Polska coraz ważniejszym graczem na rynku nowoczesnych technologii medycznych. Wyzwaniem edukacja lekarzy w nowych technologiach

Polska coraz ważniejszym graczem na rynku nowoczesnych technologii medycznych. Wyzwaniem edukacja lekarzy w nowych technologiach 1

Służba zdrowia nowej generacji będzie wykorzystywać coraz więcej nowinek technologicznych. Urządzenia mobilne, aplikacje, telediagnostyka, narzędzia data mining czy sztuczna inteligencja będą stosowane na coraz większą skalę. Polska, choć pod względem cyfryzacji służby zdrowia i jakości usług medycznych znajduje się w ogonie Europy, przoduje w tworzeniu medycznych innowacji. Przyszłością medycyny są wielodziedzinowe zespoły, łączące środowiska inżynierskie ze środowiskiem medycznym. Największym wyzwaniem jest jednak edukacja lekarzy w zakresie wprowadzanych na rynek nowości technologicznych.

Polska znajduje się w ogonie Europy pod względem cyfryzacji służby zdrowia, jakości usług medycznych i nakładów finansowych na ten sektor. Wydatki na służbę zdrowia to 4,6-4,8 proc. krajowego PKB, przy średniej dla państw zrzeszonych w Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) na poziomie 6,7 proc. Z drugiej jednak strony polscy naukowcy i start-upy przodują w tworzeniu medycznych innowacji. Tylko w 2016 roku do Urzędu Patentowego wpłynęło 116 wniosków patentowych dotyczących wynalazków z zakresu medycyny.

– Polska jest coraz ważniejszym graczem na medycznym rynku europejskim. W stosunku do dużych tuzów rynkowych typu USA, Korea czy Japonia, kraje Europy Zachodniej – jeszcze trochę nam brakuje w kwestii systemu wsparcia innowacji. Natomiast jeśli chodzi o wiedzę, którą wytwarzamy w naszym kraju, poziom wykształcenia ludzi, także poziom osiągnięć technologicznych, nie mamy czego się wstydzić, zwłaszcza w ostatnich latach – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kamil Kipiel ze start-upu medycznego Medical Simulation Technologies, producenta symulatorów dla lekarzy.

Z raportu „Pacjent w świecie cyfrowym” globalnej firmy doradczej PwC wynika, że służba zdrowia nowej generacji będzie wykorzystywać coraz więcej nowinek technologicznych, takich jak urządzenia mobilne, aplikacje, telediagnostyka, narzędzia data mining czy sztuczna inteligencja. Przyszłością medycyny są interdyscyplinarne zespoły łączące środowiska inżynierskie ze środowiskiem medycznym.

– Zdecydowanie idziemy w kierunku robotyzacji i zastosowania nowoczesnych technologii w medycynie. Połączenie środowiska inżynierskiego ze środowiskiem medycznym to dla mnie w 100 proc. przyszłość, ponieważ potrzebę kreuje nam środowisko medyczne, np. szpital specjalistyczny, a odpowiedzieć na tę potrzebę bardzo często mogą inżynierowie czy specjaliści od technologii w połączeniu z lekarzami – takie zespoły interdyscyplinarne są przyszłością medycyny – przekonuje Kamil Kipiel.

Jak ocenia ekspert, obszarem medycyny, gdzie pojawia się bardzo dużo nowych technologii jest kardiologia. Według raportu Technavio, globalny rynek kardiologii inwazyjnej będzie rósł w latach 2017 – 2021 w tempie 7 proc. średniorocznie. Największym motorem napędowym tego rynku będą operacje mikroinwazyjne, które według badaczy z Technavio cechują się szybszą rekonwalescencją, mniejszym bólem, mniejszą liczbą infekcji pooperacyjnych, skróconym czasem pobytu w szpitalu, wysoką skutecznością i minimalnym ryzykiem komplikacji, a także kontrolowanym krwawieniem.

– Obszar serca, obszar kardiologii i kardiochirurgii – tutaj bardzo dużo się dzieje w ostatnich latach. Bardzo inspirującą rzeczą są tzw. mikroinwazyjne operacje na sercu – nie musimy rozkrawać klatki piersiowej, obniżamy ryzyko operacji na tym pacjencie, znacząco obniżamy koszty hospitalizacji pacjenta, wykonując operację de facto pod skórą, także z wykorzystaniem badania echokardiografii przezprzełykowej – twierdzi przedstawiciel Medical Simulation Technologies.

Jak podkreśla ekspert, niezwykle istotną kwestią przy wprowadzaniu najnowszych technologii na rynek medyczny jest edukacja lekarzy, którzy z najnowszego sprzętu mają korzystać. Tu w sukurs mogą przyjść symulatory medyczne, dzięki którym lekarze mogą wykonać operacje, bez uszczerbku zdrowia pacjenta.

– Fantomy medyczne, różnego rodzaju sondy, urządzenia, roboty typu Da Vinci, które też mamy w Polsce, to zdecydowanie przyszłość dla dobra pacjenta, ale żeby ta twarda technologia sprawdzała się na rynku i abyśmy mogli efektywnie wdrażać nowe rozwiązania, nie możemy zapominać o edukacji lekarzy, którzy mają operować na tym nowym sprzęcie, mają go skutecznie wykorzystywać. Żeby to się działo, muszą być najpierw dobrze wykształceni, wyedukowani i przede wszystkim doświadczeni praktycznie – twierdzi Kamil Kipiel.

Polscy naukowcy opracowują zderzak przyszłości z materiałów energochłonnych. Ma chronić pieszych i rowerzystów

Polscy naukowcy opracowują zderzak przyszłości z materiałów energochłonnych. Ma chronić pieszych i rowerzystów 2

Naukowcy z Politechniki Wrocławskiej pracują nad rozwiązaniem, które pozwoli chronić pieszych i rowerzystów. Konstruują zderzak ze specjalnych materiałów energochłonnych. W nowoczesnych pojazdach znajdziemy liczne systemy bezpieczeństwa, których zadaniem jest przede wszystkim utrzymanie bezpieczeństwa kierowcy i pasażerów. Producenci samochodów w celu zwiększenia bezpieczeństwa stosują w nich coraz większą liczbę poduszek powietrznych. Jednak chronią one jedynie kierowcę i pasażerów wewnątrz pojazdu. 

– Inspiracją do zastosowania dębu korkowego była współpraca z Uniwersytetem w Aveiro z Portugalii, czyli kraju gdzie produkcja dębu korkowego to 50 proc. produkcji światowej. Dzięki tej współpracy i testom, które wykonaliśmy tutaj na Politechnice Wrocławskiej na wydziale mechanicznym, stwierdziliśmy, że absorbcja energii przez materiał korkowy jest naprawdę skuteczną metodą pochłaniania energii podczas wypadku drogowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Mariusz Ptak z Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej.

Innowacyjny zderzak przeznaczony będzie przede wszystkim dla samochodów o wysokiej krawędzi zderzaka i maski typu SUV. Potrącenie pieszego lub rowerzysty w przypadku tych aut wiąże się z dwukrotnie większym ryzykiem utraty życia, niż w przypadku aut kompaktowych. Zastosowanie tzw. kangurek – stalowego orurowania umieszczonego na przednim zderzaku, z odpowiednich materiałów energochłonnych może spowodować, że staną się one jednym z elementów zabezpieczających pieszych.

– Mamy przeprowadzone w dosyć dużej skali badania dębu korkowego jak również kompozytów, czyli połączonego dębu korkowego w różnych konfiguracjach z włóknem węglowym. Wstępne testy odbywały się na maszynie wytrzymałościowej na wydziale mechanicznym. Równolegle prowadzone są badania numeryczne po to, aby zaoszczędzić pieniądze i czas oraz dojść do lepszych konfiguracji, ponieważ dzięki badaniom numerycznym jesteśmy w stanie przeprowadzić zdecydowanie więcej konfiguracji zderzeniowych niż w rzeczywistości – tłumaczy dr Mariusz Ptak.

Badanie bezpieczeństwa pojazdów obejmuje już nie tylko tradycyjne badania wytrzymałościowe i testy zderzeniowe, ale coraz powszechniej stosuje się techniki cyfrowe. Pozwalają one na przyspieszenie procesu testowania, sprawdzenie olbrzymiej liczby możliwych konfiguracji wydarzeń, a przy tym są znacznie tańsze od tradycyjnych crash-testów. Fizyczne manekiny używane w testach mają zwykle do 200 punktów pomiarowych, a ich średnia trwałość wynosi 10 lat. Sam test zderzeniowy może kosztować nawet 30 tys. dolarów,

– Badania odbywają się na ekranie komputera – mamy tutaj wirtualny model pieszego, mamy wirtualny pojazd, który odzwierciedla rzeczywistość i dzięki połączeniu tych dwóch elementów, jesteśmy w stanie bardzo dokładnie zweryfikować nasze rozwiązania koncepcyjne – twierdzi ekspert.

Z badań wynika, że pieszy ma znacznie większe szanse na przeżycie, jeśli po zderzeniu wyląduje na masce samochodu, a nie pod jego kołami. Metal maski absorbuje siłę uderzenia, pod warunkiem jednak, że pomiędzy maską a blokiem silnika istnieje odpowiednia odległość. Nie zawsze da się ją zapewnić. Problem ten próbuje rozwiązać się na różne sposoby, a jednym z nich jest stosowanie poduszek powietrznych dla pieszych.

– Chodzi o redukowanie obrażeń, pochłanianie energii zderzenia, jak również nadanie odpowiedniej kinematyki pieszemu czy rowerzyście przy zderzeniu. Tak,  aby ten pieszy nie odbił się od pojazdu albo nie został przez niego wciągnięty pod pojazd, ale żeby znalazł się na masce pojazdu i aby pomogły mu kolejne systemy zabezpieczające, typu poduszki powietrzne dla pieszych, które już miały okazję ukazać się na rynku europejskim – podsumowuje dr Mariusz Ptak.

Według raportu firmy analitycznej MarketsandMarkets, rynek systemów bezpieczeństwa w samochodach ma być warty w 2020 roku ponad 152 mld dolarów. Firma Future Market Insights prognozuje, że w latach 2017-2027 średnioroczny wzrost rynku samych poduszek powietrznych wyniesie blisko 5 proc. Zdaniem analityków w roku 2017 sprzedanych zostanie niemal 1,5 mld poduszek, a do 2027 roku liczba ta zwiększy się do ponad 2 mld.

– Jeśli dziś pójdziemy do dealera samochodowego, to zaoferuje nam 25. poduszkę, którą możemy sobie zakupić do środka pojazdu, ale mało kto myśli o osobach na zewnątrz, czyli np. o pieszych i rowerzystach, z którymi interakcja w miastach po zmroku jest bardzo częsta i konsekwencje takiego zdarzenia są często bardzo tragiczne w skutkach – twierdzi dr Mariusz Ptak.

W Polsce około 40 proc. wszystkich ofiar wypadków drogowych stanowią „niechronieni” uczestnicy ruchu. W 2016 w wypadkach zginęło 868 pieszych, 271 rowerzystów oraz 321 motocyklistów, motorowerzystów i ich pasażerów.

Ponad milion metrów kw. biur trafiło w tym roku do najemców

W większości miast wynajmowanych jest więcej biur niż się buduje

Popyt na biura wciąż jest rekordowo wysoki. W ciągu dziewięciu pierwszych miesięcy bieżącego roku w największych miastach w Polsce wynajęte zostało  już przeszło 1 milion mkw. powierzchni biurowej. Jak obliczają analitycy Walter Herz, tylko w trzecim kwartale tego roku w głównych ośrodkach biurowych w kraju do najemców trafiło prawie 470 tys. mkw. biur., o kilkanaście procent więcej niż rok temu.

60 proc. biur w kraju wynajmowanych jest w Warszawie

Prawie 60 proc. popytu zarejestrowanego od początku roku do końca września było udziałem Warszawy, w której zakontraktowane zostało prawie 600 tys. mkw. powierzchni. To tylko kilkanaście procent mniej od średniej rocznej notowanej w ostatnich latach. Na warszawskim runku najbardziej popularna wśród najemców jest centralna strefa biurowa, Służewiec i biurowce w rejonie Alei Jerozolimskich. Na  największych krajowych rynkach regionalnych, w Krakowie i we Wrocławiu wynajęte zostało w tym czasie po około 130 tys. mkw. powierzchni biurowej.

Duży popyt na biura zgłaszany przez inwestorów zagranicznych i krajowych dopinguje deweloperów do wzmożonej działalności. Liczba i rozmach wprowadzanych obecnie na rynek projektów jest potwierdzeniem szybkiego tempa rozwoju sektora, z jakim nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia. Według szacunków Walter Herz, w Warszawie w budowie jest około 815 tys. mkw. powierzchni biurowych, co jest absolutnie rekordowym rezultatem w całej historii stołecznego rynku. W pozostałych głównych ośrodkach biurowych w Polsce powstaje  łącznie kolejny 1 milion metrów kw. biur.

Warszawa z mniejszą ilością oddanych biur niż rynki regionalne

W ciągu trzech pierwszych kwartałów tego roku w Warszawie do użytku oddane zostało ponad 200 tys. mkw. powierzchni, a jak prognozują specjaliści Walter Herz, do końca tego roku może zostać ukończona budowa kolejnych 100 tys. mkw. biur. Łącznie w 2017 roku wejdzie na stołeczny rynek podobna ilość nowej powierzchni, jak średnio w ostatnich latach.

Kilka prowadzonych obecnie spektakularnych, warszawskich inwestycji wymaga dłuższego okresu realizacji. Stąd większość powstającej powierzchni zostanie oddana w latach 2019-2020. Jak podaje Walter Herz, podaż powierzchni biurowej w Warszawie sięga w tej chwili 5,3 mln mkw., co stanowi nieco ponad połowę krajowych zasobów.

W okresie dziewięciu miesięcy tego roku na rynkach regionalnych, poza Warszawą zostało oddane ponad 340 tys. mkw. biur. A do końca tego roku prawdopodobnie ukończy się budowa ponad 180 tys. mkw. powierzchni, podaje Walter Herz.

Niewiele powierzchni niewynajętej

Szybkie tempo przyrostu podaży nie powoduje jednak wzrostu współczynnika pustostanów. Czasowe wzrosty powierzchni niewynajętej, następujące po oddaniu dużych obiektów są szybko niwelowane. Zdecydowana większość nowych biur jest wchłaniana przez rynek jeszcze przed ukończeniem inwestycji.

W ostatnich miesiącach niewielki wzrost współczynnika pustostanów zarejestrowany został jedynie w Krakowie i Trójmieście. W pozostałych ośrodkach miejskich utrzymał się na stabilnym poziomie lub spadał. Jak podaje Walter Herz, najmniej niewynajętych biur jest w Łodzi – 6,6 proc., a wolumen wolnej powierzchni w Warszawie zmniejszył się ostatnio do 12,8 proc.

Czynsze za wynajem powierzchni biurowej są stabilne. W ostatnich kwartałach nastąpiły tylko drobne korekty cen, co jest efektem dobrego balansu w sektorze pomiędzy popytem i podażą. W Warszawie, w centralnym obszarze miasta stawki bazowe kształtują się w przedziale 19-25 euro / mkw. / m-c., a w pozostałych centrach biurowych w mieście powierzchnię biurową można wynająć od 11 do 16 euro / mkw. / m-c. Czynsze transakcyjne notowane we Wrocławiu i Krakowie wynoszą od 13,5 do 14,5 euro / mkw. / m-c.

Autor: Walter Herz

Kurs złotego nadal będzie rosnąć

Sesje europejskich giełd piąty raz z rzędu zakończyły się spadkami m.in. w związku z impasem negocjacyjnym w sprawie brexitu. Jednocześnie do głównych rywali zyskuje euro. Wobec wspólnej waluty lekko traci także złotówka, którą jednak – zdaniem ekonomistów banków Morgan Stanley i UBS – czeka umocnienie wobec innych walut. I to mimo niezbyt optymistycznych prognoz NBP. Otóż z ostatniego „Raportu o inflacji” wynika, że inflacja cen konsumpcyjnych będzie stopniowo rosnąć i w 2019 r. wyniesie aż 2,7%. Wiąże się to głównie z wyższymi oczekiwaniami co do przyszłego wzrostu PKB Polski.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do euro (-0,32%) i brytyjskiego funta (-0,07%), a zyskuje dolara australijskiego (+0,41%), dolara kanadyjskiego (+0,44%) oraz japońskiego jena (+0,2%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,168, GBP/USD – 1,31, USD/CAD – 1,274, AUD/USD – 0,763 i USD/JPY – 113,7. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,53%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,892. Złotówka minimalnie traci do euro i lekko zyskuje do dolara, funta i franka szwajcarskiego. We wtorek rano dolar kosztuje ponad 3,62 zł, euro – poniżej 4,24 zł, funt – ponad 4,75 zł, a frank – 3,64 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach nadal zdecydowana przewaga koloru czerwonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 stracił 0,24%, frankfurcki indeks DAX – 0,4%, a paryski indeks CAC 40 – 0,73%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 podniósł się o 0,1%, meksykański indeks Bolsa obniżył się o 0,05%, a brazylijski Bovespa zyskał o 0,43%. We wtorek w Azji chiński indeks Shanghai Composite spadł o 0,53%, a hongkoński indeks Hang Seng stracił 0,05%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej wahają się. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 63,16 USD (-0,57%), a ropy WTI – 56,76 USD (+0,04%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 65 USD. Z kolei cena złota nie zmienia swojej wartości. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1276 USD. To tyle samo co dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:00 – Niemcy – Inflacja CPI (r/r), październik – 1,6% (prognoza 1,6%)
  • 8:00 – Niemcy – PKB (r/r), III kw. – 2,3% (prognoza 2,2%)
  • 9:05 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Chicago
  • 10:00 – Polska – PKB (r/r), III kw. (prognoza 4,5%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Inflacja CPI (r/r), październik (prognoza 3,1%)
  • 11:00 – Strefa euro – Wystąpienie szefa EBC
  • 11:00 – Strefa euro – PKB (r/r), III kw. (prognoza 2,5%)
  • 11:00 – USA – Wystąpienie prezes Fed
  • 11:00 – Wielka Brytania – Wystąpienie szefa Banku Anglii
  • 11:00 – Japonia – Wystąpienie szefa Banku Japonii
  • 14:00 – Polska – Wskaźniki inflacji bazowej, październik
  • 14:30 –USA – Inflacja PPI (r/r), październik (prognoza 2,4%)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets 

Samorządy inwestują w ekologiczne innowacje. Najczęściej w rozwiązania obniżające koszty utrzymania miasta

Samorządy inwestują w ekologiczne innowacje. Najczęściej w rozwiązania obniżające koszty utrzymania miasta 3

ONZ szacuje, że w połowie tego stulecia dwie trzecie światowej populacji będzie zamieszkiwać małe i duże miasta. To oznacza szereg wyzwań, związanych z rosnącym zapotrzebowaniem na wodę i energię, gospodarką odpadami czy organizacją miejskiego transportu. Samorządy potrzebują innowacji i ekologicznych rozwiązań, dzięki którym będą mogły im sprostać i się rozwijać. Przykłady najlepszych praktyk w polskich miastach pokazała tegoroczna, piąta edycja projektu ECO-MIASTO, która spotkała się z rekordowym zainteresowaniem samorządów. Celem projektu jest nagradzanie polskich miast, które najlepiej realizują koncepcję zrównoważonego rozwoju.

Przykłady najlepszych praktyk w polskich miastach wyłoniła tegoroczna, piąta edycja projektu ECO-MIASTO, który jest jedną z największych w Polsce inicjatyw promujących ideę zrównoważonego rozwoju.

– Celem tegorocznej edycji projektu ECO-MIASTO jest podtrzymanie, a nawet wzmożenie wysiłków na rzecz poprawy warunków środowiskowych. Mieszkańcy chcą lepiej żyć, oddychać czystym powietrzem, oszczędzać energię, korzystać z atrakcyjnych zielonych przestrzeni i  przemieszczać się w sposób bardziej ekologiczny. Chodzi o podkreślenie roli samorządów lokalnych, które włączają się w proces przemian energetycznych, aby sprostać tym oczekiwaniom. Drugi cel projektu to edukacja i wymiana dobrych praktyk pomiędzy samorządami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Pierre Lévy, Ambasador Francji w Polsce.

Piąta edycja projektu spotkała się z największym jak dotąd zainteresowaniem. Do konkursu zgłosiły się 63 miasta (w ubiegłym roku było ich 29), które nadesłały blisko setkę formularzy zgłoszeniowych. Część z nich rywalizowała w kilku kategoriach. Rekordziści – Gdynia i Zamość – zgłosiły projekty realizowane we wszystkich 6 kategoriach konkursowych: gospodarka wodna, gospodarka odpadami (najpopularniejsza w tym roku kategoria), efektywność energetyczna budynków i systemy energetyczne, mobilność zrównoważona oraz zieleń i powietrze (nowa kategoria w tegorocznej edycji). Najwięcej zgłoszeń nadeszło z województwa mazowieckiego – w konkursie brało udział w sumie 11 miast z Mazowsza.

– Pomysły samorządów są bardzo różnorodne. Dotyczą na przykład mobilności elektrycznej, wykorzystywania energii, terenów zielonych. W tej edycji ECO-MIASTA widzimy ogromną mobilizację podmiotów, które działają na rzecz ograniczenia skutków zmian klimatu. Mają one świadomość tego, jak pilnie potrzebne są zmiany. To bardzo ważne ze względu na kontekst – obywającą się w Bonn konferencję COP23 i zaplanowany na 12 grudnia w Paryżu szczyt. Z kolei grudniu przyszłego roku odbędzie się konferencja COP24 w Katowicach – podkreśla Pierre Lévy.

Zmiany klimatyczne, konieczność ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, rosnące zapotrzebowanie na wodę i energię elektryczną, skokowy przyrost liczby mieszkańców – to tylko część wyzwań, przed którymi stoją miasta i samorządy. Muszą postawić na innowacje, technologie oraz nowoczesne i przyjazne środowisku rozwiązania, aby rozwijać się w zrównoważony sposób.

– Samorządy coraz bardziej angażują się w działania na rzecz zrównoważonego rozwoju. Widzą w tym możliwość stworzenia lepszych warunków dla swoich mieszkańców i jednocześnie obniżenia kosztów utrzymania miasta. Innowacyjne i zielone technologie są potrzebne w każdym mieście, właśnie po to, aby stworzyć mieszkańcom jak najlepsze warunki życia – mówi Maria Andrzejewska, dyrektor warszawskiego Centrum UNEP/GRID, które wdraża w Polsce założenia Programu Środowiskowego ONZ.

Katowice – miasto, które w przyszłym roku będzie gościć 24. szczyt klimatyczny ONZ – zostało laureatem w kategorii systemy energetyczne. Jury projektu ECO-MIASTO doceniło je za wykorzystanie i rozbudowę istniejącego systemu monitoringu i zarządzania nośnikami energii i wody oraz prężną organizację działań na rzecz efektywności energetycznej.

Łącznie przyznano w tym roku 12 nagród oraz 16 wyróżnień. W każdej z 6 konkursowych kategorii nagrodzono 2 miasta – jedno wielkości powyżej 100 tys. mieszkańców, a drugie poniżej tej liczby. Gdynia została laureatem aż w 3 kategoriach. Jury doceniło działania miasta na rzecz mobilności zrównoważonej, efektywności energetycznej budynków i gospodarki odpadami.

– Staramy się budować nowoczesny wymiar gospodarki miasta, która dotąd była ściśle związana ze stoczniami. Czerpiemy z tego do dziś, ale stawiamy też na nowe dziedziny, dbając o to, żeby każda nowa inwestycja w mieście spełniała najwyższe parametry ekologiczne, była przyjazna środowisku i tworzyła nowoczesne miejsca pracy – mówi Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni. – Udział w projekcie ECO-MIASTO to bezcenna kopalnia pomysłów na działania, które chcemy realizować w przyszłości. Jednak one są możliwe tylko wtedy, kiedy są zrozumiane i akceptowane przez mieszkańców, bo wymagają ich aktywnego uczestnictwa.

Laureatami piątej edycji ECO-MIASTO w kategorii gospodarka wodna zostały Częstochowa i Leszno. Za efektywność energetyczną budynków nagrodzono Gdynię i Karlino. W kategorii mobilność zrównoważona zwyciężyły Gdynia i Jaworzno. Natomiast w kategorii zieleń i powietrze laureatami zostały Lublin i Kartuzy. Z kolei Gdynię i Wołomin doceniono za działania w zakresie gospodarki odpadami, a najlepsze w kategorii systemy energetyczne okazały się Katowice i Ostrów Wielkopolski. To ostatnie miasto wyróżniło się też działaniami na rzecz zmniejszenia strat wody oraz kampanią informacyjną dotyczącą racjonalnego gospodarowania zasobami.

– Tendencja polegająca na tym, że ludzie wyprowadzają się z miast, w zasadzie odchodzi do lamusa. Wszystkie dane statystyczne i prognozy pokazują, że miasta będą się zagęszczać, ludzi w miastach będzie przybywać. Dlatego przed każdym liderem lokalnej społeczności musi pojawić się pytanie: co zrobić, żeby to miasto było wygodne do życia, bezpieczne, dobrze zarządzane i zrównoważone? Nie ma na to jednej recepty, każde miasto ma inne problemy i inny potencjał – mówi Beata Klimek, prezydent Ostrowa Wielkopolskiego.

Częścią projektu ECO-MIASTO jest też projekt edukacyjny dla szkół „Zakręceni w przestrzeni”. Zadaniem uczestników – dzieci i młodzieży – jest zaproponowanie zmian w najbliższym otoczeniu – szkole, bibliotece, świetlicy czy domu kultury. Do tegorocznej edycji nadeszło ponad 200 zgłoszeń uczniów z 27 placówek oświatowych. Jury doceniło w szczególności projekty (zrealizowane przez dwa zespoły z Gimnazjum nr 1 im. K. Jagiellończyka w Człuchowie). Autorzy zwycięskich pomysłów otrzymali po 10 tys. zł na realizację każdego z nich. Rozdanie nagród odbyło się podczas Międzynarodowej Konferencji „Innowacyjne ECO-MIASTO: zdrowe środowisko, zdrowi ludzie”.

Organizatorami projektu są Ambasada Francji w Polsce oraz Centrum UNEP/GRID-Warszawa, które wdraża w Polsce Program Środowiskowy Narodów Zjednoczonych. Partnerami są francuskie firmy operujące na polskim rynku: Renault Polska, Saur Polska, Saint-Gobain, Suez Polska, Engie oraz Grupa EDF reprezentowaną przez DK Energy i Tiru, a także Wspólnie – Fundacją LafargeHolcim.

Tylko odpowiednia reakcja firmy na kryzys może zapobiec utracie wizerunku. W październiku przekonały się o tym największe globalne firmy

Tylko odpowiednia reakcja firmy na kryzys może zapobiec utracie wizerunku. W październiku przekonały się o tym największe globalne firmy 4

Odpowiednia reakcja firmy na wpadkę wizerunkową może mieć decydujący wpływ na opinię konsumentów o marce. W październiku przekonały się o tym Dove czy Tesco, które zapowiedziały, że w następnych kampaniach reklamowych będą brały pod uwagę opinie internautów. Kryzys wizerunkowy dotknął też blogerkę Kasię Tusk i firmę odzieżową Levis. O „wpadce kontrolowanej” mówiło się zaś w przypadku sieci Media Markt. Hasłem, które zdominowało media społecznościowe, okazało się HASHMeToo.

 W październiku z krytyką musiała zmierzyć się marka Dove. Wszystko przez wideo, które opublikowano na amerykańskiej stronie firmy na Facebooku. Kilkusekundowy film przedstawiał czarnoskórą kobietę, która po zdjęciu koszulki zmieniała się w kobietę o jasnej karnacji. Internauci uznali, że ta reklama była rasistowska i pozostawili w mediach społecznościowych wiele negatywnych opinii. W odpowiedzi Dove przeprosiło i zdecydowało o usunięciu tego filmu. Zapowiedziało także, że w przyszłości będzie bardziej brać pod uwagę opinie internautów przy tworzeniu treści do kanałów społecznościowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Baran, redaktor PRoto.pl.

To nie pierwsza kampania marki uznana za rasistowską. Dove było już oskarżane o rasizm w reklamie z 2011 roku, w której przedstawiono efekt przed i po zastosowaniu kosmetyku Dove i ustawiono modelki o różnych kolorach skóry w taki sposób, że internauci uznali, że docelowy efekt to biała skóra.

 Tesco zostało z kolei skrytykowane za kampanię billboardową. Na wielkoformatowej reklamie promującej e-zakupy znalazła się kobieta w zaawansowanej ciąży podająca posiłek mężczyźnie. Ta kreacja nie przypadła do gustu internautom, którzy w mediach społecznościowych mocno ją krytykowali. Tesco zdecydowało się wycofać reklamę i przeprosiło wszystkich, którzy poczuli się urażeni – wskazuje Małgorzata Baran.

Sprawę kampanii reklamowej Tesco na swoim profilu na Facebooku nagłośnił Andrzej Saramonowicz. Jego zdaniem kampania promuje model rodziny, w którym kobieta nawet w zaawansowanej ciąży usługuje mężczyźnie. Post wywołał liczne komentarze internautów i został udostępniony ponad 1,75 tys. razy.

– Wpadkę w ostatnim czasie zaliczyła także marka odzieżowa Levi’s. Chodziło o zdjęcie kurtki zamieszczone na facebookowym profilu firmy. Z okazji urodzin tego modelu opublikowano spersonalizowane zdjęcia produktów, jedno ze zdjęć przedstawiało kurtkę z naszywką z wizerunkiem Che Guevary. Internauci w komentarzach bardzo krytycznie podeszli do tego zdjęcia. Marka przeprosiła wszystkich, którzy poczuli się urażeni, i usunęła fotografię – mówi redaktor PRoto.pl.

Zdaniem internautów Levi’s w ten sposób promuje zbrodniarzy. Na nic zdały się tłumaczenia marki, że choć nie utożsamiają się z żadną z opcji politycznych, wspierają wyrażanie się siebie, m.in. poprzez strój. Części internautów nie przekonało to tłumaczenie, w sieci pojawiły się komentarze z pytaniami, czy marka w taki sam sposób zareaguje, gdy ktoś jako naszywkę na kurtkę wybierze wizerunek Hitlera czy Lenina.

– Kasię Tusk skrytykowano z kolei za czapki, które pojawiły się w ofercie jej sklepu internetowego. Okazało się bowiem, że element czapki jest wykonany z naturalnego futra i blogerce, która wielokrotnie angażowała się w akcje związane z ochroną przyrody, zarzucono hipokryzję. Pod zdjęciem czapek zamieszczonym na Instagramie pojawiło się wiele negatywnych komentarzy. Później to zdjęcie zostało usunięte, a produkt zniknął z oferty sklepu internetowego – wskazuje Małgorzata Baran.

Kasia Tusk, prowadząca od kilku lat bloga Make Life Easier, od niedawna ma własną markę odzieżową MLE. W ofercie sklepu pojawiły się m.in. czapki z naturalnym futrem. W internecie wywołało to prawdziwą burzę. Blogerka jednak w żaden sposób nie odniosła się do sprawy, wykasowała jedynie zdjęcie. Nieprzychylne komentarze zaczęły się więc pojawiać pod innymi wpisami na koncie MLE na Instagramie. Zdaniem części dziennikarzy i blogerów Kasia Tusk może przez to stracić część fanów.

W przypadku sieci Media Markt możemy mówić z kolei o tzw. kryzysie kontrolowanym. Na facebookowej stronie firmy zaczęły się pojawiać dość dziwne wpisy. Internauci podejrzewali, że ktoś włamał się na profil firmy. Po jakimś czasie marka zamieściła oświadczenie w tej sprawie, wpisy jednak nie zniknęły. Zaczęto więc podejrzewać, że to część zaplanowanej kampanii. Tak się faktycznie okazało – tłumaczy redaktor PRoto.pl.

Część internautów była przekonana, że wpisy składające się z ciągu przypadkowych liter, to efekt odurzenia alkoholem osoby odpowiadającej za profil marki na Facebooku. Inni zastanawiali się, czy ktoś włamał się na profil marki, czy może jest to część zaplanowanej kampanii. Ostatecznie sprawcą całego zamieszania okazał się Tytus de Zoo, czyli jeden z bohaterów nowej kampanii sieci.

– W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z bardzo popularną w mediach społecznościowych akcją. Chodzi o wpisy zamieszczane na portalach społecznościowych z hashtagiem HASHmetoo. Zamieszczając wpisy z tym hasztagiem, kobiety chciały zwrócić uwagę na skalę problemu, jakim jest molestowanie kobiet, a wszystko to pokłosie skandalu związanego z molestowaniem w Hollywood – zauważa Małgorzata Baran.

Tylko w ciągu 24 godzin na Facebooku pojawiło się 12 milionów wpisów z hashtagiem HASHMeToo lub HASHJaTeż. Na Twitterze zamieszczono ich zaś 500 tys. Wśród postów pojawiają się również głosy molestowanych mężczyzn.

Powikłania cukrzycy groźniejsze niż sama choroba. Mogą skrócić życie nawet o 12 lat

Powikłania cukrzycy groźniejsze niż sama choroba. Mogą skrócić życie nawet o 12 lat 5

Z powodu powikłań cukrzycy co 6 sekund na świecie umiera jedna osoba. Diabetycy są szczególnie narażeni na udar mózgu, zawał serca oraz upośledzenie widzenia, czasem prowadzące do ślepoty. Powikłaniom można zapobiegać poprzez odpowiednią kontrolę cukrzycy – leczenie farmakologiczne, prawidłową dietę i aktywność fizyczną. Aby zwiększyć świadomość Polaków na temat przeciwdziałania powikłaniom cukrzycowym, powstała „Deklaracja 12 zasad w walce o dłuższe życie z cukrzycą”.

Cukrzyca należy do grupy najpoważniejszych chorób cywilizacyjnych XXI wieku. Na świecie cierpi na nią blisko 400 mln ludzi, w Polsce natomiast ok. 3 mln osób. Cukrzyca charakteryzuje się upośledzeniem wydzielania lub działania insuliny, co prowadzi do podwyższenia stężenia glukozy we krwi. Nieleczona bądź niewłaściwie kontrolowana choroba może prowadzić do wielu poważnych powikłań, w tym powikłań sercowo-naczyniowych, na które chorzy na cukrzycę są dwukrotnie bardziej narażeni niż osoby zdrowe. Powikłania cukrzycy stanowią tym samym istotną przyczynę przedwczesnej śmierci wielu pacjentów – według statystyk na świecie z ich powodu co 6 sekund umiera jedna osoba.

– Jak przedstawiono na ostatnim międzynarodowym Kongresie Diabetologicznym w Lizbonie, osoby, które chorują na cukrzycę i u których już wystąpią powikłania cukrzycowe, zwłaszcza sercowo-naczyniowe, żyją nawet o 12 lat krócej – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Śliwińska, prezes Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

Najczęściej występujące powikłania cukrzycy to zawał serca, udar mózgu, retinopatia prowadząca niekiedy do ślepoty, upośledzenie mechanizmu funkcjonowania nerek oraz neuropatia z zespołem stopy cukrzycowej. Powikłaniom można jednak i trzeba zapobiegać. Współczesna medycyna pozwala już bowiem nie tylko na dobrą kontrolę cukru, lecz także na zastosowanie leków zmniejszających ryzyko sercowo-naczyniowe u pacjentów z cukrzycą.

 – Nowoczesne leczenie pacjentów z cukrzycą polega dzisiaj nie tylko na normalizacji glikemii, czyli utrzymaniu odpowiedniego poziomu glukozy we krwi, lecz także zapobieganiu powikłaniom sercowo-naczyniowym. I takie są wytyczne Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Niestety pacjenci, u których doszło już do powikłań sercowo-naczyniowych, żyją aż o 12 lat krócej. Dlatego tak ważny dla sukcesu terapeutycznego jest dostęp do nowoczesnych terapii diabetologicznych. Musimy pamiętać o tym, że dla wielu chorych liczy się każdy rok życia – mówi prof. dr hab. n. med. Paweł Piątkiewicz, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych, Diabetologii i Endokrynologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

W profilaktyce powikłań cukrzycy niezwykle istotną rolę pełni również postępowanie niefarmakologiczne, którego podstawą jest prowadzenie zdrowego stylu życia. Niezbędna jest prawidłowa dieta, oparta na 5–6 posiłkach w ciągu dnia, oraz eliminacji z jadłospisu posiłków wysokoenergetycznych i cukrów prostych. Równie istotna jest rezygnacja z używek takich jak papierosy oraz alkohol, a także regularna aktywność fizyczna, np. jazda na rowerze, dynamiczne spacery czy bardzo popularny w Polsce nordic walking.

– Zaleca się minimum 30 minut dziennie aktywności, ale trzeba się tu trochę wysilić – przejście się po parku jest bardzo miłe i świetnie wpływa na naszą psychikę, ale dobrze byłoby raczej maszerować, żeby trochę się zmęczyć – mówi Anna Śliwińska.

W profilaktyce cukrzycy, a kiedy już choroba wystąpi, także jej powikłań, niezwykle istotna jest edukacja i świadomość pacjentów. Właśnie w ramach ogólnopolskiej kampanii edukacyjnej „Dłuższe życie z cukrzycą” 8 listopada, z okazji obchodów Światowego Dnia Cukrzycy, miało miejsce wydarzenie „12 wspaniałych rzuca wyzwanie cukrzycy”. W warszawskim budynku Q22 dwie drużyny wzięły udział w symbolicznym biegu, który miał pokazać, że aktywne i dłuższe życie diabetyków jest możliwe.

– Bardzo ważna jest wczesna diagnostyka. A kiedy już chorobę się wykryje, ważne jest poszerzanie wiedzy na jej temat, utrzymanie prawidłowej masy ciała, zdrowych nawyków żywieniowych, aktywności fizycznej – mówi Eugeniusz Śnieżko ze Stowarzyszenia Aktywni z Cukrzycą.

Uczestnicy wydarzenia przebiegli dwanaście pięter warszawskiego wieżowca, na mecie natomiast wspólnie sformułowali symboliczną „Deklarację 12 zasad w walce o dłuższe życie z cukrzycą”. Te zasady to nie tylko zalecenia dotyczące profilaktyki. To kierunkowskaz dla wszystkich, którzy nie chcą zachorować, i dla tych, którzy już się z chorobą zmagają. Wśród uczestników biegu znaleźli się: członkowie Parlamentarnego Zespołu ds. Cukrzycy, przedstawiciele Stowarzyszenia Aktywni z Cukrzycą i Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków, lekkoatletka Adrianna Palka, dziennikarz Maciej Dowbor oraz aktor i triathlonista Krzysztof Wieszczek.

– Gdy usłyszałem, że jest taka akcja, która ma na celu zwiększanie świadomości na temat cukrzycy i zapobiegania jej konsekwencjom, od razu się zgodziłem i jestem. Znam sportowców, których dotknęła cukrzyca, ale udaje im się dalej aktywnie żyć i uprawiać sport, prowadzić normalne, fajne życie –mówi Krzysztof Wieszczek.

„Deklaracja 12 zasad w walce o dłuższe życie z cukrzycą” stworzona przez organizacje pacjenckie z okazji tegorocznych obchodów Światowego Dnia Cukrzycy zostanie opublikowana na stronach internetowych organizacji pacjenckich oraz na stronie kampanii „Dłuższe życie z cukrzycą”, a także zostanie przekazana do resortu zdrowia. Jej celem jest zwrócenie uwagi Polaków na profilaktykę cukrzycy, właściwą kontrolę choroby oraz zapobieganie jej najpoważniejszym powikłaniom.

Wydarzenie „12 wspaniałych rzuca wyzwanie cukrzycy”  zorganizowane zostało w ramach kampanii „Dłuższe życie z cukrzycą”, której inicjatorem jest firma Boehringer Ingelheim, a partnerami Polskie Stowarzyszenie Diabetyków, Stowarzyszenie Aktywni z cukrzycą oraz portal mojacukrzyca.org. Wydarzenie odbyło się pod patronatem Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.

Rosną wydatki na obronność. Przemysł lotniczy i wojskowy notują coraz lepsze wyniki

Rosną wydatki na obronność. Przemysł lotniczy i wojskowy notują coraz lepsze wyniki 6

Światowe wydatki na obronność w 2016 roku przekroczyły 1,68 bln dol. Choć liderem są Stany Zjednoczone, to rosną środki, które na ten cel przeznaczają europejskie kraje NATO. Wszystkie państwa sojuszu zobowiązane są do przeznaczania na obronność co najmniej 2 proc. PKB. Intensyfikację wydatków obserwują też największe firmy sektora obronnego.

– Już 1/3 całej produkcji koncernu Boeing stanowi produkcja na potrzeby obronności. Biorąc pod uwagę to, że łączna wartość roczna sprzedaży wynosi blisko 100 mld dol., to niemal 30 mld dol. trafia na sprzęt obronny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Gene Cunningham, global sales, marketing manager w Boeing Defense, Space & Security. – Obserwujemy, zwłaszcza w Europie, wzrost wydatków na obronność, przy czym nie chodzi tylko o wydatki na zakup nowego sprzętu, lecz także o wydatki na jego utrzymanie techniczne, a także modernizację wcześniej nabytych produktów.

Raport Deloitte „Global Aerospace & Defense sector financial performance study” wskazuje, że w 2016 roku przychody globalnego przemysłu zbrojeniowego wzrosły o 2,1 proc. do kwoty 351,3 mld dol.

Dane Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) wskazują, że w 2016 roku na cele wojskowe na świecie wydano 1,686 bln dol. Najwięcej, 611 mld dol., wydały Stany Zjednoczone, Chiny (215 mld dol.) i Rosja (69,2 mld dol.). Do przeznaczania na obronność co najmniej 2 proc. PKB zobowiązane są wszystkie kraje NATO, ale tylko kilka krajów europejskich spełnia ten warunek. SIPRI obliczył, że gdyby wszyscy europejscy członkowie sojuszu wypełnili to zobowiązanie, to wzrost nakładów mógłby wynieść 320 mld dol. W Polsce wydatki mają stopniowo rosnąć, by w 2030 roku wynieść 2,5 proc. PKB.

– W Europie występuje w tej chwili tendencja do zwiększania wydatków na obronność do wymaganego przez NATO poziomu 2 proc. PKB rocznie. Trzeba pamiętać o tym, że jest to proces długotrwały, który zajmie kilka lat, bo taki wzrost budżetu na obronność musi zostać zatwierdzony przez parlamenty, rządy. Następnie sam proces konstruowania budżetu zajmie około 2–3 lat. Do tego należy doliczyć czas potrzebny na dokonanie wyboru nowego sprzętu, który ma zostać zakupiony za te zwiększone wydatki – zaznacza Cunningham.

Jak wskazuje przedstawiciel Boeinga, w koncernie dużym zainteresowaniem cieszy się sprzęt lotniczy.

– To śmigłowiec uderzeniowy Apache, ciężki śmigłowiec transportowy Chinook, ciężkie myśliwce F-18 Super Hornet, samoloty na bazie cywilnych platform 767 i 747 do nadzorowania akwenów morskich, P8 i inne samoloty realizujące zadania nad lądem – wymienia ekspert. – Do najlepiej sprzedających się produktów trzeba dodać wersje naszych samolotów szerokokadłubowych przeznaczone do transportu najważniejszych osób w państwie.

Zainteresowaniem cieszą się urządzenia wykorzystujące technikę kosmiczną oraz cyberbezpieczeństwo. Rewolucja cyfrowa sprawiła, że na ten drugi obszar trafia coraz więcej środków.

– Realizujemy także z powodzeniem sprzedaż naszych urządzeń pozwalających zapewnić cyberbezpieczeństwo. To szczególnie aktualne w obecnych czasach, kiedy mnożą się zagrożenia w internecie i te dotyczące komputerów – podkreśla Gene Cunningham.

Według Gartnera w 2016 roku globalne wydatki na ten cel przekroczyły 81 mld dol.

Rewolucja na rynku najmu. Firmy będą coraz częściej płacić za rzeczywistą liczbę pracowników, a nie metraż powierzchni biurowej

Rewolucja na rynku najmu. Firmy będą coraz częściej płacić za rzeczywistą liczbę pracowników, a nie metraż powierzchni biurowej 7

Najemcy biur oczekują coraz nowocześniejszych koncepcji w wynajmie powierzchni. Biurka i dostęp do internetu to za mało. Większa mobilność pracowników sprawia, że biura muszą być elastyczne, wygodnie skomunikowane i z atrakcyjnym otoczeniem. Adgar Poland oferuje przedsiębiorstwom przestrzeń BE Yourself, która z jednej strony pozwala na pracę na elastycznych warunkach, a z drugiej pozwala zachować integralną strukturę firmy i dostęp do przestrzeni. Firma płaci za rzeczywistą liczbę pracowników, a nie metraż powierzchni biurowej.

– Tradycyjny model wynajmu biur polega na tym, że firma najpierw szuka lokalizacji, budynku, rozpoczyna negocjacje i podpisuje umowę, co zajmuje co najmniej od kilku tygodni do kilku miesięcy. Później wynajmujący przygotowuje wyposażenie i po kilku miesiącach firma wprowadza się do swojego biura. Takie przygotowania zajmują do roku. Jeśli uda się w pół roku, mówimy o bardzo szybkiej realizacji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Eyal Litwin, dyrektor zarządzający Adgar Poland,

Z raportu Knight Frank wynika, że na koniec I półrocza 2017 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Polsce przekroczyły 9,6 mln mkw. W Warszawie i kilku największych rynkach regionalnych w budowie pozostaje 1,9 mln mkw., z czego 600 tys. mkw. zostanie oddanych do użytku do końca 2017 roku. Na wysokim poziomie utrzymuje się też popyt. O ile w latach 2012–2014 zapotrzebowanie firm wynosiło ok. 960 tys. mkw. rocznie, to od 2015 roku kształtuje się on na poziomie 1,3 mln mkw. Przy dużej konkurencji na rynku właściciele budynków stawiają na innowacyjne rozwiązania, same biurka i dostęp do internetu to za mało.

– Firmy potrzebują takiego kompleksu i takiego sąsiedztwa, które odpowiadałyby pracownikom, bo dzisiaj to oni podejmują decyzję, gdzie powinna być zlokalizowana firma. Potrzebują odpowiedniego otoczenia, począwszy od siłowni, przez centrum konferencyjne, centrum przetwarzania danych, restauracje, kawiarnie, tereny zielone. W pobliżu potrzebne jest również centrum handlowe, co widać chociażby na Mokotowie, Ochocie czy w centrum. Firmy potrzebują więc dziś znacznie więcej niż w przeszłości, kiedy wystarczały im biurka i faks – tłumaczy Eyal Litwin.

Firmy zwracają coraz większą uwagę na części wspólne, ułatwiające zespołową pracę czy pomieszczenia, w których pracownik może się zrelaksować i nabrać sił do dalszej pracy. Tego typu podejście jest konieczne, ponieważ warunki pracy są dla kandydatów jednym z istotnym kryteriów wyboru pracodawcy. Nowe pokolenie, które coraz szerzej wchodzi na rynek pracy, ma znacznie większe wymagania.

– Nasza firma nie oferujemy tylko betonu i szkła, lecz także cały ekosystem wokół budynku, z restauracją, kawiarnią, centrum konferencyjnym, centrum handlowym, siłownią. Jako pierwsi zaproponowaliśmy przedszkole w biurowcu Adgar Plaza, a także siłownię i basen w tym samym budynku. Ostatnio wprowadziliśmy koncepcje Adgar Fit i Brain Embassy. Teraz wprowadzamy Be Yourself – rozwiązanie dla większych firm, zapewniające prostotę, elastyczność i efektywność – wymienia dyrektor zarządzający Adgar Poland.

Koncepcja BE Yourself została stworzona z myślą o małych i większych przedsiębiorstwach, łączy zalety pracy w innowacyjnej przestrzeni, która wspiera produktywność i twórcze myślenie, z dostępem do wydzielonej powierzchni dla każdej firm. Wśród najważniejszych zalet BE Yourself przedstawiciele Adgar wymieniają brak kosztów aranżacji i dostęp do wyposażonych przestrzeni wspólnych. Główną jest jednak elastyczność – cena najmu uzależniona jest bowiem od aktualnej liczby członków zespołu.

– Firma dostaje natychmiastowe, proste rozwiązania, bez konieczności wydawania pieniędzy na skomplikowane procedury prawne czy kosztowny wystrój wnętrz. Przedsiębiorca nie musi być nawet właścicielem sprzętu biurowego. Korzysta z niego na zasadzie usługi, nie zajmuje go jakość tego, co go otacza – przekonuje Litwin.

Przestrzenie BE Yourself mają zostać otwarte we wszystkich kompleksach Adgar do końca 2018 roku – w I kwartale w Adgar Wave, następnie Adgar Bit, Adgar Park West i Adgar Plaza. Zdaniem przedstawiciela firmy nowe rozwiązanie może zrewolucjonizować rynek najmu powierzchni biurowych.

– Kiedy rozmawiamy z najemcami, to widzimy, że są coraz bardziej zainteresowani taką formą najmu. Zmiany zachodzą cały czas na całym świecie, szczególnie w Europie, gdzie jest duża mobilność pracowników. To zmienia rynek. Wierzę, że za pięć lat będzie on wyglądał zupełnie inaczej – podkreśla Eyal Litwin.

Firmom coraz trudniej pozyskiwać pracowników. Jednak Polska ma problem z bezrobociem wśród młodych

Firmom coraz trudniej pozyskiwać pracowników. Jednak Polska ma problem z bezrobociem wśród młodych 8

Stopa bezrobocia w Polsce spadła poniżej 7 proc. Według metodologii Eurostatu we wrześniu wyniosła 4,6 proc., co stawia nas w gronie państw o najniższym bezrobociu w całej Unii Europejskiej. Za niskimi wskaźnikami są jednak schowane mniej optymistyczne dane. Wciąż są województwa, w których utrzymuje się dwucyfrowy wskaźnik bezrobocia, niepokojące są też wskaźniki dotyczące skali tego zjawiska wśród osób poniżej 25 roku życia. Poza tym jedną z przyczyn niskiego bezrobocia jest wciąż utrzymująca się emigracja.

Mamy niską stopę bezrobocia, ale nie należy się tym mocno cieszyć. Niskie bezrobocie bierze się po części ze wzrostu gospodarczego, ale nie jest ono rozłożone równomiernie. Mamy powiaty, w których bezrobocie wynosi kilkadziesiąt procent. Poza tym bezrobotnej młodzieży jest średnio dwa razy więcej –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. nadzw. Sławomir Jankiewicz, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Poziom bezrobocia w Polsce spada już ósmy miesiąc z rzędu. Obecnie jest na historycznie niskim poziomie, najniższym od początku lat 90. Według GUS we wrześniu bezrobocie rejestrowane wyniosło 6,8 proc. i było o 0,2 pkt proc. niższe niż przed miesiącem. Jeszcze niższy wskaźnik podaje Eurostat, który stosuje inną metodologię. Europejski urząd statystyczny oszacował, że we wrześniu stopa bezrobocia wyniosła w Polsce 4,6 proc. wobec 4,7 proc. w sierpniu. Pracy szuka niecałe 800 tys. osób. Stawia to Polskę w gronie państw o najniższym bezrobociu w całej UE.

Według statystyk GUS stopa bezrobocia znacznie różni się w zależności od województwa. Najniższa (4 proc.) jest w województwie wielkopolskim, a najwyższa (11,8 proc.) w warmińsko-mazurskim. Dwucyfrowy wskaźnik bezrobocia (10,1 proc.) utrzymuje się również w kujawsko-pomorskim. Dane Eurostatu pokazują natomiast bardzo wysoki poziom bezrobocia wśród osób młodych poniżej 25 roku życia, sięgający 13,8 proc.

Dyrektor Instytutu Społeczno-Ekonomicznego Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu zwraca uwagę, że – poza wzrostem gospodarczym – jedną z przyczyn niskiego bezrobocia jest też emigracja. Szacuje się, że w ciągu ostatnich lat z kraju wyjechało ponad dwa miliony Polaków, większość za pracą. Jak podał GUS, w 2016 roku ubyło kolejnych 118 tys. osób.

Kolejny problem to bezrobocie ukryte, w rolnictwie szacowane na 800 tys. do miliona osób. To milion osób, które formalnie mają pracę, ale tak naprawdę są w niej zbędne. W związku z niską stopą bezrobocia mamy problem ze znalezieniem osób, które chciałyby podjąć pracę. Pracownicy z zagranicy nie chcą przyjeżdżać, ci w rolnictwie przyzwyczaili się do takiego modelu, w którym funkcjonują. Dopóki będą dotacje z UE, dopóty nie wejdą na rynek pracy. To problem, z którym coś trzeba zrobić – mówi prof. nadzw Sławomir Jankiewicz.

Dużym problemem dla Polski jest też demografia. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2016 roku współczynnik przyrostu naturalnego był nadal ujemny (utrzymuje się od 2013 roku) i wynosił -0,2 proc. Różnica między liczbą urodzeń a zgonów sięgnęła prawie 5,8 tys.

– Rodzi się coraz mniej dzieci i coraz mniej osób wchodzi na rynek pracy. Negatywny jest też fakt, że z kraju wyemigrowali ludzie młodzi, wyedukowani, ci najbardziej potrzebni. Niestety, nie udało nam się zbudować etosu pracy – dlatego mamy dużą liczbę osób, które nie pracują, a mogłyby. Wskaźnik zatrudnienia w Polsce jest bardzo niski, a do tego 90 proc. emerytów nie chce pracować, po przejściu na emeryturę kończą zawodową aktywność. To kolejny element, z którym powinniśmy walczyć – mówi prof. nadzw. Sławomir Jankiewicz.

Pod koniec października wicepremier i minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki ocenił, że bezrobocie w Polsce jest bliskie naturalnego poziomu i nie będzie już wiele niższe niż w tej chwili. Zdaniem dyrektora Instytutu Społeczno-Ekonomicznego poznańskiej WSB w dłuższej perspektywie bezrobocie będzie nadal notować tendencję spadkową. Przyczyni się do tego coraz gorsza sytuacja demograficzna.

Z uwagi na demografię bezrobocie będzie coraz niższe, będziemy obserwować coraz większy deficyt pracowników. Ponieważ rodzi się coraz mniej dzieci, pracowników będzie coraz mniej, więc problem będzie się zaostrzał. Jeżeli chcemy się dalej rozwijać, będziemy potrzebować więcej pracowników –prognozuje prof. nadzw Sławomir Jankiewicz. – Długoterminowo potrzebny jest wzrost innowacyjności i wynagrodzeń. Powinniśmy pamiętać, że skończyły się proste czynniki wzrostu gospodarczego związane z wykorzystywaniem taniej siły roboczej. Przedsiębiorcy muszą więcej inwestować, tworzyć innowacyjne produkty, które będą pomagały w uzyskiwaniu odpowiednich marż i pozwolą zwiększyć wydajność oraz więcej płacić, co tworzyło będzie bodziec do jej podjęcia przez osoby będące poza rynkiem pracy i powrotu z emigracji.

Dlaczego Polacy nie spłacają swoich zobowiązań finansowych?

Co piąty konsument w Europie płaci faktury po terminie, a 3% nie płaci wcale. W Polsce, w ponad połowie przypadków, powodem opóźnienia jest po prostu zapominanie o terminie płatności – tak wynika z badań „Europejskie Praktyki Płatnicze”, przeprowadzonych na zlecenie firmy EOS KSI przez Kantar TNS.  

17 listopada to Ogólnopolski Dzień bez Długów. To dobra okazja do przeanalizowania swoich domowych finansów oraz uregulowania zaległych płatności. Niemal połowa z nas, czyli 41% Polaków, ma zobowiązania do spłacenia[1] – rachunki czy raty różnych kredytów, 2,3 mln osób ma kłopoty z ich terminowym regulowaniem.

Na szczęście, jak pokazuje badanie Kantar TNS dla EOS KSI, w przeważającej większości przypadków przyczyny powstawania zaległości płatniczych są dość proste do rozwiązania. 52% firm z takich branż   jak telekomunikacyjna czy dostawcy mediów wskazuje, że Polacy nie płacą na czas, bo po prostu zapominają o fakturze. Niemal ¾ polskich konsumentów zdarzają się natomiast chwilowe problemy finansowe.

Zdecydowana większość Polaków – aż 97% – jest zdania, że swoje długi należy spłacać[2]. Wbrew pozorom nie jest trudno przejść od deklaracji do czynów – należy albo zadbać o porządek w rachunkach, albo lepiej planować domowy budżet tak, by najpierw regulować zobowiązania.

Dlaczego zwlekamy?

Badanie „Europejskie Praktyki Płatnicze”, zrealizowane dla EOS KSI pokazuje, że w Europie głównym powodem opóźnień w regulowaniu zobowiązań są chwilowe problemy finansowe – tak deklaruje aż 66% ankietowanych. Drugą z najczęściej wymienianych przyczyn niepłacenia na czas jest nadmierne zadłużenie oraz niewypłacalność – 52% wskazań, a trzecią zapominanie (49%).

Większość konsumentów chce płacić swoje rachunki na czas. Jednak często zdarza im się po prostu zapomnieć o terminie płatności. Nierzadko pojawiają się też krótkoterminowe kłopoty finansowe. Przykładowo, jeżeli przytrafi nam się awaria samochodu, którego potrzebujemy codziennie do dojazdu do pracy, to tego typu niespodziewany wydatek ma pierwszeństwo. Inne zobowiązania stają się wówczas mniej ważne i czekają na „swoją kolej”. Istotne jest, by starać się jak najszybciej przezwyciężyć te chwilowe kłopoty z opłacaniem rachunków czy rat na czas, by nie popaść w spiralę długów – mówi Dariusz Petynka, Prezes Zarządu EOS KSI Polska.

Polacy nie wyróżniają się sumiennością  

Z okazji Ogólnopolskiego Dnia bez Długów firma EOS KSI przeanalizowała zwyczaje płatnicze w całej Europie. Na zapominalstwo swoich klientów najrzadziej żalą się firmy z Chorwacji (38%), a najczęściej te z Rumunii (61%). Wśród 9 krajów Europy Wschodniej Polska znajduje się w najgorszej trójce, po Rumunii i Słowacji. Aż 52% polskich przedsiębiorców deklaruje, że ich klientom zdarza się po prostu zapomnieć o uregulowaniu płatności.

Także w zakresie umiejętności zarządzania domowym budżetem Polacy mają dużo do nadrobienia w porównaniu do Europejczyków. Spośród 16 krajów, w których zbadano zwyczaje płatnicze, do opóźnień w spłacaniu zobowiązań ze względu na krótkotrwałe kłopoty finansowe najczęściej dochodzi w Rumunii (75%). Polska, ex aequo z Austrią, zajmuje w tej klasyfikacji niechlubne drugie miejsce. Aż 73% polskich przedsiębiorców biorących udział w badaniu wskazuje, że chwilowe problemy finansowe to główny powód nieterminowego regulowania zobowiązań przez konsumentów.

Odsetek polskich firm, które jako główny powód nieterminowego regulowania zobowiązań podają nadmierne zadłużenie lub niewypłacalność konsumentów wynosi 52%. I choć na tle średniej europejskiej ten wynik nie jest najgorszy, niepokoi jednak tak znaczna liczba osób, które najwyraźniej popadły w spiralę długów.

Celowe unikanie zobowiązań

38% europejskich firm narzeka natomiast na to, że ich klienci celowo unikają płatności. Przedsiębiorstwa z Europy Wschodniej (41%), częściej niż Zachodniej (34%), skarżą się na ten problem. Ten wskaźnik najwyższy jest w Rumunii (50%), Grecji (45%) i Czechach (42%). Wśród państw Europy Zachodniej natomiast w Belgii (43%), Austrii (41%) i Francji (40%). Polacy też mają z tym kłopot – aż 39% firm wskazuje to jako powód opóźnień w płatnościach swoich klientów. Najmniej przypadków świadomego nieregulowania rachunków odnotowano w Niemczech (10%).

[1] CBOS, 2015, http://www.bankier.pl/wiadomosc/CBOS-41-proc-Polakow-ma-do-splacenia-jakies-dlugi-3434192.html

[2] Moralność finansowa Polaków”, realizowanego przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych (KPF), http://inwestycje.pl/kredyty/Wiemy-ze-dlugi-trzeba-oddawac-ale-tego-nie-robimy;307398;0.html

Wzrost siły nabywczej konsumentów w Europie

Średnia kwota, jaką europejscy konsumenci dysponują na wydatki i oszczędności w 2017 r. wynosi 13 937 euro na osobę. Rozporządzalny dochód netto konsumentów w 42 krajach znacznie się od siebie różni. Najwyższą średnią siłą nabywczą dysponują mieszkańcy Liechtensteinu, Szwajcarii i Islandii, natomiast najniższą – Białorusi, Mołdawii i Ukrainy.

W 2017 r. mieszkańcy Europy mają do dyspozycji łącznie kwotę 9,4 biliona euro, którą mogą przeznaczyć na artykuły spożywcze, wydatki mieszkaniowe, media, prywatne fundusze emerytalne i ubezpieczeniowe oraz inne wydatki, np. wakacje, transport czy wydatki konsumpcyjne.

Odpowiada to średniej sile nabywczej per capita w wysokości 13 937 euro, co wskazuje na wzrost o 1,9 proc. oraz na znaczną poprawę w porównaniu z wynikami z roku ubiegłego. Dane dla niektórych krajów odbiegają jednak od średniej wartości. Przykładem jest Islandia, której dynamiczny, ponadprzeciętny wzrost wyniósł ponad 37 proc., podczas gdy stopa wzrostu w krajach, takich jak Liechtenstein i Szwajcaria nie uległa zmianie.

Ranking prezentuje wyraźną rozbieżność między krajami pod względem wysokości kwoty dostępnej dla konsumentów na wydatki. Liechtenstein, który mocno wyprzedza inne kraje w rankingu, dysponuje siłą nabywczą per capita w wysokości 63 267 euro, czyli wyższą o ponad 350 proc. od średniej europejskiej. Kolejna w zestawieniu jest Szwajcaria z kwotą 42 142 euro na mieszkańca. Szwajcarzy mają więc do dyspozycji kwotę trzykrotnie wyższą niż średnia w Europie. Pozostałe kraje w rankingu mają również ponadprzeciętną siłę nabywczą, stanowiącą przynajmniej 1,5-krotność średniej europejskiej.

10 europejskich krajów o najwyższej sile nabywczej

Ranking 2017 (2016) Kraj Liczba mieszkańców Indeks europejskiej siły nabywczej*
1 (1) Liechtenstein 37 622 453,9
2 (2) Szwajcaria 8 327 126 302,4
3 (5) Islandia 338 349 239,6
4 (3) Luksemburg 590 667 218,8
5 (4) Norwegia 5 258 317 211,0
6 (6) Dania 5 748 769 175,7
7 (7) Austria 8 700 471 162,1
8 (9) Niemcy 82 175 684 159,6
9 (8) Szwecja 9 995 153 156,2
10 (10) Wielka Brytania 65 648 054 149,6
29 (29) Polska 38 432 992 48,1
Europa (łącznie) 675 389 942 100,0

Źródło: © GfK Purchasing Power Europe 2017*indeks na mieszkańca: średnia europejska = 100Kursy walut dla krajów spoza strefy euro: prognoza Komisji Europejskiej na 2017 z 11.05.2017.

Spośród wszystkich krajów branych pod uwagę w badaniu, siedemnaście dysponuje ponadprzeciętną siłą nabywczą. Wśród nich znajduje się Hiszpania, która notuje wynik 14 080 euro na mieszkańca, nieznacznie przekraczając średnią. 25 krajów dysponuje siłą nabywczą na poziomie poniżej przeciętnej. Mieszkańcy najbiedniejszych krajów europejskich dysponują kwotą 949 euro na osobę. Przykładem jest Ukraina z siłą nabywczą per capita wynoszącą 1,66 wartości kwoty, jaką dysponują mieszkańcy Liechtensteinu.

W porównaniu do zeszłego roku zmiany na pierwszych dziesięciu miejscach rankingu wynikają głównie z różnic kursowych. Luksemburg i Norwegia spadły o jedno miejsce (odpowiednio na czwartą i piątą pozycję), natomiast Islandia przesunęła się o dwa miejsca w górę, notując miejsce trzecie. Niemcy zajęły ósmą pozycję.

Przeciętny mieszkaniec Polski dysponuje niemal 48 proc. średniej siły nabywczej mieszkańców Europy, co stanowi 6 710 euro (28 226 zł). W rankingu krajów europejskich Polska zajęła dopiero 29 miejsce. Pozycja ta nie zmieniła się w porównaniu z ubiegłym rokiem.

O badaniu
Badanie siły nabywczej GfK Purchasing Power Europe 2017 jest dostępne dla 42 europejskich krajów ze szczegółowym rozbiciem na regiony, według gmin lub kodów pocztowych. Zawiera też odpowiednie dane dotyczące mieszkańców i gospodarstw domowych oraz mapy cyfrowe.

Siła nabywcza jest miernikiem rozporządzalnego dochodu per capita po odjęciu podatków, składek na ubezpieczenie społeczne, ale z uwzględnieniem wszelkich świadczeń otrzymywanych od państwa.

Badanie podaje siłę nabywczą na osobę w skali roku w euro lub w postaci wartości indeksu. Pojęcie siły nabywczej stosowane przez GfK odnosi się do nominalnego dochodu rozporządzalnego, czyli podane wartości nie uwzględniają inflacji. Badanie opiera się na statystycznych danych dotyczących dochodów, stawek podatkowych, wysokości świadczeń społecznych oraz na prognozach instytutów ekonomicznych.

Według definicji siła nabywcza to wydatki konsumentów pokrywające koszty związane z zaopatrzeniem w artykuły spożywcze, wydatki mieszkaniowe, na media, prywatne fundusze emerytalne i ubezpieczeniowe oraz inne wydatki, np. wakacje, transport i wydatki konsumpcyjne

Jak zorganizować tłumaczenia symultaniczne?

Organizacja wydarzenia, konferencji czy spotkania, którego uczestnicy porozumiewają się w kilku językach jest nie lada wyzwaniem dla organizatora. Tym większym, gdy mówimy o evencie, w którym bierze udział kilka tysięcy osób. Jednak dzięki fachowemu i rzetelnemu podejściu do tematu agencji eventowej, jak również odpowiedniemu sprzętowi, wszystko może zostać zorganizowane z sukcesem.

Wyzwania techniczne

Tłumaczenia symultaniczne są nieodłącznym elementem niemal każdego międzynarodowego wydarzenia, niezależnie od tego, czy jest to kameralne spotkanie  czy konferencja, w której biorą udział tysiące osób. Eksperci są zdania, że ich organizacja należy do jednych z trudniejszych zadań w ramach przygotowania eventu.

Aby wszystko przebiegło bez problemów należy zaplanować proces w najdrobniejszych szczegółach, poczynając od wdrożenia odpowiedniego sprzętu. Na rynku dostępne są urządzenia, które pozwalają na prowadzenie translacji nawet na 32 języki jednocześnie. Sprzęt jaki konieczny jest podczas tłumaczeń w zasadzie jest niezmienny, jednak w zależności od liczby języków, odbiorców czy przestrzeni, na której odbywa się event, zależeć będzie jego konfiguracja oraz liczba np. kabin dla tłumaczy, promienników, które rozprowadzają sygnał po sali czy odbiorników dla gości.

System do przeprowadzenia translacji jest jednym z trudniejszych do instalacji podczas imprez ze względu na mnogość jego elementów.

Sercem systemu jest jednostka centralna, do której trafia sygnał od tłumaczy siedzących w specjalnych dźwiękoszczelnych budkach i przeprowadzających translację na wiele języków. W słuchawkach słyszą np. panelistę i na bieżąco do mikrofonu przekazują treść wystąpienia po polsku – mówi Janusz Jabłoński, Prezes Zarządu BERM Creative Production Group. Następnie z jednostki centralnej sygnał lub sygnały – w zależności od liczby tłumaczeń –  trafiają do promienników, z których rozchodzą się do odbiorników używanych przez uczestników konferencji. Podstawową trudnością jest ich prawidłowe ustawienie, ponieważ źle umiejscowione mogą się wzajemnie zakłócać. Dlatego też, przed wydarzeniem należy przygotować szczegółowy plan ich rozmieszczenia, tak by ich sygnał pokrył całą przestrzeń konferencji, a jednocześnie nie pojawiały się zakłócenia. Kolejnym krokiem jest odpowiednia konfiguracja jednostki centralnej, gdyż ona odpowiada za całość działania systemu. Jeśli przestanie działać lub będzie źle ustawiona, mogą pojawić się problemy z odbiorem translacji przez uczestników imprezy – dodaje.

W kontekście tłumaczeń istotna jest także jakość nagłośnienia, które umożliwi należyte rozpoznanie treści oraz odpowiednie przekazanie dobrej jakości tłumaczenia.

Alternatywą dla tłumaczeń symultanicznych są tłumaczenia konsekutywne. Polegają one na tym, że obok mówcy stoi tłumacz i przekłada na bieżąco jego wypowiedź. Jest to opcja zwykle stosowana na wydarzeniach powyżej 10 tysięcy uczestników. Niestety ten sposób nie daje możliwości przeniesienia emocji wystąpienia, dodatkowo wydłużając je dwukrotnie – ocenia Janusz Jabłoński, Prezes Zarządu BERM Creative Production Group. Dlatego też w ramach naszych eventów, nawet tych dużych, preferujemy tłumaczenia symultaniczne. Największa liczba odbiorników jakie wydaliśmy to 7 tys. sztuk. Jest to trudne logistycznie, ale warto podjąć to wyzwanie, aby uzyskać dobre tłumaczenie, a tym samym pozytywną ocenę wydarzenia – dodaje.

Tłumacz symultaniczny

Tłumaczenie to oczywiście nie tylko zasługa odpowiedniego sprzętu, ale również umiejętności poliglotów, którzy dokonają przekładu wszystkich wystąpień. Najlepiej, aby byli to specjaliści doświadczeni w swoim fachu, którzy bez problemu wykonają swoje zadanie. Do najpopularniejszych języków, które pojawiają się podczas wydarzeń należą: angielski, niemiecki, francuski, hiszpański, rosyjski, arabski i chiński.

Podczas eventu, osoby zajmujące się translacją znajdują się w specjalnych dźwiękoszczelnych kabinach, tłumacząc na bieżąco to, co mówią prelegenci. Dla komfortu ich pracy warto zaplanować przestrzeń w taki sposób, aby tłumacz miał kontakt wzrokowy z mówcami, co umożliwi obserwację jego gestykulacji czy emocji, które przedstawia odbiorcom. Ważne też, aby w miarę możliwości przed wydarzeniem tłumacze poznali specyfikę danej dziedziny czy założenia wystąpienia, gdyż to ułatwi im odpowiednie przygotowanie np. w zakresie branżowych terminów.

Przyjęło się, że do obsługi jednego języka zatrudniane są dwie osoby, które pracują w kabinie maksymalnie 4 godziny. Tłumaczą one w blokach na zmianę. Oczywiście zależy to od stopnia trudności – jeśli jest ono wyjątkowo skomplikowane, translatorzy zmieniają się co 15 minut – mówi Janusz Jabłoński, Prezes Zarządu BERM Creative Production Group.

Na wieczne nieoddanie?

Jednym z większych nietechnicznych wyzwań, z którym trzeba sobie poradzić na dużych wydarzeniach jest…  zapobieganie kradzieży odbiorników. Takie sytuacje niestety zdarzają się bardzo często, mimo iż urządzenia te na co dzień są nieprzydatne.

Nie da się ich sprzedać w internecie, bo firmy produkujące odbiorniki monitorują serwisy aukcyjne i można mieć z tego tytułu same nieprzyjemności, ponieważ po rozpoznaniu próby takiej sprzedaży informowana jest policja – zauważa Prezes Zarządu BERM Creative Production Group.

Podczas wydarzenia, na którym wydanych jest 1000 odbiorników, z reguły ginie około 15 sztuk. Zdarza się, że odbiorniki zabierane są przez przypadek i po evencie wracają do organizatora. Jednak odpowiednie zabezpieczenia – jak np. bramki z czujnikami – zapobiegają nawet tym nieumyślnym próbom przywłaszczenia sprzętu, tym samym ograniczając ewentualne straty.

Druk 3D w prototypowaniu części do supersamochodu

OMNI3D, Arrinera Technology i firma OE Industry połączyły siły, by stworzyć w pełni funkcjonalny prototyp lampy samochodowej. Projekt został zrealizowany w technologii FFF, a testy skanerem 3D potwierdziły, że posiada wysoką precyzję wymiarową.

OMNI3D jest producentem przemysłowych drukarek 3D, Factory 2.0 Production System. To właśnie na tej drukarce zostały wydrukowane części do przedniej lampy polskiego supersamochodu firmy Arrinera Technology.

Wybór technologii FFF był uzasadniony możliwością tworzenia w niej skomplikowanych geometrii w stosunkowo krótkim czasie. Druk 3D zagwarantował także wysoką dokładność przy niskim koszcie materiału i bardzo niewielkim odpadzie. Wydruk zrealizowano z wykorzystaniem materiału ABS-42, charakteryzującego się wytrzymałością, łatwą postprodukcją i szeroką paletą możliwości wykończenia prototypu. Koszt materiału wykorzystanego do tego wydruku to 65 EUR.

Złożony model lampy ma wielkość 440 x 370 x 200 mm. Czas druku 6 elementów składających się na obiekt wyniósł 65 godzin. W gotowym prototypie zamontowano lampy firmy OE Industry, dostawcy rozwiązań inżynieryjnych w zakresie systemów oświetlenia. Model wyposażony jest w główną soczewkę o średnicy 90 mm oraz światła trójfunkcyjne do jazdy dziennej i postojowe. Wykorzystano tu światła Bi-LED, w których za pomocą diody LED można realizować światła mijania i drogowe.

Pod względem wizualnym obiekt nie różni się od modułu, który w przyszłości będzie produkowany seryjnie. Końcowe testy przeprowadzono na skanerze MICRON 3D, z wykorzystaniem zielonego światła, trzykrotnie dokładniejszego niż powszechnie stosowane światło białe. Wynik pomiaru okazał się o 30% lepszy niż założona dokładność.

Gotowy prototyp z zamontowaną elektroniką oraz części składowe przed postprodukcją będzie można zobaczyć w listopadzie na stoisku OMNI3D podczas targów FORMNEXT (hala 3.1, stoisko C29) we Frankfurcie oraz EUROTOOL (hala Wisła, stoisko W27) w Krakowie.

Jak dostosować swoje bazy danych osobowych do przepisów RODO

Większość przedsiębiorstw zbiera dane osobowe, aby móc skutecznie prowadzić działalność gospodarczą. Firmy tworzą np. bazy swoich klientów czy dziennikarzy, do których wysyłają informacje prasowe. Pojawia się jednak pytanie: czy od maja 2018 r. – kiedy wejdzie w życie Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych (RODO) i przepisy zostaną zaostrzone – dane zgromadzone do tej pory będą mogły być bez przeszkód dalej wykorzystywane?

„Pamiętajmy, że bazy danych zebrane dotychczas jak najbardziej będą podlegały teraz nowym regulacjom i od 25 maja 2018 r. będą musiały spełniać wymogi wprowadzonych przepisów prawnych. Obowiązkiem każdego z administratorów danych osobowych jest dostosowanie obecnie istniejących baz do tych nowych wymogów” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Ewa Kurowska-Tober, partner w kancelarii DLA Piper.

Przede wszystkim trzeba będzie przejrzeć swoje bazy, spróbować ustalić, czy znajdujące się w nich dane są aktualne, oraz zastanowić się, czy rzeczywiście są one potrzebne w takim zakresie, w jakim zostały zebrane, i dla tych celów, dla których oryginalnie je zgromadzono. Jeśli okaże się, że cele przetwarzania tych danych się zmieniły, firma będzie musiała skontaktować się z osobami, których one dotyczą, uzyskać odpowiednie zgody od tych osób, a także przekazać im szereg nowych informacji związanych z przetwarzaniem ich danych.

Dla wielu przedsiębiorstw obowiązek dostosowania baz danych osobowych do przepisów RODO będzie stanowić duże wyzwanie. Bazy te były bowiem zbierane latami i wiele firm nie ma już bezpośredniego kontaktu z częścią osób, których dane przetwarza, więc dotarcie do tych ludzi może być problemem. Konieczne będzie jednak dołożenie wszelkich starań.

Sektor leasingu maszyn ma bardzo dobre perspektywy rozwoju

Współczesny pracownik – młody, ambitny, wymagający

Grupa Arctic Paper po III kwartale 2017: Wyniki pod wpływem dalszego wzrostu cen celulozy

Grupa Arctic Paper uzyskała w III kwartale 2017 roku przychody ze sprzedaży w wysokości prawie 735,9 mln zł. Wynik EBITDA wyniósł 70,8 mln zł, a zysk operacyjny 38,5 mln zł. Zysk netto Grupy z działalności kontynuowanej w III kwartale 2017 roku osiągnął poziom 25,6 mln zł.

Osłabienie wyników Arctic Paper w III kwartale było przede wszystkim efektem dalszego wzrostu cen celulozy, który nie został jeszcze w pełni skompensowany przez podwyżki cen papieru. Na wynik wpływ miało także planowe wstrzymanie produkcji w zakładzie w zakładzie Arctic Paper Kostrzyn na 12 dni w lipcu tego roku, związane z prowadzonym procesem inwestycyjnym, którego celem jest zwiększenie efektywności tego zakładu.

Spadek zysku wynikał głównie z utrzymujących się wysokich cen celulozy, których nie będziemy w stanie w pełni zrekompensować podwyżkami cen w 2017 roku. Ponadto, planowe wstrzymanie produkcji w zakładzie Arctic Paper Kostrzyn, związane z procesem inwestycyjnym, wpłynęło na sprzedaż i zysk w tym okresie. Inwestycja w zwiększoną efektywność produkcji będzie miała pozytywny wpływ na przyszłe operacje i wzmocni naszą konkurencyjność w obsłudze klientów – skomentował Per Skoglund, Prezes Zarządu Arctic Paper.

Po trzech kwartałach 2017 roku Grupa Arctic Paper odnotowała przychody ze sprzedaży w wysokości ponad 2,2 mld zł. Wynik EBITDA wyniósł 210,8 mln zł, a zysk operacyjny blisko 115,7 mln zł. Zysk netto z działalności kontynuowanej Grupy w trzech kwartałach 2017 roku wzrósł o 9,2%, do 75,5 mln zł.

W tym okresie zainicjowaliśmy przegląd strategii, aby zdecydować, na których produktach i rynkach powinniśmy się skupić, by osiągnąć stabilną wyższą rentowność. Prace nad nową strategią rozpoczęły się w trzecim kwartale i planujemy przedstawić ją w pierwszej połowie 2018 r. – dodał Per Skoglund.

Wyniki w segmencie papieru (z wyłączeniem Rottneros)

W III kwartale 2017 roku Grupa Arctic Paper w segmencie papieru uzyskała przychody ze sprzedaży w wysokości 542,3 mln zł. Wynik EBITDA wyniósł 38,9 mln zł, a zysk operacyjny 18,7 mln zł. Zysk netto Grupy z działalności kontynuowanej w III kwartale 2017 roku osiągnął poziom 12,9 mln zł, a zysk netto ponad 11,1 mln zł.
Średnie wykorzystanie mocy produkcyjnych osiągnęło poziom 98%, o 2,7% wyższy w ujęci u rok do roku.

Przychody ze sprzedaży Grupy w segmencie papieru po trzech kwartałach br. wyniosły blisko 1,6 mld zł. EBITDA sięgnęła poziom 104,7 mln zł, a zysk z działalności operacyjnej 44,4 mln zł. Zysk netto Grupy z działalności kontynuowanej po trzech kwartałach 2017 roku wyniósł 38,9 mln zł.

Wyniki w segmencie celulozy (Rottneros)

Wyniki Grupy w segmencie celulozy w III kwartale 2017 r. były nadal solidne, a zysk i marże pozostawały na dobrym poziomie. Zmiany cen celulozy wytwarzanej przez Rottneros (NBSK) były korzystne dla firmy. Jednocześnie inwestycje realizowane w ramach programu Agenda 500 pozwalają na wyższe wolumeny produkcji.

Optymistyczne projekcje NBP

W nadchodzącym tygodniu złoty może realizować impulsy zawarte w raporcie o inflacji NBP. Po zamieszaniu związanym z wyborem nowego szefa Fedu, teraz przyszła pora na polityczne spekulacje na temat prezesa EBC. Frank z potencjałem by zatrzymać deprecjację. Funt z gasnącą zmiennością, stabilizuje kurs wokół 4,75 zł.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 06.11.2017-13.11.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2190 3,6300 3,6160 4,7425
Maksimum 4,2460 3,6750 3,6700 4,8220

 

EURPLN

EURPLNH1Euro na początku zeszłego miesiąca w krótkim czasie potaniało o blisko 10 groszy. Od połowy października jednak weszło w wąską konsolidację, w której tkwi aż do dzisiaj. Od tego czasu kurs EURPLN oscyluje między 4,22 zł, a 4,25 zł. Z jednej strony złotemu w najbliższym czasie mogą pomagać coraz to lepsze projekcje ekonomiczne. Z drugiej nasza gospodarka powoli dochodzi do momentu, w którym ciężko będzie utrzymać obecne tempo wzrostu. Dotyczy to przede wszystkim rynku pracy, na którym zbliżamy się do bezrobocia naturalnego. Brak rąk do pracy z jednej strony będzie tłamsić wzrost gospodarczy, jednocześnie zwiększając presję inflacyjną, co jest bardzo niebezpiecznym zjawiskiem. Z technicznego punktu widzenia, wybicie obecnej konsolidacji powinno zapoczątkować większy ruch. W przypadku wyjścia górą zasięg może być nawet 10-groszowy.

USDPLN

USDPLNH1Dolar w poprzednim tygodniu budził ambiwalentne odczucie. Z jednej strony z dalekiego wschodu dochodziły optymistyczne wieści dotyczące azjatyckiego tournee prezydenta USA. Z drugiej w międzyczasie w amerykańskim parlamencie trwała batalia o kształt reformy podatkowej. Po raz kolejny okazuje się, że Trumpowi zwłaszcza łatwiej odnaleźć się w polityce zagranicznej, niż na własnej ziemi. Tak jak na początku prezydentury reforma fiskalna budziła potężne nadzieję, tak teraz zamienia się w ogromne rozczarowanie. Mnogość impulsów związanych z dolarem dokładnie widać na wykresie USDPLN, gdzie zmienność jest znacznie większa niż w przypadku EURPLN. W drugiej połowie października wykres zdołał nawet na chwilę przebić ważny poziom 3,58 zł, by tydzień później testować opór przy 3,67 zł. Warto pamiętać, że 2 grosze wyżej znajduje się kolejny istotny poziom, który dodatkowo jest wzmacniany przez okrągłe 3,70 zł. Dlatego prawdopodobnym scenariuszem jest przynajmniej chwilowe wyciszenie, co może skutkować wejściem w wąską konsolidację, tak by kapitał mógł skumulować potencjał następnego ruchu.

CHFPLN

CHFPLNH1Frank szwajcarski w końcu zdołał przełamać linię trendu spadkowego. Prawdopodobnie oznacza to przynajmniej chwilowe odejście od dalszej przeceny helweckiej waluty. Za tym scenariuszem przemawia fakt, że kolejne trzy dołki ukształtowały się na coraz wyższych poziomach. Oczywiście nie oznacza to od razu odwrócenia trendu, jednak ustabilizowanie ceny franka wokół poziomu 3,65 zł jest jak najbardziej możliwe. Potencjalny ruch w górę na wykresie CHFPLN jest ograniczany przez opór w okolicach 3,673 zł, co oznacza, że potencjał do wzrostów jest mocno ograniczony. Frank jest obecnie najtańszy od pamiętnego 15 stycznia 2015 roku, co zapewne cieszy szerokie grono “Frankowiczów”.

GBPPLN

GBPPLNH1Funt także w zeszłym miesiącu wyłamał trend spadkowy. Po tym, jak kurs GBPPLN spadł poniżej 4,70 zł nastąpiło odreagowanie, której wyprowadziło brytyjską walutę aż do 4,84 zł. W ostatnim czasie obserwujemy jednak uspokojenie i znacznie mniejsze ruchy na tej parze walutowej. W ostatnim tygodniu także mieliśmy do czynienia z ruchem spadkowym, jednak jego dynamika była znacznie mniejsza. Wiele wskazuje na to, że w tym tygodniu znowu będzie testować 4,70 zł, jednak jest mało prawdopodobne, by ta sztuka się udała.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Zobacz co się dzieje z notowaniami OIL

Ostatnie napięcia na Bliskim Wschodzie doprowadziły do wzrostu notowań ropy naftowej, surowiec stał się najdroższy od połowy 2015 roku. Pierwszy wzrost „czarnego złota” spowodowały doniesienia o aresztowaniu przedstawicieli elit Arabii Saudyjskiej. Oficjalnym powodem masowych aresztowań jest walka z korupcją. Niemniej jednak skala działania jest zbyt duża, prawdopodobnie chodzi o skupienie jeszcze większej władzy w jednych rękach księcia Mohammeda bin Salmana.

Kolejnym czynnikiem doprowadzającym do wzrostu cen ropy naftowej była eskalacja konfliktu między Arabią Saudyjską a Iranem. Dalszy wzrost napięć na Bliskim Wschodzie powinien doprowadzić do kontynuacji obecnego ruchu na notowań tegoż surowca.

Natomiast patrząc na dane z rynku ropy naftowej, to kontynuacja zwyżki notowań jest nieuzasadniona. Z jednej strony mamy ograniczenie podaży ropy naftowej ze strony OPEC oraz Rosji, ale z drugiej rekordową produkcję ze strony Stanów Zjednoczonych. Oficjalne dane rządowe wskazują, że dzienna produkcja w USA pobiła kolejny rekord. Jest to już 9.62 miliona dziennie baryłek ropy naftowej. Ponadto ostatni wzrost notowań surowca powinien wspierać zwiększanie wydobycia.

USA OIL

Źródło: Bloomberg

Dla równowagi mamy ograniczenie podaży ropy naftowej ze strony OPEC, Rosji oraz pozostałych państw wydobywających ten surowiec. Obecne cięcie produkcji obowiązuje do końca marca 2018 roku, OPEC zobowiązał się do ograniczenia podaży o 1,17 miliona baryłek dziennie, natomiast państwa niezrzeszone w OPEC o 546 tysięcy baryłek. Co prawda na 8 ostatnich miesięcy kartelowi udało się osiągnąć target tylko w trzech, ale liczą się chęci. Na 30 października zaplanowane jest kolejne spotkanie producentów „czarnego złota”, konsensus rynkowy zakłada przedłużenie obecnego dealu do końca przyszłego roku. Taki scenariusz już został wyceniony przez rynek, zatem zaskoczenia nie będzie.

Bloomberg cut

Źródło: Bloomberg

Z kolei państwa niezrzeszone w OPEC, które zdecydowały się na dobrowolne ograniczenie produkcji w sierpniu oraz wrześniu dopięły swego i to z nadwyżką. Sekret kryjący się za ich dokonaniem jest bardzo prosty: konserwacja sprzętu.

Zatem oprócz napięcia na Bliskim Wschodzie mamy rosnącą produkcję surowca w Stanach Zjednoczonych oraz częściowe wywiązywanie się Państw OPEC z umowy dot. cięcia produkcji. Bez rosnących obaw o przyszłość na Bliskim Wschodzie ropa naftowa nie powinna kontynuować obecnego ruchu notowań w krótkim terminie.

WTI – analiza techniczna

Na interwale tygodniowym stronie kupującej udało się pokonać mocną strefę oporu 54.65-52.35. Dzięki temu popyt otworzył drogę w kierunku okrągłej cyfry 60 USD za baryłkę ropy WTI. Jedynym zagrożeniem na horyzoncie zdaje się być bardzo mocno wykupiony rynek, na co wskazuje oscylator stochastyczny. Gdyby doszło do korekty kursu, to mogłaby zatrzymać się w okolicy 54 USD.

Notowania ropy WTI, interwał tygodniowy

Notowania ropy WTI, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral markets

Kurs funta traci na negocjacjach brexitowych

Brytyjski funt traci na wartości wobec głównych walut światowych (spadek o ponad 0,5%), ale także do złotówki w reakcji na informacje, że 40 członków Partii Konserwatywnej podpisało list otwarty do konserwatywnej premier Theresy May z żądaniem rezygnacji ze stanowiska. Jak na razie liczba podpisów nie jest wystarczająca, by w tej sprawie odbyło się głosowanie. Jednak to kolejny cios w funta, któremu i tak ciążą ciężkie negocjacje z Brukselą dotyczące opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię. Strona unijna naciska na kwestie rozliczeń finansowych, a administracja premier May jest krytykowana za sposób prowadzenia brexitowych negocjacji, które są w impasie.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do japońskiego jena (-0,08%), a zyskuje do euro (+0,14%), brytyjskiego funta (+0,72%), dolara australijskiego (+0,04%) oraz dolara kanadyjskiego (+0,06%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,165, GBP/USD – 1,31, USD/CAD – 1,268, AUD/USD – 0,766 i USD/JPY – 113,4. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,22%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,1, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,889. Złotówka zyskuje do głównych walut. W poniedziałek rano dolar kosztuje 3,63 zł, euro – poniżej 4,23 zł, funt – poniżej 4,76 zł, a frank szwajcarskiego – powyżej 3,64 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru czerwonego. W piątek londyński indeks FTSE 100 stracił 0,68%, frankfurcki indeks DAX – 0,42%, a paryski indeks CAC 40 – 0,5%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 obniżył się o 0,09%, meksykański indeks Bolsa – o 1,41%, a brazylijski Bovespa – o 1,05%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei spadł o 1,32%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,44%, a hongkoński indeks Hang Seng podniósł się o 0,36%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych wzrostach ceny ropy naftowej idą w dół. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 63,52 USD (-0,65%), a ropy WTI – 56,74 USD (-0,76%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 65 USD. Także cena złota spada. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1276 USD. To 8 USD mniej (-0,62%) niż przed weekendem.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:
• 1:10 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Filadelfii
• 8:00 – Rumunia – Produkcja przemysłowa (m/m), wrzesień -0,7%
• 9:00 – Węgry – Produkcja przemysłowa (r/r), wrzesień – 8,1% (prognoza 8,1%)
• 9:00 – Słowacja – Inflacja CPI (r/r), październik – 1,7% (prognoza 1,7%)
• 9:00 – Polska – Wskaźnik Przyszłej Inflacji wg BIEC, październik – 80,5 pkt.
• 10:00 – Polska – Raport o inflacji
• 14:00 – Polska – Inflacja CPI (r/r), październik (prognoza 2,1%)
• 14:00 – Polska – Saldo rachunku bieżącego, wrzesień (prognoza -300 mln EUR)
• 18:45 – Japonia – Wystąpienie szefa Banku Japonii
• 20:00 – USA – Budżet federalny, październik (prognoza -50 mld USD)
Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Spadający popyt na metal szlachetny

Ostatni raport World Gold Council za trzeci kwartał 2017 roku opublikowany przez brzmi bardziej niedźwiedzio niż byczo. Popyt Q3 R/R spadł o 9 procent do 915 ton. Globalny popyt na złocie jest najniższy od 2009 roku, ale jest światełko w tunelu.

Głównym powodem spadającego popytu na złoto są Indie, w które cały czas podnoszą się po wycofaniu niektórych banknotów jako środek płatniczy. Niemniej jednak jest to też czynnik, który w długim okresie pozytywnie wpłynie na popyt.

Branża jubilerska

Globalny popyt pochodzący z branży jubilerskiej w porównaniu do Q3 2016 roku spadł o 3 procent! Natomiast w samych Indiach spadł z 152.7 do 114.9 ton, co daje oszałamiające 25 procent. Natomiast motorem napędowym branży jubilerskiej w dalszym ciągu są Chiny, gdzie popyt wzrósł o 13 procent.

branza jubilerska

Źródło: www.gold.org

Popyt inwestycyjny

Popyt inwestycyjny w trzecim kwartału również był mniejszy niż analogiczny kwartał 2016 roku. Głównym powodem również są Indie, ale i mała zmienność na globalnych giełdach. W samych Indiach popyt inwestycyjny spadł o 23 procent, natomiast fundusze ETF skupiły aż o 87 procent mniej złota niż w 2016 roku. Z kolei największą chęć na skup złota zgłaszali chińscy inwestorzy, których popyt wzrósł o 57 procent.

popyt inwestycyjny

Źródło: www.gold.org

Bardzo dobrą oznaką jest rosnący popyt na fizyczne złoto. Bowiem niektóry z funduszy ETF nie skupują złota a tylko kontrakty terminowe, natomiast długoterminowy kurs złota wyznacza popyt fizyczny.

Banki Centralne

W trzecim kwartale bieżącego roku Banki Centralne skupiły o 25 procent więcej ton złota niż w poprzednim. Największy popyt zgłosił bank Rosji, Turcji oraz Kazachstanu. Do tego koszyka moglibyśmy zaliczyć również Chiny, ale niestety nie możemy oprzeć się na oficjalnych danych tamtejszego Banku Centralnego.

Popyt technologiczny

Popyt technologiczny wzrósł jedynie o 2 procent, ale warto dodać, że jest to pierwszy wzrost popytu po sześciu latach.

popyt technologiczny

Źródło: www.gold.org

Gold – podaż

Światełkiem w tunelu dla metalu szlachetnego jest podaż, która zmniejszyła się z 1 168.4 do 1 146.4 ton. Recykling złota w Q3 2017 w porównaniu do poprzedniego roku spadł o 6 procent. Oczywiście jest to spowodowane niską ceną złota. Dany składnik odpowiada jedynie za małą część podaży złota, jest także najbardziej zmienny. Natomiast podaż złota z wydobycia spadła jedynie o jeden procent, ale pamiętajmy iż wznowienie wydobycia jest czasochłonne, dlatego możemy mówić o małym światełku w tunelu.

podaz gold

Źródło: www.gold.org

Dalsza konsolidacja złota na obecnych poziomach prawdopodobnie doprowadzi do zamykania mniej rentownych albo stratnych kopalni. Z kolei wzrost ceny nie spowoduje natychmiastowego wzrostu podaży, ponieważ są to czasochłonne projekty.

Gold – analiza techniczna

Na notowaniach złota na interwale tygodniowym formuje się formacja, która może przeważyć nad dalszym losem notowań metalu szlachetnego. Z jednej strony mamy mocny opór 1358-1392, natomiast z drugiej linie trendu wzrostowego. Wybicie się z trójkąta powyżej oporu prawdopodobnie doprowadzi do mocnej zwyżki kursu. Z kolei wybicie się pod linią trendu byłoby jednoznaczne z kontynuacją długoterminowego trendu spadkowego rozpoczętego w 2011 roku.

Notowania złota, interwał tygodniowy

Notowania złota, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Aktywność kredytowa Polaków 2017

Zyski z reklamy mobilnej mogą być dwa razy wyższe niż szacują marketerzy

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Bain & Company, nawet połowa reklam wyświetlanych w smartfonach wpływa na to, co kupujemy[1]. Co więcej, jak pokazują dane zebrane przez firmę, na każde 100 dolarów wydanych w kanale mobilnym przypada 90 dolarów wydanych w inny sposób, ale pod wpływem reklam mobilnych. Choć te nie zawsze prowadzą do sfinalizowania transakcji za pośrednictwem telefonu, to jednak reklamy mobilne odgrywają znaczącą rolę w całym procesie zakupowym, a przede wszystkim stanowią początek interakcji konsumenta z marką. Według Google, 70 proc. użytkowników smartfonów korzysta ze swoich telefonów, by znaleźć informacje o danym produkcie, zanim kupi go sklepie stacjonarnym.

Po telefon komórkowy sięgamy średnio 13 razy na godzinę, co oznacza, że korzystamy z niego ok. 200 razy w ciągu dnia[2]. Według raportu Yieldbot i Kantar Retail, szukając informacji o produktach, które chcemy kupić, najczęściej konsultujemy się z rodziną, przyjaciółmi i… naszymi smartfonami[3]. Wszechobecność tych urządzeń – ponad 2,5 mld użytkowników smartfonów na świecie i ok. 20 mln Polsce[4] – przyczyniła się do tego, że reklama mobilna odgrywa coraz ważniejszą rolę nie tylko w e-commerce, ale i w sprzedaży tradycyjnej. Jak pokazują bowiem dane zebrane przez Bain & Company, połowa reklam wyświetlanych w smartfonach wpływa na decyzje zakupowe konsumentów. Firma szacuje, że na każde 100 dolarów wydanych w kanale mobilnym, przypada prawie drugie tyle wydawanych w innym miejscu, np. w sklepach stacjonarnych, ale w powiązaniu z treściami mobile.

– Marketingowa siła reklamy mobilnej nie polega tylko na tym, że jej odbiorca zaraz po wyświetleniu treści na swoim smartfonie dokona zakupów np. w sklepie internetowym, a również na tym, że posiada ogromny wpływ na to, co kupujemy także poza kanałem mobile. Reklama mobilna jest obecna na każdym etapie consumer journey, czyli złożonego procesu zakupowego, do którego coraz więcej konsumentów podchodzi w świadomy sposób. Moment zakupu, to ostatni elementem tej drogi. Jest on poprzedzony np. zdobyciem wiedzy o specyfikacji danego produktu czy informacji, który sprzedawca oferuje go po najatrakcyjniejszej cenie. Podczas podejmowania tych kroków reklama mobilna jest niezwykle istotna, jednak skala jej oddziaływania powinna być mierzona inaczej niż w przypadku pozostałych działań marketingowych. W przeciwnym razie możemy przegapić potencjał tkwiący w tym naprawdę wartościowym narzędziu – wyjaśnia Grzegorz Chyliński, CEO Adrino, największej sieci reklamy mobilnej w Polsce.

Inwestuj nie tylko w reklamę

Tylko w Stanach Zjednoczonych w całym 2017 r. wydatki na reklamę mobilną wyniosą 40 mld dolarów, a jak szacuje branża, do 2020 r. będzie to już 65 mld dolarów[5]. W zeszłym roku inwestycje w reklamę mobilną wzrosły także w Polsce aż o 65 proc[6]. Jednak, aby treści reklamowe wyświetlane w smartfonach czy tabletach odnosiły skutek, czyli sprzedawały, marki nie mogą zapominać o ciągłym rozwoju kanału mobile. Chodzi m.in. o zadbanie o to, aby strona internetowa danej firmy była kompatybilna z urządzeniem mobilnym, a aplikacja e-sklepu była przyjazna użytkownikowi i skłaniała do tego, aby klient zachęcony reklamą mobilną dokonał w niej zakupu. O tym, jak jest to ważne przekonują szacunki firmy Zenith –  do końca 2017 r. już 3/4 konsumpcji treści online będzie odbywać się w urządzeniach mobilnych. 20 mln z 26,7 mln wszystkich polskich internautów korzysta z sieci na smartfonach i tabletach[7].

– Kanał mobilny może wspierać również sprzedaż stacjonarną. Połowa konsumentów biorących udział w badaniu Yieldbot i Kantar Retail przyznaje, że wyszłoby ze sklepu, gdyby na zakupy zapomniało zabrać ze sobą smartfona. Konsumenci podczas zakupów w sklepach tradycyjnych używają  telefonów, by ukończyć dany odcinek procesu zakupowego. Może chodzić np. o porównywanie cen – jest to ważne aż dla 75 proc. konsumentów zainteresowanych elektroniką, czy korzystanie z kuponów zniżkowych, które konsumenci mogą znaleźć w aplikacjach mobilnych (55 proc. wszystkich ankietowanych). Zrezygnowanie z kanału mobile, nawet wtedy, gdy dana marka chce, by jej produkty były dostępne głównie stacjonarnie, nie tylko oznacza, że skazuje się na brak napływu nowych klientów, ale także nie daje sobie szansy, by zatrzymać na dłużej dotychczas lojalnych konsumentó– zaznacza Dariusz Werelich, Head of Sales, Adrino.

Uwaga na millenialsów

O millenialsach, czyli o osobach urodzonych w latach 80 i 90. ubiegłego stulecia mówi się, że stanowią pierwszą generację digital natives, czyli należą do tego pokolenia, które w dużej mierze jest ukształtowane przez nowe technologie i środki komunikacji. Są jednymi z najważniejszych odbiorców reklam mobilnych nie tylko ze względu na to, że praktycznie nie rozstają się ze swoimi smartfonami w ciągu dnia, ale także na łatwość, z jaką poruszają się w cyberprzestrzeni. Co nie mniej ważne, millenialsi odpowiadają za decyzje zakupowe w swoich rodzinach[8].

– Ponad połowa millenialsów (52 proc.) traktuje reklamy widoczne w smartfonach jako przydatne  źródło informacji o interesujących ich produktach, a z kolei dla 48 proc. mobilna reklama wideo stanowi najbardziej znaczącą pomoc w czasie podejmowania decyzji, o tym, co kupić[9]. Mimo że millenialsi nie są tą grupą społeczną, która statystycznie dysponuje największymi dochodami, wręcz przeciwnie, ci nie zawsze posiadają stałe źródło utrzymania, stanowią znaczącą siłę nabywczą, kształtującą trendy na rynku. Za kilka lat millenialsi będą głównym segmentem kupujących, m.in. dlatego, że jak podaje Deloitte[10], w ciągu dekady globalnie będą stanowić 75 proc. osób aktywnych zawodowo – komentuje Dariusz Werelich, Adrino.

Coraz ważniejszą grupą klientów będzie się stawać także pokolenie Z (osoby urodzone po 1995 r.), które w przeciwieństwie do starszych kolegów, w ogóle nie zna rzeczywistości pozbawionej Internetu czy smart-technologii. Według szacunków EY siła nabywcza Zetek już teraz szacowana jest na 44 mld dolarów i każdym rokiem będzie się zwiększać. Firmy, które nie chcą stracić tej biznesowej szansy i uczynić z pokolenia Z lojalnych klientów, muszą zacząć komunikować się z nim w sposób dla nich znajomy i zrozumiały.

Jak sprzedawać za pomocą reklamy mobilnej

W skali globalnej, ale również i w Polsce ruch internetowy generowany przez urządzenia mobilne przewyższył już ruch z urządzeń desktopowych i szacuje się, że ta różnica będzie się zwiększać na korzyść smartfonów czy tabletów. Dlatego, jak zaznacza Grzegorz Chyliński, marki planujące kampanie mobilne powinny pamiętać o kilku zasadach.

Pierwszym krokiem podczas przygotowania każdej kampanii reklamowej, także tej na urządzenia mobilne, powinno być określenie, do jakiej grupy odbiorców kierowany będzie przekaz. Innych treści na swoich komórkach szukają bowiem millenialsi, a inne wymagania przez markami stawiają użytkownicy smartfonów w wieku 55+. Ważne jest zweryfikowaniem kiedy, jak często i w jaki sposób nasza grupa docelowa korzysta ze smartfonów. Dzięki temu marka może uchwycić dokładny moment, w którym klient-użytkownik smartfona podejmuje decyzje, że jest gotowy nabyć dany produkt.

– O tym, że takie podejście się sprawdza, przekonała się amerykańska firma oferująca zdrowe przekąski. Marka opracowała mobilną strategię dotarcia do konsumentów – młodych, aktywnych kobiet – by nie przegapić ‘mikro-momentu’, w którym będą chciały sięgnąć po coś do jedzenia.

W efekcie wybrane osoby znajdujące się w pobliżu punktów sprzedaży w weekendy, otrzymywały reklamę mobilną z ofertą. Aby podobne działanie było możliwe, marki powinny wdrożyć rozwiązania pozwalające na gromadzenie i analizę danych przestrzennych. Przykładowo, dzięki informacjom zebranym dzięki geotargetowaniu, dana marka może prawie bezbłędnie dopasować swoją ofertę do potrzeb potencjalnych klientów, kierując się pozostawianymi przez nich śladami w sieci, np. internetową historią zakupów lub listą odwiedzanych miejsc. Dodatkowodzięki odpowiedniemu wyborowi materiałów użytych w kampanii, m.in. krótkim spotom video, które były kierowane do wyselekcjonowanej grupy odbiorców, firma odnotowała wzrost sprzedaży o 25 proc. – wyjaśnia Grzegorz Chyliński, Adrino.

[1] Dane: Bain&Copmany.

[2]Dane: Bain&Copmany.

[3]Yieldbot & Kantal Retail, Yieldbot Kantar Motivated Mobile Consumer, March 2017.

[4] Dotyczy aktywnych użytkowników smartfonów, którzy ukończyli 15 rok życia.

[5] Dane: BIA/Kelsey.

[6] IAB/PwC AdEx 2016’FY.

[7] PBI, Polscy internauci we wrześniu 2017. Raport.

[8] https://biznes.newseria.pl/news/mlodzi-konsumenci-maja,p847360509

[9] Dane: Yieldbot i Kantar Retail.

[10] Deloitte, Millerninal Survey 2017.

Współpraca europejska wymaga gruntownych zmian

Dziś nie da się zreformować Europy małymi krokami. Struktury są skostniałe, dlatego należałoby stworzyć je na nowo. Nie można zintegrować się bardziej, ale także nie da się rozluźnić relacji w sposób, który nie wymagałby poniesienia kosztów.

– Los Europy powinien być dla nas ważny, ponieważ jesteśmy skazani na siebie. Sposób w jaki współpracujemy musi ulec zmianie – powiedział agencji eNewsroom prof. Jan Zielonka, Uniwersytet w Oxfordzie, katedra Polityki Europejskiej – Dyskusja na ten temat trwa. Kongres KIG jest bardzo ważny – mówi o różnych aspektach gospodarczych, technologicznych, ale także instytucjonalnych w kategoriach narodowych, przedsiębiorstw oraz Europy i świata. Wszystkie te płaszczyzny są ze sobą powiązane. Polacy w Wielkiej Brytanii zasługują na lepszy byt niż obecnie, jednak taka jest rzeczywistość europejska. Dziś są oni zakładnikami negocjacji, które są dość trudne i odbywają się zamkniętych gabinetach. Dopóki nie będziemy znać wyników tych rozmów nie należy martwić się na zapas, a optymistycznie patrzeć w przyszłość – dodał Zielonka.

Nawet pół miliona Ukraińców w szarej strefie

Zapotrzebowanie na kadrę ze Wschodu rośnie. Dane Personnel Service wskazują, że od początku roku o 30% wzrosła liczba firm zainteresowanych Ukraińcami. Coraz częściej też zatrudnia się ich legalnie. W III kwartale br. liczba obywateli Ukrainy płacących składki ZUS wyniosła 307 tys., co oznacza wzrost o 78% r/r. Nadal jednak występuje luka między liczbą pracujących u nas Ukraińców, którą Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej szacuje na ok. milion, a liczbą ubezpieczonych w ZUS. Z szacunków Personnel Service wynika, że szara strefa może obejmować nawet 500 tys. osób. To oznacza 1,5 mld zł strat dla ZUS rocznie.

Coraz większa skłonność pracodawców do oferowania legalnego zatrudnienia Ukraińcom wynika z pogłębiających się deficytów kadrowych. Najnowsze dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wskazują, że bezrobocie w październiku wyniosło zaledwie 6,6%, co oznacza spadek w porównaniu do poprzedniego miesiąca o 0,2 pp. W tym samym czasie pracodawcy zgłosili do urzędów pracy ponad 151 tys. wakatów.

W sytuacji ograniczonego dostępu do kadry w naszym kraju, sięganie po pracowników za granicę jest naturalne. Ten trend rozpoczął się w Polsce już kilka lat temu, a teraz tylko nabiera na sile. Od początku roku zainteresowanie zatrudnianiem Ukraińców wśród firm wzrosło aż o 30%. Popularyzacja tego rozwiązania powoduje, że wzrosła konkurencja wśród pracodawców. Między innymi dlatego coraz więcej firm oferuje Ukraińcom atrakcyjniejsze formy zatrudnienia, czyli umowy zlecenia i umowy o pracę – wskazuje Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service.

Ilu Ukraińców w szarej strefie?

Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że w III kwartale br. liczba Ukraińców ubezpieczonych w ZUS wyniosła 307 tys. Zatem od początku roku przybyło w naszym kraju ponad 113 tys. legalnie zatrudnionych i odprowadzających składki obywateli Ukrainy. Czy to dużo? Z szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej za I półrocze 2017 roku wynika, że w Polsce wydano ponad 900 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. – Liczba wydanych oświadczeń nie jest równa liczbie faktycznie pracujących u nas Ukraińców. Po pierwsze, można złożyć kilka oświadczeń dotyczących tego samego pracownika. Po drugie, pozwolenie na pracę wydaje się tylko na pół roku, co powoduje sporą fluktuację. Zakładając jednak, że na naszym rynku pracy może być nawet milion Ukraińców, a ubezpieczonych w ZUS jest 300 tys., to pozostałe osoby albo pracują w ramach umów o dzieło albo w ogóle bez umowy – mówi Krzysztof Inglot z Personnel Service.

Kaucja na poczet składki ZUS?

Personnel Service wskazuje, że dla rozwiązania problemu szarej strefy wśród Ukraińców niezbędne są takie rozwiązania systemowe, które pozwolą lepiej kontrolować pracodawcę składającego oświadczenie o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. – W tym momencie pracodawca nie musi udokumentować, że legalnie zatrudnia pracownika z Ukrainy, o którego się starał w ramach uproszczonej procedury. Natomiast gdyby już w momencie składania wniosku musiał zapłacić z góry kaucję na poczet pierwszej składki ZUS, urząd wiedziałby dokładnie, kto zatrudnia daną osobę i na jakich warunkach. To mogłoby znacząco podnieść liczbę legalnie zatrudnionych. Miałoby to też pozytywny wpływ na stabilność finansową ZUS – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service.

Personnel Service szacuje, że na koniec tego roku może zostać złożonych nawet 2 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Ukrainy.

Cisza przed burzą dla premier May i nie tylko

Premier Wielkiej Brytanii Teresa May nie ma chwili wytchnienia. Po odejściu dwóch ministrów z jej rządu, teraz prasa donosi o wolcie 40 posłów z jej partii. Funt przechodzi trudne chwile na rynku, który w ostatnich dniach jest coraz trudniejszy do okiełznania i zrozumienia. Nagłe tąpnięcie japońskiej giełdy w poniedziałek wysyła złe sygnały w stronę Europy.

Weekendowa prasa na Wyspach nie była przychylna dla premier May, co odbija się na kondycji GBP w poniedziałek. Po pierwsze the Sunday Times donosi, że aż czterdziestu posłów Partii Konserwatywnej jest gotowych podpisać list z wotum nieufności wobec premier May. Jednak aby pozbawić May stanowiska, apel do przewodnictwa partii Konserwatywnej musi podpisać 48 posłów. Zatem kilku głosów jeszcze brakuje, ale to wcale nie powinno uspokajać Pani premier. Szczególnie, że jej zdolności przywódcze są szeroko kwestionowane. Jej gabinet jest w rozsypce po rezygnacji dwóch ministrów w ubiegłym tygodniu. Jakby tego było mało, The Mail on Sunday dotarł do tajnego listu przygotowanego przez ministra spraw zagranicznych Borisa Johnsona i ministra środowiska Michaela Gove’a, w którym dyktują oni premier May jak prowadzić negocjacje ws. Brexitu. Naturalnie funt nie przyjął dobrze weekendowych rewelacji i w dalszej części tygodnia więcej inwestorów może się od niego odwrócić. Szczególnie, jeśli reakcja premier May na prasowe doniesienia okaże się nieprzekonywująca. Im bardziej podzielona Partia Konserwatywna i rząd, tym mniejsza szansa na progres w negocjacjach Brexitu. Jeśli rynek FX uczepi się takiego rozumowania, funt będzie cierpiał.

Innych wieści na starcie tygodnia brak i do końca dnia raczej się to nie zmieni, biorąc pod uwagę pusty kalendarz makro. Mamy wprawdzie finalny odczyt CPI i saldo rachunku bieżącego z Polski, ale marne szanse na to, by złoty zareagował na dane. Czynniki zewnętrzne mogą teraz odgrywać większą rolę, gdzie widzimy więcej zagrożeń. Po pierwsze niestabilna sytuacja na rynku akcji może być zaczątkiem głębszej korekty, która przygasi apetyt na ryzyko. Dziś w nocy japoński Nikkei225 nagle z niczego tąpnął o 0,7 proc., co potwierdza, że chaotyczny handel z ubiegłego tygodnia jeszcze się nie zakończył. Jak na razie Europa ignoruje impulsy z Azji i indeksy na Starym Kontynencie notują wzrosty, ale bez wątpienia jesteśmy w okresie, kiedy pojawia się coraz więcej pytań, czy uda się podtrzymać tegoroczną hossę? To może być cisza przed burzą na rynkach finansowych. Z perspektywy FX długa pozycja na USD/JPY jest coraz mniej atrakcyjna w krótkim terminie, ale fundamenty bronią wzrostów w dłuższym horyzoncie. Za to awersja do ryzyka będzie szkodzić walutom surowcowym, więc dalej wierzymy w spadki AUD/USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Cyfrowa bankowość to tańsze usługi i niższe koszty dla banków. Alior Bank przyspiesza realizację strategii „Cyfrowego buntownika” i prezentuje wyniki powyżej oczekiwań rynku

Cyfrowa bankowość to tańsze usługi i niższe koszty dla banków. Alior Bank przyspiesza realizację strategii „Cyfrowego buntownika” i prezentuje wyniki powyżej oczekiwań rynku 9

Co trzecia pożyczka udzielana przez internet czy weryfikowanie tożsamości klienta poprzez biometrię to cele, które część instytucji finansowych może osiągnąć już w perspektywie 2–3 lat. Tak jest w przypadku Alior Banku, który łączy przyspieszoną realizację strategii „Cyfrowego buntownika” ze znacznie lepszymi od oczekiwań wynikami finansowymi. Bank chce się skoncentrować przede wszystkim na tych klientach, którzy korzystają z kanałów cyfrowych i dokonują transakcji bezgotówkowych.

– Będziemy z wielką determinacją realizować wszystkie obszary strategii „Cyfrowego buntownika”. Myślę, że wyniki III kwartału pokazują naszą determinację i to, że plan, który postanowiliśmy wdrażać, nam się udaje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Filip Gorczyca, wiceprezes zarządu Alior Banku.

Strategię na lata 2017–2020 Alior Bank ogłosił w marcu tego roku, a już na początku października zapowiedział jego przyspieszenie. Plan poza celami czysto finansowymi zakłada m.in. koncentrację na tych klientach, którzy korzystają z kanałów cyfrowych i transakcji bezgotówkowych, oraz zastosowanie biometrii (analizy rysów i proporcji twarzy i parametrów głosu) do identyfikacji klienta przy komunikacji wideo czy telefonicznej. Bank chce do 2020 roku pozyskiwać 30 proc. klientów, dla których będzie bankiem podstawowym, drogą elektroniczną, otwierać w ten sposób połowę kont oszczędnościowych oraz udzielać co trzeciej pożyczki.

Bank ma także ambicję stać się bankiem pierwszego wyboru dla mikro- i małych firm. Ponadto dzięki pomyślnej realizacji strategii Alior Bank dołączy do grona najlepszych i najbardziej innowacyjnych banków w Europie, jednocześnie stając się najefektywniejszym bankiem na rynku krajowym.

 Wyniki Alior Banku za III kwartał były bardzo dobre, osiągnęliśmy zysk netto za ostatnie 3 miesiące w wysokości 190 mln zł, przekraczając nie tylko najwyższe prognozy analityków, lecz nawet zysk osiągnięty w całym I półroczu – mówi Filip Gorczyca. – Na tle sektora wyniki prezentują się bardzo dobrze, również z perspektywy wskaźnika zwrotu na kapitale. Za III kwartał ten wskaźnik wyniósł 11,7 proc. – to poziom, który zbliża nas do celu strategicznego, który wyznaczyliśmy na 2019 rok, żeby osiągnąć wskaźnik ROE w wysokości 14 proc.

Strategia Alior Banku zakłada też, że w ramach segmentu klienta biznesowego celem jest zwiększenie alokacji kapitału na segment mikro- i małych przedsiębiorstw z 31 proc. obecnie do 47 proc. w 2020 roku. Zwiększenie ekspozycji na małe i średnie przedsiębiorstwa ma pozwolić na przyspieszenie osiągnięcia celu ROE na poziomie 14 proc. w 2019 roku.

Skonsolidowany zysk netto Alior Banku w III kwartale 2017 roku wzrósł do 190 mln zł z 87 mln zł. Analitycy spodziewali się wyniku średnio o ponad 35 mln zł niższego. Rzeczywisty wynik przekroczył najlepsze prognozy o niemal 20 mln zł. Po trzech kwartałach bank zarobił o połowę więcej niż rok wcześniej.

Wyniki były lepsze od konsensusu rynkowego z kilku powodów. Po pierwsze, dokonaliśmy podsumowania procesu integracji z wydzieloną częścią banku BPH. Wynika z niego, że faktyczne synergie są wyższe, a koszty integracji w latach 2016–2017 o 62 mln zł niższe niż założone. Dokonaliśmy więc rozwiązania rezerwy restrukturyzacyjnej w wysokości 27 mln zł, czyli po uwzględnieniu efektu podatkowego dało to 21 mln zł wpływu na wynik – dodaje wiceprezes Alior Banku. – Było też kilka innych pozytywnych zdarzeń jednorazowych, które miały miejsce w III kwartale, one dotyczyły przede wszystkim kosztów działania banku.

Ostatecznie koszty okazały się niższe od tych, których spodziewał się rynek, o ponad 90 mln zł i wyniosły 404 mln zł. Wynik odsetkowy wzrósł o 48 proc. rok do roku do prawie 724 mln zł, a prowizyjny – o 35 proc. w ujęciu rocznym do ponad 103 mln zł, choć w tym ostatnim przypadku analitycy spodziewali się wyższej kwoty.

Analitycy także zwracają uwagę na to, że Alior Bank utrzymał wysokie tempo wzrostu. Wolumen kredytowy brutto (uwzględniający spłaty kredytów) zwiększył się o 1,4 mld zł. Tym samym w ciągu dziewięciu miesięcy od początku roku bank udzielił finansowania brutto w wysokości 5 mld zł, co oznacza, że już po trzech kwartałach zrealizował strategiczny cel wynoszący 5–6 mld zł rocznie.

Polskie miasta przestają sobie radzić z rosnącą liczbą samochodów. W Warszawie na tysiąc mieszkańców przypada już ponad 900 pojazdów

Polskie miasta przestają sobie radzić z rosnącą liczbą samochodów. W Warszawie na tysiąc mieszkańców przypada już ponad 900 pojazdów 10

Od lat 90. liczba samochodów w polskich miastach wzrosła czterokrotnie. Samorządy przestają radzić sobie z wyzwaniami, które stwarza rosnąca ilość spalin, brak miejsc parkingowych i coraz większe korki. Potrzebny jest cały pakiet rozwiązań, aby im zaradzić, m.in.: zmiany w ustawie o drogach publicznych, które pozwolą miastom dowolnie kształtować swoją politykę parkingową, informatyzacja parkingów, rozwój komunikacji miejskiej i niższe ceny biletów oraz wspieranie współdzielenia przejazdów. Polacy adaptują ten trend równie szybko jak płatności zbliżeniowe.

– Liczba samochodów w polskich miastach zdecydowanie rośnie. Według danych Polskiego Związku Motorowego w 1990 roku mieliśmy zarejestrowanych około dziewięć milionów aut. W 2015 roku było to już prawie 27,5 mln. Należy się zastanowić, co z tym zrobić, biorąc pod uwagę to, że miasta nie rozrastają się aż tak szybko, jak rośnie liczba samochodów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jędrzej Puzyński, dyrektor Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

W Warszawie, którą zamieszkuje 1,74 mln ludzi, jest ponad 1,6 mln zarejestrowanych pojazdów. To oznacza, że na tysiąc mieszkańców przypada ich ponad dziewięćset. We Wrocławiu ten wskaźnik wynosi 877 pojazdów na tysiąc osób. Natomiast dane dotyczące liczby zarejestrowanych pojazdów w Sopocie czy Olsztynie pokazują, że jest ich tam więcej niż samych mieszkańców. To powód, dla którego w godzinach szczytu polskie miasta zwykle są nieprzejezdne, a parkingi – przepełnione.

– Miasta w Polsce niezbyt dobrze radzą sobie z rosnącą liczbą samochodów. Podejmują pewne działania, inwestują w transport publiczny, zastanawiają się też nad możliwością wprowadzenia stref ograniczonego ruchu czy zakazu wjazdu samochodów z silnikiem diesla do centrów. Jednak w dalszym ciągu nie ma możliwości prawnych, żeby wprowadzić u nas takie rozwiązania. Wiemy, że w państwach zachodnich, na przykład we Francji czy Wielkiej Brytanii, one już funkcjonują. Możemy więc podejrzewać, że prędzej czy później pojawią się też w Polsce – mówi Jędrzej Puzyński.

Rosnąca liczba samochodów stwarza też problem z organizacją miejskiej przestrzeni. Przykładowo we Wrocławiu jest 552 tys. zarejestrowanych pojazdów. Biorąc pod uwagę minimalne wymiary miejsca postojowego, w sumie potrzebują one ok. 6,35 km2 powierzchni – to ponad 2 proc. powierzchni miasta i teren równy 850 boisk piłkarskich. Tymczasem liczba miejsc postojowych we wrocławskiej strefie płatnego parkowania w centrum i okolicach to zaledwie 4,2 tys. – wynika z październikowego raportu „Parkingi a transport zbiorowy w miastach”, opracowanego przez Zespół Doradców Gospodarczych TOR oraz Polskiej Organizacji Branży Parkingowej (POBP).

– Polityka parkingowa w miastach powinna zmierzać w kierunku ograniczania ruchu. Samochodów w miastach jest bardzo dużo, jednocześnie miejsc parkingowych nie ma. Trzeba wprowadzić jakieś rozwiązania, na pewno powinny wzrosnąć opłaty parkingowe. Warto się przyjrzeć też kwestii abonamentów parkingowych – w tej chwili liczba abonamentów przewyższa niekiedy liczbę miejsc w strefie płatnego parkowania, która przestaje dobrze funkcjonować. Rekordziści mają po kilkanaście aut przypisanych do jednego abonamentu, co jest sytuacją kuriozalną. Osobną kwestią jest wysokość opłat – abonament na poziomie 30 zł rocznie trudno nawet nazwać opłatą symboliczną – mówi Jędrzej Puzyński.

Samorządy potrzebują wsparcia w zarządzaniu przestrzenią parkingową, bo dotychczasowe regulacje w tym zakresie przestały nadążać za rzeczywistością – podkreślają doradcy TOR. W tej chwili działanie stref płatnego parkowania (w Polsce jest ich w sumie ok. 120) reguluje ustawa o drogach publicznych z 2003 roku. Określa ona m.in. maksymalną opłatę w wysokości 3 zł za godzinę postoju. Ogranicza też pobieranie opłaty do godzin dziennych i dni roboczych.

Ministerstwo Rozwoju pracuje obecnie nad projektem nowelizacji tych przepisów, który odchodzi od sztywnego wyznaczania stawek za parkowanie. Miasta powyżej 100 tys. mieszkańców mają mieć możliwość wyznaczania dwóch rodzajów stref: zwykłej i śródmiejskiej, a wysokość stawki za pierwszą godzinę parkowania ma być zależna od płacy minimalnej (dziś jest to 2000 zł brutto, od 1 stycznia 2018 r. stawka ma wynieść 2100 zł brutto) i ma wynosić maksymalnie 0,15 proc. tej kwoty w strefie zwykłej i 0,45 proc. – w śródmiejskiej (w tej drugiej może to być koszt nawet 9 zł).

Eksperci TOR oceniają, że zmiana przepisów to krok w dobrą stronę, ale miasta powinny mieć możliwość swobodnego kształtowania swojej polityki parkingowej w zależności od skali problemu.

– Aby poradzić sobie z rosnącą liczbą samochodów i małą ilością przestrzeni parkingowej, miasta powinny czynić starania o znowelizowanie ustawy o drogach publicznych, która dałaby im możliwość swobodnego kształtowania opłat parkingowych. Dzięki temu mogłyby zapewnić rotację w strefach płatnego parkowania oraz wspierać rozwój możliwości przemieszczania się alternatywnych do indywidualnego transportu samochodowego. Mowa zarówno o transporcie publicznym, jak i rozwiązaniach z zakresu ekonomii współdzielenia, typu carsharing i ridesharing – mówi dyrektor TOR.

Doradcy TOR wskazują Amsterdam, Londyn, New Jersey czy francuski Lyon jako przykłady tych miast, które inwestują się w informatyzację parkingów i rozwijają środki komunikacji alternatywne dla prywatnych samochodów. W Londynie – w godzinach porannego szczytu – 30 proc. przejazdów z Uberem kończy się w pobliżu stacji metra lub kolejki poza ścisłym centrum. Tam mieszkańcy przesiadają się do komunikacji publicznej, którą poruszają się po centrum.

– Rozwiązań jest bardzo dużo. Mamy przykład z New Jersey w USA, gdzie miasto miało dylemat – zbudować parking kubaturowy typu P&R w pobliżu jednej ze stacji kolejowych albo wdrożyć inne rozwiązanie, które realizowało by ten sam cel. W końcu samorząd zadecydował o współfinansowaniu przejazdów jedną z aplikacji ridesharing – w tym przypadku chodzi o aplikację Uber. Udało się zapewnić dojazd do stacji kolejowej, jednocześnie nie ponosząc kosztu związanego z budową nowego parkingu kubaturowego – mówi Jędrzej Puzyński.

Z raportu ZDG TOR wynika, że codzienne dojeżdżanie z domu do pracy samochodem to również spore koszty dla samych mieszkańców. W zależności od długości trasy, cen paliwa i kosztów eksploatacji samochodu może on wynosić sumarycznie nawet 100 zł dziennie.

– Ekonomia współdzielenia powinna stanowić dobrą alternatywę dla posiadania prywatnego samochodu. Są takie miejsca i takie okoliczności, w których najwygodniej jest się przemieszczać samochodem, więc ludzie powinni mieć taką alternatywę. Szacuje się, że przeciętny samochód jest 95–98 proc. zaparkowany pod domem lub biurem i nie jest w ruchu. Zwiększenie wykorzystania takiego samochodu zmniejszy presję na powstawanie nowych miejsc parkingowych – zauważa Jędrzej Puzyński.

Ridesharing i carsharing umożliwiają kilku osobom korzystanie z jednego samochodu. W pierwszym przypadku właściciel prywatnego samochodu dzieli go z innymi współpasażerami. W Polsce usługa jest dostępna za pośrednictwem Ubera czy Taxify. W drugim przypadku auto można wypożyczyć za pomocą specjalnej aplikacji. Po zakończeniu jazdy przejmuje je inna osoba. Taka usługa działa w Krakowie (Traficar) i Wrocławiu (GoGet), natomiast w Warszawie działa już kilku operatorów (Traficar, Panek, 4Mobility, Omni). W USA i niektórych krajach Europy Zachodniej działają również aplikacje (np. CARMAnation, Indigo) umożliwiające współdzielenie miejsc parkingowych.

Dyrektor Zespołu Doradców Gospodarczych TOR ocenia, że Polacy powinni bardzo szybko zaadaptować nowy trend, podobnie jak błyskawicznie przekonali się do płatności zbliżeniowych. W Warszawie blisko 25 proc. mieszkańców korzysta z aplikacji Uber do zamawiania przejazdów. Ten odsetek jest najwyższy w grupie wiekowej 20–40 lat. Ponad dwie trzecie mieszkańców Warszawy zrezygnowałoby z posiadania samochodu, jeśli zamiast tego mogliby korzystać ze sprawnej komunikacji miejskiej i aplikacji do zamawiania przejazdów – wynika z ubiegłorocznych badań TOR.

– Polacy są wielkimi fanami technologii. Możemy podejrzewać, że popularność ekonomii współdzielenia będzie rosnąć. 2/3 mieszkańców Warszawy uważa, że aplikacja typu Uber może być dobrą alternatywą dla posiadania własnego auta. Dla samorządów to pozytywny sygnał, że współdzielenie pojazdów może być alternatywą dla korzystania z prywatnego samochodu – mówi Jędrzej Puzyński.

Były Inspektor Marynarki Wojennej: Strategiczny Przegląd Obronny to właściwa odpowiedź na obecne zagrożenia. Zmiany w planie modernizacji armii idą w dobrym kierunku

Były Inspektor Marynarki Wojennej: Strategiczny Przegląd Obronny to właściwa odpowiedź na obecne zagrożenia. Zmiany w planie modernizacji armii idą w dobrym kierunku 11

Odtworzenie Rodzajów Sił Zbrojnych i powrót do dowództw Rodzajów Sił Zbrojnych, w tym Dowództwa Marynarki Wojennej, które zakłada Strategiczny Przegląd Obronny, to krok w dobrym kierunku – ocenia dr Ryszard Demczuk, były Inspektor Marynarki Wojennej. Zmiany strukturalne i wzmocnienie polskiej armii – zakładane przez SPO – mają zwiększyć zdolność samodzielnej obrony. Pod tym kątem ekspert pozytywnie ocenia też kierunek modernizacji Marynarki Wojennej. Nowa strategia zakłada, że MW i jej okręty będą pełniły kluczową rolę w uniemożliwieniu przeciwnikowi panowania nad południowym Bałtykiem.

– Uważam, że Strategiczny Przegląd Obronny został przeprowadzony we właściwym czasie, dając odpowiedź na nowe zagrożenia i wyzwania, jakie pojawiły się w zakresie bezpieczeństwa – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ryszard Demczuk, były Inspektor Marynarki Wojennej w Dowództwie Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych. – Eksperci współpracujący w ramach Strategicznego Przeglądu Obronnego pod kierunkiem wiceministra Tomasza Szatkowskiego dokonali właściwej oceny środowiska bezpieczeństwa, narysowali poprawnie potencjalne scenariusze rozwoju wydarzeń, określili zagrożenia i zdeterminowali narzędzia, jakie będą niezbędne do reagowania.

Strategiczny Przegląd Obronny przygotowany przez MON wskazuje największe zagrożenia, jakie mogą czekać Polskę, i to, jak należy w związku z sytuacją geopolityczną przystosować wojsko. W przeciwieństwie do analiz z wcześniejszych lat SPO jednoznacznie wskazuje na zagrożenie, jakie niesie za sobą polityka Federacji Rosyjskiej.

– Cieszę się, że przewidziano odtworzenie Rodzajów Sił Zbrojnych i powrót do Dowództw Rodzajów Sił Zbrojnych. Chciałbym, aby na setną rocznicę odtworzenia Marynarki Wojennej powstało Dowództwo Marynarki Wojennej, a flotyllami, dywizjonami i okrętami dowodził Dowódca Marynarki Wojennej z Gdyni – wskazuje ekspert. – Koncepcja totalnej połączoności przeżywa lekki schyłek. Obserwujemy to u Amerykanów, którzy kładą nacisk na poszczególne rodzaje sił zbrojnych, tak logistycznie, jak i materiałowo. Taką samą tendencję obserwuje się również w Europie.

Reforma z 2014 roku zlikwidowała cztery stanowiska dowódców rodzajów Sił Zbrojnych, a w to miejsce wprowadzano dowódców Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych (RSZ) i Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych (DORSZ). Jak przyznaje ekspert, to właśnie stworzony system był powodem jego odejścia z Marynarki.

– Decyzję o odejściu ze stanowiska Inspektora Marynarki Wojennej podjąłem w marcu 2014 roku, po zaledwie kilku miesiącach funkcjonowania nowego systemu dowodzenia i kierowania Siłami Zbrojnymi. Stwierdziłem wówczas, że stworzony system jest niewydolny, a szef Sztabu Generalnego, Dowódca Operacyjny, Dowódca Generalny mieli kompetencje, które zachodziły na siebie, ich odpowiedzialność się rozmywała. Inspektor Marynarki Wojennej natomiast zupełnie utracił kompetencje dowodzenia, pozostała mu jedynie odpowiedzialność – tłumaczy Ryszard Demczuk.

Najnowsze SPO zakłada, że do 2025 roku wojsko polskie ma liczyć 200 tys. żołnierzy (przy 120 tys. obecnie). Docelowo do 2030 roku na obronność mamy przeznaczać 2,5 proc. PKB (przy obecnych 2 proc.). Kluczowe dla polskiej obronności pozostaną jednostki Wojsk Lądowych i Sił Powietrznych, ale zasadnicza ma być rola Marynarki Wojennej w uniemożliwieniu przeciwnikowi panowania nad południowym Bałtykiem. Nowoczesne okręty do 2032 roku mają znacznie zwiększyć zdolności do odstraszania.

– Okręty, jakie są proponowane w ramach rozwoju sił Marynarki Wojennej, będą pozostawały niewidzialne i niewykrywalne, generując zagrożenia strategiczne dla potencjalnego przeciwnika. Będą szachowały jego potencjalne ambicje do agresji bądź eskalacji konfliktu – podkreśla dr Ryszard Demczuk.

Dla potencjału odstraszania kluczowe będą nowe okręty podwodne, które zamierza kupić Ministerstwo Obrony Narodowej. Jak podkreśla Demczuk, po raz pierwszy w historii istnienia MW ma ona szansę mieć okręty, które będą strategiczne dla koncepcji obrony kraju.

– Nie dziwi mnie dzisiaj również to, że ze SPO zniknęły trzy okręty patrolowe proponowane w poprzedniej edycji, które mają niską zdolność bojową i praktycznie są nieprzydatne – podkreśla Demczuk.

J. Rifkin: Polska może się stać potęgą innowacyjności w Europie Środkowo-Wschodniej. Potrzebne są regionalne inicjatywy wspierane przez rząd

J. Rifkin: Polska może się stać potęgą innowacyjności w Europie Środkowo-Wschodniej. Potrzebne są regionalne inicjatywy wspierane przez rząd 12

Rząd powinien wspierać poszczególne regiony w procesie gospodarczej przemiany, którą napędzają nowe technologie, mobilność i dostęp do dużych ilości danych – uważa Jeremy Rifkin, znany na całym świecie wizjoner, teoretyk nowej ekonomii, który gościł w Warszawie na VIII Kongresie Innowacyjnej Gospodarki. Polska może się stać środkowoeuropejską potęgą w zakresie innowacyjności. Najwięcej skorzystają na tym słabiej rozwinięte obszary kraju.

 Mamy do czynienia z wielką rewolucją i transformacją modelu ekonomicznego. Wszystkie wielkie rewolucje ekonomiczne polegały na zmianie sposobu komunikacji, wyzwoleniu aktywności społecznej i zwiększeniu mobilności. Dziś wchodzimy w kolejną fazę rewolucji przemysłowej, za sprawą cyfryzacji sposobów komunikacji, między innymi poprzez smartfony, które zmieniają nasze życie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jeremy Rifkin, założyciel i prezes Fundacji Trendów Ekonomicznych.

Istotnym elementem tej rewolucji są rosnące zasoby danych.

– Inteligentne urządzenia w naszych domach czy samochodach zbierają dane, które mogą być wykorzystane w każdym biznesie w Polsce. Małe i średnie przedsiębiorstwa mogą z tych danych czerpać wiedzę o społeczeństwie. Dzięki lepszej znajomości klientów docelowych mogą one radykalnie zwiększyć swoją efektywność, przy znacznym obniżeniu kosztów. To tworzy nowe możliwości dla cyfrowej, inteligentnej Polski – podkreśla Jeremy Rifkin.

Jak podkreśla, rozwój idei Smart Poland nie będzie możliwy bez regionalnych inicjatyw. To w lokalnych społecznościach łatwiej wdraża się innowacje. Zdaniem Rifkina Polska powinna czerpać w tym względzie z doświadczeń innych europejskich państw.

– Potrzebne są inicjatywy regionalne, takie jak w wielu innych miejscach w Europie. Każdy region powinien stworzyć swoją własną mapę drogową, w którą zaangażowane będą samorządy, uniwersytety i lokalny biznes, mając szczególnie na uwadze pokolenie millenialsów – wskazuje Jeremy Rifkin. – Prowincja jest najlepszym miejscem do wdrażania innowacji. Tu najlepiej można skupić lokalne społeczności, biznes i środowiska akademickie. Zobaczcie, jak to działa w innych regionach Europy. Północna Francja, która kiedyś była zagłębiem przemysłowym podobnym do Polski, dziś jest petrochemicznym centrum Europy. Albo Luksemburg, który jest dziś finansową stolicą Europy. Polska też może się stać regionalną potęgą i stanowić wzór dla innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

– Ważne jest to, by kraje takie jak Polska nie pozostawały w tyle, by uczestniczyły w tej cyfrowej rewolucji. Musimy walczyć z cyfrowym podziałem. Bardzo ważne jest to, by wszyscy mogli korzystać z możliwości, jakie dają zachodzące zmiany. Dlatego Orange inwestuje w szybką sieć światłowodową, ale także poprzez naszą fundację promujemy wykorzystanie cyfrowych narzędzi w lokalnych społecznościach. Orange realizuje wiele takich projektów w skali kraju. Wkrótce będziemy mieć ponad sto działających Pracowni Orange, często w bardzo małych miejscowościach – podkreśla Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska.

Zauważa, że dobrym przykładem na to, jak nowe technologie zmieniają biznes i gospodarkę oraz wpływają na sposób funkcjonowania całego społeczeństwa, jest ekonomia współdzielenia.

– Sharing economy, która staje się coraz popularniejsza dzięki cyfryzacji i aplikacjom, wywróciła do góry nogami modele biznesowe i stworzyła nowe możliwości dla każdego z nas – mówi Jean-François Fallacher.

Według ubiegłorocznych danych Komisji Europejskiej i agencji badawczej TNS Polska już 28 proc. mieszkańców Unii Europejskiej – w tym 20 proc. polskich internautów – korzysta z usług opartych na ekonomii współdzielenia. Natomiast z danych firmy doradczej PwC wynika, że pojęcie sharing economy zna 40 proc. Polaków, a 26 proc. aktywnie korzysta z usług w tym modelu.

W uproszczeniu sharing economy to zjawisko społeczno-ekonomiczne, które zakłada odejście od posiadania dóbr na rzecz dzielenia się nimi. Za sprawą rozwoju technologii i platform internetowych ekonomia współdzielenia jest w tej chwili jednym z najbardziej rozwojowych trendów w światowej gospodarce.

– Mamy tysiące takich przykładów, jak Uber i Airbnb. Takie narzędzia pozwalają ludziom wymieniać się usługami. Każdy może w ten sposób robić interesy jak wielka, międzynarodowa korporacja i na tym właśnie polega cyfrowa rewolucja – podkreśla Jean-François Fallacher.

Według szacunków firmy doradczej PwC globalny przychód generowany przez ekonomię współdzielenia tylko w pięciu kluczowych sektorach (usługi finansowe i profesjonalne, transport, hotelarstwo, turystyka) osiągnie 335 mld dol. do 2025 roku. Trend zyskuje na popularności, ponieważ precyzyjnie odpowiada na potrzeby konsumentów (niskie ceny, indywidualizacja, wygoda), szczególnie młodego pokolenia.

Prezes Orange Polska i Jeremy Rifkin, autor bestsellerowych książek tłumaczonych na kilkadziesiąt języków, byli gośćmi VIII Kongresu Innowacyjnej Gospodarki, poświęconego zmianie systemów gospodarczych i przemianom społecznym. Zdaniem Rifkina globalna gospodarka wkracza właśnie w fazę trzeciej rewolucji przemysłowej, a ekonomia współdzielenia będzie oznaczać zmierzch ery kapitalizmu.

Gościem kongresu, organizowanego przez Krajową Izbę Gospodarki, był również wicepremier i minister rozwoju Mateusz Morawiecki, który podkreślił, że w ramach Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju rząd stara się podnosić innowacyjność gospodarki, a do 2030 roku Polska może się stać potęgą high-tech.

Prawie co drugi Polak gra w gry wideo. Dla wydawców gier coraz ważniejszy jest ich odbiór i reakcje wśród graczy

Prawie co drugi Polak gra w gry wideo. Dla wydawców gier coraz ważniejszy jest ich odbiór i reakcje wśród graczy 13

W Polsce jest 16 mln graczy komputerowych, w gry gra 42 proc. Polaków. Coraz istotniejszym elementem dla wydawców staje się ich odbiór wśród graczy. Nowo powstałe Centrum Analiz Medialnych UW na najnowocześniejszych maszynach będzie sprawdzać zaangażowanie gracza, które można zmierzyć poprzez obserwację fizjologicznych objawów. Istotną częścią prowadzonych badań będzie obserwacja zachowania graczy w świecie wirtualnej rzeczywistości.

Centrum Analiz Medialnych wyposażone jest w unikalną na skalę Europy Środkowo-Wschodniej aparaturę do badań odbioru gier. W jego ramach prowadzone będą badania reakcji emocjonalnych graczy oraz badania odbioru komunikatów perswazyjnych, w tym reklamowych. CAM obecnie ma jedno z najbardziej innowacyjnych oprogramowań i urządzeń. To zarówno rozwiązania wirtualnej rzeczywistości, związane z goglami.VR, ale również zintegrowane systemy do pomiarów fizjologicznych aktywności człowieka, takie jak elektroencefalograf, najnowsze okulografy wysokohercowe, okulary do badań okulograficznych (śledzenia gałek ocznych) oraz urządzenia do śledzenia mimiki twarzy.

– Gracze różnie wypadają w badaniach. Dla nas najważniejszy jest stopień zaangażowania, dlatego że ze stopnia zaangażowania, który zdradza się w fizjologicznych objawach człowieka, np. większą potliwością, większym skupieniem czy większą psychosomatyczną aktywnością poszczególnych części ciała, w tym mózgu, obserwujemy rodzącą się lojalność. Jeżeli gracz jest przywiązany do naszych produkcji lub określonych sekwencji i rozwiązań, wiemy jak go przyciągnąć – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. Tomasz Gackowski z Centrum Analiz Medialnych UW.

Rynek gier w dużej mierze napędza dynamiczny rozwój wirtualnej rzeczywistości, która wkracza także do innych branż. Nową technologię wykorzystuje m.in. branża edukacyjna. Dzięki aplikacji Titans of Space możemy się wybrać na wyprawę po Układzie Słonecznym, a aplikacja Google Expeditions pozwala zwiedzić coraz więcej miejsc. Arlington Science Focus School wykorzystuje urządzenie Oculus Rift do zabrania swoich uczniów na wirtualną wycieczkę np. po Smithsonian Museum. Ekspert jednak przestrzega.

– Nie zauważamy negatywnych konsekwencji grania w takie gry przez dzieci, chociaż pamiętajmy, że czasowa limitacja udziału dzieci w produkcjach VR powinna być przewidziana ze względu na to, że nie widzimy jak ten rozwój przebiega. Jest tu wielkie zadanie dla Centrum Analiz Medialnych, żeby prowadzić tego typu badania i pomagać wytworzyć pewien standard  twierdzi dr hab. Tomasz Gackowski.

Choć branża VR daje duże możliwości, może też wpływać na odbiór rzeczywistości i wywoływać niepożądane zachowania wśród odbiorców. Jednym z nich może być tzw. eskapizm, czyli ucieczka od rzeczywistości w wyimaginowany świat, w tym przypadku wirtualnej rzeczywistości.

– Na pewno VR będzie na tyle atrakcyjny, że mogą się pojawić postawy aspołeczne, np. eskapizm, czyli ucieczka w świat wirtualny ze względu na to, że nie mamy ochoty żyć w tym świecie, w którym jesteśmy, bo na ten świat mamy zbyt mały wpływ. W VR możemy być kim chcemy, nasze awatary mogą być bardzo różnorodne, możemy pełnić różne role – tłumaczy ekspert.

Trend będzie się rozwijać. Na rynku pojawi się coraz więcej rozwiązań związanych z wirtualną rzeczywistością, zwłaszcza że jak pokazują badania, wirtualna rzeczywistość pozwala bardziej przyciągnąć uwagę dzieci niż normalna rzeczywistość. Przyszłością jest także rzeczywistość rozszerzona oraz miksowana.

– Mózg pracuje tak samo, kiedy jest w VR, jak w rzeczywistości realnej, podobnie w przypadku AR, która jest przyszłością. Jeśli jest Pan fanem jaguarów, docelowo będzie Pan mógł założyć okulary, które pozwolą Panu każdy przejeżdżający obok Pana samochód wyprojektować jako Jaguara. Będziemy mogli wybierać współrzeczywistości, które równolegle obok nas istnieją i są dla nas. Podziały coraz częściej będą zanikały, będziemy mówić o miksowanej rzeczywistości, która będzie niezwykle ciekawa i bardzo futurystyczna – twierdzi dr hab. Tomasz Gackowski.

Na świecie liczbę graczy ocenia się na 2,2  mld osób. Polska branża gier plasuje się na 23. miejscu w świecie, jej wielkość oceniana jest na ok. 489 mln dol., a liczbę graczy szacuje się na 16 mln. Niemal co drugi Polak jest graczem. Coraz popularniejsza na świecie i w Polsce technologia wirtualnej rzeczywistości do 2025 r. ma osiągnąć wartość 48,5 mld dol. Jak przekonuje ekspert, na razie trudno jednoznacznie określić, jak branża VR wpływa na człowieka.

– Jest to branża niezwykle dynamiczna, innowacyjna. Nie mamy natomiast jeszcze pokolenia, które rzeczywiście regularnie, dzień w dzień, korzystałoby z VR, nie mamy tego doświadczenia. Podobnie, jak dopiero teraz jest pokolenie, które nigdy nie widziało na oczy telefonu z kabelkiem, widzą tylko telefon, który ma ciekłokrystaliczny ekran, ale z nim zasypiają, budzą się, biegają, jedzą, robią wszystko. Konsekwencje z tego wynikające pewnie zobaczymy później, mówię także o konsekwencjach fizjologicznych – przekonuje przedstawiciel Centrum Analiz Medialnych UW.

Międzynarodowe, innowacyjne firmy farmaceutyczne wspierają polską gospodarkę. Rocznie zasilają ją kwotą nawet 7 mld zł

Międzynarodowe, innowacyjne firmy farmaceutyczne wspierają polską gospodarkę. Rocznie zasilają ją kwotą nawet 7 mld zł 14

Międzynarodowe przedsiębiorstwa z branży farmaceutycznej, które rozwijają nowe, coraz skuteczniejsze i bezpieczne leki, przeznaczają na badania i rozwój około 14 proc. swoich zysków. Firmy te prowadzą swoją działalność również w Polsce, wpływając na wzrost rodzimej gospodarki. Dla dalszego rozwoju branży w kraju i napływu kolejnych inwestycji podnoszących konkurencyjność Polski na arenie międzynarodowej konieczne jest jednak stabilne prawo i dobre warunki ekonomiczne.

 Międzynarodowe innowacyjne firmy farmaceutyczne, które inwestują w rozwój nowych leków, są bardzo ważnym i stabilnym partnerem polskiej gospodarki. Działając w Polsce, tutaj inwestują swoje zasoby finansowe, transferują know-how. Zgodnie z najnowszym raportem INFARMY szacuje się, że wpływ roczny na PKB to około 6,5 mld zł – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogna Cichowska-Duma, dyrektor generalny Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA

Przemysł farmaceutyczny to sektor o największych rocznych wydatkach na badania i rozwój. Raport INFARMY „Wpływ na gospodarkę i potencjał rozwoju branży innowacyjnych firm farmaceutycznych w Polsce”, opierając się na EU R&D Scoreboard 2016, szacuje je na 132 mld euro. Średnio na B+R innowacyjne firmy farmaceutyczne przeznaczają 14 proc. zysku.

Inwestycje w innowacje wymagają olbrzymich nakładów finansowych. Polska wydaje w tej chwili zaledwie niecały 1 proc. na badania i rozwój, to bardzo niski poziom wydatków. Wiele polskich firm nie stać na takie inwestycje – mówi prof. dr hab. Krzysztof Opolski, ekonomista z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak podkreśla, w przemyśle farmaceutycznym nakłady na badania i rozwój są wyjątkowo wysokie. Po pierwsze, badania nad nowymi lekami trwają latami, po drugie, tylko nieliczne spośród rozpoczynanych prac kończą się sukcesem rynkowym.

– Trzeba więc inwestować latami, próbować, testować, dlatego że chodzi o kwestię życia i skuteczności oddziaływania leku. Nie można wypuścić produktu medycznego czy farmaceutycznego na rynek bez odpowiednich testów, które bardzo długo trwają i są bardzo kosztowne. Niewiele firm stać na tak wysokie nakłady, które pozwolą na wyprowadzenie na rynek innowacyjnego produktu – podkreśla prof. Krzysztof Opolski.

Branża ma istotny wpływ na rozwój polskiej gospodarki, która w rankingu innowacyjności Komisji Europejskiej zajmuje 23. miejsce. Z raportu INFARMY wynika, że międzynarodowe firmy farmaceutyczne, będące członkami Związku, wygenerowały dochód w gospodarce w wysokości 2,52 mld zł i przyczyniły się do wytworzenia 5,05 mld zł wartości dodanej. Łączny wpływ wszystkich innowacyjnych firm farmaceutycznych na polską gospodarkę mógł wynieść nawet 6,76 mld zł, czyli 0,37 proc. PKB.

– Branża farmaceutyczna jest niesamowicie ważna zarówno z punktu widzenia pacjenta, któremu dostarcza leki, ratuje życie i pozwala na jego wydłużenie, jak i obywatela, dlatego że płaci wysokie podatki i dzięki niej ludzie mają pracę – mówi prof. Krzysztof Opolski.

 Poprzez bardzo dobrą sieć współpracy z polskimi przedsiębiorstwami i polskimi partnerami, nasz wpływ na gospodarkę jest jeszcze większy. Szacuje się, że na jednego pracownika zatrudnionego w firmie farmaceutycznej, przypada aż 3,5 pracownika pracującego u partnerów lokalnych – podkreśla Bogna Cichowska-Duma.

Każda złotówka wartości dodanej wytworzona przez międzynarodowe, innowacyjne firmy farmaceutyczne generuje dodatkowe 1,97 zł wartości dodanej w gospodarce. Na działalności tego sektora korzystają przede wszystkim usługi reklamowe, badawczo-rozwojowe, handlu, usługi finansowe, ubezpieczeniowe czy branża nieruchomości. Każdy z tych sektorów dzięki firmom farmaceutycznym wytworzył wartość dodaną przekraczającą 300 mln zł.

– Funkcjonując tutaj, mamy swoje zakłady produkcyjne, centra usług wspólnych, w których wysokiej klasy polscy specjaliści zarządzają procesami na całą Europę, ośrodki badań wczesnej fazy, centra badań klinicznych. Z samych tylko badań klinicznych przychody do budżetu rocznie szacowane są na około 1 mld zł – wymienia Bogna Cichowska-Duma.

Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju uznaje ochronę zdrowia za jedną z kluczowych dziedzin innowacyjnej gospodarki. Podkreśla też znaczenie rozwoju prac badawczo-rozwojowych w przemyśle farmaceutycznym. Zdaniem ekspertów przemysł farmaceutyczny w Polsce już odgrywa znaczącą rolę gospodarczą, może być ona jednak znacznie większa przy stworzeniu odpowiednich mechanizmów i zachęt do inwestycji.

 Międzynarodowe innowacyjne firmy farmaceutyczne są bardzo zainteresowane wzmocnieniem swojej obecności w polskiej gospodarce. Chcielibyśmy wspierać polski rząd we wdrażaniu Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, głównie w zakresie rozwoju biotechnologii, do tego – jak do każdej decyzji inwestycyjnej – potrzebne jest stabilne i przejrzyste prawo, potrzebne są dobre warunki ekonomiczne. Bardzo chcielibyśmy, aby przemysł farmaceutyczny był, tak jak w innych krajach Europy, siłą napędową rozwoju gospodarki opartej na wiedzy – przekonuje Bogna Cichowska-Duma.

Systemy informacji geograficznej coraz popularniejsze. Firmy tworzą mapy siatki klientów i dostaw

Systemy informacji geograficznej coraz popularniejsze. Firmy tworzą mapy siatki klientów i dostaw 15

Coraz wyraźniejszy rozwój inteligentnych miast oraz daleko idąca urbanizacja napędzają rynek systemów informacji geograficznej. Ważna jest również integracja tego typu rozwiązań z dostępnymi masowo technologiami biznesowymi oraz wykorzystanie systemów GIS w usługach transportowych. Systemy informacji geograficznej pozwalają zgromadzić i zwizualizować na mapie różnego rodzaju dane przestrzenne. Są wykorzystywane do zarządzania katastrofami. W ciągu najbliższych 5 lat, rynek systemów GIS będzie rósł w tempie blisko 10 proc.

GIS to system informacji geograficznej, który służy do gromadzenia, przetwarzania i wizualizacji danych geograficznych umieszczonych na mapach. Na rynku istnieje duża różnorodność tego typu oprogramowania – programy desktopowe, serwerowe, systemy do zarządzania danymi satelitarnymi, a w ostatnim czasie pojawiają się też modele GIS-as-a-service. W zdecydowanej większości są to jednak programy komercyjne. Darmowym, rozwijanym na zasadzie wolnego oprogramowania (open source), przykładem systemu GIS jest program QGIS.

– QGIS jest darmowym programem do robienia map. Dla bardziej zaawansowanych użytkowników ma on bardziej dokładne funkcje. Możemy obrabiać dane przestrzenne, możemy analizować dane, tworzyć własne kompozycje itd., ale generalnie jest to darmowy program do tworzenia własnych map i kompozycji kartograficznych – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mateusz Mizgiel z firmy GIS Support, zajmującej się wdrożeniami i rozwijaniem systemu QGIS.

Oprogramowanie GIS znajduje przede wszystkim zastosowania profesjonalne. Używa się ich do szeroko pojętej ewidencji np. gruntów czy budynków. Komputerowe mapy, składające się z wielu różnych warstw pozwalają na naniesienie zmian na tylko jednej z nich, bez konieczności przerysowywania całej mapy. GIS służą też do przetwarzania informacji o najróżniejszego typu zjawiskach, takich jak zanieczyszczenia, wypadki, katastrofy, występowanie chorób czy zagrożenie przestępczością. Możemy umieszczać tam dane dotyczące infrastruktury, przebiegu instalacji gazowych i elektrycznych czy rowów melioracyjnych.

Posiadacze własnych nieruchomości mogą samodzielnie wykonać dokładne mapy i nanosić na nie wszelkie zmiany. Amatorzy archeologii wykorzystają je podczas prac polowych, a miłośnicy statystyk czy działacze społeczni zyskają dzięki GIS możliwość lepszego opisu obszaru swoich zainteresowań i analiz danych dotyczących chociażby ścieżek rowerowych w mieście czy liczby drzew w najbliższej okolicy.

– QGIS oferuje wszelkiego rodzaju analizy przestrzenne, tworzenie nowych danych wektorowych czy rastrowych, analizy tych danych, głębsze operacje na tabelach, na danych przestrzennych itd. Nigdzie indziej za darmo nie dostaniemy tak wielkiego narzędzia, jakim jest właśnie QGIS – twierdzi Mateusz Mizgiel.

Przykłady wykorzystania systemów GIS można znaleźć na całym świecie. Amerykańska Poczta wykorzystuje analitykę danych geolokalizacyjnych do optymalizacji ścieżek doręczeń, przez co redukuje czas dotarcia paczek do klientów. W Stanach Zjednoczonych tworzony jest narodowy system pomocy wzajemnej oparty na systemie GIS, który ma pomóc strażakom w błyskawicznym organizowaniu dodatkowej pomocy, gdy będzie wymagała tego sytuacja. Opracowywany system mapowy w lutym 2018 r. zastąpi dotychczas wykorzystywany system tekstowy.

Coraz większa liczba smartfonów i innych urządzeń podłączonych do internetu (IoT) pozwala na zbieranie gigantycznej ilości danych, które można wykorzystać. Szacuje się, że 80 proc. wszystkich danych ma elementy geolokalizacyjne. Coraz więcej firm wykorzystuje te dane do oferowanie coraz lepszych i bardziej dostosowanych do klienta produktów i usług.

– Z QGIS może korzystać praktycznie każdy, kto w swojej pracy wykorzystuje szeroko pojęte mapy i dane przestrzenne. Są to dziś w większości wypadków ludzie, którzy na co dzień spotykają się z lokalizacją. Wiemy, że z QGIS korzystają m.in. handlowcy, ludzie zajmujący się telekomunikacją, badający rynek, ludzie, którzy potrzebują lokalizacji swoich klientów. Również bardziej specyficzne urzędy, jednostki administracji publicznej, jednostki reagowania, np. straże pożarne – wymienia Mateusz Mizgiel.

Według danych Markets and Markets rynek produktów GIS w 2016 roku był warty 5,3 mld dol., a w najbliższych latach jego średnioroczny wzrost ma wynieść 9,6 proc., co oznacza, że w 2023 r. wartość tego rynku przekroczy 10 mld dol.

Rośnie liczba dronów. Potrzebne są jednak regulacje zwiększające świadomość bezpieczeństwa i ochronę prywatności

Rośnie liczba dronów. Potrzebne są jednak regulacje zwiększające świadomość bezpieczeństwa i ochronę prywatności 16

Polska jako jeden z pierwszych krajów wprowadziła przepisy, które regulują komercyjne wykorzystywanie dronów. Wprowadzenie kategorii statków bezzałogowych z przejrzystą procedurą uzyskiwania uprawnień zaowocowało w krótkim czasie dużą liczbą świadectw kwalifikacji. Tylko do marca 2017 roku wydano ich 4,2 tys. Drony mogą jednak łatwo naruszać prywatność. Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych i Urząd Lotnictwa Cywilnego podpisali porozumienie, które ma ustabilizować rynek i zapewnić większą ochronę przed dronami. Wartość polskiego rynku dronów może wzrosnąć w ciągu najbliższych lat do 10 mld zł.

Polski rynek dronów według Instytutu Mikromakro osiągnął w 2016 roku wartość nieco ponad 201 mln zł, notując jednocześnie wzrost rok do roku na poziomie 22,75 proc. Do 2025 roku może urosnąć nawet do 10 mld dol. Bezzałogowe statki powietrzne stają się coraz bardziej popularne, do 2025 roku w przestrzeni powietrznej Unii Europejskiej ma latać przeszło 400 tys. profesjonalnych dronów. Pomimo jasnych przepisów dotyczących procedury uzyskiwania uprawnień do kierowania dronem, wciąż jest potrzeba wprowadzenia regulacji w zakresie ochrony prywatności i bezpieczeństwa.

– Podpisaliśmy list intencyjny z GIODO dotyczący współpracy, ponieważ dron to takie urządzenie, które często może być wykorzystywane w taki sposób, aby podglądać innych, używając aparatów fotograficznych. Modyfikując Prawo lotnicze, ale również przepisy o ochronie danych osobowych, musimy działać równolegle, wzajemnie się wspierać i wymieniać informacjami. Modyfikując Prawo lotnicze, które nadzoruje kwestię poruszania się dronów, będziemy zawierać elementy i informacje od kolegów z GIODO – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Samson, prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

Według aktualnego prawodawstwa amatorskie wykorzystanie dronów (do 25 kilogramów) w celach rekreacyjnych nie wymaga zezwoleń, o ile maszyna pozostaje w zasięgu wzroku pilota. Używanie ich w celach zarobkowych i komercyjnych wymaga zdania państwowego egzaminu, uzyskania licencji i wykupienia ubezpieczenia OC.

– Jeżeli są to drony zabawki, to oczywiście można kupić je w sklepie, natomiast jeśli mówimy o dronach, które są wykorzystywane do celów komercyjnych, czyli m.in. do filmowania, bądź są to drony duże i ciężkie, to trzeba już otrzymać świadectwo operatora takiego drona – wskazuje Piotr Samson.

Aby uzyskać licencję na obsługę drona, należy zdać państwowy egzamin na jedną z dwóch kategorii: UAVO VLOS (Visual Line of Sight), która uprawnia do lotów w zasięgu wzroku pod warunkiem zachowania bezpiecznej odległości i odpowiedniego oznakowania, oraz UAVO BVLOS (Beyond Visual Line of Sight), która uprawnia do lotów poza zasięgiem wzroku, a pojazdem steruje się za pomocą obrazu przesyłanego z drona. Aby jednak podejść do egzaminu, należy przejść szkolenie organizowane przez ośrodek szkoleniowy, wpisany na listę ULC.

Sam rynek szkoleń operatorów dronów w Polsce jest wart ponad 13,8 mln zł. W efekcie w blisko 50 certyfikowanych ośrodkach szkoleń do marca 2017 roku wydano 4,2 tys. świadectw kwalifikacji, co daje Polsce miejsce w światowej czołówce. Rosnąca liczba wydawanych pozwoleń jest niezwykle istotna w kontekście świadomości zagrożeń, jakie wynikają z prowadzenia dronów.

– Robimy wszystko, żeby nie było kolizji między operacjami dużego lotnictwa a dronami i aby było to bezpieczne, natomiast oczywiście jest to statek latający. Taki statek, przynajmniej teoretycznie, może uderzyć w drugi statek latający. Dlatego nie wolno latać w obszarze lotnisk, gdzie występują inne statki powietrzne, nad miastami, terenem zaludnionym, jeśli nie ma się na to odpowiedniej zgody i odpowiednich pozwoleń – podkreśla prezes ULC.

Porozumienie o współpracy zawarte między GIODO a ULC zakłada udział pracowników Biura GIODO w seminariach szkoleniowych dla instruktorów oraz egzaminatorów ULC, co ma podnieść poziom wiedzy kadry, wzajemne przekazywanie informacji o nieprawidłowościach czy podejmowanie wspólnych działań edukacyjno-informacyjnych.

– Drony są jak telefony komórkowe, za chwilę każdy będzie chciał mieć drona, żeby robić sobie ładniejsze zdjęcia. Dlatego zostaje kwestia zarządzania tym w odpowiedni sposób. Nie zablokujemy tego trendu, natomiast musimy działać tak, aby operacje dronami były bezpieczne – twierdzi Piotr Samson.

Za dynamicznym rozwojem rynku muszą iść kwestie regulacyjne. Chodzi o zapewnienie z jednej strony bezpieczeństwa w ruchu lotniczym, z drugiej – możliwości dalszego rozwoju rynku. Jednym z kluczowych obszarów jest zbudowanie świadomości wśród użytkowników i ogólnie, w społeczeństwie, co jest bezpieczne dla ruchu lotniczego.

Komputery kwantowe pozwalają na największe w historii symulacje molekuł. To ogromna szansa na przełom w dziedzinie tworzenia leków

Komputery kwantowe pozwalają na największe w historii symulacje molekuł. To ogromna szansa na przełom w dziedzinie tworzenia leków 17

Modelowanie molekularne pozwala na opracowywanie nowoczesnych leków i tworzyw. Polacy wykorzystują je do opracowywania nowoczesnych nośników leków. Użycie zaawansowanych metod obliczeniowych pozwala na znaczne zmniejszenie kosztów poszukiwania i tworzenia nowych substancji, przeprowadzenie testów ich właściwości czy zbadanie wpływu na człowieka oraz środowisko. Wykorzystanie komputerów kwantowych pozwala na symulacje coraz większych molekuł. Przy użyciu procesora kwantowego naukowcy zasymulowali największą w historię cząsteczkę – wodorku berylu.

Naukowcom IBM udało się zasymulować największą w historii molekułę – wodorku berylu. Dokonano tego za pomocą procesora kwantowego złożonego z siedmiu kubitów. Kubit to kwantowa bramka logiczna, różniąca się od klasycznego bitu, który przyjmuje jedną z dwóch wartości – zero lub jeden. Kwantowy bit może mieć wartość zera, jedynki lub być kwantową superpozycją zera i jedynki, zatem jego potencjał w obliczeniach jest nieporównywalnie większy. Problemem pozostaje kontrola nad nim. Naukowcy są przekonani, że w przyszłości będą mogli symulować coraz większe molekuły.

– Modelowanie molekularne można zdefiniować jako próbę odtworzenia świata rzeczywistego i zjawisk w nim panujących na komputerze w celu zbadania właściwości oraz przebiegu tych zjawisk. Możemy wykorzystać je do badania dyfuzji związków, do adsorpcji jakiegoś związku na danej powierzchni lub do badania przebiegu reakcji chemicznych – wyjaśnia agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dawid Capała, prezes Koła Naukowego „BaNG” z Politechniki Wrocławskiej.

W maju 2017 roku uruchomiono platformę IBM Q do przetwarzania w chmurze, która udostępnia naukowcom i programistom moc obliczeniową procesora kwantowego, zbudowanego z 16 kubitów, czyli kwantowych bitów. Dostęp do ogromnej mocy obliczeniowej można uzyskać za pomocą zwykłego komputera, a nawet smartfona. Zdaniem ekspertów z IBM komputer kwantowy wykorzystujący 50–100 kubitów może zostać zbudowany w ciągu dekady.

– Ograniczeniem tej metody jest nasza wyobraźnia i możliwości obliczeniowe dostępnego sprzętu. Większe obliczenia wykonywane są na superkomputerach i jedynie to nas ogranicza – im większy układ, im więcej cząsteczek w układzie, tym dłuższy będzie czas obliczeń – twierdzi Dawid Capała.

Jak dowiadujemy się z tegorocznego raportu firmy Grand View Research, rynek technik biologii strukturalnej i modelowania molekularnego w 2025 roku będzie wart 13,1 mld dol. Głównym motorem napędowym tego rynku według badaczy jest coraz większa liczba osób prowadzących niezdrowy tryb życia. Z raportu Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego wynika, że w krajach UE problem nadwagi lub otyłości dotyczy ponad 60 proc. mężczyzn i ponad 50 proc. kobiet. W Polsce te wskaźniki są jeszcze wyższe, gdyż dotyczą 68 proc. mężczyzn i 60 proc. kobiet. W efekcie zwiększa się liczba zachorowań na takie choroby jak nowotwory czy cukrzyca

Zapotrzebowanie na coraz szersze wykorzystywanie technik modelowania molekularnego jest coraz większe. Za upowszechnianiem tych technik przemawiają przede wszystkim olbrzymie oszczędności, jakie zapewniają w porównaniu z tradycyjnymi metodami opracowywania leków.

– Modelowanie molekularne pozwala na duże obniżenie kosztów badawczych, ponieważ możemy mniej więcej ten sam proces przeprowadzić na komputerze, przy dużo niższym nakładzie środków. Możemy wyznaczyć ścieżkę, którą będziemy chcieli podążyć, już w badaniach eksperymentalnych przeprowadzonych w laboratorium – przekonuje ekspert.

Gdy w wyniku teoretycznych obliczeń na komputerze uzyskamy cząstkę, która spełnia nasze wymagania, przychodzi czas na jej syntezę laboratoryjną i zbadanie drogą eksperymentów jej właściwości. Badacze z koła naukowego BaNG z Politechniki Wrocławskiej wykorzystują technikę modelowania molekularnego do badania właściwości hydrożeli, które mogą być doskonałym nośnikiem leków.

– Wszystko, co da się zamodelować molekularnie, można zsyntezować później w laboratorium. Trzeba tylko wybrać odpowiednią metodę, a modelowanie molekularne skraca ścieżkę od początkowej substancji do możliwości uzyskania lekko zmodyfikowanej, ponieważ badamy właściwości tej substancji w krótszym czasie, przy wykorzystaniu mniejszych środków, np. finansowych i zasobów ludzkich – tłumaczy Dawid Capała.

Komputery kwantowe i wykonywane z ich pomocą modelowanie molekularne może się stać przełomem w wielu dziedzinach, takich jak leki, sztuczna inteligencja czy materiały przemysłowe.

W Polsce smog zabija 20 razy więcej ludzi niż gine w wypadkach samochodowych

Smog jest zjawiskiem, które można obserwować gołym okiem, zwłaszcza w sezonie grzewczym w naszym kraju. Trwa on od listopada do końca lutego. Kiedy intensywnie ogrzewamy domy i mieszkania, nad miastami tworzy się toksyczna mgła. To chmura zanieczyszczeń, które unoszą się w powietrzu. Wbrew powszechnemu myśleniu, za smog odpowiedzialny jest głównie nie transport drogowy, a indywidualne gospodarstwa domowe, opalane paliwami stałymi – węglem i jego pochodnymi, ekogroszkiem, mułem, miałem, a nawet odpadami. Podczas ich spalania do atmosfery uwalniane są tysiące ton pyłów i trujących zanieczyszczeń.

– W naszym kraju przez cały rok mamy do czynienia z silnie zanieczyszczonym powietrzem, co bardzo źle wpływa na nasze zdrowie – powiedziała  serwisowi eNewsroom Natalia Rostkowska, rzecznik prasowy Gaspol – Znajdują się w nim m.in. cząstki stałe, pyły zawieszone PM2.5 i PM10, węglowodory aromatyczne, benzo(a)piren – silnie drażniące, rakotwórcze substancje. Statystyki i wyniki badań są bardzo niepokojące. W Polsce w wyniku schorzeń spowodowanych oddychaniem silnie skażonym powietrzem umiera rocznie ok. 50 tys. ludzi.To tyle, ile ginie w wypadkach drogowych w ciągu 20 lat. Związki chemiczne, które tworzą smog, atakują układ oddechowy, następnie dostają się do krwioobiegu, a więc także do organów wewnętrznych, wywołując szereg dolegliwości i chorób. Za emisję silnie trującego benz(a)pirenu w około 85 proc. odpowiadają gospodarstwa domowe. Realnym rozwiązaniem tego problemu jest łatwo dostępny gaz płynny. To czysto spalające się paliwo, które pozwoli zdecydowanie poprawić jakość powietrza w naszym kraju – wskazała Rostkowska.

Złoty utknął w konsolidacji, RPP go z niej nie wyrwała

Złoty w relacji do euro i dolara tkwi w konsolidacji. Środowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, jakkolwiek było jednym z ciekawszych w ostatnich miesiącach, z tej konsolidacji go nie wyrwało. Być może takim impulsem będą dane o polskim PKB?

Złoty, który rano lekko tracił na wartości, reagując na pogorszenie nastrojów na rynkach globalnych (i wyprzedaż akcji na GPW), w kolejnych godzinach odrobił straty i kończy piątkowe notowania lekkim umocnieniem do głównych walut. O godzinie 16:00 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2260 zł, a USD/PLN 3,6240 zł.

Polska waluta kończy tydzień nieco mocniejsza w relacji do euro i dolara, co jednakże nie wpłynęło na ogólny obraz sytuacji. Jest to pewna niespodzianka, gdyż złoty umocnił się pomimo wyraźnie gołębich, a więc innych niż się spodziewano, sygnałów wysłanych przez Radę Polityki Pieniężnej (RPP). Sygnałów świadczących o tym, że pomimo wyraźnego przyspieszenia wzrostu gospodarczego w Polsce, a także wyższej inflacji, którą dodatkowo będzie jeszcze podnosić drożejąca teraz ropa, Rada nie zamierza spieszyć się z podwyżkami stóp procentowych.

Piątkowe wahania nie naruszył rynkowego status quo. Notowania EUR/PLN wciąż tkwią w trendzie bocznym 4,22-4,26 zł, który można dodatkowo zawęzić do przedziału 4,2260-4,25 zł. Mając na uwadze, że konsolidacja ta została poprzedzona spadkami euro z poziomu ponad 4,33 zł pod koniec września, więc póki co nieco większe jest prawdopodobieństwo ruchu w dół, przynajmniej do 4,19-4,20 zł. Jednak im dłużej trwa stabilizacja, tym szanse te maleją. Układ sił zmieni się wraz z trwałym powrotem EUR/PLN ponad 4,26 zł.

Wykres dzienny EUR/PLN

EURPLN+DailyW konsolidacji tkwi też kurs USD/PLN. Zamyka się ona przedziałem 3,6240-3,6720 zł. Obecnie szanse na wybicie górą lub dołem z niej są podobne. Jednak nawet wówczas nie ma gwarancji, że wzrośnie zmienność na rynku. Dopiero spadek poniżej 3,60 zł lub wybicie ponad 3,6950 zł otwierałoby drogę do ruchu na dolarze o około 10 gr (do 3,50 zł lub 3,80 zł).

Wykres dzienny USD/PLN

USDPLN+DailyW przyszłym tygodniu mocniej rynkiem złotego mogą zatrząść, publikowane we wtorek 14 listopada, wstępne szacunki dynamiki polskiego Produktu Krajowego Brutto (PKB). Zgodnie z rynkowym konsensusem wzrost gospodarczy ma przyspieszyć w III kwartale do 4,5 proc. rok do roku z poziomu 3,9 proc. kwartał wcześniej. Nie będą to jedyne dane z kraju. Tego samego dnia zostanie opublikowana jeszcze inflacja bazowa (prognoza: 0,9 proc. R/R). Dzień wcześniej inwestorzy poznają najnowszy „Raport o inflacji”, a także wrześniowe dane o bilansie płatniczym (prognoza: -300 mln EUR) i październikową inflację CPI (prognoza: 2,1 proc. R/R). W piątek zaś dane o płacach (prognoza: 6,6 proc. R/R) i zatrudnieniu (prognoza: 4,5 proc. R/R). Wszystkie te publikacje odegrają jednak drugorzędną w stosunku do PKB rolę.

Oprócz krajowych danych pośredni wpływ na losy złotego, a więc i na notowania EUR/PLN i USD/PLN, będą miały nastroje na rynkach globalnych (im będą lepsze, tym lepiej dla złotego i odwrotnie), zachowanie EUR/USD, a także analizowane w kontekście przyszłych decyzji Fed amerykańskie dane o inflacji CPI (prognoza: 2,0 proc. R/R), PPI (prognoza: 2,4 proc. R/R), sprzedaży detalicznej (prognoza: 0,1 proc. M/M) i produkcji przemysłowej (prognoza: 0,5 proc. M/M) w październiku. Niezmiennie też rynki globalne będą żyły tematem reformy podatkowej w USA. Jej odłożenie w czasie, czy wręcz fiasko, miałoby niekorzystny wpływ na dolara. W tym również w relacji do złotego.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Rekordowy 3 kwartał na rynku powierzchni magazynowo-przemysłowych w Polsce

Od lipca do września do użytku oddano aż 875 000 mkw. powierzchni, a wynajęto ok. 630 000 mkw. W budowie jest 1,16 mln mkw. magazynów.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku powierzchni magazynowo-przemysłowych w Polsce na koniec III kwartału 2017 r.

“Polski rynek magazynowy cieszy się wielką popularnością wśród najemców. Od początku roku do końca III kw. popyt netto obejmujący nowe umowy wraz z ekspansjami wyniósł 1,79 miliona mkw. Pozwala nam to na optymistyczne prognozy, bo od nowego rekordu rynek dzieli mniej niż 400 000 mkw. wynajętej powierzchni. Po III kwartale popyt brutto wynosił w sumie 2,35 miliona mkw, co również nieco przewyższa rezultat z analogicznego okresu w poprzednim roku”, komentuje Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych w Polsce, JLL.

Popyt brutto w III kw. sięgnął ok. 630 000 mkw., z czego nowe umowy wraz z ekspansjami stanowiły 478 000 mkw. W okresie od lipca do września najwięcej magazynów po raz kolejny wynajęto w Polsce Centralnej, następnie w okolicach Warszawy i Poznaniu. Od początku roku pod względem wynajmu dominowała Polska Centralna, Warszawa Okolice i Śląsk.

Największe transakcje najmu w Polsce w III kw. 2017 r.

Najemca Park Typ umowy Powierzchnia (mkw.)
Jysk P3 Piotrków Nowa umowa 37 000
DHL Panattoni Park Szczecin II Nowa umowa 30 200
Whirlpool Panattoni Łódź East II Nowa umowa 26 800
Vive Panattoni Park Kielce Nowa umowa 25 000

Źródło: JLL, www.magazyny.pl, III kw. 2017 r.

„Po dwóch kwartałach wyjątkowej aktywności sieci handlowych, napędzanej głównie przez e-commerce, w III kwartale logistycy odzyskali prowadzenie z nowymi umowami i ekspansjami na ponad 222 000 mkw. Na te branże przypadło łącznie ponad 60% popytu netto w pierwszych trzech kwartałach roku. Obok nich na podium niezmiennie znajduje się branża lekkiej produkcji”, dodaje Tomasz Mika.

Ciekawym zjawiskiem na polskim rynku są umowy najmu w mniej typowych dla danej branży lokalizacjach. Dobrym przykładem są kontrakty zawarte prze firmy motoryzacyjne w Szczecinie i Warszawie, które nie stanowią typowych klastrów dla tego sektora.

Podaż

„W III kwartale do użytku oddano aż 875 000 mkw. powierzchni magazynowo – przemysłowych. To najlepszy kwartał w historii polskiego rynku pod względem nowej podaży. Dla porównania, niewiele więcej powierzchni niż w samym tylko III kw., bo 889 000 mkw., oddano do użytku w latach 2011-2012. W rezultacie zasoby magazynowe Polski sięgnęły 12,8 mln mkw., umacniając ósme miejsce naszego kraju wśród europejskich rynków”, komentuje Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL.

Najwięcej nowej powierzchni dostarczono w Szczecinie, Okolicach Warszawy, na Górnym Śląsku i w Poznaniu. Na tak wysoki rezultat Szczecina wpływ miało ukończenie dwóch projektów BTS dla sektora e-commerce – Amazon (161 000 mkw) oraz Zalando (130 000 mkw).

„Ilość powierzchni w budowie utrzymuje się na znaczącym poziomie 1,16 miliona mkw., głównie za sprawą rozpoczęcia realizacji nowych obiektów o łącznej powierzchni 370 000 mkw. Warto zauważyć, że większość budowanej powierzchni jest już wynajęta – tylko 23% powstaje spekulacyjnie”, dodaje Jan Jakub Zombirt.

Najwięcej buduje Panattoni, na którego projekty przypada 51% powstającej obecnie powierzchni. Centralna Polska, Górny Śląsk i Okolice Warszawy to rynki, gdzie aktywność budowlana przekracza 150 000 mkw.

Pustostany i czynsze

W porównaniu z poprzednim kwartałem, wzrostowi uległ poziom pustostanów, który osiągnął 6,1%. W przypadku większości rynków, różnice nie przekroczyły 1 p.p., jednak wskaźnik na Górnym Śląsku i Podkarpaciu wzrósł o 2 p.p. Największy spadek odnotowany został natomiast w Szczecinie (z 9,1% do 0,7%), jako rezultat oddania do użytku dwóch magazynów BTS dla gigantów e-commerce – Amazon i Zalando.

W III kwartale 2017 na rynku magazynowym w Polsce nie odnotowano znaczących zmian w poziomach czynszów, jednak warto zwrócić uwagę na rosnącą presję na ich wzrost. Analogicznie do pierwszej połowy roku, najwyższe stawki oferowane były w Warszawie (miasto) i Krakowie, gdzie czynsze bazowe wahają się odpowiednio pomiędzy 4,1-5,1 euro za mkw. miesięcznie i 3,8-4,5 euro za mkw. miesięcznie. Najbardziej atrakcyjne stawki za wynajem powierzchni w magazynie typu Big Box rejestrowane są w Centralnej Polsce (2,6-3,2 euro za mkw. miesięcznie, w Poznaniu (2,8-3,5 euro za mkw. miesięcznie) i na Górnym Śląsku (2,8-3,6 euro za mkw. miesięcznie).

Polacy są zagubieni w świecie finansów

Dziewięć na dziesięć osób uważa, że język, jakim posługują się instytucje finansowe w kontaktach z klientami, powinien być prostszy i bardziej zrozumiały. Jak przekłada się to na decyzje konsumentów? Z badania przygotowanego przez FinAi® wynika, że zawiła terminologia i niejasne słownictwo stosowane przez pożyczkodawców zniechęcają do wzięcia kredytu aż 61 proc. Polaków.

Polski fintech FinAi® sprawdził znajomość terminologii finansowej wśród konsumentów, którzy w ciągu minionych 12 miesięcy korzystali z produktów kredytowych. Połowa ankietowanych przyznaje, że słabo orientuje się lub w ogóle nie rozumie języka finansowego. Odsetek ten jest najwyższy wśród osób pomiędzy 45 i 54 rokiem życia (61 proc.) oraz mieszkańców wsi (56 proc.), a najniższy w grupie ludzi młodych pomiędzy 24 i 34 rokiem życia  (41 proc.) i mieszkańców wielkich miast (41 proc.).

Aż 67 proc. Polaków deklaruje, że w trakcie kontaktów z instytucjami finansowymi, spotkało się z określeniami, które były dla nich niezrozumiałe. Co istotne: dotyczy to zarówno osób, które przyznają się do braku wiedzy z zakresu finansów, jak i tych, które twierdzą, że tematyka ta nie jest im obca.

Wniosek, jaki nasuwa się po przeprowadzonym badaniu, jest następujący: niezależnie od poziomu świadomości finansowej, konsumenci oczekują od instytucji finansowych, aby te komunikowały się z nimi prostym językiem. Chodzi przede wszystkim o ograniczenie specjalistycznych zwrotów i terminów, które obecnie powszechnie występują w formularzach, wnioskach i umowach kredytowych – wyjaśnia Paweł Ostrowski, Chief Marketing Officer, FinAi®.

Wśród osób, które korzystały w ostatnim czasie z jakiejś formy kredytu dominuje przekonanie, że język stosowany obecnie przez instytucje finansowe jest nieprzyjazny dla konsumentów. Uważa tak 63 proc. badanych. Efekt? Sześciu na dziesięciu Polaków przyznaje, że zawiłe sformułowania z jakimi się spotykają, zniechęcają ich do wzięcia kredytu lub pożyczki.

Według danych opublikowanych przez Biuro Informacji Kredytowej, banki i SKOK-i udzieliły od początku roku kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę ponad 58,6 mld zł. Mówimy o ogromnym rynku, po którym konsumenci poruszają się po omacku. Przeciętny Kowalski nie ma obecnie do dyspozycji narzędzi, które w przyjazny sposób przeprowadziłyby go przez proces kredytowy, począwszy od świadomego wyboru oferty dopasowanej do jego indywidualnych potrzeb, a kończąc na podpisaniu umowy – mówi Paweł Ostrowski, CMO, FinAi®. I dodaje – W FinAi® wierzymy, że finanse powinny być proste, dlatego tworzymy platformę, która stanowi odpowiedź na oczekiwania konsumentów: edukuje i upraszcza drogę do kredytu.

Badanie zrealizowano w październiku 2017 roku za pośrednictwem Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna metodą CAWI (ankieta internetowa) na reprezentatywnej próbie 524 Polaków w wieku 24-65 lat, którzy pożyczali pieniądze w ciągu minionych 12 miesięcy.