McDonald’s zwiększa zatrudnienie. Wakacyjna oferta pracy dla młodocianych

CEO Magazyn Polska

Przed sezonem letnim rośnie zainteresowanie firm rekrutacją pracowników. McDonald’s Polska aktywnie zachęca młodocianych do podjęcia pracy w czasie tegorocznych wakacji. Sieć restauracji, która tylko w tym roku stworzy tysiąc nowych miejsc pracy, po raz kolejny prowadzi nabór do pracy w sezonie letnim. Za zgodą Państwowej Inspekcji Pracy oferuje młodzieży pracę w swoich lokalach. zachęcając umową o pracę, atrakcyjnymi stawkami i elastycznym grafikiem godzin.

„Zarób na wakacje”, to jedna z inicjatyw realizowanych aktualnie przez naszą firmę. Tym razem zwracamy się z konkretną ofertą pracy wakacyjnej także do ludzi bardzo młodych  młodocianych w wieku 16-18 lat. Tradycyjnie na sezon letnich wakacji przygotowaliśmy dla nich ciekawą propozycję pracy. Możliwość zarobienia własnych pieniędzy, zdobycia pierwszych doświadczeń zawodowych, poznania ludzi i pracy w fajnym zespole – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Kłapa, dyrektor ds. korporacyjnych i zasobów ludzkich McDonald’s Polska.

Oferta pracy w okresie letnim to bardzo często zatrudnienie na umowy cywilnoprawne, a więc umowy o dzieło lub zlecenie. Inaczej jest w przypadku McDonald’s Polska. Firma oferuje zatrudnienie w oparciu o umowę o pracę.

O etat może się starać każda osoba już od 16. roku życia. Warunkiem jest posiadanie zaświadczenia od lekarza medycyny pracy o braku przeciwwskazań oraz zgoda rodziców lub opiekunów prawnych w przypadku osoby młodocianej.

– Tu rodzi się pytanie, w czym jesteśmy lepsi z naszą ofertą na rynku pracy. Przede wszystkim w tym, że oferujemy konwencjonalną umowę o pracę. Dotyczy to każdej osoby zatrudnionej, także tych pracujących w niepełnym wymiarze czasu pracy. Oferujemy godziwe zarobki, pracę w ciekawym zespole i co ważne, dajemy możliwość dopasowania grafiku do indywidualnych potrzeb. To atrakcyjna oferta nie tylko dla młodych osób, lecz także dla każdego zainteresowanego dłuższym zatrudnieniem – mówi Krzysztof Kłapa.

Ofert pracy młodzież może szukać m.in. w lokalnych urzędach pracy, ochotniczych hufcach pracy, bezpośrednio u wybranych pracodawców oraz w internecie. McDonald’s Polska wychodzi szukającym pracy naprzeciw.

Jedna z inicjatyw przygotowana dla rynku warszawskiego to dzień otwarty w naszych restauracjach. To nic innego jak wyjście naprzeciw kandydatom. Będziemy czekali w naszych restauracjach w środę 24 czerwca na wszystkich chętnych. Chcemy opowiedzieć o pracy, odpowiedzieć na pytania, pokazać restauracje oraz powiedzieć na czym praca będzie polegała – mówi Krzysztof Kłapa.

Polskie prawo zezwala na zatrudnianie osób młodocianych. Pracę może podjąć już osoba, która ukończyła 16. rok życia, może ona jednak wykonywać tylko prace lekkie. Nie może pracować dłużej niż 8 godzin dziennie. W przypadku, gdy dobowy wymiar czasu jest dłuższy niż 4,5 godziny, pracownikowi młodocianemu przysługuje wliczana do czasu pracy płatna przerwa trwająca nieprzerwanie pół godziny.

Rosną wymagania najemców nieruchomości komercyjnych

CEO Magazyn Polska

Najemcy nieruchomości komercyjnych mają coraz większe oczekiwania. Agencje nie mogą już tylko zarządzać budynkami, lecz muszą angażować się we współpracę z klientami i reagować na ich potrzeby. Z racji tego, że konkurencja jest bardzo duża, a koniunktura w dłuższej perspektywie niepewna, to właśnie dzięki relacjom z klientami mogą się wyróżnić.

Dawno już skończyły się czasy prostego zarządzania czy bycia administratorem nieruchomości. Nie świadczymy usług typowo zarządczych. Każdy z właścicieli oczekuje od nas bardzo proaktywnego podejścia i budowania wartości nieruchomości poprzez utrzymywanie nie tylko technicznego aspektu budynku, lecz przede wszystkim dobrych relacji z najemcami – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Muc, dyrektor działu zarządzania nieruchomościami w Savills Polska.

Jak podkreśla Muc, Polska jest dla agencji zarządzających nieruchomościami bardzo atrakcyjnym krajem. To zdecydowanie największy rynek w regionie i o ile nie wpłyną na to decyzje polityczne (jak stało się na Węgrzech), pozostanie takim przez kilka, a nawet kilkanaście najbliższych lat.

Dlatego w Polsce obecne są wszystkie największe europejskie agencje, a to z kolei powoduje bardzo ostrą konkurencję. Muc zauważa, że wprawdzie rozpoczęły się już procesy konsolidacyjne, ale na razie postępują one na niewielką skalę. Dlatego wciąż na rynku widać dużą rywalizację cenową, a dobre zarządzanie nieruchomościami, oparte nie tylko na korzystnej cenie, lecz także na bliskiej współpracy z najemcami, może być okazją do wyróżnienia.

To najemcy są największym dobrem zarówno dla właściciela, jak i dla nas – podkreśla Muc.

Dodaje, że konkurencja jest bardzo ostra również dlatego, że agencje zarządzające nieruchomościami działają na niskich marżach – zwykle wynoszą one poniżej 10 proc. Rynek będzie się jednak rozwijał, chociaż Muc zaznacza, że jest dużo niewiadomych.

Największe oczekiwania agencje mają wobec nieruchomości magazynowych. Logistyka ma się rozwijać m.in. dzięki coraz większej popularności e-handlu. To jednak równocześnie jest zagrożeniem dla sektora nieruchomości handlowych.

Jeśli chodzi o retail, to właśnie ze względu na wzrost handlu elektronicznego jest tam jakiś znak zapytania, aczkolwiek w horyzoncie paru lat wydaje się raczej niezagrożony. Również rynek powierzchni biurowych jest ciekawym segmentem. Coraz częściej mówi się o pracy w domu, powierzchniach niepozwalających na posadzenie 100 proc. pracowników, tylko 80-70 proc., w związku z tym możemy powiedzieć, że ciekawe czasy przed nami – ocenia Muc.

IDC Polska: Internet rzeczy w Polsce wciąż we wczesnej fazie rozwoju. Za 3 lata rynek będzie jednak wart przeszło 3 mld dol.

CEO Magazyn Polska

Rozwiązania technologiczne obejmujące rozmaite formy łączenia się urządzeń między sobą poprzez sieć www (tzw. internet rzeczy) są w Polsce na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Teoretycznie mogą mieć jednak bardzo szerokie zastosowanie: od monitoringu funkcji ludzkiego organizmu, przez nadzorowanie sprzętów gospodarstwa domowego, aż po kontrolę warunków w jakich odbywa się transport. Według firmy IDC Polska w 2018 roku krajowy rynek tego rodzaju rozwiązań będzie wart ponad 3 mld dol.

Polski rynek internetu rzeczy na razie jest w początkowym stadium rozwoju, ale rośnie dynamicznie. Według najnowszego raportu International Data Corporation (IDC) wartość krajowego rynku podwoi się z 1,5 mld dol. w 2014 r. do 3,1 mld dol. w 2018 r.

To bardzo wczesny etap rozwoju nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie – precyzuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Smulski, analityk IDC Polska. – Nową rzeczą jest to, że same urządzenia autonomicznie, bez ingerencji człowieka, komunikują się ze sobą i wymieniają informacjami.

Poszczególne branże w ramach IoT (Internet of Things) mają mieć jednak własną dynamikę wzrostu. Według IDC Polska największą kategorią będzie rynek rozwiązań do monitoringu floty, którego wartość za trzy lata w Polsce sięgnie 379 mln dol. Kolejne znaczące kategorie to inteligentne sieci energetyczne, działalność wytwórcza oraz zarządzanie zasobami produkcyjnymi.

Tak naprawdę możemy mówić o każdej aktywności biznesowej i personalnej człowieka – twierdzi Jarosław Smulski. – Praktycznie wszystkie obszary mogą być objęte nową technologią.

Najszybciej zainteresowanie internetem rzeczy będzie rosło, jak twierdzi analityk IDC Polska, w logistyce. Już teraz powstają czujniki stosowane w fazie wytwarzania produktu oraz sensory, w które są wyposażane ciężarówki rozwożące towary. Umieszczane losowo w wybranych miejscach rejestrują temperaturę, wstrząsy czy wilgotność. Gdy ładunek dojeżdża na miejsce, odbiorca może pobrać dane i sprawdzić, czy odpowiednie warunki usługi logistycznej zostały zachowane. W taki sam sposób mogą być monitorowane terminale oraz magazyny.

Wśród najszybciej rozwijających się w najbliższych latach obszarów zastosowań IoT będą również, zdaniem analityków IDC, inteligentne urządzenia domowe i produkty osobistego użytku. Wdrażania tej technologii podjęły się bowiem nie tylko dysponujące ogromnym budżetem na prace badawczo-rozwojowe potęgi, takie jak Apple, Samsung czy Huawei, lecz także młode, innowacyjne firmy. Przykładem może być inteligentny zegarek Pebble czy monitorujące stan organizmu, zintegrowane m.in. z biżuterią produkty Misfit. Jak wynika z cyklicznego raportu IDC „Worldwide Quarterly Wearable Device Tracker”, w ub.r. powstało na świecie 19,6 mln inteligentnych produktów. W br. ma ich być ponad dwa razy więcej (45,7 mln), a do 2019 roku – 126 mln. Bardzo szybko będzie się też rozwijał, jak wskazują autorzy raportu, obszar inteligentnych samochodów, budynków oraz cyfrowych ofert sklepowych.

Różnego rodzaju przedmioty noszone codziennie mogą jednocześnie przesyłać do odpowiedniej aplikacji dane dotyczące stanu zdrowia użytkownika, wykonanych treningów itp. – tłumaczy Jarosław Smulski. – Rzecz dotyczy także podłączonych do internetu samochodów. I wcale nie mówimy tu o pojazdach autonomicznych, tylko normalnych, które w dalszym ciągu prowadzi człowiek. One także mogą korzystać z różnego rodzaju czujników montowanych zarówno wewnątrz, jak i na przykład w drodze. Wymiana informacji między nimi spowoduje, że jazda stanie się łatwiejsza i bezpieczniejsza.

Zdaniem Jarosława Smulskiego trudno sobie w dziś wyobrazić dziedzinę życia, która nie mogłaby zostać zmieniona przez IoT.

Jest to technologia, która może zmienić praktycznie każdą dziedzinę naszego życia, dlatego jest tak istotna – uważa Smulski.– Może ona w bardzo wymierny sposób zmienić świat nie tylko IT, który dzisiaj znamy.

Koncerny farmaceutyczne coraz więcej wydają na reklamę leków

CEO Magazyn Polska

Eksperci z PharmaExpert szacują, że wartość sprzedaży leków tylko dla rynku aptecznego na koniec 2015 roku wyniesie blisko 30,3 mld zł. Będzie to 6,3 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2014 roku. Wraz ze wzrostem sprzedaży leków rosną również wydatki na reklamę. Tylko w pierwszym kwartale tego roku firmy z branży farmaceutycznej wydały na promocję ponad 262 mln zł, czyli o 5 proc. więcej niż w tym samym okresie 2014 roku – wynika z danych spółki Codemedia.

–  W I kwartale 2015 roku branża farmaceutyczna wydała trochę więcej niż w I kwartale 2014 o około 5 proc. Natomiast widać pewną zmianę, jeżeli chodzi o media. Tutaj niewiele – około 2 proc. – straciła telewizja, natomiast bardzo mocno zyskało radio – podkreślił w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Bieńko, prezes zarządu Codemedia.

Firmy z branży farmaceutycznej najchętniej wykorzystywały do promocji telewizję, inwestując w to medium 63 proc. budżetu marketingowego, czyli 166 mln zł. Wydatki na telewizję spadły o 12 proc. w stosunku do ostatniego kwartału 2014 roku, a w stosunku do okresu styczeń-marzec 2014 roku o 2 proc. Natomiast 19 proc. nakładów, czyli ponad 50 mln zł, dotyczyło reklamy radiowej. Wydatki wzrosły o 37 proc. w stosunku do IV kwartału 2014 roku i o aż 22 proc. w stosunku do I kwartału ubiegłego roku.

Stacje radiowe dają większe rabaty niż stacje telewizyjne i w efekcie otrzymały one trochę więcej z tortu reklamowego. Z drugiej jednak strony stacje radiowe próbują się dostosować do słuchaczy, którzy wielu reklam, np. środków na potencję czy hemoroidy, sobie nie życzą – dodaje Bieńko.

Według niego pozytywnie należy ocenić wzrost nakładów w internecie. Według danych Codemedia wydatki na internet pochłonęły 7 proc. budżetu, czyli ponad 17 mln zł. Jest to o 68 proc. wyższa kwota niż w okresie październik-grudzień 2014 i o 6 proc. w stosunku do pierwszego kwartału minionego roku.

Marketerzy zauważyli to, że internet jest w każdym momencie pod ręką. To nie jest już wyłącznie komunikacja za pomocą komputera. Mamy już bardzo dużo urządzeń mobilnych i praktycznie w każdym momencie z niego korzystamy, bo jest to jedno ze źródeł poszukiwania informacji – podkreśla Bieńko. Według niego internet w najbliższym czasie będzie wciąż zyskiwał.

W pierwszych miesiącach tego roku firmy farmaceutycznie najczęściej reklamowały środki przeciwprzeziębieniowe.

– Początek roku to jeszcze jest cały czas sezon przeziębieniowy. Do tego dochodzą środki odpornościowo-witaminowe, a także wspierające układ trawienny – dodaje prezes.

W jego ocenie wydatki na reklamę będą się nadal zwiększać, gdyż pojawia się na rynku coraz więcej firm i produktów, które silnie konkurują ze sobą.

Marże producentów leków OTC czy suplementów diety jeszcze cały czas pozostają na bardzo wysokim poziomie, stąd też istnieje potencjał dla nowych produktów. Przewiduję, że to będzie rosło, może już nie tak dynamicznie jak do tej pory, ale będzie to trend wzrostowy – uważa Bieńko.

Według niego cały rynek będzie rósł w tempie 5-10 proc. rok do roku.

Bieńko uważa również, że na rynku będą się pojawiać nowe odmiany tych samych produktów farmaceutycznych. Według niego widać to na przykładzie witamin, gdzie wcześniej były proponowane zestawy witamin, a teraz są zestawy witamin dla mężczyzn, osobno dla dzieci, a za chwilę zestaw uwzględniający wiek konsumenta.

Producenci będą dywersyfikowali i personalizowali produkty, tak by odpowiedzieć na potrzeby różnych podkategorii konsumentów – podsumowuje prezes.

Robert Zagożdżon: Prawdziwe sukcesy w życiu zawodowym i prywatnym odnoszą ludzie, którzy mają odwagę. Bez tej cechy, wszystkie inne przestają mieć znaczenie

CEO Magazyn Polska

Lepiej zaryzykować i przegrać niż postępując ostrożnie, zadowolić się zachowywaniem swojego status quo – powiedział nam przedsiębiorca i coach Robert Zagożdżon. Biznesmen, który sam odniósł spory sukces finansowy, uważa, że należy aktywnie badać granice swoich możliwości, by móc je w pełni wykorzystać.

Robert Zagożdżon jest m.in. twórcą wartych ponad 100 mln euro firm European Energy Center i Investment Union. Jak sam deklaruje, w biznesie kieruje się często wewnętrznym głosem serca i intuicją. Za klucz do sukcesu firmy uważa odwagę.

– To odwaga jest początkiem wszystkiego mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Zagożdżon, biznesmen, coach, właściciel spółki Energia dla Firm. – Żeby lepiej coś zrozumieć, dobrze jest spojrzeć na to z przeciwnej pozycji. Przeciwieństwem odwagi jest strach. Jeżeli nasze działania w życiu wynikają ze strachu, jeżeli motywacją jest strach, to poszukujemy automatycznie bezpieczeństwa, wygody i komfortu. Wtedy staramy się zachowywać swój status quo i nasze potencjalne osiągnięcia idą w tym kierunku. Osiadamy trochę na mieliźnie, a nie o to w nim chodzi…

Dlatego według niego lepiej czasami podjąć ryzyko i przegrać, niż pielęgnować stagnację i brak spełnienia w życiu. A potem podnieść się i podjąć wyzwanie bycia kreatorem, głównym aktorem w filmie pt. „ Moje Życie”.

– Jeżeli podejmujemy zbyt duże wyzwania, przekraczające nasze możliwości, to czasami przegrywamy. Ale jeżeli realizujemy tylko te niewielkie wyzwania, to tak naprawdę nigdy nie osiągniemy maksimum, raczej popadniemy w apatię. Odwaga, by zmienić swoje życie, by zacząć spełniać marzenia, być autentycznym, to droga do szczęścia.

Robert Zagożdżon, entuzjasta gry w golfa, uważa też, że gra ta daje możliwość poznania siebie i partnera biznesowego, dzięki czemu w ciągu kilku godzin wspólnej rozgrywki można się przekonać, czy ktoś będzie w relacjach biznesowych słowny, uczciwy, solidny, odważny i roztropny. Podczas klasycznej rozgrywki jest dość czasu oraz okazji, by zaobserwować, jak podejmuje on decyzje, a nawet jakimi motywacjami się kieruje.

– Po każdym uderzeniu, po każdym wyborze kija, miejsca i sposobu uderzenia widać, jakie wartości reprezentuje ten człowiek  zwraca uwagę biznesmen. – Dla tych 4-5 godzin, kiedy z nim gram, kiedy z nim obcuję, kiedy mamy wspólną drogę i podejmujemy różnego rodzaju decyzje, poznajemy się dość dobrze. Poznajemy swoje wartości, wiemy, na ile, kto jest zdolny ryzykować, na ile, kto jest uczciwy w tym, co robi, nie tylko w golfie, lecz także w życiu. Po prostu runda golfa jest odzwierciedleniem życia. Potrafię ze swojej rundy golfa bardzo wiele się o sobie dowiedzieć, podobnie o tych, z którymi gram.

Swoje przemyślenia właściciel spółki Energia dla Firm zawarł w książce „Bogiem a prawdą”. Jak tłumaczy, osoby z jego otoczenie chciały poznać jego sposób na życiowe i biznesowe spełnienie.

– Pozornie proste pytania i odpowiedzi na nie, to zawartość tej książki. Zachęcam moich czytelników do bycia autentycznym, prawdziwym, do bycia odważnym. A to wszystko poparte jest moimi osobistymi doświadczeniami i metamorfozą, którą przeszedłem. Stąd wiem, że wszystko w życiu jest możliwe i proste – jeśli tylko ma się odwagę i zdecyduje się na zmiany, na wybieranie drogi, która nie zawsze jest tą najkrótszą, ale za to prowadzi do spełnienia zawodowego i prywatnego.

USD trzyma kurs

Ostatnie doniesienia w sprawie epopei greckiej wskazują, że w poniedziałek odbędzie się awaryjne spotkanie Unii Europejskiej i Grecji. Obecnie nie znamy zbyt wielu szczegółów, jednak biorąc pod uwagę konfrontacyjną retorykę można się zastanawiać, czy w tym momencie możliwe jest osiągnięcie porozumienia.

Coraz częściej pojawiają się również realne argumenty za wyjściem Grecji z UE, ponieważ każde porozumienie oznacza, że Grecja skazana będzie na kolejną dekadę (lub dłużej) zmagania się z olbrzymim zadłużeniem.   Opublikowany ubiegłej nocy komunikat Bank of Japan, zasadniczo nawołujący do „przeczekania, nie wywołał większych reakcji na rynku. Bardziej interesująca była zapowiedź nowego harmonogramu posiedzeń i prognoz Bank of Japan, w ramach którego częstotliwość spotkań (na szczęście) zostanie zmniejszona, a częstotliwość prognoz wzrośnie – sporządzane będą w odstępach kwartalnych, a nie półrocznych.

Krok ten zainspirowany był wyraźnie działaniami Rezerwy Federalnej i ma więcej sensu, niż obecny system częstych posiedzeń. Nowy harmonogram wejdzie w życie od stycznia 2016 r.

Najważniejszym wydarzeniem od wczoraj jest brak kontynuacji sprzedaży USD po wyraźnie bardziej, niż przewidywano umiarkowanym posiedzeniu FOMC – czy oznacza to, że USD utrzyma kurs?

Na razie utrzymuje się pierwotne wsparcie w parze USD/JPY na poziomie 122,50, próba przełamania powyżej poziomu 1,1380 w parze EUR/USD nieoczekiwanie zaczyna być poddawana w wątpliwość, a para AUD/USD znajduje się znacznie poniżej oporu na poziomie 0,7820, który pokonała wczoraj.

Dla byków dolarowych z początkiem przyszłego tygodnia może pojawić się przekonująca formacja, o ile USD zdoła dziś przeprowadzić inteligentny i zdecydowany rajd.

Wykres: USD/CAD

Wczoraj w parze USD/CAD nastąpiło interesujące odwrócenie w górę w ramach formacji młota po przełamaniu do poziomu nowych lokalnych minimów. W efekcie dzisiejsze dane z Kanady stają się coraz bardziej interesujące, podobnie jak pytanie o kontynuację w górę, która dostarczyłaby jeszcze mocniejszych argumentów, niż lokalne minimum i umożliwiłaby powrót do maksimum przedziału w okolicach poziomu 1,2550 i dalej, do maksimów stulecia.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: po wczorajszej akcji jeszcze nie wiadomo, czy osłabienie USD się utrzyma, ponieważ waluta ta całkiem dobrze zniosła napływ nowych wiadomości – szczególnie interesujące byłoby dzisiejsze mocne zamknięcie.

EUR: niechęć rynku do dramatycznych ruchów jest zrozumiała ze względu na przedłużającą się niepewność w sprawie Grecji. Pytanie brzmi, czy ewentualne nieoczekiwane porozumienie w sprawie Grecji przyczyniłoby się do umocnienia euro na dłuższy czas, a nie jedynie w ramach automatycznej reakcji (być może z wyjątkiem pary EUR/CHF).

JPY: BoJ nie podał żadnych nowych informacji i w parze USD/JPY nastąpiło lekkie odbicie; para USD/JPY nie przełamała jednak pierwszego wsparcia na poziomie 122,50.

GBP: konsolidacja w parze GBP/USD po mocnym rajdzie powyżej poziomu 1,5900. Pierwsze wsparcie pojawia się na poziomie 1,5815, tj. na poziomie poprzedniego maksimum. Para EUR/GBP zachowuje się nadal ociężałe.

CHF: waluta zachowuje się spokojnie ze względu na podjętą w tym tygodniu decyzję Szwajcarskiego Banku Narodowego o niepodejmowaniu żadnych ruchów. Nadal istnieje potencjał spadku w przypadku rozstrzygnięcia problemu Grecji, mimo iż ryzyko będzie zdecydowanie dwukierunkowe w najbliższym czasie, jeżeli Grecja zdecyduje się na testowanie granic wytrzymałości UE/MFW i odmówi spłaty długu.

AUD: próba rajdu była niezbyt imponująca: para AUD/USD powróciła poniżej poziomu 0,7820, który wczoraj udało jej się przełamać. Słabe zamknięcie dzisiejszej sesji oznacza, że w przyszłym tygodniu można się spodziewać dalszych spadków.

CAD: to dziś jedyna waluta, której dotyczą interesujące dane: wczoraj pojawiła się solidna formacja młota po tym, jak fala wyprzedaży została gwałtownie odwrócona. Kontynuacja rajdu powyżej poziomu 1,2300 umożliwiłaby dalsze umocnienie w przyszłym tygodniu.

NZD: dane opublikowane ubiegłej nocy (ostatnie wyniki ankiety dotyczącej zaufania) okazały się ponownie słabe, jednak nieobecność dodatkowych transakcji kupna w parze AUD/NZD sugeruje, że deprecjacja NZD w najbliższym czasie w pewnych parach stanie się nadmierna i może wymagać konsolidacji.

SEK: przedział w parze EUR/SEK utrzymuje się z minimum na poziomie 9,17 – trudno powiedzieć, co może w tym momencie posłużyć za katalizator, aby zwiększyć zainteresowanie tą walutą. Spadek w parze NOK/SEK już niedługo wyczerpie swój potencjał pod względem wyceny.

NOK: wczorajsze posiedzenie Norges Bank okazało się znacznie bardziej umiarkowane, niż przewidywano, a NOK zareagowała na nie wyprzedażą. W najbliższym czasie mogą nastąpić dalsze spadki, jednak NOK staje się coraz tańsza pod względem wartości godziwej i potencjał tej waluty może być niewielki, o ile nie nastąpi nowa, duża wyprzedaż ropy.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Nowa Zelandia: wskaźnik zaufania konsumentów (ANZ) w czerwcu wyniósł 119,9 w porównaniu z odnotowanym w maju 123,9
  • Japonia: BoJ pozostawił cel podstawy monetarnej na obecnym poziomie, tj. 80 bln JPY rocznie

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Kanada: CPI w maju (12:30)
  • Kanada: sprzedaż detaliczna w kwietniu (12:30)
  • Stany Zjednoczone: wystąpienie Williamsa z Fed (15:40)
  • Stany Zjednoczone: wystąpienie Mester z Fed (16:45)

John J Hardy, Saxo Bank

saxo bank

Tusk zwołuje nadzwyczajny szczyt w sprawie Grecji

W czwartek uwagę inwestorów z powrotem zdominował temat Grecji. Zgodnie z informacjami przekazanymi przez szefa eurogrupy, Jeroena Dijsselbloema, w czasie wczorajszego spotkania ministrów finansów państw strefy euro, między Grecją a unijnymi instytucjami nie doszło do oczekiwanego przełomu. Zdaniem Disjsselbloema, „wciąż jest możliwe znalezienie porozumienia i przedłużenie programu przed końcem miesiąca, ale piłka znajduje się obecnie po stronie greckiej”. Ze względu na groźbę przekroczenia przez Grecję kolejnego terminu spłaty zobowiązań, szef Rady Europejskiej, Donald Tusk zwołał na poniedziałek nadzwyczajny szczyt, podczas którego politycy mają dyskutować o przedłużeniu programu pomocy finansowej dla Aten. Ekonomiści podkreślają jednak, że nawet jeśli dojdzie do porozumienia pomiędzy rządem Aleksisa Tsiprasa a unijnymi kredytodawcami, otrzymanie przez Grecję dodatkowych środków przed końcem miesiąca może stanąć pod znakiem zapytania – do ich przekazania wymagana jest bowiem zgoda niektórych parlamentów państw strefy euro.

Koniec tygodnia na rynku walutowym powinien upłynąć dosyć spokojnie. Rano zostały opublikowane informacje na temat inflacji PPI w Niemczech i salda rachunku bieżącego Eurostrefy. W ciągu dnia zza Oceanu napłyną natomiast wiadomości o dynamice inflacji CPI (prognoza 0.5% m/m i 0.8% r/r) oraz sprzedaży detalicznej (prognoza 0.7% m/m) w Kanadzie.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

saxo bank

Nowy Mercedes-Benz GLC

Druga generacja średniej klasy SUV-a Mercedes-Benz zmienia nazwę na GLC i robi wielki krok naprzód na wielu frontach: od strony technologicznej tradycyjnie dla marki wyróżnia się najwyższym standardem bezpieczeństwa, najnowocześniejszymi systemami wspomagającymi i niezrównaną wydajnością energetyczną. W porównaniu z poprzednikiem jego zużycie paliwa spadło do 19%. Unikalne w segmencie, wielokomorowe zawieszenie pneumatyczne AIR BODY CONTROL, wszechstronny program trybów jazdy DYNAMIC SELECT i stały napęd na obie 4MATIC nie tylko zwiększają komfort, ale również zwinność prowadzenia – bez względu na rodzaj nawierzchni pod kołami. Design GLC reprezentuje nowy rozdział języka zmysłowej przejrzystości, wiosną br. zademonstrowany przez prototyp GLC Coupé.

Projekt GLC przedkłada zmysłową przejrzystość i nowoczesną estetykę ponad klasyczny, terenowy wygląd. Dynamiczne, napięte linie wyrażają jego emocjonujący charakter, a jednocześnie zdradzają, jak będą wyglądać kolejne nowe SUV-y Mercedes-Benz. Ale GLC odcina się od swojego przodka, legendarnej Klasy G, wyłącznie pod względem designu. Od strony technologicznej ustanawia nowe wzorce we wszystkich dyscyplinach, a pod względem zdolności terenowych trzyma niezmiennie znakomity poziom.

Modna interpretacja luksusu

Wyrazisty przód nowego SUV-a z krótkim zwisem i szeroką, trójwymiarową osłoną chłodnicy przedzieloną dwiema listwami nawiązuje do udanego języka projektowania Mercedes-Benz. Opływowe lampy, opcjonalnie w pełni diodowe, tylko dodają mu pewności siebie – zwłaszcza nocą, gdy najlepiej widać ich charakterystyczny układ oświetlenia. Zderzaki ze zintegrowanymi osłonami występują w trzech wersjach: poza bazową dostępna jest odmiana zoptymalizowana pod kątem jazdy w terenie, wyróżniająca się większym kątem natarcia i zejścia (maksymalnie 31 i 25 stopni), a także zdecydowanie sportowy wariant AMG.

Z profilu GLC nawiązuje do aut z nadwoziem coupé – ma subtelnie opadającą linia szyb i głębokie przetłoczenie drzwi, biegnące w kierunku poszerzonych tylnych błotników. Jego elegancką, wydłużoną sylwetkę podkreśla powiększony o 118 mm rozstaw osi (2873 mm). Matowoczarne osłony nadkoli, koła o średnicy do 20 cali oraz opcjonalne stopnie progowe nie pozostawiają z kolei wątpliwości co do terenowych walorów nowego modelu.

W tylnym pasie dominują poziome kontury – przetłoczenia pokrywy bagażnika z nisko poprowadzoną krawędzią i szerokie diodowe lampy, poszerzające optycznie karoserię. Podobnie jak z przodu, także i tu oferowane są różne wersje zderzaka. Ponieważ wszystkie anteny zostały zintegrowane w z lusterkami bocznymi i spojlerem dachowym, zrezygnowano z montowanej dotychczas „płetwy” dachowej.

Wnętrze GLC: więcej klasy

Zmiana paradygmatu w obszarze designu dotyczy nie tylko wyglądu zewnętrznego. GLC awansował również pod względem wystroju kabiny, podążając śladem większego brata – GLE. Co istotne, nowa generacja modelu oferuje znacznie więcej miejsca dla podróżujących oraz na bagaż.

We wnętrzu GLC panuje przytulna atmosfera, a do jego wykończenia służą typowe dla Mercedesów, wysokiej jakości materiały, charakterystyczne dla ręcznie wykonywanych przedmiotów – skóra nappa, drewno o otwartych porach czy metalizowane okładziny, atrakcyjne tak samo z wyglądu, jak i w dotyku. Poczucie przestronności i doświetlenia zwiększa opcjonalny, panoramiczny szklany dach. Po zmroku zmysłowe kształty kokpitu podkreśla opcjonalne, nastrojowe oświetlenie w kilku odcieniach. Na życzenie dostępny jest również rozpylacz perfum z jonizatorem powietrza AIR-BALANCE.

Szczególną uwagę w kabinie GLC zwraca szeroka, opadająca płynnie konsola środkowa z trzema otworami wentylacyjnymi. Biegnie ona od wolnostojącego ekranu multimediów aż do podłokietnika. Dłoń kierowcy odruchowo trafia na nowy panel dotykowy, ergonomicznie zawieszony nad obrotowym kontrolerem systemu informacyjno-rozrywkowego. Podobnie jak w przypadku smartfona, pozwala on dotykowo sterować wszystkimi funkcjami multimediów. Umożliwia też intuicyjne, odręczne wprowadzanie liter, cyfr i znaków specjalnych. Metalizowana, „chłodna” oprawa instrumentów tworzy interesujący kontrast z pozostałymi, przytulnymi okładzinami, takimi jak drewno czy skóra.

Więcej przestrzeni, więcej frajdy, więcej komfortu

W porównaniu z poprzednikiem GLC zapewnia znacznie więcej przestrzeni w obu rzędach siedzeń. Dłuższe nadwozie efektywnie przekłada się na ilość miejsca we wnętrzu, i to w niemal wszystkich kierunkach – ze szczególnym uwzględnieniem komfortu podróżujących na tylnej kanapie. Dla przykładu, ilość miejsca na kolana wzrosła tam o 57 mm. Znacząco, bo również o 57 mm, poszerzono kabinę z przodu. To zasługa nie tylko szerszego o 50 mm nadwozia, ale również odpowiedniej architektury foteli. Oto krótkie porównanie głównych wymiarów GLK oraz GLC:

  GLK GLC
Bazowe wymiary nadwozia (mm)
Rozstaw osi 2755 2873 +118
Rozstaw kół p/t 1574/1597 1621/1617 +47/+20
Długość 4536 4656 +120
Szerokość 1840 1890 +50
Wysokość 1630 1639 +9
Wymiary wewnętrzne (mm)
Miejsce na nogi z tyłu 891 948 +57
Szerokość na wysokości bioder z przodu 1442 1499 +57
Szerokość na wysokości bioder z tyłu 1440 1474 +34
Szerokość na wysokości ramion z przodu 1401 1455 +54
Szerokość na wysokości ramion z tyłu 1408 1436 +28
Maks. przestrzeń nad głową z przodu 1057 1065 +8
Maks. przestrzeń nad głową z tyłu 1012 1005 -7

Nadwozie nowego modelu zapewnia też wygodniejsze wsiadanie i wysiadanie – pasażerowie drugiego rzędu foteli mają teraz do dyspozycji dodatkowe 34 mm przestrzeni na stopy.

Równocześnie wzrosła pojemność i funkcjonalność bagażnika. Oparcie tylnej kanapy jest dzielone w stosunku 40/20/40 i można ustawić je w pozycji przewozowej, zwiększając objętość przestrzeni bagażowej o 80-110 l, nawet do 580 l. Po całkowitym złożeniu GLC mieści nawet 1600 l bagażu, o 50 l więcej od poprzednika. Maksymalna długość bagażnika wynosi 1320 mm, a maksymalna szerokość – 1100 mm, o 150 mm więcej niż w GLK.

  GLK GLC
Wymiary przestrzeni bagażowej
Min. pojemność bagażnika w l 470 550 +80
Maks. pojemność bagażnika w l 1550 1600 +50
Maks. długość przestrzeni bagażowej w mm 890 930  +40
Maks. szerokość przestrzeni bagażowej w mm 1261 1389 +128
Min. szerokość przestrzeni bagażowej w mm 950 1100 +150
Tylne oparcie dzielone w proporcjach 60/40 40/20/40

Załadunek lub rozładunek ułatwia funkcja obniżenia krawędzi bagażnika o 40 mm, dostępna z opcjonalnym zawieszeniem AIR BODY CONTROL, oraz dostęp bezdotykowy HANDS FREE ACCESS, który umożliwia otwarcie tylnej klapy bez konieczności wciskania jakiegokolwiek przycisku – wystarczy ruch stopy pod zderzakiem.

Efektywność energetyczna

Mercedes-Benz zastosował kompleksowy pakiet działań mających na celu zwiększenie efektywności energetycznej i osiągów GLC. Całkiem nowe lub zmodyfikowane układu napędowe, znakomita aerodynamika i inteligentna, lekka konstrukcja – oto kluczowe czynniki stojące za wzorową wydajnością modelu. Zależnie od wersji, zużycie paliwa względem poprzednika spadło do 19%. Równocześnie, przy zachowaniu tej samej mocy, GLC ma lepsze osiągi. W chwili premiery rynkowej model będzie dostępny w czterech odmianach do wyboru:

  • GLC 220 d 4MATIC, diesel, 125 kW (170 KM)
  • GLC 250 d 4MATIC, diesel, 150 kW (204 KM)
  • GLC 250 4MATIC, benzynowy, 155 kW (211 KM)
  • GLC 350 e 4MATIC, hybryda plug-in, 155+85 kW (211+116 KM)
GLC 220 d 4MATIC GLC 250 d

4MATIC

GLC 250

4MATIC

Moc maks., kW/KM 125/170 150/204 155/211
Maks. moment obr., Nm 400 500 350
Zużycie paliwa (l/100 km) 5,0 – 5,5

(6,1 – 6,5)

5,0 – 5,5

(6,1 – 6,6)

6,5 – 7,1

(7,5 – 7,9)

∆ Zmiana w % -19 -19 -12
Emisja CO2 g/km 129 – 143

(159 – 169)

129 – 143

(159 – 169)

152 – 166

(173 – 180)

 ∆ Zmiana w % -19 -19 -12
0-100 km/h 8,3

(8,5)

7,6

(8,0)

7,3

(7,9)

Vmax km/h 210

(205)

 222

(210)

 222

(215)

() W nawiasach zamieszczono dane poprzednika

Wszystkie odmiany spełniają normę emisji spalin Euro 6 i są wyposażone w funkcję start/stop. Jako pierwszy model w segmencie, GLC będzie oferowany z hybrydowym napędem plug-in. Wariant GLC 350 e 4MATIC łączy zalety zwinnego SUV-a z napędem na obie osie ze sportowymi osiągami i wyjątkowo niskim zużyciem paliwa. Jego zespół napędowy osiąga moc systemową 155 + 85 kW (211 + 116 KM), w razie potrzeby pozwala na przyspieszenie od 0 do 100 km/h w 5,9 s lub umożliwia pokonanie dystansu do 34 km bez użycia jednostki spalinowej. Maksymalna prędkość pojazdu w trybie elektrycznym wynosi 140 km/h. Dzięki inteligentnej architekturze napędu hybrydowego jego bagażnik zachował wysoką pojemność (od 350 do 1445 l). Podobnie jak Klasa S w hybrydowej wersji plug-in, tak i GLC oferuje wszystkie charakterystyczne udogodnienia zwiększające komfort i wydajność, takie jak inteligentny system zarządzania napędem z programami jazdy, dotykowy pedał gazu czy wstępną wentylację kabiny.

  GLK 350 4MATIC GLC 350 e

4MATIC

∆ %
Moc maks., kW/KM 225/306 155+85

211+116*

+4,6
Maks. moment, Nm  370 560* + 51,4
Zużycie paliwa (l/100 km) 8,1 – 8,6 2,6 – 70
Emisja CO2 g/km 189 – 199 60 – 70
0-100 km/h 6,5 5,9  – 9,2

*moc systemowa/moment systemowy

Zmianie generacyjnej towarzyszy również awans pod względem aerodynamiki. Ze współczynnikiem oporu powietrza Cd równym 0,31 (GLK: 0,34) i oporem aerodynamicznym o wartości 0,794 (GLK: 0,87) GLC ustanawia nowe standardy w segmencie. Poza ogólnym kształtem karoserii za to wyjątkowe osiągnięcie odpowiadają dopracowane szczegóły, takie jak uszczelnienie wokół wlotu powietrza i przednich lamp, zasłona chłodnicy, wydłużony spojler dachowy czy zoptymalizowane osłony podwozia.

Kluczowym parametrem decydującym o komforcie jazdy, zwłaszcza podczas jazdy z wyższymi prędkościami, jest skuteczne wyciszenie kabiny. W tym celu inżynierowie Mercedes-Benz dopracowali przepływ powietrza pod podwoziem oraz uszczelnienie drzwi i okien – nie tylko w celu osiągnięcia jak najniższego poziomu natężenia dźwięku, mierzonego w dB, ale też uzyskania jak najbardziej harmonijnej akustyki. Oznacza to, że pewne zakresy częstotliwości ani elementy nie powinny odgrywać dominującej roli. Po przekroczeniu około 120 km/h takim dominującym czynnikiem jest szum wiatru, zagłuszający dźwięki spod maski i kół. O tym, że aeroakustycy wykonali swoje zadanie, świadczy porównanie GLC z Klasą E: mimo różnic w wysokości nadwozia oba modele w kategoriach obiektywnych i subiektywnych notują ten sam indeks hałasu wiatru WI. To bezwymiarowy parametr służący do oceny aeroakustyki.

Mimo znacznie większych wymiarów karoserii i bogatszego wyposażenia nowy model jest o 80 kg lżejszy od poprzednika. W głównym stopniu odpowiada za to zupełnie nowe nadwozie, ważące o 50 kg mniej od mniejszego GLK. To zasługa inteligentnego połączenia materiałów, w tym aluminium oraz wysoko- i ultrawysokowytrzymałej stali. Z aluminium wykonano m.in. drzwi, pokrywę silnika, dach i przedni pas, a także elementy zawieszenia. Ograniczenie masy nieresorowanej w pozytywnym stopniu wpłynęło przy okazji na komfort jazdy i zwinność prowadzenia. Opcjonalne, wielokomorowe zawieszenie pneumatyczne AIR BODY CONTROL korzysta z elementów sprężynujących wykonanych z lekkich, acz wytrzymałych tworzyw sztucznych wzmacnianych włóknem szklanym. W rezultacie układ waży mniej od porównywalnych rozwiązań. Wykorzystanie nowej, kompaktowej skrzyni rozdzielczej jako dodatkowego modułu i przekładni 9G-TRONIC z magnezową obudową pozwoliło obniżyć masę własną pojazdu względem poprzednika o 12 kg.

AIR BODY CONTROL: innowacyjna podróż powietrzna

Mercedes-Benz GLC jest seryjnie wyposażony w stalowe zawieszenie AGILITY CONTROL o selektywnej sile tłumienia. Jako jedyny model w segmencie występuje też z opcjonalnym, wielokomorowym zawieszeniem pneumatycznym z elektronicznie sterowaną, zmienną charakterystyką tłumienia. AIR BODY CONTROL łączy doskonałą stabilność i zwinność z optymalnym komfortem resorowania oraz wyśmienitymi zdolnościami terenowymi. Dzięki programowi DYNAMIC SELECT kierowca może wybrać jeden z kilku trybów jego pracy. W trybie Sport podróżujący GLC mają wrażenie, jakby podróżowali sportowym autem – sztywniejsze nastawy pozwalają osiągać wyższe przyspieszenia boczne, a prześwit zostaje obniżony o 15 mm (o 20 mm w Sport+). Tryb Comfort stawia na zgoła odmienne cechy: skupia się na komfortowej jeździe, z łagodnym zestrojeniem zawieszenia. Aby zapewnić maksymalne bezpieczeństwo jazdy, siły resorujące i tłumiące w ciągu zaledwie 60 ms reagują jednak na zmieniającą się sytuację, np. przeprowadzenie nagłego manewru.

GLC można też doposażyć w pakiet Off-Road Engineering. Układ AIR BODY CONTROL dysponuje wówczas programem terenowym z miększym zestrojeniem i możliwością zwiększenia prześwitu nawet o 50 mm (do prawie 230 mm).

Do zalet zawieszenia pneumatycznego należą również ograniczone przechyły nadwozia w zakrętach, automatyczna kontrola prześwitu i ułatwiająca załadunek lub rozładunek funkcja obniżenia progu bagażnika.

Przeniesienie napędu: dynamika i komfort à la carte

Nowy GLC standardowo dysponuje systemem trybów jazdy DYNAMIC SELECT z pięcioma programami do wyboru: ECO, COMFORT, SPORT, SPORT+ oraz INDIVIDUAL. Opcjonalnie dostępny jest też wspominany pakiet Off-Road Engineering, który oferuje do 5 dodatkowych ustawień, m.in. na śliską nawierzchnię (Slippery), do jazdy terenowej po piachu lub żwirze (Off-road), do pokonywania podjazdów lub zjazdów (Incline) oraz holowania przyczepy (Trailer). W samochodach z zawieszeniem AIR BODY CONTROL kierowca ma również do dyspozycji program ostatniej szansy – Rocking Assist, służący np. do wyjeżdżania z zaspy. Po jego uruchomieniu zawieszenie podnosi się o 50 mm, podnosi się też próg działania kontroli trakcji. Dodatkowo, pakiet Off-Road Engineering obejmuje wytrzymałą osłonę podwozia Gemtex, oraz system DSR (Downhill Speed Regulation), automatycznie utrzymujący zadaną prędkość na stromych zjazdach, a w przypadku zawieszenia stalowego wiąże się ze zwiększeniem prześwitu o 20 mm.

Działanie wszystkich trybów jazdy DYNAMIC SELECT obrazują wizualizacje na centralnym ekranie multimediów. Szczególnie atrakcyjny jest interfejs off-roadowy z szeregiem parametrów podawanych w czasie rzeczywistym, takich jak nachylenie drogi czy kąt skrętu kierownicy.

Wszystkie odmiany GLC są seryjnie wyposażone w stały napęd na cztery koła 4MATIC z bazowym rozdziałem momentu obrotowego między osiami w stosunku 45:55. W połączeniu z systemami kontroli stabilność i trakcji ESP®, ASR oraz 4ETS zapewnia on przewidywalne prowadzenie w każdych warunkach. Wielotarczowe sprzęgło w centralnym dyferencjale jest wstępnie obciążone momentem blokującym obie osie o wartości 50 Nm, przyczyniając się do znacznej poprawy trakcji i stabilności.

Standardem wersji GLC 220 d 4MATIC, GLC 250 d 4MATIC oraz GLC 250 4MATIC jest 9-stopniowa przekładnia automatyczna 9G-TRONIC z przekładnią hydrokinetyczną. Program DYNAMIC SELECT pozwala w całości wykorzystać jej potencjał – zależnie od wybranego trybu jazdy zmiana biegów odbywa się w sposób żywiołowy lub stonowany. W czasie dynamicznej jazdy przełożenia załączane są w imponującym tempie i dobierane perfekcyjnie, a podczas niespiesznej podróży autostradą kolejne biegi „wchodzą” wcześniej, łagodnie, niemal niezauważalnie. Wariant GLC 350 e 4MATIC, podobnie jak wszystkie hybrydowe Mercedesy, ma zaopatrzony w najnowszą odmianę skrzyni 7G-TRONIC PLUS, zoptymalizowaną specjalnie pod kątem napędu hybrydowego. I ta konstrukcja wyróżnia się wysoką sprawnością i znakomitą wydajnością, a jednocześnie zapewnia nienaganny komfort zmiany biegów.

Mercedes-Benz Intelligent Drive: anioł stróż na pokładzie

Nowy GLC jest dostępny praktycznie ze wszystkimi systemami wspomagającymi kierowcę znanymi już z Klas C, E i S. W ramach koncepcji Intelligent Drive łączą one informacje pochodzące z różnych czujników, istotnie zwiększając zarówno bezpieczeństwo, jak i komfort. Standardowe wyposażenie modelu obejmuje m.in. system antykolizyjny COLLISION PREVENTION ASSIST PLUS, układ przeciwdziałania skutkom bocznego wiatru Crosswind Assist, asystent przednich lamp Headlamp Assist oraz system monitorowania koncentracji kierowcy ATTENTION ASSIST. Pakiet Driving Assistance Plus obejmuje dodatkowo kompleksową gamę systemów bezpieczeństwa czynnego: aktywny tempomat DISTRONIC PLUS z funkcjami Steering Assist i Stop&Go Pilot, układ PRE-SAFE® Brake z rozpoznawaniem przechodniów, BAS PLUS z funkcją reagowania na ruch poprzeczny Cross-Traffic Assist, asystentów martwego pola i pasa ruchu Active Blind Spot Assist i Active Lane Keeping Assist oraz układ prewencyjny PRE-SAFE® PLUS. Ten ostatni zapewnia teraz również dodatkową ochronę w przypadku kolizji polegającej na uderzeniu w tył poprzedzającego pojazdu – za pomocą radaru w tylnym zderzaku wykrywa ryzyko takiego zdarzenia, ostrzega pojazdy z tyłu, uruchamiając światła awaryjne o zwiększonej częstotliwości migania, aktywuje wstępne środki ochrony podróżujących i uruchamia hamulce samochodu w celu zmniejszenia przeciążeń występujących w czasie wypadku. Układ rozpoznawania znaków drogowych Traffic Sign Assist monitoruje nie tylko ograniczenia prędkości, ale też zakazy wjazdu i wyprzedzania. W egzemplarzach wyposażonych w inteligentne reflektory diodowe LED ILS (Intelligent Light System) system Adaptive Highbeam Assist Plus pozwala bez przerwy używać świateł drogowych – pojazdy nadjeżdżające z przeciwka maskuje w stożku światła. Manewry parkowania ułatwia system kamer 360°, ukazujący widok otoczenia samochodu z różnych stron, oraz układ Active Parking Assist z funkcją automatycznego zajmowania miejsc prostopadłych i równoległych.

Korzystny wpływ na bezpieczeństwo jazdy ma również udoskonalona ergonomia i prostsza obsługa instrumentów. Do zawiadywania wszystkimi istotnymi funkcjami służy intuicyjny kontroler obrotowy lub panel dotykowy. Poszczególne ustawienia są prezentowane na dużym, kolorowym wyświetlaczu, a do bezpośredniego wywołania najważniejszych systemów bezpieczeństwa służą klawisze po lewej stronie kierownicy.

Zupełną nowością jest wyświetlacz typu head-up (HUD), który na przedniej szybie pokazuje wszelkie kluczowe informacje dotyczące jazdy: prędkość wraz z jej ograniczeniami, instrukcje nawigacji i parametry działania aktywnego tempomatu DISTRONIC. W efekcie kierowca musi rzadziej odrywać wzrok od drogi.

Zgodnie z tradycją Mercedes-Benz, nadwozie GLC tworzy solidne podstawy dla zapewnienia najwyższej ochrony podróżujących w czasie wypadku. Wysokowytrzymała kabina pasażerska jest otoczona specjalnie zaprojektowanymi i przetestowanymi strefami zgniotu, łączącymi odlewy aluminiowe i ultrawysokowytrzymałe materiały. Poza 3-punktowymi pasami bezpieczeństwa z pirotechnicznymi napinaczami o odwracalnym działaniu, wyposażonymi w ograniczniki siły napięcia, o bezpieczeństwo bierne kierowcy i pasażerów dba zestaw poduszek powietrznych: czołowe, boczne z przodu, nowo opracowane kurtyny dla obu rzędów siedzeń, opcjonalne poduszki boczne z tyłu oraz poduszka kolanowa dla kierowcy.

Siedzenie przedniego pasażera można dodatkowo zaopatrzyć w funkcję automatycznego rozpoznawania fotelika dziecięcego, która zamiast transpondera wykorzystuje matę ważącą. W efekcie współpracuje z dowolnym fotelikiem – po jego zainstalowaniu automatycznie odłącza poduszkę czołową pasażera i aktywuje ją z powrotem, gdy fotelik zostanie zdemontowany.

Różnorodność i indywidualizm – bogata oferta GLC

Nowy SUV spod znaku trójramiennej gwiazdy będzie dostępny w czterech liniach wyposażenia: bazowej, EXCLUSIVE, AMG Line oraz Off-Road Exterior. Klienci otrzymają do wyboru atrakcyjne zestawy stylizacyjne, korzystne pakiety wyposażenia, 12 odcieni karoserii oraz 15 wzorów obręczy o średnicy do 20 cali, a także szerokie możliwości indywidualizacji kabiny. W chwili premiery do sprzedaży trafi limitowana wersja Edition 1 z 20-calowymi obręczami w kolorze tytanowym, pakietem AMG Exterior Line, czarną podsufitką oraz skórzaną tapicerką designo nappa w dwóch odcieniach do wyboru.

Podobnie jak Klasy C, E i S, nowy GLC będzie dostępny z wachlarzem usług Mercedes connect me. Ich lista obejmuje m.in. pomoc w razie wypadku lub awarii oraz aplikację na smartfona pozwalająca sprawdzać lokalizację pojazdu i różne jego parametry, np. zamknięcie drzwi czy poziom paliwa w zbiorniku i dostępny zasięg.

Mercedes-Benz GLC trafi do sprzedaży w Europie w połowie września br. W Niemczech jego ceny będą startować z poziomu poprzednika – od 44 506 euro.

Wynajem długoterminowy – na czym polega i jakie są jego korzyści?

Jak wynika z najnowszych danych opublikowanych przez PZWLP, organizację skupiającą największe i najważniejsze w Polsce firmy wynajmujące i leasingujące samochody, po pierwszym kwartale tego roku w wynajmie długoterminowym znalazł się co piąty (20 proc.) nowo zakupiony przez firmy samochód osobowy oraz blisko co trzecie (30,8 proc.) nowe leasingowane auto osobowe w Polsce. Łączna flota samochodów w usługach wynajmu długoterminowego, wynosi obecnie około 130,5 tys. aut.

Rynek wynajmu długoterminowego rośnie w naszym kraju od kilku lat w tempie 10-12 proc. rocznie. Po I kwartale bieżącego roku branża odnotowała po raz kolejny bardzo wyraźny wzrost. Już w pierwszych trzech miesiącach roku dynamika wzrostu wyniosła 3,6 proc. i była wyższa o 0,6 punktu procentowego w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.

Nie trzeba mieć, by korzystać

Zarówno sama formuła jak i poszczególne rozwiązania w zakresie leasingu i wynajmu długoterminowego dają firmom spore korzyści. Podejście, które oszczędnie można wyrazić w kilku słowach „nie trzeba mieć, by korzystać” powoli, aczkolwiek systematycznie, umacnia się w świadomości przedsiębiorców. Eksperci prognozują, że w perspektywie kilkunastu najbliższych lat polski rynek upodobni się do Europy Zachodniej, gdzie w wynajmie długoterminowym znajduje się 70-80 proc. wszystkich leasingowanych aut, a także zdecydowana większość ogółu aut służbowych.

Firmy zajmujące się leasingiem i wynajmem długoterminowym aut oferują przedsiębiorcom pełen wachlarz możliwości w zakresie finansowania floty samochodów służbowych. Każdy przedsiębiorca chcący rozpocząć współpracę z dostawcą usług CFM powinien dokładnie przeanalizować swoje potrzeby w zakresie wykorzystywania pojazdów firmowych. Dzięki temu będzie mógł otrzymać ofertę, która będzie rozwiązaniem „skrojonym na miarę” – mówi Bartosz Olejnik, Dyrektor Sprzedaży Carefleet S.A.

Firmy z sektora CFM, proponują szereg rozwiązań obejmujących zarówno leasing w kilku wariantach, jak i długoterminowy wynajem. Zasadniczą różnicą między nimi jest to, że w przypadku tradycyjnego leasingu klient wykupuje pojazd po umowie, natomiast w przypadku wynajmu długoterminowego oddaje auto finansującemu (opcjonalnie istnieje możliwość wykupu pojazdu).

Wynajem długoterminowy – na czym polega i jakie są jego korzyści?

Wynajmem długoterminowy to bardzo wygodna forma korzystania z floty samochodów przez firmy. Najważniejszą zaletą jest możliwość dysponowania pojazdami bez konieczności ich zakupu. Przy umowie najmu długoterminowego, wynajmujący oddaje bowiem przedsiębiorcy – najemcy pojazd do użytkowania na ściśle określony czas, z reguły od minimum 24 do 60 miesięcy i ustalony przez strony roczny przebieg pojazdu, a w zamian za korzystanie z niego najemca płaci miesięczne czynsze uzgodnione w umowie, które pokrywają wszystkie, ustalone przez strony koszty związane z eksploatacją samochodu.

Firmy mogą skorzystać także z dodatkowych usług w praktyce zupełnie zdejmujących z nich ciężar zarządzania wynajętymi pojazdami, ich obsługą i serwisowaniem. Oferowana przez Carefleet opcja Full Service Leasing obejmuje pełen pakiet usług dodatkowych, takich jak obsługa techniczna, serwis i wymiana ogumienia, Assistance z pojazdem zastępczym, ubezpieczenie i likwidacja szkód, karty paliwowe oraz szeroki wachlarz raportów – mówi Bartosz Olejnik, Dyrektor Sprzedaży Carefleet S.A..

Znaczącą korzyścią dla Klientów jest również zminimalizowanie działań administracyjnych w obszarze zarządzania wynajmowanymi pojazdami. Wszystkie czynności związane z zamówieniem samochodów u dostawcy, rejestracją pojazdów, przygotowaniem do wydania, jak również ze zdaniem i sprzedażą aut po zakończonych kontraktach znajdują się po stronie wynajmującego – dodaje Bartosz Olejnik, Dyrektor Sprzedaży Carefleet S.A..

Wynajem długoterminowy jest najczęściej wybierany w sytuacji, gdy firma potrzebuje utworzyć flotę samochodową bez nadwyrężania budżetu przedsiębiorstwa. Nie musi więc korzystać z kredytu, nie musi opłacać czynszu inicjalnego wymaganego przy umowach leasingu. Ponadto z podatkowego punktu widzenia, miesięczne czynsze za wynajem długoterminowy samochodu można traktować jako koszty uzyskania przychodu, przysługuje również prawo do odliczenia części podatku VAT, a wynajmowany pojazd nie musi być  wykazywany jako środek trwały w księgach rachunkowych najemcy.

 

Zniesienie procedury nadmiernego deficytu wobec Polski

Rada Ecofin przyjęła 19 czerwca 2015r. decyzję, która kończy procedurę nadmiernego deficytu wobec Polski. Tym samym Polska zredukowała nadmierny deficyt o rok wcześniej niż było to rekomendowane przez Radę. Świadczy to o skuteczności strategii rządu i podejmowanych przez niego działań.

 

Zniesienie procedury nadmiernego deficytu wobec PolskiW 2009 r. Rada stwierdziła występowanie w Polsce nadmiernego deficytu i zaleciła jego skorygowanie do poziomu poniżej 3% PKB. Obecnie, mając na uwadze wyniki prognoz Komisji Europejskiej opublikowanych w maju br., przekazanej przez Polskę notyfikacji fiskalnej z kwietnia br. oraz informacje zawarte w dokumencie Program konwergencji. Aktualizacja 2015, Rada Ecofin kończy obowiązującą wobec Polski przez 6 lat procedurę nadmiernego deficytu.

Po zakończeniu procedury działania rządu będą zorientowane na dalsze ograniczanie nierównowagi finansów publicznych w sposób niezagrażający średniookresowym perspektywom rozwoju kraju. Jej zakończenie oznacza możliwość kształtowania polityki fiskalnej w sposób bardziej adekwatny do sytuacji gospodarczej, choć wciąż w ramach ograniczeń wynikających z prawa krajowego i unijnego (w szczególności stabilizującej reguły wydatkowej oraz wymogów ścieżki prowadzącej do średniookresowego celu budżetowego). Jak podkreśla Minister Mateusz Szczurek: „Ramy polityki wydatkowej ogranicza obowiązująca od tego roku reguła wydatkowa, która mówi, ile sektor finansów publicznych może wydać w danym roku. Jednak w sytuacji, kiedy deficyt spada poniżej 3 proc. PKB skala ograniczania wydatków zmniejsza się, co daje pewną swobodę, ale jednocześnie nie jest to zmiana, która pozawalałaby na gigantyczne wydatki publiczne.”

Zakończenie procedury nadmiernego deficytu będzie się również wiązać ze wzrostem wiarygodności Polski. W przyszłości może to skutkować podwyższeniem ratingu Polski i będzie sprzyjać poprawie wyników gospodarki w średnim i długim okresie.

W 2014 r. deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych w Polsce wyniósł 3,2% PKB, a przekroczenie wartości referencyjnej wynoszącej 3% PKB wynikało wyłącznie z poniesionego w tym roku kosztu wdrożenia systemowej reformy emerytalnej z 1999 r. (0,4% PKB). Dług sektora osiągnął natomiast 50,1% PKB, znacznie poniżej wartości referencyjnej wynoszącej 60% PKB. Jednocześnie prognozy Komisji Europejskie świadczą o zapewnieniu trwałej redukcji deficytu, który w latach 2015-16 obniży się odpowiednio do 2,8% PKB oraz 2,6% PKB. Dług sektora pozostanie z kolei znacznie poniżej 60% PKB.

Zgodnie z danymi Komisji Europejskiej, zagregowany deficyt państw Unii Europejskiej w 2014 r. wyniósł 2,9 PKB, a strefy euro 2,4% PKB. Deficyt w Polsce był zatem zbliżony do średniej unijnej, a skorygowany o koszty systemowej reformy emerytalnej (tj. porównywalny z krajami, które nie wdrożyły emerytalnego funduszu kapitałowego) był od niej lepszy. Jednocześnie, dług sektora w 2014 r. był w Polsce istotnie niższy zarówno od średniej unijnej (88,4% PKB), jak i średniej państw strefy euro (94,2% PKB).

Procedurą nadmiernego deficytu  objętych jest 10 państw, UE w tym 8 państw strefy euro: Irlandia, Portugalia, Słowenia (termin redukcji do 2015 r.), Hiszpania, Grecja, Cypr (do 2016 r.), Francja (do 2017 r.) oraz Finlandia (wobec której dopiero otwarto procedurę) oraz 2 spoza strefy euro – Chorwacja (do 2016 r.) i Wielka Brytania (do roku finansowego 2016-17).

 

Mieszkaniowy rynek pierwotny wciąż na wysokich obrotach

Najnowsza informacja GUS, prezentująca wstępne wyniki budownictwa mieszkaniowego w okresie od stycznia do maja bieżącego roku, jest dokładnym odwzorowaniem trendów obowiązujących od szeregu miesięcy w pierwotnym segmencie krajowej mieszkaniówki. W dalszym ciągu więc inwestorzy nie zwalniają wysokiego tempa uruchamiania nowych inwestycji oraz pozyskiwania kolejnych pozwoleń na budowę.

Zwyczajowo już najbardziej spektakularny wymiar prezentują gusowskie dane o liczbie mieszkań, których budowę rozpoczęto. W kwietniu br., deweloperzy ruszając z budową 9152 lokali, wyrównali praktycznie wieloletni rekord analogicznego miesiąca 2012 roku. Wynik majowy był o zaledwie 9 proc. gorszy, jednocześnie jednak o ponad 40 proc. lepszy od maja ubiegłego roku – tłumaczy Jarosław Jędrzyński z portalu RynekPierwotny.pl.

W sumie w okresie pierwszych pięciu miesięcy 2015 roku w ramach wszystkich czterech form budownictwa mieszkaniowego (indywidualne, przeznaczone na sprzedaż, spółdzielcze oraz pozostałe) rozpoczęto budowę prawie 66 tys. mieszkań, z czego udział deweloperów przekraczając połowę tej liczby był po raz kolejny największy. Wynik ten był w sumie wyższy od uzyskanego w analogicznym okresie 2014 roku o ponad 12 proc., natomiast w przypadku samych deweloperów o blisko jedną trzecią.

W przypadku inwestorów budujących na sprzedaż obecna sytuacja nieco przypomina tę z okresu bezpośrednio poprzedzającego przed ponad trzema laty wejście w życie ustawy deweloperskiej – tłumaczy analityk portalu RynekPierwotny.pl. Analogia polega na tym, że wówczas przyśpieszenie rozpoczynania nowych budów wymuszała sama ustawa, obecnie zaś jej planowana nowelizacja. Przewiduje ona bowiem ewentualność likwidacji otwartych rachunków powierniczych, co z punktu widzenia deweloperów jest perspektywą nie tylko mało obiecującą, ale wręcz zdecydowanie niepożądaną.

Tego typu regulacja, jeśli faktycznie zostanie uchwalona, podniesie koszt budowy mieszkania deweloperskiego o co najmniej 5 proc. Stąd też nakręcanie spirali nowych inwestycji przez deweloperów jest prawdopodobnie po części spowodowane intencją uruchomienia możliwie dużej liczby inwestycji, które nie będą podlegać treści znowelizowanej ustawy. Niewykluczone zatem, że w perspektywie kilku miesięcy obecny deweloperski boom inwestycyjny nieco wytraci impet.

W ostatnich czasach do najmocniejszych stron gusowskich danych sygnalnych budownictwa mieszkaniowego należą statystyki dotyczące nowych pozwoleń na budowę. Także w tym punkcie w maju nie nastąpiła istotna zmiana. W sumie ich liczba przekroczyła od początku roku 70 tys., co jest wynikiem lepszym od uzyskanego w analogicznym okresie 2014 roku o ponad 13 proc.

Ponad połowa całkowitej liczby nowych pozwoleń na budowę została wypracowana przez deweloperów. W samym maju wystarali się oni o ponad 8,3 tys. takich decyzji, co oznacza wynik lepszy o 60 proc. rdr oraz o prawie 15 proc. mdm. Jest to o tyle istotne, że pozwolenia są podstawowym parametrem oceny przez deweloperów potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach. Jak widać, wciąż jest ona bardzo wysoka.

Natomiast wciąż nie widać przełomu w nieco kulejących od początku roku danych dotyczących mieszkań oddanych do użytkowania. Być może za pierwszą jaskółkę poprawy sytuacji można uznać majowy wynik deweloperów na poziomie 4,1 tys. mieszkań, lepszy od uzyskanego przed rokiem o ponad 28 proc., i w podobnej skali przekraczający wynik kwietnia br. Od czterech miesięcy krzywa obrazująca deweloperskie statystyki mieszkań oddawanych do użytku zaczyna dość wyraźnie odbijać, co jest najprawdopodobniej zwiastunem wyraźniejszej poprawy w drugiej połowie roku. Tego typu prognozę uzasadnia dość mocne przyśpieszenie nowych inwestycji deweloperskich w połowie 2013 roku, a więc w początkowym okresie dziś dobiegającego końca cyklu inwestycyjnego.

Majowa informacja GUS o stanie budownictwa mieszkaniowego w Polsce po raz kolejny nie przyniosła żadnych większych niespodzianek. Potwierdziła natomiast wciąż doskonałą koniunkturę rynkową w jej części inwestycyjnej, wynikającej z jak najlepszych – jak się wydaje – perspektyw trwającego cyklicznego ożywienia w pierwotnym segmencie krajowej mieszkaniówki.

Jedynym istotnym elementem, który już w perspektywie kilku miesięcy może nieco zakłócić proces dalszej ekspansji inwestycyjnej deweloperów, jest nowelizacja ustawy o pomocy państwa w nabyciu pierwszego mieszkania przez młodych ludzi, czyli popularnego MdM-u. W noweli ma się bowiem znaleźć zapis o rozszerzeniu programu na rynek wtórny, co najprawdopodobniej w mniejszym lub większym stopniu ograniczy popyt na mieszkania z pierwszej ręki, mieszczące się w limitach MdM. Tym bardziej, że choćby w związku z rosnącym udziałem własnym kredytów mieszkaniowych, znaczenie i popularność rządowego programu kredytów preferencyjnych w bliższej i dalszej perspektywie powinny rosnąć.

Jarosław Jędrzyński
RynekPierwotny.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 19.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 19.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Zmiany w Zarządzie Europy i Open Life

Rada Nadzorcza TU Europa i TU na Życie Europa w dniu 18 czerwca 2015 r. oraz Rada Nadzorcza Open Life TU Życie w dniu 17 czerwca br. zdecydowały o zmianie składu Zarządów towarzystw.

Naszym celem jest wzmocnienie spółek dzięki zbudowaniu silnego zespołu zarządczego o wyjątkowych kompetencjach i doświadczeniu. Pozwoli to na trwały rozwój spółek – mówi Marat Nevretdinov, powołany na stanowisko Prezesa Zarządu TU Europa i TU na Życie Europa.

Grupa Europa oraz Open Life to innowacyjne i mocno wyspecjalizowane firmy na polskim rynku ubezpieczeniowym. Open Life TU Życie S.A. wznowiło działalność w 2011 r., a TU Europa prawie od początku posiadało 51% udziałów w tej spółce.

W 2014 r. Open Life był drugą, a TU na Życie Europa dziesiątą największą firmą na rynku ubezpieczeń życiowych w kategorii przypisu składki (z przypisem odpowiednio 2,3 mld zł i 1 mld zł wg PSR). Jednocześnie TU Europa, ze sprzedażą na poziomie 900 mln zł (wg PSR) było ósmym największym towarzystwem wśród ubezpieczycieli majątkowych (dane wg PIU).

– Połączenie Zarządów stworzy obu spółkom możliwości dalszego rozwoju – mówi Krzysztof Bukowski, Prezes Zarządu Open Life TU Życie.

Od dnia 19 czerwca skład Zarządów spółek będzie następujący:

TU Europa i TU na Życie Europa:
  • Jacek Podoba (do dnia 31 lipca 2015 r. Prezes Zarządu)
  • Marat Nevretdinov (obecnie Wiceprezes, powołany na stanowisko Prezesa Zarządu od 1 sierpnia 2015 r.)
  • Ewa Lipińska (Wiceprezes Zarządu)
  • Izabela Śliwowska (Wiceprezes Zarządu)
  • Krzysztof Bukowski (Wiceprezes Zarządu)
Open Life TU Życie:
  • Krzysztof Bukowski (Prezes Zarządu)
  • Ewa Lipińska (Wiceprezes Zarządu)
  • Izabela Śliwowska (Wiceprezes Zarządu)
  • Przemysław Guberow (Wiceprezes Zarządu)
  • Piotr Nowak (Wiceprezes Zarządu)

Marat Nevretdinov – Od 2013 r. w TU Europa i TU na Życie Europa odpowiada za rozwój obszaru sprzedaży i produktów oraz wytyczenie nowych kierunków biznesu. Przez poprzednie 4 lata pełnił funkcję Dyrektora Zarządzającego spółki Genworth Financial w Polsce. W branży finansowej obecny od 2004 r. Jest absolwentem MGIMO (Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych) oraz studiów European MBA w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. L. Koźmińskiego w Warszawie.

Ewa Lipińska – W latach 2006-2011 pełniła funkcję Członka Zarządu AIG Bank Polska SA. Z branżą finansową jest związana od 1994 r. Jest absolwentką Wydziału Handlu Zagranicznego SGPiS (obecnie Szkoła Główna Handlowa) oraz wielu specjalistycznych programów szkoleniowych z obszaru finansów i zarządzania ryzykiem rynkowym, aktywami i pasywami banku, instrumentów pochodnych oraz kontrolingu.

Krzysztof Bukowski – Od lipca 2011 roku na stanowisku Prezesa Zarządu w Open Life TU Życie. Ukończył matematykę ogólną na Wydziale Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Jest licencjonowanym aktuariuszem oraz członkiem rzeczywistym Polskiego Stowarzyszenia Aktuariuszy. W latach 1996 – 2001 pracował w TUnŻ Warta S.A., w latach 2005 – 2007 zajmował stanowisko Dyrektora Biura Zarządzania Produktami w PZU Życie S.A., a w latach 2008 – 2010 był Członkiem Zarządu MetLife TUnŻ S.A.

Izabela Śliwowska – Do Open Life TU Życie S.A. dołączyła w październiku 2011 r. Jest prawnikiem, absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Od 13 lat w branży ubezpieczeniowej. W latach 2001-2010 była związana z PZU Życie S.A. i PZU S.A., gdzie odpowiadała za rozwój oferty produktów ochronnych i inwestycyjnych oraz za zarządzanie tymi produktami. Od 2010 roku jest związana z Getin Noble Bankiem S.A. gdzie na stanowisku Zastępcy Dyrektora Zarządzającego odpowiada za rozwój produktów.

Piotr Nowak – Od początku zaangażowany w projekt powołania do życia Open Life TU Życie S.A. Jest prawnikiem, absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego. Z branżą ubezpieczeniową związany od 1993 roku. Lata 2001 – 2011 spędził w Grupie Ubezpieczeniowej Europa, najpierw jako Dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Majątkowych i Osobowych, a następnie jako Dyrektor Pionu Ubezpieczeń Majątkowych i Pionu Ubezpieczeń Życiowych. Od ponad 11 lat zajmuje się wyłącznie Bancassurance.

Przemysław Guberow – W Open Life TU Życie S.A. od początku jego powstania. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie na kierunku finanse i bankowość. W grupie Getin pracuje od 2004 roku. Rozpoczynał karierę jako doradca finansowy i kierownik oddziału w Open Finance S.A. Następnie piastował stanowisko dyrektora produktów inwestycyjnych w Noble Banku S.A. i Open Finance S.A. W 2009 roku był doradcą zarządu ds. rozwoju produktu w Getin Banku S.A., a następnie został Dyrektorem Zarządzającym obszaru zarządzania produktem w Getin Noble Banku S.A. W latach 2010 – 2011 zajmował również stanowisko wiceprezesa Noble Securities S.A.

TU Europa S.A.

Ponad 90 proc. produktów bankowych wciąż kupowanych jest w oddziale

Ponad 90 proc. produktów bankowych wciąż kupowanych jest w oddziale – wynika z najnowszego badania firmy doradczej Deloitte. Również w samej obsłudze już posiadanych produktów wcale nie jesteśmy tacy nowocześni i internetowi, jak by się wydawało.

Proste transakcje bezgotówkowe, takie jak przelewy, zlecenia stale czy sprawdzanie historii rachunku blisko połowa respondentów nadal realizuje w oddziałach. Do bieżącej obsługi pozostałych produktów (poza ROR), jak lokaty czy kredyty, dziewięciu na dziesięciu badanych także idzie do placówki.

Tylko jedna piąta korzysta w tym celu z bankowości internetowej. Bardzo niewielki odsetek, bo jedynie 1-3 proc., robi to przez aplikacje mobilne.

„Polacy są tradycjonalistami, a bezpośredni kontakt z człowiekiem, urzędnikiem bankowym, zwiększa wiarygodność instytucji i poczucie bezpieczeństwa w trakcie wykonywania operacji finansowych” – tłumaczy Leszek Mellibruda, psycholog biznesu.

Magnez następcą litu — Toyota pracuje nad akumulatorami nowej generacji

Za sprawą akumulatorów magnezowo-jonowych staniemy się jeszcze bardziej mobilni. Badacze Toyoty rozwiązali jeden z największych problemów w konstruowaniu efektywnych ogniw magnezowych.

Mobilną rewolucję XXI wieku umożliwiły – obok miniaturyzacji elektroniki – akumulatory litowe, obecne dziś praktycznie we wszystkich autonomicznie zasilanych urządzeniach, takich jak smartfony, tablety, laptopy i drony. Ich główne zalety to duża gęstość energii, czyli zdolność gromadzenia dużej ilości prądu przy małej masie i wymiarach, a także możliwość bardzo szybkiego ładowania i brak efektu pamięciowego, powodującego szybką degenerację ogniw starszych generacji. Akumulatory litowe pozwalają również konstruować samochody elektryczne umożliwiające podróżowanie na większe odległości.

Ten tak popularny rodzaj akumulatorów ma jednak także swoje wady. Jedną z nich, która spędza sen z powiek konstruktorom, jest to, że podstawowy surowiec niezbędny do ich produkcji – lit – jest pierwiastkiem stosunkowo rzadkim, występującym co prawda powszechnie, ale w bardzo małych ilościach. Czy wobec tego wkrótce nie grozi nam „litowy kryzys”, który wywinduje w kosmos ceny urządzeń? Wszystko wskazuje na to, że jednak nie.

Toyota pracuje nad akumulatorami nowej generacji

Przełomem mogą okazać się osiągnięcia badaczy z Toyota Research Institute of North America (TRINA), którzy poinformowali ostatnio o istotnych postępach w pracach nad stworzeniem ogniw, w których lit zastąpiono innym lekkim metalem – magnezem. Magnez ma nad litem wiele przewag – jest od niego znacznie bardziej rozpowszechniony, bardziej stabilny (a więc jego zastosowanie praktycznie wyeliminuje niebezpieczeństwo pożaru, jakie stwarzają ogniwa litowe), a jako pierwiastek dwuwartościowy tworzy jony przenoszące dwukrotnie większy ładunek, niż w przypadku jednowartościowego litu. Objętościowa gęstość energii wynosi w przypadku magnezu 3,833 mAh/cm³ w porównaniu do 2,036 mAh/cm³ dla litu. Dotychczas jednak prace nad akumulatorami magnezowo-jonowymi hamowane były przez trudności ze znalezieniem odpowiedniego elektrolitu, który nie powodowałby szybkiej korozji elektrod.

Naukowcom z TRINA udało się rozwiązać te problemy dzięki zastosowaniu elektrolitu opartego na magnezowych solach monokarboranów (MMC) – kompleksowych związków zawierających bor. Badając różne związki tego rodzaju, odkryli, że aniony o wzorze CB11H12 zapewniają wysoką trwałość magnezowych elektrod i umożliwiają konstruowanie ogniw o znakomitych parametrach. Na praktyczne zastosowanie tych osiągnięć przyjdzie nam trochę poczekać, jednak widmo „litowego kryzysu” nigdy już nie będzie takie groźne.

*****
Źródła  informacji:

Toyota Research team reports critical advance in electrolytes for magnesium batteries


http://www.greencarcongress.com/2015/06/20150601-trina.html

Obsługa klienta w chmurze

Coraz więcej firm chcąc dostosować się do szybkiego rozwoju technologicznego, korzysta z przechowywania danych w tzw. „chmurze”. Zaczyna być ona podstawowym rozwiązaniem stosowanym w wielu obszarach działalności przedsiębiorstw, a także w wielu sektorach – od bankowości poprzez komunikację, aż do branż metalowych, min. CNC, dźwigowych, gastronomicznych, budowlanych. Jednym z ważniejszych elementów procesu biznesowego, w którym chmura z powodzeniem znajduje zastosowanie, wzmacniając konkurencyjność firmy jest obsługa klienta. Jak ją wykorzystać i jakie korzyści niesie to ze sobą? 

Obsługa klienta w chmurze„Chmura obliczeniowa” (tzw. Cloud Computing”) jest modelem przetwarzania danych w przestrzeni umożliwiającej przechowywanie dokumentów, zdjęć i plików. Do tej wirtualnej „przestrzeni” mamy dostęp w zasadzie z każdego miejsca i nośnika,który może połączyć się z Internetem. „Chmura” to jednak nie tylko wirtualny dysk, lecz także miejsce, które umożliwia korzystanie z usług i systemów internetowych. Zarówno pierwsze, jak i drugie zastosowanie sprawia, że „chmura” jest bardzo atrakcyjna dla przedsiębiorstw z różnych branż. Korzyści płynących z Cloud Computingu jest wiele. Najważniejszą z nich jestznaczne ograniczenie kosztów (nawet o 30%), skalowalność i duży wpływ na wzrost konkurencyjności. Współdzielenie danych umożliwiające odpowiednim osobom dostęp do właściwych informacji w miejscu i momencie, w którym najbardziej ich potrzebują, przenosi działania firmy na wyższy poziom zarządzania przedsiębiorstwem. Dane gromadzone są w czasie rzeczywistym,przez co zawsze możliwy jest dostęp do aktualnych informacji i plików, a sposób ich gromadzenia pozwala na prowadzenie uporządkowanychbaz danych. Oznacza to szybszy dostęp do analiz, statystyk i raportów, które mogą być generowane automatycznie na podstawie najbardziej aktualnych danych.Pozwala to na objęcie odpowiedniej strategii biznesowej dostosowanej do obserwowanych trendów. Korzystanie z chmuryw sposób widoczny usprawnia obsługę klienta, gwarantuje wysoką dostępność usług i zwiększa mobilność związaną z elastyczną reakcją na potrzeby klienta. Zalety Cloud Computingu wykorzystywane są przez przedsiębiorstwa świadome ich znacznego wpływu na podniesienie własnej konkurencyjności, usprawnienie działań i zwiększenie ilości wykonanych zleceń . Zwiększenie przychodów, poprawa efektywności i wydajności, obniżenie kosztów oraz poprawa satysfakcji klienta należą do często wymienianych. Powyższe elementy sprawiają, że pracownik mobilny może poświęcić więcej czasu klientowi – zbudować relacje, pogłębić zaufanie i polecić kolejne usługi.Wdrożenie rozwiązania chmurowego pozwala ponadto zmniejszyć nakłady na zarządzanie systemem i administrację, obniżyć koszty sprzętu i skupić się na kluczowych działaniach z punktu widzenia sukcesu rynkowego.

Oferujemy wysokiej klasy centrum danych oraz najnowocześniejszą platformę firmy Microsoft, jak i jeden z najlepszych systemów w klasie Cloud Computingu – mówi Bożena Kruk, członek zarządu Luceos Intelligence, firmy oferującej rozwiązanie do zarządzania serwisem mobilnym Luceos Smart Service Management. – Procedury dostępu oparte są na polityce bezpieczeństwa zapewniającej szyfrowanie danych, blokady dostępów, monitoring, kontrolę każdego z elementów systemu oraz wielokrotną redundancję kopii bezpieczeństwa, połączeń z Internetem i źródeł energii – dodaje.

Korzyści z wdrożenia usług chmurowych to przede wszystkim wzrost szybkości i elastyczności wykonywanych serwisów oraz ich liczby (nawet o 20%), znaczna oszczędność i zwiększenie zysku przedsiębiorstwa (o 14%). Klient zadowolony ze sprawnej i zaawansowanej technologicznie obsługi chętniej poleci jej usługi w swoim biznesowym otoczeniu.

Czy polskie firmy wykorzystują potencjał urządzeń mobilnych?

Czy smartfony na pewno obniżają koszty w twojej firmie?

Czy smartfony na pewno obniżają koszty w firmie?
fot_myphone

Warto przypomnieć sobie, że smartfony powstały nie tylko jako narzędzia do rozrywki, ale przede wszystkim instrumenty pomocne w prowadzeniu biznesu –  zauważa Mateusz Pośpieszny z myPhone. Czy polskie firmy zaczną w pełni wykorzystywać potencjał tych urządzeń? Zmiany na rynku mobile udowadniają, że proces ten już się rozpoczął.

Smartfon w nagrodę dla dobrego menadżera? Już nie. Dziś, kiedy smartfon z ośmiordzeniowym procesorem kosztuje kilkaset złotych, inwestycja w takie urządzenie może zwrócić się w czasie jednej delegacji.

Zaprzęgnij smartfona do pracy

Bariera uniemożliwiająca wyposażanie pracowników w urządzenia mobilne znika wraz z pojawianiem się na rynku konkurencyjnych cenowo modeli. To dobry kierunek, ponieważ wykorzystanie smartfonów może przynieść firmie konkretne oszczędności. Dla przykładu – w czasie służbowych delegacji. Wtedy pracownik może użyć smartfona jako access point, zyskując w ten sposób dostęp do Internetu również na laptopie. Pozwoli to produktywnie wykorzystać czas spędzony w pociągu czy na lotnisku. Ponadto nie będzie musiał korzystać z hotelowego lub kawiarnianego Wi-Fi, co podniesie bezpieczeństwo transmisji i pozwoli oszczędzić czas na próby znalezienia właściwej sieci, dopytywania o hasło i akceptowania regulaminów dostępu do Wi-Fi, etc.

Warto przypomnieć sobie, że smartfony powstały jako narzędzie dla biznesu i wrócić do korzeni. To nie tylko gry i video, ale przede wszystkim możliwość efektywnego gospodarowania czasem pracownika bez względu na to, gdzie aktualnie przebywa. Dziwi tylko fakt, że nadal niewiele firm w pełni wykorzystuje potencjał urządzeń mobilnych. Kupują smartfony dla pracowników, ale nie dokonują prostych czynności jak np. konfiguracja firmowej poczty. Szkoda, bo nawet najprostszy telefon to potrafi – mówi Mateusz Pośpieszny, dyrektor marketingu z myPhone.

Kiedy jeszcze smartfon pozwoli zaoszczędzić?

Na przykład w czasie delegacji zagranicznych. W takich sytuacjach przydatne będą szczególnie modele Dual SIM, czyli obsługujące jednocześnie dwie karty SIM (np. myPhone Luna). Jak oszczędzimy? Umieszczając w telefonie kartę SIM zagranicznego operatora i omijając w ten sposób problem olbrzymich cen w roamingu. Drugi slot można wykorzystać na kartę SIM Aero2, która z kolei pozwoli za darmo korzystać z Internetu.

Smartfon z Dual SIM sprawdzi się również w sytuacji, kiedy pracownik korzysta z numeru prywatnego i służbowego. Dzięki temu może mieć przy sobie jeden telefon zamiast dwóch. To dodatkowa korzyść dla obu stron gwarantująca możliwość kontaktu również w sytuacjach niespodziewanych (np. po godzinach pracy).

Pamiętajmy, że smartfon to także odbiornik GPS, przydatny w handlu, logistyce i innych branżach, których pracownicy realizują zadania w terenie. Dzięki tej funkcjonalności firma może optymalizować trasy przejazdu, informować odbiorców o przewidywanym czasie dostawy czy wysyłać pracownika tam, gdzie aktualnie jest potrzebny. Takie optymalizowanie pracy pracownika to gwarancja sprawnie i wydajnie realizowanych zadań, nawet tych poza siedzibą firmy.

Dostęp do CRM i ERP nareszcie z telefonu

Co jeszcze doceniają biznesowi użytkownicy smartfonów, a już w szczególności handlowcy? Przede wszystkim możliwość natychmiastowego dostępu do systemów CRM i ERP. System Customer Relationship Management pozwala przechowywać informacje o wszystkich kontaktach z klientami i współdzielić je między działem handlowym, marketingu czy obsługi. Mimo że połączenie takiego systemu z telefonami wydaje się oczywiste, dostawcy systemów dopiero zaczynają zauważać urządzenia mobilne. Tymczasem wykorzystanie rozmów w budowaniu scoringu pozwala wyprzedzić konkurencję pod względem skuteczności pozyskiwania klientów.

Kiedy handlowiec jest już u klienta, przydatny okazuje się być dostęp do systemu ERP. Dzięki temu może na bieżąco sprawdzać stan magazynowy lub promować produkt, którego sprzedaż jest w danym momencie priorytetem firmy. Stałe aktualizowanie dostępności oferty jest niezbędne szczególnie, jeśli firma posiada kilkudziesięciu czy kilkuset klientów.

W kontakcie z bazą

Mając stały i tani dostęp do Internetu (np. wykorzystując urządzenie z funkcją Dual SIM i Aero2), firma może delegować zadania między pracowników będących w terenie. Zwykle wymaga to zamówienia dedykowanej aplikacji, więc koniecznie należy wybrać urządzenia z systemem Android. Na rynku są gotowe aplikacje biznesowe do delegowania i monitorowania zadań mobilnych, można też zlecić napisanie i utrzymanie tego typu programu.

Smartfon do zadań specjalnych

Dziś najszybciej rosnącym segmentem rynku mobile dla firm jest tzw. klasa rugged. Są to specjalnie wzmocnione urządzenia mobilne przeznaczone do pracy nawet w ciężkich warunkach przez długi okres czasu, a przynajmniej 5-6 lat. Jest to możliwe dzięki bardziej wytrzymałej obudowie, odpornej na kurz, uderzenia, upadki i wodę. W połączeniu z niską ceną, wytrzymałą baterią i dobrymi parametrami technicznymi, urządzenia klasy rugged stają się najczęściej wybieranymi narzędziami mobilnymi dla pracowników, szczególnie w takich branżach, jak: przemysł, handel, produkcja czy logistyka.

Jak przekonuje Mateusz Pośpieszny, smartfony klasy rugged to także najbardziej ekonomiczne urządzenia, w jakie może zainwestować firma. – Mimo że modele te, jak np. seria Hammer Iron z certyfikacją IP67/IP68, cechują się ogromną odpornością na uszkodzenia, ich cena jest nawet kilkanaście razy niższa niż w przypadku innych smartfonów. To, w połączeniu z gwarancją długiego czasu użytkowania, przekonuje nie tylko firmy z branży przemysłu i logistyki, ale też handlowców i tysiące innych osób pracujących w terenie – dodaje ekspert.

Co ciekawe, mimo wysokiej odporności na uszkodzenia i niskiej ceny, urządzeniom klasy rugged nie brakuje typowych dodatków. Pracownik może więc np. zrobić zdjęcie wykonanej pracy i przesłać je e-mailem lub przez firmowy system. Taki telefon można również wykorzystywać do kontroli urządzeń sterowanych przez Internet, takich jak stacje pogodowe, kamery przemysłowe czy systemy alarmowe.

Biorąc pod uwagę coraz niższe ceny za smartfony i dostęp do Internetu, a także dynamiczny rozwój segmentu rugged, warto przemyśleć jak używamy smartfony w firmie. Czy na pewno służą do obniżania kosztów i uzyskania przewagi nad konkurencją? W końcu to główna rola, jaką powinny spełniać w swoim firmowym zastosowaniu. Poza tym, to się po prostu opłaca!

Źródło: www.myphone.pl

Jak zawiesić, a później wznowić działalność gospodarczą i ile to kosztuje?

W wakacje rusza biznes sezonowy: gastronomia w nadmorskich kurortach, sprzedaż pamiątek, przejażdżki bryczką, zwiedzanie. Jednak nie wszyscy przedsiębiorcy notują latem zyski.  Dla niektórych to czas marazmu i oczekiwania na „lepszy utarg”. Jak zaoszczędzić na ZUS-ie i podatkach? Jak zawiesić, a później wznowić działalność gospodarczą i ile to kosztuje?

Sprzedaż lodów, wypożyczanie sprzętu wodnego albo agroturystyka to usługi, które w większości przypadków są sezonowe. Tego typu firmy (zazwyczaj jednoosobowe), by zaoszczędzić na składkach ZUS i uniknąć składania deklaracji VAT, często zawieszają działalność gospodarczą na okres jesienno-zimowy, a wznawiają ją właśnie w wakacje. Jednak uwaga. Aby wznowić działalność należy złożyć wniosek do CEIDG. Wniosek ten może zostać złożony w formie tradycyjnej – papierowo albo w formie elektronicznej. Warto pamiętać, że ze wznowieniem działalności wiąże się powrót do obowiązków związanych z prowadzeniem firmy (ubezpieczenie z tego tytułu, inne zobowiązania wobec ZUS i formularze).

– W przypadku wznawiania działalności gospodarczej i powrotu do opłacania składek w ZUS, przedsiębiorca powinien złożyć odpowiedni formularz ZUS ZUA lub ZUS ZZA – oczywiście w zależności od rodzaju ubezpieczenia, któremu podlega. Dodatkowo powinien również złożyć dokumenty dotyczące swoich pracowników np. wyrejestrowanych osób, podlegających ubezpieczeniu ZUS DRA lub imienne raporty za siebie lub osoby współpracujące (za miesiąc, w którym nastąpiło wznowienie działalności oraz za miesiąc kolejny). Wznawiając działalność należy ponownie rozpocząć składanie deklaracji VAT i rozliczanie podatku. Jeśli chodzi o PIT, to przedsiębiorcy wznawiający działalność mają obowiązek wpłacać zaliczki na podatek dochodowy zgodnie z zasadami sprzed okresu zawieszenia firmy – mówi Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Kwestie zatrudnienia pracowników

Jeśli chcemy odwiesić naszą firmę tylko na okres wakacji, to aby móc ją potem bez problemu zawiesić nie możemy zatrudniać pracowników w ramach umowy o pracę. Nie ma jednak przeszkód, by w sezonie zatrudnić ich na umowę o pracę tymczasową, na czas określony, umowę-zlecenie lub o dzieło. Po wygaśnięciu tych umów, możemy bez problemu zawiesić działalność gospodarczą.

Wakacje od fiskusa

Dla wielu przedsiębiorców wakacje stanowią sezon ogórkowy. To czas, w którym mogą pozwolić sobie na upragniony, dłuższy urlop. Zatem przedsiębiorcy, którzy nie zatrudniają pracowników, mogą rozważyć zawieszenie firmy na czas wakacji. Pozwoli im to zaoszczędzić nawet tysiąc złotych w skali miesiąca.

– Przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą może min. na miesiąc, a maksymalnie na dwa lata zawiesić funkcjonowanie firmy. Jest to idealne rozwiązanie dla firm oferujących naukę języków obcych czy prowadzących sprzedaż sprzętu zimowego, dla których, z punktu widzenia prowadzonego biznesu, wakacje są sezonem ogórkowym. Takie rozwiązanie pozwala zaoszczędzić na składkach ZUS. W tym czasie przedsiębiorca nie musi też rozliczać się z fiskusem i składać deklaracji VAT (tzw. „zerówek”). Jednak jeśli na potrzeby firmy wykorzystuje się budynki czy magazyny, trzeba nadal opłacać za nie podatek. Na szczęście można to rozliczyć w kosztach firmy. We wniosku o zawieszenie określa się termin, w którym chcemy wznowić działalność, jednak co ważne – nie następuje to automatycznie. Konieczne będzie złożenie kolejnego wniosku, tym razem dotyczącego wznowienia działalności gospodarczej – mów Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Czy podczas zawieszenia działalności można odliczać VAT?

Podczas zawieszenia działalności gospodarczej podatnik może zachować prawo do odliczenia podatku od towarów i usług. Muszą być jednak spełnione pewne warunki. W przypadku takich zakupów, których przedsiębiorca dokonuje stale (np. opłat za telefon, czynszu za najem lokalu, czy też spłaty rat leasingowych samochodu) można zastosować odliczenie VAT-u. Jest ono również możliwe, jeśli faktura, która dotarła w okresie zawieszenia działalności, dotyczy umowy zawartej z kontrahentem przed zawieszeniem firmy.

KAYAK.pl przedstawia trendy wśród polskich użytkowników porównywarek ofert turystycznych na urządzeniach mobilnych

Rezerwacje mobilne to jeden z najbardziej prężnie rozwijających się sektorów e-commerce. Porównywarka turystyczna KAYAK.pl przeprowadziła analizę przedstawiającą, w jaki sposób polscy użytkownicy iPhone’a, iPada, Androida i strony KAYAK.pl korzystają z aplikacji KAYAK. Eksperci KAYAK-a przetworzyli i przeanalizowali dane pochodzące z wyszukiwarki KAYAK, aby zbadać najnowsze trendy w podróżowaniu panujące wśród Polaków korzystających z urządzeń mobilnych.

Z przygotowanego na podstawie analizy raportu można dowiedzieć się, jakie są trendy w podróżowaniu, ile Polacy są gotowi zapłacić za swoje wakacje, ile czasu poświęcają na wyszukiwanie i rezerwowanie podróży oraz jak wygląda profil polskich użytkowników poszczególnych urządzeń mobilnych planujących i rezerwujących podróż. Znajdują się w nim także praktyczne wskazówki i porady, jak korzystać ze smartfona w podróży. Oto najważniejsze wnioski, które znalazły się w raporcie:

Trendy w podróżowaniu: czego szukają Polacy?

Według analizy nie ma zależności między ulubionymi celami podróży a urządzeniem wykorzystywanym przez polskich użytkowników. Największą popularnością wśród użytkowników strony KAYAK.pl, Androida i iPhone’a cieszą się niezmiennie Nowy Jork, Londyn i Paryż. Zespół KAYAK ustalił, że Polacy najchętniej wyszukują podróże za pośrednictwem aplikacji mobilnej – 66% wyszukiwań odbywa się przy jej pomocy. Poza tym Polska jest drugim krajem, obok Hiszpanii, w którym większość użytkowników korzysta z aplikacji na Androida do planowania i rezerwacji podróży.

Ile Polacy są gotowi zapłacić za swoje wakacje?

Polscy użytkownicy urządzeń mobilnych są gotowi wydać więcej (średnio 1445 zł) na przeloty do ulubionych celów podróży niż internauci, którzy korzystają z komputera. Powyższa różnica wynika przede wszystkim z faktu, że Polacy korzystający z iPhone’a wydają przeciętnie więcej niż użytkownicy systemu Android i komputera – 1523 zł w porównaniu z kwotą poniżej 1400 zł.

Ile czasu Polacy poświęcają na wyszukiwanie i rezerwowanie podróży?

Przed dokonaniem rezerwacji lotu Polacy spędzają na wyszukiwaniu średnio 3 minuty. Z tym wynikiem polscy użytkownicy zajmują drugie miejsce w Europie pod względem szybkości w podejmowaniu decyzji – szybsi od nich są tylko Turcy. Polacy są najszybsi w Europie, jeśli chodzi o wyszukiwanie hoteli – aby dokonać wyboru, potrzebują przeciętnie zaledwie 5 minut. Niezależnie od urządzenia, najczęściej rezerwowane podróże to krótkie wycieczki.

Profile podróżnych rezerwujących za pomocą aplikacji mobilnych KAYAK

Przeciętny polski użytkownik iPhone’a jest bardziej skłonny do zakupu biletu lotniczego w klasie biznesowej i rezerwuje loty z ponad 3-miesięcznym wyprzedzeniem, a hotel – na 2,5 miesiąca przed podróżą. Użytkownicy iPhone’ów przed rezerwacją zarówno lotów, jak i hoteli spędzają średnio 3 minuty na ich wyszukiwaniu, a na przeloty do ulubionych miejsc wydają przeciętnie 1523 zł.

Dla porównania, przeciętny polski użytkownik smartfona z Androidem najchętniej lata w klasie ekonomicznej i rezerwuje loty z ponad półrocznym wyprzedzeniem, a hotel – na ponad 2 miesiące przed podróżą. Przed rezerwacją na wyszukiwanie lotów poświęcają średnio 2 minuty, a hoteli – 6 minut, natomiast na przeloty do ulubionych miejsc wydają przeciętnie 1371 zł.

Polscy użytkownicy KAYAK.pl rezerwują loty na ponad 6 miesięcy przed podróżą, a hotel – z ponad 3-miesięcznym wyprzedzeniem. Ich ulubiony dzień na wyszukiwanie podróży to wtorek, a na przeloty do ulubionych miejsc wydają przeciętnie 1397 zł.


UWAGA:

Raport został przygotowany na podstawie wyszukiwań hoteli, lotów i samochodów w latach 2014/2015 w aplikacjach mobilnych, mobilnych i stacjonarnych wersjach strony internetowej KAYAK.pl Porady zostały opracowane przez ekspertów KAYAK-a.

www.kayak.pl

 

Zmiany w Zarządzie ING Banku Śląskiego

0

Rada Nadzorcza ING Banku Śląskiego podjęła decyzję o zmianach w składzie zarządu spółki. 1 lipca 2015 roku, stanowisko Wiceprezesa Zarządu ING Banku Śląskiego nadzorującego Pion Zarządzania Ryzykiem Kredytowym i Zarządzania Ryzykiem Rynkowym obejmie Patrick Roesink.

Patrick Roesink pracuje w ING od 1994 roku. Od początku swojej kariery zawodowej związany z obszarem ryzyka kredytowego i rynkowego. Pracował w ING w Pradze, potem w Amsterdamie, a od 2002 do 2004 w ING Banku w Seulu, gdzie najpierw zarządzał ryzykiem na kraj, a następnie objął stanowisko tymczasowego Dyrektora Zarządzającego na kraj. W 2005 roku został Głównym Analitykiem ds. Ryzyka Kredytowego na Europę Środkowo-Wschodnią w ING Banku w Amsterdamie. Rok później został powołany na stanowisko Dyrektora Departamentu Korporacyjnych Produktów Kredytowych w ING Banku Śląskim. W 2007 roku objął stanowisko Wiceprezesa Zarządu odpowiedzialnego za obszar ryzyka w ING Banku w Rumunii. W styczniu 2014 powrócił do ING Banku Śląskiego na stanowisko Dyrektora Banku w Pionie Zarządzania Ryzykiem Kredytowym i Rynkowym – Ryzyko Kredytowe.

Patrick Roesink jest absolwentem Akademii Bankowości i Finansów oraz Vrije Universiteit w Amsterdamie o specjalności zarządzanie przedsiębiorstwem z sektora finansowego.

Oscar Swan, dotychczasowy Wiceprezes Zarządu Banku, złożył rezygnację z pełnionej funkcji z dniem 30 czerwca 2015 roku. Od 1 lipca br. będzie zajmował stanowisko Wiceprezesa ING Lease Polska nadzorującego obszar ryzyka.

Źródło: ING Bank Śląski

Nowe czy z drugiej ręki? Jakich nieruchomości szukali kupujący?

Rozpoczynając poszukiwania swojej wymarzonej nieruchomości kupujący mają do wyboru mieszkania używane oraz mieszkania, które dopiero czekają na swojego pierwszego właściciela. Każdy z tych rynków ma swoje zalety, ale również wady. Czy osoby, które ostatecznie zdecydowały się na zakup nowej nieruchomości dopuszczały również możliwość nabycia używanego lokalu? Jak zmieniły się te preferencje w porównaniu do ubiegłego roku?

W ramach Badania dotyczącego preferencji i satysfakcji z zakupu mieszkaniaprzeprowadzonego przez TNS Polska dla serwisu OtoDom.pl pytano respondentów o preferencje dotyczące rynku, na którym szukali swojego przyszłego „M”. Mieszkańców powstałych w trakcie ostatnich dwóch lat osiedli/inwestycji zapytano o to, czy brali pod uwagę zakup mieszkania z rynku wtórnego.

Z otrzymanych wyników możemy się dowiedzieć, iż aż 55% właścicieli domów/mieszkań interesowało się tylko i wyłącznie ofertami dotyczącymi nowych domów. Oznacza to wzrost o 2 p.p. względem analogicznego badania w ubiegłym roku. Druga część respondentów (45%) w jakimś stopniu rozważała zakup nieruchomości z drugiej ręki. Jak się jednak później okazało ostatecznie zdecydowały się one na zawarcie transakcji zakupu z deweloperem. Zaledwie 9% respondentów nie miało preferencji w zakresie wyboru konkretnego rynku. Dla tej grupy fakt, czy mieszkanie pochodziło z drugiej ręki, czy też będzie zasiedlone po raz pierwszy, nie odgrywał istotnej roli. Około 12% ankietowanych poszukiwania nieruchomości kierowało w pierwszej kolejności na rynek wtórny. Dwukrotnie większa liczba respondentów (24%) dopuszczała rynek wtórny, choć od razu wskazywała mieszkanie/dom z rynku pierwotnego jako preferowaną opcję.

Jak zauważa Agata Polińska, ekspert serwisu Otodom.pl, zestawienie otrzymanych wyników z analogicznymi zebranymi w poprzednim roku wskazuje na większe zdecydowanie poszukujących mieszkań w kwestii wyboru konkretnego rynku, na którym koncentrują poszukiwania. Świadczy o tym przede wszystkim spadek o 11 p.p. udziału ankietowanych, dla których kwestia ta pozostaje obojętna.

Preferencje właścicieli nowych domów/mieszkań dotyczące rodzaju rynku mieszkaniowego
CEO Magazyn Polska

Źródło: Badanie dotyczące preferencji i satysfakcji z zakupu mieszkania –badanie TNS Polska dla otoDom.pl.

Badanie przeprowadzono marcu 2015 roku. W badaniu wzięło udział 501 pełnoletnich mieszkańców nowych osiedli bądź inwestycji, które powstały w ciągu ostatnich dwóch lat w pięciu miastach w Polsce: w Warszawie, Krakowie, Trójmieście, Wrocławiu i Poznaniu. Na każde miasto przypadło 20% ankietowanych.

Wśród pięciu badanych miast, wyniki jednego rynku wyraźnie odróżniają się od czterech pozostałych. Jak można się domyślić chodzi o Warszawę, która głownie ze względu na wielkość podaży oraz wysokość cen rządzi się swoimi prawami. Nie inaczej jest w przypadku zachowań kupujących. W stolicy respondenci zdecydowanie rzadziej interesowali się mieszkaniami/domami tylko z rynku pierwotnego, zdecydowanie częściej niż w pozostałych miastach preferowali mieszkanie z rynku wtórnego (47% wobec 12% dla ogółu). Tylko 21% poszukujących swojej nieruchomości w stolicy zadeklarowało brak zainteresowania rynkiem wtórnym. Dla porównania warto dodać, iż wśród ogółu przebadanych kupujących odsetek ten stanowił ponad połowę respondentów.

Podsumowując, większość ankietowanych (55%) nie interesowała się nieruchomościami, które miały wcześniej innych właścicieli, czyli pochodziły z rynku wtórnego. Swoje poszukiwania celowo ograniczali do nowych mieszkań lub domów. Preferencje pozostałych w jakimś stopniu uwzględniały rynek wtórny, chociaż i tak można w nich dostrzec większą sympatię do nowych mieszkań. Można więc stwierdzić, iż deweloperzy stoją na dobrej pozycji, mając do zagospodarowania dużą grupę osób preferujących nowe mieszkania. Analitycy Działu Badań i Analiz Grupy Emmerson dodają, iż odpowiedzią na zgłaszane zapotrzebowanie są liczne nowe projekty wprowadzane w ostatnim czasie na rynek.

Aleksandra Kubicka, serwis Otodom.pl
Jarosław Mikołaj Skoczeń, Grupa Emmerson S.A.

Rynek pracy nie potrzebuje wyłącznie magistrów

W ostatnich latach zdecydowanie zwiększyła się liczba polskich studentów. Przegoniliśmy kraje wysoko rozwinięte. Skąd więc tak wysokie bezrobocie? Eksperci już od kilku lat alarmują, że uczelnie kształcą osoby, których rynek pracy nie potrzebuje. Rzesze młodych ludzi kończą upragnione studia i rozpoczynają bezskuteczne poszukiwanie pracy. Ci, którzy nie chcą emigrować, często pracują poniżej swoich kwalifikacji.

Decydując się na studia wyższe, warto skorzystać z podpowiedzi, jaką niewątpliwie jest lista kierunków zamawianych. W całej Unii Europejskiej, jeszcze przez wiele lat będzie brakować kadr inżynieryjnych, specjalistów od telekomunikacji itp. Zdobycie dyplomu w tych dziedzinach jest niemal gwarancją uzyskania dobrej pracy. Problem w tym, że olbrzymi procent studentów decyduje się na ścieżkę prowadzącą prosto do bezrobocia. Wybierając drogę zawodową musimy więc dobrze przeanalizować rynek, aby w przyszłości nie zasilać szeregów bezrobotnych.

Co trzeci bezrobotny nie skończył 25 lat. Na rynku jest zbyt wiele osób bez doświadczenia, które poświęciły się studiowaniu, zwłaszcza tych kierunków po ukończeniu których od wielu lat są problemy ze znalezieniem pracy. Zdecydowanie za mało młodych decyduje się na to, by zdobyć konkretny zawód – mówi Kamila Małocha, przedstawicielka portalu pośrednictwa pracy GoWork.pl.

Sytuacja zaczyna się zmieniać, głównie z inicjatywy samych pracodawców, którzy zwrócili uwagę na problem zbyt dużej liczby absolwentów wyższych uczelni, którzy nie są przystosowani do podjęcia pracy, a jednocześnie na brak wykwalifikowanych pracowników średniego szczebla. Jak podkreślają, by zwiększyć swoje szanse na szybkie znalezienie pracy, warto rozważyć zdobycie konkretnego zawodu, gdyż właśnie na tym polu jest największe zapotrzebowanie na rynku.

Na ten apel odpowiedziały m.in. szkoły policealne, w których chce się kształcić coraz więcej osób. Placówki te skupiają się na zaspokojeniu luk powstałych na rynku pracy i co roku przygotowują kierunki obejmujące branże, w których zapotrzebowanie na pracowników jest największe. Zgodnie z analizami rośnie popyt na pracowników z umiejętnościami kosmetyczki czy biomasażystów. Instruktorzy fitness i fryzjerzy są o wiele częściej poszukiwani niż np. pedagodzy. Niejednokrotnie ich zarobki także są bez porównania wyższe. Podobnie jest z asystentkami stomatologicznymi, technikami farmaceutycznymi, ratownikami medycznymi czy z grafikami komputerowymi. Zawody te, wymagają przede wszystkim wiedzy praktyczniej, a zdobycie jej zapewniają szkoły policealne. Absolwenci zaraz po ich ukończeniu są gotowi z powodzeniem podjąć pracę, gdyż w trakcie nauki zdobyli wymagane doświadczenie. W przeciwieństwie do uczelni wyższych, czas szkolenia jest znacznie krótszy – wynosi od dwóch do czterech semestrów, a tym samym młodzi ludzie szybciej trafiają na rynek pracy. Co ciekawe, rośnie ilość chętnych do zdobywania takich umiejętności wśród tych, którzy ukończyli już studia wyższe. Szkoły policealne stanowią dla nich możliwość dokształcenia, a tym samym zwiększenia swojej konkurencyjności.

Zbilansowaniu sytuacji na rynku pracy z pewnością pomogłoby dokładniejsze monitorowanie zapotrzebowania na pracowników w poszczególnych sektorach gospodarki. Nasi zachodni sąsiedzi praktykują takie rozwiązanie od lat. Już na etapie szkół średnich duży nacisk kładzie się na zajęcia z doradztwa zawodowego. W Polsce zalety takiego postępowania również zaczęto dostrzegać. Są już pierwsze rezultaty. Dyrektorzy placówek edukacyjnych od niedawna mogą bardziej świadomie planować kierunki jakie tworzą. Dzięki bazie danych opartej na analizach GUS i aktualnych ogłoszeń zamieszczanych w portalach pracy, stworzony został projekt „Edu-Nawigator”. Program monitoruje trendy zmian na lokalnym i regionalnym rynku pracy.

 

Korekta na GPW

Banki i spółki surowcowe ciążą rynkowi

Inteligentny dom i biuro według Seed Labs

wyróżnia, o planach na rozwój i potencjale rynku building automation rozmawiamy z szefem działu marketingu Seed Labs, Markiem Wierzbickim

Założony w Krakowie Seed Labs to jeden z kilku polskich start-upów, które na stałe przebywają w Stanach Zjednoczonych, by działać na szybko rozwijającym się tam rynku inteligentnych urządzeń. Szczególnie mocno interesuje ich tematyka oświetlenia, którego używamy na co dzień w naszych domach, biurach, czy spotykamy w restauracjach.

Inteligentne urządzenia działają dziś na wyobraźnię wielu ludzi. Potencjalni konsumenci zachwycają się możliwością sterowania najróżniejszymi domowymi urządzeniami, od lamp i żaluzji, po czajniki czy lodówkę, a przedsiębiorcy, także polscy, proponują rozwiązania oparte na Bluetooth Smart i innych protokołach bezprzewodowych, takich jak ZigBee czy Z-Wave.

Seed Labs koncentruje swoje wysiłki na rozwijaniu systemu Silvair, którego bezpośrednim odbiorcą nie są indywidualni konsumenci, a producenci urządzeń. W oparciu o technologię Bluetooth Smart, firma opracowuje rozwiązania mogące zrewolucjonizować rynek oświetlenia. Sercem inteligentnego urządzenia jest software tworzony przez Seed Labs. W przyszłości rozwiązanie Silvair może stać się potężnym systemem, koordynującym współpracę najróżniejszych urządzeń. Ale już teraz jego możliwości są więcej niż skromne.

Z szefem działu marketingu Seed Labs, Markiem Wierzbickim, rozmawiamy o potencjale systemu Silvair i całego rynku Internetu Rzeczy.

Web.gov.pl: Seed Labs wybrało nieco inną drogę niż większość polskich firm działających w sektorze Internetu Rzeczy. Wasz system Silvair kierowany jest do producentów wszelkiego rodzaju urządzeń: lamp, włączników światła, żaluzji, bram czy przedmiotów gospodarstwa domowego. Sukces będzie więc w pierwszej kolejności zależał od tego, jak bardzo będą oni skłonni do integrowania swoich produktów z Silvair. Dlaczego pańskim zdaniem powinni to robić?

Marek Wierzbicki: Jest wiele powodów, dla których producenci powinni wejść do ekosystemu Silvair. Długo by o nich opowiadać. Ważne jest to, że nasze rozwiązanie skierowane jest do producentów urządzeń codziennego użytku. Skupiamy się na ludzkich potrzebach. To, co dziś dostępne jest na rynku, to głównie gadżety, a nie sposoby na rozwiązanie konkretnego problemu. My zaczynamy od oświetlenia, które ma ogromny potencjał. Mówię tu zarówno o urządzeniach związanych z regulowaniem oświetlenia naturalnego, tj. żaluzjach, osłonach itp., jak i sztucznego, przede wszystkim lampach czy sterownikach oświetlenia. Staramy się dotrzeć do producentów, którzy potrafią szybko zbudować masę krytyczną. Nasze kompetencje to głównie software. Producenci wiedzą z kolei, jak te urządzenia wyprodukować. Mają sprawdzone kanały dystrybucji. To jest droga, by wejść do tych domów, restauracji, w których chcemy być. To połączenie producent-Seed Labs to największa korzyść, jaką możemy zaoferować.

Już od dłuższego czasu Seed Labs znany był z rozwiązania, które pozwala producentom na wzbogacenie swoich urządzeń o możliwość sterowania nimi za pomocą aplikacji. W jaki sposób od tego rozwiązania różni się system Silvair? Jak istotną jego częścią jest Silvair Control?

Podstawową zaletą systemu Silvair jest możliwość prostej rekonfiguracji ustawień całej sieci urządzeń połączonych ze sobą. Telefon dalej może służyć do kontroli ale bardziej przydaje się do konfiguracji włączników, które już tak dobrze znamy. Nasz Silvair Control to nowy rodzaj włącznika, który zbudowaliśmy dla producentów. Silvair Control to rodzaj bezprzewodowego, bateryjnego kontrolera urządzeń, który możemy przykleić w dowolnym miejscu i połączyć z dowolnym urządzeniem z naszą technologią. Taki „reference design” został zaimplementowany przez naszego partnera – Soraa, producenta oświetlenia, który swoje lampy wzbogaci właśnie o ten kontroler. To nie jedyny projekt hardware’owy jaki mamy w ofercie dla producentów.

Silvair i działalność Seed Labs w ogóle, to bez wątpienia znak pewnego trendu. Coraz więcej producentów zainteresowanych jest możliwościami Bluetooth Smart i innych bezprzewodowych protokołów. Czy równie mocno zainteresowani są nimi sami konsumenci? Czy nie jest trochę tak, że dość przypadkowo pojawiła się technologia, a producenci próbują ja dopasować do konsumentów?

Technologia na pewno nie pojawiła się przypadkowo. Komunikacja radiowa daje mnóstwo możliwości. Ma ogromy potencjał, który cały czas odkrywamy. Bluetooth Smart pojawił się najpierw w kategorii wearables i totalnie ten rynek zdominował. Home automation czy Internet Rzeczy to kolejna kategoria, w którą Bluetooth mocno chce się zaangażować. Bluetooth Smart w porównaniu z innymi protokołów, jak np. Z-Wave, ma mnóstwo zalet z punktu widzenia końcowego użytkownika. Przede wszystkim jest bardzo łatwy w konfiguracji i obsłudze. Jednym z dotychczasowych zagrożeń wykorzystania tej technologii był jego zasięg. Ta bariera będzie zniesiona w momencie pojawienia się Bluetooth Mesh (rodzaj sieci, w której poszczególne jej elementy mogą się ze sobą komunikować bez angażowania jednostki centralnej) jako standardu. Myślę, że przyszły rok to będzie rok Bluetootha, na całym szeroko rozumianym rynku IoT. Jako Seed Labs, bardzo mocno angażujemy się w prace nad rozwojem Bluetooth Smart. Jesteśmy członkiem grupy roboczej Bluetooth Smart Mesh. To grupa firm, która opracowuje wspólne ten standard. Dzięki temu wiemy, co się dzieje z tą technologią i na bieżąco możemy reagować na zmiany. Nasi partnerzy mają zatem pewność, że rozwiązania będzie stabilne i bezpieczne.

Jako firma działająca w modelu B2B, w jaki sposób pozyskujecie kolejnych partnerów?

W dużej mierze pomaga nam w tym ciągle zwiększająca się świadomość samego Bluetootha. Jeszcze rok temu musieliśmy tłumaczyć czym jest, czym różni się od WiFi, ZigBee czy Z-Wave. Dziś duże firmy zdają sobie sprawę z potencjału Bluetooth i same szukają rozwiązań opartych o tą technologię. To globalne marki, których nazw nie mogę niestety wymienić. Same rozmowy z takimi partnerami trwają dość długo. Tutaj weryfikacja technologii i drugiej strony jest procesem dość złożonym i wymagającym. To zrozumiałe, bo na potrzeby tej technologii muszą oni często przestawić całą linię produkcyjną.

Czy Bluetooth Smart i inteligentny dom to obszary, w których już teraz można osiągnąć zysk, czy raczej coś perspektywicznego, nad czym warto pracować? Jakie są wasze oczekiwania co do debiutu produktów opartych o rozwiązanie Silvair?

Ten rynek rozwija się niesamowicie dynamicznie. Żeby osiągnąć sukces, trzeba być cierpliwym i gotowym na zmiany. To nie znaczy, że nie ma miejsca na nowe rozwiązania, choć po piętach depczą duzi gracze. Cała kategoria jest jeszcze nie do końca uformowana, dlatego pewne rzeczy mogą bardzo szybko zaskoczyć, a pewne wymagają dużych nakładów pracy i czasu.

Wiele polskich start-upów działających w obszarze Internetu Rzeczy wybiera rynek amerykański. Czy oznacza to, że poza USA nie ma na ten moment zapotrzebowania na urządzenia smart?

Na pewno nie jest tak, że liczą się tylko Stany Zjednoczone. Europa i Chiny to także bardzo atrakcyjne rynki choć Chiny wciąż bardziej śledzą to, co dzieje się na Zachodzie. Cena jest dla nich ważniejszym czynnikiem niż innowacyjność. Inaczej jest z Europą – to dojrzały rynek. Systemy automatyki przecież istnieją już od dobrych kilku lat. Teraz mamy boom, bo da się to zrobić taniej i lepiej. Z perspektywy producenta koszty technologii mają znaczenie podobnie jak łatwość w konfiguracji i użytkowaniu. Żeby rozwiązanie przyjęło się na dużą skalę, musi być łatwo przyswajalne.

Nawet pobieżna analiza pokazuje, że nad rozwiązaniami typu IoT pracuje wiele polskich firm. Co jest według pana tego przyczyną?

To jedna z tych rzeczy, które często słyszę od amerykańskich inwestorów i klientów. „Co jest takiego w Polsce, że oferuje tyle rozwiązań związanych z Internetem Rzeczy, beaconami itp.?” Myślę, że można wskazać dwie przyczyny. Z jednej strony bacznie obserwujemy trendy i wiemy, w którym kierunku podąża świat. Dodatkowo, mamy znakomitych deweloperów i inżynierów. Bluetooth Smart jest prosty w obsłudze dla użytkowników końcowych, ale bardzo wymagający w programowaniu. Stworzenie prostego systemu wymaga ciężkiej pracy wielu osób. Cieszę się, że mamy w Polsce i w naszym zespole kompetentnych ludzi. Praca nad takimi rozwiązaniami to duże wyzwanie dla każdego.

By takie urządzenia stały się powszechne w użyciu, nie mogą być zbyt drogie. W jaki sposób rozwiązanie Silvair wpływa na cenę końcowego produktu?

Cała technologia Bluetooth jest bardzo konkurencyjna cenowo w porównaniu do Z-Wave i innych protokołów komunikacyjnych. Cena jednak nie jest tu najważniejsza – ważne są wartości, jakie można poprzez to rozwiązanie dostarczyć. Ludzie są w stanie wydać więcej, jeśli zapewnimy im komfort użytkowania i odpowiemy na ich potrzeby. Taką potrzebą może być np. energooszczędność, która może się zwiększyć dzięki inteligentnym rozwiązaniom w przypadku lamp LED. Takie lampy mogą zużywać mniej energii, wymagać mniej nakładów do obsługi i działać kilka lat dłużej.

System taki jak Silvair musi być oczywiście prosty i wygodny w użytkowaniu dla konsumenta. Ale z punktu widzenia producenta hardware’u i oprogramowania to duża ilość zmiennych. Konieczna jest aplikacja, łączność z chmurą, funkcjonalne chipy, mikrokontrolery itp. Czy uważa pan, że z punktu widzenia producenta rynek ten stwarza duże bariery wejścia?

Pracujemy nad Bluetooth Smart od września 2013 roku. To pokazuje jak bardzo wymagająca jest ta technologia. Protokół komunikacyjny to jedna rzecz, ale warstwa aplikacyjna to zupełnie inna kwestia. Wielu producentów nie posiada tych kompetencji, dlatego szuka silnych partnerów.

Jak w tym wszystkim odnajduje się sensoryka czyli np. możliwość mierzenia temperatury, wilgotności, nasłonecznienia, ale także lokalizowanie ludzi i przedmiotów. Czy takie funkcjonalności również mogą się stać częścią Silvair?

Cała sensoryka to nieodłączny element środowiska Silvair – np. kiedy jest za ciepło. powinniśmy obniżyć temperaturę w pomieszczeniu. Kiedy jest jasno, możemy przygasić oświetlenie LED-owe i pokryć to zapotrzebowanie korzystając ze światła naturalnego.

Na Silvair wielu czeka i wiele się także po tym systemie spodziewa. Czy można już zdradzić, kiedy pierwsze urządzenia, takie jak lampa LED od Soraa, trafią na rynek?

Soraa rusza ze sprzedażą swoich produktów już jesienią tego roku. Należy pamiętać, że klientami Soraa są w dużej mierze firmy, np. California Pizza Kitchen, sieci sklepów, hotele itp. Rynek indywidualny czyli np. inteligentne domy, to niewielka część ich oferty. Produkty Soraa w sprzedaży detalicznej będą dostępne na początku przyszłego roku na rynku amerykańskim.

Źródło: web.gov.pl
Autor: Adrian Senecki

10 polskich start-upów, które pomogą ci w content marketingu

Content marketing i marketing przychodzący osiągają coraz większą popularność. Poznaj polskie start-upy, które pomogą ci w dopracowaniu twojej internetowej strategii marketingowej

Content marketing to przyciąganie odpowiednich konsumentów (tzn. takich, których zainteresowania i aktualna sytuacja życiowa czyni prawdopodobnymi klientami) do marki poprzez oferowanie im odpowiednich materiałów takich jak artykuły, oferty, infografiki, treści video czy newslettery w odpowiednim czasie, tzn., gdy mogą wywrzeć na nich największy wpływ. To także dostarczanie konsumentom wartościowych treści biorąc pod uwagę kontekst danego medium/platformy i, coraz częściej, indywidualny profil każdego konsumenta.

Istnieje wiele definicji content marketingu i marketingu wychodzącego (ang. inbound marketing), sztuki osiągania rezultatów zbliżonych do skutecznej reklamy przy jednoczesnym unikaniu bezpośrednich komunikatów reklamowych. Panuje mylne przekonanie, że polskie start-upy nie osiągają na tym polu dobrych rezultatów. Przedstawiamy 10 polskich start-upów, które wiedzą jak promować się poprzez content marketing, bądź tworzą narzędzia, które pomagają w tym innym.

  1. DrOmnibus

DrOmnibus powstał w 2012 r. z inicjatywy obecnej CEO Bogumiły Matuszewskiej. Zajmuje się opracowywaniem aplikacji (zwłaszcza gier) dla dzieci cierpiących na schorzenia związane z niepełnosprawnością intelektualną (ADHD, zespół Downa). Content marketing DrOmnibusa skierowany jest przede wszystkim do rodziców dzieci w wieku 6-7 lat i młodszych. Start-up opiera swoją komunikację na promowaniu tabletów, jako narzędzi idealnych do wspierania rozwoju dzieci o specjalnych potrzebach.

Lwia część tej komunikacji odbywa się poprzez portal terapiaztabletem.pl. Blog jest dostępny również w języku angielskim na happy-therappy.com. To bogate źródło wiedzy na temat terapii przy użyciu tabletu. DrOmnibus informuje też o swoim udziale w ciekawych wydarzeniach tematycznych takich jak Health 2.0 conference, przyciągając w ten sposób nie tylko potencjalnych klientów, ale także każdego zainteresowanego tematyką innowacyjnych metod leczenia i terapii.

– Wskazujemy badania naukowe na temat efektywności tabletów w terapii. Publikujemy scenariusze terapii przygotowywanych na potrzeby naszych gier oraz przewodniki dla terapeutów i rodziców – mówi web.gov.pl Bogumiła Matuszewska.

DrOmnibus jest dostępny w dwóch wersjach – DrOmnibus Home dla rodziców i DrOmnibus Pro dla lekarzy i terapeutów.

  1. Brainly

Pod względem liczby użytkowników – 30 milionów w 20 krajach – Brainly należy do najpopularniejszych polskich start-upów. To rodzaj edukacyjnego portalu typu Q&A (ang. pytania i odpowiedzi), w którego działania zaangażowani są aktywni użytkownicy. Każdy pytający może liczyć na rozbudowaną odpowiedź z każdej dziedziny szkolnej wiedzy (matematyka, język polski, historia, biologia, ale także różne języki obce), zawierającą pełne wyjaśnienie kolejnych kroków prowadzących do rozwiązania.

– Siłą Brainly jest społeczność. To nasi użytkownicy tworzą treść portalu. Odpowiadając i zadając pytania pomagają sobie nawzajem w obowiązkach szkolnych. Z punktu widzenia Brainly, pozytywnym efektem tej interakcji jest potężna baza wiedzy. Każde pytanie po moderacji pozostaje na stronie i jest publicznie dostępne dla wszystkich użytkowników. Owa baza wiedzy to także ważny element naszej strategii pozyskiwania nowych użytkowników, gdyż dzięki niej łatwo znaleźć nasz portal w wyszukiwarce. Taki projekt – oparty na treści tworzonej przez użytkowników (ang. user-generated content – przyp. red.) – jest bardzo skalowalny – im więcej osób uczestniczy w interakcji, tym większa jest nasza baza danych i szanse na pozyskanie kolejnych użytkowników – tłumaczy Jakub Piwnik, PR & Marketing Manager Brainly w Stanach Zjednoczonych.

Pomysł na oparcie portalu na treści tworzonej przez użytkowników okazał się strzałem w dziesiątkę. Dzięki dużej popularności, Brainly wywalczyło silną pozycję w wyszukiwarkach internetowych, zwłaszcza w Google. I to właśnie poprzez Google mnóstwo nowych osób codziennie dowiaduje się o istnieniu Brainly w każdym z krajów, w których działa. Brainly zdołało w pełni wykorzystać potencjał do efektywnego marketingu przychodzącego, który wynika z jego natury jako serwisu typu Q&A.

  1. Listonic

Tym razem mamy do czynienia z jedną z najpopularniejszych aplikacji do tworzenia list zakupowych. Po osiągnięciu dużej popularności w Polsce, start-up ten zdecydował się na wypróbowanie sił w USA, uważanych za najbardziej konkurencyjny rynek aplikacji na świecie. Dział marketingu Listonica na pewno pomoże w odniesieniu sukcesu, na koncie ma już kilka wartych odnotowania osiągnięć, zwłaszcza przyciski Listonic.

Listonic udostępnia przyciski każdej zainteresowanej witrynie czy blogowi kulinarnemu. Przy ich pomocy użytkownicy mogą jednym kliknięciem przycisku zamienić składniki przepisu w listę zakupową Listonic, która pozwoli łatwo zapamiętać wszystkie składniki i wzmocni dyscyplinę zakupową (mniejsze prawdopodobieństwo dokonania niespodziewanych, impulsywnych zakupów).

W ten sposób Listonic skutecznie korzysta z zewnętrznych treści do popularyzowania swojej aplikacji. Zewnętrzni wydawcy otrzymują w zamian wartościową funkcjonalność.

  1. Brand24

Brand24 to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich start-upów. Brand24 oferuje swoim klientom możliwość zarządzania swoją rozpoznawalnością w internecie 24 godziny na dobę. Monitoruje sieć w poszukiwaniu wszelkich śladów obecności marki, zwłaszcza na blogach i w mediach społecznościowych. Z danymi można się zapoznać za pomocą aplikacji mobilnej, panelu webowego oraz wiadomości email. Użytkownik może wykorzystać te informacje do natychmiastowej reakcji na treści w internecie dotyczące jego marki – odpowiedzieć na wątpliwości konsumentów, pomóc im czy szybko podjąć decyzję o produkcji i publikacji materiałów, które pozwolą zażegnać kryzys PR-owy, jaki miał miejsce po publikacji w Internecie niekorzystnych treści dla marki.

  1. Positionly

Positionly powstało z myślą o markach, które chciałyby wzmocnić swoją pozycję w wyszukiwarce. Dopracowany i przyjazny użytkownikowi interfejs to jedna z głównych zalet tego popularnego start-upu, który w październiku 2014 roku pochwalił się tysięcznym klientem korzystającym z płatnej wersji usługi.

Positionly ułatwia content marketing poprzez udostępnianie narzędzi wyróżniających się relatywną prostotą obsługi w porównaniu z możliwościami, jakie oferują. Użytkownik może porównać z konkurencją swoje pozycje w wyszukiwarkach na różne frazy kluczowe, zarządzać linkami zewnętrznymi, a także generować raporty zawierające wszystkie te dane.

Start-up wspomagający content marketing u klientów powinien uwiarygadniać to publikacjami w Internecie edukującymi klientów nt. content marketingu. Dostarczają one konsumentom wartościowej wiedzy i skutecznie zachęcają ich do korzystania z usług start-upu. Positionly prowadzi bloga, który zawiera treści poradnikowe w zakresie marketingu w sieci.

  1. SALESmanago

Platformy typu marketing automation oferują innowacyjny sposób dotarcia do potencjalnych konsumentów w sposób spersonalizowany i na dużą skalę. Według MarketsandMarkets, przychody z automatyzacji marketingu wzrosną z 3,65 miliarda dolarów w roku ubiegłym do 5,5 miliarda w 2019 r. Jak automatyzacja marketingu wygląda w praktyce?

Gdy na twojej stronie internetowej pojawi się nowy użytkownik, oprogramowanie SALESmanago odnotuje szereg informacji związanych z jego aktywnością na niej. Na ich podstawie postara się m.in. określić obecne zainteresowania użytkownika, jego zachowanie itp. Następnie SALESmanago przygotuje treść dostosowaną do tego konkretnego użytkownika i wyśle ją w formie maila. Niewiele start-upów robi to tak efektywnie jak SALESmanago. Możesz dowiedzieć się o tym więcej, przeglądając bogatą bazę tego krakowskiego start-upu z ponad tysiącem klientów biznesowych w całej Europie.

  1. Vintom

Content marketing to także w coraz większym stopniu materiały wideo. Vintom to polski start-up, które oferuje efektywną metodę pozyskiwania nowych leadów (informacji o klientach) przy wykorzystaniu treści wideo.

Vintom sam siebie określa mianem „dodatkowej warstwy na wideo”. Kilka linijek kodu wystarczy, by wzbogacić film o funkcjonalność pozwalającą na prośbę do użytkownika o wykonanie danej akcji (email, udostępnienie w mediach społecznościowych, kliknięcie URL) w celu dalszego oglądania. Do użytkownika należy wskazanie momentu, do którego wideo można oglądać bez żadnych zobowiązań.

  1. PressPad

Ciągły wzrost popularności portali internetowych wydawał się początkiem końca tradycyjnej prasy drukowanej. Szansą dla tych ostatnich jest PressPad – dostawca aplikacji mobilnych na systemy Android i iOS, za pomocą których tradycyjni wydawcy mogą wygodnie dystrybuować swoje publikacje w formie cyfrowej. PressPad pozwala m.in. na dołączenie do tekstu filmów z YouTube i Vimeo, ścieżek dźwiękowych z SoundCloud i linków do mediów społecznościowych. Wydawcy mogą także wysyłać swoim subskrybentom powiadomienia push, dostarczane przez aplikacje mobilne czy emaile.

  1. LiveChat

Content marketing to także sztuka znalezienia się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Twoja wartościowa treść powinna trafić do użytkownika w momencie, gdy akurat jest mu potrzebna. LiveChat to start-up, który pomoże w dążeniu do tego celu. Oprogramowanie LiveChat pozwala na łatwe założenie na stronie czatu „na żywo”, z którego odwiedzający stronę może skorzystać w każdej chwili. Pytanie trafia niezwłocznie do wskazanej osoby, np. pracownika firmy, który od razu przygotowuje odpowiedź. Imię i twarz osoby odpowiadającej zwykle widoczna jest w okienku chatu, co pozwala na stworzenie wrażenia rozmowy w czasie rzeczywistym.

LiveChat oferuje rozbudowane możliwości dostosowania aplikacji do wyglądu strony, w tym możliwość usunięcia wszelkich śladów tego, że za funkcją stoi LiveChat (tzw. white-label product).

  1. Estimote

Estimote to producent beaconów o międzynarodowym zasięgu. To jedna z kilku uznanych za granicą polskich firm (obok Kontakt.io oraz Ifinity), które osiągnęły międzynarodowy sukces na polu tzw. proximity technologies, tzn. technologii umożliwiających bezprzewodowy kontakt pomiędzy urządzeniami. Przykładem jest tutaj np. protokół Bluetooth Smart, wykorzystywany właśnie w beaconach Estimote. Znajdują one zastosowanie np. w marketingu – umieszczone w sklepach mogą kontaktować się ze znajdującymi się w zasięgu konsumentami i przekazywać im komunikaty reklamowe i sugestie do ich smartfonów czy tabletów.

Źródło: web.gov.pl
Autor: Adrian Senecki

Nowe centrum IT w Katowicach

FinTech Innovation Centre Katowice to ośrodek badawczo-rozwojowy, który do końca 2019 roku zapewni zatrudnienie 70 specjalistom i inżynierom z branży IT. Ich zadaniem będzie m.in. rozwój i opracowywanie systemów informatycznych dla instytucji finansowych.

O wyborze lokalizacji zadecydowało wiele czynników m.in. potencjał rozwojowy regionu, jego wielkość i możliwość współpracy z uczelniami wyższymi. Istotna była także lokalizacja i dogodne połączenia lotnicze z USA oraz kolejowe i drogowe z Europą. Katowice wygrały ostatecznie rywalizację z miastami Estonii, Argentyny czy Bułgarii. Decydującym argumentem był przede wszystkim dostęp do wysokiej jakości specjalistów IT pracujących w branży finansowo-bankowej.


Odbiorcami rozwiązań tworzonych w ramach FinTech Innovation Centre Katowice będą firmy z branży finansowo-bankowej zlokalizowane w USA, Wielkiej Brytanii oraz Niemczech. Zadaniem centrum jest rozwój nowych, szybszych i bezpieczniejszych algorytmów w opracowywanych systemach. Realizowane projekty mają zapewnić pełną ochronę w zakresie operacji giełdowych i dostępu do oferty banków zarówno klientom indywidualnym, jak i korporacyjnym.

Odpowiedzialna za realizację nowego centrum firma SMT Software Services już rozpoczęła poszukiwania specjalistów. Pracę znajdą tu inżynierowie oprogramowania, analitycy, programiści, specjaliści ds. zapewnienia jakości oraz kierownicy projektów.

Firmy z sektora MŚP są najbardziej narażone na wycieki poufnych danych

Do ponad 75 proc.  przypadków wszystkich wycieków danych na świecie dochodzi w firmach z sektora MŚP. Co istotne, blisko 92 proc. z nich zawiera dane osobowe[1]. Okazuje się, że w tym sektorze w 57 proc. przypadków do wycieków danych dochodzi w sposób przypadkowy[2]. Spowodowane jest to najczęściej zaniedbaniami załogi i nieprzestrzeganiem podstawowych norm bezpieczeństwa. Jedynie 36 proc. wycieków poufnych danych ma swoje źródło w celowym działaniu pracowników lub kogoś z poza organizacji[3]. Z kolei w dużych firmach i korporacjach sytuacja się odwraca. Tam już jedynie 35 proc. wycieków spowodowana jest nieumyślnie, a już co drugi z nich jest intencjonalny[4]. Wynika to przede wszystkim z faktu, że w dużych korporacjach utrata poufnych danych spowodowana jest z reguły atakiem na przedsiębiorstwo z zewnątrz. To szeregowi pracownicy, którzy nie są świadomi zagrożeń jakie niesie za sobą utrata cennych firmowych informacji i nie są odpowiednio przeszkoleni, a nie kadra menadżerska i administratorzy IT są dla firm największym zagrożeniem. Okazuje się, że to właśnie oni odpowiadają za ponad 50 proc. wszystkich wycieków poufnych danych. Z badań ekspertów wynika też, że blisko 70 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP prognozuje, że z punktu widzenia rozwoju biznesu najbliższy rok będzie dla nich lepszy niż poprzedni[5]. Czy przełoży się to także na inwestycję w bezpieczeństwo informacji?

„Przedsiębiorstwa z sektora MŚP są bardziej narażone na wycieki poufnych danych niż duże korporacje ze względów dość prozaicznych – mniejsze nakłady finansowe na szkolenia dla pracowników oraz brak podstawowych norm i standardów bezpieczeństwa informacji skutkuje niską świadomością problemu wśród załogi. W polityce bezpieczeństwa informacji nadrzędna sprawą jest to, aby w proces przechowywania oraz utylizacji dokumentów zaangażowanych było jak najmniej osób. Bardzo ważne jest także, by proces w całości przeprowadzany był wewnątrz organizacji. Outsourcing usług w tym przypadku tylko zwiększa ryzyko wycieku poufnych danych. Z mediów co jakiś czas dowiadujemy się o dokumentach zawierających dane osobowe, które znalazły się na śmietniku. Aby uniknąć tego typu sytuacji najlepiej jeżeli w naszym przedsiębiorstwie znajdzie się dopasowane do potrzeb firmy urządzenie do niszczenia dokumentów zgodne z normą DIN 66399 służące utylizacji zbędnej dokumentacji firmowej”– komentuje Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska.

Na wycieki informacji najbardziej narażone są firmy z branży HoReCa, medycznej i bankowości. Wynika to ze specyfiki przechowywanych przez nie danych. Wrażliwe informacje, które wyciekną poza firmę najczęściej używane są do przestępstw finansowych oraz wyłudzeń.

Małe i średnie przedsiębiorstwa są jednym z najważniejszych motorów napędowych polskiej gospodarki. Właśnie w tym sektorze powinniśmy położyć duży nacisk na edukowanie zarówno przedsiębiorców, jak i szeregowych pracowników, bo straty firm z sektora MŚP odbiją się bezpośrednio na nas wszystkich. Szerzenie świadomości o tym, jak ważne jest właściwe obchodzenie się z dokumentacją firmową oraz wykorzystanie nowoczesnych narzędzi do utylizacji nośników danych wewnątrz firmy, pozwoli znacznie zmniejszyć ryzyko wycieku w niemal każdym przedsiębiorstwie”– podsumowuje Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska.

[1] InfoWatch
[2] InfoWatch
[3] InfoWatch
[4] InfoWatch
[5] BlackPartners

Sieć B&B poszerza portfolio o hotele w Hiszpanii

Grupa B&B Hotels, która niedawno wystartowała z budową czwartego hotelu w Polsce i już planuje kolejną inwestycję w naszym kraju, podbija kolejne rynki europejskie. Sieć ogłosiła właśnie, że wkracza na hiszpański rynek z 4 nowymi hotelami: w Alicante, Gironie, Madrycie oraz Walencji. Grupa, która świętuje w tym roku swoje 25. urodziny, posiada obecnie 335 hoteli w Europie. Ponadto na lata 2016 – 2017 planuje otwarcie kolejnych placówek we Francji, Niemczech, Włoszech oraz Brazylii.

4 nowe lokalizacje hoteli B&B w Hiszpanii

Sieć hoteli B&B Hotels wchodzi do Hiszpanii z 4 nowymi obiektami. Każdy z nich posiada szereg udogodnień, które docenią zarówno podróżni z Hiszpanii, jak i z zagranicy. Hotel B&B w Alicante zlokalizowany jest obok międzynarodowego lotniska oraz Centrum Wystawowego (IFA). Hotel w Gironie położony jest na malowniczym wybrzeżu Costa Brava, w sąsiedztwie centrum handlowego Espai Girones. Madrycki hotel B&B znajduje się 5 minut drogi z lotniska Madrid Barajas, w pobliżu autostrady A2. Hotel jest znakomicie skomunikowany z centrum miasta i atrakcjami turystycznymi. 10 minut drogi od hotelu znajduje się również Centrum Kongresowe IFEMA. Hotel w Walencji jest zlokalizowany w odległości 3 kilometrów od centrum miasta oraz 7 kilometrów od plaży. Do obydwu tych miejsc kursują liczne linie autobusowe.

„Przełomowe wejście na rynek w Hiszpanii jest dowodem na to, że nasza oferta Econochic spotyka się z ogromnym zainteresowaniem, zarówno w Europie, jak i na całym świecie. Staramy się zaspokajać potrzeby klientów poprzez rzetelnie świadczone usługi noclegowe w przystępnej cenie” tłumaczy Georges Sampeur, prezes grupy B&B Hotels.

W Hiszpanii, podobnie jak we Francji oraz całej Europie, hotele B&B dysponują wygodnymi, przestronnymi pokojami, z których każdy posiada szereg udogodnień: bezpłatny dostęp do Wi-Fi, komfortowe i funkcjonalne wyposażenie, nowoczesny design, dogodną lokalizację oraz możliwość korzystania z bufetu śniadaniowego z szerokim wyborem dań.

Model hoteli ekonomicznych B&B w całej Europie

Hotele B&B są liderem wśród sieci hoteli ekonomicznych we Francji, oferując gościom biznesowym oraz turystom usługi wysokiej jakości idące w parze z przystępną ceną. Rozwój Grupy B&B Hotels w Europie i na świecie jest wyznacznikiem jej sukcesu, u podstaw którego leżą kluczowe wartości, takie jak prostota, życzliwość  oraz chęć ciągłego ulepszania oferty rynkowej, będąca wynikiem pro klienckiej strategii.

Wspomniane perspektywy rozwoju eksplorowane będą przez cały rok 2015, na czele z ważnymi projektami we Francji, takimi jak otwarcie dwóch hoteli w Paryżu: w pobliżu Gare du Nord i Porte d’Italie, otwarcie hotelu przy stadionie w Marsylii oraz otwarcie największego do tej pory obiektu sieci – składającego się z 400 pokoi hotelu w pobliżu podparyskiego Disneylandu. Do końca tego roku sieć B&B powinna mieć we Francji 250 obiektów, co oznacza około 20 000 pokoi hotelowych.

W Niemczech, Grupa obecnie zarządza 72 hotelami oraz planuje otwarcie do końca tego roku kolejnych 12 obiektów oferujących w sumie 1260 dodatkowych pokoi.

We Włoszech 22 hotele B&B oferują obecnie ponad 1900 pokoi, zaś w 2015 roku zostaną otwarte kolejne 4 obiekty. W Mediolanie, gdzie w tym roku odbywa się Wystawa Światowa EXPO, sieć posiada 5 placówek.

W Polsce w 2016 roku planowane jest ukończenie budowy hotelu w Łodzi, który będzie czwartą lokalizacją, po Wrocławiu, Toruniu oraz Warszawie. Jednocześnie, do końca roku 2017 Grupa B&B Hotels planuje otwarcie 2 projektów hoteli w Brazylii: w Rio de Janeiro oraz Sao Paulo.

Czy polskie miasta mogą być efektywne energetycznie?

Zwiększenie efektywności energetycznej polskich miast w ostatnich latach stało się szczególnie istotne. Obecnie miasta muszą dołożyć wszelkich starań, aby zaspokoić potrzeby mieszkańców oraz stać się bardziej przyjaznymi dla środowiska. Wzorem do naśladowania powinny być francuskie miasta Grenoble i Lyon, w których inteligentne zarządzanie energią w ramach projektu GreenLys przynosi realne korzyści mieszkańcom i zarządcom sieci. Co więc należy zrobić, aby taką efektywność uzyskać? Na ten temat rozmawiali w Katowicach uczestnicy seminarium „Efektywność energetyczna, jako instrument obniżania rachunków samorządów oraz poprawy jakości środowiska”, zorganizowanego w ramach projektu ECO – Miasta.

Główne wyzwania miast

Współczesne miasta muszą sprostać wielu wyzwaniom związanym z rosnącą liczbą ludności oraz ich potrzebami, zapewnianiem odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa, a także właściwym zarządzaniem komunikacją i transportem miejskim, jak również sieciami wodno-kanalizacyjnymi i energią. Według danych z raportu „Energia Inteligentna” przygotowanego przez Frost&Sullivan, przy współpracy Schneider Electric, wynika, iż światowy popyt na energię w latach 2000 – 2030 zwiększy się o 200%. Znaczący udział tego zużycia generują budynki – ich systemy ogrzewania, chłodzenia i oświetlenia odpowiadają za ok. 25% globalnych emisji dwutlenku węgla. Jednym z głównych problemów współczesnych miast jest kwestia architektonicznej zabudowy. Z jednej strony mamy budynki starszego typu, które pochłaniają znaczne pokłady energii. Natomiast z drugiej, powstaje coraz więcej inwestycji, które również wymuszają większe zapotrzebowanie na energię. W związku z czym podnoszenie efektywności energetycznej powinno być priorytetowym obszarem działań władz polskich miast, jako niezbędny element sprawnego działania organizmu miejskiego i sposób na obniżenie kosztów jego funkcjonowania – mówi Jacek Łukaszewski, Prezes Zarządu Scheider Electric Polska.

Francuskie doświadczenie wzorem do naśladowania

Efektywność energetyczna to proces, na który składa się kilka czynników. Z jednej strony jest to termomodernizacja, z drugiej zaś inwestycja w rozwiązania energetyczne takie jak smart grid czy smart mettering, które pozwalają tę efektywność uzyskać. Podczas seminarium, Xavier Normand odpowiedzialny za zrównoważony rozwój we francuskim mieście Grenoble oraz Lyon, podzielił się doświadczeniami z realizacji innowacyjnego projektu GreenLys, którego głównym zadaniem jest przetestowanie i zademonstrowanie działania inteligentnych sieci jako całości, przy udziale wszystkich podmiotów zaangażowanych w system energetyczny od producenta energii po mieszkańców. Realizując zaawansowany technologicznie projekt energetyczny w miastach Lyon i Grenoble Xavier Normand podkreślił, że inteligentne miasta nie są tylko konceptem, ale realnie funkcjonującymi miastami, w których inteligentne zarządzanie energią przynosi korzyści ich mieszkańcom i służą za przykład dla całego świata.

Projekt GreenLys, który był realizowany w ramach konsorcjum firm z branży energetycznej: ER DF, GEG, GDF Suez i Schneider Electric oraz przy współpracy z miastem Grenoble. Udział firmy Schneider Electric polegał na rozpowszechnieniu innowacyjnych rozwiązań smart grid i pokazaniu ich wpływu na funkcjonowanie miasta. Ma on również wskazać, że inteligentne miasto to sprawdzony model biznesowy, w którym aktywny udział biorą również konsumenci. Pierwszym etapem projektu była instalacja inteligentnego opomiarowania w formie liczników. Do tego celu wytypowanych zostało 1000 gospodarstw domowych i 40 obiektów komercyjnych. Dodatkowo zainstalowane zostały specjalne boksy, których zadaniem było monitorowanie i optymalizacja zużycia energii elektrycznej. Jednocześnie w mieście zainstalowano stacje do ładowania samochodów elektrycznych. Efektem tych działań jest lepsze zarządzanie siecią energetyczną i zdefiniowanie potrzeb konsumentów, jak również dostosowanie zużycia energii do ich aktualnych potrzeb. Co więcej, każdy z konsumentów będzie mógł bardziej efektywnie zarządzać poborem energii, korzystając z rozwiązań komunikacyjnych. Bardzo ważne jest również fakt, że cały system przyczynia się do zbierania dokładnych danych o funkcjonowaniu sieci przesyłowych w celu zwiększenia ich efektywności, zmniejszenia strat energii oraz planowania ich rozwoju.

Budynki kluczowe dla efektywności energetycznej w miastach

Według danych firmy Schneider Electric, budynki generują obecnie 40% globalnej konsumpcji energii, a w niedalekiej przyszłości będzie to aż 60%. Z tego względu konieczne są inwestycje w inteligentne systemy zarządzania energią i automatykę w budynkach, które pozwolą na efektywne wykorzystanie energii i realne oszczędności. Systemy te pozwalają na zmniejszenie zużycia energii o 30 proc. w istniejących budynkach oraz do 70 proc. w nowych budynkach. Mamy więc konkretne narzędzia, z których możemy i powinniśmy korzystać – podkreśla Jacek Łukaszewski. Nowe budynki komercyjne są dużo bardziej efektywne energetycznie, a zatem tańsze w eksploatacji. Nieco mniejsze możliwości inwestycji w efektywność energetyczną istnieją w budownictwie mieszkaniowym, gdzie własność jest rozproszona pomiędzy wielu lokatorów. W lokalach mieszkalnych jednak także można instalować chociażby systemy zarządzania światłami lub ogrzewaniem, które pozwolą na wymierne oszczędności i zużycie mniejszej ilości energii.

Konkurs ECO Miasto organizowany jest przez Ambasadę Francji w Polsce wraz z partnerami – Renault Polska, SAUR Polska, EDF Polska, Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, firmami Saint-Gobain, Schneider Electric, DK Energy, TIRU oraz Krajową Agencją Poszanowania Energii. Doświadczenia poprzednich edycji pokazują, że miasta inwestują w efektywność energetyczną i że jest to dla nich ważny problem, któremu chcą sprostać.

W ubiegłorocznej edycji konkursu do tytułu miasta eco pretendowało 31 miast, a wybrano
8 w trzech kategoriach: efektywność energetyczna budynków, gospodarka odpadami, mobilność zrównoważona. W tegorocznej edycji konkursu pojawiła się nowa kategoria – gospodarka wodna. Pojawienie się tej kategorii to dowód na to, że obszar sieci wodno–kanalizacyjnych i wykorzystanie wody w miastach to bardzo ważny obszar dla miast. Zważywszy na problemy, z którymi muszą poradzić sobie miasta w Polsce w tym obszarze, pojawienie się tej kategorii będzie mobilizować do inwestycji w tym obszarze – mówi Anna Szymczyk ze Schneider Electric. Nasza firma posiada technologię i wiedzę w zakresie wdrażania w miastach takich rozwiązań oraz doświadczenia, którymi będziemy dzielić się z uczestnikami konkursu – dodaje Anna Szymczyk.

Guillaume Duverdier nowym prezesem Browarów Polskich

Na mocy uchwały Zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego w Polsce – Browary Polskie, z dniem 2 czerwca nowym Prezesem organizacji został Guillaume Duverdier, który zastąpił na tym stanowisku Tomasza Bławata.

Od listopada 2013 r. Guillaume Duverdier sprawuje funkcje Prezesa Zarządu Grupy Żywiec S.A. Z Grupą HEINEKEN jest związany od marca 2000 r. kiedy objął stanowisko Dyrektora ds. rozwoju sprzedaży w Brasseries HEINEKEN we Francji. Później sprawował kolejne funkcje w strukturach międzynarodowych, koncentrując się na rozwoju sprzedaży i produkcji. Do Polski przeniósł się z Egiptu, gdzie pełnił obowiązki prezesa Al Ahram Beverages Company, związanej z Grupą HEINEKEN. Swoja karierę zawodową Guillaume Duverdier rozpoczął w Procter and Gamble, gdziew latach 1994 – 2000 zajmował kolejne stanowiska w obszarze zarządzania sprzedażą i relacjamiz klientami.

– Rynek piwa w Polsce jest już dojrzały, nasycony i bardzo konkurencyjny, a wśród Polaków rośnie grupa nie tylko entuzjastów piwa, ale również wymagających konsumentów. W tych okolicznościach kluczowymi zadaniami dla Związku, którego przewodnictwo obejmuję, będzie działanie na rzecz promocji kultury picia piwa oraz odpowiedzialnej sprzedaży i konsumpcji, aby zapewnić zrównoważony wzrost kategorii – powiedział Guillaume Duverdier.

Nowy Prezes wyraził także zamiar dalszego rozwijania współpracy i dialogu ze wszystkimi środowiskami powiązanymi z branżą.

Kluby polskiej Ekstraklasy w coraz lepszej kondycji finansowej. Całkowite przychody drużyn wyniosły w tym sezonie prawie 0,5 miliarda złotych

CEO Magazyn Polska

W sezonie 2014/2015 przychody klubów grających w piłkarskiej Ekstraklasie wyniosły blisko 0,5 mld złotych. Większość wpływów pochodziła ze sprzedaży praw mediowych. Dzięki rozwojowi infrastruktury sportowej na znaczeniu w strukturze przychodów zyskuje rola marketingu i sprzedaży biletów. Spółka Ekstraklasa liczy, że polska liga już wkrótce będzie dobijać się do pierwszej dziesiątki czy dwunastki w Europie.

– 11 mln osób interesuje się rozgrywkami Ekstraklasy. To przyczynek do tego, aby osoby przychodziły na stadiony czy oglądały mecze w telewizji. Więc wydaje się, że wszystko jest na dobrej drodze i mam nadzieję, że także z perspektywy rozwoju, czy to finansowego, czy sportowego, naszych klubów będziemy w stanie dobijać się do tej pierwszej dziesiątki czy dwunastki lig w Europie, bo w te miejsca celujemy – mówi agencji Newseria Inwestor Marcin Animucki, wiceprezes zarządu Ekstraklasa SA.

Jak wynika z raportu Deloitte, wartość europejskiego rynku piłki nożnej w sezonie 2013/2014 przekroczyła 20 miliardów euro. Liderem jest brytyjska Premier League, której łączne przychody osiągnęły w tym okresie 3,9 miliarda euro. Polska Ekstraklasa znalazła się w drugiej dziesiątce zestawienia.

– W ostatnich latach nastąpił bardzo duży skok jakościowy, jeżeli chodzi o infrastrukturę. Mamy najbardziej nowoczesne stadiony piłkarskie w Europie. To jest ten pierwszy podstawowy element do budowania solidnych drużyn – przekonuje Marcin Animucki.

Przedstawiciel spółki Ekstraklasa wskazuje, że od dwóch lat widać dużą pracę klubów w zakresie uporządkowania kwestii finansowych. Dotyczą one budżetowania, wypłacalności klubów oraz terminowego przekazywania wynagrodzenia dla trenerów i piłkarzy.

– Sumarycznie przychody wszystkich klubów w Ekstraklasie to prawie 0,5 mld zł, na co składają się przede wszystkim scentralizowane prawa mediowe. To jest ta część, za którą odpowiada Ekstraklasa. Dużą część przychodów klubów stanowią umowy sponsorskie i reklamowe. Ważnym elementem w niektórych klubach są także transfery zawodników do lig zagranicznych czy transfery wewnętrzne – wymienia wiceprezes zarządu Ekstraklasa SA.

Według opracowania „Przeglądu Sportowego” w zakończonym sezonie 2014/2015 szesnaście drużyn rywalizujących w rozgrywkach Ekstraklasy dysponowało budżetem wynoszącym 434 milinów złotych. Różnice finansowe pomiędzy poszczególnymi zespołami były jednak znaczne. Najbogatsza Legia Warszawa dysponowała budżetem ponad 10-krotnie wyższym niż najbiedniejsza Zawisza Bydgoszcz.

– W ligach europejskich nie ma jednolitej struktury. W zależności od kraju, któremu się przyglądamy, jest albo przewaga praw mediowych nad praw ami marketingowymi czy ticketingu – mówi przedstawiciel Ekstraklasa SA, pytany o optymalną strukturę przychodów osiąganych przez ligi piłkarskie.

Marcin Animucki zaznacza, że zrównoważony model biznesowy ligi piłkarskiej zakłada osiągniecie ok. 30 proc. przychodów ze sprzedaży praw mediowych, ok. 30 proc. z praw marketingowych oraz ok. 30 proc. z ticketingu. Polska Ekstraklasa powoli zbliża się do tych proporcji, choć nadal duża część przychodów osiągana jest z praw mediowych. Nowoczesna infrastruktura sportowa sprawia natomiast, że coraz większe znaczenie odgrywają również pozostałe źródła przychodów.

– Jeżeli chodzi o same przychody Ekstraklasy, jako spółki, to odnotujemy [w tym roku – red.] około 15-proc. wzrost, co będzie w 10-letniej historii Ekstraklasy największym budżetem, który będzie dochodził do granicy około 170 mln zł i z tego powodu możemy być szczęśliwi i dumni – mówi Animucki.

Jeśli chodzi natomiast o skumulowane przychody klubów piłkarskich występujących w Ekstraklasie, to ich wielkość uzależniona jest od głównie od przychodów z praw mediowych klubów uczestniczących w europejskich pucharach oraz z transferów zewnętrznych. W opinii wiceprezesa Animuckiego, standardowa struktura przychodów w przyszłości pozostanie raczej niezmienna. Różnić się będą jednie modele finansowania poszczególnych klubów.

Grupa Mzuri uruchamia kolejną spółkę, celując w 7-8 proc. zwrotu rocznie. Spodziewa się średniego wkładu na poziomie wyższym niż 25 tys. zł

CEO Magazyn Polska

Rusza spółka celowa Mzuri CFI 2, specjalizująca się w grupowych inwestycjach w nieruchomości. Właśnie rozpoczęła nabór środków. Liczy na średnie wpłaty przekraczające 25 tys. zł. Drobnym inwestorom ma to otworzyć drogę do najatrakcyjniejszych segmentów rynku. Obecnie średnia rentowność najmu w Polsce wynosi nieco ponad 4 proc. Szef rady nadzorczej spółki oczekuje zysku na poziomi 7-8 proc. brutto.

– Mzuri CFI 2, czyli spółka crowdfundingowa, będzie kupować mieszkania, domy, poddasza, strychy do adaptacji, ale też kamienice, po to, żeby je później wyremontować, wynająć i przychody z najmu dzielić wśród udziałowców w proporcji do objętych udziałów – wyjaśnia Sławek Muturi.

Mzuri CFI 2 to druga z crowdfundingowych spółek celowych Grupy Mzuri, która specjalizuje się w grupowych inwestycjach w nieruchomości. Kapitał pozyskany od udziałowców przeznaczony będzie na długoterminową inwestycję w zdywersyfikowany portfel nieruchomości na wynajem.

Zarząd spółki zakłada, że kolejne podwyższenia kapitału będą realizowane mniej więcej raz na miesiąc, aż do 30 września 2015 roku. Późniejsze nabycie udziałów również będzie możliwe, choć już po cenie wyższej niż nominalna.

– Sporo zależy od tego, ile kapitału uda nam się zebrać, bo to będzie spółka z o.o., która będzie ponosić normalne koszty funkcjonowania spółki, ale przy założeniu, że będzie to przynajmniej 3-5 mln zł, to spodziewamy się, że zwrot powinien być w granicach 7-8 proc. już po uwzględnieniu podatku CIT, ale przed opodatkowaniem PIT-u – prognozuje przewodniczący rady nadzorczej crowdfundingowej spółki.

Według danych firmy Home Broker przeciętna rentowność wynajmu mieszkań w głównych miastach Polski na początku 2015 roku rzadko kiedy przekraczała 4 proc. netto rocznie. Na najwyższe stopy zwrotu mogli liczyć mieszkańcy stolicy (4,8 proc.) oraz Łodzi (4,4 proc.). Najmniej opłacalny najem był w Gdyni, gdzie średnia rentowność wynosiła zaledwie 3,1 proc. rocznie. Grupowe inwestycje w nieruchomości mają być receptą, na osiągnięcia znacznie lepszych stóp zwrotu.

Ideą powołania spółki jest umożliwienie inwestycji w nieruchomości nawet osobom z ograniczonym kapitałem. W przypadku Mzuri CFI 2 minimalna kwota wkładu wynosi zaledwie 10 tys. zł. Dzięki grupowemu inwestowaniu udziałowcy będą mogli lokować swoje środki w najbardziej rentowne segmenty rynku, takie jak m.in. kamienice na wynajem.

– To już kolejna inwestycja, którą realizujemy w formule crowdfundingowej. W przypadku poprzednich kształtowało się to na poziomie 20-25 tys. zł od każdej osoby, natomiast mieliśmy górne limity: minimalny próg był 10 tys., maksymalny wtedy ustawiliśmy na 80 tysięcy. Teraz maksymalnego praktycznie nie ma, bo powiedzmy, jest to pół miliona, jest dużo większy, więc też spodziewamy się, że może to będą większe kwoty – wyjaśnia założyciel Grupy Muturi.

W planach funduszu są inwestycje w nieruchomości położone we wszystkich największych miastach w Polsce. Sławek Muturi wymienia tu ośrodki liczące powyżej 200 tys. mieszkańców. Inwestycje realizowane będą także w mniejszych miastach, od 100 tys. mieszkańców, choć ich udział w portfelu nieruchomości spółki będzie odpowiednio niższy.

Od 1 lipca 2014 roku obowiązują nowe zapisy w Rekomendacji S, wydanej przez Komisję Nadzoru Finansowego. Mówią one, że bank powinien udzielić klientom detalicznym kredytów hipotecznych wyłącznie w walucie, w jakiej uzyskują swoje dochody. Zmiany znacznie ograniczają dostęp do kredytów osobom pracującym za granicą. Zdaniem założyciela Grupy Mzuri powinno to zwiększyć zainteresowanie Polaków za granicą inwestycjami takimi jak Mzuri CFI 2.

– To jest taki dosyć niefortunny skutek uboczny, niezamierzony, ale ograniczając tę możliwość Polonii, więc my mamy duże zainteresowanie Polonii, spodziewamy się też sporego zainteresowania ze strony inwestorów zza naszej wschodniej granicy – wyjaśnia Muturi.

Multimedia Polska chce przyciągnąć klientów pakietami usług niezwiązanych z telewizją czy internetem. Duży potencjał widzi przede wszystkim w sprzedaży energii elektrycznej

0

CEO Magazyn Polska

Multimedia Polska stawia na sprzedaż pakietową, dorzucając do tradycyjnego modelu działania usługi wykraczające poza dotychczasowy model biznesowy. Oprócz ubezpieczeń czy telefonii komórkowej i monitoringu domu oferuje również energię elektryczną. Widzi potencjał w tym rynku, na którym do tej pory blisko 330 tys. gospodarstw domowych zmieniło dostawcę prądu.

Rozszerzamy nasze portfolio usług, także o takie, które dotychczas nie kojarzyły się z multimediami, ale dobrze wpasowują się w strategię oferowania klientom dodanej wartości produktowej. Do internetu czy telewizji cyfrowej dodajemy ubezpieczenia, usługi mobilne, ale też energię elektryczną – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Jakub Jacewicz, dyrektor Departamentu Usług Energetycznych w Multimedia Polska.

Dane Urzędu Regulacji Energetyki (URE) wskazują, że rynek energetyczny szybko się rozwija. Nie tylko więcej firm oferuje usługi, lecz także większa jest świadomość konsumentów. Od 2007 roku, kiedy możliwa stała się zmiana sprzedawcy, zrobiło to blisko 330 tys. gospodarstw domowych (dane na koniec kwietnia br.). Choć to niewiele ponad 3 proc., to ich liczba – zwłaszcza na przestrzeni trzech ostatnich lat – szybko rośnie. Jeszcze w 2011 roku dostawcę energii zmieniło nieco ponad 14 tys. osób, w 2013 było to już 120 tys. Od grudnia 2014 roku dynamika wzrostu przekroczyła 14 proc.

Energia staje się coraz bardziej znanym towarem, to nie tylko prąd w gniazdku, który powinien bez przerwy płynąć. Klienci mają większą świadomość możliwości zmiany sprzedawcy i potrafią z niej skorzystać. Wybierają oferty, rozumieją, że uzyskali możliwość zaoszczędzenia, również na energii elektrycznej – przekonuje ekspert.

Dostawcy i sprzedawcy usług muszą dostosowywać ofertę do wymagań klientów. Dlatego choć Multimedia Polska wciąż stawia na internet, telewizję i telefon, to rozwija ofertę i oprócz sprzedaży prądu jeszcze w ubiegłym roku wprowadziła możliwość ubezpieczenia domu i telefonię komórkową. W 2014 roku z łącznych przychodów (705,8 mln zł) 49,4 proc. stanowiły przychody z telewizji, 31,2 proc z internetu i 15,5 proc. z telefonii. Wszystkie pozostałe źródła stanowiły niecałe 4 proc.

Mamy oczywiście cele biznesowe związane z energią, ale traktujemy je jako jeden ze strumieni przychodów usług i produktów. O liczbach jeszcze nie rozmawiamy, jesteśmy nowym sprzedawcą. Zaczęliśmy sprzedawać energię w I kw. ubiegłego roku i ciągle się rozwijamy. Aktualizujemy nasze cele sprzedażowe z miesiąca na miesiąc, bo tak dobrze rozwija się sprzedaż – mówi Jacewicz.

Spółka ma ponad 800 tys. klientów i stara się przyciągnąć kolejnych, proponując konkurencyjne ceny, a także pakiety usług, gdzie płaci się tylko za jedną z nich. W ubiegłym roku klienci mogli liczyć na 15-proc. upust względem taryfy sprzedawcy, u którego kupowali energię wcześniej. W tym roku mogą uzyskać przez pół roku darmową telewizję i internet.

Naszą unikalną ofertą jest możliwość pakietowania energii z innymi usługami. Dzięki temu klienci zaoszczędzają jeszcze więcej, podpisując z nami umowę na pakiet, mogą np. uzyskać do sześciu miesięcy darmowego abonamentu za telewizję i internet – wskazuje Jakub Jacewicz.

Budowa południowej obwodnicy Warszawy może się opóźnić. Firmy biorące udział w przetargu złożyły odwołanie do Krajowej Izby Odwoławczej

CEO Magazyn Polska

Wykonawcy, których oferty odrzucono w przetargu na budowę fragmentu południowej obwodnicy Warszawy, uważają, że zwycięzca nie zdoła wybudować drogi tak tanio, jak obiecuje. Część dokumentów zwycięskiej firmy jest utajniona, dlatego jej konkurenci złożyli do KIO odwołania, by poznać szczegóły tej oferty. Ich zdaniem zawiera ona bowiem rażąco niską cenę.

Zwycięzca przetargu, firma Astaldi, zobowiązała się zrealizować zlecenie za 1,2 mld zł – to 55% szacunkowej wartości inwestycji. Pozostali uczestnicy przetargu deklarowali wykonanie prac za kwoty zbliżone do budżetu założonego przez dyrekcję lub drożej (nawet do 2,4 mld zł).

– Ogłoszono wyniki przetargu na budowę drogi ekspresowej S2, a dokładnie odcinku pomiędzy węzłem Płaskowicka a węzłem Lubelska mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Wardawy, szef biura firmy Impresa Pizzarotti w Polsce. – Ten przetarg składał się z trzech części: części z tunelem, części z estakadami oraz mostu. Przetarg został rozstrzygnięty, wygrała go w części z tunelem firma Astaldi.

Impresa Pizzarotti jest jednym z wykonawców, którzy ubiegali się o kontrakt na tę budowę. Największe wątpliwości przegranych budzi fakt, że zwycięzca nie chce ujawnić, jak zamierza zbudować drogę wraz z tunelem pod Ursynowem tak tanio, jak obiecuje.

– Na razie trudno nam ocenić, czy jest to oferta realistyczna. Nie mamy dostępu do pełnej dokumentacji firmy, która złożyła tę ofertę, ponieważ w większości te dokumenty są utajnione podkreśla Krzysztof Wardawy. – I to było powodem, że firma Pizzarotti zdecydowała się na złożenie odwołania do Krajowej Izby Odwoławczej. Mamy nadzieję, że uda nam się zapoznać z tym materiałem.

Jak mówi, trzy inne konsorcja, które odpadły z przetargu, także złożyły odwołania na decyzję GDDKiA. Ich zdaniem Dyrekcja naruszyła prawo, wybierając ofertę, która zawierała rażąco niską cenę.

– Podaliśmy szereg argumentów, które naszym zdaniem powinny być zweryfikowane w tym postępowaniu, i mamy nadzieję, że będziemy więcej wiedzieli po przeprowadzeniu całego postępowania przez KIO ocenie szef biura firmy Impresa Pizzarotti w Polsce. – Zwłaszcza że nie tylko my sami się odwołaliśmy, również pozostałe trzy firmy złożyły odwołania, więc w sumie cztery konsorcja łącznie z naszą firmą podnoszą tę samą kwestię, a mianowicie: niemożliwości zweryfikowania ofert z powodu utajnienia części informacji.

Krzysztof Wardawy z firmy Impresa Pizzarotti zaznacza, że zgodnie z najlepszą wiedzą inżynierską jest przekonany, że za zaoferowaną kwotę zwycięzcy trudno będzie wykonać zlecenie przetargowe zgodnie z jego założeniami. Dodaje, że w odwołaniu nie chodzi o naruszenia prawa czy procedur.

– Nam nic na ten temat nie wiadomo, żeby były jakieś naruszenia procedur czy wątpliwe kwestie prawne. Tu bardziej chodzi o to, że chcielibyśmy się zapoznać i ocenić dokumentację firm, które złożyły oferty, a ta dokumentacja jest utajniona, do czego firmy oczywiście mają prawo. Natomiast nam trudno jest ocenić, czy oferta, która była złożona, a która jest kilkaset milionów poniżej ceny budżetowej, jest wiarygodna i możliwa do zrealizowania.

Dobre perspektywy dla polskich stoczni. Remontowa Holding rozwija się dzięki modernizacjom i zamówieniom na statki pasażersko-samochodowe

0

Arkadiusz Aszyk

Polska zajmuje piąte miejsce w Europie pod względem wielkości przemysłu stoczniowego. Cały czas ma on dobre perspektywy – pomimo spadku zapotrzebowania na statki i platformy wiertnicze szanse na rozwój cały czas są m.in. w segmencie statków pasażerskich i remontów. Korzysta na tym lider rynku – Remontowa Holding.

Jako Remontowa Holding klasyfikujemy się w pierwszej trójce największych stoczni europejskich budujących statki dla rynku offshore [do wykonywania zadań związanych z wydobyciem ropy i gazu na morzu – red.] i statki pasażersko-samochodowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Aszyk, dyrektor zarządzający Remontowa Holding. – Potencjał naszego przemysłu jest bardzo duży.

Remontowa Holding skupia obecnie 25 spółek, w tym dwie stocznie – Gdańską Stocznię Remontową oraz Remontowa Shipbuilding. Spółka jest liderem w Polsce w obszarze budowy, remontów i modernizacji statków oraz platform wiertniczych. Remontowa Holding w 2015 roku otrzymała tytuł najlepszego polskiego eksportera.

Wszystkie inne rynki, na których istniejemy [poza jednostkami dla przemysłu wydobywczego – red.], czyli np. statków pasażerskich, promów napędzanych gazem LNG czy remontów, są cały czas dla nas bardzo dobre – podkreśla Aszyk.

Jak podkreśla Aszyk, zdywersyfikowana działalność pozwala na spokojne przeczekanie spowolnienia w budowie nowych jednostek dla pełnomorskiego przemysłu wydobywczego, wywołanego spadkiem cen ropy. Według niego mniejszy popyt w tym segmencie rynku będzie obserwowany przez co najmniej dwa lata.

Poza remontami statków Remontowa Holding rozwija swoją działalność w obszarze projektowania i budowy nowych statków. W ofercie spółki są m.in. promy pasażersko-samochodowe, statki towarowe, w tym kontenerowce arktyczne i gazowce, statki rybackie, specjalistyczne (m.in. hydrograficzne oraz holowniki) i wojskowe. Ofertę uzupełniają jednostki dla przemysłu offshore, w tym m.in. kablowce oraz statki ewakuacyjne.

Grupa kapitałowa wykonuje również liczne konwersje, czyli przebudowy statków na jednostki innego typu.

Spółka ma już silną pozycję w Europie, ale musi także mierzyć się z konkurentami z innych regionów. Jak podkreśla Aszyk, szczególnie dynamicznie rozwija się przemysł stoczniowy w Turcji.

Dzisiaj mamy konkurencję ze strony stoczni tureckich, które nie należą do Unii Europejskiej i w jakiś sposób są dotowane przez państwo. Ale nasza renoma na rynku jest taka, że mimo wszystko klienci przychodzą do nas po statki – podkreśla Aszyk w rozmowie podczas posiedzenia Rady Związku Pracodawców Forum Okrętowego, które odbyło się w siedzibie kancelarii K&L Gates.

Rośnie wartość transferów pieniężnych do Polski. Głównie dzięki emigracji zarobkowej Polaków

0

CEO Magazyn Polska

Wartość transferów pieniężnych do Polski w 2014 roku wyniosła 7,5 mld dol. Najwięcej pieniędzy przesłano z Niemiec, Wielkiej Brytanii i USA, czyli krajów, gdzie wyemigrowało najwięcej Polaków, a to właśnie emigracja zarobkowa w dużej mierze determinuje rozwój rynku. Największe przepływy generują sektor rolniczy i budownictwo. Międzynarodowy rynek przekazów pieniężnych będzie rozwijał się w tempie ok. 5 proc. rocznie. Rośnie też udział przekazów z wykorzystaniem kanałów samoobsługowych. 

W Polsce widzimy ruch w obie strony, przekazy pieniężne zarówno wpływają, jak i wypływają. Pieniądze napływające do Polski pochodzą przede wszystkim z takich krajów, jak Niemcy, Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone. Natomiast środki wysyłane z Polski trafiają głównie na Ukrainę, do państw Europy Wschodniej, ale też do bardziej oddalonych miejsc – mówi agencji Newseria Biznes Pam Patsley, prezes zarządu MoneyGram.

Dane Banku Światowego wskazują, że wartość transferów do Polski w ubiegłym roku wyniosła 7,5 mld dol. Najwięcej pieniędzy wpłynęło z Niemiec (2,3 mld dol.), Wielkiej Brytanii (1,3 mld dol.) i USA (1 mld dol.), czyli z krajów gdzie najczęściej emigrują Polacy. Z naszego kraju najwięcej środków finansowych przekazywanych jest na Ukrainę (375 mln dol.), do Francji i Niemiec (ponad 300 mln dol.) oraz na Litwę (182 mln dol.).

Makroekonomiczny trend, który najbardziej determinuje rozwój sektora i rynku przekazów pieniężnych, to ten dotyczący zatrudnienia. Globalnie nie wygląda to może jednolicie, ale sektory w ramach zatrudnienia, które generują najwięcej takich przepływów, to szeroko pojęte budownictwo i rolnictwo. Wielu naszych klientów migruje po to, żeby szukać zatrudnienia w tych sektorach, a następnie wspierać rodzinę, która została w kraju – ocenia prezes MoneyGram.

Podobnie jest też w przypadku Polski, gdzie emigranci przekazują pieniądze rodzinom i znajomym. Z transferów często korzysta się również w sytuacjach kryzysowych, kiedy potrzebny jest nagły zastrzyk finansowy.

Choć wciąż największym zainteresowaniem cieszą się tradycyjne transfery pieniężne, to rozwija się kanał online i samoobsługowy. Jak wynika z danych firmy, w I kw. tego roku udział przekazów pieniężnych realizowanych przez klientów z wykorzystaniem kanałów samoobsługowych wyniósł 11 proc. MoneyGram liczy, że na koniec 2017 roku w ten sposób transfery będzie wykonywać już co piąty klient firmy. Przyszłością mogą okazać się kioski samoobsługowe. MoneyGram oferuje też możliwość odbierania w Polsce z rachunku bankowego środków wpłaconych online w innych krajach.

Polska była jednym z pierwszych krajów, w których dostępna była usługa wpłaty na konto, przede wszystkim ze względów na rozwój sektora bankowego i duże ubankowienie społeczeństwa. Dlatego wpłata na konto była usługą, którą zaproponowaliśmy, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom konsumentów – podkreśla Patsley.

Wkrótce również będzie możliwość wysyłania środków z Polski za pośrednictwem kanału online. Bardzo cieszy nas rozwój różnych możliwości generowania przekazów pieniężnych w systemie samoobsługowym – zaznacza prezes MoneyGram.

Firma systematycznie się rozwija, bo rośnie też liczba osób korzystających z transferów pieniężnych. Międzynarodowy rynek rośnie nieprzerwanie od 30 lat, w tempie nawet 5 proc. Dobre są również perspektywy, łatwiej jest podróżować, ludzie coraz częściej przenoszą się za pracą do innego kraju, czy kontynentu. W ubiegłym roku obroty MoneyGram przekroczyły 1,4 mld dolarów, w tym roku mogą być jeszcze większe.

Oferujemy największe możliwości pod względem produktów i usług, umożliwiając naszym klientom przesyłanie i odbieranie przekazów pieniężnych w dowolnej formie. Sądzę też, że tym, co odróżnia nas od konkurentów, jest siła naszej sieci agentów i szkolenie osób obsługujących konsumentów. Im więcej wiedzą i są sprawniejsi, tym lepszą obsługę możemy zaproponować naszym klientom – przekonuje Pam Patsley.

Tylko połowa Polaków wyjedzie na wakacje. Przeszkodą są koszty, przeciętna rodzina wyda na ten cel 2,8 tys. zł

CEO Magazyn Polska

Blisko połowa Polaków w tym roku nie planuje wakacyjnego wyjazdu. Powodem głównie są koszty. Przeciętna rodzina z dziećmi planuje wydać na urlop 2,8 tys. zł. Większość na wakacje oszczędza, nawet od poprzedniego lata, tylko co trzecia osoba jest w stanie opłacić wakacyjne wojaże z bieżących dochodów. Zaledwie 2 proc. decyduje się na pożyczkę na wyjazdy.

Wyjazd na wakacje deklaruje tylko połowa respondentów. 45 proc. na pewno nie pojedzie, pozostali wciąż się wahają. Niestety, osoby, które nie wiedzą, czy pojadą na wakacje, częściej też deklarowały, że ostatni raz na wakacjach były kilka lat temu. Dlatego przypuszczam, że faktyczny odsetek osób wyjeżdżających na urlop to połowa populacji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Przemysław Kasza, specjalista ds. badań i analiz w Provident Polska.

Według Barometru Providenta większość z tych, którzy w wakacje zostaną w domu, to ludzie starsi. Wśród osób po 59. roku życia 76 proc. nie planuje wyjazdu, z osób w wieku 40-59 lat to blisko połowa badanych. Dla porównania w grupie młodszych osób (25- 39 lat) tylko co trzeci zostanie w domu. Deklaracje wakacyjne zależą też od miejsca zamieszkania.

Częściej wyjeżdżają mieszkańcy wielkich miast. Tylko co trzeci wskazuje, że nie wyjedzie na wakacje. W przypadku mieszkańców małych miast, do 50 tys. i wsi, odsetek deklarujących brak wyjazdu wakacyjnego sięga ponad 60 proc. – mówi ekspert.

Choć część osób nie planuje wyjazdów, bo nie ma takiej potrzeby, to jednak dużej grupy na to po prostu nie stać. Przeciętny koszt wyjazdu to 2360 zł, w przypadku rodziny z dziećmi kwota sięga 2,8 tys. Mniej zapłacą pary bez dzieci (ok. 1,7 tys.). Blisko co piąty badany wskazuje, że na wakacje nie wyda więcej niż 1 tys. zł, tylko 12 proc. poświęci na ten cel ponad 3 tys.

Zdecydowana większość, ponad 60 proc., zamierza sfinansować wakacje z oszczędności. Przygotowywali się do tego wydatku w dwóch cyklach – jedni zaczęli już po ubiegłorocznych wakacjach, inni po feriach zimowych. Trzeba powiedzieć, że bardzo rozsądnie podchodzimy do finansowania naszych wyjazdów – przekonuje Kasza.

Z bieżących dochodów za letnie wojaże zapłaci zaledwie 30 proc. badanych, a 9 proc. pojedzie na koszt drugiej osoby, to jednak przede wszystkim uczniowie i studenci. Na niewielkim poziomie od lat utrzymuje się odsetek tych, którzy żeby wyjechać, gotowi są zaciągnąć kredyt.

Z pożyczek sfinansuje wyjazd 1,5-2,3 proc. osób. To, że Polacy rozsądnie gospodarują pieniędzmi i rozsądnie przygotowują się do wydatków wakacyjnych, jest pocieszające. Z drugiej strony warto zauważyć, że osoby, które oszczędzają na wakacje, deklarują wyższy poziom wakacyjnych wydatków – zaznacza specjalista Providenta.

Rzadko decydujemy się na wakacyjną pożyczkę spontanicznie. Z badań GfK przeprowadzonych wśród klientów Providenta wynika, że 60 proc. dokładnie sprawdza możliwości spłacania swojego zobowiązania finansowego na czas. Tylko co trzeci z nich wskazuje, że najważniejsza jest dla niego szybkość i łatwość uzyskania pieniędzy. 36 proc. przed podjęciem decyzji zastanawia się, czy faktycznie pożyczka jest niezbędna.

Pamiętajmy, że pożyczając pieniądze na wakacje, musimy się liczyć z tym, że w kolejnych tygodniach czy miesiącach powinniśmy zacząć spłacać ten kredyt. Starajmy się nie brać pożyczek na krótkie okresy miesięczne, bo po wakacyjnej zabawie nie zostanie zbyt wiele pieniędzy na spłatę. Rozłóżmy dług na większą liczbę rat, które będziemy w stanie spłacić – radzi Przemysław Kasza.

Popyt na nieruchomości premium jest stabilny i odporny na kryzysy. Rynek takich lokali w Polsce dopiero się tworzy

CEO Magazyn Polska

Nieruchomości w prestiżowych lokalizacjach poszukują klienci zamożni, którzy lubią życie miejskie i chcą być w centrum wydarzeń. Takich osób jest coraz więcej, bo również w Polsce zauważalny jest ogólnoeuropejski trend powrotu do miasta. Ten segment rynku dopiero się rozwija, ale jak podkreślają deweloperzy, jest odporny na wahania koniunktury na rynku.

Ludzie, którzy wiele lat temu marzyli o tym, żeby wyprowadzić się do domu z ogródkiem, dziś marzą o tym, żeby do pracy jeździć rowerem albo chodzić na piechotę – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Kaim, prezes zarządu firmy Tacit Development Polska, która jest właścicielem apartamentowca Cosmopolitan w Warszawie.

Ukończony w 2014 roku Cosmopolitan przy ulicy Twardej ma 160 metrów wysokości, 44 piętra, 236 wykończonych i wyposażonych apartamentów (od 54 do 380 mkw.) oraz 299 miejsc parkingowych. Powierzchnia mieszkalna budynku (od ósmego piętra wzwyż) wynosi 25 tys. mkw. a komercyjna – 7 tys. mkw. Cosmopolitan został zaprojektowany przez Helmuta Jahna, jednego z największych architektów XXI wieku, autora m.in. siedziby Unii Europejskiej w Brukseli czy Sony Center w Berlinie. Projekt przy Twardej jest jego pierwszą realizacją w Polsce.

Budynek Cosmopolitan jest pierwszym takim na rynku i tworzy zupełnie nową kategorię produktu. Do tej pory Polacy nie mieszkali w wysokościowcach albo drapaczach chmur. Łączy się to z ogólnoeuropejskim trendem powrotu do miasta, co widać także w Warszawie – mówi Kaim. – Ten segment rynku jest bardzo odporny na kryzysy i fluktuację, a popyt jest bardzo stabilny.

Nabywcy apartamentów w Cosmopolitan kupują gotowe, wykończone lokale.

– W tej chwili sprzedaż osiąga blisko 50 proc. – mówi Kaim. – Proszę sobie zresztą wyobrazić, jak funkcjonowałby tego typu budynek, gdyby połowa apartamentów była wykończona, a połowa w trakcie wykańczania. Jest to absolutnie niemożliwe. Jest to po prostu charakterystyka inwestycji wysokich tego typu i tej kategorii rynku, którą dopiero tak naprawdę tworzymy w Warszawie, w Polsce.

Jak podkreśla, mieszkania w takich lokalizacjach kupuje klient zamożny, który lubi życie w mieście i chce być w centrum wydarzeń

Nasi klienci są bardzo mobilni, dużo podróżują. Mieszkanie w Cosmopolitanie nigdy nie jest ich pierwszym apartamentem. To przeważnie druga, trzecia albo kolejna lokalizacja. Dlatego też nasi nabywcy lubią rozwiązania proste. Nie chcą tracić czasu, czekając na gotowy produkt dwa albo trzy lata – charakteryzuje grupę docelową inwestycji Karolina Kaim.

Kolejnym budynkiem stawianym przez Tacit Development Polska, także w stolicy, jest kameralna kamienica przy ulicy Podchorążych (Park Lane Apartments), w okolicy Łazienek Królewskich. Znajduje się tam tylko dwanaście mieszkań o powierzchni od 170 do 330 mkw. Poza tym spółka projektuje hotel we Wrocławiu – inwestycja jest na etapie uzyskiwania pozwolenia na budowę.

Szwecja chciałaby zwiększenia obrotów handlowych z Polską. Produkty polskie coraz bardziej doceniane w Skandynawii

0

CEO Magazyn Polska

Szwecja jest na 11. miejscu pod względem wartości zagranicznych inwestycji w Polsce. W ciągu dekady wymiana handlowa między Polską a Szwecją się podwoiła, a tempo to może zostać utrzymane w kolejnych latach. Szwecja staje się coraz bardziej otwartym rynkiem dla polskich produktów, które są tańsze niż towary wyprodukowane na rynku lokalnym i coraz częściej doceniane.

Handel Szwecji z Polską podwoił się w ciągu 10 lat i moim celem jest, żeby w ciągu kolejnej dekady jeszcze raz go podwoić – mówi agencji informacyjnej Newseria Daniel Larsson, radca handlowy Ambasady Szwecji.  – Porównując wartość obrotu z innymi krajami, handel Szwecji z Polską jest duży i dobrze się rozwija, ale np. per capita jest bardzo mały. Rynek polski ma 40 mln ludzi, więc to ten handel w dalszym ciągu jest za mały.

W 2014 roku wartość eksportu wyniosła 4,7 mld euro, co oznacza 11-proc. wzrost w stosunku do 2013 roku. Wartość importu była na poziomie ponad 3 mld euro i odnotowała 2-proc. wzrost. Pod względem wartości obrotu Szwecja, podobnie jak w 2013 r., znalazła się na 7. pozycji. Według danych za pierwszy kwartał 2015 r. wymiana handlowa między Polską a Szwecją wyniosła ponad 1,8 mld euro.

Larsson podkreśla, że oprócz rosnącej wymiany handlowej także szwedzkie inwestycje bezpośrednie na rynku polskim również są na wysokim poziomie.

Jesteśmy w tej chwili numer 11. w Polsce pod względem zagranicznych inwestycji. Szwedzkie firmy działają na rynku polskim od bardzo długiego czasu. Mamy takie przykłady jak Ikea, która zaczęła działać w Polsce już w 1961 roku, mamy przykład firmy Ericsson, który już od ponad 100 lat działa na rynku polskim – dodaje  radca handlowy.

Według danych Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych całkowita wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych wyniosła 160,5 mld euro na koniec 2013 roku. Szwecja zajmowała 11. miejsce z 5,3 mld euro inwestycji. Jak podaje PAIiIZ w ostatniej dekadzie szwedzcy inwestorzy stworzyli ponad 6285 miejsc pracy. Na polskim rynku aktywnie działa ponad 500 szwedzkich firm.

W tej chwili widzimy potencjał dla szwedzkich firm w Polsce np. w branży zbrojeniowej, branży energetycznej, ogólnie mówiąc w branży ochrony środowiska – wylicza Daniel Larsson.

Jego zdaniem polski rynek przedstawia spory potencjał dla firm, które sprzedają do końcowego klienta, gdyż Polska szybko się rozwija, ma 38 mln mieszkańców, a obywatele mają coraz więcej pieniędzy. Szwecja również staje się coraz ciekawszym rynkiem dla polskich firm.

– W tej chwili widzimy np. możliwości dla polskich firm w branży spożywczej, gdzie polskie produkty są bardzo dobrze przyjmowane na rynku szwedzkim. W Szwecji poziom cenowy jest bardzo dobry dla polskich firm. Mamy polskie firmy, które w tej chwili są technologicznie już na bardzo dobrym poziomie, a w dalszym ciągu mogą oferować niższe ceny niż szwedzkie firmy – podsumowuje Daniel Larsson.