Co roku dochodzi do 27 tys. pożarów budynków mieszkalnych. Dzięki biernej ochronie przeciwpożarowej mogłoby ich być zdecydowanie mniej

Co roku dochodzi do 27 tys. pożarów budynków mieszkalnych. Dzięki biernej ochronie przeciwpożarowej mogłoby ich być zdecydowanie mniej 1

Strażacy w 2018 roku wyjeżdżali do 149 tys. pożarów. Prawie połowa z nich miała miejsce w obiektach handlowo-usługowych, coraz więcej jest też pożarów w budynkach mieszkalnych. Rocznie wybucha ich ok. 27 tysięcy. Przed pożarem można się jednak zabezpieczyć. Wdrożenie biernej ochrony przeciwpożarowej spowalnia rozprzestrzeniania się ognia, zapewnia trwałość konstrukcji i zwiększa bezpieczeństwo ludzi.

– Bierna ochrona przeciwpożarowa polega na zastosowaniu prostych materiałów budowlanych, jak różnego rodzaju płyty, lakiery, farby, ale poprzez umiejętną aplikację i odpowiednią produkcję tych materiałów zapewniamy, że te elementy budowlane, które powinny być zabezpieczane, uzyskują klasę odporności ogniowej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Mazanek, menadżer ds. sprzedaży w firmie Promat Techniczna Ochrona Przeciwpożarowa.

Komenda Główna Państwowej Straży Pożarnej podaje, że w 2018 roku odnotowano 149 tys. pożarów – blisko połowa miała miejsce w sklepach, hurtowniach czy lokalach gastronomicznych. Coraz częściej do pożarów dochodzi w obiektach mieszkalnych (wzrost o ponad 1,1 tys. rdr.) – średnio co roku pali się ich 27 tys. (dane za raportem Promat „Bierna ochrona przeciwpożarowa”). Części pożarów można byłoby uniknąć dzięki wdrożeniu biernej ochrony przeciwpożarowej, choć – zdaniem eksperta – sytuacja i tak wygląda już coraz lepiej.

– Tak naprawdę trudnością nie jest dobranie odpowiedniego materiału, ale jego aplikacja, montaż, aby w trakcie pożaru ten materiał po prostu nie odpadł, ale spełniał swoją funkcję. Producenci, którzy pojawili się w Polsce, wnosząc nowe technologie, spowodowali, że poziom biernej ochrony przeciwpożarowej bardzo urósł. Mamy najwyższy poziom europejski, znacznie wyższy niż w niektórych krajach np. Europy Południowej – przekonuje Tomasz Mazanek.

Od 1994 roku, kiedy wprowadzono nowe Prawo budowlane, zaostrzono wymogi techniczne, jakie powinny spełniać budynki. W przepisach uwzględniono m.in. zmiany dotyczące biernej ochrony przeciwpożarowej. Obecnie zabezpiecza ona konstrukcje tunelowe i przejścia instalacyjne, przewody wentylacyjne i oddymiające, przede wszystkim zwiększa wytrzymałość konstrukcji. Z raportu Promat wynika, że przeciętna stalowa konstrukcja uzyskuje temperaturę krytyczną po 10 minutach pożaru, ale w obecności gazów palnych nawet w ciągu sekundy. W efekcie konstrukcja może się zawalić, a dzięki biernej ochronie jest zaś znacznie trwalsza.

– Produkty stosowane do biernej ochrony przeciwpożarowej są bardzo bezpieczne. To, co stosowane jest w Polsce, opiera się na najwyższych standardach w zakresie testów ogniowych i badań. Także kontrola jest w Polsce na bardzo wysokim poziomie. Jeśli więc mamy do czynienia z nowymi inwestycjami, nowymi budynkami i one są zabezpieczone atestowanymi, aprobowanymi systemami, możemy się czuć bezpiecznie – mówi przedstawiciel Promat.

Wraz z pojawianiem się nowych materiałów oraz budowaniem wieżowców pojawiają się nowe wyzwania związane z bezpieczeństwem przeciwpożarowym ludzi przebywających w takich budynkach. Promat pracuje np. nad powłoką, która poprawiłaby odporność na ogień dotychczas łatwopalnych elementów konstrukcyjnych.

– Mamy do czynienia z ciągłym postępem, pojawiają się kompozytowe rozwiązania. Mamy do czynienia z konstrukcjami sprężonymi, różnymi rodzajami stali, pojawiają się profile stalowe coraz cieńsze, ekonomiczne, ale niestety bardziej narażone na ogień. To wyzwania, z którymi się mierzymy, ale radzimy sobie z tym naprawdę nieźle – ocenia Tomasz Mazanek.

Reklamy mają być mniej szkodliwe dla dzieci. Nie będą mogły m.in. podważać autorytetu rodziców

Reklamy mają być mniej szkodliwe dla dzieci. Nie będą mogły m.in. podważać autorytetu rodziców 2

– Dzieci oglądają tyle samo, a niekiedy więcej reklam niż dorośli. Są jednak nieodporne na przekazy marketingowe, bo odbierają wszystko bezpośrednio, a to może mieć bardzo groźne skutki – mówi przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Dzięki kolejnej samoregulacji branży reklamowej najmłodsi odbiorcy mają być przed tym lepiej chronieni. Z jednej strony w reklamach mają się nie pojawiać treści o szkodliwym wpływie. Z drugiej strony Karta Ochrony Dzieci w Reklamie obejmuje także dziecięcych aktorów grających w spotach.

– Dzieci są takimi samymi konsumentami reklam jak dorośli, oglądają tyle samo albo i więcej reklam w telewizji, słuchają ich w radiu i odbierają wszystko bezpośrednio. Skutki czasami mogą być opłakane, a czasami bardzo groźne. Nie chodzi o to, żeby dziecko namawiało teraz rodzica do kupienia kolejnej zabawki, tylko może źle odebrać reklamę i potraktować wprost coś, co jest pewną sugestią, metaforą stosowaną w reklamie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Kołodziejski, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Już nawet dwuletnie dziecko śledzi reklamę telewizyjną, często bardziej kolorową niż bajka. Dzieci bardzo wcześnie rozpoznają znaki towarowe i spośród kilku rzeczy mogą wybrać tę, która najbardziej przypadła im do gustu. Sześciolatek jest w stanie zrozumieć cel reklamy, ośmiolatek potrafi zaś podejmować w pełni samodzielne decyzje zakupowe. Im dziecko starsze, tym większy wpływ na niego ma reklama, która wykorzystuje łatwowierność dzieci.

Karta Ochrony Dzieci w Reklamie wprowadzona do Kodeksu Etyki Reklamy przez Związek Stowarzyszeń Rada Reklamy ma wzmocnić polski system samoregulacji w obszarze ochrony interesów dzieci w działaniach reklamowych i marketingowych.

 Chcieliśmy jeszcze bardziej wzmocnić zapisy chroniące najmłodszych. Nie bez znaczenia były statystyki mówiące o tym, że nasz konsument, który może zaskarżyć reklamę do Rady Reklamy, jest coraz bardziej wyedukowany, wrażliwy, zabiera głos, jeżeli przekaz skierowany nawet pośrednio do dzieci jest niewłaściwy. W związku z tym postanowiliśmy się dalej samodoskonalić. Jest to dobrowolne zobowiązanie wszystkich uczestników rynku reklamowego, żeby te zapisy przygotować – mówi Agnieszka Kępińska-Sadowska, prezes zarządu Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy.

Prace nad kartą trwały dwa lata. Dzięki nowej samoregulacji w przekazach reklamowych kierowanych do dzieci, ale też niekierowanych do nich bezpośrednio, nie będą pojawiały się treści, które mogą mieć negatywny wpływ na rozwój najmłodszych. To np. reklamy zachęcające dzieci do wywierania presji na rodziców, aby kupili określone produkty. Ponadto reklamy z udziałem dzieci nie będą zawierać m.in. scen przemocy fizycznej i psychicznej. Nie mogą także podważać autorytetu rodziców i opiekunów oraz zawierać treści dyskryminujących ze względu na status materialny ani treści z podtekstem seksualnym. Jak podkreśla Rzecznik Praw Dziecka, reklama nie może naruszać praw dziecka-odbiorcy ani dziecka-aktora.

– Karta obejmuje także aktorów dziecięcych w reklamie. Na poziomie castingu i pracy z dziećmi powinniśmy dopilnować, żeby ten szeroko pojęty interes był przestrzegany w stu procentach zgodnie z najwyższymi standardami etycznymi – mówi Agnieszka Kępińska-Sadowska.

To kolejna – po Standardach Reklamy Piwa oraz Standardach Reklamy Żywności skierowanej do dzieci – dobrowolna regulacja wypracowana przez reklamodawców, media i agencje reklamowe.

 Polska jest przykładem najskuteczniejszej aktualnie samoregulacji w Europie. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zapewnia nam monitoring reklam emitowanych w telewizji i możemy sami sprawdzić, na ile – stosując się dobrowolnie do samoregulacji reklamy żywności skierowanej do dzieci – jesteśmy w stanie to zobowiązanie wypełnić. Wierzymy, że zalecane przez Unię Europejską systemy samoregulacyjne będą najlepszą drogą do dobrowolnej współpracy wszystkich uczestników rynku reklamowego – podkreśla Agnieszka Kępińska-Sadowska.

 To kodeks dobrych praktyk. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji reguluje rynek radia i telewizji, ale najlepszym, najskuteczniejszym, najnowocześniejszym sposobem regulacji jest akt samoregulacji, to dużo elastyczniejsza forma – tłumaczy Witold Kołodziejski.

Karta jako załącznik do Kodeksu Etyki Reklamy jest zbiorem miękkich zapisów. To na jej podstawie Komisja Etyki Reklamy ma rozpatrywać skargi. Za naruszenie przepisów karty nie są też przewidziane żadne kary.

– Siłą naszego kodeksu jest to, że to nie jest zamknięta księga. Możemy go uzupełniać i to jest też zaleta samoregulacji, która bardzo szybko reaguje na potrzeby rynkowe. To stanowi różnicę w kontekście wszelkich działań regulacyjnych, jakimi są przepisy prawa – zaznacza Agnieszka Kępińska-Sadowska.

Część państw europejskich wprowadziła dodatkowe przepisy, które regulują reklamy dla dzieci oraz z ich udziałem. W Szwecji i Norwegii zabroniona jest reklama kierowana do dzieci poniżej 12 lat. We Francji takie spoty nie mogą być emitowane w godz. 14.00–17.00, kiedy dziecko po powrocie ze szkoły nie jest jeszcze pod opieką rodziców. W Niemczech z kolei reklamy dla dzieci nie mogą sąsiadować z reklamami kontrowersyjnych produktów (np. prezerwatywy). Dania natomiast wprowadziła zapis, że reklamy słodyczy i napojów nie mogą sugerować, że te produkty zastąpią normalne posiłki.

Czas na druk 4D. Pierwsza myszka dla graczy wykonana w tej technologii trafi na rynek jeszcze w tym roku

Czas na druk 4D. Pierwsza myszka dla graczy wykonana w tej technologii trafi na rynek jeszcze w tym roku 3

Inżynierowie coraz śmielej eksperymentują z materiałami programowalnymi wykonanymi za pośrednictwem technologii druku 4D. Na rynku pojawiają się pierwsze powszechnie dostępne produkty, które wykonano przy wykorzystaniu druku 4D, a naukowcy testują potencjał materiałów programowalnych w branży medycznej. W przyszłości technologia ta może posłużyć do masowej produkcji spersonalizowanych przedmiotów, elastycznych robotów czy innowacyjnych przyrządów medycznych. Jeszcze w tym roku na rynek trafi pierwsza myszka dla graczy wykonana w tej technologii.

– XPG Headshot to nasza mysz drukowana w technologii 4D. Chcieliśmy stworzyć ultralekką myszkę dla graczy, nie chcąc przy tym, by wyglądała jak skomplikowana struktura mechaniczna, dlatego zdecydowaliśmy się na wykorzystanie w jej konstrukcji nietypowego materiału – tworzywa termoplastycznego produkowanego na bazie nylonu – mówi w wywiadzie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Luca Di Fiore, dyrektor produktu i R&D w firmie XPG.

Firma zajmująca się produkcją akcesoriów dla graczy komputerowych postanowiła wykorzystać technologię druku 4D przy produkcji swojej najnowszej gamingowej myszki. Producent wykonuje obudowę urządzenia za pośrednictwem druku 3D, dlatego klient może idealnie dopasować ją do fizjonomii własnej dłoni. Do jej stworzenia wykorzystano termoplastyczny materiał zwany Poliamidem PA 12, który ugina się pod naciskiem dłoni. Dzięki temu gracz może w locie zmniejszać czułość myszki poprzez jej ściśnięcie. Drukowanie w 3D przy użyciu materiałów termoplastycznych określa się mianem druku 4D.

Druk 4D wykorzystywany jest już jednak zacznie szerzej. Carbon, firma wyspecjalizowana w dostarczaniu rozwiązań z branży druku przestrzennego, jako jedna z pierwszych wprowadziła do masowej sprzedaży produkty wykonane przy wykorzystaniu materiałów programowalnych. W ramach współpracy z korporacją Adidas inżynierowie Carbon zaprojektowali buty Futurecraft 4D z podeszwą wydrukowaną w technologii CLIP. Buty z tej linii idealnie dopasowują się do stopy użytkownika dzięki temu, że na podeszwę składa się gęsta struktura tysięcy mikrowsporników uginających się pod ciężarem ciała.

– Druk w czterech wymiarach nie jest terminem marketingowym – określenie zaczerpnięto z wykładu wygłoszonego przez profesora Massachusetts Institute of Technology poświęconego sposobom programowania materiałów w taki sposób, by powstał przedmiot, który ma określone właściwości w określonych warunkach. Materiał jest niezwykle wytrzymały w pewnych warunkach, ale może być bardzo miękki w innych warunkach, jeśli wykorzysta się go do pewnych określonych celów, np. do komputerowych gier sportowych – mówi Luca Di Fiore.

Naukowcy z Rutgers University z kolei wykorzystali druk 4D do stworzenia inteligentnego materiału, który umożliwi stworzenie miękkich robotów, wszepialnych urządzeń medycznych czy materiałów absorbujących uderzenia. Inżynierowie opracowali szkieletową strukturę, która zmienia swoje właściwości pod wpływem temperatury. Po podgrzaniu mięknie i skręca się, a kiedy wystygnie – sztywnieje. Ponowne podgrzanie przywraca go do pierwotnej formy.

Wspomniane wyżej metamateriały są dopiero we wczesnej fazie opracowywania, muszą przejść jeszcze szereg eksperymentów, zanim zostaną dopuszczone do użytku. W międzyczasie na popularności będą zyskiwać proste przedmioty wykorzystujące elastyczne właściwości druku 4D, umożliwiające całkowitą personalizację zakupowanego przedmiotu.

– Produkcja myszki odbywa się z wykorzystaniem druku 3D, dzięki czemu mogliśmy pójść o krok dalej i stworzyć algorytm uczenia maszynowego, który analizuje dłoń, skanuje jej wymiary, a następnie pomaga zbudować dokładnie taki rodzaj myszy, który pasuje do rozmiaru dłoni, sposobu trzymania myszy i wszystkich wymiarów dłoni użytkownika – wyjaśnia ekspert.

Myszka wykonana w technologii 4D od XPG trafi na rynek w listopadzie tego roku, a jej cena ma nie przekroczyć 100 euro. Według firmy badawczej Market Research Future wartość globalnego rynku druku 4D do 2022 roku wzrośnie do 162 mln dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie blisko 39 proc. w skali roku.

Dezinformacja wspierana przez sztuczną inteligencję szerzy się w internecie. Powstają narzędzia ułatwiające ocenę wiarygodności treści w sieci

Rozwój sztucznej inteligencji (SI) oraz zintegrowanych systemów marketingowych ułatwiły rozprzestrzenianie nieprawdziwych informacji w internecie. Boty rozprzestrzeniają sfabrykowane informacje, powstają systemy SI do manipulowania obrazami i tekstami, a większość społeczeństwa nie weryfikuje prawdziwości pozyskiwanych informacji. Korporacje technologiczne i przedstawiciele administracji publicznej pracują nad narzędziami, które pozwolą skutecznie zidentyfikować treści o charakterze dezinformacyjnym.

– Europa stara się bronić przed dezinformacją, która stała się bardzo dużym elementem działania w sieci. Kiedyś działanie dezinformacyjne związane było przede wszystkim z polityką, służbami, wojskiem, teraz rozlało się na całą cyberprzestrzeń i bardzo trudno jest walczyć bezpośrednio z tym zjawiskiem. Trudno też wskazać organy odpowiedzialne za taką walkę. Parlament Europejski podejmuje działania, są wskazywane pewne drogi i aspekty walki z dezinformacją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Piotr Potejko z Wydziału Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Z danych Komisji Obywatelstwa, Sprawowania Rządów, Spraw Instytucjonalnych i Zewnętrznych wynika, że blisko 80 proc. internautów nie weryfikuje informacji pozyskiwanych z sieci, tym samym działając na korzyść osób rozpowszechniających nieprawdę w internecie. W odpowiedzi na skoordynowaną akcję dezinformacyjną, jaką zaobserwowano przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego, przedstawiciele Komisji Europejskiej wyszli z inicjatywą stworzenia narzędzi, które ułatwią weryfikację wiarygodności informacji pozyskiwanych z sieci.

Aby zminimalizować skutki działań dezinformacyjnych przeprowadzanych przy okazji wyborów, Unia Europejska powołała grupę zadaniową ds. komunikacji strategicznej i Komórki UE ds. Syntezy Informacji o Zagrożeniach Hybrydowych w ramach Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych. Jej celem było stworzenie systemu wczesnego ostrzegania, który pozwoli identyfikować źródła dezinformacji. Na wniosek unijnych urzędników udało się przekonać takie firmy jak Google, Facebook czy Twitter do wdrożenia rozwiązań ułatwiających zwalczanie botów internetowych, fałszywych kont społecznościowych czy kont rozprzestrzeniających materiały, które miały spolaryzować wyborców.

– Dezinformacja to nie tylko stricte polityczne oddziaływania na ludzi, lecz także cały aspekt socjotechnik, które działają na nas z perspektywy biznesu, pozycjonowania nas w różnych aspektach działań informacyjnych – tłumaczy dr Piotr Potejko.

Z badań przeprowadzonych przez naukowców Uniwersytetu Nowojorskiego wynika, że w przyszłym roku kolejnym narzędziem dezinformacyjnym może stać się Instagram, który może posłużyć do manipulowania opinią publiczną w celu wypaczenia wyniku wyborów prezydenckich w 2020 roku. Wszystko za sprawą upowszechnienia się technologii deepfake wykorzystującej sztuczną inteligencję do podmiany twarzy osoby uwiecznionej na nagraniu. Narzędzia tego typu umożliwią stworzenie sfałszowanych filmów, które mogą skompromitować przeciwników politycznych.

Potężną bronią w wojnie dezinformacyjnej mogą się okazać także systemy automatycznego generowania tekstu. Narzędzie tego typu opracowali m.in. inżynierowie z OpenAI i w wersji okrojonej opublikowali w internecie. Oprogramowanie GPT-2 okazało się tak skuteczne, że Elon Musk, współzałożyciel OpenAI, postanowił opuścić firmę, aby nie sygnować swoim nazwiskiem projektu, który mógłby posłużyć do manipulowania opinią publiczną. Z kolei niedawno Microsoft postanowił zainwestować w firmę miliard dolarów.

– Dezinformacja stosowana jest bardzo powszechnie. To nie zawsze musi być negatywny aspekt tego zjawiska. W każdym państwie są organy, które zajmują się przeciwdziałaniem zjawisku dezinformacji i jego oddziaływaniu na społeczeństwo. Tak naprawdę każdy podmiot, który przetwarza informacje, powinien również mieć na uwadze walkę z dezinformacją. Każdy z elementów państwa powinien wdrażać pewne polityki walki z dezinformacją, bo sam też podlega takiej dezinformacji w sieci czy w polityce – zauważa ekspert.

Na zagrożenia ze strony systemów dezinformacyjnych reagują wielkie korporacje, których oprogramowanie bądź narzędzia wykorzystuje się do szerzenia nieprawdziwych informacji. Facebook, Google oraz BBC zawiązali współpracę przy projekcie, który ma ułatwić rozpoznanie zmanipulowanych materiałów. W ramach nowo zawiązanej organizacji do zwalczania fake newsów wypracują narzędzia do zautomatyzowanego oznaczania treści dezinformacyjnych, przeprowadzania szkoleń ułatwiających ich wykrywanie oraz dzielenie się wiedzą na temat prowadzenia etycznych działań informacyjnych.

Google już wcześniej na własną rękę rozpoczął walkę z dezinformacją. Korporacja postanowiła drastycznie ograniczyć zasięg filmów prezentujących teorie spiskowe w swoim serwisie filmowym. W ramach czystki dezinformacyjnej zdecydowano się ograniczyć zasięg organiczny takich materiałów, usuwając je z list polecanych filmów. Z kolei Facebook już w 2017 roku wprowadził narzędzie ułatwiające zgłaszanie administratorom nieprawdziwych treści, a w 2018 roku wzbogacił swoje narzędzie szybkiego wykrywania fake newsów – pod informacjami o wątpliwej wartości informacyjnej serwis załącza linki do Wikipedii tłumaczące kontrowersyjne kwestie.

Tymczasem powstają już pierwsze edukacyjne narzędzia demonstrujące, w jaki sposób nieprawdziwe informacje rozprzestrzeniają się w sieci. Holenderska organizacja DROG w 2017 roku zaprojektowała minigrę dezinformacyjną Bad News, a następnie poprosiła naukowców z Uniwersytetu w Cambridge o przetłumaczenie jej na dziesięć języków. W tym roku narzędzie zadebiutowało w polskiej wersji językowej, dzięki czemu każdy Polak może się przekonać, czy nie został nigdy zmanipulowany podczas korzystania z internetu.

 Nie możemy już powiedzieć: Nie jestem dezinformowany, do mnie te negatywne informacje nie docierają. Każdy podlega tej dezinformacji w mniejszy lub większy sposób. Widzimy młodzież, która nie odkłada telefonów komórkowych, nie wylogowuje się z sieci. Już od najmłodszych lat powinniśmy w szkołach na każdym szczeblu edukacji wyjaśniać, czym jest dezinformacja i jakie mamy możliwości jej weryfikowania. Najważniejsze jest, żebyśmy wiedzieli, gdzie możemy sprawdzić, czy informacja jest prawdziwa, czy ktoś wprowadza nas w błąd. Bo dezinformacja to tak naprawdę element manipulowania zachowaniami człowieka bądź całych grup społecznych – podsumowuje dr Piotr Potejko.

Według analityków Gemius PBI w sierpniu z internetu korzystało 28 mln Polaków, każdego dnia spędzając w sieci średnio 1 godz. 43 min. Najczęściej korzystano z witryn Google, Facebooka, Grupy WP, Grupy RAS Polska oraz YouTube.

Deweloperzy szukają sposobów na dywersyfikację

Czy deweloperzy mieszkaniowi rozważają dywersyfikację portfela inwestycyjnego i przygotowują projekty z innego segmentu niż dotychczas realizowane? Jakiego rodzaju inwestycje planują wprowadzić na rynek w najbliższym czasie? Sondę opracował serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Na bieżąco monitorujemy trendy związane z realizacją projektów innych niż mieszkaniowe, tj. biurowe, czy handlowe. Przykładem tego jest aparthotel, który realizujemy w Gdańsku w ramach czwartego etapu Osiedla Bastion Wałowa. Analizujemy również projekty typu akademiki. Tego rodzaju inwestycje traktujemy jednak jako uzupełnienie naszej oferty. Opcje dla efektywnego wykorzystania dostępnego gruntu, ale skupiamy się jednak na inwestycjach, w przypadku których spółka odnosi sukcesy.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Koncentrujemy się na budowie mieszkań o podwyższonym standardzie, dostępnych dla szerokiego grona odbiorców, co aktualnie jest zdecydowanie najbardziej rentowne. W obecnym otoczeniu rynkowym nie planujemy zaangażowania w inne segmenty. Nie wykluczamy jednak innych form działalności w przyszłości.

Jeśli chodzi o dywersyfikacje geograficzną jesteśmy jedynym deweloperem notowanym na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, który działa we wszystkich największych aglomeracjach w Polsce. Realizujemy inwestycje w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, aglomeracji śląskiej, Łodzi, Poznaniu i Trójmieście. To docelowy model funkcjonowania firmy w kraju. Od wielu lat przyglądaliśmy się możliwościom rozszerzenia działalności poza granice Polski. Po dogłębnych analizach rozpoczynamy realizację projektu w niemieckim Dreźnie, gdzie mamy już gotowy projekt z pozwoleniem na budowę.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Poza budową mieszkań, zajmujemy się zarządzaniem nieruchomościami, m.in. w ramach 30 wspólnot mieszkaniowych, obejmujących 11 tys. lokali. Firma jest także właścicielem i operatorem 7 swoich hoteli i aparthoteli, które łącznie oferują 1174 pokoi i apartamentów dla ponad 2,6 tys. gości. Obiekty zapewniają również zaplecze konferencyjne z ponad 3 tys. miejsc, a także restauracyjne z 1677 miejsc. Inwestujemy także w segmencie magazynowym. Wkrótce rozpoczniemy budowę Parku Logistycznego w Szczecinie.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Oprócz standardowej działalności deweloperskiej, w ramach której niedawno rozpoczęliśmy inwestycje na nowym dla nas rynku krakowskim, jesteśmy także nadal aktywni w segmencie PRS (Private Rental Sector).W tej formule przygotowujemy już drugi projekt zlokalizowany u zbiegu ulicy Puławskiej i alei Niepodległości w Warszawie. Jesteśmy także pierwszym deweloperem, który zrealizował transakcje tego typu, sprzedając cały budynek mieszkalny Apartemty Pereca z gotowymi, wykończonymi mieszkaniami według standardu inwestora zagranicznemu funduszowi inwestycyjnemu, działającemu na rynku najmu długoterminowego.

Andrzej Gutowski, wiceprezes i dyrektor ds. sprzedaży Ronson Development

W ramach „mieszkaniówki” nie zamykamy się na żaden z segmentów. Mamy w ofercie lokale z różnych półek cenowych, od tzw. segmentu budżetowego po mieszkania o wysokim standardzie i apartamenty. Być może jedynie w segmencie popularnym, czyli najtańszych mieszkań nie będziemy obecni, co wynika z naszego modelu biznesowego. Ronson Development nie ma własnego zaplecza wykonawczego. Współpracujemy ze sprawdzonymi firmami w formule generalnego wykonawstwa, a ponieważ ostatecznie każda inwestycja musi się kalkulować, będziemy prowadzić tylko te projekty, które dają możliwość zrealizowania określonej marży.

Pozostaniemy też przy inwestycjach wielorodzinnych. Ich uzupełnieniem może być zabudowa jednorodzinna, ale tylko jako część większej inwestycji, a nie odrębny projekt. Przykładem może być tu nasz, prestiżowy projekt Nova Królikarnia zlokalizowany na warszawskim Mokotowie, w którym poza kameralnymi apartamentowcami, mamy też limitowaną ilość domów.

Nasza strategia nie zakłada natomiast wejścia w inne segmenty rynku nieruchomości. Nie będziemy więc budować biurowców, centrów handlowych, akademików, czy hoteli.

Piotr Tarkowski, dyrektor ds. Sprzedaży Allcon Osiedla

Od kilku lat oferta Allcon Osiedla wypełnia wszystkie segmenty rynku. Na rynku nieruchomości luksusowych mamy w ofercie apartamenty w Vilii Novej, zlokalizowanej w pierwszej linii zabudowy nad morzem w gdyńskim Orłowie. W segmencie premium budujemy obecnie apartamentowiec Tarasy Bałtyku, także położony w pierwszej linii zabudowy w gdańskim Przymorzu. Dla nadmorskich inwestorów, poszukujących second home mamy ciekawą propozycję w Pucku – Nexo Apartamenty na Klifie. W Gdańsku w sąsiedztwie starówki oferujemy Kamienice Malczewskiego, kameralną inwestycję z segmentu o podwyższonym standardzie, która położona jest w pobliżu Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego i największego w północnej Polsce centrum biznesowego. W Gdyni mamy z kolei Osiedle Gdyńskie, inwestycję z rynku popularnego, która ze względu na sąsiedztwo morza, nie jest dedykowana tylko dla rodzin, ale także inwestorów, poszukujących domu na wakacje, a docelowo relokację.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Nasza oferta jest bardzo zróżnicowana pod względem rodzaju projektów, ich przeznaczenia oraz lokalizacji. Realizujemy, zarówno inwestycje mieszkaniowe w segmencie popularnym, jak i w standardzie premium, skierowane do najbardziej wymagających klientów. Dużą część stanową również projekty typowo inwestycyjne, przeznaczone w głównej mierze pod najem krótkoterminowy. Najwięcej naszych projektów znajduje się w Trójmieście, ale budujemy także w innych lokalizacjach. Planujemy między innymi wejść na rynek warszawski. Nasz portfel inwestycyjny już teraz jest mocno zdywersyfikowany.

Autor: Dompress.pl

Przegląd wydarzeń przyszłego tygodnia 16.09 – 20.09

Pożegnalne posiedzenie Mario Draghiego już za nami. Euro największe czynniki zagrożenia ma zatem już w tylnym lusterku. Zupełnie odwrotnie wygląda położenie dolara. Naturalnie uwaga rynku przenosi się bowiem z kroków Europejskiego Banku Centralnego na zamierzenia Rezerwy Federalnej.

Jednocześnie rynki nieustannie i czujnie analizują wszystkie informacje dotyczące wojen handlowych. Ta kwestia przypomina trochę wańkę – wstańkę. Skoro przez ostatnie dziesięć dni na rynku panował optymizm, że porozumienie jest nie tylko możliwe, ale też całkiem bliskie, to teraz pora na zaognienie sporu? Zalecamy sceptyczny osąd zarówno sytuacji wokół wojen handlowych, jak również brexitu. Przekłada się to na ostrożne podejście do możliwości kontynuacji umocnienia przez funta, jak również na wprost negatywne nastawienie do walut Antypodów.

Wracając do kluczowego wydarzenia tygodnia: naszym zdaniem Fed zetnie stopy procentowe o 25 pb i do przedziału 1,75-2,00 proc. Komunikacja ze strony władz monetarnych będzie bardzo łagodna. Dlaczego? Po pierwsze: wyprzedzające barometry koniunktury obniżyły się od lipcowego posiedzenia. Po drugie: wojny handlowe uległy zaognieniu i obserwowaliśmy epizod podwyższonej zmienności na rynkach finansowych. Po trzecie część decydentów obawia się odwracania się krzywej rentowności. Proces ten w ostatnich tygodniach tylko uległ pogłębieniu. Można zatem postawić pytanie: dlaczego nie redukcja o 50 pb? Trump na pewno by się ucieszył… Odpowiedź jest prosta: takie ruchy zarezerwowane są na sytuacje kryzysowe a o takiej oczywiście mowy teraz być nie może.

Poza decyzją Fed (w środę) poznamy także szereg innych interesujących danych, które oczywiście pozostaną na dalszym planie. Poniedziałek to odczyt NY Empire State, czyli pierwszego regionalnego wskaźnika koniunktury. Wtorek przyniesie dane z amerykańskiego przemysłu, które będą analizowane pod kątem tego czy potwierdzają słabość sugerowaną przez badania ankietowe i miękkie wskaźniki. W środę i czwartek obok cotygodniowych odczytów zmiany zapasów ropy i liczby nowo zarejestrowanych bezrobotnych światło dzienne ujrzy również paczka odczytów z rynku nieruchomości. Jego kondycja „po cichu” i na dalszym planie ulegała w ostatnich miesiącach pogorszeniu. Pozostajemy negatywnie nastawieni do dolara ze względu na perspektywy polityki monetarnej. Wartość widzimy w euro, walutach skandynawskich a także dolarze kanadyjskim. W przypadku ostatniej z tych walut kluczowe będą środowy odczyt inflacji oraz piątkowe dane o sprzedaży detalicznej.

W strefie euro najważniejsze wydarzenia skumulowane są we wtorek. Będą to indeks ZEW oraz wystąpienie głównego ekonomisty EBC Lane’a oraz Coeure zaplanowane na 17:30. Może ono rzucić nieco więcej światła na ostatnie poluzowanie polityki przez EBC. Rynek funta cały czas zdominowany jest i nadal będzie przez brexit. Warto jednak poznać opinię Banku Anglii na tę kwestię. Okazją ku temu będzie czwartkowe posiedzenie, na którym parametry polityki nie ulegną oczywiście zmianie.

Na Antypodach kilka ważnych publikacji. We wtorek będą to protokół z posiedzenia RBA we wrześniu a w czwartek uwaga skupi się na doniesieniach z australijskiego rynku pracy oraz dynamice PKB gospodarki Nowej Zelandii wypracowanej w drugim kwartale. Dane z Japonii tradycyjnie nie będą przykuwać uwagi a z odczytów warto odnotować piątkowe dane o inflacji.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Opublikowano Zieloną Księgę dotyczącą sukcesji w firmach rodzinnych

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii opublikowało Zieloną Księgę z założeniami dotyczącymi wprowadzenia do systemu prawnego instytucji fundacji rodzinnej. Jej wprowadzenie jest ważne dla usprawnienia procesu sukcesji polskich firm rodzinnych.

Zielona Księga dotycząca fundacji rodzinnej to zbiór założeń przybliżających tę instytucję. Jej publikacja to krok milowy dla toczących się prac i rozważań, mających na celu wypracowanie rozwiązań umożliwiających skuteczną sukcesję polskich firm rodzinnych. W opracowaniu znajdziemy odpowiedzi m.in. na pytania „co to jest fundacja rodzinna?”, „po co zakłada się fundację rodzinną?”. Ponadto w Zielonej Księdze przedstawione zostały analizy prawno – porównawcze przedstawiające regulacje dotyczące fundacji rodzinnych, funkcjonujące w innych krajach. Opublikowana Zielona Księga jest swoistym zaproszeniem przedsiębiorców, organizacji zrzeszających firmy rodzinne, przedstawicieli środowisk akademickich oraz przedstawicieli administracji państwowej do dalszej dyskusji i konsultacji.

– Fundacja rodzinna ma ogromne znaczenie dla przedsiębiorców, pozytywnie wpłynie też na tempo utrzymania wzrostu gospodarczego w kraju, poprzez ograniczenie wypływu polskiego kapitału z kraju, a właściciele firm nie będę już musieli szukać zagranicznej alternatywy mówi w rozmowie z MarketNews24 Katarzyna Karpiuk, radca prawny, ekspertka ds. sukcesji w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Publikacja Zielonej Księgi oficjalnie rozpoczyna publiczną dyskusję o polskiej fundacji rodzinnej.

Kancelaria Ożóg Tomczykowski wraz z członkami Rady Firm Rodzinnych przy Konfederacji Lewiatan oraz z aktywnym udziałem MPiT, od 2017 r. pracuje nad rozwiązaniem będącym kolejnym krokiem do ułatwienia sukcesji w Polsce. Podczas tych kilkunastu miesięcy zostało przeprowadzonych wiele spotkań roboczych, w tym także z udziałem przedstawicieli Ministerstwa Finansów oraz Ministerstwa Sprawiedliwości. Efektem tych prac jest przygotowany przez kancelarię projekt ustawy wprowadzającej fundację rodzinną do polskiego systemu prawnego. Celem projektowanej regulacji jest umożliwienie właścicielom polskich firm rodzinnych korzystania z rozwiązania gwarantującego trwałość biznesu, bez ryzyka niekontrolowanego podziału przedsiębiorstwa pomiędzy ewentualnych spadkobierców, przy jednoczesnym zabezpieczeniu interesów osób najbliższych właścicielowi.

Kolejny kryzys gospodarczy jest nieuchronny, banki centralne jedynie odwlekają go w czasie

Europejski Bank Centralny ogłosił kroki, które mają zapobiec gospodarczej zapaści. W przyszłym tygodniu podobnie może postąpić amerykańska Rezerwa Federalna.

Nastał czas liberalnej polityki monetarnej. Oprócz EBC i Fed również banki centralne w innych krajach obniżają stopy procentowe. W krótkim terminie powinno to pomagać gospodarce i giełdowym notowaniom, ale eksperci obawiają się, że zmiana podejścia finansowych decydentów to zły omen. Ich decyzje pokazują bowiem, że obawiają się recesji. Gospodarczy kryzys może zacząć się w Strefie euro, gdzie dane ekonomiczne w ostatnich miesiącach były coraz bardziej niepokojące, szczególnie w Niemczech.

Ratując europejską gospodarkę przed zapaścią, EBC postanowił, że uruchamia program zakupu aktywów. Obniżono także stopy procentowe, których poziom jest obecnie najniższy w historii. Stopa depozytowa został obniżona o 10 punktów bazowych, do -0,50 proc.

– Hossa ostatniej dekady na rynkach akcji, zarówno amerykańskim, jak i europejskich, była w głównej mierze pompowana przez działania banków centralnych i napływ kapitału wynikający z ich luźnej polityki – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Obecnie, choć nie doszło jeszcze do kryzysu gospodarczego, banki centralne już wracają do luźnej polityki monetarnej.

Teraz rynki finansowe czekają na decyzję Fed, którą poznamy już 18 września. Bank centralny USA zapoczątkował cykl obniżek stóp procentowych w lipcu. Analitycy oczekują, że teraz będzie kontynuował obrany kierunek.

– Wrzesień okaże się miesiącem banków centralnych, a w krótkim terminie ich działania będą pomagały. Mimo, że kryzys gospodarczy jest nieuchronny i musi nadejść, to zostanie odsunięty w czasie, podobnie jak załamanie kursu akcji. Istnieje więc potencjał, aby kursy akcji podeszły ponownie pod szczyty z 2019 r. – ocenia ekspert CMC Markets.

Automatyzacja i cyfryzacja to przyszłość branży zarządzania wierzytelnościami?

Już 19 września w Warszawie odbędzie się kolejne, trzecie już Śniadanie Technologiczne organizowane przez Polski Związek Zarządzania Wierzytelnościami (PZZW). Idea spotkań narodziła się z potrzeby powołania do życia platformy wymiany pomysłów i doświadczeń między podmiotami z sektora finansowego, które uczestniczą w procesie odzyskiwania należności oraz światem IT. Wdrażanie rozwiązań z obszaru nowych technologii jest kluczem do rozwoju w biznesie, pomaga usprawnić kontakt z klientami i wiele istotnych codziennych procesów, co dostrzega również branża zarządzania wierzytelnościami. Dlatego w agendzie najbliższego Śniadania Technologicznego znajdą się takie tematy jak, np.: automatyzacja procesu sądowego, czyli e-sądy oraz chatboty – najbardziej interesujące wątki, które zostały zgłoszone przez uczestników poprzedniego spotkania. Do współinicjatora cyklu i jego partnera merytorycznego – firmy VSoft, dołączy podczas wrześniowej edycji firma Alfavox.

Najważniejsza jest współpraca

Uczestnicy poprzednich Śniadań Technologicznych jednym głosem przyznali, że działania związane z procesem odzyskiwania należności, z którymi mają do czynienia na co dzień, muszą być wsparte aktualnymi rozwiązaniami informatycznymi. Sektor IT i nowoczesne technologie oferują wiele korzyści, a niestety nie jest to jeszcze powszechna wiedza wśród przedsiębiorców z branży finansowej. Dlatego najważniejszym celem spotkań organizowanych przez PZZW jest zbliżenie ze sobą tych dwóch światów, ukazanie możliwości, jakie oferuje branża informatyczna oraz pomoc w dopasowaniu ich do wymagań i potrzeb sektora zarządzania wierzytelnościami.

Piotr Badowski, Polski Związek Zarządzania Wierzytelnościami
Piotr Badowski, Polski Związek Zarządzania Wierzytelnościami

Nasza inicjatywa niesie ze sobą wiele korzyści dla obu stron, szczególnie ze względu na formę spotkania – otwarta dyskusja, która daje uczestnikom możliwość wypowiedzenia się, przedstawienia własnego punktu widzenia. Nas, jako organizatorów, szczególnie cieszy fakt, że osoby obecne na poprzednich Śniadaniach, reprezentujące podmioty zajmujące się obsługą wierzytelności przedstawiają realne problemy, z którymi spotykają się na co dzień, a firmy z sektora technologicznego mają szansę bezpośrednio się do nich odnieść i zaoferować wsparcie, nie tylko merytoryczne, ale i rozwiązania możliwe do zrealizowania w przyszłości – mówi Piotr Badowski, Prezes PZZW.

Co czeka na uczestników trzeciego Śniadania Technologicznego, które odbędzie się już 19 września?

Chatboty i e-sądy to przyszłość branży?

Firmy z branży windykacyjnej pokładają coraz większe nadzieje w rozwoju nowoczesnych technologii i sektora IT, licząc na usprawnienie codziennych procesów, co ma mieć przełożenie na zwiększenie efektywności. Podczas Śniadania Technologicznego będą mogły uzyskać solidną dawkę informacji dotyczących rozwiązań informatycznych, których wdrożenie się opłaca, ponieważ wiąże się z realnymi oszczędnościami, wspiera kontakt
z klientami i pozwala zyskać bądź utrzymać przewagę rynkową.

Inicjatywa Śniadań Technologicznych powstała z założenia, że producent rozwiązań IT i jego klient (w tym przypadku np. firma z branży zarządzania wierzytelnościami) są partnerami, ponieważ mają ten sam cel: usprawnić działania firmy dzięki odpowiednim narzędziom. Automatyzacja procesów ciągle może kojarzyć się z czymś skomplikowanym
i nieosiągalnym, ale jest wręcz odwrotnie – coraz częściej to podstawa sprawnego funkcjonowania firmy i wręcz codzienność. Przykładem szybko postępującej automatyzacji może być nowoczesne podejście do obsługi klienta. Podczas poprzednich spotkań wiele uwagi poświęcono jednemu z pierwszych etapów komunikacji z osobą zadłużoną, czyli kontaktowi telefonicznemu. Boty, czyli programy, które mają „zastępować” człowieka w prostych, powtarzalnych czynnościach, w jak najlepszy sposób odwzorowując jego zachowanie, to rozwiązania szczególnie interesujące ostatnimi czasy branżę zarządzania wierzytelnościami. Chatboty mogą wspierać pracownika call center w przekazywaniu mu podstawowych informacji na temat zadłużenia. Dzięki temu, ekspert z firmy windykacyjnej na dalszym etapie kontaktu może poświęcić więcej czasu na rozmowę z zadłużonym konsumentem, która wymaga zaangażowania i pomocy „żywego człowieka”. Podobnych automatyzacji usprawniających pracę organizacji jest bardzo wiele, a to tylko jeden przykład, o którym będziemy mówić na najbliższym spotkaniu –
mówi Jakub Głąb, dyrektor sprzedaży i rozwoju w firmie VSoft, będącej partnerem merytorycznym inicjatywy.

Podczas trzeciej, wrześniowej odsłony Śniadania Technologicznego, wydarzenie wesprze drugi partner spotkania, firma Alfavox, która tworzy nowoczesne rozwiązania wspierające obsługę klienta, oparte o moduły analityki biznesowej, data analitycs oraz uczenie maszynowe, które zostały zaprojektowane w taki sposób, aby łatwo integrowały się z infrastrukturą  IT obecną w każdej firmie.

Skupimy się przede wszystkim na wsparciu w uzyskiwaniu nawet o 10 proc. wyższego wskaźnika revenue firm zarządzających wierzytelnościami, firm windykacyjnych i podmiotów, które świadczą usługi z obszaru odzyskiwania należności. Przedstawimy konkretne zagadnienia i rozwiązania, które efektywnie zwiększają wartość odzyskanego portfela oraz redukują koszty obsługi wierzytelności nawet o 70 proc. Podzielimy się doświadczeniami ze świata z zastosowania sztucznej inteligencji i wirtualnych konsultantów – mówi Michał Góra, Prezes Zarządu firmy Alfavox, będącej partnerem spotkania.

Organizatorzy wydarzenia zapowiadają powrót do tematu e-Sądu, który był dyskutowany podczas ostatniego Śniadania Technologicznego. – Mówiąc najogólniej, e-Sąd, to system teleinformatyczny, w którym jest możliwe przeprowadzenie Elektronicznego Postępowania Upominawczego (EPU) bez konieczności wizyty w sądzie. Wierzyciel składa elektroniczny pozew, a następnie monitoruje jego status i wymienia się informacjami z e-Sądem za pomocą elektronicznych dokumentów. Ten rodzaj komunikacji umożliwia automatyzacja procesu sądowego i przynosi duże oszczędności w kosztach postępowania sądowego i uproszczeniu dochodzenia swoich roszczeń. Myślę, że interesująca będzie wymiana doświadczeń w zakresie komunikacja z e-Sądem i problemów, które napotykamy przy jej automatyzacji – mówi Mirosław Wnuk, dyrektor rozwoju obszaru windykacji w VSoft.

Rozwiązania do zdań specjalnych z pełnym wsparciem

Systematyczne wprowadzanie najnowszych rozwiązań technologicznych do branży zarządzania wierzytelnościami to klucz do sukcesu. Jak dodaje Michał Góra, Prezes Zarządu Alfavox, zadaniem firm z sektora IT, dostarczających nowe usługi i produkty, jest również wspieranie pracowników firm w trakcie procesu i onboardingu.

– Formuła tego spotkania opiera się na dostarczeniu rzetelnych informacji o tym, jak konkretne usługi i rozwiązania IT przełożą się na usprawnienie i rozwój działalności firm z sektora zarządzania wierzytelnościami. W Alfavox wiemy, że inwestycje w sztuczną inteligencję (AI) i IT, po prostu muszą się zwrócić i to jest najważniejsze, to jedna z motywacji do wprowadzania nowych technologii. Uważamy, że rozwiązaniem jest organizowanie spotkań, podczas których firmy otrzymują od konkretne wsparcie i konkretne wskazówki bazujące na doświadczeniu, które czerpiemy ze wdrożeń na świecie. Zadaniem firm IT jest ciągłe wspieranie biznesów klientów i w momencie pojawiania się nowych rozwiązań i nowych możliwości, to właśnie dostawca technologii powinien zadbać o to, aby klient uzyskał rzetelne informacje, jak korzystać z technologii, by osiągnąć wysoką stopę zwrotu z inwestycji  – dodaje Michał Góra.

Transformacja marketingowa RTV EURO AGD

Dynamiczne zmiany na rynku sprzętu elektronicznego, silna konkurencja oraz globalne trendy konsumenckie stały się istotnym impulsem do zmian w obszarze marketingu RTV EURO AGD. Grzegorz Wachowicz, który w 2017 r. objął stanowisko Dyrektora Pionu Handlu i Marketingu, konsekwentnie przebudowuje struktury marketingowe i wprowadza spójną strategię marketingu 360 stopni.

Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD
Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD

– Dynamiczna rzeczywistość rynkowa wymaga dużej szybkości i efektywności operacyjnej, a przede wszystkim innowacyjnego podejścia do komunikacji z konsumentami. Klient w ostatnim czasie bardzo się zmienił: jest świadomy, wyedukowany, korzysta z informacji, analiz produktowych i rekomendacji, dzięki internetowi ma dostęp do bardzo szerokiej wiedzy – powiedział Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD. – Żeby docierać do takich klientów musimy tworzyć konsekwentny przekaz, który wyróżni się na rynku i pokaże nasze technologiczne atuty.

Zmiany w podejściu do komunikacji marketingowej są widoczne już od dłuższego czasu. RTV EURO AGD wprowadziło dużą dynamikę akcji promocyjnych, zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i online, prowadząc intensywną komunikację za pośrednictwem różnych narzędzi i kanałów.

– Konsumenci korzystają obecnie z mediów społecznościowych, szukają informacji w internecie, oglądają TV, słuchają radia, oglądają billboardy, zmienił się sposób absorbcji reklamy. Sami wybierają nośniki, przez które docierają do nich informacje marketingowe. Mając tę świadomość, konsekwentnie wprowadzaliśmy strategię marketingu 360 stopni i budowaliśmy w firmie strukturę, która zapewni skuteczną realizację tej strategii – dodał Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD. – A to oznaczało nieuchronne zmiany, także personalne. Cieszę się, że obecnie mamy zespół, który doskonale rozumie nowy kierunek i jest w stanie z zaangażowaniem go realizować. Zależało mi, żeby w marketingu pracowali ludzie z pasją i entuzjazmem, bo tylko dzięki temu mogą powstać unikalne, nowatorskie pomysły.

Efekty nowego podejścia do komunikacji i do obsługi klienta można już obserwować w sklepie EURO w warszawskiej Galerii Młociny. Zgodnie z najnowszymi trendami nie ma już wyraźnego podziału na online i offline, technologie i rozwiązania z obu kanałów przenikają się, żeby stworzyć przestrzeń maksymalnie przyjazną dla klienta. Z tego względu doradcy w sklepie EURO w Galerii Młociny są wyposażeni w tablety i łączność bezprzewodową, co pozwala jeszcze szybciej i sprawniej reagować na zapytania i potrzeby kupujących.

Dodatkowo w salonie na Młocinach wprowadzono ekrany digital signage, na których emitowane są dynamiczne materiały marketingowe, prezentujące ofertę produktową w lekkim, nowoczesnym ujęciu, aby klienci w sklepie mogli zapoznać się z nowościami produktowymi i zainspirować rozwiązaniami technologicznymi.

– Dysponujemy jedną z największych sieci sklepowych ekranów reklamowych Digital Out Of Home (DOOH). Wprowadzanie nowoczesnego, lifestylowego sposobu komunikacji i interakcji z klientem jest odpowiedzią na światowe trendy i oczekiwania samych konsumentów – dodał Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD. – Dzięki wprowadzeniu bardziej emocjonalnego przekazu jesteśmy w stanie efektywniej dotrzeć z informacjami, a także właściwie wykorzystać potencjał i możliwości nośników DOOH.

Gruntownie zmieniona została także stylistyka katalogów dostępnych w sklepach, a materiały na stronie www są systematycznie unowocześniane.

– Cieszymy się, że modyfikacja naszego podejścia jest dostrzegana, także przez rynek, ale zależy nam przede wszystkim, aby była ona inspiracją dla klientów – stwierdził Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD. – Wygoda jest jednym z kluczowych oczekiwań konsumenckich w ostatnich latach, więc nasze zmiany będą nieuchronnie zmierzały do zapewnienia kupującym jeszcze większego komfortu i online, i offline.

Ile jest wart kilogram jabłek? Ile kosztuje produkcja i jakie są pozostałe koszty?

W ostatnim czasie obserwujemy największą falę bankructw w branży handlu owocami i warzywami. Bankrutują producenci, grupy producenckie jak i firmy prywatne. Czy można temu zapobiec? TAK, pod warunkiem, że sadownicy oraz podmioty wprowadzające owoce do sprzedaży zaczną prawidłowo liczyć koszty.

Zastosowanie się do poniższych zasad pozwoli na uzyskanie wyższych cen zarówno dla producentów jak i grup producenckich czy firm prywatnych.

Poniżej błędy, które prowadzą do braku rentowności z prowadzonej działalności:

  • Brak kosztów amortyzacji w cenach sprzedaży

Największy błąd w kalkulowaniu cen sprzedaży. Amortyzacja jest kosztem niepieniężnym lecz bardzo ważnym. Duża część producentów oraz firm otrzymała wsparcie przy budowie obiektów czy przy zakupie maszyn oraz środków transportu. Niestety maszyny się zużywają i wymagają serwisów, a budynki remontów. Nie uwzględniając w cenach sprzedaży kosztu amortyzacji, nie będziemy w stanie odtworzyć danego środka trwałego, co zagrozi dalszemu funkcjonowaniu gospodarstwa czy firmy.

Już w tej chwili wiele grup nie jest w stanie sortować owoców na jakość ze względu na zniszczone maszyny, których koszty napraw przewyższają możliwości finansowe producentów.

WSKAZÓWKA: Do 1 kilograma powinno się wkalkulowywać około 10 groszy kosztów amortyzacji.

  • Brak kalkulowania tzw. „rozważek”

Struktura sprzedaży w ostatnich latach zmienia się w stronę mniejszych opakowań. Głównymi klientami stają się sieci handlowe z dużą ilością indeksów. Jabłko jest konfekcjonowane i sprzedawane w opakowaniach od 1 kg do 6-7 kg.

Zarówno przepisy, jak i klienci wymagają, aby w opakowaniach była minimum wymagana waga netto, więc podczas produkcji w każdym opakowaniu znajduje się więcej towaru, który jest oddawany bezpłatnie. Oczywiście im mniejsze opakowanie tym większa strata. I tak dla przykładu pakując torbę 1 kg na każdym opakowaniu mamy średnią stratę około 10 dekagramów, co daje 10 procent wartości sprzedaży.

W firmach „rozważka” to około 3% towaru, co przy średniej wielkości grupie sprzedającej około 20 tys. ton, daje rocznie ponad 600 tys. kg towaru, który został załadowany bez wynagrodzenia.

WSKAZÓWKA: Do 1 kg powinno się zatem kalkulować od 3 do 5 groszy kosztów „rozważki” w zależności od cen surowca.

  • Brak kalkulowania tzw. „wysuszek”

Średni czas rotacji jabłka w magazynie to około 30 dni. W tym okresie około 1 % masy jabłek wyparowuje, co przy średniej firmie daje ubytek w postaci 200 000 kg rocznie.

WSKAZÓWKA: Do 1 kg powinno się kalkulować około 1- 2 groszy w zależności od cen surowca.

  • Brak kalkulowania zwiększonej ceny zakupu przy sprzedaży jabłek o wyższych parametrach

W związku w ciągłym podnoszeniem poprzeczek jakościowych przez odbiorców, owoce jakie są sprzedawane to tzw. „szyneczka” (owoce klasy premium). Aby je pozyskać, należy przesortować dwa razy więcej towaru. Otrzymany odpad jest praktycznie niesprzedawalny albo sprzedawalny w cenie drugiej klasy lub do przemysłu.

Aby sprzedać 100 kg Ligola o wybarwieniu minimum 40 % i kalibrze 75/85, musimy przesortować przynajmniej 250 kg surowca, z którego większość później trafi do przemysłu lub zostanie sprzedana w cenach zakupu.

WSKAZÓWKA: Oznacza to, że tak wyselekcjonowany towar powinien być wyceniany przynajmniej dwukrotnie drożej.

  • Brak kalkulowania faktycznych kosztów pracy

Koszty liczone są często na podstawie krótkiego wycinka pracy, kiedy to wydajności są „sztuczne”. W całorocznym procesie sortowania i pakowania jest wiele przestojów, awarii, jak również występuje bardzo duża rotacja pracowników, którzy w konsekwencji często nie są odpowiednio wydajni.

  • Brak kalkulowania kosztów dostaw owoców do stacji pakujących oraz zwrotu skrzyń

Czasy, kiedy to producent przywoził towar „na gotowo” się kończą. Każdego dnia musimy wywieźć skrzynie, a następnie zwieźć do stacji pakujących owoce. Samochody są nieefektywne przy takich kursach. W efekcie transport jest dużym składnikiem kosztów końcowych.

Średni koszt transportu to około 3-6 groszy do kg (w zależności od odległości).

  • Brak kalkulowania zwrotów, reklamacji

Ze względu na obrót świeżymi owocami, reklamacje i zwroty nie są rzadkością i stanowią codzienność działań operacyjnych. Aby normalnie funkcjonować, musimy je brać pod uwagę. W szczególności w stosunku do wielu firm handlowych, które tylko pełnią rolę pośrednika i mają za zadanie zamknąć transakcję zawsze na plusie przerzucając ryzyko na dostawcę. Nie możemy zapominać, że sprzedajemy naturalny produkt który różnie potrafi się zachować.

Przy marżach wynoszących czasami 1 % może się okazać, że wartość reklamacji decyduje o dalszym losie producenta/grupy producenckiej /firmy handlowej.

  • Brak kalkulowania kosztów chłodnictwa i przechowalnictwa

Aby zachować jakość sprzedawanego jabłka, powinniśmy bardzo wcześnie oferować towar
z kontrolowanej atmosfery. Przechowalnictwo bardzo zwiększa cenę surowca.
W szczególności po ostatnich podwyżkach cen energii sięgających 70 %!

Do ceny jesiennej powinniśmy dołożyć koszty:

  • transportu zwozu owoców
  • skrzyń
  • logistyki magazynowej
  • zabezpieczeń przechowalniczych
  • amortyzacji komór
  • monitoringu jakości
  • energii
  • zaangażowania finansowego do jesiennego zakupu
  • dużo większego odpadu produkcyjnego liczonego od wszystkich wyżej wymienionych kosztów
  • kilkuprocentowej wysuszki.
  • Brak kalkulowania w cenach sprzedaży kosztów certyfikacji

Większe wymagania w stosunku do bezpieczeństwa naszych jabłek powodują, że
w strukturze kosztów firmy certyfikacje i badania stanowią coraz większą pozycję. Integrowana Produkcja, Global Gap, HACCAP, BRC, badania laboratoryjne, firmy doradcze. Szkolenia to w średniej wielkości grupie wydatek na poziomie przynajmniej 300 000 zł rocznie!

WSKAZÓWKA: Do kilograma powinno się doliczać dodatkowe 1-2 grosze.

Oczywiście do powyższych kosztów dochodzą stałe koszty związane z: podatkami lokalnymi, administracją, produkcją, magazynowaniem, utrzymaniem ruchu, handlem, ubezpieczeniami, itp.

Poniżej kalkulacja wyprodukowania jednego kilograma jabłka o wysokich wymaganiach jakościowych i wąskiej specyfikacji (jabłko klasy premium w kartonie 7 kg).

Koszt kg jabłka dla wymagającego klienta. Jabłko premium.
  Koszt na kg Komentarz
Jabłko do sortowania 1,00 zł koszt zakupu u producenta
Koszty transportu do stacji pakującej 0,06 zł w zależności gdzie jest zlokalizowany dostawca od 0,03 zł do nawet 0,1 zł. Koszt ten również dotyczy odwiezienia opakowań.
Jabłko gotowe do sortowania w stacji pakującej 1,06 zł koszt jabłka powiększony o koszty transportu
Koszt uzyskania jabłka klasy premium 0,53 zł około 50 procent jabłek przy sortowaniu należy odrzucić za brak wystarczających parametrów(wybarwienia, wielkości, jędrności). Te owoce są niesprzedawalne lub sprzedawalne poniżej ceny ich zakupu.
Jabłko po przesortowaniu (jabłko klasy premium) 1, 59 zł  
Pozostałe koszty ukryte    
a) amortyzacja 0,10 zł koszty amortyzacji budynków i maszyn
b) rozważka 0,03 zł 3 proc. od średniej wartości surowca
c) wysuszka 0,01 zł 1 proc. miesięcznej rotacji
d) reklamacje 0,01 zł  
e) certyfikacje, badania 0,02 zł  
Jabłko do produkcji 1,76 zł  
a) koszty magazynowe, sortowania, pakowania 0,14 zł średni koszt za stacji pakujących
Jabłko z kosztami pracy magazynu 1,90 zł  
Koszty opakowania dla jabłka „wytłoczka 7 kg”    
a) karton 0,26 zł średni koszt kartonu na 7kg owoców
b) wytłoczka 0,04 zł koszt wytłoczki plastikowej. Do papierowej wytłoczki trzeba dodać 0,01 zł/kg.
c) stiker 0,02 zł koszt stikera z jego naklejeniem
d) paleta, kątownik, taśma, etykiety 0,03 zł średnie koszty paletyzacji
Jabłko, EXW magazyn sprzedającego 2,25 zł  
koszty administracji, sprzedaży, zakupu, księgowości, logistyki, działu utrzymania ruchu, finansowe, energii, ubezpieczeń, podatków od nieruchomości 0,18 zł  
Jabłko, EXW magazyn sprzedającego z uwzględnieniem kosztów działalności operacyjnej 2, 43 zł Cena, za jaką powinno się oferować towar dobrej jakości  na tzw. rampie

 

Powyższa cena nie uwzględnia kosztów transportu oraz wielu innych mniejszych kosztów wynikających z prowadzenia działalności gospodarczej, chociażby takich jak nieuregulowanie należności przez kupującego.

Poniżej informacja jak liczą Włosi, Belgowie, Niemcy – poziom cen można określić dodając do ceny surowca kwotę:

  • Jabłko luz – 0,18 EUR/kg
  • Jabłko podwójna wytłoczka – 0,21 EUR/kg
  • Jabłko pojedyncza wytłoczka – 0,23 EUR/kg
  • Jabłko torba – 0,17 EUR/kg
  • Jabłko tacka – 0,25 EUR/kg

Powyższa kalkulacja jest jedynie wzorem przedstawiającym sposób ustalania ceny. Ponadto finalna cena jest regulowana poprzez wiele innych elementów, takich jak m.in. jakość, wybarwienie, rynki zbytu ,itd.

Można powiedzieć, że w Polsce mamy niższe koszty pracy i to prawda, ale powinno się przyjmować takie stawki jak w/w, ponieważ mamy przynajmniej dwukrotnie mniejszą wydajność.

We Włoszech sześcioosobowy zespół na linii pakuje około 4400 kg jabłka na godzinę,
a w Polsce 1800-2200 kg i to przy ładnym surowcu.

Należy przyznać, że w przeciągu ostatnich 5 lat wielu producentów, grup dostrzegło swoje błędy, zaczęło liczyć swoje koszty.

Nadchodzi nowy sezon i warto jeszcze raz przyjrzeć się rosnącym kosztom i zadać sobie pytanie czy moje gospodarstwo, czy moja firma będzie jeszcze funkcjonować za rok?

Jeżeli nieumiejętnie liczymy koszty, to ktoś za to będzie musiał zapłacić. Czy to będzie producent, firma? Na pewno nie klient – i będzie miał rację!

GPW rozszerza ofertę instrumentów pochodnych

  • Zarząd GPW zdecydował o wprowadzeniu do obrotu kontraktów terminowych na indeks WIG.GAMES oraz indeksy makrosektorowe: WIG.MS-FIN, WIG.MS-BAS, WIG.MS-PET
  • Nowe kontrakty będą w obrocie od 30 wrześnie tego roku

Decyzją Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) od 30 września tego roku w obrocie giełdowym będą dostępne nowe kontrakty terminowe, dla których instrumentami bazowymi będzie indeks WIG.GAMES (grupujący producentów i wydawców gier komputerowych) oraz indeksy makrosektorowe:  WIG.MS-FIN (grupujący spółki z sektorów: banki, ubezpieczenia, rynek kapitałowy, wierzytelności), WIG.MS-BAS (spółki z sektorów: energia, górnictwo, surowce) i WIG.MS-PET (spółki z sektorów: paliwa, gaz, chemia).

– Rozwój instrumentów pochodnych jest jedną z inicjatyw strategicznych GPW. Zależy nam na przyciągnięciu nowych inwestorów do tego segmentu rynku. Jesteśmy przekonani, że nowe kontrakty na indeks WIG.GAMES oraz indeksy makrosektorowe spotkają się z zainteresowaniem inwestorów. Mamy nadzieję, że inwestorzy docenią możliwość zarabiania na stosunkowo niewielkich ruchach indeksów bazowych – mówi Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

Indeksy makrosektorowe i indeks WIG.GAMES grupują spółki z wybranych branż jednolitych ze względu na specyfikę prowadzonej działalności. W portfelu każdego z indeksów znajduje się pięć spółek. Liczba spółek jest stała, a ich kwalifikacja ma miejsce na podstawie analizy płynności, zaś udziały największych spółek są ograniczane do 40%. Spółki z indeksów makrosektorowych to jednocześnie jedne z najpłynniejszych spółek notowanych na GPW, wchodzą w skład indeksów: WIG20 lub mWIG40 lub sWIG80.

Dla każdego indeksu zostaną wprowadzone po trzy serie kontraktów terminowych wygasających w grudniu 2019 r., marcu 2020 r. i czerwcu 2020 r. Mnożnik (wartość 1 punktu indeksowego) będzie wynosił 1 PLN dla kontraktu terminowego na indeks WIG.GAMES oraz 2 PLN dla kontraktów terminowych na indeksy: WIG.MS-FIN, WIG.MS-BAS, WIG.MS-PET. Inne niż w przypadku kontraktów terminowych na WIG20 i mWIG40 mnożniki dla nowych kontraktów indeksowych wynikają z wartości bazowej samych indeksów na poziomie 10 000 pkt (dla WIG20 i mWIG40 jest to 1 000 pkt).

Komisja Nadzoru Finansowego w sierpniu tego roku zatwierdziła Warunki Obrotu dla kontraktów terminowych na indeks WIG.GAMES i indeksy makrosektorowe.

W ofercie instrumentów pochodnych na GPW dostępne są kontrakty terminowe na: indeks WIG20 oraz mWIG40, akcje 36 spółek, kursy EUR/PLN, USD/PLN, GBP/PLN oraz CHF/PLN, obligacje, stawkę WIBOR, a także opcje na indeks WIG20.

Badanie preferencji konsumenckich na stacjach paliw: Dla kierowców ważniejszy alkohol niż ceny paliw

Niemal czterech na dziesięciu kierowców chciałoby otrzymywać spersonalizowane reklamy po wjeździe na stacje paliw. Prawie co trzecia osoba oczekiwałaby informacji o promocjach alkoholi. Nieco mniejsze zainteresowanie wzbudzają sprzęty i części eksploatacyjne do samochodów (27%), a także oferty gastronomiczne (19%). Kolejne miejsca we wskazaniach respondentów zajęły ogólne ceny paliw (5%), artykuły spożywcze (3%), napoje bezalkoholowe (2%) oraz wyroby tytoniowe (1%). Takie wnioski płyną z badania brytyjskiej firmy doradczej UCE GROUP LTD. i agencji marketingu mobilnego Mobiem Polska.

Z badania wynika, że 38% ankietowanych wyraziło chęć otrzymywania spersonalizowanych reklam po wjeździe na stację benzynową. Najwięcej osób oczekiwałoby informacji dotyczących promocji na alkohole (31%). Jak podkreśla Norbert Kowalski, prezes zarządu Mobiem Polska, takich trunków nie można reklamować w przekazie otwartym. Spersonalizowane komunikaty, w zamkniętej dystrybucji po wyrażeniu odpowiednich zgód marketingowych przez osoby pełnoletnie, mogą ułatwić dotarcie do grupy docelowej w obrębie stacji. A te często zastępują sklepy monopolowe, szczególnie wieczorami i w weekendy.

Dr Andrzej Maria Faliński, były dyrektor generalny POHID
Dr Andrzej Maria Faliński, były dyrektor generalny POHID

– Absolutnie nie jestem zaskoczony wynikami badania. Stacja to poręczne i wygodne miejsce zakupów ponadnormatywnych, a alkohol czymś takim jest. Jedni kupują go na zapas, inni – podczas służbowego wyjazdu, a kolejni – w drodze na działkę czy przed spotkaniem ze znajomymi. Ten kanał sprzedaży się rozwija. Widzimy tu m.in. funkcję kompensacyjną w stosunku do niedzielnego zakazu handlu – komentuje dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu
Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu

Alkohol stanowi do 20% ogólnej wartości obrotów sklepów małoformatowych, o czym informuje Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu. I zaznacza, że obecność napojów wyskokowych na stacjach paliw od wielu lat budzi w branży kontrowersje. Eksperci spierają się, czy sprzedaż trunków powinna odbywać się w takich miejscach. Sprawa pozostaje otwarta.

– Obecność wódki czy piwa na stacjach ma minimalny wpływ na to, czy ktoś pije za kółkiem. Alkohol można też nabyć w sklepie z dewocjonaliami czy obok kościoła i nikt nie sięgnie po niego w trakcie jazdy. Po prostu ukształtował się pewien zwyczaj zakupowy polegający na tym, że takie produkty można mieć szybko, wygodnie i bez chodzenia do monopolowego – dodaje dr Faliński.

Na drugim miejscu wśród spersonalizowanych reklam znalazły się sprzęty i części eksploatacyjne do samochodów (27%), a na trzecim – oferty gastronomiczne (19%). Dyrektor generalny PIH przyznaje, że zaskakuje go wysoka pozycja asortymentu motoryzacyjnego, bo zazwyczaj wybór na ogół jest dosyć ograniczony. Zainteresowanie kierowców mogą wzbudzać np. oleje, ale stacje często sprzedają tylko swoje marki. Z kolei dr Faliński podkreśla, że wdrażany model biznesowy bazuje już nie tylko na zakupach. On jest bardziej usługowo-gastronomiczny.

– Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że stacje paliw to obiekty całodobowe. Przepaloną żarówkę czy płyn do spryskiwaczy często łatwiej jest tam kupić, niż znaleźć sklep z częściami zamiennymi. Podobnie jest z ofertą gastronomiczną. Jeśli ktoś jest głodny i zależy mu na czasie, to nie szuka restauracji, tylko korzysta z propozycji tego typu punktu. W takim miejscu można zjeść szybko i obecnie są tam coraz bardziej zróżnicowane posiłki – przekonuje prezes zarządu Mobiem Polska.

Natomiast tylko 5% ankietowanych chciałoby otrzymywać informacje o bieżących cenach paliw. To niewielki odsetek, co stwierdza dr Faliński. I dodaje, że w tym przypadku spersonalizowana reklama to po prostu przerost formy nad przekazywaną treścią. Przykładowy Kowalski jadąc autem, mija zazwyczaj kilka takich punktów sprzedaży. Nie musi ich odwiedzać, aby łatwo się zorientować, ile w danym miejscu zapłaci np. za olej napędowy. ¬

– Kierowcy są przyzwyczajeni do tego, że przed wjazdem na stację sprawdzają informacje podawane na pylonach reklamowych. Oczywiście zdarzają się też osoby, które mają swoje ulubione miejsca i tylko tam tankują. Ceny paliw raczej nie podlegają wielkim zmianom. Nawet przy drobnych wahnięciach, realnie oszczędza się na tankowaniu kilkadziesiąt groszy, a maksymalnie – kilka złotych. Dlatego zapewne tak mało respondentów wskazało zainteresowanie taką opcją – wyjaśnia Norbert Kowalski.

Jeszcze mniej ankietowanych chciałoby otrzymywać informacje o artykułach spożywczych (3%), napojach bezalkoholowych (2%) i wyrobach tytoniowych (1%). Zdaniem prezesa Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, decydujące znaczenie mają tutaj ceny. Na stacjach paliw są one znacząco wyższe niż z sklepach – z reguły od 15 do nawet 50% w przypadku podstawowego koszyka żywności. Kupowanie tych produktów w ciągu tygodnia jest rzeczą mało opłacalną.

– Zakup ww. artykułów jest dla kierowców raczej ostatecznością niż pierwszą potrzebą. Natomiast stacje mogą dodatkowo zwrócić uwagę na te kategorie i starać się budować komunikację marketingową opartą nie tylko o paliwo, alkohol i części zamienne. Szanse na dotarcie do odbiorcy stwarzają też artykuły spożywcze i napoje bezalkoholowe, które stają się coraz popularniejsze wśród Polaków. Tego typu punkty sprzedaży mogą być kojarzone jako miejsca do robienia większych zakupów, gdy inne sklepy nie działają – opisuje prezes Mobiem Polska.

Z kolei według opinii Macieja Ptaszyńskiego, zainteresowanie spersonalizowanymi reklamami artykułów spożywczych czy napojów bezalkoholowych powinno wzrastać. Rola stacji paliw jako miejsc zakupów będzie prawdopodobnie rosła. Przyczynią się do tego regulacje już funkcjonujące oraz te, które wejdą w życie w przyszłym roku i zaostrzą ograniczenie handlu w niedziele.

– Na stacji głównym zakupem, czyli taką kotwicą handlową, powinno być paliwo i to, co do niego jest potrzebne. Po inne produkty zazwyczaj sięga się przy tzw. okazji, bo nie wszystko jest dostępne w pobliskich sklepach. To odbywa się na podobnej zasadzie jak w centrum handlowym, gdzie ruch jest generowany przez supermarkety czy hipermarkety. On też uruchamia sprzedaż pozostałego asortymentu – podsumowuje dr Faliński.

Analizę przeprowadziła brytyjska firma doradcza UCE GROUP LTD. we współpracy z agencją marketingu mobilnego Mobiem Polska. Badaniem objęto 10 dużych miast, a także 11 średnich i mniejszych ośrodków. Działania prowadzono w okolicach lub na terenie sieciowych stacji benzynowych. Łącznie odbyło się 1003 wywiadów bezpośrednich w 328 lokalizacjach. Wzięło w nich udział 43% kobiet i 57% mężczyzn w wieku od 18. do 49. roku życia.

Hakerzy wzięli na celownik branże energetyczną, finansową, handlową

Cyberprzestępcy są coraz bardziej aktywni i kreatywni, obierając sobie za cel mobilne urządzenia wykorzystywane do celów firmowych – źródła danych i informacji o ogromnym potencjale. Na celowniku mają branże energetyczną, finansową, handlową – alarmują przedstawiciele Check Point. Przestępcy kierują się pobudkami finansowymi atakując firmy.

Potwierdzają to dane CERT Polska – w 2018 roku doszło do ponad 3,7 tys. incydentów naruszenia cyberbezpieczeństwa. Oznacza to 17,5 proc. wzrost w ciągu roku. Wśród trzech, najczęściej występujących typów ataków należą: phishing, dystrybucja złośliwego oprogramowania i ataki na chmurę.

Według Check Point firmy w coraz większym stopniu przenoszą wykonywaną pracę oddziałów i aplikacje do chmury, dlatego muszą dostosowywać sieć SD-WAN tak, aby w sposób inteligentny przekierowywać ruch do usług w chmurze. Jednak bezpośrednie podłączanie oddziałów do chmury prowadzi do znacznego wzrostu zagrożeń oraz zwiększenia kosztów zarządzania IT.

Współczesne złośliwe oprogramowanie może przeniknąć do praktycznie każdej części infrastruktury informatycznej i rozprzestrzenić się w niej, w tym w lokalnych sieciach, w chmurze obliczeniowej, zdalnych biurach, urządzeniach mobilnych itd. Przykładem może być atak przy użyciu oprogramowania WannaCry, który dotyczył 300 000 komputerów w 150 krajach oraz NotPetya, który spowodował straty w wysokości 300 milionów dolarów dla zaatakowanych firm.

Hakerzy atakują dla celów finansowych. Przykładów jest wiele: Szpital w stanie Indiana w USA zapłacił 55 tys. dolarów okupu, żeby móc funkcjonować, Niemieckie biuro nieruchomości w Berlinie padło ofiarą kampanii ransomware, która zablokowała firmowe komputery pracowników i serwery a odblokowanie kosztowało firmę 300 tys. euro.

W lipcu br.  w ciągu zaledwie dwóch tygodni przestępcy wyłudzili od władz dwóch miast na Florydzie (USA) ponad milion dolarów. W Lake City okup wyniósł około 500 tys. dol. i miał być wypłacony w bitcoinach. Władze podjęły ryzyko (nigdy nie wiadomo, czy hakerzy dotrzymają słowa) i przekazały pieniądze, aby uniknąć dalszego paraliżu w mieście. Atak był możliwy, ponieważ jeden z pracowników urzędu pobrał plik, który automatycznie zainstalował się na ‘’miejskim’’ komputerze.

Dlatego takie przedsiębiorstwa jak Apple zaproponowały oficjalnie hakerom współpracę. Pozwalają włamywać się do systemów firmowych i znajdować luki w zamian za wynagrodzenie. Najwięcej, bo aż 1 mln dolarów, dostanie ten, któremu uda się włamać do jądra systemu iPhone’a – iOS, ale pod warunkiem, że użytkownik smartfona nie musi wykonywać żadnych działań. 500 tys. dolarów dostanie ten, któremu uda się przeprowadzić atak sieciowy, ale także niewymagający akcji po stronie właściciela urządzenia. Hakerowi wypłacona zostanie dodatkowa 50-proc. premia, o ile znajdzie lukę w oprogramowaniu przed jego wydaniem.

Niezależnie od tego, z jakim rodzajem chmury mamy do czynienia, dominują ataki na aplikacje internetowe. Różnice między nimi polegają na poziomie zagrożenia. Praktyka pokazuje, że firmy potrzebują kompleksowych strategii zabezpieczających dane.

Przykład z ostatniej kampanii w Polsce nie pozostawia złudzeń. W wakacje mieliśmy do czynienia z falą maili z zawiadomieniem o rzekomej kontroli urzędu skarbowego. Maile ze złośliwym załącznikiem (trojanem Danabot) trafiały do skrzynek mailowych podatników. Wirus miał za zadnie wykraść m.in. loginy i hasła dostępowe do polskich rachunków bankowych. Nadawcą wiadomości był rzekomo Urząd Skarbowy, który informował o zamiarze wszczęcia kontroli. Skąd pochodziły bazy danych? Przypuszcza się, że wyciekły dzięki złemu zabezpieczeniu chmury, w której były przechowywane…

Biuro idealne. Preferencje pracowników nowoczesnych biur

JLL i spółka biurowa Skanska wspólnie przyjrzały się preferencjom pracowników nowoczesnych biur w Polsce. W efekcie wyróżniono pięć osobowości i stylów pracy, które mają różne potrzeby i oczekiwania względem przestrzeni biurowej. Wnioski z raportu znacznie ułatwią pracodawcom zrozumienie tych różnic, a także dowiedzą się oni, co buduje wartość miejsca pracy w oczach ich różnorodnych zespołów.

Eko-maniacy stawiający na ekologię i elastyczność. Rozsądni, tradycyjni i przywiązani do swoich biurek. Skupieni na work-life balance i wymagający jasnych metod komunikacji. Świetnie znający nowoczesne technologie, otwarci na innowacje i bardzo ambitni. Zorientowani na realizację celów, zmotywowani, aktywni. To nie lista wymagań, które możemy znaleźć w ogłoszeniach pracodawców, ale faktyczne postawy osób, które na co dzień pracują w nowoczesnych biurowcach. Jak wynika z najnowszego raportu przygotowanego przez JLL i Skanska „Diversity in the workplace”, pracownicy zazwyczaj reprezentują jedną z pięciu osobowości biurowych, niezależnie od pokolenia, do którego należą, czy wielkości miasta, w którym pracują.

Cztery pokolenia, ale pięć osobowości

Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Pokolenie Baby Boomers, X,Y i Z – czyli ludzie urodzeni od 1946 roku do 1995 roku i wzwyż. Osoby ukształtowane przez różne momenty historii, różne etapy rewolucji technologicznej, na bardzo różnych etapach życia i w związku z tym prezentujące odmienne potrzeby i postawy. Ten podział wydaje się dość wyczerpujący, ale czy faktycznie wystarcza, aby prawidłowo zaprojektować biuro i dostosować jego ofertę do oczekiwań pracowników? Czy wiek jest jedynym aspektem opisującym osobę? A może to tylko liczba?
Do niedawna większość firm uważała, że model generacyjny jest wystarczająco złożony, aby w oparciu o niego odpowiednio przygotować projekt biura. Niekiedy było to trafne założenie, innym razem nie. Dlatego postanowiliśmy głębiej zbadać, co naprawdę wyróżnia pracowników biurowych w Polsce oraz jakie są ich cechy charakterystyczne i oczekiwania wobec miejsca pracy. Badanie przeprowadziliśmy na 1000 pracownikach biurowych w firmach, które zatrudniają co najmniej 100 osób. W efekcie wyróżniliśmy pięć osobowości biurowych, które cechują się konkretnym zestawem wymagań i oczekiwań w stosunku do ich miejsca pracy. – Łukasz Dziedzic, Starszy Analityk Rynku, JLL

Rynek pracy to główna siła napędowa rozwoju sektora biur. W końcu to ludzie pracują w budynkach biurowych i to oni powinni znajdować się w centrum uwagi na każdym etapie projektowania obiektu oraz jego aranżacji. Na przestrzeni lat struktura pracowników biurowych stopniowo się zmieniała. Teraz pracują w nich przedstawiciele różnych pokoleń, różnych postaw życiowych i różnych priorytetów, co rodzi potrzebę odpowiedniego przeorganizowania wnętrz i zróżnicowania ich. Pytanie tylko, jak przeprowadzić cały ten proces, aby trafić w potrzeby rożnych grup pracowników.

Anna Marciniak, Dyrektor ds. HR w Skanska
Anna Marciniak, Dyrektor ds. HR w Skanska

Kluczem do stworzenia biura, które nie tylko przyciągnie pracowników, ale i wpłynie na ich satysfakcję i zadowolenie, a w rezultacie jako jeden z aspektów ma szansę podnieść retencję, jest stworzenie przestrzeni ponadczasowej, efektywnej mimo upływu lat. Pracownicy biurowi nie stanowią jednorodnej grupy i pamiętajmy, że każdy z nas może mieć różne preferencje, potrzeby i oczekiwania. W końcu wszyscy jesteśmy wypadkową naszych historii życiowych, osobistych przekonań czy zainteresowań. Nie wystarczy więc, że pracodawca da nam nowinki technologiczne i odda do naszej dyspozycji pokój do pracy kreatywnej, bo takie są trendy na rynku. Nie wszyscy tego potrzebujemy. Kluczem jest więc wysłuchanie pracowników, poznanie ich potrzeb, odpowiedzenie na nie w przestrzeni biurowej dopasowanej do specyfiki biznesu, a to docelowo przełoży się na zakładane cele pracodawcy. – Anna Marciniak, Dyrektor ds. HR w Skanska.

Od eko-maniaków po zadaniowców – czyli portrety biurowych osobowości
Kto zatem pracuje w polskich biurach? Według raportu JLL i Skanska, wśród pracowników biurowych w dużych organizacjach w Polsce dominuje typ osobowości Work Hard, Tech Hard, który przypisuje się 26% respondentów. Co to oznacza? Wielu z nas lubi, aby nasza praca była różnorodna, stanowiła wyzwanie i wymagała mobilności. Ten typ osobowości świetnie zna się na nowoczesnych technologiach, jest ambitny, stawiający wysoko poprzeczkę, wpływowy i towarzyski. Osoby z tej grupy chętnie testują wszelkie nowinki, również te biurowe, i są innowacyjne.

Niewiele mniej, bo 25% pracowników to tzw. Mission Completion – są oni zorientowani na wykonanie zadań, rzetelni i aktywni. Ich cechą charakterystyczną jest gotowość do pracy w elastycznych godzinach. W tej grupie znajdziemy też najwyższy odsetek osób z wyższej kadry kierowniczej, a to zobowiązuje. Ten typ pracowników często przyjeżdża do pracy samochodem, więc posiadanie własnego miejsca parkingowego w budynku to dla nich ogromny atut.

Jakub Zieliński, Lider Zespołu Doradztwa ds. Środowiska Pracy, JLL
Jakub Zieliński, Lider Zespołu Doradztwa ds. Środowiska Pracy, JLL

Różne preferencje w stosunku do transportu i czasu dojazdu do pracy to jeden z ważniejszych wyróżników definiujących poszczególne typy osobowości. Z tym aspektem wiąże się też bezpośrednio lokalizacja samego biura – dla niektórych z nas ważny jest prestiż, czyli praca w samym centrum miasta, dla innych kluczowa jest natomiast bliskość środków komunikacji miejskiej oraz stacji roweru miejskiego. Dlatego bardzo istotny jest przemyślany wybór lokalizacji nowego biura już na etapie planowania inwestycji. – Jakub Zieliński, Lider Zespołu Doradztwa ds. Środowiska Pracy, JLL.

Wśród nich jest również tzw. White Collar Classic (25% badanych) – najbardziej tradycyjna osobowość biurowa, z dużym doświadczeniem zawodowym i rozsądna. Takim pracownikom bardzo zależy na własnym biurku, w związku z czym lubią personalizować swoją przestrzeń. Ponadto, nie są wielkimi fanami pracy zdalnej i elastycznych godzin. Wynika z tego, że ich pracodawcy muszą szczególnie zadbać o podstawowe funkcje biurowe, aby spełnić ich potrzeby.

Jeśli porównać popularność posiadania własnego biurka z dzieleniem przestrzeni do pracy, możemy zobaczyć, że tzw. desk-sharing jest w Polsce rozwiązaniem pionierskim, podczas gdy w krajach Europy Zachodniej jest to standard, który dodatkowo z sukcesem wspiera współpracę między ludźmi. Według naszych badań, spotkało się z nim jedynie 15% respondentów. Jednak przypisane biurka tracą znaczenie na rzecz alternatywnych przestrzeni, takich jak kreatywne strefy, ciche pokoje, przestrzenie nieformalne i strefy relaksu. Dowodzi to, że ewentualny początkowy opór związany ze współdzieleniem biurka może z czasem ewoluować.- Jakub Zieliński, Lider Zespołu Doradztwa ds. Środowiska Pracy, JLL

Dużą otwartość w stosunku do bardziej nietypowych przestrzeni do pracy przejawia najmniejsza, ale najbardziej zaangażowana w życie biura grupa pracowników CO-Workers, CO2-Fighters (11% badanych). To prawdziwi eko-maniacy, którzy przykładają ogromną wagę do zielonych rozwiązań w budynku, do pracy chętnie przyjeżdżają na rowerach i są najmniej przywiązani do posiadania własnego biurka. W swoim otoczeniu biurowym cenią natomiast zieleń, w odróżnieniu od tzw. Busy But Balanced (13% respondentów). To typ osobowości, którą cechuje świetne zorganizowanie, jasne komunikowanie swoich potrzeb, odpowiedzialność i… kompletny brak zainteresowania faktem, czy w otoczeniu biurowym są rośliny. Najważniejszy jest dla nich tzw. work-life balance, w związku z czym potrzebują jasnego zestawu zasad, które pozwolą im sprawnie zaplanować zarówno obowiązki służbowe, jak i życie poza pracą.

Biuro – tu nie chodzi tylko o przestrzeń

Nowoczesne biura to nie tylko rzędy biurek. Nie są to również miejsca, w których spędzamy przynajmniej osiem godzin, całkowicie odcięci od innych aspektów naszego życia, tylko po to, aby po zamknięciu laptopa z ulgą pójść do domu. A przynajmniej tak być nie powinno. Jak zatem stworzyć miejsce, które będzie żyło i do którego pracownicy będą przychodzić z ochotą?

Dostarczenie jak najlepszych doświadczeń związanych z miejscem, w którym na co dzień pracujemy, wymaga, aby wszystkie strony zaangażowane w projektowanie środowiska pracy działały wspólnie. Celem nadrzędnym powinno być stworzenie przestrzeni biurowej, która będzie dopasowana do oczekiwań naszego zespołu i która będzie wspierała potrzeby biznesowe całej firmy. Kluczem do sukcesu jest tutaj zaangażowanie pracowników na jak najwcześniejszym etapie projektowania biura. Dialog o środowisku pracy i poczucie przynależności do organizacji jest czymś, do czego wszyscy powinniśmy dążyć. – Jakub Zieliński, Lider Zespołu Doradztwa ds. Środowiska Pracy, JLL

Kiedy nie można stosować zerowej stawki VAT w eksporcie

Co do zasady transakcje, w przypadku których towar opuszcza granice Polski, mogą korzystać z obniżonej stawki VAT w wysokości 0%. Jednakże, jak pokazuje praktyka wynikająca z interpretacji organów podatkowych oraz wyroków sądów administracyjnych, prawidłowe zakwalifikowanie na potrzeby VAT transakcji towarowych międzynarodowych jest bardzo trudne i wymaga wnikliwej analizy warunków dostawy oraz przebiegu transakcji. Jedną z transakcji, która z pozoru jest prosta, lecz w pewnych warunkach może generować duże ryzyko podatkowe w VAT, jest eksport towarów.

Eksport towarów

Przez eksport towarów zgodnie z ustawą o VAT rozumie się dostawę towarów wysyłanych lub transportowanych z terytorium kraju poza terytorium Unii Europejskiej przez: (i) dostawcę lub na jego rzecz, lub (ii) nabywcę mającego siedzibę poza terytorium kraju lub na jego rzecz, jeżeli wywóz towarów poza terytorium Unii Europejskiej jest potwierdzony przez właściwy organ celny określony w przepisach celnych. Jeżeli dostawa spełnia warunki uznania jej za eksport towarów, to na podstawie art. 41 ust. 4 ustawy o VAT stawka podatku VAT w eksporcie towarów wynosi 0%, w przypadku gdy wywóz dokonywany jest przez dostawcę lub na jego rzecz (eksport bezpośredni). Stawkę 0% można zastosować po spełnieniu określonych warunków. Jednym z tych warunków jest posiadanie przez podatnika w odpowiednim terminie dokumentu potwierdzającego wywóz towaru poza terytorium Unii Europejskiej. Co do zasady elektroniczny komunikat IE599 przesłany eksporterowi przez urząd celny wywozu jest dokumentem potwierdzającym wywóz towaru poza terytorium Unii Europejskiej (także dla celów podatkowych). Jeśli podatnik z przyczyn od siebie niezależnych nie otrzyma komunikatu elektronicznego generowanego przez ECS, nie może ponosić negatywnych konsekwencji tego stanu rzeczy. Można wówczas udokumentować wywóz dokumentami zastępczymi (takim dokumentem może być np. wywozowy dokument towarzyszący (EAD) z pieczęcią urzędu celnego wyprowadzenia).

Transakcje łańcuchowe

Powyższa definicja i warunki do zastosowania stawki 0% wydają się proste i oczywiste. Sytuacja się komplikuje, gdy mamy do czynienia z tzw. transakcjami łańcuchowymi, w ramach których towar transportowany jest od pierwszego do ostatniego podmiotu w łańcuchu, a faktura przechodzi przez podmioty pośredniczące. Zgodnie z art. 7 ust. 8 ustawy o VAT w przypadku, gdy kilka podmiotów dokonuje dostawy tego samego towaru w ten sposób, że pierwszy z nich wydaje ten towar bezpośrednio ostatniemu w kolejności nabywcy, uznaje się, że dostawy towarów dokonał każdy z tych podmiotów. Jednocześnie w przypadku transakcji łańcuchowych opodatkowaniu preferencyjną (0%) stawką VAT podlega wyłącznie jedna dostawa w łańcuchu dostaw, do której jest „przyporządkowana” wysyłka lub transport towaru (tzw. dostawa ruchoma lub międzynarodowa). Pozostałe dostawy (tzw. dostawy nieruchome) są natomiast opodatkowane odpowiednio – w miejscu rozpoczęcia wysyłki lub transportu towarów (dostawa poprzedzająca dostawę ruchomą) lub jej zakończenia (dostawa następująca po dostawie ruchomej), według stawki VAT właściwej dla dostawy towarów na terytorium tych krajów.

Przy czym, w celu określenia, która dostawa jest „ruchoma”, decydujące znaczenie ma kwestia organizacji transportu (tj. wskazanie, który podmiot wykonuje lub zleca transport towarów). Dodatkowo istotne jest również określenie gdzie (na terytorium, którego kraju) prawo do rozporządzania towarem jak właściciel przechodzi na kolejne podmioty w łańcuchu.

Przykład łańcucha dostaw

Dla zobrazowania powyższego warto przedstawić przykład, który został opisany m.in. w interpretacji Dyrektora KIS z dnia 26 kwietnia 2019, nr 0112-KDIL1-3.4012.70.2019.2.AP. W tej sprawie współpraca pomiędzy podmiotami polega m.in. na tym, iż spółka A nabywa na terenie Polski pewne towary od ich producenta, spółki B, które następnie sprzedaje na rzecz swojego kontrahenta, spółki C, który nabywa te towary z intencją ich wywozu z terytorium Polski poza terytorium Unii Europejskiej. Towary nabyte przez spółkę C od spółki B są sprzedawane przez niego dystrybutorom z krajów spoza terytorium Unii spółki D, którzy sprzedają towary ostatecznym odbiorcom, mającym siedziby w krajach zakończenia transportu poza Unią.

Powyżej opisany schemat dotyczył jedynie fakturowania, tzn. obiegu faktur pomiędzy spółkami, gdyż w ramach uzgodnień pomiędzy stronami transakcji towary są transportowane bezpośrednio z magazynu spółki A (producenta) z Polski do Klienta (ostatecznego odbiorcy) do kraju poza terytorium Unii Europejskiej. Transport co do zasady organizuje spółka B, która pozostaje w faktycznym, bezpośrednim kontakcie z przewoźnikiem przed, w trakcie i ewentualnie po transporcie. Dodatkowo spółka B dokonuje odprawy celnej.

Stanowisko Dyrektora KIS

W oparciu o wyżej opisany stan sprawy, w interpretacji z dnia 26 kwietnia 2019 r., nr 0112-KDIL1-3.4012.70.2019.2.AP, Dyrektor KIS wskazał, że przy określaniu, która z dostaw w łańcuchu jest ruchoma, oprócz kwestii organizacji transportu, znaczenie ma miejsce (kraj), w którym dochodzi do przeniesienia prawa do dysponowania towarem jak właściciel pomiędzy uczestnikami transakcji. Innymi słowy, spółka B nie jest/nie będzie uprawniona (pomimo że posiada dokumenty potwierdzające wywóz towarów poza terytorium Unii Europejskiej – komunikat IE-599 czy dokument SAD) do uznania dokonywanych transakcji za eksport towarów i stosowania w stosunku do tych transakcji stawki podatku od towarów i usług w wysokości 0%, ponieważ dostawy te nie podlegają opodatkowaniu tym podatkiem – miejscem ich świadczenia (opodatkowania) nie jest/nie będzie terytorium kraju. Zatem spółka B nie powinna rozpoznawać na terytorium Polski eksportu, lecz zarejestrować się w kraju, do którego towary są transportowane.

Wnioski

Powyżej opisana sprawa pokazuje, jak istotne jest dokładne przeanalizowanie warunków transakcji, szczególnie jeżeli dotyczy ona transakcji łańcuchowych. Wcześniejsza analiza pozwala ograniczyć ryzyko podatkowe oraz umożliwia odpowiednie ukształtowanie transakcji. Przykładowo spółka B uniknęłaby rejestracji w innym kraju na potrzeby VAT, gdyby fizycznie nabyła towary i prawo do rozporządzania nimi, a dopiero później (np. po kilku dniach) dokonała ich wywozu. Jeżeli podatnik często dokonuje transakcji eksportowych czy wewnątrzunijnych, warto skorzystać z pomocy kompetentnego doradcy podatkowego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Euro zyskuje wobec dolara. Co zrobił EBC?

Czy na jednym posiedzeniu możliwa jest zarówno obniżka, jak i podwyżka stóp procentowych? Teoretycznie nie, ale jak pokazało życie, na koniec kadencji udało się tego dokonać Mario Draghiemu. Dodatkowo wprowadzono symboliczny program skupu aktywów, możliwe, że tylko po to, aby nikt nie mógł stwierdzić, że europejski regulator nie podejmuje działań. Inwestorzy nie dali się oszukać i euro zyskuje wobec dolara.

Co zrobił EBC?

Wbrew przewidywaniom części analityków wczorajsze posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego przyniosło jednak zmiany. Teoretycznie obniżono stopy procentowe i wznowiono program luzowania ilościowego. Czy jest to zatem maksimum tego, czego się spodziewano? Absolutnie nie. Obniżono tylko depozytową stopę procentową i to jedynie o 10 punktów bazowych do poziomu -0,5%. W dodatku wprowadzono mechanizm różnicowania depozytów. W rezultacie część z nich będzie oprocentowana stawką 0%. Efektywnie jest to zatem wzrost stóp dla grupy objętej wyjątkiem. Na realny wpływ tej decyzji na rynki trzeba jeszcze poczekać. Również program skupu aktywów na kwotę 20 mld euro nie jest nawet blisko skali, którą pamiętamy z poprzedniego kryzysu. W rezultacie, po wyraźnie zwiększonej zmienności, euro zakończyło dzień mocniejsze niż na otwarciu. Taka reakcja sugeruje, że działania EBC nie zostały przyjęte jako realna obniżka stóp procentowych.

Dobre zmiany na amerykańskim rynku pracy

Wczoraj poznaliśmy dane z USA. Liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych spadła do 204 tysięcy w tygodniu, co jest wynikiem lepszym od prognoz. W tle tych danych poznaliśmy odczyt inflacji konsumenckiej, która spadła z oczekiwanych 1,8% do 1,7%. Przy tych poziomach trudno powiedzieć, czy taka zmiana jest dobra, czy jednak zła. Inflacja nie powinna być za niska ani za wysoka. Gdy przebywa w pożądanym przedziale, jej drobne odchylenia nie mają większego wpływu na rynki. Interpretowanie tych danych jako mających duży wpływ na kursy walut jest pewnym nadużyciem, gdyż w tym samym czasie miała miejsce konferencja prezesa EBC Mario Draghiego.

Szybsze od oczekiwań spadki stóp w Turcji

Na wczorajszym posiedzeniu Bank Turcji ustalił nową główną stopę procentową na poziomie 16,5%, czyli poniżej oczekiwań analityków, którzy spodziewali się wartości 17,25%. Jest to o tyle istotny parametr, że w tym kraju mamy jednocześnie inflację w okolicach 15% oraz silne naciski obozu prezydenckiego na obniżkę stóp. Właśnie z tego powodu ze stanowiskiem pożegnał się poprzedni szef banku centralnego, który nie był wystarczająco elastyczny. Jak widać, jego następca chętniej realizuje wizję tureckiego przywódcy. Okazało się, że lirze te informacje wyszły na dobre. Jest to o tyle ciekawe, że według reguł rynkowych obniżki stóp powinny osłabiać walutę. Gdy stopy spadają, inwestycje o niskim ryzyku są mniej opłacalne, a kapitał przenosi się za granicę, osłabiając lokalną walutę. Jednak tym razem lira w szczytowym momencie zyskiwała nawet 2% na wartości.

W Chinach dzień wolny, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska – bilans płatniczy,
  • 14:30 – USA – sprzedaż detaliczna,
  • 16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Dalsze wzrosty EUR/USD

EUR/USD kontynuuje zwyżkę po posiedzeniu EBC i powraca do 1,11. Sytuację EUR/USD można porównać do sceny z komediowego westernu, w której z rewolweru pada sześć strzałów opróżniających bęben magazynka a przeciwnik – choć ranny – wciąż stoi na nogach i z defensywy przechodzi do ataku.

Jasnym jest, że EBC zakończyło luzowanie. Nie użyto najbardziej ekstremalnych narzędzi, ale pakiet należy nazwać kompleksowym zwłaszcza ze względu na bezterminowość programu skupu aktywów (20 mld euro na miesiąc). Wspólna waluta została najbardziej wsparta przez zmiany w zakresie stóp procentowych. Nawet nie chodzi o skalę redukcji: 10 pb to nieco mniej niż antycypowane przez rynek pieniężny kilkanaście punktów bazowych. Przeważyły szczegóły dotyczące systemu różnicowania stóp dla poszczególnych instytucji. Szacuje się, że ostatecznie efektywna średnioważona stopa depozytowa wzrośnie o kilkanaście punktów bazowych. Pomaga to w podbiciu stawek rynku pieniężnego.

Rangę wczorajszej sesji niech odda też ujęcie statystyczne. Dystans pomiędzy dziennym minimum a maksimum kursu EUR/USD był wczoraj drugi najwyższy w tym roku i przekraczał średnią o prawie 100 proc. W naszych prognozach zakładamy dalsze wzrosty EUR/USD i na koniec roku kurs widzimy w najświeższych prognozach z końca sierpnia na 1,13. Motorem tej tendencji będzie zwłaszcza konstatacja inwestorów, że EBC powiedział już ostatnie słowo a Fed ma w perspektywie kilka obniżek stóp procentowych. Pierwsza z nich już w przyszłym tygodniu.

EUR/USD otworzyłby sobie przestrzeń do dalszej zwyżki po wyjściu ponad 1,1150. Od strony fundamentalnej potrzebne byłoby do tego wsparcie pod postacią poprawy danych makroekonomicznych. Szansa na aprecjację, która nie jest zdyskontowana przez rynki jest także poluzowanie fiskalne przez Niemcy i inne gospodarki centrum Eurolandu, na które naciska EBC, i do którego może nakłonić nieuchronna techniczna recesja w największej europejskiej gospodarce.

Posiedzenie EBC zdominowało w tym tygodniu uwagę inwestorów, ale dobre nastroje inwestycyjne podsycane są przez szereg informacji dotyczących wojen handlowych i dających nadzieję na porozumienie, chociażby szczątkowe i tymczasowe. W rezultacie indeksy giełdowe w USA flirtują z historycznymi szczytami. Na rynku walutowym na pierwszy plan wysuwa się USD/JPY rosnący ponad 108,00. Jen właśnie zmierza do największego osłabienia od stycznia. Od lokalnych szczytów odpadają natomiast waluty Antypodów. Szczególnie w przypadku NZD/USD widzimy przestrzeń do pogłębienia spadków i mocniejszego cofnięcia kursu pod 0,64. W naszej ocenie funt wyczerpał już potencjał pierwszego odbicia będącego emanacją ulgi, że bezumowny brexit nie będzie miał miejsca za kilka tygodni. Problem został jednak odsunięty. Jak pokazują ostatnie kwartały, prędzej czy później powraca i uderza w funta.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Piotr Kowynia w zarządzie Nest Banku

Komisja Nadzoru Finansowego wyraziła zgodę na powołanie Piotra Kowyni na nowego Członka Zarządu Nest Banku. Będzie odpowiedzialny za Pion Ryzyka.

Piotr Kowynia – członek Zarządu Nest Bank
Piotr Kowynia – członek Zarządu Nest Bank

Piotr Kowynia jest managerem ryzyka z ponad 20-letnim doświadczeniem zawodowym w sektorze finansowym. W latach 2001 – 2009 zarządzał obszarem ryzyka w Fortis Banku – najpierw jako Dyrektor Departamentu Ryzyka, potem jako Dyrektor Pionu Ryzyka. Następnie przez ponad 9 lat związany był z Raiffeisen Bank Polska S.A gdzie pełnił funkcję Dyrektora Departamentu Zarządzania Ryzykiem. Odpowiadał m.in. za stworzenie i wdrożenie Polityki Zarzadzania Ryzykiem na poziomie całego Raiffeisen Bank Polska. Ukończył studia matematyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz Management TM ICAN Institute.

Decyzją Komisji Nadzoru Finansowego z 10 września 2019 r. Piotr Kowynia został Członkiem Zarządu Nest Banku. Będzie odpowiedzialny m.in. za realizację strategii i budżetu banku w zakresie działalności pionu ryzyka, monitorowanie pracy podległych departamentów oraz nadzorowanie procesów identyfikacji, pomiaru, limitowania, monitorowania i raportowania ryzyka.

Europejski Bank Centralny obniża stopy procentowe i uruchamia nowy program skupu obligacji

Konferencja prasowa prezes EBC Mario Draghi

  • Program luzowania ilościowego banku centralnego obejmie 20 mld euro miesięcznie za zakupy aktywów tak długo, jak długo będzie to konieczne.
  • EBC obniżył również swoją główną stopę oprocentowania depozytów o 10 punktów bazowych do -0,5%, co jest rekordowo niskie, ale zgodne z oczekiwaniami rynku.
  • „W świetle pogarszających się perspektyw gospodarczych i utrzymującego się znaczenia ryzyka pogorszenia sytuacji gospodarczej, rządy dysponujące przestrzenią fiskalną powinny działać skutecznie i na czas.” – powiedział prezes EBC Mario Draghi.

Europejski Bank Centralny (EBC) ogłosił w czwartek nowy program skupu obligacji, mający na celu pobudzenie słabnącej gospodarki strefy euro.

Program luzowania ilościowego banku centralnego (QE) obejmie 20 mld euro (21,9 mld dolarów) miesięcznie na zakup aktywów netto tak długo, jak długo będzie to konieczne.

EBC obniżył również swoją główną stopę oprocentowania depozytów o 10 punktów bazowych do -0,5%, co jest rekordowo niskie, ale zgodne z oczekiwaniami rynku.

„Wobec słabnących perspektyw gospodarczych i utrzymującego się znaczenia ryzyka pogorszenia sytuacji, rządy z przestrzenią fiskalną powinny działać skutecznie i na czas” – powiedział Draghi.

Ponadto EBC zmienił stopę TLTRO, aby zapewnić korzystniejsze warunki udzielania kredytów bankowych i dorównać stopie refinansowania, likwidując wcześniejszą różnicę 10 punktów bazowych.

Zgodnie z oczekiwaniami rynku EBC wprowadził również system dwupoziomowy, do czego zachęcali szefowie różnych dużych banków europejskich. Posunięcie to ma na celu złagodzenie części presji ujemnych stóp procentowych na bilanse banków europejskich, których zyski zostały ograniczone przez utrzymujące się niskie stopy procentowe.

Draghi dodał na konferencji prasowej: „Rada Prezesów postanowiła wprowadzić dwustopniowy system wynagradzania rezerw, w którym część posiadanych przez banki nadpłynności będzie zwolniona z ujemnej stopy oprocentowania depozytów”.

Spowolnienie gospodarki strefy euro, utrzymująca się niska inflacja i wojna handlowa między USA a Chinami wskazywały, że bank centralny jest zmuszony do wprowadzenia nowych środków stymulacyjnych.

Ostatnie dane ekonomiczne nie są obiecujące, choć ostatnie indeksy PMI wykazały pewną stabilność pomimo utrzymującej się słabości przemysłu.

Google zapłaci 500 mln euro kary za unikanie opodatkowania we Francji

Francuscy prokuratorzy finansowi rozpoczęli dochodzenie w sprawie transakcji podatkowych firmy cztery lata temu. Śledczy badali firmę w celu ustalenia, czy unikała podatków, nie deklarując pełnego zakresu jej działalności w kraju. Początkowo francuskie ministerstwo finansów domagało się od technologicznego giganta aż 1,6 mld euro. Rzecznik Google powiedział, że ugoda kończy sprawy podatkowe i związane z nimi spory, które „trwają już od wielu lat”.

„Na karę składają się grzywna w wysokości 500 mln euro (550 milionów dolarów), która została nakazana przez francuski sąd, jak również 465 milionów euro w dodatkowych podatkach, które zgodziliśmy się zapłacić i które zostały w znacznym stopniu odzwierciedlone w naszych wcześniejszych wynikach finansowych”, powiedział rzecznik prasowy w oświadczeniu. „Nadal uważamy, że najlepszym sposobem na zapewnienie jasnych ram dla firm działających na całym świecie jest skoordynowana reforma międzynarodowego systemu podatkowego.

Google, Apple i inni amerykańscy giganci technologiczni od dawna wykorzystują lukę, która pozwala im zgłaszać prawie całą sprzedaż w Irlandii, która oferuje przedsiębiorstwom niskie stawki podatkowe. Często powoduje to, że płacą niewielkie podatki w innych krajach europejskich.

Funt zyskuje, bo jest szansa na łagodniejszy brexit

dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB
dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB

Funt brytyjski zyskuje w reakcji na nową odsłonę zamieszania wokół brexitu. To dlatego, że zdetonowano ryzyko chaosu, który mógł zacząć się z początkiem listopada.

– Pycha kroczy przed upadkiem, tak można opisać przeboje brytyjskiego premiera, który bardzo agresywną strategią chciał zmusić UE do radykalnych ustępstw w kwestii brexitu –mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Ta strategia została storpedowana przez brytyjskich parlamentarzystów, gdy wydawało się już, że ich rola została zmarginalizowana. Parlament zmusił rząd do wystąpienia do UE o kolejne przesunięcie terminu wyjścia z UE o ile do 18 października nie zostanie wypracowane porozumienie.

O szybkie zawarcie porozumienia z UE będzie bardzo trudno, a szczególnie komplikuje to problem granicy pomiędzy Irlandią i Irlandią Płn., ze sprawdzaniem dokumentów ludności i transportowanych ładunków.

Funt brytyjski reaguje pozytywnie na taki rozwój spraw. Podrożał w relacji do polskiej waluty do 5,85 zł.

– Obawy o brexit bez porozumienia zostały na razie zdetonowane i ryzyko chaosu z początkiem listopada spadło – komentuje ekspert XTB.

Pracodawcy sektora ABSL ostrzegają przed konsekwencjami zniesienia limitu składek na ZUS

W związku z opublikowanym projektem budżetu na 2020 r., w którym pojawiła się informacja o planowanym zniesieniu limitu składek ZUS, Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL) wraz z 50 innymi organizacjami zaapelował do Prezesa Rady Ministrów o zatrzymanie zapowiadanej zmiany.

Zmiana ta może uderzyć zarówno w pracodawców, jak i pracowników. Istnieje obawa, że dla wysokiej klasy specjalistów – których już dziś brakuje – będzie ona zachętą do emigracji zarobkowej. Wzrost kosztów pracy może znacznie osłabić konkurencyjność Polski na tle innych krajów regionu. „Już dzisiaj ABSL otrzymuje od swoich członków informacje, że istnieje bardzo duże ryzyko zahamowania inwestycji, a nawet wyjścia z Polski” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Marcelina Godlewska, członek zarządu ABSL.

Firmy paliwowe angażują się w walkę ze zmianami klimatycznymi. Pracują nad paliwami alternatywnymi i promują elektromobilność

Firmy paliwowe angażują się w walkę ze zmianami klimatycznymi. Pracują nad paliwami alternatywnymi i promują elektromobilność 4

Do ograniczenia emisji gazów potrzebne jest wspólne działanie rządów, biznesu i konsumentów – mówi Peter Mather z koncernu BP. Jak podkreśla, w walkę ze zmianami klimatycznymi angażują się również firmy paliwowe. Strategia BP zakłada redukcję emisji gazów cieplarnianych o 3,5 mln ton ekwiwalentu CO2 do 2025 roku. Koncern chce to osiągnąć m.in. poprzez inwestycje w elektromobilność i paliwa alternatywne, rozwój w sektorze odnawialnych źródeł energii i inwestycje w firmy, które mogą stać się częścią transformacji energetycznej.

– Świat jest niestety na drodze do niezrównoważonego rozwoju. W zeszłym roku światowa emisja gazów cieplarnianych zwiększyła się o około 2 proc., a zapotrzebowanie na energię o ok. 3 proc. Dobrą stroną tej sytuacji jest to, że stajemy się coraz bardziej energooszczędni w naszych działaniach na rzecz wzrostu światowego bogactwa. Ludzie chcą żyć lepiej, chcą dobrobytu, ale nie chcą przy tym rujnować planety. To dwutorowe wyzwanie, ponieważ z jednej strony musimy zapewnić odpowiednie ilości energii dla napędzania rozwoju, a z drugiej – uniknąć degradacji planety – mówi agencji Newseria Biznes Peter Mather, Group Regional President Europe, Head of Country UK, BP.

Jak podkreśla, zmiany klimatyczne stanowią jeden z najważniejszych tematów debaty społeczno-politycznej. Konieczne jest podjęcie działań, w które muszą zaangażować się zarówno instytucje międzynarodowe i rządy, jak i konsumenci oraz biznes.

 Najważniejsze jest nakłonienie wszystkich podmiotów: rządów, korporacji, inwestorów, organizacji pozarządowych i osób prywatnych do wspólnego działania. Rządy poszczególnych państw mogą zapewnić ramy prawne, wspierać prace badawczo-rozwojowe oraz innowacje. Powinny stworzyć właściwe warunki dla wszystkich firm prowadzących działalność w sektorze przemysłu i energetyki, by zachęcić je do długoterminowych inwestycji, które mogą stać się częścią transformacji energetycznej – mówi Peter Mather.

Jego zdaniem firmy paliwowe muszą włączyć się w działania na rzecz zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych. Według prognoz BP świat w 2040 roku będzie potrzebował około 30 proc. energii więcej niż obecnie, a światowa populacja zwiększy się o ok. 2 mld ludzi.

– Społeczności i kraje będą potrzebowały więcej energii, ale będą oczekiwały energii, która jest czystsza i mniej emisyjna. Aby można było to osiągnąć, muszą współistnieć różne rodzaje energii – będziemy potrzebować zarówno ropy naftowej, gazu, jak i energii odnawialnej. Będziemy również potrzebować węgla, chociaż akurat jego udział prawdopodobnie będzie się zmniejszał – mówi Bogdan Kucharski, dyrektor generalny BP w Polsce.

– Rosnące zapotrzebowanie na energię samo w sobie jest pozytywnym zjawiskiem. Problem w tym, że wiąże się ono ze wzrostem emisji. Musimy znaleźć sposób na zwiększenie podaży energii, który będzie efektywniejszy, zapewniając niższe emisje CO2. Potrzebne są bardziej wydajne paliwa. Zdecydowanie musi też nastąpić poprawa w poziomie wydajności zużycia energii na świecie, ponieważ marnujemy jej zbyt dużo. Nie można oczywiście zapomnieć o rozwoju energii odnawialnej – dodaje Peter Mather.

Strategia BP zakłada redukcję emisji gazów cieplarnianych o 3,5 mln ton ekwiwalentu CO2 do 2025 roku. Tylko w ubiegłym roku emisja spadła już o 1,7 mln ton.

– BP globalnie inwestuje już ponad 0,5 mld dol. rocznie w nowe technologie, które ograniczają emisję. Ten trend nie tylko zostanie podtrzymany, ale będzie się nasilał – mówi Bogdan Kucharski.

– Przyglądamy się również naszym produktom, włączając do oferty te czystsze i wydajniejsze pod względem zużycia paliwa, charakteryzujące się niższą emisją. Zwiększamy również ilość gazu ziemnego w naszej ofercie. Ten surowiec generuje o połowę niższą emisję gazów cieplarnianych niż węgiel, przy czym jego zasoby są ogromne. Jest to także paliwo, które może zostać poddane dekarbonizacji poprzez proces sekwestracji i składowania. Polega to na wychwyceniu CO2 ze spalin i jego składowaniu pod powierzchnią ziemi – dodaje Peter Mather.

BP inwestuje również w przedsiębiorstwa, które mogą stać się częścią transformacji energetycznej. Koncern jest współwłaścicielem największej w Europie firmy budującej farmy fotowoltaiczne – Lightsource BP, a także Chargemaster – największej firmy oferującej infrastrukturę do szybkiego ładowania pojazdów elektrycznych w Wielkiej Brytanii.

– Mamy ok. 6 tys. takich punktów i powiększamy tę sieć. Będziemy tę technologię wdrażać również na innych rynkach. Już ruszyły programy pilotażowe w Niemczech, Holandii, prędzej czy później ta technologia będzie dostępna również w Polsce – wylicza Bogdan Kucharski. – Jesteśmy aktywni w dziedzinie produkcji energii przez farmy wiatrowe, działamy w sektorze energii solarnej, w którą też mocno inwestujemy w całym świecie. Jesteśmy także dużym graczem w branży biopaliwowej, chociażby w Brazylii, gdzie ostatnio poczyniliśmy duże inwestycje w tym zakresie.

Ministerstwo Cyfryzacji: Biznes jutra będzie oparty na innowacjach. Wymaga to jednak odpowiednich regulacji

Ministerstwo Cyfryzacji: Biznes jutra będzie oparty na innowacjach. Wymaga to jednak odpowiednich regulacji 5

– Biznes jutra będzie oparty na innowacjach, bez których nie będzie rozwoju gospodarczego ani przemysłu 4.0. – podkreśla Robert Kośla z Ministerstwa Cyfryzacji. Jednak nowe technologie, chociażby te powiązane z analizą i przetwarzaniem danych, wymagają nowego otoczenia regulacyjnego i przepisów, które umożliwią bezpieczne i przewidywalne korzystanie z nich, a firmom zapewnią odpowiedni ekosystem. Przy właściwym wsparciu rządowym tworzone przez nie technologie przyczynią się do rozwiązywania najważniejszych problemów społecznych, gospodarczych czy ekologicznych.

– Biznes jutra bazuje na technologiach, które są dostępne dziś i które będą wytwarzane w najbliższym czasie. Ale te technologie wymagają odpowiednich regulacji. Inaczej ani administracja publiczna, ani sektor prywatny nie będą stosować rozwiązań, które nie zostaną sprawdzone, po drugie – nie zostaną narzucone formy korzystania z tych technologii w sposób bezpieczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Kośla, dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Ministerstwie Cyfryzacji.

Technologie, które wymagają nowego otoczenia regulacyjnego, żeby móc się dalej rozwijać, dotyczą przede wszystkim przetwarzania dużych ilości informacji – systemów big data, przetwarzania danych w chmurach obliczeniowych czy zbierania i analizy w czasie rzeczywistym informacji pochodzących z dużej liczby sensorów w ramach internetu rzeczy. Regulacje, które będą dotyczyć tego obszaru, muszą przede wszystkim wskazywać, gdzie powinny być przechowywane te dane, jak są pozyskiwane i przetwarzane dalej.

– Jedną z takich regulacji, która dotyczy nowych technologii, jest uchwała Rady Ministrów dotycząca wspólnej infrastruktury informatycznej państwa. Ta uchwała ma umożliwić w Polsce budowę chmur obliczeniowych – zarówno chmury rządowej, która będzie wspierała funkcjonowanie krytycznych dla państwa rejestrów, jak i chmury publicznej, która będzie dostępna dla administracji rządowej i samorządowej – mówi Robert Kośla.

Jak podkreśla, bez nowych technologii nie będzie się rozwijać gospodarka ani Przemysł 4.0, bazujące na usługach cyfrowych.

– Konieczne jest wspieranie innowacji, a także dawanie młodym ludziom, którzy wchodzą do biznesu, szansy na realizację swoich pomysłów, a także tworzenie dobrych środowisk start-upowych, co już zaczyna w Polsce mieć miejsce. Natomiast szalenie istotne jest również działanie firm, które będą nastawione na tworzenie takich środowisk pracy i zespołów, które są mocno zdywersyfikowane – nie tylko pod względem sposobu myślenia, lecz także ich doświadczenia i wiedzy. To jest coś, co z pewnością będzie wspierało rozwój nowych przedsiębiorstw i pomysłów – mówi Leszek Gaweł, dyrektor generalny JUUL Labs Poland.

Jak zaznacza, biznes jutra będzie oparty na przełomowych innowacjach, a sukces rynkowy osiągną firmy, które rzucą wyzwanie status quo, będą działać odważnie i zdecydowanie, a tworzone przez nie technologie będą się przyczyniać do rozwiązywania najważniejszych problemów społecznych, gospodarczych czy ekologicznych.

Od 14 września banki muszą udostępniać dane o rachunkach klientów innym podmiotom. Na rynku zaostrzy się konkurencja

Od 14 września banki muszą udostępniać dane o rachunkach klientów innym podmiotom. Na rynku zaostrzy się konkurencja 6

Nowe produkty i usługi finansowe czy możliwość łatwiejszego zarządzania kilkoma kontami w różnych bankach – to efekt zmian, które od 14 września są zobowiązane wdrożyć banki. Zgodnie z wymogami unijnej dyrektywy PSD2 muszą one udostępnić innym podmiotom dostęp do rachunków swoich klientów za pośrednictwem tzw. otwartego API. Otwarta bankowość spowoduje większą konkurencję na rynku finansowym i wzmocni pozycję klientów oraz stworzy szerokie pole do rozwoju fintechów.

Od 14 września banki zobowiązane będą do udostępnienia tzw. API, czyli interfejsu dostępowego, za pomocą którego podmiot trzeci, posiadający stosowną licencję, będzie mógł niejako dostać się na rachunek bankowy klienta i podejrzeć historię tego rachunku albo inicjować transakcję płatniczą. Większość polskich banków ma już wdrożone API, najczęściej w tzw. standardzie PolishAPI i są one gotowe na wejście nowych przepisów – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Klecor, partner w Kancelarii Legal Geek.

Zmiany związane są z unijną dyrektywą PSD2, która od 14 września wymusi na bankach nie tylko stosowanie silnych narzędzi uwierzytelniających (tzw. podwójne uwierzytelnianie) w przypadku logowania klientów do konta bankowego i płatności kartą, ale również wdrożenie tzw. otwartej bankowości. Zgodnie unijnymi wymogami banki muszą do 14 września udostępnić zewnętrznym podmiotom (tzw. podmiotom trzecim) otwarte środowisko API, które pozwoli im na dostęp i przetwarzanie danych klientów. W oparciu o nie start-upy finansowe, serwisy płatnicze oraz inne banki będą mogły projektować nowe aplikacje finansowe i wdrażać nowe usługi.

Dla banku oznacza to większą konkurencję, ale także nowe możliwości, ponieważ bank również może być tym tzw. podmiotem trzecim, który uzyskuje dostęp do rachunków swoich konkurentów – mówi Tomasz Klecor. – Przykładowo, jeden bank będzie mógł udostępnić w swojej bankowości internetowej możliwość podglądu rachunku w innym banku. To oznacza, że jako klient, mając rachunki w kilku różnych bankach, być może będę mógł zarządzać nimi z poziomu jednego.

Dla rynku finansowego wdrożenie otwartej bankowości, możliwości dostępu do rachunku przez API oznacza przede wszystkim nowe usługi płatnicze, które umożliwią zarządzanie kilkoma rachunkami bankowymi czy nowe sposoby płatności, które nie wymagają karty płatniczej bądź pozwalają na szybsze wykonanie płatności w sklepie internetowym. Nowe przepisy stworzą też szerokie pole do rozwoju fintechów.

– Dla fintechów oznacza to przede wszystkim łatwiejsze świadczenie usług płatniczych. Od 14 września będą mieć API i będą mogli się do takiego rachunku dostać, jeżeli tylko będą posiadać odpowiednią licencję – mówi Tomasz Klecor.

Jak podkreśla, konsekwencje wdrożenia wymogów związanych z dyrektywą PSD2 dla klientów będą głównie pozytywne. Ci zyskają przede wszystkim dostęp do nowych usług płatniczych i możliwość łatwiejszego zarządzania kilkoma rachunkami bankowymi. Tzw. otwarta bankowość spowoduje większą konkurencję na rynku finansowym i wzmocni pozycję konsumentów.

Banki świetnie przygotowały się na tę rewolucję. Na początku się jej bały, a później dostrzegły możliwości, które również dla nich wynikają z dyrektywy PSD2. Tak więc nie ma podstaw do obaw, że banki będą nieprzygotowane do zmian – mówi partner w Kancelarii Legal Geek.

Uczelnie wyższe chcą uwolnienia możliwości rekrutacyjnych. Nabór oparty o wyniki matury się nie sprawdza

Uczelnie wyższe chcą uwolnienia możliwości rekrutacyjnych. Nabór oparty o wyniki matury się nie sprawdza 7

– Wdrożenie zmian wynikających z Ustawy 2.0 jest dla uczelni sporym wyzwaniem. To szansa na rewolucję i te szkoły, które będą chciały, wykorzystają to – ocenia rektor warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej prof. Marek Rocki. Jak podkreśla, dla uczelni wyższych istotne jest dzisiaj także uwolnienie możliwości rekrutacyjnych tak, aby mogły rekrutować zgodnie ze swoim profilem kandydatów, którzy są dobrze przygotowani do studiów na danych kierunkach.

– Praktycznie dla wszystkich polskich uczelni wyzwaniem jest głębokie wdrożenie zmian, które wynikają z ustawy 2.0. Wszystkie uczelnie musiały dostosować swoje statuty, zmieniły struktury organizacyjne, na pewno musiały też zmieniać programy kształcenia, co również wynika z ustawy 2.0. To jest istotna rewolucja, ale w przypadku SGH przeprowadziliśmy tę rewolucję już w 1990 roku, w związku z tym spokojnie oczekujemy na początek roku akademickiego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Marek Rocki, rektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Uczelnie wyższe są w trakcie wdrażania zmian wynikających z tzw. Ustawy 2.0, czyli Konstytucji dla Nauki. Ta obowiązuje od początku października ubiegłego roku, ale reforma jest rozłożona w czasie aż do 2021 roku, zmiany wchodzą w życie etapami. W założeniu mają one przyznać środowisku akademickiemu większą autonomię.

– To jest szansa na rewolucję i myślę, że ci, którzy będą chcieli ją wykorzystać, zrobią to – mówi prof. Marek Rocki.

W tym roku najpoważniejszym zadaniem dla uczelni było opracowanie nowych statutów. Te mają być najważniejszym dokumentem regulującym działalność szkół wyższych i dokładnie określać ich strukturę wewnętrzną i organizacyjną. W ocenie resortu nauki, zmiany pobudzą też współpracę uczelni z otoczeniem biznesowym. Zwłaszcza że dopasowywanie kierunków kształcenia do potrzeb rynku pracy jest dziś jednym z większych wyzwań.

– Dopasowujemy treść kierunków studiów do zmian na rynku pracy i zapotrzebowania pracodawców. Z tego powodu tak istotny jest Klub Partnerów Korporacyjnych SGH, który istnieje od 20 lat. Czerpiemy stamtąd opinie na temat naszych programów kształcenia. Dzięki temu doskonalimy je tak, aby nasi absolwenci byli dobrze wykształconymi, przedsiębiorczymi ludźmi, liderami swojego środowiska i przyczyniali się do postępu polskiej gospodarki – mówi prof. Marek Rocki.

Zgodnie z nową ustawą, od 1 października zacznie również obowiązywać zmieniony system stypendialny dla studentów i nowy tryb kształcenia doktorantów (szkoły doktorskie). Na tym nie koniec zmian, bo na początku lipca szef resortu nauki Jarosław Gowin zapowiedział, że część przepisów Konstytucji dla Nauki – zwłaszcza te, które dotyczą tworzenia federacji uczelni – ma zostać zmieniona.

Rektor warszawskiej SGH ocenia, że dla szkół wyższych istotne jest dzisiaj także uwolnienie możliwości rekrutacyjnych – tak, aby mogły rekrutować zgodnie ze swoim profilem, ponieważ w praktyce okazuje się, że rekrutacja jest oparta o wyniki nowej matury nie daje dobrych narzędzi do selekcji kandydatów według ich kompetencji do podjęcia dalszych studiów.

– Dla  podniesienia jakości kształcenia na uczelniach wyższych zasadnicze jest uwolnienie możliwości rekrutacyjnych. Oparcie rekrutacji na studia o wyniki nowej matury nie daje dobrych narzędzi do selekcji kandydatów, którzy są przygotowani do dalszego kształcenia. Po części obserwuję to też w naszej uczelni. Jeśli przychodzą kandydaci, którzy nie zdają matematyki, to oni nie dadzą sobie rady na nowoczesnej ekonomii. Po prostu na studiach nie ma czasu, żeby uzupełniać luki ze szkoły podstawowej czy liceum. Musimy więc tak wybierać kandydatów, aby oni byli kompetentnymi w momencie startu na studiach – mówi prof. Marek Rocki.

Jak zauważa, kierunek, w jakim podążają w tej chwili uczelnie i który sprawdziłby się również w szkołach średnich, to nauczanie problemowe.

– Czyli uczenie matematyki nie dlatego, że jest ważna, ale dlatego, że są problemy rozwiązywane przy pomocy matematyki. Da się odwrócić tok nauczania, pokazywać problemy i tworzyć przy pomocy studentów i uczniów narzędzia do ich rozwiązywania tak, aby wiedzieli, po co się uczą – mówi prof. Marek Rocki.

Hodowla alpak coraz bardziej opłacalnym biznesem. Nie tylko ze względu na cenną wełnę

Hodowla alpak coraz bardziej opłacalnym biznesem. Nie tylko ze względu na cenną wełnę 8

Liczba farm alpak w Polsce rośnie z roku na rok jako alternatywa dla coraz mniej opłacalnej hodowli owiec. Jedna alpaka to nawet 5 kg luksusowej wełny rocznie. Zwierzęta te hoduje się jednak także do celów związanych z agroturystyką i rehabilitacją osób niepełnosprawnych. O popularności alpak decydują również niskie koszty utrzymania, nieprzekraczające zazwyczaj 100 zł miesięcznie.

Alpaki to trawożerne ssaki z rodziny wielbłądowatych hodowane głównie dla wełny, cieplejszej i delikatniejszej niż wełna owiec. Ich naturalnym środowiskiem są górzyste tereny Ameryki Południowej, zwłaszcza Chile i Peru, od kilkunastu lat jako zwierzęta hodowlane zyskują jednak popularność także w Europie. W Polsce pierwsza farma alpak powstała w 2004 roku, dziś biznesem tym, zgodnie z informacjami Polskiego Związku Hodowców Alpak, zajmuje się ponad 30 hodowców posiadających łącznie więcej niż 600 zwierząt.

– Hodowli alpak nie nazwałbym czysto biznesem, dlatego że jeśli nie ma się do tego pasji, jeśli nie lubi się tego, co się robi, to trudno, żeby to przynosiło dochód. Ale może to być opłacalne. Mając do tego pasję, można z tego czerpać korzyści finansowe, czy prowadząc zajęcia, czy korzystając z runa do wyrobu różnych rzeczy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Chojnacki z Ośrodka Psychoterapii Dzieci i Młodzieży – Koparka.

Alpaki są źródłem hypoalergicznej, wysokiej jakości wełny, która może konkurować z tak luksusowymi tkaninami jak kaszmir i angora. Z jednego zwierzęcia rocznie pozyskać można nawet 5 kg pożądanej na rynku odzieżowym wełny. Z ich runa produkuje się luksusowe płaszcze i swetry, ale także kołdry i koce. Alpaki hoduje się jednak również w innych celach np. na potrzeby agroturystyki oraz terapii opartych na kontakcie ze zwierzętami – te spokojne, lubiące przebywanie z człowiekiem zwierzęta doskonale sprawdzają się w terapii osób cierpiących na autyzm, ADHD, nerwice, zaburzenia lękowe oraz depresję.

– Zwierzęta czują, z jakim idziemy do nich nastawieniem, więc ważne, żeby mieć sprecyzowane, czego my chcemy, po co nam jest ta hodowla – mówi Przemysław Chojnacki. – Żeby założyć podobną działalność jaka prowadzimy w Ośrodku Koparka, potrzebna jest też wiedza dotycząca alpak, jak się nimi opiekować, na jakie choroby zapadają. Gdybym zaczynał od nowa, to spotkałbym się z kilkoma osobami, które prowadzą podobną działalność, zapytał, na co zwrócić uwagę, albo nawet bardziej, żeby to one zadały mi pytanie, po co mi te alpaki. Są też kursy hodowli alpak w Polsce, na które warto się udać wcześniej.

Na temat hodowli alpak powstało wiele mitów, dlatego podstawą myślenia o założeniu własnej farmy jest zdobycie rzetelnej wiedzy. Informacje można pozyskać od innych, doświadczonych hodowców, lub na kursach hodowli alpak, organizowanych już także w Polsce. Rozpoczęcie hodowli wymaga sporego wydatku, niezbędne jest bowiem zakupienie ziemi pod hodowlę, zapewnienie zwierzętom odpowiednich warunków bytowych, wreszcie zakup samych alpak. Koszt jednego zwierzęcia jest różny i waha się od 3 do 60 tys. zł w zależności od jakości runa.

– Początek hodowli to przynajmniej trzy alpaki, nie może ich być mniej ze względu na to, że alpaki są zwierzętami stadnymi i potrzebna jest ich przynajmniej trójka, żeby czuły się dobrze. My niestety mamy doświadczenie, że kiedy były dwie alpaki, ewidentnie było widać, że tęsknią. Z czasem, kiedy zaczęły przyjeżdżać kolejne, atmosfera się uspokoiła – mówi Przemysław Chojnacki.

Miesięczny koszt utrzymania jednej alpaki wynosi od 50 do 100 zł. Zwierzęta te żywią się przede wszystkim świeżą trawą, w zimie natomiast sianem – w ich codziennym jadłospisie powinna też znaleźć się specjalnie skomponowana pasza treściwa, dostarczająca witamin oraz makro i mikroelementów. Warto też pamiętać, że o alpaki należy dbać – zapewniać im regularne wizyty weterynarza, szczepienia ochronne, kontrole wagi, odrobaczanie oraz obcinanie zębów i pazurów. Alpaki są dość podatne na różne schorzenia, dlatego warto stale je obserwować i szybko reagować w razie podejrzenia choroby.

– Często chorobą jest gruźlica. Oprócz tego są różne dolegliwości związane z żołądkiem, pasożytami, więc trzeba regularnie dawać im zastrzyki, kontrolować stan flory bakteryjnej. Czasami mają niedobór pewnych witamin, więc trzeba odpowiednio dobierać im dietę – mówi Przemysław Chojnacki.

W naturalnym środowisku alpaki żyją w temperaturze od minus 20 do plus 20 stopni, polskie lato bywa więc dla nich trudne do zniesienia. W okresie wysokich temperatur należy więc zapewnić im chroniące przed słońcem zadaszenie i stały dostęp do wody pitnej. Warto też pamiętać, by nie przemęczać zwierząt wykorzystywanych w alpakoterapii – czas ich pracy nie powinien przekraczać 2 godzin dziennie.

– Nasza działalność nie wymaga dużej liczby alpak, bo prowadzimy zajęcia dla dzieci, młodzieży, zajmujemy się tą częścią niezwiązaną z włókniarstwem, tylko z przyjemnością przebywania z alpakami i terapią. Gdyby chcieć zajmować się produkcją odzieży, kołder czy koców, wtedy tych alpak potrzeba mieć kilkaset i wtedy to zaczyna być duże przedsiębiorstwo, a koszt inwestycji jest większy. Inna działalność związana jest z rozrodem i sprzedażą samych alpak takim osobom jak ja – mówi Przemysław Chojnacki.

Kwestie związane z hodowlą alpak wciąż czekają na uregulowanie prawne. Zimą tego roku Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o organizacji hodowli i rozrodzie zwierząt gospodarskich, zgodnie z którym alpaki zostały uznane za zwierzęta gospodarskie. 15 marca odbyło się pierwsze czytanie w Sejmie, po którym projekt został skierowany do Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Eksperci nie mają wątpliwości, że nowe prawo ułatwiłoby prowadzenie hodowli alpak, doprowadziłoby do spadku cen tych zwierząt oraz umożliwiłoby staranie się hodowców o dotacje z Unii Europejskiej. Zastrzeżenia zgłaszają jednak hodowcy zajmujący się alpakoterapią.

– Taka najprostsza rzecz to potrzeba przewożenia zwierząt za pomocą specjalnych samochodów, takich jak np. dla koni. Nie wyobrażam sobie wjechać i zaparkować w centrum Warszawy takim specjalnym samochodem do przewozu koni albo autem z przyczepą. Jako ośrodek będziemy występować razem z innymi alpakoterapeutami do ministerstwa rolnictwa o indywidualną interpretację przepisów prawa – mówi Przemysław Chojnacki.

Przyszłość kardiochirurgii to roboty wykonujące operacje. Medycyna czeka też na urządzenia ograniczające komplikacje w trakcie i po zabiegach

Przyszłość kardiochirurgii to roboty wykonujące operacje. Medycyna czeka też na urządzenia ograniczające komplikacje w trakcie i po zabiegach 9

W ciągu ostatnich lat tylko kilka innowacyjnych urządzeń kardiochirurgicznych trafiło na sale operacyjne. Większość z nich pojawia się na rynku po kilku lub nawet kilkunastu latach ze względu na długi proces certyfikacji, obejmujący m.in. szereg badań klinicznych. Przyszłością kardiochirurgii są zdalne operacje wykonywane przez roboty, jednak do tej pory ich obsługą zajmuje się jedynie kilkunastu lekarzy na całym świecie.

– Na całym świecie z jednej strony widzimy lekarzy specjalistów coraz bardziej doskonalących swój warsztat chirurgiczny i skupiających się na operacjach o coraz mniejszej inwazyjności, o ekstremalnie wysokim profilu trudności technicznej. Z drugiej strony widzimy duży przemysł medyczny, który bardziej ukierunkowany jest na zysk niż na bezpośrednie wprowadzanie innowacji poprawiających wyniki czy redukujących liczbę komplikacji. Wydaje się, że tu się troszeczkę ten świat nam rozjeżdża i tę lukę należy zapełnić – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje kardiochirurg Grzegorz Suwalski.

Jednym z najważniejszych problemów we wdrażaniu innowacji w medycynie jest długo trwający proces pozyskiwania zgody na wdrożenie leku lub procedury. Z uwagi m.in. na konieczność przeprowadzania wieloetapowych badań klinicznych czas od odkrycia do wdrożenia sięga niekiedy nawet kilkunastu lat. Sam proces rekrutacji pacjentów do badania bywa długotrwały. W amerykańskim Arkansas realizowany jest obecnie program łączący pięć instytucji medycznych, prowadzących szeroko zakrojone badania w obrębie kardiochirurgii ze szpitalami, które dotychczas nie specjalizowały się  w badaniach klinicznych.

Według amerykańskiego Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom Arkansas ma trzeci najwyższy wskaźnik umieralności z powodu chorób serca w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem, choć innowacyjne metody leczenia są stale opracowywane, to system badań klinicznych nie nadąża z ich testowaniem.

– Od 20 lat nie było zmiany konstrukcji zastawki serca, gdyż badania trwają bardzo długo. W ciągu ostatnich kilku lat widzieliśmy tylko kilka wdrożeń urządzeń na sale operacyjne. To m.in. urządzenia pomagające kardiochirurgowi wykonać prawidłowo pomostowanie tętnic wieńcowych, sprawdzające przepływy w wykonanych bajpasach, a także takie, które cały czas monitorują prawidłowe utlenowanie mózgu. Są to dwa urządzenia, które pomagają zredukować ryzyko komplikacji, zwiększają profil bezpieczeństwa operacji. Niektóre wprowadzane innowacje stosuje się do bardzo rzadkich operacji, nie mają one charakteru masowego – twierdzi kardiochirurg.

Coraz częściej lekarze na salach operacyjnych są też wspomagani w swojej pracy przez roboty. Belgijski start-up medyczny Robocath opracował innowacyjną platformę z robotami R-One. Została ona zaprojektowana w odpowiedzi na potrzeby zgłaszane przez lekarzy zajmujących się kardiologią interwencyjną. R-One składa się z dwóch podstawowych elementów. To sterowana radiowo mobilna stacja kontroli z ruchomym ekranem chroniącym przed promieniowaniem oraz jednostka sterująca wyposażona w joysticki. Za pomocą tego urządzenia lekarz zdalnie steruje instrumentami wprowadzonymi do układu naczyniowego pacjenta poprzez jego cewnikowanie. Robot jest kompatybilny z wiodącymi na rynku urządzeniami wykorzystywanymi w interwencjach kardiologicznych.

– Musimy wejść mocniej w robotykę, w operacje wykonywane pod kontrolą wideoskopii i tutaj się doskonalić, tworzyć urządzenia, które będą sprawiały, że te operacje nie będą mogły być wykonane jedynie przez mistrzów naszego środowiska, ale przez wszystkich tak, żeby to miało wielkie oddziaływanie społeczne – mówi Grzegorz Suwalski.

Lekarze od lat dyskutują również o możliwości przeprowadzania operacji na odległość. Tego typu procedury są wykonywane jednak przez zaledwie kilkunastu specjalistów na świecie, a sam koszt przeprowadzenia operacji jest ogromny. Nie zostało wyeliminowane również ryzyko komplikacji. Kardiochirurdzy oczekują natomiast przede wszystkim takich innowacji, które sprawią, że pacjent łagodnie przejdzie przez proces leczenia.

Najważniejsze jest wprowadzanie innowacji, które spowodują poprawę wyników leczenia, czyli poprawę bezpieczeństwa operacji, zredukują liczbę komplikacji. Kardiochirurgia powinna być w swoim zmniejszeniu inwazyjności krótsza w hospitalizacji. W Stanach Zjednoczonych przeprowadza się już operacje, w których pacjent wychodzi do domu po 2–3 dniach – podkreśla kardiochirurg.

Według analityków z MarketsandMarkets światowy rynek instrumentów kardiochirurgicznych do 2022 roku osiągnie wartość 1,63 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 7,1 proc. Z kolei rynek robotów chirurgicznych w 2018 roku był według Fortune Business Insight wyceniany na 1,4 mld dol. Do 2026 roku ma osiągnąć wartość 6,8 mld dol. Średnioroczne zakładane tempo wzrostu sięgnie 21,4 proc.

IFA 2019: Branża foodtech coraz bardziej innowacyjna. Stworzono inteligentny, najcichszy blender na świecie rozpoznający miksowaną zawartość

IFA 2019: Branża foodtech coraz bardziej innowacyjna. Stworzono inteligentny, najcichszy blender na świecie rozpoznający miksowaną zawartość 10

Branża foodtech, czyli innowacyjnych rozwiązań na rynku spożywczym, należy do najbardziej innowacyjnych na świecie. Powstają rozwiązania, które pozwalają dokładnie i w ciągu chwili ocenić świeżość produktu, jego skład i wartości odżywcze, a inteligentne etykiety ostrzegają przed upływem ważności. Rozwija się też rynek urządzeń kuchennych – można już znaleźć piekarnik z rozszerzoną rzeczywistością, urządzenia na kapsułki do zrobienia drinka czy supercichy i inteligentny blender. Millo błyskawicznie przygotuje smoothie, łączy się ze smartfonem lub tabletem, przy tym jest kilkukrotnie cichszy niż zwykły blender.

– Zaprojektowaliśmy zupełnie nowy rodzaj blendera – inteligentny blender. Opatentowaliśmy technologię sprzężenia magnetycznego, którą zastosowaliśmy w silniku bezszczotkowym. Technologia ta pozwoliła nam na stworzenie produktu w zupełnie innym stylu, również dlatego że nie mamy tu żadnych połączeń mechanicznych. Zasadniczo jest to najcichszy blender na świecie. Urządzenie jest w stanie także rozpoznać, co dzieje się w środku pojemnika w czasie rzeczywistym – mówi agencji Newseria Innowacje Ruslanas Trakselis, założyciel Millo Appliances.

Wykorzystanie najnowszych technologii na rynku urządzeń kuchennych jest coraz powszechniejsze. Dla chętnych są wielozadaniowe roboty, które gotują na parze, jednocześnie siekając warzywa i mieszając potrawę. Pokazują przy tym na inteligentnym wyświetlaczu wartości odżywcze produktu czy propozycje jego podania. Inteligentne piekarniki z rozszerzoną rzeczywistością wyświetlają, jak wygląda produkt i podpowiadają przy tym przepisy na pasujące potrawy. Na rynku są już specjalne blaty do produkcji piwa, a maszyna na kapsułki w kilka chwil zrobi wyszukanego drinka.

Millo to z kolei inteligentny blender, który pozwala ustawić preferencje rodzinne, pokazuje też informacje o wartościach odżywczych. Zaawansowany bezszczotkowy silnik magnetyczny wytwarza 3 razy mniej hałasu, a na jednym naładowaniu akumulatora można zrobić ok. 10 koktajli.

– To nowy wymiar tworzenia przepisów na smoothie – nie chodzi już tylko o to, co włożysz do środka, ale w jaki sposób zostanie to zblendowane. Można stworzyć przepis w jednej części świata, aby na drugim końcu świata uzyskać dokładnie to samo smoothie – tłumaczy Ruslanas Trakselis.

Blender Millo łączy się ze smartfonem lub tabletem, pozwala zminimalizować czas spędzany na miksowaniu. Podłączenie Millo do telefonu umożliwia zdalne sterowanie i personalizację ustawień, blender zapamiętuje ulubione przepisy czy szybkość mieszania. Powierzchnia jest wrażliwa na dotyk – wystarczy lekko dotknąć w dowolnym miejscu, aby aktywować i kontrolować urządzenie. Dzięki technologii Air Drive ​​pokrywka blendera blokuje się za pomocą magnesów. Te same magnesy są następnie wykorzystywane do zasilania silnika (prędkość do 16 tys. obr/min). Nożyki z magnetycznym mechanizmem potrzebują mniej energii, są przy tym bardzo wytrzymałe.

– Przeprowadziliśmy testy skuteczności blendowania. Zmrożone kawałki marchewki nie stanowiły żadnego problemu dla blendera. Marchew, lód, orzechy, warzywa korzeniowe, wszystko można zblendować – przekonuje twórca.

Millo można połączyć ze specjalnie zaprojektowaną dla niego aplikacją, która śledzi np. liczbę koktajli, ich średnią zawartość białka, ale także popularnymi aplikacjami zdrowotnymi i fitness, takimi jak MyFitnessPal i Apple Health. Urządzenie daje także możliwość skonfigurowania różnych profili użytkowników.

– Mimo że urządzenie służy do blendowania, nie jest ono postrzegane jako blender czy urządzenie kuchenne, ale raczej jako gadżet. Stworzyliśmy to urządzenie z myślą o wszystkich, którzy dbają o dietę lub chcą szybko przyrządzić zdrowy posiłek – mówi Ruslanas Trakselis.

Produkcja inteligentnego blendera ma ruszyć w I kw. 2020 roku. Na rynku będzie można go kupić za 449 euro. Według analityków Research and Markets globalny rynek food tech ma osiągnąć wartość 250 mld dol. w 2022 r.

Siła nabywcza klientów sklepów online

Warszawa, 12 września 2019 r. – Z danych zawartych w Raporcie „Omnichannel 2019” GfK Polonia wynika, iż zakupy w sklepach internetowych robią najczęściej młodzi zamożni mieszkańcy dużych miast. Powyżej 35 roku życia skłonność do kupowania online znacząco maleje.

W Raporcie „Omnichannel 2019” GfK Polonia przeanalizowano profile polskich konsumentów wydających środki głównie w handlu stacjonarnym, jak i korzystających głównie z oferty sklepów online. Z powyższej analizy wynika, iż liczebność pierwszej grupy wynosi 15 milionów konsumentów, z kolei druga grupa to niemal 11 milionów osób.

Z analizy wynika, iż jedną z determinant preferowania zakupów internetowych jest zamieszkiwanie w dużym ośrodku miejskim. Autorzy raportu sprawdzili, jak geografia Polski różnicuje wydatki na zakupy online w odniesieniu do wartości wydatków w handlu ogółem. Przeanalizowano 379 powiatów (w tym miasta powiatowe) i poddano weryfikacji skalę występującego w konsumenckiej populacji potencjału na e-commerce oraz skalę koncentracji tegoż potencjału w dużych miastach.

Im większa liczba ludności w mieście, tym suma wydatków w handlu jest wyższa. Duże miasta to wyższe zarobki, bogata oferta handlowa przyciągająca konsumentów z regionu, konsumpcyjny styl życia. Z tych powodów duże miasta, ze swoją koncentracją popytu konsumenckiego są głównymi beneficjentami rozwoju e-handlu. Z danych raportu „Omnichannel 2019” wynika, iż nie jest jednak tak, że mniejsze miasta z mniejszą ofertą handlowo-usługową oraz mniej zasobnym portfelem konsumentów nie zaopatrują się w handlu online. Dane wskazują, że przeciętne wydatki na zakupy online są bardzo zróżnicowane geograficznie. Najmniej na zakupy w sklepach internetowych przeznaczaną mieszkańcy powiatu przemyskiego. Najwyższy Indeks Siły Nabywczej online jest natomiast w Sopocie, którego przeciętny mieszkacie wydaje dwa razy więcej niż przeciętny Polak na zakupy online.

Internetowe wydatki Polaków

Mapa

Mapa prezentuje zróżnicowanie siły nabywczej online w powiatach. Kolorem niebieskim na mapie oznaczono powiaty o najniższej wartości rynku e-commerce, z kolei kolorem czerwonym wyróżniono powiaty o wysokiej wartości rynku online. Zaobserwowano duże dysproporcje w wartości sumarycznej przeznaczanej przez mieszkańców na zakupy produktów w sklepach internetowych.

Źródła danych

GfK Siła Nabywcza Online to pierwsza edycja danych opisującą wartości zakupów mieszkańców poszczególnych powiatów i miast na zakupy online.

GfK Indeks Siły Nabywczej należy do najważniejszych regionalnych wyliczeń potencjału ekonomicznego klientów. Szacunki dokonywane są w oparciu o zestawienie danych z oficjalnej statystyki państwowej z wynikami badań GfK Polonia oraz prognozami instytutów ekonomicznych.

Przekrojowy raport „Omnichannel 2019 w Polsce” oraz „Siła Nabywcza na E-commerce” bazują na ogólnopolskim badaniu CAPI na próbie 2000 respondentów oraz na danych panelowych. Te syndykatowe raporty to kompleksowa analiza rynku e-commerce w naszym kraju. Analizują nie tylko zwyczaje zakupowe, skalę zjawiska, zakupu online i offline w 13 kategoriach, ale i perspektywy rozwoju e-commerce w Polsce.

Rozpędzony rynek biurowy w Krakowie

Niemal połowa biur wynajmowanych w największych miastach regionalnych w Polsce trafia do najemców w Krakowie.

Z ponad 300 tys. mkw. powierzchni biurowej wynajętej w pierwszej połowie br. w największych ośrodkach biznesowych w kraju, poza Warszawą, aż 140 tys. mkw. biur zakontraktowane zostało w Krakowie. Największy udział w rekordowo wysokim popycie na biura odnotowanym na krakowskim rynku miały firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Coraz większe zapotrzebowanie zgłaszają również najemcy z segmentu powierzchni elastycznych. W pierwszych sześciu miesiącach br. operatorzy flexy podpisali w stolicy Małopolski umowy na około 13 tys. mkw. biur, generując niemal 10 proc. popytu.

Mateusz Strzelecki – Partner w Walter Herz
Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz

Za popytem podąża niespotykana dotąd w aglomeracji nowa podaż. – W pierwszym półroczu tego roku w Krakowie oddanych zostało kilkanaście obiektów, dzięki czemu na rynek trafiło łącznie prawie 100 tys. mkw. powierzchni biurowej. To więcej niż przybyło w tym czasie nawet na największym w kraju rynku warszawskim – podaje Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz.

Kraków buduje potencjał

Do inwestycji ukończonych w tym czasie należały m.in. V.Offices (21,6 tys. mkw.), Mogilska Office (12,5 tys. mkw.), DOT Office F1 (9,8 tys. mkw.), czy budynek B1 w inwestycji Fabryczna Office Park (13,5 tys. mkw.).

Ogromny apetyt inwestorów na krakowskie biura motywuje do intensywnego działania deweloperów. Mateusz Strzelecki informuje, że w inwestycjach prowadzonych aktualnie w Krakowie powstaje około 270 tys. mkw. powierzchni biurowych. – Na tle rynków regionalnych, także pod tym względem Kraków jest absolutnym liderem – przyznaje ekspert.

Według danych Walter Herz, zaplecze biurowe Krakowa liczy dziś około 1,36 mln mkw. nowoczesnej powierzchni. Analitycy tej firmy szacują, że do końca 2019 roku krakowskie zasoby wzrosną o kolejne 75 tys. mkw. powierzchni biurowych. Na ukończeniu jest bowiem m.in. dziesięciopiętrowy biurowiec Tischnera Office firmy Cavatina, który zaoferuje 33,6 tys. mkw. biur.

W trakcie realizacji

Na krakowskim rynku budują największe firmy inwestujące w segmencie biurowym w Polsce. W pobliżu Dworca Głównego i Galerii Krakowskiej Skanska realizuje kompleks High5ive, w skład którego wejdzie pięć budynków. Inwestycja dostarczy 70 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Dwa budynki w ramach pierwszego etapu zostały już oddane do użytku. Dwa następne ukończone zostaną w przyszłym roku, a budowa ostatniego jest planowana.

W pobliżu ronda Mogilskiego, największego, krakowskiego węzła komunikacyjnego, w miejscu tzw. szkieletora powstaje zaś multifunkcyjny projekt Unity Center. W kompleksie znajdą się budynki biurowe, hotel i apartamenty. Pierwszy z biurowców, realizowany w tym projekcie ma zostać oddany w przyszłym roku.

Na terenie dawnych zakładów Państwowej Wytwórni Wódek w Krakowie przy ulicy Fabrycznej firma Inter-Bud realizuje z kolei inwestycję Fabryczna City. Plany obejmują budowę obiektów biurowych, a w obrębie części zabytkowej czterogwiazdowego hotelu Mercure Kraków Fabryczna City, fitness, basenu, SPA, muzeum wódki oraz pasażu z restauracjami, a ponadto mieszkań i lokali usługowych. W strefie biurowej kompleksu – Fabryczna Office Park zaplanowane zostały cztery biurowce, z których jeden został już oddany, dwa są w fazie realizacji, a budowa ostatniego jeszcze nie została rozpoczęta.

Szczególnie prężnie rozwijają się południowe i południowo-wschodnie rejony Krakowa, gdzie realizowane są kolejne etapy inwestycji Bonarka for Business, Wadowicka 3, czy Zabłocie Business Park.

Zapowiadane projekty

Na tym obszarze, przy ulicy Klimeckiego również Cavatina zamierza wybudować swój nowy kompleks – Klimeckiego Office. Zaplanowane zostały w nim dwa biurowce, które zaoferują prawie 36 tys. mkw. powierzchni. Deweloper rozpoczyna właśnie realizację kolejnego etapu Equal Business Park przy ulicy Wielickiej i przygotowuje następne inwestycje w Krakowie, w których w ciągu najbliższych trzech lat planuje oddać blisko 78 tys. mkw. powierzchni biurowej.

Budowę nowych, dużych projektów zapowiadają też w stolicy Małopolski inne wiodące firmy deweloperskie. Największą z inwestycji planuje White Star przy ulicy Saskiej 25. W ośmiu budynkach w kompleksie The Park powstać ma w sumie 100 tys. mkw. powierzchni biurowej.

Rozbudowywać będzie się również Bonarka for Business, która dysponuje dziś już 75 tys. mkw. biur. Firma TriGranit oddała niedawno w kompleksie biurowiec H o powierzchni 9,8 tys. mkw. i przygotowuje realizację kolejnych dwóch budynków I oraz J. Nowe biurowce mają dostarczyć na rynek po około 10 tys. mkw. Ich budowa ma ruszyć jeszcze w tym roku. O budowie nowego projektu w Krakowie mówi też Echo Investment.

Kraków outsourcingiem stoi

Rekordowo wysoki popyt na powierzchnię biurową w Krakowie związany jest przede wszystkim z tworzeniem nowych i rozwojem istniejących centów świadczących nowoczesne usługi dla biznesu. Kraków jest bowiem nie tylko wiodącą, polską, ale i światową lokalizacją dla firm z sektora BPO/SSC oraz branży nowych technologii.

W ubiegłym roku firmy z tego sektora zakontraktowały w Polsce jedną czwartą wynajętej powierzchni biurowej, tj. ponad 400 tys. mkw. biur. Z danych Walter Herz wynika, że w miastach regionalnych, poza Warszawą centra obsługi biznesu wygenerowały w 2018 roku przeszło połowę całkowitego popytu na powierzchnię biurową. W pierwszym półroczu tego roku do najemców z sektora nowoczesnych usług dla biznesu w największych ośrodkach biznesowych w naszym kraju trafiło natomiast prawie 190 tys. mkw. biur.

Prawie 60 proc. powierzchni z 3 mln mkw. biur zajmowanych obecnie przez sektor BPO/SSC w Polsce przypada na Kraków. Miasto oferuje inwestorom z tej branży dobrze wykwalifikowaną kadrę pracowniczą oraz relatywnie niskie koszty pracy i najmu powierzchni biurowej w porównaniu, zarówno z Warszawą, jak i rynkami Europy Zachodniej.

Coraz popularniejszy pre-let

Doradcy Walter Herz, zaznaczają że obecne w Krakowie firmy chętnie przenoszą dziś swoje siedziby do budynków położonych blisko centrum, gdzie pracownicy mają łatwiejszy dostęp do komunikacji miejskiej i bogatą ofertę usługową. Poza biurowcami w ścisłym centrum miasta, powodzeniem wśród najemców cieszą się też budynki zlokalizowane w okolicy ronda Mogilskiego.  

Współczynnik powierzchni niewynajętej sięga aktualnie w Krakowie 10 proc. Ograniczona dostępność gotowych powierzchni powoduje, że znacznie więcej niż wcześniej nowych umów zawieranych jest teraz w formie pre-let, nawet na wczesnych etapach realizacji inwestycji.

Wywoławcze stawki czynszowe w centrum Krakowa kształtują się na poziomie 13,0 – 15,5 euro/mkw./m-c, a poza nim w przedziale 9,5 – 14 euro/mkw. W wielu przypadkach istnieje jednak możliwość wynegocjowania atrakcyjnych budżetów na wykończenie lokali, czy uzyskanie kilkumiesięcznych wakacji czynszowych, w wyniku czego czynsze efektywne są znacznie niższe.

Firmy handlowe czekają na zapłatę należności najdłużej

  • Aż 61 proc. firm handlowych czeka na zapłatę należności najdłużej ze wszystkich branż, tj. więcej niż 60 dni.[1]
  • Liczba firm handlowych objętych postępowaniem upadłościowym z końcem czerwca 2019 r. stanowiła 33 proc. wszystkich upadłości[2], to wzrost o 8 p.p. w stosunku do całego 2018 roku.[3]
  • Popularne wśród Polaków przesyłki za pobraniem (47 proc.) spowalniają płynność finansową e-sklepów.[4]

Firmy zajmujące się działalnością handlową borykają się z największą ilością i wysokością zaległości finansowych. Z danych BIG zebranych przez InfoMonitor1 wynika, że tylko w I kwartale 2019 r. należności wzrosły o 8 proc. z 6,48 mld zł do 7 mld zł. Kwotowo największe zaległości – powyżej 261 tys. zł, dotyczyły handlu hurtowego, procentowo handlu pojazdami (10 proc.) i handlu detalicznego (8 proc.). Wzrosły też kwoty opóźnionych płatności, sama liczba firm zmagających się z zaległościami zwiększyła się zaledwie o 0,1 p.p. – z 5,7 proc. do 5,8 proc.

Wzrastają zaległości

Raport BIG InfoMonitor wskazuje, że najwięcej, bo już 61 proc. firm handlowych miało problem z odzyskaniem należności przez okres dłuższy niż 60 dni w II kwartale br.

Alexander Beresvford
Alexander Beresford, CMO Finiata.pl

Według naszych analiz znacznie wzrosła liczba firm skarżących się, że ich kontrahenci stale opóźniają płatność minimum o 30 dni. Potwierdzają to wyniki badań, z których wynika, że już prawie dwie na trzy firmy mają taki problem.[5] – komentuje Alexander Beresford z Finiata.pl.

W raporcie podkreślono też, że nieuregulowane w terminie płatności wynikające z transakcji handlowych oraz przeterminowanych o minimum 30 dni kredytów, co widać w Biurze Informacji Kredytowej, które w swoim rejestrze ma prawie 296 tys. przedsiębiorstw. Ich łączne zaległości pozakredytowe i kredytowe wynoszą niemal 29,6 mld zł. O niemal połowę wzrosła też w sektorze handlowym liczba bankructw i restrukturyzacji – dotyczyła 70 firm.

…i upadłości

Na początku tego roku, w okresie podsumowań sezonu świątecznego, zamiast wzrostu zysków, rynek notował rosnącą liczbę restrukturyzacji firm handlowych. W marcu rozpoczęto aż 49 postępowań restrukturyzacyjnych, najwięcej od początku 2019 roku oraz w porównaniu z analogicznymi okresami dwa (2017 – 35 postępowań) lub trzy lata temu (2016 – 12 postępowań)[6]. Analitycy już wtedy zwracali uwagę, że widoczny optymizm wśród konsumentów oraz wzrost konsumpcji spotęgowały -zamiast spowolnić, skalę wzrostu liczby niewypłacalności w handlu hurtowym.

W lutym niewypłacalność dotknęła 16 sprzedawców, to wzrost o 266 proc. w stosunku do poprzedniego roku (6 firm).[7] Zdaniem ekspertów główną tego przyczyną był spadek rentowności, szczególnie w sektorze handlu hurtowego materiałami budowlanymi, elektroniką, a przede wszystkim – odpadami i złomem.

Utrudnienia w płynności

Zgodnie z danymi z raportu[8], już 62 proc. użytkowników internetu dokonuje zakupów online. Zła wiadomość dla przedsiębiorców to wciąż wysoki odsetek osób wybierających płatność za pobraniem (47 proc.), która powoduje późniejszy wpływ gotówki do sprzedawcy, ponieważ płatność musi przejść przez kuriera i firmę rozliczającą. Co więcej, zdarzają się sytuacje, kiedy kupujący nie mogą odebrać przesyłki lub świadomie z niej rezygnują. Ponad połowa internautów, bo 53 proc., podkreśla, że do zakupów najbardziej zachęca ich możliwość darmowego odesłania produktu kurierem (door-to-door) lub pocztą, dlatego firmy, które nie prowadzą sprzedaży wysyłkowej, mają utrudniony start i znacznie ograniczoną liczbę klientów.

[1] BIG InfoMonitor, Połowa firm czeka na zapłatę za towar ponad dwa miesiące, najgorzej jest w transporcie i handlu, maj 2019

[2] CEIDG, Monitor Sądowy i Gospodarczy, czerwiec 2019

[3] CEIDG, Monitor Sądowy i Gospodarczy, 2018

[4] Gemius, E-commerce w Polsce 2019

[5] Skaner MŚP, Keralla Research na zlecenie BIG

[6] CEIDG, Monitor Sądowy i Gospodarczy, czerwiec 2019

[7] Euler Hermes, Raport niewypłacalności firm II 2019

[8] Gemius, E-commerce w Polsce 2019

Wyzwania dla rynku spożywczego – Raport UBS

  • Przejście w kierunku bardziej zrównoważonych zasobów, od odnawialnych źródeł energii do białek pochodzenia roślinnego, naraża na ryzyko producentów tradycyjnych towarów oraz inwestorów – ostrzega w nowym raporcie Chief Investment Office UBS Global Wealth Management.
  • ZEA i Arabia Saudyjska podjęły niektóre kluczowe wyzwania. Niemniej wstrząsy powodują, że reformy stają się pilniejsze w krajach takich jak Republika Południowej Afryki, Nigeria i Brazylia.
  • Zielone obligacje mogą pomóc inwestorom oraz górnictwu, rolnictwu i producentom paliw kopalnych w sprostaniu wyzwaniom środowiskowym.

CIO-LTI_diagram-ex-USObecne wykorzystanie towarów na świecie nie jest zrównoważone.  Zgodnie z opublikowanym raportem UBS Global Wealth Management, zatytułowanym „Punkt krytyczny dla towarów”, rynki muszą szybciej znaleźć rozwiązania dla wyzwań związanych ze zmianami klimatu, dużymi postępami technologicznymi i zmianami preferencji konsumentów.

Niektórzy producenci towarów dostosowują się do tych wyzwań, jednak inni pozostają w tyle.  Zjednoczone Emiraty Arabskie (strona 39 raportu) wzmocniły swoją gospodarkę poprzez dywersyfikację i solidne finanse publiczne. Podobnie Arabia Saudyjska (strona 38) zainicjowała reformy, jednocześnie korzystając z niskich kosztów wydobycia ropy. Gospodarka Brazylii (strona 42) jest zróżnicowana, ale wymaga dalszych zmian strukturalnych.  Z drugiej strony Republika Południowej Afryki (strona 41) i Nigeria (strona 40) muszą pilniej zająć się wyzwaniami związanymi ze zrównoważonym rozwojem.

Według ONZ, na całym świecie produkcja żywności odpowiada za 40 procent użytkowania gruntów, 30 procent emisji gazów cieplarnianych i 70 procent zużycia słodkiej wody. Do 2050 r. naszą planetę będą zamieszkiwać ok. 2 miliardy  ludzi więcej; w porównaniu z prawie 8 miliardami obecnie, oczekuje się, że globalny popyt na żywność wzrośnie o około 60 procent.

Jeśli chodzi o energię, przesunięte zapotrzebowanie na paliwa kopalne może przekroczyć obecne zapotrzebowanie na ropę w USA wynoszące prawie 21 milionów baryłek dziennie do 2040 r., co odpowiada ponad 1 miliardowi USD dziennie w momencie sporządzania niniejszego raportu.

„Rynki towarowe przechodzą transformację, co stwarza zarówno ryzyko, jak i możliwości dla inwestorów. Rosnąca populacja, szczególnie na rynkach wschodzących, będzie wymagać na przykład radykalnie odmiennego podejścia do produkcji żywności, a my uważamy, że samo to jest szansą na 700 miliardów dolarów” – powiedział Ali Janoudi, Dyrektor ds. Europy Środkowej i Wschodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki w UBS Global Wealth Management.

„Rynki towarowe są powiązane z globalną gospodarką i stoją w obliczu licznych wyzwań. Zachęcamy jednak naszych klientów, aby patrzyli poza środki ograniczające ryzyko i wykorzystali okazję, jaka wiąże się z takimi wyzwaniami” – dodaje Caroline Kuhnert, Dyrektor Ultra High Net Worth w Europie, na Bliskim Wschodzie i Afryce w UBS Global Wealth Management.

„Wiele zmian, które nasze badania przewidują w sektorze towarowym, wynika z trendów środowiskowych, społecznych i związanych z zarządzaniem” – twierdzi Michael Bolliger, Dyrektor ds. Inwestycji w Europie Środkowej i Wschodniej, na Bliskim Wschodzie i w Afryce w UBS Global Wealth Management, dodając:  „Jesteśmy przekonani, że inwestorzy powinni wykorzystywać zrównoważone inwestycje, w tym zielone obligacje, aby czerpać zyski, a także wesprzeć ten przejściowy proces”.

Raport dostępny tutaj:

https://www.ubs.com/global/en/wealth-management/chief-investment-office/executives-and-entrepreneurs/your-investments/2019/commodity-market-outlook-and-opportunities.html

Organ odwoławczy podwyższył przedsiębiorcy kwotę zobowiązania, ale nieskutecznie, bo nie znał podstawowych zasad postępowania podatkowego

Zgodnie z zawartą w art. 234 Ordynacji podatkowej zasadą postępowania podatkowego, rozszerzanie obowiązku, jaki organ nakłada na podatnika możliwe jest tylko, gdy decyzja organu rażąco narusza prawo lub interes publiczny. W wyroku z 25 lipca 2019 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi w sprawie, w której organy celem ustanowienia zabezpieczenia na majątku przedsiębiorcy określiły wysokość ciążącego na nim zobowiązania, a następnie ją podwyższyły, orzekł: „Niemożliwe jest (…) podwyższenie przez organ odwoławczy przybliżonej kwoty zobowiązania podatkowego oraz kwoty odsetek za zwłokę, z pominięciem treści art. 234 O.p.” (sygn. akt I SA/Łd 259/19).

Organ podatkowy w celu zabezpieczenia wykonania zobowiązań podatkowych może dokonywać zabezpieczeń na majątku podatnika, a w przypadku osób pozostających w związku małżeńskim, także na majątku wspólnym (art. 33 § 1 O.p.). W decyzji o zabezpieczeniu zobowiązany jest podać przybliżoną kwotę zobowiązania podatkowego oraz kwotę odsetek za zwłokę należnych od tego zobowiązania na dzień wydania decyzji o zabezpieczeniu, jeżeli zabezpieczenie następuje przed wydaniem decyzji określającej wysokość zobowiązania podatkowego (art. 33 § 4 O.p.). Nie może on jednak zapomnieć o jednej z naczelnych zasad postępowania podatkowego, jaką jest zakaz reformationis in peius, zawarty w art. 234 Ordynacji podatkowej, który stanowi, iż „Organ odwoławczy nie może wydać decyzji na niekorzyść strony odwołującej się, chyba że zaskarżona decyzja rażąco narusza prawo lub interes publiczny” (Dz.U. 1997 nr 137, poz. 926, ze zm.).

Podwyższenie kwoty zobowiązania i ustanowienie zabezpieczenia na majątku

Naczelnik urzędu skarbowego w toku kontroli podatkowej przedsiębiorcy określił przybliżoną kwotę obciążającego go zobowiązania podatkowego w podatku dochodowym od osób fizycznych za 2013 r. w wysokości 225 361 zł oraz kwotę należnych odsetek za zwłokę w wysokości 78 697 zł. Następnie stwierdził konieczność dokonania zabezpieczenia na należącym do niego majątku oraz na majątku wspólnym, dzielonym z małżonką.

W wyniku wniesionego od tej decyzji odwołania przedsiębiorcy, dyrektor izby administracji skarbowej uchylił decyzję NUS w części dotyczącej wyżej wskazanych kwot zobowiązań i odsetek za zwłokę i określił przybliżoną kwotę zobowiązania w wysokości 420 193 zł oraz kwotę należnych odsetek za zwłokę w wysokości 104 706 zł. Zdaniem organów przedsiębiorca zaniżył uzyskane w okresie objętym kontrolą przychody, jednocześnie zawyżając koszty ich uzyskania, zarówno w zakresie działalności prowadzonej samodzielnie, jak i w formie spółki cywilnej.

Skąd różnice w zabezpieczeniu i samo zabezpieczenie?

Przedsiębiorca zanegował słuszność poczynionych ustaleń kontrolnych. W swoim odwołaniu od decyzji organu drugiej instancji wniósł jednocześnie o wyjaśnienie przyczyn określenia innej kwoty zobowiązania i zabezpieczenia. W odpowiedzi DIAS poinformował, że organ pierwszej instancji błędnie określił wysokość przybliżonej kwoty zobowiązania w PIT za 2013 r. oraz należnych odsetek, gdyż określił jedynie kwotę zaległości z tytułu kwoty uszczuplenia zobowiązania podatkowego, zamiast kwoty całego zobowiązania wraz z podatkiem należnym. Wytłumaczył tym zasadność ustanowienia zabezpieczenia w wyższej kwocie, a samą konieczność jego ustanowienia tłumaczył złą sytuacją finansową przedsiębiorcy, jak i poczynionymi ustaleniami, że prowadził on nierzetelną dokumentację swojej działalności gospodarczej oraz brał udział w procederze przyjmowania faktur VAT nieodzwierciedlających rzeczywistych zdarzeń gospodarczych. Stąd nie można przedsiębiorcy ufać, dlatego zabezpieczenie majątkowe jest konieczne:

„Zdaniem organu, skoro J. H. świadomie prowadził działania zmierzające do uszczuplenia zobowiązań podatkowych, to wydaje się być oczywistym, że uzasadnia to obawę niewykonania przyszłego zobowiązania” (sygn. akt I SA/Łd 259/19).

Zakaz reformationis in peius

Rozpoznający skargę przedsiębiorcy Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi zwrócił uwagę, że zgodnie z art. 33 § 4 O.p. określenie przybliżonej kwoty zobowiązania podatkowego oraz kwoty odsetek za zwłokę stanowi warunek zabezpieczenia dokonanego przed wydaniem decyzji wymiarowej. Muszą to więc być kwoty określone prawidłowo, na podstawie zgromadzonych przez organ danych, a nie jakiekolwiek przybliżone kwoty. Dlatego niedopuszczalne jest podwyższanie przez organ odwoławczy kwot określonych już wcześniej przez organ pierwszej instancji, bez powołania się na zaistnienie umożliwiających to przesłanek art. 234 O.p., a więc: wydania przez organ pierwszej instancji decyzji rażąco naruszającej prawo lub interes publiczny. A tego organ odwoławczy w ogóle nie badał.

Respektowanie zakazu reformationis in peius w postępowaniu odwoławczym należy uznać za jedną z fundamentalnych zasad prawa procesowego w demokratycznym państwie prawa. (…) Zasadę tę naruszył Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Ł. w omawianej sprawie, uchylając decyzję Naczelnika Urzędu Skarbowego w S. z dnia […] r. w części dotyczącej określenia przybliżonej kwoty zobowiązania podatkowego w podatku dochodowym od osób fizycznych za 2013 r. w wysokości 225 361 zł oraz kwoty należnych odsetek za zwłokę w wysokości 78 697 zł i w miejsce tego określając przybliżoną kwotę zobowiązania w wysokości 420 193 zł oraz kwotę należnych odsetek za zwłokę w wysokości 104 706 zł” (sygn. akt I SA/Łd 259/19).

Na niekorzyść podatnika = na korzyść fiskusa

Konstytucja Biznesu, Pakiet Przyjazne Prawo, Rzecznik Praw Przedsiębiorców, Rzecznik Praw Podatnika, a także inne instytucje powoływane przede wszystkim dla przedsiębiorców miały służyć urzeczywistnieniu wizji przyjaznego państwa, a także stanowić ukłon w ich stronę w podzięce za ponoszone co rok wyższe ciężary i dostarczanie większych wpływów do budżetu. Fiskus miał „zrozumieć” biznes i problemy prowadzących go przedsiębiorców. Podejmowanie decyzji na niekorzyść przedsiębiorcy, za to z wymierną korzyścią dla fiskusa, mimo zakazu ustanowionego w elementarnej zasadzie prawa podatkowego, potwierdza, że ww. instytucje to twory sztuczne, a przedsiębiorca-podatnik przed urzędniczym bezprawiem musi bronić się sam.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Europejski Bank Centralny tnie stopę depozytową i wznawia program QE

Czwartkowe spotkanie Europejskiego Banku Centralnego (EBC) zaskoczyło rynki finansowe skalą podjętych działań w zakresie luzowania polityki monetarnej, jak i gołębim tonem banku centralnego. W bezpośredniej reakcji na ogłoszenia EBC wspólna europejska waluta na krótką chwilę osłabiła się względem dolara amerykańskiego do najniższego poziomu od co najmniej tygodnia. Niemniej, zaraz po konferencji prasowej z udziałem prezesa EBC, Mario Draghiego, waluta odrobiła wszystkie z poniesionych wcześniej strat.

Kurs EUR/USD (12/09/2019)

kurs eurodolarŹródło: Bloomberg Data: 12/09/2019

Podczas wrześniowego spotkania EBC decydenci postanowili obniżyć stopę depozytową o 10 punktów bazowych (do -0,4%). Oprócz tego zdecydowali się oni po raz kolejny uruchomić program skupu aktywów (QE), tym samym zobowiązując się do comiesięcznego nabywania obligacji rządowych o wartości 20 mld EUR od listopada.

EBC wprowadził również dwupoziomowy system różnicowania depozytów, który ma na celu ograniczenie presji na banki komercyjne poprzez wyłączenie części ich rezerw spod negatywnego wpływu ujemnych stóp procentowych. Decydenci strefy euro wprowadzili również zmiany do programu kwartalnych ukierunkowanych dłuższych operacji refinansujących TLTRO III, zapewniając bankom jeszcze tańsze źródło finansowania.

Wśród działań ogłoszonych dzisiaj przez EBC, kluczowym jest przywrócenie programu skupu aktywów. Istotnym jest zwłaszcza to, że bank centralny nie określił konkretnie terminu, kiedy nowy program QE miałby się zakończyć. Odzwierciedla to determinację EBC we wspieraniu gospodarek strefy euro oraz powrotu dynamiki cen we wspólnym bloku do celu inflacyjnego EBC określanego, jako „w okolicy, ale poniżej 2%”.

Ton ustępującego prezesa EBC, Mario Draghiego, podczas konferencji prasowej po spotkaniu banku centralnego również był dość gołębi. O ile Draghi przynajmniej kilka razy odniósł się do pozytywów – zwracając szczególną uwagę na poprawę sytuacji na rynku pracy – jego retoryka podczas konferencji prasowej była w dużej mierze spójna ze środkami przyjętymi dziś przez EBC. Prezes banku centralnego wyraził zaniepokojenie „przewlekłą” słabością gospodarek unii walutowej, „uporczywymi” czynnikami ryzyka, grającymi na niekorzyść perspektyw strefy euro, zwrócił również uwagę na „przytłumioną” presję inflacyjną.

Obawy EBC w kwestii perspektyw gospodarczych i hamującej dynamiki cen w gospodarkach strefy euro znalazły odzwierciedlenie w zaktualizowanych projekcjach gospodarczych banku. Wrześniowe projekcje inflacji i wzrostu realnego PKB zostały obniżone w stosunku do projekcji opublikowanych w czerwcu – największa zmiana dotknęła prognoz inflacji w 2020 roku (z 1,4% do zaledwie 1%).

  Inflacja HICP
 (roczna zmiana w %)
Wzrost realnego PKB
 (roczna zmiana w %)
2019 1,2 (1,3) 1,1 (1,2)
2020 1,0 (1,4) 1,2 (1,4)
  2021 1,5 (1,6) 1,4 (1,4)

*projekcje czerwcowe

Uważamy, że kluczowym aspektem w kontekście kierowania oczekiwaniami przez EBC (forward guidance), jest zmiana w słownictwie używanym przez bank w odniesieniu do przyszłego poziomu stóp procentowych: „Rada Prezesów obecnie oczekuje utrzymania się kluczowych stóp procentowych EBC na obecnych lub niższych poziomach, dopóki nie dostrzeże wyraźnej konwergencji perspektyw inflacji do poziomu wystarczająco bliskiego, ale niższego od 2% w horyzoncie projekcji, i owa konwergencja nie zostanie konsekwentnie odzwierciedlona w dynamice inflacji bazowej”.

Zmiana w retoryce EBC oznacza odejście decydentów od wcześniejszego komunikatu, zgodnie z którym kluczowe stopy procentowe banku miały utrzymywać się na poziomach obecnych (lub niższych od obecnych) przynajmniej przez pierwszą połowę 2020 roku. Tego typu zmiana, w połączeniu z faktem, że wznowiony przez EBC program QE nie ma określonej daty zakończenia zdaje się podkreślać zobowiązanie EBC do wspierania powrotu inflacji do celu przez dłuższy okres, niż zakładaliśmy.

Od dłuższego czasu podkreślamy, że EBC powinien utrzymywać luźną politykę monetarną tak długo, jak długo dynamika cen w strefie euro będzie niższa od celu inflacyjnego, który jest poziomem „zbliżonym, ale nieprzekraczającym 2%”. Obecnie wskaźniki dynamiki cen nie wykazują jakichkolwiek sygnałów wzrostu, co wzmocniło presję na bank centralny, aby podjął działania. O ile zaskoczyła nas stosunkowo agresywna decyzja EBC ws. programu QE (szczególnie w kwestii niepodawania planowanej daty zakończenia programu), reakcja rynków po konferencji sugeruje, że inwestorzy byli przygotowani na jeszcze bardziej gołębie kroki ze strony banku centralnego.

Uważamy, że w średnim i długim okresie kurs EUR/USD powinien kierować się w górę. Warto powtórzyć w tym miejscu nasz pogląd, który zakłada, iż w porównaniu do Europejskiego Banku Centralnego, Rezerwa Federalna ma dużą większe pole do działania w zakresie luzowania polityki monetarnej, co naszym zdaniem w najbliższych kwartałach powinno wspierać wspólną europejską walutę w relacji do dolara amerykańskiego.

Autor: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Od 1 stycznia 2020 r. nowe zasady wystawiania faktur – NIP na paragonie

Od 1 stycznia 2020 r. sprzedawca będzie mógł wystawić fakturę VAT do paragonu wyłącznie pod warunkiem, że na tym paragonie znajdzie się NIP nabywcy. Takie zmiany wprowadziła nowelizacja ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw[1], która weszła w życie 1 września.

Powyższa zmiana ma przeciwdziałać nadużyciom polegającym na wystawianiu faktur, które nie miały odzwierciedlenia w stanie faktycznym. Dokumenty były wystawiane do paragonów, których właściciele nie byli rzeczywistymi nabywcami usługi lub towaru.

Mieliśmy w tym przypadku do czynienia z tzw. „pustymi fakturami”. Komu z nas nie zdarzyło się zostawić paragonu po zakupie? Tak pozostawiony paragon dawał możliwość wystawienia faktury innemu „odbiorcy”. Proceder ten funkcjonował głównie w branży paliwowej i budowlanej. Na stacjach paliwowych dziennie dokonuje się dużej liczby transakcji – mówi Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt. – Pozostawione tam paragony pozwalały zarówno nieuczciwemu sprzedawcy jak i nieuczciwemu odbiorcy na wystawienie faktury do transakcji, w której rzekomy odbiorca nie uczestniczył. Obie strony odnosiły z tego korzyści. Odbiorca mógł odliczyć z nich podatek VAT. Sprzedawca z kolei mógł otrzymać korzyść majątkową od odbiorcy.

Aby powstrzymać ten proceder, ustawodawca wprowadził sankcje. Wystawienie faktury pomimo braku numeru NIP na paragonie fiskalnym będzie skutkowało dodatkowym zobowiązaniem w wysokości odpowiadającej 100% kwoty podatku wykazanego na tej fakturze. Sankcja w tej samej wysokości, za odliczenie podatku VAT z faktury wystawionej do paragonu bez NIP, grozi również odbiorcy faktury. Zdaniem Piotra Juszczyka za tak dotkliwymi konsekwencjami przemawia skala nadużyć i fakt, że mają one świadomy charakter dlatego też istotne jest, żeby wysokość sankcji miała charakter dotkliwy i prewencyjny.

Jak zwraca uwagę ekspert inFakt, konieczność podania NIP nabywcy na paragonie może być kłopotliwe dla uczciwych podatników. Łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś nabywa towary do działalności gospodarczej i przy kasie zapomni przekazać, że zakup jest do firmy lub nie zdąży poinformować o tym kasjera. Paragon zostanie wydrukowany bez NIP i niestety do takiego zakupu nie otrzymamy już faktury.

W mojej opinii istnieje jednak wyjście z takiej sytuacji. Podatnik mógłby zwrócić towary, a sprzedawca zaewidencjonować zwrot. Wówczas nabywca może ponownie kupić towar, ale tym razem informując, że zakup jest na fakturę. Oczywiście to rozwiązanie nie będzie miało zastosowania do każdej transakcji, ale może być pomocne w niektórych przypadkach – wskazuje Piotr Juszczyk.

Warto również zwrócić uwagę na inny aspekty sprawy nie wszystkie kasy mają możliwość zamieszczania NIP na paragonie. Czy oznacza to, że należy wymienić kasę? Otóż nie ma takiej potrzeby. Sprzedawca, który uzyska informację, że zakup jest do firmy i nie będzie miał możliwości zamieszczenia NIP na paragonie, wystawi od razu fakturę.

Piotr Juszczyk zwraca również uwagę, czy nie lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie jeszcze dalej idących przepisów, według których w ogóle do paragonów nie można byłoby wystawić faktury? Skoro ktoś dokonuje zakupu do firmy i podaje NIP, to od razu można wystawić fakturę. Zwłaszcza, że co do zasady na kasie rejestrującej ewidencjonuje się obrót tylko na rzecz osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej oraz rolników ryczałtowych – mówi ekspert.

Jego zdaniem obecna zmiana jest korzystna dla niezdecydowanych, którzy wahają się, czy wziąć fakturę, czy nie. Zostawiając NIP, zabezpieczają sobie możliwość uzyskania faktury w przyszłości.

[1] Dz.U. 2019 poz. 1520

3 bariery rozwoju innowacyjności przedsiębiorstw w Polsce

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy

Brak odpowiedniego wsparcia finansowego i doradztwa, nadgorliwość biurokracji i słaba cyfryzacja administracji oraz niska nowoczesność uczelni wyższych to najważniejsze przeszkody w rozwoju innowacyjności w Polsce. A jak wskazują eksperci Personnel Service do nadrobienia jest całkiem sporo. W najnowszym Europejskim Rankingu Innowacyjności nasz kraj jest na piątym miejscu… od końca. Liderzy w Unii Europejskiej to kraje skandynawskie oraz Holandia.

Firmy, które chcą być technologicznie i innowacyjnie rozwinięte, powinny znaleźć w Polsce lepsze wsparcie. Bariery administracyjne, brak dostępu do finansowania czy odpowiedniego doradztwa powodują, że Polska ciągle należy do grona naśladowców, a nie kreatorów innowacyjnych rozwiązań, idei czy wreszcie produktów. Mamy duży potencjał, ale musimy dać mu szansę – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.

Bariera 1: brak odpowiedniego wsparcia finansowego i doradztwa

Innowacyjność kosztuje. Na finansowanie, które pozwala pokryć koszty wdrażania nowoczesnych rozwiązań, mogą pozwolić sobie większe firmy. Te mniejsze w większości pokrywają wydatki z własnych środków. Z badania Instytutu Keralla Research z 2018 roku wynika, że aż 70% firm MŚP nie wspiera się żadnymi środkami w celu finansowania bieżącej działalności. Dlatego tak ważne jest zaproponowanie rozwiązań finansowych, które dawałoby małym i średnim przedsiębiorcom, możliwość opłacalnej inwestycji w innowacje. Warto jednak pamiętać, że dostarczanie takich rozwiązań musi iść w parze z odpowiednią komunikacją.

Doradztwo w zakresie możliwych opcji rozwoju projektów innowacyjnych jest kluczowe. Przedsiębiorcy mogą co prawda liczyć na pomoc Agencji Rozwoju Przemysłu, Polskiego Funduszu Rozwoju czy Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, ale możliwości są tak rozproszone, że wielu przedsiębiorcom trudno się w nich zorientować. Dlatego każdy projekt mający na celu wsparcie rozwoju innowacyjności trzeba odpowiednio nagłaśniać – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.

Bariera 2: nadgorliwość biurokracji i niewystarczająca cyfryzacja administracji

Przedsiębiorcom w walce o innowacyjność nie pomaga uciążliwa biurokracja oraz niewystarczająca cyfryzacja administracji. Europejski Indeks Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa (DESI) wskazuje, że Polska administracja cyfrowa nadal ma zaległości wobec średniej w Unii Europejskiej. Na 28 krajów członkowskich, Polska plasuje się na 25. miejscu pod względem cyfryzacji. Jedynie 12% polskich przedsiębiorstw charakteryzuje wysoki stopień cyfryzacji, podczas gdy średnia unijna wynosi 18%. Potrzebujemy bardziej rozwiniętych usług publicznych i większych kompetencji cyfrowych, zwłaszcza, że już wkrótce, jak wynika z analiz Komisji Europejskiej, takich kompetencji będzie wymagało nawet 90% zawodów.

Warto też pamiętać, że brak automatyzacji pewnych procesów, to wydłużony okres oczekiwania m.in. na wydanie certyfikacji nowoczesnych technologii. Modernizacja oraz przyspieszenie tego procesu przyczyniłoby się do lepszego funkcjonowania innowacyjnych firm, m.in. w branży medycznej czy farmakologicznej.

Bariera 3: mało nowoczesne uczelnie wyższe

Każdego roku agencja Reuters publikuje ranking stu najbardziej innowacyjnych uniwersytetów w Europie. Zestawienie identyfikuje i odpowiednio szereguje placówki oświatowe, prowadzące najbardziej zaawansowane badania naukowe, tworzące nowe technologie i przyczyniające się do rozwoju ogólnoświatowej gospodarki. Jedyny polski uniwersytet, który trafił na listę w 2019 roku, to Uniwersytet Jagielloński. Uczelnia zajęła jednak dopiero 90 pozycję. Najbardziej innowacyjnym uniwersytetem w Europie już czwarty rok z rzędu została belgijska uczelnia KU Leuven. Na drugim miejscu uplasował się niemiecki Erlangen Nuremberg, który wyprzedził brytyjskie uczelnie Imperial College London i University of Cambridge (trzecia i czwarta pozycja).

Uczelnie wyższe kształcą przyszłych pracowników. A to właśnie od nich zależy, w jaki sposób potencjał dostępnych środków, zarówno w postaci innowacyjnych narzędzi, jak i środków finansowych, zostanie wykorzystany i czy zaprocentuje – podsumowuje Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.

Odejścia pracowników są kosztowne. Rotacja pracowników jest droższa niż podwyżki

Niektórzy pracodawcy wciąż nie zauważają, z jak dużymi kosztami wiąże się rotacja pracowników. Zakładają, że taniej pogodzić się z odejściem kolejnej osoby i zatrudnić nową, niż np. zwiększyć wynagrodzenia i powstrzymać odejścia. Rzetelna kalkulacja mogłaby ich jednak wyprowadzić z tego błędu – fluktuacje bywają bardzo kosztowne.

Przedsiębiorstwa działające w Polsce coraz częściej dostrzegają, że rotacja pracowników stanowi problem. Szczególnie duży jest on tam, gdzie przeważającą część załogi stanowią osoby na stanowiskach produkcyjnych.

Menedżerowie potrzebują liczb

Jak wynika z raportu KPMG pt. „Key Employer Challenges – jak firmy w Polsce budują doświadczenie pracownika?” (2018 r.), aż 75% niekontrolowanych odejść z pracy dotyczy właśnie pracowników fizycznych i produkcyjnych. 4% badanych uznało, że w ich przedsiębiorstwach nieplanowane odejścia pracowników od dawna stanowią istotny problem, ale dla 35% stały się ważnym problemem dopiero niedawno. Zaledwie 17% respondentów uznało, że rotacje nie stanowią kłopotu w ich firmach.

– Menedżerowie z firm produkcyjnych potrzebują cyfr. Badania, które prowadziłem wśród szefów produkcji pokazały, że mają oni świadomość szkodliwości rotacji pracowników. Ponieważ jednak nie mierzą kosztów tego zjawiska, w swoich decyzjach kierują się danymi, które są łatwo dostępne, takimi jak np. koszty wynagrodzeń – mówi Tomasz Pachoł, konsultant biznesowy i trener w firmie szkoleniowej Effect Group.

– Rozmawiałem kiedyś z prezesem dużej spółki giełdowej na temat ustabilizowania rotacji poprzez dopasowanie wynagrodzeń do obecnej sytuacji rynkowej. Z moich wyliczeń wynikało, że na podwyżki trzeba by było przeznaczyć około 750.000 zł miesięcznie. Prezes stwierdził, że to za dużo, tym bardziej, że w skali roku daje to kwotę aż 9 mln zł. Suma ta nie będzie jednak robiła tak wielkiego wrażenia, jeśli uwzględnimy, że firma osiąga obroty na poziomie 2 miliardów złotych rocznie, a więc kwota podwyżki stanowiłaby jedynie 0,45% obrotów – zauważa ekspert.

Tymczasem wg „Journal of Accountancy”, koszt rotacji na jednym stanowisku pracy wynosi przeciętnie od 93% do nawet 200% rocznego wynagrodzenia. A jeśli tak, to zatrzymanie przynajmniej części pracowników w firmie (nawet, gdyby wiązało się to z podwyżkami wynagrodzeń) w większości przypadków byłoby dużo tańsze niż częsta wymiana członków zespołu.

Odejścia pracowników są kosztowne

Z czego właściwie wynikają koszty rotacji? Można je podzielić na kilka kategorii, takich jak koszty odejścia pracownika, koszty jego zastąpienia, koszty związane z wdrożeniem nowego pracownika, czy w końcu koszty utraconych korzyści.

Zauważmy, że już w chwili, w której zatrudniony podejmie decyzję o odejściu, jego efektywność może się znacznie obniżyć, a więc jakość jego pracy będzie niższa. Do kosztów należy także zaliczyć czas pracy osób z działu HR, które będą przygotowywały dokumentację związaną z rozwiązaniem stosunku pracy, a potem z poszukiwaniem i zatrudnianiem nowej osoby. W dużej firmie i przy wysokim poziomie rotacji mogą to być istotne koszty, czasem wymagające zatrudnienia dodatkowych specjalistów do obsługi spraw kadrowych.

Weźmy też pod uwagę, że nowy pracownik musi nauczyć się nowych obowiązków, a to często oznacza albo kosztowne szkolenia, albo oddelegowanie innych pracowników, którzy zamiast wykonywać swoją pracę, będą uczyć nowych. Zanim młody stażem pracownik stanie się w pełni efektywny, może upłynąć nawet kilka miesięcy! W tym czasie, gdyby pracownik, który odszedł, cały czas wykonywał swoje obowiązki na dotychczasowym stanowisku, nie tylko można by było uniknąć wielu kosztów, ale dodatkowo jego praca przyniosłaby przedsiębiorstwu znacznie więcej korzyści.

– W przypadku stanowisk produkcyjnych, zastąpienie doświadczonych pracowników nowymi wywołuje mnóstwo problemów. Nowi mają mniejsze doświadczenie, a więc ich praca wymaga większego dozoru. A ponieważ popełniają więcej błędów, mnóstwo czasu przeznacza się na poprawki w ramach reklamacji wewnętrznych. Zdarza się też, że do pracy, którą wcześniej wykonywała jedna doświadczona osoba, trzeba przydzielić dwie z mniejszym doświadczeniem, a więc ogólny poziom zatrudnienia wzrasta. Do tego doliczyć trzeba wydłużony czas przezbrojeń, czy wolniejsze tempo reakcji na usterki – wymienia trener Effect Group.

Ponieważ łączna suma kosztów wynikających z rotacji może być ogromna, warto zastanowić się nad tym, w jaki sposób można ją obniżyć.

Lepiej zapobiegać niż leczyć

Sytuacja na rynku pracy, z jaką mamy do czynienia obecnie w Polsce, przynajmniej częściowo wynika z wieloletnich zaniedbań pracodawców. Szczególnie przedsiębiorstwa produkcyjne przyzwyczajone były do dużej podaży rąk do pracy, w efekcie czego nie dokładały starań, aby dbać o ludzi już zatrudnionych oraz stwarzać im takie warunki pracy, aby chcieli wiązać się z firmą na długi czas. Zupełnie też ignorowano koszty wynikające z rotacji pracowników.

 

Tymczasem pracodawca, który interesuje się zatrudnionymi osobami, zapewne nie będzie miał problemu, aby rozpoznać, jaka atmosfera pracuje w firmie, na ile zmotywowani są pracownicy oraz czy są zadowoleni z warunków pracy i płacy. Zresztą, gdyby pojawiły się trudności z ustaleniem takich informacji, zawsze można przeprowadzić wśród zatrudnionych anonimową ankietę.

 

Podstawowym sposobem na zmniejszenie poziomu rotacji jest oczywiście zapewnienie wyższego wynagrodzenia. Nie da się ukryć, że w ostatecznym rozrachunku, możliwość godnego utrzymania rodziny będzie zazwyczaj kluczowym argumentem za pozostaniem w dotychczasowej pracy. Nie można jednak ignorować także innych elementów. Pracownik, którego podstawowe potrzeby finansowe są zaspokojone i który ma świadomość, że ewentualna zmiana pracy nie będzie dla niego trudna, staje się coraz wrażliwszy na inne argumenty.

 

Firma, która chce zmniejszyć rotację, poza wysokością wynagrodzenia powinna wziąć pod uwagę również m.in.

– terminowość wypłat,

– warunki pracy (zaczynając od spraw tak podstawowych jak właściwe ogrzewanie zimą i chłodzenie latem),

– elastyczne podejście do możliwości wzięcia dnia wolnego (lub nawet kilku godzin) w ważnych dla pracownika sytuacjach (np. gdy pojawi się konieczność załatwienia sprawy w urzędzie),

– dodatkowe udogodnienia socjalne, takie jak np. dostępność pożyczek zakładowych,

– dobre, oparte na wzajemnym szacunku, relacje z przełożonymi,

– wysoki poziom komunikacji, tak aby pracownicy wiedzieli czego się od nich wymaga, ale też do kogo mogą zwrócić się o pomoc lub informacje w razie problemów.

 

Ważne jest także, aby już na poziomie rekrutacji kandydatów, poszukiwać osób skłonnych do związania się z firmą na dłużej, tak aby minimalizować ryzyko kolejnych fluktuacji zatrudnienia.

– Z najniższą rotacją można się spotkać w firmach, w których okres szkolenia pracownika trwa stosunkowo długo – mówi Tomasz Pachoł. – Takie przedsiębiorstwa zazwyczaj przeszły już  proces poszukiwania rozwiązań, które pomogły im zminimalizować rotacje zatrudnienia, obniżając tym samym koszty całego procesu produkcyjnego – podkreśla.

Na szczęście coraz więcej firm ma świadomość, że dbałość o pracowników jest nieodłącznym elementem utrzymywania w ryzach budżetu przedsiębiorstwa, w tym kosztów produkcji. Zadowolony pracownik jest mniej skłonny do szukania innego zatrudnienia, a jego doświadczenie przekłada się na bardziej efektywną pracę na rzecz przedsiębiorstwa. W efekcie zyskują na tym obydwie strony – zarówno pracodawcy, jak i pracownicy. A rotacja w firmach, dla których jej obniżenie staje się priorytetem, spada nawet do poziomu ok. 2-3%.

ORLEN buduje sieć stacji na rynku słowackim

Sieć detaliczna Grupy ORLEN powiększy się o 7 nowych stacji na Słowacji. To kolejny krok do poszerzenia działalności biznesowej na słowackim rynku, gdzie Koncern należy do grona znaczących hurtowych dostawców paliw. PKN ORLEN postrzega słowacki rynek detaliczny jako perspektywiczny, dlatego realizowane tam inwestycje mają charakter długoterminowy.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

– Na Słowacji wypracowaliśmy mocną pozycję na hurtowym rynku paliw. Trafia tam także ponad 30 produktów rafineryjnych i petrochemicznych pochodzących z Grupy ORLEN. Nasze wieloletnie zaangażowanie w prowadzenie działalności biznesowej i dobre rozpoznanie rynku słowackiego daje nam solidne podstawy do budowy kompetencji również w segmencie detalicznym. Zaczynamy od kilku obiektów, ale naszą ambicją w perspektywie 2-3 lat jest osiągniecie pozycji jednego z kluczowych operatorów stacji paliw. Chcemy inwestować w detal na Słowacji w perspektywie długoterminowej. Jest to także ważny etap rozwoju Grupy ORLEN w Europie Środkowej. – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Słowacja jest piątym krajem po Polsce, Czechach, Niemczech i Litwie, na którym funkcjonują stacje Grupy ORLEN. Od pierwszego półrocza 2019 r., pod marką Benzina, funkcjonuje tam jedna stacja testowa Koncernu, która spełniła założenia biznesowe. Nowe obiekty zostaną przejęte od jednego operatora i będą przebudowane, tak aby zapewnić klientom najwyższą jakość usług i szeroką ofertę pozapaliwową. Nowe stacje paliw zgodnie z założeniami mogą zasilić słowacką sieć detaliczną Grupy ORLEN w najbliższych tygodniach. Warunkiem finalizacji transakcji będzie zgoda słowackiego urzędu antymonopolowego. Na rynku słowackim funkcjonuje obecnie ok. 900 stacji paliw, z których blisko połowa zarządzana jest przez 3 największych operatorów.

Zgodnie z założeniami słowacka część sieci Grupy ORLEN ma odpowiadać standardom oferty i obsługi swojego czeskiego odpowiednika. Obiekty będą dysponować szeroką ofertą paliw EFECTA oraz VERVA, a także gastronomii dostępnej w ramach konceptu Stop Cafe. Produkty pozapaliwowe dystrybuowane w słowackiej sieci będą pochodzić zarówno od lokalnych, jak i polskich oraz czeskich producentów.

W pierwszej fazie skupiliśmy się na negocjacjach obejmujących wynajem lub przejęcie istniejących stacji, w przyszłości nie wykluczamy jednak budowy całkiem nowych obiektów, w tym również samoobsługowych. Zapowiadaliśmy, że do końca tego roku możliwe jest dojście do poziomu 10 stacji paliw na Słowacji i jesteśmy coraz bliżej osiągnięcia tego celu. Kluczowym wyznacznikiem tempa rozwoju pozostają jednak przyjęte parametry biznesowe – wyjaśnia Tomasz Wiatrak, Prezes Zarządu Unipetrol, czeskiej spółki z Grupy ORLEN.

Badania przeprowadzone wśród słowackich kierowców pokazują, że 69% z nich wykazuje zainteresowanie korzystaniem ze stacji pod marką Benzina.

Benzina wróciła na Słowację po ponad 15 latach. Marka powstała w 1953 roku, jeszcze w Czechosłowacji. Po 1989 roku Benzina, w ramach prywatyzacji, trafiła na Słowacji w prywatne ręce. Obecnie marka wraca na Słowację jako lider rynku czeskiego, na którym w ramach Grupy ORLEN działa 413 stacji paliw, z udziałem w sprzedaży paliw na poziomie blisko 24%.

Benzina funkcjonuje w ramach Grupy Unipetrol, prowadząc największą sieć stacji paliw w Republice Czeskiej. To tradycyjna, a zarazem nowoczesna marka, charakteryzująca się wysokiej jakości paliwami i usługami dla klientów. Oprócz paliw EFECTA o właściwościach czyszczących, Benzina oferuje również paliwa VERVA, a także szeroki asortyment gastronomiczny w koncepcie Stop Cafe. Od października 2018 r. za paliwo na stacjach Benzina można zapłacić przy dystrybutorze używając aplikacji mobilnej Benzina Payments. Sieć oferuje także możliwość szybkiego ładowania aut elektrycznych.