Amazońska dżungla płonie, świat bagatelizuje. Utrata „zielonych płuc Ziemi” odbije się na każdej gospodarce

Płonie puszcza Amazońska – o wielkim kryzysie alarmują media na świecie. Liderzy opinii, ambasadorzy ONZ zbierają i przekazują fundusze na wsparcie akcji gaśniczej, jak i odbudowy potencjału Amazonii. Dotychczas w akcję włączyły się już znane nazwiska – oferując pomoc pieniężną, wynajmując samoloty gaśnicze i zajmując zdecydowane stanowiska w kwestii podejmowania koniecznych działań. Podczas ostatniego szczytu grupy G7 zaproponowano wsparcie na rzecz ratowania amazońskich lasów w kwocie 20 milionów euro. To środki, które miałyby być przekazane natychmiast. Tymczasem prezydent Brazylii, Jair Bolsonaro odmówił ich przyjęcia.

– Z jednej strony to smutna wiadomość – ale sama suma środków, które miały zostać przekazane w geście od 7 najbogatszych państw świata, nie robi wrażenia – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, przedstawiciel i prezes Rady Global Compact Network Poland. – Skala problemu jest przecież bardzo duża i dotyczy wszystkich krajów na świecie, bez wyjątku. Utrata „zielonych płuc Ziemi” odbije się na każdej gospodarce, a w długiej perspektywie – szansie na przetrwanie ludzkości. Odmowa przyjęcia wsparcia przez Brazylię jest zrozumiała ze względów politycznych. Pojawił się nawet spór pomiędzy Bolsonaro, a prezydentem Francji – Emmanuelem Macronem. Brazylijska głowa państwa doradza przeznaczenie środków na zasadzenie drzew w Europie, która została znacznie przetrzebiona przez gospodarki wysokorozwinięte. Biorąc pod uwagę ilość strat środowiskowych na Starym Kontynencie, trudno odmówić mu racji. Jednak odmowa pomocy w sytuacji kryzysowej – trwających pożarów puszczy amazońskiej – świadczy o wyraźniej krótkowzroczności w prowadzonej polityce – ocenił Wyszkowski.

Złotemu ciążą obawy o skutki wyroku TSUE i realizacji obietnic wyborczych

dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB
dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB

Ostatnie dni przyniosły duże osłabienie polskie waluty wobec franka szwajcarskiego. Frank kosztuje ponad 4 zł, najdrożej w ciągu ostatnich 12 miesięcy. To efekt ataku inwestorów spekulacyjnych, którzy chcą zarobić na wyroku TSUE, dotyczącym frankowiczów.

Wyrok TSUE mamy poznać 3 października, a choć dotyczy sprawy indywidualnej będzie miał bardzo istotne znaczenie dla rynku walutowego, banków i posiadaczy kredytów mieszkaniowych w walutach obcych, a więc przede wszystkim frankowiczów.

– Banki mają zabezpieczenia walutowe, a gdyby wszystkie kredyty w walutach obcych miały w jednym momencie zostać zamienione na kredyty złotowe, musiałyby te zabezpieczenia zlikwidować. To wymagałoby zakupu waluty obcej przez banki i taki scenariusz jest rozgrywany przez inwestorów spekulacyjnych – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Temat jest gorący dla inwestorów, ale może się okazać, że wyrok niekorzystny dla banków może wzmocnić złotego, zamiast go osłabić. Dlaczego? Bo ewentualne efekty tego wyroku byłyby rozłożone na lata, każda umowa kredytowa byłaby zmieniana indywidualnie, po wytoczeniu bankowi procesu i jego wygraniu. Czyli nie pojawi się ogromny popyt na franka.

– Spekulanci nie będą zainteresowani, aby śledzić sytuację w nieskończoność – komentuje ekspert.

Jędrzyński: Wyrok TSUE ws. frankowiczów może doprowadzić do kryzysu na rynku nieruchomości

Jeżeli wyrok TSUE będzie korzystny dla frankowiczów, banki ograniczą kredytowanie. Skutki mogą być dramatyczne. Kryzys na rynku nieruchomości może okazać się znacznie poważniejszy od tego sprzed dekady.

– Czarny łabędź wpływa z zupełnie nieoczekiwanej strony, z gmachu TSUE, a 3 października zapadnie wiążący wyrok, jeżeli okaże się korzystny dla frankowiczów, banki będą zmuszone do przewalutowania kredytów na złotowe, przy utrzymaniu dotychczasowej, czyli ujemnej stawki LIBOR – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Banki przesadnie optymistycznie zapewniały, że kredyty w walutach obcych są wyjątkowo bezpieczne, zwłaszcza we frankach szwajcarskich. Gdy szwajcarski bank centralny przestał bronić swej waluty był to szok.

Pierwszą reakcją banków, po ewentualnie niekorzystnym dla nich wyroku TSUE, będzie drastyczne ograniczenie akcji kredytowej dla kupujących mieszkania i dla deweloperów.

Jakie dla gospodarki ma znaczenie czarny łabędź? Gdy się pojawia, dzieją się rzeczy, których nie da się przewidzieć, a nabyte wcześniej doświadczenie nie przygotowuje do tego, co ma nastąpić.

PPK a wysokość emerytury. Pierwsze wpłaty na konto PPK już w listopadzie

Jarosław Sadowski z Expandera
Jarosław Sadowski z Expandera

Już wkrótce pierwsi pracownicy zaczną oszczędzać w ramach nowego systemu. Jednak pieniądze, które zgromadzimy w PPK w niewielkim stopniu poprawią sytuację przyszłych emerytów, a zwłaszcza kobiet. Polski system emerytalny jest w bardzo trudnej sytuacji.

Z wyliczeń Expandera wynika, że kobiety obecnie będące w wieku około 35 lat, do uzyskania emerytury w wysokości ich ostatniej pensji, potrzebują 9-krotnie wyższych oszczędności niż te, które uda im się zgromadzić w PPK. W przypadku mężczyzn w tym wieku, potrzeba 3-krotnie więcej.

Argumentem przemawiającym za pozostaniem w PPK jest fakt, że zgromadzimy tam znacznie więcej pieniędzy niż odkładając je samodzielnie. Składki płyną tam bowiem nie tylko z naszego wynagrodzenia, ale również od pracodawcy i od państwa.

– To może sugerować, że zgromadzimy tam niebotyczne sumy, które zagwarantują nam komfortową sytuację na starość. To jednak tylko złudzenie – mówi w rozmowie z MarketNews Jarosław Sadowski z Expandera.

Kobieta, która przystąpi do PPK w wieku 35 lat i która zarabia 3000 zł netto, zgromadzi w tym programie ok. 105 000 zł (przy podstawowych składkach). Mężczyzna, w takim samym wieku i z takim samym dochodem, odłoży natomiast 147 000 zł (dzięki o 5 lat dłuższej pracy). Te kwoty mogą robić wrażenie, ale w rzeczywistości nie wystarczą na emeryturę pod palmami.

– Ci, który przejdą na emeryturę za 20-30 lat otrzymają świadczenie z ZUS wynoszące jedynie 20%-30% ich ostatniego wynagrodzenia. W naszych wyliczeniach przyjęliśmy optymistycznie, że będzie to 40%, czyli jeśli ktoś będzie zarabiał równowartość np. 3000 zł, to emerytury dostanie jedynie 1200 zł. Przyczyną tego problemu jest demografia – wyjaśnia J.Sadowski. – W przyszłości liczną grupę emerytów urodzonych w latach 70-tych i 80-tych będą musiały utrzymać nieliczne roczniki z lat 90-tych i młodsze. Żeby było to możliwe, to albo kosmicznie wysokie musiałyby być wtedy składki na ZUS, albo emerytury będą musiałby być bardzo niskie.

Aby na emeryturze móc utrzymać wcześniejszy poziom życia, trzeba mieć oszczędności, które pozwolą na wypłacanie sobie co miesiąc brakującej kwoty. Jeśli np. przed emeryturą będziemy zarabiać równowartość 3000 zł, a emerytury dostaniemy 1200 zł, to oznacza, że brakujące 1800 zł powinniśmy wypłacać sobie z oszczędności. Żeby jednak było to możliwe trzeba zgromadzić wielokrotnie wyższą kwotę niż ta, jaką odłożymy w PPK.

Żeby mieć emeryturę w takiej wysokości jak pensja, to będąca obecnie w wieku 35 lat kobieta, zarabiająca obecnie 3000 zł, do 60 roku życia powinna zebrać 969 000 zł. To aż 9-krotnie więcej niż kwota jaką zgromadzi w PPK, płacąc podstawowe składki. Mężczyzna w wieku 35 lat, do 65 roku życia powinien zgromadzić 488 000 zł. Potrzebuje więc 3-krotnie więcej niż w odłoży w PPK. Niezależnie czy ktoś będzie uczestniczył w PPK czy też nie, to i tak powinien sporo oszczędzać na starość. W tabeli prezentujemy jaką kwotę dochodu netto należy odkładać, aby zapewnić sobie emeryturę w takiej wysokości jak ostatnia pensja.

1 lipca największe firmy (powyżej 250 pracowników) weszły do systemu Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK). Ustawa ich dotycząca zakłada utworzenie prywatnego, dobrowolnego systemu gromadzenia oszczędności emerytalnych, w który zaangażowane mają być: państwo, pracodawcy i pracownicy. Do programu może przystąpić każda osoba zatrudniona, która podlega obowiązkowo ubezpieczeniom emerytalnym i rentowym.

Firmy do 25 września, miały obowiązek porozumienia się z zatrudnionymi co do wyboru instytucji, która będzie dla firmy prowadziła PPK. Później, do 25 października powinny podpisać umowę o zarządzanie PPK. Do 12 listopada będą musiały bowiem podpisać kolejną umowę, tym razem o prowadzenie PPK. Dopiero ta umowa pociągnie za sobą obowiązek przekazywania składek.

Dolar pozostaje mocny

Dolar pozostaje mocny w końcówce kwartału. Jego siła idzie w parze z coraz pozytywniej zaskakującymi danymi z amerykańskiej gospodarki. Wskaźnik mierzący jak odczyty wypadają na tle prognoz przyjmuje obecnie najwyższe wartości nie tylko w tym roku, a wręcz od maja 2018, czyli czasu gdy Fed szykował się do kontynuacji polityki podnoszenia stóp procentowych.

Oczywiście impet wzrostu w tym okresie mocno wyhamował. Wysokie wartości indeksu pokazują jednak, że nie aż tak mocno jak obawiał się tego rynek. Innymi słowy: wzrost jest słabszy niż rok temu, ale lepszy niż prognozowano. A skoro nie było aż tak wyraźnego pogorszenia się koniunktury jak zakładano, to w wielu głowach rodzi się myśl, że nie ma też ewidentnej potrzeby silnej redukcji stóp. Część inwestorów zaczyna powątpiewać w zakładaną wcześniej skalę obniżek. W rezultacie obecnie wycenione są jeszcze dwie pełne obniżki w horyzoncie dwunastomiesięcznym. W ostatnim miesiącu wyceniano nawet 38 pb obniżek więcej. Wodą na młyn są sygnały z Fed, zwłaszcza wystąpienie Evansa, który uważa, że parametry polityki są w tej chwili odpowiednie.

Uważamy, że w obecnym położeniu dolar stoi przed poważnymi zagrożeniami a przestrzeń do jego umocnienia jest wąska. Warto też odnotować, że dolar ma ewidentne problemy ze zdobywaniem pola – impet aprecjacji jest mizerny. EUR/USD bezpośrednio po przebiciu 1,0925 nie spadł nawet pod 1,09.

Postrzeganie euro jest nadal negatywne, trudno żeby było inaczej przy tak fatalnych odczytach PMI. Jednocześnie mamy wrażenie, że strach przed recesją w Eurolandzie jest przesadzony. Wzrost pozostanie pewnie mizerny w kolejnych kwartałach, ale nie powinna się ona skurczyć. Funt runął na 300 pipsów od szczytów z ubiegłego piątku i GBP/USD powrócił w okolice 1,23. Uważamy, że w tych okolicach powinna wystąpić próba wyhamowania ostrej zniżki. Brytyjskiej walucie nie pomagają jednak na pewno sygnały z Banku Anglii. Nawet zwolennicy restrykcyjnej polityki przyznają, że nawet w scenariuszu brexitowego happy endu nie można wykluczyć obniżki stóp. Globalna fala luzowania dociera zatem również na Wyspy. O ile funtowi władze monetarne nie pomagają, to walutom Antypodów nawet sygnały z banków centralnych nie są w stanie pomóc. Wszystkie podbicia AUD/USD czy NZD/USD zakorzenione w studzeniu oczekiwań na luzowanie są szybko wygaszane. EUR/PLN pozostaje blisko 4,40 i przed wyrokiem TSUE nie powinno ulec to zmianie. Silny dolar szkodzi też notowaniom złota, kurs uncji spada pod 1500 USD. Jeśli mowa o rynkach surowców, to naszym scenariuszem bazowym jest ponowne odbicie notowań ropy na wyższe pułapy.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Niższa stawka PIT od 1 października. Co się zmienia?

Od 1 października wejdą w życie nowe przepisy dotyczące rozliczania podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT). Ustawa reguluje między innymi obniżenie stawki podatku dla pierwszego progu podatkowego oraz obniżenie kwoty zmniejszającej podatek.

Obniżenie stawki pierwszego progu podatkowego

Piotr Ciszewski, ekspert podatkowy w firmie inFakt
Piotr Ciszewski, ekspert podatkowy w firmie inFakt

Według Piotra Ciszewskiego, eksperta podatkowego w firmie inFakt, najważniejszą zmianą wprowadzoną na mocy znowelizowanej ustawy jest obniżenie stawki pierwszego progu podatkowego. Zgodnie z art. 27 znowelizowanej ustawy o PIT podatek dochodowy jest pobierany od podstawy jego obliczenia według następującej skali:

  • do 85 528 zł podatek wynosi 17%
  • ponad 85 528 zł wynosi bez zmian 12 539,76 zł +32% nadwyżki ponad 85 528 zł

Wyliczony podatek podlega pomniejszeniu o kwotę zmniejszającą podatek, która z uwagi na obniżenie stawki PIT będzie wynosić:

  • 1 360 zł dla podstawy obliczenia podatku nieprzekraczającej 8 000 zł;
  • 1 360 zł – (834,88 * [podstawa obliczenia podatku – 8 000 zł] / 5 000 zł) dla podstawy obliczenia podatku wyższej niż 8 000 zł, ale nieprzekraczającej 13 000 zł;
  • 525,12 zł dla podstawy obliczenia podatku wyższej niż 13 000 zł, ale nie wyższej niż 85 528 zł;
  • 525,12 zł – (525,12 zł * [podstawa obliczenia podatku – 85 528 zł] / 41 472 zł) dla podstawy obliczenia podatku wyższej niż 85 528 zł, ale nieprzekraczającej 127 000 zł.

W przypadku podatników, których dochody nie przekroczą kwoty stanowiącej górną granicę pierwszego przedziału skali podatkowej, przy wyliczaniu zaliczki na podatek dochodowych przedsiębiorcy stosowali kwotę zmniejszającą w wysokości 556,02 zł rocznie. Od nowego roku kwota ta będzie wynosić 525,12 zł. Opisane zmiany będą obowiązywać dla przychodów osiągniętych od 1 stycznia 2020.

Przepisy przejściowe od 1 października 2019 roku

Jak zauważa ekspert inFakt, znowelizowana ustawa reguluje także sposób rozliczania zaliczek na podatek dochodowy za IV kwartał 2019 roku. Przy obliczaniu zaliczek na podatek dochodowy od dochodów uzyskanych od 1 października 2019 do dnia 31 grudnia:

  • zamiast stawki 18% stosuje się stawkę 17%;
  • kwota zmniejszająca podatek wynosi 525,12 zł.

Z uwagi na rozliczanie zaliczek na podatek dochodowy według stawki 18% dla miesięcy styczeń wrzesień oraz według stawki 17% dla przychodów uzyskanych od października do grudnia ustawodawca wprowadza za cały rok podatkowy stawki 17,75% – wyjaśnia Piotr Ciszewski.

Natomiast kwota zmniejszająca podatek będzie wynosić:

  • 1 420 zł dla podstawy obliczenia podatku nieprzekraczającej 8 000 zł;
  • 1 420 zł – (871,70 * [podstawa obliczenia podatku – 8 000 zł] / 5 000 zł) dla podstawy obliczenia podatku wyższej niż 8 000 zł, ale nieprzekraczającej 13 000 zł;
  • 548,30 zł dla podstawy obliczenia podatku wyższej niż 13 000 zł, ale nie wyższej niż 85 528 zł;
  • 548,30 zł – (548,30 zł * [podstawa obliczenia podatku – 85 528 zł] / 41 472 zł) dla podstawy obliczenia podatku wyższej niż 85 528 zł, ale nieprzekraczającej 127 000 zł.

Koszty uzyskania przychodu

Pierwszą z planowanych zmian jest zwiększenie kosztów uzyskania przychodów z tytułu służbowego, stosunku pracy, spółdzielczego stosunku pracy oraz pracy nakładczej. Koszty uzyskania przychodów:

  • 111, 25 zł miesięcznie, a w skali roku podatkowego nie więcej niż 1 335 zł, w przypadku uzyskania przychodów z tytułu jednego stosunku służbowego, stosunku pracy, spółdzielczego stosunku pracy oraz pracy nakładczej zostaną zwiększone do kwoty 250 zł, a w skali roku podatkowego nie więcej niż 3 000 zł (art. 22 ust. 2 pkt. 1);
  • w przypadku, gdy podatnik uzyskuje przychody równocześnie z tytułu więcej niż jednego stosunku służbowego, stosunku pracy, spółdzielczego stosunku pracy oraz pracy nakładczej, nie mogą przekroczyć łącznie 2 002,05 zł za rok podatkowy, po zmianach limit wzrośnie do 4 500 zł;
  • 139,06 zł miesięcznie, a w skali roku podatkowego nie więcej niż 1 668,72 zł, w przypadku gdy miejsce stałego lub czasowego zamieszkania podatnika jest położone poza miejscowością, w której znajduje się zakład pracy, a podatnik nie uzyskuje dodatku za rozłąkę. Analogicznie po zmianach wynoszą 300 zł miesięcznie, a w skali roku podatkowego nie więcej niż 3 600 zł (art. 22 ust. 2 pkt. 3);
  • w przypadku, gdy podatnik uzyskuje przychody równocześnie z tytułu więcej niż jednego stosunku służbowego, stosunku pracy, spółdzielczego stosunku pracy oraz pracy nakładczej, a miejsce stałego lub czasowego zamieszkania podatnika jest położone poza miejscowością, w której znajduje się zakład pracy, a podatnik nie uzyskuje dodatku za rozłąkę, obecny limit nie mógł przekroczyć łącznie 2 502,56 zł za rok podatkowy, po zmianach koszty nie będą mogły przekroczyć 5 400 zł.

Nowa era motoryzacji, czyli przyszłość sektora motoryzacji w Polsce

Przemysł motoryzacyjny w Polsce w ostatnich kilkunastu latach rósł w tempie 6,5 proc. rocznie. Branża ta jest niekwestionowanym liderem wśród polskich eksporterów. Z najnowszego raportu Banku Pekao wynika, że przemysł nowej generacji, obejmujący m.in. napędy elektryczne czy inteligentne samochody, stanowi wyzwanie, ale też i dużą szansę dla działających w Polsce firm.

Z raportu „Nowa era motoryzacji. Jak odnajdzie się w niej polski przemysł?”, opublikowanego przez Bank Pekao, wynika, że w 2018 roku polski przemysł motoryzacyjny wytworzył dobra o łącznej wartości 145 mld zł. Głównym motorem rozwojowym stał się segment części, w którym wyrośliśmy na jednego z europejskich liderów. Branża zalicza się do ekskluzywnego grona największych sektorów przemysłowych Polski, posiadając 13 proc. udział w krajowym przetwórstwie.

Sektor wyróżnia się wysokim zaangażowaniem kapitału zagranicznego. Międzynarodowe koncerny współpracują jednak ściśle z polskimi firmami, tworząc rozległy ekosystem. Sektor zatrudnia łącznie nawet 225 tys. osób, generując zaawansowane miejsca pracy (przeciętna miesięczna płaca jest wyższa o 8 proc. od średniej w gospodarce).

– Branża motoryzacyjna to jeden z fundamentów polskiej gospodarki, dlatego przyglądamy się jej ze wzmożoną uwagą. Mimo wyzwań w krótkim terminie – takich jak spowolnienie gospodarcze w UE czy konflikty handlowe – perspektywy rysują się optymistycznie. Branża stoi na solidnych fundamentach i rozwija się w wielu wymiarach, dzięki czemu jak dotąd skutecznie opierała się schłodzeniu niemieckiej gospodarki. Nawet jeśli kolejne kwartały przyniosą spowolnienie, powinno ono być tymczasowe – podkreśla Kamil Zduniuk, ekspert z Zespołu Analiz Sektorowych Banku Pekao S.A, autor raportu.

Raport Pekao powstał w kluczowym dla branży momencie. Przemysł motoryzacyjny na całym świecie wchodzi w nową erę, definiowaną przez megatrendy, takie jak nowe rodzaje napędów (w tym elektromobilność), inteligentne rozwiązania dla samochodów czy carsharing.

– Główne megatrendy przyniosą nieodwracalne zmiany we wszystkich elementach łańcucha wartości i nie inaczej będzie w Polsce. Przed sektorem staną poważne wyzwania, ale też niepowtarzalne szanse. Skala jego adaptacji do tych zmian będzie determinowała przyszłe tempo rozwoju. Dla przykładu, oceniamy, że nawet połowę udziału w krajowym przemyśle części mają obszary wrażliwe na wzrost roli napędów elektrycznych – twierdzi Kamil Zduniuk.

Według raportu, kluczem będzie zdolność Polski do absorpcji nowych inwestycji, a więc zachęcenie dotychczasowych i zupełnie nowych inwestorów do rozwoju krajowej motoryzacji w kierunku zgodnym ze światowymi trendami. Jednocześnie, proaktywnie w te nowe łańcuchy wartości muszą włączać się również krajowe przedsiębiorstwa.

– Widzimy wiele szans dla polskiej motoryzacji. Wykreowana specjalizacja w obszarze części daje doskonały fundament do tego, abyśmy w przyszłości stali się optymalnym miejscem w Europie do lokowania produkcji w zakresie nowoczesnych rozwiązań, np. elektromobilności. Takie inwestycje już zaczynają napływać, a po stronie polskich firm widoczne jest coraz większe zaangażowanie w tych obszarach. Nasz kraj może być też zagłębiem kapitału intelektualnego, umożliwiającego tworzenie hubów rozwiązań dla samochodów inteligentnych i autonomicznych. Mamy tu znaczące przewagi konkurencyjne nawet wobec bogatych państw zachodnich – uważa Kamil Zduniuk.

Jednocześnie, jak wynika z raportu Banku Pekao, Polska może być nadal beneficjentem dalszego optymalizowania produkcji tradycyjnych aut spalinowych i części. Obszar ten jeszcze długo będzie odgrywał istotną rolę mimo zachodzących zmian, m.in. ze względu na rolę rynku wtórnego czy zróżnicowane tempo rozwoju poszczególnych regionów świata.

– Napędy spalinowe nie znikną z dnia na dzień, a stopniowa transformacja motoryzacji to ważna informacja dla branży. Pozwala na „okres przejściowy”, który będzie trwał jeszcze kilkanaście lat. W tym czasie można rozwijać się dzięki dotychczasowym motorom wzrostu, jednocześnie budując drugą już gałąź działalności, ukierunkowaną na motoryzację przyszłości – mówi autor raportu.

Spośród trzech zaproponowanych scenariuszy, scenariusz bazowy zakłada, że branża do 2030 roku osiąga wartość produkcji 245 mld zł, przy średnim tempie rozwojowym 4,5 proc. rocznie (łączny wzrost o prawie 70 proc.).Szybkość adaptacji nowych technologii mogłaby jednak pozwolić na osiągnięcie nawet 305 mld zł (ponad dwukrotny wzrost względem 2018 r.). Istnieje jednak też wariant pesymistyczny – trwałe pozostanie przy kurczących się segmentach tradycyjnych może skutkować długoterminową stagnacją branży (średnie tempo nieprzekraczające 1 proc. rocznie).

Aby wykorzystać otwierające się szanse, potrzebne są działania zarówno samych firm, jak i instytucji państwowych. Wykreowanie wizerunku Polski jako atrakcyjnej lokalizacji dla nowoczesnych rozwiązań motoryzacyjnych przyniesie długotrwałe korzyści dla sektora i całej gospodarki – podsumowuje Kamil Zduniuk.

Branża paliwowa pracuje nad czystymi paliwami. Mają być nieszkodliwe dla ludzi i środowiska

Branża paliwowa pracuje nad czystymi paliwami. Mają być nieszkodliwe dla ludzi i środowiska 1

Spaliny samochodowe są dużo bardziej szkodliwe dla ludzi niż zanieczyszczenia pochodzące z przemysłu, a pojazdy samochodowe są największym źródłem skażenia środowiska. Rynek opracowuje więc ekologiczne alternatywy dla tradycyjnych paliw. Jedną z istniejących jest benzyna alkilatowa, która zmniejsza emisję dwutlenku węgla o 40 proc., emisję szkodliwych substancji o ponad 90 proc. Nie zawiera też rakotwórczych związków. Na razie jest to rozwiązanie do małych silników, np. w kosiarkach czy piłach, ale firmy z branży pracują nad alternatywnymi systemami zasilania.

– Rynek paliw od wielu lat dąży do zmniejszenia negatywnego wpływu na środowisko. Producenci silników, urządzeń, ale przede wszystkim paliw dążą do tego, aby te paliwa były jak najczystsze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kamil Skorupski, prezes zarządu firmy Warter Fuels. – W ubiegłym roku zostało wyeliminowane z rynku ostatnie paliwo ołowiowe, a jeszcze kilkanaście lat temu ołów był standardowym składnikiem paliwa dla samochodów.

Spalanie tradycyjnych paliw przyczynia się do wysokiej emisji dwutlenku węgla do atmosfery i powstawania smogu. Ma też wpływ na zdrowie ludzi. Benzen jest jedną z najgroźniejszych trucizn przemysłowych, uznawaną za czynnik rakotwórczy dla układu krwiotwórczego i chłonnego. A jest to tylko jeden z niebezpiecznych związków występujących w klasycznym paliwie.

– Tradycyjne paliwa przyczyniają się do emisji dwutlenku węgla do atmosfery, węglowodorów, benzenów i innych szkodliwych substancji – podkreśla Skorupski.

Od kilku lat branża motoryzacyjna i paliwowa są świadome zagrożeń i pracują nad innowacyjnym zasilaniem. Biopaliwa, gaz, energia elektryczna czy wodór stopniowo zastępują benzynę i diesla. Trwają również prace nad alternatywnymi paliwami.

Przykładem jest benzyna alkilatowa, która jest pozbawiona węglowodorów aromatycznych, w tym kancerogennego benzenu oraz olefin i związków tlenowych (alkoholi, eterów). Paliwo to zmniejsza emisję dwutlenku węgla o 40 proc., a emisję szkodliwych substancji – o 90 proc.

To rozwiązanie, które w krajach skandynawskich jest już stosowane niemal powszechnie, na razie w mniejszych silnikach, np. w kosiarkach spalinowych czy motorówkach. Korzystają z nich np. drwale, którzy pracują przez kilka godzin dziennie z piłami spalinowymi.

 Przykładem może być zwykła kosiarka ogrodowa, która jest pozbawiona katalizatora. Podczas swojej pracy emituje ona tyle substancji szkodliwych do atmosfery co ok. 50 samochodów osobowych. Nawet nie mamy świadomości, jak duży wpływ na emisję szkodliwych substancji ma używanie nawet takich podstawowych urządzeń, jak piła spalinowa, kosiarka, podkaszarka, agregat prądotwórczy – tłumaczy ekspert.

Paliwo alkilatowe produkuje obecnie pięć rafinerii, w tym jedna w Polsce. Na naszym rynku można je kupić online od połowy 2019 roku.

Paliwa alkilatowe są droższe ze względu na swoją konstrukcję i kompozycję, ponieważ są skonstruowane i skomponowane z zupełnie innych substancji niż standardowe paliwa. Ale powstaje pytanie, czy jest kompromis dla własnego zdrowia, ekologii i dbania o sprzęt? – mówi Kamil Skorupski.

Ceny paliw alternatywnych będą spadać wraz z ich upowszechnieniem.

– Mamy ogromną liczbę urządzeń spalinowych, czyli napędzanych silnikami tłokowymi, które nie znikną przez jeszcze wiele lat z naszego rynku. Nie wszystkie da się zastąpić urządzeniami elektrycznymi, dlatego producenci robią wszystko, aby użytkowanie urządzeń napędzanych silnikami spalinowymi czy tłokowymi było jak najbardziej przyjazne środowisku. Wydaje mi się, że minie jeszcze wiele lat, zanim nastąpi rewolucja elektryczna – ocenia Kamil Skorupski.

Wydatki na sponsoring sportowy szybko rosną. Wyzwaniem dla rynku jest rozwój własnych platform streamingowych przez federacje i kluby

Wydatki na sponsoring sportowy szybko rosną. Wyzwaniem dla rynku jest rozwój własnych platform streamingowych przez federacje i kluby 2

Wydatki na sponsoring sportowy są najwyższe od lat. Łącznie na wspieranie różnych dyscyplin w Polsce w 2018 roku sponsorzy przeznaczyli ponad 916 mln zł – wynika z raportu Sponsoring Insight. To efekt nie tylko lepszych wyników polskich sportowców, lecz także większej liczby organizowanych wydarzeń. Prym wiedzie piłka nożna, która odpowiada za 1/3 przychodów ze sprzedaży praw sponsoringowych. Wysoko są także siatkówka i sporty motorowe.

– Wartość rynku zależy przede wszystkim od jego dojrzałości, od gotowości sponsorów, firm decydujących się na sponsoring sportu jako formę promocji swojej marki. Ważnym czynnikiem jest też liczba wydarzeń sportowych. Większe zaangażowanie sponsorów widzimy w latach, kiedy w Polsce organizowane było euro w piłce nożnej czy ręcznej, mistrzostwa świata lub Europy w siatkówce. Duże znaczenie mają też sukcesy poszczególnych klubów lub reprezentacji krajowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Seweryn Plotan, dyrektor zarządzający Sponsoring Insight.

Z raportu „Rynek sponsoringu sportowego” przygotowanego przez Sponsoring Insight wynika, że w 2018 roku wartość rynku – liczonego jako nakłady spółek prawa handlowego – przekroczyła 916 mln zł. Dla porównania w 2017 roku było to ok. 870 mln, a jeszcze w 2012 roku – 743 mln zł.

W Europie wartość sponsoringu sportowego przekroczyła w 2018 roku 22,6 mld dol., a Polska wciąż goni europejskie i światowe potęgi. Takie transakcje, jak PKO BP z Lotto Ekstraklasą, Coca-Cola z PZPN, czy Fortuna z 1. Ligą pokazują, że potencjał marketingowy zauważają największe koncerny. Tym samym wartość sponsoringu będzie stopniowo rosnąć.

Wśród dyscyplin prym wiedzie piłka nożna – zarówno w Polsce, Europie, jak i na świecie. W Polsce w rankingu przychodów ze sprzedaży praw sponsoringowych jest absolutnym liderem (32,3 proc. przychodów przy 30,8 proc. w 2017 roku). Wzrost udziału wynika m.in. z wyraźnego zwiększenia przychodów ze sprzedaży praw sponsoringowych przez Lotto Ekstraklasę, która zarządza rozgrywkami czołowych klubów piłkarskich w Polsce.

– Polska ma swoje specyficzne dyscypliny sportu takie jak siatkówka, która jest na 2. miejscu, zarówno pod względem zainteresowania Polaków, jak i pod względem nakładów finansowych na sponsoring [18,3 proc. udział – red.]. Kolejną taką dyscypliną jest żużel. Sporty motorowe zajmują 3. miejsce w rankingu [13,3 proc. – red.]. Mówimy tutaj też o Formule 1. Topową piątkę zamykają koszykówka, która po 52 latach wróciła na mistrzostwa świata, i piłka ręczna [obie po ok. 8 proc. udziału – red.] – wymienia Seweryn Plotan.

W zestawieniu właścicieli praw sponsoringowych pod względem udziału w przychodach z tytuły sprzedaży tych praw liderem są kluby sportowe, które mają nieco ponad połowę rynku. Następnie są związki sportowe (20 proc.), wydarzenia sportowe (10 proc.) i ligi sportowe (9 proc.).

Dwie trzecie badanych właścicieli praw sponsoringowych podkreśla, że buduje ich wartość głównie przez inwestowanie w media własne (w tym social media). To może znacząco zmienić rynek.

– Coraz więcej lig sportowych w Europie, w tym polska Ekstraklasa, uruchamia własne platformy. Kolejne ligi prawdopodobnie będą szły tym tropem i będą się komunikować za pomocą swoich własnych platform, tam będziemy wykupywać pojedyncze transmisje, a nie całe pakiety w sieciach kablowych, więc de facto jest to wyeliminowanie pośrednika na tym rynku transmisji telewizyjnych – przekonuje Seweryn Plotan.

Własne platformy OTT [Over The Top – udostępniane przez operatorów ich abonentom – red.] mają – poza Ekstraklasą – także UEFA czy hiszpańska La Liga. Materiały wideo poprzez własne serwisy streamingowe udostępniają też amerykańskie NBA i NHL.

 To wyzwanie pod kątem technologicznym z jednej strony, z drugiej strony kwestia przerzucenia odbiorców telewizji linearnej i zmiany nawyków – mówi Seweryn Plotan. – Telewizja jest bardzo wygodna, włączasz kanał i jest transmisja, a nie trzeba jej kupować. Dlatego to medium na pewno będzie jeszcze istniało wiele lat, jeśli nie zawsze. Pamiętam, że jeszcze parę lat temu, kiedy w MMA trzeba było zapłacić pierwszy raz za wideo on demand, to były głosy sprzeciwu, jak to ma działać. Dzisiaj to już jest zupełnie normalne. Przyszłe lata pokażą, czy to będzie standard na polskim rynku.

Nowym trendem jest też sponsoring e-sportu, którego popularność szybko rośnie. Newzoo podaje, że rynek wirtualnego sportu w 2019 roku może osiągnąć wartość 1,1 mld dol., a Polska to jeden z większych e-sportowych rynków.

 Różni się od tradycyjnego sportu grupą docelową. Dociera do młodych odbiorców w wieku 15–25 lat i są oni na pewno bardzo zaangażowani. Druga różnica to forma promocji sponsora. E-sport transmituje się za pomocą własnych platform komunikacyjnych, więc ma możliwość dodania wielu form promocji, myślę tutaj o formach digitalowych, wyświetlaniu logotypów itp. – mówi ekspert.

Zmiany w działalności fizjoterapeutów. Pacjenci będą lepiej chronieni

Do 31 października fizjoterapeuci mają czas na wybór odpowiedniej dla siebie formy prawnej prowadzenia działalności gospodarczej. Mogą zarejestrować praktykę fizjoterapeutyczną albo stać się właścicielami podmiotu leczniczego. Różnice pomiędzy obiema formami dotyczą przede wszystkim kwoty obowiązkowego ubezpieczenia OC dla fizjoterapeuty – minimum 30 tys. euro w przypadku praktyki i 75 tys. euro przy podmiocie leczniczym.

Fizjoterapeuci mają mało czasu, żeby podjąć bardzo ważną decyzję. Do 31 października wszyscy, którzy prowadzą działalność gospodarczą – szacujemy, że jest ich blisko 20 tysięcy – muszą ją zamienić w działalność regulowaną w sektorze ochrony zdrowia. Oznacza to, że muszą albo zarejestrować praktykę fizjoterapeutyczną, albo zarejestrować i stać się właścicielami podmiotu leczniczego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Twardowski, dyrektor Biura Ubezpieczeń Medycznych i Odpowiedzialności Cywilnej w INTER Polska.

Organ, który wpisuje do rejestru, ma na to 30 dni od dnia wpłynięcia wniosku.

– Na pewno praktyczniejszą formą prowadzenia działalności, łatwiejszą do zarejestrowania, do prowadzenia i wymagającą spełnienia mniej warunków jest rejestracja praktyki fizjoterapeutycznej. Rejestracja podmiotu leczniczego wiąże się z większymi restrykcjami zarówno lokalowymi, jak i związanymi z ubezpieczeniem odpowiedzialności cywilnej – ocenia Andrzej Twardowski.

Co do zasady, praktyka zawodowa to rozwiązanie dla osób, które chcą wykonywać zawód fizjoterapeuty w ramach działalności gospodarczej, bez wielu obostrzeń prawnych. Podmiot leczniczy pozwala zatrudniać inne osoby, ale przy tym jest też obarczony wieloma restrykcjami, których nie ma w przypadku praktyki zawodowej.

– Pierwszą z różnic jest miejsce, w którym fizjoterapia/”>fizjoterapeuta musi dokonać rejestracji. Jeśli decyduje się na rejestrację praktyki fizjoterapeutycznej, musi jej dokonać w Krajowej Izbie Fizjoterapeutów. Jeśli natomiast chce zostać właścicielem podmiotu leczniczego, to rejestracji powinien dokonać u odpowiedniego wojewody w województwie, w którym tę działalność leczniczą chciałby wykonywać – mówi Andrzej Twardowski.

Za rejestrację praktyki trzeba zapłacić 98 zł, a podmiotu leczniczego – 486 zł. W obu przypadkach przy rejestracji konieczne jest przedstawienie polisy obowiązkowego ubezpieczenia OC.

– Dla praktyki fizjoterapeutycznej ubezpieczenie może być niższe – na 30 tys. euro na jedno zdarzenie w okresie ubezpieczenia, natomiast dla podmiotu leczniczego jest to suma 75 tys. euro w okresie ubezpieczenia – wylicza ekspert.

Pacjent może dochodzić od fizjoterapeuty odszkodowania za szkody będące wynikiem procesu leczenia, zadośćuczynienia za ból i cierpienie, a gdy uszczerbek na zdrowiu spowodował niezdolność do pracy – także renty. Ubezpieczenie OC ma pokryć ewentualne skutki majątkowe szkód na zdrowiu pacjenta. Maksymalna wysokość odpowiedzialności ubezpieczyciela za wszystkie szkody w okresie ubezpieczenia to odpowiednio: 150 tys. euro, jeśli fizjoterapeuta zdecyduje się na praktykę, oraz 350 tys. euro w przypadku podmiotu leczniczego.

– Trzeba sobie zadać pytanie, czy wystarczy, kiedy spełnię obowiązek ubezpieczeniowy i kupię ubezpieczenie na najniższą wymaganą prawnie sumę. Zdarza się, że roszczenia pacjentów i szkody wyrządzone przez fizjoterapeutę wielokrotnie przewyższają wysokość 30 tys. euro. Warto się więc zastanowić nad tym, żeby dokonać wyboru ubezpieczenia na jak najwyższą sumę – przekonuje Twardowski.

Wyższe kwoty ubezpieczenia mogą się okazać koniecznością, bo w przypadku wysokich roszczeń klientów, fizjoterapeuci będą musieli pokryć je z własnych oszczędności. Tymczasem, jak wynika z badania firmy Kantar na zlecenie Krajowej Izby Fizjoterapeutów, przeciętny fizjoterapeuta zarabia ok. 2 075 zł netto. Posiadanie ubezpieczenia nawet na minimalną wymaganą kwotę, to zabezpieczenie interesów zarówno fizjoterapeuty, jak i pacjentów.

– Działalność, niezależnie od tego, czy jest to praktyka, czy jest to podmiot leczniczy, musi spełniać określone wymogi związane z zabezpieczeniem finansowym nie tylko samego fizjoterapeuty, lecz także pacjenta. Takim zabezpieczeniem jest właśnie ubezpieczenie obowiązkowe odpowiedzialności cywilnej. W przypadku szkody zabezpieczy ono interesy pacjenta i pozwoli mu na pokrycie kosztów leczenia, kosztów zadośćuczynienia, a jeśli sytuacja będzie rzeczywiście krytyczna –  na pokrycie comiesięcznej dożywotniej renty – podkreśla Andrzej Twardowski.

Polacy jedzą o 12 kg cukru przetworzonego więcej niż dekadę temu. Podatek cukrowy mógłby zahamować ten wzrost

Polacy jedzą o 12 kg cukru przetworzonego więcej niż dekadę temu. Podatek cukrowy mógłby zahamować ten wzrost 3

W latach 2008–2017 spożycie czystego cukru spadło o blisko 6 kg na osobę, ale za to o blisko 12 kg wzrosła konsumpcja cukru przetworzonego, zawartego w słodkich przekąskach i gotowych potrawach – wynika z danych przytaczanych przez MZ i NFZ. W tym samym okresie o kilka procent wzrosła liczba osób otyłych i z nadwagą, a to pociąga za sobą wzrost zachorowań na cukrzycę. Choruje na nią 2,7 mln Polaków. – Wszystkie produkty, które zawierają cukry proste i sacharozę, powinny być dodatkowo opodatkowane, a z tych pieniędzy powinniśmy sfinansować profilaktykę i leczenie cukrzycy – wskazuje Krzysztof Łanda, były wiceminister zdrowia.

 Ponieważ podatki nakładane na tytoń są coraz wyższe, to spada konsumpcja i palenie papierosów. Wydaje mi się, że podobnie byłoby z cukrem. Na każdy produkt, który zawiera cukry proste bądź sacharozę, powinien być nałożony dodatkowy podatek, może 2 proc., 5 proc., może 20 proc. ceny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Łanda, prezes firmy Meritum LA, były wiceminister zdrowia.

Podatek nałożony na produkty z cukrem pomógłby zmniejszyć ilość spożywanego cukru. Jak wynika z danych prezentowanych w ramach kampanii MZ i NFZ „Planuję długie życie”, w 2017 roku statystyczny Polak zjadł nieco ponad 11 kg czystego cukru i 33,3 kg w innej postaci, np. w napojach gazowanych. To w sumie o 6 kg więcej niż w 2012 roku.

– Niektóre napoje gazowane zawierają nie tylko sacharozę, którą nasz język i kubki smakowe odczuwają i dzięki czemu wiemy, czy coś jest słodkie, czy nie, lecz także np. glukozę, która nie wydaje nam się tak słodka, ale niesie ze sobą kalorie. Wszystkie te cukry proste oraz sacharoza powinny być obłożone podatkiem – przekonuje Krzysztof Łanda. – Jeżeli nikt nie będzie stosował tych trików cukrowych, to po prostu konkurencja będzie się odbywała wokół smaku, a nie wokół uzależnienia nieświadomych konsumentów.

Jak pokazują dane przytaczane przez MZ i NFZ, liczba osób otyłych i z nadwagą stopniowo rośnie. W 2025 roku otyłych będzie 30 proc. mężczyzn i 26 proc. kobiet. W 2016 roku było ich odpowiednio 25 proc. i 23 proc. Nadmierna masa ciała staje się też poważnym problemem wśród dzieci i młodzieży. W 2025 roku na leczenie chorób związanych z otyłością wydamy więcej nawet o 1,0 mld zł niż w 2017 roku. Wśród nich jest m.in. cukrzyca.

– Cukrzyca jest bardzo dużym problemem, nie tylko w Polsce, lecz także w innych wysoko rozwiniętych krajach, które charakteryzują się wysoką konsumpcją. Problemem w Polsce jest to, że mamy epidemię cukrzycy nie tylko u dorosłych, lecz także u dzieci – podkreśla były wiceminister zdrowia.

Z raportu NFZ i resortu zdrowia o wpływie spożycia cukru na wzrost zachorowalności wynika, że w Polsce na cukrzycę choruje 2,7 mln dorosłych Polaków, a nawet co trzecia osoba nie jest tego świadoma. Cukrzyca nieleczona w odpowiedni sposób pociąga za sobą poważne konsekwencje związane m.in. z sercem, wzrokiem czy nerkami. Kampania „Razem ścigamy się z cukrzycą” uczy, że leczenie cukrzycy to nie tylko właściwa regulacja poziomu cukru we krwi, lecz także tam, gdzie to możliwe, zapobieganie lub ograniczanie rozwoju powikłań. Trwa właśnie czwarta edycja kampanii.

– Mamy bardzo słaby dostęp do innowacyjnych leków, innowacyjnych technologii medycznych, np. związanych z ciągłym monitorowaniem poziomu cukru we krwi – przekonuje Krzysztof Łanda. – Za mało wydajemy na refundację. W 2012 roku poza refundacja było 256 technologii lekowych dopuszczonych do obrotu na terenie Unii Europejskiej przez European Medicines Agency, a teraz jest ich już ponad 800. Widać, że ta przepaść pomiędzy Polską a innymi krajami rośnie. Świadomość społeczeństwa to kolejna sprawa i być może nawet ważniejsza niż sama refundacja leków czy wyrobów medycznych.

Zdaniem Krzysztofa Łandy już sama debata społeczne na temat wprowadzenia podatku cukrowego i jego ewentualnej wysokości zwiększyłaby poziom wiedzy Polaków na temat spożycia cukru i konsekwencji z tym związanych.

Całkowicie cyfrowych dowodów tożsamości opartych na blockchain nie uda się podrobić. Technologia pozwoli wprowadzić także wybory przez internet

Całkowicie cyfrowych dowodów tożsamości opartych na blockchain nie uda się podrobić. Technologia pozwoli wprowadzić także wybory przez internet 4

To dzięki technologii blockchain zrodził się rynek kryptowalutowy, ale jej potencjał wykracza dalece poza możliwość wydobywania wirtualnych walut. Wdrożenie rozwiązań blockchainowych w korporacjach finansowych pozwoli stworzyć bezpieczniejsze metody weryfikacji dokumentów oraz tożsamości, a wykorzystanie tej technologii przez administrację publiczną zwiększy transparentność podejmowania kluczowych decyzji. Technologia pozwoli wprowadzić m.in. w pełni bezpieczne cyfrowe dowody tożsamości, a także zorganizować bezpieczne wybory przez internet.

– Blockchain poza kryptowalutami najszersze zastosowanie znajdzie w obszarze dokumentów tożsamości, tzn. paszportów i dowodów osobistych zdigitalizowanych właśnie w blockchainie. W przyszłości nasze dowody będą całkowicie cyfrowe i będą wymagać infrastruktury blockchain, dzięki której nie będzie dało się ich podrabiać. Będzie można łatwo weryfikować tożsamość przez internet a także wprowadzić głosowania i demokrację przez internet – mówi w agencji Newseria Innowacje Kamil Gancarz, prezes Blockchain Development Foundation.

Nad zastosowaniem technologii blockchain w procesie wyborczym pracuje wiele krajów, testy tej technologii prowadzi się m.in. w Rosji, Tajlandii, Szwajcarii czy Stanach Zjednoczonych.

Bezprecedensowy pomysł wysunęli przedstawiciele Hrabstwa Utah, którzy we współpracy z Narodowym Centrum Cyberbezpieczeństwa opracują aplikację mobilną umożliwiającą zdalne oddanie głosu w wyborach lokalnych osobom, które w trakcie głosowania znajdują się poza miejscem zamieszkania. Choć opracowano ją głównie z myślą o żołnierzach pełniących misje wojskowe, jeśli technologia przejdzie pomyślnie proces testów, może znacząco usprawnić przeprowadzanie wyborów w skali całego kraju. Aplikacja wykorzystuje blockchain do weryfikacji tożsamości użytkownika i szyfrowania procesu oddawania głosu, a działa wszędzie tam, gdzie użytkownik ma dostęp do internetu.

Do blockchaina przekonują się także przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości. Dobrym przykładem przyswojenia tej technologii jest m.in. uznanie przez Chiński Sąd Najwyższy, że dowody cyfrowe potwierdzone blockchain są wiarygodne i mogą być wykorzystywane w sporach prawnych. Takie orzeczenie umożliwiło uruchomienie w Chinach sądów internetowych, w których cały proces odbywa się w trybie zdalnym.

– Jeżeli dowód tożsamości czy paszport będzie w blockchainie, to będzie dużo łatwiej podpisywać dokumenty. Będzie mniejsze zapotrzebowanie na notariuszy, bo wiele rzeczy będzie weryfikować za nas technologia. Czyli to, czy faktycznie ta osoba się stawiła, czy ta osoba podpisała dokument, już nie będzie wymagało notariusza, tylko to będzie wszystko się działo na poziomie warstwy technologicznej i technologii blockchain, które będą po prostu wspierane i wykorzystywane przez państwa –  tłumaczy ekspert.

Rozwiązania blockchainowe powoli wchodzą także na polski rynek. Przedstawiciele banku PKO BP postanowili wykorzystać tę technologię do zwiększenia bezpieczeństwa korespondencji prowadzonej ze swoimi klientami. We współpracy z Krajową Izbą Rozliczeniową wprowadzono blockchainowy system weryfikacji dokumentów przesyłanych drogą elektroniczną. Wszystkie e-maile wysyłane za jego pośrednictwem dostarczane są z unikatowym hashem (identyfikatorem) dokumentu oraz linkiem do strony banku. Po wprowadzeniu identyfikatora klient może sprawdzić historię modyfikacji danego pisma, a co za tym idzie – zweryfikować jego autentyczność

Ambitne plany względem tej technologii ma także Krajowa Izba Rozliczeniowa, która we współpracy z Urzędem Komisji Nadzoru Finansowego planuje stworzyć własną finansową platformę blockchainową. Projekt ma być elementem systemowego wsparcia infrastruktury fintechowej. Państwowa platforma ma się stać ujednoliconą platformą biznesową, która umożliwi wymianę informacji pomiędzy wieloma podmiotami działającymi na polskim rynku finansowym. W obecnej odsłonie umożliwia sporządzenie wykazu osób uprawnionych do uczestnictwa w walnym zgromadzeniu, a w przyszłości umożliwi emitentom z rynku kapitałowego oddawanie głosów w tych zgromadzeniach.

– Mamy sytuację, że nie musimy już wysyłać regulaminu drogą pocztową, jeszcze za potwierdzeniem odbioru bądź listem poleconym. Wysyłanie drogą mailową nie zawsze stanowi dowód w sprawie przed sądem, który np. może uznać, że to nie jest trwały nośnik. Są orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który mówi o tym, że musimy mieć trwały nośnik dokumentujący, że faktycznie klient dostał taką informację, i blockchain jest idealny do tego. Mamy już takie fizyczne wdrożenie w Polsce – mówi Kamil Gancarz.

Według analityków z firmy MarketsndMarkets wartość globalnego rynku rozwiązań blockchainowych w 2018 roku wyniosła 1,2 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do 23,3 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie przeszło 80 proc.

Podróżnym na polskich lotniskach w przyszłości mają pomagać roboty. Wdrożona zostanie także całkowicie biometryczna odprawa

Podróżnym na polskich lotniskach w przyszłości mają pomagać roboty. Wdrożona zostanie także całkowicie biometryczna odprawa 5

Na światowych lotniskach coraz częściej wykorzystywane są najnowsze technologie. Tomografia komputerowa sprawdza bagaże przy odprawie bezpieczeństwa, biometria pozwala na szybszy boarding, a roboty pomagają w poruszaniu się po lotnisku i nadawaniu bagaży. W Polsce nowe technologie na lotniskach to dopiero przyszłość. Port lotniczy w Warszawie wprowadza już bramki biometryczne. W przyszłości możliwe będzie także wykorzystanie inteligentnych robotów i wirtualnych asystentów, którzy przejmą część obowiązków na lotniskach.

– Lotnisko przyszłości na pewno będzie bardziej innowacyjne niż teraz. Na pewno nowe technologie zastąpią w niektórych momentach personel lotniczy, ale samo lotnisko się nie zmieni. Będzie nadal przyjazne, będzie radosne i będzie miejscem, gdzie pasażerowie będą wydawać dużo, dużo pieniędzy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Kloskowski, prezes Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy.

Lotniska stają się coraz bardziej innowacyjne. Standardem stają się bramki biometryczne. Lotnisko w Dallas rozpoczęło test technologii biometrycznej na każdym etapie podróży pasażerskiej. Dubaj z kolei przygotowuje się do uruchomienia ścieżki biometrycznej, która zapewni pasażerom płynną i bezproblemową podróż na lotnisko w hubie lotniczym. W Polsce pojawiają się dopiero pierwsze bramki biometryczne, ale z biegiem czasu nowych technologii na polskich lotniskach będzie coraz więcej.

– Za granicą mamy już inteligentne checkiny, które często są bezobsługowe, w Polsce odprawiamy się jeszcze tradycyjnie, a nowością są dopiero odprawy przez internet. Natomiast mamy deficyt pracowników na rynku pracy i te nowe technologie do nas wejdą, czy tego chcemy czy nie. Będą pojawiały się na naszych lotniskach coraz szybciej – twierdzi Tomasz Kloskowski.

Coraz powszechniejszym widokiem na terminalach lotniczych są także roboty – m.in. robot Airstar na lotnisku Incheon , robot „Vistara” Rada w Indiach czy humanoidalny robot Josie Pepper w Monachium. Na lotnisku w Hadze pojawiły się autonomiczne wózki do przewozu bagażu i roboty bagażowe. Porty lotnicze wykorzystują też technologie głosowe – lotnisko Heathrow upoważniło podróżnych do proszenia Alexy o informacje na temat statusu lotu, aktualizacji bramek i szczegółów dotyczących przylotów i odlotów. Jeszcze innym rozwiązaniem są inteligentne okulary, które ułatwiają podróż osobom niedowidzącym.

– Technologia wchodzi najszybciej w Azji. To roboty, które pomagają pasażerom w poruszaniu się po lotniskach. Inteligentne systemy, które wspierają samoobsługę, żeby pasażer bezobsługowo przechodził praktycznie od wejścia do terminalu do samolotu. To jest główny kierunek, w którym będą zmierzać lotniska w przyszłości – przewiduje Tomasz Kloskowski.

Konsumenci coraz bardziej przyzwyczajają się do korzystania z produktów wirtualnej rzeczywistości. Dlatego niektóre lotniska starają się stworzyć bardziej wciągające wrażenia zarówno w terminalu, jak i podczas lotu. Inflight VR ​​jako pierwsza firma wprowadziła rozwiązanie rozrywkowe VR „choroba lokomocyjna”, które zostało przetestowane przez Iberię w salonach premium na lotnisku w Madrycie i na wybranych rejsach. Etihad i Emirates wypróbowały zestawy VR w salonach na lotniskach, a Alaska Airlines współpracuje ze SkyLights przy testowaniu VR IFE.

Dla rozwoju lotnisk istotny jest tzw. passenger experience, czyli to jak dany pasażer odbierze podróż – od odprawy, przez poruszanie się po lotnisku, zakupy i posiłki, po sam lot. Nowe technologie mają na celu poprawę komfortu podróży, inne idą jeszcze dalej. W 2018 roku lotnisko w Dubaju, jako pierwsze współpracowało z Deliveroo, jednym ze światowych liderów w dostarczaniu żywności. DeliverooDXB umożliwia dostarczenie świeżo przygotowanego jedzenia bezpośrednio do bramki w ciągu kilku minut od zamówienia. Port lotniczy Amsterdam-Schiphol we współpracy z HMSHost International również poszedł w ich ślady.

– Żeby pasażer do nas wracał, musimy spowodować, że będzie czuł się dobrze. Nie tylko przelecieć z punktu A do punktu B w jak najszybszym czasie, lecz także po drodze zbierze frukty, czyli będzie szczęśliwy. Bo nagle tu dostanie jakiś smaczek, tam coś tanio kupi, tu jeszcze coś go zaskoczy – tłumaczy prezes Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy.

Grand View Research podaje, że rynek inteligentnych lotnisk w 2025 roku będzie wart ponad 25 mld dol.

Polskie szkoły już niebawem z dostępem do szybkiego internetu. Umożliwi to uruchomione właśnie centrum danych

Polskie szkoły już niebawem z dostępem do szybkiego internetu. Umożliwi to uruchomione właśnie centrum danych 6

– Zgodnie z planem w przyszłym roku wszystkie szkoły zostaną przyłączone do Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, czyli będą mogły korzystać z dostępu do internetu – mówi minister cyfryzacji Marek Zagórski. Prace nad wdrażaniem OSE mogą wejść na kolejny etap, ponieważ gotowe jest już serce sieci, czyli nowoczesne data center NASK na warszawskiej Pradze Północ. Obiekt jest odporny na każdą ewentualność: od awarii prądu po powodzie czy pożary. Poza utrzymaniem OSE będzie też świadczyć usługi przechowywania i przetwarzania danych dla administracji rządowej i prywatnych firm.  

– Data Center NASK będzie obsługiwać zarówno komercyjne firmy, jak i systemy administracji publicznej, z których najważniejszym jest Ogólnopolska Sieć Edukacyjna. Za plecami mamy infrastrukturę przygotowaną już pod węzeł centralny OSE, czyli projekt, w ramach którego wszystkie szkoły w Polsce będą miały zapewniony bezpłatny, szybki i bezpieczny internet. Trzeba pamiętać, że NASK – PIB jest jedną z podstawowych instytucji w ramach Krajowego Systemu Cyberbezpieczeństwa, więc posiadanie odpowiedniego zaplecza infrastrukturalnego jest dla niego bardzo istotne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes minister cyfryzacji Marek Zagórski.

NASK podkreśla, że data center jest odporne na każdą ewentualność: od awarii prądu po powodzie czy pożary. To konieczność, bo będzie tutaj mieścić się też węzeł centralny, czyli serce Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, która zapewni dostęp do szybkiego internetu wszystkim szkołom w Polsce.

– Węzeł centralny będzie współpracował z 16 węzłami regionalnymi, które też są już oddawane do użytku. Ma to zapewnić niezakłócone funkcjonowanie sieci w szkołach z prędkością 100 Mbps – mówi Marek Zagórski.

 Data center na Pradze jest sercem OSE. Sieć szkieletowa jest rozprzestrzeniona po całej Polsce, ale w tym miejscu ulokowaliśmy główne elementy systemu. Przede wszystkim tutaj będą umieszczane wszystkie dane, tu będzie transmitowany ruch sieci OSE, tu będą kluczowe elementy bezpieczeństwa –mówi Bartłomiej Klinger, zastępca dyrektora NASK ds. projektów administracyjno-edukacyjnych.

W ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej do końca 2020 roku ponad 30,5 tys. szkół w 19,5 tys. lokalizacji w całej Polsce ma zostać podłączonych do szybkiego internetu światłowodowego. Dzięki temu lekcje będą prowadzone przy wykorzystaniu nowych technologii i internetu, a model kształcenia w polskich szkołach ma się całkowicie zmienić – z analogowego na cyfrowy. Jak informuje minister cyfryzacji, projekt przebiega zgodnie z harmonogramem i w przyszłym roku wszystkie szkoły zostaną przyłączone do OSE.

– Dalsze plany zakładają oprzyrządowanie szkół i wyposażenie nauczycieli nie tylko w sprzęt, bo to jest zadanie przede wszystkim dla samorządów, choć tworzymy na ten cel specjalny fundusz, lecz przede wszystkim w narzędzia wspomagające proces edukacyjny – mówi Marek Zagórski.

 OSE to jest projekt cywilizacyjny, który ma za zadanie podłączyć wszystkie szkoły podstawowe i średnie w Polsce do bezpiecznego, szybkiego i bezpłatnego internetu, a także dostarczyć im usługi bezpieczeństwa i dodatkowe elementy wspierające cyfrową edukację w polskich szkołach – mówi Bartłomiej Klinger.

Nowe Data Center NASK na warszawskiej Pradze Północ to jeden z najnowocześniejszych obiektów tego typu w Polsce. Serwerownia liczy prawie 1 tys. mkw., z czego 40 proc. zostało wynajęte firmom komercyjnym. NASK szacuje, że do końca roku stopień komercjalizacji przekroczy już 50 proc.

 Data Center udostępnia powierzchnię dla naszych klientów – zarówno publicznych, jak i prywatnych, którzy lokują tutaj swoje zasoby albo tworzą centra zapasowe na wypadek jakiejś przerwy w swojej działalności – mówi Jarosław Tyc, prezes zarządu NASK – Dalszy rozwój tego miejsca wiąże się z budową nowej powierzchni biurowej i nowych usług związanych m.in. z cyberbezpieczeństwem, sztuczną inteligencją, usługami w chmurze czy internetem rzeczy.

Inwestycja została zrealizowana przez NASK w całości własnymi siłami, bez udziału generalnego wykonawcy. Jak podkreślają jej inicjatorzy, była ona konieczna, bo z roku na rok rośnie zapotrzebowanie administracji i prywatnych firm na przetwarzanie dużej liczby danych.

– Decyzja zapadła po przeanalizowaniu rynku i potrzeb na usługi przechowywania danych, przetwarzania w chmurze, zarówno ze strony rządowej, publicznej, jak i prywatnej. Patrzyliśmy też, jak te usługi rozwijają się w innych krajach, poprzedziliśmy tę decyzję wnikliwą analizą ekonomiczną – mówi Jarosław Tyc. – Cyfryzacja polskiej administracji wymaga odpowiednich zasobów do przechowywania, przetwarzania i udostępniania danych. Ale również sektor prywatny wykazuje duże zainteresowanie, ponieważ nowe wymogi w kwestii cyberbezpieczeństwa wpływają na to, że firmy starają się zapewnić jak największe bezpieczeństwo dla swoich danych.

Warszawskie data center NASK zostało wyposażone w pierwszą w Polsce instalację podtrzymywania zasilania opartą na bateriach litowo-jonowych. Do obiektu doprowadzono też dwa niezależne przyłącza energetyczne od dwóch różnych dostawców, żeby zagwarantować bezpieczeństwo zasilania. Ponadto ma też trzy niezależnie przyłącza światłowodowe z odrębnymi wejściami. Obiekt jest też wyposażony m.in. w system klimatyzacji precyzyjnej i system wczesnej detekcji przeciwpożarowej.

Przedsiębiorcy prowadzący w Polsce jednoosobową działalność gospodarczą mają do odzyskania od kontrahentów 910 mln zł

  • W efekcie mikrofirmy zalegają z płatnościami dla swoich partnerów, a w gospodarce powstaje niebezpieczny efekt kuli śnieżnej.
  • Największe zadłużenie w skali kraju mają przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą na Mazowszu (839 mln zł), za nimi są firmy ze Śląska (634 mln zł) oraz przedsiębiorcy z Wielkopolski (499,5 mln zł). 

Kwota jaką mikrofirmy mają do odzyskania przekroczyła już 900 mln (dokładnie 910 mln – dane Krajowy Rejestr Długów – KRD) i na koniec roku może osiągnąć miliard złotych. To bardzo duże pieniądze, a na absurd zakrawa fakt, że ogromną część tej kwoty małe firmy mają do odzyskania od dużych firm. Na nie przypada 47% wierzytelności, jakie mikrofirmy mają „zamrożone”. Takie zaległości powodują, że małe firmy najłatwiej tracą płynność i upadają lub same nie płacą.

Mali kredytują dużych, a sami szukają środków gdzie indziej

Można więc powiedzieć, że małe firmy kredytują duże. Oczywiście nie robią tego z rozmysłem, po prostu nie mogą się doczekać na własne środki, już zarobione i zafakturowane. Część z nich upada, inni szukają rozwiązań zastępczych. Przedsiębiorcy wysyłają faktury, na których zapłatę musieliby długo czekać, do faktorów. Ci, w zamian za prowizję, przekazują środki z faktury do wykonawcy usługi czy producenta towaru od razu po wystawieniu dokumentu i przekazaniu go do faktora.

– Jeszcze kilka lat temu praktycznie nie było instytucji finansowych skłonnych finansować mikroprzedsiębiorców – ani w postaci kredytu, ani w postaci faktoringu. Teraz to się już zmienia i narzędzia finansowania small biznesu są dostępne. Rynek finansowy w Polsce jest już na tyle dobrze rozwinięty, że nie ma w zasadzie firm, które ze względu na swoją wielkość nie kwalifikują się, żeby otrzymać finansowanie. Takich podmiotów jest zbyt dużo i są zbyt ważne, aby pominąć je w obrocie finansowym. My za pomocą faktoringu finansujemy nawet faktury opiewające na kilkaset zł. Zaawansowane metody scoringowe, pozwalają bardzo dokładnie sprawdzić i ocenić dowolną firmę. Generalną zasadą jest elastyczność w ocenie, a w przypadku faktoringu procedury są prostsze i krótsze niż przy kredycie, w dodatku coraz bardziej zdigitalizowane i zautomatyzowanemówi Tomasz Domagalski Dyrektor Zarządzający Finea S.A. – fintechu finansującego mikroprzedsiębiorstwa.

17 tysięcy firm w Polsce już korzysta z takiej formy usługi pośredników w rozliczeniach finansowych (w tym przypadku faktorów). Oznacza to, że pieniądze za swoje faktury otrzymuje nie od swoich kontrahentów, a z innej instytucji finansowej –faktoringowej.

Efekt śnieżnej kuli nawet w upały

Polscy przedsiębiorcy pomimo dobrej koniunktury i rozwoju gospodarczego nie dążą do skracania terminów w jakich regulują swoje zobowiązania za towary i usługi. Najbardziej narażone na nieotrzymanie zapłaty od kontrahentów są właśnie najmniejsze firmy. Przeciąganie przelewów ze strony dużych firm powoduje, że także small biznes swoje zobowiązania reguluje w systemie odroczonej płatności. W rezultacie aż trzy czwarte zadłużonych firm figurujących w KRD to przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą. Do oddania mają już ponad 5 mld zł (o 3,2 mld zł więcej niż przed 5 laty). Największe zadłużenie w skali kraju mają przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą na Mazowszu (839 mln zł), za nimi są firmy ze Śląska (634 mln zł) oraz przedsiębiorcy z Wielkopolski (499,5 mln zł).

– Przez lata sytuacja mikrofirm pogarszała się, bo nikt nie myślał o ich potrzebach finansowych czy inwestycyjnych. W dalszym ciągu są dla banków firmami drugiej, albo nawet trzeciej kategorii, ale na szczęście dla nich rozwijają się nowe narzędzia finansowania. Np. w przypadku faktoringu o przyznaniu finansowania decyduje to, z kim przedsiębiorca handluje, jakie wiążą go umowy handlowe, jakie ma perspektywy rozwoju. W mniejszym stopniu na przyznanie finansowania ma wpływ historia, nawet już 6 miesięczny okres prowadzenia firmy pozwala ubiegać się o finansowanie w formie mikro faktoringu. Małym firmom łatwiej jest o finansowanie, które przyznawane jest na bazie perspektyw rozwoju, a nie długiej historii działalności, której często nie mają – mówi Tomasz Domagalski z Finea S.A.

Wedle raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego, w Polsce jest ok. 2,3 mln mikrofirm. Aż dwie trzecie z nich to jednoosobowa działalność polegająca na samozatrudnieniu właściciela całego biznesu. Mikrofirmy to około 96 procent wszystkich przedsiębiorstw w Polsce, wytwarzają jedną trzecią krajowego PKB.

Przegląd aktywności pięciu największych światowych brandów na rynku kryptowalut i blockchain

Wielkość rynku kryptowalut szacuje się obecnie na ponad 250 miliardów dolarów, a jego wielkość z roku na rok rośnie. A jednak u wielu osób wciąż budzi kontrowersje. Wzrost tego sektora finansów jest widoczny nie tylko w wartości, ale także w ilości nowopowstałych kryptowalut. Od czasu powstania Bitcoina w 2009 roku powstało ponad 4000 altcoinów. Na wzrost rynku kryptowalut znaczący wpływ mają rozwój technologii blockchain, a także inwestycje światowych gigantów informatycznych. Poniżej opisane zostały działania TOP 5 największych korporacji związane z rynkiem kryptowalut i technologią blockchain.

Amazon

Choć stanowisko Amazona od lat nie zmienia się w stosunku do kryptowalut, firma posiada w pełni zarządzaną bazę danych ksiąg rachunkowych Amazon QLDB, które mogą służyć do rozwoju aplikacji blockchain. Wraz z nią pojawiły się usługi rozwoju skalowalnych sieci blockchain. Równocześnie Amazon nawiązał współpracę z głównymi graczami rynku blockchain: IDEO CoLab, R3 oraz Consensys. Kilka lat temu Amazon zarejestrował domeny amazonethereum.com, amazoncryptocurrency.com oraz amazoncryptocurrencies.com. Oficjalnie celem tego działania było zapewnienie bezpieczeństwa marki. W związku z aktywnością wokół Facebook Libra oraz Walmart’s Stablecoin temat kryptowalut wraca do przedstawicieli Amazona niczym bumerang. W ciągu najbliższych kilku lat Amazon może zmienić front, zwłaszcza biorąc pod uwagę atrakcyjność kryptowalut dla handlu elektronicznego.

Apple

Działania Apple w obszarze blockchain i kryptowalut widać coraz wyraźniej. Apple stworzyło nowy framework dla developerów o nazwie CryptoKit przeznaczony do wykonywania operacji kryptograficznych, w tym także do tworzenia, wymiany i sprawdzania kluczy. Od czerwca 2019 wśród udostępnianych symboli SF Symbols znalazły się nowe ikony ze znakami Bitcoina. Sam wiceprezes działu płatności Apple Pay powiedział, że kryptowaluty mają „interesujący długoterminowy potencjał”. Od momentu pojawienia się Apple Pay firma jest bardzo aktywna w sektorze Fintech, stawiając na bezpieczeństwo swoich klientów. Wprowadzając Apple Card z jednej strony znajduje sposób na utrzymanie ludzi w ekosystemie, z drugiej jednak wyróżnia się, chroniąc prywatność użytkowników.

Google

Google uruchomił nowe narzędzia wyszukiwania powiązane z kryptografią. Rozwój tego narzędzia ma doprowadzić do wyświetlania danych o cyfrowych walutach w bardziej przyjazny sposób. Wśród dostarczanych informacji znajdą się najważniejsze artykuły, a także inne sugerowane waluty. Póki co platforma współpracuje jedynie z najpopularniejszymi walutami wirtualnymi, takimi jak Bitcoin, Ethereum czy Ripple.

Microsoft

Producent najpopularniejszego systemu operacyjnego zapowiedział, że ma w planach stworzenie „tożsamości cyfrowej”. Tożsamość cyfrowa mogłaby być wykorzystana do uzyskiwania dostępu do witryn oraz aplikacji w Internecie. Projekt ma bazować na technologii blockchain wykorzystywanej w Bitcoinie. Działania Microsoftu wskazują, że kryptowaluty są w obszarze zainteresowań firmy. O wspieraniu rozwoju tego sektora świadczą chociażby dodanie symboli Bitcoina do arkusza kalkulacyjnego Excel czy publikacja opisująca działanie blockchain oraz Ethereum.

W maju 2019 uruchomiana została usługa Azure Blockchain Service bazująca na open-source’owej platformie Quorum. Platforma działa w oparciu o protokół Ethereum i skupia obecnie największą społeczność developerów blockchain. Microsoft jest także uczestnikiem projektu prowadzonego przez IOTA Foundation, którego celem jest utworzenie publicznego rynku danych dla Internetu Rzeczy w oparciu o kryptowaluty.

VISA

Światowy gigant usług płatniczych inwestuje w spółkę Anchorage, której wartość przekroczyła ostatnio 40 milionów dolarów. VISA współtworzy także stowarzyszenie Libra, którego celem jest utworzenie i rozwój własnej sieci wokół nowopowstałej kryptowaluty Libra. Obok VISA członkami stowarzyszenia są także Mastercard, PayPal, PayU, eBay, Uber i oczywiście Facebook, który jest pomysłodawcą, a także właścicielem aplikacji Calibra, służącej do zarządzania portfelem nowej kryptowaluty.

VISA współpracuje z największą giełdą krytowalut Coinbase w zakresie stworzenia nowej karty debetowej umożliwiającej płatności z portfela kryptowalut. Docelowo z karty będzie można korzystać na całym świecie, wszędzie tam, gdzie możliwe jest dokonanie płatności z użyciem tradycyjnych kart debetowych i kredytowych VISA. Póki co z karty można korzystać w sześciu europejskich krajach – Hiszpanii, Niemczech, Francji, Włoszech, Irlandii oraz Holandii.

Ruszyła maszyna i nikt jej już nie zatrzyma

Wśród TOP 5 korporacji na świecie nie ma firmy, która przeszłaby obojętnie obok kryptowalut. W różny sposób inwestują swoje zasoby w rynek kryptowalut i technologię blockchain, co wskazuje, że trend rozwoju tego sektora będzie się dalej rozwijał w ciągu najbliższych lat. Firmy, które chcą za tym trendem podążyć, powinny bacznym okiem obserwować start-upy powstające wokół blockchain i/lub przyłączyć się do odkrywania potencjału tej technologii na własną rękę.

Niedziele bez handlu w opinii przedsiębiorców, pracowników handlu i samych konsumentów

Obowiązujące od marca 2018 roku ograniczenie handlu w niedziele w założeniu miało polepszyć sytuację życiową pracowników sektora handlowego i małych przedsiębiorców, a także wpłynąć na zmianę sposobu spędzania wolnego czasu przez Polaków. Jednak jak wynika z najnowszego raportu agencji badawczo-konsultingowej DANAE oraz badań SW Research – nie wszystkim Polakom odpowiadają wprowadzone regulacje.              

Raport stanowi podsumowanie pogłębionych badań społecznych, przeprowadzonych we współpracy z Agencją Badań Rynku i Opinii SW Research, których celem było zdiagnozowanie faktycznego wpływu wprowadzenia zakazu handlu w niedziele na codzienność różnych grup społecznych. Co więcej, jego wydanie miało również na celu zainicjowanie dialogu społecznego, w efekcie którego powstaną rozwiązania spełniające potrzeby wielu grup interesariuszy zaangażowanych w temat niehandlowych niedziel.

W odróżnieniu od przeprowadzonych już wcześniej badań rynkowych dotyczących zakazu handlu w niedziele – diagnoza przeprowadzona przez agencję badawczo-konsultingową Danae, SW Research, precyzuje, co zakaz niedzielnego handlu zmienił w życiu badanych grup zawodowych i społecznych, a także ich rodzin. Wskazuje, jakie są ich oczekiwania odnośnie możliwości pracy w niedziele czy też preferowanych przez nich innych form spędzania ostatniego dnia weekendu.

– Chcieliśmy poznać opinie respondentów o niehandlowych niedzielach, jak również sprawdzić, w jaki sposób zmiany odbiły się na ich życiu, sposobie spędzania czasu, robieniu zakupów, pracy czy prowadzeniu biznesu. Ustawowe ograniczenie handlu niewątpliwie wpływa na życie Polaków, ich codzienne wybory, styl życia czy miejsce zakupów. Wpływ tych zmian jest złożony i zależny od ról społecznych. Obowiązujące regulacje są inaczej oceniane z perspektywy przedsiębiorcy chcącego rozwinąć własny biznes, inaczej z punktu widzenia pracowników handlu, a jeszcze inaczej z perspektywy konsumenta, który musiał zmienić przyzwyczajenia swoje i swojej rodziny – informuje dr Marcin Spławski, Dyrektor Generalny Danae.

MATKA – pracuje, decyduje, kupuje

W części poświęconej matkom analizowano ich sposoby radzenia sobie ze zmianami. To, w jaki sposób oceniają ograniczenie handlu, a także jak zmieniło się ich życie po wprowadzeniu zakazu. I choć wszystkie zgodnie stwierdziły, że w ich życiu najważniejsza jest rodzina, to ich oceny co do wpływu zakazu handlu na relacje rodzinne były podzielone. W założeniach wynikających z ustawy – matki miały skorzystać na zakazie niedzielnego handlu. Tymczasem, sytuacja okazuje się być złożona, a założenie ustawowe – nie takie proste do oceny. Z jednej strony niektóre matki pracujące w handlu uważają, że zyskały więcej czasu dla bliskich, ale z drugiej – część z nich ubolewa, że straciły finansowo. Części matkom niepracującym w handlu zabrano możliwość spędzania czasu, który łączył aspekt praktyczny i przyjemność, jaką były wspólne zakupy i rozrywka z rodziną w galerii handlowej. Co prawda za każdą z badanych matek stoi jej osobista historia, wartości i potrzeby, ale w większości wskazują, że optymalnym rozwiązaniem byłoby zachowanie chociaż dwóch niedziel handlowych.

Utrudnienia dla przedsiębiorców wskutek ograniczenia handlu w niedziele

Kolejna część – to studium utrudnień, z jakim mierzą się mali przedsiębiorcy wskutek ograniczenia handlu w niedziele, ich opinii i oczekiwań odnośnie ograniczenia handlu.  Jak wynika z raportu, aż 45% ankietowanych internautów stwierdziło, że ograniczenie handlu w niedziele utrudnia rozwój drobnego biznesu. Badani przedsiębiorcy skarżyli się na utratę części klientów, a tym samym obniżenie dochodów. Aby zapewnić rentowność biznesu, zmuszeni są rekompensować sobie utracone godziny. Jedni wydłużają czas pracy w tygodniu lub pracują po godzinach w domu, inni zaś usiłują rozszerzyć działalność o sprzedaż internetową, aby spróbować skompensować utracone przychody. Z kolei
w niektórych przypadkach, w których przedsiębiorcy nie mogą wydłużyć godzin pracy, żeby uniknąć zwolnień, zmniejszają swym pracownikom wymiar czasu pracy, a tym samym wynagrodzenia. Badani przedsiębiorcy tłumaczą, że niedziela była najbardziej dochodowym dniem, którego nie da się zrekompensować w inne dni tygodnia. Strata jest tym bardziej odczuwalna, że czynsz i inne koszty stałe pozostały te same. Paradoksalnie na zakazie handlu nie zyskały także małe, osiedlowe sklepy, bo ludzie nauczyli się robić w tygodniu zakupy na zapas w dużych marketach i dyskontach.

Pracownicy weekendowi – emeryci i studenci
Pracownicy weekendowi – emeryci i studenci studiów dziennych pracujący w handlu głównie w weekendy – to również istotna grupa, która została przebadana. Natężony ruch klientów w niedziele wymagał od przedsiębiorców zatrudniania dodatkowego personelu. Korzystano wówczas z pomocy studentów i emerytów. Dla obu tych grup była to możliwość dorobienia. Wskutek wprowadzenia ograniczenia handlu w niedziele, niektórych emerytów pozbawiono pracy, którą traktowali również jako sposób radzenia sobie z samotnością. Dzięki pracy mogli poczuć się potrzebni, użyteczni i miała ona dla nich także wymiar psychologiczny. Zarówno dla studentów, jak i emerytów praca w niedziele była wyborem i nie oczekiwali zmiany regulacji w tym zakresie. Wskazywali także na jeden
z najistotniejszych – aspekt finansowy, bo uzyskiwana stawka godzinowa w niedziele była zwykle wyższa niż w pozostałe dni tygodnia. Część z nich zrezygnowała z pracy, ponieważ praca jedynie w soboty okazała się nieopłacalna. Badani wyjaśniali, że po wprowadzeniu ograniczenia handlu w niedziele stracili połowę dochodu weekendowego. W ich opinii  koszty  dojazdu i poświęconego czasu były niewspółmierne do otrzymywanego wynagrodzenia. Badani studenci i emeryci przyznawali, że byli rozżaleni i rozgoryczeni w związku z zaistniałą sytuacją.

Wolność wyboru dla pracownika

Dzięki raportowi poznajemy również perspektywę pracowników handlu i usług, którzy zwyczajowo pracują w niedziele. Diagnoza przedstawia opinie, w jaki sposób reprezentanci różnych branż oceniają ograniczenie handlu, na ile ich zdaniem były one zasadne, w jaki sposób przed wprowadzeniem niehandlowych niedziel wyglądała ich praca oraz co się zmieniło. Rozmówcy zastanawiali się, dlaczego wyróżniono jedną grupę zawodową, jaką są pracownicy handlu, podczas gdy np. pracownicy usług nadal pracują w niedziele. Wątek ten zdecydowanie obrazował niezrozumienie dla założeń reformy
i dawał wyraźny sygnał o poczuciu niesprawiedliwości, a wskazywali go głównie pracownicy gastronomii i sektora rozrywkowego. Zarówno pracownicy, jak i klienci zgodnie podkreślali, że zostali pozbawieni możliwości wyboru. Jak wynika z raportu aż 83% ankietowanych uznało, że pracownicy powinni mieć wolny wybór i samodzielnie decydować o tym, czy chcą w pracować niedziele czy też nie. Zaledwie 12% respondentów opowiadało się za dniem wolnym od pracy w niedziele. Aż 90% rozmówców uznało, że pracującym w niedziele powinny przysługiwać benefity, tj. wyższa stawka godzinowa lub zapewnienie wolnego dnia w zamian za każdą przepracowaną niedzielę.

Kompromis sacrum i profanum

Niedziela to wyjątkowy dzień z punktu widzenia osób religijnych. Raport DANAE przedstawia, jakie zdanie o niehandlowych niedzielach mają zarówno osoby wierzące i regularnie praktykujące, jak i niewierzące, czy zmiany miały wpływ na ich codzienność i praktyki religijne. Co interesujące – jak pokazują badania SW Reaserch, 93,8% wierzących respondentów przed wprowadzeniem ograniczenia handlu w niedziele, przynajmniej raz na jakiś czas robiło zakupy w niedziele. Stanowi to większą grupę niż w przypadku niewierzących. W ich opinii zarówno uczestnictwo w nabożeństwie niedzielnym, jak
i zakupy, nie wykluczały się. Wierzący i praktykujący respondenci deklarowali, że wspólne rodzinne zakupy, ale i msza, to zwyczajowo ich rodzinne, niedzielne praktyki, które nie muszą się wzajemnie wykluczać. Zapewniali, że w niedzielnych planach było miejsce i czas zarówno na jedno, jak i na drugie. Niektórzy badani przyznawali, że odczuwali wyrzuty sumienia z powodu przesuwania niedzielnej mszy na dalszy plan, mimo to zakupy traktowali zdecydowanie jako przyjemność i sposób na spędzenie czasu wolnego.

Czy sobota stała się koszmarem przez niehandlowe niedziele?

Osoby, z którymi przeprowadzono wywiady, zgodnie przyznawały, że w wyniku wprowadzenia zakazu handlu w niedziele, sobotni ruch w sieciach i galeriach handlowych jest nieporównywalnie większy niż w tygodniu. Czy zatem sobota stała się dla nich koszmarem przez niehandlowe niedziele? Owszem, takie jest odczucie części badanych. Wynikające z tego niedogodności są wyraźnie zauważalne przez właścicieli drobnych przedsiębiorstw, etatowych pracowników handlu oraz przede wszystkim przez samych klientów. Problemy te są najbardziej odczuwalne przez pracowników zatrudnionych
w galeriach handlowych oraz przez osoby wielodzietne.

Niehandlowe niedziele niedogodne dla mieszkańców małych miast i wsi
O niehandlowe niedziele zapytano również mieszkańców wsi i miast do 20 tysięcy mieszkańców. Zmiany, jakie nastąpiły w związku z wprowadzeniem zakazu handlu w niedziele, miały także wpływ na ich życie codzienne. Jak wynika z raportu, dla tych osób niedzielna wyprawa do miasta wiązała się z różnego rodzaju aktywnościami, których brak w ich miejscu zamieszkania. Dostarczała rozrywki takiej jak kino, wyjście na wspólne zakupy i posiłek czy atrakcje dla dzieci. Rodzice podkreślali, że zakaz handlu dotkliwy jest zwłaszcza zimą oraz w deszczowe niedziele. Rozmówcy oceniali, że obecnie wyprawa do miasta w niedzielę tylko w jednym celu, traci dla nich sens. Osoby mieszkające na prowincji zaznaczały także, że wraz z zakazem handlu skasowano część połączeń komunikacyjnych, co w znacznym stopniu utrudnia im aktualnie dotarcie do miasta. Część z badanych podkreśla, że po wprowadzeniu niehandlowych niedziel zmuszeni byli zmienić nie tylko sposób spędzania czasu w niedziele, ale nawet cały układ tygodnia. Ze względu na tę uciążliwość, badani mieszkańcy wsi korzystający przed ograniczeniem z usług centrów handlowych, byli wyraźnie przeciwni ograniczaniu handlu w niedziele. Dla wielu rozmówców niedziela przed wprowadzeniem ograniczenia handlu była również zwykłym dniem pracy lub dobrym czasem na zrobienie zakupów czy realizacji usług, które są niedostępne na wsi.

– Jak pokazały wyniki badania SW Research, ponad połowa ankietowanych robiła zakupy
w przynajmniej kilka niedziel w miesiącu, a  co piątemu zdarzało się to około raz w miesiącu. Jedynie 6% respondentów deklaruje, że nigdy nie robiło zakupów w niedziele. Co ciekawe, nie dotyczy to jedynie zakupów spożywczych i odzieżowych. Co piąty badany wskazuje, że powodem wizyt w galeriach handlowych przed wprowadzeniem ograniczenia było spędzanie czasu wolnego, możliwość skorzystania z oferty gastronomicznej (18%) oraz rozrywkowej (17%). Tylko część naszych rozmówców
wykazała mniejszą wrażliwość na wprowadzone zmiany – wskazywali, że nigdy nie robili zakupów w weekend i nawet nie zauważyli zmian, a dla części nie ma znaczenia, czy uzupełniają zapasy w sobotę czy w niedzielę – wyjaśnia Piotr Zimolzak, Dyrektor ds. Badań i Analiz SW Research.

Podsumowując wyniki raportu Danae oraz wynik badań SW RESEARCH, należy podkreślić, że zmiany w niedzielnym handlu mają istotny wpływ na życie wielu Polaków, jednak nie zawsze jest on pozytywny i nie taki, jak zakładał ustawodawca. Wprowadzony zakaz niedzielnego handlu wpłynął na organizację czasu aktywnych zawodowo rodziców oraz mniejszych przedsiębiorców. Niedzielne zakupy obecnie przesunięte na inne dni tygodnia – odbywają się w ich przypadku najczęściej kosztem czasu spędzanego wcześniej z rodziną. Nie pozostają bez echa również aspekty społeczne wynikające z raportu.
Dla samotnych emerytów, którzy pracowali w niedziele, była to zarówno szansa na dodatkowe dochody, ale również okazja na kontakt ludźmi. Różnorodne opinie na ten temat pokazują, że zdecydowanie warto szukać rozwiązań, które w istotnie większym stopniu niż obecnie będą łączyły punkty widzenia i interesy różnych grup Polaków .

***
Raport prezentuje wyniki 60 wywiadów pogłębionych uzupełnionych badaniami ilościowymi wśród respondentów. Badanie jakościowe przeprowadzono w 2019 r., przy wykorzystaniu techniki indywidualnych wywiadów pogłębionych w 10 miastach i wsiach w całej Polsce, zróżnicowanych pod względem ich wielkości. Ponadto respondenci zróżnicowani byli pod względem wieku, płci, stylu życia, a także poziomu zaangażowania religijnego. Z kolei badanie ilościowe zostało zrealizowane w kwietniu i maju 2019 r., przez agencję SW Research metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W zależności od pytania, przeprowadzono ponad tysiąc ankiet z reprezentatywną próbą internautów powyżej osiemnastego roku życia.

Magazynowanie energii elektrycznej kluczem do sukcesu transformacji energetycznej

Krajobraz energetyczny w naszym kraju ulega zmianom – rząd coraz mocniej stawia na Odnawialne Źródła Energii (OZE). Pod koniec sierpnia, w życie weszła nowelizacja ustawy o OZE, dzięki której zgodnie z deklaracjami rządu w 2020 r. Polska ma osiągnąć 15% udział energii odnawialnej w łącznej konsumpcji. Jak zapewnia Ministerstwo Energii, przepisy te przyczynią się do powstania nowych mocy wytwórczych zielonej energii na poziomie 3,4 GW, głównie za sprawą energetyki wiatrowej na lądzie oraz fotowoltaiki. Kolejnym celem do osiągnięcia będzie próg 21% OZE do 2030 r. Jak wskazują eksperci Europejskiego Instytutu Miedzi, żeby go zrealizować nie wystarczy jedynie zmienić metody wytwarzania energii. Kluczem do sukcesu będzie jej magazynowanie oraz stworzenie niezawodnej  sieci energetycznej.

– Musimy pamiętać, że OZE to specyficzny rodzaj energii. Tradycyjnie wytwarzaliśmy w danym momencie tyle energii, na ile mieliśmy planowe zapotrzebowanie. Natomiast przy OZE jesteśmy w dużej mierze uzależnieni od natury i jej cykli – pór dnia i roku, stopnia nasłonecznienia czy siły i kierunku wiatru. To powoduje, że często popyt nie koresponduje w czasie z produkcją, a niedobory energii musielibyśmy uzupełniać energią opartą na paliwach kopalnych. Aby uelastycznić podaż i sprawić, że OZE będzie opłacalne, zieloną energię należy magazynować, a następnie przesyłać ją do odbiorców w momencie największego zapotrzebowania. Dlatego integracja wydajnych magazynów energii z nowoczesną i efektywną siecią elektroenergetyczną będzie kluczem dla powodzenia tego projektu – mówi Michał Ramczykowski, prezes Europejskiego Instytutu Miedzi.

O skali infrastrukturalnego wyzwania, które przed nami stoi, najlepiej świadczą prognozy Bloomberg New Energy Finance (BNEF), według których do 2050r., 50% światowej produkcji energii będzie pochodzić właśnie z OZE.

Spektakularny wzrost w ciągu 20 lat

Ubiegły rok okazał się przełomowy dla rozwoju magazynowania energii, kiedy to na świecie wdrożono dwukrotnie więcej takich projektów niż w 2017 r., osiągając pojemność 8GWh[1]. BNEF przewiduje, że to dopiero początek wielkiego boomu – potencjał tych magazynów będzie stale rosnąć, z 17GWh w 2018 r. do ponad 2850GWh w 2040 r. co oznacza ponad 100-krotny wzrost, a wartość inwestycji przekroczy 660 mld dolarów! W dodatku BNEF do swoich analiz nie wlicza elektrowni szczytowo-pompowych, czyli aktualnie najpopularniejszej metody gromadzenia energii elektrycznej.[2]

Magazynowanie przez elektrownie szczytowo-pompowe to klasyczny, doskonale znany sposób gromadzenia energii, lecz posiada on szereg znanych ograniczeń – trudno go udoskonalić i poprawić znacznie efektywność. Dlatego współczesna nauka i inżynieria szuka nowych, wydajniejszych i tańszych w eksploatacji rozwiązań. Jednym z nich są magazyny oparte o baterie litowo-jonowe, których koszt produkcji do 2030 r. ma zdaniem BNEF spaść aż o połowę. Spowoduje to ich upowszechnienie, także w gospodarstwach domowych, dzięki czemu w niedalekiej przyszłości odbiorcy indywidualni będą mogli jeszcze lepiej wykorzystywać  energię, którą produkują z własnych instalacji OZE.

Według firmy badawczej IDTechEx, magazynowanie energii w zastosowaniach mobilnych i stacjonarnych zwiększy roczny popyt na miedź o 2,3 mln ton do 2029 roku[3]. W najbliższych latach warto zwrócić uwagę na technologię produkcji baterii, która jest często postrzegana jako posiadająca duży potencjał w zakresie dekarbonizacji systemów energetycznych i transportowych.

Kluczowa jest efektywność

– Samo magazynowanie nie wystarczy do upowszechnienia OZE. Równie ważne jest zapewnienie maksymalnej efektywności sieci przesyłowych i dystrybucyjnych. Bez sprawnych i wydajnych sieci, energia elektryczna nie dotrze do jej odbiorców, bez względu na to z jakich źródeł odnawialnych będzie pochodzić. Im nowocześniejsza sieć elektroenergetyczna, tym mniejsze straty energii, co przekłada się na ilość, ale i jakość energii elektrycznej, którą należy wyprodukować i dostarczyć odbiorcom – podkreśla prof. dr inż. Przemysław Komarnicki z Fraunhofer IFF.

Dlatego systemy energetyczne warto opierać na miedzi. Przewodzi ona prąd o 65% lepiej niż tradycyjne aluminium. Każdy kilogram miedzi użyty w systemie energetycznym oszczędza od 500 do 50 000 kWh energii pierwotnej, czyli przynosi oszczędności od 60 do 6000 euro.

Do procesu transformacji energetycznej powinniśmy podchodzić holistycznie i pamiętać o każdym z elementów składowych: produkcji, przesyle, dystrybucji, magazynowaniu i odbiorze. Tylko w ten sposób zapewnimy bezpieczeństwo, elastyczność i wydajność całego systemu, przy jednoczesnym zapewnieniu opłacalności ekonomicznej i ochronie środowiska – dodaje Michał Ramczykowski.

[1] https://www.iea.org/tcep/energyintegration/energystorage/

[2] https://about.bnef.com/blog/energy-storage-investments-boom-battery-costs-halve-next-decade/

[3] https://www.idtechex.com/de/research-article/2-3-million-tonne-energy-storage-boost-for-copper/16871

Już połowa Polaków do centrum handlowego idzie nie na zakupy a zjeść

Polacy coraz częściej jedzą poza domem. Już połowa decyduje się na posiłek w centrum handlowym co najmniej raz w miesiącu, a co trzecia młoda osoba stołuje się w ten sposób co najmniej raz w tygodniu – wynika z badania zrealizowanego na zlecenie CBRE. Eksperci wskazują, że zmieniający się styl życia polskiego konsumenta ma wpływ na rosnące znaczenie strefy gastronomicznej. Oferta się urozmaica – restauracje i kawiarnie w centrach handlowych to już nie tylko fast-food, ale kuchnia z całego świata na wysokim poziomie oraz rozwiązania podążające za najnowszymi trendami.CBRE_infografika_gastronomia

Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE
Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE

– Strefa gastronomiczna w centrum handlowym jest niezwykle istotna. To już nie tylko miejsce odpoczynku po intensywnych zakupach, ale kierunek sam w sobie. Klienci chcą zatrzymać się tam na dłużej i spędzić czas w atrakcyjnym otoczeniu z rodziną bądź znajomymi. Już od co najmniej 5 lat, projekty stref gastronomicznych z urozmaiconą ofertą, pojawiają się zarówno w nowopowstających centrach handlowych, jak i w starszych obiektach, które modernizują swoje powierzchnie i celowo powiększają strefę gastronomiczną kosztem regularnych lokali – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa Sektora Handlowego CBRE.

Polacy ruszają do restauracji w centrach handlowych. Obroty idą w górę

Z badania przeprowadzonego na zlecenie CBRE wynika, że Polacy regularnie odwiedzający centra handlowe, chętnie korzystają z oferty gastronomicznej. Co dziesiąty na posiłek w strefie food court decyduje się codziennie lub 2-3 razy w tygodniu. Raz w tygodniu stołuje się w ten sposób 12% konsumentów, 2-3 razy w miesiącu 17%, a raz w miesiącu 15%. Również 15% respondentów wskazało, że w ogóle nie korzysta z gastronomii w centrum handlowym. Popularność food courtu zależy od wieku. Aż 36% młodych osób (18-24 lata) jada w centrum handlowym co najmniej raz w tygodniu, podczas gdy tylko co dziesiąty 55-latek (lub starszy) decyduje się na to z taką częstotliwością.

Duża popularność kawiarni i restauracji przekłada się na rosnące obroty. Z danych Retail Institute opublikowanych w „Experts Review, wyniki centrów i sieci handlowych w II kw. 2019 roku” wynika, że w dużych centrach handlowych obroty wzrosły aż o 16,2% rok do roku, w średnich centrach o 5,7%, a w małych o 4,5%. Jak wskazują eksperci CBRE, wyniki związane z dochodami stref gastronomicznych są zaniżone przez zakaz handlu w niedzielę. Gdyby ten nie istniał wzrosty obrotów byłyby jeszcze większe.

Wzrost obrotów restauracji i kawiarni zanotowane w pierwszej połowie roku są naprawdę znaczące. Właściciele centrów handlowych zrozumieli, że urozmaicona oferta gastronomiczna jest w stanie ściągnąć klientów równie skutecznie jak np. nowy sklep, co sprawdza się szczególnie w niehandlowe niedziele, kiedy większa część obiektów handlowych jest zamknięta. W tym aspekcie zdecydowanie lepiej radzą sobie duże obiekty handlowe w największych miastach i zlokalizowane w centrach – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa Sektora Handlowego CBRE.

Oferta kulinarna coraz bardziej trendy

Eksperci CBRE w raporcie „Retail.me 2019” zwracają uwagę, że spójnie zaprojektowana i zaaranżowana strefa gastronomiczna w centrach handlowych jest traktowana jako odrębna całość. Najemcy dbają m.in. o spójność przestrzeni tworząc strefy skierowane do konkretnych odbiorców. Dużą wagę przykłada się do aranżacji: układu przestrzeni, zastosowanych materiałów wykończenia wnętrz czy budowania atmosfery miejsca. Widać to m.in. w Galerii Młociny, gdzie całą przestrzeń na poziomie +2 przeznaczono na ofertę rozrywkową i gastronomiczną. Przestrzeń podzielona jest na kilka stref tematycznych: „Karuzela” przypomina klasyczny food court, „Dechy na Bielanach” oferują food trucki i taras, a „Hala Hutnik” to przestrzeń ze wspólnymi stołami w industrialnym klimacie. Przestrzeń restauracyjna może pomieścić aż 1,5 tys. osób.

Restauracje ze swoją ofertą nadążają również na najnowszymi trendami społecznymi, m.in. związanymi z ekologią i zdrowym odżywianiem. Klienci znajdą miejsca z daniami wysokiej jakości, które są przygotowywane ze zdrowych i świeżych składników. Coraz częściej też stosowane są materiały wielokrotnego użytku, m.in. Soup Culture specjalizuje się w wegańskich i wegetariańskich zupach, które są podawane w jadalnych kubkach.

Metodologia: Badanie przeprowadzone we wrześniu 2019 roku dla CBRE na panelu Ariadna. Próba ogólnopolska losowo-kwotowa. Liczba respondentów: 1052 osób powyżej 18 roku życia. Kwoty dobrane według reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Metoda: CAWI.

Modernizacja wielkiej płyty

Mieszkań z tzw. wielkiej płyty w całym kraju jest ok. 2,5 mln. Większość z nich to budynki powstałe pomiędzy latami 60. a 90. ubiegłego wieku, a więc wiekowe i nierzadko wymagające znacznych remontów. Nienajlepsza kondycja mieszkań z wielkiej płyty w jasny sposób przekładała się na ich cenę, w porównaniu z podobnymi metrażowo, lecz nowymi lokalami bywają tańsze o nawet 40 %. Już niedługo może się to jednak zmienić. Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju chce przeznaczyć miliardy złotych na dopłaty do remontów bloków z wielkiej płyty.

Mieszkania w tzw. wielkiej płycie nadal są popularne, szczególnie jeśli chodzi o wynajem. Ich niewątpliwą zaletą i tym co przyciąga potencjalnych najemców jest ich lokalizacja. Znaczna część osiedli powstałych pomiędzy latami 60. a 90. znajduje się bowiem w dobrze zlokalizowanych częściach miast lub wręcz w ich centrach. To w połączeniu z niższą niż w przypadku nowego budownictwa ceną tworzy atrakcyjną ofertę.

Podobnie przedstawia się kwestia zakupu takiego mieszkania. Inwestycja w nieruchomości nadal postrzegana jest jako jedna z najbardziej opłacalnych i stosunkowo bezpiecznych. Ceny mieszkań w wielkiej płycie są średnio tańsze od 20% do nawet 80% od tych w innym typie budownictwa – w zależności do powierzchni, liczby pomieszczeń i stanu lokalu. Większość tych najtańszych wymaga generalnego remontu, nierzadko włącznie z modernizacją wszystkich instalacji. Biorąc jednak pod uwagę ceny nowopowstających mieszkań, zakup remont lokalu w wielkiej płycie może okazać się finalnie dużo lepsza decyzją, zwłaszcza, że rząd chce wspomóc finansowo modernizację tego typu budownictwa.

W moim przekonaniu program, który uruchomiło Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, z jednej strony może wpłynąć na wzrost cen i atrakcyjności wielkiej pyty, ale też wpłynie znacznie na komfort i bezpieczeństwo samych mieszkańców. Budynki powstałe w technologii wielkiej płyty mają wiele mankamentów budowlanych, a ich użyteczność została przewidziana na 50-60 lat od powstania. Wiele z nich już teraz wymaga gruntownych remontów i dodatkowych wzmocnień płyt z których powstały. Pozwoli to na przetrwanie budynków w stosunkowo dobrym stanie przez kolejne lata.  W dłuższym okresie na pewno przełoży się to również na oszczędności i pozytywnie wpłynie na środowisko. Dokładna izolacja, wymiana okien, dodatkowe ocieplenie budynków to tylko część projektu zapowiadanego przez ministerstwo.

Kluczowym i według mnie przynoszącym największe oszczędności elementem jest w mojej opinii instalacja na dachach urządzeń fotowoltaicznych. Są już w Polsce osiedla które wykorzystują z powodzeniem energię słoneczną, co przekłada się wprost na oszczędności. Uzyskany w ten sposób prąd wykorzystywany jest do zasilania wspólnych części budynków czy oświetlania korytarzy, obsługi wind lub innych urządzeń elektrycznych.

Jestem przekonany, że gruntowna modernizacja wielkopłytowych blokowisk jest właściwym kierunkiem, zwłaszcza, że w naszym kraju nadal mamy deficyt mieszkań i z moich obserwacji wynika, że w najbliższych kilkunastu latach sytuacja nie ulegnie znacznej poprawie. Obecnie w całym kraju brakuje ponad 2 mln mieszkań.  Wartością dodaną do takiej inwestycji jest jej pozytywny wpływ na środowisko, co jest ważnym argumentem, biorąc pod uwagę dynamicznie zmieniający się klimat.

Zarządzanie dostawami i zamówieniami podlega ograniczeniu w zaliczeniu do kosztów uzyskania przychodów

Przedsiębiorcy współpracujący w ramach grup kapitałowych wciąż mają problemy z odpowiednim klasyfikowaniem nabywanych usług do kategorii określonej w art. 15e ustawy o CIT, dodanym z początkiem 2018 r. Pomimo tego, że regulacje te obowiązują już od dłuższego czasu, praktyka interpretacyjna i orzecznicza znacznie się rozmijają. Na ich ostateczne rozstrzygnięcie trzeba będzie poczekać do czasu, aż tego rodzaju spory trafią na wokandę NSA.

Często współpraca pomiędzy podmiotami powiązanymi odbywa się w oparciu o umowę agencyjną. W ten sposób mogą być zorganizowane procesy zakupowe, sprzedażowe czy logistyczne. Takie procesy mogą podlegać limitowaniu, o czym przekonują się podatnicy w interpretacjach, a taki stan rzeczy potwierdzają sądy w wyrokach.

Zasada ogólna

Zgodnie z art. 15e ust. 1 ustawy o CIT wyłączeniu z kosztów uzyskania przychodów podlegają koszty określonych usług, opłaty i należności za korzystanie lub prawo do korzystania z określonych praw i wartości oraz koszty przeniesienia ryzyka niewypłacalności dłużnika z tytułu określonych pożyczek, poniesione bezpośrednio lub pośrednio na rzecz (regulowane do) podmiotów powiązanych lub podmiotów mających miejsce zamieszkania, siedzibę lub zarząd na terytorium lub w kraju stosującym szkodliwą konkurencję podatkową w części, w jakiej koszty te przekraczają 5% EBITDA podatnika (obliczanej w oparciu o wartości podatkowe).

Najwięcej sporów odnoszących się do kosztów podlegających ograniczaniu w zaliczaniu do kosztów uzyskania przychodów dotyczy usług niematerialnych: doradczych, badania rynku, reklamowych, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze. W dniu 25 kwietnia 2018 r. Ministerstwo Finansów wydało szczegółowe omówienie, w jaki sposób należy interpretować nowe przepisy art. 15e updop. Mimo iż omówienie nie ma mocy wiążącej, stanowi źródło ważnych i przydatnych wskazówek interpretacyjnych. Zgodnie z tymi wyjaśnieniami do „usług zarządzania i kontroli” można w szczególności zaliczyć następujące usługi wyszczególnione we wskazanej klasyfikacji statystycznej:

  • PKWiU 69.20.40.0 „Usługi zarządzania masą upadłościową”;
  • PKWiU 70.10.10.0 „Usługi firm centralnych (head offices) i holdingów, z wyłączeniem holdingów finansowych. Grupowanie to obejmuje usługi firm centralnych (head offices) i holdingów w zakresie kontrolowania i zarządzania innymi spółkami lub przedsiębiorstwami;
  • PKWiU 70.22.17.0 „Usługi zarządzania procesami gospodarczymi”.

Ostatnia kategoria jest bardzo szeroka, co przy sformułowaniu przepisu „oraz świadczeń o podobnym charakterze” pozwala urzędnikom na sklasyfikowanie do tego punktu bardzo wielu procesów występujących na co dzień w firmach.

Definicja pojęcia zarządzanie i świadczeń o podobnym charakterze

Dyrektor KIS w ograniczonym stopniu korzysta z wyżej wymienionych wytycznych Ministerstwa Finansów. W zamian odwołuje się do wykładni językowej tych pojęć. W jednej z interpretacji podatkowych organ wskazał, że „w doktrynie prawa przyjęło się uważać, że zarządzanie w szerokim ujęciu oznacza „zrobienie czegoś za pomocą wysiłków innych osób”” (B. Kudrycka, B.G. Peters, P.J. Suwaj, Nauka administracji, Warszawa 2009); „organizowanie działań dla osiągnięcia określonych celów przy zachowaniu zasad skuteczności i sprawności organizacyjnej z uwzględnieniem realnej odpowiedzialności za osiągnięte rezultaty” (por. interpretacja indywidualna z dnia 27 listopada 2018 r., sygn. 0111-KDIB1-3.4010.528.2018.1.MO). Organ podkreślił jednocześnie, że jest to pogląd prezentowany także w orzecznictwie sądów administracyjnych.

Według fiskusa pojęcie „zarządzania” musi być rozumiane szeroko jako zbiór różnorodnych czynności i działań zmierzających do osiągnięcia określonego celu związanego z interesem (potrzebą) danego przedmiotu zarządzania. „Zarządzanie” można też określić jako zestaw metod i technik opartych na akceptowanych zasadach zarządzania (administrowania) używanych do planowania, oceny i kontrolowania pożądanych rezultatów (por. Interpretacja indywidualna z dnia 11 kwietnia 2019 r., sygn. 0111-KDIB2-3.4010.42.2019.2.APA).

Zarządzanie dostawami i zamówieniami vs art. 15e

Z powyższych przykładów interpretacji wynika, że do kategorii zarządzanie i kontrola oraz usługi o podobnym charakterze organy podatkowe klasyfikują bardzo szeroki zakres świadczeń. Podatnicy zaczęli więc szukać pomocy w sądach administracyjnych. Przykładowo Wojewódzki Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 18 lipca 2019 r. (sygn. III SA/Wa 2655/18) stwierdził, że firma, która zleca zarządzanie zakupami surowców i opakowań spółce powiązanej, nie odliczy całości kosztów z tego tytułu. Inaczej byłoby w sytuacji wydatków bezpośrednio związanych z wytworzeniem lub nabyciem towaru czy usługi, co dałoby podstawę do wyłączenia obowiązku stosowania limitu.

Z kolei w wyroku z 25 lipca 2019 r. w sprawie o sygnaturze III SA/Wa 2255/18 WSA w Warszawie uznał, że usługi zarządzania dostawami i zamówieniami nabywane w oparciu o umowy agencyjne stanowią usługi podobne do usług zarządzania i usług doradczych, o których mowa w art. 15e ust. 1 ustawy o CIT. W konsekwencji koszty ponoszone na nabycie tych usług podlegać będą ograniczeniu w zaliczeniu do kosztów uzyskania przychodów, o którym mowa w tym przepisie.

Skutki

Rozbieżności w orzecznictwie WSA pokazują, że przepisy dotyczące wydatków na usługi niematerialne wciąż są niejasne i rodzą trudności w stosowaniu, zarówno po stronie podatników, organów, jak i sądów. W konsekwencji ustalenie limitu na stosunkowo niskim poziomie 5% EBITDA, nawet z uwzględnieniem progu 3 mln zł, powoduje, że u wielu podatników istotne kwoty kosztów z tytułu nabywanych usług są wyłączane z kosztów uzyskania przychodów. Nie jest to przy tym powiązane z brakiem gospodarczego uzasadnienie dla nabywania tych usług czy nierynkowym charakterem wynagrodzenia za te usługi. W takich sytuacjach podatnicy powinni zaangażować profesjonalnych doradców i albo zebrać argumenty za odpowiednim traktowaniem usług na potrzeby podatkowe, albo wystąpić z wnioskiem o wydanie interpretacji podatkowej. W przypadku wielu kategorii kosztów jedynym sposobem wyłączenia ich spod ograniczeń jest uzyskanie porozumienia w sprawach ustalenia cen transakcyjnych. We wszystkich przypadkach warto skonsultować się wcześniej z profesjonalnym doradcą podatkowym i opracować strategię podatkową w tej materii.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Udany debiut Red Dev Studio na rynku NewConnect

Dziś na rynku NewConnect zadebiutowała spółka gamingowa Red Dev Studio. Kurs akcji w trakcie debiutu wzrósł o ponad 25 proc., osiągając na otwarciu poziom 2,39 zł.

Red Dev Studio to warmiński twórca i producent gier na platformy stacjonarne i mobilne. Firma powstała w kwietniu 2016 roku, rozpoczynając działalność jako start-up gamingowy. Obecnie, jako wydawca i producent gier, specjalizuje się w tytułach wyróżniających się nietypową fabułą i atrakcyjną oprawą graficzną.

Debiut na NewConnect to pierwszy etap budowania marki Red Dev Studio na rynku. Spółka planuje rozbudowę wydanych do tej pory gier oraz pracę nad nowymi produkcjami, jak również poszerzenie listy platform, na które wydaje gry, co pozwoli na szybszy rozwój i dywersyfikację źródeł przychodów.

Firma podpisała w ostatnich dniach list intencyjny z notowanym na GPW Ultimate Games S.A. Szacowana wartość umowy wynosi 0,5 mln zł. Pozyskane środki Spółka przeznaczy na produkcję nowych gier.

Red Dev Studio dotychczas wydał 4 tytuły. Pierwszy z większych projektów firmy, Professor Madhouse, odnotował ponad 30 000 pobrań. Bardzo dobry wynik uzyskał także Chicken Rider, który na rynku pojawił się w lipcu 2018 roku. Już tydzień po premierze grę pobrano ponad 20 000 razy (tylko na iOS), natomiast na platformie Steam liczba pobrań pozwoliła grze objąć prowadzenie w kategorii „popularne nowości”. Spółka wydała również takie tytuły jak rozbudowana gra platformowa Down to Hell czy logiczno-zręcznościowy Powertris.

Dolar powyżej 4 zł

Pomimo wielu czynników przemawiających za osłabieniem USD, główna waluta świata się nie poddaje i wciąż zyskuje na wartości. Jest to dość specyficzna sytuacja, bo dolar nie jest mocny z powodu własnej siły, ale karmi się słabością pozostałych walut. Jednak taki stan rzeczy nie musi (i pewnie nie będzie) trwać wiecznie.

USD przebił granicę 4 zł

Był już na tym poziomie przez moment w poniedziałek, ale dopiero wczoraj przebicie trwało dłużej. Jest to o tyle dziwne, że analitycy w dalszym ciągu wskazują na obniżkę stóp procentowych na grudniowym posiedzeniu FOMC. Można zatem uznać, że lansowany przez prezydenta Donalda Trumpa scenariusz serii obniżek stóp będzie realizowany. Dodatkowym problemem dla dolara jest trwająca licytacja wydatków w ramach rozkręcającej się kampanii wyborczej do fotela w Gabinecie Owalnym. Kontrkandydatem ze strony demokratów może okazać się Elizabeth Warren (w tej chwili w sondażach wyprzedza ją jedynie Joe Biden). Obiecuje ona pokaźne wydatki z budżetu federalnego, nie pokazując źródeł ich finansowania, co może utrudnić utrzymanie mocnej pozycji USD w długim okresie.

Czy grozi nam odpływ pracowników z Ukrainy?

Po wydarzeniach z ostatnich lat wiele osób traktowało Ukrainę jako jeden wielki problem gospodarczy. Obecnie nasz wschodni sąsiada prezentuje się coraz lepiej. Roczne tempo wzrostu PKB wynosi już 4,6%, ostatni raz gospodarka rosła szybciej w 2011 roku. Bezrobocie spadło do 7,8%, czyli najniższego poziomu od końca 2013 roku. Inflacja wciąż wynosi niemal 9%, ale przynajmniej jest stabilna. Pewnym problemem są wciąż wysokie stopy procentowe, ale i one są stopniowo normalizowane. Tym, co najbardziej rzuca się w oczy, jest bardzo szybki wzrost płac. Oczywiście są one wciąż znacząco niższe niż nad Wisłą, ale w ciągu roku skoczyły z równowartości 25% polskiej średniej pensji do 32%. Powodem było zarówno umocnienie się samej waluty, jak i realny podwyższenie zarobków w hrywnach.

Nowa szefowa MFW

Już niedługo Christine Lagarde przestanie szefować Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, a rozpocznie swoją misję jako prezes Europejskiego Banku Centralnego. W związku z tym w MFW zwalnia się wakat. Na czele tej instytucji stanie Kristalina Georgiewa – dotychczasowa wiceprezes tej organizacji, a wcześniej m.in. unijna komisarz do spraw rozwoju i pomocy humanitarnej. Stanowisko to zwyczajowo obejmuje Europejczyk, za to Bankiem Światowym zarządza Amerykanin. Na razie trudno powiedzieć, czego możemy się spodziewać po nowej szefowej. Jej pierwsze wypowiedzi akcentują duży nacisk na to, że MFW ma być dla wszystkich członków, a nie tylko głównych i najpotężniejszych państw.

W kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – PKB,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Rosnąca podaż nieruchomości handlowych wpłynie na drugorzędne rynki

Wyniki najnowszego badania RICS Poland Commcercial Property Monitor za II kw. 2019 r. pokazują, że w sektorze biurowym oraz przemysłowym popyt ze strony najemców nadal rośnie, natomiast zainteresowanie powierzchnią handlową pozostaje w pewnej stagnacji, podobnie jak w I kw. Uczestnicy badania przewidują także spadek wartości drugorzędnych nieruchomości handlowych w dłuższym okresie.

Izabela Mucha, MRICS, Head of Valuation CEE w BNP Paribas Real Estate
Izabela Mucha, MRICS, Head of Valuation CEE w BNP Paribas Real Estate

Polska w I połowie 2019 r. była liderem w regionie CEE w zakresie inwestycji w nieruchomości komercyjne. Ogólne warunki inwestycji na rynku nieruchomości ulegają stopniowej poprawie, ważne dla inwestorów wskaźniki badające sentymenty najemców pozostają na dodatnim poziomie +7 i +13. Wyniki obu wskaźników Occupier and Investment Sentiment zmniejszyły się w porównaniu do stanu sprzed pół roku, co może wskazywać na niewielkie złagodzenie ogólnej dynamiki rynku.

Tymczasem poszczególne sektory rynku nieruchomości komercyjnych rozwijają się w Polsce nawet w szybszym tempie niż dotychczas. Dostępność nieruchomości w sektorze biurowym i przemysłowym (pod względem salda netto) rosła w II kwartale tego roku najszybciej od 2015 r. Największą popularnością nadal cieszą się nieruchomości biurowe. Respondenci objęci badaniem RICS Poland Commcercial Property znów zgłosili wzrost aktywności deweloperskiej, choć mniejszy niż w I kwartale 2019 r.

Sektory biurowy i przemysłowy w dalszym ciągu przyciągają spore zainteresowanie inwestorów. W II kw. roku nastąpił również niewielki wzrost popytu ze strony inwestorów na nieruchomości handlowe, chociaż w okresie tym zapytania ze strony międzynarodowych nabywców utrzymywały się na stosunkowo płaskim poziomie w całym sektorze.

Po przeanalizowaniu wyników badań widać, że niewielka różnica we wzroście aktywności deweloperskiej między dwoma kwartałami 2019 roku jest w dużej mierze spowodowana spadkiem nowej działalności budowlanej w sektorze nieruchomości handlowych, podczas gdy w niemal wszystkich innych obszarach aktywność inwestycyjna rośnie. Analizy RICS potwierdzają panujące trendy na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce. W nadchodzącym roku przewidywany jest solidny wzrost cen czynszów płaconych za najlepsze biura wysokiej klasy oraz za nieruchomości przemysłowe.

Uwzględniając liczbę obecnie toczących się negocjacji jest bardzo prawdopodobne, że będziemy mieć w Polsce kolejny dobry rok pod względem wolumenu inwestycji. Na tak pozytywny wynik mają wpływ głównie dynamicznie rozwijający się sektor biurowy i magazynowy. Również sektor handlowy, niejako wbrew przewidywaniom, był stabilny osiągając drugie miejsce w zakresie wolumenu inwestycji w I półroczu tego roku. — tłumaczy Izabela Mucha, MRICS, Head of Valuation CEE w BNP Paribas Real Estate. Tendencję spadkową wykazuje aktualnie sektor drugorzędnych nieruchomości handlowych, w którym przewidywany jest spadek czynszów o -3,5 proc., ale jak zapewnia Izabela Mucha: — Sektor nieruchomości handlowych, w zakresie tzw. „secondary assets”, jest jedynym sektorem, w którym spodziewane są spadki.

W dłuższej perspektywie wartości kapitałowe na rynku drugorzędnych nieruchomości handlowych w Polsce ulegną dalszemu osłabieniu: saldo netto – 52 proc. każe oczekiwać rosnącej dynamiki spadków po upływie dwunastu miesięcy.

Oczekiwania dotyczące wartości kapitału wskazują na dalszy wzrost na rynku nieruchomości komercyjnych we wszystkich głównych sektorach, nawet jeśli kwartalne prognozy dotyczące poszczególnych z nich przewidują zmniejszenie oczekiwanych wartości na 2020 rok. Zdecydowanie najlepiej rozwija się w Polsce sektor biurowy i przemysłowy. — Silne fundamenty rynku najmu w sektorze biurowym jak i magazynowym, połączone ze stabilnymi i atrakcyjnymi warunkami kredytowymi za sprawą niskich stóp procentowych oraz możliwość dodatkowych korzyści z transakcji tzw. hedgingu walutowego, tworzą dobre podstawy do dalszych inwestycji w naszym regionie, w drugiej połowie roku — ocenia Izabela Mucha.

„Najnowsze badania RICS w pełni potwierdzają obecnie panujące trendy na rynku nieruchomości komercyjnych. Polska w I połowie 2019 roku była liderem w zakresie inwestycji w nieruchomości komercyjne w regionie CEE. W naszym kraju zainwestowano ok. 2.7 mld euro, na drugim miejscu ulokowały się Czechy z kwotą 1,7 mld euro, na kolejnych Węgry ok 0,7 mld euro oraz Rumunia ok. 0,3 mld euro. Uwzględniając liczbę obecnie toczących się negocjacji jest bardzo prawdopodobne, że będziemy mieć kolejny dobry rok pod względem wolumenu inwestycji w Polsce. Na tak pozytywny wynik wpływ głównie mają dynamicznie rozwijający się sektor biurowy i magazynowy. Również sektor handlowy niejako wbrew przewidywaniom, był stabilny osiągając 2 miejsce w zakresie wolumenu inwestycji w I półroczu tego roku.

Największym zainteresowaniem w ostatnich 6 miesiącach cieszyły się nieruchomości biurowe. W badanym okresie sprzedano ok. 50 biurowców za łączną kwotę 1.7 miliarda euro (w tym 1,1 miliarda w 2 kwartale), co stanowiło ok 60% całkowitego wolumenu. Do największych transakcji w 2 kwartale należały: sprzedaż przez HB Reavis dwóch warszawskich budynków West Station I & II za kwotę 190 mln euro na rzecz Malezyjskiego funduszu Mapletree oraz portfelowa transakcja zakupu przez Henderson Park 70% udziału w 11 budynkach EPP (O3 Business Park I&II w Krakowie, Malta Office Park w Poznaniu oraz Symetris Business Park I&II w Łodzi). Za tak dobrą kondycję tego sektora odpowiada utrzymujący się dodatni popyt na rynku najmu, zwłaszcza w nowo wybudowanych obiektach, co zauważamy również w ankiecie RICS.

W sektorze handlowym zainwestowano ok 452 mln euro, co stanowiło ok. 17% udziału w rynku. W samym 2 kwartale była to kwota 414 mln z 15% udziałem. Nadal obserwujemy zainteresowanie inwestorów mniejszymi projektami (parkami handlowymi czy też centrami zakupów codziennych tzw. „convenience stores”). Do największych transakcji w 2 kwartale należały m.in. kolejne 4 centra handlowe M1 z zakupionego przez EPP w ubiegłym roku portfela Chariot Top Group B.V. za kwotę ok. 222 mln euro położone w Bytomiu, Częstochowie, Radomiu i Poznaniu oraz Galeria Leszno sprzedana przez Blackstone za kwotę ok. 70 mln euro. Jednak prognoza w tym sektorze na kolejne półrocze, co potwierdzają również badania RICS jest bardziej umiarkowana. Jest to spowodowane głównie transformacją tego sektora w zakresie e-commerce i obostrzeń dotyczących handlu w niedziele. Warto jednak dodać, że rynek nowoczesnego handlu w Polsce pozostaje w relatywnie dobrej kondycji, głównie za sprawą sprzyjającej koniunktury gospodarczej w kraju, rosnącej zamożności konsumentów oraz wciąż niskiego, w porównaniu do innych krajów europejskich, ok. 6% udziału e-commerce w handlu detalicznym, co wciąż pozostawia naszemu sektorowi pewien margines czasu na dostosowanie się do nowych warunków.

Na rynku magazynowym zaś, napędzanym dynamicznym rozwojem sektora e-commerce i miejskiej logistyki, a co za tym idzie popytem ze strony najemców z tych sektorów, w I połowie roku sprzedano kilkanaście nieruchomości za łączną rekordową kwotę ok. 410 mln euro stanowiącą ok. 15% całkowitej kwoty wolumenu inwestycyjnego. W 2 kwartale zainwestowano ok. 329 mln euro (12% udziału w rynku). Największe transakcje dotyczyły obiektów zakupionych przez południowo-koreańskich inwestorów – budynków Amazon we Wrocławiu oraz Eurocash w Koninie przejętych przez Hines/Mirae Asset Global Investments od Blackstone za ok. 129 mln euro oraz centrum dystrybucyjnego Zalando Lounge koło Olsztynka nabytego przez Hines/IGIS Asset Management za kwotę ok. 85 mln euro.

Jak pokazują badania RICS w najbliższym okresie prognozuje się dalsze wzrosty, choć już bardziej umiarkowane w porównaniu do 1 kwartału tego roku, w zakresie czynszów oraz wartości kapitałowych nieruchomości dla najlepszych obiektów typu „prime”, natomiast ich spadek w obiektach mniej atrakcyjnych tzw. „secondary assets”, głównie w sektorze nieruchomości handlowych. To jednak przekłada się na zwiększone zainteresowanie inwestorów oportunistycznych, którzy poszukują atrakcyjnych cenowo ofert pośród takich projektów. Dlatego przewidujemy dalszą aktywność inwestycyjną również w tym zakresie, w kolejnych miesiącach.

W 2 kwartale nastąpił spadek stóp kapitalizacji w sektorze nieruchomości biurowych w Warszawie, dla najlepszych projektów typu „prime” do poziomu ok. 4,5%, na rynkach regionalnych natomiast stopy były stabilne, na poziomie ok. 5,5% – 5,75%. W sektorze nieruchomości magazynowych utrzymywały się na poziomie ok. 5% dla powierzchni wynajętych długoterminowo, głównie przez najemców z branży e-commerce, dla powierzchni przemysłowych i logistycznych ok. 6% – 6,25%. Spodziewamy się dalszej ich kompresji do końca roku w obu sektorach. Nie przewidujemy spadku stopy kapitalizacji w sektorze nieruchomości handlowych, która na koniec ubiegłego roku wyniosła ok. 4,25%.

Podsumowując, silne fundamenty rynku najmu w sektorze biurowym jak i magazynowym, połączone ze stabilnymi i atrakcyjnymi warunkami kredytowymi, za sprawą niskich stóp procentowych oraz możliwość dodatkowych korzyści z transakcji tzw. hedgingu walutowego, tak dziś atrakcyjnego dla inwestorów azjatyckich, kreują dobre podstawy do dalszych inwestycji w naszym regionie, w drugiej połowie roku”, Izabela Mucha, MRICS, Head of Valuation CEE w BNP Paribas Real Estate.

Ratownicy medyczni porzucają wyuczony zawód na rzecz pielęgniarstwa. Powodem są lepsze zarobki

Średnia miesięczna płaca ratownika medycznego Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi nieznacznie przekracza 6 tys. złotych brutto. W przypadku dyspozytora jest ona o ponad 300 złotych wyższa. Natomiast Pogotowie Ratunkowe we Wrocławiu zapewnia na tych stanowiskach wynagrodzenia od przeszło 4 tys. złotych. W tej instytucji można otrzymać nawet blisko 7600 złotych. Z kolei w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Szczecinie „widełki” wynoszą 4000-6000 złotych. W branży mówi się o zróżnicowaniu płacowym pomiędzy przedstawicielami ww. zawodu i pielęgniarstwa. Właśnie ten problem skłania część osób do porzucania dotychczasowego zajęcia i podejmowania nauki na wydziałach pielęgniarskich.

Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews sprawdzili, ile zarabiają ratownicy i dyspozytorzy medyczni. Pytania dotyczące wynagrodzeń trafiły do stacji we wszystkich województwach. Część z nich nie udzieliła odpowiedzi, m.in. zasłaniając się tajemnicą pracodawcy.

– Należy zaznaczyć, że średnie wynagrodzenie dla ratownika medycznego, zatrudnionego w ZRM, wynosi 6 013,89 zł brutto miesięcznie. W przypadku umowy cywilno-prawnej stawka godzinowa na terenie Łodzi dla kierownika zespołu podstawowego to 35 zł brutto/godz. Pobory dyspozytorów są porównywalne z płacami ratowników medycznych lub pielęgniarzy systemu zatrudnionych w zespołach ratownictwa medycznego. Dokładna kwota średnia to 6 336,18 zł brutto – mówi rat. med. Adam J. Stępka, rzecznik prasowy Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi.

W lipcu Wojewódzka Stacja Pogotowia Ratunkowego i Transportu Sanitarnego „Meditrans” SP ZOZ w Warszawie przedstawiła szczegółowe warunki konkursu na świadczenie usług medycznych w ZRM. Stawki maksymalne dla ratowników medycznych zaproponowane przez zamawiającego wyniosły 20 zł/godz. (doświadczenie zawodowe poniżej 2 lat), 21 złotych (od 2 do poniżej 5 lat), 24 złotych (od 5 do poniżej 10 lat) oraz 25 złotych (10 lat i więcej). Ponadto przewidziano dodatki za kierowanie zespołem ratownictwa medycznego (4 zł/godz.) oraz za świadczenie usług w dwuosobowym zespole ratownictwa medycznego (4 zł/godz.). Zaplanowano też stawkę o 50% wyższą od standardowej za świadczenie dyżurów rozpoczynających się 1 listopada, 24-26 grudnia, 31 grudnia i 1 stycznia.

– Wynagrodzenie brutto ratownika medycznego w SPZOZ Pogotowie Ratunkowe we Wrocławiu w ramach umowy o pracę kształtuje się od 4250 do 7590 zł, a dyspozytora medycznego – od 4350 do 6870 zł. W porównaniu z 2018 rokiem zmianie uległa wysokość dodatku celowanego dla ratowników medycznych z kwoty 800 zł do kwoty 1200 zł brutto w przeliczeniu na pełny etat i z 5 zł/godz. do wysokości 7,50 złotych w przypadku umów cywilnoprawnych – informuje Dariusz Matuszkiewicz, z-ca dyrektora ds. logistyczno-eksploatacyjnych Pogotowia Ratunkowego we Wrocławiu.

W Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Szczecinie wynagrodzenie ratownika medycznego wynosi od 4000 do 6000 zł brutto miesięcznie, a dyspozytora medycznego o ok. 1000 zł więcej. Ratownicy medyczni z Krakowskiego Pogotowia Ratunkowego zarabiają od 4 662 do 5 728 zł brutto. Natomiast płaca dyspozytora medycznego z wykształceniem właściwym dla ratownika medycznego mieści się w przedziale 5214 a 6045 złotych brutto. Z kolei w Stacji Pogotowia Ratunkowego w Gdańsku średnia wynosi 5109 zł brutto.

– Obecnie stawka wynagrodzenia zasadniczego dla ratownika medycznego zatrudnionego w stosunku pracy wynosi od 3100 do 3500 złotych brutto plus należne dodatki, tj. nocny, świąteczny i za staż pracy. Do tego dochodzi premia uznaniowa od 500 do 800 zł brutto. Stawka wynagrodzenia zasadniczego dla dyspozytora medycznego zatrudnionego w stosunku pracy wynosi od 3700 złotych brutto plus należne dodatki – podaje Robert Judek z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Poznaniu.

Z kolei Wojewódzkie Pogotowie Ratunkowe w Katowicach wypłaca 35,57 zł brutto za godzinę (28 + 7,57 dodatku) ratownikom medycznym – kierownikom i kierowcom ZRM. 4 złote mniej (24 + 7,57) otrzymują ratownicy nieprowadzący ambulansów. Jak wskazuje Wojciech Miciński, zastępca dyrektora ds. ratownictwa medycznego WPR w Katowicach, na ww. stanowiskach stawki wzrosły o 1 zł w porównaniu z pierwszym kwartałem 2019 roku, a o 3,53 zł – z pierwszym kwartałem 2018 roku. Natomiast dyspozytor ratownik medyczny zarabia obecnie 35,57 zł brutto za godzinę (28 + 7,57). To o 5 zł więcej niż w pierwszym półroczu bieżącego roku, kiedy wypłacano po 30,57 zł brutto za godzinę (23 + 7,57). Natomiast w okresie od stycznia do czerwca 2018 roku obowiązywała godzinowa stawka w wysokości 28,04 zł brutto (23 + 5,04).

– Jednym z problemów jest zróżnicowanie płacowe pomiędzy ratownikami medycznymi a pielęgniarkami. Ministerstwo Zdrowia przekazuje dodatkowe środki na wzrost płac. W odniesieniu do ratowników medycznych, ten podwójnie ubruttowiony dodatek wynosi 1200 zł, co daje ok. 800 zł netto. Personel pielęgniarski otrzymuje dodatek w wysokości 1600 zł, czyli 1200 zł netto. Skłania to wielu ratowników medycznych do kształcenia się na kierunkach pielęgniarskich i porzucania zawodu ratownika medycznego – podsumowuje rat. med. Adam J. Stępka z Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi.

Radosław Woźniak prezesem Europejskiego Funduszu Leasingowego

Obejmując stanowisko prezesa EFL, Radosław Woźniak dołączył do Korporacyjnego Komitetu Wykonawczego Crédit Agricole Leasing & Factoring. Crédit Agricole Leasing & Factoring (CAL&F) jest ekspercką spółką zależną Grupy Crédit Agricole w zakresie specjalistycznego finansowania.

Stając na czele Europejskiego Funduszu Leasingowego, Radosław Woźniak zamierza wzmacniać dotychczasowe silne strony firmy i na nich budować stabilne funkcjonowanie na trudnym, konkurencyjnym rynku.

– EFL jest postrzegany jako jedna z najbardziej innowacyjnych firm w branży leasingowej w Polsce. Moim celem będzie utrzymanie tej pozycji poprzez kreowanie i wdrażanie kolejnych rozwiązań, wykorzystując nasz wewnętrzny potencjał, którym dysponujemy – mówi Radosław Woźniak, prezes EFL.

Millennialsi: zaangażowani, aktywni, zdolni, ale nieidealni podwładni

Rodzice millennialsów starali się wychować dzieci pewne siebie, kompetentne, obeznane z problemami świata. Dlaczego więc, gdy przychodzi im zarządzać takimi pracownikami, mają trudności we współpracy? Odpowiedzi szuka dr Magdalena Łużniak-Piecha, ekspert kierunku zarządzanie i przywództwo na Uniwersytecie SWPS.

Na rynku usług szkoleniowych i doradczych coraz większe jest zapotrzebowanie na działania wspierające menedżerów w zarządzaniu pokoleniem pracowników urodzonych na przełomie wieków. Pokolenie to jest różnie nazywane: Y, czytane jako [łaj] (z ang. dlaczego), nextersi, millennialsi. Co ciekawe, jak wykazał Peter Jennings w badaniu przeprowadzonym na potrzeby amerykańskiej telewizji ABC, nazwę pokolenie Y, powiązaną z żartem językowym Y = dlaczego, preferują starsi. Młodzi wolą być nazywani millennialsami.

Zdolni niezdolni

Ci sami menedżerowie, którzy proszą o wsparcie w zarządzaniu pracownikami z pokolenia Y, często zadają sobie pytania dotyczące „zarządzania” millennialsami w domu, czyli po prostu wychowywania własnych dzieci. Portret tej generacji rysowany przez ich przełożonych, rodziców, nauczycieli i badaczy wydaje się raczej mnożyć wątpliwości, niż pomagać w ich wyjaśnianiu. Z jednej strony mamy relacje opisujące „najlepiej poinformowanych, najszybciej się uczących, najzdrowszych ludzi, jacy kiedykolwiek stąpali po ziemi”.[1] Z drugiej strony mówi się o osobach niezdolnych do zdefiniowania własnych celów, niechętnie poświęcających cokolwiek dla dobra organizacji, mało odpowiedzialnych i niezdolnych do dłuższego skupienia uwagi. Te czasem skrajne głosy zgadzają się co do jednego: millennialsi charakteryzują się specyficznym podejściem do rodziny, życia społecznego i pracy.

Wychowani daleko od trzepaka

Pokolenie Y przeżyło dość charakterystyczne dzieciństwo. To nie byli ludzie wychowani na trzepaku, bo trzepak jest niehigieniczny i niebezpieczny. Rodzice skupiali się na maksymalnej realizacji ich potrzeb: od zapewniania im zoptymalizowanej diety do możliwości ciągłego doskonalenia się. Wozili na lekcje karate i baletu w samochodach oznaczonych plakietką „dziecko na pokładzie” i informowali szkołę, gdy ich dzieci nie tolerowały glutenu. Taki styl rodzicielstwa został nazwany przez Annette Lareau, socjolożkę z Uniwersytetu Pensylwanii, „ustrukturalizowaną pielęgnacją”. Polega ona także na uwzględnianiu dziecka w procesie podejmowania decyzji, np. dotyczących wakacji. Rodzice uczą dzieci komunikowania potrzeb, rozwijają ich kompetencje, jednocześnie budując w nich oczekiwania związane z dostarczaniem im bogatego programu zajęć i rozrywek. Zwalniają też dzieci z lekcji z powodu wydarzeń związanych z życiem rodziny. Tak wychowani młodzi ludzie są blisko związani z rodzicami, uważnie obserwują ich decyzje i nie wahają się dawać im informacji zwrotnej dotyczącej ich życia. Zobowiązania prywatne i rodzinne przedkładają nad obowiązki szkolne, a potem nad organizacyjne. Przymus poświęcania życia prywatnego, by zostać dłużej w pracy, wydaje się im czymś niezgodnym z wartościami, jakie im wpojono. Zwłaszcza jeśli dodatkowo w domu słyszą wypowiedzi negatywnie oceniające pracodawcę rodziców, który „zabiera im czas na życie”.

Świadomi i aktywni

Łatwość, z jaką millennialsi angażują się społecznie, działają w wolontariatach, włączają się w różnego rodzaju akcje o charakterze społeczno-politycznym, także wydaje się efektem specyficznych doświadczeń związanych z tym, co prezentują dom i szkoła. Pokolenie Y ma powszechny i łatwy dostęp do informacji – ich prace domowe polegają często na przeszukaniu odpowiednich źródeł elektronicznych. Są przyzwyczajeni, że biorą udział w dyskusjach, które toczą się w domu, a jeśli potrzebują konkretnego argumentu lub informacji, sięgają po prostu do kieszeni po telefon. Są świadomi różnorodności świata, nie szokują ich różnice rasowe, religijne czy ekonomiczne. Nie dziwią się na widok osób wyglądających inaczej niż oni lub mówiących w obcym języku.

Badania pokazują, że millennialsi wykazują zainteresowanie problemami społecznymi, umieją sprawdzać otrzymywane informacje i czują się uprawnieni do wyrażania własnych opinii oraz dzielenia się nimi z szerszą publicznością. Łatwość w posługiwaniu się mediami społecznościowymi zwiększa skalę ich zasięgu.

Płatni wolontariusze

Stosunek millennialsów do rodziny i ich łatwość angażowania się w dyskusje społeczno-polityczne ukształtowały postawę tego pokolenia wobec miejsca pracy. Na ich charakterystykę jako pracowników znacząco wpływa także otoczenie technologiczne, w którym dorastali. Menedżerowie przechodzący szkolenia dotyczące zarządzania najmłodszym pokoleniem pracowników często konkludują: „Wygląda na to, że trzeba ich traktować jak płatnych wolontariuszy”. Płatnych, bo jak każdy pracownik interesują się swoim wynagrodzeniem (oraz łatwo wymieniają się informacjami o pracodawcach), ale jak wolontariuszy, ponieważ angażują się tylko w te działania, które ich poruszają i mają dla nich znaczenie. Jeśli praca nie ma sensu, to po co marnować na nią czas i rezygnować ze spotkań z rodziną i przyjaciółmi?

Millennialsi opisywani są jako bardzo elastyczni, pewni siebie, ale umiejący grać w zespole, szybko i chętnie się uczący, pod warunkiem, że jest to coś interesującego. Zauważalną cechą tego pokolenia jest również oczekiwanie, że dołączają do nowej organizacji po to, żeby od razu w pełni uczestniczyć w różnych aspektach współpracy. Chcą uczestniczyć w procesie grupowego podejmowania decyzji oraz w pełni wykorzystywać różne kompetencje i możliwości. Takie mieli przecież wcześniejsze doświadczenia i w domu, i w szkole.

Rodzice millennialsów bardzo starali się wychować dzieci pewne siebie, kompetentne, obeznane z problemami świata. Dlaczego więc, gdy przychodzi im zarządzać takimi pracownikami, mają trudności we współpracy? Młodzi, w swoim dotychczasowym życiu zawsze uwzględniani w procesie podejmowana decyzji, przekonani o własnej wszechwiedzy płynącej z internetu, mogą mieć problem z podporządkowaniem się decyzjom osób stojących wyżej w hierarchii.

I zaangażowani, i narcystyczni

Zasada „zwolnimy cię z zajęć, bo wyjazd rodzinny jest ważniejszy” może wyrobić w młodym człowieku wysokie poczucie bliskości z rodziną, ale może mu utrudniać zrozumienie, że gdy minie deadline, zniknie szansa na wzięcie udziału w projekcie, a kolejnej już nie będzie. Bogate w możliwości dzieciństwo z pewnością owocuje szerokimi kompetencjami poznawczymi, ale może spowodować trudności w samodzielnym ustanawianiu własnych celów, w mozolnym wdrapywaniu się po szczeblach hierarchii organizacyjnej, zwłaszcza gdy ta wspinaczka wymaga wykonywania zadań niezbyt i atrakcyjnych i mało ambitnych.

Doświadczenia całego życia, związane z ciągłym dostępem do informacji i niemal natychmiastowym otrzymywaniem odpowiedzi na każde zadane pytanie, budują w młodych oczekiwanie natychmiastowych rezultatów w pracy i pochwał w wypadku każdego osiągnięcia. To wszystko może utrudniać radzenie sobie ze stresem i z konfliktami w organizacji, a w dalszej konsekwencji budować nieufność i niechęć do włączania się w zhierarchizowane struktury korporacji z ujednoliconymi protokołami, dress code’ami nieuwzględniającymi indywidualnych potrzeb pracowników, długimi godzinami pracy i deadline’ami. Dla tego zarówno badacze, jak i osoby współpracujące z millennialsami dość znacznie wahają się w swoich ocenach, portretując to pokolenie jako społecznie zaangażowanych rewolucjonistów z jednej strony, ale pokolenie rozwydrzonych narcyzów bez wdrożonej etyki pracy z drugiej. Prawda leży pewnie nie tyle pośrodku, ile w całym spektrum tego portretu.

A więc nie dziwmy się

Kierowani szlachetnymi intencja mi rodzice, starający się zapewnić dzieciom jak najlepsze doświadczenia, wychowują z pewnością fantastycznych ludzi, gotowych „ruszyć z posad bryłę świata”. Ale skoro chcemy zapewniać dzieciom doświadczenia lepsze od naszych, nie dziwmy się, że tych naszych nie chcą powtarzać. Właśnie dlatego podważają hierarchię zawodową, o której sami przecież wypowiadamy się niezbyt przyjaźnie, i odchodzą z nieatrakcyjnego miejsca pracy, na które sami w domu narzekamy.

Zanim zarzucimy millennialsom brak etyki pracy, zastanówmy się, jaką postawę im pokazujemy. A może oni naprawdę zrewolucjonizują w przyszłości rynek pracy, pracując w zawodach, ja kich jeszcze nie znamy i rozwiązując problemy, których istnienia nie podejrzewamy?

dr Magdalena Łużniak-Piecha, ekspert kierunku zarządzanie i przywództwo, Uniwersytet SWPS

[1] Generations at Work, Zemke i inni.

IHG wybuduje Holiday Inn Express Wrocław

IHG® (InterContinental Hotels Group) kontynuuje swój dynamiczny rozwój w Polsce, czego wyrazem jest nowa umowa na budowę Holiday Inn Express Wrocław. Wydarzenie zostało zakomunikowane podczas Dnia Inwestora i odbyło się w hotelu InterContinental w Warszawie, gdzie przedstawiciele IHG podpisali umowę franczyzową z partnerem sieci – IMS Budownictwo oraz firmą zarządzającą – Hotel Professionals Management Group. Nowy hotel zostanie otwarty pod koniec 2021 roku.

Jacek Tokarski (Hotel Professionals), Alex Kloszewski (Hotel Professionals), Szymon Rodziewicz (IMS budownictwo), Tomasz Przewozniak (IMS budownictwo representative)   From left to right (bottom): Mateusz Sejud (IMS budownictwo), Miguel Martins, Development Director Poland (IHG)
Jacek Tokarski (Hotel Professionals), Alex Kloszewski (Hotel Professionals), Szymon Rodziewicz (IMS budownictwo), Tomasz Przewozniak (IMS budownictwo representative)
 
From left to right (bottom): Mateusz Sejud (IMS budownictwo), Miguel Martins, Development Director Poland (IHG)

Polska gospodarka należy do 10 największych w Unii Europejskiej. Ponadto kraj ten został uhonorowany tytułem Najlepszego Europejskiego Kierunku Podróży w 2018 roku, w związku z czym miejscowy biznes hotelarski notuje dynamiczny wzrost. Najnowsza umowa stanowi symbol błyskawicznej ekspansji sieci hotelarskiej w Polsce, a także zaangażowanie IHG w lokalny rynek. Hotel Holiday Inn Express Wrocław ulokowany będzie przy jednej z najpopularniejszych arterii miasta i pięknie zwrócony w kierunku dynamicznie rozwijającej się dzielnicy Wrocław-Południe obfitującej w atrakcje kulinarne. Obiekt zaoferuje 142 pokoje w nowo zbudowanym budynku. Będzie to już siódmy hotel Holiday Inn Express w Polsce – wyraz silnej obecności marki na krajowym rynku.

Mario Maxeiner, Managing Director, Northern Europe, IHG, komentuje: „Niezwykle cieszy nas dynamiczny rozwój w Polsce. To dla nas ważny rynek z ogromnym potencjałem wzrostu dla całej sieci IHG. Holiday Inn Express Wrocław stworzy nowe miejsca pracy we Wrocławiu. To istotna inwestycja i wkład w rozwój polskiej gospodarki. Odczuwamy satysfakcję, że naszym partnerem jest IMS Budownictwo, firma, której wizja rynku jest zbieżna z naszą”.

Eugeniusz Chodacki, Prezes IMS Budownictwo dodaje: „Współpraca z IHG otwiera przed nami nowe możliwości – bogate doświadczenia rynkowe i systemowe naszego partnera. Jesteśmy zaszczyceni możliwością zaanonsowania naszego partnerstwa i poinformowania o nowym hotelu podczas Dnia Inwestora w Polsce, tradycyjnej platformy wymiany nowych idei i kontaktów biznesowych wszystkich partnerów IHG”.

Holiday Inn Express to najszybciej rosnąca marka z rodziny IHG, doceniana przez podróżnych, którzy poszukują niewyszukanego, lecz oferującego wszystkie udogodnienia miejsca pobytu. Marka oferuje wysoki zwrot dla inwestorów dzięki swojej unikatowości, a także przynależności do potężnego systemu IHG, w tym do IHG ® Rewards Club, największego na świecie hotelowego programu lojalnościowego.

02_Holiday Inn Express Wroclaw_(c)IHG 01_Holiday Inn Express Wroclaw_(c)IHGIHG ma obecnie 11 hoteli w Polsce reprezentujących marki InterContinental, Holiday Inn, Holiday Inn Express i Hotel Indigo. IHG planuje otwarcie kolejnych 19 hoteli – większość z nich do 2022 roku. W ten sposób sieć trzykrotnie powiększy swoje rozmiary w kraju, rozszerzy także swoje portfolio o dwie dodatkowe marki: Crowne Plaza i Staybridge Suites.

Hines Global Income Trust nabył kolejną nieruchomość logistyczną w Polsce

Hines, międzynarodowa firma działająca na rynku nieruchomości, ma przyjemność poinformować, że Hines Global Income Trust („Hines Global”) nabył nieruchomość logistyczną w Łodzi. Jest to obiekt klasy A, który został zaprojektowany zarówno na potrzeby magazynowania, jak i tzw. produkcji lekkiej. Zarządcą inwestycji została spółka Hines Polska. To już drugie centrum logistyczne zlokalizowane w Polsce, które we wrześniu 2019 roku przejął Hines Global. Pierwsza transakcja dotyczyła zakupu parku magazynowego k. Gdańska.

Obiekt, którego powierzchnia wynosi ponad 36 000 m kw., powstał w 2019 roku i jest w pełni skomercjalizowany. Wśród najemców magazynu są firmy o ugruntowanej pozycji na rynku: Damco Poland – spółka z grupy MAERSK dostarczająca rozwiązania w obszarze logistyki kontraktowej, transportu, spedycji, frachtu morskiego i lotniczego oraz Deles Polska – firma działająca głównie w obszarze produkcji opakowań. W obiekcie znajdują się także magazyny firm Intelligent Logistic Solutions i Panasystem PL – spółki specjalizującej się w segmencie motoryzacyjnym. Portfolio klientów magazynu uzupełnia także marka Inter Cars – największy w Europie Środkowo-Wschodniej dystrybutor części zamiennych do samochodów osobowych, dostawczych i ciężarowych.

Lokalizacja nieruchomości we wschodniej części Łodzi gwarantuje najemcom obiektu doskonały dostęp do infrastruktury miejskiej, jak również do Autostrady A1 i węzła łączącego trasy A1 oraz A2, zapewniających świetne połączenie z drogami międzynarodowymi.

– Świetna lokalizacja z dostępem do transportu publicznego oraz najwyższej klasy przestrzeń magazynowa – to, bezsprzecznie, najważniejsze atuty projektu, który właśnie nabyliśmy w imieniu Hines Global. Jestem przekonany, że budynek spełnia oczekiwania wszystkich najemców – zarówno tych skoncentrowanych na świadczeniu dostaw w obrębie Łodzi, jak i dystrybutorów regionalnych czy ogólnopolskich – mówi Przemysław Iznerowicz, Dyrektor Zarządzający w Hines Polska. – Stale poszukujemy nowych możliwości inwestycyjnych i w najbliższym czasie zamierzamy zintensyfikować nasze działania właśnie na rynku polskim – dodaje.

Zakup magazynu sfinansował ING Bank Śląski. Podczas transakcji, firmę Hines Polska wspierały: firma prawnicza Dentons, doradca podatkowy Crido oraz doradca techniczny DIL Polska Baumanagement Sp. z o.o.

DNB: Samorządy, by móc inwestować, nie powinny się bać zielonych obligacji

Unia Europejska chce do 2030 roku ograniczyć emisję gazów cieplarnianych o 40 proc. Tak ambitne cele będą wymagały znacznych inwestycji w infrastrukturę mieszkaniową i przemysłową oraz technologie niskoemisyjne. Dużą ich część będą musiały ponieść jednostki samorządu terytorialnego, które borykają się z coraz większymi ograniczeniami budżetowymi. Zdaniem ekspertów DNB Bank Polska rozwiązaniem mogą być zielone obligacje (ang. green bonds), czyli papiery wartościowe, z których finansowane są inwestycje chroniące środowisko. Z raportu „Dlaczego warto emitować i inwestować w zielone obligacje?” przygotowanego przez DNB Bank Polska i KPMG wynika, że w najbliższych latach rynek zielonych obligacji ma szanse na bardzo szybki rozwój. Ich udział w globalnym rynku obligacji wynosił dotąd około 2 proc. Ale już w pierwszym kwartale tego roku było to 4,4 proc[1].

Wiele samorządów alarmuje, że w związku z chociażby z obniżką PIT oraz rosnącymi wydatkami bieżącymi, będą musiały ograniczyć swoje wydatki inwestycyjne. Po II kwartale br. wyniosły one w skali kraju 13,1 mld zł wobec całorocznego planu 67,35 mld zł. Jak przekonywali samorządowcy podczas spotkania „Wizja polskich miast 2030” zorganizowanego przez DNB Bank Polska oraz Instytut Samorządowy w 2020 roku może to być 47,1 mld zł, a rok później już tylko 33 mld zł. – Tymczasem potrzeby mieszkańców nie maleją. Naszym zadaniem jako samorządowców jest zapewnienie im coraz lepszego standardu życia. Problemem jest, skąd wziąć na to pieniądze – mówiła Hanna Zdanowska, Prezydent Łodzi.

Jednym z możliwych narzędzi do wykorzystania przez JST są zielone obligacje.  Głównym czynnikiem odróżniającym je od obligacji tradycyjnych jest „zieloność” celu emisji. Jego realizacja ma wpłynąć pozytywnie na środowisko naturalne, np. zwiększyć produkcję energii z odnawialnych źródeł czy obniżyć emisję zanieczyszczeń. Mogą one sfinansować różnego rodzaju cele na przykład instalacje wykorzystujące źródła energii odnawialnej, transport publiczny, zrównoważone gospodarowanie zasobami wodnymi i ściekami, zielone budownictwo czy ochronę bioróżnorodności.

Jak wynika z raportu DNB i KPMG globalna wartość zielonych obligacji wyniosła w 2017 roku 162,1 mld dolarów. W 2018 roku było to 167,3 mld dolarów. Od czasu pierwszej zielonej obligacji wyemitowanej  w2007 roku przez Europejski Bank Inwestycyjny ich wartość do czerwca tego roku wyniosła około 550 mld euro. Tylko w pierwszym półroczu tego roku było to już 100 mld euro. Szacunki rynkowe mówią o tym, że w całym 2019 roku wartość wyemitowanych obligacji sięgnie 250 mld dolarów. – Na światowym i europejskim rynku finansowym wyraźnie zauważalny jest trend związany z angażowaniem się w zrównoważone inwestycje, w szczególności poprzez emitowanie i nabywanie zielonych obligacji. W tym zakresie Europa jest światowym liderem. Kolejne miejsca zajmują Ameryka Północna i Azja. Ponadto, warto zauważyć, że wolumen zielonych obligacji wyemitowanych na świecie przez jednostki samorządu terytorialnego wg stanu na koniec pierwszego półrocza 2019 roku uległ podwojeniu w stosunku do pierwszego półrocza 2018 roku – mówi Tomasz Kołodziejczyk, menedżer w dziale usług doradczych w zespole zarządzania ryzykiem finansowym w KPMG w Polsce. Z europejskich krajów najaktywniejsze pod tym względem są Francja, Niemcy oraz Holandia. Jak wynika z raportu DNB i KPMG prawie połowa ze wszystkich europejskich „zielonych” emitentów to instytucje niefinansowe, którym przypisać można około jedną trzecią wolumenu ogółu zielonych emisji. Z kolei jednostki samorządu terytorialnego, rządy państw i organizacje kontrolowane oraz finansowane przez rządy stanowią wspólnie również około jedną czwartą wszystkich emitentów i odpowiadają za około 40 proc. wolumenu emisji.

UE zachęca, a polskie samorządy wciąż się boją

Polska w 2016 roku jako pierwszy kraj na świecie wyemitowała obligacje rządowe określone mianem zielonych o wartości 750 mln euro. Z kolei z początkiem 2018 roku i w lutym tego roku polski rząd wyemitował zielone papiery warte łącznie 3 mld euro, a Ministerstwo Finansów zapowiedziało cykliczną emisję takich obligacji. – W Europie nie brakuje także przykładów miast, które wyemitowały zielone obligacje. Pod tym względem przodują samorządy w Szwecji i Francji, które aktywnie wykorzystują ten instrument już od kilku lat. Pierwszy na świecie emitent municypalny, region Île-de-France, jest również największym emitentem w swojej kategorii sektorowej. Kolejne największe pod względem wolumenu zielonych emisji samorządy to Sztokholm i Goteborg. Praktyka europejskich samorządów pokazuje, że zielone obligacje cieszą się większym zainteresowaniem inwestorów niż obligacje tradycyjne – mówi Małgorzata Zielińska, Dyrektor Departamentu Sektora Publicznego w DNB Bank Polska. – W Polsce póki co żaden samorząd nie zdecydował się na taki krok. Z tego co wiemy przygotowania w niektórych miastach już trwają i to tylko kwestia czasu, kiedy to nastąpi – dodaje.

Jedną z poważniejszych barier rozwoju rynku zielonych obligacji w Polsce, są wyższe niż przy standardowych obligacjach koszty transakcyjne. Zieloność celu emisji oraz proces monitorowania przekazywania środków na ten cel powinny zostać uwiarygodnione niezależną weryfikacją przeprowadzoną przez zewnętrzną i niezależną instytucję oraz ewentualną certyfikacją nadaną przez uznaną organizację ustanawiającą kryteria zieloności emisji (np. Climate Bonds Initiative). Obecnie rynek zielonych obligacji chce również uregulować Komisja Europejska. W czerwcu zapowiedziano utworzenie unijnych norm. Ma to pomóc w określeniu, która inwestycja zasługuje na miano „zielonej”, a która nie, by uniknąć takiej sytuacji, w której zielone obligacje finansują na przykład rozwój nieekologicznych gałęzi przemysłu. Komisja zaleca również utworzenie scentralizowanego systemu akredytacji dla zewnętrznych weryfikatorów, a także wprowadzenie zachęt w celu zwiększenia wzrostu emisji zielonych obligacji i powiązań z innymi zrównoważonymi instrumentami finansowymi.

Dzięki zielonym obligacjom polskie miasta mogłyby przyspieszyć, skonsolidować i w lepszym stopniu skoordynować swoje działania na rzecz poprawy jakości środowiska i przeciwdziałać tak ważnym problemom jak smog, czy ograniczony dostęp do wody. – Obok względów finansowych zachętą do stania się pionierem w emisji zielonych obligacji powinna być wzrastająca świadomość społeczeństwa. Ludzie coraz większą wagę przywiązują do tego, na jaki cel i w jaki sposób są wydawane publiczne pieniądze. Rosnąca świadomość ekologiczna będzie sprzyjać tego typu inicjatywom – mówi Małgorzata Zielińska.

Na koniec pierwszego półrocza 2019 roku większość inwestycji finansowanych za pomocą zielonych obligacji obejmowały: energetykę odnawialną, transport niskoemisyjny i zielone budownictwo oraz termomodernizację. Już teraz na polskim rynku realizowanych lub planowanych jest wiele inwestycji dotyczących ww. sektorów, które potencjalnie mogłyby zostać sfinansowane za pomocą zielonych obligacji.

[1]https://ec.europa.eu/info/sites/info/files/business_economy_euro/banking_and_finance/documents/190618-sustainable-finance-teg-report-green-bond-standard_en.pdf

 

Dolar odzyskał siłę

Próba impeachmentu Trumpa zaskoczył rynek. Kryzys w obozie prezydenckim został dość szybko zgaszony, procedura ta nie ma szans na powodzenie bazując na zapisie rozmowy z prezydentem Ukrainy . Większość tendencji z wtorku została w ostatnich godzinach wymazana: przede wszystkim dotyczy to spadków indeksów giełdowych, ale także zwyżek kursu złota oraz osłabienia dolara.

Dolar odzyskał siłę, ale nie bez znaczenia były też wieści z gospodarki (silny rynek nieruchomości) oraz wystąpienie Evansa z Fed. Wypowiedział się on, że polityka pieniężna jest w odpowiednim miejscu i nie widzi w tej chwili potrzeby dalszej redukcji stóp. Mamy w rezultacie mocno podzielony FOMC: trzech decydentów przeciwko luzowaniu, Bullarda, który chciałby agresywnie ciąć koszt pieniądza i pewnie dwóch – trzech niezdecydowanych. Oznacza to, ze wszystko rozstrzygną napływające dane, zwłaszcza informacje z rynku pracy za wrzesień, ale także indeksy nastrojów. EUR/USD utrzymuje się w trendzie bocznym, ale osunął się do jego dolnego ograniczenia. Dołki kursu z pierwszej części miesiąca są na wyciagnięcie ręki, ale nie widzimy dużo przestrzeni do osłabienia wspólnej waluty. Silniejszy dolar i lepsze nastroje na rynkach akcji pomogły wywindować kurs USD/JPY ponad 107,50. Widzimy duże prawdopodobieństwo, ze odbicie to będzie wygaszane. Dołków szukają waluty Antypodów, ale nastawienie rynku do AUD i NZD jest jednoznacznie negatywne. Bark ewidentnej skłonności władz monetarnych do luzowania polityki był w ostatnich dniach trzykrotnie manifestowany. Gubernator RBA nie dał wskazówki, że cięcie za tydzień jest przesądzone. Komunikat RBNZ optymistyczniej niż można by się spodziewać opisywał koniunkturę i jej perspektywy. Dziś gubernator Orr powiedział także, że obniżanie stóp działa i nie ma potrzeby myśleć o niekonwencjonalnych instrumentach polityki. Wszystkie te wydarzenia podbijały kursy AUD/USD lub NZD/USD, ale rynek ewidentnie wygasza je i wykorzystuje do odnawiania krótkiej ekspozycji. GBP/USD jeszcze w poprzednich dniach zbliżył się do 1,26, ale pomimo tarapatów, w których znalazł się Boris Johnson po wyroku Sądu Najwyższego notowania cofnęły się na niemal 2 proc. od szczytów. Taka skala korekty wydaje się odpowiednia i z bieżących pułapów, czyli okolic 1,2350 można zakładać próbę powrotu do zwyżki. EUR/PLN pozostaje blisko 4,40 i nie widzimy pola do silniejszej aprecjacji przed wyrokiem TSUE ws. hipotek walutowych.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ponad połowa osób zatrudnionych na Śląsku jest zadowolonych z pracy

Niemal 54 proc. osób zatrudnionych na Śląsku jest zadowolonych z ogólnych warunków zatrudnienia. Jednak wysokość zarobków satysfakcjonuje jedynie 25 proc. z nich – wynika z badania „Confidence Index” przeprowadzonego przez firmę rekrutacyjną Michael Page. Jakie benefity są najbardziej atrakcyjne dla pracowników z tego regionu i co może skutecznie skusić ich do zmiany pracy?

W poszukiwaniu nowej pracy…

Zgodnie z danymi GUS, stopa bezrobocia w województwie śląskim, która na koniec lipca 2019 r. wynosiła 3,8 proc., jest jedną z najniższych w Polsce. Średnia w tym samym okresie dla całego kraju szacowana jest na 5,2 proc. Wobec takich danych, nie dziwi zatem fakt, że dla śląskich pracodawców znalezienie, pozyskanie i zatrzymanie pracowników w firmie staje się coraz większym wyzwaniem. Firma rekrutacyjna Michael Page zapytała kandydatów ze Śląska o to, jakie powody mogłyby potencjalnie skłonić ich do zmiany pracy. Okazuje się, że najczęściej wskazywanymi czynnikami są chęć poszerzania nowych kompetencji i umiejętności (55 proc.) oraz zbyt małe zarobki (47 proc.). 38 proc. badanych dostrzega także ograniczone możliwości rozwoju w obecnym miejscu zatrudnienia, a 32 proc. chciałoby pracować w bardziej etycznej firmie. Szukając nowej pracy, najwięcej kandydatów zwróciłoby uwagę na dostęp do szkoleń (98 proc.), relacje z przełożonymi i innymi pracownikami (98 proc.) oraz możliwość utrzymania work-life balance (92 proc.).

Sytuacja gospodarcza Katowic i województwa śląskiego jest coraz lepsza, a stopa bezrobocia w tym regionie systematycznie maleje. Kandydaci odważniej negocjują warunki zatrudnienia i są coraz bardziej świadomi swojej pozycji. Aż 45 proc. ankietowanych przewiduje, że znalezienie nowej pracy zajęłoby im mniej niż 30 dni, a 30 proc. sądzi, że nowego pracodawcę znajdzie w czasie krótszym niż 3 miesiące – mówi Radosław Szafrański, Senior Director w Michael Page.

Coraz silniejszy rynek pracownika

Z ogólnych warunków zatrudnienia w województwie śląskim zadowolonych jest 53 proc. ankietowanych. W poprzednim roku pozytywne noty temu rynkowi wystawiło niemal tyle samo respondentów. Coraz więcej pracowników optymistycznie ocenia także szansę na awans. Z badania Confidence Index za II kwartał 2019 r. wynika, że na wyższe stanowisko w pracy liczy 20,5 proc. ankietowanych – w analogicznym okresie ubiegłego roku było to 17 proc. respondentów. Pracownicy ze Śląska lepiej oceniają także stabilność swojej pracy. Pewnych zatrudnienia jest 61 proc. respondentów, czyli o 10 p.p. więcej niż w 2018 r. (52 proc.).

Przyszłość rynku pracy w Katowicach wygląda obiecująco. Pracodawcy coraz chętniej oferują pracownikom atrakcyjne dodatki do pensji, a w niektórych branżach wręcz walczą o nowego kandydata. Do najbardziej pożądanych przez kandydatów benefitów należą prywatna opieka zdrowotna (90 proc.) i ubezpieczenie na życie (82 proc.). Prawie 80 proc. respondentów biorących udział w naszym badaniu wierzy, że w ciągu następnych 6 miesięcy sytuacja na rynku pracy jeszcze się poprawi – podsumowuje Radosław Szafrański.

***

O badaniu Confidence Index

Confidence Index to cykliczny sondaż przeprowadzany przez Michael Page, który bada nastroje wśród osób poszukujących pracy w wybranych krajach w Europie, Ameryce Północnej, Ameryce Południowej, Azji oraz Australii. Badanie mierzy poziom optymizmu kandydatów na stanowiskach specjalistycznych i managerskich w odniesieniu do szans na znalezienie nowej pracy, przewidywanego czasu trwania poszukiwań, oczekiwań wobec własnej sytuacji zawodowej i sytuacji gospodarczej kraju oraz powodów, które skłoniły ich do zmiany miejsca zatrudnienia. Badanie jest prowadzone online wśród kandydatów, którzy aplikowali na ofertę pracy za pośrednictwem strony Michael Page.

Modzelewski: Czego możemy spodziewać się po negatywnym dla banków wyroku TSUE

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie dotyczącej frankowiczów zapadnie 3 października. Dla frankowiczów informacje jakie napłyną z TSUE mogą być zbawienne. Dla sektora bankowego zaś oznaczać wielomiliardowe straty. Jak banki będą bronić się przed negatywnym dla nich wyrokiem wyjaśnia profesor Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych.

profesor Witold Modzelewski, profesor nauk prawnych, ekonomista i były wiceminister finansów
profesor Witold Modzelewski, profesor nauk prawnych, ekonomista i były wiceminister finansów

Kilkaset tysięcy osób posiadających kredyty we frankach wytoczyło swoim bankom procesy. Oskarżają je o niewłaściwe zaprojektowanie umów kredytowych i narażenie klientów na niepotrzebne ryzyko oraz o nieuczciwe przeliczanie walutowe kredytów. Większość tych spraw została wygrana, jednak do dzisiaj banki sprzeciwiają się przewalutowaniu kredytów. Tę sytuację zmienić może wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który najpewniej poznamy już w tym miesiącu. Jeśli TSUE wstawi się za kredytobiorcami, do sądów wpłynie więcej pozwów i prawdopodobnie zostaną one rozwiązane z korzyścią dla kredytobiorców. Co w tej sytuacji zrobią banki? Prawdopodobne jest, że zostaniemy zaszantażowani wizją konsekwencji, które spadną na nas wraz z przewalutowaniem kredytów. Wizja problemów finansowych i bankructwa banków ma przestraszyć państwo i jego obywateli. Nie warto jednak ugiąć się przed lobbingiem sektora bankowego.

– Akcje banków mogą gwałtownie zacząć spadać, wymyślą więc wtedy koncepcję racjonalnej ścieżki wyjścia – czyli dogadania się z klientami. Zostanie przedstawiona narracja, że my z tego kryzysu musimy wyjść bardzo powoli, żeby nie zagrozić interesom właścicieli akcji – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Oczywiście wtedy zacznie się krzyk i szantażowanie państwa, że musi się dołożyć do tego interesu. Miejmy nadzieję, że państwo zachowa trzeźwość umysłu i nie będzie podatne na lobbing bankowy. Powinniśmy powiedzieć bankom, że to one są autorami swoich kłopotów – to one zaproponowały te kredyty, więc same muszą rozwiązać swój problem. Państwo nie musi dokładać się do źle prowadzonych interesów finansowych – stwierdził Modzelewski.

Rośnie liczba cyberataków na infrastrukturę kolejową. Mogą one grozić paraliżem

Rośnie liczba cyberataków na infrastrukturę kolejową. Mogą one grozić paraliżem 7

Infrastruktura kolejowa jest kluczowa nie tylko ze względu na przewozy pasażerskie, lecz także towarowe, zwłaszcza transport krytycznych z punktu widzenia państwa produktów, jak ropa naftowa czy węgiel. – Jeżeli ruch kolejowy zostanie sparaliżowany, możemy mieć np. przerwy w dostawach energii elektrycznej – mówi Andrzej Bartosiewicz, ekspert Thales Polska. Jak podkreśla, liczba ataków hakerskich na infrastrukturę krytyczną, do której zalicza się transport kolejowy, rośnie gwałtownie, a problemem wciąż pozostaje bardzo długi, nawet 6-miesięczny, czas pomiędzy atakiem a momentem, w którym zostanie wykryty.

Dziś konflikty zbrojne nie odbywają się już tylko w obszarze militarnym, lecz zagrożone są też elementy infrastruktury krytycznej, m.in. transport kolejowy, lotniczy, wodociągi czy energetyka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Andrzej Bartosiewicz, dyrektor sprzedaży i rozwoju biznesu w obszarze cybersecurity Thales Polska.

Infrastruktura krytyczna jest kluczowa dla ciągłości funkcjonowania państwa. Zalicza się do niej m.in. transport kolejowy, zarówno towarowy, jak i osobowy. Ten musi być nie tylko punktualny, sprawny i bezpieczny, lecz także jako potencjalny cel ataków hakerskich zabezpieczony przed cyberatakami.

Ruch kolejowy to nie tylko pasażerowie. To też transport krytycznych z punktu widzenia państwa produktów, jak ropa naftowa, benzyna czy węgiel. Jeżeli zostanie sparaliżowany ruch kolejowy, możemy mieć np. przerwy w dostawach energii elektrycznej. Dlatego bezpieczeństwo ruchu kolejowego jest elementem bezpieczeństwa państwa. Trzeba poświęcić dużo uwagi, żeby nie stało się jego słabym elementem – podkreśla Andrzej Bartosiewicz.

Liczba ataków hakerskich na infrastrukturę krytyczną wzrasta, co potwierdziły m.in. dane Federalnego Urzędu Bezpieczeństwa Teleinformatycznego, które na początku tego roku ujawnił niemiecki dziennik „Welt am Sonntag”. Wynika z nich, że tylko w II połowie ubiegłego roku doszło w Niemczech do 157 ataków hakerskich na infrastrukturę krytyczną, z czego 19 na sieci elektroenergetyczne. Jeszcze na przełomie roku 2016/2017 takich incydentów odnotowano raptem 34.

Mamy całą masę wirusów i złośliwego oprogramowania, którego celem jest zidentyfikowanie słabych elementów sieci i zaatakowanie ich. Hakerzy mają tutaj wiele celów do osiągnięcia. Pierwszym jest pozyskanie szczegółowych danych o elementach tych systemów, o tym, co jest zainstalowane. Następnie dokonują spersonalizowanych, dedykowanych ataków, np. po to, żeby zatrzymać ruch kolejowy albo dokonać jakiegoś innego działania, które potencjalnie zagraża bezpieczeństwu pasażerów czy transportu towarów – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Główny problem w przypadku takich incydentów stanowi wciąż bardzo długi czas pomiędzy atakiem a momentem, w którym zostanie wykryty. Ten potrafi sięgać nawet 6 miesięcy.

To oznacza, że haker buszuje w sieci przez 6 miesięcy i zaatakowany dowiaduje się o tym dopiero, kiedy dojdzie np. do poważnych zniszczeń czy kradzieży danych. Dlatego bardzo istotnym elementem działań po stronie operatorów infrastruktury krytycznej jest skrócenie tego czasu od ataku do jego wykrycia – mówi Andrzej Bartosiewicz. – Kolejna rzecz to cały system wymiany informacji między Polską a innymi krajami Unii Europejskiej. Takie ataki często są skoordynowane i dotyczą kilku krajów, dlatego współpraca między podmiotami zajmującymi się bezpieczeństwem w każdym z krajów Unii Europejskiej musi być ścisła.

Co istotne, infrastruktura kolejowa, podobnie jak inne typy infrastruktury krytycznej, różni się od systemów IT znanych z biur. To przede wszystkim systemy, które sterują ruchem kolejowym albo spełniają inne zadania, ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa pasażerów czy ruchu towarowego.

– Takie systemy muszą być stale monitorowane. Wszelkie anomalie muszą być wykrywane, a następnie właściwe służby po stronie operatora muszą takie potencjalne zagrożenia eliminować – zaznacza Andrzej Bartosiewicz.

Jak podkreśla, infrastruktura kolejowa jest częścią infrastruktury krytycznej, określonej przez Komisję Europejską w dyrektywie NIS przyjętej trzy lata temu, a w ubiegłym roku wdrożonej do polskiego prawa w postaci ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa.

Dlatego operatorzy infrastruktury kolejowej są zobligowani przepisami prawa do jej zabezpieczenia – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Celem dyrektywy jest przede wszystkim zapewnienie wysokiego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych na terytorium całej Unii Europejskiej i umożliwienie skutecznej walki z zagrożeniami.

W Polsce ustawa o KSC i ustawa o zarządzaniu kryzysowym, komplementarne wobec siebie, nakładają na operatorów infrastruktury krytycznej wymóg, aby każdy atak hakerski i incydent naruszenia bezpieczeństwa w ciągu 24 godzin zgłaszać do CSIRT GOV lub CSIRT MON (Zespołu Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego).

Ustawa o KSC jest latarnią, która wyznacza operatorom infrastruktury kolejowej i innych krytycznych elementów, jak np. energetyka, jakie działania muszą podjąć, aby zwiększyć bezpieczeństwo. Operatorzy muszą m.in. dokonać analizy ryzyka i ocenić, które elementy są potencjalnie narażone na ataki ze strony hakerów. Kolejny krok to wdrożenie odpowiednich rozwiązań technicznych. Należy zainwestować czas i pieniądze, aby to bezpieczeństwo zwiększyć – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Ekspert podkreśla, że w Polsce wymogi, które na operatorów infrastruktury krytycznej nakłada ustawa o KSC, są dość restrykcyjne w porównaniu z prawodawstwem w innych krajach UE. Przepisy wymagają m.in. wyznaczenia osób odpowiedzialnych i wdrożenia odpowiednich procedur reagowania w przypadku incydentów zagrożenia bezpieczeństwa.

– Pasażerowie nie powinni odczuć tych działań dokonywanych w celu zabezpieczenia sieci. Idea jest taka, że operatorzy wprowadzają rozwiązania, które są dla pasażerów niewidoczne – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Resort środowiska: Zmiany klimatyczne i zanieczyszczenia powietrza zagrożeniem dla rozwoju gospodarczego. Potrzebne wielomiliardowe inwestycje

Resort środowiska: Zmiany klimatyczne i zanieczyszczenia powietrza zagrożeniem dla rozwoju gospodarczego. Potrzebne wielomiliardowe inwestycje 8

Ekstremalne zjawiska pogodowe, takie jak nasilające się powodzie czy fale upałów i związane z nimi susze, będą mieć w nadchodzących latach przełożenie na gospodarkę i mogą zakłócać funkcjonowanie transportu, branży budowlanej czy energetycznej – wynika z „Polityki ekologicznej państwa do 2030 roku”. Dokument pokazuje, że skutki postępujących zmian klimatycznych i zła jakość powietrza to główne problemy środowiskowe dla Polski. W ich rozwiązywaniu mają pomóc uruchamiane ostatnio programy, jak „Czyste powietrze” czy „Energia Plus”. Wiceminister środowiska Sławomir Mazurek podkreśla, że resort będzie je na bieżąco udoskonalać i rozszerzać.

Dobra jakość środowiska to także dobre warunki do inwestowania i pracy. Bezpieczeństwo ekologiczne ma swoją wartość, jeśli inwestorzy chcą rozwijać swoje zakłady w danym obszarze i widzą, że państwo chce inwestować w innowacyjne, nowoczesne technologie, wtedy stwarzamy im pole do działania –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Mazurek, wiceminister środowiska.

Kierunki działań w obszarze ochrony środowiska wyznacza przyjęta w sierpniu „Polityka ekologiczna państwa do 2030 roku”. Dokument ten będzie podstawą do przyszłych działań legislacyjnych i inwestowania środków UE z perspektywy finansowej na lata 2021–2027.

– Zakładamy, że „Polityka ekologiczna państwa” będzie sprzyjać takiej synergii między dynamicznym rozwojem gospodarczym a poszanowaniem zasobów przyrodniczych, w niektórych sytuacjach nawet renaturalizacją czy poprawą stanu środowiska – mówi Sławomir Mazurek.

Jak wynika z nowej strategii ekologicznej, główne problemy środowiskowe w Polsce to m.in. nieodpowiednia jakość powietrza, niska zasobność wód, skutki postępujących zmian klimatycznych i deficyt narzędzi kreowania ładu przestrzennego. Te problemy mają zaadresować uruchamiane przez rząd programy jak „Czyste powietrze” czy „Energia Plus” ukierunkowane na poprawę jakości powietrza i rozwój energetyki odnawialnej.

Priorytetem jest poprawa jakości powietrza i w tym obszarze będziemy realizować program „Czyste Powietrze”, na który przeznaczymy 103 mld zł w ciągu 10 lat. Chcemy także rozwijać odnawialne źródła energii i tutaj z pomocą przychodzi program „Mój Prąd”, w ramach którego przeznaczymy 1 mld zł na rozwój fotowoltaiki. Będziemy także wspierać rolników indywidualnych, aby mogli na swoich posesjach rozwijać OZE. Chcemy rozwijać ciepłownictwo w miastach, stąd specjalny program „Ciepłownictwo powiatowe”, ale pamiętamy również o zasobach geologicznych. Tutaj z kolei wychodzimy z programem „Geotermia Plus” – wylicza Mazurek.

Jak podkreśla, resort środowiska będzie monitorować, jak działają uruchamiane ostatnio programy, i na bieżąco je udoskonalać albo rozszerzać ich zakres, aby były jak najbardziej efektywne.

„Polityka ekologiczna państwa do 2030 roku” pokazuje, że ekstremalne zjawiska pogodowe – takie jak nasilające się fale upałów czy powodzie – będą mieć w nadchodzących latach przełożenia na gospodarkę i mogą zakłócać funkcjonowanie transportu czy sektora energetycznego. To właśnie te dwie branże – obok budowlanych – są w największym stopniu narażone na negatywne skutki ekstremalnych zjawisk klimatycznych. Dlatego nowo przyjęta polityka ma też wyznaczać standardy do opracowywania nowych projektów infrastruktury transportowej i modernizacji już istniejącej. Wyzwaniem jest także zapewnienie właściwego systemu finansowania przedsięwzięć środowiskowych, tak żeby działania sektora prywatnego i publicznego wzajemnie się uzupełniały.

– Mówimy tutaj o kwotach miliardowych. Chcemy, żeby te środki były efektywnie wykorzystywane i aby faktycznie rozwijając i poprawiając jakość środowiska, wzmacniać także rozwój gospodarczy – mówi wiceminister środowiska.

W przygotowaniu jest również „Polityka energetyczna państwa do 2040 roku”, której projekt został opublikowany przez resort energii w końcówce ubiegłego roku. Ta ma zostać przyjęta najprawdopodobniej po zbliżających się wyborach parlamentarnych.

– Jest szereg innowacji dotyczących zgazowania węgla czy produkcji wodoru. Mówimy także o błękitnym węglu, jest więc szereg innowacyjnych rozwiązań, które możemy wykorzystywać w oparciu o nasze zasoby geologiczne. Pamiętamy o tym, że musimy się kierować w stronę transformacji energetycznej zakładającej, że udział odnawialnych źródeł energii z każdym rokiem będzie rósł – mówi Sławomir Mazurek.

Wyższe opłaty w sprawach cywilnych nie zmniejszą ilości pracy w sądach. Wpłyną za to na ich budżety

Wyższe opłaty w sprawach cywilnych nie zmniejszą ilości pracy w sądach. Wpłyną za to na ich budżety 9

Modyfikacja niektórych stawek kosztów sądowych w sprawach cywilnych i wprowadzenie nowych opłat były szeroko komentowaną zmianą. Zgodnie z uzasadnieniem projektu ustawy miała ona na celu urealnienie obowiązujących opłat i dostosowanie do dzisiejszego poziomu cen, a także częściową redukcję zbytniego obciążenia sądów pracą i obniżenie nakładów państwa na wymiar sprawiedliwości. Obowiązujące od miesiąca stawki są czasami kilkukrotnie wyższe od poprzednich. – Nie są to jednak rewolucyjne zmiany, które mogłyby wpłynąć na zmniejszenie liczy spraw wpływających do sądów – mówi Katarzyna Ulejczyk, adwokat z Kancelarii BCLA Bisiorek Cieśliński.

Nowe stawki w kosztach sądowych w sprawach cywilnych zaczęły obowiązywać 21 sierpnia br. i mają zastosowanie do wszystkich pism, które są wnoszone do sądu od tej daty. Została wprowadzona także, co umyka w tej nowelizacji, nowa opłata za wniosek o sporządzenie uzasadnienia wyroku. Nawet jak sprawa jest w toku i ona została wniesiona dużo wcześniej, to za ten wniosek również trzeba uiścić opłatę – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Ulejczyk, adwokat z Kancelarii BCLA Bisiorek Cieśliński.

Nowe stawki to element dużej nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego. Wynikają one z nowelizacji ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych. Głównie są to podwyżki dotychczasowych opłat. Przykładowo, podniesiono maksymalną opłatę pobieraną w sprawach o prawa niemajątkowe (oraz w niektórych sprawa o prawa majątkowe). Do tej pory było to 5 tys. zł, a po zmianach – 10 tys. zł.

Nowym prawem wprowadzono także opłaty od pism, które wcześniej albo nie funkcjonowały w postępowaniu cywilnym, albo nie wiązały się z żadnymi kosztami. Przykładem może być wniosek o doręczenie orzeczenia wraz z uzasadnieniem. Przed wejściem w życie nowych przepisów jego złożenie nie podlegało opłacie, a od 21 sierpnia wiąże się ze stałą opłatą w wysokości 100 zł.

Co istotne, zostały zmienione opłaty za wniesienie wniosku o zawezwanie do próby ugodowej, które do tej pory wynosiły 40 zł, jeżeli roszczenie nie przekraczało 10 tys., albo 300 zł, jeżeli przekraczało ten limit. W tym momencie będzie to 1/5 wartości powództwa, czyli naszego roszczenia. To jest chyba najbardziej rewolucyjna zmiana – mówi Katarzyna Ulejczyk.

Inna ważna zmiana to wprowadzenie opłaty od wniosku o wezwanie na rozprawę świadka, biegłego lub strony, jeśli jego złożenie następuje po zatwierdzeniu przez sąd planu rozprawy.

Do tego jeszcze jest kwestia opłat kancelaryjnych. Jeżeli potrzebujemy uzyskać odpis wyroku, do tej pory płaciliśmy 6 zł za każdą rozpoczętą stronę. W tym momencie zostało to zmienione i płacimy 20 zł za każde rozpoczęte 10 stron – mówi Katarzyna Ulejczyk. – Za jedną kartkę kopii do tej pory płaciliśmy złotówkę, w tym momencie również jest 20 zł za każde rozpoczęte 20 stron, co oznacza, że jeżeli tych kopii będziemy chcieli mieć 5 kartek, będziemy musieli zapłacić 20 zł, a nie 5 zł, jak było to dotychczas.

Zdaniem adwokat Kancelarii BCLA większość wprowadzonych zmian nie będzie drastycznie odczuwalna przez strony.

Niektóre koszty, tak jak opłaty kancelaryjne czy nowa opłata za wniosek o uzasadnienie wyroku faktycznie wzrosną, natomiast nie jest to aż tak drastyczna różnica dla osób, które dochodzą swoich roszczeń w sądach. Niemniej jeżeli ktoś nie może sobie pozwolić na poniesienie takich opłat, zawsze można wnosić do sądu o zwolnienie z kosztów – wyjaśnia Ulejczyk.

Jak podkreśla, nie będzie to też miało istotnego wpływu na ilość pracy w sądach i liczbę wpływających praw.

– Jedynie w zakresie zawezwań do prób ugodowych jest to duża zmiana i w tym jednym punkcie faktycznie może być trochę mniej wniosków tego typu. Natomiast w skali całego działania sądów nie będzie to miało większego wpływu – mówi Katarzyna Ulejczyk.

Pracownicy Amazona przez dwa dni pracowali w piżamach. Wsparli w ten sposób dzieci chore na nowotwory

Pracownicy Amazona przez dwa dni pracowali w piżamach. Wsparli w ten sposób dzieci chore na nowotwory 10

Pracownicy Amazona przez dwa dni mogli przyjść do pracy w piżamach. Za każdą osobę, która się na to zdecydowała, e-commercowy gigant przelał określoną kwotę na konto organizacji działających na rzecz dzieci chorych na nowotwory. Akcja jest częścią wrześniowej kampanii Fundacji „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”, której celem jest promowanie profilaktyki takich schorzeń wśród najmłodszych. Jak podkreśla PR manager Amazona Magdalena Węglewska, pracownicy firmy wręcz oczekują od niej działań zgodnych ze społeczną odpowiedzialnością biznesu.

 Amazon zatrudnia w Polsce ponad 16 tys. osób w 7 regionach. Jesteśmy obecni na rynku od ponad 5 lat na rynku i naszym celem jest nie tylko tworzenie miejsc pracy, lecz także wspieranie lokalnych społeczności. Społeczna odpowiedzialność biznesu to tak naprawdę działanie na rzecz osób, które tej pomocy potrzebują – nie tylko naszych pracowników i ich rodzin, ale i lokalnych społeczności. To także współpraca z organizacjami charytatywnymi czy organizacja projektów edukacyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Magdalena Węglewska, PR Manager Amazon.

Jak podkreśla, działania CSR-owe marki są bardzo istotne z punktu widzenia samych pracowników, którzy z jednej strony bardziej integrują się z firmą, a z drugiej – niejednokrotnie sami wychodzą z inicjatywą wsparcia kolejnych projektów i aktywnie się w nie włączają.

– W DNA naszej marki jest transparentność, otwartość i działanie na rzecz innych. Zapraszamy wszystkich do tego, żeby przyszli, zobaczyli na własne oczy, a być może również włączyli się do naszych akcji. Można zarejestrować się na stronie ZwiedzanieAmazon.pl. Przez pięć dni w tygodniu dwa razy dziennie zapraszamy na zwiedzanie centrum, gdzie można zobaczyć, jak na co dzień nasi pracownicy włączają się i wspierają lokalne społeczności – mówi Magdalena Węglewska.

Działalność CSR-owa przekłada się nie tylko na wizerunek, lecz także na wymierne korzyści dla firmy. Jak wynika z raportu „CSR w praktyce – barometr Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej” firmy angażują się w działania CSR ze względu m.in. na zwiększające się zaufanie wśród pracowników (35 proc.) i klientów (32 proc.). Blisko 40 proc. ma świadomość korzyści z prowadzenia działalności zgodnie z zasadami społecznej odpowiedzialności.

Jedną z inicjatyw, w którą zaangażował się e-commercowy gigant, jest wrześniowa kampania Fundacji „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”, której celem jest promowanie profilaktyki takich schorzeń wśród najmłodszych. Szacuje się, że tylko w tym roku ponad 300 tys. dzieci usłyszy diagnozę nowotworową. Rak to druga najczęstsza przyczyna zgonów dzieci wśród chorób nieinfekcyjnych.

– Jak co roku Amazon dołącza do tej kampanii pod znakiem złotej wstążki – mówi Magdalena Zagrodnik, HR manager w Amazon Polska. – We wrześniu nasi pracownicy przez dwa dni mogą przyjść do pracy w piżamach, żeby okazać wsparcie dla najmłodszych dzieci walczących z chorobą nowotworową, które spędzają dużo czasu w szpitalu. Będziemy liczyć, ile było takich osób i na tej podstawie przekażemy określoną kwotę do wybranych fundacji działających w miastach, w których znajdują się nasze centra.

– Mamy dzień piżamowy i choć dziwnie to wygląda na korytarzach, to pieniądze trafiają na konto dzieci chorych na raka. Ta akcja jest organizowana w Amazonie po raz drugi i chcielibyśmy, żeby była również w następnych latach – mówi Dorota Makolądra, pracownik Amazon od czterech lat.

Wrześniowa akcja to nie jest pierwsze partnerstwo firmy z Fundacją „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”. Amazon Fulfillment już od kilku lat prowadzi akcję Kindloteka, w ramach której został uruchomiony w różnych miejscach kącik czytelniczy „Amazon. Kocham czytać” z miejscem do przechowywania elektronicznych czytników. Na małych pacjentów czeka tam 10 urządzeń Kindle, które mogą wypożyczyć w każdym momencie, oraz 100 różnych książek w tradycyjnym, papierowym wydaniu. Te mają nie tylko wartość rozrywkową, lecz także terapeutyczną – dzieciom, które spędzają w szpitalnych łóżkach długie tygodnie, pozwalają na oderwanie myśli od choroby.

 W onkologii niesłychanie ważna jest profilaktyka. Wykrycie nowotworów w pierwszym i drugim stadium pozwala na wyleczalność rzędu 90 proc., zbliżoną nawet do stu. Im później ten nowotwór się wykrywa, im później się go diagnozuje, tym szanse na wyleczenie maleją. Dlatego regularne badania profilaktyczne to po prostu szansa na powrót do zdrowia – podkreśla Bartłomiej Dwornik, Fundacja „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”.

Rośnie zainteresowanie systemami przemysłowego internetu rzeczy. Okulary AR czy inteligentne rękawice zautomatyzują i usprawnią procesy produkcyjne

Rośnie zainteresowanie systemami przemysłowego internetu rzeczy. Okulary AR czy inteligentne rękawice zautomatyzują i usprawnią procesy produkcyjne 11

Firmy coraz częściej inwestują w rozwiązania z branży przemysłowego internetu rzeczy. Inteligentne okulary czy rękawice wykorzystujące rzeczywistość rozszerzoną pozwalają sprawniej zarządzać siecią urządzeń połączonych, łańcuchami produkcyjnymi czy przetwarzać dokumentację bez opuszczania stanowiska pracy. Wdrożenie kompleksowych sieci urządzeń połączonych umożliwi przeprowadzanie monitoringu procesów przemysłowych w czasie rzeczywistym.

– Zadaniem Crove jest pomaganie firmom prowadzącym obszerną dokumentację w jej optymalizacji i cyfryzacji. Rękawica wykonuje rutynowe zadania i przygotowuje dokumentację, a wszystko wykonywane jest w tle podczas normalnej pracy użytkownika. Przy tym nie potrzebujemy wizualnego potwierdzenia wykonanych zadań. W przyszłości działanie rękawiczki będzie wsparte sztuczną inteligencją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alicia Sophia Hinon, współzałożycielka EngageLabs.

Rękawica Crove została zaprojektowana w taki sposób, aby pracownicy mogli aktywować i kontrolować urządzenia wchodzące w skład przemysłowego internetu rzeczy (IIoT) z dowolnego miejsca, bez konieczności bezpośredniego obsługiwania maszyny. Po wgraniu do rękawiczki odpowiedniego protokołu, sprzęt gotowy jest do zdalnego kontrolowania urządzeń przypisanych do konkretnych gestów.

Nad podobnym projektem pracują inżynierowie z firmy ProGlove, którym udało się pozyskać od Summit Partners 36 mln euro na rozwój inteligentnej rękawicy przemysłowej. Sprzęt ma zastąpić klasyczne skanery kodów kreskowych i umożliwiać błyskawiczne skanowanie produktów w fabrykach czy centrach magazynowych. Urządzenie odciąża pracownika, integrując skaner w ubraniu roboczym. Takie rozwiązanie pozwala zredukować czas potrzebny do zeskanowania produktu, gdyż odczytanie kodu nie wymaga wyjmowania narzędzia.

W procesach produkcyjnych pomagają także inteligentne okulary. Druga generacja Google Glass Enteprise została opracowana z myślą o optymalizacji pracy w fabrykach, dzięki czemu ułatwi obsługę urządzeń przemysłowych. W nowej wersji inżynierowie zastosowali wydajny, czterordzeniowy procesor Qualcomm Snapdragon XR1, który we współpracy z 8-megapikselowym aparatem pozwoli na płynną pracę w środowisku rzeczywistości rozszerzonej. Wykorzystujące sztuczną inteligencję gogle mogą pomagać pracownikom np. na linii produkcyjnej, zapewniając dostęp do informacji bez użycia rąk.

– Crove można określić jako produkt uniwersalny, ponieważ można z niego korzystać w różnego rodzaju branżach wymagających prowadzenia obszernej dokumentacji. Dzięki temu, że jest to inteligentne urządzenie działające w oparciu o technologię IIoT oraz pozwalające na sterowanie zdalne, w przyszłości będzie można z niego korzystać w połączeniu z wszelkiego rodzaju systemami IIoT wykorzystywanymi przez przedsiębiorstwa – twierdzi ekspertka.

W fabryce Boers & Co FineMetalworking wdrożono zarówno rękawice ze skanerem kodów kreskowych, jak i cyfrowy plan zakładu z podglądem każdej maszyny oraz jej aktualnym statusem. Uzupełnieniem platformy jest dron, który nieustannie odczytuje informacje z tagów RFID i automatyzuje proces inwentaryzacji zapasów w trybie dziennym. Inteligentne okulary czy rękawice rozpoznające gesty mają stanowić uzupełnienie takich kompleksowych sieci IIoT i ułatwić obsługę skomplikowanych procesów produkcyjnych.

– Rynek inteligentnych urządzeń do noszenia dopiero się rozwija. Nasza wizja przyszłości to pracownicy i zakłady wyposażone w 3 inteligentne systemy – okulary z rozszerzoną rzeczywistością, systemy ERP i precyzyjne rękawice. Przewidujemy, że rynek tego typu urządzeń będzie wart miliard dolarów – wskazuje Alicia Sophia Hinon.

Według analityków z firmy Zion Market Research wartość globalnego rynku przemysłowego internetu rzeczy w 2017 roku wyniosła blisko 146 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do ponad 232 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 8 proc.

Elektroniczne usługi medyczne rewolucjonizują służbę zdrowia. W Polsce wystawia się już ponad 220 tys. e-recept dziennie

Elektroniczne usługi medyczne rewolucjonizują służbę zdrowia. W Polsce wystawia się już ponad 220 tys. e-recept dziennie 12

W Polsce można już bez wychodzenia z domu odbyć konsultację lekarską, otrzymać receptę, a nawet poprosić o jej wykupienie i wysyłkę leku. Na popularności coraz bardziej zyskują też instrumenty takie jak elektroniczna recepta czy skierowanie. Wprowadzenie cyfrowej dokumentacji medycznej pozwoli natomiast usprawnić analitykę i obsługę kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia. Właśnie wystartowała nowa platforma rządowa, na której wszystkie sprawy, w tym zdrowotne, można załatwić w jednym miejscu.

– Wideokonsultacje czy też rozwiązania telemedyczne już zaczynają być implementowane do polskiego systemu ochrony zdrowia i jak najbardziej istnieje przestrzeń do ich rozwoju. Technicznie nie jest to żadna bariera, więc będziemy mieli coraz więcej takich rozwiązań – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Czech, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego.

W Polsce funkcjonują już przychodnie on-line. Jedną z nich jest działająca na terenie Unii Europejskiej przychodnia Dimedic, w której można bez wychodzenia z domu odbyć konsultację lekarską i otrzymać receptę. Pacjent może wybrać również opcję wykupu recepty. Placówka udziela konsultacji głównie w sprawach związanych z antykoncepcją, otyłością czy zaburzeniami seksualnymi

– W obszarze e-zdrowia i wszystkiego, co jest związane z rozwiązaniami cyfrowymi w zdrowiu, to obecnie jesteśmy w fazie pełnej akceleracji. E-recepta, e-skierowanie, e-zwolnienie, konto pacjenta, to są wszystko elementy cyfryzacji, które wchodzą szybko do systemu ochrony zdrowia i dzięki temu gonimy państwa, które uważamy za modelowe, np. Estonię – mówi Marcin Czech.

Recepty elektroniczne można w Polsce zrealizować w każdej aptece od 1 stycznia 2019 roku. Od 1 stycznia 2020 roku wszystkie przychodnie będą miały natomiast obowiązek ich wystawiania. Według danych Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia, do tej pory wystawiono w Polsce ponad 7 mln takich recept, a według najnowszych danych, dziennie jest ich już wystawianych ponad 220 tysięcy. Liczba podmiotów wystawiających e-recepty w samym tylko sierpniu wzrosła w stosunku do lipca o 46 proc. i wynosi już prawie 4 tysiące.

Kolejnym krokiem w rewolucjonizowaniu polskiej służby zdrowia ma być wprowadzenie w 2021 r. elektronicznej dokumentacji medycznej. W Internetowym Koncie Pacjenta po zalogowaniu się za pomocą Profilu Zaufanego będzie można przejrzeć nie tylko swoją dokumentację medyczną, w tym historię wizyt u lekarza w ramach NFZ od 2008 r., lecz także swoich dzieci.

– To będzie otwarcie wrót do olbrzymich możliwości analitycznych, które tkwią w systemie. I to uzupełni dane, które są zbierane dla potrzeb refundacji czy dla potrzeb NFZ-u. W cyfryzacji będzie wiele nowych rzeczy i wiele nowych rozwiązań dla dobra profesjonalistów medycznych i pacjentów – przewiduje prezes Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego.

Wprowadzenie możliwości przeprowadzania elektronicznych konsultacji z lekarzami różnych specjalizacji pozwala walczyć z problemem kolejek. Na prywatną wizytę u urologa trzeba w Kielcach czekać nawet trzy tygodnie. Wizyta w ramach kontraktu z NFZ to już czas oczekiwania sięgający co najmniej 3,5 miesiąca. W przypadku zdecydowania się na konsultację przez kanał elektroniczny czas ten skraca się nawet do czterech dni.

Z uwagi na znaczne usprawnienie systemu ochrony zdrowia dzięki narzędziom on-line możliwe będzie też wypracowanie oszczędności finansowych, ale i poprawy jakości opieki.

– Na początku musimy się nauczyć jak z tego systemu korzystać, ale potem wszystko będzie na tzw. kliknięcie, co zaowocuje sporymi oszczędnościami. Być może wymusi to również zmiany polegające na tym, że lekarze będą bardziej się zajmować pacjentem i leczeniem, a np. szeroko zapowiadani asystenci medyczni będą bardziej obsługiwać systemy informacji. Myślę, że to jest przyszłość – mówi Marcin Czech.

W budżecie Polski na 2019 rok nakłady na służbę zdrowia sięgnęły kwoty niemal 100 mld zł, co stanowi 4,86 proc. PKB. W 2020 ma to być już 5,03 PKB, a do 2025 roku 6 proc. Właśnie wystartowała rządowa platforma gov.pl, na której wszystkie e-usługi, w tym także zdrowotne, można załatwić w jednym miejscu.

Dlaczego warto przechowywać dane z tachografu

Pół tysiąca złotych za dzień w przeliczeniu na jeden pojazd. Tyle może zapłacić przedsiębiorca za brak danych z tachografu. Odczyty czasu pracy kierowców zawodowych są podstawowymi informacjami, które przewoźnik powinien przechowywać. Inspekcja Transportu Drogowego może je sprawdzić nawet rok wstecz. Michał Senger, ekspert Inelo, radzi, jak bezpiecznie gromadzić dane w firmie transportowej.

Tachograf odczytujemy maksymalnie co 90 dni kalendarzowych, używając do tego karty przedsiębiorstwa, na którą tacho zostało zablokowane. Dobrą praktyką jest odczyt częściej niż przewidziane trzy miesiące. Gdy spóźnimy się z odczytem, narażamy się na kolejną karę w wysokości 500 zł (na pojazd za każdy dzień).

Jeżeli więc w firmie jest kilkanaście samochodów i wszystkie mają nieterminowe odczyty, możemy otrzymać maksymalny mandat przewidziany taryfikatorem. Wówczas nie jest istotne to, że kierowcy jeżdżą zgodnie z przepisami. Jeśli więc ze względu na specyfikę transportu kierowcy nie wracają zbyt często do bazy i nie ma możliwości regularnego odczytania tachografów w siedzibie, wskazane jest zainstalowanie w pojazdach systemu telematycznego, umożliwiającego zdalny odczyt danych – sugeruje Michał Senger, ekspert Inelo ds. rozliczeń i szkoleń.

Blokada kartą przedsiębiorstwa

W przypadku, gdy przewoźnik zakupi samochód ciężarowy tak zwany używany, to taki pojazd może być zablokowany kartą poprzedniego właściciela. Dlatego w pierwszej kolejności po zakupie i wprowadzeniu do pamięci rejestratora nowego numeru rejestracyjnego, należy w serwisie tachografów od razu zablokować ciężarówkę kartą danego przedsiębiorstwa. Jeśli o tym zapomnimy, w przyszłości może nie udać się odczytać danych dla zatrudnionych kierowców. Uzyskamy co prawda plik odczytu, ale z opisem brak czynności/brak danych. Jak zweryfikować, czy możemy odczytać dane z tachografów używanych pojazdów? Można to zrobić w prosty sposób w programie do rozliczania czasu pracy kierowcy, takim jak 4Trans. Wystarczy sprawdzić, czy da się otworzyć klika losowo wybranych dni z różnych okresów
i czy widać zarejestrowane czynności.

Jeżeli okaże się, że nie możemy otworzyć testowanego przez nas dnia, należy udać się do serwisu tachografów i odczytać tacho kartą warsztatową, gdyż jest ona nadrzędną nad kartą przedsiębiorstwa i za jej pomocą da się odzyskać te dane. Warto jednak wiedzieć, że rejestrator danych kierowcy ma ograniczoną pamięć i może okazać się, że potrzebne informacje nie są już dostępne. Jeśli więc w tachografie zapisane będą dane tylko z ostatnich 200 dni (w razie kontroli wymagane są odczyty z całego roku), to grzywna dla przedsiębiorcy będzie wysoka. Na przykład za brak odczytów z okresu 165 dni to aż 82 500 zł i to tylko za jeden pojazdwyjaśnia ekspert Inelo.

Kontrola poprawności odczytów

Prawidłowe dane to takie, gdzie wszystkie czynności zapisane w tachografie pokrywają się z tymi na karcie kierowcy.

Prawidłowy wygląd odczytów w widoku rocznym[1]

Dlaczego powinieneś przechowywać dane z tachografuPrawidłowy wygląd dnia[2]Dlaczego powinieneś przechowywać dane z tachografu 2

Co w przypadku, gdy odczytamy dane z tachografu i okaże się, że w związku z ich uszkodzeniem
z jednego dnia cały plik nie chce się wczytać do programu? Wówczas należy rozbić taki odczyt na dwie części. Na przykład jeśli uszkodzone są dane z 29.06.2019 r., ustawiamy jeden odczyt od pierwszego dnia do 28.06.2019 r. oraz drugi od 30.06.2019 r. do dnia bieżącego. Otrzymujemy dwa pliki, które należy wczytać do programu. Co z dniem, w którym dane uległy uszkodzeniu? Na 29.06.2019 najlepiej uzyskać z serwisu tachografów pisemne potwierdzenie, że pliki z tego dnia są uszkodzone i nie da się ich odzyskać
radzi Michał Senger.

Brak potrzebnych informacji o tym, jak pracuje kierowca, może kosztować przedsiębiorcę pół tysiąca złotych za każdy dzień dotyczący jednego pojazdu. W przeliczeniu na liczbę samochodów w taborze
i inne naruszenia kierowców to grzywna, która może zachwiać płynnością finansową niejednej firmy transportowej.

[1] Dane z programu 4trans.

[2] Ibidem.