Opłacenie wszystkich rachunków można skrócić do 30 sekund. Umożliwia to nowa platforma polskiego start-upu

Opłacenie wszystkich rachunków można skrócić do 30 sekund. Umożliwia to nowa platforma polskiego start-upu 1

Co roku w Polsce aż 260 tys. gospodarstw domowych doświadcza odcięcia prądu. Zapobiec temu może polski start-up, który opracował platformę do błyskawicznego opłacania rachunków. W 30 sekund można zgromadzić wszystkie faktury z danego miesiąca. Aplikacja sprawdzi też, czy nie przepłacamy za usługi i podpowie, jak zaoszczędzić na rachunkach. Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które automatyzują proces opłacania rachunków, a wszystkie płatności można zrealizować za pomocą jednego przycisku na ekranie smartfona lub komputera.

– BillTech to aplikacja, która zbiera wszystkie rachunki w jedno miejsce. Automatycznie pobiera je z różnych źródeł, rozpoznaje i pozwala opłacić automatycznie, praktycznie jednym kliknięciem. Patrzymy też, co jest na tych rachunkach i pozwalamy sprawdzić, czy przypadkiem nie przepłacamy za jakieś usługi i czy jest jakaś możliwość oszczędzenia. Jeżeli tak, pomagamy w zmianie dostawcy na takiego, który proponuje najlepszą ofertę – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Bartosz Petryński ze start-upu BillTech.

Aplikacja gromadzi rachunki i faktury z różnych źródeł – tu jedynym ograniczeniem jest zgoda klienta na np. dostęp do skrzynki mailowej, gdzie w formie elektronicznej trafia nawet 30–40 proc. wszystkich faktur. Można również przekazać dostęp do paneli klienta (np. operatora komórkowego lub dostawcy prądu), skąd platforma sama pobierze rachunki lub zgromadzić je samemu i wysłać na specjalnie utworzoną skrzynkę. Z rozwiązania mogą skorzystać także osoby, które faktury otrzymują w tradycyjnej, papierowej formie. Wówczas wystarczy zeskanować kod QR. Dzięki temu za pośrednictwem platformy można opłacić wszystkie domowe rachunki.

– Wszystkie faktury są automatycznie pobierane, rozpoznawane, a płatność może być wykonana zbiorczo. Następnie nasz system rozdysponowuje odpowiednie kwoty na rachunki docelowych operatorów – wskazuje Bartosz Petryński.

Przy zalogowaniu się do aplikacji należy jedynie podać dane swojej karty płatniczej lub kredytowej, skąd pieniądze będą pobierane automatycznie na zapłatę rachunków.

– Przez platformę od kwietnia 2017 roku przeszło prawie milion złotych w rachunkach, każdego miesiąca możliwość opłacenia ma 30 tys. ludzi. Pracujemy teraz nad tym, żeby to rozwiązanie również trafiało do klientów banków za pośrednictwem aplikacji bankowej – zaznacza Bartosz Petryński.

Polski rynek fintechów wart jest obecnie niemal 860 mln euro – podaje Deloitte w raporcie „CEE FinTech Report”. Ponad 20 proc. Polaków, nawet nieświadomie, korzysta obecnie z instytucji fintechowych. Dla porównania w Stanach Zjednoczonych to tylko 15 proc. Jeszcze przed 2020 rokiem będzie z nich korzystać nawet połowa polskich konsumentów. Rozwiązania fintechowe rewolucjonizują bankowość, dlatego po takie rozwiązania sięgają także banki.

– Rozwiązania, które automatyzują płatności, są ciekawe zwłaszcza dla banków. Jest nowa perspektywa otwartej bankowości, banki muszą się dzielić swoimi informacjami i szukają sposobów, żeby przyciągnąć swoich klientów nowymi, ciekawymi rzeczami. W bankowości pierwszą rzeczą, jaką wykonuje przeciętny użytkownik, jest sprawdzenie kwoty na koncie, sprawdzenie historii transakcji i opłacenie rachunków. Dlatego banki starają się, żeby to było jak najłatwiejsze i najprzyjemniejsze dla użytkownika – przekonuje ekspert.

Z danych TNS Polska na zlecenie Krajowego Rejestru Długów wynika, że statystyczna polska rodzina płaci ok. ośmiu rachunków miesięcznie. Ich liczba w dużej mierze zależy od miejsca zamieszkania, dostępu do mediów i własnych preferencji – telefon, internet, raty kredytu hipotecznego czy spłata pożyczek. Blisko połowa nie płaci wszystkich rachunków na czas. Nie tylko z braku pieniędzy.

– Trzeba cały czas myśleć o rachunkach i przypominać sobie, czy przypadkiem o czymś nie zapomnieliśmy. Jedno powiadomienie przychodzi na telefon, inne na e-maila, to powoduje stres. Dobrze, jeśli wszystkie rachunki są w jednym miejscu i mamy pewność, że zostały opłacone. W Polsce aż 260 tys. gospodarstw domowych każdego roku ma odcięty sam prąd. Podłączenie prądu ponownie trwa zazwyczaj 1–3 dni i trzeba za taką usługę dopłacić karę wysokości 150 zł. Dzięki automatyzacji możemy się pozbyć tego problemu – podsumowuje Bartosz Petryński.

Tylko 1,5 proc. Polaków oddaje krew. Platforma polskiej firmy z elementami grywalizacji może zachęcić do zostania dawcą

Tylko 1,5 proc. Polaków oddaje krew. Platforma polskiej firmy z elementami grywalizacji może zachęcić do zostania dawcą 2

W Polsce krew regularnie oddaje nieco ponad 600 tys. osób. To zaledwie 1,5 proc. społeczeństwa. Problemem jest zwłaszcza motywacja młodych ludzi. Może to zmienić Blodon, polski start-up, który opracował platformę pozwalającą połączyć biorców z dawcami. Dzięki specjalnej aplikacji dawca może zobaczyć, w jakim miejscu istnieje zapotrzebowanie na jego grupę krwi. Docelowo platforma, aby zachęcić do oddawania krwi, będzie wykorzystywać elementy grywalizacji. Dawcy mieliby otrzymywać żetony, które uprawniałyby do zniżek na zakup produktów lub usług zdrowotnych.

– Zidentyfikowaliśmy dwa istotne problemy. Z jednej strony to kwestia niedopasowania tego, gdzie krwiodawcy mogą oddawać krew, a gdzie krew jest potrzebna. Konwencjonalne zbiórki krwi wyglądają tak, że przychodzą chętni, oddają krew, pewnych grup zbierają się nadwyżki, a pewnych statystycznie nadal brakuje. Drugi problem jest taki, że liczba osób potrzebujących krwi rośnie szybciej niż liczba osób, które krew chcą oddawać, ta dysproporcja stale się zwiększa, to m.in. wynika ze starzenia się społeczeństwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Anton Bubiel, współzałożyciel start-upu Blodon.

W 2017 roku krew oddało blisko 588 tys. Polaków. Średnio co roku liczbę dawców szacuje się na ok. 600 tys., jednak ich liczba stopniowo spada – wynika ze statystyk Narodowego Centrum Krwi. Z badań zrealizowanych na potrzeby Blodon wynika, że obecnych krwiodawców motywuje wiedza, że ich krew nie jest marnowana, a faktycznie ratuje życie. Młodsi dawcy potrzebują dodatkowych bodźców.

– Powstała koncepcja platformy, gdzie osoba potrzebująca krwi jest w stanie wyrazić tę potrzebę, czyli przekazać informację, że na danym obszarze potrzebna jest określona grupa krwi w określonym horyzoncie czasowym i wszystkie osoby, które są w stanie spełnić taką prośbę, dostają w zanonimizowany sposób informację, że jest taka potrzeba i są w stanie tę potrzebę zaadresować – tłumaczy Anton Bubiel.

Po zalogowaniu się do platformy dawca wprowadza najważniejsze informacje o sobie – oprócz danych o stanie zdrowia, przede wszystkim grupę krwi. Podaje też miejsce zamieszkania albo miejsce, w którym najczęściej oddaje krew, każde oddanie krwi jest zaś zapisywane w systemie. Po tym, jak na platformie pojawi się informacja o zapotrzebowaniu na określoną grupę krwi, system poinformuje dawców, których grupa krwi odpowiada potrzebom, jednak tylko jeśli minie trzy (mężczyźni) lub cztery miesiące (kobiety) od poprzedniego oddania krwi.

– Chodzi o matchowanie potrzeb i możliwości, czyli ten, kto adresuje potrzebę, wie, że adresuje realną potrzebę innego użytkownika. Żeby zachęcić do oddawania, wprowadzamy elementy grywalizacji, dodatkowych nagród w postaci żetonów, które dawca dostaje – na początku od naszego systemu, a w przyszłości od osób potrzebujących. W zależności od tego, na ile trudno jest pozyskać konkretnego dawcę w konkretnej lokalizacji, ta nagroda jest zwiększana – wskazuje ekspert.

Z platformą mogłyby współpracować firmy partnerskie, które np. przy zebraniu określonej liczby żetonów, mogłyby takim dawcom oferować zniżki lub darmowe produkty i usługi zdrowotne. Co istotne, wszystkie dane gromadzone w platformie będą całkowicie bezpieczne, bo Blodon ma być oparty na technologii blockchain.

– Poprzez zabezpieczenia kryptograficzne i możliwość administrowania przez użytkowników swoimi danymi moglibyśmy zagwarantować, że te dane nigdzie nie wypłyną. Z drugiej strony, jeśli chodzi o administrowanie żetonami, również moglibyśmy oprzeć to na publicznym blockchainie, gdzie każdy użytkownik wiedziałby, ile wszystkich żetonów jest w systemie – przekonuje przedstawiciel Blodon.

Jak podkreśla współzałożyciel start-upu, platforma byłaby znacznie efektywniejszą promocją krwiodawstwa w Polsce niż np. billboardy. Zachęciłaby przede wszystkim młodych, a wśród właśnie tej grupy dawców brakuje. Start-up czeka w tej chwili na odpowiedź Narodowego Centrum Krwiodawstwa lub Ministerstwa Zdrowia.

– Chcemy powiesić nasze plakaty w punktach poboru krwi, zachęcając do instalacji aplikacji i do logowania tych oddań krwi w naszej aplikacji, tworząc bazę potencjalnych dawców, bo bez bazy dawców ten system nie będzie niczego wart. Jeżeli uda nam się uzyskać zielone światło, to jesteśmy w stanie dostarczyć tę platformę w przeciągu pół roku, zrobić pilotaż i skalować po Polsce na inne kraje – zapowiada Anton Bubiel.

Coraz więcej osób nie oddziela życia zawodowego od prywatnego. W czasie wolnym myślimy o pracy, w trakcie obowiązków załatwiamy sprawy prywatne

Coraz więcej osób nie oddziela życia zawodowego od prywatnego. W czasie wolnym myślimy o pracy, w trakcie obowiązków załatwiamy sprawy prywatne 3

U większości Polaków granice między życiem prywatnym a zawodowym się zacierają. Prawie połowa zauważa to także w swoim życiu – wynika z raportu Gumtree „Aktywni + Praca w życiu, życie w pracy”. Zjawisko work-life integration nie jest już marginalne – co trzecia osoba jest zwolennikiem pełnej integracji życia zawodowego z prywatnym. Wpływ na to mają przede wszystkim nowe technologie i social media – w trakcie pracy rozmawiamy z rodziną i robimy zakupy. Podczas czasu wolnego – odbieramy służbowe e-maile i telefony.

– W ramach 5. edycji programu Start do kariery, postanowiliśmy zbadać tzw. zjawisko work-life integration, czyli przenikanie się sfery zawodowej ze sferą życia prywatnego. Okazało się, że jest to zjawisko, które jest zauważane przez Polaków, bo już prawie 80 proc. Polaków uważa, że rzeczywiście wyraźne granice między tymi dwiema sferami się zacierają. Połowa uważa, że w ich życiu już tak się dzieje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Merska, koordynator ds. komunikacji w Gumtree Polska.

Z badania Gumtree „Aktywni + Praca w życiu, życie w pracy” wynika, że przenikanie się życia zawodowego z prywatnym postępuje. Już 67 proc. pracowników oczekuje elastycznych godzin pracy, a blisko połowa jest zadowolona z work-life integration. Także większość pracodawców (52 proc.) oczekuje od pracownika stałej dostępności – bycia online lub pod telefonem i e-mailem.

– Pracodawcy nie są do końca zadowoleni z tego, że ich pracownicy nie mogą znaleźć tego balansu i czasami muszą pracować po godzinach. Kiedy jednak pytamy pracodawców, czy chcą mieć stały kontakt ze swoimi pracownikami, ponad połowa odpowiada, że tak, że chcieliby móc zadzwonić czy napisać e-maila i oczekują odpowiedzi na tego e-maila również po godzinach pracy – zaznacza Merska.

Stałe bycie w pełnej dostępności dla pracodawców sprawia, że pracownicy mają problem z odpoczywaniem od pracy, to z kolei może negatywnie wpływać na ich relacje z bliskimi i ogólne samopoczucie. Dlatego ok. 60 proc. Polaków chciałoby jasnego podziału na pracę i czas wolny.

– Im starsze osoby, tym bardziej zależy im na tym, żeby był ten jasny podział, natomiast 33 proc. Polaków przyznaje, że dla nich jest to zjawisko korzystne, że im się podoba, że mogą pracować w elastycznych godzinach, załatwiać niektóre sprawy wieczorem – wskazuje Katarzyna Merska.

Możliwość integracji sfery zawodowej z prywatną ceni zwłaszcza pokolenie Y. Częściej niż dla innych generacji liczy się dla nich elastyczny czas pracy i kariera freelancera. Pokolenie Z, choć nie ceni tak bardzo jak starsze pokolenie sztywnego podziału na obie sfery, to przy wyborze miejsca pracy zwraca uwagę, by nie brać nadgodzin i pracy w weekendy.

– Im młodsze pokolenie, tym chętniej podchodzi do tej integracji życia zawodowego z życiem prywatnym. Wiele młodych osób oczekuje elastycznych godzin pracy czy żeby mogli pracować zdalnie, natomiast im starsi pracownicy, im dłużej są już na rynku pracy, tym bardziej chcą mieć czas dla siebie i pozostawić pracę w ścianach biura – zauważa ekspertka.

Choć większość Polaków (61 proc. ) ocenia, że w ich życiu panuje równowaga między pracą a życiem osobistym, to już 34 proc. osób uważa, że nie da się podzielić ich czasu na życie prywatne i zawodowe. Sprawy prywatne w miejscu pracy załatwia 36 proc. – rozmawiają przez komunikatory, robią zakupy online.

– Dosyć często zdarza nam się też surfować po internecie, czytać artykuły, które nie są związane bezpośrednio z naszymi obowiązkami zawodowymi, oglądać filmy na YouTube czy śmieszne koty. Zdarza nam się również korzystać ze sprzętów biurowych, tu około 15 proc. osób przyznaje się do tego, że drukują prywatne dokumenty na służbowej drukarce – wymienia przedstawicielka Gumtree.

Blisko połowa Polaków ocenia, że sprawy zawodowe mogą być niekiedy załatwiane w czasie przeznaczonym na życie prywatne.

– Mniej chętnie podchodzimy do załatwiania spraw zawodowych w czasie prywatnym. Blisko 45 proc. Polaków przyznaje, że to im się zdarza robić, najczęściej ten czas na pracę poświęcamy, myśląc o pracy, rozmawiając z bliskimi czy odbierając e-maile od współpracowników bądź telefony od przełożonych – mówi Katarzyna Merska.

Inteligentne czujniki i sztuczna inteligencja pomogą w hodowli świń. Polacy opracowali urządzenie wykrywające zwierzęce choroby

Inteligentne czujniki i sztuczna inteligencja pomogą w hodowli świń. Polacy opracowali urządzenie wykrywające zwierzęce choroby 4

Sztuczna inteligencja pomaga wykarmić rolnikom nawet 10 mld ludzi rocznie. W rolnictwie coraz częściej wykorzystywane są różnego rodzaju czujniki, drony, a nawet roboty. Opracowane przez polski start-up inteligentne czujniki wspomogą pracę hodowców trzody chlewnej. Dzięki nim szybciej zostaną wykryte choroby pojedynczych świń w stadzie, a dzięki szybciej wdrożonemu leczeniu, zmniejszą się straty z hodowli. Do 2050 r. świat musi zwiększyć produkcję jedzenia o 50 proc., aby wykarmić rosnącą populację.

– ThermoEye to urządzenie, które jest mocowane w miejscach, które często odwiedzają świnie. Dzięki pomiarowi temperatury w tych miejscach, jesteśmy w stanie wykryć anomalie. Możemy więc na wczesnym etapie zdiagnozować chorobę, a dzięki temu wykryć chorą sztukę i ją zaznaczyć. Taka informacja jest przekazywana rolnikowi za pomocą internetu – portalu lub aplikacji mobilnej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Adamek ze Smart Soft Solutions.

Zasada działania urządzenia opiera się na pomiarach dokonywanych przez czujniki bolometryczne zainstalowane przy korycie. Czujniki mierzą temperaturę, wykorzystując w tym celu promieniowanie widzialne lub podczerwone. Zastosowany w aplikacji algorytm sztucznej inteligencji określa odchyły temperatury ciała zwierzęcia na podstawie pomiarów temperatury przy niskiej rozdzielczości. Dzięki temu można zlokalizować, które sztuki mogą być potencjalnie chore.

– Gdy zwierzę podchodzi do miejsca, w którym spożywa pokarm, zostaje poddane pomiarowi i na tej podstawie system analizuje dane oraz w razie potrzeby oznacza zwierzę farbą. Dzięki temu można je łatwo zlokalizować w stadzie, co pomaga później w podejmowaniu leczenia i kolejnych kroków. Przedtem były prowadzone badania z wykorzystaniem termowizji, które były jednak nieopłacalne – twierdzi przedstawiciel Smart Soft Solutions.

Na początku 2018 roku sztuczną inteligencję do monitoringu hodowli świń wykorzystali Chińczycy. Opracowany system Sixth Tone był efektem współpracy między chińskim gigantem internetowym Alibaba a grupą Tequ i jej filią Dekon Group zajmującymi się hodowlą świń w chińskiej prowincji Syczuan. System działa w oparciu o algorytmy rozpoznawania twarzy i zasoby big data. Na podstawie analizy zachowań świń w stadzie ma wykrywać anomalia i na tej podstawie wskazywać potencjalnie chore sztuki. Dla każdej ze świń prowadzona jest e-kartoteka zawierająca istotne z punktu widzenia hodowcy dane. System prognozuje też liczebność urodzeń i eliminuje ze stada najmniej wydajne w tym względzie maciory.

W rozpoznawanie chorób zwierzęcych za pomocą sztucznej inteligencji zaangażowana jest także firma Intel. Stworzone przez nią algorytmy są w stanie z 99-procentową skutecznością zidentyfikować dwadzieścia sześć chorób wśród czternastu gatunków zwierząt.

– Dzięki szybkiej detekcji rolnik nie traci pieniędzy, nie leczy całego stada, a antybiotyki nie są podawane wszystkim świniom. To pomaga w zaoszczędzeniu paszy, która jest największym kosztem w produkcji, przekłada się to w końcowym efekcie na zyski dla hodowcy oraz na zdrowsze mięso, które otrzymujemy na nasze stoły – przekonuje ekspert.

Urządzenie opracowane przez polską firmę ma znaleźć rynki zbytu przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych i krajach Europy Zachodniej. Pierwsze doświadczenia zdobędzie jednak na rynku polskim, który jest szóstym co do wielkości w Europie.

Według Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa w 2050 r. świat będzie musiał wykarmić dodatkowe dwa miliardy ludzi. Analitycy MarketsandMarkets szacują, że do 2025 r. wartość rynku sztucznej inteligencji w rolnictwie wzrośnie do 2,6 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 22,5 proc.

Inwestycje w ziemię mogą przynieść nawet kilkadziesiąt procent zysku. Na niewprawionego inwestora czeka jednak dużo pułapek

Inwestycje w ziemię mogą przynieść nawet kilkadziesiąt procent zysku. Na niewprawionego inwestora czeka jednak dużo pułapek 5

Inwestycja w grunty budowlane jest bezpieczna, stabilna, a przy tym może przynieść duże zyski. Przy rosnącym popycie i ograniczonej podaży ceny ziemi będą stopniowo rosnąć. Grunt gruntowi jednak nierówny. Przed zakupem działki budowlanej trzeba dokładnie ocenić jej potencjał inwestycyjny. Kluczowa jest odpowiednia lokalizacja, czas dojazdu do miasta i bliskość szpitali, przedszkoli czy sklepów. Eksperci radzą, że aby uniknąć niespodzianek, należy też sprawdzić status prawny działki i dostępność mediów. W zależności od lokalizacji w ciągu kilku lat inwestycja może przynieść kilkadziesiąt procent zysku.

– Ziemia to bardzo dobry wybór, to inwestycja bardzo bezpieczna, stabilna i przewidywalna. Ziemi nigdy nie będzie więcej, nie można jej więcej wyprodukować, w związku z czym przy popycie, który w określonych lokalizacjach jest coraz większy, ceny systematycznie rosną. Oczywiście trzeba wiedzieć, w jakich lokalizacjach inwestować, na co zwrócić uwagę, natomiast dla inwestora, który zrozumie ten rynek, oferuje on dużo ciekawych opcji i okazji inwestycyjnych, na których można bardzo dobrze zarobić – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kuba Karliński, założyciel Magmillon.

Po zmianie przepisów dotyczących zakupu ziemi rolnej dobrą inwestycją mogą być działki pod zabudowę mieszkaniową. To inwestycja raczej bezpieczna, pozwala w ciągu kilku, kilkunastu lat na spory zysk. Dotyczy to zwłaszcza działek położonych stosunkowo blisko większych miast. Przy coraz częstszej pracy zdalnej i chęci ucieczki od zgiełku miasta, ceny ziemi będą systematycznie rosnąć. To jednak inwestycja raczej dla osób, które chcą zarobić w nieco dłuższej perspektywie czasu. Zysk może zaś sięgać kilkudziesięciu procent w ciągu kilku lat.

Grunt gruntowi jednak nie jest równy, przed zakupem warto zwrócić uwagę na szereg czynników, a przede wszystkim na lokalizację.

– Po pierwsze, musimy popatrzeć na okolicę, czy jest dobrze skomunikowana z miastem. Ważne, żeby czas dojazdu do miejsca pracy czy węzłów komunikacyjnych był relatywnie krótki. Jeżeli popatrzymy na Warszawę, to okolice dalsze, 20–40 km od centrum Warszawy, potrafią stworzyć zdecydowanie lepsze okazje do zainwestowania i pomnożenia kapitału niż miejscowości bezpośrednio pod Warszawą lub nawet grunty w samej Warszawie – ocenia Karliński.

Dobrze szukać miejsc, które niekoniecznie teraz cieszą się dużą popularnością. Ceny będą niższe, wyższy za to potencjalny zysk. Warto zwrócić uwagę na bliskość dróg, ocenić atrakcyjność na przestrzeni najbliższych kilku czy nawet kilkunastu lat. Dobrym krokiem będzie sprawdzenie przyszłej dostępności komunikacyjnej.

– Jeżeli powstaje infrastruktura, np. drogowa czy kulturalna, usługowa, handlowa, te czynniki wpływają na to, że z czasem ludzie coraz chętniej będą szukali w takiej lokalizacji działki dla siebie, jeżeli mówimy o działkach pod zabudowę mieszkaniową. W ślad za mieszkańcami zazwyczaj idą usługodawcy, którzy będą szukali gruntów pod wykorzystanie usługowe, zlokalizowanie swoich firm, taka lokalizacja perspektywiczna pozwoli wygenerować zdecydowanie lepszy zwrot – tłumaczy ekspert.

Warto też zwrócić uwagę na bliskość podstawowej infrastruktury – sklepów, szkół, przedszkoli czy przychodni.

– Jeżeli mamy już zarysowaną okolicę, kolejnym krokiem będzie poszukanie konkretnych ofert, przykładowo w jednej z wyszukiwarek internetowych, tam, gdzie tych ofert jest relatywnie dużo, natomiast warto szukać działek trochę tańszych i trochę droższych niż budżet, jaki mamy do dyspozycji – przypomina Karliński.

Przy wyborze gruntu nie warto się skupiać tylko na wyszukiwarkach internetowych, ale poszukać w lokalnej prasie czy popytać mieszkańców. Może się okazać, że grunty na sprzedaż mają starsze osoby, które niekoniecznie dobrze czują się online.

– Koniecznie trzeba sprawdzić kwestie prawne, najbardziej pomocna będzie księga wieczysta, którą od kilku lat można podejrzeć przez internet. Mając pełny numer księgi wieczystej, możemy sprawdzić, czy osoba, która podaje się za właściciela, faktycznie nim jest, czy działka nie jest obciążona w żaden sposób, czy nie ma jakichś innych minusów lub wad prawnych, które mogą obniżyć jej wartość, i następnie uniemożliwić skuteczną sprzedaż – podkreśla założyciel Magmillon.

Oprócz stanu prawnego istotny jest też miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego i dostęp do mediów oraz warunki wodne i gruntowe.

Jak przypomina ekspert, w żadnym wypadku nie należy decydować się na zakup w ciemno, a każdą działkę dokładnie obejrzeć. Na niewprawnego inwestora czeka dużo pułapek, jednak przy odpowiednim zakupie można sporo zyskać.

– Można poprosić o pomoc kogoś, kto ma doświadczenia z inwestowaniem w grunty, na zasadzie eksperckiej, żeby podpowiedział, spojrzał niezależnym okiem – mówi Kuba Karliński.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Jeśli USA i Chiny nie zamierzają wzniecać obaw o wojny handlowe, w przyszłym tygodniu o zmienności rynkowej będzie głównie decydować bogaty kalendarz publikacji danych makro. W USA oprócz sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej mamy sprawozdanie prezesa Powella w Senacie z działalności Fed. W Europie startuje kolejna tura negocjacji ws. Brexitu, a poza tym funt w danych o inflacji i rynku pracy będzie szukał potwierdzenia dla sierpniowej podwyżki stopy procentowej BoE. Dla szerokiego sentymentu ważny może być odczyt PKB za II kw. z Chin.

Przyszły tydzień: sprzedaż/produkcja z USA, Powell z Fed, negocjacje Brexitu CPI/rynek pracy z Wlk. Bryt., PKB z Chin, rynek pracy z AU, CPI z NZ, CPI/sprzedaż z Kanady

W USA na pierwszym planie będzie odbywające się dwa razy w roku wystąpienie prezesa Fed w Kongresie i sprawozdanie z działalności banku centralnego (wt-śr). Pierwsze przesłuchanie przed senacką Komisją Bankową we wtorek będzie istotniejsze, gdyż to tutaj niespodzianki są bardziej prawdopodobne. Z drugiej strony jest powszechnie oczekiwane, że Jerome Powell będzie konstruktywnie wypowiadał się o stanie gospodarki i potwierdził rynkowe oczekiwania na jeszcze dwie podwyżki w tym roku. Od strony danych sprzedaż detaliczna (pon) i produkcja przemysłowa (wt) rzucą więcej światła na siłę aktywności gospodarczej. Ryzyka większe są po stronie sprzedaży, gdyż słabość konsumpcji będzie podnosić spekulacje o negatywnym wpływie polityki celnej na nastroje. Bez tego jednak USD powinien pozostawać mocny.

EUR nie dostanie świeżych wskazówek z danych makro, gdyż w przyszłym tygodniu jedyną w miarę istotną publikacją jest rewizja HICP (śr). W rezultacie EUR/USD pozostanie na łasce sentymentu kształtującego się wokół dolara, co premiuje zejście pod 1,16. Jesteśmy jednak sceptyczni odnośnie ścigania spadków, gdyż naszym zdaniem euro zdyskontowało już całą gołębiość EBC i słabość danych makro i z obecnego położenia pozytywne zaskoczenia mogą mieć większą siłę rażenia.

To będzie bogaty w wydarzenia tydzień w Wielkiej Brytanii. Raport z rynku pracy (wt) powinien wskazać na spowolnienie tempa wzrostu wynagrodzeń, choć to głównie wina efektów bazy statystycznej. Z miar inflacji (śr) powoli uchodzi wpływ deprecjacji GBP, ale silniejsze od prognoz hamowanie będzie już mówić więcej o (braku) presji inflacyjnej. Dane o sprzedaży detalicznej potencjalnie mogą być źródłem zaskoczenia, gdyż są zaburzone odreagowaniem po majowej gorączce wydatkowej (Królewski Ślub) oraz nasileniem konsumpcji w czasie meczów Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Dodatkowo GBP może być targany informacjami ze świata polityki, gdyż w poniedziałek startuje nowa tura negocjacji Brexitu. Jeśli Bruksela uzna nową propozycję rządu May za nienadającą się pod rozwagę, funta czeka wyprzedaż.

W Polsce przyszły tydzień przynosi główną porcję danych o aktywności biznesowej i nie tylko. Inflacja bazowa (pon) powinna pozostawać nisko (0,6 proc. r/r), nie wymuszając zmiany polityki RPP. Rynek pracy (wt) jest zdrowy z wysoką dynamiką wynagrodzeń i przyzwoitym wzrostem zatrudnienia. Czerwiec powinien być dobrym miesiącem dla sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej. Względnie silny wzrost i niska inflacja to przepis na bierność banku centralnego i neutralny wpływ na złotego. Dalej uważamy, że sentyment zewnętrzny nie ułatwia aprecjacji złotego, ale im dłużej utrzymuje się spokój, tym większa szansa o test 4,30 EUR/PLN.

Z Japonii otrzymamy dane o czerwcowej inflacji (pt). Inflacja bazowa ma podnieść się tylko nieznacznie do 0,8 proc., przypominając, że BoJ wciąż nie ma podstaw, by zmieniać swoją politykę. W ostatnim czasie JPY znalazł się pod permanentną presją. Pasywna postawa banku centralnego na tle Fed oraz silna postawa rynku akcji pomagał we wzrostach USD/JPY. Teraz dochodzi do tego dyskontowanie negatywnych implikacji wojen handlowych na japońską gospodarkę. Jen przestał być bezpieczną przystanią, a zaczął być jedynie azjatycką walutą uwikłaną w spory handlowe.

W Chinach dane o PKB za II kw., a także sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa (wszystko w poniedziałek) prawdopodobnie potwierdzą, że gospodarka spowalnia. Odczyty poniżej prognoz podsycą obawy, że gospodarka może nie poradzić sobie z perspektywą wojny handlowej i będzie to mocno negatywny sygnał dla sentymentu na szerokim rynku.
W Australii rynek pracy od miesięcy praktycznie nie zawodzi i czerwcowy raport (czw) raczej wskaże, że tempo poprawy pozostaje solidne, choć nie na tyle, by stopa bezrobocia spadła poniżej 5,4 proc. Mimo to, ponieważ RBA pozostaje w neutralnym nastawieniu, dane mają nikłe szanse wygenerować pozytywny impuls dla AUD. Ryzyka zewnętrzne (wojny handlowe) i niekorzystny dysparytet stóp procentowych z USA pozostawiają AUD wrażliwego na pogłębienie spadków. W Nowej Zelandii CPI za II kw. (wt) prawdopodobnie wskaże na odbicie po słabym I kw., ale tu także czynniki globalne mają większe znaczenie i stanowią zagrożenie dla wartości NZD.

W Kanadzie pod koniec tygodnia (pt) poznamy dane o sprzedaży detalicznej i inflacji, choć zaledwie tydzień po decyzji BoC o podwyżce stóp procentowych dane mogą stracić na znaczeniu. Jest mało realne, że nawet największe pozytywne zaskoczenie mogłoby wyraźnie zmienić rynkowe oczekiwania odnośnie następnej podwyżki, które obecnie wynoszą ok. 70 proc. dla posiedzenia w grudniu. USD/CAD będzie miał problemy w okazaniu fundamentalnej siły CAD, ale loonie powinien sobie dobrze radzić w relacji do tych walut, gdzie banki centralne są bierne.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zgoda KNF na dokonanie zmiany w składzie Zarządu Giełdy

  • 13 lipca Komisja Nadzoru Finansowego udzieliła Izabeli Olszewskiej i Piotrowi Borowskiemu zgody na objęcie stanowisk Członków Zarządu Giełdy
  • Decyzję o powołaniu wymienionych osób w skład Zarządu GPW podjęła 12 czerwca br. Rada Giełdy

13 lipca 2018 r. Komisja Nadzoru Finansowego udzieliła zgody na dokonanie zmian w składzie Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. W skład Zarządu Giełdy nowej kadencji wejdą Izabela Olszewska i Piotr Borowski, będą pełnić funkcje Członków Zarządu Giełdy.

Decyzję o powołaniu Członków Zarządu Giełdy na nową kadencję rozpoczynającą się 26 lipca 2018 r. podjęła 12 czerwca tego roku Rada Giełdy. Izabela Olszewska będzie pełnić funkcję Członka Zarządu ds. rozwoju biznesu i sprzedaży (CSO), a Piotr Borowski – Członka Zarządu ds. operacyjnych i regulacyjnych (COO). Poza nimi do zarządu wejdzie dwóch członków obecnej kadencji: Jacek Fotek oraz Dariusz Kułakowski.

Zmiany w składzie Zarządu Giełdy będą obowiązywać od dnia uprawomocnienia się decyzji KNF w tym zakresie, jednak nie wcześniej niż z dniem 1 sierpnia 2018 r.

Izabela OLSZEWSKA

– absolwentka Wydziału Finansów i Statystyki w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, aktualnie jest w trakcie studiów doktoranckich na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Była słuchaczką International Institute for Securities Market Development, zorganizowanego przez US Securities and Exchange Commission w Waszyngtonie.

Z rynkiem kapitałowym związana jest od 1992 roku, początkowo jako analityk w Centrum Operacji Kapitałowych Banku Handlowego, a od 1999 roku jako pracownik Giełdy Papierów Wartościowych. Na GPW pełniła różne funkcje menedżerskie w obszarze rozwoju biznesu i sprzedaży, współpracowała z inwestorami i przedsiębiorcami, krajowymi i zagranicznymi, z różnych dziedzin gospodarki, odpowiadała za poszerzanie oferty produktowej rynku regulowanego i rynków alternatywnych. Obecnie zajmuje stanowisko Dyrektora Zarządzającego ds. Rozwoju.

Od października 2015 r. jest członkiem Rady Nadzorczej spółki Bondspot. Sprawowała także funkcje w organach nadzorczych Towarowej Giełdy Energii oraz spółki InfoEngine. Zarówno w Bondspot, jak i Towarowej Giełdzie Energii, została oddelegowana przez Radę Nadzorczą do czasowego wykonywania czynności Prezesa Zarządu spółki. Do czerwca 2018 r. była członkiem Rady Dyrektorów spółki Aquis Exchange z siedzibą w Londynie, pełniąc rolę Non-Executive Director.

Od wielu lat współpracuje z Krajowym Depozytem Papierów Wartościowych jako członek Zespołu Doradczego.

Piotr BOROWSKI

– absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu oraz studiów podyplomowych w zakresie finansów i opodatkowania przedsiębiorstw w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, posiada licencję maklera papierów wartościowych.

Od początku kariery zawodowej związany z polskim rynkiem kapitałowym i Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie. Pracę na rynku kapitałowym rozpoczął jako makler giełdowy, w latach 1991-2006 pracował w bankach i domach maklerskich na stanowiskach samodzielnych i kierowniczych, w tym od 1993 r. do 2006 r. związany był z Grupą Kredyt Banku i KBC N.V., gdzie pełnił funkcje Dyrektora Inwestycyjnego Domu Maklerskiego Kredyt Banku, Zastępcy Dyrektora Generalnego KBC Securities N.V. Oddział w Polsce oraz Audytora Rynków Finansowych w KBC N.V. w Brukseli. W latach 1997-2007 był Członkiem Zarządu Izby Domów Maklerskich.

W latach 2007-2016 pracował na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, m.in. pełniąc funkcje dyrektora działów: Rozwoju i Współpracy Regionalnej, Relacji Inwestorskich i Analiz, Rozwoju Rynku Kasowego, ponadto reprezentował GPW w Komitecie Zarządzającym (Management Committee) Federacji Europejskich Giełd Instrumentów Finansowych (Federation of European Securities Exchanges) w Brukseli.

Od 2017 r. prowadzi własną działalność doradczą w zakresie relacji inwestorskich i rynków kapitałowych, od lutego 2018 r. współpracuje z brytyjską firmą doradczą BTA Consulting Ltd jako konsultant przy projektach doradczych związanych z rozwojem rynków kapitałowych.

Nowa Ordynacja Podatkowa zmienia podejście urzędników do podatników

Mediacje w postępowaniu podatkowym, powołanie Rzecznika Praw Podatnika, ściąganie podatków od faktycznego zysku, a także zwiększenie stopnia świadomości podatkowej to istotne założenia Nowej Ordynacji Podatkowej. Dyskusja nad efektami, które ma wprowadzić dokument, odbyła się podczas seminarium Pracodawców RP pt. „Uszczelnianie systemu podatkowego i Nowa Ordynacja Podatkowa – wpływ na prowadzenie działalności gospodarczej”.

Co się zmieni?

– Nowa Ordynacja Podatkowa będzie efektem ewolucyjnych zmian, korzystnych dla pracodawców i przedsiębiorców – ocenił Filip Świtała, Dyrektor Departamentu Systemu Podatkowego w Ministerstwie Finansów. – Dokument zmienia przede wszystkim podejście urzędników do podatników na bardziej partnerskie. Ponadto zawiera kilka całkiem nowych instytucji, a jest tylko o 10 proc. obszerniejsza niż stara – podkreślił Świtała.

Dyrektor Departamentu Systemu Podatkowego zadeklarował też, że dzięki umowie o współdziałaniu ( cooperative compliance ) podatnicy odczują, że organy podatkowe rozumieją specyfikę ich działalności. Ponadto Ministerstwo Finansów planuje wprowadzić do postępowania podatkowego mediację. Inne rozwiązania w Nowej Ordynacji Podatkowej to m.in. umowa podatkowa, konsultacja skutków podatkowych transakcji, katalog praw i obowiązków podatnika oraz uproszczone postępowanie podatkowe.

Podatnicy będą mieli rzecznika

W ramach nowych przepisów powołany zostanie Rzecznik Praw Podatnika. Instytucja ta będzie pełnić dwie funkcje: ingerencyjną, obejmującą udział w postępowaniach i przedstawianie Ministrowi Finansów wniosków o uchylenie decyzji oraz diagnostyczną, polegającą na identyfikacji przyczyn problemów ze stosowaniem przepisów podatkowych.

Prof. Jadwiga Glumińska-Pawlic, członek Komitetu Podatkowego Pracodawców RP, podkreśliła znaczenie skutecznego komunikowania celów resortu finansów. – W podatnikach często rośnie opór, bo nie wiedzą, jakie są intencje ustawodawców. Stopień świadomości podatkowej polskiego społeczeństwa jest bardzo niski. Dobrze, że Ministerstwo Finansów stara się to zmienić – powiedziała.

– Najlepsze przepisy niewiele dadzą, jeśli urzędnicy nie będą mieć stosownych kompetencji i nie będą gotowi traktować podatników po partnersku. Do tego konieczne jest odpowiednie wynagradzanie pracowników administracji – zaznaczyła. – Jeśli chodzi o założenia i intencje Nowej Ordynacji Podatkowej, to trzeba podkreślić, że decydować będzie sposób stosowania przepisów przez urzędników – zgodził się doradca podatkowy dr Mariusz Cieśla.

System podatkowy zostanie uszczelniony

Dyrektor Świtała zaprezentował też cele uszczelniania systemu podatkowego. Należą do nich ściąganie podatków od faktycznego zysku, uczciwa konkurencja bez przewag wynikających z optymalizacji, a także zapewnienie podmiotom bezpieczeństwa i trafna analiza danych.

Przede wszystkim jednak Ministerstwo Finansów chce zmienić profil usług doradztwa podatkowego oraz wzmocnić dialog z podatnikami i organizacjami branżowymi. – Chcemy przekierować usługi doradztwa podatkowego z optymalizacji na compliance, czyli zgodność z przepisami – zadeklarował Świtała. – Stawiamy na dialog z podatnikami, w tym z organizacjami pracodawców, by lepiej komunikować nasze intencje i wsłuchiwać się w uwagi płatników podatków – dodał.

Obecnie projekt nowej ordynacji jest w trakcie konsultacji wewnątrzresortowych. Po ich przeprowadzeniu rozpoczną się konsultacje publiczne, a po uwzględnieniu zgłoszonych tam uwag projekt zostanie skierowany do Sejmu – Ministerstwo Finansów planuje, że stanie się to już jesienią.

Tak słodko już nie będzie. Nowy podatek „od cukru” odchudzi Polaków czy ich portfele?

Ostatnio media donoszą, że możliwe jest wprowadzenie daniny od produktów zawierających cukier. Eksperci przypominają, że tego typu rozwiązania już obowiązują w innych państwach, np. w Anglii. Ale efekty zmian legislacyjnych bywają dalekie od oczekiwań. Świadczą o tym przykłady z Danii, Finlandii, Meksyku czy Węgier. Tam dodatkowy ciężar fiskalny nie przyczynił się bezpośrednio do poprawy nawyków żywieniowych. Ponadto część wytwórców przerzuciła go na konsumentów, co odczuły przede wszystkim najmniej zamożne osoby. Wielką niewiadomą pozostaje także to, jakie wobec tego strategie przyjęliby producenci. Oczywiście możliwa jest zmiana receptur, ale to wymaga dłuższego czasu i dodatkowego nakładu finansowego. Całość problemu może również przełożyć się na ograniczenie innowacyjności i reformulacji w przemyśle spożywczym. Mniejsze firmy mogłyby tego nie udźwignąć i ostatecznie wypaść z rynku.

Nowe regulacje

Wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski chce opodatkować cukier, a przynajmniej jest tego poważnym zwolennikiem. To rozwiązanie ma być sposobem na walkę z otyłością. Polska może więc podążyć szlakiem innych państw. Przykładowo, od kwietnia tego roku w Wielkiej Brytanii obowiązuje tzw. sugar tax. Tamtejszy rząd dał koncernom wybór. Mogą zmienić skład produktów albo zapłacą nowy podatek. Jeśli ich napój zawiera od 5 g cukru na 100 ml, to stawka wynosi 18 pensów za litr. W przypadku zawartości 8 g należy uiścić 24 pensy.

– Wprowadzanie mechanizmów fiskalnych, które mają ewidentnie dyskryminujący charakter dla określonych kategorii produktów żywnościowych, zawsze budzi sprzeciw branży. W obecnych realiach, silnego wzrostu cen żywności, dodatkowe podatki nie zostałyby dobrze przyjęte przez konsumentów. Choć trzeba przyznać, że zastosowanie takiego rozwiązania jest realne, ale stanowczo nieuzasadnione. Nadwaga i otyłość, podobnie jak inne choroby dietozależne, stanowią złożony, wieloczynnikowy problem społeczny. Można z nim walczyć, ale przede wszystkim poprzez podejmowanie działań edukacyjnych – mówi Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Z kolei Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA, uważa koncepcję podatku za jak najbardziej słuszną. Ludzie są ewolucyjnie skłonni do uzależniania się od cukrów, bo glukoza jest paliwem dla mózgu i ciała. Kiedyś były one mało dostępne w czystej formie, ale obecnie popularna sacharoza jest wszechobecna. Wiele osób nie widzi związku między przyrostem tkanki tłuszczowej a spożyciem węglowodanów, w konsekwencji spożywamy ich za dużo. Wzrost otyłości zachodzi u nas szybciej, niż w większości krajów europejskich. Sytuację mogłaby poprawić edukacja, ale ona przegrywa z wysokobudżetowymi reklamami słodyczy oraz napojów słodzonych. Dlatego wskazane jest dodatkowe rozwiązanie zniechęcające klientów, a wyższa cena tak właśnie działa.

– Firmy mogą zastosować zamienniki takie, jak syrop klonowy, stewia, miód, melasa czy daktyle. Moda na zdrowe produkty wydaje się być trwałym trendem. Konsumenci chcą spożywać to, co naturalne i nieprzetworzone. Efektem tego jest zmiana receptur wielu produktów, które już stoją na sklepowych półkach. W tym roku wyróżniły się szczególnie w branży napojów, zwłaszcza dla dzieci. Na etykietach pojawiają się informacje o braku cukru, napisane wręcz ogromnymi literami. Jednak z wprowadzeniem nowego podatku jest też związane ryzyko. Producenci mogą częściej sięgać po chemiczne słodziki, bardziej szkodliwe, niż sacharoza – ostrzega Monika Rybczak, Business Unit Director w Hiper-com Poland.

Są kraje, które wprowadziły tego typu rozwiązania, ale sukcesywnie z nich rezygnują. Andrzej Gantner zaznacza, że w Danii w 2014 roku zniesiono podatek na napoje, ponieważ nie zaobserwowano jego bezpośredniego wpływu na zmianę nawyków żywieniowych. W Finlandii w 2017 roku zlikwidowano taką należność za słodycze i lody oraz ograniczono ją w przypadku napojów słodzonych. Przykładem braku efektywności takiej polityki jest podatek dyskryminacyjny od napojów bezalkoholowych wprowadzony w Meksyku. Przyczynił się on do zmniejszenia spożycia energii o zaledwie 6,3 kilokalorii dziennie, co stanowi jedynie 0,5% całodziennego zapotrzebowania dorosłego człowieka. Efekt ten jest nieporównywalnie mniejszy, niż ma to miejsce w przypadku dobrowolnych działań prowadzonych przez przemysł żywnościowy w zakresie udoskonalania receptur produktów.

Zdrowo, ale drogo?

– Jeśli pomysł zostanie wprowadzony, to przewiduję 4 warianty postępowania producentów. Koncerny, które utrzymają dotychczasowy poziom cukru, podwyższą lub pozostawią ceny towarów. To, jak się zachowają, zależy od kategorii produktu. W tych z wysoką marżą, czyli np. napojach energetycznych, dodatkowe obciążenie fiskalne nie byłoby aż tak widoczne. Jeżeli podatek będzie podobnej wysokości jak w Wielkiej Brytanii, to przedsiębiorstwa postawią na nową recepturę i zejdą poniżej ustalonego  limitu. Firmy, które zaczną wsypywać mniej sacharozy, niekoniecznie obniżą cenę. Będą miały możliwość jej utrzymania na dotychczasowym poziomie, ponieważ inni gracze zostaną zmuszeni do podwyżek – wyjaśnia Sebastian Starzyński.

Natomiast dyrektor generalny PFPŻ przybliża doświadczenia Węgrów. Tam, po wprowadzeniu tzw. food tax, część przedsiębiorstw nie była w stanie zmienić receptur, ani też ze względu na swoją pozycję rynkową podnieść cen, aby pokryć koszty podatku. Dotyczyło to głównie firm małych i średnich, których skala produkcji i uzyskiwana marża były zbyt małe, żeby zniwelować straty wynikające z dodatkowej należności fiskalnej. Dlatego niektóre przedsiębiorstwa przerzuciły podatek na konsumentów, co odczuły najmniej zamożne osoby. One nie ograniczyły konsumpcji, a jedynie przekierowały swój popyt na produkty tańsze o niższej jakości, ale o niezmienionej zawartości cukru.

– Tego typu zmiana legislacyjna będzie długookresowo najbardziej korzystna dla najuboższych ludzi. Zwykle świadomość szkodliwości cukru jest najmniejsza w grupach z niższym wykształceniem, które pozostaje bardzo skorelowane ze skromnymi zarobkami. Te osoby mają ograniczony budżet na zakupy. Zaczną więc rzadziej spożywać ulubione napoje ze względu na wyższe ceny lub będą to robić tak często, jak dotychczas, ale w dostępnych produktach pojawi się obniżona zawartość sacharozy. Tym samym będą one mniej szkodliwe. Ponadto, cała burza wokół podatku spowoduje, że do tej grupy konsumentów dotrze narracja związana ze szkodliwością cukru. Część z nich zacznie bardziej świadomie podchodzić do zakupów – dodaje prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Zdaniem Moniki Rybczak, koszty korzystania z cukru wzrosną po wprowadzeniu podatku, ale i tak pozostaną relatywnie niskie. Ten składnik stanowi bazę dla najtańszych produktów. W nich z pewnością nie będą używane droższe zamienniki takie, jak stewia czy miód naturalny. Najbardziej ucierpi na tym klient najmniej zamożny. W nim nie zostanie rozbudzona potrzeba sięgania po zdrowe jedzenie. Pozytywnym skutkiem zmian legislacyjnych może być szersza oferta towarów nieszkodliwych, z lepszym składem. Jednak ceny wzrosną o co najmniej wartość podatku, a z reguły podwyżki w takich sytuacjach są bardziej okazałe.

Czas na zmiany

– Przy ewentualnym wprowadzeniu tego typu daniny niezbędne byłoby zapewnienie odpowiednio długiego vacatio legis, które umożliwi branży dopasowanie produktów do nowych wymagań. Zbyt krótki okres przejściowy skutkuje takimi sytuacjami, jakie pojawiły się bezpośrednio po wejściu w życie tzw. rozporządzenia sklepikowego. Wówczas mieliśmy do czynienia z brakiem bądź bardzo ograniczoną dostępnością towarów odpowiadających kryteriom. W przypadku wprowadzenia tego typu podatku w Polsce oznaczałoby to, że wiele małych i średnich przedsiębiorstw wypadłoby z rynku. W zależności od kategorii, od opracowania koncepcji produktu do wypuszczenia jego wersji finalnej mogą upłynąć nawet dwa lata – informuje dyrektor generalny PFPŻ.

W opinii Sebastiana Starzyńskiego, jest mało prawdopodobne, aby ustawodawca zgodził się na dwuletni okres przejściowy. Koncerny napojowe mogą bowiem szybciej przeprowadzić cały proces przygotowawczy z wymaganymi testami. Eksperta nie zdziwią naciski ze strony cukrowni, zwłaszcza że proponowane zmiany prawne będą dla nich problematyczne. Jednak lobbing nie okaże się zbyt mocny. Większość tego typu zakładów należy do podmiotów zagranicznych, często z kapitałem niemieckim, co nie sprzyja wypracowaniu porozumienia z obecnym rządem. Presja ze strony producentów napojów będzie mocniejsza, ponieważ w tym gronie jest sporo polskich firm. Może się pojawić narracja, że partia rządząca znowu przygotowuje regulacje przeciwko biznesowi. Pomysłodawcy zmian zapewne poszukają sojuszników w fundacjach zajmujących się zdrowiem czy instytutach naukowych.

– W Polsce przemysł żywnościowy od wielu lat dobrowolnie podejmuje skuteczne działania na rzecz poprawy jakości żywieniowej produktów spożywczych. Przykładowo, jeżeli chodzi o kategorię napojów słodzonych, tzw. wersje light stanowią w Polsce już blisko 20% rynku. Przewiduje się, że one będą zyskiwać na znaczeniu. W grudniu 2017 roku doszło do podpisana porozumienia dotyczącego współpracy na rzecz optymalizacji wartości energetycznej i składu produktów spożywczych. Wywieranie presji na branżę jest nieuzasadnione, a idea dodatkowego opodatkowania jawi się tym bardziej krzywdząca. Może również przełożyć się na ograniczenie wprowadzania innowacyjności i reformulacji w przemyśle spożywczym – podsumowuje Andrzej Gantner.

Trump tym razem uderza w Wielką Brytanię

Polski złoty w czwartek odrobił straty z poprzedniego dnia. Brak przełomowych informacji z USA i strefy euro przełożył się na niski poziom wahań na głównych parach. W kontekście głównych walut – a szczególnie funta brytyjskiego – warto jednak wspomnieć o kilku istotnych kwestiach.

Wspomniany funt, w czwartek delikatnie zyskiwał w relacji do głównych walut w trakcie dnia, ostatecznie jednak zakończył dzień na poziomie zbliżonym do tego na którym go rozpoczął. W parze ze złotym osłabił się, jednak było to związane praktycznie wyłącznie ze wspomnianym odrabianiem strat przez złotego. Długo wyczekiwany „white paper”, czyli dokument opisujący proponowaną przez rząd Wielkiej Brytanii koncepcję Brexitu wyraźnie pokazał, że Zjednoczone Królestwo obecnie skłania się w stronę bardziej łagodnego wyjścia ze Wspólnoty – Wielka Brytania liczy na utrzymanie bliskich relacji handlowych z Unią. Wczorajsze umocnienie brytyjskiej waluty było jednak bardzo ograniczone i krótkotrwałe – rynek raczej spodziewał się, że premier i jej gabinet skłaniają się raczej w stronę łagodniejszego Brexitu.

Dziś jednak funt brytyjski istotnie traci, co związane jest z wizytą Donalda Trumpa w Wielkiej Brytanii. Wizytę w Zjednoczonym Królestwie prezydent USA rozpoczął od wywiadu dla „The Sun”, czyli odpowiednika naszego „Faktu”, w którym skrytykował wysiłki Theresy May zmierzające do łagodniejszego Brexitu, podkreślił, że Stany Zjednoczone mogą nie zawrzeć ze Zjednoczonym Królestwem umowy handlowej i dodał, że – kontrowersyjny Boris Johnson, który w opozycji do jego zdaniem zbyt „łagodnych” planów May złożył dymisję kilka dni temu – byłby dobrym premierem Zjednoczonego Królestwa.

Dzisiaj warto będzie zwrócić uwagę na przemówienie jednego z członków Banku Anglii, Jona Cunliffe’a. Jeśli jego wypowiedź nie będzie obfitowała w konkretne informacje o perspektywach gospodarczych Zjednoczonego Królestwa i oczekiwaniach względem kształtowania się stóp procentowych w Wielkiej Brytanii, inwestorzy nadal prawdopodobnie będą reagowali na informacje ze spektrum polityki, zwłaszcza te dotyczące Brexitu.

Inflacja w USA najwyższa od ponad sześciu lat

Amerykańska waluta w ostatnich dniach zyskiwała przede wszystkim z uwagi na informacje dotyczące wojny handlowej. W czwartek doszło do stabilizacji dolara w relacji do innych głównych walut, co związane było z brakiem istotniejszych informacji dotyczących wspomnianego konfliktu oraz większych zaskoczeń na froncie makro.

Kluczowe dane w tym tygodniu, czyli dynamika CPI w Stanach Zjednoczonych, nie zaskoczyły. Amerykańska inflacja w czerwcu wyniosła, zgodnie z oczekiwaniami konsensusu 2,9% rocznie. Jest to już piąty wzrost wskaźnika z rzędu, co więcej ceny w Stanach Zjednoczonych w ubiegłym miesiącu rosły najmocniej od lutego 2012 r. Bieżąca dynamika inflacji, wyśmienita sytuacja na rynku pracy i perspektywy utrzymania dobrych statystyk sprawiają, że szanse na jeszcze dwie podwyżki stóp procentowych ze strony Rezerwy Federalnej są wysokie. Wnioskujemy, że Fed zdecyduje się na kolejny ruch we wrześniu, a potem – w grudniu.

Dzisiejszy dzień nie przyniesie zbyt wielu nowych danych makro z USA. Inwestorom do analizy pozostanie wieczorna wypowiedź Raphaela Bostica z FOMC.

Stopy procentowe w strefie euro mają pozostać stabilne jeszcze przez ponad rok

Wczorajsze „minutki” z ostatniego posiedzenia EBC nie dostarczyły rynkom żadnych istotnych informacji, w efekcie kurs wspólnej waluty nie był poddany większym wahaniom w relacji do głównych walut.

W podsumowaniu czerwcowego spotkania Banku powtarzano, że decydenci dążą do utrzymania obecnego poziomu stóp procentowych w bloku walutowym przez dłuższy okres czasu. Członkowie banku centralnego ostrzegali również, że niedawne spowolnienie gospodarcze utrzymało się również przez drugi kwartał 2018 roku. Niemniej, nie tracą oni nadziei, że dynamika cen niebawem powróci do poziomu celu inflacyjnego.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:00 – przemawia Jon Cunliffe z BoE
  • 14:30 – indeks cen eksportowych i importowych w USA w czerwcu
  • 16:00 – indeks nastrojów konsumentów uniwersytetu Michigan w czerwcu
  • 18:30 – przemawia Raphael Bostic z FOMC

Autorzy: Analitycy Ebury – Matthew Ryan oraz Roman Ziruk

Funkcja prezesa członka zarządu a świadczenie usług w ramach prowadzonej działalności gospodarczej

Łączenie funkcji prezesa członka zarządu w spółce kapitałowej ze świadczeniem usług takiej spółce w ramach prowadzonej przez siebie działalności gospodarczej jest praktyką często spotykaną. Może ona jednak rodzić problemy na gruncie zarówno podatku dochodowego, jak i podatku od towarów i usług (nierzetelne faktury, usunięcie wynagrodzenia usługodawcy z kosztów uzyskania przychodu etc.).

Funkcja prezesa zarządu spółki kapitałowej

Uprawnienia i obowiązki prezesa zarządu w spółce kapitałowej nie zostały wprost uregulowane przez prawodawcę. Ustawodawca jednak przewidział, jakie kompetencje posiada zarząd jako organ spółki kapitałowej – ma on obowiązek (i uprawnienie) prowadzić sprawy spółki i reprezentować ją na zewnątrz. Ponadto zarząd zwołuje zgromadzenia wspólników, a także przygotowuje sprawozdania finansowe i sprawozdania z działalności spółki za każdy rok obrotowy.

A zatem także prezes zarządu ma prawo prowadzić sprawy spółki i ją reprezentować na zewnątrz (co do zasady reprezentacja jest dwuosobowa, chyba że umowa spółki przyznaje uprawnienie do jednoosobowej reprezentacji), a także czuwać nad działalnością samego zarządu. Na prezesie zarządu, tak jak na każdym członku zarządu, ciąży odpowiedzialność za działania spółki – również materialna (w przypadku bezskutecznej egzekucji). Z samej ustawy nie wynikają jednak konkretne obowiązki i uprawnienia prezesa zarządu.

Podobny rodzaj działalności i świadczenie usług na rzecz spółki – konsekwencje

Często zdarza się, że prezes zarządu (lub inny członek zarządu) ma doświadczenie w branży, w której funkcjonuje dana spółka, a nawet prowadzi w podobnym zakresie działalność gospodarczą. Dlatego właśnie spółki chętnie korzystają z jego doświadczenia, a nierzadko także z usług, które oferuje taka osoba w ramach prowadzonej przez siebie działalności, np. w formie doradztwa.

Takie działanie może jednak rodzić poważne konsekwencje podatkowe. Jeżeli bowiem organ podatkowy stwierdzi, że w rzeczywistości żadne usługi na rzecz spółki nie były świadczone, a były one wykonywane w ramach pełnienia funkcji prezesa zarządu, może uznać faktury VAT za nierzetelne. Oznacza to, że spółka nie będzie mogła odliczyć VAT naliczonego z takich faktur, a wynagrodzenie za takie usługi nie będzie mogło zostać zaliczone do kosztów uzyskania przychodów. W przypadku rozpoczęcia kontroli lub postępowania podatkowego w tym zakresie, ważne jest, by czuwać nad daną procedurą, pamiętać o współpracy z organem i starać się wykazać, że obowiązki prezesa zarządu i wykonywane przez niego usługi nie stanowiły tych samych czynności. Profesjonalny pełnomocnik z pewnością będzie kompetentny do udzielenia wszelkich porad oraz pomocy w trakcie trwającej kontroli lub trwającego postępowania.

Jak uchronić się przed ewentualnym podważeniem tego, że usługa została wykonana?

Przede wszystkim trzeba jasno odróżnić obowiązki pełnione przez prezesa zarządu (członka zarządu) w ramach jego funkcji od obowiązków wynikających z umowy o świadczenie usług. Do tego z pewnością posłuży umowa o współpracy z dokładnym określeniem obowiązków, ale nie tylko. Pomocny może się okazać dokument wewnętrzny regulujący obowiązki członków zarządu danej spółki (np. regulamin). Istotne jest, aby dokładnie określić wszystkie ich obowiązki i uprawnienia, a jeśli zarząd jest wieloosobowy – odróżnić również kompetencje każdego członka zarządu. Sporządzenie wspomnianych dokumentów może być nie lada wyzwaniem, dlatego warto zlecić to komuś, kto ma w tym odpowiednie doświadczenie.

Poza tym trzeba pamiętać, że zgodnie z art. 210 Kodeksu spółek handlowych w umowach pomiędzy spółką kapitałową a członkiem zarządu spółkę reprezentuje rada nadzorcza lub powołany do tego pełnomocnik. Zawarta między prezesem zarządu a spółką umowa o świadczenie usług będzie zatem ważna tylko, jeśli ten wymóg zostanie spełniony.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Pomiędzy dwoma trybami

Rynki albo reagują na eskalację konfliktów handlowych USA z resztą świata, albo cieszą się, że ostatnia doba nie przyniosła przykrych niespodzianek. USD pozostaje mocny, czy to jako bezpieczna przystań, czy przy wsparciu fundamentów. Rynek FX przespał azjatycką część sesji i prawdopodobnie w spokoju dobrnie do weekendu.

Kalendarz na najbliższe godziny jest ubogi i nie zawiera żadnej pozycji, której inwestorzy mogliby się dłużej przyglądać. Inflacja CPI z Polski jest rewizją, która powinna potwierdzić odbicie do 1,9 proc. r/r, choć pomocny we wzroście jest skok cen ropy naftowej, za to inflacja bazowa pozostaje nisko. Złoty nie ma co tu szukać impulsów i EUR/PLN powinien dziś trzymać się w przedziale 4,31-4,34. Po południu dane o cenach importu/eksportu z USA są do zignorowania, a indeks Uniwersytetu Michigan będzie ciekawy tylko w przypadku, jeśli wskaże na istotne pogorszenie nastrojów konsumentów. Osobiście w to wątpię. Dane z USA pozostają solidne i dalej wyróżniają się na tle wskaźników z innych części globu. Nawet gdy awersja do ryzyka ustaje i USD przestaje być potrzebny jako „bezpieczna przystań”, to wciąż jest atrakcyjny na bazie porównania fundamentów. Wczoraj inflacja bazowa zgodnie z oczekiwaniami wypadła mocno na 2,3 proc. r/r. Prezes Fed Powell w opublikowanym czwartek wywiadzie stwierdził, że komfortowo czuje się ze stanem gospodarki, choć ma troski długoterminowe. Jedyne, co ulega zmianie, to zaangażowanie poszczególnych segmentów rynku. Spekulanci ożywiają się w okresach awersji do ryzyka (i redukują pozycje w USD w chwilach uspokojenia); fundamenty są mocniej rozgrywane przez kapitał portfelowy.

W nocy dane o czerwcowym bilansie handlowym Chin pokazały wyższą nadwyżkę (w wyniku osłabienia importu), ale raport nie wzruszył rynkiem. Można luźno dyskutować, czy gdy prezydent Trump otrzyma notkę z tymi danymi, nie skłoni się do ostrego tweeta, w którym oskarży Chiny o nieuczciwą wymianę towarów z USA. Na razie jednak Trump odwiedza Wielką Brytanię i „miesza” w relacjach Londynu z Brukselą. W wywiadzie dla The Sun stwierdził, że premier May zignorowała jego radę i zmierza ku miękkiemu Brexitowi, co jednak zmniejsza szanse na lukratywne umowy handlowe z USA. Zaznaczył też, że bardzo ceni Borisa Johnsona, który sprawdziłby się jak wielki przywódca. Słowa te rozdrapują rany po szoku wywołanym przetasowaniami w rządzie na początku tego tygodnia i GBP traci. Na niewiele pomogła wczoraj publikacja tzw. Białego Dokumentu, w którym wyłożono nowy plan na Brexit. Krytykowane jest przede wszystkim podejście do usług finansowych, gdzie propozycje są surowe ze zdaniem się na łaskę Brukseli. Trudno być teraz silnym propagatorem funta, nawet jeśli w dłuższym horyzoncie materializacja miękkiego Brexitu będzie ciągnąc GBP mocno w górę.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Inflacja w Polsce

Poranek na parach złotówkowych zaczynamy dość powoli. Na notowaniach złotówki do innych walut nie widać jakichś większych ruchów.

Wczoraj nasza waluta zyskała na wartości, co spowodowało, że aktualnie dolar wyceniany jest na 3,70 zł. Za franka szwajcarskiego zapłacimy 3,69 zł. Euro kosztuje 4,31 zł, a funt brytyjski 4,87 zł. W późniejszych godzinach możemy się jednak spodziewać trochę więcej emocji jeżeli chodzi o notowania złotego. Bowiem na godzinę 10:00 zaplanowano publikację inflacji konsumenckiej w naszym kraju. Jej spodziewana miesięczna dynamika wynosi 0,1%, z kolei rok do roku analitycy spodziewają się zmiany rzędu 1,9%.

Dużo odczytów, ale nie tak istotnych

Przed południem, poza odczytem z Polski, czeka nas seria publikacji inflacyjnych z państw europejskich. Jednak inflacja konsumencka w Hiszpanii i na Słowacji, czy producencka w Szwajcarii, nie będą najprawdopodobniej zbyt ważne dla inwestorów. Nie ma co zatem liczyć na bardzo widoczny wzrost ruchów na rynkach.

Również popołudniowe dane nie zachwycają swoją istotnością. Zza oceanu napłyną do nas informacje na temat dynamiki cen eksportu i importu w Stanach Zjednoczonych. Poznamy też wstępny raport Uniwersytetu Michigan. Dobre dane powinny nieco poprawić sytuacją dolara na rynku. Jednak póki nie mamy żadnych nowych i oficjalnych impulsów w sprawie wojny handlowej, ani także istotnych odczytów nie należy spodziewać się znaczących zmian notowań.

Brexit a USA

Tuż przed spotkaniem Donalda Trumpa z Theresą May, prezydent USA skrytykował działania Wielkiej Brytanii w sprawie wyjścia jej ze struktur Unii Europejskiej. Twierdzi on, że brytyjska premier za bardzo ustępuje przedstawicielom Unii, czym może zamknąć sobie drogę do jakichkolwiek porozumień handlowych ze Stanami Zjednoczonymi. Rzecz jasna brytyjska waluta nie mogła na tą informację dobrze zareagować.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

6 megatrendów, które w najbliższych latach zmienią oblicze polskiej i światowej gospodarki

Momentami przełomowymi w historii ludzkości było wynalezienie maszyny parowej, żarówki i komputera, a potem internetu. Obecnie czynników, które mogą mieć równie znaczący wpływ na gospodarkę i społeczeństwo jest znacznie więcej. Są to automatyzacja i robotyzacja, internet rzeczy czy sztuczna inteligencja. Eksperci firmy doradczej Deloitte wskazali sześć megatrendów, które w najbliższych latach zmienią oblicze polskiej i światowej gospodarki. To przemysł 4.0, model gospodarki o obiegu zamkniętym, zrównoważone finanse, rynek talentów, „srebrna ekonomia” oraz elektromobilność.

Julia Patorska Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte
Julia Patorska
Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte

Megatrendami można określić globalne siły, które mają wpływ zarówno na życie gospodarcze, jak i społeczne. Oddziałują także na przebieg szeregu procesów, takich jak np. produkcja, konsumpcja, inwestycje czy interakcje społeczne. Zdaniem dyrektorów finansowych – ankietowanych przez Deloitte – źródeł tych zmian należy obecnie upatrywać w dużej liczbie danych i zaawansowanej analityce (61 proc.), oraz cyfryzacji (52 proc.), zmianach geopolitycznych, a także technologiach zwiększających produktywność, takich jak automatyzacja czy robotyzacja (po 44 proc.) . – Czynniki te będą miały największy wpływ na to, jak będzie wyglądał biznes w najbliższych kilku latach.  Na ich podstawie wyłoniliśmy kilka megatrendów, które mają szanse zyskać największe znaczenie w skali globalnej. Gospodarki, które najszybciej wykorzystają ich zalety, a zniwelują istniejące zagrożenia, okażą się najbardziej konkurencyjne – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych Deloitte.Deloitte Megatrendy ekonomiczne

Megatrend: Przemysł 4.0

Wyróżnia się tym od poprzednich rewolucji technologicznych, że – łącząc istniejące technologie – równocześnie w procesach wytwórczych zaciera granice między sferą fizyczną, cyfrową i biologiczną.

Do najważniejszych rozwiązań napędzających rozwój Przemysłu 4.0 należy Internet Rzeczy (IoT), uczenie maszynowe, sztuczna inteligencja oraz rozszerzona i wirtualna rzeczywistość (AR i VR). Według przewidywań Deloitte, już w tym roku ponad miliard użytkowników smartfonów przynajmniej raz wytworzy treści rozszerzonej rzeczywistości – mówi Wojciech Górniak, Lider zespołu transformacji cyfrowej. Jego zdaniem rozwojowi Przemysłu 4.0 sprzyja nie tylko postęp technologiczny, ale także potrzeby konsumentów, ograniczenia podażowe, zwłaszcza w zakresie surowców nieodnawialnych i zasobów pracy oraz zachęty finansowe ze strony sektora publicznego.

Czwarta rewolucja przemysłowa pozwoli zwiększyć produktywność i przychody oraz zredukować poziom ryzyka dla wielu procesów biznesowych. Nie brakuje jednak wyzwań, które będą przekładały się na wzrost ryzyka zarówno w życiu prywatnym jak i obrocie gospodarczym, co zniweluje część pozytywnych efektów zmian technologicznych. Przemysł 4.0 niewątpliwie zwiększa możliwość wystąpienia cyberataków oraz kradzieży danych. Pod uwagę należy także wziąć możliwie nieprzychylną reakcję społeczną, związaną chociażby z wpływem automatyzacji na rynek pracy. Niezbędne są również regulacje, które zapewnią obywatelom poziom bezpieczeństwa i pozostawią przestrzeń dla zyskownych, rynkowych innowacji. Brak edukacji społeczeństwa i niewystarczające wsparcie obywateli w adaptacji do zachodzących zmian może przyczyniać się do dalszego wzrostu ruchów populistycznych na świecie.

Rozdźwięk pomiędzy możliwościami związanymi z zachodzącymi zmianami, a rzeczywistością potwierdza badanie pt.: „The Fourth Industrial Revolution is here – are you ready?”, które Deloitte przeprowadził na kadrze kierowniczej firm i agencji rządowych w 19 liczących się gospodarkach z całego świata. – Respondenci rozumieją zachodzące zmiany w ich otoczeniu, ale niekoniecznie potrafią je wykorzystać. Zdaniem 87 proc. respondentów Przemysł 4.0 może doprowadzić do zmniejszenia różnic społecznych i ekonomicznych.  Równocześnie pojawiają się obawy, czy kadra jest odpowiednio przygotowana i czy społeczeństwo posiada oczekiwane kompetencje. Tylko jedna czwarta ankietowanych uważa, że posiada odpowiednie zasoby osobowe do sprostania wyzwaniom przyszłości – wyjaśnia Julia Patorska.

Megatrend: gospodarka o obiegu zamkniętym

To, co będzie wpływało na implementację tej idei przez biznes, to przede wszystkim regulacje. W ciągu ostatnich kilku miesięcy Komisja Europejska wydała szereg dokumentów, które mają związek z promowaniem gospodarki o obiegu zamkniętym, wymuszając wręcz na państwach członkowskich stopniowe wprowadzanie zmian w tym zakresie. Prace regulacyjne rozpoczęły się od opakowań i tworzyw sztucznych. Według założeń, w 2030 roku aż 70 proc. wagowo wszystkich odpadów opakowaniowych powinno zostać poddanych recyklingowi. W Polsce jest to obecnie 57,5 proc. Duże znaczenie w popularyzacji idei gospodarki o obiegu zamkniętym ma również rosnąca świadomość konsumentów.

Gospodarka o obiegu zamkniętym nie jest nowym modelem rynkowym czy też gospodarczym, pozwala jednak na lepszą alokację zasobów. W związku z tym, że ekonomia jest nauką o tym jak efektywnie wykorzystywać ograniczone zasoby, gospodarka o obiegu zamkniętym ma wszelkie atrybuty, by stać się powszechnie akceptowanym podejściem. Dotychczas stosowany linearny model wykorzystania zasobów „produkcja-zużycie-wyrzucenie” jest wypierany przez model „zamkniętej pętli”, w którym odpady, jeśli powstają, stają się surowcem.

Zdaniem ekspertów Deloitte szansą na upowszechnienie modelu gospodarki o obiegu zamkniętym jest rozwój nowych branż i rynków, zwłaszcza w sektorze usług, niższe koszty działalności oraz wzrost konkurencyjności i innowacyjności firm. Z kolei na przeszkodzie mogą stanąć wysokie koszty wdrożenia modelu zamkniętego. Zgodność z wymogami EPR, czyli Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (odpowiedzialność za produkt zostaje rozszerzona na wszystkie etapy jego życia) może stanowić w Europie koszt równowartości 15 mld euro w całej Europie. – Problemem pozostaje również ograniczona dostępność i jakość danych dotyczących przepływów surowców i odpadów oraz bariery regulacyjne – mówi Julia Patorska.

Megatrend: zrównoważone finanse i inwestowanie z myślą o wpływie na otoczenie

Zarówno inwestorzy indywidualni, jak i firmy coraz częściej mierząc swój wpływ i zwrot z inwestycji biorą pod uwagę nie tylko koszty i zyski finansowe, ale także korzyści społeczne oraz środowiskowe.
Podejście to nie oznacza rewolucji i całkowitego odejścia od kryterium zysku. Zakłada ono raczej ewolucyjne uwzględnianie dodatkowych kryteriów, odnoszących się np. do środowiska naturalnego. Chodzi o to, aby naturalne rynkowe bodźce – a więc poszukiwanie zysku – wykorzystać do jednoczesnej realizacji innych, ważnych celów. Dodatkowo ma to sprzyjać internalizacji negatywnych kosztów zewnętrznych. Przykładowo, duże instytucje finansowe coraz częściej zwracają uwagę przy lokowaniu kapitału czy dany emitent działa odpowiedzialnie, gdyż to pozwala obniżyć ryzyko inwestycyjne – wyjaśnia Julia Patorska. Szacuje się, że wartość inwestycji odpowiedzialnych społecznie w Europie w 2015 roku wynosiła już blisko 150 mld euro.

Warto także dodać, że inwestowanie z myślą o wpływie na otoczenie stwarza szansę na większą przejrzystość rynku finansowego i odpowiedzialność w kontekście generowanego wpływu. Z kolei po stronie wyzwań należy wymienić pogodzenie – czasem sprzecznych – interesów pomiędzy tym, co się danej firmie opłaca finansowo, a co powinna zrobić biorąc pod uwagę wpływ na otoczenie. – Przy podejmowaniu decyzji czynniki pozafinansowe mogą mieć oczywiście mniejsze znaczenie niż oczekiwane zyski. Należy zakładać jednak, że z czasem, gdy niedoskonałości metodyczne w zakresie raportowania wskaźników społecznych i środowiskowych zostaną ograniczone, kryteria pozafinansowe będą zyskiwały na znaczeniu– mówi Julia Patorska.

Megatrendy na rynku pracy

Wśród pozostałych megatrendów eksperci Deloitte wyróżnili rosnące znaczenie rynku talentów oraz tzw. srebrną gospodarkę. Mają one ze sobą dużo wspólnego. Struktura rynku pracy zmienia się diametralnie. Coraz więcej osób podnosi swoje kwalifikacje przez całe życie, pracuje na swój rachunek lub na podstawie elastycznych form zatrudnienia. Zwiększa się również liczba pracowników, którzy pracują zdalnie lub jako niezależni wykonawcy. W tej chwili tylko w Unii Europejskiej może być już 30,6 mln takich osób. Jednocześnie pracodawcy muszą pogodzić interesy wielu różnych generacji obecnych na rynku pracy i powoli zapełniać lukę, która tworzy się po odchodzących na emeryturę przedstawicielach pokolenia wyżu powojennego. – To może być istotny cios dla wzrostu gospodarczego, dlatego wiele rządów w ostatnich latach podnosiło ustawowy wiek emerytalny. Zmiany w systemach emerytalnych sprawiają, że coraz więcej osób poszukuje informacji dotyczących aktualnych przepisów i kalkuluje opłacalność pozostania na rynku pracy. Konieczność dłuższej aktywności zawodowej, połączona z przewidywanymi niskimi emeryturami z publicznego systemu, może też istotnie wpłynąć na skłonność do oszczędzania i poszukiwanie aktywów, które będą bezpieczną lokatą dla kapitału i swoistą „polisą na starość” – dodaje Julia Patorska.

Megatrend: elektromobilność

Aktywność największych koncernów motoryzacyjnych oraz rządowe systemy wsparcia dla elektromobilności przekładają się na rosnące zainteresowanie konsumentów. Motywacją do zakupu pojazdów elektrycznych jest coraz większa świadomość ekologiczna oraz rosnąca opłacalność kosztowa tego typu pojazdów, w porównaniu z pojazdami o napędzie konwencjonalnym. – Elektromobilność to nie tylko samochody osobowe, ale także autobusy elektryczne oraz wodorowe. Rozwój flot zeroemisyjnych autobusów jest kluczowy w budowaniu „zrównoważonych miast” umożliwiających redukcję zanieczyszczenia powietrza oraz hałasu. Dodatkowym aspektem wykorzystania elektromobilności jest obszar synergii z OZE, czyli odnawialnymi źródłami energii , który prowadzi do gospodarki niskoemisyjnej oraz niezależności energetycznej – mówi Karol Wierzbicki, ekspert w zespole ds. elektromobilności.

Według szacunków Deloitte na początku następnej dekady cena baterii ma spaść do poziomu ok 130 EUR kW/h, co spowoduje, że napęd elektryczny stanie się bardziej atrakcyjny rynkowo.

Czy split payment może być stosowany w branży ubezpieczeniowej?

Od 1 lipca przedsiębiorcy otrzymujący fakturę będą mogli regulować zobowiązanie z tego tytułu z wykorzystaniem podzielonej płatności, tzw. split payment. Polega on na dystrybuowaniu kwoty podatku na rachunek VAT przedsiębiorcy, a kwoty netto na zwykły rachunek bieżący. Ministerstwo Finansów w odpowiedzi na pismo Federacji Przedsiębiorców Polskich i potwierdziło, że regres ubezpieczeniowy nie powinien być stosowany w ramach wchodzących od 1 lipca 2018 przepisów o podzielonej płatności (ang. split payment). Wyjaśnienie tej kwestii było istotne dla całej branży ubezpieczeniowej.

– Jest to nowe rozwiązanie i póki co nie ma ugruntowanej linii interpretacyjnej co do możliwości jego stosowania i obowiązków, które stworzy po stronie przedsiębiorców – powiedział serwisowi eNewsrooom Mariusz Korzeb wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – FPP zwróciła się do Ministerstwa Finansów o wyjaśnienie kwestii stosowania tego mechanizmu w branży ubezpieczeniowej. Sektor ten miał wątpliwości, czy system podzielonej płatności będzie miał w nim zastosowanie w przypadku stosowania tzw. regresu ubezpieczeniowego. Chodzi o sytuację, kiedy w ramach umowy zawartej z ubezpieczonym, ubezpieczyciel wypłaca odszkodowanie swojemu klientowi, a płatność jest realizowana przez dłużnika na rzecz ubezpieczyciela. W ocenie Federacji rozliczenia pomiędzy firmą ubezpieczeniową i dłużnikiem, który nie uregulował płatności na rzecz ubezpieczonego klienta, nie będą podlegały pod reżim nowych przepisów o podzielonej płatności. Wynika to z tego, że dłużnik spłacając powstałe w wyniku wypłaconego odszkodowania roszczenie zwrotne (regres) na rzecz „nowego” wierzyciela – jakim staje się firma ubezpieczeniowa – nie reguluje faktury VAT, lecz dokonuje jedynie spłaty wierzytelności odpowiadającej kwocie wynikającej z tej faktury. Niewątpliwie stanowisko Ministerstwa Finansów należy uznać za słuszne. Niemniej jednak pozostają jeszcze kwestie, które resort finansów będzie musiał wyjaśnić, aby wyeliminować ewentualne sprzeczności w interpretacji nowych przepisów. Dotyczy to przykładowo solidarnej odpowiedzialności oraz sposobu odzyskania błędnie wpłaconych środków na rachunek VAT – wyjaśnił Korzeb.

Z innowacyjnych atrakcji Centrum Nauki Kopernik skorzystają dzieci z mniejszych miast. W Polskę wyjechały nauko- i planetobusy

Z innowacyjnych atrakcji Centrum Nauki Kopernik skorzystają dzieci z mniejszych miast. W Polskę wyjechały nauko- i planetobusy 6

W Polskę wyjechały autobusy edukacyjne z atrakcjami naukowymi, które na co dzień oferuje Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Mają wyrównać dysproporcje w dostępie do nauki i zachęcić dzieci do kariery naukowej. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego we współpracy z Centrum Nauki Kopernik stworzyło program Naukoubus, w ramach którego do mniejszych ośrodków miejskich i wiejskich wysyłane są busy popularyzujące naukę. Dzieci zapoznają się w nich z ciekawymi eksperymentami oraz odwiedzą mobilne planetarium.

– Po Polsce podróżują dwa busy. Naukobus oferuje dwie różne wystawy – jedną poświęconą prawom fizyki, drugą budowie człowieka. Planetobus to mobilne planetarium, które jest rozstawiane w danej szkole na sali gimnastycznej. Uczniowie uczestniczą w zajęciach, podziwiając kosmos, ucząc się budowy Ziemi, kształtu kosmosu, poznają gwiazdy i planety ­– mówi w wywiadzie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Ziółkowski, szef gabinetu politycznego wiceprezesa Rady Ministrów.

Autobusy edukacyjne stają się coraz popularniejsze. Po amerykańskim hrabstwie Elkhart jeżdżą laboratoria na kółkach Science 2 Go Bus, w ramach The School Bus Project wolontariusze uczą uchodźców w Europie, a firma Lockheed Martin stworzyła projekt Mars Experience Bus, w ramach którego dzieci mogą się przekonać, jak wyglądałaby podróż po powierzchni Marsa.

Na podobny pomysł wpadli także organizatorzy projektu Do-it-Together Science Bus, w ramach którego bus popularyzujący naukę przemierza drogi Unii Europejskiej. Popularyzatorzy prowadzą wykłady i zajęcia w siedmiu językach (angielskim, francuskim, hiszpańskim, holenderskim, niemieckim, słoweńskim i włoskim), a instrukcję przeprowadzenia najciekawszych eksperymentów zamieszczają na stronie internetowej, aby każdy mógł wykonać je w domowym zaciszu.

Polskie Naukobusy działają na podobnej zasadzie. W trakcie zajęć dzieci poznają m.in. sposób funkcjonowania ludzkiego organizmu czy działanie naszych zmysłów. Warsztaty przeprowadzane są pod czujnym okiem pracowników Centrum Nauki Kopernik, którzy na bieżąco odpowiadają na wszystkie problematyczne pytania i pomagają przeprowadzać eksperymenty naukowe.

– Jeżeli chcemy, aby społeczeństwo polskie się rozwijało, abyśmy mogli mieć kolejnych noblistów, to właśnie wśród dzieci musimy budzić pasję do nauki, tak samo jak jest pasja do sportu, do uprawiania piłki nożnej, do tego, że ktoś chce być policjantem czy strażakiem. Zależy nam na tym, żeby dzieci chciały być naukowcami, dlatego że jest to bardzo ciekawa, interesująca ścieżka życia ­– twierdzi Piotr Ziółkowski.

Organizatorzy na bieżąco udostępniają informacje o trasie przejazdu Naukobusów, dzielą się także relacjami z już przeprowadzonych warsztatów i zachęcają do zgłaszania się do programu kolejne szkoły. Naukobusy podróżują po kraju przez cały rok, uczestniczą w wakacyjnych półkoloniach i dojeżdżają do najmniejszych szkół w kraju.

– Eksperci z CNK pracują nad kolejnymi rozwiązaniami i nowymi wystawami. Mamy nadzieję, że już niebawem będziemy mogli udoskonalić mobilne wystawy, które udają się do szkół i będą poruszać coraz nowsze, ciekawsze tematy, jeszcze bardziej zachęcające do tego, by pokazać dzieciom, że nauka może być pasją­  konkluduje Piotr Ziółkowski.

Według raportu „Future of Skills. Employment in 2030” w wyniku postępującej automatyzacji i robotyzacji rynku pracy w ciągu najbliższych dziesięciu lat aż 90 proc. obecnie istniejących zawodów zmieni swoje oblicze. 70 proc. pracowników w wyniku postępu technologicznego będzie musiało poszerzyć swoje kwalifikacje, a aż 20 proc. zawodów zniknie całkowicie, gdyż ich praca zostanie całkowicie zmechanizowana.

83 proc. Polaków używa okularów przeciwsłonecznych niezapewniających właściwej ochrony. Najczęściej kupują je w drogeriach, supermarketach lub na bazarach

83 proc. Polaków używa okularów przeciwsłonecznych niezapewniających właściwej ochrony. Najczęściej kupują je w drogeriach, supermarketach lub na bazarach 7

Eksperci alarmują, że noszenie przyciemnianych soczewek bez wysokiej jakości filtrów daje efekt przeciwny do zamierzonego. Do oczu dociera więcej szkodliwych promieni słonecznych, istotnie zwiększając ryzyko uszkodzenia wzroku. Choć 70 proc. Polaków używa okularów przeciwsłonecznych, to większość traktuje je przede wszystkim jako dodatek modowy. Ponad połowa przy zakupie kieruje się kształtem, kolorem czy wielkością, zapominając, że walory estetyczne są drugorzędne, a kluczowe jest ograniczenie szkodliwych dla naszych oczu czynników oraz poprawa bezpieczeństwa i jakości widzenia.

Najnowszy raport z badań zrealizowanych przez IQS Rynek i Opinia na zlecenie Vision Express nie pozostawia wątpliwości – Polacy nie mają świadomości jak ważna jest ochrona oczu przed promieniami UVA i UVB. Tylko co trzeci Polak jako powód korzystania z okularów przeciwsłonecznych podaje ochronę przez szkodliwymi promieniami słońca. Dla większości jest to przede wszystkim modny gadżet.

– Badania wskazują, że niestety w niewłaściwy sposób chronimy swoje oczy przed szkodliwym wpływem promieniowania słonecznego. Przede wszystkich chodzi tutaj o dobór właściwych okularów przeciwsłonecznych. Okazuje się, że w Polsce prawie 30 proc. naszego społeczeństwa nie używa okularów przeciwsłonecznych, natomiast wśród osób, które używają okularów przeciwsłonecznych, ponad 80 proc. używa tych nie do końca właściwych, czyli mających odpowiednie filtry, które eliminują szkodliwy wpływ promieniowania ultrafioletowego – mówi agencji Newseria dr n. biol. Robert Grabowski, dyrektor medyczny Vision Express.

Niepokoi również fakt, że duża część Polaków nie ma świadomości szkodliwego wpływu promieniowania ultrafioletowego na narząd wzroku. Aż 58 proc. Polaków nie jest pewnych, czy promieniowanie słoneczne jest szkodliwe, a co ósma osoba uważa wręcz, że jest ono dla oczu bezpieczne.

– Z danych klinicznych wynika, że promieniowanie ultrafioletowe może wywoływać zarówno stany związane z podrażnieniem powierzchni oczu, jak i – co jest bardzo niebezpieczne – może powodować szereg poważnych chorób narządu wzroku, takich jak chociażby schorzenia siatkówki, błony naczyniowej czy soczewki – mówi dr n. biol. Robert Grabowski.

Z badań wynika, że głównym czynnikiem, który decyduje o zakupie okularów przeciwsłonecznych, jest ich wygląd, kolor, rodzaj opraw, a nie jakość i skuteczność działania właściwych soczewek z odpowiednimi filtrami. Tymczasem pierwszorzędne znaczenie zawsze powinno odgrywać zapewnienie ochrony przed szkodliwym promieniowaniem słonecznym.

– Przy wyborze okularów przeciwsłonecznych, które zapewnią właściwą ochronę, należy kierować się przede wszystkim jakością filtrów. Jest to niezmiernie istotne dla zapewnienia zarówno bezpieczeństwa, jak i odpowiedniej jakości widzenia. Okulary o oznaczeniu 400UV niemal całkowicie zatrzymają szkodliwe promieniowanie UVA i UVB. Natomiast już kształt okularów, ich kolor i rodzaj materiału, z jakich wykonane są oprawki, to są względy modowe – mówi dr n. biol. Robert Grabowski.

Wśród Polaków, którzy w ostatnim roku kupili okulary przeciwsłoneczne, tylko 9 proc. dokonało zakupu w salonie optycznym. Natomiast modele dostępne w drogeriach lub na bazarach nie zapewniają właściwej ochrony przed promieniowaniem słonecznym. Profesjonalne przyciemniane szkła są droższe od tych oferowanych na ulicy lub w supermarkecie, jednak gwarantują nam odpowiednią ochronę. Okulary pochodzące z nieprofesjonalnych punktów mogą nam nawet zaszkodzić – spowodują, że źrenice będą się rozszerzać, przez co do oczu dostanie się więcej promieni ultrafioletowych. Aby ochrona była skuteczna trzeba kupić okulary z przyciemnianymi szkłami, mające filtr UV blokujący promieniowanie w paśmie do 400 nm (UV400). Wszystkie inne to okulary z niskiej jakości filtrem lub zupełnie go pozbawione.

– Tylko niewielka część osób używających okularów przeciwsłonecznych kupuje je we właściwych źródłach, czyli w salonach optycznych. Większość okularów z niepewnych źródeł nie zapewnia właściwej ochrony narządu wzroku, ponieważ nie ma odpowiednio dobranych filtrów, czyli skutecznej ochrony przed szkodliwym wpływem promieniowania ultrafioletowego – mówi dr n. biol. Robert Grabowski.

Większość osób zakłada, że okulary przeciwsłoneczne przede wszystkim nosi się latem, wtedy, kiedy jest dużo słońca. Natomiast szkodliwe promieniowanie słoneczne występuje także jesienią, zimą czy wiosną, więc możliwość korzystania z ochrony naszego wzroku poprzez noszenie okularów przeciwsłonecznych powinna także dotyczyć tych okresów. Szkodliwe promieniowanie ultrafioletowe dociera do oczu nawet przez zachmurzone niebo i może być przyczyną wielu groźnych chorób, takich jak: zapalenie spojówek i rogówki, zapalenia błony naczyniowej, AMD (zwyrodnienie plamki żółtej), zaćma, skrzydlik oraz czerniak oka.

Kierowcy oraz osoby często przebywające na świeżym powietrzu powinny się zaopatrzyć w okulary polaryzacyjne, które wygaszają odbicia światła słonecznego, chronią przed powstawaniem słonecznej poświaty, istotnie zapewniając większy komfort i jakość widzenia

Rząd realnie bierze się za kształtowanie polityki mieszkaniowej. Specustawa i dopłaty do najmu mają zapewnić Polakom tanie mieszkania

Rząd realnie bierze się za kształtowanie polityki mieszkaniowej. Specustawa i dopłaty do najmu mają zapewnić Polakom tanie mieszkania 8

Specustawa mieszkaniowa „realizuje obietnice społeczne rządu” – powiedział na wczorajszym briefingu prasowym Artur Soboń, wiceminister inwestycji i rozwoju. Jak podkreślił, jest to instrument kształtowania polityki mieszkaniowej państwa, który zapewni realny wpływ na działania inwestorów. Dodał również, że na podstawie specustawy mieszkaniowej nigdy nie powstałby zamek w Puszczy Noteckiej – inwestycja, która od kilku dni wzbudza ogromne kontrowersje. Specustwa mieszkaniowa została przyjęta przez Sejm na początku lipca, podobnie jak ustawa o dopłatach do najmu mieszkań.

Wiceminister Soboń odpowiedział wczoraj krytykom specustawy mieszkaniowej, przez jej przeciwników nazywaną też „lex deweloper”. Ich zdaniem nowe przepisy dadzą znacznie większe pole inwestorom i unieważnią miejscowe plany przestrzenne. Koalicja Ruchów Miejskich w Warszawie zaapelowała do Prezydenta Andrzeja Dudy o zawetowanie ustawy, którą negatywnie zaopiniowały m.in. Towarzystwo Urbanistów Polskich, Polska Akademia Nauk, wątpliwości mają też samorządy.

Zdaniem wiceministra inwestycji i rozwoju specustwa poprawi jakość przestrzeni miejskiej i zapewni samorządom wsparcie w zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych. Otworzy też drogę do realizacji programu Mieszkanie Plus, a tym samym zapewni Polakom szansę na tanie mieszkania.

Specustawa mieszkaniowa została przyjęta przez Sejm na początku lipca. Jej główny cel to skrócenie czasu przygotowania inwestycji mieszkaniowych z pięciu lat do roku. Nowe przepisy umożliwiają także budowanie na gruntach pokolejowych, poprzemysłowych, powojskowych i rolnych, znajdujących się w granicach administracyjnych miasta. Określone w specustawie standardy urbanistyczne są uzależnione od liczby mieszkańców w danej gminie (gminy do 30 tys. mieszkańców, powyżej 30 tys. oraz poniżej i powyżej 100 tys. mieszkańców). Przepisy określają m.in. odległość inwestycji mieszkaniowych od przedszkoli i szkół, przystanków komunikacji miejskiej oraz uwzględniają dostęp do dróg dojazdowych, sieci wodociągowej, kanalizacyjnej czy elektroenergetycznej. Specustawa mieszkaniowa ma zlikwidować chaos przestrzenny i – zdaniem wiceministra Artura Sobonia – przyczynić się do ochrony interesów najemców i mieszkańców.

Na początku tego miesiąca Sejm przyjął również kolejną ustawę o dopłatach do najmu mieszkań, tzw. „Mieszkanie na start”. Projekt nowych przepisów (w połowie czerwca przyjęty przez Rząd) przygotowało Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju.

Jest to przekierowanie strumienia pieniędzy, które były przeznaczone na wsparcie popytu mieszkaniowego – czyli np. na program MDM, w którym dopłacano do wkładu własnego przy zaciąganiu kredytu na kupno mieszkania. My transferujemy te środki na programy propodażowe, ale z uwzględnieniem kryterium społecznego. Chcemy stymulować budownictwo czynszowe, tak aby tych mieszkań czynszowych było jak najwięcej w różnych miastach Polski. Dzisiaj stanowią one 5 proc. rynku, średnia europejska wynosi 30 proc. i do tego poziomu zmierzamy – mówi Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Rządowy program ma wesprzeć osoby, których nie stać na kupno ani wynajem mieszkania na komercyjnym rynku, ale z drugiej strony – ich dochody są zbyt wysokie, żeby ubiegać się o mieszkanie komunalne. Według resortu w takiej sytuacji może być nawet 40 proc. Polaków, zwłaszcza młodych, dopiero rozpoczynających karierę zawodową.

Celujemy w osoby o umiarkowanych dochodach. Nie w tych najbiedniejszych, bo czynszów i dopłat nie można porównywać do stawek w mieszkaniach komunalnych. To są osoby, które po prostu nie kwalifikują się na pomoc socjalną, ale też nie mają szans na rynku, do nich kierujemy naszą ofertę. Zakładamy, że system dopłat każdego roku będzie obejmował około 30 tys. rodzin  mówi Artur Soboń.

O dopłaty będą mogły się ubiegać gospodarstwa domowe, które spełniają określone kryterium dochodowe i nie mają innego mieszkania. Okres przyznawania dopłat do czynszu w wynajmowanych mieszkaniach będzie wynosił 15 lat, a wysokość wsparcia będzie uzależniona m.in. od kosztów budownictwa mieszkaniowego na danym terenie i powierzchni mieszkania.

Gospodarstwo jednoosobowe będzie się mogło starać o dopłatę, jeżeli jego miesięczny dochód nie przekracza przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej, którego wysokość określa GUS. Każda kolejna osoba w gospodarstwie domowym oznacza podniesienie limitu o 30 proc. Stąd limit dla gospodarstwa dwuosobowego będzie wynosił 90 proc. przeciętnego wynagrodzenia, a w przypadku rodziny z dwójką dzieci 150 proc. Dodatkowe, otwarte kryteria społeczne będą ustalane przez rady gmin (na podstawie zaproponowanego w ustawie katalogu kryteriów pierwszeństwa).

W przypadku czteroosobowej rodziny limit, powyżej którego nie można już wejść w tryb tej ustawy, wynosi 1,6 tys. zł, więc jest on ustawiony dość wysoko. Kierujemy pomoc do najemców, zachęcając jednocześnie inwestorów do budowania pod najem, w tym także pod wynajem z opcją do własności. Liczę na to, że do programu dopłat włączą się TBS-y, spółdzielnie mieszkaniowe, być może również prywatni inwestorzy mówi Artur Soboń.

Każdego roku beneficjenci będą weryfikowani, aby sprawdzić, czy nadal spełniają kryteria uprawniające do otrzymywania dopłat. Jeżeli nie – świadczenie zostanie wygaszone albo czasowo zawieszone. Z rządowych dopłat będą mogły skorzystać zarówno osoby, które decydują się na zwykły najem, jak i najem z opcją dochodzenia do własności. Wnioski o dopłaty będą składane w urzędach gmin, które przeprowadzą wstępny nabór beneficjentów rządowych dopłat.

Jak podkreśla wiceminister inwestycji i rozwoju Artur Soboń, mądra polityka mieszkaniowa państwa jest warunkiem koniecznym, żeby zatrzymać młodych Polaków w kraju. Natomiast rynek najmu mieszkań sprzyja mobilności i elastyczności rynku pracy.

Zależy nam, żeby to nie był wyłącznie najem na czysto komercyjnym rynku. Oczywiście wszyscy zmagamy się z rynkowymi wyzwaniami, wysokimi kosztami pracy, wysoką ceną materiałów budowlanych, natomiast nam zależy, żeby były to mieszkania dostępne cenowo. Jeśli w wyniku tych dopłat rodzina, która ma czynsz 20 zł/m, czyli 1200 zł za 60-metrowe mieszkanie, otrzyma około 400 zł z tytułu dopłat każdego miesiąca przez 15 lat, to z pewnością zachęci ją do korzystania z programu Mieszkanie Plus mówi Artur Soboń.

Wirus ASF szybko się rozprzestrzenia, a do walki z nim brakuje ludzi. To może oznaczać koniec z tradycyjnym polskim schabowym

Wirus ASF szybko się rozprzestrzenia, a do walki z nim brakuje ludzi. To może oznaczać koniec z tradycyjnym polskim schabowym 9

Dalsze rozpowszechnianie się wirusa ASF może oznaczać prawdziwą katastrofę gospodarczą. Zmniejszyć ryzyko przedostania się choroby miały kontrole gospodarstw z trzoda chlewną. Służby weterynaryjne muszą ich odwiedzić ok. 200 tys., jednak w ciągu dwóch miesięcy udało się skontrolować zaledwie kilka tysięcy. Przyczyną opóźnień jest zła sytuacja w Inspekcji Weterynaryjnej. Jeżeli nie nastąpi szybka poprawa sytuacji kadrowo-finansowej, kontrole mogą potrwać nawet 10 lat. Wirus afrykańskiego pomoru świń nie będzie tyle czekał – podkreśla Witold Katner z Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej.

– Sytuacja związana z afrykańskim pomorem świń jest bardzo niepokojąca, ponieważ praktycznie w każdym tygodniu obserwujemy nowe ogniska choroby. Choroby, która jest całkowicie obojętna dla człowieka, natomiast jest bardzo niebezpieczna dla całej gospodarki – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Katner, rzecznik prasowy Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej.

Afrykański pomór świń, czyli wirus ASF, pojawił się w Polsce na początku 2014 roku. Od tego momentu stwierdzono 161 ognisk choroby. Tylko w tym roku ujawniono 57 ognisk, przy 81 w 2017 roku. Dane z czerwca wskazują, że wykryto też ponad 2,3 tys. przypadków ASF u dzików. Choroba występuje we wschodnich województwach, jednak istnieje duże ryzyko, że obejmie znacznie większy obszar kraju.

– Czarny scenariusz zakładający przedostanie się wirusa do trzech największych skupisk hodowli trzody chlewnej: województwa wielkopolskiego, kujawsko-pomorskiego czy łódzkiego, może oznaczać prawdziwą katastrofę gospodarczą. Odczują ją nie tylko rolnicy, zakłady mięsne czy eksporterzy mięsa wieprzowego, lecz także może to się odbić na przeciętnym konsumencie. Zawleczenie choroby na terytorium całego kraju, to w praktyce fizyczna likwidacja produkcji wieprzowiny w całym kraju, która może oznaczać, że będziemy musieli się pożegnać z tradycyjnym polskim schabowym na talerzach – podkreśla Witold Katner.

Priorytetem w walce z ASF w kraju jest niedopuszczenie do przedostania się wirusa na tereny intensywnej produkcji trzody chlewnej w województwie łódzkim, kujawsko-pomorskim i wielkopolskim, gdzie pogłowie świń stanowi ponad połowę krajowego pogłowia. Zwalczanie wirusa tam pochłonie ogromne sumy, będzie też niezwykle trudne. Dalszemu nierozpowszechnianiu choroby miało pomóc przestrzeganie przez gospodarstwa zasad bioasekuracji, które mają chronić gospodarstwa rolne przed wniesieniem wirusa afrykańskiego pomoru świń na terytorium chlewni. Od kwietnia ruszyły kontrole właśnie pod kątem przestrzegania zasad. Do skontrolowania jest 230 tys. gospodarstw, w ciągu dwóch miesięcy udało się wykonać ich zaledwie 6 tys.

– Powodem jest bardzo zła, żeby nie powiedzieć kryzysowa, sytuacja kadrowo-finansowa w Inspekcji Weterynaryjnej. Niskie pensje powodują, że ludzie masowo odchodzą z pracy, a jednocześnie Inspekcja Weterynaryjna nie jest na tyle atrakcyjnym pracodawcą, iż ludzie po trudnych, sześcioletnich studiach nie chcą przychodzić tam pracować za 2,5 tys. brutto – wskazuje ekspert. – Szacujemy, że jeżeli nie nastąpi szybka poprawa tej sytuacji, kontrole mogą potrwać 7–10 lat, a zapewniam, że wirus afrykańskiego pomoru świń nie będzie tyle czekał.

Z danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi wynika, że wynagrodzenie w powiatowym inspektoracie weterynarii wynosi średnio ok. 2 tys. zł brutto. Tylko nieco ponad 30 proc. przeprowadzonych naborów zakończyło się podpisaniem umowy. Do ponad połowy nie wpłynęła ani jedna aplikacja, a w blisko 5 proc. – wybrani kandydaci zrezygnowali z objęcia stanowiska. Liczba wakatów stale rośnie.

– Wirus ASF jest bardzo zjadliwy, ma umiejętności przetrwania w bardzo niekorzystnych warunkach. Trzeba go zwalczać bardzo szybko, a nie da się tego zrobić bez sprawnej służby, która się tym zajmie, a jest nią Inspekcja Weterynaryjna – mówi Katner.

Krajowa Rada Lekarsko-Weterynaryjna ocenia, że lekarz rozpoczynający pracę w Inspekcji powinien zarabiać minimum krajową średnią. Jest nadzieja, że w najbliższym czasie lekarze będą mogli liczyć na podwyżki. Resort rolnictwa wystąpił o dodatkowe pieniądze z rezerwy budżetu państwa na etaty w Inspekcji Weterynaryjnej.

– Na razie walczymy z ASF na ścianie wschodniej, natomiast zasady bioasekuracji obowiązują na terenie całego kraju i to ma być prewencja. Aby tę prewencję skutecznie wprowadzić, potrzebne są te etaty na terytorium całego kraju, natomiast same etaty nie zwalczą ASF. Trzeba stworzyć takie warunki finansowe, aby ktoś chciał tam pracować, samo przyznanie etatów niczego nie zmieni, to muszą być zarówno dodatkowe etaty, jak i odpowiednio wysokie wynagrodzenia. Problem jest palący, tylko w przeciągu ostatnich tygodni było kilkanaście ognisk ASF – podkreśla Witold Katner.

Wkrótce mają ruszyć negocjacje ws. zakupu okrętów podwodnych. Specjalną ofertę współpracy złożyli Polsce Francuzi

Wkrótce mają ruszyć negocjacje ws. zakupu okrętów podwodnych. Specjalną ofertę współpracy złożyli Polsce Francuzi 10

Nowe okręty podwodne dla Marynarki Wojennej to jedna z najbardziej palących potrzeb polskiej armii. Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiedziało przyspieszenie w tej sprawie – po podpisaniu umowy na system Patriot niebawem podjęte mają zostać negocjacje dotyczące zakupu okrętów podwodnych. Naval Group, francuski producent okrętów podwodnych Scorpène, proponuje współpracę przemysłową która pozwoli na stworzenie w Polsce dwóch tysięcy miejsc pracy.

– Nasza oferta dla Polski obejmuje okręty podwodne typu Scorpène, najpotężniejsze konwencjonalne okręty podwodne w NATO, w tym dostęp do całości opracowanego przez nas wyposażenia okrętów typu Barracuda. Oznacza to zarówno pociski manewrujące, opracowane we współpracy z MBDA, jak i torpedy ciężkie i pociski rakietowe Exocet. To kompletna oferta, która zapewni Polsce najlepsze narzędzia z zakresu broni konwencjonalnej dostępne w NATO – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Hervé Guillou, prezes koncernu Naval Group.

Po tym, jak pod koniec maja morze wyrzuciło na polskie plaże pociski sygnalizacyjne z rosyjskiego okrętu podwodnego, MON zapowiedział przyspieszenie zakupu nowych okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej w ramach programu „Orka”. Jak poinformował niedawno szef resortu Mariusz Błaszczak, po podpisaniu umowy na zestawy obrony powietrznej Patriot MON przystąpi do kolejnych negocjacji, a priorytetem ma być właśnie zakup nowych okrętów podwodnych.

W ramach programu „Orka”, wycenianego na około 10 mld zł, MON zamierza kupić trzy okręty podwodne nowego typu. Jednostki mają być wyposażone w rakiety manewrujące, zdolne razić cele w odległości wielu setek kilometrów oraz zapewnić polskiej flocie realną zdolność do odstraszania. „Orka” to jeden z największych programów modernizacyjnych polskiej armii. Zainteresowani dostarczeniem Polsce okrętów podwodnych są trzej ich producenci – niemiecki holding stoczniowy TKMS, szwedzki Saab, który zaproponował okręty typu A26 oraz francuski koncern Naval Group, który oferuje jednostki typu Scorpène.

– Naval Group oferuje coś, czego nie ma nikt inny. To połączenie suwerenności, pełnej zgodności z NATO i możliwości, których nie mają inni. Jest to także szansa na stworzenie w Polsce silnego przemysłu i stabilnych miejsc pracy w branży zaawansowanych technologii. Zaczynamy od zapewnienia zdolności pomostowej, następnie budujemy okręty podwodne i serwisujemy je. Na tej bazie możemy stworzyć stabilną branżę i miejsca pracy dla specjalistów zaawansowanych technologii – podkreśla prezes Naval Group.

Oferta francuskiego Naval Group obejmuje nie tylko okręty Scorpène, lecz także szeroką współpracę przemysłową w sektorze wojskowym i cywilnym. Dotyczy ona m.in. budowy i serwisowania okrętów w Polsce, wspólnych prac badawczo-rozwojowych, utworzenia w Polsce dwóch tysięcy nowych miejsc pracy oraz współpracy w obszarze wykorzystania morskich odnawialnych źródeł energii. Naval Group proponuje także modernizację okrętu podwodnego ORP Orzeł i jest gotów zakończyć prace z nią związane w ciągu osiemnastu miesięcy. Francuzi podpisali z Polską Grupą Zbrojeniową porozumienie dotyczące transferu technologii i współpracy w zakresie programu „Orka”.

– Przedstawiliśmy stoczniom propozycję współpracy. Sprawdziliśmy około 150 firm i obecnie jesteśmy gotowi do współpracy z prawie setką z nich. Mamy więc kompletną bazę przemysłową, w której powstanie około dwa tysięcy nowych miejsc pracy w Polsce. Firmy skorzystają z pełnego transferu technologii i możliwości budowy okrętów, także od strony systemowej, co mogą następnie przełożyć na inne aspekty działalności, inne segmenty eksportowe, takie jak okręty podwodne i nawodne, a także morskie odnawialne źródła energii – podkreśla Hervé Guillou.

Zakup nowych okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej – która w tym roku obchodzi swoje stulecie – to jedna z najbardziej palących potrzeb polskiej armii. Będące obecnie na jej wyposażeniu stare okręty podwodne w większości mają ponad 50 lat i są powoli wycofywane.

Francuski Naval Group (dawniej DCNS) to największy w Europie koncern zajmujący się projektowaniem i budową okrętów wojennych. Niedawno zdobył wart ok. 40 mld dol. kontrakt na dostawę dwunastu okrętów podwodnych typu Barracuda dla australijskiej marynarki wojennej.

Komisja Europejska ponownie odrzuca skargę Fakro przeciw VELUX. Spór między firmami jednak wciąż trwa

Komisja Europejska ponownie odrzuca skargę Fakro przeciw VELUX. Spór między firmami jednak wciąż trwa 11

Komisja Europejska po raz drugi odrzuciła zarzuty Fakro przeciw VELUX. 11 lipca decyzja została opublikowana na stronie KE. Urzędnicy nie znaleźli potwierdzenia zarzutów, że VELUX narusza unijne reguły antymonopolowe. Spór trwa ponad dekadę, dużo jednak wskazuje na to, że decyzja KE może go wcale nie zakończyć. To, co nazywamy sporem, moim zdaniem jest przemyślaną strategią działania. W ciągu 10 lat pojawiło się około pięćset publikacji, które stawiały firmę VELUX w złym świetle – komentuje Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

– Od przeszło dekady firma Fakro formułuje dużą liczbę bezzasadnych zarzutów pod kątem firmy VELUX, jak również te zarzuty rozpowszechnia. 14 czerwca 2018 roku Komisja Europejska podjęła decyzję o odrzuceniu kolejnej skargi Fakro na praktyki firmy VELUX, była to już druga skarga, którą Komisja rozpatrywała i na podstawie przesłanej dokumentacji z obu stron nie dopatrzyła się żadnych naruszeń prawa konkurencji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

Pierwsza skarga została złożona przez firmę Fakro do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów jeszcze w 2006 roku i rok później do KE. W 2009 KE zamknęła dochodzenie, nie stwierdzając naruszeń prawa konkurencji, w 2012 roku Fakro złożyło ponowną skargę.

– Mimo że nasz konkurent przedstawił Komisji tysiące stron dokumentacji, analiz własnych, analiz zewnętrznych, nie dało to podstawy do stwierdzenia, że w jakikolwiek sposób istnieją naruszenia prawa o konkurencji. Ostatnia skarga była rozpatrywana przez Komisję przez 6 lat, w ciągu tych lat nasz konkurent dostarczył Komisji nie tylko oryginalną skargę, lecz także osiem dodatkowych suplementów z dokumentami. To spowodowało potrzebę zaangażowania dużych zasobów w analizę, zwłaszcza że w każdym przypadku i wielokrotnie VELUX był proszony o dostarczenie swojego stanowiska, swojej dokumentacji i swoich analiz – mówi Siwiński.

Prezes VELUX ocenia, że oprócz ścieżki prawnej, istotny jest czarny PR, jaki dotyka jego firmę od ok. 10 lat. Fakro wielokrotnie powielało informacje, które – jak ponownie uznała KE – są bezpodstawne.

– W naszej ocenie nie chodzi o spór, który dzieje się gdzieś w tle, ale o pewną metodę działania, która ma na celu podważenie zaufania do naszej firmy. Konflikt sprzedaje się dobrze, dzięki takim działaniom firma Fakro uzyskuje dużą ekspozycję medialną, zwraca uwagę opinii publicznej, zwraca na siebie uwagę liderów opinii, decydentów, jednocześnie podważa lub próbuje podważać zaufanie do firmy VELUX – podkreśla Siwiński.

Monitoring mediów prowadzony przez VELUX wykazał, że od momentu rozpoczęcia sporu w mediach pojawiło się blisko pięćset publikacji, w których powtarzane były zarzuty dotyczące praktyk naruszających prawa konkurencji. Publikacje dotarły do 20 mln odbiorców. W ten sposób Fakro miało zyskać darmową reklamę, jednocześnie dyskredytując w oczach opinii publicznej firmę VELUX.

– Przedstawiliśmy bardzo wiele przykładów takiej komunikacji ze strony firmy Fakro, która nie miała odniesienia do faktów, wezwaliśmy naszego konkurenta do tego, aby zaprzestał takiej negatywnej kampanii wobec naszej firmy. VELUX działa w Polsce już 28 lat, zatrudnia 4 250 osób, jest największym producentem okien oraz ich eksporterem w Polsce. Jako duży gracz jesteśmy najbardziej zainteresowani tym, aby rynek działał prawidłowo i transparentnie, ale bez uczciwej konkurencji nie jest to możliwe – ocenia Jacek Siwiński.

VELUX to potentat na europejskim rynku okien dachowych. W Polsce przychody Grupy VELUX i spółek siostrzanych w 2017 roku sięgnęły 1,9 mld zł (bez wymiany handlowej między spółkami). Dla porównania, Grupa Fakro osiągnęła w tym samym okresie 1,36 mld zł przychodów wliczając w to wymianę handlową między spółkami. Według danych opublikowanych na stronie Ministerstwa Finansów w latach 2014-2016 spółki Grupy (Grupa VELUX i spółki siostrzane) zapłaciły 35,6 mln zł podatku CIT, zaś spółki Grupy Fakro – 7,1 mln zł.

Urzędowa interpretacja chroni prawo do zwrotu VAT

Indywidualna interpretacja prawa podatkowego chroni podatnika, który się do niej zastosował. Zakres tej ochrony bywa jednak często przedmiotem sporów z fiskusem. W jednym z najnowszych orzeczeń wojewódzki sąd administracyjny zdecydował, iż należy ją pojmować w sposób szeroki.

Zastosowanie się do interpretacji nie może szkodzić podatnikowi

Zgodnie z Ordynacją podatkową (Dz.U. z 2018 r. poz. 800 z późn. zm.) podatnik ma prawo wystąpić do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej o wydanie indywidualnej interpretacji prawa podatkowego, która może dotyczyć aktualnego stanu faktycznego lub przyszłego zdarzenia. Wnioskodawca musi wyczerpująco opisać stan faktyczny będący przedmiotem wniosku, obowiązkowo zawierając w nim własne stanowisko, które podlega ocenie Dyrektora KIS. Ustawa stanowi, iż zastosowanie się do interpretacji indywidualnej przed jej zmianą, wygaśnięciem lub przed doręczeniem organowi prawomocnego orzeczenia sądu administracyjnego uchylającego tę interpretację nie może szkodzić wnioskodawcy. Zastosowanie się do stanowiska fiskusa powoduje zwolnienie z obowiązku zapłaty podatku w zakresie objętym interpretacją, jeśli zobowiązanie podatkowe wykonane zostało w sposób nieprawidłowy bądź skutki podatkowe w stanie faktycznym objętym interpretacją nastąpiły po jej doręczeniu. Jeśli jednak skutki te wystąpiły przed doręczeniem interpretacji, to podatnik zwolnienia nie uzyska. Organ może określić wysokość podatku objętego zwolnieniem wynikającym z zastosowania się do interpretacji, a w przypadku, gdy podatnik już uiścił daninę – wysokość nadpłaty. Na tym właśnie tle pewna spółka popadła w spór z fiskusem.

Fiskus przyznał rację, ale odmówił zwrotu podatku

Spółka odwoływała się od rozstrzygnięcia Dyrektora Urzędu Kontroli Skarbowej, który uznał, iż w związku z nabyciem nieruchomości, która jest w jego ocenie tzw. zorganizowaną częścią przedsiębiorstwa, zaniżyła podatek należny do wpłaty, gdyż z tego tytułu nie przysługiwało jej prawo do odliczenia naliczonego VAT. Stan faktyczny, w którym spółka dokonała rozliczenia objęty był uzyskaną wcześniej interpretacją podatkową. Stosując się do niej, zgodnie z ustawą podlegała ochronie. W tym zakresie Dyrektor Izby Skarbowej jako organ odwoławczy przyznał spółce rację i uznał, że choć generalnie powinna zapłacić VAT, jako iż nie miała prawa do jego odliczenia, to dzięki ochronie przysługującej z tytułu zastosowania się do interpretacji, będzie ona z tego podatku zwolniona. Fiskus odmówił jej natomiast prawa do uzyskania zwrotu podatku naliczonego, uznając, że interpretacja indywidualna nie chroni podatnika w tak szerokim zakresie. Organ stwierdził, iż w tej sytuacji nie ma podstaw do określenia nadpłaty podatku w wysokości odpowiadającej kwocie wykazanego przez firmę podatku naliczonego.

Sąd administracyjny stanął po stronie podatnika

Spółka zaskarżyła rozstrzygnięcie do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, nie zgadzając się z tym, iż uzyskana interpretacja nie chroni jej prawa do uzyskania zwrotu. Skład orzekający w wyroku z dnia 20 lutego 2018 r. sygn. III SA/Wa 1896/17 poparł stanowisko skarżącej, uznając, iż w przypadku prawa podatkowego „zapewnienie bezpieczeństwa prawnego na najwyższym poziomie nabiera szczególnego znaczenia”. Zdaniem Sądu „organy podatkowe są zobowiązane do takiego zachowania, które nie będzie powodowało ujemnych skutków dla strony postępowania, która działa w dobrej wierze, ma zaufanie do aktów danego organu i je wykonuje”. Wojewódzki sąd administracyjny podkreślił, że podatnikowi, który zastosuje się do interpretacji indywidualnej „przysługuje pełna ochrona prawna jego oczekiwań wynikających z treści pierwotnej interpretacji. Jej zmiana nie może szkodzić podatnikowi, a w szczególności doprowadzać do istotnego uszczerbku majątkowego”. Mając na uwadze przywołane argumenty, Sąd uchylił rozstrzygnięcie organu, przyznając tym samym spółce rację, iż zastosowanie się do interpretacji podatkowej szeroko chroni nie tylko przed obowiązkiem zapłaty podatku, ale także zabezpiecza prawo do uzyskania jego nadpłaty, za którą w tym przypadku uznać należy również prawo zwrotu podatku naliczonego VAT.

Trafne argumenty skuteczną bronią w walce o swoje prawa

Omawiany wyrok jasno pokazuje, że w sporze z fiskusem nie należy zatrzymywać się w połowie drogi i rezygnować z obrony swoich racji. Każda sprawa podatkowa ma bowiem indywidualny charakter. Wynik sprawy przed sądem administracyjnym niejednokrotnie zależy od niuansów, które mogą zmienić perspektywę składu orzekającego. Prawo podatkowe jest dziedziną niezwykle skomplikowaną i niejednoznaczną. W wielu przypadkach to od siły naszych argumentów zależy, czy sprawa zakończy się pomyślnym rezultatem. Urzędowa interpretacja potwierdzająca słuszność kierunku działania, to niewątpliwie mocny argument na wypadek sporu z fiskusem.

Autor:  radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Polska firma opracowała urządzenie zapobiegające nagłej śmierci łóżeczkowej. Co roku w czasie snu umiera kilka tysięcy dzieci

Polska firma opracowała urządzenie zapobiegające nagłej śmierci łóżeczkowej. Co roku w czasie snu umiera kilka tysięcy dzieci 12

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń, które mają na bieżąco monitorować parametry życiowe dzieci, ale też możliwie jak najbardziej ułatwić życie rodziców. Najnowsze gadżety pozwalają nie tylko sprawdzać oddech dziecka, ale jednocześnie mierzą temperaturę ciała i informują o pozycji snu. Informacje przekazywane na smartfony rodziców pozwalają na szybką reakcję, która ma kluczowe znaczenie w zapobieganiu nagłej śmierci łóżeczkowej. Rozwijaniem jednego z takich urządzeń zajmuje się polski startup, który planuje je wypożyczać.

– LifeTone to bezprzewodowy baby monitor, który jest mocowany do pieluszki. Pozwala monitorować parametry życia dziecka podczas snu, takie jak oddech, temperatura, puls i pozycja spania. W przypadku zidentyfikowania odchyleń, pewnych sytuacji zagrożenia, wysyłany jest alert poprzez aplikację, która jest zsynchronizowana ze smartfonem rodziców – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ewa Rutczyńska-Jamróz ze start-upu LifeTone.

Rynek urządzeń, które monitorują stan zdrowia dziecka, czy jakość jego snu stale się powiększa. To już nie tylko elektroniczne nianie, które przekazują dźwięk i monitorują oddech. Nowe urządzenia kontrolują tętno, a inteligentne pieluszki same informują, kiedy należy je zmienić. Skarpetki sprawdzają saturację krwi, a specjalne smoczki mierzą temperaturę. Łatwiej jest też kontrolować, czy niemowlę zjada wystarczająco dużo – specjalne słuchawki podczas karmienia piersią pozwalają ocenić ilość spożytego mleka, lub czy jest karmione w odpowiedni sposób – etui na butelkę kontroluje, czy opiekun prawidłowo trzyma butelkę.

Co roku we śnie umiera kilka tysięcy dzieci. W Polsce z powodu nagłej śmierci łóżeczkowej umiera ok. 200 dzieci, w Stanach Zjednoczonych – 3,5 tysiąca. Zagrożone są zwłaszcza wcześniaki, które stanowią 20-30 proc. dzieci umierających w niewyjaśnionych okolicznościach. LifeTone umożliwia pomiary wszelkich parametrów, które potencjalnie mogą mieć wpływ na wystąpienie nagłej śmierci łóżeczkowej (oddech, temperatura, pozycja). Jest zsynchronizowane z aplikacją na smartfonach rodziców i w przypadku jakichkolwiek nieprawidłowości alarmuje rodziców.

Polski startup już przygotowuje kolejne wersje aplikacji i urządzeń monitorujących stan zdrowia, także dla większych dzieci i osób starszych.

– W pierwszej kolejności będzie dostępna wersja dla noworodków, mocowana do pieluszki. Dla starszych dzieci będziemy chcieli zrobić opaskę. Widzimy potrzebę monitorowania np.  gwałtownych wzrostów temperatury u starszych dzieci, które są podatne na różnego rodzaju infekcje. W urządzenie chcemy także wbudować mikrofon, żeby urządzenie mogło stanowić alternatywę dla elektronicznej niani, ale też idziemy dalej, ponieważ chcielibyśmy dostosować algorytm tak, aby urządzenie mogło być wykorzystywane przez ludzi starszych, którzy są narażeni na ryzyko bezdechu – mówi przedstawicielka LifeTone.

Innowacyjne ma być nie tylko samo urządzenie, ale także sposób jego dostępności na rynku. Będzie istniała możliwość nie tylko zakupu urządzenia, ale także jego wypożyczenia na 6, 12 lub 18 miesięcy. LifeTone chce w pierwszej kolejności oferować swoje rozwiązanie w Polsce, ale myśli także o ekspansji zagranicznej.

– Zakładamy, że nasze urządzenie dostępne będzie w sprzedaży w II połowie 2019 roku. Zaczniemy od Polski, natomiast bardzo szybko chcemy wychodzić poza granice naszego kraju. W pierwszej kolejności będziemy kierować się na rynek USA, gdzie jest największe zapotrzebowanie na tego typu urządzenia – zapowiada Ewa Rutczyńska-Jamróz.

Rynek urządzeń monitorujących dzieci rośnie dynamicznie. W 2016 roku wart był ok. 897 mln dolarów. Z raportu Esticast Research and Consulting wynika, że w 2024 roku będzie to już 1,73 mld dol., a coroczne tempo wzrostu sięgnie blisko 9 proc.

Środek tygodnia nie był łaskawy dla złotego

Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem słabszego złotego. Polskiej walucie nie sprzyjały czynniki zewnętrzne, jednak tym razem znaczenie miały również wieści z kraju.

Negatywne informacje z USA sugerujące, że Donald Trump czyni kolejne kroki w stronę nałożenia nowych taryf celnych na Chiny (tym razem o wartości 200 mld dolarów) popsuły sentyment do aktywów ryzykownych i przełożyły się na ich słabość. Widać to było zarówno na rynku akcji, jak i obserwując waluty rynków wschodzących. Dolar zyskiwał, co znalazło odzwierciedlenie we wzroście kursu EUR/USD, jednak nie sprzyjało złotemu.

W drugiej części dnia polski złoty był słabszy jednak również ze względu na gołębi ton Rady Polityki Pieniężnej (stopy oczywiście pozostały niezmienione). Podczas konferencji prasowej po spotkaniu banku prezes Glapiński stwierdził, iż w jego opinii stopy procentowe powinny pozostać niezmienione prawdopodobnie do końca 2020 r, czyli przez kolejne 2,5 roku. Prezes RPP zaprezentował nowe szacunki ekonomiczne NBP, które zakładają wyższy niż oczekiwany (w marcu) wzrost gospodarczy w 2018 r. i nieco niższą od oczekiwanej wcześniej dynamikę CPI zarówno w krótkim (2018), jak i dłuższym (2020 r) terminie. Projekcja inflacji opublikowana zostanie na początku przyszłego tygodnia, jednak już teraz wiemy, że aktualizacja oczekiwań Rady utwierdza prezesa Glapińskiego w tym, iż podwyżki stóp procentowych nie nadejdą nawet do końca 2020 r.

Brak rychłych podwyżek stóp procentowych w Polsce, przy jednocześnie oczekiwanych podwyżkach w pozostałych istotnych krajach CEE i strefie euro nie jest czynnikiem, który sprzyja złotemu, co znalazło odzwierciedlenie w kursie polskiej waluty. Mimo wszystko, nawet uwzględniając ten czynnik nadal sądzimy, że obecne notowane poziomy kursu EUR/PLN są wyższe niż uzasadniałyby solidne fundamenty polskiej gospodarki i bardzo dobre perspektywy jej rozwoju.

Funt brytyjski zyskuje w parze ze złotym

W czwartek rano kurs funt względem dolara amerykańskiego spadł do najniższego poziomu od ponad tygodnia. Szterling ustabilizował się jednocześnie względem słabszego euro i umocnił w relacji do polskiego złotego, w wyniku pojawienia się sygnałów, że Unia Europejska może być gotowa do rozważenia nowych propozycji Wielkiej Brytanii w kwestii Brexitu.

Główny negocjator Unii Europejskiej ds. Brexitu, Michel Barnier, stwierdził, że treść 80% umowy między Wielką Brytanią i wspólnotą europejską została uzgodniona w tym tygodniu. Wiadomość wzbudziła nadzieje, że pełne porozumienie może zostać osiągnięte przed ostatecznym terminem, który przypada na październik. Mimo niedawnych zawirowań politycznych związanych z rezygnacją dwóch członków brytyjskiego gabinetu (Davida Daviesa oraz Borisa Johnsona) nie wydaje się, aby miało powstać jakiekolwiek zagrożenie pozycji Theresy May jako przewodniczącej rządu. Kilku Torysów publicznie wyraziło dla niej poparcie, brakuje również silnego nazwiska, które mogłoby stanowić konkurencję dla May i zająć stanowiska premiera. Fakt, iż inwestorzy upewnili się, że jej pozycja jest bezpieczna pozwolił funtowi na wzrost.

Najbliższe dni nie przyniosą nowych wieści makro z Wielkiej Brytanii, stąd wahania szterlinga będą prawdopodobnie zależeć od kwestii politycznych. Dużym wyzwaniem dla funta będzie odpowiedź Unii Europejskiej na długo wyczekiwany „White Paper” – propozycję brytyjskiego rządu w kwestii relacji handlowych między Królestwem a Unią po opuszczeniu Wspólnoty przez UK. Dokument ma zawrzeć „kompleksowy opis” tego, jak zdaniem Wielkiej Brytanii powinien wyglądać Brexit.

Inwestorzy czekają na „minutki” EBC i dane inflacyjne z USA

W czwartkowy poranek indeks dolara amerykańskiego znajdował się na najwyższym poziomie od półtora tygodnia – wczoraj kurs EUR/USD spadł o 0,5%. Utrzymujący się niepokój związany z konfliktem handlowym USA i Chin skłonił w tym tygodniu inwestorów do zaufania bezpiecznym aktywom, takim jak dolar, aniżeli bardziej ryzykownym walutom. Dolar dziś może zyskać jeszcze bardziej, jeżeli opublikowane po południu dane o dynamice cen w USA pozytywnie zaskoczą. Według opinii konsensusu inflacja w Stanach Zjednoczonych powinna wzrosnąć z poziomu 2,8% rocznie notowanego w maju do 2,9% w czerwcu.

Opublikowane dziś dane o dynamice cen w Niemczech były zgodne z oczekiwaniami konsensusu. Ceny w największej gospodarce strefy euro wzrosły na przestrzeni roku o 2,1%. Pozytywnie zaskoczyła natomiast produkcja przemysłowa. Może to być sygnał, że gospodarki bloku walutowego nieco się ożywiły w drugim kwartale br.

Jeszcze przed danymi o inflacji z USA, opublikowane zostaną minutki z ostatniego spotkania Europejskiego Banku Centralnego, istotne w kontekście dalszych posunięć banku, który zobowiązał się wygasić program luzowania ilościowego do końca roku, jednak równocześnie planuje nie podnosić stóp procentowych co najmniej do końca lata 2019 r.

Autor: Analitycy Ebury – Matthew Ryan & Roman Ziruk

Złoty nadal w odwrocie

Wczorajszy dzień nie był najlepszy dla złotego. Środowe osłabienie naszej waluty spowodowane było nie tylko zapowiedziami nałożenia nowych ceł przez Stany Zjednoczone na Chiny, ale także dobrymi odczytami z amerykańskiej gospodarki.

Tamtejsza inflacja producencka okazała się wyższa od oczekiwań, co dało dodatkowej siły dolarowi. Umacniający się dolar tradycyjnie już nie pomaga walutom z rynków wschodzących. Stąd też mogliśmy oglądać takie osłabienie złotówki. Choć dzisiejszy poranek wygląda raczej neutralnie na notowaniach naszej waluty to należy pamiętać, że są to tak naprawdę pierwsze chwile czwartkowego handlu i wszystko może się jeszcze wydarzyć. Póki co dolar amerykański wyceniany jest na 3,71 zł. Franka szwajcarskiego kupimy za 3,72 zł. Wspólna waluta znajduje się na poziomie 4,33 zł, a funt brytyjski kosztuje 4,90 zł.

Dzień  z inflacją

W godzinach przedpołudniowych poznamy dziś odczyty inflacyjne z ważniejszych gospodarek europejskich. W Niemczech inflacja konsumencka nie zaskoczyła rynków, dlatego też nie było widać żadnej reakcji na notowaniach euro. Na publikację danych z Francji przyjdzie nam jeszcze chwilkę poczekać. Ponadto w godzinach porannych poznamy dynamikę produkcji przemysłowej w Strefie Euro.

Dla Strefy Euro ważniejsza dzisiaj będzie jednak publikacja protokołu z posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego. Inwestorzy z uwagą przeczytają raport w celu zapoznania się z dalszymi planami EBC co do prowadzenia polityki monetarnej.

Popołudnie ze Stanami

Z kolei po południu poznamy szereg danych zza oceanu. Najważniejszymi z nich będą odczyty inflacji konsumenckiej, a także liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Mniejszym echem na rynkach powinny obejść się publikacje zmiany zapasów paliw, czy odczyt budżetu federalnego. Niemniej jednak powinniśmy oglądać zwiększoną zmienność w okolicy odczytów na parach powiązanych z dolarem amerykańskim.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Zatrudnienie w trakcie roku a dwutygodniowy urlop pracownika

Jednym z głównych przywilejów osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę jest urlop wypoczynkowy zagwarantowany przez Konstytucję RP oraz Kodeks pracy. Powinien być to czas przeznaczony na regenerację sił pracownika, dzięki której będzie mógł efektywnie wykonywać swoją pracę. Eksperci wFirma.pl podpowiadają, jak wygląda udzielenie dwutygodniowego urlopu pracownikowi, który rozpocznie pracę w trakcie roku.

Dwutygodniowy urlop wypoczynkowy

Według przepisów prawa pracy każda osoba, która zatrudniona jest w oparciu o umowę o pracę, posiada prawo do wykorzystania urlopu w sposób nieprzerwany. Oznacza to, że cały przysługujący urlop pracownik może wykorzystać jednorazowo. W ciągu roku wymiar urlopu wypoczynkowego zależy od stażu pracy pracownika i wygląda następująco:

  • 20 dni, gdy pracownik jest zatrudniony krócej niż 10 lat,
  • 26 dni, jeżeli pracownik jest zatrudniony co najmniej 10 lat.

Kodeks pracy jednak dopuszcza możliwość krótszego urlopu, czyli jego podziału na części. Aby udzielić go w częściach, muszą spełnione zostać warunki:

  • podział urlopu następuje na wniosek pracownika,
  • co najmniej jedna część urlopu w danym roku będzie trwała minimum 2 tygodnie.
Ważne!

Art. 162 k.p. dopuszcza  podzielenie urlopu na części, ale równocześnie zakazuje dowolnego jego rozdrabniania.

Według  art. 162 k.p. pracodawca mimo wniosku pracownika powinien odmówić podziału urlopu  wypoczynkowego na mniejsze części niż przewidziane w prawie pracy. Przepis ten mówi także, że pracodawca ma prawo, aby nie uwzględnić wniosku pracownika w sprawie podziału urlopu. W rezultacie może dojść do sytuacji, w której pracodawca zobowiązuje pracownika do wykorzystania co najmniej 14 kolejnych dni kalendarzowych urlopu lub do wykorzystania go w całości.

Zatrudnienie w ciągu roku a urlop wypoczynkowy

Gdy pracownik zatrudniony został w ciągu roku kalendarzowego lub gdy nie przepracuje całego roku, otrzyma urlop wypoczynkowy w wymiarze proporcjonalnym do przepracowanego czasu. Rozpoczynając pracę, pracownicy mają prawo do urlopu w wymiarze proporcjonalnym do okresu:

  • który pozostał do końca danego roku kalendarzowego (gdy jest zatrudniony na czas nie krótszy niż do końca danego roku kalendarzowego),
  • zatrudnienia w danym roku kalendarzowym (w przypadku zatrudnienia na czas krótszy niż do końca danego roku kalendarzowego).

Jednak warto pamiętać o tym, że łączny wymiar urlopu w roku kalendarzowym nie może być niższy niż wynikający z okresu przepracowanego w tym roku u wszystkich pracodawców oraz że nie może przekroczyć 20 lub 26 dni w zależności od stażu urlopowego, a także wielkości etatu.

14 dni wypoczynku

Gdy pracownik zostanie zatrudniony w trakcie roku kalendarzowego oraz przysługuje mu prawo do takiej liczby dni urlopu wypoczynkowego, z których na 14 kolejnych dni kalendarzowych wypoczynku przypadałaby jedna jego część, wówczas może on złożyć pracodawcy wniosek o podział urlopu na części. Warto zwrócić uwagę że obowiązek zapewnienia co najmniej 14 dni dotyczy wypoczynku, a nie urlopu wypoczynkowego. W te 14 dni wypoczynku wlicza się także dni wolne od pracy (niedziele, święta, dni wolne z tytułu 5-dniowego tygodnia pracy), na które nie udziela się urlopu. Dlatego pracodawca powinien udzielić tylu dni urlopu wypoczynkowego, aby wypoczynek pracownika trwał dwa tygodnie.  W praktyce wymiar udzielonego urlopu może być krótszy niż 14 dni, a cały okres wypoczynku może być większy niż 2 tygodnie.

Przykład 1.

11 czerwca 2018 roku rozpoczął pracę pracownik, którego staż pracy wynosi ponad 10 lat. Zatrudniono go na czas nieokreślony, w pełnym wymiarze czasu pracy. W tym roku nie był zatrudniony na podstawie umowy o pracę u innego pracodawcy. Ustalono że w 2018 r. pracownik ma prawo do urlopu wypoczynkowego w wymiarze 13 dni (26/12*6 =13 dni). Na wniosek pracownika przysługujący urlop wypoczynkowy można podzielić, ale tylko pod warunkiem, że jedna z części wypoczynku będzie miała co najmniej 2 tygodnie.

Przykład 2.

Pracownik jest zatrudniony od 1 kwietnia do 31 grudnia 2018 roku. Wymiar jego urlopu wynosi 20 dni. Jest to pierwsze zatrudnienie na umowę o pracę w danym roku, więc przysługuje mu 15 dni urlopu (20/12*9=15 dni).  Rozkład czasu pracy pracownika przewiduje pracę od poniedziałku do piątku. Wystąpił on o podzielenie urlopu na części. Fragment urlopu według wniosku ma przypadać na okres od 6 do 17 sierpnia 2018 r. Pracodawca może zgodzić się na ten wniosek. Wypoczynek pracownika będzie trwał 14 kolejnych dni kalendarzowych, z czego dni urlopu przypadło 9, a pozostałe z nich to niedziele (12 i 19 sierpnia), święto (15 sierpnia) oraz soboty będące dniami wolnymi od pracy (11 i 18 sierpnia).

Pracodawca nie powinien akceptować wniosku pracownika o podział urlopu na części, gdy pracownik, który został zatrudniony w ciągu roku kalendarzowego, nie nabył prawa do urlopu wypoczynkowego w wymiarze pozwalającym na wykorzystanie 14 kolejnych dni kalendarzowych odpoczynku.

Wśród ekspertów prawa pracy istnieje także odmienny pogląd. Twierdzą oni, że w przypadku rozpoczęcia pracy w ciągu roku kalendarzowego nie ma obowiązku zapewnienia dwutygodniowego wypoczynku. Takie stanowisko mówi, że pracownik, który ma prawo do pełnego wymiaru urlopu wypoczynkowego (20 lub 26 dni), ma większe możliwości, aby  wykorzystać go w sposób bardziej korzystny. Zaś pracownik, który rozpoczął pracę w trakcie roku i przysługuje mu urlop proporcjonalny, nie ma takich możliwości. Taki pogląd jednak nie ma podstaw w przepisach prawa pracy.

Kiedy niemożliwe jest udzielenie 2 tygodni urlopu?

Istnieją jednak sytuacje, w których udzielenie kolejnych 14 dni kalendarzowych wypoczynku jest niemożliwe. Do takich wyjątków należą:

  • urlop wypoczynkowy pracownika, który podejmuje pracę po raz pierwszy, w roku kalendarzowym, w którym podjął pracę. Zgodnie z art. 152 k.p. uzyskuje on z upływem każdego miesiąca pracy urlop w wymiarze 1/12 wymiaru urlopu przysługującego mu po przepracowaniu roku,
  • obligatoryjne przesunięcie urlopu z powodu jego przerwania. Według art. 166 k.p. może być to spowodowanego m.in. czasową niezdolnością do pracy wskutek choroby lub odosobnieniem z powodu choroby zakaźnej, urlopem macierzyńskim, odbywaniem ćwiczeń wojskowych albo przeszkolenia wojskowego

Pracodawca, który na wniosek pracownika podzieli urlop wypoczynkowy i nie zapewni, aby jedna część jego wypoczynku obejmowała co najmniej 14 kolejnych dni kalendarzowych, narusza obowiązujące przepisy prawa pracy. Ponosi on więc odpowiedzialność za nieudzielenie pracownikowi urlopu zgodnie z przepisami prawa pracy. Dlatego to pracodawca powinien skłonić pracownika do podziału urlopu wypoczynkowego tak, aby część wypoczynku przypadała na 14 kolejnych dni kalendarzowych. Pracodawca jednak nie może nakazać pracownikowi wykorzystania urlopu wbrew jego woli. Według przepisów  Kodeksu pracodawca tylko w dwóch sytuacjach może nakazać pracownikowi, aby wykorzystał urlop wypoczynkowy, dzieje się tak tylko w przypadku urlopu zaległego oraz udzielanego w okresie wypowiedzenia.

Katarzyna Dorociak, Ekspert wFirma.pl

Lodówkomaty, duże gabaryty i dostawy w sobotę – InPost odpowiada na nowe potrzeby klientów

Od 6-7 lat branża e-commerce w Polsce utrzymuje stałe tempo wzrostu, które wynosi 15-18 proc. Estymuje się, że 2018 będzie kolejnym mocnym rokiem, kiedy poziom ten może jeszcze wzrosnąć. Przyczynia się do tego wprowadzony niedawno zakaz handlu w niedziele. Choć na razie funkcjonowanie nowych przepisów nie spowodowało jeszcze dużych różnic w wynikach e-commerce, to fizyczny handel – czyli supermarkety i duże sieci handlowe – notują już spadki i odpływ klientów. Ci z kolei są zmuszeni do zmiany dotychczasowych nawyków.  Choć dziś jest to jeszcze niemożliwe – jeśli rynek będzie ewoluował w zakładanym kierunku – wzrost e-commerce przyspieszy z 18 do 20-23 proc. r/r. Polska przegoni Włochy i stanie się czwartym największym rynkiem e-commerce w Unii Europejskiej. Obecnie do najpopularniejszych produktów kupowanych przez Polaków za pośrednictwem Internetu należy odzież, obuwie, kosmetyki, książki, gry czy drobna elektronika. Widać jednak rosnące trendy jeśli chodzi o wielkogabarytowe przesyłki, tzw. home&garden – czyli wyposażenie domów i ogrodów, w tym także meble. Dzisiaj na polskim rynku brakuje kanału dostawy tego typu paczek.

– To będzie czynnik, który uwidoczni się bardziej w przyszłym roku. Zachowania konsumenckie wyraźnie się zmienią. InPost chce w tym pomóc. Obecnie jesteśmy jedyną firmą, która wdraża dostawę przesyłek do paczkomatów również w soboty – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Brzoska, prezes InPost – Projekt ten był prowadzony pilotażowo przez ostatnie 10 miesięcy. Lada moment usługa będzie dostępna dla wszystkich. Będzie ona zachęcać klientów do nieodkładania kupna na kolejny tydzień i zamawiania produktów w piątek – na Allegro i nie tylko. InPost chce je dostarczać już następnego dnia. Dalszym krokiem, który wydaje się zupełnie naturalny, mają być dostawy w niedziele. Choć InPost skupia się na dostawie mniejszych przesyłek za pomocą paczkomatów – to jako kurier stara się wychodzić naprzeciw oczekiwaniom rynkowym. Coraz więcej przesyłek o większych gabarytach jest dostarczanych przez InPost Express. Najbliższe lata będą bardzo ciekawe dla branży, zwłaszcza biorąc pod uwagę wprowadzenie niehandlowych niedziel – co spowoduje, że handel żywnością zacznie coraz bardziej przenosić się do Internetu. Kolejną odpowiedzią firmy na oczekiwania rynku będzie nowy projekt, który ruszy już wkrótce w Krakowie i Warszawie – czyli lodówkomaty. Czy okażą się dużym sukcesem? O tym przekonamy się wkrótce. Na razie zakładamy, że w przyszłości handel żywnością będzie stanowił połowę całego handlu internetowego. Dlatego powodzenie projektu jest zupełnie realne – ocenił Brzoska.

Wojna handlowa między USA a Chinami może zagrozić nie tylko amerykańskiej, lecz także światowej gospodarce. Potrzebny szybki powrót do negocjacji

Wojna handlowa między USA a Chinami może zagrozić nie tylko amerykańskiej, lecz także światowej gospodarce. Potrzebny szybki powrót do negocjacji 13

Amerykańska gospodarka wydaje się być w szczytowej formie, a indeksy na Wall Street biją kolejne rekordy. Hossa w Stanach Zjednoczonych trwa już ponad 9 lat i jest to drugi, najdłuższy okres wzrostów na giełdzie po II wojnie światowej. Problemem jest wojna handlowa z Chinami, której eskalacja może mieć poważne konsekwencje nie tylko dla amerykańskiej giełdy, lecz także dla światowej gospodarki.

– Hossa w Stanach jeszcze się nie skończyła. Ona ma jeszcze potencjał roku, może półtora roku, aby zrównać się z tą najdłuższą hossą z lat 90. Natomiast trzeba mieć na uwadze, że wszystko się kończy i ta ekspansja w pewnym momencie też dobiegnie końca. Na dzisiaj nie ma takich sygnałów ze strony spółek i ich wyników świadczących, że ma się to zadziać za miesiąc, za kwartał czy dwa, w danych gospodarczych też ich nie dostrzegamy. Natomiast jest ryzyko, że im dłużej trwa hossa i ta ekspansja, tym bardziej zbliżamy się do jej końca i niestety trzeba brać to pod uwagę w inwestycjach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Niedzielewski, dyrektor Departamentu Inwestycji w Investors TFI.

Hossa w Stanach Zjednoczonych trwa już ponad dziewięć lat i jest to drugi, najdłuższy okres wzrostów po II wojnie światowej. Dłużej trwał jak na razie tylko boom z lat 90. Już na początku tego roku na Wall Street padły historyczne rekordy. Technologiczny Nasdaq w styczniu po raz pierwszy w historii przekroczył poziom 7 000 pkt, a indeks S&P 500 pierwszy raz przebił 2 700 pkt, zyskując 0,8 proc. Siłą napędową indeksów były głównie spółki technologiczne, na czele z Alphabet Google, Apple, Facebookiem i Amazonem, które zyskiwały dzięki dobrym danym gospodarczym. Na kolejne rekordy nie trzeba było długo czekać, bo już w końcówce miesiąca (26 stycznia) indeks S&P 500 osiągnął historyczny poziom 2 872 pkt, a Nasdaq ustanowił maksimum 7 505 pkt.

– Ze względu na dobrą sytuację gospodarczą i dobre wyniki spółek amerykańską gospodarkę stać jeszcze na to, żeby pobić styczniowe szczyty na indeksie S&P 500. Zrobiły to już Nasdaq, zrobił to już indeks spółek zaliczanych do tzw. FANG, więc wydaje się, że liderzy świata technologicznego pokazali trend, do którego będą dążyć także inne indeksy amerykańskiej giełdy jak S&P 500. Do tego szczytu już niewiele brakuje, wynik ze stycznia jeszcze w tym roku zostanie pobity – prognozuje Jarosław Niedzielewski.

Wtorkowa sesja (10 lipca) była dla Dow Jones już czwartą sesją wzrostową z rzędu (+143 proc.), co było pokłosiem publikowanych wcześniej pozytywnych danych makro dotyczących amerykańskiego przemysłu i stanu gospodarki. Nasdaq sięgnął we wtorek 7 759 pkt, zwyżkując o 0,04 proc., natomiast indeks S&P 500 zyskał 0,35 proc. osiągając 2 793 pkt.

Gospodarka w USA jest w szczytowej formie, na co składają się najniższe od 18 lat bezrobocie, wysoki wzrost gospodarczy, przewyższające oczekiwania odczyty z amerykańskiego przemysłu i inflacja blisko celu. Według indeksu Krajowej Federacji Niezależnej Przedsiębiorczości co trzeci drobny przedsiębiorca spodziewa się poprawy warunków gospodarczych. Problemem jest wojna handlowa z Chinami, której eskalacja może mieć poważne konsekwencje nie tylko dla amerykańskiej giełdy, lecz także światowej gospodarki.

– To wojna, która toczy się w szczególności między USA a Chinami, a także pomiędzy USA a Europą, a nawet Kanadą, czyli dotychczasowymi sojusznikami Ameryki. Jest to element, który może spowodować nie tylko perturbacje na Wall Street, moim zdaniem krótkoterminowe, lecz także doprowadzić do tego, że gospodarka amerykańska i światowa wejdzie w recesję szybciej niż wynikałoby to z innych, cyklicznych względów. Tak się stanie, jeżeli nastąpi ekspansja wojen handlowych i nie zostaną one szybko zakończone rozejmem – ocenia Jarosław Niedzielewski.

W czerwcu zostały wprowadzone cła dla Europy i Kanady, a w ubiegłym tygodniu, w nocy z czwartku na piątek, 6 lipca, Stany Zjednoczone nałożyły też 25-procentowe cła na wart 34 mld dol. rocznie chiński eksport jako karę za wymuszanie transferu technologii od zagranicznych firm i nieuczciwe praktyki handlowe. Pekin odpowiedział, ogłaszając listę amerykańskich towarów tej samej wartości, m.in. samochodów, które zostanie nałożone cła. W nocy z wtorku na środę 11 lipca administracja Trumpa nałożyła kolejną z zaplanowanych partię 10-procentowych ceł na chińskie produkty warte 200 mld dol. rocznie, co spotkało się z analogiczną reakcją Pekinu i wywołało wyprzedaż na światowych giełdach.

Ekspert Investors TFI Jarosław Niedzielewski zwraca uwagę, że już w czerwcu wiele firm, w szczególności z branży motoryzacyjnej, przestrzegało przed spadkiem sprzedaży samochodów i problemami, które będą się z tym wiązać. Akcjonariusze zareagowali na te wieści 10-procentowymi spadkami głównych europejskich producentów samochodów.

– Pierwsze ofiary wojny handlowej już padają. Są nimi nie tylko spółki, lecz także akcjonariusze, a w przyszłości być może także pracownicy, bo wiele firm, które produkują w Stanach i eksportują do Chin, ogłasza konieczność wycofania produkcji z USA, co wpłynęłoby na ograniczenie zatrudnienia. Z teorii wojen handlowych, które w ostatnich miesiącach były raczej medialnym szumem, przeszliśmy do praktyki, która dla wielu firm może się okazać bolesna. dla ich akcjonariuszy również. Jeżeli potrwa to dłużej, może się rzeczywiście rozciągnąć na całą gospodarkę, co będzie negatywnie wpływało na hossę na Wall Street – ocenia Jarosław Niedzielewski.

Jak podkreśla, na wojnach handlowych tracą wszyscy uczestnicy globalnego rynku, w tym zarówno firmy amerykańskie, chińskie, jak i europejskie. Dlatego jak najszybciej potrzebny jest powrót do rokowań i osiągnięcie porozumienia, zanim eskalacja rozleje się na globalne rynki.

– Jeżeli to przeświadczenie dojdzie do administracji Donalda Trumpa – może skłonność do tego, żeby znowu zasiąść do rokowań i wprowadzić jakiś rozejm, będzie większa. To może się odbić w ten sposób, że indeksy spółek spadną o kilka procent, akcjonariusze pokażą swoje niezadowolenie z tego, że sytuacja firm, w których mają udziały, może się pogorszyć ze względu na wojny handlowe i dopiero to zwiększy skłonność polityków do dogadania się między sobą. Wcześniejsze porozumienie między Chinami a USA ogłoszone 20 maja nie spowodowało niestety zmiany taktyki Donalda Trumpa, który zaledwie tydzień później ogłosił, że jednak cła zostaną wprowadzone. Na razie rozmowy niby się toczą, ale niestety cały czas ta wojna trwa i ona przybiera coraz to bardziej groźną postać – mówi Jarosław Niedzielewski, dyrektor Departamentu Inwestycji w Investors TFI.

Zaktualizowana strategia warszawskiej giełdy pomoże się jej odnaleźć między mocnymi rynkami krajów rozwiniętych. GPW będzie do nich zaliczana od 25 września

Zaktualizowana strategia warszawskiej giełdy pomoże się jej odnaleźć między mocnymi rynkami krajów rozwiniętych. GPW będzie do nich zaliczana od 25 września 14

Aż czternaście inicjatyw zawiera zrewidowana strategia Giełdy Papierów Wartościowych do 2022 roku. Większa liczba platform obrotu i instrumentów ma przyciągnąć zarówno firmy, jak i inwestorów. Nowe platformy umożliwią m.in. pozyskiwanie finansowania ze strony funduszy typu venture capital czy w formule crowdfundingu. To jednak nie koniec. Na początku 2019 roku przedstawione zostaną kolejne projekty.

– Nowe platformy, które planujemy, to m.in. wejście w rynek niepubliczny, roboczo nazywamy to Private Market, czyli będzie możliwość pozyskiwania przez platformę finansowania ze strony funduszy VC, w formule crowdfundingu oraz będzie możliwy ograniczony obrót wtórny wyemitowanymi instrumentami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Platforma ta ma być oparta na technologii blockchain, czyli rozproszonej bazy danych, wykorzystywanej do tej pory głównie w transakcjach na kryptowalutach. Jest to technologia bardzo bezpieczna, ale niezbyt wydajna i dlatego użyteczniejsza w przypadku systemów o mniejszej częstotliwości handlu.

– Private Market jest głównie dla start-upów, ale jego uzupełnieniem jest jeszcze coś ważniejszego, czyli GPW Ventures. To jest fundusz funduszy, który będzie inwestował w fundusze VC i w ten sposób start-upy zyskają pośrednio przez fundusz venture nowego inwestora – mówi prezes GPW. – Chcemy z jednej strony uświadamiać funduszom venture, że istniejemy i że warto rozważać wyjście ze swojej inwestycji w start-up właśnie przez naszą stałą platformę giełdową, ale też daje nam wgląd w portfele inwestycyjne tych funduszy venture. Chcemy ewoluować w kierunku technologicznej firmy i być może któryś ze start-upów będzie dla nas, jako dla przedsiębiorstwa, interesujący, wtedy będziemy się starali wykupić go z funduszu venture, oczywiście na warunkach ściśle rynkowych.

Obie opisane platformy przeznaczone są dla małych i średnich firm. Natomiast większe podmioty będą mogły skorzystać z programu rozwoju rynku pierwotnego, czyli GPW Growth, czyli dwuletniego programu szkoleniowego, przygotowującego firmy na przyjęcie inwestora.

– Pozyskanie inwestora to zmiana w kulturze organizacji, ale też w wielu procesach, w controllingu, chcielibyśmy, żeby firmy potrafiły dobrze wyceniać swoją wartość, rozumieć skąd się ona bierze – tłumaczy Marek Dietl. – Jest szereg tematów, które są obce wielu małym i średnim przedsiębiorcom, a jednocześnie, żeby rosnąć, pokonywać kolejne etapy rozwoju, konieczne jest zasilenie finansowe i lepiej być na to dobrze przygotowanym.

GPW chce także rozbudować system pożyczek papierów wartościowych, który ma pobudzić krótką sprzedaż i zwiększyć popyt. Planuje wprowadzenie standardów raportowania biznesowego pozwalających na automatyczne przetwarzanie danych i obniżenie kosztów związanych z raportowaniem przez spółki (GPW Data). Z kolei projekt TCA (Transaction Cost Analysis) umożliwi zbudowanie zestawu innowacyjnych narzędzi do identyfikacji i analizy kosztów transakcyjnych.

– Szczególnie duży nacisk kładziemy na rozwój platformy dla rynku długu. Do tej pory były to po prostu obligacje rządowe, obligacje korporacyjne, teraz chcemy być gotowi do zaoferowania m.in. dwóch osobnych platform dla rynku obligacji, jedna prime dla tych najlepszych obligacji i druga platforma dla obligacji bez ratingu i bardziej ryzykownych, ale potencjalnie też płacących większy kupon – wyjaśnia prezes GPW.

Kolejnym obszarem, do rozwoju którego strategia 2022 ma dać impuls, jest rynek instrumentów pochodnych. Powstaną dwa nowe wskaźniki referencyjne dla rynku obligacji oraz pieniężnego: Warsaw Repo Rate i Bondspot Benchmark. GPW chce też stymulować rynek repo, czyli oddawania papierów wartościowych w zamian za gotówkę, co nie tylko wzmocni płynność sektora finansowego, lecz także wyznaczy stopy procentowe na podstawie transakcji rynkowych. To jednak nie koniec planowanych zmian.

– Kolejna nowa platforma, coś, czego jeszcze nigdy nie robiliśmy, to platforma obrotu odpadami. Wiele przedsiębiorstw traktuje swoje odpady jako koszt, a dla tych, którzy zajmują się przerobem odpadów, to jest bardzo wartościowy surowiec i chodzi o to, żeby jednych z drugimi połączyć w sposób wystandaryzowany, homogeniczny, żeby wprowadzić tę branżę na nowy poziom obsługi technologicznej – zaznacza Marek Dietl.

Zróżnicowanie źródeł przychodów ma przybliżyć GPW do bardziej rozwiniętych giełd, na których obrót akcjami przynosi znacznie mniejszą część wpływów niż w Warszawie. Zwłaszcza że od 25 września stołeczny parkiet stanie się rynkiem rozwiniętym według klasyfikacji FTSE Russell jako pierwszy z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Od tej pory będzie porównywany z największymi rynkami świata, a nie z rynkami regionu.

– Przygotowujemy się do konkurencji z najbardziej rozwiniętymi rynkami, natomiast nie chcemy bezmyślnie małpować tego, co zrobili inni, szukamy swoich nisz i przede wszystkim możliwości stworzenia produktów najpierw na własne potrzeby, a potem takich, które moglibyśmy oferować innym giełdom – podsumowuje prezes GPW. – Dla wielu rozwiniętych giełd przychody ze sprzedaży technologii to 10 proc. przychodów i więcej, u nas jest to 0 proc., chcemy to zmienić.

Rolnicy i sadownicy będą protestować w Warszawie. Niskie ceny skupu owoców nie rekompensują im nawet kosztów produkcji

Rolnicy i sadownicy będą protestować w Warszawie. Niskie ceny skupu owoców nie rekompensują im nawet kosztów produkcji 15

Jutro w Warszawie protestować będą rolnicy, sadownicy i hodowcy trzody chlewnej, którzy chcą zwrócić uwagę m.in. na zły stan polskiego rolnictwa i dramatycznie niskie ceny owoców miękkich w skupach. Tegoroczne zbiory owoców miękkich zapowiadają się wyjątkowo dobrze, a w przypadku owoców – nawet rekordowo. Jednak stawki oferowane przez zakłady przetwórcze nie zrekompensują producentom nawet kosztów produkcji.

– Jeśli chodzi o krzewy i drzewa, to w tej chwili, pomimo suszy, która dręczy polskie rolnictwo, zbiory są dobre. Zbiory jabłek, które są głównym produktem polskiego sadownictwa, też zapowiadają się dobrze. Nie ma strat spowodowanych gradem, one są stosunkowo nieduże. Większość dobrych, towarowych sadów to są już dzisiaj sady nawadniane, także nie spodziewamy się jakiegoś spadku plonów spowodowanego suszą. Pogoda do końca sezonu będzie decydować w pewnym zakresie o ilości, ale przede wszystkim o jakości tych produktów, które zbierzemy zarówno z przeznaczeniem na świeży rynek, jak i dla przetwórstwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Boguta, prezes zarządu Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw.

Upał oraz brak deszczu w maju i czerwcu spowodowały, że zbiory niektórych gatunków zbóż mogą być w tym roku mniejsze nawet o 25 proc. Susza występuje już na całym obszarze kraju, obejmując ponad połowę gruntów ornych. Najbardziej dotyka uprawy zbóż jarych i ozimych. Straty rolników sięgają milionów złotych i odbiją się najbardziej na dochodach mniejszych gospodarstw. Resort rolnictwa i rozwoju wsi pracuje nad mechanizmem pomocowym dla najbardziej poszkodowanych rolników.

Susza nie powinna mieć jednak znaczącego przełożenia na zbiory owoców i warzyw, choć decydująca będzie pogoda w dalszej części sezonu wegetacyjnego. Szczególnie dobrze zapowiadają się zbiory jabłek, które w ubiegłym roku sięgnęły 2,5 mln ton, a rok wcześniej, w 2016 roku, były rekordowe i przekroczyły 4 mln ton.

– Mamy urodzaj owoców, zarówno owoce miękkie, wiśnie, jak i jabłka, powinny plonować zdecydowanie lepiej niż w roku ubiegłym. Jeżeli chodzi o jabłka, spodziewamy się plonów wyższych nawet niż w 2016 roku, który był do tej pory rekordowy. Na obecną chwilę trudno jednak oszacować, jakie straty spowoduje susza jeżeli chodzi o warzywa. Mam tu na myśli przede wszystkim warzywa korzeniowe, kapustne, spośród których wiele gatunków lubi wilgoć. W wielu regionach straty już są odczuwalne, natomiast o wielkości zbiorów zadecyduje przebieg pogody w dalszej części sezonu wegetacyjnego – mówi Witold Boguta.

Urodzaj owoców już teraz zauważalnie przekłada się na ceny, szczególnie jeśli chodzi o stawki płacone przez zakłady przetwórcze. Konsumenci również mogli już odczuć, że ceny truskawek czy czereśni są niższe niż w ubiegłych latach. W ostatnich tygodniach głośno jest o dramatycznie niskich cenach owoców miękkich w skupach, które nie rekompensują producentom nawet kosztów produkcji.

– Niestety, zapowiedzi ze strony przemysłu skazują, że cena jabłka przemysłowego będzie w tym roku niska, znacznie poniżej oczekiwań producentów wynikających chociażby z kosztów produkcji. W Polsce mamy taką nieciekawą sytuację, że cena jabłka deserowego jest mocno skorelowana z ceną jabłka dla przemysłu. Jeżeli to jabłko będzie tanie, to ceny płacone producentowi za jabłko deserowe też będą niskie. Spodziewam się, że konsumenci też odczują te niskie ceny na półkach sklepowych. Te ceny są niskie, mimo że większości produktów nie ma zapasów z roku poprzedniego. Przetwórstwo tych zapasów nie ma, ale w tym roku oferuje ceny znacznie poniżej kosztów produkcji. To oczywiście powoduje niezadowolenie producentów owoców miękkich, ale słyszę, że zapowiadane niskie ceny jabłek też będą je powodować – mówi Witold Boguta.

W resorcie rolnictwa i rozwoju wsi trwają prace nad uregulowaniem relacji między producentami a przetwórcami. Problem wymaga uregulowania po obydwu stronach, ponieważ przemysł przetwórczy chce mieć zapewniony wysokiej jakości surowiec po możliwie najniższej cenie, z kolei producenci chcą mieć pewność zbytu i zagwarantowania sensownej, opłacalnej ceny gwarantującej co najmniej zwrot kosztów produkcji.

– Od części producentów mamy sygnały, że są gotowi takie umowy podpisywać. Natomiast musimy zawsze mieć na uwadze to, że umowa działa w dwie strony. Są w niej zapisane zasady tej współpracy i żeby umowa obowiązywała, to obydwie strony muszą realizować swoje obowiązki z niej wynikające. Muszę powiedzieć, że w przeszłości różnie to bywało, zarówno po stronie przetwórców, jak i producentów – mówi Witold Boguta, prezes zarządu Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw.

W piątek, 13 lipca, w Warszawie protestować będą rolnicy, sadownicy i hodowcy trzody chlewnej, którzy chcą zwrócić uwagę na zły stan polskiego rolnictwa. Protest organizowany przez Unię Warzywno-Ziemniaczaną poparli Sadownicy RP, oddziały wojewódzkie i Solidarność RI i Federacja Rolna. Sadownicy chcą m.in. wywrzeć presję na zakłady przetwórcze, żeby podniosły ceny skupu owoców. Ich zdaniem mogło dojść do zmowy cenowej, zawiązanej przez kilka największy w Polsce zakładów przetwórczych, które skupują owoce na przerób od producentów soków czy mrożonek. Resort rolnictwa ma sprawdzić, czy na rynku nie doszło do niedozwolonych działań monopolistycznych.

Nawet co szósta osoba w Polsce mogła paść ofiarą mobbingu lub dyskryminacji. Zdecydowana większość spraw w sądzie kończy się ich przegraną

Nawet co szósta osoba w Polsce mogła paść ofiarą mobbingu lub dyskryminacji. Zdecydowana większość spraw w sądzie kończy się ich przegraną 16

Skala dyskryminacji i mobbingu w Polsce jest coraz większa. W 2017 roku w sądach toczyło się blisko 2,5 tys. spraw w tym zakresie, ale problem może być znacznie powszechniejszy. Z różnych szacunków wynika, że nawet co szósta osoba mogła paść ofiarą działalności dyskryminacyjnej lub mobbingowej, a co trzecia była świadkiem takich zachowań. Za wzrost skali problemu może odpowiadać rosnąca migracja zarobkowa i brak edukacji w tym zakresie. 

– W 2017 roku toczyło się w Polsce 2,5 tysiąca postępowań w zakresie dyskryminacji i mobbingu. Może nie jest to duża liczba, mając na uwadze to, że co roku w Polsce toczy się około dziesięciu milionów spraw w sądach, ale istotne, że zaledwie ok. 5 proc. kończy się wygraną osoby, która kieruje sprawę do sądu. Oznacza to, że wiedza osób, które składają takie pozwy, jest dramatycznie niska, bo albo nie wiedzą, jaka czynność niewłaściwa została względem nich podjęta, albo nie potrafią takiej sprawy przez sąd przeprowadzić – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Nikodem Multan, wspólnik w kancelarii Ecovis Milczarek i Wspólnicy.

Skala problemu może być jednak znacznie większa. Już badanie CBOS z 2014 roku wskazywało, że w ciągu pięciu wcześniejszych lat 17 proc. pracowników, czyli ponad dwa miliony osób, było szykanowanych, a 5 proc. było nękanych systematycznie. Do dyskryminacji ze względu na płeć, wiek, niepełnosprawność czy orientację seksualną dołączyły także te ze względu na narodowość, wyzwanie czy rasę. To ze względu na rosnącą migrację zarobkową.

– Mając na uwadze, że migracja do Polski rośnie o setki, a w niektórych przypadkach nawet ponad tysiąc procent rok do roku, a pracodawcy przyjmują, że około miliona miejsc pracy powinni w Polsce pozyskać obcokrajowcy, to jest ogromna skala zjawiska. Więc do klasycznych czynności dotyczących dyskryminacji ze względu na przynależność rasową, płeć, orientację seksualną, doszły kwestie narodowościowe czy językowe – wskazuje Nikodem Multan.

Polacy nie należą do najbardziej tolerancyjnych narodów. Tegoroczne badanie CBOS „Stosunek do innych narodów” wskazuje, że  62 proc. Polaków jest negatywnie nastawionych do mieszkańców krajów arabskich, 40 proc. – do obywateli Ukrainy, a co trzeci Polak jest niechętny Białorusinom.

– Najczęściej zjawisko mobbingu czy dyskryminacji pochodzi od pracodawcy, natomiast zdarza się nierzadko, że są to działania podejmowane przez kolegów. Dyskryminacja, czyli niewłaściwe traktowanie pracownika, może pochodzić tylko od pracodawcy. Natomiast molestowanie, nie tylko seksualne, oraz mobbing mogą pochodzić zarówno od pracodawcy, jak i od kolegów z pracy. Tak jak w skali pracodawców skala tego zjawiska na przestrzeni kilkunastu lat nie uległa zmianie, to wielkość tego zjawiska pomiędzy kolegami w pracy na przestrzeni lat niestety rośnie – wyjaśnia Nikodem Multan.

Z danych zebranych przez kancelarię Ecovis Milczarek i Wspólnicy wynika, że nawet co szósta osoba w Polsce mogła być ofiarą dyskryminacji lub mobbingu. Jednocześnie co trzecia osoba wskazuje, że była świadkiem takiego zdarzenia.

– Dyskryminacja to forma niewłaściwego, gorszego traktowania ze względu na określoną cechę danej osoby albo przynależność do określonej grupy – mówi wspólnik w kancelarii Ecovis Milczarek i Wspólnicy. – Mobbing to zjawisko, które trwa – według orzecznictwa – pół roku i ma swoje określone fazy. Bardzo trudno mi sobie wyobrazić sytuację, że w zakładzie pracy, w którym funkcjonują prawidłowe mechanizmy i procedury, to zjawisko nie zostanie zauważone. Potrafimy rozpoznać, że zachowanie jest niewłaściwe, natomiast nie potrafimy się w danej sytuacji zachować, właśnie z powodu braku odpowiedniej wiedzy, szkoleń, przygotowania przede wszystkim przez pracodawcę.

Choć granica między dyskryminacją a mobbingiem bywa cienka, dla pracownika, który decyduje się skierować sprawę do sądu, właściwe rozróżnienie jest kluczowe. Problemem jest też udowodnienie, że takie zjawisko faktycznie miało miejsce. Jeśli jednak sąd orzeknie na korzyść pozywającego pracownika, nie ma górnego ograniczenia kary. Przyznane odszkodowanie nie może być niższe niż kwota minimalnego wynagrodzenia za pracę.

– Obowiązkiem pracodawcy nie jest uniemożliwienie istnienia zjawiska. Nie może oczywiście dyskryminować pracowników, ale nie jest jego obowiązkiem ustawowym uniemożliwienie takich zachowań, bo tego zagwarantować nie może. Ma jednak obowiązek wprowadzić określone procedury i szkolenia, żeby temu zjawisku przeciwdziałać. Odpowiedzialność pracodawców jest na zasadzie winy, tzn. jeśli wykaże, że zrobił wszystko, co mógł, żeby w jego środowisku pracy takie zjawisko się nie wydarzało, to jest możliwe, że uwolni się od odpowiedzialności – mówi Multan.

Dlatego, jak ocenia, konieczna jest odpowiednia edukacja. Im więcej będzie się mówić o problemie i możliwościach przeciwdziałania, tym większa szansa na ograniczenie zjawiska.

– Prewencja służy pracodawcy, pracownikowi i środowisku pracy, dlatego przede wszystkim trzeba przeciwdziałać tego rodzaju zjawiskom. A nie ma takiej możliwości, jeśli brakuje elementarnej wiedzy na temat tego, czym te zjawiska są – podkreśla Nikodem Multan.

Nieudaną wycieczkę reklamuje co piąty turysta. Dzięki nowym przepisom można bez konsekwencji zrezygnować z wycieczki

Nieudaną wycieczkę reklamuje co piąty turysta. Dzięki nowym przepisom można bez konsekwencji zrezygnować z wycieczki 17

Nawet co piąty turysta reklamuje nieudaną wycieczkę do biura podróży. Dzięki nowym przepisom będzie to prostsze. Lepiej chronione będą też interesy i portfele klientów. Zniknął trzydziestodniowy termin zgłoszenia reklamacji, wydłużono termin przedawnienia. Można już bez konsekwencji zrezygnować z wycieczki, jeśli nastąpią nadzwyczajne okoliczności w miejscu wyjazdu i gdy organizator podniesie cenę wycieczki. Eksperci przypominają jednak, żeby biura wybierać rozsądnie i dokładnie czytać umowy.

– Nowa ustawa o imprezach turystycznych oznacza, że znika trzydziestodniowy termin, w którym konsument musiał zgłosić reklamację i biuro podróży musiało odpowiedzieć na tę reklamację. W zamian za to ustawodawca wprowadził trzyletni termin przedawnienia. Oczywiście musimy pamiętać o tym, że jeżeli podczas wycieczki wystąpią jakieś nieprawidłowości, to zgłaszamy je od razu do organizatora, pilota-rezydenta, żeby mógł je szybko usunąć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Znowelizowane przepisy dotyczące imprez turystycznych, które  weszły w życie z początkiem lipca, mają ułatwić życie turystom. Prostsze ma być złożenie reklamacji, a – jak wynika z badania „Wyjazdy Polaków” Instytutu ARC Rynek i Opinia przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor i BIK w 2016 roku – skargę składa nawet co piąty turysta.

– Nowością jest także to, że będziemy mogli zrezygnować z wycieczki, jeżeli jej cena wzrośnie o ponad 8 proc. Nie zmienia się to, że cena wycieczki będzie mogła wzrosnąć tylko do 21 dni przed naszym wyjazdem. To pozostaje niezmienione z trzech powodów: wzrostu kursów walut, wzrostu kosztów transportu oraz podatków. Oczywiście jeżeli biuro zastrzeże w umowie, że cena wycieczki może wzrosnąć, bo np. zwiększy się cena paliwa, to jeżeli cena paliwa spadnie, cena naszej wycieczki również musi się obniżyć – tłumaczy Majchrzak.

Można również bez konsekwencji odstąpić od umowy, gdy wystąpią nadzwyczajne okoliczności w miejscu wyjazdu – panuje epidemia, wybuchnie wulkan, czy jest zagrożenie terroryzmem. W takiej sytuacji operator będzie musiał zwrócić pieniądze w ciągu 14 dni. Umowę można rozwiązać także z przyczyn osobistych. W takim jednak wypadku należy się liczyć z tym, że część środków może przepaść, a organizator potrąci określoną kwotę za odstąpienie.

Jak podkreśla ekspertka, choć nowe przepisy oznaczają spore ułatwienia dla turystów, nic nie zwalnia z rozsądku. Przed zakupem wycieczki warto sprawdzić podstawowe dane, m.in. te dotyczące biura podróży.

– W rejestrze prowadzonym przez resort sportu znajdziemy wysokość gwarancji ubezpieczeniowej, to bardzo ważna informacja, ponieważ pokazuje nam, że biuro podróży działa legalnie, jest ubezpieczone na wypadek swojej niewypłacalności. Jeżeli kupujemy wycieczkę w biurze podróży u agenta, to przeczytajmy umowę, spójrzmy do katalogu, przejrzyjmy również opinie, które są na forach internetowych, i doprecyzujmy ogólne pojęcia takie jak np. piaszczysta plaża, zaciszna okolica, blisko morza – dla nas i dla biura podróży to mogą być zupełnie inne określenia – zaznacza ekspertka UOKiK.

Z badania Kapitalni.org wynika, że choć blisko 90 proc. Polaków sprawdza biura podróży, to większość robi to w niewystarczającym stopniu. Co trzecia osoba szuka informacji, czy operator działa legalnie, a tylko kilkanaście procent posiłkuje się opiniami rodziny i znajomych. Tylko 8 proc. sprawdza, czy biuro jest zabezpieczone finansowo.

– Jeżeli już jesteśmy na wycieczce i wystąpią jakieś nieprawidłowości, to poinformujmy o nich pilota albo rezydenta, ponieważ może się okazać, że np. klimatyzację da się szybko naprawić. Warto też robić zdjęcia, udokumentować nieprawidłowości, zbierać zeznania innych osób, to wszystko nam się przyda później do reklamacji. Jeżeli wrócimy z wycieczki i biuro podróży odrzuci naszą reklamację albo nie wiemy, jak ją napisać, to zgłośmy się do organizacji konsumenckich, które nam w tym pomogą, np. do Rzecznika Konsumentów, Federacji Konsumentów, pomoc znajdziemy także w Stowarzyszeniu Konsumentów Polskich – mówi Agnieszka Majchrzak.

Rynek gier komputerowych czeka rewolucja. Gry będą coraz bardziej realistyczne, a komputery mniejsze

Rynek gier komputerowych czeka rewolucja. Gry będą coraz bardziej realistyczne, a komputery mniejsze 18

Dynamiczny rozwój procesorów i układów graficznych sprawia, że najnowsze wysokobudżetowe gry coraz częściej przypominają pełnometrażowe filmy z realnymi aktorami, a nie obrazy wygenerowane za pomocą komputera. Coraz bardziej zaawansowana technologia wirtualnej rzeczywistości pozwala się zanurzyć w cyfrowym świecie, a gry dążą do osiągnięcia jak największego realizmu. Najważniejszym trendem w branży, oprócz rosnącego realizmu i technologii VR, będzie postępująca miniaturyzacja. Do gier będą wykorzystywane coraz mniejsze komputery, nawet laptopy i miniPC.

– Posłużmy się przykładem najnowszej wersji FIFA 2018, która w porównaniu do wersji 2008 ma dużo wyższe wymagania sprzętowe, ale poziom realizmu jest tam bardzo wysoki. Wraz ze wzrostem wydajności CPU, GPU i innych podzespołów rosnąć też będzie poziom realizmu w grach. Nie mówię tu wyłącznie o wirtualnej rzeczywistości, lecz także o innych aspektach, dzięki którym w przyszłości gry staną się jeszcze bardziej realistyczne. Oddzielną kwestią jest sposób sterowania w grze. Obecnie większość osób używa myszy i klawiatury, ale w przyszłości na rynku gier pojawią się też inne kontrolery – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciej Wieczorek z firmy Zotac Technology.

Jednym z podstawowych wyznaczników realizmu jest jakość grafiki, a ta z roku na rok przekracza kolejne granice. Battlefield: Bad Company w 2008 roku robił kolosalne wrażenie, a dziś na tle jego dwuletniego już Battlefielda 1 prezentuje się co najwyżej poprawnie. Kolejna odsłona serii, która zadebiutuje na jesieni, wyniesie grafikę na jeszcze wyższy poziom, dostarczając niemal filmowych wrażeń z rozgrywki. Zwiększaniu realizmu sprzyjają także eksperymenty z wirtualną rzeczywistością. Mimo że grafika w goglach VR nie jest wciąż najwyższej jakości, gracze mogą poczuć się tak, jakby byli w centrum rozgrywki. Obraz wyświetla się tuż przed ich oczami, co diametralnie zwiększa immersyjność, czyli odczuwanie właśnie realizmu.

Firma Plexus stworzyła elastyczne rękawice VR, które pozwolą dłoniom użytkownika pełnić rolę kontrolera. Sprzęt wyposażono także w miniaturowe silniczki, które pozwolą poczuć wirtualne przedmioty, wibrując np. w momencie chwycenia broni w grze akcji. Projektanci z Teslasuit poszli o krok dalej – stworzyli kostium VR, który przeniesie ruchy całego ciała do wirtualnej rzeczywistości. Wyposażyli go także w system grzewczo-chłodzący oraz układ haptyczny, wzbudzający wibracje w konkretnych partiach ciała, aby np. zasymulować trafienie pociskiem przez przeciwnika.

Na rynku gier najważniejszym trendem w najbliższych latach, oprócz coraz bardziej realistycznej grafiki i wirtualnej rzeczywistości, może być także postępująca miniaturyzacja. Już teraz rynek gier mobilnych rozwija się niezwykle dynamicznie, a według prognoz Newzoo jeszcze w 2018 roku gry mobilne mają przekroczyć 50 proc. udziału w globalnym rynku gier wideo. Miniaturyzacji coraz częściej ulegają także pecety. Dziś komputer do grania nie musi oznaczać obudowy typu tower.

– Ponieważ procesory i karty graficzne są coraz mniejsze i jednocześnie coraz bardziej wydajne, korzystanie z laptopa, którego można wszędzie ze sobą zabrać, wydaje się wygodniejszym rozwiązaniem. To samo można powiedzieć o komputerach miniPC, które są na tyle szybkie, że obsługują najnowsze, wysokobudżetowe produkcje, np. podczas zawodów LAN, imprez e-sportowych czy spotkań z przyjaciółmi – przekonuje ekspert.

Według Newzoo rynek gier osiągnie do 2021 r. wartość 180 mld dol.

Ronson Development rekomenduje 0,06 PLN dywidendy na akcję

Zarząd Ronson Development rekomenduje wypłatę dywidendy w wysokości 0,06 PLN na jedną akcję  na co przeznaczy 9,8 mln PLN z zatrzymanych zysków. Spółka podjęła również decyzję o aktualizacji polityki dywidendowej i zamierza w nadchodzących latach rekomendować przeznaczenie dla akcjonariuszy 50% skonsolidowanego zysku netto, ale nie mniej niż 9,8 mln PLN łącznie (czyli 0,06 PLN na akcję przy obecnej liczbie akcji). 

Zarząd Spółki proponuje ustalić dzień dywidendy na 25 września 2018 r. oraz dzień wypłaty dywidendy na 4 października 2018 r.

Nir Netzer, prezes Ronson Development
Nir Netzer, prezes Ronson Development

„Sytuacja finansowa Spółki jest bardzo stabilna, co umożliwia dzielenie zysków z naszymi akcjonariuszami” – mówi Nir Netzer, Prezes Ronson Development.

„Ronson wypłaca regularnie dywidendy od 2014 r.i planujemy kontynuować tę dobrą tradycję. Dlatego zamierzamy w najbliższych latach rekomendować przeznaczenie na ten cel 50% skonsolidowanego zysku netto, ale nie mniej niż 9,8 mln zł. Ostateczne rekomendacje dywidend w kolejnych latach będą oparte między innymi na ocenie bilansu przepływów pieniężnych Grupy – dodaje Rami Geris, Członek Zarządu i Dyrektor Finansowy Ronson Development.

Stopy mają pozostać bez zmian do końca 2020 r.

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w lipcu utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie, ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Istotnie nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Prezes i towarzyszący mu członkowie Rady (prof. Żyżyński i prof. Hardt) powtarzają, że zarówno obecnie, jak i w przewidywalnej przyszłości nie ma szans na podwyżki stóp procentowych.

Podczas dzisiejszego spotkania prezes Glapiński podzielił się również projekcjami Departamentu Analiz Ekonomicznych Narodowego Banku Polskiego. DAE oczekuje, że inflacja w 2018 r. i 2020 r. powinna być nieco niższa od tej oczekiwanej jeszcze w marcu. Zgodnie z oczekiwaniami wskaźnik CPI powinien w 2020 r. z 50-procentowym prawdopodobieństwem znaleźć się w widełkach 1,7 – 3,9% w porównaniu do 1,9 – 4,1% prognozowanych wcześniej. Co ciekawe, NBP spodziewa się również nieco niższego wzrostu gospodarczego w dłuższym terminie (lata 2019 – 2020) niż zakładał wcześniej. Oczekuje, że PKB Polski w  końcówce projekcji (w roku 2020) wzrośnie z 50% prawdopodobieństwem o  2,4 – 4,3%, w porównaniu z oczekiwaniami zawierającymi się w widełkach 2,6 – 4,6% z marca br. W krótkim terminie (w 2018 roku) PKB ma być z kolei nieco wyższe niż oczekiwano wcześniej. Zgodnie z nową estymacją z 50-procentowym prawdopodobieństwem ma zawierać się w widełkach 4,0 – 5,2% wobec wcześniejszych widełek 3,5 – 5,0%.

Kluczowym wnioskiem, jaki należy wynieść z dzisiejszego spotkania jest fakt utrzymania bardzo niskich oczekiwań Narodowego Banku Polskiego co do kształtowania się inflacji w przyszłości. O ile prognozy NBP względem inflacji się sprawdzą, RPP może w ogóle nie podnosić stóp procentowych w horyzoncie prognozy.

Obecnie wygląda na to, że kredytobiorcy nie mają się czego obawiać. Biorąc pod uwagę stanowisko Rady, stopy procentowe w bieżącym roku niemal na pewno pozostaną niezmienione. Prawdopodobne jest, że stopy procentowe pozostaną stabilne również przez większość 2019 r. a nawet jeszcze w 2020 r.

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Po co nam Centralny Port Komunikacyjny?

Dzisiaj Centralny Port Komunikacyjny wydaje się przede wszystkim projektem politycznym. Trwa okres dużych inwestycji, choć niekoniecznie wszystkie z nich mają swoje uzasadnienie. Największym problemem są słabe strony projektu, które sam rząd zawarł w uchwale z ubiegłego roku o jego realizacji. Nie są to błahe powody i budzą wątpliwości co do słuszności pomysłu. Należy do nich konkurencja ze strony innych istniejących już w Europie hubów oraz dość słaba pozycja na mapie lotniczej naszego narodowego przewoźnika – Linii Lotniczych LOT. Choć cały czas LOT rośnie w siłę, to dalej nie jest wystarczająco mocny – jak na zadania, które go czekają. Należy pamiętać, że chodzi o inwestycję za olbrzymie pieniądze. Rząd mówi o komponencie kolejowym wartym ok. 8,9 mld złotych, komponencie drogowym, a także samym związanym z budową portu. Choć według zapowiedzi całość ma kosztować ok. 30-35 mld złotych – przewiduje się, że ostatecznie wartość tej inwestycji wyniesie raczej 45-50 mld złotych.

– Ograniczeniem jest także brak doświadczenia w realizacji tego typu projektów. Przykłady z Europy i całego świata pokazują, że tak duże inwestycje lotnicze zawsze są niedoszacowane i realizowane dłużej niż pierwotnie zakładano – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes ZDG TOR – Największym problemem jest jednak to, że decyzja o budowie Centralnego Portu Komunikacyjnego została podjęta na podstawie analiz z 2010 roku. Rząd sam dzisiaj przyznaje, że niektóre z nich mogą nie być aktualne. Dopiero teraz omawiany jest wpływ CPK na inne porty regionalne. Najpierw zadecydowano o jego powstaniu, ale nie ustalono dalszych losów lotniska na Okęciu. Powinno ono zostać zamknięte, żeby nie tworzyć konkurencji – ze względu na położenie względem centrum Warszawy – dla LOT-u, który ma być przeniesiony. LOT może nie dać rady być konkurencyjną firmą w stosunku do działających dziś w Europie sojuszy, które przyciągają pasażerów do Monachium, Zurychu, Londynu czy Paryża. Prawdopodobnie będziemy zmuszeni korzystać z krajowej, wewnętrznej siły jeśli chodzi o podróżnych. Tutaj jednak od lat obserwujemy wyraźną tendencję – ponad 60 proc. ruchu opiera się na tanich liniach lotniczych. Centralny Port Komunikacyjny nie jest dla nich, bo będzie za drogi. Oprócz tego mamy do czynienia z decentralizacją ruchu, którego 60 proc. obsługują porty regionalne. Pozostaje więc pytanie – dla jakiego pasażera i po co zmieniać tendencje, które pozwoliły Polakom korzystać z transportu lotniczego? Uzależnienie od tej formy przemieszczania jest przecież ściśle związane ze stanem naszych portfeli i wartością PKB – ocenił Furgalski.

Sielewicz: PPK to nowoczesny program, podobny do rozwiązań zachodnich

Wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych podniesie stopę oszczędzania w Polsce. Obecnie plasujemy się na niskim poziomie, a nasz wynik jest poniżej średniej unijnej oraz poniżej średniej w większości krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Dla samego rynku kapitałowego może to być znaczący bodziec – będziemy obserwować napływ nowych środków. Spowoduje to mniejszą zależność rynku kapitałowego w Polsce od wahań nastrojów, wydarzeń na rynkach światowych i decyzji podejmowanych poza granicami naszego kraju. Możemy być beneficjentem tej sytuacji w obliczu dekoniunktury lub bardziej krytycznego patrzenia na kraje rozwijające się. Dla polskich emerytów PPK należy ocenić pozytywnie.

– Program jest dobrowolny oraz nowoczesny, posiada wiele zbieżności do programów stosowanych w krajach zachodnich czy USA. Stopa oszczędzania będzie wzrastała – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej – Dużo wątpliwości jest po stronie kwestii zaufania Polaków –  mieliśmy do czynienia  z demontażem systemu Otwartych Funduszy Emerytalnych. Jednak w porównaniu z tym systemem zagwarantowane zostało, że środki zgromadzone w ramach PPK będą prywatne. Zapis ten powoduje zmniejszenie niepewności, jednak stopień partycypacji w programie może być mniejszy, niż oczekiwany przez rząd – ocenił Sielewicz

Ile mieszkań sprzedali deweloperzy w pierwszym półroczu

Jakie wyniki sprzedaży odnotowały firmy w pierwszej połowie roku? Jak tegoroczne podsumowanie wypada w porównaniu z rezultatem uzyskanym w pierwszym półroczu ubiegłego roku? Sondę prezentuje serwis nieruchomości Dompress.pl

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

W drugim kwartale 2018 roku sprzedaliśmy 389 lokali, czyli o 66 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2017 roku. Półrocze zamknęliśmy ze sprzedażą na poziomie 646 lokali, tj. o 7,5 proc. większą niż w pierwszym półroczu 2017 roku. Wśród najchętniej wybieranych inwestycji znalazły się Olimpia Port, Cztery Pory Roku i Browary Wrocławskie.

Dariusz Krawczyk, prezes zarządu Polnord S.A.

Sprzedaż netto lokali, według danych ważonych udziałem Polnord w spółkach zależnych, wyniosła w I półroczu 2018 roku 497 lokali w stosunku do 652 mieszkań sprzedanych w I półroczu 2017 roku.

Grupa Polnord ostrożnie podchodzi do celów sprzedażowych na 2018 rok z powodu rosnących cen wykonawstwa. Do sprzedaży będą wprowadzane inwestycje, na które mamy podpisane umowy na generalne wykonawstwo, czyli jesteśmy w stanie jednoznacznie oszacować koszty budów. Mamy ten komfort, że dysponujemy dużym zasobem gruntów inwestycyjnych i własną spółką budowlaną – Polnord Construction. Możemy więc przenosić nasze projekty na przyszły rok, nie zamierzamy budować drogo i przerzucać nieakceptowalnych kosztów na klientów.

Michał Melaniuk, dyrektor zarządzający Cordia Polska

W I półroczu 2018 roku Cordia Polska sprzedała 150 lokali, czyli o 30 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Uważamy to za duży sukces. Co więcej, patrzymy w przyszłość z optymizmem i liczymy na uzyskanie w Polsce sprzedaży na poziomie minimum 1 tysiąca lokali rocznie. Stawiamy aktualnie na trzy rynki – Warszawę, Kraków, Gdańsk, ale monitorujemy pod kątem sprzedaży działek również Poznań i Wrocław.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Zgodnie ze wstępną informacją o wynikach za II kwartał 2018 roku, liczba zawartych przez spółkę J.W. Construction Holding S.A. umów deweloperskich, przedwstępnych umów sprzedaży oraz płatnych rezerwacji wyniosła 332. W tym samym okresie roku 2017 spółka znalazła nabywców na 449 lokali.

Eryk Nalberczyński, dyrektor ds. Sprzedaży Lokum Deweloper

W pierwszym półroczu 2018 roku podpisaliśmy 531 umów deweloperskich i przedwstępnych, podczas gdy w analogicznym okresie w zeszłym roku zawarliśmy 438 umów. Tym samym, odnotowaliśmy 21 proc. wzrost sprzedaży. Na łączną sprzedaż w pierwszym półroczu złożyło się 408 lokali na rynku wrocławskim oraz 123 na rynku krakowskim. Podtrzymujemy zatem cel sprzedaży przyjęty na 2018 rok na poziomie powyżej 1000 mieszkań.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

W pierwszym półroczu 2018 podpisaliśmy umowy na sprzedaż 135 lokali. Na dynamikę naszej sprzedaży duży wpływ miało rozszerzenie oferty o kolejną lokalizację i nowy projekt przy ulicy Omulewskiej w Warszawie. W najbliższych miesiącach planujemy dalsze poszerzenie naszego portfolio lokalizacji i w nadchodzących kwartałach spodziewamy się kolejnych wzrostów sprzedaży.

Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

W pierwszym półroczu odnotowaliśmy niewielki spadek ilości transakcji w porównaniu z analogicznym okresem w roku minionym. Jest to spowodowane znaczącym wzrostem podaży oraz brakiem możliwości skorzystania z dopłat w programie MdM, z czym się liczyliśmy.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Grupa Kapitałowa Home Invest w pierwszym półroczu bieżącego roku odnotowała zadowalające wyniki sprzedaży. Wprawdzie są one nieco niższe w porównaniu z poprzednim rokiem, ale taka sytuacja jest spowodowana mniejszą ilością lokali w naszej ofercie. Wkrótce jednak się to zmieni, bo nowe inwestycje są już w trakcie zaawansowanych przygotowań i niedługo pojawią się w sprzedaży.

Andrzej Swoboda, wiceprezes zarządu Grupy CTE

Pierwsze półrocze bieżącego roku należało do najlepszych w historii naszej firmy. Zwiększony popyt odnotowaliśmy szczególnie w drugim kwartale. Pomimo negatywnych bodźców dla rynku, jak choćby zakończenie programu Mieszkanie dla Młodych, czy zauważalny wzrost cen, popyt na nowe mieszkania utrzymywał się na wysokim poziomie. Przyczyn tego stanu rzeczy upatrujemy w szczególności w dobrej koniunkturze w gospodarce, jak również w większej dostępności i relatywnie niskich kosztach kredytów hipotecznych.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Chociaż sprzedaż naszych mieszkań wciąż utrzymuje się na dość dobrym, zadawalającym poziomie, widać jednak lekkie wyhamowanie rynku. W porównaniu do ubiegłego roku wzrosty są niewielkie, bo zaledwie kilkuprocentowe.

Marta Kasprzak, menedżer ds. sprzedaży i marketingu w Duda Development

Nasze tegoroczne wyniki sprzedaży nie różniły się od tych z ubiegłego roku.

Piotr Zagórski, Marketing Manager w Nexity Polska

Zainteresowanie klientów zakupem mieszkań nadal jest wysokie, podobnie jak było to w pierwszym półroczu roku. Zarówno ilość wizyt w biurach sprzedaży, jak i ilość zapytań mailowych, czy telefonicznych jest na zadowalająco wysokim poziomie. Jest to związane z wprowadzeniem do sprzedaży w ostatnim okresie, dwóch nowych etapów inwestycji Lifetown i Next Ursus.

Jerzy Kłeczek, specjalista ds. marketingu w Activ Investment

Sprzedaż mieszkań w pierwszym półroczu tego roku była zdecydowanie lepsza, niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wszystkie oferowane przez nas mieszkania znajdują właścicieli na długo przed zakończeniem budowy.

Autor: Dompress.pl

Czy obywatel Ukrainy dostanie w Polsce kredyt na mieszkanie?

  • Według danych MSWiA, w 2017 r. obcokrajowcy kupili w Polsce 6,4 tys. lokali; ¼ trafiła do Ukraińców.
  • Obywatel Ukrainy ma szansę na otrzymanie w Polsce kredytu hipotecznego, musi jednak liczyć się z koniecznością spełnienia dodatkowych warunków.
  • Podstawowym jest posiadanie karty stałego pobytu, jednak w niektórych bankach niezbędne będzie również zaświadczenie o zameldowaniu lub wyższy wkład własny.

Z danych Departamentu Statystyki Narodowego Banku Polskiego wynika, że w 2017 r. przebywało w Polsce średnio 900 tys. obywateli Ukrainy. Choć w głównej mierze nasi sąsiedzi przyjeżdżają do Polski w celach zarobkowych, to część z nich postanowiła zostać u nas na dłużej i zainwestować zarobione pieniądze. MSWiA podało, że w ubiegłym roku obcokrajowcy zakupili w naszym kraju 6,4 tys. lokali, z czego 4,8 tys. stanowią mieszkania. Najwięcej, bo aż ¼ tych lokali nabyli Ukraińcy, zdecydowanie wyprzedzając pod tym względem np. Niemców.

Kredyt dla obcokrajowca? Tak, ale pod kilkoma warunkami

Część lokali jest kupowanych za gotówkę, jednak obcokrajowcy mogą starać się też o kredyt hipoteczny na zakup nieruchomości w Polsce, ale oczywiście muszą spełnić szereg warunków. Oprócz podstawowych, obowiązujących wszystkich, bez względu na narodowość – jak zdolność kredytowa czy dokumenty poświadczające o zatrudnieniu, dochodzą jeszcze dodatkowe kryteria.

Nie bez znaczenia pozostaje informacja, czy osoba ubiegająca się o kredyt hipoteczny jest obywatelem Unii Europejskiej czy też nie – od tego zależy tryb postępowania kredytowego. Dla obywatela Ukrainy podstawowym kryterium jest posiadanie karty stałego pobytu. Okres oczekiwanej ważności karty różni się jednak w zależności od banku. Niektóre wymagają okresu ważności nie krótszego niż 12 miesięcy w momencie złożenia wniosku, inne oczekują tylko 3 miesięcy. Ważne jest również posiadanie numeru PESEL. Zdarza się także, że bank wymaga potwierdzenia związku z Polską, np. poświadczenia źródła dochodów w Polsce, związku małżeńskiego z obywatelem polskim lub posiadania nieruchomości w Polsce. Wymagania różnią się nieco w różnych bankach, niemniej jednak najważniejsze jest to, że są możliwości uzyskania finansowania zakupu nieruchomości przez obcokrajowców  – mówi Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.

W niektórych bankach będzie wymagany wyższy wkład własny

Tak, jak w przypadku Polaków, którzy ubiegają się o przyznanie kredytu hipotecznego, obywatele Ukrainy również muszą liczyć się z tym, że w bankach obowiązują różne kryteria i obowiązkowe dokumenty. W niektórych przypadkach karta stałego pobytu jest jedynym dodatkowym dokumentem, jaki Ukrainiec będzie musiał przedstawić w banku, jednak są też banki, które będą wymagały nawet wyższego wkładu własnego. Należy także pamiętać, że uzyskiwanie wynagrodzenia za granicą wiąże się z koniecznością przedstawienia zaświadczenia z odpowiednika polskiego BIK-u wraz z tłumaczeniem przysięgłym. Banki mogą także wymagać poświadczenia okresu przebywania na terenie Polski nawet przez co najmniej 5 lat.

Nie należy jednak zrażać się koniecznością przedstawienia dodatkowych dokumentów. Czasem lepiej poświęcić trochę czasu i załatwić wszelkie formalności, żeby otrzymać kredyt na lepszych warunkach. Sytuacja komplikuje się, jeśli nie jesteśmy w stanie przedstawić wymaganych zaświadczeń. W takim przypadku najlepiej skorzystać z porady eksperta, który zna oferty z większości banków i obowiązujące w nich kryteria, żeby jak najlepiej dopasować kredyt do sytuacji życiowej oraz możliwości finansowych danej osoby – dodaje Katarzyna Dmowska.

Źródło: ANG Spółdzielnia

Przemysł 5.0 widać już na horyzoncie. Jaka będzie kolejna rewolucja przemysłowa?

Dzięki nowym technologiom świat rozwija się dziś szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Czwarta rewolucja przemysłowa trwa w najlepsze, tymczasem na horyzoncie widać już mglisty zarys kolejnej. Na wzór poprzednich stanowi ona mieszankę zdumiewających obietnic, ciężkich wyzwań i niechybnych konsekwencji. Jakie będą fabryki przyszłości? Na to pytanie szukamy odpowiedzi wspólnie z ekspertami z wrocławskiej firmy DSR, specjalizującej się w dostarczaniu zaawansowanych rozwiązań IT dla produkcji.

O przemożnym wpływie wynalazków na społeczeństwo i gospodarkę przekonano się już pod koniec XVIII wieku, kiedy jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się fabryki wyposażone w maszyny parowe. Efekty pierwszej rewolucji przemysłowej, polegającej na umaszynowieniu fabryk i manufaktur, widoczne były wszędzie. Ich siła popchnęła ówczesną gospodarkę ku gwałtownemu rozwojowi, który za sprawą nowych wynalazków przyspieszył gwałtownie w XIX wieku. Druga rewolucja przemysłowa przyniosła ze sobą elektryczność, która gruntownie zmieniła globalną gospodarkę. W fabrykach pojawiły się linie produkcyjne, co pozwoliło na uruchomienie przez przełomowe wynalazki. Żarówka, telefon, aparat fotograficzny, pojazdy silnikowe i radioodbiorniki – to wszystko pojawiło się w XIX wieku. Świat zmienił się nie do poznania, by 100 lat później przywitać kolejną rewolucję. Tym razem w jej centrum znalazły się informatyzacja i automatyzacja. Wraz ze zwiększającą się wydajnością taniejącego i coraz łatwiej dostępnego sprzętu komputerowego, firmy rozpoczęły wdrażanie systemów do planowania i kontroli oraz narzędzi umożliwiających sterowanie maszynami, co przyczyniło się do zwiększenia elastyczności i precyzji produkcji. Nowe rozwiązania informatyczne sprawiły, że producenci, jak jeden mąż, zwrócili się w kierunku automatyzacji.

Zderzenie z rzeczywistością

Podczas gdy trzy pierwsze rewolucje dzielił od siebie okres około stu lat, czwarta spadła na nas szybciej, bo zaledwie po pięciu dekadach. Poprzedziła ją faza intensywnej globalizacji, której towarzyszył offshoring, czyli przenoszenie produkcji do państw mniej rozwiniętych gospodarczo, takich jak Chiny czy Bangladesz. Przemysł 4.0 w dużym skrócie można zdefiniować jako dogłębną cyfryzację, a następnie dalszą automatyzację procesów zachodzących w przedsiębiorstwach poprzez implementację zaawansowanych systemów IT, przemysłowego internetu rzeczy, analityki danych i sztucznej inteligencji. – Dążymy do tego, by zespolić świat fizyczny z wirtualnym w sposób, który znacząco usprawnia działanie tego pierwszego. Taki poziom cyfryzacji wymaga nie tylko sporego budżetu, lecz także wprowadzenia fundamentalnych zmian w zarządzaniu przedsiębiorstwem. Zbieranie danych nie jest już sztuką. Wyzwanie polega na wyciąganiu z nich wartościowych wniosków, a to wymaga zmiany myślenia i utartych sposobów działania. Nagrodą są skok produktywności, wyższy poziom bezpieczeństwa, lepsza jakość i mniejsze marnotrawstwo – wyjaśnia Piotr Rojek, dyrektor zarządzający w DSR, firmie specjalizującej się w nowoczesnych rozwiązaniach IT dla przemysłu. Jego zdaniem wymiana informacji pomiędzy ludźmi, maszynami i systemami komputerowymi stanowi siłę czwartej rewolucji przemysłowej. Siłę, którą należy umiejętnie okiełznać, by przyniosła oczekiwane rezultaty.

Tymczasem Zbigniew Piątek, który skrupulatnie bada zagadnienia związane z przemysłem 4.0 zaznacza, że obejmuje on cały łańcuch wartości: od złożenia zamówienia i dostarczenia komponentów dla trwającej produkcji, aż do wysyłki towaru do klientów i usług posprzedażnych. Środowisko Przemysłu 4.0 wspiera załogę jak nigdy dotąd zapewniając dostęp do praktycznie każdej przydatnej informacji, w dowolnym czasie, z dowolnego miejsca, co umożliwia ekonomiczną produkcję zindywidualizowanych wyrobów i krótkich serii – zwraca uwagę Piątek i dodaje, że producenci, którzy wdrażają rozwiązania tej klasy mogą obniżyć koszty produkcji i w bardziej elastyczny sposób reagować na zapytania klientów. Największe wrażenie robi jednak sposób, w jaki nowoczesne systemy IT wykorzystują dane, spływające z hali produkcyjnej, do optymalizacji procesów, redukcji zastojów i eliminacji wadliwych partii. – Potrafimy zmniejszyć lub nawet całkowicie wyeliminować zjawiska obniżające jakość wyrobów i podwyższające koszty produkcji. Jest to możliwe dzięki mierzeniu oraz poddaniu analizie komputerowej w czasie rzeczywistym wielu parametrów technologicznych. W podobny sposób działa analityka predykcyjna, w której wykorzystanie np. specjalnych czujników drgań harmonicznych i analiza strumienia danych daje szerokie możliwości w zakresie wykrywania i identyfikacji konkretnych usterek, zanim dojdzie do uszkodzenia całej maszyny i w konsekwencji wstrzymania procesu produkcyjnego – tłumaczy Jan Skowroński, R&D manager w DSR.

Mimo, że czwarta rewolucja przemysłowa trwa w najlepsze, większość firm wciąż znajduje się w jej początkowym stadium. – Robimy wszystko, aby zyskać siłę roboczą na miarę czwartej rewolucji przemysłowej – pod tym zdaniem podpisało się 86 proc. managerów wyższego szczebla w najnowszym badaniu przeprowadzonym przez Deloitte. Mimo szczerych chęci i licznych działań mających wprowadzić firmy produkcyjne na tory cyfrowej transformacji, efekty pozostawiają wiele do życzenia. Okazuje się bowiem, że zaledwie 14 proc. ankietowanych uznaje swoje przedsiębiorstwo za w pełni gotowe na wyzwania przemysłu 4.0.

Powrót do przyszłości

Tempo w jakim producenci implementują idee czwartej rewolucji przemysłowej, mimo że nie spełnia ona oczekiwań dostawców technologii, wcale nie jest ślimacze. To świat pędzi z niespotykaną dotychczas prędkością. Trudno za nim nadążyć realizując projekty wymagające gigantycznych nakładów finansowych i gruntownych zmian organizacyjnych w spowalnianych przez korporacyjne wymagania i procedury przedsiębiorstwach. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że coraz częściej mówi się o przemyśle 5.0, który – jeśli wierzyć futurystycznym wizjom ekspertów – zmieni fabryki nie do poznania.

Siłą napędową piątej rewolucji przemysłowej mają być technologie kognitywne, umożliwiające maszynom wykonywanie zadań, które dotychczas zarezerwowane były wyłącznie dla ludzi. Doskonale widać to na przykładzie rozpoznawania obrazów i interpretowania mowy. Za sprawą technologii kognitywnych inteligentne roboty mają pracować u boku człowieka w całkowitej harmonii – nawet w małych i średnich zakładach produkcyjnych. Efektem kolaboracji ludzi z tzw. co-botami ma być szeroko zakrojona automatyzacja, w której rola tych pierwszych ulegnie sporej zmianie. Mimo, że nad automatyzacją od zawsze unosi się widmo bezrobocia, to przemysł 5.0 skutecznie je przegania, wydobywając to co najlepsze z ludzi i robotów. Żmudne, powtarzalne czynności spadną na maszyny, podczas gdy pracownicy z krwi i kości zajmą się tym co kreatywne, wymagające krytycznego myślenia, przewidywania i dozy wrażliwości. – Dziesięć lat temu rodzice mówili swoim dzieciom, by nie szły do pracy w fabrykach. To wielka szkoda, ponieważ właśnie w nich dokonuje się postęp i rodzą innowacje. Przemysł 5.0 sprawi, że fabryka stanie się miejscem, gdzie kreatywni ludzie znajdą dla siebie miejsce – Esben Østergaard, chief technology officer w Universal Robots. Istotny dla rynku pracy jest również fakt, że roboty nie obejdą się bez konserwacji i jak na razie są w tej potrzebie całkowicie zdane na naszą łaskę. Im więcej maszyn, tym więcej napraw, a co za tym idzie – większe zapotrzebowania kadrowe.

Przygotowanie co-botów do wykonywania nowych zadań i działania w różnorodnych środowiskach pracy ma być niezwykle proste. Przyczynią się do tego zaawansowane algorytmy uczenia maszynowego, łatwe w obsłudze interfejsy oraz systemy ręcznej kontroli, które można wykorzystać, by nauczyć robota wykonywania określonych czynności. Taka forma programowania odbywa się przez zapamiętywanie sekwencji ruchów wykonanych przez człowieka i nie wymaga konwencjonalnego kodowania. – Takie maszyny są już dostępne na rynku, potrafią poruszać się tak, by nie stanowić zagrożenia dla ludzi, a dla bezpieczeństwa producenci wyposażyli je w specjalne ochraniacze. Z tego samego powodu siła, z jaką wykonują zadania została mocno ograniczona. W przyszłości będziemy oglądać je coraz częściej, na razie jednak wciąż stanowią niszę. To technologia, która dopiero raczkuje i potrzeba czasu, by rozwinęła się na tyle, by mogła w pełni sprostać naszym oczekiwaniom – ocenia Piotr Rojek.

DNA robi różnicę

Gdy to nastąpi, harmonijna współpraca ludzi z inteligentnymi robotami wyniesie przedsiębiorstwa produkcyjne na nowy poziom personalizacji. Takiego zdania jest Esben Østergaard, który w przemyśle 5.0 dostrzega szansę na aprecjację kapitału ludzkiego, jako elementu nadającego wartość wytwarzanym produktom. – To właśnie spersonalizowanych produktów konsumenci pożądają najbardziej i są gotowi zapłacić więcej za takie, które noszą charakterystyczne znamię ludzkiej troski i kunsztu, np. piękne zegarki czy piwo rzemieślnicze – zauważa Østergaard. Według niego takie produkty mogą powstać wyłącznie przy zaangażowaniu człowieka. Ten ludzki dotyk ma być tym, czego poszukują konsumenci, gdy chcą wyrazić swoją tożsamość poprzez kupowane produkty. Zdaniem Østergaarda nie przeszkadza im to, że automatyzacja jest częścią procesu produkcyjnego, pod warunkiem, że produkt końcowy posiada osobisty odcisk projektantów i rzemieślników, tworzących coś wyjątkowego i niepowtarzalnego. – To jest personalizacja. To jest poczucie luksusu. To jest przyszłość! – ekscytuje się współzałożyciel Universal Robots. Kiedy ona nadejdzie? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

Z badania przeprowadzonego przez Accenture wiadomo, że dominująca większość z 512 przepytanych kierowników produkcji z Ameryki Północnej, Europy i Azji widzi miejsce dla współpracy z inteligentnymi robotami w najbliższej przyszłości. 85 proc. respondentów przewiduje, że integrujące ludzi i maszyny środowiska pracy staną się powszechne już w 2020 roku. Tego hurraoptymistycznego nastroju nie podziela Piotr Rojek, który współpracując z polskimi i europejskimi producentami przemysłowymi dokładnie analizuje poziom ich cyfryzacji. – Z przemysłu 4.0 mamy do odrobienia ogromną pracę domową. Mimo, że penetracja IIOT postępuje dość szybko, to wciąż większość wdrożeń jest w powijakach. W firmach, które inwestują w nowe technologie zazwyczaj funkcjonują różne, rozproszone systemy IT. Brakuje holistycznego podejścia, wizji i dojrzałości. Jest wprawdzie duży potencjał, jednak mało kto go wykorzystuje. Nim wejdziemy w przemysł 5.0 musimy zrobić użytek z jego poprzedniej odsłony, a na to potrzebujemy jeszcze sporo czasu – kwituje dyrektor zarządzający w DSR.