Cenne witaminy, składniki mineralne i lubiane przez dzieci smaki. To trzy powody, dla których kaszki powinny pojawić się w diecie niemowlęcia każdego dnia

Produkty zbożowe stanowią istotny element diety każdego człowieka – zarówno niemowlęcia, jak i osoby dorosłej. Kaszki przeznaczone specjalnie dla najmłodszych to wartościowe uzupełnienie codziennego jadłospisu. Dostarczają małemu organizmowi witaminy, ważne składniki mineralne oraz węglowodany złożone niezbędne do jego prawidłowego rozwoju. Ich konsystencja i delikatny, owocowy smak są łatwo akceptowalne przez maluchy. Właśnie dlatego kaszki idealnie sprawdzą się jako element codziennej diety najmłodszych.

Wczesne dzieciństwo to okres bardzo szybkiego wzrostu i intensywnego rozwoju dziecka. W tym czasie dojrzewa układ pokarmowy i nerwowy malucha, kształtuje się jego odporność oraz metabolizm. W pierwszych latach życia kształtują się również nawyki żywieniowe, które mogą być powielane przez dziecko w przyszłości. Ze względu na tak dynamiczne przemiany zachodzące w młodym organizmie niezwykle ważne jest dbanie o odpowiednią dietę niemowlęcia, a później małego dziecka. Taką, która dostarczy niezbędne składniki odżywcze w odpowiednich ilościach i proporcjach. Zgodnie z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) przez sześć pierwszych miesięcy życia dziecko powinno być karmione wyłącznie mlekiem matki – wówczas właśnie ten pokarm najlepiej zaspokaja wszystkie potrzeby żywieniowe niemowlęcia.

– Z czasem – nie wcześniej niż przed ukończeniem 17. tygodnia życia i nie później niż w 26. tygodniu – zaleca się wprowadzanie posiłków uzupełniających, które dodatkowo pomagają pokryć rosnące zapotrzebowanie organizmu na energię i składniki odżywcze. Posiłki uzupełniające wprowadza się przy jednoczesnym kontynuowaniu karmienia piersią – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Mariola Darzycka, ekspert BoboVita.

Na etapie rozszerzania diety jako pierwsze do jadłospisu malucha powinno się wprowadzać warzywa. Po około dwóch tygodniach można zacząć podawać owoce, a następnie produkty zbożowe dopasowane do potrzeb niemowlęcia. Te ostatnie stanowią cenne źródło witamin i składników mineralnych, które wspierają prawidłowy rozwój młodego organizmu, z tego względu nie powinno ich zabraknąć w codziennej diecie.

 Zboża zawierają również węglowodany złożone, które z kolei są źródłem energii potrzebnej maluchowi do codziennej aktywności, zabawy czy też poznawania świata – mówi Mariola Darzycka.

Przykładem takich produktów są kaszki przeznaczone dla niemowląt i małych dzieci. Ułatwiają one przechodzenie z diety opartej wyłącznie na mleku do produktów o bardziej stałej konsystencji. Są dopasowane do potrzeb młodego organizmu i w pełni dla niego bezpieczne.

– Zboża, które znajdują się w składzie takich kaszek, przechodzą nawet kilkaset testów jakości i bezpieczeństwa, a ich skład i wartość odżywcza są odpowiednio zbilansowane – mówi Mariola Darzycka.

Ze względu na wartości odżywcze kaszki doskonale sprawdzą się jako element diety niemowlęcia każdego dnia – zarówno na śniadanie, jak i na kolację. Warto pamiętać, że przy wyborze produktu odpowiedniego dla malucha powinno się kierować widocznym na opakowaniu wskazaniem wieku, np. po 6. czy 8. miesiącu.

Dzięki Lean wygrywamy wszyscy! – wywiad z Michaelem Balle

Strategia Lean to wspaniała przygoda i intelektualne wyzwanie, z którym każdy powinien mieć okazję się zmierzyć – przekonuje Michael Balle, światowej sławy ekspert w zarządzaniu współpracujący z największymi, globalnymi markami. Zdaniem założyciela Institut Lean France, o sukcesie każdego przedsiębiorstwa, niezależnie od wielkości czy branży, decyduje gotowość na zmiany dotychczasowego modelu ich funkcjonowania – zamiast odgórnego wyznaczania nierealistycznych celów, należy skoncentrować się na budowie kultury pracy, zaangażowaniu wszystkich pracowników i umożliwieniu im ciągłego doskonalenia umiejętności. Michael Balle będzie gościem specjalnym konferencji „Bliżej doskonałości” poświęconej Strategii Lean, organizowanej 17 października w Warszawie.

Prawdopodobnie każdy przedsiębiorca słyszał kiedyś o Strategii Lean – ale niewielu potrafi wskazać jasną, precyzyjną definicję. Jak Pan opisałby tę koncepcję?

  1. Balle*: Strategia Lean to przełomowe i podparte pozytywnymi doświadczeniami największych globalnych przedsiębiorstw podejście do istoty funkcjonowania każdej organizacji. Często firmy koncentrują się na tworzeniu wizjonerskich planów, których realizacja okazuje się z różnych powodów (technicznych, materialnych, kadrowych) niemożliwa. Strategia Lean z kolei podpowiada, że prawdziwym sercem każdego przedsiębiorstwa jest tzw. gemba – miejsce wykonywania rzeczywistej pracy przynoszącej konkretną wartość dla klienta. W produkcji to hala produkcyjna, w usługach – punkt ich świadczenia. To właśnie ono powinno kształtować ramy w jakich funkcjonuje i rozwija się dana organizacja. Dlatego zamiast tradycyjnego podejścia (szalenie ambitne plany, a następnie próby wcielenia ich w życie), Strategia Lean rekomenduje trafną identyfikację możliwości i potencjału gemby i na tej bazie planowanie dalszego rozwoju przedsiębiorstwa.

Istnieją jakieś fundamentalne założenia Strategii Lean?

Każde przedsiębiorstwo, niezależnie od branży czy wielkości, decydując się na realizowanie założeń Strategii Lean staje przed trzema identycznymi wyzwaniami:

  1. Określenia wyzwań, którym trzeba sprostać, jeśli firma ma utrzymać już osiągniętą pozycję na rynku i rozwijać się, budując swoją przewagę konkurencyjną.
  2. Przyjęcia nowej filozofii organizacji, nazywanej przeze mnie „kulturą pierwszeństwa problemów”. Chodzi o jak najszybsze identyfikowanie, zapobieganie lub rozwiązywanie rzeczywistych bądź potencjalnych kryzysów. Kluczowe jest przy tym uznanie autonomii pracownika w samodzielnym rozwiązywaniu problemów i jego poczucie bezpieczeństwa przy okazji dzielenia się spostrzeżeniami i wychodzenia z własnymi inicjatywami.
  3. Nabycia zdolności do tworzenia nowych produktów bądź usług poprzez eliminację marnotrawstwa i uwolnienie innowacyjności oraz potencjału twórczego pracowników – co pozwoli na dalszy rozwój firmy i umacnianie jej pozycji na rynku.

Korzenie Lean sięgają Japonii. Jakie elementy tamtejszej kultury i organizacji pracy są najważniejsze i mogą być wykorzystywane przez firmy na całym świecie?

„Lean” to termin amerykański. Pierwsza na szeroką skalę wdrożyła go Toyota. Japoński gigant korzystał przy tym z usług amerykańskich, brytyjskich i niemieckich specjalistów. Ja sam wiedzę o Strategii Lean zdobywałem i rozwijałem we Francji. Uważam więc Lean za pierwsze, prawdziwie globalne i uniwersalne podejście w zarządzaniu.

Sukcesy bądź porażki we wdrażaniu rozwiązań Lean nie zależą od kultury, języka czy narodowości. Wszystko sprowadza się do intencji, otwartości i odwagi liderów danej firmy:

  1. Czy mają ambicję, żeby wciąż wygrywać i rozwijać się, czy też celem jest jedynie pozostanie w grze?
  2. Czy są gotowi na naukę i zmiany, czy też markują działania i szukają alibi aby zachować status quo?

Pańska słynna książka „Dyrektor firmy jako Lean Menadżer” nie jest poświęcona Toyocie, ale przedsiębiorstwu z francuskiej prowincji…

Ale mechanizmy są powtarzalne! Toyota jest firmą globalną działającą na różnorodnych rynkach, ale mimo że wszędzie realizuje zasady Strategii Lean – każda z jej fabryk różni się od innych. Dzieje się tak ponieważ nie da się wprost skopiować i powielić pewnych rozwiązań czy schematów. Mechanizmy sprawdzające się w jednym obiekcie mogą nie dawać żadnych efektów w drugim. Wracam tu do poruszanego już przeze mnie, innowacyjnego podejścia Lean – nie skupiamy się na ambitnych cenach, ale rozwiązywaniu problemów i usprawnianiu procesów w konkretnym miejscu pracy gemba. Strategia Lean to więc te same narzędzia, ale unikalne rozwiązania.

Wyobraźmy sobie, że przedsiębiorca decyduje się na Strategię Lean i zaczyna wdrażać ją od zera. Na co powinien zwrócić szczególną uwagę, jakie powinny być jego pierwsze kroki?

Powinien zacząć od rzeczy najprostszych – odwiedzenia działu obsługi klienta i sprawdzenia, dlaczego klienci są niezadowoleni z obecnej oferty. Przeczytania o podstawowych definicjach i narzędziach Lean – chociażby Kanban, czyli obrazowej metodzie prawidłowego organizowania procesu produkcji eliminującego marnotrawstwo. Niekiedy pozornie banalne rozwiązania wyraźnie poprawić efektywność pracy całej organizacji. Warto też skłonić wszystkich pracowników do wspólnej refleksji nad przyszłym rozwojem przedsiębiorstwa.

Jakie wymierne korzyści przynosi wprowadzenie Strategii Lean dla całej organizacji – zarówno dla kierownictwa, jak i zwykłych pracowników?

Lean jest metodą pojednawczą – pozwala pogodzić firmę z klientami, kierownictwo z pracownikami, odbiorców z dostawcami. Korzyścią, poza satysfakcją z wyników, jest również większe zaangażowanie pracowników, którzy uzyskując podmiotowość dzięki opartej na zaufaniu kierownictwa autonomii, czują się współodpowiedzialni za osiągane efekty. Firma staje się bardziej rentowna, ponieważ pozyskuje więcej klientów przy jednoczesnym obniżeniu kosztów całkowitych i eliminacji marnotrawstwa. Jest to strategia rozwoju która sprawia, że każdy, od członka zarządu po pracownika operacyjnego, czuje się wygranym.

Czyli nie chodzi jedynie o zwiększenie zysków firmy i lepsze samopoczucie kadry kierowniczej?

Każdy pracownik organizacji korzysta na wdrożeniu rozwiązań Strategii Lean, gdyż jej podstawą jest wzajemne zaufanie. Tworząc bezpieczeństwo psychiczne w pracy, poprawiasz samopoczucie każdego członka załogi, wyzwalasz jego kreatywność, skłaniasz do rozwijania umiejętności. To wszystko bezpośrednio wpływa na efektywność całego przedsiębiorstwa, pomaga szybciej i sprawniej rozwiązywać problemy. Ma to rzecz jasna przełożenie na wyniki finansowe przedsiębiorstwa – ale uzyskuje się je nie kosztem pracowników, lecz dzięki zaangażowaniu ich w ciągłe ulepszanie procesów.

Czy istnieją obszary zagrożenia – elementy ryzyka, które wymagają szczególnej uwagi?

Och, wiele! Zawsze powtarzam, że nie można odnieść sukcesu, jeśli nie jest się naprawdę gotowym na zmiany, których wymagamy od swoich podwładnych i współpracowników. Większość niepowodzeń w zakresie wdrażania Strategii Lean związana jest z błędną postawą menedżerów wyższego szczebla. Traktują oni Lean jak każdy inny program: wynająć firmę konsultingową, znaleźć luki w wydajności, zorganizować warsztaty i szkolenia wprowadzające, odnaleźć oszczędności – a następnie powrócić do poprzednich, złych nawyków. Jest to dobrze udokumentowana prawidłowość skutkująca ostatecznym niepowodzeniem. W Strategii Lean nie ma miejsca na półśrodki – aby uzyskać długofalowe korzyści, musimy raz na zawsze zmienić filozofię prowadzenia i funkcjonowania przedsiębiorstwa.

17 października będzie Pan gościem specjalnym konferencji „Bliżej doskonałości” w warszawskim hotelu Marriott. Po wygłoszeniu wykładu zaprezentuje Pan swoją najnowszą książkę. Czy mógłby Pan uchylić rąbka tajemnicy – co będziemy mogli w niej znaleźć?

Zgadza się, przyjeżdżam do Warszawy na zaproszenie firmy DPC Polska zajmującej się wdrażaniem rozwiązań leanowych w przedsiębiorstwach oraz edukacją przyszłych dyrektorów i menadżerów. Organizowana przez nią konferencja „Bliżej doskonałości” będzie pokazywać Lean z różnych perspektyw – kompleksowości, różnorodności, przywództwa. Tematem mojej prelekcji jest: „Kultura uczenia się sposobem na budowanie przewagi konkurencyjnej”.

Nad Wisłą promować Pan będzie również swoje najnowsze dzieło.

Książka pod tytułem „Strategia Lean” jest wynikiem owocnej współpracy z Danielem Jonesem (założycielem brytyjskiej Lean Enterprise Academy), Orrym Fiume (jednym z pionierów Lean Managementu na świecie), Jacquesem Chaize (wieloletnim doradcą rad nadzorczych największych, globalnych spółek). Wszyscy od dekad śledzimy i współkształtujemy rozwój tej metody zarządzania. Ostatnio uznaliśmy, że najwyższy czas wyjaśnić wszystkie nieporozumienia, która przez ten długi czas narosły wokół Strategii Lean – na czele z nazywaniem ją wielokrotnie „kolejną, bezproduktywną teorią”. Natomiast to radykalny przełom w całej nauce o zarządzaniu, zmiana paradygmatów i dotychczasowych koncepcji budowania kultury pracy w organizacjach. Strategia Lean to wspaniała przygoda i intelektualne wyzwanie, z którym chcemy, aby każdy miał okazję się zmierzyć.

Employer branding, przyszłość rynku pracy z perspektywy nowego pokolenia sukcesorów w firmach rodzinnych

Budowanie wizerunku pracodawcy staje się wyzwaniem każdego pracodawcy. Dotyczy to nie tylko firm rodzinnych, gdyż walka o zatrudnienie i utrzymanie utalentowanych pracowników czy zmniejszenie rotacji kadr stanowi dziś wyzwanie dla całego rynku pracy w Polsce. Dlaczego na niektóre oferty pracy na portalach pracy nikt nie odpowiada, a inne mają setki zgłoszeń, chociaż rekrutują na takie samo stanowisko, mają zbliżone stawki wynagrodzeń i są z tego samego miasta? Dlaczego takie firmy jak Amazon, które są światowymi gigantami, mają w Polsce trudności ze znalezienie odpowiedniej kadry pracowniczej? Employer branding, czyli budowanie marki pracodawcy to dziedzina z pogranicza HR i marketingu, a więc interdyscyplinarna, i tym samym ogromnie złożona.

Employer branding w Polsce

– Employer branding można rozpatrywać dwojako. Wewnątrz organizacji, gdzie szczególnie w większych miastach pieniądze przestały być głównym motywatorem do pracy, a ważna stała się odpowiednia reakcja pracodawcy na nowoczesne potrzeby pracownika, a także odpowiednia integracja życia prywatnego z życiem zawodowym, z pracą, w której istotny będzie zgrany zespół, zarówno kulturowo, jak i organizacyjnie. W pracy i poza nią. Czy istnieje recepta na stworzenie z pracownika ambasadora firmy? Natomiast na zewnątrz organizacji employer branding to wszelkie działania w oparciu o budowę wizerunku atrakcyjnego pracodawcy, głównie w celach rekrutacyjnych oraz public relations. Jest to niezwykle istotne zarówno w przypadku większych miast, jak i mniejszych miejscowości – wprowadził w dyskusję uczestników debaty moderator, Łukasz Tylczyński, Ekspert ds. Badań i Rozwoju Instytutu Biznesu Rodzinnego.

– Z jednej strony przyszłość rynku pracy, gdzie czynnik ludzki zastępują maszyny, pracowników oprogramowania, a całe działy w przedsiębiorstwach się outsourcuje. Być może employer branding wcale nie będzie problemem? Jak transformacja cyfrowa może pomóc firmom? Jak wykorzystać systemy informatyczne? Jak w tym wszystkim ma odnaleźć się sukcesor firmy rodzinnej i jakie ma w tym obszarze doświadczenia? – dodał Łukasz Tylczyński.

– Większość firm popełnia ten sam błąd w działaniach employer brandingowych. Skupia się na rekrutacji i wydaje olbrzymie pieniądze na działania na zewnątrz. Być może nie jest to błąd, lecz wyrachowanie, wynikające z założenia, że millennialsów nie da się w firmie zatrzymać na dłużej? Trzeba więc pogodzić się z wyższą rotacją pracowników i starać się zatrzymać tylko tych najlepszych, którzy będą chcieli u nas pracować w perspektywie kilku lat. W dużych firmach problemem jest coś, co nazywam konglomeratem. Zarówno korporacje, jak i duże firmy rodzinne mają problem ze zbudowaniem w świadomości pracowników swojej tożsamości. Brak wyraźnej strategii i poczucia, kim jako firma jesteśmy, powoduje, że po prostu nie utożsamiamy się z tą firmą – mówi Jacek Pawłowski, Partner w PwC Legal, Radca Prawny. – Nie doceniamy tego, jak bardzo zewnętrzny employer branding wpływa na tych pracowników, których już mamy. Pracownicy śledzą działania swojej firmy i widzą komunikaty pracodawcy, jak chciałby być postrzegany i są w stanie ocenić, czy w ich konkretnym przypadku to jest prawda. Dowiadują się wtedy również o zupełnie nowych obszarach funkcjonowania firmy. Porównując zachowanie korporacji i firm rodzinnych w zakresie employer brandingu można wskazać, że firmy rodzinne często popełniają błąd ślepo kopiując rozwiązania employer brandingowe z dużych korporacji, co przeważnie kończy się fatalnie – dodaje Jacek Pawłowski.

– Uważam, że rozdzielanie employer brandingu na zewnątrz i do wewnątrz jest błędem. Jakikolwiek branding rodzi się tylko i wyłącznie wewnątrz, bo nie ma czegoś takiego jak marka robiona na zewnątrz i marka robiona wewnątrz. Jeżeli mówimy poza organizacją cokolwiek innego, niż mamy w jej środku, to nie jest to employer branding, a reklama. Branding tworzy się w umysłach interesariuszy na podstawie doświadczeń, a więc jeżeli zaczniemy opowiadać na zewnątrz historię, która będzie zupełnie inna od tej, którą mamy wewnątrz firmy, to, krótko mówiąc, wcale nie budujemy wizerunku marki, a prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. Sam czegoś takiego doświadczyłem, gdy opowiadałem o firmie coś, co myślałem, że funkcjonuje w dany sposób, a okazywało się, że wewnątrz tak do końca nie jest. Taka spójność tego, co mamy w środku, z tym, jak chcemy, by widziano nasz biznes, jest podstawą to dobrego employer brandingu – opowiada Mateusz Kowalewski, Prezes rodzinnej firmy Hortimex.

– Budowaniu marki wewnątrz służy również odpowiednia forma rotacji pracowników. Rotacja jest pożądana, ale powinna być robiona z pomysłem. Pracownik nie powinien za długo piastować jednego stanowiska w firmie, no chyba, że firma się dynamicznie zmienia, rozwija i zmienia się też zajmowane stanowisko. Przykładem firmy, która dobrze rozwiązała ten problem wewnątrz, jest znany w Polsce producent żywności dla dzieci i niemowląt. Tam pracownik nie mógł pracować na jednym stanowisku dłużej niż trzy lata. Po tym czasie miał obowiązek albo zmienić stanowisko wewnątrz firmy, czyli awansować, albo odejść. Taka karuzela wymusza na pracownikach ciągły rozwój i zmianę. Moja firma, choć zdecydowanie mniejsza, stara się działać podobnie. 

– Właściciel musi dojrzeć w swojej świadomości, że pracownika nie ma na zawsze, na wyłączność. Oczywiście olbrzymią radość sprawia fakt, gdy pracownik pracuje u nas długo, ale gdy pracownik jest długo na jednym stanowisku, które do tego nie należy do najbardziej rozwojowych w firmie, to rodzi się u niego frustracja, poczucie rutyny, spada jego zapał. Millennialsi, o których dziś często mówimy, nie są ludźmi z innej planety, oni po prostu położyli akcenty na te wartości, które poprzednie pokolenie, pokolenie baby boomersów, nauczyło się chować głęboko do kieszeni. Na przykład poczucie własnej satysfakcji, realizowania samego siebie. Pieniądze są ważne, ale nie najistotniejsze. Starsze pokolenie z racji niskiej podaży pracy potrafiło zrezygnować z własnych marzeń na rzecz stabilizacji finansowej. Młodzi żyją w większym komforcie, bo na rynku pracownika mają możliwość elastycznego wyboru miejsca pracy, a przedsiębiorcy chcąc temu wyzwaniu sprostać, muszą to zaakceptować i stworzyć warunki, w których młodzi będą chcieli się rozwijać i pracować – dodał Kowalewski.

Millennialsi potrzebują autorytetów i wartości

– Firmom rodzinnym zdecydowanie łatwiej niż korporacjom jest budować komunikat i markę na zewnątrz. Bliskie jest mi stwierdzenie, że marka to te wartości, które firma rodzinna ma w sobie, w osobie właścicieli i zaangażowanych w nią pracowników i z którymi idzie świat. Często to właściciele zarażają swoją charyzmą i energią pracowników, tym samym wcielają się w rolę autorytetów, liderów i przyciągają do siebie właśnie millennialsów – młodych, ambitnych, którzy w anonimowym świecie właśnie tych autorytetów potrzebują – mówi Anna Bielak-Dworska, sukcesorka z firmy rodzinnej Grupa Saternus. – Jako millennialsi chcemy rozwijać się w atmosferze i aurze mądrości, którą ci liderzy w sobie mają i to jest to, co buduje dobre, nowoczesne zespoły, w których jest charyzmatyczny przywódca łączący w sobie rolę mentora, przewodnika, autorytetu. Dla mnie autorytetem w świecie biznesu jest Ryszard Wtorkowski, prezes LUG S.A., którego wartości i podejście do biznesu oświetlają nam w jakiś sposób drogę do realizacji własnych marzeń, przy jednoczesnym życiu w zgodzie z samym sobą. W takich firmach, które są spójne wewnętrznie, jest potencjał rozwoju, jest lider, jest atmosfera wspólnego celu, każdy szanujący się millennials chciałby pracować. Wtedy taka komunikacja employer brandingu na zewnątrz ma jak najbardziej sens – dodaje Bielak – Dworska.

– Firma, która jest prawdziwie rodzinna, przenosi swoje wartości do wewnątrz organizacji. Traktuje swoich pracowników fair, pozwala się rozwijać i w momencie, gdy to działa i jest prawdziwe, to problem związany z szukaniem ludzi do pracy, do zespołów, jest w takiej firmie niewielki. Pamiętam, że gdy rozpoczynałem pracę w rodzinnej firmie kilkanaście lat temu i szukaliśmy pracownika do działu handlowego, to otrzymaliśmy ponad 3000 CV. W tej chwili, gdy szukamy pracownika, to otrzymujemy ok. 300-400 CV na jedno miejsce. Nie prowadzimy jakiejś szeroko zakrojonej akcji employer brandingowej i wydaje mi się, że specjalnie nie musimy, bo ludzie pocztą pantoflową mówią po prostu, jak jest naprawdę. Kilkanaście lat temu rozwój naszej firmy postępował głównie przez rodziny pracowników, którzy już w niej pracowali, tym bardziej, że u nas w YES przedmiotem funkcjonowania firmy są złoto i kamienie szlachetne, więc kwestia odpowiedniego zaufania była zawsze kluczowym elementem – opowiada Tomasz Kwiatkiewicz, sukcesor rodzinnej firmy YES. – Więc nie było za bardzo rekrutacji, a gdy potrzebowaliśmy kogoś do rozwoju firmy, to pocztą pantoflową otrzymywaliśmy namiary na konkretnych ludzi. Jeżeli wszystko po rozmowie rekrutacyjnej było w porządku, to taka osoba dołączała do nas do zespołu. Dopiero teraz, gdy mamy 200 osób w centrali i prawie 800 w lokalizacjach w całej Polsce, wprowadzamy jakieś szersze działania rekrutacyjne, bo wymaga tego sytuacja i rozwój firmy. Natomiast wydaje mi się, że w employer brandingu niezwykle istotna jest ta spójność, koherentność tego, co mówimy, z tym, jak jest w firmie naprawdę. Oczywiście, że w każdej firmie są jakieś problemy, są jakieś konflikty, którym musimy sprostać. Czasem trzeba kogoś przenieść na inne stanowisko, czasem zwolnić, czasem zażegnać konflikt. Wydaje mi się, że jeżeli ludzi wewnątrz traktuje się fair, to na dzisiejszym rynku pracy, który jest ewidentnie rynkiem pracownika, firma rodzinna poradzi sobie z rekrutacją – dodaje Kwiatkiewicz.

Jak sukcesor powinien budować swój zespół?

– Budowanie zespołu w firmie, czy to przez sukcesora, czy to przez managera, nie ma jednego skutecznego rozwiązania. Rola dobrego managera powinna sprowadzać się do słuchania ludzi. Obojętność na uwagi czy sygnały idące z dołu są często powodem, dla którego wartościowi ludzie odchodzą z organizacji. Z moich obserwacji i doświadczeń, czy to z naszej firmy, czy z firm, z którymi mam kontakt lub gdzie mam znajomych, wynika, że głównym powodem odejścia ludzi jest obojętność szefa – mówi Tomasz Kwiatkiewicz. – Jest nawet takie powiedzenie, że ludzie przychodzą do firmy, a odchodzą od szefa – dodaje Mateusz Kowalewski.

– Głównym problemem polskich szefów jest słuchanie. Gdy pracownik przychodzi do szefa i opowiada o swoim problemie, to szef przeważnie próbuje przekazać mu swoje rozwiązania, a chodzi przecież o to, by pracownika wysłuchać, dać mu możliwość wykazania się kompetencjami, możliwościami. Dobrze jest również, by zespół był w miarę różnorodny, by nie byli to sami faceci nastawieni na wynik, bo wtedy będzie źle. Ważne jest to, by były różne charaktery w zespole, by pracownicy mogli się nawzajem uzupełniać – mówi Kwiatkiewicz.

– W październiku ubiegłego roku w ramach kongresu Next Generation organizowanego przez Instytut Biznesu Rodzinnego opowiadałem o swojej ścieżce sukcesora i namawiałem wszystkich, by swoją karierę rozpoczynali od pracy w innej firmie, najlepiej w międzynarodowej dużej korporacji, najlepiej za granicą. Wtedy sukcesor ma ogląd narzędzi i mechanizmów dobrze funkcjonujących w dużej firmie, nie pracuje z szefem, który jest mamą czy tatą, a jego nazwisko niewiele w takiej firmie znaczy – kończy Tomasz Kwiatkiewicz.

Słuchać i motywować

– W zależności od specyfiki branży, w której funkcjonuje rodzinna firma, wygląda to różnie. W naszej firmie, która zajmuje się budownictwem przemysłowym, gros pracowników stanowią pracownicy niższego szczebla, słuchanie odbywa się już na poziomie brygad, gdzie brygadzista pełni rolę nie tylko lidera zespołu, ale też jest filtrem problemów, uwag i sugestii, z którymi następnie udaje się do szefa. Oczywiście, że zdarzają się różnice zdań i odmiennych poglądów – opowiada dr inż. Izabela Chrostowska – Siwek z firmy rodzinnej Kruk Technika i Energia.

– Motywacją do pracy starszych pracowników czy w ogóle pracowników fizycznych są pieniądze. Widoczne jest aż nadto, że mamy rynek pracownika, a młodzi nie za bardzo chcą podjąć się ciężkiej i odpowiedzialnej pracy fizycznej, która ich przeraża. Problemem jest to, że większość naszych pracowników jest w wieku 55+, a w perspektywie kilku lat wielu z nich odejdzie na emeryturę – dodaje Izabela Chrostowska – Siwek.

– Pracując w firmie rodzinnej staram się maksymalnie możliwie słuchać potrzeb i uargumentowanych próśb naszych pracowników. Pracownicy mogą do mnie przyjść, opowiedzieć o swoich pomysłach, problemach. Staram się maksymalnie integrować nasz zespół. Oczywiście pieniądze, premie i podwyżki są bardzo ważne dla pracowników, nie mniej istotne jest również dla nich to, jakie mają emocje w stosunku do firmy. Staram się organizować wspólne wyjazdy integracyjne, takie jak kajaki, wspólne bieganie, imprezy okolicznościowe. To są kwestie istotne w momencie, w którym Ci młodzi ludzie dostają ofertę pracy. Zawsze przemyślą swoją decyzję, nie boją się też nawet powiedzieć mi o tej ofercie. Często słyszę: Aniu, dostałem nową ofertę pracy, ale zdecydowanie lepiej czuje się u Was, bo tutaj jest fajnie, rodzinnie, a tam tego nie ma. Praca nad tym, by pracownicy dobrze czuli się w naszej firmie, jest bardzo ważna. Trzeba mieć dla nich czas, słuchać. Jako sukcesorka firmy staram się zrozumieć i być otwarta na pracowników, którzy często boją się przyjść do mojego taty, bo boją się jego autorytetu. Organizuję spotkania, zbieram sugestie, które potem filtruję na życzenia pracowników i wartościowe idee, które faktycznie mogą poprawić komfort pracy. Wtedy odpowiednio przedstawiam te pomysły mojemu tacie i wiele z nich udaje się wprowadzić w życie – mówi Anna Andre, sukcesorka firmy rodzinnej, Andre Abrasive Articles.

Wielkie miasta versus mniejsze miasta

– W mniejszych miejscowościach jest ogromny problem z zatrudnieniem. Dotyczy to w dużej mierze wyższych stanowisk, czasami przez pół roku szukamy managera. Ogłaszamy się w dużych miastach, na portalach, przez agencje headhunterskie, ale nie ma po prostu żadnych zgłoszeń. Mniejsza miejscowość, jak moje rodzinne Koło, jest dla robiących wielkie kariery managerów po prostu mało atrakcyjna – opowiada Anna Andre, sukcesorka firmy rodzinnej Andre Abrasive Articles.

– W mniejszych miejscowościach jest ogromny problem z infrastrukturą. Brakuje mieszkań, które taki manager mógłby wynająć, sama miałam ogromny problem ze znalezieniem własnego mieszkania. Rynek pracy osób, którzy po studiach z wyższym wykształceniem wracają do takiego miasta, jak Koło, jest znikomy. Młodzi ludzie, którzy u nas pracują, to tylko osoby, których rodzice mieszkają w okolicy. Problem pojawia się z zatrzymaniem na dłużej tych osób, gdyż są to przeważnie ambitni młodzi ludzie, którzy po zdobyciu u nas doświadczenia, przy jednoczesnym posiadaniu kwalifikacji, które w naszej specyfice branży są bardzo cenione, są atrakcyjnymi pracownikami wśród pracodawców z dużych miast, gdzie poza pieniędzmi, które w większych miastach są naturalnie lepsze, mogą zakosztować szerokiego spectrum atrakcji wielkomiejskiego życia – dodaje Anna Andre.

Inwestycja w employer branding? Fakty i mity

– Firmy rodzinne, często jako zdecydowanie bardziej wyspecjalizowane podmioty niż duże korporacje, mogą łatwiej przekazać wartości swoim pracownikom – komentuje prof. Maciej Stradomski, Przewodniczący Rady Programowej Instytutu Biznesu Rodzinnego. – Jednakże, by dodać naszej dyskusji łyżkę dziegciu, w ostatnich latach zauważam, także wśród swoich studentów na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu, jak bardzo ten trend ulega zmianie. Kilka lat temu studenci mówili, że nie chcą i nie będą pracować w korporacjach, bo kojarzy im się to z takim drygiem wojskowym, pracą 24 godziny na dobę, delegacjami itp. W naturalny sposób więc trafiali do firm rodzinnych. Teraz spotykam się z dwiema wątpliwościami wśród millennialsów. Z jednej strony młodzi ludzie czują się niejednokrotnie przytłoczeni wartościami w firmie rodzinnej. Wchodzą jako pracownicy do podmiotu, który jest przesiąknięty wartościami nestora, sukcesora, a to są kwestie, którymi najtrudniej w organizacji się steruje i najtrudniej się je zmienia. Jeżeli ja jako pracownik reprezentuję inne wartości niż zatrudniająca mnie firma rodzinna, to bardzo trudno jest to scalić w całość. Ciężko jest również przeanalizować i zweryfikować aspekty miękkie u kandydata do pracy na podstawie 10-minutowej rozmowy rekrutacyjnej, listu motywacyjnego i CV. Może da się zweryfikować kompetencje, ale w zasadzie tylko tyle. Przychodzi pracownik do firmy rodzinnej i wdrażając się w nią natrafia na mur nie do sforsowania w postaci braku jasnych reguł funkcjonowania. W korporacjach pracownik otrzymuje zakres obowiązków, plan dnia i dokładnie wie, co i o której godzinie ma robić. To, co często jest zaletą firm rodzinnych, czyli ta elastyczność, zwinność i szybkość, przy employer brandingu może być problemem. Drugą wątpliwością, którą napotykam rekrutując na stanowiska finansowe do firm rodzinnych, jest niechęć kandydatów spowodowana brakiem możliwości awansu. Managerowie odpowiadają mi przeważnie, że nie chcą iść do pracy w firmie rodzinnej, bo nigdy nie będą wyżej niż przykładowo dyrektorem finansowym, bo tam jest założyciel – prezes, czwórka jego dzieci, gdzie każde z nich jest dyrektorem operacyjnym, marketingu, eksportu czy HR, co ewidentnie może być blokadą nie do przejścia dla managera z zewnątrz i jednocześnie dużym wyzwaniem dla firm rodzinnych, która budując dobry zespół prędzej czy później się z tymi dylematami spotka – opowiada prof. Stradomski.

– Ciężko jest w jakikolwiek sposób wycenić działania employer brandingowe przedsiębiorstwa, gdyż jest to relatywnie nowy, interdyscyplinarny proces z pogranicza marketingu i HR-u. Powoli uczymy się, w jaki sposób wyceniać marki, ale sam employer branding to nie marka, to element budowy marki. Zazwyczaj employer branding mierzy się za pośrednictwem hybrydy różnych mierników, np., ile kosztuje dotarcie do tysiąca klientów, pozyskanie jednego leada czy zebranie 1000 CV na rekrutacji na dane stanowisko, ankiet wśród pracowników i konsumentów itp. Wyzwaniem jednak będzie coś zupełnie innego, bo, o ile uda nam się stworzyć wskaźnik pomiaru efektywności działań employer brandingowych, w którym firma będzie miała przykładowo 8,72 punktu efektywności, to problem będzie z benchmarkingiem, porównaniem tego wskaźnika. Nie ma baz danych i źródeł do mierzenia takich wskaźników, bo są one zazwyczaj poufnymi danym w każdej organizacji – kończy swoją wypowiedź prof. Stradomski.

Utrzymanie wiarygodnego wizerunku firmy rodzinnej jako pracodawcy – wyzwaniem sukcesorów

W firmach rodzinnych, szczególnie tych istniejących na rynku przez ponad dwie dekady, coraz więcej odpowiedzialności za przyszłość biznesu przechodzi w ręce sukcesorów. To właśnie ich zadaniem będzie stworzenie wewnątrz przedsiębiorstwa środowiska, które będzie w stanie sprostać aktualnym wyzwaniom biznesu: konieczności transformacji cyfrowej, budowania zespołów, integracji i zatrzymania wewnątrz firmy wartościowych pracowników. Możliwość rozwoju kadr w firmie stwarza szansę, by z pracowników zrobić ambasadorów firmy i tym samym zbudować silną, dobrze postrzeganą markę pracodawcy, u którego chcą pracować ambitni ludzie. Zadanie jest bardzo trudne i złożone, a jego ewentualne skutki mogą zaważyć na przyszłości wielu rodzimych rodzinnych firm.

Jesteś sukcesorem? Przejąłeś zarządzanie firmą rodzinną lub dopiero przygotowujesz się do roli prezesa? Chcesz dowiedzieć się, jak przeżyć sukcesję i nie zwariować? Szukasz wsparcia w rozwijaniu swoich mocnych stron?

Użytkownicy zamiast właścicieli. Polacy zmieniają podejście do posiadania nieruchomości

Większość Polaków wciąż chce mieć mieszkanie na własność, choć powoli zaczyna się to zmieniać. Kiedyś na własne lokum czekało się latami, ale było ono wyznacznikiem statusu społecznego. Dziś o mieszkanie dużo łatwiej, nie tylko w kontekście finansowania zakupu, ale przede wszystkim dostępności. Tymczasem na światowych rynkach coraz popularniejsza jest ekonomia współdzielenia, w której dużo ważniejsze jest korzystanie niż bycie właścicielem. W Polsce mieszkania wynajmuje niecałe 20 proc. rodaków. To niewiele w porównaniu z Europą. W Niemczech aż 50 proc. społeczeństwa mieszka w wynajmowanych mieszkaniach. W Austrii 45 proc. a w Wielkiej Brytanii i Szwecji – 35 proc. O podejściu Polaków do posiadania nieruchomości rozmawiamy z Robertem Majkowskim, Prezesem Funduszu Hipotecznego DOM. 

Skąd w Polakach chęć, by posiadać mieszkanie na własność?

Z danych NBP wynika, że Polacy mają około 14,5 mln mieszkań i z roku na rok liczba ta rośnie. Dane Eurostatu wskazują natomiast, że ok. 84 proc. polskich domów i mieszkań znajduje się w rękach prywatnych[1]. To więcej niż w Unii Europejskiej, gdzie wskaźnik ten plasuje się na poziomie 69 proc. W Niemczech natomiast – 51 procent. W żadnym państwie członkowskim UE odsetek najemców nie przekracza odsetka osób zajmujących własne lokale mieszkalne. W Europie jedynie w Szwajcarii, która nie jest członkiem UE więcej osób wynajmuje mieszkania, aniżeli mieszka we własnych lokalach (odsetek najemców wynosi 58,7 proc. Ludności i od lat rośnie).

Eksperci wskazują, że podejście Polaków do mieszkań ma swoje korzenie w PRL oraz jest efektem naszego „niskiego bogactwa”. Warto zwrócić uwagę na widoczną zależność, że im dany kraj jest bogatszy, tym większa skłonność jego mieszkańców do wynajmowania nieruchomości. Adam Czerniak główny ekonomista Polityka Insight w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” wskazywał, że to właśnie czasy socjalistyczne nauczyły nas traktowania mieszkania jako społecznego przywileju, a okres transformacji dał przeświadczenie, że własność jest święta. W dodatku wśród Polaków panuje przekonanie, że kupując mieszkanie na własność, akumulujemy swoje bogactwo i robimy swego rodzaju lokatę (również na starość), która po spłaceniu kredytu, będzie mogła na nas zarabiać. Dotychczas to „zarabianie na starość” postrzegaliśmy głównie poprzez wynajem pokoju lub całego mieszkania, sprzedaż nieruchomości, gdy będziemy nagle potrzebować pieniędzy lub zamianę na mniejsze lokum. W ostatnich latach seniorzy zarzynają dostrzegać kolejne rozwiązanie, które pozwala spieniężyć kapitał zamrożony w nieruchomości – hipotekę odwróconą i rentę dożywotnią.

A jak jest z podejściem do wynajmowania? Coraz większa liczba osób decyduje się na najem

Europejski Urząd Statystyczny wskazuje, że w wynajętych mieszkaniach żyło w 2017 r. prawie
16 proc. mieszkańców Polski. Jest to wynik o 3 proc wyższy niż odczyt z 2010 roku. Oficjalne statystyki wskazują, że rynek rośnie, ale powoli. Warto jednak zwrócić uwagę na tzw. szarą strefę. Wiele osób, w tym również studentów, wynajmuje mieszkania bez umowy, zatem najem może przybierać znacznie większą skalę, aniżeli wskazują na to oficjalne statystyki. Póki co daleko nam chociażby do zachodniej Europy, gdzie najem cieszy się znacznie większą popularnością. W Niemczech aż 49 proc. ludności wynajmuje mieszkania, w Austrii 45 proc., a w Wielkiej Brytanii i Szwecji – 35 proc.

Dane Eurostatu wskazują, że w Polsce udział gospodarstw domowych, których mieszkańcy są właścicielami zamieszkiwanej nieruchomości  od 2009 roku stale rośnie. Jeszcze w 2009 roku 69 proc. było zamieszkiwane przez właścicieli, a obecnie jest to aż 84 proc. Co było przyczyną takiego wzrostu? W dużej mierze niski koszt i dostępność kredytu hipotecznego, który zachęca do nabywania nieruchomości, a także rosnące wynagrodzenia. Nie można tutaj również pominąć rządowego programu „Mieszkanie dla młodych”, który zachęcił wiele osób do zaciągnięcia kredytu na swoje własne mieszkanie, niż do jego wynajmowania. Program kosztował 3 mld zł, a z dopłat skorzystało łącznie 110 tys. osób. Trzeba również wspomnieć, że rynek najmu w Polsce ma bardzo złe otoczenie prawne ze względu na przewlekłe postępowania sądowe i ochronę bezumownych najemców. W Polsce osoba, która przestaje płacić za wynajem mieszkania może przez lata z niego korzystać na koszt właściciela. Takie warunki powodują, że inwestor wynajmujący mieszkanie musi wysoką ceną rekompensować ryzyko prawne i najem długoterminowy w Polsce jest po prostu drogi.

Czy to oznacza, że coraz mniej osób będzie wynajmować lecz kupować?

W mojej opinii najem będzie coraz częściej spotykany i to nie tylko wśród młodych. Polska goni Europę i świat, a tam znaczenie najmu jest duże i wciąż rośnie. Jednak jest szereg barier rozwoju rynku najmu. Aktualnie zdecydowanie korzystniej ekonomicznie jest nabyć nieruchomość na kredyt. Rata kredytu w większości miast Polski będzie niższa od czynszu najmu, a dodatkowo zyskuje się własność nieruchomości, posiadamy aktywo, które kiedyś można będzie spieniężyć (sprzedać lub skorzystać z hipoteki odwróconej).

Polskę czeka stopniowa zmiana podejścia zarówno do własności nieruchomości, jak i korzystania z niej, ale te zmiany nie zajdą w oderwaniu od rachunku ekonomicznego. Za granicą, zarówno osoby młodsze jak i starsze, są coraz mniej przywiązane emocjonalnie do prawa własności, co nie oznacza, że nie są przywiązane emocjonalnie do mieszkań, w których żyją. Dla nich korzystanie z lokum jest tożsame z bezpieczeństwem. Nie trzeba być właścicielem lokum, aby czuć się bezpiecznie. To ważne, także w kontekście hipoteki odwróconej.

No właśnie. Gdzie w tym wszystkim jest hipoteka odwrócona? Wszak kogoś kto zdecydował się na takie rozwiązanie finansowe nie można nazwać ani najemcą, ani właścicielem nieruchomości.

Hipoteka odwrócona stwarza zupełnie nowe możliwości i to nie tylko w postrzeganiu własności mieszkaniowej. Dotychczasowe definicje, które odnosiliśmy do posiadania, czy użytkowania nie mają już stuprocentowego odniesienia, jeżeli przyłożymy je do hipoteki odwróconej. Dlaczego? Weźmy przykładowego seniora, który podpisuje umowę renty dożywotniej i przekazuje świadczeniodawcy prawo własności do nieruchomości. Taki senior zyskuje jednocześnie (na mocy zapisu o tzw. służebności osobistej mieszkania) dożywotnie prawo do mieszkania w dotychczasowym lokum. Od tej chwili nie jest już właścicielem mieszkania lecz „dożywotnio korzystającym”. Z racji zabezpieczeń prawnych, które chronią go w tym „korzystaniu” trudno byłoby nazwać go najemcą. W jego życiu na pozór nie zmienia się absolutnie nic. Poza tym, że świadczeniodawca płaci czynsz, reguluje inne opłaty za nieruchomość i wypłaca comiesięczną rentę.

Mimo to „oddanie własności” może być dla kogoś niekomfortowe

Podpisanie takiej umowy to wciąż jedna z ważniejszych życiowych decyzji i trzeba ją dobrze przemyśleć. Zwłaszcza, że na rynku nie brakuje podmiotów i osób indywidualnych, których celem są wyłudzenia. Wracając jednak do samego postrzegania „korzystania” z mieszkania zamiast posiadania go na własność…. Dla wielu zagranicznych seniorów „korzystanie bez posiadania” nie stanowi problemu. U nas wciąż jest to problematyczne, nie tylko ze względu na przepisy prawne, które Rząd powinien wprowadzić, by uregulować rynek renty dożywotniej w Polsce i zapewnić seniorom bezpieczeństwo. Mowa również o względach emocjonalnych, więziach rodzinnych, przyzwyczajeniach.

[1] Distribution of population by tenure status, type of household and income group – EU-SILC survey, Eurostat

Wypalenie zawodowe – czy Happiness Manager w firmie rozwiąże twój problem?

W maju bieżącego roku wypalenie zawodowe zostało wpisane do Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób WHO, jednak nie jako choroba a „syndrom zawodowy” znacząco wpływający na stan zdrowia[1]. Według badań Instytutu Gallupa osoby, które kiedykolwiek doświadczyły tego stanu aż o 23% częściej odwiedzają szpitalną izbę przyjęć[2]. Firmy szukają sposobów na walkę ze skutkami tego zjawiska, m.in. zatrudniając menedżerów ds. szczęścia w firmie.

Choroba korporacji

Termin „wypalenia zawodowego” pierwszy raz pojawił się 25 lat temu, wymyślił go psychoanalityk Freudenberger w Stanach Zjednoczonych. W jednym z pierwszych opisów naukowych syndrom wypalenia zawodowego objawia się zarówno wyczerpaniem psychicznym, jak i fizycznym, bólem głowy i brzucha, złym samopoczuciem czy bezsennością. Najpowszechniejszym pierwszym sygnałem, który powinien zaniepokoić jest sytuacja, gdy niedzielny wieczór staje się koszmarem, bo pojawia się świadomość, że następnego ranka trzeba iść do pracy i ta myśl nie pozwala się odprężyć i cieszyć z wciąż trwającego weekendu.

Istnieją trzy stadia wypalenia zawodowego:

  • wyczerpanie emocjonalne – poczucie permanentnego zmęczenia i wyczerpania;
  • depersonalizacja i cynizm – dystans wobec współpracowników i klientów, brak zaangażowania w wykonywane zadania;
  • brak poczucia osobistych osiągnięć i kompetencji w wykonywanej pracy – myśl, że się nie nadaję do danej pracy.

Przyczyną wypalenia zawodowego jest długotrwały stres towarzyszący najczęściej zawodom, które polegają na kontakcie z ludźmi, m.in. lekarzom, pielęgniarkom czy pracownikom socjalnym. Równie poważne konsekwencje może mieć stale poczucie niesprawiedliwego traktowania w pracy, przeciążenie obowiązkami, nieuzasadniona presja czasu i brak wsparcia ze strony szefa. Nie ma konkretnego wieku albo długości stażu zawodowego, w którym pojawiają się objawy wypalenia zawodowego. Według ubiegłorocznych badań, w których udział wzięło prawie 7,5 tys. amerykańskich pracowników, 28% millenialsów przyznało, że odczuwa częste lub stałe objawy wypalenia zawodowego, a 45% – że odczuwa je czasami. To oznacza, że niemal ¾ osób urodzonych w latach 80. i 90. ubiegłego wieku w mniejszym lub większym stopniu doświadcza syndromu wypalenia zawodowego[3].

Zarządzanie szczęściem w firmie

Wpisanie syndromu na listę chorób cywilizacyjnych sprawiło, że HR-owcy i managerowie zaczęli dużo bardziej zwracać uwagę na objawy tej choroby oraz poważniej traktować skutki wypalenia zarówno dla danej jednostki, jak i innych osób w firmie. Coraz więcej mówi się o nowym podejściu do organizacji pracy, jakim jest workplace wellbeing czy też zatrudnianiu specjalisty odpowiedzialnego za dbanie o dobrostan i poczucie szczęścia pracowników, tzw. happiness managera.

Badania, a także moje osobiste obserwacje potwierdzają, że osoby, które czują się dobrze i przychodzą do pracy z pozytywnej motywacji mają dużo więcej pomysłów, są bardziej kreatywne, a także lepiej wypełniają swoje obowiązki. Pracownicy działu sprzedaży, którzy są zadowoleni ze swojej pracy, mają dużo wyższe wskaźniki relacji i utrzymania klientów, a tym samym lepsze wyniki sprzedaży – mówi Dorota Wierzbicka-Kot, promotorka koncepcji szczęścia w pracy i marki Chief Happiness Officer, na co dzień finansistka i menedżerka.

„Zarządzanie szczęściem” w firmie polega w dużej mierze na wzroście zaangażowania, poczucia sensu i wartości wykonywanych zadań oraz na rozwijaniu u pracowników tzw. mojo[4] czyli pozytywnego nastawienia do pracy, wynikającego z wewnętrznego stanu ducha. Według M. Goldsmitha, światowej sławy pedagoga i trenera biznesu, to ostatnie można obserwować w dwóch kategoriach: mojo profesjonalne (elementy, które trzeba zaangażować, aby dobrze wykonać zadania: motywacja, wiedza, umiejętności, pewność siebie, autentyczność) i osobiste (korzyści z wykonywania danego zadania dla pracownika: szczęście, satysfakcja, poczucie celowości, nauka, wdzięczność). Analiza tych wartości to dobry sposób, aby uświadomić sobie jak bardzo satysfakcjonująca lub nie jest obecna praca.

Wypalenie to poważne zagrożenie nie tylko dla samopoczucia, ale i zdrowia każdej osoby. Czasami jedynym sposobem, aby wyrwać się z frustrującego lub toksycznego środowiska jest zmiana pracy.  Warte rozważenia jest także przejście na styl freelancera, gdzie stres może być znaczenie zredukowany. To rozwiązanie nigdy nie było tak łatwe do wprowadzenia w życie, a bycie samemu sobie szefem to sposób na odjęcie sobie wielu zmartwień i niepotrzebnej presji. Współpraca na zasadach freelancerskich z platformami cyfrowymi pozwala pracować z domu czy z dowolnego innego miejsca i wtedy gdy ma się na to ochotę. Ze względu na dużą swobodę i pracę przy kilku projektach, freelancer jest znacznie mniej narażony na znudzenie, wypalenie zawodowe czy brak motywacji – mówi Peter Balazsik, prezes i współzałożyciel platformy rekrutacyjnej Talentuno.

Mimo że wypalenie zawodowe nie jest oficjalnie uznane za chorobę, to wpis na listę Światowej Organizacji Zdrowia oraz liczne badania sugerują, że staje się ono coraz poważniejszym problemem wśród pracowników. Niektórzy pracodawcy próbują stawić mu czoła, jednak inni wciąż traktują go jak wymysł, co może mieć opłakane skutki dla nich i „wypalonych” pracowników.

[1] https://www.who.int/mental_health/evidence/burn-out/en/

[2] https://www.gallup.com/workplace/237059/employee-burnout-part-main-causes.aspx

[3] https://www.gallup.com/workplace/237377/millennials-burning.aspx

[4] Marshall Goldsmith „Pozytywne nastawienie. Jak uzyskać, utrzymać lub odzyskać swoje mojo”

Cesja praw do nieruchomości z umowy przedwstępnej opodatkowana tak samo, jak umowa przyrzeczona

„Ostatecznie rację ma zatem skarżąca, że transakcje zbycia praw i obowiązków z umowy przedwstępnej lub deweloperskiej, należy na gruncie podatku od towarów i usług traktować tak samo jako dostawę nieruchomości, której te umowy dotyczą, co oznacza, że będą one opodatkowane na takich samych zasadach (zwolnienie lub obniżona stawka podatku), jak finalna dostawa nieruchomości objętych tymi umowami” – orzekł 23 lipca 2019 r. WSA w Bydgoszczy w sprawie przedsiębiorcy, którego transakcje cesji praw do nieruchomości fiskus chciał opodatkować stawką 23% zamiast 8% i stawką zwolnioną.

Ustawa o podatku od towarów i usług (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, ze zm.) w art. 43 ust. 1 pkt 10 stanowi, że zwalnia się od podatku dostawę budynków, budowli lub ich części, z wyjątkiem sytuacji, gdy jest ona dokonywana w ramach pierwszego zasiedlenia lub przed nim, lub pomiędzy pierwszym zasiedleniem a dostawą upłynął okres krótszy niż 2 lata. Z kolei zgodnie z art. 41 ust. 2 w zw. z art. 41 ust. 12 dla dostawy, budowy, remontu, modernizacji, termomodernizacji lub przebudowy obiektów budowlanych lub ich części zaliczonych do budownictwa objętego społecznym programem mieszkaniowym stawka podatku wynosi 8%.

Cesja praw z umowy przedwstępnej korzysta z takich samych warunków opodatkowania, co umowa przyrzeczona

Jedna ze spółek z o.o. prowadząca działalność gospodarczą w obrocie nieruchomościami, w którego ramach m.in. skupuje mieszkania celem ich dalszej odsprzedaży, w praktyce swej działalności ma do czynienia z sytuacjami, gdy po zawarciu przez nią umowy deweloperskiej lub przedwstępnej umowy zakupu określonej nieruchomości pojawia się chętny na jej nabycie. Nim więc sama dokona nabycia nieruchomości, sprzedaje ogół swoich praw do niej, wynikających z umowy przedwstępnej. Kupujący te prawa od spółki uiszcza jej z tego tytułu wynagrodzenie, które wyraża się w cenie sprzedaży ogółu praw i obowiązków wynikających z przedwstępnej umowy sprzedaży.

Spółka stała na stanowisku, że w przypadku cesji praw i obowiązków wynikających z umowy przedwstępnej dotyczącej sprzedaży lokalu mieszkalnego, użytkowanego przez okres dłuższy niż 2 lata, cesja ta zwolniona będzie z opodatkowania VAT, gdyż ze zwolnienia tego zgodnie z art. 43 ust. 1 pkt 10 ustawy o podatku od towarów i usług korzystałaby umowa przenosząca własność tego lokalu. Analogicznie w przypadku, gdy umowa przenosząca własność mieszkania deweloperskiego objętego społecznym programem mieszkaniowym korzysta z obniżonej 8% stawki VAT, z takiej też stawki opodatkowania korzystać powinna umowa cesji praw i obowiązków z umowy deweloperskiej.

Zawarte umowy cesji to usługa, a nie dostawa towaru

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej odmówił słuszności stanowisku spółki. Przywołując treść art. 7 ustawy o VAT, wskazał, że przez dostawę towarów rozumie się przeniesienie prawa do rozporządzania towarami jak właściciel, a zgodnie z art. 8 tej ustawy przez świadczenie usług rozumie się każde świadczenie na rzecz osoby fizycznej, osoby prawnej lub jednostki organizacyjnej niemającej osobowości prawnej, które nie jest dostawą towarów w rozumieniu art. 7. Z kolei art. 509 Kodeksu cywilnego stanowi, że przedmiotem cesji może być tylko prawo majątkowe, a nie towar.

Konkludując, organ stwierdził, że skoro spółka ani nie przenosi prawa do rozporządzania towarem jak właściciel, ani przedmiotem dokonywanych przez nią cesji nie jest towar, to transakcje będące przedmiotem jej zapytania są świadczeniami podlegającymi opodatkowaniu na zasadach ogólnych – stawką VAT 23%. W wydanej 3 kwietnia 2019 r. interpretacji indywidualnej Dyrektor KIS poinformował, że:

„…mając na uwadze powołane przepisy prawa oraz opisane zdarzenia przyszłe należy stwierdzić, że przeniesienie przez Wnioskodawcę na Nabywcę praw i obowiązków z umowy przedwstępnej, jak również z umowy deweloperskiej, wskutek zawarcia umowy cesji stanowić będzie usługę świadczoną przez Wnioskodawcę na rzecz Nabywcy, a nie dostawę towaru” (0115-KDIT1-3.4012.66.2019.2.JC).

Liczy się cel ekonomiczny transakcji

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Bydgoszczy, w wyroku z 23 lipca 2019 r. uchylił zaskarżoną przez spółkę interpretację organu. Sąd z uwagi na harmonizację podatku VAT na terytorium Unii Europejskiej wskazał na głos orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości UE oraz sądowoadministracyjnego. Między innymi, jak zawarto w wyroku ETS w sprawie C-185/01, oceny skutków podatkowych zdarzenia gospodarczego na gruncie VAT należy dokonywać w oparciu o wykładnię celowościową, a umowy przedwstępna oraz deweloperska, cesja uprawnień z tych umów oraz umowa przenosząca własność zmierzały do jednego celu ekonomicznego w postaci dostawy lokali mieszkalnych.

Zgodnie natomiast z wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego z 23 marca 2017 r. (sygn. I FSK 1406/15) na gruncie podatku VAT definicjom użytym w obejmujących go regulacjach należy zasadniczo przypisywać autonomiczne dla tego podatku znaczenie – oderwane od ich rozumienia na gruncie krajowych regulacji prawa cywilnego. W innym orzeczeniu, z 8 stycznia 2007 r. (sygn. I FPS 1/06), NSA zaznaczył, że definicja dostawy towaru z art. 7 ust. 1 ustawy o VAT celowo została oderwana od pojęcia przeniesienia własności w cywilistycznym tego słowa znaczeniu. Liczy się bowiem cel ekonomiczny transakcji.

„Zatem przy interpretacji pojęć użytych w ustawie o podatku od towarów i usług decydujące znaczenie ma walor i skutki ekonomiczne danej czynności opodatkowanej, a nie jego definicja w krajowym prawie cywilnym, które w każdym państwie członkowskim jest inne. (…) Cesji uprawnień z tytułu umowy przedwstępnej czy deweloperskiej nie można dla celów opodatkowania podatkiem od towarów i usług odrywać od pozostałych czynności, które poprzedzają bądź dopełniają transakcje zbycia lokali mieszkalnych. Skoro w rezultacie zawarcia umowy przedwstępnej, a w dalszej kolejności cesji praw i obowiązków z niej wynikających ma dojść do dostawy lokali, nieracjonalne jest traktowanie jednej z czynności, jaka wystąpiła przed tą dostawą, w rozważanym przypadku cesji praw i obowiązków, jako usługi” (wyrok WSA w Bydgoszczy z 23 sierpnia 2019 r., sygn. I SA/Bd 314/19).

Prawno-podatkowe zabezpieczenie transakcji z korzyścią dla obu jej stron

Jak wynika z orzeczenia bydgoskiego sądu, na gruncie opodatkowania VAT cesja praw i obowiązków z umów przedwstępnych i deweloperskich może być traktowana jak czynność przeniesienia prawa do rozporządzania towarem jak właściciel. Wszystko zależy od ekonomicznej istoty dokonywanej transakcji, a dokładnie od zgodności z nią przedmiotu i celu umowy cesji. Właściwie przygotowana z prawno-podatkowego punktu widzenia i przeprowadzona transakcja może więc uchronić dokonującego ją podatnika, w tym przypadku przedsiębiorcę prowadzącego działalność na rynku nieruchomości, od nadmiernych, niepotrzebnych, i – jak się okazuje – niesłusznych obciążeń fiskalnych. Ale nie tylko jego, bo możliwość skorzystania z niższych stawek opodatkowania może korzystnie wpłynąć także na klientów przedsiębiorcy, którzy z nim, a nie bezpośrednio z deweloperem, zawierają umowy zakupu mieszkania. Dzieje się tak głównie z uwagi na posiadaną przez niego pozycję i kontakty branżowe, pozwalające nabyć i odsprzedać prawo do lokalu na korzystniejszych warunkach.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Kraków kontynuuje swoją dobrą passę jako drugi co do wielkości rynek biurowy w Polsce

Kraków kontynuuje swoją dobrą passę jako drugi co do wielkości rynek biurowy w Polsce. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy podpisano tam umowy najmu na blisko 135 000 mkw. Tym samym, stolica Małopolski odpowiada za 44% zapotrzebowania na nowoczesne powierzchnie biurowe poza Warszawą. Do największych transakcji zawartych w tym czasie, zarówno w Krakowie, jak i na największych rynkach regionalnych, należały: rekordowy przednajem UBS na 19 600 mkw. w Fabryczna Office Park, przednajem Sabre na blisko 16 000 mkw. w Tischnera Office oraz odnowienie umowy na 11 200 mkw. przez Akamai w Vinci Office.

Fabryczna Office Park
Fabryczna Office Park

Prognozy, zwłaszcza te dotyczące podaży, są bardzo dobre. Kraków ma najmocniejszą w Polsce markę turystyczną i jedną z najlepszych w Europie oraz jest uznanym ośrodkiem akademickim. Te czynniki sprawiają, że miasto nadal utrzymuje pozycję najatrakcyjniejszej lokalizacji dla inwestycji z sektora usług Polsce. Jak wynika z naszych danych, firmy z tej branży mają blisko 60% udziału w zajętej powierzchni biurowej na krakowskim rynku. Zaskakujące jest, że wolumeny transakcji na rynku są coraz większe, jednak oferta parków biurowych o dużej skali powyżej 50 000 mkw. nadal jest ograniczona. – Dorota Gruchała, Dyrektor Biura JLL w Krakowie

Wysoki popyt na biura napędza aktywność deweloperów. W Krakowie zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej, po oddaniu do użytku między innymi V.Offices (prawie 22 000 mkw.) wynoszą już prawie 1,35 mln mkw. powierzchni. Aktualnie w budowie znajduje się 230 000 mkw. biur, a największym projektem w trakcie realizacji jest czwarty i piąty budynek w ramach kompleksu High5ive. Oba dostarczą na rynek blisko 32 000 mkw.

Współczynnik pustostanów w Krakowie na koniec pierwszego półrocza wyniósł 10,05%. Natomiast czynsze transakcyjne za metr kwadratowy miesięcznie w Krakowie kształtowały się na poziomie 13,5-15,5 euro.

Kolejne niespodzianki: Zjazd Bitcoina i impeachment Trumpa

Pesymiści stają się ostatnio coraz skuteczniejszymi analitykami. Na rynkach znów zmaterializowało się kilka przewidywanych wcześniej ryzyk. Najgłośniejsze z nich to informacja, że demokratyczna większość w Kongresie zamierza rozpocząć procedurę odsunięcia od władzy prezydenta USA Donalda Trumpa. Nawet jeśli do impeachmentu ostatecznie nie dojdzie, to pozycja amerykańskiego przywódcy w światowej polityce gwałtownie słabnie, co może okazać się dużą przeszkodą w sporze handlowym z Chinami.

Inwestorzy znów się boją

Wraz ze wzrostem strachu na rynku kapitał coraz szerzej płynie do inwestycji uchodzących za bezpieczne. Wśród nich możemy wymienić m.in. metale szlachetne i szwajcarskiego franka. W ciągu ostatnich dwóch tygodni widzieliśmy na złocie odbicie w górę (z 1485 USD za uncję 10 września do nawet 1532 USD dziś rano). Nie jest ono tak drogie, jak pod koniec sierpnia, ale warto zauważyć, że w ciągu roku ten kruszec zyskuje już ponad 25% na wartości. CHF również zbliża się do swoich maksimów z końca ubiegłego miesiąca. Obecnie względem euro brakuje niecałego centa. Poprzedni raz tak mocnego franka oglądaliśmy w połowie 2017 roku. Przekłada się to również na cenę względem PLN. Polski złoty traci względem EUR, a skoro europejska waluta traci względem szwajcarskiej, to efekt może martwić kredytobiorców. Za 1 CHF trzeba już płacić 4,04 zł i może to nie być koniec ruchu w górę.

Impeachment w USA?

Za oceanem pojawiło się nowe ryzyko. Jest to groźba odsunięcia od władzy (kontrowersyjnego dla wielu ludzi) prezydenta USA. Demokraci przekonują, że uzależniał on pomoc dla Ukrainy od śledztwa tamtejszej administracji przeciwko synowi Joe Bidena, który jest faworytem w wyścigu o nominację partii Demokratycznej do walki z Trumpem w przyszłym roku. Połączenie tego wraz ze słabszym od oczekiwań, lecz wciąż przyzwoitym indeksem oczekiwań, nie zostało dobrze przyjęte przez rynki. W efekcie wczoraj obserwowaliśmy wyraźne przeceny głównych indeksów w Nowym Jorku. Nieznacznie tracił również sam dolar.

Zjazd Bitcoina

Wczoraj otrzymaliśmy kolejny ekscytujący dzień na kryptowalutach. W ciągu niecałej godziny bitcoin spadł o ponad 700 dolarów, a cały dzień zakończył imponującą przeceną o 1500 USD (dziś w południe za jednego BTC trzeba było zapłacić 8368 USD). 15% utraty wartości budzi olbrzymie emocje, nawet na tym rynku. Trudno wskazać przyczynę tak błyskawicznej przeceny, która doprowadziła do najniższych poziomów od czerwca. Analitycy zwracają uwagę na spadek obrotów na giełdach kryptowalutowych w ostatnich miesiącach. Wprowadzenie kontraktów terminowych w kolejnym podmiocie miało odwrócić ten trend. Tak się jednak nie stało i połączenie coraz mniejszej liczby graczy na rynku z aktywowaniem się automatycznych zleceń, mogło przynieść tak silną reakcję.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Złoty wciąż słaby

Co stało za ostatnim osłabieniem polskiego złotego? Jak długo może potrwać słabość? M.in. na te pytania stara się dziś odpowiedzieć analityk Ebury.

Ostatnie dni przyniosły podbicie zmienności na parach z polskim złotym. Osłabienie polskiej waluty rozpoczęło się w piątek, kiedy to złoty gwałtownie tracił po informacji o wyznaczeniu przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej daty podania wyroku istotnego w kontekście kredytów frankowych. Wyrok ogłoszony zostanie 3 października i obecnie – m.in. w związku z wydaną wcześniej opinią rzecznika generalnego TSUE – zakłada się, że będzie on niekorzystny dla banków. Niekorzystne orzeczenie może wskazywać, że banki powinny traktować kredyty indeksowane do franka szwajcarskiego jak złotowe, oprocentowane według stopy LIBOR CHF.

Takie orzeczenie TSUE mogłoby oznaczać dla banków niemałe koszty. Związek Banków Polskich szacuje je na ok. 60 mld złotych (ponad 4-krotność zysku sektora w 2018 roku), z kolei agencja Moody’s sugeruje, że w najgorszym scenariuszu wyniosą one 1,5 zysku sektora w 2018 r, czyli będą bliższe 20 mld złotych.

Oczywiście, zakładając, że dojdzie do niekorzystnego dla banków orzeczenie TSUE i polskie sądy będą się do niego stosować, istotne będzie to, jak wielu kredytobiorców zdecyduje się zawalczyć o zwrot kosztów w polskich sądach oraz ile potrwają same procesy. Rozłożenie potencjalnych kosztów dla banków w czasie – przy założeniu, że są one bliższe szacunkom Moody’s niż ZBP – sugeruje raczej niewielkie ryzyko dla sektora i gospodarki.

Mimo, że w naszej opinii skala obaw rynku jest przesadna, ostatnie dni udowodniły, że kwestia TSUE może wpływać na zachowanie złotego w krótkim terminie. Zmienność na parach z PLN może być wyższa szczególnie w okresie do 3 października. Jesteśmy jednak zdania, że w dłuższym terminie rozwiązanie problemu kredytów frankowych, ciągnącego się za sektorem od lat, nie powinno negatywnie przekładać się na zachowanie polskiej waluty – ostatecznie zniknie bowiem problem, który był jednym z kluczowych wewnętrznych czynników ryzyka, wpływających na pewną niechęć inwestorów do polskiego złotego ostatnich latach.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,37-4,40. Dane ekonomiczne ze strefy euro z ostatnich dni raczej nie budzą optymizmu. W poniedziałek zawiodła publikacja wstępnych danych PMI dla strefy euro we wrześniu. Głębokie spadki odnotował zarówno indeks dla przemysłu, jak i usług, co sprawiło, że zbiorczy indeks PMI znalazł się na poziomie 50,4 – najniższym od sześciu lat.

Wczoraj poznaliśmy z kolei dane Ifo, opisujące nastroje biznesu w Niemczech. O ile wrześniowe odczyty kluczowego wskaźnika nastrojów biznesowych oraz oceny bieżącej sytuacji zaskoczyły na plus, pokazując wzrost w relacji do poprzedniego miesiąca, o tyle już indeks opisujący oczekiwania odnotował kolejny spadek i obecnie znajduje się na najniższym poziomie od 2009 roku. Wskazuje to na to, że przedsiębiorcy w największej gospodarce strefy euro obawiają się przyszłości.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,94-4,98.  Wczorajszy dzień przyniósł umocnienie brytyjskiej waluty w relacji do głównych walut. Poprawa sentymentu względem funta miała związek z decyzją Sądu Najwyższego w Wielkiej Brytanii, który stwierdził, że zawieszenie parlamentu, do czego doprowadził Boris Johnson, było niezgodne z prawem. Brytyjski parlament dziś wrócił do pracy. Pojawiły się głosy, że w konsekwencji decyzji Sądu, Boris Johnson powinien podać się do dymisji, jednak nic nie wskazuje, żeby miało tak się stać.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,5%, wahając się w widełkach 3,97-4,00. Wtorek przyniósł osłabienie USD również w relacji do głównych walut. Dolarowi wczoraj nie sprzyjały m.in. rozczarowujące dane z gospodarki oraz kolejny skandal z udziałem prezydenta Trumpa.

Co tyczy się pierwszej kwestii – wczoraj zawiodła publikacja indeksu Conference Board opisującego sentyment konsumentów. Indeks niespodziewanie obniżył się do poziomu 125,1, notując największe tempo spadku od 9 miesięcy. O ile nadal pozostaje on stosunkowo blisko ostatnich maksimów, jeśli indeks będzie kontynuował spadek, może to wywołać obawy Rezerwy Federalnej o perspektywy konsumpcji, czyli jednego z głównych motorów napędowych amerykańskiej gospodarki.

W kwestii prezydenta USA – ostatnio media obiegła informacja jakoby Trump miał wywierać nacisk na prezydenta Ukrainy, Wołodymyra Zełeńskiego, aby ten nie zwlekał z zarządzeniem śledztwa wymierzonego w Huntera Bidena, syna kontrkandydata Trumpa w wyborach prezydenckich, Joe Bidena. Hunter Biden zasiadał w radzie nadzorczej ukraińskiej firmy gazowniczej, wobec której prowadzono śledztwo prokuratorskie na Ukrainie.

Trump stwierdził, że faktycznie czasowo wstrzymywał pomoc dla Ukrainy o wartości blisko 400 mln USD, jednak zgodnie z jego słowami było to związane z tym, iż chciał, aby inne kraje również wsparły ten kraj. Prezydent USA zadeklarował opublikowanie pełnej transkrypcji rozmowy między liderami obu państw, jednak nie zatrzymało to Demokratów w niższej izbie amerykańskiego parlamentu przed rozpoczęciem śledztwa ws. impeachmentu prezydenta USA. Na to, że dojdzie do impeachmentu jednak nie ma co liczyć – o ile prawdopodobnym jest, że w przypadku głosowania wniosek mógłby zostać zaakceptowany przez niższą izbę, o tyle niemal na pewno zostałby zablokowany w Senacie, gdzie Demokraci nie posiadają wystarczającej ilości głosów.

Reszta środy nie przyniesie istotnych publikacji ekonomicznych. Na wartościowe informacje z globalnej gospodarki musimy zaczekać na koniec tygodnia.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

GPW rozpoczyna pracę nad utworzeniem funduszu typu Corporate Venture Capital

  • GPW rozpoczyna prace nad uruchomieniem funduszu venture capital
  • Celem jest rozwój kompetencje GPW w obszarze VC oraz pogłębienie relacji ze środowiskiem innowacji

Zarząd GPW zdecydował o rozpoczęciu projektu, którego celem jest potencjalne utworzenie funduszu typu Corporate Venture Capital („fundusz CVC”) wspólnie z innymi podmiotami rynku finansowego. W związku z tym GPW opublikowała na stronie internetowej zapytanie o informację (RFI) skierowaną do zespołów doświadczonych w zarządzaniu funduszami typu venture capital.

Marek Dietl, prezes Zarządu GPW
Marek Dietl, prezes Zarządu GPW

– Rozpoczynamy pracę nad kolejnym przedsięwzięciem. Tym razem naszym celem jest otwarcie funduszu cvc – będzie to efektywne narzędzie do inwestowania lub współpracy z firmami z sektora fintech rozwijającymi technologie dla uczestników rynku kapitałowego. To właśnie innowacyjność jest fundamentem naszych założeń strategicznych i jestem przekonany, że tym działaniem rozpoczynamy nowy rozdział w rozwoju spółki oraz prowadzonych przez nas giełd, a doświadczeni i kompetentni zarządzający, których pozyskamy do projektu przesądzą o jego sukcesie – powiedział Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Wybierany Zespół Zarządzający ma za zadanie dostarczać spółkom portfelowym tzw. smart-money, tym samym zwiększając znacząco ich szanse na komercyjny sukces na rynku polskim oraz międzynarodowym.

W kolejnym etapie rekrutacja GPW wyśle Request for Proposal (RFP) do wybranych Zespołów Zarządzających , a ostateczne decyzje o wyborze podejmie komisja przetargowa.

Płaca minimalna 2020 – zamiast wzrostu wynagrodzeń pojawią się zwolnienia

Masowe zwolnienia osób zatrudnionych w handlu, protesty zarówno pracowników, jak i pracodawców, a także próby omijania wymogów zbyt szybko rosnącego wynagrodzenia minimalnego. Tak się kończy eksperyment południowokoreańskiego prezydenta z drastycznym podniesieniem najniższej płacy – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Na świecie trudno znaleźć lepszy przykład sukcesu gospodarczego niż Korea Południowa. Nieprzerwany od 20 lat wzrost PKB łączy się z niskim zadłużeniem publicznym i utrzymującą się od ponad dekady wysoką nadwyżką na rachunku obrotów bieżących. Co więcej, Seul może pochwalić się globalnymi championami w przemyśle motoryzacyjnym czy elektronice użytkowej, a także niezwykle wysokimi wydatkami na badania i rozwój, które znacznie zwiększają szanse długotrwałego utrzymania dobrej koniunktury.

Jednak nawet tak silna i latami dobrze zarządzana gospodarka nie jest odporna na fatalne decyzje polityczne. Jedną z nich była kampanijna obietnica o podniesieniu pensji minimalnej. Ubiegający się o fotel prezydenta Moon Jae-in szedł po władzę, zapewniając, że najniższe wynagrodzenie wzrośnie o ok. 55 proc w zaledwie trzy lata. Podobne tempo podwyżek obiecują rządzący w Polsce.

Każdy ma zarabiać co najmniej 10 tys.

Po impeachmencie i skazaniu na wieloletnie więzienie byłej prezydent Korei Park Geun-hye w 2017 r. Moon miał szeroko otwarte drzwi do Błękitnego Domu. Lewicowy kandydat popełnił niestety kardynalny błąd i wbrew zdrowemu rozsądkowi, a nawet chłodnej kalkulacji politycznej, obiecał dokonać niemożliwego. Chciał podnieść do 2020 r. godzinowe wynagrodzenie minimalne z 6,47 tys. do 10 tys. wonów, czyli do równowartości niespełna 9 dolarów amerykańskich (poziom znacznie wyższy niż w USA).

Według szacunków obejmujących oczekiwany wzrost płacy w całej gospodarce minimalna wypłata stanowiłaby ok. 70 proc. mediany i 60 proc. średniego wynagrodzenia, czyli najwięcej w OECD. Na nic się zdały protesty Federacji Mikroprzedsiębiorców, których 92 proc. ankietowanych członków w połowie 2017 r. sprzeciwiało się tak drastycznej podwyżce wynagrodzeń. Głosy rozsądku i opamiętania napływały jednak nie tylko z kraju, ale i z zagranicy.

O zgubnej polityce ostrzegał MFW, OECD i państwowy think-tank

Krótko po decyzji o podniesieniu najniższego wynagrodzenia o 16 proc. na rok 2018 głos zabrał Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W listopadzie 2017 r. szef misji MFW dla Korei Tarhan Feyzioglu mówił, że rząd powinien znacznie zmniejszyć tempo podwyżek, gdyż może to negatywnie wpływać na konkurencyjność kraju oraz zatrudnienie.

W kolejnych miesiącach negatywnie na temat decyzji Moona wypowiadała się także OECD, sugerując, że zbyt wysokie minimalne wynagrodzenie może zaszkodzić zatrudnieniu, jeżeli wyższe koszty pracy nie będą związane z poprawą produktywności.

Nawet publiczny think-tank KDI (Korean Development Institute) przygotował opracowanie „Employment effect of Minimum Wage Increase”, w którym krytycznie odnosił się do szybkiego wzrostu wynagrodzeń. Wskazywał, że utrzymanie tempa wzrostu pensji minimalnej będzie skutkować utratą 96 tys. miejsc pracy w 2019 r. i 144 tys. w 2020 r.

Jednak na te wszystkie głosy Moon był głuchy i kontynuował swoją kontrowersyjną politykę gospodarczą stymulującą rozwój m.in. wyższymi płacami. Zderzenie z rzeczywistością przyszło jednak bardzo szybko.

Zamiast wzrostu wynagrodzeń pojawiły się zwolnienia

Jeszcze w połowie 2017 r. ogólny poziom zatrudnienia w ujęciu rok do roku rósł w Korei Południowej o 1,5 proc. Po kilku miesiącach tempo wzrostu zatrudnienia obniżyło się do mniej niż 1 proc., a pod koniec 2018 r. wyhamowało do 0,1 proc.

Najbardziej ucierpieli pracownicy, którzy otrzymywali wynagrodzenia minimalne lub bliskie tej wartości (handel, restauracje i hotele). Pomiędzy październikiem 2017 r. a październikiem 2018 r. zatrudnienie w tych branżach spadło z 6,1 miliona do 5,91 mln, czyli o prawie 200 tys. osób (dane Statistics Korea).

Reuters pisał z kolei w analizie „Moonwalking: South Korea’s wage, hours policies backfire for jobless, low income workers”, że strategia gospodarcza rządu, zamiast powodować wzrost wynagrodzeń, skutkowała mniejszymi wypłatami (krótszy tydzień pracy) i brakiem możliwości dorobienia podczas nadgodzin (ograniczenie kosztów przedsiębiorstw). Tak negatywnie zmiany na rynku pracy nie mogły zostać zignorowane. Co zrobił prezydent Moon?

„Przepraszam” i najniższy wzrost od dekady

Masowe zwolnienia spowodowały, że tempo wzrostu minimalnego wynagrodzenia zostało zmniejszone, ale stawka na 2019 r. i tak została poniesiona o prawie 11 proc. do 8350 wonów. Jednak już w momencie ogłoszenia tej decyzji (druga połowa 2018 r.) było wiadomo, że sytuacja gospodarcza nie pozwoli na podniesienie najniższej pensji do 10 tys. wonów w 2020 r.

Prezydent wtedy przeprosił, obiecując przy tym, że 10 tys. zostanie „osiągnięte w najbliższym możliwym czasie”. Ta obietnica jednak także, nie będzie szybko zrealizowana (na pewno nie w trakcie bieżącej kadencji Moona). Obecnie wiadomo, że w przyszłym roku wzrost minimalnego wynagrodzenia wyniesie tylko 2,9 proc, czyli będzie najwolniejszy w minionej dekadzie i trzeci z najsłabszych w ostatnim 30-leciu.

Eksperyment się nie udał, ale Polska go powtórzy?

Wydarzenia w Korei Południowej jasno pokazują, że zbyt gwałtowne i niepowiązane z poprawą kwalifikacji pracowników podnoszenie minimalnego wynagrodzenia powoduje wyłącznie problemy. Skutkuje ono zwolnieniami oraz protestami najpierw mikroprzedsiębiorców, a potem zawiedzionych pracowników (dziesiątki tysięcy osób demonstrowały w Korei Południowej w 2018 i 2019 r.) lecz w żaden sposób nie wspomaga wzrostu gospodarczego. Zresztą w przeszłości inne kraje również eksperymentowały z gwałtownym wzrostem najniższych płac: Francja w latach 1997-2005 czy Węgry w latach 2000-2002. I w żadnym przypadku nie była to dobra decyzja.

Kampanijne zapowiedzi w Polsce również zakładają gwałtowną podwyżkę minimalnego wynagrodzenia, którego procentowe wzrosty i relacja do mediany czy średniej wypłaty mają być analogiczne do tych obiecywanych przez Moona. Skutki dla naszego kraju mogą być jeszcze gorsze niż dla fundamentalnie silnej Korei Południowej. Dlaczego?

W Polsce ponad 20 proc. zatrudnionych (najwięcej w UE) nie zarabia więcej niż 110 proc. pensji minimalnej (dane Eurofound „Minimum wages in 2019: annual review”). Silne skupienie się wynagrodzeń blisko najniższej krajowej oznacza drastyczne podwyżki dla dużej grupy osób. Te podwyżki nie są powiązane z poprawą kwalifikacji tych osób, różnicami kosztów życia pomiędzy regionami czy wiekiem.

Brak zależności wynagrodzenia od produktywności i umiejętności będzie oznaczać konieczność zwolnień. Wzrośnie również pokusa do omijania regulacji, jak to miało miejsce w Korei Południowej. Relatywnie wysokie wynagrodzenie może także oznaczać wzrost bierności zawodowej młodych ludzi, gdyż pracodawcy za narzucone z góry zbyt wysokie koszty pracy będą wymagali wygórowanych kompetencji w relacji do wieku kandydata. Fundamentalnie więc Polska jest narażona na znacznie dotkliwsze konsekwencje zbyt szybkiego wzrostu minimalnego wynagrodzenia niż Korea Południowa.

FPP i CALPE: 7 rekomendacji na rzecz dobrego prawa

Federacja Przedsiębiorców Polskich oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) opracowały program gospodarczy dla Polski, który zabezpiecza zarówno transfery socjalne, jak i wpływy do budżetu państwa. W ramach rekomendacji upubliczniono także raport wskazujący na 7 rekomendacji na rzecz dobrego prawa. Postulaty obejmują: ograniczenie zmian prawa, podniesienie efektywności nowych regulacji, prowadzenie regularnych przeglądów obowiązującego prawa, zwiększenie znaczenia oceny skutków regulacji (OSR), ekspercką ocenę projektów aktów prawnych, ograniczenie i kumulowanie nowelizacji – wreszcie stanowienie prostych i zrozumiałych aktów prawnych oraz stworzenie przyjaznego systemu dostępu i wyszukiwania obowiązujących regulacji.

FPP i CALPE postulują, aby konsultacje były warunkiem legalności aktu prawnego – bez względu na podmiot występujący z inicjatywą ustawodawczą. Nowelizacje powinny być kumulowane w cyklach rocznych – a docelowo powinno być jedno źródło urzędowe o aktach prawnych, łączące wszystkie funkcje ułatwiające przeszukiwanie i aktualizację wiedzy o prawie.

Program gospodarczy dla Polski FPP i CALPE zakłada wpływ na saldo sektora finansów publicznych na poziomie +4,6 mld zł rocznie, w tym wzrost dochodów i ograniczenie wydatków w kwocie 13,7 mld zł.

Niepewność i niestabilność prawa to największa bariera rozwoju gospodarczego, a jakość prawa ma podstawowe znaczenie dla skuteczności realizacji polityk publicznych. W Polsce pole do ograniczenia liczby i podniesienia jakości nowo przyjmowanych przepisów jest bardzo duże. Proces legislacyjny powinien obejmować szczegółowe i – w miarę możliwości – ustandaryzowane metody oceny projektowanych rozwiązań, podczas gdy interwencja legislacyjna powinna być ostatecznością. Należy przyjąć uporządkowany sposób decydowania o podjęciu interwencji legislacyjnej, który jest wyczerpująco odzwierciedlony w dokumencie poprzedzającym podjęcie prac legislacyjnych” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) 
Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„Tzw. projekty pilne powinny zawsze mieć ograniczony czas obowiązywania, warto też wprowadzić obowiązek szczegółowego uzasadniania poprawek zgłaszanych w toku procesu legislacyjnego w parlamencie i aktualizowania uzasadnień. Dodatkowo postulujemy wprowadzenie przeglądów prawa, które powinny wynikać z decyzji o wysokiej randze – co najmniej uchwały Rady MinistrówCo do zasady, nowelizacje powinny być wynikiem tylko przeglądu wcześniej przyjętych przepisów. Wyjątki powinny być nieliczne – tylko gdy jest naprawdę pilna potrzeba – ale wtedy powinny mieć charakter okresowy, epizodyczny. Trzeba również wzmocnić rolę koordynatora OSR w procesie stanowienia prawa. W tym celu należałoby powołać niepolityczne, niezależne ciało oceniające OSR-y przygotowywane przez projektodawców aktów prawnych, w szczególności przez rząd” – wskazuje Grzegorz Lang, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Wśród głównych wad przyjmowanego prawa, które mają swoje źródło w obecnym procesie i strukturach jego stanowienia, należy wymienić:

• nadmierną zmienność przepisów, w tym notorycznie zbyt krótkie okresy na przygotowanie się adresatów do nowych przepisów (vacatio legis)
• zbyt pobieżne uzasadnienia (w tym ustosunkowywanie się do uwag partnerów społecznych) i oceny skutków społeczno-gospodarczych
• często trudne do jasnego określenia relacje między regulacjami różnych aktów prawnych
• niedostateczną jakość językową i nadmierne skomplikowanie brzmienia nowych przepisów
• zastępowanie, bez wyraźnego powodu, dotychczasowych przepisów nowymi, o tej samej wartości normatywnej

Pracodawcy o budżecie państwa na 2020 rok

Projekt ustawy budżetowej na 2020 roku jest zdecydowanie projektem historycznym. Pierwszy bowiem raz po 1989 roku rząd zaproponował budżet zbilansowany, tj. taki, w którym suma wpływów jest równa sumie wydatków. Brak zaplanowanego deficytu budżetowego jest zjawiskiem bezprecedensowym, które należy ocenić zdecydowanie pozytywnie. Do tej pory, kilkadziesiąt miliardów złotych deficytu było niemal pewnym elementem każdego kolejnego budżetu państwa. Godne podziwu jest zatem, że przy tak rozbudowanej polityce socjalnej, rządowi udało się zrównoważyć wpływy i wydatki. Jest to o tyle istotne, że również w ciągu ostatnich kilku lat, które były okresem doskonałej koniunktury gospodarczej, kolejne budżety cechowały się stosunkowo niewielkimi, ale jednak deficytami.

W tym samym czasie, inne państwa europejskie, takie jak choćby Niemcy, generowały nadwyżki budżetowe. Przerwanie tej swoistej „tradycji” deficytowego budżetu oceniamy jednoznacznie pozytywnie i uważamy za wielki krok w dobrą stronę w zakresie generalnie dyskusji o gospodarce finansowej państwa. Szanując regułę wydatkową i przygotowując budżet bez deficytu, rząd wysłał jasny sygnał, istotny również z punktu widzenia oceny następnych ekip u władzy: powinniśmy wydawać tyle, ile „zarabiamy” z tytułu podatków i z innych źródeł, a co najmniej absolutnie minimalizować deficyt. Jednocześnie, wątpliwych pozostaje przynajmniej kilka źródeł wpływów do budżetu, które pomogły sformułować zrównoważony budżet. Niektóre jego aspekty mogą budzić zaniepokojenie przedsiębiorców.

Negatywnie trzeba ocenić zaplanowaną w projekcie budżetu likwidację tzw. limitu 30-krotności. Do tej pory, pracownik który wygenerował w ciągu roku dochód wyższy, niż 30-krotność przeciętnego prognozowanego wynagrodzenia za pracę, po osiągnięciu tego pułapu przestawał opłacać składki na ubezpieczenia społeczne. Taka konstrukcja ma dwojakie uzasadnienie. Po pierwsze, możemy przypuszczać że osoby zarabiające relatywnie dobrze będą bardziej skłonne do prywatnego oszczędzania środków na emeryturę we własnym zakresie. Między innymi do realizacji tego potencjału przeznaczony jest III filar emerytalny w postaci Indywidualnych Kont Emerytalnych czy Indywidualnych Kont Zabezpieczenia Emerytalnego. Obowiązujący limit 30-krotności pozwala wygenerować pewien zapas środków, który może zostać przeznaczony na prywatne oszczędności emerytalne. Po drugie zaś, limit ten stanowi zabezpieczenie dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, a pośrednio również budżetu państwa. W ramach bowiem obowiązującego w tej chwili systemu, wysokość emerytur uzależniona jest od kwoty składek wpłaconych w ciągu lat aktywności zawodowej do systemu, oraz od prognozowanej przez GUS długości życia. Tym samym, teoretycznie, im więcej ktoś do systemu wpłacił, tym wyższą powinien mieć emeryturę.

W przypadku osób zarabiających relatywnie wysokie sumy, system taki, pozbawiony limitu 30-krotności, rodziłby ryzyko konieczności wypłaty bardzo wysokich emerytur w przyszłości. Byłoby to niebezpieczne nie tylko z uwagi na kondycję finansową FUS (zwłaszcza wziąwszy pod uwagę aktualne prognozy finansowe Funduszu), lecz również budżetu państwa, ponieważ w przypadku, w którym środki zgromadzone w FUS nie wystarczają na bieżącą wypłatę emerytur, Fundusz jest zasilany przez budżet państwa. Mimo zatem, że stanowi osobną jednostkę organizacyjną, jego kondycja finansowa ma bezpośrednie przełożenie na kondycję państwa. Likwidację limitu 30-krotności oceniamy zatem, tak samo jak wielokrotnie robiliśmy to w przeszłości, zdecydowanie negatywnie. Potencjalne wpływy z tytułu zlikwidowania limitu szacowane są na ok. 5 mld zł. Wydaje się, że przedsiębiorcy spokojnie zaakceptowaliby korektę zapowiedzi budżetu bez deficytu, z uwagi na wycofanie się z tego szkodliwego dla Polski pomysłu.

Niebezpieczne wydaje się być również nagromadzenie programów socjalnych. O ile program 500+ w istotnym stopniu zredukował problem skrajnej biedy wśród rodzin z dziećmi w Polsce, o tyle w tym momencie mamy do czynienia z mnogością różnego rodzaju świadczeń, spośród których część się w projekcie budżetu znalazła (rozszerzenie 500+ na każde pierwsze dziecko, program „Dobry start”, tj. wyprawka dla dzieci i młodzieży szkolnej, program leki 75+), część została uchwalona już w tym roku (13. emerytura), a inne zostały dopiero zapowiedziane (13. i 14. emerytura jako coroczne świadczenia dla emerytów). W bieżącej, ciągle dobrej koniunkturze gospodarczej, realizacja tych zapowiedzi nie jest zagrożona. Pojawia się jednak niebezpieczeństwo, że w momencie, w którym gospodarka przestanie rozwijać się w tempie zgodnym z oczekiwaniami, państwo będzie skłonne głębiej sięgać do kieszeni podatników, w tym przede wszystkim przedsiębiorców i przedstawicieli klasy średniej, by finansować swoje propozycje. Jednym z tego przejawów może być omówiona już likwidacja limitu 30-krotności, jednak w kontekście propozycji zawartych w Wieloletnim Planie Finansowym, niebezpieczne wydaje się być również rozszerzenie obowiązku opłacania składek na ubezpieczenia społeczne na kolejne tytuły. Taki wzrost kosztów pracy, połączony z coraz bardziej intensywną presją płacową (zwłaszcza w kontekście zapowiedzi skokowej podwyżki minimalnego wynagrodzenia), musi przełożyć się na wzrost cen produktów i usług, a w konsekwencji niższą konkurencyjność polskich firm.

Nie sposób nie zauważyć, że w budżecie uwzględniona jest istotna obniżka klina podatkowego, złożona z kilku elementów, tj. zwolnienia z PIT dla pracowników do 26. roku życia, obniżki podstawowej stawki PIT do 17 proc., a także zwiększenie kosztów uzyskania przychodu. Jest to oczywiście kierunek pożądany. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców konsekwentnie popiera każdą inicjatywę, której celem jest zmniejszenie podatkowo-składkowego obciążenia wynagrodzeń.

Trudno jest przewidzieć, na ile realistyczne pozostają założenia makroekonomiczne służące projektodawcom do opracowania budżetu. Niespełna 10 proc. wzrost wpływów z tytułu VAT, stabilne wpływy z tytułu podatków dochodowych i akcyzy – nie ulega wątpliwości, że wartości te były szacowane przy założeniu, że polskiej gospodarki nie dotknie istotne spowolnienie. Nie sposób stwierdzić w tej chwili, na ile uzasadniony jest ten optymizm. Trzeba jednocześnie wziąć pod uwagę fakt, iż do tej pory pogarszające się nastroje w gospodarce niemieckiej nie wpłynęły w większym stopniu na dynamikę polskiego wzrostu.

Nie ulega wątpliwości, że pierwszy zbilansowany budżet po 1989 roku to bardzo dobra informacja. Trudno jest zaakceptować deprecjonowanie tego sukcesu, poprzez podkreślanie np. jednorazowego charakteru części wpływów. Oczywiście – niektóre z nich, takie jak opłata przekształceniowa z OFE, czy też wpływy z tytułu sprzedaży zezwoleń na emisję CO2 istotnie są wpływami incydentalnymi. Mamy jednak z takimi do czynienia bardzo często, z różnych tytułów, i jak do tej pory nie skutkowało to zbudowaniem budżetu, w którym suma wydatków byłaby wyrównana sumą wpływów. Jednocześnie, głosy krytyki należy wziąć pod uwagę o tyle, że zasadne byłoby wypracowanie długofalowej strategii bilansowania finansów państwa, z uwzględnieniem wielu ryzyk – zarówno przejściowych, jak i strategicznych – i sposobów ich neutralizowania. Budżet bez deficytu (bądź z deficytem minimalnym) nie powinien być wyjątkiem w długoletniej historii zadłużania państwa, lecz powinien stać się nowym stanem docelowym, pewnego rodzaju standardem, do którego rząd powinien co roku dążyć.

Deep learning w świecie e-marketingu

Nowe technologie często nazywa się rewolucyjnymi i przełomowymi dla danej branży. Reklamodawcy mają nieustannie do czynienia z różnego rodzaju innowacjami i muszą umieć rozpoznać wśród marketingowego żargonu nowości, które mogą zmienić zasady gry. Zaawansowane technologie, do których należy tzw. uczenie głębokie (ang. deep learning), są szczególnie trudne w ocenie. Romain Lerallut, dyrektor ds. inżynierii w Criteo, umieszcza tę technologię w szerszym kontekście i wyjaśnia jej znaczenie dla marketingu elektronicznego.

Czytając ostatnie publikacje dotyczące sztucznej inteligencji (SI) można odnieść wrażenie, że uczenie głębokie jest panaceum na wszystkie współczesne bolączki branży związanej z reklamą cyfrową. Najmłodsze dziecko w rodzinie SI może potencjalnie poprawić jakość prognoz, zwiększyć trafność przekazów oraz zredukować zjawisko ślepoty banerowej. Inżynier może zadać sobie pytanie, jakim cudem umknęła jego uwadze superszybka i niezwykle skuteczna technologia uczenia głębokiego, która zdążyła się już znacząco rozwinąć. Naukowcy poświęcili tej tematyce ponad 20 lat i osiągnęli sukcesy w wielu domenach, takich jak rozpoznawanie obrazu oraz obróbka tekstu i dźwięku.

Co jednak z branżą reklamową, która działa w czasie rzeczywistym i wykorzystuje bardziej zaawansowane dane niż piksele i ramki dźwiękowe? Na tę chwilę branża ta nie dysponuje architekturą referencyjną, która pozwoliłaby osiągać podobne rezultaty, jak w przypadku obrazu, tekstu i dźwięku. Badacze z wielu uniwersytetów i instytucji dopiero zaczynają współpracę w zakresie uczenia głębokiego, a publikowane prace naukowe z tej dziedziny zaczynają być wykorzystywane przy pracach projektowych. Jako dyrektor jednej z dużych firm z branży technologii reklamowych mam świadomość zarówno potencjału drzemiącego w uczeniu głębokim, jak i jego pułapek.

Narzędzie uniwersalne

Sposób, w jaki mówimy o uczeniu głębokim przypomina mi telewizyjne reklamy narzędzi uniwersalnych. Dowiadujemy się z nich, że takie narzędzie jest w stanie rozwiązać wszystkie problemy domowych majsterkowiczów. Szczerze mówiąc, w większości przypadków to prawda. Przyjrzyjmy się klasycznemu przykładowi takiego narzędzia, jakim jest szwajcarski scyzoryk, za pomocą którego można m.in. otworzyć butelkę, naprawić rowerowy łańcuch, dokręcić śrubkę itd. Współczesne narzędzie wielofunkcyjne może stać się niezastąpione i właśnie o to chodzi.

Wyobraźmy sobie jednak, że chcemy zbudować w sypialni garderobę. Aby zrealizować to zadanie, potrzebujemy nie tylko odpowiednich narzędzi, ale także dobrej jakości materiałów oraz wiedzy technicznej. Być może uda nam się zbudować garderobę samodzielnie przy użyciu narzędzia uniwersalnego, ale zawsze możemy zlecić to zadanie doświadczonemu fachowcowi. Obserwując go przy pracy, zauważymy, że używa wielu różnych narzędzi, korzysta z materiałów wysokiej jakości i stosuje w praktyce wiedzę teoretyczną i doświadczenie. Wie, jak wykorzystać posiadane narzędzia i zasoby i może wcale nie potrzebować narzędzia uniwersalnego, o ile nie widzi w jego zastosowaniu wartości dodanej.

Jaki z tego wniosek? Niezależnie od tego, jak zaawansowane jest nasze narzędzie uniwersalne, nie pozwala ono rozwiązywać skomplikowanych problemów. Uczenie głębokie jest prawdopodobnie najbardziej zaawansowaną podkategorią uczenia maszynowego, która idealnie nadaje się do takich zadań, jak rozpoznawanie obrazu. Jednak w przypadku bardziej złożonych kwestii, takich jak reklamy cyfrowe wymagające mnóstwa wysokiej jakości danych (materiałów) oraz lat doświadczenia, narzędzie wielofunkcyjne nie może być naszym jedynym asem w rękawie.

Czy uczenie głębokie zaburza rynek reklamy cyfrowej?

Aby ułatwić zrozumienie szans i wyzwań związanych z uczeniem głębokim w kontekście reklamy, postaram się w prostych słowach wyjaśnić, jak działa uczenie maszynowe i głębokie.

  • Uczenie maszynowe nadzorowane polega na uczeniu algorytmów analizy danych oraz ich kategoryzowania w celu zwiększenia skuteczności przewidywania. Dobrze znanym przykładem tej technologii jest filtr spamu w skrzynce e-mail, który wykrywa w korespondencji predefiniowane cechy spamu, takie jak zwroty „darmowe leki” lub „wygrałeś(aś) samochód”. W kontekście reklamy cyfrowej uczenie maszynowe potrafi przewidzieć prawdopodobieństwo kliknięcia baneru przez użytkownika. Człowiek konfiguruje cechy charakterystyczne i oczekuje wyniku w postaci etykiety „To jest spam” lub „Przewidywany współczynnik kliknięcia baneru przez tego użytkownika wynosi 0,8%”.
  • Uczenie maszynowe nienadzorowane służy do rozpoznawania wzorców w bardzo dużych zbiorach danych. Człowiek przygląda się wynikom obliczeń i interpretuje je w sposób pozwalający na klasyfikowanie zachowań, np. „Ci użytkownicy dużo wydają” lub „Ci użytkownicy często kupują”. W przypadku nienadzorowanego uczenia maszynowego cechy charakterystyczne i etykiety nie są wymagane. Maszyny po prostu szukają zgrupowań wzorców nadających się do interpretacji.
  • Uczenie głębokie nie jest osobnym pojęciem, a raczej podkategorią uczenia maszynowego. Największa różnica polega na tym, że nie wymaga ono definiowania odpowiednich funkcji. Technologia ta bazuje na zasadach sieci neuronowych i działa podobnie do ludzkiego mózgu. Uczenie głębokie jest w stanie rozpoznać na zdjęciu psa bez pomocy cech charakterystycznych wprowadzonych do komputera przez człowieka, takich jak „cztery łapy”, „ogon” itp. Skuteczność tej metody wnika z tysięcy przeanalizowanych wcześniej zdjęć psów. Umożliwiły to komputery o imponującej mocy obliczeniowej, które pojawiły się w ostatnich latach, oraz przetworzone przez nie ogromne zbiory danych.

Podstawową kwestią do rozważenia nie jest obecnie ewentualna wyższość uczenia głębokiego nad innymi podkategoriami uczenia maszynowego, ale to, czy na jego zastosowaniu mogą zyskać kampanie reklamowe. Odpowiedź brzmi: jeszcze nie lub wciąż w niewielkim stopniu. Dlaczego?

Pełne spektrum możliwości uczenia maszynowego

Uczenie głębokie wymaga ogromnych ilości danych. Aby pomyślnie rozpoznawać psy na zdjęciach, komputery muszą nauczyć się tego przez analizę terabajtów danych. Z tego względu wspomniane wcześniej sukcesy uczenia głębokiego odnotowano dotychczas w dziedzinach rozpoznawania obrazu, tłumaczeń językowych i gier, takich jak AlphaGo. Wszystko inne jest raczej mieszanką w ramach kategorii uczenia maszynowego.

Wdrożenie architektury uczenia głębokiego w branży reklamy cyfrowej wiązałoby się z koniecznością przetwarzania dużych zbiorów danych w czasie rzeczywistym. Branżę tę napędzają technologie związane z automatyzacją sprzedaży i zakupu reklamy w Internecie, podlegające znacznie surowszym ograniczeniom czasowym niż w przypadku innych zastosowań uczenia głębokiego (jednocyfrowe milisekundy). Taka implementacja wymagałaby maksymalizacji mocy obliczeniowej komputerów, a co za tym idzie inwestycji, dla których musiałaby najpierw zaistnieć potrzeba biznesowa w postaci np. ogromnych wzrostów, których dotychczas nie zauważono. Z tego względu architektury uczenia głębokiego nie są jeszcze spotykane w biddingu, a raczej używa się ich do wstępnej kalkulacji cech poza ścieżką krytyczną. Wygenerowane cechy mogą zostać wprowadzone do prostszego, tradycyjnego modelu uczenia maszynowego.

Czy to działa? Tak. Przeprowadziliśmy odpowiednie testy w naszym laboratorium SI. Czy działa lepiej od tradycyjnych modeli regresji logistycznej? Niekoniecznie i to z prozaicznego powodu, ponieważ wszystko sprowadza się do cech:

  • Uczenie głębokie używa wielu nałożonych na siebie warstw i przetwarza surowe dane (takie jak pojedyncze piksele, znaki itd.). Nie są potrzebne ręcznie skonfigurowane cechy, ponieważ całą pracę wykonuje komputer. Na podstawie surowych danych najniższe warstwy wyodrębniają cechy niskiego poziomu, takie jak grupy znaków w przypadku tekstu czy linie i kąty w przypadku obrazu. Następnie warstwy wyższe łączą deskryptory niższego poziomu w celu wyodrębnienia funkcji najpierw średniego, a następnie wysokiego poziomu. Warstwy końcowe kodują oczekiwany wyniki (logikę biznesową), klasyfikując zdjęcia kotów i psów lub przewidując liczbę kliknięć i wyniki sprzedaży. Do wyszkolenia takiego systemu potrzeba ogromnych ilości danych, ponieważ niższe warstwy zawierają wiele neuronów, które trzeba nauczyć wykonywania zadań.
  • Regresja logistyczna to model jednowarstwowy, który przetwarza cechy stworzone ręcznie. Dzięki temu jest szybsza i wymaga mniejszej mocy obliczeniowej w porównaniu z modelami głębokimi. Jeśli dysponujemy bardzo dobrą listą cech i wystarczającą ilością danych, metoda ta może spokojnie konkurować z uczeniem głębokim. Warto pamiętać, że warstwa regresji logistycznej jest często ostatnią warstwą w modelu głębokim, a różnica polega na sposobie obliczenia cech: komputer nauczył się ich na podstawie ogromnej ilości danych w ramach modelu głębokiego lub zostały one skonfigurowane ręcznie z wykorzystaniem wiedzy z danej dziedziny przez specjalistów ds. danych. Wartość dodana takich cech przejawia się w tym, że mają one wyraźne znaczenie i mogą zostać zrozumiane (i zdebugowane) przez ludzi, a ponadto mogą zostać wykorzystane do pomiaru efektywności różnych grup odbiorców.

Moja rada dla specjalistów ds. reklamy brzmi następująco: nie dajcie się nabrać na porównywanie uczenia maszynowego z głębokim i nie wierzcie tym, którzy twierdzą, że jeden z tych modeli jest lepszy od drugiego. Wracając do analogii z fachowcem, który wie, jak używać swoich narzędzi, doświadczenie w obcowaniu z uczeniem maszynowym pozwala uniknąć polegania tylko na jednym narzędziu. Należy przede wszystkim zastanowić się nad celem. Uczenie głębokie bez wątpienia odciśnie swoje piętno na branży reklamowej w przyszłości, jednak tylko w kontekście całego spektrum uczenia maszynowego obejmującego modele bazujące na drzewku, modele regresyjne, samoorganizujące się sieci SI i inne. Jeśli jesteś specjalistą lub inżynierem ds. danych pracującym w branży reklamowej, polecam stosowanie metody naukowej i przeprowadzanie eksperymentów na własnych danych i KPI. Sprawdź, które rozwiązanie daje więcej korzyści niezależnie od zastosowanej w nim implementacji.

Rejestr akcjonariuszy w praktyce

Karolina Rybczyńska, Prawnik, Departament Prawa Rynku Kapitałowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy
Karolina Rybczyńska, Prawnik, Departament Prawa Rynku Kapitałowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy

Po wprowadzeniu do polskiego porządku prawnego nowych przepisów dotyczących obowiązkowej dematerializacji akcji Polska staje się państwem coraz bardziej nowoczesnym a jej rynek kapitałowy zaczyna dorównywać tym zagranicznym. Jednakże, dokoła owej nowelizacji Kodeksu Spółek Handlowych mnoży się coraz więcej kontrowersji i pytań bez odpowiedzi. Mimo że do wejścia przepisów w życie, które nastąpi dopiero 1 stycznia 2021 roku, jest jeszcze trochę czasu, już teraz zarówno inwestorzy jak i firmy inwestycyjne muszą zacząć przystosowywać się do nowej rzeczywistości i już w 2020 roku podjąć działania przygotowawcze.

Obowiązkowa dematerializacja akcji dotyczy przede wszystkim spółek akcyjnych i komandytowo-akcyjnych. W konsekwencji zatarciu ulegnie różnica między akcjami imiennymi a akcjami na okaziciela. Wszystko przez wprowadzenie jawnego elektronicznego rejestru akcjonariuszy, do którego dostęp uzyska każdy, kto zainwestuje w chociaż jedną akcję. „Dematerializacja” nie jest bowiem samotnym bytem unoszącym się w próżni rynku kapitałowego, związany jest z nią szereg nowych regulacji, które zapewniają jej „obsługę”. Jednym z nieodłącznych elementów niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania rynku, na którym dematerializacja akcji jest obowiązkowa, jest właśnie rejestr akcjonariuszy. Zastąpi on dotychczasowe księgi akcyjne, których prowadzenie jest obecnie obowiązkiem spółek emitujących akcje.

Jaki związek z tym wszystkim mają firmy inwestycyjne? To na nich mianowicie, według ustawy, spocznie obowiązek prowadzenia rejestru akcjonariuszy. Rejestr taki może bowiem prowadzić jedynie podmiot, który według Ustawy o obrocie instrumentami finansowymi jest uprawniony do prowadzenia rachunku papierów wartościowych, a więc taki, który posiada zezwolenie Komisji Nadzoru Finansowego. Na spółkach spocznie za to obowiązek dokonania wyboru takiej firmy inwestycyjnej oraz zawarcia z nią umowy prowadzenia rejestru. W przypadku spółek, które będą musiały poddać dematerializacji akcje już znajdujące się w fizycznym posiadaniu akcjonariuszy musi to nastąpić jeszcze przed ogłoszeniem pierwszego wezwania do złożenia dokumentów akcji.

Jednak co w przypadku, kiedy spółka lub prowadzący rejestr przestaje wypełniać postanowienia umowy? Oba podmioty mają możliwość jej rozwiązania. Różne są tylko związane z tym obowiązki. Rozwiązanie przez spółkę jest dopuszczalne jedynie pod warunkiem zawarcia nowej umowy. Natomiast rozwiązanie umowy przez podmiot prowadzący rejestr akcjonariuszy jest możliwe jedynie z ważnych powodów, z zachowaniem terminu wypowiedzenia nie krótszego niż trzy miesiące. Warunki przewidziane dla spółki i firmy inwestycyjnej nie są więc jednolite.

Na skutek nowelizacji akcjonariusze, zwłaszcza zwolennicy akcji na okaziciela, nie tylko stracą swoją anonimowość wobec spółki i innych akcjonariuszy, problemy może rodzić także znalezienie firmy inwestycyjnej, która prowadzić będzie rejestr akcjonariuszy. Pierwszym, wydawać by się mogło podstawowym problemem, są dodatkowe koszty, jakie ponieść musi spółka na rzecz firmy inwestycyjnej, z którą zawrze umowę. Kolejną, bardziej istotną przeszkodą, jest przepis, stanowiący, że rejestr taki prowadzić może jedynie firma uprawiona do prowadzenia rachunku papierów wartościowych. Spółki będą więc miały ograniczony krąg podmiotów, z którymi zawrzeć mogą taką umowę. Nie każda firma inwestycyjna ma obecnie pozwolenie na wykonywanie usługi prowadzenia rachunku papierów wartościowych i nie każda takie zezwolenie uzyskać pragnie. A nawet jeżeli na świadczenie takiej usługi, a tym samym możliwość prowadzenia rejestru akcjonariuszy, zdecyduje się ich więcej, to postępowanie przed Komisją Nadzoru Finansowego trwa w praktyce wiele miesięcy.

Inna kategoria przeszkód to problemy obsługi technicznej takiego rejestru akcjonariuszy. Przede wszystkim brak jest obecnie odpowiedniej infrastruktury technicznej. Nawet jeżeli firmy zdążą ją stworzyć to mogą pojawić się znaczne opóźnienia związane z poczynieniem pierwszych wpisów. Dojdzie bowiem do sytuacji, kiedy kilkaset spółek podzieli się między kilkadziesiąt firm inwestycyjnych, którym zabraknąć może mocy, a przede wszystkim pracowników, do niezwłocznego zarejestrowania wszystkich czynności. Pokłosiem mogą być błędy w rejestrach wynikające z obszernego zakresu danych, które według ustawy mają być w tam ujawnione.

Według ustawodawców obowiązkowa dematerializacja akcji i rejestr akcjonariuszy mają służyć przede wszystkim zwiększeniu jawności akcjonariatu i zapobieganiu praniu pieniędzy. Praktyczne konsekwencje sięgają jednak dalej i budzą wątpliwości zarówno akcjonariuszy jak i emitentów. Powyższe rozważania to jedynie wstęp do kontrowersji krążących wokół nowych przepisów, nie można jednak zapominać, że takie rozwiązania mogą równie dobrze przysłużyć się polskiemu prawu rynków kapitałowych.

Autor: Karolina Rybczyńska, Prawnik, Departament Prawa Rynku Kapitałowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy

Reakcja rynków finansowych na impeachment Donalda Trumpa

Jak grzyby po deszczu pojawiają się nowe kwestie, z którymi muszą zmierzyć się inwestorzy. Tym razem jest to impeachment Donalda Trumpa. Demokraci rozpoczęli tę procedurę ze względu na informacje, że Donald Trump wielokrotnie w rozmowach telefonicznych naciskał na prezydenta Ukrainy by prowadzone było śledztwo przeciwko synowi byłego wiceprezydenta Joe Bidena. Prezydent USA oczywiście wszystkiemu zaprzecza i zapowiada że wkrótce przestawi pełny zapis rozmowy. Nie zmienia to faktu, że reakcja rynków (pewnie trochę przesadzona) to wybuch awersji do ryzyka: spadki na giełdach, umocnienie jena, wzrost kursu złota. Nie ma jednak paniki.

Na marginesie dodajmy, że Trump jest dopiero czwartym prezydentem w historii, w stosunku do którego została uruchomiona procedura impeachmentu. Poprzednio, ponad 20 lat temu, dotyczyła ona Clintona. Do tej pory żaden z prezydentów USA nie został usunięty ze stanowiska w ramach tej procedury. W latach 70., w wyniku afery Watergate, Richard Nixon ustąpił dobrowolnie ze stanowiska przed końcem kadencji. Szanse na usunięcie Trumpa również są nikłe. Potrzeba jest do tego dwóch trzecich głosów w Senacie. Oznacza to, że około 20 republikańskich senatorów musiałoby głosować przeciwko prezydentowi z własnej partii. By taki scenariusz uznać za choć trochę realny potrzebne byłyby nowe, jednoznaczne i mocne dowody winy Trumpa.

Warto też zauważyć, że inwestorzy zagalopowali z się nieco w wycenie perspektywy globalnej polityki monetarnej. Ubiegłotygodniowa obniżka stóp przez Fed nie była wystarczająco łagodna by trwale osłabić dolara. W Szwajcarii stóp nie ścięto w ogóle. Z antypodów w ostatnich kilkudziesięciu godzinach napływają sygnały, które zachwiały wiarą inwestorów w to, że w Australii i Nowej Zelandii na najbliższych posiedzeniach zostaną poluzowane parametry polityki. Zakładamy jednak, że środowisko rynkowe nie będzie w najbliższym czasie sprzyjać odbiciu ryzykownych walut surowcowych. Jeśli presja na dolarze się utrzyma, to będzie ona przede wszystkim widoczna w notowaniach względem jena i franka a w dalszej kolejności euro.

W przypadku EUR/USD nie widzimy potencjału do kontynuacji zniżki. Notowania podlegają jednoznacznej tendencji horyzontalnej tak długo jak nie wybiją sufitu wokół 1,11. Złoty pozostaje słaby i przed wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który już za tydzień, nie widzimy perspektyw na zmianę tego stanu rzeczy. Negatywnie podchodzimy też do innych walut z koszyka emerging markets a dużo przestrzeni do zniżek mają też niektóre indeksy giełdowe z tego uniwersum, na przykład brazylijska Bovespa.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy ceny mieszkań pójdą jeszcze w górę? Deweloperzy odpowiadają

Czy jest jeszcze przestrzeń do wzrostu cen mieszkań? Jakie są ku temu przesłanki? Czy obowiązujące stawki na rynku deweloperskim, które dobiły do rekordu z poprzedniej hossy, stanowią barierę psychologiczną dla klientów? Jak ceny rzutują na decyzje zakupowe? Opinie deweloperów zebrał serwis nieruchomości Dompress.pl.

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Ceny w większości miast są wyższe niż w 2007/2008, więc można mówić o rekordzie. Należy jednak pokreślić, iż teraz znajdujemy się w całkiem innych realiach rynkowych, tym samym nie można wprost porównywać obecnej sytuacji do tej sprzed ponad dekady. Wystarczy wspomnieć, iż w ostatnich latach, poza wzrostem cen mieszkań rosły też zarobki – średnio o ponad 70 proc. oraz inflacja o ponad 20 proc. Tym samym, pomimo zrównania się cen z poziomem stawek z lat 2007/2008, zdolność nabywcza klientów jest dziś dwukrotnie wyższa.

Ceny mieszkań najbardziej wzrosły w największych aglomeracjach, przy czym wzrost ten był różny w przypadku poszczególnych miast. Standardowo pod tym względem przoduje Warszawa, mocno zyskał Gdańsk, który zazwyczaj był za Krakowem i Wrocławiem, a który obecnie jest trzecim najdroższym miastem w Polsce, po Sopocie i Warszawie.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Obecnie nie dostrzegamy przesłanek, które zwiastowałyby tendencje spadkowe w cenach mieszkań. Z drugiej strony nie ma także powodów, dla których ceny miałyby dynamicznie wzrastać. Jeśli otoczenie rynkowe się nie zmieni, należy spodziewać się raczej stabilizacji z utrzymaniem lekkiego trendu wzrostowego. Czynnikiem, który ma największy wpływ na cenę mieszkania jest lokalizacja inwestycji oraz standard osiedla. Za lokale w inwestycjach atrakcyjnie położnych z dostępem do licznych udogodnień klienci nadal są w stanie zapłacić więcej.

Warto zaznaczyć, że odnotowany na przestrzeni ostatnich miesięcy trend wzrostowy, jeśli chodzi o ceny mieszkań, miał związek z ciążącymi na branży budowlanej rosnącymi kosztami inwestycji. Przede wszystkim podrożały materiały budowlane i wykonawstwo, ale także ceny gruntów. Mówimy tu o znacznym wzroście, rzędu kilkuset złotych na metrze kwadratowym. Jednak w przypadku naszej firmy nie miało to aż tak znacznego jak u konkurencji przełożenia na ceny mieszkań. To zasługa naszego unikatowego modelu biznesowego, minimalizującego udział pośredników i bazującego m.in. na własnym generalnym wykonawstwie.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Obecny okres koniunktury na rynku mieszkaniowym ma nieco inną charakterystykę. Przede wszystkim wzrost cen nie jest tak gwałtowny, jak w latach 2005-2008, kiedy w ciągu 3 lat ceny w Warszawie wzrosły o 70-80 proc. Przy takim samym poziomie cen mamy zupełnie inną relację średniego wynagrodzenia do stawki za metr kw. Zakładając średnią 8000 zł/mkw., wskaźnik ten w roku 2008 wynosił 0,36, a w 2019 roku – 0,56. Inna jest również struktura finansowania, większy jest udział środków własnych w zakupie. Mamy w tej chwili niższe oprocentowanie kredytów, no i nie ma tak dużego udziału indywidualnych inwestorów zagranicznych, którzy byli bardziej podatni na skutki kryzysu w 2008 roku i później lawinowo wycofywali się z inwestycji.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Pod koniec 2018 roku eksperci prognozowali, że w roku 2019 nastąpi stabilizacja na rynku mieszkaniowym, a nawet, że ceny zaczną spadać. Jednak nie wydaje się to możliwe. Wciąż notowane są wzrosty cen przede wszystkim w związku z rosnącymi kosztami pracy i cenami materiałów budowlanych, a także działek. Na przykład na warszawskiej Woli, jednej z najdroższych dzielnic Warszawy, cena 1 mkw. mieszkania od początku tego roku wzrosła o 5,32 proc. W styczniu br. stawka za metr wynosiła średnio 10.467 zł, a obecnie 11.024 zł. Natomiast prognozowana cena na koniec bieżącego roku to 11.589 zł. Pomimo rosnących cen, nabywcy mieszkań z przeznaczeniem na wynajem nie tracą zainteresowania małymi lokalami w dobrych lokalizacjach, jakie mamy w projekcie Bliska Wola. Kupujący na własne potrzeby, decydując się na mieszkania o większych metrażach, chętnie wybierają nieruchomości położone dalej od centrów miast, gdzie obowiązują niższe ceny.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Trudno mówić o barierze psychologicznej. Myślę że mamy tutaj raczej do czynienia z twardym wyznacznikiem w postaci zdolności kredytowej. Dziś polityka banków jest znacznie bardziej roztropna niż w dobie minionego kryzysu. Wprowadzone zostało wiele regulacji m.in. w zakresie wymaganego wkładu własnego. Rynek znajduje się aktualnie w okresie względnej stabilizacji, jednak długofalowo możemy zakładać dalszy wzrost cen mieszkań. Pamiętajmy również, jak duże niedobory mieszkaniowe występują na polskim rynku. Jednocześnie też mieszkania w Polsce są znacznie tańsze niż w większości dobrze rozwiniętych krajów UE. Należy zakładać, że wraz z rozwojem naszego kraju, wzrostem płac w perspektywie wieloletniej, również ceny mieszkań będą równały do średnich stawek na rynkach UE.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Przewidujemy, że ceny mieszkań w najbliższym czasie mogą wykazywać nadal tendencje wzrostowe. Grunty nie tanieją, a wykonawstwo nadal jest drogie. Z kolei popyt na mieszkania nadal utrzymuje się na wysokim poziomie. Klienci, których nie stać na mieszkania w lepszych lokalizacjach zmuszeni są do poszukiwania tańszych ofert w innych dzielnicach, bardziej oddalonych od centrum lub na obrzeżach miast.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

Wysokie ceny mogą być realną barierą zakupu, jeśli chodzi o mniej atrakcyjne mieszkania. W tym przypadku może się zdarzyć, że klient podejmie decyzję o rezygnacji z kupna. Z naszego doświadczenia wynika jednak, że naprawdę atrakcyjne mieszkania zawsze znajdą nabywców nawet wówczas, gdy ich ceny przekroczą rekordowe stawki z okresu poprzedniej hossy.

Aleksandra Goller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w spółce mieszkaniowej Skanska

W odniesieniu do cen mieszkań obserwujemy tendencję wzrostową. Trudno jednoznacznie przewidzieć przyszłość rynku, jednak nic nie wskazuje na to, że stawki za metr kwadratowy zaczną spadać. Szukając analogii, wystarczy spojrzeć na inne europejskie miasta, jak Paryż czy Londyn. Tam mieszkania zlokalizowane w centrum także kosztują coraz więcej. Mimo to popyt utrzymuje się na wysokim poziomie. Ludzie chcą żyć w coraz lepszych warunkach, dlatego szukają przestronniejszych, nowocześniejszych, lepiej skomunikowanych z innymi dzielnicami i wkomponowanych w zielone otoczenie osiedli. Za ten komfort są w stanie zapłacić więcej.

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu

Bariery psychologiczne mają to do siebie, że są przesuwane. Kiedyś za taką barierę dla kupujących uważano stawkę 10.000 zł/mkw., a dziś średnia cena ofertowa w Warszawie przekroczyła już 10.200 zł/mkw., a w wielu inwestycjach jest znacznie wyższa.

Widzę przestrzeń do dalszego, umiarkowanego wzrostu cen. Z jednej strony, popyt utrzymuje się na wysokim poziomie, a z drugiej wciąż rosną koszty wykonawstwa, głównie koszty pracownicze. Mamy rynek pracownika, a w budownictwie mieszkaniowym, szczególnie na etapie prac wykończeniowych, potrzeba wielu rąk do pracy. Presja cenowa będzie więc się utrzymywać. Szczęśliwie, ceny gruntów przestały gwałtownie rosnąć, ustabilizowały się. Niemniej możemy spodziewać się dalszego wzrostu cen mieszkań, przy czym – moim zdaniem – w 2019 roku będzie to już raczej wzrost jednocyfrowy.

Piotr Tarkowski, dyrektor ds. Sprzedaży Allcon Osiedla

Nieruchomości co do zasady stanowią produkt, którego wartość rośnie w czasie. Wzrost zależy oczywiście od wielu składników, jak lokalizacja, otoczenie i jego niezmienność, sąsiedztwo, widok z okien. Ważna jest też jakość wykorzystanych materiałów oraz dodatkowe udogodnienia dla mieszkańców. Mieszkanie jest dobrem inwestycyjnym i bez względu na jego charakter powinno generować zysk. Rynki dojrzałe, gdzie zaspokojenie popytu jest wyższe niż na rynku polskim, notują stałą tendencję wzrostową. Nasz krajowy rynek nadal wykazuje duży deficyt podażowy. W związku z tym, bez względu na obecne wskaźniki makro i mikro ekonomiczne, które sprzyjają segmentowi nieruchomości, ceny będą rosnąć.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Najwyższe ceny mieszkań obowiązują w centrach miast, w topowych lokalizacjach. W przypadku takich nieruchomości można spodziewać się dalszego wzrostu cen m.in. z uwagi na ograniczoną ilość gruntów. Na rynku trójmiejskim klienci mają jednak szeroką możliwość wyboru najbardziej optymalnej propozycji w zależności od posiadanego budżetu. Popyt utrzymujący się na rynku pierwotnym na wysokim poziomie potwierdza, że nabywcy wciąż akceptują obowiązujące ceny.

Autor: Dompress.pl

Eksport polskich firm z sektora e-commerce może wzrosnąć o 400%

Obecnie jedynie ok. 4% polskich firm prowadzi sprzedaż internetową produktów i usług do innych krajów, przy średniej unijnej na poziomie 7%. Samo zniwelowanie barier zidentyfikowanych przez przedsiębiorców jako utrudniających rozwój e-eksportu mogłoby w długiej perspektywie zwiększyć liczbę takich firm do 16%, a tym samym wartość polskiego e-eksportu zwiększyłaby się o 400% do ok. 110 mld zł – wynika z raportu „Cyfrowy eksport – szanse i perspektywy dla polskich przedsiębiorstw”, przygotowanego przez PwC dla Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii.

Z danych zebranych w raporcie „Cyfrowy eksport – szanse i perspektywy dla polskich przedsiębiorstw” wynika, że ok. 36% polskich przedsiębiorstw prowadzi eksport w tradycyjnej formie do innych krajów Unii Europejskiej. Tymczasem liczba firm sprzedających elektronicznie za granicę jest na poziomie ok. 4%, choć w ostatnim czasie widać wyraźny trend wzrostowy w tym zakresie. Już teraz polskie firmy odnotowują 16% przychodów w handlu internetowym ze sprzedaży na rynki zagraniczne, a wartość polskiego e-eksportu jest szacowana na ponad 27 mld zł.

Jadwiga Emilewicz – Minister Przedsiębiorczości i Technologii
Jadwiga Emilewicz – Minister Przedsiębiorczości i Technologii

Polskie firmy mają ogromny potencjał eksportowy, co pokazuje rosnąca z roku na rok wartość sprzedawanych za granicą naszych produktów i usług. To m.in. efekt programowego wsparcia rodzimych przedsiębiorców w ich ekspansji. Kolejnym krokiem rozwoju firm w Polsce może być wzmocnienie działań związanych z eksportem cyfrowym i lepsze wykorzystanie kanałów internetowych do szerszego docierania do nowych klientów. Warunkiem sukcesu jest zniwelowanie barier, które dziś utrudniają rozwijanie e-eksportu oraz systemowe podejście do wspierania działań w cyfrowym świecie. – Jadwiga Emilewicz, Minister Przedsiębiorczości i Technologii

Polska w porównaniu do innych państw UE posiada bardzo niski odsetek firm prowadzących e-eksport. Taki sam lub niższy wskaźnik od Polski w e-eksporcie do UE mają tylko trzy państwa (Rumunia, Bułgaria, Łotwa), a na rynki pozaunijne cztery kraje (Rumunia, Bułgaria, Słowacja i Węgry). Głównymi kierunkami polskiego e-eksportu pozostają kraje unijne (Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Holandia, Czechy i Słowacja), a z krajów pozaeuropejskich USA i Chiny.

Z przeprowadzonego przez PwC badania wynika, że niemal połowa przedsiębiorstw w Polsce prowadzących już działalność e-commerce na rynku krajowym planuje rozpoczęcie sprzedaży za granicę przy wykorzystaniu kanałów elektronicznych. Firmy dostrzegają szanse i potencjał dla rozwoju przedsiębiorstwa, jakie niesie za sobą ekspansja zagraniczna i co ciekawe, wykazują większy optymizm w kwestii perspektyw rozwoju e-eksportu niż eksportu tradycyjnego. – Agnieszka Gajewska, partner PwC, lider zespołu ds. sektora publicznego i infrastruktury w Europie Środkowo-Wschodniej

Wyzwania i bariery polskiego e-eksportu

Na potrzeby raportu przeprowadzono badanie wśród firm prowadzących działalność e-commerce, ale nieprowadzących sprzedaży za granicę kanałami elektronicznymi, co pozwoliło na wytypowanie głównych barier hamujących wprowadzenie sprzedaży transgranicznej online.

Największą barierą decydującą o braku działań związanych z internacjonalizacją jest brak kapitału na inwestycje w ekspansję na rynek zagraniczny. Świadczy to m.in. o niewystarczających zasobach własnych przedsiębiorstw, jak też potrzebie dofinansowania polskich firm sektora MŚP ze strony administracji centralnej. Drugim istotnym czynnikiem są bariery prawne scharakteryzowane jako brak znajomości obcych regulacji. Kwestia ta może być szczególnie ważna w przypadku branż, których produkty wymagają licznych certyfikacji. Kolejnym istotnym czynnikiem mającym wpływ na decyzje o niepodjęciu przez firmę e-eksportu są wysokie koszty promocji na rynkach zagranicznych w sprzedaży e-commerce oraz problemy z obsługą zwrotów i reklamacji.

Eksperci zwracają uwagę na różnice występujące między barierami napotykanymi przez przedsiębiorstwa, które nie rozpoczęły działalności e‐eksportowej oraz te, które taką sprzedaż prowadzą. Firmy obecne na zagranicznym rynku zwracają uwagę na rozmiar konkurencji, wysokie ceny przesyłek kurierskich i pocztowych oraz trudność w pozyskaniu odpowiedniej kadry, natomiast firmy nieprowadzące działalności e‐eksportowej uznają te czynniki za mniej istotne. Dla przedsiębiorstw prowadzących e-eksport w przeciwieństwie do firm nieprowadzących tego typu sprzedaży bariery prawne rozumiane jako brak znajomości obcych regulacji nie stanowią istotnego problemu.

Jak podkreślają eksperci w raporcie, gdyby zwiększył się do 10% (poziom notowany na Słowenii) odsetek polskich firm, dla których nie występują bariery zewnętrzne takie jak: wysokie ceny dostarczania i zwrotów towarów, dostosowania etykiet produktowych, problemy z rozwiązywaniem sporów i reklamacjami, znajomość języka obcego czy restrykcje ze strony partnerów biznesowych, wówczas liczba firm prowadzących e-eksport zwiększyłaby się o 16%, a wartość polskiego e-eksportu o 400%, do ponad 110 mld zł.

Instrumenty wsparcia e-eksportu

Na dynamikę wzrostu e-eksportu wpływają nie tylko bariery zewnętrzne, ale także projekty i narzędzia wspierające tego typu działalności. W przeprowadzonym przez PwC badaniu, firmy na pytanie o najbardziej pożądane instrumenty wsparcia w zakresie ekspansji zagranicznej i rozwoju e-eksportu wskazywały przede wszystkim na szkolenia i warsztaty, platformę informacyjną nt. możliwości e-eksportu oraz dostępnych instrumentów wsparcia publicznego i komercyjnego, promocję polskich marek za granicą oraz pomoc w zakresie zagranicznych procedur prawno-podatkowych.

Wprowadzenie najwyżej ocenianych przez przedsiębiorców instrumentów może przyspieszyć tempo wzrostu e-eksportu o 30%. Przyjmując obecną wartość sprzedaży online za granicę na ponad 27 mld zł, można oszacować, iż bez wprowadzania tych instrumentów wartość polskiego e-eksportu w roku 2030 będzie wynosić 69 mld zł, a po ich wprowadzeniu ponad 90 mld zł.  – Paweł Oleszczuk, menedżer w zespole ds. sektora publicznego PwC

Potencjał e-commerce

Wzrost penetracji Internetu w Europie postępuje w stałym tempie, osiągając w 2018 roku ok. 83%. Wiodącą rolę w tym zakresie przyjmuje Europa Północna, której 95% populacji ma dostęp do sieci. Europejski rynek e-commerce szybko się rozwija, napędzając światowy wzrost. Blisko 6% konsumentów w Europie codziennie dokonuje zakupów online, co można przypisać kilku czynnikom takim jak: poprawiająca się szybkość łącza, coraz większe użycie smartfonów oraz usprawnienie i zintegrowanie procesów logistycznych. Najczęściej kupowanymi produktami są odzież i artykuły sportowe. Popularnymi kategoriami są także media i oprogramowania komputerowe, podróże oraz zakwaterowanie.

Jak podkreślają autorzy raportu największym wyzwaniem, z jakim obecnie mierzą się sprzedawcy online, jest rozwój poza granicami kraju i ekspansja zagraniczna. Przedsiębiorcy muszą wziąć pod uwagę szybko zmieniające się i złożone otoczenie konsumenckie, dostosować się do oczekiwań klientów odnośnie czasu dostawy oraz możliwości śledzenia przesyłek.

Sadowski: W Polsce podatki są nie tylko złe, ale głupie i czasochłonne

Ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych nowelizowano ponad 70 razy, prawo energetyczne – 36 razy, telekomunikacyjne – 24 razy, niechlubny rekord liczby zmian należy do prawa podatkowego.

Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha
Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha

Żaden system podatkowy na świecie nie jest idealnie skonstruowany. Bywają jednak lepsze i gorsze. W Polsce jest on przede wszystkim bardzo czasochłonny. Estoński przedsiębiorca na obsługę podatków poświęca 150 godzin rocznie. Dla porównania, Polakom zajmuje to aż 260 godzin. Tygodniowo to dodatkowe 2 godziny wykonywania bezsensownej pracy, które mogliby poświęcać na rozwój własnego biznesu czy życie rodzinne. Zamiast tego muszą odrobić swoistą biurokratyczną pańszczyznę podatkową. To powód, który zniechęca do inwestowania w Polsce, na co wskazują m. in. przedstawiciele jednego z funduszy amerykańskich.

– Na dobrym, konkurencyjnym systemie polski rząd mógłby zbudować znaczną przewagę. Nie tylko pod kątem zachodnich korporacji – które dostają ulgi i zwolnienia podatkowe, ale przyjazny także dla rodzimych przedsiębiorców, korzystających obecnie z obcych jurysdykcji w Unii Europejskiej – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – W Polsce system podatkowy – przepisy i ich interpretacje – nie zmieniają się raz czy dwa razy do roku. Według badań ma to miejsce aż co dwa dni. W takim chaosie i braku stabilności trudno jest planować inwestycje. Tak częstej zmiany przepisów podatkowych nie da się ująć w kategorii ryzyk wycenianych w arkuszu kalkulacyjnym. Gdyby nie było tej przeszkody, Polska mogłaby od dawna plasować się na szczycie pod względem dobrobytu wśród państw europejskich. Gdybyśmy wprowadzili konkurencyjny system podatkowy – bez wątpienia moglibyśmy odegrać taką samą rolę, jak Irlandia w latach 80. ubiegłego wieku. Dzięki jednemu z najlepszych systemów podatkowych stała się bardzo atrakcyjna dla powracających z pieniędzmi Irlandczyków, jak i firm inwestujących w Europie. Dotychczas państwo to jest beneficjentem wprowadzenia jednego z lepszych systemów na Starym Kontynencie – ocenił Sadowski.

W wakacje ceny piwa poszybowały w górę – najbardziej te najtańsze

W porównaniu do zeszłych wakacji sieci zwiększyły ilość promocji tylko o 4%. Największe wzrosty były w hipermarketach – 40%, a także w dyskontach – 38%. Z kolei spadki odnotowano w convenience – 16%, w supermarketach – 10%, jak również w cash&carry – 2%. Najbardziej poszły w górę minimalne ceny promocyjne – o ponad 9%. Maksymalne wartości podskoczyły o blisko 7%, a średnie – o przeszło 5%. Najtańsze piwa zdrożały prawie we wszystkich kanałach. Wyjątkiem był format convenience, gdzie zaobserwowano lekki spadek. Górne granice powiększyły sieci convenience i supermarkety, a zmniejszyły – sklepy cash&carry. Natomiast średnie ceny podniosły się w każdym formacie, nie licząc niewielkiego cięcia w cash&carry.

Eksperci nie są zaskoczeni tym, że sieci handlowe tylko nieznacznie zwiększyły ilość promocji piwa w porównaniu do zeszłych wakacji. Wzrost był na poziomie 4%. Jak wyjaśnia Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix, retailerzy za bardzo nie poszerzają swoich gazetek. Dlatego miejsce na daną kategorię jest dość ograniczone. Latem były mocno komunikowane takie produkty, jak soki, energetyki i piwa bezalkoholowe, których przybywa na rynku.

Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego w Polsce
Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego w Polsce

– Warto przypomnieć sobie, że rok temu promocji piwa sprzyjały Mistrzostwa Świata FIFA w Rosji. W te wakacje brakowało tak wielkiego wydarzenia sportowego, które skupiałoby kibiców przed telewizorami i zachęcało do biesiadowania. Przy tym pogoda była nieco gorsza, co z kolei zniechęcało konsumentów np. do grillowana na działkach. Fakt, że sieci handlowe nie ograniczyły akcji promocyjnych, znaczy, że było ich wystarczająco dużo – stwierdza Bartłomiej Morzycki, Dyrektor Generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Patrząc na poszczególne formaty, można zauważyć, że wzrosty zanotowano w hipermarketach – 40%, jak również w dyskontach – 38%. Z kolei spadki były widoczne w sieciach typu convenience – 16%, w supermarketach – 10%, a także cash&carry – 2%. Marcin Lenkiewicz zwraca uwagę na to, że hipermarkety i dyskonty wydają zdecydowanie więcej publikacji. Dodatkowo są one obszerniejsze niż w innych kanałach sprzedaży. To dawało sieciom większą ilość modułów na promocję piw w wakacje. Konsumenci, którzy planowali duże zakupy, np. przed urlopem czy grillem, byli zachęcani do robienia zapasów właśnie w tego typu sklepach.

– Z kolei porównując ceny, widać, że poszły w górę zarówno maksymalne – o blisko 7%, minimalne – o ponad 9%, jak również średnie – o ponad 5%. Zanotowaliśmy podwyżki, bo produkcja piwa generalnie drożeje. Wzrost emisji gazów cieplarnianych, którego konsekwencją jest widoczna zmiana klimatu, ma negatywny wpływ na uprawy jęczmienia. A z niego przecież produkowane jest piwo. Sieci nie mają więc możliwości oferowania tak korzystnych promocji, jak w ubiegłych latach – przekonuje Katarzyna Grochowska, Project Manager w Hiper-Com Poland.

Maksymalne ceny promocyjne z zeszłorocznych wakacji utrzymały jednak dyskonty oraz hipermarkety. Te sieci mogły wynegocjować lepsze warunki u dostawców. Jest to szczególnie prawdopodobne w przypadku hipermarketów, które składają największe zamówienia, bo mają dużo miejsca do magazynowania towarów. Z kolei dyskonty wyróżniają się mocną pozycją na rynku. Natomiast wzrosty odnotowano w convenience – o blisko 33%, a także w supermarketach – o ponad 16%. Spadek był z kolei widoczny w cash&carry – o przeszło 14%.

– Cash&carry to bardzo specyficzny format. Często nabywa towary bezpośrednio od producentów w ilościach zdecydowanie hurtowych, co również pomaga uzyskać korzystne ceny zakupów. To z kolei pozwala na oferowanie klientom lepszych promocji w porównaniu z konkurencją – dodaje Katarzyna Grochowska.

W przypadku cen minimalnych nastąpił wzrost w 4 formatach – cash&carry – nieco ponad 28%, w hipermarketach – przeszło 23%, w supermarketach – niecałe 8%, a także w dyskontach – lekko powyżej 1%. Spadek był widoczny tylko w convenience – ok. 13,5%. Ekspert z Grupy Mobilnej Qpony przypomina, że od pewnego czasu drożeją wszystkie pozycje z tzw. koszyka cenowego najpopularniejszych produktów. Piwa również do niego należą. Polacy mają coraz zasobniejsze portfele. Dlatego sklepy pozwalają sobie na podnoszenie najniższych cen.

– Po cenach minimalnych doskonale widać, że piwa drożeją. Dyskonty i hipermarkety mogły zachować maksymalne wartości na podobnym poziomie, co rok wcześniej. Ale tego samego nie zrobiły już w przypadku najtańszych produktów z powodu wzrostu kosztów produkcji. Spadek w convenience można wytłumaczyć próbą konkurowania tego formatu z większymi sklepami. W ten sposób tego typu sieci przyciągają do siebie część klientów. Jednak rekompensują sobie straty podwyżkami górnych cen aż o 33% – podkreśla Katarzyna Grochowska.

Jeśli chodzi o średnie ceny piwa w promocji, to spadek został odnotowany tylko w cash&carry – o nieco ponad 3%. Natomiast podwyżki były widoczne w hipermarketach – o niecałe 15%, w supermarketach – o blisko 9,5%, w dyskontach – o lekko powyżej 6%, a także w sieciach convenience – o 0,12%. Różnice są mniejsze niż w przypadku wartości maksymalnych czy minimalnych.

– Rynek piwa jest mocno nasycony i bardzo stabilny już od wielu lat. Jednak dynamicznie zmienia się struktura konsumpcji. Klientów najszybciej zyskują droższe produkty, oryginalne smaki i bezalkoholowe wersje. Chcąc sprostać ich oczekiwaniom, każdego roku producenci rozwijają swoje portfolia. I szczególnie zależy im promowaniu nowości. Najbardziej klasyczne piwo ze średniej półki traci relatywnie na zainteresowaniu. Dlatego koszt jego zakupu powinien być w miarę stabilny. Z kolei najtańsze art. są pod silną presją wzrostu cen i mogą drożeć – podsumowuje Dyrektor Morzycki.

Badanie przeprowadziła międzynarodowa firma Hiper-Com Poland we współpracy z ekspertami z Grupy Mobilnej Qpony-Blix. Przeanalizowano całkowitą liczbę wystąpień i cen piwa o pojemności 500 ml we wszystkich gazetkach promocyjnych dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience oraz cash&carry. Porównano ze sobą wyniki od początku czerwca do końca sierpnia ubiegłego i tego roku.

Archiwizacja i przechowywanie dokumentów i akt – jak robić to bezpiecznie

Archiwizacja i przechowywanie dokumentów oraz akt to zadanie, z którym mierzą się wszystkie bez wyjątku firmy i instytucje. Rzecz z pozoru błaha, ale potrafiąca przysporzyć wielu problemów. Dlaczego? Archiwizacja dokumentów realizowana w sposób nieodpowiedni i niezgodny z zasadami bezpieczeństwa może bowiem wiązać się z konsekwencjami prawnymi, a nawet zagrozić ciągłości funkcjonowania całej firmy!

W jaki sposób podejść do archiwizacji dokumentów i akt, aby zminimalizować zagrożenie ich zniszczenia, zagubienia lub – co gorsze – znalezienia się w niepowołanych rękach? 

Zasady bezpiecznej archiwizacji i przechowywania dokumentów i akt

Punktem wyjścia do odpowiedniej archiwizacji jest poprawne skatalogowanie dokumentów według podstawowych zasad kategoryzacji (kategoria A – dokumenty do przechowywania wieczystego, kategoria B – akta przechowywane przez pewien czas, którego długość określa się następującą po literze liczbą), opisu i indeksacji. Dzięki temu archiwum stanie się przejrzyste, potrzebne dokumenty łatwe do zlokalizowania, a co za tym idzie, zminimalizuje się ryzyko zbyt długiego/krótkiego przechowywania dokumentów, jak również ich zagubienia. 

Po zrealizowaniu tego zadania można swobodnie przejść do zabezpieczenia danych zawartych w dokumentach przed zniszczeniem i kradzieżą. 

Podstawa to odpowiednio zabezpieczona infrastruktura

Archiwum, w którym przechowywane są dokumenty i akta, powinno być specjalnym, wydzielonym w przedsiębiorstwie miejscem zabezpieczonym przed wpływem czynników zewnętrznych (woda, ogień) i dostępnym wyłącznie dla uprawnionych do tego osób. 

Aby zapewnić pełne bezpieczeństwo danych, odpowiedzialna za archiwum kadra powinna być w tym względzie odpowiednio przeszkolona, a pomieszczenia archiwum wyposażone w adekwatne systemy (m.in. przeciwpożarowe). Dobrą praktyką jest również wykorzystywanie rozwiązań technologicznych utrzymujących w pomieszczeniu odpowiednią temperaturę i wilgotność. 

Wybierając miejsce na archiwum firmowe należy również rozważyć, czy budynek, w którym ma się znaleźć, nie leży na terenie zalewowym, ponieważ ewentualna powódź może bezpowrotnie uszkodzić lub całkowicie zniszczyć zgromadzone dokumenty. 

Zabezpieczenie archiwum przed kradzieżą 

Oprócz czynników naturalnych, które zagrażają przechowywanym dokumentom, archiwum musi być również zabezpieczone przed niepowołanymi osobami mogącymi chcieć wykraść lub zniszczyć archiwizowane akta. 

W tym celu pomieszczenie archiwum powinno być wyposażone w system monitoringu, kontroli dostępu oraz rozwiązania przeciwwłamaniowe. Jeżeli archiwum firmowe jest pokaźnych rozmiarów, to niewykluczona jest również konieczność oddelegowania do jego ochrony wykwalifikowanego pracownika. Tylko w ten sposób możliwe jest zminimalizowanie ryzyka wycieku danych i utraty dokumentacji firmy wskutek kradzieży lub umyślnego zniszczenia. 

Archiwizacja i przechowywanie dokumentów oraz akt – czy warto korzystać z usług firm zewnętrznych? 

Ze względu na koszta i wyzwania logistyczne, które wiążą się z odpowiednim utworzeniem i zabezpieczeniem firmowego archiwum, alternatywą dla przedsiębiorców może być zlecenie usług archiwizacji i przechowywania dokumentów oraz akt firmie zewnętrznej. 

Wybierając jednak partnera, który ma na rzecz firmy świadczyć tego typu usługi, warto zwrócić uwagę na jego dotychczasowe doświadczenie, kadrę, certyfikaty i możliwości logistyczne. Na polskim rynku usługodawcą realizującym tego typu zlecenia jest np. https://www.rhenus-data.pl/pl/

Roli odpowiedniego utworzenia i zabezpieczenia firmowego archiwum nie można bagatelizować. Uszkodzenie lub utrata dokumentów może skutkować poważnymi sankcjami i zagrozić stabilności funkcjonowania firmy. Tylko dzięki dobrze sporządzonemu, zarządzanemu i zabezpieczonemu archiwum można zyskać pewność, że gromadzonym i przetwarzanym w przedsiębiorstwie danym nic nie grozi.

Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej generują 45% PKB w UE

  • Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej wspierają około 4,2 mln miejsc pracy w Polsce
  • Blisko 42% polskiego PKB generowane jest przez sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej
  • Na szczeblu UE prawie jedno na trzy miejsca pracy oraz 45% całej działalności gospodarczej zawdzięcza się sektorom intensywnie korzystającym z praw własności intelektualnej

Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej, takich jak patenty, znaki towarowe, wzory przemysłowe i prawa autorskie, generują 45% całej działalności gospodarczej (PKB) w UE, której wartość wynosi 28.05 bln PLN, i zapewniają 63 mln miejsc pracy (29,2% wszystkich miejsc pracy). Kolejne 21 mln miejsc pracy powstaje w sektorach, które zaopatrują wspomniane branże w towary i usługi.

W Polsce sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej wspierają ok. 4,2 mln miejsc pracy (26,5% wszystkich miejsc pracy) i stanowią wkład w PKB Polski w wysokości 752.25 mld PLN (42% polskiego PKB).

Takie wnioski wynikają ze wspólnego sprawozdania opublikowanego dziś przez Europejski Urząd Patentowy (EPO) oraz Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO), w którym dokonano analizy wpływu sektorów intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej na gospodarkę UE w latach 2014–2016.

W badanym okresie zatrudnienie w sektorach intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej wzrosło o 1,3 mln miejsc pracy w porównaniu z latami 2011–2013, podczas gdy poziom całkowitego zatrudnienia w UE nieznacznie spadł.

Wartość dodana przypadająca na pracownika w tych sektorach jest wyższa niż w pozostałych sektorach gospodarki. W związku z tym płace pracowników w sektorach intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej są  średnio o 47% wyższe niż w innych sektorach.

Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej prowadzą także większą część handlu UE z innymi regionami świata (81%).

Christian Archambeau, Dyrektor wykonawczy EUIPO, powiedział:

„Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej odgrywają kluczową rolę w zapewnianiu UE większego dobrobytu oraz zabezpieczaniu jej przyszłości gospodarczej. Sektory te są bardziej odporne na kryzys gospodarczy, a także bardziej innowacyjne. Naszym wyzwaniem jest zapewnienie ochrony własności intelektualnej  wszystkim przedsiębiorstwom oraz przedsiębiorcom, zwłaszcza w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw”.

António Campinos, Prezes Europejskiego Urzędu Patentowego, powiedział:

„Znaczenie sektorów intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej odzwierciedla siłę europejskiej gospodarki opartej na wiedzy. Przedsiębiorstwa w tych sektorach często  dokonują zgłoszenia kilku różnych typów praw własności intelektualnej w celu ochrony swoich aktywów intelektualnych. Dzięki tej strategii tworzone są produkty i usługi o dużej wartości dodanej, a takie działanie przyczynia się do zapewnienia długoterminowej konkurencyjności w Europie”.

Dzisiejsze sprawozdanie jest trzecim z serii, które obrazuje wkład sektorów korzystających w ponadprzeciętnym stopniu ze znaków towarowych, wzorów, patentów, praw autorskich, oznaczeń geograficznych i praw do ochrony odmian roślin we wzrost gospodarczy i zatrudnienie w UE.

Polska w centrum uwagi

Polska plasuje się znacznie powyżej średniej unijnej pod względem znaczenia sektorów intensywnie korzystających z praw ochrony wzorów przemysłowych. Sektory intensywnie korzystające z  ochrony wzorów przemysłowych wspierają ok. 2,3 mln miejsc pracy i stanowią wkład w polski PKB w wysokości 354.45 mld PLN. W 2018 r. Polska była siódmym najistotniejszym państwem zgłaszającym zarejestrowane wzory wspólnotowe w EUIPO.

Wzór przemysłowy jako czynnik napędzający tworzenie miejsc pracy

Unia Europejska ma bogatą tradycję związaną ze wzorami i jest światowym liderem w zakresie wzorów przemysłowych. Sektory intensywnie korzystające ze wzorów mają duży wpływ na gospodarkę we wszystkich 28 państwach członkowskich UE. Sektory, które korzystają ochrony wzorów przemysłowych, zapewniają bezpośrednio w sumie 30,7 mln miejsc pracy i stanowią wkład w łączny PKB UE na poziomie 16,2%. W okresie objętym badaniem kolejne 14,3 mln miejsc pracy było tworzone we wspierających sektorach. Ponadto eksport w tym sektorze wygenerował nadwyżkę w handlu w wysokości przekraczającej 280.5 mld PLN w 2016 r.

Intensywność używania znaku towarowego

Rejestracje znaku towarowego często wskazują na przyszły sukces biznesowy, budując markę przedsiębiorstwa i podkreślając jej odróżniający charakter na rynku. Sektory, które korzystają intensywnie ze znaków towarowych wspierają około 46,7 mln miejsc pracy w Unii Europejskiej i generują 37% unijnego PKB. Płace pracowników w tych sektorach są wyższe o 48% niż płace w sektorach, które nie korzystają z praw własności intelektualnej.

Powstające technologie

Sektory intensywnie korzystające z patentów w technologiach służących łagodzeniu skutków klimatu odpowiadają za 2,5% zatrudnienia i 4,7% PKB w UE w badanym okresie. W kontekście porozumienia klimatycznego z Paryża, technologie służące łagodzeniu skutków zmiany klimatu są istotnym w UE czynnikiem napędzającym gospodarkę, a przedsiębiorstwa z UE odgrywają przewodnią rolę w tym sektorze technologicznym. Prawa własności intelektualnej w zaawansowanych sektorach produkcyjnych reprezentowane poprzez technologie czwartej rewolucji przemysłowej stanowiły 1,9% zatrudnienia i 3,9% PKB w UE w badanym okresie.

Vivid Games nabiera rozpędu. Co najmniej 9 premier do końca roku

Rozwój i dywersyfikacja portfela produktów, rozbudowa sieci dystrybucji o nowe kanały i platformy sprzętowe oraz rozwój niezależnych linii biznesowych – to plany Vivid Games na najbliższe 12 miesięcy. W tym czasie na rynek trafi co najmniej 20 nowych gier mobilnych, 8 gier na Nintendo Switch oraz 3 duże tytuły na komputery PC (Steam). Spółka pokazała zadowalające wyniki kwartalne i zakłada dalszą ich poprawę w kolejnych okresach.

Portfolio gier mobilnych powiększy się w IV kwartale br. o 7 nowych tytułów – w październiku do sprzedaży trafią gry casual – Fly Sky High oraz Idle Fish Aquarium, w listopadzie – Crash Drivers, Gun Smith Factory, oraz tytuł mid-core Zombie Blast Crew, a w grudniu gry Calm Colors oraz Gear for Heroes. W produkcji i testach znajduje się kilka kolejnych tytułów. Gry mobilne trafią obok Apple App Store i Google Play również do alternatywnych kanałów sprzedaży, których lista powiększy się m.in. o Huawei App Gallery. ­– Chcemy zwiększyć tempo i każdego miesiąca wydawać 1-2 mniejsze gry, a rocznie 2-3 większe tytuły mid-core. Produkcja i publikacja gier mobilnych F2P to wciąż nasz core-business, ale chcemy jak najszerzej komercjalizować całe portfolio, co wpłynie na dywersyfikację źródeł przychodów – podkreśla Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games. Jednym z nich jest dystrybucja na platformie sprzętowej Nintendo Switch we współpracy z giełdowym Qubic Games. – Pierwsze premiery są planowane pod koniec bieżącego i na początku 2020 roku. Będą to gry: Space Pioneer, Gravity Rider w cenie $9.99, oraz Pocket Mini Golf i Sheep Patrol po $1.99.– zapowiada Kościelny. – Kolejnym krokiem będzie zaoferowanie Space Pioneer i Gravity Rider użytkownikom PC poprzez platformę Steam, co planujemy w I półroczu 2020 roku. – dodaje.

Dotychczas największym hitem bydgoskiego developera były trzy kolejne odsłony Real Boxing, które trafiły do ponad 70 milionów graczy przynosząc 63 mln zł przychodów. – Od dłuższego czasu analizujemy możliwości dalszej eksploatacji komercyjnej marki. Stworzenie kolejnej części to czasochłonny proces i duża inwestycja, tym niemniej nowa gra umożliwi osiągnięcie skokowo wyższych przychodów. Kontynuacja serii wymagałaby sięgnięcia po finansowanie zewnętrzne. Dlatego m.in. postanowiliśmy na najbliższym WZA podjąć uchwałę o kapitale docelowym. Analizujemy możliwości pozyskania zewnętrznego finansowania, które z jednej strony usprawni  spłatę zobowiązań z drugiej zapewni kapitał na dalszy wzrost w zakresie rozwoju produktów i marketingu. konkluduje prezes.

Oprócz produkcji i wydawania gier, Vivid Games rozwija również nową linię biznesową, innowacyjną w skali świata platformę do automatyzacji testów gier mobilnych.– Pierwszych przychodów ze sprzedaży spodziewamy się jeszcze w tym roku. Mamy jasno sprecyzowany plan rozwoju na najbliższe 2-3 lata. W chwili obecnej priorytetowym zadaniem jest pozyskiwanie nowych klientów, rozwój produktu a także zapewnienie odpowiedniego poziomu finansowania. – mówi Kościelny.

W I półroczu 2019 roku przychody ze sprzedaży Vivid Games wyniosły 5,1 mln zł i były o 38% wyższe niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Jednocześnie o 16% spadły koszty spółki, zwłaszcza usług obcych. – Z kwartału na kwartał zwiększamy przychody zmniejszając koszty. Biorąc pod uwagę nasz plan wydawniczy, zakładamy że również w kolejnych okresach sprzedaż będzie znacząco się poprawiać – zapowiada prezes.

Stan posiadanych środków pieniężnych na rachunkach bankowych w ostatnim półroczu wzrósł w stosunku do poprzedniego półrocza o 44% do wysokości 2,6 mln.  Spółka na bieżąco reguluje wszystkie swoje zobowiązania oraz zarządza ryzykiem związanym ze spłatą przyszłych zobowiązań finansowych.

Dyrektorzy finansowi stawiają na nowe rozwiązania cyfrowe

Mimo zadowolenia z kondycji swoich firm, CFO coraz mniej optymistycznie oceniają perspektywy ekonomiczne – wynika z badania polskich dyrektorów finansowych. Cyfryzacja może być odpowiedzią na niepewną przyszłość firm.

Szósta edycja badania polskich CFO przeprowadzona przez Euler Hermes i Grant Thornton przedstawia – podobnie jak w zeszłym roku – pozytywne wyniki dla przedsiębiorstw w Polsce. Ponad połowa (53 proc.) CFO deklaruje, że przez ostatnie 12 miesięcy kondycja ich firm poprawiła się, a 31 proc. – że pozostała bez zmian. Jest to niewielki spadek w stosunku do roku poprzedniego, w którym pozytywnie oceniających kondycję swojej firmy było 57 proc. badanych dyrektorów finansowych. Z kolei o 4 p.p. wzrósł odsetek CFO uważających, że kondycja ich firmy pogorszyła się – w tym roku zanotowano 16 proc. takich odpowiedzi. Pomimo minimalnego spadku poziomu zadowolenia z kondycji firmy, polscy CFO w znacznej większości – 84 proc. ankietowanych – zadeklarowało, że ich firmy są aktualnie w fazie rozwoju (z czego 25 proc. badanych określa ten rozwój jako „silny”, a 59 proc. – jako „umiarkowany”). W stagnacji jest obecnie 10 proc. przedsiębiorstw i tylko 5 proc. zauważa u siebie „umiarkowany regres”.

Podobnie jak przed rokiem, CFO w Polsce dobrze oceniają perspektywy ekonomiczne swoich firm. Jednak w tym roku ich optymizm jest wyraźnie mniejszy – jeszcze w 2018 roku 48 proc. dyrektorów finansowych optymistycznie oceniało przyszłość finansową firmy, a w tym roku to 36 proc. W dodatku więcej niż w zeszłym roku (17 proc. wobec 12 proc. rok temu) ankietowanych CFO pesymistycznie ocenia perspektywy ekonomiczne swoich firm.

Wykres 1. Jak ocenia Pan/Pani perspektywy ekonomiczne na kolejne 12 miesięcy?Jak ocenia Pan-Pani perspektywy ekonomiczne na kolejne 12 miesięcy

Niestety, optymizm CFO nieco przygasa. Dyrektorzy finansowi niezmiennie spodziewają się raczej wzrostu w swoich firmach niż ich stagnacji czy regresu, jednak nie są w swoich deklaracjach aż tak odważni, jak rok temu. To sugeruje – i zresztą jest zbieżne z prognozami makroekonomicznymi – że polska gospodarka w najbliższych kwartałach będzie nieco spowalniać – mówi Przemysław Polaczek, partner zarządzający w Grant Thornton Digital Drive.

W odpowiedzi na nieco słabsze perspektywy rozwojowe, CFO starają się poprawić efektywność swoich firm poprzez liczne działania optymalizacyjne. Przez kolejne 12 miesięcy, CFO i ich firmy postawią nacisk na optymalizację działu finansowo-księgowego oraz na modernizację parku maszynowego – deklaracje te złożyło po 40 proc. badanych CFO. Z kolei 37 proc. zapytanych deklaruje optymalizację łańcucha dostaw, a 20 proc. ma zaplanowaną optymalizację podatkową w najbliższym czasie. Z badania wynika, że tylko 10 proc. CFO czuje potrzebę zmiany formy prawnej prowadzonej działalności.

 Wykres 2. Obszary, w których w ciągu kolejnych 12 miesięcy Pana/Pani firma planuje działania optymalizacyjne/restrukturyzacyjne:Obszary, w których w ciągu kolejnych 12 miesięcy firma planuje działania optymalizacyjne

Polscy CFO zapytani o to, w jakich obszarach planują zwiększyć nakłady w ciągu najbliższego roku, w 67 proc. zadeklarowali, że w ciągu najbliższego roku będą inwestować w cyfryzację procesów w swoich firmach. Prawie trzy czwarte ankietowanych, 72 proc., ma już teraz prowadzi działania w tym zakresie – 51 proc. firm jest na etapie wdrażania rozwiązań cyfrowych, a 21 proc. jest na etapie planowania i szacowania kosztów takich działań. Z badania wynika, że tylko 28 proc. zapytanych przedsiębiorstw nie planuje w najbliższym czasie takich zmian. Zwiększony nacisk na cyfryzację procesów w firmach może stanowić odpowiedź na przewidywane spowolnienie rozwoju gospodarczego.

Wykres 3. Czy Pana/Pani firma jest w trakcie wdrażania rozwiązań z zakresu cyfryzacji/digitalizacji procesów, podnoszących jej konkurencyjność?Czy firma jest w trakcie wdrażania rozwiązań z zakresu cyfryzacji digitalizacji procesów

Postępująca cyfryzacja z jednej strony powoduje, iż wiele czynności można wykonywać bez ingerencji ludzkiej, jednakże z drugiej strony – generuje zapotrzebowania na nowe, często nieznane obecnie w pełni kompetencje. Taka zmiana generuje również nowe rodzaje ryzyka dla przedsiębiorstw. Nieodzowne jest więc zarządzanie zmianą modelu biznesowego, a dla jej sukcesu nadal niezmiernie istotne jest uwzględnianie czynnika pracowniczego – komentuje Waldemar Wojtkowiak, Członek Zarządu, CFO i CRO w Euler Hermes.

Ankietowanych, którzy zadeklarowali nowe rozwiązania w zakresie cyfryzacji, zapytano jakich wdrożeń już dokonali. Według badania, już 60 proc. CFO dokonało zmian w zakresie cyfryzacji zarządzania procesami w swoich firmach. Następnym częstym wdrożeniem w firmach jest zarządzanie jakością danych (42 proc. ankietowanych) oraz narzędzia zrobotyzowanej automatyzacji procesów (17 proc.). Przebadane firmy dokonały dotychczas najmniej wdrożeń w zakresie narzędzi wykorzystujących sztuczną inteligencję – tylko 3 proc firm.

W tegorocznej ankiecie dyrektorów finansowych zapytano również o skutki, jakie zaobserwowali w wyniku wprowadzania procesowego podejścia w finansach i wdrażania narzędzi cyfrowych w swoich firmach. Dokładnie połowa ankietowanych zauważa zmniejszenie liczby błędów w dokumentach i rozliczeniach. 41 proc. twierdzi, że zwiększyło się wykorzystanie raportów finansowych przez menedżerów niefinansowych oraz że poprawiła się komunikacja między działem finansowym i innymi działami. Jednocześnie jednak 36 proc. ankietowanych uważa, że po wdrożeniach praca wymaga większych kwalifikacji analitycznych, komunikacyjnych i biznesowych.

Działalność małych domów i biur maklerskich przestała być opłacalna

Ciągłe zmiany w otoczeniu prawnym mocno wpływają na wielkość i strukturę przychodów z działalności maklerskiej. Koszty jej prowadzenia rosną w związku z koniecznością rozwijania działów prawnych, kontroli i audytu wewnętrznego. Najbardziej dotyka to małe podmioty. Dodatkowo w ub. roku sytuację pogorszyła afera GetBack. W jej wyniku wprowadzono nowe przepisy, które mogą zahamować rozwój rynku prywatnych emisji obligacji. Na słabej kondycji domów maklerskich tracą firmy pozyskujące finansowanie za ich pośrednictwem.  

Już od kilku lat funkcjonowanie domów maklerskich poważnie utrudniają restrykcyjne regulacje i interpretacje przepisów unijnych. Problemem jest ich implementacja, która nie zawsze uwzględnia realia krajowego rynku firm inwestycyjnych. Tego typu podmioty muszą nieustannie rozwijać działy prawne, kontroli i audytu wewnętrznego kosztem podstawowego obszaru działalności. Dotyczy to także małych graczy, którzy świadczą zaledwie jedną usługę maklerską, działając na niewielką skalę i bez rozległej sieci sprzedaży. Z ww. powodów prowadzenie takich firm przestało być opłacalne.

W ubiegłym roku weszły w życie przepisy mające zapewnić ochronę klientom i przejrzystość działań firm inwestycyjnych. Zmieniły się zasady przyjmowania korzyści, czyli tzw. „zachęt”, przez dystrybutorów jednostek uczestnictwa, m.in. domy maklerskie, od podmiotów trzecich, w tym od TFI. Obecnie firma inwestycyjna, w związku ze świadczeniem usługi maklerskiej, nie może przyjmować ani przekazywać jakichkolwiek świadczeń pieniężnych i niepieniężnych. Od powyższej reguły są jedynie nieliczne wyjątki, służące poprawieniu jakości obsługi klienta.

Powyższe zmiany mocno wpłynęły na wielkość i strukturę przychodów z działalności maklerskiej. Różne interpretacje wprowadzonych regulacji oraz odmienne interesy poszczególnych uczestników rynku zahamowały współpracę producentów i dystrybutorów instrumentów finansowych. Bezpośrednim powodem tego były trudności w rozliczeniach za świadczone usługi. To miało niebagatelny wpływ na wyniki finansowe domów maklerskich w 2018 roku. Według raportu Komisji Nadzoru Finansowego,  poziom straty z podstawowej działalności pogłębił się w ich przypadku o ponad 89% w porównaniu do 2017 roku.

Na sytuację tego typu podmiotów wpłynęła również afera związana z GetBack S.A. Pokrzywdzonych w niej jest ponad 10 tys. obligatariuszy. KNF szacuje, że straty na obligacjach, poniesione przez osoby fizyczne, sięgają nawet 2,6 mld zł. Warto przypomnieć, że spółka przeprowadzała prywatne emisje papierów dłużnych, skierowane maksymalnie do 149 osób, w ilościach hurtowych. Było ich nawet po kilka dziennie. Sprytne ominięcie przepisów pozwalało na dotarcie do szerokiego grona inwestorów, bez konieczności udostępniania do publicznej wiadomości prospektu emisyjnego lub memorandum informacyjnego. W tych dokumentach znajdują się istotne dane na temat emitenta, jego sytuacji finansowej, planów strategicznych, czynników ryzyka i elementów samej oferty.

Pokłosiem afery jest nie tylko ogromna awersja do ryzyka inwestorów indywidualnych. Wprowadzono także nowe przepisy dotyczące emisji prywatnych, które w założeniu mają zwiększyć ochronę uczestników rynku. Od 1 lipca 2019 obligacje nowych emisji nie mogą mieć formy dokumentu i podlegają obowiązkowi rejestracji w depozycie papierów wartościowych. Dodatkowo, jeżeli emitent nie zamierza ubiegać się o dopuszczenie do obrotu na rynku regulowanym lub do wprowadzenia do Alternatywnego Systemu Obrotu (ASO), a także nie przygotowuje oferty publicznej, musi korzystać z obsługi tzw. agenta emisji – banku lub domu maklerskiego.

Głównym zadaniem agenta emisji jest weryfikacja tego, czy emitent spełnia wszystkie wymogi wynikające z przepisów prawa i regulaminu Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Jest on także odpowiedzialny za ewentualne szkody, spowodowane niewykonaniem lub nienależytym wykonaniem swoich obowiązków. Jeżeli one wystąpią, kara grzywny może wynieść nawet 2 mln zł. Natomiast wynagrodzenie za ww. obsługę waha się obecnie pomiędzy 10 a 20 tys. zł. Nadzór nad papierami dłużnymi będzie też dodatkowo sprawowany przez KNF jako podmiot mający dostęp do rejestru KDPW. Wszystko to spowoduje znaczny wzrost kosztów emisji.

Z kolei wątpliwości interpretacyjne przepisów dotyczące odpowiedzialności agenta emisji wpłyną na selekcję emitentów i eliminację tych z dużym ryzykiem inwestycyjnym. Rezultatem będzie spadek liczby wypuszczanych obligacji i przychodów z ich oferowania. Na zmianach zyskają inwestorzy indywidualni. Jednak stracą małe i średnie przedsiębiorstwa chcące pozyskać w ten sposób finansowanie. Wszystko jednak wskazuje na to, że zmiany jeszcze bardziej zahamują rozwój rynku prywatnych emisji obligacji i ograniczą wpływy z podstawowej działalności domów maklerskich.

Obecnie nic nie zapowiada poprawy ww. sytuacji. Brakuje ku temu stabilnego otoczenia prawnego, zaufania inwestorów do rynku kapitałowego i sprzyjającej koniunktury giełdowej. Wobec tego z rynku będą znikać kolejne podmioty, przejmowane przez większych graczy lub banki. Wzrosną koszty usług maklerskich. Ponadto zmaleje liczba giełdowych debiutów, a spółki praktycznie nie będą pozyskiwać kapitału na drodze emisji akcji lub obligacji.

Trzeba mieć również świadomość tego, że pogarszająca się rentowność ww. podmiotów ma bezpośredni wpływ na funkcjonowanie całego rynku kapitałowego. Domy i biura maklerskie pośredniczą w pozyskiwaniu finansowania dla małych i średnich przedsiębiorstw, które odgrywają ogromną rolę w rozwoju polskiej gospodarki. Wkrótce firmy z sektora MŚP mogą napotkać na trudności z pozyskiwaniem środków potrzebnych im do prowadzenia podstawowej działalności.

Autorem publikacji jest Krzysztof Michrowski, makler papierów wartościowych, ekspert z zakresu prawa rynku kapitałowego z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office

Fundusz Trójmorza sfinansuje kluczowe inwestycje w transporcie czy energetyce. Dzięki nim wzrośnie mobilność mieszkańców wschodniej Polski i bezpieczeństwo energetyczne kraju

Fundusz Trójmorza sfinansuje kluczowe inwestycje w transporcie czy energetyce. Dzięki nim wzrośnie mobilność mieszkańców wschodniej Polski i bezpieczeństwo energetyczne kraju 1

Inwestycje w transgraniczne połączenia drogowe i kolejowe zwiększające mobilność mieszkańców Polski, w infrastrukturę zwiększającą bezpieczeństwo energetyczne czy w infrastrukturę IT – to projekty, które będzie wspierać Fundusz Trójmorza. Przedsięwzięcie finansowe zainicjowane przez BGK będzie się koncentrować na projektach, których celem jest poprawa jakości życia Polaków. Kolejnym krokiem w budowie Funduszu jest wrześniowe spotkanie w Warszawie, w którym uczestniczyć będą prezesi banków i instytucji rozwoju oraz ministrowie z krajów Trójmorza.

Wehikuł finansowy zainicjowany przez BGK będzie się koncentrował na trzech obszarach: transporcie, energetyce i infrastrukturze cyfrowej.

Transport, infrastruktura cyfrowa, energetyka wszystkim kojarzą się z potężnymi przedsięwzięciami, ale bardzo ważne jest to, że skorzysta z tego cały region i każdy Polak – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego. – Przeciętny Kowalski odczuje działanie Funduszu Trójmorza, kiedy nie będzie musiał jechać z Tallina do Sofii trzy i pół dnia, tylko kilkanaście godzin.

Szacowane zapotrzebowanie na inwestycje transportowe w krajach Trójmorza w dekadzie do 2030 roku to 290 mld euro, z czego 120 mld zł to infrastruktura o znaczeniu regionalnym. Inwestycją kluczową dla Polski jest między innymi Via Carpatia, międzynarodowa trasa relacji „północ-południe”, łącząca Kłajpedę na Litwie z Salonikami w Grecji. W Polsce przebiegać będzie przez Białystok, Lublin i Rzeszów, dzięki czemu podróżowanie w tym regionie i do innych krajów Inicjatywy Trójmorza stanie się bardziej komfortowe. Inwestycja ma zwiększyć mobilność polskich przedsiębiorców oraz podnieść atrakcyjność inwestycyjną Polski Wschodniej.

Innym infrastrukturalnym projektem mającym wpływ na jakość życia mieszkańców Polski może być Rail Baltica, część transeuropejskiego korytarza, który w przyszłości połączy Niemcy, Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię. Dzięki inwestycji komfort życia i podróżowania na Podlasiu znacząco się poprawi – pociągi pasażerskie przyspieszą do 160 km/h, a towarowe do 120 km/h. Oznacza to większą liczbę połączeń w regionie i skrócenie czasu podróży. Trasę z Białegostoku do Warszawy będzie można pokonać w mniej niż dwie godziny.

Jednym z projektów, który będzie miał duży wpływ na bezpieczeństwo energetyczne Polaków, jest Baltic Pipe, czyli gazociąg na dnie Morza Północnego, który połączy norweskie złoża gazu ziemnego z systemem przesyłowym w Danii. Jego przepustowość ma wynosić ok. 10 mld m3 rocznie, co stanowi ok 60 proc. polskiego zapotrzebowania na gaz. Baltic Pipe może mieć przełożenie na niższe ceny surowca oraz większe bezpieczeństwo dostaw do polskich domów.

Z kolei w obszarze IT wpływ na polskich przedsiębiorców i każdego Polaka będzie miała budowa Cyfrowej Autostrady łączącej światłowodami i infrastrukturą technologiczną 12 krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Przyczyni się także do rozwoju sieci 5G. Dzięki tym inwestycjom internet w każdym regionie Polski stanie się jeszcze bardziej dostępny, a dane będzie można przesyłać około 40 razy szybciej.

Fundusz nie zastępuje ani rządu, ani Komisji Europejskiej, czyli w dalszym ciągu będą inwestycje publiczne czy finansowane z funduszy europejskich, natomiast Fundusz Trójmorza w tych trzech obszarach będzie na zasadach komercyjnych realizował projekty ułatwiające życie społeczeństwom w tym regionie – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka.

Banki rozwoju z Polski i Rumunii zapowiedziały wpłaty do Funduszu na łączną kwotę ponad 500 mln euro. Wehikuł finansowy zainicjowany przez BGK jest jednak otwarty na kolejne kraje członkowskie, międzynarodowe instytucje finansowe i inwestorów prywatnych. Okazją do poszerzenia funduszu o nowych członków jest dzisiejsze spotkanie prezesów banków i instytucji rozwoju oraz ministrów z krajów Trójmorza.

Jako instytucja finansowa społecznie odpowiedzialna zauważyliśmy, że po rozpoczęciu inicjatywy Trójmorza na poziomie prezydenckim potrzebna jest jeszcze większa integracja i wspólna praca państw regionu centralno-wschodniej Europy. Zastanawialiśmy się wspólnie z zarządem, jaka mogłaby być nasza rola, jak moglibyśmy wesprzeć tę inicjatywę, żeby gospodarka i wymiana gospodarcza w tych państwach mogły się lepiej rozwijać. Wtedy powstał pomysł utworzenia Funduszu Trójmorza – mówi prezes BGK, jednocześnie przewodnicząca rady nadzorczej Funduszu Trójmorza. – Żeby był on faktycznie Funduszem Trójmorza, potrzebne jest zaangażowanie podobnych instytucji, takich jak BGK, z 12 państw stanowiących Trójmorze. Przekonywaliśmy je do tego pomysłu i na szczęście okazało się, że utworzenie takiego wehikułu finansowego to fantastyczny pomysł, który wspomoże ogromne potrzeby infrastrukturalne w regionie.

Raport opracowany przez Spot Data na zlecenie BGK pokazuje, że do 2030 roku inwestycje infrastrukturalne w tej części kontynentu powinny sięgnąć ponad 500 mld euro, żeby wyrównać różnice dystansujące region od Europy Zachodniej. Szacowane zapotrzebowanie na inwestycje w sieci energetyczne w krajach Trójmorza do końca przyszłej dekady to 87 mld euro. Projekty transportowe to kolejne 290 mld euro (drogi – 165 mld euro, kolej – 100 mld euro, transport wodny – 13 mld euro i transport  lotniczy – 11 mld euro). Z kolei inwestycje w infrastrukturę ICT w krajach Trójmorza będą wymagać zaangażowania w sumie 160 mld euro do 2030 roku.

Jak podkreśla prezes BGK, to ogromne środki, które Fundusz chce pozyskać również od inwestorów prywatnych z całego świata, nie tylko z Unii Europejskiej.

 Rozmawiamy dzisiaj z funduszami, szczególnie funduszami emerytalnymi, które patrzą na długoterminowe finansowanie, długoterminowe inwestycje, przynoszące bardzo stabilny zwrot. Są to fundusze z Australii, Korei Południowej, Japonii, Kanady, Norwegii, Izraela, być może krajów arabskich, Stanów Zjednoczonych. Mamy szerokie spektrum, bo w tej części Europy jest ogromny potencjał i to wszyscy widzą. Wiedzą, że rozbudowa korytarzy logistycznych, infrastruktury transportowej, energetycznej, cyfrowej pobudzi jeszcze bardziej rozwój gospodarczy tego regionu, a także całej UE – mówi prezes Banku Gospodarstwa Krajowego.

Fundusz Trójmorza jest inicjatywą komercyjną, nie polityczną. Został zarejestrowany 26 czerwca br. i ma przyczynić się do wyrównywania różnic rozwojowych w ramach UE. Będą nim zarządzać niezależne, profesjonalne firmy, które na podstawie rachunku ekonomicznego zadecydują o tym, w które inwestycje zaangażuje się fundusz.

– Chcemy mieć najlepszych ekspertów w trzech głównych branżach, na których fundusz będzie się skupiał, czyli transport, energetyka i infrastruktura cyfrowa. Jesteśmy na etapie pozyskiwania ekspertów – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka.

KRIR: Odszkodowania dla rolników nie pokryją wszystkich strat spowodowanych suszą. Konieczna jest poprawa retencji wody i zmiany w uprawach

KRIR: Odszkodowania dla rolników nie pokryją wszystkich strat spowodowanych suszą. Konieczna jest poprawa retencji wody i zmiany w uprawach 2

26 września zostanie ogłoszony termin składania wniosków o pomoc dla poszkodowanych rolników do biur powiatowych Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Stawka pomocy jest uzależniona od stopnia zniszczeń – maksymalnie w przypadku 70 proc. strat w uprawach wyniesie 1 tys. zł na hektar. – Dobrze, że to wsparcie jest, ale nie wystarczy ono na wznowienie produkcji – mówi Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. I podkreśla, że trzeba myśleć o innych sposobach walki ze skutkami suszy.

Prawdopodobnie 3 października Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa rozpocznie nabór wniosków o pomoc dla gospodarstw rolnych poszkodowanych w tym roku w wyniku suszy, huraganu, gradu, deszczu nawalnego, przymrozków wiosennych lub powodzi. Termin ma zostać ogłoszony 26 września.

 Przy stratach, które sięgają powyżej 70 proc., stawka wynosi 1 tys. zł na hektar. Jeżeli rolnik miał ubezpieczone wszystkich upraw w gospodarstwie powyżej 50 proc. gruntów rolnych, wtedy otrzymuje stawkę pełną. Jeśli nie miał ubezpieczenia, otrzymuje połowę tej stawki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Rolnicy, u których szkody wynoszą 30–70 proc., upraw mogą liczyć na 500 zł za hektar powierzchni, jeśli mają wykupioną polisę ubezpieczeniową. W przypadku braku polisy pomoc wyniesie 250 zł za hektar.

Jak wynika z analizy Najwyższej Izby Kontroli, w ubiegłym roku zawarto ok. 165 tys. umów ubezpieczenia, co oznacza, że zrobiło to ok. 12 proc. właścicieli gospodarstw rolnych. Łączna powierzchnia ubezpieczonych upraw wynosi nieco ponad 3,2 mln ha i od 2013 roku stopniowo spada.

 Straty powyżej 30 proc. są płacone poza formułą pomocy de minimis. Jest to maksymalna pomoc krajowa na gospodarstwo, która wynosi 20 tys. euro na 3 lata, a oprócz tego jest pula maksymalna krajowa i jest to 280 mln euro. My mamy de minimis praktycznie wykorzystany na poziomie około 98 proc. – wyjaśnia Szmulewicz. – Gospodarstwa, które mają do 30 proc. strat, będą miały problem z uzyskaniem tych środków z tego względu, że przekroczony jest limit krajowy.

To oznacza, że wypłata tych środków będzie możliwa po 1 stycznia 2020 roku.

 Stawki zaproponowane przez rząd to bardziej pomoc socjalna niż pomoc na wznowienie produkcji. Ale jeśli straty wynoszą kilka miliardów złotych w skali produkcji, to 2 mld, które przeznaczy ewentualnie rząd, to jest w sumie duża pomoc. Dla tych gospodarstw, które inwestują, mają kredyty, ta pomoc na pewno nie wystarczy na odnowienie produkcji rolnej – przekonuje Wiktor Szmulewicz.

W 2018 roku blisko 270 tys. producentów rolnych otrzymało od państwa 2,2 mld zł pomocy. Jak zaznacza prezes KRIR, do wznowienia produkcji rolnej służą inne narzędzia finansowe. Rolnicy mogą np. zaciągnąć kredyt preferencyjny, klęskowy, starać się o ulgi w podatku gruntowym, a w wyjątkowej sytuacji – o rozłożenie na raty lub umorzenie składki KRUS.

Doraźna pomoc to dla rolników ratunek tylko na chwilę

– Musimy zacząć myśleć o tym, jak zmniejszyć ryzyko suszy w gospodarstwach rolnych, żeby one mogły w normalny sposób funkcjonować. Jest na to kilka sposobów. To m.in. uprawianie roślin, które lepiej znoszą suszę, czyli mniej odmian jarych, a więcej ozimych. To cała agrotechnika, która pozwoli zachowywać jak największą ilość wody po zimie i opadach jesiennych, tak jak to robią Egipt, Portugalia czy Hiszpania – wskazuje prezes KRIR. – Chodzi też o magazynowanie wody. Musimy więc myśleć o wielkiej retencji i małej retencji, która będzie podnosiła wilgotność gleby, zasobność wód gruntowych.

Od 25 września do 22 listopada rolnicy mogą składać do ARiMR wnioski o dofinansowanie budowy lub modernizacji instalacji nawadniających. Możliwa do uzyskania pomoc na jedno gospodarstwo wynosi maksymalnie 100 tys. zł, przy czym refundacji podlega 50 proc. kosztów poniesionych na tę inwestycję (60 proc. w przypadku młodego rolnika).

– Musimy zacząć myśleć nie tylko o odszkodowaniach, bo będziemy wpadać w coraz większe kłopoty. Państwa nigdy nie będzie stać, żeby pokryć te miliardowe straty – podkreśla Wiktor Szmulewicz. – Jeżeli cały czas poziom wód gruntowych będzie spadał, to będziemy mieli coraz mniej wody. To oznacza ograniczenie produkcji rolnej i wzrost cen, bo płodów rolnych będzie mniej. Ucierpi też przemysł, zwłaszcza energetyczny, ale też cała gospodarka, bo może zabraknąć wody pitnej – wymienia.

Inwestorzy zostają przy dolarze. Amerykańska gospodarka hamuje wolniej niż strefa euro

Inwestorzy zostają przy dolarze. Amerykańska gospodarka hamuje wolniej niż strefa euro 3

Na wrześniowym posiedzeniu amerykańska Rezerwa Federalna obniżyła koszt pieniądza, tnąc stopę funduszy federalnych o 25 punktów bazowych do przedziału 1,75–2,00 proc. To druga z rzędu obniżka po decyzji z końca lipca. Według Rafała Sadocha, analityka Domu Maklerskiego mBanku, najważniejsza obecnie kwestia dotyczy tego, co FED zdecyduje na kolejnych posiedzeniach. Z komunikatu FOMC wynika, że dostrzega on raczej zagrożenia dla gospodarki spoza amerykańskiego rynku niż wewnętrzne. Stabilna sytuacja gospodarki USA utrzymuje popyt na dolara.

Sama obniżka stóp procentowych o 25 punktów bazowych niewiele oznacza dla rynków finansowych, bowiem te spodziewały się tego całkowicie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Jerome Powell [szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej – red.] zakomunikował w lipcu, że ówczesna obniżka o 25 punktów bazowych była początkiem średniego okresu dostosowania poziomu kosztu pieniądza i że stopy procentowe jeszcze spadną w tym roku. Również czerwcowe prognozy FED wskazywały, że do końca roku zobaczymy dwie obniżki, zatem to nie jest żadne zaskoczenie dla rynku.

Z komunikatu FOMC wynika, że dostrzega on raczej zagrożenia dla gospodarki spoza amerykańskiego rynku niż wewnętrzne. Rynek pracy nazwano silnym, a wzrost zatrudnienia solidnym. Uznano też, że aktywność gospodarcza wzrasta w umiarkowanym tempie. Również wydatki konsumentów rosły w oczach członków FED w szybkim tempie przy jednocześnie niskiej inflacji. Prognozy mówią o wzroście PKB w tym roku na poziomie 2,2 proc., podczas gdy w lipcu rozwój gospodarki oceniano na 2,1 proc. Na przyszły rok prognozowany jest nieco wolniejsze tempo – 1,9 proc. Sugestii trzeciej obniżki w komunikacie FED próżno się za to doszukiwać.

Najbardziej istotna jest perspektywa tego, czego możemy się spodziewać w końcówce 2019 roku czy w 2020 roku, czy stopy procentowe w Stanach będą dalej obniżane, czy też nie – komentuje Rafał Sadoch. – To jest największy czynnik ryzyka, jeśli chodzi o notowania amerykańskiej waluty czy szerszą sytuację na rynkach finansowych.

Dolar amerykański wzmocnił się od początku roku do euro o ponad 4,3 proc. i jest na najwyższych poziomach od ponad dwóch lat. Wynika to m.in. ze słabych danych ze strefy euro, której gospodarka wzrosła w II kwartale o 0,2 proc., o połowę wolniej niż w pierwszych trzech miesiącach roku. Ostatnie informacje też nie napawają optymizmem: niemiecki przemysł – a Niemcy odpowiadają za jedną piątą europejskiego PKB – zanotował w sierpniu wskaźnik PMI na poziomie 41,1 pkt, dużo poniżej oczekiwań i neutralnego poziomu 50 pkt. Niższy od spodziewanego przez ekonomistów był też poziom tego wskaźnika dla sektora usług. Wskazuje to na spadek zamówień w niemieckich firmach.

Amerykańska waluta cały czas pozostaje bardzo silna i utrzymuje się w pobliżu dwuletnich maksimów – tłumaczy analityk DM mBanku. – Notowania amerykańskiej waluty determinowane są jeszcze przez konflikt handlowy. Część inwestorów nie widzi zbytniej alternatywy dla amerykańskiej waluty z tego względu, że kondycja Stanów Zjednoczonych cały czas prezentuje się lepiej niż w innych gospodarkach. Stany Zjednoczone hamują w wolniejszym stopniu niż chociażby strefa euro. Dlatego mimo obniżek stóp procentowych ten popyt na amerykańską walutę cały czas utrzymuje się i pozostaje bardzo silny.

Po 2023 roku nowe zasady zbierania i przetwarzania odpadów opakowaniowych. Koszty systemu będą mniej obciążać mieszkańców

Po 2023 roku nowe zasady zbierania i przetwarzania odpadów opakowaniowych. Koszty systemu będą mniej obciążać mieszkańców 4

Obowiązujący w systemie gospodarki mechanizm rozszerzonej odpowiedzialności producenta to martwe przepisy – oceniają organizacje branżowe. Obecnie większość kosztów związanych ze zbiórką i recyklingiem odpadów komunalnych i opakowaniowych pokrywają mieszkańcy oraz gminy. Ma to zmienić znowelizowany pakiet dyrektyw odpadowych Unii Europejskiej, zgodnie z którymi od 2023 roku powinny funkcjonować nowe zasady gospodarki odpadami opakowaniowymi.

– Rozszerzona odpowiedzialność producenta (ROP) powinna być mechanizmem efektywnym, który motywuje do uzyskania jak najwyższej jakości, a nie tylko finansuje już zastane procesy. Oczywiście mamy świadomość, że na rynku brakuje pieniędzy i to jest jedna z bolączek systemu. Natomiast samo dołożenie finansowania nie zmieni poziomów recyklingu. Dlatego ROP powinna motywować wszystkich interesariuszy, wszystkie elementy łańcucha wartości do jak najlepszych efektów, a za nimi powinny iść pieniądze z organizacji odzysku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Dziczek, członek zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Opakowań i Produktów w Opakowaniach EKO-PAK.

W polskim systemie gospodarki odpadami funkcjonuje już mechanizm rozszerzonej odpowiedzialności producenta (w oparciu o ustawę o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi), który zakłada, że przedsiębiorstwa wprowadzające opakowania na rynek muszą partycypować w kosztach ich zbiórki, segregacji i przygotowania do recyklingu. Jednak – jak zgodnie oceniają eksperci – system jest całkowicie nieefektywny.

W tej chwili część odpowiedzialności producentów za wynagrodzeniem przejmują organizacje odzysku, które są zobowiązane do osiągnięcia określonych poziomów zbiórki i recyklingu opakowań. Jeżeli się z nich nie wywiążą, grożą im sankcje finansowe. Brak realnego nadzoru nad tym rynkiem powoduje jednak, że część organizacji odzysku realizuje ten obowiązek tylko na papierze.

Poza tym w obecnym systemie to samorządy są odpowiedzialne za odbiór odpadów, w tym opakowaniowych, od mieszkańców i to one w znacznym stopniu – z opłat mieszkańców – ponoszą koszty selektywnej zbiórki i przygotowania ich do recyklingu.

– Obecnie wkład w koszty wprowadzających opakowania na rynek za pośrednictwem organizacji odzysku wynosi kilka procent. My szacujemy go na 4–5 proc. Natomiast uważamy, co wynika też ze znowelizowanej unijnej dyrektywy, że powinno to być między 80 a 100 proc. w zależności od uzyskiwanych rezultatów – mówi Magdalena Dziczek.

Znowelizowany pakiet dyrektyw odpadowych Unii Europejskiej (przyjęty w lipcu 2018 roku) ustanawia wyższe cele recyklingu odpadów komunalnych i opakowaniowych, a także nakłada na producentów opakowań obowiązek stosowania się do ROP, której zasady zostały ujednolicone w dyrektywach. Zakładają one m.in., że producenci będą zobowiązani do pokrycia kosztu netto (po odjęciu przychodów ze sprzedaży surowców) selektywnej zbiórki i przygotowania odpadów opakowaniowych do recyklingu.

Przepisy regulujące wdrożenie ROP w poszczególnych krajach UE mają zostać uchwalone do lipca 2020 roku i wdrożone najpóźniej do 2023 roku.

– Dyrektywa odpadowa ustanawiająca zasady ROP mówi jasno, że producent musi ponosić koszt netto, czyli pomniejszony o przychody ze sprzedaży danego surowca. Jednak na dziś nie mamy żadnej wiedzy, jakie są te przychody, a tym bardziej, jakie są przychody dla poszczególnych rodzajów odpadów opakowaniowych. W praktyce oznacza to, że wdrożenie zasad ROP, określenie tej wartości finansowej, będzie wypadkową jakichś analiz mniej lub bardziej zbieżnych z rzeczywistością. Stąd bardzo istotne jest upublicznienie informacji finansowych na poziomie gmin, by tej przypadkowości uniknąć. To rzuciłoby światło na faktyczne koszty – mówi Magdalena Dziczek.

Jak podkreśla, samo wdrożenie mechanizmów rozszerzonej odpowiedzialności producenta nie będzie lekiem, który uzdrowi polski rynek gospodarki odpadami. Stąd ważne jest zidentyfikowanie kluczowych problemów tego systemu i wdrożenie kompleksowego planu naprawczego. Jednym z takich problemów jest m.in. mierzenie zanieczyszczeń i dbanie o jakość selektywnej zbiórki już na etapie odbioru odpadów komunalnych od mieszkańców.

– Każdy odpad opakowaniowy to jednocześnie surowiec. Powinniśmy się zastanowić nad całym łańcuchem powiązań w systemie gospodarki odpadami opakowaniowymi. Odpad, który my wrzucamy do określonego pojemnika, czyli np. tworzywa sztuczne do żółtego, powinien tam wylądować jak najskrupulatniej. Następnie firma odbierająca odpady nie powinna go mieszać z innymi, czyli żółty pojemnik powinien być w żółtym pojemniku i nie wolno do niego dosypywać nic z zielonego czy niebieskiego, bo to zanieczyszcza surowce wtórne. Następnie na sortowni mamy konfekcjonowanie, sortujemy te odpady na poszczególne rodzaje i później mogą być one przekazane do recyklingu – mówi Magdalena Dziczek.

W tej chwili sortownie – zwłaszcza te mniejsze – mają problem ze sprzedaniem odpadów surowcowych, np. ze względu na niewielką ilość, którą są w stanie wysortować. Dlatego organizacje odzysku opakowań powinny się aktywnie włączyć w proces poszukiwania recyklera, który będzie w stanie takie odpady przyjąć i zagospodarować w należyty sposób.

– Dotyczy to także odpadów trudno poddających się recyklingowi, jak np. wielowarstwowe folie – mówi Magdalena Dziczek. – Recykler, który przetwarza taki odpad, tworzy z niego nowy produkt. Na tym etapie też widzimy rolę organizacji odzysku, która mogłaby pomóc producentowi zwrócić ten produkt w postaci surowca wtórnego do ponownej produkcji opakowań.

W Polsce codziennie odbiera sobie życie 15 osób. Brakuje programu zapobiegania samobójstwom

W Polsce codziennie odbiera sobie życie 15 osób. Brakuje programu zapobiegania samobójstwom 5

Na świecie co roku niemal 800 tys. ludzi popełnia samobójstwo. To więcej niż umiera wskutek malarii, raka piersi, morderstw czy wojen. W Polsce codziennie odbiera sobie życie 15 osób. Jesteśmy też na drugim miejscu w Europie pod względem liczby samobójstw nieletnich. Opracowanie Narodowego Programu Zapobiegania Samobójstwom i stworzenie odpowiednich warunków dla społecznych organizacji pozarządowych mogłoby pomóc zmniejszyć liczbę samobójstw o blisko 10 proc. – ocenia prof. Brunon Hołyst, prezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

– Co roku życie odbiera sobie 800 tys. osób na świecie, a 16 mln czyni nieudane próby. W Polsce w wyniku śmierci samobójczej ginie rocznie około 5 tys. osób, a ponad 100 tys. czyni nieudane próby. Według wskaźników Światowej Organizacji Zdrowia na jedno udane samobójstwo przypada 20 prób samobójczych. Można powiedzieć, że na świecie co 40 sekund człowiek odbiera sobie życie, w Polsce – 15 osób dziennie – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Brunon Hołyst, prezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

Wskaźnik samobójstw dla naszego kraju wynosi 16,2 na 100 tys. mieszkańców, przy średniej 10,5 dla świata i 13,7 dla Europy. Znacznie częściej życie odbierają sobie mężczyźni. Na 15 przypadków samobójczej śmierci dziennie 12 przypada na mężczyzn.

– Są tylko nieliczne państwa, gdzie liczba samobójstw kobiet i mężczyzn się równoważy, ale w Polsce ponad czterokrotnie więcej samobójstw popełniają mężczyźni niż kobiety – podaje prof. Brunon Hołyst.

Jak ocenia prezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego, po wzroście liczby samobójstw w latach 2007–2010 ostatnio jest ona raczej ustabilizowana, ale ciągle wysoka. Mogłyby ją ograniczyć skoordynowane działania na różnych szczeblach.

– Konieczne jest opracowanie wzorem innych państw Narodowego Programu Zapobiegania Samobójstwom. W Japonii w wyniku jego realizacji samobójstwa wykazują spadek o 10 proc., w Chile o 15 proc., a w Szkocji o 18 proc. – mówi prof. Brunon Hołyst. – Istnieje potrzeba synchronizacji działań organów państwowych i organizacji społecznych, licznej grupy wolontariuszy. Ich zsynchronizowane wysiłki mogą dać oczekiwane rezultaty w postaci zmniejszenia corocznie liczby samobójstw o 10 proc.

WHO podaje, że liczba państw, które uruchomiły u siebie odpowiednie programy zapobiegania samobójstwom, wzrosła w ciągu ostatnich pięciu lat do 38. Przynosi to wyraźne rezultaty, bo w skali całego świata liczba samobójstw w latach 2010–2016 zmalała prawie o 10 proc.

Jak tłumaczy ekspert, współpraca między różnymi instytucjami niekoniecznie musi być uregulowana prawnie. To, co istotne, to ścisła współpraca między organizacjami pozarządowymi. W Polsce istnieje grupa robocza przy Ministerstwie Zdrowia, która zajmuje się tematyką samobójstw. Potrzebny jest jednak narodowy program wczesnej identyfikacji, leczenia i opieki nad osobami cierpiących na zaburzenia psychiczne lub uzależnienia.

– Podstawą opracowania wszelkich narodowych programów są dokładne badania naukowe, żebyśmy mogli postawić diagnozę, co, gdzie, kiedy, jakie przedsięwziąć działania w odniesieniu do różnych grup populacji – podkreśla ekspert.

Niezbędna jest też poprawa dostępu do lekarzy, w tym psychologów i psychiatrów.

– W dokumentach Światowej Organizacji Zdrowia podkreśla się, że łatwa dostępność do służby zdrowia jest jednym z elementów profilaktycznych, przyczynia się do obniżenia stopnia wiktymizacji w wyniku zamachów suicydalnych – mówi prof. Brunon Hołyst.

Urządzenia ubieralne coraz bardziej zaawansowane. Wearables potrafią pomagać osobom ze schorzeniami układu moczowego

Urządzenia ubieralne coraz bardziej zaawansowane. Wearables potrafią pomagać osobom ze schorzeniami układu moczowego 6

Urządzenia do noszenia na ciele znajdują coraz szersze zastosowanie w medycynie i opiece senioralnej. Czujniki USG montowane w najnowocześniejszych urządzeniach mogą np. wykonać zdjęcie płodu i przesłać je lekarzowi do analizy. Coraz częstszym problemem ze względu na starzenie się społeczeństwa jest także nietrzymanie moczu, na które cierpi nawet 33 proc. osób w Stanach Zjednoczonych. Urządzenie wykrywające stan napełnienia pęcherza może zasygnalizować osobie nietrzymającej moczu, że powinna pójść do toalety.

– DFree to urządzenie do noszenia wskazujące, czy konieczna jest wizyta w toalecie. Ma ono czujnik USG, który zakłada się bezpośrednio na skórę. Komunikuje się ono z telefonem użytkownika, a specjalna aplikacja informuje o stanie napełnienia pęcherza i powiadamia, kiedy należy udać się do toalety –wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mai Ono z DFree.

Według American Urological Association, nawet 33 proc. osób w Stanach Zjednoczonych cierpi na nietrzymanie moczu. Problem ten występuje częściej u kobiet niż u mężczyzn. Szacuje się, że zmaga się z nim około 30 proc. kobiet w wieku 30–60 lat, podczas gdy wśród mężczyzn jest to 1,5–5 proc. Dotychczas osoby dotknięte tym problemem były najczęściej skazane na noszenie wkładek higienicznych, pieluchomajtek bądź cewnika urologicznego. Dostępne są także mniej lub bardziej inwazyjne metody leczenia lub łagodzenia nietrzymania moczu. To m.in. nastrzykiwanie mięśnia pęcherza botoksem czy implantacja elektrycznego stymulatora nerwu krzyżowego.

– Naszym celem jest poprawa jakości życia seniorów. Z DFree można dłużej cieszyć się niezależnością, ponieważ osoby, u których wystąpi problem nietrzymania moczu, nie są od razu skazane na korzystanie z pieluch. DFree wskazuje przewidywany czas pójścia do toalety, dzięki czemu pieluchy nie są konieczne – tłumaczy Mai Ono.

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń wearables dla seniorów. Najczęściej są to urządzenia monitorujące funkcje życiowe, takie jak opaska na nadgarstek Fitbit Charge 2. Ma ona wbudowany monitor pracy serca, wyświetla tętno mierzone podczas treningu, spaceru czy wypoczynku. Może również przeprowadzać sesje ćwiczeń z kontrolowania oddechu dla uspokojenia tętna. Apple Watch z kolei wyposażony jest w czujnik wykrywający upadki. W przypadku wykrycia upadku automatycznie dzwoni pod numer alarmowy.

Pojawianie się na rynku medycznych wearables oraz urządzeń do noszenia z funkcjami np. monitorującymi stan zdrowia czy detekcji upadku jest niezwykle ważne zwłaszcza w dobie starzejącego się społeczeństwa. Według ONZ populacja osób powyżej 65 roku życia rośnie najszybciej spośród wszystkich grup wiekowych. W 2050 roku 16 proc. ludzi na całym świecie będzie mieć 65 lat lub więcej (w porównaniu z 9 proc. obecnie). W Europie odsetek będzie jeszcze większy (25 proc.).

– Naszą główną grupą docelową są osoby starsze zmagające się z problemem nietrzymania moczu. Jest to powszechne zaburzenie wśród seniorów. Z uwagi na starzenie się społeczeństwa problem staje się coraz powszechniejszy. Urządzenie może być stosowane m.in. w domach opieki i szpitalach, ale dostępne jest także do zastosowań indywidualnych – mówi Mai Ono.

Według Grand View Research światowy rynek medycznych wearables wyceniany był w 2018 roku na 10,3 mld dol. Do 2026 roku ma rosnąć w tempie średniorocznym na poziomie przeszło 26 proc.

Wydrukowano w 3D pierwszy w Polsce budynek z betonu. W przyszłości możliwe jest drukowanie w pełni zazbrojonych budowli

Wydrukowano w 3D pierwszy w Polsce budynek z betonu. W przyszłości możliwe jest drukowanie w pełni zazbrojonych budowli 7

Druk 3D to rewolucja w architekturze i budownictwie. Technologia jest znacznie szybsza i tańsza niż konwencjonalne budownictwo, ma też mniejszy wpływ na środowisko. Budynków drukowanych maszynowo nie ma jednak zbyt wiele – to efekt skomplikowanych procesów przy samym stawianiu budynku. Dzięki technologii polskiego start-upu może się to zmienić. Polska firma jako pierwsza na świecie chce wdrożyć technologię automatycznego układania zbrojenia i budowy szalunków z użyciem betonu.

– W budownictwie wykorzystuje się sporo tradycyjnych metod i innowacje skupiają się głównie na materiałach. Mamy do czynienia z nowszymi technologiami, a co za tym idzie – materiały są bardziej ekologiczne, zaawansowane w sposób termiczny czy wytrzymałościowy. Jedną z innowacji jest druk 3D. Firmy na świecie już zaczynają dostrzegać tę metodę i wykorzystywać ją np. w wykończeniach czy elementach dekoracyjnych – mówi agencji Newseria Innowacje Rafał Perz, współzałożyciel i członek zarządu firmy REbuild.

Druk 3D już od kilku lat jest coraz powszechniej stosowany w budownictwie. W 2014 roku inżynierowie z Arup wykorzystali druk 3D do wyprodukowania stalowego węzła do lekkiej konstrukcji. Szanghajska firma WinSun Decoration Design Engineering zastosowała duże drukarki 3D do natryskiwania mieszanki szybko schnącego cementu i surowców wtórnych, co umożliwiło zbudowanie 10 małych domów demonstracyjnych w mniej niż 24 godziny. W Hiszpanii pierwszy most dla pieszych wydrukowany w 3D został otwarty pod koniec 2016 roku. Amerykański korpus piechoty morskiej wydrukował zaś w 3D betonową chatę koszarową.

W Polsce stanął niedawno pierwszy betonowy budynek z drukarki 3D.

– W przypadku tego budynku wydrukowane były szalunki pod fundament i ściany, a także elementy dekoracyjne wokół, jak doniczki, stoły, krzesła czy grill. Reszta prac wykończeniowych w budynku była robiona metodą tradycyjną. Proces trójwymiarowego drukowania ścian trwał 13 godzin, a proces wykończeniowy i całego zamknięcia budynku zajął nam około tygodnia – wskazuje Rafał Perz.

REbuild ukończył pierwszy wielkoformatowy wydruk z użyciem drukarki 3DCP do betonu. Budynek ma 7 mkw., a do jego wydruku zużyto ok. 6 ton betonu. To pierwszy budynek wydrukowany z użyciem tej technologii w naszym kraju. Dotychczas drukowane były mniejsze obiekty, np. ławki czy stoły. Rozwiązanie opracowywane przez polski zespół ma zautomatyzować pracę w branży budowlanej. Zbrojenie, podpory, izolacje termiczne czy wznoszenie ścian nawet o skomplikowanych kształtach będzie łatwiejsze i szybsze.

– Technologia druku 3D w budownictwie pozwala na automatyzację i przyspieszenie procesów wznoszenia budowli. Cały proces staje się tańszy, mamy mniejsze wykorzystanie personelu, co wpływa na poprawę bezpieczeństwa, a dodatkowo możemy korzystać z materiałów ekologicznych, które później możemy recyklingować – wymienia współzałożyciel REbuild.

Jak przekonuje ekspert, drukowanie w 3D może pozwolić na szybszą i dokładniejszą budowę złożonych lub wykonanych na zamówienie przedmiotów, a także obniżyć koszty pracy i zmniejszyć ilość odpadów. Może również umożliwić rozpoczęcie budowy w trudnych lub niebezpiecznych środowiskach nieodpowiednich dla ludzkiej siły roboczej, nawet w kosmosie.

Polska firma stale rozwija swoją technologię, która w przyszłości ma pozwolić na wydruk 3D z betonu ze zbrojeniem, czego do tej pory nie udało się żadnej innej firmie na świecie.

– Nie planujemy na razie wdrażania usługi, jaką jest druk czy sprzedaż samych budynków i domów, jednak skupiamy się przede wszystkim na rozwoju technologii i budowie maszyny. I to tę maszynę właśnie będziemy chcieli wdrażać, sprzedawać i komercjalizować. W najbliższym czasie planujemy uruchomienie sprzedaży również na zamówienie, nie tylko gotowych elementów, lecz także według własnego projektu właśnie elementów dekoracyjnych, małej architektury – zapowiada Rafał Perz.

Nasze drogie śmieci

Za śmieci będziemy płacić inaczej. Nawet jeden mieszkaniec może spowodować, że w budynku wielorodzinnym opłaty za niesegregowanie odpadów wzrosną dla każdego o 400 proc.

Wynika to z nowelizacji ustawy o utrzymaniu porządku i czystości w gminach, która weszła w życie w życie 6 września 2019 r., z wyjątkiem przepisów o poziomach recyclingu i przygotowaniu do ponownego użycia odpadów komunalnych (te wchodzą od 1 stycznia 2020).

Wyższa opłata wprowadzona została ze względu na konieczność uzyskiwania wysokich norm recyklingu wymaganych przepisami unijnymi.

Dotychczas było tak, że każdy mieszkaniec samodzielnie deklarował czy będzie segregował odpady. Nowelizacja ustawy narzuca obowiązek segregowania śmieci na każdego z nas. To wspólnota mieszkaniowa czy spółdzielnia mieszkaniowa w zabudowie wielorodzinnej odpowiada za segregację odpadów, a więc w sytuacji, gdy jeden lub kilku mieszkańców nie segreguje tych odpadów będzie decydowało w jakiej wysokości naliczone zostaną opłaty dla wszystkich.

Karol Andrzejewski, dyrektor regionalny TuMieszkamy
Karol Andrzejewski, dyrektor regionalny TuMieszkamy

– Gminy mają do dyspozycji możliwość naliczenia od 2 do 4-krotności opłaty za odpady niesegregowane, gdy mieszkańcy nie dopełniają zasad segregacji odpadów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Karol Andrzejewski, dyrektor regionalny TuMieszkamy, firmy zarządzającej nieruchomościami należącej do międzynarodowej Grupy City Service. – Ponieważ wspólnoty i spółdzielnie praktycznie nie mają możliwości weryfikacji, który mieszkaniec przyczynił się do wzrostu opłat pozostaje im postawienie na edukację podczas spotkań organizowanych z mieszkańcami.

Do 2030 roku spersonalizowane plany profilaktyki zdrowotnej i leczenie w domu staną się normą

Digitalizacja i zmiany demograficzne w nadchodzących latach wprowadzą trwałe zmiany w sektorze medycyny i opieki zdrowotnej. Według oczekiwań konsumentów, do 2030 roku spersonalizowane plany profilaktyki zdrowotnej i leczenie w domu staną się normą, a technologie dadzą pacjentom możliwość łatwiejszego i efektywniejszego kontrolowania stanu zdrowia – to ustalenia wynikające z badania przeprowadzonego przez niezależną firmę badań rynkowych CITE Research na zlecenie Dassault Systèmes, na reprezentatywnej próbie tysiąca dorosłych Amerykanów.

Starzenie się populacji na świecie stanie się jedną z najważniejszych przemian społecznych stulecia. Według danych ONZ[1] globalnie populacja osób w wieku 60 lat lub więcej rośnie szybciej niż wszystkie młodsze grupy wiekowe. Liczba osób w wieku 60+ wzrośnie ponad dwukrotnie do 2050 r. i trzykrotnie do 2100 roku, osiągając odpowiednio liczbę 2,1 mld w 2050 r. i 3,1 mld w 2100 roku. Ten trend można zaobserwować także w Polsce – z danych GUS wynika, że przyspieszeniu uległ proces starzenia się ludności Polski. Niezmiennie rośnie grupa osób w wieku 65 lat i więcej – w 2018 r. zwiększyła się o 212 tys. osób do wielkości ponad 6,7 mln.

Wyzwania związane ze starzeniem się społeczeństwa, a z drugiej strony zmieniające się oczekiwania konsumentów odnośnie modelu opieki zdrowotnej sprawiają, że branża medyczna coraz częściej sięga po innowacyjne produkty, które pozwolą na optymalizację istniejących procesów i wdrażanie w życie śmiałych wizji.

Badanie pozwoliło na sformułowanie następujących wniosków:

  • 83 procent respondentów uważa, że największy wpływ na ich życie będą miały plany profilaktyczne, budowane na podstawie wzorców zachowań i przyzwyczajeń żywieniowych
  • Ponad 80 procent respondentów spodziewa się, że będzie mogło zapobiegać chorobom i dzięki temu żyć dłużej, ponieważ technologie dadzą im możliwość łatwiejszego i efektywniejszego kontrolowania stanu zdrowia
  • 81 procent jest zdania, że leczenie będzie mogło być prowadzone w warunkach domowych przez urządzenia
  • 80 procent chciałaby korzystać z w pełni elektronicznych kartotek medycznych
  • 3/4 respondentów uważa, że odczuje wpływ postępującej personalizacji usług medycznych, m.in. dzięki takim rozwiązaniom jak domowe aplikacje diagnostyczne, urządzenia typu wearable oraz zindywidualizowane protezy ortopedyczne.

 [1] United Nations (2017): http://www.un.org/en/sections/issues-depth/ageing/

Vision Express podsumowuje 3 kw. 2019

Sieć Vision Express liczy już 207 salonów zlokalizowanych w całej Polsce. W ciągu trzech kwartałów 2019 roku powiększyła się o kolejnych 15 punktów – w tym flagowy salon w Domach Towarowych WSJ w samym centrum Warszawy oraz 19. warszawski salon w Galerii Młociny, sąsiadujący z popularnymi międzynarodowymi markami. Ostatnie otwarcie miało natomiast miejsce w regionalnym centrum handlowym Millenium Hall w Rzeszowie, które oferuje swoim klientom szeroką ofertę usługowo-kulturalną.

Firma nie ogranicza się jednak do rozwoju w największych miastach w Polsce. Dociera także do mniejszych miejscowości. W samym sierpniu otworzone zostały salony w Pile, Nowym Targu i Jarosławiu.

Priorytetem firmy jest dotarcie do jak największej liczby Polaków i dostosowanie swojej oferty do ich potrzeb, dlatego rozbudowuje swoją sieć w różnych obszarach. W wybranych salonach otwiera strefy dedykowane najmłodszym posiadaczom okularów, a także rozwija nowy format small concept store w mniejszych miastach. Dodatkowo modernizuje punkty działające już od wielu lat oraz poszerza tam, gdzie to możliwe, zakres oferowanych usług medycznych.

Wierzę, że realizując przyjętą strategię rozwoju możemy przyczynić się do poprawy jakości życia milionów Polaków, zapewniając profesjonalne badania wzroku, najwyższej jakości korekcję wad, a także bogaty wybór okularów przeciwsłonecznych – modnych i chroniących przed szkodliwym promieniowaniem UV – mówi Katarzyna Dąbrowska, Dyrektor ds. Rozwoju i Inwestycji Vision Express.

Na przestrzeni ostatnich trzech kwartałów na mapie Polski pojawiły się następujące salony:

  • Białogard, Galeria Hosso, Plac Wolności 10A
  • Warszawa, Domy Towarowe Wars Sawa Junior, ul. Marszałkowska 104/122
  • Koszalin, CH Atrium Koszalin, ul. Paderewskiego 1
  • Tczew, Galeria Kociewska, ul. Pomorska 1
  • Częstochowa – Poczesna, CH Auchan, ul. Krakowska 10
  • Poznań Komorniki, Auchan Komorniki, ul. Głogowska 432
  • Nowy Sącz, Galeria Trzy Korony, ul. Lwowska 80
  • Warszawa, Galeria Młociny, al. Zgrupowania AK Kampinos 15
  • Opole, Solaris Center, Plac Kopernika 16 (relokacja)
  • Zielona Góra, Tesco Zielona Góra, ul. Energetyków 2A
  • Nowy Targ, Dekada Nowy Targ, ul. Kilińskiego 20
  • Piła, VIVO! Piła, ul. 14 Lutego 26
  • Jarosław, Galeria Stara Ujeżdżalnia, ul. Gen. Sikorskiego 2A
  • Rzeszów, Millenium Hall, al. Maj. Kopisto 1

Wyrok TSUE ws. frankowiczów może spowodować lawinę pozwów przeciwko bankom

Wojciech Bochenek, radca prawny, Bochenek i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych
Wojciech Bochenek, radca prawny, Bochenek i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej 3 października wyda wyrok, na który czekają nie tylko frankowicze. To orzeczenie może pociągnąć za sobą setki tysięcy wyroków polskich sądów, wymuszających decyzje na bankach.

Już obecnie rośnie dynamika spraw zgłaszanych do sądów przez frankowiczów, ale dopiero orzeczenie TSUE może spowodować lawinę.

– Aktualnie szacuje się, że do sądów zostało złożonych 20 tys. spraw dotyczących kredytów mieszkaniowych w walutach obcych, w ostatnim półroczu zgłoszono 4,3 tys. spraw, gdy w poprzednim ok. 3 tys. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Bochenek, radca prawny, Bochenek i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych. – Trend wzrastający wynika z bardzo korzystnych orzeczeń Sądu Najwyższego, które zapadły w kwietniu i maju br.

Już te orzeczenia, a dopiero przed nami wyrok TSUE, są przełomowe, gdyż SN podtrzymuje swoją opinię, wskazując, że taki kredyt po usunięciu klauzuli przeliczeniowej może funkcjonować w oparciu o kwotę nominalną, wyrażoną w złotych polskich.

– Takie rozstrzygnięcie nie jest dla banków jakąś dotkliwą karą ponieważ prawo, które ma na celu ochronę konsumentów, zna dalej idące sankcje w postaci kredytu darmowego – wyjaśnia Wojciech Bochenek. – W takiej sytuacji bank na kredycie nie zarabia i musi oddać klientowi odsetki oraz inne koszty związane z umową.

TSUE wypowiedział się w tonie pro konsumenckim, stąd tak duże oczekiwania frankowiczów związane z orzeczeniem, które mamy poznać 3 października.

Przypomnijmy, że warszawski sąd okręgowy skierował do TSUE pytania prejudycjalne, domagając się wykładni unijnego prawa w kwestiach dotyczących nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich. W maju 2019 r. rzecznik generalny TSUE wydał opinię korzystną dla skarżących, wskazując, że sąd nie może samodzielnie uzupełnić luk w umowie po wyeliminowaniu niezgodnych z prawem zapisów. Nie może też orzec, że umowa ma dalej obowiązywać. Frankowicze oczekują podtrzymania tej opinii wyrokiem TSUE, natomiast banki obawiają się, że dla nich będzie to oznaczać dodatkowy koszt przekraczający nawet 60 mld zł.

Raport Euler Hermes – niewypłacalności polskiego biznesu po 8 miesiącach 2019 r.

Euler Hermes, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. Kluczowe wnioski:

  • W sierpniu 2019 roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informację o 82 niewypłacalnych polskich firmach wobec 90 w sierpniu 2018 roku – spadek o 9% w porównaniu r/r
  • Ustabilizowanie się liczby niewypłacalności – mniejsze jej wahania w kolejnych miesiącach w porównaniu do 2018r.
  • Od początku roku do końca sierpnia opublikowano informacje o 659 niewypłacalnych firmach wobec 670 w analogicznym okresie przed rokiem (-2%), (efekt wysokiej bazy – wzrostu ich liczby 4 rok z rzędu)
  • Najwięcej niewypłacalności było w sektorze usług (29), przemysłowym (24) oraz w budownictwie (13)
  • Sektor usług – ryzyko rozproszone, obecne we wszystkich rodzajach usług
  • Budownictwo: ponowny wzrost liczby firm mających problemy po b. dobrym II kwartale. Uwaga: wśród nich równie liczne były nie tylko firmy infrastruktury drogowej (np. kanalizacja czy prace elektryczne), ale także budownictwa ogólnego

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Konsumpcja stabilizuje rynek, ale korzystają na niej tylko więksi gracze

Liczba niewypłacalności jest w tym roku bardziej stabilna, mniejsze niż w ubiegłym roku są wahania ich liczby w kolejnych miesiącach. Co więcej – pomimo jak na razie mniejszej o 2% ich liczby w porównaniu do roku ubiegłego, od czerwca widoczny jest stopniowy trend wzrostu ich liczby.

Czy są to efekty dużej już statystycznie bazy, punktu odniesienia w liczbie niewypłacalności za lata ubiegłe? A może „stabilizującą” rolę spełniają zwiększone środki socjalne – a wiec i wydatki konsumenckie w roku wyborów?

Konsumenci rzeczywiście kupują więcej. Ale nie wszędzie – nie wszyscy sprzedający na tym zyskują jednakowo. Zyskuje na tym tylko część handlu, a w największym stopniu największe podmioty – ocenia Tomasz Starus, członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. – Ponadto Polacy kupują trochę więcej, ale też towarów droższych, zarówno w sektorze spożywczym, jak i wyposażenia mieszkań, udany sezon mają też np. biura turystyczne. Tym niemniej małe sklepy nie są gremialnie na fali wznoszącej, a zapowiadane podniesienie płacy minimalnej może dla części z nich być krytyczne – i tak już przegrywają walkę o pracownika z większymi sieciami, mogącymi sobie pozwolić nie tylko na wyższe płace, ale też m.in. na przyciągające ludzi benefity jak prywatna opieka zdrowotna etc. Więksi gracze jako pierwsi wprowadzają też automatyzację w handlu – samoobsługowe kasy, które mogą zapewnić im ugruntowanie przewagi w najbliższych latach, nie tylko dzięki obniżce kosztów i uniezależnieniu się od dostępności pracowników i m.in. płacy minimalnej, ale także pozwalając im wkrótce kontynuować sprzedaż we wszystkich niedzielach bez handlu”.

niewypłacalności sierpień 2019 r.
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Budownictwo – (krótkotrwała?) przerwa w boomie

W budownictwie kontraktów i pieniędzy jest i będzie w najbliższych miesiącach na rynku trochę mniej.  Nowe, podpisywane kontrakty charakteryzują się tym, iż ich zwycięzcy w  tym roku projektują, a gdy już to zrobią – to będą musieli uzyskać zezwolenia na budowę. Zamknięcie etapu dokumentacji, administracyjnych pozwoleń etc. potrwa, tak iż obecnie rozpisywane przetargi wejdą w fazę realizacji najwcześniej pod koniec przyszłego roku. Zmniejszyła się więc pula zleceń i firmy zaczęły ponownie o nie konkurować, a tymczasem koszty pracy i materiałów utrzymują się na wysokim poziomie, co jest dla wykonawców jeszcze większym problemem. W sierpniu zaczęła więc ponownie rosnąć (na razie nieznacznie) liczba  niewypłacalności w budownictwie – dotyczyły one nie tylko firm realizujących inwestycje infrastrukturalne (m.in. prace oświetleniowe czy kanalizacyjne), ale w równym stopniu także wyspecjalizowane w budownictwie ogólnym – wznoszeniu budynków, co jest pewną niespodzianką zważywszy na popyt na rynku mieszkaniowym, ale też biurowym czy magazynowym.

Usługi i sektor produkcyjny z największą liczbą niewypłacalności, ale innym ich charakterem

W usługach mieliśmy do czynienia z  bardzo zróżnicowanym profilem niewypłacalnych firm, nie ma jednej – dwóch grup firm które zdominowałyby publikacje w MSiG. Na liście tych niewypłacalnych znalazły się więc firmy obsługujące rynek nieruchomości, pośrednictwa finansowego, gastronomiczne, ochrony zdrowia, reklamowe etc. Tymczasem w sektorze produkcyjnym niewypłacalności skupiają się w dwóch-trzech kategoriach: przede wszystkim produkcji wyrobów metalowych, w tym części oraz różnego rodzaju konstrukcji, szerzej – produkcji wyrobów budowlanych oraz jak co miesiąc –  produktów rolnych, żywności.Usługi i sektor produkcyjny z największą liczbą niewypłacalności

Usługi i sektor produkcyjny z największą liczbą niewypłacalności 2
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Płaca minimalna – ani w prawo, ani w lewo. Pracodawcy pytają polityków Jak żyć?

Polscy politycy nie oszczędzają pracodawców. Niespełna miesiąc przed wyborami zasypują wyborców pomysłami dotyczącymi wysokości płacy minimalnej. Zła wiadomość jest jednak taka, że nie tylko partia rządząca nie ma dopracowanego pomysłu na kwestię najniższego wynagrodzenia. Pozostałe znaczące opcje polityczne również nie odrobiły lekcji z tego przedmiotu.

Pomysły różnych opcji politycznych na kwestię najniższych wynagrodzeń nie napawają pracodawców optymizmem. Politycy kolejny raz obiecują coś, co być może ładnie brzmi, jednak wielu z nich nie potrafi podać szacunkowych kosztów wcielenia ich pomysłów w życie. Co więcej, można odnieść wrażenie, że proponowane projekty nie zostały skonsultowane z przedsiębiorcami, a to na nich w pierwszej kolejności spadnie konieczność pokrycia kosztów proponowanych zmian.

Pracodawcy pytają: Jak żyć?

PiS proponuje by od 1 stycznia 2020 pensja minimalna wynosiła 2600 zł brutto, następnie – na koniec tego samego roku 3000 zł brutto, a w 2023 r. już 4000 zł brutto.

Jeszcze kilka miesięcy temu słyszeliśmy o waloryzacji najniższej pensji – w przypadku zatrudnienia na etat w pełnym wymiarze – do 2 450 zł. Obecnie mówi się o podwyższeniu jej do 2 600 zł, a docelowo w roku 2023 najniższa pensja wyniesie 4 000 zł. Pomysł ten wiąże się z wieloma konsekwencjami wpływającymi bezpośrednio na firmy i cały rynek pracy, a skutki odczujemy w każdym aspekcie naszego życia. Najszybciej płacąc o wiele więcej za zakupy, usługi i to nie będzie sloganowy „Dobry czas dla Polski” – zaznacza Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres. – Mam wrażenie, że politycy różnych opcji licytują się, kto da więcej, jednak gdy przyjdzie im płacić za wygraną licytację sięgną do naszych kieszeni – mówi Cezary Maciołek.

Partie bez dobrych pomysłów na płacę minimalną?

SLD (Lewica) proponuje 10-letnią strategię ustalenia płacy minimalnej, konsultowanej z przedsiębiorcami i pracownikami. W 2020 r. – 2700 złotych brutto. W 2030 r. na poziomie 60% średniego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw.

Konfederacja sprzeciwia się sztucznemu ustawianiu pensji minimalnej.

Koalicja Obywatelska proponuje by wysokość płacy minimalnej była ustalana automatycznie i wynosiła połowę przeciętnego wynagrodzenia.

PSL, Prawica, Akcja Zawiedzionych Emerytów i Rencistów oraz Skuteczni Piotra Liroya-Marca nie prezentują jasnego stanowiska w sprawie płacy minimalnej.

Według Cezarego Maciołka najlepszym rozwiązaniem byłoby połączenie trzech koncepcji z prawej i lewej strony sceny politycznej. Pomysł PiS-u na to by płaca minimalna rosła jest dobry co do zasady, plusem jest także systemowe podejście oraz plan rozwoju na najbliższe 2 – 3 lata pokazujący cel, do którego dążymy. Do tego obszaru można dodać pewne propozycje SLD – pomysł by konsultować wysokość płacy minimalnej z przedstawicielami przedsiębiorców i pracowników. Wiceprezes Grupy Progres podkreśla jednak, że 10-letnia strategia ustalenia najniższych wynagrodzeń jest zbyt długa. Dopełnieniem powyższej koncepcji byłoby podejście Koalicji Obywatelskiej by wysokość płacy minimalnej wynosiła połowę przeciętnego wynagrodzenia, co nie będzie budziło frustracji i zapobiegnie nieproporcjonalnym wzrostom wynagrodzeń najniższych i średnich.

W efekcie powyższego połączenia powstaje propozycja cywilizująca rynek – plan rozwoju na najbliższe 2 – 3 lata dot. płacy minimalnej, której wysokość będzie konsultowana z przedsiębiorcami oraz pracownikami zakładający, że wysokość płacy minimalnej wyniesie połowę przeciętnego wynagrodzenia. – Wprowadzenie powyższego modelu prowadziłoby do sytuacji win-win. Idące w górę wynagrodzenia najlepiej zarabiających powodowałyby automatyczny wzrost zarobków osób zarabiających mniej, a taki układ byłby dobrym prognostykiem dla całej klasy pracującej – podsumowuje Cezary Maciołek.

Przychody klubów 1 Ligi wyniosły w 2018 roku ponad 90 mln zł

Łączne przychody operacyjne klubów grających w rozgrywkach Pierwszej Ligi Piłkarskiej w ubiegłym roku sięgnęły 90,6 mln zł. Dodatkowo wpłynęło do nich ponad 3,2 mln zł z tytułu transferów zawodników. Z drugiej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „1 Liga finansowa”, przygotowanego we współpracy z Pierwszą Ligą Piłkarską, wynika, że największym źródłem finansowania klubów 1 Ligi są przychody komercyjne, które stanowią aż 77 proc. wszystkich wpływów. Tegoroczne zestawienie przychodów pierwszoligowców wygrał Raków Częstochowa, którego przychody w 2018 roku wyniosły niemal 11 mln zł.

Łączne przychody wygenerowane przez kluby Fortuna 1 Ligi z działalności operacyjnej, czyli bez uwzględnienia transferów wyniosły 90,6 mln zł. W stosunku do ubiegłego roku jest to mniej o 15 proc. Kluby z czołowej piątki zestawienia wygenerowały prawie połowę tej łącznej kwoty przychodów – mówi Przemysław Zawadzki, Partner Associate, Lider Sports Business Group Deloitte.

Suma ta nie uwzględnia przychodów klubu Bruk-Bet Termalica Nieciecza, który nie zdecydował się przekazać danych na potrzeby powstania raportu. Aby uzyskać pełen obraz rynku do sumy łącznych przychodów klubów Fortuna 1 Ligi należy dodać przychody klubu z Niecieczy. Sprawozdanie finansowe klubu jest dostępne na stronie internetowej Krajowego Rejestru Sądowego. W związku z przyjętą globalnie metodą zbierania danych od analizowanych klubów, nie zdecydowano się na uwzględnienie w polskiej wersji raportu danych z KRS.

Raport Deloitte zawiera również informacje dotyczące przychodów klubów Fortuna 1 Ligi z tytułu transferów. W ubiegłym roku wyniosły one 3,28 mln zł, w tym 223 tys. zł na rynku zagranicznym. W 2018 roku najwięcej na transferach ze wszystkich zespołów Fortuna 1 Ligi zarobiło Podbeskidzie Bielsko-Biała – 817 tys. zł. Na drugim miejscu uplasował się GKS Tychy, którego przychody z tego tytułu nieznacznie przekroczyły 700 tys. zł. Ostatnim klubem na podium i jednocześnie ostatnim, który zarobił powyżej pół mln zł z działalności transferowej jest Raków Częstochowa (603 tysiące zł). Jedynym klubem Fortuna 1 Ligi, który w 2018 roku zarobił na transferach zagranicznych jest MKS Chojniczanka.
Przychody klubów 1 Ligi wyniosły w 2018 roku ponad 90 mln zł

Śląskie kluby na czele

W drugiej edycji zestawienia przychodów klubów Fortuna 1 Ligi Piłkarskiej, najwyższe przychody z działalności sportowej odnotował Raków Częstochowa. Klub występował w rozgrywkach 1 Ligi od sezonu 2016/2017. Sezon 2018/2019 częstochowianie ukończyli na 1. miejscu w tabeli, dzięki czemu obecnie klub z Rakowa występuje w Ekstraklasie.

Ponad 70 proc. przychodów klubu stanowią przychody komercyjne. Łączne przychody Rakowa w 2018 roku wyniosły 11 mln złotych. W związku z awansem Rakowa do najwyższej klasy rozgrywkowej możemy spodziewać się znacznego wzrostu przychodów w kolejnej edycji raportu o finansach klubów Ekstraklasy – mówi Paweł Jakóbik, Ekspert, Sports Business Group Deloitte.

Drugie miejsce w zestawieniu zajął ubiegłoroczny lider GKS Katowice, który odnotował przychody na poziomie 10,8 mln zł. Raków Częstochowa i GKS to jedyne kluby, które osiągnęły przychody na poziomie przekraczającym 10 milionów złotych. Ostatnie miejsce na podium przypadło Odrze Opole, której przychody w 2018 roku wyniosły 6,8 mln zł. Aż 84 proc. tej kwoty stanowiły przychody komercyjne. W zeszłorocznym zestawieniu klub plasował się na 10 pozycji.

1 Liga na tle Ekstraklasy

Przychody wszystkich klubów z Ekstraklasy za 2018 rok są niemal sześciokrotnie wyższe niż klubów Fortuna 1 Ligi. Zdecydowana przewaga klubów z wyższej ligi widoczna jest w każdym obszarze przychodów.

Spowodowane jest to niewątpliwe większą popularnością Ekstraklasy, nowocześniejszymi stadionami, o większej pojemności, a także większymi przychodami z tytułu transmisji meczów zespołów grających w najwyższej klasie rozgrywkowej – mówi Przemysław Zawadzki.

Największe źródło dochodu klubów 1 Ligi stanowią przychody komercyjne. Kwota ponad 70 mln zł odpowiada za 77 proc. łącznych przychodów klubów. Przychody ze sprzedaży biletów, karnetów i pozostałych wpływów w dniu meczu wyniosły blisko 6,5 mln zł, co stanowi spadek o prawie 1 mln w stosunku do poprzedniego roku. Największy przychód z tego tytułu osiągnął ŁKS Łódź, który dzięki najwyższej średniej widowni na trybunach zapewnił sobie ponad 1,1 mln zł. Z kolei w kategorii przychodów z tytułu transmisji telewizyjnych i wpływów od organizatora rozgrywek, tegorocznym liderem jest Stomil Olsztyn, który osiągnął przychody na poziomie 2 mln zł. Wysokie przychody z tego tytułu klub zawdzięcza zajęciu pierwszego miejsca w ramach programu Pro Junior System. Łącznie przychody z transmisji wyniosły w omawianym okresie niemal 14,13 mln zł.

Sezon 2018/2019 pod względem frekwencji w Fortuna 1 Lidze okazał się nieco gorszy od poprzedniego. Średnio mecze pierwszoligowców oglądało 1 870 widzów. Największą frekwencją w minionym sezonie może się pochwalić ŁKS Łódź. Mecze domowe łodzian gromadziły średnio 4 556 kibiców na mecz. Jest to wynik lepszy o 9 proc. względem poprzedniego sezonu. Poza ŁKS Łódź jeszcze dwa kluby mogły pochwalić się frekwencją przekraczającą 3 tysiące osób na mecz. Są to GKS Tychy (4 137) oraz Stal Mielec (3 162).

Wysoka frekwencja przekłada się na wpływy do klubowej kasy. Kluby więc starają się, aby jak najwięcej kibiców odwiedzało ich stadiony. Oprócz poprawy infrastruktury niemniej ważne jest bezpieczeństwo i poprawa jakości widowiska sportowego. W tym obszarze w ostatnich latach zaszły bardzo pozytywne zmiany. Jako zarząd Pierwszej Ligi Piłkarskiej przywiązujemy do tego aspektu dużą wagę – mówi Marcin Janicki, Prezes Pierwszej Ligi Piłkarskiej.

1 Liga i jej medialna aktywność

Oprócz działalności sportowej i biznesowej nie mniej ważny jest obraz medialny i marketingowy Fortuna 1 Ligi oraz klubów w niej występujących. Jak wynika z badania Pantagon Research w omawianym okresie, czyli sezonie 2018/2019 tylko w internecie liczba publikacji i wzmianek o lidze oraz jej klubach wyniosła średnio niemal 23 tys. miesięcznie. Łącznie było to 275,9 tys. razy. Wartość reklamowa wynosiła średnio około 4 mln zł miesięcznie (47 mln zł łącznie). Największą liczbą wzmianek i publikacji internetowych może się pochwalić GKS Katowice. Było to średnio 30,1 tys. miesięcznie. Pod tym względem, wynikiem ponad 20 tys. publikacji miesięcznie mogą pochwalić się także Stal Mielec i GKS Tychy. Korzyści medialne odnoszą także miasta, których nazwy występują w nazwach klubów. Pod tym względem liderem jest także stolica Górnego Śląska. W kontekście 1 Ligi wzmianki o Katowicach pojawiały się średnio ponad 30 tys. razy miesięcznie. Na drugim i trzecim miejscu uplasowały się Tychy oraz Mielec.

Nowe mieszkania pod Warszawą: gdzie jest ich najwięcej?

Wszystkie największe polskie metropolie posiadają rozbudowane aglomeracje. Warszawa oczywiście nie stanowi wyjątku. Istnieją różne sposoby wyznaczania oraz definiowania aglomeracji warszawskiej. Zgodnie z niektórymi założeniami, taką aglomerację poza samą Warszawą zamieszkuje dodatkowe 1,5 mln osób. Podwarszawskie powiaty ze względu na swoją bardzo dobrą lokalizację i ceny gruntów często o wiele mniejsze niż w stolicy, stanowią ciekawy cel dla deweloperów. Na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego z 2018 r. postanowiliśmy sprawdzić, gdzie najczęściej powstają nowe mieszkania pod Warszawą.

Odpowiednich informacji trzeba szukać w bazie BDL …

Informacji na temat liczby budowanych mieszkań pod Warszawą, najlepiej jest szukać w Banku Danych Lokalnych GUS. Wspomniany serwis Głównego Urzędu Statystycznego podaje między innymi liczbę rozpoczętych i ukończonych mieszkań, a także liczbę mieszkań, na których budowę uzyskano pozwolenia. „W tym kontekście warto wspomnieć, że wedle definicji stosowanych przez GUS, mieszkaniem jest zarówno lokal mieszkalny, jak i dom jednorodzinny” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Informacje przedstawione w poniższej tabeli dotyczą ostatniego pełnego roku. Trzeba nadmienić, że uwzględniają one już nową metodologię GUS – u. Zgodnie z podziałem stosowanym przez Główny Urząd Statystyczny od 2018 roku, jednoosobowe firmy budujące mieszkania na sprzedaż lub wynajem, nie są już zaliczane do inwestorów indywidualnych. Takie mikrofirmy deweloperskie powiększają wyniki dotyczące budownictwa na sprzedaż lub wynajem. Leszek Markiewicz ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl przypomina, że w praktyce jest to budownictwo związane wyłącznie z celem sprzedażowym, bo krajowi deweloperzy nie wynajmują mieszkań.

Deweloperzy sporo budują koło Piaseczna i Wołomina

W tabeli przedstawiliśmy m.in. informacje na temat skali budownictwa deweloperskiego w powiatach położonych blisko Warszawy. Chodzi o następujące jednostki podziału administracyjnego: pow. grodziski, pow. legionowski, pow. miński, pow. nowodworski, pow. otwocki, pow. piaseczyński, pow. pruszkowski, pow. warszawski zachodni oraz pow. wołomiński. „To właśnie w wymienionych powiatach otaczających stolicę pierścieniem, najczęściej powstają mieszkania” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Kolorystyczna skala z poniższej tabeli pozwala na stwierdzenie, że pod względem aktywności deweloperów w 2018 r. zdecydowanie przodował powiat wołomiński oraz powiat piaseczyński. Na terenie drugiego ze wspomnianych powiatów, deweloperzy w 2018 r. rozpoczęli ponad 2400 mieszkań. Takiej skali budownictwa deweloperskiego nie powstydziłoby się wiele miast o średniej wielkości. Pod względem liczby pozwoleń na budowę mieszkań, bardzo wysoki wynik uzyskał też powiat wołomiński (1950 pozwoleń w 2018 r.). Ciekawy wydaje się fakt, że deweloperzy podejmujący sporo inwestycji w powiecie piaseczyńskim, raczej nie chcą budować mieszkań i domów po drugiej stronie Wisły. „Niska liczba mieszkań oddawanych do użytku w powiecie otwockim potwierdza, że nie jest to zupełnie nowa sytuacja” – zauważa Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Osoby prywatne chętnie wybierają np. powiat miński

Mieszkania pod Warszawą chętnie budują również inwestorzy prywatni. Właśnie dlatego poniższa tabela uwzględnia dane dotyczące budownictwa indywidualnego. Takie informacje potwierdzają, że w minionym roku domy jednorodzinne często powstawały na terenie kilku lokalizacji chętnie wybieranych również przez deweloperów. Mowa o powiecie wołomińskim, powiecie piaseczyńskim, powiecie legionowskim oraz powiecie warszawskim – zachodnim (zobacz poniższa tabela). Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomościSzybko.pl uważa, że taka swoista rywalizacja o działki budowlane pomiędzy inwestorami prywatnymi oraz deweloperami może prowadzić do dodatkowego wzrostu cen gruntów na terenie wymienionych powiatów.

Warto zwrócić uwagę, że domy jednorodzinne dość często powstają również w powiatach cieszących się mniejszym zainteresowaniem deweloperów. Chodzi o wspomniany już wcześniej powiat otwocki, powiat miński i powiat grodziski. „W przypadku tak rozległego powiatu jak miński trzeba pamiętać, że oferuje on zarówno bardzo dobre lokalizacje pod budowę domu (niemal graniczące z Warszawą), jak i lokalizacje skutkujące koniecznością długotrwałego dojazdu do stolicy” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomościSzybko.pl.

Nowe mieszkania pod Warszawą NieruchomosciSzybko tab.1
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych GUS

Autor: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl