czwarte środków zgromadzonych w OFE trafi na prywatne konta oszczędzających. Zdaniem ekspertów będzie to oznaczać konieczność założenia rachunku w rodzaju IKZE i możliwość wyboru strategii inwestycyjnej. To z kolei powinno przyczynić się do większej świadomości Polaków odnośnie gromadzenia pieniędzy na jesień życia.

Po ostatnich zapowiedziach premiera Mateusza Morawieckiego widzimy, że czeka nas kolejny demontaż OFE. Na dziś są to spekulacje, w którą stronę będzie zmierzał rynek, natomiast reforma emerytalna będzie dotyczyła przekazania środków uzbieranych na naszych rachunkach OFE inwestorom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Stanek, prezes zarządu firmy inwestycyjnej Q Value. – Wszystko wskazuje na to, że każdy z nas będzie musiał otworzyć indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego bądź jego nowy wariant. Na te rachunki zostaną przekazane środki zgromadzone w OFE, którymi będziemy mogli dysponować w większym stopniu.

Pomysł likwidacji OFE został przedstawiony przez Mateusza Morawieckiego już półtora roku temu w ramach Programu Budowy Kapitału. Zgodnie z nim 75 proc. środków zgromadzonych w OFE miałoby zostać sprywatyzowanych i trafić na konta w funduszach inwestycyjnych, natomiast jedna czwarta zasiliłaby Fundusz Rezerwy Demograficznej. Do tej pory jednak żadne zmiany nie nastąpiły i dopiero ostatnio premier zapowiedział, że projekt wszedł w fazę konsultacji i zostanie wcielony w życie w 2019 roku, jeszcze przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi.

Należy przygotowywać się do tych zmian emerytalnych już dzisiaj. Statystyki pokazują, że dostępne dziś narzędzia, czyli IKE i IKZE nie są chętnie wybierane przez inwestorów. Ciągle pokutuje brak świadomości w zakresie oszczędzania na emeryturę – ocenia Michał Stanek. – Niewielu z nas posiada te instrumenty, ja jestem posiadaczem obu. Jako świadomy inwestor staram się wybierać te produkty, które po pierwsze dają mi odpisy podatkowe, po drugie dają możliwość oszczędzania na emeryturę, a po trzecie to są te instrumenty, na które zostaną przekazane środki z OFE.

Z ostatnich dostępnych danych komisji Nadzoru Finansowego wynika, że w połowie 2017 roku konta IKE posiadało niespełna 932,5 tys. Polaków. Zgromadzono na nich łącznie niecałe 7,5 mld zł. Jeszcze mniejsza liczba przyszłych emerytów zdecydowała się na założenie IKZE, choć daje ono możliwość odliczenia od podatku. Na koniec czerwca 2017 roku kont tych było w Polsce nieco ponad 664 tys. Zebrane na nich pieniądze nie sięgały nawet 1,3 mld zł.

Dodatkowo rząd zaproponował utworzenie pracowniczych planów kapitałowych, które miałyby być tworzone przez wszystkich pracodawców dla wszystkich pracowników. Pracodawca miałby odprowadzać na nie składkę w wysokości co najmniej 2 proc. wynagrodzenia pracownika, a pracownik – 1,5 proc. Zdaniem Michała Stanka to dobry pomysł.

Pracownicze plany kapitałowe będą dobrym uzupełnieniem nowej reformy emerytalnej. Spowodują, że większa liczba inwestorów pojawi na rynku, ponieważ obowiązkowość planów spowoduje, że będziemy większe środki oszczędzać na emeryturę – mówi prezes Q Value. – Przymusowość oszczędzania spowoduje, że procent zastąpienia (wobec pensji) na emeryturze będzie większy. Z punktu widzenia rynku kapitałowego będzie to też istotne, ponieważ nowe środki będą napływały na rynek, będzie możliwość inwestowania ich w coraz szerzej dostępne aktywa, zarówno na rynku krajowym, jak i na rynkach zagranicznych.

Z danych Analiz Online wynika, że na koniec stycznia aktywa otwartych funduszy emerytalnych wyniosły 184,2 mld zł. To o 2,6 proc. więcej niż na koniec 2017 roku. W ciągu trzech lat fundusze przyniosły od 21,6 proc. do 32,5 proc. zysku, a w ciągu 10 lat – od 66,1 proc. do 84,9 proc. zysku. Członkami OFE jest obecnie ok. 16 mln Polaków, przy czym tylko 16 proc. z nich odprowadza składki na bieżąco. Składki pozostałych trafiają na subkonto w ZUS.

– Zapowiadana reforma spowoduje, że nasza polityka inwestycyjna będzie składała się z szerszej palety produktów – przewiduje Michał Stanek. – Nie będziemy ograniczeni do jednego OFE, będziemy mogli wybrać rozwiązania bardziej dopasowane do naszych oczekiwań, wieku i naszej tolerancji na ryzyko. Pojawią się na większą skalę produkty cyklu życia, czyli instrumenty, w których w miarę naszego coraz starszego wieku skład portfela będzie coraz mniej podatny na potencjalne spadki na rynku. Tym samym żeby w momencie przejścia na emeryturę nie było szoku dość istotnej zmiany zgromadzonych przez nas środków.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W obliczu napięć na rynkach finansowych w przyszłym tygodniu dane makro mogą zejść na drugi plan. Jednak mamy kilka ważnych publikacji z USA, które, jeśli wypadną lepiej, będą podsycać odwrót inwestorów w stronę dolara. Inflacja CPI i sprzedaż detaliczna będą najważniejsze. Poza tym wyróżniają się CPI z Wielkiej Brytanii, rynek pracy z Australii i decyzja szwedzkiego Riksbanku. W Polsce mamy pierwszy szacunek PKB za IV kw.

Przyszły tydzień: CPI/sprzedaż detaliczna/indeksy nastrojów z USA, CPI z Wlk. Brytanii, Riksbank, PKB z Polski, PKB z Japonii, rynek pracy z Australii

Następny tydzień przynosi spory zestaw odczytów z USA, jednak w centrum uwagi będą CPI i sprzedaż detaliczna (śr). Katalizatorem ostatnich zawirowań rynkowych stały się obawy o przyspieszenie inflacji, które stanie na przeszkodzie globalnemu ożywieniu, więc pozytywne zaskoczenie w CPI tylko podsyci panikę. Z drugiej strony wysokie oczekiwania (0,4 proc. m/m) dają większe pole dla rozczarowania, co dałoby powód do uspokojenia nastrojów, choć uderzyłoby w USD. Sprzedaż detaliczna powinna wypaść dobrze i wzrosnąć piąty miesiąc z rzędu (prog. 0,3 proc.), jeśli wierzyć solidnym odczytom indeksów ISM. Interesujące też będzie, jak głębokie spadki na Wall Street przełożyły się na nastroje wśród przedsiębiorców i konsumentów? Pod tym kątem śledzić będzie trzeba odczyty indeksów Fed z Filadelfii i NY Empire State (czw), a także raport Uniwersytetu Michigan (pt). W tym ostatnim oprócz nastrojów konsumentów ważne też będą oczekiwania inflacyjne – jeśli odpowiedzą wzrostem na wyższą dynamikę płac, będzie to czynnik wspierający zmienność rynkową.

W strefie euro grudniowa produkcja przemysłowa i rewizja PKB za IV kw. (śr) raczej nie będą mieć istotnego wpływu na EUR. W kalendarzu jest szereg wypowiedzi członków EBC (Weidmann, Mersch, Praet, Lauteschlaeger, Coeure), ale jak dotychczas nie komentują oni przyszłości polityki pieniężnej, położenia EUR i ostatnich zmian na rynkach finansowych. To skazuje EUR na podleganie pod zmianę nastawienia inwestorów wobec USD. Długa pozycja spekulacyjna na EUR/USD wciąż pozostaje duża i stanowi podwyższone ryzyko kapitulacji, co pchnęłoby kurs w dół.

W Wielkiej Brytanii przyszłotygodniowe publikacje makro mogą potwierdzać, że gospodarka ma się dobrze. CPI (wt) wprawdzie cofa się od nakręconego słabym funtem szczytu, ale inflacja bazowa ma wzrosnąć do 2,6 proc. (z 2,5 proc.). Sprzedaż detaliczną (pt) w styczniu powinno czekać odbicie po słabym grudniu. Ogólnie dane powinny wspierać jastrzębi przekaz BoE o możliwym szybszym tempie podwyżek stopy procentowej. Jednak dla BoE istotny jest też pomyślny przebieg Brexitu, a sygnały z nad stołu negocjacyjnego nie są dobre i na koniec tygodnia ciągną funta w dół. Sądzimy, że optymizm względem GBP będzie dalej temperowany.

Szwedzki Riksbank podejmuje decyzję w sprawie stopy procentowej (śr), gdzie nie oczekujemy zmian. Silny wzrost pozwala na odchodzenie od łagodnego nastawienia, ale bank centralny cierpliwe czeka na ruch ze strony EBC, aby normalizować politykę w tandemie bez wywoływania zbędnej presji aprecjacyjnej na koronie.

W Polsce GUS zaprezentuje szacunek flash dla PKB za IV kw. (śr). Zakładamy zgodnie z konsensusem przyspieszenie wzrostu do 5,1 proc. Dane flash nie zawierają szczegółowych danych, ale spodziewamy się odbicia inwestycji prywatnych przy dalszej solidnej postawie pozostałych czynników wzrostów. Zatem jest mało realne, aby dane miały negatywnie zadziałać na złotego. Większe ryzyko leży w kontynuowanej ucieczce inwestorów od ryzykownych aktywów, co może wyraźnie podnieść zmienność na parach złotowych.

Z Japonii otrzymamy pierwszy szacunek PKB za IV kw. (śr) i rynek spodziewa się spowolnienia 1 proc. po solidnych 2,5 proc. w trzecim kwartale. Powodem wyhamowania ma być wyparowanie pozytywnego wpływu popytu zewnętrznego (przez skok importu), ale konsumpcja i inwestycje mają się dobrze. Dane nie powinny wzbudzać większych emocji. Awersja na ryzyka i perturbacje rynkowe ściągają kapitał w stronę bezpiecznego JPY. USD/JPY może być stabilizowany wzrostem rentowności obligacji skarbowych USA, ale na crossach z walutami ryzykownymi jen może być wyjątkowo mocny.

W Australii dane z rynku pracy (czw) będą w centrum uwagi. Większa szansa jest na pozytywne niespodzianki z uwagi na niski konsensus (15 tys.), ale też generalnie dobre wskazania indeksów zaufania konsumentów i biznesu. Mocny akcentem byłby niespodziewany spadek stopy bezrobocia o 0,1 pkt proc. do 5,4 proc. Mimo to w danych widzielibyśmy tylko szanse na przejściowe umocnienie AUD z mocniejszym wpływem awersji do ryzyka, przeceny surowców oraz skutków gołębiego przekazu RBA. Z Nowej Zelandii otrzymamy oczekiwania inflacyjne (śr), wokół których ryzyka są zrównoważone. Krótkoterminowo NZD nie obroni się wobec nieprzychylnych warunków rynkowych, ale oceniamy go lepiej w porównaniu z AUD.

W Kanadzie zapowiada się cichy tydzień z jedynym odczytem produkcji sprzedanej przemysłu (pt), który ma drugorzędne znaczenie. Kierunek dla CAD będzie wyznaczać globalny sentyment i przetasowania w pozycjonowaniu na USD, ale widzimy względnie mniejszą wrażliwość na skoki awersji do ryzyka w porównaniu z innymi walutami ryzykownymi, przez co CAD może brylować na crossach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Mity employer branding – jak nie ulec złudzeniu?

Atmosfera w pracy jest równie ważna jak wynagrodzenie, a 73 proc. profesjonalistów przystąpi do rekrutacji tylko jeśli odpowiada im wizerunek potencjalnego pracodawcy – takie wnioski płyną z raportu „Wymarzone miejsce pracy dla profesjonalisty” przygotowanego przez HRM Institute. Niestety wielu przedsiębiorców ma błędne przekonania związane z employer branding. Ekspert zarządzania doświadczeniem pracowników z firmy CzteryP pomaga obalić te mity.

Employer branding, czyli budowanie marki pracodawcy, to określenie, które zyskuje coraz większą popularność wśród polskich przedsiębiorców. „Cel tych działań jest jasny: menedżerowanie chcą przyciągnąć do firmy wartościowych pracowników i budować lojalność osób, które zostały już zatrudnione” – opisuje Jarosław Pudełek z CzteryP. Problem pojawia się jednak, gdy teoretyczny koncept próbujemy przekuć w praktyczne działania.

Mit 1. Wydaję pieniądze na marketing, więc nie potrzebuję employer branding

Wydatki na marketing i PR to znacząca pozycja w budżecie wielu firm. Trzeba przyznać, że pozytywny odbiór ze strony klientów często zawdzięczamy właśnie promocji. Nie należy mylić jej jednak z employer branding, który powinien oddziaływać przede wszystkim na pracowników. Dotyczy to zarówno już zatrudnionych osób, jak i tych, których dopiero chcielibyśmy zrekrutować.

„Pracodawcy często nie doceniają inteligencji pracowników. Menedżerom wydaje się, że jeśli o firmie będzie się dobrze mówić w mediach, to podwładni nie zorientują się, że to płatne działania i będą bardziej pozytywnie postrzegać swoje miejsce pracy” – mówi Jarosław Pudełek. Ekspert podkreśla jednak, że to fałszywe przekonanie: „W rzeczywistości efekt może być odwrotny od zamierzonego. Jeśli pracodawca inwestuje w reklamę, a jednocześnie zaniedbuje relacje wewnętrzne, wysyła jasny sygnał: bardziej od ludzi liczą się dla niego wyniki sprzedażowe” – zaznacza.

Mit 2. Mam dobry dział personalny, poradzę sobie bez specjalisty

Udało nam się zatem usunąć znak równości między marketingiem a budowaniem wizerunku pożądanego pracodawcy. Czas zadać sobie pytanie, w jaki sposób prawidłowo budować employer branding swojej firmy. Z raportu HRM Institute wynika, że niemal w co drugiej organizacji odpowiada za to dział personalny. Teoretycznie nie ma w tym nic złego. Jednak według wspomnianych badań aż 38 proc. pracodawców dostrzega, że osobom odpowiedzialnym za employer branding brakuje do tego odpowiednich kompetencji.

Skoro zauważamy problem, należy mu przeciwdziałać. Kompleksową obsługę może zapewnić zewnętrzna agencja, która zadba o wizerunek firmy jako pracodawcy zarówno poprzez wsparcie procesu rekrutacji, jak i bieżącej komunikacji wewnętrznej. „Z moich obserwacji wynika, że pozytywne zmiany mogą być zainicjowane także podczas szkoleń prowadzonych przez doświadczonych konsultantów z zakresu employer branding. Takie spotkanie pozwala wytyczyć kierunek, w którym powinna zmierzać firma, żeby być postrzegana jako atrakcyjna przez potencjalnych pracowników” – dodaje Jarosław Pudełek z CzteryP.

Mit 3. Nie muszę nic robić – wystarczy, że zatrudniam agencję PR

Nawet jeśli zdecydujesz się skorzystać z pomocy specjalistów, pamiętaj, że za employer branding odpowiada przede wszystkim sam pracodawca. Nawet najlepiej przemyślane kampanie wizerunkowe nie przyniosą efektu, gdy nie stoi za tym dobra atmosfera w miejscu pracy – a ta jest według wielu osób równie ważna jak poziom wynagrodzenia i możliwość zdobywania nowych kompetencji.

Jeśli zależy Ci na pozytywnym odbiorze jako pracodawcy, nie możesz budować tego przekonania tylko za pomocą słów. Kluczowe jest przyjazne środowisko pracy, otwarta komunikacja w zespole i dbałość o rozwój pracowników. Jak podkreśla bowiem ekspert z CzteryP, najskuteczniejszy employer branding jest ten kreowany ustami samych pracowników.

Okiem naukowca: doświadczenia szwedzkiego biznesu ze zrównoważonym rozwojem

Czego na temat zrównoważonego rozwoju szwedzkie firmy mogą nauczyć świat? Takie pytanie postawiła sobie w tekście opublikowanym w magazynie „The Conversation” Susanne Arvidsson, profesor nadzwyczajna rachunkowości i finansów Uniwersytetu w Lund. Poniżej prezentujemy treść tego artykułu.

Firmy na całym świecie coraz częściej informują w raportach o swoim podejściu do kwestii zrównoważonego rozwoju. Raporty zawierają więc nie tylko dane dotyczące wyników ekonomicznych, lecz także informacje na temat sposobu traktowania kwestii społecznych, etycznych i środowiskowych. Trend ten jest wyrazem przekonania, że sprawy te są ważnym aspektem każdego biznesu – przekonania podzielanego przez klientów, dostawców, pracowników oraz banki.

Zdarza się często, że firmy są krytykowane za niedostatecznie wyczerpujące informacje na ten temat. Jednak z moich najnowszych badań wynika, że jakość informacji w kwestiach dotyczących zrównoważonego rozwoju przekazywanych przez szwedzkie firmy jest coraz lepsza. Ich wyniki wskazują również obszary, które – jeśli praktyka ta ma być warta związanego z nią zachodu – wymagają dalszego doskonalenia.

Od lat styl komunikacji korporacyjnej szwedzkich firm jest uważany za jeden z najlepszych na świecie. Dotyczy to zarówno raportowania kwestii ekonomicznych, jak i relacjonowania wysiłków podejmowanych dla zapewnienia zrównoważonego charakteru ich działalności. Ich umiejętności informacyjne, zwłaszcza w tym drugim obszarze, zostały wysoko ocenione w badaniach akademickich i opiniach firm doradczych, na przykład w raporcie KPMG na temat globalnych trendów w podejściu do społecznej odpowiedzialności biznesu.

Do niedawna jeszcze w większości krajów raportowanie kwestii zrównoważonego rozwoju nie było obowiązkowe. Ale w roku finansowym 2017 w nowej dyrektywie Unii Europejskiej pojawił się wymóg, by każda organizacja będąca przedmiotem „publicznego zainteresowania” raportowała kwestie związane ze społecznym i środowiskowym oddziaływaniem jej modelu biznesowego.

Po przestudiowaniu raportów środowiskowych publikowanych w latach 2008-2015 przez trzydzieści największych szwedzkich przedsiębiorstw stwierdzam, że są one bardzo inspirujące. Wśród firm tych znalazły się między sieć sprzedaży detalicznej H&M, koncern telekomunikacyjny Ericsson oraz producent samochodów Volvo. Jest przy tym oczywiste, że na dużych, przynoszących zyski firmach spoczywa większa odpowiedzialność za raportowanie kwestii środowiskowych.

Okazało się, że żadna z tych firm nie jest doskonała. Z moich obserwacji wynika, że wszystkie wciąż uczą się, jak to robić. W ciągu siedmiu lat, które były przedmiotem mojego zainteresowania, forma tych informacji zmieniała się – zwięzłe i ogólnikowe komunikaty były stopniowo zastępowane szczegółowymi, dobrze opracowanymi omówieniami tematu.

Kwestia zrównoważonego rozwoju staje się coraz ważniejszym elementem etyki biznesu. W raportach środowiskowych firmy wyjaśniają, jak traktują własną odpowiedzialność za wpływ ich działalności na społeczeństwo i informują o swoich staraniach mających na celu uwzględnienie w praktyce biznesowej względów społecznych, ekologicznych i etycznych.

Co jednak ważniejsze, stwierdziłam, że największe szwedzkie przedsiębiorstwa zaczęły uwzględniać imperatyw zrównoważonego rozwoju w swoich modelach biznesowych. Model biznesowy Volvo jest zbudowany na trzech filarach: ekonomicznym, społecznym i środowiskowym. Podobnie jest w przypadku innych dużych firm, o których mogliście nie słyszeć. Przykładem jest Assa Abloy, największy na świecie producent zamków i zabezpieczeń drzwiowych, o kapitalizacji rynkowej 22,6 miliarda USD. W jego modelu biznesowym troska o zrównoważony rozwój jest obecna we wszystkich procesach, od innowacji i opracowania produktu po logistykę i sprzedaż.

Najnowsze raporty świadczą o tym, że niektóre firmy zaczynają uwzględniać cele związane ze zrównoważonym rozwojem w zarządzaniu ryzykiem. Dostrzegają też coraz wyraźniej, że sprawy takie jak zmiany klimatyczne oraz stan środowiska naturalnego będą wpływać na ich rachunek wyników. Sandvik, SEB oraz Volvo bardzo dobrze rozumieją zależności między celami zrównoważonego rozwoju a zarządzaniem ryzykiem i identyfikują te ryzyka oraz zarządzają nimi na wszystkich ogniwach łańcucha wartości.

Miejsce na dalszą poprawę

W przypadku wszystkich zbadanych firm wciąż jest oczywiście miejsce na dalszy postęp w tej kwestii. Można odnieść wrażenie, że niektóre z nich uwzględniają cele zrównoważonego rozwoju w swoich modelach biznesowych bez większego przekonania. To jasne, że jest to dla nich nowy proces, którego efektywna realizacja wymaga wciąż wiele pracy.

Stwierdziłam w szczególności, że wiele z nich nie zdaje sobie jeszcze w pełni sprawy z tego, w jak dużym stopniu zaangażowanie w cele zrównoważonego rozwoju może poprawić ich wyniki finansowe. Traktują więc to zagadnienie jako coś w rodzaju ćwiczenia z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu. Jednak powiązanie zaangażowania w zrównoważony rozwój z wynikami finansowymi ma wielkie znaczenie, również z tego ważnego powodu, że akcjonariusze często zarzucają zarządom firm, że to zaangażowanie jest nadmierne.

Innym obszarem możliwej poprawy jest sama treść raportów środowiskowych. Można zrozumieć, że opracowanie wartościowych i wiarygodnych miar pozwalających ocenić realizację zasad zrównoważonego rozwoju jest trudne. Często unika się więc formułowania konkretnych celów i deklarowania dokładnych terminów, ograniczając się do ogólnikowych zapewnień o zamiarach ograniczenia emisji CO₂ oraz odpadów.

Sytuacja ta utrudnia porównywanie firm pod względem efektywności działań na rzecz zrównoważonego rozwoju. Nawet wtedy, gdy firmy publikują obszerne, szczegółowe raporty, brak uniwersalnego systemu mierników sprawia, że inwestorom trudno ocenić, która z nich jest pod tym względem lepsza.

Mimo tych wszystkich niedociągnięć, trzeba przyznać, że w ciągu ostatnich lat dokonał się znaczący postęp w raportowaniu kwestii związanych ze zrównoważonym rozwojem. Świadczy to o tym, że firmy myślą o tym problemie i zmuszają same siebie, a także innych, do takiego postępowania , by ich działania przynosiły zarówno zyski, jak i korzyści społeczne. Szwedzkie przedsiębiorstwa dają przykład tego, że biznes może odnosić korzyści ze stawiania na jednej płaszczyźnie kwestii etycznych i ekonomicznych.

Autorka: Susanne Arvidsson, profesor nadzwyczajna rachunkowości i finansów, Uniwersytet w Lund

Źródło: SPCC/ thelocal.se

Lokata jak strata

Trzymasz pieniądze na lokacie bankowej? Prawdopodobnie jej oprocentowanie nie jest wyższe niż poziom inflacji. Trudno w takiej sytuacji mówić o zysku. A wszystko przez stopy procentowe, które w Polsce są i pozostaną niskie. Tymczasem w USA stopy procentowe z podobnego poziomu wzrosną w tym roku trzy lub nawet cztery razy i Amerykanie realnie zyskają, trzymając oszczędności w banku – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła główną stopę procentową bez zmian, czyli poniżej aktualnego poziomu inflacji.

1,5 proc. – było, jest i będzie

Ekonomiści oraz sami członkowie Rady Polityki Pieniężnej (RPP) nie spodziewali się zmian. I rzeczywiście, w środę usłyszeliśmy, że główna (referencyjna) stopa procentowa nadal wynosi 1,5 proc., na tym poziomie utrzymuje się już od marca 2015 r.

Natomiast wzrost średniego poziomu cen dla konsumentów (inflacja) w Polsce znajduje się obecnie powyżej tego poziomu i wynosi ok. 2 proc. Dodatkowo, średni wzrost cen może mocno się różnić dla każdej osoby w zależności od np. wieku, miejsca zamieszkania czy koszyka spożywanych produktów. Dla przykładu, ceny żywności w 2017 r. wzrosły o 4,6 proc.

Chociaż globalne trendy oraz czynniki, które wywołują inflację, sugerują, że w tym roku w Polsce inflacja może rosnąć, to RPP najprawdopodobniej nie podniesie stóp procentowych. Zdaniem Adama Glapińskiego, przewodniczącego Rady, który wśród ekonomistów uchodzi za “gołębia” – czyli zwolennika stosunkowo niskich stóp procentowych, stopy mogą pozostać na niezmienionym poziomie jeszcze co najmniej przez najbliższy rok. To oznacza, że Polacy nadal będą tracić na lokatach (średnie ich oprocentowanie to 1,5 proc. w grudniu według danych NBP), za wyjątkiem ofert specjalnych, które jednak najczęściej są obwarowane dużymi ograniczeniami.

Przełom po latach – amerykańskie stopy większe

W przeciwieństwie do polskiej RPP, Rezerwa Federalna (Fed) w USA w tym roku może jeszcze kilkukrotnie podnieść główną stopę procentową. Sami członkowie Fedu oczekują obecnie trzech podwyżek w 2018 r. Ale niższy poziom podatków w tym roku, wyższa presja płacowa oraz niskie bezrobocie mogą sprawić, że dojdzie do nawet czterech podwyżek.

Co ciekawe, stopy procentowe są obecnie praktycznie na takim samym poziomie w Polsce i w USA. Zatem już w najbliższych miesiącach pierwszy raz od nieco ponad 10 lat będą one wyższe za oceanem niż w naszym kraju. A planowana skala podwyżek w USA może sprawić, że pod koniec roku ich poziom będzie o prawie 1 pkt proc. wyższy niż w Polsce. Z kolei oczekiwana przez Fed inflacja będzie niższa od tej, której spodziewa się NBP.

Oznacza to ni mniej, ni więcej, że wyższe stopy procentowe przy jednocześnie niższej inflacji umożliwią Amerykanom nie tylko ochronę kapitału ale także zarobek na lokatach, w przeciwieństwie do mieszkańców Polski, którzy będą na nich tracić.

Budżet w USA. Spadki na giełdach

W nocy amerykański senat uchwalił porozumienie budżetowe. Spadki na giełdach ciążą złotemu i pchają w górę franka. Konferencja Banku Anglii wspomogła funta.

Jest zgoda budżetowa w USA

Nad ranem senat zatwierdził porozumienie budżetowe. Nie obyło się oczywiście bez emocji. Przez celowo przedłużane wystąpienia przeciwników udało się nawet przekroczyć północ czasu lokalnego co skutkowało krótkotrwałym zawieszeniem rządu. Szanse jednak na zablokowanie budżetu były bardzo małe ponieważ był to wynik kompromisu liderów obydwóch ugrupowań. W rezultacie przeciwko głosowali tylko przedstawiciele skrajnych skrzydeł. Porozumienie znosi bowiem limit zadłużenia, co bardzo nie podoba się skrajnej części republikanów. Wskazują oni na bardzo szybko rosnący dług oraz brak planów jego ograniczenia. Porozumienie było już zapowiadane w związku z czym nie było widać specjalnej reakcji na rynkach.

Jaki jest wpływ spadków na giełdach na waluty?

Ostatnie gwałtowne korekty na giełdach nie pozostały neutralne dla rynków walutowych. Po tym jak większość głównych indeksów obsunęła się o około 10% od styczniowych szczytów wielu inwestorów zaczęło podejrzliwie patrzeć na rynki. Czym objawia się takie podejście? Po pierwsze gwałtownie zaczęły tracić waluty krajów uznawanych za bardziej ryzykowne. Gdzie w tym układzie jest Polska? Zdecydowanie po stronie ryzykownych. Na początku tygodnia za euro płaciliśmy mniej niż 4,15 zł. Wczoraj przez moment oglądaliśmy 4,20 zł. Z drugiej strony są waluty uważane za bezpieczne. Dobrym przykładem tutaj jest frank szwajcarski. Zyskał on 1,5% na wartości w ciągu tygodnia. Jak można się domyślić jest to spory problem dla kredytobiorców frankowych. Skoro frank zyskał a złoty stracił kurs franka do złotego musiał wyraźnie wzrosnąć. W efekcie zamiast rozważań kiedy przekroczymy barierę 3,50 zł z końca stycznia mamy dzisiaj poziomy 3,65 zł.

Wiadomości z Banku Anglii

Wczoraj zgodnie z oczekiwaniami prezes Banku Anglii ogłosił jednomyślne pozostawienie stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Funt jednak gwałtownie poszedł w górę. Powodem było wystąpienie po decyzji w którym między innymi przedstawiono lepsze od dotychczasowego konsensusu prognozy danych makroekonomicznych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Ryzyko powróciło na rynki – złoty traci

Wygląda na to, że to jeszcze nie koniec zmian na światowych rynkach. Złoty dotychczas nie był poddany z tego powodu istotnym wahaniom – wczoraj jednak w końcu zareagował.

Czwartek przyniósł kolejne spadki na światowych giełdach. Obawy o szybsze podwyżki stóp procentowych w USA przeważyły, a amerykańskie indeksy traciły około 3-4%. Na czerwono świeciła (i świeci) się również Europa. Duże spadki notowano podczas ostatniej sesji w Azji: indeks Shangai Composite tracił ponad 5%, spadając do najniższego poziomu od września. Hang Seng i Nikkei zaliczyły spadki rzędu ok. 2-3%.

Wydłużające się zamieszanie na rynkach akcji nie pomagało złotemu, który notował spadki w relacji do wszystkich głównych walut, najmocniej tracąc w parze z tzw. walutami bezpiecznych przystani, czyli jenem japońskim i frankiem szwajcarskim. Kurs CHF/PLN w konsekwencji wczorajszych ruchów powrócił do poziomów notowanych w listopadzie ubiegłego roku.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek umocnił się o 0,5%, wahając się w widełkach 4,17 – 4,19. Wspólna waluta wczoraj traciła w relacji do funta brytyjskiego, w parze z dolarem amerykańskim zakończyła dzień na niemal niezmienionym poziomie. Indeks EUR dzień zakończył na minusie. Opublikowany wczoraj biuletyn EBC był dość gołębi. Autorzy cały czas potwierdzają, że “znaczny poziom stymulacji monetarnej [w strefie euro]” nadal jest niezbędny.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek umocnił się o 0,9%, wahając się w widełkach 4,72 – 4,78. Funt mocno zyskiwał również w relacji do głównych walut. Wczorajszy ruch był wywołany zmianą tonu Banku Anglii w kwestii stóp procentowych. BoE jednogłośnie utrzymał stopy procentowe na niezmienionym poziomie 0,5%. Bank podniósł jednak szacunki wzrostu gospodarczego i zasugerował, że stopy procentowe mogą wzrosnąć “nieco wcześniej i nieco bardziej” niż oczekiwano w listopadzie. W kontekście nowych informacji, podwyżka stóp procentowych podczas spotkania w maju wydaje się realistyczna.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek umocnił się o 0,6%, wahając się w widełkach 3,39 – 3,42. Dolar tracił wczoraj w relacji do silniejszego funta brytyjskiego, w parze z euro zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie.

We wczorajszej wypowiedzi Bill Dudley z FOMC stwierdził, że zmiana na stanowisku szefa FED będzie płynna, potwierdził, że Powell jest podobny do Yellen. Poinformował, iż trzy podwyżki w 2018 r. byłyby w pełni naturalne, cztery, jego zdaniem są prawdopodobne, jeśli poprawi się sytuacja gospodarcza. Jego kolega, Patrick Harker był bardziej gołębi –  obecnie spodziewa się dwóch podwyżek stóp procentowych w tym roku, uznaje jednak, że możliwe są również trzy.

Z uwagi na niespodziewany brak porozumienia, po raz kolejny mieliśmy do czynienia z tzw. “zamknięciem rządu” w USA. Ostatecznie jednak dziś, po kilku godzinach trwania impasu udało się przegłosować zmiany i wydłużyć finansowanie instytucji do 23 marca br.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – prognozy brytyjskiego PKB wg. NIESR
  • 17:45 – przemawia Jon Cunliffe z brytyjskiego MPC

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Jon Eastick w zespole zarządzającym Allegro

Jon Eastick - Allegro
Jon Eastick – Allegro

W lutym do zespołu zarządzającego Allegro dołączył Jon Eastick, który został nowym członkiem zarządu oraz dyrektorem finansowym.

W Allegro będzie odpowiadał za tworzenie oraz realizację strategii finansowej oraz będzie zarządzał obszarami treasury, raportowania, podatków, kontrolingu finansowego, księgowości, zakupów, analityki finansowej, corporate services oraz zarządzania projektami.

Jon ma bardzo szerokie kompetencje w zakresie finansów korporacyjnych oraz budowania wartości spółek dla ich inwestorów. Przez kilkanaście lat pełnił rolę CFO w dużych firmach, dlatego cieszę się bardzo, że będziemy mogli wykorzystać jego wiedzę i umiejętności – mówi Przemysław Budkowski, prezes Allegro.

Jon jest Brytyjczykiem, ale od 25 lat mieszka i pracuje w Polsce. Przez 16 lat pełnił funkcje zarządcze oraz był dyrektorem finansowym w Netii, PTC oraz Lucent Technologies Poland. Wcześniej pracował też dla PTK Centertel oraz w firmie doradczej Arthur Andersen a ostatnio dla EY jako regionalny dyrektor operacyjny odpowiedzialny za obszar Europy Środkowej i Południowej. Ukończył studia w London School of Economics. Jest biegłym rewidentem certyfikowanym w Wielkiej Brytanii.

Obligacje korporacyjne inwestycją klasy średniej

Wielkość średnich zapisów składanych w emisjach publicznych przekonuje, że w obligacje inwestują właściciele pokaźnego kapitału, przynajmniej z pięcioma zerami.

Zamożność – gdyby trzeba było opisać nabywców obligacji wśród inwestorów indywidualnych jednym słowem, to właśnie to pasowałoby pewnie najlepiej. Oczywiście nie do wszystkich w takim samym stopniu. Być może nawet do mniejszości z nich, ale zgodnie z zasadą Pareta, to 15-20 proc. najbardziej aktywnych z nich decyduje o sukcesie lub porażce poszczególnych ofert. Częściej jednak o sukcesie – z ostatnich pięćdziesięciu dwóch emisji publicznych obligacji skierowanych do inwestorów indywidualnych na podstawie prospektów emisyjnych tylko jedna nie zakończyła się redukcją zapisów. A i w tym jednym przypadku można mówić raczej o pechu emitenta (emisja zbiegła się w czasie z zamieszaniem na rynkach finansowych po wyborze prezydenta w USA jesienią 2016 r.), niż o zamkniętych portfelach inwestorów.

Jednak do rzeczy. Wyniki publicznych emisji obligacji przeprowadzanych na podstawie prospektów to – jak dotąd – jedyne pewne źródło wiedzy o inwestorach biorących w nich udział. Źródło zresztą skąpe – poza wartością złożonych zapisów i ich liczbie nie można się z nich dowiedzieć wiele więcej. Ale już te informacje wystarczą, by stwierdzić, że w latach 2016-17 przeciętny średni zapis inwestorów biorących udział w tego typu emisjach wahał się w przedziale 36,2-343 tys. zł (dane serwisu Obligacje.pl). Wyniósł on dokładnie 136,5 tys. zł w 2016 r. (dane z 25 emisji) oraz 153 tys. zł w 2017 r. (dane z 11 ofert). Reszty możemy się domyślać. Z przywołanej wyżej zasady Pareta wynikałoby, że 4,5 tys. największych inwestorów indywidualnych złożyło w latach 2016-17 zapisy o średniej wartości 570 tys. zł i sumie 3,2 mld zł, choć – rzecz jasna – to tylko zgrubne szacunki, a nie aptekarska dokładność.

Pół miliona złotych w jedną emisję obligacji – tak inwestują najbogatsi Polacy. Ci z mniejszymi portfelami nieco skromniej. Na pozostałych 80 proc. nabywców przypada średni zapis wart 35 tys. zł. Zakładając, że każdy z nich brał udział w przynajmniej kilku emisjach aby zdywersyfikować portfel i obniżyć ryzyko inwestycji, także i w przypadku „drobnych inwestorów” trafiamy na posiadaczy przynajmniej 100 tys. zł wolnej gotówki.

I taki portret inwestującego w obligacje korporacyjne Polaka może być bliski prawdy. W obligacje firm inwestują bowiem przede wszystkim ci, którzy pieniądze już zarobili na innych – bardziej ryzykownych – przedsięwzięciach. Inwestycja w obligacje ma w założeniu ograniczać ryzyko, a także zapewniać ochronę zainwestowanego kapitału, choć oczywiście w przypadku obligacji firm można obierać różne strategie, również spekulacyjną i nastawioną na wysoki zysk kosztem podniesionego ryzyka. Na rynku obligacji nie sposób jednak zarobić setek tysięcy złotych nie inwestując weń milionów. Odwrotne proporcje możliwe są przy bardziej ryzykownych klasach aktywów.

Statystyki dotyczące kwot inwestycji możemy uzupełnić statystykami ministerialnego serwisu finanse.mf.gov.pl. Dowiemy się z niego, że 95 proc. nabywców detalicznych obligacji skarbowych (a więc w opinii większości mniej ryzykownych niż obligacje korporacyjne) ma więcej niż 35 lat, a 75 proc. więcej niż 50 lat. Zarówno pieniądze, jak i ostrożność inwestycyjna to atrybuty, które przychodzą z wiekiem i doświadczeniem.

Obligacje (firm i skarbowe) są więc produktem, który kusi głównie rentierów poszukujących możliwości korzystnego, acz obarczonego możliwie niskim ryzykiem lokowania kapitału. Liczba inwestorów biorących udział w publicznych emisjach nie zrobi na nikim wrażenia – w ostatnich dwóch latach było to ok. 25-30 tys. osób (dane nie są dokładne, ponieważ nie wszyscy emitenci je podali) – mniej niż 0,1 proc. Polaków. Jeśli zaś przyjąć, że większość inwestujących wzięło udział w więcej niż jednej emisji, okaże się, że obligacje firm to elitarny instrument inwestycyjny. Paradoksalnie, bo dostępny już od 100 zł.

Emil Szweda, Obligacje.pl dla Domu Maklerskiego Michael Ström

Andrew Pinnington rezygnuje z funkcji CEO mytaxi

Andrew Pinnington
Andrew Pinnington

mytaxi, największa firma taxi w Europie, będąca spółką zależną od Daimler Mobility Services GmbH, ogłasza zmianę CEO. 16 kwietnia 2018 roku obecny prezes mytaxi, Andrew Pinnington, przekaże swoje obowiązki Marcowi Bergowi. Przez ostatnich 18 miesięcy pod kierownictwem Pinningtona mytaxi dokonało licznych strategicznych przejęć i rozwijało się bardzo dynamicznie. W samym 2017 roku mytaxi zrealizowało 75 milionów kursów (+337%) i zwiększyło liczbę aktywnych użytkowników do ponad 11 milionów (+194%).  

Andrew Pinnington postanowił ustąpić ze stanowiska CEO mytaxi po udanych przejęciach strategicznych firm Hailo, Clever Taxi i Beat, dzięki którym mytaxi rozszerzyło swój obszar działania m.in. w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Rumunii i Grecji. Do lipca 2016 roku obejmował funkcję prezesa firmy Hailo, która w wyniku akwizycji stała się częścią mytaxi.

Marc Berg od 2016 roku pełni funkcję Dyrektora Generalnego w regionie DACH firmy Klarna Group, wiodącego dostawcy bezpiecznych usług płatniczych w Europie. Był odpowiedzialny za realizację strategicznych przejęć, jednocześnie budując mocną pozycję firmy w regionie DACH. Oprócz wiedzy eksperckiej w dziedzinie bankowości i e-commerce Berg ma doświadczenie w pracy na stanowiskach kierowniczych w kilku szybko rozwijających się firmach technologicznych.

– Cieszę się, że w osobie Marca Berga znaleźliśmy doświadczonego stratega, mającego kompetencje kierownicze w firmach z branży technologicznej – mówi , Przewodniczący Rady Nadzorczej i Członek Zarządu Daimler Financial Services – Jestem przekonany, że obejmując stanowisko CEO mytaxi, utrzyma dynamikę wzrostu, jaką firma odnotowała w ciągu ostatniego roku, a także zadba o to, by mytaxi pozostało globalnym liderem mobilności. Jednocześnie dziękuję Andrew Pinningtonowi za dokonanie licznych przejęć, dzięki którym mytaxi wyrosło na nowoczesną usługę taxi o największym zasięgu w Europie. Szanujemy jego decyzję i jesteśmy wdzięczni za jego wsparcie w płynnym przekazaniu obowiązków Marcowi Bergowi.

Doświadczyłem niesamowitych trzech lat w branży,  początkowo w Hailo, a następnie w mytaxi – mówi Andrew Pinnington – W ciągu ostatnich 18 miesięcy udało nam się zintegrować cztery międzynarodowe firmy, o różnych kulturach i podejściach, a także wejść na nowe rynki i dynamicznie powiększać działalność mytaxi. Przekształciliśmy się w prawdziwego europejskiego lidera i mamy szansę stać się graczem globalnym.

Marc Berg
Marc Berg

mytaxi udało się osiągnąć status niekwestionowanego lidera w ciągu ostatnich 18 miesięcy – mówi Marc Berg – Naszym planem jest jego utrzymanie i dalszy rozwój. To wyzwanie ze względu na niezwykle dynamiczne otoczenie rynkowe, które bardzo szybko się zmienia, ale mamy mocnych partnerów i silny zespół, by temu sprostać. Cieszę się, że wspólnie z nimi będę mógł realizować kolejne wyzwania w mytaxi.

mytaxi działa obecnie w 11-stu krajach Europy i dwóch Ameryki Południowej (Peru i Chile), łącznie w 70-ciu miastach. Współpracuje z nią ponad 120 000 zarejestrowanych kierowców.

W 2018 r. mytaxi planuje kontynuować swoją strategię rozwoju nowych miast oraz wzrostu liczby użytkowników i kierowców. mytaxi jest częścią Daimler Mobility Services, której zadaniem jest tworzenie skoncentrowanego na kliencie ekosystemu mobilności wykorzystującego różne formy transportu.

Zmienność na giełdach spowoduje niepokój inwestorów i niewielkie wyprzedaże

Spadki na giełdzie w Stanach Zjednoczonych były wyraźniejsze niż w Europie. Cykl gospodarczy w USA jest bardziej zaawansowany niż na starym kontynencie. System Rezerwy Federalnej już od kilku lat podnosi stopy procentowe i będzie to kontynuować, podczas gdy Europejski Bank Centralny dopiero przymierza się do zacieśnienia polityki pieniężnej.

–  Warunki monetarne w Stanach Zjednoczonych są trudniejsze niż w Europie i powoduje to spadek zainteresowania akcjami amerykańskimi w ostatnim okresie – powiedział serwisowi eNewsroom Arkadiusz Bogusz, prezes zarządu Baltic Capital TFI – Rok 2017 rozpieścił inwestorów bardzo niską zmiennością zarówno w Europie, jak i USA. Zarówno na akcjach i obligacjach była ona najniższa od kilkudziesięciu lat. Należy spodziewać się, że w kolejnych okresach zmienność ta pozostanie na podwyższonym poziomie. Taka sytuacja na rynku amerykańskim może spowodować zawirowania na rynkach wschodzących. Inwestujący w nie od półtora roku byli beneficjentami dobrego otoczenia gospodarczego. Pod tym względem wzrost w Stanach Zjednoczonych i w Europie jest zsynchronizowany. Większa zmienność będzie powodować jednak niepokój inwestorów i może doprowadzić do niewielkich wyprzedaży. Należy spodziewać się, że trend wzrostowy na giełdach będzie utrzymany. Będziemy mieli do czynienia z powolnym zwiększaniem się rentowności obligacji. Rosnące ryzyko może przynieść duży popyt na amerykańskie obligacje. Inwestorzy będą starali się uchronić przed potencjalnymi ryzykami na akcjach – dodał Bogusz.

Aplikacje mobilne a ochrona danych osobowych – czy popularny Snapchat chroni nasze informacje?

Nie ulega wątpliwości, że większość z nas korzysta ze smartphonów i ściąga na nie wiele aplikacji. Niestety często nie zdajemy sobie sprawy, jakie niebezpieczeństwa niesie za sobą ta z pozoru błaha czynność. Za pośrednictwem Snapchata czy Instastory dzielimy się z inni użytkownikami sieci ważnymi dla nas informacjami oraz zdjęciami. A dodatkowo, nawet nie zwracając na to uwagi, automatycznie wyrażamy zgodę na dostęp do zawartości naszego telefonu. Sklepy z aplikacjami mobilnymi pękają w szwach. Każdy może w nich znaleźć coś dla siebie. Za korzystanie z ich dobrodziejstw płacimy naszymi danymi osobowymi.

W dobie wszechobecnych mediów społecznościowych i urządzeń z kategorii Internetu rzeczy zachowanie prywatności w sieci to prawdziwe wyzwanie. Można się śmiało pokusić o stwierdzenie, że nasze dane osobowe są walutą w wirtualnym świecie – mówi Damian Gąska, ODO 24.

Aplikacje a bezpieczeństwo informacji

Niestety internetowe komunikatory nie chronią prywatności użytkowników w wystarczający sposób. Naszej wirtualnej aktywności nieustannie zagrażają cyberprzestępcy, którzy tylko czekają na nasz błąd. Na niebezpieczeństwa narażone są przede wszystkim osoby młode, które za pomocą aplikacji takich jak Snapchat dzielą się z innymi ogromnymi ilościami danych.

Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO) przyjęte przez Parlament Europejski wprowadza obowiązek wyrażenia zgody przez rodziców na przetwarzanie danych osób poniżej 16 roku życia. Wiemy już, że Polski ustawodawca najprawdopodobniej zdecyduje się obniżyć ten próg do 13 roku życia – wskazuje Damian Gąska, ODO 24. Facebook, Snapchat, Instagram, Twitter czy inne portale społecznościowe zobowiązane są do wdrożenia odpowiednich procedur weryfikowania wieku swoich użytkowników. Co więcej RODO przewiduje bardzo duże kary finansowe za naruszenia jego postanowień. Powinni mieć to na uwadze zarówno twórcy aplikacji mobilnych jak i podmioty wprowadzające je na komercyjny rynek – dodaje.

Według raportu Amnesty International z 2016 roku Snapchat prowadzi restrykcyjną politykę prywatności, jednak w praktyce nie zapewnia użytkownikom pełnej ochrony. Nie wykorzystuje on m.in. szyfrowania na całej drodze udostępniania danych i nie informuje w przejrzysty sposób użytkowników o zagrożeniach dla ich praw, ani stosowanych zabezpieczeniach.

Jak się zabezpieczyć?

Nie powinniśmy być obojętni na przedstawiane nam checkboxy i regulaminy. Mając świadomość przysługujących nam praw, jesteśmy w stanie skutecznie reagować na wszelkie naruszenia prywatności, w tym także nielegalnego przetwarzania danych osobowych – podsumowuje Damian Gąska, ODO 24.  Ważne jest również zachowanie zdrowego rozsądku. Przed zaakceptowaniem kolejnego regulaminu warto zapoznać się  z jego treścią. Ponadto warto wdrożyć kilka wskazówek:

  • Czytaj polityki prywatności. Najważniejsze jest zapoznanie się z ich zawartością oraz wszelkimi udostępnianymi komunikatami, z których dowiedzieć się można, do jakich danych będzie miała dostęp konkretna aplikacja i do jakich celów będzie je wykorzystywać.
  • Sprawdzaj, jakie dane geolokalizacyjne są przesyłane przez używane przez Ciebie urządzenie. Dzięki czemu będziesz mieć pewność, że nie jesteś szpiegowany;
  • Upewnij się jakie dane osobowe udostępniasz. Zastanów się, czy odruchowo nie wyraziłeś zgody na to, by dany program miał uprawnieninia np. do SMSów, zdjęć, filmów, poczty, czy kontaktów;
  • Stosuj wbudowane oprogramowania. Umożliwiają one oddzielenie danych prywatnych od służbowych lub innych informacji.
  • Szanuj wizerunek innych. Przyjrzyj się co widać na przesyłanych fotografiach czy wideo. Przez nieuwagę możesz np. udostępnić ważną informację na temat innej osoby.
  • Chroń swoje dane do logowania oraz pamiętaj o tym, aby co jakiś czas zmieniać hasła. Jest to niezbędna czynność, ponieważ tak naprawdę każde, nawet to najsilniejsze hasło posiadając odpowiednią ilość czasu można złamać.
  • Aktualizuj system. Dzięki czemu zawsze będziesz mieć pewność, że Twoje urządzenie jest chronione.

Jeden z tych dni

Rynek w dalszym ciągu próbuje znaleźć punkt równowagi po skoku zmienności na początku tygodnia i jednym z tych dni, kiedy panika bierze górę. Wall Street zaliczyło kolejną sesję ze spadkami o 4 proc. i ciągnie za sobą rynek azjatycki. Na rynku walutowym jest nieco spokojniej, choć strach w końcu dosięgnął rynki wschodzące.

Pogrom na rynku akcji ponownie zaczyna się w tym samym miejscu – indeks zmienności VIX skoczył w czwartek ponad 30 pkt., co stało się katalizatorem dla kolejnej wyprzedaży akcji. Na rynku FX mamy mieszankę porzucania wygranych styczniowego handlu z ucieczką do bezpiecznych przystani. Dobrze mają się USD, JPY i CHF, a pod presją są waluty ryzykowne (w G10: AUD, NZD, SEK, NOK). Wczoraj odporność wyczerpała się wśród inwestorów na rynkach wschodzących, którzy na początku tygodnia cierpliwie przeczekali zawirowania. To potwierdza nasze oczekiwania, że po ostatnich wydarzeniach okres dostosowawczy będzie dłuższy niż dwie sesje i na rynku jest jeszcze sporo pozycji do redukcji wszędzie tam, gdzie pozycjonowanie jest skrajne na tle historycznych norm.

Dziś rano zaczynamy lekkim odreagowaniem, ale miejmy na uwadze, że czwartkowy start Europy wyglądał podobnie, a wiemy jak to się skończyło. Do tego mamy koniec tygodnia, co zwykle zachęca do zamykania pozycji. USD/JPY wraca pod 109 i trwa tu ciekawa walka między wpływem rosnących rentowności obligacji USA (2,84 proc. na dziesięciolatkach) a dołującym rynkiem akcji (Nikkei225 spadł w nocy o 2,25 proc.). Przed głębszym spadkiem broni się jeszcze EUR/USD, ale zagrożeniem dalej pozostaje kapitulacja posiadaczy długich pozycji. Jesteśmy mniej niż w połowie korekty wzrostów od początku roku i może naiwnym byłoby zakładać idealnym powrót pod 1,20, to kontynuacja perturbacji rynkowych będzie dla kursu jak kotwica.

Ciekawym przypadkiem jest funt, który pozytywnie zareagował na jastrzębie wzmianki w przekazie Banku Anglii (stopy procentowe mogą być podniesione wcześniej i szybciej), ale gdy tylko rynki weszły w tryb risk-off, GBP/USD momentalnie oddał całe wzrosty. Trzymam się zdania, że wpływ sygnałów z banku centralnego nie jest obecnie pierwszorzędny dla funta, a większe ryzyka kryją się w rozpoczynających się negocjacjach Brexitu. Każdy kolejny mini-rajd GBP powinien być szybko wygaszany.

EUR/PLN książkowo zareagował na szok rynkowy i skoczył do 4,19. Fundamenty mogą odejść na moment na bok, a osłabienie będzie się brać z ograniczania pozycji przez inwestorów. Dalej nie wykluczamy, że atak na 4,20 może być w grze z mocniejszymi wahaniami na USD/PLN i CHF/PLN.

Dziś w kalendarzu wyróżniają się dane z Wielkiej Brytanii i Kanady. W Wielkiej Brytanii produkcja przemysłowa za grudzień będzie obciążona okresowym wyłączeniem rurociągu na M. Północnym. W Kanadzie konsensus dla zmiany zatrudnienia wynosi 10 tys. nowych miejsc pracy i jest tak nisko tylko dlatego, że odczyty z poprzednich miesięcy były wyjątkowo wysokie i przyszedł czas na odreagowanie. To jednocześnie ustawia dość nisko poprzeczkę dla pozytywnych zaskoczeń.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

USA biją w złotego, frank najdroższy od 3 miesięcy

Przedłużająca się silna wyprzedaż akcji na Wall Street, przy jednocześnie rosnących rentownościach amerykańskich obligacji, rykoszetem uderza w złotego. Euro i dolar są najdroższe od miesiąca, a szwajcarski frank od 3 miesięcy. Sytuacja w USA może wywołać ucieczkę kapitałów z rynków wschodzących, jeszcze bardziej pogrążając złotego.

Piątkowy poranek przynosi umocnienie złotego, po tym jak wczoraj po godzinie 16:00 gwałtownie on się osłabił do głównych walut. W efekcie tej czwartkowej wyprzedaży szwajcarski frank podrożał aż o 5 gr i był najdroższy od 3 miesięcy, podczas gdy euro i dolar podrożały po 2 gr. Dziś o godzinie 08:45 kurs EUR/PLN kształtował się na poziomie 4,1825 zł, USD/PLN 3,4070 zł, a CHF/PLN 3,6330 zł

Źródłem wczorajszej przeceny złotego, która dotknęła też inne waluty regionu (m.in. węgierskiego forinta), była kontynuacja gwałtownej wyprzedaży akcji na Wall Street (DJIA -4,15 proc.; S&P500 -3,75 proc.; Nasdaq Composite -3,9 proc.), połączona z rosnącymi rentownościami tamtejszych obligacji. W odróżnieniu jednak od poprzednich dni, gdy akcje i obligacje również taniały, a rynek walutowy nie reagował, teraz można mówić o pewnym przełomie. Inwestorzy zaczynają sobie uświadamiać, że to co dzieje się na światowych giełdach to nie jest krótka przerwa w trendzie wzrostowym. Zaczynają zdawać sobie sprawę, że sytuacja jest poważna, a spadki na giełdach w połączeniu z rosnącymi rentownościami długu, mogą zacząć drenować kapitały z rynków wschodzących, tym samym przeceniając ich waluty. Dlatego też rośnie ryzyko kontynuacji wyprzedaży złotego.

Sytuacja na rynkach globalnych to obecnie największe zagrożenie dla złotego. Jednak nie jedyne. Nie można też zapominać, że przeciwko niemu przemawia również gołębia polityka prowadzona przez Radę Polityki Pieniężnej. Ostatnie przesunięcie się rynkowego konsensusu ws. pierwszej od lat podwyżki stóp procentowych w Polsce na I kwartał 2019 roku z dotychczas zakładanego ostatniego kwartału br., w sytuacji kiedy rynek jednocześnie obawia się przyspieszenia inflacji w USA i być może nawet czterech podwyżek stóp przez Fed w tym roku, a Bank Anglii sugeruje wcześniejsze podwyżki na Wyspach, stanowią mocne sygnały przemawiające przeciwko złotemu.

Na niekorzyść polskiej waluty przemawia ponadto sytuacja na wykresach polskich par. Od styczniowych dołków, gdy kumulowała siła złotego, kurs EUR/PLN wzrósł o 5 gr, USD/PLN o 10 gr, a CHF/PLN o ponad 11 gr. W przypadku euro i szwajcarskiego franka skutkowało to odpowiednio pokonaniem 4-miesięcznej i 14-miesięcznej linii trendu spadkowego. Tym samym pojawiły się pierwsze od miesięcy sygnały zapowiadające nie tylko koniec umocnienia złotego, ale również mogące zwiastować jego osłabienie. Układ sił na wykresie EUR/PLN obecnie wskazuje na możliwość zwyżki w kierunku 4,23 zł. Frank może podrożeć do 3,70 zł, a w skrajnym przypadku nawet do 3,78-3,79 zł. Celem dla USD/PLN, która to para dopiero wykonuje ruch w kierunku wielomiesięcznej linii trendu spadkowego, są okolice 3,49-3,50 zł. Przy czym w przypadku dolara, z uwagi na mniej korzystny dla amerykańskiej waluty układ sił na wykresie, osiągnięcie tego celu jest najmniej pewnym scenariuszem.

Wykres dzienny EUR/PLN

EURPLN+Daily

Wykres dzienny CHF/PLN

CHFPLN+Daily

Złoty, który rozpoczął piątkowego notowania od odreagowania wczorajszej przeceny, w kolejnych godzinach, z uwagi na obserwowany na świecie wzrost awersji do ryzyka, powinien ponownie znaleźć się pod presją sprzedających. Będzie ona tym większa, im gorsze będą nastroje na rynkach bazowych i niższe będą notowania EUR/USD.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, niezależny analityk

Przygotuj się na przyszłe dane makroekonomiczne 09.02.2018

Po emocjonujący tygodniu pora odpocząć. Pierwsza ważniejsza publikacja danych makroekonomicznych dotrze do nas dopiero we wtorek z Australii, poznamy koniunkturę w australijskim przemyśle według NAB. Kilka godzin później poznamy brytyjską inflację CPI r/r, konsensus rynkowy zakłada odczyt na poziomie 3 procent. W środę zostanie opublikowany szereg danych makroekonomicznych z Australii, Japonii, Niemiec, Strefy Euro oraz Stanów Zjednoczonych, jest na co czekać. Po burzliwej środzie zostaną opublikowane dane z australijskiego rynku pracy. Z kolei w ostatni dzień sesji czeka na nas publikacja z amerykańskiej gospodarki, poznamy nastrój konsumentów.

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Stany Zjednoczone – inflacja

Od ostatniego kryzysu banki centralne zalały rynek finansowy płynnością. Bankierzy chcieli zobaczyć stabilna inflację, przeważnie w okolicy 2 albo 2.5 procenta. Gdyby cel został wcześniej zrealizowany, to stopy procentowe dawno zostały podniesione. Dlatego na dzień dzisiejszy publikowany CPI jest jednym z ważniejszych wskaźników makroekonomicznych.

Ostatnie podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych doprowadziły stabilizacji wskaźnika inflacji CPI. Najnowszy odczyt za październik zostanie podany 14 lutego o godzinie 14:30. Konsensus ekonomistów spodziewa się inflacji na poziomie 2.1 proc.

Wzrost inflacji powinien pozytywnie wpłynąć na notowania dolara amerykańskiego, ponieważ wzrost cen wspiera podwyżkę stóp procentowych oraz dalszego zacieśniania monetarnego. Z kolei niższa inflacja nie będzie wsparciem dla obecnej polityki monetarnej Rezerwy Federalnej.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Stanach ZjednoczonychŹródło: Bloomberg

Kolejna podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych zbliża się coraz szybciej. Rynek oczekuje z 90 procentowym prawdopodobieństwem, że koszt pieniądza zostanie podwyższony już 21 marca. Czy giełda ma się czego obawiać? Jak najbardziej, ponieważ wzrost krótkoterminowych stóp procentowych rzuca negatywne światło na dywidendę wypłacane przez spółki giełdowe. Pomimo negatywnego wydźwięku kolejnej podwyżki rynek giełdowy prawdopodobnie będzie kontynuował obecny trend, natomiast prawdziwym zagrożeniem będzie dopiero obniżka stóp procentowych. Dlaczego?

krach i stopy procentowe

Źródło: Bloomberg

Wzrost stóp procentowych świadczy o mocnej gospodarce, co przekłada się na wzrost inflacji oraz stóp procentowych (spowolnienie rozpędzonej gospodarki). Z kolei obniżka stóp procentowych świadczy o nadchodzących problemach. Na zamieszczonej grafice przedstawiono stopy procentowe ustalane przez Rezerwę Federalną na tle indeksu S&P 500. Jak widać obniżka kosztu pieniądza była potwierdzeniem słabej gospodarki USA, co wiązało się mocniejszą wyprzedażą indeksów.

DAX 30 – instrument do obserwacji

Ostatnia wyprzedaż na globalnej giełdzie sprowadziła notowania niemieckiego indeksu w rejon mocnego wsparcia. Dodatkowym argumentem przemawiającym za wzrostem indeksu DAX jest kurs walutowy EURUSD, który w najbliższych tygodniach prawdopodobnie znajdzie się w korekcie.

Notowania DAX30, interwał tygodniowy

Notowania DAX30, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Bazowym scenariuszem pozostanie korekta na euro, co wesprze notowania niemieckiego indeksu. Po ostatniej wyprzedaży rynek został oczyszczony, dlatego indeks po raz kolejny może przetestować historyczne maksima.

Drugim scenariuszem, mniej prawdopodobnym będzie spadek indeksu w okolicę ostatniego minima oraz ponowne przetestowanie siły kupujących.

Dział Analiz Admiral Markets