Komunikat FOMC umiarkowany – teraz uważajmy na Grecję, SBN i Norges Bank

Wczorajsze posiedzenie amerykańskiego Federalnego Komitetu Otwartego Rynku przekroczyło najśmielsze oczekiwania rynku: retoryka była bardzo umiarkowana, a komunikat nie uległ zmianie, z wyjątkiem drobnych, pozytywnych korekt języka dotyczącego opisu sytuacji gospodarczej.

Dla dolarowych byków z komunikatem tym wiąże się problem polegający na braku jakichkolwiek zmian w zakresie wytycznych w porównaniu z komunikatem z kwietnia. Rynkowe prognozy ekonomiczne i tzw. prognozy „dot plot” wydawały się opierać na korekcie w górę stopy bezrobocia w 2015 r. dokonanej przez amerykańską Rezerwę Federalną; zakres prognoz podwyższono z 5,0%-5,2% do 5,2%-5,3%.

Prognoza „dot plot” nie była zaskoczeniem: przewidywana stopa procentowa funduszy Fed w 2016 r. została lekko obniżona (co i tak mogliśmy zignorować, ponieważ trafność prognoz ekonomicznych Fed jest na poziomie dowolnego generatora danych liczbowych), natomiast mediana na 2015 r. nadal sugeruje, że do końca tego roku nastąpią dwie podwyżki stóp – mimo iż w tym momencie rynek nie uwzględnia w wycenach nawet pełnych szans na jedną podwyżkę (kontrakty terminowe na fundusze Fed z terminem w grudniu 2015 r. zyskały sześć punktów od minimalnego zamknięcia w ubiegłym tygodniu).

Tymczasem na konferencji prasowej prezes Fed, Janet Yellen, nakazała zaprzestać pytań o termin pierwszej podwyżki stóp i poradziła skupić się raczej na ostatecznej ścieżce stóp. Omówiła również szczegółowo kwestię mocnego USD i związane z tym możliwości dalszego hamowania wzrostu.

Wyraźnie widać, że Fed woli zachować ostrożność: znacznie łatwiej jest reagować na ewentualne wydarzenia, niż ryzykować przedwczesny alarm.

Czy nie byłoby jednak interesujące, gdyby to posiedzenie FOMC stanowiło amerykański odpowiednik „gry pod prąd Europejskiego Banku Centralnego w lipcu 2011 r.”, kiedy to ówczesny prezes EBC, Jean-Claude Trichet, podwyższył stopy procentowe pomimo kryzysu w UE? Innymi słowy, co się wydarzy w przypadku, gdy dane w najbliższych miesiącach będą mocne, a rynek zmuszony będzie do brutalnej korekty swoich oczekiwań w górę?…

Czy deprecjacja USD się utrzyma?

W tym momencie wszystko zależy od tego, czy wyprzedaż USD uzyska jakiekolwiek wsparcie, co trudno ustalić, ponieważ dotyczy to nadzwyczajnego ryzyka związanego z euro, będącego wynikiem sytuacji w Grecji (czy dzisiejszy szczyt Eurogrupy udzieli nam jasnej odpowiedzi na to pytanie, czy też rozpoczniemy weekend w atmosferze niepewności?).

Ponadto dziś w nocy odbędzie się posiedzenie Bank of Japan, po którym można się niewiele spodziewać – prezes BoJ, Haruhiko Kuroda, ostatnio wygłosił kilka uwag na temat deprecjacji JPY, po czym usiłował złagodzić ich oddziaływanie.

Dzisiejsze posiedzenie jest istotne, ponieważ para USD/JPY musi uniknąć spadku poniżej ważnego pod względem strukturalnym obszaru 122,00/121,50, aby podtrzymać szanse na umocnienie.

Co do zasady, rynek szybko przestanie reagować na protokół z posiedzenia FOMC, jeżeli rozpocznie się napływ mocnych danych ze Stanów Zjednoczonych, ponieważ Fed wyraźnie stosuje swoją ulubioną politykę „tylnego lusterka”. W ujęciu technicznym, USD wydaje się być pod presją i gotowy na dalsze straty w najbliższym czasie, o ile wczorajsze osłabienie nie zostanie szybko zniwelowane.

Transakcje w parze EUR/USD 

Para EUR/USD zależna jest od sytuacji technicznej i doniesień z Grecji – bardzo trudne warunki do zawierania transakcji. Pod względem technicznym, rajd wskazuje na test wyższych rejonów, jeżeli przedostaniemy się powyżej formacji „zwyżkującego trójkąta”, gdzie wydaje się, że istnieje linia szyi (zaznaczona grubszą niebieską linią) odwróconej formacji głowy i ramion down, której przełamanie może sugerować z kolei test co najmniej 200-dniowej średniej ruchomej.

Powstrzymuje nas obawa, że wiadomości z Grecji mogą negatywnie wpłynąć na potencjał ukierunkowanego ruchu w najbliższym czasie.

Funt szterling

Wczoraj GBP znacznie się umocnił względem USD po publikacji stosunkowo agresywnego protokołu z posiedzenia Bank of England. Bank wyraźnie skłaniał się ku mocnym odczytom danych z Wielkiej Brytanii i, co zaskakujące, wyraźnie zignorował wyjątkowo słabe dane dotyczące inflacji, zamiast tego podkreślając ryzyko wzrostu płac.

Zasugerowano nawet, że inflacja płac może być większa, niż wskazują na to oficjalne dane.

Równocześnie opublikowano oficjalne dane dotyczące zarobków w kwietniu, które sugerują, że inflacja płac w Wielkiej Brytanii w kwietniu osiągnęła najwyższy poziom od czasu kryzysu finansowego. Dziś poznamy dane dotyczące brytyjskiej sprzedaży detalicznej, które mogą okazać się rozczarowujące po bardzo mocnym wzroście wydatków w kwietniu (związanym z pogodą).

Nowozelandzki nielot

Osłabiony od dawna NZD wczoraj otrzymał jeszcze większy cios, ponieważ słaby odczyt PKB zwiększa prawdopodobieństwo kolejnego cięcia stóp na posiedzeniu w lipcu. Potencjał ruchu kursu NZD już wkrótce się wyczerpie, jest jednak możliwość testu obszaru 1,1300 w parze AUD/NZD, a być może i dalszych rejonów.

Uwaga na posiedzenia banków centralnych w Szwajcarii i w Norwegii

Dziś czeka nas posiedzenie Szwajcarskiego Banku Narodowego. Podejrzewam, że SBN narobi wiele hałasu, mimo iż niekoniecznie będzie się to wiązało z wyraźną zapowiedzią działań politycznych – być może bank chce uniknąć dalszej aprecjacji CHF w przypadku bankructwa Grecji/kontroli kapitałowych/okresu przedłużonej niepewności, a najprawdopodobniej przygotowuje się do kolejnego ruchu na rzecz osłabienia waluty.

Następnie odbędzie się posiedzenie Norges Bank, na którym ryzyko wzrostu kursu NOK może przeważyć nad ryzykiem spadku, nawet w przypadku faktycznego cięcia stóp do 1,00% (czego spodziewa się rynek), w zależności od wytycznych na przyszłość.

W przypadku, gdy stopy nie zostaną obniżone, może nastąpić bardzo duży, natychmiastowy ruch z powrotem poniżej poziomu 200-dniowej średniej ruchomej.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Nowa Zelandia: PKB w I kw. wykazał +0,2% k/k i +2,6% r/r w porównaniu z przewidywanymi odpowiednio +0,6%/+3,1% i odnotowanym w IV kw. +3,5% r/r

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Szwajcaria: posiedzenie SBN (07:30)
  • Norwegia: posiedzenie Norges Bank (08:00)
  • Norwegia: konferencja prasowa prezesa Olsena z Norges Bank (08:30)
  • Wielka Brytania: sprzedaż detaliczna w maju (08:30)
  • Stany Zjednoczone: CPI w maju (12:30)
  • Stany Zjednoczone: cotygodniowe dane o nowych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych (12:30)
  • Stany Zjednoczone: wyniki ankiety Rezerwy Federalnej z Filadelfii w czerwcu (14:00)
  • Nowa Zelandia: wskaźnik zaufania konsumentów (ANZ) w czerwcu (01:00)

John J Hardy, Saxo Bank

 

saxo bank

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Rynek nieruchomości w Polsce w I kw. 2015 r.

Narodowy Bank Polski opublikował 17 czerwca kwartalną informację o cenach mieszkań i sytuacji na rynku nieruchomości. W I kwartale 2015 r. ceny transakcyjne nieruchomości na rynkach pierwotnym i wtórnym w największych miastach pozostały stabilne.

Sektor nieruchomości mieszkaniowych pozostawał zrównoważony, mimo że ponownie wzrosła liczba mieszkań oczekujących na sprzedaż. Podobnie jak w poprzednim kwartale na rynku nieruchomości komercyjnych utrzymywała się nierównowaga pomiędzy popytem na przestrzeń a zwiększającą się podażą. Jej rezultatem była wysoka stopa pustostanów w sektorze biurowym – na koniec analizowanego okresu wynosiła ona 13 proc.

Ceny transakcyjne mkw. mieszkań na rynkach pierwotnych i wtórnych największych miast były stabilne. W Warszawie odnotowano obniżkę cen na rynku wtórnym, związaną ze sprzedażą większej liczby mieszkań o niższym standardzie lub gorszej lokalizacji. We wszystkich analizowanych miastach ceny na rynku pierwotnym są wyższe niż na rynku wtórnym. Stawki najmu w dużych miastach wykazywały niewielki wzrost, natomiast w Warszawie były stabilne.

Wzrosły dostępności kredytów oraz mieszkań, na co wpłynęły stabilne ceny nieruchomości, niższe stopy procentowe kredytów mieszkaniowych, a przede wszystkim wzrost dochodów nominalnych. Średnia dostępność mieszkania w największych miastach wzrosła do poziomu 0,85 mkw. za przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw, a zatem była większa o 0,36 mkw. w porównaniu z minimum z III kwartału 2007 r.

Akcja kredytowa banków była stabilna. Stan zadłużenia gospodarstw domowych z tytułu kredytów mieszkaniowych wzrósł, co było konsekwencją wypłat kredytów złotowych oraz zwiększenia wartości kredytów mieszkaniowych walutowych na skutek istotnego wzrostu kursu PLN/CHF. W strukturze walutowej portfeli banków od 2012 r. systematycznie spada udział kredytów nominowanych w walutach obcych, co jest zjawiskiem korzystnym z punktu widzenia stabilności finansowej i makroekonomicznej. Mimo sprzedaży firmom windykacyjnym wierzytelności o obniżonej jakości udział kredytów mieszkaniowych uznanych za zagrożone pogorszył się i wyniósł 3,4 proc.

Nadal utrzymuje się wysoka rentowność mieszkaniowych projektów inwestycyjnych. Jest to związane z korzystną dla deweloperów relacją cen mieszkań do spadających od kilku lat kosztów materiałów i robót budowlanych. Kolejny kwartał zmalała liczba bankructw w branży deweloperskiej.

Azjatycki partner gospodarczy – Chiny

– Chiny będą nowym centrum generowania wzrostu. Powstawanie nowych instytucji finansowych potwierdza, że będą miały istotny wpływ na kształtowanie kierunków światowej wymiany handlowej – powiedział minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna otwierając Forum Gospodarcze w Pekinie. To pierwsze wydarzenie podczas oficjalnej wizyty ministra Schetyny w Chinach, któremu towarzyszy prezes PAIiIZ Sławomir Majman oraz 70 polskich firm.
Grzegorz Schetyna

Szukamy ważnych partnerów gospodarczych na świecie, dlatego jesteśmy w Chinach – zaznaczył prezes Majman. Polscy przedsiębiorcy mają apetyt na chiński rynek. W ciągu ostatnich miesięcy jest to czwarta wizyta z udziałem polskiego biznesu. Duży i chłonny rynek, z rosnącą klasą średnią oraz wzrastającą zamożnością społeczeństwa wzmaga popyt na wysokiej jakości produkty żywnościowe – ekologiczne oraz naturalne. Polski sektor spożywczy może odegrać kluczową rolę we wzroście polsko-chińskiej wymiany handlowej. Polskie firmy mają szansę zaistnieć na chińskim rynku także w sektorze nowych technologii czy przemyśle infrastrukturalnym.  – Z nadzieją spoglądamy na wizję chińskiego rządu w budowie Nowego Jedwabnego Szlaku – One Belt One Road. Widzimy w niej szansę na rozwój w dziedzinie infrastruktury i transportu – podkreślił prezes PAIiIZ.

Forum w Pekinie zorganizowane zostało przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ) i Ambasadę w Pekinie we współpracy z Wydziałem Promocji Handlu i Inwestycji (WPHI) Pekin oraz chińską agencją ds. promocji inwestycji (CIPA). W wydarzeniu udział wzięło łącznie 400 przedstawicieli polskiego i chińskiego biznesu, którzy uczestniczyli w rozmowach B2B. Polskie firmy biorące udział w wydarzeniu reprezentują: sektor rolno-spożywczy, transport i logistykę, usługi, sektor finansowy, IT/ICT, wydobywczy, maszynowy oraz zielone technologie, a także instytucje otoczenia biznesu.

Szef polskiej dyplomacji Grzegorz Schetyna wraz z ministrem spraw zagranicznych Chin Wangiem Yi, 17 czerwca otworzyli także pierwsze posiedzenie polsko-chińskiego komitetu międzyrządowego w Pekinie. W dyskusji dotyczącej współpracy gospodarczej udział wziął prezes PAIiIZ Sławomir Majman. Głównym celem powołanego polsko-chińskiego komitetu międzyrządowego jest wzmocnienie współpracy na linii Polska-Chiny.(PAIiIZ)

 

 

Pracodawcy o zmianach w ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów

W nowej wersji nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów (projekt z 12 czerwca 2015 r.), z punktu widzenia przedsiębiorców, wprowadzono wiele zmian zwiększających ich prawa i gwarancje procesowe. Część rozwiązań, np. dotyczących proponowania konsumentom nabycia usług finansowych, które nie odpowiadają ich potrzebom, nadal wymaga dopracowania – uważa Konfederacja Lewiatan.

Bartosz Wyżykowski– Bardzo pozytywnie należy ocenić wprowadzenie konieczności uzyskania uprzedniej zgody sądu na wykorzystanie instytucji „tajemniczego klienta”. Instytucja ta ma pozwolić na weryfikację, czy przedsiębiorcy wywiązują się ze swoich obowiązków – w tym w szczególności informacyjnych i czy nie wprowadzają konsumentów w błąd. Projekt zakłada, że w celu uzyskania informacji, które będą mogły stanowić dowód w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów, urzędnicy przeprowadzający kontrolę będą mieli prawo do podjęcia niejawnych czynności zmierzających do zakupu towaru (zawarcia umowy). Jednocześnie, przebieg tych czynności będzie mógł być utrwalany przy pomocy urządzeń rejestrujących. W obu wypadkach, wymagana będzie zgoda Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (SOKiK) udzielana na wniosek prezesa UOKiK – mówi Bartosz Wyżykowski, radca prawny, zastępca dyrektora departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Równie pozytywnie należy ocenić wprowadzenie 2 miesięcznego terminu na rozpatrzenie przez SOKiK odwołania przedsiębiorcy od decyzji tymczasowej. W przypadku odwołania prezes UOKiK obowiązany będzie przekazać odwołanie wraz z aktami sprawy do SOKiKu niezwłocznie, jednak nie później niż w terminie 14 dni od jego wniesienia. W porównaniu z pierwotną wersją projektu jest to więc krok w bardzo dobrym kierunku, ale nie jest to rozwiązanie optymalne. Należy pamiętać, że w praktyce decyzja tymczasowa może stanowić bardzo daleko idącą ingerencję w działalność gospodarczą, np. poprzez zablokowanie reklamy, czy konkretnej usługi, zaś terminy dla organów i sądów mają charakter instrukcyjny. Stąd pytanie, dlaczego również w przypadku decyzji tymczasowej nie można zastosować analogicznego mechanizmu jak w przypadku instytucji tajemniczego klienta – czyli uprzedniej zgody sądu?

Z zadowoleniem należy też przyjąć doprecyzowanie w projekcie kwestii nieodpłatnych publikacji w publicznym radiu i telewizji. Pierwotne założenia budziły wątpliwości jaki charakter miały mieć publikacje, nie dawały też przedsiębiorcom możliwości ochrony swoich w praw w przypadku, gdyby publikacja dotyczyła konkretnego przedsiębiorcy. Przyjęto więc, że co do zasady prezes UOKiK będzie miał prawo publikować komunikaty i ostrzeżenia dotyczące ogólnych zachowań lub zjawisk rynkowych, które mogą być szkodliwe lub zagrażać interesom konsumentów. To dobre rozwiązanie, które pozwoli na ostrzeganie konsumentów przy pomocy środków masowego przekazu, jeżeli na rynku rzeczywiście pojawią się jakieś niepożądane zachowania przedsiębiorców. Natomiast publikacja odnosząca się do konkretnego przedsiębiorcy będzie mogła następować tylko i wyłącznie na podstawie postanowienia, wydanego przez prezesa UOKiK, jeżeli będzie istniało szczególnie uzasadnione podejrzenie, że przedsiębiorca taki dopuszcza się praktyki naruszającej zbiorowe interesy konsumentów i praktyka ta może spowodować znaczne straty lub niekorzystne skutki dla szerokiego kręgu konsumentów. Dodatkowo na postanowienie takie, przedsiębiorcy służy zażalenie do SOKiKu.

– Duże wątpliwości budzi natomiast w dalszym ciągu wprowadzenie w proponowanym kształcie nowej praktyki naruszającej zbiorowe interesy konsumentów, polegającej na proponowaniu konsumentom nabycia usług finansowych, które nie odpowiadają ich potrzebom, lub też proponowanie nabycia tych usług następuje w sposób nieadekwatny do ich charakteru – dodaje Bartosz Wyżykowski.

Po pierwsze, przepis ten jest sformułowany tak ogólnie, że bardzo trudno odkodować dyspozycję normy w nim zawartej. Tymczasem, adresaci normy prawnej muszą decydować o swoim postępowaniu w oparciu o pełną znajomość przesłanek. Innymi słowy, zachowania uznawane przez prawo za niedozwolone powinny być stypizowane w możliwie precyzyjny sposób. Co więcej, za praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów uznawane będzie nie tyle zawarcie umowy (czy złożenie oświadczenia woli przez przedsiębiorcę), lecz samo proponowanie konsumentom nabycia usługi. Jeżeli więc przez proponowanie usługi rozumieć oferowanie klientowi usługi, czy to w siedzibie jego przedsiębiorstwa, czy też w inny sposób, w tym w ramach marketingu, to oznaczałoby to ogromną i nieuzasadnioną ingerencję w swobodę działalności gospodarczej. A przecież poznanie potrzeb konkretnego konsumenta nastąpić może dopiero w sytuacji w której zgłosi on wolę nabycia usługi właśnie w wyniku oferty lub propozycji przedsiębiorcy. W związku z tym, o ewentualnym naruszeniu praw konsumenta, w praktyce można mówić dopiero w sytuacji, gdy dojdzie do zawarcia konkretnej umowy, obejmującej usługę finansową rzeczywiście niedostosowaną do potrzeb konsumenta. Na marginesie, warto dodać, że tego rodzaju przepisy w istocie oznaczają, że konsumenci nie są w stanie ocenić swoich własnych potrzeb i w tym zakresie muszą być wyręczani przez ustawodawcę, urzędy, czy przedsiębiorców. Tego rodzaju zmiany nie spowodują więc większej świadomości prawnej konsumentów.

Konfederacja Lewiatan

 

Pracownicy nie powinni ponosić kosztów ozusowania umów zleceń

Ozusowanie umów zleceń zacznie obowiązywać od 1 stycznia 2016 roku. Sytuacja, w której koszty związane ze zmianami w systemie ubezpieczeń społecznych zostaną przesunięte na pracowników, jest niedopuszczalna. Jedynym sposobem na zabezpieczenie interesu każdej ze stron jest uwzględnienie zasady podlegania ozusowaniu umów zleceń w nowych budżetach oraz jak najszybsza waloryzacja długoterminowych kontraktów – jeszcze przed końcem 2015 roku – uważa Konfederacja Lewiatan.

Czy nowe prawo – które w zamyśle Ustawodawcy miało chronić zatrudnionego – spełni swoją rolę? Czy wzrost kosztów pracy zostanie przerzucony na pracownika? Instytucje publiczne czy samorządowe, a także uczestnicy sektora prywatnego powinni przeprowadzić przegląd budżetów na usługi oraz rozpocząć negocjacje z Wykonawcami, by zabezpieczyć pracowników – szczególnie tych najmniej zarabiających – przed ewentualną utratą pracy, zepchnięciem do szarej strefy i tym samym wykluczeniem społecznym.

Umowy między zamawiającymi a wykonawcami, które zostaną zawarte od przyszłego roku – zarówno w systemie zamówień publicznych, jak i w sektorze prywatnym – będą musiały uwzględniać koszty pracy obejmujące oskładkowanie umów zleceń. Co jednak z kontraktami dłuższymi niż 12 miesięcy, które są w trakcie realizacji a termin ich zakończenia przypada na długo po 1 stycznia 2016 roku? Oskładkowanie umów zleceń może spowodować, że usługodawcy będą zmuszeni do szukania oszczędności, pokrywających wyższe koszty zatrudnienia. W związku z tym rynek pracy – wbrew woli ustawodawcy – może stać się mniej stabilny, a pracownicy będą narażeni na utratę stanowisk – w obliczu blisko 11% stopy bezrobocia – czy funkcjonowanie w szarej strefie. Rozwiązaniem tego problemu jest pełna – z uwzględnieniem stawek brutto wynagrodzeń – waloryzacja kontraktów w toku, po to by nowe obciążenia nie były przerzucone na pracowników. Ma to szczególne znaczenie w zamówieniach, w których większość kosztów stanowią wynagrodzenia pracowników – czyli w branżach usługowych.

Nie można bowiem dopuścić do sytuacji, gdy wzrost obciążeń fiskalnych obniży pensję, jaką pracownik otrzymuje do ręki. Zamawiający zawsze powinien wkalkulować w budżecie wynagrodzenia pracowników z uwzględnieniem podatków, składek na ubezpieczenia – także w tej części, którą obowiązkowo odprowadza pracownik. Warto podkreślić, że ozusowanie umów zleceń w istotny sposób wpływa na bilansowanie kontraktów dotyczących usług m.in. ochrony i sprzątania – ich obecna zyskowność oscyluje na poziomie 5%, po 1 stycznia 2016 roku spadnie ona o 10 punktów procentowych i de facto kontrakt będzie generować straty.
Renegocjacje budżetów przewiduje art. 142 ust. 5 znowelizowanej ustawy Prawo zamówień publicznych. Intencją Ustawodawcy było zabezpieczenie usługodawcy – w tym także pracowników – w przypadku nieprzewidzianych zmian w prawie. Zmiana zasady podlegania ubezpieczeniom społecznym – która wejdzie w życie od przyszłego roku – zobowiązuje do waloryzacji trwających kontraktów długoterminowych.

– Roczny okres przejściowy nowelizacji ustawy o systemie zabezpieczeń społecznych – który zakończy się wraz z początkiem 2016 roku – to czas na renegocjacje kontraktów obecnie funkcjonujących w systemie zamówień publicznych, jak i sektorze prywatnym. Intencją ustawodawcy było, aby nowe regulacje przyczyniły się do stabilizacji na rynku pracy i wzrostu poziomu bezpieczeństwa zatrudnienia wśród pracowników – szczególnie tych najmniej zarabiających, najbardziej narażonych na wykluczenie społeczne. Jednak przerzucanie wyższych kosztów pracy wyłącznie na wykonawców może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Jeżeli zleceniodawcy nie uwzględnią w swoich budżetach nowych obciążeń – z uwzględnieniem stawek brutto – wynikających z reformy, to konsekwencje mogą okazać się bardzo dotkliwe przede wszystkim dla pracowników i kasy państwa. W związku z tym tak ważne jest, żeby wszyscy zamawiający uwzględniali zmiany w prawie zgodnie z intencją ustawodawcy, tak by w pełni zabezpieczyć interes pracowników – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Rady Zamówień Publicznych przy Konfederacji Lewiatan.

Niewątpliwie zmiany w funkcjonowaniu umów zleceń – postulowane od dawna przez związki zawodowe i pracodawców – to warunek konieczny dla prawidłowego rozwoju rynku pracy w Polsce. Zmiana zasady podlegania ubezpieczeniom społecznym i tym samym obowiązkowe odprowadzenie składki ZUS od tego typu kontraktów stanowi przede wszystkim realną korzyść dla pracowników. Reforma obejmie w znacznej mierze pracujących w przedsiębiorstwach usługowych, gdzie ok. 50% kadry stanowią osoby powyżej 50. roku życia czy niepełnosprawni . Zabezpieczenie tych miejsc pracy pozwala na dalszą stabilizację zatrudnienia w Polsce.
Właściwe wprowadzenie obowiązkowej stawki ZUS pozwoli rozwiązać istotną patologię przez lata utrwalającą się na polskim rynku pracy. Dotyczy to praktyk stosowanych także przez instytucje państwowe, które przy wyborze wykonawców zasadniczo skupiały się dotąd wyłącznie na kryterium ceny. Było tak m.in. w przypadku przetargów organizowanych przez ZUS w Łodzi, Płocku czy Warszawie na ochronę swoich obiektów, gdzie wygrywały firmy oferujące najtańszą usługę. W konsekwencji średnia stawka godzinowa brutto, którą zapłacił ZUS wykonawcy, zbliżyła się do całkowicie nieracjonalnego poziomu 4,85 – 5,41 zł za godzinę. Od tej stawki wykonawca musiał jeszcze potrącić koszty zatrudnienia i podatki.
W związku z tym renegocjacje umów w toku – które pozwolą na realizację intencji ustawodawcy – powinny zostać przeprowadzone przed końcem 2015 roku. Od ich udanej finalizacji zależy bowiem m.in. dalszy rozwój sytuacji zawodowej Polaków i rzeczywiste przestrzeganie praw zatrudnionych od 1 stycznia 2016 roku.

Konfederacja Lewiatan

Nawet stu pensji potrzeba, żeby kupić mieszkanie

Mimo że w Krakowie pensje są istotnie wyższe niż w Łodzi, to jednak w tym ostatnim mieście znacznie łatwiej jest zgromadzić fundusze na zakup mieszkania. Potrzeba bowiem aż stu średnich krakowskich pensji, aby w stolicy Małopolski nabyć lokal z rynku wtórnego o powierzchni 50 mkw. W Łodzi wystarczy ich zaledwie 60. Jedną z przyczyn takiej sytuacji jest wyludnianie się tego miasta.

Zarówno ceny lokali, jak i wysokość wynagrodzeń w różnych częściach Polski znacznie się od siebie różnią. Dla przykładu, w Warszawie za metr kwadratowy nowego mieszkania trzeba zapłacić średnio 7 396 zł, a w Łodzi tylko 4 578 zł. Jednocześnie jednak w stolicy wynagrodzenia są znacznie wyższe – średnia pensja netto wynosi 3 794 zł netto, natomiast w Łodzi 2 771 zł. Trudno jednoznacznie stwierdzić, gdzie mieszkańcom łatwiej kupić nieruchomość, gdyż dodatkowo sprawę mogą komplikować różnice w kosztach życia. Dla uproszenia porównaliśmy, ile średnich pensji z danego miasta potrzeba, aby kupić średniej wielkości (50 mkw.) mieszkanie.

Dane na temat wybranych miast za I kw. 2015 r. 
Średnie wynagrodzenie
w sektorze przedsiębiorstw
Średnie ceny transakcyjne
Miasto Brutto Netto Rynek pierwotny Rynek wtórny
Łódź 3 881 zł 2 771 zł 4 578 zł 3 342 zł
Poznań 4 597 zł 3 270 zł 6 353 zł 4 905 zł
Wrocław 4 256 zł 3 032 zł 5 988 zł 5 245 zł
Warszawa 5 349 zł 3 794 zł 7 396 zł 7 054 zł
Kraków 4 367 zł 3 109 zł 5 861 zł 6 197 zł
Źródło: Expander na podstawie GUS i NBP

Z pięciu wybranych przez nas miast zdecydowanie wyróżnia się Łódź. Wystarczy 60 średnich łódzkich pensji, aby kupić tam mieszkanie z rynku wtórnego. Tymczasem w większości przypadków potrzeba ich ponad 90. Ten fenomen można jednak wytłumaczyć tym, że Łódź to miasto, które dość szybko się starzeje i wyludnia. W 2000 r. miało ono ok. 800 000 mieszkańców, a w tym roku ich liczba spadnie prawdopodobnie poniżej 700 000. Dodatkowo prognozy demograficzne mówią, że w przyszłości będzie ono miało najszybszy spadek ludności spośród dużych miast. W rezultacie, w przyszłości ten korzystny stosunek cen mieszkań do wynagrodzeń prawdopodobnie się utrzyma.

Ile średnich pensji potrzeba na mieszkanie 50 mkw.
Miasto Rynek pierwotny Rynek wtórny
Łódź 83 60
Poznań 97 75
Wrocław 99 86
Warszawa 97 93
Kraków 94 100
Źródło: Expander na podstawie danych GUS i NBP

 Najtrudniej o mieszkania z rynku wtórnego jest natomiast w Krakowie. Na lokal o powierzchni 50 mkw. potrzeba aż 100 średnich krakowskich pensji. Co ciekawe, to jedyna wśród wybranych przez nas lokalizacji, w której ceny transakcyjne nieruchomości na rynku wtórnym są wyższe niż na pierwotnym. W rezultacie na zakup nowego własnego M potrzeba mniej, bo 94 pensje. Trzeba jednak pamiętać, że taki lokal wymaga dodatkowych wydatków na wykończenie (łazienka, podłogi, drzwi wewnętrzne itp.). W praktyce nowe mieszkanie i tak zapewne będzie wymagać większych nakładów.

Jarosław Sadowski

Główny Analityk
Expander Advisors

Polska produkcja przemysłowa znacznie poniżej oczekiwań

GUS podał, że w maju wartość produkcji przemysłowej była tylko o 2,8% wyższa niż przed rokiem. Ekonomiści liczyli na wzrost rzędu 4%. Po wyeliminowaniu czynników o charakterze sezonowym dynamika produkcji przyspieszyła z 2,7% rdr do 5,3% rdr.

– Na pierwszy rzut oka majowe dane o produkcji przemysłowej prezentują się fatalnie: wzrost o ledwie 2,8% rdr, choć oczekiwano wzrostu o 4,1%. Ale po wyeliminowaniu czynników o charakterze sezonowym dynamika produkcji przyspieszyła z 2,7% rdr do 5,3% rdr – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Wartość produkcji sprzedanej przemysłu była w maju o 1,3% niższa niż w kwietniu i o 2,8% wyższa niż przed rokiem. Mocny wzrost zaobserwowano w górnictwie, gdzie sprzedaż zwiększyła się 13% rdr. Przetwórstwo przemysłowe poprawiło wyniki o 2,9% rdr. Kulą u nogi była energetyka, ciepłownictwo i zaopatrzenie w wodę, gdzie spadek produkcji wyniósł aż 4,1% rdr.

– Produkcja przemysłowa trochę zawodzi. Dane są gorsze od oczekiwanych, co sugeruje niebezpieczne tendencje w gospodarce. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę inne dane makro to raczej nie ma powodów do zmartwień.  W 2015 roku PKB powinno wzrosnąć o 3,5%, a stopa bezrobocia najprawdopodobniej w wakacje spadnie już poniżej 10%. Na wyniki przemysłu wpływ może mieć niepewność na rynku odnośnie do sytuacji politycznej w kraju i w regionie oraz inne czynniki zewnętrzne, np., sytuacja w Grecji. Nie ukrywajmy też, że polskie firmy wciąż czekają na uruchomienie programów UE, więc prawdopodobnie na lepsze dane z przemysłu musimy poczekać jeszcze kilka miesięcy – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

 

Deutsche Telekom, Intel i Cisco łączą siły, by pomóc start-upom

Cisco, Intel i Deutsche Telekom uruchamiają akcelerator Challenge Up! Mogą w nim uczestniczyć start-upy związane z Internetem Rzeczy (IoT). Polska będzie miała swój udział w programie jako miejsce organizacji Acceleration Week. W programie mogą uczestniczyć start-upy związane z sektorem IoT. Zapytaliśmy Lukę Sučicia, Business Development Managera w Hub:raumie, o warunki udziału w akceleratorze i o to, co Challenge Up! może zaoferować start-upom

Luka Sučić
Luka Sučić

Trwa nabór do nowego akceleratora dla start-upów tworzących rozwiązania dla Internetu Rzeczy, które powoli stają się naszą codziennością. Rynek ten zaczyna się znacząco rozwijać, a konsumenci, przedsiębiorcy i przedstawiciele rządu dostrzegają korzyści z podłączania urządzeń codziennego użytku do Internetu. Szacuje się, że wartość rynku związanego z Internetem Rzeczy już wkrótce przewyższy rynek komputerów, smartfonów i tabletów łącznie. Do 2020 roku wartość światowej gospodarki zwiększy się dzięki Internetowi Rzeczy o 1,8 mld dolarów. Nasze domy staną się bardziej wydajne przy jednoczesnym obniżeniu kosztów eksploatacji. Wszystko to sprawia, że jest to idealny moment dla start-upów na tworzenie nowych rozwiązań w sektorze IoT, a Cisco, Intel i Deutsche Telekom chcą im w tym pomóc. O nowym programie akceleracyjnym i rynku Internetu rzeczy w Polsce opowiada nam Luka Sučić z Hub:rauma.

Web.gov.pl: Uruchomiliście niedawno nowy program akceleracyjny dla start-upów. Czy Cisco, Intel i Deutsche Telekom mogą pomóc rozwinąć się start-upom z rynku Internetu Rzeczy?

Luka Sučić: Jednym z podstawowych obszarów działań firm telekomunikacyjnych jest komunikacja między urządzeniami (ang. Machine to Machine – M2M) poprzez wifi, Bluetooth czy sygnały komórkowe. A zatem wejście Deutsche Telekom na ten rynek było bardzo naturalne. Chcieliśmy znaleźć sposoby, aby przyspieszyć postęp rynku. Chcieliśmy dostarczyć start-upom specjalistyczną wiedzę zdobytą przez lata doświadczeń z M2M, jak również dostęp do ponad 151 mln klientów. Podjęliśmy współpracę z dwoma gigantami branży ICT: Intelem, znanym z tworzenia potężnych procesorów i wielozadaniowych płyt głównych, i Cisco, znanym ze swojej wiedzy na temat sieci i prowadzenia interesów z tym związanych.

W rezultacie mamy trzy potężne firmy z wieloletnim doświadczeniem i pozycją na rynku IT, wspierające start-upy w rozwiązywaniu problemów, rozwoju produktów i budowaniu sieci klientów.

Program nazywa się Challenge Up! i przeznaczony jest dla start-upów na wczesnym etapie tworzenia rozwiązań dla Internetu Rzeczy/Wszechrzeczy (IoT/IoE) oraz dla obszarów z tym związanych, jakinteligentne rozwiązania (inteligentne domy, inteligentne miasta, inteligentne rozwiązania energetyczne czy samochody, urządzenia do noszenia, a także przemysł 4.0), bezpieczeństwo informacjibig dataanaliza,łączność, cloud computing.

Kluczowym elementem programu będzie Acceleration Week sponsorowany przez Cisco EIR, Intel Business Challenge Europe i Hub:raum.

Dziesięć lat temu nikt, poza kilkoma osobami, nie wyobrażał sobie, że dzisiaj będziemy mieć inteligentne zegarki i smartfony. W ramach Challenge Up! chcielibyśmy promować takie myślenie, by tworzyć naprawdę innowacyjne produkty.

Czego i kogo szukacie w ramach tego projektu?

Chcemy znaleźć i pomóc 12 start-upom przenieść ich pomysły na rynek globalny. Zapraszamy start-upy nie tylko z Polski, ale całej Europy: Albanii, Czech, Macedonii. Początkowo będziemy pracować z 24 start-upami, a po Acceleration Week (który odbędzie się w dniach 6-10 czerwca 2015 w krakowskim Hub:raumie) wyłonimy 12 start-upów, które wesprzemy w ramach naszego akceleratora. Acceleration Week można porównać do ultra szybkiej wersji programu WARP, który organizujemy w Hub:raumie. Jesteśmy w trakcie ustalania pełnej formuły, ale z pewnością duży nacisk położymy na mentoring świadczony przez najlepszych partnerów korporacyjnych i zewnętrznych. Następnie wybrane start-upy będą uczestniczyć w indywidualnie skrojonych, czteromiesięcznych programach inkubacji (od lipca do października), które odbywać się będą wKrakowieBerlinie i Wiedniu przy wsparciu CiscoIntela i Deutsche Telekomu. W okresie inkubacji nacisk zostanie położony na ustalenie celów i głębszą analizę start-upu. Finał odbędzie się podczas Demo Day w Berlinie. Wybrane do programu start-upy wezmą w nim udział za darmo, bez obowiązku posiadania kapitału własnego i zachowają swoją własność intelektualną.

Wierzymy, że z zespołami z różnych dziedzin wiedzy, dostępem do wszystkich zasobów firmy Intel, Cisco i Deutsche Telekom, możemy stworzyć synergiczny efekt, który stanie się katalizatorem dla wielkich rzeczy.

Szukamy ludzi z pasją, którzy chcą coś zmienić. Szukamy ludzi z talentem biznesowym, naukowym i technicznym. Szukamy ludzi, którzy są kreatywni i głodni zmian. Szukamy ludzi, którzy potrafią dobrze współpracować w zespole i są w stanie realizować wspólnie pomysły. Jeśli znasz problem, który można rozwiązać za pomocą Internetu Rzeczy, zapraszamy cię do Challenge Up!

Jakie narzędzia będą do dyspozycji zespołów?

Mamy zespół najlepszych specjalistów z wieloletnim, praktycznym doświadczeniem w różnych dziedzinach, którzy będą dostępni na sesjach mentoringowych. Te dziedziny obejmują: PRmarketingprawo,technologię itp. Zespoły będą miały dostęp do różnego rodzaju nowoczesnych technologii, które pomogą im udowodnić swoje hipotezy. Mogę zdradzić, że Intel udostępni im swoje nowe platformy deweloperskie Edison i Galileo.

Co oferujecie zespołom po zakończeniu programu?

Program ułatwi uzyskanie inwestycji z naszych funduszy VC, ofert partnerskich, dostępu do lepszych technologii oraz zapewni uznanie. Dzięki udziałowi trzech potężnych firm o globalnej renomie, zespoły zyskają przede wszystkim zaufanie światowej bazy klientów. Otrzymają szybką drogę do stworzenia wspaniałej marki. Pozyskanie tego rodzaju zaufania trwa zazwyczaj latami, ale w tym przypadku skracamy ten czas właściwie do kilku tygodni! Oczywiście, wdrażanie produktu będzie stopniowe i będzie wymagało solidnej strategii – produkt przetestujemy najpierw na niewielkim rynku, następnie rozwiniemy go w oparciu o opinie i dane rynkowe.

Jakie korzyści z programu płyną dla polskich start-upowców?

Program jest szansą na współpracę, networking i wymianę doświadczeń dla ludzi z różnych krajów. Każdy kraj ma coś, w czym jest naprawdę dobry: Chorwacja – e-zdrowie, Czechy i Słowacja – e-commerce i analitykę, Polska – beacony, a Rumunia – cyberbezpieczeństwo. Mamy nadzieję, że z pomocą Deutsche Telekom, Cisco i Intela polskie zespoły rozjadą się do domów z wiedzą i doświadczeniem zaczerpniętymi od zespołów z innych krajów, uczestniczących w programie akceleracyjnym . Uważamy, że nie ma tu przegranych. Drużyny przyjęte do programu zdobędą praktyczną wiedzę od najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie, doświadczenie w dziedzinie nowoczesnych technologii i dużą sieć kontaktów podczas wielu sesji networkingowych.

A jak ocenia pan stan sektora Internetu Rzeczy w Polsce?

Obecnie w Polsce mamy sporo przedsięwzięć na rynku Internetu Rzeczy: beacony i związane z nimi firmy takie jak Estimote, czy Kontakt.io. W Warszawie beacony Ifinity niedawno zdobyły nagrodę w prestiżowym konkursie Mayor’s Challenge organizowanym przez Fundację Boomberg Philantrophies. Mamy też Woolet, który sprawi, że nigdy nie stracimy naszego portfela.

A w jakich dziedzinach możemy zetknąć się z Internetem Rzeczy?

To między innymi:

Sprzedaż detaliczna: w jaki sposób handlowcy mogą wejść w interakcje z klientami przez przesyłanie wiadomości do ich inteligentnych urządzeń mobilnych i jednocześnie uzyskać cenne informacje o tym, jak ci klienci korzystają z tych urządzeń.

Dom: inteligentne domy to dla wielu pierwsze skojarzenie z tematyką Internetu Rzeczy. Zespół VORM lab opracował czujniki Clime, które dzięki pomiarom temperatury i wilgoci informują o warunkach panujących w domu. Ecois.me pomaga zaoszczędzić na kosztach energii przy użyciu urządzenia podłączonego do licznika energii elektrycznej. Seed Labs stara się pomóc zautomatyzować dom dzięki małym, energooszczędnym urządzeniom Bluetooth.

Zdrowie publiczne: ogromnym utrapieniem jest zanieczyszczenie powietrza. W tym sektorze widzę duży potencjał dla start-upów na opracowanie urządzeń mogących pomóc w rozwiązaniu tego problemu. Rynkiem zbytu mogą być lokalne samorządy czy organizacje pozarządowe, a nawet Chiny, w których problem zanieczyszczenia powietrza jest jeszcze poważniejszy.

Zdrowie własne i bliskich: potencjał ma tu rynek urządzeń do noszenia (tzw. wearables), m.in. smart watche mogące dostarczyć nam sporo informacji biologicznych – od pomiaru temperatury ciała po monitorowanie akcji serca. Istnieją także sensory, które umożliwiają samodzielny pomiar funkcji życiowych i wyświetlenie wyników na urządzeniach inteligentnych, np. Tail – urządzenie umożliwiające monitorowanie funkcji życiowych naszych pupili.

Jak z Internetu Rzeczy skorzysta każdy z nas?

Internet Rzeczy pomoże nam zyskać czas na automatyzację procesów i zadań. Pamiętam taką historię, w której Steve Jobs rzucił wyzwanie swoim inżynierom, by skrócili czas uruchamiania swoich komputerów – jak się okazuje, każdego roku marnowanych jest wiele godzin pracy na czekanie, aż uruchomi się nasz komputer.

Wykorzystanie inteligentnych urządzeń w domach może znacznie ułatwić codzienne funkcjonowanie, bezpieczeństwo i dobre samopoczucie. Jako rodzic możesz np. stale monitorować zdrowie swojego dziecka i reagować natychmiast, kiedy dzieje się coś złego. W Chorwacji dostępne jest urządzenie Bellabeat pozwalające na monitorowanie pracy serca dziecka w okresie prenatalnym.

Jako sportowiec możesz stosować czujniki monitorujące oddech, poziom zakwaszenia organizmu, czy nawet poprawę formy.

Jako wnuk czułbym się spokojniejszy, wiedząc, co dzieje się z moją 90-letnią babcią, która mimo zaawansowanego wieku chce zachować nieco niezależności. Dzięki automatyzacji zadań zyska czas, który będzie mogła spędzić ze swoimi wnukami. W Czechach i na Słowacji są już start-upy, które pracują nad takimi rozwiązaniami.

Podsumowując – największą wartością wypływającą z IoT dla przeciętnego człowieka jest spokój, jaki zyskuje dzięki inteligentnym urządzeniom.

—-

Autor

Paul Chen
Redaktor / Dziennikarz
web.gov.pl

Agata Duda tajną bronią kampanii wyborczej?

Żony polityków dopełniają i ocieplają ich wizerunek oraz zazwyczaj powodują wzrost notowań. „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów” przeanalizował wpływ Agaty Dudy i Anny Komorowskiej na przebieg kampanii wyborczej kandydatów na prezydenta. Wyniki badania jednoznacznie potwierdzają, że żona prezydenta elekta skuteczniej wzmocniła wizerunek swojego męża niż obecna pani prezydentowa.

Wsparcie, jakiego Agata Kornhauser-Duda udzieliła mężowi w kampanii prezydenckiej, było sporym zaskoczeniem. Wcześniej media donosiły o jej odmiennych poglądach i unikaniu polityki. Pomimo że zmiana jej przekonań dokonała się praktycznie na oczach wyborców, wypadła wiarygodnie.

W maju na temat Agaty Dudy pojawiło się łącznie 2077 informacji. O Annie Komorowskiej o 791 publikacji mniej. Materiały prasowe i internetowe o żonie prezydenta elekta wygenerowały dotarcie na poziomie 1,7 mld kontaktów z odbiorcami i ekwiwalent reklamowy w wysokości 13,2 mln zł. Publikacje na temat Anny Komorowskiej – o 0,4 mld kontaktów mniej i 10,5 mln zł AVE.

Wykres 1. Mapa benchmarkingowa* obrazująca liczbę, dotarcie i ekwiwalent reklamowy publikacji na temat Agaty Dudy i Anny Komorowskiej (prasa i internet)
Wykres 1. Mapa benchmarkingowa* obrazująca liczbę, dotarcie i ekwiwalent reklamowy publikacji na temat Agaty Dudy i Anny Komorowskiej (prasa i internet)

Pierwszy pik doniesień na temat Agaty Dudy miał miejsce 8 maja, na dwa dni przed I turą wyborów, kiedy pojawiła się na wyborczym spotkaniu Andrzeja Dudy w Ogrodach Domu Polonii w Warszawie. Szczególne zainteresowanie osobą żony prezydenta elekta widoczne było dzień po I turze oraz po II turze wyborów. 25 maja liczba publikacji osiągnęła pułap prawie 700 doniesień, a dwa tygodnie wcześniej – blisko 240 materiałów. Kolejny wzrost odnotowano 29 maja, kiedy Agata Duda towarzyszyła mężowi podczas przekazania aktu wyboru na prezydenta.

Dla Anny Komorowskiej dniem największego zainteresowania mediów był 15 maja. Wtedy udzieliła wywiadu m.in. Monice Olejnik. Dzień wcześniej, wieczorem opublikowano spot z udziałem dzieci prezydenta Komorowskiego.

Wykres 2. Rozkład w czasie publikacji na temat Agaty Dudy i Anny Komorowskiej
Wykres 2. Rozkład w czasie publikacji na temat Agaty Dudy i Anny Komorowskiej

Co ciekawe, Agata Duda częściej pojawiała się w mediach regionalnych niż ogólnopolskich – 53 proc. przekazu, przeciwnie do Anny Komorowskiej, która obecna była głównie w źródłach ogólnokrajowych – 70 proc. doniesień. Nierzadko w tej samej publikacji dokonywano zestawienia obu pań – porównywano ich stylizacje i oceniano, która prezentuje się korzystniej.

W obu przypadkach ze źródeł internetowych pochodziło 73 proc. doniesień. Agata Duda częściej niż Anna Komorowska wymieniana była w prasie – 13 do 11 proc., za to nieco rzadziej w telewizji – o 1 proc. O żonie prezydenta elekta najczęściej wspominały portale Se.pl (44 informacji) i Wpolityce.pl (36) oraz stacje Polsat News (41), TVP Info (39) i TVN24 (36). Anna Komorowska gościła głównie na antenie TVN24 (35) oraz TVP Info (26). Była również tematem publikacji na portalach Prezydent.pl (29), Wpolityce.pl (25), Wiadomości.gaz (24).

Wykres 3. Liczba publikacji na temat Agaty Dudy i Anny Komorowskiej w podziale na media
Wykres 3. Liczba publikacji na temat Agaty Dudy i Anny Komorowskiej w podziale na media

O stopniu zainteresowania mediów Agatą Dudą świadczy również liczba okładek prasowych, na których pojawiła się w maju – aż 75. W tym samym czasie Anna Komorowska gościła na 18 pierwszych stronach.

– Widoczne zaangażowanie Agaty Dudy podczas kampanii, jej otwartość, naturalność, dobra prezencja, a wreszcie deklaracja, iż postara się być dobrą Pierwszą Damą, pozwalają przypuszczać, że nie pozostanie w cieniu męża, ale będzie aktywnie wspierać go w działaniach podczas prezydentury. Już dziś media porównują ją do Jolanty Kwaśniewskiej, która sprawdziła się tej w roli zarówno w kraju, jak i zagranicą – komentuje Marlena Sosnowska, rzecznik prasowy „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”.

*Mapa benchmarkingowa obrazuje medialną pozycję analizowanych osób z uwzględnieniem trzech czynników: ekwiwalentu reklamowego, dotarcia i liczby informacji.

  • Ekwiwalent reklamowy (AVE) – wartość publikacji wyrażona w pieniądzu.
  • Dotarcie – zasięg informacji wyrażony w potencjalnej liczbie kontaktów z czytelnikami i unikalnymi użytkownikami.
  • Wielkość kuli – liczba publikacji.
  • Położenie kuli – uwzględnia wartość reklamową przekazów medialnych, ich dotarcie oraz liczbę publikacji.
  • Najlepsza pozycja na wykresie to prawy górny róg (oznacza, że publikacje miały wysoką wartość AVE oraz bardzo duże dotarcie).

PRESS-SERVICE Monitoring Mediów

AGIO Multistrategia zmienia politykę inwestycyjną i nazwę

0

Subfundusz AGIO Multistrategia zmienia politykę inwestycyjną w ślad za tym zmieniła się również jego nazwa na AGIO Globalny. Subfundusz na dostosowanie polityki ma czas do 17 września br.

AGIO Globalny powstał w wyniku zmiany polityki inwestycyjnej AGIO Multistrategia, który pod koniec maja zarządzał aktywami wartymi 27 mln zł. Subfundusz od początku roku wypracował stopę zwrotu na 8,37%, podczas gdy średni wynik w grupie akcji polskich uniwersalnych kształtował się na poziomie 6,83%. Wraz ze zmianą polityki inwestycyjnej subfundusz poszerzy ekspozycję na zagraniczny rynek akcji i będzie mieć międzynarodowy charakter. W nowej formie będzie:

  • Inwestować głównie w akcje utrzymując stosunkowo wysokie zaangażowanie (70-100% aktywów)
  • Inwestować ok. połowę portfela w akcje spółek notowanych na GPW
  • Oferować ekspozycję na rynki zagraniczne – docelowo utrzymując min. 30% zaangażowania w akcjach zagranicznych spółek

„Postanowiliśmy dostosować politykę inwestycyjną funduszu do zmieniającego się otoczenia. Według naszej oceny to otoczenie zmieniło się w ostatnich latach w taki sposób, że inwestorzy rozpatrując możliwości lokowania środków, coraz chętniej uwzględniają rynki zagraniczne. Posiadanie w ofercie funduszu wyraźnie akcentującego w swojej strategii inwestowanie za granicą, stało się więc z punktu widzenia towarzystwa swego rodzaju koniecznością”  – mówi Adam Dakowicz, Prezes Zarządu i Dyrektor Departamentu Zarządzania Aktywami

„Kryteria doboru akcji zagranicznych do portfela będą takie same jak w przypadku spółek z polskiego rynku. Będę szukał spółek niedowartościowanych, płacących dywidendy i jednocześnie mających możliwości poprawy wyników. W krajach Europy Zachodniej i USA takich relatywnie tanich spółek nie ma zbyt wiele, ale to nie znaczy, że nie ma ich w ogóle. Do tej pory fundusz inwestował niewielki udział aktywów (do 5%) w różne akcje zagranicznych spółek i raczej osiągał zyski na tych inwestycjach. Częściowo oczywiście to zasługa rosnącego rynku wspieranego darmowym pieniądzem, natomiast w większości przypadków spółki te istotnie poprawiały wyniki finansowe.”  – dodaje Wojciech Juroszek, Zarządzający subfunduszem AGIO Globalny

Profil ryzyka subfunduszu nie ulegnie zmianie.

Nieostrożne kliknięcie i będziesz robił przelewy na konto cyberprzestępcy

Eksperci z firmy antywirusowej ESET poinformowali, że w sieci pojawiła się kolejna fala wiadomości mailowych zawierających załącznik, po otwarciu którego komputer zostaje zainfekowany złośliwym programem ClipBanker. Zagrożenie, mimo, że nie jest nowe, potrafi poważnie zagrozić finansom swoich ofiar. ClipBanker potrafi bowiem podmienić numer rachunku bankowego, który użytkownik kopiuje do schowka, podczas realizowania przelewu online.

Zagrożenie identyfikowane przez laboratorium ESET jako Win32/ClipBanker.C jest rozsyłane jako załącznik do wiadomości email o tytule „gdzie realizacja zamówienia!?!”. Sam załącznik to plik wykonywalny „przelew.exe”, którego ikona może sugerować, że jest to dokument PDF. Próba otwarcia załącznika powoduje uruchomienie złośliwego programu.

Od tego momentu zagrożenie kontroluje zawartość schowka systemowego, gdzie trafiają wszystkie materiały kopiowane przez użytkowników m.in. za pomocą popularnego skrótu klawiszowego CTRL+C. Równocześnie złośliwy program łączy się ze zdefiniowanym wcześniej serwerem, skąd pobiera numer rachunku bankowego zdefiniowany przez swojego twórcę. Jeśli aplikacja wykryje w schowku 26 cyfrowy numer, charakterystyczny dla rachunków bankowych, podmieni go na ten uzyskany z serwera. Jeśli komunikacja z serwerem jest niemożliwa, zagrożenie podmienia numer na ten zapisany w swoim kodzie.

Tym samym każdorazowe korzystanie ze schowka przez użytkownika przy kopiowaniu i wklejaniu numeru rachunku bankowego kończy się wprowadzeniem numeru zdefiniowanego przez twórcę zagrożenia. Jeśli użytkownik nie zauważy, że numer rachunku bankowego został podmieniony, przelew trafi bezpośrednio na konto oszusta.

– Realizując przelew online, warto korzystać z listy zdefiniowanych odbiorców. Jeśli koniecznym jest skopiowanie numeru rachunku do schowka, przed akceptacją przelewu ponownie sprawdźmy, czy wprowadzone dane są prawidłowe – radzi Kamil Sadkowski, analityk zagrożeń ESET.

W Warszawie rośnie liczba zaciąganych kredytów, a chętnych na mieszkania przybywa

Warszawski rynek mieszkaniowy rośnie jak żaden inny w kraju. W ciągu ostatnich pięciu lat co piąte mieszkanie budowane przez deweloperów powstawało w Warszawie. W ofercie firm jest obecnie 15,5 tys. nowych lokali, szacują analitycy Emmerson. Co tydzień do sprzedaży wchodzą nowe inwestycje, ale pomimo dużej aktywności deweloperów, oferta nie zwiększa się. Co więcej, okresowo podaż nawet maleje. Jak podaje Emmerson, po pierwszych trzech miesiącach tego roku wybór mieszkań deweloperskich w Warszawie był mniejszy, niż na koniec 2014 roku.

Powodem jest utrzymujące się od dawna duże zainteresowanie zakupem. Sprzedaż może jeszcze wzrosnąć za sprawą zapowiedzianych zmian w programie Mieszkanie dla młodych. Wszystko wskazuje na to, że wkrótce osoby, chcące skorzystać z rządowych dopłat do kredytów mieszkaniowych zyskają więcej. Największe korzyści nowelizacja programu, której wejście w życie spodziewane jest na przełomie drugiego i trzeciego kwartału br., przyniesie rodzinom z dziećmi. W przypadku nabywców mieszkań z trójką i większą liczbą dzieci wysokość dopłat ma wzrosnąć najbardziej (do 30 proc.), a subwencja dotyczyć będzie 65 mkw. Osoby z dwójką dzieci także dostaną większe dopłaty (20 proc.).

W MdM kupujemy średnio 53 mkw.

Na preferencyjny kredyt, udzielany w ramach programu MdM, kupowane są mieszkania o średnim metrażu ponad 53 mkw., wynika z danych BGK. Żeby w Warszawie móc skorzystać z rządowych dopłat mieszkanie nie może kosztować więcej niż 6588 zł za metr kwadratowy. O tak  nisko wyceniony lokal nie jest wcale łatwo, bo na stołecznym rynku pierwotnym obowiązują wyższe ceny. Według danych  Narodowego Banku Polskiego na koniec pierwszego kwartału br. deweloperzy oferowali w Warszawie mieszkania średnio po 7 839 zł za mkw.

Tarasy Dionizosa przy ul. Winorośli firmy Barc Warszawa
Tarasy Dionizosa przy ul. Winorośli firmy Barc Warszawa

Najłatwiej lokal kwalifikujący się do dopłaty można znaleźć w inwestycjach powstających w warszawskiej Białołęce. W tej dzielnicy nielicznych przypadkach kredytem dotowanym przez państwo sfinansować można nawet zakup mieszkania łącznie z wykończeniem i miejscem garażowym. Jest to możliwe na przykład  w osiedlu Tarasy Dionizosa przy ul. Winorośli firmy Barc Warszawa. Wybrane mieszkania, które kosztują 5500 zł za metr można kupić dodatkowo z wykończeniem i miejscem postojowym w garażu podziemnym i wszystko sfinansować kredytem z dopłatą. W ofercie „Wszystko w cenie w MdMie” dostępny jest np. lokal dwupokojowy o metrażu 37,5 mkw., który bez wykończenia i garażu kosztuje nieco ponad 206 tys. zł lub trzypokojowe mieszkanie o pow. ok. 57 mkw. wycenione na ponad 312 tys. zł.

Warszawiacy zwiększyli swój udział w puli zaciąganych kredytów mieszkaniowych w kraju

Dzięki temu, że popyt równoważy podaż stawki ofertowe na rynku deweloperskim pozostają stabilne. Z danych Amron wynika, że ceny transakcyjne warszawskich mieszkań pozostały na poziomie sprzed roku. Podobnie jest na największych rynkach mieszkaniowych w kraju, gdzie od 2011 roku ceny tylko nieznacznie się wahają.

Wysoki popyt na mieszkania to konsekwencja trwających od kilku lat obniżek stóp procentowych, a tym samym spadku oprocentowania kredytów, ocenia w swoim raporcie NBP. Średni kredyt mieszkaniowy w kraju udzielany jest na 211 tys. zł.

Najwięcej zobowiązań hipotecznych udzielanych jest w Warszawie. W ciągu ostatniego roku liczba kredytów na zakup warszawskich mieszkań wzrosła. Nabywcy stołecznych nieruchomości zwiększyli swój udział w puli zaciąganych kredytów w kraju, z ok. 25 proc. w I kwartale 2014 roku, do ponad 35 proc. w I kw. tego roku.

Inteligentny magazyn – nagroda IFOY w kategorii „rozwiązanie intralogistyczne”

Tegoroczna nagroda IFOY w kategorii „rozwiązanie intralogistyczne” wskazuje na rosnącą rolę inteligentnych, elastycznych systemów pojazdów transportowych i pokazuje, jak w przyszłości przebiegać będą tego typu wdrożenia.

Jury IFOY przyznało tytuł najciekawszego rozwiązania intralogistycznego zautomatyzowanemu magazynowi w zakładzie Kuraray Europe GmbH – fabryce należącej do jednego z największych światowych producentów polimerów, syntetycznych mikrowłókien i innowacyjnych materiałów wysokiej trwałości. Magazyn materiałów surowych przedsiębiorstwa działa w oparciu o urządzenia STILL PalletShuttle oraz reach truck STILL FM-X.

Integracja wielu rozwiązań

Czynnikiem kluczowym dla decyzji jury była innowacyjność funkcjonującego w zakładzie połączenia bezzałogowych autonomicznych pojazdów transportowych z system ruchomych platform oraz wózkami sterowanymi ręcznie. Na bazie swoich technologii, STILL stworzył w dziewięć tygodni w pełni funkcjonalne, przynoszące klientowi znaczące korzyści rozwiązanie o czasie zwrotu inwestycji na poziomie 36 miesięcy. – Projekt funkcjonujący w Kuraray działa w oparciu o: system regałowy wysokiej gęstości z 3,3 tysiąca miejsc składowania, 7 urządzeń STILL PalletShuttle, 3 autonomiczne reach trucki FM-X, 2 elektryczne wózki czołowe RX 60, mierzący 40 m długości obszar przeładunkowy z 7 stacjami roboczymi, miejsca buforowe, komputer przepływu materiałów oraz centralny komputer, zarządzający magazynem oraz automatyczne urządzenie do sztaplowania pustych palet – relacjonuje Tobiasz Jakubczak, specjalista ds. produktu STILL Polska. – Pojazdy i urządzenia STILL współpracują ze sobą, pozwalając na maksymalizację wydajności procesów – dodaje ekspert.

Komunikujące się maszyny

Każdego dnia do zakładu dostarczanych jest około czterystu palet granulatu plastikowego. Rozładunek samochodów realizowany jest przez wózki RX 60, których operatorzy po zeskanowaniu towaru otrzymują od komputera zarządzającego magazynem wskazówki dojazdu do odpowiedniego kanału wyposażonego w urządzenie PalletShuttle. Wyjątkowe w tym układzie jest to, że po raz pierwszy półautomatyczne platformy transportowe komunikują się z autonomicznymi reach truckami, tworząc inteligentny system zapewniający terminowe dostawy materiałów surowych na linię produkcyjną. Po pokonaniu trasy przez czołowy wózek widłowy, ładunek jest pobierany przez mobilną platformę i transportowany w głąb regału. Reach-trucki FM-X pełnią w tym układzie potrójną rolę. Umieszczają urządzenia PalletShuttle w odpowiednich, wskazanych przez system zarządzania magazynem kanałach oraz dostarczają towary wychodzące z regałów do systemu przewożącego materiały do stacji roboczych. Tam granulat jest zasysany przez rurociągi, transportujące surowiec bezpośrednio do maszyn produkcyjnych. Puste palety po zesztaplowaniu trafiają przy pomocy FM-X do zarezerwowanych na nie kanałów. Wszystkie te zadania obywają się automatycznie, bez konieczności angażowania operatorów. System działa 24 godziny na dobę. Gdy poziom energii w akumulatorze spadnie poniżej określonego progu, urządzenia same udają się do stacji wymiany baterii.

To wszystko w 9 tygodni

Jury konkursowe zwróciło uwagę również na tryb, w jakim zrealizowano wdrożenie w Kuraray Europe. Ze względu na napięty harmonogram prac, klient oczekiwał implementacji inteligentnych rozwiązań w zaledwie 9 tygodni. STILL sprostał temu wyzwaniu i – jak stwierdzono w uzasadnieniu przyznania nagrody IFOY – ustanowił wzorzec odniesienia dla przyszłych projektów magazynów surowcowych.

Tworzywa twardsze niż stal. Czy sprawdzą się w przemyśle?

Stal już nie chroni amerykańskich lotniskowców – jej miejsce zajęły tworzywa polimerowe. Czy polimery sprawdzą się również w przemyśle i BHP?

„Tworzywa polimerowe” to bardzo ogólne określenie, zawierające w sobie wiele tworzyw o  zupełnie różnych właściwościach. Do tej grupy należą zarówno włókna z których zrobione są kurtki polarowe, wykorzystywany w kamizelkach kuloodpornych kevlar, polipropylen z którego robi się zderzaki samochodów, jak i odporny na temperatury teflon.

Z lotniskowca do magazynu

Tak różnorodne zastosowanie polimerów pokazuje, że można dzięki nim uzyskać praktycznie dowolne właściwości. Zależy nam na wytrzymałości? Odpowiednio zbudowane tworzywa polimerowe wytrzymają naprężenie rzędu 3,5 gigapaskali, co można porównać do położenia 350 tysięcy ton na powierzchni metra kwadratowego. To więcej niż wytrzyma najlepsza jakościowo stal, a w dodatku tworzywo jest kilkukrotnie lżejsze. Wszystko to sprawia, że tworzywa polimerowe wykorzystywane są np. jako pancerze lotniskowców, gdzie zastąpiły stal.

Skoro tworzywa polimerowe sprawdzają się jako pancerz lotniskowca wartego kilka miliardów dolarów, spełnią swoją rolę również przy ochronie regałów przed wózkami widłowymi. „Aktualny poziom technologii pozwala na nadanie tworzywom prawie dowolnych właściwości chemicznych. Potrafimy już tworzyć materiały przewyższające stal pod każdym względem – lżejsze, z lepszą zdolnością deformacji i tańsze. Sama wytrzymałość już dawno przestała być problemem” – wyjaśnia Tomasz Baryła, prezes zarządu Anter System Sp. z o.o. , która od wielu lat dostarcza produkty poprawiające bezpieczeństwo i wspierające utrzymanie ruchu na halach produkcyjnych, magazynach i parkingach. To właśnie od zabezpieczeń przestrzeni zagrożonych wypadkami i kolizjami zależy zdrowie, a nawet życie ludzkie. Dlatego odbojnice przemysłowe, bariery ochronne oraz słupki parkingowe i drogowe powstają z materiałów odpornych na wilgoć, odznaczających się dużą wytrzymałością mechaniczną.

Polimerowe odbojnice wkraczają do magazynów

W przemyśle i BHP idealnie sprawdzi się i-Plast – tworzywo polimerowe o niespotykanej do tej pory zdolności deformacji. W odróżnieniu od stali przedmioty wykonane z i-Plastu wracają do swojego pierwotnego kształtu nawet po ekstremalnym uderzeniu, co czyni je doskonałym budulcem do odbjonic, barier ochronnych  i innych elementów zabezpieczających.

Ponadto i-Plast jest lżejszy od stali  a wykonane z niego elementy są nietoksyczne i odporne na korozję, co sprawia, że nadają się idealnie do magazynów i hal produkcyjnych, w których wymagane są szczególnie rygorystyczne normy. Nie bez znaczenia jest też nowoczesny wygląd, znacznie mniej „toporny” niż wygląd elementów stalowych. Dodatkowe korzyści to mniejszy koszt transportu elementów z tworzyw oraz możliwość poddania ich recyclingowi, dzięki czemu proces produkcji jest bardziej ekologiczny.

Podobnymi właściwościami charakteryzuje się inne tworzywo polimerowe o nazwie Ertax. Ertax cechuje przede wszystkim wysoka odporność na wstrząsy – produkt wykonany z Ertaksu może pochłonąć siłę uderzenia, a dzięki wysokiej elastyczności, nie uszkodzi przy tym posadzki, do której jest przymocowany.

Takie cechy sprawiają, że kolejne firmy zastępują odbojnice, naprowadzacze kół czy słupy dynamiczne z Ertaksu coraz częściej odchodząc od stali. Nawet w przypadku silnego uderzenia, tworzywo po prostu odkształci się. Ten same element wykonany ze stali, mógłby wyrwać część posadzki

Czy Ertax i i-Plast zastąpią stal?

Czy Ertax, i-Plast i podobne tworzywa polimerowe całkowicie zastąpią stal? Zarówno i-Plast jak i Ertax spełniają rygorystyczne normy jakościowe, a produkty z nich wykonane są nietoksyczne i mogą otrzymać certyfikat HACCP. Jako że są to tworzywa polimerowe, a nie metale, obydwa są odporne na korozję, więc mogą być stosowane na zewnątrz budynków.

Ponadto, przy niewielkiej różnicy w cenie w porównaniu do stalowych odpowiedników, produkty wykonane z tworzyw polimerowych, mogą okazać się zdecydowanie bardziej ekonomiczne. „W miejscach, w których silne uderzenie mogłoby uszkodzić posadzkę lub ścianę do której przymocowana jest odbojnica, często zalecamy korzystanie z Ertaksu zamiast stali. Nawet przy ekstremalnym uderzeniu, uszkodzeniu ulegnie co najwyżej odbojnica, a posadzka i ściana pozostaną nienaruszone, co pozwoli ograniczyć koszty wypadku” – mówi Tomasz Baryła, z Anter System. „Jednocześnie nie przekreślamy całkowicie stali, zawsze warto skonsultować wybór materiałów ze specjalistą” – dodaje.

Źródło: Anter System http://antersystem.pl/

Eksport i import: Czech lepszy dla Lecha niż Rus

Czechy są trzecim najważniejszym rynkiem dla polskiego eksportu i siódmym dla importu. Radosław Jarema z instytucji płatniczej AKCENTA obsługującej transakcje walutowe eksporterów i importerów twierdzi, że choć w tym momencie zyski naszych eksporterów są pod presją niskiego kursu korony, to ze względu na bliskość geograficzną i kulturową Czechy są i zawsze będą naturalnym kierunkiem ekspansji dla polskich firm. A kurs korony można mieć pod kontrolą.

W 2014 r. na czeski rynek polscy eksporterzy wysłali towary o wartości aż 43,1 mld zł, co daje 6,3 proc. udział w strukturze całości polskiego wywozu. W przypadku importu Republika Czeska zajmuje również wysoką pozycję (7. miejsce) i z wwozem o wartości blisko 24,9 mld zł odpowiada za 3,6 proc. całego polskiego importu. Polska utrzymuje tym samym dodatnie saldo wymiany handlowej z Czechami, nadwyżka wyniosła pod koniec ubiegłego roku ok. 18,2 mld zł.

Eksporterzy nie odpuszczają czeskiego rynku

Dzięki popytowi na polskie towary w Czechach, eksport krajowych firm na rynek naszego południowego sąsiada wzrósł w ubiegłym roku w porównaniu do 2013 r. aż o 7,5 proc. – Znamy już dane za pierwsze cztery miesiące bieżącego roku i odnotowany przez GUS 13,1 proc. wzrost eksportu może wskazywać, że eksporterzy chcą pobić wynik z minionego roku. Będzie to wielki sukces, gdyż polscy eksporterzy są obecnie, przez dość słabą koronę, w gorszej sytuacji i ich zyski są przez to niższe – mówi Radosław Jarema, dyrektor zarządzający instytucji płatniczej AKCENTA w Polsce.

Radosław Jarema jest przekonany, że Czechy, pomimo rosnącej dywersyfikacji kierunków polskiej wymiany handlowej, będą atrakcyjne dla polskich firm. – Na pewno warto, aby eksporterzy i importerzy interesowali się dalekimi rynkami takimi jak Ameryka Łacińska, kraje arabskie czy Azja. To ciekawe kierunki, które stwarzają unikalne szanse. Ale prawda jest taka, że dużo łatwiejsze operacyjnie jest wejście na rynki najbliższe, szczególnie dla małych i średnich przedsiębiorstw, które nie mogą sobie pozwolić na duże ryzyko. Mniejsze firmy oswajają się z ekspansją na spokojnie, krok po kroku, i to zrozumiałe – mówi przedstawiciel AKCENTY.

Liczy się nie tylko kurs wymiany…

Niestety, dla eksporterów, którzy rozliczają się z kontrahentami w koronie, Czechy stały się w ostatnich miesiącach nieco mniej opłacalnym kierunkiem ze względu na niekorzystny kurs czeskiej waluty do złotówki, który w kwietniu br. znalazł się najniższym poziomie od 2008 r. Eksperci AKCENTY podkreślają jednak, że polscy eksporterzy nie muszą tracić na niekorzystnych wahaniach kursu, bo mogą skorzystać z darmowych transakcji terminowych forward i poszukać oszczędności na transakcjach walutowych poza bankami – Czeskie korony to trzecia najczęściej wymieniana przez naszych polskich klientów waluta. Jako firma czeska mamy zawsze świetną ofertę jej kursu, którą można również negocjować. Dodatkowo eksporterów i importerów przyciągają do nas darmowe ekspresowe przelewy do krajów, w których jesteśmy obecni (Polska, Czechy, Węgry, Słowacja, Rumunia). Oszczędności na opłatach za międzynarodowe transfery pieniężne oraz wynikające z atrakcyjnych kursów wymiany warto uzupełnić o zabezpieczania przed ryzykiem kursowym – mówi Radosław Jarema. Oferowane w AKCENTCIE transakcje terminowe typu forward są bezpłatnym narzędziem, które służy zabezpieczenia kursu wymiany w danym okresie czasu. Dzięki takiemu rozwiązaniu eksporter lub importer może zabezpieczyć korzystny kurs wymiany waluty w której będzie rozliczał się w przyszłości, np. w związku z realizacją kontraktu. Forward pozwala uniknąć niepewności związanej z wahaniami kursu walut i pomaga w stabilizacji finansów firmy.

Co dalej z czeską koroną?

– Niski kurs korony jest spowodowany głównie słabym euro wobec którego bank centralny Czech (ČNB) ustalił próg interewencyjny na poziomie 27 CZK/EUR. W odróżnieniu od złotego czeska korona nie ma potencjału do aprecjacji w stosunku do wspólnej waluty w nadchodzących miesiącach, co prawdopodobnie znajdzie odzwierciedlenie w dalszym osłabieniu czeskiej waluty na parze ze złotym – komentuje Miroslaw Novak, analityk AKCENTY. Instytucja płatnicza AKCENTA prognozuje, że w perspektywie półrocznej należy się spodziewać kursu CZKPLN oscylującego w granicach 0,142 a w perspektywie rocznej 0,143.

Wartość rynku luksusowych apartamentów w Polsce wynosi około 450 mln zł

Polski rynek luksusowych nieruchomości jest wciąż niewielki i względem światowych liderów znajduje się w fazie rozwoju. Łączna wartość transakcji na rynku pierwotnym nieruchomości luksusowych wynosi ok. 500 mln zł rocznie, z czego około 90% generują apartamenty.

Ceny luksusowych apartamentów w stanie deweloperskim zaczynają się w Polsce od 1 mln zł, a największe transakcje sięgają 10 mln zł. Średnia cena, od której zamożni i bogaci Polacy uznają apartament za luksusowy, wynosi ok. 16,5 tys. zł/mkw.

Sytuacja na rynku apartamentów w Polsce

W raporcie firm doradczych KPMG i REAS segment luksusowych nieruchomości mieszkalnych podzielony został na dwie kategorie: apartamenty i rezydencje. Aż 90% wartości rynku luksusowych nieruchomości budowanych i sprzedawanych przez deweloperów generowane jest na rynku apartamentów, którego wielkość szacuje się na ok. 440-460 mln zł. W ostatnich latach liczba transakcji realizowanych w ciągu roku waha się od 160 do 180. Na rynku luksusowych rezydencji, czyli ekskluzywnych wolnostojących domów jednorodzinnych oferowanych przez deweloperów, dochodzi rocznie do 20-25 transakcji sprzedaży, opiewających łącznie na ok. 50-57 mln zł. Domy te sprzedawane są jednak z reguły w stanie wymagającym dużych nakładów na wykończenie.

Wartość rynku luksusowych apartamentów w Polsce wynosi około 450 mln zł

O znaczącej wielkości rynku apartamentów można mówić w przypadku pięciu aglomeracji o najlepszej sytuacji gospodarczej: Warszawy, Krakowa, Trójmiasta, Wrocławia i Poznania.

Chociaż w ostatnich latach rośnie znaczenie Wrocławia i Krakowa, to pod względem realizowanych jednostek mieszkalnych, największym rynkiem w Polsce jest zdecydowanie Warszawa. Na koniec I kwartału 2015 roku wśród lokali o cenach brutto 16-18 tys. zł/mkw ponad jedną trzecią stanowiły oferty z Warszawy. W latach 2009-2014 w Warszawie wybudowano około 3 000 apartamentów, z których 400 stanowiły lokale luksusowe.
W przedziale cenowym powyżej 18 tys. zł/mkw blisko 90% luksusowych mieszkań także znajduje się w stolicy. Obecnie w Warszawie w ofercie znajduje się kolejnych 300 ekskluzywnych mieszkań. Maksymalne ceny sięgają w przypadku Warszawy 65 tys. zł/mkw, we Wrocławiu i Krakowie ok. 40 tys. zł/mkw, a w Poznaniu i Trójmieście ok. 30 tys. zł/mkw.

Jak wynika z raportu, w kilkuletniej perspektywie liczba apartamentów o cenach jednostkowych przekraczających 17 tys. zł/mkw, sprzedawanych rocznie w pięciu kluczowych aglomeracjach, powinna przekroczyć 250, zaś łączna wartość rynku – poziom 500 mln zł (w cenach brutto).

Wartość rynku luksusowych apartamentów w Polsce wynosi około 450 mln złWartość rynku luksusowych apartamentów w Polsce wynosi około 450 mln zł

Ceny luksusowych apartamentów w stanie deweloperskim zaczynają się w Polsce od 1 mln zł

W porównaniu do dojrzałych gospodarek Europy Zachodniej polski rynek luksusowych nieruchomości cechuje relatywnie niski poziom cen i stosunkowo niewielka liczba prawdziwie luksusowych inwestycji. Tylko nieliczne polskie apartamenty odpowiadają pod względem jakości wykończenia i powierzchni najwyższym standardom światowego luksusu.

Ceny luksusowych apartamentów w stanie deweloperskim zaczynają się w Polsce od 1 mln zł, podczas gdy najdroższe transakcje sięgają 10 mln zł. To wciąż niewiele w porównaniu do spektakularnych wartości notowanych w największych światowych metropoliach – rekordowe transakcje przekroczyły ostatnio kwotę 200 mln dol. za penthouse w Londynie, 70 mln dol. za apartament w Nowym Jorku, 65 mln dol. za dom szeregowy w Paryżu, zaś najdroższy niedawno sprzedany penthouse w Hongkongu osiągnął cenę 105 mln dol. W przypadku Monako maksymalne ceny przekraczają 80 tys. euro/mkw, podczas gdy przeciętne ceny wynoszą kilkanaście tysięcy euro za metr kwadratowy w pełni wyposażonego i umeblowanego apartamentumówi  Kazimierz Kirejczyk, partner zarządzający i prezes zarządu REAS.

Aby uznać nieruchomość za luksusową, kluczowa jest prestiżowa lokalizacja obiektu, tj.
w centrum miasta, w rejonie starówki, niedaleko parku czy w sąsiedztwie teatrów i opery. Luksusowe apartamentowce charakteryzuje też unikatowa architektura i wykorzystanie szlachetnych materiałów wykończeniowych. Z raportu KPMG i REAS wynika, że do najczęściej występujących udogodnień w inwestycjach z segmentu apartamentów należą monitoring oraz przestronne lobby z recepcją. W najbardziej ekskluzywnych apartamentach znajdziemy także przestrzeń rekreacyjną z klubem fitness, sauną czy basenem. W ofercie części inwestycji znajdują się także usługi concierge, których zakres obejmuje zarówno pomoc w sprawach codziennych, jak i nietypowe życzenia związane z organizacją czasu, podróży i rozrywką. W ostatnich latach popularna staje się także funkcja „inteligentny dom”, umożliwiająca zdalne sterowanie ogrzewaniem, klimatyzacją, oświetleniem czy urządzeniami AGD.

Wartość rynku luksusowych apartamentów w Polsce wynosi około 450 mln zł

Granica „luksusu” na polskim rynku luksusowych nieruchomości wynosi około 16,5 tys./m2

Jak wynika z raportu, w segmencie nieruchomości nie istnieje jedna uniwersalna definicja „granicy luksusu”. Polacy o zarobkach w przedziale 10-20 tys. zł uważają średnio 16 tys. zł za minimalną cenę za 1 mkw luksusowego apartamentu, podczas gdy w opinii badanych o najwyższych dochodach powyżej 20 tys. zł – cena 1 mkw luksusu rozpoczyna się od 17 tys. zł. Kwota ta jest jeszcze wyższa (blisko 20 tys. zł/mkw) w oczach kluczowych nabywców dóbr i usług luksusowych, czyli osób określanych jako HNWI (ang. high net worth individuals). Najbogatsi mieszkańcy Polski to przede wszystkim osoby w wieku 40-59 lat, najczęściej zamieszkujące miasta powyżej 250 tys. mieszkańców. Ponad połowę polskich HNWI stanowią prywatni przedsiębiorcy, a jeden na pięciu jest przedstawicielem najwyższej kadry kierowniczej (prezesi, członkowie zarządów, dyrektorzy). Według szacunków KPMG liczba HNWI w Polsce w 2014 roku wyniosła ok. 47 tys. osób i aż 84% z nich deklaruje, że jest w posiadaniu przynajmniej jednej luksusowej nieruchomości.

Stopniowy proces wzbogacania się polskiego społeczeństwa pozwala przypuszczać, że liczba HNWI w Polsce w najbliższych latach wzrośnie, dzięki czemu rynek luksusowych nieruchomości utrzyma się na ścieżce dynamicznego wzrostu. Dla najbogatszych Polaków, posiadających więcej niż jedną luksusową nieruchomość, tzw. second home pełni często rolę wakacyjnej lub miejskiej rezydencji. Warto także zaznaczyć, że jednym z ważnych źródeł dochodów HNWI jest działalność inwestycyjna. Wpływa to bardzo pozytywnie na rozwój rynku luksusowych nieruchomości, które stanowią coraz istotniejszy element portfela inwestycyjnego, obok akcji czy obligacji –dodaje  Steven Baxted, partner i szef zespołu doradztwa dla sektora budownictwa i nieruchomości w KPMG w Polsce.

Wartość rynku luksusowych apartamentów w Polsce wynosi około 450 mln zł

Powstaną cztery fundusze inwestycyjne na mocy podpisanej właśnie umowy między BGK, PIR i TFI BGK

Finansowanie przedsiębiorstw, samorządów i infrastruktury – Bank Gospodarstwa Krajowego, Polskie Inwestycje Rozwojowe S.A. oraz Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych BGK S.A. podpisały wczoraj umowę w sprawie utworzenia funduszy inwestycyjnych wpierających rozwój polskiej gospodarki.

  • Powstaną cztery fundusze inwestycyjne o docelowej kapitalizacji 6,5 mld zł, którymi będzie zarządzał PIR.
  • Celem utworzenia funduszy inwestycyjnych jest wzrost dostępności finansowania kapitałowego i dłużnego inwestycji realizowanych przez przedsiębiorstwa oraz samorządy.

Bank Gospodarstwa Krajowego podpisał wczoraj ze spółką Polskie Inwestycje Rozwojowe S.A. oraz należącym do BGK Towarzystwem Funduszy Inwestycyjnych BGK S.A. umowę w sprawie utworzenia funduszy inwestycyjnych, przez które będzie prowadzić działalność w ramach programu „Inwestycje polskie”. Umowa obejmuje utworzenie czterech funduszy, które będą zarządzane przez PIR. Są nimi Fundusz Inwestycji Samorządowych, dwa Fundusze Inwestycji Infrastrukturalnych (kapitałowy i dłużny) oraz Fundusz Inwestycji Polskich Przedsiębiorstw.

Powstaną cztery fundusze inwestycyjne o docelowej kapitalizacji 6,5 mld zł, którymi będzie zarządzał PIR. Celem utworzenia tych funduszy jest wzrost dostępności finansowania kapitałowego i dłużnego inwestycji realizowanych przez przedsiębiorstwa oraz samorządy. Dzięki tym środkom rozwijać się będzie infrastruktura, poprawi się efektywność przedsiębiorstw, nastąpi wzrost innowacyjności, a także wzrośnie zdolność do wdrażania nowych technologii i nowoczesnych produktów. PIR to wiarygodny i stabilny partnerem dla podmiotów planujących inwestycje – powiedział Wojciech Kowalczyk, sekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa.
Wszystkie fundusze będą działały w formule funduszu inwestycyjnego zamkniętego aktywów niepublicznych (FIZAN).

Prowadzenie przez BGK działalności inwestycyjnej jest jednym z kluczowych obszarów naszej strategii. Poza funduszami zarządzanymi przez PIR, w portfolio BGK są dwa inne fundusze, zarządzane przez TFI BGK. Pierwszy z nich zaczął działać w ubiegłym roku i jest nim Fundusz Mieszkań na Wynajem, drugi – Fundusz Ekspansji Zagranicznej – jest już w fazie rejestracji, objęliśmy pierwszą jego emisję certyfikatów inwestycyjnych o wartości emisyjnej 10 mln EUR. Kolejny, czyli Fundusz Municypalny jest w przygotowaniu i wkrótce rozpocznie działalność – powiedział Adam Świrski, wiceprezes Zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.
Tworzone we współpracy z BGK i PIR fundusze inwestycyjne są kolejnym produktem przygotowanym przez TFI BGK, który wpisuje się w działalność inwestycyjną związaną ze wspieraniem rozwoju polskich firm – powiedział Piotr Linke, prezes Zarządu Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych BGK S.A.

Najważniejszą zmianą w dotychczasowej strategii PIR S.A. jest uruchomienie Funduszu Inwestycji Polskich Przedsiębiorstw. Dysponować będzie on początkowo środkami finansowymi o wartości 1,5 mld zł. Kapitał ten będzie inwestowany poprzez obejmowanie akcji lub udziałów spółek kapitałowych, obligacji zamiennych na akcje lub poprzez udzielanie finansowania typu mezzanine. Fundusz będzie koncentrował się na inwestycjach w sektorze przemysłowym, preferując projekty istotne dla funkcjonowania całej branży pod względem pozycji rynkowej, przyczyniające się do zwiększania przychodów, realizacji fuzji i przejęć lub ekspansji organicznej. Istotnym kryterium oceny inwestycji będzie jej wpływ na poprawę efektywności przedsiębiorstwa, wzrost innowacyjności, zdolność do wdrażania nowych technologii i nowoczesnych produktów.
Fundusz Inwestycji Samorządowych będzie wspierać inwestycje w obszarze infrastruktury komunalnej poprzez obejmowanie bądź użytkowanie akcji lub udziałów w spółkach należących do jednostek samorządu terytorialnego odpowiedzialnych np. za wodociągi, transport czy gospodarkę odpadami. Jego początkowa kapitalizacja planowana jest na 600 mln zł.

Z kolei Fundusze Inwestycji Infrastrukturalnych będą koncentrowały się na dużych projektach z sektora energetycznego, transportowego czy telekomunikacyjnego. Będą udzielały finansowania w formule projektowej (project finance) dostarczając kapitał bądź instrumenty dłużne typu mezzanine dla spółek celowych, realizujących planowane inwestycje. Każdy z tych dwóch funduszy będzie dysponować kwotą ponad 2,2 mld zł. Fundusze Inwestycji Infrastrukturalnych realizują największą wartościowo część działalności inwestycyjne PIR, która zaowocowała już podpisaniem pierwszych umów.

Podpisana wczoraj umowa otwiera dostęp do przeznaczonych na inwestycje i rozwój środków Skarbu Państwa dla szerokiej gamy podmiotów gospodarczych. Istotnie poszerzyliśmy obszar działalności PIR. Oprócz inwestowania w infrastrukturę PIR w imieniu i na rzecz funduszy, którymi będzie zarządzał, będzie inwestował teraz również w przedsiębiorstwa przemysłowe oraz spółki samorządowe, dostarczając kapitał na rozwój oraz przyczyniając się do poprawy efektywności oraz wzrostu konkurencyjności w gospodarce. Działalność ta powinna być również ważnym źródłem pozyskiwania przez krajowe podmioty gospodarcze oraz jednostki samorządu terytorialnego puli środków własnych, niezbędnych do optymalnego wykorzystania pieniędzy z nowej perspektywy finansowej Unii Europejskiej na lata 2014-2020 – mówi Jerzy Góra, prezes Polskich Inwestycji Rozwojowych S.A.

„Inwestycje polskie” to zainicjowany przez rząd program, którego celem jest utrzymanie tempa wzrostu gospodarczego w kraju. Program adresowany jest do przedsiębiorstw prywatnych i państwowych oraz samorządów. Bank Gospodarstwa Krajowego i spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe zapewniły już finansowanie rentownych projektów infrastrukturalnych na łączną kwotę ponad 23 mld zł. BGK ułatwił przedsiębiorcom z sektora MŚP sięgnięcie po kredyty inwestycyjne i obrotowe o wartości 34 mld zł.

Jak sprzedać firmę rodzinną?

0

Firmy budowane przez wspólników, których łączą więzy krwi, to szczególny rodzaj biznesu. Trudno trzymać emocje na wodzy, gdy osobiste relacje idą w parze ze sprawami finansowymi. Czasem jednak warto racjonalnie ocenić, czy dalsze prowadzenie firmy w takiej formule ma sens, a jeśli nie, zdecydować się na sprzedaż. Jak się do tego zabrać?

Osoby, które rozwinęły swój biznes najczęściej chciałyby, aby rozpoczęte przez nich dzieło było kontynuowane przez kolejne pokolenia. Tym bardziej, że firma to bardzo często wspólna sprawa, w którą zaangażowana bywa bliższa i dalsza rodzina, a naturalnymi sukcesorami wydają się dzieci lub wnuki założyciela.

Niestety, marzenia o rozwijającej się przez wiele pokoleń firmie nie zawsze mogą się spełnić. Czasem następców po prostu nie ma, innym razem może się okazać, że dorosłe dzieci mają inne plany zawodowe, albo że sytuacja finansowa firmy nie jest w ich ocenie na tyle dobra, by warto było angażować się w biznes rodziców czy dziadków.

– Może się też zdarzyć, że dotychczasowy właściciel firmy będzie chciał spróbować sił w zupełnie innej branży i sprzedaż dotychczasowej firmy okaże się łatwiejsza od zmiany zakresu działalności – mówi Grzegorz Wojciechowski z Fractal Group.

Sprzedaj zamiast zamknąć

Czy w takich sytuacjach rozwijane przez lata przedsiębiorstwo rodzinne musi zostać zamknięte? Niekoniecznie. Dobrym rozwiązaniem może być poszukanie inwestora i sprzedanie firmy z zyskiem. Wówczas sprzedaż może nie tylko nie być symbolem porażki, ale okazać się dobrym interesem.

Jeśli sprzedający nie wycofuje się z działalności biznesowej, a jedynie chce zmienić branżę, wówczas środki uzyskane ze sprzedaży będą mogły być wkładem w nową inwestycję. Ważne jest jednak, aby o szukaniu kupca nie pomyśleć zbyt późno, na przykład wtedy, gdy firma znajdzie się w tarapatach finansowych lub z powodu braku zarządcy, wstrzyma działalność. Naturalnie wtedy trudno będzie sprzedać biznes na dobrych warunkach.

Gdy pomysł sprzedaży już zaświta w głowach dotychczasowych właścicieli, najtrudniejszą sprawą może się okazać ocena atrakcyjności przedsiębiorstwa z punktu widzenia potencjalnego kupca. Niewiele osób będzie jednak potrafiło rzetelnie wycenić firmę, a potem jeszcze przeprowadzić profesjonalne negocjacje i sprawnie przekazać zarząd nowemu właścicielowi. Dla kogoś, kto nie miał wcześniej do czynienia z podobnymi operacjami, może być to duży problem.

– Dobrym rozwiązaniem będzie skorzystanie z pomocy zewnętrznego brokera inwestycyjnego, najlepiej takiego, który jest wyspecjalizowany w obsłudze małych i średnich firm – proponuje przedstawiciel Fractal Group. – Na pierwszym etapie broker oceni, czy dane przedsiębiorstwo ma szanse znalezienia kupującego i czy wartość transakcji oczekiwana przez sprzedającego ma szanse spotkać się z akceptacją rynku. Może również okazać się, że oczekiwania finansowe dotychczasowego właściciela są zaniżone w stosunku do rzeczywistej wartości firmy – podkreśla.

Samodzielnie lub z brokerem

Do sprzedaży najlepiej przygotować się z odpowiednim wyprzedzeniem. Idealnie, jeśli proces ten rozpocznie się na dwa lata przed zakładanym terminem sprzedaży. Dzięki temu przedsiębiorstwo zyska czas na uporządkowanie swojej struktury i procedur, a wtedy łatwiejsze będzie przejęcie zarządzania przez zewnętrznego inwestora. Jeśli firma była wcześniej prowadzona jako wykonywana osobiście działalność gospodarcza lub jako spółka cywilna, można w tym czasie zmienić formę prawną na spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością bądź spółkę akcyjną, co może znacznie ułatwić przekazanie majątku nowemu właścicielowi.

Jeśli w procesie sprzedaży właściciele korzystają z pomocy brokera, będzie się to wiązało z dodatkowymi kosztami. Zazwyczaj jednak zysk pośrednika uzależniony jest od ceny sprzedaży (popularne jest rozliczenie success fee), dlatego brokerowi powinno zależeć na tym, aby kupujący zapłacił możliwie wysoką cenę. Powierzenie sprzedaży profesjonalistom ma także inne zalety – cały proces będzie przebiegał szybciej, sprawniej i bez angażowania cennego czasu dotychczasowych właścicieli.

Występowanie w negocjacjach pośrednika sprawi też, że łatwiej będzie oprzeć się presji potencjalnego inwestora. Przy negocjacjach prowadzonych bezpośrednio, trudniej odmówić żądaniom kupującego niż wówczas, gdy rozmowy przeprowadza broker w imieniu swojego klienta. Broker nie może bowiem pozwolić sobie na dowolne ustalenia z kupującymi – strategia sprzedaży powinna zostać uzgodniona wcześniej pomiędzy dotychczasowym właścicielem, a firmą pośredniczącą w sprzedaży.

Istnieją również takie sytuacje, gdy korzystanie z usług brokera nie jest wskazane. Gdy kupującym jest zaufana osoba, na przykład inny członek tej samej rodziny, do którego sprzedający ma pełne zaufanie, można wówczas zrezygnować z pośrednika. W innych sytuacjach, lepiej zdać się na profesjonalistów.

Tym bardziej, że proces profesjonalnej sprzedaży firmy jest znacznie bardziej złożony niż mogłoby się wydawać. Zanim dojdzie do transakcji, pośrednik przeprowadza całą serię operacji, m.in. analizuje sytuację danej firmy oraz branżę i rynek, na którym działa, dokonuje wyceny, przygotowuje memorandum inwestycyjne.

Na etapie sprzedaży pozyskiwane są listy intencyjne od potencjalnych inwestorów, po czym następują negocjacje mające wpływ na ostateczne oferty. To jednak nie koniec, ponieważ pozostaje jeszcze przeprowadzenie badania due dilligence oraz przygotowanie ostatecznej wersji kontraktu. Trudno sobie wyobrazić, aby tak złożone działania osobiście przeprowadził właściciel, niemający wcześniej doświadczenia w handlu przedsiębiorstwami.

– Formuła pośrednika w obrocie firmami jest nowa na polskim rynku. W USA, gdzie narodził się zawód business brokera, sprzedaż firmy odbywa się głównie z pomocą specjalistów – mówi Grzegorz Wojciechowski. – Ważne, aby business broker był profesjonalistą, miał doświadczenie biznesowe, potrafił rozwiać wątpliwości sprzedającego i kupującego, doradzić i w końcu przeprowadzić transakcje w formule „win to win”, tak aby żadna ze stron nie czuła się przegrana – podpowiada przedstawiciel Fractal Group.

Dotychczasowy właściciel, mając pewność, że operacja sprzedaży zostanie przeprowadzona tak dobrze, jak to tylko możliwe, z mniejszym żalem będzie rozstawał się z biznesem, któremu poświęcił znaczną część swojego życia. Sprzedaż firmy, szczególnie firmy rodzinnej, zawsze może być odczuwana jako emocjonalna strata, ale lepiej, gdy pocieszeniem będzie zysk widoczny na koncie, niż gdy na koniec pozostanie jedynie gorycz porażki wywołana zamknięciem biznesu.

Technologia pomoże rozwijać polskie miasta

Orange Polska, Integrated Solutions i Fundacja Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych prezentują najnowszy Raport dotyczący roli technologii w realizacji projektów Smart City.

Takie obszary, jak Big Data, chmura czy Internet Rzeczy są ściśle powiązane i niezbędne do realizacji koncepcji Smart Cities – wyjaśnia w Raporcie „Inteligentny Rozwój Miasta” Sebastian Christow z Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji.

Miasta dziś i jutroCo tydzień miasta na całym świecie powiększają się o dodatkowy milion mieszkańców. Szacuje się, że w 2050 w miastach będzie mieszkało 6 mld ludzi, choć zajmują one tylko 2 proc. powierzchni Ziemi. Zdaniem Anny Dąbrowskiej z Fundacji Centrum Analiz Transportowych

i Infrastrukturalnych (CATI), zanieczyszczenie środowiska, przemiany demograficzne i rosnąca cyfryzacja życia to wyzwania, na które będą musiały zareagować także polskie miasta. Odpowiedzią jest realizacja koncepcji Smart City.

Z kolei Jan Maciej Czajkowski, wiceprezes Związku Miast Polskich we wspomnianym materiale, wylicza, jakimi zasadami powinny kierować się aglomeracje, które chcą funkcjonować w sposób „Smart”. – Przede wszystkim powinny posiadać sprawną infrastrukturę komunikacyjną (w tym telekomunikacyjną), pełniącą rolę układu krwionośnego niezbędnego dla zdrowia i życia miast – mówi Jan Maciej Czajkowski.

To, jak ważne zadanie rozwiązania ICT odegrają w procesie ewolucji miast, prezentuje najnowszy Raport „Inteligentny Rozwój Miasta” opracowany przez Orange i Integrated Solutions, przy współpracy z Fundacją CATI. Raport w pełni koncentruje się na aspektach technologicznych Smart Cities. To pierwsza tak obszerna publikacja na polskim rynku, która wyjaśnia, jak rozwiązania teleinformatyczne zmienią dotychczasowe sposoby zarządzania miastem. Raport stanowi kompendium wiedzy dla władz samorządowych, zarówno dla tych prezydentów i burmistrzów, którzy już podjęli pierwsze decyzje dotyczące wdrożeń oraz tych, którzy dopiero są na początku tej drogi i zastanawiają się, na co warto spożytkować fundusze unijne.

– Tworząc raport postawiliśmy przed sobą trzy pytania: dlaczego, w jakie rozwiązania i jak inwestować w Smart City. Zależało nam na potraktowaniu tematu w sposób jak najbardziej wyczerpujący, pokazując różne podejścia i pomysły na wdrożenie IT w przestrzeniach miejskich. W tym celu poprosiliśmy o opinię niezależnych ekspertów. Ludzi nauki, biznesu, dziennikarzy, przedstawicieli administracji lokalnej i samorządowej. To na bazie ich doświadczeń powstał ten materiał – wyjaśnia Mariusz Gaca, wiceprezes Orange Polska.

Oprócz opinii ekspertów w raporcie znajdują się także przykłady innowacyjnych projektów IT zrealizowanych na całym świecie, szereg inspiracji, dobrych praktyk i konkretnych porad, dotyczących pozyskiwania środków z UE na projekty Smart City. Raport można pobrać ze strony www.smartcity2020.pl.

Ile można zarobić w Lidze Mistrzów i Lidze Europy?

Europejskie drużyny, którym udało się dostać do Ligi Europy oraz Ligi Mistrzów, co roku otrzymują wysokie premie pieniężne od UEFA. W poniższej tabeli zawarto premie za wyniki drużyn w poszczególnych ligach. Oczywiste jest, że większe zarobki są w bardziej prestiżowej Lidze Mistrzów. W tym roku za rozegranie meczu finałowego, klub który zwyciężył otrzymał od organizatorów 10,5 mln EUR, natomiast drużyna przegrana zarobiła 6,5 mln EUR.

W Lidze Europy kwoty za poszczególne osiągnięcia były niższe. Zwycięzcy rozgrywek (Sevilla FC) otrzymali 5 mln EUR a finaliści (Dnipro Dniepropietrowsk), którzy ponieśli porażkę na pocieszenie otrzymali 2,5 mln EUR. Można też zaobserwować, że na etapach 1/8, 1/4 oraz 1/2 finałów różnice w premiach między tymi dwiema ligami wynosiły od 3 mln EUR do 4 mln EUR.

 

Tabela 1. Premie pieniężne dla klubów za osiągnięcia
w Lidze Mistrzów i Lidze Europy w sezonie 2014/2015 (EUR)

Osiągnięcia Liga Mistrzów Liga Europy różnica
awans do fazy grupowej 8 600 000 1 300 000 7 300 000
rozegranie sześciu meczy fazy grupowej
zwycięstwo w meczu fazy grupowej 1 000 000 200 000 800 000
remis w meczu fazy grupowej 500 000 100 000 400 000
awans do 1/8 finału 3 500 000 350 000 3 150 000
awans do 1/4 finału 3 900 000 450 000 3 450 000
awans do 1/2 finału 4 900 000 1 000 000 3 900 000
awans do finału – finalista 6 500 000 2 500 000 4 000 000
awans do finału – zwycięzca 10 500 000 5 000 000 5 500 000

opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie archiwumfutbolu.pl
Największe dysproporcje w premiach wystąpiły przy awansie do fazy grupowej. W Lidze Mistrzów było to 8,6 mln EUR, natomiast w Lidze Europy o 7,3 mln EUR mniej. Warto też pamiętać, że drużyny finałowe otrzymały również pieniądze ze sprzedaży praw telewizyjnych.

Mateusz Rachucki
wynagrodzenia.pl

Ogólnopolskie Badania Wynagrodzeń 2014

Konsolidacja północnoamerykańskich centrów badań i rozwoju Toyoty

Toyota Motor Corporation rozpoczęła rozbudowę Centrum Technicznego w Ann Arbor w stanie Michigan. Inwestycja jest warta 126 milionów USD i przyniesie znaczące zwiększenie zatrudnienia w strukturach firmy w Teksasie.

Inwestycja obejmie budowę dwóch nowych budynków w miejscowości York Township. W pierwszym znajdą siedzibę centrum rozwoju pojazdów oraz ośrodek rozwoju napędów. W drugim zostanie umiejscowione centrum zaopatrzenia. Budowa zostanie zakończona pod koniec 2016 roku.

Inwestycja w Toyota Technical Center w Ann Arbor, zapowiedziana w grudniu 2014 roku, jest częścią szeroko zakrojonych działań mających na celu konsolidację północnoamerykańskich ośrodków badań i rozwoju oraz budowę  w Plano, w Teksasie nowej głównej siedziby Toyota North America. Działy produkcji, sprzedaży, marketingu i zarządzania będą umiejscowione w Teksasie, natomiast centrum rozwoju produktu zostanie w całości ulokowane w Michigan.

Zmiany organizacyjne obejmą przeniesienie 300 pracowników, w tym inżynierów, z Kentucky i Kalifornii. Wspólna siedziba do tej pory oddalonych od siebie oddziałów ma umożliwić większą samodzielność w podejmowaniu decyzji i szybsze reagowanie na potrzeby rynku.

„Nowe obiekty w Michigan zwiększą możliwości Toyoty North America w dziedzinie rozwoju i projektowania, inżynierii oraz zaopatrzenia. Nasi klienci szybko odczują pozytywne skutki tych przemian poprzez jeszcze wyższą jakość produktów, szybszą implementację nowych technologii i wyższą wartość naszych samochodów” — powiedział podczas uroczystego otwarcia budowy Jim Lentz, CEO Toyota North America.

Inwestycje w USA wpisują się w rozpoczętą w tym roku ekspansję Toyoty w różnych częściach świata. W Meksyku powstaje nowa fabryka, zaś w Chinach nowa linia produkcyjna. Celem tych inwestycji, wartych łącznie 1,3 mld USD, jest wdrożenie do produkcji zaprezentowanych niedawno nowych modułowych napędów i platform samochodowych (TNGA).

Z kolei Toyota Motor Europe otwiera w Polsce Centrum Usług Wspólnych do prowadzenia części prac księgowych dla europejskich oddziałów koncernu i spółek zależnych. Celem przedsięwzięcia jest skonsolidowanie rozliczeń z dostawcami, które obecnie są prowadzone osobno w 18 podmiotach, usytuowanych w 14 państwach.

Wzrost dominacji Apple i innych spółek amerykańskich w rankingu największych światowych przedsiębiorstw

Najnowszy raport firmy doradczej PwC przedstawia ranking 100 największych światowych spółek pod względem wartości rynkowej.  Analiza uwzględnia zmiany kapitalizacji przedsiębiorstw w okresie od końca I kwartału 2009 r. do końca I kwartału 2015 r., w tym dynamikę i trendy w ujęciu globalnym, krajowym
i sektorowym.

Badanie pokazuje, że dostanie się do listy Top 100 i utrzymanie się w niej nie jest prostym zadaniem.

  • Spółki ze Stanów Zjednoczonych umacniają swoją wiodącą pozycję – ponad połowa firm na liście Top 100 pochodzi z USA (53). Chiny (wraz z Hongkongiem) zajmują drugą pozycję (11 spółek), a Wielka Brytania trzecie miejsce (8 spółek).
  • Apple utrzymała miano najbardziej wartościowej spółki świata (725 mld dolarów) zwiększając swoją rynkową kapitalizację aż o 54% (+ 256 mld dolarów) w porównaniu do ubiegłego roku, pomimo wypłacenia swoim akcjonariuszom w 2014 r. 56 mld dolarów. Apple jest obecnie prawie dwukrotnie większa od drugiej największej spółki (Google – 375 mld dolarów) i prawie 10 razy większa niż najmniejszy podmiot z listy Top 100.
  • Aby dostać się do grona stu największych spółek należy posiadać kapitalizację na poziomie co najmniej 85 mld dolarów (w 2009 r. było to 45 mld dolarów). Średnia kapitalizacja spółek z Top 100 wynosi obecnie 162 mld dolarów (w 2009 r. były to 84 mld dolarów).
  • Chiński gigant internetowy – Alibaba – wszedł do listy Top 100 z rynkową kapitalizacją na poziomie 168 mld dolarów uzyskaną w ramach pierwszej oferty publicznej. Do 31 marca 2015 r. kapitalizacja spółki wzrosła do 205 mld dolarów.

 100 największych spółek pod względem kapitalizacji na koniec I kwartału 2015 r. w podziale na kraj pochodzenia (trendy 2009-2015)100 największych spółek pod względem kapitalizacji na koniec I kwartału 2015 r

Firma Apple już czwarty rok z rzędu prowadzi w rankingu największych spółek. W porównaniu do ubiegłego roku kapitalizacja spółki wzrosła aż o 54% (+ 256 mld dolarów), z 469  do 725 mld dolarów.  Ten nadzwyczajny wzrost był osiągnięty pomimo wypłaty akcjonariuszom 56 mld dolarów w 2014 r. Ponadto spółka zwiększyła przewagę nad drugim na liście Google, którego kapitalizacja wynosi 375 mld dolarów.

Ponad połowa spółek w rankingu pochodzi z USA (53 spółki). Pięć lat temu były to 42 spółki, natomiast w 2014 r. – 47. Co więcej, aż siedem spółek spośród największych 10 pochodzi z USA.

Pozycja Chin (wraz z Hongkongiem) oraz Wielkiej Brytanii nie uległa tak znaczącej zmianie – w rankingu znalazło się odpowiednio 11 i 8 spółek pochodzących z tych krajów, podczas gdy Brazylia, Rosja i Indie łącznie zmniejszyły swój udział z 6 do 1 firmy. Warto podkreślić, że spadła również liczba spółek ze strefy euro – z 18 do 15. Odzwierciedla to bieżące nastawienie inwestorów do tych rynków.

Łącznie od 2009 r. 34 spółki wypadły z Top 100 (28 spółek – w wyniku spadku kapitalizacji, a 6 przez przejęcia, połączenia lub podział). Spośród 34 firm, które weszły do zestawienia, 29 dołączyło w wyniku wzrostu kapitalizacji, a 5 przez przeprowadzenie pierwszej oferty publicznej lub podział: Alibaba (miejsce 22), Facebook (miejsce 17), Agricultural Bank of China (miejsce 29), Kinder Morgan (miejsce 90) oraz wydzielenie AbbVie ze struktur spółki Abbott (miejsce 86).

Względem roku 2009 największy wzrost w rankingu odnotowały spółki zaklasyfikowane do sektora nowych technologii, których łączna kapitalizacja wzrosła o cztery pozycje – z 6 miejsca na 2. Od 2009 r. łączna kapitalizacja 11 firm z branży nowych technologii wyniosła 997 mld dolarów, natomiast w 2015 kapitalizacja rynkowa 12 spółek z tego sektora wyniosła 2,8 biliona dolarów. Z drugiej strony, z zestawienia całkowicie wypadły firmy z sektora użyteczności publicznej, których w 2009 r. były cztery.

Spółki z USA zwiększyły swoją dominację w rankingu – obecnie aż 7 spośród 10 i 13 spośród 20 największych przedsiębiorstw pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Patrząc na firmy takie jak Apple, Google, Microsoft, Berkshire Hathaway czy Facebook wyraźnie widać, że ich sukces jest ściśle związany z wysoką innowacyjnością oraz światowym zasięgiem. Spółki z USA wykorzystują swoją wielkość i relatywnie wyższe wyceny, by dalej rosnąć poprzez przejęcia innych biznesów. Te przewagi konkurencyjne sprawiają również, że spółkom z innych krajów ciężko jest skutecznie rywalizować z przedsiębiorstwami amerykańskimi. Miejmy nadzieję, że doczekamy się czasów, kiedy polska firma znajdzie się na liście TOP 100, choć na razie cel ten wydaje się bardzo odległy. Największa krajowa spółka notowana na warszawskiej giełdzie – Bank Pekao SA – ma kapitalizację rzędu 12,7 mld dolarów, a zatem aby wejść na listę, musiałaby ją zwiększyć prawie siedmiokrotnie” – mówi Filip Gorczyca, wicedyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

20 największych spółek pod względem kapitalizacji na koniec I kwartału 2015 r.

Spółka Kraj pochodzenia Sektor Kapitalizacja   (mld USD)
Apple Inc USA Nowe technologie    725
Google Inc USA Nowe technologie    375
Exxon Mobil Corp USA Ropa naftowa i gaz    357
Berkshire Hathaway Inc USA Sektor finansowy    357
Microsoft Corp USA Nowe technologie    334
PetroChina Co Ltd Chiny Ropa naftowa i gaz    330
Wells Fargo & Co USA Sektor finansowy    280
Johnson USA Opieka zdrowotna    280
ICBC Ltd Chiny Sektor finansowy    275
Novartis AG Szwajcaria Opieka zdrowotna    267
China Mobile Ltd Hongkong Usługi telekomunikacyjne    267
Wal-Mart Stores Inc USA Usługi konsumenckie    265
General Electric USA Przemysł    250
Nestle SA Szwajcaria Usługi konsumenckie    243
Toyota Motor Japonia Usługi konsumenckie    239
Roche Holding AG Szwajcaria Opieka zdrowotna    237
Facebook Inc USA Nowe technologie    231
JPMorgan Chase & Co USA Sektor finansowy    226
Procter & Gamble Co USA Usługi konsumenckie    221
Pfizer Inc USA Opieka zdrowotna    214

 

Kwota wolna od potrąceń z wynagrodzenia pracownika

Wypłata wynagrodzenia za pracę w pełnej należnej wysokości to podstawowy obowiązek pracodawcy. Jedynym ograniczeniem mogą okazać się zajęcia pensji przez organ egzekucyjny, jednak należy pamiętać, że nieprawidłowe potrącenia ze strony zatrudniającego mogą narazić go na roszczenia ze strony pracownika. Jakie kwoty są zatem wolne od potrąceń egzekucyjnych i muszą pozostać do dyspozycji pracownika – odpowiada Tomasz Kaczorowski, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu.

Bez zgody pracownika

[quote_box_right]Wysokość potrąceń jest zależna od kwoty minimalnego wynagrodzenia za pracę, które od 1 stycznia 2015r. wynosi 1 750 zł brutto.[/quote_box_right]Hierarchia dokonywanych potrąceń jest ściśle określona i wynika z art. 87 § 1 Kodeksu pracy. W pierwszej kolejności egzekucji podlegają sumy egzekwowane na mocy tytułów wykonawczych na zaspokojenie świadczeń alimentacyjnych. Następną grupę stanowią sumy egzekwowane na mocy tytułów wykonawczych na pokrycie należności innych niż świadczenia alimentacyjne. W trzeciej kolejności potrąceniu ulegają zaliczki pieniężne udzielone pracownikowi, natomiast na samym końcu ściągnąć można kary pieniężne przewidziane w art. 108 Kodeksu pracy (czyli kary porządkowe).

Tomasz Kaczorowski, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu
Tomasz Kaczorowski, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu

Każdy pracodawca musi wiedzieć, że zgodnie z art. 87 (1) Kodeksu pracy, wolna od potrąceń pozostaje kwota wynagrodzenia za pracę w wysokości:

1) minimalnego wynagrodzenia za pracę, ustalanego na podstawie odrębnych przepisów, przysługującego pracownikom zatrudnionym w pełnym wymiarze czasu pracy, po odliczeniu składek na ubezpieczenia społeczne oraz zaliczki na podatek dochodowy od osób fizycznych – przy potrącaniu sum egzekwowanych na mocy tytułów wykonawczych na pokrycie należności innych niż świadczenia alimentacyjne. W przypadku świadczeń alimentacyjnych trzeba dodatkowo pamiętać, że potrącenia mogą być dokonywane do wysokości 3/5 wynagrodzenia za pracę – co wynika z prawnej ochrony alimentów,

2) 75% wynagrodzenia minimalnego (określonego w pkt 1) – przy potrącaniu zaliczek pieniężnych udzielonych pracownikowi,

3) 90% wynagrodzenia minimalnego (określonego w pkt 1) – przy potrącaniu kar pieniężnych przewidzianych w art. 108 Kodeksu pracy (mowa tutaj o karach porządkowych).

W każdym indywidualnym wypadku zajęcia wynagrodzenia pracownika przez organ egzekucyjny pracodawca powinien obliczyć kwotę wolną od potrącenia i upewnić się, że pracownik otrzyma ją w należnej, gwarantowanej przez prawo wysokości, gdyż bez względu na prowadzoną egzekucję, nie może pozostać on bez środków do życia.

Wolna od potrącenia będzie zatem kwota minimalnego wynagrodzenia, po odjęciu składek na ubezpieczenia społeczne oraz zaliczki na podatek dochodowy. Najczęściej wyniesie ona:

1 750 zł – (239,93 zł + 135,91 zł + 88 zł) = 1 286,16 zł

Należy też pamiętać, że w przypadku osób, które podejmują pracę po raz pierwszy w życiu wynagrodzenie minimalne w pierwszym roku pracy będzie wynosić 80% kwoty wskazanej powyżej, co ma wpływ na kwotę wolną od potrącenia:

1 400 zł – (191,94 zł + 108,73 zł + 58 zł) = 1 041,33 zł

Potrącenia tylko za zgodą pracownika

Istnieje również grupa tzw. potrąceń dobrowolnych. Zgodnie z art. 91 § 1 Kodeksu pracy, należności te mogą być potrącane z wynagrodzenia tylko i wyłącznie za zgodą pracownika. Do grupy tej zaliczane są m.in. roszczenia banków z tytułu udzielonych pożyczek lub kredytów i choć zazwyczaj w momencie podpisania umowy z bankiem kredytobiorca jest zobowiązany do podpisania takiej deklaracji, to w każdej chwili ma on prawo taką zgodę wycofać. Warto więc pamiętać, że w odróżnieniu od sum egzekwowanych na mocy tytułów wykonawczych oraz zaliczek pieniężnych lub kar porządkowych, w przypadku grupy potrąceń regulowanych art. 91 Kodeksu pracy, pracodawca nie może dokonać takiego potrącenia, w przypadku braku pisemnej zgody pracownika.

Creotech chce zaistnieć na globalnym rynku dzięki sektorowi kosmicznemu. Realizacja zleceń dla prywatnych firm z tej branży będzie możliwa za 5 lat

Jacek Kosiec, dyrektor Programu Kosmicznego w Creotech Instruments SA.
Jacek Kosiec, dyrektor Programu Kosmicznego w Creotech Instruments SA.

Pięć lat zajmie firmie Creotech przygotowanie do realizacji zleceń dla komercyjnych firm z sektora kosmicznego. Na razie spółka pracuje m.in. dla Europejskiej Agencji Kosmicznej, a swoją przyszłość widzi także w dostarczaniu aparatury naukowej.

– Zakończyliśmy projekt kwalifikacyjny elektroniki lotnej na europejską stację kosmiczną, co zajęło nam dwa lata. Dwa lata testów i wykazywania, że jesteśmy w stanie zmontować odpowiedni układ elektroniki, który sam w sobie nie jest specjalnie skomplikowany. Wymagania, jakie są mu postawione, które obowiązują w kosmosie, są jednak najwyższego stopnia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Kosiec, dyrektor Programu Kosmicznego w Creotech Instruments SA.

Creotech specjalizuje się w rozwiązaniach hardware’owych dla urządzeń elektronicznych naziemnych (sektor aparatury naukowej), a także dla tych, które są wysyłane w kosmos.

– Myślę, że w tych dwóch pierwszych sektorach mamy bardzo duże szanse zaistnieć na rynku nie tylko polskim, lecz także na rynku światowym – mówi dyrektor.

W dwóch sektorach – kosmicznym i aparatury naukowej – odbiorcami urządzeń są organizacje międzynarodowe, takie jak Europejska Agencja Kosmiczna czy Europejskie Laboratorium Badań Jądrowych (CERN).

Jeżeli chodzi o aparaturę naukową, to mamy bardzo dobre kontakty z wieloma dużymi ośrodkami naukowymi, międzynarodowymi ośrodkami, gdzie przede wszystkim liczy się kwestia rozwiązania i adekwatności tego rozwiązania do potrzeb, które zgłasza taki ośrodek – mówi dyrektor.

Kosiec wyjaśnia, że w przypadku zleceń dla prywatnych firm sektora kosmicznego ważne są dowody kwalifikacji, certyfikaty umiejętności, certyfikaty heritage, czyli doświadczenie w budowaniu podobnych systemów.

– Dla Europejskiej Agencji Kosmicznej przede wszystkim wykonujemy pewne prototypy. W przypadku firm, które komercyjnie wysyłają np. satelity telekomunikacyjne na orbitę, jest już potrzebna powtarzalność i oparcie się na technologiach sprawdzonych, takich, które już w kosmosie zadziałały – podkreśla Kosiec.

Dlatego przygotowanie do przyjmowania tego typu zleceń może zająć firmie co najmniej 5 lat.

– Nie ukrywamy tego i myślę, że 5 lat oczywiście przy bardzo intensywnych pracach – może zająć opanowanie tych technologii od strony technicznej, a przede wszystkim od tej strony produkcyjnej – podsumowuje Kosiec

Kosiec zwraca jednak uwagę na to, że Creotech choć wciąż nie jest dużą firmą, to jednak w ciągu ostatnich dwóch lat znacząco wzrosła. Obecnie spółka zatrudnia około 50 osób i ma plany dotyczące przyjęcia kolejnych osób do pracy. W ciągu trzech lat chce osiągnąć przychód rzędu 100 mln zł, jednak inwestycje w infrastrukturę potrzebne do osiągnięcia tego wyniku mogą kosztować podobną kwotę.

 Żeby działać skutecznie na rynku międzynarodowym i móc konkurować ze znacznie większymi przedsiębiorstwami niż nasze, musimy być bardzo elastyczni i szybko działać – dodał Kosiec.

W jego ocenie Creotech w produkcji systemów hardware’owych i elektroniki już jest liderem na rynku polskim. Jest to wynik znaczących inwestycji poczynionych znacznie szybciej od innych firm, przede wszystkim w budowie sprzętu do zastosowań kosmicznych. Takich firm jak Creotech jest więcej w Polsce. Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego skupia obecnie ponad 30 małych i dużych firm oraz ośrodków badawczych. Rozwój tego sektora ma wspierać również Polska Agencja Kosmiczna, która powstała w lutym br.

Na rynkach wciąż nerwowo

Grecka telenowela trwa w najlepsze. Kolejne dni przynoszą nam nowe doniesienia, jednak na chwile obecną mają one raczej negatywny wydźwięk i nie wskazują na szybkie osiągnięcie porozumienia. Dziś i jutro czeka nas kolejna runda negocjacji, a co za tym idzie kolejna fala spekulacji.

Środa rozpoczęła się spokojnie i początkowo wydawać się mogło, że minie ona pod znakiem odreagowania wcześniejszych spadków. Niestety optymizm został dość szybko ugaszony przez wypowiedź przedstawicieli Banku Grecji. Stwierdzili oni, że jeśli negocjacje z wierzycielami nie powiodą się, to ich kraj czeka bankructwo, a co za tym idzie wyjście ze Strefy Euro, a w dalszej perspektywie również z Unii Europejskiej. Co więcej stwierdzili oni również, że spowolnienie gospodarcze w drugim kwartale nabrało tempa. Taka wypowiedź nie wniosła nic nowego w temacie greckim, jednak przy obecnych nastrojach rynkowych stanowiła idealny pretekst do kontynuowania spadków.

Niewątpliwie wydarzeniem numer jeden wczorajszego dnia była konferencja po posiedzeniu FOMC. Jak zwykle wypowiedź Komitetu była niejednoznaczna i owiana sporą dozą spekulacji. Niemniej ogólne przesłanie wystąpienia jest takie, że do końca roku mogą czekać nas jeszcze dwie podwyżki stóp procentowych w USA. Jak zawsze FOMC podkreśliło, że podejmie decyzje na podstawie sytuacji makroekonomicznej, a ta nie jest jednak tak dobra jak spekulowali inwestorzy jeszcze na początku roku, a i argumentacja wskazująca na sezonowość przestaje być skuteczna.

Czwartek zapowiada się bardzo ciekawie na rynkach finansowych w świetle tego co czeka na inwestorów w kalendarzu wydarzeń makroekonomicznych. Na dobry początek o godzinie 9.30 czeka nas decyzja Szwajcarskiego Banku Centralnego w kwestii stop procentowych oraz wystąpienie prezesa SNB podsumowujące tą decyzję. Rynek spodziewa się, że stopy pozostaną na niezmienionym poziomie jednak historia uczy, że szwajcarzy lubią działać z zaskoczenia.

Dziś czeka nas również spora dawka informacji o rodzimej gospodarce. O godzinie 14.00 Główny Urząd Statystyczny poda do publicznej wiadomości wielkość produkcji przemysłowej i budowalno-montażowej oraz wyniki dynamiki sprzedaży detalicznej. W tym samym czasie opublikowane zostaną zapiski z posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej, co jak zwykle stanowi idealną pożywkę do spekulacji o wielkości stóp procentowych w Polsce.

W świetle wczorajszych doniesień FOMC oczy inwestorów powinny być skierowane na doniesienia z gospodarki USA. O godzinie 14.30 poznamy wskazania inflacji konsumenckiej za maj oraz tradycyjnie jak co czwartek tygodniową liczbę wniosków o zasiłki dla bezrobotnych. W późniejszej fazie sesji na rynek napłyną publikacje indeksów. O godzinie 16 poznamy wartość Indeksu Conference Board oraz Indeksu FED z Filadelfii.

EUR/PLNKomentarz walutowy 18.06.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 25.03.2015 do 18.06.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,1840. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1210, a następnie poziom 4,1050, zniesienie Fibonnaciego 38,2%.

CHF/PLNKomentarz walutowy 18.06.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 05.04.2015 do 18.06.2015

Kurs CHF/PLN jeszcze niedawno poruszał się w trendzie bocznym pomiędzy poziomami 3,8000 a 3,9400, po czym wyskoczył w górę i utworzył trend wzrostowy. Aktualnie przebił linie oporu na poziomie 3,9700. Najbliższym oporem będzie teraz ostatnie maksimum na poziomie 4,0160. Dla ruchu w dół wsparciem jest obecnie minima na 3,9150.

USD/PLNKomentarz walutowy 18.06.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 25.04.2015 do 18.06.2015

Kurs USD/PLN testował górne ograniczenie kanału spadkowego. Niestety po wybiciu z kanału nastąpiło cofnięcie i kurs w dalszym ciągu porusza się w kanale spadkowym. Na chwilę obecną wsparcie stanowią poziomy 3,6250.

 

GBP/PLNKomentarz walutowy 18.06.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 18.03.2015 do 18.06.2015

Kurs GBP/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Aktualnie zbliżył się do linii wsparcia, od której skutecznie się odbił. Na drodze przed dalszymi wzrostami stoi poziom 5,7720, a więc zniesienie Fibonnaciego 23,6%. Później istotnym poziomem oporu dla dalszych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,8800. W przypadku ruchu w dół wsparciem jest minimum kanału wzrostowego na 5,7300.

Michał Iskat – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Sam wzrost PKB nie rozwiąże wszystkich problemów społecznych

Od kilkudziesięciu lat świat przyzwyczaił się do mierzenia sukcesu danego kraju jedynie poprzez wzrost PKB. Tymczasem wskaźnik ten nie pokazuje realnej kondycji, w której znajduje się społeczeństwo danego kraju, nie definiuje również jego wyzwań społecznych i środowiskowych. O potrzebie szerszego spojrzenia na kwestię społecznego rozwoju mówił wczoraj w Warszawie podczas Warsaw Innovation Days Michael Green, pomysłodawca Social Progress Index (z ang. Indeksu Rozwoju Społecznego, SPI) i dyrektor wykonawczy organizacji Social Progressive Imperative. Firma doradcza Deloitte od trzech lat wspólnie z tą organizacją przygotowuje badanie SPI, czyli globalny ranking krajów pod względem rozwoju społecznego.

We wczorajszej debacie zorganizowanej przez Deloitte oprócz Michaela Greena udział wzięli: Irena Pichola: Partner, Lider Zespołu Sustainability Consulting Central Europe w Deloitte; Paweł Orłowski: Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju; Mirella Panek-Owsiańska: Prezeska Forum Odpowiedzialnego Biznesu oraz Radosław Kubaś: Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

SPI to globalny ranking krajów, który oparty jest o czynniki społeczne oraz środowiskowe, dzięki czemu pokazuje rzeczywisty poziom rozwoju społeczeństwa i dobrobytu obywateli. Co roku, badanie to przygotowuje Social Progress Imperative we współpracy z m.in. Deloitte. W tegorocznej, trzeciej edycji zestawienia bezkonkurencyjna wśród 133. przebadanych krajów okazała się Norwegia. Polska zajęła 27 lokatę.

Wskaźnik Social Progress Index udowadnia, że same wyniki gospodarcze nie mogą być jedynym miernikiem postępu społecznego, a wzrost PKB jedynym dowodem na dobrobyt obywateli. „Postęp społeczny co prawda rośnie wraz z PKB, jednakże od pewnego poziomu bogactwa społeczeństwa trudno jest zwiększyć postęp społeczny tylko poprzez wzrost gospodarczy” – uważa Michael Green. „Indeks może być pomocny dla krajów, które mają problem w poszczególnych kategoriach składowych SPI (tj. zaspokojeniu podstawowych potrzeb człowieka, fundamentach dobrobytu oraz możliwościach awansu społecznego i wolnościach osobistych). Podpowiada on, jak inne państwa poradziły sobie z problemami, oferuje wskazówki i proponuje gotowe rozwiązania” – mówi Michael Green.

Nowatorskie podejście SPI do mierzenia postępu społecznego zadecydowało, że Deloitte wspiera tę inicjatywę od samego początku. Postęp społeczny rozumiany jako zdolność społeczeństwa do zaspokajania podstawowych potrzeb swoich obywateli i używania narzędzi, które pozwalają podnosić jakość życia, uzupełnia się z ideą zrównoważonego rozwoju. SPI może służyć jako pomoc w identyfikacji najgłębszych społecznych wyzwań, które mogą zostać rozwiązane dzięki współpracy rządów, biznesu i sektora NGO.

Firmie Deloitte, której przy tworzeniu globalnej misji „Making an impact that matters” (z ang. „Twój wpływ ma znaczenie”), przyświecała myśl, że biznes powinien wpływać na rozwój społeczny, bliska jest filozofia Social Progress Index. „Doradztwo w zakresie zrównoważonego rozwoju w pomaga organizacjom identyfikować ich ekonomiczny, społeczny i środowiskowy wpływ oraz zarządzać nim w celu osiągnięcia celów biznesowych. Naszym zdaniem Social Progress Index jest dla biznesu przewodnikiem i wsparciem w tym zakresie” – wyjaśnia Irena Pichola.

W opinii Michela Greena Social Progress Index może pomóc firmom w pokazaniu pozytywnego wpływu ich działalności na społeczeństwo. Może też być przydatnym narzędziem do identyfikacji i ewaluacji ryzyka inwestycyjnego w poszczególnych krajach. Indeks nie tylko pomaga firmom zbudować strategie zrównoważonego rozwoju, ale także wspiera je w tworzeniu produktów i usług, które przyczyniają się do rozwiązania najważniejszych problemów społecznych. „„Michael Green powinien być słuchany nie tylko przez specjalistów od CSR, ale także przez prezesów i członków zarządu, którzy powinni nauczyć się włączania do zarządzania zasad zrównoważonego rozwoju. Równie trudne zadanie to przekonanie czołowych polskich ekonomistów, że oprócz PKB, ważne są także takie mierniki społeczne jak SPI, a wpływ społeczny można mierzyć.” – przekonuje Mirella Panek-Owsiańska.

O konieczności współpracy pomiędzy biznesem, sektorem NGO i administracją publiczną w zakresie postępu społecznego mówił podczas panelu także Paweł Orłowski. Zapewnił, że w Strategii Rozwoju „Polska 2030” użyto mierników rozwoju społecznego. „Oczywistym jest, że wzrost PKB nie wystarczy, żeby osiągnąć wyznaczone cele, a naszym głównym zamiarem jest poprawa jakości życia. W długoterminowej perspektywie poza PKB należy uwzględnić też inne mierniki, w tym wskaźniki społeczne” – mówi Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju. Zwrócił uwagę na potrzebę tworzenia strategii CSR przez polskie przedsiębiorstwa. „W unijnej perspektywie na lata 2014-2020 są pieniądze na ten cel, więc jako Ministerstwo będziemy promować taką aktywność. Wierzę, że polskie firmy w coraz większym stopniu będą zainteresowane strategiami zrównoważonego rozwoju” – podkreśla Paweł Orłowski.

Warto wspomnieć, że Komisja Europejska, która dotąd propagowała używanie innych mierników rozwoju społecznego, zainteresowała się już SPI i postanowiła wspólnie z Social Progress Imperative opracować wskaźniki dla wszystkich regionów Unii Europejskiej na poziomie NUTS2, czyli w przypadku Polski, województw. „W Polsce każdy region i każda aglomeracja stosuje inny zestaw wskaźników szacujących rozwój społeczny i jakość życia. Sprawia to, że dane te są zupełnie nieporównywalne. SPI jest narzędziem, który z jednej strony zapewni porównywalność danych, a z drugiej może być używane w bardzo lokalnej perspektywie.” – wyjaśnia Radosław Kubaś.

Po raz pierwszy Social Progress Index został opublikowany w 2013 roku. Jego inicjatorem jest organizacja Social Progress Imperative. Wskaźnik Social Progress Index powstaje poprzez obliczenie średniej uzyskanej z analizy trzech kategorii: zaspokojenia fundamentalnych potrzeb człowieka (Basic Human Needs), fundamentów dobrobytu (Foundations of Wellbeing) oraz możliwości awansu społecznego i wolności osobistych (Opportunity). Tegoroczna edycja SPI analizuje sytuację w 133 w państwach, które swoim zasięgiem obejmują 99 proc. światowej populacji. Polska w kolejnych dwóch edycjach zajęła 27. miejsce. Nasz kraj znalazł się w tzw. „drugiej” grupie państw, które charakteryzują się wysokim poziomem rozwoju społecznego. Razem z nami w tej kategorii uplasowało się także większość krajów Unii Europejskiej i USA. Lepszą pozycję od Polski spośród krajów naszego regionu udało się osiągnąć Słowenii (19), Czechom (22), Estonii (23) oraz Słowacji (25). Za nami znalazły się z kolei Węgry (32), Łotwa (33) oraz Litwa (35). Bezkonkurencyjna wśród 133. przebadanych państw okazała się Norwegia. Więcej o SPI: www.socialprogressimperative.org/data/spi

Niedopasowanie wykształcenia do oczekiwań pracodawców

Kwestia niedopasowania wykształcenia do oczekiwań pracodawców nie jest domeną wyłącznie polskich uczelni. Szkoły wyższe w innych krajach Europy i świata również borykają się z nadmiarem studentów na niepotrzebnych kierunkach czy zbyt słabym przygotowaniem studentów do wymagań przyszłej pracy.

Co najwyżej połowa

Najlepiej – jak wynika z badania Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) „Skills Outlook 2015”[1] – mają absolwenci uczelni w Holandii – aż połowa znajduje pracę w zawodzie. To zdecydowanie więcej niż gdzie indziej, ale z drugiej strony oznacza, że również „aż połowa” absolwentów legitymuje się wykształceniem, które trudno im będzie wykorzystać w przyszłości. Najlepiej radzą sobie absolwenci niemieckich szkół wyższych zawodowych – pracę w zawodzie znajduje 90 proc. z nich, ale są to jednak szkoły zawodowe, czyli nie obejmują takich kierunków jak np. filozofia.

Edukacja do poprawki

Z badania Skills Outlook 2015 wyłania się obraz rynku edukacyjnego, który wymaga poprawek, i to niezależnie od kraju. Trudno mówić o dbałości o przyszłe kadry.  Co czwarty absolwent, który znajduje pracę, jest zatrudniony na kontrakcie czasowym (czyli najczęściej nie ma zbyt wielu możliwości rozwoju – tacy pracownicy mają bowiem utrudniony dostęp do szkoleń). Za wysokie kwalifikacje w stosunku do swojego stanowiska ma 12 proc., co oznacza, że wyuczone kompetencje są nieużywane i ulegają powolnemu zanikowi, a czas przeznaczony na ich zdobywanie można uznać za stracony.

NEETsi

NEET to akronim od sformułowania  „not in employment, education or training”, czyli nie uczy się, nie pracuje, nie przygotowuje do zawodu. W takiej sytuacji jest cała masa młodych absolwentów, którzy nie chcą odbywać bezpłatnych staży, edukację już zakończyli, a pracy nie są w stanie znaleźć. Liczba NEETsów w Polsce przewyższa nieco średnią OECD (17,5 proc. do 16 proc.). Nie jesteśmy jednak w aż tak złej sytuacji jak Turcja (ponad 30 proc. takich osób), Grecja czy Hiszpania. Co nie znaczy, że jesteśmy w dobrej i nie ma potrzeby dokonywać zmian.

Środki zaradcze

Skoro tak jest, to może warto zdecydować się na podjęcie pracy w innym obszarze, czasem poniżej swoich kwalifikacji? A może jednak lepiej skupić się na szukaniu tego, z czym naprawdę wiąże się przyszłość? I to niezależnie od tego, czy właśnie stawia się pierwsze kroki na rynku pracy, czy straciło się pracę w wyniku redukcji bądź wypowiedzenia.

Plusy szukania pracy bez podejmowania innego zatrudnienia

Największym plusem takiego rozwiązania, choć dyskusyjnym, jest dostępność i możliwość poświęcenia więcej czasu na szukanie ofert i dopasowywanie swojego CV. W razie zaproszenia na spotkanie rekrutacyjne, nie ma problemów z terminem spotkania. Pracę można podjąć od zaraz, co dla niektórych pracodawców jest bardzo ważne. Nie doświadcza się także frustracji związanej z pracą poniżej swoich kwalifikacji, ale…

… są minusy szukania pracy bez podejmowania innego zatrudnienia

To, co było największym plusem akapit wyżej, w tej sytuacji staje się minusem. Traci się źródło dochodu. Nawet, jeśli przysługuje zasiłek dla bezrobotnych, to jego wysokość nie jest satysfakcjonująca. W CV tworzy się przerwa, która – jeśli z pracą będą trudności – może stać się dłuższym okresem bez zatrudnienia. Raz, że część pracodawców niechętnie zatrudnia osoby z dłuższą przerwą w pracy, a dwa, traci się pozycję negocjacyjną w zakresie zarobków. Pracodawcy są bardziej skłonni zaproponować niższe wynagrodzenie osobie bez pracy. Brak pracy przekłada się na zwiększenie poziomu frustracji.

Plusy szukania pracy w trakcie zatrudnienia

Podjęcie pracy wiąże się ze zdobywaniem nowego doświadczenia i przyswajaniem nowych umiejętności. Pojawiają się możliwości rozwoju, często atrakcyjniejszego, niż pierwotne założenia, lepiej dopasowanego do zmieniających się wymagań rynku. Przebywa się wśród ludzi, dzięki czemu nie ma poczucia wyobcowania. Pracodawcy powinni docenić zaangażowanie, zaradność, pracowitość i odpowiedzialność. Zmniejsza się poziom frustracji związany z brakiem pracy, a co nie mniej ważne, ma się stały dochód.

Minusy szukania pracy w trakcie zatrudnienia

Jeżeli plany rozwoju nakreśliło się inaczej, podjęcie innej pracy ogranicza czas, by efektywnie dążyć do celu. Istnieje ryzyko utraty motywacji do szukania pracy zgodnej z aspiracjami, co poniekąd oznacza marnowanie czasu. Trudniej umówić się na rozmowę kwalifikacyjną czy podjąć nowe wyzwanie zawodowe niemal od zaraz.

Zdaniem Marka Jurkiewicza, General Managera infoPracy, nie ma co zwlekać z podjęciem pracy, nawet jeśli nie do końca jest zgodna z naszymi zamierzeniami. Nabywa się doświadczenie, uczy pracy zespołowej i zyskuje możliwość rozwoju. Każdy sukces, każde osiągnięcie warto dokumentować i pokazywać potencjalnym pracodawcom podczas rozmów kwalifikacyjnych. Zyskujemy opinię ludzi szukających szansy, pełnych nadziei i uporu, a nie biernych, często z pretensjami do otoczenia za to, że jest tak, a nie inaczej.

[1] http://www.oecd-ilibrary.org/education/oecd-skills-outlook-2015_9789264234178-en

Przed inwestycją w nowy sklep można sprawdzić, kto w nim będzie kupował i ile na te zakupy może wydać

0
Anna Staniszewska, dyrektor Zespołu Badań i Analiz Rynkowych BNP Paribas Real Estate
Anna Staniszewska, dyrektor Zespołu Badań i Analiz Rynkowych BNP Paribas Real Estate

Nowy sklep należy otwierać nie tylko tam, gdzie jest wielu klientów, lecz także tam, gdzie są klienci z dużą siłą nabywczą. Inwestorzy z branży handlowej mają coraz więcej nowoczesnych narzędzi pozwalających badać potencjał lokalnego rynku. I choć zawsze przyda się zdrowy rozsądek, doświadczenie i wyczucie rynku, to warto o potencjalnych klientach wiedzieć jak najwięcej.

– Na rynku istnieje wiele narzędzi, które wspomagają proces wyboru lokalizacji i minimalizują przez to ryzyko mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Anna Staniszewska, dyrektor Zespołu Badań i Analiz Rynkowych BNP Paribas Real Estate. – Dzięki wykorzystaniu analiz ilościowych i jakościowych sieci handlowe mogą trafnie wytypować miejsca na nowe lokale. Nowe technologie geoinformacyjne GIS są jednym z podstawowych narzędzi używanych we wstępnym rozpoznaniu miejsca, w którym chcą lokować się sieci. Za pomocą programów i aplikacji zawierających odpowiednie algorytmy wskazywane są optymalne miejsca prowadzenia sklepów.

Najważniejsze znaczenie dla określenia najlepszej lokalizacji mają uwarunkowania społeczno-gospodarcze stref zasięgu sklepu, czyli struktura wiekowa, dochody i siła nabywcza, zarówno okolicznych mieszkańców, jak i klientów, którzy mogą dojechać do sklepu, pracują lub przesiadają się w jego pobliżu w inny środek transportu lub bywają w jego okolicy ze względu na tryb życia, np. odwiedzają kino czy siłownię. Kluczowe są rzetelne źródła danych.

– Publiczne źródła są z reguły nieaktualne zaznacza Anna Staniszewska. – Oprócz tego nie odzwierciedlają faktycznego stanu, gdyż nie rejestrują migracji ani dodatkowych źródeł dochodu, np. napływu pieniędzy od rodzin mieszkających za granicą. Suche dane to nie wszystko, równie istotne są badania konsumenckie. Uzyskanie opinii na temat preferencji w zakresie wyboru sklepu, jego oferty czy powodów dokonywania zakupów jest kluczowe dla określenia zarówno lokalizacji sklepów, jak i strategii rozwoju sieci.

Zdaniem dyrektor Zespołu Badań i Analiz Rynkowych BNP Paribas Real Estate badania takie trzeba prowadzić cyklicznie, bo otoczenie szybko się zmienia.

– Zwyczaje zakupowe Polaków oraz sposoby spędzania wolnego czasu zmieniają się w szybkim tempie. Nie ma też mowy o uniwersalnym typie konsumenta. Z pewnością konsumenci stają się coraz bardziej świadomi i wymagający, szczególnie w aglomeracjach. Nie są im obce światowe nowości. Oprócz tego zmienia się stopniowo tryb życia. Przywiązuje się większą wagę do sportu, rekreacji, zdrowej żywności, więcej pieniędzy przeznacza się także na rozrywkę. Zwraca się też coraz więcej uwagi na jakość produktów i komfort zakupów.

Pozyskiwanie danych będzie coraz łatwiejsze dzięki nowym technologiom. Pomagać w nim będą np. beacony, czyli urządzenia wykorzystujące technologię Bluetooth, których sygnały będą odbierane przez smartfony czy tablety, co pozwoli na śledzenie zachowań klientów.

– Dziś praktycznie każdy ma smartfona, a beacony pozwalają sieciom dokładnie śledzić swoich klientów podkreśla Anna Staniszewska z BNP Paribas Real Estate. – Również informacje zbierane z kart kredytowych są niezwykle pomocne. Technologie mierzące zarówno twarde dane, czyli populację, zasobność portfela, konkurencji, odwiedzalności miejsc, jak i analizy miękkie, przedstawiające preferencje konsumentów, to solidne narzędzia, które ułatwiają sieciom handlowym podjęcie decyzji o lokalizacji sklepu czy strategii rozwoju sieci. Nic jednak nie zastąpi zdrowego rozsądku i wyczucia rynku.

Motorem wzrostu produkcji przemysłowej są i będą eksporterzy. W kolejnych miesiącach produkcja powinna nadal rosnąć w tempie 3,5-4 proc.

Krystian Jaworski, ekonomista z Crédit Agricole
Krystian Jaworski, ekonomista z Crédit Agricole

Eksporterzy to nadal najlepiej prosperująca część polskiej gospodarki. Słaby złoty i dobra koniunktura na świecie pozwalają im na szybki rozwój. Zdaniem ekonomistów Crédit Agricole w kolejnych miesiącach zarówno produkcja przemysłowa, jak i sprzedaż detaliczna powinny rosnąć w tempie 3,5-4 proc. rok do roku.

Jak informuje resort gospodarki, do kwietnia eksport towarów z Polski przekroczył poziom 56,8 mld euro. To oznacza, że był wyższy niż w tym samym okresie zeszłego roku o 4,7 proc. Najwięcej polscy eksporterzy sprzedali w tym czasie wyrobów elektromaszynowych. Ich wartość przekraczała 23 mld euro i było o 6,6 proc. wyższa niż przed rokiem.

– Od paru miesięcy najważniejsze i najsilniej rozwijające się branże to te eksportowe mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krystian Jaworski, ekonomista z Crédit Agricole. – Korzystaliśmy z tego, że złoty był relatywnie słaby, kurs euro powyżej granicy opłacalności, koniunktura za granicą, w strefie euro, w Niemczech też była dobra. Wszystko układało się w taki scenariusz dobrego rozwoju dla branż eksportowych w Polsce, tak samo będzie w maju.

W kwietniu wzrost produkcji przemysłowej w Polsce nie był imponujący i wyniósł 2,3 proc., a od początku roku do końca kwietnia wyniósł 4,4 proc.

Zakładam, że w kolejnych miesiącach utrzymamy tempo realne około 3,5-4 proc. zarówno w przypadku produkcji, jak i sprzedaży ocenia ekonomista z Crédit Agricole.  I tak naprawdę trzeba patrzeć, co to oznacza dla wzrostu PKB. Zakładam, że jeśli moje prognozy się zrealizują, to oznacza, że polska gospodarka będzie rozwijała się w tempie około 3,7 proc. w II kw. wobec 3,6 w I kw., czyli sytuacja się poprawia.

W Polsce od niemal roku panuje deflacja. W maju ceny było o 0,9 proc. niższe niż rok wcześniej. Tu jednak ekonomiści oczekują odbicia w ciągu kilku miesięcy. Tzw. efekt niskiej bazy, przede wszystkim dla cen żywności i paliw, które w zeszłym roku mocno spadły, sprawia, że statystycznie będą one rosły i wpływały na wzrost inflacji w przyszłym roku.

– Wskaźnik cen konsumpcyjnych, czyli tę najczęściej raportowaną inflację CPI, w IV kw. powinien być już lekko dodatni, nasza prognoza to wzrost cen 0,3 rok do roku zapowiada Krystian Jaworski z Crédit Agricole. – W przyszłym roku ze względu na silnie oddziałujące efekty niskiej bazy dynamika cen powinna istotnie wzrosnąć, średnio rocznie do poziomu 1,5 rok do roku.

PKP Cargo będzie łączyć Europę z Chinami. Nawet 300 pociągów rocznie

Adam Purwin, prezes PKP Cargo
Adam Purwin, prezes PKP Cargo

W ciągu trzech miesięcy powstanie spółka joint venture między PKP Cargo a chińskim International Zhengzhou Hub. Dzięki tej współpracy polski przewoźnik chce odgrywać kluczową rolę w obsłudze przewozów w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku. Umowa zakłada zwielokrotnienie liczby pociągów z Chin do Europy, a dodatkowo utworzenie nowoczesnego centrum logistycznego w Małaszewiczach na granicy polsko-białoruskiej.

Dzisiaj obsługujemy 2-3 pociągi tygodniowo, liczę jednak, że w następnym roku dojdziemy do jednego połączenia dziennie. To po pierwsze brama do Europy dla partnerów chińskich, po drugie ogromna okazja dla naszych producentów, bo to jest unikalne połączenie, którego brakowało do tej pory. Przypomnę tylko, że transport drogą morską zajmuje od 30 do 40 dni, podczas gdy transport pociągiem zajmuje zaledwie 11 dni – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adam Purwin, prezes PKP Cargo.

Z polskiej strony najważniejszym elementem zawartego porozumienia będzie rozbudowa tzw. suchego portu, czyli terminalu przeładunkowego w Małaszewiczach na granicy polsko-białoruskiej. To tam będą przeładowywane towary z i do Chin – głównie, ale nie tylko, w kontenerach. Małaszewicze zgodnie ze strategię mogą stać się jednym z najważniejszych terminali obsługujących handel pomiędzy Europą a Chinami. Przeładunek jest konieczny z uwagi na inny rozstaw szyn w Rosji i krajach byłego ZSRR niż w Polsce.

Po chińskiej stronie połączenie kolejowe obsłuży przede wszystkim prowincję Henan. Jak podkreśla Purwin, w samym tym regionie mieszka ponad 100 mln osób, a w promieniu 1,5 godziny jazdy szybkim pociągiem (chińska sieć kolei dużych prędkości jest największa na świecie) jest 400 mln mieszkańców.

Zhengzhou, który jest stolicą prowincji Henan, jest bardzo ważnym miastem. To jest bardzo istotna inicjatywa, która będzie pozwalała lepiej prowadzić ekspansję na rynki zagraniczne. Pozwoli zaangażowanym stronom mieć dwa rynki zbytu i korzystać z zasobów obu tych rynków. Wszystkie kraje i regiony, w tym np. Polska, które biorą udział w realizowaniu tej strategii, będą miały także łatwiejsze wejście na rynek chiński, będzie to taka platforma umożliwiająca im obecność na rynku chińskim – przekonuje Guo Gengmao, przewodniczący komitetu partyjnego prowincji Henan.

Porozumienie o utworzeniu spółki joint venture pomiędzy chińskim podmiotem a PKP Cargo to praktyczna realizacja chińskiej strategii „One Belt, One Road” („jeden pas, jedna droga”), nazywana Nowym Jedwabnym Szlakiem. Zgodnie z nią pomiędzy Chinami a Europą mają zostać zbudowane dwa nowe połączenia towarowe: lądowe (kolejowe) i morskie.

Połączenie z Chin musi być też wpisane w transeuropejskie sieci transportowe. Jak podkreśla Adam Purwin, tym właśnie zajmie się PKP Cargo.

Łączymy korytarze transportowe Europy z rynkiem chińskim. Małaszewicze to kluczowy punkt na chińskim Nowym Jedwabnym Szlaku. Będziemy częścią tego wielkiego projektu. Podpisany list intencyjny jest pierwszym krokiem, bardzo konkretnym – przekonuje Purwin.

Guo Gengmao dodaje, że z połączenia skorzystają nie tylko prowincja Henan i Polska, lecz także wszystkie kraje położone na trasie. Zauważa, że podpisanie umów z PKP Cargo jest dowodem na to, że Chinom zależy na praktycznej realizacji tego projektu. Dodaje także, że duża zaletą Polski i prowincji Henan są dobrze rozwinięte sieci kolejowe, które umożliwiają tworzenie centrów przeładunkowych w Małaszewiczach i Zhengzhou.

Bardzo ważne jest również to, że w Zhengzhou, stolicy Henanu, możemy prowadzić konsolidację przesyłek i później, korzystając z tego hubu, dalej je przesyłać. Jestem pewien, że wdrożenie tej strategii wpłynie na rozwój logistyki, będzie również przyczynkiem do tworzenia nowych miejsc pracy i pobudzi gospodarkę – mówi Guo.

Obecnie jedynie 3,5 proc. towarów przesyłanych między Chinami a Europą jest transportowanych drogą lądową, choć jest ona tańsza i szybsza niż droga morska. PKP Cargo liczy, że dzięki joint venture z Chińczykami uda się poprawić tę statystykę.

Grupa PKP Cargo odpowiada obecnie za obsługę logistyczną europejskiego odcinka połączenia z Chinami (Polska-Niemcy). Jeden pociąg przewozi 41 kontenerów 40-stopowych. Obecnie PKP Cargo współtworzy trzy pociągi w imporcie i jeden w eksporcie. W transporcie kontenerów spółka wykorzystuje nowe, 80-stopowe wagony do przewozów intermodalnych.

Ochrona zdrowia musi zmieniać się dla osób starszych. Potrzebne będą nowe ośrodki opieki i rehabilitacji

dr Grzegorz Juszczyk, dyrektor Biura Edukacji Zdrowotnej Grupy LUX MED
dr Grzegorz Juszczyk, dyrektor Biura Edukacji Zdrowotnej Grupy LUX MED

Polityka senioralna, dotąd zaniedbywana przez władze, będzie coraz ważniejsza. Ze względu na starzejące się społeczeństwo będą się rozwijać nowe usługi w służbie zdrowia. Model opieki rodzinnej będzie trudny do zrealizowania, dlatego potrzebne będą zarówno placówki oferujące opiekę specjalistyczną, całodobową lub dzienną, jak i ośrodki rehabilitacyjne. Dziś to dopiero raczkujący segment rynku.

W Polsce temat starzejącego się społeczeństwa jest na razie zaniedbany – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED. – Nie ma wielu ośrodków, a osoby starsze i ich bliscy będą szukali takich miejsc, dlatego zainteresowanie inwestorów tym rynkiem będzie rosło. Chodzi tu o różnego rodzaju ośrodki, zarówno całodobowe, jak i rehabilitacyjne czy dziennej pomocy. Na razie jednak jesteśmy na początku tej drogi w Polsce.

W związku z demografią już teraz konieczne są rozwiązania, które będą nie tylko wspierały osoby starsze, lecz także te aktywne zawodowo, aby jak najpóźniej potrzebowały opieki. Jak podaje GUS, osoby starsze będą stanowiły coraz większą grupę społeczną. W 2035 roku 23 proc. Polaków będzie miało powyżej 65 lat. W 2050 ten wiek przekroczy już co trzeci Polak. Dlatego coraz ważniejsze będzie stworzenie systemu opieki nad starszymi osobami. Model opieki rodzinnej może się nie sprawdzić, konieczne byłyby do tego szkolenia dla nieformalnych opiekunów czy większa rekompensat utraconego dochodu ze względu na opiekę.

Innym rozwiązaniem jest opieka stacjonarna, czyli rozwój miejsc, które nie tylko zapewniają profesjonalną opiekę, lecz także gwarantują dobrą jakość życia. To jest nowy model, zupełnie inny od tradycyjnego domu seniora. Oprócz opieki pielęgniarskiej i lekarskiej prowadzi się działania aktywizujące, terapię zajęciową, a czas tam spędzany nie jest całkowicie bezproduktywny – wyjaśnia dr Grzegorz Juszczyk, dyrektor Biura Edukacji Zdrowotnej Grupy LUX MED.

Rozwiązaniem może być też system specjalistycznej opieki prowadzonej w domu klienta. Nie wymaga budowy infrastruktury, jednak ze względu na małą liczbę wykwalifikowanych pielęgniarek i pielęgniarzy jest trudny do zrealizowania. Dziś działające oddziały dzienne są mieszanką tych modeli: seniorzy w ciągu dnia mogą liczyć na opiekę i rehabilitację, ale nadal mieszkają u siebie. NFZ nie jest w stanie jednak sprostać wszystkim potrzebom, część oddziałów proponuje opiekę odpłatną, ale na to z kolei nie stać części rodzin. W przyszłości nie będzie lepiej.

Nieuniknione są rozwiązania, które pozwolą na gromadzenie środków od osób aktywnych zawodowo. Może się to wiązać ze wzrostem składki zdrowotnej albo pojawieniem się ubezpieczenia pielęgnacyjnego, czyli specjalnego ubezpieczenia opłacanego przez osoby pracujące, w ramach którego finansowane są potrzeby osób starszych. Problemem jest też to, że młode osoby nie myślą o swojej starości – mówi Juszczyk.

Na ponad milionie założonych indywidualnych kont emerytalnych oraz indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego Polacy zgromadzili dotąd zaledwie ok. 6 mld zł. To niewiele, tym bardziej że w związku z wydłużaniem się długości życia, obecnie młodzi ludzie po przejściu na emeryturę często będą musieli opiekować się również swoimi rodzicami.

Częstym problemem u pacjentów w wieku podeszłym jest wielochorobowość i specyficzne problemy wieku podeszłego, np. upadki, które wymagają znacznie większych nakładów, zarówno na leczenie, jak i na opiekę nad tymi osobami – zaznacza dr Mirosław Wróbel, prezes zarządu Ośrodka Opiekuńczo-Rehabilitacyjnego Tabita.

Głównym problemem starszych ludzi jest wzrost zachorowań na choroby cywilizacyjne, w tym również otępienne, czy udary mózgu, które w efekcie często prowadzą do uzależnienia od pomocy innych. To duży problem dla państwa, głównie ekonomiczny. Eksperci z Instytutu Organizacji Ochrony Zdrowia Uczelni Łazarskiego szacują, że roczny koszt związany z leczeniem i rehabilitacją chorych po udarach oraz absencją chorobową i świadczeniami rentowymi wynosi ok. 1,4 mld zł. Zdaniem prezesa ośrodka Tabita powrót do samodzielności jest możliwy dzięki odpowiedniej rehabilitacji.

Nasz projekt koncentruje się przede wszystkim na wybudowaniu i wyposażeniu pracowni ergoterapii, która będzie pierwszą taką pracownią w Polsce – przekonuje Wróbel.

Pracownia ergoterapii, która wkrótce powstanie w ośrodku Tabita, będzie rehabilitować pacjentów poprzez pracę przy codziennych czynnościach. Pacjent nie tylko ćwiczy niesprawną kończynę, lecz także uczy się wykonać konkretną czynność, np. ubranie się czy przygotowanie posiłku.

Tabita jest szczególnym ośrodkiem, bardzo kompleksowym, gdzie mamy zakład opiekuńczo-leczniczy, dom rezydencyjny i profesjonalną rehabilitację neurologiczną. Mamy też doświadczenie, międzynarodowa grupa Bupa, której jesteśmy częścią, posiada ok. 700 domów na całym świecie, więc know-how grupy na pewno zasili nasz ośrodek tak, aby rozwijać polski rynek – mówi Anna Rulkiewicz.

W Małopolsce powstała nowa instalacja przetwarzania odpadów komunalnych o wartości 40 mln zł. Trafią do niej odpady od ponad 180 tys. mieszkańców Małopolski i Śląska

Magdalena Markiewicz, prezes zarządu Zakładu Gospodarki Odpadami Komunalnymi (ZGOK) w Balinie
Magdalena Markiewicz, prezes zarządu Zakładu Gospodarki Odpadami Komunalnymi (ZGOK) w Balinie

Oddana w tym tygodniu do użytku instalacja przetwarzania odpadów komunalnych ZGOK w Balinie zredukuje o około 60 proc. poziom składowania odpadów na terenie zachodniej Małopolski. Zgodnie z decyzją środowiskową zakład może przetwarzać 58 tys. ton odpadów rocznie. Część będzie przetwarzana na paliwo RDF, które jest surowcem energetycznym m.in. dla cementowni. Inwestycja kosztowała 40 mln zł.

Instalacja będzie przetwarzać zmieszane odpady komunalne odbierane od mieszkańców, a także zielone, z których będzie robiony kompost – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jarosław Wróbel, dyrektor ds. inwestycji ze współodpowiedzialnej za to przedsięwzięcie firmy Eneris, partnera samorządów w gospodarce komunalnej na tym obszarze. – Nowy obiekt zmniejszy masę składowanych odpadów poprzez selektywny odzysk surowców materiałowych, kompostowanie frakcji organicznej oraz produkcję paliwa alternatywnego RDF.

Jak podkreśla Magdalena Markiewicz, prezes zarządu Zakładu Gospodarki Odpadami Komunalnymi (ZGOK) w Balinie, w rezultacie tej inwestycji zasadniczo zmieni się sposób funkcjonowania istniejącego zakładu. Przede wszystkim dotychczasowe deponowanie zmieszanych odpadów komunalnych na składowisku zostanie zastąpione w znacznej mierze przez mechaniczne segregowanie i odzysk surowców.

Odpady pochodzące od mieszkańców będą przetwarzane na surowce. Część z nich zostanie przetworzona na RDF (alternatywne paliwo z odpadów), które będzie wykorzystywane m.in. przez cementownie. Zgodnie z decyzją środowiskową zakład może obecnie przetwarzać 58,5 tys. ton odpadów rocznie. Natomiast technologiczna moc instalacji jest przeszło dwa razy wyższa (130 tys. ton). W wyniku inwestycji zakład zyska status Regionalnej Instalacji Przetwarzania Odpadów Komunalnych.

Wiążą się z tym zarówno wymogi, jak i możliwości – tłumaczy Magdalena Markiewicz. – Obowiązkiem jest uzyskiwanie poziomów recyklingu. Natomiast dzięki rozwiązaniom technologicznym, wyposażeniu instalacji w najnowocześniejsze separatory do odzyskiwania surowców mamy też możliwości w postaci przetwarzania odpadów w surowce i ich sprzedaży.

Jak podkreśla prezes ZGOK, w zakładzie wzrośnie także zatrudnienie.

Będą potrzebne zarówno osoby na stanowiska kierownicze, brygadziści do nadzorowania pracy zmianowej, jak i w pionie administracyjnym do prowadzenia ewidencji odpadów, nadzoru nad procedurami, kartami przekazania odpadów itp. – wylicza Magdalena Markiewicz. – Ale poszukiwać będziemy także chętnych do pracy fizycznej, na takie miejsca jak operator ładowarki czy sortowacz, który wstępnie segreguje strumienie.

Wybudowana na terenie ZGOK w Balinie inwestycja jest jednym z niewielu w skali kraju przedsięwzięć realizowanych w modelu partnerstwa publiczno-prywatnego, na zasadzie spółki prawa handlowego zawiązanej przez podmiot prywatny i samorządy. Udziałowcami są spółka Eneris Surowce SA (67%), Związek Międzygminny „Gospodarka Komunalna” (18%) oraz miasto Jaworzno (15%). Instalacja mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów składa się z hali sortowni zmieszanych odpadów komunalnych wraz z instalacją do produkcji paliwa alternatywnego oraz kompostowni obejmującej 16 bioreaktorów. Zakład ma obsługiwać obszar zamieszkany przez 180 tys. osób.

Nowa instalacja pozwoli zmniejszyć składowanie odpadów na terenie zachodniej Małopolski nawet o 60 proc. – ocenia Przemysław Deda, członek zarządu ZGOK w Balinie i przewodniczący Związku Międzygminnego „Gospodarka Komunalna” Chrzanowa, Libiąża i Trzebini. – Jest to spora skala w porównaniu do tego, co z odpadami dzieje się dzisiaj. Znaczenie instalacji dla regionu jest olbrzymie. Tak nowoczesna instalacja pozwoli nam w pełny, profesjonalny i odpowiedzialny sposób postępować z odpadami od momentu ich wyprodukowania, poprzez przywiezienie tutaj, odzyskanie dużej ilości frakcji odpadów, aż po wyprodukowanie paliwa RDF i zdeponowanie na składowisku tego, co pozostanie.

Budowa instalacji rozpoczęła się jesienią ubiegłego roku i – łącznie z wyposażaniem w specjalistyczne urządzenia sortująco-przetwarzające – trwała około siedmiu miesięcy.

Małe polskie firmy wyposażone w sprzęt informatyczny na światowym poziomie. Chętnie w niego inwestują, ale nie wykorzystują jego możliwości

Przemysław Szuder, dyrektor działu Small & Medium Business Solutions and Partners, Microsoft Polska
Przemysław Szuder, dyrektor działu Small & Medium Business Solutions and Partners, Microsoft Polska

Nawet najmniejsze polskie firmy są wyposażone w nowoczesny sprzęt informatyczny i nie odbiegają pod tym względem od przedsiębiorstw z rozwiniętych krajów świata. Gorzej jednak wygląda wykorzystanie tego sprzętu. Większość nie używa funkcji, które pomogłyby im zwiększyć sprzedaż i zdobyć nowe rynki albo przynajmniej ułatwić i usprawnić pracę.

Polskie mikro- i małe firmy, czyli zatrudniające nie więcej niż 50 pracowników, mają do dyspozycji tyle laptopów, tabletów i smartfonów, ile firmy z zachodniej Europy.

Zostały poniesione inwestycje, czyli właściciele wydali już pieniądze na te urządzenia mówi agencji informacyjnej Newseria Przemysław Szuder, dyrektor działu Small & Medium Business Solutions and Partners, Microsoft Polska.  Jednocześnie, jeśli spojrzymy na dane, które pokazują, jak te urządzenia są wykorzystywane, a przede wszystkim, czy te urządzenia, które z natury są mobilne, mają umożliwić pracownikowi pracę z dowolnego miejsca, niekoniecznie zza własnego biurka czy biura, to z tym jest ewidentnie słabo.

Zaledwie 29 proc. małych polskich firm wykorzystuje rozwiązania informatyczne, które pozwalają wystawić klientowi fakturę spoza własnego biura albo złożyć zamówienie na produkt spoza własnego biura. Pod tym względem wg badania Ipsos Mori jesteśmy przedostatni w UE. To oznacza, że nie korzystamy z atutów, które doceniają szczególnie przedsiębiorcy z małych państw, które jak my próbują dogonić bogatą część kontynentu. Firmy z krajów bałtyckich oraz ze Słowacji i Słowenii są dużo bardziej zaawansowane jeżeli chodzi o poziom zaawansowania usług cyfrowych.

One mają dokładnie te same urządzenia do dyspozycji, ale lepiej rozumieją, że żeby ten tablet czy smartfon był mobilny, to potrzebne są również usługi cyfrowe, które pozwolą na komunikację z dowolnego miejsca, na dostęp do naszych dokumentów i systemów, na komunikowanie się oraz zabezpieczenie swoich danych zwraca uwagę Przemysław Szuder. Poziom świadomości jest w tych krajach zdecydowanie wyższy. Niestety, to odzwierciedla się we wszelakich rankingach innowacyjności polskich firm.

Firmy, które nie wykorzystują atutów nowoczesnych technologii, praktycznie stoją w miejscu. Koncentrują się na utrzymaniu się na rynku, bo na rozwój mają znacznie mniejsze szanse niż firmy cyfrowe, które korzystają z technologii informatycznych.

To firmy, które się rozwijają, które są nastawione na rozwój, dla których ważne jest to, żeby zwiększać udziały w rynku, zwiększać sprzedaż, żeby dzięki temu więcej zarabiać i docelowo, żeby wartość firmy w długim okresie rosła podkreśla dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan. To są firmy, dla których ważne jest budowanie pozycji konkurencyjnej w oparciu tylko o jakość, o szycie na miarę. Ważne jest zindywidualizowane podejście do klienta, specjalizacja i budowanie wizerunku firmy. To jest naprawdę inny model biznesowy, który daje szanse nawet 3-5 osobowej firmie na to, żeby zaistnieć globalnie, bo technologie takie szanse dają.

Tymczasem przeszkody w korzystaniu z nowoczesnych technologii są niemal wyłącznie mentalne. Obecnie wejście w świat cyfrowy jest tanie i proste. Koszty stworzenia własnej strony internetowej zaczynają się od 30 złotych rocznie.

To bardzo niewiele na pierwszy rok, żeby spróbować, zobaczyć, czy działa, zacząć używać i spróbować ściągnąć do siebie klientów zwraca uwagę Marta Puczyńska, dyrektor działu sprzedaży i marketingu w home.pl. Próg wejścia, żeby zaistnieć w e-świecie, jest naprawdę niski i dostępny dla każdego. Oczywiście mamy świadomość tego, że kiedy klient się rozwija i jego przychód rośnie, to te rozwiązania także mogą być rozbudowywane, mogą być po prostu przedłużane na kolejne lata. Jeśli chodzi o reklamę internetową, można zacząć od niewielkich pakietów, dostępnych np. tylko regionalnie. To jest koszt rzędu kilkuset złotych, na jakich czas.

Microsoft, home.pl oraz Konfederacja Lewiatan próbują zachęcić właścicieli małych polskich firm, by podjęli ten wysiłek. Dla nich zorganizowali konkurs Firmowe (R)ewolucje. Zachęcają  przedsiębiorców, by opowiedzieli, jak technologia może usprawnić ich biznes, jakie rezultaty rynkowe i finansowe mogą dzięki temu osiągnąć.

Chcemy nagrodzić inwestując w te najlepsze, najciekawsze zgłoszenia wyposażając tych przedsiębiorców w tę technologię, począwszy od urządzeń ultra mobilnych, tabletów, smartfonów, poprzez pakiet usług cyfrowych, które pozwolą im te urządzenia należycie wykorzystać, ale również oferując im know how, doradzając im jak w ich otoczeniu, jak w ich biznesie mogą najlepiej konkurować w użyciu technologii informuje Przemysław Szuder z Microsoft Polska.

Milion Polaków więcej niż rok temu wyjedzie na wakacje. Większość spędzi urlop w Grecji i Chorwacji

Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance
Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance

Ponad połowa Polaków wyjedzie w tym roku na letnie wakacje. To o milion osób więcej niż w ubiegłym roku. Zdecydowana większość Polaków urlop spędzi w kraju, a 1/3 wybierze się za granicę. Najpopularniejsze zagraniczne destynacje to niezmiennie Grecja, Chorwacja, Włochy i Hiszpania. Podczas urlopu Polacy nie zamierzają ryzykować – blisko 70 proc. wyjeżdżających wykupi ubezpieczenie turystyczne.

Z raportu firmy Mondial Assistance wynika, że tego lata na wakacje wyjedzie 16 milionów Polaków, czyli o milion więcej niż rok temu. Na wyjazd decydują się głównie osoby w wieku poniżej 60 lat, mieszkające w dużych miastach, posiadające wyższe wykształcenie lub studiujące. Urlop za granicą wybierają częściej Polacy w wieku 18-29 lat. Większość wyjeżdżających poza Polskę planuje spędzić na wakacjach 12-13 dni, czyli o jeden dzień dłużej niż w 2014 roku.

– Dominują wyjazdy dwuosobowe, 45 proc. osób deklaruje, że jedzie w parze, 25 proc. to single. Singli najbardziej przybywa w stosunku do zeszłego roku, bo było ich 18 proc., a teraz jest 25. Wydatki na urlop krajowy są niezmienne, ok. 1320 zł na osobę. Podwyższyły się natomiast wydatki na wyjazd zagraniczny o 250 zł i jest to obecnie 2,6 tys. zł, czyli dwa razy tyle, co w kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance.

Zdecydowana większość Polaków tegoroczne wakacje spędzi w Polsce, ale 1/3 zdecydowała się na zagraniczny wyjazd. Najpopularniejsze kierunki zagraniczne to niezmiennie Grecja, Chorwacja, Włochy i Hiszpania, które wybiera ponad połowa badanych. 61 proc. osób, które wyjadą za granicę, jako środek lokomocji wybierze samolot, a 21 proc. samochód. Autokary cieszą się popularnością raczej wśród zwolenników wycieczek objazdowych. W ten sposób Europę planuje zwiedzić 18 proc. Polaków. Połowa tegorocznych urlopowiczów wybierających się za granicę samodzielnie zorganizuje wyjazd, a połowa skorzysta z pomocy biura podróży.

– Chcemy jechać z biurem, w którym już byliśmy, a przynajmniej wtedy, jeżeli było dobrze. Bardzo istotny jest internet – szukamy w internecie opinii, kto co przeżył. Aczkolwiek, w internecie raczej pisze się negatywnie, w związku z tym ten wybór jest zwykle negatywny. Czyli dobrze świadczy, jeśli o kimś nie piszą. Natomiast trzecim kryterium jest już bliższy krąg znajomych i rodziny lub po prostu słuchamy, jak poszło innym – mówi Tomasz Frączek.

Połowa Polaków nie ma żadnych obaw w związku z zagranicznym wyjazdem. Pozostali obawiają się problemów zdrowotnych, wypadku, złej pogody, a także zamieszek i aktów terroru w miejscu docelowym. Aż 67 proc. wyjeżdżających deklaruje chęć zakupu ubezpieczenia turystycznego. Osoby, które rezygnują z tego typu polisy, uważają, że jest to niepotrzebny koszt, są już ubezpieczone bądź nigdy nie korzystają z jakiejkolwiek formy ubezpieczenia. Na wakacje polisy wykupują zwłaszcza ludzie między 30. a 49.  rokiem życia. Ubezpieczają się przede wszystkim od kosztów leczenia, a więc wizyt u lekarza, i pobytów w szpitalu. Popularne jest także ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków.

– Ubezpieczamy się od odpowiedzialności cywilnej. Może się zdarzyć, że komuś niechcący wyrządzimy krzywdę, choćby w sklepie czy supermarkecie. To też jest w pakietach ubezpieczeń turystycznych. I wreszcie ubezpieczamy się od odwołania podróży. Oznacza to, że jeżeli byśmy np. ze względów zdrowotnych bądź losowych nie mogli brać udziału w wycieczce, to ubezpieczając się, nie poniesiemy z tego tytułu straty – mówi Tomasz Frączek.

14,5 miliona Polaków nie wyjedzie tego lata na wakacje. To o półtora miliona mniej niż rok temu. Najczęstszą przyczyną rezygnacji z urlopu są problemy finansowe: aż 49 proc. niewyjeżdżających osób, czyli o 8 proc. więcej niż w roku ubiegłym, twierdzi, że na wakacje ich nie stać. Wśród pozostałych powodów znajdują się m.in. problemy zdrowotne, brak urlopu w pracy, inne obowiązki oraz konieczność przeznaczenia pieniędzy na inny cel, np. kupno lub remont mieszkania.

Dzięki mediom społecznościowym rośnie liczba psich adopcji. Na Facebooku i Twitterze codziennie pojawia się tysiąc wpisów na ten temat

Łukasz Jadaś, ekspert ds. badań internetu i mediów społecznościowych w Instytucie Monitorowania Mediów
Łukasz Jadaś, ekspert ds. badań internetu i mediów społecznościowych w Instytucie Monitorowania Mediów

W mediach społecznościowych codziennie pojawiają się wpisy zachęcające do adopcji bezdomnych psów. W kwietniu i maju pojawiło się 40 tys. publicznych postów – najwięcej na Facebooku i Twitterze. Zwiększa to szanse bezdomnych czworonogów, zwłaszcza że od 2005 roku liczba porzuconych zwierząt wzrosła o 25 proc., a liczba psów czekających na adopcję – do 100 tys.

Z badań Instytutu Monitorowania Mediów oraz serwisu KarmiePsiaki.pl wynika, że codziennie w serwisach społecznościowych pojawia się ponad tysiąc ogłoszeń związanych z adopcją psów. Polacy kochają zwierzęta. Nad Wisłą ponad 5,5 mln czworonogów znalazło swoje domy, ale jednocześnie wiemy, że dziesiątki tysięcy zwierząt wciąż czekają na adopcję w schroniskach – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Jadaś, ekspert ds. badań internetu i mediów społecznościowych w Instytucie Monitorowania Mediów.

IMM monitorował komentarze, w których pojawiały się zwroty „pies do adopcji”, „szczeniak szuka domu”, „psiak szuka właściciela” i 50 innych najczęściej używanych słów związanych z zagadnieniem psich adopcji. Z badań przeprowadzonych wspólnie z serwisem KarmiePsiaki.pl wynika, że w kwietniu i maju w sieci pojawiło się blisko 40 tys. publicznych wpisów zachęcających do adopcji bezdomnego psa. Przodują w tym media społecznościowe. Zdecydowana większość postów (32 tys.) została zamieszczona na Facebooku, gdzie oprócz zdjęcia czworonoga pojawia się dramatyczna historia jego życia. Bezdomnym psom sprzyja również Twitter, choć tam ogłoszeń jest znacznie mniej, bo ok. 7 tys.

Analizując rozmowy w mediach społecznościowych, zauważyliśmy, że występuje bardzo silny nurt, bardzo duża chęć promowania adopcji zwierząt właśnie przez Facebooka czy Twittera – wskazuje ekspert. – Z naszego podsumowania wynika, że tego typu treści udostępnione były łącznie ponad 2 mln razy. Czyli informacja o tym, że możemy się zgłosić do danego schroniska, chcąc zaadoptować psa, trafia do bardzo szerokiej rzeszy Polaków.

Często informacje publikują schroniska lub związani z nimi wolontariusze, zwiększając szanse na adopcje. Schroniska są przepełnione. Dane Najwyższej Izby Kontroli wskazują, że rośnie liczba porzucanych zwierząt, od 2005 roku o 25 proc. Na właścicieli czeka już 100 tys. psów. Co czwarte zwierzę w schronisku umiera, a w gminach 80 proc. pieniędzy przeznaczonych na bezdomne czworonogi zgarniają hycle. Jak podkreśla Jadaś, wpływ mediów społecznościowych jest nie do przecenienia, bo większość organizowanych tam wydarzeń kończyła się sukcesem, czyli adopcją.

Z informacji, które mamy od schronisk, wynika, że to właśnie strony internetowe oraz media społecznościowe są źródłem, dzięki któremu Polacy trafiają na konkretnego psa. Trafiliśmy na wiele przypadków, w których to osoby prywatne angażowały się bezpośrednio w pomoc albo konkretnemu psu, organizując wydarzenie na Facebooku, albo schronisku poprzez organizację wydarzenia na rzecz bezdomnych zwierząt, pomagając im w ten sposób w znalezieniu domu – tłumaczy ekspert z IMM.

Apel o inwestowanie w małe przetwórnie

Apeluję do rolników o inwestowanie w małe przetwórnie. To pewna szansa na dodatkowe dochody, bo konsumenci kochają wiejską żywność – powiedział minister rolnictwa i rozwoju wsi Marek Sawicki podczas konferencji prasowej w Centrum Doradztwa Rolniczego w Radomiu. Takie inwestycje mogą liczyć na dofinansowanie z programu LEADER w wysokości 100 tyś. zł, a z programu „Wsparcie inwestycji w przetwarzanie produktów rolnych, obrót nimi lub ich rozwój” maksymalna kwota pomocy to 300 tys. zł.

Fot. Minister Marek Sawicki
Fot. Minister Marek Sawicki

– Deflacja w maju to dobra informacja dla konsumentów, którzy będą płacić mniej za żywność. Mniej zadowoleni są rolnicy, którzy otrzymają mniej za swoją pracę. Aby bronić ich dochodów proponujemy inwestycje w działalność marginalną, ograniczoną oraz lokalną, czyli tzw. MOL-e. To małe przetwórnie żywności, które mogą korzystać z surowców wyprodukowanych w gospodarstwie rolnika – tłumaczył Marek Sawicki.

Spotkanie z dziennikarzami odbyło się w Centrum Praktycznego Szkolenia w Zakresie Małego Przetwórstwa. To, funkcjonujący od 2010 r. w ramach Centrum Doradztwa Rolniczego, ośrodek szkoleniowy, gdzie każdy rolnik może poznać teoretyczne oraz praktyczne tajniki przetwórstwa, na poziomie gospodarstwa. Do tej pory z takich szkoleń skorzystało 7,5 tys. rolników.

Zdecydowana większość polskich rolników sprzedaje produkty ze swoich gospodarstw w postaci surowców (zboża, żywiec, owoce), w efekcie czego otrzymuje za nie cenę dużo niższą w porównaniu z tą, jaką można otrzymać przy sprzedaży produktów przetworzonych. Przetwórstwo na poziomie gospodarstwa pozwala na zwiększenie dochodów, bo rolnik może zatrzymać marżę, którą do tej pory zabierał mu przetwórca, a potem hurtownik. To po pierwsze. Po drugie – klienci coraz częściej szukają czegoś innego niż masowa produkcja pochodząca z wielkich zakładów przemysłowych. Coraz popularniejsza jest żywności produkowana metodami tradycyjnymi, która wyróżnia się nie agresywnym marketingiem, ale wybitnymi walorami smakowymi i zdrowotnymi. I tu pojawia się ogromna szansa dla rolników. Warunek jest jeden – trzeba sprostać wymaganiom konsumentów i postawić na jakość i bezpieczeństwo żywności. Działalność marginalna, ograniczona i lokalna gwarantuje taki sukces i jest uzupełnieniem tzw. sprzedaży bezpośredniej, która wchodzi w życie 1 stycznia 2016 r.

W Centrum Praktycznego Szkolenia w Zakresie Małego Przetwórstwa w Radomiu na własne oczy można zobaczyć np. małą wędzarnię. Jej koszt to wydatek rzędu 30 tys. zł, wydajność 200 kg produktów dziennie. Wędzarnia spełnia wszystkie rygorystyczne unijne normy dotyczące zawartości substancji rakotwórczych w produktach mięsnych.

– Dotychczas na prowadzenie działalności marginalnej, lokalnej i ograniczonej zdecydowało się 2103 podmiotów. Liczymy, że po uruchomieniu programów dofinansowujących takie inwestycje, ich liczba znacznie wzrośnie – powiedział Marek Sawicki.

Minister rolnictwa poinformował także o wciąż trwającej ofensywie dyplomatycznej, której celem jest otwieranie nowych rynków zbytu dla polskiej żywności. W ostatnim czasie Inspekcji Weterynaryjnej udało się wynegocjować m.in. otwarcie indyjskiego rynku dla polskiego mleka oraz uzyskać możliwość eksportu wieprzowiny do Egiptu.

 

Raiffeisen Polbank na celowniku Chińczyków

Fundusz inwestycyjny Fosun International ostrzy sobie zęby na Raiffeisen Polbank. Jak donosi Reuters, Chińczycy są zainteresowani kupnem banku i mieli już spotkać się z przedstawicielami instytucji. W ewentualnej transakcji może jednak przeszkodzić Komisja Nadzoru Finansowego.

Fosun International to jeden z największych chińskich biznesów znajdujących się w prywatnych rękach. Firma działa jednocześnie w sektorze finansowym oraz niefinansowym (m.in. branży farmaceutycznej i przemyśle ciężkim). Do Chińczyków należy m.in. Club Med, francuska sieć kurortów all-inclusive przejęta w lutym tego roku.

Fundusz, jak donosi Reuters powołując się na dobrze poinformowane źródła, zainteresowany jest kupnem Raiffeisen Polbanku. Zdaniem cytowanego przez agencję anonimowego bankowca, Chińczycy mieli już odbyć spotkania z zarządem i innymi przedstawicielami banku. Banku chce pozbyć się Raiffeisen Bank International, który stara się w ten sposób poprawić wskaźniki kapitałowe.

Przywoływani przez Reuters analitycy wskazują, że nowy inwestor może mieć problem z uzyskaniem zgody Komisji Nadzoru Finansowego. Regulator już nie raz dał wyraz niechęci do funduszy jako inwestorów strategicznych w polskim sektorze bankowym. Z tego powodu preferowanym kupcem pozostaje PZU, który ogłosił niedawno zamiar budowy własnej grupy.

Raiffeisen Polbank ma również znaczący portfel walutowych kredytów hipotecznych (w tym pochodzących z przejętego wcześniej Polbanku EFG). To czynnik ryzyka, który sprawia, że nadzór będzie bacznie przyglądać się kandydatom do ewentualnej transakcji. Zainteresowanie ze strony Chińczyków może jednak skomplikować plany PZU i wpłynąć na cenę banku, zauważa Reuters.

MdM na rynku wtórnym pomoże mniejszym miastom

Tylko 1,5 proc. krakowskich i warszawskich mieszkań z rynku wtórnego mieści się w limitach cenowych „Mieszkania dla młodych” dla mieszkań z drugiej ręki. Największą korzyść z dołączenia rynku wtórnego do programu odniosą osoby kupujące mieszkania w niewielkich miastach.

Podczas ubiegłotygodniowego posiedzenia podkomisji obradującej nad nowelizacją ustawy o Mieszkaniu dla Młodych przyjęto pomysł włączenia do programu rynku wtórnego. Jak dotąd z dopłat mogli skorzystać tylko klienci kupujący mieszkania od deweloperów, dodanie do tego możliwości zakupu lokalu z drugiej ręki będzie zmianą rewolucyjną. Home Broker oraz portal Domiporta.pl przyjrzały się dostępności mieszkań z rynku wtórnego na zróżnicowanych rynkach, wnioski są niezwykle ciekawe.

Niższe limity dla rynku wtórnego

Wg pomysłu podkomisji sejmowej, mieszkania z rynku wtórnego mają mieć inne limity cen kwalifikujące nieruchomość do dopłat niż rynek pierwotny. Różnica to ok. 20 proc., choć proponowano nawet stawki niższe o 30 proc. W efekcie w Warszawie limit dla rynku pierwotnego wynosi 6 588,32 zł, a przy tych założeniach na rynku wtórnym będzie to 5 390,44 zł (lub 4791,50 zł dla pesymistycznego wariantu). – Niskie limity budzą sporo kontrowersji, bo podaż mieszkań spełniających wymogi programu będzie w wielu miastach bardzo mała względem ogólnego wolumenu – zauważa Maciej Górka z Domiporta.pl

Z danych Domiporta.pl wynika, że na warszawskim rynku wtórnym dostępnych jest ponad 42 tys. mieszkań o powierzchni do 75 mkw. (to ograniczenie ustawowe w MdM), ale tylko 642 (1,5 proc.) z nich mieszczą się w limicie 5390,44 zł, tych w cenie dla niższego limitu jest zaledwie 117, co stanowi 0,3 proc. Owszem, po wejściu w życie zmian część sprzedających prawdopodobnie obniży cenę, by zwiększyć zainteresowanie ofertą, ale nie ma co liczyć, że liczba dostępnych mieszkań pójdzie w tysiące. Wg szacunków Home Brokera w Warszawie podaż mieszkań deweloperskich w MdM to około 2-2,5 tys. lokali, czyli czterokrotnie więcej niż byłoby na rynku wtórnym wg aktualnych założeń.

W Krakowie liczby wyglądają podobnie – z ponad 11 tys. mieszkań w ofercie, w hipotetycznym limicie MdM dla rynku wtórnego (4183,20 zł) mieszczą się 163, jeśli wybrany zostanie niższy limit (3718,40 zł) będą to 94 nieruchomości. Z pięciu największych miast najlepiej pod tym względem jest w Łodzi, gdzie limity są relatywnie wysokie. Z 2,6 tys. wystawionych na sprzedaż mieszkań prawie 1200 mieści się w limicie 3694,50 zł. Nawet jeśli wybrany zostanie niższy wskaźnik (3284 zł za mkw.), to do kupienia i tak będzie 550 lokali.

W mniejszych miejscowościach, tych niesąsiadujących z aglomeracjami, w limitach mieści się duża część mieszkań, co powinno otworzyć rynek dopłat na osoby z tych miejscowości. Tam bowiem deweloperzy budują bardzo mało (lub wręcz w ogóle) i szans na uzyskanie dopłat raczej dotąd nie było. Nowelizacja ustawy może to zmienić.

Dostępność mieszkań na rynku wtórnym spełniających warunki programu „Mieszkanie dla młodych” w wybranych miastach 
Miasto Hipotetyczny limit MdM dla rynku wtórnego Średnia cena mkw. mieszkań o pow. do 75 mkw. Odsetek mieszkań w limicie
Warszawa 5 390,44 zł 7 919,60 zł 1,5%
Kraków 4 183,20 zł 6 586,21 zł 1,5%
Łódź 3 694,50 zł 3 899,60 zł 45,4%
Wrocław 4 239,00 zł 5 600,64 zł 3,0%
Poznań 4 847,40 zł 5 589,83 zł 15,7%
Gdańsk 4 338,90 zł 5 548,04 zł 9,0%
Szczecin 3 697,20 zł 4 196,86 zł 18,1%
Bydgoszcz 3 720,15 zł 3 717,65 zł 28,1%
Lublin 3 780,68 zł 4 877,54 zł 5,9%
Katowice 3 905,55 zł 4 090,64 zł 51,1%
Chojnice (pomorskie) 3 700,35 zł 2 768,75 zł 82,4%
Żyrardów (mazowieckie) 3 160,09 zł 3 124,44 zł 27,4%
Nowa Sól (lubuskie) 2 965,50 zł 2 218,67 zł 46,9%
Brzeg (opolskie) 2 885,85 zł 2 764,56 zł 6,1%
Krotoszyn (wielkopolskie) 3 438,90 zł 2 803,21 zł 29,4%
Białogard (zachodniopomorskie) 3 203,10 zł 2 285,65 zł 67,6%
Lubartów (lubelskie) 3 242,55 zł 3 232,78 zł 54,5%
Grajewo (podlaskie) 3 169,80 zł 2 789,39 zł 100,0%
Żnin (kujawsko-pomorskie) 3 050,55 zł 2 595,77 zł 100,0%
Wieluń (łódzkie) 3 008,25 zł 2 617,12 zł 27,5%
Źródło: ceny ofertowe z Domiporta.pl obniżone o 5% założenia: mieszkania o powierzchni do 75 mkw. położone w granicach miasta

W mniejszych miastach będzie łatwiej o MdM

Home Broker i Domiporta.pl sprawdziły podaż mieszkań z drugiej ręki w 10 losowo wybranych miejscowościach z całej Polski. I np. w Białogardzie, Lubartowie i Nowej Soli około połowy mieszkań wystawionych na sprzedaż mieści się w limicie. W Chojnicach, Grajewie i Żninie jest to zdecydowana większość, a jedynym sprawdzonym przez nas niewielkim miastem z bardzo niską dostępnością mieszkań z rynku wtórnego w MdM (poniżej 10 proc.) jest położony w woj. opolskim Brzeg. Jednak jest ona tam i tak kilkukrotnie wyższa od tej w Krakowie, Wrocławiu i Warszawie.

Maciej Górka z Domiporta.pl zwraca jednak uwagę na jeszcze jedno zjawisko. – Lokalne rynki, których średnie ceny metra kwadratowego plasuje się poniżej limitów, będą podnosić ceny, aby dorównać do wymagań MdM, tak jak działo się na rynku pierwotnym w Łodzi. Niestety działa to na szkodę klientów, którzy nie wspierają zakupu nieruchomości kredytem hipotecznym – mówi. Możemy więc mieć do czynienia z sytuacją, w której w jednych miastach sprzedający będą obniżać ceny, by zmieścić się w limicie (tam gdzie limit jest dość niski), a w innych podnosić, bo i tak będzie można dostać dopłaty (tam gdzie limit jest wysoki).

Przede wszystkim jednak dołączenie rynku wtórnego do programu MdM pomoże potencjalnym kupującym z małych miast, zwiększając znacząco dostęp do kredytów z dopłatą w tych lokalizacjach, gdzie wcześniej było o nie bardzo trudno. Ułatwi też życie tym, którzy w dużych miastach kupują tanie mieszkania z rynku wtórnego, choć należy pamiętać, że w niektórych lokalizacjach nieruchomości spełniających warunki programu jest niewiele.

 

Gotówka mile widziana

Warto jednak zauważyć, że wiele z tanich mieszkań jest w niskim standardzie i ich zakup wymagać będzie potem dodatkowych nakładów finansowych na remont czy choćby odświeżenie. Z drugiej strony, kupno mieszkania od dewelopera też wymaga gotówki na urządzenie i średnio jest to więcej niż w przypadku rynku wtórnego.

Home Broker wyjaśnia: Skąd biorą się limity cenowe w „Mieszkaniu dla młodych”?

Do wyznaczenia limitów wykorzystywane są wskaźniki przeliczeniowe kosztu odtworzenia 1 mkw. powierzchni użytkowej budynków mieszkalnych w danej gminie, publikowane przez wojewodów. Do obliczeń brana jest średnia arytmetyczna z dwóch ostatnich odczytów wskaźnika (zmienia się on co pół roku). Limit cenowy dla rynku pierwotnego jest tą średnią powiększoną o 10 proc., pomysł włączenia rynku wtórnego zakłada, że limit dla mieszkań z drugiej ręki będzie w/w średnią pomniejszona o 10 proc.

Wskaźniki są inne dla siedzib wojewodów i sejmików samorządowych i inne dla reszty województwa. Wyjątkiem są gminy sąsiadujące z miastami wojewódzkimi, gdzie pod uwagę brana jest średnia arytmetyczna z limitu dla stolicy województwa i reszty województwa. Z zastrzeżeniem jednak, że nie może to wskaźnik ten nie może być wyższy o więcej niż 20 procent od limitu w pozostałych gminach.

Marcin Krasoń