Niemiecka polityka osłabia złotego, polskie dane mogą go umocnić

Zerwane rozmowy koalicyjne w Niemczech i związany z tym spadek EUR/USD, osłabia w poniedziałkowy poranek złotego. W drugiej połowie dnia powinny go jednak wesprzeć oczekiwane świetne dane z polskiej gospodarki.

Nowy tydzień na rynku walutowym rozpoczął się od spadku notowań EUR/USD w następstwie wzrostu ryzyka politycznego w Niemczech po tym, jak liberalna FDP zerwała rozmowy ws. utworzenia tzw. jamajskiej koalicji z CDU/CSU i Zielonymi (pod przewodnictwem kanclerz Angeli Merkel). Oznacza to, że teraz Merkel spróbuje stworzyć rząd mniejszościowy lub nawet mogą zostać ogłoszone przedterminowe wybory parlamentarne w Niemczech. W obu przypadkach oznacza to wzrost ryzyka politycznego, co szkodzi wspólnej walucie, pośrednio również odciskając piętno na notowaniach złotego.

W nocy kurs EUR/USD spadł do 1,1723 dolara z 1,1794 w piątek na koniec dnia, co pociągnęło za sobą również osłabienie złotego, który traci nie tylko przez spadek notowań EUR/USD, ale również wobec pogorszenia klimatu inwestycyjnego na rynkach globalnych. O godzinie 08:49 EUR/USD testowało poziom 1,1751 zł. W tym samym czasie euro podrożało 0,4 gr w relacji do złotego i trzeba było za nie zapłacić 4,2375 zł, podczas gdy dolar podrożał o 1,6 gr i kosztował 3,6060 zł.

O ile poranek na krajowym rynku walutowym upływa pod znakiem niemieckiej polityki, to już druga część dnia zostanie zdeterminowana przez polskie dane makroekonomiczne. O godzinie 14:00 Główny Urząd Statystyczny (GUS) opublikuje dane o produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i cenach producentów (inflacji PPI) w październiku. Jak się oczekuje, będą to świetne dane. Zgodnie z rynkowymi prognozami produkcja ma wzrosnąć o 10,4 proc. R/R wobec wzrostu o 4,3 proc. we wrześniu, sprzedaż detaliczna ma się ukształtować na poziomie 8,1 proc. R/R, a ceny producentów na poziomie 2,9 proc. R/R. Tak dobre dane, przy jednoczesnym wyciszeniu negatywnych emocji wokół niemieckiej polityki, powinny wzmocnić złotego w kolejnych godzinach.

Poranne wahania złotego nie zmieniają układu sił na wykresach polskich par. Kurs EUR/PLN w dalszym ciągu pozostaje w miesięcznym trendzie bocznym, który od dołu zamyka poziom 4,22 zł, a od góry 4,2550 zł. Ewentualne lepsze od oczekiwań dane z polskiej gospodarki stwarzają szanse na tekst 4,22 zł, podczas gdy dalszy wzrost ryzyka politycznego w Niemczech (np. ogłoszenie przedterminowych wyborów) może wywindować notowania powyżej 4,25 zł.

Dzisiejsze wzrosty USD/PLN stanowią natomiast jedynie odreagowanie zeszłotygodniowych spadków, a para ta wciąż powinien kierować się ku październikowemu dołkowi na 3,5687 zł, a w dalszej perspektywie nawet w kierunku 3,50-3,51 zł.

Komentarz przygotował:

Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Spółka Intentio rozpoczęła prywatną emisję obligacji

Intentio, spółka specjalizująca się w zarządzaniu wierzytelnościami, chce pozyskać 5 mln zł w ramach prywatnej emisji obligacji. Wpływy zostaną przeznaczone na zakup portfeli wierzytelności.

Intentio Sp. z o.o. specjalizuje się w zarządzaniu wierzytelnościami małych i średnich firm, jednostek samorządu terytorialnego oraz zakładów opieki zdrowotnej. Dzisiaj zaoferowała inwestorom dwuletnie obligacje. Pozyskane pieniądze zostaną przeznaczone na zakup portfeli wierzytelności oraz środków obrotowych na bieżącą działalność operacyjną.

– Atutem naszego modelu biznesowego jest gwarancja stabilnych przychodów – mówi Kamila Markiewicz, prezes zarządu Intentio. – Co piąta faktura w polskich firmach jest nieopłacona w terminie. Obserwujemy rosnący udział przedsiębiorstw, które mają w swoich portfelach nawet połowę nieuregulowanych należności. To pokazuje, jak ogromny potencjał drzemie w rynku windykacyjnym w Polsce – dodaje.

Za pieniądze pozyskane z obligacji spółka zakupi portfele wierzytelności o wartości około 30 mln zł. W 2018 roku przewiduje uzyskanie przychodów z tytułu windykacji na poziomie 3-7 mln zł.

– Nawiązaliśmy już współpracę z przedsiębiorstwami prawno-windykacyjnymi i agencjami detektywistycznymi, celem zmaksymalizowania skuteczności dochodzenia wierzytelności w pierwszym okresie po uzyskaniu finansowania– mówi Edyta Zemła, wiceprezes zarządu Intentio. – Następnym krokiem jest stworzenie własnej kancelarii prawnej oraz zamiejscowych biur, które już w przyszłym roku przejmą wszystkie procesy prawno-windykacyjne spółki – dodaje.

W 2019 roku spółka zamierza zadebiutować na rynku NewConnect, w celu poprawy dostępu do kapitału dla podstawowej działalności. Celem, który sobie stawia, jest stworzenie sieci oddziałów w Polsce oraz Europie, a także zbudowanie marki mogącej w niektórych obszarach konkurować z największymi graczami na rynku.

– Siłą Intentio jest zrozumienie dynamiki zmieniającego się rynku windykacyjnego oraz bogate doświadczenie w zarządzaniu płynnością finansową – mówi Jacek Gwoździewicz, pomysłodawca i wiceprezes zarządu Intentio. – Jesteśmy wiarygodnym partnerem. Każdą transakcję będziemy poprzedzali szczegółową analizą struktury portfela – dodaje.

Intentio to młoda, wrocławska spółka, która oferuje usługi skoncentrowane na prawnej windykacji wierzytelności oraz ochronie przedsiębiorców przed nierzetelnymi praktykami windykacyjnymi. Świadczy również usługi w zakresie monitoringu płatności faktur, a w sprawach o większej wartości, proponuje wsparcie agencji detektywistycznych przy ujawnianiu majątków dłużników. Poza reprezentowaniem swoich klientów, będzie dochodziła własnych wierzytelności, skupując całe portfele – m.in. od banków.

Sprawdź pozycję funduszy lewarowanych na WTI i CAD

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje a kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje a kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Sprawdź pozycję funduszy lewarowanych na WTI i CAD 1– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Sprawdź pozycję funduszy lewarowanych na WTI i CAD 2-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/US

Z punktu widzenia raportu COT najciekawiej przedstawia się EURUSD oraz CADUSD. Ponadto sytuacja na parze walutowej AUDUSD, która została opisana w poprzednim tygodniu cały czas jest aktualna. Dolar amerykański prawdopodobnie dalej będzie się umacniał na szerokim rynku.

WTI – dalsze wzrosty pod znakiem zapytania

Od czerwca bieżącego roku kalendarzowego ropa WTI podrożała o 16 USD i to praktycznie bez żadnej korekty. Tak mocny impuls wzrostowy i pokonanie szczytu 54 USD przełożył się na duży optymizm wśród Traderów. Każdy jest przekonany o kontynuacji ostatniego impulsu, w ostateczności „Trend is your friend”. Aczkolwiek analizując ostatni raport Commitment of Traders możemy dojść do innego wniosku, bowiem zarządzający posiadają w swoim portfelu bardzo zbyt dużo pozycji długich względem krótkich. W ramach przypomnienia, rekordowa ilość pozycji długich rzędu 448 tysięcy przypada na luty 2017 roku, aktualnie jest ich tylko o 16 tysięcy mniej. Zatem, „czarne złoto” może jeszcze podrożeć, ale wzrosty nie będą już tak imponujące.

Pozycje funduszy lewarowanych, linia niebieska – pozycje długie, linia czerwona – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, linia niebieska - pozycje długie, linia czerwona - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cmegroup

Pozycje netto (długie odjąć krótkie) również znalazły się na bardzo optymistycznym poziomie, w którym notowania ropy naftowej przeważnie kończyły swój rajd na północ.

WTI – analiza techniczna

Spoglądając na wykres tygodniowy najbliższym wsparciem dla dalszych wzrostów jest poziom 54.66 USD za baryłkę, który został już przetestowany. Ostatni test zakończył się mocnym Pin Barem zapowiadającym kontynuację wzrostów. Aczkolwiek duże zaangażowanie zarządzających po długiej stronie rynku już tego nie potwierdza, bardziej prawdopodobne, że fundusze lewarowane zaczną wychodzić z pozycji long. Z tego względu bazowym scenariuszem pozostanie korekta w okolicę 52 USD za baryłkę. Scenariusz ten potwierdzony jest również przez oscylator stochastyczny, bowiem wskazuje na mocne wykupienie rynku.

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

CAD – zamykanie krótkich pozycji

Przez ostatnie kilka tygodni fundusze lewarowany zamykają długie pozycje w dolarze kanadyjskim, aczkolwiek tylko w małym stopniu powiększają swoją krótką pozycję. Ostatnie dane wskazują na zamknięcie ponad 3600 długich i 1000 krótkich pozycji.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cmegroup

Pozycje netto (linia żółta) zaczęły delikatnie spadać, ale w dalszym ciągu są na bardzo wysokim poziomie. Ponadto gdyby doszło do korekty na ropie naftowej, to fundusze lewarowane zostałyby poniekąd zmuszone do pośpiesznego zamykania długich pozycji i otwierania krótkich. W takim otoczeniu rynkowym bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja ostatnich wzrostów na USDCAD.

Notowania USD/CAD, interwał dzienny

Notowania USD/CAD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Korelacja ropy naftowej oraz WTI z 50 ostatnich dni wynosi 78 procent, można to sprawdzić za pomocą dodatku Supreme Edition. Notowania USDCAD od kilku tygodni poruszają się w kanale wzrostowym, aktualnie znalazły się na jego dolnej bandzie. Teoretycznie mamy prawdopodobieństwo kontynuacji obecnych wzrostów, ale ostatnia wyprzedaż USD może zakończyć się nawet w okolicy 1.26. Z kolei na przestrzeni kilku następnych tygodni kurs prawdopodobnie zawita w okolicę poziomu 1.30

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Kurs dolara pozostaje słaby do euro, jena, czy brytyjskiego funta

Ostatni tydzień przyniósł niewielką przecenę obligacji skarbowych. W najbliższych dniach presja ze strony danych makroekonomicznych będzie nadal rosła. Dane z rynku pracy zostały pozytywnie przyjęte przez złotego. W piątek kurs EURPLN spadł do 4,23.

Rynek stopy procentowej

Na krajowym rynku stopy procentowej ostatni tydzień przyniósł niewielką przecenę obligacji skarbowych. Doprowadziły do niej publikacja lepszych od oczekiwań danych makroekonomicznych w kraju (PKB za III kw. 2017 r. i wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw w październiku), a także kontynuacja przeceny na rynku US Treasuries. W efekcie rentowności papierów 2-letnich wzrosły w okolice 1,62%, a 10-letnich powyżej 3,40%. Skalę przeceny ograniczało natomiast złagodzenie tonu retoryki członków RPP.

W najbliższych dniach presja ze strony danych makroekonomicznych będzie nadal rosła. Za nami, zgodnie z oczekiwaniami, bardzo wysokie dynamiki wzrostu PKB i płac w sektorze przedsiębiorstw. Z kolei przed nami publikacje produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w październiku. W przypadku dwóch ostatnich figur konsensus zakłada wzrost o odpowiednio 9,9% r/r oraz 8,3% (w ujęciu nominalnym). Przy tak wysokich odczytach utrzymywać się będzie ryzyko dalszego zaostrzenia retoryki przez przedstawicieli RPP, którzy coraz częściej wspominają o możliwych podwyżkach stóp procentowych w 2018 r. Póki co wyraźnie rynek pozostaje pod wpływem zapewnień NBP, że stopy procentowe pozostaną bez zmian w perspektywie najbliższego roku, a dodatkowo na rynku obligacji skarbowych na krótkim końcu krzywej pod wpływem małej podaży. Niemniej to się może szybko skończyć. Instrumenty pochodne znajdują się w lekkim trendzie wzrostowym wyceniając rosnące ryzyko zaostrzenia polityki pieniężnej w przyszłym roku. Z kolei w I kw. 2018 r. należy spodziewać się wzrostu podaży obligacji. Te dwa czynniki będą powodować nie tylko sam wzrost rentowności 2-letnich papierów (nawet w okolice 1,90%), ale również wzrost ASW (z obecnych minus 45 nawet w kierunku zera). W perspektywie najbliższych dni w kierunku urealnienia wycen krótkoterminowych obligacji oddziaływać będzie również zbliżająca się czwartkowa regularna aukcja, na której Ministerstwo Finansów zamierza wyemitować papiery o łącznej wartości 4-8 mld PLN.

Z drugiej strony bardzo korzystna koniunktura gospodarcza, jak również poprawa w zakresie stanu finansów publicznych będzie sprzyjała stabilizacji ASW 10Y. Co więcej, okazało się, że po trzech kwartałach 2017 r. jednostki samorządu terytorialnego odnotowały nadwyżkę w wysokości 14,74 mld PLN przy planowanym deficycie 16,72 mld PLN (odchylenie od planu wynosi 31 mld PLN, czyli ok. 1,8% w relacji do PKB). Niższy deficyt wpłynie na obniżenie deficytu sektora finansów publicznych. Niższa nierównowaga sektora publicznego będzie coraz mocniej tworzyć presję na agencję S&P, która w przyszłym roku może zdecydować się na rewizję oceny kredytowej Polski. Te pozytywne tendencje powinny poprawić ocenę kredytową Polski i przeciwdziałać wzrostowi premii za ryzyko na długim końcu krzywej (ASW) na skutek rosnących emisji papierów skarbowych w I kw. 2018 r.

Efektem wspomnianych zmian może być silne zawężenie różnicy pomiędzy ASW 10Y a ASW 2Y, która obecnie wzrosła do historycznie wysokich poziomów (powyżej 85 pb.). Skalę tego ruchu w najbliższych miesiącach szacować można nawet na 40 pb.

Solidne dane z rynku pracy zostały pozytywnie przyjęte przez złotego

Autor: Mirosław Budzicki, PKO Bank Polski

Rynek walutowy

Poniedziałkową sesję na EURUSD rozpoczynamy w okolicach 1,173 po tym jak podczas piątkowej sesji europejskiej na rynku głównej pary walutowej euro do dolara stabilizowało się wokół poziomu 1,18. Choć handel w USA zepchną euro do obecnych poziomów (w reakcji na wiadomość o fiasku rozmów koalicyjnych w Niemczech, które zerwała FDP, co grozić może koniecznością przeprowadzenia przedterminowych wyborów), to i tak są to dość niskie notowania dolara biorąc pod uwagę ilość pozytywnych impulsów napływających z USA. Wystarczy wspomnieć o rosnącej inflacji bazowej (w październiku wzrost o 1,8% praktycznie przypieczętowała grudniową podwyżkę Fed), solidnych dynamikach sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej (w obydwu przypadkach wyniki wyraźnie przerastały oczekiwania ekonomistów), czy czwartkowym przegłosowaniu ustawy podatkowej w Izbie Reprezentantów Kongresu USA.

Dolara nie wsparły nawet piątkowe, jastrzębie wypowiedzieć prezesa EBC, w których M. Draghi podkreślał, że gospodarka strefy euro pozostaje zależna od taniego kredytu, wskazując jednocześnie, że EBC wykorzystuje wydłużanie programu skupu aktywów do tłumienia oczekiwań na podwyżkę stóp procentowych. Draghi zwracał też uwagę, że choć wśród członków komitetu decyzyjnego rośnie wiara w odbicie gospodarcze w strefie euro, jednak niski wzrost płac zmusza do utrzymywania luźnej polityki pieniężnej. W październiku ECB zapowiedział, że od stycznia 2018 roku ograniczy wartość programu zakupu aktywów (QE) do 30 mld euro miesięcznie, ale czas jego trwania zostanie przedłużony o dziewięć miesięcy, czyli do września.  Bank zobowiązał się też do utrzymania stóp procentowych na obecnych poziomach „długo poza” okres obowiązywania programu.

Dolar pozostaje słaby nie tylko do euro, ale też w relacji do japońskiego jena, czy brytyjskiego funta. To pokazuje, że obecnie waluta amerykańska znajduje się pod wyraźnym wpływem polityki wewnętrznej. Przegłosowanie przez Republikanów ustawy reformującej system podatkowy w USA nie oznacza jeszcze końca batalii o jej realizację, a to zapowiada potencjalne dalsze problemy dla dolara.  Senat przygotowuje bowiem swoją wersję ustawy (różniącą się od tej przyjętej w czwartek) nad którą głosowanie zaplanowane jest na grudzień. W Senacie rządząca partia ma jedynie dwa głosy przewagi co zwiększa ryzyko fiaska głosowania. Nie brakuje w nim bowiem Republikanów, którzy chcą większych ustępstw dla rodzin i nie godzą się na dodatkowy wzrost zadłużenia.

Do tego prasa podła, że w ramach dochodzenia w sprawie możliwej ingerencji Rosjan w wybory prezydenckie w USA w 2016 wydano wezwania sądowe do udostępnienia dokumentów dotyczących kampanii Donalda Trumpa. Ta ostatnia informacja szczególnie zaważyła na notowaniach USDJPY, obniżając kurs do poziomu najniższego od czterech tygodni, poniżej 112,0.

Niemniej, wspomniana reforma podatkowa, jeśli zostanie wprowadzona zmusi prawdopodobnie Fed do podniesienia stóp procentowych, gdyż nakierowana jest na rozpędzenie amerykańskiej gospodarki. Większość inwestorów zakłada, że tak właśnie się stanie, stąd przy jednocześnie zapowiadanym przez EBC utrzymaniu łagodnej polityki monetarnej w strefie euro wzrosty kursu EURUSD nie są duże.

Wyższych stóp w USA obawiają się też rynki FXEM. Złoty, któremu dodatkowo ciąży gołębia RPP traci więc na wartości. W tym tygodniu EURPLN testował już opór na 4,25 pomimo solidnych lokalnych danych, w tym 4,7% wzrostu PKB w 3Q17. Dopiero po piątkowej publikacji danych z rynku pracy PLN częściowo zdołał odrobić straty.

Dane GUS pokazały 7,4% wzrost przeciętnego październikowego wynagrodzenia w przedsiębiorstwach i 4,4% wzrost przeciętnego zatrudnienia. Choć wyniki te potwierdziły, że rynek pracy w Polsce jest bardzo mocny i wsparły złotego (EURPLN spadł do 4,23), to fajerwerków nie było. Warto jednak zauważyć, że w gospodarce rośnie presja płacowa. W październiku realny fundusz płac wzrósł o 9,8% r/r wobec 8,4% r/r we wrześniu, co daje najwyższy wynik od 2008 roku. Umiarkowanie pozytywna reakcja rynku na tak mocne odczyty potwierdza więc obecną obojętność PLN na dane makro, który pozostaje głównie pod negatywnym wpływem gołębiej RPP i wysokiego prawdopodobieństwa podwyżki stóp w grudniu przez Fed.

Można więc oczekiwać, że również w tym tygodniu złoty będzie pozostawał pod wpływem czynników globalnych. Ostatnie posiedzenie FOMC potwierdziło, że bank jest nastawiony na kolejne podwyżki stóp w tym i w kolejnych latach, a dodatkowo spodziewamy się, że taki scenariusz potwierdzi opublikowane w tym tygodniu minutes FOMC. To, wraz z prognozowanymi, solidnymi danymi dot. zamówień na dobra trwałe i wskaźnikami PMI dla USA powinno negatywnie wpływać na złotego wobec dolara i euro.

Solidne dane z rynku pracy zostały pozytywnie przyjęte przez złotego 2

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Kibice i piłkarze Legii zbierają pieniądze na nowy ambulans dla Centrum Zdrowia Dziecka. W akcji „Wszyscy do wioseł” wzięło udział 400 osób

Kibice i piłkarze Legii zbierają pieniądze na nowy ambulans dla Centrum Zdrowia Dziecka. W akcji „Wszyscy do wioseł” wzięło udział 400 osób 3

Kilkaset osób – w tym piłkarze oraz kibice Legii Warszawa – wzięło udział w zbiórce funduszy na nowy ambulans dla Centrum Zdrowia Dziecka. Uczestnicy akcji pokonywali na specjalnych ergometrach 1047 kilometrów, czyli dystans o długości Wisły. Zawodnicy płynęli w dwóch sztafetach. Obie miały za zadanie spotkać się w Warszawie, czyli w połowie pełnego dystansu. To nie pierwszy raz, kiedy fani stołecznego klubu wspierają dziecięcą placówkę.

W medycynie sprzęt jest bardzo istotny. Leczymy w szpitalu, natomiast w transporcie jest nam potrzebny niezawodny ambulans. Ze względu na dziecięcy profil szpitala, najbardziej istotne jest dla nas wyposażenie karetki w sposób umożliwiający transport inkubatora. Ponadto musi być odpowiednia instalacja elektryczna, żeby w przypadku jakiejkolwiek awarii można było przełączyć zasilanie inkubatora na zasilanie z karetki. To dwa najważniejsze elementy w transporcie neonatologicznym – mówi Michał Jabłoński, kierownik działu logistyki CZD.

Instytut „Pomnik-Centrum Zdrowia Dziecka” to jeden z najbardziej wyspecjalizowanych w Polsce szpitali dziecięcych. Karetki na wyposażeniu instytutu to jeżdżące sale reanimacyjne, które muszą być również przystosowane do bezpiecznego transportu noworodków w inkubatorach.

Koszt takiego ambulansu wynosi około 350 tys. zł. W zbiórce pieniędzy na nową karetkę dla dziecięcego centrum pomogła akcja „Wszyscy do wioseł”, zainicjowana przez Fundację Legii Warszawa we współpracy ze Stowarzyszeniem Kibiców oraz grupą Dobrzy Ludzie.

Pomagamy uzbierać pieniądze na karetkę, która jest potrzebna dzieciom. Nigdy nie wiadomo, kiedy przytrafi nam się sytuacja, w której sami będziemy takiej karetki potrzebować. Dlatego tym bardziej trzeba się przyczyniać do takich akcji charytatywnych. Wiemy, jak trudny jest to kawałek chleba, żeby uzbierać pieniądze na taką karetkę, która w każdej chwili może pomóc jakiemuś dziecku. Niedawno urodził mi się syn i wiem, że na pewno takie inicjatywy są potrzebne i będę starał się, jak najczęściej brać w nich udział – mówi Michał Kucharczyk, piłkarz Legii Warszawa.

W piątek, niemal od samego rana, piłkarze i kibice Legii oraz uczestnicy akcji pokonywali kilometry na specjalnych ergometrach w obiekcie przy Łazienkowskiej. Celem było przepłynięcie dystansu 1047 kilometrów – tyle wynosi długość Wisły. Zawodnicy płynęli w dwóch sztafetach: jednej startującej od ujścia rzeki, drugiej zaś od jej źródeł. Sztafety miały za zadanie spotkać się w Warszawie, czyli w połowie pełnego dystansu.

Pokonywaniu kolejnych kilometrów towarzyszyła zbiórka pieniędzy na nowy ambulans dla CZD. W sumie w charytatywnej akcji wzięło udział około 400 osób.

To jest cykliczna impreza Fundacji Legii, którą zaczęliśmy dwa lata temu. Wtedy zbieraliśmy pieniądze na ergometry dla niepełnosprawnych sportowców. Ten format bardzo dobrze się sprawdził i uznaliśmy, że będziemy go powtarzać regularnie w celach charytatywnych. Naszą akcję można również wesprzeć, wpłacając fundusze na konto, którego numer można znaleźć na stronie Fundacji Legii fundacjalegii.pl albo gotowidopomocy.pl. Będziemy bardzo wdzięczni za każdą, nawet najmniejszą wpłatę, która przybliży nas do celu – podkreśla Anna Mioduska, prezes Fundacji Legii.

Równolegle na Allegro trwała licytacja przedmiotów, z których dochód zostanie w całości przeznaczony na zakup nowego ambulansu dla Centrum Zdrowia Dziecka. Kibice mogli licytować między innymi złoty medal za mistrzostwo Polski w sezonie 2016/2017, koszulkę Sebastiana Szymańskiego, oficjalny proporzec meczowy z meczu z Ajaksem w Lidze Europy UEFA i klubową kurtkę od prezesa Dariusza Mioduskiego.

To nie pierwszy raz, kiedy fani stołecznego klubu wspierają Centrum Zdrowia Dziecka. Grupa „Dobrzy Ludzie – kibice Legii dzieciom” na początku ubiegłego roku nawiązała współpracę z dziecięca placówką i od tego czasu cyklicznie, w ramach wolontariatu, kibice klubu odnawiają szpitalne wnętrza. Film pokazujący efekty ich pracy jest dostępny na oficjalnym kanale Legii Warszawa w serwisie YouTube.

Kibice Legii Warszawa bardzo często angażują się w różnego rodzaju akcje mające pomóc osobom, które bez takiej pomocy by sobie nie poradziły. Najlepszym przykładem są partnerzy naszej akcji, czyli Dobrzy Ludzie, którzy już od kilku lat współpracują z Centrum Zdrowia Dziecka. Systematycznie odnawiają sale i korytarze, żeby pacjentom milej spędzało się czas podczas pobytu w szpitalu – mówi Anna Mioduska, prezes Fundacji Legii.

90 proc. wcześniaków atakuje wirus RS. Profilaktyka jednak tylko dla najwcześniej urodzonych

90 proc. wcześniaków atakuje wirus RS. Profilaktyka jednak tylko dla najwcześniej urodzonych 4

Wirus RS jest odpowiedzialny za 75 proc. hospitalizacji dzieci z zapaleniem oskrzelików. Szczególnie groźny jest dla wcześniaków, których niska odporność zwiększa podatność na rozwój choroby. Infekcja wirusem RS grozi zapaleniem płuc, oskrzeli, a nawet niewydolnością oddechową i astmą oskrzelową. Podanie przeciwciał niemal całkowicie chroni maluchy przed namnażaniem wirusa i jest to jedyna możliwa forma zapobiegania ciężkiej chorobie dolnych dróg oddechowych. W Polsce profilaktyka jest jednak dostępna wyłącznie dla dzieci urodzonych poniżej 28. tygodnia ciąży lub cierpiących z powodu dysplazji oskrzelowo-płucnej. Neonatolodzy od kilku lat walczą o to, by była ona dostępna także dla wcześniaków urodzonych między 28. a 32. tygodniem ciąży.

Wirus RS to najczęstsza przyczyna chorób układu oddechowego u małych dzieci – według statystyk choruje do 95 proc. maluchów w wieku do 2 roku życia. Wirus obecny jest w powietrzu i przenosi się drogą kropelkową, a do zakażeń dochodzi głównie w sezonie jesienno-zimowym. W przypadku górnych dróg oddechowych infekcja przebiega podobnie jak przeziębienie, przy zakażeniu dolnych dróg oddechowych może natomiast przybrać formę zapalenia płuc, oskrzelików lub oskrzeli. Zakażenie zazwyczaj przebiega łagodnie, z wyjątkiem osób z grup ryzyka, do których należą przede wszystkim niemowlęta urodzone przedwcześnie – jak podają badania, co roku wirus RS atakuje blisko 90 proc. wcześniaków.

– To tragedia, jeżeli dziecko po kilku tygodniach pobytu na oddziale intensywnej terapii po urodzeniu, trafia tam ponownie. To pogarsza wydolność układu oddechowego i wpływa na przyszły rozwój. Każda infekcja niekorzystnie odbija się na całym organizmie, na wszystkich narządach, a o mózg u wcześniaka szczególnie się troszczymy – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Maria Katarzyna Borszewska-Kornacka, kierownik Kliniki Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka WUM, prezes Polskiego Towarzystwa Neonatologicznego.

Dziecko urodzone przedwcześnie ma niewystarczająco wykształcony układ odpornościowy, nie jest więc w stanie skutecznie bronić się przed infekcją. Rozwinięte w zbyt małym stopniu płuca zwiększają natomiast podatność noworodka na zakażenia. Infekcja wirusem RS u wcześniaków wymaga leczenia szpitalnego. Grozi również poważnymi powikłaniami, m.in. odmą opłucnową, zapaleniem ucha środkowego, zapaleniem mięśnia sercowego, a także rozwojem astmy lub niewydolności oddechowej w wieku nastoletnim.

– Jeżeli dziecko będzie wymagało wentylacji, będzie mogło ulegać niedotlenieniu, to może się odbić na jego rozwoju psychicznym. Neurologiczne zaburzenia mogą być również następstwem tej ciężkiej infekcji. Przechorowanie zakażenia dróg oddechowych spowodowanego wirusem RS zwiększa czterokrotnie ryzyko zachorowania na astmę w wieku dojrzałym – mówi prof. Ryszard Lauterbach, kierownik Kliniki Neonatologii Collegium Medicum UJ.

Medycyna nie dysponuje obecnie szczepionką przeciwko wirusowi RS. Prace nad nią trwają. Profilaktyka jest jednak możliwa, od 1998 roku dostępne są bowiem gotowe przeciwciała monoklonalne, które bezpośrednio nie dopuszczają do namnażania się wirusa w organizmie. Badania pokazały, że ich zastosowanie zmniejsza u wcześniaków liczbę zachorowań spowodowanych wirusem RS o 80 proc. Ponad połowa dzieci, którym podano przeciwciała, nie rozwinęła objawów chorobowych, a proces rozwoju ich płuc nie został zahamowany.

– Najnowsze badania wykazują, że w grupie dzieci między 29. a 32. tygodniem ciąży podanie palivizumabu chroni te dzieci w 70 proc. przed infekcją. Jeżeli nie podamy im palivizumabu, to 70 proc. zachoruje, a prawie 50 proc. będzie wentylowane mechanicznie – mówi prof. Ryszard Lauterbach.

– Przeciwciała mają swoją aktywność w granicach miesiąca, musimy w związku z tym powtarzać profilaktykę. Powtarzamy ją w okresie, kiedy wirus szaleje wokół nas, od listopada do kwietnia. To jest pięć wstrzyknięć co miesiąc – dodaje prof. Maria Katarzyna Borszewska-Kornacka.

Przeciwciała podawane są raz na cztery tygodnie w postaci zastrzyku domięśniowego. W Polsce profilaktyka wirusa RS dostępna jest jednak wyłącznie dla dzieci urodzonych poniżej 28. tygodnia ciąży oraz cierpiących z powodu dysplazji oskrzelowo-płucnej. W przypadku pozostałych noworodków możliwe jest podanie przeciwciał poza procesem refundacyjnym, co wiąże się z bardzo wysokimi kosztami.

– Dzieci urodzone na Słowacji, w Czechach, nie mówię już o Włoszech, Grecji czy Szwajcarii, mają o wiele większe możliwości, jeśli chodzi o zabezpieczanie przed zakażeniem wirusem RS. Na Węgrzech, do których tak często się porównujemy, profilaktyka jest również o wiele większa niż w naszym kraju, więc skorzystajmy z tych dobrych wzorców – mówi prof. Ryszard Lauterbach.

Zgodnie z zaleceniami lekarzy tzw. immunizacja bierna powinna być podawana dzieciom poniżej 6. miesiąca życia, o ile urodziły się przed 35. tygodniem ciąży, oraz maluchom poniżej 2. roku życia, które przyszły na świat z wadą serca lub cierpiały z powodu dysplazji oskrzelowo-płucnej. Zastosowanie przeciwciał niemal całkowicie zabezpiecza te dzieci przed rozwojem choroby wywołanej przez wirusa RS.

Rozszerzenie profilaktyki zakażeń wywołanych przez wirus RS o grupę dzieci urodzonych między 29. a 32. tygodniem ciąży dotyczy około 2 500 dzieci. Co oznacza, że łącznie profilaktyką objętych byłoby prawie 4 000 z 28 000 wcześniaków, które rodzą się każdego roku w Polsce.

Polacy chętnie inwestują w mieszkania, spółki technologiczne i bezpieczne fundusze. Niedocenione pozostają małe i średnie spółki giełdowe

Polacy chętnie inwestują w mieszkania, spółki technologiczne i bezpieczne fundusze. Niedocenione pozostają małe i średnie spółki giełdowe 5

Nisko oprocentowane lokaty bankowe powodują, że Polacy swoje oszczędności chętniej przeznaczają na inwestycje. Do ulubionych sposobów zabezpieczania kapitału należą mieszkania i bezpieczne fundusze gotówkowe, pieniężne lub obligacyjne. Nie brak też chętnych na zakup papierów innowacyjnych start-upów. Tymczasem niedocenione pozostają małe i średnie spółki z warszawskiej giełdy – uważa Piotr Żółkiewicz z Żółkiewicz & Partners.

– W Polsce bardzo atrakcyjnym sektorem jest sektor niewielkich, małych i średnich spółek, bo tym sektorem nie interesuje się teraz żadna grupa inwestorów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Żółkiewicz, przewodniczący Komitetu Inwestycyjnego Żółkiewicz & Partners. – Polscy drobni inwestorzy ani bezpośrednio, ani przez fundusze małych i średnich spółek nie inwestują na polskiej giełdzie. TFI mają odpływy kapitału z tej grupy funduszy. Natomiast fundusze zagraniczne w Polsce inwestują tylko w duże spółki wchodzące w skład indeksu WIG20, częściowo w skład indeksu WIG40, więc mamy do czynienia dychotomią, gdzie duże spółki rosną, małe tanieją i na razie nikt tej okazji rynkowej nie próbuje wykorzystać. To się zmieni.

Indeks sWIG80, grupujący małe spółki z warszawskiej giełdy, pozostaje praktycznie na poziomie z początku roku, a nawet minimalnie niżej. O ile do marca notowania rosły, to od maja zaczął się powolny, ale ciągły spadek. Tymczasem indeks największych dwudziestu spółek z GPW WIG20 urósł od początku roku o niemal 30 proc.

Z danych Analiz Online wynika też, że w październiku to właśnie fundusze małych i średnich polskich spółek były tymi, które wypadły najsłabiej – wartość ich jednostek spadła o 3,4 proc., podczas gdy pozostałe kategorie funduszy rosły lub spadły nie bardziej niż o 0,5 proc. W ciągu ostatnich trzech miesięcy spadek wyniósł 3,8 proc. i był drugim najmocniejszym. Patrząc od początku roku, ta grupa funduszy dała zarobić 8 proc. i była mniej więcej w środku stawki. To także pokazuje, że zainteresowanie nimi słabnie. Zdaniem Piotra Żółkiewicza niesłusznie.

 Historycznie małe i średnie spółki zawsze rozwijały i rozwijają się szybciej niż duże, mają więcej miejsca na wzrost. Są tanie głównie dlatego, że chwilowo nikt się nimi nie interesuje, więc kursy tych spółek się osuwają i z pewnością można wśród tej grupy znaleźć rodzynki, które są wyceniane za kilkukrotność zysków czy gotówki, które w ciągu roku są w stanie wygenerować – przekonuje Żółkiewicz. – Są to często biznesy bardzo dobrej jakości, z uczciwymi zarządami, które potrafią eksportować i mają dobre, innowacyjne produkty.

Ekspert dodaje, że polska giełda jest obecnie wyceniana bardziej atrakcyjnie niż np. amerykańska, gdzie cena, jaką trzeba zapłacić za spółkę o określonych zyskach, jest zdecydowanie wyższa niż w Polsce. Polacy wolą jednak swoje oszczędności lokować w bezpiecznych produktach, mając wciąż w pamięci kryzys finansowy sprzed dekady. Lokaty nie dają już zysku, odkąd inflacja pozostaje na poziomie 2,0–2,2 proc., czyli takim samym lub wyższym niż oprocentowanie depozytów. Na wzrost tych ostatnich nie pozwalają wciąż niskie stopy procentowe. W tej sytuacji zwracają się w stronę bezpiecznych funduszy. Według Analiz Online w III kwartale 2017 roku do funduszy gotówkowych napłynęło ponad 2,7 mld zł nowych środków, do dłużnych – 1,5 mld zł, a do mieszanych – 887 mln zł. Z funduszy akcyjnych zniknęło 81 mln zł. Popularnością cieszą się także inwestycje w nieruchomości.

– Kryzys z 2008 roku wciąż mocno tkwi w głowach wszystkich i pieniądze nie płyną na giełdę, ale w dwóch innych kierunkach. Jednym jest rynek nieruchomości – wszyscy giełdowi deweloperzy w tej chwili twierdzą, że nawet czterdzieści kilka procent mieszkań sprzedaje się za gotówkę bez kredytu bankowego. Są to wskaźniki wielokrotnie wyższe niż zawsze, bo zazwyczaj było to 10–20 proc. mieszkań bez kredytu bankowego – informuje przewodniczący Komitetu Inwestycyjnego Żółkiewicz & Partners. – Drugim kierunkiem, gdzie płyną oszczędności Polaków z lokat, są fundusze rynku dłużnego, fundusze gotówkowe i przede wszystkim fundusze obligacji korporacyjnych. Mamy kilkumiliardowe napływy do tej grupy funduszy od początku roku, natomiast w funduszach akcji mamy odpływy.

Inwestorzy znad Wisły szczególne przychylnym okiem patrzą na spółki, które postrzegają jako innowacyjne, np. producentów gier komputerowych czy oprogramowania, lub też podmioty z sektora med-tech. Zdaniem Piotra Żółkiewicza można wręcz mówić o bańce innowacji, zwłaszcza na alternatywnym rynku NewConnect. Tymczasem nie ma popytu na akcje solidnych biznesów, które zarabiają pieniądze i dzielą się zyskami z udziałowcami. Ten stan rzeczy ulegnie według niego zmianie.

– Jest to ciekawe zjawisko, że dojrzałe spółki, które zarabiają mnóstwo pieniędzy, wypłacają dywidendy, są bardzo atrakcyjnie wycenione – dziwi się Żółkiewicz. – Natomiast nawet 4–6-osobowe spółki z różnych zakątków Polski szturmują NewConnect i często żądają wycen rzędu kilkanaście-kilkadziesiąt milionów złotych za swoje przedsięwzięcia. Jest mnóstwo spółek, które robią bliżej nieokreślone rozwiązania technologiczne dla telekomunikacji, dla klientów biznesowych i z tego, co obserwuję, każdy taki pomysł, niezależnie od tego, jak niedopracowany, szalony czy drogo wyceniony, znajduje swoich nabywców. Nie widzę powodów, aby spółki, które jeszcze nie zarabiają pieniędzy i być może nigdy nie będą, natomiast obiecują jakąś innowacyjność, wyceniać na 50–100 razy więcej niż oczekiwane zyski w najbliższych 2–3 latach.

Międzynarodowy koncern farmaceutyczny zatrudnia w Poznaniu 700 specjalistów IT. To oni wspierają 100 tys. pracowników na całym świecie w pracy nad nowymi lekami

Międzynarodowy koncern farmaceutyczny zatrudnia w Poznaniu 700 specjalistów IT. To oni wspierają 100 tys. pracowników na całym świecie w pracy nad nowymi lekami 6

Poznań atrakcyjnym miejscem do rozwoju innowacyjności. Potwierdzają to kolejne inwestycje GSK, szczególnie w obszarze nowych technologii. Poznańskie Centrum Usług Biznesowych GSK IT, które w sumie zatrudnia 700 osób, tylko w ciągu ostatniego roku pozyskało 200 pracowników. Nowo zatrudnieni specjaliści z branży IT zapewniają m.in. wsparcie technologiczne dla 11 tys. naukowców prowadzących badania nad nowymi lekami. Farmacja to jeden z kluczowych sektorów dla innowacyjności polskiej gospodarki – podkreśla Tadeusz Kościński, wiceminister rozwoju.

Dlaczego właśnie Polska? Mamy tu stabilny wzrost PKB, fantastyczną lokalizację, kompetentnych i doświadczonych pracowników, wsparcie dla innowacyjności i chęć wykonywania większej liczby badań klinicznych. Cieszy również współpraca Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Rozwoju w zakresie wspierania inwestycji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jonathan Sweeting, dyrektor generalny GSK.

GSK jest jedną z największych firm globalnych działających w ochronie zdrowia i wiodącym inwestorem w polskim przemyśle farmaceutycznym. W Polsce firma zatrudnia około 1,7 tys. osób, z których większość pracuje w poznańskiej fabryce leków. Każdego dnia wytwarza ona 8,5 mln tabletek i 1,3 mln kapsułek. W tej chwili poznański zakład jest jednym z najnowocześniejszych i największych w sieci globalnych fabryk GSK. W ubiegłym roku w Poznaniu wyprodukowano ponad 100 mln opakowań leków – większość z nich trafiła na eksport na ponad 120 globalnych rynków.

Polskim pacjentom GSK dostarcza średnio trzysta różnych leków, szczepionek i produktów ochrony zdrowia. Koncern współpracuje też z blisko 2,5 tys. dostawcami całego kraju. Każdego roku ok. 14 mln szczepionek z Polski trafia do pacjentów w dwunastu krajach Europy. W Polsce w ubiegłym roku medyczny koncern dostarczył 5 mln szczepionek do 2,5 tys. punktów szczepień – w tym blisko 3,5 mln dawek do Programu Szczepień Ochronnych.

W Poznaniu już dokonaliśmy znaczących inwestycji. Obecnie zatrudniamy sześćset osób w pionie produkcyjnym i siedemset w dziale IT. Te liczby będą rosły. Tylko w tym roku liczba pracowników wielkość działu IT wzrosła z pięciuset do siedmiuset osób. Dalej planujemy zwiększać zatrudnienie, w przyszłym roku planujemy otworzyć w Poznaniu nową linię produkcyjną, która będzie skupiona na lekach innowacyjnych. Nadal postrzegamy Polskę – w szczególności Poznań – jako nasze główne centrum inwestowania w innowacyjność w GSK – mówi Jonathan Sweeting.

Centrum Usług Biznesowych GSK IT działa w Poznaniu od 2005 roku. Tylko w ciągu ostatniego roku zatrudniło dwustu specjalistów, aby zwiększyć wsparcie technologiczne dla naukowców GSK prowadzących badania nad nowymi lekami. W większości są to wysokospecjalistyczne, unikatowe na skalę europejską miejsca pracy – kluczowe dla budowania kompetencji przyszłości, np. w obszarze cyfryzacji. Poznańskie centrum dostarcza usługi IT dla 100 tys. pracowników firmy na całym świecie i na co dzień obsługuje ok. 20 tys. systemów informatycznych. Około siedmiuset zatrudnionych w nim osób na co dzień posługuje się językiem angielskim i – poza umiejętnościami technicznymi – musi się wykazać też wysokimi kompetencjami miękkimi oraz zdolnością do pracy w międzynarodowym środowisku.

Dział IT w Poznaniu wspiera obecnie nie tylko obszar badawczo-rozwojowy, gdzie rozwijamy aplikacje, które służą do badań i analizowania ich wyników. Nasz departament business intelligence, pomaga analizować informacje z różnych systemów, aby mieć pewność, że dostarczamy najlepsze jakościowo i bezpieczne lekarstwa, co jest niezmiernie ważne dla zdrowia pacjentów i misji naszej firmy – mówi Sebastian Drzewiecki, dyrektor zarządzający Centrum Usług Biznesowym GSK IT w Poznaniu.

– Mamy w Polsce dobry know-how i najniższe bezrobocie od 1990 roku. Ważne są dla nas miejsca pracy, ale miejsca pracy dobrej jakości. Wchodzimy w innowacje, mamy w Polsce bardzo utalentowanych studentów. Często są bardzo dobrze wykształceni, ale niekoniecznie w tych obszarach, których biznes potrzebuje. Ważne jest, aby zatrzymywać ich w Polsce. My, jako rząd, mocno zachęcamy kapitał zagraniczny do tego, aby u nas inwestował – zwłaszcza taki, który reprezentuje najwyższą technologie – dodaje Tadeusz Kościński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

W Polsce GSK prowadzi w tej chwili prawie czterdzieści badań klinicznych dotyczących opracowania nowych terapii, w których uczestniczy około pięciuset pacjentów. Wartości tych badań sięga 9 mln zł.

Badania nad jednym lekiem kosztują od 1 mld do 2,5 mld dol. Jest to bardzo skomplikowany proces, ale jesteśmy zdeterminowani, by dalej inwestować w Polsce. Mamy pięć dużych centrów naukowo-badawczych rozsianych po całym świecie. Polska jest dla nas jednym z kluczowych krajów, prowadzimy tu około czterdziestu badań klinicznych rocznie. Mamy od pięciuset do ośmiuset polskich pacjentów, którzy biorą udział w tych badaniach i współpracują z nami, aby pomóc opracowaniu leków następnej generacji – mówi Jonathan Sweeting.

– Sektor farmaceutyczny bazuje na badaniach i rozwoju. Produkt trzeba badać i rozwijać około 12 lat, zanim wejdzie na rynek. To nie jest tylko sprzedaż leków – podstawą są badania i rozwój, a to z kolei oznacza współpracę z uniwersytetami. Uniwersytety też na tym skorzystają, bo będą uczyć studentów tak, żeby byli przydatni dla biznesu. Ten sektor również współpracuje z lokalną społecznością, z lokalnymi dostawcami, a dla nas bardzo ważny jest rozwój lokalny – dodaje Tadeusz Kościński.

PGNiG interesuje się technologią, na której opierają się kryptowaluty. Może ona usprawnić handel energią

PGNiG interesuje się technologią, na której opierają się kryptowaluty. Może ona usprawnić handel energią 7

Blockchain, technologia, na której opierają się kryptowaluty, znajduje się na celowniku wielu branż. Jest wśród nich energetyka, która podobnie jak inne sektory gospodarki przechodzi cyfrową transformację. PGNiG, gigant polskiego rynku energetycznego, zamierza rozwijać rozwiązania oparte na blockchain i w przyszłości wykorzystywać je m.in. do usprawnienia handlu energią. Nad rozwijaniem nowych narzędzi i usług opartych na łańcuchach bloków pracują start-upy, które spółka wzięła pod swoje skrzydła.

 Blockchain to temat obecny w zasadzie wszędzie na świecie, w Polsce też. Jeżeli chcemy konkurować z najlepszymi, powinniśmy szukać rozwiązań i zastosowań tego systemu do naszych potrzeb. Blockchain dynamicznie się rozwija. Mamy już pierwsze transakcje w sektorze energii z jego zastosowaniem. W przyszłości każdy będzie musiał w jakiś sposób wykorzystywać rozwiązania oparte na tym systemie – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Szota, p.o. dyrektora Departamentu Innowacji i Rozwoju Biznesu w PGNiG.

Gigant z branży energetycznej rozwija innowacje i współpracę ze start-upami, na którą do 2020 roku zamierza przeznaczać 20 mln zł rocznie. W połowie roku utworzyła inkubator InnVento z myślą o naukowcach, start-upach i młodych innowacyjnych spółkach z branży energetycznej. W ten sposób zamierza wyłuskiwać pomysły i rozwiązania technologiczne, które najlepiej odpowiadają na wyzwania stojące przed energetyką. Jednym z nich jest blockchain – technologia, na której opierają się kryptowaluty, w tym słynny bitcoin.

– Mamy do czynienia z decentralizacją rynku energii – to jedno z możliwych zastosowań blockchain. Wszyscy kojarzą to z kryptowalutą, ale nasi innowatorzy i specjaliści z IT zwracają uwagę na to, że tę technologię można wykorzystywać dużo szerzej. Jest mowa o bezpieczeństwie. Być może potrzebne jest przełamanie, żeby szerzej zastosować blockchain – tak jak kiedyś internet. Wiele firm bało się w przeszłości internetu, dziś boimy się chmury, to kolejny temat – mówi Maciej Szota.

Blockchain jest uważany za najbezpieczniejszą obecnie technologię zapisu i przechowywania danych. To rozproszona baza danych, oparta na algorytmach matematycznych i kryptografii. Służy do rejestrowania informacji o zdarzeniach gospodarczych albo transakcjach finansowych dokonywanych pomiędzy użytkownikami.

Nie tworzy jednej centralnej jednostki, w której zapisane są wszystkie poufne informacje. Podstawowym elementem blockchain jest blok danych. Zawiera on pakiet zaszyfrowanych informacji o przeprowadzanych transakcjach. Poszczególne bloki danych są ze sobą chronologicznie połączone i tworzą nierozerwalny łańcuch (stąd nazwa: łańcuch bloków). Informacje w blockchain są zapisane nieodwracalnie i nie da się ich sfałszować. Nie można ich też zmodyfikować bez autoryzacji, bo zamiast jednego bloku należałoby zmienić cały łańcuch.

Nad rozwijaniem rozwiązań opartych na blockchain i zastosowaniem tej technologii w energetyce pracują w tej chwili start-upy skupione w InnVento. Jak podkreśla Piotr Serwin z spółki Fintech Trends, blockchain stwarza małym, innowacyjnym spółkom możliwość nawiązania kooperacji z ogromnymi firmami i budowania rozwiązań dla największych rynków na świecie.

 Start-upy korzystające z InnVento są w stanie użyć technologii blockchain do tzw. asset trackingu, czyli są w stanie przechowywać informacje w sposób zdecentralizowany. Te dane mogą być następnie anonimizowane i używane przez większą grupę researcherów w celu wypracowania nowego rozwiązania –mówi Piotr Serwin.

Najciekawsze i najbliższe wykorzystaniu z kryptowalut rozwiązania dotyczą zastosowania blockchain w handlu energią.

 Mamy programy prosumenckie i coraz więcej indywidualnych producentów energii, mieszkań i domów mających panele solarne czy nieduże wiatraki. Przy pomocy technologii blockchain mogą oni sprzedawać swoją energię sąsiadowi czy lokalnemu sklepowi, jeśli będą mieć takie życzenie. Innym sposobem wykorzystania blockchain jest tzw. tokenizacja, pozwalająca pobrać opłatę za usługi, które będą dostarczone w przyszłości – wyjaśnia Piotr Serwin.

– Mamy trzy główne obszary jej wykorzystania. Pierwszym jest rejestracja aktywów, drugim – transakcje i handel, a trzecim – dane. Wszystkie te obszary są ze sobą połączone. Technologia blockchain dlatego jest tak skuteczna, że eliminuje pośredników we wszystkich tych obszarach, co zwiększa efektywność wykorzystania infrastruktury – mówi Paul Ellis, prezes brytyjskiej firmy Electron, która wykorzystuje blockchain.

Wśród innych możliwych zastosowań tej technologii w energetyce eksperci wymieniają takie obszary, jak pozwolenia na emisję dwutlenku węgla, gwarancje pochodzenia, certyfikaty zielonej energii.

– Blockchain może otworzyć nam naprawdę wiele dróg. Jeśli chcemy być na topie, powinniśmy się rozwijać w tej technologii – dodaje Maciej Szota.

Temat zastosowania blockchain w energetyce stał się motywem przewodnim konferencji zorganizowanej przez InnVento i Fintech Trends w Warszawie 16 listopada.

Narzędzia analizy biometrycznej pokazują, jak klienci reagują na dany produkt czy usługę. Za kilka lat mogą zrewolucjonizować rynek marketingu

Narzędzia analizy biometrycznej pokazują, jak klienci reagują na dany produkt czy usługę. Za kilka lat mogą zrewolucjonizować rynek marketingu 8

Połączenie biometrii i badań behawioralnych pozwala sprawdzić, jak klienci odbierają dany produkt czy usługę na podstawie zachowań organizmu. Ruchy gałki ocznej, mikroruchy mięśni twarzy czy bioelektryczna czynność mózgu zdradzają emocje i reakcje na konkretne bodźce. W ten sposób można sprawdzić, czy klientom spodobał się nowy spot reklamowy albo czy przestrzeń w galerii handlowej została rozplanowana optymalnie. Uniwersytet Warszawski dysponuje oprogramowaniem, które pozwala optymalizować takie informacje. Podobnym posługuje się Stanford University i prestiżowy MIT.

– Wielką zaletą badań biometrycznych i behawioralnych jest to, że nie ma ograniczeń co do treści, które możemy zbadać za ich pomocą. Przykładowo, możemy zbadać odbiór serwisu informacyjnego, treści medialnych, spotów reklamowych. Do pewnego stopnia możemy również zbadać zachowanie człowieka w różnych sytuacjach społecznych, na przykład związanych z rozrywką, graniem w gry komputerowe, i sprawdzać jego reakcje na otoczenie w konkretnych kontekstach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Karolina Brylska z Centrum Analiz Medialnych Uniwersytetu Warszawskiego.

Biometria znajduje coraz więcej komercyjnych zastosowań. Technika dokonywania pomiarów funkcji organizmu, rozpoznawania głosu, skanowania odcisków palców czy tęczówki oka nie jest już zaliczana do science-fiction. Interesuje się nią sektor bankowy, który testuje możliwość wykorzystania biometrii do identyfikacji klientów, a niemal wszystkie smartfony z wyższej półki są już wyposażone w czytnik linii papilarnych, skaner siatkówki oka czy system rozpoznawania twarzy.

Zastosowanie biometrii w badaniach behawioralnych, które pozwalają sprawdzić reakcje klientów na dany produkt, treść czy usługę, to źródło istotnych informacji marketingowych. Może być przydatne praktycznie w każdej branży, od handlu po media.

– Takie badania są bardzo interesujące i obiecujące, ich popularność rośnie już od kilku lat. Wynika to z kryzysu zaufania i wiary w deklaracje człowieka – trochę mniej ufamy temu, co ludzie mówią, wolimy obserwować, jak zachowuje się ich ciało. Dzięki temu mamy bardziej precyzyjny obraz tego, jak reagują na poszczególne bodźce – mówi przedstawicielka Centrum Analiz Medialnych UW.

Centrum Analiz Medialnych Uniwersytetu Warszawskiego dysponuje narzędziami i dopasowanym do nich oprogramowaniem, które umożliwia badanie biometrycznych i behawioralnych reakcji odbiorcy na podstawie zachowania jego organizmu. Podstawowym narzędziem tego typu jest eyetracking, służący do obserwowania i rejestrowania ruchu gałek ocznych.

– Mamy kilka eyetrackerów zarówno stacjonarnych, jak i mobilnych. Mają formę okularów, które respondent zakłada na głowę i udaje się w jakąś przestrzeń. Może to być sklep, księgarnia czy przestrzeń badawcza. Obserwuje jakiś bodziec, a my za pomocą kamer zainstalowanych w tych okularach obserwujemy ruch jego gałki ocznej i później możemy analizować punkty, na których zatrzymywał wzrok. Na tej podstawie możemy później wnioskować, które elementy otaczającej go przestrzeni przyciągnęły i skupiły jego uwagę – wyjaśnia dr Karolina Brylska.

Podobnym narzędziem jest facetracking, który umożliwia śledzenie mimiki twarzy. Dzięki zaobserwowaniu mikroruchów mięśni twarzy można z dużym prawdopodobieństwem odczytać emocje, które odczuwa badana osoba. Facetracking pozwala zidentyfikować siedem podstawowych emocji, od zaskoczenia, radości, przez smutek czy obrzydzenie. Z jego pomocą można wskazać, jakie bodźce – na przykład, które klatki filmu czy spotu reklamowego – wywołały konkretne odczucia.

– To jest właśnie ta przewaga nad badaniem deklaratywnym. Wyobraźmy sobie sytuację, w której prezentujemy badanemu spot reklamowy luksusowego samochodu. Później zapraszamy go do fokusowni i słuchamy jego opinii w trakcie pogłębionej, grupowej dyskusji. Badany mówi na przykład, że spot mu się podobał, ale nie do końca potrafi precyzyjnie wskazać przyczynę. Jednak po analizie mikroruchów jego twarzy możemy stwierdzić, że konkretne klatki, konkretne ujęcia spowodowały negatywne emocje, które mogły finalnie zadecydować o negatywnym odbiorze. Takie badania dają nam dużo bardziej precyzyjną wiedzę – mówi dr Karolina Brylska.

Reakcje konsumentów na dany produkt czy usługę można też sprawdzić za pomocą narzędzia GSR, które rejestruje aktywność skóry. Pozwala ono sprawdzić, na ile potliwość człowieka wskazuje na jego pobudzenie, odbiór konkretnych bodźców. Kolejnym jest dobrze znane w medycynie badanie EEG, które służy do rejestrowania bioelektrycznej czynności mózgu.

– To badanie w przeciwieństwie do facetrackingu czy eyetrackingu jest trochę bardziej problematyczne dla odbiorcy, ponieważ zakładamy mu na głowę czepek złożony z elektrod i za pomocą tych elektrod rejestrujemy czynność mózgu. Natomiast eyetracking i facetracking to badania zupełnie nieinwazyjne – po prostu sadzamy respondenta przed monitorem, emitujemy mu jakąś treść, bodziec, spot reklamowy czy zdjęcie i rejestrujemy jego reakcje – mówi ekspertka.

Badania biometryczne i behawioralne nie mają w zasadzie żadnych ograniczeń, można im poddać każdą grupę docelową. Centrum Analiz Medialnych ma w planach projekty we współpracy z biznesem, w których będzie sprawdzać reakcje na daną usługę czy produkt w konkretnej grupie konsumentów, dobranych pod kątem płci, wykształcenia, zarobków czy miejsca zamieszkania.

O unikalności badań, które prowadzi CAM UW, decyduje to, że wszystkie narzędzia do rejestrowania reakcji na bodźce mogą być stosowane jednocześnie. Dotychczas EEG czy eyetracking były już testowane na przykład w reklamie, ale pojedynczo. Technika, którą dysponuje Uniwersytet Warszawski, pozwala zastosować równocześnie wszystkie te narzędzia i zintegrować informacje z różnych źródeł.

– Możemy sprawdzać reakcje odbiorcy za pomocą różnych narzędzi i integrować je na jednej osi czasu. To jest unikalne, bo takie badania jak eyetracking, facetracking lub EEG były już w biznesie stosowane wcześniej, natomiast kłopotem była integracja. My za pomocą specjalnego oprogramowania, którym dysponują np. Stanford University oraz MIT, możemy integrować zmienne i różne dane, sprawdzać, jak one współwystępują – podsumowuje dr Karolina Brylska.

Producenci urządzeń internetu rzeczy wybierają polski system operacyjny. W Polsce wykorzystywany w inteligentnych gazomierzach i licznikach energii

Producenci urządzeń internetu rzeczy wybierają polski system operacyjny. W Polsce wykorzystywany w inteligentnych gazomierzach i licznikach energii 9

Globalny rynek internetu rzeczy rozwija się bardzo szybko – do końca tej dekady na całym świecie ma być już ponad 50 mld urządzeń zdolnych do połączenia z siecią. Tylko w Polsce rynek IoT ma być wart 5,4 mld dol. do 2020 roku. Polska jest w tym segmencie jednym z liderów, zwłaszcza w zakresie oprogramowania. Przykładem jest polski system operacyjny dla urządzeń, który może znaleźć zastosowanie w szerokiej gamie inteligentnych produktów – od liczników energii po drony.

Według firmy badawczej PwC za cztery lata liczba urządzeń zdolnych do połączenia z internetem sięgnie już 50 mld dol. Z kolei IDC szacuje, że w 2020 roku rynek IoT będzie wart w sumie 1,5 bln dol. Swoją szansę w tym segmencie dostrzegł polski start-up Phoenix Systems, który jednak zamiast rozwiązań sprzętowych skupił się na projektowaniu oprogramowania. Stworzył system operacyjny dla procesorów wykorzystywanych w urządzeniach IoT.

– Urządzenia są tworzone teraz w ten sposób, że ciężar przenosi się na oprogramowanie. Jeżeli chcemy stworzyć mądre, sprytne urządzenie, musi być ono bardzo elastyczne, musimy przenieść całą funkcjonalność do oprogramowania i po raz pierwszy zrobiliśmy to w energetyce. Pierwsze zastosowania systemu operacyjnego Phoenix to właśnie inteligentne liczniki energii i gazu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Paweł Pisarczyk, prezes zarządu spółek Phoenix Systems i Atende Software.

W Polsce wartość inwestycji w technologie internetu rzeczy sięgnie do 2020 roku 5,4 mld dol. Na polskim rynku internet rzeczy ma szczególnie duży potencjał rozwoju, ponieważ – jak szacuje Urząd Komunikacji Elektronicznej – na razie tylko około 3 proc. polskich przedsiębiorstw wykorzystuje technologie oparte na IoT.

– Ameryka wygrała wyścig technologiczny o cloud. W Europie mamy ogromny potencjał, jeśli chodzi o technologie internetu rzeczy. Są już polskie firmy, które tworzą urządzenia wspierające wyszukiwanie przedmiotów, drony, urządzenia medyczne czy systemy operacyjne. Te ostatnie mamy w naszej grupie kapitałowej – przekonuje Paweł Pisarczyk.

System Phoenix-RTOS znalazł już zastosowanie w energetyce – jest wykorzystywany w inteligentnych gazomierzach oraz inteligentnych licznikach energii, między innymi przez Energa Operator, jednego z największych na polskim rynku dystrybutorów energii. W lipcu umowę z Phoenix Systems zawarł też Apator Metrix, lider rynku gazomierzy w Europie. System operacyjny Phoenix może być jednak wykorzystywany także w innych urządzeniach.

– Internet rzeczy jest bardzo szeroki. Teraz myślimy głównie o dronach. To ta dziedzina, która rozwija się bardzo dynamicznie i potrzebuje systemu operacyjnego z odpowiednimi certyfikacjami, z odpowiednim poziomem bezpieczeństwa do zastosowań krytycznych. W tym momencie pracujemy nad wersją, która będzie zgodna ze standardem lotniczym, który pozwala na tworzenie aplikacji lotniczych – mówi prezes zarządu spółek Phoenix Systems i Atende Software.

System operacyjny dla internetu rzeczy pozwala znacząco skrócić czas projektowania i budowania nowych urządzeń. Jak prognozuje ekspert, w niedługim czasie budować urządzenia IoT, w tym także roboty, będą mogły nawet dzieci.

– Ten system służy do tego, by ułatwiać tworzenie urządzeń. Aby urządzenia mogły być tworzone przez ludzi, którzy zupełnie się na tym nie znają, nawet przez dzieci – przekonuje ekspert.

Jak zauważa prezes zarządu spółek Phoenix Systems i Atende Software, w tworzonych obecnie urządzeniach dla internetu rzeczy nieco pomijana jest kwestia bezpieczeństwa. Głównie z uwagi na fakt, że obecne mikrokontrolery są bardzo proste i nie mają miejsca, aby stosować w nich zabezpieczenia.

– By rozwiązanie było bezpieczne, musi mieć system operacyjny. System separuje aplikacje, pozwala na to, aby źle działająca aplikacja nie zniszczyła chociażby jądra systemu. Ten system pozwala na to, aby podejście do bezpieczeństwa znane z komputerów PC wdrażać na urządzeniach IoT – podsumowuje Paweł Pisarczyk.

FCA: Młodzi Brytyjczycy coraz bardziej zadłużeni

Dyrektor generalny Urzędu Nadzoru Finansowego alarmuje o wyraźnym zadłużeniu wśród młodych Brytyjczyków.

W wywiadzie dla BBC, Andrew Bailey powiedział, że młodzi ludzi pożyczają pieniądze na podstawowe środki utrzymania.

Przedstawiciel organu nadzorującego stwierdził również, że nie podobają mu się niektóre programy wysokich pożyczek.

Mówił także, że osoby zaciągające kredyty oraz instytucje, które pożyczają pieniądze, powinny być świadome tego, że stopy procentowe mogą wzrosnąć w przyszłości, dlatego kredyt powinien być ‘przystępny’.

Szef FCA rozmawiał z BBC w ramach tematu ‘Money Matters’, rozpatrując kwestię kredytów i długów w Wielkiej Brytanii.

Bailey stwierdził, że podjęto działania mające na celu ograniczenie zadłużenia, jeśli chodzi o długoterminowe karty kredytowe oraz wysokie pożyczki z terminem rozliczeniowym.

Przedstawiciel poruszył również kwestię opłat w sektorze wynajmu z opcją przejścia na własność, przez które ludzie mogą płacić wysokie oprocentowanie za sprzęt biały tj. pralki itp. – dodał.

‘Widać wyraźny wzrost zadłużenia wśród młodszej grupy wiekowej.’ – powiedział pan Bailey.

‘Nie powinniśmy myśleć, że jest to bezmyślne pożyczanie, gdyż jest to ukierunkowane na konkretne środki życiowe. Nie jest to kredyt w klasycznym sensie, ale w wielu przypadkach jest to możliwość życia na normalnym poziomie.’

Zmiana międzypokoleniowa

Chociaż Bailey stwierdził, że wysoki poziom długów konsumenckich nie jest jeszcze kryzysem w sensie ‘makroekonomicznym’, ma jednak znaczenie dla osób, których historie słyszał podczas wizyt w organizacji charytatywnej zajmującej się zadłużeniami.

Istnieją szczególne skupiska w społeczeństwie, które są zadłużone i te skupiska są wyjątkowo narażone na niektóre formy i praktyki związane z wysokimi kosztami długu, które analizujemy teraz bardzo uważnie, ponieważ są tam rzeczy, których my nie lubimy.’ – mówił Bailey.

‘Nastąpiła wyraźna zmiana w pokoleniowym schemacie bogactwa i dochodów, i to oznacza większe zadłużenie w młodszym wieku.’

‘To odzwierciedla niższy poziom rzeczywistych dochodów oraz niższy poziom posiadania. Istnieją dosyć różne doświadczenia pokoleniowe.’ – powiedział.

Bailey wypowiadał się w tej sprawie, ponieważ badania pokazują, że młodzi ludzie są zaniepokojeni kwotą długów jaką zaciągają i swoją zdolnością do ich spłaty.

Jak mówił dalej, wysoka cena czynszów i brak wzrostu dochodów oznacza, że więcej ludzi musi zaciągać kredyty, aby związać koniec z końcem.

Ekonomia na żądanie

Najnowsze dane Banku Anglii wskazują, że dług konsumencki, z wyłączeniem kredytów hipotecznych, wynosi ponad 200 mld funtów i zmierza ku wartościom nie zanotowanym od czasu kryzysu finansowego.

Wzrost ten, w tzw. ‘pożyczkach niezabezpieczonych’ w kartach kredytowych, kredytach samochodowych, pożyczkach osobistych oraz debetach na rachunkach bieżących, wynosi niemal 10% rocznie.

Ludzie także oszczędzają mniej, ponieważ bardzo niskie stopy procentowe uszczuplają zyski.

‘Oczywiście wszyscy zadajemy sobie pytanie, jak długo to może zajść’ – mówił Bailey. ‘Ale ogólnie rzecz biorąc, samo w sobie nie jest to coś, co powinniśmy nazywać kryzysem.’

Dodał jeszcze: ‘Nie jestem wyznawcą poglądu, że kredyt nie powinien być dostępny dla tej części społeczeństwa, ponieważ kredyt jest także po to, aby utrzymać płynność dochodów w klasycznym sensie, a wiemy, że są ludzie z niesystematycznymi wpływami dochodów, co jest jedną z cech tak zwanej gig ekonomii.

Bailey powiedział również, że ‘zrównoważony kredyt jest niezbędną częścią społeczeństwa.’

Dlaczego przejście na w pełni elektryczne samochody jeszcze długo potrwa

Czy samochody z napędem elektrycznym rzeczywiście mogą zastąpić przestarzały silnik spalinowy?

Sądząc po nagłówkach gazet, które ostatnio widzieliśmy, można usprawiedliwić myślenie, że silniki benzynowe i diesla zostaną wyrzucone do lamusa. Rzeczywistość jest jednak inna.

Nie ma wątpliwości, że przemysł samochodowy ulega radykalnej ewolucji.

Na tegorocznych targach samochodowych Frankfurt Motor Show – popularnym hasłem na olbrzymich halach wystawowych była ‘elektryfikacja’.

Dzień przed wydarzeniem, Volkswagen powiedział na przykład, że wyprodukuje zelektryzowane wersje każdego modelu w swoim asortymencie – wliczając te sprzedawane po markami Audi, Skoda, Seat i Porsche – do 2030 roku.

Tego samego wieczoru, spółka macierzysta Mercedesa, Daimler, oświadczyła, że będzie miała zelektryzowane wersje swoich modeli do 2022 roku.

Inne firmy, takie jak Volvo, Jaguar, Land Rover czy Honda złożyli podobne deklaracje.

Są to niewątpliwie ambitne plany – ale ważne jest, aby wiedzieć jakie są ograniczenia.

Firmy nie twierdzą, że całkowicie pozbędą się samochodów z silnikami benzynowymi i diesla. Po prostu obiecują udostępnić zelektryzowane wersje.

Istotne jest również zrozumienie tego, co właściwie oznacza ‘zelektryzowany’.

Może się to odnosić oczywiście do pojazdów całkowicie zasilanych baterią elektryczną. Wyrażenia można również użyć do opisania hybryd – a one występują w różnych formach.

Pojazd hybrydowy typu plug-in (zasilany z sieci) ma akumulator z dużą pojemnością i często może działać wyłącznie na energii elektrycznej przez co najmniej część czasu, chociaż posiada również silnik benzynowy.

Jeden rodzaj hybrydy typu plug-in, często określany jako pojazd elektryczny o zwiększonym zasięgu (range-extended EV), jest głównie samochodem elektrycznym z małym silnikiem benzynowym, który działa jako generator pokładowy.

Silna lub pełna hybryda, jak Toyota Prius, wykorzystuje stosunkowo mocny silnik elektryczny oprócz tradycyjnego silnika i nie trzeba go podłączać do sieci w celu powtórnego ładowania.

Tymczasem łagodna hybryda, jest faktycznie konwencjonalnym samochodem, wyposażonym w  mały elektryczny silnik, który pozwala na tymczasowe wyłączenie silnika, kiedy przykładowo samochód czeka na światłach. Może być on również wykorzystany do zwiększenia przyśpieszenia czy zasilania układów pomocniczych.

Aby wypełnić swoje zobowiązania, producenci samochodów mogliby po prostu zaoferować gamę łagodnych hybryd. Są one tańsze w produkcji niż pełne hybrydy, ale nadal oferują znaczące korzyści pod względem wydajności i zużycia paliwa.

Coraz więcej samochodów jest już budowanych w ten sposób.

Chociaż te deklaracje mogą wydawać się nieco bardziej radykalne niż są w rzeczywistości, prawdą jest, że producenci samochodów inwestują bardzo duże pieniądze w nowe modele elektryczne.

Volkswagen ogłosił na przykład, że przed 2025, jedna czwarta ich samochodów może być zasilanych baterią elektryczną. Natomiast BMW mówi, że będzie mogło  zaoferować 12 całkowicie elektrycznych modeli do tego samego czasu.

Co zatem napędza ruch w kierunku samochodów elektrycznych? W grę wchodzi kilka czynników.

Wprowadzenie modelu Tesla S w 2012 roku udowodniło, że samochody elektryczne mogą działać równie dobrze, jak ich odpowiedniki benzynowe i mają szeroki wachlarz baterii, chociaż w wysokiej cenie.

Od tamtego czasu, ceny akumulatorów litowo-jonowych znacznie spadły, czyniąc je towarem bardziej przystępnym, natomiast technologia zarządzania akumulatorami uległa poprawie.

Po drugie, na kluczowych rynkach zaostrzane są legislacje dotyczące przeciwdziałania zanieczyszczeniom. W Europie na przykład obowiązywać będą nowe ograniczenia dotyczące emisji dwutlenku węgla od 2021.

Ograniczenia te są znacznie bardziej rygorystyczne niż obecne i są oparte na średnim poziomie zanieczyszczenia wytwarzanego przez całą flotę producentów.

Dlatego, produkując samochody o zerowej emisji, producenci będą mogli łatwiej osiągnąć założone cele. Ta sama zasada odnosi się do budowania większej ilości hybryd.

Oba te czynniki miały już wpływ na długoterminowe myślenie głównych producentów, kiedy jednak we wrześniu 2015 roku pojawił się kolejny czynnik.

Skandal związany z emisją spalin silników diesla skupił nadmierną uwagę na tej branży, ujawniając nie tylko działanie na granicy prawa, ale także fakt, że samochody z silnikami diesla w szczególności wytwarzały dużo więcej szkodliwych zanieczyszczeń niż podawały oficjalne dane.

Rezultatem była gwałtowna reakcja polityków oraz konsumentów – podczas gdy Volkswagen, twórca skandalu, próbował naprawić swoją reputację stając się liderem w technologii samochodów elektrycznych.

Dyrektor naczelny VW Group Matthias Mueller powiedział we Frankfurcie: ‘Oczywiście mamy przesłanie. Konsumenci chcą czystych pojazdów, ludzie chcą czystego powietrza a my chcemy się do tego przyczynić.’

Elektryfikacja była spodziewana na długo przed wybuchem skandalu VW. Jednak te wydarzenia sprzed dwóch lat mogły przyczynić się do przyśpieszenia tego procesu.

Wygląda na to, że producenci samochodów czynią cnotę z konieczności i próbują przełożyć na korzyść wizerunku firmy proces, który i tak był nieunikniony.

Tak samo postępują politycy. Rozmowa o zakazie używania samochodów benzynowych czy diesla może wydawać się dramatyczna, wręcz drakońskia. W Wielkiej Brytanii przykładowo zakaz nie obejmuje pojazdów hybrydowych.

Eksperci z branży twierdzą, iż do 2040 roku – jest to rok wejścia w życie zakazu – jest to mało prawdopodobne, że na rynku pozostaną jakiekolwiek samochody nie hybrydowe.

Następnie pojawia się kwestia infrastruktury.

Obecnie w Wielkiej Brytanii istnieje około 7300 punktów do ładowania samochodów elektrycznych, a ich liczba rośnie w tempie około 10 dziennie zgodnie z ZapMap. Globalnie, liczba ta wynosi około dwóch milionów według Narodowej Agencji Energii (International Energy Agency).

Oczywiście, jeśli miliony samochodów z silnikami benzynowymi i diesla mają być zastąpione wersjami elektrycznymi, będą potrzebne ogromne inwestycje w infrastrukturę do ładowania albo samochody te nie pojadą nigdzie.

Potrzebne będą również baterie – właściwie mnóstwo baterii. Także moc do ich ładowania musi być gdzieś wytwarzana.

To będzie wymagać czasu i pieniędzy.

Do tego czasu, samochody hybrydowe oferują wygodne i skuteczne rozwiązanie tymczasowe. Jak ujął to prezes BMW Harald Krueger, samochody z silnikami benzynowymi i diesla ‘nie są jeszcze martwe’, Matthias Mueller z VW Group zgadza się z tym.

„Przez pewien czas będzie miała miejsce koegzystencja silników spalinowych z elektrycznymi systemami napędowymi. Natomiast nie jestem w stanie stwierdzić, jak długo to potrwa. A to dlatego, że musimy zapewnić odpowiednią infrastrukturę… musimy stworzyć przestrzeń dla baterii. Mówimy tutaj o ogromnej przestrzeni, która nie została jeszcze stworzona.”

Sukces państwowego funduszu emerytalnego – Norwegia krajem milionerów

Wartość aktywów będących w posiadaniu norweskiego funduszu emerytalnego przekroczyła magiczny poziom 1 biliona dolarów, co tylko umacnia tytuł Norwegii jako kraju milionerów. Jak w stosunkowo krótkim czasie norweski superfundusz zdołał zgromadzić tak pokaźny majątek? Jaka jest jego strategia inwestycyjna i czy obejmuje Polskę? Na te i wiele innych pytań odpowiada Jakub Górecki, współredaktor portalu MySaver w poniższym artykule.

Czym jest i jak działa Norweski Fundusz Emerytalny?

Historia narodowych funduszy kumulacji bogactwa, zwanych też państwowymi funduszami majątkowymi, rozpoczęła się w połowie XIX wieku w Teksie. To właśnie w tym amerykańskim stanie zadecydowano w 1854 roku, by pochodzące ze sprzedaży ropy naftowej pieniądze przeznaczyć na specjalny fundusz, którego celem byłoby finansowanie działalności lokalnych szkół. Z biegiem czasu na rzecz funduszu przekazano również ogromne majątki ziemskie, których sprzedaż lub jedynie sprzedaż praw do wydobywania na ich terenie gazu czy ropy do dziś stanowi podstawowe źródło dochodów funduszu. Ile wart jest dziś teksański fundusz? Kilkadziesiąt miliardów dolarów…

Kwota imponująca, jednak taki wynik plasuje amerykański stan daleko poza podium. Od lat najwyższe pozycje w rankingu zajmują trzy fundusze narodowe: China Investment Corporation, Abu Dhabi Investment Authority oraz norweski Government Pension Fund. Jeszcze do niedawna prym wiodły fundusze arabskie i chińskie, których aktywa wyceniano na ponad 800 miliardów dolarów, jednak dziś bezsprzecznym liderem jest Norweski Fundusz Emerytalny, którego wycena przekroczyła magiczną barierę biliona dolarów!

Warto jednak zaznaczyć, iż norweski fundusz jest wprawdzie największym narodowym funduszem bogactwa, aczkolwiek nie oznacza to, że Norwegia wiedzie pod tym względem prym na świecie. Zajmujące dalsze lokaty Chiny oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie posiadają fundusze o niższej wycenie, jednak są również w posiadaniu kilku innych, których łączna wartość istotnie przekracza wycenę norweskiego funduszu – ok. 1,6 bln dolarów w przypadku Chin oraz ok. 1,3 bln dolarów w przypadku Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Powstanie narodowych funduszy bogactwa jest silnie związane z bogactwami narodowymi, a w szczególności: gazem i ropą oraz w nieco mniejszym stopniu miedzią, złotem czy diamentami. O ile tworzenie takich funduszy w krajach arabskich, których gospodarki są silnie uzależnione od sprzedaży ropy naftowej jest wręcz koniecznością, o tyle w Norwegii niekoniecznie. Udział naftowo-gazowy w PKB kraju szacowany jest na ok. 20%. Nawet po jego wykluczeniu PKB per capita w Norwegii byłoby jednym z najwyższych na świecie. W jakim zatem celu powołano fundusz do życia? O ile nazwa funduszu jasno sugeruje zabezpieczenie emerytalne obywateli, o tyle jego cel pozostaje znacznie szerszy, gdyż jest nim utrzymanie w przyszłości norweskiego dobrobytu.

Skąd w funduszu tak ogromne pieniądze?

Dobrobyt Norwegów jest ściśle powiązany z bogactwami naturalnymi odkrytymi na Morzu Północnym w 1969 roku. Przez lata ogromne złoża ropy naftowej i gazu ziemnego zapewniały niemałe wpływy do budżetu, które rozsądnie wydatkowane doprowadziły Norwegię do dzisiejszej potęgi – pod względem PKB per capita Norwedzy ustępują jedynie mieszkańcom Luksemburga oraz Szwajcarii.

Mając świadomość tego, iż złoża ropy i gazu wyczerpią się w stosunkowo krótkim horyzoncie czasowym, w 1990 roku rząd zdecydował o przekazaniu środków z ich sprzedaży niezależnym doradcom finansowym w celu ich pomnażania. Ruch ten okazał się niezwykle rozsądny i korzystny z ekonomicznego punktu widzenia – notowane na przestrzeni kilku ostatnich lat wzrosty wartości aktywów, będących w posiadaniu funduszu, wielokrotnie były wyższe aniżeli wpływy ze sprzedaży ropy i gazu, które szacuje się na ok. 40 mld dolarów. O jego doskonałej kondycji świadczy fakt, iż jeszcze trzy lata temu wielu analityków zakładało przekroczenie magicznej granicy biliona dolarów dopiero w 2020 roku.

Tak dobry wynik to z jednej strony efekt zasilania funduszu miliardami dolarów ze sprzedaży surowców, zaś z drugiej przemyślanej strategii inwestycyjnej. W posiadaniu funduszu znajduje się ok. 1,3% – 1,5% wszystkich akcji na świecie, wiele papierów przynoszących stały dochód, głównie obligacji, a także niewielki udział nieruchomości. Warto podkreślić, że strategia inwestycyjna funduszu ze względów etycznych wyklucza lokowanie środków w akcjach firm reprezentujących branżę zbrojeniową, tytoniową, węglową czy też firmy w jakikolwiek sposób łamiące prawa człowieka. Ostrożna strategia, realizowana m. in. poprzez rezygnację z wielu „toksycznych” instrumentów i papierów finansowych, pozwoliła funduszowi stosunkowo łagodnie przejść okres kryzysu ekonomicznego – w 2009 roku jego strata sięgnęła poziomu 59 miliardów dolarów, jednak w kolejnych latach została szybko odrobiona.

Norweskie inwestycje w Polsce

Jako, że w posiadaniu norweskiego superfunduszu znajdują się akcje firm z całego świata, znaleźć pośród nich można również podmioty znad Wisły. Wbrew pozorom ich reprezentacja jest naprawdę silna. Mowa o niespełna setce firm notowanych na warszawskim parkiecie, reprezentujących praktycznie wszystkie branże (dane z końca 2016 roku).

Nieco ponad 200 mln zł fundusz posiada w akcjach KGHM-u oraz CCC, niespełna 170 mln zł w akcjach banku Pekao, a także 150 mln zł w kilku innych – PKO BP, mBanku czy BZ WBK. Wśród podmiotów, w którym zaangażowanie funduszu przekracza poziom 100 mln zł, znajdują się ponadto: PZU, Orange Polska oraz Eurocash. Analizując wszystkie polskie spółki, w jakie zainwestował norweski fundusz, można wysnuć wnioski, że przedmiotem jego zainteresowania są przede wszystkim podmioty o ugruntowanej pozycji rynkowej, stabilnych przychodach i nierzadko dzielące się swoimi zyskami z inwestorami.

Norweski funduszu inwestuje również sporo w polskie papiery skarbowe. Na koniec 2016 roku w posiadaniu funduszu znajdowały się przynoszące stały dochód papiery wartościowe o wartości ponad 11 mld zł, w tym polskie papiery skarbowe, papiery PKO Banku Hipotecznego oraz papiery mBanku hipotecznego.

Zarządzanie zmianą w procesach biznesowych

Jedyną stałą jest zmiana. Dotyczy to również zarządzania procesami biznesowymi.

Amerykańska firma badawcza, Gartner, potwierdziła w swoim ostatnim raporcie, że nawet 60% zadań w firmie nie może być przewidzianych, a co za tym idzie, również zaplanowanych z góry. Obserwujemy potrzebę stałego dopasowywania procesów do szybko zmieniających się warunków.

Łukasz Wróbel
Łukasz Wróbel

Nietrudno zatem wywnioskować, że kluczowym oczekiwaniem wobec infrastruktury aplikacyjnej firmy jest dziś nie tylko szybkość budowania aplikacji biznesowych, ale także umiejętność ich natychmiastowego, niemal stałego modyfikowania zgodnie z potrzebami biznesu. Dodatkowym oczekiwaniem ze strony osób zarządzających procesami biznesowymi jest to, aby aplikacje, z których korzystają były tak proste i bezproblemowe, że wręcz niewyczuwalne dla użytkownika.

  • W przypadku procesów wymagających ciągłej adaptacji zarówno do wymagań zewnętrznych, rynkowych, jak i wewnętrznych, wypływających z potrzeb pracowników, narzędziem, które sprawdzi się na dłuższą metę są rozwiązania klasy Rapid Application Development (RAD). Umożliwiają one szybkie tworzenie i dostarczanie aplikacji biznesowych. – mówi Łukasz Wróbel, vice-prezes WEBCON.

Niemniej jednak prawdziwym wyzwaniem jest możliwość szybkiego i efektywnego wprowadzania zmian z natychmiastowym skutkiem, które proponowane są przez niewielu dostawców: To właśnie szybka reakcja firmy na pewne sytuacje i zjawiska, a nawet wyprzedzenie ich, może zapewnić firmie pozycję lidera na rynku dodaje Łukasz Wróbel.

Do zjawisk i sytuacji, które „narażone“ są na ciągłą zmianę zaliczyć można niemal wszystkie obszary działalności firmy: sprzedaż, marketing, procesy operacyjne i finansowe, HR czy IT. Mogą to być zmiany wewnętrzne, np. zmiany procedur, zmiany kadrowe czy optymalizacja procesów. Czasami jednak są to zmiany niezależne od nas – np. zmiany w przepisach prawnych. Dlatego właśnie warto wybrać system, w którym można wprowadzać je na żywo, bez konieczności ponownego uruchamiania aplikacji lub powtórnej instalacji.

Mała zmiana, duży problem?

Według Gartnera, mniej efektywne systemy zarządzania procesami biznesowymi (na przykład takie, które nie zapewniają odpowiedniego zarządzania zmianą) uniemożliwią do końca tego roku osiągnięcie celów zapisanych w strategiach digitalowych aż 80% firm! Dzieje się tak między innymi dlatego, że większość systemów nie pozwala wprowadzić zmian w trakcie rozpoczętego procesu, a nawet jeśli można to zrobić – wymaga to ogromnych nakładów pracy i czasu. Ponadto bardzo często każda zmiana wiąże się z koniecznością utworzenia nowej, osobnej wersji procesu biznesowego.

Rozwiązania, które są zamknięte na poprawki, mogą stać się źródłem wielu problemów, nawet w tak typowych sytuacjach typowych sytuacjach jak rotacja pracowników. Przykładem może być odejście programisty piszącego przez pół roku dedykowane rozwiązanie. Niedokończony system został przekazany do firmy zewnętrznej, jednak okazało się, że kontynuacja projektu będzie nieomal tak kosztowna, jak stworzenie nowego systemu od zera!

Prawidłowe zarządzanie zmianą zapewnia nie tylko oszczędność czasu, ale również szybszą analizę danych, wyższą efektywność i osiągnięcie przewagi nad konkurencją. Minimalizuje też ryzyko projektów IT, podczas digitalizacji organizacji. System RAD/BPM (Business Process Management) powinien być przygotowany na dokonanie zmian, bo pewne jest jedno – na pewno będą potrzebne. Pytanie brzmi tylko – kiedy? Do pierwszych zmian w systemach dochodzi najczęściej już w fazie testów. To właśnie wtedy wychodzą na jaw nieuświadomione wcześniej potrzeby użytkowników końcowych, dotyczące funkcjonowania systemu zarządzania procesami biznesowymi. To duże wyzwanie dla dostawcy – jeśli zmiana nie zostanie wprowadzona szybko i sprawnie, a testowanie systemu będzie dla pracownika jedynie żmudną i czasochłonną czynnością, może to zniechęcić go nie tylko od zaangażowania w same testy, ale również do korzystania z narzędzia w przyszłości. Ważny jest tu również – często pomijany – czynnik psychologiczny. Obawa przed brakiem możliwości wprowadzenia zmian w przyszłości jest jednym z czynników, które przedłużają proces akceptacji i utrudniają sprawne wdrożenie systemu.

Rozwój biznesu a zmiany w systemie

Teoretycznie, po uruchomieniu narzędzia u klienta, rola dostawcy się kończy. Z czasem jednak przedsiębiorstwa zaczynają myśleć o obiegach w szerszej perspektywie, widząc że można uprościć i ulepszyć kolejne aspekty. Praktyka WEBCON pokazuje, że już w przeciągu pierwszego roku 92% klientów rozbudowuje system o kolejne obiegi, choć początkowo nie mieli tego w planie. Dlaczego tak się dzieje?

Obiegi nie funkcjonują w próżni; funkcjonowanie nawet jednego obiegu pociąga za sobą potrzebę upraszczania coraz to nowych działań, przez przekładanie ich na skomputeryzowane procesy. Bez względu na powód, pojedynczy obieg – często obsługujący różne rodzaje faktur – zawsze „obrośnie” kolejnymi, powiązanymi obiegami zamówień czy płatności. Z biegiem czasu, w miarę jak zadowoleni pracownicy biznesu proszą dział IT (lub dostawcę zewnętrznego) o więcej ułatwień, pojawiają się obiegi administracyjne, delegacji, urlopów, korespondencji itd. Dlatego też najważniejszą funkcjonalnością systemu BPM jest jego zdolność do przełożenia każdej potrzeby, każdego procesu, na obieg (tym bardziej w przypadku procesów stricte branżowych, związanych ze specyfiką danej firmy) – tłumaczy Łukasz Wróbel.

Gartner podkreśla również, że obecnie aż 70% skutecznych modeli biznesowych będzie się opierać na realizacji procesów niestabilnych, zmieniających się wraz z potrzebami firmy lub klienta. Potrzeby biznesowe nieustannie ewoluują – idealną sytuacją jest ta, w której proces biznesowy i aplikacja do jego zarządzania powstają równocześnie i są nierozerwalnie związane ze sobą. Dlatego właśnie system BMP musi być maksymalnie elastyczny tak, by zarządzanie zmianą było jak najbardziej intuicyjne i niskokosztowe – na każdym etapie wdrożenia. W przeciwnym razie system, który miał firmie ułatwić pracę i digitalizację może stać się jej wrogiem i skutecznie blokować jej biznesowy rozwój.

Autor: Łukasz Wróbel

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia #47/2017

Na starcie nowego tygodnia ważniejsze niż dane mogą być wystąpienia prezesów banków centralnych, w szczególności Draghiego z ECB i Yellen z Fed. Tam, a także w protokołach z ostatnich posiedzeń, będą poszukiwanie wskazówki dotyczące przyszłej polityki pieniężnej. Z danych wyróżniają się indeksy PMI po obu stronach Atlantyku, zamówienia na dobra trwałe z USA i indeks Ifo z Niemiec. W czwartek jest dzień wolny w USA w związku z obchodami Święta Dziękczynienia.

Przyszły tydzień: Yellen i Draghi, minutki FOMC/ECB, PMI z Eurolandu, budżet Wlk. Brytanii, Lowe z RBA

W USA, październikowe dane o inflacji (opublikowane w mijającym tygodniu) powinny przekonać Fed o przejściowym charakterze słabości presji cenowej w poprzednich miesiącach. Choć prezes Yellen w swoim wystąpieniu w środę raczej nie zagwarantuje wyprzedzająco podwyżki w grudniu, to nie powinna też zachwiać rynkową wyceną (90 proc.). Podobnie niskie ryzyko zaskoczeń powinno towarzyszyć minutkom FOMC (śr). W związku ze Świętem Dziękczynienia w czwartek (i skróconą sesja na Wall Street w piątek), publikacje danych makro są „ściśnięte” w pierwszych trzech dniach tygodnia. Wśród odczytów zamówienia na dobra trwałe (śr) mają największą istotność. Cicho powinno być na polu polityki fiskalnej, gdyż kongresmeni zjeżdżają na przerwę świąteczną. Ogólnie zanosi się na tydzień pozbawiony świeżych impulsów mogących poprawić pozycję dolara.

Kalendarz w strefie euro otwiera wystąpienie prezesa ECB M. Draghiego (pon). W takich sytuacjach zawsze istnieje szansa na wskazówki odnośnie przyszłej polityki monetarnej, nawet jeśli w omijającym tygodniu Draghi dwukrotnie przemawiał i niczego nie zdradził. Protokół z październikowego posiedzenia ECB (czw) będzie interesujący pod kątem dyskusji stojącej za decyzją o przedłużeniu programu QE. Silna opozycja przeciw pozostawieniu skupu aktywów bez daty końcowej może obudzić jastrzębie oczekiwania i podeprzeć EUR. Wstępny szacunki indeksów PMI dla przemysłu i usług (czw) oraz niemiecki indeks Ifo (pt) powinny wskazać na podtrzymanie wysokich poziomów.

W Wielkiej Brytanii drugi odczyt PKB za III kw. (czw) raczej potwierdzi tempo wzrostu na poziomie 0,4 proc. k/k. Uwaga skupi się na prezentowanych pierwszy raz szczegółach, w tym na skłonności gospodarstw domowych do konsumpcji w obliczu wyższej inflacji oraz wpływie niepewności gospodarczej na decyzje inwestycyjne przedsiębiorstw. Tani funt z pewnością pomaga eksportowi. Oprócz danych w środę Kanclerz Skarbu przedstawi projekt budżetu (śr). Zwiększenie tegorocznego deficytu jest mało prawdopodobne, ale np. rewizja w dół prognoz, na których będzie się opierać budżet w kolejnych latach, może mieć negatywny wydźwięk.

Dane z polskiego przemysłu i handlu (pon) powinny potwierdzić solidne tempo ożywienia gospodarczego na starcie czwartego kwartału. Stopa bezrobocia (pt) na 6,7 proc. poprawi wieloletni rekord. Minutki z posiedzenia RPP (czw) mogą być interesujące w odniesieniu do decyzji o obniżce stopy rezerw obowiązkowych. Wątpimy, aby krajowe publikacje zdołały wyrwać EUR/PLN z konsolidacji 4,23-4,25.

Bilans handlowy (pon) jest jedyną ważniejszą publikacją z Japonii. Z perspektywy USD/JPY większe znaczenie będzie miało kształtowanie klimatu inwestycyjnego oraz sentymentu wokół dolara. Ostatnio oba czynniki skłaniają do wychodzenia z długich pozycji w USD/JPY i nie wykluczamy pogłębienia zjazdu pod 112. W średnim horyzoncie dalej uważamy, że fundamenty przemawiają za powrotem zwyżek w kierunku 117.

W Australii główna uwaga będzie na wystąpieniu prezesa RBA Phillipa Lowe’a (wt) poprzedzone publikacją protokołu z listopadowego posiedzenia banku. Pomimo gołębiego wydźwięku ostatniego komunikatu i rewizji w dół prognoz inflacji, rynek dalej wycenia ponad 80 proc. szans na podwyżkę stopy procentowej do końca przyszłego roku. Ryzyka wokół wystąpienia Lowe’a przeważają po gołębiej stronie i mogą być impulsem dla kolejnej fali wyprzedaży AUD.

Z Nowej Zelandii otrzymamy sprzedaż detaliczną (śr) i bilans handlowy (czw), ale dane będą na drugim planie. Pomimo jastrzębich impulsów z banku centralnego, NZD pada ofiarą narastającego pesymizmu w stosunku do nowego rządu i jego polityki gospodarczej oraz ingerencji w mandat RBNZ. Efekt ten może utrzymywać się w najbliższych dniach.
W Kanadzie tylko sprzedaż detaliczna (czw) zwraca uwagę. Generalny sentyment wokół CAD jest negatywny w związku z malejącymi oczekiwaniami na rychłą kontynuację cyklu zacieśniania polityki pieniężnej BoC, zatem jakiekolwiek pozytywne zaskoczenie w danych będzie krótkotrwałe i prędko wykorzystywane do dołożenia krótkich pozycji. Zatrzymanie rajdu ropy naftowej dodatkowe zabiera „ochronę” przed pogłębieniem wyprzedaży.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Złoty może się umocnić w następnym tygodniu

Złoty w piątek nieznacznie umocnił się do euro i dolara, wspierany przez październikowy mocny wzrost wynagrodzeń w Polsce. Przyszłotygodniowe krajowe dane o produkcji i sprzedaży detalicznej powinny dalej wspierać złotego.

W drugiej połowię piątkowych notowań, w reakcji na opublikowane przez GUS dane o zatrudnieniu i wynagrodzeniach, złoty nieznacznie umocnił się w relacji do euro i dolara. O godzinie 15:04 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2350 zł, wahając się dziś w przedziale 4,2317-4,2450 zł. W tym samym czasie kurs USD/PLN kształtował się na poziomie 3,5925 zł.

W październiku przeciętne zatrudnienie w firmach wzrosło o 4,4 proc. w relacji rocznej, wobec 4,5 proc. miesiąc wcześniej i 4,5 proc. prognozowanych przez analityków. Ten niższy odczyt mógł być konsekwencją decyzji o obniżeniu wielu emerytalnego. Jednocześnie wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw zanotowały skok aż o 7,4 proc. rok do roku do poziomu 4574,35 zł, znacznie przekraczając rynkowy konsensus na poziomie 6,6 proc. To pokazuje, że presja na wzrost płac narasta, co w przyszłości możne znaleźć przełożenie na wzrost inflacji w Polsce i w pewnym momencie wymusić na RPP szybszą podwyżkę stóp procentowych. Nie jest wykluczone, że już w grudniu przeciętne wynagrodzenie brutto, pierwszy raz w historii, przekroczy poziom 5000 zł.

Piątkowe wahania złotego nie zmieniają układu sił. Kończy on tydzień nieco słabszy do euro i mocniejszy do dolara, co jest pochodną dużych zmian jakie zaszły w tym tygodniu na wykresie najważniejszej pary walutowej, czyli EUR/USD. Świetne dane z Europy i obawy związane z reformą podatkową w USA, wypchnęły kurs EUR/USD z okolic 1,1650 do 1,1860 w środę (teraz to 1,1795), ponownie otwierając drogę wspólnej walucie do 1,20.

W przyszłym tygodniu rynek złotego mocniej skoncentruje się na krajowych impulsach, odrywając się nieco od rynków globalnych. Pierwszoplanową rolę odegrają publikowane w poniedziałek, jak się oczekuje, świetne dane o produkcji przemysłowej (prognoza: 9,3 proc. R/R) i sprzedaży detalicznej (prognoza: 8,4 proc. RR) za miesiąc październik. Ich uzupełnieniem będzie raport o inflacji producenckiej (prognoza: 2,9 proc. R/R), a także publikowane w kolejnych dniach indeksy koniunktury, protokół z posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej (RPP) oraz dane o podaży pieniądza (prognoza: 5,5 proc. R/R) i stopie bezrobocia (prognoza: 6,7 proc.).

Wszystkie te publikacje powinny być jednoznacznie prozłotowe, umacniając tym samym krajową walutę. Notowania EUR/PLN, nawet pomimo ewentualnego wzrostu kursu EUR/USD w kierunku 1,20, mogą spaść w okolice 4,22 zł, czyli do dolnego ograniczenia trwającej już miesiąc konsolidacji 4,22-4,2550 zł. Kurs USD/PLN zaś powinien zmierzać ku październikowemu dołkowi na 3,5687 zł, później kierując się nawet do 3,51 zł, co jednak musiałoby się wiązać z powrotem EUR/USD do 1,20 dolara.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Polska krajem pierwszego wyboru dla imigrantów zarobkowych spoza UE

Z najnowszych danych Eurostatu wynika, że w 2016 roku obywatele krajów nie będących członkami Unii Europejskiej otrzymali aż 3,4 mln pierwszych zezwoleń na pobyt w państwach UE. Najwięcej, bo aż 589 tys. tego typu dokumentów wydano obywatelom Ukrainy. Eksperci Personnel Service wskazują, że z punktu widzenia naszego kraju ważne jest, że aż 84% imigrantów spoza UE jako główny cel swojej wizyty w Polsce podało imigrację zarobkową.

Większość imigrantów zarobkowych spoza UE osiedlających się w Polsce to Ukraińcy, którzy przyjechali do naszego kraju za pracą. Dzięki temu Polska uplasowała się na pierwszym miejscu wśród kierunków najchętniej wybieranych ze względów zarobkowych. Wyprzedziliśmy pod tym względem m.in. Niemcy. Wielka Brytania natomiast była wskazywana jako miejsce, gdzie głównie wyjeżdża się w celach edukacyjnych – wskazało tak 365 tys. obywateli krajów spoza UE, w tym głównie Amerykanie. Niemcy, Hiszpania i Włochy były wskazywane jako miejsce wybierane ze względów rodzinnych.

Najwięcej obywateli krajów spoza Unii Europejskiej wybierało Wielką Brytanię jako miejsce emigracji. Takiego wyboru dokonało aż 865 tys. osób. Warto jednak zwrócić uwagę, że połowa z nich wskazywała edukację jako cel swojej wizyty. Inaczej było w przypadku naszego kraju. Polska stała się drugą najczęściej wybieraną destynacją przez obywateli spoza UE, ale do nas aż 84% imigrantów, w tym głównie Ukraińcy, przyjeżdżało za pracą  – wskazuje Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service.

W Europie coraz więcej obywateli spoza Unii

W 2016 roku wydano najwięcej zezwoleń na pobyt dla obywateli krajów nie będących członkami Unii Europejskiej od 2008 roku. W porównaniu do 2015 roku ten wzrost wyniósł aż 28% i co istotne był związany w dużej mierze z rosnącą liczbą zezwoleń wydawanych ze względu na pracę.

Najwięcej pozwoleń na pobyt w 2016 roku otrzymali obywatele Ukrainy (589 tys.), na drugim miejscu Syryjczycy (348 tys.), na trzecim Amerykanie (250 tys.), na czwartym Hindusi (198 tys.) a na piątym Chińczycy (195 tys.). Najczęściej wybieranym kierunkiem przez obywateli krajów spoza UE była Wielka Brytania. Wydano tam 865 tys. zezwoleń. Na drugim miejscu znalazła się Polska, gdzie osiedliło się 586 tys. cudzoziemców spoza UE, a na trzecim Niemcy (504 tys.).

Bitcoin za 8000 dolarów. Potwierdzone bankructwo Wenezueli

Spadki na najpopularniejszej kryptowalucie są już przeszłością. Bankructwo Wenezueli zostało oficjalnie potwierdzone. Wyciek ropy w USA spowodował wzrost cen ropy.

Szaleństwo na kryptowalutach

Bitcoin po tym jak po decyzji o odrzuceniu zmian długości bloku zanurkował poniżej 6000 dolarów szybko odrabia straty. Idzie mu to tak dobrze, że dzisiaj w nocy przebił poprzednie szczyty i zbliżył się do kolejnej okrągłej granicy 8000 dolarów. Na chwilę ją osiągnął, ale duża ilość sprzedających na tym poziomie powstrzymała dalsze wzrosty. Pojawia się oczywiście pytanie o to, czy nie mamy do czynienia z bańką spekulacyjną. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że coraz więcej poważnych instytucji głośno mówi o zainteresowaniu kryptowalutami.

Bankructwo Wenezueli potwierdzone

Po wczorajszej decyzji agencji ratingowej S&P przyszedł komunikat z Międzynarodowego Stowarzyszenia Swapów i Derywatów. Oznacza to, że wypłacone zostaną środki z ubezpieczeń od niewypłacalności. Taka sama decyzja zapadła względem głównego koncernu paliwowego kraju. Co ciekawe jeszcze w tym tygodniu niektóre państwa jak np. Rosja zawarły indywidualne umowy z rządem Wenezueli w sprawie restrukturyzacji zadłużenia. Bankructwo nie jest niespodzianką na rynku, gdyż już przy poprzednich spłatach widać było problem ze zorganizowaniem środków. Przyspieszyły to co prawda decyzje o amerykańskich sankcjach zakazujących kupna obligacji. Pytanie tylko, czy byłoby wielu chętnych na te papiery.

Ropa znów w górę

W Dakocie Południowej doszło do dużego wycieku ropy naftowej. Wedle oficjalnych danych do ziemi trafiło 800 000 litrów, czyli około 5000 baryłek. Z jednej strony nie jest to kwota, która ma jakikolwiek wpływ na rynek ropy, gdyż 300 000 dolarów nie spowoduje wielkiego zamieszania. Kluczowe jest zakręcenie rury, która transportowała surowiec z Kanady do USA. Oprócz oczywistych negatywnych skutków dla środowiska naturalnego, warto zwrócić uwagę na opóźnienia w dostawach ropy i nowopowstałe ryzyka zamknięcia tej nitki. Już wcześniej jej budowa spotkała się z dużymi protestami. W rezultacie tych działań od rana ropa naftowa podrożała o dolara za baryłkę odrabiając wczorajsze straty.

Dzisiaj dzień wolny zarówno w Czechach jak i na Słowacji, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:00 – Polska – przeciętne zatrudnienie i wynagrodzenie,

14:30 – USA – budowy domów,

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Ochłodzenie na warszawskiej giełdzie. Zysków warto szukać za granicą?

  • Otoczenie gospodarcze na świecie przemawia za inwestowaniem w akcje.
  • Inwestując na warszawskiej giełdzie, warto się skupić na spółkach z WIG20, a w przypadku inwestycji poprzez TFI – na funduszach akcji uniwersalnych.
  • Szczególnie atrakcyjnie prezentują się akcje spółek z rynków rozwiniętych –amerykańskich, japońskich i wybranych europejskich.
Marek Straszak, zarządzający funduszami w Union Investment TFI.
Marek Straszak, zarządzający funduszami w Union Investment TFI.

Wzrost gospodarczy w Polsce w III kwartale br. przyspieszył do 4,7% rok do roku – wynika ze wstępnych obliczeń GUS. Dzięki tak imponującej koniunkturze znaleźliśmy się wśród najszybciej rozwijających się gospodarek Unii Europejskiej. Za rozpędzoną gospodarką nie podąża niestety warszawska giełda. Tu podczas ostatnich sesji nastąpiło dość wyraźne ochłodzenie inwestycyjnego klimatu. Korekcie poddał się nawet indeks WIG20, który w tym roku dzielnie broni honoru warszawskiej giełdy w obliczu słabości mniejszych polskich spółek.

Czy w tych okolicznościach warto pozostać na rynku akcji? Otoczenie makroekonomiczne wskazuje, że zdecydowanie tak. Globalna gospodarka się rozwija, wskaźniki PMI są imponujące, bezrobocie jest rekordowo niskie, a inflacja stabilna.

W USA gospodarka rozwija się systematycznie już od dłuższego czasu, uzasadniając podwyżki stóp procentowych dokonywane przez tamtejszy bank centralny. Inwestorzy liczą też na zastrzyk dla gospodarki i rynku finansowego w postaci reformy podatkowej proponowanej przez Republikanów. W Japonii ostatni odczyt PKB przyniósł pozytywne zaskoczenie, a szef Banku Japonii zapowiedział, że luźna polityka monetarna będzie tam kontynuowana niezależnie od ostatnich, nieco lepszych odczytów inflacji. W strefie euro w październiku PMI dla przemysłu osiągnął siedmioletnie maksimum (wartość 58,6 pkt.). Z kolei w największych gospodarkach Unii Europejskiej (w Niemczech i Francji) obserwujemy najszybszy od kryzysu wzrost zatrudnienia.

Potencjał w akcjach rynków rozwiniętych

Inwestując na GPW warto się skupić przede wszystkim na największych spółkach lub (w przypadku osób inwestujących w TFI) na funduszach akcji uniwersalnych. Wobec gorszego sentymentu panującego na giełdzie w Warszawie, obecnie preferujemy jednak akcje z rynków rozwiniętych. Zwłaszcza amerykańskie, japońskie i – bardziej selektywnie – europejskie.

Sytuacja na rozwiniętych rynkach akcji daje inwestorom zdecydowanie większy komfort i potencjał. W odróżnieniu od Polski, gdzie inwestorzy są bombardowani gorszymi informacjami ze spółek (głównie mniejszych), na rynkach developed spółki raportują lepsze, bijące oczekiwania analityków, wyniki finansowe.

Warto też mieć z tyłu głowy, że już w grudniu Fed najprawdopodobniej podniesie stopy procentowe. To może umocnić dolara, a w rezultacie wywołać odpływ części kapitału z rynków wschodzących. A rynki rozwinięte wydają się jednym z bardziej racjonalnych miejsc, w których kapitał będzie szukał zysków.

Wyścig po tytuł fintechowej stolicy – czy Polska jest jeszcze w grze?

Wśród tematów omawianych podczas drugiego dnia Kongresu 590 w Rzeszowie był raport Zespołu roboczego ds. rozwoju innowacji finansowych (FinTech),  powołanego z inicjatywy Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego, Ministerstwa Rozwoju i Ministerstwa Finansów, na temat barier w rozwoju polskiego rynku FinTech. Dokument został opracowany przez Fundację Fintech Poland we współpracy ze spółkami technologicznymi, m.in. PayU, oraz przedstawicielami władz. Dyskusja ekspertów poświęcona temu zagadnieniu odbyła się 17 listopada pod auspicjami Komisji Nadzoru Finansowego.

Komentarz Bartosza Beresteckiego, Członka Zarządu PayU S.A. (Grupa Naspers)

Polska jest krajem o właściwym profilu do stworzenia centrum innowacji finansowych dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Sprzyja temu oparta na partnerstwie trwała współpraca banków z fintechami, silna branża IT oraz otwartość polskich przedsiębiorstw i konsumentów na innowacje technologiczne. Z drugiej jednak strony istnieją pewne bariery, które hamują dalszy rozwój. Niepewność prawna, brak aktywnego dialogu ze strony regulatorów czy też przeregulowanie rynku, to główne przeszkody, które zostały zidentyfikowane przez autorów raportu. Uczestnicy debaty, która odbyła się podczas drugiego dnia Kongresu 590 zgodnie wskazali, że proaktywne działania regulatora są niezbędne.

Pierwsze oznaki zaangażowania organów centralnych w kierunku stworzenia przyjaznego środowiska rozwoju dla podmiotów działających w obszarze FinTech już dostrzegamy. Jest to np. pomysł stworzenia w pierwszej kolejności Innovation Hub, w ramach którego zapewniona zostałaby odpowiednia infrastruktura informatyczna, jednak bez możliwości testowania nowych rozwiązań na konsumentach. Kolejnym etapem powinno być stworzenie tzw. piaskownicy regulacyjnej, która umożliwi testowanie produktów bez konieczności spełnienia wszystkich wymogów regulacyjnych.

Bardzo korzystny kierunek przybrały także najnowsze propozycje zmian w ustawie o Komisji Nadzoru Finansowego. Nowy projekt legislacyjny zakłada, że oprócz zadań nadzorczych KNF będzie podejmowała działania mające na celu wspieranie rozwoju innowacyjności rynku finansowego. Wydaje się to być krokiem w bardzo dobrym kierunku.

W rozwoju branży FinTech w Polsce pomóc może także nawiązana w ostatnim czasie współpraca KNF z jej singapurskim odpowiednikiem – Monetary Authority of Singapore. Bilateralne porozumienie zakłada wymianę dobrych praktyk oraz wzajemne rekomendacje i konsultacje dla podmiotów z sektora finansowo-technologicznego

Polska z pewnością nadal może aspirować do pełnienia funkcji centrum innowacji finansowych w Europie Środkowo-Wschodniej, ale konieczne jest wspólne kontynuowanie wysiłków w celu usunięcia obecnych barier i nie tworzenia nowych ograniczeń.

Priorytety spłat, czyli komu oddajemy długi

W przypadku kłopotów finansowych, statystyczny Polak zrezygnuje z oddania długu rodzinie lub znajomemu. Opłaci natomiast czynsz za mieszkanie, rachunek za prąd, gaz lub wodę oraz ratę kredytu zabezpieczonego, w tym mieszkaniowego bądź samochodowego. Tak wynika z badania „Sytuacja na rynku consumer finance”, przeprowadzonego w IV kwartale 2017 roku przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych i Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH.

Uczestnikom badania zadano pytanie dotyczące tego, jak regulowaliby swoje zobowiązania finansowe w reakcji na hipotetyczne pogorszenie się sytuacji finansowej, określając swoje wybory priorytetów w skali od 1 do 5 (1 – bardzo niski, 5 – bardzo wysoki). Priorytety te odpowiadają sytuacji, w której respondenci obsługiwaliby dane zobowiązanie pomimo problemów finansowych (priorytet bardzo wysoki) lub zaprzestaliby jego obsługi (priorytet bardzo niski). Takie pytanie zostało zadane po raz czwarty – poprzednio w I kwartale 2016 r., II kwartale 2012 r. oraz w III kwartale 2011 r.

Tradycyjnie, najwyższy priorytet nadajemy opłatom za mieszkanie (czynsz), a także opłatom za gaz, prąd i wodę – ze średnią wartością przekraczającą 4 punkty w obu tych kategoriach. Nieznacznie niższy priorytet (ocena 3,87) dotyczy zobowiązań z tytułu zaciągniętych kredytów bankowych zabezpieczonych. Płatności dla kolejnej grupy zobowiązań – kredytów niezabezpieczonych – traktujemy już nieco gorzej. Przeciętna ocena jest o prawie 0,3 punktu niższa niż w przypadku kredytów zabezpieczonych.

 Taki układ priorytetów płatności potwierdza, że gospodarstwa domowe w pierwszej kolejności dokonują płatności, które bezpośrednio przekładają się na jakość życia jego członków – brak regulowania rachunków może się skończyć wyłączeniem prądu, a brak spłaty kredytu hipotecznego może się wiązać z utratą mieszkania – wyjaśnia dr Sławomir Dudek z Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH.

Ciekawy wniosek nasuwa się w przypadku analizy priorytetów płatności związanych z alimentami. Poprzednio były one mniej ważne niż rachunek za telefon i spłata karty kredytowej. Obecnie alimentom nadajemy priorytet o wartości 3,19 – o ponad 0,28 punktu wyższy niż na początku 2016 r. Poprawa w tym zakresie jest wymuszana prawdopodobnie ryzykiem ponoszenia wielu negatywnych konsekwencji wpisu do BIG. Priorytet płatności należności z tytułu mandatów i innych opłat karnych kształtuje się zaś „poniżej średniego” (ocena 2,75), ale wzrósł o 0,6 punktu w stosunku do roku 2016.

– Rośnie znaczenie informacji w gospodarce i z tej jej cechy powinni korzystać wszyscy wierzyciele  zarówno prywatni, jak i publiczni. To nie tylko skuteczny, ale i najtańszy sposób unikania ryzyka braku spłaty lub wywierania presji na wywiązywanie się z zobowiązań. Warto również zauważyć, że tylko szeroki zakres informacji negatywnej i pozytywnej w BIG może rekompensować i wzmacniać zachowania rzetelne w zakresie podstawowej wartości w gospodarce, jaką jest wywiązywanie się ze zobowiązań – wyjaśnia Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.

Jedynie w przypadku dwóch rodzajów należności – zadłużenia na karcie kredytowej oraz rachunku za telefon – odnotowano spadek ocen. Priorytet płatności długu z karty wynosi 3,05, a rachunek za telefon uzyskał przeciętny priorytet równy 2,86.

Jeden z najniższych priorytetów płatności mają pożyczki w lombardach (2,64). Na szarym końcu uplasowały się zaś pożyczki od rodziny, co może wynikać z niesformalizowanego charakteru tych zobowiązań.

Priorytety spłat, czyli komu oddajemy długi

– Dla osób bądź instytucji, które czekają na zwrot należności od dłużnika, ogromne znaczenie ma także skuteczność egzekucji komorniczej. Ta zaś, według danych Ministerstwa Sprawiedliwości, wynosi około 16%. To oznacza, że jedynie co szósta złotówka jest odzyskiwana przez wierzycieli prowadzonych przez komorników postępowaniach – dodaje Andrzej Roter. – W znacznym stopniu to konsekwencja niskiej moralności finansowej Polaków, także w relacji z bankami. W jej wyniku pośrednio tracą wszystkie osoby, utrzymujące swoje oszczędności w formie depozytów. Skala strat na oprocentowaniu lokat może sięgać wielu miliardów złotych rocznie. Co gorsza, mogą one być jeszcze większe, o ile wejdą w życie propozycje zmian w ustawie o kosztach komorniczych, w wyniku których za nieskuteczną egzekucję komorniczą będą musieli płacić… wierzyciele.

Różni ludzie – różne podejście do spłat

Z analizy wpływu dochodów, wieku oraz wykształcenia na priorytety płatności wynika, że wyższy poziom dochodów związany jest z wyższym priorytetem przy opłatach czynszowych, jednak nie widać już takiego związku w przypadku rachunku za telefon. W przypadku mandatów oraz innych opłat karnych zależność jest wręcz odwrotna – to osoby o wyższych dochodach są mniej skłonne do przyznania wysokiego priorytetu tym płatnościom.

Im wyższe posiadamy wykształcenie, tym bardziej jesteśmy skłonni do priorytetowego regulowania należności karnych. Osoby z wyższym wykształceniem przywiązują natomiast mniej uwagi do należności wobec lombardów.

Z przeprowadzonej analizy priorytetów płatności w grupach wieku wyłania się też dość zaskakujący obraz młodych, którzy w większości przykładają większą wagę do regulowania należności niż osoby starsze. Taka zależność nie jest widoczna jedynie w przypadku płatności mandatów i innych opłat karnych, a odwróconą zależność (tj. wyższy priorytet przyznawany przez osoby starsze) można zaobserwować w przypadku pożyczek od rodziny i znajomych oraz tych, zaciąganych w lombardach.

Co się stanie z gospodarką, gdy w niedzielę nie pójdziemy na zakupy?

Czy po wprowadzeniu całkowitego zakazu lub ograniczeniu handlu w niedziele część sprzedawców straci pracę? Czy zamknięcie sklepów w siódmy dzień tygodnia wpłynie na podwyżki cen? Odpowiedzi na pytania, które dziś stają się aktualne w Polsce, można poszukać w doświadczeniach innych krajów oraz powstałych na tej bazie raportach – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Dane OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) mówią, że w większości krajów starej Unii Europejskiej obowiązują restrykcje dotyczące niedzielnego handlu. Ich skala jednak jest bardzo różna. Największe obostrzenia ustalone na szczeblu centralnym obowiązują w Austrii. Poza nielicznymi wyjątkami w niedziele sklepy są tam pozamykane.

W Niemczech, Belgii czy we Francji niektóre warunki dotyczące sprzedaży detalicznej w ostatni dzień tygodnia zostały zliberalizowane, a decyzje w tej gestii podejmują władze lokalne. W pięciostopniowej skali OECD, która określa surowość ograniczeń handlu, trzy wymienione państwa znajdują się na wysokim – czwartym poziomie.

Wyraźne zmiany w stronę uwolnienia handlu nastąpiły w ostatnich latach w Danii, Hiszpanii czy we Włoszech. W kilku innych krajach próby zliberalizowania przepisów zakończyły się fiaskiem. Według unijnej agencji Eurofound, która zajmuje się głównie rynkiem pracy,  złagodzeniu przepisów sprzeciwili się np. Grecy. Aż 75 proc. ankietowanych greckich przedsiębiorców nie chciała niedzielnego handlu, skarżąc się na wysokie koszty działalności w tym dniu.

W 2015 r. z inicjatywy brytyjskiego sekretarza skarbu Georgea Osborna władze lokalne miały otrzymać możliwość modyfikacji godzin otwarcia sklepów wielkopowierzchniowych (obecnie mogą być czynne przez 6 godzin w niedzielę). Po wielomiesięcznej debacie zmiany w prawie nie zostały uchwalone ze względu na brak poparcia ze strony bardziej konserwatywnych członków rządzących torysów. Poza Unią Europejską liberalizacja nie udała się także w Norwegii, gdzie – według raportów Eurofound – sprzeciwiły się jej związki zawodowe oraz organizacje zrzeszające pracodawców handlu detalicznego.

Węgierski przykład

Szeroką dyskusję w Europie wywołał pomysł ograniczenia niedzielnego handlu na Węgrzech z 2015 r. Do tego czasu, podobnie jak w wielu krajach nowej Unii, indeks restrykcji był w tym państwie na najniższym, czyli pierwszym poziomie, we wspomnianej już pięciostopniowej skali OECD. Rządowe ograniczenia sprawiły, że Węgrzy wspięli się od razu na piąty poziom. I chociaż utrzymywali ten stan tylko przez rok, powstał materiał do analiz.

Eurofound w opracowaniu (Hungary: Effects of ban on Sunday trading) wykazał, że po wprowadzeniu restrykcji niedzielna sprzedaż detaliczna na Węgrzech obniżyła się o połowę. Wzrosła ona natomiast o 24 proc. w czwartki oraz o 21 proc. w piątki. Wiodące sieci handlowe w odpowiedzi na ograniczenia wydłużyły działalność swoich placówek w pozostałych dniach.

Według związków zawodowych, cytowanych przez Eurofound, zmiany wywołały mieszane efekty dla pracowników. Wcześniej otrzymywali oni o 50 proc. wyższe wynagrodzenie za przepracowane niedziele, a po zmianach dostawali jedynie 30 proc. więcej za pracę poza regularnym czasem zatrudnienia od poniedziałku do soboty. Po roku, m.in. w związku ze społecznym sprzeciwem wobec ograniczenia handlu w niedzielę (nawet 80 proc. ankietowanych było w opozycji do zakazu), węgierskie władze wycofały się z decyzji podjętej w 2015 r.

Niespójne wyniki wcześniejszych badań

Traf chciał, że również w 2015 r. powstała jedna z najbardziej kompleksowych analiz na temat wpływu niedzielnego handlu na europejską gospodarkę, opublikowana przez badawczy ośrodek London School of Economics (LSE) Center for Economic Performance (CEP). Jej autorzy Christos Genakos oraz Svetoslav Danchev zbadali kraje, gdzie zostały zliberalizowane warunki sprzedaży detalicznej w ostatni dzień tygodnia, pod czterema aspektami: wolumenu sprzedaży, koncentracji rynkowej, zatrudnienia oraz cen.

Historyczne publikacje, cytowane przez autorów analizy, praktycznie w każdej z wymienionych kwestii zawierały niejednoznaczne oraz często nieintuicyjne wyniki. Np. analiza deregulacji handlu w kanadyjskiej prowincji Quebec w latach 90. spowodowała podwyżki cen w dużych sklepach oraz obniżki w małych. Według autorów konsumenci zaczęli częściej wybierać większe centra handlowe, co przy rosnącym popycie pozwoliło im podnosić ceny. Z kolei małe placówki handlowe, aby konkurować, musiały je obniżyć.

Z kolei w Szwecji, według badań z początku milenium, liberalizacja przepisów określających ramy niedzielnego handlu przełożyła się na 5-procentowy wzrost sprzedaży. Dla odmiany z szacunków przeprowadzonych w 2014 r. dla Niemiec wynikało, że złagodzenie zasad ograniczenia niedzielnego handlu w ogóle nie wpłynęło na wielkość sprzedaży.

Ceny bez zmian

Christos Genakos i Svetoslav Danchev w opracowaniu dotyczącym skutków zniesienia zakazu handlu w niedzielę „Evaluating the Impact of Sunday Trading Deregulation”, przygotowanym dla CEP, zgrupowali państwa, gdzie w dwóch minionych dekadach nastąpiła deregulacja zasad niedzielnego handlu: Niemcy, Dania, Hiszpania, Finlandia, Francja, Włochy, Portugalia. W drugiej, kontrolnej grupie ujęli kraje, w których nie wprowadzono zmian.

W przypadku jednego z najważniejszych parametrów dla konsumentów, czyli cen, nie zaobserwowano istotnych różnic między grupami państw. Ułatwienia w niedzielnym handlu nie wpłynęły na koszty zakupu towarów z analizowanych kategorii: żywności, ubrań oraz obuwia i sprzętu RTV/AGD.

Statystycznie istotna stała się natomiast liberalizacja handlu dla sklepów handlujących żywnością. Ogólne wydatki w tej kategorii wzrosły. Nie zmieniło się natomiast zapotrzebowanie na ubrania oraz obuwie czy sprzęt gospodarstwa domowego. Autorzy wyrazili jednak wątpliwości, czy wyższy popyt na żywność mógł wynikać np. z przeniesienia wydatków z innych segmentów, nieuwzględnionych w badaniu. Chociaż nie zostało to wprost napisane w podsumowaniu raportu, ale z wcześniejszych publikacji nasuwają się wnioski, że po zmniejszeniu restrykcji handlu w sklepach malała niedzielna sprzedaż w kawiarniach czy restauracjach.

Zatrudnienie rośnie, ale marginalnie

Wnioski z badania CEP pokazują zauważalny wzrost zatrudnienia w handlu detalicznym dla analizowanej grupy państw, które złagodziły przepisy kneblujące niedzielny handel. Dotyczy to zwłaszcza sklepów z żywnością, alkoholem, innymi napojami, a także wyrobami piekarniczymi. Deregulacja doprowadziła, co może być zaskoczeniem, do zmniejszenia zatrudnienia w sklepach odzieżowych czy też ze sprzętem AGD/RTV.

Ogólnie jednak liczba miejsc pracy dla badanych krajów, które zliberalizowały warunki handlu w niedzielę wzrosła w sumie o ok. 60 tys. Należy jednak pamiętać, że ta wartość odnosi się do aż 7 państw (Niemcy, Dania, Hiszpania, Finlandia, Francja, Włochy, Portugalia), w których – według danych Eurostat – w sumie pracuje ok. 115 mln osób. Tylko w samej Hiszpanii liczba miejsc pracy powiększyła się w ciągu ostatniego roku o pół miliona. A doszło do tego dzięki ogólnej poprawie koniunktury w całej Unii Europejskiej. Wobec takich danych kwestia wolnej bądź pracującej niedzieli ma marginalne znaczenie dla całej gospodarki.

Dług Polaków jak dwie dziury budżetowe, wynosi już ponad 62 mld zł

Obecnie w bazach BIG InfoMonitor oraz BIK znajduje się już 2 505 000 osób opóźniających spłatę różnego rodzaju rachunków oraz rat kredytowych. Wartość ich zaległości wynosi 62,3 mld zł. Suma niespłaconych w terminie rat kredytów, pożyczek i różnego rodzaju rachunków widocznych w BIK oraz w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, stanowi   dwukrotność prognozowanej na ten rok dziury budżetowej.

Po pewnej poprawie płatności konsumentów na koniec czerwca, w trzecim kwartale znów nastąpił wzrost Indeksu Zaległych Płatności Polaków. Wskaźnik podniósł się z 76,8 do 79,4 pkt. Oznacza to, że obecnie na 1000 dorosłych Polaków, 79 nie radzi sobie z obsługą rat kredytów i bieżących rachunków. Wskaźnik, wyliczany jest na podstawie danych z Rejestru Dłużników Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor oraz baz Biura Informacji Kredytowej, uwzględnia opóźnienia w spłacie wynoszące co najmniej 60 dni na kwotę min. 200 zł wobec jednego wierzyciela. Opóźnienia dotyczą m.in. rat kredytów, pożyczek, rachunków za telefon, internet, telewizję kablową, kar za jazdę na gapę, kosztów sądowych czy też alimentów.

W III kwartale liczba niesolidnych dłużników zwiększyła się o prawie 88 tys. osób, a kwota ich zaległości o ponad 4,1 mld zł. Wartość długów przyrastała dwa razy szybciej (7,1 proc.) niż liczba dłużników (3,6 proc.) co spowodowało, że średnia zaległość przypadająca na osobę znów się podniosła, tym razem o 800 zł do 24 870 zł.

Dług Polaków jak dwie dziury budżetowe, wynosi już ponad 62 mld zł

Choć ogółem w Polsce na 1000 dorosłych osób przypada 79 niesolidnych dłużników, w  czterech województwach jest to już 99, a nawet ponad 100 osób, czyli co dziesiąty dorosły mieszkaniec. Na tle kraju najgorzej sytuacja wygląda w województwach: lubuskim, zachodniopomorskim, dolnośląskim oraz kujawsko-pomorskim. Na drugim krańcu jest podlaskie, małopolskie i podkarpackie, gdzie dłużników jest dwukrotnie mniej.

Zmiana w ustawie o BIG, która weszła w życie 13 listopada, pozwala wpisywać do Rejestrów Dłużników BIG płatności przeterminowane o 30 dni, podczas gdy wcześniej było to min. 60 dni. Taka możliwość i zarazem zmiana definicji informacji gospodarczej sprawia, że w kolejnej edycji Raportu InfoDług liczba dłużników jak i kwota zaległości zwiększą się również z tego powodu. Np. gdyby teraz do grona niesolidnych dłużników włączone zostały, widoczne w BIK osoby, które mają co najmniej 30 dniowe opóźnienia w spłacie kredytów, liczba niesolidnych dłużników wzrosłaby o ok. 200 tys. osób.

Dług Polaków jak dwie dziury budżetowe, wynosi już ponad 62 mld zł 2

Łączna kwota zaległych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych na koniec czerwca 2017 r., wyniosła 62,3 mld zł. W stosunku do danych z końca II kwartału nieterminowe płatności Polaków odnotowane w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie Biura Informacji Kredytowej powiększyły się o 4,12 mld zł. Przybyło przede wszystkim zobowiązań pozakredytowych – o 2,78 mld zł – do 32,55 mld zł. Przeterminowane zobowiązania kredytowe wzrosły o 1,34 mld zł do 29,75 mld zł.

Liczba niesolidnych dłużników pozakredytowych w bazie BIG w III kwartale wzrosła o 93 244 do 2 012 816 osób, natomiast dłużników niespłacających na czas rat kredytów widocznych w BIK przybyło o 8 568 do 983 025 osób. Koniec końców  Polaków posiadających zaległe płatności pozakredytowe i kredytowe było  we wrześniu 2 504 994. Liczba ta jest mniejsza niż łączna suma dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, bowiem prawie 491 tys. dłużników ma jednocześnie źle obsługiwane długi w obu bazach. Odsetek takich osób wynosi blisko 20 proc. Najwięcej osób zmaga się jednocześnie z kłopotami kredytowym i pozakredytowymi w grupie 18–24-latków oraz wśród osób po 64 roku życia.

To najwyższy wzrost gospodarczy w Polsce od sześciu lat. Jak go utrzymać?

Według danych za czwarty kwartał wzrost gospodarczy w Polsce jest najwyższy od 2011 r. i wynosi 4,7%. Po uszczelnieniu systemu podatkowego kolejnym priorytetem gospodarczym jest wdrożenie ustaw związanych z Konstytucją Biznesu, a także wzmocnienie trzeciego filaru ubezpieczeń.

Gospodarcze pozytywy

„Szybki wzrost gospodarczy odbywa się na tle ogólnie zrównoważonej gospodarki. Nie towarzyszą mu zjawiska nadmiernej inflacji czy deficytu na rachunku obrotów bieżących. Wzrost ten nie zdestabilizował ogólnego obrazu gospodarki” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Mariusz Adamiak, dyrektor Biura Strategii Rynkowych PKO BP.

Kluczowe jest sprostanie wyzwaniom

Zdaniem eksperta dynamika wzrostu także w przyszłym roku będzie kształtować się na poziomie powyżej 4%. By wynik ten utrzymał się przez kilka kolejnych lat, potrzebne są inwestycje, które zwiększą produktywność gospodarki. W perspektywie długoterminowej należy wziąć pod uwagę redukcję środków unijnych oraz konieczność wykwalifikowania kadr pracowniczych dostosowanych do potrzeb nowoczesnej gospodarki. Poza tym spada bezrobocie i rosną płace, co stanowi dla przedsiębiorców barierę wzrostu. Prawdopodobne jest, że zwiększy się zapotrzebowanie na pracowników zagranicznych.

Czas na biznes i trzeci filar

Uszczelnienie systemu podatkowego poskutkowało nadwyżką w budżecie pomimo dużych wydatków na programy społeczne, głównie Rodzinę 500+. Teraz przyszła kolej na reformy przeznaczone dla przyszłych emerytów i przedsiębiorców. „Priorytetem na najbliższe dwa lata jest wdrożenie ustaw związanych z Konstytucją Biznesu czy tzw. pakietem 100 zmian dla biznesu. Zmiany te mają uczynić prowadzenie działalności gospodarczej przyjaźniejszym. Drugim elementem związanym z oszczędnościami jest wprowadzenie tzw. pracowniczych planów kapitałowych, czyli wzmocnienie trzeciego filaru. Jest to program przygotowany dla ponad 11 mln Polaków, po to aby stworzyć dla nich przyjazny, tani, efektywny system oszczędzania” – mówi Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju.

Firmy zmieniają system zarządzania i rezygnują z ocen okresowych pracowników

Firmy odchodzą od rocznych, półrocznych czy kwartalnych ocen okresowych na rzecz bieżącego feedbacku. Ma to związek z tym, że coraz ważniejszą rolę w przedsiębiorstwach odgrywają millenialsi. Oni oczekują szybkich wyników, zupełnie jak komentarzy na portalach społecznościowych. To wyznacza ich kierunki działania. Udzielanie natychmiastowej informacji zwrotnej jest w interesie przedsiębiorstwa, bo dotyczy konkretnych sytuacji i przedstawia aktualny stan organizacji.  Ale, jeśli brakuje przejrzystych zasad oceniania, ewaluacja może psuć atmosferę w zespole, a także obniżać motywację i zaangażowanie zatrudnionych. Opiniowanie efektów działań pracownika jednak wciąż ma realny wpływ na jego wynagrodzenie.

Jak podkreśla Agnieszka Kozakiewicz, HR Business Partner w serwisie GoWork.pl, w nowoczesnym modelu zarządzania firmą ewaluacja pracowników nie może być biurokratycznym tworem, bo nie spełniałaby swoich podstawowych funkcji. Oprócz ogólnego diagnozowania kondycji organizacji, system oceniania powinien dawać odpowiedź na pytanie, w jaki sposób należy podwyższać kompetencje członków danego zespołu. Trzeba pokazać obszary, w których zatrudniony rozwija się, a także co powinien poprawić. To z kolei, poszerza świadomość pracownika. Dostrzega on, że ma realny wpływ na swoje wyniki i własną sytuację finansową. Jego sukces oznacza korzyść dla całego przedsiębiorstwa.

– Praca twórcza lub polegająca na kontakcie z klientem powinna być często oceniana. W branży, w której liczą się szybkie rezultaty, nie można czekać z mierzeniem efektywności pracowników przez kilka miesięcy. W zależności od specyfiki firmy, jej wielkości i czasu, którym dysponuje kierownik, to powinno odbywać się jak najczęściej. Bieżąca informacja zwrotna pozwala bardziej obiektywnie i rzetelnie mierzyć dokonania zatrudnionego, niż opinia wydawana raz na miesiąc, kwartał czy nawet rok – mówi Agnieszka Kozakiewicz.

To, w jaki sposób będzie prowadzony system ocen pracowniczych, w dużej mierze zależy od kadry zarządzającej. Kierownicy działów powinni być do tego zadania właściwie przygotowani i przeszkoleni.  Poza analizowaniem wszystkiego, co dzieje się wewnątrz firmy, ewaluacja może stanowić doskonałe narzędzie do indywidualnego motywowania pracowników. Pozwala na to oczywiście konstruktywna i uczciwa krytyka. Dzięki temu, mogą powstawać stabilne, zintegrowane wewnętrznie i efektywne w działaniu zespoły.

– Ewaluacja może motywować pracowników głównie poprzez premie, prowizje oraz inne nagrody, które są adekwatne do wyników danej osoby na tle innych. Oczywiście należy pamiętać o tym, że każdego satysfakcjonuje inna gratyfikacja. Generalnie millenialsi są nastawieni na osiąganie komfortowego poziomu życia. Dlatego chcą korzystać np. z okazji do zdobycia najlepszego samochodu służbowego, najnowocześniejszego telefonu, ekskluzywnej wycieczki zagranicznej bądź też nowego stanowiska – wyjaśnia Kozakiewicz.

Każdy pracownik przed rozpoczęciem ewaluacji jego działań powinien być poinformowanych o kryteriach oceniania. Należy go zapoznać ze wszystkimi wskaźnikami rozwoju w dziale, w którym pracuje. Warto ustalić z nim komfortową dla obu stron częstotliwość spotkań i obszary tematyczne, jakie będą wspólnie omawiane. Trzeba mieć przy tym na uwadze to, że adepci potrzebują więcej uwagi i cierpliwości, niż bardziej doświadczeni specjaliści.

– Najtrudniejsze dla pracownika może być to, że ocena wpływa negatywnie na jego karierę, a w najgorszym wypadku prowadzi do zwolnienia. Oczywiście to się zdarza. Lęki i obawy minimalizuje jednak ustalenie jasnych zasad i przejrzystych kryteriów oceniania. Chodzi o bezpieczne i jawne standardy. Mogą one dotyczyć wielu obszarów, m.in. sposobu przepływu informacji, wzorów raportów, kart ewaluacji i procedur podejmowania decyzji finansowych – zaznacza Agnieszka Kozakiewicz.

Ekspert radzi, aby rozmowa z pracownikiem na temat jego wyników zawsze odbywała się w cztery oczy, w zamkniętym pomieszczeniu. Osoby trzecie nie powinny w tym przeszkadzać i dodatkowo stresować zatrudnionego. Nigdy nie należy oceniać jego dokonań na korytarzu, w toalecie, czyli w pośpiechu i w nieodpowiednim miejscu. Ważnym aspektem jest szacunek okazywany ocenianej osobie. Podczas spotkania zawsze powinna być też sporządzona notatka z podpisami osób, uczestniczących w rozmowie. Daje to możliwość powrotu i przypomnienia sobie ustalonych celów i zasad działania.

– Optymalnym czasem na spotkanie kierownika z podwładnym w celu omówienia efektów jego działań jest koniec tygodnia, kiedy większość spraw udało nam się rozwiązać i zorganizować. Jesteśmy wtedy spokojniejsi, niż np. w poniedziałek. Dodatkowo rozmowa w czwartek lub w piątek może być świetnym momentem do ustalania harmonogramu działań na kolejny tydzień – podpowiada HR Business Partner w serwisie GoWork.pl.

Istotną kwestią jest kolejność omawianych spraw. Potencjalnie kontrowersyjne, trudne i niewygodne tematy warto omówić na początku w taki sposób, aby zminimalizować emocjonalną dyskusję na kolejnym etapie rozmowy. Oczywiście ewaluowanie pracowników może czasem popsuć atmosferę w firmie. W końcu nikt nie lubi być oceniany, zwłaszcza na tle innych. Jak podkreśla Agnieszka Kozakiewicz, przypominają nam się wówczas szkolne lub studenckie lata, kiedy dostawaliśmy jedynki bądź nie zdawaliśmy ważnych egzaminów.

– Oprócz nieumiejętnie przeprowadzonej rozmowy, czynnikiem stresującym dla pracownika może być także nieskuteczne narzędzie kompetencyjne. Trzeba pamiętać o tym, że skomplikowane i niejasne wskaźniki albo procedury są bardzo czasochłonne. Nie przystają one do nowoczesnej organizacji. Millenialsi nie chcą się ich uczyć, bo nie mają na to czasu. Wciąż jednak zdarza się, że tradycyjna ocena okresowa występuje w firmach jako sformalizowany twór – przyznaje ekspert.

Do każdej rozmowy obie strony powinny być dobrze przygotowane. Oznacza to poruszanie się wzdłuż tzw. check listy, określanie kolejnych osiągnięć i przyznawanie punktów. Jednocześnie trzeba zaznaczać obszary do poprawy. Należy ocenić stopień realizacji wyznaczonych zadań i podać konkretne przykłady, np. sytuacji dotyczących naruszania standardów firmowych bądź etycznych. Warto też przeanalizować problemy, które wystąpiły w pracy.

– O sukcesach pracownika trzeba mówić wprost i konkretnie. W pochwałach nie ma nic krępującego czy niezręcznego. Zauważane i doceniane osiągnięcia dają zatrudnionemu poczucie bezpieczeństwa i satysfakcję, a to pozwala na szybszy rozwój. Warto pamiętać o tym, że millenialsi pragną takich więzi z firmami, jakie mają ze swoimi znajomym. Oznacza to, że oczekują obopólnego zaangażowania. Dlatego przełożony powinien stale pokazywać swoim podwładnym, że się nimi interesuje, wspiera ich i utrzymuje dialog w zespole – doradza Agnieszka Kozakiewicz.

Bywa też tak, że pracownik nie zgadza się z oceną przełożonego. Uważa, że jest ona niesprawiedliwa i nieobiektywna. To działa na zatrudnionego demotywująco. O takich wrażeniach należy jasno mówić, przedstawiając konkretne argumenty. Można odwołać się do jakości swoich działań. Warto też zwrócić uwagę na własne podejście do pracy, zwłaszcza jeśli chętnie wykonujemy zadania dodatkowe albo dzielimy się swoimi pomysłami i wspieramy mniej doświadczonych pracowników.

Uwagi dotyczące ustawy o jawności życia publicznego

23 października 2017 r. został opublikowany projekt ustawy o jawności życia publicznego. Miał on zwiększyć transparentność życia publicznego dla obywateli. Niestety w obecnej treści akt ten może budzić wątpliwości w związku z realizacją powyższej idei.

Udostępnianie niezanonimizowanych decyzji administracyjnych jako informacji publicznej

Zgodnie z projektem ustawy, ograniczenie prawa dostępu do informacji publicznej nie dotyczy postepowań administracyjnych, co może doprowadzić do udostępniania niezanonimizowanych decyzji organów oraz akt spraw administracyjnych. W prosty sposób umożliwi to zapoznanie się z danymi osób biorącymi udział w postępowaniu. Jak słusznie zauważa GIODO „Rozwiązanie to stanowi poważną ingerencję w konstytucyjnie gwarantowanym prawie do ochrony prywatności oraz autonomii informacyjnej jednostki”.

Brak adekwatności i sprzeczności z przepisami RODO

Projektodawca zaproponował w treści aktu utworzenie tzw. Rejestru Korzyści, w którym maja być ujawniane uzyskiwane korzyści przez między innymi Członków Rady Ministrów, sekretarzy czy kierowników urzędów centralnych. Jednak nie został wskazany dokładny katalog danych osobowych jakie będą przetwarzane w tym rejestrze. Ponadto doprecyzowania wymaga, w jakim celu oraz jak długo informacje w tym rejestrze mają być przechowywane oraz zasady ich usuwania.

Z kolei w przypadku proponowanego Rejestru Lobbystów, budzić wątpliwości może obligatoryjne dołączanie – przez osoby fizyczne niebędące przedsiębiorcami wykonujące lobbing zawodowy – do zgłoszenia kopii stron dokumentu potwierdzającego ich tożsamość. Zapis ten może być niezgodny z zasadą adekwatności wynikającej z przepisów RODO, gdyż nie wyjaśnione zostało w jakim celu dane osobowe, w postaci kopii stron dokumentu potwierdzającego tożsamość, są zbierane – mówi Adam Lipiński, ODO 24.

Kolejną nieścisłością dotyczącą przepisów RODO może być sześcioletni okres retencji oświadczeń majątkowych na stronach BIP. Okres ten nie został nigdzie uzasadniony. Jest to niezgodne z zasadą ograniczenia czasowego, wynikającą z RODO, w myśl której obowiązek przechowywania danych w postaci umożliwiającej identyfikację osób, których dotyczą, nie może być dłuższy niż jest to niezbędne do osiągnięcia celu przetwarzania.

„Ograniczenia” w dostępie do informacji publicznej, dobre czy złe zmiany?

Z jednej strony możliwość odrzucenia przez organ wniosku o udzielnie informacji publicznej „w przypadku, gdy wnioskodawca w sposób uporczywy składa wnioski”, może prowadzić do ograniczenia prawa do informacji. Uważam jednak powyższe rozwiązanie za słuszne, gdyż uniemożliwi ono używania instytucji, dostępu do informacji publicznej jako swoistej „walki z urzędem” – wskazuje Adam Lipiński, ODO 24. Niestety projektodawca nie wyjaśnił kiedy wniosek może być uznany za składany w sposób „uporczywy” – dodaje.

Zakres podmiotów składających oświadczenia majątkowe 

W projekcie znacząco poszerzono krąg osób, które będą zobowiązane do składania oświadczeń majątkowych (nie będą to tylko tzw. osoby posiadające władztwo decyzyjne, ale także osoby nieposiadające takich uprawnień np. urzędnicy służby cywilnej). Publikowanie danych dotyczącej tak dużej ilości osób może zostać uznane niezgodne z art. 31 ust. 3 Konstytucji. Przy czym należy pamiętać, że w oświadczeniach majątkowych znajdować się będą również informacje dotyczące małżonków tych osób.

„Sygnalisci”

Wiele kontrowersji budzi status „sygnalistów” czyli podmiotów, których współpraca  z  wymiarem sprawiedliwości polega na zgłoszeniu  informacji  o  możliwości  popełnienia przestępstwa przez  podmiot,  z  którym  jest  związana  umową  o  pracę  lub  innym stosunkiem umownym. Definicja ustawowa jest nieprecyzyjna i może budzić wiele wątpliwości zwłaszcza w kwestiach związanych z negatywnym oddziaływaniem na sytuacje życiową, zawodową i materialną sygnalistów. O nadaniu i odebraniu statusu  sygnalisty ma decydować prokurator.

Zapewnienie takim osobą ochrony prawnej może korzystnie wpłynąć na wyeliminowanie korupcji, niemniej dla wielu obywateli będzie to instytucja kojarząca się z donosami.

Podsumowanie

Mimo wielu nieścisłości oraz wątpliwości dotyczących projektu ustawy warto zauważyć też pozytywne zmiany np.: chęć zwiększenia transparentności państwa, ujednolicenie przepisów dotyczących oświadczeń majątkowych oraz próbę uregulowania kwestii lobbingu zawodowego.

Na przekór wszystkiemu

Nieważne jak pozytywny jest wydźwięk czynników wokół dolara, waluta trafia na presję wyprzedaży. EUR/USD wraca do 1,18, USD/JPY nurkuje do 112,50. Brak jednoznacznego tematu dla ruchów, gdyż słabości walut surowcowych przeciwstawia się dobra postawa walut rynków wschodzących. To nie awersja do ryzyka, to awersja do utrzymywania pozycji.

Podsumowując ostatnie dwa dni dla dolara, inflacja bazowa nieoczekiwanie wzrosła w październiku do 1,8 proc., praktycznie przypieczętowując grudniową podwyżkę Fed.

Dostaliśmy też dane o solidnym wzroście sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej przy dodatkowej rewizji w górę odczytów za wrzesień. Izba Reprezentantów w Kongresie USA przegłosowała ustawę podatkową, która teraz czeka na zatwierdzenie w Senacie (to nie wcześniej, jak po Święcie Dziękczynienia). Zatem dostaliśmy szereg powodów, by oglądać umocnienie USD. Mimo to na głównych crossach z EUR, JPY i GBP dolar pozostaje słaby, choć w ciągu ostatnich 48 godzin lepiej radził sobie względem AUD i NZD. Czy to oznaka powrotu awersji do ryzyka? Nie, gdyż w tym samym czasie waluty rynków wschodzących zyskiwały do dolara. Zatem gdzie leży problem? Wygląda na to, że w rynek wkrada się niezdefiniowany co do kierunku strach, który jest pokłosiem ostatniej flauty. Inaczej mówiąc, jeśli nie wiadomo, w którą stronę rynki podażą, inwestorzy podążają kapitałem poza rynek. USD/JPY nie spada przez otwieranie pozycji na sprzedaż dolara, tylko przez zamykanie wcześniej zawartych długich pozycji. Technicznie daje to ten sam efekt, jednak wymowa jest zupełnie inna. Wycofywany kapitał implikuje wyczerpującą się płynność, przez co łatwiej o nagłe skoki zmienności i lawinowe naruszanie zleceń stop, jak to miało miejsce dziś w nocy. I tak należy podchodzić do rynku w krótkim terminie – dopóki nie wykrystalizuje się nowy trend, okres zawieszenia będzie przerywany falami kapitulacji i wychodzenia inwestorów z pozycji. Niezależnie od fundamentów będzie to uderzać w USD względem EUR i JPY, a w szerszym ujęciu zagrożone są też AUD, NZD i CAD.

Piątkowy kalendarz oferuje niewiele. Przed południem przemawiać będzie prezes ECB Mario Draghi, kilka godzin później głos zabierze Jens Weidmann z Bundesbanku. Rynek będzie szukał przesłanek dotyczących przyszłej ścieżki polityki pieniężnej. Dane z polskiego rynku pracy tradycyjnie przejdą bez echa, więc EUR/PLN pozostanie zamknięty w konsolacji 4,25-4,25. Podobnie zignorowane mogą być dane z USA o budowach nowych domów, biorąc pod uwagę, jak rynek obszedł się z publikacjami w ostatnich dniach. Więcej emocji może być przy odczycie CPI z Kanady. Masywna przecena CAD z października mogła mieć wpływ na ceny dóbr z importu, więc istnieje pole do pozytywnego zaskoczenia. Jednak jakakolwiek pozytywna reakcja CAD będzie szybko wykorzystywana pod świeżą sprzedaż.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Tylko 10 proc. programistów na polskim rynku to kobiety. Mimo że według badań pracują lepiej niż mężczyźni, a pisany przez nie kod jest bardziej czytelny i zrozumiały

Tylko 10 proc. programistów na polskim rynku to kobiety. Mimo że według badań pracują lepiej niż mężczyźni, a pisany przez nie kod jest bardziej czytelny i zrozumiały 10

Branża IT postrzegana jest jako typowo męska. Niemal 90 proc. pracujących na polskim rynku programistów to mężczyźni. Tymczasem z badań wynika, że kobiety mogą być lepszymi programistkami. Pisany przez nie kod jest bardziej czytelny i zrozumiały. Na świecie organizowane są różnego rodzaju inicjatywy, zachęcające kobiety do pracy w IT. Mimo tego, liczba kobiet w IT systematycznie spada. W ciągu dekady odsetek kobiet pracujących w teleinformatyce spadł o ponad 6 punktów proc.

Ta branża jest postrzegana jako typowo męska, niestety tak jest. Obecnie około 90 proc. programistów stanowią mężczyźni. Warto podkreślić, że według badań przeprowadzonych na kodzie programistów, kod pisany przez programistki jest bardziej czytelny, bardziej zrozumiały, lepiej się z nim później pracuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Kosedowski ze startupu Kodilla, organizującego szkolenia programistyczne.

W branży IT od lat mówi się o niskiej reprezentacji kobiet. Co prawda znamy nazwiska słynnych menedżerek, jak Marissa Mayer, wieloletnie szefowa Yahoo, a wcześniej menadżerka w Google, czy Sheryl Sandberg, szefowa Facebooka, jednak generalnie kobiety rzadko wybierają karierę w teleinformatyce. Badania firmy analitycznej PwC ujawniły, że tylko 3 proc. studentek zastanawia się nad karierą na rynku nowoczesnych technologii. Najczęściej brak zainteresowania jest tłumaczony brakiem informacji na temat samej branży i pracy w niej. Często jednak kobiety uważają, że jest to zbyt mało kreatywna branża.

Wiele kobiet, które decydują się na IT to te naprawdę najlepsze z tych, które mogłyby pójść. Jest mnóstwo kobiet, które przerastają umiejętnościami obecnie zatrudnionych mężczyzn, ale boją się skorzystać z tej szansy, nie wierzą że im się uda – zauważa Marcin Kosedowski.

Pod koniec ubiegłego wieku odsetek kobiet wchodzących na rynek pracy w ICT szybko się zwiększał. Od 10 lat trend się jednak odwrócił. Jak informuje Eurostat w krajach UE w latach 2005-2015 odsetek kobiet w branży IT spadł o ponad 6 pkt proc. do 16,1 proc. W Polsce w tym czasie odsetek kobiet zatrudnionych w teleinformatyce zmniejszył się z 32,8 proc. do 13,5 proc. Według raportu firmy Accenture, kobieca siła robocza w branży IT zmniejszy się w ciągu najbliższych 10 lat z 24 do 22 proc.

Z danych Eurostatu wynika, że w 2015 roku kobiety stanowiły średnio 17,2 proc. wszystkich studiujących kierunki teleinformatyczne. Polska wypadła tutaj poniżej średniej unijnej, gdyż kobiety stanowią u nas 13,3 proc. studiujących kierunki teleinformatyczne. Jak przekonuje ekspert, branża IT stoi dla kobiet otworem, a rynek ten oferuje szereg udogodnień.

Dużym plusem pracy jako programistka dla wielu kobiet są pakiety socjalne zapewniane przez pracodawców, ponieważ pracodawcy walczą nie tylko na wysokie pensje, ale również na wszelkie dodatki do tych pensji. Jest również możliwość pracy częściowo zdalnej, lepszego pogodzenia pracy z codziennym życiem, po kilku latach jest również możliwość pracowania całkowicie zdalnie, np. dla firm zagranicznych, już za zachodnie pensje – twierdzi ekspert.

Na całym świecie prowadzone są liczne programy, mające na celu zachęcenie kobiet do rozpoczęcia kariery w teleinformatyce. Jedną z takich inicjatyw jest Girls in ICT prowadzona przez Międzynarodową Unię Telekomunikacyjną. Od 2011 roku w czwarty czwartek kwietnia obchodzony jest International Girls in ICT Day. Na całym świecie odbywają się wówczas tysiące imprez, w których biorą udział setki tysięcy dziewcząt i młodych kobiet.

Powstaje mnóstwo inicjatyw, które zachęcają kobiety do dołączenia do branży IT, aby zostały programistkami. Główne języki na które decydują się kobiety to języki związane z front-end’em, czyli z wizualną częścią aplikacji, to takie języki jak JavaScript oraz powiązane z nim HTML i CSS – podsumowuje Marcin Kosedowski.

Dane serwisu Pracuj.pl wskazują, że w 2016 roku na polskim rynku brakowało niemal 50 tys. programistów. W 2020 roku na rynkach UE i Stanów Zjednoczonych będzie brakowało prawie miliona programistów – wynika z badań przeprowadzonych przez specjalistów infoShare Academy. Aktualnie programiści otrzymują prawie 36 ofert rocznie, czyli miesięcznie średnio trzy oferty pracy.

Rewolucyjne urządzenie przeciwpożarowe z Polski pozwala ugasić pożar w ułamku sekundy. System może zostać wykorzystany w pojazdach wojskowych i kopalniach

Rewolucyjne urządzenie przeciwpożarowe z Polski pozwala ugasić pożar w ułamku sekundy. System może zostać wykorzystany w pojazdach wojskowych i kopalniach 11

System przeciwpożarowy i tłumienia wybuchu opracowany w Wojskowej Akademii Technicznej pozwala zidentyfikować zagrożenie pożarowe, wybuch paliwa czy eksplozję materiałów wybuchowych w czasie milisekund. System Stopfire powstał przede wszystkim na potrzeby wojska, ale może znaleźć zastosowanie cywilne, np. w zabezpieczeniu kopalni przed wybuchem metanu i pyłu węglowego. Urządzenie trafiło już do seryjnej produkcji, ma zostać wdrożone w ciągu pół roku.

– Stopfire jest urządzeniem, które służy do tłumienia pożaru i tłumienia wybuchu. Jego cechą szczególną jest niski poziom fałszywych alarmów. Jeśli będziemy w przedziale załogowym posługiwać się lampą błyskową, zapalniczką, innymi źródłami światła, nie spowodujemy tłumienia pożaru, w przeciwieństwie do innych systemów, które funkcjonują na rynku – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje płk dr inż. Marek Zygmunt, szef zespołu laserowej teledetekcji w Instytucie Optoelektroniki Wojskowej Akademii Technicznej.

System Stopfire składa się z głowic optycznych, czujek termicznych, centralki zarządzającej pracą systemu oraz systemu gaśniczego. Zadaniem głowic optycznych jest obserwacja przedziału załogowego i reakcja tylko, gdy w polu widzenia znajdą się struga kumulacyjna, ciało wysokotemperaturowe, płomień oraz wybuch paliwa. Urządzenie jest znacznie szybsze niż inne, podobne na rynku urządzenia. Od momentu wykrycia pożaru do momentu ugaszenia upływa zaledwie ok. 150 ms.

– W ostatnich badaniach osiągnęliśmy nawet czas rzędu 80-100 ms. To szczególnie istotne w przypadku, kiedy mamy do czynienia z wybuchem paliwa w przedziale załogowym. Takim zjawiskom towarzyszy wzrost ciśnienia.  Jeżeli stłumimy wybuch paliwa w samym zarzewiu, uniemożliwimy wzrost ciśnienia do takich wartości, które mogą spowodować śmierć człowieka. Dlatego ten system jest bardzo istotny dla zabezpieczenia życia żołnierzy w pojazdach wojskowych – tłumaczy płk Marek Zygmunt.

System Wojskowej Akademii Technicznej został opracowywany głównie na potrzeby wojska. Może jednak znaleźć wiele aplikacji cywilnych, np. zabezpieczenie kopalni przed wybuchem metanu i pyłu węglowego. To o tyle istotne, że brakuje urządzeń i systemów, które zmniejszałyby w znaczący sposób zagrożenia spowodowane wybuchem. Ostatnie testy urządzenia Stopfire w kopalni pozwoliły stłumić wybuch metanu i pyłu węglowego.

– W eksperymentach, które przeprowadzaliśmy w kopalni Barbara, w kopalni doświadczalnej, mieliśmy około 30 proc. skuteczność. Myślę, że dalsza praca nad tymi elementami pozwoliłaby na osiągnięcie prawie 100 proc. skuteczności – przekonuje ekspert.

Urządzenie mogłoby też znaleźć zastosowanie we wszystkich wrażliwych na pożary i wybuchy miejscach, m.in. okrętach Marynarki Wojennej, stacjach paliw, czy magazynach paliw. System przeciwpożarowy i tłumienia wybuchu Stopfire zostanie wdrożony do seryjnej produkcji. WAT podpisała już umowę wdrożeniową.

– Podpisaliśmy umowę z Wojskowym Centrum Technologiczno-Konstrukcyjnym. Zgodnie z zapisem, w przeciągu najbliższego pół roku ten system będzie wdrożony w przedsiębiorstwie – mówi płk Marek Zygmunt.

Polski rynek muzyczny kolejny raz notuje bardzo dobre wyniki. Dynamicznie rośnie sprzedaż cyfrowa i płyt winylowych

Polski rynek muzyczny kolejny raz notuje bardzo dobre wyniki. Dynamicznie rośnie sprzedaż cyfrowa i płyt winylowych 12

Łączna wartość sprzedaży fizycznej i cyfrowej po pierwszych sześciu miesiącach tego roku osiągnęła poziom 125,5 mln zł, czyli ponad 6 mln zł więcej niż w analogicznym okresie 2016 roku. Eksperci zwracają uwagę na to, że rośnie przede wszystkim sprzedaż cyfrowa. Jej najpopularniejszą formą jest streaming, który stanowi już blisko 85 proc. rynku cyfrowego, a na kolejnych pozycjach są pobrania online i na telefony komórkowe. W stosunku do I półrocza 2016 roku najwięcej wzrosła sprzedaż płyt winylowych – aż o ponad 71 proc.

Opublikowane dane dotyczące polskiego rynku muzycznego wskazują na bardzo dobre trendy. Już w 2016 roku, po raz pierwszy od wielu lat, polski i światowy rynek muzyczny zanotował wzrost sprzedaży. Coraz większa penetracja rynku cyfrowego powoduje, że więcej konsumentów korzysta z tej formy pozyskiwania nagrań muzycznych. Pierwsze półrocze 2017 roku potwierdziło te dane – mówi agencji Newseria Marek Staszewski, pełnomocnik Związku Producentów Audio-Video.

Wzrost ten spowodowany jest przede wszystkim systematycznie rosnącą sprzedażą cyfrową, która w pierwszym półroczu tego roku osiągnęła udział na poziomie ponad 35 proc. oraz wartość ponad 44 mln zł – jest to wzrost w stosunku do analogicznego okresu o prawie 31,2 proc. Najpopularniejszą formą sprzedaży cyfrowej w Polsce pozostaje streaming, który stanowi już 83 proc. rynku cyfrowego, umacniając się na swojej pozycji wzrostem o 39,5 proc. Na drugim miejscu znajdują się pobrania online (11 proc. rynku cyfrowego), które notują wzrost na poziomie 10 proc. Następne w kolejności są pobrania na telefony komórkowe (6 proc. rynku) z 11-proc. spadkiem w porównaniu do pierwszych sześciu miesięcy 2016 roku.

Polski rynek fonograficzny to jednak nadal przewaga sprzedaży fizycznej, której udział – pomimo spadku w analizowanym okresie o nieco ponad 5 proc. – wyniósł prawie 65 proc. i która jest warta ponad 81 mln zł.

Spadła natomiast trochę – jeśli chodzi o ilościowy udział – sprzedaż nagrań muzycznych na fizycznych płytach. Niemniej jednak nadal jest to liczący się udział – ponad 60 proc. Ten trend pokazuje, że ten rok zamkniemy kolejnym sukcesem wzrostu sprzedaży, ponieważ IV kwartał zawsze jest najlepszy w sprzedaży, często generuje nawet 40 proc. całego roku sprzedażowego – mówi Marek Staszewski.

Amerykańska Agencja Nielsen Music podała natomiast, że 2016 rok był najgorszym rokiem pod względem sprzedaży płyt CD od ćwierć wieku.

Płyty CD to trend światowy. Są rynki, gdzie praktycznie udział sprzedaży nośników fizycznych CD jest poniżej 5–10 proc., czyli reszta form sprzedaży muzyki odbywa się cyfrowo. Ten trend widać wyraźnie także w Polsce. Czy w przyszłym roku uda się przekroczyć granicę połowy sprzedaży w formie cyfrowej? To jest realne. Docelowo jednak ta nowa forma korzystania z nagrań muzycznych w świecie cyfrowym będzie przeważać – mówi Marek Staszewski.

Ciekawym trendem jest również to, że nie maleje sprzedaż płyt winylowych, a wręcz przeciwnie. W I półroczu bieżącego roku ich wartość wyniosła ponad 12,3 mln zł, co stanowi wzrost w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego o ponad 71,2 proc.

– Powrót do winyli to trend, który obserwujemy od kilku lat. Wynika na pewno z tego, że każdy ma w głowie pierwsze korzystanie z nich przed laty, kiedy były jedyną formą korzystania w domu z nagrań muzycznych. To także kwestia estetyczna, może jeszcze jakichś innych walorów zmysłowych. Myślę, że to jest bardzo fajny trend posiadania czegoś dotykalnego, ładnego, z nutką nostalgii – mówi Marek Staszewski.

Największy udział w rynku płyt winylowych mają artyści zagraniczni, którzy stanowią ponad 63,5 proc.

Ciężarówki Coca-Cola zakreślą na mapie Polski kształt serca. Odwiedzą 32 miasta, a jedno z nich zostanie wybrane w trwającym ogólnopolskim plebiscycie internautów

Ciężarówki Coca-Cola zakreślą na mapie Polski kształt serca. Odwiedzą 32 miasta, a jedno z nich zostanie wybrane w trwającym ogólnopolskim plebiscycie internautów 13

Z początkiem grudnia w podróż po Polsce ruszą świąteczne ciężarówki Coca-Cola. Charakterystyczne czerwone pojazdy odwiedzą 32 miasta, przy czym jedno wskażą w głosowaniu sami internauci. Trasa obejmuje przede wszystkim te miejscowości, których dotychczas świąteczny konwój nigdy nie odwiedził. Trasa ciężarówek zakreśli na mapie kształt serca. Podczas eventów czeka mnóstwo niespodzianek, także dla miłośników wirtualnej rzeczywistości.

 W tym roku odwiedzamy przede wszystkim te miejscowości, w których dotychczas naszej ciężarówki nie było, ponieważ chcemy dać możliwość zobaczenia legendarnych pojazdów również nowym konsumentom. Nieprzypadkowo w tym roku nasze ciężarówki na mapie Polski nakreślą kształt serca. Chcemy w ten sposób podziękować naszym konsumentom, ale również zachęcić ich do dziękowania sobie nawzajem w myśl głównego hasła naszej tegorocznej kampanii – mówi agencji Newseria Biznes Damian Podawca, senior brand manager Coca-Cola.

Ciężarówki przez wielu są postrzegane jako nieodłączny element świątecznego nastroju. W tym roku konwój ruszy w objazd po Polsce 1 grudnia. W ciągu 22 dni dwie ciężarówki ze 160 metrami oświetlenia ledowego i ponad sześcioma tysiącami punktów świetlnych odwiedzą 31 miast, m.in. Starogard Gdański, Koszalin, Elbląg, Szczecin, Kołobrzeg, Poznań, Zieloną Górę, Legnicę, Legionowo, Nysę, Oświęcim czy Wieliczkę. Dodatkowo w tym roku odbędzie się internetowy plebiscyt na dodatkowe, 32. miasto.

– Plebiscyt to nasza tegoroczna nowość. Wybór 32. miasta oddajemy w ręce mieszkańców. Udział w plebiscycie jest bardzo prosty – wystarczy na facebooku Coca-Cola pod postem użyć hasztagu z nazwą miasta, do którego zapraszamy ciężarówkę. Plebiscyt trwa w dniach 15–22 listopada. Wybierzemy pięć miast, które zmierzą się ze sobą w wielkim finale 24 listopada, a event w zwycięskim mieście odbędzie się 19 grudnia – wskazuje Damian Podawca.

W programie świątecznego konwoju Coca-Cola m.in. spotkanie ze św. Mikołajem, gry i konkursy czy świąteczna fotobudka. Na miłośników nowych technologii czeka wirtualna wycieczka saniami św. Mikołaja. Będzie można też własnoręcznie przygotować prezent w fabryce upominków czy otrzymać spersonalizowaną puszkę napoju. W Bydgoszczy (2 grudnia) i Bytomiu (22 grudnia) odbędą się duże eventy.

 W Bydgoszczy i Bytomiu czekają nas muzyczne atrakcje. Zapraszamy na występy gwiazd, Cleo i Young Stadium Club, oraz na spotkania z młodymi twórcami treści na YouTube. Odwiedzą nas Rezi, Blowek, Kaiko, Maffashion, Martin Stankiewicz oraz Abstrachuje. Czeka mnóstwo atrakcji – zachęca Damian Podawca.

80 proc. odpadów można ponownie przetworzyć. Mimo to w Polsce szkło, aluminium czy plastik najczęściej trafiają na wysypiska

80 proc. odpadów można ponownie przetworzyć. Mimo to w Polsce szkło, aluminium czy plastik najczęściej trafiają na wysypiska 14

Eksperci twierdzą, że zaledwie 9 proc. plastikowych opakowań zostaje poddanych recyklingowi, natomiast 79 proc. trafia na wysypiska śmieci i do środowiska naturalnego. Liczby mogą przerażać, zwłaszcza że co roku na świecie generuje się ponad 8 bilionów ton takich odpadów. Tendencja jest rosnąca, również w Polsce – tymczasem świadomość w zakresie umiejętnego gospodarowania odpadami wciąż jest niewielka. W efekcie góry śmieci rosną, a przyroda nie jest w stanie sama poradzić sobie z ich usunięciem. Widać to również w popularnych miejscowościach turystycznych. 

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2015 roku w Polsce zebrano w sumie 10 milionów ton odpadów komunalnych, a na jednego mieszkańca przypadało ich średnio 283 kg. Zebrane odpady w zdecydowanej większości trafiły na wysypiska. Eksperci podkreślają, że wyrzucamy wiele odpadów, które bez problemu można jeszcze wykorzystać, choćby szkło, aluminium czy plastik. Dobre gospodarowanie odpadami sprawia, że 80 proc. z nich można ponownie przetworzyć.

Jednorazowe opakowania – plastikowe torby czy butelki – bez trudu można zastąpić innymi, trwalszymi rozwiązaniami, co poza aspektem ekologicznym ma również wymiar ekonomiczny. Prostym sposobem, który przy minimalnym wysiłku może spowodować globalną zmianę środowiskową, jest np. rezygnacja z wody butelkowanej (w jednorazowych plastikowych opakowaniach) i stosowanie opakowań wielorazowego użytku.

– Nie mamy świadomości tego, że jedna butelka PET rozkłada się w środowisku od 250 do 450 lat. Liczby stają się nieco bardziej czytelne, jeśli przyjąć, że zaledwie 9 proc. odpadów jest poddawanych recyclingowi, co oznacza, że dla przykładu z 6-opakowaniowej zgrzewki wody zaledwie 1 butelka zostanie poddana recyclingowi – mówi agencji informacyjnej Newseria  Wojciech Dąbrowski z SodaStream Polska. – Warto także zwrócić uwagę na znaczny wzrost produkcji odpadów, ponieważ jako społeczeństwo ekonomicznie dojrzewające konsumujemy coraz więcej. Rokrocznie przybywa więc około 20 proc. śmieci. Odpowiedzią na ten rosnący trend jest precycling – postawa będącą bardziej zaawansowaną wersją recyclingu, czyli świadoma rezygnacja z kupowania jednorazowych opakowań, aby ograniczyć konieczność ich późniejszego przetwarzania.

Dane z Zakładu Gospodarki Odpadami Komunalnymi w Olsztynie, Zakładu Utylizacyjnego w Gdańsku i Wydziału Ochrony Środowiska Urzędu Miasta Zakopane potwierdzają, że ilość śmieci w tych regionach w szczycie sezonu wyraźnie wzrasta. Dla przykładu w Olsztynie wzrost wyniósł 17,5 proc. w stosunku do średniej ilości odpadów w pozostałej części roku.

– Poza odpadami, które produkujemy w ramach gospodarstwa domowego, należy zwrócić uwagę na statystyki z popularnych turystycznych polskich miast jak Zakopane, Olsztyn czy Gdańsk. Pokazują one, że ilość śmieci jest blisko dwa razy wyższa w okresie wakacyjnym, nie wspominając już o śmieciach pozostawianych poza wyznaczonymi miejscami, w lasach, na plażach czy skwerach – dodaje Wojciech Dąbrowski.

W kwestii recyklingu i utylizacji śmieci Polska ma jeszcze dużo do zrobienia. Dorośli jednak nadal mają problem ze zmianą przyzwyczajeń i trudno im wypracować nawyk segregowania odpadów. A przecież w ten sposób można odzyskać surowce potrzebne do wytworzenia nowych produktów, jednocześnie przyczyniając się do ochrony środowiska naturalnego, a także do zmniejszenia zużycia wody i energii.

– Przykładem mogą być Włochy i Niemcy. Tam mamy bardzo mocno rozwiniętą segregację odpadów. We Włoszech śmieci są pozostawiane na ulicy przed domami, a jeżeli nie zostaną odpowiednio posegregowane tak, aby mógł je zabrać wóz przeznaczony do recyklingu, zostają przed budynkami – mówi Wojciech Dąbrowski.

Eksperci tłumaczą, że jedna szklana butelka odzyskana i ponownie wprowadzona do obiegu pozwala na oszczędność energii potrzebnej do świecenia 100 W żarówki przez cztery godziny. Zużyte świetlówki można prawie w całości (80–90 proc.) wykorzystać powtórnie do wyprodukowania nowych produktów, a z 700 aluminiowych puszek może powstać nowy rower.

Część odpadów, m.in. baterie, chemikalia, resztki różnych substancji, farb, trafia też na nielegalne wysypiska, które są bardzo niebezpieczne dla środowiska. Nie mają odpowiednich zabezpieczeń, przez co szkodliwe substancje trafiają do gleby i wód gruntowych.

W kontekście przywołanych wyżej liczb warto przeanalizować codzienne wybory konsumenckie. Czasem zaledwie minimalna zmiana postawy, jak np. wybór wielorazowego opakowania na wodę zamiast codziennego zakupu kilku jednorazowych plastikowych butelek, może przyczynić do znacznego zmniejszenia ilości śmieci i poprawy stanu środowiska.

T-Mobile zwiększa zatrudnienie i rozwija sieć sprzedaży. Operator w ciągu roku pozyskał prawie dwa razy więcej numerów z innych sieci

T-Mobile zwiększa zatrudnienie i rozwija sieć sprzedaży. Operator w ciągu roku pozyskał prawie dwa razy więcej numerów z innych sieci 15

Do końca III kwartału tego roku sieć T-Mobile otworzyła 52 nowe salony i zatrudniła ponad 300 pracowników. Liczba stacji bazowych obsługujących LTE wzrosła do prawie 10 tys., zwiększyła się też prędkość przesyłania danych. Operator nie zamierza hamować inwestycji – do końca roku sieć sprzedaży ma zwiększyć się w sumie o ponad setkę nowych placówek. Zwiększone nakłady znajdują odbicie we wskaźnikach satysfakcji klientów oraz w wynikach operacyjnych: w III kwartale T-Mobile uzyskał najlepszy w swojej historii bilans przenoszalności numerów komórkowych, wyprzedzając wszystkich głównych konkurentów z wielkiej czwórki.

 Widzimy wyraźny wzrost bazy klientów. To dla nas niezwykle ważne, ponieważ potwierdza, że nasze działania na rynku przynoszą pożądane efekty. Lepsze pozycjonowania marki, poprawy jakości usług, otwieranie nowych sklepów oznaczają większą obecność na rynku, a to się po prostu opłaca – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andreas Maierhofer, prezes T-Mobile Polska.

Na koniec września telekom obsługiwał prawie 10,3 mln klientów. W III kwartale br. liczba abonentów wzrosła o 56 tys., natomiast w ujęciu rocznym zwiększyła się o 256 tys. i obecnie firma obsługuje 6,8 mln abonentów. Z kolei baza klientów usług przedpłaconych liczyła na koniec września 3,5 mln i zmniejszyła się o 10 tys. numerów w ujęciu kwartalnym. Był to jednak kolejny kwartał, w którym T-Mobile odnotowuje stabilizację bazy klientów usług przedpłaconych po zmianach związanych z wprowadzeniem obowiązkowej rejestracji kart SIM prepaid.

W przedostatnim kwartale tego roku T-Mobile uzyskał także najlepszy w swojej historii bilans przenoszalności numerów komórkowych, wyprzedzając wszystkich głównych konkurentów z wielkiej czwórki. Telekom pozyskał z innych sieci 109,8 tys. numerów komórkowych, oddając 99 tys. numerów. Tym samym pozytywny bilans wyniósł 10,3 tys. numerów komórkowych. W porównaniu z III kwartałem 2016 roku T-Mobile zwiększył o ponad 80 proc. liczbę numerów pozyskanych z innych sieci, jednocześnie zmniejszając o jedną czwartą liczbę numerów oddawanych innym operatorom.

 Nasze przychody niemal się nie zmieniły, zmniejszając się o 1,2 proc. w III kwartale oraz o 0,1 proc. po dziewięciu miesiącach. To przyzwoite wyniki w porównaniu z poprzednimi latami, kiedy pokazywaliśmy spadki. To oznacza, że nowo pozyskani klienci generują wartość – mówi Andreas Maierhofer. –Jeśli chodzi o wynik EBITDA, to mamy spadek, który wynika z kilku czynników. Po pierwsze, wprowadzenie Roam Like At Home, które dotknęło nie tylko nas, ale całą branżę. Po drugie, wynika ze zmiany polityki taryfowej na rynku, która wpływa na większe koszty obsługi połączeń międzyoperatorskich. I wreszcie to wpływ naszych dużych inwestycji w rynek i klientów. Jesteśmy w trakcie rozbudowywania naszej sieci sprzedaży i zatrudniania setek nowych pracowników. W samym trzecim kwartale zatrudniliśmy ich ponad 300.

Sieć sprzedaży T-Mobile powiększyła się już w tym roku o 52 salony, które są do dyspozycji klientów w nowych lokalizacjach. Z kolei zespół odpowiedzialny za obsługę klientów na pierwszej linii (call center i sklepy) tylko w III kwartale br. powiększył się o ponad 300 pracowników. Operator nie zamierza stopować inwestycji i zapowiada kolejne otwarcia nowych placówek.

 Nasza strategia zakłada dalszy wzrost zatrudnienia w obszarze obsługi klienta oraz w obszarze sprzedaży. Mamy w planach uruchomienie w sumie 120 nowych sklepów. Wraz z kolejnymi salonami będzie rosnąć liczba pracowników. W dziedzinie obsługi chcemy być wzorem dla rynku, chcemy, by nasi klienci w ciągu kilku sekund otrzymywali fachową poradę od doradców z call center. Tu także rekrutujemy ludzi – mówi Andreas Maierhofer.

T-Mobile inwestuje też w infrastrukturę. W efekcie liczba stacji bazowych obsługujących LTE wzrosła do blisko 10 tys., a prędkość maksymalna przesyłanych danych do 395 Mb/s. Natomiast liczba stacji LTE 800 MHz wzrosła o 3,1 tys. i obecnie przekracza 5 tys. To oznacza, że w zasięgu technologii LTE w T-Mobile znajduje się 99,8 proc. populacji kraju.

 Odnotowujemy dobre wyniki sprzedażowe naszych dwóch flagowych produktów dla klientów indywidualnych. Pierwszym jest T-Mobile 1 – Bez Limitu, a drugim oferta Nielimitowanego Internetu Domowego. To wielki sukces sprzedażowy, ponieważ stanowi prawdziwą alternatywę dla internetu stacjonarnego. Jest naprawdę nieograniczony, łatwy do kupienia, bez problemu można podłączyć go i od razu cieszyć się z dostępu do internetu w całym domu – mówi Andreas Maierhofer.

Nowa oferta obejmująca nielimitowane rozmowy, SMS-y i MMS-y i dostęp do internetu bez limitu danych cieszy się sporą popularnością. Jej udział w nowych aktywacjach przekracza 50 proc. Z kolei wprowadzony we wrześniu Nielimitowany Internet Domowy przyciąga do T-Mobile nowych klientów, zwłaszcza z obszarów wiejskich i z małych miast (70 proc. wszystkich aktywacji).

Przed świętami Bożego Narodzenia ceny żywności będą jeszcze wyższe. Najdotkliwiej odczują to emeryci i najmniej zarabiający

Przed świętami Bożego Narodzenia ceny żywności będą jeszcze wyższe. Najdotkliwiej odczują to emeryci i najmniej zarabiający 16

W ciągu ostatniego roku ceny żywności wzrosły o blisko 6 proc. To największa podwyżka od 6 lat – podaje Główny Urząd Statystyczny. Na sklepowych półkach najbardziej podrożały warzywa, masło i jajka. Przed świętami Bożego Narodzenia ceny żywności nadal będą rosnąć, a najdotkliwiej odczują to emeryci, renciści i najmniej zarabiający. Inflacja to też sygnał dla Rady Polityki Pieniężnej do podwyżek stóp procentowych, co oznacza złe wieści również dla kredytobiorców.

Na polskim rynku wzrost cen jest napędzany przede wszystkim wzrostem naszych wynagrodzeń. Bogacimy się, to dobrze, niemniej jednak ma to duże znaczenie dla cen produktów i usług. Nie bez znaczenia jest program Rodzina 500 Plus, który napędza rynek konsumpcji, a tym samym napędza wzrost cen – mówi agencji Newseria Biznes dr Monika Wyrzykowska-Antkiewicz, dziekan Wydziału Finansów i Zarządzania w Wyższej Szkole Bankowej w Toruniu.

Ceny towarów i usług w październiku wzrosły o 2,1 proc. w ujęciu rocznym i o 0,5 proc. w ujęciu miesięcznym – podał Główny Urząd Statystyczny. W największym stopniu za taki wynik odpowiada drożejąca żywność. W październiku ceny produktów żywnościowych wzrosły o 1 proc. w porównaniu do poprzedniego miesiąca. Najbardziej drożały warzywa (o 6,7 proc.), masło (3,3 proc.), owoce (2,5 proc.) i jajka (5,2 proc.). W ciągu ostatniego roku wzrost cen żywności wyniósł aż 5,8 proc. – to największa podwyżka od 6 lat.

– Przyczyn wzrostu cen żywności jest wiele. Na przykładzie masła możemy powiedzieć, że powodem jest rosnący popyt na masło w USA i Azji. Polacy mimo wzrostu cen nie chcą zrezygnować z konsumpcji tego produktu. Popyt rośnie również na jajka. Ma to związek z faktem, że na Zachodzie jajka zostały skażone szkodliwą substancją, dlatego zachodnie rynki zwiększają popyt m.in. jajka z Polski. Krajowi producenci mogą zyskać na eksporcie jednej sztuki nawet 20 gr, więc korzystają z okazji – mówi dr Monika Wyrzykowska-Antkiewicz.

Wzrost cen, który w największym stopniu dotyczy żywności, obejmuje też inne grupy produktów, m.in. odzież i obuwie. Rosną też ceny paliw, które przekładają się na wyższe koszty transportu, a tym samym – wyższe ceny towarów i usług.

Paliwo drożeje nie tylko na rynku krajowym, lecz także na rynkach światowych. W ciągu ostatniego roku ceny paliw wzrosły o około 4 proc., ale trzeba zwrócić uwagę na to, że od czerwca do chwili obecnej ten wzrost cen paliw notowany jest na poziomie 20 proc., co widzimy na stacjach benzynowych. Dziś za benzynę [Pb 98 – red.] musimy płacić powyżej 5 zł, natomiast w ciągu ostatniego tygodnia olej napędowy zdrożał na stacjach o około 13 gr – mówi dr Monika Wyrzykowska-Antkiewicz.

Podwyżki cen odczuwają przede wszystkim emeryci, renciści i osoby najmniej zarabiające. Konsumpcja podstawowych produktów stanowi około połowy ich dochodów, dlatego – w przypadku tych grup społecznych – wzrosty cen są szczególnie dotkliwe.

– Nie mam dobrych wieści na okres przedświąteczny. Ceny żywności nadal będą rosły. Popyt na towary konsumpcyjne w tym okresie zdecydowanie jest wysoki, więc producenci będą chcieli skorzystać z tego trendu – mówi dr Monika Wyrzykowska-Antkiewicz.

Zdaniem wykładowcy toruńskiej WSB inflacja spowoduje, że konsumenci będą szukać towarów i usług po niższych cenach. Z kolei sprzedawcy i producenci będą musieli je modyfikować, przykładowo restauracje będą zmuszone zmieniać swoje menu w związku z podwyżką cen żywności.

Inflacja oznacza spadek siły nabywczej pieniądza, a zatem konsumenci i producenci tracą zaufanie do waluty danego kraju. To utrudnia planowanie zarówno konsumentom, jak i przedsiębiorcom. W rezultacie przedsiębiorcy mają utrudnione decyzje inwestycyjne, co może przełożyć się na spadek polskiego PKB. Inflacja powinna także spowodować wzrost poziomu stóp procentowych. RPP jeszcze nie podjęła takiej decyzji, ale to tylko kwestia czasu. To dobra informacja dla osób, które chcą oszczędzać, ale niekorzystna dla kredytobiorców – jeżeli stopy procentowe wzrosną, to oczywiście koszty kredytów będą wyższe – mówi dr Monika Wyrzykowska-Antkiewicz.

Stany wchodzą na wyższe obroty

Cykl świetnych publikacji z amerykańskiej gospodarki zdecydowały się podtrzymać najnowsze dane z sektora przemysłowego, który w październiku odnotował miesięczny skok produkcji na poziomie 0,9 proc. (konsensus: 0,5 proc.). Nowe światło na oczekiwane tempo wzrostu za IV kwartał rzucił potężny skok produkcji fabrycznej (1,3 proc. m/m, konsensus: 0,6 proc.) plasującej się na swoich siedmioletnich maksimach. Sporządzone przez nas modele analityczne nie pozostawiają złudzeń. Utrzymanie powyższych tendencji będzie rzutowało zamknięciem roku przez amerykańską gospodarkę z zannualizowaną dynamiką PKB na poziomie 3,5 proc.

W czwartkowym kalendarzu uwagę inwestorów próbowały zwrócić szacunki brytyjskiej sprzedaży detalicznej. Opublikowane dane lekko zaskoczyły nisko zawieszone oczekiwania, które należy traktować jako pokłosie rozgoryczenia wrześniowymi szacunkami. Dzisiejsza konferencja członków Banku Anglii nie miała żadnego przełożenia na rynek walutowy. Mark Carney, gubernator BOE, w trakcie swojego wystąpienia zaakcentował konieczność podnoszenia wiarygodności oraz transparentności banku. Carney zdecydował się również na podtrzymanie swojego stanowiska dotyczącego przyszłych posunięć Komitetu Polityki Pieniężnej, który przy realizacji scenariusza bazowego powinien pokusić się na dalsze podwyżki stóp procentowych. Obecnie funt szterling umacnia się względem dolara o 0,1 proc., wypychając tym samym kurs GBP/USD w okolice poziomu 1,3190.

Nieco bardziej pokaźną zwyżkę zdołała odnotować kanadyjska waluta (0,2 proc.) będąca na fali świetnych wskazań produkcji przemysłowej za wrzesień (0,5 proc. m/m). Możliwość odnotowania dodatniej dynamiki nie była powszechnie spodziewana przez ankietowanych uczestników rynku, którzy spodziewali się odreagowania po wysoce satysfakcjonujących wskazaniach za sierpień (1,4 proc. m/m). Na czele koszyka walut G10 znajdują się waluty skandynawskie – norwerska (0,4 proc.) oraz szwedzka korona (0,3 proc.). W kontrze do ich aprecjacji wyraźnie staje szwajcarski frank (-0,4 proc.), który na przestrzeni dnia usilnie próbował wypchnąć kurs EUR/CHF powyżej okrągłego poziomu 1,1700. W przypadku euro (-0,1 proc.) należy mówić o skromnej deprecjacji, bowiem na koniec dnia kurs EUR/USD balansuje w okolicach poziomu 1,1780. Dodatkowych argumentów za osłabieniem wspólnej waluty nie zapewniła publikacja finalnych wskazań inflacji CPI ze strefy euro, która w ujęciu rok do roku pozostała na uprzednio podanym poziomie 1,4 proc.

Dość udaną sesję za sobą mają waluty państw Emerging Markets, którym niepodzielnie przewodzi południowoafrykański rand (1,4 proc.). Wśród walut regionu uwaga została skoncentrowana wobec rosyjskiego rubla (0,9 proc.) wyraźnie dystansującego się od nieco mniej pokaźnych ruchów w wykonaniu czeskiej korony (0,1 proc.). Chwilowe przetasowania na parach walutowych z CZK zapewniły komentarze Jiříego Rusnoka, prezesa Narodowego Banku Czeskiego. Jego zdaniem w perspektywie najbliższych dwóch lat dwutygodniowa stopa repo powinna uplasować się na poziomie 3,0 proc. (obecnie: 0,5 proc.). Na koniec dnia złoty (-0,1 proc.) zapewnia istne déja vu, bowiem USD/PLN nadal balansuje przy 3,6000, a EUR/PLN stabilizuje się przy 4,2380. Obecnie GBP/PLN oraz CHF/PLN są kwotowane odpowiednio po 4,7510 oraz 3,6270.

Notowania na europejskich parkietach stały pod znakiem próby odrobienia wczorajszych zniżek. Ze wzrostowych nastrojów wyłamała się giełda przy Książęcej, gdzie wśród komponentów indeksu WIG 20 (-0,3 proc.) najsilniej ciążyły spółki z sektora paliwowego. Powrót Orlenu (-5,0 proc.) w okolice dziesięciotygodniowych minimów to efekt doniesień o planowanym zmniejszeniu ekspozycji na spółki z branży rafineryjnej. Niewiele mniejszą zniżkę odnotował Lotos (-4,6 proc.) otrzymujący dodatkowy cios od prezesa spółki, który oczekuje spadku marż w nadchodzących miesiącach.

We Frankfurcie liderem notowań został Infineon (3,5 proc.), który odrobił swoje wczorajsze spadki po niezbyt przychylnej nocie analitycznej Nord/LB. Istotny technicznie sygnał zdołał wygenerować HeidelbergCement (3,4 proc.) – w tym przypadku mowa o formacji złotego krzyża sugerującej wystąpienie średnioterminowego sygnału kupna. Na fali pozyskania nowego kluczowego inwestora znalazł się Deutsche Bank (2,6 proc.), który próbował usilnie balansować przecenę RWE (-2,0 proc.) po sprzedaży udziałów przez norweski Storebrand. Za powyższym posunięciem stoją względy czysto pragmatyczne wynikające z intensyfikacji ryzyka wprowadzenia pakietu antywęglowego w Niemczech. Finalnie DAX zakończył swoje notowania ze zwyżką rzędu 0,6 proc.

Na czele londyńskiego indeksu FTSE 100 (0,2 proc.) niepodzielnie rządziło Shire (6,1 proc.) za sprawą przychylnej noty analitycznej Bernstein. W ścisłej czołówce brytyjskich spółek znalazł się EasyJet (3,5 proc.), którego władze zdecydowały się na zmianę polityki bagażowej. Co więcej, za czwartkowy motor wzrostu budżetowego przewoźnika należy uznać publikację analiz wskazujących na możliwość poprawy pozycji konkurencyjnej w horyzoncie najbliższych kilku kwartałów. Euforyczne nastroje na Wyspach najsilniej studził GKN (-4,8 proc.), co należy potraktować jako odwrót inwestorów w związku z przetasowaniami w zarządzie spółki.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Lepsze nastroje wsparły złotego, komentarze członków RPP bez wpływu

Poprawa klimatu inwestycyjnego na rynkach globalnych wsparła w czwartek notowania złotego. Bez wpływu natomiast pozostają liczne komentarze członków Rady Polityki Pieniężnej nt. stóp procentowych. W piątek dodatkowo emocje rozgrzeją dane z polskiego rynku pracy.

Poprawa klimatu inwestycyjnego na rynkach globalnych, w tym powrót wzrostów na największych giełdach, i związany z tym wzrost apetytu na ryzyko, wsparł w czwartek złotego. Widoczne to było zwłaszcza w południe, gdy kurs euro zszedł do 4,23 zł z poziomu 4,25 zł atakowanego wczoraj, dolar potaniał do 3,5930 zł, a szwajcarski frank do 3,6215 zł i był najtańszy od 3. tygodni.

Bez wpływu na notowania polskiej waluty pozostały zaś ostatnie wypowiedzi przedstawicieli Rady Polityki Pieniężnej (RPP). Po tym, jak wczoraj Hardt zasugerował podwyżkę stóp procentowych w lutym lub marcu 2018 roku, a Ancyparowicz odrzuciła taki scenariusz w ciągu kolejnych 4. kwartałów, dziś Gatnar wskazał na konieczność podwyższenia stóp w I kwartale przyszłego roku, a Kropiwnicki uznał brak podstaw do ich podnoszenia przynajmniej przez najbliższy rok.

Ostatnie wypowiedzi członków RPP nie zmieniają ogólnego przekonania, że Rada w większości jest „gołębia”, przez  co nie będzie się spieszyć z podnoszeniem kosztu pieniądza, nawet pomimo tego, że obecnie inflacja jest wyższa niż można było to prognozować jeszcze kilka miesięcy wcześniej, a wzrost gospodarczy jest wyraźnie wyższy od oczekiwań. Tym samym wciąż zasadne jest oczekiwanie, że RPP podniesie stopy dopiero w ostatnim kwartale 2018 roku. Ta opinia mogłaby ulec zmianie dopiero, gdyby inflacja faktycznie mocno wystrzeliła w górę na przełomie roku. Ewentualnie, gdyby zdanie zmienił prof. Glapiński, który od ponad roku już twierdzi, że w 2018 roku nie będzie podstaw do podnoszenia stóp.

W piątek spodziewana dalsza poprawa klimatu inwestycyjnego może dalej wspierać złotego, któremu dodatkowo powinny też pomagać publikowane przez Główny Urząd Statystyczny (GUS) październikowe dane o płacach (prognoza: 6,6 proc. R/R) i zatrudnieniu (4,5 proc. R/R). Szczególnie, że jest spore prawdopodobieństwo zaskoczeń in plus ze strony tych danych. Dodatkowo będą one poprzedzały publikowane w poniedziałek, jak się oczekuje świetne dane, o produkcji przemysłowej (prognoza: 9,3 proc. R/R) i sprzedaży detalicznej (prognoza: 8,4 proc. RR) w Polsce w miesiącu październiku.

Dzisiejsze wahania złotego nie zmieniają układu sił na wykresach polskich par. Kurs EUR/PLN w dalszym ciągu pozostaje w miesięcznym trendzie bocznym, który od dołu zamyka poziom 4,22 zł, a od góry 4,2550 zł. Kurs USD/PLN powinien kierować się ku październikowemu dołkowi na 3,5687 zł, co będzie korelowało ze wzrostem notowań EUR/USD, po tym jak w ostatnim czasie zmienił się układ sił na tej parze. Notowania CHF/PLN natomiast powinny przełamać wsparcie na 3,6150 zł i wyznaczyć w przyszłym tygodniu nowy (prawie) 3-letni dołek.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Żyjemy w państwie policyjnoskarbowym. Setki zmian w przepisach i sztuczki fiskusa

W poniedziałek 23 października Ministerstwo Finansów opublikowało projekt nowej Ordynacji podatkowej. Ustawę można uznać za wisienkę na torcie setek zmian dokonanych w prawie podatkowym w ostatnich dwóch latach. Tylko czy ten tort pieczony był dla wszystkich, czy tylko dla samego cukiernika…

674 – tyle wynosi liczba projektów ustaw, którym został nadany w Sejmie bieg od czasu powołania rządu premier Beaty Szydło 16 listopada 2015 r. Owszem, trzeba się dostosowywać do zmieniającej się rzeczywistości i zmiany zazwyczaj do tego służą. Jednak w przypadku przepisów prawa (zwłaszcza podatkowego) nie jest to wcale takie oczywiste. Przy tak licznych nowelizacjach ustawodawca zapomina, że odbiorcą jego regulacji są nie tylko zawodowi prawnicy. Arogancją jest przekonanie, że obywatele, przedsiębiorcy, zwykli podatnicy będą potrafili w tym natłoku zmian się odnaleźć. A przecież fundamentalna zasada głosząca, że nieznajomość prawa szkodzi, pozostaje niezmienna.

Nowa Ordynacja podatkowa

Niewiele więcej, bo 687 artykułów zawiera projektowana, nowa Ordynacja podatkowa. Prace nad nią rozpoczęła Komisja Kodyfikacyjna Ogólnego Prawa Podatkowego jeszcze za czasów gabinetu Ewy Kopacz, który 13 października 2015 r. przyjął jej kierunkowe założenia. Po dwóch latach, w poniedziałek 23 października, na stronach biuletynu informacyjnego projekt ogłosiło Ministerstwo Finansów. Oprócz samej Ordynacji i ustawy ją wprowadzającej komisja kierowana przez prof. Leonarda Etela przygotowała także projekty 42 rozporządzeń.

Z obywatelskiej troski

Odstawienie na półkę 20 lat orzecznictwa i praktyki stosowania obecnej Ordynacji podatkowej poprzez zastąpienie jej tak obszerną nowelizacją jest według pomysłodawców uzasadnione m.in.:

  • wprowadzeniem bardziej przychylnych rozwiązań dla podatników;
  • potrzebą ujęcia praw i obowiązków podatnika w jednym akcie o randze ustawy;
  • zmniejszeniem kosztów postępowania podatkowego;
  • wprowadzeniem klauzuli przeciw unikaniu opodatkowania;
  • przywróceniem zaufania w relacjach organów podatkowych i podatników;
  • zwiększeniem ochrony pozycji podatnika w relacjach z organami podatkowymi.

Chciałoby się rzec: wzniosłe cele swoją drogą, a proza życia swoją. Czas pokaże, czy tak szlachetne zamiary zostaną osiągnięte, a proobywatelska idea nowych przepisów nie będzie martwa. Jak mawiał George Orwell, „Nikt nie jest patriotą, jeśli chodzi o podatki”.

Sleight of hand

Sztuczka kuglarska, sprytna sztuczka, chwyt, ale też prosty blef czy wreszcie manipulacja – takie znaczenia ma angielskie wyrażenie sleight of hand (zręczność ręki). Polega na tym, że magik, skupiając naszą uwagę na jednej rzeczy, np. prawej dłoni, którą wymachuje chustką, w tym samym czasie za pomocą ukrytej pod stołem drugiej sprytnej dłoni – zwanej właśnie sleight of hand – przygotowuje się do zrobienia właściwej sztuczki.

Biorąc pod uwagę liczbę zmian dokonanych przez fiskus w prawie podatkowym w poprzednim i mijającym roku, a także niezaspokojone potrzeby finansowe Skarbu Państwa, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że z taką właśnie sztuczką mamy tutaj do czynienia. Autorzy projektowanej Ordynacji podatkowej pokazują nam same dobre strony nowych regulacji, mających za cel dobro podatnika. W rzeczywistości kolejne, jakże liczne zmiany to szansa na kolejne, równie liczne nadużycia i na sięgnięcie głębiej do kieszeni obywatela. Wielość nowych przepisów to przede wszystkim źródło niezliczonych ich interpretacji. Wprowadzone w życie sprawią, że przez kilka, jeśli nie kilkanaście najbliższych lat fiskus znów będzie mógł stosować sobie przychylne interpretacje, jednocześnie karcąc podatnika za te niewłaściwe.

Trudno uwierzyć

To wielki skok zaufania – uwierzyć w realizację trzech z głównych postulatów rządu: wprowadzanie bardziej przychylnych rozwiązań dla podatników, przywrócenie zaufania w relacjach organów podatkowych i podatników oraz zwiększenie ochrony pozycji podatnika w relacjach z organami podatkowymi. Trudno bowiem zapomnieć o historii.

W 1995 r. powstało biuro podróży Big Blue. Dwóch młodych założycieli podbijało rynek dzięki nowatorskiemu podejściu do organizacji wycieczek – oddzielając koszty zakwaterowania od przelotu. Firma rosła z każdym dniem, aż do 2002 r., kiedy to urząd kontroli skarbowej stwierdził, że przeloty nie mogą podlegać stawce VAT 0%, tylko powinny być opodatkowane stawką 7% – jako część składowa całej usługi turystycznej oferowanej przez biuro. Urząd zażądał więc uiszczenia blisko 8 mln zł podatku. Najciekawsze jest to, że dokonana rok wcześniej kontrola skarbowa wykazała, że cała działalność jest prowadzona zgodnie z prawem. Zarówno pod jedną, jak i pod drugą decyzją podpisał się ten sam dyrektor urzędu kontroli skarbowej. Po wielomiesięcznych, bezskutecznych odwołaniach w październiku 2003 r. biuro upadło.

Optimus Romana Kluski i JTT Computer Pawła Cisielskiego. Obie firmy, powstałe w okresie przełomu ustrojów, specjalizowały się w produkcji sprzętu komputerowego. Z powodzeniem mogły pretendować do miana potentatów branży w Europie, jeśli nie na świecie. Przedsiębiorcy byli uczestnikami przetargu (bezpośrednio lub pośrednio) na dostawę komputerów do szkół, organizowanego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Ponieważ sprowadzane z zagranicy komputery były wówczas zwolnione z VAT, obie firmy wysyłały swój sprzęt na Słowację, a następnie z powrotem sprowadzały je do Polski. Co ważne – obie czyniły to w porozumieniu i za zgodą MEN, czyli organu państwa. Skarbówka stwierdziła, że obie firmy dopuściły się wyłudzania podatku VAT. Nigdy się już one po tym nie podniosły, mimo uzyskania po latach korzystnych wyroków sądów.

W 2003 r. Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł (FSA 3/03), że to organy skarbowe działały niezgodnie z prawem, gdyż do zarzucanego Optimusowi obejścia przepisów nie mogło dojść, skoro łamanych przepisów po prostu… nie było.

Jak zabić firmę

Mordercą firm i przedsiębiorstw nie jest kontrola skarbowa sama w sobie, tylko czas, który zabiera załatwienie sprawy skarbowej, a także swoboda organów podatkowych w respektowaniu wcześniejszych decyzji innych organów. Wyrok uniewinniający JTT Computer nie uratował przedsiębiorstwa. Zanim bowiem NSA przyznał mu odszkodowanie, załoga firmy zmniejszyła się z kilkuset do kilkunastu pracowników. Dodatkowo banki nie chciały już finansować czy kredytować takich firm jak JTT – czyli ciąganych po sądach i takich, których czepia się skarbówka. JTT nie było w stanie realizować zleceń.

Przykładów podobnych do JTT Computer, Optimusa czy Big Blue jest dużo, dużo więcej. Ich liczba rośnie z każdym rokiem. Świetnie prosperująca od 2006 r. firma MGM złożyła w kwietniu wniosek o upadłość, której przyczyną stało się… niewykonanie orzeczenia sądu przez skarbówkę. Tu również nie sama kontrola skarbowa jest winna. Wojewódzki sąd administracyjny nakazał bowiem fiskusowi zwrócić MGM 23,5 mln zł, do czego ten pierwszy się nie zastosował. Dodatkowo, mimo takiego orzeczenia sądu, fiskus wstrzymał zwrot kolejnych 9 mln. Firma ogłosiła upadłość.

Przykład sztuczki

Do tej pory powolne uśmiercanie przedsiębiorców możliwe jest dzięki dyspozycji przepisu art. 70 obowiązującej Ordynacji podatkowej, a zwłaszcza jego § 6 pkt 1: „Bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu, z dniem wszczęcia postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe, o którym podatnik został zawiadomiony, jeżeli podejrzenie popełnienia przestępstwa lub wykroczenia wiąże się z niewykonaniem tego zobowiązania”. W praktyce organy podatkowe wykorzystują przepis nie z powodu podejrzenia popełnienia przestępstwa lub wykroczenia, lecz dla wydłużenia okresu przedawnienia zobowiązania podatkowego, a co za tym idzie – zapewnienia sobie możliwości dłuższego prowadzenia postępowania przeciw przedsiębiorcy.

Twórcy nowej Ordynacji podatkowej z dnia 6 października 2017 r. deklarują, że w ich projekcie takiego zapisu nie odnajdziemy – właśnie dlatego, że chcą wyeliminować nadużycia i przewlekłość postępowań. Idą nawet dalej, skracając termin przedawnienia zobowiązań podatkowych, który dla podatników nieprowadzących działalności gospodarczej ma wynosić 3 lata.

Niestety, nawet jeśli chęci Komisji są szczere, to i tak fiskus będzie korzystał z furtek, które dają mu inne przepisy, choćby proponowany art. 171: „Bieg terminu przedawnienia wymiaru nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu od dnia: (…)

4) wystąpienia do innego organu lub sądu o rozstrzygnięcie zagadnienia wstępnego, od którego rozstrzygnięcia uzależnione jest wydanie decyzji wymiarowej;

5) wystąpienia przez organ podatkowy do sądu powszechnego o ustalenie istnienia stosunku prawnego lub prawa, od którego rozstrzygnięcia uzależnione jest wydanie decyzji wymiarowej”.

Choć projekt ustawy zakłada, co do zasady, że bieg terminu przedawnienia wymiaru zobowiązania będzie mógł zostać maksymalnie zawieszony na okres 5 lat, a pobór tych zobowiązań na 5 i przerwany na kolejne 5, to jednak powyższe uregulowania sprawią, że skarbówka będzie mogła przedłużać postępowanie w nieskończoność.

Jeszcze większą dowolność interpretacyjną umożliwia art. 391, który zezwala organowi podatkowemu zawiesić postępowanie w razie wystąpienia o opinię do Rady ds. Unikania Opodatkowania! Jaką opinię, w jakim zakresie, w jakim terminie… – to już pozostaje tajemnicą.

Co wisi nad głowami?

Wprowadzając nowe prawodawstwo pod parasolem działania na rzecz podatnika, tak naprawdę fiskus zyskuje topór, który zawiesi nad głowami obywateli, by ten opadł kiedyś znienacka, obcinając często te niewinne i niewłaściwe. Dotychczasowe zmiany w przepisach podatkowych, z uwagi na dowolność interpretacyjną organów, wprowadzały głównie strach i niepewność w rodzimym obrocie gospodarczym i negatywnie oddziaływały na zagraniczny kapitał. Czy tak będzie również z nową Ordynacją podatkową? Trudno przesądzać. Jedno, co pewne, to to, że trzeba mieć się na baczności – tak nakazuje historia. Nowa Ordynacja podatkowa ma wejść w życie 1 stycznia 2019 r.

Do zapamiętania i ku pokrzepieniu:

  • 674 – tylu projektom ustaw nadano bieg w Sejmie w niespełna dwa lata;
  • 687 – z tylu artykułów ma składać się nowa Ordynacja podatkowa;
  • okresy przedawnień w nowej Ordynacji podatkowej wynoszą:
    • 3 lata albo
    • 5 lat – w przypadku podatku od towarów i usług, podatku akcyzowego, specjalnego podatku węglowodorowego, podatku dochodowego od osób prawnych i podatku dochodowego od osób fizycznych (z wyjątkami);
  • nowe przepisy też zostawiają fiskusowi furtki do subiektywnych i autorytarnych interpretacji prawa;
  • zgodnie z wyrokiem NSA w słynnej sprawie Optimus S.A. wykorzystywanie przepisów podatkowych w sposób niezabroniony przez prawo nie może być uznane za jego obejście;
  • unikanie podatków jest jedynym zajęciem intelektualnym, które niesie ze sobą jakieś wynagrodzenie (John Maynard Keynes).

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców

Zajęcie majątku przez fiskusa. Jak ochronić swój majątek?

Konsekwencją braku zapłaty podatku jest zazwyczaj wszczęcie postępowania egzekucyjnego przez komornika skarbowego. Jak ochronić swój majątek?

Jeśli istnieje uzasadniona obawa, że podatnik nie wypełni zobowiązania podatkowego (na przykład gdy podatnik trwale nie uiszcza podatków lub celowo zbywa majątek, aby uniknąć jego egzekucji), fiskus może dokonać zabezpieczenia jeszcze przed upływem terminu płatności. Może to uczynić na przykład w trakcie kontroli skarbowej. Ordynacja podatkowa przewiduje w takiej sytuacji hipotekę przymusową i zastaw rejestrowy, a podatnik ma obowiązek wyjawić urzędnikom rzeczy ruchome i prawa zbywalne, do których przysługuje mu prawo własności.

Fiskus najpierw zawezwie polubownie

Podatnik uzyskujący przychody zobowiązany jest do wypełnienia rocznego rozliczenia PIT. Jeśli termin jego złożenia upłynął, a na rachunku fiskusa nie pojawił się podatek wynikający ze złożonego zeznania, powstaje zaległość podatkowa. W takiej sytuacji urząd skarbowy zaczyna stosować miękkie formy perswazji, na które pozwala rozporządzenie w sprawie trybu postępowania wierzycieli należności pieniężnych przy podejmowaniu czynności zmierzających do zastosowania środków egzekucyjnych. Mogą to być na początku SMS, e-mail, faks lub telefon, w których znajdą się informacje na temat upływu terminu płatności zobowiązania podatkowego, rodzaju i wysokości odsetek za zwłokę oraz grożącej egzekucji administracyjnej i, w związku z nią, dalszymi możliwymi kosztami dla podatnika.

Urzędnicy decydują się na taką formę ponaglenia przede wszystkim przy niskich kwotach i wobec sumiennych podatników, regulujących swoje zobowiązania podatkowe na czas oraz jeśli wobec nich nie jest prowadzone postępowanie egzekucyjne. Ostatecznym wezwaniem będzie doręczone na piśmie upomnienie wzywające do dobrowolnego uregulowania podatku wraz z kosztami upomnienia i odsetkami za zwłokę. Jeśli dłużnik nie podejmie kroków zmierzających do zapłacenia podatku w terminie 7 dni, uruchamiane jest wobec niego postępowanie egzekucyjne. Ustawa nie precyzuje jednak dokładnego terminu wysłania ostatecznego upomnienia. Jeśli łączna wysokość zaległości podatkowej wraz z odsetkami przekracza dziesięciokrotność kosztów upomnienia albo jeśli czas przedawnienia się należności wynosi mniej niż sześć miesięcy, takie wezwanie jest doręczane podatnikowi niezwłocznie.

W sytuacji zastosowania środka egzekucyjnego przerwany zostaje bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego. Z tego względu – szczególnie gdy zbliża się koniec roku – urzędy intensyfikują swoje działania względem podatników.

Fiskus może zająć prawie wszystko

Podatnik, który nie spłacił zobowiązania podatkowego w terminie, musi liczyć się z możliwością wszczęcia postępowania egzekucyjnego przeciwko niemu. Egzekucja z majątku podatnika to jeden ze środków przymusu, stosowany gdy wszystkie inne próby okazały się bezskuteczne.

Zgodnie z art. 26 Ordynacji podatkowej za zobowiązania podatkowe podatnik odpowiada całym swoim majątkiem. W przypadku przedsiębiorcy urząd skarbowy może zatem zająć nie tylko mienie firmowe, np. towar lub wierzytelności z tytułu dostaw, lecz także przedmioty prywatne. m.in. gotówkę, pensję, oszczędności, emeryturę, rentę, udziały, wierzytelności, samochód czy dom. Istnieje jednak katalog przedmiotów, których fiskus nie może zająć. Należą do nich przedmioty zapewniające dłużnikowi i jego rodzinie minimum egzystencji. Co kryje się pod tym terminem?

Zgodnie z art. 8 Ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji, egzekucji nie podlegają m.in.:

  • urządzenia domowe oraz przedmioty osobiste, takie jak: pościel, ubrania codziennie i pracownicze;
  • niektóre zwierzęta hodowlane wraz z zapasem paszy;
  • zapas żywności i opału na 30 dni,
  • pieniądze w wysokości 760 zł,
  • przedmioty i narzędzia niezbędne do wykonywania pracy zarobkowej (jednak z wyłączeniem środka transportu) oraz surowce niezbędne do świadczenia jej przez 7 dni, a także wszelkie przedmioty niezbędne podatnikowi do pełnienia służby albo wykonywania zawodu;
  • kwoty otrzymane na pokrycie wydatków służbowych, kosztów podróży, wyjazdów; stypendia; środki otrzymane z tytułu ubezpieczeń majątkowych oraz dotacji z budżetu państwa;
  • dokumenty osobiste, obrączki, przyrządy związane z wykonywaniem praktyk religijnych, przedmioty codziennego użytku.

Te wyłączenia dotyczą zarówno podatnika, jak i członków jego rodziny, będących na jego utrzymaniu. Ustawa o postępowaniu egzekucyjnym w administracji wymienia przedmioty, które fiskus z pewnością zajmie. Są to m.in. telewizory (jednak nie starsze niż 5 lat), sprzęt stereo, odtwarzacze DVD, futra, dywany, stylowe meble, porcelana i drogie sztućce oraz dzieła sztuki.

Intercyza, a może… rozwód? Małżonek na celowniku fiskusa

Urząd skarbowy może zająć także majątek wspólny małżonków, jeśli małżonkowie opodatkowują swoje dochody łącznie. W tym przypadku odpowiadają oni solidarnie za zobowiązania podatkowe. Fiskus nie zabierze jednak majątku osobistego małżonka, do którego zalicza się m.in. przedmioty nabyte przez niego przed ślubem, spadki czy prawa autorskie. Małżonka przedsiębiorcy najskuteczniej zabezpieczy jednak umowa o rozdzielności majątkowej podpisana jeszcze przed zalegalizowaniem związku.

Intercyza nie uchroni jednak małżonka, jeśli ten pomagał w prowadzeniu firmy. Rozwód także nie uchroni od odpowiedzialności za długi podatkowe współmałżonka, o czym mówi art. 110 Ordynacji podatkowej. W wyniku decyzji fiskusa rozwiedziony małżonek może zostać zobligowany do spłacenia podatków dawnego małżonka, jeśli te zobowiązania powstały jeszcze podczas trwania małżeństwa ­ ale tylko do wysokości wartości przypadającego mu udziału w majątku wspólnym.

Remedium

Podatnicy, często wepchnięci w długi podatkowe w wyniku błędnych działań samego fiskusa, zostają zmuszeni do ochrony swojego majątku – zarówno firmowego, jak i prywatnego. Powszechnie stosowanymi metodami są w dalszym ciągu: alokacja pieniędzy na zagranicznych kontach bankowych, powierzenie kapitału spółce offshore, wykupienie polisy inwestycyjnej czy złoto inwestycyjne. Częstą praktyką jest także obstrukcja procesowa czy wyzbycie się majątku zawczasu. Podatnicy sięgają do mniej lub bardziej legalnych sposobów, jednak cała sztuka w tym, by wiedzieć, jak zrobić to zgodnie z prawem. Skorzystanie z usług profesjonalnego doradcy pomoże ochronić majątek tak, by nie popaść w konflikt z prawem i zapobiec postawieniu zarzutów karnych (związanych na przykład z nielegalnym wyzbywaniem się majątku) czy założeniem sprawy cywilnej z tzw. skargi pauliańskiej.

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców

120 tys. Polaków zmieniło sprzedawcę gazu. “Potencjał wciąż pozostaje olbrzymi”

Kamil Zabron prezez Energetycznego Centrum SA
Kamil Zabroń, prezes Energetycznego Centrum SA.

Kamil Zabroń, Prezes Energetycznego Centrum SA o rosnącym zainteresowaniu zmianą sprzedawcy gazu wśród klientów indywidualnych.

Urząd Regulacji Energetyki przeprowadził cykliczną ocenę rzeczywistego korzystania z prawa do wyboru sprzedawcy gazu. Liczba zmian jest najbardziej wiarygodnym miernikiem rozwoju konkurencyjności na rynku gazu. Według najnowszych danych, przeszło 120 tysięcy Polaków zmieniło sprzedawcę paliwa gazowego.

– W 2011 r. odnotowano jedynie kilka przypadków zmiany sprzedawcy, w 2012 r. ich liczba zwiększyła się do 210, w 2013 r. do 429, w 2014 r. do 7 007, w 2015 r. – 30 749, w 2016 r. – 78 437, natomiast od początku prowadzenia monitoringu do końca III kw. 2017 r. – 122 080 zmian sprzedawcy gazu – podaje URE.

Większa konkurencja na rynku gazowym skutkuje uatrakcyjnieniem oferty dla odbiorców a aktualne warunki zakupu hurtowego wciąż dają możliwość oferowania korzystnych stawek. Potencjał tego rynku jest olbrzymi – podkreśla Kamil Zabroń, prezes Energetycznego Centrum SA.

– Świadomość prawa do zmiany sprzedawcy jest wciąż niska i potencjał tego rynku pozostaje olbrzymi. Mówimy o kilku milionach gospodarstw domowych, które jeszcze nigdy nie zmieniły sprzedawcy. W moim przekonaniu tylko aktywna promocja prawa do wyboru własnego sprzedawcy doprowadzi do realnego uwolnienia rynku, do którego zobowiązaliśmy się także wobec Unii Europejskiej. Brakuje dużych kampanii edukacyjnych, które uświadomiłyby Polakom, że mają prawo do zmiany i wybierania swojego sprzedawcy tak, jak ma to miejsce w przypadku zmiany operatora sieci komórkowej czy telewizji kablowej. Polacy chętnie przenoszą numer z sieci do sieci, bo wiedzą, że to bezpieczne i mogą na tym skorzystać. Proces zmiany sprzedawcy paliwa gazowego czy energii jest bardzo podobny i równie prosty a zmiana możne faktycznie wygenerować oszczędności. Wierzę, że rosnąca dynamika zmian sprzedawcy to dobra prognoza dla rynku alternatywnych sprzedawców mówi Kamil Zabroń, prezes Energetycznego Centrum SA.