Wynagrodzenia członków zarządu w 2011

Swoich członków zarządu w 2011 r. najwyżej opłacało TVN S.A. z przeciętnym oferowanym uposażeniem na poziomie około 4,5 mln zł. Przeciętne wynagrodzenia w „TOP 10” najlepiej płacących spółek mieściły się w przedziale 1,7 -4,5 mln zł, przy średniej wynoszącej ok. 2,3 mln zł. Przedsiębiorstwa ze wszystkich trzech analizowanych indeksów znalazły się w „TOP 10”, choć analogicznie jak w roku ubiegłym najsilniejsza reprezentacja w tej grupie przypadła na WIG20 (4 spółki).

Struktura właścicielska spółki wciąż nie pozostaje bez wpływu na poziom wynagrodzeń, co obserwujemy po raz kolejny w tegorocznym badaniu. Najwyraźniej widać to na przykładzie spółek z dużym udziałem Skarbu Państwa, które oferują znacznie niższe wynagrodzenia niż pozostałe przedsiębiorstwa z właściwych indeksów (średnio o ok. 30% mniej niż spółki w WIG20 i 25% mniej niż mWIG40). Warto zauważyć, że w przypadku WIG20 różnica ta pogłębiła się w stosunku do roku 2010 o ok. 10 pkt. procentowych.

Jak kształtowane są i od czego zależą wynagrodzenia członków zarządu?

Płaca zasadnicza członków zarządów zależy przede wszystkim od wielkości organizacji i stopnia skomplikowania biznesu, co wyraża się najczęściej przyporządkowaniem spółki do danego indeksu giełdowego, kapitalizacją rynkową (największa korelacja), wielkością aktywów i poziomem przychodów. Niebagatelne znaczenie ma sam fakt notowania spółki na giełdzie i wiążące się z tym obowiązki – jak choćby wymóg prezentacji informacji o wypłaconym wynagrodzeniu – i ponoszona odpowiedzialność.

W 2011 r. ok. 55% wynagrodzenia prezesów i członków zarządów największych spółek z GPW stanowiło wynagrodzenie zasadnicze, podobnie jak miało to miejsce rok wcześniej. Na przestrzeni ostatniego roku wzrósł natomiast udział wynagrodzenia zmiennego (z 28% do 35%) kosztem pozostałych składników tj. dodatkowych świadczeń, takich jak prywatna opieka medyczna, dodatkowy urlop płatny itp. oraz wynagrodzenia z tytułu pełnienia funkcji w jednostkach zależnych i stowarzyszonych. Najpopularniejszymi miernikami, od których zależy płaca zmienna pozostają EPS i EBITDA.

„Pomimo wzrostu udziału płacy zmiennej w całości pakietu, polskie systemy premiowe nadal pozostają relatywnie mało agresywne w porównaniu z rozwiązaniami stosowanymi np. w USA, czy Wielkiej Brytanii, gdzie płaca zmienna zwykle przewyższa płacę zasadniczą i stanowi około 60% pakietu” – stwierdza Artur Kaźmierczak, dyrektor zespołu HR Consulting w PwC.

Zainteresowanie długookresowymi planami motywacyjnymi w Polsce kształtuje się na podobnym poziomie jak w roku poprzednim (ok. 42%). Najbardziej popularną formą nadal pozostają opcje menedżerskie (najczęściej na akcje nowej emisji), które są stosowane w ok. 80% tego typu zachęt. Na drugim miejscu pod względem popularności w Polsce znajdują się programy oparte na akcjach spółki lub podmiotu dominującego (ok.9%).

„Pod tym względem zdecydowanie jako Polska odbiegamy od trendu występującego na rozwiniętych rynkach finansowych, gdzie od pewnego czasu obserwuje się spadek zainteresowania opcjami. Przykładowo w Wielkiej Brytanii aż 90% programów długoterminowych jest opartych na akcjach za wyniki (tzw. performance shares), a jedynie niecałe 10% to programy opcyjne” – podkreśla Artur Kaźmierczak. „W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że stosunkowo niewiele firm, które motywują kadrę menedżerską tego typu systemami (40%) wprowadziło nowe programy lub przyznało nowe nagrody długoterminowe w 2011 roku, podczas gdy większość raczej skoncentrowała się na realizacji kolejnych transzy na podstawie wcześniej przyjętych programów.”

Badanie PwC obejmuje wynagrodzenia kadry zarządzającej 140 spółek giełdowych w 2011 r. w ujęciu branżowym, z podziałem na poszczególne indeksy GPW: WIG20, mWIG40 i sWIG80 według składu indeksów na dzień 31 grudnia 2011 roku.

Szef GDDKiA na temat wykorzystania tegorocznego budżetu na budowę dróg

– Tempo prac na poszczególnych budowach rzeczywiście spada – mówi Lech Witecki, Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad. Problemy finansowe firm budowlanych i spowolnienie prac z tym związane może oznaczać, że z tegorocznego budżetu na budowę dróg nie wszystko zostanie wydane.

Jak przyznaje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria szef GDDKiA, nie na wszystkich inwestycjach, które zostały zakontraktowane, tempo prac idzie zgodnie z przyjętym haromonogramem. Przykładem mogą być dwa odcinki autostrady A1.

– Do momentu, kiedy nie wyjaśni się sprawa konsorcjum wszystkich firm i ich kondycji finansowej na tym kontrakcie, prace nie będą prowadzone w takim zakresie, w jakim potrzeba – podkreśla Lech Witecki.

Prace zahamowało ogłoszenie upadłości polskich spółek w konsorcjum budującym trzy odcinki A1, czyli PBG oraz Hydrobudowy. Na razie ustalono, że część prac od PBG przejmie irlandzka firma SRB.

Firmy czekają również na decyzje polityków. W środę minister skarbu Mikołaj Budzanowski zapowiedział, że rząd rozważa dwie opcje pomocy PBG: dofinansowanie od państwa w wysokości 385 milionów złotych lub wykupienie kilku spółek należących do grupy.

To może być zaledwie początek problemów w drogownictwie. Przedstawiciele branży alarmują, że w najbliższym czasie ze względu na zmniejszającą się liczbę inwestycji, drogie materiały i zatory płatnicze, firmy budowlane będą musiały ratować się przed bankructwem na różne sposoby. Najbardziej prawdopodobnym, bo przynoszącym najszybsze efekty, będą zwolnienia. Eksperci szacują, że prace może stracić nawet 150 tysięcy osób.

– Te problemy mogą mieć wpływ na poziom wydatkowania środków w naszym budżecie zaplanowanym na ok. 30 mld zł. Może być niższy – przyznaje Lech Witecki.

Dlatego Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w ubiegłym tygodniu wprowadziła usprawnienie, które przyspieszy wypłatę środków dla wykonawców za część zrealizowanych prac.

– Udało nam się uzgodnić procedurę, dzięki której moglibyśmy przyśpieszyć proces składania przejściowych świadectw płatności przez generalnego wykonawcę. Czyli jak wykonawca złoży do nas ten dokument za faktycznie wykonane prace, równolegle moglibyśmy mu wypłacić część pieniędzy – wyjaśnia szef GDDKiA. – To jest reakcja na to, co dzieje się w sektorze bankowym. W niektórych przypadkach umowy kredytowe są wypowiadane generalnym wykonawcom.

Z szacunków GDDKiA wynika, że jeszcze w lipcu około 300 mln może wpłynąć na kontrakty i poprawić ich płynność finansową.

To już kolejne takie narzędzie, proponowane przez GDDKiA. Kilka miesięcy temu wprowadzono przyspieszone płatności.

– Mamy termin umowny do 48. dnia średnio w kontraktach. Udało nam się zmobilizować wykonawców, że jeśli złożyli komplet dokumentów w terminie, mogliśmy wypłacić te pieniądze wcześniej, niektórym nawet po jednym lub po dwóch dniach – przypomina Lech Witecki.

Jego zdaniem to usprawnienie pozytywnie wpłynęło, m.in. na budowę odcinka C autostrady A2. Zaproponowane wcześniej rozwiązanie uwzględnia też interesy podwykonawców. GDDKiA wymaga teraz oświadczeń i weryfikuje proces płacenia podwykonawcom przez generalnych wykonawców.

– Płacimy szybciej wszystkim tym, którzy też szybko regulują swoje zobowiązania wobec partnerów. Nawet w niektórych przypadkach jesteśmy w kontakcie z podwykonawcami. Można znaleźć wiele przykładów na to, że płacimy bezpośrednio podwykonawcom zatwierdzonym, a nie generalnemu wykonawcy, oczywiście za jego zgodą, żeby usprawnić cały proces – tłumaczy Witecki.

Wynagrodzenia prezesów spółek giełdowych w 2011 r.

Wynagrodzenia członków zarządu rosną szybciej niż pozostałych pracowników. Wzorem rynków zachodnich w płacach osób zarządzających stopniowo zwiększa się udział wynagrodzenia zmiennego.

Najwyższe średnie roczne wynagrodzenie dla osób zarządzających oferuje sektor mediów i rozrywki (ok. 2,8 mln zł) oraz sektor finansowy (w tym ubezpieczenia – ok. 2,82 mln zł, bankowość – ok. 1,88 mln zł oraz rynek kapitałowy – ok. 1,58 mln zł). Spółki z indeksu WIG20 przeciętnie płaciły swoim prezesom i członkom zarządu ok. 1,75 mln zł rocznie (w porównaniu z 1,4 mln zł rok temu) tj. prawie 1,5 raza więcej niż spółki z mWIG40 i prawie dwa razy więcej niż te z sWIG80 – wynika z najnowszego badania PwC „Wynagrodzenia zarządów największych spółek giełdowych w 2011 roku”. W sumie w porównaniu z rokiem ubiegłym, wynagrodzenia osób zarządzających wzrosły o ok. 18%. Co ciekawe, znacznie wyższy (25%) wzrost uposażeń można było zaobserwować w przypadku wynagrodzeń prezesów niż pozostałych członków zarządu (14%).

„Większość spółek objętych badaniem zanotowała w ostatnim roku poprawę wyników, co przełożyło się na wzrost premii wypłacanych w 2011 r. w porównaniu do lat ubiegłych. Wyższa premia w połączeniu z nawet umiarkowanym wzrostem części stałej wynagrodzenia spowodowała 18% wzrost całkowitego uposażenia widoczny w tegorocznych danych. Wyższe premie oznaczają jednak nie tylko wyższą wypłatę, ale także świadczą o pewnej zmianie zachodzącej w strukturze wynagrodzeń osób zarządzających” – podkreśla Barbara Mierzejewska, menedżer w zespole HR Consulting w PwC.

W porównaniu z rokiem ubiegłym, udział premii w stosunku do innych składników wynagrodzenia krótkoterminowego prezesów i członków zarządów wzrósł z 28% do 35% w roku 2011. Trend ten powinien cieszyć akcjonariuszy, gdyż w coraz większym stopniu wynagrodzenie staje się uzależnione od wyników spółki, co przybliża nas do bardziej zaawansowanych rynków finansowych. Udział części ruchomej wynagrodzenia zwiększył się w ostatnim roku głównie kosztem takich składników pakietu krótkoterminowego jak świadczenia dodatkowe i wynagrodzenia od jednostek zależnych i stowarzyszonych.

W której branży zarabia się najwięcej?

Porównując rok do roku w ujęciu branżowym, warto zauważyć, że w pierwszej dziesiątce najlepiej płacących branż znajdują się praktycznie te same sektory, co w roku ubiegłym. Wyjątek stanowi energetyka, która z 18 miejsca w 2010 r. weszła w 2011 r. na pozycję 9 zastępując firmy deweloperskie, które spadły z 9 na 17 miejsce w rankingu.

„Spółki z WIG20 – znacząco przewyższają spółki z indeksów mWIG40 oraz sWIG80 pod względem kapitalizacji rynkowej, aktywów i przychodów – w konsekwencji oferują zarządom znacznie wyższe przeciętne wynagrodzenia. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że o ile w przypadku bankowości wysokość wynagrodzeń jest ściśle skorelowana z wielkością spółki mierzoną wartością aktywów i kapitalizacją rynkową, o tyle spółki mediowe i rynku kapitałowego nie odbiegają pod względem wielkości od firm z innych branż a ich zarządy są relatywnie sowicie wynagradzane. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na przedsiębiorstwa z sektora surowcowego, które pomimo swojej znacznej wielkości relatywnie skromnie wynagradzały osoby zarządzające” – komentuje Dominika Jędrzejewska, starszy konsultant w zespole HR Consulting w PwC.

Wśród dziesiątki najlepiej zarabiających prezesów zarządów roczne wynagrodzenie krótkoterminowe w 2011 r. mieściło się w przedziale od ok. 3,4 mln zł (pan Luigi Lovaglio– Prezes Zarządu Pekao S.A.) do ok. 11,9 mln zł (pan Janusz Filipiak – Prezes Zarządu COMARCH S.A.), przy średniej wynoszącej ok. 6,0 mln zł.

Badanie PwC obejmuje wynagrodzenia kadry zarządzającej 140 spółek giełdowych w 2011 r. w ujęciu branżowym, z podziałem na poszczególne indeksy GPW: WIG20, mWIG40 i sWIG80 według składu indeksów na dzień 31 grudnia 2011 roku.

Operator marketów Media Expert przejmuje Avans

Spółka Open Media (spółka celowa, powołana w celu zakupu sieci) złoży do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wniosek o zgodę na przejęcie ponad 100 elektromarketów – AVANS. To jedna z większych transakcji na rynku dystrybutorów sprzętu Multimedia, RTV i AGD w ostatnich latach. Open Media jest powiązana ze spółką Domex, która zarządza częścią marketów sieci Media Expert (ok. 70 sklepami na ponad 260).

– Liczymy, że decyzja Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zostanie wydana w możliwie jak najszybszym terminie. Jest to dla nas, jako nowych właścicieli istotne, z uwagi na konieczność podjęcia planowanych działań biznesowych, związanych z odbudową siły marki AVANS – mówi Arkadiusz Tomala, Prezes Zarządu Open Media Sp. z o.o.

Nowy właściciel planuje budowę biznesu w oparciu o markę AVANS, która kilka lat temu posiadała wysoki udział w sprzedaży detalicznej i cieszy się wysoką rozpoznawalnością.

– Pozytywna decyzja UOKiK pozwoli nam na realizację założonych działań, m.in. rozwój sieci na terenie całego kraju. Planowane jest również dokładne przyjrzenie się ofercie sklepów i jeszcze lepsze dostosowanie jej do oczekiwań klientów z naciskiem na rozwój sprzedaży internetowej – dodaje Arkadiusz Tomala.

Przejęcie sieci AVANS jest niepowtarzalną okazją, a jednocześnie szansą na odtworzenie siły marki oraz na przywrócenie jej wiarygodności kupieckiej. AVANS, dzięki doświadczeniu nowych właścicieli, którzy z sukcesem wprowadzili na rynek markę Media Expert i której obecnie są współwłaścicielami, ma szansę odbudować swoją pozycję w branży, poprzez umocnienie brandu oraz dostosowanie się do dzisiejszych wymagań rynkowych, a poprzez to na odniesienie sukcesu.

W rankingu zrealizowanym przez dziennik Rzeczpospolita w 2011 roku marka AVANS została wyceniona na ponad 133 mln złotych.

Prezes Urzędu Zamówień Publicznych o rażąco niskich cenach w przetargach

– To nie cena jako jedyne kryterium w przetargach, jest dziś problemem. Jest nim składanie ofert z rażąco niskimi cenami – uważa Jacek Sadowy, prezes Urzędu Zamówień Publicznych. – Na tym chcemy się skoncentrować i to uważamy za element pilnych i szybkich zmian w systemie zamówień publicznych. Zdaniem prezesa, to pomogłoby zapobiegać w przyszłości takim sytuacjom, jakie występują teraz w drogownictwie.

Zamiana ustawy Prawo zamówień publicznych ma być lekarstwem na problemy, o których mówi się od dawna, a które były szczególnie widoczne w przypadku realizacji projektów infrastrukturalnych przed Euro 2012, głównie przy budowie autostrad. Chodzi przede wszystkim o ceny, oferowane przez firmy starające się o zamówienie.

– Chcemy, by instytucje zamawiające w sposób bardziej szczegółowy badały ceny, które są podawane przez wykonawców na etapie postępowania zamówień publicznych – mówi Jacek Sadowy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – To w celu ewentualnej weryfikacji, czy te ceny są realne, czy nie są przypadkiem cenami dumpingowymi, rażąco niskimi.

Szef Urzędu podkreśla, że jest to konieczne, by nie dochodziło w przyszłości do podobnych sytuacji, jakie mamy dziś, a więc realizowania kontraktów poniżej poziomu kosztów.

Proponowane przez Urząd Zamówień Publicznych zmiany w ustawie, nie poruszają kwestii wprowadzenia innych niż cenowych, obligatoryjnych kryteriów, decydujących o zwycięstwie w przetargu.

– Dzisiaj ustawa Prawo zamówień publicznych daje możliwość stosowania, obok ceny, również innych kryteriów oceny ofert – tłumaczy szef UZP. – Jest to dość elastyczny mechanizm i uważamy, że nie cena, jako jedyne kryterium jest tu problemem.

Branża budowlana musi dziś mierzyć się z problemami, jakich nie doświadczała od dawna. Głównym jest słabnąca koniunktura. Prezes Urzędu Zamówień Publicznych przekonuje, że przyczyn kryzysu w branży jest więcej.

– Pierwsza kwestia to jest wzrost konkurencyjności w systemie zamówień publicznych, co nas z jednej strony cieszy, ale z drugiej strony wywołuje dużą presję na wykonawców ze schodzeniem z cenami składanymi w trakcie postępowania – mówi Jacek Sadowy.

Realizacja kontraktów na granicy ryzyka wobec wzrostu cen materiałów czy kosztów podwykonania, powoduje, że kontrakty, które na początku zawierały pewien margines zysku, stają się nieopłacalne z punktu widzenia wykonawcy.

– Problemem są także kwestie konkurencji, braku efektywnej możliwości weryfikowania cen i jednocześnie wzrostu cen w okresie między zawarciem umowy a wykonaniem zamówienia publicznego – dodaje szef UZP.

Wysokość płacy minimalnej w 2013 r. – więcej znaczy lepiej?

Zarówno związki zawodowe, jak i pracodawcy krytykują rządową propozycję podwyżki do kwoty 1600 zł brutto, tyle że z zupełnie innych powodów. Porozumienie musi zostać osiągnięte przed 15 lipca.

Jeśli związkowcy i pracodawcy nie porozumieją się w ciągu kolejnych dwóch dni, wysokość płacy minimalnej ustali rząd. Będzie mieć na to czas do 15 września tego roku.

Dotychczasowa propozycja rządu zakłada podwyżkę o 100 zł brutto. To oznacza, że każdego miesiąca do kieszeni najmniej zarabiających pracowników trafiałoby 1 181 złotych.

Krytycznie do pomysłu podniesienia płacy minimalnej podchodzą pracodawcy. Ich zdaniem każda kolejna podwyżka kosztów pracy może zniechęcić przedsiębiorców do zatrudniania pracowników.

Prof. Jan Winiecki, członek Rady Polityki Pieniężnej, również krytykuje propozycję rządu. Według ekonomisty, podwyższanie płacy minimalnej w momencie, kiedy gospodarka spowalnia, uderza w konkurencyjność firm.

– Wszyscy się mierzą do tego podstawowego stopnia, jakim jest płaca minimalna. Jeżeli ten stopień się podniesie, to będzie generować presję na przywrócenie dawnych proporcji płacowych między fachowcami a tymi najsłabszymi zawodowo. To jest ten mechanizm nakręcający presję płacową w dosyć trudnych warunkach makroekonomicznych – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria ekonomista i członek Rady Polityki Pieniężnej.

Argumentacja ta nie przekonuje związkowców, którzy chcieliby, aby płaca minimalna równała się połowie średniego wynagrodzenia. Według NZZ „Solidarność” powinno to być 1626 zł, a OPZZ chce 1676 zł brutto.

Zdaniem prof. Winieckiego większą podwyżką płacy minimalnej rząd może bardziej zaszkodzić niż pomóc najsłabiej zarabiającym.

– Jeżeli rząd zatroszczy się o podniesienie płacy minimalnej, przedsiębiorcy wypłacą ją tylko tym, którzy są w stanie na nią zapracować. A tych, których wydajność pracy będzie niższa, będą zwalniać. Więc jednym się robi dobrze, a drugim – źle – tłumaczy ekonomista.

Tegoroczna płaca minimalna, która wynosi 1,5 tys. zł, to niewiele ponad 40 proc. średniego wynagrodzenia. Zgodnie z ustawą, każdego roku płaca minimalna powinna być podwyższana o planowany wskaźnik inflacji.

Polacy mają prawie 1 bln zł oszczędności

Oszczędności zgromadzonych przez polskie gospodarstwa domowe osiągnęły rekordowy poziom 960 mld zł, z czego aż 500 mld zł stanowią bezpieczne bankowe. Co prawda przez ostatnie 10 lat oszczędności wzrosły dwukrotnie, ale wciąż plasujemy się pod tym względem na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Średnio depozyt na mieszkańca jest 2 razy niższy niż w Czechach i aż 9 razy niższy niż w Belgii – wynika z raportu przygotowanego przez ekspertów banku BGŻOptima.

Oszczędzamy coraz mniej. Stopa oszczędzania, rozumiana, jako procent dochodu do dyspozycji gospodarstwa domowego, jaki jest odkładany, spada w Polsce od 15 lat i stanowi obecnie około 5 proc.

– To jest dosyć mało porównując do innych krajów Zachodniej Europy. Niemcy czy Belgowie oszczędzają dwa razy więcej w porównaniu do swojego dochodu do dyspozycji – mówi dyrektor banku BGŻOptima Piotr Grzybczak.

Wniosek: Polacy zdecydowaną większość swoich dochodów przeznaczają na konsumpcję, a większe wydatki pokrywają nie z oszczędności, a z kredytów. Zdaniem Piotra Grzybczaka to efekt przyspieszonego tempa wzrostu gospodarczego w ostatnim czasie.

W Polsce średni depozyt na mieszkańca to około 12 tysięcy złotych.

– Dla porównania w Czechach ta liczba wynosi 2,5 razy więcej niż w Polsce, mimo że dochód na mieszkańca w Czechach jest zbliżony do polskiego. Rekordzistami w Europie są Belgowie. Mają prawie 26 tysięcy euro oszczędności na mieszkańca, co jest prawie dziesięć razy wyższą liczbą od polskiej – zauważa Piotr Grzybczak.

Jak podkreśla dyrektor BGŻOptima w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, Polacy wciąż oszczędzają bardzo konserwatywnie. 10 proc. naszych oszczędności to gotówka, którą trzymamy w domu. Unikamy lokowania pieniędzy w bardziej ryzykownych aktywach, a najchętniej korzystamy z krótkoterminowych lokat, które systematycznie odnawiamy. Gotówka i depozyty, czyli najbezpieczniejsze formy gromadzenia pieniędzy, to łącznie ponad 60 proc. naszych oszczędności, podczas gdy w krajach Zachodniej Europy ta liczba waha się od 30 do 40 proc.

Z raportu banku wynika również, że po likwidacji popularnych lokat jednodniowych, które były zwolnione z podatku Belki, poziom depozytów przestał rosnąć. Zdaniem Piotra Grzybczaka to powinno wkrótce ulec zmianie, ponieważ – zgodnie z prognozami ekspertów banku – stopa oszczędzania również powinna wzrastać.

Może się to stać dzięki nowej ofercie banków, namawiającej klientów do długoterminowego oszczędzania. Nowe regulacje dla banków, jak Bazylea III, do której wdrożenia przygotowuje się polski sektor bankowy, powodują, że udział i znaczenie depozytów terminowych, przynajmniej takich na 6 miesięcy oraz dłuższych, będzie rósł.

– Mamy od tego roku indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego. Wciąż jest interpelacja, żeby te IKZE były jeszcze dla klientów korzystniejsze, na co mocno liczymy, bo to oszczędzanie na emeryturę jest ważne dla klientów. Jest ważne również dla gospodarki, ponieważ pozwala dać gospodarce długoterminowe finansowanie – mówi Grzybczak.

Inwestycje, które szczególnie pobudzają gospodarkę, potrzebują właśnie takiego finansowania, które zwykle pochodzi z importu kapitału zagranicznego bądź z długoterminowych depozytów. Zdaniem dyrektora BGŻOptima w sytuacji, z jaką mamy do czynienia, kiedy chęć eksportowania kapitału do Polski jest na Zachodzie nieco mniejsza, to oszczędności są niezbędne, żeby finansować gospodarkę.

– Warto również rozważyć stopniowy powrót na giełdę. Spodziewamy się, że inwestując w długim terminie, na 5 lat, już zaczyna się robić dobry moment, żeby wracać na giełdę, żeby stopniowo, miesiąc po miesiącu swoje zaangażowanie w rynek akcji zwiększać, szukając również tego przysłowiowego dołka, który w najbliższym czasie będzie można już na giełdzie znaleźć – radzi Piotr Grzybczak.

Jak twierdzą eksperci banku, w ciągu ostatnich kilkunastu lat najlepsze średnie stopy zwrotu przynosiły inwestycje w surowce, akcje oraz produkty finansowe o nie oparte. Nadal ciekawym pomysłem pozostaje inwestowanie w ziemię oraz wybrane obligacje korporacyjne dużych przedsiębiorstw, które posiadają stabilną sytuację finansową.

BGŻOptima to pierwszy w Polsce bank internetowy specjalizujący się wyłącznie w oszczędzaniu.

Grupa o2 S.A. planuje debiut na Giełdzie Papierów Wartościowych

Grupa o2 SA, jeden z największych graczy na rynku reklamy internetowej w Polsce, wydawca m.in. takich serwisów jak: o2.pl, Pudelek.pl, Kafeteria.pl i Wrzuta.pl, zamierza zadebiutować na GPW w Warszawie. Spółka planuje ekspansję w nowych segmentach rynku reklamy internetowej, w tym również poprzez akwizycje.

Pierwsza oferta publiczna akcji Grupy o2 SA – piątej co do liczby użytkowników grupy internetowej w kraju – może nastąpić już za kilka tygodni.

– Zależy nam, aby akcje Grupy o2 były plasowane w możliwie najlepszym momencie, dlatego głównym wyznacznikiem najbliższych działań będzie aktualna koniunktura na rynku. Środki od inwestorów przeznaczymy na rozwój posiadanych oraz tworzenie nowych serwisów poszerzających naszą aktualną ofertę reklamową. Ponadto, nie wykluczamy przejęć interesujących podmiotów z naszej branży – komentuje Jacek Świderski, współzałożyciel i członek zarządu Grupy o2.

Grupa o2 SA jest jednym z największych podmiotów na rynku reklamy internetowej w Polsce. Oferta Spółki obejmuje cztery główne segmenty: Display i Wideo, Mailing (m.in. do użytkowników kont pocztowych usługi Poczta o2) oraz Social Media. W tym roku Grupa o2 objęła 30% akcji notowanej na rynku NewConnect spółki Socializer SA, która specjalizuje się w działaniach reklamowych na Facebooku.

– Dzięki sprawdzonemu modelowi biznesowemu, nasza grupa kapitałowa osiąga wysoką rentowność w porównaniu z konkurentami notowanymi na giełdzie, a którzy uzyskują swoje przychody nie tylko z rynku reklamy internetowej. Po raz pierwszy w historii firmy skorzystamy ze środków zewnętrznych, a oferta publiczna pomoże w utrzymaniu wysokiego tempa rozwoju również w kolejnych latach – zauważa Świderski. – Posiadamy czternastoletnie doświadczenie w branży, umiejętność budowania silnych i rentownych marek oraz zdolność reagowania na pojawiające się trendy. Dużo energii poświęcamy na rozwój naszych serwisów, jednocześnie realizujemy kompletnie nowe, w tym również kapitałochłonne projekty. Dla skuteczniejszej realizacji naszej strategii rynkowej chcielibyśmy do naszych atutów dołożyć wsparcie ze strony rynku kapitałowego – dodaje.

W portfolio Grupy o2 SA znajduje się około 70 serwisów internetowych, wśród których najpopularniejsze są: o2.pl, Pudelek.pl, Wrzuta.pl, Kafeteria.pl. Łączna miesięczna liczba użytkowników tych serwisów to blisko 10 milionów (dane na podstawie badania Megapanel PBI/Gemius). Poczta o2 wchodząca również w skład tego portfolio jest obecnie użytkowana przez około 5 mln internautów.

Niniejszy materiał ma wyłącznie charakter promocyjny. Prospekt emisyjny spółki Grupa o2 S.A. („Spółka”), sporządzony w związku z ofertą publiczną i dopuszczeniem akcji Spółki do obrotu na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie S.A., zatwierdzony przez Komisję Nadzoru Finansowego, jest jedynym prawnie wiążącym dokumentem zawierającym informacje o Spółce i publicznej ofercie jej akcji w Polsce. Prospekt emisyjny Spółki zostanie opublikowany i będzie dostępny na stronie internetowej Spółki pod adresem www.grupao2.pl oraz na stronie internetowej oferującego – Domu Inwestycyjnego BRE Banku S.A. pod adresem www.dibre.pl.

Raport MEC: Kobiety, mężczyźni i ich smartfony

Z badań przeprowadzonych przez MEC Analytics and Insight wynika, że smartfona posiada więcej mężczyzn niż kobiet (68% vs 59%). Także dla mężczyzn posiadanie dostępu do Internetu przez telefon komórkowy jest ważniejsze niż dla kobiet (69% vs 57%.). Ale analizując zachowania Polaków w poszczególnych grupach wiekowych widać wyraźne różnice w sposobie korzystania ze smartfonów.

Kim są posiadacze smartfonów? Wśród osób w wieku 20-24 lata, to kobiety częściej niż mężczyźni są właścicielkami smartfonów, czyli telefonów z dostępem do Internetu (26% i 15%). Te proporcje się wyrównują mniej więcej między 30-34. rokiem życia, a wśród osób powyżej 35 lat dominują już mężczyźni jako posiadacze smartfonów. Biorąc pod uwagę wykonywany zawód właścicieli smartfonów, to studentki i uczennice częściej mają smartfony niż uczniowie i studenci, a mężczyźni posiadający stałą pracę są częściej właścicielami smartfonów niż pracujące na stałe kobiety.

Do czego służą smartfony? Analizując szczegółowe zachowania posiadaczy smartfonów trudno nie zauważyć wpływu płci i wieku na preferowane czynności w Internecie. Generalnie zarówno kobiety jak i mężczyźni równie często korzystają z portali informacyjnych, z poczty służbowej i prywatnej, gier oraz słuchają muzyki. Kobiety częściej niż mężczyźni korzystają z lokalnych portali społecznościowych, Facebooka, komunikatorów, z wyszukiwarek internetowych np. Google, sprawdzają rozkłady jazdy. Mężczyźni częściej niż kobiety wykorzystują smartfona do załatwiania spraw finansowych, lokalizują obiekty, oglądają telewizję internetową, strony o treści erotycznej.

Mężczyźni częściej niż kobiety deklarowali instalowanie dodatkowych aplikacji (73% vs 55%). Ponadto generalnie więcej aplikacji zainstalowanych na swoich smartfonach mają mężczyźni, zarówno jeśli chodzi o aplikacje bezpłatne jak i płatne. Kobiety częściej deklarowały sciąganie jedynie darmowych aplikacji. Spośród tych, którzy korzystają z płatnych aplikacji, to mężczyźni częściej niż kobiety wydają do 10 zł miesięcznie na płatne aplikacje (41% vs 37%).

Smartfon w abonamencie czy na kartę? Tak samo często mężczyźni jak i kobiety płacili za korzystanie ze smartfonów w formie abonamentu (58% vs 59%). Natomiast posiadanie smartfona na kartę, czyli prawdopodobnie na własny użytek deklarowało więcej kobiet. Mężczyźni częściej posiadają służbowy smartfon opłacany przez pracodawcę.

Zdecydowana większość kobiet i mężczyzn (71% kobiet i 62% mężczyzn) deklaruje, że średnie miesięczne wydatki nie przekraczają 25-99 zł. Wydatki powyżej 100 zł deklarowali częściej mężczyźni niż kobiety, zarazem mężczyźni częściej niż kobiety deklarowali wykupienie dodatkowego pakietu danych internetowych (45% vs 35%).

Badanie przeprowadzono metodą CAWI na próbie 3365 respondentów.

Inwestorzy nie wierzą w Hiszpanię

Brak ważnych publikacji makroekonomicznych łatwo uśpił inwestorów w poniedziałkowej sesji. Senna sesja nie zachęcała do aktywności handlujących. Jedynym punktem odniesienia była Hiszpania, gdzie uwagę przykuwała wysoka rentowność rządowych bonów skarbowych.

To właśnie niepokojąca sytuacja w Madrycie zmusiła inwestorów do pozbywania się akcji na giełdowych parkietach. Obawy wywołała rosnąca rentowność papierów dłużnych. Zysk z 10-letnich benchmarkowych obligacji Hiszpanii ponownie przekroczył psychologiczny poziom 7 proc. przy którym wcześniej inne państwa strefy euro zmuszone były wystąpić z prośbą o pomoc. W tej sprawie debatowali ministrowie finansów państw strefy euro, na czele z szefem Europejskiego Banku Centralnego (EBC) Mario Draghi. Zarówno on, jak i rzecznik Komisji Europejskiej podkreślali, że bezpośrednie dokapitalizowywanie banków ze środków Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego (EMS) będzie możliwe dopiero, gdy zacznie działać w strefie euro wspólny nadzór bankowy, sprawowany przez EBC. Do tego czasu pomoc dla hiszpańskich banków będzie obciążać dług Madrytu, czego premier Mariano Rajoy chciał uniknąć wymuszając na kanclerz Niemiec Angeli Merkel podczas ostatniego szczytu UE możliwość dokapitalizowywania banków z EMS bez pośrednictwa rządów. Tymczasem wspólny nadzór ma być gotowy przed drugą połową 2013 r., a nawet przed 2014 r. Odległy termin powołania tego urzędu świadczy o tym, że nie jest to łatwy proces, o czym inwestorzy wielokrotnie już się przekonali. Jednocześnie jest to sygnał dla handlujących, że temat Hiszpanii tak szybko nie zniknie z ust polityków, a to oznacza, że momenty niepewności i niepokoju z pewnością dalej będą osłabiać akcję popytową na ryzykowne aktywa.

Tymczasem sesja dla europejskiej waluty przebiegła w dość neutralnym stylu. Niewielkie impulsy wzrostowe przeplatały się z atakami podaży. W rezultacie obraz techniczny dla EUR/USD zmienił się niewiele. Jednakże, niedźwiedzie nadal posiadają przewagę, dlatego zahamowanie tej tendencji będzie niezwykle trudnym zadaniem. Kolejne godziny handlu znów mogą upłynąć w wyniku spadku notowań tej pary walutowej. Niemniej, zanim to nastąpi, rynek będzie musiał nieznacznie odreagować ten cios, dlatego lekkie odbicie(max. do 1,2360) jest realne i będzie naturalnym zachowaniem rynku.

Niewielkie odreagowanie obserwujemy również na rynku GBP/USD. Maksymalny zasięg ruchu na północ to 1,5580. W dłuższym horyzoncie czasowym, celem strony podażowej jest wsparcie 1,5480. Jeśli presja podaży będzie duża i kurs zanurkuje poniżej 1,5480 to droga w rejon 1,5280 zostanie otwarta.

Silna wyprzedaż euro zaszkodziła polskiemu złotemu, który także nie pozostał obojętny na ostatnie wydarzenia w Europie. Z technicznego punktu widzenia ważną rolę w tym procesie odegrało wsparcie na wysokości 3,31-3,32(dołek z 18 i 20 czerwca br.). Wcześniej ta strefa podziałała mobilizująco dla byków, dlatego tym razem sprawdził się czynnik prawdopodobieństwa. Skala odbicia była tak duża, że kurs przełamał opór 3,42, który był dodatkowo potwierdzony linią trendu spadkowego. W związku z tym, można oczekiwać kontynuacji wzrostu kursu do 3,49.

W tym tygodniu systematycznie na wartości tracił z kolei frank szwajcarski wobec dolara amerykańskiego. Każda sesja windowała kurs pary walutowej na nowe maksima. Taka tendencja może ulec przedłużeniu w czasie, jednak tempo wzrostu powinno ulec wyhamowaniu, bowiem obecnie znajdujemy się nad ważnym oporem 0,9750, co będzie pomagać rynkowi w wygenerowaniu korekty spadkowej do 0,9680.

Mimo, że od początku czerwca br. na rynku USD/JPY realizuje się trend wzrostowy, byki tracą siły. Przed ustaleniem nowych maksimów, skutecznie blokuje opór na wysokości 80,10. Kilkunastorazowe próby wyjścia nad ten poziom kończyły się niepowodzeniem ze strony byków, dlatego tą słabość może wykorzystać podaż. W konsekwencji kurs może osunąć się w rejon 79,30. Po przełamaniu tego wsparcia, droga dla niedźwiedzi w rejon 78,80 zostanie otwarta.

Wysokie ceny paliw są niebezpieczeństwem dla całej gospodarki

Statystycznego Polaka wciąż nie stać na tankowanie. Jego niemiecki kolega może za swoją pensję kupić cztery razy więcej benzyny. Polska Izba Paliw Płynnych sugeruje, by rząd zastanowił się nad rozwiązaniami urealniającymi ceny paliw. – Jeżeli w każdym z obszarów uda się poszukać oszczędności o kilka groszy, to będziemy mówili o sukcesie – mówi Halina Pupacz, prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych (PIPP).

Średnie ceny paliw w Polsce wciąż należą do jednych z najniższych w Europie. Jednak siła nabywcza Polaków ogranicza ich dostęp do paliw. W krajach „starej piętnastki” UE wciąż zarabia się o wiele lepiej.

– Średnia płaca np. w Niemczech to jest 2600 euro, w Polsce – 800 euro, a ceny paliw są na bardzo zbliżonym poziomie, różnią się o kilkanaście groszy – tłumaczy Halina Pupacz, prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych.

Dziś za litr popularnej 95-tki płacimy średnio 5,64 zł (dane z 6 lipca). Statystyczny Francuz czy Niemiec za litr tego samego paliwa musi zapłacić 6,74 zł, a Włoch – nawet 7,34 zł.

Ma to wpływ na konkurencyjność i dynamikę gospodarki. Im mniej za naszą pensję możemy kupić, tym wolniej rozwija się nasz rynek.

Dlatego PIPP apeluje do rządu, by podjął działania zmniejszające obciążenia podatkowe na paliwo.

– Jeżeli rząd nie będzie podejmował żadnych decyzji, to w długim terminie trudno jest nam dzisiaj przewidzieć skutki, jakie przyniesie ten wysoki poziom cen paliw dla całej gospodarki. My oceniamy, że będą negatywne – mówi Pupacz.

Szczególnie, że branża paliwowa zdecydowanie oddziałuje na inne sektory gospodarcze. Zdaniem prezes Izby, obserwowane spowolnienie gospodarcze, m.in. w branży budowlanej, może wynikać z wysokich cen na stacjach benzynowych.

Polska Izba Paliw Płynnych podpowiada, że w rozwoju gospodarki pomogłaby pomoc rządu.

– Chodzi o to, żeby o tych wszystkich aspektach podatkowo-prawnych i spekulacyjnych zacząć mówić i zastanawiać się nad wprowadzeniem innych rozwiązań, które pozwolą na urealnienie cen paliw w stosunku do możliwości gospodarek i możliwości nabywczych konsumentów – wyjaśnia Halina Pupacz, prezes Izby, w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Rząd oraz Ministerstwo Finansów wielokrotnie tłumaczyli, że ceny paliw w Polsce nie mogą być już niższe. Tym bardziej, że część z obciążeń regulowana jest na poziomie Brukseli. Według danych resortu finansów nasz kraj korzysta obecnie z najniższych możliwych stawek akcyzowych i opłat paliwowych w całej UE. A te od 1 stycznia 2012 roku wynoszą 359 euro za 1000 litrów benzyny i 330 euro za 1000 litrów oleju napędowego.

Inne rozwiązania dostrzega jednak PIPP.

– Spekulacja cenami i ropą naftową, wysokość podatków akcyzowych i podatku VAT – o tym należy rozmawiać. Jeżeli w każdym z tych obszarów uda się poszukać oszczędności nawet o kilka groszy, to będziemy mówili o sukcesie. Nie będziemy już wówczas mówić o stabilnym poziomie prawie 6 złotych za litr paliwa, tylko będziemy szukać poziomu niższego, który będzie dawał możliwości rozwoju gospodarczego – podpowiada Halina Pupacz.

W Europie nadchodzą czasy coraz droższego paliwa. UE promuje samochody zużywające minimalną ich ilość np. pojazdy hybrydowe czy elektryczne, dlatego chce zwiększać obciążenia na tradycyjne paliwo.

Komisja Europejska proponuje kolejne podwyżki podatku akcyzowego. Jeżeli to zrobi, od 2018 roku diesel i popularny u nas gaz będą jeszcze droższe – kolejno o 25 gr i 80 gr na litrze. Jedynym ratunkiem dla kierowców mogą być obniżki cen ropy naftowej na światowych rynkach i umacniający się złoty. A do tego potrzebna jest korzystna koniunktura i stabilizacja m.in. na Bliskim Wschodzie.

PZU kontynuuje restrukturyzację zatrudnienia

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Zarządy PZU SA i PZU Życie SA kontynuują restrukturyzację zatrudnienia i w dniu dzisiejszym poinformowały związki zawodowe o zamiarze przeprowadzenia kolejnych zwolnień grupowych. Decyzja jest konsekwencją realizacji planu restrukturyzacji przedsiębiorstwa przyjętego na lata 2010 – 2012. Wzorem poprzednich lat, w związku z przeprowadzaniem zwolnień grupowych PZU planuje uruchomienie specjalnego programu, który pomoże pracownikom objętym restrukturyzacją w poszukiwaniu nowego miejsca zatrudnienia.

Zgodnie z prawem, proces zwolnień poprzedzony będzie konsultacjami ze związkami zawodowymi działającymi w spółkach.

Kolejny etap restrukturyzacji zatrudnienia w zamierzeniu ma objąć ok. 950 pracowników PZU SA i PZU Życie SA zatrudnionych w jednostkach specjalistycznych, oddziałach regionalnych i w centrali spółek – przy czym blisko 600 osób otrzyma ofertę kontynuacji zatrudnienia w strukturach Grupy PZU, gdyż spółki zamierzają zmienić tym pracownikom warunki zatrudnienia w drodze porozumienia zmieniającego lub wypowiedzenia zmieniającego.

– Restrukturyzacja zatrudnienia jest konsekwencją realizacji wielu projektów polegających na upraszczaniu procesów pracy i ograniczaniu kosztów. Niebawem zaczniemy rozmowy ze związkami zawodowymi. Mamy nadzieję na konstruktywną dyskusję i szybkie zawarcie porozumienia. Naszym celem jest również zapewnienie pracownikom objętym zwolnieniami korzystniejszych warunków odejścia niż gwarantują to przepisy prawa – mówi Olga Zarachowicz, dyrektor zarządzający ds. HR w Grupie PZU.

Oprócz odpraw gwarantowanych przez tzw. ustawę o zwolnieniach grupowych, PZU chce wypłacić dodatkową odprawę zwalnianym pracownikom, którzy zawrą porozumienie o rozwiązaniu stosunku pracy. Zasady związane z procesem zwolnień grupowych oraz wysokość wypłacanych świadczeń będą przedmiotem konsultacji ze stroną społeczną.

7 na 10 Polaków nie ufa agentom biur podróży

68 proc. Polaków nie ma zaufania do agentów biur podróży – dowodzą tego wyniki tegorocznego badania European Trusted Brands. Podobne nastroje panują w innych krajach europejskich.

Agenci biur podróży reprezentują profesję, do której zaufanie ma jedynie 32 proc. polskich respondentów. Taka postawa została zadeklarowana w tegorocznej edycji badania European Trusted Brands, które po raz 12 przeprowadziło Reader’s Digest.

Nie jest to pierwszy raz, kiedy w Polsce odnotowany został tak niski poziom zaufania do reprezentantów biur prodróży. W 2011 roku brak zaufania do tej profesji deklarowało 69 proc. ankietowanych Polaków, w 2010 r. – 64 proc.

Średnio we wszystkich 15 krajach europejskich objętych badaniem, agentom biur podróży ufa 34 proc. ankietowanych. Najmniejszym zaufaniem darzą tę grupę zawodową mieszkańcy Chorwacji (9 proc.), Rosji (21 proc.), Portugalii (23 proc.), a także Niemiec (27 proc.) oraz Francji (28 proc.). Największym zaufaniem agenci biur podróży cieszą się w Finlandii (58 proc.) oraz w Belgii i Szwajcarii (50 proc).

***

European Trusted Brands to jedno z największych i najszerzej zakrojonych badań konsumenckich, przeprowadzane w Europie przez Reader’s Digest. Oprócz tematyki marketingowej coroczne badanie European Trusted Brands porusza również tematy społeczne. Pozwala na poznanie dominujących nastrojów mieszkańców Europy, postaw i wartości, które kształtują nasze opinie i decyzje, a także zaufanie do wielu innych aspektów życia.

Badanie European Trusted Brands po raz pierwszy przeprowadzono w 2001 roku. Co roku kontynuowane jest ono w kilkunastu krajach europejskich. Tegoroczna – dwunasta już edycja badania – została przeprowadzona w 15 krajach europejskich. Kraje, które zostały objęte tegorocznym badaniem to: Austria, Belgia, Chorwacja, Czechy, Finlandia, Francja, Holandia, Niemcy, Polska, Portugalia, Rosja, Rumunia, Słowenia, Szwecja oraz Szwajcaria. Wzięło w niej udział 27 467 respondentów.

Badanie realizowano metodą kwestionariusza on-line lub wywiadów pocztowych. Respondenci zostali wybrani spośród wielomilionowej bazy prenumeratorów miesięcznika Reader’s Digest. Jak co roku próba została dobrana tak, aby odzwierciedlała szeroki profil badanej populacji.

Minister środowiska broni polskiego węgla

– Mamy pomysł na politykę klimatyczną – zapewnia Marcin Korolec. Szef resortu środowiska tłumaczy, że chodzi o takie działania, które będą miały na celu, z jednej strony ochronę klimatu, a z drugiej, nie będą negatywnie wpływać na rozwój gospodarczy.

Minister środowiska twierdzi, że realizacja takiej polityki jest możliwa. Należy tylko wypracować odpowiednie mechanizmy działania.

– Chodzi o to, żeby modelować politykę klimatyczną dotyczącą redukcji emisji dwutlenku węgla w taki sposób, by zatrzymywać i rozwijać przemysł w Europie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marcin Korolec.

Żeby nie dopuścić do przeniesienia produkcji do krajów spoza Unii Europejskiej, czyli zapobiec tzw. ucieczce emisji, trzeba wziąć pod uwagę koszty tej polityki dla przedsiębiorców.

Minister Środowiska dodaje, że jego resort przygotował odpowiednie propozycje w tym zakresie, które będzie starał się forsować na forum UE. Mówią o tym, by nie preferowano żadnego ze sposobów wytwarzania energii.

– Precyzując, chodzi o promocję najlepszych technologii związanych z konkretnymi paliwami energetycznymi: ropą, gazem, węglem kamiennym czy brunatnym – wyjaśnia minister środowiska.

Komisja Europejska chce, by uprawnienia do emisji dwutlenku węgla musiały kupować tylko elektrownie wytwarzające więcej CO2, niż jest to konieczne przy produkcji energii z wykorzystaniem najlepszych dostępnych technologii. Unia nie różnicuje jednak tych technologii dla poszczególnych państw. W rezultacie przyjmuje, że najmniej emisyjne są bloki gazowe, stosowane w większości krajów UE.

Jednak gaz, nawet spalany w starych elektrowniach, zawsze emituje mniej CO2 niż najnowocześniejsze elektrownie węglowe. W efekcie niemal cała polska energetyka, oparta o węgiel właśnie, będzie zmuszona do kupowanie uprawnień do emisji.

Minister Środowiska chce natomiast, by Komisja wyznaczyła poziom najniższej możliwej emisyjności (tzw. benchmark) dla każdego kraju z osobna. To zachęciłoby polskie spółki energetyczne do stosowania najlepszych dostępnych technologii węglowych i nie zmuszało do przestawiania sie na drogi gaz importowany z Rosji.

– Karałoby się tylko tych, którzy nie stosują najlepszych możliwych technologii – minister Korolec tłumaczy pomysł Polski na nową politykę klimatyczno-energetyczną.

Minister środowiska zapewnia, że krajowy przemysł stara się nadążać za tempem zmian w dziedzinie ekologii, ale w tym zakresie dużo jest jeszcze do zrobienia.

– Nie ma dzisiaj alternatywy w stosunku do tzw. zielonej gospodarki – mówi Marcin Korolec. – Jeśli przedsiębiorca myśli o sukcesie swojej firmy w perspektywie nie jednego miesiąca czy roku, ale stu lat, musi koncentrować się na tym, żeby jego firma była jak najmniej energochłonna, zużywała jak najmniej materiałów. Żeby te elementy, które przyczyniają się do wzrostu konkurencyjność przedsiębiorstwa były jak najtańsze, ale też w jak najlepszym stopniu adaptowały się do środowiska.

Zmiany technologiczne wiążą się z wysokimi nakładami finansowymi, na które wielu polskich przedsiębiorców, szczególnie w dobie spowolnienia gospodarczego pozwolić sobie nie może.

Wyjściem są odpowiednie programy pomocowe.

– Tu mamy cały szereg instrumentów, czy w ramach Banku Gospodarstwa Krajowego, czy Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, ale to są instrumenty już istniejące – mówi minister środowiska. – Nowych instrumentów prawdopodobnie nie będziemy już wprowadzać

Sieć hipermarketów Tesco uruchamia sklep online

​Tesco wkracza do Internetu – mieszkańcy Warszawy i okolic mogą już robić zakupy w jednej z największych sieci handlowych nie wychodząc z domu. Wkrótce zakupy on-line zrobimy także we Wrocławiu, a do końca roku w kolejnych 6 – 8 miastach.

Serwis dostępny jest pod adresem tesco.pl/ezakupy. Złożenie zamówienia trwa kilka minut, zaś dostawy realizowane są w ramach dwugodzinnych przedziałów czasowych.

Siłą nowej usługi Tesco jest przede wszystkim szeroki asortyment. Dostawy realizowane są z hipermarketów, co oznacza ok. 17 tysięcy produktów do wyboru. Również ceny produktów on-line są takie same, jak w hipermarkecie. Klienci mogą korzystać z wielu promocji na produkty dostępne on-line i zbierać punkty CLUBCARD.

„Teraz to nie my idziemy na zakupy – to sklep przychodzi do nas” – mówi Mariusz Nowak, menedżer działu sprzedaży internetowej Tesco. „Chcemy dać Klientom gwarancję, że produkty dostarczone do domu będą zawsze świeże i wysokiej jakości – jak bezpośrednio w sklepie”. Obietnicę świeżości spełniać mają specjalne samochody dostawcze, wyposażone w chłodnie i mroźnie. Innymi słowy – dostaniemy na próg domu i zimny jogurt, i lody o właściwej temperaturze -18 st. C.

Dostawy trafiają do klienta następnego dnia po złożeniu zamówienia, w wybranych przez klienta dwugodzinnych „okienkach”. Możemy również zamówić zakupy dziś i zarezerwować dostawę później – choćby po to, by szybko uzupełnić braki w lodówce po tygodniowym urlopie. Dostawy realizowane są przez 7 dni w tygodniu, w godzinach 10 – 22. „Klienci szybko dostrzegli plusy wcześniejszego planowania zakupów. Dotychczas najwięcej zamówień otrzymywaliśmy na te dni, gdy w Warszawie rozgrywane były mecze Euro 2012” – dodaje Mariusz Nowak.

Za zakupy dokonane w e-sklepie Tesco zapłacić można kartą przy okazji składania zamówienia lub przy dostawie. Specjalna cena dostawy to 98 groszy. Tesco zapewnia, iż do końca roku usługa będzie dostępna w kolejnych 6 – 8 miastach. Jeszcze w lipcu zakupy on-line z Tesco zrobią m.in. mieszkańcy Wrocławia.

Zawirowania wokół ustawy o zielonej energii

Strategia Enei zakłada pozyskanie do 2020 roku od 250 do 350 MW mocy zainstalowanej w wietrze oraz ok. 60 MW z biogazu. Wiele wskazuje na to, że Enea będzie musiała skorygować te plany. Choć sam prezes zachowuje zimną krew i ze spokojem przygląda się pracom nad ustawą o odnawialnych źródłach energii.

– Musimy wziąć pod uwagę zmieniające się ustawodawstwo w Polsce. Najprawdopodobniej w najbliższym czasie będziemy przyglądali się strategii, zwłaszcza w odległej perspektywie. Rok obecny i kolejny to w zasadzie są już określone i sprecyzowane działania. Natomiast, jeśli chodzi o lata od 2016 w górę, na pewno to nie są plany, o których można powiedzieć, że są pewne i konkretne – przyznaje Maciej Owczarek, prezes Enei.

Planów inwestycyjnych Enei, podobnie jak innych firm z branży, nie ułatwiają przedłużające się prace nad ustawą o odnawialnych źródłach energii. Dodatkowo do laski marszałkowskiej niedawno trafił poselski projekt zmian w ustawie Prawo energetyczne.

Propozycje zakładają przeniesienie wprost zapisów z projektu ustawy o odnawialnych źródłach energii, z wyjątkiem tych, które miały zmienić system dotowania energetyki. To stawia pod znakiem zapytania powstanie ustawy o OZE.

Jednak prezes Owczarek, jak zapewniał w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, ze spokojem przygląda się tym zawirowaniom.

Choć już dziś dochodzi do korekty inwestycyjnych planów. We wsi Gorzesław położonej w powiecie oleśnickim, we wschodniej części woj. dolnośląskiego miała powstać biogazownia o mocy 1,6 MW.

– Inwestycja w Gorzesławiu ma mieć zdecydowanie mniejszą moc, około 1 MW. Prace toczą się zgodnie z harmonogramem i powinny się zakończyć zgodnie z planem – zapewnia Maciej Owczarek.

To jednak stawia pod znakiem zapytania cele Enei dotyczące produkcji energii z biogazu. Na 2012 rok spółka zaplanowała nabycie elektrowni biogazowych o łącznej mocy 5,6 MW.

Oprocentowanie kredytu dla zadłużonych może sięgnąć 40 proc

Firma KRUK wychodzi z ofertą dla wykluczonych z rynku finansowego. Udzieli pożyczki dłużnikom, którzy w całości spłacili swoje zobowiązania, ale ze względu na „złą” historię kredytową mają problem z pożyczeniem pieniędzy w bankach. Oprocentowanie takiej pożyczki sięgnąć może 40 proc.

– Mamy taką sytuacje, że ktoś miał dług w banku, my kupiliśmy ten dług i rozłożyliśmy go na raty i ta osoba spłaciła co do grosza swój dług. Teraz ona dalej ma potrzeby krótkoterminowych pożyczek, ale z rynku jest niemalże wykluczona. My bardzo chętnie pożyczymy takim osobom pieniądze – mówi Piotr Krupa, prezes firmy KRUK.

Osoba, która spłaciła dług w KRUK-u może pożyczyć do 2 tysięcy złotych na rok lub półtora roku, w zależności od jej zdolności kredytowej.

Jak podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Piotr Krupa, oferta spółki, chociaż nie jest konkurencyjna wobec ofert bankowych, jest alternatywą dla tzw. szybkich pożyczek z firm parabankowych. Oprocentowanie w kredytach oferowanych przez KRUK-a kształtuje się na poziomie ponad 40 proc.

– Oprocentowanie jest trochę wyższe niż oprocentowanie w bankach, które dzisiaj się waha na poziomie dwudziestu paru procent. Natomiast jest niższe niż w firmach, które specjalizują się w szybkich pożyczkach, gdzie procedury są bardzo ułatwione, ale ten kredyt jest relatywnie drogi – wyjaśnia Piotr Krupa.

Na ofertę może znaleźć wielu chętnych. Z dłużnikami KRUK-a związanych jest blisko 2 mln osób. Jak podkreśla prezes spółki, jest duża szansa, że część z nich po spłacie terminowej pożyczki w KRUK-u powróci na rynek bankowy z pozytywną opinią.

– Po spłacie u nas kredytu, my poinformujemy o tym Biuro Informacji Gospodarczej i taka osoba będzie mogła wrócić za rok, za dwa na rynek bankowy i powiedzieć: miałam kiedyś kłopoty, byłam na czarnych listach, ale zobaczcie, ostatnio brałam kredyt i spłaciłam, tu jest zaświadczenie z Biura Informacji Gospodarczej – tłumaczy prezes Krupa.

KRUK zamierza wciąż inwestować w rynki zagraniczne. Po zdobyciu rynku polskiego, czeskiego i rumuńskiego, KRUK rozważa wejście na inne rynki regionu.

– Nasi klienci, czyli główne bankowe grupy operują nie tylko w Polsce, Czechach i Rumunii, ale także w innych krajach Europy Środkowej. Ambicją firmy KRUK jest bycie liderem na rynku w Europie Środkowej – zapowiada Piotr Krupa. – Rozważamy, przyglądamy się innym rynkom, ale jeszcze nie podjęliśmy ostatecznie żadnej decyzji.

Prezes spółki zapewnia, że mają w tym pomóc dwie kluczowe linie produktowe. Po pierwsze rozwój informacji gospodarczej. W Polsce to jest Biuro Informacji Gospodarczej, rejestr dłużników ERIF, który ma blisko 1 mln 200 tys. rekordów w swojej bazie.

– Bardzo wierzymy w tę linię – podkreśla Piotr Krupa. – Przez ostatni rok rejestr urósł nawet trzykrotnie. Sądzimy, że w przyszłości to będzie ewoluowało w bardzo dobry biznes. Na całym świecie biznesy informacji gospodarczej są bardzo potrzebne rynkowi i szybko się rozwijają. Szczególnie, teraz, kiedy zarządzanie ryzykiem gospodarczym jest kluczowe.

Rynek wierzytelności w Polsce z roku na rok staje się coraz większy. Tak zwane „złe” kredyty w bankach to prawie 80 mld złotych. Niemal połowa tej kwoty to zobowiązania gospodarstw domowych i osób fizycznych. Według szacunków KRUK-a w tym roku banki sprzedadzą na polskim rynku wierzytelności o wartości nawet 7 mld zł. Jeszcze dwa lata temu wartość rynku wierzytelności była dwa razy mniejsza.

Kulczyk buduje morskie farmy wiatrowe

– Zielona energia jest bardzo ważna. Nie wszystko, co tanie jest dobre, czasami rzeczy drogie są niezbędne. Tak jest, jeżeli się myśli się w kategoriach większych ram czasowych, a przede wszystkim myśli się o przyszłości – tak Jan Kulczyk komentuje dla Agencji Informacyjnej Newseria, dlaczego zdecydował się na inwestycję w farmę wiatrową na morzu.

Jego projekt może ruszyć jako pierwszy tego typu w Polsce i to już niebawem. Trwa dopełnianie formalności związanych z inwestycją. Wykonawca farmy wiatrowej wybrany zostanie na drodze przetargu. Nieznany jest jednak termin jego ogłoszenia.

– Myślę, że po wszystkich tych formalnych zgodach, które ja mam nadzieję w najbliższych tygodniach będziemy już posiadali – przewiduje Jan Kulczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej Kulczyk Holding.

Jeszcze trudno określić, kiedy popłynie prąd do naszych gniazdek. Jan Kulczyk nie ma jednak wątpliwości, że inwestycja będzie udana.

– Myślę, że tak, jak w przypadku autostrady – oddaliśmy ją pół roku przed czasem – i tę inwestycję skończymy nie tylko przed czasem, ale w standardzie najlepszym na świecie – zapewnia Jan Kulczyk.

Morska farma wiatrowa ma mieć 1200 MW. To pozwoliłoby dostarczyć energię do 700 tys. domów.

Rośnie sprzedaż nowych aut w Polsce

Rynek motoryzacyjny w Polsce wymaga dalszego ożywienia. – Za dużo nowych samochodów wyjeżdża zagranicę – ocenia Prezes Polskiej Izby Motoryzacji, Roman Kantorski. Liczba noworejestrowanych aut w Polsce, po ubiegłorocznych spadkach, w tym półroczu wzrosła o ok. 10 proc. Szef PIM zauważa, że ten wynik powinien być dużo lepszy, zwłaszcza biorąc pod uwagę wielkość produkcji samochodów w Polsce.

Sytuacja na polskim rynku motoryzacyjnym jest zgoła odmienna od europejskich tendencji. W krajach unijnych wciąż maleje zainteresowanie nowymi samochodami. W Polsce od początku roku liczba nowych zarejestrowanych pojazdów przekroczyła 125 tysięcy, czyli o 10,4 proc. więcej niż przed rokiem. Zdaniem ekspertów trudno mówić o boomie, tym bardziej, że z miesiąca na miesiąc dynamika wzrostu spada, a czerwiec okazał się dużo słabszy niż w 2011 roku.

Według Romana Kantorskiego na niską sprzedaż nowych aut wpływają m.in. niekorzystne przepisy dla przedsiębiorców.

– Słaba sprzedaż samochodów to w tej chwili przede wszystkim wina braku możliwości odpisania VAT-u od samochodu osobowego przez przedsiębiorcę – mówi prezes PIM, Roman Kantorski. – Dziwnie się utarło, że przedsiębiorca nie potrzebuje samochodu albo musi kupić od razu samochód dostawczy.

Prezes Izby zwraca uwagę w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, że nie w każdym przedsiębiorstwie jest potrzeba budowy floty pojazdów ciężarowych czy dostawczych. Wręcz przeciwnie. Często konieczny jest zakup samochodu kombi lub sedan, który przez pięć dni jest użytkowany w firmie, dwa dni służy prywatnym potrzebom przedsiębiorcy.

– Można go nawet obciążyć podatkiem dochodowym w tym momencie z tego tytułu używania – mówi Kantorski.

Zmiana przepisów mogłaby ożywić rynek, stając się impulsem do dalszego, dynamicznego rozwoju. Dziś trudno oceniać długoterminowe perspektywy, zarówno dla płaszczyzny sprzedaży, jak i produkcji.

– Trzeba być bardzo ostrożnym przy prognozowaniu produkcji samochodów w Polsce dlatego, że za dużo ich wyjeżdża z Polski – ocenia szef PIM. – Aż 97 proc. produkcji samochodów z Polski wyjeżdża za granicę, a przyjmuje się, że w kraju produkującym powinno zostać do sprzedaży co najmniej 20 proc.

Polska cały czas pozostaje jednym z wiodących podwykonawców części i podzespołów do produkcji samochodów. Produkujemy części praktycznie dla wszystkich europejskich marek. Trudno jednak oczekiwać przełomu, jakim byłaby, na przykład produkcja samochodu elektrycznego.

– Wątpię, żebyśmy byli w stanie produkować samochód elektryczny od A do Z, bo to są koszty rzędu 3-5 mld euro, więc uruchomienie takiej produkcji jest chyba nierealne – ocenia Roman Kantorski.

W jego ocenie, Polska może, a nawet powinna sprzedawać myśl techniczną, inżynieryjną czy gotowe już komponenty. Wymaga to wkładu finansowego w innowacyjność naszej gospodarki, ale są to pieniądze, które zwrócą się z zyskiem. Tym bardziej, że – jak podkreślają eksperci – rynek kiedyś będzie musiał musi wyjść z zapaści, a Europa jest i pozostanie liderem pod kątem produkcji nowych pojazdów. Bo mimo że droga, to najnowocześniejsza.

– Większość nowinek światowych pochodzi z Europy – zauważa Kantorski.

I dodaje, że producentom z Indii czy Chin trudno będzie zawojować europejskie rynki.

– Nie mówię o jakości, bo tego nawet nie próbuje oceniać, ale ich wyposażenie, zabezpieczenia, bezpieczeństwo w standardowym samochodzie, produkowanym masowo, ma się bardzo daleko do Europy – mówi prezes PIM.

Dlatego samochody te musiałyby być specjalnie dostosowywane do norm europejskiej homologacji.

– Chodzi chociażby o poduszki powietrzne, poduszki na kolana, o to, że paliwo się nie może się wylewać z samochodu po przewróceniu się auta – wymienia szef Polskiej Izby Motoryzacji.

Kolejne częstotliwości dla telekomów

W tym roku operatorzy telekomunikacyjni powalczą o częstotliwości z pasma 1800 MHz, w przyszłym – o 800 MHz. A to nie koniec. Jak podkreśla prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej, trwają prace nad uwolnieniem częstotliwości z pasma 400 MHz. – Widzę dużą wolę współpracy ze strony wojska – ocenia Magdalena Gaj.

Częstotliwości, które wychodzą spod kontroli wojska, mają być przeznaczane na potrzeby rozwoju rynku telekomunikacyjnego, w szczególności na usługi głosowe i przesył danych.

Jak zapewnia szefowa UKE, współpraca Urzędu z wojskiem układa się pomyślnie i nie ma żadnych zaburzeń w przekazywaniu częstotliwości. W tym roku wojsko przekazało częstotliwości z pasma 1800 MHz. Przetarg na zakup tych wyjątkowo cennych, szczególnie dla rozwoju szybkiego internetu, częstotliwości zostanie, według zapowiedzi UKE, ogłoszony w II połowie lipca.

– Dostaliśmy również częstotliwości 800 MHz, które będą uwolnione od 1 stycznia 2013 roku – dodaje Magdalena Gaj. I zapowiada: – W przyszłym roku może być duży przetarg, duża aukcja na te częstotliwości.

Obie strony pracują teraz nad uwolnieniem kolejnych zakresów częstotliwości, tym razem z pasma 400 MHz. Trwają m.in. prace nad wprowadzeniem do Prawa telekomunikacyjnego możliwości sprzedaży pasm na drodze aukcji.

– Wojsko ma swoje funkcjonujące systemy, to się dla nich wiąże z finansami i nawet kiedy jest ich zrozumienie dla naszych potrzeb, to mają jakieś ograniczenia finansowe – tłumaczy szefowa UKE w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Nie mogą tego sprzętu przestroić i przenieść w inne zakresy. To jest trudne.

Prezes Budimeksu: kilkadziesiąt tys. osób z branży budowlanej straci pracę

W budowlance i drogownictwie pracuje ponad 700 tys. ludzi, a cała branża odpowiada za 6 – 7 proc. PKB. To może się wkrótce zmienić – ostrzegają przedstawiciele firm budowlanych. Drogie materiały i zatory płatnicze spowodowały, że firmy borykają się z coraz większymi problemami. – W tym roku upadłość ogłosiło już 110 firm z sektora, ta liczba niestety rośnie – mówi Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.

W budownictwie pracuje ok. 600 tys. osób, w drogownictwie – 160 tysięcy. Wiele z nich może się obawiać o swoje miejsca pracy.

– Spodziewamy się zwolnień w całej branży rzędu, niestety, kilkudziesięciu tysięcy pracowników, łącznie z podwykonawcami – podkreśla Dariusz Blocher, prezes Budimeksu w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Bardzo nad tym ubolewamy, bo jednak powinniśmy budować siłę tych firm po to, żeby sprawniej móc realizować kontrakty w przyszłym roku.

Jak podkreśla prezes spółki, zwolnienia dotkną prawdopodobnie zarówno małe, jak i duże firmy budowlane.

– Odpowiadamy za 6 – 7 proc. PKB, więc spadek inwestycji i prawdopodobne zwolnienia, które już się zaczęły, doprowadzą tylko i wyłącznie do pogorszenia sytuacji w gospodarce całego kraju – prognozuje Dariusz Blocher.

Dlatego – w jego opinii – najpoważniejszym wyzwaniem jest teraz rozwiązanie problemu płynności finansowej firm budowlanych i rekompensat ze strony inwestorów publicznych strat poniesionych przez firmy na nierentownych kontraktach.

– Kontrakty, które teraz realizujemy, są bardzo nierentowne, ze względu na to, że były podpisywane w niekorzystnych warunkach ze wszystkimi ryzykami po stronie generalnych wykonawców. To jest problem krótkoterminowy – podkreśla prezes Budimeksu. – Rozwiążmy go i wyciągnijmy z tego wnioski.

Wnioski, które miałyby polegać na zmianach w prawie.

– Wprowadźmy pewne standardy umów, które rozkładają po równo ryzyko pomiędzy inwestorem a wykonawcą, pewne indeksacje cen i większą elastyczność w tych umowach – proponuje Blocher.

Jego zdaniem potrzebne jest również lepsze planowanie inwestycji budowlanych i infrastrukturalnych w czasie. Fakt, że Polska dostała po raz pierwszy tak dużo środków z funduszy unijnych i że Polska została organizatorem Euro 2012, spowodował kumulację inwestycji w ostatnich kilku latach.

– Ponieważ wiele lat nie były przygotowywane inwestycje tak, jak byśmy chcieli, to nagle, w bardzo krótkim czasie musieliśmy wykorzystać wszystkie środki – mówi prezes Budimeksu. – Jedynym pomysłem jest to, żeby nie kumulować wydatków w taki sposób, że w jednym roku jest miliard złotych, a w drugim dziesięć miliardów złotych.

Jak podkreśla Dariusz Blocher, trzeba rozkładać środki na całą perspektywę, planować długoterminowo, nie koncentrować tych inwestycji w jednym czasie, po to, żeby logistycznie można było lepiej pracować.

– Żeby w PKP pasażerowie tak bardzo nie narzekali, że cała trasa z Warszawy do Gdańska jest zamknięta, tylko żeby można to było jakoś sensownie zorganizować – podaje przykład. – Czyli tak planujmy te inwestycje, ale nie tylko w centralnym budżecie, ale także miejskim, żeby rozłożyć to na większą ilość lat.

Z powagi sytuacji w branży budowlanej zdają sobie również sprawę rządzący. Wicepremier Waldemar Pawlak zaproponował ostatnio, by rząd mógł przejmować upadające firmy budowlane. Zgodnie z pomysłem wicepremiera, przejmującym byłaby Agencja Rozwoju Przemysłu, która po procesie restrukturyzacji w spółce i dokończeniu jej kontraktów, sprzedawałaby ją prywatnym inwestorom giełdowym.

Resort gospodarki walczy o dłuższe życie Specjalnych Stref Ekonomicznych

14 Specjalnych Stref Ekonomicznych – zgodnie z obowiązującym prawem – będzie funkcjonować tylko do 2020 roku. Resort gospodarki chce wydłużenia czasu ich działania przynajmniej do 2026 roku. Już jesienią rząd ma zająć się przygotowaną przez ministerstwo ustawą, która wydłużyć miałaby możliwość funkcjonowania stref.

– Mamy z jednej strony bardzo ważne zadanie, tzn. przedłużenie stref, a drugie zadanie – to zmiana ich ukierunkowania – mówi wiceminister gospodarki, Ilona Antoniszyn-Klik.

Chodzi o ich dostosowywanie do zmieniających się warunków gospodarczo – ekonomicznych.

– To znaczy rozszerzenie pakietu działań, którymi mają się zająć, żeby przyciągać więcej inwestorów, żeby tworzyć lepszy klimat inwestycyjny – mówi Agencji Informacyjnej Newseria wiceminister gospodarki. – Rozmawiamy z inwestorami, szukamy także ich wsparcia.

Nowa ustawa ma trafić na posiedzenie rządu jesienią, najprawdopodobniej pod koniec września lub na początku października. Później zajmie się nią Sejm.

Zanim to nastąpi resort gospodarki chce, za pomocą rozporządzeń, przedłużyć funkcjonowanie stref do 2026 roku. Eksperci alarmują, że bez tego inwestycje przestaną napływać do Polski już za 2 lata.

– Przedłużenie działania stref jest przykładem utrzymywania stabilności sytemu inwestowania w Polsce, bo jak wiemy, specjalne strefy ekonomiczne były jednym z głównych czynników, które powodowały duże zainteresowanie inwestowaniem – zauważa Antoniszyn-Klik.

W Polsce zlokalizowanych jest dziś 14 specjalnych stref ekonomicznych. Podmioty, skupione na ich obszarze mogą liczyć na preferencyjne warunki prowadzenia działalności gospodarczej. M.in. na ulgi podatkowe.

Według ocen resortu gospodarki, dzięki funkcjonowaniu specjalnych stref ekonomicznych powstało ponad 250 tysięcy miejsc pracy, a inwestycje sięgnęły około 80 miliardów złotych.

Szef resortu, Waldemar Pawlak zaproponował niedawno, by SSE funkcjonowały bezterminowo, na terenie każdej gminy, a ich formuła funkcjonowania rozszerzona była o inicjatywy klastrowe i technologiczne. M.in. takie propozycje mają się znaleźć w projektowanej ustawie.

PGE chce zmian w podatkach, które pomogą ruszyć z atomową inwestycją

Polska Grupa Energetyczna apeluje o zmiany w prawodawstwie, zwłaszcza dotyczące przepisów podatkowych. Chce m.in., by nakłady na wstępną fazę projektu budowy elektrowni jądrowej mogłyby być zaliczone jako koszty uzyskania przychodów. W przeciwnym razie cały projekt może okazać się jeszcze droższy. Obecne regulacje są niewystarczające do realizacji tak długotrwałej i skomplikowanej inwestycji.

Bogusława Matuszewska


– Inwestycja w elektrownię jądrową jest bardzo złożonym projektem, długotrwającym i niezwykle intensywnym z punktu widzenia zaangażowania kapitałowego. Dlatego też wymaga szczególnych uwarunkowań formalno-prawnych – informuje Bogusława Matuszewska, wiceprezes Polskiej Grupy Energetycznej.

Aby uregulować te kwestie, w minionym roku, po zaledwie miesiącu prac, zostało znowelizowane Prawo atomowe. Określa zasady pracy elektrowni jądrowej i dozoru nad nią.

– Czekamy też na następne ruchy, czyli pewne zmiany w prawodawstwie. Zarówno pod kątem możliwości realizacji procesu zakupowego, który jest niezwykle krytycznym procesem, jak też zmiany w prawie podatkowym, które umożliwią zrealizowanie tej inwestycji w sposób absolutnie profesjonalny. Czyli będą dopasowane do jej skali i złożoności – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Bogusława Matuszewska.

Wiceprezes PGE zwraca uwagę, że obecnie nie mamy do czynienia z tak długo trwającymi projektami, jak budowa i eksploatacja elektrowni jądrowej. Sam proces inwestycyjny, czyli od momentu rozpoczęcia przetargów do świadczenia usług, trwa nawet do 15 lat. Zaś okres użytkowania takiej elektrowni wynosi 60 lat.

– W tej sytuacji cały proces inwestycyjny, wymaga dużego zaangażowania kapitałowego. Jakiekolwiek opóźnienia mogą więc skutkować różnymi finansowymi konsekwencjami. Dlatego prawo podatkowe dające możliwość realizacji fazy wstępnej projektu i zaliczania tego w koszty uzyskania przychodów jest istotne – tłumaczy Bogusława Matuszewska.

Budowa elektrowni jądrowej może pochłonąć nawet 55 mld zł. Pierwszy z dwóch reaktorów o mocy do 3 tys. MW ma zostać postawiony do 2023 r. Za tę inwestycję odpowiada spółka energetyczna PGE.

Upadek Sky Club to kolejne, ale nie ostatnie bankructwo w branży turystycznej

W maju tego roku aż 439 polskich biur podróży znalazło się na liście firm niewypłacalnych. W czerwcu przybyło w Krajowym Rejestrze Długów kolejnych 7 podmiotów prowadzących działalność turystyczną i jest już ich łącznie 446. To prawie jedna piąta wszystkich działających w Polsce.

W bierzącym roku upadła Triada, Excalibur Tours, a bankructwo Sky Club to najprawdopodobniej nie ostatnie w branży turystycznej w tym sezonie. W czerwcu przybyło w Krajowym Rejestrze Długów kolejnych 7 podmiotów prowadzących działalność turystyczną i jest już ich łącznie 446. To prawie jedna piąta wszystkich działających w Polsce.

W ciągu ostatnich 2 lat liczba zadłużonych biur podróży i agencji turystycznych notowanych w Krajowym Rejestrze Długów gwałtownie wzrasta. O ile w lutym 2011 roku było ich 150, to w lipcu ubiegłego roku już 204. Ale gwałtowny wzrost wpisów nastąpił po poprzednim sezonie. W lutym tego roku notowanych w KRD było już 426, a na koniec czerwca 446. W Polsce działa ok. 3,2 tys. licencjonowanych organizatorów turystyki.

– Branża turystyczna od 2 lat przeżywa kryzys i to uwidacznia się w naszym rejestrze. Rosnące kursy walut, zamieszki w Afryce Północnej i w Grecji, kryzys ekonomiczny na południu Europy i obawy przed kryzysem w Polsce sprawiają, że z roku na rok maleje liczba osób korzystających z usług biur podróży, a to przekłada się na mniejsze zyski. Kłopoty mają już nie tylko mali i średni organizatorzy turystyki, ale także ci najwięksi. W KRD jest notowanych kilka biur z pierwszej 10 – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

W 2010 roku z usług branży turystycznej skorzystało 6,6 mln turystów, rok temu już 5,5 mln. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie ich jeszcze mniej. Biura muszą dzielić się coraz mniejszym tortem, pracują więc na coraz niższych marżach. Niestety 3 bankructwa od maja oraz rosnąca liczba zadłużonych biur i agencji turystycznych pokazuje, że zyski są za małe, aby pokryć koszty działalności.

Niepokojące jest to, że z bankructwami mamy do czynienia na początku sezonu, kiedy do touroperatorów napływa strumień gotówki od klientów wpłacających na wczasy, z których dopiero skorzystają, a więc za które biuro nie musi jeszcze w pełni zapłacić swoim kontrahentom.

Każdy turysta może sprawdzić Serwisie Ochrony Konsumenta Krajowego Rejestru Długów, czy biuro, z którym wybiera się na wakacje nie jest zadłużone. Jeśli będzie notowane jako dłużnik, w raporcie znajdzie się informacja o tym, kto jest wierzycielem, jak jest kwota długu, od kiedy istnieje i czy dłużnik go nie kwestionuje. To ważne, bo dla oceny kondycji finansowej biura nie jest istotna kwota zadłużenia, a wierzyciel. Jeśli jest to np. firma ubezpieczeniowa, w której każdy organizator musi wykupić obowiązkową polisę na wypadek bankructwa, to lepiej już z takim biurem nigdzie nie jechać.

Rządy państw szukając oszczędności decydują się na sprzedaż swoich majątków

W Grecji, z tego powodu sprzedano w tym roku aktywa o wartości 80 milionów EUR. Kolejne państwa uważnie przyglądają się posiadanym nieruchomościom i rozważają podobne kroki, a także weryfikują obecne umowy dzierżawy i wynajmu. W Wielkiej Brytanii pozyskano w ten sposób 190 mln funtów. Według raportu Deloitte, zarządzanie nieruchomościami przyniesie pożądane oszczędności, jeżeli strategia będzie opierać się m.in. na zintegrowanym działaniu wszystkich jednostek oraz współpracy z sektorem prywatnym.

Zgodnie z globalnym raportem Deloitte pt. „Polityka zarządzania powierzchnią biurową. Jak poprawić proces zarządzania nieruchomościami w sektorze publicznym” coraz więcej rządów, które są jednymi z największych użytkowników nieruchomości na świecie, w celu uzyskania oszczędności dokonuje rewizji posiadanych dóbr oraz podejmuje kroki w celu bardziej efektywnego ich wykorzystania. Niektóre z nich, w ramach szukania dodatkowych funduszy rozważają nawet sprzedaż posiadanych aktywów. Przykładem jest rząd australijski, który rozważa odsprzedaż wybranych portów. O krok dalej poszedł rząd grecki, który od lutego bieżącego roku wystawił na sprzedaż majątek o wartości 50 miliardów EUR, jednakże do tej pory udało mu się pozyskać tylko 180 milionów EUR.

Po kryzysie finansowym w 2008 r. rząd Wielkiej Brytanii wprowadził oszczędności we wszystkich obszarach administracji. Jak wynika z danych Urzędu Rady Ministrów Wielkiej Brytanii dzięki poprawie kontroli odnawianych umów najmu i dzierżawy, w ciągu ostatnich dwóch lat państwo zaoszczędziło 190 mln GBP. Nie tylko administracja publiczna na Wyspach rozumie wartość strategicznego zarządzania aktywami. Obecnie przed podobnym wyzwaniem stoi czeski rząd. W jego posiadaniu jest 1,9 miliona metrów kwadratowych powierzchni, którą zajmują pracownicy administracji publicznej. Oznacza to, że średnio na jedną osobę przypada 27 metrów kwadratowych, co jest znacznie powyżej standardów efektywnego wykorzystania powierzchni w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W tej chwili obsługa i utrzymanie majątku kosztuje ponad 2 miliardy EUR.

Zmiana strategii zarządzania aktywami należącymi do administracji publicznej wymaga odpowiedniego przygotowania i zaplanowanej strategii. Eksperci Deloitte przedstawiają w raporcie kilka kluczowych czynników sukcesu w zakresie zarządzania nieruchomościami w kontekście ograniczeń budżetowych i zmieniających się potrzeb. Przede wszystkim obszar ten musi być traktowany jako jeden z istotnych koordynowany przez specjalnie wydzielone osoby, które będą dysponowały odpowiednimi uprawnieniami. Ponadto ważna jest właściwa koordynacja poszczególnych aspektów związanych z zarządzaniem majątkiem i stworzenie zintegrowanej strategii we wszystkich jednostkach administracji. Niezbędne jest także zintensyfikowanie wysiłków mających na celu bardziej efektywne gromadzenie i wykorzystywania danych na temat nieruchomości, a także ściślejszą współpracę z sektorem prywatnym.

Władze na całym świecie prowadzą działania mające na celu łączenie jednostek administracji w jednej lokalizacji oraz uzyskanie korzystniejszych warunków umów z właścicielami wynajmowanych nieruchomości z tytułu skali zawieranych transakcji. Jednak prawdziwe obniżenie kosztów będzie wymagało zastosowania bardziej radykalnego podejścia, współpracy między departamentami i agencjami, lepszego wykorzystania powierzchni, zasadniczej zmiany dystrybucji aktywów sektora publicznego oraz istotnych przemian kulturowych.

„W Polsce mamy blisko dwa i pół tysiąca gmin, kilkaset powiatów (w tym 65 miast na prawach powiatu) oraz dodatkowo 16 województw, kilkanaście ministerstw, a oprócz tego znaczną liczbę agencji i przedsiębiorstw publicznych. To wszystko oznacza co najmniej setki miliardów złotych w postaci gruntów, budynków i nieruchomości przemysłowych. W 2010 r. wartość księgowa nieruchomości, gruntów i obiektów inżynieryjnych w bilansie M. St. Warszawy to łącznie ponad 70 mld PLN. W przypadku Krakowa analogiczne kwota to ok. 50 mld, a w przypadku np. znacznie mniej zamożnego, ale prężnie się rozwijającego i modernizującego Lublina mówimy o wartości wskazywanego mienia wynoszącej ok. 2 mld PLN. Optymalizacja zarządzania tym majątkiem przełoży się na istotne zwiększenie przychodów instytucji publicznych w Polsce, tym samym oznaczać będzie m.in. przyspieszenie procesów modernizacyjnych miast” – mówi Radosław Kubaś, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Polska wśród krajów o najniższym poziomie stabilności podatkowej

Podatki w Polsce, na Węgrzech, w Rumunii i Rosji są najmniej stabilne w Europie. Najwyżej równowagę swojego otoczenia prawnego oceniają podatnicy w Szwajcarii, Danii, Luksemburgu i Szwecji. 50% respondentów uznaje, że niestabilność systemów podatkowych i częste zmiany prawa niekorzystnie wpływają na ich działalność biznesową. Polska, Rosja i Portugalia to kraje, w których przedsiębiorcy wytoczyli organom podatkowym najwięcej spraw sądowych – to główne wnioski z badania stabilności otoczenia podatkowego przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte w 24 krajach regionu EMEA.

Z badania Deloitte wynika, że większość firm w regionie EMEA ma dobre relacje z władzami podatkowymi, aż 65% badanych określa je jako dobre a 27% nawet jako bardzo dobre. Niemniej jednak, aż 15% respondentów w Austrii, Włoszech, Polsce, Rumunii oraz Rosji ocenia te relacje jako złe lub bardzo złe. Podatnicy europejscy podkreślają, że jakość relacji zależna jest od konkretnego działu w urzędzie skarbowym, 21% badanych zgłaszało problemy we współpracy z działem CIT, a prawie 20% z działem VAT. Ponad połowa respondentów międzynarodowego badania uznała, że niepewność podatkowa to istotny czynnik wpływający niekorzystnie na bieżące działania operacyjne firmy. Szczególnie mocno odczuwają to podatnicy na Węgrzech, w Kenii, Polsce, Portugalii oraz Rumunii. Ponad 1/3 badanych przedsiębiorców uważa, że tę niestabilność powodują przede wszystkim częste zmiany regulacji podatkowych, ale także zbyt długi czas trwania postępowań podatkowych (12,4%), a następnie zmienność praktyki orzeczniczej i publicznie dostępnych wytycznych urzędów (12.1%).

„Warto zauważyć, że ponad 70% polskich uczestników badania wskazało na niestabilność systemu podatkowego, jako na czynnik, który ma negatywny wpływ na prowadzoną przez nich działalność. Odzwierciedleniem tej niepewności jest częste korzystanie z zabezpieczenia pozycji podatkowej jaką daję uzyskanie indywidualnej interpretacji podatkowej. 67% polskich respondentów potwierdziło, że w ciągu ostatniego roku kilkakrotnie występowało z wnioskiem o wydanie takiej interpretacji (w Niemczech tylko 13%). Niewątpliwie główną przyczyną takiej sytuacji jest częsta zmiana przepisów podatkowych. Niestety, wydaje się, że w tym obszarze nie możemy liczyć na stabilizację, Ministerstwo Finansów zapowiedziało kolejne zmiany ustaw podatkowych, które mają wejść w życie w ciągu najbliższego roku.” – uważa Tomasz Siek, Menedżer w Zespole Podatków Pośrednich Deloitte.

Krajem o najbardziej stabilnym systemie podatkowym według badanych jest Szwajcaria. Ponad 80% podatników szwajcarskich uważa, że żadne inne europejskie państwo nie może poszczycić się podobnie wysokim poziomem pewności podatkowej.

Zdaniem respondentów, na poziom niepewności podatkowej duży wpływ mają także zasady wydawania interpretacji przepisów. Podatnicy coraz częściej korzystają z możliwości potwierdzenia stanowisk w organach podatkowych drogą interpretacji kierując zapytania bezpośrednio do swoich organów podatkowych. Pomijają w ten sposób jednostek wyspecjalizowanych w wydawaniu tego typu wyjaśnień.

Z różnych dróg uzyskania interpretacji władz podatkowych korzysta ponad ¼ podatników. Prawie 36% respondentów badania Deloitte, szczególnie w Rumunii i Rosji uważa, że praktyka uzyskiwania interpretacji jest zbyt wolna. Ponad 32% respondentów uważa, że procedury ich uzyskiwania powinny ulec poprawie.

Jedna piąta respondentów europejskich zauważa wzmożone działania kontrolne. W trakcie ostatnich 3 lat prawie 1/3 badanych doświadczyła kontroli w zakresie podatku VAT oraz CIT. U około 10% podatników organy skontrolowały ceny transferowe, opodatkowanie międzynarodowych transakcji oraz podatek dochodowy od osób fizycznych. Niecałe 6% wyjaśniało inspektorom skarbowym swoje rozliczenia celne, akcyzowe oraz opodatkowanie majątku (property tax). Większa ilość kontroli podatkowych najbardziej widoczna jest w Rosji, gdzie ponad połowa ankietowanych obserwuje to zjawisko.

Większość respondentów deklaruje gotowość odwołania się do sądu od niekorzystnej decyzji władz podatkowych, choć jedynie co czwarty skierował tam sprawę w ciągu ostatnich 3 lat. Spory z władzami są najczęściej wyjaśniane na poziomie postępowania administracyjnego. W Szwajcarii, Holandii oraz Szwecji ponad 70% respondentów uważa, że tą drogą są w stanie osiągnąć satysfakcjonujące ich rozwiązanie. Z kolei w Norwegii, Rosji oraz krajach Europy Środkowej, w tym w Polsce, optymizm przedsiębiorców z północy Europy podziela jedynie mała część badanych. Około 78% badanych przez Deloitte potwierdza gotowość ewentualnego dochodzenia swoich spraw na drodze sądowej w razie uzyskania negatywnego rozstrzygnięcia postępowania administracyjnego, a we Francji, Portugalii, Rosji czy Szwecji nawet 90%. Mimo deklarowania wysokiego prawdopodobieństwa wstąpienia na drogę sądową, jedynie 26% respondentów rzeczywiście rozpoczęło takie działanie w ciągu ostatnich 3 lat.

Większość respondentów (83%) jest przekonana, że ich firma zostanie potraktowana rzetelnie przez władze podatkowe, podczas gdy 17% z nich wyklucza szanse na sprawiedliwe traktowanie. Liczba ta jest szczególnie wysoka w Rumunii, gdzie 43% podatników uważa, że ich firma nie otrzymałaby gwarancji uczciwego postępowania ze strony Rumuńskiego Urzędu Skarbowego. 12% respondentów, głównie z Rosji i Rumunii, potwierdziło złożenie w przeszłości skargi na nieuczciwe lub nieprofesjonalne rozpatrzenie spraw w lokalnych organach podatkowych.

Zdecydowana większość badanych firm w regionie EMEA (83%) wskazała na możliwość dostarczenia informacji do lokalnego urzędu skarbowego za pośrednictwem cyfrowych kanałów komunikacji. Według ponad połowy respondentów, lokalne organy podatkowe zapewniają możliwość zweryfikowania stanowiska podatkowego poprzez ogólnodostępną stronę internetową. Duńskie i szwedzkie strony postrzegane są jako najlepiej przygotowane w tym zakresie, wyróżnia je dostępność zagadnień podatkowych oraz bardzo dobre przygotowanie techniczne.

„Polska administracja podatkowa tylko częściowo dotrzymuje kroku rozwiązaniom stosowanym w krajach starej Unii Europejskiej. Z każdym rokiem, polscy podatnicy mają coraz większe możliwości składania e-deklaracji. Natomiast w obszarze bezpośredniego kontaktu z organami podatkowymi, w dalszym ciągu korzystamy z metod klasycznych (tj. kontakt telefoniczny, korespondencja). Portale internetowe i poczta elektroniczna nie są wykorzystywane przez urzędy skarbowe jako aktywny kanał komunikacji z podatnikami.” – podsumowuje Daniel Zagrodzki, Menedżer w zespole Tax Management Consulting Deloitte.

Strabag szuka kontraktów na rynkach wschodnich

– Zaczynamy przenosić tam część naszego potencjału – przyznaje prezes firmy, Paweł Antonik. To odpowiedź na pogarszającą się sytuację rynku inwestycji budowlanych w Polsce. Szef firmy Strabag przewiduje, że rynek w Polsce może znaleźć się w kryzysie.

– Rynek się kurczy i coraz mniej jest tych dużych kontraktów – mówi Paweł Antonik. – Nie wiadomo, kiedy będzie finansowanie, czy to będzie 2015, czy 2017 rok.

Taka sytuacja powoduje, że polskie firmy budowlane zaczynają rozglądać się za alternatywnymi rynkami. Jak podkreśla Antonik, firma nie może sobie pozwolić na lata niepewności, stąd decyzja o zaangażowaniu znacznej części potencjału na Wschodzie.

– To jest Rosja, Azerbejdżan i Turkmenistan – mówi Paweł Antonik, dodając, że są już pierwsze zawarte kontrakty.

– Udało nam się podpisać pierwsza umowę na sanację dróg w Rosji i stawiamy naszą pierwszą wytwórnie mas bitumicznych – mówi prezes Strabag.

Kontrakt obejmuje wytworzenie 80 tysięcy ton mas bitumicznych. Firma zamierza także startować w przetargach na przebudowę i remont już istniejących dróg.

– Tych dróg jest około 160 km – tłumaczy Paweł Antonik. – Jednak zajmiemy się tylko wybranymi odcinkami 100- 500 metrów, które są najgorsze i inwestor w Rosji chce, żeby właśnie te odcinki naprawić.

Jak podkreśla prezes w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, z rynkiem rosyjskim firma wiąże dalekosiężne plany.

– Wchodzimy tam na dłuższy okres, to nie są tylko 1-2 inwestycje w pewnych przetargach, w których weźmiemy udział, tylko chcemy mieć swoją dyrekcję na terenie Rosji – dodaje Antonik.

Strabag od 15 lat ma w Rosji oddział. Poprzez spółkę – córkę prowadzi biznes w Rosji, ale dopiero od niedawna zaczął orientować się na inwestycje infrastrukturalne. Jak przyznaje Antosik, w tej chwili trwa badanie rynku.

– Nasi ludzie są tam od stycznia tego roku. Musimy ten rynek wyczuć, jakie ceny chodzą na rynku w przetargach, za jaką cenę można wygrać i czy nam to przyniesie zysk, czy jesteśmy po prostu za drodzy – mówi prezes firmy.

Rosja to nie jedyny kierunek, którym interesuje się Strabag. Z równie dużymi nadziejami spółka spogląda w kierunku Azerbejdżanu.

– Powstanie tam odrębny oddział, w Baku, który będzie odpowiedzialny za Azerbejdżan i Turkmenistan – zapewnia Paweł Antonik.

Pod koniec maja Strabag oddał do użytku w terminie odcinek D autostrady A2 łączącej Grodzisk Mazowiecki z Pruszkowem. Wartość kontraktu wyniosła ponad 640 mln zł. To jednak nie wystarczyło na pokrycie kosztów budowy 18 km autostrady. Firma dołożyła więc do realizacji tego kontraktu.

Przyszłość należy do smartfonów i tabletów

Z badań Agencji MEC Analytics and Insight wynika, że smartfony posiada już 80 procent polskich internautów, a co szósty korzysta za jego pomocą z sieci. – Czyli dużo więcej ludzi na świecie ma przy sobie telefon komórkowy lub tablet niż stacjonarny komputer czy laptopa. Te urządzenia mamy przy sobie cały czas i w każdych okolicznościach – mówi dyrektor Google Polska Artur Waliszewski.

Artur Waliszewski
Artur Waliszewski, dyrektor polskiego oddziału Google’a

Szef polskiego Googla twierdzi, że jesteśmy świadkami zmiany polegającej na rezygnacji przez indywidualnego konsumenta z klasycznych komputerów i laptopów na rzecz najnowocześniejszej technologii.

– Cały Internet, który dzisiaj znamy, który jest internetem w dużym stopniu ciągle „pecetowo-laptopowym”, bardzo szybko stanie się w dużym stopniu internetem mobilno-tabletowym – wyjaśnia Agencji Informacyjnej Newseria Artur Waliszewski.

Consumer Electronics Association (organizator targów CES w Las Vegas) na podstawie aktualnych badań konsumenckich prognozuje, że ten rok będzie należał do smartfonów i tabletów, które zamierza kupić kolejno 46 i 22 proc. badanych.

Zmiana przyzwyczajeń użytkowników stoi, zdaniem Waliszewskiego, za ciągle rosnącą popularnością nowoczesnych urządzeń mobilnych z dostępem do internetu.

– Korzystanie z internetu na tego typu urządzeniach będzie rosło, ponieważ można z nich korzystać w każdych okolicznościach, a nie tylko siedząc przy biurku – prognozuje dyrektor Google Polska.

Takie zmiany już teraz wymuszają na producentach sprzętu i aplikacji inne podejście. Waliszewski twierdzi, że ta technologia musi być uniwersalna i prosta w obsłudze.

– To oznacza, że tak zwana użyteczność, łatwość używania tych produktów, które są w internecie musi być jeszcze większa, bo mamy do czynienia z urządzeniem, które jest mniejsze, które nie ma ani myszki, ani klawiatury – podkreśla Waliszewski.

26 czerwca br. Google zaprezentował własny tablet Nexus 7. To odpowiedź potentata internetowego na produkty konkurencji, m.in. rynkowy hit iPad firmy Apple, czy produkty firmy Samsung z serii Galaxy Tab. Tablet Google’a ma pracować na systemie Android 4.1 Jelly Bean. Urządzenie wyposażono w takie opcje jak ułatwienia dla niewidomych użytkowników, czy sterowanie głosem (dostępne na razie tylko w języku angielskim).

– Mamy do czynienia z urządzeniem, z którego chcemy skorzystać na ulicy i potrzebujemy naprawdę natychmiast rozwiązać nasz problem. Jeżeli ja jestem na środku ulicy i chce zapytać mojego telefonu jak dojść do jakiegoś miejsca, to potrzebuje tu, teraz, natychmiast. Potrzebuje to zrobić szybko i sprawnie – wyjaśnia Artur Waliszewski.

KGHM inwestuje w fotowoltaikę

Eksperci prognozują złotą erę dla fotowoltaiki, czyli pozyskiwania prądu ze słońca. KGHM z naukowcami intensywnie pracuje nad nowatorskimi metodami produkcji ogniw fotowoltaicznych. Efektem tych prac możę być na przykład dachówka fotowoltaiczna, która mogłaby zastąpić popularne kolektory słoneczne.

– W 85-90% fotowoltaika jest oparta na krzemie, czy to krystalicznym, trudnym do osiągnięcia, czy amorficznym, bezpostaciowym. Koszty jego wyprodukowania są istotne, poza tym jest to kruchy pierwiastek. W związku z tym – puszczam tu wodze fantazji – chodziłoby o wyprodukowanie takiego ogniwa, które np. jest elastyczne – tłumaczy Herbert Wirth, prezes spółki KGHM Polska Miedź.

Herbert Wirth chciałby, by prace doprowadziły do stworzenia dachówki fotowoltaicznej: – Zamiast pokrywać dachy zwykłą, ceramiczną, możemy użyć kompozytu mineralnego, czyli fotowoltaicznego panelu i ceramiki. Dlaczego nie? To jest wyzwanie dla nauki.

To tylko jedno z wyzwań dla miedziowego giganta.

– To jest przede wszystkim szukanie nisz, w których pociągniemy przetwórstwo, bo miedź mamy, do indu się przymierzamy, tellur będziemy odzyskiwali, selen odzyskujemy. Pozostają nam jeszcze inne pierwiastki do wykorzystania – wyjaśnia Agencji Informacyjnej Newseria Herbert Wirth.

Kluczowy w kontekście produkcji prądu ze słońca jest tellur.

– To jest bardzo ważne w procesie inżynierii materiałowych, fotowoltaiki – mój ulubiony temat od pewnego czasu – podkreśla prezes.

Spółka koncentruje się na wypracowaniu technologii, która pozwoli na wydzielenie co najmniej kilkudziesięciu kilogramów telluru.

– Jako pierwiastek, w kilogramowych wielkościach jest naprawdę bardzo cenny. Znajduje się w szlamach anodowych, a więc w procesie, kiedy się rozpuszcza anodę w kwasie, w elektrolizie. Z tego szlamu uzyskujemy srebro i to było dla nas dominujące. Poświęcimy teraz temu zagadnieniu więcej uwagi i troski, po to, żeby te kilkadziesiąt kilogramów telluru wyekstrahować – zapowiada Wirth.

Naukowcy w Centrum Metali Krytycznych Akademii Górniczo-Hutniczej poszukują metali i niemetali w formie kompozytów. Sprawdzają, co daje najlepszy efekt w przypadku zamiany fotonów światła na strumień elektronów.

– W fotowoltaice ważne jest kumulowanie energii, czyli baterie umożliwiające przechowywanie jej nadmiaru w formie użytkowej. I ich stworzenia również podjęli się naukowcy z AGH – zdradza prezes KGHM.

Europejskie Stowarzyszenie Przemysłu Fotowoltaicznego w swoim najnowszym raporcie „Globalne perspektywy rynku fotowoltaiki do 2016 r.” dowodzi, że miniony rok był wyjątkowo udany dla Unii Europejskiej pod względem rozwoju fotowoltaiki. Z wynikiem ok. 75 proc. światowej mocy zainstalowanej po raz kolejny Europa została globalnym liderem w rozwoju fotowoltaiki.

Zdaniem autorów dokumentu ten rynek ma przed sobą ogromne szanse rozwoju, także w Polsce. Na koniec ub.r. mieliśmy zainstalowane ok. 2 MW paneli słonecznych, a do 2016 r. mamy mieć 500 MW (według umiarkowanego scenariusza) lub nawet 1,1 tys. MW. Wiele zależy od wsparcia, które zostanie ostateczne zagwarantowane w opracowywanej ustawie o odnawialnych źródłach energii.

MasterCard i Deutsche Telekom łączą siły na rzecz płatności mobilnych

MasterCard oraz Deutsche Telekom ogłosiły dziś europejskie partnerstwo, które ma umożliwić konsumentom wykorzystywanie telefonów komórkowych jako bezpiecznej i wygodnej metody płatności.

Podczas dzisiejszej konferencji prasowej w Berlinie Deutsche Telekom oraz MasterCard podkreśliły wagę swojego partnerstwa i wprowadzenia płatności mobilnych — jednej z najszybciej rozwijających się usług konsumenckich ostatnich pięciu lat. Celem partnerstwa jest udostępnienie płatności mobilnych dla 93 milionów klientów firmy Deutsche Telekom w całej Europie.

„To olbrzymi krok na naszej drodze do upowszechnienia płatności mobilnych. Firma MasterCard to znany i doświadczony partner, który rozwija ten istotny segment rynku. Chcemy stworzyć kompleksowe środowisko dla płatności mobilnych, które pomoże firmie Telekom zrealizować strategię bycia preferowanym przez klientów dostawcą usług łączności — w życiu osobistym i zawodowym” – komentuje Thomas Kiessling, Chief Product and Innovation Officer spółki Deutsche Telekom.

Pierwsze wdrożenie tej usługi wśród konsumentów odbędzie się w Polsce pod koniec tego roku. Również w tym roku płatności mobilne zostaną zaprezentowane konsumentom niemieckim, początkowo na etapie testowym wraz z telefonami komórkowymi i kartami. Kontynuacją tego procesu w pierwszej połowie przyszłego roku będzie usługa mobilnego portfela, która będzie również otwarta dla innych banków-wydawców oraz partnerów. Firma Deutsche Telekom będzie oferować produkty MasterCard za pośrednictwem spółki zależnej ClickandBuy, właściciela licencji e-money. Produkty te zostaną także wprowadzone na inne rynki europejskie.

„Segment płatności jest w dalszym ciągu otwarty na innowacje, zwłaszcza teraz, gdy pod wpływem technologii obserwujemy wzmożone tendencje do odsuwania się od płatności gotówką. Dziedzictwo firmy MasterCard jest silnie związane z opracowywaniem otwartych technologii, stworzonych dla wszystkich, którzy chcą korzystać z wygodnych i bezpiecznych rozwiązań w zakresie płatności. Usługa portfela mobilnego jest otwarta dla innych banków-wydawców i partnerów, a także pomoże naszym klientom dostosować się do nowych zachowań konsumenckich i zmieniającej się dynamiki rynku. Dzisiejsze, oficjalne ogłoszenie współpracy to symbol prawdziwego porozumienia umysłów, z którego zrodziło się prawdziwe partnerstwo” – mówi Ann Cairns, Prezes, International Markets MasterCard Worldwide.

Konsumenci zdecydowanie skorzystają na tym, że portfel mobilny będzie realizowany w środowisku kart SIM smartfonów: oprócz tego, że płatności będą bezpieczne, konsumenci będą mieli zapewnioną ciągłą i pełną przejrzystość oraz kontrolę. Dodatkowo usługa będzie otwarta dla innych banków-wydawców.

Polski rynek pracy przyciąga pracowników z Ukrainy

Rok 2011 okazał się rekordowy pod względem liczby wyjazdów zarobkowych z Ukrainy do Polski. Nasz kraj jest obecnie czołowym rynkiem pracy dla pracowników z Ukrainy wśród krajów Unii Europejskiej. W ostatnich latach wydano w Polsce obywatelom Ukrainy najwięcej wiz Schengen, co więcej wszystko wskazuje na to, że trend ten się utrzyma – informuje agencja EWL.

Planowane otwarcie nowego polskiego konsulatu w Doniecku i wzrost liczby punktów realizujących wnioski wizowe to nie tylko efekt odbywających się w czerwcu Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej Euro 2012, to także zwiększony ruch transgraniczny związany z rosnącym zapotrzebowaniem na pracowników na polskim rynku pracy. Zapotrzebowaniem, które według danych polskiego Ministerstwa Pracy wzrosło na przestrzeni ostatnich paru lat dwukrotnie.

Tak znaczący wzrost wyjazdów zarobkowych do Polski wynika między innymi z braków kadrowych na polskim rynku pracy, zwłaszcza w branżach takich jak budownictwo, czy przemysł ciężki i lekki. Wspólnie z rozbieżnościami w poziomie zarobków pomiędzy polskim a ukraińskim rynkiem pracy przyczyniają się do wzrostu liczby cudzoziemców, z których nawet 90% legalnie zatrudnionych stanowią obecnie pracownicy z Ukrainy. Różnice w poziomie wynagrodzeń w Polsce i na Ukrainie sięgają nawet kilkuset procent w zależności od zawodu – średnie miesięczne wynagrodzenie w Polsce wynosi w ujęciu realnym ok. 3200 PLN (czyli ok. 8200 ukraińskich hrywien), podczas gdy dla porównania na Ukrainie plasuje się ono w okolicach 2200 hrywien (ok. 920 PLN).

Tylko w 2011 roku Polska wydała obywatelom Ukrainy około 570 tys. wiz, w tym 200 tys. wiz narodowych. Polscy pracodawcy zarejestrowali z kolei prawie 240 tys. wniosków o zamiarze zatrudnienia obywateli Ukrainy (wzrost o 42% w porównaniu z rokiem 2010), umożliwiających legalny pobyt i pracę na terytorium Polski na okres do 6 miesięcy w ciągu roku. Według pierwszych informacji z 2012 roku, poziom zainteresowania zatrudnieniem tej grupy pracowników utrzymał się na podobnym poziomie co w roku ubiegłym. Ogółem w pierwszym kwartale tego roku zarejestrowano 85 891 wniosków o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom, co oznacza spadek o prawie 1 tys. w porównaniu z rokiem poprzednim (86 820). Dla obywateli Ukrainy zgłoszono w tym okresie 80 974 oświadczenia (spadek o pół tysiąca w porównaniu do 81 472 w pierwszych 3 miesiącach 2011 roku), należy jednak uwzględnić zwiększone zapotrzebowanie na tę formę uzyskania zezwolenia na pracę w pierwszym kwartale 2011. Rozbieżności te mogły wiązać się z brakiem pod koniec 2010 roku odpowiednich procedur pomostowych dla pracodawców zatrudniających cudzoziemców w oparciu o oświadczenia i późnym wejściem w życie odpowiedniego rozporządzenia Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w grudniu 2010.

Ze wspomnianej uproszczonej procedury zatrudnienia korzysta coraz więcej Ukraińców, czyniąc ich najliczniejszą aktywną zawodowo grupą cudzoziemców na polskim rynku pracy. Procedura legalizacyjna trwa w tym przypadku około 2 tygodni – po wypełnieniu przez polskiego pracodawcę odpowiedniego formularza rejestracyjnego i zarejestowaniu go w odpowiednim urzędzie, kandydat do pracy może (bazując na oświadczeniu pracodawcy) ubiegać się o wizę pracowniczą w polskich konsulatach na Ukrainie. Po otrzymaniu wizy pozostaje mu tylko przyjechać do Polski w celu podpisania umowy z pracodawcą. Dla pozostałych kandydatów do pracy w Polsce pozostaje dotychczasowa procedura ubiegania się o zezwolenie na pracę – w 2011 roku skorzystało z niej niecałe 19 tys. obywateli Ukrainy, również o 42% więcej w stosunku do roku 2010.

Najwięcej Ukraińców zatrudniają polskie gospodarstwa rolne (126 tys. zarejestrowanych wniosków w 2011 roku), drugie w kolejności są firmy budowlane (51 tys. oświadczeń). Duże zapotrzebowanie na pracowników z Ukrainy zgłaszają również polskie firmy produkcyjne z przemysłu lekkiego i ciężkiego, a także przedsiębiorstwa transportowe. Do Polski trafia też wielu specjalistów i menadżerów średniego i wyższego szczebla, zwłaszcza ekspertów ds. rynków wschodnich. Oprócz firm prowadzących działalność gospodarczą, należy również pamiętać o osobach fizycznych prowadzących gospodarstwa domowe, którzy chętnie zatrudniają obywateli Ukrainy, w charakterze opiekunek do dzieci i osób starszych, a także jako pomoce domowe. Ze względu na skomplikowane i długotrwałe procedury nostryfikacyjne, w mniejszym stopniu z usług Ukraińców korzysta natomiast polska opieka zdrowotna.

Inną istotną przyczyną wzrostu wyjazdów do Polski są zmiany w polskim prawie, ułatwiające podjęcie przez cudzoziemców pracy na terytorium RP. Na przestrzeni ostatnich kilku lat polska polityka wizowa uległa znaczącej liberalizacji. Od 2006 roku obowiązuje w Polsce wspomniana uproszczona procedura zatrudniania pracowników z 5 państw Europy Wschodniej, w tym Ukrainy, oparta o oświadczenia o zamiarze zatrudnienia cudzoziemca. Obniżono także opłatę administracyjną za wyrobienie zezwolenia na pracę z 936 do 100 PLN. Dalsze ocieplanie się stosunków ukraińsko-polskich może prowadzić do kolejnych zmian w polskiej polityce wizowej względem Ukrainy. Już na początku tego roku zapowiedziano zniesienie opłat wizowych za wizy narodowe dla obywateli Ukrainy.

– „Obserwujemy obecnie coraz bardziej sprzyjący klimat do zatrudniania cudzoziemców w Polsce. Planowana na ten rok nowa ustawa o cudzoziemcach ma wprowadzić między innymi jedną wspólną procedurę ubiegania się pobyt i pracę na terytorium Polski, co wspólnie z planowanym skróceniem terminów uzyskiwania zezwoleń na pobyt i rozwojem sieci kosulatów powinno zaowocować utrzymaniem tendencji zwyżkowej w napływie obywateli Ukrainy.” – mówi Andrzej Korkus, właściciel agencji EWL Ukraina, otwartego w Kijowie oddziału polskiej agencji zatrudnienia cudzoziemców EWL. – „Zmiany w polskich przepisach zakładają również ułatwienia w podjęciu pracy przez wysoko wykwalifkowanych pracowników, a to powinno wpłynąć korzystnie na jakość zatrudnienia. Co więcej, więzi między Polską i Ukrainą się stale umacniają, z roku na rok coraz łatwiej zaobserwować przenikanie się kultur w życiu codziennym – prywatnym i zawodowym. Klimat do rozwoju wspólnego rynku pracy wynika więc zarówno ze względów gospodarczych, prawnych, jak i czysto społecznych – ludzkich.”

Źródło: MPiPS, EWL

Więcej informacji o cudzoziemcach na stronie EWL www.ewl.com.pl

Trudny sezon dla branży turystycznej

Branża turystyczna przeżywa trudne czasy. Choć liczba sprzedawanych wycieczek zagranicznych rośnie w dość szybkim tempie, touroperatorzy nie odnotowują wyraźnego zwiększenia zysków. Wszystko przez słabnącego złotego, przed którym biura podróży na wszystkie sposoby chcą ustrzec klientów.

Zdaniem Marka Węgierka, prezesa Neckermann Polska, to będzie kolejny trudny rok dla branży turystycznej.

– Nie będzie tak dużych wzrostów jak w zeszłym roku. Natomiast nadal powinien być to wzrost ok. 5 proc. – mówi Marek Węgierek.

Mimo to, że niezbyt mocna polska waluta znacznie to zadanie utrudnia.

– Na pewno jest to jeden z naszych kosztów. Wielu touroperatorów, tak jak Neckermann, stara się niwelować te koszty obniżając ceny, negocjując z hotelarzami, negocjując ceny przelotów – wyjaśnia Neckermanna. – Jeżeli popatrzymy na naszą ofertę, to nasza cena nie zmieniła się dla klienta w stosunku do zeszłego roku.

Prezes Neckermann Polska zapewnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, że zabiegi polegające na niwelowaniu kosztów nie wpłyną na komfort czy bezpieczeństwo turysty.

– Zmieniliśmy między innymi linię lotniczą, z którą współpracujemy. Zaczęliśmy współpracę ze Small Planet. Zmieniliśmy także podejście do kontraktowania, bardziej agresywnie kontraktujemy. Zatrudniliśmy osobę na stanowisko contract manager, który uzyskuje dla nas lepsze kontrakty niż w zeszłym roku. Te elementy zniwelowały różnice kursowe – zapewnia prezes Neckermann Polska.

Kierunki wybierane przez klientów wskazują na to, że cena wyjazdu odgrywa decydującą rolę. W czołówce najchętniej odwiedzanych krajów wciąż znajdują się Egipt, Tunezja i Grecja, gdzie oferty wyjazdowe są najatrakcyjniejsze.

Zwiększa się udział niemieckich inwestycji w Polsce

Nasi zachodni sąsiedzi wrócili na drugie miejsce z czwartego, jeśli chodzi o liderów inwestycji zagranicznych w naszym kraju – mówi prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, Sławomir Majman. A może być jeszcze lepiej. 95 proc. niemieckich przedsiębiorców działających w Polsce chciałoby ponownie tu zainwestować.

Niemieccy inwestorzy zainteresowani są przede wszystkim przemysłem motoryzacyjnym, maszynowym i chemicznym. Coraz większą uwagę koncentrują także na branży farmaceutycznej.

– Bliskość naszych gospodarek, kultur i doświadczeń jest istotna, ale głównymi powodami, dla których Niemcy inwestowali, inwestują i będą inwestować w Polsce są, po pierwsze, siła robocza, czyli polscy pracownicy – mówi Sławomir Majman. – Firmy niemieckie uważają ich za efektywnych, dobrze przygotowanych i zaangażowanych.

Po drugie, dla partnerów zza zachodniej granicy liczy się stabilność polityczna. Europa 2012 roku zwraca na ten czynnik szczególną uwagę.

– Jeśli chodzi o stabilność polityczną bijemy na głowę wszystkich naszych rywali, ubiegających się o inwestycje niemieckie – zauważa w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria szef PAIiIZ.

Zwłaszcza wśród innych krajów naszego regionu.

Inwestorzy, których uwaga skupiona jest na Polsce podkreślają, że ta zdążyła już okrzepnąć w Unii Europejskiej, której członkiem jest od ponad ośmiu lat. Warszawa potrafi skutecznie walczyć o swoje interesy, jak również efektywnie wydawać przyznane jej środki unijne.

– Kolejnym argumentem za Polską jest to, że jesteśmy liczącym się rynkiem wewnętrznym – ocenia Sławomir Majman. – Coraz więcej niemieckich firm przenosi produkcję do Polski nie dlatego, że chce stąd eksportować do krajów trzecich, bo tutaj jest tania siła robocza, ale dlatego, że chce produkować dla bogacącego się rynku wewnętrznego w Polsce.

Równie ważne, co dynamika wzrostu, są perspektywy na przyszłość. I w tym przypadku docierają do nas pozytywne informacje.

– Najlepszą jest to, że 95 proc. niemieckich firm chce ponownie inwestować w Polsce, a 40 proc. niemieckich firm działających tutaj zapowiedziała na ten rok zwiększenie miejsc pracy – mówi Majman.

Niestety, wzrost niemieckiego zaangażowania w polską gospodarkę może zostać zahamowany wskutek trudności, jakie napotykają na swej drodze tamtejsi inwestorzy.

– To, co jest negatywnie odczuwane przez firmy niemieckie to niestabilność prawa – tłumaczy szef PAIiIZ. – Po drugie, cały kompleks praw związany z systemem zamówień publicznych, wreszcie kwestie korupcji.

Jak podkreśla Sławomir Majman, pod tym względem i tak jesteśmy oceniani wyżej od naszych środkowoeuropejskich sąsiadów.

– Bardziej nam zależy na tym, żeby się nie równać z naszymi przyjaciółmi z Czech, Słowacji, Węgier czy Bułgarii, ale na tym, by grać o inwestycje w lidze europejskiej, czyli w lidze, w której są największe i najbogatsze kraje Europy – przekonuje prezes Agencji.

To wiąże się z koniecznymi zmianami w prawie. Zresztą te zmiany systematycznie są wdrażane.

– Ostatnie badania Transparency International, jakimi dysponujemy od roku, wskazują na bardzo wyraźny spadek korupcji w Polsce – mówi Sławomir Majman. – Procedury dotyczące zamówień publicznych są trudne dla prawników i przedsiębiorców, ale one są właśnie dlatego trudne, żeby były bezpieczne i szczelne.

Kierujący Polską Agencją Informacji i Inwestycji Zagranicznych, Sławomir Majmam zwraca też uwagę na fakt, że Ministerstwo Gospodarki wystąpiło niedawno z kolejnym pakietem ułatwień dla przedsiębiorców, które zdeformalizują niektóre procedury.

MNI S.A. zamierza kontynuować buy-back oraz inwestycje rozwojowe

Akcjonariusze giełdowej spółki holdingowej MNI S.A., kontrolującej kilkanaście firm działających w branżach: telekomunikacyjnej, zaawansowanych usług dodanych, medialnej, turystycznej oraz e-commerce poparli plany zarządu dotyczące kontynuacji rozwoju poprzez akwizycje. Realizacji tej strategii sprzyjać będzie pozostawienie zysków za 2011 rok w spółce.

26 czerwca br. odbyło się Zwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy notowanej na warszawskiej giełdzie holdingowej spółki MNI S.A. (indeksy: sWIG80, WIG-TELKOM), podsumowujące 2011 r. Stawili się akcjonariusze posiadający łącznie …. mln akcji MNI S.A., stanowiących …% kapitału zakładowego spółki i odpowiadających …% głosów na walnym zgromadzeniu. – 2011 rok uznajemy za korzystny za spółki. Kolejny rok z rzędu udało się nam zwiększyć skalę prowadzonej działalności, i to w dwucyfrowym tempie. Uzyskany wzrost to efekt zrealizowanych akwizycji w poprzednim roku, jak i w 2011 r. W tym roku nie zamierzamy zwalniać tempa, chcemy inwestować i rozwijać się w atrakcyjnych segmentach – mówi Andrzej Piechocki, prezes MNI S.A. – MNI S.A. działa jak fundusz inwestycyjny – wyszukujemy ciekawe aktywa, zwiększamy ich wartość w wyniku restrukturyzacji. aby następnie sprzedać je po korzystnej cenie, np. inwestorowi branżowemu. W ubiegłym roku w ten sposób postąpiliśmy ze Stream Communications Sp. z o.o., siódmym operatorem telewizji kablowej, który przejęliśmy pod koniec 2010 r. Zamierzamy kontynuować strategię dezyinwestycji, bo w naszym portfolio znajduje się jeszcze sporo atrakcyjnych aktywów – dodaje prezes Andrzej Piechocki.

Akcjonariusze MNI S.A. zdecydowaną większością głosów zarejestrowanych na walnym zgromadzeniu zatwierdzili sprawozdania zarządu z działalności spółki i grupy kapitałowej oraz sprawozdania finansowe (jednostkowe i skonsolidowane) oraz udzielili skwitowania wszystkim członkom zarządu i rady nadzorcze za 2011 r. MNI S.A., która jest spółką holdingową, kontrolującą liczne firmy działające w branży telekomunikacyjnej, zaawansowanych usług dodanych dla telefonii komórkowej, medialnej oraz turystycznej, wypracowała 8,96 mln zł jednostkowego zysku netto, przy 0,27 mln zł jednostkowych przychodów ze sprzedaży netto (spółka nie prowadzi właściwie działalności operacyjnej – zarządza posiadanymi przez grupę aktywami).

W 2011 r. Grupa Kapitałowa MNI miała skonsolidowane przychody ze sprzedaży netto wysokości 357,62 mln zł, wobec 289,39 mln zł rok wcześniej (co oznacza wzrost o 23,6%). Wskaźnik EBITDA dla Grupy MNI osiągnął 107,7 mln zł i był wyższy o 10,25% w porównaniu do 2010 r. Grupa wypracowała 33,91 mln zł skonsolidowanego zysku netto, z kolei skonsolidowany zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 31,39 mln zł. – W 2011 r. otoczenie rynkowe, z powodu kryzysu fiskalnego, i wynikających z tego zawirowań na rynkach finansowych było bardzo trudne. Dlatego myślę, że akcjonariusze spółki mogą być usatysfakcjonowani osiągniętymi wynikami. Przeprowadzone akwizycje stanowią mocną dla dalszego rozwoju w tym roku i kolejnych latach, co jest kluczowe w kontekście trwającego kryzysu – mówi Andrzej Piechocki, prezes MNI S.A.

Zarząd MNI S.A. zgłosił wniosek o pozostawienie całego zysku netto za 2011 r. w spółce i przeznaczenie go na kapitał zapasowy. Za uchwałą opowiedziało się …% udziałowców obecnych na walnym zgromadzeniu. – Cieszę się, że akcjonariusze poparli nasz wniosek. Zdajemy sobie sprawę, że bieżący kurs akcji, nie odzwierciedla prawdziwej wartości aktywów zgromadzonych w spółce MNI S.A., a dywidenda byłaby wynagrodzeniem dla akcjonariuszy długoterminowych. Zapewniam jednak, że pieniądze przeznaczymy na inwestycje, które przełożą się na dalszy wzrost fundamentalnej wartości grupy – mówi Andrzej Piechocki, prezes MNI S.A.

MNI S.A. od lat inwestuje w spółki z branży telekomunikacyjnej, medialnej, zaawansowanych usług dodanych oraz turystycznej. Dzięki dokonanym akwizycjom m.in. Lark Europe Sp. z o.o., największego polskiego producenta i dystrybutora urządzeń do nawigacji GPS i multimedialnych tabletów PC (pod marką LARK FreeMe) oraz NetShops.pl Sp. z o.o., firmy z rynku e-commerce, aktywa grupy MNI na koniec ub.r. wynosiły już 794 mln zł.
MNI S.A. oraz podmioty przez nią kontrolowane nadal uczestniczą – jako przejmujący – w konsolidacji branż, w których działają. W maju br. MNI S.A. zawarła umowę zakupu 31,13% akcji giełdowej spółki PC Guard S.A., która jest m.in. właścicielem Imagis S.A., producenta map cyfrowych i oprogramowania do nawigacji GPS oraz Smart Elektronik Sp. z o.o., producenta nawigacji samochodowych, odbiorników GPS, lokalizatorów fotoradarów. Wartość tej transakcji wyniosła 17 mln zł. – Obie spółki wzmocnią nasz segment nawigacji GPS, map cyfrowych i zaawansowanych technologii teleinformatycznych (GIS). Dotychczas Smart Elektronik i nasz Lark Europe Sp. z o.o. oraz Imagis S.A. i nasze Navigo Sp. z o.o. konkurowały ze sobą, teraz rozpoczęły współpracę, a za chwilę połączą swoje siły, dzięki czemu powstanie niekwestionowany rynkowy lider w segmencie nawigacji GPS i map cyfrowych w Polsce – mówi Andrzej Piechocki, prezes MNI S.A. – Grupa MNI działając podobnie jak fundusz inwestycyjny, staramy się elastycznie reagować na sytuację na rynku – sprzedając lub kupując aktywa, zawsze na atrakcyjnych warunkach. W planach mamy kolejne transakcje, które będą maksymalizować wartość aktywów posiadanych przez grupę MNI – dodaje prezes Andrzej Piechocki.

Spada liczba udzielanych kredytów hipotecznych

Spowalniającemu rynkowi kredytów hipotecznych mogłoby pomóc poluzowanie regulacji nadzoru finansowego. Rekomendacje S i T sprawiły, że zarówno wartość, jak i liczba udzielanych kredytów spada, a kredyty walutowe praktycznie zniknęły z rynku. – Czas na weryfikację rekomendacji KNF – mówi dr Jacek Furga ze Związku Banków Polskich. Sytuację na rynku mogłaby poprawić również odpowiednia polityka rządu, zachęcająca do efektywnego oszczędzania.

Związek Banków Polskich proponuje, by na polskim rynku zaczęły funkcjonować kasy oszczędnościowo-budowlane, które z powodzeniem działają w innych krajach naszego regionu.

– Polega to na tym, że klienci podpisują umowę ze specjalistycznym bankiem, taką kasą oszczędnościowo-budowlaną. Określają wartość swojego zobowiązania finansowego, którego będą chcieli dokonać w przyszłości, np. na zakup mieszkania, zamianę mieszkania czy remont i połowę tego zobowiązania oszczędzają systematycznie w tym systemie – wyjaśnia Jacek Furga, przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości Związku Banków Polskich.

Efektywność oszczędzania w tym systemie polega na tym, że państwo co roku do zgromadzonych środków dopłaca określoną kwotę, tzw. premię budowlaną lub mieszkaniową. W ten sposób odkładane środki rosną w szybszym tempie i co ważne, zdaniem eksperta ZBP, nie są „zjadane” przez inflację.

Jacek Furga uważa, że odpowiednia zachęta ze strony rządzących mogłaby ożywić rynek kredytowy w Polsce. W pierwszych miesiącach tego roku akcja kredytowa banków wyraźnie zahamowała. W ocenie eksperta, to przede wszystkim efekt rekomendacji wprowadzanych systematycznie przez Komisję Nadzoru Finansowego.

– Część rekomendacji się powtarza w swoich zapisach, zwłaszcza tych dotyczących kredytowania hipotecznego, mówię o rekomendacji S i trzech jej nowelizacjach. Jest rekomendacja T. Teraz dochodzi nowelizacja rekomendacji J, która też określa pewne możliwości finansowania nieruchomości. Myślę, że to czas, aby te rekomendacje rzeczywiście zweryfikować – mówi Jacek Furga Agencji Informacyjnej Newseria.

Zarówno liczba kredytów, jak i ich wolumen, okazał się być dużo mniejszy niż w poprzednich kwartałach. O kredyt na mieszkanie jest trudniej niż w przeszłości, a zapożyczenie się we franku lub w euro jest dziś praktycznie niemożliwe, bo warunki, jakie musi spełniać kredytobiorca są poza zasięgiem większości Polaków.

– Banki mają problem z refinansowaniem kredytów w walucie obcej, zwłaszcza we franku, bo go na rynku międzybankowym nie ma. Stąd też kredyt we franku praktycznie zniknął z oferty. Formalnie dwa banki go oferują, ale przy takich drastycznych warunkach dochodowych kredytobiorcy, że w zasadzie przeciętny zjadacz chleba tego kredytu nie otrzyma – zauważa ekspert.

Podobne problemy będą mieć wkrótce również ci, którzy zechcą zaciągnąć dług w walucie europejskiej.

– Co mnie dziwi, bo akurat euro jako ta nasza docelowa waluta, powinna być łatwiejsza w dostępie i cena nie powinna być aż tak wysoka, bo w tej chwili jest to rzędu 300-400 punktów bazowych. Jest to wysoka cena – dodaje Furga.

Zdaniem eksperta nic nie wskazuje na to, by sytuacja w kredytach walutowych w najbliższym czasie się zmieniła. Jednak warto pomyśleć o tym, by kredyt w złotych stał się bardziej atrakcyjny.

– Coraz częściej mówi się o nowym sposobie naliczenia tego podstawowego parametru, jakim jest stopa WIBOR, czyli cena międzybankowa pieniądza. To miałoby sens, bo przekładałoby się na niższą podstawę, do której dolicza się marżę banku – przekonuje Jacek Furga.

Przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości jest zdania, że trudniej na rynku kredytowym być już nie powinno. O ile Rada Polityki Pieniężnej nie podniesie kolejny raz stóp procentowych. Jednak powołując się na opinie analityków, w najbliższym czasie do takiej podwyżki raczej nie powinno dojść.

Pewnym pocieszeniem dla potencjalnych kredytobiorców może być też fakt, że na rynku budowlanym wciąż systematycznie spadają ceny. Może nie są to duże spadki, ale regularnie ta cena się obniża, dla wszystkich typów nieruchomości na rynku pierwotnym i na rynku wtórnym.

– Kredyt nie jest łatwy do otrzymania, ale jest w miarę jeszcze w rozsądnej cenie, więc jeśli pojawiłyby się jeszcze dodatkowe elementy budujące oszczędności, które by się przekładały na tańszy pieniądz w długim terminie, to rynek powinien kontynuować dotychczasowy trend – mówi Furga.

Gaz i kolektory najczęściej wybieranymi rozwiązaniami podczas wymiany systemów grzewczych w Polsce

W ostatnich latach obserwuje się w Polsce dynamiczny rozwój nowoczesnych systemów grzewczych, które zaczynają odgrywać znaczącą rolę na rynku. Jednocześnie, przy widocznym dużym zainteresowaniu nowościami rynkowymi, nadal mocna jest pozycja dotychczas stosowanych systemów – węgla i ciepła sieciowego.

Położenie geograficzne oraz towarzyszący mu klimat predestynują Polskę do obowiązkowego instalowania stałej infrastruktury grzewczej we wszystkich obiektach wykorzystywanych przez ludzi. Jak pokazuje zrealizowane przez firmę badawczą PMR badanie przeprowadzone na próbie 300 firm instalacyjnych na potrzeby raportu „Rynek HVAC w Polsce 2012 – Prognozy rozwoju na lata 2012-2014”, coraz większe uznanie wśród inwestorów zyskują nowe typy systemów grzewczych. Rosnące ceny ogrzewania oraz potrzeba modernizacji przestarzałych systemów wymuszają na użytkownikach konieczność wymiany i modernizacji urządzeń stanowiących źródło ciepła.

Wyniki badań przeprowadzonych wśród firm zajmujących się instalacją m.in. systemów ogrzewania wskazują na zmiany trendów stosowanych rozwiązań. Ankietowani odpowiadali m.in. na pytania dotyczące najczęściej wymienianych na inne systemów grzewczych oraz tych, które stanowią nowy wybór podczas wymiany.

Z zestawienia udzielonych odpowiedzi wynika, że najbardziej popularnym rozwiązaniem podczas wymiany systemu grzewczego jest ogrzewanie gazowe. W pięciostopniowej skali częstości (gdzie 1 oznacza bardzo rzadko, zaś 5 bardzo często) uzyskało ono odpowiednio wyniki ponad 4 dla częstości wyboru oraz jedynie 1,78, jeśli chodzi o rezygnację.

Bezpośrednimi przyczynami takich wyborów inwestorów są wygoda użytkowania, dostęp do sieci, a także fakt, że pomimo wahań cenowych gaz nadal uchodzi za relatywnie tani surowiec. Bardzo dobrze przedstawia się także sytuacja odnawialnych źródeł ciepła. Stosowane najczęściej do podgrzewania c.w.u. kolektory słoneczne oraz pompy ciepła są opcjami, które stosunkowo często są wybierane jako nowe rozwiązania grzewcze. Prawie 70% ankietowanych firm, udzielając odpowiedzi na pytania, wskazywało na rosnącą popularność kolektorów. Pompy ciepła, które nie doczekały się dotychczas dedykowanego programu rządowego wspierającego ich rozwój, także cieszą się coraz większym zainteresowaniem – na wzrost popularności tego rozwiązania wskazywało niemal 60% instalatorów.

Po przeciwnej stronie, z najsłabszymi wynikami, uplasowały się ogrzewanie elektryczne oraz olejowe. Badani instalatorzy wskazywali, że są to systemy, w przypadku których rezygnacje są częste, natomiast ich wybór na nowe źródło ciepła − sporadyczny. Przyczyną takiego trendu są wysokie koszty eksploatacji.

Mniej więcej w połowie stawki plasują się tradycyjne dla Polski systemy grzewcze. Szeroki dostęp do scentralizowanych systemów cieplnych pracujących w oparciu o lokalne ciepłownie i elektrownie oraz stosunkowo niskie koszty sprawiają, że jest to opcja, która nadal cieszy się dużą popularnością i z której rezygnuje się raczej rzadko. Szacuje się, że sieciowe ogrzewanie pokrywa obecnie ok. 53% zapotrzebowania na ciepło, natomiast spośród nowych lokali mieszkalnych oddawanych do użytku średnio jeden na trzy ma ogrzewanie miejskie. Tradycyjnymi źródłami ogrzewania indywidualnych lokali bez dostępu do sieci ciepłowniczych były dotychczas piece węglowe i nadal można mówić o pewnej stabilizacji w tym segmencie. Mimo że wielu użytkowników rezygnuje z tej niezbyt wygodnej formy ogrzewania, to jednocześnie, dzięki niskiej cenie surowca, spora jest rzesza ludzi, którzy instalują nowoczesne piece węglowe w modernizowanych lokalach.
Jak się okazuje, głównymi czynnikami decydującymi o wyborze danego rozwiązania, według ankietowanych instalatorów, są jakość i renoma producenta urządzenia, a także jego cena oraz koszty obsługi. Znajduje to odzwierciedlenie w strukturze rozwiązań, z których najczęściej się rezygnuje i tych, które wybierane są jako nowy system grzewczy.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek HVAC w Polsce 2012 – Prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

60% MŚP w Polsce korzysta z usług IT

Około 60% firm z sektora MŚP w Polsce korzysta z usług IT. 30% zatrudnia własnych pracowników odpowiedzialnych za informatykę. Rośnie liczba wykorzystywanych komputerów przenośnych. Przeciętnie w sektorze MŚP na firmę przypada pięć tego typu urządzeń. W ostatnich dwóch latach spadł odsetek przedsiębiorstw sięgających po fundusze UE na rozwój ICT.

Z najnowszych badań firmy PMR wynika, że prawie 60% firm z sektora MŚP w Polsce korzysta z zewnętrznych firm świadczących usługi z zakresu IT. Znacznie częściej w usługi IT inwestują firmy średnie (69%), o wysokim poziomie przychodów (praktycznie wszystkie o przychodzie powyżej 50 mln zł i niewiele ponad połowa o przychodzie do 2 mln zł). Co ciekawe, w ciągu dwóch lat, jakie minęły od poprzedniej edycji analogicznego badania realizowanego przez PMR, wykorzystywanie zewnętrznych firm do realizacji usług z obszaru IT spadło (przy jednoczesnym wzroście firm, które korzystają tylko z usług własnych pracowników działu IT). Podobnie jak dwa lata temu, obecnie firmy najczęściej korzystają z usług instalacji, wsparcia technicznego oraz serwisu sprzętu i oprogramowania. Co czwarta firma wdrażała oprogramowanie korzystając z usług dostawcy zewnętrznego.

Zatrudnianie informatyków nie jest popularną praktyką w sektorze MŚP w Polsce, jednak odsetek firm deklarujących posiadania choćby jednoosobowego działu IT rośnie. W I kw. 2012 r. przeciętnie co trzecia firma (31%) w przedziale zatrudnienia 10-249 pracowników, posiadała pracownika odpowiedzialnego za IT. Dla całego sektora średnia liczba pracowników wyniosła 1, jednak firmy nie są pod tym względem jednorodne. O zatrudnieniu informatyka decyduje bardziej liczba pracowników ogółem w przedsiębiorstwie i branża, w której firma działa, niż jej możliwości finansowe czy poziom przychodów. „Firmy średnie dwukrotnie częściej zatrudniają pracownika działu IT i blisko trzykrotnie częściej posiadają co najmniej dwóch pracowników tego działu. W firmach z branży finansowej wskaźnik ten jest ponad dwukrotnie wyższy niż średnia dla sektora MŚP, bez względu na poziom zatrudnienia” – dodaje Paweł Olszynka, analityk PMR i autor raportu, który powstał w oparciu o wyniki badania.

Nasycenie komputerami w małych i średnich przedsiębiorstwach w Polsce jest na względnie wysokim poziomie. Praktycznie wszystkie przedsiębiorstwa w sektorze MŚP posiadają komputer stacjonarny (jeśli nie, wyposażone są w komputer przenośny), coraz częściej deklarują też korzystanie z laptopów, netbooków, jak również tabletów. Dzięki stale zwiększającej się mocy obliczeniowej, będącej obecnie na poziomie umożliwiającym komfortową pracę na aplikacjach biurowych przy wykorzystaniu budżetowych rozwiązań IT, przenośne komputery stają się realną alternatywą dla tradycyjnych desktopów. Z drugiej strony stopień substytucji jest ograniczony, między innymi z uwagi na komfort pracy na komputerach biurkowych o wyższej przekątnej.

Średnia liczba komputerów przypadająca na firmę działającą w sektorze MŚP w ciągu ostatnich dwóch lat pozostała praktycznie na tym samym poziomie. Zmieniły się natomiast proporcje na korzyść rozwiązań mobilnych. W 2010 r. udział urządzeń mobilnych wyniósł 27%, podczas gdy w 2012 r. wzrósł do 30%. Przeciętne przedsiębiorstwo w sektorze MŚP w Polsce posiada obecnie 10 komputerów stacjonarnych i 5 komputerów przenośnych. Warto podkreślić, że jest to wartość średnia, a ilość posiadanych urządzeń zależy od wielkości przedsiębiorstwa, wielkości przychodów, posiadania zagranicznego inwestora i oddziałów firmy. Jest to prosta konsekwencja zwiększania skali działalności, która bez odpowiedniego poziomu informatyzacji nie jest już możliwa.

Nie ma zasadniczych różnic między przedsiębiorstwami w kwestii czasu, po jakim wymienia się komputery na nowe: stacjonarne służą średnio pięć lat, przenośne cztery lata, niezależnie od rodzaju przedsiębiorstwa. W porównaniu z sytuacją sprzed dwóch lat widać dalsze wydłużanie cyklu wymian i czasu użytkowania komputerów, choć różnice nie są znaczące. Dłuższy cykl wymian sprzętu nie jest zaskoczeniem. Pomijając nawet aspekt kosztowy i oszczędności w firmach, używany obecnie kilkuletni sprzęt komputerowy bez problemu radzi sobie z większością powszechnie dostępnych i używanych aplikacji biurowych. Najnowsza wersja oprogramowania Microsoft Windows 7 reklamowana była jako software, który można uruchomić na komputerach z systemem operacyjnym Microsoft Windows XP (który datę premiery miał jeszcze w 2001 r.). Nie powinien zatem dziwić zaobserwowany po raz kolejny delikatny wzrost średniego czasu wymiany komputera biurkowego na nowy.

Fundusze unijne

Pomimo prowadzonych kampanii w mediach i często podkreślanym pozytywnym wpływie na rozwój działalności i innowacyjność firm, korzystanie z funduszy unijnych w celu finansowania inwestycji związanych z ICT jest niezwykle rzadko spotykaną praktyką w sektorze MŚP. Znacznie częściej z tej możliwości korzystają średnie przedsiębiorstwa, dysponujące większymi środkami finansowymi, prowadzące działalność na większą skalę i posiadające oprócz głównej siedziby dodatkowe oddziały. Mimo wszystko, przeciętnie tylko co dwudziesta firma w Polsce zatrudniająca 50-249 pracowników zadeklarowała korzystanie z funduszy UE w obszarze ICT. Odsetek ten jest niższy do wyniku uzyskanego w badaniu przeprowadzonym dwa lata temu – wówczas wyniósł on 9%.

Informacje na temat badania

Zaprezentowane powyżej dane pochodzą z raportu „Oprogramowanie, usługi i infrastruktura ICT w małych i średnich firmach w Polsce 2012”, który powstał w oparciu o badanie przeprowadzone w I kw. 2012 r. przez firmę PMR. W badaniu wykorzystano losową, warstwową próbę firm zatrudniających 10-49 oraz 50-249 osób. W badaniu nie uwzględniono podmiotów gospodarczych działających w branżach m.in. administracji publicznej, edukacji, służb mundurowych, ochrony zdrowia oraz stowarzyszeń. W sumie zrealizowano 789 pełnowartościowych wywiadów. Wyniki badania mogą być uogólnione na zbiorowość polskich przedsiębiorstw zatrudniających 10-249 osób, działających w następujących branżach:
• handel hurtowy i detaliczny
• produkcja procesowa – produkcja ciągła, produkcja w masie (produkcja napojów, żywności, surowców chemicznych, itp.)
• produkcja dyskretna – produkcja w sztukach (produkcja maszyn, urządzeń, gotowych wyrobów metalowych, mebli, itp.)
• transport
• HoReCa – sektor hoteli, restauracji, barów, kawiarni i firm cateringowych
• przedsiębiorstwa użyteczności publicznej (elektrociepłownie, oczyszczalnie ścieków, wodociągi, itp.)
• finanse
• inne usługi (m.in. budownictwo, obrót nieruchomościami, telekomunikacja i informatyka).
Wyniki mogą być także uogólnione z osobna dla firm małych (10-49 pracowników) i średnich (50-249 pracowników). Według naszych szacunków, cała badana zbiorowość – zarejestrowane i jednocześnie aktywne w Polsce firmy, zatrudniające 10-249 osób, działające w wymienionych branżach – składa się z około 94 100 podmiotów; około 79 250 to podmioty zatrudniające 10-49 osób, natomiast firm zatrudniających 50-249 osób jest w Polsce (w branżach uwzględnionych w tym badaniu) w przybliżeniu 14 900. Na taką liczbę firm można uogólniać wyniki badania – innymi słowy, wyniki uzyskane od firm zatrudniających 10-49 osób dotyczą około 79 250 podmiotów, a rezultaty uzyskane od firm z przedziału zatrudnienia 50-249 osób są reprezentatywne dla około 14 900 podmiotów.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie informacji zawartych w raporcie firmy PMR „Oprogramowanie, usługi i infrastruktura ICT w małych i średnich firmach w Polsce 2012”.

Rynek badań klinicznych w Polsce rośnie, ale wolno

Według najnowszego raportu PMR „Rynek badań klinicznych w Polsce 2012. Prognozy rozwoju na lata 2012-2014” rynek badań klinicznych w Polsce będzie w najbliższych trzech latach rósł umiarkowanie, o około 5% rocznie, do wartości 860 mln zł w 2014. Polska pozostanie jednym z najbardziej atrakcyjnych krajów regionu ze względu na wielkość populacji, dużą chęć pacjentów do uczestnictwa w badaniach ze względu na słaby dostęp do innowacji oraz wysoką jakość infrastruktury związanej z przeprowadzaniem badań klinicznych.

Ustawa refundacyjna również nie bez wpływu na badania kliniczne

W latach 2009-2010 na rynku badań klinicznych zaobserwowana została stagnacja, co wyraziło się w niewielkich wzrostach jego wartości – na poziomie 1-2%. Wpływ na tak niską dynamikę rynku miał z pewnością kryzys ekonomiczny, który spowodował ograniczenie wydatków firm na badania i rozwój, a co za tym idzie, na badania kliniczne.

Według naszych szacunków, w 2011 r. rynek badań klinicznych, na którym operują firmy przeprowadzające badania kliniczne leków I-IV fazy oraz badania biorównoważności, osiągnął wartość 746 mln zł, co stanowiło 7% wzrost względem 2010 r. Polski rynek badań klinicznych jest już stosunkowo nasycony i nie spodziewamy się na nim spektakularnych wzrostów, przewidujemy, że w latach 2012-2013 r. będzie to dynamika około 3-4% rocznie. Średnioroczne tempo wzrostu (CAGR) dla polskiego rynku badań klinicznych wyniesie w latach 2012-2014 około 5%. „Niska dynamika będzie również wynikiem zmian jakie nastąpiły na polskim rynku w wyniku wprowadzenia ustawy refundacyjnej, co sprawiło, że funkcjonowanie na rynku stało się niezmiernie trudne, w szczególności dla firm innowacyjnych. Spodziewamy się, że w najbliższym czasie będą one skupione raczej na dostosowywaniu się do nowych warunków rynkowych np. opracowywaniu nowych strategii marketingowych dla już istniejących leków niż na działalności badawczo-rozwojowej. W latach 2013-2014 sytuacja nieco poprawi się – firmy zdążą dostosować się do nowych warunków, wejdzie w życie również ustawa o badaniach klinicznych, która uporządkuje nieco rynek” wyjaśnia Monika Stefańczyk, autorka raportu i główny analityk rynku farmaceutycznego w PMR.

Prawodawstwo wciąż do uporządkowania

Pomimo faktu, iż polskie firmy farmaceutyczne nie przeznaczają zbyt wiele środków na badania i rozwój, według Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, krajowy sektor farmaceutyczny jest liderem przemysłu krajowego, jeśli chodzi o względną liczbę przedsiębiorstw innowacyjnych. W latach 2007-2009 aż 56% przedsiębiorstw farmaceutycznych wprowadziło innowacje – albo inwestując w rozwój wytwarzanych leków, albo w unowocześnianie zakładów. Zdaniem przedstawicieli firm prowadzących badania kliniczne w Polsce, które PMR przebadał specjalnie na potrzeby tego raportu, czynnikiem, który może wpłynąć najbardziej na rozwój rynku w ciągu najbliższych lat, jest uporządkowanie prawodawstwa. Jest to najbardziej istotny czynnik już w drugiej z kolei edycji badania. Respondenci wskazywali tutaj na takie działania jak konieczność uchwalenia ustawy o badaniach klinicznych, a w niej m.in. wprowadzenie ubezpieczenia pacjenta, nie tylko badacza, czy też zwiększenie przejrzystości w procedurze rejestracji badań.

Podobnie jak w poprzednich latach, także w 2012 r. istotnym czynnikiem, który mógłby wpłynąć na rozwój rynku, jest dalsze uproszczenie rejestracji badania w CEBK (czynnik ten miał jednak znacznie mniej wskazań niż w 2006 r. i 2008 r., co wskazuje na pewna poprawę w jakości współpracy z ta instytucją).

Znacznie więcej respondentów niż w poprzednich edycjach badania wskazuje na wyjaśnienie kwestii związanych z zawieraniem umów jako na istotny czynnik rozwoju rynku badań klinicznych w Polsce. Wyrażać by się to miało przede wszystkim w uregulowaniu kwestii dotyczących umów między sponsorem, badaczem a ośrodkiem (Ministerstwo Zdrowia planuje wprowadzenie takich zmian w przygotowywanej obecnie ustawie Prawo badań klinicznych).

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek badań klinicznych w Polsce 2012. Prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

Sprzedaż oprogramowania w modelu cloud computing w Polsce w 2011 r. wzrosła o ok. 40%

Korzystna sytuacja na rynku będzie się utrzymywała również w kolejnych latach. Zdaniem największych polskich dostawców IT, na rozwój rynku cloud, oprócz poszukiwania oszczędności przez klientów końcowych, wpływa między innymi wzrost popularności mobilnego internetu i aplikacji mobilnych.

W swoim najnowszym raporcie zatytułowanym „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2012. Prognozy rozwoju na lata 2012-2016” firma badawcza PMR szacuje wzrost polskiego rynku SaaS, wykorzystującego model przetwarzania danych w chmurze, w 2011 r. na 41%. W najbliższych pięciu latach skumulowana roczna stopa wzrostu rynku cloud computing w Polsce ukształtuje się na poziomie powyżej 47%. W efekcie, w 2013 r. rynek po raz pierwszy przekroczy granicę 200 mln zł.

Według raportu PMR, wysoka stopa wzrostowa rynku jest efektem z jednej strony początkowej fazy jego rozwoju, z drugiej – istnienia sprzyjających warunków dla rozwoju tego modelu w Polsce. Uwarunkowania te dotyczą trzech obszarów: technologicznego (kwestie związane z bezpieczeństwem danych, penetracja technologii wirtualizacji w kraju, rozwinięta oferta centrów danych, rozwój infrastruktury telekomunikacyjnej, rosnąca liczba danych w obiegu), finansowego (obniżanie kosztów, wpływ kryzysu finansowego, zwrot z już dokonanych inwestycji w infrastrukturę teleinformatyczną, cechy samego modelu cloud computing) oraz regulacji prawnych. Według wstępnych wyników badania przeprowadzonego przez PMR na przełomie kwietnia i maja 2012 r. wśród największych polskich firm działających w branży IT, najczęściej wymienianym przez respondentów czynnikiem posiadającym największy wpływ na rozwój rynku przetwarzania danych w chmurze w Polsce są potencjalne oszczędności uzyskiwane w związku z korzystaniem z tego modelu. Prawie co trzeci uczestnik badania wymieniał właśnie ten czynnik jako najważniejszy.

Istotne znaczenie, według respondentów, ma również rozwój mobilnej transmisji danych i, co za tym idzie, aplikacji mobilnych. Blisko co piąty badany wymieniał z kolei względy bezpieczeństwa. Jest to najważniejszy czynnik, który w sposób negatywny oddziałuje na rozwój rynku przetwarzania danych w chmurze w Polsce. Na kolejnym miejscu uplasowała się coraz większa ilość danych przetwarzanych w polskich firmach i związana z tym konieczność ich składowania. Czynnikami w najmniejszym stopniu oddziałującymi na rozwój rynku są istniejące regulacje prawne oraz stan sieci internetowych w kraju.
„Na tle innych krajów regionu, potencjał rozwoju polskiego rynku przetwarzania danych w chmurze prezentuje się optymistycznie. Przed 2012 r. ukształtowały się podstawowe warunki pozwalające na rozwój rynku – doszło do istotnych zmian w sposobie postrzegania usługi przez klientów końcowych, rozwoju samej technologii oraz stanu infrastruktury teleinformatycznej w kraju. Nie bez znaczenia dla rozwoju rynku były również czynniki zewnętrzne, takie jak światowe spowolnienie gospodarcze, stan regulacji prawnych w kraju czy rozwój rynku centrów danych”, stwierdza Zoran Vuckovic, autor raportu.

Rozwój usług cloud computing w Polsce nie przebiega w taki sam sposób w segmencie firm dużych oraz małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP).

Firmy duże w głównej mierze korzystają z rozwiązań dostępnych w chmurze prywatnej w celu optymalizacji własnych zasobów. Innym powodem korzystania z takich rozwiązań jest również specyfika działania danej firmy zakładająca określoną sezonowość w wykorzystywaniu zasobów IT. Dzięki zastosowaniu rozwiązań cloud computing, możliwe jest elastyczne sterowanie infrastrukturą IT i przez to, obniżenie kosztów na nią ponoszonych. Z kolei do korzystania z cloud computingu w modelu chmury publicznej duże firmy oddają głównie procesy miękkie (np. procesy HR związane z systemem szkolenia, motywacji czy urlopów) oraz peryferyjne (procesy niezwiązane z działalnością podstawową danego podmiotu).

Segment MŚP jest naturalnym odbiorcą rozwiązań w chmurze publicznej. Korzystając z tego modelu, firmy MŚP zyskują większą kontrolę nad wydatkami oraz możliwość ich rozłożenia w czasie. Część przedsiębiorstw z tego sektora zwraca się w stronę cloud computing także z powodu uzyskiwanych korzyści biznesowych i dostępnych rozwiązań informatycznych, których wdrożenie w modelu tradycyjnym byłoby, z powodu wysokich kosztów, dla danej firmy nieosiągalne. Wykorzystywanie bowiem tych samych rozwiązań w modelu aplikacji eliminuje znaczne wydatki na inwestycje w infrastrukturę, ale też ogranicza czas niezbędny do ich wdrożenia. W segmencie MŚP wyższe zainteresowanie rozwiązaniami cloud computing przejawiają podmioty dopiero wchodzące na rynek, a co istotne, inwestycje w rozwiązania w chmurze nierzadko są pierwszymi inwestycjami IT w tych firmach. Jeśli natomiast chodzi o rozwiązania chmury prywatnej, to firmy z tego sektora korzystają z nich w ograniczony sposób. Jest to spowodowane nie tylko koniecznością ponoszenia znacznych wydatków na rozwój systemów niezbędnych dla funkcjonowania takich rozwiązań, ale także trudną do uzyskania przez takie przedsiębiorstwa ekonomią skali.

Jako że usługi cloud computing na polskim rynku dopiero się rozwijają, dostawcy kładący w swojej ofercie równy nacisk na ich rozwój w modelu chmury prywatnej i publicznej nadal są rzadkością. Podział rynku przetwarzania danych w chmurze w Polsce na dwa wyraźne segmenty spowodował również większe skupienie się poszczególnych dostawców na jednym z nich. Pierwsza grupa dostawców postawiła na oferowanie usług chmury prywatnej lub jej budowę, podczas gdy druga grupa zaczęła oferować usługi chmury publicznej, najczęściej w modelu IaaS oraz SaaS.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2012. Prognozy rozwoju na lata 2012-2016”.

Wyższa dynamika sprzedaży detalicznej

Sprzedaż detaliczna wzrosła w maju o 7,7 proc. w ujęciu rocznym, po 5,5 proc. w poprzednim miesiącu. W ujęciu bazowym po wyłączeniu sprzedaży żywności, paliw i samochodów wzrost wyniósł 6,9 proc. w skali roku wobec 4,5 proc. w kwietniu.

Największe kontrybucje do wzrostu zanotowały paliwa (3,2 proc. m/m), żywność (5,8 proc. r/r, z czego ok. 2 punkty procentowe. dołożył efekt niskiej bazy z 2011) i kategoria meble, RTV i AGD (6,2 proc. m/m). – Dodatkowo, kategoria pozostałe stanowiąca ponad 20 proc. całej wartości sprzedaży wzrosła aż o 6,8 proc. m/m. Było to największą, choć niestety trudną do przewidzenia, niespodzianką – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

Największe spadki w ujęciu miesięcznym odnotowały kategorie odzież i obuwie (-5,1 proc. m/m) oraz pozostała sprzedaż w niewyspecjalizowanych sklepach (-3,1 proc. m/m). – Rozkład wzrostów i spadków wskazuje na efekt EURO2012 działający na zachowania konsumentów już w maju – zakupy sprzętu RTV kosztem spadków sprzedaży odzieży i obuwia – wyjaśnia Ernest Pytlarczyk. – Media już wcześniej wskazywały na mniejsze zainteresowanie zakupami w galeriach handlowych, co potwierdzają wcześniejsze niż zazwyczaj wyprzedaże letnich kolekcji. To także ma związek z turniejem piłkarskim – dodaje ekonomista. Jego zdaniem w czerwcu należy spodziewać się dalszych odstępstw od wzorców sezonowych zaburzających trendy wskazujące na faktyczny stan realnej gospodarki. – Nie zmienia to jednak naszego bazowego scenariusza dotyczącego osłabienia konsumpcji w 2012 roku bazującego na silnych fundamentalnych przesłankach, m.in. spowalniającego rynku pracy – dodaje Marcin Mazurek, analityk BRE Banku.

Dane nie wpłynęły znacząco na rynek. Dla RPP dane neutralne, choć bardziej istotny wydaje się trend spadkowy na dynamice sprzedaży. – Już w III i IV kw. będziemy świadkami wyraźnego pogorszenia dynamiki PKB. Spadek tego wskaźnika poniżej 2 proc. r/r oraz wyraźny spadek inflacji od października powinny otworzyć drogę do obniżek stóp – przewiduje Marcin Mazurek. Pamiętajmy, że Rada nie jest dogmatycznie jastrzębia, jak tylko ryzyko niewypełnienia mandatu inflacyjnego wyraźnie się zmniejszy Rada … obniży stopy. Można się tego spodziewać już na przełomie roku.