Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W przyszłym tygodniu rynek dolara będzie przyglądał się przesłuchaniu nowego prezesa Fed przed Kongresem w USA z uwagą na niespodzianki odnośnie przyszłości polityki pieniężnej. Na polu danych różne odczyty inflacji i PKB będą stanowić tło. Europejskie aktywa mogą też odczuwać dodatkowe napięcia przed wyborami parlamentarnymi we Włoszech.

Przyszły tydzień: przemówienie prezesa Fed, PCE Core, wybory we Włoszech, PMI/ISM, inflacja z Eurolandu, PKB z USA/Polski/Kanady

W USA na pierwszy planie będzie półroczne sprawozdanie prezesa Fed przed Kongresem nt. polityki pieniężnej. Jerome Powell będzie występował przed dwoma komisjami we wtorek i środę, ale głównie to pierwsze przesłuchanie będzie istotne. W tym tygodniu protokół z posiedzenia FOMC pozostawił inwestorów nienasyconych, gdyż ostatnie posiedzenie Fed miało miejsce jeszcze przed publikacją bardzo dobrych danych z rynku pracy i inflacji oraz przed zawirowaniami na rynku akcji. Interesujące będzie, jak Fed ocenia ostatnie zmiany pod kątem przyszłej strategii normalizacji polityki. Sam Powell zwykle prezentował neutralne nastawienie, więc zwrot ku jednemu z obozów (jastrzębie/gołębie) będzie ważnym sygnałem. Odbicie dolara ma znamiona równoważnia się rynku po rajdzie wyprzedaży, więc stanowisko Powella może nadać świeży kierunek.

W następnym tygodniu usłyszymy też komentarze od Bullarda i Quarlesa (pon). Dane raczej będą tylko tłem. Wśród nich PCE Core powinien potwierdzić przyspieszenie inflacji ukazane w CPI. ISM dla przemysłu (czw) pokaże podtrzymanie ekspansji w sektorze.
W strefie euro wstępny szacunek HICP za luty będzie najbardziej interesujący (śr). Przyspieszenie inflacji jest kluczem dla budowy oczekiwań na bardziej agresywną politykę EBC, ale lutowe dane mogą tutaj nie pomóc, gdyż konsensus zakłada spowolnienie z 1,3 proc. r/r do 1,2 proc. Zaskoczenie w górę może przynieść większą reakcję, biorąc pod uwagę ostatnią korektę EUR/USD. Jednocześnie euro i inne aktywa europejskie staną w obliczu niedzielnych wyborów parlamentarnych we Włoszech. Choć zaskakujący, anty-europejski wynik jest mało prawdopodobny, nie wyklucza to asekuracyjnych z natury wahań cen.

W Wielkiej Brytanii mamy tylko PMI dla przemysłu (czw). W styczniu wskaźnik spadł do najniższego poziomu od czerwca 2017 r., a słabe wstępne odczyty z Eurolandu nie rokują dobrze. Do tego dochodzi mglisty obraz strategii negocjacyjnej brytyjskiego rządu w sprawie okresu przejściowego Brexitu. A mimo to GBP znajduje siłę do obrony swoich poziomów. Możliwe, że w przyszłym tygodniu funt pozostanie w cieniu wydarzeń na innych rynkach.

W Polsce GUS poda dane o PKB za IV kw. z rozbiciem na składniki wzrostu (śr). Dynamika na poziomie 5,1 proc. raczej zostanie potwierdzona, a w szczegółach ważny będzie udział inwestycji i eksportu netto. Odbicie tego pierwszego będzie dobrze wróżyć dla siły ożywienia w kolejnych kwartałach. Po PMI dla przemysłu (czw) spodziewamy się konsolidacji blisko styczniowych poziomów (54,6). Złoty tradycyjnie pozostanie obojętny na dane. Jeśli rynek zewnętrzny nie przyniesie wstrząsu, EUR/PLN pozostanie zamknięty w tegorocznym trendzie bocznym.

Zanosi się na senny tydzień pod kątem danych z Antypodów. Nic szczególnie istotnego z Australii i tylko bilans handlowy (pon) i pozwolenia na budowę domów (czw) z Nowej Zelandii sugerują, że sygnałów dla handlu będzie trzeba szukać w sentymencie zewnętrznym. Na głównych crossach waluty pozostają pod wpływem nastawienia inwestorów do USD z rosnącą presją na oddanie ostatniej siły walut surowcowych. W bezpośredniej relacji dalej sądzimy, że fundamentalnie NZD ma więcej do zaoferowania.
W Kanadzie głównym punktem kalendarza jest kwartalny odczyt PKB (pt). Konsensus na 2,1 proc. sugeruje solidny finisz ubiegłego roku, choć po grudniowym załamaniu sprzedaży detalicznej ryzyka są po stronie gorszego odczytu. Słabnące przekonanie rynku co do kontynuacji cyklu zacieśniania przez BoC stanowi teraz balast dla waluty.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Prezesi dużej warszawskiej agencji pracy tymczasowej zatrzymani ws. wyłudzeń VAT

Prezes i wiceprezes dużej warszawskiej agencji pracy tymczasowej zostali zatrzymani przez agentów CBA z Łodzi. W tej realizacji brali udział także żołnierze z Żandarmerii Wojskowej. Do tej samej sprawy policjanci z komendy wojewódzkiej zatrzymali członka zarządu spółki zajmującej się pośrednictwem pracy. Wszyscy wpadli w ręce CBA i policji w Warszawie.

Zorganizowana grupa miała na celu popełnianie przestępstw polegających na fikcyjnym obrocie towarami i wystawianiu nierzetelnych faktur VAT,  uszczupleniu należności Skarbu Państwa z tytułu podatku, a także legalizowania prania pochodzących z przestępstw brudnych pieniędzy.

W ramach specjalnie założonej,  fikcyjnej działalności spółki –  handlu odzieżą i tkaninami,  zatrzymani wystawiali faktury VAT, poświadczające nieprawdę, co do rzeczywistej realizacji zafakturowanego kupna towarów i dokumentujące transakcje, które w rzeczywistości nie miały miejsca.  Śledztwo wykazało,  że handel ubraniami to tylko przykrywka do przestępczej aktywności. W ten sposób zatrzymani doprowadzili do wyłudzenia zwrotu  podatku wielkiej wartości – w latach 2014-2016 było to ponad 30 mln zł na szkodę Skarbu Państwa. W ramach zorganizowanej grupy przestępczej, poprzez system spółek i  przelewów, „wyprali” ponad 161 milionów złotych dochodów z przestępstw. Agenci z CBA przeszukali mieszkania zatrzymanych i siedzibę spółki. Cała trójka w prokuraturze w Łodzi usłyszała zarzuty m.in. prania pieniędzy,  udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i wyłudzenia zwrotu  podatku VAT wielkiej wartości.

W czerwcu ub.r. funkcjonariusze z łódzkiej Delegatury CBA zatrzymali biznesmena, w jednej z łódzkich restauracji,  na gorącym uczynku sprzedaży fikcyjnych faktur VAT.  Do dziś w tym śledztwie nadzorowanym przez Prokuraturę Okręgową w Łodzi zarzuty dotyczące m.in. udziału w latach 2014-2017 w zorganizowanej grupie przestępczej usłyszało 32. podejrzanych: pośredników,  pomocników i przedstawicieli spółek. Grupy te miały na celu popełnianie przestępstw polegających na fikcyjnym obrocie m.in. towarami tekstylnymi  i wystawianiu nierzetelnych faktur VAT. Jeden z zatrzymanych przez CBA przedstawicieli warszawskiej spółki należącej do cudzoziemców miał „przeprać”  blisko 25 mln zł  „brudnej”  gotówki.

Prowadzący postępowania funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego nadal nie wykluczają kolejnych zatrzymań i powiększenia listy zarzutów w tych śledztwach.

Źródło: CBA P. Kaczorek, T. Brodowski,

Na styku dwóch światów: jak startupy i duże przedsiębiorstwa budują nową polską gospodarkę?

Współpraca niełatwa, wymagająca wzajemnego zrozumienia oraz zaufania, ale też inspirująca i przynosząca powoli wymierne efekty – to główny wniosek płynący z konferencji „Na styku dwóch światów”, podsumowującej współpracę dużych przedsiębiorstw z młodymi firmami technologicznymi w ramach programu MIT Enterprise Forum Poland. Akcelerator, w trakcie wydarzenia, które odbyło się 22 lutego w siedzibie głównej PKO Banku Polskiego, zaprezentował pierwsze efekty swoich działań w ramach pilotażu Scale UP, realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości.

58 milionów na wsparcie startupów

Pilotaż Scale UP, który wystartował pod koniec 2016 roku, miał połączyć potencjał intelektualny młodych firm technologicznych z wiedzą, doświadczeniem oraz zasobami dużych przedsiębiorstw, w tym spółek Skarbu Państwa. Realizacji projektu, na który przeznaczono ponad 58 milionów złotych, podjęło się dziesięć programów akceleracyjnych, a liczba startupów objętych projektem wynosi obecnie niemal 270. MIT Enterprise Forum Poland, jako jeden z pierwszych akceleratorów biorących udział w pilotażu, przedstawił wstępne rezultaty współpracy ze startupami technologicznymi i dużymi przedsiębiorstwami.

– Za nami dwie edycje programu realizowanego w ramach Scale UP.  45 startupów technologicznych, które przeszły proces akceleracji we współpracy z dużymi przedsiębiorstwami, w tym m.in. spółkami Skarbu Państwa, uczestniczyły w specjalnie przygotowanych dla nich warsztatach, sesjach doradczych, korzystały ze wsparcia doświadczonych mentorów i ekspertów. Wielu z nich program otworzył drzwi do współpracy z dużymi przedsiębiorstwami, takimi jak PKO Bank Polski, Grupa PGNiG, Grupa KGHM czy Grupa Adamed – mówi Paweł Bochniarz, prezes zarządu Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej. – To z kolei umożliwiło dalszy rozwój startupów. Ponad 30 proc. z nich pozyskało nowych klientów bezpośrednio po akceleracji, 4 pozyskało inwestorów, a ponad połowa stworzyła nowe miejsca pracy  – dodaje.

Współpraca niełatwa…

Jak podkreślali goście konferencji „Na styku dwóch światów”, realizacja programu pilotażowego Scale UP dobitnie pokazała, że współpraca w modelu otwartej innowacyjności nie jest prosta. Korporacje przyzwyczajone są do samowystarczalności i aby efektywnie wdrażać innowacje opracowane przez startupy, muszą nierzadko modyfikować wewnętrzne procedury, rozwijać kompetencje pracowników, adaptować systemy motywacyjne, a nade wszystko zmieniać kulturę organizacyjną.

Startupy są elastyczne, innowacyjne, kreatywne, ale brakuje im kapitału, mają zerowe lub niskie obroty. Duże przedsiębiorstwa posiadają za to zasoby, w tym finansowe, natomiast ze względu na rozległą strukturę korporacyjną i regionalną brak im elastyczności wobec ciągle zmieniającego się rynku klienta. Mentalnie to dwa światybardzo niewielu twórców startupów czy menedżerów korporacji  jest w stanie odnaleźć się w roli drugiej strony, zrozumieć jej cele i motywacje – twierdzi Anna Brussa, dyrektor Departamentu Rozwoju Startupów w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. – Scale UP animuje współpracę startupów i dużych firm – pośrednikiem jest doświadczony podmiot rozumiejący język i mentalność zarówno świata młodych firm, jak i korporacji – dodaje.

Obecny na konferencji Jan Filip Staniłko, dyrektor Departamentu Innowacji w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii porównał startupy i duże przedsiębiorstwa do kowbojów i Indian, którzy wzajemnie się zwalczali, odnosząc naprzemiennie sukcesy. Jak zaznaczył, realizacja pilotażu Scale UP miała na celu m.in. uzyskanie odpowiedzi na pytanie, czy współcześni polscy „kowboje” i „Indianie” są w stanie razem współpracować.

… ale możliwa

Jak zgodnie podkreślali uczestnicy konferencji, współpraca na linii startup – duże przedsiębiorstwo, choć niełatwa, może być efektywna i przynosić korzyści zarówno rynkowym gigantom, jak i młodym firmom technologicznym. Doskonale pokazuje to program MIT Enterprise Forum Poland. Obecnie wszyscy partnerzy ścieżek branżowych akceleratora, czyli PKO Bank Polski, Grupa PGNiG, Grupa KGHM i Grupa Adamed, kontynuują rozpoczętą w trakcie akceleracji współpracę ze startupami. Za młodymi przedsiębiorcami zaś pierwsze testy rozwiązań, pilotaże i komercyjne wdrożenia. Jak jednak twierdzi Paweł Bochniarz z Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej, na prawdziwe efekty akceleracji trzeba jeszcze trochę poczekać.

Łączenie się dwóch światów to proces ewolucyjny, nie rewolucyjny. Na razie duże przedsiębiorstwa i startupy poznały się ze sobą, skonfrontowały ze swoimi potrzebami i oczekiwaniami. Pierwsze sukcesy we współpracy powodują coraz większą otwartość obu stron. To z kolei może się przyczynić do rozwoju nowej generacji polskich przedsiębiorstw, których konkurencyjność nie będzie wynikała z niskich kosztów pracy, a z unikatowego kapitału intelektualnego ich zespołów. Na to potrzeba jednak czasu. W programie Scale UP nie chodzi o to, żeby duże przedsiębiorstwa nagle zaczęły inwestować w startupy. To jeszcze nie ten etap, choć współpracujące z akceleratorem korporacje już przewidują taką możliwość. Chodzi o to, aby oba światy zaczęły nawiązywać korzystne obustronnie relacje biznesowe – dodaje.

Pierwsze owoce współpracy

Podczas konferencji „Na styku dwóch światów” MIT Enterprise Forum Poland przedstawił raport prezentujący pierwsze efekty akceleracji w ramach pilotażu Scale UP. Choć przedstawiciele akceleratora zastrzegają, że to dopiero pierwszy krok na drodze do dojrzałej współpracy pomiędzy startupami a dużymi przedsiębiorstwami, już dziś wskazują na przykłady, które budzą nadzieję na jej pozytywny rozwój. Wśród nich można wymienić chociażby startupy IC Solutions i Coinfirm Blockchain Lab, które w ramach programu współpracowały z PKO Bankiem Polskim. Pierwszy z nich stworzył długopis do automatycznej cyfryzacji papierowych dokumentów, drugi zaś compliance w oparciu o blockchain do eliminacji nadużyć w obrocie dokumentami online. W przypadku Coinfirm intencją banku jest zakup technologii oraz usług startupu. Cyfrowy długopis firmy IC Solutions jest obecnie testowany 4 oddziałach banku.

Możemy podsumować program jako duży sukces – w przypadku kilku przedsięwzięć planujemy produkcyjne wdrożenie. Program ten miał dla nas nie tylko misyjne znaczenie, ale też wartość w przypadku wdrażania naszej cyfrowej strategii – powiedział podczas konferencji  Szymon Wałach, dyrektor Pionu Klienta Detalicznego w PKO Banku Polskim.

Z kolei Grupa PGNiG zapropsiła do współpracy startup BZB UAS, który może z pomocą specjalistów geodetów przetestować nowego drona do tworzenia ortofotomap. Oddział Geologii i Eksploatacji PGNiG SA od kilku lat wykorzystuje drony w badaniach terenowych. Wiedza i doświadczenie jego ekspertów pozwoli startupowi na rozwinięcie swojego projektu i przystosowanie go do potrzeb spółki podczas próbnych lotów. KGHM CUPRUM Centrum Badawczo-Rozwojowe coraz bardziej zacieśnia natomiast współpracę m.in. z Drying Process – startupem, który rozwija technologie wielokrotnie zwiększające efektywność suszenia w przemyśle. Startup opracowuje właśnie raport końcowy, a także rozpoczął pracę nad wspólnym projektem badawczo-rozwojowym, w którym KGHM CUPRUM będzie liderem. Pozwoli to na stworzenie urządzenia skalowalnego, uniwersalnego i mobilnego. A co najważniejsze, nie będzie ono dedykowane tylko dla Grupy KGHM. Kolejnym przykładem rokującej współpracy jest startup KSM Vision i Grupa Adamed. Technologia do kontroli jakości, umożliwiająca obserwację 360˚ z użyciem jednej kamery została już przetestowana z pozytywnym wynikiem na linii produkcyjnej w Pabianickich Zakładach Farmaceutycznych Polfy SA należącej do Grupy Adamed.

Otrzymanie faktury z opóźnieniem bez wpływu na podatek VAT

Moment, w którym ujmuje się w deklaracji transakcje objęte odwrotnym obciążeniem, nie powinien rozstrzygać o tym, kiedy można odliczyć podatek VAT. Tym samym nawet w przypadku zadeklarowania transakcji po upływie trzech miesięcy od jej dokonania można odliczyć podatek w okresie, w którym jest on należny. Taki wniosek można wyprowadzić z przepisów unijnych oraz z opartych na nich orzeczeniach Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Podobne stanowisko zajął także w ostatnim czasie Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie.

Czasami prawo unijne trzeba stosować wprost

Zgodnie z dyrektywą VAT w przypadku korekty faktury VAT prawo do odliczenia podatku wynikające z tej faktury odnosi się do okresu, w którym powstał obowiązek podatkowy, a nie do okresu, w którym dokonana została korekta faktury. Takiej wykładni dyrektywy, w tym zwłaszcza jej art. 167 i 178, dokonał Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w wyroku Senatex GmbH z dnia 15 września 2016 r., sygn. C-518/14. Trybunał kolejny raz podkreślił, że o odliczeniu podatku decydują względy materialnoprawne i spełnienie przesłanek dokonania odliczenia o tym charakterze, a nie względy formalne, spośród których nie wszystkie nawet muszą być spełnione. Niestety polski ustawodawca oraz polskie organy podatkowe często nie zauważają przepisów unijnych o nadrzędnym charakterze w stosunku do regulacji krajowych. Podobnie jest z orzecznictwem Trybunału. W wielu sytuacjach po stronie podatników stają jednak krajowe sądy administracyjne, które zwracają większą uwagę na spójność polskich przepisów z prawem europejskim i stosują dyrektywy unijne, nawet wbrew brzmieniu polskich ustaw.

Przełomowy wyrok WSA w Krakowie

Tak stało się m.in. w przypadku wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Krakowie z dnia 29 września 2017 r., I SA/Kr 709/17, w którym sąd stwierdził, że nie zawsze ograniczenia w odliczeniu VAT wynikające z polskich przepisów są zgodne z regulacjami unijnymi, a tym samym konieczne staje się pominięcie polskich regulacji i zastosowanie przepisów dyrektywy VAT wprost. To, w kontekście hierarchii źródeł prawa i zasad prawa podatkowego, stwierdzenie dość oczywiste. Mimo to wspomniane orzeczenie może mieć olbrzymie znaczenie dla polskich przedsiębiorców.

W przedmiotowej sprawie sąd rozstrzygał, czy w stanie prawnym obowiązującym od 1 stycznia 2017 r. na gruncie ustawy o VAT istnieje możliwość odliczenia podatku w tym samym okresie, w którym podatnik wykazał podatek należny, jeżeli otrzymał on fakturę lub fakturę korygującą po upływie 3 miesięcy od upływu terminu wykazania obowiązku podatkowego.

Co na to polskie przepisy?

W myśl polskich przepisów ustawy o VAT nie jest to możliwe. Regulacje art. 86 ust. 10i w związku z ust. 10b ustawy o VAT przewidują bowiem, że w przypadku wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów podatnik powinien rozliczyć podatek w miesiącu powstania obowiązku podatkowego. Prawo do odliczenia podatku następuje natomiast w miesiącu wykazania podatku należnego na podstawie prawidłowo wystawionej faktury lub jej korekty, jednak nie później niż przed upływem 3 miesięcy od powstania obowiązku podatkowego. W przypadku późniejszego rozliczenia podatku może pojawić się konieczność uregulowania odsetek.

Wynika to z prostego faktu. Obowiązek podatkowy w WNT powstaje z chwilą wystawienia faktury lub, w razie niedotrzymania tego obowiązku, 15. dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym dokonano dostawy towaru. Prawo do odliczenia co do zasady powstaje w okresie powstania obowiązku podatkowego. Odliczenie VAT możliwe jest także w dwóch kolejnych okresach rozliczeniowych. Konieczne jest jednak otrzymanie faktury dokumentującej transakcję najpóźniej w terminie 3 miesięcy od końca miesiąca, w którym powstał obowiązek podatkowy. Wtedy też konieczne jest ujęcie podatku w deklaracji podatkowej. Po tym okresie fakturę można ująć jedynie na bieżąco, co może rodzić konieczność uregulowania odsetek, gdyż powstaje opóźnienie.

Praktyczne problemy

Problem w tym, że w wielu sytuacjach podatnik nie ma możliwości zachowania trzymiesięcznego okresu – często bowiem otrzymuje faktury z dużym opóźnieniem lub są one błędnie wystawione, a później długi czas trzeba czekać na otrzymanie faktury korygującej. Dopiero natomiast otrzymanie właściwej faktury od sprzedawcy pozwala na wykazanie podatku należnego. Ten problem dotyka wielu podatników stale dokonujących rozliczeń w oparciu o metodę odwrotnego obciążenia. Bywa to problematyczne zwłaszcza przy transakcjach z kontrahentami zagranicznymi, dla których podobne problemy są obce. Nie rozumieją więc oni, dlaczego tak ważne dla polskiego podatnika jest otrzymanie faktury we właściwym czasie. Takie podejście jest też całkowicie sprzeczne z regulacjami unijnymi oraz orzecznictwem TSUE.

Zauważył to WSA w Krakowie i przyznał rację podatnikowi, który wskazywał, że zgodnie z przywołanym orzecznictwem TSUE prawo do odliczenia podatku co do zasady nie może być ograniczone spełnieniem dodatkowych wymogów formalnych, do których można zaliczyć otrzymanie i rozliczenie faktury w określonym czasie. Takie regulacje naruszają bowiem jedną z podstawowych zasad podatku VAT – jego neutralność.

Jak to wpłynie na rozliczenia polskich podatników?

Tym samym zgodnie z orzeczeniem WSA w Krakowie i TSUE podatnik zachowuje prawo do odliczenia niezależnie od tego, z jakim opóźnieniem otrzyma fakturę i kiedy rozliczy podatek. W przypadku opóźnienia nie może być też mowy o odsetkach. W przeciwnym wypadku zasada neutralności podatku VAT byłaby fikcją.

Jednak dla organów podatkowych bardzo często orzeczenia sądów, zwłaszcza jednostkowe, niewiele znaczą. Często ważniejsze od działania zgodnego z prawem jest dla nich działalnie nakierowane na wpływy do budżetu państwa, nawet nieuzasadnione. Z praworządnością ma to niewiele wspólnego, ale organy podatkowe wiele razy pokazały już, że nie to jest dla nich nadrzędną wartością. Przywołany wyrok WSA w Krakowie daje jednak bardzo silny argument na etapie ewentualnego sporu z organem podatkowym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki – Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

IV Europejski Kongres Jakości już 21-go marca 2018 r. w Łodzi

Europejski Kongres Jakości„Future of the Quality” – pod takim hasłem 21 marca 2018 r. w Łodzi odbędzie się IV Europejski Kongres Jakości. Jest to cykliczna impreza, która wpisuje się w kalendarz europejskich wydarzeń związanych z jakością. Sukces poprzednich edycji Kongresu pozwala wyznaczać przyszłościowe kierunki rozwoju w biznesie.

Europejski Kongres Jakości to spotkanie przedstawicieli świata biznesu i nauki, zarówno z Polski jak i Europy, którzy wymieniają się wiedzą oraz doświadczeniami. Ideą Kongresu jest propagowanie wartości, które są mocno związane z jakością. Jak co roku, główną część wydarzenia stanowić będą panele tematyczne, dyskusje oraz case studies. W ramach bieżącej edycji dodatkowo poruszone zostaną zagadnienia związane z zarządzaniem firmami rodzinnymi, propagowaniem zdrowego stylu życia, oraz innowacyjności. Po części merytorycznej odbędzie się uroczysta Gala, w ramach której Laureaci Certyfikatu JAKOŚĆ ROKU® otrzymają statuetki oraz dyplomy.

Patronat honorowy nad wydarzeniem objęli European Organization for Quality, Marszałek Województwa Łódzkiego, Prezydent Miasta Łodzi oraz przedstawiciele Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, Polskiego Komitetu Normalizacyjnego oraz Krajowej Izby Gospodarczej. Partnerami Kongresu są DEKRA, Klub Polskie Forum ISO oraz Wyższa Szkoła Biznesu w Dąbrowie Górniczej. Organizatorem wydarzenia jest Fundacja Qualitas Europejskie Centrum Promocji Dobrych Praktyk Biznesowych, która od początku swojego istnienia za cel stawia sobie wspieranie i promowanie idei jakości oraz dobrych praktyk w biznesie. Z inicjatywy Fundacji organizowanych jest kilka ogólnopolskich i międzynarodowych projektów.

Sztuczna Inteligencja w biznesie – korzyść czy zagrożenie?

Najnowsze prognozy dotyczące Sztucznej Inteligencji (ang. Artificial Intelligence, AI) i uczenia maszynowego (ang. Machine Learning, ML) wskazują, że mamy do czynienia z technologią o wyjątkowym potencjale biznesowym. Według Deloitte, liczba wdrożeń tej technologii w 2018 roku podwoi się w porównaniu z rokiem ubiegłym, a następnie za dwa lata podwoi się ponownie[1]. Skalę zainteresowania tymi rozwiązaniami oddaje też wielkość inwestycji w rozwiązania AI oraz ML. Tylko do roku 2021 wzrosną one o ponad 45 miliardów USD[2]. W jakich sektorach, Sztuczna Inteligencja przeprowadzi prawdziwą rewolucję?  

Spersonalizowany handel

Największym wyzwaniem dla handlowców już teraz jest uzyskanie i utrzymanie przewagi konkurencyjnej, a wraz z rosnącą świadomością konsumencką będzie to jeszcze trudniejsze. Dlatego właśnie przedsiębiorstwa handlowe powinny zaplanować znaczące inwestycje w technologie pozyskujące i gromadzące dane zarówno o klientach, jak i dostawcach. W tej perspektywie, znaczącą przewagę mają firmy prowadzące sprzedaż online – to głównie narzędzia internetowe pozwalają na zbieranie informacji o zachowaniach i preferencjach konsumenckich, a wiedza ta w następstwie może wesprzeć tworzenie efektywnych kampanii marketingowych. Sztuczna Inteligencja natomiast pomoże w optymalizacji, aktualizacji, a także dopasowaniu strategii wielokanałowej do oczekiwań klientów.

Dzięki mechanizmom AI, możliwe będzie także wyjście o krok do przodu, a więc przewidywanie potrzeb klienta. Analiza dużych zbiorów danych pozwala na ustalenie prawidłowości, które mogą następnie posłużyć jako wzory postępowania klientów. – Choć na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy, nasze zachowania konsumenckie w sieci pozostawiają po sobie ślad w postaci danych. Do odtworzenia są więc nasze wcześniejsze transakcje, zachowania w mediach społecznościowych, a także sposób w jaki robimy zakupy, czy oczywiście witryny internetowe jakie odwiedzamy. Te wszystkie aktywności świadomi handlowcy wykorzystują by móc dokładnie odpowiadać na nasze potrzeby oraz uniknąć sytuacji, w której proponowane produkty lub usługi zupełnie mijają się z naszymi oczekiwaniami – mówi Rafał Ostap, Project Manager w Grupie Kapitałowej Transition Technologies.

Inteligentna produkcja

AI może przeprowadzić prawdziwą rewolucję w obszarze produkcji przemysłowej. Dzięki tej technologii przedsiębiorstwa nie tylko usprawnią procesy zarządzania działalnością, ale zredukują też koszty związane z rozwojem produktów. Co więcej, dzięki cyfrowemu połączeniu systemów producentów i dostawców, możliwe będzie prawidłowe zarządzanie łańcuchem dostaw. Mechanizmy Sztucznej Inteligencji dostarczą przedsiębiorcom dokładnych informacji na temat dostępności mocy produkcyjnych, a nawet dyspozycyjności lub awarii maszyn dostawców.

Firmy przemysłowe będą wykorzystywać procesy uczenia maszynowego do analizy ogromnych ilości danych w czasie rzeczywistym. Jej efektem będzie poprawa dokładności prognoz i kontroli w procesach operacyjnych, zwłaszcza tych służących zwiększeniu produkcji. Dzięki AI ocena stanu elementów składowych maszyn i instalacji stanie się bardziej przejrzysta i precyzyjna, co pozwoli sprawniej zarządzać ryzykiem i poprawić ciągłość produkcji. Uczenie maszynowe pozwoli specjalistom z bardzo dużą dokładnością przewidzieć konieczność wykonania przeglądu lub ewentualnej naprawy usterki.

Jeszcze bardziej precyzyjne diagnozy

Ogromny potencjał AI daje zdolność tej technologii do rozpoznawania powtarzających się zdarzeń także w medycynie. Analizując liczne historie chorób i zmienne czynniki środowiskowe, a także mając pod ręką wyniki diagnostyki obrazowej, lekarze mogą stawiać bardziej precyzyjne diagnozy, a co za tym idzie zadecydować o najbardziej korzystnych formach leczenia i profilaktyki. Co więcej, na podstawie danych statystycznych można prognozować zagrożenie epidemią, a także określić jakie grupy są najbardziej podatne na zachorowanie.

W przypadku systemów rozpoznawania obrazów i uczenia maszynowego możemy mówić o pewnej przewadze nad ludzki okiem – algorytmy mogą zauważyć znacznie więcej szczegółów na zdjęciach rentgenowskich czy obrazach rezonansu magnetycznego. Co więcej, wykorzystanie AI umożliwi automatyzację procesów i uwolni lekarzy oraz pielęgniarki od rutynowych, powtarzalnych zadań. W ten sposób będą mogli poświęcić się tym zadaniom, na którym polega ich zawód – leczeniu pacjentów i zapewnieniu im odpowiedniej opieki medycznej. Już teraz istnieją takie rozwiązania jak opracowany przez nas MedStream Designer, które nie tylko wspierają personel medyczny w codziennych obowiązkach, ale również zwiększają jego kompetencje udostępniając schematy postępowania, opisy nietypowych przypadków czy notatek lekarskich – opowiada Rafał Ostap.

Sztuczna Inteligencja to bez wątpienia szansa na dalszą automatyzację i  wejście kolejnych sektorów biznesu w zupełnie nowy wymiar działalności. Rozwój tej technologii oraz jej zastosowań w poszczególnych dziedzinach, wiąże się ze zwiększeniem konkurencyjności przedsiębiorstw, które nie boją się wdrażać najnowszych rozwiązań do swoich organizacji. Jedynym zagrożeniem płynącym z postępującej ekspansji AI w biznesie może być lekceważenie jej potencjału. Decyzja o inwestycji w najnowsze rozwiązania należy jednak wyłącznie do zarządzających.

[1] Deloitte, Technologies, Media and Telecommunication Predictions 2018

[2] IDC Spending Guide Forecasts Worldwide Spending on Cognitive and Artificial Intelligence Systems to Reach $57.6 Billion in 2021, https://www.idc.com/getdoc.jsp?containerId=prUS43095417

Sprzedaż kredytów w Polsce w styczniu 2018 r.

W styczniu 2018 r., zarówno w ujęciu liczbowym jak i wartościowym, udzielono więcej kredytów mieszkaniowych i konsumpcyjnych, zwiększono wydawnictwo kart kredytowych oraz udostępniono więcej limitów kredytowych, w porównaniu ze styczniem 2017 r. Największy wzrost wartościowy odnotowano w przypadku kredytów konsumpcyjnych (+15,8%) oraz kredytów mieszkaniowych (+12,1%). W ujęciu liczbowym, najwyższy wzrost w stosunku do stycznia 2017 r. dotyczył również kredytów konsumpcyjnych (+8,4%) oraz kredytów mieszkaniowych (+6,3%). W styczniu 2018 r. zatrzymana została negatywna tendencja w sprzedaży kart kredytowych – w stosunku do stycznia 2017 r. wzrosła zarówno liczba wydawanych kart kredytowych (+0,7%), jak i wartość przyznawanych limitów (+3,0%).

Wyższe dodatnie dynamiki w ujęciu wartościowym, a nie wolumenowym, dla wszystkich produktów kredytowych, w styczniu 2018 r. w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku, wynikają z wyższych kwot udzielanych kredytów i przyznawanych limitów, co można tłumaczyć zwiększaniem się zdolności kredytowej kredytobiorców, na co wpływ ma zarówno bardzo dobra sytuacja finansowa gospodarstw domowych – wzrost dochodów (wynikający zarówno ze wzrostu wynagrodzeń, jak i świadczeń z programu 500 plus), rekordowo niskie stopy procentowe, jak również wydłużanie okresu kredytowania. W przypadku kredytów gotówkowych średni okres, na jaki jest udzielany kredyt gotówkowy wynosi obecnie 45 miesięcy w porównaniu do 24 miesięcy w 2012 r. Dzięki temu wzrostowi dochodów i wydłużaniu okresu kredytowania wzrost zadłużenia kompensowany jest wzrostem dochodów przy niezmiennym poziomie oprocentowania, co przekłada się na utrzymanie się wskaźnika D(ebt)S(service)tI(ncome) na stałym bezpiecznym poziomie, poniżej 40% dla większości gospodarstw domowych.

Bardzo wysoka dynamika w ujęciu wartościowym kredytów mieszkaniowych udzielonych w styczniu 2018 r., w porównaniu do stycznia 2017 r., w dużej części może być związana z efektem końca programu MdM.

– Jak informowaliśmy w listopadowym i grudniowym Newsletterze, spadek liczby i wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych w listopadzie i grudniu 2017 r. mógł być jedynie chwilową „zadyszką” a nie trwalszym zjawiskiem wyhamowywania na rynku kredytów mieszkaniowych, mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej. – Czy rzeczywiście tak jest, zobaczymy w kolejnych miesiącach 2018 r. Po styczniu można mieć pewien optymizm. Niewątpliwie jednak cały 2018 r. w kredytach mieszkaniowych zapowiada się ciekawie – prognozuje Główny Analityk BIK.

Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)

W styczniu 2018 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 548,0 tys. kredytów konsumpcyjnych na kwotę 6,35 mld zł. Stanowi to wzrost o 8,4% w ujęciu liczbowym i o 15,8% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do stycznia 2017 r.

– W styczniu br. banki i SKOK-i udzieliły o 26,2% mniej kredytów konsumpcyjnych niż w grudniu 2017 r. W styczniu 2017 r. w porównaniu do grudnia 2016 r. banki udzieliły również o 27% mniej kredytów konsumpcyjnych. Jest to więc efekt sezonowy, ponieważ styczeń jest zazwyczaj najsłabszym pod względem aktywności kredytowej miesiącem roku, a grudzień jednym z najlepszych. W styczniu 2018 r. dodatnie dynamiki liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły kredytów we wszystkich przedziałach kwotowych. Dynamiki w przypadku kredytów niskokwotowych były kilku procentowe (np. 6,3% w przedziale do 1 tys. zł.), a najwyższe dodatnie dynamiki wzrostu dotyczyły kredytów wysokokwotowwych (21% powyżej 20 tys. zł) – mówi prof. Waldemar Rogowski.

W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i udzieliły w styczniu 2018 r. kredytów konsumpcyjnych na kwotę tylko o 2,4% niższą niż w grudniu 2017 r. W przypadku stycznia 2017 r. w porównaniu z grudniem 2016 r. spadek wynosił aż 19%. Zjawisko to w dużej części jest spowodowane zmianą struktury udzielanych kredytów. W wolumenie udzielanych kredytów rośnie udział kredytów wysokokwotowych (powyżej 20 tys. zł), które w styczniu 2018 r. stanowiły już 16% wszystkich udzielonych kredytów konsumpcyjnych.

– Po udanym styczniu br. można z optymizmem patrzeć na cały rok pod warunkiem, że nie wystąpią negatywne zdarzenia zarówno o charakterze globalnym, jak i lokalnym, które zmniejszyłyby apetyt banków na ryzyko a gospodarstwa domowe zniechęciły do zaciągania kredytów konsumpcyjnych – stwierdza Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Co ważne, sprzedaży kredytów konsumpcyjnych nie towarzyszy istotny wzrost ryzyka kredytowego, pomimo zaciągania kredytów na coraz wyższe kwoty. W styczniu 2018 r. średnia kwota zaciąganego kredytu konsumpcyjnego wynosiła 11 543 zł. Związane jest to przede wszystkim z wyraźną poprawą sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych (wzrost wynagrodzeń oraz środki z programu 500 plus) jak i rekordowo niskimi stopami procentowymi i wydłużaniem okresu kredytowego – mówi prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Kredyty mieszkaniowe

W styczniu 2018 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 16,4 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 3,7 mld zł. Stanowi to wzrost o 6,3% w ujęciu liczbowym i wzrost o 12,1% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do stycznia 2017 r.

– Styczeń 2018 r. jest już kolejnym wzrostowym miesiącem dla kredytów mieszkaniowych, zarówno pod względem liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Na rynku kredytów mieszkaniowych nadal panuje więc względny optymizm. Dwucyfrowa dynamika w ujęciu wartościowym, po części wynika ze struktury udzielanych kredytów mieszkaniowych. 54% wartości udzielonych w styczniu br. kredytów mieszkaniowych przypada na kredyty powyżej 250 tys. zł (24% z przedziału 250 – 350 tys. zł i 30% powyżej 350 tys. zł). Dynamika udzielanych kredytów mieszkaniowych w poszczególnych przedziałach kwotowych jest jednak zróżnicowana. W styczniu 2018 r. kredyty wysokokwotowe w przedziale 250 – 350 tys. zł, w porównaniu do stycznia 2017 r. wzrosły o 13,4%, zaś kredyty powyżej 350 tys. aż o 20,4%. Również w ujęciu liczbowym najbardziej wzrosła o 21,2% liczba kredytów udzielonych na kwotę powyżej 350 tys. zł, które stanowią już 14% wszystkich udzielonych w styczniu kredytów mieszkaniowych – dodaje prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Karty kredytowe

W styczniu 2018 r. banki wydały 81,1 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 448 mln zł. Stanowi to wzrost o 0,7% w ujęciu liczbowym i wzrost o 3,0% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do stycznia 2017 r.

W styczniu br. BIK odnotował po raz pierwszy odwrócenie wcześniej obserwowanego negatywnego trendu w kartach kredytowych, związanego z wydawaniem coraz mniejszej liczby kart. Liczba wydanych kart kredytowych w styczniu 2018 r. jest najwyższa od 2013 r. z wyjątkiem 2015 r., w którym w styczniu wydano 81,2 tys. kart.

– Dodatnią dynamikę uzyskano dzięki wysokim dodatnim dynamikom dla kart z limitami 1 do 2 tys. zł (+18,2%) oraz 4,5 – 10 tys. zł (+15,3%). 3% dynamika wzrostu wartości przyznawanych limitów również wynika z wysokiej 20% dynamiki wzrostu dla kart z limitami 1 – 2 tys. zł oraz 4,5 – 10 tys. zł, tłumaczy prof. Rogowski.- Ciekawym zjawiskiem jest wzrost wydawanych kart kredytowych z limitami w przedziale 1 do 2 tys. zł, który można częściowo tłumaczyć ponownym wzrostem zainteresowania tym produktem wśród osób o niższych dochodach, które w ostatnim okresie odnotowały poprawę swojej sytuacji finansowej – dodaje Główny Analityk BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W styczniu 2018 r. przyznano 56,1 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę przyznanych limitów 238 mln zł. Stanowi to wzrost o 5,0% w ujęciu liczbowym i wzrost o 11,6% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do stycznia 2017 r.

– W styczniu 2018 r. zaobserwowaliśmy kilkuprocentową dodatnią dynamikę liczby przyznanych limitów kredytowych w kontach osobistych (+5%) w porównaniu ze styczniem ubiegłego roku. Już od początku 2017 r. obserwujemy wzrost zainteresowania limitami kredytowymi w kontach osobistych. Zjawisko to jeszcze wyraźniej widać analizując przyznawane limity w określonych przedziałach kwotowych. W styczniu 2018 r. 63% wartości przyznanych limitów w kontach osobistych koncentruje się w przedziale > 7 tys. zł. W ujęciu liczbowym w styczniu 2018 r. przyznano aż o 41,2% więcej limitów na kwotę > 7 tys. zł niż w styczniu 2017 r. W okresie ostatnich pięciu lat (styczeń 2018 r. vs styczeń 2013 r.) liczba przyznanych limitów kredytowych > 7 tys. zł. wzrosła o 78%. Styczeń 2018 r. dla wysokokwotowych limitów jest rekordowym początkiem roku od co najmniej pięciu lat. Wydaje się, że osoby o wyższych dochodach dostrzegają pozytywne cechy finansowania swoich potrzeb konsumpcyjnych limitem o dużo niższym koszcie niż kredyt gotówkowy – dodaje prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Prospekt emisyjny Novaturas zatwierdzony

23 lutego 2018 r. Bank Litwy zatwierdził prospekt emisyjny Novaturas, największego operatora turystycznego w krajach bałtyckich, którego akcjonariusze zamierzają przeprowadzić ofertę publiczną i wprowadzić akcje na GPW w Warszawie i Nasdaq w Wilnie. Zatwierdzony dokument został notyfikowany do Komisji Nadzoru Finansowego oraz Finantsinspektsioon (tj. estońskiego organu nadzoru finansowego). Spółka planuje opublikować prospekt 26 lutego br.

Oferta publiczna obejmie 50% istniejących akcji Spółki sprzedawanych przez niektórych z jej obecnych akcjonariuszy, w tym przez większościowego akcjonariusza – Central European Tour Operator S.a.r.l. (CETO, podmiot należący do funduszu Polish Enterprise Fund VI, zarządzany przez Enterprise Investors). Novaturas nie planuje podwyższenia kapitału zakładowego i pozyskania dodatkowych środków w ramach oferty.

W przypadku dużego popytu na akcje Spółki, CETO może zaoferować dodatkowo pakiet do 16% istniejących akcji. Tym samym, w przypadku objęcia przez inwestorów wszystkich oferowanych akcji, po przeprowadzeniu oferty w posiadaniu nowych inwestorów może znaleźć się 50% akcji Spółki w pierwszym scenariuszu lub do 66% akcji w przypadku uruchomienia dodatkowej puli.

Pozostałe akcje należące do obecnych akcjonariuszy mniejszościowych będą objęte umowami zakazu sprzedaży typu lock-up przez okres 540 dni, natomiast akcje należące do CETO będą objęte lock-up’em przez okres 180 dni od daty pierwszego notowania akcji Spółki na GPW i Nasdaq. Spółka z kolei zobowiąże się do nieprzeprowadzania jakiejkolwiek nowej emisji akcji przez okres 360 dni.

Oferta jest adresowana do inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych w Polsce, na Litwie i w Estonii. Akcje Spółki zostaną również zaoferowane wybranym zagranicznym inwestorom instytucjonalnym poza terytorium Stanów Zjednoczonych w oparciu o odpowiednie regulacje.

W ramach planowanej oferty, funkcję Globalnego Koordynatora oraz Współprowadzącego Księgę Popytu pełni Dom Maklerski PKO Banku Polskiego. Współprowadzącymi Księgę Popytu są także Trigon Dom Maklerski oraz Swedbank. Dom Maklerski PKO Banku Polskiego ponadto pełni rolę Oferującego w Polsce, natomiast Swedbank – na Litwie i w Estonii.

Szczegółowe informacje na temat Oferty znajdują się w zatwierdzonym prospekcie, który od 26 lutego br. będzie dostępny na stronie internetowej Spółki (www.novaturasgroup.com), oraz w celach informacyjnych na stronach internetowych Oferujących, tj. Domu Maklerskiego PKO Banku Polskiego (www.dm.pkobp.pl) oraz Swedbanku (www.swedbank.lt i www.swedbank.ee).

O Novaturas

Grupa Novaturas jest największym operatorem turystycznym na Litwie, Łotwie i w Estonii zarówno pod względem wartości sprzedaży, jak i liczby pasażerów. Grupa ma ponad 40% udziału w rynku zorganizowanych lotów czarterowych w tych krajach.

Novaturas powstał w 1999 r., a w 2004 r. osiągnął pozycję lidera w krajach bałtyckich, którą od tego czasu utrzymuje. Wśród przewag konkurencyjnych Spółki są m.in. silna, rozpoznawalna marka, wysoka lojalność klientów i bardzo dobre relacje z agencjami turystycznymi oraz dostawcami usług, dzięki czemu Novaturas może zaoferować swoim klientom zróżnicowaną i atrakcyjną cenowo ofertę. Poza krajami bałtyckimi, Novaturas zaczął też oferować swoje produkty na Białorusi, gdzie prowadzi sprzedaż poprzez partnerów lokalnych.

Atrakcyjna i dobrze dopasowana oferta oraz wysoka jakość świadczonych usług sprawiają, że Novaturas wciąż zdobywa nowych klientów. Grupa oferuje zarówno w pełni zorganizowane letnie i zimowe wyjazdy wypoczynkowe, jak również lotnicze i autokarowe wycieczki krajoznawcze do ponad 30 miejsc na całym świecie, w tym do najbardziej popularnych kurortów Europy Południowej, a także wybranych lokalizacji Afryki Północnej, Bliskiego Wschodu, Azji oraz Ameryki Łacińskiej.

Elementem strategii Grupy jest utrzymywanie zróżnicowanych i uzupełniających się kanałów dystrybucji. Novaturas współpracuje z ponad 400 agencjami turystycznymi, w tym ze wszystkimi największymi w krajach bałtyckich, oraz ponad 60 na Białorusi. Prowadzi również własne biura sprzedaży w głównych miastach Litwy, Łotwy i Estonii, a ponadto inwestuje w dalszy rozwój kanału e-commerce.

Rosnący popyt na wyjazdy oferowane przez Grupę jest motorem wzrostu skali działalności oraz udziału rynkowego i przekłada się na dynamiczny wzrost wyników finansowych. W 2017 r. przychody Grupy Novaturas wzrosły o blisko 40% r/r, do ponad 141 mln EUR. EBITDA w tym okresie sięgnęła 10,6 mln EUR, a zysk netto niemal 8,2 mln EUR, co w obu przypadkach oznacza prawie dwukrotny wzrost w porównaniu z 2016 r.

Bardzo dobrze dla Grupy Novaturas zapowiada się także bieżący rok, co potwierdzają wyniki przedsprzedaży na sezon letni 2018. Popyt na oferowane przez Grupę wycieczki zagraniczne dynamicznie rośnie, nawet porównując z bardzo dużą aktywnością klientów w minionym roku. Z ofert typu first minute, sprzedanych do końca 2017 r., skorzystało o 84% klientów więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej.

Model biznesowy Spółki, charakteryzujący się wysokimi przepływami pieniężnymi z działalności operacyjnej (przekraczającymi 100% EBITDA) oraz niskimi nakładami inwestycyjnymi (0,3 mln EUR w 2017 r.), pozwala na wypłatę znaczącej części zysków akcjonariuszom. Regularna wypłata dywidendy jest jednym z kluczowych elementów strategii Spółki. Zarząd przewiduje wypłatę dywidendy zaliczkowej w wysokości ok. 6 mln EUR w oparciu o zaudytowane wyniki finansowe za I połowę 2018 r. W długim terminie Zarząd zakłada rekomendowanie wypłaty dywidendy na poziomie 70–80% zysk netto.

Główne elementy strategii Grupy

  • Utrzymanie pozycji lidera w krajach bałtyckich i czerpanie korzyści z dalszego wzrostu rynku
  • Ciągłe rozwijanie oferty w celu utrzymania dotychczasowych oraz pozyskiwania nowych klientów, przekładające się na wzrost sprzedaży
  • Dalsza ekspansja geograficzna na rynku białoruskim
  • Utrzymywanie zróżnicowanych i uzupełniających się kanałów dystrybucji z rosnącym udziałem e-commerce
  • Dalszy wzrost skali działalności w połączeniu z utrzymaniem wysokich wskaźników rentowności i generowania gotówki
  • Regularne wypłaty dywidendy akcjonariuszom

Akcjonariat Spółki

Od 2007 r. większościowym akcjonariuszem Spółki jest Central European Tour Operator S.a.r.l. (CETO), podmiot należący do funduszu Polish Enterprise Fund VI, zarządzanego przez Enterprise Investors – jedną z największych firm private equity w Europie Środkowo-Wschodniej. CETO obecnie posiada 70,72% akcji Novaturas. Pozostałe udziały należą do trzech osób fizycznych – każda z nich posiada 9,76% w kapitale zakładowym Spółki.

Design sprint – od pomysłu do realizacji w kilka dni

Tempo dzisiejszego życia i rozwoju technologicznego oraz oddech konkurencji na plecach sprawiają, że firmom coraz trudniej jest być o krok przed innymi. Czy w takim otoczeniu biznesowym możliwe jest być innowacyjnym i tworzyć produkty lub usługi zmieniające świat? Czy możliwe jest realne testowanie swojego pomysłu na użytkownikach w zaledwie kilka dni od jego narodzin? Filozofia design sprint pozwala odpowiedzieć twierdząco na każde z tych pytań.

Design sprint: co to takiego?

Niezależnie od branży czy wielkości firmy, osoby odpowiedzialne za rozwój i strategie swojej organizacji na pewnym etapie spotykają się z problemem, którego same nie są w stanie rozwiązać. Biznesy osadzone wiele lat na rynku, odkrywają nowe wyzwania próbując odnaleźć się w zmieniającej rzeczywistości rynkowej. W takich sytuacjach niejednokrotnie realizowany jest na szybko tlący się w głowie szefa pomysł, spontaniczna sugestia klienta lub obserwuje się konkurencję naśladując jej kroki. Jednak czy nie lepszym wyjściem byłoby eksperymentowanie w celu stworzenia produktu lub usługi faktycznie docenianych przez odbiorców, czyli takich, za które skłonni byliby płacić? I jak to zrobić nie tracąc jednocześnie tak cennych zasobów, jakimi są czas i pieniądze?

Design sprint to stosowana powszechnie na świecie i coraz częściej w Polsce metoda pracy służąca szybkiemu rozwiązywaniu problemów projektowych, której celem jest minimalizacja pracy oraz nakładów: czasowych i kosztowych. Jest tania w realizacji (wymaga przygotowania przestrzeni do zapisywania pomysłów oraz zaproszenia zespołu o różnych kompetencjach), a jej uczestnicy chwalą przede wszystkim czas potrzebny na jej przeprowadzenie (3-5 dni wystarczy na przetestowanie wymyślonego i stworzonego w ramach sprintów prototypu).

Design thinking na sterydach

W odróżnieniu od znanej i praktykowanej już wiele lat metodyki design thinking (będącej dłuższym i często bardziej kosztownym działaniem), design sprint jest innowacyjnym sposobem na skrócenie procesu podejmowania decyzji, bez konieczności budowania całego rozwiązania i ponoszenia wysokich kosztów jego wdrożenia. Design sprint pomaga przejść od pomysłu do informacji zwrotnej od odbiorcy w ciągu zaledwie kilku dni. Design thinking

Z założenia, design sprint dzieli się na cztery etapy: ustalenie i zrozumienie problemu, definiowanie rozwiązania, projektowania funkcjonalnego prototypu, a na koniec testowania go z użytkownikami. I chociaż wydaje się to ogromem pracy, interdyscyplinarny zespół złożony z kilku (4-7) osób o uzupełniających się kompetencjach przechodzi przez wszystkie te etapy wspólnie, w formie warsztatów. Celem jest stworzenie unikalnego doświadczenia dla odbiorcy: może to być zarówno przeprojektowanie czegoś już istniejącego, nowa funkcjonalność bądź całkowicie nowy produkt. Uczestnicy sprintów chwalą sobie zazwyczaj ilość wiedzy i kreatywności wydobytej w tak krótkim czasie, zdobywanie umiejętności definiowania problemów wymagających działań, a nawet presję czasową narzucaną przez napięty grafik sprintów.

Historia design sprint

Długo przed nazwaniem tej metody, przedsiębiorcy i wynalazcy starali się znaleźć sposób na tanie i szybkie prototypowanie swoich idei i wcielanie ich w życie. Jednym z takich przedsiębiorców był Jake Knapp, uważany za ojca filozofii design sprint. Około roku 2000 pracował dla jednej z największych dziś na świecie firm technologicznych – Google. Otoczony mądrymi ludźmi z głowami pełnymi pomysłów zauważył, że ze zrozumiałych powodów ich uwaga skierowana jest przede wszystkim na dostarczanie zysków swojemu pracodawcy. To podejście nie pozwalało na rozwijanie pasji i eksperymentowanie.

Aby móc pracować z innymi nad nowymi pomysłami, Knapp zrozumiał, że musi zbudować proces szybkiego prototypowania i testowania pomysłów. Należało je realizować w przeciągi kilku dni, zamiast tygodni czy miesięcy. Szansą okazał się jeden z weekendów, w trakcie którego wspólnie z dwoma kolegami wpadł na pomysł i zrealizował aplikację do video chatu. Znajdująca zastosowanie najpierw powszechnie w firmie, została wypuszczona na szerszy rynek – dzisiaj znana jest pod marką Meet (wcześniej Hangouts). Sprintową metodykę pracy wdrażano coraz szerzej – owocem kolejnego sprintu był m.in. GMail. Dzisiaj filozofia design sprint nabiera na popularności poza ścianami Google – korzysta z niej wiele firm na świecie i coraz więcej w Polsce.

Sprintem do celu.

Design sprint to narzędzie do organizacji pracy w firmach każdego kształtu i rozmiaru. Mogą z niego korzystać te firmy, które nie tylko szukają rozwiązań problemów, ale chcą je też przetestować w praktyce. W ramach tej filozofii wszystko to jest osiągalne bez konieczności ponoszenia wysokich kosztów tworzenia rozwiązania na szeroką skalę.

W Polsce do metodyki tej ucieka się coraz więcej firm, nie tylko startupów i biznesów technologicznych. Łatwość wdrożenia we własnych strukturach i dostępność ekspertów w dziedzinie design sprintu sprawiają, że na naszym rynku stosują go już znane wydawnictwa, urzędy i duże firmy. Korzystały z niego m.in. Johnson&Johnson, Agora, ale też Urząd Zamówień Publicznych i NASK. Obok znacznego zmniejszenia nakładów pieniężnych i czasowych w procesie rozwiązywania problemów, korzystające ze sprintów firmy chwalą sobie rzadką możliwość wspólnej pracy liderów projektów, zarządzających firmą, ekip technicznych oraz projektanckich. Najważniejszym jednak efektem właściwie przeprowadzonego kilkudniowego design sprintu jest przetestowany z użytkownikami funkcjonalny prototyp produktu wraz ze wskazówkami dotyczącymi dalszych kierunków jego rozwoju.

Dolar traci. Ropa zyskuje

Dane z Europy przewidywalne. Bezrobocie w Polsce 0,3% w górę. Straty dolara pomimo dobrych danych. Ropa naftowa zyskuje po danych o malejących zapasach surowca.

Dane z Europy bez niespodzianek

Od rana poznaliśmy pakiet danych makroekonomicznych z Europy. Produkt KRajowy Brutto w Niemczech zgodnie z oczekiwaniami rósł w zeszłym roku o 2,3%, dane nie zostały skorygowane. Bezrobocie w Polsce wzrosło w ciągu miesiąca z 6,6% do 6,9%. Nie jest to nic dziwnego biorąc pod uwagę wpływ grudniowych prac sezonowych w handlu. Inflacja w strefie euro zgodnie z oczekiwaniami wyniosła 1,3% co nie przybliża nas do dyskusji o zmianach stóp procentowych.

Straty dolara pomimo dobrych danych

Wczoraj pomimo lepszego od oczekiwań odczytu z rynku pracy dolar tracił na wartości. Jak co czwartek poznaliśmy liczbę nowo zgłoszonych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Jest to bardzo ważna miara podczas badania amerykańskiego rynku pracy, gdyż dane te pokazują się zdecydowanie przed stopą bezrobocia oraz co ważne publikowane są co tydzień. Różnica pomiędzy oczekiwanym 230 tysiącami, a 222 tysiącami złożonych wniosków nie jest może imponująca, ale podtrzymuje tendencje, którą o ile uda się utrzymać to będziemy oglądali stabilnie okolice 200 tysięcy wniosków. Po samych danych było widać delikatne umocnienie dolara, ale trafiły one w silny ruch umacniający, którego nie zdołały odwrócić. W rezultacie dolar stracił około pół centa do euro. Ponieważ euro jest w miarę stabilne względem złotego oznaczało to zatem 2 grosze straty względem złotówki.

Dobre dane dla producentów ropy

Po tym jak poznaliśmy gwałtownie rosnącą liczbę odwiertów wielu analityków przepowiadało gwałtowne załamanie cen czarnego złota. Owszem przestały się one oceniać o 70 dolarów za baryłkę, ale znów pną się w górę osiągając ponownie 66 dolarów. Co spowodowało odbicie cen w przeciwną stronę? Impulsy pojawiały się już od kilku dni. Były to głównie dane o zapasach surowca. Droga ropa nie była tak chętnie magazynowana. Nadwyżka surowca na rynku, która obniżała jego cenę właśnie znalazła uzasadnienie. Skoro teraz zapasy spadają to w końcu będzie musiało nastąpić odbicie. Warto zwrócić uwagę, że ogólny poziom zapasów jest wysoki, a spadki na razie relatywnie niewielkie, ale jeżeli tendencja się utrzyma magazyny będą musiały niedługo zwiększyć zakupy.

Dzisiaj kalendarz danych makroekonomicznych jest niemalże pusty

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Złoty w trendzie bocznym

Ostatnie kilka dni nie było zbyt dobrych dla polskiego złotego, mimo, iż PLN rozpoczął tydzień umocnieniem. Dość duże wahania na polskiej walucie można powiązać przede wszystkim z czynnikami zewnętrznymi: złoty reagował głównie na ostatnie, gwałtowne zmiany kursu EUR/USD.

Na tle innych walut CEE polski złoty wyróżniał się dużą zmiennością. Po ostatnich, relatywnie większych wzrostach przyszły odpowiadające im, większe spadki. Złoty w parze z euro znajduje się obecnie w okolicy górnych poziomów kanału 4,13 – 4,20, w którym utrzymuje się od dwóch miesięcy.

Wczoraj nastrojów inwestorów względem polskiej waluty zdecydowanie nie poprawiły “minutki” z ostatniego spotkania Rady Polityki Pieniężnej. Większość członków Rady stwierdziła, iż w kolejnych kwartałach prawdopodobnym scenariuszem jest stabilizacja kosztów pieniądza. Część z nich uznała, iż “jeśli napływające w kolejnych kwartałach dane i prognozy wskazywałyby na silniejsze od obecnie oczekiwanego nasilenie presji inflacyjnej, uzasadnione może być rozważenie podwyższenia stóp procentowych w kolejnych kwartałach”, co potwierdza wagę wyczekiwanej przez nas marcowej projekcji inflacji. Komentarz jednego z członków RPP odbiegał od reszty. Poinformował on, iż w przypadku zaistnienia określonych warunków, konkretnie: “osłabienia się wskaźników aktywności gospodarczej połączonego z wyraźnym pogorszeniem się nastrojów konsumentów i przedsiębiorstw”, zasadnym może być rozważenie obcięcia stóp.

O ile obniżka stóp procentowych nie wchodzi obecnie w grę, o tyle gołębie sygnały z banku centralnego powinny przesuwać w przyszłość oczekiwania analityków i rynku względem pierwszej podwyżki stóp procentowych w Polsce. Biorąc pod uwagę retorykę RPP oraz obecne prognozy inflacji prawdopodobieństwo, że do zmiany kosztów pieniądza dojdzie przed końcem roku w naszej opinii jest dość ograniczone.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek umocnił się o 0,2%, wahając się w widełkach 4,17 – 4,19. Wspólna europejska waluta zyskiwała wczoraj również w relacji do głównych walut, zyskując w szczególności do dolara amerykańskiego.

“Minutki” z ostatniego spotkania Europejskiego Banku Centralnego miały dość mieszany, jednak raczej gołębi wydźwięk. Niektórzy członkowie EBC wprawdzie uznali, że z komunikacji warto pozbyć się stwierdzenia o potrzebie utrzymywania luźnej polityki monetarnej, a sama polityka ulegnie zmianie w przyszłości, ogólnie członkowie jednak potwierdzają, iż jest jeszcze za wcześnie na dostosowanie tzw. “forward guidance” (komunikacji kroków Banku w nieco dłuższym horyzoncie czasowym).

Zgodnie z oczekiwaniami, dzisiejsza rewizja styczniowych odczytów inflacji dla krajów strefy euro nie przyniosła zmian. Dynamika CPI w styczniu wyniosła 1,3% w ujęciu rocznym, inflacja bazowa rosła z kolei o 1% rok do roku.

GBP

Kurs GBP/PLN  w czwartek umocnił się o 0,2%, wahając się w widełkach 4,72 – 4,74. Umocnienie funta brytyjskiego w parze ze złotym jest kontynuowane, na co pozwala przede wszystkim ostatnia słabość polskiej waluty. Funt brytyjski w pierwszej części wczorajszego dnia tracił jednak z powodu słabszej publikacji dotyczącej wzrostu gospodarczego w końcówce ubiegłego roku. Dynamika brytyjskiego PKB w czwartym kwartale spowolniła do 1,4% w ujęciu rocznym, obniżając również średnioroczną dynamikę PKB w 2017 r. Tym samym, zeszłoroczny wzrost gospodarczy w Wielkiej Brytanii był najsłabszy od pięciu lat.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek osłabił się o 0,3%, wahając się w widełkach 3,38 – 3,41. Środowe ”minutki” z ostatniego spotkania FOMC wsparły amerykańską walutę, zmiana rynkowych nastrojów była jednak dosyć nietrwała, a inwestorzy już następnego dnia wyprzedawali dolara. Kurs EUR/USD wprawdzie już dwukrotnie nie był w stanie przebić oporu w okolicy 1,25, od miesiąca odbija się jednak również od wsparcia na 1,225.

Końcówka tygodnia nie przyniesie istotnych danych makro ze Stanów Zjednoczonych. Dzisiejszy dzień upłynie pod znakiem przemówień reprezentantów amerykańskiego banku centralnego, których większość będzie miała miejsce w godzinach wieczornych.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:00 – przemawia David Ramsden z brytyjskiego MPC
  • 16:15 – przemawiają Eric Rosengren i William Dudley z amerykańskiego FOMC
  • 19:30 – przemawia Loretta Mester z amerykańskiego FOMC
  • 19:30 – przemawia Benoit Coeure z EBC
  • 21:40 – przemawia John Williams z amerykańskiego FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Bitcoin poniżej 10 tys. USD

Bitcoin przebił barierę 10 tys. USD i znowu kosztuje poniżej tej granicy. Od wtorku wieczorem, kiedy kosztował 11,8 tys. USD, bitcoin znajduje się w trendzie spadkowym. Do piątku rano stracił 16% i warty jest 9,9 tys. USD. Oznacza to, że najpopularniejsza kryptowaluta powróciła do kursu z 16 lutego i do tej pory w tym roku straciła 27% swojej wartości. Analitycy rynkowi nie widzą jasnych przyczyn i nie są zgodni, co spowodowało osłabienie bitcoina (a także innych wirtualnych walut), co potwierdza tezę, że na tym rynku wszystko jest możliwe i trudno cokolwiek przewidywać.

Waluty

W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do dolara kanadyjskiego (+0,13%), a traci do euro (-0,25%), brytyjskiego funta (-0,42%), dolara australijskiego (-0,31%) oraz japońskiego jena (-0,5%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,229, GBP/USD – 1,394, USD/CAD – 1,272, AUD/USD – 0,782 i USD/JPY – 107. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,23%) i kurs EUR/JPY wynosi 131,6, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,882. Złotówka traci do funta i franka szwajcarskiego, zyskuje do dolara i pozostaje na podobnym poziomie do euro. W piątek rano dolar kosztuje 3,4 zł, euro – 4,18 zł, funt – 4,74 zł, a frank – ponad 3,63 zł.

Giełdy

Na światowych giełdach przewaga koloru zielonego. W czwartek w Europie londyński indeks FTSE 100 stracił 0,4%, frankfurcki indeks DAX obniżył się o 0,07%, a paryski indeks CAC 40 wzrósł o 0,13%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 podniósł się o 0,1%, meksykański indeks Bolsa – o 0,89%, a brazylijski indeks Bovespa – o 0,74%. W piątek w Azji tokijski indeks Nikkei zyskiwał 0,72%, indeks Shanghai Composite – 0,63%, a hongkoński indeks Hang Seng – 0,98%.

Ropa i złoto

Po wcześniejszych wahaniach ceny ropy naftowej znowu idą w górę. W czwartek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 66,39 USD (+1,46%), a ropy WTI – 62,77 USD (+1,74%). Roczna prognoza ceny baryłki ropy wzrosła o 2 USD do 72 USD. Także złoto odrabia wcześniejsze spadki. W piątek rano uncję metalu rynek wycenia na 1326 USD. To 5 USD więcej (+0,38%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

0:30 – Japonia – Inflacja CPI (r/r), styczeń – 1,4% (poprzednio 1%)
8:00 – Niemcy – PKB (r/r), IV kw. – 2,3% (prognoza 2,3%)
10:00 – Polska – Stopa bezrobocia, styczeń (prognoza 6,9%)
11:00 – Strefa euro – Inflacja HICP (r/r), styczeń (prognoza 1,3%)
14:30 – Kanada – Inflacja CPI (r/r), styczeń (prognoza 1,4%)
16:15 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Nowego Jorku
19:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Cleveland
21:40 – USA – Wystąpienie szefa Fed z San Francisco

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Na prezentacji garnków był już niemal każdy emeryt

CEE M&A Awards 22-go lutego w Hotelu Intercontinental w Warszawie

CEE M&A AwardsCEE M&A Awards to ceremonia wręczenia nagród w celu uznania doskonałości w sektorze M&A w regionie CEE. Nagrody zostaną wręczone firmom i osobom, które wykazały najlepszy ogólny wynik w ciągu ostatniego roku. Wyróżnienia są wyrazem wyjątkowych wysiłków i osiągnięć wszystkich osób zaangażowanych w identyfikację, koordynację i realizację ważnych transakcji, które przyniosły ponadprzeciętne wyniki, a także możliwość zmiany losów firm i branży w całym regionie. Mają one także na celu podkreślić zaangażowanie, wyjątkowe wyniki i najwyższą jakość obsługi klientów świadczone przez wielu liderów branży M&A. Nagrody te odzwierciedlają ciężką pracę, poświęcenie i determinację firm w całym regionie, czego wynikiem są głosy klientów i współpracowników z branży.

Wybrane kryteria: Innowacje, osiągnięcia w branży, wzrost, doskonalenie transakcji, wiedza rynkowa. Wyniki zamkniętych transakcji, rozwój, znajomość rynku regionalnego, przywództwo w zespole, rejestr transakcji, obsługa klienta. Kryteria prowadzonych prac obejmują: charakter strategiczny, złożoność, skalę, wydajność, przełomowe lub innowacyjne procesy.

Kraje i regiony objęte nagrodami:

CEE: Czechy, Węgry, Polska, Słowacja, Ukraina NEE: Białoruś, Estonia, Łotwa, Litwa, Kaliningrad SEE: Albania, Bułgaria, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Gruzja, Macedonia, Czarnogóra, Rumunia, Serbia, Słowenia

Więcej informacji znajdziesz na  http://ceemaawards.com/

InBook S.A. kończy 2017 r. wyższymi przychodami i zyskami

InBook S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2008 r., działająca w branży e-commerce, wypracowała 109 tys. zł zysku netto w 4 kw. 2017 r. przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 1.995 tys. zł. Spółka cały czas optymalizuje swoją ofertę produktową i rozszerza asortyment o perspektywiczne produkty.

Poziom sprzedaży Emitenta w 4 kw. 2017 r. był wyższy od analogicznego okresu 2016 r. o 33%. Wyraźnemu wzrostowi w ujęciu rdr. uległ również zysk ze sprzedaży z 13 tys. zł do 85 tys. zł. W całym 2017 r. InBook S.A. osiągnął 34 tys. zł zysku netto, 120 tys. zł zysku EBITDA, a jego przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 5.075 tys. zł. Rok wcześniej zysk netto Spółki wyniósł 26 tys. zł przy zysku EBITDA na poziomie 111 tys. zł oraz przychodach netto ze sprzedaży w wysokości 4.351 tys. zł. Zdaniem Zarządu InBook S.A. wypracowane wyniki finansowe oraz ich wysoka progresja w porównaniu do analogicznych okresów poprzedniego roku świadczą o skuteczności w realizacji przyjętego planu rozwoju Emitenta.

Spółka cały czas zwiększa sprzedaż we wszystkich segmentach, w których działa. Oczywiście jej głównym asortymentem handlowym pozostają książki wraz z produktami pokrewnymi. Oprócz książek tradycyjnych sukcesywnie poszerzamy bazę książek wirtualnych e-book, zabawek i multimediów, tak aby i w tych segmentach pojawiały się coraz wyższe przychody. W ramach dywersyfikacji sprzedaży zwiększamy też sprzedaż innego rodzaju asortymentu, tj. zegarków. Tutaj również odnotowujemy wzrost sprzedaży rok do roku i mamy zamiar oczywiście również i tą gałąź rozwijać w następnych miesiącach.” – podkreśla Jakub Dębski, Prezes Zarządu Spółki InBook S.A.

Spółka bardzo dobrze wykorzystała okres przedświątecznych zakupów oraz dostrzega również pozytywne rezultaty dokonanych inwestycji w narzędzia w obszarze marketingu internetowego. InBook S.A. odnotowuje również bardzo wysoki, wynoszący 95% poziom pozytywnych ocen wśród klientów wypełniających ankiety w serwisach specjalizujących się w opiniach. Realizując przyjętą strategię rozwoju Emitent stale rozszerza asortyment oferowanych zegarków i w ostatnim kwartale rozpoczął sprzedaż dwóch nowych marek: Royal London oraz Caravelle. Spółka pracuje nad pozyskaniem kolejnych marek zegarków do swojej oferty. Zarząd InBook S.A. jest przekonany, że rozszerzanie asortymentu pozwoli zdywersyfikować przychody oraz wpłynie na wzrost generowanych rentowności.

Zegarki to produkt, który na naszych wirtualnych półkach jest już kilkanaście lat. Wierzymy, że będziemy się w tym obszarze stale rozwijać. Oczywiście cały czas szukamy pomysłów na nowe produkty, które moglibyśmy wprowadzić do naszych serwisów. Nie chciałbym teraz wymieniać konkretnych typów produktów, ale mogę zapewnić, iż pracujemy nad zwiększeniem asortymentu i być może niedługo będę mógł powiedzieć więcej na ten temat.” – zakończył Prezes Dębski.

Badanie: Który Rossmann jest tańszy – polski czy niemiecki? Różnice mogą poważnie zdziwić

Artykuły w naszym sklepie internetowym Rossman są w większości inne, niż w Niemczech. Nawet te, które tak samo się nazywają, zwykle różnią się miejscem produkcji, składem lub gramaturą. Według analizy Instytutu Badawczego ABR SESTA, z ok. 28 tys. towarów obu drogerii na dzień badania, tylko 366 miało zgodne kody EAN. Ogólnie aż 245 (67%) identycznych produktów było u nas droższych, a 121 (33%) – tańszych. Największa różnica w cenie pojedynczego artykułu wyniosła na naszą niekorzyść 140%. Z kolei u nas był produkt tańszy nawet o 268%. Rossmann Polska tłumaczy, że działa zupełnie niezależnie od niemieckiego odpowiednika. Ma odrębny zarząd i kupuje towary od innych dostawców. Tamtejszy rynek także nie stanowi dla sieci punktu odniesienia. I stąd ceny mogą się różnić.

Rozbieżności w produktach

Podzielono ceny wszystkich badanych produktów na 4 równe części. W obu drogeriach łącznie było ich niespełna 28 tys. Ponad 14 tys. (dokładnie 14 143) stanowiły towary dostępne w polskiej sieci i niecałe 14 tys. (13 792) – w niemieckiej. W najtańszym zbiorze – do 7,79 zł tutejszy asortyment stanowił 26%, a sprzedawany za granicą – 24%. W drugim przedziale – do 14,35 zł wynik był dokładnie taki sam, jak w pierwszym. W trzeciej grupie – do 28,91 zł było 25% towarów rodzimej sieci i 24% – niemieckiej. Z kolei do ostatniego, najdroższego kwartylu trafiło 23% produktów Rossman Polska i 27%  – niemieckiego odpowiednika. Najwyższa cena wynosiła 2745,56 zł. To oznacza, że w sumie jest u nas więcej artykułów w niższych cenach.

– Trzeba wyjaśnić, że najtańsze produkty, jakie są sprzedawane w polskim Rossmannie, z reguły nie występują w niemieckiej drogerii. Jeśli natomiast chodzi o identyczne artykuły, to zazwyczaj są one u nas droższe. Moim zdaniem, wynika to z wielu czynników, m.in. z polityki międzynarodowych producentów. Rodzimi konsumenci mogą oszczędzać, kupując kosmetyki wyprodukowane w Polsce – mówi Sebastian Starzyński, prezes zarządu Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Większość różnic w cenach wystąpiło pomiędzy produktami, które były poza promocją. Wśród takich samych towarów w Polsce tylko 59 było objętych rabatami, a w Niemczech – 87. Gdyby analiza została przeprowadzona w innym okresie, np. w sezonie obniżek na świąteczne prezenty, wyniki mogłyby przedstawiać się zupełnie inaczej. Jednak sam upust nie czyni produktu mniej kosztownym na naszym rynku. W badaniu 36 promowanych w Polsce artykułów było tańszych, a 23 towary z obniżonymi u nas cenami okazały się droższe.

Co kupujemy drożej?

– Po analizie wyników widać, że w dniu badania największa rozbieżność cenowa na niekorzyść Polski wyniosła aż 140%. Dotyczyła nawilżającej maseczki do skóry odwodnionej, Garnier, Skin Active, 8 ml. W Niemczech ten sam artykuł kosztował równowartość 2,50 zł, a w Polsce – 5,99 zł. Znacząca różnica może wynikać np. z tego, że kosmetyk jest u nas pewną nowością, a u naszych zachodnich sąsiadów ma już stabilniejszą sprzedaż. Ponadto, w naszym kraju zainteresowanie klientek tą kategorią produktową jest dosyć spore. W social mediach tzw. influencerki szeroko opisują działanie maseczek do twarzy, co wywiera istotny wpływ na decyzje zakupowe Polek – stwierdza Norbert Kowalski z Grupy AdRetail.

Z badania wynika również, że napój sojowy EnerBiO 1 l to drugi produkt o największej różnicy cenowej. Wyniosła ona 118%. U nas ten artykuł kosztował 8,99 zł, a w Niemczech – 4,12 zł, w przeliczeniu na naszą walutę. W Polsce charakterystyczne jest to, że asortyment kojarzący się ze zdrowym odżywianiem jest postrzegany jako luksusowy. Konsumenci, którzy go kupują, mają niższą wrażliwość cenową i są w stanie zapłacić nawet więcej, niż masowy klient za granicą. W takiej sytuacji mniejszy popyt przekłada się często na wyższe ceny.

– W Polsce droższe artykuły należą do kategorii Makijaż oczu. Wśród nich wyjątkowo duża  różnica – 116% – dotyczyła eyelinera L’Oréal Paris, Super Liner, Black Lacquer. U nas ten produkt kosztował 49,99 zł, a w Niemczech – równowartość 23,13 zł. Polki wydają też więcej na kosmetyki z grupy Makijaż ust. I tak szminka matowa L’Oréal Paris, Color Riche Matte, nr 430, 5 g miała tutaj cenę 64,99 zł, a tam – odpowiednik 33,11 zł. Rozbieżność wyniosła w tym przypadku 96% – dodaje prezes Starzyński.

Droższe okazują się też produkty z kategorii Makijaż twarzy. Dla przykładu, korektor Revlon, colorstay 020, light, 6,20 ml miał w Polsce cenę, 51,49 zł, a tam – równowartość 29,08 zł. Różnica sięgnęła 77%. Kolejna bardziej kosztowna dla nas grupa artykułów to Pielęgnacja, koloryzacja i stylizacja włosów. I tak suchy szampon zwiększający objętość Batiste, 200 ml kosztował tutaj 16,99 zł, a w Niemczech – odpowiednio 9,24 zł. Różnica wyniosła wówczas 84%.

Są też tańsze produkty

–  Z badania wynika, że zdecydowanie mniej kosztowne dla Polek są maskary do brwi Maybelline, Brow Precise 8 ml, w 3 wersjach kolorystycznych: Dark Blonde, Medium Brown i Deep Brow. Każdy z tych produktów jest niemal 3-krotnie droższy za granicą. U nas miał cenę 8,99 zł, a tam kosztował równowartość – 33,07 zł. To 268% na korzyść naszego Rossmanna. Tańszy mieliśmy też zestaw korektorów Maybelline, Master Camo, Claire/Light, 6,5 g. W Polsce trzeba było za niego zapłacić 15,59 zł, a w Niemczech – odpowiednik 53,87 zł. Rozbieżność była na poziomie aż 246% – zauważa Sebastian Starzyński.

Co istotne, z 69 porównywalnych w obu krajach artykułów marki Maybelline, aż 41 jest u nas tańszych. Ekspert z Instytutu Badawczego ABR SESTA wnioskuje, że L’Oréal stara się plasować Maybelline w Polsce w nieco niższym segmencie cenowym, niż w Niemczech. Dla odmiany, swoją sztandarową markę, o tożsamej nazwie L’Oréal, pozycjonuje tutaj jako droższą. 47 produktów tej firmy kosztuje u nas więcej. Natomiast wśród 16 tańszych artykułów jest np. lakier L’Oréal Paris, Color Riche Huile, nr 116, który w Polsce miał cenę 9,99 zł, a tam – równowartość 26,46 zł. Zatem różnica wyniosła 176% na korzyść rodzimego Rossmanna.

–  Analizując wyniki badania, można zauważyć, że najwięcej tańszych produktów w Polsce znajdziemy w 2 kategoriach, tj. Higiena intymna oraz Pokarm i Akcesoria dla zwierząt. Przykładem z pierwszej grupy jest lubrykant, żel nawilżający i do masażu Preventivo, 200 ml. W Polsce kosztował 7,99 zł, a w Niemczech – odpowiednik 24,92 zł. Zatem rozbieżność była na poziomie 212%. Jeżeli chodzi o pożywienie dla czworonogów, można wymienić przysmak dla kota z pysznym kurczakiem Dreamies, 60 g. Zapłacimy za niego 4,19 zł, a Niemcy – równowartość 5,37 zł – wskazuje ekspert z Grupy AdRetail.

Wątpliwości metodologiczne

Zaprezentowane badanie zostało przeprowadzone w jeden, konkretny dzień i dotyczy cen półkowych. Rossmann Polska wyjaśnia, że taka forma porównania jest obarczona błędem metodologicznym. Dla uzyskania obiektywnych wyników należy porównywać średnie ceny sprzedaży. Bazując na całym 2017 roku, sieć wzięła pod uwagę wartość i ilość sprzedaży całkowitej dla wymienionych w raporcie 366 produktów. 197 z nich, czyli 53,8% było tańszych w Polsce, a 160 – czyli 43,7% w Niemczech. 9 artykułów w zagranicznym Rossmannie w ogóle nie było.

– Analizowane produkty są dostępne w sklepach internetowych obu sieci. ABR SESTA nie ma dostępu do danych sprzedażowych sieci Rossmann. Dlatego nie jesteśmy w stanie ich zweryfikować. Na podstawie przyjętej przez nas metodologii faktycznie nie można porównać średniego poziomu cen w Polsce i w Niemczech w ciągu całego roku. Jednak celem badania było sprawdzenie wyników w konkretnym dniu. Zatem nasze metodologie różnią się od siebie, ale to nie znaczy, że jedna jest błędna, a druga poprawna – komentuje Sebastian Starzyński.

Według Rossmann Polska, średnie ceny sprzedaży najlepiej oddają różnice pomiędzy analizowanymi rynkami. W handlu detalicznym w naszym kraju najpowszechniejsza jest polityka z wysokim udziałem rabatów. W polskiej sieci dodatkowo odbywają się np. akcje „2+2 gratis”, „-49 % na kosmetyki kolorowe” czy promocje Klubu Rossmann. Tymczasem w Niemczech dominuje praktyka niewielkiej liczby promocji. Porównano również koszyki zakupowe zawierające wszystkie przebadane produkty. Przy analizowanym asortymencie, polska sieć jest o 1,3% tańsza od niemieckiej. W celu zachowania spójności metodologicznej do przewalutowania tamtejszych cen użyto średniego kursu EUR-PLN za rok 2017, wynoszącego 4,26 zł.

– Porównując średni koszyk z dnia badania i wyliczony na podstawie danych sprzedażowych, uzyskujemy różnicę na poziomie 25% w Polsce i 15% w Niemczech. Jeśli założymy, że sieci w obu krajach sprzedają połowę produktów w okresach wyprzedaży, to klienci realizują je w 50-procentowej promocji w Polsce i w 30-procentowej – w Niemczech. Rabaty w naszym kraju są wysokie i dość powszechne. Obie sieci mają podobną strategię, ale u nas jest ona bardziej korzystna dla klientów – tłumaczy Sebastian Starzyński.

Różne strategie

Jak wyjaśniają przedstawiciele sieci, Rossmann SDP (Polska) oraz Rossmann GmbH (Niemcy) to różne firmy, działające na innych rynkach. Poza wspólnym szyldem są w pełni odrębne. Mają m.in. oddzielny zarząd i osobno kupują towary od dostawców. Rossmann Polska kształtując i prowadząc politykę cenową, nie porównuje swoich cen z tamtejszymi. Firma działa bowiem na terytorium Polski, tu konkuruje i tu kupuje towary. Rynek niemiecki w tym kontekście nie stanowi dla polskiej sieci punktu odniesienia. Niemiecka sieć również w żaden sposób nie wpływa, a także nie narzuca cen towarów w sklepach działających pod szyldem Rossmann w Polsce.

– Faktycznie to oddzielne firmy. Zatem osobno negocjują swoje umowy z dostawcami. Obie sieci sprzedają bardzo dużo produktów globalnych marek. Wpływ strategii cenowych dużych koncernów jest więc bardzo istotny w każdej z drogerii. Z badania wynika, że koncepcje producentów są różne dla poszczególnych marek. Z tej perspektywy można wnioskować, że polska sieć kompensuje narzucane jej wyższe ceny, uzupełniając swój asortyment tańszymi produktami polskich marek narodowych. Cechują się one dobrym stosunkiem ceny do jakości – zaznacza Sebastian Starzyński.

Na cenę półkową produktu wpływa szereg czynników. Kluczowym elementem jest cena, po jakiej sieć handlowa kupuje towar od dostawcy. Rossmann Polska jako niezależna firma działająca w Polsce kupuje artykuły na terenie Polski, np. od L’Oréal Polska, a nie L’Oréal Niemcy czy globalnej centrali. Cena, po jakiej nabywa towary, jest zatem często inna od tej, po której kupuje niemiecka sieć. Decyzje o pozycjonowaniu swoich towarów w danym segmencie cenowym na różnych rynkach podejmują producenci. Warunki handlowe, jakie zaoferują sieciom handlowym, wpływają na generalny poziom cen w sklepach. Tak przynajmniej wynika z oświadczenia polskiej sieci.

– Ten sam artykuł na tamtejszym rynku może być postrzegany jako standardowy, a u nas – luksusowy. Jest to związane z większą siłą nabywczą Niemców. Mają oni bowiem wyższe oczekiwania co do jakości produktów i kupują więcej rzeczy o lepszych parametrach. Nasi konsumenci mogą sięgać po te same towary okazjonalnie, gdy sieci oferują na nie wysokie rabaty. Wtedy klienci uważają swoje zakupy za bardziej korzystne. Dlatego właśnie sklepy w Polsce mają wyższe ceny wyjściowe i większe promocje – podsumowuje Norbert Kowalski.

Dane ze stron internetowych w Polsce i Niemczech pochodzą z dnia 4 lutego br. W badaniu porównawczym przeliczono ceny niemieckich produktów, według średniego kursu NBP, z dnia 5 lutego br. Wówczas 1 euro miało wartość 4,16 zł.

Konsekwencje niezdecydowania

Niezdecydowane zachowanie USD w tym tygodniu rodzi zakłopotanie wśród uczestników rynku. Nie widzę przekonania zarówno po stronie zwolenników powrotu do sprzedaży dolara, jak i wierzących w jego silniejsze odbicie. Uważam natomiast, że im dłużej rynek nie będzie wiedział, co zrobić, tym większe zagrożenie dla apetytu na ryzyko.

Raz w jedną, raz w drugą stronę. USD ma za sobą słaby czwartek, odreagowanie w trakcie nocnej sesji w Azji i powrót kłopotów na otwarciu Europy. Ogólnie jednak nie ruszamy się mocniej w żadnym kierunku. Panuje brak przekonania, co dalej. Wydarzenia, które mogłyby coś zmienić, zawiodły. Protokół z posiedzenia FOMC, w zależności kogo zapytać, został odebrany jako lekko gołębi, albo lekko jastrzębi. Zapiski z posiedzenia EBC także nie wystarczyły na więcej, niż 30 minut emocji, gdyż nie wniosły niemal nic do debaty o przyszłości polityki pieniężnej. Zastopowanie wyprzedaży USD z poprzedniego tygodnia naruszyło pewności siebie sprzedających, a przerywany świętami handel dołożył do niezdecydowania. Pod własnym ciężarem rynek nieco redukuje pozycje i realizuje zyski, szczególnie że zbliża się koniec miesiąca. Równocześnie co bardziej odważni inwestorzy szukają szczęścia w próbach przebudzania trendów. Powodzenia.

Pozostaję wierny swojej teorii, że rynek zapędził się w przecenia dolara, a założenia tego ruchu są mylne. Zatem dla mnie korekta USD nie jest zaskoczeniem, ale dla części rynku może podsycać wątpliwości i pytania, co dalej? USD czeka na impuls, którym będzie przesłuchanie prezesa Fed J. Powella w Kongresie 28 lutego lub raport z rynku pracy 9 marca. Daje to mnóstwo czasu na zastanawianie, a to zła wiadomość od strony utrzymywania niezarabiających na siebie pozycji. Widziałbym tu zagrożenie szczególnie dla walut ryzykownych (surowcowych, rynków wschodzących). Albo USD dalej będzie zyskiwał pod wpływem ucinania krótkich pozycji, albo niezdecydowanie zaciąży na sentymencie na rynku akcji, przenosząc awersję do ryzyka na inne rynki. Pod tym kątem patrząc, JPY może być największym wygranym na FX. W przypadku EUR, obawiam się, że może stać się zakładnikiem swojego sukcesu – po serii imponujących danych makro w ostatnich tygodniach, oczekiwania są teraz bardzo wysoko i łatwiej o rozczarowanie. Odczyty PMI i Ifo w tym tygodniu pokazały, że walucie będzie trudno znaleźć świeżą iskrę w danych z gospodarki.

Kalendarz w piątek jest lekki, co tylko będzie sprzyjać chaotycznym ruchom wynikającym z przetasowań w pozycjonowaniu. Na polu danych najciekawiej wygląda inflacja CPI z Kanady, choć uważam, że nawet pozytywne zaskoczenie nie zneutralizuje okropnego odczytu sprzedaży detalicznej z wczoraj. Zamiast starać się zgasić presję inflacyjną, Bank Kanady będzie teraz bardziej zakłopotany zagrożeniami związanymi z pogorszeniem konsumpcji Kanadyjczyków (którym drożeje życie na kredyt). W efekcie umocnienie CAD po dobrych danych raczej będzie krótkotrwałe. Poza tym można zwrócić uwagę na wypowiedzi członków Banku Anglii, EBC i Fed.
Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przygotuj się na przyszłe dane makroekonomiczne 21.02.2018

W przyszłym tygodniu pierwsze ważniejsze dane makroekonomiczne zostaną opublikowane za oceanem, poznamy amerykańską sprzedaż nowych nieruchomości. We wtorek zostanie opublikowana europejska koniunktura w przemyśle, niemiecka inflacja oraz amerykańskie zamówienia na dobre trwałe. Prognoza amerykańskiego wskaźnika sugeruje kolejne spowolnienie w gospodarce. W środę poznamy koszyk danych makroekonomicznych z Wielkiej Brytanii, Chin, Niemiec oraz ze Stanów Zjednoczonych.

Z kolei czwartek będzie najciekawszym dniem. Inwestorzy wyczekują publikacji amerykańskich dochodów oraz wydatków osobistych. W ten sam dzień zostanie opublikowany chiński PMI, japoński optymizm konsumentów, europejska stopa bezrobocia oraz amerykański PMI dla przemysłu.

Ostatni dzień sesji będzie spokojny. W odróżnieniu do innych „pierwszych” piątków miesiąca w ten nie poznamy siły amerykańskiego rynku pracy. Dane zostaną opublikowane dopiero 9 marca. Inwestorzy w ostatni dzień sesji będą obserwować jedynie publikację kanadyjskiego PKB.

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Stany Zjednoczone – wydatki oraz dochody osobiste

Gospodarka Stanów Zjednoczonych w głównej mierze oparta jest na konsumpcji. Z tego względu wzrost dochodów osobistych jest niemalże jednoznaczny ze wzrostem wydatków osobistych i na odwrót. Idąc dalej, zwiększająca się konsumpcja prawdopodobnie wpłynie na ceny produktów, czyli na inflację. Zatem, wzrost dochodów oraz wydatków byłby na rękę amerykańskim władzom monetarnym. Rosnące dochody osobiste są także potwierdzeniem siły rynku pracy.

Jeżeli stopa bezrobocia jest na neutralnym poziomie (tak jak w Stanach Zjednoczonych), natomiast przedsiębiorstwa nie muszą podwyższać płacy godzinowej, to niestety mamy niezdrowy rynek pracy. W takim przypadku możemy także stwierdzić, że stopa bezrobocia nie jest odpowiednio liczona i nie mamy wglądu we wszystkie istotne dane.

Przy zdrowym rynku pracy i niskim bezrobociu przedsiębiorstwa muszą zaoferować większą płacę. W ten sposób zachęcają osobę do zmiany pracy lub też przekonują osoby nieaktywne zawodowo do powrotu na rynek pracy. Dlatego jest to bardzo ważny wskaźnik pokazujący prawdziwą siłę rynku pracy.

Dochody osobiste M/M oraz wydatki osobiste M/M

Dochody osobiste M/M oraz wydatki osobiste M/M

Źródło: Admiral Markets

Publikacja amerykańskich wydatków oraz dochodów osobistych została zaplanowana na 1 marca na godzinę 14:30.

Instrument do obserwacji – USDJPY

Ostatnia wyprzedaż na rynku akcji doprowadziła do umocnienia jena japońskiego. Dzięki tej wyprzedaży na interwale tygodniowym padł bastion kupujących w postaci strefy wsparcia 108-109. Na dzień dzisiejszy nastąpiła korekta w pobliże wcześniej przerwanego wsparcia, które teraz jest oporem. W związku z tym możemy wyróżnić dwa scenariusze. Pierwszy z nich zakłada obronę wsparcia i wyprzedaż USDJPY w okolicę poziomu oporu 105, gdzie przebiega również dolne ograniczenie kanału spadkowego. Drugi scenariusz zakłada ponowny test górnego ograniczenia kanału spadkowego, czyli pokonanie aktualnego oporu i wzrost notowań w okolicę poziomu 112.

Notowania USDJPY, interwał tygodniowy

USDJPY interwal tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Dział Analiz Admiral Markets

Wzrost cen energii spowoduje rozwój przydomowych instalacji. Największe szanse na szybki rozwój ma fotowoltaika

Wzrost cen energii spowoduje rozwój przydomowych instalacji. Największe szanse na szybki rozwój ma fotowoltaika 1

Polityka energetyczna oparta na węglu spowoduje nieuchronny wzrost kosztów dla konsumentów, prognozowany na poziomie 4 proc. rocznie – szacują eksperci. To z kolei skłoni gospodarstwa domowe do inwestycji we własne źródła energii. Koszt energii wyprodukowanej przez własną instalację fotowoltaiczną nie przekracza dzisiaj 0,30 zł/kWh. Dane Instytutu Energii Odnawialnej pokazują, że na zamontowanie takich instalacji z roku na rok decyduje się coraz więcej osób.

Prosumenci zaczną się przekonywać do OZE już wkrótce – kiedy tylko się okaże, że wszystkie przedsięwzięcia dotyczące energetyki słonecznej powodują, że spadają im opłaty za energię. W pierwszej kolejności zrobią to zamożniejsi właściciele budynków mieszkalnych. Dla nich będzie to jeszcze bardziej opłacalne, ponieważ zwykle są to budynki nowoczesne, termoizolowane, a więc i koszty pozyskania energii są inne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Podgajniak, wiceprezes Polskiej Izby Gospodarczej Energii Odnawialnej.

Przy aktualnej polityce energetycznej, która zakłada wsparcie przede wszystkim dla energetyki węglowej, ceny energii dla konsumentów będą nieuchronnie rosnąć – prognozuje Instytut Energetyki Odnawialnej. Ikea, która wprowadziła niedawno do komercyjnej sprzedaży panele fotowoltaiczne do zamontowania w domu, wyliczyła, że do 2021 roku ceny energii elektrycznej będą rosnąć o ok. 4 proc. rocznie, co daje łączny wzrost na poziomie 20 proc.

W tej chwili średnia cena energii pozyskiwanej z sieci dla gospodarstw domowych to około 0,65 zł/kWh. Natomiast koszt energii wyprodukowanej przez własną instalację fotowoltaiczną nie przekracza 0,30 zł/kWh.

– Jeżeli tempo spadku kosztów w fotowoltaice będzie tak szybkie jak dotychczas, nie ma w Polsce żadnego sektora, który byłby w stanie z nią konkurować. W takim przypadku opłaca się kupić jeden albo nawet dwa akumulatory za 350 zł i w dzień ogrzewać, a w nocy tylko się oświetlać, ewentualnie oglądać telewizję – i mamy 100 proc. zapotrzebowania na energię pokryte z własnego dachu – mówi Tomasz Podgajniak.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu „Rynek fotowoltaiki w Polsce”, opracowanego przez Instytut Energii Odnawialnej, łączna moc zainstalowana w systemach fotowoltaicznych w Polsce w 2016 roku wyniosła ok. 199 MW, z czego połowa to moc zainstalowana w mikroinstalacjach podłączonych do sieci, które nie korzystają z systemu zielonych certyfikatów. Głównymi wytwórcami energii w takich mikroinstalacjach są osoby fizyczne, które w 90 proc. przypadków mają mniejsze instalacje, do 10 kW.

W samym 2016 roku w fotowoltaice powstało ponad 101 MW nowych mocy (z czego około 73 MW zainstalowanych w mikroinstalacjach), a obroty na tym rynku sięgnęły ok. 550 mln zł. Dane IEO wskazują, że w tej chwili fotowoltaika najprężniej rozwija się właśnie w segmencie osób fizycznych.

Energetyka prosumencka na pewno za chwilę się rozwinie. 15-proc. udział właścicieli budynków mieszkalnych w całym rynku to klienci, których w pierwszej kolejności straci energetyka konwencjonalna. Tym samym zacznie bankrutować, bo nie będzie miała przychodów. Nie da się natomiast w nieskończoność podnosić cen energii, bo nikt jej nie kupi, a w szczególności gospodarka. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że tak długo jak słońce, wiatr i woda nie są opodatkowane drakońskimi podatkami, tak długo paliwo jest za darmo – mówi Tomasz Podgajniak.

Wiceprezes PIGEOR podkreśla, że w OZE głównym kosztem jest kapitał, który trzeba zainwestować w instalację fotowoltaiczną, natomiast ten wydatek w niedługim czasie się zwraca.

Ponieważ koszty kapitałowe zależą od kosztów energii, mamy do czynienia ze sprzężeniem zwrotnym. Im tańsza będzie energia, tym mniejsze będą nakłady inwestycyjne, więc docelowo energetyka odnawialna wygra. Co do tego nie ma wątpliwości, pytanie, w jakim czasie to nastąpi. Natomiast w przypadku energetyki tradycyjnej, konwencjonalnej, elektrowni cieplnych, które wykorzystują paliwa stałe lub gaz, istotnym kosztem wytworzenia energii jest właśnie paliwo, to jest koszt zmienny. Dzisiaj w przypadku węgla to jest 12–13 zł za GJ, w przypadku biomasy 30–40 zł, a w przypadku gazu ziemnego – około 40 zł. Te koszty wcale nie będą malały, ponieważ paliw będzie coraz mniej – mówi Tomasz Podgajniak.

Wiceprezes PIGEOR zwraca też uwagę na fakt, że dzisiejsze niskie koszty funkcjonowania energetyki konwencjonalnej wynikają wyłącznie z faktu, że w latach 70. i 80. poniesiono ogromne nakłady na budowę sektora energetycznego w Polsce.

To wtedy zbudowaliśmy większość potencjału, który dzisiaj jest. On był potem modernizowany, ale nie pamiętam, żeby powstała jakaś nowa elektrownia po 1990 roku – mówi Tomasz Podgajniak. – OZE mają co najmniej kilka zalet, przede wszystkim wykorzystują zasób, który dociera do nas za darmo, więc z czasem koszty będą coraz mniejsze. Ta energetyka może być instalowana wszędzie, bzdurą jest mówienie, że w Polsce nie ma ku temu warunków słonecznych czy wiatrowych. Gorzej z hydrologicznymi, ale i to dałoby się poprawić. Ogółem krajowe zasoby OZE są wystarczające, żeby docelowo pokryć wszystkie nasze potrzeby.

Jak ocenia, przy obecnej rosnącej wydajności paneli fotowoltaicznych, 11 tys. km kw. paneli słonecznych pozwoliłoby pokryć krajowe zapotrzebowanie energetyczne. Fotowoltaika jest coraz tańsza, dlatego z czasem takie inwestycje będą coraz łatwiej dostępne. Może to spowodować całkowitą zmianę podejścia konsumentów do wykorzystania zasobów i oszczędzania energii.

Kiedy konsument staje się prosumentem, zmienia swoją optykę. Zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie marnuje pozyskiwanej energii albo jak ją wykorzystywać w sposób optymalny. Dzisiaj nie zastanawiam się, czy włączyć czajnik, żeby zrobić herbatę o godzinie 20.00 czy 6.00 rano, robię ją wtedy, kiedy chcę. Ale za chwilę może się okazać, że opłaca mi się włączyć lodówkę o godzinie 12, w dolinie cenowej, a wyłączyć ją o 20.00, kiedy system ma największe zapotrzebowanie i ceny powinny być jak najwyższe – mówi wiceprezes PIGEOR.

Coraz więcej firm i instytucji zbywa zobowiązania swoich dłużników. Polski rynek wierzytelności w 2017 r. był wart 32 mld zł

Coraz więcej firm i instytucji zbywa zobowiązania swoich dłużników. Polski rynek wierzytelności w 2017 r. był wart 32 mld zł 2

W 2018 roku rynek wierzytelności może być wart 40 mld zł, podczas gdy w ubiegłym roku było to o 8 mld zł mniej – wynika z szacunków Konrada Kąkolewskiego, prezesa GetBack SA. Zarząd spółki spodziewa się dużej liczby transakcji. Na większą aktywność po stronie zbywających mogą wpłynąć nowe standardy rachunkowości, które zaczęły obowiązywać na początku tego roku. Przed firmami z branży otwiera się też nowy segment, tzw. kredytów pracujących, czyli nieprzeterminowanych.

– W naszej ocenie sytuacja polskiego rynku zarządzania wierzytelnościami jest bardzo dobra. W 2016 roku w imieniu obsługiwanych przez nas funduszy wydaliśmy blisko 1 mld zł, a w ubiegłym roku podwoiliśmy tę kwotę. Na rynku były wątpliwości, czy polski rynek może obfitować w transakcje, ale one są, i to w dużej mierze za sprawą rozwiązań, które wprowadziliśmy w ciągu ostatnich pięciu lat. W mojej ocenie na chwilę obecną wygląda na to, że powinniśmy być w stanie kontynuować taki wzrost jak dotąd, bo transakcji jest dosyć dużo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Konrad Kąkolewski, prezes zarządu GetBack SA.

GetBack SA, jeden z liderów rynku zarządzania wierzytelnościami w Polsce, zakończył ubiegły rok rekordowym poziomem kupionych w imieniu obsługiwanych funduszy i spłaconych na ich rzecz portfeli. Grupa Kapitałowa GetBack uzyskała w imieniu serwisowanych funduszy łącznie wartość ponad 1,2 mld zł spłat z zarządzanych portfeli wierzytelności, czyli o 70,1 proc. więcej niż jeszcze rok wcześniej. Natomiast łączna kwota zakupów portfeli wierzytelności – w imieniu własnych i zewnętrznych funduszy sekurytyzacyjnych – sięgnęła blisko 2 mld zł (o 110,5 proc. więcej niż w 2016 roku) i była najwyższa w historii spółki. Poziom kosztów bezpośrednich GK GetBack związanych z dochodzeniem wierzytelności w odniesieniu do wysokości spłat z tytułu obsługi nabytych i zarządzanych portfeli wierzytelności w imieniu funduszy własnych oraz zewnętrznych (cost-to-collect) wyniósł za 2017 rok 20,9 proc. i był jednym z najlepszych wyników w branży.

– Wydaje nam się, że ten rok będzie bardzo aktywny, podobnie jak druga połowa poprzedniego. Obserwujemy dużą aktywność po stronie sprzedających. Weszły w życie nowe regulacje IFRS 9, czyli nowy standard rachunkowości, który nieco zmienia logikę odzwierciedlania ryzyka w pozycji finansowej banku czy innej instytucji kredytującej. Na tej podstawie, nie tylko w naszej opinii, będą one zainteresowane nowymi transakcjami. My przychodzimy do nich z gotowymi rozwiązaniami i widzimy, że to spotyka się z uznaniem. Jesteśmy spokojni co do wolumenu transakcji, które mogą nastąpić w tym roku – mówi Konrad Kąkolewski.

Prezes spółki zwraca uwagę na to, że Grupa Kapitałowa GetBack – jako pierwsza na rynku – zawarła umowy dotyczące stałego, cyklicznego odkupu portfeli wierzytelności od dużych instytucji finansowych, dzięki czemu ma zapewniony stały dopływ aktywów.

– Co najważniejsze, aktualnie nabywane aktywa są dużo świeższe, niż kiedy zaczynaliśmy naszą przygodę z tym rynkiem. Średnio jest to 90–120 dni po ostatniej wymaganej płatności, natomiast na początku było to 450–600 dni. Widać, że aktywa się poprawiają, co ma przełożenie na zwroty z nabywanych portfeli – mówi Konrad Kąkolewski.

W grudniu 2017 roku podmiot z Grupy Kapitałowej GetBack podpisał też dwie przedwstępne umowy, które dotyczą zakupu portfeli wymagalnych i niewymagalnych wierzytelności wynikających z umów kredytów hipotecznych (od instytucji finansowej z siedzibą w Kopenhadze). Wierzytelności są zabezpieczone hipoteką na nieruchomościach w Polsce o łącznej wartości ok. 400 mln zł. Zawarcie umów definitywnych nabycia przedmiotowych portfeli ma nastąpić najpóźniej do końca marca tego roku.

Prezes spółki podkreśla, że Grupa Kapitałowa GetBack to pierwszy podmiot, który zakupi portfele pracujących kredytów, otwierając tym samym nowy rynek.

– Zabiegaliśmy o to przez lata. Banki nie sprzedają aktywów pracujących, chyba że są np. w trakcie zmiany modelu biznesowego czy wychodzenia z danego rynku. Doczekaliśmy się takiej sytuacji. Podmiot z naszej Grupy Kapitałowej podpisał umowy przedwstępne na nabycie takich portfeli – w naszej ocenie dużych i dobrych, które pracują. To ważne o tyle, że tego rodzaju aktywa pozwalają nam finansować się na dużo niższym koszcie. Spodziewamy się, atrakcyjnego dla naszej Grupy Kapitałowej zwrotu z niniejszej inwestycji. Takie transakcje charakteryzują się stabilnymi przepływami środków pieniężnych i pozwalają na stabilizację realizowanych dochodów w przyszłości – podkreśla Konrad Kąkolewski.

W dniu 19 lutego br. agencja ratingowa S&P Global Ratings podwyższyła perspektywę ratingu GetBack ze stabilnej na pozytywną, podkreślając, że spółka przez ostatni rok od pierwszego przyznania ratingu pokazała znaczący, ale kontrolowany wzrost, poprawiając zyskowność i inne istotne wskaźniki bardziej, niż agencja oczekiwała.

Pod koniec stycznia br. inna z czołowych światowych agencji ratingowych Fitch Ratings przyznała spółce długoterminowy rating na poziomie B+ z perspektywą stabilną. Agencja umotywowała to solidnym modelem biznesowym, odpowiednim poziomem kontroli ryzyka i wydatków, akceptowalnym poziomem zadłużenia oraz wysoką marżą EBITDA.

– Podwyższona perspektywa pozytywna S&P oraz rating B+ Fitch stawia nas w światowej czołówce w branży. Mając ratingi, łatwo odpowiedzieć na kluczowe pytania: czy spółka zapewnia odpowiedni poziom oraz jakość procedury w zakresie oceny ryzyka inwestycyjnego, procesów operacyjnych czy zarządzania finansami spółki – wyjaśnia Konrad Kąkolewski.

Prezes GetBack uważa, że oceny ratingowe i wyniki operacyjne są potwierdzeniem efektywności modelu biznesowego spółki. W ubiegłym roku grupa otrzymała również długoterminowy rating na poziomie BB z perspektywą stabilną od polskiej agencji ratingowej EuroRating.

Jak podaje Konrad Kąkolewski, w 2016 roku rynek wierzytelności wart był ok. 20 mld zł, podczas gdy w 2017 roku wzrósł do 32 mld zł. Według szacunków wartość w tym roku może przekroczyć 40 mld zł.

Rekordowa liczba miejsc na studiach mundurowych. Na studentów czeka ponad 1,3 tys. indeksów, z czego ponad połowa w Wojskowej Akademii Technicznej

Rekordowa liczba miejsc na studiach mundurowych. Na studentów czeka ponad 1,3 tys. indeksów, z czego ponad połowa w Wojskowej Akademii Technicznej 3

Rośnie liczba miejsc na wojskowych uczelniach. W tym roku na studentów w mundurach czeka ponad 1,3 tys. miejsc. Najwięcej, bo ponad połowę, przygotowała Wojskowa Akademia Techniczna. Rekrutacja rusza 1 marca. Na niektórych kierunkach liczba miejsc jest dwukrotnie większa niż rok wcześniej. Na kryptologię i cyberbezpieczeństwo zostanie przyjętych ponad 100 osób. Ocenia się, że wojsko co roku będzie potrzebować kilkudziesięciu specjalistów w zakresie cyberbezpieczeństwa.

 W tym roku chcemy przyjąć 750 kandydatów na studia mundurowe. Rekordowa liczba miejsc bierze się z zapotrzebowania, jakie płynie z sił zbrojnych, a to z kolei wynika z utechnicznienia armii. Współcześnie wszystkie działania na polu walki związane są z bardzo dużym nasyceniem techniką wojskową. Na uczelni mamy ponad 250 różnego rodzaju pracowni i laboratoriów. Studenci mają dużo praktyk, zwłaszcza studenci wojskowi, którzy ćwiczą i szkolą się na sprzęcie w jednostkach wojskowych i w ośrodkach szkolenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes płk dr hab. inż. Tadeusz Szczurek, rektor-komendant Wojskowej Akademii Technicznej (WAT).

W roku akademickim 2018/2019 na studentów czeka 1315 miejsc na uczelniach wojskowych. To o 150 więcej niż rok wcześniej. Ministerstwo Obrony Narodowej wskazuje, że większa liczba miejsc wynika z potrzeby uzupełnienia wakatów na stanowiskach oficerskich w 2023 roku, czyli w perspektywie pięcioletniego kształcenia przyszłych podporuczników.

Najwięcej, bo 750, miejsc przygotował WAT. Dla porównania w 2017 roku uczelnia przyjęła 610 kandydatów na żołnierzy zawodowych, a rok wcześniej – zaledwie 392. Dodatkowo WAT będzie prowadzić rekrutacje na studia cywilne.

– Oferujemy w tym roku ponad 20 kierunków i ponad 90 specjalności, natomiast dla studentów wojskowych nieco mniej – 11 kierunków i 26 specjalności. Ciekawsze kierunki dla studentów cywilnych to na przykład inżynieria kosmiczna i satelitarna, a dla studentów wojskowych kryptologia i cyberbezpieczeństwo, kierunek bardzo ostatnio modny i potrzebny w siłach zbrojnych – wymienia płk Szczurek.

Najwięcej podchorążych (163) będzie mogło studiować elektronikę i telekomunikację. Na niektórych kierunkach przygotowano dwu-, a nawet trzykrotnie więcej miejsc niż jeszcze rok wcześniej. Wynika to z liczby chętnych i zapotrzebowania na rynku pracy. Na budownictwie będzie mogło studiować 61 osób przy 27 rok wcześniej, na kierunku mechanika i budowa maszyn liczba miejsc wzrosła z 18 do 56. Znacznie wzrosła też liczba indeksów na kryptologię i cyberbezpieczeństwo (z 55 do 107).

– Zarówno dla studentów wojskowych, jak i cywilnych prowadzimy moduł politechniczny. Studenci wojskowi dodatkowo mają jeszcze moduł wojskowy, obejmujący takie przedmioty, jak taktyka, taktyka rodzajów wojsk, szkolenie strzeleckie, dużo języka angielskiego, wychowania fizycznego i oczywiście praktyki w jednostkach wojskowych – wymienia rektor WAT.

Podstawą przyjęcia na studia dla kandydatów wojskowych i cywilnych jest dobrze zdana matura. Dodatkowo studentów wojskowych sprawdza się pod kątem sprawności fizycznej, ogólnego stanu zdrowia i zdolności do pełnienia służby wojskowej. Niezbędne jest też zaświadczenie o niekaralności.

– Rekrutacje dla tych, którzy będą startować na studia wojskowe, zaczynamy już 1 marca. Kandydat na studenta musi się zarejestrować online na naszej stronie i otworzyć swoje konto. Ma czas na zarejestrowanie do końca marca. W kwietniu, maju i na początku czerwca komisje lekarskie prowadzą badania lekarskie i psychologiczne, stąd to wyprzedzenie. Studenci cywilni mają więcej czasu, mogą się rejestrować do początku lipca – podkreśla płk Tadeusz Szczurek.

Na studiach wojskowych studenci otrzymują na koszt MON zakwaterowanie, wyżywienie, umundurowanie oraz uposażenie finansowe. Warunkiem jest jednak zobowiązanie do podpisania kontraktu na pełnienie zawodowej służby wojskowej po ukończeniu studiów.

– Studenci wojskowi od dnia stawienia się w WAT stają się żołnierzami, zatem z tego tytułu przysługuje im uposażenie. Na pierwszym roku jest to uposażenie w wysokości 40 proc. najniższego uposażenia żołnierza zawodowego, na piątym roku – 80 proc., czyli student otrzymuje od 1,1 tys. do 2,6 tys. zł – mówi płk dr hab. inż. Tadeusz Szczurek.

W tym roku spore rewolucje prawne w branży turystycznej. Nowe przepisy zmienią m.in. zasady reklamacji wakacyjnych wyjazdów

W tym roku spore rewolucje prawne w branży turystycznej. Nowe przepisy zmienią m.in. zasady reklamacji wakacyjnych wyjazdów 4

Nowe, restrykcyjne prawo o ochronie danych osobowych i ustawa o imprezach turystycznych, która zacznie obowiązywać z początkiem lipca to dwie najważniejsze zmiany legislacyjne, które odczuje w tym roku branża turystyczna. Obawy organizatorów i biur podróży budzi szczególnie nowy termin przysługujący na zareklamowanie wycieczki czy imprezy turystycznej. Dotychczasowy 30-dniowy termin składania reklamacji przez klientów znika. Pojawia się natomiast trzyletni termin przedawnienia roszczeń.

– 1 lipca wchodzi w życie ustawa o imprezach turystycznych i usługach powiązanych. To chyba najważniejsza zmiana dla całej branży turystycznej, która będzie się wiązała m.in. ze zmianami wszystkich umów i ogólnych warunków podróży. Poza tym branżę czeka jeszcze jedna duża zmiana – rozporządzenie Parlamentu Europejskiego poświęcone ochronie osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych, które wchodzi w życie 25 maja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Edyta Michalak, radca prawny kancelarii MMMLegal.

RODO, czyli unijne rozporządzenie dotyczące ochrony danych osobowych, narzuci szereg nowych wymogów na wszystkie podmioty i firmy, które gromadzą i przetwarzają informacje o swoich klientach. Będą one musiały zagwarantować maksymalny poziom bezpieczeństwa danych, przeszkolić pod tym kątem pracowników, wyznaczyć wewnętrznego inspektora ochrony danych osobowych oraz wymienić większość formularzy i zgód na przetwarzanie takich informacji.

Dla organizatorów wycieczek i biur turystycznych nowa regulacja będzie oznaczać konieczność poświęcenia dużo większej uwagi zagadnieniu ochrony danych.

Wejście w życie rozporządzenia oznacza, że ochrona danych osobowych będzie bardziej sformalizowana. Cały polski biznes, nie tylko turystyka, będzie narażony na poważne kary finansowe sięgające nawet 20 mln euro lub 4 proc. rocznego globalnego obrotu firmy – mówi Edyta Michalak.

Dla branży turystycznej równie dużym wyzwaniem będzie przyjęta w końcówce ubiegłego roku ustawa o imprezach turystycznych i powiązanych usługach turystycznych. Regulacja wejdzie w życie z początkiem lipca i zastąpi dotychczasową ustawę obowiązującą od 1997 roku. Zmiany są konieczne, bo dotychczasowe przepisy nie uwzględniają usług turystycznych oferowanych nowymi kanałami dystrybucji (oferty internetowe) czy realizowanych na zamówienie konkretnych klientów (personalizacja usług). Nowe prawo ma je doprecyzować i lepiej zabezpieczyć podróżnych.

Ustawa o imprezach turystycznych na nowo definiuje pojęcie „usługa turystyczna”, określa też warunki oferowania, sprzedaży i realizacji imprez turystycznych czy powiązanych usług turystycznych w Polsce i za granicą oraz wyznacza ramy funkcjonowania Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego. Niektóre z zaproponowanych w niej zmian budzą jednak obawy branży.

– Zmianą niekorzystną dla branży jest rezygnacja z dotychczasowego terminu na składanie reklamacji przez klientów. W tej chwili po zakończeniu imprezy turystycznej, klient może złożyć reklamację do organizatora w ciągu 30 dni. Natomiast organizator powinien na nią odpowiedzieć również w tym samym czasie. Pod rządami nowej ustawy nie ma zakreślonych terminów, jest za to trzyletni termin przedawnienia wszelkich roszczeń. Dla klientów to może być korzystne – wyjaśnia Edyta Michalak.

Ekspertka z kancelarii MMMLegal zwraca uwagę na to, że ustawa wydłuży okres, w którym klient ma prawo do złożenia reklamacji. Z drugiej strony znacząco skróci też czas przedawnienia takich roszczeń.

Obecnie okres przedawnienia roszczeń klientów wynosi 10 lat. To termin ogólny, przewidziany w Kodeksie cywilnym. Natomiast pod rządami nowej ustawy będą to trzy lata, to jest niewątpliwie korzystniejsze – mówi Edyta Michalak.

Zgodnie z nowymi przepisami organizator imprezy turystycznej będzie zobowiązany do tego, żeby określić w umowie sposób składania i rozpatrywania reklamacji. Nad zgodnością umów z nowymi przepisami będzie czuwał UOKiK.

– Nowa ustawa każe organizatorom informować o procedurze odpowiedzi na reklamacje, a także o pozasądowych sposobach rozwiązywania sporów. Polska Izba Turystyki podejmuje działania, żeby stworzyć ciało niezależnych mediatorów, którzy będą się zajmować takimi sporami, żeby nie dochodziło do finału przed sądem – dodaje Edyta Michalak.

UKE: sprzedawane w Polsce smartfony nie zagrażają zdrowiu człowieka. Kontrole wykazały jednak braki w dokumentacjach niektórych urządzeń

UKE: sprzedawane w Polsce smartfony nie zagrażają zdrowiu człowieka. Kontrole wykazały jednak braki w dokumentacjach niektórych urządzeń 5

Dostępne na naszym rynku smartfony są bezpieczne pod względem ilości emitowanego promieniowania i zgodne z normami zawartymi w obowiązujących dyrektywach – wynika z kontroli przeprowadzonej przez Urząd Komunikacji Elektronicznej. Nie wszyscy producenci zadbali jednak o skompletowanie odpowiedniej dokumentacji. Konsumenci mogą samodzielnie sprawdzić, czy używane przez nich produkty są zgodne z obowiązującymi przepisami.

Dyrektywy RTTE oraz RED służą temu, aby urządzenia wykorzystujące komunikację radiową były konstruowane w sposób zapewniający ochronę zdrowia i bezpieczeństwa ludzi i zwierząt. Mają one także zapewniać kompatybilność elektromagnetyczną i w jak najmniejszym stopniu emitować szkodliwe zakłócenia. Zgodność dostępnych na polskim rynku smartfonów z tymi dyrektywami zbadał Urząd Komunikacji Elektronicznej.

– Pozyskaliśmy 23 telefony komórkowe oraz smartfony. Badaliśmy je w naszym laboratorium, a także sprawdzaliśmy zgodność oznakowania z wymogami unijnymi i polskimi w zakresie obowiązków informacyjnych wobec konsumentów. Pod lupę urzędników wzięliśmy więc to, czy telefon jest odpowiednio oznaczony, czy tabliczka znamionowa jest w sposób prawidłowy zagospodarowana oraz czy są tam informacje niezbędne dla klienta – wymienia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Innowacje Marcin Cichy, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

6 spośród 23 skontrolowanych urządzeń nie spełniło wymagań w zakresie oznakowania i dokumentacji. Te niezgodności to niedołączenie do wyrobu deklaracji producenta o zgodności urządzenia z wymaganiami czy nieprawidłowe oznakowanie na wyrobie. Wymagań w zakresie oznakowania i dokumentacji nie spełniły telefony: Manta TEL1701N, MaxCom MM720BB, Xiaomi (MI) Redmi Notr 4 3GB RAM 32GB ROM Dark Gray 2016102, Ulefon U007 Pro, Bluboo Dual oraz Kiano Elegance 5.1.

– Zawsze w takiej sytuacji wzywamy producenta albo, w przypadku urządzeń zagranicznych, dystrybutora, aby naprawili te błędy. We wszystkich przypadkach udało się skutecznie wyeliminować uchybienia, więc wszystkie urządzenia, które są w obrocie i które badaliśmy, spełniają wymogi w zakresie bezpieczeństwa i obowiązków informacyjnych wobec konsumentów – mówi prezes UKE.

10 urządzeń zostało poddanych badaniom laboratoryjnym. Dobierając modele wyrobów do badań, brano pod uwagę ich rozpiętość cenową, stopień złożoności oraz popularność wśród kupujących, tak aby znalazły się w tej grupie zarówno telefony tańsze, jak i droższe i o różnym stopniu złożoności. W ramach tego badania sprawdzany był między innymi współczynnik SAR. Oznacza on szybkość, z jaką energia wypromieniowywana przez urządzenie jest pochłaniana przez ciało człowieka. Mianem kompatybilności elektromagnetycznej nazywamy z kolei zdolność urządzenia do poprawnej pracy w danym otoczeniu i niepowodowanie zakłóceń w pracy innych urządzeń.

Wyniki kontroli wykazały, że wszystkie przebadane laboratoryjnie urządzenia przeszły badania z wynikiem pozytywnym, a więc są bezpieczne dla użytkowników. Zgodność sprzętu z wymogami można sprawdzać samodzielnie na stronie Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

– Na stronie internetowej UKE jest udostępniona lista produktów, które nie spełniają wymogów. Każdy może się z nią zapoznać. Jeżeli danego produktu nie ma na takiej liście, to należy domniemywać, że spełnia on wszystkie wymagania – tłumaczy Marcin Cichy.

Według danych firmy statystycznej Strategy Analytics w drugim kwartale 2017 roku sprzedano na świecie ponad 360 mln smartfonów. W ujęciu rok do roku zanotowano wzrost o 5,5 proc. Z kolei z analiz Gartnera wynika, że globalna sprzedaż smartfonów wyniosła w trzecim kwartale 2017 roku 383 mln sztuk. To wzrost o 3 proc. w ujęciu rok do roku.

Niemal wszystkie osoby po 40 roku życia mają problem ze wzrokiem. Najczęściej niewyraźnie widzą z bliska, szczególnie w słabym oświetleniu

Niemal wszystkie osoby po 40 roku życia mają problem ze wzrokiem. Najczęściej niewyraźnie widzą z bliska, szczególnie w słabym oświetleniu 6

Niemal każda osoba zbliżająca się do 40 roku życia ma problemy ze wzrokiem. Większość narzeka na rozmazujący się tekst i źle widzi z bliskiej odległości. Odpowiada za to prezbiopia, czyli naturalne zmiany w układzie wzrokowym, które zachodzą wraz z wiekiem. Na tę przypadłość cierpi ok. 10 mln Polaków, przeważnie jednak nie wiedzą, w jaki sposób można ją korygować. Okulary progresywne, które pozwalają widzieć wyraźnie na każdą odległość, nosi zaledwie 13 proc. Polaków. Dlatego ruszyła kampania „Czas na wzrok 40+”, która ma propagować wiedzę o prezbiopii i metodach jej korekcji oraz zachęcić do częstszego badania wzroku.

– Z badań wynika, że prawie wszyscy po 40 roku życia mają problemy ze wzrokiem, tylko nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Najczęściej objawia się to w postrzeganiu drobnych elementów w bliży – obraz zaczyna się rozmazywać, a w późniejszym okresie jest w ogóle niemożliwy do obserwacji – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Szczerbiński, optyk optometrysta, ekspert Krajowej Rzemieślniczej Izby Optycznej.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez PBS na zlecenie Grupy Essilor, 98 proc. osób powyżej 40 roku życia ma problemy ze wzrokiem. To niemal połowa społeczeństwa. Odpowiada za to prezbiopia, czyli efekt naturalnych zmian układu wzrokowego, które zachodzą wraz z wiekiem. Mogą o niej świadczyć problemy z czytaniem z bliskiej odległości, rozmazany obraz czy trudności z widzeniem po zmroku.

 Prezbiopia to problem z postrzeganiem drobnych elementów, druku, tekstu, jakimkolwiek przedmiotem, który znajduje się w bliży. Fachowo mówiąc, jest to problem akomodacji – tracimy możliwość akomodowania w taki sposób, żeby te drobne elementy mogły być dla nas widoczne – tłumaczy Paweł Szczerbiński.

Większość za problemy ze wzrokiem obwinia zbyt długą pracę przed komputerem, jednak prezbiopia dotyka wszystkie osoby w grupie 40+. Przyczyną jest coraz mniej sprężysta soczewka, czyli naturalne zjawisko, które pojawia się wraz z wiekiem. Mniej sprawne stają się mięśnie odpowiedzialne za zmianę kształtu soczewki. W efekcie oko nie jest w stanie widzieć przedmiotów czy druku z bliska lub daleka.

– Świadomość Polaków dotycząca prezbiopii jest bardzo niska. Niewiele osób wie, że taki problem istnieje, a jeszcze mniej osób wie, w jaki sposób sobie z nim radzić – ocenia Mirosław Nowak, Country Manager w Grupie Essilor w Polsce, organizator kampanii „Czas na wzrok 40+”.

Badanie wskazuje, że 89 proc. osób po 40 roku życia nie wie, że prezbiopia to efekt naturalnych zmian. Jeszcze mniej osób wie, w jaki sposób korygować taką przypadłość i co można zrobić, aby mimo problemów ze wzrokiem żyć komfortowo. Jak podkreślają eksperci, prezbiopii nie można wyleczyć, ale można z nią żyć.

 Najprostszą metodą jest zastosowanie odpowiedniej, dodatkowej korekty okularowej bądź obecnie najlepsze rozwiązanie to zastosowanie okularów progresywnych, które umożliwiają widzenie w jednej parze wszystkich odległości komfortowo i wygodnie – podkreśla Paweł Szczerbiński.

Szkła progresywne nosi zaledwie 13 proc. Polaków. Dla porównania, we Francji wskaźnik ten przekracza 70 proc. Tymczasem okulary progresywne to najlepsze rozwiązanie dla prezbiopów, choć 76 proc. z nich i tak nosi okulary. Szkło progresywne ma kilka obszarów działania: górna część odpowiada za widzenie dali, dolna – za bliskie odległości, a środkowa pozwala widzieć na pośrednich dystansach. Kluczem jest odpowiednie dopasowanie szkieł, za to zaś odpowiadają optometryści. Polacy rzadko jednak badają wzrok (64 proc. osób 40+ robi to rzadziej niż zalecane raz na rok), a 41 proc. nie wie, że wzrok można zbadać u optometrysty.

Dlatego 19 lutego ruszyła ogólnopolska kampania „Czas na wzrok 40+”, która ma na celu propagowanie wiedzy o prezbiopii i metodach jej korekcji. Eksperci będą też zachęcać do częstszego badania wzroku.

 Osoby, które wezmą udział w tej kampanii, przede wszystkim dowiedzą się od specjalistów, w jaki sposób mogą zdiagnozować swój wzrok i w jaki sposób mogą uzyskać pomoc. Mogą również skorzystać z bezpłatnych badań, które oferują niektórzy partnerzy naszej kampanii w salonach optycznych i zrealizować vouchery, które pozwolą im na zakup soczewek progresywnych po niższej cenie – zachęca Mirosław Nowak.

Rozwiązania dla inteligentnych wnętrz zyskują na popularności. Cyfryzacja budynku zajmuje kilka godzin, a umożliwia lepszą nawigację i monitorowanie gości

Rozwiązania dla inteligentnych wnętrz zyskują na popularności. Cyfryzacja budynku zajmuje kilka godzin, a umożliwia lepszą nawigację i monitorowanie gości 7

Ludzie spędzają 90 proc. swojego czasu we wnętrzach różnego rodzaju budynków domu, biura, centrum handlowego, kina czy restauracji. Coraz więcej tych wnętrz jest wyposażanych w inteligentne rozwiązania. Jednym z nich jest możliwość pełnego zdigitalizowania przestrzeni i przeniesienia jej na cyfrową mapę. Oparte na niej systemy i aplikacje pozwalają na efektywne zarządzanie budynkami, a także nawigację po nich. Umożliwiają także zwiększanie przychodów np. najemców centrów handlowych, poprzez docieranie z reklamą bezpośrednio do klientów.  Inteligentne systemy są obecne między innymi na uczelniach, ale również w muzeach, fabrykach i centrach handlowych.

– Digitalizację wnętrza rozpoczynamy od zakupu beaconów, czyli emiterów sygnału Bluetooth, a następnie je konfigurujemy. W dalszej kolejności wchodzimy do systemu Indoorway, który prowadzi nas za rękę przez cały proces wdrożenia. To rysowanie mapy, która następnie jest cyfryzowana. Potem przychodzi czas na wykonanie pomiarów i wdrożenie całego rozwiązania – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Koblański, prezes firmy Indoorway.

Inteligentne zarządzanie budynkiem i zbieranie informacji o zachowaniu osób odwiedzających go jest szczególnie atrakcyjne dla centrów handlowych. Dzięki temu ich zarządcy mogą lokalizować najczęściej i najrzadziej odwiedzane miejsca, a sklepy – w błyskawicznym tempie docierać z ofertą reklamową do swoich klientów.  Digitalizacja wnętrz budynku o powierzchni 2 tys. metrów kwadratowych zajmuje 4 godziny. Następnie możliwe jest stworzenie dla danego budynku aplikacji, umożliwiającej nie tylko nawigowanie po nim, ale i monitorowanie zachowania odwiedzających.

– Stworzenie mapy budynku to kwestia nawigacji, możemy się odnaleźć w coraz większych strukturach budynkowych, coraz bardziej skomplikowanych. Tych przestrzeni, w których na co dzień przebywamy jest coraz więcej, generalnie ludzie spędzają ponad 90 proc. swojego czasu w przestrzeniach zamkniętych – twierdzi ekspert.

Indoorway ma już na koncie między innymi pilotażowe wdrożenie swojego systemu w fabryce firmy Electrolux. Dzięki rozwiązaniu,  szwedzki producent sprzętu AGD zbiera i analizuje dane o ruchu pieszym wewnątrz gmachu oraz optymalizuje procesy produkcji.

– Chcieliśmy, aby nasze rozwiązanie było jak najbardziej skalowalne, elastyczne pod kątem przestrzeni. Dzięki temu może być dostosowane zarówno dla centrum handlowego, jak i dla muzeum, teatru czy uniwersytetu. W minionym roku zmapowaliśmy ponad 1,5 mln metrów kwadratowych wnętrz na całym świecie – informuje prezes Indoorway.

Firma Deloitte w raporcie “Smart buildings” przewiduje znaczny wzrost inteligentnych wnętrz w budynkach komercy, że w 2020 roku w budynkach komercyjnych zostanie wdrożonych ponad 1,3 mld czujników dla internetu rzeczy. Oznaczałoby to niemal 20-krotny wzrost w porównaniu z rokiem 2015.

Według analityków MarketsandMarkets, do 2022 roku rynek inteligentnych budynków będzie warty niemal 32 mld dolarów. W najbliższych latach rosnąć będzie w tempie niemal 34 proc. średniorocznie.

Galerie handlowe na celowniku. Nowy podatek od nieruchomości komercyjnych i zakaz handlu w niedziele

Od 1 stycznia 2018 r. właściciele dużych nieruchomości komercyjnych, których wartość przekracza 10 mln zł, są zobowiązani do zapłaty dodatkowej daniny z tytułu własności tego środka trwałego. To nie jedyne obciążenie, które w tym roku uderzy przede wszystkim w branżę handlową.

W uzasadnieniu projektu ustawy wprowadzającej nowe obciążenie fiskalne (Dz.U. z 2017r. poz. 2175) wprost stwierdza się, że minimalny podatek dochodowy dotyczy m.in. galerii handlowych, podając je jako przykład nieruchomości komercyjnych o znacznej wartości. Obejmie on również biurowce oraz inne budynki handlowo-usługowe, których wartość początkowa przekracza 10 mln zł.

Fikcja podatkowa

Pierwotny projekt z 6 lipca 2017 r. przewidywał stawkę 0,042% podstawy opodatkowania za każdy miesiąc – a tę stanowi przychód odpowiadający wartości początkowej środka trwałego ustalanej na pierwszy dzień każdego miesiąca, wynikającej z prowadzonej ewidencji, pomniejszonej o kwotę 10 mln zł. Dla podatkowej grupy kapitałowej będzie to przychód odpowiadający sumie przychodów spółek tworzących tę grupę. Podpisana przez prezydenta obowiązująca ustawa z 27 października 2017 r. ustanowiła to obciążenie na niższym poziomie 0,035%.

Przyjęta konstrukcja podstawy opodatkowania wprowadza fikcję podatkową – zakłada, że właściciel nieruchomości komercyjnej o wartości początkowej 11 mln zł osiąga przychód w wysokości 1 mln zł.

Podatek od nieruchomości komercyjnych obejmuje te budynki, które zgodnie z Klasyfikacją Środków Trwałych są:

a) budynkami handlowo-usługowymi (takimi jak centra handlowe, domy towarowe, samodzielne sklepy i butiki),

b) budynkami biurowymi,

– jeśli ich wartość początkowa przekracza 10 mln zł.

Kto nie zapłaci podatku?

Najprostszym kryterium różnicowania, kto będzie zobowiązany do ponoszenia nowego obciążenia, a kto nie, jest wartość początkowa nieruchomości. Właściciele tych budynków komercyjnych, których wartość nie przekracza 10 mln zł, będą zatem z niego zwolnieni. Co ważne, nie podlega kumulacji wartość nieruchomości komercyjnych należących do podatnika. Zatem jeden właściciel może mieć 50 budynków o wartości 9,9 mln zł każda i nie będzie zobowiązany do zapłaty podatku.

Z obowiązku zwolnione są te środki trwałe, od których zaprzestano dokonywać odpisów amortyzacyjnych. Wyłączenie dotyczy także budynków biurowych wykorzystywanych wyłącznie lub w głównym stopniu na potrzeby własne podatnika. Nie będą też musieli wpłacać podatku ci podatnicy, których miesięczna zaliczka na podatek dochodowy przekracza jego wartość.

Jak nie kijem go, to pałką

Ministerstwo Finansów, tłumacząc konieczność wprowadzenia nowego podatku, powołało się na unijną dyrektywę ATAD, mającą na celu przeciwdziałanie unikaniu opodatkowania (dyrektywa Rady UE 2016/1164 z 12 lipca 2016 r.). Tymczasem to Komisja Europejska we wrześniu 2016 r. nakazała Polsce zawieszenie stosowania podatku, który miał obciążyć duże sieci handlowe. Chodziło o podatek od sprzedaży detalicznej. Polska zmuszona była najpierw wycofać podatek z obrotu prawnego, a następnie zawiesić jego ponowne wprowadzenie w życie. Sprawa nadal toczy się przed Trybunałem Sprawiedliwości UE i od jego rozstrzygnięcia zależeć będzie, czy tzw. podatek handlowy będzie mógł w Polsce obowiązywać czy nie.

Ministerstwo Finansów nie zamierzało jednak czekać na wyrok trybunału. Zwłaszcza że Komisja Europejska 30 czerwca 2017 r. orzekła, że podatek od sprzedaży detalicznej narusza unijne zasady dopuszczalnej pomocy państwa. Już 6 lipca 2017 r., a więc niecały tydzień później, MF przedłożyło pomysł nowego podatku – od nieruchomości komercyjnych. Czy obowiązujące od początku nowego roku obciążenie fiskalne jest uzasadnione koniecznością implementacji przepisów dyrektywy ATAD, czy pod jej przykrywką resort chce po prostu zrekompensować Skarbowi Państwa stratę zakładanych blisko 1,6 mld zł rocznie wpływów do budżetu, jakie miał przynieść podatek od sprzedaży detalicznej? Trudno nie ulec wrażeniu, że działa tu zasada „jak nie kijem go, to pałką”.

Zakaz handlu w niedziele

Wystrzał z podatkowej dubeltówki nie jest jedyną formą „dobrania” się do dużych galerii i centrów handlowych. W styczniu sejm rozpatrzył poprawki senatu do ustawy z dnia 24 listopada 2017 r. o ograniczeniu handlu w niedziele i święta oraz w niektóre inne dni. Ustawa została podpisana przez prezydenta, a zatem od 1 marca 2018 r. będą w Polsce obowiązywać dwie niedziele handlowe w miesiącu: pierwsza i ostatnia. W 2019 r. ich liczba skurczy się do jednej – będzie nią ostatnia niedziela w miesiącu. Od 1 stycznia 2020 r. zakaz obejmie wszystkie niedziele w roku, z wyjątkiem siedmiu wskazanych przez ustawodawcę.

Niedziele wyłączone spod zakazu handlu:

  • kolejne dwie niedziele poprzedzające pierwszy dzień Bożego Narodzenia;
  • niedziela bezpośrednio poprzedzająca pierwszy dzień Wielkiej Nocy;
  • ostatnia niedziela przypadająca w styczniu, kwietniu, czerwcu i sierpniu.

Częściowemu ograniczeniu ulegnie też możliwość handlu w Wigilię Bożego Narodzenia, a więc 24 grudnia, oraz w Wielką Sobotę, czyli w przeddzień Wielkiej Nocy. W te dni handel będzie zakazany po godzinie 14.00. Grzywna za złamanie zakazów ma wynosić od 1 tys. do 100 tys. zł.

Zarządzanie nowoczesnym przedsiębiorstwem

Właściciele dużych nieruchomości komercyjnych, a zwłaszcza galerii i centrów handlowych, muszą mieć świadomość, że została im wypowiedziana otwarta wojna o pieniądze. Wspomniane 0,035% podstawy opodatkowania podatkiem galeryjnym daje w skali roku wymierne 0,42%. Łącząc to z milionowymi stratami, jakie przyniesie zakaz handlu w niedziele, można się spodziewać reakcji obronnej obarczonych tymi obciążeniami przedsiębiorców. Jeśli nie będą chcieli przerzucić powstałych kosztów na konsumentów, to pozostaje podjąć walkę, w której orężem jest prawo. Zarządzanie nowoczesnym przedsiębiorstwem oznacza dziś konieczność zabezpieczenia jego interesów i ochrony majątku na każdym polu: biznesowym, podatkowym, a przede wszystkim prawnym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki – Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Wartość IPO na GPW w 2017 r. powyżej 1.8 mld euro

GPW znalazła się na trzecim miejscu wśród europejskich parkietów pod względem liczby debiutów. Na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie w ubiegłym roku z sukcesem przeprowadzono 27 ofert pierwotnych (osiem na Głównym Rynku GPW oraz 19 na NewConnect). Jak podaje Raport „IPO Watch Europe” przeprowadzony przez firmę doradczą PwC stawia to naszą giełdę na trzecim miejscu wraz z giełdą hiszpańską pod względem liczby oraz na ósmym miejscu pod względem wartości Initial Public Offering (IPO).

Łączna wartość IPO na warszawskim parkiecie w ostatnim roku wyniosła ponad 1,8 mld euro i była najwyższa od 2011 r.

– Dobra sytuacja makroekonomiczna w Europie, umacnianie się polskiej waluty oraz dobre postrzeganie przez inwestorów naszej gospodarki przełożyły się także na wzrost wartości kapitału pozyskanego na rozwój poprzez rynek publiczny. Cieszy nas silna pozycja GPW wśród europejskich parkietów pod względem liczby i wartości IPO, ale jeszcze bardziej cieszy nas to, że na Giełdę trafia coraz więcej spółek, których produkty mogą być skalowalne globalnie. Instytucje rynku kapitałowego stają się bardziej komplementarne. Na GPW debiutują kolejne spółki z portfeli funduszy wspartych przez Krajowy Fundusz Kapitałowy. Mają one bardzo duży potencjał wzrostu, co w przyszłości może przełożyć się na zyski inwestorów – mówi Marek Dietl, Prezes Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

W 2017 r. GPW zanotowała imponującą poprawę wartościową spółek notowanych. Wartość rynkowa spółek debiutujących na Głównym Rynku GPW i NewConnect wyniosła na koniec roku 16,7 mld zł i była ponad dwukrotnie wyższa niż wartość rynkowa spółek wycofanych (8,2 mld zł). W tym kapitalizacja 14 spółek wycofanych po wezwaniu stanowiła 6,4 mld zł (czyli ponad 10 mld zł mniej niż nowych spółek, które trafiły na rynki akcji GPW).

Wielka Brytania, jako kolejne państwo, chce uregulować obrót kryptowalutami

Od tygodnia cena bitcoina nie wychyla się z przedziału 10-12 tys. dol., a Wielka Brytania, jako kolejne państwo, chce uregulować obrót kryptowalutami. Czy to już zmierzch raptownych skoków cen oraz droga do wprowadzenia porządku i bezpieczeństwa na rynku kryptowalut? – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Bitcoin (BTC), jak zresztą wiele innych kryptowalut, w ostatnich dniach na pewno nie reaguje jeszcze tak jak klasyczne instrumenty finansowe, ale sinusoida zmian z ostatnich kilku miesięcy wyraźnie się zmniejszyła.

Cena najpopularniejszej kryptowaluty utrzymuje się ok. 10-12 tys. dolarów, czyli ledwie w połowie szczytów z grudnia ub.r., a bitcoin nadal dominuje na rynku wirtualnych walut, z 39-procentowym udziałem w całym rynku.

Cisza służy względnej stabilizacji

W ostatnich dniach nie mieliśmy do czynienia z informacjami, które najczęściej przyczyniają się do kontynuacji spadków czy też gwałtownych wzrostów cen. To mogło spowodować stabilizację kursu. Inna rzecz, że coraz więcej krajów wprowadza lub rozważa wprowadzenie regulacji bądź ograniczeń handlu kryptowalutami, co również może skłaniać do uspokojenia nastrojów na tym rynku.

Komitet Skarbowy brytyjskiego Parlamentu wydał w czwartek oświadczenie o rozpoczęciu dochodzenia w sprawie zbadania roli kryptowalut w państwie, w tym ich korzyści i zagrożeń dla konsumentów, firm i rządu. Poddana badaniu będzie kwestia regulacji kryptowalut – tak, aby zachować balans pomiędzy ochroną użytkowników a innowacyjnością. Komitet postara się także o odpowiedź na pytanie, czy kryptowaluty będą w stanie zastąpić tradycyjne metody płatności.

Chiny, Japonia, USA – kto jeszcze zrobi porządek

Przed Wielką Brytanią za regulowanie kryptowalutowego rynku zabierały się już m.in. Chiny, które zakazały sprzedaży nowych “monet”, oraz Japonia.

Na japońskim rynku (jednym z najbardziej rozwiniętych na świecie) należy rejestrować giełdy kryptowalut i wysyłać regularne raporty, podobnie jak robią tradycyjne notowane na giełdach spółki.

Przymiarki do regulacji handlu czynią także Stany Zjednoczone. Tamtejszy regulator – SEC – wziął pod lupę szczególnie oferty publiczne “monet” – ICO (initial coin offering). SEC chce, by ICO zostały uregulowane na federalnym poziomie, przeciwdziałając w ten sposób oszustwom często popełnianym podczas przeprowadzania ICO.

Czy Amerykanom się uda? David Schweikert, członek Izby Reprezentantów, w wywiadzie dla telewizji Fox stwierdził, że bardzo ciężko będzie uregulować kryptowaluty, a regulatorzy powinni skupić się raczej na kontroli i nadzorze samych zastosowań kryptowalut.

Mniejsze ryzyko, mniejszy potencjał?

Państwowe regulacje mogą przyczynić się do ochrony konsumentów i firm przed zagrożeniami związanymi z obrotem kryptowalutami. Mogą jednak także ograniczać potencjał tempa wzrostu cen, co przełoży się m.in. na ograniczenie popytu.

Oczywiście, nawet przy zmniejszonych wahaniach ceny kryptowalut nadal mogą wzrastać, gdyby np. wirtualne pieniądze zyskiwały coraz więcej zastosowań. Ale tempo ew. wzrostów może nie być już tak zawrotne jak dotychczas.

Co zrobić, aby ulewa nie wydłużyła czasu transportu?

Prowadzenie samochodu podczas ulewy jest bez wątpienia nie lada sztuką. Śliska powierzchnia, zmniejszona widoczność, woda pryskająca na wszystkie strony to tylko niektóre z niedogodności, z którymi musza zmierzyć się kierowcy. Jazda w takich warunkach z pewnością wymaga niemałego doświadczenia i zachowania wyjątkowej ostrożności. Jak postąpić w przypadku, kiedy warunki pogodowe są mocno niesprzyjające, jednak zależy Ci na szybkim wykonaniu zlecenia?

Przede wszystkim należy pamiętać o tym, że bezpieczeństwo Twoich kierowców jest bezwzględnie najważniejsze. Najlepszym rozwiązaniem jest niedopuszczenie do sytuacji, w której może dojść do utraty kontroli nad pojazdem, co niesie za sobą ryzyko doznania uszczerbku na zdrowiu oraz uszkodzenia samochodu.

Po pierwsze – zainwestuj w dobre wycieraczki

Widoczność podczas ulewy jest niezwykle niska, co znacząco zwiększa ryzyko stłuczki. Aby poradzić sobie z nadmiarem wody i błota na przedniej szybie warto wyposażyć samochody w wysokojakościowe wycieraczki samochodowe, jakie oferuje np. firma Dipp. Podczas użytkowania regularnie sprawdzaj stan gumek. Zużyte tworzywo zamiast usuwać wodę rozsmarowuje ją po szybie, co jeszcze bardziej ogranicza widoczność. Jeśli nie pamiętasz, kiedy ostatnio zmieniałeś wycieraczki najlepiej od razu założyć nowe. Pamiętaj, że życie i zdrowie Twoich kierowców warte są każdego wydatku.

Po drugie – zadbaj o opony

Podczas jazdy w ulewie często pojawia się zjawisko aquaplaningu, kiedy woda gromadzi się pod oponami. Skutkuje to znacznym zmniejszeniem przyczepności pojazdu do nawierzchni oraz, co za tym idzie – utratą nad nim kontroli. Aby zredukować ryzyko aquaplaningu warto przyjrzeć się stanowi opon. Zasada jest prosta – im ona nowsza, tym lepiej sprawdza się w trudnych warunkach. Pamiętaj więc, by regularnie wymieniać opony oraz sprawdzać w nich poziom ciśnienia – zaniżone ciśnienie w znacznym stopniu nasila zjawisko aquaplaningu.

Po trzecie – sprawdzaj stan reflektorów

Kolejnym czynnikiem, który istotnie poprawia widoczność i bezpieczeństwo jazdy, szczególnie podczas deszczu jest odpowiednie oświetlenie jezdni.  Powinieneś zatem systematycznie sprawdzać stan lamp, nie tylko podczas obowiązkowego przeglądu technicznego. Zwróć uwagę na to, czy wszystkie żarówki są sprawne, a szkła reflektorów czyste. Klosze pod wpływem czasu ulegają zmatowieniu, co sprawia, że lampy słabiej świecą, dlatego warto zadbać o regularne odświeżanie ich powierzchni.

Po czwarte – technika jazdy!

Nawet jeśli zadbasz o wyżej wspomniane elementy, nic nie zapewni kierowcom bezpieczeństwa tak, jak odpowiednia technika jazdy podczas ulewy. Zapewnij swoim pracownikom właściwe szkolenia BHP, na których dowiedzą się, jak zachować się w takiej sytuacji.

Konieczne jest dostosowanie prędkości do warunków, co najczęściej wiąże się z jej redukcją, szczególnie przy przejeżdżaniu przez kałuże.

Niezwykle ważnym jest, aby pewnie trzymać obie ręce na kierownicy. Umożliwia to szybszą reakcję na ewentualne zagrożenie i zapanowanie nad pojazdem. Twoi kierowcy powinni też pamiętać  o zachowaniu większej niż zwykle odległości między samochodami oraz starać się omijać tiry i ciężarówki – duże pojazdy rozpryskują ogromne ilości wody, co może spowodować zupełny brak widoczności.  Również mokre hamulce mogą się przyczynić do wypadku. Warto często je osuszać, naciskając lekko na pedał hamulca tak, aby hamowanie było lekko wyczuwalne.

Firma Dipp.pl posiada szeroką ofertę detaliczną i hurtową oraz zachęca firmy do zapoznania się z asortymentem pełnym wysokojakościowych produktów. Szczegóły na dipp.pl i dipp.com.pl

Cyberbezpieczeństwo w IV kwartale 2017 r. – raport

W 2017 roku byliśmy świadkami wielu incydentów naruszenia bezpieczeństwa i wycieku danych. Świat obiegły informacje o kradzieży danych z Equifax, Verizon czy Kmart. Infrastruktura wielu firm została sparaliżowana przez ataki Petya, WannaCry, BadRabbit. Do przeprowadzania zmasowanych cyberataków hakerzy wykorzystywali również cieszące się coraz większą popularnością urządzenia IoT (Internet of Things).

2017 rok to przede wszystkim ataki typu ransomware, malware, phishing, ataki na warstwę sieciową, ataki DDoS oraz botnety. Najczęstszym celem cyberataków były firmy z sektora energetycznego, służby zdrowia, sprzedaży detalicznej oraz produkcji. Zagrożony był również sektor finansowy i instytucje państwowe.

Cyberbezpieczeństwo w IV kwartale 2017
Sektory gospodarki, które stały się najczęstszym celem ataków w 2017 r.

Liczba ataków a kraje pochodzenia

Tylko w IV kwartale 2017 roku Grey Wizard zarejestrowało 167 324 652 incydentów. Dziennie, liczba incydentów wynosiła średnio 1 394 372. Najwięcej, bo aż 22,04% wszystkich incydentów bezpieczeństwa i ataków, które były skierowane na strony chronione przez Grey Wizard Shield pochodziła z Francji. Na drugim miejscu wśród krajów źródłowych cyberataków znalazła się Wielka Brytania – 20,08%. Kraje, z których zarejestrowano wzmożony ruch to również Niemcy 18,73%, Stany Zjednoczone 9,07% oraz Polska 7,81%. Pozostałe kraje z dość wysokim wskaźnikiem incydentów
i zaangażowania cyberprzestępców to Holandia 5,12% i Kanada 2,35%. Ze Słowenii zodnotowano 1,60%, z Rumunii 1,53%, a z Mołdawii 1,35%. Ataki z innych krajów wyniosły 10,32%. Należą do nich kraje z aktywnością incydentów i ataków poniżej 1%. Były to m.in. Ukraina 0,95% i Węgry 0,73%.

Cyberbezpieczeństwo w IV kwartale 2017 2
Kraje pochodzenia cyberataków

Czas trwania ataków

Czas trwania cyberataków ma ogromny wpływ na przedsiębiorstwo. Im dłuższy atak tym większe szkody finansowe i wizerunkowe ponosi atakowana firma. Najczęściej celem cyberataków jest ograniczenie dostępności serwisu internetowego, kradzież wrażliwych danych i treści strony oraz pieniędzy. Najwięcej, bo aż 52,83% wg danych zebranych przez Grey Wizard stanowiły ataki brute force trwające mniej niż 30 minut. Zaraz po nich odnotowano ataki, które trwały od 1-3 godzin i stanowiły one 28,77% wszystkich incydentów. 18,40% stanowiły ataki od 30-60 minut oraz od 3-6 godzin (18,87%). Natomiast tylko 1,42% to ataki trwające od 12-24 godzin oraz powyżej 24 godzin. Z danych tych wynika, że ataki poniżej 30 minut “cieszą się” na czarnym rynku największą popularnością. – Wynika to z niskich kosztów takich ataków, to zaledwie kilka do kilkunastu dolarów – mówi Radosław Wesołowski, CEO Grey Wizard.

– Cyberprzestępcy wykorzystują krótkie, ale intensywne ataki, by zakłócić działanie usług internetowych, jednocześnie mają świadomość, że nawet chwilowy brak dostępu do serwisu jest w stanie wygenerować wielkie straty – dodaje ekspert z Grey Wizard.

Cyberbezpieczeństwo w IV kwartale 2017 3
Czas trwania ataków brute force

Rodzaje ataków

Internet przyzwyczaił nas do wygody. Naturalne jest dla nas robienie zakupów online, blogowanie, korzystanie z usług bankowych, robienie rezerwacji hotelowych czy korzystanie z e-usług instytucji państwowych. Wzrost ich popularności sprawił, że jednocześnie wzrosła liczba atakowanych stron i aplikacji internetowych.  Najpopularniejszym typem ataku aplikacyjnego w IV kwartale 2017 wg danych zebranych przez Grey Wizard był SQL Injection. Liczba incydentów stanowiła 40,53% wszystkich ataków. SQL Injection (SQLi) to metoda cyberataku polegająca na wstrzykiwaniu dodatkowych procedur do zapytania SQL, które, wygenerowane przez aplikacje, przekazywane są do bazy danych i tam wykonywane.

Cyberbezpieczeństwo w IV kwartale 2017 4
Rodzaje ataków

Na drugim miejscu wśród najpopularniejszych typów incydentu znalazł się Illegal Resource Access, czyli nielegalny dostęp do zasobów – 31,89%. Są to wszystkie nielegalne działania mające na celu uzyskanie dostępu do stron prywatnych lub zastrzeżonych oraz próby wyświetlenia bądź kradzieży plików systemowych. 24,02% incydentów to Security Vulnerability Scanners, czyli ataki skierowane na skanery podatności aplikacji internetowych na zagrożenia. Najmniej incydentów odnotowano z wykorzystaniem typu ataku Cross Site Scripting (XSS) – 1,31%. Atak XSS (Cross-site scripting) jest wykonywany po stronie przeglądarki. Jest to atak na klienta podatnej aplikacji WWW. Zagraża on samej aplikacji i danym znajdującym się po jej stronie.

– Hakerzy coraz częściej wykorzystują luki w zabezpieczeniach warstwy aplikacyjnej –  mówi Radosław Wesołowski CEO Grey Wizard. – Po pierwsze dlatego, że przechowuje dane użytkowników, takie jak dane osobowe, numery kart kredytowych czy loginy i hasła. Po drugie warstwa aplikacyjna obsługuje protokoły m.in.
HTTP, SQL, DNS, SNMP, FTP i inne. Brak właściwych zabezpieczeń tych protokołów daje hakerom możliwość skorzystania z wielu potencjalnych metod ataków. Po trzecie, ataki skierowane na warstwę aplikacyjną są skomplikowane i często trudne do wykrycia. Dlatego, aby skutecznie chronić przed tego typu atakami należy używać równie skomplikowanych i inteligentnych mechanizmów obrony – tłumaczy Radosław Wesołowski. – Najlepszym rozwiązaniem jest posiadanie ochrony Web Application Firewall, która m.in. zapewnia całodobową automatyczną ochronę przed atakami aplikacyjnymi, posiada niski współczynnik fałszywych alarmów i ma możliwość definiowania wyjątków – dodaje. 

Bezpieczeństwo systemów CMS

W IV kw. 2017 r. system Web Application Firewall Grey Wizard odnotował aż 266 222 incydentów powiązanych z wadami systemów do zarządzania treścią. – Z chronionych przez nas platform, największa uwaga hakerów była skierowana na platformę WordPress. Zarejestrowaliśmy aż 261 112 incydentów naruszających bezpieczeństwo przechowywanych danych, co stanowi 98,1% – mówi Radosław Wesołowski z Grey Wizard. – Liczba ataków na system CMS WordPress wynika z jego dużej popularności – jest na niej zbudowanych ponad 24% stron na świecie. Najczęstszym powodem zaniedbań bezpieczeństwa jest częsty brak aktualizacji oraz duża podatność na ataki wszelkich dodatków do tego systemu – tłumaczy ekspert Grey Wizard. 1,91% incydentów odnotowano na platformę Magento – jedną z najbardziej rozbudowanych platform do obsługi dużych sklepów internetowych. Obsługuje blisko 10% wszystkich sklepów internetowych. 

Cyberbezpieczeństwo w IV kwartale 2017 5
Liczba incydentów a typ platformy

Podsumowanie i prognozy na 2018 r.

Rok 2017 zapamiętamy jako rok wielu zmasowanych ataków hakerskich takich jak Petya, WannaCry czy Bad Rabbit. To także rok, w którym doszło do wielu naruszeń danych, w szczególności w przypadku Equifax, Verizon i Kmart. W Polsce głośnym wydarzeniem był incydent naruszenia bezpieczeństwa w bankach oraz w Komisji Nadzoru Finansowego.

Rok 2017 pokazał, że przed przedsiębiorstwami i instytucjami publicznymi stoi ogromne wyzwanie związane z zapewnieniem bezpieczeństwa firmom i danym wrażliwym. Nowe techniki i metody działania cyberprzestępców sprawiają, że ochrona biznesu staje się coraz trudniejsza, a ryzyko cyberataku cały czas wzrasta.  W 2018 roku cyberbezpieczeństwo będzie musiało w jeszcze większym stopniu rozwijać i wykorzystywać technologię opartą na sztucznej inteligencji. – W dzisiejszej cyberrzeczywistości trudno sobie wyobrazić skuteczniejszą broń niż inteligentna technologia oparta na maszynowym uczeniu. Tylko z pomocą sztucznej inteligencji jesteśmy w stanie skutecznie zabezpieczyć się przed cyberatakami, tzw. atakami przyszłości – podsumowuje Radosław Wesołowski, CEO Grey Wizard.

W ciągu najbliższych kilku lat, specjaliści do spraw cyberbezpieczeństwa nadal będą należeli do grupy najbardziej poszukiwanych ekspertów w branży IT. Do 2020 roku aż 15% stanowisk związanych z cyberbezpieczeństwem nadal pozostanie nieobsadzonych.

Także i prognozy w kwestii kosztów cyberataków nie są optymistyczne. Specjaliści prognozują, że w 2018 roku koszty cyberataków mogą wynieść nawet 180 miliardów dolarów. Ten 36-krotny wzrost kwoty jest wyraźnym sygnałem dla firm, by wdrożyć procedury bezpieczeństwa oraz zadbać o dodatkowe zabezpieczenie stron internetowych przed cyberprzestępcami.Cyberbezpieczeństwo w IV kwartale 2017 6

Jak znaleźć i utrzymać talenty w organizacji

Christian Kurmann
Christian Kurmann – Inclusive Leadership Inspirer

Z roku na rok wzrasta liczba przedsiębiorstw opierających swoje działania biznesowe na wiedzy. W takich organizacjach głównym czynnikiem decydującym o sukcesie są unikalne zdolności zatrudnionych w niej osób. Dlatego zarządzanie talentami powinno stać się kluczowym obszarem działania każdej firmy, która chce odnieść sukces w świecie coraz szybszych zmian i nowych wyzwań.

Talent w rozumieniu biznesowym to osoba o wysokim potencjale rozwojowym lub posiadająca wyjątkowe, ważne dla firmy kompetencje.

Cudze chwalicie

Rynek staje się coraz bardziej wyspecjalizowany, a równocześnie grupa osób posiadających te szczególne kwalifikacje jest coraz mniejsza. Firmy nieustannie poszukują więc pracowników o wysokich kompetencjach, tocząc coraz bardziej agresywną „walkę o talenty”.

Tymczasem znacznie korzystniejsze i mniej kosztowne może okazać się skupienie na potencjale ludzkim własnej organizacji. Koncentrując się na konwencjonalnych metodach wyławiania talentów z rynku łatwo przegapić „ciche talenty” wewnątrz firmy.

Czasem uzdolniony pracownik dzięki ambicji i determinacji jest w stanie samodzielnie rozwinąć swój potencjał zawodowy. Nie zawsze jednak talent i przebojowość idą ze sobą w parze. Przemyślany program wsparcia talentów może znacząco przyspieszyć ten proces i ukierunkować go w sposób optymalny i dla zatrudnionego i całej organizacji. Czas jest o tyle istotny, że pozbawieni możliwości rozwoju utalentowani pracownicy tracą motywację, a firma nie wykorzystując posiadanego kapitału ludzkiego ponosi straty finansowe.

Dlatego proces zarządzania talentami musi dotyczyć wszystkich osób zatrudnionych w firmie, które powinny mieć możliwość wykorzystania w pracy swoich silnych stron i nieustannego rozwoju zawodowego i osobistego.

Zmiana modelu zarządzania talentami

Z puntu widzenia firmy głównym celem wszelkich form zarządzania talentami jest stworzenie przewagi konkurencyjnej. Współcześnie taką przewagę w dużym stopniu zapewniają wiedza i kreatywność pracowników. Docenienie i wsparcie szczególnie uzdolnionych członków zespołu motywuje pozostałych do rozwoju, a także pomaga budować w ramach firmy przyszłą kadrę menadżerską.

Tradycyjne formy wyszukiwania i wspierania talentów w firmie promują przebojowość, pewność siebie i nastawienie na indywidualną karierę. Stawiając przed pracownikami krótkoterminowe, najczęściej finansowe cele, liderzy wspierają zadaniowość, rywalizację i działania od-do, a nie długofalową pracę nad stworzeniem stabilnego zespołu i przedsiębiorstwa.

W dzisiejszym świecie ten tradycyjny model przestaje się sprawdzać. Współczesny biznes cechuje duża zmienność i nieprzewidywalność, a w organizacjach ścierają się dwa przeciwstawne oczekiwania: pracownicy stali się bardziej niezależni i wymagający, a firma wymaga od nich stałej gotowości i elastyczności w realizacji projektów. 

Przywództwo włączające

Dlatego dzisiaj znacznie lepiej sprawdza się nowy model przywództwa. Liderzy włączający skupiają się w swoich działaniach na wydobyciu maksymalnego potencjału pracowników, rozwijaniu ich indywidualnych możliwości i tworzeniu bezpiecznego i inspirującego miejsca pracy. Dobry menadżer dzięki otwartości i empatii potrafi rozpoznać i wzmocnić naturalne zdolności i unikalne talenty podwładnych, zakładając, że każdy pracownik może być takim ukrytym talentem. Dlatego rolą skutecznego lidera powinno być w istocie uświadomienie i  umożliwienie pracownikom wykonywania tego, co naprawdę lubią i chcą robić w organizacji. To zrozumienie indywidualności i rozpoznanie unikalnych zalet pracowników ma bezpośredni wpływ na budowanie lojalności i satysfakcji podwładnych, a w ten sposób także na podniesienie wyników firmy.

Talent dla każdego

W bezpiecznym środowisku wyjątkowo uzdolnieni pracownicy mają szansę w pełni rozwinąć swój potencjał – rozwiązywać problemy, wdrażać pomysły, a przede wszystkim wykorzystać swoje unikalne umiejętności, wiedzę i talent. Ten efekt dotyczy nie tylko indywidualnych osiągnięć pracowników, ale też całego zespołu. Grupę z poczuciem wspólnoty cechuje lepszy przepływ informacji i wiedzy, co pozwala osiągnąć synergię przy osiąganiu celów i rozwiązywaniu bardziej złożonych problemów.

Każda osoba, która była wystarczająco dobra, aby znaleźć się w zespole, jest też wystarczająco dobra, aby w pełni wykorzystać swój potencjał i stać się kiedyś liderem. To podstawowe założenie włączającego modelu zarządzania talentami. Dlatego mówiąc o zarządzaniu talentami nie myślimy dzisiaj tylko o programach dla wyróżniających się pracowników, ale o wsparciu wszystkich zatrudnionych w organizacji poprzez zapewnianie im rozwoju zawodowego oraz umożliwienie osiągania coraz lepszych wyników.

Christian Kurmann, Inclusive Leadership Inspirer

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Inflacja niejedynym zmartwieniem inwestorów

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Globalna gospodarka znajduje się w późnej fazie wzrostowego cyklu. Co do tego panuje raczej zgodna, ale spotkać można istotne różnice, gdzie dokładnie w tej fazie można umiejscowić aktualnie obserwowane tendencje. Nie wiadomo również, jak długo ta schyłkowa faza może trwać. Wszystko to budzić może sporą niepewność, a wraz z nią rosnącą zmienność na rynku. Z kolei większa zmienność niemalże z definicji oznaczać powinna obniżającą się perspektywę dla wzrostu cen ryzykownych aktywów. Czy to oznacza, że czeka je już tylko spadek? Tego też nie można powiedzieć. Po wieloletniej hossie rynek nie powinien zawrócić na pięcie i nagle zacząć spadać, tak jak to uczynił z początkiem miesiąca. Formułowanie szczytu powinno być pewnym procesem, ale jego początkiem może być ostatnio zaobserwowana rynkowa zawierucha. Sam rynek zdaje się być szczególnie wyczulonym na perspektywy dla inflacji i stóp procentowych, ale zapomina o innej równie ważnej kwestii. Mowa o wzroście gospodarczym. Wydaje się, że wszyscy biorą za dobrą monetę wyśmienitą kondycję światowej gospodarki. Tymczasem nie można zapominać, że końcowa faza wzrostowego cyklu ma to do siebie, że dynamika wzrostu powinna zacząć powoli słabnąć. W USA mało osób w ogóle dopuszcza taką możliwość, skoro tyle czynników ma ją wspierać, począwszy od obniżki podatków, a skończywszy na chęci pobudzenia inwestycji infrastrukturalnych. Podawane dane wskazują jednak na potrzebę pokory i ostrożności. Opublikowane w zeszłym tygodniu dane o amerykańskiej produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej zaskoczyły negatywnie. Fakt ten przeszedł niemalże bez echa. Panuje bowiem przeświadczenie, że z początkiem roku hamulcowym była pogoda, ale niekoniecznie musiał to być jedyny czynnik. Zresztą wczoraj doszła do tego seria niższych od prognoz odczytów wstępnych wskaźników PMI dla Eurolandu. Po wcześniejszych danych instytutu ZEW widać, że obawa wciąż koncentruje się na możliwym wzroście inflacji, podczas gdy wczorajsze informacje dla Niemiec wysłały zupełnie inny niepokojący sygnał. Otóż dynamika wzrostu nowych zamówień eksportowych spadła do najniższego poziomu od dwunastu miesięcy. Stwarza to realne zagrożenie, gdyż mało kto bierze aktualnie pod uwagę możliwość pogorszenia koniunktury, co by oznaczało, że w przypadku materializacji negatywnego scenariusza potencjał spadkowy jest dość znaczny. W Europie bowiem o negatywnym wpływie pogody nie może być mowy, co najlepiej zasygnalizowały fenomenalne dane o krajowej produkcji budowlano-montażowej.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Posiedzenie FOMC. Słabszy wzrost na wyspach

Wczorajszy stenogram z posiedzenia amerykańskiego odpowiednika RPP potwierdza szanse na podwyżkę stóp procentowych. Słabsze od oczekiwań dane z Niemiec.

Stenogramy z posiedzenia FOMC

FOMC jest to skrót od Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Jest to amerykański odpowiednik polskiej Rady Polityki Pieniężnej. Z zapisów rozmów wynika, że marcowa podwyżka stóp wydaje się jeszcze bardziej prawdopodobna. Członkowie komitetu zwracają uwagę na perspektywę wzrostu inflacji w średnim okresie. Wskazują też na wzrost gospodarczy powyżej trendu oraz silny rynek pracy. Na te dane zareagowały zarówno waluty jak i kontrakty na stopę procentową. Dolar początkowo tracił do euro, jednakże po kilkunastu minutach odbił i zamknął kolejny dzień mocniejszy względem europejskiej waluty. Prawdopodobieństwo marcowej podwyżki stóp procentowych wynosi obecnie 86% i wzrosło o ponad 4% w ciągu dnia. Jest ono liczone z cen kontraktów terminowych na stopę procentową. Jeżeli inwestorzy wyceniają kontrakt wedle wyższej stopy oznacza to, że przewidują jej wzrost.

Słabsze dane z wysp

Brytyjscy statystycy zweryfikowali dane na temat wzrostu PKB w IV kwartale 2018 roku. W rezultacie okazało się, że gospodarka rosła o 1,4% zamiast jak wcześniej pokazano 1,5%. Co ciekawe inwestorzy właściwie zignorowali te dane. Tuż przed publikacją funt wyraźnie się umacniał, a po danych przeszedł w ruch boczny. Warto natomiast zwrócić uwagę, że w ciagu 3 dni funt stracił na wartości ponad 6 groszy zatem drobna korekta nie jest niczym nadzwyczajnym na rynku.

Słabsze dane z Niemiec

Po tym, jak wczoraj zobaczyliśmy gorszy odczyt indeksu PMI dla przemysłu, dzisiaj wyhamowanie oczekiwań potwierdził również Indeks Instytutu IFO. Odczyt 115,4 jest oczywiście gorszy od oczekiwanych 117 punktów. Warto zwrócić uwagę, że podobnie jak w przypadku wczorajszego PMI są to obiektywnie dobre i wysokie poziomy. Po prostu nie są tak dobre jak dotychczas oczekiwali analitycy. Dane te tylko na chwilę spowodowały reakcję na euro, po czym po chwili kurs powrócił do poprzednich poziomów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 17:00 – USA – zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Gorączka złota XXI wieku, czyli do czego może prowadzić pogoń za wirtualną walutą?

Wartość rynku kryptowalut przekroczyła 750 miliardów dolarów[i]. Zainteresowanie technologią i samym systemem wirtualnych walut nie słabnie, a wręcz przeciwnie napędza cały przemysł nowoczesnych technologii. Nie dziwi zatem fakt, że kryptowaluty, a raczej ich pozyskiwanie zaczyna przypominać gorączkę złota znaną z początków XX wieku. Niestety, tak jak ponad sto lat temu, tak i dziś pogoń za łatwym pieniądzem przyczynia się do zachowań będących na granicy prawa, a niekiedy noszących znamiona przestępstwa.

O tym, że udział w gorączce złota XXI wieku może źle się skończyć przekonała się grupa rosyjskich naukowców[ii], zostali oni aresztowani za wykorzystywanie państwowego superkomputera do kopania kryptowalut. Co ciekawe, infrastruktura przeznaczona była między innymi do badań nuklearnych.

Przemysł i technologia

Krzysztof Cebrat, prezes zarządu nazwa.pl
Krzysztof Cebrat, prezes zarządu nazwa.pl

Wirtualne waluty można pozyskiwać na dwa sposoby. Pierwszym z nich jest ich zakup, czyli wymiana za pieniądze lub towary. Drugim sposobem jest ich wykopanie, polegające na rozwiązaniu skomplikowanego równania matematycznego. Wymaga to dużej mocy obliczeniowej i specjalistycznego sprzętu. W ten sposób narodził się cały przemysł, który tworzy urządzenia do kopania kryptowalut. Najlepiej z tego typu obliczeniami radzą sobie procesory graficzne, co już odczuł cały rynek gamingowy. Zapotrzebowanie na tego rodzaju układy rośnie, a przy tym również ich cena. – To prawda, dziś kopalnie kryptowalut to prawdziwy przemysł, w dodatku mający realny wpływ na cenę podzespołów. Powstające kopalnie, oparte o zaawansowane karty graficzne, powodują wzrost ich cen na rynku. W dodatku same miejsca wydobycia są bardzo energochłonne i wymagają specjalnych pomieszczeń, dostosowanych pod względem dostępnej mocy, jak i chłodzenia. Szacuje się, że pobór mocy całego rynku kopalni kryptowalut przekracza zapotrzebowanie na energię mniejszych państw, np. Słowenii – tłumaczy Krzysztof Cebrat, prezes zarządu nazwa.pl, polskiego lidera branży nowoczesnych usług hostingowych. –  Nie dziwi zatem fakt, że niektórzy próbują znaleźć sposób na obniżenie kosztów wydobycia kryptowalut, niekoniecznie legalnie – dodaje Cebrat.

Obchodzenie systemu

Jednym z popularniejszych sposobów nielegalnego pozyskiwania kryptowalut jest cryptojacking,  czyli wykorzystanie mocy obliczeniowej innych użytkowników bez ich wiedzy i zgody. Takie działanie nie dość, że obciąża sprzęt nieświadomego użytkownika, to w dodatku przerzuca na niego dodatkowe koszty w postaci zwiększonego zużycia energii elektrycznej. Innym popularnym sposobem jest wykorzystywanie usług dostawców hostingowych, jako miejsc, w których „tanio” można pozyskać potrzebną moc obliczeniową. – Udostępniamy naszym Klientom serwery VPS na ultrawydajnych dyskach NVMe. Cena takiej usługi na starcie, w zależności od oferty, rozpoczyna się od 0,99 zł netto miesięcznie. Takie warunki spowodowały, że spotkaliśmy się z wykorzystywaniem naszych serwerów do kopania kryptowalut. – mówi Krzysztof Cebrat. – Jest to oczywiście niezgodne z regulaminem zachowanie, które znacząco obciąża współdzieloną infrastrukturę i jest przez nas zakazane. Problem jest stosunkowo niewielki, bo stanowi niecały 1% przypadków korzystania z naszych serwerów, jednak za każdym razem, w trosce o naszych Klientów, reagujemy stanowczo i natychmiast po wykryciu takiego zachowania usługa jest wyłączana. Na nas, jako liderze branży, spoczywa odpowiedzialność za wyznaczanie standardów i dlatego takie zachowanie będzie bezwzględnie eliminowane w trosce o pozostałych użytkowników – przestrzega prezes Cebrat.

Bezzasadne ryzyko

Wykorzystywanie cudzych mocy obliczeniowych czy nadużywanie infrastruktury współdzielonej u dostawców hostingowych nie dość, że jest nielegalne, to jeszcze jest mało efektywne. Do kopania większości popularnych kryptowalut potrzeba sprzętu opartego o procesory graficzne. Nie bez powodu mówi się o koparkach kryptowalut, czyli urządzeniach dedykowanych do tego typu czynności. – Infrastruktura oparta o serwery VPS jest przeznaczona do zupełnie innych zadań i mimo tego, że nasze serwery są najnowocześniejsze w Polsce, nie stanowią dużego pożytku dla wirtualnych górników. Obciążając system zadaniem, do którego nie jest on przeznaczony, nielegalni kopacze kryptowalut utrudniają tylko korzystanie innym użytkownikom, sami zyskując bardzo niewiele  – tłumaczy Rafał Lorenc, szef technologii w nazwa.pl.

Gorączka złota z założenia skłania ludzi do nieprzemyślanych zachowań. Przykład rosyjskich naukowców to tylko przestroga dla wszystkich tych, którzy pragną wzbogacić się poprzez niewłaściwe praktyki, które utrudniają innym użytkownikom korzystanie z wspólnych usług.

[i] https://dowbit.pl/rynek-kryptowalut-750-miliardow/

[ii] http://www.komputerswiat.pl/nowosci/wydarzenia/2018/06/rosyjscy-naukowcy-aresztowani-za-wydobywanie-kryptowalut.aspx

 

Po opublikowaniu protokołu Fedu

Po opublikowaniu w środę protokołu ze styczniowego posiedzenia Federalnego Komitetu Otwartego Rynku dolar początkowo tracił na wartości, ale szybko zaczął odrabiać straty, sporo zyskując do swoich rywali. Z protokołu wynika, że bankierzy monetarni wskazują na silną sytuację amerykańskiej gospodarki i chcą stopniowo podnosić stopy procentowe w USA. Eksperci i inwestorzy oczekują, że w tym roku dojdzie jeszcze do trzech podwyżek stóp. Mocniejszy dolar uderzył m.in. w złotówkę, która sporo straciła do amerykańskiej waluty, a na dalsze zachowanie światowych walut będzie miało wpływ dzisiejsze opublikowanie protokołu ze styczniowego posiedzenia EBC.

Waluty

W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do japońskiego jena (-0,13%), a zyskuje do euro (+0,5%), brytyjskiego funta (+0,8%), dolara kanadyjskiego (+0,37%) oraz dolara australijskiego (+0,71%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,227, GBP/USD – 1,388, USD/CAD – 1,27, AUD/USD – 0,78 i USD/JPY – 107,6. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,68%) i kurs EUR/JPY wynosi 131,9, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,884. Złotówka mocno traci do innych walut światowych. W czwartek rano dolar kosztuje prawie 3,41 zł, euro – 4,18 zł, funt – 4,73 zł, a frank szwajcarski – 3,62 zł.

Giełdy

Na światowych giełdach mieszanka koloru czerwonego i zielonego. W środę w Europie londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,48%, frankfurcki indeks DAX stracił 0,14%, a paryski indeks CAC 40 wzrósł o 0,23%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 spadł o 0,55%, meksykański indeks Bolsa stracił 0,31%, a brazylijski indeks Bovespa podniósł się o 0,29%. W czwartek w Azji tokijski indeks Nikkei obniżył się o 1,07%, indeks Shanghai Composite wzrósł o 2,17%, a hongkoński indeks Hang Seng stracił 1,35%.

Ropa i złoto

Po wcześniejszych wzrostach ceny ropy naftowej wahają się. W środę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 65,42 USD (+0,26%), a ropy WTI – 61,68 USD (-0,18%). Roczna prognoza ceny baryłki ropy spadła o 1 USD do 70 USD. Z kolei złoto kolejny dzień kontynuuje spadki. W czwartek rano uncję metalu rynek wycenia na 1321 USD. To 6 USD mniej (-0,45%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 10:00 – Niemcy – Indeks instytutu Ifo, luty (prognoza 117 pkt.)
  • 10:00 – Polska – Wskaźnik syntetyczny koniunktury gospodarczej GUS, luty
  • 10:30 – Wielka Brytania – PKB (r/r), IV kw. (prognoza 1,5%)
  • 13:30 – Strefa euro – Protokół z posiedzenia EBC, styczeń
  • 14:00 – Polska – Podaż pieniądza M3 (r/r), styczeń (prognoza 4,8%)
  • 14:00 – Polska – Protokół z posiedzenia RPP, luty
  • 14:30 – USA – Wnioski o zasiłek dla bezrobotnych, tydzień (prognoza 230 tys.)
  • 16:00 – USA – Indeks wskaźników wyprzedzających – Conference Board, styczeń (prognoza 0,7%)
  • 16:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Nowego Jorku
  • 18:10 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Atlanty

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Analityka pozwala operatorom wyróżnić się na mocno nasyconym rynku telekomunikacyjnym

W czasach, gdy smartfon stał się podstawowym przedmiotem codziennego użytku, telekomy muszą wypracować nową strategię biznesową, która odpowie na zmieniające się potrzeby klientów i zapewni innowacyjny rozwój. Analityka jest głównym motorem, który napędza cyfrową transformację biznesu.

(22 lutego 2018 r.) – Rynek telekomunikacyjny jest przesycony i bardzo konkurencyjny. Wraz ze wzrostem liczby i różnorodności ofert klienci stają się jeszcze bardziej wymagający. Niemal dwie trzecie świata korzysta dzisiaj z urządzeń mobilnych. Mimo że lawinowo wzrasta liczba danych, a sieci internetowe i sieci telefonii komórkowej stają się coraz bardziej złożone i rozbudowane, to przychody dostawców usług telekomunikacyjnych nie rosną w tym samym tempie. Co mogą zatem zrobić firmy z branży telco, aby przetrwać na tak trudnym rynku, utrzymując przy tym obecnych i pozyskując nowych klientów?

Obecnie użytkownicy szybciej wykorzystują pakiety danych niż pakiety minut i SMS-ów. Smartfon stał się głównym narzędziem odbioru informacji i rozrywki. Stwarza to firmom telekomunikacyjnym wyjątkową szansę na wykorzystanie informacji zapisanych w cyfrowych śladach pozostawianych przez użytkowników. Ogromne zbiory danych mogą służyć do optymalizacji przepustowości sieci oraz poprawy jakości obsługi klienta. Wykorzystanie analityki umożliwia dokładne określenie potrzeb i oczekiwań klienta, rozszerzenie portfolio usług, podejmowanie lepszych decyzji dotyczących rozbudowy infrastruktury oraz planowania przepustowości. Podsumowując – pozwala na budowanie i zarządzanie pozytywnymi doświadczeniami klienta.

Telekomunikacja w świecie infotainment

Standaryzacja usług i ofert telekomunikacyjnych stała się dużym wyzwaniem dla dostawców z branży telco. Ile ofert można stworzyć oraz jak bardzo można obniżyć ceny, utrzymując wysoki poziom rentowności? Znalezienie USP (Unique Selling Proposition) jest niezwykle trudne, gdy wydaje się, że wszystko już zostało zrobione, a wszystkie oferty telekomunikacyjne są do siebie podobne. Niska cena nie stanowi obecnie głównego wyróżnika. Dlatego firmy telekomunikacyjne próbują rozszerzyć zakres usług, aby poprawić i rozszerzyć zakres interakcji z klientami.

Gdy podpisujemy umowę z operatorem, poza standardowym pakietem otrzymujemy dodatkowe usługi oraz darmowy dostęp do innych aplikacji. Możliwość bezpłatnego korzystania z portali, takich jak Netflix czy Spotify to popularny sposób na pozyskanie niezdecydowanych klientów. Firmy telekomunikacyjne oferują także darmowe audiobooki, gry mobilne lub nielimitowany dostęp do portali social media, takich jak np. Facebook. Nie chodzi już jedynie o umożliwienie komunikacji, ale śledzenie trendów w cyfrowym świecie – tzw. infotainment (ang. information – informacje, entertainment – rozrywka) – mówi Miłosz Trawczyński, Business Consulting Manager  w SAS Polska.  

Popularność aplikacji z kategorii infotainment rośnie. Klienci chcą korzystać z różnych urządzeń mobilnych, zaczynając np. oglądać odcinek ulubionego serialu na smartfonie w drodze z pracy, a kończąc czynność w domu, korzystając z tej samej aplikacji zainstalowanej na smart TV. Na rynku usług telekomunikacyjnych konkuruje  szerokie spektrum firm świadczących różne usługi – od operatorów satelitarnych, internetowych, mobilnych, po telewizję kablową. Wiele z nich rozbudowuje swoje oferty, uzupełniając je o usługi dodatkowe, co czyni pakiety poszczególnych dostawców podobnymi do siebie.

Aby wyróżnić się w gąszczu konkurencji i być kojarzonymi z nowoczesnymi organizacjami, operatorzy muszą wykorzystać potencjał analityki biznesowej, aby podejmować lepsze decyzje i wdrażać skuteczne strategie biznesowe. Doświadczenia klienta w kontakcie z marką mają dziś o wiele większe znaczenie niż kiedykolwiek wcześniej, a utrzymanie jego lojalności jest ogromnym wyzwaniem. Jakość świadczonych usług staje się kluczowym wskaźnikiem efektywności (KPI), niezależnie od tego, czy mamy na myśli przepustowość sieci, obsługę klienta czy tworzenie treści.

Analityka w akcji

Wykorzystanie ogromnych zbiorów danych, którymi dysponują firmy telekomunikacyjne pozwala im uzyskać kompleksową wiedzę dotyczącą ich klientów, przepustowości sieci oraz procesów decyzyjnych. Przedsiębiorstwa wykorzystują analitykę do zwiększenia sprzedaży, maksymalizacji przychodu, obniżenia kosztów operacyjnych, oceny stopnia przywiązania klientów do marki oraz poziomu ich satysfakcji. Narzędzia analityczne umożliwiają  także redukcję poziomu churn (wskaźnika utraty klientów) oraz zmniejszenie ryzyka wystąpienia nadużyć. Analityka pozwala poznać potrzeby, preferencje i zachowania klientów oraz śledzić ich drogę pomiędzy kanałami kontaktu. Firmy z branży telco są również w stanie określić, jakiego rodzaju informacje i treści najchętniej konsumuje dany odbiorca. Dzięki temu są w stanie poprawiać poziom interakcji, optymalizować ścieżki zakupowe oraz oferować pakiety wartościowych usług. Co ważne, wszystkie te działania odbywają się w czasie rzeczywistym, co umożliwia podejmowanie odpowiednich kroków we właściwym momencie. Analityka zapewnia wgląd w wewnętrzne procesy firmy oraz pozwala kontrolować rozwój infrastruktury telekomunikacyjnej. Systemy analityczne umożliwiają ocenę zapotrzebowania na usługi sieciowe, przewidywanie awarii, zanim one nastąpią, oraz optymalne planowanie zasobów w celu zapewniania ciągłości działania usług. Dzięki tym możliwościom firmy telekomunikacyjne mogą rozbudowywać portfolio innowacyjnych usług oraz odnajdywać kolejne źródła przychodu.

Co czeka branżę telco?

Branża telekomunikacyjna wciąż ewoluuje. Wejście na rynek sieci 5G, która ma zapewnić większą wydajność oraz redukcję opóźnień w przesyle danych, z pewnością otworzy nowe możliwości przed operatorami. Efektem przyśpieszenia sieci internetowej będzie jeszcze większa konsumpcja treści infotainment. Dostawcy oferujący rozbudowane pakiety zróżnicowanych usług będą w uprzywilejowanej pozycji. Eksperci SAS przewidują, że w najbliższych latach będziemy obserwowali konsolidację firm telekomunikacyjnych zorientowanych na poszerzanie portfolio usług. W czasach, gdy telefon nie służy już jedynie do wykonywania połączeń głosowych, pakiety Internetu stają się ważniejsze niż pakiety minut czy SMS-ów. Rosnąca konsumpcja materiałów wideo z platform streamingowych oraz  VOD napędzają zużycie danych. Technologie takie jak sztuczna inteligencja umożliwią dalszą automatyzację procesu obsługi klientów, zapewniając dostarczanie spersonalizowanych treści użytkownikom, bez poczucia, że dana firma ingeruje w ich życie. Wszystkie te czynności będą wymagały wsparcia działów analitycznych. Informacje pochodzące z aplikacji i narzędzi infotainment muszą zostać przetworzone i poddane analizie, aby na ich podstawie można było stworzyć wartościowe oferty dla klientów oraz umożliwić stworzenie długotrwałej relacji z marką. Do tego celu niezbędna jest analiza w czasie rzeczywistym, która pozwala na efektywne wykorzystanie dostępnych zasobów, nadanie priorytetów poszczególnym działaniom oraz zapewnienie najwyższej jakości usług.

Importujesz z Chin? Oto co warto wiedzieć o juanie

Eksperci Ebury, firmy oferującej rozliczania transakcji walutowych, zakładają, że juana w tym roku czeka umiarkowane osłabienie względem dolara

Los juana chińskiego (CNY) odwrócił się w 2017 r. Słabszy dolar amerykański umożliwił umocnienie większości walut, juan nie był więc wyjątkiem. Kurs pary USD/CNY spadł o ponad 6%. Tym samym znalazł się na najniższym poziomie od kwietnia 2016 r. Obecnie waluta wymieniana jest za cenę zbliżoną do tej z sierpnia 2015 r., kiedy to Ludowy Bank Chin (PBoC) zdecydował się na rezygnację z częściowego powiązania kursu juana z dolarem amerykańskim, na rzecz utrzymywania chińskiej waluty na w miarę stabilnym poziomie w relacji do ważonego koszyka walut (Wykres 1).

Wykres 1: USD/CNY (luty ’17 – luty ‘18)

juanŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 20/02/2018

Jakie waluty w koszyku?

Od czasu zerwania z dotychczasową polityką kursową, decydenci Ludowego Banku Chin skupili się na utrzymania stabilności juana względem wspomnianego koszyka walut. Wagi poszczególnych walut w koszyku zostały ostatnim razem zaktualizowane w grudniu 2016 r. Obecnie koszyk składa się w 22% z USD, w 16% z EUR, w 12% z JPY, w 11% z wona południowokoreańskiego (KRW) i z dodatkowych dwudziestu walut, których waga w koszyku odpowiada udziałowi kraju emitującego walutę w wymianie handlowej z Chinami. Licząc od połowy 2016 r., bank centralny rzetelnie podchodził do utrzymywania stabilności waluty względem ustalonego przez siebie koszyka.

Kurs juana w stosunku do wspomnianego koszyka mierzony jest za pomocą indeksu CFETS RMB. Przez cały 2017 r. wskaźnik wahał się jedynie o 2-3% w porównaniu z wartością z początku roku. Deprecjacja juana względem euro była równoważona przez umocnienie renminbi (oficjalna nazwa chińskiej waluty) w stosunku do słabszego dolara. Bieżący rok juan zaczął jednak umocnieniem w relacji do koszyka walut, czemu sprzyjała m.in. słabość dolara amerykańskiego (Wykres 2).

Wykres 2: Wartość CNY mierzona indeksem CFETS PBoC (2016 – 2018)

juan 2Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 20/02/2018

Na zeszłoroczne umocnienie juana względem dolara amerykańskiego wpływ miało również zastosowanie w Chinach silnej głębokiej kontroli przepływów kapitału. W kontekście działań władz nie można zapominać, że w maju 2017 r. bank centralny wprowadził jako narzędzie do codziennego stabilizowania waluty względem koszyka tak zwany „mechanizm antycykliczny”. Został on zaimplementowany w celu uniemożliwienia nadmiernej deprecjacji juana w ujęciu dziennym i dał decydentom jeszcze większą możliwość wpływania na kurs. Uwzględniając stabilność waluty i niższe ryzyko niekontrolowanej deprecjacji juana, PBoC w styczniu postanowił jednak zmienić sposób w jaki przeprowadza dzienne fixingi juana. Wprowadzone zmiany de facto oznaczają koniec stosowania “mechanizmu antycyklicznego”. Stanowi to jasny sygnał przechodzenia w polityce kursowej w stronę systemu bardziej płynnego. Bank centralny pozbawia się części kontroli nad walutą i pozwala w większym stopniu na regulowanie ceny renminbi przez siły popytu i podaży.

Oprócz wyprzedaży dolara amerykańskiego i zastosowanie kontroli przepływów kapitału, dodatkowe wsparcie juanowi zapewniły dobre wyniki gospodarki Chin.

Zwiększeniu wydatków rządowych towarzyszyła poprawa popytu na chińskie dobra eksportowe. Chiński wzrost gospodarczy w 2017 r. był dobry i wyniósł 6,8% w trzecim i czwartym kwartale oraz 6,9% w pierwszych dwóch kwartałach (Wykres 3).

Wykres 3: Wzrost PKB Chin w ujęciu rocznym (2007 – 2017)

juan 3Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 20/02/2018

Od listopada 2016 r. wartość chińskiego eksportu (w CNY) nieustannie rosła. W 2017 r. chiński eksport zanotował 10-procentowy wzrost wartości w porównaniu z danymi z listopada ubiegłego roku. W stałym tempie rośnie również aktywność sektora przemysłu. Przemysłowy indeks Caixin PMI nie spadał poniżej poziomu 50 (Wykres 4). W przeciągu ostatnich czterech miesięcy wskaźnik osiągnął najwyższy poziom w grudniu i styczniu – w obu miesiącach odczyt wyniósł 51,5.

Wykres 4: Przemysłowe PMI wg. Markit & Caixin (2014 – 2018)

juan 4Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 20/02/2018

PKB powoli hamuje

Pomimo coraz lepszych perspektyw chińskiej gospodarki, tempo wzrostu PKB Chin jest wolniejsze niż w poprzedniej dekadzie. Biorąc pod uwagę stopniowe wprowadzanie bardziej restrykcyjnej polityki na rynku wewnętrznym, również w 2018 r. wzrost najpewniej nie osiągnie takiego poziomu. Większość prognoz sugeruje, że w tym roku dynamika produktu krajowego brutto może wynieść jedynie 6,4%. Gwałtowny wzrost zadłużenia sektora bankowego (sięgającego obecnie 150% PKB), niepewność dotycząca cen na rynku nieruchomości i prawdopodobieństwo wprowadzenia bardziej restrykcyjnej polityki handlowej może zaważyć na stanie chińskiej gospodarki w 2018 r.

Członkowie Ludowego Banku Chin zdecydowali się na pozostawienie stóp procentowych na niezmienionym poziomie, mimo, że dynamika cen w Chinach utrzymywała się przez cały ostatni rok poniżej celu inflacyjnego. W zeszłym roku inflacja mierzona wskaźnikiem CPI wzrosła powyżej swojej najniższej od ośmiu lat wartości. Od kilku miesięcy nie przekracza jednak poziomu 2%.

Również wartość rezerw walut obcych w Chinach rosła w szybkim tempie – surowe regulacje i silna waluta zniechęcały do odpływu kapitału. W styczniu br. odnotowano dwunasty miesiąc wzrostu chińskich rezerw z rzędu. Wartość rezerw wynosi obecnie ok. 3,2 bln USD. Obecna wartość rezerw powinna pozwolić PBoC na interwencje na rynku walutowym, jeśli tylko bank uzna takie działanie za stosowne. Wzrost rezerw pokazuje, że ograniczenie odpływu kapitału zadziałało.

Można wnioskować, że na ten moment stałe interwencje ze strony PBoC nie są konieczne do utrzymania stabilnego kursu wymiany juana. Niemniej, takie narzędzie wciąż pozostaje do dyspozycji decydentów.

Prognozy na 2018 r.

Ludowy Bank Chin wyraźnie zakomunikował, że jego priorytetem na ten rok jest utrzymanie stabilnego kursu wymiany juana względem wyznaczonego koszyka walut. Jesteśmy zdania, że – nawet jeśli rynek nie będzie sprzyjał działaniom banku – PBoC posiada w swoim asortymencie wystarczająco dużo instrumentów, żeby wcielić ten plan w życie. Biorąc pod uwagę naszą prognozę na rok 2018, zakładającą umocnienie dolara amerykańskiego względem zarówno euro, jak i jena, uważamy, że juana w tym roku czeka umiarkowane osłabienie względem dolara. Tym samym juan powinien zyskiwać w relacji do euro i polskiego złotego.

*Autorzy: Analitycy Ebury (Matthew Ryan, Enrique Diaz-Alvarez, Roman Ziruk)

O czym należy pamiętać, wysyłając plik JPK_VAT

Już ostatnie dni dzielą mikroprzedsiębiorców od wysłania pierwszego Jednolitego Pliku Kontrolnego. Obowiązek złożenia JPK za styczeń mija 26 lutego. Eksperci z firmy inFakt podpowiadają, jakich formalności należy dopełnić przy tej czynności oraz w jaki sposób odbywa się sama wysyłka pliku.

Co i do kiedy przedsiębiorca ma obowiązek przedstawić skarbówce?

Przypomnijmy: obowiązek składania Jednolitego Pliku Kontrolnego od 1 stycznia tego roku objął także mikroprzedsiębiorców. Od tej chwili wszyscy czynni podatnicy VAT są zobowiązani do składania miesięcznych raportów o nazwie JPK_VAT. Należy je przesyłać bez wezwania ze strony organu podatkowego do 25 dnia każdego miesiąca (w lutym – do 26) za miesiąc poprzedni. Według danych Ministerstwa Finansów JPK_VAT ma przed 26 lutego przesłać niemal 1,6 mln firm.

Dane zawarte w JPK_VAT to zbiór informacji o przeprowadzonych przez mikroprzedsiębiorcę transakcjach. Ułatwi to organowi podatkowemu przeprowadzanie kontroli i sprawdzanie poszczególnych operacji. W tym celu plik musi zawierać wszystkie konieczne dane: NIP i adres kontrahenta, a także numer źródłowy dokumentu.

Poza obowiązkowym plikiem JPK_VAT przedsiębiorcy będą także przesyłać do urzędu skarbowego, ale w tym wypadku na jego żądanie, dane pochodzące z: ksiąg rachunkowych (JPK_KR), wyciągów bankowych (JPK_WB), magazynu (JPK_MAG), faktur VAT (JPK_FA), ksiąg przychodów i rozchodów (JPK_PKPIR) i ewidencji przychodów (JPK_EWP).

Przedsiębiorcy obawiają się wysyłki

Wśród wielu obaw ze strony przedsiębiorców dotyczących składania JPK, znalazły się także liczne głosy na temat sposobu wysyłki pliku. Przedsiębiorcy przepytani przez inFakt, firmę oferującą nowoczesne rozwiązania księgowe, wskazywali na trudności związane np. z opatrzeniem dokumentu podpisem elektronicznym, mieli także obawy związane z funkcjonowaniem ePUaP.

Jak wysłać plik?

Okazuje się jednak, że Ministerstwo Finansów wprowadziło dodatkowe możliwości podpisywania JPK, wychodząc niejako naprzeciw obawom przedsiębiorców.

Przedsiębiorca decydując się na samodzielną wysyłkę pliku JPK może skorzystać z jednego spośród trzech poniższych sposobów:

– z użyciem bezpiecznego podpisu elektronicznego

– z użyciem profilu zaufanego (ePUaP)

– innym podpisem elektronicznym zapewniającym autentyczność

– Zgodnie z Rozporządzeniem Ministra Finansów JPK_VAT za styczeń można podpisać używając do autoryzacji innych danych niż profil zaufany lub podpis elektroniczny – wyjaśnia Magda Sławińska-Rzemek, doradca podatkowy z firmy inFakt, ekspert w zakresie JPK. – W tym wypadku będzie to zestaw informacji zawierający numer NIP lub PESEL, pierwsze imię i nazwisko, datę urodzenia oraz wysokość przychodu uzyskanego w roku podatkowym za rok podatkowy wcześniejszy o dwa lata niż rok przesłania księgi.

Co ważne, jeśli za ten rok podatkowy nie złożono żadnych zeznań i obliczeń, należy podać wartość „0”.

Dokładnie taki sam zestaw danych wykorzystują osoby prowadzące własną działalność podczas składania deklaracji VAT lub rozliczając roczny podatek dochodowy – dodaje ekspert.

Przedsiębiorcy korzystający z usług inFaktu mogą w wygodny sposób przesłać JPK podpisując plik przychodem za ubiegły rok podatkowy. Jak wspomniano, nie trzeba wówczas tworzyć profilu zaufanego, co znacznie ułatwi życie przedsiębiorcom.

Jest to rozwiązanie, które przyspiesza cały proces i pozwala na wygodne i bezpieczne przesłanie pliku – mówi Wiktor Sarota, CEO inFakt. – To szczególnie istotne, biorąc pod uwagę, jak bardzo wrażliwe dane są przesyłane w JPK.

Kto jeszcze może wysłać JPK?

Przedsiębiorcy nie mają jednak obowiązku samodzielnego wysyłania JPK_VAT. W ich imieniu mogą to zrobić także inne podmioty – w praktyce księgowi lub firmy obsługujący na co dzień przedsiębiorców. Warto przy tym zauważyć, że wielu z nich – także inFakt – nie podnosi opłat z tytułu przygotowania do wysyłki pliku JPK_VAT.

Przedsiębiorcy powinni pamiętać, że w tej sytuacji powinni zgłosić do właściwego organu podatkowego informację o osobie uprawnionej do składania w ich imieniu deklaracji za pomocą komunikacji elektronicznej.

Czy mając zawieszoną działalność należy składać JPK?

Wokół tego tematu narosły liczne kontrowersje, ostatecznie ucięte przez Ministerstwo Finansów. W wydanym przez nie komunikacie pojawiła się informacja, że Jeżeli podatnik – z uwagi na zawieszoną działalność gospodarczą – nie prowadzi zapisów w ewidencji VAT, nie ma obowiązku przesyłania JPK_VAT za okresy zawieszenia.

Trzeba jednak pamiętać, że jeśli przedsiębiorca zawiesił prowadzenie działalności w trakcie miesiąca, to nadal ma obowiązek prowadzenia ewidencji za ten właśnie miesiąc – w tym złożenia deklaracji VAT i przesłania pliku JPK_VAT. – Zwolnienie z obowiązku złożenia JPK_VAT dotyczy wyłącznie pełnych miesięcy, kiedy działalność była zawieszona – podkreśla Magda Sławińska-Rzemek.

Ponadto istnieje kilka wyjątków, kiedy pomimo zawieszenia działalności podatnik ma obowiązek składania JPK_VAT. Dzieje się tak w przypadku:

– osób dokonujących wewnątrzwspólnotowego nabywania towarów;

– tych, którzy importują usługi lub kupują towary, w zakresie których są podatnikami;

– okresów rozliczeniowych, za które podatnik jest zobowiązany rozliczyć podatek z tytułu wykonywania czynności podlegających opodatkowaniu, oraz za które jest zobowiązany skorygować naliczony wcześniej podatek.

W powyższych przypadkach, zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Finansów, należy złożyć deklarację VAT oraz przesłać plik JPK_VAT.

JPK_VAT, jak uniknąć błędów?

JPK_VAT towarzyszy większym podatnikom vat od pewnego czasu. Zebrane doświadczenia oraz dołączenie do obowiązku raportowania grupy najmniejszych przedsiębiorstw, jest dobrą okazją by zwrócić uwagę na kilka trudniejszych zagadnień istotnych przy poprawnym przygotowaniu pliku.

Wysyłaj zawsze aktualną wersję Jednolitego Pliku Kontrolnego. W 2018 roku stosujemy wersję (3) JPK_VAT dla danych ujmowanych w ewidencji VAT w bieżącym roku. Wersję (3) pliku JPK_VAT stosujemy również do przygotowania ewentualnych korekt do plików JPK składnych w poprzednich latach. Plik JPK_VAT przygotowany
w poprzedniej wersji (2) zostanie odrzucony jako niepoprawny przez serwery Ministerstwa Finansów. Aktualną wersję przedsiębiorcy znajdą na stronach MF.

Podaj nazwę systemu (oprogramowania) w JPK_VAT. Obowiązkową informacją jaka jest wymagana w wersji (3) pliku JPK_VAT jest nazwa systemu ewidencyjnego, w którym podatnik rejestruje dane dla potrzeb rozliczania VAT. Od 2018 ewidencja dla potrzeb VAT, o której mowa w Art. 109 ust. 3 ustawy o podatku od towarów może być prowadzona wyłącznie w formie elektronicznej przy użyciu programów komputerowych. W pliku JPK podatnik informuje z jakiego konkretnie programu korzystał.

Wskaż numer kontrahenta lub jego „brak” w pliku JPK_VAT. W części pliku,
w której raportowane są poszczególne transakcje dotyczące sprzedaży podatnik obowiązkowo wykazuje numer kontrahenta czyli nabywcy dla którego została wystawiona faktura. Najczęściej jest to oczywiście NIP, jednak w sytuacji gdy nabywca nie podał NIP bo np. jest osobą fizyczną, numer powinien być zastąpiony słowem „brak”. Pole numer kontrahenta musi być wypełnione, w przeciwnym razie plik zostanie uznany za błędny po przesłaniu na serwery MF.

Sprawdź zgodność JPK_VAT z VAT-7. Generalną zasadą, o której warto pamiętać przy składaniu plików JPK_VAT jest wymagalna zgodność danych w pliku
z danymi przekazanymi w deklaracji VAT-7, dotyczy to również deklaracji kwartalnej VAT-7K. Pliki JPK_VAT podatnicy składają zawsze co miesiąc, niezależnie od uprawnienia do kwartalnego rozliczania podatku. W przypadku konieczności złożenia korekty deklaracji VAT, podatnik powinien skorygować również pliki JPK_VAT za ten sam okres. Przed złożeniem JPK_VAT lub deklaracji VAT podatnik powinien zawsze sprawdzić zgodność danych, najlepiej porównując deklaracje (lub jej korektę)
z korespondującymi plikami JPK.

Na powyższe przykłady często spotykanych problemów, nakłada się jeszcze jeden problem „techniczny” związany z tym, że pliki JPK_VAT mają formę trudną do tradycyjnej weryfikacji. To nie jest przypadek, bowiem technologia zapisu XML, która została użyta do ich przygotowania przeznaczona jest do użycia przez komputery,
a nie przez ludzi. Aby szybko zweryfikować poprawność plików i szybko wyłapać możliwe błędy zalecane jest zatem użycie oprogramowania testującego zarówno pliki JPK jak i deklaracje VAT-7 / VAT-7K, takiego jak np. e-Audytor.

Bogdan Zatorski, ekspert podatkowy Sage

Turbulencje na ratunek dolarowi

Dolar próbuje wyrwać się ze spirali wyprzedaży i ma na to znaczne szanse. Po ubiegłotygodniowym fiasku trwałego wyjścia EUR/USD nad 1,25, wczoraj przy okazji tąpnięcia na Wall Street to zdecydowanego zanegowania wzrostowego odbicia eurodolara ponad 1,2350. Po tych dwóch wydarzeniach należy spodziewać się, że scenariuszem bazowym jest test kluczowego wsparcia 1,22 (linia szyi potencjalnego podwójnego szczytu) – przed tą barierą trudno spodziewać się aktywizacji popytu na euro.

Jednocześnie należy odnotować, że S&P500 zdecydowanie zawrócił przy 2750 punktów i sesję kończył 50 punktów niżej (oraz pół procent pod kreską). Z kolei VIX nie zdołał spaść poniżej swojej historycznej średniej i pozostał ponad 20 pkt. W ostatnich dwóch tygodniach indeksy rosły częściej niż spadały, ale inicjatywa nadal leży po stronie sprzedających – jest zdecydowanie za wcześnie by ogłosić koniec rynkowych turbulencji i podwyższonej zmienności. W takim środowisku widzimy przestrzeń do osłabienia złotego. EUR/PLN powinien dryfować do 4,20 a USD/PLN do 3,43. Słabe powinny być też inne waluty EM z rublem na czele. W przestrzeni G-10 pozostajemy negatywnie nastawieni do dolara australijskiego oraz funta szterlinga. Oczekujemy również nowej odsłony zniżek cen ropy naftowej i metali przemysłowych.

Protokół po posiedzeniu Fed ze stycznia nie zawierał nowych jastrzębich wskazówek, co przełożyło się na chwilowe rozczarowanie i osłabienie dolara. Mimo to podniesiona w ostatnim komunikacie FOMC ocena perspektyw amerykańskiej gospodarki sprawia, że marcowa podwyżka jest przesądzona. Taki ruch ze strony Fed jest już zresztą wyceniony przez rynek pieniężny z ponad 85 – proc. prawdopodobieństwem. W rocznym horyzoncie dyskontowany jest wzrost stóp o 75 pb. Dodajmy, że dokument opisywał dyskusję na posiedzeniu, które miało miejsce przed ostatnimi turbulencjami na Wall Street i wysokim odczytem wskaźników inflacyjnych. Fed na początku kadencji Powella zdaje się z większym zaufaniem niż dotychczas patrzeć na dynamikę procesów inflacyjnych i większą uwagę przywiązywać do warunków finansowych w gospodarce. Jeśli takie nastawienie zostanie potwierdzone na marcowym posiedzeniu z konferencją prasową i nowymi projekcjami makro, to będzie to oznaka pozytywnej dla dolara zmiany kursu i retoryki. Dodajmy, że w 2018 prawo głosu uzyskuje m.in. L. Mester i J. Williams, co środek ciężkości przesuwa nieco w kierunku zwolenników bardziej restrykcyjnej polityki.

Wczoraj publikowano protokół posiedzeniu Fed – dziś kolej na Europejski Bank Centralny. Nie oczekujemy, aby miał on przynieść rewelacje, gdyż po zamieszaniu wywołanym zapiskami z grudniowego posiedzenia Rada Prezesów raczej nauczyła się, by kontrolować przekaz. Nie zmienia to faktu, że rynek będzie skupiał uwagę na komentarzach dotyczących siły waluty a zwłaszcza liczby decydentów gotowych w bardzo zdecydowany sposób wygasić skup aktywów i zacząć sposobić się do podwyżki stóp procentowych.

Sporządził
Bartosz Sawicki, Dom Maklerski TMS Brokers