7 listopada br. Michał Krupiński jednogłośnie otrzymał zgodę Komisji Nadzoru Finansowego na pełnienie funkcji Prezesa zarządu Banku Pekao S.A.
Michał Krupiński
„Komisja jednogłośnie wyraziła zgodę na powołanie: Michała Krupińskiego na stanowisko Prezesa Zarządu Banku Polska Kasa Opieki SA” – czytamy w komunikacie komisji.
Zgoda została wyrażona na podstawie art. 22 b. pkt 1 Prawa bankowego, w myśl którego „Powołanie dwóch członków zarządu banku, w tym prezesa, następuje za zgodą Komisji Nadzoru Finansowego”.
Rada Nadzorcza Banku Pekao SA w 14 czerwca br. powołała Michała Krupińskiego na stanowisko wiceprezesa zarządu Banku Pekao SA, kierującego pracami zarządu, do czasu uzyskania zgody Komisji Nadzoru Finansowego na pełnienie funkcji Prezesa zarządu Banku.
Michał Krupiński posiada wieloletnie, międzynarodowe doświadczenie w zakresie bankowości i finansów, które zdobywał w renomowanych instytucjach zarówno w Polsce, jak i poza granicami kraju.
Jako Prezes Zarządu Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń S.A. w okresie od stycznia 2016 roku do marca 2017 przyczynił się do osiągnięcia najwyższych, przychodów w historii spółki – 20 mld zł oraz zwiększenia zysków i kursu akcji.
Przeprowadził transakcje nabycia Banku Pekao S.A oraz BPH przez Alior Bank oraz współtworzył Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych PZU utrzymując najwyższy możliwy rating dla polskiej firmy.
Był także szefem Rady Nadzorczej Alior Banku.
W 2011 roku został Prezesem Zarządu Merrill Lynch Polska i szefem bankowości inwestycyjnej dla Europy Środkowej i Wschodniej w Bank of America Merrill Lynch,. Odpowiadał za nadzorowanie i prowadzenie projektów fuzji i przejęć, finansowanie na rynkach prywatnych i publicznych oraz doradztwo w zakresie zarządzania aktywami, polityki inwestycyjnej oraz struktury kapitałowej, między innymi w sektorze bankowym i ubezpieczeniowym. Podczas pracy w Banku Światowym w Waszyngtonie (2008-2011), jako członek rady dyrektorów ( Alternate Executive Director) IBRD, IFC oraz MIGA, współdecydował o politykach oraz konkretnych projektach Banku Światowego podczas kryzysu finansowego. Jako wiceminister skarbu państwa w latach 2006-2007 był współautorem strategii dla sektora energetycznego oraz odpowiadał za jej realizację, w tym stworzenie Polskiej Grupy Energetycznej oraz 3 pozostałych grup energetycznych.
W 2012 roku uhonorowany został tytułem Young Global Leader przez Davos World Economic Forum. W roku 2016 został Człowiekiem Roku Gazety Ubezpieczeniowej.
Michał Krupiński jest absolwentem Master of Business Administration na Columbia University w Nowym Jorku, ukończył również kursy na Harvard Business School. Ukończył także Szkołę Główną Handlową oraz ma dyplom z Universite catholique de Louvain w Belgii.
Ceny ropy naftowej rosną rekordowo szybko. Już są najwyższe od 2015 r. Ich dalszy wzrost może uderzyć w światową koniunkturę gospodarczą. Jak duże jest zagrożenie?
Ceny ropy są już bliskie 65 USD za baryłkę. – Obecny poziom cen jest już alarmujący – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.
Jakie były przyczyny takiego wzrostu? Co dalej? O tym więcej w materiale wideo.
W kwietniu 2018 roku wejdzie w życie europejskie rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO). Wszystkie e-apteki przetwarzające dane osobowe będą musiały wprowadzić zmiany w regulaminie korzystania. E-apteki muszą się liczyć z tym, że 23% użytkowników może odrzucić nowy regulamin.
Publikujemy kolejne wyniki z naszego projektu e-apteki 2017 – trzeciej fali wieloźródłowego raportu syndykatowego na temat zdrowia,
choroby, leków i suplementów diety w internecie.
46% użytkowników e-aptek świadomie czyta regulaminy tych serwisów.
65% użytkowników e-aptek twierdzi, że nie wyrazi zgody na profilowanie, jednak większość z tych osób i tak nie czyta regulaminów.
23% użytkowników e-aptek to osoby, które zarówno czytają regulaminy, jak i nie wyrażą zgodny na profilowanie swoich danych.
W porównaniu do 2016 roku zwiększyła się akceptacja na przetwarzanie danych osobowych do celów reklamowych. Ta zgoda dotyczy jednak danych ogólnych – podstawowych danych demograficznych i adresu pocztowego. Internauci nie będą chcieli dzielić się tak intymnymi danymi, jak historia chorób (spadek o 6 p.p.). Tak, jak w poprzednim roku, najbardziej strzeżonym rodzajem danych jest historia browsowania na urządzeniach mobilnych.
Wśród osób, które wyrażą zgodę na profilowanie jest relatywnie więcej mężczyzn w wieku 39-43 lata. To są osoby bardziej zainteresowane suplementami diety dla sportowców. Wśród osób nie wyrażających zgodę na profilowanie jest relatywnie dużo kobiet w wieku 49+.
Osoby, które nie wyrażą zgody na profilowanie, dzielą się na 2 kategorie: czytających treści o zdrowi na dedykowanych serwisach i osoby, które w ogóle nie czytają treści o zdrowiu w internecie.
Prawo podatkowe z uwagi na swoją złożoność i niejednoznaczność jest dla przedsiębiorców źródłem wielu problemów. Podatnicy muszą być przygotowani na zmiany interpretacji, a czasem nawet na stosowanie przepisów wstecz, w polskim systemie prawnym bardzo wiele zależy bowiem od interpretacji organów podatkowych. Warto jednak zwrócić uwagę na kilka instrumentów, które gwarantują bezpieczeństwo prawne podatnika.
Warunki ochrony podatnika – interpretacje indywidualne
Najbardziej znanym sposobem zabezpieczenia rozliczeń podatkowych są interpretacje indywidualne. Wydaje je dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej na wniosek zainteresowanego podmiotu. We wniosku należy skrupulatnie opisać stan faktyczny lub zdarzenie przyszłe, do którego się on odnosi. Jeżeli elementy stanów faktycznych zostaną opisane w sposób niezgodny z rzeczywistością, taka interpretacja nie będzie chronić podatnika. Interpretacja indywidualna powinna być wydana bez zbędnej zwłoki, ale nie później niż w ciągu 3 miesięcy. Jeżeli wnioskujący nie uzyska indywidualnej interpretacji podatkowej we wskazanym terminie, obowiązuje tzw. milcząca interpretacja, co oznacza, że w dniu następującym po upływie powyższego terminu obowiązujące staje się stanowisko zajęte przez wnioskodawcę. To, w jakim zakresie podatnik jest chroniony, zależy od momentu, w którym uzyskał interpretację. Gdy nastąpiło to przed dokonaniem danej czynności, ewentualna późniejsza zmiana interpretacji lub zakwestionowanie rozliczeń nie powoduje konieczności zapłaty zaległego podatku ani należnych odsetek. Ponadto nie wszczyna się wobec podatnika postępowania o przestępstwo lub wykroczenie skarbowe, a ewentualne wszczęte postępowania umarza się. Natomiast w przypadku uzyskania interpretacji po dokonaniu danej transakcji, uiszczenie należnego podatku jest konieczne, ale podatnik nadal chroniony jest przed zapłatą odsetek i odpowiedzialnością karną skarbową.
Interpretacja ogólna
Następnym środkiem ochrony, z którego mogą skorzystać podatnicy, są interpretacje ogólne wydawane z urzędu lub na wniosek podatnika przez ministra finansów. Mają one ujednolicić sposób stosowania prawa podatkowego przez organy podatkowe i organy kontroli skarbowej w takich samych stanach faktycznych lub zdarzeniach przyszłych oraz takich samych stanach prawnych. Interpretacja ogólna zawiera wyjaśnienie zakresu oraz sposobu stosowania przepisów prawa podatkowego w stosunku do opisanego zagadnienia. Wydana interpretacja musi respektować orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego, Trybunału Sprawiedliwości UE oraz sądownictwa administracyjnego. Podatnik powołujący się na interpretację ogólną podlega ochronie w sposób analogiczny jak w przypadku interpretacji indywidualnej. Należy jednak pamiętać, że ochrona nie przysługuje w przypadku czynności i zdarzeń gospodarczych, które stanowią nadużycia prawa w zakresie VAT i unikania opodatkowania.
Wraz z wprowadzeniem klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania podatnicy uzyskali narzędzie ochrony w postaci tzw. opinii zabezpieczającej, którą wydaje szef Krajowej Administracji Skarbowej. Wniosek może dotyczyć czynności planowanej, rozpoczętej lub dokonanej. Uzyskanie pozytywnej opinii w odniesieniu do konkretnej czynności gwarantuje, że fiskus nie będzie mógł podważać jej skutków podatkowych. Wysokie koszty uzyskania opinii zabezpieczającej (20 tys. zł) powodują, że liczba dotychczas wydanych opinii jest znikoma.
Kolejnym środkiem ochrony, z którego mogą skorzystać podatnicy, jest APA, czyli uprzednie porozumienie dotyczące cen transakcyjnych. Pozwala ono na zabezpieczenie transakcji zawieranych wewnątrz grupy przedsiębiorców poprzez wyeliminowanie możliwości zakwestionowania przez organy podatkowe warunków cenowych określonych w tej transakcji. Pomimo że zawarcie takiego porozumienia wiąże się ze stosunkowo wysoką opłatą (od 5 tys. do 200 tys. zł w zależności od rodzaju porozumienia i lokalizacji podmiotu), jest to dla podatników rozwiązanie bardzo atrakcyjne – przede wszystkim z uwagi na fakt, że w ostatnich latach wspomniane transakcje są coraz częściej weryfikowane.
Utrwalona praktyka interpretacyjna
1 stycznia 2017 r. do katalogu instrumentów ochrony zostały dodane dwa nowe: objaśnienia podatkowe oraz utrwalona praktyka interpretacyjna. W przypadku gdy podatnik zastosuje się do zawartego w nich stanowiska organu podatkowego, zapewniają one zbliżoną ochronę prawną jak w przypadku interpretacji indywidualnej. Objaśnienia podatkowe wydawane przez ministra finansów mają wyjaśniać praktyczne aspekty stosowania przepisów podatkowych w prosty i zrozumiały sposób. Natomiast utrwalona praktyka interpretacyjna polega na określeniu zakresu i sposobu stosowania przepisów prawa podatkowego wynikających z wydawanych interpretacji indywidualnych oraz na wskazaniu rozwiązania dominującego w danym przypadku. Aby móc się na nią powołać, konieczne jest porównanie identycznych stanów faktycznych lub odniesienie się do takich samych zdarzeń przyszłych jak przypadek podatnika. To, jaki okres podlega analizie, zależy od okresu rozliczeniowego podatnika, przy czym poza tym okresem uwzględnia się także 12 miesięcy przed jego rozpoczęciem. W sytuacji gdy okres rozliczeniowy obejmuje rok (np. w CIT lub w PIT), analiza obejmie więc maksymalnie dwa lata, natomiast w przypadku rozliczeń miesięcznych (np. w VAT) – okres 13 miesięcy. Podatnik, który powoła się na utrwaloną praktykę interpretacyjną, będzie wprawdzie zobowiązany do zapłaty podatku, ale zostaną mu umorzone odsetki od zaległości podatkowej, a ponadto nie będzie mogła zostać zastosowana wobec niego odpowiedzialność karna skarbowa.
Jak widać, katalog dostępnych instrumentów, które mają chronić podatnika przed zakwestionowaniem jego działań przez organy podatkowe, jest dość szeroki. Najistotniejsze jest, by z tego katalogu wybrać właściwe rozwiązanie dostosowane do potrzeb danego przedsiębiorstwa.
Uregulowanie w prawie gospodarczym tych kwestii, które obecnie budzą wątpliwości przedsiębiorców – przewiduje rządowy projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu wprowadzenia uproszczeń dla przedsiębiorców w prawie podatkowym i gospodarczym.
Rządowy projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu wprowadzenia uproszczeń dla przedsiębiorców w prawie podatkowym i gospodarczym przewiduje m.in. zmiany w Kodeksie spółek handlowych.
W myśl proponowanych zmian do zarządu spółki partnerskiej oprócz partnerów mogą wchodzić również osoby trzecie. Kwestia ta obecnie budzi wątpliwości.
Projekt przesądza, że zmiana spółki z ograniczoną odpowiedzialnością w organizacji będzie następowała poprzez zmianę umowy wspólników. Obecnie nie jest to przesądzone.
Obecnie obowiązujące przepisy nie wskazują, w jakim terminie należy wypłacić zysk wspólnikom spółki z o.o. Projekt przewiduje, że to wspólnicy będą o tym samodzielnie decydować, a gdy uchwała wspólników tego nie określa, wypłata będzie musiała nastąpić do końca roku obrotowego, w którym wspólnicy podjęli uchwałę.
W spółce komandytowo-akcyjnej komplementariusz będzie miał prawo wypowiedzenia umowy spółki lub wystąpienia z niej.
Projekt reguluje zasady związane z nabyciem udziałów przez jednego z małżonków w zamian za składniki z ich majątku wspólnego.
Projekt reguluje zasady wypłacania zaliczek na poczet dywidendy, gdy spółka z o.o. zanotowała stratę.
Gdy chodzi o rezygnację członka zarządu spółki kapitałowej, projekt przyjmuje, że jest to jego jednostronne oświadczenie i członkowie zarządu mają obowiązek o nim powiadomić sąd rejestrowy.
Obecnie nie wiadomo, kto ma prawo odwołać zgromadzenie wspólników w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością. Projekt przesądza, że prawo to ma organ, który je zwołał.
Projekt reguluje też zasady reprezentacji spółki z o.o. w likwidacji.
Omawiana nowelizacja przewiduje także zmiany w Kodeksie pracy. Modyfikuje zasady dotyczące szkoleń okresowych z zakresu BHP, które mają być nieobowiązkowe dla pracodawców, o nie wyższej niż trzecia kategoria ryzyka, określonej w Rozporządzeniu Ministra Pracy i Polityki Społecznej z dnia 29 listopada 2002 r. w sprawie różnicowania stopy procentowej składki na ubezpieczenie społeczne z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych w zależności od zagrożeń zawodowych i skutków (tekst jedn. Dz. U. z 2016 r. poz. 1005 z późn. zm.).
Pracodawcy, którzy zatrudniają od 21 do 50 pracowników, będą mogli pełnić zadania służby BHP. Omawiany projekt przewiduje także zmiany w ustawie o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi i uproszczenia dla przedsiębiorców sprzedających alkohol.
Ustawa ma wejść w życie 1 stycznia 2018 r.
Teraz rządowy projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu wprowadzenia uproszczeń dla przedsiębiorców w prawie podatkowym i gospodarczym trafi pod obrady rządu.
14 czerwca 2017 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok odnoszący się do platformy The Pirate Bay. Stwierdza w nim jednoznacznie, iż publicznym udostępnianiem utworów jest zarządzanie w Internecie platformą wymiany, która poprzez indeksację metadanych dotyczących utworów chronionych i udostępnianie wyszukiwarki umożliwia użytkownikom tej platformy wyszukanie tych utworów oraz ich wymianę w ramach sieci równorzędnej (peer-to-peer), i udzielanie dostępu do niej. Słowem – operator serwisu The Pirate Bay narusza jedno z podstawowych uprawnień prawnoautorskich. Wyrok ten jest krokiem milowym w walce z piractwem internetowym na dużą skalę.
Stan faktyczny
Co ciekawe, wyrok TSUE zapadł na skutek zapytania Sądu Najwyższego Holandii w sprawie wytoczonej nie przeciwko administratorowi serwisu The Pirate Bay, ale przeciwko dwóm holenderskim firmom zajmującym się dostarczaniem dostępu do Internetu. Strona powodowa domagała się przed sądem holenderskim zablokowania abonentom spółek pozwanych dostępu do adresów internetowych The Pirate Bay. Powoływała się na okoliczność, że korzystając z pomocy tej wyszukiwarki, odbiorcy usług świadczonych przez pozwane dopuszczają się naruszeń praw autorskich na wielką skalę poprzez wymianę plików zawierających przedmioty objęte ochroną (głównie utwory muzyczne i filmowe) bez zezwolenia podmiotów tych praw.
Publiczne udostępnianie utworów
Kluczowym zagadnieniem rozpatrywanym przez Trybunał Sprawiedliwości UE było to, czy w ramach serwisu The Pirate Bay dochodzi do publicznego udostępniania utworów. Jeśli tak, to należało rozstrzygnąć, czy to publiczne udostępnianie jest dokonywane tylko przez użytkowników tej witryny internetowej, czy też takie działanie można by przypisać administratorowi serwisu The Pirate Bay.
Publiczne udostępnianie utworów jest prawem autorów, które zostało określone zarówno w art. 8 traktatu Światowej Organizacji Własności Intelektualnej o prawie autorskim sporządzonego w Genewie w dniu 20 grudnia 1996 r., jak i w art. 3 ust. 1 Dyrektywy nr 001/29/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 22 maja 2001 r. w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym. Zgodnie z tym ostatnim przepisem autorom powinno być zagwarantowane wyłączne prawo do zezwalania na jakiekolwiek publiczne udostępnianie ich utworów lub zabraniania tego, drogą przewodową lub bezprzewodową, włączając podawanie do publicznej wiadomości ich utworów w taki sposób, że osoby postronne mają do nich dostęp w wybranym przez siebie miejscu i czasie.
Jako że pojęcie publicznego udostępniania utworów nie zostało zdefiniowane w prawie unijnym, TSUE, opierając się zresztą na już wcześniej wypracowanych przez siebie wzorcach weryfikacji (w sprawie Stichtingf Brein vs J.M. Wullems), wskazał, iż aby doszło do publicznego udostępnienia utworów, muszą zostać spełnione zasadniczo dwie przesłanki: musi mieć miejsce czynność udostępniania oraz utwór musi zostać udostępniony nowej publiczności. TSUE potwierdził, że w ramach witryny internetowej The Pirate Bay dochodzi do publicznego udostępniania utworów.
Istotne jest również to, jak TSUE ocenił rolę administratora serwisu internetowego. Sąd Najwyższy Holandii zwrócił się bowiem do Trybunału z następującym pytaniem: czy platforma wymiany online TPB także publicznie udostępnia utwory w rozumieniu art. 3 ust. 1 dyrektywy 2001/29, w szczególności:
tworząc i utrzymując system, w którym użytkownicy Internetu łączą się między sobą w celu wymiany – w częściach – utworów znajdujących się na ich komputerach;
zarządzając witryną internetową, na której użytkownicy mogą umieścić online pliki torrent odsyłające do części tych utworów; oraz
indeksując pliki torrent umieszczone online w tej witrynie internetowej i dokonując ich klasyfikacji, w związku z czym można wyszukać części powiązanych z nimi utworów, a użytkownicy mogą pobrać te utwory (jako całość) na swoje komputery.
I tutaj odpowiedź Trybunału Sprawiedliwości jest twierdząca. TSUE w podsumowaniu mówi, iż publicznym udostępnianiem utworów jest zarządzanie w Internecie platformą wymiany, która poprzez indeksację metadanych dotyczących utworów chronionych i udostępnianie wyszukiwarki umożliwia użytkownikom tej platformy wyszukanie tych utworów oraz ich wymianę w ramach sieci równorzędnej (peer-to-peer), i udzielanie dostępu do niej.
Ciekawe jest też to, jakie stanowisko zajął w swojej opinii rzecznik generalny. Wskazał on m.in.: „Tym, czego moim zdaniem należy poszukiwać, aby rozstrzygnąć sprawę taką jak rozpatrywana w postępowaniu głównym, jest prawna istota pewnych działań, nieuzależniona od rozwiązań technicznych, w jakie wpisują się te działania. Z tego zaś punktu widzenia ważna jest rola odgrywana przez witryny takie jak TPB w wymienianiu plików w sieciach peer‑to‑peer. (…) W rzeczywistości rola ta jest kluczowa. Wykorzystanie jakiejkolwiek sieci peer‑to‑peer zależy od możliwości znalezienia użytkowników skorych do wymiany pożądanego pliku. Informacje na ten temat, bez względu na to, czy technicznie przybierają formę plików torrent, «linków magnetycznych», czy też inną, znajdują się w witrynach takich jak TPB. Witryny te oferują nie tylko wyszukiwarkę, ale też często, jak w przypadku TPB, wykazy utworów zawartych w tych plikach, uporządkowanych w różnych kategoriach, na przykład «100 najlepszych» lub «najnowsze». Nie trzeba więc szukać konkretnego utworu, ale wystarczy wybrać spośród tych, które są proponowane, jak w katalogu biblioteki (lub, mówiąc precyzyjniej, audio- lub wideoteki, ponieważ chodzi głównie o utwory muzyczne i filmowe)”.
Kres torrentów?
To orzeczenie w zasadzie stawia portale internetowe o profilu takim jak The Pirate Bay w bardzo niekorzystnej sytuacji, znacząco ograniczając im możliwość skutecznej obrony. Można się spodziewać, iż wykładnia TSUE i wskazówki zawarte w orzeczeniu będą stosowane przez sądy państw członkowskich, w tym sądy polskie.
Orzeczenie to należy ocenić pozytywnie w kontekście wzmocnienia ochrony podmiotów uprawnionych z praw autorskich. Oczywiście każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie i wszystko zależy finalnie od konkretnych, szczegółowych okoliczności sprawy. Dlatego zarówno każdy serwis o profilu podobnym do The Pirate Bay, jak i każda witryna hostingowa powinny sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ich działalność jest legalna lub czy są chronieni przez stosowne przepisy przewidujące wyłączenie odpowiedzialności hosting providerów lub dostawców usług sieciowych.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, radca prawny Tomasz Brolski – Kancelaria Prawna Skarbiec
Zgodnie z opublikowanymi przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów danymi, branża wynajmu długoterminowego aut w Polsce wciąż przyśpiesza. Tempo jej rozwoju rośnie nieprzerwanie od półtora roku i na koniec trzeciego kwartału osiągnęło już poziom 14,1% r/r. Oznacza to, że rynek wynajmu długoterminowego samochodów rozwijał się o blisko 1/3 szybciej niż rok temu i o ponad połowę, aniżeli na koniec pierwszego kwartału 2016r. Na koniec września bieżącego roku, należące do PZWLP firmy finansowały i zarządzały łączną flotą w wynajmie długoterminowym, złożoną z blisko 150 tys. samochodów. Na wysoką i wciąż rosnącą popularność tej formy finansowania aut służbowych wśród przedsiębiorców wpływa przede wszystkim coraz większe zainteresowanie wynajmem długoterminowym w sektorze MŚP. Opublikowane przez PZWLP dane wskazują również, że firmy w Polsce coraz częściej rezygnują z aut z silnikami Diesla. Samochody tego typu wciąż dominują, ale ich udział systematycznie spada i w przypadku wynajmu długoterminowego zmniejszył się o blisko 5% w ciągu ostatniego roku.
Na koniec września 2017 r. należące do PZWLP firmy dysponowały łącznie prawie 147,5 tys. (147.370) samochodami, znajdującymi się w wynajmie długoterminowym, czyli leasingu operacyjnym z pełną lub częściową obsługą serwisową i administracyjną. W najpopularniejszej z dwóch zaliczanych do wynajmu długoterminowego usług – Full Serwis Leasingu, znajdowało się aż 88,6% samochodów (130.581), a więc o ponad 16 tys. więcej niż rok wcześniej. Oznacza to, że rynek wynajmu długoterminowego aut urósł w Polsce w ciągu ostatniego roku o 14,1%. Poza wysokim tempem rozwoju, osiągniętym na koniec trzeciego kwartału, na uwagę zasługuje fakt, że dynamika wzrostu branży zwiększa się nieprzerwanie od półtora roku. Obecnie jest już prawie o 1/3 większa, niż rok temu oraz o ponad połowę większa w porównaniu ze stanem z końca marca 2016 r.
Rosnącą od półtora roku dynamikę rozwoju branży wynajmu długoterminowego w Polsce można już bez wahania nazwać rynkowym trendem – mówi Sławomir Wontrucki, Prezes Zarządu PZWLP, Prezes LeasePlan Polska. – Od półtora roku, w każdym kolejnym kwartale, coraz większa liczba przedsiębiorców w naszym kraju, poszukujących sposobu na sfinansowanie samochodów służbowych do swojej firmy, decyduje się właśnie na wynajem długoterminowy. Wśród nowych klientów branży coraz częściej pojawiają się przedsiębiorcy z sektora MŚP i to oni w dużej mierze sprawiają, że branża ta nie tylko rozwija się dynamicznie, ale tempo jej wzrostu jest coraz większe. Warto również podkreślić, że wynajem długoterminowy jest trafną odpowiedzią na potrzeby firm we współczesnym świecie, związane z autami służbowymi. Przedsiębiorcy oczekują obecnie bowiem nie tylko finansowania auta, co ma miejsce np. przy kredycie bankowym, czy też zwykłym leasingu finansowym. Poszukują obecnie kompleksowej usługi związanej z flotą aut – od zewnętrznego sfinansowania, poprzez codzienną obsługę serwisową, administracyjną, związaną z likwidacją szkód, czy też wymianą opon, aż po proces zbycia samochodów na rynek wtórny po zakończeniu eksploatacji i wymianę floty na nowe auta. I to właśnie gwarantuje wynajem długoterminowy. Na dodatek, koszty związane z autami służbowymi są w jego przypadku od kilku do kilkunastu procent niższe, niż w przypadku sfinansowania aut kredytem, zwykłym leasingiem finansowym czy też zakupu ze środków własnych.
Trzeci kwartał 2017 r. był również bardzo udany dla branży Rent a Car, reprezentowanej w PZWLP przez 7 dużych sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów. Na koniec września łączna flota firm Rent a Car w PZWLP (bez Avis Budget / Jupol – Car Sp. z o.o.) w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła prawie 15 tys. aut (14.951), co oznacza, że branża odnotowała wzrost na poziomie aż 28,9% r/r.
Co piąty nowy samochód osobowy kupowany przez przedsiębiorców w wynajmie długoterminowym
Zgodnie z danymi IBRM Samar, firmy w Polsce zakupiły w trzecim kwartale ponad 78 tys. nowych aut osobowych. Co piąte z nich, bo 19,6% (15.347 aut), znalazło się w tym czasie w wynajmie długoterminowym, co oznacza, że branża CFM w trzecim kwartale miała o jeden punkt procentowy większy udział w sprzedaży nowych samochodów osobowych do firm, niż w całym pierwszym półroczu bieżącego roku. W okresie lipiec – wrzesień 2017r. na potrzeby wynajmu długoterminowego zakupionych zostało o 1/5 (19,5%) nowych aut osobowych więcej, niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.
Diesel dominuje, ale jego udział w łącznej flocie w wynajmie długoterminowym ciągle spada – na popularności zyskują auta benzynowe i ekologiczne
W trzecim kwartale 2017r. kontynuowane były zauważalne zmiany w strukturze rodzajów silników napędzających samochody znajdujące się w wynajmie długoterminowym w Polsce. Najliczniejszą grupę aut stanowiły pojazdy wyposażone w silniki dieslowskie, ale ich udział ciągle spadał. Na koniec września samochody z silnikami wysokoprężnymi stanowiły 67,5% łącznej floty aut w wynajmie długoterminowym. Udział diesli zmniejszył się o prawie 5% (4,9%) w ciągu ostatniego roku. Silniki dieslowskie traciły na popularności przede wszystkim kosztem aut z silnikami benzynowymi, których udział na koniec trzeciego kwartału wynosił 31,8% i zwiększył się w stosunku do stanu z końca września 2016 r. o 4,5%. Auta ekologiczne, a więc napędzane silnikami hybrydowymi oraz elektrycznymi, stanowiły nadal margines floty w wynajmie długoterminowym, ale zarówno ich liczba, jak i udział, znacząco wzrosły. Łączna liczba samochodów tego typu przekroczyła na koniec września symboliczną barierę tysiąca pojazdów – dokładnie 1011 aut, na którą składało się 978 hybryd i 33 auta elektryczne. W efekcie, liczba aut ekologicznych urosła w ciągu ostatniego roku 2,5-krotnie (z poziomu 410 samochodów na koniec III kw. 2016), a ich udział w łącznej flocie ponad 2-krotnie (z 0,3% do 0,7%). Warto zaznaczyć, że tylko w ciągu trzeciego kwartału bieżącego roku w wynajmie długoterminowym przybyło ponad 200 aut hybrydowych oraz 13 aut elektrycznych.
Leszek Pomorski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Alphabet Polska Fleet Management
Diesel wciąż stanowi zdecydowaną większość aut w wynajmie długoterminowym, ale trend spadkowy jego popularności w niektórych segmentach samochodów powoduje, że udział aut tego typu zaczyna się zmniejszać – mówi Leszek Pomorski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Alphabet Polska. – Auta napędzane silnikami wysokoprężnymi tracą pozycję przede wszystkim kosztem samochodów z benzynowymi jednostkami napędowymi i na razie nieznacznie kosztem aut ekologicznych. Postęp technologiczny spowodował, że eksploatacja samochodów benzynowych jest już niekiedy zbliżona pod względem kosztów do aut z silnikami Diesla. Firmy przywiązują również coraz większą uwagę do kwestii związanych z ochroną środowiska, a współczesne auta benzynowe, wyposażone w oszczędne silniki o znacznie mniejszej pojemności, niż jeszcze kilka lat temu, są zazwyczaj bardziej ekologiczne od ich dieslowskich odpowiedników. Dodatkowo, choć na razie powoli, to rośnie jednak liczba aut z napędami ekologicznymi, przede wszystkim hybrydowymi. Należy jednak pamiętać, że Diesel traci na popularności we flotach jedynie w niektórych segmentach aut, co ma wpływ na strukturę całej floty, natomiast w przypadku samochodów np. dostawczych, premium czy też SUV, jego pozycja pozostaje niezmienna.
Nowe auta w wynajmie długoterminowym coraz mniej szkodliwe dla środowiska naturalnego
Coraz większe znaczenie ekologiczności samochodów flotowych jest również widoczne na przykładzie średniej emisji CO2 nowych aut kupowanych przez firmy PZWLP na potrzeby usług wynajmu długoterminowego. Średnia emisja dwutlenku węgla kupowanych w trzecim kwartale 2017 r. nowych samochodów osobowych wynosiła 119,2 g/km i była o 3,8% (4,5 g/km) niższa w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej. Bardziej przyjazne dla środowiska były również nowe auta dostawcze do 3,5t DMC – w ich przypadku średnia emisja CO2 wyniosła 146,6 g/km i była niższa o 6,8% (10 g/km) niż rok temu.
Wśród najpopularniejszych modeli samochodów w liczącej prawie 147,5 tys. flocie aut firm PZWLP w wynajmie długoterminowym znalazły się: Skoda Octavia, Ford Focus, Skoda Fabia, Toyota Yaris oraz Volkswagen Passat.
Członkowie PZWLP generują 1/3 sprzedaży nowych aut osobowych do firm w Polsce
Biorąc pod uwagę całokształt działalności 20 firm należących do Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), a więc przede wszystkim usługi wynajmu krótko-, średnio- i długoterminowego samochodów, ale również leasing finansowy aut, firmy PZWLP zakupiły w trzecim kwartale bieżącego roku łącznie 25,3 tys. nowych samochodów osobowych . Oznacza to, że blisko 1/3 (32,3%) nowych aut osobowych kupowanych w trzecim kwartale 2017 roku przez przedsiębiorców w polskich salonach zostało nabyte przez firmy należące do PZWLP*
*– Firmy PKO Leasing, Volkswagen Leasing i mLeasing są również członkami ZPL (Związku Polskiego Leasingu).
Zachęcamy do korzystania z sekcji „Dla mediów” na nowej stronie internetowej PZWLP, gdzie w jednym miejscu, w wygodny sposób można odnaleźć aktualne materiały prasowe oraz dane kontaktowe dla mediów, nie tylko PZWLP, ale i wszystkich firm należących do organizacji.
Na zakończenie III kwartału br. w Polsce odnotowano rekordowy poziom podaży. Całkowite zasoby rynku magazynowego wyniosły 12,86 mln mkw., co oznacza 18% wzrost w skali roku. Popyt na głównych rynkach pozostał na bardzo wysokim poziomie, a najaktywniejszą grupą najemców byli operatorzy logistyczni z 45% udziałem w transakcjach najmu. Na rynku zaobserwowano nieznaczny spadek poziomu powierzchni niewynajętej w relacji rok do roku (-0,8 pp.) oraz utrzymujące się stawki czynszów nominalnych i efektywnych. Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield prezentuje wyniki raportu: „Marketbeat – Rynek magazynowy w Polsce: Stan po III kwartale 2017 roku”.
Zapotrzebowanie na nowoczesną powierzchnię logistyczną i produkcyjną w Polsce w III kwartale utrzymało się na wysokim poziomie. W 128 umowach najmu wynajęto 723 000 mkw. Od początku roku łączny wolumen transakcji przekroczył ponad 2,5 mln mkw. Oznacza to 15% wzrost w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego. Podobnie, jak w pierwszej połowie roku, największy popyt odnotowano na trzech następujących rynkach: w regionie Górnego Śląska (126 000 mkw.), w okolicach Warszawy (121 000 mkw.) oraz w Polsce Centralnej (120 000 mkw.). Od początku roku duże zainteresowanie powierzchnią logistyczną utrzymuje się także w Trójmieście (41 000 mkw.) i na rynku szczecińskim (53 000 mkw.). W strukturze popytu, w III kwartale dominowały nowe umowy (60%), przedłużenie wcześniej zawartych kontraktów (30%) oraz powiększenie powierzchni najmu (10%). Najbardziej aktywną grupą najemców byli operatorzy logistyczni (45%), wśród pozostałych, aktywne były także sieci handlowe (11%), branża AGD (9%), e-commerce (7%) oraz firmy z branży produkcyjnej (7%) i motoryzacyjnej (6%).
Deweloperzy zakończyli realizację 29 projektów o łącznej powierzchni 980 000 mkw. (z czego 56% stanowiły inwestycje firmy Panattoni). Oznacza to, że całkowite zasoby rynku magazynowego wzrosły do 12,86 mln mkw. (+18% względem roku ubiegłego). Najwięcej powierzchni powstało w okolicach Warszawy (372 000 mkw.), w regionie Szczecina (317 000 mkw.), Poznania (206 000 mkw.) i na Górnym Śląsku (202 000 mkw.).
Z końcem trzeciego kwartału 2017 roku w budowie pozostawało 1,05 mln mkw. powierzchni magazynowej, z czego 75% zostało już zabezpieczone umowami najmu. Najwyższą aktywność deweloperską zaobserwowano w Polsce Centralnej (330 000 mkw.), na Górnym Śląsku (205 000 mkw.) oraz w okolicach Warszawy (133 000 mkw.). Wśród największych inwestycji dominują duże projekty typu BTS, jak np.: Amazon w Sosnowcu (135,000 mkw., Panattoni), BSH w Łodzi (79 000 mkw., Panattoni), czy K+N w Piotrkowie Trybunalskim (61 000 mkw., P3). Popularne są także inwestycje o charakterze mieszanym, których realizacja rozpoczyna się po uzyskaniu 30 – 40% stopnia przednajmu.
Na koniec września 2017 roku wskaźnik pustostanów wyniósł 5,4% (698 000 mkw.) i był o 0,8 pp. mniejszy niż rok wcześniej (6,2%). Najwyższy udział powierzchni niewynajętej wśród pięciu głównych regionów odnotowano w Poznaniu (8,1% lub 148 000 mkw.) oraz w strefie Warszawa – miasto (7,9% lub 56 000 mkw.). Najniższy współczynnik utrzymuje się nadal w regionie Polski Centralnej (1,3% lub 21 000 mkw.). W przypadku pozostałych rynków regionalnych wskaźnik pustostanów waha się od 0,7% w Szczecinie do 15,9% w regionie Polski Zachodniej.
Czynsze nominalne na największych rynkach magazynowych nie uległy zmianie i na koniec III kwartału wynosiły od 2,40 do 3,60 euro/mkw./miesiąc. Najwyższe stawki obowiązywały w strefie miejskiej Warszawy (4,00 – 5,25 euro/mkw./miesiąc) oraz w Krakowie (3,50 – 4,50 euro/mkw./miesiąc). Natomiast czynsze efektywne uwzględniające zachęty finansowe dla najemców zawierały się w przedziale od 1,90 do 3,20 euro/mkw./miesiąc. Podobnie jak w przypadku czynszów nominalnych, najwyższe stawki obowiązują w stolicy (3,50 – 4,60 euro/mkw./miesiąc) i Krakowie (ok. 2,80 – 3,60 euro/mkw./miesiąc).
– W ostatnich latach presja na wzrost stawek spowodowana rosnącym popytem kompensowana była proporcjonalnym wzrostem podaży. Na poszczególnych rynkach charakteryzujących się wysoką konkurencją wśród deweloperów pozycja negocjacyjna najemców jest wciąż silna, jak np. w Poznaniu, gdzie odnotowano nieznaczny spadek dolnej granicy czynszów efektywnych o ok. 5%. Z kolei na tych rynkach, gdzie dostępność powierzchni magazynowej jest ograniczona, np. w Łodzi czy Bielsku-Białej, obserwuje się niewielką tendencję wzrostową czynszów. W perspektywie kilku miesięcy spodziewamy się silniejszej presji na wzrost czynszów najmu, co wiąże się rosnącymi kosztami – powiedział Adrian Semaan, konsultant w dziale Powierzchni Magazynowych i Logistycznych w firmie Cushman & Wakefield, autor raportu.
– Spodziewamy się, że do końca roku zostanie przekroczona kolejna granica na rynku magazynowym w Polsce i łączne zasoby wyniosą ponad 13 mln mkw. powierzchni. Powodem jest coraz bardziej prężny rozwój sektora e-commerce oraz duża aktywność firm z branży produkcyjnej, w tym m.in. motoryzacyjnej i AGD. Duże znaczenie dla rozwoju rynku magazynowego w Polsce mają również z pewnością korzystne warunki makroekonomiczne, liczne inwestycje w infrastrukturę drogową oraz wysoki potencjał polskiej gospodarki. Dodatkowo niewielki udział inwestycji spekulacyjnych gwarantuje stabilizację stopy pustostanów na niskim poziomie. Najemcy mogą spodziewać się wzrostu stawek czynszu z uwagi na wzrost kosztów inwestycyjnych – przede wszystkim ze względu na rosnące ceny materiałów i usług budowlanych – powiedziała, Joanna Sinkiewicz, Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych w Cushman & Wakefield Polska.
Podczas konferencji Money 20/20 w Las Vegas firma VMware przedstawiła wyniki badania przeprowadzonego na jej zlecenie wśród amerykańskich specjalistów ds. bankowości. Jego tematem był wpływ technologii na przyszłość sektora bankowego. Zdaniem bankowców, nowe technologie, od Internetu rzeczy, przez uwierzytelnianie biometryczne po blockchain, w ciągu najbliższych pięciu lat odmienią ich branżę.
Wyniki badania nie pozostawiają wątpliwości: technologia będzie motorem dalszej transformacji banków. W instytucjach finansowych nie rozważa się już, czy inwestować w technologie, lecz poszukuje sposobów na jak najszybsze dokonanie tych inwestycji. Zapytani o główną misję swojej instytucji w perspektywie 3- i 5-letniej, bankowcy wskazali odpowiednio na „integrację kanałów cyfrowych i fizycznych” oraz „osiągnięcie pozycji lidera bankowości cyfrowej”.
Oto najważniejsze wnioski z badania:
Nowe technologie w centrum uwagi:
67% banków o aktywach wynoszących co najmniej 100 mld USD wdraża obecnie technologię blockchain.
Ponad 50% banków o aktywach wynoszących co najmniej 100 mld USD przewiduje, że w ciągu najbliższych pięciu lat zaoferuje klientom rozwiązania należące do takich kategorii nowych technologii, jak sztuczna inteligencja, rzeczywistość rozszerzona, uwierzytelnianie biometryczne, blockchain, otwarta bankowość / API.
Zdaniem 78% respondentów usługi bankowe oparte na sztucznej inteligencji i technologiach głosowych odmienią oblicze bankowości detalicznej, a zdaniem około jednej trzeciej ― bankowości korporacyjnej.
Wyzwania:
Integracja nowych technologii z istniejącymi platformami oraz aktualizacja starszych systemów to największe problemy banków. 46% respondentów przyznaje, że przestarzałe infrastruktury w pewnym stopniu ograniczają zdolność ich instytucji do wprowadzania nowych produktów na rynek.
Wśród respondentów twierdzących, że przestarzała infrastruktura znacznie ogranicza ich zdolność do wprowadzania nowych produktów na rynek, około połowa wdraża obecnie projekty modernizacji centrum przetwarzania danych (52%) i rozwiązania chmurowe (48%) w celu rozwiązania tego problemu.
Nowoczesne centrum danych i technologie chmurowe jako rozwiązanie kluczowych problemów:
81% respondentów z banków o aktywach wynoszących co najmniej 100 mld USD i 68% respondentów z banków o aktywach od 15 mld USD do 100 mld USD wdraża obecnie technologie z obszaru cloud computingu.
73% banków, które rozważają wdrożenie lub już wdrażają aktualizacje zabezpieczeń, programy modernizacji centrów danych, systemy chmurowe i innowacje z obszaru fintech, oczekuje, że inicjatywy te będą mieć istotny wpływ na ich działalność w ciągu najbliższych 12 miesięcy.
82% spodziewa się średniego lub znacznego wpływu tych inicjatyw na działalność swoich instytucji finansowych w ciągu pięciu lat.
„Wykorzystując rozwiązania chmurowe oparte na platformie Software-Defined Data Center od VMware, osiągnęliśmy elastyczność, dzięki której nasz dział IT nie jest już obciążeniem dla przedsiębiorstwa, lecz aktywnym podmiotem stymulującym jego rozwój” ― wyjaśnił Piergiorgio Spagnolatti, szef działu infrastruktury w Banca Popolare di Sondrio. „Mamy już wdrożoną infrastrukturę chmury. Teraz chcielibyśmy wykorzystać nowoczesne technologie, takie jak blockchain, które pozwolą nam wygenerować dodatkowe korzyści, włącznie ze zwiększeniem bezpieczeństwa i wydajności”.
W trakcie konferencji Money 20/20 w Las Vegas przedstawiciele VMware opowiedzieli o swoim aktywnym wkładzie w rozwój technologii blockchain ― rozproszonego rejestru, w którym przechowywane są „bloki” danych z wykorzystaniem technik kryptograficznych. Technologia ta może zapewnić bezpieczne, niezawodne i skalowalne platformy łańcuchów danych wielu klientom z sektora usług finansowych.
Dzięki technologii blockchain transakcje bankowe mogą być rejestrowane w cyfrowym, rozproszonym rejestrze oraz weryfikowane przez wiele zdecentralizowanych podmiotów. Każdy z tych podmiotów ma kopie rejestru, dzięki czemu dane blockchain są bezpieczne.
„Nasz zespół ds. badań i rozwoju intensywnie pracuje nad rozwojem technologii blockchain, aby wykorzystać ją do rozwiązywania aktualnych problemów związanych z tempem realizacji procesów oraz zapewnieniem bezpieczeństwa. Praca wykonana przez ten zespół w ciągu ostatnich trzech lat pozwoliła stworzyć kompleksowe środowisko blockchain zawierające wiele rozwiązań, które zostały zastosowane po raz pierwszy w branży. Przedstawienie dokumentu proof-of-concept jest dużym krokiem naprzód w naszych pracach nad technologią blockchain. Bardzo nas cieszy, że możemy podzielić się tym sukcesem z klientami” ― powiedział Michael DiPetrillo, dyrektor ds. technologii blockchain w VMware. „Nie ulega wątpliwości, że blockchain ma ogromny potencjał i może zrewolucjonizować wiele branż, włącznie ze wszystkimi segmentami branży finansowej. Będziemy nadal współpracować z naszymi klientami i partnerami, aby tworzyć rozwiązania, które pomogą im nie tylko dziś, lecz również w przyszłości”.
Informacje o badaniu
W badaniu online, którą firma SourceMedia Research przeprowadziła na zlecenie VMware w czerwcu 2017 roku, wzięło udział 166 respondentów. Zostali oni wybrani z bazy kontaktów magazynu American Banker. Pytania dotyczyły stanu obecnego i perspektyw rozwoju bankowości zarówno pod względem biznesowym, jak i technologicznym oraz wykorzystania najnowszych technologii w tym sektorze. Badana próba obejmowała specjalistów ds. bankowości na poziomie od menedżera wzwyż w bankach o aktywach wynoszących co najmniej 15 mld USD.
Zamiast 60 dni opóźnienia wystarczy 30 dni zwłoki w spłacie rachunku czy faktury, aby trafić do rejestru dłużników. Jeśli jednak wpis będzie nieprawidłowy, dłużnik może zgłosić sprzeciw zarówno do wierzyciela jak i BIG-u. Nowe przepisy ograniczają możliwości wpisywania do rejestrów długów starszych niż 10 lat – to trzy z wielu ważnych zmian, które zaczną obowiązywać już za 6 dni, tj. 13 listopada w Biurach Informacji Gospodarczej.
Wprowadzone w ramach „Pakietu wierzycielskiego” modyfikacje działania Biur Informacji Gospodarczej zajmujących się zbieraniem i udostępnianiem danych o niepłacących konsumentach i firmach wchodzą w życie 13 listopada. – Najbardziej kluczową zmianą dla wierzycieli jak i dłużników wydawałoby się skrócenie okresu po jakim można zgłosić dłużnika do BIG. Od 13 listopada wierzyciel może to bowiem zrobić już po 30 dniach od terminu zapłaty zamiast po 60. Ale wśród firm, które już korzystają ze sprawdzania konsumentów i kontrahentów w BIG InfoMonitor, a także wpisują tu swoich dłużników, najwięcej pozytywnych opinii usłyszeliśmy na temat możliwości uzyskania szerszego zakresu informacji w raportach BIG o sprawdzanym przedsiębiorstwie m.in. ze względu na dostęp do nowych źródeł informacji, jaki dzięki nowelizacji ustawy dostały BIG-i – zauważa Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
– Nowelizacja spowoduje poprawę bezpieczeństwa obrotu gospodarczego i uszczelnianie rynku wymiany informacji gospodarczych. Nie ma też wątpliwości, że przyczyni się do wzrostu zainteresowania usługami BIG-ów i przełoży się na zwiększenie liczby ujawnianych dłużników – dodaje prezes BIG InfoMonitor, w rejestrze którego widnieje obecnie ponad 2,2 mln dłużników. Kwota zaległości, na tej swoistej tablicy ogłoszeń, przekroczyła właśnie 37 mld zł. Dłużnicy którzy tu trafią powinni wiedzieć, że obecność w bazie BIG ma swoje konsekwencje – powoduje ograniczony dostęp do kredytów, może stanąć na przeszkodzie w podpisaniu umowy z kontrahentem czy też innych umów długoterminowych z odroczonym terminem płatności jak choćby abonament na telefon, internet czy telewizję.
Będzie łatwiej ocenić wiarygodność firm na podstawie danych z różnych rejestrów
Po nowelizacji ustawy o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych, BIG może pozyskiwać informacje na temat sprawdzanej firmy czy osoby z innych rejestrów jak np. z KRS, CEiDG, PESEL, REGON, a także z Centralnego Rejestru Restrukturyzacji i Upadłości (CRRiU) oraz Rejestru Należności Publicznoprawnych (RNP). W efekcie z jednego raportu będzie można się dowiedzieć zarówno o zaległościach kontrahenta w BIG, ale także czy nie toczyła się wobec niego nieskuteczna egzekucja widoczna w CRRiU. Można będzie też znaleźć informacje o nieopłaconych cłach lub podatkach na rzecz Skarbu Państwa i samorządów, na kwotę co najmniej 5 tys. zł. Informujący o długach podatkowych RNP ma zacząć działać na początku przyszłego roku. Rozbudowany raport BIG InfoMonitor, zawierający dane z różnych źródeł będzie też opatrzony oceną wiarygodności płatniczej analizowanej firmy.
Należy jednak zaznaczyć, że podłączenie się BIG do każdego z wymienionych rejestrów, po uzyskaniu prawnej możliwości 13 listopada, będzie jeszcze wymagało dodatkowych działań technicznych i organizacyjnych.
Do firmy można wysłać mailowe wezwanie do zapłaty
W grupie obiecująco ocenianych nowości znalazła się też obniżająca koszty windykacji, mailowa komunikacja z dłużnikiem-przedsiębiorcą. Jeśli będzie uwzględniała to umowa pomiędzy firmami, możliwe będzie wysyłanie wezwań do zapłaty z ostrzeżeniem o zamiarze przekazania informacji do BIG w formie elektronicznej. Dziś wykorzystuje się w tym celu głównie listy polecone, ewentualnie doręczenie do rąk własnych.
Na liście dłużników już w 30 dni po terminie płatności
Ze znaczącym pozytywnym odbiorem rynku spotkała się także możliwość wpisywania dłużników do BIG już po upływie 30 dni od terminu płatności zamiast obecnych 60 dni. Nie ma wątpliwości, że pozwoli to na wcześniejsze podejmowanie działań windykacyjnych, a jak wiadomo ich skuteczność zależy od jak najszybszej aktywności wierzyciela po stwierdzeniu braku zapłaty. Z naszych analiz wynika, że już po wysłaniu wezwania do zapłaty, zawierającego ostrzeżenie o możliwości wpisania długu do BIG spora część dłużników reguluje zaległość, a kolejne 25 proc. płaci je niezwłocznie po wpisaniu informacji o długu do rejestru BIG.
60-dniowa zgoda konsumenta na sprawdzanie
Wydawana przez konsumenta zgoda na weryfikowanie go w BIG-ach, na rzecz firm, z których usług zamierza skorzystać, będzie ważna przez 60 dni zamiast obecnych 30 dni.
Sprzeciw do wierzyciela i BIG na błędny wpis
Po nowelizacji przepisów dłużnik będzie mógł zgłaszać sprzeciw w sprawie wpisu zarówno do wierzyciela jak i do BIG-u. BIG InfoMonitor zbada sprawę, a w uzasadnionych sytuacjach – wstrzyma ujawnianie, zaktualizuje lub usunie informację gospodarczą.
Zaległość w rejestrze maksymalnie przez 10 lat od dnia wymagalności
Nowe przepisy ograniczają możliwości wpisywania do BIG długów starszych niż 10 lat. Tym samym pomoc BIG-ów w odzyskiwaniu długów zostaje skrócona do 10 lat od dnia wymagalności długu, zawartej ugody lub uzyskania prawomocnego wyroku. Obecne ograniczenie mówi o maksymalnym 10 letnim okresie obecności długu w rejestrze BIG – niezależnie od daty powstania zadłużenia. Różnica jest więc istotna.
Wzmianka o uznaniu roszczenia za przedawnione
Na wniosek każdego dłużnika wierzyciel, który przekazał informacje gospodarcze do biura, jest obowiązany do przekazania do BIG również informacji o uznaniu zobowiązania przez dłużnika za przedawnione. Biuro natomiast zobowiązane jest do zamieszczenia w rejestrze wzmianki o uznawaniu roszczenia za przedawnione.
Nieprawdziwy wpis czynem nieuczciwej konkurencji
Znacząca zmianą jest również uznanie od 13 listopada za czyn nieuczciwej konkurencji przekazanie przez wierzyciela do BIG nieprawdziwych danych o zaległości, czyli fałszywej informacji gospodarczej. Zgodnie z przepisami, czynu nieuczciwej konkurencji dopuszcza się także BIG, który wbrew obowiązkowi nie usunie lub nie zaktualizuje danych o należności.
Jeszcze wiele warto zmienić
– Większość zmian w ustawie o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych jest korzystnych dla wierzycieli, ale jest też sporo dobrych dla dłużnika. W sumie więc się równoważą. Choć nowelizacja spowoduje poprawę bezpieczeństwa obrotu gospodarczego i uszczelnianie rynku wymiany informacji gospodarczych, to nadal jednak pozostaje wiele do zrobienia. Np. umożliwienie przekazywania do Rejestru Należności Publicznoprawnych informacji o zaległościach wobec ZUS czy ujawnianie w tym rejestrze również zaległości nieprzekraczających 5 tys. zł. Możliwość sprawdzania firmy, konsumenta na podstawie tzw. zgody dorozumianej, czyli ze względu na zaistniałe relacje gospodarcze, ale bez uzyskiwania jego specjalnej zgody. Kolejna sprawa to przesyłanie wezwań do zapłaty z ostrzeżeniem o zamiarze przekazania informacji do BIG nie tylko listami poleconymi, ale też zwykłymi – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Columbus Energy S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, złożyła do Komisji Nadzoru Finansowego wniosek o zatwierdzenie prospektu emisyjnego sporządzonego w związku z ofertą publiczną dopuszczenia papierów wartościowych do obrotu na rynku regulowanym GPW. Przeniesienie notowań akcji na rynek główny GPW stanowi jeden z głównych celów strategicznych Emitenta.
Spółka poinformowała, że w dniu 6 listopada 2017 r. złożony został przez nią w Komisji Nadzoru Finansowego wniosek o zatwierdzenie prospektu emisyjnego Spółki sporządzonego w związku z ofertą publiczną dopuszczenia papierów wartościowych – akcji zwykłych na okaziciela serii A, B, C, D, E, F, G oraz praw do akcji zwykłych na okaziciela serii G do obrotu na rynku regulowanym GPW. Przedmiotowy wniosek został złożony wraz z wymaganymi załącznikami, m.in. z prospektem emisyjnym. Columbus Energy S.A. zamierza przeprowadzić ofertę publiczną w ramach emisji akcji serii G oraz zmienić rynek notowań na rynek regulowany GPW w Warszawie. Zarząd Spółki jest przekonany, że przeniesienie notowań jej akcji na rynek główny GPW pozwoli na umacnianie pozycji rynkowej w branży oraz osiągnięcie jeszcze większej dynamiki rozwoju.
„Przeniesienie notowań na rynek regulowany GPW to nasz absolutny priorytet. Jest to jedna z rzeczy, która jest kluczowa, abyśmy wizerunek i wiarygodność mogli budować na solidnym fundamencie. Mamy nadzieję, że dzięki zmianie rynku notowań zainteresowanie naszą spółką na rynku kapitałowym przeniesie się na inny, dużo wyższy poziom. Planujemy podczas przeniesienia przeprowadzenie IPO, jednak jego finalna wysokość zostanie ustalona po przeprowadzeniu badania popytu.” – komentuje Dawid Zieliński, Prezes Zarządu spółki Columbus Energy S.A.
Columbus Energy S.A. zakończyła pierwsze półrocze 2017 r. zyskiem netto na poziomie skonsolidowanym w wysokości 2,8 mln zł przy skonsolidowanych przychodach netto ze sprzedaży sięgających 15,4 mln zł. Spółka konsekwentnie umacnia swoją pozycję lidera na rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce oraz zwiększa sprzedaż zarówno w ramach programu abonamentowego, jak i finansowanych za gotówkę, a także stale rozbudowuje swoją ofertę dla klientów.
W 2017 r. Columbus Energy S.A. przeprowadziła już 4 emisje obligacji, pozyskując z nich łącznie ponad 11 mln zł. Środki te zostały przeznaczone na realizację montaży instalacji fotowoltaicznych. Obligacje Spółki serii A oraz serii B zadebiutowały na rynku Catalyst na początku września br.
Ostatni raz stopy procentowe w Polsce zostały podniesione ponad 5 lat temu. Czy szybko rosnące wynagrodzenia, nasilenie się presji inflacyjnej i ok. 4-procentowy wzrost gospodarczy wystarczą, by w środę Rada Polityki Pieniężnej zmieniła nastawienie i zasugerowała podwyżki kosztu kredytu przed końcem 2018 r.? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Przez kilka minionych kwartałów większość członków Rady Polityki Pieniężnej (RPP) sygnalizowała utrzymanie stóp procentowych na niezmienionym poziomie do końca 2018 r. Sytuacja w polskiej gospodarce oraz jej otoczeniu zmienia się jednak dynamicznie, a część przedstawicieli krajowych władz monetarnych zaczęła sugerować w ostatnich tygodniach możliwość wcześniejszego zacieśnienia monetarnego. Czy to dobry moment, by ogłosić zmianę nastawienia przez całą RPP? Środowe posiedzenie Rady zapowiada się pasjonująco.
Presja ze strony wynagrodzeń
W listopadzie, poza standardowym komunikatem Rady oraz konferencją prasową, zostaną przedstawione najnowsze projekcję makroekonomiczne Narodowego Banku Polskiego (NBP). W ich ostatniej, lipcowej, odsłonie do końca 2019 r. inflacja nie przekraczała granicy 2,5 proc. (cel RPP). Teraz prawdopodobnie te szacunki zostaną zmodyfikowane w górę.
Przede wszystkim w rodzimej gospodarce silnie rosną wynagrodzenia. Ich średni wzrost z ostatnich dwóch miesięcy w sektorze przedsiębiorstw przekroczył 6,0 proc. r/r pierwszy raz od 2008 r. Jeszcze szybciej, bo o 8,3 proc. r/r, podniosła się płaca godzinowa w II kw. br według danych Eurostatu dla Polski. To największe tempo od prawie dekady.
Rosnące koszty pracy zauważają także przedstawiciele Rady. „Jestem zaniepokojony presją płacową, więcej będziemy wiedzieć w listopadzie. Jak będzie się dalej utrzymywać presja płacowa, to pamiętając okres oddziaływania RPP, być może decyzję o podwyżce stóp procentowych trzeba będzie podjąć wcześniej niż jest to teraz komunikowane” powiedział 20 października Jerzy Osiatyński cytowany przez PAP.
W tym samym dniu o narastaniu presji inflacyjnej związanej z żądaniami płacowymi mówił także inny członek Rady, Jerzy Kropiwnicki. Co ciekawe, jeszcze miesiąc wcześniej Kropiwnicki twierdził, że na podstawie dostępnych danych nie widzi „powodu do rewizji poziomu stóp w ciągu kolejnych 24 miesięcy”, zastrzegając przy tym, że „zdanie to może ulec zmianie wraz z napływem kolejnych informacji, szczególnie w listopadzie” (cytat za PAP).
Wyższe ceny surowców, szybki wzrost PKB
Choć władze monetarne starają się nie przykładać większej wagi do cen surowców (czynnik zewnętrzny, często przejściowy), to jednak wzrost ich kosztów z czasem powoduje również przyspieszenie presji inflacyjnej w całej gospodarce. Od lipcowych prognoz NBP indeks cen metali przemysłowych (miedź, aluminium, ołów, cyna, cynk, nikiel) na londyńskiej giełdzie LMEX wzrósł o 20 proc. i jest na najwyższym poziomie od ponad 4 lat.
Bardzo wyraźnie zwyżkowały również notowania ropy naftowej. Jej odmiana Brent zdrożała od połowy roku o prawie 30 proc., przekraczając wyraźnie granicę 60 dol. za baryłkę i osiągając przy tym najwyższe poziomy od maja 2015 r. Ten element również powinien przełożyć się na wzrost prawdopodobieństwa przekroczenia celu inflacyjnego w horyzoncie prognoz NBP.
Warto także zwrócić uwagę, że pierwsze dwa kwartały roku charakteryzowały się wzrostem gospodarczym w okolicach 4 proc. r/r. W trzecim kwartale natomiast PKB przyspieszył według konsensusu ekonomistów do poziomu 4,5 r/r (ankieta Bloomberg). Prawdopodobnie jest to zdecydowanie powyżej potencjału polskiej gospodarki (o ok. 1,0-1,5 pkt proc.). Tak szybki rozwój zwiększa ryzyko przegrzania gospodarki i wystąpienia dodatkowej presji inflacyjnej. W rezultacie jest to również argument do zmiany nastawienia Rady z neutralnego na takie, które zacznie sugerować podniesienie stóp procentowych w najbliższych dwóch-trzech kwartałach.
Idealny moment? Wpływ na złotego
Ostania modyfikacja poglądów przez dwóch członków RPP (Kropiwnicki, Osiatyński) zwiększa szansę, że dołączą oni do trzech innych przedstawicieli (Eugeniusz Gatnar, Łukasz Hardt, Kamil Zubelewicz) dziesięcioosobowej Rady, którzy od dłuższego czas sugerowali wcześniejszej od konsensusu podwyżki stóp procentowych.
Bardziej symetryczne rozłożenie opinii w krajowych władzach monetarnych powinno spowodować zmiany w przekazach z posiedzeń RPP. Mogą one sugerować rosnące szanse zacieśnienia polityki pieniężnej w scenariuszu nasilającej się presji inflacyjnej. Środowe posiedzenie, biorąc pod uwagę nowe prognozy makroekonomiczne NBP czy czynniki zewnętrzne, może więc być idealnym momentem do szerszych zmian w przekazie Rady. W przypadku spełnienia się tego scenariusza byłby to również pozytywny sygnał dla złotego, który mógłby sprowadzić wycenę euro do okolic 4,20 zł, a franka poniżej 3,62 zł, czyli do najniższych poziomów od drugiej połowy stycznia 2015 r.
Według szacunków zawartych w raporcie „Rynek sponsoringu sportowego 2017”, wydatki przedsiębiorstw w 2016 roku związane z zakupem praw sponsoringowych wyraźnie przekroczyły pułap 800 mln zł. Partnerem raportu jest Havas Sports & Entertainment (Havas Media Group).
Według szacunkowych danych, w 2016 roku rynek sponsoringu sportowego w Polsce osiągnął wartość 832 400 000 złotych. Prognozy zakładają, że jego wartość na przestrzeni najbliższych lat będzie systematycznie rosnąć, a w roku 2020 osiągnie on poziom zbliżony do miliarda złotych.
Raport wskazuje, że prawie połowa środków inwestowanych przez sponsorów w sport trafia do klubów sportowych. Wśród najbardziej skomercjalizowanych dyscyplin wiodącą pozycję mają: piłka nożna (26,3%) oraz siatkówka (22,1%). Natomiast jako podmioty sponsorujące największy udział w rynku mają branże: energetyczna (19,7%), paliwowa (18,7%) i chemiczna (7,9%).
– W raporcie szacujemy wartość tegoż rynku na około 832 miliony złotych. To suma wszystkich kontraktów sponsoringowych zawartych w minionym roku. I mimo, iż notujemy niemal stały wzrost i nic nie zapowiada zmiany tej tendencji, to ta kwota jednak nie jest duża. Stanowi zaledwie 10% wydatków reklamowych, a dodatkowo firmy, których wydatki reklamowe są największe, nie znajdują się na liście największych sponsorów. Na sponsoring sportu zdecydowanie najwięcej wydają spółki z udziałem Skarbu Państwa, w Top 20 sponsorów sportu w naszym zestawieniu aż 11 firm to właśnie takie spółki. Jednocześnie mamy tutaj klasyczny przykład długiego ogona, bo 20 największych sponsorów odpowiada za aż 67,8% wydatków. To pokazuje, że biznes prywatny nie może lub nie chce wziąć na siebie ciężaru finansowania sportu w znacznym stopniu – komentuje Aleksandra Marciniak, dyrektor zarządzająca Havas Sports & Entertainment w Havas Media Group.
Wydatki na zakup praw sponsoringowych w ramach branż
Raport „Rynek sponsoringu sportowego 2017” powstał dzięki kooperacji firm świadczących usługi dla właścicieli praw sponsoringowych oraz sponsorów, tj. EVolutio, Havas Sports & Entertainment (Havas Media Group), Sponsoring Insight, SportWin.
Opracowanie zawiera kluczowe informacje nt. rynku praw sponsoringowych, m.in. jego szacunkową wartość w roku 2016, dystrybucję wolumenu rynku pomiędzy: dyscypliny sportu, kategorie kontrahenta oraz rodzaj zawartych kontraktów sponsoringowych. Autorzy raportu podjęli również próbę oceny perspektyw rozwoju rynku. Istotną część raportu stanowią dane bazujące na deklaracjach uczestników rynku sponsoringu sportu, takie jak np. postrzegana dynamika jego rozwoju, czynniki decydujące o wyborze aktywów sponsoringowych czy też ocena atrakcyjności praw sponsoringowych.
Raport miał swoją premierę podczas konferencji „Sponsoring i marketing sportowy”, a całość opracowania można pobrać na stronie www.sponsoringinsight.pl.
Już 2,1 mln Polaków korzysta z prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, zapewniając sobie profilaktykę, dostęp do szybkiej diagnozy i terapii, bez konieczności stania w długich kolejkach.
Jak wynika z najnowszych danych Polskiej Izby Ubezpieczeń, liczba osób z polisą zdrowotną wzrosła po II kw. 2017 r. aż o 26 proc. Zdecydowaną większość nadal stanowią osoby z ubezpieczeniem grupowym, najczęściej zapewnianym przez pracodawcę. Jednak najbardziej dynamicznie (aż o 58 proc. rok do roku) rośnie liczba osób ubezpieczających się indywidualnie.
Polacy szukają pomocy na własną rękę
Zdrowie jest nadrzędną wartością dla niemal 60 proc. Polaków[1]. Z powodu niskich państwowych nakładów, wydajemy na zdrowie coraz więcej pieniędzy prywatnych i szukamy nowych sposobów na zapewnienie sobie i najbliższym wysokiej jakości świadczeń medycznych. Polska jest wśród krajów, które wydają na opiekę zdrowotną najmniej – to zaledwie 4,4 proc. PKB. Średnia unijna to blisko 8 proc.
Mimo gotowości do współpłacenia z usługi medyczne, większość środków wydajmy nieefektywnie, nierzadko na środki i procedury medyczne o nieudowodnionej skuteczności.
– Z prywatnej kieszeni na opiekę zdrowotną wydajemy ponad 35 mld zł, a według niektórych raportów nawet blisko 40 mld złotych – mówi Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń – W Polscebrakuje systemowych rozwiązań, które ułatwiałyby efektywne zarządzanie tymi funduszami. Doświadczenia wielu krajów wskazują, że najlepszym, najbardziej skutecznym i dostępnym dla większości społeczeństwa sposobem na zarządzanie budżetem zdrowotnym są ubezpieczenia, które dodatkowo wpływają na zmniejszenie kolejek w publicznej opiece zdrowotnej – dodaje.
Antidotum na kolejki
Wydłużanie się kolejek w publicznym systemie spowodowane jest rosnącym zapotrzebowaniem na świadczenia opieki zdrowotnej. Powstaje ono w wyniku starzenia się społeczeństwa – wchodzenia osób z tzw. wyżu demograficznego w okres zwiększonego zapotrzebowania na opiekę zdrowotną. Wpływ na koszty opieki zdrowotnej ma także pojawianie się coraz nowszych i droższych leków oraz innych technologii medycznych. Dodatkowo całkowicie bezpłatny i słabo regulowany dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej wpływa m.in. na nadmierne wykorzystywanie publicznej opieki zdrowotnej przez część pacjentów.
Reforma opieki zdrowotnej powinna uwzględniać wprowadzenie mechanizmów, które pozwolą ludziom brać sprawy we własne ręce i ubezpieczać się prywatnie – mówi Dorota M. Fal.
Efektywna opieka medyczna to zysk dla pracodawcy i państwa
Mimo braku odpowiednich regulacji, sprzyjających rozwojowi rynku prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych w Polsce, liczba ich zwolenników rośnie. Wśród nich są nie tylko osoby prywatne, ale również pracodawcy, którzy dostrzegają wartość w szerokiej dostępności do świadczeń w ramach prywatnej opieki medycznej dla pracowników. Dla przedsiębiorców i dla budżetu Państwa każda choroba pracownika to koszty. Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne jest więc inwestycją w pracę bez przestojów, zwolnień i o dużej efektywności.
Dane o rynku ubezpieczeń zdrowotnych w Polsce po II kw. 2017 r.
Trump on tour, pierwsze zgrzyty przy reformie podatkowej, Carney o pułapce brexitu.
Czas na Koreę
Trwa azjatyckie tournee Donalda Trumpa. Amerykański prezydent najpierw odwiedził Japonię, gdzie był gościem Shinzo Abe. Pierwsze komentarze sugerują, że wizyta przebiegła zgodnie z planem. Obaj przywódcy potwierdzili wspólny sojusz i zadeklarowali wzajemne wsparcie w kwestiach bezpieczeństwa. Trump był również zadowolony z rozmów dotyczących wzajemnego handlu i wiele wskazuje na to, że mimo obaw ta kwestia nie poróżniła znacząco obu stron. Dzisiaj prezydent USA odwiedzi Koreę Południową. Można się spodziewać, że wizyta w Seulu zostanie w pełni zdominowana przez temat północnego sąsiada gospodarza. Do tej pory podróż Trumpa wpływa przede wszystkim na azjatyckie rynki, zwłaszcza na giełdę w Chinach.
Zaczyna się przeciąganie liny
Dla dolara znacznie ważniejsze jak na razie są wydarzenia w amerykańskim kongresie. Trwa tam batalia o kształt nowej reformy systemu podatkowego. Obóz prezydencki ma świadomość sprzeciwu znacznej części środowiska dlatego tak zależy mu na czasie by przeciwnicy nie zdążyli się skonsolidować, jak to miało miejsce w przypadku choćby Obamacare. Już wczoraj demokraci zasypali projekt całą masą poprawek, co może sugerować, że będą starali się grać na czas. Taka przedłużająca się niepewność zapewne będzie ciążyć dolarowi. Inwestorzy, choć ich zapał znacząco osłabł, wciąż wiele sobie obiecują po tej reformie. Jak na razie kurs EURUSD kieruje się na południe, dolar w stosunku do euro nie był tak mocny od połowy lipca.
Obawy Carneya
Udany początek tygodnia zalicza funt brytyjski, który wyraźnie się umacnia na szerokim rynku. Szczególnie dobrze to widać na parze EUR/GBP, gdzie kurs powrócił już do poziomu 0,88 £. Optymizm studzi jednak wczorajsza wypowiedź szefa BoE Marka Carneya. Zauważył on, że brexit może doprowadzić do sytuacji, w której z jednej strony gospodarka będzie potrzebowała stymulacji w postaci cięcia stóp procentowej. Z drugiej jednak obecny niski poziom stóp, połączony z wysoką inflacją zwiążą bankowi centralnemu ręce. Już teraz BoE pomimo problemów z dynamiką PKB zdecydowało się na podniesienie kosztu pieniądza, by nie dopuścić do wzrostu inflacji powyżej 3%. A warto pamiętać, że Brytyjczycy cały czas pompują na rynek świeże funty, co w szerszej perspektywie może tylko pogłębić problemy z inflacją.
Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Bitcoin, jeszcze niedawno waluta komputerowych maniaków, właśnie przekroczył granicę 5000 USD. I nic nie wskazuje na to, że to jest szczyt jego możliwości.
Gdybyśmy równo dziewięć lat temu zainwestowali złotówkę w Bitcoina (BTC), dziś mielibyśmy ponad 8 mln zł. Tak samo spożytkowana średnia pensja z tamtego okresu, dałaby nam teraz mocne pierwsze miejsce na liście najbogatszych Polaków.
Czym jest ten cały bitcoin, waluta bez państwa, banku centralnego i jakiejkolwiek fizycznej postaci? A przede wszystkim co sprawia, że zaczynając kilka lat temu od wyceny na poziomie poniżej jednej dziesiątej centa amerykańskiego, doszedł dziś do poziomu kilku tyś. USD i nic nie zapowiada, by ten wzrost miał się zakończyć?
Matematyczni górnicy
Bitcoin (BTC) to rodzaj wirtualnej waluty – kryptowaluty, wprowadzonej w 2009 r. przez tajemniczego Satoshi Nakamoto, pod którym to pseudonimem może ukrywać się cała grupa programistów, matematyków i marketingowców. Lub jedna osoba. W rzeczywistości każda „moneta” to ciąg znaków stanowiących zaszyfrowany kod, który można przekazywać innym osobom czy instytucji dokonując w ten sposób płatności.
BTC można zdobyć na dwa sposoby. Pierwszy to pozyskanie go niejako u źródła. Polega to na prowadzeniu przy pomocy specjalnego oprogramowania, skomplikowanych obliczeń matematycznych, za pomocą których weryfikujemy transakcje uczestinków sieci BTC. Praca na rzecz sieci losowo generowanymi bitcoinami. Ze względu na poziom trudności, czasochłonność i element losowy, działania takie porównywane są do poszukiwań złota i nazywane miningiem (kopaniem). By zwiększyć szanse na sukces i obniżyć koszty zakupu specjalnych koparek – komputerów przystosowanych do prowadzenia tych obliczeń, górnicy – tak jak sto lat temu w Klondike – organizują czasami konsorcja wydobywcze. To chyba najlepiej pokazuje, że wydobycie z czeluści Internetu nowych bitcoinów nie jest sprawą prostą.
O wiele łatwiej zdobyć je po prostu na rynku, kupując na jednej z działających giełd lub przyjmując zapłatę nimi za jakąś usługę czy produkt. W takim przypadku ważne jest to, że system jest jednym z bezpieczniejszych w internecie, jest też całkowicie otwarty, można w nim prześledzić losy każdego Bitcoina. Dzięki temu nie ma mowy o oszustwach, kradzieżach czy fałszerstwach. To trochę tak, jakby podpisać wszystkie banknoty w portfelu.
Ten wysoki poziom bezpieczeństwa jest jednym z czynników decydujących o popularności BTC. Drugim jest rosnąca liczba miejsc, gdzie możemy się nim posłużyć. To już nie tylko platformy z grami internetowymi, jak jeszcze kilka lat temu. Dziś zapłatę w BTC akceptuje coraz więcej sklepów i wszelkiego innego typu serwisów w sieci. Można nim też płacić w coraz większej liczbie miejsc w realu: sklepach, kawiarniach itp., a od przyszłego roku również niektóre podatki w Szwajcarii. Ta lista wydłuża się w błyskawicznym tempie, które w dodatku stale przyspiesza.
Mocne podstawy wzrostu
I właśnie ta rosnąca popularność przesądza o coraz wyższych wycenach Bitcoina. Z kolei fakt, że jest ona wciąż stosunkowo mała, gwarantuje, że jeszcze długo ich wzrost będzie miał solidne podstawy. Jak bowiem wyjaśniają specjaliści, waluta ta ma wbudowany w swą konstrukcję absolutnie skuteczny mechanizm antyinflacyjny.
Maksymalna liczba Bitcoinów, które mogą pojawić się na rynku to 21 milionów – tłumaczy Tomasz Brach, ekspert ds. tradingu z easyMarkets. Nie ma tu żadnego banku centralnego, który zwiększałby podaż pieniądza w celu osiągnięcia celu inflacyjnego, lub dodrukowywał pieniądze z innego powodu. Nie ma państwa, które może wpaść w kryzys, albo zostać spustoszone przez wojnę. Nie ma polityków, polityki fiskalnej i podatków – wyjaśnia Tomasz Brach.
Pod tym względem Bitcoin bardziej niż tradycyjne waluty przypomina złoto. Z tym, że złotem nie możemy tak naprawdę za nic zapłacić, a już na pewno nie za latte w modnej kawiarni. Jeśli dodamy do tego, że przekazanie Bitcoinów w dowolne miejsce na świeci to dziś prawdopodobnie najtańsza, i najszybsza forma przelewu, to łatwo zrozumieć, czemu świat oszalał na jego punkcie, a coraz więcej osób traktuje go jako znakomitą inwestycję. Bo w sytuacji ograniczonej podaży, rosnący popyt może oznaczać tylko jedno – wzrost ceny w długiej perspektywie.
Oczywiście dynamiczny wzrost, jakiego doświadcza Bitcoin, wiąże się też z dużymi wahaniami kursowymi, a więc i dużym ryzykiem. Pod tym względem zmienności BTC przypomina bardziej niewielką spółkę giełdową niż inne waluty – zwraca uwagę Tomasz Brach. Dzienne zmiany sięgają tu nawet 10 proc., podczas gdy na rynku walutowym ruch o 1 proc. to już bardzo dużo – dodaje specjalista i wyjaśnia, jak można uniknąć ryzyka straty, na tak rozchwianym rynku.
Uważam, że zamiast kupować bezpośrednio Bitcoina, lepiej zainwestować w oferowany przez easyMarkets kontrakt CFD, który dokładnie replikuje cenę BTC. Ze względu na dużą zmienność, cenną funkcjonalnością naszej platformy jest gwarantowany poziom Stop Loss, który w sytuacji niekorzystnego ruchu cen ochroni nas przed nieplanowanymi stratami – wyjaśnia Tomasz Brach.
Inwestycja na dynamicznym, perspektywicznie wzrostowym rynku, z wykorzystaniem narzędzi ograniczających ryzyko straty, czy to nie brzmi zachęcająco?
Niektórzy starają się porównywać Bitcoina ze złotem, ponieważ jego podaż jest ograniczona. Powołując się na ograniczoną podaż do 21 milionów oraz inflację spodziewają się nieustannego wzrostu ceny. Założenia są doskonałe, w ostateczności banki centralne „rozwadniają” walutę, dlatego aktywa finansowe w długim terminie powinny zyskiwać na wartości (nominalnie).
Jednak założenie o ograniczonej podaży Bitcoina jest żmudne i nieprawdziwe. Dlaczego? O tym mogliśmy przekonać się kilka tygodni temu. Pomijając aspekty technologiczne o „blockchainie” oraz rozbiciu bloku na dwa przyjrzyjmy się co się stało podczas powstania nowej waluty Bitcoin Cash.
Każdy użytkownik, który posiadał normalnego Bitcoina otrzymał Bitcoin Cash. Aby lepiej zrozumieć ideologię podziału posłużymy się zwykłym splitem akcji 2-1. Split 2-1 oznacza, że posiadając 100 akcji firmy po podziale mamy 200. Czy coś się zmieniło? I tak i nie, wszyscy użytkownicy otrzymali więcej akcji, jest ich więcej w obrocie. Przed podziałem w obrocie było 1000 akcji, teraz jest 2000 akcji. Teoretycznie cena akcji powinna się dostosować. Załóżmy, że jedna akcja firmy kosztowała 100 USD (przed podziałem), zatem wartość rynkowa firmy wynosiła 100 USD x 1000 akcji = 100 000 USD. Po podziale akcji wartość akcji powinna wynosić 50 USD, tak aby wartość rynkowa również wynosiła 100 000 USD, zatem 2000 akcji x 50 USD = 1000 USD.
Prosta matematyka. Powracając do naszego Bitcoina i Bitcoin Cash, co się właściwie stało? Dokładnie to samo co z podziałem akcji, wartość została rozwodniona, czyli podaż została zwiększona o 21 milionów. Teoretycznie powinniśmy zobaczyć spadek ceny Bitcoina przy każdym forku, ale tak się prawdopodobnie nie stanie. Spekulanci zaczęli przechowywać Bitcoina, ponieważ oczekują, że dostaną za darmo kolejną kryptowalutę.
Jednak na tym się nie skończyło. 24 października doszło do kolejnego podziału Bitcoina, ale nikt nie mówi o zwiększonej podaży o 21 milionów (w długim terminie). Powstał Bitcoin Gold i nie ma nic wspólnego ze złotem – jak niektórzy myśleli. Reasumując, z powietrza wykreowano miliony monet. Czy cena Bitcoina spadła? Nie, 28 września ogłoszono podział kryptowaluty. W tamtym momencie Bitcoin kosztował 4180, natomiast do 24 października cena pokonała barierę 6000 USD.
Źródło: Inflation.us
Okazuje się, że podaż Bitcoina wzrosła do 63 milionów. Z kolei na 18 listopada zapowiedziano kolejny podział na Bitcoin 2x. Czyżby główna zaleta opisywanej kryptowaluty przestała mieć jakiekolwiek znaczenie? Jak najbardziej. Niemniej jednak podział Bitcoina, tak samo jak i akcji nie zawsze wpływa na spadek ceny. Badania statystycznie udowodniły, że po podziale akcje często zyskują na wartości.
Oczekiwane reinwestycje środków przez EBC dały pole do niewielkiego spadku rentowności obligacji w Europie. Oczekiwania na rychłe uchwalenie reform podatkowych w USA pomagają umacniać dolara.
Rynek walutowy i stopy procentowej
Poniedziałek 6-tego listopada przyniósł niewielką aprecjację dolara wobec euro (kurs EUR/USD na koniec sesji europejskiej zszedł nieco poniżej 1,16) oraz stabilne notowania kursu EUR/PLN, który pozostawał blisko 4,24. Efektem tego była również względna stabilizacja kursu USD/PLN w okolicach 3,66.
Głównym wydarzeniem dnia na rynku walutowym była publikacja nowych zamówień w przemyśle niemieckim we wrześniu, które pomimo, że znacząco pobiły oczekiwania rynkowe (1% w skali miesiąc do miesiąca wobec oczekiwań na poziomie -1,5% oraz 4,1% poprzednio – po rewizji z 3,6%) nie były jednak w stanie pomóc wspólnej walucie w relacji do dolara. Od czasu ostatniego posiedzenia EBC, na którym zaprezentowano bardzo gołębią formułę wychodzenia z ekspansji ilościowej, euro stopniowo traci na wartości wobec dolara. Umocnieniu dolara zarówno wobec euro jak i złotego pomaga jastrzębi Fed, który jest zdeterminowany podwyższać stopy procentowe w 2017 oraz 2018 roku nawet przy słabo rosnącej inflacji oraz pozytywne sygnały płynące z Kongresu odnośnie możliwości uchwalenia reform podatkowych zapowiadanych w kampanii przez D. Trumpa, które pobudzają oczekiwania prowzrostowe i proinflacyjne w USA. Oczekujemy, że do końca 2017 roku EUR/USD osiągnie poziom 1,14.
Kurs EUR/PLN również nie zareagował na mocne dane z Niemiec. Również kolejne ostrzeżenia szefa Ludowego Banku Chin odnośnie „ukrytych ryzyk” jakie się czają na globalnych rynkach finansowych, oraz nawoływania do ograniczenia nadmiernego wzrostu zadłużenia chińskich przedsiębiorstw i gospodarstw domowych nie wywarły większego wpływu ani na kurs chińskiej waluty ani kursy innych walut rynków wschodzących. Od 2015 kurs EUR/PLN silnie reaguje na zmiany kursu USD/CNY jednak tym razem na obu parach walutowych panował spokój. Być może zaburzą go publikacje chińskich danych o handlu zagranicznym i inflacji jakie poznamy w tym tygodniu, ale to ewentualnie nastąpi dopiero w dalszej części tygodnia (środa, czwartek). Do tego czasu EUR/PLN powinien pozostawać względnie stabilny.
Na rynku stopy procentowej dominowały spadki rentowności, które w przypadku większości europejskich krajów nie przekraczały jednak 2pb i dotyczyły przede wszystkim papierów z dłuższym terminem do wykupu. Bacznie obserwowanym wydarzeniem, była publikacja prognoz Europejskiego Banku Centralnego w sprawie zapadających w przeciągu najbliższych dwunastu miesięcy instrumentów zakupionych w ramach programu QE. W okresie od listopada 2017 do października 2018 kwota ta wyniesie blisko 130 mld EUR. Według dostępnych danych, EBC będzie reinwestował przeciętnie blisko 12,5 mld EUR miesięcznie z zapadających obligacji. Kwota ta będzie powiększała miesięczne zakupy EBC, które od początku przyszłego roku spadną do 30 mld EUR z obecnych 60 mld EUR.
Polska krzywa dochodowości podążała w podobną stronę jak rynki bazowe, notując niewielki spadek rentowności papierów z dłuższego końca. Nieznacznie odbiły jednak notowania obligacji z krótszego krańca krzywej SPW, co może świadczyć o ich relatywnie wysokich wycenach po tym jak pod koniec października instrumenty 2-letnie osiągały rentowności bliskie 1,60%. Za dalszym wzrostem rentowności obligacji krótkoterminowych (oprócz korekty silnych spadków) powyżej 1,70% przemawiać może środowe posiedzenie RPP podczas którego prezentowane będą nowe projekcje NBP dla wzrostu PKB oraz inflacji.
Autorzy: Jarosław Kosaty i Arkadiusz Trzciołek, PKO Bank Polski
Polski start-up Billon, który stworzył przełomowy system natychmiastowych płatności walutami narodowymi oparty o technologię blockchain otrzymał prawie 4,5 mln zł dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju
w ramach programu Inteligentny Rozwój. Otrzymane pieniądze firma planuje przeznaczyć na rozwój technologiczny swojego systemu.
Billon to firma, która pierwsza na świecie opracowała system obsługi płatności pieniądzem elektronicznym opartym o blockchain, przeznaczonym do realizacji szybkich mikro – płatności. Firma otrzymała dofinansowanie od NCBiR na rozwój tego rozwiązania dla klientów niepełnoletnich, w szczególności do wykorzystania w grach oraz innych rodzajach wydawnictw cyfrowych, a więc tam, gdzie celowe może być wprowadzenie płatności o bardzo małej wartości – gdzie kwoty będą liczone w pojedynczych groszach, eurocentach, pensach czy innych walutach narodowych. Dotychczasowe rozwiązania płatnicze nie umożliwiają płatności o tak niskiej wartości, ponieważ koszt technologiczny ich obsługi znacząco przewyższa wartość transakcji, czyniąc je nieopłacalnymi.
– Istotną cechą planowanego systemu płatności będzie wysoki poziom bezpieczeństwa wrażliwych danych przechowywanych w chmurze publicznej. Aby go osiągnąć technologia opracowana w ramach projektu będzie wykorzystywać najnowsze metody kryptograficzne, autorskie metody zabezpieczeń kluczy prywatnych oraz autorskie sposoby przechowywania danych. Planujemy również wprowadzić zautomatyzowane umowy pomiędzy stronami, zapisując w naszym blockchainie znane już z innych systemów, ale szybsze i lepiej działające smart contracts. W wyniku prac powstanie prototypowe rozwiązanie informatyczne zintegrowane z systemem płatności działającym w chmurze oraz przetestowane w warunkach rzeczywistych. – mówi Andrzej Horoszczak, założyciel i prezes firmy.
Przed firmą są dwa duże wyzwania. Po pierwsze Billon planuje wprowadzić do swoich rozwiązań escrow (zaszyfrowany rachunek powierniczy do prowadzenia transakcji, gdy jedna strona jest offline) Po drugie chce unowocześnić smart contracts, oparte
o blockchain stosunki prawne, które są automatycznie tworzone, monitorowane
i egzekwowane bez konieczności korzystania z pośredników, jak np. notariusze czy kancelarie prawne. Z tego właśnie powodu chce zatrudnić więcej osób i nawiązać współpracę ze szkołami wyższymi. Biznesowym celem firmy jest dalszy rozwój platformy do gamingu, dla osób poniżej 13 roku życia, które nie posiadają konta bankowego ze względu na wymogi prawne.
To już drugie dofinansowanie Billon z NCBiR. Wcześniej firma otrzymała 150 tys. zł
ramach programu GO_GLOBAL na przygotowanie strategii ekspansji międzynarodowej. Ostatnio Billon otrzymał także 100 tysięcy dolarów z funduszu dla startupów Fintech 71, które przeznaczy na rozwój swoich rozwiązań w USA. Wśród innych dotychczasowych grantów, Billon otrzymał m.in. 2 miliony euro z prestiżowego programu Komisji Europejskiej Horizon 2020 za rewolucyjny potencjał wykorzystania technologii dla bezpośrednich płatności.
W Polsce jest duży wybór ofert pracy, firmy są otwarte na młodych, a zespoły chętne do integracji – wyliczają atuty zatrudnienia cudzoziemcy, którzy pracują w naszym kraju. Polska, zwłaszcza w branży nowoczesnych usług biznesowych, jest dla nich zawodowym rajem – wynika z raportu Monster Talent Sourcing Services „Skuteczne sposoby na rekrutacje językowe”. Lista powodów jest długa.
Rekordowo niskie bezrobocie
Stopa bezrobocia w Polsce wciąż spada. We wrześniu br. – według szacunków Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych – obniżyła się o kolejne 0,2 proc. do 6,8 proc. To właśnie rekordowo niskie bezrobocie przyciąga do nas młodych pracowników z Hiszpanii, Włoch, Grecji, Portugalii czy Francji. Raport Monster Talent Sourcing Services „Skuteczne sposoby na rekrutacje językowe” pokazał, że połowa badanych cudzoziemców, pracujących obecnie w Polsce, wcześniej była zatrudniona w innych krajach – w Wielkiej Brytanii, we Francji, Niemczech, a nawet Kanadzie, czy USA. To oznacza, że pracę w Polsce wybierają często osoby mające doświadczenie w wielokulturowych firmach. Są świadome, że polski rynek pracy jest w doskonałym momencie.
Osoby, które przeżyły zwolnienia w walczącej z kryzysem gospodarczym Grecji czy Włoszech, wiedzą, że w Polsce mają szansę na atrakcyjne stanowisko. W ich rodzimym kraju mogła ich czekać nie tylko degradacja czy strata pracy, ale również problem ze znalezieniem nowej.
– Jeśli chodzi o Unię Europejską – często powodem relokacji są przesłanki prywatne. W przypadku pracowników z Włoch czy Hiszpanii jest to trudna sytuacja na lokalnym rynku pracy. Włosi i Hiszpanie odczuwają kryzys u siebie, więc przyjeżdżają do Polski i tu szukają zatrudnienia – mówi specjalista ds. HR i rekrutacji w firmie BPO, zatrudniającej 3000 pracowników.
Skuteczne poszukiwania
Cudzoziemcy dostrzegli, że w naszym kraju można znaleźć pracę nie tylko dzięki doskonałym wskaźnikom gospodarczym. Uważają, że skuteczne poszukiwania zapewniają im znajomi i rodzina (dla 62 proc. badanych był to najskuteczniejszy kanał rekrutacji), serwisy z ogłoszeniami o pracę (51 proc.) oraz biznesowe serwisy internetowe (42 proc.). Cudzoziemcy czują się u nas potrzebni i przekazują sobie informacje o Polsce, jako o miejscu, w którym zatrudnienie znajdują zwłaszcza osoby ze znajomością języków obcych (m.in. angielskim, niemieckim, francuskim, włoskim, hiszpańskim i wieloma innymi).
– Obcokrajowcy szukają zatrudnienia w Polsce wielokanałowo, dlatego warto prezentować ofertę pracy i informacje o pracodawcy w różnych miejscach, by w ten sposób zwiększyć rozpoznawalność firmy oraz szybciej zamykać procesy rekrutacyjne – radzi Aleksandra Pocheć, Konsultant w Monster Talent Sourcing Services.
Krótki czas rekrutacji
Okazuje się, że prawie połowa badanych obcokrajowców stwierdziła, że powodem zadowolenia z rekrutacji jest krótki czas jej trwania. Przeciętny proces rekrutacyjny trwa od 3 tygodni do 3 miesięcy. Ponadto 20 proc. podkreśliła, że miała dobry kontakt z osobą pośredniczącą w zatrudnieniu. To pokazuje, jak ważne jest nawiązane współpracy z doświadczonym rekruterem.
– W przypadku rekrutacji kandydatów z zagranicy warto postawić na partnera zewnętrznego. Powinien on mieć wiedzę o lokalnym rynku zatrudnienia i znać specyfikę pracy w branży nowoczesnych usług biznesowych w Polsce. Kluczowe jest też posiadanie obszernej bazy kandydatów gotowych do relokacji – mówi Aleksandra Pocheć, Konsultant w Monster Talent Sourcing Services.
Szansa zdobycia doświadczenia
Obcokrajowcy uważają, że Polska potrzebuje zarówno początkujących w branży, jak i doświadczonych managerów. Aż 75 proc. uznało, że praca w Polsce daje możliwość zdobycia doświadczenia zawodowego, a 46 proc. uważa, że jest to również szansa na awans w karierze.
– Obcokrajowcy cenią Polskę, bo jest dla nich miejscem otwartym na młodych pracowników bez znajomości języka polskiego. Wysoko oceniają poszanowanie odmienności kulturowej w firmach oraz wielokulturowe zespoły. To te czynniki warto podkreślić tworząc ogłoszenie o pracę – mówi Aleksandra Pocheć, Konsultant w Monster Talent Sourcing Services.
Integracja
W przypadku, gdy obcokrajowiec przyjeżdża do Polski bez rodziny, proces integracji rozpoczyna się właśnie na polu zawodowym. Większość cudzoziemców podkreśla, że pracodawcy pomagają im zaaklimatyzować się w kraju. Z badań wynika, że aż 73 proc. obcokrajowców otrzymało wsparcie od firm na początku ich pracy w Polsce.
Niskie koszty życia
Choć cudzoziemcy uważają, że płace w Polsce mogłyby być wyższe, to jednocześnie za atut uważają niskie koszty życia w kraju. Takiego zdania było aż 68 proc. badanych. To spory plus na rzecz Polski, gdyż jedną z pierwszych kalkulacji, jaką obcokrajowiec robi myśląc o wyjeździe, jest zestawienie zarobków i koszów życia.
7. Awans
Ogromnym plusem dla młodych ludzi jest możliwość rozwijania swoich umiejętności zawodowych w dużych środowiskach międzynarodowych i realna szansa na awans. Aż 46 proc. badanych ma poczucie, że praca w Polsce dale im szansę na rozwój kariery. Poza tym pracownicy doceniają, że mogą poszerzyć swoje kompetencje językowe. Oceniając organizacje, w których już pracują, zaznaczają, że praca daje im możliwość rozwoju kwalifikacji i kreatywności – w skali wynoszącej dziesięć punktów ten wskaźnik wyniósł siedem punktów. Cudzoziemcy czują, że pracodawcy realnie w nich inwestują. To z kolei jest impulsem do pracy.
Praca w Polsce daje satysfakcję. W badaniach, w dziesięciostopniowej skali wyniosła ona 7,75 punktów. To bardzo dobra informacja z punktu widzenia pracodawców, którzy zatrudniają młodych pracowników. Dla przedstawicieli z pokolenia Z – satysfakcja – to jeden z czynników decydujących o związaniu się z firmą na dłużej. Brak satysfakcji oznacza rozstanie z pracodawcą.
Szacunek pracodawcy i zespołu
Z badań wynika, że obcokrajowcy cenią pracę w naszym kraju ze względu na ludzi. W dziesięciopunktowej skali – na 8,4 punkty cudzoziemcy ocenili poszanowanie współpracowników dla odmienności kulturowej. Z kolei 7,9 punktów w tej skali otrzymali pracodawcy. Pracownicy doceniają, gdy firmy organizują np. dni kultury Włoch, oferują bilety na festiwal kina francuskiego albo zapraszają na spotkanie integracyjne z kuchnią hiszpańską.
Polska jest także dobrym punktem na zawodowej ścieżce, z innych powodów… sercowych. Z badań wynika, że 40 proc. wybiera Polskę z powodu pracy, a 38 proc. ze względu na miłość – jeśli te czynniki będą na siebie intensywnie oddziaływać, jest szansa, że cudzoziemiec uzna nasz kraj nie tylko za atrakcyjny przystanek zawodowy, ale i docelowy miejsce życia.
Dane pochodzą z raportu Monster Talent Sourcing Services „Skuteczne sposoby na rekrutacje językowe”, wykonanego przez ośrodek PMR Consulting & Research w lipcu i sierpniu 2017 roku.
Wrocław już po raz czwarty stał się stolicą najnowszych technologii. W dniach 25 i 26 października odbyła się czwarta edycja konferencji rozproszonej „Fabryka Przyszłości – w drodze do Przemysłu 4.0”. To nowatorskie i największe wydarzenie w Polsce, które w kompleksowy sposób prezentuje ideę Przemysłu 4.0., organizowane jest przez cztery wiodące firmy w dziedzinie nowych technologii produkcji: Wago, Balluff, Fanuc i Lapp Kabel. Twórców i organizatorów konferencji łączy innowacyjność produktów oraz lokalizacja – dynamicznie rozwijająca się stolica Dolnego Śląska.
1 z 6
Znakiem rozpoznawczym konferencji jest jej podział na dwie części, sesję plenarną, która odbyła się w tym roku we Wrocławskim Centrum Kongresowym przy Hali Stulecia oraz trzy sesje technologiczne w siedzibach organizatorów.
Podczas sesji plenarnej, przedstawiono konkretne przykłady, najnowsze trendy i kierunki rozwoju systemów sterowania oraz przekazano informacje jak zbudować, zmodernizować zakłady produkcyjne, aby możliwie najbardziej efektywnie i skutecznie brały udział w trwającej obecnie czwartej rewolucji przemysłowej – Przemysł 4.0. Wśród prelegentów i panelistów przedstawiciele wiodących firm m.in Robert Bosch, Opel Manufacturing Poland, Volkswagen Poznań, GEDIA Poland, PZL Sedziszów, Rhenus SILS Centre Gliwice prezentowali konkretne rozwiązania.
– Chcielibyśmy, aby nasza konferencja stanowiła inspirację płynącą z przemysłu dla przemysłu. Podobnie jak Alvin Toffler uważamy, że analfabetami XXI wieku nie będą ci, którzy nie potrafią czytać i pisać, ale ci, którzy nie będą potrafili się uczyć, oduczać i uczyć na nowo – podsumowuje Paweł Stefański, prezes zarządu firmy Balluff, głównego organizatora konferencji.
Wiele miejsca poświęcono bezpieczeństwu danych produkcyjnych i zagadnieniom współczesnego projektowania. Dyskutowano bardzo szeroko również o tak ważnej kwestii jaką jest rozwój edukacji, która powinna zapewnić odpowiednio przygotowane kadry inżynierskie i techniczne. Uczestnicy mogli się doświadczyć i przekonać się, że Przemysł 4.0 jest ogromną szansą na rozwój również polskich firm i zyskanie przewagi konkurencyjnej.
Pierwszego dnia zgodnie z tradycją zostały także ogłoszone wyniki konkursu prac studenckich – Fabryka Przyszłości. Wręczono nagrody laureatom czwartej edycji konkursu, którzy mieli okazję przedstawić najlepsze projekty, prezentującej ideę Przemysłu 4.0. Jury najwyżej oceniło koncepcję studentów Wojskowej Akademii Technicznej p. Przemysława Krogulec i p. Piotra Kalisiewicza. Drugie miejsce przyznano dwóm pracom reprezentantom Wojskowej Akademii Technicznej p. Krzysztofowi Matus oraz Wojskowej Akademii Technicznej p. Gabrielowi Raj i p. Mateuszowi Pecynie.
Drugi dzień konferencji to przede wszystkim sesje technologiczne, przeprowadzone w siedzibach organizatorów konferencji. Podczas nich zostały zaprezentowane innowacyjne rozwiązania, dzięki którym można monitorować oraz zarządzać produkcją przy jednoczesnym ograniczaniu kosztów działalności.
Inicjatorzy tego wydarzenia, przedstawili koncepcję Fabryki Przyszłości łączącej świat informacji ze światem maszyny, wskazując, że w dzisiejszych czasach jest ona koniecznością i ogromnym wyzwaniem. Jednocześnie wdrożenie takiej koncepcji pozwala na szybką produkcję krótkich serii czy wręcz pojedynczych produktów zgodnie z preferencjami zamawiającego.
Fabryka Przyszłości w drodze do Przemysłu 4.0 to nie tylko idea i rozwiązania to również prestiżowe, coroczne miejsce spotkań osób mających wpływ na rozwój i unowocześnianie fabryki. Za rok kolejna edycja tego wyjątkowego wydarzenia, na która już teraz zapraszają organizatorzy.
Po sennej sesji w Azji, Europa rozpoczyna wtorek od podkupywania dolara, odwracając wczorajszą słabość. W ruchach nie ma nic nadzwyczajnego, raczej zwykłe przepływy kapitału w tą i z powrotem w oczekiwaniu na świeże impulsy lub naruszenie czyhających gdzieś zleceń stop loss (jak wczoraj na USD/JPY). Euro pozostaje słabe, funt odreagowuje wyprzedaż z ubiegłego tygodnia, złoty pozostaje bez zmian. Mało emocjonujący kalendarz we wtorek skazuje rynki na kontynuację konsolidacji.
Bez większej reakcji przeszły wczoraj dwie sprawy – drobne postępy w pracach nad reformą podatkową i ogłoszenie odejścia Billa Dudleya z nowojorskiego Fed. W pierwszym przypadku, poprawki nanoszone do ustawy zdają się iść w stronę pozyskania jak największego poparcia dla projektu. Prace w komisji budżetowej mają potrwać do czwartku i dopiero wówczas można spodziewać się reakcji pod kątem liczenia głosów za i przeciw.
Bill Dudley, członek zarządu Fed oraz reprezentant oddziału z Nowego Jorku, potwierdził pogłoski dotyczące porzucenia obecnie sprawowanego stanowiska w „połowie 2018 roku”. Jego kadencja pierwotnie miała się zakończyć w styczniu 2019 r., a następca ma być wyznaczony w procesie przeprowadzonym przez oddział w Nowym Jorku. Główny wniosek płynący z tej decyzji, to że rośnie niepewność o skład FOMC w 2018 r., a zatem i kształt polityki monetarnej. Nie oznacza to od razu, że zarysowana we wrześniu perspektywa trzech podwyżek w przyszłym roku jest zagrożona, ale wątpliwe jest, aby rynek w takich warunkach decydował się na wyprzedzające dyskonto zacieśniania monetarnego. Pozostajemy w trybie wyceniania podwyżki stóp procentowych w grudniu (teraz 92 proc.), a dopiero gdy miniemy ten próg, rozpocznie się dyskusja o kolejnym kroku w marcu 2018 r.
Zgodnie z powszechnym przekonaniem RBA utrzymał stopę kasową na 1,50 proc. AUD znalazł przejściowe wsparcie we wzmiankach w komunikacie, że nie dokonano większych zmian w prognozach inflacji i wzrostu. Szczególnie to drugie było pokrzepiające w obliczu ostatnich rozczarowujących danych o CPI. Ale podtrzymanie optymizmu wobec wzrostu przy sygnałach spowolnienia konsumpcji (spadek sprzedaży detalicznej o 0,6 proc. od sierpnia) i niskiej presji płacowej. Ta pewność siebie finalnie wzbudziła wątpliwości rynku i dziś rano AUD/USD osuwa się niżej. Obecnie jedynie dobra postawa miedzi i rudy żelaza (pod wpływem rajdu ropy naftowej) hamuje spadki AUD, ale tło makro wspiera nasz pogląd o kontynuacji zjazdu.
We wtorek inwestorzy nie otrzymają zbyt wiele danych, na których mogliby pracować. Sprzedaż detaliczna z Eurolandu i liczba otwartych procesów rekrutacyjnych w USA będą drugorzędne. Mamy kilka wystąpień przedstawicieli banków centralnych, w tym m.in. Draghiego z ECB, Quarlesa z Fed i Poloza z BoC.
Zarząd Pragma Faktoring SA pochwalił się w raporcie okresowym za 3. kwartał 2017 rekordową wartością obrotów, przychodów, portfela i kontraktacją.
Jak czytamy w raporcie portfel Spółki wygenerował w samym 3. kwartale 160 mln gotówki i na koniec września miał wartość 142 mln, czyli wyższą o 39% r/r. Przełożyło się to na 7,1 mln zł przychodów netto, co oznacza wzrost o 29%.
„Trzeci kwartał był dla Spółki udany. Poinformowaliśmy niedawno rynek o naszej strategii i teraz możemy pochwalić się, jak szybko przynosi efekty. Rekordowe wyniki sprzedażowe o tym świadczą” – podsumowuje Prezes Zarządu Pragma Faktoring SA Tomasz Boduszek. „Zgodnie z zapowiedziami ustabilizowaliśmy poziom kosztów operacyjnych. Inwestycja w rozwój działów sprzedaży i obsługi została zrealizowana, co pozwoli wykazywać rosnącą rentowność spółki” – komentuje Tomasz Baduszek.
Faktycznie jednostkowy zysk netto Pragmy Faktoring wyniósł w tym okresie 1,3 mln zł, czyli o 39% więcej niż w analogicznym okresie przed rokiem.
Wzrostowi rentowności ma sprzyjać uruchomienie fintechowego projektu w ramach wyodrębnionej struktury PragmaGO, gdzie całość procesów sprzedaży i obsługi jest realizowana w trybie on-line i wzrost skali nie będzie wymagał inwestycji w kadry. Przyniosło to efekt – w 3. kwartale spółka pozyskała o 70% więcej klientów niż przed rokiem.
Jako najważniejsze wydarzenia zarząd wymienia złożenie do KNF wniosku
o zatwierdzenie prospektu emisyjnego w związku z uchwaleniem programu publicznej emisji obligacji oraz objęcie kolejnych udziałów w spółce zależnej LeaseLink Sp. z o.o., jedynego leasingodawcę na świecie realizującego transakcje w trybie 24/7.
„W wyniku podwyższenia kapitału zakładowego Pragma Faktoring zwiększyła swój udział z 58,33% do 71,5%.” – potwierdza Tomasz Boduszek. „Fintechowy rozwój spółki przekłada się na szybkość i niskie koszty pozyskania klienta, a co za tym idzie bardzo dużą skalowalność biznesu Grupy” – mówi Tomasz Boduszek.
Złoty może zyskiwać do koszyka walut w oczekiwanie na jutrzejsze wyniki posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej, wspierany jednocześnie przez poprawę klimatu inwestycyjnego na świecie i związany z tym wzrost apetytu na ryzyko.
Wtorkowy poranek przynosi niewielkie zmiany na krajowym rynku walutowym, po tym jak wczoraj nieznacznie zyskał on do euro i dolara, równie nieznacznie osłabił się do szwajcarskiego franka i dość wyraźnie stracił do funta.
O godzinie 08:08 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2365 zł, USD/PLN 3,6530 zł, CHF/PLN 3,6550 zł, a GBP/PLN 4,8030 zł. W kolejnych godzinach polska waluta może umocnić się do koszyka walut w oczekiwaniu na środowe wyniki posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej (RPP).
Dziś rozpoczyna się dwudniowe posiedzenie RPP. Jego wyniki inwestorzy poznają w środę. Najpierw około południa zostanie ogłoszona decyzja ws. stóp procentowych, zaś o godzinie 16:00 zostanie opublikowany komunikat po posiedzeniu i rozpocznie się konferencja prasowa z udziałem członków Rady. Zważywszy, że wtorkowe kalendarium nie obfituje w ważne publikacje makroekonomiczne, a jedynymi wartymi uwagi wydarzeniami są wystąpienia bankierów centralnych, więc gra pod posiedzenie RPP wydaje się być przesądzona.
RPP nie zmieni stóp procentowych na startującym dziś posiedzeniu. Oznacza to pozostawienie stopy refinansowej na rekordowo niskim poziomie 1,50 proc. Nie zmieni ich także długo później. Rynkowy konsensus zakłada, że pierwsza podwyżka będzie miała miejsce dopiero w ostatnim kwartale 2018 roku. O tym, czy konsensus ten jest aktualny? Czy obserwowane przyspieszenie w polskiej gospodarce i skorelowana z nim wyższa od zakładanej inflacji nie zmuszą Rady do wcześniejszych działań, inwestorzy przekonaj się już jutro na konferencji prasowej po posiedzeniu, gdy razem z komunikatem zostaną upublicznione najnowsze prognozy inflacji i wzrostu gospodarczego.
Należy liczyć się z tym, że w stosunku do prognoz z lipcowej projekcji zostaną one podwyższone. Pytanie jak bardzo? przede wszystkim, jak mocno inflacja w 2019 roku znajdzie się powyżej celu na poziomie 2,5 proc.? A także, czy wypłaszczy się ścieżka wzrostu gospodarczego i po świetnym 2017, prognozowany wzrost w latach 2018 i 2019 będzie równie wysoki?
Część uczestników rynku może liczyć, że nowe prognozy inflacji i PKB wymuszą na Radzie zmianę retoryki, przez co stanie się ona nieco bardziej „jastrzębia”. W skrajnym przypadku mogłoby to wpłynąć na przesunięcie oczekiwanego terminu pierwszej podwyżki stóp procentowych z ostatniego na III kwartał 2018 roku. To zaś już wspierałoby złotego. Stąd też przed jutrzejszą publikacją wyników posiedzenia polska waluta może zyskiwać na wartości.
Samo posiedzenie natomiast raczej nie okaże się przełomowe. Prognozy inflacji i PKB owszem zostaną skorygowane w górę, to jednak RPP będzie zachowywać daleko idącą wstrzemięźliwość w kwestii zaostrzania polityki monetarnej, tak samo jak to obecnie ws. polityki monetarnej w stefie euro czynni Europejski Bank Centralny (ECB). Dlatego też wciąż można się spodziewać, że prezes Glapiński kolejny raz powtórzy, że nie widzi jeszcze powodów do podnoszenia stóp procentowych w 2018 roku, a rynek po posiedzeniu dalej będzie zakładał pierwszą podwyżkę dopiero w IV kwartale przyszłego roku. Tym samym po posiedzeniu złoty może tracić na wartości.
Dziś złotego, oprócz gry pod RPP, wspierać dodatkowo będzie poprawa klimatu inwestycyjnego na rynkach globalnych, co doskonale ilustrują wczorajsze nowe historyczne rekordy na Wall Street, czy dzisiejszy nowy 25-letni rekord japońskiego indeksu Nikkei. O tym na ile poprawa ta będzie trwała decydować będą, przy braku ważnych publikacji makroekonomicznych, wypowiedzi bankierów centralnych. W tym Mario Draghi (godz. 10:00) i Janet Yellen (godz. 21:00).
Układ sił na wykresach dziennych EUR/PLN i USD/PLN w ostatnich dniach nie zmienił się. Euro tkwi w trendzie bocznym 4,22-4,25 zł, z którego na tę chwilę większe jest prawdopodobieństwo wybicia dołem niż górą. Tym samym należy się liczyć ze spadkiem do 4,19-4,20 zł. Ten scenariusz przestanie być aktualny w momencie powrotu EUR/PLN powyżej 4,26 zł. Dolar zaś z jednej strony jest blokowany przez silne opory na 3,69-3,70 zł, a z drugiej przez wsparcia na 3,61-3,62 zł. Szanse na wzrosty i spadki oceniane przez pryzmat wykresu USD/PLN prezentują się podobnie.
Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO
Kapituła Programu AdRetail Inspirio przeanalizowała blisko 3 tys. gazetek promocyjnych, wydanych w I półroczu 2017 roku. Publikacje miały łącznie ponad 27 tys. stron. Ich powierzchnia całkowita wyniosła prawie 15 mln cm kw. Analizie poddano gazetki 4 dyskontów, 15 supermarketów, 7 hipermarketów i 10 sieci convenience. Były one porównywane, w ramach swoich segmentów, pod względem atrakcyjności rynkowej i wizualnej, oryginalności, innowacyjności, walorów estetycznych, a także funkcjonalności.
– Program AdRetail Inspirio jest odpowiedzią na potrzeby rynkowe, zarówno sieci handlowych, jak i konsumentów. Postawiliśmy sobie za cel wyłonienie najlepszych na rynku gazetek wśród dyskontów, supermarketów, hipermarketów oraz sieci convenience. Dzięki precyzyjnej i mrówczej pracy naszych ekspertów, odpowiedzieliśmy na ważne pytania, np. która z sieci ma najlepiej wyeksponowane ceny, promocje i produkty, a także czyje gazetki są najbardziej estetyczne – mówi Norbert Kowalski, przewodniczący Kapituły i Dyrektor Zarządzający Siecią AdRetail.
Przeważająca większość ekspertów wyróżniła Lidla w kategorii dyskontów. Uznano, że układ graficzny gazetek tej sieci jest bardzo przejrzysty. Ceny są jasno przypisane do produktów, a promocje – wyraźnie zaznaczone. Poza tym grupy towarowe są mocno od siebie oddzielone. Podkreślane są cechy szczególne artykułów. Same rabaty zawsze są powiązane z istotnymi informacjami na temat asortymentu. Do zakupu zachęca nie tylko obniżka, ale też konkretny przekaz. Prosta kolorystyka, duże obrazy i wyraźne cenówki wyróżniają publikacje tej sieci na tle konkurencji.
– Bardzo cieszymy się z tego, że nasze gazetki zostały uznane za atrakcyjne, przejrzyste i estetyczne. Publikacje są odpowiedzią na potrzeby oraz sugestie naszych klientów. Lubią oni szybko i łatwo pozyskiwać informacje dotyczące wysokiej jakości produktów, walorów zdrowotnych oraz atrakcyjnych, niskich cen. Wszystkie opinie konsumentów i ekspertów są dla nas bardzo wartościowe. Uważnie też weryfikujemy wyniki różnych badań. Zatem wnioski z tej analizy również wyznaczają kierunek naszego dalszego rozwoju. Wyróżnienie Kapituły oczywiście mobilizuje nas do kolejnych działań. Dobrze jest otrzymać taką informację zwrotną, która wzmacnia naszą codzienną aktywność – zapewnia Aleksandra Robaszkiewicz, PR Manager Lidl Polska.
W ocenie większości członków Kapituły, czytelność gazetek Intermarche jest wzorcowa dla innych supermarketów. Bardzo dobrze wyeksponowane ceny i upusty ułatwiają szybkie skanowanie promocji. Dużym atutem jest też powtarzalność układu publikacji, co ułatwia klientom odnajdywanie artykułów. Grafika jest im przyjazna i pozbawiona promocyjnej agresji. Ponadto, informacje o asortymencie są czytelnie przedstawione.
– Kluczowe dla nas jest dopasowanie gazetek do potrzeb klientów, dlatego nasze publikacje cechuje zwięzła komunikacja najważniejszych informacji. Konstrukcja opiera się na wynikach szeregu badań, ale też na obserwacji rynku. Ogromnie cieszy nas wyróżnienie przyznane przez Kapitułę Programu. Wskazuje ono, że kierunek, w jakim zmierzamy, jest właściwy. Nagrodę traktujemy jako impuls do dalszego, skutecznego działania – komentuje Anna Oriol, lider zespołu ds. gazetek handlowych sieci Intermarche.
Jak stwierdzili eksperci, w kategorii hipermarketów, Kaufland najbardziej atrakcyjnie i przejrzyście prezentuje produkty w swoich gazetkach. Opisy artykułów zawierają wyczerpujące informacje. Ponadto są wyszczególnione grupy cenowe promocji dla łatwego szukania okazji na każdą kieszeń. Układ publikacji jest czytelny i estetyczny. Na uwagę zasługują też wartości dodane, czyli krzyżówki, porady i przepisy.
– Stawiamy na minimalistyczną grafikę – neutralne i przejrzyste tło, duże zdjęcia i wyraźne czcionki. Zwracamy uwagę na to, aby umieszczać właściwą liczbę produktów na stronie tak, aby każdy z nich był czytelnie przedstawiony, wraz z ceną i opisem. Nasze wydawnictwo trafia do około 6 milionów gospodarstw domowych, więc stanowi jeden z ważniejszych kanałów komunikacji z klientami. Dlatego bardzo cieszy nas przyznane wyróżnienie. Tym samym zostały docenione nasze starania, które mają na celu uatrakcyjnianie wyglądu gazetki – zaznacza Krzysztof Litwinek z Biura Prasowego sieci marketów Kaufland.
Kapituła uznała też, że Żabka najlepiej eksponuje ceny i promocje w kategorii convenience. Wyróżnia je przede wszystkim nowoczesny wygląd. Produkty są przedstawione w atrakcyjny sposób. Poukładano je nie tak jak zawsze, czyli kategoriami, a posiłkami, zgodnie z porami dnia, tj. na śniadanie, obiad czy kolację. Ponadto, oddzielono artykuły przeznaczone na konkretne okazje, np. alkohole czy słodycze, od codziennych zakupów. Wszystko jest jednoznacznie skomponowane z cenami. Wyraźnie oznaczone są również hity cenowe i typy promocji, np. wielosztuki.
– Wyróżnienie jest dla nas potwierdzeniem tego, że wysiłek, jaki wkładamy w rozwój sieci, staje się widoczny także w działaniach marketingowych. Nasze gazetki są dopasowywane do potrzeb klientów. Pokazujemy w nich tylko niektóre produkty, starając się zostawić przestrzeń na wyeksponowanie cen czy dodatkowy opis. Uważamy, że przejrzysta forma przedstawiania wybranego asortymentu zdecydowanie wzmacnia impuls do zakupu – wyjaśnia Jarosław Serednicki, kierownik zespołu marki w sieci Żabka.
Zdaniem jednego z członków Kapituły, Sebastiana Starzyńskiego, wnioski, które zostały zawarte w raporcie, są kopalnią wiedzy dla sieci handlowych. To jest spojrzenie zewnętrzne i porównanie zarówno różnych kanałów, jak i efektów pracy tych graczy na rynku, według jednego standardu. Różnice między zwycięzcą a 2. czy 3. miejscem często były niewielkie. Natomiast zdarzały się publikacje odbiegające od średniej. Dla ich twórców, szczególnie tych, którzy gorzej wypadli w rankingu, raport jest wyjątkowo cennym zbiorem uwag. Zawiera konkretne wskazówki na temat tego, co można zmienić, żeby zwiększyć czytelność gazetek.
– Wnioski zgromadzone w Programie AdRetail Inspirio zapewniają sieciom handlowym informację zwrotną. Dzięki niej mogą udoskonalać jakość swoich wydawnictw. Jednak najbardziej zyskają na tym klienci. Gazetki reklamowe będą stawać się dla nich jeszcze bardziej przyjazne i czytelne – przewiduje Krzysztof Litwinek z sieci marketów Kaufland.
Z kolei, jak stwierdza inny członek Kapituły, dr Maria Andrzej Faliński, wykonana analiza jest pensum wiedzy. Taka ilość zebranych opinii stanowi pewnego rodzaju zbiór przesłanek, które mogą posłużyć zarówno w pracy w handlu, jak i po stronie specjalistów od komunikacji komercyjnej.
***
Organizatorem Programu AdRetail Inspirio jest Sieć AdRetail. Partnerami przedsięwzięcia są serwis Interia.pl, Radio RMF FM i serwis agencyjny MondayNews. Analizowane przez Kapitułę, gazetki promocyjne były emitowane od 1 stycznia do 30 czerwca 2017 roku. Wśród członków Kapituły znaleźli się m.in. dr Maria Andrzej Faliński, były Dyrektor POHiD-u, obecnie niezależny ekspert rynku detalicznego, Andrzej Wojciechowicz, ekspert Komisji Europejskiej i NCBR w obszarze gospodarki innowacyjnej, Sebastian Starzyński, prezes instytutu badawczego ABR SESTA, Marcin Dobek, członek zarządu platformy TakeTask, a także Katarzyna Czuchaj-Łagód, Dyrektor Zarządzająca firmą badawczą Mobile Institute.
(Materiał powstał przy współpracy z Siecią AdRetail)
Łączne przychody Grupy Ronson po trzech kwartałach 2017 r. przekroczyły 182 mln zł i były o 10% niższe niż przed rokiem. Uwzględniając wartość lokali przekazanych klientom w projekcie joint venture City Link I, łączne przychody w omawianym okresie wyniosłyby ponad 195 mln zł.
W pierwszych dziewięciu miesiącach br. Ronson przekazał klientom 456 lokali w inwestycjach objętych pełną konsolidacją, wobec 510 w analogicznym okresie 2016 r.
Ponadto, w trzecim kwartale 2017 r. Ronson przekazał klientom pierwsze 36 lokali w projekcie City Link I, w którym ma 50-proc. udział.
Na koniec trzeciego kwartału br. Spółka miała 359 lokali już sprzedanych, ale jeszcze nieprzekazanych klientom, o łącznej wartości blisko 137 mln zł. Większość z nich zostanie przekazana nabywcom w IV kwartale br. 276 z tych lokali znajduje się w projekcie City Link I.
Zysk brutto ze sprzedaży za pierwsze trzy kwartały br. wyniósł ponad 29 mln zł w porównaniu z 41 mln zł w analogicznym okresie 2016 r.
Marża brutto osiągnięta na projektach przekazanych klientom od stycznia do września br. wyniosła 16% wobec 20,2% w okresie pierwszych trzech kwartałów 2016 r.
Marża brutto zrealizowana na projekcie City Link I wynosi 30,2%.
Skonsolidowany zysk netto Ronson Europe po dziewięciu miesiącach br. wyniósł 2 mln zł wobec 11,4 mln zł w analogicznym okresie ubiegłego roku.
Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 0,1 mln zł wobec 10,8 mln zł przed rokiem.
– W pierwszych dziewięciu miesiącach tego roku przekazaliśmy klientom 456 lokali w projektach objętych pełną konsolidacją. To o 11% mniej niż analogicznym okresie 2016 roku, co przełożyło się na 10-proc. spadek przychodów rok do roku. Gros przychodów rozpoznanych w bieżącym roku pochodzi ponadto z inwestycji ukończonych jeszcze w ubiegłym roku. Przypomnę, że zgodnie z harmonogramem realizowanych przez nas projektów, w pierwszym półroczu nie zakończyliśmy żadnej budowy, a dopiero we wrześniu ukończyliśmy dwa projekty: Vitalia I we Wrocławiu oraz City Link I w Warszawie. W przypadku projektu City Link, w trzecim kwartale wydaliśmy klientom zaledwie 36 lokali spośród 312 już sprzedanych. Większość z nich przekażemy nabywcom w IV kwartale br. i wówczas rozpoznamy gros zysków z tej inwestycji. Jest to projekt joint venture, w którym mamy 50-proc. udział. W związku z tym, w naszym rachunku wyników nie rozpoznajemy przychodów ze sprzedaży lokali w tej inwestycji, a jedynie połowę przypadającego na naszą spółkę zysku oraz wynagrodzenie za zarządzanie tym projektem – wskazał Tomasz Łapiński, prezes zarządu Ronson Europe.
– W konsekwencji, zgodnie z oczekiwaniami, w samym trzecim kwartale tego roku osiągnęliśmy niższe wyniki finansowe niż rok wcześniej. Większość tegorocznych zysków rozpoznamy natomiast w IV kwartale, w którym planujemy przekazać klientom rekordową liczbę około 400 lokali. Na wyniki ostatniego kwartału złożą się zarówno bardzo zyskowne projekty, takie jak City Link i Vitalia, gdzie marża przekracza odpowiednio 30% i 21%, jak i niskomarżowe inwestycje, takie jak poznański Młody Grunwald czy szczecińska Panoramika – dodał Tomasz Łapiński.
Na koniec września br. w ukończonych projektach Ronson Development znajdowało się 500 lokali, które nie zostały jeszcze przekazane klientom. Dla aż 359 z nich spółka podpisała już przedwstępne umowy sprzedaży – ich łączna wartość sięga niemal 137 mln zł i większość z nich zostanie przekazana nabywcom w IV kwartale br. 276 z tych lokali znajduje się w projekcie City Link I.
Ponadto, w IV kwartale br. Ronson zakończył budowę trzeciego etapu osiedla Młody Grunwald w Poznaniu obejmującego łącznie 108 lokali (z czego 71 było już sprzedanych na koniec III kwartału) oraz planuje ukończyć realizację trzeciego etapu osiedla Panoramika w Szczecinie, w ramach którego powstają 122 lokale (z czego 80 już sprzedano do końca września), a także czwartego etapu projektu Chilli City w Tulcach koło Poznania, obejmującego 45 lokali.
W tym roku bardzo dobrze prezentują się bieżące wyniki sprzedażowe Ronson Development. W samym trzecim kwartale Spółka znalazła nabywców na 206 lokali, czyli o 12% więcej niż w analogicznym okresie 2016 r., a narastająco w okresie pierwszych dziewięciu miesięcy tego roku zawarła umowy sprzedaży 645 lokali, o 18% więcej niż przed rokiem.
– W drugim i trzecim kwartale znacząco wzmocniliśmy naszą ofertę sprzedaży poprzez uruchomienie trzech projektów obejmujących łącznie 667 lokali. Chodzi o kolejny etap naszej bestsellerowej inwestycji City Link na Woli, drugi etap osiedla Miasto Moje na Białołęce oraz zupełnie nowy projekt Miasto Marina we Wrocławiu. Powinno się to przełożyć na dobre wyniki sprzedażowe także w IV kwartale. Zgodnie z zapowiedziami, w całym 2017 roku planujemy osiągnąć sprzedaż zbliżoną do ubiegłorocznej, tj. ponad 800 lokali – powiedział Andrzej Gutowski, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Ronson Development.
Największą popularnością w pierwszych trzech kwartałach br. cieszyły się warszawskie inwestycje: City Link, Miasto Moje oraz Espresso, a także szczecińska Panoramika oraz wrocławska Vitalia.
Na koniec III kwartału w ofercie sprzedaży Ronson Development znajdowały się 953 lokale, z czego 141 przypadało na już ukończone projekty. – W ostatnich dniach wystartowaliśmy ponadto ze sprzedażą 83 mieszkań w ramach drugiego etapu osiedla Vitalia, a dosłownie na dniach rozpoczniemy budowę i sprzedaż czwartego etapu Panoramiki, gdzie powstanie 111 lokali – dodał Andrzej Gutowski.
Wybrane skonsolidowane wyniki finansowe Ronson Europe (mln zł)
3Q 2017
3Q 2016
Zmiana r/r
1-3Q 2017
1-3Q 2016
Zmiana r/r
Przychody ze sprzedaży
36,0
91,3
-61%
182,2
202,6
-10%
Zysk brutto ze sprzedaży
4,7
21,2
-78%
29,3
41,0
-29%
Zysk / strata netto 1)
-2,5
10,1
–
0,1
10,8
-99%
1) Wynik netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej
Na świecie 2,8 mld osób korzysta z serwisów społecznościowych. Dynamiczny rozwój social mediów stwarza dużo szans, ale też niesie zagrożenia. Z jednej strony poszerzają horyzonty, z drugiej zamykają użytkowników w kręgu przyjaznych mu informacji, odcinając o newsów o opiniach odmiennych niż mają użytkownik i jego znajomi. Choć serwisy społecznościowe ułatwiają komunikację, to jak zaznaczają eksperci, jest ona w dużej mierze zakłócona przez elementy autopromocji. To wnioski warsztatu Komitetu Dialogu Społecznego KIG zatytułowanego „Wpływ technologii informacyjnych na społeczną rzeczywistość”.
– Dla społeczeństwa obywatelskiego media społecznościowe oznaczają z jednej strony wolność i łatwość dostępu do ludzi, ale z drugiej zamknięcie się w bańkach informacyjnych. Każdy, kto widzi tylko pozytywy, choćby to, że dzięki mediom społecznościowym można się angażować i organizować manifestacje lub zbiórki, przesadza. A ci, którzy opowiadają tylko o tym, że podzieliliśmy się na zamknięte grupy wyznawców pewnych teorii czy idei, także są w błędzie – opisuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Mazur, prezes Klubu Jagiellońskiego.
Z raportu „Digital in 2017 Global Overview” przygotowanego przez We Are Social i Hootsuite wynika, że aktywnych użytkowników mediów społecznościowych na świecie jest już 2,8 mld. Social media pozwalają poszerzyć horyzonty, nawiązać kontakt z nowymi osobami, ułatwiają angażowanie się w różnego typu akcje społeczne. Jednocześnie jednak zamykają użytkowników w tzw. bańkach informacyjnych, które powodują, że otaczamy się treściami, które sami akceptujemy. To sprzyja dezinformacji i rozszerzaniu się fake newsów. Dzięki rosnącej popularności mediów społecznościowych coraz łatwiej tworzyć alternatywne wersje rzeczywistości, które trudno zweryfikować.
Media społecznościowe wpisują się też w rosnący trend spadku zaufania.
– Żyjemy w epoce kryzysu zaufania. Autorytety muszą zasłużyć na nasze zaufanie. Nie ufamy im tylko dlatego, że ktoś jest profesorem czy zajmuje jakąś pozycję społeczną, ale dopiero wtedy, gdy nas do siebie przekona – tłumaczy Krzysztof Mazur.
„Barometr zaufania” firmy Edelman wskazuje, że nigdy wskaźnik zaufania nie był na tak niskim poziomie. Nie ufamy prezesom korporacji, politykom, ale i przedstawicielom mediów. Nadszedł czas influencerów, blogerów i vlogerów. To oni narzucają trendy, jednak dla różnych grup społecznych będą to inne osoby. Coraz częściej o popularności decyduje liczba polubień czy udostępnień.
– Media społecznościowe żywią się potrzebą popularności młodych użytkowników nastawionych na poszukiwanie akceptacji, na budowanie grupy znajomych. To jednak oznacza, że w wielu sytuacjach kreują nieco fałszywy obraz człowieka – bardzo łatwo jest wrzucić wyreżyserowane zdjęcie, z nałożonym filtrem, długo wymyślonym wpisem, który uzyska sporo lajków czy komentarzy i na tej podstawie budować wirtualne idealne ja – przekonuje Jakub Kuś, psycholog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.
Tylko część aktywnych użytkowników mediów społecznościowych publikuje w pełni prawdziwe informacje. Najczęściej upiększamy rzeczywistość: wrzucamy poprawione zdjęcia, kłamiemy na temat stanu posiadania czy statusu związku. Kłamiemy, by spodobać się innym, ale i zaspokoić własne potrzeby. Bezkrytyczne przyjmowanie tego, co pojawia się w mediach społecznościowych, może – zwłaszcza w przypadku młodych osób – doprowadzić do depresji, a nawet prób samobójczych, kiedy to prawdziwe życie nie wytrzymuje konfrontacji z wirtualnym życiem znajomych.
– Kiedy dojdzie do konfrontacji ja idealnego z rzeczywistością, to konsekwencje takiej rozbieżności mogą być bardzo dotkliwe. Wielu młodych użytkowników portali społecznościowych skarży się na problemy z depresją, bo obserwują sukcesy swoich znajomych – w dużej mierze wyreżyserowane, bardzo wycinkowe – i wydaje im się, że ich życie jest nieciekawe, bo oni takich rzeczy nie robią. Portale społecznościowe nie tyle są przestrzenią społeczną, co przestrzenią bardzo silnej autoprezentacji, co ma konsekwencje dla jakości komunikacji – podkreśla Jakub Kuś.
Rynek hotelowy w Polsce rośnie w siłę. W kraju działają już ich tysiące, a każdego roku powstaje przynajmniej kilkadziesiąt nowych. Duża konkurencja sprawia, że przetrwają tylko te, które będą potrafiły zaskoczyć klientów, zaproponować im coś unikalnego. Rodzina hoteli ibis stawia na muzykę. W ich hotelach powstały pokoje inspirowane muzyką, a w przestrzeniach wspólnych goście mogą spróbować swoich sił jako DJ&e. Od kilku lat marka współpracuje także z jednym z największych festiwal muzycznych w Europie, węgierskim Sziget. W ramach kampanii „ibis. tu mieszka muzyka” sieć chce stworzyć możliwości zaistnienia na profesjonalnej scenie muzycznej obiecującym artystom. W hotelu ibis Warszawa Ostrobramska powstało w tym celu studio nagraniowe.
– Pomysł na stworzenie studia nagrań w hotelu to dosłowna realizacja hasła „ibis. tu mieszka muzyka”. Nie od dzisiaj wiadomo, że hotele i muzyka są ze sobą połączone. Muzycy nocują w nich podczas tras koncertowych i różnego rodzaju występów. Hotele wielokrotnie przyczyniły się do powstawania nowych utworów muzycznych, inspirowały muzyków – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes, Hanna Bernakiewicz, Segment Manager Hoteli ibis na Europę Wschodnią z grupy hotelowej Orbis.
Raport Colliers International wskazuje, że na koniec 2016 roku na rynku w Polsce działało ponad 2,6 tys. hoteli dysponujących 128 tys. pokoi i 255 tys. miejsc noclegowych. Dane firmy STR Global wskazują, że wskaźnik przychodu na każdy dostępny pokój wzrósł o 11 proc. i był to jeden z najlepszych wyników w Europie. Na wysokim poziomie, utrzymuje się też średnioroczne obłożenie pokoi hotelowych. Sukces odnoszą te hotele, które są w stanie zapewnić gości dodatkowe atrakcje.
– Dzięki temu, że coraz więcej hoteli zmienia się pod kątem klientów i podróżników i wie, że lubimy odpoczywać nie tylko w ciszy, ale także przy muzyce, w hotelach pojawiają się coraz lepsze zestawy nagłaśniające, stereofoniczne super zestawy, przy których naprawdę można odpocząć – przekonuje Michał Cessanis z National Geographic Traveler.
W hotelach marki ibis istnieją już pokoje inspirowane muzyką. Goście mogą także samodzielnie wybierać muzykę w lobby lub w barze korzystając z systemu Jukebox by Deezer. W ramach kampanii „ibis. tu mieszka muzyka” w warszawskim hotelu ibis Ostrobramska powstało studio nagraniowe z połączenia dwóch pokoi, z reżyserką i kabiną nagraniową.
– Taka inicjatywa polegająca na tym, że studio nagrań powstaje na terenie hotelu, jest bardzo dobrym pomysłem. Wiem to po sobie, gdy podróżuję i jestem w trasie, dużo komponuję, piszę dużo muzyki i dobrze jest mieć profesjonalne miejsce pod ręką, gdzie można to zarejestrować, utrwalić i dodatkowo przebywać w komfortowych warunkach – ocenia Sarsa, wokalistka i ambasadorka kampanii „ibis. tu mieszka muzyka”.
Pod okiem profesjonalistów swoje pierwsze single nagrali artyści, którzy wygrali w konkursie zorganizowanym przez rodzinę hoteli ibis.
– Konkurs w ramach kampanii „ibis. tu mieszka muzyka” polegał na tym, że zgłaszali się do konkursu utalentowani wykonawcy, którzy chcą się pokazać szerszej publiczności. Cieszę się, że aż tyle różnorodnych osób zgłosiło się do konkursu i kampania miała tak duży wydźwięk. Dostaliśmy aż 300 zgłoszeń, w drugiej fazie konkursu odbyło się głosowanie i na jego podstawie Sarsa, ambasadorka naszej kampanii, wybrała tych najlepszych – tłumaczy Hanna Bernakiewicz.
Głosowanie zakończyło się 1 października. Łącznie w konkursie internauci oddali ponad 60 tys. głosów. Co pozwoliło wyłonić 30 najlepszych utworów, spośród których Sarsa wytypowała zwycięzców. Artystka skorzystała także z prawa do „dzikiej karty” i wręczyła ją jednej wokalistce spoza finałowej trzydziestki, która ją wyjątkowo oczarowała.
– Zapoznałam się z nową twórczością. Mam obraz tego, co dzieje się na rynku polskim i jaka muzyka gra w sercach młodych, ale też młodych dorosłych twórców w Polsce. Werdykt nie jest sprawiedliwy, bo prawda jest taka, że wszyscy powinni zostać docenieni. Z cudownych piosenek nie dało się wybrać najlepszej, dlatego jestem bardzo wdzięczna, że można było wybrać aż 5 zwycięzców i że nie zostałam z tym sama, bo internauci byli tutaj także głosem decydującym – podkreśla Sarsa.
Zwycięzcami zostali: zespół Birches z utworem „Turned Out”, zespół Redford doceniony za piosenkę „Put the light”, Paweł Danielak za „Na Fali”, Patrycja Roszczyk, która wykonała cover Shawna Madnesa „There&s Nothing Holdin& Me Back” oraz Mary B, czyli Maria Bedyńska z piosenką „Alone Again”. Nagrodami dla laureatów są nie tylko sesje nagraniowe w hotelu ibis, ale i grudniowy koncert, podczas którego wystąpią na jednej scenie z Sarsą.
Polscy naukowcy i start-upy przodują w tworzeniu medycznych innowacji. Jeden z nich stworzył unikalny w skali światowej symulator, który pozwala lekarzom nauczyć się inwazyjnego badania w bezstresowych warunkach. Metoda ta jest już chroniona europejskim patentem. Spółka chce trafić ze swoim produktem przede wszystkim do kardiologów i kardiochirurgów. Kilka godzin pracy na symulatorze może spowodować wzrost wydajności lekarza nawet o kilkadziesiąt procent.
– Fundamentalną sprawą w zakresie wysokiej jakości profilaktyki, ochrony zdrowia i dobra pacjenta jest dobrze wykształcona kadra medyczna. Jest mnóstwo metod nauczania lekarzy, które coraz częściej wykorzystują nowe technologie ,jak na przykład platformy software’owe, bazy danych, fantomy medyczne, symulatory czy trenażery. Bardzo często połączenie komponentu software’owego i hardware’owego może zrobić naprawdę dużą różnicę w zakresie umiejętności lekarza i pracy z pacjentem – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Kamil Kipiel ze start-upu medycznego Medical Simulation Technologies.
Start-up Medical Simulation Technologies powstał w ubiegłym roku jako efekt 5-letnich prac badawczych prowadzonych przez specjalistów ze środowiska akademickiego. W tej chwili może się już pochwalić pierwszymi dużymi sukcesami.
– Symulator echokardiografii przezprzełykowej to nasz pierwszy produkt. Postawiliśmy sobie za cel nauczanie lekarzy, przede wszystkim lekarzy specjalistów w obszarze serca, czyli kardiologów inwazyjnych i kardiochirurgów, z wykorzystaniem naszego sprzętu do symulacji medycznej – mówi Kamil Kipiel.
Echokardiografia przezprzełykowa (TEE) to jedno z podstawowych badań diagnostycznych, wykonywane z pomocą sondy wprowadzanej do przełyku pacjenta. Nauka operowania sondą umieszczoną w przełyku pacjenta jest bardzo trudna dla lekarza i niekomfortowa dla pacjenta.
– Badanie jest nieprzyjemne, ponieważ trzeba włożyć sondę przez przełyk i egzaminować serce od środka, więc skrócenie tego czasu do minimum jest sprawą nadrzędną. To badanie jest bardzo trudne dla lekarza pod kątem interpretacji wyników, pod kątem poruszania sondy, odnalezienia odpowiedniej projekcji czy wreszcie odnalezienia odpowiedniej patologii. Praca nie na pacjencie, ale na symulatorze, który jest bardziej cierpliwy, wzmaga pewność i efektywność lekarza – przekonuje Kamil Kipiel.
Symulator pozwala opanować badanie TEE w mniej stresujących warunkach. Dzięki zastosowaniu nowoczesnej sondy połączonej z fantomem oraz oprogramowaniem zapewniającym wierne odtworzenie ruchomych przekrojów dwuwymiarowych serca lekarz ma wrażenie, że wykonuje badanie u prawdziwego pacjenta. Modele 3D służące do symulacji są wierną kopią prawdziwego serca, uzyskaną metodą tomografii komputerowej. Skany zdjęć z tomografii komputerowej start-up pozyskuje dzięki współpracy ze szpitalami specjalistycznymi i prywatnymi firmami.
– To unikat na skalę światową, ponieważ żadna firma na świecie nie symuluje w tym momencie serca z wykorzystaniem zdjęć z tomografii komputerowej. Połączyliśmy w nowatorski sposób platformę software’ową, bazującą na zdjęciach z tomografii komputerowej. Dołożyliśmy też część sprzętową, symulator medyczny i sondę do echokardiografii przezprzełykowej. Cały sprzęt produkujemy we własnym zakresie, jest tam nasza elektronika, wszystko jest połączone kablem USB z komputerem. Dzięki połączeniu software’u i hardware’u, lekarze mogą się uczyć tego badania w warunkach jak najbardziej realistycznych – mówi przedstawiciel Medical Simulation Technologies.
Spółka chce trafić ze swoim produktem przede wszystkim do kardiologów inwazyjnych i kardiochirurgów. Dwa lata temu uzyskała patent europejski na opracowaną przez siebie metodę symulacji badania echokardiografii przezprzełykowej. Jak informuje prezes spółki, w tej chwili jest ona na etapie szykowania kolejnych zgłoszeń patentowych.
– Badania i testy, które prowadzimy na szkoleniach organizowanych głównie w Polsce, pokazują, że kilka godzin pracy na symulatorze powoduje kilkudziesięcioprocentowy wzrost efektywności. Kwestią, która wyszła niedawno przez przypadek, jest połączenie echokardiografii przezprzełykowej razem z symulatorami mikroinwazyjnych operacji na sercu. To jest przyszłość kardiochirurgii i kardiologii inwazyjnej – prognozuje Kamil Kipiel z Medical Simulation Technologies.
Służba zdrowia nowej generacji będzie wykorzystywać coraz więcej nowinek technologicznych, takich jak urządzenia mobilne, aplikacje, telediagnostyka, narzędzia data mining czy sztuczna inteligencja – to główny wniosek z raportu „Pacjent w świecie cyfrowym” globalnej firmy doradczej PwC. Eksperci są przekonani, że rynek ochrony zdrowia będzie się rozwijał w kierunku nowych technologii. To stworzy szansę na większą efektywność przy jednoczesnej redukcji kosztów.
Polska znajduje się w ogonie Europy pod względem cyfryzacji służby zdrowia, jakości usług medycznych i nakładów finansowych na ten sektor. Wydatki na służbę zdrowia mieszczą się w przedziale 4,6–4,8 proc. krajowego PKB, podczas gdy średnia dla państw OECD sięga 6,7 proc. Z drugiej strony polscy naukowcy i start-upy przodują w tworzeniu medycznych innowacji.
W ubiegłym roku do Urzędu Patentowego wpłynęło 116 wniosków patentowych dotyczących wynalazków z zakresu medycyny. Z kolei najnowszy raport „Polskie start-upy 2017”, przygotowany przez Fundację Startup Poland, pokazuje, że nauki przyrodnicze, sektora zdrowia i biotechnologii wymagają sporych nakładów finansowych, zasobów kadrowych i czasu, zanim zaczną przynosić dochody. Mimo to te dziedziny są w pierwszej piątce najpopularniejszych wśród start-upów.
Zgodnie z tradycją pod koniec października zapłonął ogień olimpijski, który w lutym przyszłego roku rozpali znicz Zimowych Igrzysk Olimpijskich Pjongczang 2018. Przygotowania polskich sportowców, którzy pojadą do Korei Południowej, toczą się pełną parą. Od strony medycznej nadzoruje je LUX MED.
– Jesteśmy w tej chwili na ostatniej prostej przed zimowymi igrzyskami w Pjongczang. Ten bardzo krótki okres jest niezwykle istotny. Sportowcy zdobywają kwalifikacje – ważne, by cieszyli się dobrym zdrowiem i kondycją fizyczną. Jesteśmy przekonani, że dzięki fachowej opiece będą mogli uzyskiwać najlepsze wyniki. Oczywiście o medalach możemy mówić po igrzyskach, natomiast mamy nadzieję, że emocji i wzruszeń polskim kibicom nie zabraknie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Kraśnicki, Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
Głównym Partnerem Medycznym Polskiego Komitetu Olimpijskiego jest Grupa LUX MED, która nadzoruje przygotowania polskich sportowców do przyszłorocznych Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pjongczangu w Korei Południowej.
– Musimy odpowiednio zadbać o naszych sportowców, zapewnić im wszystko to, co pomoże im osiągnąć w zawodach dobry wynik. Przygotowania olimpijskie zawsze wymagają od nas więcej zaangażowania, bo naszym celem jest, by każdy zawodnik pojechał tam w idealnej kondycji. Trzymamy kciuki za uczestników zbliżających się Zimowych Igrzysk i wierzymy w to, że Polacy co najmniej powtórzą sukces osiągnięty podczas ubiegłorocznej olimpiady – mówi Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.
LUX MED współpracuje z PKOI od trzech lat, obejmując opieką zarówno kadrę olimpijską, jak i kandydatów na przyszłych olimpijczyków.
– Od 2014 roku LUX MED otacza profesjonalną i kompleksową opieką medyczną polskich Olimpijczyków i myślę, że ta współpraca przynosi wiele korzyści obu stronom. Wspieramy nie tylko mistrzów, ale także tych, którzy dopiero rozpoczynają swoją drogę na Olimpijskie szczyty. Jesteśmy bardzo dumni, że jako Główny Partner Medyczny Polskiego Komitetu Olimpijskiego możemy być częścią tej drużyny i wspólnie z nią tworzyć historię polskiego sportu– mówi Anna Rulkiewicz.
Największa na polskim rynku prywatna firma medyczna rozwija centra medycyny sportowej w całej Polsce. Zapotrzebowanie na takie usługi rośnie proporcjonalnie do coraz większej aktywności fizycznej Polaków.
– Polacy coraz częściej korzystają z medycyny sportowej, żeby sprawdzić możliwości swojego organizmu czy uniknąć przykrych konsekwencji zdrowotnych. Sport to sposób na dobrą formę i zarazem najlepszy środek leczniczy, ale niewłaściwe jego uprawianie może rodzić poważne konsekwencje dla zdrowia. Kiedy pojawiają się urazy, wątpliwości związane z chorobami przewlekłymi, takimi jak nadciśnienie, cukrzyca czy astma, wtedy dobrze jest poradzić się lekarza, który będzie w stanie dobrać najlepszy rodzaj aktywności fizycznej – mówi Robert Korzeniowski, menadżer programu „Medycyna dla Sportu i Aktywnych” w Grupie LUX MED.
Grupa LUX MED to największa w Polsce sieć placówek prywatnej opieki medyczne. Pod opieką Grupy znajduje się 1 800 000 pacjentów, do których dyspozycji jest blisko 200 ogólnodostępnych i przyzakładowych ambulatoryjnych centrów medycznych, 7 szpitali, 31 placówek diagnostycznych, ośrodek opiekuńczo-rehabilitacyjny i około 1600 poradni partnerskich. Firma zatrudnia 14 000 osób, około 6300 lekarzy i 3800 wspierającego personelu medycznego. Grupa prowadzi też program „Medycyna dla Sportu i Aktywnych”, który ma pomóc osobom aktywnym fizycznie w zapewnieniu warunków do bezpiecznego uprawiania sportu pod kątem medycznym.
– Mamy specjalistów medycyny sportowej, którzy orzekają o przeciwwskazaniach bądź ich braku dla praktykowania właściwie każdej dyscypliny sportu. Koncentrujemy się na amatorach, którzy uprawiają biegi masowe, triatlony, którzy nurkują i właściwie do tej pory z medycyną sportową się nie stykali, ale nagle mają takie potrzeby. Wykonujemy badania po to, aby sport był bezpieczny i żeby dopasować zaangażowanie sportowe do możliwości i celu, które obierają osoby aktywne – mówi Robert Korzeniowski.
Z raportu „Aktywność sportowa Polaków”, który TNS Polska przeprowadził półtora roku temu na zlecenie Grupy LUX MED, wynika, że już 44 proc. Polaków deklaruje uprawianie sportu. Jednak tylko 6 proc. skonsultowało się z lekarzem medycyny sportowej przed rozpoczęciem aktywności fizycznej. Ponad połowa opiera się wyłącznie na swojej wiedzy, a w przypadku kontuzji lub urazu na konsultację do lekarza zgłasza się zaledwie co trzeci (34 proc.) sportowiec amator.
Czarna dziura, powstała po zapadnięciu się masywnej gwiazdy, jest materią, z której nie można się wydostać nawet z prędkością światła. Astronomowie i naukowcy badają to zjawisko od setek lat, jednak od niedawna są w stanie udowadniać jego istnienie za pomocą detektorów fal grawitacyjnych. Jak szacują, niewykrytych czarnych dziur tylko w naszej galaktyce może być nawet 100 milionów. Dzięki nowoczesnym instalacjom w przyszłości będzie można wykrywać nawet tysiąc fal grawitacyjnych rocznie.
– Niewykrytych czarnych dziur w naszej galaktyce jest 100 milionów. To bierze się z szacunków wszystkich gwiazd w naszej galaktyce, których jest ponad 100 miliardów. Wiemy mniej więcej, jakie są masy gwiazd, jak szybko one ewoluują, a skoro masywne gwiazdy zapadają się do czarnych dziur, to z historii ewolucji naszej galaktyki wnioskujemy, że tyle masywnych gwiazd musiało skończyć życie, zapaść się do czarnych dziur – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Bejger z Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika.
Według teorii względności Einsteina czarna dziura jest zakrzywieniem czasoprzestrzeni, czterowymiarową dziurą, z której nie da się uciec. Można w nią tylko wpaść. Masywna gwiazda zapada się i miażdży swoje centrum do takiej gęstości, że to centrum zapada się w nieskończoność. Na około obszaru, który zapada się w nieskończoność, tworzy się horyzont. Czarna dziura ma masę i zachowuje się jak zwykłe ciało niebieskie, ale nie świeci.
– Czarna dziura jest ekstremalnie mocnym zakrzywieniem czasoprzestrzeni. Nie jest materialnym obiektem. Jest obszarem, który jest wyznaczony przez horyzont czarnej dziury, z którego nie da się uciec nawet z prędkością światła – przekonuje Michał Bejger.
Chociaż czarnych dziur w Drodze Mlecznej może być nawet 100 milionów, żadna z nich nie znajduje się na tyle blisko, by zagrozić Ziemi. Nawet jeśli Słońce zostałoby zastąpione przez czarną dziurę o tej samej masie, to Ziemia by w nią nie wpadła. Taka czarna dziura miałaby identyczną grawitację co Słońce, zatem Ziemia i inne planety by wokół niej krążyły tak, jak krążą wokół Słońca. Nasza gwiazda nigdy nie zamieni się w czarną dziurę. Ma na to zbyt małą masę.
– Ze strony czarnych dziur nie grozi nam nic więcej niż to, co ogólnie grozi nam ze strony Wszechświata. Wszechświat generalnie jest dość pustym miejscem, nasza galaktyka może się składać nawet z pół biliona gwiazd, ale nic nie spada nam codziennie na głowę. Czarna dziura jest zwykłym obiektem, dość małym, który oddziałuje grawitacyjnie. Może dlatego, że jest niewidoczna to wydaje się straszna, natomiast jeśli tylko fizycznie do niej nie wpadamy, to zachowuje się jak zwykłe ciało, zwykła gwiazda, która krąży w galaktyce i czasami coś na nią spada – tłumaczy przedstawiciel Centrum Astronomicznego Mikołaja Kopernika.
Istotnym elementem w zakresie potwierdzania teorii z dziedziny astrofizyki jest Wielki Zderzacz Hadronów, największy na świecie akcelerator cząstek elementarnych, w którym zderzające się cząsteczki wytwarzają energię. Gdy uruchamiano LHC (Large Hadron Collider), pojawiały się obawy, że mogą w nim powstawać nieduże czarne dziury, które w końcu wchłoną Ziemię.
– Były pewne teorie, że jeśli w Wielkim Zderzaczu Hadronów zacznie się zderzać cząstki elementarne z dużą prędkością, dużym pędem, to w tych zderzeniach powstaną mikroskopowe czarne dziury. Były to wstępne obawy i można pokazać rachunkiem, że w tym zderzaczu jest to niemożliwe ze względu na zbyt małą energię. Potem udowodniono to w praktyce – zapewnia Michał Bejger.
Japońscy naukowcy odkryli w pobliżu centrum naszej Galaktyki supermasywną czarną dziurę. Ze wstępnych badań wynika, że ma ona masę 100 tys. razy większą od masy Słońca. Uczeni wpadli na jej trop, próbując zrozumieć dziwną trajektorię chmury gazu, położonej w odległości 200 lat świetlnych od centrum galaktyki. Obliczenia i modele komputerowe wykazały, że najbardziej prawdopodobną przyczyną jej niezwykłego zachowania jest obecność czarnej dziury. Jeśli odkrycie się potwierdzi, będzie to druga najbardziej masywna czarna dziura w Drodze Mlecznej. Największą jest bowiem Sagittarius A*, położona w centrum Galaktyki.
– Są czarne dziury, które ważą parę mas słońca. Najmniej masywna czarna dziura, o której wiemy teraz, ma masę pięciu mas Słońca. Czarna dziura o masie Słońca miałaby promień 3 km, więc taka o masie pięciu mas słońca ma promień 15 km. Wiemy o czarnych dziurach, które mają 30 i 60 mas Słońca. Wiemy też o bardzo masywnych czarnych dziurach, które ważą miliony mas Słońca. Taka czarna dziura znajduje się w centrum naszej galaktyki i jeśli waży ona cztery miliony mas słońca, to ma 12 milionów kilometrów promienia, czyli jest dość duża, ale to bardzo zwarty obiekt – zauważa Michał Bejger.
Sagittarius A* znajduje się w odległości 25,6 tys. lat świetlnych od Ziemi. Ze względu na wielkość i odległość jest to największa widziana z Ziemi czarna dziura. Astronomowie chcą zobrazować jej horyzont zdarzeń za pomocą Event Horizon Teleskope (EHT), wirtualnego teleskopu całej planety. Korzysta on z techniki zwanej interferometrią wielkoobrazową, która pozwala na obrazowanie w wysokiej rozdzielczości, dzięki wykorzystaniu oddalonych od siebie teleskopów fotografujących ten sam obiekt pod różnym kątem. W skład EHT wchodzą teleskopy na Hawajach, w Chile, Meksyku, Francji, Hiszpanii i na Antarktydzie.
Od niedawna dysponujemy także instalacjami, które pozwalają na badanie czarnych dziur w niedostępny dotychczas sposób. To wykrywacze fal grawitacyjnych LIGO i Virgo. Dotychczas kilkukrotnie zarejestrowały one fale grawitacyjne, a większość z nich pochodziła z połączeń czarnych dziur. Polsko-amerykański zespół naukowy z Uniwersytetu Warszawskiego, University of Chicago i Rochester Institute of Technology szacuje, że gdy w 2020 roku LIGO osiągnie pełną czułość, będzie w stanie wykryć nawet tysiąc fal grawitacyjnych rocznie.
– Przy wykrywaniu czarnych dziur fale grawitacyjne są czymś, co od dwóch lat udowadnia w końcu swoją przydatność. Możemy obserwować czarne dziury za pomocą fal grawitacyjnych, czyli zaburzeń czasoprzestrzeni, które one emitują. To technologia, która pozwala nam obserwować czarne dziury w sposób, którego wcześniej nie mieliśmy – twierdzi Michał Bejger.
Rosnąca konsumpcja drobiu napędza rozwój i inwestycje w polskim przemyśle drobiarskim. W 2016 roku produkcja wzrosła o 10 proc., a polski drób jest jednym z hitów eksportowych. Na innowacje technologiczne coraz częściej stawiają też producenci trzody chlewnej. Hodowcy muszą inwestować, by nadążyć za rosnącymi potrzebami konsumentów. Zdaniem ekspertów, choć polskie rolnictwo jest konkurencyjne, są jeszcze rezerwy, zwłaszcza w efektywności produkcji i dostarczaniu konsumentowi szczegółowych informacji o produktach.
– Hodowla drobiu, która jest innowacyjna, ma nowe, bezpieczne technologie, jest w stanie produkować tanio i według potrzeb współczesnych konsumentów, co jest dzisiaj kluczowe. Świadomość konsumentów nie jest zła, świadczą o tym nasze wyniki eksportu produkcji drobiarskiej. Jesteśmy w czołówce produkcji i eksportu drobiu. Jest dobrze, natomiast są obszary czy rejony Polski, gdzie z pewnością, jeśli chodzi o innowacje, jest trochę do zrobienia – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kapusta, kierownik działu drobiu w De Heus.
Rosnąca konsumpcja napędza rozwój polskiego sektora drobiarskiego. W 2016 roku Polska osiągnęła blisko 10-proc. wzrost w produkcji drobiu przy wzroście europejskim na poziomie ok. 4 proc. Rośnie nie tylko produkcja, lecz także krajowa konsumpcja i eksport. Już teraz niemal co drugi kurczak czy indyk pochodzi z eksportu z Polski.
– Branża rozwija się bardzo dynamicznie i niesie to za sobą szereg różnego rodzaju wyzwań. Pierwszym jest produkcja drobiu bez antybiotyków. Konsument oczekuje produkcji drobiarskiej bez antybiotyków i branża musi się do tego dostosować. Mamy dużą wiedzę na ten temat, jesteśmy w stanie wesprzeć hodowców w tego rodzaju produkcji. Ta produkcja może być ekonomicznie dobra i porównywalna do produkcji konwencjonalnej, pod warunkiem że hodowca zwróci właściwą uwagę na zarządzanie fermą – ocenia Kapusta.
Zdaniem ekspertów kluczem do ograniczenia stosowania antybiotyków w hodowli drobiu jest przede wszystkim przestrzeganie zasad bioasekuracji, zminimalizowanie prawdopodobieństwa wprowadzenia do środowiska chowu mikroorganizmów wywołujących choroby.
W hodowli drobiu istotną rolę pełni analiza danych fermowych i dbałość o wyniki techniczne, które mogą się przełożyć na zyski hodowców. Tylko bieżący monitoring i odpowiednia reakcja pozwalają osiągnąć lepsze rezultaty.
– Szkolimy naszych pracowników, by wspierać hodowców, ale bez danych fermowych i ich analizy nie da się nic zrobić. Przełożenie na wyniki techniczne jest bardzo wysokie, bo jeśli porównamy konwersję paszy w kosztach produkcji, np. 1,55 i 1,7, różnica będzie przekraczała 40 gr na kilogramie, co przy 100 tys. ptaków i sześciu cyklach w ciągu roku daje bardzo wymierne sumy – przekonuje Wojciech Kapusta.
Coraz bardziej otwarci na nowinki technologiczne są też producenci trzody chlewnej, którzy chętnie sięgają po nowe systemy produkcyjne. Przy planowaniu budowy lub modernizacji chlewni dla loch indywidualnie ustalają m.in. rytm produkcyjny.
– Świat technologii w trzodzie chlewnej daje mnóstwo możliwości, na każdym z sektorów hodowli z osobna możemy wybrać kilka lub czasami kilkanaście możliwych rozwiązań. Coraz częściej naszymi klientami są hodowcy młodzi, przejmujący gospodarstwa, starający się je rozbudować i to przede wszystkim oni są otwarci na innowacje technologiczne. Także starsi ludzie dochodzą do punktu, w którym zdają sobie sprawę, że technologia może pozwolić na poprawę wyników. Mogę z pełną świadomością powiedzieć, że z innowacjami w polskim sektorze trzody chlewnej jest coraz lepiej i taka tendencja się utrzyma – ocenia Krzysztof Świątek, specjalista ds. technologiczno-inwestycyjnych w De Heus.
Zdaniem ekspertów, choć z innowacyjnością w polskim rolnictwie jest coraz lepiej, są jeszcze rezerwy, zwłaszcza w monitorowaniu kosztów i przychodów w gospodarstwie, ale ze względu na większą świadomość i rosnące wymagania konsumentów, także w opisie produktów.
– Wszystko, co prowadzi do badania kosztów, oprogramowanie, które pomaga kierować gospodarstwem, to jeden z kierunków dalszego rozwoju. Drugim kierunkiem, który staje się koniecznością w dzisiejszym świecie, jest wszystko, co jest związane z informacją o produkcie, powinniśmy dostarczyć konsumentowi jak najwięcej informacji o tym, jak, gdzie i przy użyciu jakich metod produkt został wyprodukowany. Wówczas klienci będą w stanie zapłacić nieco więcej, jeżeli przekonamy ich, że jest to bardzo dobry produkt i mogą nam zaufać, na tym właśnie zyskuje się większą marżę – podkreśla Michał Koleśnikow z Banku BGŻ BNP Paribas.
Jak wynika z ubiegłorocznego badania „Moda na polskość”, zrealizowanego przez Ipsos na potrzeby projektu Konsument 2016, 73 proc. Polaków stara się kupować krajowe produkty, a ponad połowa jest gotowa zapłacić więcej za produkt polski niż zagraniczny. Dla większość konsumentów (66 proc.) polski produkt to taki, który został wyprodukowany w Polsce przy wykorzystaniu rodzimego kapitału. Dotyczy to przede wszystkim mięsa, wędlin oraz owoców i warzyw. Sondaż zrealizowany przez SW Research na zlecenie De Heus wskazuje, że 53,7 proc. Polaków uważa krajowe mięso, wędliny i przetwory mięsne za lepsze od produktów zagranicznych.
– Z przeszłości wiemy, że większe zainteresowanie było produktami technologicznie zaawansowanymi, czyli ciekawszymi, zarówno pod kątem zawartości, smaku czy wartości żywieniowej, jaki i pod kątem opakowania: kolorowe, innowacyjne opakowanie budziło zainteresowanie. Dzisiaj klienci i konsumenci sięgają dalej, chcą mieć produkt ładnie zapakowany, ale również o znanym pochodzeniu, również produkt polski – mówi Adam Zaleski, dyrektor generalny De Heus.
Innowacyjność polskiego rolnictwa była jednym z głównych tematów rozmów ekspertów oraz hodowców z całej Polski w trakcie dwudniowej, pierwszej edycji Agro Days – Dni Hodowcy 2017.
Transport i motoryzacja, energetyka, opieka zdrowotna, inteligentne domy i przedmioty codziennego użytku – w tych obszarach internet rzeczy ma największy potencjał rozwoju. Według IDC do 2020 roku wydatki na ten cel wzrosną w Polsce do poziomu 5,4 mld dolarów. Dzięki dobrze wykształconym kadrom, Polska może być ważnym rynkiem dla rozwoju technologii powiązanych właśnie z internetem rzeczy.
– Internet rzeczy będzie rozwijał się w każdej z branż, przede wszystkim w dziedzinie smart cities, smart grid. Urządzenia będą powstawały po to, aby pomagać nam żyć, by ułatwiać nam podstawowe czynności, byśmy mogli oszczędzać energię i zasoby naturalne. Internet rzeczy będzie rozwijał się lawinowo w wielu dziedzinach równocześnie, trudno wskazać pierwszą. W Europie jedną z dziedzin, w której internet rzeczy ma zastosowanie, jest nowoczesna energetyka i inteligentne miasta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Pisarczyk, prezes zarządu spółek Phoenix Systems i Atende Software.
Internet rzeczy (Internet of Things, IoT) – czyli koncepcja, zgodnie z którą przedmioty mogą się ze sobą komunikować, wymieniać i przetwarzać dane za pośrednictwem sieci – cieszy się niesłabnącą popularnością. Szacuje się, że do 2020 roku będzie już ponad 50 mld urządzeń podłączonych do IoT – nie tylko komputerów i smartfonów, ale również sprzętów domowych czy tzw. wearables, czyli ubrań, biżuterii i gadżetów wyposażonych w sensory zdolne łączyć się z internetem.
– Rynek internetu rzeczy uważany jest przez wielu ekspertów za jedną z najszybciej rozwijających się dziedzin informatyki. Raporty mówią, że niedługo ponad 90 proc. komputerów to będą komputery tzw. wbudowane w urządzenia i nawet nie będziemy mieli świadomości, że tam są – mówi Paweł Pisarczyk.
Według opracowanego przez IAB raportu „Internet Rzeczy w Polsce” najwięcej urządzeń znajduje obecnie zastosowanie w obszarach smart dom, wearables oraz RTV i AGD. Producenci implementują już moduły WiFi nawet w drobnych sprzętach domowych, a inteligentne lodówki czy odkurzacze są coraz powszechniejsze. Według IAB Polska to właśnie kategoria smart dom ma największy potencjał związany z IoT, ponieważ z domowego WiFi korzysta w tej chwili ok. 77 proc. polskich gospodarstw domowych. Kolejne obszary, w których internet rzeczy znajdzie szerokie zastosowanie to m.in. transport i motoryzacja, energetyka i opieka zdrowotna.
Jak wynika z badań Samsung Electronics, na razie tylko 15 proc. Europejczyków rozumie pojęcie Internet of Things. Natomiast raport IAB wskazuje, że z tym terminem spotkało się dotąd zaledwie 11 proc. Polaków. Wiele osób korzysta z urządzeń łączących się z internetem, nie wiedząc nawet, na jakiej zasadzie działają. O tym, że internet rzeczy ma ogromny potencjał wzrostu, świadczą jednak nie tylko badania i ekspertyzy, lecz także zainteresowanie światowych gigantów technologicznych.
– Jest to rynek, który stwarza wielki możliwości dla firm rozwijających oprogramowanie, zaawansowaną technologię, w szczególności oprogramowanie niskopoziomowe, systemy operacyjne, czyli rozwiązania, które pomagają projektować urządzenia nowego typu. Bardzo dużo graczy inwestuje w ten rynek. Firmy takie jak Dell publicznie mówią o tym, że będą inwestowały. Najwięksi gracze zauważyli, iż jest to właściwy kierunek – mówi Paweł Pisarczyk.
W październiku, podczas Dell IoT Strategy Day w Nowym Jorku, technologiczny gigant ogłosił utworzenie nowej gałęzi biznesowej, dedykowanej rozwijaniu internetu rzeczy. Globalna firma badawcza IDC szacuje, że do 2020 roku wydatki na IoT będą rosły w tempie przekraczającym 20 proc. rocznie. Jeszcze w 2014 roku wartość inwestycji w ten segment w Polsce wyniosła ok. 2 mld dolarów, natomiast w 2020 roku przekroczy już 5,4 mld dolarów – to szacowana wartość całego ekosystemu IoT: sensorów, oprogramowania, usług IT i infrastruktury. W ocenie prezesa Atende Software Polska ma szansę stać się ważnym rynkiem dla rozwoju technologii powiązanych z internetem rzeczy.
– Europa przegrała walkę ze Stanami Zjednoczonymi o cloud computing, natomiast wierzymy, że internet rzeczy będzie domeną firm europejskich, a w szczególności polskich. Wiele lat temu Polska nie znaczyła nic na rynku gier komputerowych, a dziś firma CD Projekt jest uważana za lidera branży i cały świat wstrzymuje oddech, kiedy ma się pojawić nowa odsłona Wiedźmina. Wierzę, że tak samo będzie w internecie rzeczy i my odegramy istotną rolę z naszym systemem operacyjnym – mówi Paweł Pisarczyk.
Swoją szansę w tym segmencie dostrzegł polski start-up Phoenix Systems, który jednak zamiast rozwiązań sprzętowych, skupił się na projektowaniu oprogramowania. Stworzył system operacyjny dla procesorów wykorzystywanych w urządzeniach IoT.
– Internet rzeczy staje się coraz bardziej zaawansowany, dlatego potrzebujemy systemu operacyjnego do internetu rzeczy. Systemy znane z komputerów PC są za duże i nie pozwalają na to, aby używać ich w urządzeniach, ponieważ procesory stosowane w tych urządzeniach musiałyby być bardzo drogie. Potrzebny jest system operacyjny, który będzie efektywny, ale będzie też sprytny i będzie czerpał z 30-40 lat rozwoju systemów operacyjnych. To jest właśnie Phoenix-RTOS – podkreśla prezes Phoenix Systems.
7 na 10 polskich przedsiębiorców z sektora MŚP odnotowało w swoim otoczeniu biznesowym pogorszenie relacji biznesowych i trudności w pozyskaniu nowych kontrahentów spowodowane opóźnieniami w płatnościach – wynika z 14. fali cyklicznego badania Bibby MSP Index. W opinii niemal 40% ankietowanych negatywnym efektem tego zjawiska jest utrata dobrego wizerunku firmy na rynku.
Prawie ¼ badanych przyznaje, że zetknęła się również z utratą wieloletniego partnera biznesowego. Jako następstwa nieopłaconych w terminie faktur przedsiębiorcy wymieniają również wpis do KRD (4,9%), nadzór komorniczy (1%), wszczęcie postępowania karnego (0,3%) oraz bankructwo (2,3%).
Ponad 80% ankietowanych w ramach badania Portfel należności polskich przedsiębiorstw zadeklarowało, że dotyka ich problem opóźnień w przepływie należnoścí. Prawie 17% respondentów 14. fali badania Bibby MSP Index uważa, że problemy te nasiliły się w stosunku do poprzedniej tury badania realizowanej w marcu 2017 roku, a odsetek firm płacących nieregularnie wzrósł o 5%.
Warto zwrócić uwagę, że prawie 70% polskich przedsiębiorców z sektora MŚP nie otrzymuje płatności za wystawione faktury w terminie. Problem zatorów płatniczych jest powszechny, dlatego tak ważna jest edukacja jak przeciwdziałać temu zjawisku i promowanie dobrych praktyk biznesowych, szczególnie istotnych dla funkcjonowania małych i średnich przedsiębiorstw – komentuje Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny Bibby Financial Services w Polsce – firmy oferującej usługi finansowe – inicjatora kampanii „Płacę faktury, jestem gospodarczo odpowiedzialny”. Według Bibby MSP Index obecnie co 10 firma korzysta z faktoringu, a jako główną przyczynę korzystanie z tej usługi firmy wskazują właśnie poprawę płynności finansowej.
Z jesiennego badania na temat zatorów płatniczych przedsiębiorców z sektora MŚP przeprowadzonego przez BIG InfoMonitor wynika, że prawie 30% przedsiębiorców ma problem z zachowaniem płynności finansowej w swojej firmie. W grupie przedsiębiorstw sprzedających towary bądź usługi z odroczonym terminem płatności, kłopot z płynnością dotyka niemal co 3 ankietowanego. Ponad połowa firm deklaruje, że występowanie opóźnień́ jest barierą dla prowadzonej przez nie działalności.
Sektor MŚP jest szczególnie mocno wrażliwy na brak terminowych płatności ze strony swoich kontrahentów. Podstawowym problemem sektora MŚP jest niska kapitalizacja, czyli brak zaplecza finansowego, które pozwoliłoby bez stresu przetrwać opóźnienia w płatnościach. W efekcie firmy z segmentu MŚP, których dotknął ten problem, same zaczynają opóźniać płatności względem swoich dostawców. To z kolei może wiązać się z ograniczeniem dostępności do kredytu kupieckiego, ograniczenia zakupów niezbędnych materiałów oraz usług i w efekcie braku możliwości konkurowania na rynku. Problem „krótkiej kołderki finansowej” skutecznie zniechęca wielu małych przedsiębiorców do zwiększenia skali działalności, a to bardzo często oznacza stagnację i szybki kres działalności. Najgorszym możliwym scenariuszem jest brak płatności ze strony kontrahenta, którego efektem jest całkowita utrata płynności i potencjalne zamknięcie prowadzonej działalności – komentuje Maciej Kalbus, Zastępca Dyrektora, Departament Ryzyk Kredytowych i Politycznych, Marsh Polska.
75% badanych firm próbuje przeciwdziałać opóźnieniom w płatnościach. Jak wynika z badania Bibby MSP Index nadal główną metodą zabezpieczania się (w 65,4% przypadków) jest sprawnie działający dział księgowy monitorujący i pilnujący należnych zaległości.
Jako główne sposoby zabezpieczania się przed niewypłacalnymi kontrahentami badani wskazali weryfikację klienta w KRD lub BIG przed podpisaniem umowy (57,3%) oraz ubezpieczanie transakcji (10%). Warto zwrócić uwagę, że nadal aż ponad 22% respondentów nie zabezpiecza się przed zagrożeniami wynikającymi ze współpracy z niewypłacalnymi kontrahentami.
Zaniepokojeni niską świadomością o sposobach poprawy płynności finansowej i jej zapobiegania, uruchomiliśmy kampanię edukacyjną stworzoną z myślą o przedsiębiorcach z sektora MŚP, Płacę Faktury – jestem gospodarczo odpowiedzialny. Jej celem jest propagowanie dobrych praktyk, i pokazanie, że regulowanie swoich należności na czas uruchamia reakcję łańcuchową – firmy mogą regulować swoje zobowiązania na czas m.in. terminowo wypłacać wynagrodzenia, płacić podatki, składki ZUS, a także inwestować i rozwijać się. Na stronie placefaktury.pl przedsiębiorcy znajdą materiały poradnikowe oraz prawdziwe historie przedsiębiorców, którzy przywrócili swojej firmie płynność finansową – dodaje Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny Bibby Financial Services w Polsce.
Choć na rynku surowców energetycznych najsilniejszy ruch w stronę północy odnotowały grudniowe kontrakty na gaz ziemny (4,5 proc.), to miano absolutnej gwiazdy poniedziałkowej sesji zyskuje ropa. Obecnie West Texas Intermediate przebija się przez nienotowany od lipca 2015 roku poziom 57,00 USD, co częściowo napędzają najnowsze doniesienia z państw OPEC. Na powrocie rentowności amerykańskich dziesięciolatek do poziomu 2,32 proc. korzystają nie tylko pozostałe waluty koszyka G10, ale również metale szlachetne. Liderem powyższego zestawienia pozostaje srebro (2,3 proc.), które wyraźnie dystansuje się od zwyżki złota (0,9 proc.) wracającego nad poziom 1 280 USD za uncję.
Dzisiejszą słabość amerykańskiej waluty najsilniej wykorzystał funt szterling (0,6 proc.) wypychający parę GBP/USD w okolice oporu przy 1,3160. Beneficjentami przetasowania na rynku surowców stały się również norweska korona (0,5 proc.) oraz kanadyjski dolar (0,3 proc.), który usilnie próbuje wymazać pasmo ostatnio obserwowanej przeceny. Blisko piątkowego punktu wyjścia znajduje się euro (0,0 proc.) stabilizujące EUR/USD przy 1,1610. W koszyku walut Emerging Markets prym wiedzie turecka lira (1,6 proc.), która w minionym tygodniu była zakładnikiem doniesień związanych z procederem omijania sankcji przez Iran. W regionie miano najsilniejszego należy do czeskiej korony (0,4 proc.) wracającej w okolice poziomów obserwowanych po ostatniej decyzji ČNB w sprawie zmian obowiązujących parametrów polityki pieniężnej. W przypadku złotego należy mówić o stosunkowo niewielkich ruchach, bowiem EUR/PLN balansuje przy 4,2400, USD/PLN schodzi w okolice 3,6500, GBP/PLN przebija się przez 4,8000, a CHF/PLN stabilizuje się przy 3,6580.
Efekt względnie nudnego kalendarza makroekonomicznego skutecznie rekompensowały dynamicznie pojawiające się doniesienia. Pogłoski o rzekomym odejściu z Fed potwierdził Bill Dudley, członek zarządu oraz szef oddziału z Nowego Jorku, który ma rozstać się z Systemem Rezerwy Federalnej w połowie 2018 roku. Dla rynku ropy kluczowe były słowa Emmanuela Ibe Kachikwu, nigeryjskiego ministra ds. złóż ropy, który poinformował jednogłośności państw OPEC w sprawie dalszego cięcia wydobycia. Według Kachiwku jedynym problemem pozostaje wyznaczenie terminu obowiązywania porozumienia.
Koniec notowań na europejskich parkietach nie stał pod znakiem dość spektakularnych zwyżek. Tuż pod poziomem z piątkowego zamknięcia uplasował się frankfurcki DAX (-0,1 proc.), na czele którego znalazło się RWE (1,6 proc.) między innymi za sprawą noty analitycznej Goldman Sachs – w rekomendacji zalecono kupno walorów z ceną docelową na poziomie 26,50 EUR (obecnie: 22,59 EUR). Na dnie giełdy znalazł się ProSiebenSat.1 (-2,9 proc.), aczkolwiek to Deutsche Telekom znalazł się na celowniku mniej optymistycznie nastawionych inwestorów. Za 2,6 proc. przeceną stoi koniec rozmów połączenia marki T-Mobile z amerykańskim Sprintem.
Niezbyt pokaźny ruch ma za sobą również londyński FTSE 100 (0,0 proc.), który był usilnie ciągnięty ku górze przez ConvaTeca (3,8 proc.) będącego świeżo po rekomendacji kupna wystawionej przez UBS (-0,8 proc.). W Paryżu ponownie dwie ostatnie lokaty należały do spółek z sektora finansowego – BNP Paribas (-1,2 proc.) oraz Société Générale (-3,7 proc.), które w minionym tygodniu stały się ofiarami rozczarowujących przychodów z tradingu. Tym razem źródło pesymizmu w przypadku drugiej ze spółek zapewniła nota KBW, której pojawiła się rekomendacja „niedoważaj” z ceną docelową na poziomie 39,40 EUR (obecnie: 44,03 EUR).
Przy Książęcej swoje pięć minut miały spółki z sektora bankowego, którym przewodził Bank Zachodni WBK (3,1 proc.). W połowie sesji dodatkowy wiatr w żagle zapał Alior Bank (2,9 proc.) po komentarzu Moody’s, gdzie zauważono możliwość odnotowania przez Bank Pekao (1,2 proc.) niekorzyści wynikających z połączenia. Listę komponentów indeksu WIG 20 (0,8 proc.) zamknęła Jastrzębska Spółka Węglowa. Jej 0,6 proc. przecenie wtórowała zniżka Tauronu (-0,6 proc.), który poinformował o ponownym uruchomieniu bloku elektrowni Łagisza o mocy 460 MW pod koniec miesiąca.
Zgodnie z drogowymi stereotypami najmłodsi kierowcy jeżdżą brawurowo, a najstarsi o wiele bardziej zachowawczo.
Ten opis potwierdzają policyjne statystyki – młodzi kierowcy stwarzają największe zagrożenie na drogach, a najstarsi najmniejsze.
Wiek ma również duży wpływ na cenę obowiązkowego ubezpieczenia OC. Ile za polisę płacą przedstawiciele tych grup wiekowych?
Zbierane przez Komendę Główną Policji statystyki wypadków drogowych nie pozostawiają złudzeń: kierowców z grupy wiekowej od 18 do 24 lat trudno uznać za bezkolizyjnych. W ubiegłym roku spowodowali oni blisko 6 tys. wypadków, czyli aż 20% wszystkich zdarzeń, do których doszło z winy kierujących pojazdami. Co gorsze, ponad połowa wszystkich zabitych na drogach osób to ofiary właśnie tej grupy prowadzących jedno i wieloślady. Na każde 10 tys. najmłodszych kierowców przypada aż 18,4 wypadków, a wśród osób po 60. roku życia jest ich zaledwie 4,9 –zdecydowanie najmniej spośród wszystkich grup wiekowych.
Senior na drodze…
Można zakładać, że mniejsza liczba zdarzeń drogowych z udziałem seniorów wynika m.in. wolniejszej jazdy, częstszego korzystania ze znanych im dróg czy rezygnacji z podróży w nocy i przy złych warunkach atmosferycznych. Jednak współuczestnicy ruchu drogowego często narzekają, że starsi kierowcy jeżdżą nieprzewidywalnie, bez zwracania uwagi na otoczenie. Przyczyną problemów są naturalne dla tego wieku ograniczenia – słabsza i wolniejsza reakcja, problemy ze wzrokiem czy zła ocena sytuacji. Co ważne, dane Instytutu Transportu Samochodowego (ITS) wskazują, że kierowcy 50+ są najszybciej rosnącą grupą zmotoryzowanych, a według prognoz GUS do 2035 roku co piąty Polak będzie miał powyżej 65 lat.
– W niedalekiej przyszłości kierowcy w starszym wieku będą częściej korzystali z auta i pokonywali więcej kilometrów. To wyzwanie dla branży ubezpieczeniowej, która będzie musiała dostosować się do nowej struktury wiekowej zmotoryzowanych i oszacować związane z tym ryzyko występowania szkód komunikacyjnych w coraz liczniejszej grupie starszych kierowców – zauważa Jakub Nowiński, członek zarządu w multiagencji Superpolisa Ubezpieczenia.
Wiek posiadacza pojazdu to ważne kryterium brane pod uwagę przez wszystkich ubezpieczycieli przy ustalaniu stawki za obowiązkową polisę komunikacyjną. Nierozerwalnie wiąże się to z prawdopodobieństwem spowodowania szkody – wysokim w przypadku młodych i stosunkowo niskim w przypadku seniorów. Aby sprawdzić, jak różnią się ceny obowiązkowej polisy OC, multiagencja Superpolisa Ubezpieczenia wykonała przykładowe wyliczenia dla młodego i zdecydowanie starszego kierowcy przy założeniu, że ubezpieczają identyczne auto – 5-letniego opla astrę o mocy 110 KM i pojemności 1,7 l.
Prawie 5 razy więcej za polisę dla młodych
Z przeprowadzonych kalkulacji wynika, że 25-latek z Warszawy za swoje pierwsze OC musiałby zapłacić minimum 3 710 zł. To dużo, ale i tak niewiele, biorąc pod uwagę, że u jednego z ubezpieczycieli taką samą polisę mógłby kupić za 8 960 zł, czyli o 5 250 zł więcej! Za identyczną ochronę 63-latek, od 25 lat opłacający OC i bez szkód na koncie, w stolicy znajdzie OC już za 820 zł – czyli blisko pięć razy mniej niż młody kierowca. W najgorszym wypadku cena polisy dla seniora to 2 194 zł.
– Duże znaczenie dla kalkulacji składki za OC mają statystyki wypadkowe, z których jednoznacznie wynika, że w grupie najmłodszych kierowców ryzyko spowodowania szkody jest najwyższe. Nie bez znaczenia jest także ich brak doświadczenia i historii ubezpieczeniowej. Wszystko to sprawia, że niewiele towarzystw patrzy na młodych kierowców łaskawym okiem. O „kredyt zaufania” zdecydowanie łatwiej seniorom. Choć część ubezpieczycieli również w przypadku kierowców 60+ stosuje zwyżki za wiek, to są firmy, które są skłonne obniżyć ceny, zwłaszcza jeśli senior wypracował maksymalne zniżki za bezszkodową jazdę – wyjaśnia Jakub Nowiński z Superpolisy.
Trzeba wiedzieć, że polityka cenowa, czyli kryteria przydzielania zniżek i zwyżek w OC, jest różna w każdym z towarzystw. Najczęściej największą zwyżkę stosuje się wobec właścicieli pojazdów, którzy nie ukończyli 26. roku życia i prawo jazdy mają krócej niż 3 lata. Często najbardziej uprzywilejowaną grupą są osoby w wieku 35-55 lat.
Łączna wartość transakcji na krajowym rynku inwestycyjnym na koniec 2017 roku, biorąc pod uwagę akwizycje sfinalizowane w pierwszych 9 miesiącach i szacunkową wartość transakcji w toku, może być wyższa o około 15 proc. od rekordowego 4,5 mld euro z ubiegłego roku. Wynik 2,3 mld euro osiągnięty w przeciągu trzech pierwszych kwartałów 2017 był co prawda niższy niż wartość transakcji zamkniętych w analogicznym okresie roku ubiegłego, jednak jak podkreślają autorzy raportu, wpływ na to mają m.in. nowe regulacje dotyczące klasyfikacji podatkowej umów, wydłużające proces decyzyjny i czas konieczny na przygotowanie i sfinalizowanie transakcji.
Biura i regiony w cenie
W trzecim kwartale 2017 właściciela zmieniły nieruchomości o wartości 810 mln Euro, z czego ponad połowa (52 proc.) przypadła na projekty biurowe. Gorszy wynik niż w II kwartale – kiedy główną rolę odegrały duże transakcje portfelowe – odnotował sektor handlowy. Z kolei na rynku powierzchni magazynowych i logistycznych właściciela zmieniły dwa obiekty, za które nowi właściciele zapłacili łącznie 92 mln euro.
Autorzy raportu podkreślają, że w minionych trzech kwartałach odnotowano rosnące zainteresowanie inwestorów projektami biurowymi na rynkach regionalnych, które oferują atrakcyjne produkty inwestycyjne o znaczącym potencjale. Skierowanie uwagi na regionalne biura przełożyło się bezpośrednio na wolumen transakcji w sektorze biurowym – połowa z nich została zawarta właśnie na tych rynkach.
Pozycja regionalnych rynków biurowych systematycznie się umacnia dzięki silnemu popytowi ze strony centrów nowoczesnych usług dla biznesu, które kreują wysokie zapotrzebowanie na nowoczesną powierzchnię biurową. Obserwując wielkość podaży nowej powierzchni i poziom wskaźników powierzchni wynajętej, sytuacja podażowo – popytowa w regionach postrzegana jest jako stabilna, co sprzyja aktywnym tam deweloperom. Stąd spory wybór produktów, spełniających kryteria inwestorów – PATRYCJA DZIKOWSKA, DYREKTOR DZIAŁU ANALIZ RYNKOWYCH I DORADZTWA, EUROPA ŚRODKOWO – WSCHODNIA
Wzmożone zainteresowanie inwestorów biurowymi produktami najwyższej klasy, zlokalizowanymi w regionach, pociąga za sobą zmniejszenie różnicy stóp kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości z rynku stołecznego i poszczególnych rynków regionalnych – PIOTR GOŹDZIEWICZ, DYREKTOR, DZIAŁ RYNKÓW KAPITAŁOWYCH, EUROPA
ŚRODKOWO – WSCHODNIA
W poszukiwaniu logistycznych okazji
Podsumowując trzy kwartały 2017 roku, ponad połowa rynkowych transakcji została wygenerowana przez sektor handlowy, 29 proc. stanowiły transakcje z rynku biurowego. Wartość umów kupna – sprzedaży obiektów magazynowych wyniosła niecałe 119 mln euro. Odnotowany niski poziom wolumenu transakcji logistyczno-magazynowych nie oznacza jednak niskiej atrakcyjności tego sektora i braku apetytu ze strony inwestorów.
Cały czas obserwujemy niesłabnące zainteresowanie inwestorów nabywaniem nieruchomości magazynowych, natomiast faktem jest, iż podaż gotowych do sprzedaży obiektów jest bardzo ograniczona. Stąd też wiele transakcji w segmencie magazynowym zawierane jest na zasadzie forward-funding i forward-purchase, co nie zawsze jest odzwierciedlone w wolumenie transakcyjnym tego segmentu – JOHN PALMER, DYREKTOR DZIAŁ RYNKÓW KAPITAŁOWYCH, EUROPA ŚRODKOWO – WSCHODNIA
Co dalej z REIT-ami?
Koniec wakacji przyniósł niepokojące wieści dotyczące perspektywy wprowadzenia długo oczekiwanych regulacji prawnych umożliwiających tworzenie w Polsce spółek typu REIT. Wprowadzenie w życie ustawodawstwa, wstępnie planowane na styczeń 2018, nie nastąpi w tym okresie, co tłumaczone jest m.in. koniecznością przeanalizowania wielu uwag zgłoszonych do projektu Ministerstwa Finansów przez różne instytucje i środowiska. Co więcej, projekt uregulowań został znacząco zmieniony w porównaniu z pierwszą wersją i w obecnym kształcie ogranicza możliwość tworzenia spółek REIT do sektora nieruchomości mieszkaniowych. Wyłączenie nieruchomości komercyjnych z ustawy wprowadzającej REIT w Polsce to utrata alternatywnych źródeł kapitału dla rozwoju rynku w tym sektorze.
Dolar pierwszym wyborem inwestorów na szerokim rynku. Amerykańska waluta czeka na katalizator by przyśpieszyć ruch umacniający. Taką kwestią może być wprowadzenie reformy podatków w USA. Rosnąca siła dolara może niekorzystnie wpłynąć na krajową walutę. EUR/PLN w kierunku 4,30? Podwyżka stóp w Wielkiej Brytanii=osłabienie funta. Złoty traci w ostatnich dniach do USD i GBP.
Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 17.09.2017-06.11.2017
Para walutowa
EUR/PLN
CHF/PLN
USD/PLN
GBP/PLN
Minimum
4,2230
3,6180
3,5550
4,6970
Maksimum
4,3290
3,7920
3,6910
4,9360
Od połowy października na kursie EUR/PLN mamy konsolidację. Pasmo wahań jest niewielkie raptem 3,5 groszowe. Na wykresie można wyrysować formację trójkąta, zbliżanie się obu ramion sygnalizować może wybicie z tej formacji w najbliższych dniach. Jeśli spojrzymy na aktualną sytuację na szerokim rynku, to można oczekiwać osłabienia złotego. Jest to efekt silniejszego dolara i rosnącej rentowności amerykańskich obligacji. Taka sytuacja działa niekorzystnie na waluty krajów wschodzących. W środę mamy co prawda posiedzenie RPP, ale nie należy oczekiwać, że rynek zacznie wyceniać podwyżkę stóp procentowych w Polsce w 2018 roku. Temat jest dość odległy, a do tego same polskie władze monetarne ani myślą póki co zmieniać swojej polityki. Dlatego też nie oczekujemy zmiany wydźwięku komunikatu po posiedzeniu prezesa Glapińskiego. Gdyby doszło do wybicia z formacji trójkąta pierwszy opór kurs EUR/PLN napotka na poziomie 4,2750.
CHF/PLN obecnie testuje linię trendu spadkowego. Pod koniec października już taka sytuacja miała miejsce ale wtedy próba ta zakończyła się fiaskiem a kurs podążył w kierunku lokalnego minimum. Póki co na rynkach nie widać wiele ryzyk, więc inwestorzy niechętnie uciekają do tematu do walut uznawanych za bezpieczne jak frank szwajcarski. Stąd jakieś nagły wzrost kursu CHF/PLN nam nie grozi. Trzeba jednak pamiętać o kwestii Korei Północnej, która została nieco zapomniana przez rynki. A moment na pokazanie swojej obecności na świecie Kim Dzon Un ma idealny. Z wizytą w Azji przebywa Donald Trump. I z pewnością na szeregu planowanych konferencjach o tej kwestii wspomni. Może to oczywiście przełożyć się na powrót do gry słów na linii USA-Korea Północna. W przypadku sforsowania linii trendu spadkowego kolejnym oporem będzie 3,70. Wsparciem pozostanie ostatnie minimum.
USD/PLN pozostaje dość wysoko. Kurs porusza się w 8 groszowym kanale. Niewykluczony jest test górnego ograniczenia kanału w okolicach 3,6650. Tym bardziej, że widać na rynkach zbieranie siły amerykańskiej waluty na kolejny atak w kierunku południowym na głównej parze. Katalizatorem może się okazać wprowadzenie kluczowej reformy podatkowej. Już dziś Izba Reprezentantów rozpoczęła pracę nad stosownymi ustawami. Trump obiecał, że wejdzie ona w życie jeszcze w tym roku. W skrócie dwie najważniejsze ulgi zostaną znacząco podniesione, do tego zmniejszona zostanie ilość progów podatkowych, co ma przynieść istotnie większą dynamikę wzrostu gospodarczego. Jeśli faktycznie reforma wejdzie w życie to aprecjacja dolara stanie się faktem. Nie wspominając już o kwestii podwyżki stóp w grudniu, która praktycznie jest pewna. Tydzień jest jednak bardzo ubogi w dane makro więc niewykluczone, że w tym tygodniu rozpędzenia się trendu wzrostowego na dolarze nie zobaczymy. Pokonanie wspomnianego oporu na USD/PLN powinno szybko podnieść kurs do okolic 3,70 przy którym znów możemy mieć lekki hamulec i trudności z jego pokonaniem. Wsparciem będzie wyrysowana linia krótkoterminowego trendu wzrostowego w okolicach 3,63.
Bez wątpienia największą zmienność w ubiegłym tygodniu mieliśmy na funcie brytyjskim. Podczas gdy negocjacje brexitowe odeszły nieco w cień, na pierwszy plan wysunął się Bank Anglii. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami władze monetarne Wielkiej Brytanii podwyższyły koszt pieniądza o 25 pkt bazowych. Sytuacja nieco z natury tych dziwnych biorąc pod uwagę, że nadal trwa program skupu aktywów, czyli luźna polityka monetarna a podwyższa się stopę procentową czyli zacieśnia tenże element gospodarki. Mark Carney jednak obawiał się widocznie wysokiej inflacji wynoszącej 3% i stąd taka decyzja. Wzrostów jednak na funcie nie było, gdyż konferencja BoE była zdecydowanie gołębia. Prezes dość jasno powiedział, że nie jest to absolutnie początek cyklu a raczej jednorazowa zmiana. W projekcjach Bank Anglii w kolejnych latach widzi inflację na niższych poziomach. Wydaje się więc, że kolejne ruchy w polityce monetarnej jeśli już skierują się w kierunku QE i kolejnych etapów z jego wychodzenia a ruchów na stopach długo nie zobaczymy. Efekt był taki, że GBP/PLN spadł o niemal 12 groszy w dwa dni po decyzji. Doszło do wybicia dołem z kanału wzrostowego. Od czwartku ubiegłego tygodnia widzimy jednak nieco odbicia korekcyjnego i brytyjska waluta nieco zyskuje. Trzeba jednak pamiętać, że gołębie słowa prezesa i projekcje długo jeszcze będą wywoływać presję spadkową na funcie.
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Jakich miesięcznych dochodów oczekują milenialsi? Jaki poziom zarobków chcieliby osiągnąć podczas rozwoju zawodowego? Blisko połowa z nich prognozuje, że realnym celem jest miesięczne wynagrodzenie przekraczające 3000 zł. Podobne aspiracje posiadają przedstawiciele starszej grupy badanych – respondenci w wieku 45-60 lat. Więcej informacji dotyczących preferencji finansowych zawiera raport „Sytuacja materialna Polaków”[1], zrealizowany na zlecenie Lindorff SA.
Ile zarabiają Polacy?
Do udziału w badaniu zostały zaproszone dwie grupy ankietowanych: przedstawiciele pokolenia Y (21-35 lat) oraz generacji X (45-60 lat). Respondenci zostali poproszeni o udzielenie odpowiedzi na pytanie: „W jakich granicach mieszczą się Twoje łączne dochody netto, uzyskiwane ze wszystkich źródeł?”. Uzyskane wyniki obrazują duże rozbieżności w wysokości wynagrodzenia w obu grupach wiekowych. ¼ młodszych ankietowanych przyznała, że ich miesięczne przychody znajdują się w przedziale 2001-3000 zł. Dla 18% badanych całkowity dochód netto wynosi od 1501 do 2000 zł, a 10% wskazało odpowiedź „3001-4000 zł”. 15% respondentów oświadczyło, że zarabia mniej niż wynosi najniższa krajowa (poniżej 1500 zł), a blisko 1/5 otrzymuje ponad 4000 zł netto.
Jakich odpowiedzi udzielali starsi respondenci? Najliczniejsza grupa przedstawicieli tej grupy badawczej (21%) wskazała, że ich wynagrodzenie nie przekracza 2000 zł. Dwie odpowiedzi „2000-3000 zł” oraz „3000-4000 zł” uzyskały po 19% wskazań, podobnie jak „4000-5000 zł” oraz „powyżej 5000 zł”, z których każda określa wysokość zarobków 1 na 10 ankietowanych.
Powyższe badanie wykazało, że większe wynagrodzenie otrzymują osoby w wieku 45-60 lat. Wynika to z faktu, że przedstawiciele generacji X dłużej funkcjonują na rynku pracy, prawdopodobnie rzadziej decydują się na zmianę pracodawcy, dzięki czemu ugruntowali swoją pozycję zawodową. Natomiast młodzi ludzie, którzy stawiają pierwsze kroki na rynku pracy, często decydują się na zmianę miejsca zatrudnienia, a ponieważ rozpoczynają dopiero swoją karierę, mogą liczyć na zdecydowanie mniejszy miesięczny dochód.
Jakiego wynagrodzenia oczekują Polacy?
Respondenci zostali również poproszeni o określenie swoich preferencji dotyczących miesięcznego wynagrodzenia netto, a wyniki badania ponownie sklasyfikowano według kryterium wieku. Które odpowiedzi wskazali ankietowani, odpowiadający na pytanie: „Jaki pułap wynagrodzenia chciałbyś osiągnąć na drodze Twojej kariery zawodowej i równocześnie uznajesz go za realny do osiągnięcia”? Największa grupa badanych milenialsów, czyli reprezentantów pokolenia Y (17%), zadeklarowała, że chciałaby uzyskać wynagrodzenie na poziomie 2000-2500 zł, 14% badanych usatysfakcjonuje dochód w granicach 3000-3500 zł, natomiast 12% respondentów wybrało przedział 4000-5000 zł. Pozostałe odpowiedzi uzyskały poniżej 10% wskazań.
Wśród pokolenia X obserwujemy duże rozbieżności dotyczące oczekiwanej wysokości wynagrodzenia. 16% badanych wskazało, że w toku rozwoju zawodowego i poszerzania własnych umiejętności chciałoby osiągnąć dochód w przedziale 2500-3000 zł, a 14% oczekuje wynagrodzenia na poziomie 3000-3500 zł. 12% respondentów uzyska satysfakcję zawodową otrzymując pensję w wysokości 5000-6000 zł, 11% wierzy w dochód oscylujący wokół 3500-4000 zł, a co 10 ankietowany wskazał zakres od 4000 do 5000 zł. Pozostałe odpowiedzi wybrało od 3 do 9% badanych.
Według powyższego raportu stała praca stanowi priorytet w życiu respondentów, którzy przy wyborze miejsca zatrudnienia zwracają szczególną uwagę na satysfakcjonujące wynagrodzenie (47% ankietowanych myśli w ten sposób). Wśród milenialsów istotny element stanowi również jasno określony i atrakcyjny system premiowy, który wskazało 17% ankietowanych z tej grupy wiekowej (powyższą odpowiedź wybrało jedynie 4% reprezentantów generacji X). Możliwość otrzymania dodatkowych benefitów finansowych nie stanowi najważniejszego warunku podjęcia zatrudnienia wśród Polaków, warto jednak zwrócić uwagę na rekordową dysproporcję w obu grupach. Powyższy raport wykazał również, że jedynie 53% milenialsów i 40% osób w wieku 45-60 lat jest zadowolona z otrzymywanej pensji. Dlatego oczekują oni zwiększenia wynagrodzenia, które stanowi podstawowy wyznacznik poziomu akceptacji miejsca pracy.
[1]Raport zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA – badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród członków społeczności badawczej Zymetrii. Realizacja badania: 20.01.2017 – 24.01.2017 r, N=551.
Ponad 96 000 rodzin oraz niemal 2,5 mld zł – te liczby najdobitniej pokazują skalę rządowego programu Mieszkanie dla Młodych. Jedna z najpopularniejszych form dofinansowania młodych gospodarstw domowych jest jednak wygaszana, a jej ostatnia transza będzie miała miejsce na początku 2018 roku. Jakie perspektywy czekają rozpędzony polski rynek nieruchomości?
Mieszkanie dla Młodych funkcjonuje na polskim rynku od 2014 roku. Mimo trudnych początków (wg. danych Najwyższej Izby Kontroli, w 2014 roku wykorzystano zaledwie 34,5 proc. przeznaczonego budżetu) z czasem Polacy przekonali się do rządowego programu mieszkaniowego… do tego stopnia, że w 2017 potencjalni kupujący potrafili wykorzystać cały budżet w zaledwie kilka dni. Niebagatelne znaczenie dla znaczącego ożywienia programu miały wprowadzone w nim zmiany.
Obecnie w ramach Mieszkania dla Młodych można zakupić mieszkanie lub dom na rynku pierwotnym lub wtórnym. Dofinansowanie jest wypłacane na wkład własny oraz częściową spłatę kredytu, a jego wysokość zależy od wielkości gospodarstwa domowego. Rodziny, w których jest co najmniej trójka dzieci mogą liczyć nawet na refundację 30 proc. wartości nieruchomości. Natomiast w przypadku wielu domowników można nabyć drugie i kolejne lokum w celu poprawienia warunków mieszkaniowych.
MdM rozpędziło rynek nieruchomości
Z rządowego programu dotychczas skorzystało ponad 96 000 rodzin, a krajowy budżet kosztowało to niemal 2,5 mld zł. – Na fali programu Mieszkanie dla Młodych powstało wiele nowych inwestycji mieszkaniowych. Deweloperzy, widząc tak duże zainteresowanie oraz możliwości rynkowe, znacząco zwiększyli zakres swojej działalności i zaczęli budować więcej. Ponadto dostosowywali swoje oferty do warunków programu – mówi Agata Stradomska, z RE/MAX Polska, części globalnej sieci biur nieruchomości RE/MAX.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2016 roku wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym na budowę ponad 211 000 mieszkań, czyli aż o 12 proc. więcej niż w 2015 r. Natomiast 2017 rok zapowiada się na rekordowy pod względem oddanych mieszkań. Przetoczone dane w połączeniu z dofinansowaniem rządowym sprawiają wrażenie, że już po nowym roku polski rynek nieruchomości zacznie gwałtownie hamować. Jednakże zaprzeczają temu słowa Agaty Stradomskiej, ekspertki globalnej sieci RE/MAX. – Warto zauważyć, że tylko część mieszkań z rynku pierwotnego spełniała finansowe kryteria programu rządowego. Na przykład, w III kwartale obecnego roku, w Warszawie limit cenowy dla rynku pierwotnego wynosił 6 404,65 zł za m kw., a średnia cena dla miasta wynosi 8 200 zł za m kw. Dlatego kupując mieszkanie w stolicy, a także w niektórych innych miastach i chcąc skorzystać z MdM należy się zdecydować na mniej atrakcyjną lokalizację. Pokazuje to, że nawet po wygaszeniu programu rządowego popyt na mieszkania w korzystnej lokalizacji oraz z atrakcyjną infrastrukturą wzrośniecie powinien zmaleć – mówi Stradomska.
Popyt nie ustanie
– Na rynek nieruchomości aktywnie wchodzi pokolenie wyżu demograficznego oraz inwestorzy, którzy kupno mieszkania traktują jako lepszą alternatywę lokowania pieniędzy niż lokaty, czy fundusze. Dodatkowo, gdy spojrzymy na dane GUS mówiące, że w Polsce na jedno mieszkanie przypada średnio 2,72 osoby, a w krajach z zachodu Europy średnia oscyluje w granicach 2 – 2,25 to pokazuje, że krajowy rynek dalej jest chłonny na nowe lokale. Dzięki temu liczba chętnych na kupno mieszkania powinna się utrzymać, zmienić mogą się jedynie ich oczekiwania wobec własnego „M” – prognozuje Stradomska.
Pozytywnie wyglądają również dane makroekonomiczne, które pośrednio wpływają na rynek nieruchomości. Rekordowo mała stopa bezrobocia, niskie stopy procentowe oraz nieustannie rosnące pensje powodują, że potencjalni kupcy nie boją się zobowiązania w postaci kredytu hipotecznego. Co więcej, ostatnie prognozy Narodowego Banku Polskiego[1] pokazują, że pozytywna sytuacja gospodarcza w kraju powinna się utrzymywać w najbliższych kwartałach.
Nadchodzi Mieszkanie+
Naturalnym następcą Mieszkania dla Młodych ma być program Mieszkanie+. Główną różnicą dla beneficjentów będzie fakt, że w odróżnieniu do MdM mieszkania będą wynajmowane w preferencyjnych cenach za m kw. oraz w dwóch możliwościach – wynajem zwykły oraz wynajem z opcją dojścia do własności.
– Niewątpliwie nowy program jest bardzo ciekawy. Szczególnie gdy zwrócimy uwagę na to, że według danych Eurostatu Polska jest krajem z małym odsetkiem wynajmowanych lokali. Biorąc pod uwagę coraz większą mobilność społeczeństwa oraz migrację zarobkową można spodziewać się, że popyt na wynajem mieszkań będzie z rosnąć – mówi Agata Stradomska z RE/MAX Polska. – Jednak czy w przyszłości będziemy częściej wynajmować niż kupować? Oprócz racjonalności ekonomicznej dużo będzie zależeć od zmiany przekonań i przyzwyczajeń Polaków, a jak wiadomo pokonanie tego typu barier jest najbardziej czasochłonne – podsumowuje Stradomska.