GUS: polskie firmy nie są innowacyjne. Przedsiębiorcy: potrzebujemy ulg i wiedzy

Dane GUS mówią jasno: nakłady na działalność badawczo – rozwojową spadły po raz pierwszy od lat i wyniosły zaledwie 1% PKB. Tymczasem przedsiębiorcy odbijają piłeczkę: moglibyśmy być znacznie wyżej w statystykach. Potrzebne są ulgi podatkowe, dostęp do praktycznej wiedzy i odwaga.

17943 mln zł – tyle według najnowszych statystyk GUS wyniosły nakłady na działalność badawczo-rozwojową w 2016 roku (GUS podaje wyniki z rocznym opóźnieniem). Oznacza to spadek o 0,7%. Zmniejszyła się też intensywność prac B+R (R&D), czyli udział nakładów wewnętrznych na badania i prace rozwojowe. Wyniosła ona 0,97% wobec 1% w 2015 r.

Różnice są niewielkie, jednak nie sposób nie zauważyć zmiany na gorsze. Tym bardziej, że na przestrzeni ostatnich 4 lat z rzędu statystyki poprawiały się z roku na rok. W 2012 r. nakłady na R&D wyniosły 12353 mln zł, w 2015 r. 16168 mln zł, a rok później już 18061 mln. Podobnie rosła relacja wydatków na B+R do PKB: z 0,88% w 2012 r. do 1% w 2015 r.  Co więcej, z raportu Global Innovation Index 2017 wynika, że Polska była światowym liderem pod względem dynamiki wzrostu wydatków na badani i rozwój w latach 2008-2015. Skąd więc ta nagła i dość nieoczekiwana zmiana?

W urzędniczych kleszczach

Grzegorz Żmijewski, członek zarządu Cardio Technology, firmy, która pracuje nad nową terapią leczenia glejaka, zwraca uwagę na to, że dane wcale nie muszą odzwierciedlać rzeczywistości, bo przedsiębiorcom – zwyczajnie – nie chce się wypełniać urzędowych druków.

– Dane GUS bazują na wypełnionych i dostarczonych w terminie formularzy PNT-01. Proszę zwrócić uwagę, że jest to 18-stronnicowy dokument, z którego 10 stron stanowią wytyczne jak go wypełnić. Naprawdę, jak się do jego wypełniania siada, to już na drugiej stronie chce się tę pracę porzucić. Przy trzeciej stronie zaczyna się rozmowa z samym sobą: „właściwie po co ja to robię?”, „to jest bez sensu?”, „kto to wymyślił?”, a na czwartej stronie myśli kierują się w stronę: „skoro w zeszłym roku tego nie wypełniłem, to może nie ma potrzeby…”, „w zeszłym roku wpisałem same zera i było ok, to może w tym wypełnię tak samo”… Finał wypełniania tego urzędniczego potworka jest taki, że albo odsyła się go pustego, albo z zerami. Inaczej jest w przypadku przedsiębiorstw państwowych. Wtedy trzeba – przekonuje Żmijewski.

Przedstawiciel Cardio Technology nie jest w tej opinii odosobniony. Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, specjalizującej się w Big Data marketingu i notowanej na GPW spółki, zwraca uwagę, że wydatki na badania i rozwój nie zawsze jest łatwo sprecyzować. Dlatego trudno jest prowadzić wiarygodne statystyki.

– Prace badawczo-rozwojowe są stałym elementem wpisanym w nasze działania. Nasi programiści dużą część swojego czasu poświęcają na szukanie nowych rozwiązań oraz ulepszanie już istniejących produktów.  Trudno jednak prowadzić wiarygodną statystykę, kiedy często firmy nie zgłaszają prac mieszczących się w kategorii B+R, by np. nie marnować czasu na tzw. papierkową pracę. Taka sytuacja może się pojawiać szczególnie w przypadku małych i średnich firm, które nie mają rozbudowanych struktur administracyjnych – tłumaczy Prajsnar.

Z praktycznego punktu widzenia, aby uzyskać wiarygodne wyniki dotyczące nakładów na działalność badawczo-rozwojową, firmy powinny bardzo ściśle raportować czas pracy z dokładnym – godzinowym – określeniem charakteru wykonywanych działań. Takich inicjatyw podejmuje jednak zaledwie garstka firm. Dodatkowym utrudnieniem w pozyskaniu wiarygodnych liczb jest fakt, że przedsiębiorcy nie mają żadnego interesu w tym, by rzetelnie podchodzić do wypełniania danych, bo nie otrzymują nic w zamian. Poza tym, wygodniej jest firmom podnieść się ze stanu „zero” w momencie, gdy pojawi się dofinansowanie na inwestycje w działalność B+R.

Przedsiębiorcy zwracają uwagę, że statystyki nie dają pełnego obrazu innowacyjności w Polsce. – Należy pamiętać, że nie można wrzucać wszystkich do jednego worka. Startupy. takie jak my przeznaczają na działalność badawczo-rozwojową 50-70% swojego budżetu. W R&D inwestują też korporacje. Przykładem może być tutaj np. Procter & Gamble, firma, która aktywnie poszukuje wsparcia w obszarze badań i rozwoju – w tym ze strony startupów. Oczywiście, tego typu organizacji jest znacznie mniej – zwraca uwagę Wojciech Stramski, CEO Lab4Motion, firmy, która opracowała innowacyjne narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję do rozpoznania produktów na półkach oraz analizy wideo ruchu konsumentów w placówkach handlowych.

Co hamuje inwestycje w B+R

W przypadku inwestycji w B+R wskaźniki są prawdopodobnie lepsze niż wynikałoby to ze statystyk GUS. Niemniej, do liderów, np. Korei Południowej, wciąż sporo nam brakuje. Niewiele jest polskich firm, które zawojowały zagraniczne rynki swoimi innowacyjnymi rozwiązaniami. Również zachodnie statystyki nie pozostawiają złudzeń – mamy jeszcze wiele do nadrobienia.

W rankingu Global Innovation Index Polska zajmuje 38 miejsce na 127 miejsc. Wyprzedzają nas Czesi, Słowacy, Litwini czy Estończycy.  Nie lepiej jest w European Innovation Scoreboard. W rankingu najbardziej innowacyjnych państwa świata Polska zajmuje 22 pozycję na 50 notowanych państw. Najgorzej wypadamy pod względem procentowego udziału wydatków na badania i rozwój w produkcie krajowym brutto, wydajności pracy i liczby osób zaangażowanych w prace badawczo-rozwojowe w całej populacji. W tych 3 kategoriach zajęliśmy 35 miejsce. Zdaniem Wojciecha Stramskiego z Lab4Motion wynika to m.in. z różnic w perspektywach, jakie mają inżynierowie i naukowcy w Polsce, Zachodniej Europie czy Stanach Zjednoczonych. – Najczęściej to właśnie tam są oni w stanie zapewnić sobie nie tylko znacznie wyższe zarobki, ale także udział w bardzo atrakcyjnych projektach badawczych. Dlatego postanawiają poprowadzić swoją karierę z dala od Polski. Naturalnym efektem tego zjawiska jest niedostatek profesjonalistów zdolnych do realizacji zaawansowanych projektów R&D – uważa Stramski.

Zdaniem Joanny Wcisło, Chief Commercial Officera w Stanusch Technologies, firmie specjalizującej się w tworzeniu rozwiązań z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, w tym m.in. chatbotów, niższe niż na Zachodzie inwestycje w B+R wynikają m.in. z braku odpowiedniej kultury organizacyjnej, ale też i braku odwagi – Z moich obserwacji i doświadczeń wynika, że jest to przede wszystkim efekt braku wiedzy, że możliwości dofinansowania prac rozwojowych w ogóle istnieją. To także, a może nawet przede wszystkim, efekt deficytu kultury organizacyjnej, która wspierałaby innowacje i poszukiwanie nowych rozwiązań. Niewielkie nakłady na działalność R&D wynikają także z zachowawczości biznesowej, braku odwagi do podejmowania ryzyka i popełniania błędów. Wierzę jednak w to, że pod tym względem powoli rynek będzie się zmieniał na lepsze. Niejako zostaniemy do tego zmuszeni ze względu na rosnące potrzeby klientów, wysyp startupów i innowacyjnych technologii oraz szybko postępujący proces digitalizacji – zwraca uwagę Joanna Wcisło.

Jednym z najskuteczniejszych hamulców inwestycji w działania badawczo – rozwojowe są też tzw. scentralizowane budżety. Znaczną część polskiej gospodarki stanowią lokalne oddziały globalnych korporacji, które są w pełni uzależnione od swoich centrali w kwestiach alokacji wydatków. – Oznacza to, że nawet jeśli polski oddział danej międzynarodowej struktury dostrzega duży potencjał w danej inwestycji w B+R, nie może sam podjąć żadnych działań bez zgody globalnego zarządu przedsiębiorstwa. Poza tym konkuruje on z innymi europejskimi oddziałami, gdzie uwarunkowania gospodarcze są bardziej atrakcyjne i powodują, że środki na badania i rozwój alokowane są właśnie tam – zwraca uwagę Wojciech Stramski z Lab4Motion.

Quo Vadis Polsko?

Co pomogłoby w zwiększeniu nakładów na innowacje? Zdaniem przedsiębiorców jednym z najważniejszych czynników jest większe wsparcie ze strony państwa.  Mimo, że rozliczając ten rok podatkowy można odpisać 100 proc. kosztów kwalifikowanych do ulgi B+R, to jest to zbyt mała zachęta do podejmowania prac i inwestycji w innowacje. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez firmę Ayming Polska, w tym roku zaledwie 45% ankietowanych firm zamierza inwestować w działalność badawczo – rozwojową. Nie bez powodu.

Spółki powinny mieć motywację do działań w obszarze R&D, to oznacza wymierne ulgi podatkowe. –  Proszę pamiętać, że np. spółka Cardio Technology wydaje r/r ok 1 mln zł na B+R, a jeśli stworzenie naszego produktu zakończy się sukcesem, to zyski będą na poziomie stukrotności poniesionych wydatków. Zatem ulga w postaci np. 130% kosztów uzyskania przychodów nie jest dla nas żadnym motywatorem – tłumaczy Grzegorz Żmijewski z Cardio Technology. Jego zdaniem zauważylibyśmy rozkwit innowacyjności wtedym, gdyby np. została wprowadzona 90% ulga na ZUS, o 90% obniżono by koszty ponoszone na wnioski patentowe (krajowe i europejskie) i wprowadzono instytucję darmowego rzecznika patentowego. Spółki powinny mieć też systemy monitorujące czas pracy pracowników – a tym samym małe granty lub ulgi wynikające z wdrożenia tego oprogramowania.

Istnieje także duża potrzeba merytorycznego wsparcia. Problemem jest też to, że choć w naszym kraju nie brakuje przedsiębiorstw, w tym zwłaszcza startupów, które budują ciekawe, nowatorskie rozwiązania, to często są one tworzone przez młodych innowatorów, nieposiadających biznesowego doświadczenia. Nie potrafią oni do stworzonej technologii dobudować niezbędnych struktur sprzedaży, które potrafiłyby przekonać międzynarodowe korporacje do wdrożenia produktu, później poprowadzić projekt wdrożeniowy z sukcesem i jeszcze stworzyć infrastrukturę wspierającą technologię po jej implementacji.

Widzę tutaj dużą rolę dla funduszy.  Poza finansowaniem powinny one zapewnić dodatkowe wsparcie w budowaniu struktur sprzedaży, strategii „go-to-market” i aktywnie współpracować z pomysłodawcami np. doklejając doświadczonych sprzedawców, którzy na swoim koncie mają już niejedne „succes story” w sprzedawaniu nowych technologii dla globalnego biznesuzwraca uwagę Wojciech Stramski z Lab4Motion. Jego zdaniem wiele też tracimy przez nieskuteczny marketing i słabą międzynarodową promocję opracowywanych w naszym kraju rozwiązań. Zmienia się to jednak na lepsze. Dobrym przykładem mogą być startupy specjalizujące się w sztucznej inteligencji, które sprzedają się dziś jak „świeże bułeczki”. Wynika to z tego, że myślą biznesowo i tworzą produkty atrakcyjne z punktu widzenia korporacji – Po prostu grzech ich nie kupić. Korzyści jakie daje dziś sztuczna inteligencja są przeogromne. Firmy, które nie przegapią tych możliwości i będą inwestować w działania B+R w tym obszarze, mają szansę stać się globalnymi markami a sztuczna inteligencja naszym znakiem rozpoznawczym – przekonuje Wojciech Stramski.

W ciągu niespełna trzech miesięcy kurs franka wzrósł o ponad 9,5 proc.

W ciągu niespełna trzech miesięcy kurs franka wzrósł o ponad 30 groszy, czyli o 9,5 proc. Zwiększyły się raty kredytów, a łączna wartość zadłużenia w szwajcarskiej walucie poszła w górę o około 12 mld zł. Odłożony na półkę problem powraca, ale nikt nie bije na alarm.

Od początku grudnia 2016 r. do połowy kwietnia 2018 r. kurs franka szwajcarskiego obniżył się z prawie 4,17 do 3,47 zł, czyli aż o 70 groszy, a więc o niemal 17 proc. Tak dużej ulgi posiadacze kredytów w tej walucie nie mieli od dawna, choć więc stowarzyszenia grupujące „frankowiczów” nie próżnowały, to ich działania nie przynosiły większego efektu, a politycy którzy wcześniej obiecywali podjęcie radykalnych działań, mieli dobre alibi, by odetchnąć i złagodzić stanowisko, zgodnie z uspokajającymi sugestiami państwowych organów regulujących rynek finansowy, czyli Narodowego Banku Polskiego i Komisji Nadzoru Finansowego. W tym czasie sądy rozpatrywały indywidualne przypadki kredytobiorców, skarżących banki za stosowanie niedozwolonych klauzul. Wiele rozstrzygnięć przyznawało rację klientom, ale o jednolitym orzecznictwie wciąż nie ma mowy.

Stanowisko polityków i instytucji nadzorczych oraz powściągliwość banków w dążeniu do rozwiązywania problemu kredytów walutowych łatwo zrozumieć, patrząc na liczby. Według wyliczeń NBP, wskaźnik walutowych kredytów zagrożonych obniżył się z 3,5 proc. w połowie 2017 r. do 3,3 proc. pod koniec ubiegłego roku. Od dłuższego czasu nie ulega on większym niekorzystnym zmianom i choć jest wyraźnie wyższy niż analogiczny wskaźnik dla mieszkaniowych kredytów w złotych, który wynosi 2,5 proc., nie budzi niepokoju, biorąc pod uwagę fakt, że wartość hipotek złotowych przekraczała na koniec ubiegłego roku 259 mld zł i była prawie dwukrotnie wyższa niż zobowiązań w walutach, które sięgały niespełna 132 mld zł. Proporcje te wyglądają jeszcze lepiej, jeśli porównać całkowitą wartość zadłużenia osób prywatnych w złotych i w walutach. To ostatnie stanowi jedynie około 30 proc. zobowiązań klientów wobec banków i systematycznie się zmniejsza. Jeszcze trzy lata temu sięgało 54 proc. W czerwcu 2015 r. wartość walutowych kredytów osób prywatnych wynosiła nieco ponad 182 mld zł, a w maju 2018 r. sięgała już tylko 138 mld zł, czyli zmniejszyła się o 44 mld zł, a więc o prawie jedną czwartą. Udział kredytów frankowych w aktywach banków obniżył się z 13,4 proc. w połowie 2009 r. do 6 proc. na koniec 2017 r., a w porównaniu do PKB zmniejszył się z 11,4 do 5,4 proc.

Z makroekonomicznego punktu widzenia kredyty walutowe to problem niewielki, a dodatkowo „samoczynnie” się zmniejszający. Klienci w zdecydowanej większości zadłużenie frankowe spłacają, a nowych kredytów od lat nie przybywa. Jak wynika z informacji Komisji Nadzoru Finansowego, w ubiegłym roku banki wypowiedziały 2,4 tys. umów z tytułu mieszkaniowych kredytów w walucie obcej, a 433 wierzytelności sprzedały innym instytucjom finansowym (głównie firmom zarządzającym wierzytelnościami, czyli windykatorom oraz funduszom sekurytyzacyjnym). Od 2008 r. banki wypowiedziały łącznie 26,5 tys. umów kredytowych, czyli niecałe 4 proc. wszystkich zawartych umów (na koniec 2017 r. czynnych było 583,2 tys. umów kredytów w walutach obcych). Według cytowanej przez Polską Agencję Prasową wypowiedzi Jerzego Bańki, wiceprezesa Związku Banków Polskich, największe banki co roku wszczynają od kilkunastu do kilkudziesięciu postępowań egzekucyjnych wobec klientów nie będących w stanie spłacić kredytów frankowych.

Problem z walutowymi hipotekami jednak więc istnieje i choć w naturalny sposób jego skala się zmniejsza, to może dotyczyć kilkunastu tysięcy osób, a wspomniane 138 mld zł zadłużenia to wciąż kwota niebagatelna, podobnie jak wahania jej wartości, związane ze zmianami kursu franka. Na przełomie 2014 i 2015 r. skoczyła ona o 19,5 mld zł w związku z decyzją Banku Szwajcarii o zaprzestaniu interwencji mających na celu utrzymanie notowań franka na niskim poziomie. Od tego czasu jeszcze kilkukrotnie mieliśmy do czynienia z przejściowym wzrostem wartości kredytów frankowych o 1,3-5 mld zł. Trwająca od połowy kwietnia obecna aprecjacja szwajcarskiej waluty o ponad 30 gorszy, doprowadziła do wzrostu sumy zadłużenia o około 12 mld zł, a utrzymująca się na rynkach finansowych nerwowość może spowodować, że jej wysoki kurs utrzyma się jeszcze przez kilka miesięcy.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Czym zajmie się Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców?

Sejm uchwalił ustawę o Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców. Jego zadaniem będzie stanie na straży praw i interesów przedsiębiorców.

Wśród wymogów stawianych kandydatom na stanowisko Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców (dalej: Rzecznik) są m.in. brak skazania prawomocnym wyrokiem za umyślne przestępstwo lub umyślne przestępstwo skarbowe i wyróżnianie się wiedzą w zakresie przedsiębiorczości i przepisów prawnych ich dotyczących lub też w zakresie tworzenia lub stosowania prawa gospodarczego.

Rzecznik będzie powoływany na jedną 6-letnią kadencję. Wygaśnie ona m.in. w wypadku skazania go prawomocnie za umyślne przestępstwo lub umyślne przestępstwo skarbowe. Rzecznik nie będzie mógł należeć do partii politycznej ani zajmować innego stanowiska, za wyjątkiem naukowego lub naukowo-dydaktycznego na wyższej uczelni.

Przed upływem kadencji premier odwoła Rzecznika – na wniosek ministra gospodarki – również w razie jego trwałej niezdolności do pełnienia urzędu i rażącego naruszenia prawa przy wykonywaniu jego obowiązków.

Uprawnienia Rzecznika

Rzecznik będzie wydawał opinie do aktów prawnych dotyczących rozpoczęcia, prowadzenia i zakończenia działalności firmy oraz będzie pomagał w mediacji między przedsiębiorcą a urzędami.

Rzecznik będzie mógł też występować o podjęcie inicjatywy legislacyjnej w sprawach dotyczących działalności gospodarczej, występować o wydanie objaśnień prawnych oraz wnosić skargę nadzwyczajną do Sądu Najwyższego i występować do Naczelnego Sądu Administracyjnego z wnioskiem o wydanie uchwały rozstrzygającej rozbieżności sądów administracyjnych. Będzie też uprawniony do wnoszenia skarg i skarg kasacyjnych do sądu administracyjnego.

Rzecznik będzie podejmował swoje czynności z urzędu lub na wniosek. Z wnioskami będą mogli się do niego zwracać przedsiębiorcy i organizacje przedsiębiorców.

Obowiązki urzędów wobec Rzecznika

Instytucje publiczne będą zobligowane udostępnić Rzecznikowi akta i dokumenty zakończonych spraw oraz udzielać wyjaśnień co do podstawy faktycznej i prawnej wydanych decyzji dotyczących przedsiębiorcy. Instytucje publiczne będą musiały udzielić Rzecznikowi żądanych informacji w ciągu 30 dni, informując go o podjętych działaniach lub zajętym stanowisku. Jeżeli dana instytucja nie udzieli Rzecznikowi informacji lub gdy Rzecznik zajmuje inne stanowisko niż instytucja, będzie on mógł wystąpić do jednostki nadrzędnej o podjęcie odpowiednich działań.

Rzecznik będzie mógł również występować z wnioskiem o wszczęcie postępowania wyjaśniającego lub dyscyplinarnego w przypadku naruszenia praw przedsiębiorcy.

Rzecznik będzie musiał corocznie, w terminie 90 dni od zakończenia roku kalendarzowego, złożyć sprawozdanie ze swojej działalności.

W latach 2018–2027 maksymalne wydatki na funkcjonowanie Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców wyniosą 170,5 mln zł.

Ustawa o Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców wchodzi w życie 30 kwietnia 2018 r.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Rozwój zwinnej organizacji z perspektywy HR

Agnieszka Skowron – HR Business Partner w Monument Fund
Agnieszka Skowron –
HR Business Partner
w Monument Fund

Elastyczność przedsiębiorstwa i jego otwartość na nowoczesne rozwiązania to gwarancja pozytywnego zakorzenienia się w świadomości klientów, pracowników oraz otoczenia biznesowego. Dzięki szybkiemu reagowaniu na zmiany i stawianiu na interakcje międzyludzkie, zwinna organizacja jest w stanie z sukcesem zarządzać każdym ze swoich obszarów, doprowadzając przy tym do objęcia przewagi konkurencyjnej na rynku. O przykładzie funkcjonowania tego typu organizacji opowiada Agnieszka Skowron, HR Business Partner w Monument Fund.

Organizacje zwinne osiągają zamierzone cele biznesowe nie tylko samą znajomością branży, ale przede wszystkim szybkością działania oraz otwartością na nowoczesne możliwości rynkowe. Dzięki dostosowywaniu się do zmian w otoczeniu biznesowym oraz stawianiu na niekonwencjonalne rozwiązania, tego typu przedsiębiorstwa mogą budować pozycję na rynku, uzyskując znaczącą przewagę nad konkurencją. Aby firma mogła osiągnąć biznesową „zwinność”, musi kierować się wyznacznikami, które w przyszłości pozwolą na pozyskanie zaplanowanych korzyści – sięganiem po najnowocześniejsze technologie, wprowadzaniem wysokiej jakości produktów dopasowanych do indywidualnych potrzeb klienta oraz skróconym czasem decyzyjnym.

Jeszcze jedną istotną kwestią w dążeniu do osiągnięcia statusu organizacji zwinnej jest integracja wewnątrz przedsiębiorstwa, czyli stawianie na potencjał ludzki oraz jego kompetencje. Przykładem firmy, która posługuje się tego typu strategią jest Monument Fund, a szczegóły funkcjonowania firmy przybliża Agnieszka Skowron, HR Business Partner w Monument Fund.

Talent na wagę złota

Aby przedsiębiorstwo mogło stać się organizacją zwinną, potrzebuje równie „zwinnych” ludzi. Podczas procesu rekrutacji, HRowcy Monument Fund poszukują nie tylko wykwalifikowanych specjalistów, ale przede wszystkim pracowników o dużym potencjale i pasji, nastawionych na samorozwój, kreatywne rozwiązania i otwartych na zmiany. Co więcej, taka osoba musi być otwarta na poszukiwanie prostych, lecz skutecznych rozwiązań stawianych przed nią zadań oraz będzie utożsamiać się z wartościami firmy, które stanowią szkielet postępowania.

 „W Monument Fund nie marnujemy talentów. Koncentrujemy się na mocnych stronach pracowników, dlatego tworzymy im takie możliwości, aby mogli je wykorzystywać i rozwijać w codziennej pracy. Obserwujemy, że pracownicy, którym przydzielamy zadania zgodnie z ich talentami, odznaczają się wysokim poziomem zaangażowania i skutecznością. Ponadto wyznajemy zasadę, że lepiej jest szybko przetestować pomysł, by móc wyciągnąć wnioski, niż tracić zasoby na podążanie w niewłaściwie obranym kierunku.” – mówi Agnieszka Skowron, HR Business Partner w Monument Fund.

Taka organizacja pracy stwarza przestrzeń do prób, ale także i do błędów. W praktyce oznacza to, że firma gotowa jest zaakceptować pomysły pracowników i wdrożyć je w życie. Liderzy nie stanowią tu hamulców, lecz motywują i wyznaczają ambitne cele, które realizowane są dzięki różnorodnym kompetencjom swoich pracowników – racjonalne, zdroworozsądkowe zasady górują nad sztywnymi procedurami. Jak mówi Agnieszka Skowron: „Rzucamy się na głęboką wodę, ale na pokładzie mamy solidne koła ratunkowe. Po pierwsze jesteśmy zgranym teamem, który dzieli się swoją wiedzą oraz doświadczeniem, dlatego podczas realizacji projektów tak naprawdę nikt z nas nie jest sam. Jeżeli jest taka potrzeba, to do współpracy nad danym zadaniem zapraszamy ekspertów w swoich dziedzinach, dzięki czemu mamy możliwość uczenia się od najlepszych ludzi na rynku. Kluczowe jest także podejście Zarządu do popełnianych przez nas błędów. Osoby zarządzające rozumieją, że przy tak dużej dynamice organizacji i tempie w jakim realizujemy projekty tak zwane potknięcia są wpisane w naszą codzienność. Co więcej – dzięki takiej kulturze organizacyjnej nie boimy się podejmować trudnych decyzji oraz nieustannie wychodzić ze swojej strefy komfortu”.

W grupie siła

W przypadku relacji panujących w zespole pracowników, zwinne organizacje umożliwiają wypracowanie szeregu interakcji, które pomagają w odpowiednim zarządzaniu kapitałem ludzkim. Przykładem tego są codzienne, krótkie zebrania, podczas których członkowie zespołu po kolei informują o postępach realizacji projektów oraz planach na kolejny dzień. Tego typu spotkania są również okazją, aby jak najwcześniej wykryć wszelkie przeszkody, które mogą zagrozić powodzeniu danego przedsięwzięcia.

„Skupiając się na budowaniu odpowiedniego zespołu, z roku na rok możemy pochwalić się realizacją coraz to ambitniejszych projektów. Dzięki wspólnej analizie i wytyczaniu codziennych celów, możemy w jasny i skuteczny sposób realizować zlecone nam zadania. Ponadto, dla nas jako grupy liczą się ambitne osoby z wysoką wewnętrzną motywacją i przedsiębiorczym zacięciem. Na pokładzie mamy pracowników, którzy szybko się uczą i dla których rozwój jest ważniejszy niż jednoznaczne zdefiniowane role i zadania. Dzisiaj mogę powiedzieć, że mamy świetny i zgrany team.” – mówi Agnieszka Skowron, HR Business Partner w Monument Fund.

Strategia zwinnej organizacji to nie tylko nowoczesny i skuteczny sposób na osiągnięcie założonych celów biznesowych, ale także umiejętność szybkiej adaptacji do ewoluującego otoczenia biznesowego. Dzięki specjalnie opracowanym wytycznym, przedsiębiorstwa mają szansę na przetrwanie w nieprzewidywalnych warunkach rynkowych oraz uzyskanie przewagi nad konkurencyjnymi firmami. Tą ścieżką podąża także marka Monument Fund, która swoją pozycję zawdzięcza doświadczeniu, jak i ambitnemu zespołowi najlepszych specjalistów w branży.

Trump grozi kolejnymi cłami

Kolejny krok USA w celu wywołania wojny handlowej. Niepokojące wieści nadchodzą także z Europy, m.in. z Niemiec. A jak wygląda sytuacja na złotym?

Administracja prezydenta Stanów Zjednoczonych podjęła kolejne kroki na drodze ku faktycznej wojnie handlowej, publikując listę chińskich dóbr, na które USA ma zamiar nałożyć nowe opłaty celne. Donald Trump już wcześniej sugerował nałożenie 10-procentowej taryfy na import z Chin o równowartości 200 miliardów dolarów, obecnie jednak perspektywy zaognienia konfliktu wzrosły. Jeżeli wspomniane środki wejdą w życie, oznaczałoby to dodatkowe opodatkowanie niemal połowy towarów eksportowanych z Chin do Stanów Zjednoczonych. Na tym etapie ciężko stwierdzić, jak na tę informację zareagują Chiny – niemniej, w oświadczeniu wydanym przez ministerstwo handlu padła deklaracja podjęcia środków odwetowych. Rynki zareagowały na te wieści kolejną wyprzedażą ryzykownych aktywów, na czele których stały azjatyckie indeksy giełdowe oraz juan chiński.

Słabnie sentyment ekonomiczny w strefie euro

W trakcie europejskiej sesji nadeszło osłabienie euro – wyprzedaż wspólnej europejskiej waluty wyprzedziła publikację indeksów sentymentu ekonomicznego ZEW dla Niemiec oraz strefy euro. Wskaźniki rozczarowały. W Niemczech sentyment ekonomiczny spadł z czerwcowego poziomu -16,1 do -24,7 w lipcu i znalazł znacznie poniżej oczekiwanego przez konsensus poziomu -18,0. Niemiecki indeks ZEW jest tym samym najsłabszy od 2012 roku. Kurs pary EUR/USD uległ poprawie w dalszej części dnia, niemniej obecnie znajduje się on poniżej poziomu z początku tygodnia i kieruje się w dół.

Pozytywnym zaskoczeniem były natomiast dane dla Stanów Zjednoczonych. Liczba wolnych miejsc pracy wprawdzie obniżyła się z rekordowo wysokiego poziomu notowanego w kwietniu, niemniej wciąż jest ona wysoka, a dane lepsze od poziomu oczekiwanego przez konsensus. Co więcej, liczba pracowników dobrowolnie rezygnujących z pracy wzrosła w maju do poziomu najwyższego od 17 lat. Oznacza to, że Amerykanie mają duże zaufanie do rynku pracy, co powinno przekładać się na utrzymanie wyższego poziomu płac.

Funt odrabia straty z początku tygodnia

Funt brytyjski doświadczył istotnych spadków w poniedziałek, jednak od tego czasu zdołał przynajmniej częściowo odzyskać zaufanie inwestorów. Utwierdzili się oni w przekonaniu, że pozycja Theresy May w brytyjskim rządzie nie jest zagrożona. Zawiodły co prawda dane liczbowe dotyczące produkcji w Wielkiej Brytanii, jednak istotnie nie zaszkodziło to szterlingowi.

Polski złoty względnie stabilny mimo wzrostu ryzyka, dziś RPP

Polska waluta w relacji zarówno do dolara amerykańskiego, jak i euro zakończyła wczorajszy dzień w okolicy poziomów, na których go rozpoczęła. Złoty osłabił się nieco w parze z funtem brytyjskim, co było związane ze wspomnianym wyżej odrabianiem strat z poprzedniego dnia przez GBP.

Dziś złoty traci nieco od rana, co związane jest z pogorszeniem sentymentu do aktywów ryzykownych w następstwie informacji o nowych cłach z USA i spadkach na parze EUR/USD, skala wyprzedaży PLN jest jednak dość ograniczona, przynajmniej w momencie pisania. Może to świadczyć o tym, że inwestorzy czekają na informacje o chińskiej odpowiedzi na amerykańskie groźby, nie chcą pozycjonować się, w obawie, że znajdą się po złej stronie rynku. Kwestia wojny handlowej dodatkowo zdaje się już nie budzić takich emocji jak jeszcze tydzień temu.

Dzisiaj nie poznamy żadnych kluczowych danych makroekonomicznych z głównych gospodarek świata, opublikowany zostanie jedynie odczyt inflacji PPI z USA w czerwcu. Środa będzie natomiast obfitować w wypowiedzi członków banków centralnych. Najważniejsze przemówienie wygłosi prawdopodobnie przewodniczący Banku Anglii, Mark Carney. Dziś odbędzie się również spotkanie Rady Polityki Pieniężnej. Nikt nie spodziewa się zmiany stóp procentowych w lipcu, jednak w tym kontekście, jak zawsze warto będzie obserwować konferencję prasową banku.

Abstrahując od powyższych kwestii, inwestorzy powinni wyczekiwać informacji dotyczących perspektywy kolejnych zmian w relacji handlowych między Chinami a Stanami Zjednoczonymi oraz informacji ze szczytu NATO, w którym udział bierze Donald Trump.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:00 – decyzja RPP w sprawie stóp procentowych
  • 14:00 – przemawia Yves Mersch z EBC
  • 14:30 – inflacja PPI w USA w czerwcu
  • 16:00 – konferencja RPP
  • 16:00 – decyzja Banku Kanady w sprawie stóp procentowych
  • 17:35 – przemawia Mark Carney z BoE
  • 18:30 – przemawia Raphael Bostic z FOMC
  • 22:30 – przemawia John Williams z FOMC

Autor: Roman Ziruk, analityk Ebury

Platforma equity crowdfundingu Crowdway z nowym właścicielem

Platforma crowdfundingu udziałowego Crowdway, która stoi za wsparciem zgromadzenia funduszy na rozwój takich projektów jak Bivrost, Lovely czy Jeden Ślad, zmieniła właściciela. Większościowy pakiet udziałów w spółce nabył Jakub Niestrój, inwestor i partner zarządzający w firmie doradczej Alteverso Group. Nowy właściciel zamierza realizować kampanie crowdfundingowe nie tylko dla start-upów, ale także dla projektów na etapie ekspansji (fast-growing). Zapowiada też start emisji kolejnego, dynamicznego podmiotu już w najbliższych tygodniach. Wartość transakcji nie została ujawniona.

Crowdway powstał w 2015 r. jako platforma crowdfundingu inwestycyjnego, wspierająca start-upy w pozyskiwaniu kapitału na rozwój. Do tej pory zrealizowała wsparcie kilku udanych emisji z udziałem ponad 360 inwestorów indywidualnych, na łączną kwotę ponad 4,7 mln zł. Padły też dwa rekordy crowdfundingu udziałowego w Polsce.

Producent sprzętu wideo VR, Bivrost osiągnął 100% założonego celu w nieco ponad miesiąc i zebrał 1,6 mln zł. Z kolei polski start-up zarejestrowany w USA, producent gadżetu Lovely, pozyskał rekordową sumę odnotowaną przez crowdfunding udziałowy w Polsce – 1,64 mln zł. Platforma pomogła w zgromadzeniu środków także na takie projekty, jak Jeden Ślad, uBirds czy DrBarbara.pl.

– „Crowdway pokazał, że polscy inwestorzy są gotowi na inwestycje czterocyfrowe w młode projekty. Chcemy zachęcić ich do zaangażowania w kolejne podmioty, w tym projekty perspektywiczne, a jednocześnie bardziej przewidywalne pod względem zwrotu z inwestycji, niż ‘early-stage’. Nadal oczywiście będziemy analizować współpracę z obiecującymi start-upami na etapie ‘seed’ oraz przedsięwzięciami typu ‘spin-off’. W każdym przypadku będą to wiarygodne projekty, w które sami chcielibyśmy zainwestować” – powiedział nowy właściciel Crowdway, Jakub Niestrój, zapowiadając zmiany w strategii funkcjonowania platformy. Nowy Crowdway ma nie tylko rozszerzyć profil i skalę projektów na platformie. W przyszłości zaproponuje inwestorom także przedsięwzięcia stabilnego zwrotu, w tym bazujące na produktach nieruchomościowych.

– „Rozporządzenie UE zwiększające dozwoloną wartość oferty publicznej bez prospektu emisyjnego ze 100 tys. do 1 mln euro oraz plan uregulowania tzw. prostej spółki akcyjnej – PSA, to działania w dobrym kierunku. Stwarzają perspektywę, by rozszerzyć możliwości rozwoju naszej platformy i otworzyć jej działalność na biznesy znajdujące się w fazie szybkiego wzrostu. Mam nadzieję, że oczekiwane zmiany regulacji krajowych staną się impulsem do pełnego wykorzystania potencjału finansowania projektów przez crowdfunding” – dodaje Jakub Niestrój.

Bartosz Mazurek, który prowadził platformę przez ogólnopolską firmę doradczą Szkoła Inwestowania SA, zamierza nadal współpracować z Crowdway jako doradca zarządu. – „Kampanie na platformie Crowdway pobiły rekordy wartości i szybkości zgromadzenia kapitału, a także kwot, na które opiewały średnie tickety. Potwierdziły, że branża e‑commerce ma wysoki potencjał również w sprzedaży udziałów i papierów wartościowych, a ponadto zjawisko crowdfundingu dotyczy nie tylko masowego klienta, ale też profesjonalnych inwestorów– powiedział Bartosz Mazurek, prezes Szkoły Inwestowania SA. – „Społeczność, którą zgromadziliśmy wokół platformy oczekuje wysokiej jakości projektów, odpowiedniej dywersyfikacji produktowej, transparentności informacji przed i po zakupie, bezpieczeństwa inwestycyjnego oraz etycznego podejścia do biznesu. O przejęciu spółki rozmawialiśmy z kilkoma potencjalnymi nabywcami. Zaproponowany przez Jakuba kierunek uznałem za najbardziej obiecujący dla inwestorów i potencjalnych emitentów. Środki uzyskane ze sprzedaży platformy przeznaczymy na rozwój domu maklerskiego, w którym już posiadamy udziały. Jesteśmy gotowi na współpracę między domem maklerskim a platformą Crowdway w wielu atrakcyjnych projektach” – dodał Bartosz Mazurek.

Nowy właściciel Crowdway, dr Jakub Niestrój, od 17 lat zajmuje się konsultingiem, szkoleniami i działalnością naukowo-badawczą w obszarze przedsiębiorczości i zarządzania projektami dla dużych przedsiębiorstw, sektora MSP, startu-upów i administracji publicznej. Jest partnerem zarządzającym (od 2015 r.) w Alteverso Group – firmie doradczej w zakresie strategii rozwoju biznesu, finansowania zewnętrznego i pośrednictwa gospodarczego. Wcześniej był kontraktowym ekspertem ds. zarządzania strategicznego WYG International m.in. w dużych projektach PARP oraz starszym konsultantem w Simon Kucher & Partners. Jest doktorem nauk ekonomicznych Wydziału Zarządzania UE w Katowicach.

JPK „na żądanie” KAS

Wydajność systemu kontrolnego fiskusa rośnie. Od 1 lipca br. do przedsiębiorstw dużych i średnich dołączyli w obowiązku raportowania Jednolitych Plików Kontrolnych na żądanie Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) wszyscy, nawet najmniejsi przedsiębiorcy. Warunek żądania: przedsiębiorstwo musi używać komputerów do prowadzenia ksiąg podatkowych, czyli ewidencji dla potrzeb rozliczeń podatkowych.

JPK to narzędzie masowego sprawdzania poprawności zapisu gospodarczego w biznesie, który to zapis prowadzi do wyliczenia należnego podatku (e-kontrole podatkowe) – a więc źródła przychodu administracji kraju. KAS, weryfikując wszystkie obowiązkowo wysłane do Ministerstwa Finansów JPK_VAT oraz inne dokumenty, wychwytuje nieprawidłowości, nietypowe sytuacje, błędy. Gdy je wychwyci, zwraca się do podmiotów gospodarczych z prośbą o wyjaśnienie. To nie muszą być błędy przedsiębiorcy do którego zwraca się KAS: być może badane są transakcje z partnerami i podatnik jest kontrolowany dla potwierdzenia raportów innych podmiotów.

Podczas kontroli podatkowej „miękkiej”, wynikającej z ordynacji podatkowej  lub celno-skarbowej „twardej” w oparciu o przepisy o KAS, prośby o przekazanie struktur JPK mogą także nastąpić: logiczna struktura w elektronicznej formie daje się łatwo zestawiać i porównywać z podobnymi dokumentami – plikami, co przyśpiesza kontrole.

Ważność i poprawność danych – dowody skarbowe

Bardzo ważne jest to, jakiej jakości dane przekazujemy: dokument – dowód skarbowy musi być poprawny, w przeciwnym przypadku firma będzie narażona na upomnienia, a nawet kary finansowe. O ile administracja centralna dostarczyła nam rozwiązanie do generowania wysyłki JPK, o tyle, niestety, w tej aplikacji nie uzyskamy sprawdzenia ich poprawności. Pliki JPK są to zestawienia skonstruowane do obróbki Big Data, a nie ludzkiego oka: nie będą miały dla nas sensu. Warto zatroszczyć się o możliwość wizualizacji danych ze struktur JPK tak, aby dobrze je zinterpretować, o aplikację zamieniającą dane na zrozumiałe tabele oraz wykresy. JPK stał się dla służb skarbowych i biznesu materiałem dowodowym – tak jest traktowany w przepisach, dlatego musi być zgodny z prawdą – bezbłędny.

Najczęściej spotykane w praktyce mity

Naturalnie, urzędnik nie może uzyskać od przedsiębiorcy struktury kontrolnej Jednolity Plik Kontrolny Magazyn – jeśli przedsiębiorca nie prowadzi magazynu lub gdy prowadzi, ale dokumentacja magazynu znajduje się wyłącznie w „zeszycie w kratkę”. Mylne bywa też przekonanie, że JPK dotyczy tylko VAT-owców. Żeby prowadzić księgi podatkowe lub magazyn nie trzeba być podatnikiem podatku od towarów i usług. To urzędnik, a nie podatnik decyduje o okresie raportowania oraz sposobie dostarczenia JPK na żądanie. Ze względu na charakter dokumentu, dane struktur JPK przekazujemy jedynie w postaci elektronicznej.

Odpowiedzialność za JPK

W przygotowanie JPK zaangażowane mogą być w firmie różne osoby: obsługa IT czasem generuje pliki, księgowość podaje dane, czasem je wysyła. Niemniej, jedyną odpowiedzialną osobą jest podatnik – osoba, która jest odpowiedzialna za odprowadzenie podatków. Nawet w przypadku zlecania prowadzenia księgowości do biura rachunkowego, odpowiedzialność za prawdziwość danych – zawartość merytoryczną – spoczywa na podatniku. Istnieje możliwość nałożenia kar (z tytułu sankcji) na osobę prowadzącą JPK w firmie. Od strony technicznej, dowolny JPK musi gwarantować zgodność z wymogami (tzw. schemat XML) udostępnioną przez MF podatnikom tak, aby móc go obrabiać i zestawiać z innymi plikami, niezależnie od tego z programu jakiego producenta pochodzi. Można przygotować pliki również za pomocą oprogramowania Klient JPK 2.0 udostępnionego na platformie MF (przygotowuje tylko JPK VAT).

Przetestuj swoje JPK zanim zrobi to fiskus

W e-kontrolach fiskusa ważny jest nie tylko jeden rodzaj pliku JPK, ale powiązanie między poszczególnymi strukturami. Na przykład: w przypadku zestawienia JPK Wyciąg Bankowy z JPK Faktura sprawdzane jest to, jak sprzedaż ma się do opodatkowania, oraz do przepływów pieniężnych. Jak dodamy do wspomnianych struktur jeszcze JPK Księgi Rachunkowe, to wyniknie z tego jak wyglądały naprawdę księgowania, jaka operacja została wykonana i czy ostatecznie jest to transakcja poprawna pod względem podatkowym. Dlatego oceniając jakość merytoryczną danych w JPK, nie możemy poprzestać na analizie jednego konkretnego pliku.

Warto przeprowadzać własne testy JPK na danych, które potencjalnie byłyby wpisane do odpowiedniej logicznej struktury. Służby skarbowe są nastawione na wychwytywanie nieprawidłowości – warto więc skupić się przy porównywaniu dokumentów na wychwytywanie wątpliwych, nieczytelnych, o niezgodnych wartościach, tak aby je wyeliminować. Takie testy powinny być dopasowane do rodzaju działalności, rodzaju ksiąg rachunkowych, wielkości przedsiębiorstwa, dlatego warto rozważyć dostępne na rynku usługi czy aplikacje.

JPK  na żądanie – uzupełnienie systemu uszczelniającego podatki

Dzięki JPK VAT, KAS wie kto z kim i na jaką wartość zawarł transakcje. Mamy też STIR (System Teleinformatyczny Izby Rozliczeniowej –  banki i skoki codziennie przekazują tą drogą dane o operacjach na rachunkach bankowych, które korespondują z transakcjami wykazanymi w JPK VAT do fiskusa). Mamy system SENT – śledzenie transportu towarów szczególnie ulubionych przez oszustów VAT. JPK na żądanie to dokumenty, które poprawiają jakość danych poprzez weryfikację tych uzyskiwanych przez KAS z różnych źródeł i systemów. JPK zostanie w naszej rzeczywistości i będzie, jako narzędzie e-kontroli, dynamicznie się rozwijać. Z początkiem października będziemy już korzystać z JPK sprawozdania finansowe, a z nowym rokiem z JPK paragony fiskalne. To ostatnie będą automatycznie przekazywały nowe kasy fiskalne.

Bogdan Zatorski, Ekspert biznesowy Sage

Kto i ile zarobi w FMCG?

Trwający Mundial to dla wielu firm z branży dóbr konsumenckich szansa na rekordową sprzedaż, a dla pracowników czas jeszcze bardziej wytężonej pracy. Eksperci z firmy rekrutacyjnej Michael Page sprawdzili więc, na jakie zarobki mogą liczyć osoby zatrudnione w branży FMCG.

W sektorze dóbr konsumenckich już od pewnego czasu obserwujemy ożywienie. Wartość polskiego rynku FMCG wyceniana jest wg raportów na ok. 250 mld zł*. Tylko w 2017 roku wzrosła ona o 4,3%**, w porównaniu do 2016. Prognozy na kolejne 5 lat są równie optymistyczne – szacuje się, że rynek ten będzie rósł o 2-3 procent rocznie***.

Firmy z sektora dóbr konsumenckich wykorzystują czas koniunktury aktywnie działając w celu podniesienia swojej przewagi konkurencyjnej. Dotyczy to także zatrudnienia. Część organizacji pozyskuje pracowników, rozbudowując struktury sprzedaży i marketingu – zarówno w oddziałach jak i w centralach. Inne z kolei decydują się na optymalizację swoich struktur dla rozwoju nowych eksperckich stanowisk, które mają przyczynić się do zwiększenia zysku – mówi Katarzyna Filas, manager w zespole Sales & Marketing w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Jakie pieniądze są w grze

Jakie zarobki oferują nowym pracownikom firmy z branży FMCG? Firma Michael Page zbadała proponowane wynagrodzenia, analizując cztery obszary specjalizacji: sprzedaż, marketing, trade marketing oraz category management & consumer insights.

W sprzedaży na najwyższe zarobki – między 30-50 tys. zł brutto – może liczyć dyrektor sprzedaży, przy czym średnie wynagrodzenie wynosi ok. 37 tys. zł brutto. Zauważalnie niższe jest już przeciętne wynagrodzenie – 27 tys. zł brutto – drugiego w kolejności najlepiej opłacanego pracownika działu sprzedaży czyli national key account managera. Dalej w zestawieniu znajduje się regional sales manager. Osoba na tym stanowisku może spodziewać się wynagrodzenia w przedziale 12-17 tys. zł brutto. Key account manager może z kolei liczyć na wynagrodzenie na poziomie 14 tys. zł brutto. Na końcu klasyfikacji w tym obszarze znajduje się junior key account z zarobkami na poziomie 7,5 tys. zł brutto oraz sales representative, którego średnie wynagrodzenie wynosi ok. 4,5 tys. zł brutto.

W marketingu najwięcej można zarobić na stanowisku marketing directora – między 20-42 tys. zł brutto. Kwota najczęściej oferowana oscyluje tutaj zwykle wokół 30 tys. zł. Dalej w kolejności jest wynagrodzenie marketing managera. W tym wypadku mieści się ono w przedziale od 15 do 30 tys. zł brutto. Średnia pensja  brand managera wynosi 12 tys. zł brutto. Z kolei na stanowisku asystenta brand managera / marketing specialist waha się ona między 4,5-7 tys. zł brutto, a najczęściej wynosi 6 tys. zł brutto.

Na całkiem wysokie zarobki mogą też liczyć kluczowi pracownicy w obszarach trade marketingucategory management & consumer insights. Pensja trade marketing managera to 10-18 tys. zł brutto i dokładnie w tym przedziale mieszczą się również zarobki consumer insights managera. Podobnie kształtuje się wynagrodzenie category managera, który może liczyć na kwoty rzędu 11-16 tys. zł brutto. Najniższe wynagrodzenia w tych obszarach dotyczy junior category manager – między 8-10 tys. zł brutto – oraz trade marketing specialist, którego zarobki mieszczą w przedziale 6-9 tys. zł brutto.

Wszechstronny zawodnik poszukiwany

Nowi pracownicy w branży dóbr konsumenckich muszą sprostać rosnącym oczekiwaniom pracodawców. Jak wynika z globalnych badań przeprowadzonych przez KPMG we współpracy z organizacją The Consumer Goods Forum****, zdaniem 9 na 10 przedstawicieli kadry zarządzającej z branży FMCG, tempo zmian rynkowych będzie coraz większe.

To jeden z powodów, dla których pracodawcy z branży stawiają dziś na osoby wszechstronne, które nie tylko dysponują twardymi umiejętnościami z obszaru sprzedaży czy marketingu, ale potrafią również dostrzec dużo szersze spektrum działania firmy.

– Znajomość obszarów biznesowych, którymi zajmują się różne komórki organizacji, to z pewnością duża zaleta. Stąd większe zainteresowanie dużych firm kandydatami pochodzącymi z organizacji o mniejszych strukturach, którzy łączyli wcześniej dwie, a nawet więcej funkcji – zauważa Katarzyna Filas.

Więcej informacji na temat przeglądu płacowego w FMCG znaleźć można pod linkiem: https://www.michaelpage.pl/dla-mediów/badania-i-publikacje/przeglądy-wynagrodzeń

* Wg raportów Nielsen i GfK

** Wg raportów Nielsen

*** Wg raportów Nielsen i GfK

**** KPMG International, The Consumer Goods Forum – „Global Consumer Executive Top of Mind Survey 2017 – Think like a start-up”, marzec-kwiecień 2017

Krzysztof Starzec z Circle K Polska na czele Rady Dyrektorów POPiHN

Krzysztof Starzec, Starszy Dyrektor ds. Paliw w Circle K Polska
Krzysztof Starzec, Starszy Dyrektor ds. Paliw w Circle K Polska

Krzysztof Starzec, Starszy Dyrektor ds. Paliw w Circle K Polska, objął funkcję Przewodniczącego Rady Dyrektorów Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego, zastępując na tym stanowisku Piotra Pyricha z BP Europa SE. Jako członek w Radzie Dyrektorów Krzysztof Starzec zasiada od 2013 r.

Jako Przewodniczący Rady Dyrektorów dołożę wszelkich starań, aby POPiHN pozostał efektywną płaszczyzną do aktywnej współpracy między wszystkimi uczestnikami rynku. Jestem bardzo wdzięczny za zaufanie i wierzę, że wspólnymi siłami będziemy kontynuować działania na rzecz rozwoju naszej branży mówi Krzysztof Starzec, Starszy Dyrektor ds. Paliw w Circle K Polska oraz Przewodniczący Rady Dyrektorów POPiHN.

Krzysztof Starzec jest absolwentem Wydziału Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (obecnie SGH). Ma wieloletnie doświadczenie w obszarze handlu zagranicznego. W branży paliwowej pracuje od 1994 r., kiedy to dołączył do polskiego oddziału spółki Royal Dutch Shell. Na przestrzeni kolejnych 17 lat zajmował stanowiska kierownicze zarówno na szczeblu krajowym, jak i w strukturach międzynarodowych, a w latach 2007-2010 był członkiem zarządu Shell Polska. Krzysztof Starzec do zespołu Statoil Polska dołączył w 2011 r. jako dyrektor działu paliw transportowych. Po zmianie nazwy spółki na Circle K objął stanowisko Starszego Dyrektora ds. Paliw.

Polska Organizacja Przemysłu i Handlu Naftowego została powołana 8 grudnia 1995 roku. Jednym z najważniejszych celów POPiHN jest zrównoważone tworzenie i kształtowanie konkurencyjnego rynku paliwowego w Polsce, miedzy innymi poprzez działania na rzecz wprowadzenia zgodnych z prawem Unii Europejskiej zasad prowadzenia działalności gospodarczej oraz równych praw dla wszystkich przedstawicieli branży. polskiego rynku paliwowego.

EY: Firmy z sektora ochrony zdrowia muszą zmienić swój model biznesowy

Firmy z sektora ochrony zdrowia muszą zmienić swój model biznesowy i spersonalizować produkty oraz usługi. Do 2023 roku ponad 75% z nich może wypaść z listy Fortune 500 ze względu na narastającą konkurencję i konwergencję sektora – wynika z raportu EY pt.”Ludzkie ciało jest największą platformą danych – kto zdobędzie wartość?”

Firmy z sektora ochrony zdrowia mogą zostać zmarginalizowane przez firmy technologiczne, wynika z raportu EY. Już w 2023 roku 75% z nich może zniknąć z listy Fortune 500, o ile nie stworzą nowego, bardziej przyjaznego dla konsumentów modelu biznesowego, opierającego się na danych, zamiast koncentrować się wyłącznie na nowych lekach i urządzeniach.

Postęp technologiczny zmienił konsumentów w „super konsumentów”, którzy oczekują jasnych interakcji, dostosowanych do ich potrzeb i będących częścią codziennego życia. Ich oczekiwania zmieniają relacje nie tylko z lekarzami czy płatnikami, ale także z produktami czy usługami wykorzystywanymi na co dzień.

W przyszłości hitem mogą być algorytmy, które łącząc w sobie informacje naukowe, behawioralne, ekonomiczne i finansowe stworzą spersonalizowane rozwiązania pomagające w leczeniu i zapobieganiu chorobom. Dlatego firmy sektora ochrony zdrowia muszą już teraz rozważyć, czy i kiedy włączyć się w funkcjonowanie platform, które zbierają, łączą oraz dzielą się danymi zdrowotnymi w rzeczywistym czasie.

Technologiczne innowacje stwarzają nadpłynny rynek, czyli rynek doskonały, który eliminuje nieefektywne biznesy, a na piedestale stawia konsumenta, posługując się np. drukiem 3D, technologią blockchain czy sztuczną inteligencją. Niestety, sektor ochrony zdrowia nie jest jeszcze częścią tego rynku, ale od 2017 roku poszczególne organizacje łączą swoje siły, by stworzyć nowe produkty i usługi, wygodniejsze i skoncentrowane na konsumentach.

Już dzisiaj, jak wynika z raportu EY, giganty technologiczne inwestują w rozwiązania z zakresu ochrony zdrowia i zdobywają nowe patenty.Firmy z sektora ochrony zdrowia mogą przegrać wyścig z firmami technologicznymi

 – Gwałtowne wejście firm technologicznych do sektora ochrony zdrowia, połączone ze zmieniającymi się oczekiwaniami konsumentów, powoduje rewolucję zwiększającą poziom uczestnictwa w systemie ochrony zdrowia. To konsumenci określają wartość, która powinna oznaczać zdolność dostarczania przystępnych cenowo i spersonalizowanych efektów zdrowotnych. Jeśli firmy chcą być uczestnikami nowego świata muszą zainwestować i uczestniczyć w platformach ochrony i opieki zdrowotnej – mówi Jakub Szulc, ekspert, Sektor Ochrony Zdrowia w EY.

Platformy skoncentrowane na informacjach

Raport EY opisuje platformy opieki zdrowotnej jako interfejs, który płynnie zbiera, łączy i dzieli się z wszystkimi interesariuszami informacjami związanymi ze zdrowiem. W dodatku czyni to w czasie rzeczywistym. Celem jest polepszenie zdrowia. W ochronie zdrowia platformy stają się narzędziem łączącym wszystkich interesariuszy: konsumentów, lekarzy, płatników, legislatorów oraz producentów. W ten sposób mogą scalić swoje umiejętności i dzielić się informacjami, by wyeliminować obecny, nieuporządkowany model ochrony zdrowia. W nowym modelu to konsument, a nie produkt, jest w centrum zainteresowania.

Firmy z sektora ochrony zdrowia mają niewielką liczbę danych dotyczących wyników zdrowotnych oraz kosztów opieki, ale są to niezwykle cenne dane. Połączenie ich z informacjami środowiskowymi, behawioralnymi i finansowymi pozwoli organizacjom stać się głównymi beneficjentami tworzonej w przyszłości wartości.

Konsumenci są namawiani do bycia odpowiedzialnymi za ochronę swego zdrowia, ale nie mają odpowiednich narzędzi. Platformy będą w stanie pomóc w śledzeniu objawów, zarządzaniu nimi, omawianiu możliwości leczniczych. Co ważniejsze – będą pełniły funkcję edukacyjną pozwalającą na zmianę stylu życia.

Firmy sektora ochrony zdrowia zmieniając swój model biznesowy muszą najpierw zdefiniować personalizację i traktować ją szerzej niż tylko dane kliniczne. Konieczne będzie zrozumienie indywidualnych zachowań i poziomu tolerancji ryzyka, zwiększenie zaangażowania konsumentów, a także uwzględnienie niepewności.

Nowe umiejętności

Dzisiaj sektor ochrony zdrowia nie ma umiejętności koniecznych do funkcjonowania i osiągnięcia sukcesu w świecie kierowanym platformami. Przede wszystkim chodzi o nawiązywanie relacji z konsumentami, personalizację oraz analizę danych. W dodatku tylko niewiele, o ile w ogóle jakiekolwiek organizacje mają środki finansowe potrzebne do zbudowania takich platform od zera. Z drugiej strony firmy technologiczne nie mają odpowiednich umiejętności oraz wiedzy medycznej koniecznej do istnienia platform ochrony i opieki zdrowotnej.

Dlatego niektóre organizacje już zawierają transakcje pozwalające uzupełnić brakujące umiejętności. Z raportu EY wynika, że od 2014 roku zawarto ich 90. Połowa z tych, które dotyczyły terapii, obejmowała platformy związane z cukrzycą lub układem oddechowym. 14% było związane z produktami lub usługami dla pacjentów chorych na raka.

– To są bardzo istotne inwestycje, ale jest ich wciąż za mało. Konieczne są kolejne, które w centrum oferty umieszczą łączące technologie. Osiągnięcie sukcesu w nowym paradygmacie rynkowym wymaga przyjęcia elastycznego, opierającego się na platformach modelu biznesowego. Pozwoli on organizacjom ochrony zdrowia świadczyć przystępne cenowo usługi i oferować lepsze efekty zdrowotne, a także uruchomić siłę różnych źródeł danych, które teraz znajdują poza tradycyjnym ekosystemem ochrony zdrowia – mówi Jakub Szulc.

Zdaniem ekspertów EY konieczna jest współpraca organizacji prywatnych i publicznych z różnych sektorów – ochrony zdrowia, produktów konsumenckich, technologii oraz nauk przyrodniczych – ponieważ mają unikalne umiejętności, które zebrane w jednym miejscu uczynią z dzisiejszych konsumentów przyszłych „super konsumentów”.

– Konsumenci są w centrum nowego rynku i domagają się lepszych relacji z organizacjami ochrony zdrowia. Firmy powinny wykorzystać platformy do łączenia informacji naukowych i klinicznych z informacjami środowiskowymi, behawioralnymi oraz finansowymi – mówi Jakub Szulc. W przyszłości będą lepiej umiały wykorzystywać dane, dzięki czemu zrozumieją, jak zmieniające się potrzeby konsumentów wpływają na przyszłą wartość, czyli będą wiedziały, które produkty i usługi przynoszą najwyższe przychody – podsumowuje.

W Polsce północnej brakuje inżynierów, w południowo-zachodniej pracowników służby zdrowia

Z największymi trudnościami w pozyskiwaniu odpowiednich osób do pracy mierzą się firmy zlokalizowane w Polsce północnej – 59% pracodawców z tego regionu ma problemy w rekrutacji pracowników. Mniejsze kłopoty dotykają przedsiębiorstwa z Polski wschodniej (46%). We wszystkich 6 analizowanych regionach kraju największe trudności sprawia znalezienie wykwalifikowanych pracowników fizycznych. Przedstawicieli jakich zawodów brakuje jeszcze na polskim rynku pracy? Firmy z Polski północnej i południowej narzekają na brak chętnych do pracy w restauracjach i hotelach, a pracodawcy z Polski północno-zachodniej na niedobór pracowników służby zdrowia. Zobacz więcej w najnowszej analizie ManpowerGroup.

Pracodawcy z sześciu przeanalizowanych przez ManpowerGroup regionów Polski (tj. centralnej, wschodniej, północnej, północno-zachodniej, południowej i południowo-zachodniej ) jednogłośnie potwierdzili, że w ich regionie najtrudniej o wykwalifikowanych pracowników fizycznych (np. elektryków, spawaczy, mechaników). Na drugim miejscu na liście zawodów najtrudniejszych do zrekrutowania znajdują się operatorzy produkcji i maszyn – ich brak sygnalizują szczególnie firmy w Polsce centralnej, północno-zachodniej oraz południowo-zachodniej. Pracodawcom z Polski wschodniej, południowej i północno-zachodniej równie duże trudności sprawia rekrutacja kierowców (pojazdów ciężarowych, budowlanych, publicznego transportu zbiorowego).Przedstawicieli jakich zawodów brakuje jeszcze na polskim rynku pracy

Przedstawicieli jakich zawodów brakuje jeszcze na polskim rynku pracy?

Firmy z Polski centralnej i północnej mają trudności w rekrutacji inżynierów, firmy ze wschodu narzekają na brak kierowników i wysokiej klasy specjalistów, z kolei przedsiębiorstwa w Polsce południowo-zachodniej mówią o niedoborze pracowników służby zdrowia. W grupie stanowisk najtrudniejszych do obsadzenia nowymi pracownikami są również przedstawiciele handlowi, szczególnie pożądani w północno-zachodnim regionie naszego kraju.
– W regionie Polski wschodniej zlokalizowanych jest mniej zakładów produkcyjnych, a to właśnie te firmy najczęściej mówią o niedoborze pracowników o potrzebnych kwalifikacjach. Rolniczy charakter tej części kraju determinuje profil poszukiwanego kandydata – mówi Luiza Luranc, ekspert rynku pracy z agencji zatrudnienia Manpower. – Podobne zależności widzimy w przypadku regionu centralnego, północno-zachodniego i południowo-zachodniego, gdzie firmy liczniej niż w innych częściach kraju sygnalizują problemy związane z niedoborem operatorów produkcji i maszyn. Te regiony Polski wielu pracodawców z sektora produkcji przemysłowej wybrało na miejsce lokalizacji swoich fabryk. Niedobór na tych stanowiskach w niektórych zakładach sięga dziesiątek lub nawet setek pracowników – tłumaczy ekspertka Manpower.

– Niedobór pracowników służby zdrowia zgłaszany przez pracodawców z południowo-zachodniej Polski może być z kolei skutkiem dużego zapotrzebowania na tych specjalistów za naszą zachodnią granicą, szczególnie w Niemczech, gdzie stanowiska związane ze służbą zdrowia znajdują się na 7. miejscu na liście 10 zawodów dotkniętych największym niedoborem w tym kraju – dodaje Luiza Luranc.

Najgorzej na północy, najlepiej na wschodzie

Spośród 6 przeanalizowanych regionów Polski największe trudności w pozyskiwaniu pracowników zadeklarowały firmy z regionu północnego – 59% pracodawców.  Problem ze zrekrutowaniem odpowiednich osób do pracy dotyka ponad połowy przedsiębiorstw w Polsce północno-zachodniej (53%), południowej (52%) i południowo-zachodniej (52%). Nieco mniejsze trudności ze znalezieniem pracowników mają firmy z Polski wschodniej (46%) oraz centralnej (47%). W badaniu ManpowerGroup przedsiębiorstwa zostały również zapytane o to, czy w stosunku do ubiegłego roku mają teraz więcej trudności w obsadzaniu stanowisk nowymi pracownikami. Sytuacja najbardziej pogorszyła się w Polsce północnej (dla 37% firm trudniej jest niż przed rokiem znaleźć odpowiednich kandydatów do pracy) oraz północno-zachodniej (31%). Sytuacja nieco polepszyła się w regionie południowym i wschodnim, gdzie odpowiednio 6% i 5% przedsiębiorstw deklaruje mniej problemów w zrekrutowaniu odpowiednich pracowników.Niedobór talentów

O badaniu:
Bieżące wydanie raportu „Niedobór talentów” to 12. globalna edycja i 10. polska edycja badania ManpowerGroup. Na świecie wzięło w nim udział blisko 40 000 respondentów z 43 krajów, w tym reprezentatywna grupa 750 z Polski. Ankietowani to osoby odpowiedzialne za politykę personalną w małych, średnich i dużych firmach. Celem powadzonego przez ManpowerGroup badania przedsiębiorców „Niedobór talentów” jest określenie ich trudności w pozyskiwaniu pracowników a także sprawdzenie, które zawody, i dlaczego, jest najtrudniej obsadzić. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów są dostępne na stronie na stronie: www.go.manpowergroup.com.

W Polsce zarobki w budownictwie prawie pięć razy wyższe niż na Ukrainie, w transporcie trzykrotnie

Z „Barometru Imigracji Zarobkowej” wynika, że 3 na 4 Ukraińców pracuje w Polsce na stanowiskach niższego szczebla. Nadal jednak bardzo im się to opłaca. Eksperci Personnel Service wskazują, że za tę samą pracę wykonywaną nad Wisłą pracownicy z Ukrainy zarabiają od 3 do prawie 5 razy więcej niż w swojej ojczyźnie. Największe różnice w płacach widać w budownictwie, gdzie polska pensja jest nawet o 390% wyższa od ukraińskiej. Niemal cztery razy więcej Ukrainiec zarobi w Polsce jako kasjer lub sprzedawca i ponad trzy razy więcej w transporcie i logistyce.

Zarobki w Polsce i na Ukrainie_Porównanie

Pracownik z Ukrainy znajdując zatrudnienie w polskim hotelu i pracując legalnie przez 9 miesięcy jest w stanie zarobić tyle, ile na Ukrainie otrzymałby za prawie 3,5 roku tej samej pracy. Do tego oczywiście dochodzi niski koszt utrzymania na miejscu. Z naszego „Barometru Imigracji Zarobkowej” wynika, że aż 2 na 3 pracowników z Ukrainy na utrzymanie w Polsce przeznacza nie więcej niż 500 zł miesięcznie. Z jednej strony to pochodna tego, że wielu pracodawców oferuje Ukraińcom dodatkowe benefity, z drugiej strony, pracownicy ze Wschodu są nastawieni na krótkoterminowy zarobek, dlatego gromadzą a nie wydają kapitał – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.

Budownictwo najbardziej opłacalne

Raczej nie będzie zaskoczeniem, że listę najbardziej opłacalnych zawodów dla pracowników z Ukrainy otwiera budownictwo. Z porównania danych z urzędów statystycznych obu krajów (State Statistics Service of Ukraine oraz Główny Urząd Statystyczny) za I kwartał 2018 roku wynika, że średnia miesięczna pensja w branży budowlanej na Ukrainie wynosi zaledwie 976 zł[1], podczas gdy w Polsce 4747,27 zł. To oznacza, że Ukrainiec w kraju nad Wisłą może zarobić prawie 5 razy więcej niż w swojej ojczyźnie.

Budownictwo to jedna z tych branż, która zatrudnia najwięcej pracowników z Ukrainy. Tylko w  2017 roku złożono aż 214 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy kadrze ze Wschodu. Boom na pracowników z tego kraju jest oczywiście podyktowany ożywieniem na rynku nieruchomości. Ukraińcy natomiast chętnie do nas przyjeżdżają do pracy na budowie, bo wizja pięciokrotnie wyższych zarobków jest kusząca – mówi Krzysztof Inglot.

Gastronomia bardzo dobrze płaci

Emigracja zarobkowa do Polski jest korzystna dla Ukraińców pracujących w sektorze hotelarskim i gastronomicznym. Średnia miesięczna pensja w branży HoReCa na Ukrainie wynosi zaledwie 784 zł, podczas gdy w Polsce 3557,15 zł. Zatem różnica wynosi aż 350%.

Z danych Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w 2017 roku pracodawcy z sektora gastronomicznego i hotelarskiego złożyli 42 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Ukraińcom.

W przetwórstwie przemysłowym czterokrotnie wyższe zarobki niż na Ukrainie

Bardzo dobrze finansowo na wyjeździe do Polski wychodzą pracownicy z sektora przetwórstwa przemysłowego. Polskie zakłady płacą aż czterokrotnie lepiej niż ich koledzy na Ukrainie. W tym sektorze obywatel Ukrainy potrzebuje tylko tygodnia pracy, aby otrzymać równowartość ukraińskiej miesięcznej pensji, która wynosi zaledwie 1181 zł.

Polski przemysł się rozwija, dlatego zapotrzebowanie na pracowników rośnie, zwłaszcza tych wykwalifikowanych. Firmy zabiegają o kandydatów, ponieważ brak rąk do pracy skutkuje zastojami u dostawców, opóźnieniami w realizacji zamówień, a nawet odrzucaniem nowych zleceń. Na to wiele przedsiębiorstw nie może sobie pozwolić – mówi Krzysztof Inglot.

Pracodawcy z sektora przetwórstwa przemysłowego w 2017 roku założyli aż 217 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Ukraińcom.

W handlu ponad trzykrotna przebitka

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w I kwartale 2018 roku średnie zarobki w sektorze handlowym wynosiły 4600,15 zł. Oznacza to, że Ukrainiec zatrudniony w handlu, np. jako kasjer lub sprzedawca, na miesięczną pensję ukraińską, wynoszącą 1248 zł, musi pracować nieco ponad tydzień.

W ubiegłym roku 63 tys. pracodawców z sektora handlu złożyło oświadczenia o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Ukrainy.

W transporcie trzykrotność pensji ukraińskiej

Branża transportowa i magazynowa stale się rozwija, o czym świadczy rozbudowana flota transportu drogowego oraz rosnące zaplecze magazynowe. Z raportu CBRE „Rynek magazynowy w Polsce w I kwartale 2018” wynika, że powierzchnia magazynowa wynosi obecnie 13,9 mln mkw., czyli o ponad 20% więcej niż w analogicznym okresie 2017 roku. Co więcej, w budowie znajduje się rekordowa ilość powierzchni magazynowych (1,8 mln mkw.). To generuje zwiększone zapotrzebowanie na kadrę. Widać to m.in. w liczbie złożonych oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Ukraińcom. Pracodawcy z sektora transportowego i magazynowego złożyli ich w 2017 roku aż 76 tys.

Pracownicy z Ukrainy mogą cieszyć się z polskich zarobków w firmach transportowych i logistycznych, bo są one o ponad 220% wyższe niż w ich ojczyźnie. W kraju nad Wisłą zarobki w I kwartale 2018 roku wyniosły 4166,10 zł, podczas gdy na Ukrainie zaledwie 1286 zł.

[1] Założony średni kurs: 1 zł – 7 hrywien.

…i wracamy do wojen handlowych

Tryb apetytu na ryzyko został wyłączony na rynkach finansowych wraz z ogłoszeniem nowej salwy w wojnie handlowej USA z Chinami. Wraca presja na waluty surowcowe i rynków wschodzących, przewagę odzyskuje USD, ale też JPY i CHF. Poza dyskusjami o sporach handlowych dziś pod obserwacją będą decyzje RPP i Banku Kanady.

Spokój w temacie wojen handlowych nie trwał długo, gdyż w nocy administracja USA poinformowała, że jego gotowa z listą wartych ok. 200 mld USD towarów importowanych z Chin, które będą analizowane pod kątem nałożenia na nie cła w wysokości 10 proc. Jest to kolejny krok w walce z deficytem handlowym po wdrożonych w ubiegłym tygodniu cłach w wysokości 25 proc. na towary warte 34 mld USD i kolejnych 16 mld USD czekających na uruchomienie (prawdopodobnie na początku sierpnia). Decyzja Białego Domu nie jest całkowitym zaskoczeniem – prezydent Trump przestrzegał wcześniej, że jeśli Chiny odpowiedzą na jego cła (a w piątek odpowiedziały), będą szykowane dalsze sankcje. Z rynków finansowych wyparował apetyt na ryzyko z największymi szkodami dla akcji, surowców i walut ryzykownych, ale nie widać szerszej paniki. Pekin jak na razie wstrzymuje się z bezpośrednią odpowiedzią i apeluje o współprace. Z drugiej strony juan traci dziś 0,5 proc. i tolerowanie takiego stanu rzeczy przez chińskie władze będzie w pewnym sensie działaniem odwetowym. Ogólnie jednak wracamy do handlu na podwyższonej nerwowości z preferencją bezpiecznych przystani. Sprzedaż AUD/USD i NZD/USD będą preferowanymi kanałami w ramach walut G10; USD/JPY będzie musiał przyhamować z zapędami na 112 (przez dołujący rynek akcji); nie są to też warunki, by EUR/USD piął się do 1,18, a EUR/PLN zbliżał do 4,30. Będzie za to łatwiej, by awersja do ryzyka zaiskrzyła pod pretekstem każdej małej informacji.

W tle wojen handlowych mamy decyzje dwóch banków centralnych. W Polsce przed nami kolejne mało wnoszące posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej bez zmian w poziomie stóp procentowych. Od ostatniego posiedzenia po stronie gospodarki realnej niewiele uległo zmianie. CPI odbija w oparciu o wyższe ceny ropy naftowej, ale poza tym nie widać nasilania presji inflacyjnej. Z kolei po stronie produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej widać mocne odczyty. Na konferencji prezes Glapiński może być zapytany o ostanie osłabienie złotego i czy NBP ma zamiar z tym cokolwiek robić, ale wątpimy, aby bank centralny miał zamiar ingerować w mechanizmy rynkowe.

Ciekawiej może być w Kanadzie, gdzie podwyżka stopy overnight o 25 pb do 1,50 proc. jest szeroko oczekiwana, ale też niemal w całości zdyskontowana. W przemówieniu w ubiegłym tygodniu prezes BoC Poloz brzmiał optymistycznie, wyrażając zadowolenie z ogólnego stanu gospodarki, jednocześnie bagatelizując jednorazowe „wyskoki” w danych miesięcznych. W tym ostatnim zdawał się odnosić się do rozczarowującego odczytu majowej sprzedaży detalicznej, podczas gdy dobrą kondycję gospodarki potwierdził wyższy od oczekiwań odczyt PKB za kwiecień. Ponadto kwartalna ankieta banku centralnego wśród przedsiębiorstw wskazała na wzrost ogólnego wskaźnika nastrojów do najwyższego poziomu od 2011 r. W badaniu widać było też wzrost oczekiwań inflacyjnych i napięć na rynku pracy z powodu niedoboru pracowników. Co może pójść źle? Ankiety wśród przedsiębiorstw były przeprowadzone zanim USA ogłosiły cła na import stali i aluminium. Stąd podwyżka może być okraszona ostrożnym komunikatem z podkreśleniem obaw o skutki globalnych konfliktów handlowych. Przy aktualnym klimacie inwestycyjnym jest realne, że większe ryzyko leży w „sprzedaży faktów” i realizacji zysków z ostatniej fali aprecjacji CAD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Raport UKE: W 2017 roku Polacy wysłali prawie 50 miliardów SMS-ów

Urząd Komunikacji Elektronicznej opublikował coroczny „Raport o stanie rynku telekomunikacyjnego w Polsce w 2017 roku” z którego wynika, że na koniec minionego roku aktywnych było ponad 53 milionów kart SIM, czyli o 4% mniej niż w 2016 roku. To jedna z prawdopodobnych przyczyn spadku liczby SMS-ów wysłanych przez użytkowników polskich sieci. W 2017 roku Polacy łącznie nadali 49,2 miliarda krótkich wiadomości tekstowych, o 2% mniej niż 12 miesięcy wcześniej. Innym powodem spadku liczby wysłanych SMS-ów jest rosnąca wciąż popularność mobilnych komunikatorów oraz portali społecznościowych.

– W raporcie UKE nie znajdziemy ani słowa na temat poszczególnych segmentów rynku SMS, ale my od dawna obserwujemy dynamiczny wzrost ruchu wiadomości wysyłanych w modelu a2p (application to person), który napędzają firmy oraz instytucje. – mówi Kamila Górna, Business Development Manager w firmie Infobip. – Mam na myśli tutaj ruch SMS-ów generowanych np. przez systemy bankowe, e-commerce, powiadomienia przesyłane przez gminy, a także kampanie mobilne realizowane z wykorzystaniem SMS-ów. Spodziewam się, że ten segment rynku nadal będzie rosnąć, tak samo jak marketing mobilny, po który sięga coraz więcej firm oraz instytucji w Polsce. SMS to wciąż najlepsze narzędzie dotarcia do klienta: skuteczne, nie liczone jako spam, dobrze widziane przez odbiorców. – dodaje.

Łączna liczba wysłanych SMS-ów
Łączna liczba wysłanych SMS-ów

Mimo spadku wysyłanych SMS-ów dane w raporcie wskazują, że wśród wybranych państw Unii Europejskiej Polska wciąż znajduje się znacznie powyżej średniej, z wykorzystaniem na poziomie 77 krótkich wiadomości tekstowych miesięcznie. Średnia dla wybranych państw europejskich jest niższa o 18 wiadomości i wynosi 59 SMS-ów przypadających na jednego aktywnego użytkownika.

Raport UKE wskazuje na wyraźny wpływ obowiązku rejestracji kart SIM na zmniejszenie się liczby kart prepaid na rynku. Na koniec 2017 roku ich liczba w porównaniu z 2016 rokiem spadła o 22,3% do wartości 17,8 milionów. Prawie 65% wszystkich użytkowników sieci mobilnych korzysta z usług w modelu postpaid.Liczba użytkowników kart SIM

MMS coraz bardziej popularny

Z raportu UKE wynika, że w 2017 roku użytkownicy polskich sieci mobilnych wysłali 1,4 miliarda MMS-ów, czyli aż o 39% więcej niż rok wcześniej. Średnio na jednego mieszkańca Polski przypadło 38 takich wiadomości wobec 27 w poprzednim roku i 19 wiadomościach MMS w 2015 roku.

– Ustalenia z raportu UKE dowodzą, że użytkownicy chętnie dzielą się swoimi zdjęciami nie tylko na Facebooku, Messengerze czy poprzez inne serwisy społecznościowe, ale również coraz częściej przesyłają taką zawartość bezpośrednio na numer telefonu odbiorcy. W niedalekiej przyszłości będą mogli udostępniać w taki sam sposób również wysokiej jakości zdjęcia, filmy, animacje i grafiki. Wszystko to dzięki rozwiązaniu Rich Communication Services (RCS), które jest kolejnym etapem rozwoju standardu SMS i MMS. Obserwujemy duże zainteresowanie polskich operatorów uruchomieniem infrastruktury RCS, która otworzy przed użytkownikami sieci nowe możliwości komunikacyjne. – mówi Zelijko Bak, Program Manager w firmie Infobip odpowiedzialny za rozwój standardu RCS.Średnia liczba wysłanych SMS-ów miesięcznie na jednego użytkownika w krajach UE

Ponad miliard SMS-ów wysłanych w roamingu

Według raportu UKE systematycznie zwiększa się łączna liczba wiadomości SMS wysyłanych w roamingu. Szczególnie gwałtowny wzrost odnotowano w 2017 r. Abonenci polskich sieci korzystający z roamingu za granicą wysłali ponad 1 mld SMS-ów, o ok. 65% więcej niż rok wcześniej.

Ruch wysyłanych wiadomości SMS napędziło wprowadzenie w czerwcu 2017 roku zasady „Roam Like At Home”, wyrównującej stawki za połączenia głosowe, wiadomości SMS i transmisję danych w Polsce i w innych krajach europejskich. Dzięki temu klienci polskich operatorów mogli korzystać z telefonu w Unii Europejskiej na tych samych zasadach co w kraju. Przełożyło się to na znaczący wzrost zainteresowania usługami w roamingu.

– Czas wakacji nie oznacza wcale, że turyści zostawiają swoje telefony w domu. Wręcz przeciwnie, aktywnie wykorzystują je podczas wyjazdów – nawigują nimi, przeglądają Internet, słuchają muzyki, uwieczniają wakacyjne chwile i oczywiście dzielą się nimi za pośrednictwem mediów społecznościowych. To wszystko oznacza, że cały czas są online, a smartfon mają przy sobie. – mówi Kamila Górna. –  Właśnie dlatego kampanie mobilne są takie skuteczne, bo docierają do odbiorców przez cały rok, również w wakacje. Pozostaje tylko odpowiednio dobrać temat kampanii i grupę docelową. – podkreśla.

Operatorzy coraz mniej zarabiają na SMS-ach

Spadek liczby wysłanych wiadomości tekstowych jest jednym z powodów od kilku lat malejących przychodów operatorów. Tendencja zapoczątkowana w 2012 roku potwierdziła się również w 2017 r. W roku ubiegłym z usług telefonii mobilnej operatorzy uzyskali łączny przychód na poziomie 15 mld zł i były o prawie 11% niższe niż rok wcześniej.Średnia liczba wysłanych SMS-ów miesięcznie na jednego użytkownika w krajach UE

Pełna treść raportu UKE – https://www.uke.gov.pl/akt/raport-o-stanie-rynku-telekomunikacyjnego-w-2017-roku,93.html

Decyzja RPP- prawdopodobnie bez zmian

W środowy poranek nasza waluta ponownie traci na wartości, wygląda na to że o umocnieniu złotówki możemy znów przynajmniej na chwilę zapomnieć.

Jest to najprawdopodobniej skutek kolejnych zapowiedzi ze strony Stanów Zjednoczonych w sprawie wojny handlowej. Administracja Donalda Trumpa poinformowała o chęci narzucenia kolejnych ceł na towary importowane z Chin. Wiadomość ta nie podziałała dobrze na rynki i spowodowała zmniejszenie apetytu na ryzyko wśród inwestorów. Wiąże się to oczywiście z tym, że waluty rynków wschodzących będą traciły na wartości.

Najprawdopodobniej również naszej walucie nie pomoże dziś kończące się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Nie ma praktycznie żadnych przesłanek ani głosów, by gołębie nastawienie jej członków miało się w najbliższym czasie zmienić. Analitycy zakładają, że po raz kolejny już stopy procentowe w Polsce pozostaną na niezmienionych poziomach. Również konferencja nie powinna przynieść żadnych zaskakujących informacji.

Tymczasem dolar wyceniany jest na 3,68 zł. Cena wspólnej waluty wzrosła do 4,32 zł. Funt brytyjski kosztuje aktualnie 4,89 zł, a za franka szwajcarskiego zapłacimy 3,71 zł.

Po południu Stany i Kanada

Dzisiejsze popołudnie będzie zdecydowanie ciekawsze od wczorajszego. W Stanach Zjednoczonych zaplanowano publikację dynamiki inflacji producenckiej, a także tygodniowej zmiany zapasów paliw. Nie są to jednak aż tak istotne dane dla inwestorów, niemniej jednak możemy zobaczyć nieco zwiększoną aktywność inwestorów w okolicy odczytów.

Nieco ciekawsze dane napłyną do nas z Kanady. Możemy spodziewać się znacznej zmienności na parach powiązanych z dolarem kanadyjskim. Będzie to miało związek z decyzją tamtejszego Banku Centralnego w sprawie stóp procentowych. Analitycy zgodnie twierdzą, że członkowie BoC zdecydują się na podniesienie jej z 1,25% do 1,5%.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Mariusz Glenszczyk nowym Prezesem Zarządu TiM S.A.

Mariusz Glenszczyk, Prezes Zarządu TiM S.A.
Mariusz Glenszczyk, Prezes Zarządu TiM S.A.

Rada Nadzorcza TiM S.A. powołała z dniem 1 lipca 2018 roku pana Mariusza Glenszczyka na stanowisko Prezesa Zarządu, pełniącego dotychczas funkcje: Wiceprezesa Zarządu, Dyrektora ds. Handlu i Marketingu oraz Pełnomocnika Zarządu ds. Zintegrowanego Systemu Jakości. Do zarządu Spółki dołączyła również pani Ewa Krzuś-Wiśniewska, która objęła stanowisko Członka Zarządu, Dyrektora ds. Handlu i Trade Marketingu.

Powyższe zmiany były konsekwencją przyjętej przez Akcjonariuszy polityki rozwoju organizacji, w ramach której pan Tomasz Jurczyk, jeden z założycieli Spółki oraz jej akcjonariusz, pełniący dotychczas funkcję Prezesa, podjął nowe wyzwania zawodowe, poza strukturami organizacji, z którą był związany od 28 lat.

Nowo powołany Prezes Zarządu Mariusz Glenszczyk, obejmujący jednocześnie stanowisko Dyrektora Generalnego, posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie budowy modeli oraz strategii: biznesowych, handlowych, marketingowych, a także tworzenia zintegrowanych systemów zarządzania jakością. W swej 30 letniej aktywności biznesowej z firmą TiM S.A. związany jest od niemal 25 lat.

Jest pasjonatem wiedzy i wina. Członek Rzeczywisty Stowarzyszenia Sommelierów Polskich. Absolwent Katedry Spawalnictwa Politechniki Śląskiej w Gliwicach, Management College Akademii Ekonomicznej w Katowicach oraz Die Akademie für Führungskräfte der Wirtschaft Bad Harzburg, Instytutu Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, a także Wydziału Farmaceutycznego UJ, na kierunku Enologia.

Spółka pod przywództwem Mariusza Glenszczyka rozwijać będzie strategię, która pozwoli utrzymać pozycję lidera w imporcie i dystrybucji win gronowych na rynku polskim oraz rozwijać koncepcję sprzedażową na rynkach azjatyckich tj. Chiny, Korea, Hong Kong, Tajwan.

TiM S.A. koncentrować się będzie na umocnieniu pozycji i rozpoznawalności marek z obecnego portfolio, a także na budowaniu nowych brandów, zgodnie z wykreślonymi trendami rynkowymi. Wartością kluczową dla TiM S.A. jest najwyższa jakość oferowanych produktów, dlatego też Spółka skupi się na rozwoju własnego laboratorium. Organizacja przygląda się również innym uczestnikom rynku i nie wyklucza rozmów w zakresie akwizycji.

Obecny Zarząd Spółki tworzą Mariusz Glenszczyk Prezes Zarządu, Dyrektor Generalny, Maciej Jurczyk Wiceprezes Zarządu, Dyrektor ds. Rynku i Organizacji, Sebastian Smietana Członek Zarządu, Dyrektor ds. Finansów oraz Ewa Krzuś-Wiśniewska Członek Zarządu, Dyrektor ds. Handlu i Trade Marketingu.

Komputery miniPC wydajnością dorównują już zwykłym pecetom. Wyposażane są w mocne karty graficzne i wydajne procesory

Komputery miniPC wydajnością dorównują już zwykłym pecetom. Wyposażane są w mocne karty graficzne i wydajne procesory 1

Coraz bardziej postępująca miniaturyzacja w elektronice przekłada się na coraz mniejsze gabaryty komputerów stacjonarnych. Głównie dzięki wzrostowi wydajności komputery typu miniPC opierają się rynkowym trendom i w przeciwieństwie do tradycyjnych pecetów dynamicznie się rozwijają. Najnowsze modele miniaturowych komputerów wyposażane są w wydajne karty graficzne oraz procesory najnowszej generacji, dzięki czemu mogą obsłużyć np. wielkoformatowe ekrany w rozdzielczości 4K. Choć miniPC kierowane są głównie do zastosowań profesjonalnych, takich jak cyfrowa komunikacja, to coraz częściej sięgnąć po nie mogą zwykli użytkownicy, a nawet gracze.

– Naszym najbardziej zaawansowanym produktem jest komputer mieszczący się w obudowie o objętości 1,3 litra, w której zmieściliśmy kartę graficzną Nvidia GTX 1050. Jest to nasza najmniejsza platforma z procesorem z rodziny Core i5 i naprawdę wydają kartą graficzną z czterema wyjściami HDMI 2.0. To rozwiązanie, które może obsługiwać wielkie ekrany o rozdzielczości 4K, dzięki któremu możemy na przykład zbudować wideo ścianę dwa na dwa metry – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tom Seifferd z firmy Shuttle.

Model XPC slim DH02U5 trafia właśnie na rynek. Dzięki oddzielnej karcie graficznej i wyjściom HDMI jest w stanie obsłużyć jednocześnie nawet cztery ekrany o rozdzielczości Ultra HD. Ponadto urządzenie ma dwurdzeniowy procesor Intel Core i5 oraz miejsce na dysk twardy lub SSD. Propozycja Shuttle skierowana jest przede wszystkim do profesjonalnych zastosowań, ale może być stosowana także w innych celach.

– Taki komputer można wykorzystywać do dowolnych celów, w tym jako komputer biurowy, sprzęt do grania, odtwarzać treści 4K lub do zastosowań przemysłowych, gdzie trzeba sterować i zarządzać wielkimi maszynami. Skupiamy się na zastosowaniach profesjonalnych, rynku B2B, na przykład zastosowaniach biurowych lub w charakterze stacji roboczych. Widzimy też pole do zastosowania w przemyśle i digital signage, ale głównie koncentrujemy nasze działania na B2B – wyjaśnia Tom Seifferd.

Podczas gdy ogólna sprzedaż komputerów osobistych spada i według analityków nadal będzie spadać, sprzedaż mini PC rośnie. Zgodnie z przewidywaniami opublikowanymi przez PRNewswire sprzedaż PC spadnie z niemal 260 mln sztuk w 2017 roku do niemal 216 mln sztuk w roku 2023. Tymczasem według CONTEX w pierwszym kwartale 2017 roku sprzedaż mini komputerów wzrosła w ujęciu rok do roku o 26 proc. Tym samym wzrósł o 7 pkt proc. ich udział w ogólnej sprzedaży komputerów osobistych z 18 proc. w pierwszym kwartale 2016 roku do 25 proc. w pierwszym kwartale 2017 roku.

– Spodziewamy się, że rynek mini PC będzie rósł, bo wszelkie technologie ulegają pomniejszeniu. Wydajność platformy rośnie, wspieramy wyższe rozdzielczości, większe ekrany, a zapotrzebowanie na energię elektryczną maleje. W naszych urządzeniach staramy się zintegrować wszystkie najnowsze technologie. Może za pięć lat nie będzie już wielkich komputerów, bo i one ulegają pomniejszeniu – wskazuje ekspert.

Wypożyczalnie powerbanków będą działać jak miejskie wypożyczalnie rowerów. Pozwolą naładować telefon w 15 minut

Wypożyczalnie powerbanków będą działać jak miejskie wypożyczalnie rowerów. Pozwolą naładować telefon w 15 minut 2

Coraz mocniejsze i wydajniejsze telefony potrafią rozładować się po kilku godzinach intensywnej pracy.  Stworzenie zupełnie nowego źródła energii, wydajniejszego od powszechnie stosowanych ogniw litowo-jonowych, pozostaje jednym z największych wyzwań współczesnej elektroniki. Tymczasem jest coraz więcej miejsc, gdzie urządzenia można podładować, np. na lotniskach czy w restauracjach. Wciąż jednak użytkownik przywiązany jest do kabla ładowarki. Sieć zautomatyzowanych wypożyczalni powerbanków, która przypomina miejskie wypożyczalnie rowerów, ma zrewolucjonizować korzystanie ze smartfonów.

– Erly to całkowicie zautomatyzowana siatka wypożyczalni powerbanków, rozlokowana w największych miastach w Polsce. Polega na tym, że użytkownik, tak samo jak z Nextbike, może sobie za pomocą aplikacji mobilnej czy serwisu wypożyczyć powerbank z konkretnej lokalizacji w mieście, a następnie zwrócić go w całkowicie innej. Tutaj główną korzyścią dla użytkownika jest mobilność, szybki dostęp do energii, dodatkowo szybkie ładowanie telefonu dzięki zastosowanym technologiom w naszych powerbankach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Arkadiusz Terpiłowski, założyciel start-upu Erly.

Problem niewydajnych baterii w smartfonach ma charakter globalny. Zmagają się z nim zarówno producenci najtańszych, jak i najdroższych urządzeń. Wąskim gardłem systemu zasilania są bowiem przestarzałe ogniwa litowo-jonowe. Dopóki nie powstanie alternatywna, bardziej wydajna technologia magazynowania energii, użytkownicy będą skazani na szybko rozładowujące się baterie. Przeciętny smartfon z wyższej półki jest w stanie pracować ok. 24 h na jednym ładowaniu.

– Przeprowadziliśmy badania na próbce prawie 4,5 tys. mieszkańców dużych miast. 3/4 z nich nawet do trzech razy w tygodniu zmaga się z problemem rozładowanego telefonu, a 89 proc. z badanych potrzebuje szybkiego i natychmiastowego dostępu do energii w celu podładowania telefonu – zaznacza Arkadiusz Terpiłowski.

Usługa Erly dostępna jest zarówno z poziomu serwisu WWW, jak i aplikacji mobilnej, a zarejestrować można się do niej za pośrednictwem maila, konta Google bądź Facebooka. Aby móc opłacić wypożyczenie, należy zasilić konto użytkownika albo przypisać do niego kartę płatniczą. Po ustaleniu sposobu płatności zostaniemy przeniesieni do mapy wyświetlającej dystrybutory powerbanków znajdujące się w naszej okolicy.

– Na mapce wyświetla się, ile powerbanków jest dostępnych, które z nich się jeszcze ładują, które już można wypożyczyć, a także liczba możliwych miejsc, do których możemy zwrócić powerbank. Wystarczy się udać do takiej lokalizacji, przejść przez proces płatności, a powerbank będzie już na nas czekać. Po kliknięciu „wypożycz” wysunie się automatycznie. Nasze stacje są całkowicie zautomatyzowane – tłumaczy ekspert.

Powerbanki zostaną wyposażone w systemy szybkiego ładowania, dzięki którym baterię naładujemy w ciągu kilkunastu minut. Każde urządzenie wyposażono także w systemy zabezpieczające przed kradzieżą, które zminimalizują ryzyko jego utraty. Pierwsze masowe testy funkcjonalności systemu przeprowadzono na tegorocznych festiwalach Open’er i Pyrkon, wszystkie wypożyczone powerbanki zostały zwrócone. Koszt wypożyczenia powerbanku na trzy godziny to 8 zł.

– Na Open’erze i Pyrkonie ludzie nie mają problemu z tym, żeby za to płacić, bo mobilność, komfort i wygoda ładowania telefonu jest dla nich najważniejsza. 8 zł nie jest dla nich żadną bariera cenową. Doświadczenia z tych festiwali chcemy w pewnym stopniu przełożyć na miasto, gdzie usługa będzie się rozwijała – podsumowuje Arkadiusz Terpiłowski.

Firma badawcza Orbis Research szacuje, że w latach 2017–2024 rynek powerbanków wykaże średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 22,3 proc. i przekroczy wartość 32 mld dol.

Rozrywka coraz ważniejszą pozycją w budżetach Polaków. Co dziesiąty wydaje na ten cel ponad 500 zł miesięcznie

Rozrywka coraz ważniejszą pozycją w budżetach Polaków. Co dziesiąty wydaje na ten cel ponad 500 zł miesięcznie 3

Polski rynek usług rozrywkowych jest szacowany na 80 mld zł rocznie i dynamicznie rośnie wraz ze wzrostem wydatków Polaków na tego typu atrakcje. 26 proc. Polaków zapytanych przez portal PrezentMarzeń zadeklarowało miesięczny budżet na ten cel na poziomie do 100 zł. Kolejne 42 proc. wydaje na rozrywkę między 100 a 300 zł, a 11 proc. przeznacza ponad 500 zł. Wciąż jednak wydajemy kilka razy mniej niż mieszkańcy Europy Zachodniej.

– Aż 42 proc. ankietowanych wydaje na rozrywkę kwoty pomiędzy 100 a 300 zł. W takich kwotach też mamy szeroki wachlarz atrakcji, ponieważ możemy udać się na trening squasha, pobawić się na flyboardzie czy polatać w tunelu aerodynamicznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Filip Sosnowski z portalu PrezentMarzen.com. – Grupą, która wydaje coraz więcej, są osoby mieszkające w większych miastach. Ich średnie zarobki plasują się na poziomie około 5 tys. zł.

Rosnące zarobki i moda na zdrowy styl życia – to czynniki, które powodują wzrost wydatków Polaków na rozrywkę i aktywność poza domem. To napędza rynek usług rozrywkowych.

Wystarczy, że zaobserwujemy, jaka ilość obecnie różnego rodzaju rozrywek jest dla nas dostępna, a ile mieliśmy tych rozrywek jeszcze 5–7 lat temu. Rynek usług jest szacunkowo określany na około 80 mld zł, przy czym ciągle rośnie. Na pewno jest to sektor z dużym potencjałem inwestycyjnym, co potwierdzają analizy i badania firm consultingowych – tłumaczy Filip Sosnowski.

Badanie potwierdza, że Polacy są coraz bardziej aktywni fizycznie i to również na ten cel wydają wyższe kwoty. Mimo że wśród najczęściej wybieranych form aktywności większość jest bezpłatnych. 35 proc. najchętniej wybiera bieganie, 19 proc. – jazdę na rowerze i ćwiczenia fitness lub siłownię. W piłkę nożną gra 14 proc. badanych, a spacery i nordic walking preferuje 9 proc.

Coraz częściej zwracamy się w stronę aktywności niestandardowych, np. skoków ze spadochronem. Coraz więcej z nas ma ochotę bądź próbowało sportów ekstremalnych. W badaniach firmy PrezentMarzeń ponad 50 proc. badanych stwierdziło, że miało styczność bądź chciałoby spróbować sportu ekstremalnego, a to już naprawdę bardzo dużo. To pokazuje, że nie chcemy siedzieć na kanapie, chcemy korzystać z tego, co oferuje nam rynek. Myślę, że to najbardziej wskazuje na to, jak duży potencjał ma ten rynek ma – podkreśla Filip Sosnowski.

27 proc. badanych podkreśla, że sporty ekstremalne są alternatywą dla standardowych aktywności fizycznych, a 22 proc. uważa je za ekscytującą przygodę.

Polacy w ostatnich latach bardzo otworzyli się na rynek nowych atrakcji, chcą próbować nowych rzeczy. Myślę, że mamy dosyć jałowego spędzania czasu na kanapie przed telewizorem, chcemy korzystać z możliwości, które daje nam rynek, a są one bardzo szerokie. Kiedyś, żeby skorzystać z jakiejś fajnej atrakcji w stylu przejażdżka sportowym autem, skok na bungee czy flyboard, trzeba było pojechać do większego miasta, a teraz praktycznie w całej Polsce możemy spotkać się z bardzo atrakcyjnymi formami spędzania wolnego czasu – wyjaśnia Filip Sosnowski.

Czas na rozrywkę Polacy znajdują najczęściej w czasie weekendów (27 proc.) i wieczorami (21 proc. ). 19 proc. badanych zadeklarowało, że z atrakcji korzysta w czasie urlopu. Najczęściej wybieramy formy rozrywki, z których możemy korzystać w towarzystwie partnerki lub partnera (37 proc.), przyjaciół lub znajomych (29 proc.) lub rodziny (21 proc.).

Mimo dynamicznego wzrostu wydatków na rozrywkę Polacy nadal wydają na atrakcje mniej niż obywatele innych krajów europejskich.

Wynika to z tego, że zarobki w Polsce są mniejsze niż w Europie Zachodniej. Uśredniając, mieszkaniec Europy Zachodniej wydaje na kulturę i rozrywkę 3–4 razy więcej niż Polak, natomiast jeżeli chodzi o turystykę, są to już kwoty 5–6 razy większe – mówi Filip Sosnowski.

Szybki rozwój przemysłu napędza transport ładunków ponadgabarytowych. W Polsce brakuje infrastruktury dla tego typu przewozów

Szybki rozwój przemysłu napędza transport ładunków ponadgabarytowych. W Polsce brakuje infrastruktury dla tego typu przewozów 4

Transport ładunków ponadgabarytowych – takich jak elementy turbin wiatrowych, dźwigi, stalowe przęsła mostów czy całe linie produkcyjne – to jedno z największych wyzwań dla spedytorów i firm transportowych. Wymaga uzyskania szeregu pozwoleń, ubezpieczenia, kredytowania tego typu przedsięwzięcia, a także współpracy ze służbami drogowymi i policją. W Polsce rozwój transportu ponadgabarytowego jest napędzany przez szybko rosnący przemysł. Z drugiej strony, hamuje go infrastruktura, jest bardzo stara albo całkiem nowa, przez co trudno jest uzyskać pozwolenie na ciężki transport. Brakuje też śródlądowych dróg wodnych i infrastruktury kolejowej. 

Eksport ładunków ponadnormatywnych to głównie produkcja lokalnych zakładów dużych międzynarodowych korporacji. To producenci turbin, transformatorów, generatorów i dużych konstrukcji stalowych. Odbywa się to też na zlecenie wspomnianych podmiotów – wtedy producentem jest polska manufaktura, która nie ma swojego produktu, ale realizuje zamówienie na konkretne konstrukcje stalowe bądź ciągi produkcyjne, montowane jako część większego projektu. Większość eksportu z Polski są to towary dostarczane na zachód Europy bądź do zachodnioeuropejskich portów morskich, skąd bezpośrednimi połączeniami żeglugowymi towary płyną praktycznie na wszystkie kontynenty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Bułka, dyrektor zarządzający Fracht FWO Polska.

Transport ładunków ponadnormatywnych, inaczej ponadgabarytowych, to istotna gałąź całej branży transportowej. Obejmuje ładunki, które wymiarami lub wagą (powyżej 42 ton) przekraczają dopuszczalne parametry, określone w przepisach ruchu drogowego. Mogą to być np. stalowe elementy konstrukcyjne elektrowni wiatrowych albo przęsła mostów, dźwigi, silosy, sprzęt górniczy czy elementy konstrukcji przemysłowych.

Dość powszechnym, wręcz standardowym ładunkiem, z jakim mamy do czynienia w naszej branży, są linie przemysłowe do budowanych w Polsce zakładów, które przyjeżdżają do nas w imporcie. Jest to związane z nowymi inwestycjami produkcyjnymi, których nie brakuje. Coraz częściej obserwujemy też eksport tego typu urządzeń – są to urządzenia second hand, takie jak stalownie, walcownie. To kolejny segment – poza produkowanymi w Polsce urządzeniami i konstrukcjami, w którym się poruszamy i który stanowi sporą grupę obsługiwanych przez nas ładunków – mówi Andrzej Bułka.

Ekspert przyznaje, że dalszy rozwój tego segmentu transportu zależy nie tylko od rozwoju zapotrzebowania, ale również kwestii infrastrukturalnych.

Mosty, wiadukty, autostrady, drogi ekspresowe czy gminne są dzisiaj często objęte gwarancjami i bardzo trudno jest uzyskać zezwolenia na ciężkie transporty. Gros transportów tego typu na zachodzie Europy odbywa się rzekami, kanałami i w ten sposób trafia do portów. W Polsce brakuje śródlądowych dróg wodnych, jak i infrastruktury kolejowej – mówi dyrektor zarządzający Fracht FWO Polska.

Ładunków ponadgabarytowych nie można przewozić bez specjalnych zezwoleń, dlatego przedsiębiorstwo transportowe bądź spedycyjne musi najpierw postarać się o ich uzyskanie, zadbać o ubezpieczenie, wyznaczyć odpowiednią trasę z uwzględnieniem wytycznych prawnych (nawierzchnia drogi musi wytrzymać nacisk kół), nawiązać współpracę ze służbami drogowymi i policją oraz precyzyjnie zaplanować załadunek i rozładunek.

Przygotowanie takiego transportu zależy od specyfiki ładunku. Jeżeli jest to seryjna produkcja, a mamy w Polsce takie zakłady, gdzie produkuje się seryjne transformatory, generatory, turbiny czy śmigła do elektrowni wiatrowych, – wtedy zajmuje to kilka tygodni. To kwestia uzyskania zezwoleń, doboru podwykonawcy i sprzętu. Dla doświadczonego organizatora tego typu transportów nie jest to duże wyzwanie. Natomiast duże inwestycje, bardziej kompleksowe ładunki, takie jak suwnice portowe czy skomplikowane zbiorniki, których montaż odbywa się zazwyczaj już w porcie, wymagają już miesięcy przygotowań. Często trzeba nawet sprowadzać do Polski odpowiednie środki transportu, ponieważ tego typu urządzenia nie są dostępne lokalnie – mówi Andrzej Bułka.

Podczas realizacji tego typu przedsięwzięć sam transport jest często najłatwiejszy w realizacji. Większe wyzwanie stanowi bezpieczny załadunek i rozładunek przewożonego towaru oraz konieczność wprowadzenia zmian w infrastrukturze, tak aby przewóz był w ogóle możliwy.

Mieliśmy nieraz sytuację, w której musieliśmy podnosić trakcję kolejową, wzmacniać mosty czy demontować kładki dla pieszych – mówi Andrzej Bułka.

Jak podkreśla, przy wyborze partnera logistycznego do takiego przedsięwzięcia należy uwzględnić kilka czynników, z których najważniejszym jest potwierdzone referencjami doświadczenie firmy w realizacji podobnych projektów. Kolejnym czynnikiem są zdolności ubezpieczenia i kredytowania tego typu transportów.

W czerwcu sprzedaż obligacji skarbowych najwyższa od 15 lat. Obligacje 10-miesięczne przyciągnęły rekordową liczbę Polaków

W czerwcu sprzedaż obligacji skarbowych najwyższa od 15 lat. Obligacje 10-miesięczne przyciągnęły rekordową liczbę Polaków 5

Polacy szukają alternatywnych dla bankowych lokat sposobów na lokowanie swoich oszczędności. Obligacje skarbowe notują rekordowe wyniki sprzedaży. Przez pierwsze pół roku sprzedano obligacje za blisko 5,8 mld zł. To więcej niż w całym 2016 roku. W czerwcu jak woda szły wprowadzone do sprzedaży 10-miesięczne obligacje premiowe. Oszczędzający zdecydowanie częściej preferują krótkie terminy, co pokazuje stosunkowo mała popularność 6- i 12-letnich obligacji dla beneficjentów programu 500 plus.

– Najnowsze dane dotyczące obligacji skarbowych wskazują na bardzo duże zainteresowanie ze strony oszczędzających. Ta tendencja zresztą widoczna jest już od 2015 roku, ale teraz bardzo mocno się nasila – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Roman Przasnyski, główny analityk Gerda Broker.

Obligacje skarbowe cieszą się rosnącym zainteresowaniem od 2015 roku, kiedy stopy procentowe zostały obniżone do poziomu 1,5 proc. Wówczas na obligacje przeznaczyliśmy 3,2 mld zł, w 2016 roku – 4,6 mld, a rok temu – 6,8 mld zł. Ubiegłoroczny rekord z pewnością zostanie pobity. Przez pierwsze sześć miesięcy 2018 roku sprzedano obligacje warte blisko 5,8 mld zł, czyli dwukrotnie więcej niż w analogicznym okresie 2017 roku.

– Powodem większego zainteresowania jest niskie oprocentowanie lokat bankowych. Widać przepływy oszczędności z lokat bankowych w kierunku obligacji. W ubiegłym roku dużym impulsem zwiększającym zainteresowanie było wprowadzenie do sprzedaży przez Ministerstwo Finansów obligacji o bardzo krótkim terminie wykupu, czyli 3-miesięcznych – wskazuje Roman Przasnyski.

Z badania Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych oraz Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH wynika, że wciąż na lokatach odkłada 43 proc. Polaków. Są stosunkowo bezpieczne, ale zarobić można na nich niewiele, a przy coraz większej inflacji przynoszą nawet straty. Obligacje, mimo że ich oprocentowanie utrzymuje się na stałym poziomie – w przypadku 3-miesięcznych wynosi 1,5 proc. – przyciągają znacznie więcej osób. Jeszcze w maju stanowiły 43 proc. sprzedaży. W czerwcu palmę pierwszeństwa odebrały im nowo wprowadzone do sprzedaży obligacje 10-miesięczne.

– W czerwcu resort finansów wprowadził pilotażową sprzedaż 10-miesięcznych obligacji premiowych, czyli takich które oferują i oprocentowanie w wysokości 1,5 proc. w skali rocznej, i krótki termin, bo 10-miesięczny. To w miarę krótki okres, pośredni między trzymiesięcznymi a dwuletnimi. To także dodatkowa zachęta w postaci losowania premii pieniężnych, których maksymalna wysokość może wynosić nawet 10 tys. złotych – mówi analityk Gerda Broker.

Na zakup tych obligacji oszczędzający przeznaczyli ponad 371 mln zł (32 proc. ogółu sprzedaży).  Dzięki wprowadzeniu do sprzedaży 10-miesięcznych papierów czerwcowa sprzedaż obligacji osiągnęła rekordowy poziom blisko 1,2 mld zł. To najwyższa miesięczna sprzedaż od 15 lat.

– Poprzednio takie eksperymenty Ministerstwo Finansów robiło z obligacjami o takich nietypowych, ale dość krótkich okresach wykupu i zawsze cieszyły się bardzo dużym powodzeniem. Przypuszczam, że również ta inicjatywa zakończy się wprowadzeniem na stałe tego typu obligacji do sprzedaży – ocenia Roman Przasnyski.

Stosunkowo dużym zainteresowaniem cieszą się papiery 2- i 4-letnie (odpowiednio 18 i 16 proc.). Znacznie rzadziej wybieramy dłuższe terminy:  3-letnie obligacje stanowią 1 proc., a 10-letnie – 5 proc. ogółu sprzedaży.

– Obligacje dwuletnie oprocentowane według stałej stopy wysokości 2,1 proc. były najbardziej popularne w okresie, kiedy mieliśmy do czynienia z deflacją. Wówczas najbardziej kalkulowało się lokowanie oszczędności w tych obligacjach – tłumaczy ekspert.

Zdaniem Przasnyskiego rozczarowaniem są 6- i 12-letnie obligacje przeznaczone dla beneficjentów programu 500 plus. Mimo wysokiego oprocentowania, zwłaszcza na tle innych obligacji (w pierwszym roku oszczędzania wynosi odpowiednio 2,80 i 3,20 proc.), w czerwcu na ich zakup wydano 2,3 mln zł.

– Generalnie oszczędzający preferują krótkie terminy, co widać po innego rodzaju obligacjach czy lokatach bankowych. Preferencja dużej płynności i mobilności kapitału jest jednak decydująca, mimo że z zamrożonych środków z obligacji rodzinnych można skorzystać nieco wcześniej, chociaż przy utracie pewnej części korzyści – mówi Roman Przasnyski.

Rząd chce wesprzeć firmy farmaceutyczne inwestujące w Polsce w badania i rozwój. Aby nie zaszkodzić firmom wsparcie musi być zgodne z przepisami unijnymi

Rząd chce wesprzeć firmy farmaceutyczne inwestujące w Polsce w badania i rozwój. Aby nie zaszkodzić firmom wsparcie musi być zgodne z przepisami unijnymi 6

Polski rząd dąży do stworzenia takiego ekosystemu, który w perspektywie kilkuletniej umożliwi rozwinięcie nowych leków biotechnologicznych w kraju. Odzwierciedleniem tych aspiracji jest tzw.  Refundacyjny Tryb Rozwojowy, w ramach którego firmy farmaceutyczne, które inwestują w Polsce i zasilają polską gospodarkę w unikalne, innowacyjne know-how mają mieć bardziej uprzywilejowaną pozycję w drodze po refundację swoich leków. Dużym wyzwaniem jest zapewnienie, aby ten mechanizm był zgodny z podstawowymi zasadami Unii Europejskiej. Przyznanie przedsiębiorcom jakichkolwiek korzyści, które są niezgodne z podstawowymi swobodami traktatowymi, będzie obarczone ryzykiem konieczności zwrotu tych środków – podkreślają eksperci.

– Refundacyjny Tryb Rozwojowy jest mechanizmem który ma uprzywilejować firmy farmaceutyczne, które dokonują inwestycji w Polsce, w szczególności inwestycji w badania i rozwój, czyli to, co jest najistotniejsze w erze przemysłu 4.0 – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes mec. Paweł Hincz z kancelarii Baker McKenzie.

Jak wynika z raportu McKinsey „Polska 2025 – Nowy motor wzrostu w Europie” rynek farmaceutyczny w Polsce notuje w ostatniej dekadzie stały wzrost i obecnie odpowiada za ok. 1 proc. PKB. Tym samym jest największym rynkiem w Europie Środkowej i szóstym co do wielkości w Unii Europejskiej. Jest też drugim sektorem (po przemyśle obronnym) pod względem największych inwestycji w badania i rozwój. Refundacyjny Tryb Rozwojowy ma jeszcze zwiększyć zainteresowanie branży polskim rynkiem, zachęcić do inwestycji w zamian za wsparcie w procesie refundacyjnym.

Zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Technologii i Przedsiębiorczości oraz Ministerstwa Zdrowia, firmy farmaceutyczne, które uzyskają status „przyjaciela polskiej gospodarki”, będą miały lepszą pozycję negocjacyjną przy refundacji leków i będą mogły liczyć na dodatkowe korzyści.

Prace nad RTR trwają, nie są jeszcze znane dokładne założenia tego mechanizmu. Na tym etapie przed inicjatorami projektu stoi wiele wyzwań. Jednym z nich są kwestie natury etycznej, związane z dostępnością leków. Rozważania dotyczące zaangażowania inwestycyjnego firm farmaceutycznych nie mogą przysłonić kluczowej roli refundacji, jaką jest ratowanie życia i zdrowia pacjentów. Poważnym wyzwaniem jest również zapewnienie zgodności mechanizmu z przepisami unijnymi  Eksperci podkreślają, że istotne będzie upewnienie się, czy benefity wynikające z RTR nie będą stanowiły niedozwolonej pomocy publicznej w rozumieniu przepisów UE.

– Największe wyzwanie, jakie stoi przed ustawodawcą, to zapewnienie, aby mechanizm RTR był zgodny z podstawowymi zasadami UE, a zatem swobodą przepływu kapitału, a także by nie stanowił niedozwolonej pomocy publicznej – wskazuje Paweł Hincz. – Niewłaściwe zaimplementowanie przepisów, które będą stanowiły naruszenie swobód traktatowych czy niedozwoloną pomoc publiczną, wiąże się z bardzo dużym ryzykiem dla samych przedsiębiorców. Poza kwestią reputacji ustawodawcy, taka niedozwolona pomoc publiczna będzie obarczona ryzykiem konieczności zwrotu uzyskanej przez danego przedsiębiorcę korzyści.

Jeśli UE uzna, że nowe przepisy są sprzeczne z unijnymi, może to skutkować zwrotem finansowania. Dla mniejszych firm mogłoby to grozić utratą płynności finansowej, a w efekcie – nawet upadkiem.

– Każde państwo stara się przyciągnąć do siebie jak najwięcej inwestorów, szczególnie przedsiębiorców, którzy inwestują w branżę innowacyjną i nowe technologie. Ale każde państwo, w szczególności państwa UE, musi przestrzegać fundamentalnych zasad traktatowych czy kwestii dozwolonej lub niedozwolonej pomocy publicznej. Polska jako członek UE musi być świadoma, że każdy mechanizm, który w jakiś sposób ma uprzywilejowywać pewnych przedsiębiorców, musi być zgodny z tymi fundamentalnymi zasadami – podsumowuje Paweł Hincz.

Polska będzie wdrażać najnowsze systemy zarządzania ruchem lotniczym i zwiększy liczbę kontrolerów. Przyszłością są drony

Polska będzie wdrażać najnowsze systemy zarządzania ruchem lotniczym i zwiększy liczbę kontrolerów. Przyszłością są drony 7

Będziemy wzmacniać inwestycje w nowoczesne technologie, w tym w systemy do zarządzania trajektoriami 4D czy drony – zapowiada Janusz Janiszewski, nowo powołany prezes Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej. Nowoczesne technologie mają pomóc polskiemu rynkowi lotniczemu dogonić europejską czołówkę. Zdaniem Mikołaja Wilda, pełnomocnika rządu ds. Centralnego Portu Komunikacyjnego, zwłaszcza w sektorze dronów Polska ma szansę stać się liderem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Inwestycje są konieczne, bo ruch lotniczy w Polsce dynamicznie rośnie.

– Nadzór nad ruchem lotniczym, który sprawuje PAŻP, jest dziedziną lotnictwa bardzo otwartą na innowacje, możemy mówić o rozwoju sektora statków bezzałogowych, czyli sektora dronowego. Polska ma tu szansę odgrywać rolę lidera w Europie Środkowo-Wschodniej – podkreśla w rozmowie z agencją  informacyjną Newseria Biznes Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. Centralnego Portu Komunikacyjnego.

W 2017 roku na modernizację i budowę nowoczesnej infrastruktury lotniczej PAŻP wydała rekordowe 230 mln złotych. To największy w historii budżet inwestycyjny. Część tych środków trafiła na innowacyjne technologie nawigacyjne, np. instalację systemu GBAS (Ground Based Augmentation System), która umożliwia  równoczesne zapewnienie podejść do lądowania, czy elastyczność w projektowaniu procedur dolotowych na lotniskach.

 Naszym celem jest przede wszystkim realizacja i wzrost w służbach ruchu lotniczego, związany z gwałtownym wzrostem ruchu lotniczego, czyli obsługa w trakcie okresu letniego. Równolegle będą musiały się odbywać inwestycje w nowoczesne technologie. Będziemy budować nowe ośrodki badawczo-rozwojowe, które pozwolą nam na ich wytworzenie – zapowiada Janusz Janiszewski, nowy prezes Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej.

Eksperci podkreślają, że oprócz inwestycji w nowe technologie konieczny jest też wzrost liczby kontrolerów, adekwatny do intensywnego ruchu lotniczego. PAŻP odnotowuje dwucyfrowe przyrosty ruchu terminalowego rok do roku. Jednocześnie poprawia się punktualność operacji lotniczych wykonywanych w polskiej przestrzeni powietrznej. W 2017 roku opóźnienia były na rekordowo niskim poziomie – średni czas został zredukowany do 0,1 minuty (Europejska Organizacja ds. Bezpieczeństwa Żeglugi Powietrznej zakładała redukcję do 0,23 minuty). Aby utrzymać takie wskaźniki, konieczne jest zwiększenie zatrudnienia.

– Musimy zainwestować w nowoczesną technologię, tak żeby móc dogonić tych największych. Powinniśmy to zrealizować. Jesteśmy szóstym rynkiem UE, a produktywność naszych służb żeglugi powietrznej jest jedną z najwyższych w całej UE – zaznacza Janusz Janiszewski.

 Zwiększenie liczby kontrolerów, tak aby wszystkie stanowiska były w sposób trwały obsadzone, abyśmy byli przygotowani nawet na radykalny wzrost ruchu lotniczego nad Polską, to jedno z głównych zadań Agencji – dodaje Mikołaj Wild.

Ruch lotniczy nad Polską stale rośnie. Dane PAŻP wskazują, że w 2017 roku obsłużono 793 tys. operacji lotniczych, przy 755 tys. rok wcześniej, co oznacza ok. 5-proc. wzrost. W pierwszych pięciu miesiącach 2018 roku operacji było już 318 tys. Rośnie liczba pasażerów (w 2017 roku wzrost o 17 proc.), co odczuwa większość lotnisk regionalnych.

Polski rynek lotniczy jest jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się w całej UE. Wzrosty sięgają 11 proc. Dlatego będziemy wzmacniać procesy inwestycyjne w nowoczesne technologie, w tym nowoczesne systemy zarządzania ruchem lotniczym, polegające na zarządzaniu trajektoriami 4D. To także inwestycje związane z systemami zarządzania autonomicznymi pojazdami, w tym dronami – zapowiada Janusz Janiszewski.

Wakacje z rodziną – gdzie spędzić urlop i o czym pamiętać?

Wakacje to czas odpoczynku, relaksu, a najczęściej również długo wyczekiwanego wyjazdu. Jednak wyprawa na urlop z dziećmi to dla rodziców nie lada wyzwanie. Spakowanie wszystkich najpotrzebniejszych rzeczy oraz wybór odpowiedniego miejsca spędza sen z powiek. Dowiedz się zatem, jak przygotować się na wakacje z dziećmi oraz jakie miejsca są do tego najlepsze.

Wakacje z rodziną to niezapomniany czas zarówno dla rodziców, jak i dla dzieci. Dlatego warto zawczasu przygotować się do wyjazdu tak, by stres nie popsuł nam długo wyczekiwanego wyjazdu.

Wybierz miejsce wakacyjnego wyjazdu

Przede wszystkim zacznij od wyboru właściwego dla was miejsca. Nie jest to tak proste zadanie jak mogłoby się wydawać, bowiem nie każdy kurort jest odpowiednio przygotowany na pobyt rodzin z dziećmi. Dlatego warto zawczasu sprawdzić, czy wybrany ośrodek posiada na przykład płytki basen oraz plac zabaw dla najmłodszych. Należy też pamiętać, że w wielu kurortach często odbywają się huczne imprezy, a głośna muzyka oraz nietrzeźwi turyści nie stanowią dobrego towarzystwa dla dzieci.

Jeżeli zdecydujemy się na zagraniczną wycieczkę warto sprawdzić jakie rejony są polecane do podróżowania z dziećmi. Egzotyczne wakacje na drugim końcu świata będą wiązały się niestety nie tylko z długą i męczącą zarówno dla najmłodszych, jak i dla nas. Poza tym, musimy wziąć pod uwagę konieczność wykonania dodatkowych szczepień, a te, dzieci najcześciej kiepsko znoszą. Dlatego też, godnym rozważenia miejscem na urlop z dziećmi może okazać się Cypr (przykładową ofertę znajdziesz na: https://dreamtours.pl/wakacje/cypr, czy też Lanzarote (https://dreamtours.pl/wakacje/lanzarote ). Obie destynacje są polecane dla rodzin ze względu na spokojną okolicę, gwarantowaną pogodę, jak również niskie ceny.

Wybierz zaufane biuro podróży

Podróżując z rodziną nie warto ryzykować wybierając ofertę z pierwszego lepszego biura, nawet wtedy, gdy cena wycieczki jest wyjątkowo atrakcyjna. Zawsze dobrze jest uważnie sprawdzić opinie klientów, którzy pojechali na wakacje z wybraną firmą, dowiedzieć się jaką cieszy się renomą oraz czy biuro posiada ugruntowaną pozycję na rynku. Dobrym polecenia miejscem na poszukiwania wycieczek dla całej rodziny jest strona internetowa https://dreamtours.pl.

Sporządź listę

Jeżeli jesteś szczęśliwym posiadaczem kilkuosobowej rodziny, pomyśl o wcześniejszym sporządzeniu listy niezbędnych rzeczy do zabrania – przyda się również podczas kolejnych wyjazdów. Dzięki niej nie tylko usprawnisz pakowanie walizek, ale i unikniesz nieprzyjemnych niespodzianek. Wypisz zatem w wolnej chwili poszczególne kategorie potrzebnych rzeczy, na przykład ubrania, środki higieniczne, zabawki, stroje na plaże, kosmetyki, a następnie wypunktuj co koniecznie musicie ze sobą zabrać.

Awanse w Dziale Zarządzania Nieruchomościami Colliers International

Magdalena Filipczak i Anna Sienkiewicz awansowały na stanowiska Associate Director w Dziale Zarządzania Nieruchomościami Colliers International. Dotychczasowe obowiązki ekspertek poszerzą się o pozyskiwanie nowych klientów na terenie Warszawy oraz miast regionalnych.

Magdalena Filipczak
Magdalena Filipczak

Magdalena posiada ponad dziesięcioletnie doświadczenie zawodowe, zdobyte w pracy z klientami, takimi jak Tristan Capital Partners, Allianz Real Estate, Triuva, AmRest, Europolis. Do Colliers International dołączyła w styczniu 2010 roku. Od maja 2016 r. jest Starszym Zarządcą Nieruchomości i odpowiada za zarządzanie Warsaw Financial Center w Warszawie oraz zespołem dedykowanym do tego projektu. Dodatkowo pełni rolę mentora dla młodszych zarządców nieruchomości.

Anna Sienkiewicz
Anna Sienkiewicz

Anna Sienkiewicz ma ponad 17 lat doświadczenia na rynku nieruchomości komercyjnych. Pracę we wrocławskim biurze Colliers zaczęła w marcu 2008 roku. W roku 2015 awansowała na stanowisko Starszego Zarządcy Nieruchomości. Obecnie wraz z zespołem ma pod swoją opieką cztery wrocławskie kompleksy biurowe: Grunwaldzki Center, Green Towers, Dominikański oraz Green Day.

Obie Panie są laureatkami nagrody Eurobuild Award „Office Manager of The Year” – Anna w 2011 roku, a Magdalena w 2017 roku.

— Awanse obu ekspertek są w pełni zasłużone. Siłą Działu Zarządzania Nieruchomościami w Colliers zawsze byli ludzie, którzy angażują się w swoją pracę i stale rozwijają swoje kompetencje, aby jeszcze lepiej wykonywać powierzone im obowiązki. Magdalena i Anna są wzorami w tej kwestii. Doceniają to zarówno współpracownicy, jak i najemcy zarządzanych przez nich budynków  — mówi Agnieszka Krzekotowska, dyrektor działu Zarządzania Nieruchomościami w Colliers International.

Dział Zarządzania Nieruchomościami Colliers funkcjonuje na polskim rynku już ponad 10 lat. W jego portfolio znajdują się nieruchomości w całej Polsce o łącznej powierzchni ponad 1 mln mkw. W tym roku do grona jego klientów dołączyły warszawskie budynki takie jak: Europejski, Cedet, Grzybowska 43 oraz Robyg Business Center. Ponadto dział mocno rozwija swoją działalność w miastach regionalnych. W ciągu ostatnich 6 miesięcy w portfolio firmy znalazły się: .KTW w Katowicach oraz wrocławskie biurowce Green Day i Silver Tower Center.

Globalworth Poland przejmuje od EPP zarządzanie częścią własnego portfela

GPRE Property Management to nowo powstała spółka w ramach Globalworth Poland, która jest odpowiedzialna za kompleksowe usługi zarządzania właścicielskiego. Jako pierwszy do jej portfela trafił w czerwcu tego roku wrocławski biurowiec West Link. Z początkiem sierpnia Globalworth przejmie od EPP zarządzanie trzema swoimi obiektami handlowo-biurowymi, czyli Halą Koszyki, Renomą oraz Supersamem. Globalworth Poland jest największym jednostkowym właścicielem nieruchomości biurowych w Polsce.

Powołana ostatnio spółka zarządcza GPRE Property Management skupia wszystkie procesy z obszaru zarządzania nieruchomościami, tj. świadczy na rzecz spółek celowych usługi z zakresu zarządzania majątkiem i relacjami z najemcami, utrzymania substancji nieruchomości, obsługi finansowej i raportowej. W ramach polskiej grupy Globalworth działa ponadto druga spółka, GPRE Management, która jest odpowiedzialna za długoterminowe zarządzanie wartością aktywów. Za rozwój wszystkich tych kompetencji jest odpowiedzialny Remigiusz Królikowski, który przez ostatnich 17 lat był zaangażowany w procesy akwizycji obiektów i budowania właścicielskich zespołów na potrzeby zarządzania nieruchomościami oraz aktywami w regionie Europy Środkowo – Wschodniej.

Remigiusz Królikowski, Dyrektor ds. Zarządzania Majątkiem i Aktywami, Globalworth Poland: „Dynamiczna ekspansja Globalworth Poland musi być wsparta jakościowym działaniem w zakresie zarządzania właścicielskiego, które będziemy świadczyć w ramach grupy. Obecnie jesteśmy w trakcie tworzenia zespołu, który docelowo będzie liczyć kilkadziesiąt osób z mocnym doświadczeniem menadżerskim, analitycznym i operacyjnym w obszarze nieruchomości komercyjnych. Centralizacja wszystkich procesów związanych z zarządzaniem portfolio Globalworth Poland pozwoli nam jeszcze lepiej i szybciej reagować na potrzeby najemców i kreować wartość naszych budynków.”

Edyta Bobek, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych w Globalworth Poland, komentuje: „Przejęcie wszystkich trzech obiektów to kontynuacja strategii nakierowanej na zarządzanie właścicielskie, którą przyjęliśmy w Globalworth Poland. Zarówno Hala Koszyki, wrocławska Renoma, jak i Supersam w Katowicach to flagowe już projekty na mapie handlowej w Polsce. Skupienie wszystkich procesów związanych z zarządzaniem tymi obiektami w ramach grupy Globalworth pomoże umocnić ich wiodącą pozycję w kraju i pozwoli jeszcze lepiej reagować na bardzo dynamiczną sytuację w sektorze nieruchomości komercyjnych. Jednocześnie dziękujemy za dotychczasową, niezwykle udaną współpracę z zespołem EPP”.

Legendarna Hala Koszyki została wzniesiona w latach 1906 – 1908, ponownie otwierając się dla mieszkańców Warszawy i turystów w 2016 roku. Kompleks obejmuje w całości ponad 22 000 tys. mkw. powierzchni handlowo-biurowej, mieszcząc kilkanaście konceptów restauracyjnych, spożywcze sklepy specjalistyczne, supermarket Piotr i Paweł oraz w którym swoje biura mają tak renomowani najemcy, jak Mindspace, HansGrohe, czy Symphar. Z kolei wrocławska Renoma, wybudowana w 1930 roku, to jeden z najbardziej charakterystycznych obiektów na mapie handlowej Polski. Rozbudowana w roku 2009 obejmuje 42 000 mkw. powierzchni handlowo-biurowej zlokalizowanej w ścisłym centrum Wrocławia. W budynku znajduje się wyjątkowy dobór najemców, gdzie ekskluzywnym butikom marek premium towarzyszą znani sieciowi najemcy tacy jak Inditex Group, Tk Maxx, LPP Group czy Empik. Powierzchnię biur zajmuje firma DXC. Równie bogatą historię ma Supersam w Katowicach, którego początki sięgają lat 30. XX wieku. Dziś to jeden z ulubionych obiektów handlowych w tym mieście, który na ok. 23 000 mkw. zgromadził tak popularne marki, jak Aldi, Rossmann, sklepy grupy LPP, Media Expert, fitness klub Calypso, a w części biurowej firmy Groupon, CitySpace oraz Jampf.

IPOPEMA Gotówkowy SFIO wśród najlepszych funduszy rynku pieniężnego

Coraz częściej – szukając alternatywy dla lokat bankowych – inwestorzy kierują swoją uwagę w stronę funduszy gotówkowych i pieniężnych. Czy opłaca się bardziej inwestować w fundusze pieniężne, czy korzystać z najlepszych lokat bankowych?

Zestawienie wyników funduszy gotówkowych i pieniężnych w ostatnich miesiącach pokazuje znaczną przewagę nad standardowymi lokatami. Najlepsze fundusze wypracowują wynik na poziomie 3% rocznie, czyli 2 razy więcej niż standardowe lokaty bankowe. Na czele stawki w ciągu ostatnich miesięcy plasuje się IPOPEMA Gotówkowy, który w okresie 3, 6, 12 i 36 miesięcy charakteryzował się stabilnym wzrostem jednostki, zdobywając Ranking 4A, zarówno w okresie rocznym, jak i trzyletnim. Również Rating Analiz Online (4 gwiazdki) plasuje fundusz wśród najlepszych w swojej klasie.

Wyniki funduszu IPOPEMA Gotówkowy SFIO (Analizy.pl)ipop1

– Aktywa funduszu są lokowane wyłącznie w denominowane w walucie polskiej instrumenty rynku pieniężnego oraz depozyty. Ponad połowę portfela stanowią obligacje skarbowe o zmiennym oprocentowaniu. Jako uzupełnienie wykorzystujemy obligacje korporacyjne dużych i uznanych polskich emitentów, głównie to banki i liderzy w swoich branżach – podkreśla Mariusz Zaród, zarządzający funduszem IPOPEMA Gotówkowy SFIO.

Fundusz pieniężny przeznaczony jest dla osób i instytucji, które chcą osiągnąć stopę zwrotu wyższą niż w przypadku krótkoterminowych lokat bankowych. Polityka inwestycyjna funduszu jest konserwatywna, nawet w przypadku inwestycji w obligacje korporacyjne. Należy zaznaczyć, iż dotychczasowe wyniki funduszu potwierdzają bardzo ostrożne podejście i dużą dywersyfikację lokat. Na uwagę zasługuje również fakt, bardzo niskiej zmienności jednostki.ipopem2

Hamas zaatakował urządzenia mobilne izraelskiej armii

Świat wciąż ogarnia gorączka Mistrzostw Świata, tymczasem na początku lipca izraelskie agencje bezpieczeństwa ogłosiły, że organizacja terrorystyczna Hamas zainstalowała oprogramowanie szpiegujące na smartfonach izraelskich żołnierzy, usiłując zebrać informacje o armii. Około 100 osób padło ofiarą ataku, który przybrał formę fałszywych informacji o Pucharze Świata i internetowych aplikacji randkowych, które zostały przesłane do Google Play Store, oficjalnego sklepu z aplikacjami Google.

Po zainstalowaniu aplikacji na telefonach ofiar, bardzo inwazyjne złośliwe oprogramowanie było w stanie przeprowadzić szereg złośliwych działań, takich jak:

  • Nagrywanie połączeń telefonicznych użytkownika.
  • Robienie zdjęć, gdy użytkownik odebrał połączenie.
  • Kradzież kontaktów użytkownika.
  • Kradzież wiadomości SMS użytkownika.
  • Kradzież wszystkich obrazów i filmów przechowywanych na urządzeniu mobilnym wraz z informacjami o tym, gdzie zostały zrobione.
  • Przechwytywanie danych o lokalizacji GPS użytkownika.
  • Robienie losowych nagrań w otoczeniu użytkownika.
  • Kradzież plików i zdjęć z pamięci urządzenia mobilnego.

Atak ten dotyczył złośliwego oprogramowania, które omijało zabezpieczenia Google Play, co jest dobrym przykładem tego, jak hakerzy z łatwością wykorzystują aplikacje nawiązujące do najważniejszych popularnych wydarzeń, by przyciągnąć potencjalne ofiary.

Jak wskazuje firma Check Point Software Technologies, chociaż wiele osób wyobraża sobie i przewiduje „Cyber 9/11” oraz inne sposoby, w jakie terroryzm może odgrywać rolę w dzisiejszym hiper-połączonym świecie, ten najnowszy atak demonstruje bardziej właściwy obraz tego, w jaki sposób terroryści wykorzystują dziś złośliwe oprogramowanie do przeprowadzania ataków.

To nie pierwszy przypadek, kiedy tego typu taktyki zostały użyte przeciwko światowym agencjom rządowym. Check Point przypomina, że na początku 2017 roku Viperat spyware atakował żołnierzy izraelskich służących na terenie Strefy Gazy, wykorzystując techniki socjotechniczne do kradzieży zdjęć i plików audio ze smartfonów. W marcu 2016 r. „SmeshApp”, aplikacja wywołująca i wysyłająca wiadomości w sklepie Google Play, została rzekomo wykorzystana przez Pakistan do szpiegowania indyjskiego personelu wojskowego. W 2016 r. Rosyjska grupa APT była podejrzewana o używanie spyware na Androida do śledzenia ukraińskich jednostek artylerii polowej.

Jednak wszystkie te przypadki szpiegostwa nie tylko dotyczą sił zbrojnych i rządów, ale służą też jako kolejny przykład tego, jak rozwijają się zagrożenia cyfrowe przy użyciu mobilnych urządzeń. Co więcej, niezależnie od tego, czy zagrożenia te pochodzą od podmiotów niepaństwowych, czy z gangów hakerskich, często używają wyrafinowanych technik i złośliwego oprogramowania, by ominąć tradycyjne mechanizmy kontrolne i osiągnąć cel.

Niezależnie jednak od tego co jest celem tych kampanii, ataki przypominają nam, jak bardzo polegamy na naszych urządzeniach mobilnych jako naszym głównym narzędziu komunikacji oraz o tym, jak wiele informacji osobistych i związanych z pracą zawierają. Powinno to dać do myślenia organizacjom rządowym, siłom zbrojnym oraz przedsiębiorstwom aby podjęły dodatkowe wysiłki w celu ochrony swoich pracowników i sieci przed zagrożeniami.

Ponieważ zarówno konsumenci jak i pracownicy często używają smartfonów jako preferowanego sposobu przeglądania Internetu, zasobów firmowych, przechowywania informacji osobowych, priorytetem numer jeden w celu zapewnienia bezpieczeństwa powinno być poznanie jakie aplikacje są na te urządzenia pobierane. Co więcej, chociaż sklepy z aplikacjami innych firm robią wszystko, co w ich mocy, aby zablokować wysyłanie szkodliwych aplikacji, zaawansowane ataki tego typu zawsze znajdą nowy, zaskakujący sposób ich ominięcia, sprawiając, że ochrona urządzenia staje się jeszcze bardziej potrzebna.

Cyberprzestępcy wiedzą, że bez odpowiedniej ochrony informacje na temat naszych smartfonów i tabletów mogą być ich własnością. Ale jaka jest właściwa ochrona naszych urządzeń mobilnych?

Check Point twierdzi, że organizacje i konsumenci potrzebują innowacyjnego podejścia do bezpieczeństwa urządzeń przenośnych zarówno dla systememu iOS, jak i Android, które wykrywają i zatrzymują zagrożenia mobilne przed ich uruchomieniem. Niezależnie od tego, czy Twoje dane znajdują się w stanie bezpośrednio na urządzeniu, czy są dostępne w chmurze, funkcja Mobile Threat Prevention pomaga chronić się przed lukami w zabezpieczeniach oraz atakami, które mogą narazić te dane na ryzyko.

Wszędzie tam, gdzie są przechowywane poufne dane, niezależnie czy smartfon należy do żołnierza czy pracownika firmy, zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli zyskać do nich nieautoryzowany dostęp. W związku z tym, organizacje rządowe i firmy wszystkich rozmiarów nie mogą pozwolić sobie na brak ochrony tych danych i zaleca się wprowadzenie ochrony już dziś, przed kolejną kampanią złośliwego oprogramowania.

Walutowy rollercoaster na brytyjskim funcie

Wczorajszy dzień był prawdziwym rollercoasterem dla brytyjskiej waluty. W efekcie zmian szterling istotnie osłabił się w parze z silniejszym polskim złotym.

W poniedziałek kurs funta charakteryzował się bardzo dużą zmiennością. Szterling doświadczył pierwszego spadku w trakcie sesji azjatyckiej, kiedy to rynki dowiedziały się o rezygnacji Davida Davies’a ze stanowiska głównego negocjatora ws. Brexitu. Zgodnie z informacjami nie był on w stanie dojść do wspólnego stanowiska z Theresą May. Po przetworzeniu tej informacji, inwestorzy zwrócili uwagę, że decyzja Daviesa może być na rękę premier Wielkiej Brytanii, która ma możliwość powołania na jego stanowisko sprzymierzeńca, który optowałby za bardziej łagodnym Brexitem. Z nominacji premier May nowym sekretarzem od Brexitu został Dominic Raab – wspierający Brexit były minister ds. mieszkalnictwa.

Kolejny cios spadł na szterlinga dużo później tego samego dnia. Do dymisji podał się minister spraw zagranicznych Boris Johnson, jeden z najbardziej zagorzałych zwolenników Brexitu. Wyraził on tym samym niezadowolenie z „łagodnego” podejścia Theresy May do Brexitu –  były minister spraw zagranicznych twierdzi, że w wyniku zaakceptowania ugodowego porozumienia Wielka Brytania zyska „status kolonii”. Kurs pary GBP/PLN stracił około 1% zaraz po rezygnacji Johnsona. Inwestorzy zaczęli ponownie obawiać się o to, jak silną pozycję we własnym rządzie ma Theresa May.

May wyszła jednak obronną ręką z kolejnej politycznej batalii. Co najmniej kilku posłów Partii Konserwatywnej poinformowało media, że obecnej premier nie grozi podważenie jej przywództwa, co pozwoliło szterlingowi na odrobienie części strat z tego dnia.

Para EUR/USD wyhamowuje wzrost, złoty reaguje na poprawę nastrojów

Kurs najpopularniejszej pary na świecie (EUR/USD) wzrósł w poniedziałek rano, co wynikało głównie z utrzymującej się słabości dolara. Inwestorzy powrócili do aktywów ryzykownych, stąd złoty i pozostałe waluty EM odnotowały umocnienie, na czym z kolei ucierpiał dolar. W czasie sesji europejskiej doprowadziło to kurs pary EUR/USD do poziomu bliskiego 1,18. Sytuacja zmieniła się jednak w drugiej połowie dnia. Dolar względem euro umocnił się, w wyniku wspomnianej rezygnacji Borisa Johnsona ze stanowiska ministra spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii.

Z punktu widzenia makroekonomicznych publikacji, poniedziałek nie przyniósł żadnych nowych danych. Stąd inwestorzy byli skupieni na polityce i wypowiedziach członków banku centralnego. Mario Draghi potwierdził we wczorajszej wypowiedzi, że stopy procentowe pozostaną niezmienione do końca lata. Przewodniczący EBC wskazał na protekcjonizm jako główne ryzyko dla gospodarek strefy euro – nie powinno to jednak zakłócić wygaszania programu luzowania ilościowego. Jego słowa nie miały jednak istotnego przełożenia na cenę wspólnej waluty.

Dziś czekamy przede wszystkim na szczegółowy raport JOLTS z rynku pracy w Stanach Zjednoczonych. Inwestorzy będą z uwagą obserwować rozwój sytuacji politycznej w Wielkiej Brytanii, jak i wszelkie informacji związane ze zmianami w światowym handlu.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

NSA uchylił interpretację indywidualną fiskusa – przedsiębiorca może ponownie odliczyć wydatek na zakup kasy fiskalnej

Naczelny Sąd Administracyjny zdecydował, że organy skarbowe błędnie odmawiały prawa do ponownego odliczenia wydatku na kasę fiskalną w przypadku przekształcenia przedsiębiorcy będącego osobą fizyczną w jednoosobową spółkę kapitałową. A zatem interpretacja fiskusa odnosząca się do przejmowania obowiązku prowadzenia ewidencji obrotu i kwot podatku należnego przy pomocy kas rejestrujących przez spółki powstałe w wyniku przekształcenia jest wadliwa.

Przełomowy wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego (NSA) zapadł 2 marca 2018 r. (sygn. akt I FSK 726/16). Sentencja orzeczenia wskazywała na konieczność uchylenia w całości zaskarżonego wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Kielcach, który oddalił skargę przedsiębiorcy na interpretację indywidualną Ministra Finansów z 5 sierpnia 2015 r. (znak: IPTPP3/4512-243/15-2/ALN) w zakresie podatku od towarów i usług. Naczelny Sąd Administracyjny, uchylając tę interpretację, uznał za błędną wykładnię przepisów prawa podatkowego dokonaną zarówno przez fiskusa, jak i przez sąd I instancji.

W ocenie sądu rozpoznającego skargę kasacyjną indywidualny przedsiębiorca może ponownie odliczyć wydatki na zakup kasy fiskalnej, jeżeli zdecydował się na przekształcenie w spółkę kapitałową. Wyrok NSA potwierdza, iż skorzystanie z takiej ulgi nie jest dopuszczalne przy innym rodzaju przekształceń, co znajduje potwierdzenie w dotychczasowym orzecznictwie sądów administracyjnych. NSA wyjaśnił również rozbieżności interpretacyjne przepisów podatkowych, które pojawiły się w związku z wcześniej ogłoszonym wyrokiem z 23 listopada 2017 r. (sygn. akt I FSK 279/16), gdzie analizie poddawane były kwestie sukcesji uniwersalnej.

Fiskus i WSA bezpodstawnie odmówiły spółce prawa do powtórnej ulgi

Omawiany wyrok wydany został przez Naczelny Sąd Administracyjny w następstwie rozpatrywanej skargi kasacyjnej, której podstawą było wykazanie, że organy podatkowe i Wojewódzki Sąd Administracyjny w Kielcach w sposób błędny i nieuprawniony odmówiły podatnikowi skorzystania z powtórnego prawa do ulgi z tytułu zakupu kas rejestrujących. W tym zakresie skarżąca spółka wywodziła, że na podstawie art. 111 ust. 4 Ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (Dz.U. z 2017 r. poz. 1221, dalej: „ustawa o VAT”) uprawniona była do otrzymania zwrotu kwot wydanych na zakup kas rejestrujących zgłoszonych na dzień rozpoczęcia ewidencjonowania w wysokości 90% jej zakupu bez podatku, ale w wysokości nie więcej niż 700 zł.

Stan faktyczny sprawy wskazywał, że w 2014 r. nastąpił wpis przekształcenia jednoosobowego przedsiębiorstwa w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością do rejestru przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego (KRS). Podstawą prawną dokonanego przekształcenia był art. 551 w zw. z art. 584 Ustawy z dnia 15 września 2000 r. Kodeks spółek handlowych (Dz.U. z 2017 r. poz. 1577, dalej: „k.s.h.”). Zmiana formy prawnej skutkowała zarejestrowaniem spółki w KRS i otrzymaniem przez nią nowych numerów NIP oraz REGON.

Po przekształceniu działalności gospodarczej nowa spółka wymieniła kasy fiskalne i poinformowała urząd skarbowy o rozpoczęciu obowiązku ewidencjonowania, wskazując liczbę urządzeń oraz miejsce ich używania. Jednocześnie powstała w wyniku transformacji spółka wystąpiła do fiskusa z zapytaniem o możliwość skorzystania z odliczenia wydatków poniesionych na zakup kas fiskalnych na podstawie art. 111 ust. 4 ustawy o VAT. Otrzymawszy negatywną interpretację indywidualną, podmiot zdecydował się złożyć skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Kielcach. Sąd I instancji podtrzymał wykładnię przepisów dokonaną przez Ministerstwo Finansów – uzasadnił to, twierdząc, że w rozpoznawanej sprawie nie doszło do likwidacji jednoosobowej działalności gospodarczej osoby fizycznej. Sąd administracyjny podkreślił za organem, że proces przekształcenia w istocie dotyczył zmiany formy prawnej prowadzonej działalności, a więc wystąpiła kontynuacja istniejącego obowiązku prowadzenia ewidencji obrotu i kwot podatku należnego przy zastosowaniu kasy rejestrującej. Uznawszy, że w przekształconej spółce nie powstał nowy obowiązek ewidencjonowania obrotu za pomocą ww. urządzeń, fiskus oraz WSA w Kielcach odmówiły spółce prawa do ponownego odliczenia poniesionego przez nią wydatku. Skarżąca spółka nie zgodziła się z tym stanowiskiem i zdecydowała się złożyć skargę kasacyjną.

NSA wskazał na dokonanie niewłaściwej wykładni przepisów prawa podatkowego

Na gruncie rozpatrywanej sprawy Naczelny Sąd Administracyjny stwierdził, że zarówno w uzasadnieniu interpretacji indywidualnej, jak i wyroku sądu I instancji nie dokonano wykładni przepisów Ustawy dnia 29 sierpnia 1997 r. Ordynacja podatkowa (Dz.U. z 2018 r. poz. 800, dalej: „Ordynacja podatkowa”). W szczególności nie dokonano prawidłowej analizy art. 112b Ordynacji podatkowej w związku z art. 93a § 4 tej ustawy. W konsekwencji pominięto fakt, że w niniejszej sprawie nie doszło do pełnej sukcesji podatkowej.

Sąd rozpoznający skargę kasacyjną zwrócił szczególną uwagę na to, że sukcesja praw podatkowych następuje z mocy przepisów ustawy (art. 93a § 4 Ordynacji podatkowej). Natomiast do przejęcia zobowiązań przez osoby trzecie niezbędne jest wydanie decyzji na podstawie art. 108 § 1 Ordynacji podatkowej. Zasadnicze znaczenie dla rozpatrywanej sprawy miała również właściwa wykładnia art. 112b Ordynacji podatkowej, zgodnie z którym za osobę trzecią uznaje się jednoosobową spółkę kapitałową powstałą w wyniku przekształcenia przedsiębiorstwa będącego osobą fizyczną.

Tym samym NSA podkreślił, że organy rozpoznające sprawę w niższych instancjach nieprawidłowo przyjęły, że odpowiedzialność osoby trzeciej za zaległości podatkowe oznacza przejęcie obowiązków. NSA, rozpatrując skargę kasacyjną co do uprawnień spółki do ponownego skorzystania z ulgi na zakup kas rejestrujących, podkreślił: „Przytoczenie pełnej treści art. 93a Ordynacji podatkowej jest o tyle istotne, że w treści tego przepisu ustawodawca przewidział inny zakres sukcesji w zależności od formy prawnej przekształcenia. Nie ulega wątpliwości – co także dostrzegł organ i orzekający Sąd pierwszej instancji – iż w przypadku przekształcenia przedsiębiorcy będącego osobą fizyczną w jednoosobową spółkę kapitałową (jak w niniejszej sprawie) spółka ta wstępuje jedynie w przewidziane w przepisach prawa podatkowego prawa przekształcanego przedsiębiorcy związane z prowadzoną działalnością gospodarczą, a nie obowiązki”.

Naczelny Sąd Administracyjny – przyznając rację skarżącej spółce – podkreślał konieczność prawidłowej wykładni art. 93a § 1, § 2 oraz § 3 Ordynacji podatkowej. Wskazane regulacje wskazują na zdarzenie sukcesji uniwersalnej, czyli przejęcia wszelkich praw i obowiązków przekształcanej osoby albo spółki. NSA zwrócił też uwagę na art. 93a § 4 Ordynacji podatkowej, który stanowi, że spółka po transformacji z mocy prawa przejmuje jedynie prawa wynikające z przepisów podatkowych dotyczące przekształcanego podmiotu. Tym samym odpowiedzialność osoby trzeciej za zaległości podatkowe nie może być utożsamiana ze wstąpieniem spółki w obowiązki osoby fizycznej, wobec czego błędna była interpretacja przepisów prawa podatkowego dokonana przez fiskusa i WSA w Kielcach.

Skoro skarżąca spółka nie kontynuuje obowiązku prowadzenia ewidencji obrotu i kwot podatku należnego przy zastosowaniu kas rejestrujących, to fiskus oraz sąd administracyjny I instancji niesłusznie postąpiły, odmawiając jej prawa do ulgi przy zakupie kas rejestrujących. Sąd jednoznacznie podkreślił, że nowa spółka stała się podatnikiem, który rozpoczyna ewidencjonowanie zgodnie z art. 111 ust. 4 ustawy o VAT, a tym samym uwzględnił argumenty podnoszone w treści skargi kasacyjnej.

Przekształcenie spółki w spółkę wyklucza powtórne prawo do ulgi

Powtórne skorzystanie z ulgi nie będzie możliwe w przypadku, kiedy nowa osoba prawna utworzona zostaje w wyniku przekształcenia, łączenia czy przejęcia spółek osobowych lub kapitałowych i wstępuje we wszystkie prawa i obowiązki poprzednika prawnego (sukcesja generalna). Stanowisko takie znalazło potwierdzenie w wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 23 listopada 2017 r. (sygn. akt I FSK 279/16), który rozstrzygnął zagadnienie możliwości skorzystania z ponownej ulgi na zakup kasy rejestrującej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, która przejęła spółkę komandytową.

Stan faktyczny dotyczył połączenia spółek prawa handlowego w trybie przejęcia całego majątku spółki przejmowanej przez spółkę przejmującą (art. 492 § 1 pkt 1 k.s.h.). Spółka przejmowana prowadziła ewidencję obrotu i kwot podatku należnego przy zastosowaniu kas rejestrujących. W przeszłości, na podstawie art. 111 ust. 4 ustawy o VAT, odliczyła od podatku należnego kwotę wydatkowaną na zakup kas rejestrujących. Spółka przejmująca zdecydowała, że przed dniem połączenia zakupi kasy rejestrujące, natomiast w dniu poprzedzającym dzień połączenia zakończona zostanie praca „starych” kas fiskalnych. Planując zdarzenie przyszłe, spółka zdecydowała się zadać organowi podatkowemu pytanie, czy będzie mogła skorzystać z prawa odliczenia od podatku kwoty wydatkowanej na zakup każdej z kas rejestrujących.

Wojewódzki Sąd w Poznaniu wyrokiem z 12 listopada 2015 r. (sygn. akt I SA/Po 993/15) oddalił skargę na rozstrzygnięcie Izby Skarbowej w Poznaniu. Uznał bowiem, iż w takim stanie prawnym i faktycznym dochodzi do sukcesji uniwersalnej. Oznacza to przejęcie przez nową spółkę po jej poprzedniczce prawnej zarówno praw, jak i obowiązków, w tym zobowiązania ewidencji za pomocą kas rejestrujących. Organy podtrzymały dotychczasową praktykę, zgodnie z którą nabycie kolejnych kas po dacie powstania obowiązku ewidencjonowania nie uprawnia podatnika do skorzystania z ustanowionej ulgi (zob. wyrok WSA w Krakowie z 17 lipca 2014 r., sygn. akt I SA/Kr 729/14; wyrok NSA z 26 lutego 2013 r., sygn. akt I FSK 494/12). W świetle powyższego Izba Skarbowa w Poznaniu i WSA w Poznaniu uznały, że nie istnieją podstawy do ponownego odliczenia wydatku na kasę fiskalną, ponieważ w myśl art. 93 § 1 i § 2 Ordynacji podatkowej spółka nie rozpoczynała ewidencjonowania fiskalnego.

Stanowisko takie potwierdził Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 23 listopada 2017 r. (sygn. akt I FSK 279/16), który zwrócił uwagę, że na gruncie art. 111 ust. 4 ustawy o VAT prawo do skorzystania z ulgi ma charakter jednorazowy, odnoszący się do całości dotychczasowej działalności gospodarczej podmiotu chcącego skorzystać z takiego uprawnienia. NSA uznał, że w przypadku przejęcia spółki komandytowej, która otrzymała w przeszłości ulgę na zakup kas, spółka ją przejmująca nie nabywa ponownie prawa do odliczenia. Istotą sukcesji z art. 93 Ordynacji podatkowej jest bowiem takie korzystanie z uprawnień poprzednika, jak gdyby w ogóle nie nastąpiło połączenie spółek przez przejęcie (wyrok NSA z 14 lutego 2014 r., sygn. akt II FSK 536/12).

Rodzaj przekształcenia ma zatem decydujące znaczenie, jeśli chodzi o prawo do ponownego odliczenia wydatków na kasę fiskalną. Nie będzie ono przysługiwało przekształconemu przedsiębiorstwu, jeżeli na gruncie przepisów prawa podatkowego dochodzi do sukcesji uniwersalnej (generalnej). Uprawnienie takie przysługuje natomiast indywidualnemu przedsiębiorcy, który przekształci swoją działalność w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Złotówka zwalnia z rana

We wtorkowy poranek widzimy nieznacznie osłabienie złotówki. Oczywiście nie można już spisywać dzisiejszego dnia na straty, gdyż to dopiero pierwsze godziny handlu. Niemniej jednak odbicie dolara na szerokim rynku może pokrzyżować plany dalszych spadków na parach złotówkowych.

Z samego rana frank szwajcarski wyceniany jest na 3,70 zł. Funt brytyjski kosztuje aktualnie 4,86 zł. Za wspólną walutę zapłacimy 4,31 zł, a za dolara amerykańskiego 3,67 zł.

Nieciekawy kalendarz

Przeglądając dzisiejszą kartę z kalendarza można śmiało stwierdzić, iż na rynkach na dobre zagościł klimat wakacyjny. Nie ma bowiem zaplanowanych na dziś żadnych publikacji, mogących w znaczny sposób wpłynąć na rynki. Co prawda poznamy dane dotyczące bilansu handlu zagranicznego oraz wyniki produkcji przemysłowej w Wielkiej Brytanii, jednakże odczyty te najprawdopodobniej pozostaną bez większego odzewu ze strony inwestorów. Może być to skutkiem weekendowej decyzji brytyjskiego ministra delegowanego do negocjacji brexitowych, który zrezygnował ze swojej funkcji. Do czasu poznania nowej osoby i stylu jej negocjacji najprawdopodobniej publikacje z Wysp nie będą miały aż tak dużego znaczenia dla inwestorów. Dodatkowo w godzinach przedpołudniowych warto jeszcze zwrócić uwagę na naszych zachodnich sąsiadów. Opublikują oni indeks instytutu ZEW, który ukaże obecne nastroje w niemieckiej gospodarce.

Kolejne dni ciekawsze

Następne dni tygodnia zapowiadają się już znacznie ciekawiej jeśli chodzi o odczyty makroekonomiczne. Do końca tygodnia poznamy dynamikę inflacyjną zarówno konsumencką, jak i producencką w Stanach Zjednoczonych. Dodatkowo opublikowany zostanie protokół z posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego, a także poznamy decyzję Banku Kanady odnośnie stóp procentowych.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Kurs funta pod wpływem politycznych zawirowań

Funt ponownie znalazł się w wirze niestabilności politycznej po tym, jak w ślad za rezygnacją sekretarza ds. Brexitu Davida Daivisa tą samą droga poszedł szef MSZ Boris Johnson. Uruchomiło to lawinę spekulacji poddających w wątpliwość możliwości premier May dalszego przewodzenia Torysom. Twardzi Brexitowcy mają jednak ograniczone pole działania, a jeśli Bruksela jest gotowa na kompromisy z Londynem, miękki Brexit staje się coraz bardziej realny.

Wczoraj funt znalazł się w spirali wyprzedaży, kiedy rezygnacja Borisa Johnsona obudziła spekulacje, że frakcja zwolenników twardego Brexitu rozpocznie teraz procedurę odwołania premier May. Do wieczora otrzymaliśmy potwierdzenie, że „pucz” na razie nie jest planowany. Z resztą, pole działa eurosceptyków jest ograniczone. By odwołać premiera, Torysi musieliby zakwestionować jej przywództwo w całej partii. Jakkolwiek potrzeba tylko 48 głosów do uruchomienia procesu, cała procedura głosowania i wyboru nowego lidera może zająć trzy miesiące. W tym czasie negocjacje Brexitu stanęłyby w miejscu, nic nie udałoby się ustalić przed październikowym szczytem UE, a według nowych poprawek do ustawy ws. wyjścia z UE, brak porozumienia do końca października powoduje, że prawo do dalszego prowadzenia negocjacji przejmuje parlament, w którym dominują zwolennicy miękkiego Brexitu i utrzymania Wielkiej Brytanii w unii celnej z UE. Kwestionowanie stabilności rządu także będzie bezowocne, gdyż przyspieszone wybory prawdopodobnie oddadzą władze Partii Pracy (tak wynika z sondaży). Stąd premier May powinna przetrwać powstałą burzę, w miejsce dezerterów już powołała swoich popleczników i teraz kluczowe jest, jaką strategię przyjmie Bruksela. Opór do propozycji przyjętej przez rząd brytyjski w ostatni piątek jest niemal pewny, gdyż May liczy na korzystny dla siebie porozumienia handlowe, ale bez włączania w to swobody przepływu ludzi, podległości pod ETS i wpłat do unijnego budżetu. Mimo to ze wszystkich potencjalnych scenariuszy coraz bliżej jesteśmy miękkiego Brexitu, co w dłuższym horyzoncie jest pozytywne dla funta. Ale wcześniej trzeba poradzić sobie z politycznym sztormem, co gwarantuje podwyższoną zmienność, a dla sporej części rynku ponownie odstrasza do angażowania się w handel GBP.

Reszta rynku FX także nie jest jakoś bardziej pociągająca. Co jeszcze wczoraj rano wyglądało na podsycane trybem risk-on wyprzedawanie USD względem innych walut, dziś straciło swój zapał. Tylko USD/JPY ponad 111 próbuje wyciągnąć dla siebie więcej z rosnącego rynku akcji, ale EUR/USD powrócił pod 1,1750 i zahamowały wzrosty m.in. AUD/USD i NZD/USD. Nadzieje, że obawy o wojny handlowe były tylko złym snem, gdzieś tam są, ale wydaje się zbyt słabe, by przekonać inwestorów do bardziej stanowczego kupowania walut ryzykownych. To w pewnym sensie potwierdza moje przekonanie, że ostatnie odreagowanie strachów o wojny handlowe jest oparte na słabych filarach i bardzo łatwo może zostać zburzone, np. jednym krótkim tweetem.

W zeszłym tygodniu pisałem, że złoty będzie jak Belgia w meczu z Japonia i z fatalnego stanu 0:2 (EUR/PLN 4,41) zdołała odwrócić wynik. Dziś rano byliśmy 10 groszy niżej, choć szczerze muszę przyznać, że sądziłem, że druga połowa meczu potrwa dłużej. Mimo wszystko wahania złotego potwierdzają nieuzasadniony charakter wcześniejszej wyprzedaży, która mogła być podsycana transakcjami zabezpieczającymi inwestorów niechcących uciekać z polskich aktywów (obligacji). Uspokojenie sentymentu zewnętrznego czyni zabezpieczenia niepotrzebnymi i ruch na walucie jest odwrotny. Możliwe też, że wczorajsze umocnienie dodatkowo było napędzane przesiadką inwestorów w regionie z TRY na PLN w obliczu bezprecedensowych zmian dziejących się w Turcji. Zmianie uległo prawo dot. wyboru władz banku centralnego, m.in. skrócenie kadencji obecnego prezesa, zablokowanie jego ponownej kandydatury i zabranie mu prawa rekomendacji wiceprezesów. Od teraz prezydent Erdogan może mianować kogo chce, nie zważając na kompetencje kandydatów. Co więcej ze stanowiska ministra finansów odwołany został dobrze odbierany przez rynek Mehmet Simsek, a jego miejsce zajął zięć Erdogana. W rezultacie lira zanurkowała, a dziś pozostaje na dużej huśtawce. Dalsza wyprzedaż TRY może być czynnikiem wspierającym złotego, choć baczną uwagę trzeba cały czas przywiązywać do sentymentu globalnego. Powrót obaw o wojny handlowe z pewnością nie pozostawi złotego obojętnego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Europejski Fundusz Obronny pobudzi innowacje w zbrojeniówce. Polskie firmy z sektora mogą liczyć na wielomilionowe dofinansowania

Europejski Fundusz Obronny pobudzi innowacje w zbrojeniówce. Polskie firmy z sektora mogą liczyć na wielomilionowe dofinansowania 8

Unijna inicjatywa, powołana do życia w ubiegłym roku, to szansa na wielomilionowe dotacje dla polskich firm, które wezmą udział w projektach rozwijających nowe technologie i innowacje w przemyśle obronnym. Budżet Europejskiego Funduszu Obronnego wynosi 13 mld euro, z czego ponad 4 mld trafi na różnego typu projekty badawcze. – Wyzwaniem będzie taka alokacja tych środków, aby nie budziła kontrowersji politycznych, że niektóre państwa czy firmy europejskie korzystają z tych funduszy w większym stopniu, a inne pozostają na uboczu – mówi dr Beata Winter-Górka, ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego.

Pomysł finansowania projektów w dziedzinie obronności w końcu się w Unii Europejskiej zmaterializował. Przez wiele lat wspólna polityka bezpieczeństwa i obrony – oprócz nielicznych wyjątków, jak mechanizm Athena – właściwie wykluczała wspólnotowość finansowania inicjatyw militarnych. Fakt, że po wielu latach sugestii, negocjacji, blokad stawianych przez różne państwa, ta pula na wspólne inicjatywy wojskowe będzie dostępna, to jest ogromny postęp, który należy docenić i wykorzystać w jak największym stopniu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Beata Górka-Winter, ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego.

Projekt budżetu na lata 2021–2027, przyjęty na początku maja br. przez Komisję Europejską, po raz pierwszy w historii uwzględnia wydatki na zbrojenia i obronność. W następnej siedmiolatce Wspólnota przeznaczy na ten cel w sumie ponad 20 mld euro. Główne zadanie to wzmocnienie pozycji i zdolności obronnych UE, szczególnie w kontekście m.in. zagrożenia ze strony Rosji, Państwa Islamskiego, niestabilnej sytuacji na Bliskim Wschodzie czy rosnącej liczby ataków terrorystycznych i cybernetycznych. Kolejnym czynnikiem jest Brexit, który mocno osłabi zdolności obronne UE.

Największy budżet, w sumie ok. 13 mld euro, otrzyma utworzony w zeszłym roku Europejski Fundusz Obronny, który ma finansować prace badawczo-rozwojowe i nowe technologie w dziedzinie obronności, prowadzone przez europejskie firmy. Utworzenie EDF oznacza zainicjowanie przez UE własnej polityki w przemyśle obronnym.

Wyzwaniem będzie taka alokacja tych środków, aby nie budziła ona kontrowersji politycznych czy biznesowych, że niektóre państwa czy firmy europejskie korzystają z tych funduszy w większym stopniu i są bardziej zaangażowane, a inne pozostają na uboczu. Polskie stanowisko w kwestii redystrybucji środków, między innymi właśnie z Europejskiego Funduszu Obronnego, było od początku klarownie określone – nie możemy dopuszczać do sytuacji, w której beneficjentami tych środków są wyłącznie największe i najzamożniejsze, ale też najbardziej konkurencyjne państwa i firmy zbrojeniowe. Wydaje się, że ten postulat został usłyszany, ale na jego realizację będziemy musieli poczekać, a także wykazać dużo własnej inicjatywy w procesie pozyskiwania tych funduszy – mówi dr Beata Górka-Winter.

EDF zapewni 4,1 mld euro głównie w formie dotacji na bezpośrednie finansowanie projektów badawczych. Na działania realizowane po zakończeniu fazy badań przeznaczone zostanie blisko 9 mld euro. To m.in. inwestycje krajów UE w opracowywanie prototypów, testowanie i certyfikację rozwiązań. Dzięki temu funduszowi UE stanie się jednym z czterech największych inwestorów w dziedzinie technologii obronnych.

Polskie firmy z sektora, które wezmą udział w projektach współfinansowanych przez EDF, mogą liczyć na wielomilionowe wsparcie. Polska Grupa Zbrojeniowa już w styczniu informowała, że wraz z czterdziestoma innymi europejskimi podmiotami będzie uczestniczyć w programie OCEAN 2020, jest to jeden z pierwszych wojskowych projektów badawczych finansowanych ze środków EDF. Jego celem jest rozbudowa potencjału bezzałogowych statków powietrznych i platform nawodnych oraz podwodnych w rozpoznaniu i nadzorze akwenów morskich.

Utworzenie EDF to jedna z inicjatyw mających wzmocnić wzmocnienia zdolności obronnych. Inną jest PESCO (Permanent Structured Cooperation), czyli stała współpraca strukturalna, która nie obejmuje tylko Wielkiej Brytanii (wychodzi z UE w 2019), Malty i Danii. W grudniu ubiegłego roku Rada Unii Europejskiej zgodziła się na uruchomienie tego mechanizmu przez dwadzieścia pięć spośród dwudziestu ośmiu członków UE. Polska notyfikowała przystąpienie do stałej współpracy strukturalnej, jednak polski rząd miał zastrzeżenia i obawy, czy nie zaszkodzi to naszym relacjom w ramach NATO.

– Od bardzo wielu lat  UE i NATO prowadziły dialog na temat możliwych form współpracy, jednak postęp w tej dziedzinie był dość powolny. Od niedawna ten impas jest już szczęśliwie zażegnany, mamy coraz lepszą współpracę w obszarze definiowania zagrożeń, proponowania pewnych rozwiązań. W tej chwili jest już kilkadziesiąt obszarów, w ramach których obydwie organizacje zadeklarowały swoją współpracę. Jeśli przyjrzymy się strategiom bezpieczeństwa czy dokumentom programowym, w których obie organizacje formułują swoje założenia, to widać coraz mniejsze rozbieżności i coraz większą wolę współpracy po obydwu stronach – mówi dr Beata Górka-Winter.

Jak wynika z danych Eurostatu, w 2016 roku kraje Unii Europejskiej wydały na obronność łącznie blisko 200 mld euro. Najwięcej Wielka Brytania (47 mld euro), Francja (40 mld) oraz Niemcy (30 mld). Wielka trójka odpowiada za dwie trzecie sumarycznych europejskich wydatków na ten cel. Polska znalazła się na siódmym miejscu (6,8 mld euro).

Polscy producenci drobiu walczą z rosnącym problemem salmonelli. Liczba zachorowań rośnie od dwóch lat

Polscy producenci drobiu walczą z rosnącym problemem salmonelli. Liczba zachorowań rośnie od dwóch lat 9

Zachorowania na salmonellozę stanowią coraz poważniejszy problem – ich liczba od dwóch lat systematycznie rośnie, przekraczając 10 tys. przypadków rocznie. Jednym z głównych źródeł zakażeń są jaja i drób, w którego produkcji Polska zajmuje pierwsze miejsce w UE. Budżet państwa traci co roku duże sumy na pokrywanie strat poniesionych przez producentów drobiu z powodu salmonelloz. Od kilku miesięcy obowiązują nowe zasady krajowego programu zwalczania salmonelloz, które kładą większy nacisk na profilaktykę, bioasekurację i skuteczną eliminację bakterii u źródła, przerzucając większą odpowiedzialność na hodowców.

W 2017 roku produkcja mięsa drobiowego w Polsce mogła wynieść ok. 3 mln ton, co przekłada się na pierwsze miejsce w UE oraz ósme na świecie. Polska jest również jednym z największych eksporterów mięsa drobiowego (czwarte miejsce na świecie) oraz jaj (szóste miejsce). Jednak – podobnie jak wszystkie inne kraje produkujące drób – walczy z zakażeniami wywołanymi bakteriami salmonella. Są one naturalną częścią mikrobiomu jelitowego drobiu, którego równowaga może zostać zachwiana przez różne czynniki (spadek odporności, leczenie, presja środowiska) i stać się zagrożeniem dla zdrowia zwierząt oraz ludzi. W ubiegłym roku w europejskim systemie RASFF pojawiły się aż 64 ostrzeżenia o salmonellozach wykrytych w jajach konsumpcyjnych i mięsie drobiowym z Polski, co stanowiło prawie połowę (48 proc.) wszystkich zeszłorocznych alertów.

 Salmonella spośród mnóstwa bakterii wydaje się najbardziej istotna z punktu widzenia zagrożenia dla zdrowia. Jest to najbardziej powszechnie występujące zakażenie bakteryjne wśród ludzi. Są jeszcze inne zakażenia bakteryjne, ale nie występują tak masowo. Zagrożenia ze strony salmonelli generalnie ograniczają się do chorób układu pokarmowego, ale obserwuje się w tej chwili coraz więcej zakażeń, które przenikają przez sferę jelitową i doprowadzają do form chorobowych zagrażających życiu. Notuje się nawet przypadki śmierci, co prawda pojedyncze, spowodowane zatruciami bakterią salmonella – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Franczak, dyrektor ds. komercyjnych Proteon Pharmaceuticals, autora Białej Księgi ws. sytuacji w branży drobiarskiej związanej z zachorowaniami na salmonellozy.

Salmonella jest w tej chwili drugim pod względem częstości występowania patogenem bakteryjnym odpowiedzialnym za zakażenia przewodu pokarmowego u ludzi. W 2016 roku na terenie UE miało miejsce 128 zgonów spowodowanych zakażeniem tą bakterią. Według danych Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) od 2015 roku na terenie Unii Europejskiej obserwuje się tendencję wzrostową salmonelloz.

 Zagrożenie ze strony salmonelli wynika z globalnego, narastającego zjawiska antybiotykoodporności. Salmonella w swojej populacji ponad 60 proc. bakterii jest oporna na dostępne antybiotyki. Stąd istnieje prawny zakaz stosowania antybiotyków w leczeniu salmonelli, bo z jednej strony takie leczenie nie przynosi pozytywnego skutku, a z drugiej – zwiększa antybiotykoodporność. Jeżeli nie zostaną podjęte żadne odpowiednie działania ograniczające występowanie salmonelli, skala tego zjawiska będzie narastać. Przypadki zachorowań będą coraz częstsze i coraz trudniej będzie je wyleczyć. Jest to jeden z pilnych problemów dla zdrowia publicznego, którym należy się tym zająć – podkreśla Stanisław Franczak.

Tradycyjne metody walki z salmonellozą, w tym stosowanie antybiotyków, są ściśle regulowane przez Unię Europejską. Również konsumenci, coraz bardziej świadomi, domagają się zmniejszenia użycia antybiotyków w hodowli zwierząt. Choć oficjalnie istnieje zakaz używania antybiotyków w walce z bakteriami salmonella, wciąż odnotowuje się nowe przypadki antybiotykoopornych szczepów zarówno u zwierząt, jak i u ludzi.

Od początku tego roku w Polsce obowiązują nowe zasady krajowego programu zwalczania salmonelloz. Ich celem jest przede wszystkim poprawa standardów sanitarnych produkowanej żywności. Wynika to z epidemiologii – liczba zachorowań na salmonellę w Polsce rośnie, a według danych Państwowego Zakładu Higieny w ostatnich dwóch lat przekraczała ona 10 tys. przypadków rocznie.

– To bardzo duży wzrost w stosunku do wcześniejszych lat, kiedy liczba zachorowań była na poziomie 6–7 tys. rocznie. Trzeba podkreślić, że nie wszystkie zachorowania są odnotowane przez system. Można przypuszczać, posługując się danymi amerykańskimi, że realny problem może dotyczyć dwukrotnie większej liczby zachorowań – podkreśla Stanisław Franczak.

Konsumenci są narażeni na salmonellozę poprzez konsumpcję produktów pochodzenia zwierzęcego: jajek, mleka czy mięsa.

– Drugim źródłem zakażeń mogą być produkty pochodzenia roślinnego, jak sałata czy orzeszki ziemne – statystycznie jest to pół na pół zachorowań. Dla własnego bezpieczeństwa konsumenci powinni stosować domowe środki bioasekuracji, czyli myć te produkty, obrabiać termicznie i przede wszystkim kupować z bezpiecznych źródeł, gdzie prowadzona jest urzędowa kontrola salmonelli ­– radzi ekspert Proteon Pharmaceuticals.

Jak podkreśla, starty w gospodarce powodowane przez salmonellozy są liczone nawet w setkach milionów złotych. Są to zarówno koszty po stronie systemu służby zdrowia, koszty społeczne, jak i te ponoszone przez hodowców i producentów.

– Koszt leczenia jednego pacjenta w Polsce szacuje się na około 2 tys. zł. Z drugiej strony, nie szacuje się strat niezwiązanych z leczeniem, czyli absencji w pracy i innych strat ekonomicznych. Dla porównania w USA wyliczono, że gospodarka amerykańska traci rocznie ponad 2,5 mld dol. z tytułu zakażeń bakteriami salmonella – mówi Stanisław Franczak.

W 2016 roku w związku z wykrytymi w hodowlach bakteriami salmonella polscy hodowcy otrzymali z budżetu państwa odszkodowania w wysokości blisko 10 mln zł brutto dla kur hodowlanych oraz ponad 30 mln zł brutto dla kur niosek.

– Salmonellozy powodują istotne straty w rolnictwie, w hodowli zwierząt z tytułu obniżonej jakości artykułów spożywczych. Z drugiej strony powodują też bardzo duże straty ekonomiczne w produkcji. Wzrasta spożycie paszy powodowane biegunkami i wzrasta śmiertelność powodowana śmiertelnymi formami salmonelloz. Kolejnym elementem są straty po stronie budżetu państwa, który wydaje około 100 mln zł na program zwalczania salmonelli i odszkodowania, które musiał wypłacić farmerom za straty. Co istotne, bez większego pozytywnego wpływu, ponieważ notowana liczba salmonelloz od kilku lat rośnie. Dlatego wydaje się, że te pieniądze nie są najlepiej wydawane – ocenia Stanisław Franczak.

Obowiązujące od stycznia nowe zasady krajowego programu zwalczania salmonelloz kładą większy nacisk na profilaktykę, bioasekurację i skuteczną eliminację bakterii salmonella u źródła. Główna odpowiedzialność w całym łańcuchu dostaw żywności została przeniesiona na hodowców, co z kolei wymaga od nich większych niż do tej pory nakładów finansowych. Producenci, którzy nie zastosują skutecznych (innych niż antybiotyki) form walki z bakteriami salmonella i odpowiednio dobranych programów kontroli salmonelloz w stadach, muszą się liczyć z kosztami. Pomimo początkowych kosztów w dłuższej perspektywie przełoży się to na pozytywne efekty ekonomiczne, m.in. dzięki ograniczeniu strat w produkcji.

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii wspiera inwestycje w sektorze farmaceutycznym. Wspólnie z branżą chce zmieniać system refundacji

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii wspiera inwestycje w sektorze farmaceutycznym. Wspólnie z branżą chce zmieniać system refundacji 10

Wsparcie biotechnologii i rozwoju branży farmaceutycznej to priorytety Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, bo to napędza innowacyjność gospodarki – podkreśla minister Jadwiga Emilewicz. Temu służyć ma m.in. ogłoszony program akceleracyjny i zamiar uruchomienia hubu biotechnologicznego. W planach jest także zmiana systemu refundacji.

– Zdajemy sobie sprawę z tego, że biotechnologia i produkcja nowych leków jest tym, co przynosi dziś największe zyski do budżetów wielu państw na świecie. To jest też napęd machiny, o której ciągle mówimy, czyli innowacyjności. To, co udało się zrobić przez ostatnie dwa lata, to przede wszystkim zanalizować potencjał tej branży, gdzie jesteśmy w zakresie produkcji leków generycznych, a z drugiej strony, czy jesteśmy w stanie rozwijać nowe komórki i formuły, które zaspokajają najbardziej wyszukane potrzeby – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

Jak podkreśla, polski rynek to podatny grunt dla inwestycji firm farmaceutycznych, a wsparcie dla biotechnologii jest jednym z rządowych priorytetów.

– Kilka tygodni temu ogłosiliśmy konkurs na program akceleracyjny dla branży biotechnologicznej, dzięki czemu wiele spółek będzie mogło rozwijać innowacyjne produkty. Chcielibyśmy uruchomić coś, co nazywamy hubem biotechnologicznym. Mamy nadzieję dokończyć ten projekt w tym roku. Uruchomiliśmy fundusz biotechnologiczny w BGK, a dodatkowo w PFR został powołany fundusz Life Science, który już zainwestował w dwie spółki biotechnologiczne, a kolejne są w trakcie oceny. Z drugiej strony mamy projekt realizowany wspólnie przez Roche i Centrum Onkologii w Warszawie. Kolejne tego typu inwestycje globalnych liderów świata farmaceutycznego są planowane w najbliższym czasie w Polsce – wylicza minister Jadwiga Emilewicz.

Jedną z palących kwestii w polskim systemie ochrony zdrowia jest zwiększenie dostępności nowych leków i terapii dla polskich pacjentów.

– Staramy się przemodelować budżet refundacyjny. Przypominam, że w Polsce produkujemy 50 proc. leków zaspokajających nasze potrzeby zdrowotne, a płacimy za to 27 proc. całej naszej refundacji. Chcielibyśmy tę politykę refundacyjną nieco zmienić wspólnie z branżą farmaceutyczną – mówi Jadwiga Emilewicz.

Przyspieszenie procesów refundacji jest jednym z postulatów zawartych w dokumencie „15 Tez dla Zdrowia” stworzonym przez Radę Ekspertów think-tanku Medycznej Racji Stanu. Jest wśród nich także propozycja utworzenia Funduszu na rzecz Walki z Rakiem oraz odrębnego Funduszu na rzecz Chorób Rzadkich i Ultrarzadkich. Na takie schorzenia w Polsce cierpi około 6 proc. społeczeństwa, czyli nawet trzy miliony osób.

– Sytuacja, w której ktoś żyje w nowoczesnym społeczeństwie opartym na humanitarnych zasadach, gdzie wszystkie osoby publiczne, politycy i dziennikarze, codziennie się do tych zasad odwołują, ale państwa nie stać na jego leczenie, to wielka hańba społeczna – podkreśla dr Paweł Kowal, ekspert Instytutu Studiów Politycznych PAN, były wiceminister spraw zagranicznych.

Jednym z głównych postulatów jest przyjęcie zasady zdrowie w polityce. Jak dotąd służba zdrowia nie była priorytetem żadnej z ekip rządzących po 1989 roku, ta tematyka nie pojawia się nawet w trakcie wyborów prezydenckich czy parlamentarnych. Eksperci proponują, żeby zapisać w regulaminie Sejmu zasadę corocznego exposé premiera, poświęconego kwestiom szeroko rozumianej polityki społecznej i służby zdrowia, wygłaszanego 11 lutego w Światowym Dniu Chorego.

– Pomysł jest taki, żeby coraz szersze kręgi interesowały się problemami reformy służby zdrowia – brzmi nudno, a dotyczy nas wszystkich. Wierzymy, że w trakcie wyborów można mówić o służbie zdrowia, o ochronie zdrowia, o tym, jak ją zmienić, jak zapewnić ludziom dostęp do szpitala, wiedzę o możliwościach leczenia, jak dać im podstawowe poczucie bezpieczeństwa – mówi dr Paweł Kowal.

Według ekspertów dobrym pomysłem jest przeprowadzenie ogólnopolskiego referendum, poprzedzonego dyskusją o najważniejszych problemach w służbie zdrowia. Polaków należałoby zapytać m.in. o to, jak wydatkować środki publiczne przeznaczane na zdrowie i czy zgadzają się na dobrowolne ubezpieczenia komplementarne albo pokrywanie części kosztów za określone świadczenia. Po referendum powinna zostać podpisana umowa społeczna – pod patronatem Prezydenta RP – z udziałem wszystkich znaczących sił politycznych zobowiązująca kolejne rządy do kontynuowania reform w służbie zdrowia.

– Od dawna kołacze się pomysł na to, aby pewne rozwiązania w zakresie ochrony zdrowia zaproponować jako europejskie, podobnie jak kiedyś powstała Unia Bankowa czy Unia Energetyczna, która opierała się o struktury Unii Europejskiej i proponowała rozwiązania ponadpaństwowe. To byłby ruch odświeżający naszą aktywność wewnątrz UE – mówi dr Paweł Kowal.

Jedną z propozycji jest stworzenie solidarnościowej, europejskiej listy leków dla całej UE i zrównanie dostępu do leków refundowanych. Założenia EUZ (oparte o doświadczenia takich rozwiązań jak np. Europejska Unia Energetyczna) mogłyby się stać częścią budowania polskiej koalicji wewnątrz Wspólnoty.

– Ochrona zdrowia to element bezpieczeństwa narodowego. Nie można mówić o bezpieczeństwie tylko w kategoriach zamówień na czołgi, samoloty i okręty, ale również w kategoriach tego, jak zmniejszyć kolejki do lekarza, jak zapewnić wszystkim chorym na raka możliwość szybkiej, taniej i skutecznej terapii. To jest możliwe – są państwa rozwinięte, które lepiej się zorganizowały, mają dobre wzorce i trzeba zacząć myśleć nad tym, jak je wprowadzić w Polsce, uwzględniając naszą specyfikę i możliwości budżetowe – mówi dr Paweł Kowal.

Wśród pozostałych propozycji think-tanku Medyczna Racja Stanu znalazły się m.in. postulaty wsparcia systemowego dla osób walczących z nadwagą i otyłością, propagowanie wiedzy na temat zapobiegania chorobom cywilizacyjnym, wsparcie dla POZ i opieki środowiskowej, wprowadzenie równości podmiotów leczniczych wobec płatnika (NFZ), umożliwienie pozabudżetowego dopływu środków finansowych na ochroną zdrowia i zrównanie składek wszystkich grup społecznych, znowelizowanie koszyka świadczeń gwarantowanych oraz skrócenie czasu oczekiwania na refundację leków i realizację programów lekowych.

W najbliższych miesiącach „Tezy dla Zdrowia” zostaną poddane konsultacjom i przedstawione zainteresowanym resortom. Równolegle toczy się zainicjowana przez Ministerstwo Zdrowia debata, która ma potrwać do wiosny 2019 roku i wyznaczyć kierunek reform w służbie zdrowia na kolejnych 15–30 lat.

Mobilne urządzenia medyczne są coraz bardziej zaawansowane. Przenośny analizator ciała zmierzy m.in. tkankę tłuszczową i masę mięśniową

Mobilne urządzenia medyczne są coraz bardziej zaawansowane. Przenośny analizator ciała zmierzy m.in. tkankę tłuszczową i masę mięśniową 11

Coraz więcej inteligentnych rozwiązań wspiera osoby aktywne fizycznie. Urządzenia noszone na ciele lub w kieszeni pozwalają monitorować stan organizmu, informując np. o składzie wydychanego powietrza, tętnie czy saturacji. Nowością jest przenośny analizator tkanki tłuszczowej, który błyskawicznie zmierzy poziom tkanki tłuszczowej, masy mięśniowej, a nawet określi typ metaboliczny. Mobilne urządzenia medyczne są coraz bardziej zaawansowane. Potrafią już mierzyć jakość wydychanego powietrza, a nawet wykrywać wczesne objawy raka czy Parkinsona.

– Opracowaliśmy przenośny analizator tkanki tłuszczowej o nazwie One SmartDiet. Potrafi on mierzyć skład ciała, czyli tkankę tłuszczową, masę mięśniową, podstawową przemianę materii i wskaźnik masy ciała.  Posiada też czujnik aktywności, więc użytkownik może sprawdzać powyższe informacje w zakładkach, gdy np. urządzenie znajduje się w kieszeni – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Seungmin Yoo z koreańskiej firmy OneSoftDigm.

Mobilny analizator zbiera dane o kondycji ciała za pomocą czterech elektrod. Według producenta, urządzenie podaje wyniki z dokładnością nawet 98,8 proc. Zmierzy w procentach i kilogramach poziom tkanki tłuszczowej, a w kilogramach poziom masy mięśniowej. Obliczy także BMI i dzienne zapotrzebowanie na kalorie. Za opracowanie danych z czujników odpowiedzialne są autorskie algorytmy stworzone przez producenta.

– Wyciągając ramiona i trzymając analizator przed sobą będziemy mogli zważyć górne partie ciała, a aplikacja wyświetli wynik pomiaru. Wykorzystujemy technologię analizy impedancji bioelektrycznej, dzięki czemu urządzenie analizuje dane o impedancji w organizmie, a aplikacja wyświetla wynik bazujący na naszym własnym algorytmie, którego opracowanie zajęło nam cztery lata – tłumaczy Seungmin Yoo.

Trwają prace nad kolejną generacją urządzenia, które będzie wyposażone dodatkowo w pulsometr, czujnik stresu oraz termometr mierzący temperaturę skóry. Producent planuje również opracować kompleksowy system wsparcia, dzięki któremu użytkownicy zyskają dostęp do jeszcze bardziej zaawansowanych funkcji i analiz.

– Pracujemy nad platformą i funkcjonalnościami, dzięki którym użytkownicy będą mogli wysyłać dane do serwera w chmurze, a my, w oparciu o silnik big data, będziemy je analizować, a następnie przesyłać użytkownikowi porady dotyczące jego zdrowia – zapowiada ekspert.

Rynek medycznych urządzeń wearables rozwija się bardzo dynamicznie. To już nie tylko opaski mierzące puls, czy inteligentne zegarki z zaawansowanymi czujnikami mierzącymi np. puls. Do końca 2018 roku na rynku ma się pojawić system VitaScale. Składa się on z dwóch elementów – systemu słuchawek z czujnikami analizującymi skład wydychanego powietrza oraz analizującej te dane aplikacji mobilnej. Na podstawie zebranych informacji użytkownik dowie się ile spala tłuszczu i węglowodanów.

Na rynku dostępne są również bardziej zaawansowane mobilne rozwiązania, pozwalające nawet na wykrycie raka, czy Parkinsona. Jedno z nich opracowali naukowcy z Izraelskiego Instytutu Technologii. Działający również w oparciu o analizę wydychanego powietrza analizator jest w stanie wykryć markery ośmiu nowotworów, a w sumie może przyczynić się do zdiagnozowania siedemnastu różnych chorób, w tym między innymi choroby Parkinsona.

Według analityków marketsandMarkets rynek medycznych urządzeń wearables do 2022 roku osiągnie wartość 14,5 mld dolarów.

Sztuczna inteligencja na sieciowych serwerach ułatwi pracę m.in. lekarzy. Specjalny pakiet oprogramowania ułatwi jej wdrażanie w firmach i instytucjach

Sztuczna inteligencja na sieciowych serwerach ułatwi pracę m.in. lekarzy. Specjalny pakiet oprogramowania ułatwi jej wdrażanie w firmach i instytucjach 12

Rozwijanie i wdrażanie technologii sztucznej inteligencji to jeden z głównych trendów w IT. Ponad połowa organizacji na świecie jest na etapie gromadzenia informacji, które pozwolą im na stworzenie własnych strategii wdrażania rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji. Dla firm, które planują takie wdrożenia, problemem są kwestie kosztów i logistyki. Pakiet oprogramowania przeznaczony do obsługi sztucznej inteligencji może zrewolucjonizować proces wdrażania nowych rozwiązań. W pierwszej kolejności skorzysta z niego medycyna.

– QuAI to pakiet oprogramowania działający na serwerach NAS (Network Attached Storage – przyp.red.), przeznaczony do obsługi sztucznej inteligencji. Oferujemy oprogramowanie dla deweloperów, aby mogli wdrażać swoje rozwiązania sztucznej inteligencji bez względu na to, do czego chcą ją wykorzystać – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Mathias Fürlinger z firmy QNAP Systems.

Raport Gartnera „Top 10 Strategic Technology Trends for 2018” wskazuje sztuczną inteligencję jako jedną z czołowych technologii 2018 roku. Wciąż jednak aż 59 proc. organizacji jest dopiero na etapie gromadzenia informacji, które pozwolą im na stworzenie własnych strategii wdrażania rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji. Pozostałe testują lub faktycznie stosują takie technologie. Problemem przy wdrożeniu są koszty i logistyka – przede wszystkim wyposażenie w sprzęt z odpowiednią mocą obliczeniową.

– Serwery NAS z technologią GPU passthrough pozwalają instalować dodatkowe karty graficzne. Mamy więc system działający na serwerze QNAP, który charakteryzuje się znaczną modularnością. Poprzez centrum aplikacji można dodać nasze oprogramowanie, a w nim możemy zaprogramować i zainstalować kod oprogramowania do sztucznej inteligencji, którą można wykorzystać np. w służbie zdrowia – tłumaczy Mathias Fürlinger.

W serwerach NAS można zainstalować oddzielną kartę graficzną, a specjalna aplikacja umożliwia podłączenie jej do maszyny wirtualnej, która w ten sposób zwiększy moc obliczeniową systemu, niezbędną do korzystania ze sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Zainstalowany na serwerze pakiet oprogramowania QuAI pozwala zaś programistom na optymalizowanie modeli sztucznej inteligencji, które zostały uruchomione na serwerze. Pierwsze wdrożenia pakietu wykorzystywane są w medycynie.

– Gdy lekarz musi przefiltrować tysiące zdjęć rentgenowskich, aby znaleźć niewielką plamkę wskazującą na potencjalną chorobę u pacjenta, pomóc może sztuczna inteligencja, automatycznie filtrując obrazy, ucząc się przy tym bazy danych, aby czynność ta była wykonywana w tle – przekonuje Mathias Furlinger.

Prawdopodobnie już ok. 2040 roku sztuczna inteligencja dorówna ludzkim możliwościom, a roboty coraz częściej zastępują człowieka, przede wszystkim w produkcji i przemyśle. Badania Oxford Martin School wskazują, że w konsekwencji postępu technologicznego w ciągu 10–20 lat niemal połowa wszystkich amerykańskich zawodów może zostać skomputeryzowana.

– Sztuczna inteligencja może wykonywać o wiele sprawniej wszystkie czynności, które wymagają znacznych nakładów pracy manualnej, w tym czasochłonne prace, takie jak porównywanie danych z bazą danych – wskazuje ekspert.

Według raportu „Artificial Intelligence Technologies 2018” wartość rynku technologii sztucznej inteligencji ma wzrosnąć z 2,4 mld dol. w 2017 roku do 59 mld dolarów w 2025 roku.

Przybywa fanów żeglowania. Inwestycje w jachty na wynajem zyskują na popularności

Przybywa fanów żeglowania. Inwestycje w jachty na wynajem zyskują na popularności 13

Relaks pod żaglami staje się coraz bardziej popularną aktywnością. Ponad pół miliona Polaków uprawia żeglarstwo sportowo, a 1,3 miliona ma uprawnienia do kierowania łodzią. Ze względu na koszty tylko niewielki odsetek ma własną jednostkę pływającą. Choć używaną żaglówkę można kupić już za kilka tysięcy złotych, motorowe jednostki pełnomorskie to koszt kilkuset tysięcy. Dlatego coraz częściej decydujemy się na czarter. To szansa dla inwestorów. Zwrot z inwestycji w jacht może wynieść od kilku do nawet 16 proc.

– Polacy coraz więcej podróżują, coraz częściej wybierają destynacje bardziej odległe od Polski i decydują się na różne formy wypoczynku, również żeglarstwo – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Zięba, menadżer ds. kluczowych partnerów w mFinanse, przedstawiciel Związku Firm Pośrednictwa Finansowego. – To sport uprawiany przez ludzi, którzy nawet nie mają patentu. Można wynająć łódź ze sternikiem i popłynąć w dłuższy czy krótszy termin, nie znając się zupełnie na żeglarstwie.

Z raportu „Polski rynek żeglarski” wynika, że ponad pięć milionów Polaków co najmniej raz na kilka lat uczestniczy w rejsach jako rekreacyjna, bierna załoga. W sumie aż 70 proc. Polaków miało w życiu większą lub mniejszą styczność z żeglarstwem. Liczbę osób, które biorą udział w zawodach lub uprawiają ten sport profesjonalnie, szacuje się na ponad pół miliona. Na własną łódź lub jacht stać jednak nielicznych. Dlatego łodzie są coraz chętniej czarterowane. To zaś okazja dla tych, którzy szukają ciekawych możliwości inwestycyjnych.

– Inwestycja w jacht jest dobrym pomysłem, dlatego że Polacy coraz chętnie podróżują. Pływamy i na Bałtyku, i na Morzu Śródziemnym. Jest wielu Polaków, którzy żeglują, część osób zastanawia się więc nad tym, czy nie warto na tym zarobić – wskazuje Leszek Zięba.

Za wynajem łodzi trzeba zapłacić od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Wszystko zależy od rodzaju łodzi, wielkości i wyposażenia. Przy wynajmie jachtu powyżej 7,5 metra konieczne jest posiadanie specjalnych uprawnień. Jeśli takich nie mamy, można wypożyczyć łódź razem z opieką skipera. Wówczas koszty rosną.

Nie brakuje osób, które decydują się na zakup jachtu z myślą o inwestycji. Zwłaszcza że może przynieść znacznie większe zyski niż np. najem mieszkania. Z analizy Róży Wiatrów wynika, że np. z jednostki o wartości 150 tys. zł właściciel może uzyskać około 25 tys. zł rocznie przychodu z samych tylko czarterów krajowych. Zwroty z inwestycji sięgają od 5 proc. do nawet kilkunastu procent.

– Jeśli nie mamy własnych środków, warto pomyśleć nad kredytem bądź leasingiem. Jeśli mamy działalność gospodarczą i chcemy czerpać z tego korzyści jako firma, to leasing bądź kredyt inwestycyjny będzie dobrym pomysłem. Osoby fizyczne, które chcą skorzystać z tego typu inwestycji, powinny zastanowić się nad kredytem gotówkowym – mówi ekspert ZFPF.

Używaną żaglówkę można mieć już za kilka tysięcy złotych. Większe jednostki to już koszt kilkuset tysięcy złotych i więcej. Do tego dochodzą dodatkowe wydatki, m.in. koszt utrzymania, remontów czy opłaty portowe.

– Koszty takiej inwestycji to przede wszystkim zakup samego jachtu czy łodzi motorowej, bo w przypadku pełnomorskich, dużych łodzi motorowych koszty idą już w setki tysięcy. Im nowsza łódź, im bardziej bogato wyposażona, tym koszty będą wyższe. Oprócz tego musimy się liczyć z kosztami całorocznego utrzymania takiej jednostki, a jeśli pływamy nie tylko w Polsce, to także z kosztami cumowania w portach, względnie dodatkowymi kosztami wynikającymi z przeliczeń walutowych – wymienia Zięba.

Na rynku jest coraz więcej firm specjalizujących się w wynajmie łodzi, nie brakuje też prywatnych inwestorów, którzy albo korzystają z pomocy specjalistów, albo sami zajmują się najmem łodzi.

– Wyspecjalizowane firmy, które pomogą nam znaleźć wynajmujących, pomogą też ustalić grafik, który zapewni nam maksymalne korzyści z tej inwestycji – zaznacza Zięba.

Ekspert radzi, by przed podjęciem decyzji opracować biznesplan, określić ryzyko i potencjalny zysk. Warto też pamiętać o tym, że koszty inwestycji może zwrócić nie tylko czarter łodzi, lecz także np. sprzedaż powierzchni reklamowej.

Specjalny plecak stworzy trójwymiarowy obraz otoczenia za pomocą lasera. Technologia sprawdzi się wśród architektów, a także w autonomicznych pojazdach

Specjalny plecak stworzy trójwymiarowy obraz otoczenia za pomocą lasera. Technologia sprawdzi się wśród architektów, a także w autonomicznych pojazdach 14

Systemy trójwymiarowego obrazowania przestrzeni w ciągu ostatnich kilku lat znacząco ewoluowały. Dzięki upowszechnieniu się rozwiązań inteligentnych w branży motoryzacyjnej udało się je zminiaturyzować do tego stopnia, że z powodzeniem zmieszczą się w niewielkim plecaku. Takie rozwiązanie umożliwi zeskanowanie trudno dostępnych miejsc oraz spopularyzuje tę technologię wśród geodetów, architektów czy firm budowlanych. W niektórych przypadkach dobrze zobrazowany przestrzennie teren może ratować życie.

Leica Pegasus to przenośna platforma do skanowania zamknięta w obudowie z włókna węglowego. Plecak łączy pięć kamer oferujących w pełni skalibrowany widok 360 stopni oraz dwa profilery LiDAR. Synchronizuje obrazy i chmury punktów, dostarczając pełną dokumentację budynków podczas całego cyklu ich użytkowania.

– Plecak Pegasus to mobilna platforma pomiarowa umożliwiająca mobilną rejestrację otoczenia użytkownika. Urządzenie wyposażono w pięć kamer rejestrujących obraz w zakresie 180 stopni, a także dwa skanery LIDAR Velodyne, skanujące przestrzeń z częstotliwością 600 tys. punktów na sekundę. Dzięki technologiom GPS i IMU nakreślamy trajektorię, w oparciu o którą nakładamy trójwymiarową chmurę punktów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Viktor Milev z Leica Geosystems.

Z technologii lidarowej, czyli laserowego pomiaru odległości, najczęściej korzystają policjanci do pomiaru prędkości kontrolowanych pojazdów. Jednak coraz częściej wykorzystuje się ją także do obrazowania trójwymiarowej przestrzeni w branży motoryzacyjnej. Sięgnął po nią m.in. Elon Musk podczas projektowania inteligentnych samochodów. Lidar jest jednym z najważniejszych elementów systemu rozpoznawania obiektów w trójwymiarowej przestrzeni, dzięki któremu pojazdy Tesli potrafią rozpoznawać pasy ruchu, innych uczestników ruchu drogowego czy pieszych, którzy bez uprzedzenia wtargną na jezdnię.

Technologia laserowego obrazowania terenu ma jednak znacznie szersze zastosowanie – z lidarowych map lotniczych korzysta się m.in. przy prowadzeniu badań geomorfologicznych. Mobilne obrazowanie terenu w 3D znajdzie również zastosowanie przy mapowaniu planów i tras ewakuacji. Osoby reagujące na klęski żywiołowe mogą pieszo pozyskiwać dane 3D o katastrofie. Krótsze czasy reakcji mogą się przełożyć na ochronę życia i minimalizację szkód.

– Plecak przeznaczony jest przede wszystkim dla ekip geodezyjnych, firm budowlanych i biur architektonicznych do sporządzania dokumentacji obiektów lub budynków, jak również do pomiarów w tunelach i miejscach, gdzie korzystanie z GNSS nie jest możliwe. W razie niedostępności GNSS, Pegasus pozwala też na georeferencjonowanie chmury punktów – dodaje rozmówca.

Wraz z rozwojem branży autonomicznych pojazdów zainteresowanie obrazowaniem laserowym będzie rosło. Projektanci Volvo otwarcie przyznali, że nie wyobrażają sobie tworzenia inteligentnych samochodów bez wykorzystania lidarów. Podobnego zdania są naukowcy z instytutu Leti, którzy planują rozwijać technologię lidarową z francuskim przewoźnikiem Transdev, aby umożliwić wprowadzenie na rynek autonomicznych pojazdów transportu publicznego.

– To bardzo przyszłościowa technologia, która znajdzie zastosowanie w pojazdach samojezdnych, gdzie rejestrowanie całego otoczenia tak, aby samochód rozpoznawał poszczególne obiekty, stanowi duże wyzwanie. Poza tym może się ona przydać do tworzenia dokumentacji wszelkich budynków i budowli, pozwalając na tworzenie trójwymiarowych modeli – podsumowuje Viktor Milev.

Szacuje się, że rynek technologii obrazowania laserowego dla urządzeń autonomicznych osiągnie w 2026 roku wartość 2 mld dol. Według raportu Transparency Market Research średnioroczny wskaźnik wzrostu w tym okresie przekroczy 35 proc.

Polska w unijnej czołówce pod względem liczby reklam alkoholu w telewizji. Przekładają się one na zachowanie młodych ludzi

Polska w unijnej czołówce pod względem liczby reklam alkoholu w telewizji. Przekładają się one na zachowanie młodych ludzi 15

Liczba reklam piwa w Polsce znacznie przekracza średnią europejską. W ciągu 10 miesięcy 2017 roku przekroczyła 780 tys.,  a w ciągu 16 lat – blisko 4 mln. Rośnie też czas antenowy przeznaczany na reklamy piwa zarówno w telewizji publicznej, jak i prywatnej. Te wzrosty przekładają się na większe spożycie złotego trunku, szczególnie wśród młodzieży – podkreśla dyrektor Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Dlatego jego zdaniem reklamy piwa należałoby wyeliminować w ogóle z życia publicznego, zarówno z tradycyjnych mediów, jak i mediów społecznościowych.

Nowelizowana ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi ma ograniczyć reklamę piwa tylko do godzin 23.00–6.00 (zamiast od godz. 20.00, jak dotychczas). Zdaniem dyrektora PARPA to zbyt mało.

W Polsce prawnie dozwolona jest reklama piwa, ale niestety jest tak, że inne alkohole są również reklamowane, w związku z tym problem reklamy powinien być potraktowany kompleksowo. Problem jest duży, bo reklama ma przemożny wpływ na zachowanie młodych ludzi, którzy uczą się przez obserwowanie środowiska i to, co serwuje im się w mediach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Brzózka, dyrektor Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

Z raportu Komisji Europejskiej wynika, że pod względem liczby reklam alkoholu w telewizji Polska zajmuje miejsce w unijnej czołówce. Udział takich spotów w całości emitowanych reklam wyższy jest tylko w Chorwacji, Rumunii, Bułgarii i Czechach, a łączna liczba reklam alkoholowych wyższa jest tylko w Wielkiej Brytanii.

Łącznie w ciągu ostatnich 16 lat (od 2001 roku prawo umożliwia reklamowanie piwa) wyemitowano 3,8 mln spotów. W ciągu 10 miesięcy 2017 roku było ich ponad 780 tys., a ich udział w reklamach ogółem wyniósł 3,21 proc. Jeszcze w 2010 roku było to 1,21 proc. Dom mediowy Starcom podaje, że wydatki firm piwowarskich na promocję w telewizji systematycznie rosną i w ubiegłym roku sięgnęły 112 mln zł.

Bez względu na to, w jakich porach te reklamy są emitowane, młodzi ludzie je oglądają. Rzecz w tym, że reklamy w moim przekonaniu należałoby wyeliminować w ogóle z życia publicznego, i to zarówno w nadajnikach typu telewizja, jak i w mediach społecznościowych. To istotne, ponieważ liczba reklam emitowanych w Polsce przekracza wszelkie europejskie osiągnięcia, skutki tego niestety już mamy – mówi Krzysztof Brzózka.

Choć przedstawiciele branży alkoholowej przekonują, że reklamy nie są skierowane do dzieci i młodzieży, to najmłodsi mają z nimi kontakt. Badania przeprowadzone w Wielkiej Brytanii wykazały, że dziesięcioletnie dzieci doskonale orientują się w markach piw, a ich wiedza jest w tym zakresie większa niż w przypadku marek chipsów czy ciastek.

– Młodzi ludzie w okresie rozwojowym mają swoje problemy, wątpliwości dotyczące siebie, swojej pozycji w grupie. Poprzez reklamy pokazujemy młodzieży, jak łatwo być pięknym, uśmiechniętym, zadowolonym, mieć sukces towarzyski, dobrze się czuć w otoczeniu, być rozmownym. Pokazujemy, że wystarczy sięgnąć po kufel piwa – podkreśla dyrektor PARPA.

Zdaniem eksperta konieczne jest nie tylko całkowite zabronienie reklam napojów alkoholowych w telewizji, lecz także w mediach społecznościowych. Zwłaszcza że najmłodsi są tam bardzo aktywni. Potrzebne są jednak odpowiednie przepisy.

Jeżeli zostawimy ściganie reklam organom publicznym, państwowym i każdemu emitentowi mielibyśmy wytaczać proces, to będzie to nieskuteczne. Liczba reklam ukazujących się w mediach społecznościowych jest przeogromna i śledzenie każdego przypadku jest po prostu niemożliwe – mówi Krzysztof Brzózka. – Ale tak jak możliwe jest nałożenie filtrów dotyczących przemocy czy pornografii przez media społecznościowe, tak samo jest możliwe nałożenie filtrów dotyczących reklam alkoholu. 

PARPA podaje, że od 2001 do 2016 roku całkowite spożycie alkoholu wzrosło o 40 proc. Jeszcze w 2001 roku Polak wypijał średnio 6,63 litra 100 proc. etanolu zawartego we wszystkich napojach alkoholowych (3,66 litra w piwie). W 2016 roku było to już 9,37 litra, z czego piwo wyniosło 5,7 litra (wzrost o blisko połowę).

Wzrost spożycia notowany jest także wśród młodzieży. Według badań, na które powołuje się PARPA, w jej przypadku przy reklamach skierowanych do młodych prawdopodobieństwo sięgnięcia po konkretne marki alkoholu było pięciokrotnie większe niż w przypadku tych osób, które reklam nie widziały.

Średni wiek inicjacji alkoholowej w Polsce wynosi 12 lat. Rzecz w tym, żebyśmy nie wychowywali dzieci w kulcie sięgania po alkohol, kiedy mają jakiś problem życiowy albo dlatego że panuje taka moda. Warto pamiętać, że reklama tytoniu została zakazana i wśród młodych palenie przestaje być modne. I o to chodzi, o wytworzenie społecznej atmosfery, która podobnie jak w przypadku tytoniu będzie miała swój efekt w przyszłych zachowaniach młodych ludzi – podkreśla Krzysztof Brzózka.