Biedronka rozbudowuje sieć dystrybucyjną. Nowa inwestycja w Gorzowie Wielkopolskim jest najnowocześniejszym centrum w Polsce

Biedronka rozbudowuje sieć dystrybucyjną. Nowa inwestycja w Gorzowie Wielkopolskim jest najnowocześniejszym centrum w Polsce 1

Centrum dystrybucyjne Biedronki w Gorzowie Wielkopolskim jest 16., najnowocześniejszym i największym obiektem logistycznym sieci. Jego powierzchnia magazynowa wynosi 31 tys. m kw., czyli niemal tyle, co pięciu boisk piłkarskich. Docelowo centrum będzie obsługiwało 200 sklepów na terenie trzech województw: lubuskiego, zachodniopomorskiego i wielkopolskiego. Każdego dnia może przyjąć do 8 tys. palet oraz wysyłać 240 samochodów ciężarowych. Nowe zastosowane w nim rozwiązanie „just in time” ma jeszcze bardziej usprawnić cykl dostaw produktów, a automatyczny system rejestracji uprościć przepływ towarów. Całościowy koszt inwestycji to 113 mln zł. Tego typu inwestycje to szansa na rozwój regionu, ale także na szybszy wzrost gospodarczy kraju i przyciągnięcie kolejnych inwestorów.

– Centrum Dystrybucyjne w Gorzowie Wielkopolskim to przede wszystkim większa o ponad 40 proc. w porównaniu do innych magazynów powierzchnia dla towarów świeżych. Mamy nowe rozwiązania recyklingowe; rozwiązania, które idą w stronę klienta, czyli tzw. just in time, dokładnie na czas. Towar, który przyjeżdża do nas od dostawcy, jest bezpośrednio w tym samym dniu dostarczany na półkę do sklepu. Zachowujemy lepszą jakość, jesteśmy bardziej precyzyjni i  dostosowani do potrzeb klienta – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Kasprzak, dyrektor Centrum Dystrybucyjnego Biedronki w Gorzowie Wielkopolskim.

W centrum wprowadzono również samodzielną rejestrację dostaw przez dostawców w elektronicznym punkcie przyjęć oraz testowany jest nowy system magazynowania just in time. Ma on zoptymalizować proces zamawiania towarów, przyspieszyć cykl dostaw do sklepów, uwolnić miejsca magazynowe i zmniejszyć ryzyko przeterminowania zapasów. Mocno rozbudowana jest też część chłodnicza, z podziałem na strefy chłodnicze 8-10 st. C, 4-6 st. C, mroźnie oraz strefy mięsa i ryb.

W nowo otwartym centrum zastosowano szereg rozwiązań przyjaznych dla środowiska, m.in. chłodnictwo oparte na wykorzystaniu naturalnych gazów CO2, inteligentny system oświetlenia dopasowany do poziomu natężenia naturalnego światła, czy nowoczesne metody recyclingu.

W gorzowskim centrum docelowo pracować będzie 320 osób – z czego 280 to pracownicy magazynu, a 40 pracownicy biurowi. Dodatkowo centrum wygeneruje około 150 miejsc pracy dla osób zatrudnionych u podwykonawców, takich jak np. firmy sprzątające, recyklingowe czy cateringowe.

– Jeśli mówimy o całym regionie to 320 osób, plus 150 miejsc pracy dla firm zewnętrznych. Po naszych wstępnych analizach, zarobki u nas będą kształtowały się na poziomie 3,4 tys. zł brutto. To średnia, którą obliczyliśmy z ostatnich 3 miesięcy pracy. Będzie ona wzrastała w miarę wzrostu wydajności centrum. Mamy też spore benefity pozapłacowe i liczący 17 programów pakiet socjalny – wymienia Kasprzak.

Jak przekonuje dyrektor Centrum w Gorzowie Wielkopolskim, pracownicy mogą liczyć też na rozwiązania wspomagające pracę.

– Zaproponowane przez nas rozwiązania – jak owijarka do palet, która w zdecydowanym stopniu odciąża pracownika, kontener chłodniczy nabijany gazem CO2, specjalne wózki autonomiczne, kompletacja głosowa, która też powoduje, że towar szybciej jest kompletowany – to wszystko sprawia, że pracownikowi się znacznie lepiej pracuje, w znacznie lepszych warunkach – przekonuje Jacek Kasprzak.

Jak podkreśla Jacek Wójcicki, prezydent Gorzowa Wielkopolskiego, nowo otwarte centrum to także szansa na rozwój dla całego regionu – Jeronimo Martins zainwestowało w budowę 113 mln zł. Powstałe w ten sposób miejsca pracy mogą przyciągnąć do miasta nowych mieszkańców, zwłaszcza, że Biedronka oferuje atrakcyjne w regionie zarobki i pozapłacowe bonusy.

– Centrum dystrybucyjne to dla nas bardzo ważny obiekt. Jeronimo Martins mocno weszło na rynek pracy, stało się bardzo atrakcyjnym pracodawcą, już od początku z bardzo pozytywnym przekazem dla mieszkańców. Oferta okazała się strzałem w dziesiątkę. To ważne, bo kolejny, solidny pracodawca daje możliwości wyboru miejsca pracy, do tego z tak bogatą ofertą CSR-ową. To powoduje, że Jeronimo Martins i to centrum dystrybucyjne stają się ważnym miejscem na mapie miasta – tłumaczy Jacek Wójcicki, prezydent Gorzowa Wielkopolskiego.

Prezydent miasta liczy, że dzięki nowej inwestycji m.in. wzrośnie liczba mieszkańców Gorzowa Wielkopolskiego (po spadkach ze 121 tys. w 2008 roku do 118 tys. w 2014 roku; ostatnie dane mówią o wzroście do 123 tys. osób). Ma także nadzieję na zwiększenie dochodów z podatku VAT i CIT (Gorzów Wlkp. – na tle miast o porównywalnej wielkości – ma jedne z mniejszych).

– Miasta średniej wielkości mają obecnie wyjątkowo dużą konkurencję. Z tak dużymi ośrodkami, jak Poznań czy Warszawa, trudno jest wygrać. Niemniej budowanie oferty poprzez nowe miejsca pracy, zmianę infrastruktury, poprawę komfortu życia skutkują tym, że mieszkańcy chcą się tu osiedlać – wskazuje Jacek Wójcicki.

O tym, jak ważne są dla regionu tego typu inwestycje, mówi także Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.

– Małe i średniej wielkości miasta mają niestety coraz mniejsze szanse, aby takie inwestycje pozyskiwać, bo te pojawiają się raczej w dużych ośrodkach, gdzie jest lepsze środowisko dla biznesu. Tym bardziej trzeba taką decyzję inwestycyjną powitać dużymi brawami. To kilkaset miejsc pracy, drugie kilkaset u firm, które współpracują z dystrybutorem, a to może przyciągnąć następne inwestycje – wyjaśnia Andrzej Arendarski i dodaje, że są one ważne nie tylko dla regionu, w którym powstały, ale i dla całego kraju.

– Dla Polski ta inwestycja ma duże znaczenie. Jesteśmy krajem, który się rozwija, poszukuje inwestycji, szczególnie ważne są inwestycje dużych, międzynarodowych koncernów. Opinia takich firm o Polsce daje nam szanse na przyciąganie kolejnych inwestorów – ocenia Andrzej Arendarski.

Szacuje się, że w 2016 roku napływ zagranicznych inwestycji bezpośrednich do Polski przekroczył 50 mld zł.

Sieć Biedronka liczy obecnie około 2750 sklepów w ponad tysiącu miejscowości w całym kraju.

Sektor HR postawi na CSR? Pomóc mogą nowe regulacje

Wraz z początkiem nowego roku firmy czekają zmiany. Powodem jest prawo unijne, które nakłada obowiązek na część pracodawców raportowania danych niefinansowych. Dotyczy to dużych firm działających na terenie Unii Europejskiej, także z sektora HR. Wśród nich Work Service jest jedyną agencją zatrudnienia w Polsce, która dotychczas stawiała na społeczną odpowiedzialność biznesu. Od dziś jest dostępny nowy raport CSR, w którym Grupa wskazuje na swój wpływ na otoczenie i podejmowane działania, m.in. z zakresu aktywizacji osób długotrwale bezrobotnych i niepełnosprawnych.

Od początku 2017 roku duże firmy będące jednostkami zainteresowania publicznego (JZP), w tym emitenci giełdowi, obejmuje nowy, wymagany przez Unię Europejską, obowiązek informacyjny. Wdrożona przez Parlament Europejski Dyrektywa 2014/95/UE mówiąca o ujawnianiu informacji niefinansowych spowodowała zmiany w ustawie o rachunkowości. Implementacja przepisów unijnych oznacza, że polscy przedsiębiorcy powinni być w trakcie przygotowań do raportowania danych niefinansowych za 2017 rok i ujawnienia ich w pierwszym kwartale 2018 roku.

Nowy obowiązek dotyczy nie tylko największych spółek notowanych na giełdzie. Obejmuje on firmy z kategorii tzw. jednostek zainteresowania publicznego (JZP), które spełniają określone w ustawie o rachunkowości kryteria finansowe oraz wielkości zatrudnienia. Zaliczane są do nich m.in. banki, zakłady ubezpieczeń, krajowe instytucje płatnicze, instytucje pieniądza elektronicznego, fundusze inwestycyjne i emerytalne. Ujawniać informacje niefinansowe będą musiały te podmioty, które mają w raportowanym i poprzednim roku obrotowym średnioroczne zatrudnienie przekraczające 500 osób w przeliczeniu na pełne etaty oraz osiągają wyniki 85 mln zł w przypadku sumy aktywów bilansu na koniec roku obrotowego lub 170 mln zł  w przypadku przychodów netto ze sprzedaży towarów i produktów za rok obrotowy – mówi Ewa Zamościńska, menedżer projektów i konsultant CSR z firmy edukacyjno-doradczej CSRinfo.

Przedsiębiorstwa objęte nowym obowiązkiem powinny raportować informacje o modelu biznesowym, związanych ze swoją działalnością ryzykach z obszarów wskazanych w ustawie, o stosowanych politykach dotyczących tych obszarów oraz wynikach ich wdrażania. Ustawa wymaga także zaraportowania kluczowych niefinansowych wskaźników efektywności związanych z działalnością jednostki. Polityki, efekty ich wdrażania i ryzyka dotyczą zagadnień pracowniczych, społecznych, środowiska naturalnego, poszanowania praw człowieka oraz przeciwdziałania korupcji.

Jeżeli raportująca firma nie wdraża polityk odnoszących do wyżej wymienionych zagadnień, powinna zastosować zasadę „zaraportuj lub wyjaśnij dlaczego tego nie raportujesz”. Wówczas należy przedstawić wyjaśnienie dlaczego pewnych wypracowanych praktyk w firmie nie ma. – Szacuje się, że w Polsce zagadnienia niefinansowe będzie musiało raportować prawie 300 dużych firm. W całej Unii Europejskiej jest ich kilka tysięcy. Jeżeli tak liczne grono znaczących graczy rynkowych – dużych klientów i pracodawców – jest pytane np. o zarządzanie ryzykiem łamania praw człowieka w miejscu pracy i szerzej, w całej strefie wpływu swojej działalności, to może to wpłynąć na tempo włączania tych kwestii w polityki doboru dostawców. Dostawcy B2B mogą się zatem spodziewać większego zainteresowania ich podejściem do kwestii pracowniczych, społecznych czy środowiskowych, nawet  jeżeli oni sami nie są objęci obowiązkiem raportowania – dodaje Ewa Zamościńska.

CSR na rynku agencji zatrudnienia

Z ubiegłorocznego raportu „Społeczna odpowiedzialność biznesu w polskich realiach. Teoria i praktyka” wynika, że na rynku agencji zatrudnienia, obejmującym obecnie ponad 7 tysięcy firm, tylko jedna przygotowuje raport społeczny. Wobec nowych wyzwań formalnych dla wielu podmiotów może to stanowić duże wyzwanie.

Jesteśmy przygotowani na nowe regulacje. Już w 2015 roku podjęliśmy decyzję, że będziemy raportować naszą działalność niefinansową i będziemy się dzielić naszymi doświadczeniami z interesariuszami. Dziś oddajemy nowy dwuletni raport, który przygotowany jest w standardzie GRI G4 – podkreśla Iwona Szmitkowska, Wiceprezes Zarządu Work Service S.A.

Aktywizacja zawodowa dla tysięcy Polaków

W swojej polityce odpowiedzialnego biznesu Grupa Work Service stawia przede wszystkim na wykorzystanie synergii pomiędzy oczekiwaniami otoczenia, a działalnością i kompetencjami. W efekcie realizowanych jest szereg aktywności nastawionych na aktywizację zawodową, edukację rynku i pracowników, a także na działalność charytatywną i społeczną.

Nasza bieżąca działalność ma wyraźny wpływ na życie wielu ludzi. W prowadzonych przez nas projektach aktywizacyjnych wzięło udział 6,5 tys. osób długotrwale bezrobotnych. W wyniku podjętych działań z tej grupy 4 tys. osób podjęło lub wkrótce podejmie pracę. Jednocześnie działamy na rzecz zwiększania zatrudnienia wśród kandydatów z niepełnosprawnością. Z jednej strony pomagamy osobom niepełnosprawnym w znalezieniu satysfakcjonującego zatrudnienia, z drugiej strony edukujemy naszych klientów w zakresie: korzyści płynących z ich zatrudnienia oraz odpowiedniego przystosowania miejsca pracy. Dzięki tym aktywnościom pomagamy znaleźć zatrudnienie dla ponad 500 osób rocznie – podsumowuje Iwona Szmitkowska.

Przemysł motoryzacyjny zdejmuje nogę z gazu? Mniej produkcyjnych optymistów w Polsce

Przedstawiciele branży motoryzacyjnej w Polsce z mniejszym, ale wciąż widocznym optymizmem, spoglądają w przyszłość. 36% reprezentantów automotive spodziewa się, że produkcja w ich fabrykach wzrośnie w drugim półroczu br. – wynika z najnowszego raportu „MotoBarometr 2017. Nastroje w automotive” przygotowanego przez Exact Systems. Choć jest to wynik niemal dwa razy słabszy niż rok temu (68%), eksperci podkreślają, że nie ma podstaw do obaw, że w polskim motoprzemyśle zaczyna się źle dziać. AutomotiveSuppliers.pl prognozuje, że w całym 2017 roku eksport produkcji motoryzacyjnej z Polski może wzrosnąć o ponad 10% r/r i przekroczyć rekordową wartość 26 mld euro. Większy optymizm wśród producentów panuje za to u naszych sąsiadów – w Rosji (60%), na Słowacji (56%) i w Niemczech (55%).

– Przemysł motoryzacyjny jest najszybciej rozwijającą się gałęzią polskiej gospodarki. Co więcej, Polska jest coraz bardziej widoczna nie tylko na europejskiej, ale także światowej mapie motoryzacyjnej. Nasze firmy sięgają ze swoją sprzedażą coraz dalej, nie tylko do krajów UE, ale też do Meksyku, Brazylii czy Chin. Na kierunki ekspansji zagranicznej wybieramy coraz częściej te rynki, których potencjał ludnościowy jest ogromny, co ma bezpośrednie przełożenie na popyt wewnętrzny na samochody. Najlepszym przykładem jest nasza firma. Chiny były pierwszym pozaeuropejskim krajem, który wybraliśmy i w 2016 roku rozpoczęliśmy tam działalność. W ciągu roku zdobyliśmy kilka dużych kontraktów zarówno z globalnymi jak i rodzimymi producentami. Rozwijając współpracę międzynarodową, Polska nie może zapominać o pozostałych aspektach istotnych dla naszego biznesu. O tym, jak długo będziemy jeszcze świadkami prosperity w motobranży, zdecyduje przede wszystkim umiejętność dostosowania się naszego kraju do szybko zmieniającego się otoczenia społeczno-gospodarczego. Wyzwania stojące przed nami to m.in. coraz większe braki kadrowe, które na bieżąco musimy uzupełniać, oraz wprowadzanie innowacji związanych z elektromobilnością. Aby nie zostać w tyle za konkurencją z innych państw, niezbędna jest pełna kooperacja polskiego rządu oraz przedsiębiorstw w powyższych obszarach – mówi Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems S.A.

Nie ma powodu do obaw

Przedstawiciele branży motoryzacyjnej w Polsce nie są już największymi optymistami spośród badanych państw, jeśli chodzi o produkcję. Tylko 1 na 3 zapytanych uważa, że produkcja do końca roku wzrośnie, co jest wynikiem niemal dwa razy słabszym niż rok temu (68% wskazań w 2016 roku). Co czwarty jest zdania, że pozostanie na podobnym poziomie jak obecnie.moto1

Jednak Rafał Orłowski, partner w AutomotiveSuppliers.pl, uspakaja. – Wielu producentów, przede wszystkim dostawców motoryzacyjnych, „konsumuje” realizowane wcześniejsze inwestycje. Tym głównie można tłumaczyć niższy niż w zeszłym roku odsetek respondentów, którzy deklarują wzrost produkcji. Natomiast wyższy odsetek respondentów deklarujących spadek produkcji można tłumaczyć  tym, że część firm wdraża nowe wyroby, co zazwyczaj przekłada się na czasowy spadek wolumenów. Innej przyczyny należy szukać na rynkach zagranicznych, które są „być albo nie być” dla większości producentów w Polsce. Jednak moim zdaniem nie ma obaw, że w przemyśle motoryzacyjnym w Polsce zaczyna się dziać coś niedobrego. Od kilku lat branża bije co roku nowe rekordy, zarówno pod względem produkcji, sprzedaży, zatrudnienia czy wartości eksportu – mówi ekspert AutmotoveSuppliers.pl

Polska nie jest już na czele motoryzacyjnego peletonu, bo więcej optymistów produkcyjnych jest w Rosji (60%), na Słowacji (56%) oraz w Niemczech (55%). Rosyjskie automotive po kilkudziesięciu miesiącach spadków zaczyna wychodzić na prostą. Słowaków, do tak optymistycznych ocen najpewniej skłoniła m.in. wygrana w starciu o fabrykę aut Jaguar Land Rover. Słowacja już teraz produkuje ok. 1 mln aut rocznie, a jak ruszy fabryka aut klasy premium ta liczba znacznie wzrośnie. Przez różowe okulary w przyszłość spoglądają też przedstawiciele niemieckiego automotive – dla porównania, w ubiegłym roku optymistów było zdecydowanie mniej, bo tylko 33%. – Niemcy są największym producentem samochodów w Europie i jednym z największych na świecie. Istotnym czynnikiem w utrzymaniu tej wysokiej pozycji będzie rozwój nowych technologii z naciskiem na produkcję pojazdów elektrycznych. W obliczu ostatnich wydarzeń związanych z silnikami diesla wielu niemieckich producentów przyspieszyło wdrażanie projektów aut elektrycznych, co w ciągu najbliższych kilku–kilkunastu lat, przyczyni się z pewnością do reorganizacji całej branży – twierdzi Sebastian Gos, General Manager, Exact Systems Niemcy.

W Rumunii na większe zamówienia liczy podobny odsetek przedstawicieli automotive co w Polsce (31%). Jedynie w Czechach widać nieco słabsze nastroje – tutaj tylko co szósty zapytany ma nadzieję na wzrost produkcji, a co trzeci nie spodziewa się większych zmian.

Automotive w Polsce zależne od zagranicy

TOP3 czynników wpływających na wzrost produkcji nie zmieniło się w porównaniu do 2016 roku.

motoNajwiększy wpływ na wzrost produkcji wciąż mają zamówienia od partnerów zagranicznych, zarówno obecnych jak i nowych – tak wskazało łącznie 41% firm. Co trzeci przedstawiciel motobranży liczy na nowe zamówienia od polskich partnerów – 32% wskazań. 13% spodziewa się nawiązania współpracy z nowymi fabrykami samochodów w krajach sąsiadujących z Polską. Tylko 1% respondentów liczy na zamówienia w związku z otwarciem nowej fabryki samochodów.

Na dobrą kondycję branży automotive w Polsce przede wszystkim wpływają zamówienia płynące z zagranicy, które z roku na rok rosną. Jak wynika z danych AutomotiveSuppliers.pl, w pierwszym półroczu 2017 roku eksport przemysłu motoryzacyjnego z Polski odnotował rekordową wartość ponad 13 mld euro, co dało niemal 10% wzrost rok do roku. Najwięcej za granicę wysyłamy części i akcesoriów motoryzacyjnych, które stanowią niemal 44% naszej zagranicznej sprzedaży. Jeśli chodzi o kierunki eksportu, najważniejszymi partnerami wciąż pozostają Niemcy (29% udział), na drugim miejscu znajdują się Włochy z 10% udziałem, a na trzecim Czechy (8% udział).

Metodologia badania

Badanie „MotoBarometr 2017. Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 429 respondentów z 6 państw (Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja).

Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od kwietnia do lipca 2017 roku.

Łańcuchy dostaw przechodzą cyfrową rewolucję

Łańcuch dostaw w relacjach B2C w ostatnich latach przeszedł prawdziwą rewolucję napędzaną nowinkami technologicznymi. Jak dowodzą autorzy raportu „The 2017 MHI Annual Industry Report Next-Generation Supply Chains: Digital, On-Demand and Always-On”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte we współpracy ze stowarzyszeniem MHI, cyfrowa rewolucja dotyka właśnie łańcuchy dostaw w branży produkcyjnej i relacjach B2B. Największy wpływ na zmiany w tym obszarze będą miały trendy takie jak robotyka i automatyzacja, analityka oraz Internet Rzeczy (IoT).

Raport Deloitte opiera się na globalnym badaniu, które zostało przeprowadzone wśród ponad 1 100 menedżerów wysokiego szczebla zarządzających łańcuchem dostaw.

Rewolucję wymuszają konsumenci

80 proc. ankietowanych wierzy, że cyfrowy łańcuch dostaw będzie koniecznością w przeciągu kolejnych pięciu lat, 16 proc. twierdzi, że mamy z nim do czynienia już dziś. Czego wymaga cyfrowy świat i cyfrowi konsumenci od łańcucha dostaw? Przede wszystkim dostępności i przejrzystości przez 24h i na każde żądanie. Konsumenci, a za nimi klienci biznesowi oczekują ciągłego podglądu i dostępu w czasie rzeczywistym do dowolnych danych z każdego ogniwa łańcucha dostaw.

Wymagania klientów co do lepszego i szybszego serwisu gwałtownie rosną. Rewolucja, która dokonała się w handlu detalicznym nadchodzi również w przemyśle. A to oznacza, że firmy z sektora produkcyjnego muszą usprawnić swoje łańcuchy dostaw, by były one szybsze i bardziej przejrzyste dla ich partnerów. W tym sprzedawców, którzy z kolei odczuwają rosnącą presję ze strony konsumentów. Ponadto cyfryzacja i dostępność informacji pozwala samym producentom i dystrybutorom szybciej reagować na wszelkie zakłócenia oraz lepiej zarządzać kosztami – wyjaśnia Jakub Rosiecki, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Do relacji B2B przeniosła się niecierpliwość konsumencka, która wymaga natychmiastowej reakcji i wymiany informacji w szczególności cyfrowych potwierdzeń zamówienia, śledzenia statusu realizacji, czy aktualizowanej na bieżąco informacji o jego transporcie i dostawie.

Łańcuchy dostaw: automatyczne, zrobotyzowane procesy wsparte analityką

Respondenci badania nie maja złudzeń, że będą w stanie sprostać tym wyzwaniom bez digitalizacji i automatyzacji procesów łańcucha dostaw. Pytani, które innowacyjne technologie mają i będą miały największy wpływ na ten proces, wskazywali na RPA (Robotics Process Automation), robotyzację i automatyzację procesów (61 proc. odpowiedzi wobec 39 proc. dwa lata wcześniej) a także analitykę predyktywną (57 proc. badanych wobec 38 proc. w badaniu z 2015 roku) i Internet Rzeczy – IoT (55 proc., wcześniej nieobecne), które są niezmiernie istotnymi elementami z punktu widzenia dostępności informacji i optymalizacji kosztów – tutaj trendem są tzw. Supply Chain Control Tower – rozwiązania analityczne służące bieżącemu śledzeniu operacji i zapobieganiu niechcianym zdarzeniom. W dalszej kolejności ankietowani wymieniali również bezzałogowe pojazdy i drony (54 proc.) oraz czujniki i automatyczną identyfikację (53 proc.).

Cyfrowa rewolucji już trwa i daje efekty

Respondenci już teraz doceniają zalety innowacyjnych technologii. Ponad połowa ankietowanych menedżerów (55 proc.) twierdzi, że IoT ma potencjał, by stworzyć przewagę konkurencyjną. Zdaniem 33 proc. może on wspierać ulepszenia w łańcuchu dostaw. Ponad połowa badanych (53 proc.) dostrzega również benefity w wykorzystywaniu czujników i systemów automatycznej identyfikacji. Dwa lata temu było to o 11 p.p. mniej. Już dziś korzysta z nich prawie połowa ankietowanych firm. Na przeciwległym biegunie znajdują się z kolei autonomiczne pojazdy i drony, używane w zaledwie 8 proc. przedsiębiorstw.

Najszybciej jednak przyjęła się chmura obliczeniowa (cloud computing), którą wykorzystuje już połowa ankietowanych firm. Respondenci wskazali, że w ciągu 2 kolejnych lat już 74 proc. z nich będzie wykorzystywało tę technologię. Drugie z kolei, sensory i automatyczna identyfikacja, wykorzystywane obecnie w 49 proc. przedsiębiorstwach osiągną w tym czasie poziom 71 proc. Jednak liderem rankingu mają zostać narzędzia optymalizacji zapasów i sieci logistycznej (skok z 41 do 75 proc.), które pozwalają na uzyskanie znacznych oszczędności w kosztach logistyki (doświadczenia Deloitte wskazują na przedział od 5 nawet do 20 proc. redukcji kosztów łańcucha dostaw) i w kapitale pracującym. Pozostałe technologie, mające wg ankietowanych potencjał największego zakłócenia (disruption) lub budowy przewagi konkurencyjnej czyli IoT, analityka predyktywna oraz robotyka będą się upowszechniać dopiero w okresie 3-5 lat osiągając poziomy odpowiednio 81, 79 i 71 proc.

Na przeszkodzie cyberbezpieczeństwo i brak talentów

Wszystkie te technologie dostępne są już obecnie, jednak, jak pokazują odpowiedzi ankietowanych, ich powszechność jest umiarkowana. Wpływa na to kilka istotnych barier. Pierwszą jest cyberbezpieczeństwo, które wymienia jako istotne lub niezwykle istotne 55 proc. respondentów. Kolejne dwie bariery, obie wskazane jako „istotne” lub „niezwykle istotne” przez ponad 44 proc. respondentów, to brak odpowiednio wyszkolonych pracowników, którzy efektywnie umieliby wdrożyć i korzystać z nowych technologii oraz trudność z wyliczeniem jasnego business case na wdrożenie.

Warto tutaj zauważyć, że największym wyzwaniem, przed którym stoją menedżerowie zarządzający łańcuchem dostaw nie jest oczekiwanie szybszej dostawy i niższych kosztów (wskazywane jako drugie i trzecie) ale właśnie zatrudnienie i utrzymanie utalentowanych i wykwalifikowanych pracowników. – Nasze badanie pokazuje, że tzw. talent gap powiększa się z roku na rok. Na ten problem rok temu wskazywało 58 proc. badanych, obecnie już 63 proc. Tymczasem innowacyjne technologie wymagają obsługi osób o specjalistycznych kompetencjach, a na rynku wciąż takich brakuje – wyjaśnia Jakub Rosiecki.

Kosztowne przygotowania

Wdrożenie innowacyjnych technologii nieuchronnie wiąże się z wydatkami. Ponad połowa firm (53 proc.) przeznaczy na ten cel w ciągu kolejnych dwóch lat ponad 1 mln dolarów, a 17 proc. zainwestuje ponad 10 mln.

Aby łańcuchy dostaw z powodzeniem przeszły cyfrową rewolucję, firmy już dziś muszą aktywnie przygotowywać się do tego procesu nie tylko inwestując w nowe technologie. W obszarze organizacyjnym i procesowym respondenci wymieniają konieczność partnerstwa z dostawcami rozwiązań aby lepiej zrozumieć potencjał (54 proc), przygotowanie i przeszkolenie pracowników, aby byli w stanie skutecznie wdrożyć i wykorzystać technologię (50 proc.) oraz rekrutacja pracowników z kompetencjami zapewniającymi przyswojenie technologii przyszłości (48 proc.).

Tylko polityka

W oczekiwaniu na przyszłotygodniowe posiedzenie ECB inwestorzy pozostają skazani na meandrowanie pomiędzy impulsami ze strony czynników politycznych. Ich najnowszą ofiarą staje się dolar nowozelandzki, który notuje potężną przecenę.

Jest ona pochodną zaskakującego rynek mariażu NZ First z Partią Pracy. Taki skład gabinetu jest daleki od preferencji uczestników rynku i jeszcze kilka dni temu wydawał się mało prawdopodobny. NZD/USD spada nawet 1,5 proc. a kurs testuje dołek z 7 października. Oczekujemy, że niepewna sytuacja polityczna stanie na drodze zaostrzeniu stanowiska przez RBNZ. Prognozujemy, że na koniec roku kurs będzie w okolicach 0,67.
Słabość nowozelandzkiej waluty poprzez wzrosty AUD/NZD stabilizuje AUD/USD. Wpływ na kurs australijskiej waluty może mieć wynik zjazdu Komunistycznej Partii Chin, który powinien potwierdzić dążenie do zacieśniania polityki monetarnej i determinację w przygaszaniu rozgrzanego rynku nieruchomości. Kluczowy będzie początek przyszłego tygodnia, kiedy poznamy obsadę najważniejszych stanowisk w Komitecie Centralnym. W szerszym horyzoncie oczekujemy, że gospodarka Chin dość wyraźnie spowolni (wzrost bliższy 6 niż 7 proc.) a przyjęty model gospodarki będzie zakładał mniejsze wydatki infrastrukturalne a silniejsze spożycie indywidualne. Z fundamentalnego punktu widzenia ostatni wystrzał cen miedzi i innych metali przemysłowych postrzegamy jako trudny do uzasadnienia. Groźba głębokiej korekty jest w tym kontekście zagrożeniem dla dolara australijskiego, w którego przypadku rynek jest skrajnie spozycjonowany. W szerszym horyzoncie widzimy dużą przestrzeń do odreagowania tegorocznych wzrostów kursu AUD/USD.

Kolejną walutą pod wpływem czynników politycznych jest euro. Dziś Prezydent Katalonii ma uściślić swoje stanowisko w kwestii deklaracji niepodległości. Kontynuacja zamieszania na hiszpańskiej scenie politycznej może prowadzić do niekorzystnych dla euro przetasowań na rynku europejskich obligacji. Eurodolar znajduje się w połowie przedziału wahań z ostatnich kilku dni. W kontekście obaw przed przyszłotygodniowym posiedzeniem ECB preferujemy wygaszanie ruchu wzrostowego przed lokalnymi maksimami poniżej 1,19. Dla funta szterlinga ważniejsze od dzisiejszej publikacji sprzedaży detalicznej mogą okazać się komentarze z unijnego szczytu, które dotyczyć będą przebiegu negocjacji ws. Brexitu.

W końcu, pod wpływem polityki pozostaje jen. Pod koniec września premier Japonii Shinzo Abe nieoczekiwanie zapowiedział na 22 października przyspieszone wybory parlamentarne. Pomimo problemów wewnątrz partii rządzącej, opozycja także jest rozbita, co Abe chce wykorzystać, wspierając się na pozytywnym klimacie gospodarczym i narosłych zagrożeniach ze strony Korei Północnej. Bardzo dobry wynik z wyborów w 2014 r. jest mało realny do powtórzenia, jednak partia Abe powinna utrzymać większość. Kontynuacja Abenomiki oznacza podtrzymanie presji na osłabienie jena w średnim terminie. Spodziewamy się kontynuacji dryfu USD/JPY w kierunku letnich maksimów usytuowanych poniżej 114,50.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jeśli spadkodawca zalegał przez lata z alimentami, możesz odziedziczyć po nim spory dług

Według art. 922 § 1 kodeksu cywilnego, z chwilą śmierci dłużnika, spadkobiercy dziedziczą cały jego majątek, w tym konieczność spłaty zaległych rat alimentów. Jeśli były wyższe, niż 500 zł, które regulował Fundusz Alimentacyjny, to różnica między zasądzonym świadczeniem, a wypłacanym, wchodzi w skład spadku jako dług. Jednak można uniknąć tego zobowiązania zarówno za życia potencjalnego spadkodawcy, jak i po odziedziczeniu spadku.

W orzeczeniu z dnia 15 lipca 1965 roku, o sygnaturze III Co 35/65, Sąd Najwyższy w sposób wyraźny wskazał, iż raty alimentacyjne, zasądzone prawomocnym wyrokiem i wymagalne za życia spadkodawcy, wchodzą w skład długów spadkowych. Wyrok ten jest doniosły. Zdaniem adwokata Bartłomieja Gawrona, wciąż stanowi wzór dla sędziów. Natomiast, zgodnie z art. 28 ust. 3 ustawy o pomocy osobom uprawnionym do alimentów, kwoty wypłacone przez Fundusz Alimentacyjny, maksymalnie do 500 zł, wygasają wraz ze śmiercią spadkodawców. Oznacza to, że spadkobierca ich nie płaci.

– Uprawnione do alimentów dziecko, do uzyskania pełnoletności, działając poprzez przedstawiciela ustawowego, może wystąpić do sądu o nadanie klauzuli wykonalności na spadkobierców zmarłego rodzica. Wśród nich mogą znaleźć się członkowie rodziny domagającego się spłaty zobowiązań, np. jego macocha lub ojczym bądź przyrodnie rodzeństwo, a także inne osoby dziedziczące majątek na podstawie testamentu – mówi Bartłomiej Gawron.

Zgodnie z art. 788 kodeksu postępowania cywilnego, jeśli był wydany tytuł egzekucyjny przeciwko spadkodawcy, trzeba zwrócić się do sądu w sprawie postanowienia o stwierdzeniu nabycia spadku. Ewentualnie można przedstawić zarejestrowany akt poświadczenia dziedziczenia, aby następnie wystąpić do sądu z wnioskiem o nadanie klauzuli wykonalności na następców zmarłego, ujętego w tytule egzekucyjnym. Wówczas możliwe będzie wyegzekwowanie zaległości z pomocą komornika.

– Natomiast, art. 819 § 1 k.p.c. przewiduje, że w sytuacji, gdy sprawa już trafiła do komornika, wystarczy, że uprawniony do alimentów załączy prawomocne postanowienie o stwierdzeniu nabycia spadku. W tym dokumencie powinien być wskazany następca prawny zmarłego bądź zarejestrowany akt poświadczenia dziedziczenia. To da podstawy do kontynuacji egzekucji z udziałem spadkobierców – tłumaczy mec. Gawron.

Ekspert przypomina o tym, że w październiku 2015 roku weszła w życie zmiana zasad przyjmowania spadków. Obecnie spadkobierca, który w ciągu 6 miesięcy od otrzymania informacji o swoim powołaniu, nie wydaje żadnego oświadczenia, przyjmuje spadek z dobrodziejstwem inwentarza, a więc odcina się od długów spadkodawcy. Jeżeli ww. okresie przed sądem lub przed notariuszem przyjąłby spadek wprost, tzn. bez dobrodziejstwa inwentarza, skutkowałoby to faktycznym połączeniem własnego majątku z aktywami i pasywami zmarłego. Dla przypomnienia, przed nowelizacją prawa spadkowego brak złożonego oświadczenia w przeciągu pół roku oznaczał przyjęcie spadku wprost.

– Mamy prawo podjąć różnego rodzaju środki zapobiegawcze, w zależności od tego, kiedy dowiemy się o długach spadkowych. Jeżeli jesteśmy ich świadomi już za życia potencjalnego spadkodawcy, to możemy udać się z nim do notariusza i sporządzić tam akt notarialny. Podstawę do zrzeczenia się dziedziczenia i odcięcia od zobowiązań spokrewnionego dłużnika daje art. 1048 kodeksu cywilnego. Co do zasady, chronimy wówczas także swoich następców, jeśli oczywiście nie postanowimy inaczej, w myśl art. 1049 kodeksu cywilnego – wyjaśnia Gawron.

Gdybyśmy przyjęliśmy spadek wprost po zmianie prawa spadkowego i dopiero wówczas zorientowali się o zaległych alimentach, to powinniśmy wnieść sprawę o uchylenie się od złożonego oświadczenia woli i wykazać swój błąd w przedmiocie spadku. Pozwala na to art. 1019 § 1 w związku z art. 84 § 1 zd. 1 i § 2 k.c. Jednak trzeba zachować roczny termin od uzyskania informacji na temat długu. Mówi o tym art. 1019 k.c. w zw. z art. 88 § 2 k.c. Jeśli zaś nabyliśmy spadek wprost przed nowelizacją, to możemy wystąpić do sądu ze sprawą o uchylenie się od skutków prawnych niezachowania terminu do złożenia oświadczenia. Mamy na to również rok, liczony od momentu wykrycia przez nas błędu.

– Możemy też uchylić się od skutków złożenia oświadczenia o przyjęciu spadku wprost bądź niezłożenia oświadczenia przed nowelizacją w 2015 roku, jeśli wykażemy, iż sytuacja taka miała miejsce ze względu na otrzymaną groźbę. Istotne jest, aby była ona poważna, realna do spełnienia, stanowiła zapowiedź przestępstwa i dotyczyła istotnych sfer życia, np. naszego zdrowia czy mienia – zaznacza adwokat.

Jak wskazał Sąd Apelacyjny w Krakowie w wyroku z dnia 25.10.2016 roku, w sprawie o sygnaturze I ACa 1332/16, przez bezprawność groźby rozumiemy zapowiedź zachowania sprzecznego z porządkiem prawnym, a także istotne naruszenie zasad współżycia społecznego. Należy wskazać, że Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 18 lutego 1970 roku, w sprawie o sygnaturze I CR 571/69, wyjaśnił, że przez groźbę w rozumieniu art. 87 k.c. należy uważać także zapowiedź samobójstwa w celu wymuszenia na kimś danego zachowania.

– Groźbę wykażemy skutecznie poprzez zeznanie świadków czy też nagranie naszej rozmowy z osobą, która formułowała określony szantaż. Samo oświadczenie strony przed sądem może okazać się niewystarczające. Dodatkowo należy pamiętać o tym, że na podstawie art. 88 § 2 kodeksu cywilnego, w przypadku groźby mamy prawo uchylić się od oświadczenia woli w ciągu roku od dnia, w którym stan obawy ustał – stwierdza mec. Gawron.

Jeżeli nie mielibyśmy tzw. jasności umysłu w czasie, gdy złożyliśmy oświadczenie o przyjęciu spadku wprost, to mamy prawo powoływać się na brak świadomości. Może on być wywołany np. traumą psychiczną lub przyjmowaniem leków psychotropowych. Wówczas mamy prawo wystąpić do sądu ze sprawą o stwierdzenie nieważności oświadczenia. W takiej kwestii brak jest terminu przedawnienia. Podstawę do tego daje art. 82 k.c.

– Zdecydowanie zalecam przedstawienie dokumentacji medycznej. Inaczej trudno będzie udowodnić fakt choroby czy przemijających zaburzeń czynności psychicznych. Zeznania świadków nie będą wystarczające, ponieważ te osoby wskazuje strona domagająca się danego rozstrzygnięcia. Oczywiście relacje np. sąsiadów mogą stanowić dodatkowy dowód w sprawie i w takim postępowaniu są jak najbardziej wskazane – podkreśla Bartłomiej Gawron.

Błędem spadkobiercy nie może być nieznajomość przedmiotu spadku, pozostająca w związku przyczynowym z niedołożeniem przez niego należytej staranności w ustaleniu rzeczywistego stanu majątku spadkowego. Tak wynika z orzeczeń Sądu Najwyższego z dnia 30.06.2005 roku, sygn. IV CK 799/04, a także z dnia 18.03.2010 roku, sygn. V CSK 337/09. Z kolei, w jednym z najnowszych wyroków SN, z dnia 01.12.2011 roku, o sygnaturze I CSK 85/11, Sąd Najwyższy wyjaśnił, że o błędzie co do przedmiotu spadku można mówić jedynie wtedy, gdy jest on usprawiedliwiony okolicznościami sprawy.

– Każde orzeczenie powinno być poprzedzone oceną okoliczności konkretnej sprawy i ustaleniem, jakich aktów staranności można było wymagać od spadkobiorcy. Dla przykładu, w ww. wyroku z dnia 01.12.2011 roku, sygn. I CSK 85/11, SN wskazał, że wieloletni brak kontaktów syna z ojcem i konflikt z innymi krewnymi spadkodawcy nie pozwala postawić spadkodawcy zarzutu braku należytej staranności w dociekaniu prawdy o spadku. Ważnym argumentem był fakt, że rodzina nie poinformowała dziecka o śmierci rodzica i zorganizowała pogrzeb bez syna – podaje ekspert.

W praktyce dobrze jest wykazać, że próbowaliśmy poznać sytuację finansową zmarłego, chociażby poprzez ogólnodostępne rejestry dłużników. Możemy potem zeznać, że nie było tam informacji o jakimkolwiek zadłużeniu. Według Bartłomieja Gawrona, w ten sposób mamy szansę skutecznie uchylić się od złożonego wcześniej oświadczenia. Wykażemy, że nie mieliśmy żadnej wiedzy o długu. W przeciwnym razie nie złożylibyśmy oświadczenia np. o przyjęciu spadku wprost.

Sadowski: Podatek VAT do zmiany z powodu dużych wyłudzeń

Rząd podaje informacje, że wyłudzenia z tytułu podatku VAT sięgają ok. 300 mld złotych w ostatnich latach. Jednym z obszarów, gdzie miało to miejsce, była produkcja przemytu paliw do Polski. Należy pamiętać, że podatek VAT jest jednak w Polsce niezwykle skomplikowany.Dotyczące go przepisy i interpretacje liczą 1,5 mld stron. W takim systemie łatwo przestępcom poruszać się i dokonywać wyłudzeń z tego tytułu. Nie byłoby to możliwe na dużą skalę, gdyby nie mieli wsparcia w części administracji publicznej. Przy tak dużej kwocie nie mogło być inaczej.

– Dzięki działaniom policyjnym udało się ograniczyć te działania szarej strefy i zwiększyć wpływy do budżetu – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha – Jeżeli rząd chce ograniczać działalność przestępczą w tym obszarze, musi w pierwszej kolejności, nie tylko podejmować działania policyjne, ale radykalnie uprościć system podatkowy. Póki będzie istniał on w obecnej formie, będą pojawiać się wyłudzenia. Sama Unia Europejska mówi dzisiaj o zmianie konstrukcji podatku VAT w krajach członkowskich, który okazał się bardzo wrażliwym na przestępczość. Wyłudzenia w UE szacuje się w skali roku na pół biliona euro. Czas, aby poddać podatek gruntownej zmianie. Pojawiła się propozycja zastąpienia go podatkiem przychodowym. Ten powoduje, że przedsiębiorca płaci go na miejscu swojej działalności. Przy obecnym rozmiarze Unii Europejskiej VAT okazał się bardzo kryminogennym – ocenił Sadowski.

PORF publikuje dane dotyczące rynku biurowego w Warszawie w III kw. 2017 r.

Polish Office Research Forum opublikowało dane dotyczące warszawskiego rynku powierzchni biurowych za trzeci kwartał 2017 roku. Dane rynkowe, które są przygotowywane wspólnie przez zespół analityków (CBRE, Colliers International, Cushman&Wakefield, JLL, Knight Frank, Savills) dotyczą zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej, nowych obiektów oddanych do użytku, liczby i wielkości transakcji wynajmu oraz ilości powierzchni niewynajętej.

  • Na koniec września 2017 roku zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie wyniosły około 5 222 400 m².
  • Od początku 2017 roku na stołeczny rynek dostarczono ok. 204 900 m² nowoczesnej powierzchni biurowej. W samym trzecim kwartale do użytku oddano trzy nowoczesne obiekty biurowe o łącznej powierzchni 73 500 m².
  • Na koniec trzeciego kwartału br. w Warszawie wskaźnik pustostanów osiągnął wartość 12,9% (spadek o 1,0 pp. w porównaniu z poprzednim kwartałem i spadek o 1,7 pp. w odniesieniu do porównywalnego okresu w roku ubiegłym), co oznacza, że dostępność powierzchni biurowej wynosiła 672 700 m². W centrum współczynnik pustostanów wyniósł 11,1%, natomiast poza centrum miasta sięgnął 14,0%.
  • W trzecim kwartale 2017 roku popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe osiągnął 198 600 m², w wyniku czego łączny wolumen transakcji zarejestrowany od początku roku wyniósł 589 500 m². Największym zainteresowaniem cieszyły się strefy Centrum (151 000 m²) oraz Mokotów (132 200 m²).
  • W okresie od stycznia do września 2017 roku najwyższy udział w strukturze popytu przypadł nowym umowom – 61%. Renegocjacje obowiązujących kontraktów odpowiadały za 26% zarejestrowanego popytu, a ekspansje – 13%.
  • Wśród największych transakcji zawartych w pierwszych trzech kwartałach 2017 roku, można wymienić odnowienie umowy najmu powierzchni przez Bank Millenium w Harmony Office Centre (18 300 m²), umowę przednajmu Citi Service Center Poland w Generation Park X (13 600 m²), ekspansję połączoną z odnowieniem umowy Alior Banku w Łopuszańska Business Park (13 400 m² ), oraz ekspansję połączoną z odnowieniem umowy AstraZeneca w budynku Postępu 14 (13 200 m² ).

Skonsolidowane wyniki finansowe PKN ORLEN w III kwartale 2017 r.

PKN ORLEN zakończył III kwartał 2017 roku z wynikiem EBITDA wg LIFO ponad 3 mld zł, poprawiając rezultat w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego o ponad 800 mln zł. Do osiągniętego wyniku przyczynił się dalszy wzrost wolumenów sprzedaży, o 10% (r/r), rekordowy poziom przerobu ropy naftowej oraz sprzyjające otoczenie makroekonomiczne. Koncern konsekwentnie realizował strategię rozwoju przyjętą w grudniu 2016 roku. Spółka wypłaciła swoim akcjonariuszom najwyższą w historii dywidendę w łącznej wysokości 1,3 mld zł, czyli 3 zł na akcję. Kontynuowano dywersyfikację źródeł finansowania – PKN ORLEN wyemitował pierwszą serię obligacji detalicznych na kwotę 200 mln złotych, z programu obejmującego papiery dłużne na łączną kwotę 1 mld zł. PKN ORLEN znalazł się na 43. pozycji w rankingu 250 największych firm energetycznych na świecie publikowanym przez S&P Global Platts, awansując w ciągu roku o 15 miejsc. 

W III kwartale 2017 roku PKN ORLEN osiągnął:

  • 3 mld zł EBITDA wg LIFO
  • 2,9 mld zł przepływów z działalności operacyjnej
  • Wzrost przerobu ropy o 19% (r/r)
  • Wzrost wolumenów sprzedaży o 10% (r/r)
  • Wzrost przychodów o 17% (r/r)

W III kwartale 2017 roku odnotowano wzrost modelowej marży downstream o 2,9 USD/bbl (r/r), przy jednoczesnym wzroście średniej ceny ropy Brent o 6 USD/bbl (r/r) i umocnieniu średniego kursu PLN względem USD i EUR. Na wszystkich rynkach, na których obecny jest Koncern, we wspomnianym okresie odnotowano wzrost konsumpcji oleju napędowego (r/r), w tym na rynku polskim o 14% (r/r). Wyższą konsumpcję benzyn (r/r) odnotowano na rynku polskim, niemieckim i litewskim, przy stabilnym poziomie na rynku czeskim.

– To co szczególnie cieszy po III kwartale tego roku, to kolejny rekord w wynikach Koncernu, osiągnięty przy utrzymującym się znaczącym wzroście konsumpcji paliw na krajowym rynku. Oznacza to bowiem, że nie tylko samo wprowadzenie regulacji zmierzających do ograniczenia szarej strefy miało pozytywny wpływ na branżę obrotu paliwami, ale także ich skuteczna egzekucja przynosi dalsze, wymierne efekty. Dzieje się to z korzyścią dla wszystkich legalnie działających uczestników rynku, klientów i budżetu państwa – powiedział Wojciech Jasiński, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Segment downstream Koncernu w III kwartale 2017 roku wypracował wynik EBITDA wg LIFO na poziomie 2,5 mld zł, co oznacza wzrost o 815 mln zł (r/r). Rezultat został osiągnięty dzięki wzrostowi przerobu ropy o 19% (r/r), co przełożyło się na wzrost wolumenów sprzedaży o 11% (r/r), w tym oleju napędowego o 9%, LPG o 21%, olefin o 54%, poliolefin o 217%, nawozów o 20%, PCW o 56% oraz PTA o 17%. Wzrost marż na produktach rafineryjnych, olefinach i tworzywach sztucznych był w części ograniczony ujemnym wpływem niższych marż na poliolefinach, PTA i nawozach oraz umocnieniem kursu PLN względem walut obcych.

Wynik segmentu detalicznego EBITDA wg LIFO w III kwartale 2017 roku utrzymywał się na stabilnym (r/r) poziomie i wynosił 610 mln zł. W tym czasie Koncern odnotował 8% (r/r) wzrost wolumenów sprzedaży. Na rezultat pozytywny wpływ miały wyższe (r/r) marże pozapaliwowe na rynku polskim i czeskim, ograniczone przez spadek (r/r) marż paliwowych na rynku polskim, czeskim i niemieckim. Sieć stacji w Czechach odnotowała wzrost udziałów rynkowych o kolejne 2,3 pp (r/r), przy stabilnych poziomach na pozostałych rynkach. W omawianym okresie PKN ORLEN konsekwentnie rozwijał ofertę pozapaliwową – na koniec III kwartału łącznie funkcjonowały 1753 punkty z ofertą gastronomiczną Stop Cafe,  w tym 1552 w Polsce (z czego 117 ze sklepami w nowym formacie O!Shop) 178 w Czechach i 23 na Litwie. Na początku października br. Koncern udostępnił usługę carsharingu w kolejnych dwóch miastach – Wrocławiu i Poznaniu – tym samym można z niej korzystać już na 50 stacjach paliw. Spółka zapowiedziała również uruchomienie wiosną przyszłego roku 36 stacji rowerowych zlokalizowanych na stacjach paliw w 6 miastach. Projekty te potwierdzają, że Koncern zmierza do budowy uniwersalnego modelu stacji odpowiadającego na różnorodne potrzeby klientów.

W III kwartale 2017 roku Koncern odnotował kolejny wzrost średniego wydobycia o 18% (r/r), osiągając poziom 16,7 tys. boe/d, co przełożyło się na wynik segmentu EBITDA wg LIFO w wysokości 53 mln zł. W Polsce niższe średnie wydobycie o (-) 0,2 tys. boe/d związane było z planowanymi postojami remontowo-pomiarowymi. W III kwartale rozpoczęto wydobycie ze złoża Miłosław E, rozpoczęto wiercenie 2 otworów poszukiwawczych, kontynuowano akwizycje i analizy danych sejsmicznych, a także prowadzono przygotowania do kolejnych prac. Na aktywach kanadyjskich rozpoczęto wiercenie 6 (2,9 netto) odwiertów, zabiegowi szczelinowania poddano 2 odwierty (1,3 netto), natomiast kolejne 2 (1,6 netto) włączone zostały do produkcji. W rejonie Kakwa rozpoczęto przygotowania do rozbudowy instalacji do wstępnego przerobu gazu oraz kontynuowano projekt budowy instalacji do magazynowania wody. Na obszarze Ferrier kontynuowano prace związane z budową rurociągu do sprzedaży węglowodorów ciekłych. Koncern dysponuje obecnie łącznymi zasobami ropy i gazu (2P) na poziomie 114 mln boe, w tym 11 mln boe w Polsce i 103 mln boe w Kanadzie.

Zgodnie z kierunkami rozwoju określonymi w strategii, Koncern konsekwentnie zwiększa swoje zaangażowanie w segment energetyki w oparciu o kogenerację. Po zakończeniu w II kwartale br. fazy inwestycji nowoczesnego bloku parowo-gazowego we Włocławku, w III kwartale rozpoczęto rozruch turbiny elektrociepłowni w Płocku o mocy 600 MWe. Po oddaniu do użytku inwestycji w Płocku, PKN ORLEN będzie produkował ok. 7 TWh energii elektrycznej, co będzie stanowiło ok. 4,5 proc. łącznej produkcji w Polsce. Wolumen energii elektrycznej wytwarzany w Płocku będzie skierowany do sprzedaży zewnętrznej, w tym do klientów końcowych, natomiast wytworzona para w całości zasili aktywa produkcyjne Grupy ORLEN.

W ostatnim kwartale Koncern osiągnął przepływy z działalności operacyjnej na poziomie 2,9 mld zł, zmniejszając jednocześnie zadłużenie netto o 0,6 mld zł (kw/kw) oraz redukując dźwignię finansową do poziomu 1,7%. W tym okresie, w ramach dywersyfikacji źródeł finansowania, wyemitowano także pierwszą serię kolejnego programu emisji obligacji detalicznych o wartości nominalnej 200 mln zł. Po raz kolejny cieszyły się one bardzo dużym zainteresowaniem rynku – zapisy na obligacje ponad dwukrotnie przewyższały liczbę dostępnych papierów. 19 października br. seria A obligacji zadebiutowała na rynku Catalyst GPW, wpisując się tym samym w długoterminowe plany Koncernu dotyczące rynku papierów wartościowych w Polsce, zakładające znaczący wkład w jego rozwój i aktywizację.

Co dziesiąty Polak z nowotworem krwi ma szpiczaka. Dzięki nowoczesnym terapiom z choroby śmiertelnej stanie się chorobą przewlekłą

Co dziesiąty Polak z nowotworem krwi ma szpiczaka. Dzięki nowoczesnym terapiom z choroby śmiertelnej stanie się chorobą przewlekłą 2

Szpiczak plazmocytowy, jeden z najczęściej występujących nowotworów krwi, który na naszych oczach z choroby śmiertelnej staje się chorobą przewlekłą. Nowoczesne terapie są w stanie wydłużyć życie chorych nawet o kilka lat oraz zminimalizować negatywny wpływ leczenia na organizm. Jednak ta najbardziej przełomowa metoda leczenia nie jest dostępna w Polsce.

Szpiczak plazmocytowy to złośliwy nowotwór szpiku kostnego. Należy do grupy chorób rzadkich, jest jednak drugim najczęściej występującym nowotworem krwi, dotyka bowiem 10–15 proc. wszystkich chorych. Obecnie choruje na niego w Polsce ok. 10 tys. osób, a liczba zachorowań stale wzrasta. Nowotwór ten rozwija się zwłaszcza u osób w wieku 70–80 lat, coraz częściej diagnozowany jest jednak również u osób poniżej 55 roku.

– Sytuacja polskich pacjentów ze szpiczakiem plazmocytowym jest bardzo dobra na początku i trochę gorsza później, najgorsza na koniec. Podstawowym problemem wtedy, gdy wyczerpane są wcześniejsze linie leczenia, jest dostęp do kolejnych leków – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Wiesław Jędrzejczak z Katedry i Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych WUM.

Polska medycyna osiąga dobre efekty w przypadku pierwszej linii leczenia, znacznie gorzej przedstawia się jednak sytuacja chorych ze szpiczakiem lekooodpornym lub nawrotowym. W tych przypadkach optymalne rezultaty osiąga się dzięki stosowaniu trójlekowych schematów leczenia, opartych na kombinacji trzech leków. Na świecie zarejestrowanych jest obecnie aż sześć cząsteczek niezwykle skutecznych w walce ze szpiczakiem plazmocytowym, także w drugiej i trzeciej linii leczenia. Nie wszystkie te terapie są jednak refundowane przez NFZ.

– Trzy z tych leków to leki, które wykorzystują już wcześniej stosowany mechanizm działania, są to leki silniej i lepiej działające niż leki poprzednie, są też trzy leki, które wykorzystują mechanizmy działania, które do tej pory nie były wykorzystywane, są dwa przeciwciała monoklonalne – mówi prof. Wiesław Jędrzejczak.

Przełomem w terapii celowanej szpiczaka plazmocytowego okazał się lek o nazwie daratumumab. Jest to przeciwciało monoklonalne, skierowane przeciwko cząsteczce CD38, występującej w większości plazmocytów komórek nowotworowych. Badania kliniczne wykazały dużą skuteczność zwalczania tych komórek przez daratumumab, zwłaszcza w przypadku chorych z nawrotowym szpiczakiem plazmocytowym, u których doszło do co najmniej dwukrotnego niepowodzenia innych form leczenia. Mimo obiecujących wyników wciąż nie wiadomo, kiedy terapia ta będzie dostępna dla polskich pacjentów.

Nowe cząsteczki są znacznie mniej toksyczne od tradycyjnej chemioterapii, nie powodują więc tak wielu skutków ubocznych. Są w stanie wydłużyć życie chorych nawet o kilka lat. Leki te podawane są doustnie, co eliminuje konieczność długotrwałej hospitalizacji pacjentów. Mimo braku finansowania terapii szpiczaka plazmocytowego mijający rok był dla polskiej hematologii pozytywny. Na listy refundacyjne trafiło wiele nowych leków przeznaczonych dla różnych grup chorób krwi. Eksperci mają nadzieję, że w niedalekiej przyszłości refundacją objęte zostaną również terapie dla chorych na szpiczaka.

– Największym problemem pacjenta szpiczakowego jest świadomość najnowszych jednostek lekowych, które są już wprowadzone na rynek, i brak dostępności do nich w leczeniu u nas. Dzisiaj pacjent szpiczakowy jest niezwykle dobrze wyedukowany, uczestnicząc w warsztatach, mając spotkania z największymi autorytetami hematoonkologicznymi, wie, co to jest szpiczak, co w tym szpiczaku się stosuje, co jest w Europie – mówi Wiesława Adamiec z Fundacji Carita.

Poprawę sytuacji polskich pacjentów ze szpiczakiem plazmocytowym może przynieść zmiana oceny skuteczności nowych terapii. Polscy hematolodzy chcą wprowadzenia rejestrów medycznych, które opierałyby się na wynikach leczenia, co usprawni proces podejmowania decyzji o finansowaniu terapii.

– My dążymy do tego, by uzyskiwać dodatkowe dane związane z rejestracją z jednej strony chorych, z drugiej strony wyników leczenia tak, aby opierać się nie tylko i wyłącznie na badaniach klinicznych, ale również na naszym własnym doświadczeniu – mówi prof. Wiesław Jędrzejczak.

Łódź jedną z najbardziej pożądanych lokalizacji inwestycyjnych w Polsce. Miasto wiąże duże nadzieje z Expo 2022

Łódź jedną z najbardziej pożądanych lokalizacji inwestycyjnych w Polsce. Miasto wiąże duże nadzieje z Expo 2022 3

Kapitał ludzki, dostępność wykwalifikowanych kadr, sprawna współpraca z władzami miasta i uniwersytetami, niskie koszty wynajmu biur – to wszystko powoduje, że Łódź jest w tej chwili jedną z najbardziej pożądanych lokalizacji inwestycyjnych w Polsce. W mieście prężnie rozwijają się centra usług wspólnych, branża IT i farmaceutyka. Szansą dla lokalnego rynku jest też wymiana handlowa z Chinami w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku oraz organizacja wystawy Expo 2022. Decyzja w tej sprawie ma zapaść w listopadzie.  

– Główną przewagą konkurencyjną Łodzi jest fakt, że jest to silny ośrodek akademicki, co powoduje, że stosunkowo łatwo jest znaleźć odpowiednio wyszkolone kadry. Ten rynek jest również dość głęboki, ponieważ miasto liczy ponad 700 tys. osób. Znalezienie pracowników – szczególnie, gdy szuka się specyficznych zdolności bądź umiejętności – w Łodzi ciągle jest możliwe – mówi Cezary Kocik, wiceprezes zarządu do spraw bankowości detalicznej w mBanku.

Jak wynika z raportu „Plany inwestycyjne firm 2017”, opracowanego przez Antal i CBRE, Łódź to w tej chwili jedna z najbardziej pożądanych lokalizacji inwestycyjnych. W ostatnich latach miasto wyrosło też na jeden z największych w Polsce ośrodków outsourcingowych. Według branżowego stowarzyszenia ABSL, w Łodzi działa aktualnie 70 centrów usług wspólnych, które zatrudniają ok. 18,1 tys. osób. Świadczone przez nie usługi obejmują głównie obszary finansów, IT i księgowości. W ostatnim czasie na tutejszym rynku inwestowali światowi giganci, jak Philips, Infosys, Transition Technologies, Hewlett-Packard czy Nordea, która tworzy w Łodzi swoje centrum outsourcingowe.

Tym, co przyciąga inwestorów do Łodzi, są konkurencyjne koszty najmu powierzchni biurowych, tereny inwestycyjne, a przede wszystkim – kapitał ludzki i dostępność wykwalifikowanych kadr. W mieście jest dwadzieścia uczelni wyższych, a według najnowszych danych GUS w tym roku akademickim naukę rozpoczęło ok. 85 tys. studentów.

– Z punktu widzenia przedsiębiorcy ważna jest też centralna lokalizacja i coraz lepsza komunikacja oraz infrastruktura. Przez wiele lat Łódź leżała w centrum Polski, ale nie można było tutaj niczym dojechać. Obecnie to się zmienia. Możliwości dotarcia do Łodzi radykalnie poprawi też planowana budowa tunelu między Łodzią Fabryczną, a Łodzią Kaliską i oddanie trasy S14. Miasto również zrobiło bardzo dużo, żeby poprawić przyjazność pod względem infrastruktury i procesu inwestycyjnego. Już widać, że Łódź zaczyna się rozwijać znacznie szybciej niż do tej pory – mówił Cezary Kocik w trakcie tegorocznego „X Europejskiego Forum Gospodarczego – Łódzkie 2017”.

Wiceprezes mBanku podkreśla, że dla inwestorów ważna jest też współpraca z władzami miasta i środowiskiem akademickim. Coraz więcej łódzkich firm nawiązuje współpracę z uczelniami wyższymi, tworząc profilowane kierunki studiów, które mają wykształcić kadry na potrzeby określonych branż.

– Istotne jest to, aby nie kształcić ludzi w kierunkach, na które na rynku nie ma popytu. My podeszliśmy do tego dosyć aktywnie, wspólnie z Uniwersytetem Łódzkim stworzyliśmy kierunek cyfrowe finanse, na którym już od samego początku studiów próbujemy tak koordynować program, żeby kształcić specjalistów dla sektora bankowego. Przychodząc na te studia, młodzi ludzie z góry wiedzą, że nabędą umiejętności, których oczekują od nich pracodawcy. Inni duzi przedsiębiorcy z Łodzi również są na tyle aktywni, że współpracują z Uniwersytetem i jest to bardzo ciekawe podejście – ocenia Cezary Kocik.

Sektor BPO/SSC ma dla Łodzi strategiczne znaczenie, ale w mieście prężnie rozwija się również AGD, firmy chemiczne oraz branża IT. Na tutejszym rynku działają m.in. Asseco, Comarch, Deloitte Digital, SAB Solutions czy Fujitsu Technology Solutions. Kolejny atut to Uniwersytet Medyczny w Łodzi, który kształci specjalistów na potrzeby sektora farmaceutycznego. Potwierdza to obecność Aflofarmu i innych farmaceutycznych koncernów, jak Adamed, Sandoz czy Celon Pharma. Z kolei coraz lepsza infrastruktura komunikacyjna i centralna lokalizacja przyciągają do Łodzi przedsiębiorstwa z branży transportu i logistyki.

– Inwestorzy pytają dziś w szczególności o ręce do pracy, koszty inwestycji, gwarancje i subwencje. Każda branża ma swoją specyfikę i dla każdego partnera przygotowujemy dogodne warunki wejścia na tutejszy rynek i pomocy z naszej strony, także w pozyskaniu finansowania, dotacji, w znalezieniu gruntu pod inwestycję i  rąk do pracy, co jest dziś bardzo ważne – podkreśla Przemysław Andrzejak, prezes Łódzkiej Agencji Rozwoju Regionalnego.

Na pozycję Łodzi jako jednego z głównych w Polsce ośrodków inwestycyjnych może też wpłynąć Nowy Jedwabny Szlak – korytarz handlowy łączący Europę z Chinami. Od trzech lat działa już połączenie kolejowe pomiędzy Łodzią a chińskim miastem Chengdu, które wspomaga wymianę handlową. Władze miasta liczą, że ta współpraca będzie się rozwijać.

– Dziś kursują 3–4 składy tygodniowo. Nasze produkty, głównie spożywcze, wyjeżdżają na rynek chiński. Natomiast do nas importowane są produkty na całą Europę, głównie elektroniczne. Chiny mają potężne możliwości, zarazem jest to też potężny rynek od strony klienta – to ponad miliard konsumentów. Zabiegamy o tę współpracę, mamy coraz większą wymianę handlową i coraz więcej chińskich partnerów pojawia się w Łodzi. Mamy podpisane porozumienia, mamy biuro handlowe w Chengdu, więc ta współpraca jest idealna, choć oczywiście z Chinami biznes buduje się wiele lat, jest to uwarunkowane kulturowo – mówi Przemysław Andrzejak.

Prezes Łódzkiej Agencji Rozwoju Regionalnego zauważa, że miasto wiąże duże nadzieje z organizacją Expo 2022. W połowie listopada ma zapaść decyzja dotycząca lokalizacji wystawy. Jej tematem przewodnim ma być rewitalizacja miast.

– Mamy dużego konkurenta w postaci USA, natomiast prowadzimy dużo zabiegów promocyjnych i dyplomatycznych. Sama inicjatywa Expo to „miasto od nowa” i liczymy, że w tej części Europy uda się ją zorganizować. Liczymy na to, że minimum 85 głosów plus 1 zdobędziemy na komisji w Paryżu w listopadzie – mówi Przemysław Andrzejak.

Raport Pracodawców RP: zwiększenie nakładów na służbę zdrowia jest konieczne, ale niewystarczające. Trzeba zwiększyć efektywność ich wydawania

Raport Pracodawców RP: zwiększenie nakładów na służbę zdrowia jest konieczne, ale niewystarczające. Trzeba zwiększyć efektywność ich wydawania 4

Według danych Komisji Europejskiej i OECD ochrona zdrowia w Polsce jest niedofinansowana. Eksperci Pracodawców RP podkreślają, że wraz za zwiększeniem finansowania na służbę zdrowia powinny iść działania, które zwiększą efektywność systemu i wydatkowania publicznych pieniędzy na ten cel. W raporcie „Zdrowe oszczędności” wskazują szereg rozwiązań reformujących ochronę zdrowia, które można szybko wdrożyć.

– Dzisiaj system przeznacza na ochronę zdrowia ponad 114 mld zł środków publicznych i środków prywatnych. Nikt wprost i jednoznacznie nie umie odpowiedzieć na pytanie, w jakim stopniu te środki pozwalają na zabezpieczenie służby zdrowia. Tym, co powinno być naszym długoterminowym drogowskazem działań, jest zwiększenie zdolności systemu do efektywnego mierzenia rezultatów w obszarze opieki zdrowotnej i opieki społecznej. To podstawa podnoszenia efektywności opieki zdrowotnej w Polsce – mówi Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia na Uczelni Łazarskiego.

W Polsce wydatki publiczne na służbę zdrowia mieszczą się w przedziale 4,6–4,8 proc. krajowego PKB, podczas gdy średnia dla państw OECD sięga 6,7 proc. Polska znajduje się pod tym względem zarówno w ogonie Unii Europejskiej, jak i w ogonie państw z Europy Środkowo-Wschodniej.

Ochrona zdrowia w Polsce jest niedofinansowana, od lat brakuje też pielęgniarek i lekarzy (w Polsce na 1 tys. mieszkańców przypada 2,3 lekarza, to najgorszy wynik wśród państw UE).

– Wszędzie na świecie jest z tym problem, ponieważ ludzie żyją coraz dłużej, dotykają ich choroby cywilizacyjne. Pod tym względem niczym nie różnimy się od USA czy Europy Zachodniej, potrzeby rosną na całym świecie. Tym bardziej trzeba umieć wydatkować środki finansowe na służbę zdrowia. Oczywiście, one muszą być większe. Rząd i parlament powinny wiedzieć, że to jest główny dział gospodarki i nie ma nic ważniejszego od zdrowia, reszta jest tego pochodną – mówi dr Janusz Meder z Polskiej Unii Onkologii.

Lekarze i eksperci od lat podkreślają, że poprawa systemu opieki zdrowotnej w Polsce będzie możliwa tylko dzięki większym nakładom publicznym na ten cel, jednak autorzy raportu „Zdrowe  oszczędności” podkreślają, że w parze ze zwiększaniem nakładów na ochronę zdrowia w Polsce musi iść większa efektywność ich wydatkowania. Rząd i Ministerstwo Zdrowia powinny się skupić na uporządkowaniu systemu i bardziej racjonalnym wykorzystywaniu już istniejących środków. W opublikowanym właśnie raporcie „Zdrowie oszczędności” eksperci proponują szereg działań zmierzających w tym kierunku.

– Efektywność to słowo klucz dla funkcjonowania służby zdrowia. Proponujemy kilka istotnych zmian, które w dużym stopniu poprawiłyby tą efektywność. To proste rzeczy, związane ze skróceniem kolejek, na przykład wiadomości SMS. Mamy już prywatnych świadczeniodawców, którzy z sukcesem wdrożyli ten element, co przyczyniło się do skrócenia kolejek. Mówimy też o opracowaniu systemowych dokumentów, jak plan naprawczy dla systemu ochrony zdrowia czy założenia polityki lekowej, która do dzisiaj nie jest przyjęta przez państwo. To elementy, które można wdrożyć już dzisiaj i które powinny się w dużym stopniu przyczynić do poprawy efektywności służby zdrowia – mówi Arkadiusz Pączka, zastępca dyrektora generalnego Pracodawców RP.

Eksperci wskazują, że rozsądne wydatkowanie środków na służbę zdrowia mogłoby ograniczyć niezbędny wzrost publicznych nakładów na ten cel o około 0,5 proc. PKB rocznie.

Wśród rekomendacji zmian, które można wdrożyć od zaraz, są m.in.: otwarcie na dialog ze środowiskiem pacjentów, powołanie think tanku do spraw reformy służby zdrowia, upowszechnienie telemedycyny, rozwiązania dyscyplinujące pacjentów do przychodzenia na umówione wizyty, zmiany w regulacjach w praktyce dostępu do farmakoterapii, stworzenie rządowego portalu internetowego, który dla pacjentów byłby rzetelnym źródłem wiedzy o służbie zdrowia, oraz przyspieszenie informatyzacji w służbie zdrowia.

– Polskiemu systemowi ochrony zdrowia brakuje przede wszystkim systemów informatycznych, które utworzą zintegrowany system informacji medycznej. Regulatorzy, dysponenci środków publicznych i płatnicy muszą dysponować kompletną i wiarygodną informacją na temat potrzeb zdrowotnych oraz efektywności alokowanych środków. Fundamentalna zmiana to zdolność systemu do alokowania środków finansowych w oparciu o monitoring danych. Bez szybkiego zakończenia ciągnącego się od lat procesu informatyzacji sektora ochrony zdrowia nie będziemy mogli mówić o prawdziwej poprawie efektywności – podkreśla Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia na Uczelni Łazarskiego.

Jak wskazują Pracodawcy RP, systemy informatyczne łączące płatnika, świadczeniobiorców i pacjentów pozwolą na skuteczny przepływ, gromadzenie i analizę danych, które posłużą do podniesienia efektywności systemu służby zdrowia.

– Powinny się pojawić rozwiązania, które dotyczą nowocześniejszego podejścia do finansowania leków stosowanych w chorobach rzadkich i ustalania ich ceny. Powinniśmy też wprowadzić w Polsce programy typu „compassionate use” dla bardzo skutecznych, ale jeszcze niezarejestrowanych leków dla chorych, którzy nie mają innej opcji terapeutycznej. Polityka lekowa powinna uwzględniać nowe rozwiązania zapobiegające wywozowi leków, do których jest utrudniony dostęp w Polsce. Chociaż pewne leki są umieszczone na tzw. liście antywywozowej, to wiemy, że w nadal są nielegalnie wywożone z Polski, powinno nastąpić wzmocnienie rozwiązań, które zapobiegałyby takim zjawiskom – wskazuje Rafał Zyśk, ekspert Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia na Uczelni Łazarskiego.

Jednym z rozwiązań prowadzących do bardziej efektywnego wykorzystania funduszy publicznych mogą być instrumenty podziału ryzyka, w Polsce definiowane przez ustawę refundacyjną. Dotychczas stosowano mechanizmy finansowe jak rabat czy payback, które w praktyce oznaczają zwrot części kosztów refundacyjnych poniesionych przez płatnika.

– Coraz większą rolę zaczyna odgrywać jednak inna grupa instrumentów, opartych na ocenie klinicznych efektów terapii. To dobra informacja, bo oznacza więcej pieniędzy dla systemu. Dlatego jako zasadę powinno się przyjąć podział odpowiedzialności finansowej za skuteczność terapii między płatnika a producenta, zwłaszcza w trudnych rozmowach dotyczących dostępu do leków innowacyjnych – uważa Avi Matan, dyrektor zarządzający Novartis Oncology w Polsce.

Dr Janusz Mader, ekspert Polskiej Unii Onkologii, ocenia, że bardzo dobrym rozwiązaniem jest również utworzenie sieci szpitali o odpowiednich stopniach referencyjności, co pozwoli zwiększyć nakłady finansowe dla placówek o najlepszych wskaźnikach efektywności leczenia.

– Placówki najwyższego stopnia referencyjności są to ośrodki, które najlepiej leczą i które mają najlepsze wyniki. Płatnik, który każdą złotówkę daje wykonawcy, czyli szpitalowi, musi mieć przekonanie, że jest zapewniona najwyższa jakość diagnostyki i leczenia. Te pieniądze nie mogą się marnować. Można nad tym zapanować przez zapewnienie monitorowania jakości diagnostyki i leczenia – wskazuje dr Janusz Mader. – Oczywiście w grę wchodzą też inne elementy, jak podwyższenie składki zdrowotnej, stworzenie odpowiedniego systemu ubezpieczeń równoległych, uporządkowanie koszyka świadczeń. –dodaje.

W raporcie „Zdrowe oszczędności” eksperci Pracodawców RP postulują też, żeby wprowadzić system oceniania wyników leczenia z perspektywy pacjentów. Pacjent dokonywałby takiej oceny, wypełniając kwestionariusz przed i po zabiegu medycznym. Następnie takie informacje byłyby publikowane, a na ich podstawie pacjenci mogliby dokonywać wyboru placówki, w której chcą podjąć leczenie w zależności od tego, która ma najlepsze wyniki.

Dane zebrane w ten sposób mogłyby też posłużyć do stworzenia spójnego benchmarku dla szpitali i przedstawienia go w formie szpitala wzorcowego.

– W niektórych krajach ocena efektywności wizyty u lekarza przed i po przyczyniła się do poprawy funkcjonowania w obszarze wyboru placówki. Powinniśmy stworzyć pewien benchmark dla szpitala, model szpitala wzorcowego, na którym powinny się wzorować inne jednostki. Ocena pacjentów po usłudze lekarskiej czy szpitalnej ma dosyć duże znaczenie dla oceny funkcjonowania całego systemu. Najprostszym rozwiązaniem, które sprawdza się w innych krajach, jest forma aplikacji lub strony internetowej – podpowiada Arkadiusz Pączka, zastępca dyrektora generalnego Pracodawców RP.

Poczta Polska przeznaczy na inwestycje ponad miliard złotych do 2021 roku. Najważniejszym projektem jest budowa Centralnego Hubu Logistycznego

Poczta Polska przeznaczy na inwestycje ponad miliard złotych do 2021 roku. Najważniejszym projektem jest budowa Centralnego Hubu Logistycznego 5

Do 2021 roku Poczta Polska przeznaczy ponad miliard złotych na inwestycje. Najważniejsze projekty to budowa Centralnego Hubu Logistycznego oraz rozwój infrastruktury logistycznej w całym kraju. Ich celem jest poprawa jakości i szybkości usług. Władze spółki zapowiadają dalszy rozwój w segmencie e-commerce, nowe usługi cyfrowe, a w przyszłości nie wykluczają też inwestycji w segmencie elektromobilności.

– Poczta ma przed sobą olbrzymie perspektywy rozwoju. To nie tylko e-commerce, nie tylko dostawa przesyłek pocztowych. List polecony nadawany przez państwo w formie elektronicznej to przykład usługi, które do tej pory nie były realizowane. Często są to usługi, co do których nie mamy nawet świadomości, że za chwilę będą udziałem nas wszystkich. Będziemy mogli zabezpieczoną przesyłkę poleconą z sądu czy innej instytucji państwowej otrzymać natychmiast na wskazany adres e-mail. To cała gama różnorodnych usług, które w przyszłości będzie oferowała Poczta Polska. Stawia ją to w rzędzie organizacji, których działania w niedalekiej przyszłości będą strategiczne z punktu widzenia interesów państwa – mówi Andrzej Adamczyk, minister infrastruktury i budownictwa.

Rozwój Poczty Polskiej, związany z wdrażaniem nowych usług i rosnącym udziałem segmentu e-commerce, wymaga od spółki dużych nakładów inwestycyjnych. Do 2021 roku nakłady na ten cel mają sięgnąć około miliarda złotych.

– Te pieniądze zostaną przeznaczone przede wszystkim na budowę centrum logistycznego, sprzęt i nowe urządzenia do sortowania przesyłek oraz zaplecze, które będzie w stanie pomieścić olbrzymią ilość przesyłek pocztowych przywożonych kontenerami z Chin, które trzeba będzie redystrybuować do innych miejsc, nie tylko w Polsce, lecz także w pozostałych państwach europejskich – mówi Andrzej Adamczyk.

Największe nakłady Poczta Polska zamierza przeznaczyć na wybudowanie Centralnego Hubu Logistycznego, czyli sortowni do obsługi krajowego i międzynarodowego e-commerce, oraz rozbudowę sieci logistycznej, na którą złożą się 3 sortownie i 54 składy regionalne.

– W tym roku zakupiliśmy sorter, przetarg został zakończony i rozstrzygnięty, stanie on w naszej sortowni w Zabrzu. Kolejnym elementem, najważniejszym, jest budowa centralnego węzła ekspedycyjno-rozdzielczego w okolicach Łodzi. Ten węzeł będzie naszym największym, jego głównym obszarem działalności będzie handel międzynarodowy. Do tego węzła będziemy kupować kolejne maszyny i tym niższym fragmentem rozwoju inwestycyjnego jest budowa centrów, które nazwę punktami bliskiego doręczenia. Ich celem jest po prostu skrócenie czasu, który nasz transport musi pokonywać od momentu dotknięcia tej paczki przez pocztowca do momentu dostawy tej paczki do klienta – mówi Przemysław Sypniewski, prezes zarządu Poczty Polskiej.

Jak zauważa minister infrastruktury i budownictwa Andrzej Adamczyk, hub logistyczny Poczty Polskiej to kolejny – po Centralnym Porcie Komunikacyjnym – rządowy projekt infrastrukturalny. Obie inwestycje mają być ze sobą powiązane.

Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Rolą zarządu Poczty Polskiej jest poszukiwanie takiej lokalizacji, która z punktu widzenia kosztów usług będzie najbardziej dogodna i korzystna. Jak mówili członkowie zarządu Poczty Polskiej, te rozmowy i te ustalenia z pełnomocnikiem rządu do spraw budowy CPK już trwają – mówi Andrzej Adamczyk.

Prezes spółki Przemysław Sypniewski dodaje, że Poczta Polska jest też w coraz większym stopniu zainteresowana rozwijaniem elektromobilności, która jest jednym z filarów rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Są to jednak plany w początkowej fazie.

– Do rozwoju elektromobilności potrzeba nie tylko floty samochodów, lecz także określenia tras, na których te samochody mogą jeździć, i dostępności masowej do sposobu ładowania tych samochodów. Oczywiście jako firma, która ma największą infrastrukturę w Polsce, chcemy uczestniczyć i rozważamy różne formy wykorzystania naszej struktury w kierunku udostępnienia jej jako elementu, który pozwoli ładować samochody elektryczne – mówi Przemysław Sypniewski.

Resort zdrowia chce walczyć z nadmiernym spożyciem alkoholu i planuje ograniczyć reklamę piwa. Według ekspertów nie zmniejszy to konsumpcji alkoholu

Resort zdrowia chce walczyć z nadmiernym spożyciem alkoholu i planuje ograniczyć reklamę piwa. Według ekspertów nie zmniejszy to konsumpcji alkoholu 6

Wśród propozycji Ministerstwa Zdrowia jest m.in. ograniczenie emisji reklam piwa i zaostrzenie zakazów dotyczących sprzedaży i spożycia napojów alkoholowych. Branża piwowarska ocenia, że to fasadowe rozwiązania, które nie przyczynią się do ograniczenia konsumpcji alkoholu wśród Polaków. Spowodują za to ograniczenie miejsc pracy i spadek wpływów do budżetu państwa. Po uchwaleniu nowych przepisów Polska będzie mieć jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów dotyczących reklamy alkoholu w całej UE.

– Zapowiedź Ministerstwa Zdrowia dotyczącą ograniczenia, a w zasadzie całkowitego zakazu reklamy piwa uważamy za rozwiązanie, które nie przyniesie oczekiwanych skutków w postaci zmniejszenia konsumpcji alkoholu. Jest to rozwiązanie fasadowe i naszym zdaniem to zupełnie chybiony pomysł – ocenia Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Projekt nowelizacji ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi przygotował resort zdrowia. Jego główne założenia to m.in.: ograniczenie godzin emisji reklam piwa, zakaz spożywania napojów alkoholowych w miejscach publicznych za wyjątkiem miejsc do tego przeznaczonych, ograniczenie sprzedaży napojów alkoholowych w godz. 22.00–6.00 oraz zwiększenie uprawnień samorządów dotyczących uchwalania liczby punktów sprzedaży napojów alkoholowych. Te pomysły – według Ministerstwa Zdrowia – mają się przyczynić do ograniczenia konsumpcji alkoholu w Polsce.

– To zupełnie nietrafiony pomysł, chociażby dlatego, że nie widzimy związku pomiędzy konsumpcją piwa a liczbą spotów reklamowych czy wielkością nakładów na reklamę piwa. Od szeregu lat konsumpcja piwa w Polsce kształtuje się na poziomie 97–99 litrów na głowę mieszkańca i praktycznie nie rośnie. W tym roku nawet być może będzie trochę mniejsza. Dane pokazują, że reklama nie ma związku z ilością wypijanego piwa, natomiast stała się narzędziem marketingowym, które pozwala browarom kształtować gusta konsumenckie, promować nowe produkty wprowadzane na rynek, zaś poszczególnym markom rywalizować między sobą. W przypadku piwa reklama już dawno przestała być instrumentem zwiększania rynku czy sprzedaży –podkreśla Bartłomiej Morzycki.

Z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że zdecydowana większość Polaków, bo aż 80 proc., pije umiarkowanie, czyli nie więcej niż 6 litrów alkoholu rocznie. Natomiast 7 proc. konsumentów spożywa alkohol w sposób problemowy, czyli ryzykowny lub szkodliwy, który może doprowadzić do uzależnienia. Z tegorocznych badań, które CBOS przeprowadził na zlecenie Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie („Modele picia napojów alkoholowych w Polsce”), wynika, że 60 proc. osób z grupy pijących problemowo upija się wódką, dwukrotnie mniej piwem.

– W naszym kraju problemem jest kilka procent konsumentów, którzy piją nadmiernie, spożywając w ten sposób blisko połowę całego alkoholu wypijanego w Polsce w ciągu roku. Nie ma żadnego związku pomiędzy reklamą telewizyjną a zachowaniami konsumentów pijących szkodliwie i ryzykownie. Propozycja Ministerstwa Zdrowia nie tylko nie rozwiąże problemów tej części polskiego społeczeństwa, lecz także może przynieść szereg negatywnych skutków społecznych i gospodarczych, zwłaszcza dla branży piwnej i dla branż z nią powiązanych. Nie spodziewamy się żadnego pozytywnego skutku takiej regulacji – mówi Morzycki.

– Do zmiany ustawy podchodzimy z dużą obawą, ponieważ  jak wykazują wszelkie badania  rynek piwa w Polsce od 5–6 lat jest stabilny. Z informacji, jakie do nas docierają, wygląda na to, że nowe regulacje planowane przez resort zdrowia mogą utrudnić działanie na rynku piwa w Polsce. Mogą one skutkować utratą miejsc pracy w całym łańcuchu dostaw oraz w browarach, dlatego wszelkie zmiany powinny być poprzedzone bardzo szeroką konsultacją społeczną – podkreśla Jan Hałaś, przewodniczący Krajowej Sekcji Przemysłu Piwowarskiego NSZZ „Solidarność”.

W trakcie debaty, zorganizowanej w tym tygodniu przez Pracodawców RP, eksperci ocenili, że zmiany projektowane przez resort zdrowia mogą spowodować ograniczenie liczby miejsc pracy w branży piwowarskiej i zahamować rozwój rynku. Uderzą też w sektor medialny, ponieważ branża piwowarska jest dość dużym reklamodawcą. Nie przyczynią się natomiast do zmniejszenia konsumpcji alkoholu w Polsce.

– Mamy w Polsce kilkaset browarów. Przemysł piwowarski jest znaczącym graczem polskiej gospodarki. Każdego roku zapewnia około 10 mld zł wpływów do budżetu państwa. Branża generuje także 200 tys. miejsc pracy, nie tylko przy produkcji piwa. To też jeden z nielicznych segmentów gospodarki, który nie podlega robotyzacji  tam rzeczywiście potrzebny jest człowiek, potrzebna jest ludzka praca, od rolnika, poprzez cały łańcuch produkcyjny, aż po kwestie handlowe. Z punktu widzenia pracodawców i pracowników szalenie istotne jest to, aby te miejsca pracy w browarach zostały zachowane i aby firmy mogły się rozwijać. Uważamy, że ograniczenia proponowane przez resort zdrowia mogą się negatywnie odbić na branży piwowarskiej – podkreśla Jakub Jasiński, dyrektor Centrum Badań i Analiz Pracodawców RP.

Eksperci podkreślają też, że nowelizacja ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi spowoduje, że Polska będzie mieć najbardziej restrykcyjne w Europie przepisy w zakresie reklamy napojów alkoholowych, zaraz obok Francji, Norwegii i Szwecji, gdzie obowiązuje całkowity ich zakaz. Obecnie reklama piwa i napojów spirytusowych jest dozwolona w większości krajów europejskich.

– Polskie przepisy dotyczące reklamowania piwa i tak są już dość restrykcyjne. Jeśli spojrzymy na kraje europejskie, to zobaczym, że w większości z nich przepisy są znacznie łagodniejsze niż w Polsce. Jedynie trzy państwa w Europie całkowicie zakazują reklamy alkoholu. Jeśli przyjąć, że regulacje proponowane przez Ministerstwo Zdrowia wejdą w życie, Polska będzie miała najbardziej restrykcyjne prawo pod tym względem na Starym Kontynencie i naszym zdaniem nie ma to żadnego uzasadnienia – mówi Bartłomiej Morzycki.

– Uważamy, że Ministerstwo Zdrowia powinno przeprowadzić proces konsultacji zarówno międzyresortowych, jak i konsultacji społecznych, aby móc wysłuchać racji wszystkich stron. Zaproponowaliśmy, aby dyskusję na ten temat skierować również do Rady Dialogu Społecznego. Rada, jako ciało ustawowe, jest właściwym miejscem, aby rozmawiać na temat propozycji resortu zdrowia – ocenia Jakub Jasiński.

Rynek systemów do przewidywania pogody rośnie w tempie 6 proc. rocznie. Uzależnione od niego są m.in. lotnictwo i rolnictwo

Rynek systemów do przewidywania pogody rośnie w tempie 6 proc. rocznie. Uzależnione od niego są m.in. lotnictwo i rolnictwo 7

Postępujące zmiany klimatyczne i rosnące wymagania co do trafności prognoz powodują, że coraz trudniej przewidzieć pogodę, od której uzależnionych jest wiele segmentów gospodarki, takich jak lotnictwo, rolnictwo, energetyka czy transport. Rynek systemów do prognozowania pogody rośnie w tempie blisko 6 proc. rocznie. Ultranowoczesne radary meteorologiczne wciąż zarezerwowane są do celów wojskowych, ale prognozy pogody są coraz dokładniejsze, głównie ze względu na coraz bardziej zaawansowane techniki oczyszczania sygnału.

– Idea działania radaru meteorologicznego jest bardzo prosta. To urządzenie, które generuje bardzo krótki impuls elektromagnetyczny, formuje go w wąską wiązkę, wysyła w atmosferę i czeka na odbiór sygnału odbitego. Sygnał odbija się od tego, co jest w powietrzu, czyli głównie od cząsteczek opadowych. Na tej podstawie możemy ocenić, jaki jest opad i jaki jest wiatr – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Zdzisław Dziewit, główny specjalista Wydziału Teledetekcji Naziemnej Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej.

Z analizy „Weather Forecasting Systems Market – Global Forecast to 2020” autorstwa Markets & Markets wynika, że w 2015 roku rynek systemów prognozy pogody był warty 1,5 mld dol. Do 2020 roku jego wartość ma wzrosnąć do 1,99 mld dol. Skumulowany roczny wskaźnik wzrostu (CAGR) ma dla tego okresu sięgnąć 5,8 proc. Istotną rolę na rynku prognozowania pogody pełnią radary meteorologiczne.

– Z radaru możemy odczytywać różne informacje. Dostajemy sygnał pierwotny w postaci odbitych fal elektromagnetycznych, natomiast dalej jest on przetwarzany. Podstawowe wielkości, które odczytujemy z radaru, to tzw. odbiciowość, czyli wielkość, która jest w pewien sposób proporcjonalna do tego, ile wody wisi w powietrzu, a oprócz tego wielkości dotyczące wiatru, czyli prędkość radialną oraz współczynnik, który mówi nam o tym, jakie są turbulencje w atmosferze – twierdzi Zdzisław Dziewit.

Od rynku systemów przewidywania pogody uzależnionych jest kilka segmentów gospodarki, w tym lotnictwo, rolnictwo, energetyka, wojsko, transport oraz rynek morski. Część tego rynku tworzą urządzenia do zapisywania danych, czujniki, oprogramowanie i sprzęt. Pozostała część to systemy satelitarne, radary, stacje pogodowe i systemy dźwiękowe. Wśród radarów pojawiają się nowoczesne rozwiązania sprzętowe, jednak ogólnie rozwój idzie w innym kierunku.

– Bardziej nowoczesne radary, tzw. podwójnej polaryzacji czy DualPol, potrafią również odczytywać rodzaj zjawiska, które występuje w atmosferze. Do tej pory klasyczne radary nie odróżniały śniegu od deszczu. Nowoczesność radarów nie idzie w tym kierunku, aby stosować jakieś supertechniki, natomiast idzie w kierunku coraz bardziej wyrafinowanych metod przetwarzania sygnału, który dostajemy – tłumaczy Zdzisław Dziewit.

Jednym z najbardziej zależnych od pogody sektorów gospodarki jest lotnictwo. Pogoda wpływa na koszty lotów, ich bezpieczeństwo, koszty utrzymania lotnisk, samolotów czy w końcu na same plany lotów. Autorzy raportu „Benefits of Aviation Weather Services: A Review of International Literature” dokonali przeglądu literatury fachowej dotyczącej wpływu prognoz pogody na rynek lotnictwa pasażerskiego. Wynika z niego, że prognozy pogody przynoszą liniom lotniczym olbrzymie korzyści. Tym bardziej zapotrzebowanie rynku na nowoczesne narzędzia do przewidywania pogody jest wysokie.

– Ultranowoczesne radary są w trakcie badań. Są technologie, które pozwalają zmniejszyć czas przeglądu atmosfery – radar ogląda atmosferę dookoła, robi jej prześwietlenie – do dwóch minut lub minuty. Na razie jednak są to techniki wojskowe, bardzo drogie i zbyt mało stabilne, aby mogły służyć do celów meteorologicznych – twierdzi główny specjalista Wydziału Teledetekcji Naziemnej.

Autorzy opracowania zwracają uwagę na to, że dokładne prognozy pogody przekładają się na ogromne oszczędności. Z raportu wynika, że szwajcarskie lotnictwo cywilne zaoszczędza rocznie 14–22 mln dol., przemysł lotniczy w Finlandii wydaje o 14–24 mln euro mniej dzięki prognozom pogody, natomiast 400 mln funtów sięgają oszczędności brytyjskiego lotnictwa. Precyzyjne prognozy pogody uzyskuje się głównie poprzez uzyskanie jak najbardziej stabilnego sygnału.

– Są bardzo zaawansowane techniki filtrowania, usuwania mnóstwa zakłóceń i powodowania, że radary dają stabilny sygnał. Taki, który może być później użyty w wykorzystujących go systemach, np. w modelach numerycznych, które wyliczają prognozy pogody – twierdzi Dziewit.

Ubezpieczenie adwokata chroni jego klienta

W ostatnią sobotę września odbyły się państwowe egzaminy wstępne na aplikacje prawnicze: adwokacką, radcowską, notarialną oraz komorniczą. Zgodnie z danymi Ministerstwa Sprawiedliwości w 2017 r. na aplikację radcowską zdało 54,6 proc. osób, na adwokacką – 56,9 proc.[1] Kolejni młodzi prawnicy wchodzą na rynek profesjonalistów. Czy zdobyta wiedza uchroni ich przed kosztownymi błędami? Warto przypomnieć, że radca prawny czy adwokat, obok takich profesji jak lekarz czy architekt, podlega obowiązkowemu ubezpieczeniu OC z tytułu wykonywania czynności zawodowych.

Aplikantów czekają kolejne trzy lata ciężkiej pracy, sporo egzaminów kolokwialnych, wiele praktyk zawodowych, czterodniowy egzamin końcowy, a w przypadku pozytywnego wyniku, uprawnienia zawodowe. Trudna i wymagająca ścieżka zdobycia odpowiednich uprawnień nie daje jednak 100-procentowej gwarancji braku, często bardzo kosztownych, błędów popełnionych w toku wykonywania zawodu. Jest to bowiem jedna z profesji wysokiego ryzyka.

Zawody wysokiego ryzyka

Przedstawiciele niektórych zawodów mogą wyrządzić bardzo duże szkody na skutek przypadkowego błędu. Prawo nakłada na nich obowiązek posiadania ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej na wypadek wyrządzenia szkód w związku z wykonywaną profesją, tzw. OC zawodowe. Obejmuje ono ochroną te czynności, których wykonywanie wynika z zakresu pełnionych obowiązków zawodowych, określonych przeważnie w ustawie i doprecyzowanych w umowie z klientem. Od takiego ubezpieczenia należy odróżnić ubezpieczenie z tytułu prowadzonej działalności gospodarczej tzw. OC ogólne. Chroni ono przed finansowymi konsekwencjami szkody wyrządzonej w związku z działalnością inną niż profesjonalna.

– Można to zilustrować prostym przykładem. Jeżeli prawnik nieumyślnie dopuści się zaniechań w świadczeniu pomocy prawnej, np. błędów w opracowanym piśmie sądowym, co skutkować będzie roszczeniami ze strony klienta, OC zawodowe ochroni go przed finansowymi konsekwencjami popełnionych błędów. Natomiast jeżeli w kancelarii prawnika, klient poślizgnie się na mokrej podłodze i złamie nogę, to nie jest to zdarzenie objęte OC zawodowym, może być natomiast objęte OC ogólnym – mówi Renata Orzechowska, analityk Polskiej Izby Ubezpieczeń.

OC zawodowe nie tylko dla prawnika i lekarza

Oprócz wspomnianych zawodów prawniczych, do wykupienia stosownej polisy OC w życiu zawodowym zobowiązani są m.in. rzeczoznawcy majątkowi, organizatorzy imprez masowych, czy pośrednicy w obrocie nieruchomościami, księgowi i detektywi. Ochrona ubezpieczeniowa nie jest jednak zarezerwowana jedynie dla zamkniętej listy profesji. Dobrowolne zawodowe ubezpieczenie OC mogą wykupić przedstawiciele innych branż, którzy nie są zobowiązani do posiadania takiej polisy. Przy zakupie takiego produktu, powinni dokładnie oszacować potencjalne ryzyko i przedyskutować zakres polisy ze swoim ubezpieczycielem.

W niektórych branżach jest to istotne już na etapie pozyskiwania klienta. Takie ubezpieczenia zwiększa wiarygodność przedsiębiorcy, a niekiedy może być wymagane w procesie przetargu bądź podpisywania kontraktu – dodaje Renata Orzechowska.

Granica odpowiedzialności

W obowiązkowych ubezpieczeniach OC sumę gwarancyjną określają poszczególne ustawy dotyczące grup zawodowych albo akty wykonawcze do tych ustaw. Jest to jednak minimalna suma gwarancyjna, która określa górną granicę odpowiedzialności ubezpieczyciela. Odpowiedzialność sprawcy nie jest ograniczona ponieważ jest on zobowiązany naprawić szkodę do pełnej wysokości. Można więc dokupić ubezpieczenie na dodatkową sumę, która będzie dostosowana do indywidualnej skali prowadzonej działalności. Jest to tzw. ubezpieczenie nadwyżkowe i jest ono dobrowolne.

– Wybierając odpowiednie ubezpieczenie, warto sprawdzić jakie szkody obejmuje ubezpieczenie obowiązkowe i jakie szkody możemy wyrządzić. Dla przykładu obowiązkowe ubezpieczenia OC lekarza nie obejmuje szkód wyrządzonych na skutek zabiegów wykonywanych w celach estetycznych. Takie szkody mogą być natomiast objęte ubezpieczeniem dobrowolnym. Kolejny problem to wysokości minimalnej sumy gwarancyjnej. Z reguły sumy te są uśrednione i nie odzwierciedlają indywidualnej skali ryzyka. Dla radcy prawnego prowadzącego postępowania, w których wartość przedmiotu sporu sięga kilku milionów złotych lub prowadzącego obsługę prawną dużych klientów korporacyjnych, minimalna suma gwarancyjna w wysokości 50.000 euro, określona w rozporządzeniu, może być niewystarczająca. W takich przypadkach powinno rozważyć się podniesienie sumy gwarancyjnej poprzez zakup ubezpieczenia nadwyżkowego – radzi Renata Orzechowska. Pamiętajmy, OC zawodowe zawsze chroni podwójnie – ubezpieczonego i jego klienta. Dla ubezpieczonego to ochrona jego budżetu przez niespodziewaną stratą, dla klienta to gwarancja wypłaty odszkodowania z tytułu potencjalnych błędów.

Konieczne jest również szczegółowe zapoznanie się z warunkami ubezpieczenia i wszystkimi wyłączeniami. Do najczęstszych należą: zapłata kar umownych, szkody powstałe wskutek zamieszek, aktów terroru czy działań wojennych oraz szkody wyrządzone przez ubezpieczonego w okresie zawieszenia prawa do wykonywania zawodu.

[1] Źródło: https://www.ms.gov.pl/pl/informacje/news,9815,wstepne-wyniki-egzaminow-na-aplikacje-prawnicze.html

Przedsiębiorstwa oparte na danych zmieniają świat

W 2007 r. Tim Berners-Lee, twórca usługi WWW, opisał jak powinien wyglądać przepływ danych w nowoczesnym przedsiębiorstwie: „Każdy dyrektor generalny powinien być w stanie zadać pytanie obejmujące łączenie danych pochodzących z całego przedsiębiorstwa, być w stanie efektywnie zarządzać firmą, a w szczególności być w stanie reagować na nieprzewidziane wydarzenia. Większości przedsiębiorstw brakuje tej umiejętności łączenia wszystkich swoich danych”.

Bernersowi-Lee chodziło o to, że potencjał danych nie jest w pełni wykorzystany, jeśli znajdują się one w silosach i ludzie podejmują decyzje wyłącznie w oparciu o częściowy widok danych. Jeśli firma nie ma ludzi i technologii potrzebnych do tego, aby połączyć te dane ze sobą i uzyskać bardziej całościowy obraz swojego przedsiębiorstwa i możliwości, to jej wartość jest zaledwie ułamkiem potencjalnej wartości. Dlatego właśnie przedsiębiorstwa powinny dążyć do równowagi pomiędzy pracownikami, danymi i maszynami, w ramach której każdy element wnosi wartość dodaną i harmonijnie uzupełnia wartość innych.

Roli technologii w osiągnięciu takiej równowagi nie można lekceważyć. Możliwość gromadzenia, zestawiania i łączenia danych na dużą skalę zwyczajnie nie istniała przed nadejściem chmury, przełamującej bariery, o których mówił Berners-Lee. Zapewniana przez chmurę łączność w obrębie przedsiębiorstw, łańcuchów dostaw, klientów, platform, aplikacji i baz danych oznacza, że przedsiębiorstwa mogą uzyskać całościowy obraz swojej działalności. Ponadto dzięki chmurze maszyny mogą działać bardziej autonomicznie i komunikować się ze sobą, o czym świadczy rozwój takich technologii jak sztuczna inteligencja i automatyczne uczenie.

Przekształcenie przedsiębiorstwa do organizacji opartej na danych jest kluczem transformacji cyfrowej, a ta z kolei nie byłoby możliwa bez technologii cloud computing. Duże firmy nie są już w stanie budować przewagi nad konkurencją poprzez łatanie dziur i opieranie się na swojej przestarzałej infrastrukturze informatycznej, która tylko zwiększa złożoność i z każdym rokiem zmniejsza ich elastyczność. Muszą zmienić podejście i przebudować swoje przedsiębiorstwo od podstaw, a dzięki chmurze mogą tego dokonać szybko — tak aby wprowadzać nowe usługi, a jednocześnie chronić swój udział w rynku i wciąż skalować swoją działalność. Kiedy rozmawiamy z firmami w regionie EMEA, nie zastanawiają się już nad tym, czy wdrażać chmurę, tylko kiedy i jak. Badanie przeprowadzone przez Oracle i MIT Technology Review pokazało, że ok. 70% działów kadrowych i finansowych jest na drodze do wdrożenia chmury, a jedna trzecia już zakończyła jej wdrożenie.

W przyszłości ten proces będzie jeszcze trudniejszy, bo liczba źródeł danych dostępnych dla przedsiębiorstw nadal będzie rosnąć. Nasze smartfony, liczniki energii elektrycznej, urządzenia kuchenne, a nawet ubrania zostawiają po sobie strzępy cyfrowych informacji, które firmy mogą wykorzystać do kształtowania swoich strategii. Według IDC w 2025 r. cyfrowy wszechświat osiągnie rozmiar 180 zetabajtów. Przesłanie ich wszystkich przez szerokopasmowe łącze internetowe zajęłoby 450 mln lat. Magazyn „The Economist” w następujący sposób podsumował ogromne znaczenie danych dla biznesu w XXI wieku:

  • „Dane są dla tego stulecia tym samym, co ropa naftowa dla poprzedniego: motorem zmian i rozwoju. Przepływy danych stworzyły nową infrastrukturę, nowe przedsiębiorstwa, nowe monopole, nowe polityki, a co najważniejsze — nową gospodarkę”.
  • „Na przykład firma Oracle, która jest liderem rynku korporacyjnych baz danych, tworzy coś w rodzaju giełdy danych. Chce, aby jej klienci handlowali danymi, łączyli je z zestawami udostępnianymi przez Oracle i wyciągali z nich wnioski — a wszystko to w bezpiecznym środowisku chmury obliczeniowej firmy, gdzie przedsiębiorstwa mogą mieć pewność, że informacje te nie będą wykorzystywane w nieodpowiedni sposób”.

Przedsiębiorstwa, które mądrze korzystają z tego bogactwa informacji, są w stanie fundamentalnie przekształcić swoją działalność. Na przykład operator telekomunikacyjny Telefonica wdrożył oparty na technologii Oracle program analityczny, aby lepiej zrozumieć wzorce korzystania z telewizji przez jego klientów, i wykorzystuje tę wiedzę do tego, aby oferować klientom spersonalizowane rekomendacje dotyczące dodatkowych treści i usług. Telefonica czerpie też korzyści finansowe z tej głębokiej wiedzy o klientach dzięki otwarciu nowych strumieni przychodów ze strony dostawców treści i producentów mediów, którzy również chcą dostosować swoje treści do klientów operatora. Przyniosło to istotne korzyści i obecnie Telefonica ma 30-procentowy udział w lukratywnym rynku mediów cyfrowych i reklamy cyfrowej w Hiszpanii.

Telefonica jest tylko jednym z wielu przykładów przedsiębiorstw, które uzyskały wymierne korzyści z wdrożenia chmury Oracle. Accenture porównał ostatnio Oracle Cloud z chmurą AWS w raporcie zatytułowanym Oracle’s Enterprise-grade Cloud is Here. W raporcie stwierdzono, że aby osiągnąć porównywalną wydajność, chmura AWS będzie nawet pięć razy droższa niż porównywalne rozwiązanie Oracle IaaS Cloud. Ponadto rozwiązania Oracle Cloud zapewniły nawet 3,4 razy wyższą wydajność niż podobne rozwiązanie IaaS podczas uruchamiania tych samych obciążeń przy analogicznych konfiguracjach. Według raportu „rozwiązania Oracle zapewniły ponad trzykrotnie wyższą wydajność niż inne rozwiązania i pokazały, że są w stanie obsłużyć ponad pięć razy więcej transakcji w przeliczeniu na dolara”.

Rozwój przetwarzania w chmurze nie tylko wykładniczo zwiększył ilość danych będących w obiegu, lecz także nadał im o wiele większą wartość poprzez ułatwienie ich zbierania, współużytkowania, analizowania i interpretowania. Ponieważ tak wiele urządzeń, systemów i usług jest ze sobą połączonych za pośrednictwem chmury, jesteśmy otoczeni przez dane ze wszystkich stron, a przedsiębiorstwa zdają sobie sprawę z wiedzy i korzyści, jakie mogą wyciągnąć z tych danych, o ile tylko wiedzą, czego szukają i czego oczekują od tych danych.

Jest to bardzo istotne, ponieważ dane same w sobie to zaledwie punkt wyjścia…

Kornel Kot: Spodziewane rozczarowanie produkcją

Środowa sesja była obfita w wypowiedzi bankierów centralnych, którzy zdecydowali się nie dostarczać dodatkowych wrażeń uczestnikom rynku walutowego. Na koniec dnia miano gwiazdy utrzymuje kanadyjski dolar będący beneficjentem fenomenalnych danych z sektora przemysłowego. Na przestrzeni miesiąca wolumen produkcji odnotował 1,6 proc. skok, co wyraźnie okryło cieniem nisko zawieszone oczekiwania uczestników rynku (-0,3 proc.).

W pierwszej części dnia uwagę inwestorów próbowały zwrócić wskazania z brytyjskiego rynku pracy. O ile udział osób aktywnych zawodowo pozostających bez pracy trafił w konsensualne 4,3 proc., o tyle w przypadku dynamiki wynagrodzeń należy mówić o nieco silniejszej wartości. W ujęciu rok do roku płace w brytyjskich przedsiębiorstwach wzrosły o 2,2 proc. (konsensus: 2,1 proc.), co z punktu widzenia analizy szeregów czasowych napawa optymizmem przed utrzymaniem dość wysokich wartości inflacji CPI oraz szybszym rozpoczęciem zacieśniania przez Bank Anglii. Na koniec dnia funt ma za sobą dość skromne umocnienie. Obecnie GBP/USD znajduje się w okolicach okrągłego poziomu 1,3200, notując tym samym ruch rzędu 0,1 proc.

W koszyku walut G10 siłę funta szterlinga przebija między innymi euro, które zdołało wypracować dwukrotnie silniejszą zwyżkę. Na koniec dnia EUR/USD balansuje tuż pod poziomem 1,1800, aczkolwiek siła impulsów popytowych wydaje się być niedostateczna ku rychłemu osiągnieciu kolejnego oporu. Obecnie stawkę zamyka japoński jen, który wypycha kurs USD/JPY o 0,6 proc. w okolice poziomu 1,1285. Skromniejszą skalę przeceny mają za sobą nowozelandzki dolar i szwajcarski frank notujące odpowiednio przecenę na poziomie 0,3 proc. oraz 0,2 proc.

Zgodnie ze sporządzonymi przez nas prognozami dane z rodzimego sektora przemysłowego dość wyraźnie rozminęły się z rynkowym konsensusem. We wrześniu roczna dynamika produkcji przemysłowej uplasowała się na poziomie 4,3 proc. wobec 5,2 proc. spodziewanych przez pozostałych uczestników rynku (TMS Brokers: 4,0 proc.). Rozgoryczenie powyższymi wskazaniami próbowała załagodzić sprzedaż detaliczna, która w ujęciu rok do roku wystrzeliła do poziomu 8,6 proc. (konsensus: 7,9 proc., TMS Brokers: 8,1 proc.). Na koniec dnia polski złoty (0,3 proc.) plasuje się w ścisłej czołówce walut Emerging Markets. W regionie rodzima waluta ustępuje jedynie czeskiej koronie (0,4 proc.), która spycha kurs EUR/CZK w okolice wsparcia przy 25,7180. Listę walut zamyka południowoafrykański rand (-1,2 proc.) wyraźnie odskakujący przecenie meksykańskiego peso (-0,4 proc.), rosyjskiego rubla (-0,3 proc.) czy tureckiej liry (-0,2 proc.).
W danych napływających z amerykańskiej gospodarki największej przełożenie na rynkową zmienność miały szacunki zapasów ropy sporządzone przez Departament Energii. Z tygodnia na tydzień rezerwa surowca skurczyła się o 5,7 mln baryłek wobec 7,1 mln sugerowanych przez API. Na koniec dnia baryłka West Texas Intermediate ponownie wraca w okolice poziomu 52,00 USD, notując tym samym dzienny zakres ruchu na poziomie 0,2 proc.

W trakcie środowej sesji europejskie parkiety zapłonęły zielenią. Ze zwyżkowych nastrojów wyłamała się giełda przy Książęcej, aczkolwiek siła prospadkowych impulsów nie była dostateczna ku temu, aby uplasować indeks WIG 20 (-0,5 proc.) poniżej okrągłego poziomu 2 500 pkt. Najsilniejszy ruch w stronę południa odnotował mBank (-2,3 proc.) po dopuszczeniu dodatkowego pakietu akcji do obrotu. Swoją przecenę usilnie kontynuowało LPP (-2,2 proc.). Zniżkę odzieżowego giganta goniło CCC (-1,9 proc.) notujące siódmą sesję spadkową z rzędu, co nie było obserwowane od dokładnie czterech lat. Powodem tak daleko posuniętej przeceny są niezbyt sprzyjające warunki pogodowe, które hamują obrót w branży. Na czele indeksu znalazło się Asseco Poland ze zwyżką rzędu 1,1 proc. W górnej części stawki znalazło się również PZU (0,5 proc.) pomimo nałożenia 2,3 mln PLN kary za zwłokę w wypłacie odszkodowań.

We Frankfurcie miano lidera należało do ProSiebenSatu 1 (1,7 proc.), który odskoczył Vonovii (1,5 proc.) planującej międzynarodowe inwestycje w sektorze nieruchomości. Środową sesję na plus zakończył również BASF (1,1 proc.) pomimo zamknięcia fabryki Ecoflex w Ludwigshafen z racji na wystąpienie defektu technicznego. Apetyt na bardziej pokaźne wzrosty indeksu DAX (0,4 proc.) ograniczało Deutsche Börse (-1,8 proc.) z racji na podtrzymanie rekomendacji „trzymaj” przez Bankhaus Lampe. Swoje wczorajsze wzrosty wymazał również Infineon, który środowe notowania zakończył z 0,8 proc. stratą.
Na londyńskiej giełdzie ponownie liderem indeksu FTSE 100 (0,4 proc.) stał się Pearson (3,0 proc.) po wczorajszej publikacji fenomenalnych perspektyw wynikowych oraz wygenerowaniu sygnału technicznego w postaci przebicia średniej z ostatnich 200 notowań. Podobną skalę wzrostu notuje ITV (3,0 proc.), które odskoczyło zwyżkom IAG (2,7 proc.) oraz koncernu Rolls-Royce’a (2,5 proc.). Prawdziwy cios w siłę zamykającego listę komponentów Shire (-3,1 proc.) wymierzyło Citi, które zdecydowało się na usunięcie spółki z listy obserwowanych spółek. Nisko znalazło się również Rio Tinto (-3,0 proc.) mające perspektywę batalii sądowych w związku z wyłudzeniem 3,7 mld USD przez byłego prezesa spółki.

Na rynku surowcowym najmniej optymistycznymi nastrojami może pochwalić się gaz ziemny, którego listopadowe kontrakty zdołały potanieć o 3,4 proc. W gronie metali wyraźny odwrót notuje pallad (-2,4 proc.) przebijający się przez serię wsparć przy poziomie 960 USD za uncję. Niezbyt udaną sesję mają również za sobą sok pomarańczowy (-1,2 proc.) oraz pszenica (-1,0 proc.). W przypadku złota i srebra należy mówić o zdecydowanie mniej spektakularnym ruchu w stronę południa, bowiem wymienione surowce zdążyły potanieć o 0,3 proc. Obecnie ich uncja jest wyceniana odpowiednio na poziomie 1 281,50 USD oraz 16,9860 USD.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Alior Bank we współpracy z Telekom Romania uruchamia Telekom Banking

Rumuński oddział Alior Banku wprowadza na rynek usługi Telekom Banking – nowoczesne i intuicyjne produkty bankowe dostępne w kanale internetowym i mobilnym, przez telefon, a także w całej stacjonarnej sieci sprzedaży Telekom Romania. Produkty banku oferowane będą także za pośrednictwem brokerów.

Celem strategicznego partnerstwa Alior Banku z rumuńskim operatorem telekomunikacyjnym Telekom Romania (z grupy Deutsche Telekom) jest oferowanie usług bankowych klientom indywidualnym w Rumunii oraz zapewnienie im najnowocześniejszych rozwiązań z zakresu bankowości codziennej, a także produktów i usług łączących korzyści wynikające ze współpracy banku i firmy telekomunikacyjnej. Dla Alior Banku jest to kontynuacja modelu współpracy z T-Mobile, w znacznym stopniu bazująca na rozwiązaniach i technologii znanych klientom w Polsce oraz dostępnych jako T-Mobile Usługi Bankowe. Ważnym uzupełnieniem oferty będzie internetowy kantor walutowy – nowość na rynku rumuńskim. Telekom Banking to pierwszy na taką skalę projekt współpracy banku i firmy telekomunikacyjnej w Rumunii.

Wdrożenie naszych najnowocześniejszych rozwiązań technologicznych na rynku rumuńskim to kolejny krok Alior Banku na drodze do grona najbardziej innowacyjnych banków w Europie. Korzystamy z naszych najlepszych praktyk z rynku polskiego oraz najbardziej innowacyjnych rozwiązań stosowanych przez Alior Bank w Polsce, również w ramach naszej współpracy z T-Mobile. Chcę jednak podkreślić, że finalna oferta została przygotowana przez nasz rumuński oddział, tak by odnieść się przede wszystkim do tamtejszego rynku, potrzeb i oczekiwań klientów. Mamy ambitne plany i wierzymy, że razem z Telekom Romania osiągniemy je i z sukcesem będziemy się rozwijać na rumuńskim rynku, w którym dostrzegamy ogromny potencjał. W pierwszej kolejności zaproponujemy klientom konto, depozyty i internetowy kantor walutowy, w drugim kroku ciekawe produkty kredytowe. Ofertę będziemy sukcesywnie rozwijać – mówi Celina Waleśkiewicz, wiceprezes zarządu Alior Banku, odpowiedzialna za pion IT i operacji.

Cieszymy się, że poprzez nasze partnerstwo z Alior Bankiem staliśmy się liderem na rynku prostych i łatwych w obsłudze usług bankowych. Naszym celem jest dostarczanie produktów dostosowanych do nowej kultury IT&C, w której dzisiaj żyjemy. Zastosowanie wszystkich rozwiązań oferowanych przez nowe technologie pozwala wykorzystać możliwości uzyskania dostępu do dzisiejszych innowacji. Doświadczenie Alior Banku w innowacyjnej bankowości oraz technologiczna wizja Telekom Romania umożliwiły nam stworzenie takiej oferty usług bankowych dla klientów w Rumunii, która może ukształtować przyszłość rumuńskiego sektora finansowego i bankowego – mówi Miroslav Majoros, prezes Telekom Romania.

W celu realizacji tego projektu Alior Bank otworzył swój oddział w Rumunii, obecnie pracuje w nim 60 osób. Do końca roku bank planuje zatrudnić jeszcze 120 pracowników.

Oferta Telekom Banking

Usługi Telekom Banking będą wprowadzane stopniowo, zaczynając od nowoczesnej, intuicyjnej bankowości codziennej oraz – nowości na rynku rumuńskim – internetowego kantoru walutowego.

W Telekom Banking będzie można otworzyć rachunek osobisty w RON (w rumuńskich lejach), EUR, USD i GBP, korzystać z karty debetowej oraz mieć dostęp do środków za pośrednictwem bankowości internetowej i mobilnej. Konto można otworzyć online na stronie telekombanking.ro lub poprzez aplikację mobilną i podpisać umowę dostarczoną przez kuriera. Tą samą drogą klient otrzyma także kartę debetową. Rachunek można otworzyć również w punktach sprzedaży Telekomu. W tym przypadku klienci od razu otrzymają także kartę debetową typu instant i będą z niej mogli korzystać od razu po podpisaniu umowy.

Telekom Banking oferuje bezpłatne – bez żadnych warunków – wypłaty ze wszystkich bankomatów w kraju i za granicą, a ponadto bezpłatne przelewy w lejach przez internet i bankowość mobilną do dowolnego banku w Rumunii, co nie jest standardem na tym rynku. Niezmienność tych warunków gwarantowana jest klientom przez 3 lata.

Klienci od początku mogą korzystać z nowoczesnej aplikacji mobilnej. Rozwiązanie – zaczerpnięte z platformy mobilnej i internetowej T-Mobile Usługi Bankowe – oparte jest o podejście „omnikanałowe” w pełni integrujące aplikację mobilną z platformą internetową. Wraz z wprowadzeniem na początku listopada bankowości internetowej klienci otrzymają dostęp do swoich finansów oraz przejrzystą informację o statusie posiadanych produktów i usług. Rozwiązanie jest skoncentrowane na wygodzie i łatwości użytkowania (najważniejsze funkcje są zawsze pod ręką) oraz innowacyjnych rozwiązaniach odpowiadających potrzebom klientów.

Aplikacja mobilna oferuje wiele przydatnych funkcji, w tym: przelewy przy użyciu kodu QR lub funkcji NFC, widok salda wraz z trzema ostatnimi transakcjami bez konieczności logowania, możliwość dokonywania płatności w usłudze P2P i inne. Ponadto aplikacja umożliwia bezpośrednie otwieranie rachunków bieżących w lejach lub w walutach obcych. Można w niej również złożyć wnioski o karty debetowe, lokaty terminowe i rachunki oszczędnościowe.

Drugim filarem oferty Telekom Banking jest Internetowy Kantor Walutowy, w ramach którego klienci mogą korzystać z atrakcyjnych kursów wymiany w czasie rzeczywistym dla 10 walut obcych, aktualizowanych (w dni robocze) co 10 sekund. Klienci mogą szczegółowo skonfigurować transakcje walutowe, np. ustawić datę i czas, w którym chcą dokonać wymiany, a także kurs wymiany, według którego ma nastąpić transakcja. Opcja „Płacę później” pozwala wymieniać waluty, nawet jeśli klienci w danym momencie nie mają pełnej potrzebnej do tego kwoty (wystarczy mieć min. 5 proc. wartości transakcji, a w ciągu dwóch dni roboczych uzupełnić różnicę w celu dokończenia wymiany). Kantor walutowy online oparty jest na rozwiązaniach znanych klientom kantoru Alior Banku w Polsce.

Usługi Telekom Banking są dostępne online na stronie www.telekombanking.ro, a także będą stopniowo wdrażane w punktach sprzedaży Telekom Romania. Docelowo rachunek bieżący będzie można otworzyć w każdym sklepie tej sieci. Dodatkowo w wybranych salonach, w ramach koncepcji „sklepu w sklepie”, oferowane będą inne usługi bankowe, w tym produkty kredytowe. Sieć placówek tego typu będzie rozbudowywana w ciągu najbliższego półrocza. Docelowo ma liczyć 120 punktów. Wraz ze startem oferty rynkowej uruchomione zostanie całodobowe Contact Center.

Oferta Telekom Banking będzie systematycznie rozwijana. Znajdą się w niej również usługi finansowania urządzeń oferowanych przez Telekom Romania, a także pożyczki gotówkowe i kredyty w rachunku bieżącym.

Wysoka inflacja w Wielkiej Brytanii

We wtorek amerykański dolar zyskiwał do większości walut światowych czwarty dzień z rzędu. To efekt dobrych danych dotyczących cen importu i eksportu, produkcji przemysłowej oraz wartości kapitałów napływających do USA. W szczególności dolar zyskiwał do słabnącego brytyjskiego funta, który tracił do większości swoich rywali po opublikowaniu danych inflacyjnych. Co więcej, Mark Carney, gubernator Banku Anglii, stwierdził, że do końca roku inflacja może przekroczyć aktualne 3%. Jednak inwestorzy spekulują, że na tej bazie Bank Anglii może na początku listopada zdecydować o podwyżce stóp procentowych, co wzmocni brytyjską walutę.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do brytyjskiego funta (+0,47%) oraz japońskiego jena (+0,12%), a traci do euro (-0,07%), dolara kanadyjskiego (-0,27%) oraz dolara australijskiego (-0,1%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,177, GBP/USD – 1,318, USD/CAD – 1,25, AUD/USD – 0,785 i USD/JPY – 112,3. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,2%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,2, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,893. Złotówka zyskuje do funta, a pozostaje na podobnym poziomie do innych walut światowych. W środę rano dolar kosztuje 3,6 zł, euro – poniżej 4,24 zł, funt – 4,74 zł, a frank szwajcarski – 3,68 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach przewaga koloru czerwonego. We wtorek londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,14%, frankfurcki indeks DAX – o 0,07%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,03%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 podniósł się o 0,07%, meksykański indeks Bolsa zyskał 0,84%, a brazylijski Bovespa spadł o 0,9%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 0,13%, chiński indeks Shanghai Composite podniósł się o 0,29%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem tracił 0,03%.

Ropa i złoto: Cena ropy naftowej rośnie trzeci dzień w rzędu, ale minimalnie. We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 57,88 USD (+0,1%), a ropy WTI – 51,88 USD (+0,02%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostała na poziomie 59 USD. Z kolei cena złota idzie w dół. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1283 USD. To 5 USD mniej (-0,39%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 10:30 – Wielka Brytania – Stopa bezrobocia, sierpień (prognoza 4,3%)
  • 14:00 – Polska – Produkcja przemysłowa (r/r), wrzesień (prognoza 5,2%)
  • 14:00 – Polska – Produkcja budowlano-montażowa (r/r), wrzesień (prognoza 18,1%)
  • 14:00 – Polska – Sprzedaż detaliczna (r/r), wrzesień (prognoza 7,9%)
  • 14:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Nowego Jorku
  • 14:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Dallas
  • 14:30 – USA – Rozpoczęte budowy domów, wrzesień (prognoza 1180 tys.)
  • 14:30 – USA – Pozwolenia na budowę domów, wrzesień (prognoza 1245 tys.)
  • 20:00 – USA – Beżowa Księga, październik

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Nowy sposób finansowania zakupów w sklepach internetowych PayU wprowadza usługę PayU Płacę później

Brak wystarczających środków w danym momencie często uniemożliwia pilny i potrzebny zakup. Taka sytuacja może spotkać np. osoby realizujące projekty na zlecenie (tzw. freelancerów), których dochody są nieregularne. Poza tym, istnieje też duża grupa kupujących, którzy nawet w przypadku posiadania środków na sfinansowanie zakupów, preferują opłacenie zakupu dopiero po otrzymaniu towaru.  W odpowiedzi na tego typu oczekiwania  konsumentów, PayU wprowadza nowy sposób finansowania zakupów internetowych, polegający na odroczeniu płatności do 30 dni. Usługa PayU Płacę później jest obecnie dostępna w ramach programu pilotażowego w kilkunastu popularnych sklepach internetowych.

Odpowiedź na potrzeby konsumentów

PayU Płacę później opiera się na schemacie „kup teraz, zapłać później”. To rozwiązanie szczególnie wygodne w przypadku pilnego lub niespodziewanego wydatku, którego pokrycie ze środków na koncie jest w danym momencie niemożliwe. Taki sposób płatności jest idealny także dla łowców okazji, którzy mogą skorzystać z wyjątkowej promocji w sklepie, nawet jeśli są przed wypłatą lub środki za wykonane zlecenie jeszcze do nich nie dotarły.

W przeciwieństwie do kart kredytowych, PayU Płacę później jest usługą bez ograniczeń. Aby z niej skorzstać nie trzeba posiadać instrumentu płatniczego, co oznacza, że nie ma w tym przypadku opłat za jego wydanie, utrzymanie czy ubezpieczenie. Z takiej odroczonej płatności można skorzystać w dowolnym momencie, a spłata w wymaganym terminie – w ciagu 30 dni – oznacza, że płacimy tylko tyle, ile kosztował zamówiony towar. Dodatkowo, jeśli kupujący uzna, że jednak chce wydłużyć okres spłaty, może rozłożyć całe zobowiązanie na 3 lub 6 miesięcznych rat, ponosząc wówczas standardowe koszty pożyczki.

Nowa metoda płatności od PayU wpisuje się także w trend tzw. „smart shoppingu”.

Chcemy dotrzeć do grona konsumentów, którzy świadomie i rozważnie podejmują decyzje zakupowe. To osoby, które cenią wysoką jakość produktów, jednak nie chcą za nie przepłacać. Z drugiej strony potrafią racjonalnie oszacować swoje możliwości finansowe – mówi Martyna Szczepaniak, Dyrektor ds. Kredytów Konsumenckich w PayU. Dzięki PayU Płacę później można zrealizować swoje plany lub marzenia zakupowe  w każdym momencie. Partner finansowy płaci za zakupy natychmiast, a kupujący zwraca środki pożyczkodawcy w ciagu 30 dni bez dodatkowych kosztów lub rozkłada zakup na korzystne raty – dodaje.

PayU Płacę później to metoda płatności polecana również osobom, które nie chcą zamrażać środków na swoim koncie, wolą sprawdzić produkt przed zapłaceniem lub zamawiają więcej produktów z zamiarem zwrotu części z nich.

Korzyści dla e-biznesu

Polacy są otwarci na innowacje i chętnie korzystają z nowoczesnych metod płatności. Z kolei wielu sprzedawców internetowych jest przekonanych, że wprowadzenie nowych metod płatności, umożliwiających m.in. kredytowanie zakupów, zwiększyłoby sprzedaż w ich sklepach. Dzisiejszy klient chce bowiem robić zakupy łatwo, szybko i bez wyrzeczeń, nawet w sytuacji, gdy nie ma odpowiednich środków na koncie[1].

PayU Płacę później to nasz kolejny krok w kierunku zwiększania możliwości zakupowych Polaków. Ma to wymierne korzyści także dla właścicieli e-sklepów. Klienci lubią mieć różnorodny wybór metod płatności, a odroczenie płatności jest dla nich atrakcyjnym rozwiązaniem. Z naszych badań wynika, że w sklepach, które uruchomią usługę, powinna zwiększyć się wartość koszyków zakupowych, a także liczba zrealizowanych transakcji, co oznacza mniej opuszczonych koszyków, a więc lepszą konwersjęwyjaśnia Martyna Szczepaniak.

PayU Płacę później – jak to działa?

PayU Płacę Później infografikaPayU Płacę później to wygodny i bezpieczny sposób finansowania zakupów. Z nowej metody płatnosci można skorzystać robiąc zakupy o wartości  od 100 do 2 000 złotych.

Po dodaniu towarów do koszyka należy wybrać metodę płatności PayU Płacę później, a następnie podać kilka danych, które pozwolą potwierdzić tożsamość i wyrazić zgodę na wykonanie automatycznej oceny zdolności kredytowej. Decyzja o przyznaniu pożyczki jest wydawana w ciagu kilkudziesięciu sekund, więc cały proces jest bardzo szybki.

W przypadku pozytywnej decyzji partner finansowy PayU – firma Kreditech działająca pod marką Monedo Now, finansuje zakup zamówionych towarów, a PayU natychmiast przekazuje środki do sklepu internetowego. W tym samym czasie kupujący otrzymuje na wskazany wcześniej adres e-mail wiadomość z potwierdzeniem płatności i linkiem do panelu klienta, z którego może wygodnie spłacić pożyczkę, kartą lub przelewem. Najkorzystniej jest spłacić zobowiązanie w ciagu 30 dni, bo wówczas spłacamy dokładnie tyle, ile kosztowały zakupy. Przed upływem tego terminu, kupujący otrzyma przypomnienie o zbliżającym się terminie spłaty. W przypadku braku wymaganej wpłaty cała kwota zostanie automatycznie rozłożona  na  6 wygodnych rat, z prowizją 4,08% w skali miesięcznej.

Właściciel sklepu internetowego nie musi czekać 30 dni na zapłatę za towar, ponieważ partner finansowy dokonuje zapłaty za zamówienie kupującego jeszcze przed  wysyłką. W przypadku odstąpienia od umowy przez kupującego sklep zwraca sumę zamówienia za pośrednictwem PayU na rachunek partnera finansowego.

Usługa PayU Płacę później jest efektem strategicznej współpracy PayU i grupy technologicznej Kreditech, w którą w maju br. PayU zainwestowało 110 mln euro. Polska jest pierwszym krajem, w którym nowy sposób finansowania zakupów został zaoferowany sklepom internetowym i konsumentom.

Z PayU Płacę później mozna już skorzystać, w ramach programu pilotażowego, w kilkunastu sklepach internetowych. Więcej informacji na temat usługi PayU Płacę później: https://place-pozniej.payu.pl/

[1] Strategies for Optimizing Online Commerce, UK merchant’s perspective’, Ovum, 2017.

Los pracowników delegowanych nadal niepewny

Sprawozdanie komisji zatrudnienia i spraw socjalnych Parlamentu Europejskiego, dotyczące dyrektywy o delegowaniu pracowników, utrzymuje wiele niekorzystnych rozwiązań dla polskich przedsiębiorców. Dzięki staraniom polskich europosłów wprowadzono rozwiązania, które mogą w pewnym stopniu łagodzić negatywne konsekwencje zmian, np. przewidziano możliwość wydłużania okresu delegowania ponad 24 miesiące na wniosek przedsiębiorcy – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Od początku prezentowaliśmy krytyczne podejście do projektu rewizji dyrektywy przedstawionego przez Komisję Europejską w marcu 2016 r. W naszej opinii inicjatywa KE przyczyni się do eliminowania z rynku przedsiębiorstw świadczących usługi transgraniczne z wykorzystaniem własnych pracowników. Poprzez użycie niejasnych konstrukcji i pojęć (np. odejście od pojęcia minimalnego wynagrodzenia, wprowadzenie 24 miesięcznego okresu delegowania), rozszerzenie zakresu obowiązków przedsiębiorców, prowadzi do zwiększenia zawiłości regulacji, wzrostu liczby sytuacji spornych, a tym samym do wzrostu kosztów – mówi Robert Lisicki, radca prawny, dyrektor departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan.

Sprawozdanie komisji parlamentu europejskiego utrzymuje szereg niekorzystnych dla polskich przedsiębiorców rozwiązań, wprowadzając nawet propozycje dalej idące od tekstu KE. Należą do nich m.in. poprawki dotyczące:

  • ograniczenie do 24 miesięcy okresu delegowania, przy braku jasnych zasad rozliczania np. zastępstwa pracowników delegowanych,
  • wprowadzenie określenia „równych” warunków, co w kontekście dotychczasowej zasady, iż dyrektywa o delegowaniu pracowników gwarantuje minimalne warunki będzie prowadziło do szeregu wątpliwości,
  • wprowadzenie pojęcia „wynagrodzenie” w miejsce „minimalne stawki płacy” – Pojęcie „minimalnej stawki płacy” – pomimo pewnych wątpliwości jakie rodzi – jest bardziej precyzyjne i łatwiejsze w określeniu i ustaleniu, aniżeli nowa propozycja. Odesłanie do „minimalnej stawki płacy” uwzględnia zarówno aspekt ochrony pracowników, jak i przejściowy charakter świadczenia usługi.
  • wprowadzenie nowych kategorii warunków, które będą narzucać inne państwa członkowskie: zakwaterowania oraz dodatków w celu pokrycia kosztów podróży, wyżywienia i zakwaterowania dla pracowników z dala od ich zwykłego miejsca pracy,
  • definicji wynagrodzenia – odwołując się w sposób niejasny do definicji bądź praktyki państw członkowskich,
  • rozszerzenie zakresu zastosowania układów zbiorowych o układy reprezentatywne zgodnie z regulacjami państwa członkowskiego dla danego obszaru bądź sektora (obecnie jest mowa o układach uznanych za powszechnie obowiązujące),
  • rozszerzenia podstawy dyrektywy o art. 153 (1) Traktu (aspekty socjalne), co zmienia podejście do dyrektywy o delegowaniu pracowników i przesuwa akcenty ze swobody świadczenia usług na aspekty socjalne. W praktyce takie rozwiązanie może podważać dotychczasową interpretację regulacji dyrektywy o delegowaniu pracowników tymczasowych,
  • podwykonawstwa – państwa będą mogły zobowiązać podwykonawcę do zapłaty oddelegowanym pracownikom kwot, do jakich zapłaty zobowiązany byłby wykonawca. Nie jest jednak jasny katalog źródeł regulacji, z których takie obowiązki mogą wynikać (np. zakładowe układy zbiorowe).

Dzięki staraniom polskich europosłanek, w szczególności Danucie Jazłowieckiej i Agnieszce Kozłowskiej- Rajewicz, w sprawozdaniu znalazły się jednak rozwiązania, które mają ułatwiać działalność polskim firmom i zmniejszać negatywne konsekwencje wprowadzanych zmian, tj:

  • przewidziano możliwość wydłużania okresu delegowania ponad 24 miesiące na wniosek przedsiębiorcy. Organy państw mają rozpatrywać takie wnioski uwzględniając zasadę proporcjonalności i niedyskryminacji.
  • państwa członkowskie mają być zobowiązane do publikowania elementów składowych wynagrodzenia na jednej stronie internetowej. Firmy nie powinny ponosić odpowiedzialności za błędy, jeśli na stronie brakuje informacji lub są nieprawidłowe.
  • sektorowe rozwiązania dotyczące transportu znajdą się poza dyrektywą o pracownikach delegowanych.

Stanowisko Parlamentu Europejskiego ma zasadnicze znaczenie ponieważ nowa dyrektywa jest przyjmowana w ramach zwykłej procedury ustawodawczej. Oznacza to, iż musi zostać zaakceptowana prze Radę UE oraz Parlament Europejski, co wymaga zawierania kompromisów, będących akceptowalnymi dla uczestników o bardzo zróżnicowanych poglądach.

Co ważne, już 23 października 2017 r., Rada ds. Zatrudnienia, Polityki Społecznej, Zdrowia i Ochrony Konsumentów może przyjąć podejście ogólne (general approach) do projektu dyrektywy. Podejście ogólne jest nieformalnym porozumieniem w Radzie, poprzedzającym przyjęcie przez Parlament stanowiska w trakcie pierwszego czytania. Ma ono na celu ułatwienie procedowania nad projektami, przy których konieczne jest porozumienie Rady i Parlamentu (Rada zajmuje oficjalne stanowisko po pierwszym czytaniu w PE).

Ile wzrostu PKB w 3q17?

Krajowe dane o produkcji przemysłowej i budowlanej oraz sprzedaży detalicznej za wrzesień pozwolą ostatecznie zweryfikować szacunki dynamiki PKB w 3q17 (odczyt flash w połowie listopada). Roczna dynamika wszystkich trzech wskaźników obniży się za sprawą negatywnego efektu kalendarzowego, przy czym nasze prognozy dla produkcji budowlanej i sprzedaży detalicznej są powyżej konsensusu (szczegóły w kalendarzu). W cieniu danych o produkcji będzie krajowa inflacja PPI za wrzesień (nasza prognoza wskazuje na wyraźny wzrost do 3,4% r/r wobec konsensusu, który zakłada stabilizację na 3,0% r/r).

Przegląd wydarzeń:

Dziś rozpoczął się 19. Zjazd KPCh, na którym Xi Jinping nakreślił kluczowe priorytety partii na najbliższe 5 lat: otwartość na inwestycje zagraniczne, reformę przedsiębiorstw państwowych, wzmocnienie regulacji sektora finansowego oraz lepszą koordynację polityki pieniężnej i fiskalnej.

Presja płacowa utrzymuje się

Dynamika zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw we wrześniu obniżyła się do 4,5% r/r (PKO: 4,6%; konsensus: 4,5%), a wzrost płac do 6,0% r/r (wobec 6,6% w sierpniu; PKO i konsensus: 6,3%). Dynamika realnego funduszu płac obniżyła się do 8,4% r/r (z 9,6% r/r sierpniu). Szczegóły danych poznamy w Biuletynie Statystycznym (24 października). Wstępnie oceniamy, że nieco niższa dynamika płac we wrześniu może odzwierciedlać przesunięcia wypłat w górnictwie, a trend wzrostowy płac nadal przyspiesza.

W całym 3q17 zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o 4,5% r/r (bez zmian wobec 2q17), a płace o 5,8% r/r (wobec 5,2% r/r w 2q17). Tym samym realny fundusz płac przyspieszył do 8,6% r/r (z 7,9% r/r w 2q17) wspierając wzrost konsumpcji w 3q17. Wybiegając w przyszłość wydaje się, że dotychczas obserwowane trendy na rynku pracy będą kontynuowane: dynamika zatrudnienia będzie się obniżać (w okresie wakacyjnym mogła być przejściowo zawyżona przez efekty statystyczne – więcej zatrudnionych na (tańsze) umowy o pracę do prac sezonowych niż na umowy zlecenia), spadek stopy bezrobocia będzie wyhamowywać, aktywność zawodowa powinna jeszcze rosnąć (możliwe zmniejszanie się efektu „zniechęcenia” – czyli pozostawania poza rynkiem pracy) osób w wieku produkcyjnym.

Mimo łagodzącego wpływu niektórych czynników podażowych (migracje) na napięcia na rynku pracy nadal oceniamy, że wzrost płac przyspieszy i na koniec roku przekroczy 7%. Z punktu widzenia scenariusza stóp procentowych NBP, dane są neutralne. Większość członków RPP jest przekonana o tym, że inflacja w średnim terminie jest pod kontrolą. W naszej ocenie, wysoki komfort RPP będzie w coraz większym stopniu zakłócany przez dojście rynku pracy „do ściany” oraz coraz mocniejsze sygnały transmisji wyższych kosztów pracy na ceny sprzedawanych przez firmy towarów i usług. Stąd nadal oczekujemy, że RPP zdecyduje się na pierwszą podwyżkę stóp pod koniec 2018 r.

Inflacja CPI w Wielkiej Brytanii wzrosła we wrześniu do 3,0% r/r z 2,9% (najwyżej od kwietnia 2012 r.), za sprawą efektów osłabienia GBP i cen żywności. Inflacja przekracza cel BoE o 1pp. Według szefa BoE, M. Carneya, pierwsza od 10 lat podwyżka stóp procentowych w Wielkiej Brytanii jest prawdopodobnaw tym roku. W naszej ocenie może do niej dojść już 2 listopada, kiedy zostanie opublikowana nowa projekcja BoE z podniesioną ścieżką inflacji.

Ile wzrostu PKB w 3q17

Indeks ZEW dla Niemiec wzrósł w październiku do 17,6 pkt. z 17 pkt. (konsensus 20 pkt., długookresowa średnia 23,8 pkt.). Pomimo znacznej aprecjacji EUR w tym roku i oczekiwanej redukcji QE, większość niemieckich analityków i inwestorów spodziewa się dalszej poprawy koniunktury.

Ostateczne dane potwierdziły, że inflacja HICP w strefie euro ustabilizowała się we wrześniu na poziomie 1,5% r/r, a inflacja bazowa spadła do 1,1% r/r z 1,2% r/r. Wobec solidnego wzrostu PKB, przejściowe obniżenie inflacji nie jest argumentem przeciwko decyzji EBC o redukcji skali QE od stycznia 2018 r.

Produkcja przemysłowa w USA wzrosła we wrześniu o 0,3% m/m (vs. -0,7% m/m w sierpniu). Wrześniowy odczyt znajdował się wciąż pod negatywnym wpływem czynników pogodowych, wobec czego dopiero październik przyniesie wyraźne odbicie produkcji.

Źródło: PKO Bank Polski

Czy odstępne podlega VAT? Co orzekł sąd?

Należności wypłacone na rzecz skarżącej (odstępne) przez sprzedającego z tytułu odstąpienia od umowy przedwstępnej zobowiązującej do zawarcia umowy sprzedaży towarów używanych należy uznać za niepodlegające opodatkowaniu VAT – orzekł Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu.

W sprawie rozpoznanej przez Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu w wyroku z 4 maja 2017 r., sygn. akt I SA/Wr 1245/16, spółka złożyła wniosek o interpretację podatkową, aby się dowiedzieć, czy odstępne powinno być opodatkowane podatkiem VAT. Ze złożonego wniosku wynikało, że spółka rozpoczęła prowadzenie działalności gospodarczej w przedmiocie handlu towarami używanymi. Podatnik wskazał, że jego działalność opiera się przede wszystkim na skupowaniu od osób fizycznych, niebędących podatnikami VAT, towarów używanych, a następnie ich sprzedaży ostatecznym odbiorcom. Spółka podała, że zdarzają się sytuacje, w których przed zawarciem właściwej umowy sprzedaży sprzedający decydują się na zawarcie umowy przedwstępnej (tj. umowy zawierającej oznaczony termin, przed którego upływem strony zobowiązują się zawrzeć umowę właściwą, inaczej zwaną przyrzeczoną). Na mocy umowy przedwstępnej spółka wypłaca sprzedającemu zaliczkę na poczet późniejszej (przyrzeczonej) dostawy towaru.

Postanowienia umowy przedwstępnej dają stronom możliwość odstąpienia od umowy bez podania przyczyny, ale za zapłatą odstępnego. Odstąpienie w takim wypadku musi nastąpić najpóźniej do dnia, w którym powinna być zawarta umowa przyrzeczona. W przypadku odstąpienia od umowy przez sprzedającego, spółka otrzymuje zwrot uprzednio wypłaconej zaliczki oraz ustaloną umownie kwotę odstępnego. W sytuacji gdy nie ma miejsca odstąpienie od umowy przedwstępnej przez którąkolwiek ze stron, spółka sprzedaje nabyte ostatecznie towary używane osobom trzecim, opodatkowując VAT marżę uzyskaną na transakcji.

Spółka jest czynnym zarejestrowanym podatnikiem VAT i będzie nabywać towary i usługi, które będą wykorzystywane wyłącznie do celów prowadzonej działalności gospodarczej w rozumieniu art. 15 ust. 2 ustawy o VAT.

Podatnik chciał wiedzieć, w jaki sposób powinien traktować na gruncie VAT wypłacane na jego rzecz przez sprzedającego należności z tytułu odstąpienia od umowy przedwstępnej.

W ocenie spółki należności z tytułu odstąpienia od umowy przedwstępnej powinno się traktować jako opłaty będące poza zakresem VAT (niepodlegające VAT). Odstępne i kary umowne nie stanowią bowiem wynagrodzenia za wykonanie czynności wymienionych w art. 5 ust. 1 ustawy o VAT, przede wszystkim odpłatnego świadczenia usług na terytorium kraju.

Organ podatkowy uznał stanowisko spółki za nieprawidłowe. Podkreślił, że wypłacane na rzecz spółki należności otrzymane od sprzedającego z tytułu odstąpienia od umowy przedwstępnej stanowią wynagrodzenie za usługę i będą podlegać opodatkowaniu VAT na podstawie art. 5 ust. 1 pkt 1 w związku z art. 8 ust. 1 pkt 2 ustawy o VAT jako odpłatne świadczenie usług.

Sprawa na skutek skargi podatnika trafiła do rozpoznania do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego we Wrocławiu. Uznał on skargę za słuszną i uchylił interpretację podatkową.

Co orzekł sąd?

W uzasadnieniu wyroku WSA we Wrocławiu orzekł, że sam fakt, iż sprzedawca i nabywca zgodnie z prawem uzgodnili, że w razie odstąpienia od umowy przedwstępnej (a w istocie w razie rezygnacji z zawarcia przyrzeczonej umowy sprzedaży) sprzedawca zobowiązany jest do zapłaty odstępnego, nie jest okolicznością przemawiającą za jej opodatkowaniem VAT. Sąd uznał za błędną wykładnię przepisów o VAT dokonaną przez organ podatkowy w oparciu o przepisy polskiego prawa cywilnego. Takie działanie jest bowiem sprzeczne z dyrektywą 112, której przepisy muszą być stosowane jednolicie na terytorium UE. Jak podniósł WSA, TSUE wskazywał wyraźnie w swoim orzecznictwie, że cel dyrektywy 112 byłby poważnie zagrożony, gdyby uznanie danej transakcji za dostawę towarów (czy świadczenie usług) było uzależnione od spełnienia przesłanek, które różniłyby się w zależności od prawa cywilnego danego państwa członkowskiego.

W omawianej sprawie odstępne nie stanowi zapłaty za wyrażenie zgody przez nabywcę na odstąpienie od umowy, ponieważ odstąpienie od umowy stanowi realizację uprawnienia sprzedającego i jest czynnością jednostronną. Wywołuje to ściśle określone konsekwencje: niezawarcie umowy sprzedaży, zwrot zaliczki i konieczność zapłaty odstępnego przez sprzedającego. Nabywca, płacąc sprzedającemu zaliczkę na poczet późniejszej (przyrzeczonej) dostawy towaru, ma prawo oczekiwać, że umowa dojdzie do skutku i w efekcie sprzeda on towary używane. W sprawie zatem należy uznać, że odstępne jest rodzajem rekompensaty za niespełnienie zobowiązania wynikającego z umowy przedwstępnej w postaci zawarcia przyrzeczonej umowy sprzedaży. Trudno w takiej sytuacji mówić o zgodnym zakończeniu umowy, skoro nawet nie doszło do jej zawarcia. Nie można też uznać, że odstępne wiąże się bezpośrednio z umową sprzedaży, do której zawarcia nie dochodzi.

W konsekwencji nie sposób dostrzec w sprawie świadczenia wzajemnego mającego wystarczająco bezpośredni związek między świadczeniem usługi a zapłatą odstępnego, którego istnienie stanowi warunek konieczny dla opodatkowania danej czynności podatkiem VAT.

W rezultacie sąd uznał, że należności wypłacone na rzecz skarżącej (odstępne) przez sprzedającego z tytułu odstąpienia od umowy przedwstępnej zobowiązującej do zawarcia umowy sprzedaży towarów używanych nie podlegają opodatkowaniu VAT.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec

Średnia płaca w górę. Kiedy dogonimy Niemców?

4473 zł – tyle, wg opublikowanych we wtorek danych GUS, Polacy zarabiali we wrześniu br. Średnia pensja w rok wzrosła o ponad 6 proc. I to nie koniec dobrych wieści. – Przed nami kolejne podwyżki płac – zapowiada Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Wielu polskich pracowników, zżyma się, porównując GUS-owskie dane o średniej krajowej z kwotą, która co miesiąc wpływa na ich konta. Dzieje się tak, ponieważ dane o zarobkach publikowane przez Główny Urząd Statystyczny po pierwsze dotyczą przedsiębiorstw, które zatrudniają co najmniej 9 pracowników i z reguły płacą lepiej niż małe firmy. Po drugie wartości wynagrodzeń brutto przewyższają o ok. jedną trzecią to, co pracownik dostaje, potocznie mówiąc, na rękę.

Na dodatek publikowana co miesiąc przeciętna płaca w Polsce nie jest medianą. Dane mocno zawyżają ludzie na najwyższych i najlepiej opłacanych stanowiskach. Tym niemniej zmieniające się kwoty oddają rynkowe tendencje. I wynika z nich, że na polskim rynku pracy dzieje się coraz lepiej. We wrześniu 2007 r. GUS informował o wynoszącej 2859 zł średniej pensji brutto w sektorze przedsiębiorstw, pięć lat później było to już 3771 zł, a rok temu 4218 zł. Płace rosły zatem regularnie, aż do opublikowanych dziś danych za wrzesień br. – 4473 zł.

Dobre widoki na co najmniej kilka lat?

– Wzrost płac wynika z polepszającej się sytuacji na polskim rynku pracy. Bezrobocie maleje przy jednoczesnym wzroście zatrudnienia. Tworzy się coraz więcej miejsc pracy w tempie szybszym niż następuje przyrost wykwalifikowanych pracowników. Powoduje to z kolei, że pracodawcy oferują wyższe wynagrodzenie, by znaleźć odpowiednich pracowników – tłumaczy Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Według analityka Cinkciarz.pl sytuacja gospodarcza sprzyja temu, by pensje w Polsce nadal rosły. Jak długo? Co najmniej przez kilka najbliższych lat. – Mamy obecnie do czynienia z ożywieniem gospodarczym, nie tylko w Polsce, ale także w niemal całej strefie euro oraz w większości Europy. Można powiedzieć, że polska gospodarka znalazła się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i prawdopodobieństwo pogorszenia się tego stanu jest obecnie ograniczone – analizuje Bartosz Grejner.

Rumunia, Czechy, Niemcy, Polska – różne tempo, ale zgodny kierunek

Ożywienie gospodarcze charakterystyczne dla wielu państw Europy sprawia, że średnie płace rosną nie tylko w Polsce. W ogólnie wzrostowym kursie dość istotnie różni się natomiast dynamika zmian pomiędzy poszczególnymi krajami. Niższa dotyczy np. bogatych Niemiec, wyższa np. Rumunii, która ciągnie się w ogonie unijnego rankingu pod względem wysokości średniej płacy, ale już pod względem tempa wzrostu znajduje się w czołówce. – W kolejnych miesiącach tego roku skala zmian w Rumunii systematycznie przekraczała 10 proc. w porównaniu do danych sprzed 12 miesięcy – określa analityk Cinkciarz.pl.

Pensje rosną także np. w Czechach, gdzie sytuacja na rynku pracy wygląda jeszcze lepiej niż w Polsce. Wynagrodzenia Czechów rosły w ostatnim okresie w podobnym tempie co Polaków, mimo że koszty pracy w Czechach są wyższe niż w Polsce. – Stopa bezrobocia u naszych południowych sąsiadów jest także najniższa w całej Unii Europejskiej. Wszystko przy wzroście gospodarczym na poziomie 4,5 proc. w II kw. br., również wyższym od notowanego w Polsce, który wynosi 3,9 proc. – opowiada Bartosz Grejner.

Czy kiedyś będziemy zarabiać tak jak Niemcy?

Niemiecki rynek pracy przyciąga wielu pracowników z Polski. Trudno się dziwić, skoro średnia płaca u naszych zachodnich sąsiadów wynosi ok. 3,7 tys. euro. Czy doczekamy czasów, w których zrównają się pensje w krajach po obu stronach Odry?

W ciągu ostatniej dekady (2007 – 2016), wynagrodzenia Niemców rosły przeciętnie o 2,05 proc., podczas gdy tempo wzrostu zarobków w Polsce było dwukrotnie wyższe i wyniosło 4,17 proc. Mimo to nadal istnieje przepaść – niemiecki pracownik może liczyć na blisko czterokrotnie wyższe średnie wynagrodzenie niż zarabiający w Polsce.

Załóżmy, że zarówno w Polsce, jak i w Niemczech utrzyma się wspomniane powyżej tempo wzrostu płac i podobne pozostaną stopy inflacji. W praktyce to mało prawdopodobne, ale w teorii możliwe. Gdyby zatem Polskę i Niemcy nadal cechowało tempo wzrostu zarobków o – odpowiednio – 4,17 proc i 2,05 proc, kiedy zrównają się pensje w obu państwach? Obliczyliśmy: to mogłoby się zdarzyć za nieco ponad 83 lata.

Bogatszemu trudniej o imponujący wzrost

Trzeba jednak wyjaśnić, dlaczego to dość optymistyczny scenariusz dla Polski. – Otóż wraz z rozwojem gospodarczym i zbliżaniem się rynku wschodzącego do poziomu kraju już dobrze rozwiniętego, jak np. Niemcy, tempo wzrostu zaczyna spadać – tłumaczy analityk rynkowy Cinkciarz.pl. – To logiczna kolej rzeczy, ponieważ kraj “goniący” z czasem staje się coraz lepiej rozwinięty i coraz bogatszy, a wtedy traci dynamikę z początkowych lat progresji. Problemem w takim przypadku może okazać się także tzw. pułapka średniego dochodu. To sytuacja, w której państwo po osiągnięciu określonego poziomu dochodów traci część przewagi konkurencyjnej, np. niskiego kosztu wysoce wykwalifikowanej siły roboczej – wyjaśnia analityk Cinkciarz.pl.

Gdyby trzymać się wersji o “nieco ponad 83 latach”, to zarobki Polaków i Niemców mogłyby się zrównać w 2101 r. Niestety… – Obserwowane obecnie szybkie tempo wzrostu płac w naszym kraju może spowolnić, stąd realnie będzie nam bardzo trudno dogonić wynagrodzenia Niemców przed początkiem XXII w. – określa analityk Cinkciarz.pl.

Waluta inwestycji ma znaczenie – Admiral Markets

Ryzyko walutowe jest powszechne wśród funduszy inwestycyjnych oraz lewarowanych a także innych podmiotów finansowych. Niestety jest pomijane wśród inwestorów prywatnych, co może skutkować o wiele niższą stopą zwrotu. Inwestorzy, którzy inwestują tylko na polskim parkiecie nie mają problemu, ponieważ aktywa denominowane są w rodzimej walucie. Problem powstaje gdy zamierzamy rozszerzyć nasze portfolio (lepsza dywersyfikacja) o zagraniczne akcje denominowane w obcej walucie.

Ryzyko walutowe a rynek akcji

Jak już wcześniej wspomniałem, inwestorzy na GPW nie mają się czym przejmować, ale co z zagranicznymi inwestorami na naszej giełdzie? Czy obawiają się ryzyka walutowego? A jeżeli tak to dlaczego?

Wyobraźmy sobie amerykańskiego oraz polskiego inwestora, którzy zdecydowali się na zakup jednej jednostki indeksu WIG 20. Zainwestowali w polski indeks pod koniec 2013 roku, czyli zaraz przed mocnym tąpnięciem na polskim parkiecie. Który z nich osiągną gorszą stopę zwrotu? Zakładając, że wyszli pod koniec roku 2015. Amerykański inwestor nie zabezpieczył się przed ryzykiem walutowym.

WIG 20 - SPX

Źródło: Bloomberg

Odpowiedzią na postawione pytanie będzie powyższa grafika, gdzie przedstawiono indeks WIG 20 zdenominowany w PLN (pierwsze okno) oraz w USD (drugie okno). Polski inwestor stracił 33 procent początkowego kapitału, z kolei amerykański inwestor aż 50 procent! Z czego wynika tak duża różnica?

Właśnie z ryzyka walutowego, ponieważ przez te dwa lata polski złoty osłabił się względem dolara amerykańskiego o 17 procent. Inwestor z USA mógł zabezpieczyć się przed ryzykiem walutowym w prosty sposób.

Kupno akcji –> Inwestor wymienia 100 tyś USD na PLN —> Kupuje polskie akcje –> Sprzedał USD/PLN
Na rynku FOREX inwestor odkupuję 100 tyś USD/PLN z lewarem
–> Ryzyko walutowe zostało zredukowane

Pomimo 50 procentowej straty inwestor zarobiłby na swojej pozycji USD/PLN 17 procent, czyli strata byłaby na takim samym poziomie jak polskiego inwestora.

Powyższy scenariusz był scenariuszem negatywnym, czyli dlaczego przy inwestycji zawsze należy patrzeć na walutę, w jakim wyceniane jest dane aktywo. Teraz weźmiemy pod uwagę inny scenariusz. Pod koniec grudnia amerykański fundusz inwestycyjny oszacował, że zarówno polska giełda jak i polska waluta są niedowartościowane. Zdecydował się na wymianę USD na PLN oraz zakup indeksu WIG 20. Do dnia dzisiejszego stopa zwrotu wyniosłaby 70 procent! W tym samym czasie polski fundusz inwestycyjny mógł zarobić 46 procent, co jest również dobrym wynikiem.

Polski inwestor inwestujący w zagraniczne aktywa

Kolejnym przykładem będzie polski inwestor, który zainwestował w amerykańskie akcje. Po dokładnej analizie stwierdził, że bessa została zakończona. Na początku 2003 roku zainwestował w amerykańskie akcje. Zamkną swoje pozycje w 2007 roku, niestety nie wziął pod uwagę ryzyka walutowego, nie wiedział, że dolar amerykański może się osłabić.

Wymiana 100 tyś PLN na USD –> Zakup akcji

Mogłoby się wydawać, że inwestor trafił w sam dołek i wyszedł na szczycie, stopa zwrotu z inwestycji powinna być fenomenalna.

SPX w USD i PLN

Źródło: Bloomberg

Niestety tak nie było. Powyższa grafika przedstawia indeks S&P 500 w USD (pierwsze okno) oraz wyceniony w PLN (drugie okno). Przez 5 lat zarobił 26 procent, co daje 5 procent w skali roku. Wynik nie jest tak imponujący. Jeżeli zdecydowałby się na zabezpieczenie przed ryzykiem walutowym, to roczna stopa zwrotu wzrosłaby do 15 procent, z kolei całkowita do prawie 100 procent.

Co z tym ryzykiem walutowym – podsumowanie?

Jeżeli inwestujemy w aktywa zdenominowane w innej walucie niż rodzima, to warto wziąć pod uwagę ryzyko walutowe. Nie chodzi jedynie o akcje, ale o pozostałe aktywa również. Proszę wyobrazić sobie, co by się stało gdyby biuro podróży sprzedawało wycieczki na dwa lata w przód nie zabezpieczając się przed ryzykiem walutowym. Niestety przyszłość byłaby dosyć niepewna. Sytuacja ma się tak samo w przypadku firm importujących lub eksportujących towary, tak samo i inwestorzy powinni uwzględnić w swojej inwestycji ryzyko walutowe.

Arendarski: Ograniczenie handlu w niedziele szkodliwe społecznie i ekonomicznie

Spośród procedowanych ostatnio w sejmie ustaw, projekt o ograniczeniu handlu w niedziele można uznać za najbardziej absurdalny. Jest wyrazem wielkiej hipokryzji. Nie ma powodu, aby chronić grupę osób zatrudnionych w handlu, kiedy są zawody, jak taksówkarze, pracownicy kwiaciarni, obsługa basenów czy aktorzy grający w teatrze, którzy muszą wtedy pracować.

– Przywileje te są bardzo umowne, ponieważ jak się okazało, zakaz pracy w niedziele wcale nie skróci czasu pracy zatrudnionych – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Będą pracowali tyle samo, ale w innych terminach. To absurd z punktu widzenia solidarności społecznej. Z perspektywy ekonomicznej zamknięte sklepy oznaczają mniejsze obroty, czyli mniejsze podatki wpływające do kasy państwowej. To także niższe zarobki i być może ograniczenie liczby zatrudnionych. Liczba pracowników firmy musi być przecież dostosowana do jej obrotów. Ucierpią na tym pracownicy i klienci. Nie ma racjonalnego powodu, aby przepychać tę ustawę z takim zapamiętaniem, jak robi to Solidarność. Są różne rozsądne rozwiązania podsuwane przez pracodawców – właścicieli dużych obiektów, jak i inne związki zawodowe. Jednym z nich jest, aby lepiej wynagradzać pracę w niedziele. Wielu pracowników przyjęłoby z aplauzem możliwość zarabiania tego dnia nawet o 50 proc. więcej. Możliwe jest znalezienie rozwiązania, które będzie zgodne z interesami kupujących, jak i pracujących w sklepach.Ideologia nie może brać góry nad zdrowym rozsądkiem. To błąd, który wcześniej popełniono i niestety niewiele się nauczono – dodał Arendarski.

Fiskus zaopatrzony w nowe narzędzia IT – podatnicy pod stałą kontrolą

Przestępcy skazani na karę pozbawienia wolności w wymiarze nieprzekraczającym jednego roku mogą ubiegać się o zamianę więzienia na dozór, np. we własnym domu lub mieszkaniu. Podlegają wówczas codziennej kontroli. Podobne rozwiązania próbuje wprowadzić fiskus w stosunku do przedsiębiorców i podatników.

To prawda, że idea wyeliminowania z obrotu gospodarczego nieuczciwych przedsiębiorców jest szlachetna. Ministerstwo Finansów pracuje w pocie czoła, by uszczelnić system podatkowy i nie uronić ani kropli, która może wpaść do budżetu. W tym celu opracowuje coraz to nowsze rozwiązania. Analizując jednak pojawiające się co i rusz pomysły na łatanie dziury w kieszeni Skarbu Państwa, nie sposób nie odnieść wrażenia, że koń się zagalopował i zaczyna biec do celu po trupach.

Ministerstwo Finansów specem w branży IT

Nie tak dawno, bo 21 września, w Warszawie odbyła się gala konkursu Lider Informatyki. W kategorii „Administracja” Ministerstwo Finansów zostało nagrodzone za swoje rozwiązania dotyczące plików JPK (Jednolite Pliki Kontrolne). W oparciu o platformę w chmurze gromadzone od podatników informacje JPK są przekazywane do Centrum Przetwarzania Danych w Radomiu. Tam analitycy big data Krajowej Administracji Skarbowej przesiewają zebrane dane w poszukiwaniu uchybień, naruszeń, nieprawidłowości. Wdrażając taką procedurę, ministerstwo wzorowało się na znanych już w Europie standardowych plikach audytu dla podatków, w skrócie SAF-T (od ang. Standard Audit File for Tax) – kolejnej broni w uszczelnianiu systemów podatkowych państw walczących z optymalizacją i rajami podatkowymi.

Laureatem konkursu nie zostaje byle kto. Nagradzane są podmioty i instytucje, które dzięki najnowszym rozwiązaniom IT maksymalizują skuteczność swoich działań. A jak wiadomo, Ministerstwo Finansów rolnictwem czy ochroną środowiska się nie zajmuje.

System dozoru elektronicznego

Skazany odbywający karę z elektroniczną obrożą na nodze w ramach Systemu Dozoru Elektronicznego podlega stałej, codziennej kontroli Biura Dozoru Elektronicznego. Po wprowadzeniu planowanej nowelizacji ordynacji podatkowej przedsiębiorca też będzie dozorowany, również codziennie – przez szefa Krajowej Administracji Skarbowej. Co prawda, może poruszać się na wolności bez ograniczeń terytorialnych i czasowych, ale ta swoboda nie dotyczy jego firmy. Aby możliwe było śledzenie przepływu pieniędzy (zwłaszcza tych pomiędzy Polską a zagranicą), przedsiębiorca ma być zobligowany do przesyłania dobowego wyciągu z rachunku bankowego, dokumentującego dokonane transakcje. Z dozoru wyłączony będzie tylko w soboty i niedziele.

Kogo ma obejmować obowiązek przesyłania dobowego raportu z rachunku bankowego (JPK_WB)?

  • małych przedsiębiorców
  • średnich przedsiębiorców
  • dużych przedsiębiorców

Z obowiązku dobowego przesyłania JPK_WB wyłączeni mają być mikroprzedsiębiorcy i jednostki sektora finansów publicznych.

Co miesiąc, co dzień, co godzinę…

Jednolite Pliki Kontrolne „weszły w życie” po nowelizacji ordynacji podatkowej i niektórych innych ustaw już w lipcu ubiegłego roku. Ustawa wprowadziła obowiązek przekazywania informacji z ewidencji VAT w specjalnym formacie XML każdego miesiąca. Dokonuje się tego za pomocą środków komunikacji elektronicznej na ręce ministra rozwoju i finansów. W zależności od klasyfikacji danego przedsiębiorcy (mikro, mały, średni, duży), obowiązek ten jednych dotyczy obligatoryjnie, innych fakultatywnie; jednych już od 1 lipca 2016 r., innych dopiero obejmie.

Obowiązek comiesięcznego przesyłania JPK_VAT:

  • duzi przedsiębiorcy – deklaracje za miesiące od 1 lipca 2016 r.;
  • mali i średni przedsiębiorcy – od 1 stycznia 2017 r.;
  • mikroprzedsiębiorcy – od 1 stycznia 2018 r.

Jak widać, od 1 stycznia przyszłego roku obowiązek dotyczyć będzie nawet samozatrudnionych w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej.

Teraz rząd chce pójść o krok dalej i śledzić transakcje firm każdego dnia. Dzień to jednak stosunkowo długa jednostka czasu. Do tego raz na 4 lata mamy przecież rok przestęp(cz)ny i dodatkowy dzień. Więc może fiskus pójdzie jeszcze dalej i każe nam stawać do raportu co godzinę…

Gdzie pies pogrzebany

Codzienne raportowanie jeszcze nie obowiązuje. Co do miesięcznych informacji składanych fiskusowi, to należy je składać do 25. dnia miesiąca następującego po miesiącu objętym deklaracją. Co się dzieje, gdy nie prześlemy informacji w terminie lub, co gorsza, będzie ona „nieprawdziwa”?

Zgodnie z art. 80 § 1 Kodeksu karnego skarbowego: „Kto wbrew obowiązkowi nie składa w terminie właściwemu organowi wymaganej informacji podatkowej, podlega karze grzywny do 120 stawek dziennych”. Na mocy § 3 tegoż artykułu, grzywną do 240 stawek dziennych karany może być ten, kto informację złoży nieprawdziwą. W 2017 r. wielkość stawki dziennej (ustalanej przy wymierzaniu kary przez sąd) wynosi od 66,70 zł. Ponieważ art. 23 Kks stanowi, że najniższa grzywna za przestępstwo skarbowe może wynieść 10 stawek dziennych, możemy wyliczyć widełki kwotowe kar.

Kary za niezłożenie w terminie lub podanie nieprawdziwej informacji w JPK_VAT, jeśli zostanie to uznane za przestępstwo skarbowe:

  • od 10 do 120 stawek dziennych, czyli od 666,70 zł do 3 199 999,20 zł;
  • do 240 stawek dziennych, czyli do 6 399 998,40 zł.

Lepiej więc, by sąd uznał nasze „uchybienie” w złożeniu informacji za wykroczenie skarbowe, wówczas grzywna waha się w przedziale od 0,1 do 20-krotności minimalnej pensji (ta w 2017 r. wynosi 2000 zł), a więc od 200 do 40 000 zł. Niestety, kryteria oceny sądu, biorącego pod uwagę m.in. szkodliwość społeczną czynu czy motywy „sprawcy”, umożliwiają dość elastyczną interpretację. A skoro łatający gigantyczne dziury w budżecie, powstałe po pomysłach à la 500+, minister Morawiecki zagania do służby fiskusa nawet cyfrowe narzędzia, to cel tej mobilizacji wydaje się jasny. Nagroda Lidera Informatyki za zwiększanie efektywności swoich działań dzięki innowacyjnym rozwiązaniom IT też zobowiązuje.

Żeby wyjąć, trzeba włożyć

Utarte w biznesie powiedzenie, że aby czerpać zyski, trzeba najpierw zainwestować, nie omija fiskusa. Ten liczy głośno miliardowe wpływy, milcząc na temat kosztów. A te, które musiał ponieść Skarb Państwa w przypadku wprowadzania JPK_VAT, także liczone były w miliardach. Do tego dochodzą koszty gospodarcze, wywołane zmniejszoną produktywnością przedsiębiorstw, zmuszonych do zaangażowania zasobów finansowych i ludzkich oraz poświęcenia czasu, by dostosować się do nowych norm i wymogów. Te nieustanne zmiany nie służą też stabilizacji gospodarki, a już na pewno jej pobudzeniu, skoro przedsiębiorcy są straszeni kolejnymi obostrzeniami. Takie ruchy fiskusa są wręcz hamulcem przedsiębiorczości, bo kto odważy się na nowe inwestycje, jeśli nie wie, czego może się spodziewać następnego dnia.

Big data = big brother

Możliwość gromadzenia ogromnych pokładów danych o przedsiębiorcach, do tego w czasie rzeczywistym, dzięki wprowadzeniu raportów dobowych jest dla fiskusa spełnieniem marzeń. Gdzieś w tym dążeniu do zamknięcia w garści wszystkich podatników zapomina chyba jednak, że nie żyjemy w ustroju totalitarnym. Polska zaczyna z tego powodu przypominać państwo policyjne, a minister Morawiecki, bawiąc się w Big Brothera, zapomina, że nie każdy musi się godzić na bycie obserwowanym 24 godziny na dobę. Do domu Wielkiego Brata wchodzili uczestnicy, którzy tego chcieli. Co ważne, ci, którzy już się tam znaleźli, mogli go w każdej chwili opuścić. Dziś każdy otwierający w naszym kraju firmę zastanawia się trzy razy. Ci, którzy decydują się zostać, funkcjonują i funkcjonować będą już chyba tylko dzięki współpracy z kancelariami prawnopodatkowymi. Bo skoro każdy przedsiębiorca, nawet ten bez historii, już na starcie otrzymuje status „podejrzanego”, to jasne jest, że potrzebuje prawnika. Dobrze, że w naszym demokratycznym kraju mamy konstytucję, która gwarantuje nam prawo do obrońcy…

Kompendium niezbędnej wiedzy przedsiębiorcy/podatnika

  • Projekt ustawy o zmianie ustawy – Ordynacja podatkowa Rada Ministrów przyjęła 12 września 2017 r. Niedaleko już zatem do przedłożenia go Sejmowi.
  • W odróżnieniu od skazanego objętego Systemem Dozoru Elektronicznego, podatnik w weekendy nie będzie podlegał ścisłej kontroli dozorujących go służb (w zakresie przedłożenia codziennej informacji o transakcjach firmy).
  • Ministerstwo Finansów średnio co kilka tygodni wyprowadza nowe armaty służące maksymalizacji działań fiskalnych, za które dostaje nawet nagrody. Warto już dziś rozejrzeć się za tarczą, która Cię przed kulami z tych armat uchroni.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec

Skandynawski przepis na sukces

Dania, Norwegia, Szwecja i Finlandia ponownie znalazły się w czołówce państw odznaczających się najwyższym poziomem spójności społecznej, jak wynika z badania opublikowanego w 2016 r. przez Fundację Bertelsmanna.

Spójne społeczeństwo charakteryzuje się elastycznymi relacjami społecznymi, pozytywnymi więziami emocjonalnymi między jej członkami a społecznością, a także wyraźnym nastawieniem na wspólne dobro (interes społeczny). Te typowe dla skandynawskich społeczeństw elementy łatwo dostrzec analizując  sposób w jaki członkowie danej wspólnoty razem żyją i pracują. Przejawiają się one wyraźnie w skandynawskim modelu zarządzania powiązanym bezpośrednio z organizacją przestrzeni miejsca pracy, a także ilością czasu jaki ludzie przeznaczają na zajęcia domowe i rozrywkę.

Różnice kulturowe a biznes

Istnieje kilka cech, które określają tzw. skandynawski styl zarządzania i można stwierdzić, że istnienie silnych związków zawodowych i ich wpływ na prawo pracy jest potwierdzeniem tej nordyckiej specyfiki. Do zespołu tych cech, które ogólnie wyróżniają Skandynawów, należą silne poczucie równości, potrzeba szukania konsensusu i powiązanie statusu raczej z kompetencjami niż z klasą społeczną, czy wykształceniem.

W każdym z krajów są jednak specyficzne zachowania, o których warto pamiętać. Struktura biznesowa w Danii wydaje się „horyzontalna”, co dobrze wpisuje się w skandynawski egalitaryzm oraz potrzebę poszukiwania konsensusu. Menedżer nie chce być postrzegany jako osoba, która sama podejmuje trudne decyzje, narzuca swoje zdanie i samodzielnie przeprowadza organizację przez trudny czas. Dlatego też dobry menedżer zachęca i deleguje zadania kompetentnym kolegom oraz komunikuje się w jasny i jednoznaczny sposób. Droga do stanowiska menedżera prowadzi przez merytokratyczny system nagradzający za umiejętności w wybranym obszarze. Relacje osobiste są drugorzędne, a demonstrowane umiejętności stawiane są na pierwszym miejscu. Oczywistym następstwem tych wymagań wobec kadry zarządzającej jest też fakt, że ktokolwiek stosuje wobec duńskiego kolegi styl autokratyczny zostanie odebrany jako arogancki i co za tym idzie, prawdopodobnie nie będzie otrzymywał ani niezbędnej pomocy, ani wsparcia.

Innym, ważnym aspektem kultury biznesu są spotkania. W tej kwestii, na przykład, Norwegowie i Polacy w wielu aspektach wykazują podobne preferencje. W obu kulturach kluczowe znaczenie ma staranne przygotowanie do spotkania, a jego porządek zazwyczaj ustalany jest wcześniej. W obu krajach przestrzega się porządku spotkania, a uczestnicy mają okazję wypowiedzieć się nie będąc narażonymi na to, że ich wypowiedź zostanie przerwana lub że ktoś wejdzie im w słowo. Punktualność jest równie ważna w obu kulturach, a spóźnienia są uważane za przejaw braku profesjonalizmu i szacunku dla innych uczestników. W obu krajach wymiana wizytówek odbywa się zazwyczaj na początku spotkania, chociaż rytuał ten jest bardziej istotny w polskiej kulturze biznesowej. Warto jednak wskazać również kilka innych różnic. Podczas gdy spotkania w Polsce często zdominowane są przez osobę stojącą najwyżej w hierarchii firmy, w Norwegii na ogół mają one formę otwartej debaty, w której wszyscy uczestnicy dzielą się swoimi opiniami na dany temat. Ponadto, spotkania w polskich organizacjach mają bardziej formalny charakter niż w Norwegii.

„Kultura jest jak góra lodowa. Jedna dziesiąta góry lodowej znajduje się nad powierzchnią morza, natomiast reszta pozostaje pod wodą. To samo można powiedzieć o kulturze”, mówi Anitta Koskio, z firmy ExpatHouse, zapytana o specyfikę kultury biznesowej w Finlandii. Fińskie organizacje charakteryzuje zazwyczaj mniejszy poziom zhierarchizowania w porównaniu z przeciętną polską organizacją nie mającą doświadczenia międzynarodowego. Obserwuje się jednym słowem większą równość pomiędzy pracownikami – zarówno kierownictwem, jak i podwładnymi. Finowie są również bardzo zorientowani na realizację zadań, co oznacza, że samych relacji nie uważa się za tak istotne. Fińską kulturę biznesu odznacza przy tym wysoki poziom zaufania, co skutkuje większą przejrzystością, zaś sytuacje są takie, jakimi się jawią.

Mimo bliskości geograficznej naszych północnych sąsiadów, możemy zaobserwować znaczące różnice w szwedzkiej mentalności i stylu negocjacji. Szwedzi uchodzą za uprzejmych biznesmenów o stosunkowo luźny usposobieniu. Nieformalny styl i zwracanie się do siebie per „ty” to podstawowe, charakterystyczne elementy etykiety biznesowej Szwecji. Szwedzcy pracownicy są postrzegani jako równi przełożonym i często cieszą się znacznie większą swobodą działań – a także większą odpowiedzialnością – niż w firmach innych państw. Choć lider, jak w każdej kulturze, ma wiodące słowo, ważne decyzje zawsze podejmowane są wspólnie z grupą. Na porządku dziennym w Szwecji są długie konsultacje i spotkania grup roboczych, podczas których wspólnie i za pomocą konsensusu podejmowane są decyzje.

Podsumowując skandynawski styl zarządzania można powiedzieć, że zastosowanie rozwiązań o charakterze demokratycznym, pełniących jednocześnie funkcję integracyjną powoduje,  iż pracownicy mają poczucie bezpośredniego wpływu na działalność firmy. Jak wskazują opublikowane  w 2017 r. wyniki 26. edycji sondażu „Monitor Rynku Pracy” Instytutu Badawczego Randstad, 74% Szwedów, 69% Duńczyków i 65% Norwegów spodziewa się, że ich pracodawca będzie miał lepsze wyniki finansowe w 2017 roku niż w 2016 roku, podczas gdy w Europie wskaźniki ten wyniósł 62%.

Aranżacja przestrzeni biurowej a skandynawska kultura biznesu

Silne egalitarne i demokratyczne podejście do biznesu spowodowało, że w Skandynawii formalne i  hierarchiczne struktury od dawna zostały zastąpione funkcjonalną pracą zespołową, zaś biura typu open-space stały się z czasem standardem. Jednak wyniki badań opublikowane w 2009 r. w raporcie prof. Jeremy’ego Myersona pt. „Welcoming Workplace” wykazały, że „osoby pracujące dłuższy czas w takich warunkach są na ogół niezadowolone, sfrustrowane (…), nie mogą zebrać myśli ani skupić się na własnej pracy”. Zatem wyzwaniem stało się zaprojektowanie nowoczesne biura, które sprzyja koncentracji, komunikacji i regeneracji. Obecnie coraz więcej firm odkrywa zalety zróżnicowanego środowiska biurowego i swobody w korzystaniu z jego potencjału.

Dobrym rozwiązaniem wydaje się być koncepcja Activity-Based Working przedstawiona w publikacji „Nie bój się activity based working”, w której doświadczeniami podzielili się liderzy swoich branż – Hays oraz szwedzkie firmy Kinnarps i Skanska. Raport prezentuje szeroki kontekst zjawiska oraz wyniki badania „Biuro a potrzeby organizacji”, przeprowadzonego przez partnerów w 2016 roku na próbie blisko 100 firm zatrudniających łącznie ponad 50 000 pracowników.

Beata Osiecka z Kinnarps Polska zauważa, że na pojawienie się nowych tendencje przy projektowaniu powierzchni biurowych mają niewątpliwy wpływ charakterystyczne dla Skandynawii czynniki, takie jak postęp technologiczny – praca staje się coraz bardziej mobilna, zmiany demograficzne – z jednej strony pokolenie Y, z drugiej Silver Generation i pracownicy wiedzy, zmiany behawioralne – work-life balance, zdrowy styl życia, wygoda i ergonomia, rola relacji społecznych, odpowiedzialność społeczna, ekologia oraz  w końcu trend ekonomiczny – stałe szukanie oszczędności, możliwości wzrostu efektywności, podnoszenia poziomu jakości obsługi.

W Skandynawii stale wzrasta świadomość powiązań między zdrową kulturą korporacyjną a wynikami biznesowymi. Dobre miejsce do pracy jest uznawane za warunek niezbędny do osiągnięcia celów organizacyjnych i realizacji strategii. Jednocześnie spójność warunków zatrudnienia i miejsca pracy z polityką firmy stała się bardzo ważnym elementem zewnętrznego wizerunku pracodawcy.

Równowaga między pracą a życiem prywatnym

Większość Skandynawów  jest zdecydowana, by utrzymywać zdrową równowagę między życiem osobistym a pracą. Nasi północni sąsiedzi mogą powiedzieć, że ciężko pracują, ale nie znaczy to, że większość czasu spędzają w pracy. Dane pokazują, że długie godziny pracy mogą oddziaływać negatywnie na zdrowie, wpływają na obniżenie bezpieczeństwa i podnoszą poziom stresu. Ostatni raport OECD Better Life Index 2015 potwierdza kolejny raz, jak ważne dla mieszkańców Skandynawii jest utrzymanie równowagi między życiem zawodowym i rodzinnym.  W krajach OECD w nadgodzinach pracuje średnio 13% osób, podczas gdy Szwecji 1%, w Danii 2%, w Norwegi 3% i w Finlandii 3,6%. Wiele firm zgadza się na „flextime” – elastyczny czas pracy, który daje prawo do wykonywania służbowych obowiązków pozostając w domu. Taki system jest zdumiewająco efektywny, dzięki czemu kraje nordyckie uważane są za innowacyjne i kreatywne, zaś skandynawskie firmy, jedna po drugiej odnoszą sukcesy na globalnym rynku. Nie ulega wątpliwości, że nasi północni sąsiedzi znaleźli receptę na sukces.

Źródła:
www.bertelsmann-stiftung.de/en/publications/publication/did/social-justice-in-the-eu-index-report-2016
www.administrator24.info/artykul/id4767,renesans-powierzchni-typu-open-space-wywiad-z-beata-osiecka
www.kinnarps.pl/wiedza/nie-boj-sie-nowego-biura/

OECD better Life Index 2015: www.oecdbetterlifeindex.org/topics/work-life-balance/

Wyniki 26. edycji sondażu „Monitor Rynku Pracy” Instytutu Badawczego Randstad
http://www.randstad.pl/media/1034368/Monitor%20Rynku%20Pracy_edycja%2026_16_01_2017.pdf
(kraje biorące udział w badaniu – Europa:  Dania,  Norwegia, Polska,  Szwecja. Brak Finlandii, data publikacji 16.01.2017)

Złoty nadal w cenie, ale rośnie ryzyko korekty

Wyhamowanie spadków rentowności doprowadziło do lekkiego wypłaszczenia się krzywej. Mocne dane nadal wspierają złotego. Kurs EURPLN oddala się od średnioterminowej linii trendu wzrostowego, we wtorek testując wsparcie na 4,22. Rośnie jednak ryzyko korekty.

Rynek stopy procentowej

Na rynku stopy procentowej spadki rentowności podczas wtorkowej sesji wyraźnie wyhamowały, co widać było szczególnie na krótkim końcu krzywej dochodowości. Doszło też do lekkiego wypłaszczenia się krzywej. Wyraźnie widać, że rosnące prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych w 2018 r. w Polsce nie pozwala na silniejszy wzrost cen krótkoterminowych obligacji, a z drugiej strony sprzyjające uwarunkowania globalne wzmacniają wyceny długoterminowych papierów.

We wtorek GUS opublikował dane nt. wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw. Ostatecznie płace wzrosły o 6,0% r/r wobec prognozowanych 6,3%. Z kolei zatrudnienie w przedsiębiorstwach zwiększyło się o 4,5% r/r wobec prognozowanych 4,6%. Tym samym dane okazały się nieznacznie słabsze od prognoz rynkowych, czyli teoretycznie powinny wzmocnić rynek stopy procentowej. Niemniej jednak trzeba pamiętać, że część członków RPP wskazywała ostatnio na krótkoterminowy charakter ostatniego sierpniowego wzrostu płac (6,6% r/r). Wtorkowe dane pokazały jednak, że presja na wzrost płac pozostaje silna i utrwala się. W wielu sektorach pensje rosną wyraźnie szybciej niż wskaźnik oparty na wartości przeciętnej, a niektóre firmy wręcz zaczynają oczekiwać presji na spadek realizowanych marż. To może mieć wpływ na wypowiedzi niektórych członków RPP, którzy zapewne w większym stopniu będą akcentować rosnące ryzyko podwyżek stóp procentowych.

Ten przekaz podczas środowej sesji prawdopodobnie jeszcze wzmocni GUS publikując wrześniowe dane nt. produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Również i w tym przypadku spodziewać się można mocnych odczytów (odpowiednio: 5,4% r/r i 8,4% r/r w ujęciu nominalnym vs. oczekiwania rynkowe na poziomie 5,4% i 7,7%). Dodatkowo w tym kontekście warto też zwrócić uwagę, że indeks PMI dla Polski wzrósł we wrześniu mocniej niż sygnalizowały prognozy rynkowe, podobnie jak wskaźniki koniunktury publikowane w Europie. To są kolejne argumenty do tego, aby oczekiwać zaskoczenia po wyższej stronie konsensusu.

Przy takim scenariuszu spodziewać się można lekkiej presji na wzrost rentowności krótkoterminowych papierów skarbowych. Rosnąć bowiem będzie siłą jastrzębi w RPP, którzy skłonni byliby rozważyć podwyżki stóp procentowych na początku 2018 r. Ten scenariusz wzmocnić może dodatkowo publikacja zaktualizowanej projekcji inflacyjnej na listopadowym posiedzeniu RPP. Według lipcowych szacunków banku centralnego PKB w 2017 r. w Polsce powinien wzrosnąć o 4,0%, a w 2018 r. o 3,5%. Z kolei inflacja ma wynieść odpowiednio: 1,9% i 2,0%. Spodziewać się można lekkiej korekty w górę tych szacunków.

Krótkoterminowo dłuższy koniec krzywej dochodowości może znaleźć wsparcie w informacjach nt. wykonania budżetu w 2017 r. Według nieoficjalnych informacji po wrześniu w dalszym ciągu nieodnotowany został deficyt, co może sugerować ograniczenie podaży papierów skarbowych w tym kwartale. Zgodnie ze scenariuszem bazowym (Raport specjalny z 28 września) łączna podaż papierów skarbowych w tym okresie wyniesie 25 mld PLN. Ze względu na korzystną sytuację budżetu w optymistycznym scenariuszu podaż może zostać ograniczona do 20 mld PLN. Redukcja podaży determinować powinna dalsze zawężenie się ASW.

Złoty nadal w cenie, ale rośnie ryzyko korekty

Autor: Mirosław Budzicki, PKO Bank Polski

Rynek walutowy

Za nami kolejny dobry dzień dla złotego. Wtorkową sesję na krajowym rynku walutowym początkowo cechowało wyhamowanie tendencji spadkowych kursu EURPLN (po tym jak dzień wcześniej para testowała okolice 4,225), jednak pod koniec handlu w Europie widzieliśmy dalsze umocnienie naszej waluty. Kurs EURPLN przetestował wsparcie najniższe od dwóch miesięcy, na poziomie 4,22. Popyt na złotego utrzymuje się dzięki krajowym danym, które potwierdzają poprawiającą się kondycję gospodarczą Polski. W poniedziałek NBP podał, że w sierpniu deficyt obrotów bieżących Polski wyniósł 100 mln euro, podczas gdy ankietowani przez Reutera analitycy spodziewali się poziomu co najmniej 622 mln euro. Z kolei wczoraj GUS podał pozytywne informacje o wrześniowym zatrudnieniu i wynagrodzeniach w przedsiębiorstwach. Z opublikowanych danych wynikało, że w ub. miesiącu przeciętne wynagrodzenie w przedsiębiorstwach wzrosło o 6% zaś zatrudnienie zwiększyło się o 4,5%. Są to solidne odczyty (choć obydwa okazały się lekko słabsze niż oczekiwali ekonomiści) wskazujące, że w gospodarce utrzymuje się presja płacowa. W ocenie ekonomistów PKO BP mimo łagodzącego wpływu niektórych czynników podażowych (migracje) na napięcia na rynku pracy wzrost płac powinien nadal przyspieszać, na koniec roku przekraczając 7%. Dla RPP dane te (choć wpisują się w pozytywny obraz polskiej gospodarki) pozostaną zapewne neutralne. Większość członków Rady jest bowiem przekonana, że w średnim terminie inflacja pozostawać będzie pod kontrolą, co powinna potwierdzić czwartkowa publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia komitetu decyzyjnego NBP.

W środę poznamy kolejne krajowe dane makro, tym razem dot. sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej. Im wyniki będą mocniejsze (wg mediany rynkowej oczekiwany jest wzrost na poziomie odpowiednio: 7,85% r/r i 5,20% r/r) tym lepiej będzie dla złotego. Niemniej świadomość, że RPP pomimo solidnych odczytów makroekonomicznych zapewne co najmniej do połowy przyszłego roku pozostawi łagodne nastawienie w stosunku do stóp NBP powinna ograniczać potencjalnie możliwe dalsze umocnienie PLN. Rośnie więc ryzyko korekty spadku notowań eurozłotego, szczególnie, że na rynku głównej pary walutowej dolar względem euro ponownie zyskuje na wartości, co dodatkowo skłaniać może inwestorów do realizacji zysków z ostatniego umocnienia złotego.

Na szerokim rynku ponownie zaczęto mówić o możliwym wyborze jastrzębiego następcy Janet Yellen. Faworytem Donalda Trumpa miałby być ekonomista ze Stanford, John Taylor. Przez rynki Taylor postrzegany jest jako bardziej jastrzębi niż obecna prezes Fed, co może oznaczać szybsze podwyżki stóp procentowych i umacniać dolara. Wśród innych kandydatów na szefa Fed, obok obecnej prezes Janet Yellen, której kadencja wygasa w lutym 2018 roku, wymieniani są gubernator Fed Jerome Powell, doradca Trumpa Gary Cohn oraz były gubernator Fed Kevin Warsh. W czwartek, w ramach poszukiwania kandydata na stanowisko szefa banku centralnego prezydent Trump spotka się z J. Yellen. Wg opublikowanej we wtorek ankiety, nieco ponad połowa z 40 ekonomistów, którzy uczestniczyli w przeprowadzanych w kilku ostatnich dniach sondażach, wskazała, że to członek Rady Gubernatorów Jerome Powell zostanie mianowany przez prezydenta Donalda Trumpa na nowego prezesa Fed. W odpowiedzi na pytanie o najlepszy wybór, około dwóch trzecich ankietowanych poparło utrzymanie Janet Yellen na stanowisku prezes Fed. Na drugim miejscu był Powell, który otrzymał siedem z 37 głosów. Zdaniem ekonomistów, najbardziej radykalne zmiany w polityce banku niósłby wybór profesora Uniwersytetu Stanford Johna Taylora. Gdyby więc został on szefem Fedu, wówczas rynek musiałby urealnić oczekiwania dotyczące posunięć banku centralnego, co przemawiałoby za mocniejszym ruchem na dolarze w najbliższych miesiącach.

W rezultacie, w oczekiwaniu na kolejne odczyty makro dla USA (po tym jak w poniedziałek poznaliśmy solidny wynik dla indeksu aktywności w nowojorskim przemyśle) kurs EURUSD nasilił spadek, podczas wtorkowej sesji europejskiej schodząc poniżej 1,175. Wsparcia wspólnej walucie dodatkowo nie dały też opublikowane wczoraj dane z Niemiec pokazujące słabsze od oczekiwanego odbicie indeksu ZEW. W październiku wskaźnik mierzący nastroje wśród analityków i inwestorów instytucjonalnych w odniesieniu do sytuacji gospodarczej wzrósł do 17,6 pkt z 17 pkt miesiąc wcześniej wobec 20 pkt oczekiwanych przez ekonomistów. Niemniej, fakt, że indeks pozostaje po stronie dodatniej oznacza, że większość inwestorów oczekuje dalszej poprawy sytuacji względem stanu obecnego. Jest to szczególnie ważne, biorąc pod uwagę politykę monetarną EBC, który od przyszłego roku zapewne zmniejszy wartości miesięcznego skupu aktywów i fakt, że kurs euro względem dolara pozostaje na relatywnie wysokim poziomie.  Opublikowane po południu dane nt. produkcji przemysłowej w USA, która we wrześniu zgodnie z oczekiwaniami wzrosła o 0,3% r/r nie zmieniły już obrazu rynku głównej pary walutowej. Niemniej perspektywy dla amerykańskiej gospodarki pozostają pozytywne, na co m.in. wskazują znajdujący się obecnie na trzynastoletnim szczycie indeks ISM i trzyletnim maksimum wskaźnik Empire State.

Złoty nadal w cenie, ale rośnie ryzyko korekty 2

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu podatku VAT – jak sobie z nim poradzić

Z art. 87 ust. 1 ustawy o podatku od towarów i usług wynika, że podatnik, u którego w danym okresie rozliczeniowym wystąpi nadwyżka podatku naliczonego nad należnym, może przenieść ją na kolejny okres rozliczeniowy lub wystąpić o jej zwrot. Teoretycznie urząd skarbowy powinien dokonać zwrotu w terminie wskazanym w deklaracji bądź w korekcie deklaracji.

W praktyce jest tak, iż w większości przypadków terminy zwrotu podatku VAT są przedłużane do czasu zakończenia dodatkowej weryfikacji dokonywanej w ramach czynności sprawdzających, kontroli podatkowej, postępowania podatkowego czy kontroli celno-skarbowej. Skutkiem tego podatnik, zamiast otrzymać zwrot podatku w terminie np. 60 dni od dnia złożenia deklaracji, często musi najpierw zmierzyć się z urzędniczą machiną.

Przeświadczone o swojej bezkarności organy podatkowe bardzo często wydają postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu podatku VAT z naruszeniem przepisów prawnych. Dlatego też podatnik po otrzymaniu postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu VAT powinien zwrócić uwagę na następujące kwestie.

Błędy fiskusa

Organ podatkowy powinien w uzasadnieniu omawianego postanowienia wskazać konkretne, wynikające ze stanu faktycznego danej sprawy przesłanki przedłużenia terminu zwrotu. Tym samym powinien przedstawić istniejące wątpliwości uzasadniające odmowę dokonania zwrotu w ustawowym terminie. Jednocześnie ma obowiązek wskazać, dlaczego uznał, że takie wątpliwości wystąpiły. Te zaś muszą faktycznie zaistnieć – nie mogą wynikać tylko z widzimisię urzędnika lub być zmyślonymi stwierdzeniami. W rzeczywistości organy podatkowe w swoich postanowieniach wskazują błędnie, iż powodem przedłużenia jest wszczęcie np. kontroli podatkowej w zakresie weryfikacji zasadności zwrotu. Nie jest to prawidłowa informacja dotycząca tego, z czego wynika ów powód przedłużenia.

Postanowienie musi wprost wskazywać dzień, do którego organ podatkowy wydłuża termin zwrotu w stosunku do terminu ustawowego (lub tego, który już był postanowieniem wcześniej wydłużony). Często postanowienie o przedłużeniu nie zawiera żadnego terminu, do którego jest przedłużony termin zwrotu, a jedynie wskazuje na nieprecyzyjne okoliczności, np. „do czasu zakończenia kontroli”. Taka formuła nic nie znaczy i jej użycie jest naruszeniem prawa oraz uchwały składu siedmiu sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 24 października 2016 r., sygn. akt I FPS 2/16. Takie postanowienie nie przedłuża skutecznie terminu zwrotu VAT przewidzianego w art. 87 ust. 2 VAT, powinno bowiem wskazywać konkretną datę, określającą dzień, miesiąc i rok.

Skuteczne przedłużenie terminu jest możliwe wyłącznie przed jego upłynięciem. Próba przedłużenia terminu po jego upływie nie będzie zatem skuteczna. Warunkiem skutecznego przedłużenia terminu zwrotu jest doręczenie postanowienia o przedłużeniu przed upływem ustawowego terminu zwrotu wynikającego z deklaracji bądź przed upływem terminu zwrotu określonego poprzedzającym go postanowieniem. Chwilą przedłużenia terminu zwrotu jest data skutecznego wprowadzenia do obrotu prawnego postanowienia przedłużającego go. Tymczasem organy podatkowe często przedłużają termin zwrotu podatku, który już wcześniej upłynął. Robią tak w przypadku, gdy przedłużenie obowiązywało do zakończenia weryfikacji zasadności zwrotu w danej procedurze, a ta się już dawno zakończyła i nie wydano uprzednio nowego postanowienia. Niektóre organy zaś po prostu uważają, iż liczy się data samego sporządzenia postanowienia przed upływem danego terminu, a nie jego doręczenia podatnikowi. Jest to zauważonym w orzecznictwie błędem – podatnik musi bowiem wiedzieć, że nie otrzyma zwrotu podatku we wskazanym terminie, zanim ten upłynie, a nie przeczytać o tym następnego dnia. Takie przedłużenie terminu jest nieskuteczne.

Nieuprawnione działania organów

Organ podatkowy dokonujący przedłużenia terminu zwrotu podatku może tego dokonać jedynie w toku czynności sprawdzających. Ważna jest zatem podstawa prawna postanowienia, tj. art. 274b ordynacji podatkowej (przy czym jeżeli organ podatkowy dokonuje samej dodatkowej weryfikacji zasadności zwrotu podatku również w tym trybie, może wykorzystywać wyłącznie instrumenty prawne, jakie mu w nim przysługują). Tym samym organ podatkowy nie jest uprawniony do przeprowadzania czynności sprawdzających u kontrahentów podatnika. Zakres zasadności zwrotu podatku od towarów i usług w trybie czynności sprawdzających ograniczony jest jedynie do weryfikacji rozliczenia podatnika, a nie jego kontrahentów (wyrok NSA z dnia 17 marca 2015 r. sygn. akt I FSK 83/14). W praktyce organy podatkowe w toku czynności sprawdzających, które mają potwierdzić zasadność zwrotu, „sprawdzają kontrahentów podatnika”. Robią to, pomimo że tzw. kontrola krzyżowa nie mieści się w kompetencjach procesowych organu podatkowego, który działa poza postępowaniem podatkowym lub kontrolą podatkową. Tym samym, skoro organ uruchamia niedopuszczalną procedurę w celu sprawdzenia kontrahentów, podjęte czynności nie mogą stanowić podstawy do przedłużenia terminu do zwrotu podatku. Wydane przez niego postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu podlegają uchyleniu (por. wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego we Wrocławiu z dnia 20 maja 2015 r., sygn. akt I SA/Wr 238/15).

Powyższe zasady obowiązywały od zawsze, zaś wspomniana uchwała NSA tylko je potwierdziła. Dlatego też należy je stosować do wszelkich wydanych w różnych trybach i w różnym czasie postanowień, o ile pięcioletni okres przedawnienia zobowiązania jeszcze się nie zakończył.

Kontratak podatnika

Wyżej opisane działania organów podatkowych są niedopuszczalne i bezprawne. Uzasadniają więc zaskarżenie postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu. Jest to o tyle ważne, że sama kwestia zachowania właściwej procedury przedłużania terminu zwrotu podatku jest niezależna od samych czynności weryfikacyjnych organów podatkowych w danej sprawie, które trwać mogą bardzo długo i nie wiadomo, jak się zakończą. Skuteczne podważenie procedury przedłużania terminu zwrotu podatku spowoduje zaś konieczność dokonania tego zwrotu przez organ, mimo że dodatkowa merytoryczna weryfikacja zasadności owego zwrotu będzie dalej trwała i przechodziła przez kolejne etapy postępowań.

Dlatego też podatnik nie jest bezbronny. Na postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu podatku VAT przysługuje mu bowiem zażalenie do organu podatkowego wyższego stopnia, tj. dyrektora izby administracji skarbowej. Jego efektem może być uchylenie postanowienia z uwagi na rażące naruszenie przepisów prawa i w konsekwencji konieczność zwrotu podatku podatnikowi.

Jeżeli w treści postanowienia nie było w ogóle zawartego pouczenia o możliwości złożenia zażalenia – co zdarzało się dość często zwłaszcza przed wydaniem uchwały I FPS 2/16 – to warto złożyć wniosek o sprostowanie treści takiego postanowienia poprzez dodanie pouczenia. Następnie należy złożyć zażalenie, chyba że podatnik wcześniej skorzysta z zasady, iż błędne pouczenie albo jego brak nie wyłącza prawa podatnika do złożenia odpowiedniego środka zaskarżenia.

Można także złożyć wniosek o stwierdzenie nieważności postanowienia, jeżeli jest ono ostateczne. Wbrew stanowisku prezentowanemu przez niektóre organy wyższego rzędu, postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu podatku – co potwierdziła ww. uchwała NSA – posiada materialnoprawny charakter. Daje to powód do tego, by poddać je pod zastosowanie procedury nadzwyczajnej.

W przypadku gdy rozstrzygnięcie dyrektora izby administracji skarbowej jest dla podatnika niekorzystne, może on złożyć skargę do wojewódzkiego sądu administracyjnego. Aby odniosła ona zamierzony skutek, powinna zostać sporządzona przez profesjonalistę. Należy w niej bowiem nie tylko dokładnie opisać stan faktyczny i prawny, ale również powołać się na właściwe przepisy prawne oraz wskazać na adekwatne orzeczenia sądów administracyjnych, Trybunału Konstytucyjnego czy Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Należy podkreślić, iż sądy administracyjne są dużo bardziej przychylne podatnikom niż organy podatkowe, dlatego warto postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu poddać kontroli sądowej. Koszty takiej sprawy sądowej są niewielkie, zaś efekt często jest zaskakujący, głównie dla organu podatkowego.

Autor: mec. Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

„Made in China” po polsku, czyli dlaczego warto postawić na promocję marki własnej

Na pytanie o skojarzenia z produktem pochodzącym z Chin w odpowiedzi większość z nas z pewnością wyrecytowałaby hasła takie jak „niska jakość”, „tandeta” czy „tania chińszczyzna”. Towary rodem z Państwa Środka obciążone są stereotypami, które pokutują w naszej świadomości od niemal trzech dekad. Zapominamy jednak, że czasy „Jarmarku Europa” minęły bezpowrotnie. Obecnie wysokiej jakości chińskie wyroby towarzyszą nam w niemal każdym momencie życia, choć nie wszyscy mamy tego świadomość…

Wystarczy rozejrzeć się po pomieszczeniu, w którym aktualnie przebywamy. Zakładając, że akurat nie siedzimy w pustym pokoju w samej bieliźnie, można śmiało założyć, że w naszym otoczeniu znajduje się co najmniej kilka produktów o dalekowschodnim rodowodzie. Odzież, obuwie, elementy wystroju wnętrza, sprzęt elektroniczny – wszędzie znajdziemy mniej lub bardziej rzucającą się w oczy informację „Made in China” lub „Made in PRC”. Znajdziemy, jeśli się o to postaramy. Coraz częściej bowiem mamy do czynienia produktami brandowanymi, tj. opatrzonymi logo marki, odpowiednim opakowaniem, z obsługą klienta w języku polskim, gwarancją etc. Za tym wszystkim idzie jakość, która nie odbiega od standardów, do których zdążyliśmy się przyzwyczaić. Witamy w świecie marek własnych. Świecie, w którym „chińskie” staje się… „nasze”.

Tygrys < Smok

Wioski rybackie, które na przestrzeni kilkunastu lat stały się gigantycznymi ośrodkami przemysłowymi. Druga po USA gospodarka, notująca średnie tempo wzrostu na poziomie ok. 10% rocznie, przez ostatnie 30 lat. Największy eksporter na świecie. Chiny, które do grona tzw. azjatyckich tygrysów dołączyły pod koniec lat osiemdziesiątych, dawno już prześcignęły swoich konkurentów w regionie. Jeśli zatem Tajwan, Singapur, Filipiny, Malezja, Indonezja czy w końcu Korea Południowa nazywane są Tygrysami, to patrząc na tę niebywałą skalę wzrostu, Chiny należałoby nazwać co najmniej Smokiem.

Duża w tym zasługa rozwoju sektorów produkcji i eksportu, dzięki którym Państwo Środka zyskało miano „fabryki świata”. Wystarczy spojrzeć na czołówkę producentów elektroniki użytkowej – firmy takie jak Apple czy Samsung od lat korzystają z usług chińskich fabryk, w których z powodzeniem wdrożono najwyższe standardy kontroli jakości. Z kolei przykładem z rodzimego podwórka może być firma Manta, która kilkanaście lat temu zasłynęła wprowadzeniem na rynek „nieśmiertelnych” odtwarzaczy DVD, a dziś jest jednym z największych w Europie producentów budżetowej elektroniki.

Pekin nad Wisłą

Import chińskiej elektroniki do Polski nadal jest niezwykle popularny. Przedsiębiorcy, którzy
z powodzeniem ujarzmili cały proces – od weryfikacji dostawców, poprzez kontrolę jakości, certyfikację i transport, na formalnościach związanych z wprowadzeniem towaru do obrotu kończąc – często mogą pochwalić się dobrze prosperującym biznesem. Należy przy tym rozróżnić dwa modele prowadzenia takiej działalności.

W pierwszym produkty są importowane, a następnie sprzedawane na popularnych portalach aukcyjnych. Przeglądając oferty sprzedaży np. smartfonów na Allegro, z pewnością natkniemy się na mnóstwo tzw. no-name’ów lub urządzeń o egzotycznie brzmiącej nazwie, w wyjątkowo atrakcyjnych cenach. W tym przypadku trzeba się liczyć z mocno ograniczoną grupą docelową. Ze względu na wspomniane już animozje oraz nieufność w stosunku do chińskich wyrobów, trafimy do wąskiego grona odbiorców, dla których głównym czynnikiem decydującym o zakupie jest cena.

Sytuacja wygląda inaczej w przypadku modelu OEM (Originial Equipment Manufacturer)/ ODM (Originial Design Manufacturer). Chińscy dostawcy oferują możliwość tzw. brandingu
i personalizacji produktów. Możemy zatem zamówić partię smartfonów z naszym logo, opakowaniem, wydrukowaną polską instrukcją obsługi itd. Jeszcze kilka lat temu proces ten wiązał się z koniecznością zamawiania określonych, minimalnych ilości towaru, liczonych w tysiącach sztuk. Obecnie, możemy jednorazowo zlecić produkcję nawet 100 sztuk telefonów naszej własnej marki. Ponadto, w przypadku gdy z danym dostawcą współpracujemy od dłuższego czasu i darzymy go zaufaniem, można wynegocjować solidny rabat w zamian za ograniczenie odpowiedzialności gwarancyjnej. Wprawdzie przyjmujemy wówczas zobowiązanie samodzielnego serwisowania sprzętu, ale nadal możemy liczyć na chińskiego kontrahenta w kwestii zaopatrzenia w części zamienne, a nasi klienci z pewnością docenią zalety sprawnego procesu gwarancyjnego w systemie door-to-door.

Posiadanie marki własnej pomaga zdobyć zaufanie konsumentów oraz znacząco zmniejsza bariery nawiązania współpracy z resellerami naszych produktów. Mało który sklep internetowy czy detaliczna sieć handlowa zechce wprowadzić do oferty chiński sprzęt marki, o której nikt nigdy nie słyszał. Tutaj właśnie pojawia się czynnik, który skutecznie zniechęca przedsiębiorców do tworzenia marek własnych – promocja. Aby klienci czy potencjalni partnerzy biznesowi usłyszeli o naszych produktach, musimy zadbać o ich promocję, a dotarcie z komunikatem reklamowym do setek tysięcy odbiorców kojarzy się z koniecznością przeznaczenia bajońskich sum na kampanie marketingowe. Ale kto powiedział, że musimy zaczynać od spotów telewizyjnych czy kampanii radiowych w ogólnopolskich rozgłośniach?

Internet – trampolina do sukcesu Twojej marki

Sprzedawcy na Allegro niechętnie rozmawiają o promocji swoich produktów poza granicami portalu – przyznaje Michał Barszcz, zarządzający krakowską agencją e-marketingową Fogmark. Przeraża ich potrzeba inwestycji w coś, co nie przynosi natychmiastowego przełożenia na sprzedaż. Stare porzekadło mówi „aby wyjąć, musisz zainwestować”. Zastanówmy się zatem, czy biorąc pod uwagę niemałe prowizje, którymi trzeba się podzielić z portalem aukcyjnym, warto inwestować w kanał sprzedaży, na politykę którego nie mamy żadnego wpływu? Wielu drobnych przedsiębiorców, których sprzedaż była uzależniona od Allegro, przestała funkcjonować. Nie wytrzymali kolejnych podwyżek, a ich działalność utraciła rentowność. To wyraźny sygnał dla innych – warto zainteresować się stworzeniem marki własnej oraz jej promocją w Internecie już teraz – dodaje. Trudno się z tym nie zgodzić, zważywszy na możliwości jakie daje Internet w zakresie marketingu. Dzięki odpowiednio zaplanowanym działaniom i wyselekcjonowanym narzędziom możemy niewielkim kosztem rozpocząć promocję swojej marki w Sieci i docierać do potencjalnych klientów z niebywałą precyzją. Należy przy tym pamiętać, że budowa obecności marki w Sieci to proces, który jak każdy inny, wymaga czasu.

Rozważając kwestię reklamy naszego sprzętu elektronicznego w Internecie, naszym pierwszym przystankiem powinny być media społecznościowe. Według raportu Sotrendera, w 2016 roku w Polsce, na samym Facebooku odnotowano niemal 16 mln aktywnych użytkowników, a są przecież jeszcze Instagram, YouTube, Pinterest, Twitter czy Google+. Odpowiednia prezentacja produktów za pomocą postów o zróżnicowanych formatach (grafika, wideo, link, canva itp.) oraz ich promocja może dać zadziwiające efekty. Wyobraźmy sobie kampanię radiową w jednej z najpopularniejszych w Polsce rozgłośni. Cena emisji 10-sekundowego spotu może sięgać kilkunastu tysięcy złotych. Zakładając, że chcemy zbudować świadomość marki pośród szerokiego grona odbiorców, należałoby go emitować co najmniej raz dziennie w godzinach szczytu, co daje nam kwotę kilkuset tysięcy złotych miesięcznie. Za pomocą reklam na Facebooku jesteśmy w stanie dotrzeć do tej samej grupy docelowej za ułamek powyższej kwoty. Co więcej, możemy ustawić je tak, aby wyświetlane były jedynie osobom, które potencjalnie będą zainteresowane naszym produktem – przekonuje Michał Barszcz. Moduł reklamowy Facebooka w istocie stwarza niesamowite możliwości w zakresie precyzyjnego targetowania odbiorców. Skoro reklamujemy rzeczone smartfony, to po co płacić za ekspozycję reklamy ludziom, którzy nie są nimi zainteresowani? Odpowiednio skonfigurowana kampania na Facebooku eliminuje ten problem. Dzięki zaawansowanym ustawieniom możemy dotrzeć do odbiorców określając parametry takie jak wiek, lokalizacja, płeć, zainteresowania czy nawet zachowania. Warto przy tym pamiętać, że zarówno Facebook jak i inne social-media to przede wszystkim miejsca w których możemy, a nawet powinniśmy podjąć żywy dialog z użytkownikami. Na nic zdadzą się nawet najlepiej przygotowane reklamy, jeśli fanpage wypełniony zostanie treściami o wątpliwej jakości lub jeśli będziemy ignorować wiadomości nadsyłane przez użytkowników.

Jesteś tym, kim widzą cię inni

W przypadku elektroniki użytkowej doskonale sprawdzają się również działania z zakresu e-PR. Portale technologiczne zwykle chętnie publikują informacje prasowe dotyczące debiutujących urządzeń, dlatego często już na wstępie można zapewnić sobie szeroki rozgłos bez dużego nakładu finansowego – mówi manager Fogmark. Jak zawsze, należy zadbać o odpowiednią jakość treści oraz materiałów graficznych. Dobrym krokiem jest również wysyłka sprzętu na testy redakcyjne. Coraz więcej ludzi, przed podjęciem decyzji o zakupie sprzętu elektronicznego, poszukuje na jego temat rzetelnych informacji. Recenzja opublikowana na łamach poczytnego portalu technologicznego z pewnością pomoże potencjalnym klientom zorientować się czy produkt będzie w stanie spełnić ich wymagania.

Jak już zostało wspomniane, użytkownicy będą poszukiwać informacji i opinii na temat naszej marki oraz samej oferty. Dlatego właśnie warto zainteresować się działaniami z zakresu marketingu szeptanego, jednak w tym przypadku warto rozważyć zlecenie ich profesjonalistom. WOMM (marketing szeptany) cieszy się nie najlepszą sławą, ponieważ kojarzony jest ze spamem, którego pełno jest na forach internetowych i w komentarzach pod artykułami – mówi Barszcz. Prawdziwa „szeptanka” powinna pobudzać dyskusję na temat produktu w nienachalny, naturalny sposób – tylko wtedy stanowi realną wartość. Prowadzona w nieodpowiedni sposób, może przynieść więcej szkody niż pożytku – dodaje.

Nieco inną formą generowania pozytywnych opinii o marce czy produkcie jest tzw. influencer marketing. Podobnie jak w przypadku WOMM, działania te polegają na wpływaniu na podejmowanie decyzji zakupowych przy pomocy innych ludzi, jednak w tym przypadku nie mówimy o zwyczajnych internautach, ale o prawdziwych liderach opinii. Chodzi przede wszystkim o blogerów i youtuberów, którzy pośród swojej audiencji pełnią rolę ekspertów w danej dziedzinie. Weźmy za przykład videoblogera, który nagrywa materiały na temat gadżetów elektronicznych i wyraża przy tym swoje opinie i odczucia. Ludzie chętniej zaufają recenzji takiego człowieka, ponieważ jest dla nich autorytetem i pełni rolę swego rodzaju bufora między producentem, a klientem końcowym. Dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu jest w stanie przekazać odbiorcy rzeczywisty feedback o produkcie, w oderwaniu od przekazów promocyjnych serwowanych przez producenta.

Jedna noga to za mało

Opieranie importowego biznesu na jednej gałęzi w postaci portalu aukcyjnego, prędzej czy później odbije się nam czkawką. Dywersyfikacja kanałów sprzedaży w obecnych czasach jest już koniecznością, dlatego już teraz warto zastanowić się na stworzeniem swojego własnego brandu, szczególnie w przypadku, gdy sprowadzamy produkty, których jakości się nie wstydzimy.  Zbudujmy sklep internetowy, nawiążmy współpracę z resellerami, pokażmy światu, że nasza marka jest godna uwagi. Przy odpowiednim podejściu do tematu promocji brandu oraz dozie cierpliwości i konsekwentności, można zbudować markę, która pozostanie w świadomości konsumentów na lata.

Należy przy tym zachować ostrożność, bowiem wielu przedsiębiorców, którzy postanawiają prowadzić działania marketingowe na własną rękę, robi to w sposób nieumiejętny i nie widząc żadnych efektów – rezygnuje. W skrajnych przypadkach zdarza się nawet, że chałupnicza reklama przynosi więcej szkody niż pożytku. Dlatego jeśli marketing jest nam obcy i wolimy się skupić na sprzedaży, rozważmy współpracę z profesjonalnymi agencjami. Nie traktujmy tego jako pieniądze wyrzucane w   błoto. To inwestycja, jak każda inna – potrzebuje czasu, aby się zwrócić i przynieść pożądane efekty.

Przeliczmy koszty prowadzenia działalności, zrezygnujmy na jakiś czas z krótkoterminowego zysku i postawmy na swoją markę. W perspektywie możemy się zdziwić – zwłaszcza wówczas, kiedy wielu z tych, którzy dziś deklarują, że „za Chiny Ludowe nie kupią chińskiego badziewia” jutro zostanie naszymi klientami.

Autor: Aleksander Biernacki

Chcesz zgrywać „przebojowego” ekstrawertyka, żeby dostać pracę? Możesz stracić swoją szansę

W biznesie ekstrawertywny styl funkcjonowania dość często bywa uznawany za determinantę sukcesu. Dlatego na rozmowie kwalifikacyjnej introwertyk może chcieć „grać” ekstrawertyka, np. mówiąc bardziej dynamicznie, niż zwykle. Jednak w procesie rekrutacyjnym nie opłaca się udawać. Rekruter szybko może zauważyć sztuczność. Wówczas prawdopodobnie odrzuci nieprzekonującego go kandydata. A jeśli nawet pracownik otrzyma posadę, to na dłuższą metę trudno mu będzie utrzymać nałożoną „maskę”.

Współczesny świat promuje postawy ekstrawertywne. W szkole dzieci otrzymują dobre stopnie za aktywność, a w pracy przełożeni wymagają od podwładnych dynamizmu i szybkości w działaniu. Z kolei, użytkownicy mediów społecznościowych starają się mieć jak najwięcej znajomych. Natomiast zabieganie o popularność i bycie w centrum uwagi, co do zasady, jest sprzeczne ze stylem funkcjonowania introwertyka. W związku z tym, w niektórych środowiskach biznesowych może mu być trudniej się odnaleźć.

– Jeżeli introwertyk ma jasno zdefiniowany cel i chce udawać ekstrawertyka, to oczywiście może próbować tego na rozmowie kwalifikacyjnej. Jednak prawdziwy profesjonalista nie dałby się oszukać, dzięki metodologii prowadzenia wywiadów rekrutacyjnych. Jednocześnie kwestia osobowości introwertywnej lub ekstrawertywnej nigdy nie powinna być używana jako kryterium decydujące o tym, czy dany kandydat będzie dobrym lub złym pracownikiem. Dlatego też oszukiwanie nie ma większego sensu – mówi Jolanta Zdrzałek, Associate Director z Hudson, globalnej firmy świadczącej usługi z zakresu rekrutacji.

Ekstrawertyka odróżnia od introwertyka to, że koncentruje swoją uwagę na świecie zewnętrznym. Mówi energicznie i szybko podejmuje działania. Potrafi zajmować się wieloma wątkami jednocześnie. Dla odmiany, język ciała introwertyka jest stonowany, a słowa są bardzo dokładnie dobierane. W niektórych przypadkach taki typ osobowości wypowiada się wolniej od ekstrawertyka. Chcąc o czymś opowiedzieć, lubi to najpierw przemyśleć. A im większą ma wiedzę o danym zagadnieniu, tym może mu być trudniej wypowiedzieć się na ten temat w krótkich zdaniach. Ekstrawertyk funkcjonuje odwrotnie, tzn. opowiadanie może być dla niego okazją do głębszego rozważenia danej sprawy.

– Różnica w stylu funkcjonowania polega na tym, że ekstrawertyk jest nastawiony na mówienie, a introwertyk – na słuchanie. Ten drugi może zostać odebrany jako osoba nieśmiała, ponieważ nie stara się zdominować swojego rozmówcy. Jednak wstydliwość nie ma z tym nic wspólnego. Introwertyk potrafi bardzo uważne wsłuchiwać się w słowa swojego rozmówcy. Z kolei, ekstrawertyk może się męczyć na spotkaniu biznesowym, podczas którego będzie mógł występować jedynie w roli cichego słuchacza – zwraca uwagę Jolanta Zdrzałek.

W opinii eksperta, w biznesie jest mniej więcej po równo introwertyków i ekstrawertyków, z niewielką przewagą tych drugich. Nikt nie jest w 100% żadnym z tych typów. To oznacza, że wszyscy potrafimy dostosowywać się do innych. Najważniejsza jest nasza świadomość tego, jacy jesteśmy. Warto też wiedzieć, z jakimi osobowościami na co dzień współpracujemy. Gdy wyczujemy potrzeby rozmówcy, łatwiej się z nim porozumiemy. Nasza komunikacja stanie się wtedy bardziej efektywna, np. z większą lekkością przekonamy do naszej oferty potencjalnego klienta albo unikniemy sytuacji konfliktowej ze współpracownikiem. Jednak nie chodzi o udawanie, lecz o rozumienie oczekiwań drugiej strony.

– Jeżeli ekstrawertyk będzie miał taką wiedzę, że introwertyk potrzebuje innej komunikacji, niż on sam, to skoncentruje się na stonowaniu swojej ekspresji. To samo dotyczy introwertyka. Jeśli zrozumie, że np. jego szef ma ekstrawertywny styl funkcjonowania, to też będzie w stanie dostosować swój naturalny sposób mówienia do potrzeb ekstrawertyka. Dla przykładu, nie będzie budował zdań złożonych, wzbogaconych dygresjami. Raczej wypowie najważniejsze kwestie w punktach – podsumowuje Jolanta Zdrzałek.

Bank Anglii będzie obserwował działania Fed

Funt znów pod presją spadkową. Tym razem zdecydowały mniej jastrzębie słowa szefa Banku Anglii Marka Carneya. Ale na wokandzie jest już temat postępu negocjacji brexitowych. Polska waluta nadal w ofensywie nie zważając nawet na mocniejszego dolara na szerokim rynku. Dane o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej z Polski kluczowe w kontekście dalszych losów złotego. O 10.30 seria danych z rynku pracy w Wielkiej Brytanii.

Inflacja nadal rośnie

Wczorajszy dzień przebiegał pod znakiem zwiększonej aktywności na brytyjskim funcie. Początkowo wspomniana waluta zyskiwała, a był to efekt zaprezentowanych danych o inflacji. Wynik może nie zaskoczył analityków ale aktualny poziom czyli 3,0% r/r i wzrost w relacji m/m powoduje wzrost spekulacji o szybszym początku zacieśniania monetarnego w Wielkiej Brytanii.

Szybki odwrót

Szybko jednak sytuacja na funcie się odmieniła, wraz z początkiem wystąpienia szefa Banku Anglii o godzinie 12 nastąpiła gwałtowna wyprzedaż. Zdecydowały o tym już początkowe słowa Marka Carneya o tym, że trzeba znaleźć kompromis między wyższą inflacją a chęcią wspierania wzrostu gospodarczego. Dodał, że inflacja na aktualnym poziomie nie jest zaskoczeniem.

Podpatrywanie innych

Padło również pytanie o moment kiedy luźna polityka monetarna w Wielkiej Brytanii się skończy. I tutaj nieco nowe wątki się pojawiły, że decydenci z Banku Anglii będą obserwować działania prowadzone przez Fed i ich efekt. Wydaje się więc, że wbrew sporym oczekiwaniom inwestorów stopy procentowe w Wielkiej Brytanii mogą być jeszcze dłużej na obecnym poziomie. Tym bardziej jeśli Fed będzie zwlekał z kolejnymi ruchami w swojej polityce. Podsumowując funt nie miał dobrego dnia i systematycznie tracił na wartości.

Nie koniec problemów

A to może nie być koniec gdyż ciągle w powietrzu wisi temat negocjacji Brexitowych. Obie strony mają czas do piątku by wypracować porozumienie, takie słowa dzisiaj padły z ust Davida Davisa głównego negocjatora z ramienia Wielkiej Brytanii. Po drodze mamy jeszcze szczyt UE, więc wahania funta mogą być spore szczególnie w przypadku dwuznacznych doniesień agencji prasowych.

Silny złoty

Dobry sentyment na rynkach cały czas wpływa pozytywnie na krajową walutę. I nie zmieniły tego nieco słabsze dane z GUS na temat wynagrodzeń i zatrudnienia. Wzrosty na poziomie odpowiednio 6% r/r i 4,5% r/r potwierdzają dobrą sytuację na rynku pracy w Polsce. I co dość ważne wzmacniający się dolar na szerokim rynku nie wyhamował ruchu aprecjacyjnego na złotym. Dzisiaj w kalendarzu dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej z rodzimej gospodarki jeśli wskazania będą zgodne lub nieco lepsze od oczekiwań analityków krajowa waluta może pozostać mocna.

Przede wszystkim dane z Wielkiej Brytanii

Dzisiaj na rynkach oprócz wspomnianych danych z Polski przede wszystkim publikacja z Wielkiej Brytanii na temat rynku pracy. Istotne będą przede wszystkim wskazania tempa wzrostu wynagrodzeń, czy liczby wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Nieco później kilka wystąpień bankierów centralnych a więc 13.45 Praet z EBC, o 14.00 Dudley i Kaplan z Fed. O 14.30 dane z rynku nieruchomości z USA a więc liczba nowych pozwoleń na budowę.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Jak opisać pięć lat w jeden tydzień?

W środę wszystkie oczy zwrócone są na Chiny, pośrednio przez to, że w pozostałych zakątkach świata niewiele się dzieje. Początek Kongresu Komunistycznej Partii Chin nie przynosi fajerwerków i rynki utrzymują ciasne zakresy wahań. Przed nami trochę danych oraz wystąpień bankierów centralnych, choć szanse na wstrząsy są małe.

Dziś rozpoczął się 19. Kongres Komunistycznej Partii Chin, który potrwa cały tydzień. Prezydent Xi Jingping otworzył konferencję długim przemówieniem (ponad 3 godziny!), gdzie przedstawił wizję „nowej ery”. Zapewnił, że rynek będzie mógł odgrywać decydującą rolę w rozlokowaniu zasobów, ale jednocześnie dodał, że rola rządu w gospodarce musi zostać wzmocniona. Ogólnie jego wystąpienie można skwitować jako bogate w wielkie słowa, ale ubogie w konkrety. W kolejnych dniach szczegóły przyszłej polityki monetarnej powinny najbardziej interesować z punktu widzenia rynków finansowych. Prawdopodobnie powtórzony zostanie postulat z lipca o podwojeniu do 2020 r. poziomu PKB oraz dochodu per capita z 2010 r. Oznaczałoby to ustalenie średniego tempa wzrostu gospodarczego na poziomie ok. 6,3 proc. w latach 2018-2020.

Struktura budowy wzrostu będzie miała znaczenie. Zmniejszenie roli inwestycji infrastrukturalnych i ograniczanie zadłużenia publicznego) kosztem wartości tempa rozwoju może nieść negatywny wydźwięk dla cen surowców przemysłowych, implikując spadek chińskiego popytu np. na miedź, stal, węgiel. Zaostrzanie regulacji dla rynków finansowych może oznaczać spadek płynności na rynku kapitałowym (akcje) i terminowym (kontrakty futures na giełdzie towarowej), przede wszystkim odbierając siłę stronie popytowej. Jednakże od ogłoszenia do implementacji droga bywa długa, więc jest mało prawdopodobne, aby po samym komunikacie rynki finansowe miały znacząco reagować. Skuteczność w realizacji strategii transformacji jest niepewna i ostatnie lata pokazały, że gdy tylko wzrost gospodarczy jest zagrożony, chińskie władze z łatwością sięgają po sprawdzone sposoby inwestycji infrastrukturalnych i kredytowanych wydatków publicznych.
Na FX jesteśmy mniej więcej tam, gdzie zostawiliśmy kursy we wtorek. Kalendarz publikacji otwierają dane z rynku pracy Wielkiej Brytanii z główną uwagą na dynamikę wynagrodzeń. Funt więcej może wynieść z pozytywnych zaskoczeń (prog. 2,1 proc. r/r), szczególnie po wczorajszej wyprzedaży. W przypadku EUR, wątpliwe, aby waluta ożywiła się podczas wystąpienia prezesa ECB Draghiego, gdzie będzie on mówił o reformach strukturalnych w strefie euro i nieprzewidziana jest sesja pytań i odpowiedzi. Po południu dane z rynku budowalnego USA będą potraktowane drugorzędnie z USD bardziej zainteresowanym spekulacjami wokół wyboru nowego szefa Fed. Najnowsze informacje wskazują, że prezydent Trump wybierze prezesa spośród piątki kandydatów (Yellen, Cohn, Powell, Warsh, Taylor), a decyzja ma zostać podjęta przed 3 listopada.

Dziś otrzymamy też dane z polskiego przemysłu i handlu. Zakładamy mocniejsze niż konsensus spowolnieniem dynamiki produkcji przemysłowej (4 proc. r/r vs 5,2 proc.). Negatywny wydźwięk powinna jednak przykryć nieco silniejsza sprzedaż detaliczna. Spodziewamy się rocznej dynamiki na 8,1 proc. wobec konsensu 7,9 proc., gdyż wraz z nadejściem września nastąpiło lekkie wyostrzenie trajektorii wydatków gospodarstw domowych na żywność oraz dobra codziennego użytku. Niezależnie od odczytów EUR/PLN powinien utrzymać wąski zakres wahań 4,2250-4,24.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Co roku w Polsce marnuje się 9 mln ton żywności. W działania na rzecz niemarnowania jedzenia włączają się restauracje

Co roku w Polsce marnuje się 9 mln ton żywności. W działania na rzecz niemarnowania jedzenia włączają się restauracje 8

Na świecie marnuje się rocznie około 1/3 wyprodukowanej żywności, czyli nawet 2 mld ton. W Polsce co roku do śmietników trafia 9 mln ton jedzenia. Jednocześnie szacuje się, że w 2016 roku ok. 108 mln ludzi cierpiało z powodu głodu lub ciężkiego niedożywienia. Duża odpowiedzialność spoczywa na firmach, które powinny właściwie planować produkcję i zakupy, a także odpowiednio gospodarować żywnością, która nie zostanie sprzedana. Sieć KFC współpracuje w tym zakresie z organizacjami pozarządowymi z całej Polski. Od początku tego roku przekazała już 110 ton żywności, co odpowiada 0,5 mln posiłków dla potrzebujących.

– Problem marnowania żywności to jeden z największych problemów, jaki występuje dziś na świecie. Statystyka mówi, że około 1/3 żywności jest marnowana, głównie przez producentów, konsumentów, sklepy, ale również restauracje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Olgierd Danielewicz, prezydent marki KFC w AmRest.

Raport brytyjskiego Institution of Mechanical Engineers wskazuje, że z produkowanych rocznie ok. 4 mld ton żywności nawet 30–50 proc. trafia na śmietniki. To oznacza, że co roku marnuje się 1,2–2 mld ton żywności. Banki Żywności szacują, że na świecie co roku wyrzucamy 1,3 mld ton jedzenia, czyli 1/3 produkowanej żywności. W Polsce marnuje się 9 mln ton jedzenia, przede wszystkim pieczywo, owoce i warzywa oraz wędliny. Za 2 mln ton zmarnowanej żywności odpowiadają gospodarstwa domowe, za 6,6 mln ton – produkcja, a za 350 tys. – sektor dystrybucji.

– Przedsiębiorstwa czy firmy mogą się dziś mierzyć z problemem marnowania żywności w różny sposób, począwszy od właściwego planowania produkcji, zakupów, przygotowania właściwej ilości zapasów, a skończywszy na tym, co zrobić z żywnością, o której wiemy, że się zmarnuje – wyjaśnia Olgierd Danielewicz.

Coraz częściej takie działania stają się filarem strategii firm w zakresie biznesu społecznie odpowiedzialnego. Polityka CSR zakłada, że firma realizuje swoje cele, ale z poszanowaniem środowiska, dbałością o relacje z otoczeniem i różnymi grupami społecznymi (zwłaszcza na poziomie lokalnym), a także prowadząc działalność edukacyjną.

– Firmy coraz chętniej angażują się we wszelkiego rodzaju procesy, które mają pomóc w szerzeniu odpowiedzialności społecznej, w tym m.in. dzielenie się żywnością czy właściwe gospodarowanie nadwyżką produktu, by minimalizować straty – wskazuje Danielewicz. – Ważne jest właściwe planowanie i organizacja pracy w restauracji, a także praca nad tym, by nie wyrzucać jedzenia – dodaje.

W ubiegłym roku sieć KFC wprowadziło w swoich lokalach program przekazywania niesprzedanej żywności organizacji pozarządowym. Za pośrednictwem Banków Żywności produkty z kurczaka trafiają m.in. do Caritasu, MONAR-u czy Stowarzyszenia Brata Alberta.

– Skala zaangażowania naszych restauracji w działania prospołeczne jest bardzo duża. Obecnie około 200 restauracji, czyli 90 proc. wszystkich punktów w Polsce, aktywnie uczestniczy w tym procesie. Do tej pory przekazaliśmy około 110 ton żywności, co odpowiada około 500 tys. posiłków. Wartość żywności, którą przekazaliśmy, to ponad 3 mln zł – podkreśla prezydent marki KFC. – Cieszę się z faktu, że KFC jako pierwsza sieć restauracji w Polsce podeszła do tego problemu w sposób systemowy. Liczę na to, że inne sieci restauracji podążą naszym śladem.

Ponad 40 proc. Polaków myśli o założeniu własnej firmy. Prawie milion jest zaangażowanych w sprzedaż bezpośrednią

Ponad 40 proc. Polaków myśli o założeniu własnej firmy. Prawie milion jest zaangażowanych w sprzedaż bezpośrednią 9

Ponad 70 proc. Polaków pozytywnie wypowiada się na temat przedsiębiorczości, a 41 proc. myśli o założeniu własnej firmy. Coraz częściej aktywizujemy się na własną rękę, m.in. poprzez zaangażowanie w sprzedaż bezpośrednią. Z firmami sprzedaży bezpośredniej współpracuje już 980 tys. Polaków, a wartość sektora przekracza 3 mld zł. Kuleje jednak wiedza na temat takiej formy sprzedaży, to zaś może zwiększać podatność na praktyki nieuczciwych firm. 

Polacy mają dobre tradycje przedsiębiorczości, jesteśmy proaktywni, bardzo lubimy być niezależni, a to cecha, która bardzo mocno nas aktywizuje. Lubimy mieć prawo wyboru, chętnie korzystamy z porad, natomiast zostawiamy sobie przestrzeń jako konsumenci. Przedsiębiorczość Polaków, która jest naturalną cechą, jest również wspierana przez aktywizację na własny rachunek – mówi agencji Newseria Biznes dr Anna Czarczyńska z Akademii im. Leona Koźmińskiego.

Z raportu Amway Global Entrepreneurship Report z 2016 roku wynika, że w Polsce odsetek osób chętnych do założenia własnej działalności gospodarczej jest wyższy niż na zachodzie Europy. Ponad 70 proc. pozytywnie ocenia ideę przedsiębiorczości, a 41 proc. deklaruje, że myśli o założeniu własnej firmy. Motywuje nas do tego chęć uniezależnienia się od pracodawcy i możliwość realizacji własnych pomysłów (odpowiednio 50 i 47 proc.).

Branża sprzedaży bezpośredniej jest przedszkolem przedsiębiorczości. Przy bardzo niskich barierach wejścia na rynek możemy spróbować swoich sił, zacząć działać jako mikroprzedsiębiorcy i możemy zobaczyć, na ile mamy potencjał rozwojowy, który potem może zaowocować działaniem na większą skalę – tłumaczy dr Anna Czarczyńska.

Coraz większa potrzeba niezależności przekłada się na wzrost zainteresowania sprzedażą bezpośrednią.

Z firmami sprzedaży bezpośredniej współpracuje 980 tys. osób, zanotowaliśmy 3-proc. wzrost liczby sprzedawców, a jednocześnie sprzedaż wzrosła o 5 proc., do ponad 3 mld zł. Sprzedaż rośnie, bo jest to bardzo atrakcyjna forma współpracy dla osób, które chcą zarobić, stworzyć własny biznes albo kupować produkty w sprzedaży bezpośredniej ze zniżką – tłumaczy Ewa Kudlińska-Pyrz, przewodnicząca zarządu Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej i dyrektor generalna Mary Kay Polska.

Łączna liczba transakcji dla całej branży wzrosła w 2016 roku do poziomu 37 mln (wzrost o milion), z czego 87,5 proc. zostało zrealizowanych w sprzedaży indywidualnej, a 10 proc w sprzedaży grupowej podczas prezentacji organizowanych na życzenie i w domach konsumentów.

Sprzedaż bezpośrednia przyciąga coraz więcej osób, nie tylko tych najmłodszych, które dopiero wchodzą na rynek pracy, lecz także tych, które powoli wracają do aktywności zawodowej, np. matki wracające do pracy po urlopie macierzyńskim czy wychowawczym. Jak przekonują eksperci, to atrakcyjna forma nauki mikroprzedsiębiorczości dla każdego pokolenia. Większość osób pracujących w sektorze sprzedaży bezpośredniej stanowią te w wieku 25–44 lata.

Aktywizujemy grupy społeczne, które mają trudności na rynku pracy, jesteśmy atrakcyjni zwłaszcza dla millenialsów, którzy nie chcą już pracować na etatach, chcą sami sobie dyktować tempo pracy, ustalać cele, ale potrzebują się nauczyć mikroprzedsiębiorczości – przekonuje Kudlińska-Pyrz. – Jesteśmy także dobrą opcją dla osób 50+, które są obecne na rynku pracy i potrzebują nadal się sprawdzać – dodaje.

Największą kategorię sprzedawanych produktów stanowią kosmetyki (60 proc.), suplementy diety oraz sprzęt AGD (ok. 11 proc.). Szybko rośnie sprzedaż bezpośrednia usług telekomunikacyjnych i energii z 2 proc. w 2015 roku do 9 proc. w 2016 roku. Większość klientów chwali taki model sprzedaży.

80 proc. osób, które choć raz wypróbowały sprzedaży bezpośredniej, twierdzi, że produkty są bardzo wysokiej jakości, zazwyczaj wyższej niż w innych formach sprzedaży, bardzo cenią też sprzedawców. Sprzedawcy budują więzi, relacje, sprzedaż bezpośrednia wspiera budowanie relacji, także budowanie kapitału społecznego – wskazuje Ewa Kudlińska-Pyrz.

Choć większość Polaków pozytywnie ocenia sprzedaż bezpośrednią, to – jak pokazują badania – z wiedzą na ten temat nie jest jednak najlepiej. Ponad połowa osób nie potrafi wskazać firm, które działają w tej branży, a 28 proc. błędnie podaje definicję tej formy sprzedaży. To zaś sprzyja większej podatności na praktyki nierzetelnych firm.

Sprzedaż bezpośrednia rozwija się stabilnie w Polsce, chociaż to zawsze będzie branża niszowa w stosunku do sprzedaży detalicznej. Psują nam nieco szyki firmy nierzetelne, które próbują naciągać zwłaszcza starsze osoby na produkty wątpliwej jakości albo tak drogie, że tych osób po prostu na nie nie stać. Myślę, że z czasem nasze standardy etyczne, które stanowimy i monitorujemy ich przestrzeganie przez członków stowarzyszenia, będą coraz lepiej widoczne na rynku. Potwierdza to Federacja Konsumentów, która twierdzi, że na firmy członkowskie stowarzyszenia skarg właściwie nie ma – mówi Mirosław Luboń, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

Polacy, którzy kupują w systemie sprzedaży bezpośredniej, doceniają wygodę, czyli możliwość spokojnego zapoznania się z oferta firmy, sposób sprzedaży i dużą wiedzę przedstawicieli o oferowanych produktach. Co czwarty Polak, który nie dokonał jeszcze w ten sposób zakupu, tłumaczy, że obawia się braku możliwości zwrotu towaru. Jak jednak przekonuje Luboń, klienci w sprzedaży bezpośredniej są chronieni nawet lepiej niż w przypadku zakupów przez internet, a firmy same dbają o etyczną sprzedaż.

Firmy stowarzyszone przestrzegają standardów etycznych ustanowionych nie tylko w prawie krajowym, lecz także obowiązuje je kodeks sprzedaży bezpośredniej, kodeks etyczny, który w pewnych momentach idzie nieco dalej niż regulacje konsumenckie. Obecnie można np. zwrócić produkt sprzedany przez sprzedawcę bezpośredniego do 14 dni, natomiast nasze firmy mówią, że jest to co najmniej 14 dni. Nawet firmy kosmetyczne przyjmują zwroty produktów właściwie bezterminowo, nawet po 3 miesiącach, częściowo zużyte, ponieważ uważają, że to i tak się opłaca – podkreśla Mirosław Luboń.

We wrześniu wniosek o emeryturę w obniżonym wieku emerytalnym złożyło ponad 192 tys. osób. Przed podjęciem tej decyzji warto skorzystać z pomocy doradców emerytalnych ZUS

We wrześniu wniosek o emeryturę w obniżonym wieku emerytalnym złożyło ponad 192 tys. osób. Przed podjęciem tej decyzji warto skorzystać z pomocy doradców emerytalnych ZUS 10

W pierwszych dwóch dniach września ZUS przyjął 20 razy więcej wniosków o emeryturę niż średnio dziennie w 2016 r. Łącznie w ostatnim kwartale 2017 roku będzie blisko 331 tys. osób, które będą mogły przejść na emeryturę. Eksperci podkreślają jednak, że im wcześniej przechodzimy na emeryturę, tym niższe świadczenie otrzymujemy. Przed podjęciem decyzji warto się skonsultować z doradcą emerytalnym. Od początku lipca we wszystkich oddziałach Zakładu Ubezpieczeń Społecznych 595 doradców emerytalnych pomaga w wyborze najlepszego momentu przejścia na emeryturę.

– Aby podjąć decyzję o przejściu na emeryturę, najpierw trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy stać nas na to, aby otrzymywać niższe świadczenie kosztem wcześniejszej zawodowej wolności. Trzeba dokładnie przeliczyć, jakie będzie potencjalne świadczenie i jakie są nasze koszty utrzymania przez najbliższe nawet kilkadziesiąt lat. Warto się zastanowić, czy mamy jakieś inne, alternatywne źródła pozyskiwania dochodów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dominika Czechowska z Wyższej Szkoły Bankowej.

1 października weszły w życie przepisy, które obniżają wiek emerytalny kobiet do 60 i mężczyzn do 65 lat. Z wyliczeń ZUS wynika, że w ostatnim kwartale 2017 roku ok. 331 tys. osób  będzie mogło przejść na emeryturę. We wrześniu po raz pierwszy o emeryturę wystąpiło ponad 230 tys. osób, w tym o emeryturę w obniżonym wieku emerytalnym ponad 192 tys.

O wysokości emerytury decyduje przede wszystkim wysokość zgromadzonych składek i kapitału początkowego oraz średni dalszy czas trwania życia. Oznacza to, że im wcześniej przejdzie się na emeryturę, tym niższe będzie świadczenie. Decyzję warto więc skonsultować z doradcą emerytalnym ZUS.

– Doradca pomoże ubezpieczonemu, który wybiera się na emeryturę, określić, jaka będzie wysokość świadczenia, jeżeli przejdzie na nią na przykład, kiedy ukończy 60 lat w przypadku kobiety czy 65 lat w przypadku mężczyzny, albo co się stanie, jeżeli opóźni przejście na emeryturę o 2, 3 czy 4 lata. Z reguły ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo na wysokość emerytury wpływa późniejsze na nią przejście – wskazuje Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan.

ZUS informował już, że po obniżeniu wieku emerytalnego wzrośnie liczba osób, które będą otrzymywały emeryturę w najniższej wysokości (1 tys. zł brutto). Obecnie pobiera ją ok. 160 tys. osób.  Emerytura może być jednak wyższa, bo każdy rok pracy to więcej odłożonych składek i krótszy przewidywany czas życia.

– Doradcy emerytalni pracują na salach obsługi klientów w każdej placówce ZUS. Ich zadaniem jest pomoc w  w podjęciu decyzji o momencie przejścia na emeryturę. Mogą policzyć przyszłą emeryturę w zależności od scenariusza, który wybierzemy: czy będziemy chcieli skończyć naszą aktywność po ukończeniu ustawowego wieku emerytalnego, czy pracować jeszcze przez jakiś czas. Doradcy wyliczają prognozowaną emeryturę za pomocą tzw. kalkulatora emerytalnego – wyjaśnia Radosław Milczarski z Biura Prasowego w Centrali ZUS.

Od 3 lipca do 11 października z pomocy doradców emerytalnych skorzystało już 753 513 osób. Do 11 października 2017 r. doradcy obliczyli w kalkulatorze emerytalnym prognozowaną kwotę emerytury dla 445 496 osób. Od 18 września doradcy mają również możliwość obliczenia prognozowanej kwoty nauczycielskiego świadczenia kompensacyjnego – do 11 października wykonali 836 takich obliczeń. Z ankiety, którą nasi klienci wypełnili w III kw. br., wynika, że 98 proc. osób pozytywnie oceniło pomoc doradców.

Problemy ze spłatą zadłużenia ma 2 mln Polaków. Dla większości rozwiązaniem jest kredyt konsolidacyjny

Problemy ze spłatą zadłużenia ma 2 mln Polaków. Dla większości rozwiązaniem jest kredyt konsolidacyjny 11

Ponad 2 mln Polaków nie płaci swoich zobowiązań terminowo. Wielu z nich udaje się uniknąć wpadnięcia w spiralę zadłużenia dzięki kredytowi konsolidacyjnemu. Połączenie kilku kredytów w jeden pozwala bowiem zaoszczędzić miesięcznie nawet kilkadziesiąt procent i jednocześnie wydłużyć okres spłaty. Banki oferują też różne promocje, m.in. brak prowizji przy udzielaniu kredytu konsolidacyjnego czy lepsze warunki kredytu przy połączeniu z innym produktem bankowym.

– Każdy z nas ma w swoim życiu okresy lepsze i gorsze pod względem finansowym. W czasie tych gorszych okresów szukamy możliwości na zmniejszenie obciążeń finansowych, np. obniżenie raty spłacanych kredytów. Jest na to kilka sposobów: przede wszystkim warto się zainteresować kredytem konsolidacyjnym. To rozwiązanie, które umożliwia połączenie kilku wcześniej pobranych kredytów w jeden albo zamianę jednego kredytu na drugi, przyznany na korzystniejszych warunkach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Przemysław Przybylski, rzecznik prasowy Crédit Agricole.

Z danych BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej wynika, że liczba niesolidnych dłużników przekracza 2,4 mln osób. W II kw. 2017 r. liczba takich dłużników spadła o 29,4 tys., jednak wartość zaległości pozakredytowych i kredytowych wzrosła o 2,52 mld zł (3,7 proc.) do 58,18 mld zł. Przy problemach z terminową spłatą zadłużenia, związanych np. z chorobą czy utratą pracy, pomocą może się okazać połączenie zobowiązań w różnych bankach w jeden kredyt. Połączyć można różne rodzaje zobowiązań: pożyczki gotówkowe i ratalne, zadłużenie na karcie kredytowej czy koncie osobistym, a także większe zobowiązania, jak kredyt hipoteczny.

– Warto porównywać oferty dostępne na rynku, ponieważ banki oferują różne produkty dostępne na różnych warunkach. Można znaleźć także specjalne promocje, dzięki którym warunki, na których przyznawany jest taki kredyt, są znacznie bardziej korzystne dla klienta. Na przykład obecnie bank Crédit Agricole nie pobiera żadnej prowizji za udzielenie kredytu konsolidacyjnego – tłumaczy Przybylski.

Dodaje, że atrakcyjne może się okazać również połączenie kredytu z innym produktem bankowym. Zwykle jeżeli klient zaciąga kredyt konsolidacyjny w banku, w którym ma również swój rachunek osobisty, to dostaje kredyt na lepszych warunkach i płaci mniej niż osoba, która takiego rachunku nie ma.

Kredyt konsolidacyjny pozwala wydłużyć okresy spłaty nawet do 120 miesięcy, w ten sposób zmniejszając comiesięczną ratę.

– Zaciągając kredyt konsolidacyjny, możemy nie tylko zażyczyć sobie tyle gotówki, ile jest nam potrzebne na spłatę tych wcześniejszych zobowiązań, lecz także dodatkową porcję, np. na remont mieszkania lub inne, bieżące potrzeby. Nie trzeba wówczas iść do banku i starać się o inny kredyt, kredyt gotówkowy, ale załatwia się to wszystko w ramach konsolidacji – przypomina ekspert Credit Agricole.

Komisja Nadzoru Finansowego podaje, że obecnie udział kredytów spłacanych z opóźnieniem przekraczającym 90 dni w całości portfela kredytów wynosi 6,1 proc. To najniższy wskaźnik od ośmiu lat. Wciąż jednak wartość kredytów nieregularnie spłacanych sięga blisko 41 mld zł (stan na koniec sierpnia 2017 roku). Problemy ze spłatą kredytów mogą doprowadzić do spirali zadłużenia, a w efekcie obniżyć wiarygodność kredytową i zniwelować szansę na otrzymanie kredytu w późniejszym terminie. Kredyt konsolidacyjny pozwala tego uniknąć.

– Osoba, która spłaca kredyt regularnie, nie ma żadnych zaległości, jest dla banku bardziej wiarygodnym partnerem. Dzięki temu, jeśli w przyszłości będzie się starała o kolejne kredyty, nie będzie miała problemów. W przeciwieństwie do osoby, która spóźnia się ze spłatą rat kredytu albo w ogóle go nie spłaca. Banki wolą klientów, na których mogą polegać – podkreśla Przemysław Przybylski.

Rynek gier szkoleniowych w ciągu pięciu lat ma wzrosnąć dwukrotnie. Producenci stawiają na dopracowaną szatę graficzną i edukację za pomocą rozrywki

Rynek gier szkoleniowych w ciągu pięciu lat ma wzrosnąć dwukrotnie. Producenci stawiają na dopracowaną szatę graficzną i edukację za pomocą rozrywki 12

Dynamicznie rozwija się rynek gier szkoleniowych. Nowoczesne gry learningowe do złudzenia przypominają zwykłą rozrywkę, a wiedza przekazywana jest przy okazji. Twórcy stawiają na ciekawą historię i intrygę, przykładają też wagę do grafiki. Gry edukacyjne stają się ciekawą alternatywą do zwykłych szkoleń, wykorzystując przy tym elementy grywalizacji. Pracodawcy są w stanie ocenić postępy pracowników i określić ich mocne strony. Do 2021 roku rynek gier learningowych względem 2017 roku ma wzrosnąć ponaddwukrotnie.

– Gry edukacyjne wciąż jeszcze odstają od gier rozrywkowych. Rynek gier rozrywkowych jest ogromny, świetnie się rozwija, w tym biznesie jest mnóstwo specjalistów i pieniędzy. Rynek gier szkoleniowych i edukacyjnych jeszcze raczkuje, ale w naszych produktach staramy się, jak najbardziej zbliżyć do rynku rozrywkowego jeśli chodzi o formę. Staramy się, aby te gry były atrakcyjne, miały ładną grafikę i jednocześnie przekazywały wartościową wiedzę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jakub Ryfa, ‎projekt manager DOJI – Educational Innovations.

Z szacunków firmy Newzoo wynika, że w 2017 roku 2,2 mld graczy wygeneruje przychody z gier w wysokości niemal 109 mld dol. Już w 2016 roku wartość globalnego rynku gier komputerowych przekroczyła 100 mld dol. Agencja Rozwoju Przemysłu ocenia, że rynek gamingowy w Polsce wart jest zaś ok. 1,8 mld zł. Jeszcze rok wcześniej było to 1,5 mld zł. Dominują gry o charakterze rozrywkowym, choć i te często mają walory edukacyjne i poznawcze, przede wszystkim dla najmłodszych.

– Na rynku jest mnóstwo gier, które uczą, a nie zdajemy sobie z tego sprawy, np. gry strategiczne pomogą uświadomić, jak wyglądała sytuacja historyczna, geopolityczna w danym okresie, są całe serie gier, które uczą historii, geografii, polityki, Są też gry, które powstały jako rozrywkowe, a następnie znaleziono dla nich zastosowanie typowo edukacyjne – tłumaczy Jakub Ryfa.

Coraz częściej na rynku pojawiają się też gry learningowe. Raport Ambient Insight wskazuje, że ten sektor w ciągu najbliższych pięciu lat będzie rosnąć w tempie ponad 20 proc. w skali roku i do 2022 roku osiągnie wartość 8,1 mld dol. To oznacza, że względem 2017 roku (3,2 mld dol.) wzrośnie ponaddwukrotnie. Gry edukacyjne nie tylko uczą języków obcych czy historii, lecz także mogą się okazać przydatne w nauce prowadzenia biznesu. Taką grą jest Coffee Noir, gra detektywistyczna, stworzona przez polskie studio DOJI – Educational Innovations.

– Gra zrobiona jest w konwencji powieści detektywistycznej. Detektyw musi rozwiązać zagadkę kryminalną. Aby to zrobić, musi się podszyć pod biznesmena, zaś aby pozostać wiarygodnym, musi się dowiedzieć, jak tym biznesem dobrze zarządzać. W ten sposób na początku ukrywamy, że to gra edukacyjna, szkoleniowa, w pierwszym kontakcie to intrygująca historia. Z biegiem gry okazuje się, że musimy przyswoić mnóstwo wiedzy, w ten sposób podwyższać nasze kompetencje z zakresu negocjacji handlowych, zarządzania firmą i poszczególnymi działami – wskazuje ekspert.

Każda z osób, z którymi gracz prowadzi rozmowy biznesowe, ma inny charakter. Sukces negocjacji mierzony wartością podpisanych kontraktów zależy od umiejętności psychologicznych gracza. Po każdej rozmowie otrzymuje się informację zwrotną o przebiegu negocjacji. Podczas gry uczestnik uczy się zarządzać przedsiębiorstwem, sprawdza też swoje kompetencje miękkie. Po zakończeniu gry szkoleniowcy otrzymują raport o przebiegu szkolenia z informacją o mocnych i słabych stronach gracza.

– Gra jest bardzo złożona. Stworzyliśmy cały silnik, ponieważ chcieliśmy stworzyć grę, która nie będzie traktowała ekonomii i całej kwestii biznesowej po macoszemu. Chcieliśmy, aby ekonomia i silnik ekonomiczny w grze był jak najbardziej realistyczny, dlatego są tam nasze autorskie rozwiązania. Zostały wprowadzone funkcje, które sprawiają, że silnik symuluje rzeczywistość biznesową – podkreśla Jakub Ryfa.

Wersja próbna gry pozwala na grę przez dwie godziny, wykupienie dostępu do kontynuowania rozgrywki to koszt 39 zł. Gra dostępna jest też na platformie e-learningowej Doji Academy.