Wyniki Banku Pocztowego za I półrocze 2019 r.

W I półroczu 2019 r. Bank Pocztowy zanotował zdecydowanie lepsze wyniki w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. Zysk netto wzrósł nominalnie 5,7% jednak bez uwzględniania zdarzeń jednorazowych o 319%, wynik odsetkowy o ponad 3%, a suma bilansowa o 4,2%.  Wygenerowane wyniki to efekt między innymi optymalizacji niektórych procesów zarządczych, zwiększenia sprzedaży kredytów, także w sieci placówek Poczty Polskiej, wprowadzenia nowych cyfrowych kanałów obsługi Klientów oraz zmniejszenia kosztów ogólnych prowadzonej działalności. W opinii Zarządu obserwowana poprawa kondycji finansowej Banku to dobra podstawa do dynamicznego rozwoju w kolejnych okresach.

Wzrost efektywności

Wzrost sprzedaży kredytów obserwowany jest we wszystkich segmentach.
W zakresie kredytów konsumpcyjnych 16%, a kredytów dla klientów instytucjonalnych (małych i średnich przedsiębiorstw, mieszkalnictwa) o 144%. Bank zanotował średnio ponad 60 mln zł sprzedaży w miesiącu w pierwszych dwóch kwartałach 2019 r., przy czym aż o 27% wzrosła sprzedaż w sieci Poczty Polskiej. W sumie wzrost salda kredytów w omawianym okresie wyniósł ponad 6% z poziomu 5,15 mld złotych na koniec pierwszego półrocza 2018 r. do poziomu 5,47 mld złotych na koniec czerwca br.

W I półroczu 2019 r. Bank Pocztowy wypracował zysk netto na poziomie 10,9 mln zł w porównaniu do 10,3 mln wygenerowanych w analogicznym okresie roku ubiegłego. Jednak wynik I półrocza 2018 r. uwzględniał zdarzenia jednorazowe na poziomie ponad 7 mln złotych. Wskaźnik zwrotu z kapitału (ROE netto) ukształtował się w I półroczu tego roku na poziomie 3,63% i był o 0,29 p.p. wyższy niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.

Poprawa wyników w ujęciu rocznym to efekt konsekwentnie wprowadzanych zmian na różnych poziomach. Zwiększyliśmy sprzedaż poprzez placówki Poczty Polskiej, uruchomiliśmy nowe cyfrowe narzędzia do obsługi naszych Klientów m.in. Google Pay, płatności poprzez terminale na poczcie, a także poszerzyliśmy ofertę dla małych i średnich przedsiębiorstw. Wyniki zanotowane w I półroczu 2019 r. to dobry prognostyk do dynamicznego rozwoju w kolejnych kwartałach. Systematycznie stajemy się bankiem bardziej pocztowym, bardziej cyfrowym i bardziej biznesowym zgodnie z przyjętą w 2017 r. strategią komentuje Robert Kuraszkiewicz, Prezes Zarządu Banku Pocztowego.

Bank zanotował także wzrost o ponad 8% salda depozytów detalicznych w wyniku dynamicznego przyrostu środków zgromadzonych na rachunkach oszczędnościowo-rozliczeniowych. Średni stan środków na kontach typu ROR wzrósł o 21% (z poziomu 2,1 mld zł w pierwszym półroczu 2018 r. do 2,56 mld zł w analogicznym okresie tego roku) mimo zmniejszania liczby rachunków i nieznacznego spadku sprzedaży w tym zakresie.

Wynik odsetkowy wzrósł o 4,0 mln zł, tj. o 3,1%, na co wpłynął spadek przychodów odsetkowych o 2,0 mln zł rekompensowany spadkiem kosztów odsetkowych o 6,0 mln zł. Wyższy o 4,0 mln zł  wynik odsetkowy to efekt wzrostu salda kredytów konsumpcyjnych, w warunkach niskich rynkowych stóp procentowych. Dodatkowo warto zaznaczyć, że o  5,7 mln złotych spadły koszty działania banku. Przy obniżeniu kosztów   i wzroście dochodów z podstawowej działalności operacyjnej, mimo braku jednorazowych pozostałych przychodów operacyjnych, które silnie oddziaływały na wynik w I poł. 2018 r. wskaźnik C/I wyniósł 67,9%, co oznacza spadek  o 2,4 p.p. w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego.

Bezpieczeństwo kapitałowe i płynnościowe

Analizując poziom wskaźników kapitałowych należy wyraźnie zaznaczyć, że na koniec pierwszego półrocza 2019 roku kształtowały się one na wysokich poziomach, znacząco powyżej minimalnych wymogów nadzorczych,  co obrazuje bezpieczeństwo Banku w zakresie bazy kapitałowej. Współczynnik Tier 1 kształtował się na poziomie 14,4% a CAR na poziomie 17,3%. Nieznaczny spadek miar kapitałowych w stosunku do I półrocza 2018 roku wynikał głównie z zastosowania okresu przejściowego wynikającego z MSSF 9 i straty bilansowej w bilansie otwarcia.

Także wskaźniki płynnościowe na koniec pierwszego półrocza 2019 roku kształtowały się na wysokich poziomach, znacząco powyżej minimalnych wymogów nadzorczych, co pokazuje bezpieczeństwo banku w zakresie płynności. Miało to odzwierciedlenie we wskaźniku LCR, który ukształtował się na poziomie 215% wobec średniej w sektorze krajowych banków komercyjnych wynoszącej 146%.

Rozwój oferty

W I półroczu bank realizując swoją strategię intensywnie wprowadzał nowe produkty i zwiększał efektywność cyfrowych kanałów wspomagających obsługę klientów.

Bank Pocztowy jako jeden z pierwszych banków w Polsce rozpoczął uruchamianie otwartej bankowości zgodnie z PSD2 dzięki czemu klienci Banku korzystający z bankowości Pocztowy24 i EnveloBank, po wyrażeniu odpowiednich zgód, uzyskali możliwość korzystania z usług finansowych certyfikowanych dostawców trzecich (TPP). Wprowadzone zmiany stanowią realizację wymogów Dyrektywy PSD2.

W lipcu br. Bank Pocztowy stanął na czele konsorcjum tworzonego także przez PKO Bank Polski S.A. i eService Sp. z.o.o. W efekcie Klienci Poczty Polskiej mogą jeszcze wygodniej płacić kartą oraz z wykorzystaniem płatności mobilnych w 4700 placówkach i u 3500 kurierów.

Od 1 sierpnia br. Klienci Banku Pocztowego i EnveloBanku – zarówno indywidulani, jak i firmowi – korzystający  z kart debetowych  oraz kredytowych Visa i Mastercard Banku Pocztowego i EnveloBanku, mogą korzystać z płatności mobilnych Google Pay. Usługa umożliwia bezpieczne i wygodnie płacenie telefonem wszędzie tam, gdzie akceptowane są płatności zbliżeniowe – w sklepach, w internecie i  niektórych aplikacjach mobilnych, a  także wypłacanie gotówki telefonem z bankomatów wyposażonych w czytnik zbliżeniowy.

Bank intensywnie pracuje nad rozwojem własnej oferty w zakresie nowych produktów oraz nowych kanałów ułatwiających obsługę klientów. W najbliższym czasie zamierza między innymi umożliwić płatności mobilne Apple Pay oraz Garmin Pay. Już w październiku, w oparciu o ścisłą współpracę z Pocztą Polską, Bank udostępni swoim Klientom dwie nowe usługi
– e-Awizo oraz Polecony do skrzynki. Dzięki temu Klienci Banku Pocztowego uzyskają możliwość korzystania z wygodnego rozwiązania otrzymywania informacji o pozostawionym przez listonosza awizo w formie SMS. Dzięki drugiej usłudze, listy polecone (poza tymi, które z uwagi na przepisy prawa wymagają odbioru w placówce)  będą mogli otrzymywać do własnej skrzynki na listy.

W ostatnim czasie Bank Pocztowy wdrożył nowy program lojalnościowy dla kart z logo Poczty Polskiej, w ramach Mastercard Priceless Specials. Mając na celu wykorzystywanie synergii w Grupie – dodatkowo punktowane są transakcje dokonane kartą płatniczą w placówkach Poczty Polskiej.

Bank Pocztowy przygotował też dedykowaną ofertę w zakresie kredytów na preferencyjnych warunkach dla pracowników sfery budżetowej (m.in. policjanci, żołnierze, pracownicy Poczty Polskiej, nauczyciele, lekarze i pielęgniarki czy osoby zatrudnione w publicznych urzędach).

Już wkrótce Bank planuje powszechne udostępnienie wszystkim klientom aplikacji mobilnej i internetowej EnveloBanku.  Bank pracuje także nad wprowadzeniem oferty depozytowej i kredytowej dla rolników indywidualnych oraz małych i średnich przedsiębiorstw z tego segmentu  w placówkach sieci własnej  Banku i Poczty Polskiej.

CIT: Limity wydatków na usługi o charakterze niematerialnym i prawnym

Z dniem 1 stycznia 2018 roku do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (dalej: ustawa CIT) dodano art. 15e, który w poprzednim stanie prawnym nie posiadał swojego odpowiednika. Regulacja ta ogranicza możliwość zaliczania do kosztów uzyskania przychodów wydatków poniesionych na nabycie usług i wartości o charakterze niematerialnym i prawnym.

Uwagi ogólne

Wprowadzenie ograniczenia wiązało się z zamiarem ustawodawcy uszczelnienia systemu podatku dochodowego od osób prawnych. W ocenie prawodawcy, przedmiotowe usługi i wartości są bowiem wykorzystywane do sztucznego zaniżania podstawy podatkowania poprzez zawyżanie kosztów uzyskania przychodów. Powód zmian został wyjaśniony w uzasadnieniu do projektu ustawy nowelizującej z dnia 27 października 2017 roku. Jak z niego wynika prawodawca dostrzegł, iż przedmiotem większości działań związanych z tzw. agresywną optymalizacją podatkową są prawa i wartości o charakterze niematerialnym. Z uwagi na brak ich powiązania z realnie istniejącą substancją, a także zindywidualizowany charakter są one idealnym narzędziem do kreowania tzw. tarczy podatkowej. Osłona podatkowa przyjmuje więc charakter sztucznego, nieuzasadnionego ekonomicznie, generowania kosztów uzyskania przychodów. Dodatkowo, organy podatkowe napotykały trudności w obiektywnym ustaleniu wartości rynkowej świadczeń niematerialnych, która w praktyce była często obliczana przez podatników przy uwzględnieniu szeregu niemierzalnych lub trudnych do oszacowania czynników. Zawiłe działania arytmetyczne na podstawie których ustalono cenę świadczenia, częstokroć powiązane z elementami wyników finansowych podmiotów wchodzących w skład grup kapitałowych powodowały, że ustalenie rynkowości nabywanego świadczenia nie było możliwe. Co więcej, kontrole podatkowe niejednokrotnie uwidaczniały szereg nadużyć polegających na przenoszeniu na polskie spółki, wchodzące w skład międzynarodowych grup, ciężaru ekonomicznego nabywania przez grupę usług niematerialnych. Ciężar ten nie był rozkładany w adekwatny, sprawiedliwy sposób.

Powyższe działania doprowadziły zatem do odwrócenia sytuacji i utworzenia tarczy, tym razem chroniącej interes skarbu państwa.

Mechanizm

Przedmiotowe ograniczenie w limitowaniu wydatków dotyczy następujących świadczeń:

  • usług doradczych, badania rynku, usług reklamowych, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze;
  • autorskich lub pokrewnych praw majątkowych;
  • licencji;
  • praw określonych w ustawie – Prawo własności przemysłowej (w szczególności prawa do wynalazku (patentu), prawa ochronnego na znak towarowy, prawa ochronnego na wzór użytkowy, praw z rejestracji wzoru przemysłowego, praw do oznaczenia geograficznego, prawa z rejestracji topografii układu scalonego);
  • know-how;
  • przeniesienia ryzyka niewypłacalności dłużnika z tytułu pożyczek, w tym w ramach zobowiązań wynikających z pochodnych instrumentów finansowych oraz świadczeń o podobnym charakterze.

Ograniczenie znajdzie zastosowanie, jeśli wydatki na ww. świadczenia zostaną poniesione bezpośrednio lub pośrednio na rzecz podmiotów powiązanych w rozumieniu przepisów w zakresie cen transferowych lub podmiotów mających miejsce zamieszkania, siedzibę lub zarząd na terytorium lub w kraju stosującym szkodliwą konkurencję podatkową. Kolejnym warunkiem jest aby wydatki na ww. świadczenia przekroczyły łącznie w roku podatkowym kwotę 3 mln zł.

Podsumowując, jeśli podatnik poniósł ww. wydatki na rzecz podmiotu powiązanego lub podmiotu z kraju stosującego szkodliwą konkurencję podatkową i przekroczyły one w roku podatkowym kwotę 3 mln zł, to podatnik będzie zobowiązany do kalkulacji limitu i wyłączenia z kosztów podatkowych części wydatków. Przedmiotowemu wyłączeniu będą podlegać koszty w części przekraczającej w roku podatkowym sumę kwoty 3 mln zł oraz 5% EBITDA podatnika obliczanej w oparciu o wartości podatkowe (tj. 5% nadwyżki sumy przychodów ze wszystkich źródeł przychodów pomniejszonych o przychody z tytułu odsetek nad sumą kosztów uzyskania przychodów pomniejszonych o wartość zaliczonych w roku podatkowym do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych i odsetek).

Trudności interpretacyjne

Obecna praktyka interpretacyjna Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej (dalej: Dyrektor KIS) pozwala na wyróżnienie trzech grup zagadnień generujących trudności w wykładni komentowanej regulacji. Zaakcentować tutaj należy:

  • zagadnienie ustalenia czy nabywane przez podatników świadczenia mają podobny charakter do usług wyraźnie wskazanych w omawianej regulacji;
  • zagadnienie ustalenia czy nabywane świadczenia mogą zostać zaliczone do kosztów podatkowych bez limitowania jako że są bezpośrednio związane z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi;
  • zagadnienie zastosowania symboli PKWiU celem ustalenia podlegania poszczególnych usług przedmiotowemu limitowaniu.

Usługi o podobnym charakterze

Treść art. 15e ust. 1 ustawy CIT, każe przyjąć, że o zaklasyfikowaniu danej usługi do świadczeń podlegających ograniczeniu w zaliczeniu do kosztów podatkowych, wystarczające jest stwierdzenie, że usługa ta jest świadczeniem o podobnym charakterze do świadczeń wymienionych precyzyjnie przez ustawodawcę. Innymi słowy, jeśli podatnik nabywa usługę, która nie może być jednoznacznie przypisana do katalogu usług wyraźnie wskazanych w tym przepisie, to obowiązkiem staje się ustalenie czy usługa ta bezsprzecznie posiada cechy charakterystyczne dla świadczeń objętych limitowaniem.

Konieczność ta wynika z posłużenia się przez prawodawcę zwrotem „oraz świadczeń o podobnym charakterze”. Niestety, taka konstrukcja słowna pozostawia organom podatkowym zbyt duży luz decyzyjny wynikający z nieostrości tego pojęcia.

Potwierdzeniem powyższego jest bogactwo wydanych dotąd interpretacji indywidualnych przedmiotem których jest wątpliwość podatników skupiająca się na możliwości uznania objęcia danej usługi brzmieniem art. 15e ustawy CIT.

Dobrym przykładem jest tutaj usługa pośrednictwa, która nie została wymieniona przez prawodawcę ale która – w opinii organów podatkowych – jest uważana za usługę podobną do usługi reklamy bądź doradztwa.

W jednej ze spraw, w której podatnika i organ pogodził dopiero Wojewódzki Sąd Administracyjny (dalej: WSA) w Krakowie potwierdzono wskazane powyżej obawy podatników rozciągania limitowania na świadczenia, które nie powinny mu podlegać. Kością niezgody było wykorzystanie przez organ zwrotu „o podobnym charakterze”. W wyroku tym (I SA/Kr 1006/18) zaakcentowano zatem nietrafne przyporządkowanie usługi pośrednictwa świadczonej przez agentów sprzedaży na rzecz podatnika do kategorii świadczeń reklamowych.

Kolejnym przykładem nieprawidłowej wykładni omawianego zwrotu jest rozstrzygnięcie nr 0114-KDIP2-2.4010.572.2018.2.SJ., w ramach którego ponownie uznano, że usługa pośrednictwa posiada elementy charakterystyczne m.in. dla usług reklamy. Co interesujące, orzeczenie to zostało wydane już po opublikowaniu przywołanego wcześniej wyroku WSA w Krakowie. Oznacza to, że tezy płynące z tego orzeczenia nie zostały wzięte pod uwagę przy ocenie stanowiska podatnika.

Omawiana niedoskonałość w konstrukcji słownej przepisu pozwala zatem organom podatkowym na profiskalną wykładnię komentowanej regulacji. Z drugiej strony wpędza ona w pułapkę samych podatników, którzy samodzielnie muszą dokonać zakwalifikowania danego świadczenia jako objętego (bądź nie) omawianym limitem. Problem ten staje się poważny w szczególności w przypadku usług kompleksowych, w których jedynie pojedyncze pomocnicze świadczenie stanowi usługę z katalogu zawartego w art. 15e ustawy CIT. Dobrym przykładem jest tutaj wyrok WSA w Gliwicach (I SA/Gl 579/19) stwierdzający błąd w rozumowaniu podatnika odnoszący się do klasyfikacji usług i interpretacji zwrotu „o podobnym o charakterze”.

Świadczenie bezpośrednio związane z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi

Zgodnie z art. 15e ust. 11 pkt 1 ustawy CIT ograniczenie w limitowaniu wydatków na świadczenia niematerialne nie ma zastosowania do kosztów usług, opłat i należności, bezpośrednio związanych z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi.

W związku z tym, koszty opłat i należności za korzystanie lub prawo do korzystania m.in. z licencji oraz know-how, zaliczane do kosztów uzyskania przychodów bezpośrednio związanych z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi – nie podlegają ograniczeniu w zaliczaniu do kosztów uzyskania przychodów na podstawie art. 15e ust. 1 ustawy CIT.

Co warte zauważenia, przepisy ustawy CIT nie wskazują, jak należy rozumieć pojęcie „koszty uzyskania przychodów bezpośrednio związane z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi”. Po raz kolejny zatem w tym samym artykule mamy do czynienia z pojęciem nieostrym. Nie będzie zatem ryzykiem stwierdzenie istnienia zbyt dużego luzu decyzyjnego organów podatkowych przy wykładni omawianego zwrotu.

Z praktyki interpretacyjnej Dyrektora KIS wynika, że zdekodowanie pojęcia bezpośredniości powinno się sprowadzić do poszukiwania związku z samym przedmiotem (efektem) wytwarzania (nabywania) albo świadczenia usługi, tj. określonym dobrem lub określoną usługą. Z tego względu należy uznać, iż koszt, o którym mowa w omawianym przepisie, to koszt usługi lub prawa w jakimkolwiek stopniu „inkorporowany” w produkcie, towarze lub usłudze. Jest to zatem koszt, który wpływa na finalną cenę danego towaru lub usługi jako (zazwyczaj) jeden z wielu wydatków niezbędnych do poniesienia w procesie produkcji, dystrybucji danego dobra lub świadczenia określonej usługi. Koszt ten powinien przy tym być możliwy do zidentyfikowania jako czynnik obiektywnie kształtujący cenę danego dobra lub usługi.

Inny sposób wykładni prezentują natomiast sądy. Przykładowo, w wyroku WSA w Warszawie (III SA/Wa 2094/18) zaprezentowano pogląd zgodnie z którym, „bezpośredni związek” to związek bliski, silny i konieczny, w odróżnieniu od związku luźnego, swobodnego, odległego i zbędnego. Jeśli więc ustawa wymaga, aby związek nabytej usługi z wytworzeniem towaru był bezpośredni, to wymaga w istocie, aby wartość dodana tej usługi stanowiła konieczny element powstania towaru. Bez tej dodatkowej wartości towar w ogóle nie mógłby powstać zgodnie z wymogami prawnymi, jakościowymi, a przede wszystkim – czysto faktycznymi.

W omawianej sprawie sąd skorygował niekorzystne dla podatnika stanowisko Dyrektora KIS bowiem słusznie zauważył, że prawodawcy chodziło o wydatki, które dla wytworzenia towaru są po prostu absolutnie niezbędne. Za chybione uznano zatem analizowanie kwestii bezpośredniości i pośredniości związku kosztu i ceny, zamiast związku kosztu i wytworzenia towaru. Sąd uwypuklił zatem błąd metodologiczny Dyrektora KIS, nazywając go poważnym.

Wobec powyższego skonkludować należy, iż otwartość w rozumieniu pojęcia „bezpośredniości” daje organom podatkowym zbyt dużą swobodę w kształtowaniu obowiązków podatników. Pokłosiem tego będą liczne trudności interpretacyjne, przekształcające się w taką samą liczbę sporów. Prawdą jest że w takim przypadku z pomocą przychodzą dostępne w nauce prawa metody wykładni, pozwalające na odkodowanie treści przepisu ustawy. W tym miejscu nasuwa się jednak pytanie o powód braku zastosowania przez ustawodawcę prostszej i czytelniejszej konstrukcji słownej zastępującej zwrot „bezpośrednio” zwrotem „konieczne” lub „niezbędne”. Taki scenariusz wyeliminowałby dowolność w rozstrzyganiu spraw, zabezpieczając tym samym jedno z najważniejszych praw podatników. Jako że okoliczność ta jest podnoszona przez sądy, to w przyszłości wypatrywać należy nowelizacji przedmiotowej normy.

PKWiU

Kolejnym zagadnieniem, z którym muszą zmierzyć się podatnicy, jest stosowanie przez organy kwalifikacji statystycznej celem ustalenia czy dane usługi podlegają przedmiotowemu limitowaniu.

Z całą siłą podkreślić jednak należy, że taka praktyka interpretacyjna nie znajduje oparcia w treści art. 15e ustawy CIT. Uwypuklić bowiem trzeba, że w żadnym miejscu omawiana regulacja nie odwołuje się do klasyfikacji statystycznych. Pokłosiem tego jest obowiązek wykładni omawianej regulacji przy zastosowaniu prymatu języka potocznego.

Analiza orzeczeń Dyrektora KIS pozwala na przyjęcie wniosku, że obowiązek ten nie jest respektowany. W konsekwencji, podatnicy zwracający się z zapytaniem interpretacyjnym są wzywani do uzupełnienia stanu faktycznego poprzez wskazanie określonej kwalifikacji statystycznej. Podatnicy z obawy o brak rozpatrzenia wniosku podają odpowiednią klasyfikację, która następnie jest odnoszona przez organ do nabywanych przez podatnika usług. W tym momencie dochodzi do rażącego naruszenia art. 15e ustawy CIT, co skutkuje nieprawidłowością wydanej interpretacji lub innego rozstrzygnięcia podatkowego.

Stanowisko organów podatkowych korygują sądy administracyjne. Warto choćby przywołać czerwcowy wyrok WSA w Łodzi (I SA/Łd 119/19), w którym jasno oznajmiono, że nie ma podstaw do stwierdzania istnienia ograniczenia wynikającego z art. 15e w odniesieniu do usług zakwalifikowanych według PKWiU. Sąd pouczył zatem organ o obowiązku dokonania wykładni językowej pojęcia nabywanych usług mając na uwadze wyjaśnienia podatnika zawarte we wniosku. Analogicznie sprawę rozstrzygnął sąd w Poznaniu (I SA/Po 763/18). Niestety, oba wyroki są nieprawomocne, co oznacza, że Dyrektor KIS dąży do wypracowania linii orzeczniczej przez Naczelny Sąd Administracyjny.

Podsumowanie

Resort finansów dostrzegł zapewne wysyp zapytań interpretacyjnych w przedmiocie limitowania wydatków poniesionych na nabycie usług niematerialnych. Bez echa nie przeszedł również brak zaaprobowania stanowiska organów przez sądy administracyjne. Niestety, nie doprowadziło to do zmiany brzmienia art. 15e. Wprawdzie 1 stycznia 2019 roku ustawodawca dokonał nowelizacji omawianej regulacji, z tym że zmiany okazały się jedynie kosmetyczne i nie wyeliminowały zarzewi przyszłych sporów.

Jednocześnie Dyrektor KIS nie składa broni, wnosząc skargi kasacyjne. Wszystkie powołane powyżej wyroki nie mają więc waloru prawomocności. Obecnie zatem podatnicy powinni bacznie obserwować linię orzeczniczą jaką przyjmie Naczelny Sąd Administracyjny.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyfrowe czy drukowane: jakie gazety preferują czytelnicy?

Od kilku lat trwa debata na temat tego, w jakiej formie użytkownicy czytają gazety i magazyny. Gdy postawimy naprzeciw siebie druk i wydania cyfrowe, to szala przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę nie dając konkretnej odpowiedzi na pytanie „co jest lepsze?”. A co jeśli okazuje się, że te dwie metody wcale nie są przeciwnikami, ale sojusznikami?

W Internecie krąży wiele różnych opinii na temat wydań drukowanych i cyfrowych, jednak nie ma konkretnych argumentów przemawiających za jedną z form. Część osób mówi, że prasa drukowana umiera. Nic bardziej mylnego. Co więcej, zyskała partnera do ekspansji biznesu. W jaki sposób te dwie formy mogą wspierać się nawzajem?

Odwieczna konkurencja

W 2017 roku firma Freeport Press przeprowadziła badanie prasy na temat preferowanego formatu czytanej publikacji. Około 44% ankietowanych wskazało, że miesięcznie czyta od 1 do 2 gazet w papierowej wersji. Z kolei 27% osób wskazało, że miesięcznie w formie cyfrowej czyta 1 lud 2 magazyny.

Wyniki badania wskazały, że prasa drukowana wciąż ma się bardzo dobrze. Warto jednak zwrócić uwagę, że już wtedy 1/3 czytelników prasy wskazywała formę cyfrową jako preferowaną. To znak dla wydawców, aby prowadzić dwutorowe działania i skupić się na nie tylko na utrzymaniu sprzedaży wydań drukowanych, ale również odkryć potencjał formatu cyfrowego.

Magia druku

Wielu czytelników nadal preferuje czytanie artykuł w wersji papierowej. Jest coś w trzymaniu czasopisma, przewracaniu stron i charakterystycznym zapachu tuszu ma papierze, który zachwyca wielu czytelników.

Internet posiada szeroki zasób treści i wiele osób korzysta z niego, aby czytać najświeższe wiadomości i historie, dla których niekoniecznie znajdzie się miejsce w druku. Papierowe wydania są postrzegane bardziej jako format, którego ramy są uhierarchizowane według określonego porządku. Część czytelników klasyfikuje siedzenie i czytanie czasopism jako formę relaksu oraz przerwę od ekranu, w który wpatrują się przez większość dnia.

Przewaga cyfrowa?

Czasopisma cyfrowe mają wiele zalet, a najważniejszą z nich wydaje się być wygoda. Dodatkowo publikacje w takiej wersji są szybsze w produkcji, łatwo dostępne i oferują wiele funkcji, jakich nie posiadają wydania drukowane.

Jeżeli wydawca oferuje drukowane wydanie, to utworzenie formatu cyfrowego może być łatwym procesem. Takim, który kosztuje niewielki ułamek kosztów produkcji i dystrybucji czasopisma drukowanego. Ponadto czytelnicy mają do niego bardzo łatwy dostęp, bez względu czy korzystają z telefonu, tabletu czy komputera. Dobrze zaprojektowane e-wydanie będzie wyświetlać się na każdym z tych urządzeń bez problemów.

Poza tym, czytelnik może je wszędzie zabrać, bez potrzeby szukania dodatkowego miejsca czy zmartwienia gdy magazyn się zgubi. E-wydanie jest łatwo dostępne i możne je otworzyć jednym ruchem palca.

Warto zaznaczyć, że podobnie jak drukowane odpowiedniki, czasopisma cyfrowe mają wyjątkowe zalety. Druk ma swój szczególną formę oraz zapach, z kolei magazyny cyfrowe oferują interaktywne funkcje, np. multimedia czy analityka treści. Wzbogacenie publikacji czy e-wydania o dodatkowe materiały sprawi, że będzie ono bardziej popularne wśród czytelników. Tym samym odbiorca angażuje się w treść, a nie tylko ją scrolluje.

Wspólnie niektóre rzeczy działają lepiej

Opinii na temat zalet formy drukowanej i cyfrowej istnieje tyle, ile jest osób. Oba formaty dobrze ze sobą współgrają. Zarówno media drukowane, jak i cyfrowe mają swoje miejsce. Dzięki unikalnym zaletom każdego z nich można zbudować własną strategię w oparciu o działania, które najlepiej sprawdzą się w grupie docelowej odbiorców.

Posiadanie obu formatów jest korzystne dla rozwoju firmy. Jeżeli istnieje drukowana wersja danego tytułu, to aby wyjść naprzeciw oczekiwaniom odbiorców i utrzymać czytelnictwo należy uruchomić także wersję cyfrową. Dla wydawców, którzy nie mają wystarczającego zaplecza aby uruchomić i rozpocząć dystrybucję e-wydań magazynów istnieją internetowe kioski, które pomagają wydawcom w e-składzie, a czytelnikom oferują dostęp do e-prasy w ramach przystępnego abonamentu. Wystarczy tylko spróbować!

Autor: Janusz Bulak, Prezes Zarządu w P247 Sp. z o.o., który jest właścicielem Publico24 Newsstand

Amerykańska ropa trafi do Polski

W październiku br. do płockiej rafinerii, w ramach dostawy spot, ponownie trafi surowiec ze Stanów Zjednoczonych. Z początkiem tego roku amerykańska ropa została już przerobiona w zakładach Grupy ORLEN w Czechach i na Litwie.

W ramach dostaw spot w październiku do płockiej rafinerii trafi blisko 100  tys. ton amerykańskiej ropy.  PKN ORLEN analizuje możliwości włączenia kierunku amerykańskiego na stałe do swojego portfela dostaw ropy.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

Wykorzystujemy każdą możliwość podjęcia szerszej współpracy z nowymi i sprawdzonymi dostawcami, bo to zwiększa bezpieczeństwo energetyczne Polski. Im bardziej zróżnicowane źródła pochodzenia ropy naftowej, tym większa elastyczność handlowa i wyższa odporność na wahania cen surowca. Politykę dywersyfikacji prowadzimy z perspektywy Grupy Kapitałowej, co sprawia, że jesteśmy w stanie wynegocjować lepsze warunki współpracy – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Obecnie 50% surowca przerabianego w płockiej rafinerii pochodzi spoza kierunku rosyjskiego, a w przypadku całej Grupy ORLEN jest to już  ponad 40%. Jeszcze w latach 2012-2013 udział ropy spoza kierunku wschodniego w produkcji rafineryjnej całej Grupy Kapitałowej wynosił zaledwie 5%.

Koncern konsekwentnie analizuje nowe możliwości dywersyfikacji oraz komplementarność różnych gatunków ropy z możliwościami technologicznymi swoich  rafinerii.  Zakup gatunku lekkiej i słodkiej ropy jaką jest WTI (West Texas Intermediate) wpływa na wzrost uzysków. Charakteryzuje się on bowiem bardzo dobrymi parametrami gęstości i zawartości siarki, co sprawia, że w procesie przerobu uzyskuje się z niej  m. in. dużą ilość tzw. produktów białych.

PKN ORLEN jako pierwszy sprowadził do Polski surowiec z USA po zniesieniu obowiązującego od lat 70-tych XX wieku embarga na jego eksport. Wtedy został on skierowany po raz pierwszy do przerobu w płockiej rafinerii.

Obecnie rafinerie Grupy ORLEN zaopatrywane są w ropę na bazie kontraktów długoterminowych z dostawcami z Arabii Saudyjskiej i Rosji oraz dostaw spotowych m.in. z Angoli, Nigerii, czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich.USA potencjał naftowy

Globalne przychody Haitong Bank S.A. w pierwszym półroczu 2019 r. wyniosły 57 mln euro

  • Przychody z działalności bankowej wyniosły 57 mln euro, co oznacza wzrost o 30 proc. r/r.
  • Zysk operacyjny w pierwszym półroczu wyniósł 18 mln euro, wobec 5 mln euro w pierwszym półroczu 2018 r.
  • Zysk netto wyniósł 11 mln euro wobec 2 mln straty w pierwszym półroczu 2018 r.
  • Pozycja kapitałowa banku należy do najwyższych w branży, ze wskaźnikiem wypłacalności CET 1 na poziomie 24 proc. i TCR w wysokości 30 proc.

Zysk netto Haitong Bank w pierwszym półroczu 2019 r. wyniósł 11 mln euro, wobec straty w wysokości 2 mln euro w pierwszej połowie 2018 r. Dobry wynik bank zawdzięcza 30-proc. wzrostowi przychodów z działalności bankowej (do 57 mln euro) oraz wyższej efektywności. Koszty operacyjne w pierwszym półroczu wyniosły 39 mln euro, a przychód na pracownika wzrósł o 36 proc., w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego. Zysk operacyjny w pierwszej połowie 2019 r. wyniósł 18 mln euro wobec 5 mln euro w analogicznym okresie 2018 r.

Bank odnotował pozytywne wyniki, potwierdzając tym samym skuteczność swojego modelu biznesowego. Haitong Bank z powodzeniem obsługuje transakcje w relacjach z chińskimi podmiotami, jednocześnie aktywnie prowadząc swoją działalność na głównych rynkach finansowych w Europie i Ameryce Łacińskiej. Warto zwrócić uwagę, że w omawianym okresie nie było zdarzeń jednorazowych, które wpłynęłyby na wyniki Banku.

Pierwsza połowa tego roku była dla Haitong Bank dobra również pod względem utrzymania wysokiej jakości aktywów. Wskaźnik kredytów zagrożonych (NPL) spadł z 8,2 proc. w grudniu 2018 r. do 4,6 proc. w czerwcu 2019 r. Wynik ten był częściowo wsparty sprzedażą irlandzkiej spółki zależnej, która już od grudnia 2018 r. wykazywana była w bilansie jako działalność zaniechana.

Kapitał

Haitong Bank charakteryzuje obecnie wysoki poziom kapitałów, ze wskaźnikiem CET1 na poziomie 24 proc. oraz wskaźnikiem TCR wynoszącym 30 proc. Silna pozycja kapitałowa daje bankowi szersze możliwości wsparcia działalności klientów w transakcjach kredytowych, gwarancjach emisji, rozwiązaniach korporacyjnych oraz działalności na rynkach obligacji, walut i surowców (FICC). W przyszłości pozwoli ona na dalsze zwiększenie bilansu banku.

Jak podkreśla prezes zarządu Haitong Banku, przeprowadzona w ostatnich latach reorganizacja sprawiła, że bank ma dziś bardzo mocne fundamenty. Wspiera je uporządkowany ład korporacyjny i odnowiona kultura organizacyjna, oparta o główne wartości: Transparentność, Merytokrację, Wytrwałość i Uczciwość. – Te zasady znacząco przyczyniły się do zbudowania rzetelnej i wiarygodniej organizacji – podkreśla p. Wu Min.

Globalne przychody Haitong Bank
Źródło: Haitong Bank

Inne kwestie

W tym roku Haitong Bank otrzymał zezwolenie Banku Portugalii na otwarcie oddziału w Makau (Chiny). Oddział ten oczekuje na zezwolenie lokalnego organu nadzoru, AMCM. Jest to kluczowy krok w kierunku dalszego rozwoju strategii Banku. Oddział w Makau ułatwi transgraniczne transakcje nie tylko z Obszarem Wielkiej Zatoki, obejmującym Makau, Hongkong i chińską prowincję Guangdong, ale również z innymi częściami Chin oraz krajami w rejonie Azji i Pacyfiku.

Dolar kontra reszta świata

Strategiczny wywiad gospodarczy organizowany na szczeblu korporacji lub przedsiębiorstwa, dostarczający informacji o charakterze strategicznym mających wpływ na dalekosiężne plany tych organizacji, uwzględniać musi nie tylko sytuację na rynku, notowania giełdowe czy działania konkurencji. Ważnym elementem jego działalności jest również śledzenie zmian zachodzących w światowej gospodarce i finansach, które w bliższej lub dalszej perspektywie mogą wpłynąć na pozycję rynkową tych organizacji. W tej publikacji postanowiliśmy przyjrzeć się dokładniej sytuacji w światowych finansach, a konkretnie pozycji głównej światowej waluty rezerwowej, jaką jest amerykański dolar, wyrażając nadzieję, że skupi ona uwagę zainteresowanych na zachodzących w tej materii istotnych zmianach.

Uwarunkowania historyczne

W dniach 1–22 lipca 1944 r. podczas konferencji walutowo-finansowej ONZ w Bretton Woods w Stanach Zjednoczonych stworzony został międzynarodowy system walutowy nazwany systemem z Bretton Woods. Był to pierwszy w historii międzynarodowy system walutowy wprowadzony w drodze formalnego porozumienia. Powołano wówczas Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) oraz Międzynarodowy Bank Odbudowy i Rozwoju. Celem systemu z Bretton Woods było doprowadzenie do stabilizacji kursów i powszechnej wymienialności walut krajów członkowskich MFW na złoto. W ramach systemu funkcjonowały dwie strefy walutowe: funta szterlinga i franka francuskiego, do których należały kraje ekonomiczne powiązane z Wielką Brytanią i Francją. Główne założenia systemu znalazły się w statucie MFW i obejmowały: wyznaczenie parytetów krajowych walut w złocie lub dolarach USA; wymienialność amerykańskiego dolara na złoto na szczeblu banków centralnych po urzędowym kursie 35 dolarów USA za uncję; możliwość zmiany parytetu (w uzgodnieniu z MFW), ale tylko w wypadku zachwiania bilansu płatniczego danego kraju; konieczność oparcia transakcji walutowych między krajami MFW na parytecie walutowym (wahania kursów mogły wynosić ± 1 procent). 15 sierpnia 1971 r. prezydent USA Richard Nixon zakończył erę parytetu dolara w złocie, ogłaszając, że państwa (zwłaszcza Francja) domagające się wymiany dolarów z nadwyżek handlowych na złoto po 35 dolarów za uncję nie mogą już na to liczyć. Było to faktyczne ogłoszenie niewypłacalności Stanów Zjednoczonych Ameryki i zakończenie epoki układu z Bretton Woods, w której dolar był trwale powiązany ze złotem, a waluty innych krajów były wymieniane na dolara po sztywnych kursach. To także koniec epoki stałych kursów walut, cen surowców i wymiany handlowej, których stabilność uważano za niezbędny warunek rozwoju gospodarczego.

Tym, którzy zgromadzili w dolarze rezerwy, Biały Dom złożył propozycję nie do odrzucenia – wprowadzenia 10-procentowych ceł chroniących amerykański rynek oraz osłabienia ich walut wobec dolara. W grudniu 1971 r. grupa G-10, do której należą najbardziej uprzemysłowione państwa świata, zgodziła się na takie właśnie warunki. Ten Smithsonian Agreement został przez Richarda Nixona określony, jako „największe porozumienie monetarne w historii świata”.

Po 15 sierpnia 1971 r. nastąpiła nowa era, w której Ameryka cieszyła się wobec reszty świata nadmiernym czy wręcz „bezwstydnym” przywilejem (fr. exorbitant privilège). Dolar stał się pieniądzem fiducjarnym[1] (ang. fiat currency), którego wartość była oparta na zaufaniu do emitenta, a nie na jego pokryciu w wartościach materialnych, takich jak złoto. W tym okresie mamy do czynienia z narodzinami systemu petrodolarów, dzięki odzyskaniu przez kraje Bliskiego Wschodu władzy nad złożami, zarządzanymi wcześniej przez zachodnie koncerny naftowe, które w efekcie decydowały o cenie ropy, jedynie informując o niej kraje, w których eksploatowały swoje złoża. Strategia gwarantująca dolarowi światową pozycję poprzez związanie jego wartości z ropą naftową była wyborem prawidłowym – złoto to tylko wartościowy kruszec, podczas gdy ropa to surowiec niezbędny dla światowej gospodarki.

Z jednej strony system petrodolara daje ogromne korzyści, z drugiej natomiast tworzy zależność od pożyczkodawcy, która dzisiaj jest równoważona przez potęgę polityczną i militarną USA. Znaczącą rolę odgrywa także przewaga ekonomiczna, gdyż w warunkach globalnego rynku największy gracz może skutecznie używać sankcji gospodarczych do osiągania swoich celów politycznych. Dolar jest dla USA idealnym narzędziem, gdyż wykluczenie z jego obiegu rodzi utrudnienia i koszty dla sankcjonowanych państw, takich jak chociażby Iran. Wojny gospodarcze coraz częściej wywoływane przez Waszyngton czy inwazje militarne realizowane są głównie w rejonie Bliskiego Wschodu, będącego obszarem najbogatszym w ropę.

Dolar nie jest globalną potęgą dzięki ropie naftowej. Jest nią, ponieważ Stany Zjednoczone to światowy hegemon – tak polityczny, gospodarczy, jak i militarny. Mechanizm petrodolara po epoce Bretton Woods umożliwił jedynie umocnienie globalnej dominacji Waszyngtonu, opartej już nie na złocie, ale na światowej gospodarce. Dzisiaj głównym filarem dolara, najpotężniejszej i jednocześnie najbardziej zagrożonej waluty świata nie jest już petrodolar, lecz raczej „sino-dolar”, czyli konsumpcja pod pożyczki największego producenta światowego, jakim są Chiny, oraz bardzo wydajnych gospodarek azjatyckich.

Petrodolar dał początek zjawisku, które jest w dzisiejszych czasach podstawowym wyzwaniem dla świata, określanym fachowo, jako „globalna nierównowaga w bilansie płatniczym” (ang. global current account imbalances)[2]. Z powodu życia ponad stan – nadmiernej konsumpcji, spadku oszczędności i ciągłego zadłużania się Ameryki – cały świat siedzi na tykającej bombie walutowej, która z pewnością kiedyś wybuchnie. Nie wiadomo tylko, kiedy. Dotychczasowe remedium – emisja dolarów poddanych światowemu recyklingowi – dawno przestało być bezpieczne.

Faktyczne powody, dla których dolary są tak bardzo pożądane na światowych rynkach, wcale nie są związane z poziomem amerykańskiej gospodarki i jej osiągnięciami, ale z:

  1. a) nadmiernym wykorzystywaniem statusu dolara w operacjach wymiany walutowej, w handlu najważniejszymi towarami, takimi jak ropa i zboże. Przykładowo przy wymianie przysłowiowego tugrika[3] na euro operacja wymiany prowadzona jest w następujący sposób: najpierw tugriki zamieniane są na dolary, a następnie dolary na euro;
  2. b) wykorzystywaniem pozycji USA jako największej potęgi politycznej i militarnej. Kraje, które nie chcą sprzedawać swojej ropy lub innych towarów eksportowych za dolary, podlegają restrykcjom, sankcjom, a nawet interwencji zbrojnej pod pretekstem nagle odkrytych naruszeń praw człowieka, posiadania zabronionych rodzajów broni itp.[4].

Bunt w świecie dolara

Coraz głośniejsze są obawy, czy system gospodarki światowej wytrzyma taki zalew dolarów. Ostatnie doniesienia prasowe sygnalizują, że bunt przeciwko dolarowi stał się faktem i zaczyna nabierać rozpędu. Co dziwniejsze, rozwija się w świecie anglosaskim pod przewodnictwem największego sojusznika politycznego USA – Wielkiej Brytanii.

Bunt ten ma charakter gospodarczy i monetarny, który jest o wiele ważniejszy niż jakiekolwiek polityczne zbliżenie ze Stanami Zjednoczonymi, na które premier Boris Johnson może liczyć po twardym Brexicie. Podczas gdy sam Johnson robi wszystko, co w jego mocy, aby zbliżyć się do Donalda Trumpa na poziomie politycznym, to na polu finansowym sytuacja przedstawia się zgoła inaczej: prezes Banku Anglii Mark Carney ogłosił potrzebę rewizji globalnego systemu walutowego. Stwierdził, że istniejący system oparty na dolarze amerykańskim należy pilnie zastąpić nowym „cyfrowym aktywem” lub „cyfrową walutą”.

Demarche Marka Carney’a pikanterii dodaje fakt, iż zostało ono wygłoszone w Stanach Zjednoczonych na dorocznym sympozjum liderów finansowych państw zachodnich w Jackson Hole (Kansas), które odbywa się pod patronatem amerykańskiej Rezerwy Federalnej, tzn. banku centralnego Stanów Zjednoczonych. Trzeba mieć bardzo dobre powody, by, odwiedzając bankierów i finansistów, których życie, zamożność i status społeczny zależą od statusu amerykańskiego dolara, powiedzieć im jasno, że dotychczasowy uprzywilejowany status ich waluty powinien zostać natychmiast obniżony.

Eksperci finansowi zauważają jeszcze jeden ważny szczegół w wystąpieniu Carney’a – to, co proponuje główny bankier w Wielkiej Brytanii, bardzo przypomina projekt Libra, czyli projekt stworzenia cyfrowej waluty, którą jeszcze w tym roku planowało uruchomić konsorcjum składające się z wiodących (głównie amerykańskich) firm finansowych i technologicznych. Projekt ten zdążył już wywołać gniew i krytykę ze strony Donalda Trumpa. Prezydent USA słusznie uznał, że waluta cyfrowa Libra, którą konsorcjum składające się z Facebooka, Mastercard, Paypal, Stripe, Visa, Ebay, Lyft, Uber, Vodafone i innych dużych firm próbuje uruchomić, stanowi bezpośrednie i poważne zagrożenie dla suwerenności monetarnej USA i statusu dolara. Logiczne jest w związku z tym założenie, że propozycja o podobnym charakterze przedstawiona przez Marka Carney’a wywoła równie negatywną i agresywną reakcję wśród administracji Trumpa.

W rzeczywistości propozycja londyńskiego głównego bankiera tym różni się od projektu Libra, że cyfrowa waluta stworzona zostałaby nie w oparciu o prywatne firmy finansowe i technologiczne, a o banki centralne różnych krajów. Jeżeli przełożyć to z dyplomatycznego angielskiego na potoczny polski, to: FED[5] jest proszona o zdjęcie „swojej korony” i przekształcenia się w „równorzędnego członka” zbiorowej organizacji banków centralnych, które będą emitowały globalną „cyfrową walutę”.

Nietrudno przewidzieć, jaka będzie reakcja amerykańskiej administracji na propozycje Carneya, i to niezależnie od nazwiska i przynależności partyjnej konkretnego prezydenta USA. Propozycja ta usuwa grunt spod dolara, a jej wdrożenie nieuchronnie prowadzi do poważnych problemów dla budżetu USA i ich całego systemu finansowego. To z kolei może znacząco ograniczyć możliwość użycia ostatecznego argumentu USA w obronie swojej waluty, tj. „wykorzystania lotniskowców US Navy” (czytaj: użycie siły militarnej).

Z doniesień Reutera wynika, iż stanowisko szefa Banku Anglii zabrzmiało jak oskarżenie w stosunku do amerykańskiej waluty i opartego na niej systemu finansowego. Jak stwierdził Mark Carney: „dolar nie zasługuje już na status światowej waluty rezerwowej, dlatego światowe banki centralne muszą się zjednoczyć i znaleźć dla niego zamiennik”. Carney przypomniał, że od 2008 r. udział krajów rozwijających się w światowej gospodarce wzrósł z 45 do 60 procent. Jednak nie niosło to za sobą proporcjonalnego wzrostu popularności walut tych krajów. Co najmniej połowa wszystkich płatności międzynarodowych jest nadal realizowana w dolarach. Wartość amerykańskiej waluty w handlu światowym zdaniem szefa brytyjskiego regulatora jest „nieodpowiednio wysoka”, co destabilizuje globalną gospodarkę.

Mark Carney jest przekonany, że dominacja dolara w handlu międzynarodowym i globalnym systemie finansowym stwarza problemy w kontrolowaniu inflacji i zapewnieniu stabilności finansowej. Ryzyko utraty płynności rośnie ze względu na bardzo niskie stopy procentowe i słaby wzrost gospodarczy. Aby ustabilizować globalne finanse, rezerwową nie powinna być narodowa waluta żadnego kraju, ale „globalna cyfrowa alternatywa” – wirtualna waluta oparta na koszyku towarów i utworzona z sieci walut cyfrowych banków centralnych. Ułatwi to handel transgraniczny i płatności międzynarodowe, osłabiając zależność gospodarki światowej od dolara. Carney podkreślił również, że uzależnienie od dolara jest zbyt ryzykowne z powodu wojen handlowych rozpoczętych przez Trumpa. Zakłócenia w łańcuchach dostaw w sektorach motoryzacyjnym, stalowym i technologicznym dotyczą także krajów, które nie są bezpośrednio zaangażowane w wojny handlowe.

Podważone zaufanie

Dokładnie rok temu ekonomiści Banku Światowego stwierdzili, że proces depolaryzacji na świecie został rozpoczęty i nie można go już zatrzymać. Według szacunków Europejskiego Banku Centralnego pozycja dolara została w ubiegłym roku podważona bardziej niż kiedykolwiek: jego udział w światowych rezerwach walutowych spadł do 61,7 procent. Tymczasem udział euro wzrósł do 20,7 procent. Od czasu światowego kryzysu finansowego w 2008 r. światowe banki centralne obniżyły amerykańską walutę w strukturze rezerw finansowych o siedem punktów procentowych. W 2018 r. kraje rozwijające się były szczególnie aktywne w wyprzedaży dolarów amerykańskich i obligacji rządowych. Niektóre z tych krajów czyniły tak dla stabilizacji własnej waluty, inne z powodu konfliktów z Waszyngtonem. Ten trend na rynkach wschodzących w dalszym ciągu się utrzymuje.

Jednak jak się okazuje, od aktywów dolarowych odchodzą również kraje rozwinięte. Dla przykładu tylko w kwietniu 2019 r. Wielka Brytania pozbyła się jednorazowo obligacji rządowych USA za 16,3 miliarda dolarów. Eksperci oceniają ideę wspólnej waluty cyfrowej przedstawioną przez szefa banku Anglii bardzo ostrożnie. Aby idea ta mogła się zmaterializować, konieczne jest, aby wszystkie kraje doszły w tej sprawie do konsensusu, co jest bardzo trudne ze względu na to, iż przyjęcie propozycji Carney’a oznaczałoby ograniczenie suwerenności banków centralnych.

Jednak czy to w wyniku sytuacji politycznej, czy w związku z napięciami ekonomicznymi, w których USA wykorzystują pozycję dolara, powstają inne inicjatywy przyczyniające się do stopniowego eliminowania tej waluty ze światowych rozliczeń.

Dedolaryzacja po europejsku

Wychodząc z porozumienia nuklearnego z Iranem i wprowadzając sankcje ekonomiczne na kraje utrzymujące kontakty gospodarcze z tym krajem, Stany Zjednoczone postawiły w trudnym położeniu nie tylko Rosję i Chiny, ale także swoich europejskich sojuszników. Stąd pod koniec czerwca 2019 r. Wielka Brytania, Francja i Niemcy ogłosiły uruchomienie mechanizmu transakcji finansowych INSTEX (Instrument wspierania wymiany handlowej, „Narzędzie wspierania wymiany handlowej”), który pozwala obejść amerykańskie ograniczenia dotyczące zakupu irańskiej ropy. Dostawy nie są opłacane w dolarach, ale w euro. Od 28 czerwca mechanizm jest dostępny dla wszystkich krajów UE, ale wkrótce skorzystać z niego będą mogły także firmy z innych państw.

INSTEX to pośredni system płatności, który zapewnia wymianę towarów bez przekazywania pieniędzy między firmami z Iranu i UE. W rzeczywistości Teheran będzie nadal dostarczał ropę i inne towary do Europy, jednak INSTEX prześle pieniądze za nie, nie irańskim bankom, ale europejskim firmom eksportującym produkty do Republiki Islamskiej. Na razie mowa jest o lekach, sprzęcie medycznym i produktach rolnych. Z czasem zakres produktów dostarczanych w ten sposób Iranowi zostanie rozszerzony.

INSTEX przygotowywany był do uruchomienia od zeszłego roku. Obserwatorzy natychmiast zauważyli, że jest to pierwsze poważne zagrożenie dla dolara od czasu konferencji w Bretton Woods, kiedy to amerykańska waluta zyskała dominującą pozycję w światowej gospodarce. Eksperci są pewni: INSTEX uderzy w pragnienie kontrolowania przez USA światowego porządku gospodarczego, ponieważ nie tylko Europa, ale praktycznie każdy kraj, który nie chce przestrzegać systemu sankcji Białego Domu, będzie w stanie obejść się bez dolara. Nic dziwnego, że Waszyngton próbuje zmusić Europejczyków do porzucenia tego projektu, grożąc sankcjami wszystkim uczestnikom. Według Bloomberga powołującego się na list zastępcy sekretarza skarbu USA Sigal Mandelker „urzędnicy zaangażowani w INSTEX” mają zostać wykluczeni z amerykańskiego systemu finansowego.

Rosja i Chiny przeciwko dolarowi

Podczas gdy Europa dopiero testuje, jak zastąpić dolara i ominąć amerykańskie ograniczenia, Rosja zredukowała swoje inwestycje w amerykańskie papiery dłużne do symbolicznego minimum (do ok. 13 mld USD, z poziomu 176 mld USD w 2010 r.). Ustawowo zabroniono rozliczeń dolarowych pomiędzy rosyjskimi podmiotami gospodarczymi w kraju. W rekordowym tempie Rosja obniża również płatności w dolarach. W ciągu pięciu lat sankcji Moskwa zmniejszyła liczbę międzynarodowych rozliczeń w dolarach o prawie 13 procent, zwiększając udział euro i rubli odpowiednio o 26 i 14 procent. Pięć lat temu w ponad 80 procentach rozliczeń rosyjskich kontraktów zagranicznych wykorzystywana była amerykańska waluta. Teraz stanowi ona zaledwie 56 procent.

Najbardziej aktywna dedolaryzacja występuje w handlu między Rosją a Chinami. Moskwa i Pekin zdecydowały się na rozliczenia za wymianę towarową w walutach krajowych w grudniu 2014 r. Od tego czasu weszły w życie rosyjsko-chińskie umowy o bezpośrednim handlu w rublach i juanach, bez udziału banków amerykańskich, brytyjskich i unijnych. Dotychczasowy postęp był jednak niewielki. Co prawda w ubiegłym roku udział euro we wzajemnych płatnościach podwoił się, ale udział dolara spadł zaledwie o mniej niż dwa procent. Ruble stanowią w rozliczeniach międzynarodowych Rosji nie więcej niż 15 procent, ale w nadchodzących latach liczba ta wzrośnie pięciokrotnie. Jednym z powodów przyspieszonej dedolaryzacji są amerykańskie groźby odłączenia Rosji od SWIFT[6], międzynarodowego międzybankowego systemu transferu danych finansowych.

Ponieważ około 42 procent transakcji SWIFT odbywa się w dolarach, jest to potężna broń Waszyngtonu. Odłączenie od systemu zagraża rosyjskiej gospodarce poważnymi problemami – od ucieczki kapitału, do deprecjacji rubla i rosnących stóp procentowych. Financial Times zauważa, że agresywność Waszyngtonu zmusza Rosję i Chiny do „przetestowania amerykańskiej wiarygodności”. Nowe mechanizmy płatności stworzone na skutek amerykańskich gróźb nie tylko niezawodnie chronią przed presją sankcji, ale także podają w wątpliwość status dolara jako głównej waluty rezerwowej.

Na skutek tych gróźb Moskwa utworzyła rosyjski odpowiednik SWIFT – System Przekazywania Komunikatów Finansowych (SFPS) (Системa передачи финансовых сообщений – СПФС). Według rosyjskiego Banku Centralnego do 1 czerwca 2019 r. 398 przedsiębiorstw i banków tego kraju, a także białoruski Belgazprombank zostały podłączone do SPFS.

W Chinach z kolei odpowiednikiem SWIFT jest system CIPS (ang. China International Payments System), do którego pod koniec marca 2019 r. dołączyło kilka rosyjskich banków. Na początku czerwca pierwszy wicepremier, minister finansów Rosji Anton Siluanov i prezes Chińskiego Banku Ludowego I Gan podpisali umowę o utworzeniu nowego systemu płatności, który stanie się swego rodzaju „śluzą między rosyjskim i chińskim odpowiednikiem SWIFT”.

Zakłada się, że system rozliczeń w walutach narodowych zadziała do końca 2019 roku i obejmie przede wszystkim największe rosyjskie koncerny naftowe i gazowe, a także producentów rolnych. Wiele rosyjskich banków połączyło się już z chińskim odpowiednikiem SWIFT w celu ułatwienia wzajemnych rozliczeń między Federacją Rosyjską a Chinami – powiedział Vladimir Shapovalov, szef departamentu stosunków z zagranicznymi organami regulacyjnymi Departamentu Współpracy Międzynarodowej Centralnego Banku Federacji Rosyjskiej. Rosjanie z kolei liczą na to, że liczne chińskie banki zostaną podłączone do rosyjskiego SWFP, co ułatwi utrzymanie handlu między Rosją a Chinami.

Resume

Oczywiście żaden poważny finansista nie zakłada, że świat nagle odwróci się od dolara. Moskwa i Pekin spieszą się jednak ze względu na groźbę kolejnych sankcji ekonomicznych, które może wprowadzić Waszyngton. W stosunkach amerykańsko-chińskich nabiera tempa wojna handlowa. Jednocześnie Stany Zjednoczone prowadzą niewypowiedzianą wojnę ekonomiczną z Rosją. Tylko w ubiegłym roku do Kongresu USA wpłynęło dziesięć kolejnych projektów ustaw przewidujących szeroki zakres antyrosyjskich ograniczeń – od zakazu inwestowania w obligacje rządowe, po odłączenie państwowych banków od SWIFT. Jakby tego było mało, Stany Zjednoczone straszą sankcjami swoich najbliższych sojuszników w Europie.

Sankcje – „czarne listy” osób prywatnych, organizacji i przedsiębiorstw efektywnie odcinające je od światowego systemu finansowego – stały się uznanym narzędziem Stanów Zjednoczonych w wojnach finansowych. USA używają sankcji wobec różnych wyzwań dla bezpieczeństwa kraju, takich jak handel narkotykami, cyberataki czy finansowanie terroryzmu. Jednak najszersze zastosowanie znajdują w wywieraniu presji ekonomicznej na przeciwników politycznych, którzy w bliższej lub dalszej perspektywie czasowej mogą stanowić problem lub zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych.

W tym miejscu należałoby zastanowić się, czy aż tak agresywne działania USA, prowadzone jednocześnie wobec tak licznych przeciwników, pozwolą im zwiększyć bezpieczeństwo finansowe i zatrzymać erozję własnej waluty. Warto też przytoczyć słowa byłego już amerykańskiego sekretarza skarbu Jacka Lew, który w wywiadzie udzielonym 8 marca 2016 r. dla amerykańskiej telewizji publicznie stwierdził: „Sankcje ekonomiczne i finansowe są mocną bronią, ale nie mogą być stosowane lekkomyślnie”. Według Lew uderzenie za pomocą sankcji musi być rozważane tak samo starannie, jak uderzenie militarne.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, płk rez. dr inż. Krzysztof Surdyk, Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

[1] Pieniądz fiducjarny (łac. fides – wiara) – waluta niemająca oparcia w dobrach materialnych (jak np. kruszce), której wartość ma źródło z reguły w dekretowanym prawnie monopolu w wykorzystaniu go na danym obszarze, jako legalny środek płatniczy oraz na popycie generowanym przez instytucje państwowe, głównie przez pobór podatków. Wartość pieniądza fiducjarnego opiera się na zaufaniu do emitenta.

[2] A. Szczęśniak, cykl „Petrodolary”, publikacja dla: Nowa Debata, 30.11.2014, s. 1 http://nowadebata.pl/2014/11/30/petrodolary-czyli-jak-ropa-naftowa-dala-poczatek-globalnej-niestabilnosci/

[3] Tugrik – waluta Mongolii.

[4] Wykorzystanie złota jako waluty przetargowej oraz niechęć do dolara były zauważalne wśród afrykańskich i arabskich krajów już od 2000 r., kiedy to Saddam Hussain po raz pierwszy zażądał płatności za ropę w euro, podważając wartość amerykańskiego dolara. Następnym krajem, który zbojkotował dolara, był Iran, który w 2009 r. zażądał płatności za ropę w euro. W 2011 r. przywódca Libii Muammar Al Kaddafi zażądał płatności za libijską ropę nie w euro, lecz w złocie.

[5] System Rezerwy Federalnej, potocznie Rezerwa Federalna (ang. Federal Reserve System, skrótowo Federal Reserve, potocznie FED) – bank centralny Stanów Zjednoczonych.

[6] SWIFT – międzynarodowy międzybankowy system do przesyłania informacji i dokonywania płatności. Podłączonych jest do niego ponad 10,8 tys. największych organizacji w ponad 200 krajach.

Pakiet mobilności nie do zatrzymania

Europa, nawet Zachodnia, nie jest przygotowana na to, by przyjąć pakiet mobilności, gdyż funkcjonowanie obecnego systemu transportu drogowego opiera się na pracy przewoźników z części Środkowo-Wschodniej kontynentu. Choć wydaje się, że Niemcy i Francja najbardziej na tym skorzystają w przyszłości, to skutki nowego prawa odczują wszyscy Europejczycy w postaci wzrostu cen towarów i żywności.

Kamil Wolański
Kamil Wolański

Z danych Grupy Inelo wynika, że wartość rynku przewozowego ma się zwiększyć o 3,1 proc. do 2020 roku, zatem popyt na te usługi będzie rósł. Jeśli wschodnioeuropejscy przewoźnicy zaczną wozić mniej, czy kierowcy zawodowi z krajów Starej Unii sprostają zapotrzebowaniu na transport? Zdaniem Kamila Wolańskiego, eksperta Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców, kontrowersyjne decyzje Komisji TRAN w sprawie pakietu mobilności powinny budzić niepokój wszystkich krajów Wspólnoty.

Do następnego etapu prac skierowano wszystkie dokumenty przegłosowane wcześniej w Parlamencie Europejskim w pierwszym czytaniu dotyczące:

  • delegowania kierowców w sektorze transportu drogowego,

28 za, 16 przeciw, 3 wstrzymało się

  • maksymalnych okresów przerw, odpoczynków, prowadzenia pojazdu,

30 za, 15 przeciw, 2 wstrzymało się

  • dostępu do rynku przewozowego,

30 za, 14 przeciw, 2 wstrzymało się.

Tym samym oficjalnie rozpoczynają się międzyinstytucjonalne negocjacje (Trilog) dotyczące przyjętych przez Parlament przepisów. Jak zauważa Kamil Wolański, ekspert OCRK: Po dłuższej przerwie wynikającej z okresu wyborczego przystąpiono do finalizacji prac nad zapisami pakietu mobilności. Przewaga głosów „za” pokazuje, że po wyborach niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o układ sił w Brukseli. Stanowisko Komisji Europejskiej, zaprezentowane już po głosowaniu w PE i łagodzące obecne przepisy zostało całkowicie pominięte w debacie europarlamentarzystów na posiedzeniu Komisji TRAN. Pokazuje to, w jaki sposób prowadzone są prace nad prawem, które ma regulować europejski system transportu drogowego. Pośpiech, brak rzetelnej dyskusji oraz, co najważniejsze, brak odniesienia się do jakichkolwiek badań dotyczących skutków planowanych zmian dla wszystkich państw członkowskich budzi kontrowersje i niepokój. Unia, w której w ciągu 15 lat polscy przewoźnicy wypracowali trzecią pozycję w udziale PKB, zapewniająca swobodę przepływu towarów i usług, w odniesieniu do tej konkretnej branży właśnie upada. Teraz czas na Radę UE, która przed podjęciem decyzji, co do dalszych losów pakietu mobilności przeprowadzi szereg spotkań z KE i PE w ramach tzw. trilogu. Wszystko po to, by nie przedłużać już procedury legislacyjnej. Z punktu widzenia rodzimych przedsiębiorców dzisiejszy wynik głosowania należy uznać za próbę maksymalnego ograniczenia w udziale w rynku przewozowym, co z wolnym rynkiem, będącym u podstaw UE, nie ma nic wspólnego.

Najwięcej na nowych regulacjach unijnych w ramach „ochrony” swojego rynku skorzystają Niemcy, Francja, a także Włochy, Austria i kraje Beneluksu. Ciężko przewidzieć wpływ pakietu na gospodarkę Wielkiej Brytanii oraz Irlandii z uwagi na brexit. Razem z Polską najbardziej ucierpią między innymi Rumunia, Litwa, Słowacja, Bułgaria i Łotwa. Niepocieszeni z uwagi na dalekie trasy typu cross-trade i udział w kabotażu będą też Portugalczycy i Hiszpanie. Jeśli Europa Środkowo-Wschodnia będzie przewozić mniej towarów, jak zostanie wypełniona luka pomiędzy popytem na transport transgraniczny a niedoborem wykwalifikowanych kierowców samochodów ciężarowych?

Nowa strategia Kuehne + Nagel: od 2020 roku firma będzie oferowała zrównoważony i neutralny pod względem emisji CO2 transport

Kuehne + Nagel wprowadza program Net Zero Carbon, dzięki któremu aktywnie przyczynia się do redukcji CO2 w transporcie i logistyce na całym świecie. Oprócz ciągłego ograniczania emisji dwutlenku węgla, firma oferuje teraz swoim Klientom rozwiązania zmniejszające pozostawiany ślad węglowy wywołany ich transportem. Wykorzystanie technologii Big Data i wdrożenie jej w platformy cyfrowe firmy umożliwia wybór rodzaju transportu oraz optymalizację tras, budując zrównoważoną i pro-środowiskową wartość dla przyszłych pokoleń.

Jako wiodący operator logistyczny, Kuehne + Nagel proaktywnie angażuje się w niwelacje pozostawianego śladu węglowego z transportu świadczonego przez swoich dostawców. Do ich grona należą firmy transportowe oraz linie lotnicze i dostawcy spedycji morskiej.
Kuehne + Nagel dąży do kompleksowej neutralizacji CO2 (w zakresie trzech poziomów, w ramach protokołu w sprawie emisji gazów cieplarnianych – Greenhouse Gas Protocol – GHG) do 2030 r. Pierwszy element strategii zakłada ograniczenie emisji CO2 w transporcie ładunków niepełnokontenerowych (LCL) od 2020 roku.

Program Net Zero Carbon zakłada trzy obszary działania: wykrywanie, redukcję i kompensację pozostawianego śladu węglowego. Kuehne + Nagel rozpoczęło realizacje autorskich projektów przyrodniczych w Mjanmie i Nowej Zelandii oraz zainwestowało w różne projekty środowiskowe, zakładające usuwanie CO2 z powietrza. Kuehne + Nagel gwarantuje zgodność norm emisji CO2 i metodologii obliczania ich wartości z międzynarodowymi standardami.

W ciągu ostatnich lat, Kuehne + Nagel znacznie ograniczyło swój ślad węglowy i dalej będzie wdrażać dobre praktyki w tym zakresie. Trwające programy szkoleniowe utrzymują i poszerzają świadomość ekologiczną pracowników firmy. Wideokonferencje coraz częściej zastępują podróże służbowe. Bezpośrednie, nieuniknione emisje dwutlenku węgla (zakres pierwszy i drugi w ramach protokołu w sprawie gazów cieplarnianych) zostaną w pełni rekompensowane od 2020 roku.

Dr Detlef Trefzger, dyrektor zarządzający Kuehne + Nagel International AG, komentuje: „Jako jedna z wiodących firm logistycznych na świecie, uznajemy naszą odpowiedzialność za środowisko, ekosystem i przede wszystkim za ludzi. Nasza działalność opiera i będzie się opierać na realizacji celów, mających za zadanie niwelację pozostawianego śladu węglowego we współpracy z dostawcami i Klientami. W pełni popieramy założenia porozumienia paryskiego, którego celem jest ograniczenie globalnego wzrostu temperatury do 1,5°C. Kuehne + Nagel aktywnie angażuje się również w implementacje innowacyjnych i zrównoważonych rozwiązań w całym cyklu łańcucha dostaw.

Jak sobie radzą na rynku pracy i jakiego zatrudnienia poszukują absolwenci polskich uczelni?

Obecnie stopa bezrobocia wynosi  5,2% i jest najniższa od wielu lat[1].  Wiele wskazuje na to, że w przyszłości ten wskaźnik będzie jeszcze niższy, ponieważ jak przewiduje PwC, do 2025 r. konieczne będzie zatrudnienie ok. 1,5 mln osób[2], w tym także młodych pracowników. Fakt starzenia się naszego społeczeństwa, rozwój  nowych technologii i pojawienie się zawodów, które wcześniej nie istniały, sprawia, że na rynku pracy za chwilę dyktować warunki będzie pokolenie Z. Chodzi o osoby urodzone w końcówce lat 90. XX w., które właśnie rozpoczynają karierę zawodową, czyli mowa także o świeżo upieczonych absolwentach polskich uczelni. To generacja pracowników, która jest nadzieją polskiej gospodarki. Pracodawcy, nie tylko te największe marki, doskonale wiedzą, że młode talenty z otwartymi głowami, nieszablonowym podejściem do rozwiązywania problemów i innymi kompetencjami, których nie posiadają starsi pracownicy, są na wagę złota.  A, co na swój temat uważają „Zetki”? Czy czują się przygotowane przez szkoły wyższe do podjęcia pracy? Co myślą o swojej drodze zawodowej i czy wiedzą, czego oczekują od przyszłych pracodawców? 

Agnieszka Surowiec, ekspert z firmy Intrum Justitia
Agnieszka Surowiec, ekspert z firmy Intrum Justitia

Jak zaznacza Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum, poznanie odpowiedzi na powyższe pytania jest kluczowe dla pracodawców, którzy myślą o rekrutowaniu młodych-zdolnych. – Pracodawcy muszą poznać potrzeby najmłodszej generacji pracowników, ponieważ osoby między 20., a 25. rokiem życia, szykujące się na podbój rynku pracy, mają zupełnie inne wymagania niż Millenialsi czy starsze pokolenia. To ważne, ponieważ nierzadko daje się zauważyć, że pracodawca doskonale wie, co zyska zatrudniając „Zetkę” i jak cenny może być to pracownik dla firmy, ale nie zawsze wie, czego oczekuje od niego druga strona. Często popełnianym przez nich błędem również jest to, że problemy młodych pracowników rozwiązują „starymi” metodami, które są zupełnie nieskuteczne w ich przypadku. Kim zatem są pracownicy z pokolenia Z, absolwenci polskich uczelni?

Czy absolwenci czują się gotowi?

Młody, czyli niezdecydowany lekkoduch? To mit. Osoby, które teraz rozpoczynają studia, szukają takiego kierunku czy uczelni, która w przyszłości zapewni im dobrą pracę, ale jednocześnie, chcą w tej pracy robić, to co lubią. Rozpoczynają karierę z założeniem, że można połączyć te dwie kwestie. „Zetkom” zależy na rozwijaniu posiadanych pasji. Jak pokazują dane zebrane przez Pracuj.pl, wśród absolwentów oraz studentów, aż 50 proc. tej grupy, postrzega pracę jako środek do realizacji pasji pozazawodowych[3]. Chcą pracować w firmie, która pomoże im zdobywać nowe umiejętności i będzie dla nich stymulującym wyzwaniem. Mniej liczy się dla nich zarabianie góry pieniędzy, bo nauczyli się od starszych pokoleń, że te nie zawsze przynosi satysfakcję.

Osoby, które niedawno ukończyły 20. rok życia, choć nie mają doświadczenia na rynku pracy, wiedzą, że teraz dla pracodawców liczą się kompetencje, które da się nazwać, za którymi stoi jakieś know-how. Czy polskie uczelnie, których zdecydowana większość jest nastawiona na przygotowanie młodego człowieka na rynek pracy, są tego świadome?  Od tego, czy dana szkoła wyższa przyłoży się do przekazywania praktycznej wiedzy, w dużej mierze może zależeć, czy młody człowiek z sukcesem wejdzie na rynek pracy, czy też „straci” kilka następnych lat swojego życia na doszkalanie się, czy wręcz zmianę zawodu. Niestety, wśród absolwentów przeważają podobne, negatywne zdania co do poziomu ukończonej szkoły wyższej oraz jej odpowiedniego przygotowania młodego człowieka do funkcjonowania na obecnym rynku pracy.

Pomimo mało przychylnych opinii na temat efektów nauki na uniwersytetach i innych szkołach wyższych, ponad 3/4 studentów ma zamiar rozwijać się zgodnie z wybranym kierunkiem studiów[4]. Co więcej, większą wagę przykładają także do dalszego kształcenia po ukończeniu szkoły wyższej, np. na studiach doktoranckich, podyplomowych, kursach czy szkoleniach. Można z tego wyciągnąć wniosek, że poważnie podchodzą do swojej przyszłości. To, co różni generację Z od poprzednich pokoleń, to świadomość, że ukończenie studiów wyższych już nie gwarantuje sukcesu zawodowego. Skończenie danego kierunku może być świetną bazą do zdobywania bardziej konkretnych kompetencji wymaganych na rynku pracy. To także dobry sygnał dla pracodawców. Wystarczy, że podczas rekrutacji będą skoncentrowani na zatrudnieniu takich dwudziestolatków, którzy będą chcieć się uczyć także w pracy i każde proponowane szkolenie nie będzie przez nich traktowane jak przykry obowiązek, ale jak „darmowa” szansa nauczenia się czegoś nowego – mówi Agnieszka Surowiec, Intrum.

Staż? Jak najbardziej!

Absolwenci polskich uczelni zdobywanie nowych kompetencji coraz częściej traktują jako inwestycję w swoją przyszłość. Zapewne większość HR-owców spotkała podczas prowadzonej rekrutacji „młodego-zdolnego” z minimalnym doświadczeniem zawodowym, który chciałby zarabiać kilka tysięcy złotych na starcie. Ale nie brakuje również osób, które zdecydują się na kilkumiesięczne staże czy praktyki, nierzadko bezpłatne. Według raportu Pracuj.pl, aż 82 proc. badanych studentów i absolwentów bardzo docenia taki rodzaj zdobywania wiedzy i często z niego korzysta (blisko 70 proc. respondentów[5]). Staże nie tylko pomagają studentom przygotować się do pracy na konkretnym stanowisku, ale także uczą zasad funkcjonowania w danej firmie.

– Stereotyp mówiący o praktykancie, robiącym kawę czy kserującym dokumenty odszedł już w zapomnienie. Przede wszystkim dlatego, że dzisiaj firmy nie mogą pozwolić sobie na marnowanie potencjału. Każdy pracownik jest cenny. Dziś pracodawcy wdrażają wiele narzędzi z zakresu employer brandingu, by odpowiednio przyjąć w firmie nowych pracowników, także praktykanta czy stażystę. Studenci czy absolwenci również mają świadomość, że podczas stażu czy praktyk zdobędą wiedzę i umiejętności, których nie przekaże im żadna szkoła. Wiedzą także, że jeżeli pokażą się od dobrej strony podczas takiego „testowego” okresu, będą mieć szansę na stabilne zatrudnienie w danym miejscu. Pokolenie Z nie chce gromadzić pieniędzy, a wspomnienia i doświadczenia. Takie samo podejście daje się zauważyć, jeżeli chodzi o sprawy zawodowe. Dla „Zetek” liczy się zdobycie wielu istotnych kompetencji, zanim znajdą wymarzoną pracę. Dlatego decydują się również na wolontariaty, projekty studenckie, programy stażowe i menedżerskie oferowane przez coraz więcej firm oraz tradycyjne praktyki – wylicza Agnieszka Surowiec,  Intrum.

Gdzie absolwenci chcieliby pracować?

Według raportu Pracuj.pl, prawie połowa badanych (44 proc.) myśli o pracy w międzynarodowej korporacji lub dużej ogólnopolskiej organizacji. Z kolei 1/3 chciałaby pracować w małej firmie liczącej do 50 pracowników lub w start-upie. Niewielu jednak myśli o założeniu własnej firmy – jedynie 17 proc. respondentów badania. Te dane pokazują, że szukając zatrudnienia, absolwenci w mniejszym stopniu zwracają uwagę na zarobki, ale cenią sobie już wcześniej wspomnianą możliwość rozwoju zawodowego oraz dobrą atmosferę w miejscu pracy.

Szansa na szybki awans oraz wysokie wynagrodzenie, to nie są najważniejsze czynniki wpływające na to, że młodzi będą aplikować na dane stanowisko. Bardziej liczy się dla nich docenianie przez pracodawcę, możliwość pracy dla marki, która dokonuje znaczących zmian w świecie, np. dba o środowisko lub po prostu stawia na zrównoważony rozwój.
Z naszych doświadczeń wynika również, że takim osobom szczególnie zależy na szybkim zintegrowaniu się z zespołem, dowiedzeniu się jak największej ilości informacji o marce, dla której pracują. Dlatego w Intrum dbamy o to, aby nowy pracownik nie tylko pozna
ł zasady funkcjonowania w firmie, ale także otrzymał wiedzę na temat naszej historii i misji – wyjaśnia Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.

[1] Dane GUS.

[2] Dane PwC: Rosnąca luka na rynku pracy w Polsce, 2019.

[3] Raport Pracuj.pl, Studenci i absolwenci o rynku pracy, 2019.

[4] j.w.

[5] j.w.

Wdrożenie 5G zwiększy zużycie energii o 170%

Wdrożenie sieci 5G to przełomowe wydarzenie dla branży telekomunikacyjnej. Ankietowani przez Vertiv operatorzy, również działający w Polsce, optymistycznie oceniają perspektywy biznesowe niesione przez tę technologię. Jednak jednocześnie trzeba mieć na uwadze ryzyko, że korzyści finansowe płynące z możliwości, jakie daje 5G, mogą być ograniczone przez niekontrolowane zużycie energii.

Rozpatrując korzyści związane z 5G trzeba mieć na uwadze, że bardziej intensywny transfer danych wymaga ogromnej ilości energii elektrycznej. Operatorzy wdrażający 5G muszą więc zwrócić uwagę na dwa aspekty tego przedsięwzięcia: masową łączność bezprzewodową i ogromną ilość energii wymaganą do jej realizacji.

Przedstawiciele telekomów mają tego świadomość. Zdaniem 90% firm telekomunikacyjnych, które wzięły udział w badaniu 451 Research i Vertiv, 5G spowoduje wzrost zużycia energii i jej kosztów. W związku z tym są one zainteresowane technologiami i usługami, które zwiększą wydajność. Jest to zgodne z analizami firmy Vertiv, według których przejście na technologię 5G spowoduje zwiększenie całkowitego zużycia energii w sieci o 150-170% do 2026 roku.

Wygląda więc na to, że łagodzenie skutków zwiększonych kosztów zasilania będzie jednym z najpoważniejszych wyzwań dla firm udostępniających sygnał w standardzie 5G.

Energetyka a 5G – wyzwania

Operatorzy telekomunikacyjni są przede wszystkim zainteresowani zmniejszeniem konieczności konwersji napięcia przemiennego (AC) do stałego (DC). Aż 79% badanych uznało, że zagadnienie to już teraz jest ważne, a według 85% nastąpi to w ciągu najbliższych pięciu lat. W tym samym czasie powszechnie zaczną być stosowane także nowe techniki chłodzenia. Obecnie z nowoczesnych rozwiązań w tym zakresie korzysta 43% operatorów na całym świecie, a w perspektywie pięcioletniej odsetek ten ma sięgnąć 73%. Firmy telekomunikacyjne wymieniają także akumulatory kwasowo-ołowiowe (VRLA) na litowo-jonowe. Dokonało tego już 66% telekomów, a za pięć lat ten odsetek ma wynieść 81%.

Wdrożenie technologii 5G będzie najtrudniejszym i wywierającym największy wpływ procesem usprawniania infrastruktury sieciowej, jakiego kiedykolwiek doświadczyła branża telekomunikacyjna. Skala tego wyzwania jest już powszechnie zauważana, podobnie jak potrzeba zapewnienia nowych technologii i usług – zauważa Piotr Wójcik, Dyrektor Działu Sprzedaży ds. Kluczowych Klientów z polskiego oddziału firmy Vertiv. –  Ich rentowność będzie zagwarantowana dzięki wydajnemu zarządzaniu coraz bardziej rozproszonymi sieciami i łagodzeniu skutków związanych ze zwiększonymi kosztami energii elektrycznej.

Przedsiębiorstwa mogą skorzystać z wielu sposobów kontrolowania kosztów w warstwie infrastruktury i obniżania ich. Z pewnością będzie pomocna wymiana fizycznych elementów na nowe, jednak jest to proces częściowy i przyrostowy. W przypadku posiadania ograniczonych środków na inwestycje, można skorzystać z innych rozwiązań. Innowacyjne modele biznesowe, takie jak ESaaS (oszczędności energetyczne jako usługa), są w stanie zaspokoić oczekiwane potrzeby związane z infrastrukturą.

Co ze środowiskiem?

Sieci telekomunikacyjne zgodne ze standardem 5G zapewnią mocniejszy sygnał radiowy, dzięki czemu dotrze on do większej liczby odbiorców. W wartościach bezwzględnych spowoduje to zwiększenie poboru energii elektrycznej, ale dzięki lepszemu pokryciu obszaru, zmniejszy się średnia emisja dwutlenku węgla przypadająca na użytkownika końcowego.

Według raportu SMARTer 2030[1], opracowanego przez Accenture dla GeSI (Global E-sustainability Initiative), pomimo oczekiwanego rozwoju sektora ICT, obejmującego operatorów telefonii komórkowej, względna emisja dwutlenku węgla przez tę branżę do 2030 r. utrzyma się na poziomie 2% globalnej emisji. Co jednak ważniejsze, potencjał jej obniżenia przez cały sektor ICT, w tym przez telefonię komórkową, szacuje się na poziomie 20% globalnej emisji CO2 do roku 2030.

Jak można wykorzystać sieć 5G

Rozwój i systematyczne poszerzanie zasięgu sieci 5G to kluczowy czynnik dla zastosowań technologii przetwarzania na brzegu sieci (edge computing). Ponadto, nowa technologia będzie mieć zastosowanie w takich obszarach jak przesyłanie materiałów wideo o wysokiej rozdzielczości (HD i Ultra HD), wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, inteligentne domy, budynki, fabryki, a nawet całe ekosystemy inteligentnych miast czy cyfrowa opieka zdrowotna.

Kiedy do tego może dojść? Większość badanych operatorów zakłada, że globalnie era 5G ma szansę rozpocząć się na dobre w 2021 roku. Natomiast 88% ankietowanych ma zamiar wdrożyć tę technologię w latach 2021-2022.

[1] http://smarter2030.gesi.org/downloads/Full_report.pdf

Sprzedaż kredytów w Polsce – sierpień 2019 r.

W sierpniu 2019 r., w porównaniu do sierpnia 2018 r., w ujęciu wartościowym, banki i SKOK-i udzieliły kredytów na wyższą kwotę we wszystkich czterech grupach produktowych. Najwyższe wzrosty odnotowały kredyty mieszkaniowe (+18,4%) oraz karty kredytowe (+12,2%). Sprzedaż kredytów konsumpcyjnych wzrosła o (+4,7%), a limitów kredytowych o (+0,5%). W ujęciu liczbowym, w stosunku do sierpnia 2018 r. odnotowano wzrost sprzedaży kart kredytowych (+22,2%) i kredytów mieszkaniowych (+10,1%). W przypadku limitów kredytowych oraz kredytów konsumpcyjnych dynamika jest ujemna: odpowiednio (-17,1%) oraz (-1,8%). W sierpniu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły kredytów konsumpcyjnych na kwotę 7,371 mld zł, zaś mieszkaniowych na kwotę 5,614 mld zł. W porównaniu do lipca 2019 r. wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych spadła o (-7,8%), zaś kredytów konsumpcyjnych o (-10,5%).

W okresie styczeń – sierpień 2019 r. banki udzieliły o (+2%) więcej kredytów mieszkaniowych niż w analogicznym okresie zeszłego roku, natomiast w ujęciu wartościowym ich wartość była wyższa o (+13,6%). W przypadku kredytów konsumpcyjnych spadła ich liczba o (-1,0%), ale w ujęciu wartościowym zanotowano wzrost (+7,6%). Bardzo wysoką dodatnią dynamikę zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały karty kredytowe: odpowiednio (+22,8%) oraz (+22,4%).
Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne).

W sierpniu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 634,6 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 7,37 mld zł. Stanowi to spadek o 1,8% w ujęciu liczbowym i wzrost o 4,7% w ujęciu wartościowym w porównaniu do sierpnia 2018 r. W porównaniu do lipca 2019 r. liczba udzielonych kredytów spadła o 5,4% a wartość o 10,5%. Narastająco od początku roku udzielono 4,825 mln kredytów konsumpcyjnych na wartość 60,2 mld zł. W porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku to o 1,0% mniej kredytów, ale o 7,6% wyższa wartość udzielonych kredytów.

– W okresie styczeń – sierpień 2019 r. dodatnie dynamiki liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły jedynie kredytów średnio i wysokokwotowych. W przypadku kredytów konsumpcyjnych do 3,5 tys. zł dynamika jest ujemna. Najwyższa ujemna dynamika występowała w kredytach konsumpcyjnych do 1 tys. zł (-15,8%), a najwyższa dodatnia dynamika wzrostu dotyczyła kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł w ujęciu liczbowym (9,5%) i (10,0%) w wartościowym.

Obecnie (styczeń – sierpień 2019 r.) 34% udzielanych przez banki i SKOK-i kredytów konsumpcyjnych stanowią kredyty średniokwotowe (7 – 20 tys. zł) oraz wysokokwotowe (powyżej 20 tys. zł). W ujęciu wartościowym stanowią one już 86,07% wartości wszystkich udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Dzięki wydłużaniu okresu kredytowania, przy niskim, stabilnym poziomie stóp procentowych i rosnących dochodach gospodarstw domowych, banki mogą udzielać kredytów na wyższe kwoty. Dotyczy to głównie kredytów gotówkowych. Dynamika kredytów gotówkowych wysokokwotowych (powyżej 30 tys. zł) udzielonych w okresie styczeń – sierpień 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym, wynosi ok. 10,0%. Średnia wartość udzielonego kredytu konsumpcyjnego w sierpniu 2019 r. wyniosła 11 616 zł i była wyższa już o 6,6% od średniej wartości udzielonego kredytu konsumpcyjnego w sierpniu zeszłego roku. Dla kredytów gotówkowych średnia wartość udzielonego kredytu to 18 183 zł – wzrost o 4,3%. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4 230 zł i jest ona wyższa niż rok temu o 14,4%. Kredyty ratalne udzielone w sierpniu 2019 r. stanowią ok 47% udzielonych w tym okresie kredytów konsumpcyjnych oraz 17,1% wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych jest przez BIK co miesiąc monitorowany w oparciu o Indeks jakości, który pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela dla kredytów konsumpcyjnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu Jakości portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący (sierpniowy) odczyt wynosi 5,51%. W porównaniu do sierpnia 2018 r. wartość indeksu poprawiła się o 0,24. Nadal uważam, że podstawowe ryzyko związane z kredytami konsumpcyjnymi, w szczególności gotówkowymi, determinowane jest przez wysokokwotowe kredyty, które są obarczone wyższym ryzykiem kredytowym od kredytów niskokwotowych – dodaje prof. Rogowski.

Kredyty mieszkaniowe
W sierpniu 2019 r. banki udzieliły łącznie 20,4 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 5,61 mld zł. Stanowi to wzrost o 18,4% w ujęciu wartościowym w porównaniu do sierpnia 2018 r. W ujęciu liczbowym banki udzieliły o 10% więcej kredytów mieszkaniowych. W sierpniu w porównaniu do lipca liczba udzielonych kredytów mieszkaniowych spadła o 8,0%, a wartość udzielonego finansowania o 7,8%.

W okresie styczeń – sierpień 2019 r. banki udzieliły 159,2 tys. kredytów mieszkaniowych na kwotę 42,87 mld zł. Wzrost w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku dotyczył zarówno liczby (2,0%), jak i wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych (13,6%).

– W sierpniu br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy dodatnie dynamiki zarówno wartości udzielonych kredytów, jak i ich liczby w porównaniu z sierpniem zeszłego roku. Dodatnia dynamika wartościowa wynika głównie ze struktury udzielanych kredytów, w okresie styczeń – sierpień 2019 już ponad 68% wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 250 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych, określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, nadal obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym dotyczą głównie kredytów powyżej 250 tys. zł, w tym w szczególności kredytów powyżej 350 tys. zł, których w okresie styczeń – sierpień 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 37,0%, a wartościowym o 37,5%. Tak więc wyniki sierpnia nadal potwierdzają, że hossa na rynku kredytów wysokokwotowych trwa w najlepsze. Natomiast spadki obejmują kredyty poniżej 200 tys. zł. Ujemne dynamiki dotyczyły zarówno liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Kredytów do 100 tys. zł banki udzieliły o 24,0% mniej, a w przedziale 100 – 150 tys. zł mniej o 18,2% niż w analogicznym okresie 2018 r. W styczniu 2019 r. prognozowaliśmy wzrost wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych na poziomie 5-8%. W rzeczywistości dynamika ośmiu pierwszych miesięcy 2019 r. do analogicznego okresu 2018 r. wyniosła 13,6%. Co do wartości, to w całym 2019 r. może być to dynamika dwucyfrowa ale raczej kilka punktów procentowych poniżej zeszłorocznej 20% dynamiki. Uważam, że 2019 rok będzie kolejnym rekordowym rokiem ze sprzedażą około 62 mld zł.

– Sierpniowy Indeks Popytu na kredyty mieszkaniowe również sygnalizuje, że wrzesień powinien być dobry dla rynku kredytów mieszkaniowych. Chyba, że na rynku zajdą niespodziewane negatywne zdarzenia. Musimy mieć jednak pełną świadomość, że rekordy bite są tylko w ujęciu wartościowym. Co ciekawe, w okresie styczeń – sierpień 2019 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało 310,63 tys. osób – najwięcej od 2013 r., ale jest to tylko 61% osób, które wnioskowały o kredyt mieszkaniowy w 2007 r. Obecnie mamy dużo mniej osób młodych niż w roku 2007, a to one głównie zaciągają kredyty mieszkaniowe, nie mają bowiem tak jak ich rodzice aktywów mieszkaniowych, które można spieniężyć w celu sfinansowania nabycia nowej nieruchomości. Zazwyczaj nie posiadają również wystarczających oszczędności do sfinansowania nabycia nieruchomości bez współfinansowania kredytem bankowym – wyjaśnia prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w sierpniu 2019 r. wyniósł 0,70%, co potwierdza wieloletnią już stałą obserwację dotyczącą niskiego poziomu ryzyka kredytowego związanego z udzielaniem kredytów mieszkaniowych. W ostatnich 12 miesiącach (sierpień 2019 do sierpnia 2018) jakość portfela poprawiła się, o czym świadczy lekki spadek Indeksu o -0,09.

– Obecnie nie widać istotnych zagrożeń, które w krótkim horyzoncie czasowym mogłyby wpłynąć na wzrost poziomu szkodowości kredytów mieszkaniowych, a tym samym na wzrost poziomu ryzyka kredytowego – zaznacza prof. Rogowski.

Karty kredytowe

W sierpniu 2019 r. banki wydały 94,3 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 539 mln zł. Stanowi to wzrost o 22,2% w ujęciu liczbowym i o 12,2% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do sierpnia 2018 r. Jednak w porównaniu do ubiegłego miesiąca sprzedaż kart kredytowych, i to zarówno w ujęciu liczbowym jak i wartościowym, odnotowała spadek – odpowiednio o 12,2% oraz 12,9%. W pierwszych ośmiu miesiącach banki wydały łącznie 819,7 tys. kart kredytowych – wzrost o 22,8% w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. W tym okresie banki przyznały 4,734 mld zł limitów na kartach kredytowych, co oznacza wzrost w porównaniu do pierwszych ośmiu miesięcy 2018 r. o 22,4%.

– W sierpniu 2019 r., podobnie jak w poprzednich miesiącach, obserwujemy wysokie liczby sprzedaży kart kredytowych – 22,2% wyższa liczba przyznanych limitów niż w analogicznym okresie 2018 r. Najwyższą dodatnią dynamikę przyznawanych limitów na kartach kredytowych w okresie styczeń – sierpień 2019 r. w porównaniu do pierwszych ośmiu miesięcy 2018 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym, odnotowały karty o limitach w przedziale 1-2 tys. zł, odpowiednio 51,7% oraz 46,7% oraz 2 do 3,5 tys. zł – 35,7% oraz 33,8%. Należy jednak podkreślić, że dodatnie dynamiki w ujęciu liczbowym i wartościowym dotyczyły wszystkich przedziałów kwotowych. Potwierdziłaby się więc teza o tym, że na rynek kart kredytowych weszły osoby o niższych dochodach, a ponadto część banków proponuje również kartę kredytową jako alternatywę dla kredytu ratalnego, szczególnie przy zakupach w kanale e-commerce – mówi prof. Rogowski z BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W sierpniu 2019 r. banki przyznały łącznie 53,0 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę 261 mln zł. Stanowi to spadek o 17,1% w ujęciu liczbowym i wzrost o 0,5% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do sierpnia 2018 r. W okresie ośmiu miesięcy 2019 r. liczba przyznanych limitów wyniosła 446,1 tys. sztuk, a wartość przyznanych limitów 2,13 mld zł. Oznacza to spadek o 4,5% w ujęciu liczbowym i wzrost o 2,3% w ujęciu wartościowym w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r.

Co ciekawe, w przypadku limitów w kontach nie obserwujemy typowego zjawiska związanego z rosnącą sprzedażą w obu skrajnych przedziałach kwotowych: nisko i wysokokwotowych. W przypadku limitów dodatnią dynamikę w ujęciu liczbowym odnotowaliśmy jedynie dla dwóch przedziałów środkowych tj. 1 – 2 tys. zł, oraz 2-4 tys. zł. Odpowiednio: 3,3% oraz 1,6%. W ujęciu wartościowym ujemną dynamiką – 12,8% charakteryzował się przedział limitów średnio kwotowych (4 – 7 tys. zł) i przedział limitów 0,5 – 1 tys. zł
(-1,8%)- zauważa prof. Rogowski z BIK.

Wyprzedaż złotego

Nieszczęścia chodzą parami – przysłowie znakomicie opisuje położenie złotego w ostatnich dniach. Pierwszym ciosem wypychającym EUR/PLN ponad 4,38 było upublicznienie daty wydania przez TSUE wyroku ws. hipotek walutowych. Drugim – podnoszącym kurs blisko letnich szczytów 4,40 – seria fatalnych odczytów indeksów PMI dla Niemiec.

Wyprzedaż złotego została wywołana podaniem terminu wyroku TSUE. Wcześniej nie widzieliśmy jednoznacznych oznak, że kwestia ta negatywnie wpływa na walutę. Potwierdza to też ewidentne podbicie zmienności opcji. Inaczej było w przypadku sektora bankowego. W wycenie instytucji od dłuższego czasu budowano premię za ryzyko niekorzystnego wyroku. Spodziewamy się, że w najbliższym tygodniu złoty pozostawać będzie słaby. Pod presją znajduje się też inny przedstawiciel koszyka CEE3, czyli forint. PLN i HUF to zresztą dwie najsłabsze waluty EMEA w tym kwartale, do euro straciły ponad 3 proc. EUR.HUF jest też najwyżej w swojej historii. Gołębie nastawienie Europejskiego Banku Centralnego, dezinflacja na Węgrzech i pogorszenie nastrojów w biznesie powinny znaleźć odzwierciedlenie w stanowisku węgierskich władz monetarnych. Nie należy oczekiwać jednak cięcia stóp poniżej 0,90 proc. W niesprzyjającym walutom naszego regionu otoczeniu forint nadal powinien być bardzo słaby.

Poniedziałkowe publikacje indeksów PMI dla europejskich gospodarek zszokowały rynek słabością. Negatywne zaskoczenie było tym większe, że przecież wcześniej wskaźnik ZEW sugerował, że kondycja gospodarek nie ulega dalszemu pogorszeniu. Dlatego też tak istotny będzie dzisiejszy odczyt indeksu Ifo. Będzie to swoista weryfikacja wniosków płynących z publikacji PMI. Trudno liczyć na trwałą i wyraźną aprecjację euro tak długo jak nad Eurolandem kłębią się czarne chmury recesji. Z drugiej strony nie można nie dostrzegać, że kurs jest w tej chwili jedynie minimalnie niżej niż tuż przed wczorajszymi danymi. Może to potwierdzać wyczerpywanie się pola do spadków kursu. W najbliższym czasie EUR/USD powinien pozostawać w zakresie wahań wokół 1,10. Na bardziej konstruktywne spojrzenie pozwalałoby dopiero wyjście nad 1,11.

Przed południem zapadnie również wyrok brytyjskiego Sądu Najwyższego w sprawie legalności zawieszenia przez Borisa Johnsona prac parlamentu. Na rynku spekuluje się, że będzie on negatywny dla premiera Wielkiej Brytanii. Jednocześnie nie powinno to zmieniać w ewidentny sposób spojrzenia na brexit. Najbardziej pozytywny dla funta byłby wyrok pozbawiający Johnsona możliwości stosowania tego narzędzia w przyszłości. GBP/USD w ostatnich dniach z okolic 1,26 cofnął się w kierunku 1,24. Widzimy prawdopodobieństwo, że spadkowa korekta w notowaniach zostanie przedłużona.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ultimate Games inwestuje w Red Dev Studio

Red Dev Studio podpisał list intencyjny z notowanym na GPW Ultimate Games S.A. Szacowana wartość umowy wynosi 0,5 mln zł. Pozyskane środki Spółka przeznaczy na produkcję nowych gier.

Ultimate Games zobowiązał się dokonać inwestycji finansowej nie niższej niż 400 tys. zł. Zostanie ona zrealizowana w formie zleceń na produkcję gier lub objęcie nowo wyemitowanych akcji w podwyższonym kapitale zakładowym Red Dev Studio, bądź w innej formie ustalonej przez Strony. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na produkcję od 2 do 4 gier wideo, których wydawcą będzie Ultimate Games S.A.

Współpraca to dla nas szansa na szybki rozwój. Dzięki wsparciu Ultimate Games będziemy mogli zwiększyć skalę działalności w zakresie ilości i jakości naszych nowych produkcji – powiedział Wojciech Sypko, założyciel i prezes zarządu Red Dev Studio.

Ponadto 23 września br. Red Dev Studio pozyskało dwóch finansowych inwestorów instytucjonalnych. Spółka zadebiutuje na rynku NewConnect 26 września. Red Dev Studio planuje rozbudowę wydanych do tej pory gier oraz pracę nad nowymi produkcjami, jak również poszerzenie listy platform, na które wydaje gry, co pozwoli na szybszy rozwój i dywersyfikację źródeł przychodów.

Szara strefa w Polsce

Czym jest szara strefa? Pod pojęciem szarej strefy rozumie się podejmowanie aktywności poza oficjalnym obiegiem gospodarczym – całościowe lub częściowe ukrywanie osiągniętych korzyści majątkowych przed organami administracji państwa. Aktywności podejmowane w ramach szarej strefy dzielą się na legalne i zakazane przez prawo. Wśród legalnych, ukrywanych przed fiskusem, można rozróżnić: działalność nieformalną (praca nierejestrowana) oraz działalność ukrytą (sprzedaż bez faktury). Aktywności nielegalne, zaliczane do szarej strefy, to np.: działalność sutenerska, produkcja i handel narkotykami, przemyt papierosów (GUS, 2018b).

Działalność nielegalna

Pierwszym elementem szarej strefy gospodarczej jest działalność nielegalna, obejmująca produkcję wyrobów i usług, których sprzedaż, rozprowadzanie lub posiadanie jest zabronione przez prawo. GUS za nielegalną uznaje również działalność produkcyjną, która jest zwykle legalna, lecz staje się nielegalna, gdy jest wykonywana przez producentów nie mających do tego prawa, np. praktyka medyczna bez licencji.

Działalność ukryta

Drugim elementem szarej strefy jest ukryta działalność prowadzona przez oficjalnie zarejestrowane przedsiębiorstwa. Innymi słowy chodzi tu o zaniżanie obrotów, głównie celem uniknięcia płacenia podatków (podatku dochodowego, podatku od wartości dodanej (VAT) i innych), a także płacenia składek na ubezpieczenie społeczne. Inny powód ukrywania części produkcji dóbr lub usług to niewypełnianie standardów wymaganych przez przepisy prawa, np. elementów prawa pracy takich jak: płaca minimalna, maksymalny czas pracy czy też warunki bezpieczeństwa i higieny pracy. Inne powody to brak odpowiednich uprawnień, czy też niespełnianie norm technicznych lub wymogów ochrony środowiska.

Działalność nieformalna

Nieformalna działalność gospodarcza jako trzeci element szarej strefy gospodarczej, podejmowana jest głównie przez osoby fizyczne odpłatnie świadczące usługi na rzecz innych osób, czasem także na rzecz przedsiębiorstw. Całkowity brak bezpośredniej rejestracji jest albo wynikiem małej skali działalności, albo działaniem z pominięciem regulacji i standardów, może wynikać również z dorywczego bądź sezonowego charakteru podejmowanych przedsięwzięć. W działalność nieformalną zaangażowana jest w dużym stopniu tzw. marginalna siła robocza, która wykorzystywana jest także w drugim elemencie szarej strefy gospodarczej (działalności ukrytej).

Wielkość szarej strefy w Polsce

Wielkość szarej strefy w 2018 roku szacuje się na nieco ponad 280 mld PLN, ale jej odsetek w relacji do PKB w ostatnich 3 latach zmniejszył się z poziomu 16,7 proc. PKB do 14,1 proc. – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Analitycy PIE wyliczyli, że wpływy sektora finansów publicznych z tytułu redukcji szarej strefy o 1 proc. rocznie przyniosłyby do 2023 r. od 63,9 do 127,8 mld PLN i od 87,4 do 174,7 mld PLN w przypadku jej zmniejszania o 1,5 proc.

Szara strefa kojarzy się zazwyczaj z prowadzeniem nielegalnej działalności. Takie aktywności jak przemyt narkotyków czy działalność sutenerska stanowią jednak jej niewielką cześć. Główne części składowe szarej strefy to praca nierejestrowaną (praca „na czarno”) oraz działalność nieformalna („sprzedaż bez faktury”). Dlaczego ograniczanie jej rozmiarów jest takie ważne? Istnienie szarej strefy znacząco uszczupla wpływy podatkowe, przez co ogranicza możliwość finansowania dóbr publicznych.

Według szacunków przedstawionych w raporcie przychody sektora finansów publicznych z powodu aktywności firm poza oficjalnym obiegiem gospodarczym oraz pracy „na czarno” mogły stracić w 2018 r. ponad 280 mld zł. Według wyliczeń United Nations Global Compact szara strefa w Polsce maleje. Jeszcze w 2010 r. prawie 21 proc. PKB Polski było generowane w obrocie nieoficjalnym, dzisiaj ten odsetek spadł do 14,1 proc. i co kluczowe będzie spadać dalej, a każdy jego spadek oznacza więcej środków na usługi publiczne – mówi Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.SZARA STREFA W POLSCE MALEJE

Redukcja szarej strefy a dochody sektora finansów publicznych

Eksperci Polskiego Instytutu Ekonomicznego dokonali analizy wpływu redukcji szarej strefy na wielkość dochodów sektora finansów publicznych.

Każdy etap obliczeń przeprowadzono na podstawie trzech scenariuszy. Optymistyczny pokazuje maksymalny (100 proc.) potencjał dodatkowych wpływów do sektora finansów publicznych, lecz jest najmniej prawdopodobny: nie wszystkie przedsiębiorstwa po wyjściu z szarej strefy mogłyby funkcjonować tak samo, nie mamy też co oczekiwać, że wszyscy zatrudnieni „na czarno” podejmą nagle w pełni legalną pracę. Dlatego wprowadzono też dwa wskaźniki korygujące na poziomie 0,75 i 0,5, którym odpowiada scenariusz umiarkowany (75 proc.) oraz pesymistyczny (50 proc.) – tłumaczy Łukasz Czernicki, kierownik zespołu strategii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Przy założeniu, że szarą strefę udałoby się zredukować rocznie o 1 pkt. proc. (w relacji do PKB), dodatkowe wpływy do sektora finansów publicznych w latach 2018-2023 mogłyby wynieść od 63,9 mld PLN do 127,8 mld PLN.SZARA STREFA W POLSCE MALEJE 2

Przy założeniu, że szarą strefę udałoby się zredukować rocznie o 1,5 pkt. proc. (w relacji do PKB), dodatkowe wpływy do sektora finansów publicznych w latach 2018-2023 mogłyby wynieść od 87,4 mld PLN do 174,7 mld PLN.Redukcja szarej strefy a dochody sektora finansów publicznych

Źródła:

  • Instytut Prognoz i Analiz Gospodarczych Fundacja Naukowa
  • Polski Instytut Ekonomiczny

Inwestycje miast skupiają się na niskoemisyjnym transporcie i ekologii. W ich sfinansowaniu pomogą zielone obligacje

Inwestycje miast skupiają się na niskoemisyjnym transporcie i ekologii. W ich sfinansowaniu pomogą zielone obligacje 1

Polskie miasta będą się stawać coraz bardziej zielone. – Ograniczenie emisyjnego transportu i współpraca z energetyką odnawialną będą inwestycjami preferowanymi przez miasta w perspektywie do 2030 roku – podkreśla Małgorzata Zielińska, ekspert DNB Bank Polska. Ponieważ kolejna nowa unijna siedmiolatka nie będzie już dla samorządów tak hojna, te muszą szukać alternatywnych źródeł finansowania takich projektów. Kapitał mogą pozyskać poprzez emisję zielonych obligacji – papierów wartościowych, z których finansowane są inwestycje proekologiczne, np. elektrownie wiatrowe czy przyjazny środowisku transport.

– Polskie miasta coraz bardziej stawiają na ekologię i rozwiązania, które mają ograniczyć emisję dwutlenku węgla, zwiększyć udział niskoemisyjnego transportu publicznego i umilić mieszkańcom życie. W porównaniu do miast europejskich jest jeszcze wiele do zrobienia, ale też nie mamy się czego wstydzić, ponieważ poprzednia perspektywa unijna dała nam wiele środków na transport niskoemisyjny, poprawę jakości życia mieszkańców, efektywność energetyczną oraz termomodernizację budynków. Mamy w Polsce nowoczesne, ekologiczne miasta, które jeszcze przez najbliższe lata na pewno będą dużo czasu i energii poświęcały temu, żeby poprawić ten wizerunek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Zielińska, dyrektor Departamentu Sektora Publicznego w DNB Bank Polska SA.

Jak ocenia, w perspektywie finansowej do 2030 roku większość inwestycji skupi się właśnie na niskoemisyjnym transporcie, m.in. zakupie autobusów elektrycznych i hybrydowych. Według prognoz zawartych w ubiegłorocznym raporcie „Paliwa alternatywne w komunikacji miejskiej” PSPA w ciągu najbliższych 10 lat na ulicach polskich miast pojawi się już około 3,5 tys. autobusów zasilanych paliwami alternatywnymi.

Kolejny obszar to dofinansowanie wymiany przez mieszkańców starego ogrzewania na nowoczesne źródła ciepła opalane gazem. Za problem smogu, z którym borykają się polskie miasta, odpowiada głównie niska emisja z kotłów i pieców w gospodarstwach domowych.

– Najbliższa perspektywa do 2030 roku z pewnością będzie stawiała na zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. Ograniczenie emisyjnego transportu, współpraca z energetyką odnawialną, czyli wiatraki i fotowoltaika, to będą inwestycje preferowane przez miasta. W niektórych metropoliach europejskich, np. w Londynie, nie można już wjeżdżać do wyznaczonych stref samochodem, bo wiąże się to z kosztownymi opłatami. Taka sytuacja ma też miejsce w Krakowie, a inne miasta podwyższają opłaty parkingowe nawet trzykrotnie po to, żeby mieszkańcy zostawiali samochody i przesiadali się na transport publiczny – mówi Małgorzata Zielińska.

Na lata 2014–2020 z budżetu polityki spójności Polska dostała do rozdysponowania w ramach programów krajowych i regionalnych 82,5 mld euro – najwięcej w historii dotychczasowego członkostwa w Unii Europejskiej. Jednak nowa siedmiolatka nie będzie już tak hojna. Z propozycji przedstawionej przez Komisję Europejską w maju ubiegłego roku wynika, że na lata 2021–2027 Polska dostanie o około 25 proc. mniej środków niż w obowiązującej perspektywie. Mniejszy budżet oznacza, że mniej pieniędzy trafi też do samorządów, które będą musiały szukać alternatywnych źródeł finansowania, żeby utrzymać dotychczasowy poziom aktywności inwestycyjnej.

W sfinansowaniu projektów związanych z ekologią, ochroną środowiska czy poprawą jakości powietrza alternatywą dla środków unijnych może być sektor bankowy i zielone obligacje (green bonds).

– Zielone obligacje niczym się nie różnią od klasycznych, za wyjątkiem celu emisji. Celem emisji zielonych obligacji są właśnie wszystkie projekty związane z ekologią i ochroną środowiska. Może to być właśnie niskoemisyjny transport miejski, nowa oczyszczalnia ścieków, ścieżki rowerowe czy nowy park albo dotacje na zwiększanie efektywności energetycznej budynków, zarówno domów komunalnych, jak i użyteczności publicznej – tłumaczy Małgorzata Zielińska.

Jak podkreśla, zielone obligacje to rozwiązanie korzystne zarówno z punktu widzenia miast-emitentów, jak i inwestorów. Miasta wykorzystują je do promowania swoich kluczowych inwestycji o charakterze proekologicznym, natomiast inwestorzy – banki czy fundusze inwestycyjne – szukają takich produktów, ponieważ polityka korporacyjna czy CSR-owa wręcz nakazuje im lokować określony procent kapitału właśnie w inwestycje związane z ekologią i ochroną środowiska.

Emisja zielonych obligacji zaczyna się od tego, że miasto wspólnie z bankiem przygotowują katalog zielonych inwestycji planowanych w perspektywie najbliższych kilku lat.

– Następnie miasto zatwierdza, które z tych projektów będzie chciało zrealizować. Bank przygotowuje decyzję kredytową, która udziela ostatecznej odpowiedzi, czy dany projekt w takiej kwocie i w takim okresie może zostać sfinansowany. Tutaj wchodzi zewnętrzna instytucja – na ogół europejski NGO, który nadaje certyfikat „zieloności”, czyli potwierdza, że dana inwestycja rzeczywiście jest związana z ekologią i potwierdza cel emisji obligacji. Następnie dokonujemy emisji, znajdujemy inwestorów, ewentualnie banki same nabywają takie obligacje na własny portfel i miasto dostaje środki na finansowanie tych projektów – tłumaczy Małgorzata Zielińska.

Polska – jako pierwszy kraj na świecie – już w 2016 roku wyemitowała zielone obligacje na kwotę 750 mln euro na sfinansowanie ulg i dotacji dla firm wytwarzających zieloną energię. Na rynkach kapitałowych takie instrumenty dłużne dla samorządów czy firm zaczęły pojawiać się już kilka lat wcześniej. W ubiegłym roku Polska dokonała kolejnej emisji zielonych obligacji o wartości 1 mld euro. Jak podało Ministerstwo Finansów, emisja po raz kolejny spotkała się z olbrzymim zainteresowaniem, inwestorzy chcieli kupić papiery o wartości aż 3,25 mld euro.

– Liczę, że jeszcze w tym roku pierwszy samorząd zdecyduje na emisję zielonych obligacji. Zachęcamy do tego również małe i średnie samorządy, a nie tylko metropolie – mówi dyrektor Departamentu Sektora Publicznego w DNB Bank Polska.

Polityka DNB Banku zakłada finansowanie projektów związanych z ochroną środowiska i infrastrukturą samorządową właśnie poprzez zielone obligacje. W 2018 roku był trzecim pod względem aktywności na rynku zielonych obligacji bankiem na świecie. Korzysta przy tym ze wzorców skandynawskich – miasta takie jak Oslo czy Sztokholm już od kilku lat z powodzeniem emitują zielone obligacje.

– Wykorzystując te wzorce, chcemy wdrożyć je do polskich samorządów i pokazać, w jaki sposób można uatrakcyjnić finansowanie, pokazać mieszkańcom, na co wydajemy konkretne środki pożyczone od banku – mówi Małgorzata Zielińska.

Jak wynika z tegorocznego raportu DNB i KPMG, globalna wartość zielonych obligacji wyniosła w 2017 roku 162,1 mld dol. W 2018 roku było to 167,3 mld. Szacunki rynkowe mówią, że w tym roku będzie to już 250 mld dol. Tylko w styczniu i lutym tego roku wyemitowano obligacje o wartości 24,6 mld dol. Największy udział w rynku zielonych obligacji mają USA (20 proc.) i Chiny (18 proc.). Z europejskich krajów najaktywniejsze pod tym względem są Francja (8 proc.), Niemcy (5 proc.) oraz Holandia (4 proc.). Prawie połowa ze wszystkich europejskich zielonych emitentów to instytucje niefinansowe.

Kurs bitcoina może dojść do 100 tys. dol. już w przyszłym roku. Napędzi go m.in. ograniczona podaż kryptowalut i rosnąca akceptacja takich płatności

Kurs bitcoina może dojść do 100 tys. dol. już w przyszłym roku. Napędzi go m.in. ograniczona podaż kryptowalut i rosnąca akceptacja takich płatności 2

Ograniczona podaż bitcoina i rosnące koszty jego wydobywania, popyt spekulacyjny i coraz większa akceptacja dla płatności w kryptowalutach to czynniki, które będą napędzać wzrost wartości bitcoina. Prezes Blockchain Development Foundation Kamil Gancarz prognozuje, że już w maju przyszłego roku jego kurs może sięgnąć nawet 100 tys. dol. Jak ocenia ekspert, kryptowaluty staną się w przyszłości oficjalnym środkiem płatniczym, bo – mimo niestabilności rynku – mają wiele przewag nad tradycyjnym pieniądzem. Jednak aby było to możliwe, potrzebne są regulacje, które zapewnią większe bezpieczeństwo użytkownikom.

– Zakładam, że bitcoin będzie kosztował 100 tys. dol. w terminie między majem 2020 roku a sierpniem 2021 roku. W tym okresie zobaczymy właśnie taką cenę tej kryptowaluty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kamil Gancarz, finansista, prezes Blockchain Development Foundation.

Jak ocenia, największy wpływ na wzrost kursu kryptowaluty będzie mieć tzw. halving, czyli wysokość nagrody za wykopanie bloku. Nowe bitcoiny powstają dzięki rozwiązywaniu przez komputery (lub urządzenia zwane koparkami) skomplikowanych problemów matematycznych. Bitcoiny są wydobywane w blokach co 10 minut i stanowią nagrodę za pracę górników. Przez pierwsze cztery lata wydobywana liczba wynosiła 50 szt. na blok. Ta wartość zmniejsza się o połowę średnio co cztery lata. Pierwszy halving odbył się w 2012 roku, a nagroda spadła do 25 bitcoinów, kolejny nastąpił w 2016 i nagroda spadła do 12,5. Natomiast w maju 2020 roku będzie miał miejsce kolejny podział nagrody, w którego wyniku liczba bitcoinów trafiających na rynek zmniejszy się do 6,25, co spowoduje wzrost ich wartości do rekordowego pułapu.

– To będzie dużym motorem napędowym wzrostu, ponieważ koszt wydobycia bitcoina urośnie dwa razy, więc rynek automatycznie będzie musiał się dostosować – mówi Kamil Gancarz.

Ekspert ocenia, że do wzrostu wartości kryptowaluty przyczynią się także rosnące koszty produkcji i energii elektrycznej, ponieważ aby wykopać jednego bitcoina, trzeba zapłacić około 6 tys. dol. za prąd, a do tego dochodzi jeszcze koszt amortyzacji koparek. Istotnym czynnikiem jest też z góry ustalona, ograniczona podaż – bitcoinów ma być docelowo 21 mln sztuk.

– Kolejna sprawa to popyt spekulacyjny. Kiedy cena zacznie rosnąć, dołączą też inni uczestnicy rynku i ludzie, którzy będą widzieć w bitcoinie okazję na zarobek, więc to również spowoduje wzrost ceny. Trzecim czynnikiem będzie rosnąca adopcja bitcoina – od września Nowa Zelandia umożliwia wypłatę pensji w bitcoinach, banki centralne zaczynają myśleć o własnych kryptowalutach, co także wspiera wzrost ich wartości – mówi Kamil Gancarz.

Nowa Zelandia jest pierwszym krajem na świecie, który zalegalizował wypłacanie pensji w bitcoinach. Państwo wprowadziło możliwość podziału wypłaty – część można otrzymać w kryptowalucie, a część w formie tradycyjnej gotówki czy przelewu. Taka wypłata ma być akceptowana przez urząd skarbowy i podlegać opodatkowaniu na standardowych warunkach.

Ekspert ocenia, że ta zmiana zwiększy zaufanie społeczeństwa do kryptowalut i będzie zachętą do przechowywania swoich oszczędności w bitcoinach. Jednocześnie podkreśla, że ze względu na dużą niestabilność notowań bitcoina inwestowanie w tę kryptowalutę wiąże się z dość sporym ryzykiem.

– Często mamy zmienność nawet na poziomie 10 proc. dziennie. Wyobraźmy więc sobie, że nasz majątek potrafi się o 10 proc. skurczyć bądź urosnąć w ciągu jednego dnia. Dlatego też ryzyko inwestycyjne jest bardzo duże – mówi Kamil Gancarz. – Dodatkowo największe spadki od poziomów szczytowych do poziomów minimalnych w bitcoinie sięgają 93 proc.. Oczywiście w dłuższej perspektywie bitcoin przeważnie wraca i bije nowe rekordy, ale trzeba się też liczyć ze spadkami.

Mimo niestabilności bitcoin ma wiele przewag nad tradycyjnym pieniądzem – chociażby takich jak brak możliwości fałszerstwa czy prostota transferu środków, które mogą być przesyłane nawet bez dostępu do internetu. W lutym tego roku po raz pierwszy przesłano bitcoina na odległość 640 km z San Francisco do Toronto przez radio. Dlatego – jak prognozuje prezes Blockchain Development Foundation – w przyszłości kryptowaluty najprawdopodobniej staną się oficjalnym środkiem płatniczym, funkcjonując na rynku na równi z walutami narodowymi emitowanymi przez banki centralne. Aby to umożliwić, rynek potrzebuje jednak regulacji, które zapewnią większe bezpieczeństwo użytkownikom.

– Mamy już bardzo dużo piramid finansowych. Sprzedawane są ludziom kryptowaluty, które albo w ogóle nimi nie są, albo są stricte nastawione na wyłudzenie pieniędzy. Z pewnością trzeba będzie też uregulować rynek giełd kryptowalutowych, co pokazuje chociażby ostatnia wpadka Bitmarket.pl, giełdy, która zniknęła z rynku z ogromną liczbą środków poszkodowanych klientów. Nie byłoby tego problemu, gdyby giełdy były regulowane albo podlegały nadzorowi KNF. W tej chwili jest to jeszcze Dziki Zachód, ale on powoli zaczyna być już mainstreamem – mówi Kamil Gancarz.

KRRiT: Jesteśmy gotowi wdrożyć nowy panel badania mediów elektronicznych. Czekamy na odzew rynku

0

KRRiT: Jesteśmy gotowi wdrożyć nowy panel badania mediów elektronicznych. Czekamy na odzew rynku 3

O 24 mln zł większy będzie przyszłoroczny budżet Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która pracuje nad wdrożeniem nowego, jednolitego dla całego rynku standardu badania konsumpcji mediów elektronicznych – internetu, radia i telewizji. Dotychczas monitorowaniem tego rynku zajmowało się kilka różnych firm. KRRiT chce, by w prace czynnie włączył się rynek, czyli nadawcy telewizyjni, radiowi, internetowi i operatorzy kablowi. Wdrożenie nowego standardu ma się przełożyć na większą efektywność dotarcia kontentu reklamowego do odbiorców.

– Budżet KRRiT jest taki, jaki Rada zaplanowała i zgłosiła, więc jest on zgodny z naszymi oczekiwaniami. Tak naprawdę dopiero po procedurze sejmowej będzie można jednak powiedzieć, jakiego ostatecznie nabierze kształtu. Natomiast ten budżet jest związany z licznymi zadaniami KRRiT – w tym jednym nowym, jakim jest jednoźródłowy pomiar telemetryczny radia, telewizji i internetu, który stanowi dużą część proponowanego budżetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Kołodziejski, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Zgodnie z przyjętym przez rząd w końcówce sierpnia projektem ustawy budżetowej na 2020 rok do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji mają trafić 72 mln zł wobec 48 mln zł w ubiegłym roku. Wzrost wydatków – jak podkreśla szef KRRiT – jest uzasadniony pilotażowym projektem badania konsumpcji mediów elektronicznych.

Mamy już dzisiaj taki próbny, eksperymentalny panel obejmujący 400 panelistów, którzy noszą swoje urządzenia. One na bieżąco monitorują to, czego słuchamy i oglądamy. Mamy prawie 5 mln danych zwrotnych z dekoderów. Badanie jest realizowane, a to, kiedy zostanie wdrożone, zależy od rynku, bo tak naprawdę czekamy na jakieś rekomendacje, czekamy, aż nadawcy określą, czego potrzebują i jak chcą, aby to badanie było skonstruowane. My jesteśmy gotowi – mówi Witold Kołodziejski.

Nad projektem Telemetria Polska, który zakłada stworzenie nowego, jednoźródłowego panelu badania konsumpcji mediów elektronicznych (telewizji, radia i internetu), KRRiT pracuje od kwietnia ubiegłego roku. Regulator chce, aby w prace czynnie włączył się rynek, czyli nadawcy telewizyjni, radiowi, internetowi i operatorzy kablowi.

 My jesteśmy już w stanie do końca roku ogłaszać pierwsze poważne przetargi. Ale nie zrobimy tego, dopóki nie będzie jakiegoś konsensusu ze strony rynkowej, a z tym jest najtrudniej. Nadawcom samym między sobą jest się trudno porozumieć, a pod uwagę trzeba wziąć jeszcze różne specyfikacje, bo radio, telewizja i branża internetowa zupełnie inaczej na to patrzą. To jest największy problem, a nie sama technika ani sposób prowadzenia badań – mówi Witold Kołodziejski.

Prace badawczo-rozwojowe nad nowym standardem KRRiT prowadziła przez ostatni rok z Instytutem Łączności, który opracował specjalne urządzenia do pomiaru, oraz Instytutem Statystyki i Demografii warszawskiej SGH. W ramach pilotażu do tej pory uruchomiono ponad 400 urządzeń pomiarowych, które w trybie online zarówno stacjonarnie, jak i mobilnie zbierają dane dotyczące konsumpcji mediów (telewizja, radio, internet). Przeprowadzono 5,8 mln obserwacji, co zajęło łącznie 1 174 godziny testów.

Docelowo projekt Telemetria Polska zakłada panel telemetryczny oparty na 26 tys. respondentów i jednoźródłowy pomiar TV, radia i internetu (mierzenie konsumpcji mediów poza domem i na urządzeniach przenośnych). Dodatkowo ma być uruchomiony panel RPD, oparty na 11 mln gospodarstw domowych.

Kluczowym elementem nowego standardu badania ma być jednoźródłowość danych, co oznacza, że dane o konsumpcji różnych mediów będą pochodzić od jednego panelisty. W tej chwili rynek monitoruje kilka różnych firm (np. internet – Gemius, a telewizję – Nielsen). Jak podkreśla KRRiT, wdrożenie nowego standardu przełoży się na większą efektywność dotarcia kontentu reklamowego do odbiorców.

Infekcje układu moczowego mogą nawracać nawet kilka razy w roku. Antybiotyki nie zawsze są wystarczające

Infekcje układu moczowego mogą nawracać nawet kilka razy w roku. Antybiotyki nie zawsze są wystarczające 4

Nawracające infekcje dróg moczowych dokuczają najczęściej kobietom. Mogą się pojawiać nawet kilka razy w roku, przez co znacznie obniżają jakość życia pacjentek. Powodem nawrotów jest zwykle niedoleczona albo niewłaściwie leczona wcześniej infekcja, ale każda z nich pogarsza stan śluzówki pęcherza moczowego, przez co leczenie jest coraz trudniejsze. Antybiotyki nie zawsze są w stanie kompletnie zniszczyć populację bakterii, wtedy stosuje się również tzw. farmakoterapię dopęcherzową.

– Nawracające infekcje dolnych dróg moczowych to ogromny problem dotyczący zarówno Polek, jak i Polaków, ale głównie pań. To infekcje, które nawracają więcej niż dwukrotnie w ciągu roku. Są przyczyną cierpienia, nasilonych dolegliwości dyzurycznych [trudności w oddawaniu moczu – red.]. W zasadzie jeżeli pacjentka wejdzie w ciąg takich infekcji, bardzo trudno jest go przerwać – mówi agencji Newseria Biznes prof. Piotr Radziszewski, kierownik Kliniki Urologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Kobiety trafiają do urologa częściej niż mężczyźni. Wynika to z uwarunkowań anatomicznych: u kobiet cewka moczowa jest znacznie krótsza i mniejsza niż u mężczyzn. Jedną z najczęstszych przyczyn wizyt u urologa są właśnie nawracające infekcje dolnych dróg moczowych. Powodem nawrotów jest zwykle niedoleczona albo niewłaściwie leczona wcześniej infekcja dolnych dróg moczowych. Te bardzo powszechnie powodują bakterie z rodzaju Escherichia coli, które przyczepiają się do śluzówki pęcherza i stopniowo ją niszczą. Dlatego każda infekcja bakteryjna powoduje zniszczenie śluzówki pęcherza.

 Najprościej uzmysłowić sobie, co dzieje się w naszym pęcherzu, na przykładzie zapalenia gardła. Wszyscy doskonale wiemy, że mamy wtedy czerwone gardło, które drapie, piecze, boli i które pod wpływem jakichkolwiek płynów bardzo nam dokucza. Taka sama śluzówka znajduje się w pęcherzu moczowym i niszczą ją kolejne infekcje, kolejne wzrosty bakterii w pęcherzu moczowym. Przez to bakterie niejako wgryzają się w ścianę pęcherza moczowego. Dlatego tak trudno jest wyleczyć nawrotowe infekcje, nawet stosując celowane antybiotyki – mówi prof. Piotr Radziszewski.

Przy każdej infekcji dróg moczowych urolog powinien zlecić posiew moczu, który wykaże, jaki rodzaj drobnoustrojów za nią odpowiada, i określić jego wrażliwość na antybiotykoterapię. Leczenie infekcji dolnych dróg moczowych przeważnie zaczyna się od farmakoterapii doustnej, ale antybiotyki nie zawsze są w stanie kompletnie zniszczyć populację bakterii. Wtedy stosuje się również farmakoterapię dopęcherzową (tzw. wlewki). Jej zadaniem jest odbudowa warstwy tzw. GAG-ów w śluzówce pęcherza moczowego.

– Analogicznie stosujemy różnego rodzaju tabletki do ssania, które chronią śluzówkę w gardle. W pęcherzu moczowym za ten efekt obronny odpowiedzialna jest tzw. warstwa glikozaminoglikanów, kolokwialnie mówiąc GAG-ów. W przypadku pacjentek z nawrotowymi infekcjami dróg moczowych te GAG-i są kompletnie zniszczone. Można je odtworzyć, stosując syntetyczne glikozaminoglikany. Najczęściej stosuje się tutaj kwas hialuronowy połączony z siarczanem chondroityny. Te dwie substancje razem powodują łatwiejsze przyleganie do ściany pęcherza – mówi prof. Piotr Radziszewski.

Farmakoterapia dopęcherzowa pozwala zregenerować uszkodzoną błonę śluzową pęcherza moczowego, co zapobiega przenikaniu odpowiedzialnych za infekcję drobnoustrojów do głębszych warstw ściany pęcherza.

– Kiedy już mamy odtworzoną warstwę glikozaminoglikanów, zdecydowanie łatwiej jest stosować antybiotyki, bo ta warstwa niejako odpycha bakterie od ściany pęcherza moczowego. Natomiast po wyleczeniu i uzyskaniu jałowego posiewu moczu od czasu do czasu powinniśmy naszemu pęcherzowi dostarczyć te syntetyczne glikozaminoglikany po to, żeby łatwiej było mu się regenerować i żeby te infekcje nie nawracały – mówi kierownik Kliniki Urologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Stłuczka wypożyczonym samochodem na minuty może słono kosztować. Wykupienie dodatkowego ubezpieczenia chroni przed kosztami

Stłuczka wypożyczonym samochodem na minuty może słono kosztować. Wykupienie dodatkowego ubezpieczenia chroni przed kosztami 5

Choć większość wypożyczalni aut na minuty oferuje samochody z wykupioną polisą OC, często też AC, to w przypadku stłuczki także użytkownicy muszą partycypować w kosztach. Kwoty, których może od nas zażądać firma wypożyczająca auto, wahają się od 500 zł do nawet 10 tys. zł. – W skrajnych przypadkach, kiedy do wypadku doszło przez rażące zaniedbanie użytkownika, może on ponieść całkowity koszt, czyli zapłacić za naprawę albo wręcz odkupić samochód – mówi Andrzej Popielski, prezes Porowneo.pl.

– Samochody, które wypożyczamy na minuty, tak samo jak wszystkie inne pojazdy, powinny mieć ubezpieczenie OC, często również autocasco i w tym zakresie jesteśmy chronieni. Aczkolwiek pamiętajmy o tym, że w przypadku stłuczki czy wypadku, który spowodujemy takim autem, jesteśmy kompletnie wolni od dodatkowych kosztów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Popielski, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Porowneo.pl.

Z danych zebranych przez DataArt („Transport-sharing w Polsce”) wynika, że mieszkańcy największych ośrodków miejskich w Polsce mają dostęp do 18,3 tys. pojazdów i innych środków komunikacji w ramach transport-sharingu. W Polsce działa już 21 firm, które oferują pożyczenie pojazdu. Polacy chętnie przesiadają się do samochodów na minuty – wypożyczenie auta jest tańsze niż jego zakup, serwisowanie i ubezpieczanie. Może się jednak wiązać ze sporymi kosztami, jeśli dojdzie do wypadku.

– W przypadku wystąpienia szkody kwoty, których może od nas zażądać spółka wypożyczająca samochód, wahają się od 500 zł do nawet 10 tys. zł. W przypadkach, kiedy wykazaliśmy się skrajnym niedbalstwem, możemy ponieść koszt szkody całkowitej, czyli będziemy musieli zapłacić za naprawę albo odkupić samochód – wskazuje Andrzej Popielski.

Ekspert przypomina, by przed wypożyczeniem samochodu sprawdzić, czy firma oferuje ubezpieczenie auta i co ono obejmuje. Koszty OC i AC są dla wypożyczalnie bardzo obciążające, a każdy wypadek i kolizja powodują wzrost składki. Dlatego klienci, którzy spowodowali stłuczkę, muszą partycypować w kosztach. W ostatnich miesiącach doszło do kilku poważnych wypadków spowodowanych przez klientów firm car-sharingowych, którzy prowadzili pod wpływem alkoholu. Kary dla nich sięgają kilkudziesięciu tysięcy złotych..

– Jeżeli zdarza się stłuczka i to my ją spowodowaliśmy, w przypadku samochodu prywatnego zapłacimy za to w postaci wyższej składki ubezpieczeniowej w kolejnym roku. Podobnie firma wypożyczająca samochód, jeżeli takich stłuczek będzie miała dużo, to ubezpieczenie samochodu i floty w kolejnym roku będzie droższe, a więc koszt przejechania 1 km będzie wyższy. Dlatego firmy wypożyczające samochody robią wszystko, żeby zminimalizować ryzyko i spowodować, że albo sami będziemy współpłacić za te szkody, albo będziemy bardzo ostrożnie prowadzić – tłumaczy prezes Porowneo.pl.

Jeśli do wypadku dojdzie nie z naszej winy, warto dopilnować, by taka informacja znalazła się w notatce z miejsca zdarzenia przygotowanej przez policję. Należy też bezzwłocznie powiadomić wypożyczalnię samochodu. To o tyle istotne, że jeśli nie zgłosimy stłuczki, to firma carsharingowa pociągnie nas do odpowiedzialności, nawet jeśli wypadek nie był naszą winą.

Przed wypożyczeniem auta można też wykupić dodatkowe ubezpieczenie, choć trzeba wziąć pod uwagę, że nie wszystkie firmy oferujące usługi carsharingu dają taką możliwość.

– Wiele osób ma OC w życiu prywatnym. Kupujemy te polisy często przy okazji ubezpieczania mieszkania i uważamy, że jesteśmy chronieni. Jednak w przypadku, kiedy prowadzimy samochód, ta sytuacja jest nieco inna. Nie możemy liczyć na wypłatę odszkodowania, ponieważ jest to typowe OC komunikacyjne – przypomina Andrzej Popielski.

Cyberbezpieczeństwo jest obecnie jednym z największych wyzwań. Polska i Europa zbroją się cyfrowo przed nadejściem przemysłowej rewolucji 4.0

Cyberbezpieczeństwo jest obecnie jednym z największych wyzwań. Polska i Europa zbroją się cyfrowo przed nadejściem przemysłowej rewolucji 4.0 6

Kluczem do przeprowadzenia czwartej rewolucji przemysłowej jest wdrożenie skutecznych systemów cyberbezpieczeństwa, które umożliwią firmom skuteczne działanie w silnie zinformatyzowanym społeczeństwie. Odpowiedzią na wyzwania branży przemysłu 4.0 jest m.in. przyjęcie unijnej dyrektywy Cybersecurity Act ujednolicającej proces certyfikacji sprzętu. W Polsce powstaje organizacja zdolna do wydawania globalnie akceptowanych certyfikatów.

– Cybersecurity Act porządkuje wiele kwestii, promuje systemy ewaluacji i certyfikacji. Z jednej strony będzie stanowić to pewnego rodzaju wysiłek, bo musimy wdrożyć określone zasady i regulacje. Z drugiej system spójnej kontroli, daje nam szansę, że przy masowości urządzeń i zastosowaniu ich praktycznie w każdym aspekcie naszego życia ten system będzie bezpieczny. Abyśmy od początku mieli szansę kontrolowania procesów łączności i chronienia się przed różnego rodzaju zagrożeniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jerzy Żurek, dyrektor Instytutu Łączności – Państwowego Instytutu Badawczego.

Przemysł 4.0 w znacznej mierze oparty będzie na cyfryzacji, automatyzacji oraz przetwarzaniu dużych zasobów danych za pośrednictwem chmur obliczeniowych. Funkcjonowanie w takim środowisku wymaga wdrożenia zaawansowanych rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa, które uodpornią firmowe systemy na ataki ze strony cyberprzestępców.

Unijna dyrektywa Cybersecurity Act jest bezpośrednią odpowiedzią na zagrożenia, jakie stwarza przejście na model przemysłu 4.0. Wymusza ona na krajach członkowskich wdrożenie ujednoliconych przepisów certyfikacyjnych usług oraz sprzętu, które mają być podstawowym elementem firmowych systemów cyberbezpieczeństwa. Zunifikowane unijne certyfikaty z jednej strony mają być gwarantem tego, że dany produkt spełnia wyśrubowane normy bezpieczeństwa, z drugiej zaś obniżać koszty prowadzenia firmy, gdyż podmioty działające w kilku krajach członkowskich nie będą musiały inwestować w certyfikację na kilku rynkach.

Nowe wytyczne otrzyma Europejska Agencja Bezpieczeństwa Sieci i Informacji, która zostanie przekształcona w niezależny ośrodek naukowy zajmujący się promocją rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa. Do jej zadań będzie należeć m.in. sprawowanie nadzoru związanego z wdrażaniem spójnej polityki certyfikacyjnej krajów członkowskich.

– Mamy normy cyberbezpieczeństwa i organizacje, które te normy wdrażają. Aby te normy egzekwować musimy stworzyć instytucje i laboratoria, które będą badać rozwiązania nie tylko software’owe, które dzisiaj są nam tak bliskie jako użytkownikom, lecz przede wszystkim urządzenia. I to jest cel, do którego zmierzamy – tłumaczy ekspert.

Do walki z zagrożeniami związanymi z cyberprzestępczością przygotowuje się m.in. Ministerstwo Obrony Narodowej, które planuje do 2022 roku powołać do życia dowództwo obrony cyberprzestrzeni. Nowa jednostka będzie odpowiedzialna za stworzenie formacji wojskowej wyspecjalizowanej w monitorowaniu bezpieczeństwa cyberprzestrzeni.

– Budujemy obecnie krajowy schemat certyfikacji, w ramach którego powstają laboratoria badawcze i instytucje, które w zgodzie z normami cyberbezpieczeństwa będą realizować badania. Te normy są zresztą tak skonstruowane, że zespoły, które je realizują, mają obowiązek wynajdywania nowych metodyk badania. Instytucje na poziomie europejskim i światowym dzielą się tymi doświadczeniami, to także podnosi poziom bezpieczeństwa. – tłumaczy Jerzy Żurek.

Krajowy schemat oceny i certyfikacji bezpieczeństwa oraz prywatności produktów i systemów IT (KSO3C), wdrażany przez Instytut Łączności, Instytut Technik Innowacyjnych EMAG i NASK, jest zgodny z Common Criteria. Celem jest stworzenie skutecznego systemu oceny, certyfikacji bezpieczeństwa i prywatności m.in. urządzeń udostępnianych na polskim rynku, a także usług teleinformatycznych. Do 2022 r. ma zostać powołana na bazie tego przedsięwzięcia organizacja zdolna do wydawania globalnie akceptowanych certyfikatów.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa w 2018 roku wyniosła 116,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do ponad 241 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

Inteligentne urządzenia coraz bardziej ułatwiają opiekę nad małymi dziećmi. Producenci Baby Tech zwracają coraz większą uwagę także na ich bezpieczeństwo

Inteligentne urządzenia coraz bardziej ułatwiają opiekę nad małymi dziećmi. Producenci Baby Tech zwracają coraz większą uwagę także na ich bezpieczeństwo 7

Dzięki inteligentnej kamerze montowanej na ubranku dziecka można uchwycić najważniejsze momenty z życia niemowlaka widziane z jego perspektywy. Poruszający się autonomicznie, inteligentny wózek pozwoli natomiast rodzicom utrzymywać aktywność fizyczną i zabrać małe dziecko np. na poranne bieganie. Elektronicznych i inteligentnych rozwiązań mających zapewnić dzieciom rozrywkę, a rodzicom wsparcie pojawia się coraz więcej.

Z badań Research.NK wynika, że aż 70 proc. rodziców wręcza swoim małym dzieciom tablet lub smartfon w celu zapewnienia im rozrywki. Tymczasem logopedzi alarmują, że kontakt dziecka w wieku poniżej 2 lat z ekranami urządzeń elektronicznych może wpływać na rozwój zaburzeń mowy. Na rynek trafia jednak również coraz więcej technologicznych zabawek i urządzeń, które mogą pomagać rodzicom w codziennej opiece nad dzieckiem.

– Kamera Babeyes to małe urządzenie, które możemy umieścić na ubranku lub obok dziecka, żeby tworzyć nagrania z perspektywy naszej pociechy. Kiedy rodzice patrzą na dziecko, robią to w szczególny sposób, lecz niestety dziecko nie będzie tego pamiętać. Dzięki temu urządzeniu podjęliśmy próbę uchwycenia chwil wzruszenia z punktu widzenia dziecka. Później dziecko będzie mogło zobaczyć, jak rodzice na nie patrzyli lub co czuli dziadkowie i rodzeństwo, kiedy pierwszy raz je zobaczyli – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Yohann Touboul, prezes Babeyes.

Kamera Babeyes rejestruje obraz w jakości HD, w 20-sekundowych sekwencjach. Następnie nagrania można przesyłać na komputer rodziców, a specjalna aplikacja dzięki technologii wykrywania twarzy klasyfikuje sekwencje w podziale na wykryte na nagraniu osoby lub zidentyfikowane przez algorytmy emocje.

– Żaden produkt nie jest niezbędny, ale nasza kamera jest szczególna, ponieważ jest powiązana z emocjami. Wszyscy chcielibyśmy zobaczyć, w jaki sposób patrzyli na nas rodzice, gdy byliśmy dziećmi. Przekazanie czegoś tak niezwykłego jak emocje jest szczególnym prezentem dla naszego dziecka. Urządzenie nagrywa filmy przez dwie godziny, ponieważ naszym zamysłem było zarejestrowanie specjalnych okazji, takich jak pierwsze urodziny czy pierwsze chwile dziecka w domu – przekonuje Yohann Touboul.

Rynek Baby Tech ewoluuje głównie w kierunku urządzeń medycznych, które mają pomagać dzieciom lub rodzicom. Pojawiają się jednak także urządzenia nastawione głównie na rozrywkę, czego przykładem jest kamerka Babeyes.

Inteligentny wózek Smartbe jest natomiast połączeniem obu tych rodzajów zastosowań. Z jednej strony jest on wyposażony w systemy związane z zaspokajaniem potrzeb dziecka i opieką nad nim, takie jak podgrzewacz do butelki, mikrofon i kamery sprzężone z systemem elektronicznej niani czy klimatyzowane łóżeczko z funkcją automatycznej kołyski. Z drugiej zaś strony wózek może wchodzić w autonomiczny tryb przemieszczania się, przez co umożliwia rodzicom zabranie dziecka np. na poranny jogging. Zautomatyzowane funkcje wózka mogą być obsługiwane z poziomu smartfona lub smartwatcha. Aplikacja mobilna pozwala nie tylko zarządzać funkcjami wózka, lecz także zarejestrować, gdzie i jak długo użytkownik przebywał z dzieckiem.

Co istotne, urządzenia Baby Tech przeznaczone dla noworodków i małych dzieci zwykle nie mają żadnych modułów łączności, które mogłyby zaszkodzić noworodkowi.

– Wszystkie filmy można zgrać na dysk komputera przez kabel USB. Nie wykorzystujemy Wi-Fi ani technologii Bluetooth, więc dziecko nie jest narażone na fale radiowe – wyjaśnia ekspert z Babeyes.

Według analityków Grand View Research globalny rynek produktów dla dzieci osiągnie w 2025 r. wartość blisko 17 mld dol. Tymczasem Technavio podaje, że rynek inteligentnych niań elektronicznych przez najbliższe cztery lata będzie rósł w tempie 23 proc. średniorocznie.

Rezerwa Federalna obniżyła główną stopę procentową o 25 bps

W środę (18.09.2019) Rezerwa Federalna obniżyła główną stopę procentową o 25 bps. do poziomu 1,75%-2,00%. Owa decyzja nie była zaskoczeniem. Podobnie jak podczas posiedzenia Fed pod koniec lipca 2019, gdy także dokonano cięcia stóp procentowych o 25 bps, decyzja ta nie była jednomyślna – dwoje członków Fed optowało za utrzymaniem kosztu pieniądza, a jeden składał wniosek o mocniejsza obniżkę – w wysokości 50 bps. W komunikacie po posiedzeniu decyzję uzasadniono sytuacją w gospodarce światowej oraz ograniczoną presją inflacyjną.

Oczekiwania członków Fed co do przyszłych ruchów w polityce monetarnej pozostają mocno rozbieżne –jeszcze jednej obniżki w bieżącym roku oczekuje 7 osób, stabilizacji 5 osób, a podwyżki o 25 bps spodziewa się 5 członków. Prognozy wskazują na prawdopodobieństwo jednej podwyżki o 25 bps. w 2021 roku oraz w 2022 roku. Obecnie Fed spodziewa się, że wzrost gospodarczy w 2019 roku wyniesie 2,2%, w 2020 r. 2,0% i w 2021 r. 1,9%.
Podczas konferencji po posiedzeniu przewodniczący Fed J.Powell powiedział, że obniżka kosztu pieniądza ma stanowić „zabezpieczenie przed ryzykiem dla perspektyw wzrostu PKB”. Ponadto dodał, że w o ile w dniu dzisiejszym nie spodziewa się dalszego spowalniania gospodarki, to w przypadku wystąpienia spowolnienia dalsze obniżki stóp procentowych będą konieczne.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 1,13%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco mocniejszy spadek o 1,32%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z następująco: sWIG80 minimalnie zyskał na wartości 0,57 %, z kolei mWIG40 spadł o 1,26%.

W nadchodzącym tygodniu uwagę inwestorów będą przykuwać dane napływające z USA. We wtorek (24.09.2019) poznamy indeks zaufania konsumentów – Conference Board. W środę (25.09.2019) będą ujawnione dane dotyczące sprzedaży nowych domów w Stanach Zjednoczonych oraz dane o zapasach ropy. W czwartek (26.09.2019) poznamy dane o PKB USA w drugim kwartale 2019 oraz raport dotyczący nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Z kolei w piątek (06.09.2019), będą ujawnione dane dotyczące zamówień na dobra trwale w sierpniu, dane o dochodach i wydatkach amerykanów oraz indeks Uniwersytetu Michigan.

W Polsce nadchodzący tydzień nie będzie aż tak bogaty w dane makroekonomiczne, we wtorek (24.09.2019) poznamy dane o bezrobociu, a w czwartek(25.09.2019) będzie upubliczniony protokół z posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Jak przeprowadzić fabrykę? Jak zarządzać relokacją zakładu produkcyjnego?

Zarządzanie relokacją zakładu produkcyjnego – rozmowa z Robertem Samczykiem, prezesem spółki Protech Motors.

Czy migracje zakładów produkcyjnych są tak powszechne jak miało to miejsce jeszcze w pierwszych latach XXI wieku?

Rzeczywiście to były lata kiedy relokacje były chlebem powszednim wielu firm. Tania siła robocza szczególnie w krajach azjatyckich, niższe wymagania dotyczące ochrony środowiska, tańsza energia – to wszystko powodowało zwrot w kierunku Chin, Tajwanu czy Kambodży. Dziś podobnie toczy się walka o redukcję kosztów wytwórczych, ale pole bitwy toczy się często w Europie. Producenci stawiają na wykwalifikowanych pracowników, stabilną sytuację polityczną, transparentność produkcji – bo wiele firm różnych branż prowadzi szeroko zakrojone działania CSR oparte na ochronie środowiska i zrównoważonej produkcji.

To gdzie szuka się oszczędności?

Wiele krajów czy regionów stara się przyciągnąć przemysł tworząc preferencyjne warunki do prowadzenia biznesu: są to min. ulgi podatkowe, bogata infrastruktura, z której mogą korzystać nowe zakłady czy chłonność danego rynku – czyli szybsza spedycja towarów dzięki doskonałemu zapleczu logistycznemu. Ale wszystko zawsze jest dobrze skalkulowane pod rozwój firmy. Rachunek ekonomiczny, na który składa się szereg czynników wskazujących na opłacalność produkcji w jednym czy drugim miejscu najczęściej decyduje o przeniesieniu zakładu produkcyjnego z dotychczasowego adresu.

Jak wygląda logistyka związana z relokacją, czy wszystkie zakłady przenosi się tak samo?

Oczywiste różnice wynikają z branży w jakiej funkcjonuje dany producent. Zakład chemiczny będzie różnił się od wytwórcy silników samolotowych, a ten od producenta makaronu. Planowanie przeprowadzki w dużej mierze zależy od produktu finalnego lub materiału, z jakiego powstaje.

W swoim parku maszynowym fabryka może posiadać mniejsze lub większe maszyny, pojedyncze urządzenia lub też linie produkcyjne. Te z kolei mogą być manualne lub zautomatyzowane. Zakład może w swoim procesie produkcyjnym korzystać z maszyn wtryskowych jeśli produkt jest np. plastikowy, z maszyn obróbczych CNC lub pras jeśli produkt jest metalowy itd. Mimo tych różnic wiele jest podobieństw logistycznych przy każdej relokacji.

Każda relokacja, którą miałem możliwość zarządzać prowadzona była na żywym organizmie – na pracującym zakładzie. Żaden producent przecież nie pozwoli sobie na nawet najmniejszą przerwę w produkcji. A biorąc pod uwagę wielkość fabryki lub ilość urządzeń czy też linii produkcyjnych w parku maszynowym, takie przeniesienie może trwać nawet rok lub dłużej.

Bezpieczeństwo pracowników

Dla nas – firmy wchodzącej do obcego zakładu zagadnienie bezpieczeństwa jest priorytetem. Planujemy pracę naszej załogi oraz pracowników klienta tak, aby wyeliminować każde zagrożenie wynikające z naszych działań. Dlatego zanim przystąpimy do realizacji, przygotowujemy wraz z klientem harmonogram, który jasno i szczegółowo określa które maszyny, w jakiej kolejności oraz w jakim czasie będą przenoszone. Im bardziej dokładny plan, tym sprawniejsze wykonanie usługi co za tym idzie jest bezpieczniejsze i zajmuje ono mniej czasu.

A jak wygląda samo przenoszenie pracującego zakładu?

Przed rozpoczęciem prac sprawdzamy poprawność działania maszyny czy też linii produkcyjnej, weryfikujemy geometrię urządzeń jeśli jest wymagana, sprawdzamy cykle produkcyjne itd. Następnie automatyk ściąga kopię zapasową programu. Kolejnym krokiem jest odłączenie napięcia, a następnie mediów od maszyn (instalacji elektrycznej, hydraulicznej, sprężonego powietrza i dodatkowych jeśli są np. podającej surowiec jak np. w przypadku maszyn wtryskowych).

Później następuje demontaż na linii produkcyjnej. Na tym etapie bardzo ważne jest dokładne oznaczenie kabli i elementów maszyn co pozwoli uniknąć pomyłek oraz zaoszczędzi sporo czasu podczas montażu. Następnym etapem jest wyprowadzenie maszyn lub elementów linii z hali załadunek na samochody i transport do nowej lokalizacji gdzie następuje analogicznie ich rozładunek, wprowadzenie na hale i posadzenie urządzeń zgodnie z planem usytuowania przekazanym wcześniej przez Klienta. Zazwyczaj jest tak, że w przypadku linii produkcyjnych relokujemy kolejno pojedynczo linię po linii. Natomiast jeżeli chodzi o maszyny to w zależności od ich gabarytów oraz planów produkcyjnych Klienta możemy przenosić po kilka urządzeń.

Relokacje takie wymagają transportu ponadnormatywnego, którego logistyka nie jest prosta.

Oczywiście, jeśli maszyny lub elementy linii produkcyjnej wymagają ze względu na swój rozmiar lub wagę transportu ponadnormatywnego jesteśmy zobowiązani do wystąpienia wcześniej o stosowne zezwolenia do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Taki konwój też odbywa się na określonych zasadach – prowadzony przez pilota, jedzie trasą oraz w terminie wyznaczonym w zezwoleniu przez powyższy organ administracji państwowej.

Czy widać różnice w wymaganiach odnośnie relokacji w zależności od kraju pochodzenia danej firmy?

Niekoniecznie w samych wymaganiach, tu wyróżniają się właściwie zakłady produkcyjne pochodzenia francuskiego, mają nieco bardziej zaostrzone przepisy BHP poza tym nie widać wielkich różnic.

Co innego jeśli chodzi o organizację pracy czy też trzymanie się wcześniej wspólnie ustalonego harmonogramu. Tu już widać znaczące różnice biorąc po uwagę kraj pochodzenia danego zakładu.

Jeśli np. przenosimy maszyny za granicę, ważna jest również znajomość prawa pracy oraz prawa dotyczącego transportu zwłaszcza ponadgabarytowego, ponieważ te także są mniej lub bardziej zróznicowane w zależności od swojego miejsca na mapie Europy czy też świata.

Jakie czynniki wpływają na podjęcie przez inwestora takiej inwestycji?

Słychać było sygnały, że Polska jako kraj Unii Europejskiej stał się stosunkowo drogi jeżeli chodzi o siłę roboczą, podatki itd. W związku z czym zaczęto zastanawiać się na przeniesieniem części produkcji lub nowe inwestycje na wschodzie Europy. Aczkolwiek obserwując co dzieje się w polskim i europejskim przemyśle nie do końca można potwierdzić tą informacje, ponieważ spora część produkcji jest relokowana właśnie do nas z takich krajów jak Francja, Niemcy, Hiszpania, Belgia czy Włochy.

Część tych relokacji jest związana z przeniesieniem całej produkcji danego zakładu ze względu na koszty, inna z jej częścią np. ze względu na lepszy przepływ produkcji lub logistykę czy późniejszą dystrybucję, kolejne z konsolidacją zakładów lub rozwojem produkcji w danym zakładzie i zostaje przygotowywane miejsce pod nowe maszyny lub linie produkcyjne.

Jakie są największe trudności przy przenoszeniu zagranicę zakładu produkcyjnego? Czy są to czynniki techniczne, prawne?

Czasem czynniki prawne są dla nas pewnym ograniczeniem, co najczęściej nieco wydłuża naszą pracę, ale nie jest nam to straszne, ponieważ tak czy inaczej wykonujemy pracę zdecydowanie szybciej od naszych zagranicznych konkurentów. Jako firmie zagranicznej również ciężej jest nam uzyskać pozwolenia na transporty ponadnormatywne o bardzo dużych ciężarach i to zazwyczaj trwa nieco dłużej.

Większym utrudnieniem bywa dostępność materiałów potrzebnych do relokacji lub np. części zamiennych podczas awarii. Często, żeby zaoszczędzić czas i/lub pieniądze kupujemy je w Polsce i stąd transportujemy do klienta.

Piwo receptury belgijskich trapistów – made in Poland

Legendarny proces tworzenia piwa w końcu pojawił się w Polsce. Wielkopolski rodzinny browar rzemieślniczy warzy „złoty trunek” w zgodzie z zasadami belgijskich trapistów. Trwałość i nasycenie piwa dwutlenkiem węgla bez pasteryzacji i sztucznego nagazowania.

Czy piwo może być tak trwałe jak najlepszy francuski szampan? A może robi się je podobnie? Wielkopolski browar rzemieślniczy Gzub sprowadził do Polski know-how warzenia piwa w technologii, która jest zbliżona do tej, którą wsławili się w piwnym świecie belgijscy trapiści. Czym jest refermentacja i dlaczego zrewolucjonizuje, rynek sztucznie wysycanych i pasteryzowanych piw w Polsce?

Od początków piwowarstwa (4000 rok p.n.e) do średniowiecza wszystkie produkowane piwa były bez gazu. Wraz z nadejściem rewolucji w produkcji beczek, która miała miejsce właśnie w średniowieczu, ludzie po raz pierwszy mogli zaznać smaku gazowanego piwa. W tamtych czasach dużym problemem przy produkcji piwa było jednak samo zrozumienie procesu fermentacji i roli drożdży w tym procesie, ale to właśnie w średniowieczu zauważono zależność między cukrami dodanymi przed rozlewem, a nagazowaniem piwa.

XVI wiek to początki butelkowania piwa, co umożliwiło rozwój branży piwowarskiej i dało dodatkowe możliwości w kwestii nagazowania piwa. Samo nagazowanie piwa, bardzo szybko zaczęto postrzegać jako jego zaletę. W XVIII wieku gazowanie piwa na kontynencie było już rzeczą powszechną. W tej kwestii przodującą rolę odegrali Belgowie. W Belgii bardzo popularne stały się tzw. Geuezerie, w których rozlewano do butelek kupażowane i mieszane różne roczniki piwa typu Lambic. W ten sposób, młode piwo posiadające więcej cukrów resztkowych, podnosiło zawartość cukrów w Gueuze przed rozlewem. Cukier ten po zabutelkowaniu był przetwarzany przez drożdże i w ten sposób dochodziło do nagazowania piwa. Proces wytwarzania Gueuze miał bardzo duży wpływ na rozwój wiedzy na temat nagazowywania piw w butelce. Bardzo dużą rolę w historii refermentacji odegrali również belgijscy mnisi – trapiści, którzy do sprawy podchodzili bardzo skrupulatnie i na bieżąco śledzili postępy właścicieli Gueuzerii. To wszystko przyczyniło się także do rozwoju branży butelkowej, rozpoczęto produkcję mocniejszego szkła, mogącego wytrzymać większe ciśnienie w butelce. I tak rozwijało się to aż do naszych czasów, przy rosnącej wiedzy na temat piwowarstwa.

Samo zastosowanie procesu refermentacji wymaga zachowania najwyższych standardów dotyczących higieny i czystości w browarze. Gdyż warunki w jakich dochodzi do procesu refermentacji (temperatura pow. 21. C) stwarzają również idealne środowisko dla rozwoju niepożądanych w piwie drobnoustrojów. Żeby proces refermentacji mógł przebiec prawidłowo, należy dodać do piwa przed rozlewem odpowiednią porcję świeżych drożdży i odpowiednio dużą ilość cukru, który fermentując w butelce doprowadzi do wytworzenia się CO2 – nagazowania piwa. Proces ten zazwyczaj trwa około paru tygodni. Ten proces jest bardzo podobny do powstawania najlepszych francuskich szampanów – wymaga większego zaangażowania czasu i wysiłku, ale uzyskane efekty końcowe wynagradzają włożony trud.

Tak wygląda to też w naszym rodzinnym Browarze Gzub, gdzie piwo refermentowane w butelkach i beczkach w specjalnie do tego przystosowanym pomieszczeniu, spędza 4-6 tygodni – mówi Jan Staszewski, główny piwowar Browaru Gzub.

Ponadto refermentacja jest bardzo dobrym sposobem na utrwalanie piwa w naturalny sposób, drożdże rozpoczynając pracę czy to w brzeczce czy to w piwie w pierwszej kolejności konsumują tlen, którego w ten sposób pozbywają się z piwa, a który jest głównym czynnikiem psucia się produktów spożywczych. Refermentacja wnosi także do piwa bogate smaki i aromaty, niespotykane w piwach rozlewanych pod ciśnieniem i wysycanych sztucznie CO2 – które stanowią ponad 99% piwa produkowanego w Polsce. Ponadto jest to proces najbardziej naturalny spośród wszystkich procesów utrwalania piwa.

Z tych też względów jako browar rzemieślniczy zdecydowaliśmy się na zastosowanie procesu refermentacji. Wymaga on bardzo dużego samozaparcia, systematyczności, sumienności oraz szczegółowej kontroli na każdym etapie produkcji – dodaje piwowar Jan Staszewski.

Jesteśmy jednym z naprawdę niewielu w Polsce, a na pewno największym w tej części Europy, browarem stosującym proces refermentacji. Cieszy nas, że możemy w ten sposób nawiązywać do najlepszych tradycji piwowarskich na świecie i w ten sposób próbować gonić najlepszych w branży. W tym roku, jedziemy po raz pierwszy na belgijski festiwal Brassigaume, gdzie w końcu będziemy mieli możliwość bezpośredniej konfrontacji naszych wyrobów, z wyrobami browarów, które refermentację stosują już od dawien dawna. Jeśli kiedyś butelka naszego piwa trafi Wam w ręce, wspomnijcie drożdże, które wykonały w nim najważniejszą pracę. – kończy wypowiedź Jan Staszewski.

Browar Gzub to firma rodzinna z miejscowości Annopole koło Środy Wielkopolskiej. Rzemieślniczy browar rodziny Staszewskich, który od 2014 warzył kontraktowo w Belgii, od 2017 roku posiada własną instalację będąc jednym z największych w Wielkopolsce browarów kraftowych. Więcej o browarze, piwie, technologii i produktach tej przedsiębiorczej rodziny można przeczytać na www.gzub.pl.

Klasa średnia w Polsce

Liczebność klasy średniej w Polsce przewyższa liczbę obywateli takich państw jak Dania czy Szwecja – wynika z najnowszego raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Klasa średnia w Polsce. Czy istnieje polski self-made man?”.

Sytuuje to Polskę w czołówce państw europejskich. Prawie połowa spośród członków klasy średniej (45 proc.) ma zobowiązania kredytowe. Taka sama liczba osób nie zgromadziła żadnych oszczędności. Nie dziwi więc, że aż 55 proc. osób zaliczanych do klasy średniej oczekuje aktywnej polityki państwa w zakresie tworzenia nowych miejsc pracy.

Z najnowszego raportu PIE wynika, że uwzględniając kryterium dochodowe (ekonomiczne), w gronie osób w wieku 24-64 lata, do klasy średniej przynależy 54 proc. Polaków. Dla porównania 30 proc. obywateli należy do klasy niższej a 16 proc. do klasy wyższej.Klasa średnia w PolscePodobne proporcje uzyskuje się, dokonując rozróżnienia klasowego ze względu na kryterium zawodowe (społeczne), związane przede wszystkim z wykształceniem, kwalifikacjami oraz zajmowanym stanowiskiem w strukturze organizacyjnej zakładu pracy. W tym ujęciu do klasy średniej można przypisać 51 proc. osób w wieku 24-64, do klasy niższej 37 proc. zaś do wyższej 12 proc.

11-12 milionów pracowników i konsumentów zaliczanych do klasy średniej w relacji do liczby ogółu obywateli stawia nasz kraj w europejskiej czołówce. Wyprzedzamy pod tym względem takie państwa jak Rosja, Litwa, Węgry, a także Portugalia i Hiszpania. Kraje, w których klasa średnia obejmuje największą część społeczeństwa to Wielka Brytania, Holandia oraz Norwegia – mówi Paula Kukołowicz, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Ciekawym zjawiskiem jest to, że oceniając swoje dochody na tle innych osób Polacy przyporządkowują się najczęściej właśnie do klasy średniej. Aż 75 proc. Polaków twierdzi, że należy do 40 proc. osób o średnich dochodach. Gdyby wielkość klasy średniej oprzeć na subiektywnych ocenach własnego dochodu, to należałoby do niej 16,5 mln osób w wieku 24-64 lat, zamiast 11-12 mln spełniających kryteria obiektywne.

Charakterystyka polskiej klasy średniej

Przynależność do klasy średniej w Polsce jest silnie związana z posiadanym wykształceniem. Średnio 54 proc. członków klasy wyższej legitymuje się dyplomem uniwersyteckim w porównaniu do 26 proc. członków klasy średniej oraz 5 proc. członków klasy niższej. Mediana dochodu rozporządzalnego netto (ekwiwalentnego) przypadająca na członka gospodarstwa domowego wśród osób przynależących do klasy średniej wynosi 2500 zł.

Ważnym elementem charakterystyki klasy średniej są aspiracje jej członków. Jeżeli chodzi o oczekiwania dotyczące wzrostu dochodu, to członkowie klasy średniej oceniają, że kwota, która pozwoliłaby na swobodne zaspokojenie potrzeb rodziny to średnio 6600 zł netto miesięcznie. Stanowi to kwotę o 1900 zł wyższą niż aktualnie mierzony średni dochód gospodarstw domowych przynależących do tej kategorii (4700 zł) – dodaje Paula Kukołowicz.

45 proc. przedstawicieli klasy średniej deklaruje brak jakichkolwiek oszczędności. Jednocześnie, dane zgromadzone przez analityków PIE pokazują, że różnego rodzaju kredytami i pożyczkami obciążonych jest 45 proc. członków klasy średniej. Przekłada się to na relatywnie niski poziom zadłużenia polskich gospodarstw domowych w porównaniu do pozostałych państw europejskich. W 2017 r. skumulowana wartość ich zadłużenia stanowiła 35,4 proc. PKB kraju, a więc była wyraźnie mniejsza niż średnia w państwach strefy euro wynosząca 61,2 proc. PKB. Członkowie klasy średniej stosunkowo często pracują na własny rachunek – dotyczy to 23 proc. spośród nich.

Poglądy i postawy

Klasa średnia jest ważnym ogniwem w kształtowaniu życia społecznego. Dlatego poglądy jej przedstawicieli, dotyczące najważniejszych obszarów życia społecznego, są warte odnotowania. 69 proc. osób należących do klasy średniej twierdzi, że proces transformacji gospodarczej przyniosły Polsce same korzyści lub więcej korzyści niż strat. Jednocześnie, 55 proc. członków klasy średniej przychyla się do poglądu, że państwo powinno być aktywne w sferze tworzenia nowych miejsc pracy. Przeważająca większość osób należących do klasy średniej popiera członkostwo Polski w Unii Europejskiej. 70 proc. spośród nich uważa, że przyniosło ono same korzyści lub więcej korzyści niż strat. Jeśli chodzi o priorytety w zakresie kierowania strumieni wydatków publicznych, to przedstawiciele klasy średniej wpisują się w oczekiwania ogółu społeczeństwa i wskazują przede wszystkim na dwa obszary: służbę zdrowia oraz edukację.

Liczysz na kredyt na bieżącą działalność firmy? Przygotuj się dobrze

Na początku 2019 roku banki poważnie zaostrzyły kryteria przyznawania kredytów dla firm. Efekt? Co piąty przedsiębiorca otrzymuje dziś odmowę przyznania kredytu. W 2016 roku odmowy doświadczył co siódmy biznesmen. Przyczyn takiej sytuacji jest kilka. Wzrost ryzyka finansowego w niektórych branżach, kłopoty samych banków, czy obawa przed nadchodzącym spadkiem koniunktury gospodarczej. Dlatego znajomość podstawowych warunków, jakie trzeba spełnić i zasad oceny zdolności kredytowej jest dziś wyjątkowo istotna. – przekonują eksperci z serwisu Finfinder.pl.

Posłużmy się przykładem przedsiębiorcy, który wnioskuje do banku o kredyt na bieżącą działalność firmy.

Na rynku bankowym każdy kredytobiorca w momencie zawarcia transakcji powinien spełniać warunki potwierdzające jego wiarygodność kredytową. Poniższe punkty to podstawowe kryteria sprawdzane/wymagane przy pierwszej ocenie przedsiębiorcy.

1) Obywatelstwo – preferowane polskie. Akceptowana jest także karta stałego pobytu w przypadku cudzoziemca, z ewentualnym dodatkowym poręczeniem osoby zamieszkującej na stałe w Polsce.
2) Wiek – zwykle nie można przekroczyć w dacie spłaty kredytu 75. roku życia (czasami jest to maks. 70 lat). Dla klientów, których wiek w dacie spłaty kredytu jest większy niż 65 lat może być wymagane ubezpieczenie na cały okres kredytowania (lub inne zabezpieczenie wskazane przez bank);
3) BIK/BIG/KRD i inne bazy – w tych miejscach lepiej nie figurować.
4) Weryfikacja na wypadek wystąpienie przesłanek próby wyłudzenia kredytu.
5) Forma prowadzenia działalności – akceptowane wszystkie dostępne.
6) Forma ewidencji operacji gospodarczych – akceptowane wszystkie dostępne. Sposób oceny przez bank według posiadanej formy.
7) Miejsce prowadzenia działalności – zdecydowanie terytorium Polski.
8) Okres prowadzenia działalności:

  • Startup – od pierwszego dnia
  • JDG – od 6 miesięcy (finansowanie z gwarancją Banku Gospodarstwa Krajowego)
  • JDG – od 12 miesięcy (standardowa ocena zdolności kredytowej)
  • Spółki – 24 miesięcy

9) Scoring (metoda punktowej oceny ryzyka kredytowego) – dostosowany do regulacji wewnętrznych banku. Uzależniony jest od oceny pkt. 1-8 oraz wnioskowanej kwoty kredytu.

Ocena zdolności kredytowej

Jeśli spełniamy wszystkie powyższe wymagania, przechodzimy do oceny zdolności kredytowej przez bank. – Jest to istotny i obowiązkowy element procesu oceny ryzyka. Polega na szacowaniu sytuacji finansowej przedsiębiorcy i możliwości terminowej spłaty wszystkich jego zobowiązań wobec kredytodawcy.tłumaczy Norbert Banaszek z Finfinder.pl.

Na ocenę zdolności kredytowej przedsiębiorcy składają się:

1) Obliczenie nadwyżki finansowej.
2) Obliczenie maksymalnej kwoty miesięcznej raty w przypadku wnioskowania o kredyt ratalny.
3) Obliczenie maksymalnej kwoty limitu w przypadku wnioskowania o limit w koncie.
4) Wynik inspekcji w firmie klienta. To bank podejmuje decyzję o konieczności takiej weryfikacji, która będzie niezbędna do wydania ostatecznej decyzji kredytowej.
5) Ocena planowanych działań rozwojowych w ramach prowadzonej firmy, dokonywana w formie wywiadu z klientem.
6) Zaszeregowanie do odpowiedniej kategorii scoringowej.
7) Ewentualna analiza Biznes Planu.

Kolejny element to ocena wiarygodności kredytowej, na co składają się następujące czynniki:

1) Opłacenie 3 ostatnich składek ZUS/KRUS.
2) Brak układów ratalnych oraz postępowań egzekucyjnych, naprawczych, reklamacyjnych i odwoławczych ZUS/US.
3) Opłacony podatek dochodowy. W przypadku złożenia zeznania podatkowego po terminie, przedstawienie zaświadczenia z US o niezaleganiu lub potwierdzenie zapłacenia lub zwrotu podatku wynikającego z PIT.
4) Ewentualna zgoda małżonka na zaciągnięcie zobowiązań wynikających z umowy transakcji.
5) Ewentualne poręczenie wynikające z umowy transakcji.

Jak liczymy zdolność kredytową?

Zdolność kredytowa przedsiębiorcy liczona jest inaczej niż przy kredytach dla osoby fizycznej. Uzależniona jest od wewnętrznych regulacji banku, ale w większości przypadków wygląda tak:

rata wnioskowanego kredytu nie może być większa od około 70-90% miesięcznej nadwyżki finansowej (wysokość określana wewnętrznymi regulacjami banku), na którą składa się m.in. prognozowany miesięczny dochód netto z tytułu prowadzonej działalności, miesięczny dochód netto z innych posiadanych źródeł dochodu, łączne miesięczne obciążenia a także koszty utrzymania gospodarstwa domowego.

O tym warto pamiętać

Zanim złożymy pierwsze dokumenty w sprawie kredytu na bieżącą działalność naszej firmy, pamiętajmy o kilku sprawach. – Informacje, które przekażemy bankowi muszą być wiarygodne. Koloryzowanie, upiększanie rzeczywistości, czy zwyczajne kłamstwa, dyskwalifikują nas w oczach kredytodawcy. Ponadto, tzw. „złote strzały” przychodowe (nagły, znaczy wzrost przychodu) są dodatkowo weryfikowane przez bank. Ma to na celu wykluczenie zamierzonego, sztucznego wpływania na zdolność kredytową firmy.wyjaśnia Norbert Banaszek z Finfinder.pl.W budowaniu pozytywnego „wizerunku kredytowego” pomoże z pewnością dyscyplina płatnicza. Dotyczy to zarówno płatności firmowych, jak i prywatnych. – dodaje.

Autor: Finfinder.pl

Tańsza ropa? Tak, ale jeszcze nie teraz

Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets
Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets

Wojny celne Trumpa, a przede wszystkim obawy o przyszłość światowej gospodarki, są źródłem presji podażowej na rynku ropy. Po gwałtownych wzrostach spowodowanych atakami na rafinerie w Arabii Saudyjskiej ceny ponownie spadają.

Dodatkowym czynnikiem wspierającym ten proces, może być spadające wydobycie surowca z amerykańskich łupków.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy maksymalna cena ropy brent wynosiła 69,48 USD za baryłkę, a minimalna 56,11 USD. Niestabilność wywołana atakiem dronów na rafinerię w Arabii Saudyjskiej wkrótce osłabnie, a jakie wówczas będą ceny?

W ostatnich latach ceny ropy naftowej coraz bardziej zależne były od podaży w USA, a ta napędzana była rosnącym wydobyciem z łupków.

– W tym roku ilość wiertni spadła o 14 proc. Ważne jest to, co stoi za bankructwem spółek zajmujących się wydobyciem z łupków: to obawy o przyszłość światowej gospodarki, a więc o popyt na ropę naftową – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Mniejsze spółki zajmujące się wydobyciem z łupków węglowych stają się nierentowne, ponieważ ta technologia wydobycia jest dużo droższa niż tradycyjna.

Sytuacja wydaje się niestabilna także ze względu na wojny handlowe i niepewność co do kolejnych decyzji krajów OPEC. Jakich cen należy się w tej złożonej sytuacji spodziewać?

– Obowiązujący przez większość trzeciego kwartału bieżącego roku przedział, 50-60 dolarów na ropie WTI i 55-65 dolarów na ropie brent, ponownie wydaje się być niezagrożony. Spadek z górnego ograniczenia też jest naturalną koleją rzeczy i odbiciem od poziomów oporu – wyjaśnia ekspert.

W dłuższej perspektywie nadzieją kierowców może być brak konsekwencji wśród krajów OPEC. Ceny mogłyby spaść, gdyby niektórzy członkowie tego naftowego kartelu wycofali się z niego i przestali ograniczać produkcję. Dopiero zejście poniżej poziomu 55 dolarów za baryłkę mogłoby uruchomić dalsze zniżki cen.

„Głos przedsiębiorcy” – dialog rządu i biznesu

Podejmowane na przestrzeni ostatnich lat działania rządu i parlamentu wypracowały wiele nowych rozwiązań, dedykowanych przedsiębiorcom. Konstytucja dla biznesu wprowadziła pakiet ułatwień dla właścicieli przedsiębiorstw przy zakładaniu, prowadzeniu i zamykaniu firm. Powołała stanowisko bezstronnego Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, który stoi na straży ich praw. Premier Morawiecki wprowadził także pakiet ponad stu zmian w przepisach, ułatwiających przedsiębiorcom działalność. Te działania rządu i parlamentu pozwoliły zaspokoić potrzebę zmiany najważniejszych przepisów. Jednak współpraca między przedsiębiorcami a władzami nie może się na tym zakończyć. Do dalszego dialogu zachęca Rzecznik MSP i Federacja Przedsiębiorców Polskich – promując narzędzie „Głos Przedsiębiorcy”.

Wojciech Murdzek, Poseł na Sejm
Wojciech Murdzek, Poseł na Sejm

– Bardzo ważne jest, byśmy odpowiadali w dalszym ciągu na głos przedsiębiorców. Wciąż istnieje spory obszar, w którym można odjąć trochę przepisów, bez szkody dla statystyki i zarządzania instytucjami – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Murdzek, Poseł na Sejm. – Biurokracja narasta, a liczba przepisów jest rzeczywiście duża. To stwarza przestrzeń do drugiego etapu dialogu między przedsiębiorcami a władzą. Ważne jest, aby przedsiębiorcy komunikowali, co powinno być natychmiast skorygowane, zmienione, lub wręcz wykreślone z przepisów prawa. Porozumienie i zaangażowanie Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców w ten proces jest niezwykle istotne – a my z poziomu parlamentu i rządu będziemy ten dialog podtrzymywać i zamieniać na konkretne rozwiązania – deklaruje Murdzek.

Pomimo wielu bodźców, notowania złota pozostają stabilne

Michał Stajniak, ekspert XTB
Michał Stajniak, ekspert XTB

Inwestorzy nie wpadli w panikę. Cena złota pozostaje stabilna pomimo skomplikowanej sytuacji geopolitycznej. Złoto powinno jednak drożeć.

Analizując ceny złota warto zwrócić uwagę na to co w tej sytuacji dzieje się na parze euro/USD. Strefa euro jest importerem ropy naftowej, kiedy cena ropy skacze mamy teoretycznie gorszy bilans handlowy, a to powoduje, że inwestorzy odwracają się od europejskiej waluty.

– Umacnianie się dolara powoduje, że nie ma presji wzrostowej na cenie złota – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB.

Rynek uwzględnił też obniżkę stóp procentowych przez Fed. Cena złota znajduje się w okolicach 1 500 USD za uncję.

Jednak właśnie ze względu na politykę banków centralnych długoterminowo złoto powinno drożeć.

Kara za brak OC wyniesie aż 8000 zł?

Niedawno dowiedzieliśmy się, jaka będzie wysokość płacy minimalnej w 2020 r. Takie najniższe wynagrodzenie „etatowców” w relacji do bieżącego roku ma wzrosnąć o 350 zł i osiągnąć poziom 2600 zł brutto. Warto zdawać sobie sprawę, że wspomniana podwyżka będzie miała bezpośredni wpływ nie tylko na sytuację przedsiębiorstw i budżety domowe najniżej wynagradzanych pracowników. Wzrost płacy minimalnej oznacza również automatyczne podwyższenie kar za brak obowiązkowego ubezpieczenia OC kierowców. Eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl jako jedni z pierwszych postanowili obliczyć, o ile stawki karne dla nieubezpieczonych kierowców zmienią się na początku 2020 r. W kontekście kar za brak OC, na uwagę zasługują również przedwyborcze obietnice dotyczące szybkiego wzrostu płacy minimalnej do 3000 zł brutto oraz 4000 zł brutto. 

Podstawowa stawka karna niebawem przekroczy 5000 zł

Warto wiedzieć, że podniesienie stawek karnych za brak OC nie wymaga dodatkowej decyzji rządu. Ustawa o ubezpieczeniach obowiązkowych wprowadziła bowiem automatyczny system podwyższania kar dla nieubezpieczonych kierowców w zależności od wzrostu płacy minimalnej. Zgodnie z przepisami wspomnianej ustawy, bazowa kara za przerwę w ochronie (wynoszącą ponad 14 dni), stanowi w każdym roku:

  • dwukrotność najniższego wynagrodzenia (stawka dla posiadaczy samochodów osobowych)
  • trzykrotność najniższego wynagrodzenia (stawka dla posiadaczy samochodów ciężarowych, autobusów i ciągników samochodowych)
  • jedną trzecią najniższego wynagrodzenia (stawka dla posiadaczy innych pojazdów – np. motocykli i motorowerów)

Załączona tabela przedstawia stawki kar za brak OC, które będą obowiązywały w 2020 r. Zestawienie przygotowane przez Ubea.pl uwzględnia różne typy pojazdów mechanicznych i swoiste rabaty za przerwę w ubezpieczeniu nieprzekraczającą 14 dni. „Takie spodziewane stawki karne można wyliczać już teraz pamiętając, że Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny zaokrągla wyniki swoich kalkulacji do pełnych dziesiątek złotych. Ma to znaczenie np. w przypadku kary dla posiadacza motocykla związanej z przerwą w ochronie nieprzekraczająca 3 dni” – wyjaśnia Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Informacje z załączonego zestawienia wskazują, że najczęściej karani posiadacze samochodów osobowych w 2020 r. będą musieli zapłacić już 5200 zł (o 700 zł więcej) za przerwę obowiązkowej ochrony wynoszącą powyżej 14 dni. „Pokaźna będzie też kara dla właściciela auta w przypadku nieposiadania OC przez 4 dni – 14 dni. Mówimy o kwocie 2600 zł, która wzrośnie o 350 zł w porównaniu z bieżącym rokiem. Nawet bardzo krótka przerwa ubezpieczeniowa wynosząca do 3 dni włącznie, niebawem będzie oznaczała konieczność zapłacenia aż 1040 zł przez właściciela samochodu osobowego” – wylicza Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Szybkie wzrosty kar w kolejnych latach są przesądzone …

W kontekście wzrostów stawek karnych za brak OC, nie sposób pominąć tematu związanego z przedwyborczymi obietnicami. Część kierowców mogła nie skojarzyć zapowiedzi zwiększenia „najniższej krajowej” do 3000 zł brutto (w 2021 r.) oraz 4000 zł brutto (w 2024 r.) z podwyżkami kar za brak OC. „Jeżeli tak duże wzrosty minimalnego wynagrodzenia staną się faktem, a mechanizm obliczania stawek karnych nie ulegnie zmianie, to brak polisy OC przez okres przekraczający 14 dni, w 2024 r. będzie kosztował kierowcę samochodu osobowego aż 8000 zł. Trzeba pamiętać, że niezależnie od obietnic wyborczych poziom płacy minimalnej prawdopodobnie szybko wzrośnie w najbliższych latach (ze względu na wyższą inflację i niedobór pracowników)” – zwraca uwagę Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Warto dodać, że szybki wzrost kar za brak obowiązkowego ubezpieczenia OC dla kierowców, wcale nie jest czymś nowym w polskich warunkach. Przez ostatnie lata stawka karna dotycząca posiadaczy samochodów osobowych i przerwy w ochronie przekraczającej 14 dni rosła następująco:

  • 2012 rok – 3000 zł
  • 2013 rok – 3200 zł
  • 2014 rok – 3360 zł
  • 2015 rok – 3500 zł
  • 2016 rok – 3700 zł
  • 2017 rok – 4000 zł
  • 2018 rok – 4200 zł
  • 2019 rok – 4500 zł

Pomimo corocznych wzrostów stawek karnych i coraz większej skuteczności tzw. wirtualnego policjanta, czyli systemu stosowanego przez Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny, skala problemu dotyczącego nieubezpieczonych kierowców wcale nie maleje. Właśnie dlatego przyszły rząd powinien zadać sobie pytanie, czy obecny model karania za brak OC jest właściwy” – podsumowuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Ministerstwo Finansów uruchomi Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych

Ministerstwo Finansów uruchomi Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych. Będzie to rejestr danych dotyczących osób fizycznych, traktowanych jako beneficjenci w polskich spółkach prawa handlowego.

Kim jest beneficjent rzeczywisty?

– Będzie to osoba fizyczna, która pośrednio lub bezpośrednio sprawuje kontrolę praktyczną nad spółką, w szczególności będą to osoby, które posiadają co najmniej 25 proc. udziałów w spółce – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Mieszkiełło, radca prawny, Lider Praktyki Doradztwa Korporacyjnego, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.

Obowiązek ten dotyczyć będzie spółek polskiego prawa handlowego, poza spółkami partnerskimi oraz spółkami akcyjnymi, które są notowane na rynkach regulowanych, a więc są spółkami publicznymi.

Jakie dane zawarte będą w rejestrze? Imię, nazwisko, PESEL i kraj zamieszkania osoby uznawanej za beneficjenta rzeczywistego.

Obowiązek zgłoszenia danych do rejestru powstanie od 13 października 2019 r. Spółki, które już dzisiaj są wpisane do Krajowego Rejestru Sądowego będą miały 6 miesięcy (do 13 marca 2020 r.) na zgłoszenie danych do rejestru.

Spółki, które zostaną wpisane do KRS dopiero po uruchomieniu rejestru będą miały 7 dniowy termin na zgłoszenie tych danych do centralnego rejestru beneficjentów.

Jednocześnie dla wszystkich będzie obowiązywał 7-dniowy termin na aktualizację danych.

– Wprowadzenie Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych będzie miało znaczenie dla przedsiębiorców, dla których aspekt anonimowości w biznesie jest ważny, w związku z tym muszą zwrócić uwagę, że zostało im zaledwie kilka miesięcy na przeanalizowanie ryzyk związanych z ujawnieniem ich danych osobistych – wyjaśnia M.Mieszkiełło z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Przeterminowane długi – prosta droga do ogłoszenia upadłości

W pierwszych sześciu miesiącach 2019 r. upadłość ogłosiło ponad 280 firm. Dlaczego? Powodów jest wiele: funkcjonowanie w „trudnej” branży, skupienie się na nieodpowiedniej grupie klientów, małe doświadczenie w prowadzeniu biznesu, a także…długi. Większość firm zmuszonych do takiego radykalnego kroku była już od dłuższego czasu w złej sytuacji finansowej . Świadczy o tym fakt, że co drugie przedsiębiorstwo, które zniknęło
z rynku, widniało wcześniej w rejestrze dłużników KRD. Dlaczego pozwoliły do rozwoju „czarnego scenariusza” i co z tym wszystkim ma wspólnego zjawisko zatorów płatniczych?

Długi pierwszą przyczyną upadłości firm

Ponad połowa firm, które ogłosiły upadłość, już wcześniej sygnalizowała kłopoty finansowe. Ich pierwsze problemy z płynnością finansową pojawiły się na rok przed ogłoszeniem bankructwa. Według rejestru KRD, w tamtym czasie blisko 80 przedsiębiorstw zalegało z płatnościami dla prawie 140 wierzycieli. Po dwunastu miesiącach na liście KRD było już aż 147 zadłużonych firm. Wzrosła również liczba wierzycieli czekających na zapłatę (17,2 mln zł!), do 317. Do tej grupy należą przede wszystkim instytucje finansowe (np. banki czy firmy leasingowe), które czekają na zwrot 6,4 mln zł oraz gminy i sądy (1,3 mln zł), ale na liście znajdują się również firmy budowlane i produkcyjne, towarzystwa ubezpieczeniowe, operatorzy telefonii komórkowych.

– Powyższe dane doskonale obrazują tendencję, którą obserwujemy od kilku lat. Z miesiąca na miesiąc przybywa firm, które tracą stabilność finansową i popadają w zadłużenie. Niestety, duża grupa tych przedsiębiorstw zmierza do swojego końca, czyli ogłoszenia upadłości. Analizując zestawienia KRD, daje się również zauważyć drugą niepokojącą tendencję. Przybywa zadłużonych firm, ale zdecydowanie szybciej rośnie liczba ich wierzycieli. Można z tego faktu wyciągnąć, chociażby wniosek, że niestety wielu przedsiębiorców, którzy zaczęli dostrzegać problem z wypłacalnością, postanowiło mu zaradzić, zaciągając kolejne kredyty i pożyczki, by spłacić po kolei wierzycieli lub zyskać środki na bieżącą działalność. Jeżeli to nie pomaga i kondycja prowadzonych przez nich przedsiębiorstw się nie poprawia, długi tylko się powiększają. Inną prawdopodobną sytuacją jest to, że firma, która zaczyna tracić płynność finansową, musi podjąć decyzję, które faktury są dla niej priorytetem, bo w pewnym momencie zaczyna bowiem brakować środków na zapłatę wszystkich rachunków. Takim sposobem lista podmiotów, którym jest winna pieniądze, wydłuża się. Z naszego doświadczenia wynika, że firma, które staje się dłużnikiem, rzadko ma do czynienia tylko z jednym wierzycielem – komentuje Piotr Szymański, ekspert Intrum.

Zadłużone firmy są same sobie winne?

Naturalne w tym kontekście wydaje się pytanie o to, dlaczego zadłużone firmy znalazły się w złej sytuacji finansowej? Czy mogły uniknąć swoich problemów i wpisania na listę dłużników? Dlaczego nie postanowiły rozwiązać swoich problemów, gdy tylko pierwsze oznaki pojawiły się na horyzoncie? Jaka zaznacza Piotr Szymański, zdecydowanie rzadziej w podobnych przypadkach stawia się pytanie, dlaczego wierzyciele postanowili tak długo czekać na swoje pieniądze i dopuścili do opóźnionych płatności, a warto się nad tym zastanowić.

– Zdarza się, że przedsiębiorcy w naszym kraju wykazują źle pojętą cierpliwość, jeżeli chodzi o zapłatę za dostarczone przez siebie usługi i produkty. Tolerują niepłacących na czas klientów i kontrahentów zbyt długo. W efekcie już 6 na 10 firm w naszym kraju ma problem z opóźnionymi płatnościami . Gdyby na wcześniejszym etapie domagały się należnych im pieniędzy, problemy finansowe dłużników byłyby znacznie mniejsze. Niestety, szczególnie w tych „trudniejszych” branżach panuje przekonanie, że „jeżeli nie muszę, to nie płacę”. Przyjęło się uważać, że mało która firma płaci na czas i nie stanowi to żadnego problemu. Dlatego niektórzy przedsiębiorcy postanawiają opłacać swoje rachunki dopiero wtedy, gdy wierzyciel się upomni, mimo że mają środki na zapłatę. Nie wszyscy dłużnicy widniejący w spisie mają problemy finansowe i trafili do niego z powodu niewypłacalności – zaznacza Piotr Szymański, Intrum.

Spirala zadłużenia powodowana przez zatory płatnicze

To tylko jedna strona medalu. Jak pokazuje raport Intrum – choć od kilku lat mamy do czynienia ze spadkiem liczby przeterminowanych płatności w całkowitych przychodach rodzimych biznesów, to jednak zatory płatnicze są znaczącym problemem polskiej gospodarki. Napędzają spiralę zadłużenia. Mechanizm jest prosty: firma X, która dobrze prosperuje, w pewnym momencie zaczyna mieć problem z niepłacącymi czas kontrahentami i klientami. Jeżeli jest to duże przedsiębiorstwo o stabilnej pozycji na rynku, kilka nieopłaconych faktur nie stanowi dla niego problemu. Gdy taka sytuacja powtarza się wielokrotnie, trwa przez dłuższy okres, albo po prostu chodzi o mikrobiznes, opóźnione płatności zaczynają odbijać się negatywnie na kondycji danej firmy. Zaczyna jej brakować pieniędzy nie tylko na rozwój i realizację planów, ale nawet na bieżącą działalność. Przestaje regularnie płacić rachunki, także swoim podwykonawcom. Zadłużone przedsiębiorstwo przekazuje „problem” kolejnym firmom.

– To z pewnością scenariusz znany wielu firmom, które ogłosiły upadłość. Pokazuje, że nie do końca mogą odpowiadać za swoje problemy finansowe. Ale to, co mogły zrobić wcześniej i co jest wskazane dla każdego przedsiębiorstwa, to wdrożenie kilku zasad „bezpieczeństwa”, które pomagają ograniczyć prawdopodobieństwo wystąpienia kłopotów. Można mieć wpływ na to, z kim robi się interesy, podejmuje długoterminową współpracę. Przedsiębiorcy powinni zawsze sprawdzać swoich partnerów biznesowych przed podpisaniem umowy – podpowiada Piotr Szymański, Intrum. Warto sprawdzić, czy dana firma działa legalnie, i czy przypadkiem nie znajduje się na liście dłużników, co mogłoby wskazywać, że zalega z płatnościami dla poprzednich kontrahentów, a także pracowników. Jeżeli tak jest, jest to ważny znak ostrzegawczy. W przypadku klientów, warto wymagać przedpłaty i na bieżąco monitorować kwestię uiszczania przez nich faktur. – Jeżeli mimo stosowania tych podstawowych środków ostrożności, problem zatorów płatniczych się pojawi, warto nie czekać i postawić na windykację. Wielu przedsiębiorców, których spotyka ten problem zbyt, długo zwleka ze skorzystaniem z zewnętrznej pomocy w odzyskaniu należnych im pieniędzy, a to błąd, bo przez to sami zaczynają być dłużnikami
i narażają swoje firmy na upadłość – dodaje Piotr Szymański.

Kluczowe decyzje w trakcie trwania PPK jakie może podjąć pracownik

Pracownicze Plany Kapitałowe do 2021 r. mają zostać wprowadzone we wszystkich firmach w Polsce, mogąc objąć według szacunków nawet 11 mln zatrudnionych. Sama procedura dołączenia do programu jest prosta i nie wymaga zaangażowania, jedynie pracownicy, którzy ukończyli 55 lat powinni zgłosić chęć udziału. Pracownik nie jest jednak pozbawiony wpływu na PPK – okazuje się, że swoimi decyzjami może w dużym stopniu zmienić jego oblicze. Eksperci Esaliens TFI wyodrębnili 6 kluczowych decyzji jakie można podjąć w trakcie trwania PPK.

Wbrew pozorom uczestnik PPK może realnie wpłynąć na kształt programu i nie jest skazany na bierną obserwację tego co dzieje się z jego oszczędnościami. Wpływ jest wieloaspektowy i dotyczy również tak kluczowych kwestii jak strategia inwestycyjna czy tego, co się stanie ze zgromadzonymi środkami w przypadku śmierci oszczędzającego. Poprzez swoje decyzje będziemy mogli zatem w dużym stopniu spersonalizować PPK. Ten poziom wpływu i kontroli sprawia też, że w o wiele większym stopniu uczestnicy mogą poczuć realność tych oszczędności. Zwłaszcza, że przy naglącej potrzebie życiowej, takiej jak konieczność wniesienia wkładu własnego na mieszkanie, utrzymania płynności finansowej w momencie gdy jesteśmy bez pracy czy pokrycia kosztów leczenia najbliższej rodziny, możemy z tych pieniędzy po prostu skorzystać – wyjaśnia Robert Juszczak z Esaliens TFI SA.

6 kluczowych decyzji, które można podjąć w trakcie trwania PPK:

  1. Wskazanie osób uprawnionych do dziedziczenia

Oszczędzanie w ramach PPK ma tę zaletę, że nawet w przypadku śmierci uczestnika zgromadzony kapitał nie przepada, podlega bowiem dziedziczeniu. Uczestnik PPK ma jednak możliwość wskazania konkretnych osób uprawnionych do środków, co przede wszystkim znacznie upraszcza ich wypłatę wskutek pominięcia nierzadko czasochłonnej i skomplikowanej procedury postepowania spadkowego. Poza tym, korzystając z tej możliwości uczestnik może wskazać np. osoby niespokrewnione, które w innych warunkach nie mogłyby się znaleźć w gronie spadkobierców.

Wyjątkowo małżonkowie objęci wspólnotą majątkową mogą dowolnie rozporządzać jedynie połową środków – w takim przypadku bowiem z mocy prawa 50% środków przypada współmałżonkowi.

  1. Wybór funduszu zdefiniowanej daty

To jeden z opcjonalnych wyborów. Generalnie PPK są tak skonstruowane, by wraz z wiekiem oszczędzającego w coraz większym stopniu chronić jego kapitał. Zgodnie z ustawą gromadzone środki mogą być bowiem lokowane w tzw. funduszach zdefiniowanej daty. Oznacza to, że wraz z wiekiem oszczędzającego coraz większa część portfela obejmuje aktywa o mniejszym ryzyku inwestycyjnym. Dzięki takiej strategii kapitał wraz ze zbliżającym się okresem wypłaty ma być w coraz większym stopniu chroniony.

Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by spersonalizować strategię inwestycyjną na bardziej lub mniej ryzykowną niż pierwotna. Może to mieć sens, jeśli np. jako osoba 30-letnia środki zgromadzone w PPK chcemy wykorzystać np. na wkład własny na mieszkanie. Wtedy raczej będziemy dążyli do większej ochrony kapitału, wybierając strategię opartą o mniej ryzykowne instrumenty typu obligacje lub bony skarbowe.

  1. Wpłata dodatkowa

Składka w PPK ma trzy źródła – składa się na nią część pracodawcy, część pracownika oraz środki z Funduszu Pracy (bonus od Państwa). Sam pracownik decydując się na uczestnictwo w PPK musi wnosić tzw. składkę podstawową, stanowiącą 2% wynagrodzenia brutto. Jeżeli jednak chce oszczędzać więcej – ustawa daje mu możliwość wniesienia wpłaty dodatkowej, nie większej jednak niż kolejne 2%.

  1. Obniżenie wpłaty podstawowej

Jeżeli wynagrodzenie uczestnika PPK nie przekracza 120% minimalnego wynagrodzenia może on zadeklarować niższą wpłatę podstawową. Składka może być w takim przypadku znacznie obniżona, lecz nie niższa niż 0,5% wynagrodzenia brutto. Pracodawca powinien powiadomić najmniej zarabiających pracowników o takiej możliwości.

  1. Decyzja w sprawie wypłaty transferowej z PPK od poprzedniego pracodawcy

Jeżeli pracownik uczestniczył w PPK u któregokolwiek z poprzednich pracodawców, powinien o tym poinformować nowego pracodawcę – umożliwia to połączenie oszczędzanych środków. Może jednak wystąpić taka sytuacja, że pracownik będzie zadowolony z tego jak zarządzany jest jego kapitał i nie będzie chciał dokonać scalenia. Musi wtedy w terminie 7 dni poinformować nowego pracodawcę o braku zgody na przeprowadzenie operacji transferu środków.

  1. Wznowienie/rezygnacja z PPK

Uczestnictwo w PPK jest dobrowolne, w związku z tym w każdej chwili decyzją uczestnika może zostać zarówno przerwane, jak i wznowione.

W Polsce urzędnik nie uprzedzi o weryfikacji VAT. Jak to wygląda w Wielkiej Brytanii?

Uszczelnianie VAT w Polsce trwa w najlepsze, ale procedury urzędników budzą spore kontrowersje. Niezapowiedziane wizyty i telefony to narzędzia, którymi urzędnicy będą weryfikować wiarygodność polskich przedsiębiorców.

Fiskus chce sprawdzić czy firmy, które rejestrują się jako płatnik VAT w UE są wiarygodne i czy w ogóle istnieją. Działanie jest elementem wielkiego projektu uszczelniania podatku VAT, ale narzędzia jakimi posługują się urzędnicy pozostawiają wiele kontrowersji. Przede wszystkim eksperci wskazują, że choć samo uszczelnianie luki w VAT nie jest pomysłem samym w sobie złym, to jednak metody jakimi się z nią walczy są co najmniej kontrowersyjne. Urzędnicy bowiem nie muszą uprzedzać o swojej wizycie, która ma na celu weryfikacje firmy, która chce się zarejestrować jako płatnik VAT-UE.

Sami przedsiębiorcy nazywają te procedury absurdem, ponieważ urzędnicy działają według własnego zdania. Jedni składają niezapowiedziane wizyty, inni po prostu dzwonią. Co ważniejsze właściciele przedsiębiorstw zwracają uwagę, że cała procedura zwiększa tylko biurokrację, która w Polsce i tak już jest rozrośnięta do granic możliwości.

„Takie kontrole i weryfikacje – nawet te telefoniczne bardziej przypominają windykacje, a nie rzetelne działanie urzędników. Pamiętajmy jednak, że oni działają w ramach skomplikowanej maszyny biurokratycznej, która odstrasza przedsiębiorców od prowadzenia firmy w Polsce” – komentuje Agnieszka Moryc, Dyrektor Zarządzają w Admiral Tax.

Pojęcia takie jak „mafia urzędnicza” nadal funkcjonują w świadomości Polaków i to nie bez przyczyny. Próba uszczelnienia luki w podatku VAT przynosi efekty w postaci zniechęcenia do zakładania i prowadzenia działalności w Polsce. Przykład? Obecnie na rejestrację jako płatnik VAT-UE trzeba czekać od dwóch tygodni nawet do dwóch miesięcy. Rejestracja jest konieczna choćby do prowadzenia działalności wewnątrz Jednolitego Rynku Europejskiego oraz do wykonywania transakcji w ramach tegoż rynku.

Opóźnienia, które w Polsce są niestety normą, nie są już takie na Zachodzie. Polski przedsiębiorca cały czas rozbija się o ścianę w postaci urzędników, których liczba stale rośnie i wydawać by się mogło, że przełoży się na to szybsze załatwianie spraw. W rzeczywistości jednak skupieni na uszczelnianiu luki w VAT urzędnicy odpowiedzialni za rejestracje firm nie zajmują się sprawami uczciwych przedsiębiorców.

„W oczekiwaniu na rejestrację płatnika VAT-UE przedsiębiorcy w końcu decydują się na rejestrację firmy i działalności w innych krajach. Każdy przytomnie myślący człowiek wybiera kraj, w którym prowadzenie działalności jest tańsze i o wiele prostsze. Zważając, że na rejestrację czeka się nawet dwa miesiące, co nawiasem mówiąc jest kolejnym już absurdem, przeniesienie firmy za granicę jest rozsądną decyzją” – oceniła Agnieszka Moryc.

Przedsiębiorca musi walczyć o dobre  imię

W procesie uszczelniania luki w podatku VAT bierze udział każdy przedsiębiorca i to bez względu na to czy jest przestępcą czy postępuje uczciwie. W zderzeniu z biurokratyczną machiną przedsiębiorca musi udowadniać, że jego działanie jest uczciwe. Przeczy to interpretacji Ministerstwa Finansów wydanej przezeń w styczniu 2016 roku. Wprowadza ona zasadę In dubio pro tributario – rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika. Agnieszka Moryc zauważa, że polskich przedsiębiorców nie odstraszają tylko i wyłącznie kolejne projekty, ustawy czy interpretacje przepisów.

„Myślę, że wiele osób prowadzących działalność za granicą zgodzi się, że u nas jest problem z samą mentalnością urzędników. W Polsce jest dziwne zjawisko, w którym urzędnik nie ma zaufania do przedsiębiorcy i z rezultacie nie mamy zaufania do urzędów. Zmiany mentalności nie da się wprowadzić żadną ustawą czy przepisami” – podsumowała Agnieszka Moryc.

MT

Urzędy coraz częściej wynajmują powierzchnie w nowoczesnych biurowcach

Najwięcej powierzchni biurowych w Warszawie wynajmują firmy z branży bankowości, usług finansowych i ubezpieczeń, ale na rynek wkracza także sektor publiczny.

Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz
Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz

– Instytucje publiczne w ostatnim czasie wykazują zauważalnie większe zainteresowanie wynajmem powierzchni w nowoczesnych biurowcach, zarówno w Warszawie, jak i w największych miastach w Polsce. Zmiana siedziby to w przypadku wielu urzędów konieczność, ponieważ stan budynków, w których się mieszczą nie spełnia dzisiejszych wymogów i standardów. Nierzadko wymagają one kapitalnych remontów. Możliwe do osiągnięcia korzyści, które niesie relokacja takich podmiotów do nowych lokalizacji, zarówno nowopowstałych budynków, jak i starszych ale spełniających określone parametry pozwala sądzić, że sektor państwowy stanie się niebawem poważniejszym graczem na rynku biurowym – mówi Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz.

Z danych Walter Herz wynika, że instytucje publiczne wynajmują w Warszawie średnio około 60 tys. mkw. nowoczesnych powierzchni biurowych rocznie. Potencjał tej grupy najemców, jak twierdzi Bartłomiej Zagrodnik, jest jednak znacznie większy. – Zapotrzebowanie na biura w nowych budynkach zgłaszają instytucje rządowe, jednostki samorządowe, urzędy centralne i lokalne, jak również instytucje europejskie. W ostatnim czasie pośredniczyliśmy w wynajmie przez spółki skarbu państwa kilkunastu tysięcy mkw. powierzchni biurowych – informuje.

– Ta grupa najemców potrzebuje kompleksowego doradztwa i wsparcia w zakresie wynajmu, dlatego zdecydowaliśmy się zorganizować w Akademii Najemcy Walter Herz szkolenie skierowane właśnie do instytucji publicznych, które odbędzie się w Warszawie w najbliższą środę – dodaje Bartłomiej Zagrodnik.

Szerokie możliwości optymalizacji umów

Ekspert zaznacza, że pole do optymalizacji w przypadku jednostek administracji państwowej jest bardzo duże ponieważ umowy, na których bazują urzędy na ogół zawierają wiele nierynkowych zapisów i kosztów. – Dotyczy to także układów funkcjonalnych i aranżacji zajmowanych powierzchni, wyposażenia i rozwiązań technologicznych. Biura, w których mieści się administracja zwykle nie są efektywne pod względem funkcjonalności powierzchni i jej dostosowania do rzeczywistych potrzeb zespołu pracowników. Nie zapewniają też komfortu pracy ze względu na brak odpowiedniej wentylacji, oświetlenia, podziału, czy zaplecza techniczno-administracyjnego – przyznaje.

– Poza poprawą standardu biura, relokacja siedziby może przynieść urzędom ograniczenie kosztów związanych z utrzymaniem powierzchni – podkreśla  Bartlomiej Zagrodnik. – Stopień oszczędności uzależniony jest od wielu czynników i konkretnych oczekiwań danego podmiotu. Pomimo dość wysokiego poziomu stawek czynszowych obowiązujących w nowoczesnych budynkach, przeprowadzka może oznaczać dla urzędów ograniczenie całkowitego kosztu wynajmu z uwagi na efektywniejsze wykorzystanie zajmowanej powierzchni, niższe opłaty eksploatacyjne i brak dodatkowych opłat związanych z konserwacją budynków. Nowe kompleksy biurowe zapewniają ponadto szeroki serwis i większe bezpieczeństwo w zakresie dostępu do obiektów i infrastruktury technicznej. Ważnym aspektem jest też wykorzystanie istniejących układów aranżacji w budynkach kilkuletnich – wyjaśnia Bartłomiej Zagrodnik.

Wymagania instytucji państwowych

Należy przyznać, że najemcy z sektora publicznego mają dość sprecyzowane wymagania dotyczące powierzchni biurowych. Stawiają przeważnie na przestrzeń, która daje możliwość podziału na gabinety i oczekują zwykle kompleksowej aranżacji oraz wykończenia powierzchni. Wysokość miesięcznego czynszu musi być ściśle określona i zabudżetowana. Podpisywane kontrakty rzadko zawierają też zapisy związane z zabezpieczeniem umów najmu, mimo że to standard na rynku nieruchomości komercyjnych. Instytucje państwowe to jednak pożądani najemcy, których status sam w sobie gwarantuje stabilność najmu, zainteresowani dużymi powierzchniami i wieloletnimi umowami, którzy często zabezpieczają sobie także możliwość pierwokupu budynków.

Sektor publiczny na rynku biurowym obecny jest zaledwie od kilku lat. Z racji lokalizacji większości jednostek administracji państwowej, najemcy instytucjonalni najwięcej umów zawierają w Warszawie. Jako pierwsza w 2010 roku powierzchnię komercyjną wynajęła Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która weszła na 16 tys. mkw. w warszawskim kompleksie Poleczki Business Park. W tym czasie powierzchnię w Adgar Plaza wynajął też Urząd Zamówień Publicznych.

Kontrakty na duże powierzchnie

Z danych Walter Herz wynika, że w 2012 roku instytucje publiczne zakontraktowały już niespełna 70 tys. mkw. komercyjnych powierzchni biurowych. Jeszcze bardziej owocny był rok 2014, kiedy spółki skarbu państwa wygenerowały na rynku warszawskim kilkanaście procent popytu na biura. Do jednych z największych transakcji należał kontrakt Urzędu Rejestracji Leków na 13 tys. mkw. powierzchni w Adgar Park West. Znaczące umowy zawarły w tym czasie także m.in.  Główny Inspektorat Transportu Drogowego, Urząd Lotnictwa Cywilnego i Agencja Nieruchomości Rolnych.

Europejska Agencja Zarządzania Współpracą Operacyjną na Zewnętrznych Granicach Państw Członkowskich Unii Europejskiej Frontex weszła zaś w Warsaw Spire na powierzchnię 14,6 tys. mkw., a najemcą 6,2 tys. mkw. powierzchni w tym samym kompleksie zostało Centrum Unijnych Projektów Transportowych. Jedną z największych umów najmu podpisanych w 2015 roku przez podmiot państwowy był kontrakt Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń na wynajem 17,5 tys. mkw. powierzchni w budynku Konstruktorska Business Center.

W 2015 roku siedzibę zmieniały również spółki z grupy Poczty Polskiej, które wynajęły łącznie 18 tys. mkw. w Domaniewska Office HUB, jak również Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które ulokowało się w budynku Foksal City. Polskie Sieci Elektroenergetyczne wynajęły zaś biuro o powierzchni 7,1 tys. mkw. w Delta Eurocentrum Office Complex przy alejach Jerozolimskich w Warszawie, a Urząd Komunikacji Elektronicznej przeniósł się do biurowca przy ulicy Kasprzaka.

Coraz więcej urzędów w nowych biurowcach

Do znaczących kontraktów  podpisanych w ciągu ostatnich pięciu lat należała również umowa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która w kompleksie Poleczki Park przedłużyła wynajem powierzchni 17,5 tys. mkw., wynajem przez PKP 17 tys. mkw. biur w West Station, czy umowa na powierzchnię 14,8 tys. mkw. podpisana przez KNF w biurowcu Piękna 2.0. Ponadto siedzibę przeniosła też spółka PKP Cargo, która w katowickim kompleksie A4 Business Park wynajęła 8 tys. mkw. biur.

Do najemców instytucjonalnych, którzy wybrali nowoczesne budynki biurowe należy również Agencja Rynku Rolnego, która w Karolkowa Business Park zajęła 10 tys. mkw., Gaz-System, który w kompleksie Cristal Park rozlokował się na powierzchni 9,2 tys. mkw., Urząd Komunikacji Elektronicznej, który w budynku G9 zajął 8,1 tys. mkw., czy Zarząd Transportu Miejskiego, który w 2017 roku przedłużył umowę najmu na siedzibę w JM Tower na powierzchnię 7,3 tys. mkw.

W 2018 roku Fundacja Polskiego Funduszu Rozwoju w warszawskim Cedecie wynajęła z kolei 10,3 tys. mkw. A w lipcu bieżącego roku Bank Gospodarstwa Krajowego wynajął 12,4 tys. mkw. w położonym w sąsiedztwie warszawskiego Dworca Centralnego kompleksie Varso Place.

Chief Happiness Officer i arbejdsglaede przyciągną nowe talenty?

arbejdsglaede, czyli dosłownie pracoszczęście – to słowo pochodzenia duńskiego, które w 2014 roku zapoczątkowało nowy trend na rynku pracy. Idea z powodzeniem przyjęła się na zachodzie i znajduje coraz więcej sympatyków w Polsce. Firmy świadome wyzwań na konkurencyjnym rynku kandydata, już dziś tworzą w swoich strukturach miejsce dla tzw. Chief Happiness Officer`ów. Czy „pracoszczęście” to nowy magnes na talenty?

Harvard Business Review przeanalizował seteki badań, w których mowa jest o tym, że szczęśliwe miejsce pracy to miejsce, w którym wydajność pracowników wzrasta o 31 proc., są trzykrotnie bardziej kreatywni, a wzrost sprzedaży plasuje się na poziomie 37 proc.*. Co ciekawe, coraz częściej mówimy o szczęściu w pracy. Inaczej postrzegamy naszą karierę zawodową i oczekujemy innych doświadczeń. Posiadamy ambitne cele i znamy swoje ścieżki rozwoju, w biurze możemy zrelaksować się w chillout roomie, a pakiet atrakcyjnych benefitów ma ułatwić naszą codzienność poza pracą.

Szczęście w pracy, to jednak dużo więcej niż dodatkowe bonusy, które tylko na chwilę zmieniają poziom odczuwanego szczęścia, czy raczej satysfakcji. Tak naprawdę, to dzięki innym ludziom, relacjom i rezultatom naszych działań, możemy w pracy czuć się szczęśliwi.

Dlaczego Chief Happiness Officerów wciąż przybywa?

Jak podaje Global Workforce Happiness Index** – najszczęśliwsi w pracy są Duńczycy, Norwegowie i Kostarykanie. Polska zajęła 28 miejsce na 57 przebadanych krajów. Nadal mamy więc sporo do zrobienia. Z badań wynika, że szczęście w pracy przekłada się na zmniejszoną absencję i rotację, natomiast lojalność wobec klientów i kolegów wzrasta.

Dotychczas najczęściej podejmowaliśmy decyzje zawodowe ze względu na podwyżkę, awans czy dodatkowe premie i bonusy. Dziś osoby rozważające zmianę pracy wskazują na kulturę organizacyjną, atmosferę czy wizerunek pracodawcy, z którym chcą się utożsamiać. Jak komentuje Michalina Jabłońska-Sprawnik, Chief Happiness Officer w firmie rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire:

Pracodawcy są coraz bardziej świadomi, że potrzeba czegoś więcej, aby zatrzymać lub przyciągnąć talent do firmy. My skierowaliśmy nasz wzrok w stronę krajów skandynawskich, gdzie szczęście w pracy jest jednym z kluczowych elementów każdej firmy. Jako organizacja działająca w modelu zbliżonym do turkusowej organizacji, zawsze dbaliśmy o to jak czują się nasi pracownicy, jaka atmosfera panuje w zespołach i pomiędzy nimi. Ważne jest stworzenie ducha wzajemnego uczenia się, zabawy, kultury otwartej na komunikację i częsty feedback oraz umiejętności pochwał i uznania. – Michalina Jabłońska-Sprawnik, Chief Happiness Officer Devire.

Szczęście w pracy nie kosztuje

Promocja szczęścia w pracy wcale nie wymaga kosmicznych budżetów. Dużo ważniejsza jest tu pomysłowość i otwarcie na pracowników. Jak zatem sprawić, aby pracownik czuł szczęście w pracy? Oprócz standardowych działań, takich jak: wspólne śniadania i obiady, lody w upalne dni, mecze siatkówki plażowej czy wspólne oglądanie piłki nożnej, warto zadbać o wyjątkowe akcje. Michalina Jabłońska-Sprawnik z Devire dzieli się kilkoma przykładami:

Świetną sprawą są Welcome boxy, czyli powitalne pudełka dla osób, które dołączają do organizacji. Z kolei ducha zespołu budują takie inicjatywy jak nasz Happy Devire Wall. Zmieszczamy tam pamiątkowe zdjęcia, zrobione firmowym instaxem. Kandydatów przyciagają również kreatywne rozwiązania grywalizacyjne, takie jak Gamfi, z którego korzystamy. Pracownik rozwiązuje tam różne zadania/wyzwania, zbiera punkty i może angażować się we współtworzenie akcji – od charytatywnych, po decyzje dotyczące rozwiązań biurowych czy imprez integracyjnych.

Innym, ciekawym pomysłem są dni organizowane na specjalne okazje i okoliczności – dostosowane do aktualnych potrzeb pracowników. Przykładowo w upalny, wakacyjny czas, może to być Dzień mody letniej, gdy pracownicy mogą założyć krótkie spodenki i poczuć się swobodniej.

Kim właściwie jest Chief Happiness Manager?

Stanowisko Chief Happiness Officer`a brzmi raczej jak utopijna wizja niż poważna propozycja etatowa. Nic bardziej mylnego. Aktualnie jednym z głównych wyzwań biznesowych jest stworzenie zaangażowanego i lojalnego zespołu, który z pasją realizuje się w swojej pracy. Właśnie dlatego firmy potrzebują osób, które zadbają o utrzymanie odpowiedniego poziomu poczucia szczęścia wśród swoich pracowników.

Co należy do zadań dyrektorów ds. szczęścia? Stoi przed nim szereg wyzwań. Są to m.in.: dbanie o rozwój pracowników i doradztwo w odkrywaniu ścieżek rozwoju, tworzenie przyjaznej i radosnej atmosfery, bycie partnerem oraz mediatorem w konfliktach, ale przede wszystkim promowanie wartości firmy, które są spójne ze strategią i celem całej organizacji. Wszystko to sprawia, że pracownik czuje się częścią zespołu, odnajduje się w nim, wierzy w swoją pracę i utożsamia z nią.

Nie każdy może zostać Chief Happiness Managerem. Taka rola wymaga spectrum kompetencji z różnych dziedzin. Od zarządzania, poprzez umiejętności interpersonalne, znajomość organizacji, empatię czy doświadczenie biznesowe. Osoba na tym stanowisku ściśle współpracuje z zarządem, działami HR i przede wszystkim z ludźmi, którzy tworzą firmę.

Jakie organizacje potrzebują Chief Happiness Managerów? Dziś nie ma wyjątków – mocno rozgrzany rynek pracy przekłada się na większą rotację w firmach i dużą konkurencyjność o talenty. Zarówno w firmie produkcyjnej, jak i korporacji oferującej usługi, odnajdziemy potrzebę uczucia szczęścia i satysfakcji z pracy – choć kategorie tych potrzeb na pewno będą się od siebie różnić.

Liczy się różnorodność

Tylu ilu jest pracowników tyle jest potrzeb i różnic w odczuwaniu szczęścia. Jedni będą odczuwać pracoszczęście, kiedy na open space stanie fontanna czekoladowa, dla innych będzie to szczera i otwarta rozmowa z szefem, a jeszcze dla kogoś innego możliwość pracy z domu, gdy gorzej się poczuje. Umiejętne zarządzanie szczęściem w pracy powinno przede wszystkim opierać się na zrozumieniu potrzeb pracowników np. poprzez regularne prowadzenie ankiet satysfakcji. Dyrektor ds. szczęścia z Devire podkreśla, że firma powinna jak najczęściej pytać członków „załogi” o to, co daje im satysfakcje, co sprawia, że się uśmiechają, a co powoduje niezadowolenie.

* Shawn Anchor „Positive Intelligence”, HBR 11-12/12
** https://universumglobal.com/insights/global-workforce-happiness-index-2/

Jastrzębi Fed wsparł dolara. Zmienność na parach ze złotym wyraźnie wzrosła

Ostatnie dni obfitowały w istotne informacje z rynku, które nie pozostały bez wpływu na główną parę, jak i pary ze złotym.

Ostatnie spotkanie jednego z najważniejszych banków centralnych świata nie do końca sprostało oczekiwaniom rynków finansowych. Fed co prawda obciął stopy procentowe, tak jak oczekiwał tego rynek, aczkolwiek jednocześnie decydenci Rezerwy Federalnej zasugerowali, że bank centralny powinien wstrzymać się z dalszymi krokami, w oczekiwaniu na nowe odczyty danych z amerykańskiej gospodarki. Decydenci sugerują, że bank znajduje się w trybie „wait-and-see” i jeśli dane makroekonomiczne nie będą istotnie zaskakiwały in minus, może dojść do co najwyżej jednej obniżki stóp na przestrzeni kolejnych miesięcy. Po tej informacji rentowności amerykańskich obligacji wystrzeliły w górę i pociągnęły za sobą amerykańską walutę. W minionym tygodniu dolar amerykański umocnił się do wszystkich ważniejszych światowych walut, za wyjątkiem rubla rosyjskiego, którego wsparł wzrost światowych cen ropy naftowej.

W tym tygodniu uwaga rynku ponownie skupi się na informacjach makroekonomicznych. Dzisiejsze, wstępne wrześniowe dane PMI dla strefy euro okazały się gorsze od oczekiwań naszych, jak i konsensusu ekonomistów, co pogłębia obawy o zdrowie gospodarek strefy euro. Dziś poznamy również analogiczne dane dla USA. W kolejnych dniach uwaga inwestorów powinna skupić się natomiast na odczytach inflacji dla Stanów Zjednoczonych.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem w relacji do głównych walut. Większość wspomnianej słabości nadeszła w piątek i – co nieczęsto się zdarza – można ją powiązać z obawami dotyczącymi sytuacji wewnętrznej, a nie pogorszeniem sentymentu do walut rynków wschodzących. Słabość polskiej waluty związana była bowiem z informacją o tym, że TSUE już 3 października ogłosi wyrok ws. kredytów frankowych. Inwestorzy nerwowo zareagowali na coś, co może być zwiastunem znaczącego pogorszenia sytuacji polskiego sektora bankowego. O ile raczej nie sądzimy, żeby sytuacja ta w dłuższym terminie miała w istotny sposób rzutować na polską walutę, o tyle zachowanie złotego w poniedziałek potwierdza, że w najbliższych dniach na parach z PLN mogą czekać nas nerwowe ruchy.

Co tyczy się informacji z polskiej gospodarki, miniony tydzień przyniósł ich dość sporo. Były one zróżnicowane, jednak największą uwagę przykuł niespodziewany spadek produkcji przemysłowej. Dane z przemysłu od kilku miesięcy zdecydowanie odstają od pozostałych odczytów z gospodarki sugerując m.in, że spowolnienie w sektorze widoczne w strefie euro negatywnie rzutuje na sytuację w Polsce. Skala owego pogorszenia sytuacji, póki co, jednak pozostaje dość ograniczona, aby lepiej ją określić musimy poczekać na kolejne odczyty z gospodarki.

GBP

Wrześniowe spotkanie Banku Anglii nie przyniosło istotnych wieści. Decydenci z MPC nie dokonywali zmian parametrów polityki monetarnej, a inwestorzy w odpowiedzi wzruszyli ramionami, skupiając się na informacjach dotyczących Brexitu. Wieści w tym kontekście stają się coraz bardziej optymistyczne, a perspektywa wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej „bez umowy” wydaje się coraz bardziej odległa. Wyceny większości bukmacherów wskazują, że prawdopodobieństwo realizacji niekorzystnego scenariusza (no-deal) do końca roku oceniane jest na ok. 20-25%. Brytyjski parlament przegłosował akt, który zobowiązuje rząd do złożenia wniosku o przedłużenie terminu wyjścia z UE, jeżeli parlament nie wyrazi zgody na umowę regulującą stosunki Wielkiej Brytanii z Unią Europejską.

Nasz scenariusz bazowy nadal zakłada, że termin na wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej zostanie ponownie przełożony, a kwestia Brexitu (być może) zostanie rozstrzygnięta przy okazji nowych wyborów parlamentarnych. W tym tygodniu nie spodziewamy się żadnych istotnych informacji z Wielkiej Brytanii, stąd naszym zdaniem zachowanie funta brytyjskiego będzie zależało od informacji z zewnątrz.

EUR

Poniedziałek był pierwszym poważnym testem dla wspólnej europejskiej waluty od czasu ostatniego spotkania EBC. Wbrew naszym oczekiwaniom, we wrześniu indeksy aktywności w strefie euro spadły w porównaniu do odczytów z poprzedniego miesiąca, a indeks zbiorczy znalazł się na poziomie 50,4 – najniższym od sześciu lat.

Mimo, iż najbliższe kilka dni nie przyniesie zbyt wielu istotnych odczytów makroekonomicznych ze strefy euro, pozytywnie odbieramy ostatnie wieści z Niemiec o możliwym poluzowaniu polityki fiskalnej, zwłaszcza w odniesieniu do finansowania przejścia w stronę bardziej „zielonej” gospodarki. Kolejne informacje w tym zakresie powinny być pozytywne dla euro.

USD

Dane makroekonomiczne napływające ze Stanów Zjednoczonych pozostają nacechowane dość pozytywnie. Sama Rezerwa Federalna pośrednio potwierdziła taką obserwację – ostatniemu spotkaniu decyzyjnemu Fedu towarzyszyła bowiem dużo bardziej optymistyczna ocena amerykańskiej gospodarki, niż wynikałoby to z dotychczasowej retoryki banku centralnego.

Uważamy, że rynki finansowe przeceniają możliwość dalszych obniżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Zwłaszcza niedawny trend wzrostowy inflacji bazowej nie jest spójny z dalszym luzowaniem polityki pieniężnej. W tym tygodniu będziemy oczekiwać odczytu innej miary dynamiki cen (PCE), aby zobaczyć, czy również on pokaże trend wzrostowy. Jeśli tak się stanie, spodziewamy się, że rentowności amerykańskich obligacji będą kontynuować wzrost.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Budownictwo mieszkaniowe nadal w dobrej kondycji

Ostatnia publikacja GUS-owskich statystyk, prezentująca wyniki budownictwa mieszkaniowego w miesiącu sierpniu oraz pierwszych ośmiu miesiącach bieżącego roku, wciąż nie zawiera żadnych sygnałów słabnięcia koniunktury inwestycyjnej na mieszkaniowym rynku pierwotnym. Sytuacja ta może jednak ulec odwróceniu już w przewidywalnej przyszłości.

Jarosław Jędrzyński – RynekPierwotny
Jarosław Jędrzyński, ekspert RynekPierwotny.pl

Po bardzo pracowitym w tym roku okresie wakacyjnym, inwestorzy mieszkaniowi z powodzeniem kontynuują starania o utrzymanie statystyk inwestycyjnych rynku mieszkaniowego na poziomach bliskim rekordowych. Już w średnim terminie mogą jednak mieć z tym problem, zwłaszcza jeśli chodzi o deweloperów.

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl zawsze głównym wyznacznikiem inwestycyjnej koniunktury w pierwotnym segmencie mieszkaniówki, jest ewolucja statystyk mieszkań rozpoczętych. Tym razem wynik za 8 miesięcy br. osiągnął poziom bliski 157 tys. lokali, co oznacza poprawę rok do roku o 1,5 proc. Z kolei wypracowany przez samych deweloperów rezultat sierpniowy na poziomie prawie 90 tys. lokali jest wciąż lepszy licząc rdr o ułamek procenta, pomimo nieco słabszego wyniku sierpniowego na poziomie 11 tys. jednostek.

Tradycyjnie od dłuższego czasu bardzo mocnym ogniwem bieżących danych GUS pozostaje sytuacja dotycząca mieszkań oddawanych do użytkowania. Ogółem w okresie styczeń – sierpień br. oddano prawie 128 tys. mieszkań, czyli o ponad jedną dziesiątą więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Statystyki mieszkań ukończonych, będąc wypadkową mieszkań rozpoczętych w przeszłości, są najbardziej przewidywalną kategorią danych mieszkaniowych GUS. W związku z tym systematyczna dynamika wzrostów nie powinna tu dziwić ani obecnie, ani w przewidywalnej przyszłości.

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl zdecydowanie mniej przewidywalne, za to dużo bardziej przydatne w prognozowaniu przyszłych trendów rynku mieszkaniowego, są dane dotyczące nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym. Tych inwestorzy wspólnie zgromadzili od początku roku już ponad 176 tys., czyli o 1,6 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2018 roku. Sami deweloperzy od stycznia do sierpnia br. uzyskali prawie 107 tys. pozwoleń, czyli minimalnie, o ułamek procenta więcej licząc rdr.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są naturalnym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Utrzymanie bardzo wysokiego wolumenu tych decyzji administracyjnych z zeszłego roku mówi samo za siebie o ich ocenie perspektywy rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie. Ewentualne trwalsze osłabienie statystyk pozwoleń w perspektywie kilku kolejnych miesięcy będzie pierwszym sygnałem zbliżającego się przesilenia koniunktury inwestycyjnej mieszkań z pierwszej ręki.

Wg portalu RynekPierwotny.pl lektura najnowszej informacji GUS, komunikującej bieżące statystyki pierwotnego rynku mieszkaniowego, rysuje obraz inwestycyjnej prosperity na utrwalonych, bardzo wysokich obrotach. Jest ona na obecnym etapie cyklu koniunkturalnego głównie zasługą inwestorów budujących na sprzedaż i ich wciąż bardzo wysokich oczekiwań utrzymania historycznie rekordowych parametrów popytu na nowe mieszkania.

Tymczasem nad rynkiem mieszkaniowym niczym miecz Damoklesa zawisła groźba niekorzystnej dla krajowego sektora bankowego decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie umów mieszkaniowych kredytów indeksowanych kursem franka szwajcarskiego. Jeśli z początkiem października spełni się z punktu widzenia rodzimych bankowców czarny scenariusz, straty ogółem banków w Polsce mogą osiągnąć szacowany przez ZBP poziom 60 mld zł.

Jeśli dojdzie do tego typu sytuacji ucierpi nie tylko sektor bankowy, ale cała krajowa gospodarka z rynkiem nieruchomości mieszkaniowych na czele. Pierwszą reakcją banków po ewentualnym niekorzystnym dla nich werdykcie TSUE będzie najprawdopodobniej drastyczne ograniczenie finansowania mieszkaniówki zarówno w kwestii kredytów mieszkaniowych jak i deweloperskich ze wszystkimi tego fatalnymi skutkami. A to oznaczałoby ostre hamowanie koniunktury inwestycyjnej na pierwotnym rynku mieszkaniowym w dłuższym, nawet kilkuletnim terminie.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

W niemieckim przemyśle najgorszej od dekady. Napięcia na linii Pekin – Waszyngton

Nowy tydzień nie przynosi dobrych informacji dla polskiej waluty. Rosnąca niepewność w światowej polityce i gospodarce sprawia, że inwestorzy odwracają się od bardziej ryzykownych aktywów, w tym od złotego. Niestety na horyzoncie pojawia się coraz więcej czarnych chmur.

Porozumienie znowu się oddala

Trudno zliczyć, który to już raz, ale ponownie rośnie napięcie na linii Pekin – Waszyngton. Po odrzuceniu przez prezydenta Donalda Trumpa możliwości uzyskania cząstkowych porozumień w kwestii wymiany handlowej, strona chińska odwołała wizytę negocjatorów w USA. Punktów rozbieżnych jest obecnie zbyt wiele, by mieć złudzenia, że uda się we wszystkich dojść do porozumienia i podpisać jedną, kompleksową umowę. Dlatego pokerowa zagrywka amerykańskiego przywódcy, który stwierdził, że “wszystko albo nic” została odebrana przez rynek jako pretekst do wzrostu awersji do ryzyka. Kolejne wystrzały na froncie wojny handlowej wpisują się w coraz trudniejszy krajobraz dla polskiego złotego, który w ostatnim czasie wyraźnie traci na wartości.

Niemiecki dołek PMI coraz głębszy

Naszej walucie nie pomaga też sytuacja w niemieckim przemyśle. Dzisiejszy odczyt indeksu PMI był najgorszy od dekady, schodząc do poziomów, które ostatnio widzieliśmy w czasach pokryzysowych. Co ciekawe analitycy spodziewali się wzrostu względem ostatniego odczytu. Jednak ostatecznie zamiast spodziewanych 44 punktów, PMI wyniósł ledwie 41,4 pkt. Tak słabe dane pociągnęły za sobą gorszy wynik dla całej strefy euro, który znalazł się na poziomie 45,6 pkt, co z kolei było najsłabszym wynikiem od ponad sześciu lat. Rozczarowujący okazał się także odczyt z francuskiego przemysłu, choć tu należy podkreślić, że nad Sekwaną indeks cały czas pozostaje powyżej kluczowego poziomu 50 pkt.

Nie klimat, a Iran

Od soboty w Nowym Jorku trwa szczyt klimatyczny pod egidą ONZ. Mimo tego, że spotkanie odbywa się na terytorium USA, to Stany Zjednoczone nie są szczególnie zainteresowane ani obradami, ani jego ustaleniami. Znacznie więcej uwagi skupione jest na rozpoczynającej się właśnie 74. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Głównym tematem będzie Iran. Z jednej strony mamy Donalda Trumpa, który już rozpoczął zakulisowe działania mające utworzyć wspólny front przeciwko Teheranowi. Nieoficjalnie mówi się, że był to jeden z głównych punktów rozmowy przywódców USA i Polski. Natomiast prezydent Islamskiej Republiki Hasan Rouhani chce zaprezentować plan, mający na celu zwiększenie bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie, szczególnie w okolicach cieśniny Ormuz.

Złoty w defensywie

Nagromadzenie czynników zwiększających awersję do ryzyka odbija się na wycenie złotego. Wojna handlowa, recesja w niemieckim przemyśle, wzrost napięcia na Bliskim Wschodzie, czy wiszący w powietrzu wyrok TSUE w sprawie kredytów frankowych, który prawdopodobnie zatrzęsie rodzimym rynkiem bankowym, doprowadzają do dynamicznej przeceny naszej waluty. Euro kosztuje prawie 4,40 zł, do okrągłych 4 złotych dobił dolar. Frank kosztuje już 4,04 zł, funt z kolei drożeje do 4,97 zł.

Krzysztof Adamczak, analityk walutowy Internetowykantor.pl

Firmy z najszybciej rosnącej branży w kraju zagrożone odpływem pracowników

Branża SSC/BPO jest jedną z najbardziej zagrożonych odpływem pracowników – wynika z II edycji raportu „Rotacja dobrowolna pracowników w Polsce”, opracowanego przez Antal, Asseco Business Solutions i Grupę Nowy Styl. Jednocześnie z najnowszego raportu ABSL wynika, że 85% firm z tej branży planuje zwiększać zatrudnienie w ciągu najbliższego roku[1]. Wśród obszarów z dużym ryzykiem rotacji w zespołach są jeszcze m.in. firmy consultingowe i kancelarie prawne oraz produkcja przemysłowa i logistyka. Eksperci Antal wskazują, że o ile w kancelariach prawnych częsta wymiana pracowników jest naturalnym zjawiskiem, to w branży SSC/BPO utrzymanie kadr i zwiększanie zatrudnienia stanowią priorytet biznesowy.

Artur Skiba, prezes agencji Antal
Artur Skiba, prezes agencji Antal

Szacujemy, że koszt odejścia szeregowego pracownika po 3 miesiącach może wynieść nawet 100 tys. zł. To nie tylko cena rekrutacji i wdrażania nowej osoby, ale często wstrzymania lub wydłużenia projektów na czas znalezienia zastępstwa. Okazuje się, że dobrowolna rotacja staje się jednym z kluczowych biznesowych wskaźników wpływających na zdrową ekonomię firmy. Dlatego kontrola takich rotacji – zarządzanie attrition[2] to już nie tylko wyzwanie stojące przed działami HR, ale i każdym menedżerem – mówi Artur Skiba, prezes Antal.

Częściej i szybciej zmieniamy pracę

Wskaźnik dobrowolnej rotacji pracowników (attrition), średni dla całego rynku, wzrósł od 2016 r. z 11% do 16%. Zmianę widać w każdym z badanych sektorów, ale największą można zaobserwować w SSC/BPO – wzrost o 10 p.p. do 20% oraz consultingu i kancelariach prawnych – wzrost o 9 p.p. do 21%. Jak wynika z analiz Antal, w SSC/BPO pracownicy otrzymują nawet do dziesięciu ofert pracy rocznie. To jeden z najbardziej dynamicznych obszarów biznesu w Polsce, zapotrzebowanie na ręce do pracy jest tu duże, a tym samym rośnie konkurencyjność. W consultingu i kancelariach prawnych rotacja pracowników dotyczy głównie młodych osób, dopiero rozpoczynających pracę, które dokładnie badają rynek. Często pracują po kilka miesięcy w 2-3 firmach, aby mieć dobre porównanie przed finalnym wyborem miejsca, w którym zdecydują się na dalszy rozwój kariery. Wśród branż, którym szczególnie doskwierają odchodzący pracownicy, znajdują się także produkcja przemysłowa i logistyka oraz IT i telekomunikacja.

– W przypadku IT rywalizacja o pracowników nie ogranicza się do bezpośredniej konkurencji w jednym obszarze rynku, a dotyczy wielu branż, które podbierają sobie najlepszych specjalistów. Nasilą to zmiany demograficzne, które obniżą dostępność pracowników na rynku. Tylko te organizacje, które podejmą działania mające na celu zwiększenie swojej wartości jako pracodawców będą mogły utrzymać się na rynku i dostarczać produkty najwyższej jakości – mówi Renata Łukasik, Dyrektor Produkcji ERP w Asseco Business Solutions.

Jak wskazują eksperci Antal, częste zmiany miejsca zatrudnienia przez pracujących w produkcji przemysłowej i logistyce dotyczą głównie osób z niższych szczebli, które łatwo skusić ofertą nawet niewielkiego wzrostu wynagrodzenia czy nieco lepszych warunków pracy.

Niektórzy pracodawcy mają łatwiej

Branże, w których zaobserwowano niższą niż średnia rotację pracowników, to budowlanka, energetyka, bankowość i ubezpieczenia, farmacja i sprzęt medyczny oraz FMCG i handel detaliczny – tu wskaźnik attrition wyniósł mniej niż 16%. Jednak i pracodawcy prowadzący takie biznesy muszą mieć się na baczności – w każdym z nich widać wzrost rotacji pracowników w porównaniu do zeszłego roku.

– Lepiej zapobiegać niż leczyć. Co pracodawca może zrobić, by zatrzymać pracownika? Pierwszym obszarem jest przede wszystkim jakość współpracy na linii pracownik – szef, czyli sposób zarządzania, konstruowanie i delegowanie zadań, prowadzenie zespołu. Ważnym, a często pomijanym aspektem są warunki pracy, a więc biuro. Spędzamy w nim bardzo dużą część swojego życia. Może motywować, inspirować i wspierać pracowników w codziennych obowiązkach, a może przyczyniać się do braku efektywności, problemów zdrowotnych i większej absencji. W odpowiedni sposób zaaranżowane i dopasowane poprawi relacje międzyludzkie i uprzyjemni pracę, dzięki czemu ludzie zostaną w firmie na dłużej – mówi Karolina Manikowska, Workplace Research i Consulting Department Director, Product Management Department Deputy Director, Nowy Styl Group.

[1] https://absl.pl/pl/sektor-uslug-biznesowych-w-polsce-rosnie-ilosciowo-i-jakosciowo/

[2] WSKAŹNIK ATRRITION – liczba pracowników, którzy odeszli z organizacji w ciągu roku / pełna liczba pracowników w ciągu roku *100.