Światowa gospodarka traci na cyberprzestępczości 600 mld USD

Cyberprzestępczość ma coraz większy wpływ na gospodarki całego świata, wynika z raportu firmy McAfee oraz amerykańskiego Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS). Opublikowany właśnie dokument „Economic Impact of Cybercrime – No Slowing Down” podaje, że przestępstwa cybernetyczne kosztują firmy prawie 600 miliardów dolarów, czyli 0,8% globalnego PKB. W 2014 roku straty te szacowano na 445 miliardów USD. Ulubionym celem cyberprzestępców pozostają banki.

Co wpłynęło na tak duży skok kosztów cyberprzestępczości w ciągu ostatnich trzech lat? Twórcy raportu zwracają uwagę przede wszystkim na szybkie wdrażanie nowych technologii przez cyberprzestępców, łatwość podejmowania działań cyberprzestępczych (w tym rosnącą liczbę ośrodków cyberprzestępczości) oraz coraz większe zaawansowanie finansowe najskuteczniejszych cyberprzestępców.

– Świat cyfrowy zmienił niemal każdy aspekt naszego życia, nie inaczej jest w dziedzinie przestępczości. Dziś cyberprzestępstwo jest skuteczniejsze, mniej ryzykowne, zyskowniejsze i łatwiejsze niż kiedykolwiek – mówi Arkadiusz Krawczyk, Country Manager w McAfee Poland. – Wystarczy przywołać przykład ataków ransomware, w których dużą część pracy można zlecić wykwalifikowanym podwykonawcom. Dostawcy ransomware jako usługi w chmurze efektywnie atakują miliony systemów, a same ataki są zautomatyzowane w takim stopniu, że wymagają jedynie minimalnej interwencji człowieka. Cały proceder ułatwiają kryptowaluty, które pozwalają na szybką monetyzację i minimalizują ryzyko aresztowania. 600 miliardów USD strat wskutek cyberprzestępczości pokazuje, że rozwój technologiczny przekształcił w ogromnym stopniu nie tylko każdy sektor gospodarki, ale również działalność kryminalną.

Ulubiony cel – banki. Najniebezpieczniejsze źródło – państwa

Raport McAfee i CSIS informuje, że banki są nadal ulubionym celem przestępców cybernetycznych, zaś państwa stanowią najniebezpieczniejsze źródło cyberprzestępczości. Rosja, Korea Północna i Iran wykazują się największą aktywnością w atakach na instytucje finansowe, a Chiny przodują w szpiegostwie cybernetycznym.

– Nasze badanie potwierdza, że Rosja jest liderem cyberprzestępczości, na co składają się umiejętności rosyjskiej społeczności hakerów oraz lekceważenie zachodnich organów ścigania – komentuje James Lewis, wiceprezes CSIS. – Używająca kradzionych kryptowalut do finansowania reżimu Korea Północna jest na drugim miejscu. Ośrodki cyberprzestępcze wyrastają jak grzyby po deszczu nie tylko w Korei Północnej, ale również w Brazylii, Indiach i Wietnamie.

Raport oszacował poziomy cyberprzestępczości w Ameryce Południowej, Europie i Azji Środkowej, w Azji Wschodniej i regionie Pacyfiku, w Azji Południowej, Ameryce Łacińskiej i regionie Karaibów, Afryce Subsaharyjskiej, a także na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Nie jest zaskoczeniem, że straty generowane przez cyberprzestępczość są większe w bogatszych krajach. Jednak kraje, w których notowane są najwyższe straty (względem całkowitego dochodu narodowego), to kraje średniozamożne, gdzie nie wypracowano jeszcze odpowiednich zabezpieczeń.

Główne ustalenia raportu:

• Nowy raport McAfee i CSIS ujawnia, że kradzież własności intelektualnej odpowiada przynajmniej za 25% kosztów przestępczości cybernetycznej oraz zagraża bezpieczeństwu narodowemu, gdy w grę wchodzą technologie militarne.
• Ransomware (oprogramowanie żądające okupu za odblokowanie komputera) jest najszybciej rozwijającym się narzędziem cyberprzestępczym: istnieje ponad 6 000 kryminalnych platform internetowych, a forma ransomware jako usługi zyskuje na popularności.
• Cyberprzestępstwo jako usługa staje się coraz bardziej zaawansowane: doskonale prosperują rynki oferujące szeroki wachlarz narzędzi i usług, np. zestawy narzędziowe, indywidualnie dostosowane złośliwe programy i wypożyczalnie botnetów.
• Anonimowość zapewniana przez kryptowaluty znacznie utrudnia identyfikację przestępców.
• Zwiększona standaryzacja danych dotyczących zagrożeń i udoskonalona koordynacja wymagań w zakresie cyberbezpieczeństwa mogą podnieść poziom ochrony, szczególnie w tak kluczowych sektorach jak finanse.

Metodologia

Raport nie miał na celu pomiaru wszystkich strat wynikających z przestępczości internetowej, ale koncentrował się na przypadkach uzyskania przez przestępców nieuprawnionego dostępu do komputera lub sieci ofiary. Autorzy raportu wskazali następując kategorie cyberprzestępczości:

• Utrata własności intelektualnej i poufnych informacji biznesowych
• Oszustwa internetowe i przestępstwa finansowe, wynikające często z kradzieży danych osobowych
• Manipulacje finansowe biorące na cel spółki notowane na giełdzie
• Koszty utraconych korzyści, w tym zakłócenia w produkcji lub usługach oraz spadek zaufania do operacji internetowych
• Koszt zabezpieczenia sieci, zakupu ubezpieczenia cybernetycznego i opłat za przywrócenie funkcjonalności po cyberataku
• Uszczerbek na reputacji i ryzyko odpowiedzialności prawnej zaatakowanej firmy i jej marki

Aby precyzyjniej ustalić straty i koszty generowane przez złośliwe praktyki internetowe, autorzy raportu uwzględnili również inne rodzaje przestępstw, dla których istnieją dane szacunkowe, np. piractwo morskie, drobne kradzieże i przestępczość międzynarodowa. Dane dotyczące cyberprzestępczości są niewystarczające ze względu na niski wskaźnik zgłaszania incydentów i niedbałość większości rządów w zakresie gromadzenia takich danych.

Burza w szklance wody – dlaczego RODO z dobrej praktyki konsumenckiej stało się najgorszym koszmarem polskiego przedsiębiorcy?

„Przygotuj się na RODO!”. „Uważaj na kary!”. „Małe biznesy też muszą mieć się na baczności!”. Festiwal paniki związany z kończeniem się okresu przejściowego między przyjęciem a wdrożeniem unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych trwa w najlepsze, a przedsiębiorcy gorączkowo łapią się każdej deski ratunku, licząc na odnalezienie się w natłoku zbyt ogólnych czy sprzecznych informacji. Najbardziej przerażeni wydają się ci najmniejsi rynkowi gracze, których straszy się unijnym rozporządzeniem z równie dużą siłą co międzynarodowe korporacje. Czy rzeczywiście RODO powinno spędzać sen z powiek wszystkim przedsiębiorcom i dlaczego jedna zmiana wywołała aż takie poruszenie?

25 maja 2018 roku to data, która – biorąc pod uwagę liczbę publikacji i internetowych alertów – już na zawsze wryła się w pamięć każdemu właścicielowi biznesu. Im bliżej do wejścia dyrektywy RODO w życie, tym więcej wątpliwości pojawia się w odpowiedzi na pytanie, czy rozporządzenie to aż tak drastycznie wpłynie na politykę prowadzenia polskich biznesów. Mimo że już za 3 miesiące proces przetwarzania danych w każdej firmie będzie podlegał surowym regulacjom, uniwersalnym dla wszystkich krajów Unii Europejskiej, to dla tych, którzy o prawidłową ochronę danych i dobre praktyki w firmie dbali już od dawna, nadchodzące zmiany nie będą ani rewolucją, ani powodem do zmartwień.

Uderz w stół, a oporni się odezwą

Dostosowanie się do regulacji RODO dotyczy każdej firmy, która w toku swojej działalności przetwarza dane osobowe. W praktyce oznacza to tyle, że aby macki nowej dyrektywy sięgnęły naszego przedsiębiorstwa, wystarczy zatrudnić jednego pracownika lub świadczyć usługi na rzecz osób fizycznych. I choć rzeczywiście łatwo pogubić się w gąszczu interpretacji, co jest przetwarzaniem danych, a co już nie, to warto zaufać zdroworozsądkowym definicjom i uznać, że proces ten obejmuje po prostu każdą operację dokonywaną na danych osobowych.

Czy rzeczywiście dzięki RODO zmieni się tak wiele? Nie zapominajmy, że zmiana dotyczy w dużej mierze samego podejścia do tematu ochrony danych osobowych – a to będzie już od maja zdecydowanie bardziej praktyczne. Choć pewnie trudno nam to sobie jeszcze wyobrazić, nowa dyrektywa z czasem powinna przyczynić się do rzetelnego i przede wszystkim bardziej przejrzystego przetwarzania danych, na czym skorzystają absolutnie wszyscy. Masowa histeria związana z RODO przypomina bardziej burzę w szklance wody i uświadamia konsumentom, że polski biznes źle znosi wszelkie zmiany, a już zwłaszcza te, które mają na celu zatroszczenie się o ich bezpieczeństwo. W całej tej dyskusji na temat unijnego rozporządzenia można odnieść wrażenie, że temat RODO stał się niezwykle popularnym obiektem działań marketingowych, a przedsiębiorcy zdają się zapominać o tym, że nadrzędnym celem nie jest uprzykrzenie im życia, a wdrożenie dobrych praktyk z zakresu ochrony wrażliwych danych ich klientów.

– Wprowadzaniem nowych rozwiązań systemowych zajmujemy się na co dzień i doskonale wiemy, że każda zmiana starego schematu rodzi najpierw opór, który znika wraz z pojawieniem się pierwszych pozytywnych skutków transformacji – tak będzie i tym razem, a raz a dobrze wykonana praca nad dostosowaniem się do unijnej dyrektywy z pewnością szybko przyniesie wymierne rezultaty. Prowadząc biznes, liczę się z tym, że w dobie tak dynamicznego rozwoju systemy informatyczne po prostu trzeba reorganizować, a zmianom w prawie stawiać czoła. Co więcej, na RODO trzeba spojrzeć o wiele szerzej niż tylko jak na przykry obowiązek dostosowania polityki bezpieczeństwa do unijnych wymogów. Polski biznes – w dużej mierze za sprawą alarmujących przekazów medialnych – patrzy na tę sprawę zbyt jednokierunkowo, zapominając, że przecież każdy z nas jest również konsumentem. Jako klient cieszę się z planowanych zmian – jak każdy lubię mieć kontrolę nad tym, co się dzieje z moimi danymi, zwiększa to poczucie sprawczości i bezpieczeństwa. Czy fakt, że klienci mojej firmy poczują się równie komfortowo, naprawdę jest powodem do narzekania? – pyta Edyta Wojtas, analityk biznesowy w spółce BrainSHARE IT produkującej oprogramowanie SaldeoSMART.

Biznes, technologia i prawo idą naprzód równym krokiem

Skoro nie takie RODO straszne, jak je malują, to o co chodzi z tym zamieszaniem na jego temat? Jak zawsze rzecz tyczy się konieczności stawienia czoła zmianom, a tych będzie całkiem sporo –zwłaszcza jeśli do tej pory temat ochrony cennych danych osobowych traktowaliśmy po macoszemu. Zmiana języka formułowania zgód na przetwarzanie danych, konieczność otrzymania zgody na profilowanie czy prowadzenia rejestru przetworzonych danych to tylko niektóre spośród szeregu nowych przepisów, które wejdą w życie już za kwartał. Właściciele mniejszych firm rwą włosy z głowy, ponieważ wymaga to od nich dodatkowej biurokratycznej pracy, na którą najczęściej nie mają czasu.

– Sceptyczne podejście do RODO jest pokłosiem wielu lat zaniedbań związanych z bierną postawą przedsiębiorców tak wobec technologii, jak i wykorzystywania danych osobowych czy dokonywania jakichkolwiek istotnych transformacji w strukturach własnych firm w ogóle. Kiedy przestarzałe systemy informatyczne nie radzą sobie od dawna nawet z podstawowymi zmianami w prawie podatkowym, a firma wciąż hołduje uciążliwej papierologii, trudno o entuzjazm czy gotowość na wdrożenie kolejnego nowego rozwiązania, nawet jeśli związane jest z przestrzeganiem dobrych praktyk. Polski biznes już teraz cierpi na permanentny „niedoczas” spowodowany nadrabianiem technologicznych zaległości. Niestety, nie możemy rozwijać technologii i cyfryzować rzeczywistości bez dokonywania zmian w obowiązującym prawie. Każdy, kto interesował się tematem danych osobowych, doskonale wiedział, że zmiany są koniecznie, a przestarzałe ustawy pracują głównie na rzecz tych, którzy wrażliwe dane przetwarzają na ogromną skalę – podkreśla Edyta Wojtas z BrainSHARE IT.

Mimo że o RODO napisano już chyba wszystko, właściciele firm wciąż nie do końca zdają sobie sprawę z tego, po co wprowadzane są tak istotne zmiany. Tymczasem rzeczywistość biznesowa w Polsce wygląda tak, że z jednej strony jesteśmy oporni na jakiekolwiek transformacje, a myśl o przeprowadzeniu audytu danych osobowych powoduje u nas gęsią skórkę, ale z drugiej chętnie narzekamy na niejasny język formułowania marketingowych zgód czy niedociągnięcia związane z bezpieczeństwem danych, których ofiarą już nieraz padliśmy. I choć wiadomo, że wykonanie dodatkowej pracy związanej ze zmianą prawa nigdy nie spotka się z przesadnym entuzjazmem, to warto spojrzeć na sprawę nieco szerzej i uświadomić sobie, że każdy z nas jest na tym świecie przede wszystkim konsumentem. Przedsiębiorco, najwyższy czas wejść w buty swojego klienta!

Polskie firmy pracują nad grą uczącą niewidomych echolokacji. Na podstawie echa dźwiękowego będą oni w stanie rozpoznać otoczenie

Polskie firmy pracują nad grą uczącą niewidomych echolokacji. Na podstawie echa dźwiękowego będą oni w stanie rozpoznać otoczenie 1

Część osób niewidomych i niedowidzących potrafi odwzorować świat na podstawie wydawanych dźwięków i nasłuchiwania przekazującego dane echa. Echolokacja jest możliwa do wykorzystania przez ludzi, podobnie jak są w stanie robić to nietoperze czy delfiny, jednak takiej umiejętności trzeba się nauczyć. Polscy badacze pracują nad stworzeniem gry, która przy wykorzystaniu dźwięków binauralnych umożliwi rozwój zdolności echolokacji u osób z dysfunkcją wzroku. Problem ten dotyczy nawet 1,8 mln Polaków.

– Projekt polega na stworzeniu narzędzi, które umożliwią rozwój zdolności echolokacji, głównie u osób niewidomych i słabo widzących. Echolokacja to odwzorowanie świata na podstawie dźwięku odbitego. Chcemy nagrywać dźwiękami binauralnymi otaczającą przestrzeń po to, żeby później można było to wielokrotnie odsłuchiwać. Mając tę samą powtarzalną sytuację można się nauczyć, jaka informacja jest przekazywana w tych dźwiękach – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Sławomir Strugarek, analityk Transition Technologies.

Echolokacja określana jest jako widzenie słuchem. Po emisji cyklicznych dźwięków, np. klaskania czy uderzania laską o powierzchnię, powstałe w wyniku zetknięcia się fali akustycznej z przeszkodą echa dźwiękowe pozwalają obserwować otoczenie. Na podstawie kierunku czy natężenia powracającego dźwięku można określić odległość i wielkość przeszkody. Echolokacją posługują się np.  nietoperze czy delfiny, ale taką umiejętność posiadają również ludzie, zwłaszcza ci z dysfunkcją wzroku.

Naukowcy z Uniwersytetu Zachodniego Ontario w Kanadzie, którzy zbadali mózgi dwóch niewidomych na co dzień korzystających z echolokacji stwierdzili, że przy interpretacji takich dźwięków aktywuje się płat potyliczny, czyli obszar mózgu odpowiedzialny za skojarzenia wzrokowe. Choć nie każdy niewidomy potrafi w ten sposób rozpoznawać świat, można się tego nauczyć. Firmy Utilitia i Transition Technologies chcą stworzyć grę umożliwiającą poruszanie się po wirtualnie odwzorowanej przestrzeni przy wykorzystaniu dźwięków binauralnych.

– Dźwięki binauralne to dźwięki otoczenia nagrywanego na dwóch mikrofonach, które oddają przestrzeń dźwiękową 360 stopni. Tworzymy aplikację, do której wgrywamy dźwięki i użytkownik siada w fotelu, zakłada słuchawki, odsłuchuje dźwięki, dostaje informacje od instruktora o tym, co na tych dźwiękach się znajduje i może wielokrotnie ten dźwięk odsłuchiwać, tak długo, aż usłyszy to, co potrzeba – mówi Sławomir Strugarek.

Sama gra ma pozwolić na stopniowe nabywanie zdolności echolokacji, a gracz będzie przechodził kolejne etapy, każdy w coraz trudniejszym akustycznie pomieszczeniu. Docelowo, za pomocą echa dźwięków będzie można funkcjonować niemal tak, jak osoby widzące. Ci, którzy opanowali zdolność echolokacji do perfekcji są w stanie jeździć na rowerze, poruszać się po trudnym terenie bez użycia laski.

– Nie każdy zdaje sobie sprawę, że dzięki echolokacji może otrzymać dużo więcej informacji o otaczającym świecie, na które do tej pory nie zwracał uwagi. To będą gry, które będą miały na celu uczyć i podnosić zdolności echolokacyjne rozpoznawania dźwięków na różnych etapach, od najprostszego do najtrudniejszego – podkreśla ekspert.

W Polsce ok. 1,8 mln osób ma dysfunkcję wzroku, przy czym liczbę osób niewidomych lub tych z bardzo poważnymi dysfunkcjami szacuje się na ponad 200 tys, wynika z danych GUS. Na świecie problemy ze wzrokiem ma 1 proc. populacji.

Programy lojalnościowe od teraz na jednej karcie płatniczej. System sam naliczy należne rabaty podczas płatności kartą

Programy lojalnościowe od teraz na jednej karcie płatniczej. System sam naliczy należne rabaty podczas płatności kartą 2

Niemal połowa Polaków korzysta z różnego rodzaju programów lojalnościowych. Chociaż coraz popularniejszą formą są wirtualne karty stałego klienta w smartfonach, to zwykle wciąż należy okazać kartę sprzedawcy, aby skorzystać z rabatu, czy zebrać punkty. Rozwiązaniem może być zintegrowanie programów lojalnościowych na jednej karcie płatniczej. Podczas płacenia za zakupy, system sam uwzględni przysługujące nam promocje.

ZenCard to narzędzie do tworzenia programów lojalnościowych, które działa na terminalach płatniczych w sklepach stacjonarnych, a także w sklepach internetowych. Jeśli sklep, stacja benzynowa, czy inny sprzedawca wdroży rozwiązanie, możliwe będzie dołączenie do programu lojalnościowego bez potrzeby noszenia przy sobie karty stałego klienta. Wystarczy autoryzować przystąpienie do programu, a przy następnych zakupach i płatności kartą dowolnego banku, terminal sam naliczy należne rabaty, lub doliczy punkty.

– Dowolna karta płatnicza w portfelu, może być identyfikatorem lojalnościowym. Technologia polega na tym, że można kartę płatniczą zwirtualizować bezpośrednio na terminalu płatniczym, czyli w momencie rejestracji wpisujemy swój numer telefonu na terminalu płatniczym oraz wyrażamy zgodę na to, żeby taka karta lojalnościowa działała na karcie płatniczej. Trwa to około 10 sekund – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jarosław Sygitowicz, wiceprezes zarządu ZenCard.

System jest instalowany na standardowych terminalach płatniczych i pozwala na wirtualizację kart lojalnościowych, stempelkowych czy kuponów. Twórcy współpracują także z operatorami płatności, m.in. z firmą e-service, aby zapewnić bezpieczeństwo działania na terminalach płatniczych.

Rozwiązanie ZenCard jest dostępne dla wszystkich sklepów, sieci handlowych czy punktów usługowych. Po podpisaniu umowy system jest aktywowany w ciągu 48 godzin w przypadku, gdy sklep dysponuje już odpowiednim terminalem. W sytuacji, gdy urządzenie nie jest kompatybilne z nową technologią, firma wymienia terminal i wraz z uruchomieniem systemu, wszystkie kampanie promocyjne działają automatycznie. 

– Pomagamy ustawić wszystkie kampanie lojalnościowe, które są niezbędne do tego, żeby to funkcjonowało. W momencie kiedy są włączone, wszystko działa automatycznie, czyli nie trzeba żadnego wysiłku ze strony sklepu, kawiarni czy jakiegokolwiek innego punktu, który używa płatności, do tego, żeby korzystać z ZenCard – twierdzi ekspert.

Wirtualny portfel na karty lojalnościowe od pewnego czasu oferuje Android Pay. Przede wszystkim to rozwiązanie pozwala płacić telefonem niczym kartą zbliżeniową, ale z powodzeniem do aplikacji można podpiąć także karty lojalnościowe i korzystać z programów, pokazując w kasie wyświetlony na ekranie smartfona kod do zeskanowania.

Jak wynika z Monitora Programów Lojalnościowych ARC Rynek i Opinia, 47 proc. Polaków korzysta z programów lojalnościowych. Wzrasta również odsetek tych, którzy uczestniczą w co najmniej kilku akcjach organizowanych przez sklepy. Najbardziej znanym programem lojalnościowym jest PAYBACK, w którym uczestnictwo deklaruje 38 proc. korzystających z programów. Popularne są także m.in. Tesco Clubcard i Orlen Vitay.

Według danych Narodowego Banku Polskiego, pod koniec III kwartału 2017 roku na polskim rynku znajdowało się 38,5 mln kart płatniczych. W porównaniu do czerwca ub. roku liczba ta zwiększyła się o 576 tys. sztuk, co oznacza wzrost o 1,5 proc. Systematycznie rośnie udział kart zbliżeniowych, który na koniec III kwartału 2017 r. wyniósł 79,5 proc.

Ekspansja zagraniczna polskich przedsiębiorstw to już nie tylko rynki wschodnie

Dotychczas Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych była rozpoznawana przez klientów i cały rynek jako spółka ubezpieczająca przede wszystkim rynki wschodnie, jak Ukraina, Białoruś czy Rosja. Firma jest jednak bardzo aktywna w kraju, co stanowi dużą część jej działalności. KUKE działa także na innych rynkach eksportowych. Obecnie ubezpiecza transakcje w 108 krajach.

– Jeśli chodzi o trend ekspansji zagranicznej polskich przedsiębiorstw, faktycznie wśród ryzykownych rynków przeważały Białoruś, Ukraina i Rosja – powiedziała serwisowi eNewsroom Katarzyna Kowalska, wiceprezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych – W działalności inwestycyjnej, którą wpiera KUKE, w przypadku kontraktów z okresem spłaty powyżej dwóch lat kraje te stanowiły dotychczas ponad 50 proc. analizowanych transakcji. Pipeline KUKE (plan sprzedaży) na 2018 rok zakłada ich udział tylko na poziomie 12 proc. Oznacza to, że polscy przedsiębiorcy coraz częściej wychodzą na zróżnicowane rynki. Pojawia się więcej pytań o Afrykę. Kolejnym kierunkiem są Indie, dokąd KUKE wspiera wiele misji. W analizach pojawia się też Ameryka Południowa – wskazała Kowalska.

Będzie rosła sprzedaż żywności w internecie. Sklepy w sieci staną się konkurencją dla tradycyjnych

Będzie rosła sprzedaż żywności w internecie. Sklepy w sieci staną się konkurencją dla tradycyjnych 3

Tylko 1 proc. produktów szybkozbywalnych, w tym żywności, konsumenci kupują przez internet. W ciągu najbliższych 2–3 lat wzrost ma być jednak co najmniej dwukrotny. Konsumenci produktów FMCG są przywiązani do sklepów stacjonarnych, bo obawiają się gorszej jakości i dodatkowych opłat – wynika z raportu Nielsena „Shopper omnichannelowy na rynku FMCG”. Zdaniem ekspertów Banku DNB, do 2026 roku globalnie ok. 40 proc. produktów będzie sprzedawanych online. Dla porównania dzisiaj jest to ok. 10 proc., podczas gdy w Polsce – 7 proc., a w krajach skandynawskich – powyżej 10 proc.

– Cały rynek e-commerce szacujemy na 6 proc. Na tym tle e-commerce FMCG to niecały 1 proc. Kiedy spytaliśmy konsumentów, jak często robią zakupy i kiedy rozważają zrobienie zakupów, to 43 proc. odpowiedziało, że zrobili bądź rozważają w najbliższej przyszłości. Natomiast jeśli tę grupę zawęzimy tylko do tych, którzy faktycznie tych zakupów dokonali, to lądujemy z niską, jednocyfrową wielkością – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Szymon Mordasiewicz, dyrektor zarządzający Nielsen Polska.

Rynek e-commerce w Polsce szacuje się na 40 mld zł. Ponad połowa Polaków (54 proc.) deklaruje, że robi zakupy w internecie. Jedynie 1 proc. produktów szybkowzbywalnych kupujemy w internecie.

– Przyczyn tego zjawiska jest bardzo wiele: są to m.in. przyzwyczajenia konsumenckie, bo Polacy lubią robić zakupy i robią to średnio 2–3 razy w tygodniu, poza tym także gęsta sieć sklepów stacjonarnych, a także obawy konsumentów o dodatkowe opłaty związane z dowozem towarów oraz z jego zwrotami – mówi Ewa Białek, dyrektor Biura Handlu i Usług w DNB Bank Polska.

Konsumenci FMCG są przywiązani do zakupów stacjonarnych, a 56 proc. nie rozważa nawet zakupów tych produktów przez internet. Zniechęcają ich dodatkowe opłaty za dowóz (46 proc.), brak możliwości fizycznego obcowania z produktem oraz czas dostawy. Mają obawy związane z jakością produktów i ich ceną.

– Koszyk FMCG online niespecjalnie różni się od koszyka offline’owego. Mniej jest w nim świeżej żywności – to właśnie ta bariera, ale oprócz tego znajdziemy tam kawę, herbatę, makarony, przyprawy, wodę butelkowaną – wymienia Szymon Mordasiewicz.

Internauci, którzy kupują w sieci produkty FMCG, robią to raz w miesiącu lub rzadziej (70 proc.), w przypadku tradycyjnych zakupów – 65 proc. osób robi je przynajmniej raz w tygodniu.

Receptą na sukces dla sklepów online z tej branży może być zniesienie opłat za dowóz, zwrot pieniędzy, a w przypadku produktu niezgodnego z oczekiwaniami – jego wymiana jeszcze tego samego dnia. Do zakupów w sieci mogą też przyciągnąć niższe ceny, specjalne promocje i oferty. Dodatkowo, istotna jest dostawa towaru do domu. Oczekuje tego 78 proc. polskich konsumentów.

– 73 proc. konsumentów uważnie czyta etykiety. Ta informacja także musi się znaleźć w sklepie online’owym. Z kolei 67 proc. konsumentów, jeśli nie widzi zdjęcia produktu, natychmiast przerywa zakupy. Prosta rzecz, ale upewnienie się, że każdy produkt ma swój opis i swoje zdjęcie, znakomicie może zachęcić klientów do włożenia tego produktu do koszyka i dokonanie zakupu – przekonuje dyrektor zarządzający Nielsen Polska.

Ewa Białek z DNB zaznacza z kolei, że sklepy działające online muszą się wykazać elastycznością biznesową. Ta jest niezbędna, bo jak przekonują eksperci, już w ciągu kilku lat e-sprzedaż będzie konkurować z tą stacjonarną.

– W ciągu najbliższych 10 lat trendowi rozwoju e-commerce będzie nadal towarzyszył rozwój sklepów stacjonarnych, które będą wspierały sprzedaż online. Widzimy to również w Polsce. Tradycyjne sklepy inwestują w nowe technologie. W większości z nich można odebrać produkty zakupione online, część tradycyjnych sklepów zmienia się w showroomy – mówi Ewa Białek.

Pod względem sprzedaży online produktów FMCG Polska, podobnie jak Węgry i Hiszpania, znajduje się w pierwszej fazie wzrostu. Do rozwijających się pod tym względem krajów zalicza się Stany Zjednoczone, Singapur czy Szwecję, a w stadium konsolidacji znajduje się np. Korea Południowa, gdzie 18 proc. tego typu produktów sprzedawanych jest online.

Rynek e-commerce to jednak rynek dużo szerszy niż tylko branża FMCG, a w Polsce rozwija się on bardzo dynamicznie. Szacuje się, że wartość tego rynku w ciągu najbliższych kilku lat będzie rosnąć w dwucyfrowym tempie.

M. Grzesiak: Kompetencje miękkie coraz ważniejsze dla pracodawców. W Polsce brakuje edukacji w tym zakresie

M. Grzesiak: Kompetencje miękkie coraz ważniejsze dla pracodawców. W Polsce brakuje edukacji w tym zakresie 4

Osoby niemające kompetencji miękkich gorzej radzą sobie na rynku pracy. Brakuje im przede wszystkim łatwości i swobody podczas publicznych wystąpień oraz zdolności autoprezentacji. Umiejętności te kształtują się już we wczesnym dzieciństwie. W Polsce wciąż brakuje jednak edukacji miękkiej na etapie szkolnym – uważa psycholog biznesu dr Mateusz Grzesiak.

W procesie rekrutacji podstawowym obiektem zainteresowania pracodawców są kompetencje twarde kandydata, a więc mierzalne, konkretne i łatwe do skategoryzowania. To umiejętności wyuczone w szkole i na uczelniach wyższych, np. znajomość języków obcych, wiedza specjalistyczna z danej dziedziny, biegłość w obsłudze komputera lub znajomość zasad programowania. W ostatnich latach na znaczeniu zyskały jednak również kompetencje miękkie, związane z cechami psychofizycznymi, zdolnościami interpersonalnymi oraz inteligencją emocjonalną.

To zestaw kompetencji z zakresu marketingu, sprzedaży, samorealizacji, inteligencji emocjonalnej, inteligencji relacji czy też duchowości, która pomaga osiągać określonego rodzaju cele, zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym – mówi agencji Newseria Biznes dr Mateusz Grzesiak, psycholog biznesu, w wywiadzie udzielonym podczas EdduCamp, imprezy edukacyjnej cyklicznie organizowanej w Warszawie.

Współcześni pracodawcy poszukują zwłaszcza takich kompetencji miękkich, jak umiejętność pracy w zespole, komunikowania się z innymi ludźmi, zdolność organizacji pracy, pozytywne nastawienie, kreatywność oraz chęć stałego rozwoju. Umiejętności te kształtują się już od wczesnych lat dzieciństwa pod wpływem bliskich osób lub wydarzeń życiowych. Duży wpływ na ich nabywanie powinna mieć szkoła.

– Zdecydowanie warto wprowadzić edukację miękką do polskich szkół, bo mamy aż 21 proc. osób z wyższym wykształceniem, w porównaniu do 11 proc. Brytyjczyków czy Niemców, ale za to nie uczymy się kompetencji miękkich. To doprowadza chociażby do tego, że Polak z tytułem magistra jedzie do Anglii, po czym pracuje na stanowisku nieadekwatnym do jego profesji, bo nie ma wiary w siebie albo nie potrafi się sprzedać – mówi dr Mateusz Grzesiak.

Brak kompetencji miękkich radykalnie obniża szanse na rynku pracy już na etapie procesu rekrutacyjnego. Pozbawione ich osoby mogą mieć problem z pozytywnym zaprezentowaniem się potencjalnemu pracodawcy – brakuje im bowiem wiary we własne możliwości, pomysłu na autopromocję lub zdolności do odpowiedniej komunikacji z rekruterem.

Nawet w dorosłym wieku można jednak zadbać o rozwój kompetencji miękkich, choćby poprzez samodzielną pracę nad własnymi umiejętnościami lub uczestnictwo w kursach i szkoleniach z zakresu rozwoju osobistego. Praca nad ich rozwojem zwiększa nie tylko zdolność do wystąpień publicznych, lecz także pomaga lepiej radzić sobie z emocjami.

EQ, czyli inteligencja emocjonalna, jest trzy razy częściej poszukiwana na amerykańskim rynku pracy niż IQ. W Europie mamy podobne liczby ze względu na to, że coraz częściej mamy zawody miękkie, takie jak sprzedawca, menadżer, którego zadaniem jest przecież motywowanie zespołu i w odpowiedni sposób delegowanie obowiązków. To jest bardzo mocno powiązane z umiejętnościami miękkimi – mówi dr Mateusz Grzesiak.

Osoby z szeroko rozwiniętymi kompetencjami miękkimi osiągają zazwyczaj lepsze wyniki w pracy zawodowej, dlatego są poszukiwani przez pracodawców. Lepiej radzą sobie także w życiu codziennym, choćby w relacjach z członkami rodziny, przyjaciółmi i znajomymi. Nie poddają się łatwo sytuacjom stresowym, potrafią stawić czoła problemom, nie ulegają niepotrzebnym emocjom.

– Kiedy zaczniemy od podstaw uczyć dzieci, czym jest inteligencja emocjonalna, co to znaczy kontrolować swoje emocje, w jaki sposób budować relacje z rówieśnikami, co to znaczy być sobą, planować swoje życie, zarządzać emocjami, to wtedy będą się one mogły realizować w sposób zdrowy psychicznie oraz adekwatny pod kątem ekonomicznym – mówi dr Mateusz Grzesiak.

JSW coraz mocniej stawia na węgiel koksowy. Chce zwiększać dostawy do europejskich producentów stali

JSW coraz mocniej stawia na węgiel koksowy. Chce zwiększać dostawy do europejskich producentów stali 5

Jastrzębska Spółka Węglowa zakłada, że globalne ceny węgla koksowego utrzymają się w najbliższym czasie na stabilnym poziomie. Przyczynią się do tego m.in. polityka surowcowa Chin oraz wzrost zapotrzebowania na węgiel w krajach takich jak Indie i Brazylia. Spółka zamierza zwiększyć udział węgla koksowego wykorzystywanego w hutnictwie w swoim miksie produktowym z 73 do 85 proc. Zapotrzebowanie europejskich producentów stali na ten surowiec wciąż będzie rosło, a już dziś znaczna jego część musi być importowana.

 Po kilku latach konsekwentnego i głębokiego spadku cen węgla koksowego światowe hutnictwo i górnictwo są po głębokiej restrukturyzacji. Od 2016 roku widzimy wzrosty cen węgla. Fakt, że najpierw był on bardzo gwałtowny, a w 2017 roku widzieliśmy dwa piki cenowe, które były powodowane głównie zaburzeniami po stronie podaży. Jednak w naszej ocenie restrukturyzacja, która nastąpiła w górnictwie, oraz konsekwentna polityka Chin w zakresie ograniczania mocy produkcyjnych węgla i stali, mają całościowo dobry wpływ na branżę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jolanta Gruszka, zastępca prezesa zarządu do spraw handlu Jastrzębskiej Spółki Węglowej.

Również wzrost zapotrzebowania na węgiel w krajach takich jak Indie i Brazylia, które nie mają własnych źródeł surowca, spowoduje, że ceny utrzymają się na poziomie stabilnym i z pewnością lepszym niż w poprzednich latach.

– Mimo to, prognozując ścieżki cenowe do wieloletniej strategii rozwojowej, podeszliśmy do tego bardzo ostrożnie. Chcemy, żeby strategia była zbudowana na solidnym fundamencie planowanych przychodów – tak żeby spółka mogła uniknąć albo minimalizować sytuacje, w których będzie konieczność wstrzymywania czy zawieszania inwestycji ze względu na nagły spadek przychodów. Widzimy te ceny na poziomie stabilnym i korzystnym dla spółki –podkreśla Jolanta Gruszka.

Strategia największego w Polsce producenta węgla koksowego zakłada, że w najbliższych latach także wydobycie tego surowca utrzyma się na stabilnym poziomie. Celem JSW jest zwiększenie udziału węgla koksowego w miksie produktowym na rzecz węgla do celów energetycznych.

– W tej chwili udział węgla koksowego w naszym miksie produktowym jest w okolicach 73 proc., w perspektywie naszej strategii (do 2030 roku) planujemy wzrost do 85 proc. – mówi Jolanta Gruszka.

JSW jest największym dostawcą węgla koksowego dla przemysłu hutniczego. Według prognoz spółki zapotrzebowanie europejskich hut na ten surowiec będzie rosło. Już dziś importowane jest ponad 30 mln ton węgla koksowego rocznie, a wykorzystanie mocy produkcyjnych hutnictwa waha się pomiędzy 70 a 74 proc. Nadal jest więc potencjał do zwiększania produkcji.

– UE postrzega węgiel koksowy jako surowiec krytyczny dla przemysłu hutniczego w Europie. Stąd nasz rozwój właśnie w tym kierunku. Marginalizujemy w tej chwili produkcję węgla do celów energetycznych, tym bardziej że nasz węgiel do celów energetycznych pochodzi z pokładów węgla koksującego, więc ma takie cechy jakościowe, które ograniczają jego rynek zbytu do energetyki zawodowej – mówi Jolanta Gruszka.

Nawigacje samochodowe kupuje 300 tys. kierowców rocznie. Rośnie popularność wideorejestratorów

Nawigacje samochodowe kupuje 300 tys. kierowców rocznie. Rośnie popularność wideorejestratorów 6

Sprzedaż nawigacji samochodowych od kilku lat notuje tendencję spadkową, głównie ze względu na rosnącą popularność aplikacji na smartfony. Mimo to wciąż sprzedaż tych urządzeń utrzymuje się na poziomie ok. 300 tys. sztuk rocznie. Rosnącym segmentem, o który walczą producenci elektroniki samochodowej, są za to wideorejestratory. Polscy kierowcy coraz chętniej wyposażają się w kamery, mające często szereg dodatkowych funkcji, jak możliwość transmisji na żywo na Facebooku czy monitorowanie ciśnienia w oponach.

 Rynek nawigacji samochodowych – mimo że skurczył się przez ostatnich kilka lat na skutek popularyzacji rozwiązań na telefony – nadal istnieje. W Polsce około 300 tys. osób rocznie kupuje te urządzenia, co nadal stanowi całkiem sporą część naszego biznesu. Od momentu powstania firmy mamy na tym rynku bardzo dobre notowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Manowski, dyrektor generalny MiTAC Europe, która jest właścicielem marki Mio.

Słabnący popyt na urządzenia PND (sektor nawigacji) to stały, wieloletni trend, który postępuje wraz z rosnącą liczbą smartfonów. Zamiast tradycyjnej nawigacji samochodowej kierowcy coraz częściej wybierają dostępną w telefonie wersję online, która na bieżąco informuje o korkach na drodze, fotoradarach czy bieżących remontach, nie wymagając przy tym samodzielnej aktualizacji map. Poza tym większość kierowców ma smartfon cały czas przy sobie, co eliminuje konieczność kupowania i korzystania z dodatkowego urządzenia.

Z drugiej strony klasyczna nawigacja wciąż ma wiele przewag. Działa nawet w skrajnych warunkach pogodowych (np. lepiej znosi pozostawienie na wiele godzin w rozgrzanym na słońcu aucie). Są również nawigacje przeznaczone specjalnie dla samochodów ciężarowych i o dużych gabarytach. Jak podkreślają przedstawiciele Mio, to istotny i rozwijający się segment rynku, w którym rozwiązania na komórki się nie sprawdzają.

Poza tym mapy w urządzeniach nawigacyjnych nie są uzależnione od zasięgu internetu w telefonie. Urządzenie GPS jest też dokładniejsze w ustalaniu pozycji kierowcy na drodze (moduł GPS w smartfonie rzadziej pobiera informacje o sygnale, żeby przedłużyć czas pracy baterii) i wygodniejsze w użytkowaniu, bo dla kierowcy równoczesne korzystanie z nawigacji i prowadzenie rozmowy przez telefon może się skończyć na przykład przegapieniem zjazdu z autostrady.

Mio należy do grona najbardziej liczących się graczy w kategorii nawigacji samochodowych. Wobec dużego nasycenia rynku i rosnącej większej popularności aplikacji nawigacyjnych na smartfony producent skupił się na utrzymaniu stabilnego udziału rynkowego w tym segmencie. Natomiast motorem rynkowego wzrostu marki w ostatnich latach jest inna kategoria urządzeń – wideorejestratory. Coraz więcej kierowców wyposaża swoje samochody w kamery samochodowe, więc producenci elektroniki motoryzacyjnej zacięcie walczą o ten segment.

– Kamery samochodowe cieszą się w Polsce olbrzymią popularnością. Jesteśmy obecnie liderem tego rynku. Dotyczy to nie tylko Polski, lecz także innych krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej, za które odpowiada nasz oddział. Sprzedajemy bardzo dużo wideorejestratorów i mimo że sam rynek w Polsce nie wzrasta, to Mio zwiększa swoje w nim udziały – mówi Mariusz Manowski.

Z danych Mio wynika, że w ostatnim kwartale 2017 roku firma sprzedała o 35 proc. więcej kamer samochodowych niż w analogicznym okresie rok wcześniej. W całym 2017 roku wzrost sięgnął 38 proc. W tej chwili marka może się pochwalić ponad 50-proc. udziałem w rynku wideorejestratorów pod względem wartości sprzedaży oraz 32-proc. wzrostem obrotów od 2013 roku, czyli od momentu rozszerzenia swojego portfolio o pierwsze urządzenia tego typu.

 Mamy obecnie ponad połowę tego rynku wartościowo, przy dużo mniejszym udziale ilościowym. Wynika to z faktu, że konsumenci są skłonni płacić za nasze urządzenia dużo więcej, niż wynosi średnia cena rynkowa, ponieważ jako firma od samego początku koncentrowaliśmy się na jakości i funkcjonalności produktu. Poza tym nasze urządzenia wyróżniają pewne unikatowe funkcje, które trudno znaleźć w produktach konkurencji – wyjaśnia Mariusz Manowski.

Obecnie w portfolio producenta dostępne są urządzenia oferujące nagrywanie obrazu w jakości do 2.5K, płynność nagrań do 60 klatek na sekundę, jasną przysłonę o wartości do F1.8, Wi-Fi czy możliwość transmisji na żywo na Facebooku. Najnowsze urządzenia mają też opcjonalną tylną kamerę, która daje możliwość rejestrowania tego, co dzieje się za pojazdem, a także umożliwiają monitorowanie ciśnienia w oponach.

– Nie ma problemu, aby na rynku kupić dużo tańsze urządzenie, ale potem okazuje się, że jakość nagrania nie nadaje się do wykorzystania w żaden sposób. Użytkownicy doceniają też bardzo niską wadliwość oraz funkcjonalność – precyzyjne czujniki ruchu, czujnik uderzeń, czujnik wstrząsowy. To elementy poszukiwane przez polskiego użytkownika. Mamy też takie unikatowe elementy, jak systemy ostrzegania przed kolizją z drugim autem czy ostrzegania o opuszczeniu właściwego pasa ruchu – wymienia Mariusz Manowski.

Dyrektor generalny MiTAC Europe informuje, że w perspektywie kolejnych 2–3 lat marka zamierza przede wszystkim inwestować w dalszy rozwój urządzeń, wyposażając je w kolejne funkcje. Drugi kierunek rozwoju to dywersyfikacja oferty.

– Będą się pojawiały nowe produkty z kategorii wearables, opaski czy zegarki sportowe, które obecnie wprowadzamy na rynek, oraz urządzenia inteligentnego domu, które służą do automatyzacji życia w miejscu zamieszkania – zdradza Mariusz Manowski.

Dyrektor generalny MiTAC Europe dodaje, że w planach jest też wprowadzenie do sprzedaży większej liczby rozwiązań biznesowych b2b. Tego typu produkty znajdują zastosowanie w szeregu branż, np. medycznej, logistycznej czy handlu detalicznym.

– Ten segment ma potencjał wzrostu i zamierzamy w niego inwestować – zapowiada Mariusz Manowski.

Leki biopodobne mogą zrewolucjonizować służbę zdrowia. Mogą przynieść setki milionów złotych oszczędności w budżecie

Leki biopodobne mogą zrewolucjonizować służbę zdrowia. Mogą przynieść setki milionów złotych oszczędności w budżecie 7

W Polsce dostęp do leczenia biologicznego – jednej na najnowocześniejszych obecnie terapii – ma niewielu pacjentów. Takie leki są opracowywane latami i bardzo kosztowne, przez co rzadko trafiają na listy refundacyjne. Opracowywane na ich podstawie leki biopodobne są o 25 proc. tańsze i nie wpływają negatywnie na efektywność terapii. Mogą za to przynieść ogromne oszczędności w budżecie przeznaczonym na ochronę zdrowia. Potrzeba inwestycji w innowacje i zbyt niskie wydatki na opiekę zdrowotną powodują, że branża medyczna i farmaceutyczna stają przed nowymi wyzwaniami. Firma Pfizer na polskim od 60 lat stawia zarówno na rozwój innowacji, jak i transfer technologii.

– Leki biologiczne, które istnieją na rynku od 20 lat, są niekwestionowanym dowodem na postęp w medycynie. Zrewolucjonizowały leczenie w wielu obszarach terapeutycznych, m.in. w onkologii i w przewlekłych chorobach zapalnych o podłożu autoimmunologicznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Hryniewiecka-Firlej, prezes zarządu Pfizer Polska.

Leczenie biologiczne to obecnie jedna z najnowocześniejszych na świecie metod farmakoterapii. Jej zadaniem jest zahamowanie procesu zapalnego toczącego się w organizmie albo stymulowanie i odbudowa naturalnych zdolności systemu odpornościowego człowieka. Leki biologiczne powstają z wykorzystaniem technik inżynierii genetycznej, stosuje się je m.in. w leczeniu nowotworów, reumatologii, stwardnieniu rozsianym, w chorobie Leśniowskiego-Crohna i innych schorzeniach o podłożu autoimmunologicznym. Dla wielu pacjentów są ostatnią szansą na zahamowanie rozwoju choroby.

Badania nad lekami biologicznymi, testy i proces wprowadzenia na rynek trwają latami i są bardzo kosztowne, stąd ich wysoka cena. Leki biologiczne są też objęte ścisłą ochroną patentową. Dopiero po jej wygaśnięciu mogą je wytwarzać również inni producenci, wtedy są to tak zwane leki biopodobne.

– Obszar leków biologicznych i biopodobnych stanowi ogromną część naszego portfolio. Wprowadziliśmy 20 lat temu leki biologiczne o bardzo skomplikowanej merytoryce i procesie produkcji, teraz świadomie wprowadzamy do obrotu ich kopie, zwane lekami biopodobnymi. Ze względu na stopień skomplikowania nie są to leki generyczne, natomiast dają większe możliwości płatnikowi – mówi Dorota Hryniewiecka-Firlej.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu „Pulsu Medycyny” Leki biologiczne w praktyce klinicznej – w Polsce dostęp do leczenia biologicznego jest trudniejszy niż w innych krajach Unii Europejskiej ze względu na ograniczone środki finansowe, jakimi dysponuje NFZ. Roczny koszt takiej terapii waha się od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych.

Szansą dla pacjentów są tańsze, opracowywane na ich bazie leki biopodobne. Autorzy raportu podkreślają, że zmiana referencyjnego leku biologicznego na biopodobny nie wpływa na efektywność terapii, za to pozwala ograniczyć wydatki i objąć leczeniem więcej pacjentów albo przeznaczyć je na inny obszar terapeutyczny. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, aby lek biopodobny trafił na listę refundacyjną, producent musi obniżyć jego cenę co najmniej o 25 proc. (w stosunku do ceny refundowanego już leku referencyjnego). Wynikające z tego oszczędności w latach 2016–2020 mogłyby sięgnąć nawet 200 mln euro – wynika z raportu „Potencjał leków biopodobnych dla systemów ochrony zdrowia” QuintilesIMS Institute.

– Proponując Ministerstwu Zdrowia i publicznemu płatnikowi różne możliwości leczenia pacjentów – zarówno lekami oryginalnymi, jak i lekami biopodobnymi – zdajemy sobie sprawę, że wynikające z tego oszczędności finansowe mogą być wykorzystane w innych obszarach priorytetowych dla zdrowia publicznego – mówi Dorota Hryniewiecka-Firlej.

Prezes zarządu Pfizer Polska ocenia, że największe problemy, z którymi zmaga się w tej chwili branża medyczna, to starzejące się społeczeństwo (według prognoz GUS do 2030 roku liczba seniorów urośnie do 10 mln, a osoby starsze będą stanowić blisko jedną trzecią ludności kraju) oraz niedofinansowanie publicznej służby zdrowia. Z danych Komisji Europejskiej i OECD wynika, że Polska znacząco odbiega od państw rozwiniętych pod względem nakładów na służbę zdrowia. Na jednego pacjenta przypada szacunkowo 1,259 tys. euro rocznie. Wśród krajów UE mniej na ten cel wydają jedynie Chorwacja, Bułgaria, Łotwa i Rumunia. Dla porównania Luksemburg wydaje średnio ok. 6,023 tys. euro na pacjenta rocznie.

– Ze względu na ograniczenia budżetowe wiemy, że nie każda innowacyjna terapia może być od razu dostępna dla polskich pacjentów. Naszym zadaniem jest użyć wszelkich sił i środków dostępnych w ramach prawa refundacyjnego, aby te najnowocześniejsze terapie były dostępne na równi i równie szybko, jak w innych częściach świata i Europy – podkreśla Dorota Hryniewiecka-Firlej.

Firma farmaceutyczna Pfizer jest obecna na polskim rynku od ponad 60 lat. Obecnie zatrudnia ponad 450 pracowników, a w jej portfolio znajduje się przeszło 120 leków z różnych obszarów terapeutycznych.

– Jesteśmy obecni w najważniejszych, najbardziej znaczących dla zdrowia publicznego obszarach terapeutycznych, czyli z lekami innowacyjnymi i ze spersonalizowaną terapią w onkologii, jesteśmy w obszarze chorób przewlekłych zapalnych o podłożu autoimmunologicznym, w obszarze chorób rzadkich, antybiotykoterapii i wielu innych. Dbamy też o profilaktykę polskich pacjentów, mając fantastyczne portfolio szczepionkowe – mówi prezes zarządu firmy Pfizer Polska.

Jak podkreśla, szeroko rozumiana kardiologia jest jednym z priorytetów firmy, bo od kilku dekad to właśnie choroby serca stanowią jedno z największych zagrożeń. Z ubiegłorocznego raportu Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego („Sytuacja zdrowotna ludności Polski i jej uwarunkowania”) wynika, że choroby serca są najczęstszą przyczyną zgonów wśród Polaków – co roku z ich powodu umiera ok. 170 tys. osób (46 proc. wszystkich zgonów).

– Misja firmy Pfizer była, jest i będzie zawsze taka sama: będziemy chcieli dostarczać polskim pacjentom najbardziej skuteczne i bezpieczne terapie wokół terapii innowacyjnych, bo sukces firmy – nie tylko w Polsce – mierzony jest krokami milowymi wielkich brandów, leków, które w poszczególnych obszarach terapeutycznych powodowały, że były to terapie przełomowe – podkreśla Dorota Hryniewiecka-Firlej.

Jak wydać majątek na taniego pracownika z zagranicy

Czy opłaca się zatrudnić pracownika z zagranicy? Tak. Opłaca się nawet znaleźć mu zakwaterowanie. Czy opłaca się skorzystać z agencji pomagających pozyskać pracownika z zagranicy? Zastanówmy się… Na pewno zyskuje się na czasie. Pracodawca zleca, zapomina o temacie, załatwia swoje sprawy, a mechanizm rekrutacji toczy się gdzieś daleko za granicą i w biurze specjalistów. Po kilku miesiącach (tyle zazwyczaj trwa procedura wyrobienia odpowiednich pozwoleń oraz wizy) otrzymuje potencjalnego pracownika, gotowego do pracy. Mówi się, że czas to pieniądz, ale czy w tym przypadku jest to adekwatna zależność?

Zrobiliśmy mały research, dzwoniąc do wyspecjalizowanych agencji, i sprawdziliśmy, jak w praktyce wygląda pozyskiwanie pracowników z Azji – bo tyle o nich słyszeliśmy dobrego. Przedstawione spektrum działań oraz cennik wybranych przez nas firm prezentowały barwny wachlarz możliwości. Nie trafiły się dwie takie same oferty, a zakres cenowy wahał się od trzech do czterech zer.

Jedna z agencji oferowała pomoc w najbardziej podstawowym wymiarze – wypełnienie odpowiednich dokumentów, które należy złożyć w urzędzie pracy oraz w urzędzie wojewódzkim. Za dodatkową opłatą mogą to zrobić za nas. Notabene w podstawowym pakiecie to my udajemy się do tych urzędów. Cena wynosiła 1200 zł za jednego pracownika, przy czym można ją było negocjować, jeśli zadeklarowalibyśmy zatrudnienie ponad dziesięciu osób. Skąd pracownik? To już leży w naszej gestii. Podsumowując – płacimy za wpisanie w formularz danych, które pochodzą od nas.

Inna agencja ugryzła temat z drugiej strony, niejako uzupełniając ofertę pierwszej firmy. Zajmowała się jedynie pozyskiwaniem pracowników za granicą, pośrednicząc między nami a zagranicznymi agencjami rekrutacyjnymi. Nie pomagała jednak w legalizacji pobytu obcokrajowca w Polsce. Ceny wahały się od 300 zł za pracownika fizycznego do 1000 zł za wykwalifikowanego. Tutaj również istniała możliwość rabatu – tym razem od pięćdziesięciu pracowników wzwyż.

Kompleksowa usługa? Oczywiście, za 1400 zł zostanie ściągnięty z zagranicy odpowiedni pracownik, zostaną także złożone wszystkie wymagane papierki. Zniżka? Tak, przy większej ilości pracowników.

Aby ułatwić swojemu klientowi kwestie związane z zatrudnianiem obcokrajowca, powstała usługa leasingu pracowniczego, zwana również użyczeniem. Przy korzystaniu z takiej opcji pracodawca otrzymuje pracownika i fakturę za jego usługi. Pracownik zatrudniony jest wtedy w agencji, a nie u nas. Rozlicza się takiego obcokrajowca na podstawie przepracowanych przez niego godzin. Stawka waha się między 19 a 22 zł za godzinę i zawiera pensję pracownika oraz koszty związane ze składkami ubezpieczeniowymi, podatkiem itp.

Istnieją również firmy oferujące szkolenia w zakresie pozyskiwania pracowników z zagranicy. Trwają one zazwyczaj 6-8 godzin i kosztują od 300 do 600 zł. Niewiedza kosztuje, a formalności w urzędach wcale nie są tak skomplikowane, jak przedstawiają to firmy zajmujące się rekrutowaniem pracowników z zagranicy.

„Tani pracownik, sprowadzany przez firmę specjalizującą się w pozyskiwaniu obcokrajowców, obarczony jest dodatkowymi opłatami za usługi agencji oraz jej marżą wynikającą ze współpracy z zagranicznymi biurami pośrednictwa pracy, przez co jego koszt jest porównywalny do opłat przeznaczanych na zatrudnienie Polaka albo nawet je przewyższa” podsumowuje Miłosz Myszka, redaktor naczelny raportu „Rockwell View: Pozyskiwanie Zagranicznego Pracownika 2018”. Pomimo iż jest to wydatek jednorazowy, zatrudnienie pięćdziesięciu Azjatów z pomocą agencji to suma wielkości, bagatela, 70 tys. złotych. Tania siła robocza?

Amortyzacja dziedziczonego majątku – propozycje legislacyjne

Ostatnia nowelizacja ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych wprowadziła niemałe zamieszanie – pojawiły się wątpliwości, czy istnieje możliwość zaliczania do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych od składników majątkowych przedsiębiorstwa nabytych w drodze spadku lub darowizny w gronie najbliższej rodziny.

Choć zmiany zaczęły obowiązywać 1 stycznia 2018 r., to jeszcze przed ich wejściem w życie Ministerstwo Finansów przyznało, że nowe regulacje mogą wywołać niepożądane skutki dla firm rodzinnych i uzasadnione jest przywrócenie poprzedniego stanu prawnego. Tym samym fiskus jednoznacznie zadeklarował, iż ponownie odtworzy korzystne dla przedsiębiorców i obdarowanych brzmienie przepisów. Czy rzeczywiście tak się stanie? Na tym etapie komunikaty publikowane przez MF bardziej przypominają wróżenie z fusów niż konstruktywne prace nad przywróceniem status quo w kwestii sukcesji majątku w firmie.

Zakres zmian

Do końca 2017 r. – zgodnie z art. 23 ust. 45a lit. a) ustawy PIT – podatnik nie miał możliwości uznania za koszt uzyskania przychodu odpisów amortyzacyjnych od wartości początkowej środków trwałych („ŚT”) oraz wartości niematerialnych i prawnych („WNiP”) nabytych nieodpłatnie, jeżeli:

  • nabycie to nie stanowiło przychodu z tytułu nieodpłatnego otrzymania rzeczy lub praw, lub
  • dochód z tego tytułu był zwolniony z PIT, lub
  • nabycie to stanowiło dochód, od którego zaniechano poboru podatku.

Ustawa przewidywała także bardzo istotny z punktu widzenia sukcesji majątku wyjątek, zgodnie z którym powyższych wyłączeń nie stosowało się do ŚT i WNiP nabytych w drodze spadku lub darowizny.

Jednakże fiskus doszedł do wniosku, że obowiązujące odstępstwo jest nadużywane przez podatników do przeszacowywania podatkowej wartości składników majątku poprzez przekazywanie ich członkom najbliższej rodziny, która co do zasady korzysta ze zwolnienia w podatku od spadków i darowizn. Wobec tego, na skutek zmian wprowadzonych nowelizacją ustaw o podatkach dochodowych, rozszerzono katalog przesłanek skutkujących wyłączeniem zaliczenia do kosztów składników aktywów firmy nabytych w drodze spadku lub darowizny o sytuację, gdy takie nabycie korzysta ze zwolnienia od podatków od spadków i darowizn. Tak restrykcyjne zmiany ustawy PIT spowodowały, że rodzinne firmy zostały pozbawione możliwości dogodnych przekształceń pokoleniowych, a ich zobowiązania z tytułu podatku dochodowego realnie wzrosły.

Legislacyjny galimatias

Najobszerniejsza od wielu lat reforma podatków dochodowych w Polsce wyraźnie ukazała zaniechania i brak konsekwencji ustawodawcy w tworzeniu norm prawa. Tempo prowadzenia prac legislacyjnych nad nowelizacją doprowadziło w wielu przypadkach do przyjęcia przepisów nieprecyzyjnych i burzących dotychczasowy ład i porządek prawny. Powyższy problem dostrzegło także – ku zdumieniu środowiska doradców podatkowych – samo Ministerstwo Finansów, które w komunikacie z dnia 7 listopada 2017 r., czyli 7 dni po uchwaleniu przez Sejm nowych przepisów, przyznało, że sukcesja majątku powinna odbywać się na dotychczasowych zasadach i w niedługim czasie zaproponowane zostanie rozwiązanie, które umożliwi kontynuację amortyzacji dziedziczonego majątku. Stanowisko fiskusa, choć zbieżne z postulatami zgłaszanymi przez środowiska firm rodzinnych, może budzić uzasadnione obawy, jeżeli chodzi o przestrzeganie konstytucyjnej zasady pewności prawa.

Gra na czas

Nowym pomysłem urzędników było przywrócenie dotychczasowych zasad amortyzacji ze skutkiem od 1 stycznia 2018 r. w drodze ustawy o zarządzie sukcesyjnym, nad którą pracuje Ministerstwo Rozwoju. Mimo że fiskus dostrzegł konieczność powrotu do poprzednio obowiązujących przepisów, to sama forma procedowania i informowania podatników o zamierzonych działaniach nie służy budowie przyjaznego i bezpiecznego otoczenia prawnego dla rodzinnych firm. Co więcej, fiskus nie określił żadnej cezury, z którą należałoby się spodziewać zmian w kwestii dziedziczenia majątku na gruncie ustawy PIT, a projekt ustawy o zarządzie sukcesyjnym w dalszym ciągu jest procedowany w Kancelarii Premiera i nie wiadomo, kiedy i w jakim kształcie zostanie przesłany do Sejmu. Tym samym urzędnicy MF przedstawili iluzoryczną wizję uporządkowania przepisów, nie dając podatnikom gwarancji jej realizacji oraz jakiejkolwiek ochrony prawnej. A zatem, pomimo rozsądnej autorefleksji fiskusa, w obowiązującym od 1 stycznia 2018 r. porządku prawnym nadal nie jest możliwe zaliczenie do kosztów podatkowych odpisów amortyzacyjnych z tytułu nabytych w drodze spadku lub darowizny składników majątku firmy, a ograniczenia w tym zakresie oznaczają realny wzrost podstawy opodatkowania przedsiębiorstw.

Planowanie sukcesji – bezpieczna ochrona majątku

W obliczu zaostrzenia omawianych regulacji warto przyjrzeć się innym wypróbowanym sposobom umożliwiającym transfer dóbr materialnych, których celem jest bezpieczna sukcesja majątku. Planowanie sukcesji powinno się bowiem opierać na indywidualnej i pogłębionej analizie potrzeb konkretnego przedsiębiorcy, dla osiągnięcia wcześniej zidentyfikowanych celów oraz przy zachowaniu warunku osiągnięcia korzyści dla firmy i członków rodziny.

Autor: radca prawny Robert Nogacki – Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

W 500 plus tkwi pułapka 500 plus

Konstrukcja programu 500 plus nie promuje zatrudnienia, a ostatnie dane GUS sugerują nawet, że może ona sprzyjać wzrostowi bierności zawodowej. Prawdopodobnie ok. 2,5 miliona rodziców zastanawia się obecnie, czy warto podjąć zatrudnienie, dłużej pracować, albo poprawiać swoje kwalifikacje, ryzykując przy tym utratę świadczenia rodzinnego – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Ponad 30 proc. dorosłych Polaków w rodzinach, gdzie pobierane jest świadczenie 500 plus na pierwsze i jedyne dziecko, nie ma zatrudnienia, ani go nie szuka – pokazały opublikowane trzy tygodnie temu dane Głównego Urzędu Statystycznego.

Z tego samego opracowania wynika, że aktywność zawodowa młodych kobiet (25-34 lata) jest najniższa od przynajmniej 19 lat. Powiązanie obu informacji daje sygnał, że 500 plus może wspierać bierność zawodową. Z jednej strony to są zaskakujące doniesienia, ale z drugiej, patrząc na bilans korzyści i strat, dla wielu osób nadgodziny, awans, dokształcanie się czy nawet znalezienie pracy stają się nieopłacalne.

2,5 miliona osób ma problem

Kombinacja świadczeń społecznych i obciążeń podatkowych powinna być skonstruowana w taki sposób, by praca się opłacała. Prawdopodobnie nie uda się zbudować idealnego rozwiązania, ale gdy mamy do czynienia z systemowym wypchaniem znacznej części społeczeństwa do obszaru bierności, wtedy pojawia się problem dezaktywizacji zawodowej.

Według danych Ministerstwa Rodzin, Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS) liczba rodzin uprawnionych do świadczenia 500 plus na pierwsze dziecko to 1,56 mln. Zdecydowana większość z nich to gospodarstwa domowe z jednym dzieckiem (726 tys.) oraz z dwójką dzieci (611 tys.) Oznacza to, że w tych rodzinach dochód na osobę nie przekracza 800 zł netto.

Odebranie świadczeń najgorzej sytuowanym rodzinom nie ma sensu, ponieważ to właśnie one tak naprawdę najbardziej potrzebują tych środków. Z drugiej jednak strony ponad 1,5 mln gospodarstw domowych (czyli ok 2,5 mln dorosłych) zastanawia się obecnie, czy warto, by współmałżonek poszedł do pracy, czy opłaca starać się o awans, podwyżkę lub poprawę swoich kwalifikacji. W wielu przypadkach odpowiedź może być negatywna, a co gorsze będzie to miało logiczne, finansowe uzasadnienie.

Idziesz do pracy, a pieniędzy nie przybywa

Bazy danych Komisji Europejskiej (Tax and benefits indicators) dają możliwość dość łatwego analizowania zmian dochodów netto rodziny w zależności od liczby jej członków, wynagrodzenia oraz otrzymywanych świadczeń społecznych.

Z symulacji dla polskich rodzin wynika (dane za 2016 r.), że dodatkowy dochód uzyskany z pójścia do pracy przez drugiego rodzica jest procentowo najniższy we Wspólnocie. Dla czteroosobowego gospodarstwa domowego, gdzie zarobki osoby zatrudnionej wynoszą dwie trzecie średniej krajowej, podjęcie pracy przez współmałżonka również za dwie trzecie przeciętnej pensji oznacza marginalny wzrost dochodów netto.

Osobie podejmującej pracę w omawianym gospodarstwie domowym z otrzymanej pensji brutto zostanie ok. 22 proc. netto (mniej więcej 600 zł) ze względu na fakt utraty 500 plus na pierwsze dziecko i innych świadczeń pomocy społecznej, konieczności zapłacenia podatku oraz składek na ZUS (średnio w Unii zostaje ok. – 60 proc., a np na Węgrzech – 70 proc.). Wyliczenia te nie obejmują oczywiście kosztów dojazdu do pracy, wydatków związanych z zatrudnieniem (np. odzieży, posiłków poza domem) czy też opłat ponoszonych w związku z dłuższym przebywaniem dzieci w przedszkolu. Pójście do pracy staje się więc finansowym nonsensem.

Koszty ze wszystkich stron

Rozwiązanie bieżącego problemu nie będzie łatwe. Rezygnacja z kryterium dochodowego na pierwsze dziecko lub jego drastyczne podniesienie oznacza wzrost kosztów programu nawet o kilkanaście miliardów złotych rocznie.

Z kolei utrzymanie bieżących zasad zniechęcających do podjęcia zatrudnienia przez znaczną część społeczeństwa spowoduje prawdopodobnie nasilenie zjawiska bierności zawodowej, i to wtedy, gdy popyt na pracę w Polsce jest największy od przynajmniej 25 lat. Finalnie wpłynie to także negatywnie na całą gospodarkę łącznie z najmniej zamożnymi beneficjentami tego programu, którzy ze względu na długą przerwę w karierze zawodowej będą mieli trudności w znalezieniu pracy, gdy ich dzieci dorosną.

Również świadczenia emerytalne biernych zawodowo będą wyjątkowo niskie oraz w coraz większej części dotowane z budżetu państwa, czyli ze składek pracujących podatników.

Wyspy na pierwszym planie

Środowe wystąpienie reprezentantów Banku Anglii w brytyjskim parlamencie należało do dość optymistycznych, aczkolwiek niezbyt porywających. W centrum uwagi inwestorów znalazł się przede wszystkim Mark Carney, gubernator BOE, który pomimo nacisków nie podzielił się swoimi przewidywaniami odnośnie ścieżki stóp procentowych w nadchodzących kwartałach. W dość enigmatycznej wypowiedzi Carney’a można było doszukiwać się jastrzębich wzmianek częściowo wskazujących na szybsze tempo zacieśniania z racji na perspektywę dość szybkiego wygenerowania przez gospodarkę dodatniej luki popytowej.

Inwestorzy wyraźnie lekceważyli potencjalne wzmianki Silvany Tenreyro oraz Bena Broadbenta, którzy w trakcie dzisiejszego wystąpienia pełnili drugoplanowe role. Inwestorzy zdecydowali się na lekką reakcję po słowach Andy’ego Haldane’a, głównego ekonomisty BOE, obserwującego powolne narastanie presji kosztowej na Wyspach oraz zdecydowanie wyższych szans na silniejsze odbicie globalnej gospodarki. Na koniec dnia funt szterling (-0,4 proc.) uznaje dominację amerykańskiej waluty w koszyku G10, osuwając tym samym kurs GBP/USD w okolicę 1,3950. Należy mieć na szczególnej uwadze, że najświeższe dane z brytyjskiego rynku pracy nie należały do zbyt optymistycznych – roczna dynamika wynagrodzeń pozostała „płasko” na poziomie 2,5 proc., a stopa bezrobocia wzrosła pierwszy raz od sierpnia 2016 roku do poziomu 4,4 proc.

Zestawienie głównych walut zamyka jednak dolar australijski, który na przestrzeni dnia traci 0,7 proc. częściowo za sprawą niezbyt optymistycznych danych z sektora budowlanego. Zgodnie z nimi kwartalna dynamika ukończonych budów uplasowała się na poziomie -19,4 proc. wobec 10,0 proc. spodziewanych przez rynek. Strefa euro ma również za sobą napływ dość mieszanych wskazań, aczkolwiek opublikowane indeksy PMI (przemysł: 58,5 pkt; usługi: 56,7 pkt) w dalszej mierze pozostają na satysfakcjonujących poziomach. Po publikacji nie widzimy dodatkowych przesłanek ku temu, aby zrewidować nasze wstępne szacunki rocznego tempa wzrostu dla strefy poniżej 2,7 proc. Na koniec dnia EUR/USD stabilizuje się w paśmie 1,2310/20. Obecnie jedyną walutą stającą w konkury z siłą dolara pozostaje szwedzka korona, która dzielnie utrzymuje poziomy z wczorajszego zamknięcia.

Niekwestionowaną gwiazdą w koszyku walut Emerging Markets jest południowoafrykański rand (0,8 proc.) za sprawą podwyżki przez lokalne władze stawki podatku VAT do poziomu 15,0 proc. Powyższy zabieg jest pierwszym tego typu od końca polityki apartheidu w RPA. Najnowsze szacunki wpływów do budżetu po podwyższeniu podatków od towarów i usług pozwoliły na rewizję prognoz deficytu budżetowego na lata 2018-2019, który zgodnie z deklaracjami powinien uplasować się na poziomie 3,6 proc. Skalę swojej wczorajszej deprecjacji usilnie próbowała wymazać turecka lira (0,3 proc.). Niezbyt udaną sesję mają za sobą waluty regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Najsilniejszy ruch w stronę południa odnotował jednak polski złoty (-0,8 proc.), który wypchnął kurs USD/PLN w okolicę 3,3880, EUR/PLN do 4,1730, CHF/PLN do 3,6130, a GBP/PLN do 4,7280.

Za oceanem uwagę próbowały zwrócić indeksy PMI dla amerykańskiego sektora przemysłowego i usługowego. Zgodnie ze wstępnymi wskazaniami uplasowały się one na poziomie 55,9 pkt, co po części można traktować jako dobry prognostyk przed zbliżającymi się publikacjami indeksów ISM. Swoje przedłużone pięć minut mieli lokalni bankierzy centralni. Cykl wystąpień zapoczątkował Patrick Harker, przedstawiciel z filadelfijskiego oddziału Fed, który optuje za dwiema podwyżkami stóp procentowych w 2018 roku. Na dawkę optymizmu pokusił się Neel Kashkari z Minneapolis Fed oczekujący osiągnięcia celu inflacyjnego dzięki reformie podatkowej administracji Donalda Trumpa. Łyżką dziegciu okazały się być obawy o presję płacową, która może być „nie tak silna, jak się wydaje”. Co więcej, Kashkari stwierdza, że Fed nie prowadzi polityki mającej na celu stabilizowanie dolara względem jego pozostałych odpowiedników. Wystąpienia poprzedników wystąpił Robert Kaplan, przedstawiciel Fed z Dallas, który w swoim eseju zaznaczył, że pierwsze implikacje związane z obniżeniem obciążeń podatkowych będą odczuwalne jeszcze w 2018 roku. Zgodnie z jego prognozami tegoroczny wzrost gospodarczy powinien wynieść 2,5-2,75 proc., stopa bezrobocia powinna zejść do 3,6 proc., a inflacja sukcesywnie zmierzać w okolicę założonego celu.

Koniec sesji na europejskich parkietach stał pod znakiem wyraźnego podziału sentymentu. Względnie pokaźną zwyżką może pochwalić się indeks FTSE 100 (0,5 proc.), na czele którego znalazły się spółki z sektora wydobywczego. Do potężnych wzrostów Glencore (5,2 proc.) dodatkowo przyczyniło się „zielone światło” w sprawie zamiaru wrogiego przejęcia amerykańskiej spółki handlującej zbożami Bunge Ltd. Skalę obserwowanych wzrostów skutecznie ograniczały walory Shire (-2,6 proc.) za sprawą ograniczenia ekspozycji przez Rydex Biotechnology. W przypadku frankfurckiego indeksu DAX (-0,1 proc.) należy mówić o zakończeniu notowań dość blisko poziomów z wczorajszego zamknięcia. Na zamieszaniu związanym z BREXIT-em usilnie próbuje zarobić Deutsche Börse (2,8 proc.), które skutecznie odskoczyło takim spółkom jak Linde (1,8 proc.) czy Lufthansa (1,5 proc.). Na fali realizacji zysków znalazło się RWE (-2,2 proc.). Skalę odnotowanej przeceny częściowo ograniczała nota analityczna Commerzbanku (1,3 proc.), gdzie zdecydowano się na wystawienie rekomendacji kupna z ceną docelową na poziomie 19,40 EUR (obecnie: 16,10 EUR).

Nieco silniejszy ruch w stronę południa obserwowano w Warszawie, gdzie WIG 20 zakończył środową sesję z 0,3 proc. stratą. Na dnie znalazły się walory Orange Polska (-6,4 proc.) po wczorajszej publikacji niezbyt korzystnych wyników. Przypominamy, że EBITDA za IV kwartał wyniosła zaledwie 471 mln PLN (konsensus: 660,6 mln PLN) przy stracie rzędu 198 mln PLN (konsensus: 208,1 mln PLN). W trakcie dzisiejszych notowań dość silnie ciążyły również Lotos (-4,5 proc.) oraz PGE (-4,3 proc.), co należy wiązać z wczorajszą wypowiedzią ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego. Co ważne, Tchórzewski nie uważa, aby połączenie Lotosu z Orlenem (0,2 proc.) należałoby traktować jako zły pomysł. Na szczycie ponownie znalazły się walory Asseco Poland (2,5 proc.), które we wtorek było niesione optymistycznymi wynikami opublikowanymi przez Asseco South Easter Europe (0,8 proc.).

Na rynku surowców energetycznych obserwuje się podział nastrojów. Ponownie w centrum uwagi znajdują się marcowe kontrakty na gaz ziemny, które na przestrzeni dnia zdołały zyskać aż 1,7 proc. W lekkim odwrocie znajduje się ropa naftowa – obecnie za baryłkę West Texas Intermediate należy zapłacić 61,60 USD, tj. 0,3 proc. mniej względem wczorajszego zamknięcia. Podobną tendencję obserwuje się na rynku metali szlachetnych. Odczuwalnej zniżce platyny (-0,5 proc.) oraz palladu (-0,8 proc.) przeciwstawia się srebro (1,3 proc.) dobijające do 16,66 USD za uncję. W przypadku złota (0,0 proc.) należy mówić o próbie zachowania status quo przy 1 330 USD.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Innovation Day – Bank Zachodni WBK zaprasza startupy do współpracy

Bank Zachodni WBK, we współpracy z funduszem Santander InnoVentures, spotka się z młodymi firmami z sektora fintech. Startupy, specjalizujące się w rozwiązaniach z obszaru usług finansowych, mogą zaprezentować swoje pomysły podczas Innovation Day 21 lutego br. w Warszawie.

Startupy, które ostatecznie zaprezentują swoje usługi podczas Innovation Day, zostały wytypowane przez Biuro Innowacji Cyfrowej BZ WBK. Eksperci banku oceniali pomysły, m.in. pod kątem innowacyjności, potencjału do wdrożenia oraz stopnia dopasowania proponowanych rozwiązań do potrzeb klientów.

‒ Jesteśmy naturalnie zainteresowani możliwością współpracy z podmiotami, które mogą dostarczyć realną wartość dla klientów oraz naszej organizacji. Dlatego aktywnie monitorujemy rynek startupów. Dla firm wkraczających w obszar fintech, bardzo ważna jest możliwość skonfrontowania oferowanych rozwiązań z oczekiwaniami sektora bankowego oraz ocena wyspecjalizowanego międzynarodowego inwestora. Dzięki temu mogą rzetelnie ocenić potencjał swoich pomysłów, zarówno na poziomie lokalnym, jak i globalnym. Jesteśmy przekonani, że wspierając swym doświadczeniem najbardziej obiecujące projekty, promujemy nie tylko polskie innowacje, ale także tworzymy wartość dodaną dla naszych klientów, realizując hasło „Bank Jaki Chcesz” ­‒ powiedział Dariusz Paczewski, Dyrektor Biura Innowacji Cyfrowej Banku Zachodniego WBK.

Pomysły prezentowane podczas Innovation Day będą oceniane przez ekspertów, należącego do Grupy Santander, funduszu CVC Santander InnoVentures, dysponującego budżetem 200 mln USD na inwestycje w sektor fintech.

‒ Jako strategiczny fundusz inwestycyjny poszukujemy technologii, które odpowiadają priorytetom innowacyjnym Grupy Santander. Obecnie koncentrujemy się na rozwiązaniach z zakresu sztucznej inteligencji, technologii blockchain oraz robotic process automation (RPA). Pomimo globalnego charakteru, uważnie analizujemy rozwiązania dostępne na lokalnych rynkach. Każdego roku spotykamy się z przedstawicielami ok. 500 startupów z całego świata, ale inwestujemy tylko w około 5 do 7 firm rocznie. Polska ma w tym zakresie duży potencjał, bo tutaj sektor fintech szybko się rozwija, a wraz z nim zdolność do tworzenia rozwiązań technologicznych o międzynarodowym zasięgu ­­‒ powiedział Manuel Silva, Partner i Head of Investments w Santander InnoVentures.

Innovation Day odbywa się w Warszawie 21 lutego br. w Centrum Relacyjnym Banku Zachodniego WBK. Projekt jest elementem działań realizowanych w kontekście współpracy banku z sektorem fintech.

Polacy coraz szybciej wpadają w kłopoty finansowe. Już ponad 2,5 miliona ma problemy ze spłatą zobowiązań

Ponad 2,5 mln osób nie radziło sobie z terminową spłatą kredytów i opłacaniem bieżących rachunków. Wartość ich przeterminowanych zobowiązań sięgnęła 64,5 mld zł na koniec 2017 r. Przez rok długi wzrosły o 10,8 mld zł, a przybyło 193 tys. niesolidnych dłużników.

W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK znajduje się 2 515 045 osób z problemami w terminowym opłacaniu rachunków i kredytów. Łączna wartość ich zaległości osiągnęła na koniec 2017 r. 64,49 mld zł. Średnia zaległość to już 25 643 zł o 2 524 zł więcej niż rok temu.

– W minionym roku utrzymał się trend szybszego tempa wzrostu kwoty zaległości niż liczby dłużników. Tym razem wartość długów powiększyła się aż o 20 proc., a liczba osób z problemami o ponad 8 proc. – mówi Halina Kochalska, ekspertka BIG InfoMonitor.

Prawdopodobnie mamy coraz większe problemy z racjonalnym wydawaniem pieniędzy, czyli z zarządzaniem budżetem: – Polska gospodarka jest w bardzo dobrym stanie, płace rosną, bezrobocie spada, a jednak dynamicznie zwiększa się nasza baza niesolidnych płatników – komentuje Kochalska. – Czyli mamy problem z jakością zarządzania budżetem, popełniamy pomyłki, ale na coraz wyższe kwoty.

W Raporcie InfoDług przybyło głównie osób z długami wynoszącymi co najmniej 10 tys. zł, stanowią one już 40 proc. ogólnej liczby niesolidnych dłużników widocznych w BIG InfoMonitor i BIK. W efekcie, średnia wartość zaległości jednej osoby wzrosła z 23 119 zł do 25 643 zł (11 proc.). Dalej natomiast spada udział osób z mniejszymi zaległościami. Z niespłacanym długiem do 5 tys. zł na koncie, pozostaje obecnie niecałe 46 proc. dłużników wobec 48 proc. przed rokiem i 52 proc. przed dwoma laty.

Styczeń 2018r. – bardzo dobry początek roku w polskiej gospodarce

Najbardziej zaskoczyła sytuacja w budownictwie, ale dla całej gospodarki był to dobry początek roku. GUS opublikował dane za styczeń o przemyśle, sprzedaży detalicznej i produkcji budowlano-montażowej. W budownictwie wróciliśmy do poziomu z 2015 r.

Dynamika sprzedaży detalicznej w cenach stałych w styczniu br. wyniosła 107,7 w skali roku. Tempo wzrostu sprzedaży detalicznej było wyższe niż przed miesiącem, kiedy odnotowano wzrost o 5,2%, lecz niższe niż w styczniu 2017 r. (wzrost o 9,5%). W porównaniu z grudniem miał miejsce spadek sprzedaży detalicznej o 20,5%. Produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 8,6% w porównaniu ze styczniem 2017 r., kiedy notowano wzrost o 9,3%, natomiast produkcja budowlano-montażowa była o 34,7% wyższa niż przed rokiem, kiedy notowano wzrost o 2,0%.

– W minionym roku też było silne odbicie produkcji budowlano-montażowej, ale to było odrabianie strat z 2016 r., gdy bardzo spadły inwestycje publiczne – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Wróciliśmy do poziomu z 2015 r., a teraz czas na prawdziwe wzrosty.

A ty komu nie ufasz? Jesteśmy jednym z najbardziej nieufnych narodów na świecie

W ciągu ostatniego roku wzrósł poziom zaufania Polaków wobec rządu (+5 p.p.), mediów (+3 p.p.), biznesu (+3 p.p.) oraz organizacji pozarządowych (+6p.p.). Mimo to Polska pozostaje jednym z najbardziej nieufnych narodów na świecie – pokazała tegoroczna edycja globalnego raportu Edelman Trust Barometer.

Opracowany przez analityków Edelmana wskaźnik zaufania Trust Index w 20 na 28 badanych krajów nie przekracza 50 punktów, a jest to poziom, od którego możemy mówić o obecności zaufania w społeczeństwie.

W 2018 roku wartość Trust Index dla Polski wyniosła 39 punktów – co plasuje nas na piątym miejscu wśród najbardziej nieufnych narodów. Niższe wyniki notowano w Rosji, Japonii i Irlandii. Warto jednak pamiętać, że w 2017 roku byliśmy na drugim miejscu od końca – bardziej nieufni byli tylko Rosjanie. Najwyższe wartości Trust Index odnotowano w Chinach (74 pkt), Indonezji (71 pkt) i Indiach (68 pkt).

Amerykanie nieufni jak nigdy dotąd

Najbardziej zaskakujące wyniki Trust Barometer 2018 dotyczą Stanów Zjednoczonych, gdzie odnotowano największy na świecie spadek zaufania wobec rządu, mediów i biznesu. W skali rok do roku wskaźnik Trust Index spadł z 52 do 43 punktów.

Firmy oraz organizacje pozarządowe cieszą się największym zaufaniem

W skali globalnej największym zaufaniem darzone są firmy z sektora technologicznego, a za najmniej wiarygodny postrzegany jest sektor usług finansowych. Znaczące spadki odnotowała również branża motoryzacyjna. Pozytywne wyniki odnotowują natomiast pracodawcy, do których zaufanie rośnie w większości badanych państw. W Polsce pracodawcom ufa 68 proc. badanych (o 12 p.p. więcej niż w poprzedniej edycji badania).

Według autorów badania jest to szansa dla firm z sektora prywatnego. Dzięki dobrze opracowanej strategii komunikacji, przedsiębiorstwa mogą stać się w ciągu najbliższych lat wiarygodnymi źródłami informacji, szczególnie w obliczu postępującego spadku zaufania do mediów (w tym także społecznościowych).

Eksperci technologiczni i naukowcy w cenie

W ostatnich latach badania Trust Barometer wykazywały, że najbardziej ufamy osobom „takim jak my”. Trend ten przekładał się na wzrost popularności twórców internetowych – youtuberów czy blogerów. W tegorocznych, globalnych wynikach Trust Barometer dostrzegamy zwrot ku profesjonalnym źródłom informacji. Największym zaufaniem darzymy ekspertów z obszarów technologii i nauki. Według respondentów najmniej wiarygodnymi grupami byli zaś przedstawiciele rządu oraz dziennikarze.

Media w kryzysie, zagrożeniem fake newsy

Według danych z tegorocznego raportu Trust Barometer mediom nie ufa aż 22 z 28 badanych narodowości. Co więcej, 65 proc. respondentów uważa, że obecnie dziennikarzom bardziej zależy na wyprzedzeniu innych redakcji w publikacji wiadomości, niż na rzetelnym przekazywaniu faktów. W pogoni za newsem cierpi zaś jakość materiału i jego wiarygodność.

Niewiele mniej, bo 63 proc. badanych uważa, że przeciętny odbiorca nie jest w stanie odróżnić rzetelnego materiału dziennikarskiego od fake newsa, a 59 proc. przyznaje, że coraz trudniej określić, czy konkretna wiadomość pochodzi ze sprawdzonego źródła.

Polska zajmuje siódme miejsce od końca w kategorii zaufania do mediów (34 proc. w 2018 roku wobec 31 proc. w 2017 roku) i jest klasyfikowana jako kraj, w którym społeczeństwo nie ufa mediom.

Z globalnych wyników wyłania się obraz odbiorcy mediów jako osoby rozczarowanej poziomem otaczających go informacji. Ludzie zaczęli unikać kontaktu z mediami – ponad połowa ankietowanych sięga po newsy rzadziej niż raz w tygodniu. Podchodzą też z coraz większym dystansem do informacji znalezionych w sieci. 7 na 10 osób niepokoi się tym, że fake newsy używane są jako „broń” w różnego rodzaju starciach politycznych czy światopoglądowych. W takich krajach jak Niemcy, Irlandia czy Szwecja dziennikarze są postrzegani jako o wiele bardziej wiarygodne źródło informacji niż media społecznościowe czy wyszukiwarki. Co ciekawe – ten trend nie dotyczy (jeszcze) Polski – należymy do grupy krajów, gdzie poziom zaufania do dziennikarzy i wyszukiwarek jest zbliżony. Podobne tendencje zaobserwowano w Turcji, Meksyku czy Kolumbii – mówi Magda Zwolińska, partner w Lighthouse, firmie reprezentującej sieć Edelman w Polsce. Nie ma wątpliwości, że ten trend z Europy Zachodniej niebawem dotrze także do nas. Póki co jednak Kowalski na równi wierzy redakcji dziennika jak i temu, co znajdzie na profilu FB znajomego. To pokazuje, jak duża odpowiedzialność spoczywa na osobach zawodowo zajmujących się komunikacją i jak wiele mamy jeszcze do zrobienia w obszarze walki z fake newsami i edukacji w tym zakresie – dodaje M. Zwolińska.

Edelman Trust Barometer to międzynarodowe badanie zaufania i wiarygodności realizowane od 18 lat przez firmę Edelman – największą na świecie sieciową firmę specjalizującą się w komunikacji marketingowej i public relations. Tegoroczny sondaż został przeprowadzony na grupie 33 000 respondentów w 28 krajach w okresie od 28 października do 20 listopada 2017 roku i polegał na 25-minutowej ankiecie online.

W 2017 roku wartość transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej pobiła rekord, osiągając po raz pierwszy w historii 13 mld euro

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowuje rekordowy 2017 rok na rynku nieruchomości komercyjnych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej

  • W 2017 roku wszystkie kraje Europy Środkowo-Wschodniej odnotowywały podobny wzrost r/r, co wpływa na równy przyrost w całym regionie
  • Polska wykazała się odpornością ryzyko polityczne odnotowując prawie 9% wzrost, od około 4,6 mld euro do ponad 5 mld euro
  • 2018 rok już pokazuje zysk z transakcji przesuniętych z końca 2017 r., co pozwoli osiągnąć w I kwartale 2018 r. całkowity wolumen inwestycyjny na poziomie 3 mld euro.

Z najnowszej analizy przeprowadzonej przez Dział Rynków Kapitałowych międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield wynika, że w 2017 roku całkowity wolumen inwestycyjny w segmencie nieruchomości komercyjnych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej wyniósł blisko 13 mld euro. Wszystkie kraje Europy Środkowo-Wschodniej odnotowały podobny wzrost i utrzymały poziom udziałów w całym regionie. Niemniej jednak pomimo ryzyka politycznego Polska odnotowała największy wzrost – o 9% r/r, czyli z poziomu 4.6 mld euro do 5 mld euro, co stanowi najlepszy wynik w ciągu ostatnich 10 lat.

Największy udział pod względem aktywności na rynku mieli inwestorzy z Ameryki Północnej, Azji i Republiki Południowej Afryki, nieco mniejszy – firmy niemieckie i austriackie. Wzmocniło się również znaczenie krajowego i regionalnego kapitału.

Zarówno globalni, jak i lokalni inwestorzy dowiedli, że doceniają fundamenty rynku w Polsce i byli aktywni we wszystkich sektorach i typach inwestycji, włączając w to również powstające segmenty nieruchomości mieszkalnych pod wynajem (zwane również jako PRS – Private Rented Sector). Na rynku dominują obecnie dwa trendy. Pierwszy jest związany z ograniczoną podażą i wysokim popytem w segmencie kluczowych inwestycji, a drugi z zmniejszonym popycie na drugo- i trzeciorzędne nieruchomości.

Całkowity wolumen inwestycyjny na rynkach EŚW wyniósł 5 mld euro w Polsce, w Czechach 3,3 mld euro, na Węgrzech 1,8 mld euro, w Rumunii 1 mld euro, Bułgarii 876 mln euro, a na Słowacji 470 mln euro. Najniższa stopa kapitalizacji została zarejestrowana w Czechach – 4,25% dla rynku handlowego, 4,6% dla rynku biurowego oraz 5,75% dla rynku magazynowego, przy jednoczesnym wysokim wolumenie transakcji.

Rynek polski wykazał odporność na wszelkie percepcje ryzyka politycznego zwiększając stopę kapitalizacji o ok. 9% – z ok. 4,6 mld euro do ponad 5 mld euro. Najwyższy wolumen inwestycyjny został odnotowany na rynku handlowym – blisko 1,9 mld euro. Niewiele mniej, ok. 1,4 mld euro, zainwestowano w ubiegłym roku w segmencie biurowym. Na rynku magazynowym wydano blisko 900 mln euro, natomiast na inwestycje hotelowe i tzw. mixed use – po ok. 850 mln euro. Stopa kapitalizacji na rynkach magazynowym i hotelowym osiągnęła kolejno 6,75% i 6,5%, a na rynkach handlowym i biurowym odpowiednio 5% i 5,25%.

Łączna wartość inwestycji na rynku Europy Środkowo-Wschodniej w 2017 (w tys. euro)

Sektor Bułgaria Rumunia Polska Czechy Słowacja Węgry
Biurowy 141,995 195,000 1,368,000 1,011,000 114,000 766,000
Detaliczny 687,360 420,000 1,877,000 1,737,000 67,000 622,000
Magazynowy 8,165 185,000 1,069,000 409,000 289,000 243,000
Hotelarski 9,500 191,000 367,000 230,000 0 64,500
Mix Use 345,000 117,000
Łącznie 847,020 991,000 5,026,000 3,504,000 470,000 1,695,500

 

W 2017 roku hotele stały się atrakcyjnym produktem inwestycyjnym z kwotą inwestycji sięgającą 862 mln euro i ten sektor może stać się jeszcze popularniejszy wśród inwestorów.

Stopa kapitalizacji na koniec 2017 r.
Bułgaria Rumunia Polska Czechy Słowacja Węgry
Biurowy 7.75% 7.25% 5.25% 4.60% 6.25% 6%
Detaliczny 7.50% 6.75% 5% 4.25% 5.25% 5.25%
Magazynowy 9.00% 8.75% 6.75% 5.75% 6.50% 7.75%
Hotelarski 7.25% 7.50% 6.50% 6.25% n/a 7%

 

„Ostatnie 12 miesięcy doprowadziło do podpisania w regionie Europy Środkowo-Wschodniej umów typu „power play”, włączając w to kluczowych graczy i inwestycje portfelowe, które zaowocowały rekordowym wolumenem w 2017 roku. Rosnący popyt w całym regionie prawdopodobnie doprowadzi do wzrostu inwestycji w pierwszym kwartale 2018 r. spowodowany spowolnieniem z 2017 r. – powiedział James Chapman, Partner w Dziale Rynków Kapitałowych Cushman & Wakefield.

PERSPEKTYWY NA 2018 r.

2018 rok zapowiada się pozytywnie dla rynku nieruchomości komercyjnych. Spodziewany jest wzrost popytu inwestycyjnego w związku z dobrą perspektywą gospodarczą, napływem nowego kapitału spoza Europy, aktywizację mniej aktywnych ostatnio klientów oraz zwiększoną koncentrację na inwestycjach alternatywnych (np. PRS, mieszkania studenckie) i hotele.

W 2018 będziemy świadkiem powrotu głównych europejskich marek zainteresowanych powierzchniami biurowymi w związku z niskimi poziomami pustostanów ograniczoną podażą w regionie. Spodziewamy się napływu większego kapitału z USA, Kanady, RPA i Europy.

Na rynku środkowo-europejskim będzie kontynuowana dalsza konsolidacja w związku z kolejnymi inwestycjami funduszy i zakupami portfelowymi. Stopy kapitalizacji będą pod presją przez silny popyt inwestycyjny i ograniczonej dostępności powierzchni, szczególnie tych najbardziej atrakcyjnych. W związku z tym, spodziewany jest dalszy wzrost czynszów netto jak również stopy kapitalizacji w segmentach biurowym i magazynowym.

W świetle wzrostu wydatków konsumenckich można dostrzec możliwość zróżnicowania stóp kapitalizacji w sektorze handlu detalicznego.

“Na początku 2018 roku, dzięki umowom podpisanym pod koniec zeszłego roku, wolumen inwestycji prawdopodobnie przekroczy poziom 3 mld euro”, powiedział James Chapman, Partner w Dziale Rynków Kapitałowych Cushman & Wakefield.

„Wzrost aktywności lokalnych inwestorów odnotowano w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Dotyczy to zwłaszcza Czech, gdzie w 2017 roku udział krajowego kapitału w łącznym wolumenie inwestycyjnym przekroczył 37%, przy dużym zaangażowaniu podmiotów takich jak CPI, Reico i Mint, a także rynku słowackiego dzięki inwestycjom realizowanym przez IAD. Wśród graczy aktywnie działających na Węgrzech należy wymienić firmy OTP Fund Management i Diófa Fund Management. W Polsce udział krajowego kapitału w wolumenie transakcji inwestycyjnych w stosunku do wielkości rynku jest mniejszy, ale także tutaj firmy takie jak PZN i PHU zintensyfikowały działania, koncentrując się na najbardziej atrakcyjnych nieruchomościach biurowych. Świadczy to o wzroście zaangażowania i dojrzałości lokalnego kapitału, który zaczyna teraz interesować się również rynkami zagranicznymi”, mówi Jeff Alson, Partner Międzynarodowy, Grupa Rynków Kapitałowych, Cushman & Wakefield.

Największe transakcje 2017 roku w regionie:

  • Nabycie portfela magazynowego Logicor przez CIC (Cushman & Wakefield doradzał kupującemu) – największa transakcja w sektorze nieruchomości magazynowych w Polsce w 2017 roku
  • Zakup centrum handlowego Magnolia we Wrocławiu przez Union Investment za ok. EUR 380 M (Cushman & Wakefield doradzał kupującemu) – największa transakcja w sektorze nieruchomości handlowych w Polsce w 2017 roku
  • Sprzedaż portfela retail parków Ikea (Cushman & Wakefield doradzał sprzedającemu)
  • Zakup portfela centrum outletowych Fashion House przez RREEF (Cushman & Wakefield doradzał sprzedającemu)
  • Zakup Galerii Słonecznej w Radomiu przez Reico, wartość ok. EUR 160 M (Cushman & Wakefield doradzał kupującemu) – druga największa nieportfelowa transakcja w sektorze nieruchomości handlowych w Polsce w 2017 roku
  • Przejęcie większościowego udziału w Griffin Premium Real Estate przez Globalworth
  • Sprzedaż portfolio 11 nieruchomości handlowych w Czechach, Polsce, Rumunii i na Węgrzech przez CBRE Global Investors za około EUR 650 M (Cushman & Wakefield doradzał sprzedającemu)

Raport EY: Era freelancera, czyli przyszłość rynku pracy w dobie uberyzacji i ekonomii współdzielenia

Według badania EY jeden na dwóch pracodawców zwiększył skalę wykorzystania zewnętrznych profesjonalistów (freelancerów) w ciągu ostatnich pięciu lat. Z kolei na przestrzeni dziesięciu lat w USA aż o 66% wzrosło zastosowanie alternatywnych do etatowych form zatrudnienia (contingent workforce), a 40% firm oczekuje dalszego wzrostu takiej formy zatrudniania personelu w najbliższych pięciu latach. Trend ten widoczny jest także w Unii Europejskiej i w Polsce. Wiedza, niższe koszty i zmiana kulturowa – to główne korzyści, jakie we freelancerach widzą pracodawcy. Z kolei ponad połowa pracowników tymczasowych upatruje w takiej formie zatrudnienia szans na własny rozwój zawodowy i budowanie ścieżki kariery oraz woli pracę od zlecenia do zlecenia zamiast pracy na cały etat. To najważniejsze wnioski z raportu firmy doradczej EY „Nowy trend w formule zatrudnienia. Era freelancera”. Celem przyświecającym autorom badania, przeprowadzonego zarówno wśród pracodawców, jak i pracowników, było pozyskanie informacji na temat fenomenu zjawiska alternatywnych form angażowania personelu – pracy „na żądanie”.

Trendy związane z uelastycznianiem się rynku pracy i alternatywnymi formami zatrudniania, wpisujące się w szersze zjawisko „uberyzacji” rynku pracy i ekonomii współdzielenia (GIG economy), zaczynają być coraz powszechniej zauważalne na całym świecie, a w szczególności w Unii Europejskiej i w Polsce. Jak wskazują statystyki Eurostatu, w 2016 r. w UE aż 30,6 mln ludzi w wieku 15-64 lat prowadziło indywidualną działalność gospodarczą. Populacja ta stanowi 14% zatrudnionych ogółem. Z kolei wśród państw członkowskich, Polska plasuje się na trzecim miejscu pod względem samozatrudnienia, ze wskaźnikiem 18% samozatrudnionych wśród osób pracujących zarobkowo. Co ciekawe, z badań dotyczących freelancerów w Polsce wynika, że prawie 34% ankietowanych świadczy usługi zewnętrznego konsultingu dopiero od roku. EY szacuje, że wyzwania, które stoją przed polskimi firmami dotyczące trudności w pozyskaniu pracowników będą przyczyniać się do jeszcze bardziej dynamicznego rozwoju tego zjawiska i umacniania się jego przejawów na rynku w kolejnych latach.

– Przed zarządami i działami HR w polskich firmach ważne, ale i wymagające zadanie – jak rozpoznać nieuchronny trend „uberyzacji” rynku pracy i ekonomii współdzielenia i przełożyć go na strategię operacyjną, w sposób efektywny, ale również bezpieczny dla firmy. Niewątpliwe wymaga to refleksji nad rolą nowoczesnego działu HR, którego klientem wewnętrznym nie będą już tylko pracownicy w tradycyjnym tego słowa znaczeniu – uważa Michał Grzybowski, Partner EY i Lider praktyki People Advisory Services w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. – Nowoczesny HR to taki, który inspiruje biznes i jest propagatorem zmiany kulturowej wspierającej innowację. Odpowiada na potrzeby i oczekiwania biznesu proponując również alternatywne do tradycyjnych procesów rekrutacyjnych możliwości, będąc jednocześnie partnerem merytorycznym do rozmowy o sposobach zaadresowania potencjalnych ryzyk prawnych i podatkowych. Z pewnością pomocne mogą być nowoczesne metody na pobudzanie innowacyjności w firmach, takie jak odwołanie się do zbiorowej inteligencji pracowników w rozwiązywaniu codziennych problemów biznesowych czyli tzw. crowdsourcing. To może dać realną szansę na uzyskanie przewagi konkurencyjnej – dodaje.

– Problemy z pozyskaniem jakościowych kandydatów do pracy dotyczą już niemal każdej polskiej firmy. Liczba zgłoszeń kandydatów w procesach rekrutacyjnych maleje z roku na rok – uzupełnia Eliza Skotnicka, Doświadczony Menedżer w Zespole People Advisory Services w Dziale Doradztwa Podatkowego EY. – Na rynek pracy wchodzą nowe pokolenia: millenialsi i przedstawiciele pokolenia Z. Te młode osoby oczekują od pracodawcy zrozumienia, wysłuchania i zaangażowania w ciekawe projekty, wsparcia w rozwoju ich talentów. Ale chcą także realizować swoje pasje, marzenia, spełniać się w roli rodziców oraz w innych rolach związanych z zaangażowaniem społecznym, chcą mieć wpływ. Pojęcia typu „strategia digitalizacji” są dla nich sztuczne, oni po prostu wychowali się i żyją w cyfrowym świecie – uważa.

Globalny fenomen, który będzie rósł w siłę

W badaniu EY „Contingent Workforce Study” pracodawcy deklarują, że średnio 17% kapitału ludzkiego w ich organizacji to tymczasowa siła robocza. Jednocześnie 20% organizacji zaraportowało, że w 2016 r. indywidualni profesjonaliści stanowili 30% zasobów ludzkich. Z badania wynika, że angażowanie personelu w alternatywny sposób umożliwia organizacjom bardziej elastyczne, szybkie działanie i zręczne zarządzanie przy jednoczesnej kontroli kosztów. 55% firm postrzega niższy koszt jako główny powód korzystania z pracowników tymczasowych. Jednak większa grupa ankietowanych jako najważniejszą korzyść wskazuje wiedzę. 56% pracodawców przyznaje, że czerpie z wiedzy i doświadczenia pracowników tymczasowych, realizując projekty wychodzące poza zakres możliwości aktualnej kadry. Z kolei 42% ankietowanych menedżerów wskazuje na rolę sezonowości – pracownicy tymczasowi pozwalają im odpowiadać na wahania w poziomie zapotrzebowania na pracowników wynikające z fluktuacji popytu.

– Wszystko wskazuje na to, że czasy ekonomii GIG szybko się nie skończą, a organizacje coraz powszechniej będą korzystać z alternatywnych form pozyskiwania i współpracy z talentami. Korzystanie z pracowników kontraktowych pozwala bowiem pracodawcom reagować na wzrosty i spadki popytu, które są związane z sezonowymi trendami. Nowoczesna technologia pozwala niezależnym profesjonalistom angażować się w dowolne, nawet zagraniczne, projekty, co nigdy wcześniej w sytuacji standardowego zatrudnienia nie było możliwe na taką skalę – mówi Marek Jarocki, Partner w Zespole People Advisory Services w Dziale Doradztwa Podatkowego EY.

Nie sposób pominąć korzyści o wymiarze bardziej strategicznym, związanym z zarządzaniem zmianą: organizacje wykorzystują elastyczne formy zatrudniania do przezwyciężania oporu przed zmianami u personelu złożonego z pracowników zatrudnionych w tradycyjnym modelu. Tymczasowi konsultanci i sposób ich rekrutacji mogą pomóc w napędzaniu i przyspieszaniu zmian. Stanowiąc pomost do integracji nowych produktów, usług, technologii i innych działań operacyjnych, przyczyniają się do ekspansji modelu biznesowego w sektorach, gdzie rzeczywistość jest tak dynamiczna, że zmienia się z dnia na dzień, bez potrzeby poświęcania przez firmy dłuższego czasu na budowanie pełnych zespołów złożonych z pracowników zatrudnionych w tradycyjnym modelu. Jeden na dwóch ankietowanych pracodawców uważa bowiem, że pracownicy tymczasowi mogą przyczynić się do zmiany kulturowej w organizacji.

Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem… korzyści dla pracownika kontraktowego

Przyjęło się uważać, że zjawisko pracy na kontrakcie jest popularne głównie wśród tych osób, które nie są w stanie znaleźć zatrudnienia na stałe. Wyniki z przeprowadzonego badania wskazują na coś innego. Ponad połowa (56%) ankietowanych upatruje bowiem w tej formie współpracy z biznesem szansę na swój rozwój zawodowy i budowanie ścieżki kariery. Otwarty system pracy w ekonomii GIG to z jednej strony możliwość dowolnego wyboru rodzaju i liczby przyjmowanych zleceń, a z drugiej – zwiększenie jakości rezultatów pracy zlecanej przez organizacje. Zdecydowana większość (52%) freelancerów nie preferowałaby zatrudnienia w pełnym wymiarze godzin, a dwie trzecie z nich (66%) uważa, że korzyści z tej formy pracy zawsze lub w większości przypadków przeważają nad negatywami.

Z badania EY wynika, że pracownicy kontraktowi jako główne zalety swojej pracy postrzegają elastyczność (80% wskazań), możliwość decydowania o swoim czasie i zleceniach (49%), możliwość pracy z domu (33%). Dla większości ten rodzaj pracy jest wynikiem podjęcia przez nich świadomej decyzji. Jedynie jeden na pięciu ankietowanych (20%) przyznaje, że został zmuszony do podjęcia pracy tymczasowej z uwagi na brak adekwatnych ofert pracy na etat.

Są także i wyzwania – brak pozapłacowych świadczeń pracowniczych jest najbardziej znaczącą wadą pracy w formule ekonomii GIG. Niektórzy z freelancerów uważają, że brak tych benefitów może być wyrównany przez wyższą stawkę wynagrodzenia za zlecenie. Brak płatnego urlopu i kwestia pewności zatrudnienia stanowią bolączkę pracowników tymczasowych. Obawa o brak benefitów jest znacznie mocniej zarysowana, niż inne wskazywane w ankietach, wśród których wyróżniły się: negatywny wpływ pracy jako zleceniobiorca na możliwość przewidywania swoich wpływów finansowych, ograniczenia w zakresie rozwoju osobistego czy trudności z budowaniem sieci kontaktów w miejscu pracy. Mimo tych wyzwań ponad połowa GIGerów przyznaje, że taki schemat pracy im odpowiada.

– Praca nieetatowa ma dwojakie oblicze. Z jednej strony kojarzy się z brakiem stałego zatrudnienia i uboższym pakietem socjalnym, a z drugiej strony z zatrudnieniem ekspertów lub pracowników tymczasowych na określone projekty, czy prace sezonowe. Niezależnie od powodów podjęcia tej formy współpracy pomiędzy zleceniodawcą i zleceniobiorcą, pociąga ona za sobą istotne zmiany zarówno w kulturze organizacyjnej, jak i systemach wynagrodzeniowych, czy kanałach rekrutacyjnych – zauważa dr Karol Raźniewski, Associate Partner w Zespole People Advisory Services w Dziale Doradztwa Podatkowego EY. – Aby w pełni wykorzystać potencjał takich pracowników-zleceniobiorców firmy muszą dokonać adaptacji do nowych oczekiwań rynku pracy, zarówno pod kątem wartości wynagrodzenia, jak i jego części składowych. Aby zastosować konkurencyjne środki motywacji i retencji dla takich osób, firmy powinny przygotować się zarówno pod kątem prawnym, jak i efektywnościowym – dodaje.

Freelancer – wyzwanie dla organizacji

Ekonomia współdzielenia otwiera przed firmami nowe możliwości, ale także skłania do refleksji nad nowymi sposobami pozyskiwania i zatrzymywania talentów. Badanie przeprowadzone przez EY sugeruje, że organizacje wciąż jeszcze nie poradziły sobie z wypracowaniem optymalnego modelu operacyjnego wspierającego procesy rekrutacji i zarządzania tymczasową siłą roboczą. Procesy wielu firm dotyczące pracowników kontraktowych są rozproszone w ramach organizacji, podatne na „ręczne” sterowanie – przyznaje się do tego 37% menedżerów. Ocena efektywności niejednokrotnie opiera się na bardzo podstawowych systemach niepopartych przemyślaną analityką danych, a procesy on- i offboardingowe praktycznie nie istnieją – 55% pracowników kontraktowych przyznaje że nie przeszło procesu onboardingu przy rozpoczęciu współpracy ze zleceniodawcą. Powoduje to duże nieefektywności procesowe, ale może również wywoływać poważne ryzyka i przeoczenia.

– W niektórych sektorach gospodarki, szczególnie tych podatnych na dużą sezonowość, model zatrudniania pracowników tymczasowych ma od wielu lat ugruntowaną pozycję. Jednakże w większości branż gospodarki przeważał do tej pory model związania przez dłuższy czas z jednym, stałym pracodawcą. Od pewnego czasu zaczyna się to zmieniać. Tzw. czwarta rewolucja przemysłowa czyli czasy automatyzacji, Internetu ludzi (sieci społecznościowe i biznesowe), internetu rzeczy, usług i danych przyniosły ze sobą diametralną zmianę nie tylko modeli biznesowych, dotychczas z powodzeniem funkcjonujących przez dziesiątki lat, ale również modeli zatrudnienia personelu. Model tzw. pracowników na żądanie cały czas zyskuje na popularności i wydaje się, że nie pozostanie tylko przejściową modą – podsumowuje Michał Grzybowski, Partner EY i Lider praktyki People Advisory Services w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. – Na pewno organizacjom rozważającym alternatywne formy angażowania personelu potrzebna jest refleksja nad zmianą procesów dotyczących rekrutacji, zarządzania, ryzyka. W tej refleksji trzeba wziąć pod uwagę zarówno aspekty społeczne, dotyczące równości traktowania personelu, ale również, a może – przede wszystkim, ryzyka prawne i podatkowe – dodaje.

O badaniu:

Badanie „EY Contingent Workforce Study” zostało opracowane przez ekspertów zespołu People Advisory Services firmy doradczej EY, we współpracy z wewnętrznym działem badawczym EY Sweeney. Jego celem było pozyskanie nowych i ciekawych informacji na temat fenomenu zjawiska pracy „na żądanie”. W badaniu wzięło udział 214 amerykańskich menedżerów – osób pełniących kierownicze role w firmach o obrotach większych niż 100 mln USD i zatrudniających ponad 1000 pracowników oraz 1008 pracowników kontraktowych.

Indeksy koniunktury. Dane z Wielkiej Brytanii

Koniec rekordowych odczytów indeksów PMI w Europie. Mieszane dane z brytyjskiego rynku pracy osłabiają funta. Przerwanie serii wzrostów na amerykańskiej giełdzie.

Indeksy koniunktury

Od rana poznawaliśmy odczyty indeksów PMI dla głównych europejskich gospodarek. Dla całej strefy euro wynik wyniósł 58,5 punktu. Jest to obiektywnie bardzo dobry rezultat, ale po ostatnich bardzo dobrych danych analitycy oczekiwali 0,8 punktu wyższego rezultatu. Słabiej od oczekiwań wypadły zarówno Niemcy jak i Francja – główne gospodarki strefy euro. Po tych danych doszło do osłabiania się euro na rynku względem głównych walut. Są to co prawda wstępne dane, ale pokazują one, że optymizm wśród kadry zarządzającej spada, co powinno przełożyć się na finalne odczyty.

Dane z Wielkiej Brytanii

O 10:30 poznaliśmy dane z brytyjskiego rynku pracy. Stopa bezrobocia wbrew oczekiwaniom wzrosła z 4,3% do 4,4%. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych z kolei spadła. Jak to jest możliwe? Dane o bezrobociu spływają około 1,5 miesiąca po ich opublikowaniu, gdyż są liczone metodą BAEL. Jest to metoda ankietowa trwa ona zatem dłużej niż badanie bezrobocia rejestrowanego na podstawie wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Liczba wniosków o zasiłek jest z kolei znana już pół miesiąca po ich złożeniu. W rezultacie dzisiejsze dane dotyczyły różnych miesięcy. Jak zareagowały rynki? Po opublikowaniu danych funt zaczął się osłabiać. Nie był to jednak szczególnie mocny ruch, a brytyjska waluta straciła na wartości około grosza.

Koniec serii wzrostów w USA

Amerykańskie giełdy znów znalazły się wczoraj pod kreską. Po osiągnięciu swoich minimów od listopada w pierwszej połowie lutego rozpoczął się ruch w górę. Trwał on 6 sesji z rzędu po czym wczoraj nadeszła korekta. Spadek nie był jednak na tyle silny by budzić panikę. Wciąż otwartym jest pytanie czy giełda powróci do wzrostów z których została tak brutalnie wybita czy też będzie kontynuowała ruch boczny.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu,
  • 20:00 – USA – protokół z posiedzenia FOMC.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

ORLEN dostarczy paliwa na potrzeby armii amerykańskiej

PKN ORLEN podpisał kontrakt na zaopatrzenie w paliwa dla armii amerykańskiej, stacjonującej na terenie Polski. Kontrakt obejmuje sprzedaż zarówno paliwa lotniczego (F34), jak i oleju napędowego (ON i ONA2).

Obecna współpraca będzie realizowana do 31 grudnia 2018 r. z możliwością jej przedłużenia na kolejne lata. Już od kwietnia 2017 r. PKN ORLEN sprzedaje paliwa na potrzeby amerykańskich jednostek w formule spot.

PKN ORLEN jest kluczowym producentem i dostawcą paliw na krajowym rynku, który kontrahentom może zaoferować nie tylko paliwa wysokiej jakości, ale także rozwiniętą infrastrukturę logistyczną, gwarantującą terminowość i pewność dostaw. Sprzedaż paliw do jednostek wojskowych, jak armia amerykańska wymaga ponadto specjalistycznej wiedzy m.in. w zakresie produkcji czy transportu i dzięki temu, że mamy wymagane know-how możemy ubiegać się o tego rodzaju kontrakty – powiedział Zbigniew Leszczyński, Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Sprzedaży.

Paliwa będą wykorzystywane do zasilania zarówno sprzętu lądowego, jak też powietrznego. Dostawy będą realizowane poprzez zewnętrznego wykonawcę kontraktowego bezpośrednio do baz stacjonowania jednostek amerykańskich na terenie Polski, m.in. w Żaganiu, Toruniu, Bemowie Piskim czy Świętoszowie.

Tego rodzaju kontraktacja podlega też rygorystycznym standardom w zakresie poziomu obsługi, tak aby sprostać oczekiwaniom finalnych odbiorców. Koncern posiada niezbędne certyfikaty AQAP pozwalające realizować sprzedaż wg najwyższych standardów dla wojsk NATO. Firma jest też dostawcą paliwa lotniczego i oleju napędowego dla Wojska Polskiego.

Strona sklepu internetowego. Jakich błędów unikać?

Asortyment sklepu internetowego wbrew pozorom nie jest najważniejszym czynnikiem wpływającym na sukces biznesu. Właściciele sklepów e-commerce często nie zdają sobie sprawy z tego, jak istotne jest pozycjonowanie strony, przejrzysta nawigacja, page speed i wiele innych czynników, na które zwracają uwagę klienci podczas robienia zakupów online. Aby systematycznie zwiększać zyski swojego sklepu internetowego, staraj się unikać podstawowych błędów, o których piszemy w dzisiejszym wpisie.

Przestarzały wygląd strony

Nie ocenia się książki po okładce, a jednak… Twoja strona internetowa to Twoja wizytówka. Zwłaszcza jeżeli chodzi o branżę e-commerce. Masz zaledwie kilka sekund, by zrobić dobre wrażenie na użytkowniku, który odwiedza stronę Twojego sklepu internetowego. Musisz wyróżnić się na tle konkurencji, a przynajmniej jej dorównać, by nie stracić potencjalnego klienta. Dlatego w pierwszej kolejności zadbaj o to, aby Twoja strona wyglądała estetycznie. Modny design, nieodbiegający od aktualnych trendów, systematyczne zmieniany, który nie odstraszy użytkowników i sprawi, że przeglądanie Twojej witryny będzie dla nich łatwe i przyjemne.

Font, kolor, przejrzystość, treść

Rozmiar czcionki i czytelny font sprawią, że użytkownik może zainteresować się treścią na stronie. To dopiero pierwszy krok do tego, by zatrzymać go na dłużej interesującym i unikatowym contentem. Na stronie sklepu internetowego treść powinna być dopasowana do oczekiwań potencjalnego klienta, dlatego niezbędne jest zdefiniowanie własnej grupy docelowej. Dobry tekst pomoże Ci wypozycjonować stronę w wyszukiwarce, zaciekawić użytkownika, a nawet przekonać go do zakupu produktów.

Długie ładowanie strony

Perfekcyjny page speed to podstawowy warunek sukcesu w branży e-commerce. Robiąc zakupy online, nikt z użytkowników nie ma czasu ani cierpliwości na to, aby czekać na załadowanie się strony więcej niż kilka sekund. Długie ładowanie się witryny zdecydowanie obniża konwersję. Jak można z tym walczyć? Strony sklepów internetowych zazwyczaj zapełnione są grafikami. Serwis może być obciążony przez zbyt duże, źle zoptymalizowane obrazy. Do sprawnie działającej strony potrzeba również dobrych webmasterów, którzy wyeliminują błędy techniczne często odpowiedzialne za długie ładowanie się strony.

Skomplikowana nawigacja

UX, bardzo modne obecnie pojęcie w branży internetowej, dobrze opisuje zasady, jakimi powinni kierować się twórcy stron internetowych. Oczywiście chodzi o stawianie użytkownika i jego doświadczenia na pierwszym miejscu. Między innymi oznacza to, że intuicyjna nawigacja po serwisie to klucz do sukcesu i wysokiej konwersji. Jeżeli użytkownik przeglądający stronę Twojego sklepu internetowego musi zastanawiać się, gdzie kliknąć, żeby przejść do koszyka, czy formularza zapłaty, to więcej niż pewne, że zrezygnuje z zakupu.

Złej jakości zdjęcia

Sprzedając produkty w internecie, musisz zadbać o ich prezentację. Nie możesz oczekiwać, że użytkownik kupi drogą torebkę, jeżeli nie zobaczy jej dokładnego zdjęcia. Klient musi mieć pewność, co kupuje. Szczegółowe zdjęcia wysokiej jakości i opis produktu to już podstawowe standardy sklepów internetowych. Sprzedając ubrania i akcesoria modowe, warto zadbać również o zdjęcia modeli prezentujących wybrane produkty, wtedy użytkownikom łatwiej jest zdecydować o zakupie.

Nieaktualne dane

Twój sklep internetowy musi posiadać aktualne informacje o oferowanych produktach. Jeżeli danego modelu zostało tylko kilka sztuk – poinformuj o tym. Jeżeli masz braki na stanie, to dodaj taką informację na karcie produktowej. Dobrym rozwiązaniem w przypadku braku danego produktu w sklepie jest umożliwienie użytkownikom zapisania się do listy mailingowej, aby dostali wiadomość, gdy wybrany produkt pojawi się na stanie.

Jak w przypadku każdej strony internetowej, nie możesz sobie pozwolić na żadne błędy techniczne. One zawsze odstraszą każdego użytkownika, pozbawiając Cię szansy sprzedania produktów w Twoim sklepie internetowym. Zatem wyeliminuj powyższe błędy, a Twoje szanse na konwersję wzrosną!

L. Sobolewski: polskie firmy nie boją się inwestowania. Problemem jest niedostateczna podaż kapitału na zaawansowane projekty

L. Sobolewski: polskie firmy nie boją się inwestowania. Problemem jest niedostateczna podaż kapitału na zaawansowane projekty 8

Polska gospodarka przoduje w Europie pod względem tempa rozwoju. Z dynamiką PKB na poziomie 5,1 proc. w IV kwartale jest drugą najszybciej rozwijającą się na Starym Kontynencie. To przyciąga inwestorów zagranicznych. Z drugiej strony czynnikiem odstraszającym mogą być niekorzystnie wpływające na wizerunek kraju informacje społeczno-polityczne oraz niedostatek kapitału, który powoduje, że źródeł finansowania na zaawansowane projekty trzeba szukać za granicą.

Niewątpliwie czynnikiem rzutującym negatywnie na ocenę pozycji gospodarczej jest to, że z Polski wychodzą często informacje na temat kontrowersyjnych sytuacji polityczno-społecznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ludwik Sobolewski, były prezes GPW w Warszawie, były prezes giełdy w Bukareszcie.

– Z drugiej strony negatywny efekt jest temperowany przez to, że niemalże w każdym kraju europejskim dzieje się coś, co nie daje pełnego poczucia bezpieczeństwa inwestorom. Mamy Węgry Orbana, Turcję Erdogana. Hiszpania ma swoje problemy z Katalonią, a Wielka Brytania ma brexit.

Polska gospodarka rozwija się w imponującym tempie. Za IV kwartał Główny Urząd Statystyczny wyliczył 5,1 proc., za cały 2017 rok – 4,6 proc. To najlepszy wynik od 2011 roku, a kwartalnie – od połowy 2008 roku. Jednak ekonomiści zwracają uwagę na wstrzemięźliwość prywatnych firm w nakładach inwestycyjnych, bo choć inwestycje wreszcie ruszyły, to głównie te z pieniędzy publicznych, samorządowe, wspierane funduszami unijnymi.

– Dla inwestorów ważne jest PKB i jego struktura, bo są kraje, gdzie imponujący wzrost jest zbudowany głównie na konsumpcji. To nie jest optymalne, więc bardzo ważne jest, żeby w Polsce rosły inwestycje. Dzięki temu zostaniemy uznani za kraj stabilniejszy – podkreśla Ludwik Sobolewski.

W 2017 roku nakłady brutto na środki trwałe, czyli inwestycje wzrosły o 5,4 proc., podczas gdy rok wcześniej odnotowano spadek o 7,9 proc. Popyt krajowy wzrósł o 4,7 proc. wobec wzrostu w 2016 roku o 2,2 proc. Problemem w 2016 roku, gdy wzrost gospodarczy wyniósł jedynie 2,9 proc. wobec założonych w ustawie budżetowej 3,8 proc., był niedostatek inwestycji ze strony przedsiębiorców, obawiających się szybko wprowadzanego nowego prawa, a tym samym niestabilności warunków prowadzenia działalności gospodarczej.

– Rozmawiam z firmami różnej wielkości, również małymi, gdzie teoretycznie jest obawa przed podjęciem ryzyka polegającego na zainwestowaniu pieniędzy w nowy projekt czy modernizację i w których często posiadanie gotówki jest problemem. Okazuje się, że wielu jest takich, którzy decydują się biznes rozwijać właśnie poprzez inwestycje. Nie wydaje mi się, żeby w Polsce były z tym problemy poważniejsze niż na innych rynkach – przekonuje Ludwik Sobolewski.

Według byłego prezesa GPW problemem Polski i całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej jest brak wizerunku kraju innowacyjnego, co przyciągnęłoby pieniądze inwestorów z zagranicy.

– Dobrze by było, gdyby w Polsce czy innych krajach regionu powstały przełomowe innowacje, bo to by podniosłoby od razu miejsce regionu w hierarchii inwestorów. Wtedy więcej kapitału zagranicznego przypływałoby do powstających tutaj projektów ­– mówi Ludwik Sobolewski.

W 2016 roku wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce ukształtowała się na poziomie 54,9 mld zł, o 2,6 mld zł mniej niż w 2015 roku. Jednak zdaniem ekspertów to i tak dobry wynik, drugi najlepszy w historii.

Według Sobolewskiego poważną bolączką jest brak rodzimego kapitału na inwestycje.

– Spotykam się często z takimi przedsiębiorcami, którzy mówią: uruchomiliśmy nasz biznes tutaj, zrobiliśmy jedną, dwie rundy finansowania, to z reguły dotyczy obszarów do tej pory mniej eksplorowanych biznesowo, ale żeby zdobyć więcej pieniędzy, musimy rozmawiać z inwestorami poza granicami, bo w Polsce już takich pieniędzy i na taką koncepcję nie ma – wskazuje były prezes giełdy w Warszawie. – Ten problem został bardzo pogłębiony poprzez marginalizację roli OFE w finansowaniu podmiotów gospodarczych w Polsce.

Ograniczenie handlu w niedziele może zmniejszyć obroty sklepów. Ich właściciele będą renegocjować umowy najmu lokali

Ograniczenie handlu w niedziele może zmniejszyć obroty sklepów. Ich właściciele będą renegocjować umowy najmu lokali 9

11 i 18 marca to pierwsze niedziele, w które konsumenci nie będą mogli zrobić zakupów. W tym roku sklepy zamknięte będą jeszcze przez 21 niedziel. Może to oznaczać spadek obrotów w sklepach, co z kolei może się przełożyć na próby renegocjowania umów najmu lokali i stawek czynszów. Umożliwią im to przepisy Kodeksu cywilnego ws. nadzwyczajnej zmiany stosunków. Chyba że konsumenci zmienią swoje przyzwyczajenia i niedzielne zakupy przełożą na inne dni tygodnia, tak by zmiana ta nie była odczuwalna przez handlowców.

 Ustawa w bardzo istotny sposób wpłynie na wszystkich najemców powierzchni handlowych, czyli tych, którzy prowadzą działalność handlową w sklepach. Jest to oczywiste dlatego, że jeżeli handel jest ograniczony, a niedziela jest bardzo istotnym dniem w tym wypadku, to na pewno spadną im obroty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kosiński, partner zarządzający w Kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni, specjalizującej się w prawie nieruchomości.

Ustawodawca założył, że handlowcy będą starali się zrekompensować sobie straty wynikające z zakazu handlu w niedziele w pozostałe dni tygodnia, głównie w piątki i soboty, niemniej sytuację będzie można ocenić dopiero po wejściu ustawy w życie.

– Jeżeli okaże się, że ta zmiana przepisów bardzo ograniczy handel i będzie bardzo istotna, to można rozważać zastosowanie artykułu 357 § 1 Kodeksu cywilnego, który wprowadza tzw. nadzwyczajną zmianę stosunków (łac. rebus sic stantibus) – mówi adwokat.

Wszystko zależeć będzie od zapisów w poszczególnych umowach. W gorszej sytuacji są ci najemcy, którzy w umowach nie mają zapisu o powiązaniu płaconego czynszu z wysokością osiąganego obrotu.

Część standardów dotyczy zwykłego, zryczałtowanego czynszu, który jest płatny niezależnie od obrotu osiąganego w danym lokalu handlowym, natomiast zdecydowana większość galerii handlowych ma czynsz powiązany z obrotem. Jeżeli jest to stały czynsz, to w takim wypadku najemcy będą bezpośrednio stratni, bo będą musieli płacić takie same stawki, a ich obroty w sposób ewidentny zmaleją – mówi Jacek Kosiński.

W przypadku czynszów niepowiązanych z obrotem właściciele sklepów mogą starać się renegocjować podpisane umowy i płacone stawki.

Samo wejście w życie ustawy nie wpływa automatycznie na sytuację prawną najemców, dlatego że umowy są wykonywane w różnych realiach prawnych, społecznych. Wszyscy muszą się z tym godzić i kalkulować to w swoich biznesplanach – mówi Jacek Kosiński. – Jeżeli zmiany te będą bardzo istotne, czyli rzeczywiście handlowcy będą tracić, to w takim wypadku będą musieli rozważyć swoje sytuacje: czy jest to nadzwyczajna zmiana stosunków, czy też nie.

Nadzwyczajna zmiana stosunków to nieprzewidziana przy zawieraniu umowy sytuacja, która sprawia, że spełnienie zapisów umowy wiąże się z nadmiernymi trudnościami albo grozi jednej ze stron rażącą stratą. Jeśli na wprowadzonym ograniczeniu sklepy będą mocno tracić, sąd może określić zobowiązania na nowo lub rozwiązać umowę. Nie jest jednoznacznie rozstrzygnięte, czy zmiana przepisów prawnych może zostać uznana przez sąd za nadzwyczajną zmianę stosunków, ale taki wyrok zapadł w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie, który uznał za taką modyfikację ustawy o podatku VAT.

Jak podkreśla Jacek Kosiński, żeby uchronić sklepy przed stratami, ustawodawca przewidział w nowych przepisach okres przejściowy. W pierwszym roku obowiązywania, czyli do końca 2018 roku, zakaz handlu będzie dotyczyć dwóch niedziel w miesiącu. Od przyszłego roku tylko jedna niedziela w miesiącu będzie handlowa, natomiast w 2020 roku we wszystkie niedziele sklepy będą zamknięte.

Może zaistnieć taka sytuacja, że handlowcy i konsumenci zdążą się przyzwyczaić do nowej sytuacji i te zmiany nie będą takie drastyczne i uda się je zaadaptować. Natomiast nawet jeżeli byłaby to drastyczna zmiana, to co do zasady ustawodawca w takim wypadku nie przewiduje szczególnych rozwiązań systemowych, to jest bardziej po stronie najemców i wynajmujących – podkreśla ekspert.

Pojawiają się nowe leki dla chorych na nawrotowego szpiczaka. Większość z nich nie jest dostępna dla polskich pacjentów

Pojawiają się nowe leki dla chorych na nawrotowego szpiczaka. Większość z nich nie jest dostępna dla polskich pacjentów 10

Szpiczak plazmocytowy może być chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną, nawet w przypadku postaci nawrotowej i opornej na leczenie. Polscy pacjenci mają jednak ograniczony dostęp do nowoczesnych leków, zwiększających czas wolny od progresji choroby oraz wydłużających życie. Brakuje również terapii podtrzymujących w przypadku chorych po przeszczepie komórek macierzystych.

Szpiczak plazmocytowy to złośliwy nowotwór układu krwiotwórczego, powstały z komórek plazmatycznych szpiku kostnego. W organizmie osób chorych nowe komórki tego typu namnażają się w sposób nieprawidłowy, zaburzając jednocześnie rozrost zdrowych krwinek i płytek krwi oraz upośledzając działanie układu odpornościowego. Jest to choroba rzadka, dotykająca głównie osoby po 65 roku życia, na którą obecnie cierpi ok. 10 tys. Polaków. Szpiczak plazmocytowy jest chorobą nieuleczalną, ale dzięki odpowiedniemu leczeniu może się stać schorzeniem przewlekłym. Z tego względu niezwykle ważna jest wczesna diagnostyka, utrudniona przez bezobjawowy przebieg pierwszej fazy choroby.

– Na początku choroba przebiega bezobjawowo albo ma takie objawy jak zwyczajne osłabienie, nawracające zakażenia, które nie są specjalnie typowe i nie kierują tej diagnostyki od razu na szpiczaka. Mogą być też odchylenia w badaniach laboratoryjnych, np. zwiększona wartość OB, ale to nie jest badanie, które rutynowo jest wykonywane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Iwona Hus z Samodzielnej Pracowni Transplantologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Na bardzo wczesnym etapie rozwoju, przy tzw. szpiczaku tlącym, leczenie najczęściej nie jest wdrażane natychmiast po diagnozie. Pacjent podlega aktywnemu monitorowaniu obejmującemu regularne wykonywanie odpowiednich badań. W przypadku pogorszenia się wyników, czyli aktywacji nowotworu, który zaczyna namnażać niewłaściwe komórki plazmatyczne, i pojawienia się bólów kostnych, anemii, problemów z nerkami oraz wysokiego stężenie białka w moczu (tzw. białkomocz) chory zostaje poddany leczeniu.

Obecnie standardem w walce ze szpiczakiem plazmocytowym jest poddanie pacjenta chemioterapii mającej doprowadzić do remisji choroby, tak aby można było wykonać przeszczep komórek macierzystych (auto- lub allogeniczny). W przypadku nawrotu choroby podaje się lek immunomodulujący (talidomid) lub inhibitory proteasomów (bortezomib), przy kolejnym nawrocie pacjent w ramach programu lekowego otrzymuje lenalidomid. Na tym możliwości leczenia pacjentów w Polsce jeżeli chodzi o dostęp do leków się kończy. W ciągu ostatnich paru lat na świecie pojawiło się kilka nowych cząsteczek, które skutecznie hamują rozwój choroby i podnoszą jakość życia pacjentów, niestety żadna z nich nie jest w Polsce refundowana.

– Jest to choroba, która ma tendencję do nawrotów, czyli zwykle możemy się spodziewać, że pacjent będzie wymagał nie tylko jednej linii, ale kilku, czasami kilkunastu. Jeśli chodzi o leczenie pierwszej linii w Polsce, można powiedzieć, że ono nie odbiega od standardów europejskich. Pacjenci mają dostęp do podstawowych leków, takich jak inhibitory proteasomów – bortezomib – czy leki immunomodulujące – talidomid i lenalidomid – mówi prof. Tomasz Wróbel z Kliniki Hematologii Nowotworów Krwi i Transplantacji Szpiku Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Znacznie gorzej przedstawia się sytuacja chorych z nawrotowym lub opornym na leczenie szpiczakiem plazmocytowym. Na świecie standardem leczenia w takich przypadkach są schematy oparte na kombinacji trzech leków dobieranych spośród sześciu nowo zarejestrowanych cząsteczek. Nowoczesne terapie są w stanie przedłużyć życie chorych nawet o kilka lat, a ze względu na zmniejszoną toksyczność nie wpływają negatywnie na jakość życia pacjentów. Część z nich podawana jest doustnie, tak jak pomalidomid czy iksazomib, co zmniejsza konieczność hospitalizacji i ułatwia pacjentowi codzienne funkcjonowanie. W Polsce jednak żadna z cząsteczek nie jest stosowana w leczeniu przez brak finansowania ze środków publicznych i jedynie mała liczba osób może z nich skorzystać w ramach badań klinicznych.

– W ostatnich latach mamy wysyp nowych leków w terapii szpiczaka plazmocytowego. Mamy nowe inhibitory proteasomów, takie jak karfilzomib czy iksazomib. Mamy nowy lek immunomodulujący pomalidomid, nowe przeciwciała monoklonalne, które dotychczas nie były stosowane w terapii szpiczaka, takie jak daratumumab czy elotuzumab – mówi prof. Tomasz Wróbel – Nie powiem, że wszystkie powinny być dostępne bez ograniczeń, ale na pewno w jakimś zakresie dla wybranych grup chorych właściwie każdy z tych leków powinien być refundowany. 

– Otrzymałem lek pomalidomid w ramach programu charytatywnego prowadzonego przez producenta i dzięki temu żyję już trzy lata. Był to program tylko dla określonej liczby pacjentów w formie darowizny przekazywanej przez firmę, nie jest to program organizowany przez Ministerstwo Zdrowia. Ten lek bardzo dużo mi pomógł, dał mi szansę na dalsze życie, funkcjonuję prawie normalnie, chodzę do pracy, mam swoje życie rodzinne, realizuję jeszcze inne rzeczy – dodaje Paweł Kaliszek, chory na szpiczaka.

W trudnej sytuacji znajdują się pacjenci po przeszczepie komórek macierzystych. Liczne badania pokazują, że zastosowanie u tych pacjentów doustnego lenalidomidu wydłuża zarówno czas wolny od progresji choroby, jak i czas całkowitego przeżycia. W Polsce lek ten refundowany jest jednak jedynie w przypadkach szpiczaka nawrotowego lub opornego na leczenie, w leczeniu podtrzymującym dla pacjentów po przeszczepie pozostaje poza zasięgiem.

– W Polsce nie możemy stosować leczenia podtrzymującego zgodnego ze standardami europejskimi. Lekiem, który ma najwięcej udokumentowanych badań w terapii podtrzymującej, jest lenalidomid, który w naszym kraju w tym wskazaniu nie jest refundowany – mówi prof. Tomasz Wróbel.

Wiele dużych przedsiębiorstw nie przeprowadziło obowiązkowego audytu energetycznego. Grożą im wysokie kary

Wiele dużych przedsiębiorstw nie przeprowadziło obowiązkowego audytu energetycznego. Grożą im wysokie kary 11

Nieco ponad 3,5 tys. firm przeprowadziło obowiązkowy audyt energetyczny – wynika z danych URE. Według unijnych przepisów zobowiązane do tego są te przedsiębiorstwa, w których w jednym z dwóch ostatnich lat obrotowych zatrudnionych było ponad 250 pracowników, a roczny dochód netto przekroczył 50 mln euro. Według szacunków ekspertów audyt powinno przeprowadzić od 3 do 5 tys. firm. Przedsiębiorstwa poinformowały, że potencjalne średnioroczne oszczędności energii finalnej wynoszą ponad 970 tys. toe/rok.

– ​Około 3,5 tys. przedsiębiorstw przeprowadziło audyt. Ile przedsiębiorstw jest naprawdę zobowiązanych, trudno powiedzieć, szacowało się, że będzie to między 3 a 5 tys. firm. Zgodnie z wynikami audytu ponad 900 tys. ton oleju ekwiwalentnego można zaoszczędzić w audytowanych przedsiębiorstwach, czyli takie oszczędności zostały faktycznie zidentyfikowane – ​podkreśla w rozmowie z Newseria Biznes Sebastian Gurgacz, zastępca dyrektora Działu Efektywności Energetycznej Krajowej Agencji Poszanowania Energii.

Audyt energetyczny przedsiębiorstwa dotyczy jego całej gospodarki energetycznej i obejmuje minimum 90 proc. zużycia wszystkich nośników energii. Jego celem jest natomiast określenie potencjalnych oszczędności energii.

Dokładna inwentaryzacja maszyn i urządzeń pokazuje, gdzie technologia jest przestarzała i należy ją wymienić. Audyt energetyczny przedsiębiorstwa może się przyczynić do aktualizacji polityki energetycznej przedsiębiorstwa, a przez to rozważenie budowy własnego źródła ciepła czy energii elektrycznej, zainwestowania w kogenerację czy zmianę taryf zakupu energii elektrycznej i ciepła ​– dodaje Sebastian Gurgacz.

Firmy, które uwzględnią rekomendacje wynikające z audytu energetycznego, mogą uzyskać znaczne oszczędności w zużyciu mediów oraz nośników energii, a tym samym obniżyć koszty operacyjne firmy, zwiększyć wydajności linii technologicznych, ochrony środowiska (redukcja emisji dwutlenku węgla), zastąpić przestarzałe technologie nowymi, bardziej energooszczędnymi.

– ​Spółki są chętne do wdrażania rekomendacji zasugerowanych w audycie. Oferujemy program długofalowej współpracy w obszarze poprawy efektywności energetycznej. Są również na rynku dostępne programy wsparcia, takie jak białe certyfikaty czy wznowione Działanie 1.2, czyli promowanie efektywności energetycznej i OZE w przedsiębiorstwach w ramach programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko –​ dodaje przedstawiciel KAPE.

Zobowiązane do przeprowadzenia audytu energetycznego są te przedsiębiorstwa, w których w jednym z dwóch ostatnich lat obrotowych zatrudnionych było ponad 250 pracowników, roczny dochód netto przekroczył 50 milionów euro, a suma aktywów bilansów na koniec jednego z dwóch okresów rozliczeniowych przewyższała 43 miliony euro.

Jednocześnie Gurgacz przypomina, że niewykonanie audytu w terminie, tj. do 1 października 2017 roku, może skutkować karą w wysokości do 5 proc. rocznego przychodu firmy. Wspomniana kara nakładana jest decyzją prezesa URE, ale istnieje możliwość odstąpienia od niej, jeśli firma podjęła kroki zmierzające do przeprowadzenia audytu. Audyt energetyczny należy wykonać ponownie 4 lata po zakończeniu pierwszej kontroli.

– Zgodnie z ustawą o efektywności energetycznej z dnia 20 maja 2016 roku obowiązkowy audyt musi zostać przeprowadzony w trzech obszarach: w budynkach, transporcie oraz instalacjach przemysłowych i technologicznych ​– mówi Sebastian Gurgacz.

Ustawa o efektywności energetycznej jest wynikiem wdrożenia unijnej dyrektywy, która zobowiązuje duże przedsiębiorstwa do przeprowadzenia audytu energetycznego. Regulacje unijne mają na celu zwiększenie świadomości krajów członkowskich w obszarze ochrony środowiska oraz efektywności energetycznej w firmach, jak również pomagają w realizacji założeń unijnej polityki energetycznej do 2020 roku.

Organizacje pomocy humanitarnej coraz częściej wykorzystują nowe technologie. Drony, płatności za pomocą telefonów czy przetwarzanie w chmurze stają się standardem

Organizacje pomocy humanitarnej coraz częściej wykorzystują nowe technologie. Drony, płatności za pomocą telefonów czy przetwarzanie w chmurze stają się standardem 12

W swojej pracy organizacje niosące pomoc humanitarną mocno opierają się na nowych technologiach. Do niesienia pomocy wykorzystywane są między innymi drony. Polska Akcja Humanitarna korzysta natomiast z bezpiecznych baz danych, kart ID, a także systemów elektronicznych płatności i różnego rodzaju aplikacji mobilnych. Dostęp do wszystkich narzędzi jest możliwy z każdego miejsca na świecie dzięki wykorzystaniu chmury.

– Nowe technologie wykorzystujemy przede wszystkim w obszarze logistyki, komunikacji i szeroko rozumianego bezpieczeństwa. Dzisiaj nie jest niczym nowym wykorzystywanie dronów w niesieniu pomocy humanitarno-rozwojowej, np. UNICEF w Malawi transportuje dronami próbki krwi do swoich laboratoriów, dzięki czemu z kilkunastu do kilku dni skrócił się okres oczekiwania na wyniki badań krwi dzieci, które mają podejrzenie zakażenia wirusem HIV – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karina Diłanian-Pinkowicz, kierownik ds. współpracy z darczyńcami Polskiej Akcji Humanitarnej.

Drony mogą również być wykorzystywane w obszarach klęsk żywiołowych. W 2013 roku podczas tajfunu na Filipinach, drony były wykorzystywane do mapowania szkód i przekazywania informacji w czasie rzeczywistym. Najnowsze zdobycze technologii mają również gwarantować pełną organizację danych oraz bezpieczeństwo. To szczególnie ważne przy różnego rodzaju akcjach pomocy humanitarnej, gdzie wartość pomocy pieniężnej i materialnej sięga milionów złotych. Coraz częściej pomoc niesiona jest również z wykorzystaniem nowych technologii.

– W Somalii przekazujemy ludziom pieniądze za pomocą telefonów komórkowych. To sposób dobrze funkcjonujący na tym rynku. W Sudanie Południowym korzystamy natomiast z systemów transferów pieniężnych. Taka pomoc jest postrzegana jako bardziej efektywna i chroniąca godność osób, do których docieramy – zaznacza przedstawicielka organizacji.

92 proc. organizacji pozarządowych ma stronę internetową, a 38 proc. z nich regularnie publikuje treści na swojej witrynie lub blogu – wynika z raportu „2018 Global NGO Technology Report”. O ile obecność w internecie można uznać wśród nich za powszechną, o tyle z tego samego raportu dowiadujemy się, że większość organizacji wykazuje pilną potrzebę modernizacji technologii informatycznej, by zwiększyć bezpieczeństwo danych. Wiele z nich zarządza danymi kontaktowymi i informacjami o transakcjach poprzez arkusze Excel i przestarzałe systemy CRM. Polska Akcja Humanitarna należy do najbardziej zaawansowanych technologicznie fundacji na świecie.

– Wykorzystujemy wszelkie aplikacje, które umożliwiają dotarcie do beneficjenta i uporządkowanie danych. Korzystamy na przykład z systemu COBO, który pozwala zbierać dane i analizować je w znacznie szybszym tempie. Wykorzystujemy ponadto aplikacje dashboardowe, porządkujące te dane. W samym procesie niesienia pomocy korzystamy z kart ID, które pomagają scentralizować bazę wszystkich potrzebujących na danym terenie – wymienia Karina Diłanian-Pinkowicz.

Dla organizacji, która ma rozproszoną na całym świecie bazę punktów pomocy, istotna jest synchronizacja danych i informacji. Polska Akcja Humanitarna rozwiązała ten problem poprzez przeniesienie swoich urządzeń do chmury.

– Dzięki temu mamy zdalny dostęp do wszystkich potrzebnych dokumentów i programów. To niezwykle ważne w działalności organizacji tak rozproszonej jak nasza, bo oprócz siedziby w Warszawie mamy dwa biura regionalne i pięć misji zagranicznych położonych w najmniej bezpiecznych regionach świata. Chmura gwarantuje nam bezpieczeństwo przesyłanych treści – zapewnia ekspertka PAH.

Polska Akcja Humanitarna działa w tej chwili na terenie Polski, Iraku, Sudanu Południowego, Somalii, Syrii oraz Ukrainy. W 2016 roku pomogła ponad milionowi osób na całym świecie.

Rekordowa liczba interwencji ratowników na stokach w Beskidach. Brawura i prędkość co roku doprowadzają do kilku tysięcy wypadków

Rekordowa liczba interwencji ratowników na stokach w Beskidach. Brawura i prędkość co roku doprowadzają do kilku tysięcy wypadków 13

Tłok na stokach, brawura i przecenianie swoich umiejętności – to najczęstsze przyczyny wypadków na górskich stokach. Każdego roku GOPR odnotowuje kilka tysięcy takich incydentów. Poziom wiedzy dotyczącej bezpieczeństwa na stoku jest zbyt niski, a większość narciarzy nie wie nawet, czym jest obowiązkowy dekalog FIS. Przypominają o nim Zimowe Miasteczka Milki, w których GOPR-owcy szkolą narciarzy z zasad bezpieczeństwa na stoku.

 Przyczyn interwencji na stoku jest wiele. Piękna zima przyciąga ludzi w góry, ale pojemność stoków jest trochę za mała w stosunku do możliwości wyciągowych. Przykładowo, zdolność przewozowa Szczyrkowskiego Ośrodka Narciarskiego to 8 tys. narciarzy na godzinę, którzy nie mieszczą się na trasach. Jest duże zagęszczenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Edmund Górny, instruktor Instytutu Ratownictwa Górskiego, ekspert Grupy Beskidzkiej GOPR.

Prawie jedna trzecia Polaków potrafi jeździć na nartach, a w Polsce jest w sumie około 4 mln aktywnych narciarzy – wynika z badania, które w ubiegłym roku IBRIS przeprowadził na zlecenie Polskich Kolei Linowych. Większość jeździ systematycznie, dla sporej grupy zimowe wypady na narty stały się już zimową tradycją. Ze względu na bliską lokalizację i konkurencyjne ceny Polacy na ferie wybierają najczęściej krajowe stoki – ponad połowa zadeklarowała, że w sezonie zamierza jeździć na nartach w kraju.

Na duże obłożenie ośrodków narciarskich nakłada się brawura i przecenianie swoich umiejętności, co – jak wynika z badania PKL – jest najczęstszą przyczyną wypadków na stokach.

– Prowadzimy statystyki, w których każdy wypadek jest dokładnie opisany. Z tego wychodzą nam odpowiednie diagramy, które pokazują, co jest przyczyną wypadków. Są nimi brawura, brak umiejętności i odpowiedniego przygotowania – potwierdza Edmund Górny.

Do najczęstszych grzechów polskich narciarzy zalicza się także nadmierna prędkość, nieadekwatna do umiejętności, niedostosowanie się do obowiązujących na stoku przepisów czy jazda w niesprawnym sprzęcie.

 Z narciarzami jest podobnie jak z kierowcami – im słabszy kierowca, tym szybciej chce jeździć. Ci słabsi próbują prostować, jeździć „na krechę”, co często kończy się zderzeniem. To są bardzo poważne wypadki, ponieważ prędkości się sumują i dochodzi do poważnych urazów – mówi Edmund Górny.

Ekspert Grupy Beskidzkiej GOPR zauważa, że kolejny powszechny błąd narciarzy to brak odpowiedniej rozgrzewki przed zjazdem, która pozwala rozgrzać mięśnie i uniknąć kontuzji.

W Alpach praktycznie 100 proc. narciarzy, wjeżdżając na górę, robi rozgrzewkę. To trwa 5 minut, a rozgrzewamy wtedy wszystkie mięśnie – to bardzo pomaga, bo jesteśmy wychłodzeni. Niestety, u nas jest to trochę passé: nie wypada się rozgrzewać, wyjeżdżamy na górę i rura na dół – mówi Edmund Górny.

GOPR prowadzi akcje edukacyjne, wykłady oraz zajęcia dla dzieci i młodzieży propagujące wiedzę o tym, jak zachować się na stoku. Pomagają też dodatkowe atrakcje i imprezy edukacyjne, które przyciągają narciarzy. Od stycznia przez całe ferie zimowe w najpopularniejszych kurortach narciarskich turyści mogą odwiedzać Zimowe Miasteczka Milki. W miasteczkach ratownicy GOPR organizują zabawy i szkolenia dotyczące bezpieczeństwa, a dzieci i dorośli mogą skorzystać z szeregu atrakcji, na przykład wypożyczyć kamerę sportową Go Pro Hero, by uwiecznić swoje zjazdy, odpocząć w barach i strefach relaksu albo skorzystać z porad instruktorów narciarstwa. Zimowe Miasteczka Milki gościły już m.in. w Zieleńcu, Jaworzynie Krynickiej, Szczyrku i w Istebnej na Złotym Groniu. W nadchodzący weekend 24–25.02 będzie można je odwiedzić w Białce Tatrzańskiej.

– Rozsądek i chłodna głowa – to trzeba zabrać w góry. Trzeba wiedzieć, kiedy odpocząć, przerywamy wtedy, kiedy jesteśmy lekko zmęczeni. Nigdy w takiej sytuacji nie zjeżdżajmy „jeszcze ostatni raz”, dlatego że jest bilet wykupiony na cały dzień. Można odpocząć i zregenerować siły, napić się herbaty, to pomaga – przestrzega Edmund Górny.

W ubiegłorocznym sezonie 2016/2017 na stokach zabezpieczanych przez GOPR doszło do blisko 3,9 tys. akcji, w których ratownicy udzielili pomocy narciarzom, z czego blisko dwie trzecie stanowiły poważniejsze interwencje.

 Statystycznie, prowadzimy około 1,5 tys. akcji rocznie. Zakładamy, że w tym roku ta liczba zostanie przekroczona. Już teraz w całych Beskidach – na terenie działania naszej grupy – mamy odnotowanych 1250 wypadków. Epicentrum tej wypadkowości jest Szczyrkowski Ośrodek Narciarski, na który przypada 25 proc. zdarzeń – mówi ekspert Grupy Beskidzkiej GOPR.

Ratownicy górscy przypominają, że do zimowego wypadu na narty trzeba się z wyprzedzeniem przygotować – zadbać zarówno o sprzęt, jak i kondycję fizyczną oraz zapoznać się z zasadami bezpieczeństwa.

– Przewrotne jest to, że urządzenia wyciągowe – takie jak krzesła i gondole – wywiozą każdego. Kiedyś weryfikacja, selekcja naturalna, występowała już na orczykach. Ktoś, kto nie stał na nartach, przewracał się od razu. Natomiast kolejką wjeżdża nawet początkujący, zwykle na nartach z wypożyczalni i pyta, gdzie jest czarna trasa, bo trzeba zrobić selfie – mówi Edmund Górny.

Dekalog FIS – czyli Dekalog Reguł Międzynarodowej Federacji Narciarskiej – to zbiór wytycznych dla narciarzy i snowboardzistów, który wskazuje na co zwrócić uwagę i o czym pamiętać, żeby być bezpiecznym. Obowiązuje na stokach całego świata i w teorii powinien znać go każdy narciarz, ale w praktyce poziom tej znajomości jest słaby.

– Kiedy mówię komuś o dekalogu narciarza, on zwykle robi wielkie oczy, bo nie wie, co to jest. Nikt mu tego nie przekazał. Ludzie, którzy przeszli przez szkoły narciarskie, mają tę wiedzę. Natomiast samouki niekoniecznie – mówi Górny.

Jak podkreśla, najważniejszy jest wybór trasy i dostosowanie prędkości do umiejętności. Przez cały czas obecności na stoku musimy też pamiętać o tym, że jest na nim wielu innych, również początkujących narciarzy i snowboardzistów.

 Przed ruszaniem zawsze patrzymy do góry i sprawdzamy, czy ktoś nie jedzie. Podobnie jak z samochodem – patrzymy w lusterko i dopiero wtedy ruszamy. Zatrzymujemy się zawsze na boku trasy, nie na środku. Zmorą są dla nas snowboardziści, którzy siadają stadem na środku trasy, bo jest taka moda. Z tymi zasadami powinni się zapoznać wszyscy narciarze – podkreśla Edmund Górny.

Powstaje fundusz dla polskich innowacji w medycynie. Trwają prace nad nową technologią leczenia arytmii serca

Powstaje fundusz dla polskich innowacji w medycynie. Trwają prace nad nową technologią leczenia arytmii serca 14

Przyszłość medycyny to nieustanny rozwój. Polscy naukowcy uruchomili fundusz, który ma pozwolić na stworzenie w naszym kraju od podstaw innowacji medycznych na skalę światową, które nie tylko świetnie sprawdzą się w leczeniu pacjentów, lecz także będą wyznacznikami dla zagranicznych lekarzy. W planach jest opracowanie nowych, coraz mniej inwazyjnych metod m.in. dla kardiochirurgii. Aktualnie trwają prace nad tzw. krioaplikatorem, który pomoże w leczeniu arytmii serca.

– Krioaplikator to technologia precyzyjnego zamrażania obszarów serca, które zamierzamy poddać eliminacji, aby nie były źródłem arytmii. Jest to technologia mało inwazyjnych, torakochirurgicznych (dotyczących klatki piersiowej – przyp. red.) zabiegów kardiochirurgicznych ​– mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Sebastian Stec, kardiolog z polskiej firmy Medinice.

Metoda leczenia z wykorzystaniem krioaplikatora jest zabiegiem mało inwazyjnym. Polega na wprowadzeniu do okolicy serca aplikatora przez mały otwór w ciele, dzięki czemu nie naraża pacjenta na otwarcie klatki piersiowej poprzez przecięcie mostka. Krioaplikator może trafić na rynek w 2021 roku.

– To technologia, która zakłada zmrażanie tkanki szkodliwej dla rytmu serca do -160 stopni. Na świecie ta metoda jest stosowana do temperatury rzędu -90 stopni. Krioaplikator, jak zakładamy, pozwoli taniej i szybciej wykonywać procedury medyczne, jak również skuteczniej i wygodniej dla operatora ​– podkreśla prof. Sebastian Stec.

Innowacyjna medycyna w zakresie kardiologii i kardiochirurgii w Polsce może nabrać tempa. Polscy naukowcy maja ambicję przygotowywać technologiczne rozwiązania, które będą wdrażane na całym świecie. W tym celu organizowany jest fundusz MediAlfa, który ma zapewnić polskim wynalazcom medycznym warunki i środowisko do utworzenia start-upu, rejestrowania patentów i wprowadzania innowacji na rynek. Naukowcy będą mogli liczyć także na konsultacje z inżynierami czy ekspertami biznesowymi, a także z innymi wynalazcami. Projekt może wziąć pod opiekę nawet trzydzieści nowych pomysłów.

– Do takiego programu zapraszamy wynalazców z dziedziny medycyny, w szczególności z zakresu kardiologii i kardiochirurgii, gdzie mamy największe kompetencje. Skupiamy się na technologiach i urządzeniach, które związane są z telemedycyną, narzędziami chirurgicznymi, urządzeniami medycznymi czy też diagnostyką – informuje prof. Sebastian Stec.

Według brytyjskiej firmy badawczej Evaluate światowy rynek technologii medycznych rozwija się o około 6 proc. rocznie, a w 2022 roku jego wartość przekroczy 62 mld dolarów, czyli ponad 220 mld złotych. Z prognoz analityków Markets and Markets wynika, że globalny rynek urządzeń do kardiochirurgii ma osiągnąć wartość 1,6 mld dolarów do 2022 roku, przy średniorocznym wzroście na poziomie 7 proc. W 2017 roku największy udział w tym rynku osiągnęła Ameryka Północna, jednak eksperci przewidują, że największe tempo wzrostu w najbliższych latach wykaże rynek azjatycki. Szansę na duży rozwój widzą także polscy naukowcy.

– Ciągle w Polsce innowacja zbyt często oznacza wprowadzenie jakiejś technologii z Zachodu. My tworzymy technologie od zera, które są nam potrzebne w lepszym leczeniu pacjentów. Chcemy zabezpieczać intelektualną własność prawami patentowymi, tworzyć, prototypować i wdrażać projekty z inżynierami, żeby je zastosować do leczenia pacjentów, a następnie eksportować myśl technologiczną na Zachód – mówi prof. Sebastian Stec.

Ile zarabiają i pracują polscy freelancerzy? – wyniki badań z 2018r.

Niezależność, autonomia i wolność to główne przyczyny dla tysięcy Polaków, którzy zdecydowali się na pracę w charakterze wolnych strzelców. Najlepsi, działający w ramach elektronicznych usług dla biznesu, zarabiają zdecydowanie ponad 10 tysięcy netto miesięcznie. Ile godzin dziennie pracują, jak często jeżdżą na urlopy, jakie branże najczęściej obsługują i za jakie pieniądze?

Możliwość bycia kapitanem sterem i okrętem, czyli kształtowania rzeczywistości według własnej wizji i potrzeb, jest atrakcyjna dla coraz większej rzeszy rodaków. W Polsce liczba freelancerów rośnie z roku na rok. Aktualnie takich, którzy utrzymują się tylko i wyłącznie z bycia wolnym strzelcem jest około 100 tysięcy.

Zarobki polskich freelancerów, świadczących elektroniczne usługi dla biznesu – wykonujących prace związane przede wszystkim z tworzeniem contentu, programowaniem i grafiką – zależą od kilku czynników, takich jak branża, referencje, doświadczenie czy ilość czasu poświęconego na wykonywaną pracę. – Inną kwotę zarobi dorywczo grafik, a inną pełnoetatowy wolny strzelec programista. W porównaniu z badaniem przeprowadzonym w 2016 roku, w bieżącym roku wyraźnie poprawiła się sytuacja osób zarabiających miesięcznie w przedziale 3-5 tys. zł netto. Dwa lata temu taki dochód deklarowało 9,5% respondentów, w tym roku już 13,1%  – mówi Przemysław Głośny, prezes platformy Useme.eu.

Aktualnie najwięcej osób, bo blisko 2/3 badanych zarabia do 2 tys. zł miesięcznie netto, a 14,5 proc. freelancerów pomiędzy 2 a 3 tys. zł. Co piąty (21,2 proc.) respondent otrzymuje na rękę ponad 3 tys. zł miesięcznie, w tym blisko co dziesiąty (8,1 proc.) zarabia ponad 5 tys. zł miesięcznie netto. Wśród nich jest coraz więcej osób, których zarobki przekraczają ponad 10 tys. zł w ciągu miesiąca.

Zapracowani jak freelancerzy

Myli się ten, który uważa, że praca jako freelancer jest lekka, łatwa, przyjemna i nieabsorbująca. Tylko osoby pracujące dorywczo (40,7%) pracują do 4h dziennie. Znaczna większość badanych (59,3%) poświęca pracy od 4 do 10 i więcej godzin w ciągu dnia. Tym niemniej, dla zdecydowanej większości (94,9%) godziny pracy są elastyczne. Tylko 5,1% ankietowanych odpowiedziało, że pracuje zawsze w określonych godzinach.

Na urlop by się szło

Aż 42% badanych wolnych strzelców zadeklarowało, że są w stanie wyjechać na dwutygodniowy urlop. 23,7% jednak przyznaje, że udaje im się zorganizować co najwyżej weekendowe wypady lub nigdzie nie wyjeżdżają. Pozostali respondenci zadeklarowali, że wyjeżdżają na tydzień lub krócej.

Badanie zostało przeprowadzone w styczniu 2018 roku metodą CAWI i wzięło w nim udział 1002 freelancerów. Najliczniejszą grupę respondentów stanowią osoby między 25 a 34 rokiem życia, pochodzące z dużych miast (40,4%). W grupie badanych nieznacznie przeważają mężczyźni (56,7%).

Przemysł w kosmosie to kwestia czasu. Wyścig już się rozpoczął

Produkty z oznaczeniem „Made in Space” mogą trafić na rynek w ciągu zaledwie dekady. Przemysł w przestrzeni kosmicznej opuścił sferę marzeń i na naszych oczach staje się rzeczywistością. Stany Zjednoczone podjęły już kroki prawne, mające na celu legalizację obrotu minerałami wydobywanymi z przelatujących w pobliżu asteroid. Pozyskiwanie materiałów produkcyjnych z kosmosu jest częścią wizji, w której Ziemia staje się przestrzenią mieszkalną i handlową, a większość przemysłu odbywa się w stanie nieważkości.

„To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości” – powiedział Neil Armstrong stawiając pierwszy krok na Księżycu 20 lipca 1969 roku. Od lądowania Amerykanów na Księżycu minęło prawie 50 lat i zdaje się, że w tym czasie ludzkość nie poczyniła kolejnych, równie istotnych kroków w podoju kosmosu. Nie oznacza to wcale, że przez połowę stulecia nic się w tej materii nie działo. Do najważniejszych wydarzeń w rozwoju przemysłu kosmicznego można zaliczyć udane lądowanie rakiety wielokrotnego użytku Falcon 9 stworzonej przez Space X. Pojazdy tego typu to nadzieja na tańsze, częstsze i dostępne na szeroką skalę loty w przestworza. Szerokim echem odbił się również udany start rakiety Falcon Heavy, która nie tylko wyniosła w kosmos Teslę Roadster, lecz przede wszystkim udowodniła, że Space X potrafi wynieść na orbitę ciężki ładunek i zrobić to taniej niż konkurencja. Firma Elona Muska postawiła przed sobą ambitny cel: stworzenie kolonii na Marsie, co wiąże się z opracowaniem nowych technologii i zgromadzeniem funduszy, które umożliwią to przedsięwzięcie. Już dziś Space X współpracuje z NASA realizując zlecenia amerykańskiej agencji kosmicznej, co stanowi dla firmy spore źródło dochodu. Podobnych kontraktów, związanych z kursami na międzynarodową stację kosmiczną czy wynoszeniem satelitów na orbitę ma być coraz więcej.

Przemysł nie z tej Ziemi

Podczas gdy świat koncentruje swoją uwagę na czerwonej planecie i jej kolonizacji, przemysł kosmiczny równolegle rozwija się w innym, mniej odległym kierunku. Dopiero po głośnym komentarzu twórcy i prezesa zarządu firmy Amazon alternatywna koncepcja doczekała się odpowiedniego rozgłosu. Jeff Bezos, podczas kalifornijskiej konferencji Code, poruszył wiele zagadnień wiązanych z działalnością największego sklepu internetowego świata, jednak nic nie przykuło uwagi dziennikarzy tak, jak jego wypowiedź poświęcona kosmicznej ekspansji.  – Dostęp do energii jest ograniczony. W ciągu kilkuset lat będziemy zmuszeni pokryć całą powierzchnię Ziemi panelami słonecznymi.  Co należy zrobić w takiej sytuacji? Myślę, że trzeba będzie przenieść w przestrzeń kosmiczną cały ciężki przemysł pozostawiając Ziemię przestrzenią mieszkalną i strefą lekkiego przemysłu – stwierdził Bezos pozostawiając słuchaczy w osłupieniu.

Zdaniem założyciela firmy Amazon pozyskiwanie energii słonecznej w kosmosie jest dużo prostsze niż na Ziemi, ponieważ światło słoneczne dostępne jest bez zakłóceń 24 godz. na dobę. Przeniesienie przemysłu ciężkiego w okolice ziemskiej orbity oznacza, że zanieczyszczenia powstające w procesach produkcyjnych przestaną wpływać na atmosferę naszej planety, a największym wyzwaniem stanie się transport gotowych produktów z kosmicznych fabryk na jej powierzchnię.

By sen Jeffa Bezosa stał się rzeczywistością potrzeba nie tylko nowej klasy pojazdów kosmicznych, lecz również maszyn i robotów, które poradzą sobie w stanie nieważkości.  – Rozwiązania, które obecnie rewolucjonizują przemysł, takie jak np. Internet rzeczy czy technologie kognitywne, mają szanse sprawdzić się w przestrzeni kosmicznej, jednak by produkcja w stanie nieważkości ruszyła pełną parą, będziemy potrzebowali innowacyjnych maszyn, przystosowanych do pozaziemskich warunków. Jestem natomiast bardzo ostrożny, co do przenoszenia w kosmos najbardziej szkodliwych dla środowiska gałęzi przemysłu. Zbyt wielkie wrażenie zrobiła na mniej literatura i filmy SF, które przewidywały bunty kolonii pozaziemskich z powodu fatalnych warunków życia – zwraca uwagę Piotr Rojek z DSR, firmy specjalizującej się w nowoczesnych rozwiązaniach IT dla przemysłu. Spytany czy prowadzona przez niego spółka planuje rozszerzyć działalność o technologie kosmiczne odpowiada, że na razie – podobnie, jak konkurencja – skupia się ona na udoskonalaniu technologiach naziemnych.

Pionierzy są już aktywni

Chociaż idea przemysłu pozaziemskiego dla wielu wciąż może się wydawać tematem rodem z dzieł Science Fiction, to firmy na całym świecie zupełnie na poważnie zaczynają podchodzić do planów przemysłowej ekspansji w obszarze kosmicznym.  Za pierwszy, lecz wciąż niewielki kroki w stronę kosmicznego przemysłu można uznać projekty firmy Made in Space, która przy pomocy towarowej kapsuły SpaceX Dragon dostarczyła na międzynarodową stację kosmiczną maszynę do produkcji światłowodu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, kalifornijski startup uruchomi w kosmosie pierwszą w historii produkcję dóbr, którymi z czystym sumieniem będzie można obracać na Ziemi. – Wierzymy, że jesteśmy blisko czegoś na prawdę niesamowitego. Po raz pierwszy przestrzeń kosmiczna wykorzystana zostanie do celów przemysłowych – powiedział Andrew Rush, CEO w Made In Space. Podobnego zdania jest Lynn Harper z należącego do NASA Centrum Badawczego imienia Josepha Amesa, który na jednej z konferencji prasowych stwierdził, że możliwości uruchomienia przemysłu w kosmosie jeszcze nigdy nie były tak szerokie. – Produkcja na dużą skalę mogłaby zostać przetestowana i udoskonalona na ISS (ang. International Space Station), a następnie wdrożona na wielu komercyjnych nośnikach, które pojawią się w przyszłości – zauważył Harper.

Fabryki w kosmosie mogłyby czerpać korzyści z takich warunków, jak mikrograwitacja i próżnia. Ta druga, w przypadku produkcji wysokiej jakości światłowodu odgrywa istotną rolę. – W materiałach tej klasy grawitacja powoduje mikrokrystalizację, która pozbawia ich korzystnych właściwości – powiedział Justin Kugler, New Nusiness Development Manager w Made In Space. Wysokiej jakości światłowód „ZBLAN” kosztuje nawet 2 miliony dolarów za kilogram. Taka cena sprawia, że wytwarzanie go w przestworzach opłaca się nawet przy współczesnych środkach kosmicznego transportu.

Już w 1973 r. dyrektor General Electric zeznał przed kongresem Stanów Zjednoczonych, że jego firma zidentyfikowała sfery przemysłu kosmicznego, które do roku 1980 mogły stworzyć rynek wart ponad 2 miliardy dolarów. Tak się jednak nie stało, a przyczynę porażki Lynn Harper dopatruje w rzadkich i drogich lotach wahadłowców. Jego zdaniem międzynarodowa stacja kosmiczna zmieniła sytuację na lepszą, a ciągła obecność załogi sprzyja testowaniu rozwiązań, które w przyszłości mogą zrewolucjonizować przemysł. Z kolei, komercyjne, handlowe pojazdy towarowe zapewniają częstszy i tańszy dostęp do umieszczonej na orbicie bazy niż mogły zaoferować przestarzałe wahadłowce. To kolejny czynnik przemawiający za tezą, według której dla kosmicznego przemysłu rozpoczyna się właśnie nowy, chwalebny rozdział.

Dr Grzegorz Brona, prezes polskiej spółki Creotech Instruments S.A., lidera krajowego sektora kosmicznego, którego produkty trafiły już na orbitę Marsa, zwraca jednak uwagę na to, że powszechne wyobrażenia o gospodarczym użytkowaniu kosmicznych zasobów przeważnie obarczone jest błędem. Jest on zakorzeniony w braku wiedzy, gdzie dzisiaj w tego typu przedsięwzięciach pojawią się największe wydatki.

– Obecnie koszt wyniesienia na bliską orbitę Ziemi jednego kilograma ładunku to nawet kilkanaście tysięcy dolarów. Koszt potencjalnego bezpiecznego sprowadzenia czegoś z kosmosu na Ziemie wcale nie jest niższy. W przewidywalnej przyszłości trudno więc liczyć na to, że wytwarzanie czegokolwiek w przestrzeni kosmicznej na dużą skalę i sprowadzanie tego na Ziemie, może być opłacalne. Żeby tak się stało potrzebny nam prawdziwy technologiczny przełom, który te potworne koszty znacznie obniży. Nie oznacza to jednak, że przemysł pozaziemski nie ma już dziś racji bytu. Wręcz przeciwnie! – przekonuje Brona.

Zdaniem eksperta pozyskiwanie surowców w przestrzeni kosmicznej jest jak najbardziej uzasadnione, jeśli na poważnie myślimy o podboju kosmosu. – Budowa stałych baz na Księżycu lub Marsie może okazać się finansowo nie do udźwignięcia dla nawet najpotężniejszego państwa, jeśli mamy zamiar transportować tam z Ziemi wszystkie materiały konieczne do budowy. W bardziej realnym scenariuszu przetransportujemy tam to, co konieczne, żeby na miejscu pozyskiwać surowce potrzebne do budowy i funkcjonowania takich placówek. Te lokalne materiały będą na miejscu przetwarzane i wykorzystywane do budowy i zasilania baz – dodaje Brona.

Surowce niczyje

Professor Brian Cox w swoich wizjach wybiega jeszcze dalej przekonując, że receptą na rozwiązanie kryzysu energetycznego nie są energooszczędne technologie czy budowanie nowych elektrowni. Jeden z czołowych autorytetów w dziedzinie astrofizyki z Uniwersytetu w Manchesterze uważa, że odpowiedzi na ziemskie problemy należy szukać w kosmosie, a dokładnie w pasie asteroid. Jego zdaniem znajduje się tam tak duże złoża metalu, że można pokryć nimi całą Ziemię i jednocześnie zbudować wieżowiec o 8 tys. kondygnacji.  – Byliśmy już na asteroidach. Istnieją firmy, w szczególności w USA i w Luxemburgu, które chcą prowadzić na nich prace wydobywcze. Jesteśmy o krok od transformacji naszej cywilizacji, z egzystującej na powierzchni pojedynczej planety, w cywilizację multiplanetarną – stwierdził Cox.

Jedną z takich firm jest kalifornijska Deep Space Industries, która za misję obrała sobie wspieranie przemysłu kosmicznego bogatymi zasobami znajdującymi się we wszechświecie. – Początkowym celem są prace wydobywcze na asteroidach, które przelatują w sąsiedztwie naszej planety. Wiele bogatych w wodę bliskich Ziemi asteroid (NEA) jest łatwo dostępnych, ponieważ podróżują wokół słońce na orbitach zbliżonych do orbity Ziemi. Posiadają niewielką masę, a co za tym idzie słabą grawitację, co ułatwi wydobywanie surowców – czytamy na oficjalnej stronie firmy. Dowiemy się z niej również, że rynek kosmiczny wart jest obecnie ponad 330 miliardów dolarów, a od roku 2000 tylko w 8 wybranych startupów z branży zainwestowano 13.3 miliarda dolarów.

Prawo zahamuje rozwój?

Firmy, takie jak Deep Space Industries, poza problemami natury technologicznej, muszą zmierzyć się z prawem, niedostosowanym do ich przyszłej – miejmy nadzieję –  działalności. Plany krzyżuje im międzynarodowy traktat o przestrzeni kosmicznej z 1967 r., którego stroną jest 107 państw, w tym również Polska. Poza takimi ustaleniami, jak zakaz umieszczania broni nuklearnej bądź innej broni masowego rażenia na orbicie okołoziemskiej lub gdziekolwiek indziej w przestrzeni kosmicznej, akt prawny reguluje również stosunek własności tamtejszych obiektów. Zarówno Księżyc, jak i pozostałe ciała niebieskie, nie mogą stać się własnością żadnego państwa, bez znaczenia, ile narodowych flag zostanie umieszczonych na ich powierzchni.

Pod koniec swojej drugiej kadencji w białym domu Barack Obama złożył podpis pod ustawą, która pozwala prywatnym podmiotom na posiadanie, transport, wykorzystanie i sprzedaż pozaziemskich zasobów. Problem polega na tym, że wprowadzenie nowego prawa w życie narusza traktat o przestrzeni kosmicznej. – Prywatne przedsiębiorstwa pozyskiwałyby licencję na wydobycia w sądzie krajowym. Wydawane w ten sposób suwerenne wyroki naruszają traktat. Nie wiemy, jak się to skończy, dopóki sprawa nie otrze się o sąd – zauważą Dr Chris Newman z Uniwersytetu w Sunderland.

Z kolei Michael Listner, amerykański prawnik i założyciel Space Law and Policy Solutions uważa, że uchwalona przez 44 prezydenta Stanów Zjednoczonych ustawa stoi w sprzeczności z międzynarodowym traktatem, którego złamanie może nieść znaczące konsekwencje stawiając relacje z innymi państwami na ostrzu noża. – Chiny i Rosja będą chciały kawałek tego tortu. Gdy w grę wchodzi konflikt prawny, sprawy zaczynają być ryzykowne. Może to doprowadzić do konfliktu politycznego – ostrzega Listner.

Nie tylko Stany Zjednoczone podjęły kroki w kierunku legalizacji handlu materiałami pozaziemskimi. Étienne Schneider, wicepremier Luksemburga zapowiedział, że reprezentowane przez niego państwo zamierza nie tylko rozpocząć pracę nad prawem umożliwiającym firmom wydobywanie surowców z asteroid, lecz również planuje inwestycje w tego typu podmioty. Zdaje się, że to jedyny europejski kraj, który na poważnie myśli o rozwój tej gałęzi przemysłu. Z pytaniem o to, jak wygląda sytuacja prawna nad Wisłą zwróciliśmy się do Polskiej Agencji Kosmicznej. – Problematyka związana z górnictwem kosmicznym jest jednym z obszarów wymagających regulacji, obok takich kwestii, jak rejestracja obiektów kosmicznych, odpowiedzialność za szkody wyrządzone przez te obiekty czy bezpieczeństwo przeprowadzanych misji kosmicznych. Ze względu na to, iż obecnie polskie podmioty nie są jeszcze w stanie samodzielnie projektować i realizować misji kosmicznych, a zwłaszcza misji wydobywczych, utworzenie regulacji związanych z górnictwem kosmicznym nie jest uznawane za kluczowe. Niemniej jednak, legislacja w tym zakresie w dalszej perspektywie czasowej będzie konieczna – odpowiedzi udzielił Adam Węgłowski, Starszy specjalista w Departamencie Strategii i Współpracy Międzynarodowej Polskiej Agencji Kosmicznej.

Nie oznacza to jednak, że Polacy nie zamierzają wziąć udziały w wyścigu o kosmiczne bogactwa. W ubiegłym roku polskie firmy wyspecjalizowane w robotyce kosmicznej, obserwacjach planetoid i integracji systemów kosmicznych podpisały umowę konsorcjum EX-PL, którego celem jest realizacja szeregu projektów z obszaru górnictwa kosmicznego. Umowa jest odpowiedzią na luksemburską inicjatywę wsparcia rozwoju tej perspektywicznej branży.

– Perspektywa pierwszych misji wydobywczych to 20-40 lat. W tym czasie musi powstać szereg technologii i rozwiązań, które takie misje umożliwią. Konsorcjum ma zamiar pracować właśnie nad takimi rozwiązaniami. Pierwszy, bardzo istotny projekt, jest obecnie na etapie dopracowywania szczegółów i zostanie wkrótce ogłoszony przez konsorcjum – mówi dr Grzegorz Brona z Creotech Instruments S.A.

W skład konsorcjum EX-PL weszły firmy specjalizujące się w robotyce kosmicznej, obserwacjach planetoid i integracji systemów kosmicznych: ABM Space, Cilium Engineering, Creotech Instruments S.A. i Sybilla Technologies. Działaniom konsorcjum towarzyszy także współpraca z grupą obserwatorów i partnerów, w tym PIAP oraz młodymi zespołami tworzącymi przyszłe rozwiązania dla kosmicznego górnictwa.

Idea przeniesienia przemysłu w przestrzeń kosmiczną brzmi intrygująco i z pewnością w przyszłości, pewnie nie my, lecz nasi potomkowie, doczekają się jej realizacji. Na razie jednak większość argumentów przemawia na niekorzyść takiego rozwiązania. – Myśląc o przemyśle w stanie nieważkości musimy, wśród wielu innych czynników, wziąć pod uwagę logistykę takiego przedsięwzięcia. Koszty transportu gotowych produktów na powierzchnię są obecnie nie do przeskoczenia. Nawet jeśli będą to wyłącznie metale szlachetne. Należy się również zastanowić, Ile będzie kosztować rekrutacja, szkolenie i utrzymanie pracowników. Istotny jest również aspekt ciągłości produkcji. Już teraz wiadomo, że produkcja dla motoryzacji ulokowana poza UE ma znaczące większe ryzyko opóźnienia dostaw z powodu kontroli celnych. Jakie kontrole będą przy transporcie z innej planety? – sprowadza na Ziemię Piotr Rojek z DSR SA, odsuwając futurystyczne wizje produkcji, prowadzonej na szeroką skalę w przestrzeni kosmicznej, o co najmniej 100 lat.

Grupa Morele przejmuje internetowy sklep sportowy Sklep-Presto.pl

Grupa Morele, należąca do portfolio spółek funduszy MCI Capital, zakończyła przejęcie drugiego pod względem wielkości internetowego sklepu sportowego w Polsce Sklep-Presto.pl. Inwestycja jest kontynuacją przyjętej przez Morele.net strategii rozszerzenia oferty Grupy o nowe kategorie sprzedaży, wykraczające poza elektronikę. Aktualnie w jej ofercie jest ponad 800 tysięcy produktów z 8 branż.

Sklep-Presto.pl, to jeden z liderów na rynku sprzedaży internetowej artykułów sportowych
i turystycznych w Polsce.

Polski rynek artykułów sportowych w 2005 roku był wart 1 mld zł[1]. W 2016 roku jego wartość wzrosła do 8,7 mld zł[2]. Odzież sportowa znajduje się w pierwszej dziesiątce kupowanych produktów w Internecie[3]. Jest to także jeden z 10 głównych produktów zakupowych, w których działa odwrotny efekt ROPO, gdzie produkty sprawdza się offline, a kupuje online[4]. Ze względu na duży potencjał tego sektora, Morele.net zdecydowało się na zintensyfikowanie na nim działań.

„Przejęcie Sklep-Presto.pl to dla nas kolejny krok rozbudowy naszej oferty. W ostatnim czasie robiliśmy to zarówno poprzez tworzenie własnych sklepów, organicznie, oraz poprzez procesy przejęć. Od stycznia br. Sklep-Presto.pl jest już w pełni zintegrowany z platformą Morele. To idealny przykład na to, że możemy szybko połączyć się z każdym sklepem internetowym online. Jednocześnie, dzięki naszemu doświadczeniu i elastycznemu systemowi, osiągamy wysokie poziomy efektywności” – powiedział Michał Pawlik, Prezes Zarządu Morele.net. „Wzrost segmentu sportowego to jeden z naszych celów na 2018 rok, w którym planujemy ponad 1 mld złotych przychodów na poziomie Grupy, przy istotnym zwiększeniu średniej marży” – uzupełnił Pawlik.

Grupa Morele, w obecnym kształcie, działa na rynku od 2004 roku. Miesięcznie serwisy grupy są odwiedzane przez około 2,5 mln unikalnych użytkowników, którzy realizują ponad 5 tysięcy zamówień dziennie. W ramach Grupy Morele działa obecnie kilka sklepów internetowych z różnych branż; obok głównego sklepu z elektroniką, morele.net, są to: Amfora.pl, Budujesz.pl, Digitalo.pl, Hulahop.pl, Motoria.pl, Meblujesz.pl, Pupilo.pl, Sklep-Presto.pl/trenujesz.pl oraz Ubieramy.pl. Łącznie wszystkie platformy oferują 800 tysięcy jednostek magazynowych, z których większość jest dostępna w ciągu 24 godzin. W 2017 roku przychody Grupy wyniosły 750 milionów złotych.

[1] „Rynek artykułów i odzieży sportowej w Polsce 2015. Analiza rynku i prognozy na lata 2015-2020” PMR
[2] „Rynek artykułów i odzieży sportowej w Polsce 2017. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2017-2022” PMR
[3] Raport „E-commerce w Polsce 2017. Gemius dla e-Commerce Polska”.
[4] Raport „E-commerce w Polsce 2017. Gemius dla e-Commerce Polska”.

Małe i średnie firmy weszły w nowy rok z apetytem na wysoką sprzedaż

Pierwszy tegoroczny odczyt „Barometru EFL”[1]wyniósł 56,8 pkt. i jest porównywalny ze wskaźnikiem sprzed kwartału (58,2 pkt.) oraz sprzed roku (57,1 pkt.). Można więc wciąż mówić o kontynuacji pozytywnych nastrojów w sektorze MŚP. Eksperci EFL zwracają jednak uwagę na bardzo optymistyczne prognozy przedsiębiorców dotyczące sprzedaży usług i produktów. Aż 38% mikro, małych i średnich firm – dwa razy więcej niż rok temu i najwięcej od prawie 2 lat – planuje więcej sprzedawać.

Skąd taki sprzedażowy optymizm?

 – Musimy pamiętać, że wyniki „Barometru EFL” opierają się na subiektywnych opiniach przedsiębiorców na temat ich planów i rozwoju firm w danym kwartale. A na ich odpowiedzi wpływają zarówno wewnętrzne dane dotyczące zamówień jak i informacje makroekonomiczne oraz prognozy analityków, które ostatnio są bardzo optymistyczne. Na przykład GUS podał wstępny szacunek wzrostu gospodarczego w IV kwartale ubiegłego roku na poziomie aż 5,1 proc. r/r, co jest bardzo wysokim wynikiem. Do tego branża leasingowa, która w 2017 roku przekroczyła kolejną granicę finansowania, zapowiedziała, że ten rok będzie dziewiątym z rzędu, w którym będzie rosnąć. Jeśli dodamy rosnący eksport oraz zwiększające się wydatki konsumentów, nie powinny dziwić bardzo optymistyczne prognozy firm dotyczące sprzedaży – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Początek 2018 rok ze stabilnymi nastrojami

Odczyt „Barometru EFL” za I kwartał tego roku wyniósł 56,8 pkt. i wciąż znajduje się ponad progiem OR[2]. Choć mamy do czynienia ze spadkiem wskaźnika trzeci kwartał z rzędu, to jednak w porównaniu do ostatniego kwartału 2017 roku jest on niewielki (-1,4 pkt.). Ponadto, pierwszy tegoroczny pomiar jest niemal identyczny jak rok temu (IQ2017 – 57,1 pkt.). To oznacza, że mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, pomimo odrobinę gorszych prognoz, cały czas widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach.

Sprzedaż napędza MŚP

Wśród czterech obszarów, które składają się na wartość głównego indeksu „Barometru EFL”, warto zwrócić uwagę na istotną poprawę nastrojów pod względem planowanej sprzedaży produktów i usług. A 37,6 proc. przedsiębiorców liczy na większe zamówienia na początku roku. To wynik o 9,3 pp. wyższy niż kwartał wcześniej oraz dwa razy wyższy niż rok temu (IQ2017 – 18,3 proc.). Co więcej, tak wielu sprzedażowych optymistów nie mieliśmy od niemal 2 lat (IIQ2016 – 41,8 proc.)

Szacowany wzrost sprzedaży pociągnął za sobą bardziej optymistyczne oceny dotyczące płynności finansowej w porównaniu rok do roku (IQ 2018 – 25,5 proc.; IQ 2017 – 13,5 proc.).

Biorąc pod uwagę planowany poziom inwestycji w środki trwałe, w I kwartale tego roku mamy do czynienia z niższym odsetkiem optymistów niż pod koniec ubiegłego roku (34,9 proc.; -6,5 pp. kw/kw.). Jednak rok do roku widać niewielki wzrost (+3 pp.).

– Przedsiębiorcy przewidują poprawę bieżącej sytuacji, o czym świadczy apetyt na wyższą sprzedaży i lepszą płynność finansowa. Jednak utrzymywanie się niskiej skłonności do inwestowania może oznaczać wstrzymanie rozwoju w kolejnych kwartałach. Liczymy jednak, że potwierdzi się nasza dotychczasowa obserwacja, że po pogorszeniu nastrojów MŚP na początku roku następuje ich poprawa w kolejnym okresie. W związku z tym należy się spodziewać, że w II kwartale b.r. – analogicznie do 2016 i 2017 roku – nastąpi wzrost wskaźnika „Barometru EFL” – mówi Radosław Kuczyński z EFL.

[1] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 1-9 lutego 2018 r.

[2] Próg OR jest podstawową miarą analityczną zastosowaną do wyników badania, który stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców. Przyjmuje on wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne. Zatem poziom 50 pkt. stanowi próg OR, czyli  poziom ograniczonego rozwoju.

Lekka korekta bitcoina

We wtorek wieczorem bitcoin wspiął się na poziom najwyższy od 28 stycznia i kosztował niemal 11,8 tys. USD. To kontynuacja trendu wzrostowego, który rozpoczął się po osiągnięciu dołka 6 lutego. W środę rano mamy jednak do czynienia z lekką korektą i wartość najpopularniejszej kryptowaluty spadła do 10,9 tys. USD. Później cena bitcoina minimalnie wzrosła do 11,1 tys. USD. Ostatecznie oznacza to, że wirtualna waluta wróciła do ceny z poniedziałkowego popołudnia i w porównaniu z sytuacją sprzed doby jej wartość jest niższa o nieco ponad 4%. Sporo jeszcze bitcoinowi brakuje do poziomu z 1 stycznia br.

Waluty

W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do brytyjskiego funta (-0,15%), a zyskuje do euro (+0,39%), dolara kanadyjskiego (+0,57%), dolara australijskiego (+0,88%) oraz japońskiego jena (+0,81%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,233, GBP/USD – 1,399, USD/CAD – 1,265, AUD/USD – 0,785 i USD/JPY – 107,7. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,38%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,881. Poza frankiem szwajcarskim, wobec którego polska waluta nie zmienia kursu, złotówka traci do innych walut światowych. W środę rano dolar kosztuje ponad 3,36 zł, euro – 4,15 zł, funt – 4,71 zł, a frank – 3,59 zł.

Giełdy

Na światowe giełdy wróciła przewaga koloru zielonego. We wtorek w Europie londyński indeks FTSE 100 stracił 0,01%, frankfurcki indeks DAX zyskał 0,83%, a paryski indeks CAC 40 wzrósł o 0,64%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 spadł o 0,58%, meksykański indeks Bolsa stracił 0,5%, a brazylijski indeks Bovespa podniósł się o 1,19%. W środę w Azji tokijski indeks Nikkei zyskał 0,21%, a hongkoński indeks Hang Seng – 1,83%.

Ropa i złoto

Ceny ropy naftowej idą w górę. We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztuje 65,25 USD (+0,63%), a ropy WTI – 61,9 USD (+0,36%). Roczna prognoza ceny baryłki ropy wynosi 71 USD. Z kolei złoto kolejny dzień kontynuuje spadki. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1327 USD. To 11 USD mniej (-0,82%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 1:30 – Japonia – Indeks PMI dla przemysłu, luty – 54 pkt. (prognoza 55,2 pkt.)
  • 2:15 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Minneapolis
  • 9:30 – Niemcy – Indeks PMI dla usług, luty (prognoza 57 pkt.)
  • 9:30 – Niemcy – Indeks PMI dla przemysłu, luty (prognoza 60,8 pkt.)
  • 10:00 – Polska – Wskaźniki koniunktury konsumenckiej, luty
  • 10:00 – Strefa euro – Indeks PMI dla przemysłu, luty (prognoza 59,3 pkt.)
  • 10:00 – Strefa euro – Indeks PMI dla usług, luty (prognoza 57,6 pkt.)
  • 10:00 – Niemcy – Indeks instytutu Ifo, luty (poprzednio 117,6 pkt.)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Stopa bezrobocia, grudzień (prognoza 4,3%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Wnioski o zasiłek dla bezrobotnych, styczeń (prognoza 2,3 tys.)
  • 15:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Filadelfii
  • 15:15 – Wielka Brytania – Wystąpienie szefa Banku Anglii
  • 15:45 – USA – Indeks PMI dla usług, luty (prognoza 54 pkt.)
  • 15:45 – USA – Indeks PMI dla przemysłu, luty (prognoza 55,4 pkt.)
  • 16:00 – USA – Sprzedaż domów na rynku wtórnym, styczeń (prognoza 5,6 mln)
  • 20:00 – USA – Protokół z posiedzenia FOMC, styczeń

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Ostrożnie z entuzjazmem

Przy braku danych i wydarzeń odbicie dolara jest drogą po linii najmniejszego oporu. Dziś uwagę przyciąga protokół FOMC, co do którego rynek może mieć jednak zbyt wygórowane oczekiwania. Funt został wciągnięty w szum informacyjny wokół Brexitu, który dziś mogą jednak przyćmić dane z rynku pracy.

Dolar kontynuuje odbicie w tym tygodniu, choć trudno przypisywać temu większe znaczenie, jak przejściowe odreagowanie ostatniej fali słabości. Brak kluczowych wydarzeń i publikacji zachęca do redukcji pozycji. Podkreślam – redukcji – gdyż nie sądzę, abyśmy mieli do czynienia z masowym otwieraniem długich pozycji w USD. Jakkolwiek nie zgadzam się ze skalą przeceny dolar z ostatnich dni/tygodni, tak rzekome argumenty wyprzedaży (podwójny deficyt USA, siła globalnego ożywienia, łagodne oczekiwania wobec Fed na tle innych banków centralnych) nie osłabły. Nie zmienia to faktu, że EUR/USD i USD/JPY z łatwością przełamują kolejne poziomy wsparcia/oporu. Dziś kalendarz nieco się rozkręca z główną uwagą na protokół z posiedzenia FOMC. Wydaje się, jakby rynek miał oczekiwania na jastrzębie nuty w dokumencie, które wzmocniłyby argumentację za trzema lub więcej podwyżkami stóp procentowych w tym roku. Osobiście podchodzę z mniejszymi emocjami do publikacji. Ocena perspektyw inflacji i nastawienia do tempa podwyżek będą ważnym punktem wyjścia dla nowego prezesa J. Powella, choć nie można zapominać, że dokument nie przedstawi poglądów FOMC na ostatnie zawirowania na rynkach oraz silny odczyt CPI za styczeń (posiedzenie FOMC przed tymi wydarzeniami). W obecnym klimacie minutki mogą nawet być rozczarowaniem, ale na razie taktycznie wolę obserwować rynek dolara z boku, czy korekta nie rozwinie się w coś większego.

Funt zaczyna skupiać większą uwagę pod naporem szumu informacyjnego związanego z Brexitem. Wczoraj brytyjska waluta zyskiwała za sprawą artykułu w Business Insider, że Parlament Europejski rozważa pozostawienie Wielkiej Brytanii dostępu do jednolitego rynku europejskiego. Parlament ma przygotowywać rezolucję pozwalającą na większą elastyczność w prowadzonych negocjacjach. Osobiście byłbym ostrożny z entuzjazmem. Po pierwsze każdy projekt PE musi zyskać aprobatę Rady Europejskiej i wszystkich 27 członków UE, więc nic nie jest jeszcze pewne. Po drugie, nawet najlepsze rozwiązanie pośrednie nie może być lepsze od członkostwa w UE, więc należy spodziewać się dodatkowych (czyt. ostrzejszych) warunków takiego porozumienia. A to z pewnością nie spodobałoby się największym zwolennikom Brexitu w brytyjskich parlamencie. O ich determinacji świadczy wręczone premier Theresie May „żądanie okupu” od 62 członków partii konserwatywnej z listą postulatów w sprawie Brexitu (m.in. odzyskanie kontroli nad legislacją i handlem). Liczba sygnatariuszy ma tutaj dodatkowe znaczenie, gdyż tyle samo głosów potrzeba do zgłoszenia wotum nieufności dla rządu). Jeśli premier May wystraszy się i dostosuje do żądań dla utrzymania władzy w kraju, będzie to jednocześnie oznaczać podsycanie konfliktu w negocjacjach z Brukselą. Jutro spotyka się tzw. „Rada Wojenna” brytyjskiego rządu, więc możemy liczyć na przecieki odnośnie potencjalnych kompromisów (lub ich braku). W międzyczasie GBP skupi się na raporcie z rynku pracy Wielkiej Brytanii. Oznaki przyspieszenia dynamiki płac wzmocnią oczekiwania na wcześniejszą podwyżkę stóp procentowych BoE, pomagając walucie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Szwajcaria jest drugim największym inwestorem zagranicznym spoza Unii Europejskiej w Polsce

Szwajcaria jest jednym z najzamożniejszych, najlepiej rozwiniętych, a w ostatnich latach najbardziej innowacyjnych krajów świata. Tymczasem Polska przez niemal trzy dekady intensywnie nadrabiała zaległości cywilizacyjne oraz ekonomiczne w stosunku do rozwiniętych gospodarek Europy Zachodniej. Jak wynika z raportu „Współpraca, wzrost, innowacje. 20 lat inwestycji szwajcarskich w Polsce” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte we współpracy z Polsko-Szwajcarską Izbą Gospodarczą w ciągu ostatnich 20 lat eksport Polski do Szwajcarii zwiększył się ponad dziewięciokrotnie, a szwajcarskie firmy ulokowały w Polsce w formie bezpośrednich inwestycji zagranicznych już około 17,5 mld zł. Pracuje w nich ponad 35 tys. osób. Coraz częściej polskie oddziały odpowiadają też za rozwój innowacyjnych technologii oraz rozwiązań.

Szwajcaria od blisko 150 lat znajduje się w światowej czołówce pod względem zamożności oraz poziomu rozwoju ekonomicznego. Duży zakres wolności gospodarczej, otwartość na wymianę międzynarodową i imigrację, stabilne i przewidywalne prawo, niskie podatki oraz odpowiedzialna polityka budżetowa, a także rozwinięty system kształcenia, w tym zawodowego – to najczęściej wymieniane źródła sukcesu gospodarczego tego kraju. Z kolei Polakom ten alpejski kraj kojarzy się przede wszystkim z zegarkami, biżuterią, turystyką i dobrobytem. Niewiele osób jednak wie, że Szwajcaria jest jednym z najbardziej innowacyjnych państw na świecie. – Szwajcaria od wielu lat znajduje się na szczycie światowej czołówki pod względem innowacyjności. Także w tym roku jest liderem europejskich oraz globalnych rankingów, wyprzedzając takie kraje jak Szwecja, Dania, Finlandia, Holandia, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania czy Niemcy – mówi Marek Szymański, Prezes Polsko-Szwajcarskiej Izby Gospodarczej.

Szwajcaria zbudowała wysoce efektywny ekosystem rozwoju innowacji. O jego sile świadczy szereg wskaźników, pokazujących udział inwestycji w środki trwałe powiązane z własnością intelektualną, odsetek firm produkcyjnych w branży zaawansowanych technologii czy liczbę zgłaszanych patentów.

Duże rezerwy polskiej innowacyjności

Polska gospodarka od ponad 25 lat rozwija się bardzo dynamicznie, rosnąc szybciej niż gospodarki krajów Europy Zachodniej. Przeciętna dynamika PKB na osobę według parytetu siły nabywczej w Polsce wynosi 6 proc. i jest wyższa niż w Szwajcarii (2,9 proc.), a także od średniej dynamiki wzrostu krajów Unii Europejskiej (4,2 proc.). Istotnym atutem Polski jest duży rynek wewnętrzny, a także wykwalifikowani pracownicy.

To sprawia, że również współpraca gospodarcza między Polską i Szwajcarią rozwija się dynamicznie, zwłaszcza w sferze handlu i inwestycji. W ciągu ostatnich dwudziestu lat eksport Polski do Szwajcarii zwiększył się ponad dziewięciokrotnie. Szwajcaria w tym samym okresie zwiększyła eksport do Polski niemal trzykrotnie. Sprzyjają temu nie tylko czynniki związane z korzystną koniunkturą, ale także szereg strukturalnych uwarunkowań. To przede wszystkim duży zasób kapitału w Szwajcarii i konieczność poszukiwania atrakcyjnych stóp zwrotu, a z drugiej zapotrzebowanie na kapitał w Polsce wynikające z jego niskiej dostępności i potrzeb rozwojowych. Dwustronnej wymianie gospodarczej sprzyja także dobrze rozwinięta baza przemysłowa w obu krajach, wysoki poziom kapitału ludzkiego oraz położenie geograficzne.

 

Polska ma znaczny potencjał innowacyjny, choć poziom nakładów na badania i rozwój w relacji do PKB nadal jest niższy od wartości charakteryzujących najbardziej innowacyjne gospodarki świata.

– To oznacza, że polska gospodarka ma duże rezerwy do podnoszenia innowacyjności i produktywności, między innymi poprzez zwiększanie natężenia konkurencji czy poprawę jakości szkolnictwa, w tym szczególnie zawodowego i edukacji wyższej. Skutecznym sposobem na wzrost innowacyjności może być także przyciąganie zagranicznych inwestycji i wdrażanie gotowych rozwiązań technologicznych czy biznesowych, które będą wspierać organiczny rozwój lokalnych firm – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych Deloitte. Na tej płaszczyźnie inwestycje szwajcarskich firm mają istotny wkład w rozwój potencjału inwestycyjnego Polski ze względu na zaawansowanie stosowanych rozwiązań technologicznych i biznesowych oraz transfer know-how.

 

Szwajcarska innowacyjność w polskich warunkach

Jak dotąd szwajcarskie firmy ulokowały w Polsce – w formie bezpośrednich inwestycji zagranicznych – około 17,5 mld zł. Szwajcaria jest drugim po USA, największym inwestorem zagranicznym w Polsce, który nie jest członkiem Unii Europejskiej. Inwestycje te są w znacznej części nośnikiem innowacyjnych rozwiązań. – Szwajcarskie firmy pozytywnie oddziałują na polską gospodarkę poprzez rozwój sieci firm kooperujących, zatrudnianie oraz szkolenie specjalistów i menedżerów, a także dostarczanie innowacyjnych rozwiązań technologicznych i biznesowych – mówi Marek Szymański.

 

W Polsce prowadzą działalność firmy z branż, w których szwajcarska gospodarka ma wyjątkowe przewagi konkurencyjne, co pokazują dane dotyczące produktywności. Należy tu wymienić zwłaszcza produkcję farmaceutyków, telekomunikację, energetykę czy produkcję zaawansowaną technologicznie.

– Jednym z wiodących sektorów, który rozwija innowacje w Polsce jest biomedycyna. W Roche doskonale wiemy, że nie ma innowacji bez konsekwentnych nakładów na badania i rozwój. Dlatego tylko w ciągu ostatnich dwóch lat nasze inwestycje w Polsce w obszar R&D wyniosły ponad miliard złotych – mówi Wiktor Janicki, Dyrektor Generalny Roche Polska. – Realny wkład w polską gospodarkę, to także współpraca z polskimi ośrodkami medycznymi i naukowymi, m.in. w ramach coraz powszechniejszych partnerstw publiczno-prywatnych. Działania prowadzone przez Roche udowadniają, że efektywna współpraca na styku nauki i biznesu jest w Polsce możliwa i stanowi doskonały impuls do pobudzania innowacyjności w naszym kraju – dodaje.

W szwajcarskich przedsiębiorstwach w Polsce zatrudnionych jest około 35 tys. osób. Dodatkowo obecność szwajcarskich firm pozwala rozwijać się polskim dostawcom i kooperantom, którzy również uzyskują dodatkowe przychody, dzięki którym mogą zwiększać zatrudnienie lub wynagrodzenia. Taki efekt synergii jest szczególnie widoczny w przemyśle przetwórczym, w którym poszczególni producenci tworzą złożone międzynarodowe sieci współpracy.

Coraz lepsza infrastruktura, coraz trudniej o pracowników

Jako główne zalety Polski szwajcarscy inwestorzy wymieniają: duży, chłonny rynek wewnętrzny, ale też położenie geograficzne i dobrą infrastrukturę, co pozwala na znalezienie rynku zbytu nie tylko w kraju, ale również na innych rynkach. Przynależność Polski do Unii Europejskiej i członkostwo w NATO również są wymieniane jako zaleta. Minusem są najczęściej trudności z rekrutacją pracowników, zwłaszcza produkcyjnych, dlatego przebadane firmy coraz częściej inwestują w środki trwałe i automatyzują procesy. Obszarami wskazywanymi do poprawy są plany zagospodarowania przestrzennego, które różnią się w zależności od lokalizacji, a także szybkość procesu administracyjnego.

Szwajcarskie firmy obecne w Polsce zaczynają poszukiwać bardziej zaawansowanych procesów tworzących wartość dodaną, opartych na wiedzy, które mogłyby zostać przenoszone do Polski.

– Powodem są bardzo dobrze wykształceni pracownicy, często z doświadczeniem zagranicznym. Z naszego badania wynika, że szwajcarscy inwestorzy cenią w Polakach etos pracy, pracowitość, zaangażowanie i umiejętność identyfikacji z celami firmy. Choć koszty pracy w Polsce rosną, inwestorzy nadal znajdują tu połączenie dobrej ceny z jakością i z terminowością. Podkreślają również otwartość polskich konsumentów na innowacje produktowe – mówi Julia Patorska.

Powstający system obejścia zakazu handlu w niedziele pokazuje ułomność nowego prawa

Marzec 2018 będzie pierwszym miesiącem, który zapisze się jako najczarniejszy dla polskich handlowców i firm usługowych. Wejdzie wtedy w życie ustawa, która ograniczy handel w niedziele – co z pewnością odbije się na zarobkach, szczególnie małych i średnich przedsiębiorców w Polsce. Duże, także zagraniczne koncerny, radzą sobie z tym problemem. Już teraz próbują znaleźć system, aby obejść nowe, źle skonstruowane prawo. 

Będzie to stanowiło problem także dla firm usługowych, które w tym czasie utrzymywały czystość czy zapewniały ochronę. One także będą musiały redukować liczbę stanowisk pracy. O ile handel przeniesie się na inne dni w tygodniu, powyższe branże nie będą mogły zreorganizować działalności tak, by uniknąć strat.

– Zakaz handlu w niedziele, zamiast zakazu pracy – który na pewno by się bronił – jest niezrozumiały. Drugie rozwiązanie byłoby bardziej precyzyjnym określeniem i łatwiejszym do zaakceptowania – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – Przyjąłby je także Trybunał Europejski – jako, że jest ono już wprowadzone w wielu krajach UE. Nie oceniając samego pomysłu należy zwrócić uwagę, że nieodpowiednie jest samo określenie „zakaz handlu w niedziele”. Rozwiązania niekorzystnie odbiją się zwłaszcza na sektorze MŚP. Przedsiębiorcy nadal będą płacić czynsze za miejsca w galeriach handlowych, a w najbardziej opłacalnym momencie, czyli w niedziele – kiedy przychodzi dużo klientów – nie będą mogli pracować i zarabiać. System obejścia tworzy się już teraz, co świadczy o ułomności wchodzącego prawa. Pojawiają się absurdalne sytuacje, gdzie zamiast sklepów będą otwarte showroomy, sprzedawców zastąpią doradcy handlowi, a transakcja będzie odbywać się przez Internet. Kolejnym problemem są dworce kolejowe. W Katowicach czy w Krakowie  galerie handlowe przenikają się z peronami i pomieszczeniami dworcowymi. Podobnie jest w Warszawie. Ustawa ta jest więc zła i po roku powinna zostać poddana walidacji oraz ocenie, czy taki system się sprawdza. Może okazać się porażką, której wprowadzenie narobi więcej szkód niż zysków – dodał Kowalski.

Komornicy wciąż mają poważny problem z CEPiK-em. Na dane o pojazdach czekają nawet kilka tygodni

Od stycznia br. komornicy nie mogą sprawdzać danych w elektronicznym systemie Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców. W tym celu trzeba składać wnioski listownie, co niepotrzebnie przedłuża proces windykacji. Dla branży to prawdziwy paraliż. Wierzyciele są wściekli, bo uważają, że taka sytuacja działa na ich szkodę. Natomiast dłużnicy zyskali czas, by szybko pozbywać się swoich ruchomych majątków. Z kolei Ministerstwo Cyfryzacji zapowiada, że sytuacja wróci do normy najpóźniej 8 marca. Wcześniejsze terminy były już kilka razy przekładane. Czas pokaże, jak będzie tym razem.

Stan zapaści

Dokładnie 16 stycznia br. Ministerstwo Cyfryzacji powiadomiło samorząd komorniczy o czasowym wyłączeniu elektronicznego dostępu do systemu CEPiK 2.0. Początkowo obiecywano przywrócenie usług w ciągu dwóch tygodni, później termin przełożono na 16 lutego. Aktualnie mówi się o ponownym uruchomieniu bazy danych dopiero w marcu. To jednak nie pierwszy kłopot z działaniem platformy, która miała świadczyć cyfrowe usługi na miarę XXI wieku.

Resort cyfryzacji jako powód zawieszenia usług online podał problemy techniczne, tzw. błąd krytyczny aplikacji. Naprawa się przeciąga, a odpowiedzialny za projekt Centralny Ośrodek Informatyki kolejny raz przesuwa datę zakończenia prac. Roman Romanowski, wiceprezes Krajowej Rady Komorniczej, powołując się na informację uzyskaną od Ministerstwa Cyfryzacji, jako najnowszy termin podaje datę 8 marca. Alternatywą jest składanie zapytań pisemnych, wysyłanych tradycyjną pocztą. Jak jednak wskazuje praktyka, taka obsługa trwa wiele tygodni.

– Ministerstwo zaproponowało komornikom powrót do papierowej formy, co w zasadzie cofa nas o dobre 10 lat. Generowanie pisemnych zapytań to strata czasu i pieniędzy dla wszystkich stron postępowania. Obniża się też skuteczność ich działania. Taka sytuacja opóźnia egzekucje i uderza bezpośrednio w wierzycieli, a nieuczciwym dłużnikom daje czas na skuteczną ucieczkę z majątkiem – komentuje Robert Damski, komornik sądowy i były rzecznik Krajowej Rady Komorniczej.

Internetowy rejestr pojazdów to jedno z najważniejszych narzędzi w ustalaniu majątku dłużników. Komornicy otrzymują wnioski wierzycieli o dokonanie zajęć pojazdów, ale przed podjęciem działań muszą ustalić, czy dłużnik faktycznie jest ich właścicielem. Po kilku nagłośnionych pomyłkach w postępowaniach windykacyjnych czynność ta jest szczególnie istotna. Dodatkowo liczy się czas. W poprzedniej wersji CEPiK pozwalał uzyskać wiarygodne informacje w ciągu 24 godzin i ułatwiał sprawną egzekucję.

– Z powodu zawieszenia dostępu do CEPiK-u nie da się szybko i skutecznie podjąć czynności, o które wnosi wierzyciel. Na dane o pojazdach kierowane do Ministerstwa Cyfryzacji w formie papierowej trzeba czekać tygodnie, jeśli nie miesiące. Sytuacja ta stwarza dłużnikom możliwość upłynnienia posiadanego mienia, zanim zajmie je komornik – dodaje wiceprezes KRK.

Dłużnik śpi spokojnie

Komornicy uzyskują dostęp do rejestru pojazdów dwutorowo – papierowo lub elektronicznie. Pewna ich grupa wciąż korzysta z pierwszej formy. Według Romana Romanowskiego, niektórym taka forma wystarcza, inni nie byli jednak w stanie wypełnić restrykcyjnych warunków technicznych, aby uzyskać internetowy dostęp do tej bazy danych. Oczekując na uruchomienie nowej wersji ewidencji pojazdów, komornicy pozyskali stosowne certyfikaty dostępu. System ruszył z potknięciami, ale stopniowo zaczynał działać coraz lepiej i zapewniał szybkie pozyskiwanie informacji. Niestety w styczniu komornicy zostali całkowicie pozbawieni tej możliwości. Teraz liczą, że termin ponownego uruchomienia rejestru zostanie dochowany.

– Po okresie w miarę sprawnego działania, już pod koniec ubiegłego roku zaczęły się pierwsze problemy i przerwy w dostępie. Dlatego część sądowych windykatorów zdecydowała się na wnioski pisemne. Prawdopodobnie teraz realizowane są te złożone jeszcze w grudniu. Styczniowe zawieszenie systemu zmusiło także pozostałych do przejścia na korespondencję tradycyjną. Mamy możliwości prowadzenia windykacji innymi sposobami. Jednak elektroniczny dostęp pomaga w sprawnej egzekucji. Liczę na to, że kilka tygodni bez CEPiK-u nie wpłynie negatywnie na sytuację wierzycieli – twierdzi Sławomir Szynalik, rzecznik Izby Komorniczej w Krakowie.

Jednak wierzyciele są wściekli i rozgoryczeni taką sytuacją. Z dużą dozą niepewności patrzą na problem i boją się o swoje pieniądze. Narzekają na przewlekłość postępowań oddalających wizję szybkiej windykacji. Oskarżają też komorników, prowadzących ich sprawy, o bezczynność. Ale oni w tym przypadku również są bezradni.

– Osoby zlecające windykację nie dowierzają, że komornik nie jest w stanie szybko sprawdzić majątku ruchomego. Jeden z nich wskazał kilka pojazdów dłużnika, który już działa w kierunku sprzedaży majątku. Oczekiwał szybkiego działania. A ja na odpowiedź czekam już 4. tydzień. I bezradnie rozkładam ręce przed klientem. W tym zamieszaniu ciężko jest wypełniać obowiązki, trudno także budować zaufanie do naszego zawodu – mówi zastrzegający anonimowość komornik z podwarszawskiej miejscowości.

Oczywiście wierzyciele nie muszą rozumieć problemów komorników. Zwyczajnie oczekują skuteczności i profesjonalizmu. Sami też mają związane ręce. Nie mają wpływu na działania windykacyjne, jak również nie  posiadają żadnych innych dodatkowych możliwości oddziaływania na postępowanie.

– Wierzyciele znaleźli się w trudnej sytuacji, gdyż mogą jedynie wskazać składniki majątku dłużnika, z których ma być przeprowadzona przyszła egzekucja. Dalsze postępowanie oczywiście prowadzi komornik. W przypadku samochodów, z reguły dłużnik jest jedynym właścicielem, a to zdecydowanie ułatwia windykację, podobnie jak możliwość szybkiego zbycia takiego składnika majątku. Oczywiście przedłużające się czynności dają zadłużonemu czas na uniknięcie spłaty długu. Ogranicza to prawa wierzycieli i utrudnia dochodzenie roszczeń – wyjaśnia adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Stały problem

CEPiK 2.0 sprawiał problemy już od fazy projektu i to nie jest nowość. Jego uruchomienie poprzedni rząd planował na styczeń 2016 roku. Zaniedbania, choć pewnie nie tylko one, spowodowały, że następcy zmuszeni byli przesunąć termin o rok. Ostatecznie, po kolejnych opóźnieniach ruszył 10 listopada ubiegłego roku. Nowy system miał wyeliminować błędy i zaktualizować dane.

– Debiut wypadł blado, a konsekwencje dotknęły zarówno interesantów i urzędników wydziałów komunikacji, jak i samych komorników sądowych. Zupełnie nietrafioną decyzją było wyłączenie starego systemu CEPiK przed sprawdzeniem nowego. W ten sposób problemy zaczęły się jeszcze przez jego startem – podsumowuje Robert Damski.

Na razie jedynym pocieszeniem dla komorników i wierzycieli jest zwiększenie liczebności zespołu odpowiadającego na zapytania pisemne. Z informacji Ministerstwa Cyfryzacji, przesłanej do Krajowej Rady Komorniczej, wynika, że zwiększył się on o dodatkowe 77 osób. Według Romana Romanowskiego, dotychczas zatrudniano do tego typu obsługi około 10 pracowników.

Rezygnacja wiceprezesa i przygotowanie do zmiany strategii w RAFAKO

Na dzisiejszym posiedzeniu Rada Nadzorcza RAFAKO S.A. przyjęła rezygnację Krzysztofa Burka, dotychczasowego wiceprezesa Spółki oraz omówiła z zarządem możliwe kierunki zmian strategii Spółki.

Rada Nadzorcza RAFAKO S.A. 20 lutego 2018 roku przyjęła rezygnację dotychczasowego wiceprezesa Krzysztofa Burka. Jest on związany z RAFAKO od 1986, a na stanowisku wiceprezesa był od 2009 roku. Krzysztof Burek obecnie będzie współpracował z RAFAKO w charakterze doradcy.

Zarząd spółki wyraża zadowolenie, że Krzysztof Burek będzie kontynuował współprace w formule doradczej.  Z pewnością jego ogromne doświadczenie i znajomość RAFAKO przyczynią się do dalszego rozwoju firmy.

Jednocześnie Rada Nadzorcza powołała do Zarządu na stanowisko wiceprezesa Karola Sawickiego, którego głównym obszarem działalności będzie nadzór nad jednostkami biznesowymi.

Zmiana strategii

Rada Nadzorcza ustaliła także, że Zarząd Spółki dokona zmiany strategii Grupy RAFAKO i przedstawi jej nową wersję w ciągu miesiąca. Nowa strategia ma w szczególności uwzględniać poszerzenie i dywersyfikację oferty produktowej RAFAKO w oparciu o synergie, kompetencje i referencje posiadane w Grupie Kapitałowej.

Dokument ma uwzględniać nowe możliwości w pozyskiwania kontraktów w oparciu o większe  wykorzystanie instrumentów finansowych oferowanych przez podmioty z Grupy PFR, która poprzez Fundusz Inwestycji Polskich Przedsiębiorstw objęła w 2017 roku pakiet akcji RAFAKO S.A.

Zmiana strategii ma objąć także weryfikację perspektyw rynkowych poszczególnych linii biznesowych oraz wsparcie dalszego rozwoju najbardziej dynamicznych obszarów działalności firmy. Między innymi analizę możliwości wyodrębnienia biznesowego Zakładu Produkcji Kotłów oraz dalsze skupianie know how w centrach kompetencyjnych w ramach Grupy RAFAKO, w tym przygotowanie analizy propozycji scalenia jednostek projektowych.

Kolejnym krokiem będzie dopasowanie struktury organizacyjnej do nowej strategii RAFAKO S.A., w szczególności w zakresie skupienia odpowiedzialności za pozyskiwanie kontraktów oraz rozwoju oferty produktowej w celu wzmocnienia pozycji na rynkach energetyki oraz oil&gas.