Dość często pojawiają się doniesienia o spadającej sprzedaży deweloperów. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili zatem sprawdzić, jak od I kw. 2017 r. zmieniała się sprzedaż nowych mieszkań w metropoliach.
Już od pewnego czasu krajowe media informują o spadającej sprzedaży deweloperów. Takim doniesieniom mogą przeczyć dane z II kw. 2019 r. wskazujące na wyraźny wzrost liczby i wartości zaciąganych kredytów mieszkaniowych. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili dokładnie sprawdzić zmiany liczby nowych mieszkań sprzedawanych w metropoliach przez ostatnie 2,5 roku (I kw. 2017 r. – II kw. 2019 r.). Taka analiza sugeruje, że nie mamy do czynienia z ciągłym trendem spadkowym. Jako przykład może posłużyć ostatni kwartał, który przyniósł dość wyraźny wzrost łącznej sprzedaży nowych mieszkań na terenie metropolii.
Sprzedażowy „dołek” miał miejsce latem 2018 roku …
Portal RynekPierwotny.pl może się pochwalić największą w Polsce bazą nowych mieszkań obejmującą ponad 80% całej oferty krajowych deweloperów. W przypadku sześciu największych polskich miast (Warszawy, Krakowa, Łodzi, Wrocławia, Poznania i Gdańska), taki poziom pokrycia oferty rynkowej jest jeszcze wyższy.
Eksperci RynekPierwotny.pl wzięli pod uwagę sześć wspomnianych miast i sprawdzili, jak względem początku 2017 r. zmieniała się kwartalna sprzedaż mieszkań deweloperskich. Poniższy wykres przedstawia wahania takiej sprzedaży przy założeniu, że wynik dla I kw. 2017 r. stanowi 100%. Po uwzględnieniu wyników sprzedażowych deweloperów na terenie sześciu największych miast można stwierdzić, że łączna sprzedaż nowych „M” zmieniała się następująco:
II kw. 2017 r. – 99% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
III kw. 2017 r. – 86% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
IV kw. 2017 r. – 81% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
I kw. 2018 r. – 90% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
II kw. 2018 r. – 77% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
III kw. 2018 r. – 74%poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
IV kw. 2018 r. – 79% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
I kw. 2019 r. – 81% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
II kw. 2019 r. – 85% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
Powyższe dane sugerują, że intensywny finisz programu MdM na początku 2018 r. tylko tymczasowo przerwał spadek sprzedaży mieszkań deweloperskich. Taki spadkowy trend zakończył się w III kw. 2018 r. Od tamtej pory widoczny jest ponowny wzrost sprzedaży mieszkań deweloperskich.
Osłabienie koniunktury dotyczyło Warszawy i Krakowa
Poniższy wykres prezentuje zmiany poziomu sprzedaży mieszkań (procentowe względem I kw. 2017 r.) w podziale na poszczególne miasta. Jak nietrudno zauważyć, spadkowy trend dotyczył głównie dwóch największych rynków (Warszawy i Krakowa). Na terenie tych dwóch metropolii w II kw. 2019 r. nie odnotowano wyraźnego wzrostu sprzedaży nowych „M”.
Taka dodatnia zmiana była natomiast widoczna we Wrocławiu, także na trzech mniejszych rynkach – łódzkim, poznańskim oraz gdańskim. Bardzo szybki wzrost sprzedaży widoczny ostatnio w Łodzi, Poznaniu oraz Gdańsku po części może wynikać z obaw klientów firm deweloperskich przed kolejnymi podwyżkami cen metrażu.
Szybko rośnie znaczenie łódzkiego rynku nowych „M”
Powyższy wykres pokazuje nam również wyraźną aktywizację łódzkiego rynku deweloperskiego, która rozpoczęła się w I kw. 2018 r. Dobre wyniki sprzedażowe sprawiają, że Łódź nabiera większego znaczenia dla inwestorów mieszkaniowych. Dowód stanowią informacje prezentowane w poniższej tabeli. Wskazują one, że udział łódzkiego rynku w łącznej sprzedaży lokali deweloperskich na terenie sześciu metropolii wzrósł z 4% (IV kw. 2017 r.) do 8% (II kw. 2019 r.).
W II kw. 2019 r. spore spadki odnotowano natomiast dla Warszawy (zmiana z 45% do 40%) oraz Krakowa (zmiana z 18% do 15%). Może to wynikać z faktu, że na wskutek kolejnych wzrostów cen dostępność nowych warszawskich i krakowskich „M” za jedno wynagrodzenie spadła bardziej niż sugerują dane statystyczne.
Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl
W I półroczu 2019 r. Polacy otrzymali 20,6 mld zł z tytułu ubezpieczeń. Każda godzina oznacza aż 1 mln zł wypłat, przeznaczonych na odszkodowania z OC dla poszkodowanych w wypadkach drogowych.
Najważniejsze dane o rynku ubezpieczeń po II kw. 2019 r.
• 20,6 mld zł dla poszkodowanych, w tym:
o 9,8 mld zł z ubezpieczeń na życie
o 7,4 mld zł z ubezpieczeń komunikacyjnych
o 3,4 mld zł z pozostałych ubezpieczeń
• 74,4 mld zł aktywów ubezpieczyciele ulokowali w obligacjach i innych papierach wartościowych o stałej kwocie dochodu, wspierających gospodarkę i finanse publiczne
• 16,1 mld zł aktywów ulokowanych w akcjach spółek z GPW i innych papierach o zmiennej kwocie dochodu
• 690 mln zł podatku dochodowego ubezpieczyciele odprowadzą do budżetu państwa
Jan Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu PIU
– Warto zwrócić uwagę na duży wzrost wypłat odszkodowań w ubezpieczeniach związanych z żywiołami. Poszkodowani otrzymali w ciągu pół roku aż o 20 proc. więcej niż rok wcześniej. Jak wskazywaliśmy w naszym raporcie „Klimat ryzyka”, ekstremalne zjawiska pogodowe będą się zdarzały w Polsce coraz częściej – mówi J. Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń. Na ochronę mieszkań i firm przed ogniem i żywiołami wydaliśmy w I półroczu 2019 r. 1,8 mld zł, o 5 proc. więcej niż rok wcześniej.
– Największą część rynku ubezpieczeń majątkowych stanowiły jednak jak co roku ubezpieczenia komunikacyjne. Na ubezpieczenie OC pojazdów wydaliśmy 7,6 mld zł, o 1 proc. mniej niż rok wcześniej, zaś na autocasco 4,4 mld zł, o 4,5 proc. więcej niż rok wcześniej – mówi Andrzej Maciążek, wiceprezes zarządu PIU.
Na ubezpieczenia na życie Polacy wydali 10,6 mld zł o 4,9 proc. mniej niż rok wcześniej. Ubezpieczyciele wypłacili z ubezpieczeń na życie 9,8 mld zł świadczeń, w porównaniu z 10,8 mld zł rok wcześniej. Polscy ubezpieczyciele wypracowali po II kw. 2019 r. 4,1 mld zł zysku netto – o 7,1 proc. więcej niż rok wcześniej. To oznacza zasilenie budżetu państwa w 690 mln zł podatku dochodowego. Dodatkowo, firmy ubezpieczeniowe odprowadziły też ok. 360 mln zł tzw. podatku od aktywów.
Wzrasta rola i znaczenie działów compliance. Wpływa na to rozwój narzędzi, które wykorzystują organy regulacyjne do identyfikowania ryzyka i możliwych niezgodnych z przepisami zachowań, a także wewnętrzna presja firm na obniżanie kosztów. Widać to szczególnie na przykładzie branży farmaceutycznej, która podlega dużej liczbie regulacji zewnętrznych i wewnętrznych. Jak zauważają autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „Maintaining value in pharmaceutical compliance”, choć charakter wielu działań operacyjnych wymaga zaangażowania dużych zasobów ludzkich, firmy farmaceutyczne w ograniczony sposób korzystają z możliwości technologii cyfrowych, które poprawiają wydajność i jakość pracy. Tymczasem cyfryzacja działów compliance może przynieść nawet 70-procentowe oszczędności.
Eksperci Deloitte przeprowadzili wywiady z 16 osobami zarządzającymi obszarami compliance, handlowym i medycznym w 10 firmach farmaceutycznych. We wszystkich badanych spółkach działy compliance odgrywają strategiczną rolę, a większość respondentów przyznaje, że ich rozwój wymagał dużych nakładów pracy.
Wyjątek, nie reguła
Compliance obejmuje swoim zainteresowaniem wiele obszarów – zasoby ludzkie, korupcję, programy pomocy pacjentom, komunikację z pacjentami i pracownikami służby zdrowia oraz raportowanie do organów regulacyjnych. W swojej działalności compliance często bazuje na danych z których korzystają także inne działy organizacji. Operacje dotyczące zgodności z przepisami najczęściej opierają się na procesach manualnych.
Jeśli wziąć pod uwagę liczbę osób zaangażowanych w te procesy to widać, że programy compliance rosną wraz z liczbą przypisanych do nich pracowników. Identyfikowanie i dostosowywanie potrzeb szkoleniowych, generowanie raportów oraz opracowywanie i zarządzanie politykami zgodności wymaga znacznych zasobów ludzkich. Technologie cyfrowe pozwalają odejść od rutynowych zadań, nadążać za rosnącą ilością danych i przekształcić działy compliance w zespoły, które mogą identyfikować ryzyka i zapobiegać takim zdarzeniom – mówi Andrea Bielska, Dyrektor w Forensic Solutions Center, Deloitte.
Angażujący charakter działań operacyjnych ogranicza czas, jak i kierownictwo zespołów compliance może poświęcić na zadania strategiczne. Mimo, że technologie cyfrowe gwarantują poprawę wydajności i jakości, firmy farmaceutyczne albo ich nie używają, albo robią to w ograniczonym zakresie, nie wykorzystując w pełni ich możliwości. Większość zaimplementowanych przypadków użycia technologii wspiera działania reaktywne, takie jak identyfikowanie i zgłaszanie zdarzeń, które już się wydarzyły.
Zmiana takiego myślenia wydaje się nieunikniona. Wymagania regulacyjne wciąż rosną, podobnie jak kompetencje organów regulacyjnych i ich narzędzia. Przedsiębiorcy potrzebują mieć pewne i szybko dostępne informacje z różnych dziedzin swojej działalności co pozwoli sprostać żądaniom organów np. w zakresie terminów w jakich realizowane i otrzymywane są płatności tak, aby uniknąć projektowanych kar za tworzenie zatorów płatniczych. Jeśli działy compliance nie będą lub będą zbyt wolno unowocześniać swoje procesy mogą mieć trudności z utrzymaniem strategicznej pozycji w firmie. To droga w jedną stronę – mówi Tomasz Rutkowski, Radca prawny, Partner Associate, Deloitte Legal.
Zdaniem ekspertów Deloitte warto, aby działy compliance posiadały strategię cyfrową. Jej implementację należy zacząć od podstawowych działań, czyli przygotowania systemów i procesów. W miarę postępu automatyzacji praca działów compliance może wyjść poza analizę przeszłych zdarzeń w kierunku generowania prognoz, co w oczywisty sposób pomoże przewidzieć i zapobiec kolejnym zagrożeniom.
Gdzie szukać możliwości digitalizacji
Jednym ze sposobów oceny ryzyka dla portfela produktów są wywiady z właścicielami firm, co jest bardzo czasochłonnym działaniem.
Zautomatyzowanie tego procesu pomaga na bieżąco uzyskiwać dane od interesariuszy, zapewniając przy tym odpowiednią częstotliwość oceny ryzyka. Dodatkową wartość mogą wnieść także algorytmy ważenia ryzyka, które pomogą w czasie rzeczywistym oszacować wyniki ankiety i zapewnić obiektywny obraz oceny zachodzących w organizacji zdarzeń – mówi Tomasz Borowy, Dyrektor w dziale konsultingu, Deloitte.
Jak zauważa ekspert, technologia może wyręczyć pracownika także w gromadzeniu danych. Dzięki zautomatyzowaniu tego procesu, można skupić się na analizie i wyciąganiu wniosków.
Odpowiednie algorytmy mogą również pomóc w przetwarzaniu licznych wniosków i próśb od zewnętrznych interesariuszy. Gdy firma przesyła żądanie za pośrednictwem portalu CRM lub podobnego systemu, algorytm wykonuje pierwszy poziom przeglądu. Specjalista do spraw compliance może zaakceptować dyspozycje proponowane przez algorytm lub przeprowadzić powtórny przegląd. Jego wyniki są ponownie analizowane przez algorytmy, które w ten sposób niejako uczą się i z biegiem czasu zwiększają swoją dokładność. Potencjalne oszczędności siły roboczej w pierwszym roku mogą wynosić do 50 proc. i z czasem wzrosnąć do nawet 70 proc.
Najpierw inwestycja, potem oszczędność
Ograniczenia budżetowe często stoją na przeszkodzie do unowocześnienia i tym samym usprawnienia procesów. Eksperci Deloitte rekomendują, aby firmy farmaceutyczne z uwagą podchodziły do działań, w realizacji których mogą pomóc rozwiązania techniczne i oceniły jaką wartość może przynieść poprawa prędkości i dokładności w zakresie zapobiegania, wykrywania lub reagowania na zagrożenia.
Istotna jest także relacja wpływu na operacje zgodności wewnętrznej z działalnością czysto biznesową. Jeśli zmiany istniejących procesów lub wdrożenie nowych mają wpływ na biznes, powinny one przynieść korzyści nie tylko działom complinace, ale także całej firmie.
– mówi Monika Wolska-Hertman, Menedżer w zespole Forensic, Deloitte.
Eksperci Deloitte wskazują także na konieczność oceny wykonalności wdrożenia rozwiązania technologicznego w konkretnym scenariuszu lub środowisku danych i systemów, a także jej szybkość i łatwość.
W związku ze spowolnieniem aktywności deweloperskiej w sektorze handlowym, w minionym półroczu w strukturze najmu dominowały renegocjacje, rozszerzenia i relokacje. Do użytku oddano około 170 tys. mkw. powierzchni usługowo-handlowej. Tym samym całkowite zasoby przekroczyły 12 mln mkw.
Na koniec czerwca br. w budowie znajdowało się blisko 380 tys. mkw. powierzchni centrów handlowych. Budowane są przede wszystkim małe obiekty (5-10 tys. mkw.) o profilu zakupów codziennych, głównie w miastach o wielkości poniżej 100 tys. mieszkańców.
„Lifestyle” w centrum zainteresowania
Biorąc pod uwagę projekty oddane do użytku oraz te znajdujące się w budowie, roczna podaż powinna osiągnąć 250-300 tys. mkw., co wskazuje na lekką tendencję spadkową w porównaniu do roku 2018. Największymi rynkami, zarówno pod względem liczby obiektów, jak i ich powierzchni, pozostają niezmiennie aglomeracja warszawska (52 centra o łącznej powierzchni ponad 1,7 mln mkw.) i Górny Śląsk (49 centrów, ponad 1,2 mln mkw.). Najmniejszym rynkiem (305 tys. mkw. w 11 obiektach) pozostaje Szczecin.
Katarzyna Michnikowska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku Colliers International
— W centrum zainteresowania inwestorów, deweloperów, najemców oraz klientów znalazły się inwestycje o funkcjach mieszanych typu „lifestyle”, ze znaczącym udziałem handlu, usług i gastronomii. W największych polskich aglomeracjach jest obecnie realizowanych i planowanych kilkanaście tego typu projektów — mówi Katarzyna Michnikowska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.
Największymi projektami handlowymi oddanymi do użytku w I połowie br. były Galeria Młociny w Warszawie (78 tys. mkw.), Tkalnia w Pabianicach (12 tys. mkw.) oraz Silesia Outlet w Gliwicach (12 tys. mkw.). Największe rozbudowy w minionym okresie ukończono w Morski Park Handlowy w Gdańsku oraz Solaris Center w Opolu.
Nowe technologie i ekspansja klubów fitness
Według badań Retail Institute, monitorującego 120 centrów handlowych w Polsce, zakaz handlu w niedzielę w I kwartale br. przełożył się na mniejsze zainteresowanie centrami handlowymi o 0,5%, przy czym największe spadki odnotowują centra małe (4,8%) i średnie (1,8%), natomiast centra o powierzchni pow. 40 tys. mkw. odnotowały wzrosty rzędu 2,2%.
Dominika Jędrak, dyrektor Działu Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International
— Popyt na lokale w centrach handlowych stymulowany jest przez zmiany zachodzące w kilku sektorach. Na rynku intensywnie absorbowane są powierzchnie supermarketów. W dalszym ciągu trwa także dynamiczny rozwój klubów fitness — mówi Dominika Jędrak, dyrektor Działu Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.
Sieci odzieżowe modernizują i powiększają swoje salony w istniejących centrach handlowych, prowadząc jednocześnie selektywną ekspansję na nowych rynkach. Przykładowo, Grupa LPP inwestuje w technologie, prowadzi remodeling swoich sklepów i ekspansję na rynkach handlowych mniejszych miast. Z kolei sieć Żabka testuje nowe rozwiązania – sklepy bezobsługowe. Rozwijają się także dyskonty niespożywcze, takie jak Pepco czy KiK.
Liczba nowych wejść na polski rynek jest bardzo ograniczona. W I połowie 2019 r. zadebiutowało jedynie kilka sieci m.in. Gagliardi (moda męska), Sloggi (bielizna) i Mayoral (art. dla dzieci).
Wrocław z największym nasyceniem powierzchnią handlową
Średnie nasycenie powierzchnią centrów handlowych w Polsce wzrosło do 314 mkw./1000 mieszkańców. W grupie największych aglomeracji najwyższe odnotowano we Wrocławiu (885 mkw./1000), a wśród miast średniej wielkości w Rzeszowie (1250 mkw./1000).
Zgodnie ze stanem na koniec czerwca 2019 r. średni współczynnik pustostanów w centrach handlowych w osiemnastu największych polskich miastach wyniósł 3,6% i był o 0,5 p.p. wyższy niż w czerwcu 2018 r. Łącznie na najemców czekało ok. 309 tys. mkw. powierzchni, głównie w centrach średniej i małej wielkości. Duże dominujące centra handlowe są zaś niemal w pełni wynajęte.
MLP Group rozpoczyna budowę nowego parku logistycznego w rejonie Dolnego Śląska. Będzie to jednocześnie druga inwestycja realizowania w pobliżu Wrocławia. MLP Wrocław West powstanie w południowo-zachodniej części aglomeracji wrocławskiej przy ulicy Mokronoskiej.
MLP Wrocław West
MLP Wrocław West dostarczy łącznie 70 tys. m2 nowoczesnej powierzchni. Wydanie pierwszych gotowych powierzchni planowane jest w październiku 2020 r.
Agnieszka Góźdź, Dyrektor Działu Sprzedaży w MLP Group S.A.
„Rejon Wrocławia jest bardzo popularny wśród najemców. Dlatego zdecydowaliśmy się poszerzyć naszą ofertę w tym regionie. Podpisaliśmy już jednocześnie pierwszą umowę najmu, co pozwala nam uruchomić realizację inwestycji. Wydanie pierwszych gotowych powierzchni planujemy w październiku przyszłego roku” – powiedziała Agnieszka Góźdź, Dyrektor Działu Sprzedaży w MLP Group S.A.
MLP Wrocław West jest nowym kompleksem, który powstanie na działce o powierzchni 16 hektarów i dostarczy łącznie 70 tys. m2 nowoczesnej powierzchni magazynowej. Park logistyczny jest zlokalizowany w dzielnicy Kąty Wrocławskie w zachodniej części Wrocławia, w odległości jedynie 9 km od centrum miasta. Dużym ułatwieniem jest znajdująca się w pobliżu droga europejska E40 oraz autostrada A8 będąca obwodnicą Wrocławia.
Urząd Ochrony Danych Osobowych w opublikowanym niedawno stanowisku zwraca bankom uwagę, aby nie nadużywały praktyki kopiowania dokumentów tożsamości klientów. Obecnie jest to czynność wykonywana w wielu instytucjach manualnie i rutynowo, przy różnego rodzaju operacjach wymagających weryfikacji tożsamości klienta. Stanowisko wywołało sporo emocji w bankach. Kluczowy przekaz Prezesa UODO to apel o maksymalne ograniczanie ręcznego kopiowania dokumentów, która to operacja wiąże się z potencjalnym dostępem wielu osób do danych osobowych. W konsekwencji, zwiększa się ryzyko wycieku kluczowych danych klientów.
Rozwiązaniem tego problemu jest przyspieszenie wdrożenia w bankach w pełni cyfrowego procesu onboardingu i potwierdzania tożsamości klienta. Pełna automatyzacja tych procesów jest doskonałą odpowiedzią na potrzeby zarówno instytucji finansowej, jak i regulatorów – w zakresie AML jak i ochrony danych osobowych. Co nie bez znaczenia, jest to też ogromna wygoda dla samych konsumentów.
Odpowiedź Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO) dla Związku Banków Polskich (ZBP) w sprawie kopiowania dokumentów tożsamości podniosła bardzo ważną i ciekawą dyskusję. Zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem bankowym, banki mogą przetwarzać dane z dowodów tożsamości swoich klientów. Co więcej, z ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy wynika, że banki i instytucje finansowe są wręcz zobowiązane identyfikować klienta na podstawie dokumentu tożsamości, a część tych danych przechowywać w celu dokumentacji procesu.
Prezes UODO w swojej odpowiedzi podkreśla, że nie kwestionuje legalności kopiowania dowodów tożsamości, a także nie wspomina nic o kserowaniu dokumentów. Porusza natomiast kwestię nieuprawnionego, czy też nadmiernego robienia kopii dokumentów tożsamości klientów banków. Problem, na który Prezes zwraca uwagę, to nadużywanie przez banki przywileju kopiowania danych z dowodów osobistych. Bez wątpienia, uwaga jest jak najbardziej zasadna. Duża liczba operacji wykonywania kopii dokumentów oraz duża liczba osób, które te operacje wykonują, znacząco zwiększają prawdopodobieństwo wycieku danych osobowych klientów.
Co zatem może zminimalizować ryzyko?
Przyszłość należy do cyfryzacji i automatyzacji procesów tzw. onboardingu (nawiązywania stosunków gospodarczych) oraz potwierdzania tożsamości klienta.
Nie ma dziś żadnych przeszkód, aby operacje te odbywały się w 100 proc. cyfrowo i online. Wiele fntechów własnie na tym buduje swoją przewagę w stosunku do tradycyjnych instytucji finansowych – potrafią błyskawicznie dokonać rejestracji nowego klienta i potwierdzić jego tożsamość, w sposób w pełni cyfrowy.
W czerwcu 2019 roku Urząd Komisji Nadzoru Finansowego opublikował stanowisko, w którym zawarł dobre praktyki stosowania wideoweryfikacji i cyfrowego procesu rejestracji klientów w instytucjach finansowych. Jako najbardziej pewne środki do weryfikowania tożsamości klienta bez jego fizycznej obecności UKNF wskazuje narzędzia elektroniczne.
Proces automatyczny eliminuje najsłabsze ogniwo z perspektywy ochrony danych – dostęp człowieka do kopii dokumentu tożsamości (np. ksero). Nie bez znaczenia też jest przywiązanie młodszego pokolenia (milenialsi i pokolenie Z) do smartfonów oraz ich niechęć do dzielenia się swoimi danymi osobowymi i finansowymi w oddziale banku.
Owszem, na potrzeby postępowań dowodowych, np. w przypadku podejrzenia finansowania przez klienta lub kontrahenta teroryzmu, banki przetrzymują część lub całość kopii dokumentów pozyskanych w sposób cyfrowy. Jednak gdy kopia dokumentu wykonana została w procesie automatycznym, dostęp do niej ma bardzo ograniczona liczba osób.
Najnowsze badanie, przeprowadzone na stacjach paliw, wykazało, że 80% konsumentów nie zna pojęcia geofencingu, ale to nie dziwi branży marketingowej. Gdy ankieterzy wyjaśnili ten termin respondentom i zapytali ich, czy chcieliby dostawać spersonalizowane reklamy zaraz po wjeździe na stację, prawie 40% wyraziło zgodę. Najwięcej osób oczekiwałoby informacji nt. promocji na alkohole – 31%. Sprzęt i części eksploatacyjne do samochodu są na drugiej pozycji – 27%. Trzecie miejsce zajęła oferta gastronomiczna – 19%. Z kolei niewielkim zainteresowaniem cieszą się wyroby tytoniowe, napoje bezalkoholowe, art. spożywcze, a także informacje o samych cenach paliw.
Duży potencjał
Kierowcy ewidentnie nie znają tego pojęcia. Norbert Kowalski, Prezes Zarządu spółki Mobiem Polska, nie jest tym zaskoczony i uważa, że nie ma potrzeby przejmowania się tym stanem, a także uczenia społeczeństwa specjalistycznych terminów. Dla branży marketingowej istotniejszą kwestią jest pokazywanie klientom realnych korzyści, jakie płyną z umiejętnego wykorzystania geofencingu. Konsumenci mogą dostawać informacje, których faktycznie potrzebują i oczekują. Dzięki temu rozwiązaniu marketerzy mogą trafić w punkt z odpowiednim przekazem, czyli we właściwym miejscu i czasie do grupy docelowej.
– Branża powinna nie tylko upowszechniać ten termin, ale przede wszystkim tłumaczyć, do czego służy tego rodzaju usługa. Należy podkreślać, że pozwala ona na spersonalizowaną komunikację. To z kolei może przełożyć się na mniejszą ilość spamu, czyli masowego przekazu, który nie uwzględnia indywidualnych preferencji konsumenta. Nie rozumiejąc korzyści płynących z geofencingu i łącząc go z powszechną reklamą, klienci będą od razu zniechęceni – ostrzega Adam Wysocki, Managing Director w LVL UP MEDIA.
Podczas realizacji badania ankieterzy dokładnie wyjaśnili respondentom, którzy nie znali zagadnienia, na czym właściwie polega geofencing. Następnie zapytali ich, czy chcieliby korzystać z tego rozwiązania i po wjeździe na stacje otrzymywać spersonalizowane reklamy bądź innego rodzaju informacje. Łącznie 38% ankietowanych wyraziło zgodę, a 35% okazało niechęć. 9% nie miało na ten temat zdania. Można zatem stwierdzić, że konsumenci są mocno podzieleni w tej kwestii.
– Z badania jednak wynika, że większość respondentów pozytywnie podchodzi do tego typu nowości. I to jest potencjał, na który powinna zwrócić uwagę cała branża. Zakładam, że przeciwnicy geofencingu mogli nie zrozumieć, na czym on dokładnie polega, pomimo starań ankieterów. Do niektórych rozwiązań po prostu trzeba się zwyczajnie przekonać, oczywiście po wyrażeniu zgody na takie testowanie – wyjaśnia Norbert Kowalski.
Preferencje klientów
Analiza wykazała również, że po wjeździe na stację benzynową konsumenci najbardziej chcieliby otrzymywać promocje na napoje alkoholowe – 31%. Następnie respondenci wskazywali na sprzęt i części eksploatacyjne do samochodu – 27%. Na trzecim miejscu badani mówili o ofercie gastronomicznej – 19%. Zdaniem Adama Wysockiego, na bazie tych danych stacje benzynowe powinny stworzyć szerszą komunikację pokazującą atrakcyjność oferty dodatkowej, która jest kluczowa przy ogromnej konkurencji na rynku paliw.
– Hierarchia odpowiedzi respondentów pokazuje, z jakich usług i produktów stacji najczęściej korzystają. Wszelkie reklamy informujące o zniżkach i pozwalające z nich skorzystać są mile widziane. Tworzy to pole do komunikacji reklamowej zarówno dla tego typu placówek, jak i ich partnerów. Skutkiem tego powinny być oferty wiązane, czyli rabaty na płyny eksploatacyjne lub usługi gastronomiczne dla osób, które kupiły paliwo. Ponadto warto promować ofertę spożywczą w niedziele niehandlowe – zachęca Michał Taranta, Head of Integrated Communication w Havas Media Group Poland.
Jak dodaje Norbert Kowalski, stacje benzynowe powinny zauważyć, że konsumenci oczekują od nich atrakcji w postaci ofert promocyjnych i rabatów. To przyciąga klientów. Często też ww. punkty sprzedaży są dłużej otwarte niż inne i rzeczywiście kierowcy tylko tam mogą kupić podstawowe części eksploatacyjne do samochodów. Tego typu placówki częściowo przejęły również rolę sklepów convenience, które nie są jeszcze tak dobrze rozwinięte na rodzimym rynku, jak np. w Europie Zachodniej. Dlatego Polacy chętnie zaopatrują się na stacjach w napoje alkoholowe. Z całą pewnością marketerzy powinni wsłuchać się w głos konsumentów i dostarczać im oczekiwane przekazy reklamowe.
– Znikomym zainteresowaniem cieszyły się wyroby tytoniowe – 1%, napoje bezalkoholowe – 2%, art. spożywcze – 3%, a także same ceny paliw – 5%. Wyłączając używki, których nie możemy komunikować, oraz ceny paliw, wyświetlane na ogromnych konstrukcjach na stacjach benzynowych, pozostałe artykuły nie są najpopularniejszymi kategoriami produktowymi w tym rodzaju dystrybucji. Sytuacja mogłaby się zmienić, jeśli tego typu placówki byłyby mocniej kojarzone z zakupami spożywczymi. Wtedy zachęcanie do kupna takich towarów byłoby istotniejsze i bardziej zauważalne dla odbiorców – tłumaczy Michał Taranta.
Dane do wykorzystania
Ekspert z Mobiem Polska zapewnia, że dzięki umiejętnemu wykorzystaniu geofencingu, w połączeniu z dobrze działającymi aplikacjami, można zwiększyć częstotliwość wizyt konsumentów na stacjach, nie tylko w celu tankowania aut. Wywoływanie potrzeby w konkretnym momencie, czyli w chwili gdy klient jest w bliskiej okolicy, ma szansę zwiększyć popyt na produkty inne niż paliwo, a wskazywane przez respondentów.
– Zebrane informacje pokazują, czym faktycznie jest zainteresowany klient, oprócz zakupu paliwa. Na podstawie takich danych można tworzyć m.in. ekspozycję poszczególnych artykułów w celu zwiększenia wolumenu sprzedażowego. A dzięki samemu geofencingowi marketerzy mogą sprawdzać poziom lojalności klientów wobec konkretnej stacji benzynowej – podkreśla Piotr Francuz, Business Manager z domu mediowego MediaCom.
Natomiast według eksperta z Havas Media Group Poland, sposobów na wykorzystanie wiedzy o preferencjach zakupowych użytkowników stacji benzynowych jest naprawdę wiele. Najprostszym z nich jest komunikacja reklamowa najbardziej pożądanych art. z dodatkowymi benefitami. Można też m.in. tworzyć zestawy z towarami, które sprzedają się znacznie gorzej. Pozyskana przez badaczy wiedza pozwala również przewidywać trendy w sprzedaży poszczególnych linii produktowych i dostosowywać do nich poziom zatowarowania. Wybór strategii jest uzależniony od specyfiki każdej placówki.
– Przy tworzeniu reklam geofencingowych z udziałem ww. produktów, warto jednak uważać na to, aby nie zmienić zupełnie charakteru stacji benzynowych. Klienci powinni przede wszystkim chętnie tankować tam paliwo, a nie tylko kupować drobne przekąski. Trzeba dobrze opracować strategie marketingowe, aby nie doprowadzić do częstych, lecz mało dochodowych wizyt konsumentów – podsumowuje Krzysztof Zych z UCE GROUP LTD.
Badanie zostało zrealizowane przez brytyjską firmę doradczą UCE GROUP LTD. we współpracy z agencją Mobiem, specjalizującą się w marketingu mobilnym. Objęto nim 10 dużych miast, tj. Gdańsk, Szczecin, Bydgoszcz, Białystok, Poznań, Warszawę, Łódź, Wrocław, Katowice i Kraków, a także 11 średnich i mniejszych ośrodków. Ankieta była prowadzona w sierpniu br. w okolicach lub na terenie sieciowych stacji benzynowych (m.in. Orlen, BP, Shell, Circle K, Lotos i Amica). Łącznie odbyło się ponad 1000 wywiadów bezpośrednich w 328 lokalizacjach. W badaniu wzięło udział 43% kobiet i 57% mężczyzn w wieku od 18. do 49. roku życia.
Największe ryzyko, że kontrahent nie zapłaci w terminie za kupiony towar lub raty kredytu jest w relacjach z przedsiębiorcami z Górnego i Dolnego Śląska. Najsolidniejszymi województwami pod tym względem są podkarpackie i świętokrzyskie. Ale już w relacji zaległości firm z województwa do wypracowywanego przez region PKB najlepiej wypada Opolszczyzna, nieźle wygląda też Śląsk, a najgorzej prezentuje się zachodniopomorskie – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK.
Koniunktura gospodarcza jest korzystna, nie oznacza to jednak braku problemów finansowych. Przeterminowane zadłużenie jest wciąż bolączką wielu firm i ich kontrahentów. Łączna wartość przeterminowanych powyżej 30 dni i 500 zł zobowiązań kredytowych i pozakredytowych polskich przedsiębiorstw, widoczna w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie Biura Informacji Kredytowej wyniosła na koniec czerwca 2019 roku 31,75 mld. Są to zaległości blisko 323,5 tys. firm, czyli 6,2 proc. wszystkich przedsiębiorstw (zarówno aktywnych, jak i nieaktywnych)*. W ujęciu geograficznym największy udział niesolidnych dłużników wśród firm w danym województwie występuje na Górnym i Dolnym Śląsku. Problemy sprawia tu dostawcom lub instytucjom finansowym co czternaste przedsiębiorstwo (od 7,1 do 7,4 proc.). Że może być inaczej widać po woj. podkarpackim, podlaskim, świętokrzyskim i małopolskim, gdzie niesolidnych dłużników jest najmniej – odsetek ten wynosi między 4,4 a 4,7 proc., co oznacza, że nie płaci co 23. firma. W dziewięciu województwach udział przedsiębiorstw, które nie regulują zobowiązań, utrzymuje się w granicach 6 proc., czyli na poziomie zbliżonym do średniej w całym kraju.
Najwyższa kwota zaległości przypada na firmy z woj. mazowieckiego
Firmy z Mazowsza mają blisko 7,6 mld zł przeterminowanego zadłużenia i jest to niemal co czwarta złotówka z całej sumy przeterminowanych płatności. Udział Mazowsza w zaległościach jest wyższy niż udział tego regionu w krajowym PKB. Poziom zadłużenia biznesu z Mazowsza wynika nie tylko z problemów finansowych wytwórców dóbr, ale także firm zajmujących się handlem i usługami. Wskazuje na to duży udział Warszawy w tworzeniu PKB, która jako największy ośrodek miejski nie ma rozbudowanego przemysłu, a odpowiada za 17 proc. całego dobrobytu w skali kraju, podczas gdy reszta województwa to tylko 5 proc. do ogólnego wyniku Mazowsza (22,4 proc.).
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
Z pewnością na to jak poszczególne województwa wypadają w spłacie zobowiązań przez przedsiębiorców przekłada się to, w czym dany region się „specjalizuje”, czyli w jakich branżach działają firmy tam zlokalizowane. – Ze statystyk Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że na tle ogółu firm, jeśli chodzi o solidność płatniczą, źle wypadają przedsiębiorstwa związane z górnictwem i wydobyciem, zajmujące się recyklingiem i gospodarowaniem odpadami, a także firmy transportowe oraz związane z zakwaterowaniem i gastronomią. W szeroko rozumianym przemyśle wyjątkowo trudnymi płatnikami są np. firmy wytwarzające i przetwarzające koks oraz produkty rafinacji ropy naftowej, a także producenci wyrobów tytoniowych – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Przedsiębiorcy tworzą PKB i zaległości
Śląsk, to drugie pod względem niespłacanego zadłużenia województwo w Polsce. Firmy z tego obszaru mają 3,4 mld zł zaległości. Ale to również drugi najważniejszy region pod względem wkładu do polskiego PKB, odpowiadający za ponad 12 proc. Produktu Krajowego Brutto. Ostatecznie, w tworzeniu PKB udział Śląska jest wyższy niż w tworzeniu zaległości przedsiębiorstw (11 proc.). Podobnie jest na Dolnym Śląsku, gdzie udział w PKB zarejestrowanych tam przedsiębiorstw jest wyższy niż w zaległościach. Taka pozytywna przewaga widoczna jest w największym stopniu w woj. opolskim, a także w woj. lubelskim, świętokrzyskim oraz małopolskim. Na plus prezentują się również woj. lubuskie i podlaskie.
Przeciwnie – największą przewagę udziału w zaległościach, nad wkładem w krajowe PKB widać w woj. zachodniopomorskim, a także, choć w mniejszym stopniu w woj. pomorskim, łódzkim, kujawsko-pomorskim i warmińsko-mazurskim. Które firmy mają problemy z solidnością płatniczą, każdy przedsiębiorca może sprawdzić w bazie BIG InfoMonitor, wystarczy, że poda NIP weryfikowanej firmy. – Praktyka pokazuje, że za każdym razem podpisując umowę warto zweryfikować potencjalnego, ale też wieloletniego kontrahenta. Jeśli firma jest wpisana do BIG z nieuregulowanym zobowiązaniem wobec kontrahenta, firmy leasingowej, czy ubezpieczyciela to wystarczające ostrzeżenie, by z rezerwą podejść do kontraktu – radzi Sławomir Grzelczak.
Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Najnowszy sierpniowy odczyt wyniósł (+13,7%), co oznacza, że w sierpniu 2019 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 13,7% w porównaniu z sierpniem 2018 r.
W sierpniu 2019 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało 35,07 tys. klientów w porównaniu do 35,46 tys. rok wcześniej – jest to spadek o 1,1%. Warto odnotować, że w lipcu br. takich klientów było 41,4 tys., czyli o 18% więcej niż w sierpniu. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w sierpniu 2019 r. wyniosła 278,73 tys. zł. i była o 10,0% większa niż rok wcześniej.
– Sierpniowa wartość indeksu była o 6,2 p.p. niższa w porównaniu do wartości z lipca br. (19,9%). Natomiast wysoki sierpniowy odczyt popytu na poziomie +13,7%, w stosunku do analogicznego miesiąca w roku ubiegłym, należy tłumaczyć wzrostem średniej wartości wnioskowanego kredytu o 10,0%.
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
Liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy w sierpniu 2019 r. była zbliżona do liczby wnioskujących w sierpniu 2018 r. – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.
Nadal utrzymuje się więc wysoki popyt na finansowanie nieruchomości kredytem bankowym. W ośmiu miesiącach 2019 r. łącznie 310,63 tys. osób wnioskowało o kredyt mieszkaniowy. W porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku jest to więcej o 15,12 tys., czyli o 5%.
Metodyka indeksu:
Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.
Tylko co trzeci Polak jest zadowolony ze swoich zarobków – wynika z najnowszych badań portalu zarobki.pracuj.pl. Serwis sprawdził także, jak Polacy postrzegają kwestie pensji, podwyżek i jawności płac. Jak pokazują wyniki raportu, pracownicy i kandydaci szukają jasnych i atrakcyjnych zasad wynagradzania. Z drugiej jednak strony mniej chętnie dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniami ze współpracownikami.
Polacy o zarobkach – w skrócie:
Ponad połowa badanych starała się o podwyżkę w ciągu ostatnich 2 lat.
4 na 10 badanych jest wyraźnie niezadowolonych ze swoich zarobków.
Badani najczęściej uważają, że umieją negocjować pensje.
Co czwarty badany twierdzi, że warunki podwyżek w jego firmie są niejasne.
Badani szukają w ofertach wysokości zarobków, ale niechętnie sami się nią dzielą.
Zarobki: pierwszy krok do zmiany
Na rynku coraz częściej słyszymy o tzw. rynku pracownika. Dane dotyczące rekrutacji w Polsce w ostatnich latach pokazują, że rywalizacja pracodawców o kandydatów nabiera tempa i staje się coraz trudniejsza. Czy jednak idą za tym lepsze płace, a co za tym idzie – większa liczba osób zadowolonych ze swoich zarobków? Najnowsze badania Pracuj.pl pokazują, że jesteśmy w tym zakresie mocno podzieleni. Najwięcej, bo 4 na 10 (39%) z badanych Polaków, nie jest zadowolonych z obecnego wynagrodzenia. Co trzeci myśli o swoich zarobkach pozytywnie, również co trzeci – nie ma na ten temat określonego zdania.
Radosław Żemło, Dyrektor Sprzedaży w Grupie Pracuj
Płace były, są i będą bardzo ważnym aspektem życia i jedną z pierwszych motywacji do rozwoju zawodowego. Już w ubiegłorocznych badaniach Pracuj.pl aż 71% respondentów, którzy decydowali się na zmianę pracy, jako główną motywację wskazywało wyższe zarobki. Trudno się więc dziwić, że oceny pracowników dotyczące własnych pensji są mocno podzielone. Rywalizacja pracodawców o pracowników napędza w wielu branżach ambicje płacowe kadr. To duże wyzwanie dla firm, które chcą przyciągać kolejne talenty – mówi Radosław Żemło, Dyrektor Sprzedaży w Grupie Pracuj.
Podobnie pod kątem liczb przedstawiają się opinie badanych dotyczące porównania ich poziomu zarobków w stosunku do posiadanych umiejętności i doświadczenia. Tylko 33% badanych uważa swoją pensję za adekwatną do swojego CV, negatywnie tą relację ocenia 37%. Co naturalne, największymi optymistami są pracownicy w wieku 18-24.
Niezadowolenie dużej części badanych może wynikać także z coraz szerszego dostępu do wiedzy o średnich zarobkach w wielu branżach. Aż 50% badanych przez zarobki.pracuj.pl twierdzi, że dobrze się orientuje w tym, jak wypadają na tle innych osób z branży pod kątem wynagrodzenia. Tylko 14% respondentów nie zgadza się z takim stwierdzeniem. Taka świadomość to ważna motywacja do zmiany pracy lub decyzji o negocjacji podwyżki.
Na serwisie zarobki.pracuj.pl można np. porównać zarobki z innymi osobami w konkretnej specjalizacji, województwie, w największych polskich miastach czy wśród absolwentów danego kierunku studiów. To pozwala zweryfikować, czy nasze zarobki są zgodne z rynkowym standardem.
Podwyżka: negocjacje
Według badań zarobki.pracuj.pl, starania o podwyżkę są wyzwaniem znanym większości badanych. W ciągu ostatnich dwóch lat starało się o nią 51% respondentów. Znacznie mniej, bo tylko co czwarty badany twierdzi, że podwyżki otrzymywał zawsze z inicjatywy przełożonego.
Negocjacji zarobków nie ułatwiają postawy części firm, w których pracownicy nie są świadomi, w jaki sposób i na jakich zasadach mogą ubiegać się o wyższe wynagrodzenie. To sytuacja, która dotyczy co czwartego badanego (24%). Jednocześnie jednak niemal połowa badanych (48%) określa system wynagradzania w ich firmie jako jasny i zrozumiały.
Jak podkreśla ekspertka Grupy Pracuj, Konstancja Zyzik, w tym kontekście pracownicy powinni zawsze dobrze przygotować się do rozmowy o podwyżce – niezależnie od oceny sposobu wynagradzania przez pracodawcę.
Starając się o podwyżkę, musimy się dobrze przygotować do rozmowy z przełożonym, wybrać dobry moment i pamiętać o kilku kluczowych kwestiach. Pierwszą z nich jest określenie swoich potrzeb finansowych – widełków płacowych. Drugim czynnikiem jest weryfikacja średnich wynagrodzeń branżowych. Trzecim – uzbrojenie się w konkretne przykłady wkładu w działalność firmy. Nawet przy dobrym przygotowaniu nie każda taka rozmowa przyniesie oczekiwany efekt. Nie musi to jednak oznaczać porażki. W przypadku odmowy warto pozostać otwartym i ustalić z przełożonym kroki, które według niego musimy podjąć, by uzyskać podwyżkę – mówi Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Capabilities Development Manager w Grupie Pracuj.
Co interesujące, wśród badanych jest więcej osób oceniających się jako dobrzy negocjatorzy, niż wystawiających sobie negatywną ocenę. 36% badanych uważa, że potrafią negocjować warunki i wysokość wynagrodzenia. Z tym stwierdzeniem nie zgadza się co czwarty badany (24%). Najwięcej, bo aż 40%, ocenia swoje zdolności negocjacyjne średnio.
Jawność pensji i zarobków
Badani Polacy twierdzą najczęściej, że posiadają wiedzę na temat zarobków branżowych. Jednocześnie w mniej, niż połowie przypadków oceniają politykę wynagrodzeń w ich firmie jako wyraźnie zrozumiałą. Jak te postawy łączą się z ich oczekiwaniami wobec jawności płac?
Pod tym względem ich postawy są mocno zróżnicowane – chcą znać wysokość zarobków, jakie oferują pracodawcy, ale znacznie mniej chętnie dzielą się własnym wynagrodzeniem. Aż 3 na 4 respondentów w najnowszym badaniu serwisu zarobki.pracuj.pl uważa, że „widełki” płacowe powinny znajdować się w ogłoszeniach o pracę. Tylko dla co piątego Polaka jest to obojętne, a tylko 6% – uważa, że nie powinny być one podawane.
Z drugiej jednak strony rzadko kiedy badani sami są źródłem jawnych danych o zarobkach. Tylko co czwarty respondent chętnie dzieli się informacją na temat swojej pensji z innymi osobami, co trzeci – nie ma określonego zdania w tej kwestii, a aż 42% robi to niechętnie.
Rozmowy o zarobkach w Polsce wciąż znajdują się często w sferze tabu. To postawa, która dotyczy zarówno wielu pracowników, jak i pracodawców. Wbrew częstym zarzutom wiele firm, które nie ujawniają wynagrodzeń, nie kieruje się np. małą konkurencyjnością płac. Jawność wynagrodzeń może też zależeć np. od skomplikowanej specjalizacji firmy, dużej różnorodności stanowisk, nietypowej polityki premiowej. To delikatny obszar i szanujemy postawy firm, ale widzimy trend rosnącej jawności. Również sami, jako Grupa Pracuj, obecnie publikujemy widełki zarobków w większości ogłoszeń, co jeszcze parę lat temu nie było standardem. Zachęcamy do tego także pracodawców – podsumowuje Radosław Żemło.
Premiera nowego iPhone’a jest zawsze wydarzeniem. Ale w ostatnich latach blask marki Apple słabnie, ponieważ skutecznie „pogryzają” ją konkurenci.
Szczególną uwagę inwestorów wzbudziły zapowiedzi związane z usługa streamingową Apple TV+ oraz szczegóły dotyczące cen najnowszych smartfonów. Urządzenia będą droższe od wcześniejszych modeli, jednak Tim Cook nie obawia się w związku z tym, że ich sprzedaż ucierpi. Pierwsza reakcja rynku na te doniesienia była pozytywna –akcje Apple bezpośrednio po konferencji zyskały 1,4%.
Najnowsze smartfony oferują m.in. zaawansowane, potrójne aparaty fotograficzne, wydajniejsze baterie i oczywiście stylowy design. Urządzenia będą jednak droższe od wcześniejszych modeli. Cena ma wahać się od 3600 zł do 7500 zł, czyli trzeba by na nie wydać równowartość jednej lub nawet dwóch średnich pensji.
Drogo? Inwestorzy uważają, że niekoniecznie. – Póki co bieżący rok jest dla Apple łaskawy, od dołków z pierwszych dni stycznia akcje spółki zyskała już 50%, a do szczytów wszech czasów brakuje niespełna 8% – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets.
Co więcej, pierwsza reakcja rynku na najnowszą premierę była pozytywna: akcje Apple bezpośrednio po konferencji zyskały 1,4%. W 2018 r., w tygodniu, w którym się ona odbywała, kurs akcji wzrósł o 3,7%, w 2017 r. zwyżkował o 1,5%, aby następnie spaść o 3%, a w 2016 r. pikował o 4,6%.
W ostatnim sprawozdaniu finansowym Apple zaraportował spadek sprzedaży smartfonów o 12%. To poważny problem, biorąc pod uwagę, że flagowe iPhone’y przynoszą firmie około połowy wszystkich przychodów. Analitycy wskazują jednak, że Apple może uratować udana ekspansja w Indiach: ułatwienie dostępu do tamtejszego, ogromnego rynku zbytu i przeniesienie tam części produkcji z droższych Chin.
– Biorąc pod uwagę, że rynek smartfonów kurczy się od siedmiu kolejnych kwartałów, a zawirowania wokół amerykańskich ograniczeń dla spółki Huawei mogą się również negatywnie odbić w kolejnych kwartałach, Apple musiałaby zaprezentować coś na prawdę wyjątkowego, żeby wzbudzić długofalowe zainteresowanie inwestorów – ocenia ekspert CMC Markets.
Dziś wielki finał kadencji Mario Draghiego. Na jej zakończenie odchodzący prezes EBC ogłosić ma kompleksowy, rozbudowany pakiet wspierania koniunktury by raz jeszcze spróbować tchnąć życie w chimeryczną europejską gospodarkę. Publiczność, czyli rynek ma jednak bardzo rozbudowane oczekiwania odnośnie do skali łagodzenia. W takiej sytuacji wielki finał może okazać się wielką klapą. Dla euro oznaczałoby to silne umocnienie.
Spodziewamy się obniżki stóp procentowych o 10 pb, wprowadzenia systemu różnicowania oprocentowania rezerw banków w krajach członkowskich (tzw. tiering) oraz restartu skupu aktywów w wysokości 30 mld euro na miesiąc przez kolejne trzy kwartały. Bezsprzecznie pakiet jest spory, ale rynek liczy na jeszcze bardziej radykalny ruch. W rezultacie, niespełnienie oczekiwań może w ostatecznym rozrachunku przynieść odreagowanie dotychczasowej słabości wspólnej waluty.
Minutki z lipcowego posiedzenia EBC oraz komentarze przedstawicieli banku dały jasno do zrozumienia, że na kolejnym posiedzeniu bank ogłosi pakiet składający się z obniżki stopy depozytowej w połączeniu z wprowadzeniem systemu kaskadowego penalizowania nadwyżkowych rezerw banków, wznowienia programu skupu aktywów i przeformułowania forward guidance. Na temat wszystkich tych instrumentów dyskutowano już w lipcu, jak również każdemu z nich towarzyszyły zastrzeżenia ze strony niektórych członków Rady. Mimo to rynek ma wyśrubowane oczekiwania. Ich budowie sprzyjały m.in. słowa Olliego Rehna. Stwierdził on, że EBC powinien wyjść ponad rynkowe oczekiwania i czasem „lepiej jest przeszacować z pakietem niż nie doszacować”. EBC musi pokazać, że jego arsenał jest szeroki i wspólny efekt kilku instrumentów jest dużo silniejszy niż każdy z osobna.
Obniżka stopy depozytowej jest oczywistym kierunkiem do rozszerzenia pakietu dostępnych dla EBC narzędzi. Biorąc pod uwagę, że stopa depozytowa już jest głęboko ujemna (-0,40 proc.) i skuteczność dalszych obniżek jest dyskusyjna z pewnym, negatywnym wpływem na sektor bankowy, najlepiej byłoby nie obniżać dalej oprocentowania i co najwyżej zostawić sobie taką opcję na przyszłość. Jednak sygnały z EBC z ostatnich tygodni zachęciły do zbudowania oczekiwań na obniżkę stóp procentowych i teraz zaniechanie mogłoby zostać zinterpretowane, że bank osiągnął dolny próg dla zmiany stóp procentowych i nie ma żadnych argumentów by wesprzeć koniunkturę. Dlatego oczekujemy obniżenia stopy depozytowej o 10 pb do -0,50 proc. Taka skala cięcia to najpopularniejsza prognoza, choć pojawiają się również liczne głosy za redukcją o 20 pb. Rynek stopy procentowej dyskontuje 13 pb obniżki i ok. 35 pb w perspektywie roku.
Niektóre negatywne skutki ujemnych stóp procentowych są bardziej ewidentne niż inne i EBC będzie musiał to wziąć pod uwagę. W lipcu prezes Draghi stwierdził, że bank szykuje środki mitygujące skutki obniżki stóp procentowych, co sugeruje wprowadzenie tzw. tieringu dla nadwyżkowych rezerw banków. Nadpłynność w europejskim sektorze finansowym jest rozłożona nierównomiernie – 75 proc. nadwyżkowych rezerw jest ulokowana w czterech krajach: Niemczech, Francji, Holandii i Luksemburgu. Ujemne stopy karzą w większym stopniu banki o lepszej sytuacji finansowej, stąd mechanizm stopniowania oprocentowania rezerw banków powinien niwelować obciążenia dla sektora. Jest to skomplikowane rozwiązanie, które wymaga oddzielnego wyjaśnienia przez EBC, ale na posiedzeniu oczekujemy przynajmniej komunikatu, że tiering będzie wprowadzony. Efektem ubocznym tieringu jest jednak osłabienie wpływu obniżki stóp procentowych jako narzędzia wspierania akcji kredytowej. Z tego powodu zachowawcza obniżka stopy depozytowej może być odebrana jako słaby instrument sygnalizujący dodatkowo, że w te-macie polityki stóp procentowych EBC nie może zrobić już nic więcej.
Dlatego też to wznowienie programu skupu aktywów jest postrzegane jako zasadniczy, centralny element pakietu luzowania monetarnego. Prognozy analityków wahają się zarówno co do wielkości miesięcznego wolumenu skup (30-70 mld EUR), jak i czasu obowiązywania programu (od 9 miesięcy do niesprecyzowanego końca). Komentarze niektórych członków Rady Prezesów wskazały, że poglądy na wznowienie skupu aktywów są sprzeczne Krytycy programu poddają w wątpliwość konieczność powrotu do skupu już teraz (Villeroy), nie widzą uzasadnienia w danych (Weidmann), wolą wstrzymać się na wypadek powrotu deflacji (Knot, Muller), traktują QE jako ostateczne rozwiązanie z uwagi na konieczność przesunięcia limitów zaangażowania (Lauteschlaeger) lub są po prostu sceptycznie do niego nastawieni (Holzmann).
Na tej podstawie zakładamy, że by osiągnąć kompromis warunki programu skupu aktywów będą mniej agresywne niż rynek liczy, tj. 30 mld EUR/mies. na przestrzeni 9 miesięcy z opcją rozszerzenia programu w terminie i wolume-nie. Oczywiście nie wyklucza to bardziej agresywnego skupu w przyszłości, ale z perspektywy „tu i teraz” może to być rozczarowująca decyzja.
Forward guidance powinien być ważnym elementem przekazu EBC. Z protokołu po lipcowym posiedzeniu wiemy, że bank rozważa przejście z kryterium czasowego na kryterium ilościowe dla ustalenia warunków odejścia od ultra-ekspansywnej polityki. Obecnie EBC przyjmuje, że stopy procentowe nie zostaną podwyższone „przynajmniej od połowy 2020 r.”. Oczekiwalibyśmy, że EBC powiąże utrzymywanie narzędzi ekspansji monetarnej do czasu osią-gnięcia celu inflacyjnego („blisko, ale poniżej 2 proc.”) lub zasugeruje gotowość do akceptacji jego tymczasowego przestrzelenia. Tak sformułowany forward guidance pozwoliłby oddalić w czasie oczekiwania dotyczące terminu normalizacji polityki, a bankowi centralnemu oferuje elastyczność w prowadzonej polityce. Ryzykiem dla tego rozwiązania jest istotne ingerowanie w kurs polityki pieniężnej na wiele kwartałów/lat, co może być kontrowersyj-ne przed objęciem steru przez nowego prezesa EBC. W końcu wrześniowe posiedzenie jest ostatnim pod wodzą Mario Draghiego.
Rynki wysoko ustawiły oczekiwania przed decyzją EBC i oczekują rozbudowanego pakietu ekspansji monetarnej. Przy szeroko kwestionowanej skuteczność niektórych instrumentów (ujemne stopy procentowe, skup aktywów) wydaje nam się bardziej prawdopodobne, że EBC zdecyduje się na rozwiązanie mniej agresywne, ale akceptowalne przez jak największą część Rady. Biorąc pod uwagę oczekiwania taki pakiet będzie rozczarowaniem, a przynajmniej zabraknie w nim impulsu mogącego istotnie osłabić euro. Jakkolwiek w pierwszej reakcji EUR może tracić (implikacja płynąca z obniżki stóp procentowych), tak nie spodziewamy się kontynuacji deprecjacji. Prędzej zakładalibyśmy, że uwaga inwestorów szybko przerzuci się na kolejne ważne wydarzenie – posiedzenie FOMC w przyszłym tygodniu. To powinno zachęcać do odwracania pozycji na EUR/USD i ucieczki od dolara. Dodatkowo gołębi pakiet EBC niesie ze sobą ryzyko zwrócenia uwagi prezydenta USA Donalda Trumpa, który potraktuje go w kategoriach próby zaniżenia wartości wspólnej waluty.
Terminal w kształcie trójkąta, z bursztynowym dachem, zintegrowane z koleją
lotnisko-miasto – m.in. takie koncepcje zaproponowali architekci inwestorowi Centralnego Portu Komunikacyjnego. Posłużą jako inspiracja podczas przygotowywania master planu lotniska, który ma być zlecony na początku przyszłego roku.
Spółka Centralny Port Komunikacyjny oraz Ambasada Wielkiej Brytanii zaprosiły do udziału w warsztatach architektonicznych w Warszawie projektantów z firm Woods Bagot, Populous i KPF. Celem spotkania było zapoznanie się z pomysłami projektantów na wstępną koncepcję CPK.
– Już po raz drugi zaprosiliśmy do współpracy architektów z bogatym portfolio zaprojektowanych i zrealizowanych inwestycji, żeby zapytać ich o to, jak Port Lotniczy Solidarność może wyglądać. Moment nie jest przypadkowy. Do końca października konsultujemy z partnerami branżowymi wymagania techniczne i operacyjne nowego lotniska. Naszym celem jest uzgodnienie założeń koncepcyjnych CPK z potrzebami przyszłych użytkowników – mówi Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. budowy CPK.
– Mamy nadzieję, że efekty prac brytyjskich architektów będą przydatne dla spółki budującej nowe lotnisko w centralnej Polsce, a docelowo korzystne dla przyszłych pasażerów. Cieszę się, że mogliśmy ułatwić wzajemne kontakty między CPK a branżą projektową– mówi Lech Kaczanowski, dyrektor DIT (Department for International Trade) z Ambasady Wielkiej Brytanii w Polsce.
KPF
Koncepcja KPF – Centralny Port Komunikacyjny (CPK; ang. Solidarity Transport Hub, STH)
Projektanci z pracowni KPF, którzy pracowali m.in. przy planowaniu lotnisk w Abu Dhabi, Amsterdamie i Seulu, wyszli z założenia, że – z uwagi na wygodę pasażerów CPK – odległość między centralną częścią lotniska – a najbardziej oddalonymi bramkami lotniskowymi nie może być zbyt duża. Ich celem było skrócenie czasu odpraw i ułatwienie przesiadek. W efekcie zaproponowali terminale w kształcie trójkątów: większy w ramach pierwszego etapu budowy CPK, a drugi, mniejszy jako etap drugi (jeśli będzie takie zapotrzebowanie w przyszłości).
– Trójkątny kształt terminala jest optymalny z architektonicznego punktu widzenia i niesie ze sobą wiele korzyści. Oznacza wygodę przemieszczania się, skrócenie czasu przesiadek i łatwość adaptowania przestrzeni. Nawiasem mówiąc, trójkąt to piękny kształt, przywołujący na myśl splecione dłonie i kojarzący się z solidarnością, która jest tak bliska polskiej tożsamości – wyjaśnia architekt Jens Hardvendel z KPF.
Poprzez swój krótszy bok trójkątny terminal byłby połączony z planowaną stacją kolejową linii dużych prędkości łączącej Warszawę, CPK i Łódź (docelowo także Poznań i Wrocław). Zdaniem KPF, czas dojazdu i płynność przesiadek z pociągu do samolotu i odwrotnie może zadecydować o sukcesie nowego lotniska.
Architekci zaprojektowali wnętrze terminalu CPK jako przestronną i pełną światła halę z przezroczystym dachem. Na jego szczycie umieścili pomarańczowe świetliki o nieregularnym kształcie, przywołujące na myśl tradycyjny polski bursztyn, którego złoża znajdziemy m.in. w Morzu Bałtyckim. We wnętrzu terminala znalazły się drzewa i donice z roślinnością, które mają stanowić czynnik „odstresowujący”. – Jeśli w związku z przesiadką spędzasz na lotnisku np. dwie-trzy godziny, wtedy doceniasz rozwiązania poprawiające komfort pasażerów – wyjaśniają projektanci KPF.
– Port przesiadkowy może pomóc budować pozytywny wizerunek danego kraju, czego przykładem jest lotnisko Changi w Singapurze. Warszawa to serce Europy, a na dodatek centrum regionu, w którym nie ma dużego hubu przesiadkowego, co oznacza, że istnieje ewidentna rynkowa nisza, którą Polska może wykorzystać – mówi Mustafa Chehabeddine, dyr. planowania w KPF. – Jako projektanci w najwyższym stopniu doceniamy fakt, że lotnisko będzie budowane od podstaw, jako tzw. greenfield. Ułatwia to stosowanie nowoczesnych rozwiązań i daje architektom szerokie pole do popisu – podkreśla.
Populous
Koncepcja Populous – Centralny Port Komunikacyjny (CPK; ang. Solidarity Transport Hub, STH)
Według projektantów z biura Populous w Londynie, CPK ma być „lotniskiem-miastem”, co stanowi bezpośrednie nawiązanie do koncepcji Airport City. Pracownia powołuje się na swoje doświadczenia z projektowania elementów lotnisk Changi w Singapurze i De Gaulle’a w Paryżu, ale także na projekty stadionowe, np. obiekty sportowe na Olimpiadę w Londynie w 2012 r.
W koncepcji Populousa podróż przez lotnisko rozpoczyna się w momencie, gdy podróżni wysiadają z pociągu na zintegrowanej z terminalem stacji kolejowej, ulokowanej na najniższej kondygnacji węzła. Hale odlotów i przylotów, salony business lounge itd. znajdują się najwyżej, podczas gdy środkowe piętra mają być częściowo otwarte na zewnątrz, tworząc przestrzeń publiczną nawiązującą miejscami do elementów polskiej architektury.
Przyjeżdżający na lotnisko będą mieli wybór: udać się bezpośrednio do kontroli bezpieczeństwa albo zostawić bagaż i korzystać z licznych atrakcji „lotniska-miasta” umieszczonych także w części ogólnodostępnej, przed strefą zastrzeżoną portu. – Nasz projekt ma wykraczać poza stworzenie zwykłej „przestrzeni przejściowej”, którą ludzie po prostu przechodzą w drodze do samolotu. Wyobraziliśmy sobie, że pasażer w drodze do bramki będzie czerpał swoistą przyjemność z tego, co widzi wokoło– wyjaśniają architekci Populousa.
Do wyboru będą miejsca do relaksu i wypoczynku (jak centrum SPA i masażu, czy wygodne miejsca do czytania), sportu (siłownia i basen), ale też do pracy i spotkań biznesowych, które będą mogły odbywać się np. w lotniskowych salkach konferencyjnych. W strefie rozrywki lotniska dostępne będą rozwiązania cyfrowe, interaktywne i VR (w ramach rzeczywistości wirtualnej), np. platformy do gier e-sportowych.
Projektanci zapowiadają przemyślane ulokowanie przestrzeni handlowych, w których znajdą się sklepy z różnych branż, z e-witrynami i możliwością zakupów w sieci. W tej strefie miałyby się znaleźć także restauracje z widokiem na pas startowy i otwartymi tarasami. W przestrzeni terminalu architekci z Populous nie zapomnieli także o miejscach dla rodzin z dziećmi, którym zaproponowali m.in. wewnętrzne i zewnętrzne place zabaw.
– Na podstawie badań opinii użytkowników portów lotniczych w różnych częściach świata zgromadziliśmy gigantyczną ilość danych, która pozwoliła na stworzenie mapy doświadczeń użytkowników. Uwzględnia ona oczekiwania różnych grup podróżnych względem każdego z etapów pobytu na lotnisku. Każdorazowo, projektując port lotniczy analizujemy szczegółowo przepływy strumieni pasażerów i ich zachowania, a dopiero na tej podstawie proponujemy optymalne rozwiązania –zapewnia architekt Brett Wightman, kierujący grupą Asia Pacific Aviation Populousa.
Projektanci zastrzegają, że zaprezentowana przez nich koncepcja lotniska to na razie wersja wstępna, a na dalszym etapie mogą pojawić się elementy nawiązujące do „ducha miejsca”: Polski i Europy Środkowo-Wschodniej.
Woods Bagot
Koncepcja Woods Bagot – Centralny Port Komunikacyjny (CPK; ang. Solidarity Transport Hub, STH)
Architektom z tej pracowni przyświeca hasło: „Lotnisko przyszłości nie zostało jeszcze zaprojektowane”. Przewidują np., że w przyszłości kontrola bezpieczeństwa może przebiegać zupełnie inaczej niż dzisiaj (np. odbywać bez potrzeby zatrzymywania się przy bramkach – za pośrednictwem specjalnych skanerów przy wejściu na lotnisko). Oznacza to, że koncepcja portu lotniczego powinna być elastyczna, modułowa i umożliwiać adaptację projektu przyszłego lotniska np. pod kątem nowych technologii.
Architektów Woods Bagot zachwycił polski krajobraz i zmieniająca się wraz z kolejnymi porami roku przyroda. W ich koncepcji w terminalu pojawiły się charakterystyczne sufity nawiązujące do wyglądu pni drzew i przywołujące na myśl polski las. Według architektów, w rejonie portu ma powstać park z ławkami, ze ścieżkami do spacerów, do jazdy na rowerze i na rolkach. Szklane ściany terminala mają pozwolić na podziwianie zielonych przestrzeni dookoła lotniska i relaks przed podróżą.
Jak twierdzą projektanci, przy tworzeniu koncepcji ważna jest unikalność miejsca. Dlatego ich zdaniem terminal Portu Lotniczego Solidarność powinien podkreślać gościnność Polski, a więc być otwarty nie tylko dla podróżnych, ale także dla odwiedzających, którzy przyszli na lotnisko, żeby spędzić na nim czas, zjeść posiłek, spotkać się ze znajomymi czy zrobić zakupy.
– Zależy nam na tym, żeby projekt był wyjątkowy, stymulował zmysły, ale jednocześnie był praktyczny i stawiał na łatwość podróżowania. Wszystko po to, by Port Lotniczy Solidarność stał się miejscem, do którego po prostu chce się wrócić. Coraz więcej podróżujemy, zawodowo i prywatnie, a latanie staje się stylem życia. Lotnisko przyszłości powinno stanowić więc chwilową ucieczkę przed stresem i problemami dnia codziennego. Być nie tylko miejscem oczekiwania na samolot, ale także strefą relaksu – podkreśla Cliff Bollmann, dyr. regionalny ds. rozwiązań transportowych Woods Bagot.
Woods Bagot, podobnie jak Populous, projektując lotnisko, monitoruje dane na temat pasażerów. Interesuje ich, jak podróżni poruszają się po terminalu, w których miejscach się zatrzymują, jakich utrudnień chcieliby uniknąć. Dopiero po zdefiniowaniu ścieżek, którymi przechodzą poszczególne grupy pasażerów, firma projektuje dokładne rozwiązania. – Intuicyjne odnajdowanie drogi prowadzącej do właściwej bramki, niezależnie od sposobu, w jaki przybyliśmy na lotnisko – pociągiem, autobusem czy samochodem. Właśnie po tym można poznać dobrze zaprojektowane lotnisko – wyjaśniają architekci z Woods Bagot.
– Możliwość zaprojektowania od podstaw, jako inwestycji greenfield, zupełnie nowego portu lotniczego, które może stać się kluczowym miejscem przesiadek w Europie Środkowo-Wschodniej, to ogromne wyzwanie, ale także wielka szansa dla każdej firmy architektonicznej. Do funkcjonowania portu niezbędny jest system kolejowy, który umożliwi pasażerom szybki dojazd na lotnisko. Port Lotniczy Solidarność ma wszelkie cechy lotniska przyszłości – mówi architekt Jonathan Leah z Woods Bagot.
– Warsztaty były owocnym połączeniem doświadczeń i wizji pracowni architektonicznych z wiedzą i oczekiwaniami inwestora. To, jak i poprzednie spotkanie, było głęboko inspirujące i może stanowić źródło pomysłów podczas tworzenia strategii i projektowania przyszłego lotniska, choć nie jesteśmy z góry zobowiązani do wykorzystania żadnej z zaprezentowanych koncepcji architektonicznych. Aktualnie kontynuujemy przygotowania do procesu planowania lotniska– mówi Franciszek Ryczer, dyrektor Biura Projektowania i Inżynierii Komponentu Lotniskowego CPK.
To już druga edycja polsko-brytyjskich warsztatów architektonicznych CPK. W pierwszych, które odbyły się pod koniec czerwca ub. roku, wzięły udział pracownie: Zaha Hadid Architects, Foster+Partners, Chapman Taylor, Grimshaw, Benoy i Pascall+Watson. Owocem tamtego spotkania były nowatorskie opracowania, które stały się źródłem inspiracji podczas prac planistycznych przy CPK.
W ramach planowania lotniska spółka CPK zakończyła I etap konsultacji strategicznych, czyli uzgodnień definicji portu lotniczego w ramach Programu CPK z partnerami branżowymi inwestycji (przewoźnikami, zarządcami infrastruktury, firmami handlingowymi, operatorami cargo, firmami spedycyjnymi, dostawcami paliw itd.). Wpłynęło ponad tysiąc uwag i propozycji dotyczących infrastruktury planowanego lotniska, m.in. obsługi samolotów, pasażerskiej, bagażowej, cargo, zaplecza technicznego itd. W efekcie powstał 350-stronicowy brief stategiczny, który obecnie – do końca października – jest konsultowany w ramach bardziej szczegółowych uzgodnień. Liczba podmiotów, które biorą udział w konsultacjach zwiększyła się, a zainteresowani mogą zgłaszać się poprzez dokonanie rejestracji na stronie internetowej spółki (są dopuszczani do procesu po ówczesnej weryfikacji przez CPK).
Niezależnie założenia lotniska opiniują także przewoźnicy lotniczy. Pod koniec maja został powołany przez Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) we współpracy z CPK Komitet Konsultacyjny (Airport Consultative Committee – ACC), który pomoże w zaplanowaniu nowego lotniska. Pierwsze spotkanie odbyło się 18 lipca w Warszawie. IATA zaprosiła do Komitetu wszystkich zainteresowanych przewoźników. Oprócz linii dotychczas operujących z Lotniska Chopina oraz innych sieciowych przewoźników, są to również tzw. linie niskokosztowe i cargo.
W sierpniu spółka Centralny Port Komunikacyjny ogłosiła pierwszy duży przetarg kolejowy: na inwentaryzacje przyrodnicze dla nowych linii kolejowych prowadzących do Portu Lotniczego Solidarność. W najbliższych dniach zostaną otwarte oferty, a umowa zostanie podpisana jesienią. Szacowana wartość zamówienia to ponad 26 mln zł. Inwentaryzacje są niezbędne na etapie pozyskiwania decyzji środowiskowych, które poprzedzają uzyskanie decyzji lokalizacyjnej i pozwolenia na budowę.
W ramach części kolejowej CPK ruszyła druga edycja Regionalnych Konsultacji Strategicznych, czyli wstępnych uzgodnienia przebiegu „szprych” z wojewodami, marszałkami i prezydentami w siedmiu stolicach województw: śląskim, małopolskim, świętokrzyskim, podkarpackim, lubelskim, warmińsko-mazurskim i podlaskim. W lipcu i sierpniu takie spotkania odbyły się m.in. w Warszawie, Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu.
Na przełomie 2019 i 2020 r. CPK planuje wskazać doradcę strategiczno-technicznego, czyli międzynarodowy podmiot z doświadczeniem inwestycyjnym w zakresie projektowania, budowy i zarządzania portami przesiadkowymi. Zadaniem doradcy będzie bieżąca współpraca ze spółką i jej wsparcie merytoryczne na każdym etapie realizacji projektu. Na początku przyszłego roku spółka CPK zleci plan generalny Portu Lotniczego Solidarność, czyli tzw. master plan. Będzie on zawierał m.in.: prognozy ruchu lotniczego, zwymiarowanie planowanej infrastruktury CPK i wstępny plan jej ulokowania, szczegóły etapowania budowy i ostateczny model biznesowy nowego portu lotniczego.
W lipcu decyzją Premiera RP Mateusza Morawieckiego spółka CPK została dofinansowana kwotą 300 mln zł, co jest efektem objęcia nowych udziałów przez Skarb Państwa. Rząd uznał CPK nie tylko za projekt strategiczny dla rozwoju Polski, ale także za opłacalną inwestycję. Według raportu PwC z kwietnia br., polski rynek lotniczy ma jeden z największych potencjałów wzrostu w całej Europie, a budowa hubu pod Warszawą jest uzasadniona m.in. prognozami ruchu i zakładaną stopą zwrotu. Według opracowania Baker McKenzie i Polityki Insight z maja br., powstanie CPK może przynieść Polsce od 4 do 7 proc. wzrostu PKB.
Osoby fizyczne uzyskujące dochód z kilku tytułów, na przykład od różnych pracodawców, często płacą niższe składki na ubezpieczenie społeczne niż osoby uzyskujące podobny dochód tylko z jednego tytułu. To zjawisko zwiększa liczbę osób zatrudnionych na nie oskładkowanych umowach zlecenie. Pracownik zawiera je z innym lub z tym samym pracodawcą, płacąc składki do ZUSu od innej umowy. Otrzymywanie dochodu z różnych tytułów jest charakterystyczne dla pewnych grup zawodowych. Federacja Przedsiębiorców Polskich chce to uporządkować.
– Obecna sytuacja, w której osoby uzyskujące dochód z kilku tytułów mają niższe obciążenia niż te, które uzyskują dochód z jednego tytułu, powoduje pewnego rodzaju problemy i wątpliwości interpelacyjne – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Gdyby zasady dotyczące zbiegu tytułów zostały uproszczone i uporządkowane, poziom obciążenia różnych form wykonywania czynności zawodowej zostałby wyrównany. Doprowadziłoby to także do ograniczenia zjawiska zatrudnienia na nie oskładkowanych umowach zlecenie – podkreśla Kozłowski.
Na rozwój medycyny w najbliższych latach największy wpływ będą mieć technologie m.in. z obszaru immunoterapii i leczenia biologicznego, a także nowoczesny sprzęt medyczny – podkreśla minister zdrowia Łukasz Szumowski. Wiele z tych innowacji będzie opartych na danych i ich analizie. Praca nad usprawnianiem i unowocześnianiem systemu ochrony zdrowia wymaga jednak ścisłej współpracy państwowych instytucji, przemysłu i środowiska naukowego.
– Technologie z obszaru farmakologii, immunoterapia i leczenie biologiczne będą mieć w najbliższych latach wpływ na rozwój medycyny. Ale również produktów medycznych nie należy oceniać jako mniej wartościowych niż leki, ponieważ stymulatory, defibrylatory i wiele innych urządzeń medycznych ratuje i podtrzymuje życie – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Szumowski, minister zdrowia.
Innowacje w medycynie – obejmujące zarówno nowe technologie, informatyzację, jak i nowe leki – pozwalają zwiększać efektywność terapii, przyspieszyć diagnostykę i optymalizować koszty opieki zdrowotnej. Firmy medyczne i farmaceutyczne są zresztą jednymi z najbardziej innowacyjnych pomiotów gospodarki – według danych GUS prawie co drugi producent leków w Polsce wprowadza na rynek produkty innowacyjne. Jednak – jak podaje związek Infarma – wprowadzenie nowego produktu leczniczego na rynek trwa średnio 12 lat i kosztuje blisko 4 mld zł, a tylko 1 na 8 tys. cząsteczek ostatecznie staje się lekiem. W tej chwili medycyna największe nadzieje wiąże m.in. z terapiami genowymi i immunoterapią. Medyczne innowacje są jednak czaso- i kosztochłonne, dlatego sektor potrzebuje wsparcia i zachęt m.in. do współpracy ze środowiskiem naukowym oraz komercjalizowania nowych technologii i leków.
– Mamy zachęty w postaci trzech państwowych agencji: Narodowe Centrum Nauki, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Agencji Badań Medycznych, które finansują pomysły, prototypy i badania kliniczne. Do tego mamy również wsparcie w postaci Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej – mówi Łukasz Szumowski.
Wsparcie finansowe dla niekomercyjnych badań klinicznych i innowacji w polskiej medycynie ma zapewnić Agencja Badań Medycznych. Państwowy instytut odpowiada za rozwój badań naukowych w dziedzinie nauk medycznych i nauk o zdrowiu oraz analizę ich wpływu na polską służbę zdrowia. Innymi słowy, będzie decydować o tym, które nowe technologie medyczne i metody terapeutyczne powinny zostać do niej wdrożone.
– Agencja Badań Medycznych w swoich głównych założeniach zajmuje się niekomercyjnymi badaniami klinicznymi oraz ścieżką wdrażania innowacji do systemu ochrony zdrowia. Chcemy finansować polskie technologie, leki i nowe wdrożenia, żeby wchodziły do systemu i stawały się dostępne dla polskich pacjentów – mówi dr Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.
Polski rynek badań klinicznych jest wart około 2 mld zł, przy czym 98 proc. z nich ma charakter komercyjny, finansowany przez przemysł farmaceutyczny. Te niekomercyjne – zainicjowane przez naukowców i nienastawione na zysk – stanowią raptem 2 proc., podczas gdy europejska średnia sięga ok. 30 proc.
Prezes ABM podkreśla, że kolejnym perspektywicznym obszarem – i obecnie jednym z głównych trendów w ochronie zdrowia – jest też wykorzystanie danych.
– Agencja ma możliwość agregowania danych z ZUS-u, GUS-u oraz NFZ-u. To oznacza, że będziemy w stanie całościowo spojrzeć na polski rynek ochrony zdrowia – mówi Radosław Sierpiński. – Wiedza, która wypływa z analizy danych medycznych, ma znaczenie dla optymalizacji kosztowej systemu. Jesteśmy w stanie śledzić ścieżki pacjentów, sprawdzać, w którym momencie pacjent jest najbardziej kosztowny, gdzie się w systemie gubi i na tej podstawie niwelować te przeszkody.
– Analiza danych medycznych to podstawa dla efektywnej służby zdrowia. Dlatego tak ważna jest ich standaryzacja, ale też wymiana między ośrodkami. Pacjent najpierw udaje się do lekarza pierwszego kontaktu, przeprowadzającego wywiad medyczny i badania, a następnie słyszy diagnozę. Później trafia do szpitala albo kilku różnych, więc jego dane znajdują się w wielu ośrodkach. Ich scalenie w jedną cyfrową dokumentację medyczną, na podstawie której lekarz stawia diagnozę i zaleca leczenie, to najbardziej efektywny scenariusz zarówno z perspektywy pacjenta, jak i kosztów systemowych. Wdrożenie tego rodzaju rozwiązań to jedna z domen naszego działania, którą mamy nadzieję rozwijać w Polsce – mówi Reinier Schlatmann, prezes Philips w krajach Europy Środkowej i Wschodniej.
Według raport Future Health Index tylko 11 proc. lekarzy w dużych (50–199 pracowników) i bardzo dużych (powyżej 200 pracowników) podmiotach leczniczych w Polsce udostępnia na zewnątrz informacje medyczne o stanie zdrowia pacjentów, podczas gdy średnia w badanych krajach wynosi 32 proc.
Prezes Philips na region CEE podkreśla też, że jedynym sposobem na osiągnięcie postępu w ochronie zdrowia jest współpraca pomiędzy organami rządowymi, przemysłem a kręgami akademickimi.
– Polski rynek dysponuje szeroką gamą kluczowych czynników sukcesu, takich jak dostępność dobrze wyszkolonej kadry i instytucje gotowe do współpracy. Jeśli dodamy do tego współpracę z firmami takimi jak nasza, to otrzymamy gotowy przepis na stworzenie lokalnych rozwiązań przeznaczonych na polski rynek – mówi Reinier Schlatmann.
Philips ma w Polsce osiem ośrodków referencyjnych, wspólnie z którymi pracuje nad nowymi rozwiązaniami w obszarach takich jak onkologia, kardiologia czy radiologia. Współpracuje również z instytucjami i specjalistami z ośrodków badań klinicznych na całym świecie.
– Korzystamy zatem z wiedzy dostępnej w obrębie polskiego rynku, ale jednocześnie przyczyniamy się do rozwoju polskiej służby zdrowia. Możemy więc mówić o pewnego rodzaju symbiozie – mówi Reinier Schlatmann.
Kierowcy, którzy poruszają się samochodami elektrycznymi, będą mogli również ładować je ekologiczną energią z odnawialnych źródeł. Taką możliwość jako pierwsza w Polsce wprowadza firma PGE dzięki współpracy dwóch spółek ze swojej grupy kapitałowej. Na mocy gwarancji przekazanych przez spółkę PGE Energia Odnawialna cała energia elektryczna wykorzystywana do ładowania samochodów w sieci PGE Nowa Energia pochodzić będzie ze źródeł odnawialnych.
– Elektromobilność, tak jak energia odnawialna, ma służyć transformacji energetycznej w kierunku gospodarki niskoemisyjnej, czystszego powietrza. Często nieuzasadnione są uwagi krytyczne, że samochody elektryczne i tak są ładowane na prąd z energii konwencjonalnej. Oczywiście dzieje się tak, bo w Polsce większość energii elektrycznej jest wytwarzana w źródłach konwencjonalnych. My jednak mamy możliwość, żeby zasilać stacje ładowania zieloną energią elektryczną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Sekściński, prezes zarządu PGE Energia Odnawialna.
Należąca do grupy PGE spółka PGE Energia Odnawialna jest obecnie największym w Polsce producentem zielonej energii. Należy do niej 14 farm wiatrowych, 29 elektrowni wodnych, 4 elektrownie szczytowo-pompowe oraz farma fotowoltaiczna na Górze Żar. Rocznie spółka produkuje ponad 2 terawatogodziny (TWh) energii elektrycznej z OZE.
– Sukcesywnie zmieniamy oblicze Grupy Kapitałowej PGE, tym samym całej energetyki, w kierunku coraz bardziej zielonej energii. Już dziś jesteśmy liderem w zakresie wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych i naszym celem jest umacnianie tej pozycji. Rozwijamy morską energetykę wiatrową i projekty fotowoltaiczne, więc ten wolumen zielonej energii będzie coraz większy – mówi Paweł Śliwa, wiceprezes PGE ds. innowacji.
PGE Energia Odnawialna zawarła umowę z inną spółką z tej samej grupy kapitałowej – PGE Nowa Energia. Ta druga jest właścicielem i operatorem stacji ładowania pojazdów elektrycznych. Obecnie dysponuje ponad 50 punktami w 14 miastach w Polsce. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca odnotowała ponad 1,5 tys. sesji ładowania samochodów elektrycznych na swoich obiektach, a ta liczba rośnie co miesiąc średnio o 10 proc.
Na mocy umowy PGE Energia Odnawialna sprzeda PGE Nowej Energii gwarancje pochodzenia energii elektrycznej z OZE w wolumenie 370 MWh do wykorzystania do końca tego roku (kolejne zostaną udostępnione w kolejnych latach). Takie gwarancje – wydawane przez URE – są potwierdzeniem, że wprowadzona do sieci energia została wytworzona ze źródeł odnawialnych.
– Skoro ustawa o odnawialnych źródłach energii daje możliwość, aby konsument energii decydował o tym, czy korzysta z energii ze źródła zielonego, błękitnego, brunatnego czy czarnego, to w przypadku samochodów elektrycznych bardzo dobrze byłoby, żeby ta energia była zielona. Korzystając z możliwości ustawy o OZE, dokonaliśmy transakcji sprzedaży gwarancji pochodzenia na ilość energii, którą określili właściciele tych stacji ładowania – podkreśla Arkadiusz Sekściński.
Tym samym grupa PGE jako pierwsza oferuje możliwość doładowania samochodu elektrycznego w pełni zieloną energią na wszystkich swoich stacjach.
– Planujemy, że do końca roku będziemy w stanie udostępnić od 80 do 100 nowych punktów ładowania pojazdów elektrycznych, zarówno tzw. wolnych, jak i szybkich – mówi Kazimierz Więcek, członek zarządu PGE Nowa Energia. – W tej chwili, na mocy zawartej umowy, mamy zagwarantowane 100 proc. zielonej energii do końca roku. Natomiast w kolejnych latach, w związku z nowo otwieranymi punktami ładowania samochodów elektrycznych, na pewno będziemy ten wolumen powiększać. Będziemy dążyć do podpisania umowy ramowej, która pozwoli nam kupić energię ze źródeł odnawialnych całkowicie pokrywającą potrzeby zasilania stacji ładowania samochodów elektrycznych.
Duże ośrodki biznesowe i akademickie pozostają lokomotywą innowacyjności, dając województwom mazowieckiemu, małopolskiemu, dolnośląskiemu i pomorskiemu czołowe miejsca w rankingu najbardziej innowacyjnych regionów Banku Millennium. Jednak to Lubelszczyzna w ciągu ostatnich 5 lat najmocniej poprawiła swój potencjał innowacyjny. Pozytywnie wyróżnia się też województwo łódzkie, awansując na 7. lokatę. Katalizatorami innowacji są nie tylko wydatki na badania i rozwój, wynalazki i patenty, lecz także zaufanie i współpraca w regionach.
– Czołówka najbardziej innowacyjnych regionów pozostaje niezmienna od kilku lat. Są to województwa mazowieckie, małopolskie, dolnośląskie, a także pomorskie. To, co łączy te regiony, to fakt bycia dużym ośrodkiem gospodarczym, biznesowym. Jednocześnie są to duże ośrodki akademickie, które zaopatrują biznes i firmy w liczną i dobrze wykształconą kadrę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium.
Czwarta edycja rankingu „Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów” wskazuje, że rozbudowana baza naukowa oraz badawczo-rozwojowa w tych ośrodkach wspiera rozwój innowacyjności. W przypadku województwa dolnośląskiego wpływa na nią przede wszystkim wydajność pracy – efekt wysokiego udziału produktywnego górnictwa i przetwórstwa przemysłowego. Pomorskie z kolei jest silnym ośrodkiem badawczo-rozwojowym, z dużą grupą absolwentów kierunków techniczno-przyrodniczych.
– Patrząc na wyniki rankingu „Indeksu Millennium” w ostatnich latach, warto zwrócić uwagę na dwa regiony. Województwo lubelskie w ciągu ostatnich 5 lat najbardziej poprawiło swój potencjał innowacyjności i lokuje się na 6. pozycji, czyli relatywnie wysoko, biorąc pod uwagę mniejszy potencjał gospodarczy. W tym roku wyróżnia się też Łódź, która przesunęła się na 7. lokatę, i co ciekawe, wyprzedziła w ten sposób województwo wielkopolskie – wymienia Grzegorz Maliszewski.
Łódź stopniowo odbudowuje swoją pozycję ośrodka przemysłowego, a centralna lokalizacja, coraz lepsza infrastruktura i obecność dużego ośrodka akademickiego sprawiają, że potencjał regionu rośnie.
Na dole rankingu znajdują się województwa warmińsko-mazurskie, lubuskie i świętokrzyskie. Są stosunkowo mało uprzemysłowione i mają słabo rozbudowaną infrastrukturę edukacyjną, co sprawia, że trudno gonić im czołówkę.
– To, co zwraca uwagę w tych regionach, to relatywnie efektywni innowatorzy. Dysponując mniejszymi nakładami i zasobami, osiągają oni relatywnie wyższe efekty w postaci czy to wydajności pracy, czy to liczby uzyskanych patentów. Ale biorąc pod uwagę skalę tych regionów, jest im trudniej nadganiać dystans do liderów – ocenia ekonomista Banku Millennium.
Jak podkreśla Maliszewski, tegoroczne badanie „Indeks Millennium” uwidoczniło, że na wzrost potencjału gospodarczego i innowacyjnego regionów duży wpływ ma dobra współpraca między firmami, instytucjami i ośrodkami naukowymi oraz wzajemne zaufanie. To czynniki, które mogą się stać katalizatorami innowacyjności. Przykładem mogą być Lubelszczyzna i Podkarpacie, gdzie potencjał innowacyjny jest wyższy niż ich siła gospodarki.
– Zaufanie i współpraca pozwalają zrozumieć potrzeby wszystkich uczestników procesu gospodarczego, zarówno przedsiębiorstw, jak i samorządów czy uczelni wyższych. Współpraca nie tylko pomiędzy regionami, lecz także pomiędzy tymi ośrodkami na poziomie lokalnym pozwoli bardziej efektywnie wykorzystać zlokalizowane w tych regionach zasoby i stworzyć przyjazny ekosystem innowacyjności dający efekty synergii w postaci poprawy efektywności i usprawnień. Te zaś dają wymierne korzyści gospodarcze – tłumaczy ekspert.
Wzrost innowacyjności regionów ma bezpośrednie przełożenie na atrakcyjność inwestycyjną Polski. Inwestorów przyciąga nie tylko tania siła robocza, lecz także stabilność gospodarcza i wykształcone kadry, które są zdolne do wytwarzania nowatorskich rozwiązań. Do spełnienia tych warunków kluczowa jest współpraca różnych ośrodków na różnych płaszczyznach.
– W gospodarce konieczne jest stworzenie sprawnego ekosystemu innowacji, kultury innowacyjności, która pozwoli wdrażać efekty prac badawczo-naukowych. Jest to szczególnie ważne w regionach, które dysponują mniejszymi zasobami kadrowymi i finansowymi, aby te, które są ponoszone, dawały wymierne korzyści gospodarcze – wskazuje Grzegorz Maliszewski.
Tylko w I półroczu 2019 r. zarobki Ukraińców w Polsce wzrosły o 10 proc. W ciągu 5 lat wzrost ten sięgnął już 70 proc. Wyższe zarobki mogą jednak nie wystarczyć, by zatrzymać Ukraińców na krajowym rynku pracy. Decyzja niemieckiego rządu o obniżeniu barier dla wykwalifikowanych pracowników spoza Unii Europejskiej może oznaczać, że w efekcie z Polski wyjedzie 250 tys., a nawet 500 tys. Ukraińców. – Tylko jeśli stworzymy dla nich warunki do pracy i do życia, mamy szansę zatrzymać pracowników – mówi Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service.
– Przez ostatnie 5 lat wynagrodzenia pracowników z Ukrainy wzrosły aż o 70 proc., ale tylko w tym roku – według naszych badań – wzrosną o 20 proc. – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service.
Z danych Personnel Service wynika, że jeszcze w 2014 roku średnie zarobki pracowników z Ukrainy utrzymywały się w okolicach 7,3 zł netto za godzinę. Obecnie oscylują ok. 12 zł netto na godzinę, ale np. na budowie Ukrainiec zarobi 18 zł netto na godzinę. W przetwórstwie i branży produkcyjnej zarobki są nieco niższe (odpowiednio 12,5 zł oraz 12 zł netto na godzinę), a w usługach, czyli m.in. gastronomii, hotelarstwie czy fryzjerstwie, pracownik ze Wschodu zarobi 11,75 zł netto na godzinę. Najniższą stawkę godzinową (11,5 zł netto na godzinę) oferuje rolnictwo.
Nawet wyższe zarobki mogą jednak nie wystarczyć, by zatrzymać Ukraińców w Polsce. To przede wszystkim efekt decyzji Niemiec o obniżeniu barier dla wykwalifikowanych pracowników spoza Unii Europejskiej.
– Już teraz widać, że Niemcy robią to bardzo profesjonalnie. Wynajmują hotele na granicy polsko-niemieckiej, gdzie szkolą pracowników z Ukrainy z języka i prawa niemieckiego, z tego, w jaki sposób odnaleźć się w społeczeństwie niemieckim, jak ubiegać się o dłuższe pobyty. Druga istotna kwestia to wynagrodzenia. Na rynku niemieckim są 3–4 razy wyższe niż w Polsce – podkreśla Krzysztof Inglot.
Personnel Service szacuje, że w efekcie otwarcia niemieckich granic z Polski może odpłynąć nawet 250 tys. Ukraińców. Nie tylko specjalistów, lecz także słabiej wykwalifikowanych pracowników, którzy trafią do szarej strefy.
– Jeżeli granica zostanie otwarta od stycznia, to liczba Ukraińców, którzy opuszczą Polskę, może dojść do pół miliona. To jest prawie 50 proc. wszystkich obecnych w polskich firmach pracowników z Ukrainy. To może być duży problem dla dalszego szybkiego wzrostu polskiej gospodarki – ocenia prezes Personnel Service.
Ekspert ocenia, że aby zatrzymać Ukraińców w Polsce, potrzebny jest system dodatkowych zachęt i stworzenie odpowiednich warunków do życia i ściągania tu rodzin. To np. pakiet ubezpieczeń społecznych, dostęp do służby zdrowia i umożliwienie edukacji ich dzieciom.
– Tak jak niemiecki rząd przygotowuje się i szkoli pracowników z Ukrainy, zachęcając ich do przyjazdu, tak my robimy na odwrót. Dajemy im 6-miesięczne oświadczenia, na podstawie których przyjeżdżają na krótkie okresy, przez co pracują na czasowe zatrudnienie, a potem wracają na Ukrainę i tam wydają zarobione pieniądze. Nie robimy nic, żeby ściągać całe rodziny, żeby dzieci szły do żłobków, a pracownicy wydawali pieniądze na dobra konsumpcyjne w Polsce, budując VAT i podatek dochodowy – przekonuje Inglot.
Odpływ Ukraińców to zła wiadomość dla polskiej gospodarki. Zwłaszcza że jak wynika z raportu PwC („Rosnąca luka na rynku pracy w Polsce. Jak ją zniwelować?”), do 2025 roku Polska będzie potrzebować dodatkowych 1,5 mln pracowników.
– Jedyną alternatywą są dalekowschodnie rynki takie jak Nepal czy Indonezja, ale już wiemy, że np. pracownicy z Filipin nie sprawdzają się na polskim rynku. Jest więc alternatywa, ale bardzo daleka, bardzo kosztowna i bardzo niedostosowana do realiów polskiego społeczeństwa – ocenia Krzysztof Inglot.
Zgodnie z informacjami ministerstwa rolnictwa susza dotknęła ponad 200 tys. gospodarstw rolnych w całej Polsce, ale szacowanie strat trwa. Prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych podkreśla, że sytuacja jest trudna, a niewielkie ilości opadów utrudniają rolnikom przygotowanie gleby pod jesienną orkę. Jak podkreśla, obiecane przez rząd dopłaty 1 tys. zł do hektara w przypadku 70-proc. strat w uprawach tylko w niedużym stopniu pokryją realne straty rolników. Konsumenci powinni się liczyć ze wzrostem cen owoców i warzyw ze względu na niższe plony i niższą podaż.
– Suszę mamy praktycznie w całym kraju. Najbardziej dotknięte zostały nią województwa lubuskie i wielkopolskie, częściowo także zachodniopomorskie, kujawsko-pomorskie, łódzkie i mazowieckie. Powierzchnia zgłoszonych upraw to około 3 mln hektarów i ok. 200 tys. gospodarstw rolnych poszkodowanych wskutek suszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.
Jak podkreśla, sytuacja nadal jest trudna, ilość opadów we wszystkich wymienionych województwach jest niewielka, co przekłada się na niski poziom wilgotności gleb. To przysparza rolnikom problemów m.in. z przygotowywaniem gleby pod jesienne orki i ma wpływ na wschody rzepaku.
– Najbardziej ucierpiały w tym roku zboża jare i ziemniaki, sadownicze uprawy, gdzie nie ma nawodnień. Uprawy pozostałych roślin także dotknęła susza, widać ją zwłaszcza w kukurydzy, burakach cukrowych, a także w zbożach ozimych. Zwłaszcza gdy gleby są słabsze, plony są, ale znacznie niższe i gorszej jakości – mówi Wiktor Szmulewicz.
Jak poinformował w ubiegłym tygodniu minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski, wciąż liczone są straty spowodowane suszą, co może potrwać do końca września.
– Biorąc pod uwagę wszelkie spadki plonów, nawet tam, gdzie plony były przyzwoite, ale niższe od spodziewanych, straty są rzędu nawet kilkunastu miliardów złotych. Czym innym jest kwestia szacowania strat przez komisje, które oceniają stany zbóż czy roślin na podstawie tego, co jest – mówi Wiktor Szmulewicz. – Nie wszyscy rolnicy zgłaszają swoje straty, np. jeśli to dotyczy małej powierzchni. Wtedy te szacunki mogą być znacznie niższe i to może być na poziomie kilku miliardów złotych.
Minister zapowiedział też, że rolnikom zostaną pokryte finansowo wszystkie straty, łącznie z dopłatą do hektarów (1 tys. zł powyżej 70 proc. strat w uprawach).
– Koszty najprostszej uprawy to są dzisiaj kwoty rzędu około 2–3 tys. na hektar. Im roślina bardziej intensywna, tym koszty są wyższe. Jeżeli rząd planuje, i dobrze, wypłatę najwyższą w kwocie odszkodowania 1 tys. zł na hektar powyżej 70 proc. strat, to wciąż jest bardziej pomoc socjalna, a nie pokrywająca realne straty – mówi Wiktor Szmulewicz.
Prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych ocenia, że susza i spadek plonów raczej nie przełożą się na wzrost cen płodów rolnych i towarów takich, jak cukier, zboża, chleb, mleko czy wieprzowina, ponieważ wpływają na nie inne czynniki. Przykładowo, w cenie chleba udział surowca, czyli mąki i zboża, wynosi ok. 10–20 proc., a reszta to koszty zużytej energii, paliwa do transportu etc. Wzrosnąć mogą za to ceny produktów świeżych, czyli owoców i warzyw.
– Najczęściej w przypadku artykułów świeżych i z polskich pól, czyli warzyw podstawowych czy owoców miękkich, cena kształtuje się w zależności od tego, jaka jest podaż. Jeżeli podaż na rynku jest mniejsza, a popyt mniej więcej stały, wtedy te ceny mogą wzrosnąć – mówi Wiktor Szmulewicz.
Technologia OLED jest coraz popularniejsza. Pozwala na stosowanie cieńszych, jaśniejszych i wyraźniejszych wyświetlaczy niż LED. Możliwe są całkowicie elastyczne ekrany, które można złożyć lub zwinąć. Opracowano już przezroczysty dach samochodu w technologii OLED, zasilany energią słoneczną. Firmy motoryzacyjne planują wprowadzić też oświetlenie OLED. Także producenci telewizorów i ekranów wprowadzają kolejne udogodnienia. Panasonic już od kilku lat pracował nad technologią przezroczystych OLED-ów. Początkowo tylko w formie prototypów, jednak najnowsza wersja wejdzie na rynek konsumencki w przyszłym roku.
– Rynek telewizorów zmieniał się przez wiele lat. Pojawiła się technologia 4K, teraz technologie się zmieniają, pojawia się OLED, który rzeczywiście jest dużą zmianą na rynku. Kiedyś 4K było bardzo drogie, jednak technologia ta się upowszechniła. OLED-y także stają się teraz coraz bardziej powszechne. Myślę, że na przestrzeni 2–3 lat ta technologia zacznie zastępować obecne technologię – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Sebastian Węgielski z Panasonic Europe.
Telewizory LED są znacznie cieńsze i jaśniejsze niż ich poprzednicy: plazmy, telewizory LCD i CRT lub wyświetlacze z lampą elektronopromieniową. Wyświetlacze OLED pozwalają z kolei na wyświetlanie jaśniejszych i wyraźniejszych obrazów niż LED. Dzięki technologii OLED możliwe są też całkowicie elastyczne ekrany, które można złożyć lub zwinąć.
Podczas IFA 2019 Panasonic zaprezentował swoją zaktualizowaną koncepcję przezroczystego ekranu OLED. Telewizor wygląda jak stylowa gablotka z drewnianą ramką, zza której widoczne są różne przedmioty. Po włączeniu telewizora obiekty są już całkowicie zasłonięte, a zestaw wyświetla zawartość jak zwykły telewizor OLED.
– W najnowszym prototypie zastosowaliśmy technologię dimming piel. Możemy pokazywać czarne kolory. To już jest zupełnie inny wymiar transparentnego OLED-a niż był 2–3 lata temu. 55-calowy telewizor oferuje niesamowitą jakość obrazu. Coś, co tak naprawdę nie jest żywe, za dotknięciem jednego guzika zaczyna już być zupełnie inne i zupełnie żywe – podkreśla Sebastian Węgielski.
Przezroczyste wyświetlacze nie są nową koncepcją. Już w 2015 roku Samsung zademonstrował lustrzane i przezroczyste wyświetlacze OLED. Także LG wyprodukowało przezroczyste i elastyczne ekrany OLED. O ile jednak w ich przypadku poziom nasycenia czerni był niewystarczający, o tyle Panasonic, dzięki ulepszonemu filtrowi przyciemniania czerni, tworzy większy kontrast.
– Rozważamy czy transparentny OLED sprzedawać na rynku konsumenckim czy B2B. Na pewno jednak podjęliśmy decyzję, że chcemy go wprowadzić na rynek już w 2020 roku – zapowiada Sebastian Węgielski.
Technologia ma jednak znacznie szersze zastosowanie. Audi np. zamierza wprowadzić nową technologię oświetleniową OLED, która wykorzystuje wielosegmentowe moduły tylnego światła OLED, które mogą wyświetlać znaki i informacje. W 2013 roku Philips i BASF połączyły siły, aby wynaleźć oświetlony, przezroczysty dach samochodu zasilany energią słoneczną. Z technologii korzystają jednak przede wszystkim producenci smartfonów i telewizorów. Sony właśnie ogłosiło dwa nowe mikrowyświetlacze OLED o wysokiej jasności do 3000 cd/m2 – są to najjaśniejsze ekrany OLED w historii Sony (poprzednie miały do 1000 cd/m2 ). Wyświetlacze znajdą zastosowanie w wizjerach aparatów czy okularach z rozszerzoną rzeczywistością.
Według analityków IHS Markit w 2018 roku sprzedano 2,5 mln egzemplarzy telewizorów OLED, co pozwoliło uzyskać przychody rzędu 6,5 mld dol. Dla porównania telewizorów LCD sprzedano w tym samym czasie 216 mln sztuk.
Kiedy prawie dziesięć lat temu kryzys zadłużenia uderzył w strefę euro, niemiecka gospodarka pomogła wyprowadzić z kłopotów takie państwa jak Grecja, Portugalia czy Hiszpania. Obecnie Unia Europejska staje wobec dylematu, czy kraje te są wystarczająco silne, by udźwignąć spowolnienie w niemieckiej gospodarce?
Niemcy znajdują się na skraju recesji po tym, jak w drugim kwartale roku gospodarka Niemiec skurczyła się o 0,2 procent. Dla porównania, Hiszpania przeżywa gwałtowny wzrost, a nawet gospodarka portugalska i grecka rozwijają się. Rozkwitająca turystyka, dynamiczny rozwój budownictwa i stały wzrost zatrudnienia, kraje Europy Południowej pomagają zrekompensować słabe wyniki Niemiec.
Ale czy to wystarczy? W miarę jak gospodarka Stanów Zjednoczonych wydaje się zwalniać, Chiny tracą impet, a Brexit nabiera rozpędu, czy Europa może uniknąć spowolnienia?
Pytanie może mieć decydujące znaczenie dla Europy i kluczowe dla Stanów Zjednoczonych. Unia Europejska i Stany Zjednoczone są dla siebie nawzajem największymi partnerami handlowymi, a spowolnienie w Europie byłoby kolejnym obciążeniem dla amerykańskiej gospodarki w czasie, gdy rynki obligacji już migają sygnały ostrzegawcze.
Większość ekonomistów nie przewiduje jeszcze ogólnoeuropejskiej recesji, ale martwi ich perspektywa. Jest niewielka szansa, że Unia Europejska może się rozwijać, gdy niemiecka kuleje.
Jeśli Europa utrzyma więcej ciosów gospodarczych, takich jak brak handlu Brexit, załamanie długu we Włoszech czy eskalacja wojny handlowej, ryzyko recesji jest dość wysokie.
Niektórzy ekonomiści są bardziej pesymistyczni.
„Euroland zmierza w kierunku recesji” – twierdzi Carl Weinberg, główny ekonomista w High Frequency Economics. Weinberg przytoczył liczne wskaźniki problemów: mniejsza produkcja przemysłowa w strefie euro, badania wskazujące na pogarszające się nastroje menadżerów oraz spadek światowego handlu.
Stan europejskiej gospodarki będzie sprawdzianem dla Christine Lagarde, która w październiku zastąpi Mario Draghiego na stanowisku prezesa Europejskiego Banku Centralnego. Draghi ma ogłosić nowy pakiet środków stymulacyjnych, ale pani Lagarde będzie musiała zastanowić się, co bank centralny może zrobić, jeśli sytuacja się pogorszy.
Niemcy mają największą gospodarkę strefy euro, która odpowiada za ponad jedną czwartą produkcji. Lista krajów Unii Europejskiej, które liczą Niemcy jako swojego partnera handlowego nr 1, jest długa. Są to Francja, Włochy, Holandia, Belgia, Słowacja, Szwecja i Włochy.
Relacje te czasami graniczą z zależnością. Niemcy odpowiadają za 27% handlu zagranicznego Polski. Wielka Brytania, partner handlowy Polski nr 2, stanowi zaledwie 6 procent, według danych Banku Światowego.
Innym zagrożeniem jest to, że Wielka Brytania opuści Unię Europejską bez porozumienia z Brukselą, powodując chaos w przepływie towarów przez kanał La Manche. A sprzedaż samochodów spada na całym świecie, zagrażając ważnemu źródłu miejsc pracy w krajach takich jak Włochy, Francja i Słowacja. Taryfy celne prezydenta Trumpa na szereg produktów importowanych z Chin oraz na stal i aluminium w Europie zakłóciły funkcjonowanie łańcuchów dostaw.
Niemcy są szczególnie narażone na napięcia handlowe, ponieważ eksport stanowi prawie połowę produktu krajowego brutto kraju. Gospodarka naszych zachodnich sąsiadów jest też najbardziej wrażliwa na spowolnienie w przemyśle samochodowym, ponieważ motoryzacja jest ich największą branżą eksportową.
W Europie wyrzuca się średnio ok. 179 kg żywności/osobę rocznie. Szacuje się, że w samej Polsce wynik ten wynosi aż 235 kg, gdzie do kosza najczęściej trafia aż 50% kupionego pieczywa oraz 1/3 warzyw i wędlin. Skutki takiego marnotrawstwa odbijają się nie tylko na domowym budżecie, ale mają również wymiar ekonomiczny, społeczny i ekologiczny. To, co kupujemy i w jakich ilościach, ma realny wpływ na otaczające nas środowisko oraz zmiany klimatu.
Marnotrawstwo żywności wywiera negatywny wpływ na wiele aspektów naszego życia. Mało kto ma świadomość, że ponad 20% produkcji gazów cieplarnianych dotyczy produkcji, przetwarzania oraz transportu żywności. Powstający w czasie psucia się żywności metan, jest prawie dwudziestokrotnie bardziej niebezpiecznym gazem cieplarnianym niż CO2. Ponadto, produkcja żywności wymaga dużych nakładów ze strony środowiska, głównie wody i energii, które są marnotrawione wraz z wyrzuconą żywnością. Wyrzucenie do kosza 1 kg wołowiny wiąże się ze zmarnowaniem od 5 do 10 ton wody użytej na jej wyprodukowanie.
Marnotrawstwo żywności jest nie tylko szkodliwe dla środowiska, ale również nieuzasadnione ekonomicznie. Przyczynia się ono do zwiększenia konsumpcji żywności, co w przypadku pojawienia się ograniczeń jej dystrybucji, może skutkować wzrostem cen żywności. To z kolei może spowodować, że dla większości konsumentów zakup pełnowartościowej żywności nie będzie możliwy, przez co będą oni kupować produkty gorszej jakości, co przyczyni się do tzw. ubóstwa jakościowego konsumowanych dań. Mimo że obecnie w produkcji żywności obowiązuje głównie odwrotny trend, wywołany efektem skali i koszt jednostkowy produktów spożywczych spada, tego typu sytuacje już się dzieją. W 2009 roku Oscar Nogueira ostrzegał, że rosnąca popularność jagód acai, będących dla wielu mieszkańców amazońskiej dżungli głównym źródłem protein, sprawia, że „typowe jedzenie biednych ludzi staje się czymś w rodzaju przysmaku”, osiągając status „superfood”[1]. Problem polega na tym, że mieszkańcy krajów wysokorozwiniętych w przeciwieństwie do Indian mają znacznie większy dostęp do bogatej w składniki odżywcze żywności. Niestety, w związku z panującym trendem, coraz częściej jagody acai, zamiast trafiać do społeczności lokalnej, kierowane są na eksport. Wątek moralny nie jest tu bez znaczenia. Marnowanie żywności przez konsumentów z „bogatej Północy” jest zwyczajnie nieetyczne ze względów na problem ubóstwa oraz biedy na świecie. W jaki sposób można zatem temu zapobiec?
Unia Europejska w walce z marnotrawieniem jedzenia
Problem nie mógł zostać niezauważony przez Parlament Europejski. W nowelizacji dyrektywy odpadowej dodana została kategoria „odpady żywności” oraz zapisy dotyczące redukcji, prewencji, budowania świadomości, monitoringu i przekazywania nadwyżek żywności. To nie wszystko. Państwa członkowskie powinny wprowadzić środki mające na celu promowanie zapobiegania powstawania oraz redukcji odpadów żywności. Zgodnie z Agendą na rzecz zrównoważonego rozwoju 2030, przyjętą przez Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych (ONZ) w dniu 25 września 2015 r., środki te powinny mieć na celu zapobieganie powstawania odpadów żywności i zmniejszenie ich wytwarzania w produkcji podstawowej, przetwórstwie i produkcji, w sprzedaży detalicznej i innej dystrybucji, w restauracjach i usługach gastronomicznych oraz w gospodarstwach domowych. Państwa członkowskie powinny dążyć do osiągnięcia orientacyjnego ogólnounijnego celu zmniejszenia ilości odpadów żywności o 30% do 2025 r. i o 50% do roku 2030. Co więcej, państwa członkowskie powinny wprowadzić zachęty do zbierania niesprzedanych produktów spożywczych na wszystkich etapach łańcucha dostaw żywności oraz wspierać bezpieczne przekazywanie ich dalej, w tym organizacjom charytatywnym. Kolejnym krokiem będzie podjęcie środków mających na celu zachęcanie do recyklingu, w tym kompostowania i fermentacji bioodpadów, a także zachęcanie do stosowania materiałów powstałych z bioodpadów. Wszystko w sposób zapewniający wysoki poziom ochrony środowiska.
Twój wybór ma znaczenie
14 sierpnia 2019 roku Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności. Na jej podstawie sprzedawcy żywności w placówkach o powierzchni sprzedaży powyżej 250 m kw. będą zobligowani do zawierania umów z organizacjami pozarządowymi o nieodpłatnym przekazywaniu jedzenia na cele społeczne, a także są zobowiązani do opłat za każdy kilogram marnowanej żywności. Niestety, jak wynika z danych Eurostatu, sprzedaż hurtowa i detaliczna odpowiada jedynie za 5% strat, podczas gdy gospodarstwa domowe za 42% marnowanej żywności. Właśnie dlatego decyzje zakupowe pojedynczych osób mają tak ogromne znaczenie.
Więcej informacji o tym, jak można zapobiegać zmianom klimatu już wkrótce na stronie h
Podczas spotkania we wrześniu, Rada Polityki Pieniężnej podjęła decyzję o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%.
Wydźwięk komunikatu po spotkaniu Rady był dwojaki. Z jednej strony jego istotna część poświęcona była informacjom o pogarszającej się globalnej sytuacji gospodarczej (i działaniach oraz sugerowanych planach działań decydentów z Fed oraz EBC w tym kontekście). Z drugiej natomiast komunikat wskazuje na cały czas dobrą sytuację gospodarczą w Polsce.
Podczas konferencji prasowej po spotkaniu, prezes RPP oraz towarzyszący mu członkowie Rady obecni na konferencji (prof. Łon oraz prof. Sura) zdawali się sugerować, że stopy procentowe w najbliższym czasie najpewniej pozostaną niezmienione. Prof. Łon stwierdził, że należy odsunąć myśl o podwyżkach stóp procentowych, wskazując, że skłaniałby się raczej w stronę decyzji po drugiej stronie spektrum możliwości – jest to komentarz zbieżny z jego wcześniejszą retoryką, jako najbardziej gołębiego członka RPP.
W kontekście wzrostu gospodarczego prof. Glapiński ponownie określił sytuację w Polsce mianem „cudu gospodarczego”, wskazując, iż – pomimo pogarszającej się sytuacji globalnej oraz lekko spowalniającego tempa ekspansji w kraju – koniunktura w polskiej gospodarce oraz jej perspektywy pozostają dobre.
W kontekście inflacji warto przytoczyć wypowiedź prof. Sury, który zwrócił uwagę, iż pomimo tego, że inflacja w ostatnim czasie rośnie szybciej od założeń, jest to związane przede wszystkim z kwestiami tymczasowymi (m.in. ze wzrostem cen żywności w konsekwencji zmian pogodowych oraz problemem ASF w Chinach). Prezes Glapiński również zdaje się nie obawiać wyższej inflacji, sugerując też – odpowiadając na liczne pytania dziennikarzy dotyczące tej kwestii – że wysokie podwyżki płacy minimalnej do 2023 roku, planowane przez PiS nie powinny zaowocować istotnie wyższą dynamiką cen.
Podsumowując, zdaniem RPP sytuacja w kraju oraz jej perspektywy są dobre, a inflacja powinna pozostawać umiarkowana. Kredytobiorcy cały czas raczej nie mają powodów do obaw. Obecnie wygląda na to, że stopy procentowe niemal na pewno pozostaną stabilne przez całość 2019 r., a może i dłużej.
W Polsce tematem gospodarczym numer jeden jest wizja wzbogacania się społeczeństwa przez gwałtowne podnoszenie płacy minimalnej. Dzisiaj po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej odbędzie się konferencja prasowa prezesa NBP, czyli będzie to idealny moment do zapoznania się z opinią jednego z najważniejszych organów państwa odnośnie do tego pomysłu.
Czy polski regulator wykona jakiś krok?
Dzisiaj kończy się posiedzenie RPP i poznamy decyzję w sprawie ewentualnych zmian stóp procentowych. Analitycy są zgodni, że do żadnej korekty nie dojdzie. Jednak wielu z nich czeka na konferencję prasową po spotkaniu zarządu. W szczególności na komentarz NBP w sprawie wpływu na gospodarkę zmian proponowanych przez partię rządzącą (i najprawdopodobniej kontynuującej rządy po październikowych wyborach). Możliwe, że szef największego ugrupowania postanowił uprzedzić wszelkie spekulacje i w porannym wywiadzie poinformował o swojej rozmowie z prezesem NBP, która utwierdziła go w przekonaniu, że przedstawione propozycje nie będą miały negatywnego wpływu na polski system ekonomiczny. Mimo to istotnym pytaniem pozostaje kwestia, jak gwałtowny wzrost wynagrodzeń wpłynie na inflację? Skoro chcemy podnosić pensję minimalną o 15%, a dalszy wzrost średniej pensji zakładamy w okolicach 7%, to taka sytuacja może powodować presję na wzrost cen. Gdyby rzeczywiście miało do tego dojść, to scenariusz obniżek stóp procentowych byłby niemal nierealny. W rezultacie, biorąc pod uwagę zapowiadane cięcia w innych krajach, byłby to sygnał umacniający złotego.
Słabe dane z Hiszpanii
Dzisiaj rano poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej z Hiszpanii. Oczekiwany wzrost miał wynieść zaledwie 1,5% w skali roku. Wynik był jednak mocno poniżej tych i tak słabych przewidywań i zatrzymał się na poziomie 0,8%. Pomimo tego, że usługi stały się główną częścią gospodarki, to wzrost produkcji przemysłowej w dalszym ciągu uchodzi za bardzo ważny parametr. Jego spowolnienie sugeruje w niedługim czasie również zdławienie wzrostu PKB, który w Hiszpanii w dalszym ciągu utrzymuje się powyżej 2%, ale wyraźnie spowalnia w ostatnich kwartałach.
Zmiany kadrowe w USA
Prezydent Donald Trump poinformował o zwolnieniu doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego Johna Boltona. Sama decyzja największy wpływ miała na rynek ropy naftowej, gdzie już doszło do spadku cen. Analitycy uważają, że następca na tym stanowisku będzie bardziej umiarkowany w kwestii Iranu, a to może przywrócić tamtejszą ropę do światowego handlu. Z drugiej strony warto przyjrzeć się spadającym notowaniom prezydenta. W sondażach popiera go coraz mniej Amerykanów. W rezultacie możemy być świadkami odcinania się amerykańskiego przywódcy od najbardziej skrajnych postaci w gabinecie w celu walki o wyborców środka sceny politycznej. Głównym powodem spadku popularności lokatora Białego Domu są obawy przed recesją. Wielu ekspertów uważa, że z tego powodu jego uwaga w o wiele większym stopniu skupi się na wewnętrznych kwestiach gospodarczych, a nie światowej polityce oraz stosunkach międzynarodowych i dlatego właśnie postanowił wymienić trzeciego już w tej kadencji doradcę ds. bezpieczeństwa.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Zespół inżynierów REbuild ukończył pierwszy wielkoformatowy wydruk z użyciem autorskiej, w pełni funkcjonalnej drukarki 3DCP (3D Construction/Concrete Printing) do betonu. Jest to pierwszy w Polsce budynek wydrukowany z użyciem tej technologii.
Zespół REbuild
Betonowy budynek w Otrębusach
Branża budowlana jest jedną z ostatnich wielkich branż, która nie została zautomatyzowana. Obserwując trendy rynkowe i rozwój koncepcji typu Przemysł 4.0, podjęliśmy wyzwanie polegające na połączeniu budownictwa i druku 3D. Stworzyliśmy drukarkę 3DCP i autorską mieszankę betonową, a zwieńczeniem tego etapu prac jest ten wydrukowany budynek – mówi dr inż. Michał Kowalik, prezes zarządu REbuild. Do tej pory maszyna drukowała mniejsze obiekty, takie jak ławki, stoły czy grille. Jej przeznaczeniem są jednak budynki i pod tym kątem jest ona stale rozwijana. To pierwszy tego typu wydruk w Polsce z wykorzystaniem betonu – dodaje.
Budynek ma 7 mkw. Do jego wydruku zużyto ok. 6 ton betonu. Obecnie można zobaczyć go w siedzibie firmy w Otrębusach pod Warszawą.
3D w 13 godzin
Beton to jeden z najpowszechniejszych materiałów wykorzystywanych w budownictwie. Stawianie budynków to obecnie proces wymagający znacznego zaangażowania wykwalifikowanego personelu, środków oraz surowców. Wykorzystanie druku 3D może w tym względzie zrewolucjonizować oblicze branży i znacznie ją zautomatyzować. Inżynierowie REbuild szacują, że ich wynalazek pozwoli na wydrukowanie domu, którego koszty mogą stanowić jedynie połowę (do 80 proc.) obecnej ceny budowy, a wydruk podobny do tego w Otrębusach, zajmie nie więcej niż 13 godzin.
Innowacyjna drukarka 3DCP do betonu
Zespół rozpoczął prace nad maszyną w 2018, jednak kluczowe dla rozwoju drukarki okazało się ostatnie 5 miesięcy od czasu pozyskania inwestorów i 250 tys. euro na rozwój wynalazku. Środki te pozwoliły przyspieszyć prace rozwojowe nad ekstruderem (głowica drukująca), systemem podawania mieszanki czy napędami. REbuild jest także w trakcie procesów certyfikacji i pisania norm dla druku 3D w budownictwie oraz ma na swoim koncie badania ponad 60 mieszanek i kilka autorskich zapraw. Spółka przygotowała również kilkanaście wniosków patentowych (w tym dwa międzynarodowe), a w najbliższym czasie planuje tę liczbę powiększyć.
Przyszłością branży budowlanej jest BIM (Building Information Modeling), budownictwo ekologiczne, recykling, automatyzacja procesów oraz duże wykorzystanie prefabrykatów. Drukarka, którą stworzyliśmy jest odpowiedzią na te potrzeby sektora – wyjaśnia dr inż. Rafał Perz, członek zarządu REbuild.
Zespół ma w najbliższych planach dalszy rozwój technologii 3DCP. Przede wszystkim chcą oni jako pierwsi na świecie wdrożyć technologię automatycznego układania zbrojenia i budowy szalunków. Inżynierowie spółki stawiają na dalszy rozwój własności intelektualnej (IP), sprzedaż drukarek i usług typu druk na zamówienie wyposażenia ogrodowego, małej architektury, nietypowych elementów konstrukcyjnych czy małych budynków.
– Gospodarka o Obiegu Zamkniętym to niezbędny kierunek do wzmocnienia naszej konkurencyjności względem rynków europejskich i światowych – ocenia przyjętą przez rząd mapę drogową GOZ prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik. I dodaje, że ideę GOZ należy realizować na wielu poziomach, m.in. poprzez specjalne zachęty dla przedsiębiorców czy edukowanie samych konsumentów.
Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski
Jak podkreśla Związek Cyfrowa Polska, zrzeszający największe w Polsce firmy z branży nowoczesnych technologii, od dawna wspiera on wdrażanie idei GOZ w Polsce, ponieważ jest to jedyna droga, by nasza gospodarka była innowacyjna oraz konkurencyjna. – Taka mapa drogowa, którą opracowało Ministerstwo Przedsiębiorczości była przez naszą branżę od dawna oczekiwana. Bo wdrażanie w życie GOZ to nie tylko zapisy w ustawie, ale szereg działań około regulacyjnych, jak np. wytworzenie pewnej kultury, promowanie dobrych praktyk czy budowanie świadomości zarówno wśród przedsiębiorców, urzędników, jak i konsumentów – mówi Michał Kanownik.
Cyfrowa Polska zgadza się z priorytetami wyznaczonymi przez MPiT do wdrażania GOZ w Polsce, jak choćby współpracę pomiędzy przemysłem i sektorem nauki, stworzenie europejskiego rynku na surowce wtórne czy rozwój sektora usług.
– Bezdyskusyjnie zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny jest źródłem wielu cennych surowców, których ponowne przetworzenie jest tańsze niż wydobycie. A co ważne, odzysk tych surowców pozwoli uniezależnić się od ich importu spoza Unii – mówi prezes Związku. I zaznacza: – Trzeba jednak pamiętać, że dojście do Gospodarki o Obiegu Zamkniętym to długi proces, który będzie wymagał współpracy na linii administracja – przedsiębiorcy. Ważne to będzie w zwłaszcza w pierwszej fazie, by zrekompensować przedsiębiorcom nieuniknione koszty, by dostosować swój biznes – np. linie produkcyjne – do nowych wymagań. Zdaniem Michała Kanownika rząd powinien zachęcać przedsiębiorców do przechodzenie na GOZ np. poprzez ulgi lub zwolnienia podatkowe, specjalne dopłaty, dodatkowe punkty w przetargach dla administracji czy szybkie ścieżki przy załatwianiu spraw administracyjnych. – Zachęty dla przedsiębiorców wspierające ideę GOZ zaprocentują nowymi modelami biznesowymi, co w rezultacie będzie pozytywne dla samych konsumentów – dodaje prezes Cyfrowej Polski.
Związek zauważa też ważną rolę właśnie konsumentów w funkcjonowaniu GOZ. – Dziś konsumenci nie wiedzą, czy kupując sprzęt jest on całkowicie nowy czy też pochodzi z reuse. A przecież powinni mieć świadomość i sami wybierać czy kupują np. coś co jest przetworzone, ale generuje mniej odpadów i jest tańsze czy też nie – podkreśla Michał Kanownik. I dodaje: – Dlatego sądzę, że konsumentów należy edukować, że rynek nie jest jednorodny i że sami mogą mieć na niego wpływ.
Najwięcej zwolenników przelewów natychmiastowych jest wśród przedstawicieli pokolenia Z, czyli urodzonych po 2000 r. Aż 42% przedstawicieli tej grupy wiekowej uważa, że przelewy natychmiastowe powinny być standardem.
Przekonanie to jest bardzo popularne praktycznie we wszystkich analizowanych grupach (zawsze niemal lub nieco powyżej 30% wskazań).
Jeśli chodzi o standardowe działania podejmowane w chwili wyboru sposobu płatności w czasie zakupów w e-sklepach, to w każdym pokoleniu 37% badanych przez Kantar TNS szuka na stronie sklepu logotypu swojego banku (za wyjątkiem grupy 61+). Z kolei logotypu preferowanego systemu płatności, takiego jak Paybynet, szuka na stronie ok. 16% badanych.
Jednocześnie gotówką przy odbiorze zakupów w e-sklepach chętniej płacą najmłodsi. Niemal 44% przedstawicieli pokolenia Z przedkłada gotówkę nad elektroniczne metody płatności. W pozostałych grupach wiekowych odsetek ten oscyluje wokół 35%. Nie ma w tym sprzeczności, bo jednocześnie wielu młodych ludzi nie ma jeszcze konta bankowego bądź wystarczająco dużych na nim oszczędności.
– Jednym z powodów, dla których kupujemy online, jest chęć oszczędzenia czasu, który musielibyśmy przeznaczyć na wizytę w tradycyjnych sklepach. Ta chęć przyspieszenia procesu zakupowego powoduje również, że wybieramy narzędzia umożliwiające jak najszybszą płatność: czy to przelew natychmiastowy, czy też szybką płatność internetową, np. Paybynet – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Barbrich z ZBP.
Automatyzacja stwarza więcej możliwości niż zagrożeń – tak uważa 63% polskich pracowników, którzy wzięli udział w badaniu przeprowadzonym przez PwC. Dodatkowo, 67% respondentów pozytywnie postrzega wpływ technologii na swoją obecną pracę, choć zdaje sobie sprawę, że konieczne będzie zdobycie nowych kompetencji, by utrzymać się na rynku pracy. Gotowość do uczenia się oraz przekwalifikowania wyraża aż 89% badanych, znacznie więcej niż na świecie.
Z danych zebranych w raporcie PwC „Upskilling Hopes & Fears” wynika, że pracownicy w Polsce optymistycznie patrzą na proces automatyzacji pracy. 63% twierdzi, że automatyzacja stwarza więcej możliwości niż zagrożeń (globalnie takie zdanie wyraziło 50% badanych). 46% jest zdania, że automatyzacja stwarza ryzyko dla istnienia pewnych miejsc pracy (54% odpowiedzi globalnie).
Patrząc na zmiany jakie zachodzą na rynku pracy w związku z transformacją cyfrową, większość respondentów (75% w Polsce, 76% na świecie) jest zdania, że ich praca znacznie się zmieni, ale raczej w dłuższej perspektywie, 6-10 lat. Spośród tych, którzy pozytywnie oceniają wpływ nowych technologii na rynek pracy, 40% (41% globalnie) ma nadzieje, że nowe narzędzia będą w stanie rozwiązać ważne problemy, a 41% (39% globalnie) spodziewa się, że ich praca stanie się ciekawsza.
76% prezesów firm na świecie jako główne wyzwanie dla rozwoju biznesu wskazuje na dostęp do kluczowych kompetencji. Bardzo wielu szefów przedsiębiorstw, szczególnie w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, mówi o rosnących problemach z rekrutacją pracowników. W Polsce automatyzacja pracy z jednej strony może częściowo rozwiązać problem pogłębiającej się luki na rynku pracy, z drugiej zaś rodzi po stronie pracodawców odpowiedzialność za rozwój umiejętności swojej kadry, która musi nauczyć się pracy w cyfrowym środowisku. – Adam Krasoń, prezes PwC na Polskę, Ukrainę i kraje bałtyckie.
Nowa rzeczywistość, nowe kompetencje
Jak zauważają eksperci PwC, głównym powodem, dla którego polscy pracownicy obawiają się automatyzacji jest to, że może ona całkowicie przejąć ich zadania – taką możliwość zakłada 60% badanych.
Pracownicy w Polsce są bardzo świadomi zmian, jakie zachodzą w związku z cyfryzacją. Ich praca już teraz wygląda inaczej niż jeszcze kilka lat temu, a tempo transformacji nie zwalnia. W związku z tym większość z nich za oczywiste uznaje konieczność zdobywania nowych umiejętności, dopasowanych do zmieniającej się rzeczywistości. Chęć podnoszenia kompetencji, a nawet przekwalifikowania, wyraża 89% badanych, przy średniej globalnie na poziomie 77%. – Jan Tokarski, lider transformacji, partner w PwC.
Obecnie 87% osób, które wzięły udział w badaniu PwC w Polsce, przyznaje, że aby lepiej zrozumieć nowe technologie, uczestniczy w kursach i szkoleniach (77% globalnie). Dlatego też, jedynie 18% respondentów w Polsce (24% globalnie) obawia się, że może nie mieć odpowiednich kompetencji do wykonywania pracy w przyszłości, a 15% twierdzi, że nie będzie w stanie zdobyć nowych umiejętności.
Ogromną rolę w procesie dopasowywania wiedzy pracowników do nowej rzeczywistości odgrywają pracodawcy. Obecnie – zdaniem badanych – 73% pracodawców zapewnia możliwość udziału w szkoleniach w zakresie kompetencji cyfrowych. Jednak tylko 27% pracowników bierze w nich udział, a 71% kształci się indywidualnie.
Postęp w zakresie digitalizacji wykluczy wiele zawodów w ciągu najbliższych kilkunastu lat. Z drugiej strony – istniejące zawody i stanowiska pracy podlegać będą dynamicznej transformacji. Powstanie też wiele nowych zawodów, wymagających zupełnie innych niż dzisiaj umiejętności, zwłaszcza w obszarze cyfrowym. Zwiększone wymagania rynku w tym zakresie będą miały największe znaczenie dla obszaru edukacji publicznej i zawodowej. – Jan Tokarski, lider transformacji, partner w PwC. Spośród 11 krajów, które wzięły udział w badaniu, pracownicy w Chinach i Indiach najbardziej pozytywnie oceniają wpływ nowych technologii na rynek pracy, pomimo wyrażanego przekonania, że ich praca znacząco się zmieni. Pracownicy w tych krajach mają także więcej okazji do rozwijania umiejętności cyfrowych: odpowiednio 97% i 95% z nich otrzymuje taką możliwość od swoich pracodawców. Z drugiej strony, pracownicy w Wielkiej Brytanii i Australii twierdzą, że mają najmniej możliwości zyskiwania nowych kompetencji, co wyraźnie przekłada się na ich mniej optymistyczne podejście do cyfryzacji i automatyzacji pracy.
O badaniu PwC Upskilling Hope & Fears
Badanie zostało przeprowadzone w lipcu 2019 na łącznej próbie 22098 osób z 11 krajów: RPA, Niemiec, Holandii, Indii, Australii, Francji, Singapuru, Chin, USA, Wielkiej Brytanii i Polski. W Polsce odpowiedzi udzieliło 2010 respondentów.
Przez ponad 12 lat organy administracji publicznej ustalały kwotę należnego właścicielce gruntu odszkodowania za wywłaszczoną nieruchomość. Gdy już to uczyniły, to w sposób dla niej krzywdzący, zaniżający jego wysokość, bo jak stwierdził Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu w wyroku z 9 lipca 2019 r., konsekwentnie pomijały przedstawione przez właścicielkę dowody, naruszając przepisy Konstytucji, które, dopuszczając wywłaszczenie, nakazują czynić to pod warunkiem zapłaty słusznego odszkodowania (sygn. akt II SA/Op 25/19).
Jak stanowi art. 134 ust. 1 ustawy o gospodarce nieruchomościami (Dz.U. 1997 nr 115, poz. 741, ze zm., dalej: u.g.n.), podstawę ustalenia wysokości odszkodowania za wywłaszczoną nieruchomość stanowi jej wartość rynkowa. Z kolei ust. 3 precyzuje, że wartość tę określa się według aktualnego sposobu użytkowania nieruchomości. Zgodnie z zasadą korzyści wyrażoną w ust. 4: „Jeżeli przeznaczenie nieruchomości, zgodne z celem wywłaszczenia, powoduje zwiększenie jej wartości, wartość nieruchomości dla celów odszkodowania określa się według alternatywnego sposobu użytkowania wynikającego z tego przeznaczenia” (Dz.U. 1997 nr 115, poz. 741, ze zm.).
Właścicielka czeka na odszkodowanie już ponad 13 lat
Na mocy przepisów ustawy z dnia 29 kwietnia 1985 r. o gospodarce gruntami i wywłaszczeniu nieruchomości (Dz.U. 1985 nr 22, poz. 99) dokonano podziału nieruchomości na potrzeby wydzielenia działki pod budowę obwodnicy drogowej. 12 grudnia 2005 r. właścicielka gruntu wystąpiła do organu o ustalenie i zapłatę na jej rzecz odszkodowania za przejętą na potrzeby drogi publicznej nieruchomość. Czas na to zgodnie z art. 73 ust. 4 Ustawy z dnia 13 października 1998 r. – Przepisy wprowadzające ustawy reformujące administrację publiczną (Dz.U. 1998 nr 133, poz. 872, ze zm., dalej: p.w.u.r.a.p.) miała od 1 stycznia 2001 r. do 31 grudnia 2005 r.
Ostateczną decyzję w sprawie nabycia z mocy prawa przez Skarb Państwa własności przedmiotowej działki wojewoda wydał 4 sierpnia 2006 r. Próbę ustalenia odszkodowania wielokrotnie podejmował organ pierwszej instancji, decyzjami z dnia 6 grudnia 2007 r., 9 listopada 2009 r., 19 maja 2011 r., 31 grudnia 2012 r., oraz 24 marca 2017 r. Jednak wszystkie te decyzje zostały uchylone przez wojewodę, a rozstrzygnięcie sprawy przekazane do ponownego rozpoznania organowi pierwszej instancji.
Po wydaniu kolejnej decyzji i kolejnym jej uchyleniu dnia 9 października 2017 r. starosta 10 sierpnia 2018 r. wydał decyzję ustalającą na rzecz wywłaszczonej odszkodowanie w wysokości 31 597 zł, której nie uchylił wojewoda.
Wywłaszczona działka stanowiła część składową większej nieruchomości
Właścicielka zażądała uchylenia tej decyzji. Zarzuciła jej oparcie na wadliwym i nierzetelnym operacie szacunkowym, który nie uwzględniał rzeczywistego przeznaczenia gruntu. Jak wskazała, zajęta droga stanowiła jedynie część składową całej działki wykorzystywanej do działalności rzemieślniczej. Dlatego też przeznaczenie nieruchomości należało ustalić na podstawie planu zagospodarowania przestrzennego, aktualnego na dzień wydania decyzji o odszkodowaniu.
Dla organów wszystko było jasne
Organ odwoławczy stał na stanowisku, że wysokość odszkodowania została wyliczona prawidłowo, gdyż zgodnie z art. 73 ust. 5 p.w.u.r.a.p.: „Podstawę do ustalenia wysokości odszkodowania stanowi wartość nieruchomości według stanu z dnia wejścia w życie ustawy, przy czym nie uwzględnia się wzrostu wartości nieruchomości spowodowanego trwałymi nakładami poczynionymi po utracie przez osobę uprawnioną prawa do władania gruntem” (Dz.U. 1998 nr 133, poz. 872, ze zm.).
Zdaniem organu o tym, czy grunt był przeznaczony pod drogę, czy inne cele decyduje więc jej przeznaczenie ujawnione w planie miejscowym w dacie wejścia w życie p.w.u.r.a.p., czyli 29 października 1998 r.
Właścicielka przedstawiła dowody, ale organy nie wzięły ich pod uwagę
W odpowiedzi właścicielka przedłożyła szereg dowodów potwierdzających m.in., że wywłaszczona została część stanowiącej całość działki, na której prowadzony był zakład wyposażony w infrastrukturę techniczną, a także budynki garażowo-gospodarcze i mieszkalne. Natomiast podziału działki i wyodrębnienia gruntu stanowiącego przedmiot wywłaszczenia właścicielka dokonała wyłącznie ze względu na zaplanowaną budowę drogi. Stan ten istniał także w dniu 29 października 1998 r. Organy obu instancji nie wzięły jednak pod uwagę przedstawionych przez nią dowodów.
Właścicielka wniosła skargę do wojewódzkiego sądu administracyjnego. Stała na stanowisku, iż takie działania organów naruszają zasadę prawdy obiektywnej, gdyż nie biorą pod uwagę, że nie utraciła ona w wyniku wywłaszczenia nieruchomości zajętej pod drogę, a nieruchomość zabudowaną o znacznie wyższej wartości. Wskazała, że w decyzji burmistrza z dnia 7 listopada 1989 r. zatwierdzającej projekt podziału nieruchomości była ona ujmowana jako jedna działka. Zarzuciła również, że autor operatu szacunkowego nie tylko nie ustalił przeznaczenia działki, jakie posiadała przed dniem wywłaszczenia, ale także nie wziął pod uwagę potencjału rynku lokalnego, który wzmacniało sąsiedztwo terenów o sporym nasileniu inwestycyjnym. Z wykładni art. 134 u.g.n. wywiodła, że działka powinna zostać wyceniona według jej faktycznego użytkowania lub alternatywnie, według przeznaczenia drogowego, a wyższy wynik jednej z dwóch tak dokonanych wycen winien stanowić właściwą wysokość odszkodowania. Jej zdaniem doszło więc do zaniżenia przez organy wartości wywłaszczonej nieruchomości.
Zasada korzyści
WSA w Opolu, dokonując wykładni art. 73 p.w.u.r.a.p., zgodził się z organami, że do ustalenia wysokości odszkodowania stosuje się odpowiednio przepisy ustawy o gospodarce nieruchomościami z zastrzeżeniem art. 73 ust. 5 p.w.u.r.a.p. A jak wskazał sąd: „Zastrzeżenie to odnosi się do stanu nieruchomości traktowanej jako pewna całość, z której wydzielono grunt pod drogę, a nie fragmentu pod drogę już zajętego. Wniosek przeciwny sprowadzałby się do absurdu polegającego na konieczności wyceny wycinka drogi, gdyż w takim stanie była wyceniana część nieruchomości w dniu wejścia w życie ustawy” (sygn. akt II SA/Op 25/19).
Sąd poparł stanowisko skarżącej, że w sposób nieuprawniony nie zastosowano wobec niej zasady korzyści zawartej w art. 134 ust. 4 ustawy o gospodarce nieruchomościami. Sporządzający operat biegły błędnie przyjął bowiem, że skoro działka przeznaczona jest pod tereny drogowe i została wywłaszczona pod budowę drogi, to nie ma potrzeby weryfikowania, czy nastąpiło w tym przypadku zwiększenie wartości tej działki. Uchylając decyzje organów pierwszej i drugiej instancji, WSA orzekł:
„W rozpoznawanej sprawie organy i w ślad za nimi rzeczoznawca majątkowy konsekwentnie pomijały przedstawione przez skarżącą dowody wskazujące na mieszkalno-produkcyjny charakter nieruchomości, z której wydzielono grunt pod drogę, poprzestając na stwierdzeniu, że skoro wywłaszczona część nieruchomości w planie miejscowym przeznaczona jest pod drogę, to należy określić jej wartość jako działki drogowej. Prowadzi to jednak do drastycznego pokrzywdzenia właścicieli droższych, lepiej zainwestowanych, położonych w atrakcyjniejszych miejscach nieruchomości, w stosunku do właścicieli wywłaszczonych nieruchomości niezainwestowanych, gruntów rolnych, nieużytków i.t.p., gdyż w takim wypadku – z uwagi na przeznaczenie drogowe w planie – wycena jednej i drugiej nieruchomości byłaby zbliżona. (…) W sposób oczywisty narusza to art. 21 ust. 2 Konstytucji RP, który dopuszcza wprawdzie wywłaszczenie, ale czyni to pod warunkiem, że jest ono dokonywane na cele publiczne i za słusznym odszkodowaniem” (wyrok WSA w Opolu z 9 lipca 2019 r., sygn. akt II SA/Op 25/19).
Niezbędny nadzór nad urzędniczym bezprawiem
Jak widać, organy walczą o zabezpieczenie majątku Skarbu Państwa kosztem tych, którzy to państwo tworzą. Czynią to nie tylko poprzez pobór na jego rzecz możliwie jak największych danin, ale również poprzez wypłatę należnych im świadczeń w możliwie jak najniższej wysokości lub wstrzymywanie ich wypłat, nawet przez 13 lat.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Członkowie KPF z branży windykacyjnej w okresie ostatnich 4 lat odzyskali już kwotę ponad 10 mld zł. Tylko w I kwartale 2019 roku przywrócili do normalnego obrotu gospodarczego 1,12 mld zł, zarządzając obecnie portfelami wierzytelności o nominalnej wartości 86,28 mld zł. Odnosząc tę wartość do wartości portfeli oszacowanych przez GUS na koniec 2018 roku, posiadali oni około 97% rynku[1]. To jednak wciąż za mało w gospodarce, w której portfele należności rosną szybciej od PKB, a poziom moralności finansowej spada.
Pomimo utrzymywania się dobrych wskaźników ekonomicznych, w naszym kraju rośnie zarówno liczba, jak i wartość długów, ujawnianych w rejestrach negatywnej informacji w BIGach – praktycznie we wszystkich sektorach polskiej gospodarki, poczynając od gospodarstw domowych, na budownictwie czy handlu kończąc. Rosnącemu PKB, w sposób naturalny, towarzyszy rosnąca skala finansowania działalności kredytem handlowym czy finansowym. Jednak powiększające się saldo należności przeterminowanych ani przez wierzycieli pierwotnych, ani nawet wtórnych, a tym bardziej przez Rząd, nie jest odbierane ze spokojem.
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce
– Rząd zauważył już ryzyko osłabienia wzrostu gospodarczego w wyniku nieterminowego wywiązywania się z zaciągniętych zobowiązań wobec kontrahentów. W odpowiedzi na ten problem stworzył nowe przepisy w sprawie zatorów płatniczych, których katalizatorem stały się między innymi wyniki badań KPF i KRD nad jakością portfeli należności polskich przedsiębiorstw. Jednak same przepisy, nawet najlepsze, nie wystarczą do rozwiązania tego poważnego problemu. Potrzebna jest spójna dla wielu różnych obszarów polityka Rządu, skutkującaracjonalnym wsparciem dla wierzycieli z wszystkich sektorów polskiej gospodarki, umożliwiająca im skuteczną realizację praw własności – stwierdził Andrzej Roter, Prezes KPF.
Wartość obsługiwanych wierzytelności
Zgodnie z danymi z najnowszego raportu KPF, wartość nominalna portfeli wierzytelności, zarządzanych przez Członków KPF – uczestników badania ankietowego – osiągnęła na koniec I kwartału 2019 r. 86,28 mld zł, co oznacza wzrost względem analogicznego okresu 2018 roku o 9,3%. To może oznaczać, że portfele należności polskich przedsiębiorstw rosną nawet szybciej niż polska gospodarka, co wymaga bacznej obserwacji przez analityków gospodarczych. Jedną z przyczyn takiej sytuacji może być niski poziom moralności finansowej w Polsce, jak ujawniają wyniki najnowszych badań KPF w tym obszarze[2]. Tym ważniejsze jest usuwanie barier w poprawie efektywności zarządzania wierzytelnościami, jak choćby tych związanych z dostępem do informacji o miejscu pobytu dłużnika, jego zameldowania, wielkości i tytułach zadłużenia.
– Systematyczne analizy i publikacje tzw. informacji negatywnych w BIG-ach dobitnie pokazują, że rynek potrzebuje skutecznych działań na rzecz przywracania do obiegu środków z rosnących należności finansowych. Trzeba bowiem chronić potencjał wzrostu polskiej gospodarki. To także skuteczny sposób na ochronę polskich gospodarstw domowych przed nadmiernym wzrostem cen usług i produktów – powiedział Andrzej Roter, Prezes KPF.
Przywracanie środków finansowych do normalnego obrotu gospodarczego
Po najwyższym poziomie odzysku środków z należności przeterminowanych, odnotowanym w ostatnim kwartale 2018 roku, w I kwartale br. kontynuowany był spadek wskaźnika przeciętnego udziału odzyskanych środków w portfelach firm członkowskich KPF. Przeciętny wskaźnik odzysku przez firmy członkowskie KPF środków, w relacji do ich wartości nominalnej netto, wyniósł 2,56%. Mimo względnie niskiego wskaźnika, Członkowie KPF przywrócili w I kwartale 2019 roku do normalnego obrotu gospodarczego ponad 1,12 mld zł. W całym roku 2018 odzyskali ponad 2,7 mld zł, co zgodnie z danymi GUS stanowi 74% wszystkich środków odzyskanych w tym roku przez branżę windykacyjną[3]. Łącznie, do normalnego obrotu udało się przywrócić w okresie od I kwartału 2015 do I kwartału 2019 roku ponad 10 mld zł.
– Działalności windykacyjnej, prowadzonej przez wszystkich wierzycieli, muszą towarzyszyć wysokie standardy etyki zawodowej. Stąd tak ważnym dla Członków naszej organizacji jest fakt uznawania przez UOKiK w wielu obszarach merytorycznych Zasad Dobrych Praktyk Windykacyjnych KPF za wyznacznik dobrych obyczajów i rzetelności kupieckiej. Stosowanie się do tych zasad zapewnia realizację ważnych funkcji gospodarczych i społecznych działalności windykacyjnej, ale z zachowaniem słusznych interesów dłużników. Ważne jest więc, by zasady te, jako obowiązujące w swej działalności, przyjmowali wszyscy praktycy rynkowi z sektora zarządzania wierzytelnościami – podkreślił Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.
[1] Wielkość polskiego rynku wierzytelności. I kwartał 2019, Raport KPF
[2] Anna Lewicka Strzałecka. Moralność finansowa Polaków. KPF 2019.
[3] Działalność przedsiębiorstw windykacyjnych w 2018 roku. Informacja sygnalna, GUS, lipiec 2019.
Przyjęło się, że język angielski jest uniwersalnym środkiem komunikacji w świecie biznesu. Już prawie każda większa korporacja posiada obcojęzyczną stronę internetową i pracowników przeszkolonych do obsługi klienta anglojęzycznego. Lecz co w przypadku, gdy nasi klienci zdecydują porozumiewać się w ich ojczystym języku? Z pomocą przychodzi sztuczna inteligencja.
Wyobraźmy sobie sytuację, w której zarządzamy dużym biurem obsługi klienta w firmie działającej na rynkach międzynarodowych. Pewnego dnia skrzynki odbiorcze naszych pracowników zalewa fala e-maili z całego świata w różnych językach. Po nadmiernym używaniu wykrzykników oraz Caps Locka przez klientów wnioskujemy, że sytuacja jest bardzo poważna. Pracownicy nie nadążają z tłumaczeniem pojedynczych wiadomości przez translatora i odpowiadaniem na nie. Nagle rodzi nam się kryzys, bowiem nie wiemy, co się dzieje, a nie jesteśmy w stanie w minutę nauczyć osób zatrudnionych dodatkowego języka. I to właśnie jest dobry moment, aby dodać do zespołu algorytm bazujący na sztucznej inteligencji.
Międzyjęzykowe podejście do klienta – jak to działa?
W kolejnych latach sztuczna inteligencja nie tylko wyręczy nas w monotonnych obowiązkach, ale i ułatwi zarządzanie procesem zakupowym klienta posługującego się swoim ojczystym językiem.
By w pełni zrozumieć proces należy wytłumaczyć kilka najważniejszych kwestii.
Za interpretację znaczenia słów odpowiada NLU (ang. Natural Language Understanding). Podejście to umożliwia rozumienie mowy ludzkiej przez komputery. Aby móc stworzyć warunki do wykorzystywania AI w pracy z wieloma językami, należy najpierw zaprojektować odpowiednie podłoże leksykalne dla tych działań. Mowa tu o przygotowaniu tzw. przestrzeni semantycznych – zbiorów znaczeń słów i fraz podlegających przetwarzaniu w obrębie danego języka.
Dotychczas, firmy zajmujące się przetwarzaniem języka naturalnego tworzyły pojedyncze przestrzenie semantyczne. Pozwalało to na pracę tylko i wyłączeniu w obrębie jednego języka. U podstaw nowego podejścia leży stworzenie jednej wspólnej przestrzeni dla wszystkich języków, które mają być przetwarzane przez sztuczną inteligencję.
– W naszych rozwiązaniach z obszaru NLP (ang. Natural Language Processing) przenosimy zasoby ze wszystkich języków do jednego zbioru – tłumaczy Tomáš Brychcín, osoba odpowiedzialna za rozwój działań NLP w SentiSquare. – Taki sposób pozwala nam później łatwo mapować znaczenia poszczególnych słów i fraz w językach innych niż angielski. Dużą zaletą naszego podejścia jest łatwość rozszerzania zbioru języków. Mając np. przestrzeń semantyczną składającą się z 3 języków, możemy w łatwy, zautomatyzowany sposób poszerzać ją o kolejne. W praktyce oznacza to, że nasze algorytmy (przestrzenie semantyczne) uczą się, że frazy „opóźnienie lotu”, „flight delay” i „Flugverspätung” mają podobne znaczenie.
Efektem takiego rozwiązania jest zdolność AI do uczenia się, interpretacji i porządkowania komunikatu w każdym dostępnym języku na świecie.
Zastosowanie i korzyści
Największą zaletą wykorzystania wspólnej przestrzeni semantycznej jest fakt, że firmy mogą skutecznie wykorzystywać sztuczną inteligencję nawet jeśli mają ubogą bazę słów i zwrotów w danym języku.
Jak poradzić sobie z niedoborem danych?
– Najlepiej posłużyć się przykładem – mówi Brychcín. – Weźmy pod lupę linie lotnicze, bo te obsługują klientów w wielu językach. Statystycznie 50% wszystkich prowadzonych rozmów jest realizowanych po angielsku, a pozostała część w 50 innych językach. Według dostępnych danych firma posiada bogatą bazę słów po angielsku, ale ubogą w pozostałych językach. Jednak dzięki wykorzystaniu wspólnej przestrzeni semantycznej, sztuczna inteligencja może skutecznie posługiwać się pozostałymi 50 językami. Jak? Odpowiedź jest prosta. Dzieje się tak, ponieważ AI jest w stanie zinterpretować znaczenie słów we wszystkich językach bazując na znaczeniach z angielskiego.
Taki system znajduje zastosowanie nie tylko w branży lotniczej. Można go wykorzystać niemal we wszystkich sektorach, w tym. m.in. w bankowości, telekomunikacji, call center, sektorze medycznym czy administracji publicznej.
Czesi wdrażają już system u jednego z klientów
Można się spodziewać, że wkrótce rozwiązania z obszaru wielojęzycznego przetwarzania mowy zrewolucjonizują działalność wielu obszarów nowoczesnego biznesu. Mowa o m.in. aplikacjach wykorzystujących automatyczne tłumaczenia maszynowe, międzynarodowych działach obsługi klienta i elektronicznych bazach informacji.
Wśród wciąż wąskiego grona firm, które rozwijają nowoczesne rozwiązania w obszarze NLP jest SentiSquare. Czesi są na etapie wdrażania komercyjnego wielojęzycznego podejścia u jednego z klientów. Firma dotychczas swoją technologię testowała wykorzystując przestrzeń semantyczną obejmującą 6 języków należących do różnych rodzin językowych – jak twierdzą przedstawiciele firmy – efekt przerósł ich oczekiwania.
***
Słowniczek:
NLU (ang. Natural Language Understanding) – rozumienie języka naturalnego przez komputery.
NLP (ang. Natural Language Processing) – przetwarzanie języka naturalnego.
Przestrzeń semantyczna – zbiór znaczeń słów i fraz podlegających przetwarzaniu w obrębie danego języka.
Rząd zapowiedział, że wynagrodzenie minimalne w 2020 roku wyniesie 2600 złotych brutto, wobec 2250 zł w 2019 roku. Inaczej niż zapowiadano, jeszcze w sierpniu br. (płaca miała wzrosnąć do 2450 zł), wzrost wyniesie 350 zł. To bezprecedensowe tempo wzrostu najniżej płacy będzie ogromnym wyzwaniem dla przedsiębiorstw, które w ciągu kwartału będą musiały niespodziewanie znaleźć dodatkowe środki.
Sonia Buchholtz z Konfederacji Lewiatan
Trudno w tej decyzji nie dostrzegać kontekstu wyborczego – płaca minimalna w wysokości 2600 złotych w przyszłym roku ma być etapem przejściowym w dojściu do 3000 zł w 2021 i 4000 zł w 2024, co ogłoszono w weekend na konwencji wyborczej partii rządzącej. Gdyby bowiem miała wynosić 2450 zł w 2020 roku, oznaczałoby to konieczność jej podniesienia w 2021 roku o 550 zł, aby obietnica została zrealizowana.
Płaca minimalna jest narzędziem przeciwdziałającym ubóstwu pracujących. Zarazem, wybór jej wysokości jest ogromnym wyzwaniem – by cel społeczny zrealizować, ale zarazem ingerencją w mechanizm rynkowy, nie zaszkodzić gospodarce. Skokowy wzrost płacy minimalnej, wyraźnie powyżej obserwowanego wzrostu produktywności, będzie miał negatywny wpływ na gospodarkę i rynek pracy. Tym silniejszy, im większa skala podwyżki i im większe zaskoczenie pracodawców tym faktem. Wzrost płacy minimalnej o 350 zł, powiększony o obciążenia płacy, podnosi ryzyko bezrobocia wśród najmniej produktywnych pracowników oraz upadku firm w branżach, gdzie są niskie marże. Kłopoty będą mieć przedsiębiorstwa, w których dominują kontrakty długoterminowe. Możemy się też spodziewać powiększenia szarej strefy.
Wątpliwe są korzyści sektora publicznego związane ze zwiększaniem przychodów podatkowych. W dobie spowolnienia gospodarczego, wzrost kosztów pracy może mieć znacznie gorszy bilans, jeśli liczba pracujących spadnie i obniżą się wpływy w CIT w związku z upadłościami przedsiębiorstw. Bezsprzecznie, znaczny wzrost płac podtrzyma wysoką inflację. Wzrosną też koszty finansowania polityk rynku pracy, nie wspominając o rosnącym funduszu płac w budżetówce i kosztach usług zleconych. Także w tym ostatnim przypadku pomijanie kontekstu długookresowych umów jest bagatelizowaniem głosu biznesu.
W świetle obowiązującego prawa, wynagrodzenie minimalne jest przedmiotem negocjacji w ramach Rady Dialogu Społecznego. Rząd, proponując wyższą płacę minimalną niż związki zawodowe oraz później podbijając stawkę, jawnie bagatelizuje ten proces. Pod hasłem wybiórczo rozumianego inkluzywnego wzrostu zapomina, że rynek pracy funkcjonuje w przeważającej części w oparciu o mechanizm rynkowy.
17 edycja raportu Forum Odpowiedzialnego Biznesu „Odpowiedzialny biznes w Polsce. Dobre praktyki” z 2018 r. pokazuje, że zarówno pod kątem liczby zgłoszonych praktyk z zakresu CSR, jak i liczby firm prowadzących takie działania, nastąpił wzrost na poziomie 30 proc. r/r. W samym poprzednim roku 129 firm realizowało praktyki z zakresu pracy, a ponad 50 prowadzonych praktyk dotyczyło bezpieczeństwa w miejscu pracy.
Ideę zrównoważonego rozwoju określa Raport Światowej Komisji ds. Środowiska i Rozwoju z 1987 r.: „Zrównoważony rozwój to taki rozwój, w którym potrzeby obecnego pokolenia mogą być zaspokojone bez umniejszania szans przyszłych pokoleń na ich zaspokojenie”. W Polsce zasada zrównoważonego rozwoju ma rangę podstawowego prawa jako zasada zapisana w Konstytucji RP: „Rzeczpospolita Polska (…) zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju” (art. 5). Zrównoważony rozwój to jednak coś więcej niż ochrona środowiska, opiera się bowiem na trzech filarach: społecznym, ekologicznym i ekonomicznym.
Małe zmiany – duże efekty
„Stawiamy w Polsce na współpracę, partnerstwo i współodpowiedzialność podmiotów publicznych, biznesu i obywateli za przebieg procesów rozwojowych” – podaje raport „Realizacja Celów Zrównoważonego Rozwoju w Polsce”, przyjęty przez Radę Ministrów w 2018 r. Biznes jest zatem współodpowiedzialny za realizację celów zrównoważonego rozwoju, zgodnie z założeniem, że ma on moralne zobowiązania wobec społeczeństwa. – Szczególnie dużą odpowiedzialnością społeczną są obarczone firmy, które w swojej działalności zużywają surowce naturalne bądź zanieczyszczają środowisko – mówi Anna Nowak, specjalista ds. Content Marketingu, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Świadomość społeczna odnośnie wpływu rynku samochodowego i części zamiennych na ekosystem skłania nas do prowadzenia wzmożonych działań proekologicznych. Wiemy, że troskę o środowisko powinniśmy zacząć od podstaw, dlatego w Inter Cars staramy się rezygnować z jednorazowych opakowań, korzystamy z żarówek energooszczędnych (często włączanych po rozpoznaniu ruchu), wyposażamy magazyny w urządzenia technologiczne jak przenośniki czy sortery, które uruchamiają się automatycznie tylko w trakcie realizacji danego procesu.
Innowacje mają znaczenie
Wprowadzenie pozytywnych zmian w otaczającym świecie poprzez stopniowe eliminowanie negatywnego wpływu na społeczeństwo i ekologię to pierwszy krok w stronę zrównoważonego rozwoju. – Ekologiczne podejście do produkcji i recykling bez pozostawiania odpadów to podstawa, dlatego w CWS filarem naszej działalności jest tak zwany „zoptymalizowany cykl”, czyli wielokrotnie powtarzany proces serwisowy, od zakupu surowców aż do ich higienicznej utylizacji – mówi Ewa Nowak, kierownik Działu Marketingu z CWS, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy. Kolejnym krokiem jest bieżąca ocena efektów i weryfikacja prowadzonych działań z myślą o najbardziej optymalnych rozwiązaniach. Innowacyjne technologie umożliwiają zwiększenie wydajności przy jednoczesnym zmniejszeniu naszego wpływu na środowisko. – W Grupie CWS korzystamy z wielu takich rozwiązań, m. in. wykorzystujemy zużyte ubrania i maty do produkcji paliwa stałego. Testujemy również nową technologię prania, wykorzystując ciekły dwutlenek węgla (LCO2), który pozwala na stosowanie detergentów przyjaznych dla środowiska, a jednocześnie umożliwia pranie w niskich temperaturach, nie wymagając wody ani suszenia – wymienia Ewa Nowak. – Innym przykładem naszych innowacji może być narzędzie do optymalizacji trasy. Wiadomości push zintegrowane z aplikacją regularnie dają kierowcom istotne wskazówki dotyczące wszystkich aspektów bezpieczeństwa i higieny pracy.
Edukacja przede wszystkim
Wśród 17 celów zrównoważonego rozwoju przyjętych przez wszystkie 193 państwa członkowskie ONZ, znajdują się również cele odwołujące się do edukacji i bezpieczeństwa. W pracy na rzecz zrównoważonego rozwoju firmy nie powinny zapominać o prowadzeniu szkoleń dla pracowników i edukacji partnerów biznesowych zarówno w zakresie ekologii, jak i bhp. – W Inter Cars realizujemy projekt Bio Service, który skupia się na organizacji kompleksowego odbioru odpadów warsztatowych. W jego ramach zapewniamy dostęp do rzeczoznawców, a także prowadzimy warsztaty, na których poruszamy takie kwestie jak właściwe serwisowanie sprzętu, monitorowanie zużycia prądu czy sposoby ogrzewania budynków. Tematy związane z ekologią przeplatają się tutaj z kwestiami odnoszącymi się do bhp – mówi Anna Nowak z Inter Cars. – Widać ogromną potrzebę organizacji takich szkoleń, jest to pole do działania dla służb bhp poszczególnych firm.
Długofalowe działania, a nie jednorazowe akcje
W ostatnim czasie można zaobserwować zmianę podejścia wielu przedsiębiorstw, które modyfikują swoją strategię, podążając za wymaganiami klientów. Niestety zdarza się, że podejmowane działania są fantomowe, realizowane jedynie dla polepszenia wizerunku firmy. – Wiemy, że działania w zakresie zrównoważonego rozwoju, w tym zapewnienia bezpieczeństwa, muszą być realizowane w sposób odpowiedzialny i przemyślany. Od października 2018 r. każda firma partnerska CWS Polska jest zobowiązana do podpisania instrukcji EHS (Środowisko, Zdrowie i Bezpieczeństwo) dla podwykonawców. Jej celem jest zagwarantowanie postępowania przyjaznego dla środowiska oraz bezpieczeństwa i higieny pracy zarówno podwykonawców, jak i naszych pracowników. Obejmuje ona tematy związane m.in. z bhp, polisami ubezpieczeniowymi oraz całą wymaganą dokumentacją i kwalifikacjami pracowników podwykonawców – mówi Ewa Nowak z CWS. – Jednocześnie jesteśmy świadomi tego, że tylko długofalowe działania mogą przynieść realne efekty, dlatego już teraz określiliśmy cele zrównoważonego rozwoju na kolejne lata.
Art Games Studio podpisał list intencyjny z notowanym na GPW Ultimate Games S.A.Szacowana wartość umowy wynosi 0,5 mln zł. Dzięki temu Spółka wyprodukuje od 2 do 4 nowych gier.
Ultimate Games zobowiązał się dokonać inwestycji finansowej w wysokości nie niższej niż 500 tys. zł. Zostanie ona zrealizowana w formie zleceń na produkcję gier, lub objęcie nowo wyemitowanych akcji w podwyższonym kapitale zakładowym Art Games Studio, bądź w innej formie ustalonej przez Strony. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na produkcję przez Art Games Studio od 2 do 4 gier wideo, których wydawcą będzie Ultimate Games S.A.
Wzmocnienie współpracy z Ultimate Games to kolejny etap w rozwoju naszej Spółki. Poprzez wsparcie finansowe zwiększymy skalę działalności w zakresie ilości i jakości naszych nowych produkcji – ocenia Jakub Bąk, CEO Art Games Studio.
Ponadto 10 września br. Art Games Studio zawarło ze spółką Gaming Factory S.A. umowę dotyczącą współfinansowania 6 preprodukcji gier, które zostaną wydane na PC. Wstępny harmonogram zakłada ich publikację na portalu Steam do końca 2019 roku. Preprodukcje cieszące się największym zainteresowaniem wśród graczy trafią do finalnej produkcji oraz zostaną wydane w latach 2020-2022. Spółka nie wyklucza możliwości wydania ich również na innych platformach.
Art Games Studio skupia się na produkcji i dystrybucji nisko oraz średnio budżetowych i wysokomarżowych gier przez rozproszone, niewielkie zespoły deweloperskie. Dzięki temu maleje ryzyko operacyjne przy optymalnej reakcji na niespodziewane zdarzenia losowe, występujące podczas produkcji. Firma dynamicznie się rozwija, tworząc nowe zespoły deweloperskie i budując solidny fundament na przyszłość w nowych obszarach gamedevu.
Już 18 września o godzinie 17 w hotelu Bristol odbędzie się pierwsza debata klubowa organizowana przez Executive Club. Osią tematyczną wydarzenia będzie hasło: „Firma ponad granicami. Jak odnieść sukces na międzynarodowych rynkach?”.
Ostatnia dekada przyniosła dynamiczny wzrost liczby i wartości inwestycji zrealizowanych przez polskie firmy poza Polską. Made in Poland staje się rozpoznawalne w świecie, a rodzimym przedsiębiorcom nie wystarczają sukcesy na lokalnym rynku. Polskie firmy w ostatnich latach systematycznie powiększały swój udział w najważniejszych rynkach zagranicznych – nie tylko krajów europejskich ale również dalekich części świata.
Celem spotkania będzie panelowa dyskusja zaproszonych ekspertów o przyszłości polskiego eksportu, ekspansji polskich firm za granicą oraz najlepszych modelach finansowania rozwoju polskich spółek na globalnej arenie. Odpowiemy na pytania gdzie polskie firmy powinny upatrywać swoich przewag i czy istnieją jeszcze rynki wolne od protekcjonistycznych barier. Przybliżymy również prawne aspekty zagranicznej ekspansji oraz rolę instytucji publicznych w procesie wsparcia polskich przedsiębiorców.
Udział w wydarzeniu jest bezpłatny, jednakże przeznaczony wyłącznie dla przedstawicieli kadry zarządzającej i osób piastujących stanowiska dyrektorskie w firmach działających na polskich i zagranicznych rynkach. Ilość miejsc jest ograniczona. Organizator zastrzega sobie możliwość odmowy udziału w spotkaniu. Wszelkie szczegóły dostępne są pod adresem: [email protected]
Rynek biotechnologiczny od kilkunastu lat nieprzerwanie wykazuje dużą dynamikę wzrostu, jego wartość liczona jest globalnie już w setkach miliardów dolarów.
Naukowcy z Biotts SA podążają tym trendem i opracowują autorskie technologie transportu leków oraz receptury leków inspirując się substancjami i rozwiązaniami istniejącymi w naturze.
Od niedawna wrocławska spółka biotechnologiczna jest autorem i wyłącznym właścicielem praw autorskich do trzech zgłoszeń patentowych.
Biotts został tegorocznym laureatem Startup Session Elite podczas XXIX Forum Ekonomicznego w Krynicy Zdrój.
Biotts
Rynek biotechnologiczny, na którym działa Biotts, od kilkunastu lat rośnie w siłę, lecz – dzięki nowym technologiom i dociekliwości badaczy – wciąż najlepsze ma przed sobą. Według analiz Global Market Insights, sam rynek biofarmaceutyków wart będzie w tym roku ponad 70 mld USD, by już w 2024 r. przebić barierę 110 mld USD.
Biotts, już teraz wysoko ceniony przez inwestorów, jest jedną z pierwszych firm biotechnologicznych w regionie CEE, tworzącą autorskie receptury i nośniki leków w oparciu o unikatowe technologie produkcji, nowe podejście do procesów łączenia substancji oraz wiedzy, w jaki sposób komórki między sobą się komunikują i oddziałują między sobą. Na początku 2019 r. spółka zgłosiła w Urzędzie Patentowym RP swój pierwszy patent – nośnik farmaceutyczny dla substancji czynnych. Przedmiot zgłoszenia stanowi fundament technologii MTC-Y, opracowywanej w ramach działalności spółki. Nośniki Biotts mogą być wykorzystane jako system transportujący dla powszechnie stosowanych leków onkologicznych, przeciwzapalnych czy przeciwbólowych, zwiększając ich celowane działania nawet 10-krotnie, zmniejszając przy tym dawkę leku nawet 5-krotnie i radykalnie redukując skutki uboczne terapii.
– Nasz uniwersalny nośnik MTC-Y (Multifunctional Transdermal Carrier-Y) działa bezpośrednio na chorobowo zmienione tkanki, gwarantując silniejszy efekt terapeutyczny, przy jednoczesnej redukcji skutków ubocznych oraz zwiększając komfort pacjenta. Przyjmowanie leków jest uciążliwe, trzeba o nich pamiętać, a zastrzyki są bolesne i dla dziecka, i dla dorosłego. Nasz technologia jest jedyną w swoim rodzaju na świecie, ponieważ jako jedynie potrafimy przenosić przez skórę bez jej uszkodzenia białka, przeciwciała, microRNA i substancje rozpuszczalne w wodzie, nikt wcześniej tego nie dokonał. Obecne na rynku rozwiązania potrafią przenosić przez skórę tylko małe substancje rozpuszczalne w tłuszczach, nasze rozwiązanie jest przełomem na rynku transportu leków. Podawanie farmaceutyków w nieinwazyjnej formie, np. maści, żelu lub plastra, które uwalniają substancję czynną przez co najmniej 10 dni, to idealne rozwiązanie dla rodziców, podających leki swoim pociechom, i dla chorych, np. na Alzheimera – podkreśla dr Paweł Biernat, prezes Biotts. – Dzięki naszej technologii nie tylko obniżymy koszty leczenia, ale zwiększymy komfort życia milionów pacjentów – dodaje dr Biernat.
Także w pierwszy kwartale br. naukowcy Biotts zgłosili drugi patent obejmujący nośnik kosmetyczny, kompozycję kosmetyczną i zastosowanie kompozycji w kosmetyce. Przedmiotem zgłoszenia jest innowacyjny nośnik substancji, aktywnie wspomagający wchłanianie składników odżywczych do skóry oraz przyśpieszający jej regenerację. Spółka nie zwalnia jednak tempa: jej najnowsze zgłoszenie dotyczy maści miejscowo znieczulającej, np. przed zabiegami wymagającymi obniżenia wrażliwości skórnej na ból, takimi jak nakłucie czy cewnikowanie.
– Aktualnie prowadzimy – wspólnie z renomowaną kancelarią rzeczników patentowych – prace w zakresie opracowania długofalowej strategii ochrony własności intelektualnej powstającej w ramach naszej spółki. Warto podkreślić, że wyłącznym właścicielem praw autorskich do wszystkich trzech wynalazków jest Biotts – mówi Konrad Krajewski, partner zarządzający Biotts. –Co więcej w ramach programu UE – Inteligentny Rozwój – otrzymaliśmy dotację w wysokości 363 745 PLN na ochronę własności intelektualnej– dodaje.
Naukowcy tworzący multidyscyplinarny zespół Biotts dostarczyli na rynek już wiele rozwiązań na bazie surowców naturalnych m.in.: nieagregujący nanonośnik zastosowany w produkcji preparatów witaminowych, półstałe postacie leku z nośnikiem o głębokiej penetracji, półstałe postaci leku przyspieszające odbudowę tkanek, produkty kosmetyczne o zwiększonej biodostępności na bazie surowców naturalnych, żele lecznicze, ustabilizowane i naturalnie zakonserwowane kwasy omega oraz receptury żywności funkcjonalnej.
Firmę z Wrocławia dostrzeżono już w startupowym ekosystemie. Biotts został tegorocznym laureatem Startup Session Elite podczas XXIX Forum Ekonomicznego w Krynicy Zdrój. Co więcej spółka zajęła pierwsze miejsce w kategorii „Startup” podczas BioForum w Łodzi i drugie miejsce w konkursie Start-Up-Award, organizowanym podczas Forum Innowacji w Tarnowie. Ponadto startup został wyróżniony w konkursie Star-Up-Med na IV Kongresie Wyzwań Zdrowotnych. Biotts brał także udział w akceleracji MIT Enterprise Forum Poland, gdzie zdobył dwa wyróżnienia. Zespół biotechnologów otrzymał niedawno także kolejne wsparcie finansowe – „Dolnośląski Bon na Innowacje”. Grant, przyznawany przedsiębiorstwom z Dolnego Śląska, finansuje usługi badawcze, konsultacje z jednostkami naukowymi i audyt technologiczny. W ramach projektu finansowane są także prace badawczo-rozwojowe, dotyczące wdrożenia lub rozwoju produktu oraz technologii. Wśród swoich dotychczasowych inwestorów Biotts ma m.in. fundusz Leonarto Alfa i aniołów biznesu.
Rośnie zaangażowanie miast w rozwój elektromobilności w Polsce. Coraz więcej samorządów wprowadza rozwiązania, dzięki którym mieszkańcy mogą korzystać z nowych ekologicznych sposobów przemieszczania się po mieście. W mediach nie brakuje publikacji promujących miasta w odniesieniu do elektromobilności. Czy to wystarcza do zmiany świadomości społeczeństwa?
Raport „Pozycjonowanie się miast w kontekście elektromobilności” został przygotowany przez PRESS-SERVICE Monitoring Mediów na zlecenie PSPA i zaprezentowany podczas debaty, która miała miejsce na Kongresie Nowej Mobilności 2019 w Lublinie (9-10.09.2019). Było to pierwsze tej skali wydarzenie poświęcone elektromobilności, skierowane do polskich samorządów. O tym, jak najskuteczniej informować o działaniach w zakresie rozwoju zrównoważonego transportu rozmawiali podczas debaty Sebastian Bykowski i Marcin Szczupak z PRESS-SERVICE Monitoring Mediów, Michał Zieliński z Autokult.pl, Dagmara Kowalska z Chillizet oraz Jan Wiśniewski z Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.
– Największym wyzwaniem dla samorządów jest proaktywna komunikacja, która będzie bazowała na monitorowaniu informacji, które ich dotyczą. Kluczową sprawą jest edukacja mieszkańców – rozwój elektromobilności w Polsce zależy w dużym stopniu od działań mających na celu budowanie świadomości społecznej w zakresie zrównoważonego transportu i proekologicznych rozwiązań. Trzeba skupić się na korzyściach i szczególnie w zakresie transportu publicznego – odpowiadać przede wszystkim na potrzeby mieszkańców. Pojazdy elektryczne ciągle postrzegane są przez niektórych jako zbyt droga i niedojrzała technologicznie alternatywa dla pojazdów spalinowych. Jak się okazało, jedną z barier może okazać się wcale nie brak infrastruktury ładowania, ale jej niedostateczne oznakowanie – podkreśla Sebastian Bykowski.
W ostatnim czasie bardzo na popularności zyskała elektromobilność w małym wydaniu – rowery, skutery, deskorolki czy hulajnogi. Zwłaszcza te ostatnie postrzegane są jako modne, ale i niebezpieczne. Problemem okazała się wygodna możliwość pozostawienia e-hulajnogi w dowolnym miejscu.
Uczestnicy debaty podkreślali potrzebę współpracy samorządów w celu tworzenia optymalnych warunków sprzyjających rozwojowi elektromobilności w swoich gminach. Do najważniejszych wyzwań należą rozbudowa flot pojazdów elektrycznych i infrastruktury ładowania, ale najistotniejsza jest intensyfikacja działań nie tylko w zakresie edukacji, ale i promocji pojazdów elektrycznych w społeczeństwie, aby przełamać istniejącą barierę mentalną.
Jak wynika z raportu PRESS-SERVICE Monitoring Mediów, elektromobilność jest obecnie jednym z najbardziej medialnych tematów – analiza zagadnienia, obejmująca lata 2014-2018 wykazała rekordowy wzrost publikacji w mediach wynoszący aż 701 proc!
Wykres 1. Liczba publikacji na temat elektromobilności
Spośród pojazdów elektrycznych najczęściej wymienianych w mediach w kontekście miast najpopularniejsze okazały się samochody – 73 579 publikacji. Znacznie mniej mówiło się na temat rowerów – 9 753 informacje, hulajnóg – 7 022 i skuterów – 4 540 materiałów.
W internecie temat najczęściej poruszany był przez portale gospodarcze – do najaktywniejszych należały: Wnp.pl, Cire.pl oraz Biznesalert.pl. W prasie zdecydowanie najwięcej materiałów opublikowała „Rzeczpospolita” (609). Na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” odnotowano 338 informacji, a w „Pulsie Biznesu” o 50 mniej.
Bardzo duży udział w przekazie na temat elektromobilności miały publikacje w mediach regionalnych – aż 44 proc. Najwięcej informacji pojawiło się w województwie śląskim – 6 384, dolnośląskim – 6119 i małopolskim – 5 792, a także wielkopolskim – 5 309 i mazowieckim – 5 201. Media regionalne informowały przede wszystkim o inwestycjach w autobusy elektryczne, coraz większej sieci rowerów, skuterów, hulajnóg elektrycznych oraz powiększającej się infrastrukturze do ładowania pojazdów elektrycznych.
Mapa 1. Liczba publikacji na temat elektromobilności w mediach regionalnych w od 1 sierpnia 2018 do 30 lipca 2019 roku
W kontekście elektromobilności zdecydowanie najczęściej wymieniano Warszawę – na jej temat odnotowano 9 613 materiały. Na 2. miejscu znalazły się Katowice – 4 908, a za nimi Kraków – 3 462. Do pierwszej piątki weszły także Wrocław i Poznań.
W mediach tradycyjnych miasta pojawiały się najczęściej w związku z tematami elektryfikacji floty, inwestycji w infrastrukturę, elektryfikacji w skali mikro (rowery, hulajnogi, skutery) oraz usług carsharingu. Najwięcej kontrowersji wzbudzały hulajnogi. Zwracano uwagę przede wszystkim na kwestie bezpieczeństwa i brak uregulowanego statusu tych pojazdów w kodeksie drogowym.
Duży udział w promowaniu elektromobilności mieli osobiście prezydenci miast. W analizowanym okresie najczęściej o elektromobilności w swoim mieście na oficjalnych kontach w serwisie Facebook informowali prezydenci: Rzeszowa – Tadeusz Ferenc, Warszawy – Rafał Trzaskowski, Wrocławia – Jacek Sutryk, Zielonej Góry – Janusz Kubicki oraz Poznania – Jacek Jaśkowiak. Wśród wielu tematów, które prezydenci poruszali we wpisach pojawiały się kwestie elektryfikacji samochodów służbowych i pojazdów specjalnych oraz autobusów elektrycznych. Punktem zapalnym pozostaje niedostatek punktów ładowania w miastach oraz – podobnie jak w mediach tradycyjnych – brak regulacji dot. bezpiecznego poruszania się hulajnogami elektrycznymi. Często w mediach społecznościowych wybrzmiewał również temat podstawowego w Polsce źródła pozyskiwania energii elektrycznej, czyli węgla i związanego z tym zanieczyszczenia środowiska.
Raport opracowano na podstawie materiałów medialnych zebranych w okresie od 1 sierpnia 2018 do 30 lipca 2019 roku. Dane pochodziły z ponad 1 100 tytułów prasowych, 5 mln polskojęzycznych portali internetowych, w tym najważniejszych serwisów społecznościowych oraz 100 stacji radiowych i telewizyjnych.
Badaniem objęło analizę tematu elektromobilności, rozumianego jako całość zagadnień związanych z napędem elektrycznym we wszystkich pojazdach użytkowanych przez mieszkańców miast – autobusy, samochody, skutery, rowery i hulajnogi. W raporcie uwzględniono również informacje dotyczące infrastruktury do ładowania pojazdów.
Polscy pracownicy biorą sprawy w swoje ręce, nie czekają aż zostaną zwolnieni i gdy wykonywana praca im nie odpowiada, rozglądają się za kolejną. 56 proc. naszych rodaków biorących udział w rekrutacji szuka pracy w momencie, gdy są jeszcze zatrudnieni w innej firmie – wynika z badania Grupy Progres.
Chęć rozwoju, wyższe wynagrodzenie oraz nieodpowiednia atmosfera u obecnego pracodawcy – to trzy powody najczęściej podawane przez kandydatów, którzy mimo że obecnie są aktywni zawodowo, chcą zmienić miejsce zatrudnienia na inne. Już ponad 56 proc. Polaków chodzi na spotkania rekrutacyjne, chociaż ich sytuacja zawodowa jest stabilna. Mniejszą grupę (44 proc.) wśród osób ubiegających się o dane stanowisko stanowią osoby bezrobotne.
– Polacy odważnie i coraz bardziej świadomie podchodzą do swojego życia zawodowego, starają się też zachować jego ciągłość. Z naszych doświadczeń i obserwacji rynku wynika, że odejście pracownika do innej firmy zdarza się szczególnie często w dużych miastach, w których stopa bezrobocia jest niska. To może być zła wiadomość dla przedsiębiorców z aglomeracji. Muszą się oni coraz bardziej starać by ich podwładni nie przechodzili np. do konkurencji – mówi Anna Pietraszko, Kierownik Działu Personalnego w Grupie Progres. – Wspomniana odwaga osób aktywnych zawodowo może wynikać również z ich samoświadomości dotyczącej atutów, które posiadają m.in. wyższego wykształcenia, doświadczenia czy znajomości języków obcych. W grupie kandydatów, którzy szukają pracy, mimo że są zatrudnieni w innej firmie, 67 proc. skończyło studia, 27 proc. posiada wykształcenie średnie, a jedynie 6 proc. jest po szkole zawodowej lub gimnazjum – zaznacza Anna Pietraszko.
Mężczyźni szukają częściej
Według danych GUS, w II kwartale 2019 r. nadal wyraźnie wyższy wskaźnik zatrudnienia obserwowano wśród mężczyzn (62,8 proc. wobec 46,8 proc. dla kobiet). Panowie stanowią też większość osób (67 proc.) w grupie pracowników szukających nowego zajęcia, mimo że są zatrudnieni w innej organizacji. Pań, chcących zachować ciągłość zatrudnienia – przejść z firmy do firmy – jest o połowę mniej (33 proc.).*
Zarówno mężczyźni, jak i kobiety decyzję o zmianie pracy podejmują świadomie i po dłuższym czasie. Według Anny Pietraszko najczęściej są to 3-4 lata, pozwalają one poznać firmę na tyle, aby zaobserwować, co może ulec zmianie, a co na pewno nie, czy odpowiada nam taki stan rzeczy, czy podejmiemy ryzyko weryfikacji zmieniając organizację, z którą jesteśmy związani zawodowo. Wydaje się jednak, że bez względu na staż pracy w obecnej firmie Polacy takiego ryzyka się nie boją. Obecnie do tego typu zachowań dochodzi bardzo często, co potwierdza również fakt, że wśród osób biorących udział w rekrutacji większość stanowią osoby aktywne zawodowo.
W informacji wykorzystano dane z badania Grupy Progres analizujące 7 300 osób biorących udział w rekrutacji.
Rosną potrzeby kadrowe polskich przedsiębiorstw. W związku z niskim bezrobociem firmy mają duże problemy z pozyskaniem pracowników, przez co są bardziej otwarte na korzystanie z usług agencji pracy tymczasowej. Jak wynika z raportu przeprowadzonego na zlecenie OTTO Work Force Polska argumenty, które przemawiają za współpracą z agencją to przede wszystkim: pozyskanie określonych kompetencji i odpowiedniej liczby pracowników oraz redukcja kosztów. Jakie rodzaje prac najczęściej wykonują pracownicy tymczasowi?
Agencje pracy tymczasowej wspierają polskie firmy zarówno w procesie rekrutacji, jak też w bezpośrednim zatrudnianiu pracowników. Przedsiębiorstwa najczęściej poszukują pracowników fizycznych, o niższych kompetencjach. Rodzaje prac, jakie przedsiębiorstwa chciałyby powierzyć agencjom pracy tymczasowej to: usługi porządkowe (29%), prace produkcyjne i magazynowe (24%), obsługa klientów i sprzedaż (21%), prace związane z ochroną (15%), prace związane z transportem i logistyką (9%), prace budowlane (8%), prace wymagające wyższych kwalifikacji (8%), obsługa finansowa (6%), praca w turystyce i hotelarstwie (5%), prace związane z technologiami informatycznymi (1%).
Rysunek 1 Rodzaje prac, jakie przedsiębiorstwo chciałoby powierzyć do wykonania agencjom pracy tymczasowej (% wskazań) (N=336).
Źródło: Raport OTTO Work Force Polska, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników?.
Dla pracodawców najważniejszą korzyścią płynącą ze współpracy z agencją pracy tymczasowej jest możliwość pozyskania określonych kompetencji (43%), redukcja kosztów związana z zatrudnieniem pracownika przez agencję (36%). Pracodawcy zwracają także uwagę na możliwość uzupełnienia luk kompetencyjnych (26%).
Rysunek 2 Czynniki, które skłoniłyby badane przedsiębiorstwa do podjęcia współpracy z agencją pracy tymczasowej (% wskazań) (N=336).
Źródło: Raport OTTO Work Force Polska, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników?.
Skorzystanie z usług agencji pracy tymczasowej stanowi jedno z kluczowych rozwiązań w obliczu braku kompetentnych pracowników – problemu, z którym coraz częściej zmagają się polskie przedsiębiorstwa. Usługi agencji obejmują rekrutację, zatrudnienie i oddelegowanie pracowników do pracy w konkretnym przedsiębiorstwie – tłumaczy Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force.
By wypełnić luki kadrowe i kompetencyjne pracodawcy często poszukują pracowników poza granicami kraju. Ze względu na bliskość kulturową oraz geograficzną najchętniej zatrudniają obywateli krajów sąsiednich: Ukraińców i Białorusinów. Znacznie mniejszym zainteresowaniem cieszą się pracownicy z takich krajów jak Indie i Nepal. Przedstawicieli przedsiębiorstw zapytano z jakich, innych niż Polska, krajów najchętniej zatrudniliby pracowników. Chęć zatrudnienia oceniano w skali 1-5, gdzie 1 – nie chcemy zatrudnić pracownika z tego kraju, 5 – bardzo chętnie zatrudnimy pracownika z tego kraju.
Rysunek 3 Kraje, z których najchętniej przedsiębiorstwa zatrudniłyby pracowników (średnia).
Źródło: Raport OTTO Work Force Polska, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników?.
Tomasz Dudek, Dyrektor operacyjny w OTTO Work Force Polska
Polski rynek pracy już od kilku lat posiłkuje się pracownikami z zagranicy. Przyszłoroczna liberalizacja przepisów u naszych zachodnich sąsiadów i spodziewane wyjazdy pracowników z Ukrainy do Niemiec, sprawiają, że pracodawcy coraz częściej szukają kandydatów z Azji. Ze względu na odległość geograficzną, kulturową, bariery prawne i językowe firmy decydują się na wsparcie agencji pracy tymczasowej, które znają tamtejsze uwarunkowania. To one zajmują się formalnościami: od selekcji kandydatów z Azji po ich zatrudnienie w Polsce – komentuje Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force.
Przedstawiciele przedsiębiorstw są świadomi gospodarczych konsekwencji, które może wywołać niedobór pracowników na rynku pracy. Przewidują, że najpoważniejsze reperkusje związane z brakiem rąk do pracy dotkną miasta. Jako główne następstwa wskazują zmniejszenie liczby inwestycji oraz pogorszenie sytuacji miast.
Rysunek 4 Wpływ niedoboru pracowników na rynku pracy na gospodarkę w dużych miastach w opinii badanych (średnia) (N=336).
Źródło: Raport OTTO Work Force Polska, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników?.
Zarządzający transportem jako figurant z certyfikatem kompetencji zawodowych? To już nie jest takie proste. Dużo łatwiej o utratę dobrej reputacji, a nowelizacja przepisów pozwala nakładać na zarządzającego karę nawet do trzech tysięcy złotych w trybie administracyjnym na przykład za nieprawidłową organizację pracy kierowcy. Wynagrodzenie menedżera w firmie przewozowej to między 500 a 1500 złotych miesięcznie. Jednak, jeśli sprawdzą się zapowiedzi służb odnośnie regularnych kontroli dotyczących zdolności wykonywania tego zawodu na terenie Unii Europejskiej, liczba osób zarządzających może się znacząco zmniejszyć.
Łukasz Włoch, ekspert OCRK
W ostatnich latach dostęp do zawodu przewoźnika uległ dużym zmianom. Kandydat na właściciela firmy transportowej musi spełnić szereg warunków, aby prowadzić w krajach Unii Europejskiej transport drogowy. Pierwszym z koniecznych elementów jest posiadanie dobrej reputacji przedsiębiorcy. Nie jest ona, jak mogłaby świadczyć nazwa, jedynie pozytywną opinią, jaką cieszy się przyszły przewoźnik. To jasno sprecyzowany wymóg świadczący, iż dana osoba nie jest skazana za poważne przestępstwa ani nie ciążą na niej sankcje za poważne naruszenie – mówi Łukasz Włoch, ekspert główny Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK). – Przyszły przewoźnik musi również mieć minimalną zdolność finansową, konieczną do zapewnienia właściwego rozpoczęcia działalności i należytego zarządzania oraz rzeczywistą i stałą bazę firmy. Ostatnim wymaganiem narzuconym przez unijne przepisy są odpowiednie kompetencje zawodowe do prowadzenia działalności transportowej, potwierdzone certyfikatem. Jednak przewoźnik ma pole manewru. Nie musi sam dysponować tymi umiejętnościami, jeżeli wskaże osobę, która posiada taki dokument i będzie pełnić w firmie funkcję tzw. zarządzającego transportem. Warunkiem jest, aby ta osoba w sposób rzeczywisty i ciągły zarządzała operacjami w zakresie przewożenia towarów w danym przedsiębiorstwie – dodaje.
Jak zostać zarządzającym transportem?
Zarządzający powinien posiadać niezbędną wiedzę z zakresu obejmującego zarówno transport krajowy, jak i międzynarodowy. Wiedzę tę potwierdza wskazanym certyfikatem, który zdobywa, zdając egzamin sprawdzający. Egzamin organizowany jest w różnych miastach Polski kilka razy w miesiącu przez Instytut Transportu Samochodowego. Składa się z części testowej i praktycznej.
Przed przystąpieniem do egzaminu, którego łączny koszt wynosi 800 zł, warto skorzystać z udziału
w szkoleniach przygotowujących, które są dobrowolne i nie stanowią obowiązkowego warunku
w drodze do uzyskania certyfikatu. Sam Instytut Transportu Samochodowego nie organizuje takich szkoleń, ale jest wiele ośrodków, które pomagają w przygotowaniu do egzaminu – wyjaśnia Łukasz Włoch. Ich wykaz znajduje się na stronie ITS: www.its.waw.pl
Kto może pełnić funkcję zarządzającego transportem?
Zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 1071/2009 z 21 października 2009 r. ustanawiającym wspólne zasady dotyczące warunków wykonywania zawodu przewoźnika drogowego i uchylającym dyrektywę Rady 96/26/WE, oprócz właściciela firmy, funkcję managera transportu pełnić może również: pracownik zatrudniony na podstawie umowy o pracę, dyrektor, udziałowiec oraz inna osoba zarządzającą transportem na podstawie odrębnej umowy.
Podejmując taką współpracę należy pamiętać, że „zewnętrznego” managera transportu obowiązują pewne limity dotyczące ilości obsługiwanych firm oraz łącznej ilości pojazdów znajdujących się w ich posiadaniu. Zarządzający może kierować operacjami transportowymi maksymalnie czterech różnych przedsiębiorstw, realizowanymi za pomocą połączonej floty, liczącej ogółem nie więcej niż 50 pojazdów – tłumaczy ekspert.
A co w sytuacji, gdy któryś z limitów zostanie przekroczony?
Może to oznaczać, że któraś z firm „obsługiwanych” przez zarządzającego nie spełnia wymogów koniecznych do działania na rynku transportowym UE. Zatem również w gestii przewoźnika wynajmującego usługi zarządzania transportem powinno być sprawdzenie, czy dany zarządzający może przyjąć na siebie kolejne obowiązki – wyjaśnia Łukasz Włoch z OCRK.
Uwaga! Limity dotyczą również innych form „zatrudnienia” (np. umowa o pracę, udziały) i są liczone łącznie, jeśli z jedną z obsługiwanych firm zarządzający podpisał odrębną umowę świadczenia usług (np. umowę zlecenie).