Columbus Energy S.A., spółka notowana na rynku NewConnect, z zakończonej emisji obligacji serii D pozyskała 4.535 tys. zł. Pozyskany przez Emitenta kapitał zostanie przeznaczony na sfinansowanie montażu kolejnych instalacji fotowoltaicznych w ramach programu abonamentowego.
W ramach publicznej oferty obligacji serii D Spółka dokonała przydziału o łącznej wartości nominalnej wynoszącej 4.535 tys. zł. Są to 2-letnie zabezpieczone obligacje z oprocentowaniem stałym wynoszącym 8,4% w skali roku, a kupon odsetkowy będzie wypłacany kwartalnie. Columbus Energy S.A. zamierza wprowadzić obligacje serii D do obrotu na rynku Catalyst. Pozyskane przez Spółkę środki zostaną przeznaczone na finansowanie obrotowe montażu instalacji fotowoltaicznych w ramach programu abonamentowego. Oferującym obligacje był Polski Dom Maklerski S.A.
„Jesteśmy bardzo zadowoleni ze zbudowanego zaufania rynku. Dowodzi tego udana kolejna emisja obligacji. Columbus Energy rozwija się prawidłowo w zdrowy i dynamiczny sposób. Sprzedaż rośnie zgodnie z oczekiwaniami, a nasz sztandarowy produkt „Abonament na słońce” wyprzedza rynek fotowoltaiki dla klienta indywidualnego o dobrych kilka kroków. Przed nami złożenie prospektu emisyjnego do KNF-u celem przeniesienia notowań na rynek regulowany oraz IPO, czego spodziewamy się na początku 2018 roku. Bycie liderem zobowiązuje, więc zamierzamy zaskoczyć rynek nowościami w najbliższym czasie.” – podkreśla Dawid Zieliński, Prezes Zarządu spółki Columbus Energy S.A.
W tym roku Columbus Energy S.A. przeprowadziła już 4 emisje obligacji i pozyskała z nich łącznie ponad 11 mln zł. Środki te zostały przeznaczone na realizację montaży instalacji fotowoltaicznych. Obligacje Spółki serii A oraz serii B zadebiutowały na rynku Catalyst na początku września br.
Spółka planuje również przeprowadzenie oferty publicznej oraz wprowadzenie akcji do obrotu na rynku regulowanym prowadzonym przez GPW w Warszawie. Spółka zamierza złożyć prospekt emisyjny do KNF-u w październiku br. po podjęciu stosownej uchwały przez jej WZA. Columbus Energy S.A. chce zadebiutować na rynku regulowanym GPW w ciągu najbliższych kilku miesięcy.
Spółka zanotowała w pierwszym półroczu 2017 r. zysk netto na poziomie skonsolidowanym w wysokości 2,8 mln zł przy skonsolidowanych przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 15,4 mln zł. Columbus Energy S.A. cały czas zwiększa sprzedaż instalacji fotowoltaicznych zarówno w ramach programu abonamentowego, jak i finansowanych za gotówkę oraz uatrakcyjnia swoją ofertę, dzięki czemu umacnia pozycję lidera rynku.
Dolar w końcu przełamał swoją niemoc, po części przez kolejne dobre dane, po części przez jastrzębie wzmianki Fed, ale też przełamanie poziomów technicznych dołożyło swoją cegiełkę. W zasadzie nikt to nie powinien być zaskoczony, bo argumenty za umocnieniem leżały przed inwestorami od kilku dni, ale techniczne podparcie racji z pewnością się przydało. Dziś dzień z raportem NFP, gdzie nie powinniśmy patrzeć na zmianę zatrudnienia, ale na płace.
Wczoraj pisałem, że inwestorom brak przekonania do wyrwania rynków z marazmu, mimo że argumenty za podtrzymaniem aprecjacji USD są oczywiste. Długo nie trzeba było czekać na ożywienie handlu, choć z niesmakiem (jako analityk fundamentalny) muszę przyznać, że to naruszenie poziomów technicznych pomogło w nadaniu kierunku. Zaczęło się od GBP/USD, potem podłączył się EUR/USD, a słabsze dane z Kandy pomogły pchnąć w górę USD/CAD. Reszta crossów w G10 poszła tym samym śladem, a pozytywny sentyment do dolara wzmacniał kolejny rekord S&P500 i ruch w górę rentowności obligacji skarbowych USA. Czynniki fundamentalne też o sobie przypominały w korzystny dla USD sposób. Izba Reprezentantów przegłosowała projekt budżetu na 2018 r., co jest pierwszym ważnym krokiem na drodze do reformy podatkowej. Dane o zamówieniach przemysłowych były solidne, a Harker i Williams z Fed podpisali się pod strategią podwyżki w grudniu i trzech kolejnych w przyszłym roku.
Nastawienie rynku wobec USD jest istotne w kontekście oceny reakcji na wrześniowy raport z rynku pracy. Największym ryzykiem związanym z raportem NFP jest to, że odczyty mogą zostać całkowicie zignorowane jako mało miarodajne dla oceny sytuacji w gospodarce. Słabość dynamiki zatrudnienia we wrześniu będzie zrzucana na karb wpływu huraganów Harvey i Irma z oczekiwaniami wyraźnego odbicia w październiku. Jednak w sytuacji, kiedy rynek szuka samych pozytywów dla dolara, to może być dobra wiadomość. Konsensus dla zmiany zatrudnienia jest ustawiony nisko (80 tys.), choć po dobrym raporcie ADP (135 tys.) rynek mentalnie powinien ustawić się w okolicy 100 tys. Przy takim punkcie odniesienia potrzeba by było naprawdę słabego odczytu (zero lub niżej), by rynek faktycznie się wystraszył i mocno sprzedawał USD. Bez takiego zaskoczenia rynek skupi się przede wszystkim na danych o wynagrodzeniach będącej drogowskazem dla inflacji (i Fed). Tutaj zaburzenia związane z huraganami są mniejsze, ale za to z szansą podbicia wyniku w górę (mniej przepracowanych godzin przy stałej pensji, wyżej opłacane nadgodziny przy pracach rekonstrukcyjnych). Wynik na poziomie konsensusu 0,3 proc. już jest wystarczający, by podtrzymać oczekiwania na podwyżkę Fed w grudniu, za to 0,4 proc. będzie zielonym światłem dla rajdu USD.
Reszta walut pozostaje dziś w tle dolara i NFP, choć w mocy pozostają argumenty prezentowane w tym komentarzu w poprzednich dniach. EUR/USD pozostaje pod presją sprzedaży, gdyż główny impuls stojący za wzrostami w okresie letnim (ECB) pozostaje niemy – wczoraj minutki z wrześniowego posiedzenia pozostawiły niedosyt. Sprawa Katalonii staje się powoli burzą w szklance wody, ale od początku tygodnia nie był to czynnik dominujący dla euro (co innego dla Ibex35). Funt jest największym przegranym tygodnia po słabszych danych i rosnących spekulacjach o problemach premier May w kontrolowaniu swojej partii. W takim klimacie oczekiwania na podwyżkę BoE (słabnące ostatnio) są niewystarczającą barierą ochronną. Podtrzymujemy negatywne nastawienie do AUD w średnim kwartale, a wzmianki z RBA, jak te Harpera dziś w nocy (nie wyklucza obniżki stopy procentowej) są woda na młyn dla sprzedających. Pozostajemy konstruktywni do CAD, nawet jeśli ostatnie dane nam nie sprzyjają. Dziś dostaniemy raport z rynku pracy Kanady, który jednak może zaginąć w cieniu danych z USA.
Dzięki parkom naukowo-technologicznym polscy naukowcy mogą konkurować z innowacyjnym dorobkiem krajów zachodniej części Europy. Choć Polska awansuje w rankingach innowacyjności, problemem jest niski wskaźnik komercjalizacji badań naukowych. Parki naukowo-technologiczne tworzą przestrzeń do współpracy świata nauki i biznesu. Obecnie w Polsce działa 80 przemysłowych i technologicznych parków. Wspierają początkujące firmy, ułatwiają pozyskanie finansowania i umożliwiają prowadzenie badań.
– Parki naukowo-technologiczne stanowią przestrzeń do tego, aby łączyć świat nauki z biznesem. Jest to platforma, która umożliwia wdrażanie rozwiązań powstających na uczelni. Ale nie tylko na uczelni. Także pomysłów, rodzących się w głowach naukowców, przedsiębiorców czy wynalazców. W parkach tę wiedzę można odpowiednio zweryfikować i znaleźć podmioty, w których takie pomysły będą miały zastosowanie, które będą mogły być rozwijane już w formie działających firm czy rosnących przedsiębiorstw – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Nędzewicz z Poznańskiego Parku Naukowo-Technologicznego.
Polska stopniowo awansuje w rankingach Jest jednym z najbardziej innowacyjnych państw w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W tegorocznym rankingu Bloomberg Innovation Index awansowała na 22. pozycję, wyprzedzając m.in. Rosję, Hiszpanię, Luksemburg, czy uznawaną za jedną z bardziej innowacyjnych gospodarek, Estonię. Wąskim gardłem innowacyjności jest jednak komercjalizacja badań naukowych i współpraca świata nauki i biznesu.
Pod względem nakładów prywatnego biznesu na badania i rozwój, w Unii Europejskiej wyprzedzamy jedynie Rumunię i Grecję – wynika z raportu „Polska. Badania i rozwój w przedsiębiorstwach 2016” firmy doradczej Deloitte. Parki naukowo- technologiczne i przemysłowe pozwalają to zmienić, nie tylko wspierając transfer z nauki do biznesu, ale też inwestując w młody biznes.
– Na terenie parku mamy kilkadziesiąt firm we wczesnych etapach rozwoju, niektóre z nich już znalazły swój model biznesowy, działają rozwijając się organicznie, zdobywając kontakty. Park stanowi też przestrzeń do tego, aby te kontakty mogły być nawiązywane szybciej, żeby weryfikować pomysł, rozwijać różne działalności. Mamy też firmy, które są bardzo ambitne, które pozyskały kapitał od inwestora – twierdzi Nędzewicz.
Co najmniej w połowie przypadków nowe technologie tworzone są przez naukowców prowadzących badania w jednostkach akademickich. Komercjalizacja jest wówczas dużo trudniejsza, bo świat nauki słabo rozumie wymagania biznesu. Również same uczelnie często nie są zainteresowane współpracą. Raport Najwyższej Izby Kontroli o komercjalizacji badań naukowych wskazuje, że nawet jeśli uzyskiwały one patenty, to miały niski potencjał komercjalizacyjny.
Według danych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu, w Polsce funkcjonuje obecnie 80 parków technologicznych i przemysłowych. Pierwszym polskim parkiem technologicznym był powołany w maju 1995 r. Poznański Park Naukowo-Technologiczny. Jednym z zadań stawianych tego rodzaju instytucjom jest pomoc w rozwiązaniu problemu finansowania młodych firm i znalezienie odpowiedniej przestrzeni do prowadzenia badań.
– Inwestorem jesteśmy również my, jako Poznański Park Naukowo-Technologiczny. Mamy fundusz zalążkowy, kilka rokujących firm z obszaru chemii, biotechnologii czy IT. Jest to dosyć nietypowa przestrzeń, zarówno w Poznaniu, jak i w skali całego kraju, tego typu laboratoriów jest stosunkowo niewiele, a jest to przestrzeń, którą można wynająć. Firmy, które potrzebują takiej infrastruktury mogą się do nas zgłosić – poza tym, że znajdą przestrzeń umożliwiającą realizowanie badań, PPNT zapewnia też całe otoczenie doradcze – wskazuje przedstawiciel PPNT.
Poznański Park wykonuje też szereg analiz, usług badawczych i opracowuje nowe technologie. Zespół ekspertów jest w stanie dostarczyć rozwiązania technologiczne, które usprawniają dany produkt lub metodę produkcyjną dla klientów z różnych branż przemysłu, m.in. biotechnologicznego, spożywczego, kosmetycznego, czy chemicznego. Można też uzyskać porady dotyczące własności intelektualnej.
– Firmy, które bazują na rozwiązaniach wymagających prac badawczo-rozwojowych, mogą uzyskać od nas informację dotyczącą także ochrony własności intelektualnej. Mogą też znaleźć dzięki nam partnerów, u których te prace mogą zostać wdrożone czy też licencjonowane. Na bazie tego, co powstaje w laboratorium, pomagamy im budować firmy i przenosić technologie do rozwiązań stosowanych w biznesie – podkreśla Piotr Nędzewicz.
Sejm pracuje nad nową ustawą o dystrybucji ubezpieczeń, która od 2018 roku dostosuje krajowe przepisy do unijnej dyrektywy IDD. Ma ona zwiększyć bezpieczeństwo klientów. Przepisy nakazują dystrybutorom m.in. zbadanie potrzeb klienta i dopasowanie do nich produktu, przekazanie szczegółowych informacji o danej polisie czy o charakterze wynagrodzenia pobieranym przez pośrednika. W sytuacji sprzedaży klientowi produktu, który nie jest mu potrzebny, dystrybutorzy mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności.
– Jesteśmy w trakcie implementacji postanowień dyrektywy o dystrybucji ubezpieczeń. W Parlamencie trwają prace nad naszą nową ustawą o dystrybucji ubezpieczeń. Ta ustawa będzie dotyczyła całego rynku ubezpieczeniowego, ponieważ zgodnie z zapisami dyrektywy wszyscy ci, którzy w jakikolwiek sposób zajmują się oferowaniem produktów ubezpieczeniowych są traktowani jako dystrybutorzy. Obok dotychczasowych tradycyjnych kanałów dystrybucji jakimi są agenci, multiagenci i brokerzy ubezpieczeniowi, przepisami zostaną objęci pracownicy zakładów ubezpieczeń – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Zoń, prezes Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych.
Projekt ustawy o dystrybucji ubezpieczeń, który wprowadza unijną dyrektywę w sprawie dystrybucji ubezpieczeń, został już przyjęty przez rząd. Sama dyrektywa IDD (Insurance Distribution Directive) ma na celu zwiększenie ochrony konsumentów zawierających umowy ubezpieczeniowe i ujednolicenie przepisów dotyczących pośrednictwa ubezpieczeniowego. Wszystkie państwa członkowskie mają obowiązek wprowadzić ją do prawa krajowego do lutego 2018 roku. Polska ustawa dotyczy w równym stopniu wszystkich kanałów dystrybucji.
– Zmiany dotkną zarówno pośredników ubezpieczeniowych, jak i bezpośredniej sprzedaży ubezpieczycieli. Przede wszystkim dotyczą one fazy zawarcia umowy ubezpieczenia. Chodzi o to, aby klient był lepiej chroniony, a sprzedaż ubezpieczeń bardziej transparentna. Ustawodawca zamierza to osiągać poprzez zwiększenie obowiązków informacyjnych, które trzeba będzie wykonać przed zawarciem umowy ubezpieczenia – tłumaczy Łukasz Zoń.
Ustawa zakłada, że zostanie zachowany podział pośredników ubezpieczeniowych na brokerów (działających w interesie klienta) i agentów (działających na zlecenie ubezpieczyciela). Jednocześnie tych funkcji nie będzie wolno łączyć. Na rynku wciąż będą działać multiagenci, którzy oferują polisy wielu towarzystw. Projekt ustawy reguluje kwestie ujawniania przez dystrybutorów ubezpieczeń charakteru ich wynagrodzenia, czy za swoją pracę otrzymuje honorarium, prowizję, czy inny rodzaj wynagrodzenia.
– Klient musi dostać dokładną informację o tym, kim ten dystrybutor jest, czy jest agentem, brokerem, czy pracownikiem zakładu ubezpieczeń, o jego nazwie, wpisie do rejestru etc. oraz informację dotyczącą charakteru wynagrodzenia, które dany dystrybutor otrzymuje – mówi prezes Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych.
Ważniejszym zapisem z punktu widzenia konsumentów jest zobowiązanie pośredników do dokładnego zbadania i określenia potrzeb klienta przed zaproponowaniem mu konkretnego produktu ubezpieczeniowego, co ma ograniczyć zjawisko missellingu, czyli nietrafionej sprzedaży. Agenci mają rozpoczynać obsługę klienta od analizy jego potrzeb i dopiero wówczas rekomendować określony produkt.
– Rozpoznanie potrzeb klienta musi zostać wsparte tzw. dokumentem dotyczącym produktu ubezpieczeniowego, który będzie obrazował charakter przyszłej umowy. Znajdą się tam podstawowe informacje dotyczące ubezpieczenia, czyli jego zakres, termin, cena, podstawowe wyłączenia, aby klient przed zawarciem umowy ubezpieczenia mógł wyrobić sobie pogląd na temat tego, co kupuje – wskazuje Łukasz Zoń. – Klient dopiero po zapoznaniu się ze wszystkimi dokumentami, czyli z analizą jego potrzeb, z propozycją dystrybutora oraz dokumentem dotyczącym umowy ubezpieczenia, po podjęciu decyzji otrzyma polisę i OWU, które będą miały zastosowanie do tej umowy – dodaje.
Obecnie najpopularniejszymi interfejsami wśród użytkowników komputerów wciąż są myszka i klawiatura. Wśród użytkowników smartfonów i tabletów dominuje interfejs dotykowy. Coraz popularniejsze są jednak zupełnie nowe formy komunikacji człowieka z komputerem. Komunikacja głosowa to najbliższa przyszłość, ale na horyzoncie już pojawiają się inne technologie – interfejsy neuronalne i eye tracking. Nowe interfejsy mają nie tylko ułatwić komunikację człowieka z maszyną, ale mogą również wpłynąć na rozwój medycyny.
Analitycy z Visiongain oceniają tegoroczną wartość rynku inteligentnych cyfrowych asystentów na 1,138 mld dolarów. Tego typu mechanizmy stają się coraz bardziej powszechne. Przykładami tego typu rozwiązań są Cortana, Siri, Alexa czy Google Home. Są to interfejsy do komunikowania się człowieka z urządzeniem, jednak w całkiem odmienny sposób. Korzystają z algorytmów sztucznej inteligencji i zaczynają wchodzić z użytkownikiem w interakcje.
– Interfejs głosowy już się sprawdza, jest Cortana, Alexa, Google Home. One jeszcze nie są wystarczająco selektywne, trudno się z nimi porozumiewać, ale rozwój interfejsów jest nieunikniony, to będzie rozwój mediów generalnie. Interfejsy będą coraz bardziej spersonalizowane, będą odgadywać nasze nastroje, będą nawet naszymi doradcami, podobnie jak awatary, które są swoistymi interfejsami. W przyszłości awatary jako cyfrowe kopie naszych umysłów będą mogły podejmować działania w sferze komunikacji avatarowej i wyręczać nas w mnóstwie zajęć – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Kazimierz Krzysztofek, profesor SWPS i ekspert DeLAB Uniwersytetu Warszawskiego.
Jak wynika z raportów eMarketer i VoiceLabs, w 2017 roku 35,6 mln Amerykanów przynajmniej raz w miesiącu skorzysta z urządzenia aktywowanego głosem. To oznacza blisko 130 proc. wzrost w porównaniu z rokiem ubiegłym. Sam rynek cyfrowych asystentów – do którego należą też Siri, Alexa, Google Now czy Cortana – ma wzrosnąć o 23 proc. To oznacza, że korzystać z nich będzie 60,5 miliona Amerykanów, co przełoży się na konkretne pieniądze dla ich producentów. RBC Capital Markets ocenia, że do roku 2020, interfejs Alexa przyniesie Amazonowi nawet 10 mld dolarów przychodów.
Amerykańska agencja DARPA (Agencja Badawcza Zaawansowanych Projektów Obronnych) od lat prowadzi kolejne programy rozwoju interfejsów, których ostatecznym celem jest umożliwienie normalnego funkcjonowania osobom po amputacjach, z uszkodzonym rdzeniem kręgowym czy chorobami neurodegeneracyjnymi. Już teraz wiadomo, że tego typu interfejsy trafią w przyszłości do medycyny, zainteresowane jest nimi wojsko, znajdą zastosowanie w rozrywce czy handlu.
– Interfejsy neuronalne to nadzieja, zwłaszcza dla ludzi niesprawnych umysłowo, którzy mogą komunikować się myślą, ale nie są w stanie uruchomić artykulacji myśli, wypowiedzieć tych myśli ani ich napisać. To może być ratunek dla ludzi chorych na Alzheimera, autystyków. Interfejsy i komunikowanie się inteligentnych egzoszkieletów z systemem nerwowym człowieka może spowodować, że ludzie przykuci do fotela będą mogli wstać z tego fotela w przyszłości – tłumaczy Kazimierz Krzysztofek.
Elon Musk, twórca Tesli i SpaceX, uruchomił firmę Neuralink, której zadaniem jest połączenie ludzkiego mózgu z komputerem. Wizjoner zebrał w tym celu 27 mln dolarów. Firma ma opracować interfejs, dzięki któremu możliwa będzie pomoc ludziom z trwałymi uszkodzeniami mózgu wywołanymi np. nowotworem lub zawałem. Opracowanie takiego interfejsu ma nastąpić w ciągu 4 najbliższych lat.
– Jeśli okazałoby się, że taka aparatura umożliwiająca komunikację międzymózgową i komunikację z maszyną będzie efektywna, to może się okazać, że nie będziemy w stanie uciec z naszymi myślami przed technologią – przestrzega ekspert.
Jednym z bardzo szybko rozwijających się interfejsów będzie tzw. eye tracking, czyli śledzenie ruchu gałek ocznych. Według analityków z Markets&Markets, rynek eye trackingu ma rosnąć 27,4 proc. średniorocznie w latach 2017-2023. Do 2023 r. rynek ten ma osiągnąć wartość 1,376 mln dolarów. Do 2023 r. ma zostać sprzedanych 756 tys. urządzeń do śledzenia ruchu gałek ocznych.
– Myśl jest naładowana elektrycznie, chodzi o zdekodowanie tego sygnału. Są różne postaci komunikacji neuronalnej, to może być nawet sama myśl, ale też ruch gałek ocznych, który odpowiednio zdekodowany potrafi wydawać komendę komputerowi. To nazywa się okulografią, eye trackingiem – mówi Kazimierz Krzysztofek.
Globalnie luka kadrowa w branży szacowana jest na dwa miliony wakatów. W Polsce nieobsadzonych jest 30–50 tys. miejsc. Pracodawcy w branży IT prześcigają się w walce o pracownika. Oferują wyższe wynagrodzenia i atrakcyjne benefity, oryginalne akcje i nietypowe kampanie marketingowe. Coraz częściej płacą też za polecenie pracownika. W zależności od stanowiska każdy, kto skutecznie poleci kandydata, może liczyć nawet na kilkanaście tysięcy złotych premii.
– Deficyt na rodzimym rynku, jeśli chodzi o talenty IT, jest bardzo duży. Szacujemy, że gdyby na rynku było 50 tysięcy dostępnych specjalistów, pojawiliby się kolejni inwestorzy, którzy spokojnie skonsumowaliby ten talent. Wynika to z faktu, że globalnie luka w talencie IT szacowana jest na około dwa miliony wakatów. Technologia rozwija się tak szybko, że firmy mogłyby zapełnić dwa miliony kolejnych stanowisk, aby rozwijać dalej swoje potrzeby – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Przemysław Berendt, wiceprezes ds. globalnego marketingu w Luxoft.
W Polsce liczbę nieobsadzonych stanowiska w IT szacuje się na 30–50 tys. etatów. Jednocześnie spada liczba absolwentów informatyki. W 2017 roku, jak podaje GUS, na rynku znalazło się nieco ponad 13 tys. absolwentów. Eksperci firmy Kodilla podkreślają, że w latach 2006–2017 liczba studentów na kierunkach informatycznych spadła o 25 tys. Z raportu „Niedobór talentów” ManpowerGroup wynika, że informatycy są w czołówce zawodów, których przedstawicieli pracodawcom najtrudniej jest znaleźć. Luka na rynku jest coraz większa, bo coraz więcej międzynarodowych firm lokuje w Polsce swoje operacje. W dużej mierze wynika to z dużych kompetencji naszych informatyków.
– Polscy specjaliści mają bardzo wysoką renomę na globalnym rynku. Od lat wygrywamy we wszelkich rankingach i konkursach informatycznych, co przekłada się na liczbę inwestycji w naszym kraju. Obserwujemy wzrost nowych graczy na rynku, zarówno globalnych firm, które wchodzą na nasz rynek, jak i start-upów, które próbują bazować na tych kompetencjach. To efekt systemu edukacji, a także kompetencji kulturowych i językowych – tłumaczy Przemysław Berendt.
Ranking The HackerRank (największy serwis oceniający pracę i wyniki specjalistów IT) ocenia, że polscy informatycy należą do światowej czołówki. Pod względem kompetencji wyprzedziliśmy Chiny, Rosję czy Szwajcarię.
– Na rynku IT od kilku lat dominuje rynek pracownika, mamy większe zapotrzebowanie na pracowników niż jest specjalistów na rynku. Dzięki temu firmy muszą ze sobą konkurować, pozyskując talenty na różne sposoby. Od lat obserwujemy wzrost kompetencji dotyczących employer brandingu, czyli budowania wizerunku pracodawcy – ocenia przedstawiciel Luxoft.
Konkurencja na rynku jest coraz większa, więc firmy z branży IT prześcigają się w pomysłach na rekrutację. Już niemal standardem stały się meetupy, czyli nieformalne spotkania. Niektóre firmy stawiają na ciekawe kampanie marketingowe: są obecne w grach komputerowych i organizują konkursy dla specjalistów.
– W ubiegłym roku przeprowadziliśmy kampanię, gdzie rozdawaliśmy informatykom designerskie koszulki i mogli za nie zapłacić CV. Tak prosty gadżet przyciągnął nam kilka tysięcy bardzo dobrych specjalistów – mówi Berendt.
Firmy próbują pozyskać pracowników od konkurencji, często zatrudniają informatyków, kiedy ci dopiero zaczynają studia. Luxoft postawił zaś na dużą skalę na polecenia pracownicze. Program obejmuje nie tylko pracowników, lecz także wszystkie pełnoletnie osoby. Każda, która skutecznie poleci kandydatam może liczyć na wynagrodzenie.
– Jedną z ciekawych tendencji jest tzw. referral fee, czyli opłata za polecenie pracownika. Oferujemy 8–15 tys. złotych każdemu, kto z sukcesem poleci pracownika do naszej firmy – podkreśla Przemysław Berendt.
W 2020 roku wartość rynku drukarek 3D może przekroczyć 22 mld dolarów. W ciągu kilku lat ich liczba przekroczy 2,4 mln sztuk. Większość firm docenia możliwość wytwarzania części o dużym skomplikowaniu geometrycznym, prostotę procesu wytwarzania i krótki czas produkcji. Technologią, która ma najwięcej zalet, jest FFF, czyli fused filament fabrication, polegająca na nakładaniu warstw filamentu z materiałów termoplastycznych. Z druku 3D coraz częściej korzysta branża motoryzacyjna.
– Drukarka 3D do wydruku potrzebuje pliku wykonanego w technologii 3D. Zaczynamy od projektowania, następnie dokonuje się obróbki w specjalnym oprogramowaniu, tzw. cięcia, po którym następuje załadowanie pliku do maszyny drukującej. Sam proces druku jest wykonywany w technologii FFF. W tej metodzie nanoszony materiał termoplastyczny przeciskany jest przez dyszę ogrzaną do temperatury jego topnienia. Proces polega na nakładaniu filamentu warstwa po warstwie, aż do uzyskania pełnej wysokości modelu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paweł Robak, dyrektor zarządzający OMNI3D Industrial 3D Printing.
Prognozy Canalys wskazują, że wartość druku 3D będzie dynamicznie rosnąć. W 2020 roku rynek sprzedaży drukarek, materiałów i usług wyniesie 22,4 mld dolarów przy 4,9 mld w 2016 roku. Coraz więcej sprzedaje się tez drukarek 3D, ze 182 tys. w 2015 roku do prognozowanych 2,4 mln w 2020 (przewidywany wzrost na poziomie 67 proc. średniorocznie). Zdecydowana większość z nich trafia do biznesu. Z ankiety magazynu „Inżynieria & Utrzymanie Ruchu” przeprowadzonej w 2017 roku wynika, że najczęściej wykorzystywanym w druku 3D materiałem jest plastik, zwłaszcza ABS.
– Materiałów używanych aktualnie w przemyśle jest wiele, ale najbardziej powszechnym jest ABS. Wykorzystujemy materiały, które znajdują zastosowanie w coraz większej liczbie branż, m.in. w przemyśle samochodowym, lotniczym czy spożywczym. PET-G (modyfikowany glikolem Poli(tereftalan etylenu) – przyp.red.) ze względu na swoje właściwości można stosować w kontakcie z jedzeniem, HIPS (polistyren wysokoudarowy – przyp.red.) wykorzystywany jest w odlewnictwie, a bardziej zaawansowane materiały termoplastyczne – jak PA 6/66 i inne z domieszkami wysokowytrzymałych włókien – w automatyce przemysłowej – wymienia Paweł Robak.
Jak podkreśla ekspert, najczęściej z druku 3D korzysta branża samochodowa. Raport firmy SmartTech wskazuje, że udział tej branży w rynku druku 3D może stanowić nawet 30 proc. Do 2019 roku wykorzystanie tej technologii w motoryzacji wzrośnie pięciokrotnie. Zgodnie z raportem producenci samochodów drukują za pomocą drukarek 3D ok. 100 tysięcy modeli w ciągu roku.
– Elementy, które są drukowane przy wykorzystaniu drukarek 3D, nie będą przewyższać swoją jakością tych wykonanych metodą wtrysku, natomiast będą zbliżone jeśli chodzi o wytrzymałość. Barierą przy wykorzystywaniu metod tradycyjnych jest bardzo wysoki koszt przygotowania form wtryskowych, które mogą być skutecznie zastąpione za pomocą drukarek 3D drukujących finalne elementy – tłumaczy dyrektor OMNI3D Industrial 3D Printing.
Z badania przeprowadzonego przez redakcję magazynu „Inżynieria & Utrzymanie Ruchu” wynika, że za największą zaletę wytwarzania przestrzennego uznaje się możliwość wytwarzania części o dużym skomplikowaniu geometrycznym (64 proc. firm). Wśród korzyści wymienia się też prostotę procesu wytwarzania (50 proc.), krótki czas produkcji (38 proc.) oraz brak kosztów początkowych (36 proc.). Technologią, która według 45 proc. użytkowników ma najwięcej zalet, jest FFF. Jednym z najnowocześniejszych urządzeń wykorzystujących tę technologię jest system Factory 2.0 Production System od OMNI3D.
– Nasza przemysłowa drukarka 3D działająca w technologii FFF wyróżnia się precyzją wydruku. Zastosowaliśmy rozwiązania, które powodują, że odchyłki wymiarowe wynoszą od 0,04 do 0,13 milimetra. Nasza drukarka – Factory 2.0 – charakteryzuje się bardzo dużą powierzchnią wydruku – 0,5m x 0,5m x 0,5m w każdej osi – oraz szybkością druku, którą liczy się jako prędkość kładzenia linii materiału termoplastycznego, sięgającą nawet do 160 mm/s – podkreśla Paweł Robak.
Producenci suplementów diety sceptycznie odnoszą się do projektu zmian w ustawie o bezpieczeństwie żywności i żywienia, nad którą pracuje resort zdrowia. Obawiają się kar finansowych za niewłaściwe reklamy, które mają sięgać nawet 20 mln zł. Producenci nie zgadzają się też na proponowane wytyczne dotyczące opakowań, które mogą utrudnić im konkurowanie na europejskim rynku. W ich ocenie nowe prawo przyczyni się do wzrostu kosztów, a w konsekwencji – wzrostu cen suplementów. O największych wyzwaniach stojących przed branżą eksperci będą dyskutować podczas I Ogólnopolskiego Kongresu „Suplementy diety – Prawo, Jakość, Zdrowie”.
– I Ogólnopolski Kongres „Suplementy diety – Prawo, Jakość, Zdrowie” jest pierwszym tak kompleksowym kongresem, który przeznaczony jest dla producentów i wszystkich uczestników rynku suplementów diety. Kongres w całości poświęcony będzie funkcjonowaniu rynku suplementów diety w Polsce. W czasie kongresu przedstawione zostaną najważniejsze aspekty funkcjonowania tego rynku, obecne i planowane przepisy prawa – zapowiada dr Katarzyna Suchoszek, prezes Krajowej Rady Suplementów i Odżywek, od 2004 roku zrzeszającej producentów z tej branży.
Wyzwań przed branżą nie brakuje. Jednym z nich są projektowane przepisy w zakresie m.in. reklam suplementów diety. Przedstawiciele producentów podkreślają, że branża poszła o krok dalej już w ubiegłym roku, przyjmując autoregulację w tym zakresie. Podpisany pod koniec ubiegłego roku Kodeks Dobrych Praktyk Reklamy Suplementów Diety wprowadza m.in. całkowity zakaz wykorzystywania wizerunku lekarza i farmaceuty w reklamie suplementu diety, zakazuje używania nazw chorób i sugerowania, że dany produkt ma właściwości lecznicze albo może zapobiec chorobie.
– W efekcie przekaz reklam suplementów diety znacznie zmienił się w ostatnich miesiącach. Pojawił się wyraźny napis „suplement diety”, zniknęły nazwy chorób prawdziwych bądź fikcyjnych. Nie widzimy już w reklamach lekarzy czy farmaceutów, przekazy reklamowe idą w o wiele lepszym kierunku – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Katarzyna Suchoszek.
Autoregulacja była istotna o tyle, że pod względem wielkości sprzedaży suplementów diety Polska znajduje się na czwartym miejscu w UE. Z badań Federacji Konsumentów wynika, że suplementy diety i leki bez recepty znajdują się niemal w każdym gospodarstwie domowym. Z kolei ich producenci są jednym z największych w Polsce reklamodawców.
– Autoregulacja branży powinna stanowić trzon zmian w prawie, o ile będą potrzebne. Natomiast w projekcie zmian w ustawie o bezpieczeństwie żywności pojawiły się wysokie kary za reklamę sprzeczną z prawem, sięgające 20 mln zł. To bardzo wysoka kara i mamy nadzieję, że będzie stosowana proporcjonalnie, w zależności od wielkości przedsiębiorstwa i rodzaju przewinienia – ocenia dr Katarzyna Suchoszek.
Nowa ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia ma ukształtować ramy regulacyjne dla tego sektora. Nad zmianami pracuje zespół roboczy ds. suplementów diety powołany na początku tego roku. W projekcie resortu zdrowia znalazły się restrykcyjne zapisy dotyczące reklamowania suplementów diety, a za nieprzestrzeganie ich – wysokie kary finansowe. Eksperci podkreślają, że proponowane kary są o wiele surowsze niż te obowiązujące na rynku farmaceutycznym czy kosmetycznym.
– Tak wysokie kary mogą spowodować chaos i spadek atrakcyjności tego segmentu rynku spożywczego. To z kolei może skutkować zmniejszeniem innowacyjności, inwestycji oraz zastopowaniem branży – dodaje Bartosz Demianiuk, prezes zarządu EWA Krotoszyn S.A.
W Polsce branża suplementów diety jest warta blisko 3,5 mld zł. Według ekspertów firmy analitycznej PMR w latach 2017–2020 ten segment rynku spożywczego będzie rozwijał się w tempie średnio 8 proc. rocznie. Pod koniec tego roku jego wartość może już przekroczyć 4 mld zł.
Projekt nowych przepisów negatywnie ocenia też prof. Monika Namysłowska, wykładowca Uniwersytetu Łódzkiego specjalizująca się w prawie konsumenckim. Zwraca uwagę na nieproporcjonalną wysokość kar przewidzianych dla przedsiębiorców oraz chaos informacyjny zawarty w projekcie.
– Ustawa sprawia wrażenie pisanej na szybko, na kolanie. Suplementy diety są żywnością. Czy powinniśmy ograniczać reklamę tych produktów podobnie jak produktów leczniczych, alkoholu i tytoniu – czyli produktów, w przypadku których ograniczenie reklamy naprawdę wpływa na ochronę interesu publicznego? – zastanawia się prof. Monika Namysłowska.
Dodatkowo eksperci zwracają uwagę, że brak precyzji w przepisach wspominających o wysokich karach może spowodować, że będą one swobodnie interpretowane przez lokalnych inspektorów, przez co biznes w tej branży będzie obarczony znacznie większym ryzykiem biznesowym.
– Zaproponowane zmiany dotyczą też opakowań suplementów diety. Chodzi o dodanie niebieskiego paska oraz dodatkowego wyrażenia, że suplement diety stanowi uzupełnienie normalnej diety. Uważamy, że to nie przyniesie zamierzonego efektu i nie przełoży się na zwiększenie bezpieczeństwa konsumentów, którzy nadal nie będą wiedzieli, jak racjonalnie się suplementować – mówi dr Katarzyna Suchoszek.
– Regulator zaproponował w projekcie napisy na opakowaniach produktów, które będą zajmowały ich znaczną część. Ta regulacja idzie dalej niż w przypadku leków, bo 20 proc. opakowania to znaczna część przekazu skierowanego do konsumenta. To samo dotyczy reklamy – 20 proc. reklamy ma zawierać informację dotyczącą znaczenia suplementu diety. Utrudni to przekaz marketingowy, komunikację z odbiorcami i konsumentami – dodaje Bartosz Demianiuk.
Przedstawiciele branży oceniają, że nowe przepisy spowodują wzrost kosztów po stronie przedsiębiorców, a w konsekwencji wzrost cen dla konsumentów.
– Utrudnią także przepływ towarów i zmniejszą polską konkurencyjność na rynku europejskim, ponieważ nasze opakowania będą diametralnie różne od opakowań zagranicznych produktów – prognozuje Bartosz Demianiuk.
Eksperci podkreślają, że rynek suplementów diety jest w wystarczającym stopniu uregulowany. Dotyczy to nie tylko reklamy, lecz również standardów jakości i bezpieczeństwa. Prawo, podobnie jak dla pozostałych kategorii żywności, stawia producentom szczegółowe wymagania jakościowe dla tej kategorii produktów. Są oni odpowiedzialni za bezpieczeństwo suplementów diety wprowadzanych do obrotu, w związku z tym sami przeprowadzają dodatkowe kontrole, analizując każdą partię suplementu diety wprowadzanego do obrotu.
– Uważam, że kolejne regulacje w kontekście jakości suplementów diety nie są konieczne. Obowiązujące prawo wystarczy, aby konsument mógł czuć się bezpieczny i wiedział, że dostaje produkt sprawdzony. Można za to dyskutować o większej aktywności i większych kompetencjach służb sanitarnych, do których należy nadzór nad tym rynkiem. One mają duże pole do działania, kontroli, sprawdzania jakości produktów, standardów i norm – ocenia Agata Dęga–Nowak, dyrektor do spraw jakości w ICHEM Sp. z o.o.
Jakość i bezpieczeństwo produkcji suplementów diety oraz zdrowie konsumentów to kolejne tematy, które zaproszeni goście z kraju i zagranicy poruszą podczas I Ogólnopolskiego Kongresu „Suplementy diety – Prawo, Jakość, Zdrowie”, który odbędzie w się w Łodzi 19 października 2017 roku.
W ubiegłym roku na całym świecie sprzedano 294 tys. robotów przemysłowych, podczas gdy jeszcze trzy lata wcześniej było to 178 tys. Dynamika wzrostu jest znacząca nie tylko w przypadku robotów stosowanych w przemyśle, lecz także tych do użytku osobistego i domowego. W latach 2017–2022 dynamika wzrostu rynku robotów osobistych ma wynieść 37,8 proc. średniorocznie. W dobie coraz liczniejszej obecności robotów, coraz bardziej istotne staje się bezpieczeństwo.
International Federation of Robotics (IFR) prognozuje w swoim „World Robotics Report 2016”, że do roku 2019 do fabryk na całym świecie trafi ponad 1,4 mln robotów. To oznacza, że w fabrykach na całym świecie będzie pracowało około 2,6 mln robotów przemysłowych, czyli o milion więcej niż w dotychczas rekordowym 2015 roku.
– Roboty w pewnym sensie są już stanem obecnym, a na pewno są przyszłością, która jest nieunikniona. W tej chwili na świecie, w szczególności w krajach wysoko rozwiniętych, przeprowadza się masę pierwszych prób komercyjnych zastosowań w różnych dziedzinach i sferach naszego życia, więc z małą dozą ryzyka możemy stwierdzić, że jest to już stan obecny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Kuliś z firmy Weegree.
Na czele trendu automatyzacji stoi Unia Europejska. To w UE znajduje się 14 z 22 krajów, w których zagęszczenie robotów jest wyższe od średniej. Warto tutaj zauważyć, że dotychczasowymi rekordzistami w UE w dziedzinie tempa instalowania nowych robotów były Czechy i Polska. W krajach tych w latach 2010–2015 skumulowany roczny wskaźnik wzrostu sprzedaży robotów wynosił, odpowiednio 40 i 26 proc. Jednak największych wzrostów IFR spodziewa się w Chinach. To tam ma trafić 40 proc. robotów, które zostaną sprzedane do 2019 roku.
Jak donosi IFR, najłatwiej spotkać robota w fabrykach w Korei Południowej, gdzie jest ich 531 na 10 tys. pracowników. Drugi pod względem zautomatyzowania jest Singapur (398 robotów na 10 tys. pracowników), a następnie Japonia (305 robotów). Dalej znajdziemy już Niemcy (301) i Szwecję (212).
– Od dekad roboty zajmują się produkcją, składaniem z elementów czy prefabrykatów np. w branży automotive, to dość znane migawki z różnych programów o przemyśle. Bardzo zaawansowanymi urządzeniami są tzw. manipulatory – obecnie rozwijamy bardzo ciekawy projekt wykorzystania manipulatora dwuramiennego. Mają one szereg zastosowań w produkcji i przemyśle. Są już powszechnie znane, lecz my bardziej koncentrujemy się na zastosowaniach, które są na dziś novum europejskim, a nawet światowym – mówi Grzegorz Kuliś.
70 proc. obecnie działających robotów pracuje w sektorach motoryzacyjnym, elektronicznym, metalurgicznym i maszynowym. Najsilniejsze wzrosty notują zaś przemysł elektroniczny (18 proc. wzrostu), metalurgiczny (16 proc.) i motoryzacyjny (10 proc.). Dynamicznie rośnie nie tylko robotów przemysłowych, lecz także osobistych. Według raportu „Global Personal Robots Market Size, Share, Development, Growth and Demand Forecast to 2022” firmy badawczej Research and Markets rynek robotów osobistych do 2022 ma być warty 34 mld dol. W ciągu najbliższych 5 lat tempo wzrostu ma wynieść 37,8 proc. średniorocznie.
– Na rynku robotów dzieje się bardzo dużo, są to zmiany o dużej dynamice. W tej chwili może jeszcze niezauważalne dla zwykłego użytkownika, ale w przyszłości będzie coraz więcej dziwnych i nietypowych dla nas dziś urządzeń człekokształtnych, androidów czy robotów humanoidalnych, które będziemy spotykać w różnych miejscach naszego codziennego życia – twierdzi ekspert.
Według raportu „Hacking Robots Before Skynet” firmy IOActive, specjalizującej się w cyberbezpieczeństwie i testach penetracyjnych, znaleziono błędy w oprogramowaniu wielu robotów domowych, biznesowych i przemysłowych. Eksperci ostrzegają, że takie luki bezpieczeństwa pozwalają napastnikom na bardzo różne ataki. Od takich, których celem jest szpiegowanie użytkowników za pomocą wbudowanych w robota mikrofonów i kamer, poprzez kradzież danych osobowych przechowywanych przez roboty, aż po fizyczne zranienie ludzi i uszkodzenie mienia znajdujących się w zasięgu zaatakowanego robota. Specjaliści z IOActive zidentyfikowali 50 błędów w produktach sześciu czołowych producentów robotów.
– Oczywiście roboty są wyłącznie interfejsem, z którym się komunikujemy. Robot jest bardzo zaawansowaną maszyną, ale dalej komputerem, który połączony jest z internetem, w związku z czym jest absolutnie narażony na ataki hakerskie. Producenci dbają o to, aby były to bezpieczne rozwiązania dla użytkowników, ale kontekst bezpieczeństwa jest absolutnie istotny i tutaj należy zwracać na to szczególną uwagę. Zagrożeniem co do robotów użytkowych jest haker, który może się włamać i może nabroić w robocie – twierdzi przedstawiciel Weegree.
Millenialsi kształtują rynek handlu i promują nowe postawy klientów – wynika z badania firmy Nielsen. Współczesny konsument jest coraz bardziej wymagający. Jego potrzeby to szybkie i łatwe zakupy z ofertą dopasowaną do indywidualnych potrzeb. To coraz częściej wegetarianie, weganie i osoby stawiające na zdrowy styl życia. Tego typu produktów nie może zabraknąć w sklepach.
– Współczesny konsument jest przede wszystkim świadomy, wymagający, ma dostęp do różnych źródeł wiedzy, chce, aby sklep odpowiadał jego potrzebom. To klient, który jest także ciekawy, szuka wynalazków, jest bardziej skłonny nie tyle do eksperymentowania, ile do próbowania nowych produktów czy receptur. Przychodzi do sklepu z otwartą głową i wysokimi oczekiwaniami – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jean-Philippe Magré, prezes zarządu E.Leclerc Polska.
Na zakupy jesteśmy w stanie wydać coraz więcej, przede wszystkim ze względu na lepszą sytuację materialną. Optymizm rośnie zwłaszcza w pokoleniu nastolatków (wzrost o 18 pkt. proc.) i millenialsów (wzrost o 3 pkt. proc.).
– Wzrost optymizmu wśród millenialsów bierze się z czynników obiektywnych i subiektywnych. Ten segment ma teraz większe możliwości finansowe, budżetowe i może łatwiej zaspokoić swoje potrzeby. Są też czynniki subiektywne – osoby te myślą, że ich status i pozycja w społeczności będzie się rozwijać. To dobry znak. Trendy konsumenckie opierają się w dużym stopniu na sposobie patrzenia w przyszłość i możliwości rozwoju, a fakt, że millenialsi tak pozytywnie postrzegają przyszłość, jest dobrym znakiem dla całej gospodarki i handlu – ocenia Jean-Philippe Magré.
Coraz większe znaczenie na rozwój handlu ma pokolenie millenialsów. Szacuje się, że osoby urodzone w latach 80. i 90. w 2020 roku będą stanowić 35 proc. globalnego rynku pracy. Millenialsi to też najsilniejsza siła nabywcza na świecie. Z danych Deloitte „Millennial Survey” wynika, że w ciągu dekady będą oni stanowić ok. 75 proc. osób aktywnych zawodowo.
– Millenialsi to niekoniecznie grupa, która dysponuje największym dochodem do wydawania w sklepach, ale jest to pokolenie, które kształtuje resztę społeczności i które będzie za kilka lat głównym segmentem kupujących na rynku. Pod tym kątem millenialsi kształtują cały rynek, bo przekładają wizję świata na różne strefy, m.in. strefę handlu – tłumaczy Magré.
Millenialsi są pokoleniem wymagającym. W zależności od promocji są w stanie zmienić sklep. Jednocześnie zwracają coraz większą uwagę na jakość produktów. Podstawowy asortyment nie jest już wystarczający. Z badania firmy Nielsen wynika, że potrzeby współczesnego konsumenta można scharakteryzować hasłami: easy, smart i personal. Zakupy mają być łatwe, przyjemne, a oferta możliwie jak najbardziej spersonalizowana.
– Poza podstawowymi potrzebami, trzeba temu klientowi dać wartości dodane: informować, ułatwiać dostęp do innych funkcjonalności i różnorodności w kategoriach. W kategorii „food” to produkty, które mają walory nie tylko kaloryczne, lecz także organoleptyczne, które dają możliwość kreatywności w kuchni. Millenialsi potrzebują także personalizacji, która dotychczas nie była rozbudowana, oczekują nie relacji anonimowej, ale propozycji handlowych kierowanych bezpośrednio do ich potrzeb – przekonuje prezes E.Leclerc Polska.
Dla konsumentów oprócz możliwości personalizacji produktów coraz ważniejszy jest aspekt zdrowotny. Prawie co trzeci polski konsument deklaruje, że wydaje więcej na dbanie o zdrowie w porównaniu do tego samego okresu sprzed 5 lat. Co piąty przyznaje natomiast, że ona lub ktoś z jej gospodarstwa domowego cierpi na alergię lub nietolerancję pokarmową.
Większość Polaków czyta etykiety, zwraca uwagę na skład, wybiera produkty bez dodatku cukru czy glutaminianu sodu. Zdrowe odżywianie to przede wszystkim domena młodego pokolenia. To właśnie w grupie millenialsów najwięcej jest wegan czy wegetarian. Dlatego największe sklepy zwiększają sieć dostawców i poszerzają asortyment. Sieć E.Leclerc współpracuje już z 600 dostawcami w Polsce.
Sportowcy, którzy mają na koncie duże sukcesy i szerokie grono fanów, są dla firm i marek wymarzonymi ambasadorami. Taka współpraca wzmacnia wizerunek brandu i może znacząco podnieść efektywność kampanii reklamowej. Do jej sukcesu konieczne jest obustronne reprezentowanie podobnych wartości. Rzadko zdarza się jednak wieloletnia współpraca marki z jednym i tym samym ambasadorem. Atlantic, którego od 10 lat reprezentuje Krzysztof Hołowczyc, uczcił ten jubileusz luksusową, limitowaną kolekcją zegarków.
– Zaangażowanie gwiazdy wpływa bardzo pozytywnie na sprzedaż, pod warunkiem że ta gwiazda została wybrana słusznie. Najważniejsze, żeby była harmonia ambasadora z marką, żeby ambasador w naturalny sposób szedł z marką w parze – mówi agencji informacyjnej Newseria Jarosław Guzek, brand manager Atlantic.
Z badań specjalizującej się w marketingu sportowym firmy Arskom Group wynika, że wykorzystanie wizerunku sportowca w kampanii reklamowej podnosi jej wiarygodność i efektywność o około 30 proc. Zatrudnienie gwiazdy sportu w charakterze ambasadora marki przekłada się na większą sprzedaż produktów i usług oraz większą rozpoznawalność na rynku. Dlatego coraz więcej firm decyduje się na takie posunięcie.
Najbardziej pożądani w kampaniach reklamowych są rozpoznawalni przedstawiciele sportów, które mają szerokie rzesze kibiców i mogą się poszczycić znaczącymi sukcesami. Zaliczają się do nich m.in. piłkarze kadry narodowej i polskie legendy sportu jak Jerzy Dudek czy Krzysztof Hołowczyc.
– Od lat jestem ambasadorem marki Atlantic i świadomość 10 lat współpracy ze szwajcarską, porządną firmą jest dla mnie nobilitacją. Mam poczucie, że robimy razem fajne rzeczy – mówi Krzysztof Hołowczyc, utytułowany kierowca rajdowy.
Mistrz Europy i trzykrotny mistrz Polski, którego starty w Rajdzie Dakar śledziły na ekranach telewizorów miliony Polaków, od dekady współpracuje z firmą Zibi, w której portfolio znajdują się m.in. zegarki Atlantic, Lacoste i Nautica. Marka podkreśla, że tak długa współpraca z tą samą gwiazdą w roli ambasadora to w marketingu nieczęsta sytuacja.
– Czas współpracy zależy od tego, jaką strategię długofalową ma marka. Są takie, które preferują krótką współpracę. Natomiast Atlantic jest „marką od pokoleń”, nie wyobrażaliśmy sobie tej współpracy inaczej niż długofalowo. Z Hołkiem pracuje się idealnie, przez te 10 lat zrobiliśmy wiele fajnych rzeczy. To z kolei przełożyło się na rodzinną, przyjacielską współpracę. To osoba, która utożsamia się z marką, angażuje się, sama wychodzi z inicjatywą. To jest bardzo ważne przy wyborze ambasadora – mówi Jarosław Guzek.
Do udanej współpracy gwiazdy sportu z marką niezbędne jest to, aby obie strony reprezentowały zbliżone wartości. To gwarancja, że w działaniach marketingowych obu stronom będzie ze sobą po drodze. Hołowczyc – jeden z najbardziej rozpoznawalnych i lubianych polskich sportowców – jest utożsamiany z bezpieczeństwem, znany ze sportowej rywalizacji fair play i dobrego, eleganckiego stylu. Takimi przymiotnikami chce być określana marka Atlantic.
– Atlantic preferuje te same wartości, tak samo się zachowuje, jest pewną i sprawdzoną marką, tak samo jak Krzysztof jest dla nas pewny. To człowiek, który odniósł sukces. W Polsce Atlantic budzi sentyment, zaufanie, to marka dająca pewność, a długoletnia współpraca z jednym ambasadorem tylko tę pewność potwierdza. Nie jesteśmy marką, która szuka nowych rozwiązań, ale taką, która ma zapewnić klientowi bezpieczeństwo – mówi Jarosław Guzek.
Z okazji okrągłej rocznicy Atlantic wypuścił na rynek jubileuszową kolekcję zegarków Worldmaster Driver 777 zaprojektowanych przez Krzysztofa Hołowczyca. Casualowy model o mocnym, sportowym charakterze ma być dostępny właśnie w liczbie 777 sztuk, z których każda będzie sygnowana autografem ambasadora marki. Cena zegarka zaczyna się od 1,3 tys. zł.
– Kiedy powstawał ten zegarek, mogłem mieć wpływ na jego konstrukcję. Nie jest tajemnicą, że 7 jest moją kochaną liczbą, którą próbuję przemycić w każdym numerze rejestracyjnym, a czasem nawet walczę o taki numer startowy. Ten zegarek jest inspirowany tą liczbą, ona jest mocno widoczna na cyferblacie. Powiedziałem: „Zrobię dla was wszystko, ale zegarek 777 jest mój”. Ktoś może powiedzieć, że to zabobon, ale w motorsporcie są różne momenty krytyczne, a ja lubię 7 – mówi Krzysztof Hołowczyc.
Z budżetu państwa mało pieniędzy przeznaczanych jest na opiekę zdrowotną. W porównaniu do innych krajów UE mamy natomiast duże dopłaty do systemu emerytalnego. Z powodu obniżenia wieku emerytalnego jeszcze je zwiększymy, kosztem rezygnacji z poprawy tego, jak funkcjonuje służba zdrowia.
Wydatki z budżetu państwa w przeliczeniu na obywatela są wyższe jeżeli chodzi o dopłaty do ZUS, niż wydatki na ochronę zdrowia. Pod tym względem różnimy się od większości państwa UE.
– Mamy o dwa razy za dużo łóżek szpitalnych, ale też o dwa razy za mało lekarzy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan i członek Rady Dialogu Społecznego.
Wydatki z budżetu państwa są zbyt małe, jeżeli chcemy zmienić służbę zdrowia. – Proponowaliśmy związkom zawodowym, aby wydatki na obniżenie wieku emerytalnego przeznaczyć opiekę zdrowotną – wyjaśnia ekspert Lewiatana.
Obniżenie wieku emerytalnego prowadzi do niskich emerytur, ale negatywne skutki – to także problem zwiększania dopłat do ZUS. Z podatków, które prawdopodobnie wzrosną.
Jednak są też jeszcze inne konsekwencje: Wzrost wydatków na służbę zdrowia zwiększałby polski PKB. Obniżenie wieku emerytalnego przyczyni się natomiast do wzrostu polskiego zadłużenia.
Nastroje na światowych giełdach są dobre. Rośnie apetyt na ryzyko. Taka sytuacja powinna sprzyjać walutom rynków wschodzących. A jednak złoty się osłabia, choć dane napływające z polskiej gospodarki są dobre. Dlaczego?
– Złoty jest słabszy, to może pozornie dziwić – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Przyczyną osłabienia walut rynków wschodzących jest wzrost zainteresowania dolarem.
Stopa bezrobocia wyniosła we wrześniu 6,9 proc. W stosunku do ubiegłego miesiąca oznacza to spadek o 0,1 pkt. proc. – wynika z szacunków resortu rodziny, pracy i polityki społecznej. We wrześniu 2016 roku stopa bezrobocia wynosiła 8,3 proc.
Rynek pracownika jest faktem, co potwierdza nie tylko malejąca liczba bezrobotnych, ale także systematycznie rosnąca liczba nieobsadzonych miejsc pracy. Obecny stan jest wyzwaniem nie tylko dla pracodawców, ale także dla wielu instytucji, szczególnie urzędów pracy, których zakres zadań powinien zostać dostosowany do nowych wyzwań.
Pracodawcy od początku roku zwracali uwagę na potrzebę zmiany polityki aktywnych form przeciwdziałania bezrobociu. Jednym z najważniejszych postulatów o jakich mówimy jest aktywizacja osób, które są poza rynkiem pracy tj. kobiet, niepełnosprawnych, czy długotrwale bezrobotnych. Pozytywnie oceniamy słowa minister Rafalskiej podkreślające potrzebę powrotu tych grup na rynek pracy. Dlatego obecnie musimy przejść do fazy realizacji tych postulatów, a głównym partnerem dla pracodawców powinny być właśnie urzędy pracy.
Do najważniejszych zadań jakich oczekują pracodawcy od urzędów należy aktywne wsparcie w dotarciu do potencjalnych pracowników. Firmy potrzebują pomocy, szczególnie formalnej, w zatrudnieniu pracowników zza granicy. Jest to obecnie najszybszy sposób obsadzenia wakatów przez osoby posiadające kwalifikacje.
Drugi obszar to kształcenie ustawiczne i doszkalanie, szczególnie ze środków Krajowego Fundusz Szkoleniowego. Niestety, w planach wydatkowania na 2018 środki na KFS są mniejsze o 93 mln zł czyli aż o 47%. Jest to szczególnie ważne, gdyż partnerzy społeczni w uchwale Rady Dialogu Społecznego zgodzili się, że środki na KFS powinny systematycznie rosnąć do 6% wartości Funduszu Pracy w 2020 r. W przyszłym roku będą wynosić tylko 1,3%.
Trzecim obszarem, gdzie zaangażowanie urzędów pracy jest ważne dla firm to rozwój doradztwa zawodowego. Dzięki wsparciu urzędów pracy osoby długotrwale pozostające poza rynkiem pracy mogłyby korzystać ze wszystkich dedykowanych im instrumentów.
Skuteczność realizacji powyższych działań zależy od zasobów kadrowych urzędów pracy. Niestety, plany na przyszły rok przewidują ograniczenie wydatków na wynagrodzenia. Problemem są braki kadrowe w urzędach pracy, które dostaną ponad 47 mln zł mniej w 2018 r.
Komentarz Jakuba Gontarka z departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan
Nowelizacja ustawy Prawo farmaceutyczne, która weszła w życie 25 czerwca br., zwana potocznie „apteką dla aptekarza” (AdA), wprowadziła najbardziej przeregulowany i restrykcyjny model rynku aptecznego, niespotykany w rozwiniętych krajach Zachodu, zabetonowała rynek aptek i zaczyna wpływać na spadek ich liczby oraz wzrost cen leków. Nie przyniosła natomiast żadnego z efektów, zapisanych w projekcie nowelizacji.
Przyjęta 25 czerwca nowelizacja Prawa farmaceutycznego wprowadziła w Polsce model apteczny poczwórnie zamknięty. Z typowego europejskiego systemu otwartego (wg raportu UOKiK z 2015 r.) zmieniła go w jeden z najostrzejszych, najbardziej restrykcyjnych systemów zamkniętych w Europie, w którym łącznie obowiązują restrykcyjne ograniczenia właścicielskie (apteka dla aptekarza), ilościowe (maksymalnie cztery apteki oraz regulacja „1%”), geograficzne i demograficzne (bez żadnych wyjątków, takich jak szpitale, dworce czy centra handlowe, co jest standardem w krajach, gdzie takie ograniczenia obowiązują) oraz zakaz reklamy aptek, który w praktyce jest zakazem jakiejkolwiek komunikacji apteki i farmaceuty z pacjentami.
Po 25 czerwca br. właścicielem apteki może zostać jedynie farmaceuta posiadający jednocześnie prawo wykonywania zawodu (a więc nie każdy farmaceuta). Dodatkowo wprowadzono maksymalnie limit czterech aptek dla jednego farmaceuty, spełniającego wymogi ustawy. Oznacza to, że możliwość nabycia lub otwarcia apteki przysługiwać będzie jedynie wąskiej grupie członków korporacji zawodowej, wobec blisko 40 mln Polaków, którzy mogli być dotychczas właścicielami aptek. Ustawa zastopuje również możliwość rozwoju polskim przedsiębiorcom, niebędącym farmaceutami, gdyż zamyka im drogę do rozwoju firm. Przedsiębiorcy tacy mogą aptekę jedynie stracić, a nowej nie będą już w stanie otworzyć. Na nowe restrykcje własnościowe nakłada się stara regulacja, mówiąca o tym, że przedsiębiorca, posiadający powyżej 1 proc. ogólnej liczby aptek w danym województwie nie może otrzymać zezwolenia na otwarcie nowej apteki, co w dzisiejszym stanie prawnym stało się zapisem kuriozalnym.
25 czerwca wprowadzono także regulacje demograficzno-geograficzne polegające na tym, że nową aptekę można uruchomić jedynie wtedy, gdy na nową placówkę przypadnie co najmniej 3 tys. mieszkańców, a żadna inna apteka nie znajduje się bliżej niż 500 m. Regulacje te praktycznie uniemożliwiają otwieranie w największych polskich miastach nowych aptek. Dotyczy to przede wszystkim miejsc najbardziej dogodnych dla pacjentów tj. w centrów miast i miasteczek, szpitali, przychodni, dworców, lotnisk czy centrów handlowych.
– Polski rynek apteczny to dziś twór niespotykany nigdzie w rozwiniętym świecie. Co gorsza, idziemy w kierunku odwrotnym, niż nowoczesny świat – mówi Marcin Piskorski, prezes zarządu Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET. – W rozwiniętych krajach Europy od lat obserwujemy tendencję liberalizowania rynku aptecznego. Wynika to m.in. z faktu, że systemy zamknięte są drogie dla płatnika publicznego i prywatnego. Tworząc bowiem pozbawione ryzyka środowisko biznesowe dla właścicieli aptek, którymi z reguły są w tych systemach członkowie korporacji aptekarskiej, znoszą jakiekolwiek mechanizmy konkurencyjne, co szybko przekłada się na wzrost cen i spadek dostępności – dodaje.
W ostatnich 20 latach doszło do zauważalnego złagodzenia przepisów dotyczących aptek w 15 państwach Europy. Na szczególną uwagę zasługuje zauważalny odwrót od zasady „apteka dla farmaceuty”. W sierpniu br. zrezygnowano z niej np. we Włoszech.
Liczba aptek w dół
– W pracach nad regulacją ostrzegaliśmy, że przyniesie ona spadek liczby aptek, a więc spadek dostępności leków dla pacjentów oraz wzrost cen leków. Pierwsze tego oznaki już się pojawiają – powiedział Marcin Nowacki, wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
Według najnowszych danych Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia we wrześniu liczba aptek w Polsce nieznacznie spadła[1]. Spadek liczby aptek w sierpniu raportował zaś PEX Pharma Sequence. Co ważniejsze, w lipcu do wojewódzkich inspekcji farmaceutycznych złożono tylko jeden (sic!) na całą Polskę wniosek o otwarcie nowej apteki[2], wobec średnio 105 wniosków miesięcznie składanych przed wejściem w życie regulacji[3]. Jeśli dodamy do tego fakt, że średnio w Polsce zamyka się 82 aptek miesięcznie[4], a liczba nowych wniosków dramatycznie spadła, spadek liczby aptek w Polsce rozpocznie się na dobre za ok. 2 – 3 miesiące. W tym czasie inspekcja farmaceutyczna zakończy „przerabiać” zwiększoną liczbę (ok. 500) wniosków[5], które wpłynęły do niej w czerwcu, tuz przed zamknięciem rynku.
– Powyższa sytuacja oznacza zabetonowanie rynku. Ci, którzy apteki mają, modlą się, żeby ich nie stracić z własnej winy lub przyczyn losowych – co już miało miejsce w Poznaniu, gdzie najemca wypowiedział umowę najmu aptece działającej od ponad 50 lat na Starym Mieście. Z powodu kryteriów geograficzno-demograficznych, nie można jej było odtworzyć w nowym lokalu. Na rynek nie wejdą nowi przedsiębiorcy i farmaceuci, gdyż nie przeskoczą zapisów ustawy. Nawet, jeśli posiadają tytuł magistra farmacji, zablokuje ich regulacja geograficzno-demograficzna, chyba, że zdecydują o otwarciu apteki na Pustyni Błędowskiej – dodał Marcin Nowacki.
Ceny w górę
Z danych PEX Pharma Sequence wynika, że w okresie czerwiec – sierpień 2017 ceny leków OTC (bez recepty) wzrosły o 4,1 proc. w stosunku do analogicznego okresu roku 2016, a leków nierefundowanych wydawanych na receptę o rekordowe 6,4 proc. (także w okresie czerwiec – sierpień 2017 w stosunku do analogicznego okresu roku 2016). To niezwykle istotne, gdyż te dwie kategorie stanowią około 60% leków nabywanych przez Polaków w aptece. – Ten wzrost, choć bardzo wysoki, byłby jeszcze wyższy, gdyby nie był amortyzowany zwiększoną liczbą otwarć aptek w połowie roku, związaną ze spodziewanym zabetonowaniem rynku, ale z czasem ten bodziec ulegnie osłabieniu. Pojawią się wtedy lub umocnią lokalne monopole, które wezmą w posiadanie lokalne rynki i będą z tego faktu czerpać pełnymi garściami – dotyczy to zwłaszcza mniejszych miejscowości – powiedziała dr Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.
Należy także zauważyć, że wśród wskazanych wyżej skutków regulacji, przed którymi ostrzegali przedstawiciele organizacji pracodawczych w trakcie prac nad ustawą, nie ma żadnych efektów, dla których ustawa została uchwalona, na które wskazywali jej projektodawcy. Motywacją dla uchwalenia zmian w prawie było zapewnienie powstawiania nowych aptek na terenach słabiej zaludnionych. Jak wskazują dane o liczbie wniosków o wydanie nowych zezwoleń, efekt ten najprawdopodobniej nie zostanie osiągnięty. Niektóre z postulatów twórców nowelizacji były niewykonalne już w chwili ich zapisania. Cel w postaci repolonizacji aptek i wyrwania ich z rąk obcego kapitału od początku brzmiał demagogicznie. Już przed uchwaleniem zmian w prawie, 96% aptek w kraju należało do polskich przedsiębiorców. Teraz mogą oni stracić placówki na rzecz niemieckich aptekarzy, którzy znacznie łatwiej niż ich polscy koledzy po fachu, zbiorą setki tysięcy złotych potrzebnych na zakup apteki.
Najnowsze doniesienia z Katalonii o zawieszeniu dążeń do proklamacji niepodległości przyczyniły się do wyraźnej poprawy nastrojów na madryckiej giełdzie, gdzie na czele indeksu IBEX 35 (2,5 proc.) znalazły się planujące transfer swoich siedzib na mniej ryzykowny teren Banco Sabadell (6,2 proc.) oraz CaixaBank (4,9 proc.). Lekkie przetasowanie sentymentu zapewniły sierpniowe szacunki kanadyjskiego eksportu netto, który wyraźnie zawiódł oczekiwania uczestników rynku (-3,4 mld CAD, konsensus: -2,6 mld CAD). Obecnie koszyk walut G10 zamyka funt szterling (-0,9 proc.) będący chwilowo na fali jastrzębich wzmianek członka Banku Anglii Iana McCafferty’ego.
Dzisiejsza publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia ECB nie przyczyniła się do wyraźnego podbicia zmienności. W minutkach uwagę przede wszystkim zwracano na potencjalne uwagi związane z obawami o ostatnią aprecjację euro, które ograniczyły się do konieczności monitorowania sytuacji na rynku. Potwierdzeniu uległy wcześniejsze przecieki Reutersa o dyskusji nad scenariuszami zmniejszania wielkości programu skupu aktywów. Rada nadal pozostaje dość gołębio nastawiona do przyjętych ram stwierdzając konieczność stymulacji monetarnej gospodarek państw strefy euro.
W danych napływających zza oceanu uwagę zwracały również szacunki sierpniowego deficytu handlowego USA, który uplasował się 0,3 mld poniżej rynkowych oczekiwań (-42,4 mld USD, konsensus: -42,7 mld USD). Na dalszym planie znalazły się rewizja danych dotyczących zamówień fabrycznych oraz cotygodniowy raport z rynku pracy. Według najnowszych wskazań liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych spadła do poziomu 260 tysięcy (poprzednio: 272 tys.).
W trakcie czwartkowych notowań swoje pięć minut mieli bankierzy centralni. John Williams, przedstawiciel Fed z San Francisco, zdecydował się podzielić swoimi najnowszymi prognozami dotyczącymi nie tylko tendencji cenowych, ale również tych obserwowanych na rynku pracy. Jego zdaniem stopa bezrobocia zwiększy odchylenie od poziomu równowagowego NAIRU, bowiem w najbliższych kwartałach uplasuje się ona tuż pod poziomem 4,0 proc. Williams pozostaje optymistycznie nastawiony do osiągnięcia celu inflacyjnego. Dawkę jastrzębich wzmianek zapewnił również Patrick Harker, szef filadelfijskiego oddziału Fed, który nastawia się na kolejną zmianę parametrów w grudniu oraz nadal przewiduje trzy podwyżki stóp w przyszłym roku.
Obecnie sile dolara stara się przeciwstawić japoński jen (0,0 proc.), który próbuje utrzymać kurs USD/JPY przy poziomie 112,80. W cieniu deprecjacji funta znajduje się euro (-0,5 proc.). Na przestrzeni najbliższych godzin eurodolar znajdzie się najprawdopodobniej pod presją retestu poziomu 1,1700. W koszyku Emerging Markets dość dobre nastroje dotyczą rosyjskiego rubla, który zdołał wypracować ruch na poziomie 0,3 proc. Listę walut państw rozwijających się zamyka złoty notujący osłabienie rzędu 0,5 proc. Nieco mniej pokaźną zniżkę mają za sobą czeska korona (-0,3 proc.), węgierski forint (-0,4 proc.) czy południowoafrykański rand (-0,4 proc.). Na koniec dnia EUR/PLN wraca nad poziom 4,3000, USD/PLN przebija 3,6730, GBP/PLN stabilizuje się przy 4,8250, a CHF/PLN jest kwotowany po 3,7530.
Z optymistycznych nastrojów na Starym Kontynencie wyłamali się inwestorzy we Frankfurcie, którzy zdołali utrzymać indeks DAX (0,0 proc.) tuż przy poziomach z wczorajszego zamknięcia. Na niemieckiej giełdzie najbardziej euforycznymi nastrojami mogły popisać się spółki z sektora bankowego – Deutsche Bank (2,4 proc.) oraz Commerzbank (2,2 proc.). Potencjalny ruch ku wyższym poziomom najsilniej hamował Infineon (-1,9 proc.) za sprawą noty analitycznej Bankhaus Metzler, gdzie zmieniono rekomendację na „trzymaj” z ceną docelową na poziomie 21 EUR (obecnie: 21,60 EUR).
Na Wyspach dawkę optymizmu próbowały zaszczepić spółki z sektora wydobywczego, którym przewodził Anglo American (3,0 proc.) niesiony zmianą rekomendacji przez HSBC do „kupuj” z ceną docelową na poziomie 16,30 GBP (obecnie: 14,70 GBP). Zwyżkę giganta przebił Merlin (3,4 proc.) przebijający się przez średnią z ostatnich 50 notowań. Na dnie indeksu FTSE 100 (0,5 proc.) znalazła się Aviva (-1,7 proc.) informująca o planach nabycia pakietu większościowego spółki Wealthify – obecnie nie poinformowano o potencjalnej kwocie transakcji.
Wzmianki Andrzeja Adamczyka, ministra infrastruktury i budownictwa, dotyczące porzucenia koncepcji zwiększenia opłaty paliwowej istotnie przyczyniły się do poprawy nastrojów w rodzimym sektorze paliwowym. Zwyżkę Orlenu (1,8 proc.) oraz Lotosu (3,1 proc.) przebił KGHM (5,2 proc.) niesiony fenomenalnymi nastrojami na rynku miedzi (3,0 proc.). Jedną z najsilniej ciążących spółek indeksu WIG 20 (0,8 proc.) było Orange Polska (-1,5 proc.) po doniesieniach w sprawie utraty 35,1 tys. klientów na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy. Miano najsilniej przecenionych walorów głównego indeksu warszawskiej giełdy zyskało CCC (-3,0 proc.) wprowadzające do obrotu dodatkowe 2 mln akcji zwykłych.
Na rynku surowców nieco mniej spektakularną zwyżkę notuje ropa. Na koniec dnia baryłka West Texas Intermediate (1,7 proc.) wraca w okolice poziomu 50,80 USD przy 2,0 proc. ruchu Brent w okolice 57,00 USD. Dość dobrymi nastrojami mogą pochwalić się metale szlachetne. Dzisiejszej zwyżce srebra (0,5 proc.) przeciwstawia się złoto (-0,2 proc.), które notuje skromny ruch w okolice poziomu 1 272,60 USD. Relatywnie blisko poziomów z wczorajszego zamknięcia znajduje się gaz ziemny (0,1 proc.) stabilizujący swoją cenę przy poziomie 2,950 USD/MMBtu.
Oliver Durix objął stanowisko nowego Dyrektora Generalnego Bouygues Immobilier Polska, przejmując odpowiedzialność za segment nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych firmy. Jednym z jego kluczowych celów będzie dalsza konsolidacja działalności spółki, a także rozwój jej potencjału biznesowego.
Olivier Durix posiada szerokie doświadczenie na rynku nieruchomości. Do zespołu Bouygues Immobilier dołączył w 2001 roku. Od tego czasu był stale związany ze spółką przez ponad 15 lat – głównie we Francji oraz ostatnio w Maroku, gdzie pełnił funkcję Dyrektora Generalnego.
W trakcie swojej wieloletniej kariery zawodowej pracował na stanowiskach związanych m.in. z planowaniem inwestycji, zarządzaniem projektami oraz rozwijaniem biznesu. Pełnił także wiele funkcji kierowniczych. W latach 2009-2011 sprawował funkcję dyrektora agencji w mieście Tulon. W 2012 roku objął stanowisko dyrektora regionalnego na Lazurowe Wybrzeże. Następnie, w 2015 roku dołączył do zespołu Bouygues Immobilier Maroko w Casablance, gdzie koordynował działalność firmy jako Dyrektor Generalny.
Jestem bardzo podekscytowany, rozpoczynając pracę z tak utalentowanym zespołem, jakim Bouygues Immobilier dysponuje w Polsce. Na lokalnym rynku nieruchomości mieszkaniowych obserwujemy hossę i duży potencjał związany z planowaniem kolejnych projektów. Polska jest zdecydowanie bardzo ważnym krajem dla całej firmy. Ugruntowana pozycja i szeroka rozpoznawalność naszej spółki jako trzeciego największego dewelopera w Warszawie przekłada się także na możliwości dalszej ekspansji w skali całego kraju – powiedział nowy Dyrektor Generalny.
Głównym celem biznesowym nowego Dyrektora Generalnego jest skonsolidowanie działalności firmy w Polsce. Olivier Durix odpowiedzialny będzie również za zagwarantowanie dalszego długofalowego rozwoju Bouygues Immobilier na rynku warszawskim, jak i poprzez lokalne biura firmy w innych częściach Polski. Nowy Dyrektor Generalny będzie także konsekwentnie dążył do tego, aby otworzyć firmę z nowymi możliwościami rozwoju, zarówno na ryku nieruchomości mieszkaniowych, jak i komercyjnych. Wszystkie powyższe priorytety biznesowe mają zagwarantować stały rozwój spółki deweloperskiej, w oparciu o innowacje
i zrównoważony rozwój.
Jako doświadczony dyrektor i manager, Olivier Durix miał okazję kierować wieloma inwestycjami, które zyskały szerokie uznanie na rynku nieruchomości i zdobyły wiele nagród. Były to m.in. projekt mieszkaniowy Cap Azur, zrealizowany na Lazurowym Wybrzeżu w pobliżu Monako, wielokrotnie wyróżniany za swoją innowacyjność. Do ważnych i przełomowych inwestycji należało także osiedle mieszkaniowe Font Pré w Tulon. Projekt ten spełnia wymogi zrównoważonego budownictwa i zlokalizowany jest na terenie byłego szpitala.
Olivier Durix ma 43 lata. Z wykształcenia jest prawnikiem. Jest absolwentem Uniwersytetu w Montpellier. Wolny czas spędza w gronie rodzinnym, zwiedzając z dziećmi Warszawę oraz odkrywając najpiękniejsze zakątki Polski. Docenia również szeroką ofertę kulturalną naszego kraju, szczególnie operę. Na przedstawienia i wydarzenia kulturalne bardzo chętnie udaje się również w towarzystwie przyjaciół i współpracowników.
Polska jest szóstym największym producentem owoców i warzyw w UE oraz zajmuje czołowe miejsce w produkcji przetworów owocowo-warzywnych. Jednym z motorów napędowych rozwoju polskiego przetwórstwa owoców i warzyw jest rosnący eksport.
Podczas konferencji prasowej z udziałem Mateusza Morawieckiego, Wicepremiera, Ministra Rozwoju i Finansów, PKO Bank Polski zaprezentował raport „Przetwórstwo owoców i warzyw. Znaczenie w przemyśle spożywczym i rozwój sektora w Polsce”. Jak oceniają eksperci Banku znaczenie polskiego sektora przetwórstwa owocowo-warzywnego dynamicznie wzrasta. Motorem jego rozwoju jest powiększająca się baza surowcowa oraz rosnąca sprzedaż na eksport. Polska jest największym w UE eksporterem zagęszczonego soku jabłkowego, owoców mrożonych i drugim największym eksporterem przetworzonych grzybów. Rosnąca wiedza o odpowiednim przygotowaniu owoców i warzyw do długotrwałego transportu sprawia, że polskie firmy coraz chętniej eksportują świeże owoce, co pozwala im zdobywać nawet tak odległe rynki jak chiński.
– Polskie przedsiębiorstwa powinny być silne we wszystkich branżach, ale musimy też mieć swoje specjalności – jedną z nich jest przemysł rolno-spożywczy, w tym sadownictwo. Nasze owoce są znane na wielu rynkach. Musimy tę pozycję umacniać i rozszerzać. Rozwój firm, także małych i średnich, nie jest możliwy bez eksportu. Polska musi prowadzić przedsiębiorczą ekspansję – nie tylko do krajów UE, ale również na perspektywiczne, rozwijające się rynki. Chcemy by nasza żywność zajęła na nich czołowe miejsce. Wsparcie państwa – prawne, finansowe czy promocyjne – musi być dopasowane do potrzeb producentów, bo oni już dziś skutecznie konkurują jakością – powiedział wicepremier Mateusz Morawiecki.
– Małe i średnie przedsiębiorstwa są filarem polskiej gospodarki. Cieszy nas fakt, że coraz częściej myśląc o rozwoju, przedsiębiorcy doceniają potencjał rynków zagranicznych. Dzięki rosnącemu eksportowi przetworów owocowych i warzywnych, rośnie znaczenie tego sektora dla krajowej gospodarki. PKO Bank Polski wspiera wysiłek polskich firm pomagając im rozwijać się zarówno w kraju, jak i za granicą – powiedział Rafał Antczak, Wiceprezes Zarządu PKO Banku Polskiego.
Sektor przetwórstwa owoców i warzyw coraz ważniejszą częścią gospodarki
Szybkie tempo wzrostu wartości sprzedanej sektora przetwórstwa owocowo-warzywnego na tle branży spożywczej powoduje wzrost znaczenia tej części gospodarki. Czynnikiem rozwoju jest dostęp do szerokiej i stale zwiększającej się bazy surowcowej. M.in. za sprawą rosnącej krajowej konsumpcji mrożonek warzywnych oraz większej sprzedaży na eksport, coraz więcej upraw warzyw prowadzonych jest z przeznaczeniem na przetwórstwo. Więcej surowca dostarcza także sektor owocowy. Polska jest największym w UE i drugim na świecie producentem jabłek, liderem w unijnej produkcji malin, wiśni oraz czarnych porzeczek, a także znaczącym producentem truskawek i warzyw gruntowych. W latach 2011-2016 produkcja owoców w Polsce wzrosła o 36%, głównie za sprawą zwiększenia produkcji jabłek aż o 46%.
Wzrasta eksport
Eksport jest głównym kanałem zbytu dla branży przetwórstwa owocowo-warzywnego. W 2016 r. na rynki zagraniczne trafiło odpowiednio 80% i 54% krajowej produkcji przetworów owocowych i warzywnych.
Głównym rynkiem zbytu są kraje Unii Europejskiej. Z danych Eurostatu wynika, że w 2016 r. na rynek UE trafiło 76% eksportu mrożonych warzyw z Polski, 79% mrożonych owoców i 91% zagęszczonego soku jabłkowego. Powoli nasycający się rynek unijny stwarza jednak konieczność pozyskiwania rynków poza UE. Negatywny wpływ na polski eksport, szczególnie owoców i warzyw mrożonych, miało rosyjskie embargo wprowadzone w sierpniu 2014 r. Jednak jego skutki zostały już zniwelowane, a eksport polskich przetworów owocowych i warzywnych przewyższa już poziom roku 2014.
Cydr bez akcyzy
Rosyjskie embargo zamknęło możliwość eksportu jabłek na wschód. Sadownicy i producenci napojów znaleźli sposób na zagospodarowanie nadwyżki owoców. Zaczęto produkować cydr, który został dobrze przyjęty przez Polaków. Pewne ograniczenia w rozwoju tego rynku związane są z akcyzą, którą cydr także został obłożony. Dziś w zależności od stężenia alkoholu w cydrze stawka akcyzy wynosi 97 lub 158 zł za hektolitr gotowego napoju. Dodatkowo jest też obowiązek banderolowania takich napojów. Ministerstwo Finansów proponuje zerową stawkę, czyli w zasadzie rezygnację z akcyzy na cydr i dodatkowo zwolnienie z obowiązku banderolowania. Podobne rozwiązania już teraz obowiązują w wielu krajach UE (Bułgaria, Chorwacja, Cypr, Hiszpania, Luksemburg, Portugalia, Rumunia, Słowenia i Włochy). Chociaż w księgowym rozrachunku oznacza to mniejsze wpływy budżetowe z tytułu akcyzy rzędu 11-20 mln zł rocznie, to jednocześnie powoduje obniżenie cen detalicznych o ok. 10%, a przez to ułatwienie nie tylko dla konsumentów, ale też, poprzez obniżenie kosztów, dla rozwoju przedsiębiorczości.
Do grona kluczowych partnerów programu akceleracyjnego Bridge to MassChallenge Warsaw dołączyła Visa, światowy lider płatności cyfrowych. Razem z PKO Bankiem Polskim – głównym partnerem programu, Visa będzie wspierać akcelerację najlepszych startupów z regionu CEE.
Obecność tak poważnego partnera jak Visa staje się dodatkowym atutem dla uczestnictwa w Bridge to MassChallenge Warsaw – pilotażowej dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej odsłonie globalnego programu akceleracyjnego.
– Obecnie innowacje pojawiają się z dużą częstotliwością, a potencjalnie każda z nich może znacząco wpłynąć na branżę finansową. Tempo i mnogość zmian spowodowały, że otworzyliśmy nasz system i udostępniliśmy API wybranych rozwiązań w ramach platformy Visa Developer, która umożliwia deweloperom detalistów, instytucji finansowych, firm technologicznych i startupów, swobodny dostęp do szeregu najpopularniejszych rozwiązań płatniczych Visa. Blisko współpracujemy też z partnerami poprzez Centra Innowacji Visa nad rozwojem rozwiązań płatniczych, jak najlepiej odpowiadających potrzebom konsumentów. Jako firma, dla której innowacje są jednym z fundamentów, staramy się być wszędzie tam, gdzie pojawia się szansa na przełom – dlatego zaangażowaliśmy się w projekt Bridge to MassChallenge Warsaw – mówi Jakub Kiwior, dyrektor ds. rozwoju biznesu i marketingu w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, Visa.
Visa dołączyła do głównego partnera programu – PKO Banku Polskiego, niekwestionowanego lidera polskiego sektora bankowego i największego banku w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Razem, w ramach programu Bridge to MassChallenge Warsaw, będą wspierać najlepsze startupy w regionie.
Kogo szuka Bridge to MassChallenge Warsaw?
Bridge to MassChallenge Warsaw to pilotażowa edycja programu MassChallenge dla dojrzałych startupów z Europy Środkowo-Wschodniej, które mają już za sobą doświadczenie w kreowaniu produktu i jego sprzedaży, a obecnie chcą zrobić kolejny krok i zaistnieć na rynkach zagranicznych. Program kierowany jest do startupów, których rozwiązanie oparte jest na ciekawej technologii lub które działają w nowym, intersującym modelu biznesowym – niezależnie od sektora. Orientacyjna „górna” granica wyznaczona dla uczestników, to roczne przychody nieprzekraczające 2 milionów dolarów i zebrane finansowanie, oparte o udziały nieprzekraczające
1 miliona dolarów.
Wraz z dołączeniem do programu nowego partnera, termin naboru wyznaczono na 6 listopada. 25 finalistów Bridge to MassChallenge Warsaw weźmie udział w 4-dniowym bootcampie w Warszawie. W trakcie warsztatów, przy wsparciu mentorów m.in. z USA i Izraela, stawią oni czoła wyzwaniom związanym z przechodzeniem od startupu do scaleupu, ocenią perspektywiczność swoich klientów i efektywność zasobów niezbędnych do wyskalowania biznesu.
Najlepsza dziesiątka poleci na 4-dniowy bootcamp do Bostonu. Tam przedsiębiorcy z Europy Środkowo-Wschodniej będą mieli szansę odbycia serii bezpośrednich spotkań z przedstawicielami globalnych firm, potencjalnymi inwestorami i partnerami biznesowymi.
Wsparcie gigantów fintech
Obecność w programie takich partnerów jak największy bank w regionie czy globalny system płatniczy, to bez wątpienia szansa dla fintechowych startupów. Ale to nie wszystko – program otwiera także startupom drzwi do współpracy z wieloma firmami z innych sektorów gospodarki, które wykorzystują technologię: od blockchain, przez AI, po VR czy robotykę. Zarówno PKO Bank Polski, jak i Visa poszukują w regionie CEE innowacji, które będą miały zastosowanie we współpracy z partnerami biznesowymi.
Startupy mogą zatem spodziewać się w programie wsparcia międzynarodowych ekspertów, zarówno tych od technologii, jak i od biznesu, pozyskania know-how w zakresie wchodzenia na nowe rynki, ekspozycji na zagraniczne ekosystemy innowacji i przede wszystkim możliwości nawiązania bezpośredniej współpracy biznesowej z dużymi korporacjami – jako potencjalny partner biznesowy lub klient.
Zarówno Visa, jak i PKO Bank Polski mocno akcentują w swoich strategiach otwarcie na nowe rozwiązania technologiczne i od dłuższego czasu przyglądają się startupom. Tylko w tym roku PKO Bank Polski zainwestował w fintechowy startup ZenCard, oferujący platformę umożliwiającą wirtualizację kart lojalnościowych i rozpoczął testy innowacyjnych rozwiązań, takich jak np. cyfrowy długopis dostarczony przez startup IC Solutions.
– MassChallenge jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych na świecie akceleratorów dla startupów. Chcemy wykorzystać jego potencjał, przyciągnąć do Polski najlepsze startupy z regionu Europy Środkowo-Wschodniej i otworzyć możliwości na międzynarodową ekspansję dla najlepszych pomysłów. PKO Bank Polski jest największym bankiem w regionie, który dodatkowo szeroko otwiera się na innowacje. Liczymy, że wśród startupów aplikujących do programu znajdziemy i takie, z którymi będziemy mogli podjąć bezpośrednią współpracę – powiedział Szymon Wałach, dyrektor pionu klienta detalicznego w PKO Banku Polskim.
Udział Visa i PKO Banku Polskiego to również dowód na to, że nasz region zaczyna wyrastać na poważny rynek innowacji technologicznych, który przyciąga startupy z innych krajów.
– Przede wszystkim jesteśmy największym krajem w regionie CEE, który korzysta z dofinansowania w ramach funduszy strukturalnych – wyjaśnia Paweł Bochniarz, prezes Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej. – Dzięki programom Narodowego Centrum Badań i Rozwoju Polskiego Funduszu Rozwoju czy Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości w przeciągu dwóch lat polski rynek funduszy Venture Capital będzie najbardziej rozwiniętym rynkiem w tej części świata. Polska jest największym rynkiem w regionie CEE, mówimy tu zarówno o rynku konsumenckim, jak i finansowym czy energetycznym. Startupy, które chcą się internacjonalizować, mają duże pole do zagospodarowania, a jednocześnie Polska może być dla nich mostem do państw Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych – dodaje.
Warto wspomnieć, że w 2015 i 2016 łączna wartość inwestycji VC wyniosła w Polsce blisko 478 milionów złotych.
Beata Hryniewska objęła stanowisko Starszego Dyrektora Działu Powierzchni Przemysłowo-Logistycznych międzynarodowej firmy doradczej CBRE. Beata będzie odpowiadać za budowanie i utrzymywanie relacji biznesowych oraz koordynację pracy całego zespołu do spraw wynajmu powierzchni magazynowych działającego w ramach struktury Advisory & Transaction Services.
Beata będzie kierować projektami doradczymi i reprezentacji najemców na terenie całego kraju oraz udzielać wsparcia transakcyjnego na poziomie krajowym. W swojej pracy będzie się koncentrować na zwiększaniu wartości aktywów oraz konkurencyjności bezpieczeństwa klientów na każdym etapie projektów magazynowych i przemysłowych prowadzonych w Polsce. Beata specjalizuje się w prowadzeniu kompleksowych projektów typu “build to suit”, doradza klientom zarówno w transakcjach najmu jak i przy nabywaniu nieruchomości przemysłowych lub projektach typu greenfield.
Beata wraca do Działu Wynajmu Powierzchni Przemysłowo-Logistycznych CBRE, gdzie pracowała już w latach 2012-2015. Z branżą nieruchomości komercyjnych jest związana od kilkunastu lat, posiada wieloletnie doświadczenie we współpracy z najemcami z różnych branż. Wcześniej pracowała jako Business Development Director w Hillwood Polska, a także przez ponad 6 lat pełniła funkcję Dyrektora Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych w firmie Jones Lang LaSalle. Beata posiada licencję pośrednika w obrocie nieruchomościami i jest członkiem Royal Institution of Chartered Surveyors (RICS).
Dział Powierzchni Przemysłowo-Logistycznych CBRE Polska to obecnie 24 ekspertów, kilka linii biznesowych i dwa serwisy zagraniczne dedykowane japońskim i koreańskim klientom. Do końca roku dział powiększy się o kolejnych pracowników.
Zagraniczni inwestorzy przyjechali do Warszawy, żeby przyjrzeć się najciekawszym polskim start-upom wyróżnionym przez Prezydenta. – Polskie specjalizacje, czyli branże najbardziej popularne wśród naszych startupów to internet rzeczy, big data, analityka, life science – wskazuje Julia Krysztofiak-Szopa, prezes fundacji Startup Poland.
– Chcemy otworzyć polskie startupy na myślenie globalne – mówi w rozmowie z MarketNews24 Julia Krysztofiak-Szopa, prezes fundacji Startup Poland. – Według raportu Startup Poland polskie startupy tylko w 50 proc. eksportują. To znaczy, że 50 proc. radzi sobie świetnie na rynkach zagranicznych, ale druga połowa nie może przekroczyć mentalnej bariery i nie sięga po zagranicznego klienta, a rynki zagraniczne są dużo większe niż rynek rodzimy – dodaje.
Żeby to zmienić, tegoroczna edycja Startupów w Pałacu odbyła się pod hasłem „global”. To wydarzenie organizowane wspólnie przez Prezydenta oraz fundację Startup Poland. W tym roku zostali na nie zaproszeni również goście z zagranicy, w tym fundusze venture capital, które być może zainteresują się polskimi pomysłami.
– Polskie specjalizacje, czyli branże najbardziej popularne wśród naszych start-upów to internet rzeczy, big data, analityka, life science – wskazuje Julia Krysztofiak-Szopa.
Do firmy doradczej CBRE dołączył Przemysław Łachmaniuk, który objął stanowisko Dyrektora w Dziale Rynków Kapitałowych. Przemek będzie odpowiedzialny za reprezentowanie właścicieli oraz funduszy inwestycyjnych przy transakcjach zakupu i sprzedaży nieruchomości, wsparcie biznesowe działu oraz aktywny rozwój biznesu.
Dział Rynków Kapitałowych CBRE ma na swoim koncie imponujące osiągnięcia, W 2017 r. doradzał w najważniejszych transakcjach inwestycyjnych w Polsce takich jak: sprzedaż portfela centrów outletowych w Warszawie, Gdańsku i Sosnowcu, czy też zakup budynku biurowego Proximo w Warszawie.
Przemysław Łachmaniuk
Przemek Łachmaniuk wraca do działu Rynku Kapitałowych CBRE, gdzie pracował już w latach 2005-2010. Ma ponad 12 lat doświadczenia w prowadzeniu i obsłudze transakcji. Przez ostatnie 2 lata pracował jako Menedżer ds. Transakcji (Transaction Manager) w Deutsche Asset Management, gdzie był odpowiedzialny za identyfikowanie inwestycji, ich analizę, zarządzanie transakcjami oraz ich podpisywanie. Wcześniej podobną rolę pełnił w PKO TFI i IVG (obecnie: Triuva). W trakcie swojej dotychczasowej kariery Przemek Łachmaniuk odpowiadał za zakup lub sprzedaż wielu, dobrze znanych obiektów biurowych i handlowych takich jak Alchemia I, Stary Browar, Le Palais, Pałac Młodziejowskiego, Norway House, Royal Trakt Offices, Feniks, N21, Ujazdowskie 10, Horizon Plaza, portfel centrów outletowych Fashion House czy centrum handlowe Wola Park.
Przemek jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie i Sheffield Hallam University. Jest także członkiem Royal Institution of Chartered Surveyors (RICS).
W przyszłym tygodniu obędzie się bez fajerwerków. W pierwszy dzień sesji w Kanadzie oraz Stanach Zjednoczonych jest dzień wolny, czyli zmienność będzie poniżej średniej. Pierwsze dane napłyną do nas dopiero 10-tego października, poznamy niemiecki oraz brytyjski bilans handlowy. Z kolei najciekawszym dniem tygodnia powinna być środa. Zostaną opublikowane dane w Australii, a co ważniejsze o godzinie 20:00 poznamy protokół z posiedzenia FOMC, który z pewnością przełoży się na zmienność rynkową. W czwartek będziemy mieli przerwę. Piątkowej nocy poznamy raport z Australii o stabilności finansowej. Tego samego dnia poznamy dane z Państwa Środka (kluczowe dla notowań surowców) oraz koszyk danych z amerykańskiej gospodarki.
Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii
Źródło: Admiral Markets
USD – protokół z posiedzenia FOMC oraz inflacja
Protokół publikowany jest 2 tygodnie po każdym spotkaniu FOMC (Federal Open Market Committee). Publikacja odbędzie się 11 października o godzinie 20.00. W tym momencie rynek może zareagować nerwowo, ponieważ protokół może dostarczyć wielu cennych wskazówek co do dalszych planów Komitetu.
Dwa dni później poznamy amerykańską inflację, która przez kilka ostatnich miesięcy jest kluczem do dalszych podwyżek stóp procentowych. Warto przypomnieć, że władze monetarne od 2009 roku walczą z deflacją lub też zbyt małym wzrostem cen, dlatego dana publikacja makroekonomiczna wpływa na rynek. Prognoza inflacji R/R za miesiąc wrzesień ma wynieść 2.2 proc (Bloomberg)., co jest o 0.3 proc. wyższej niż w sierpniu.
Źródło: Bloomberg
Powyższa grafika przedstawia prognozowaną wartość amerykańskiego CPI (linia fioletowa) na tle faktycznych odczytów. Jak widać prognozy są niemalże doskonałe, ale czasami odbiegają od opublikowanej wartości. Jeżeli opublikowana wartość będzie poniżej prognozy, to dolar amerykański powinien zostać wyprzedany.
EURUSD – instrument do obserwacji
Po intensywnych spadkach wyprzedaż EUR na rzecz USD została przyhamowana, kurs wpadł w kilkudniową konsolidację. Czy trend będzie kontynuowany? Na to pytanie odpowie nam spread 10 letnich niemieckich i amerykańskich obligacji.
Spread niemieckich i amerykańskich 10-letnich obligacji
Źródło: Bloomberg
Grafika przedstawia kurs EURUSD (linia biała) na tle spreadu niemieckich i amerykańskich obligacji. Atrakcyjność oprocentowania niemieckich obligacji zmniejsza się w stosunku do USA, co wskazuje na dalszą wyprzedaż kursu walutowego EURUSD.
Spoglądając na wykres dzienny notowań EURUSD mamy przestrzeń do dalszej wyprzedaży. Pierwszym targetem dla sprzedających powinna być strefa popytu 1.65, po czym kurs dalej powinien obsuwać się w okolicę kolejnej strefy 1.15. Jeżeli strona kupująca zechce przetestować siłę niedźwiedzi, to powinni zatrzymać się na silnym oporze 1.825-1.880.
Wyniki ostatniego posiedzenia Federalnego Komitetu Otwartego Rynku doprowadziły do pewnych zaskoczeń. Najbardziej zastanawiający jest deficyt uwagi wokół rozpoczętego procesu ograniczenia sumy bilansowej banku centralnego. Przypomnę, że to właśnie polityka ilościowego luzowania była jednym z głównych koni pociągowych globalnej hossy z ostatnich lat, więc na zasadzie analogii rozpoczęcie ilościowego zacieśniania powinno przynajmniej zostać przez inwestorów dostrzeżone. Tak się jednak nie dzieje.
Wciąż największa uwaga koncentruje się na stopach procentowych. Inwestorzy od wielu miesięcy oczekiwali, że Fed obniży swoje założenia co do skali zacieśnienia polityki monetarnej w kolejnych kwartałach z uwagi na rozczarowujące odczyty inflacji. Tak się jednak nie stało.
Janet Yellen wyraźnie zakomunikowała, że stopy pójdą w górę zgodnie z wcześniej wyrażanymi deklaracjami, mimo niższego od oczekiwań wzrostu cen. Jastrzębi ton amerykańskiego banku centralnego został dostrzeżony głównie na rynku walutowym oraz obligacji. Dolar się umocnił, a rentowności obligacji wzrosły. Zadziwiająco spokojne pozostały przy tym rynki akcyjne, choć tyczy się to głównie parkietów z krajów rozwiniętych.
Indeks MSCI World wciąż pnie się na nowe historyczne maksima przy niskiej zmienności. Jedynie w spektrum rynków wschodzących doszło do korekty notowań. Według szacunków Instytutu Finansów Międzynarodowych przepływy kapitału na rynki wschodzące wyraźnie spadły od czasu posiedzenia Fed. W całym wrześniu napływy środków były najniższe od stycznia i skoncentrowały się na rynku obligacji. Z rynku akcji w poprzednim miesiącu kapitał netto odpłynął w kwocie 2,7 mld dolarów. Nałożyła się na to prezentacja planu obniżenia podatków w USA, co wskrzesiło martwy od dłuższego czasy tzw. „Trump trade”. W połączeniu z ruszeniem giełdy nazwisk na stanowisko nowego szafa Fed kapitał może bardziej faworyzować rynki rozwinięte wobec wschodzących, choć globalne ożywienie wciąż powinno wspierać także rynki wschodzące. Zresztą sesje z tego tygodnia na to wskazują. We wtorek indeks MSCI Emerging Markets zyskał aż 1,3%. W tym kontekście słabsza pozostaje GPW, na której opory bardzo dobrze spełniają swoje zadanie. Ostatnie sesje III kwartału dawały co prawda nadzieję, że spółki średnie mogą przejąć wzrostową pałeczkę od blue chipów, ale w tym tygodniu indeks mWIG40 odbił się od psychologicznego poziomu 5000 pkt., stawiając znak zapytania nad tą hipotezą.
Bayer Service Center Gdańsk (SCG), który obchodzi właśnie swoje 5-lecie, ogłasza dalsze plany związane ze zwiększeniem zakresu obsługiwanych procesów. SGC liczy obecnie ok. 400 pracowników, choć pierwotnie zakładano zatrudnienie 200 i obsługuje oddziały Bayer z ponad 20 państw Europy Środkowo-Wschodniej i Centralnej, m.in. z Niemiec, Rosji, krajów skandynawskich i bałkańskich. Poza księgowością, zespoły specjalistów z gdańskiego Centrum, zlokalizowanego w Olivia Business Centre, zajmują się dziś także zarządzaniem projektami, projektowaniem graficznym czy wsparciem w obszarze transparentności.
– W ciągu 5 lat liczba miejsc pracy oferowanych przez sektor usług dla biznesu podwoiła się, zarówno w Trójmieście, jak i w Polsce. Dynamicznie rozwinęło się także Bayer Service Center Gdańsk – stworzyliśmy kilkaset miejsc pracy, zainwestowaliśmy ponad 1,5 miliona złotych w kształcenie i rozwój pracowników, a 20 osób nauczyło się u nas zarządzać zespołem lub działem. Ale nie zamierzamy na tym poprzestać. Do 2020 roku planujemy zwiększyć liczbę pracowników do ponad 500 osób. Nasz zespół będzie wspierać dodatkowo kluczowe procesy biznesowe z nowych obszarów m.in. zakupów, obsługi klienta, kontrolingu czy usług dla pracowników. Tak jak dzisiaj, pracownicy będą mieli szansę na karierę praktycznie bez ograniczeń – mówi Remigiusz Wojciechowski, dyrektor Bayer Service Center Gdańsk.
W Gdańsku firma Bayer znalazła wszystko, co potrzebne do długoterminowego rozwoju tj. doskonale wykształconych pracowników, wsparcie ze strony instytucji publicznych oraz dostęp do najwyższej jakości powierzchni biurowej i infrastruktury transportowej.
– Strategicznym celem Bayer jest centralizacja usług finansowych, wsparcia biznesu, IT
i zarządzania projektami w celu uelastycznienia procesów, zwiększenia wydajności i wzrostu konkurencyjności, przy utrzymaniu obecnego wysokiego poziomu jakości. Dlatego centra usług wspólnych są istotnym elementem struktury firmy zarówno w skali regionalnej jak i globalnej – powiedział podczas konferencji Marcus Baltzer, prezes Bayer w Polsce.
Trójmiasto jak magnes
Nie tylko Bayer docenił potencjał biznesowy Pomorza. Według raportu ABSL z 2016 r.[1] Trójmiasto jest drugą najlepszą lokalizacją dla nowoczesnych usług biznesowych w Polsce, a na tegorocznym rozdaniu nagród CEE Shared Services and Outsourcing Awards trójmiejska aglomeracja otrzymała tytuł najdynamiczniej rozwijającego się ośrodka, między innymi dzięki 10 projektom inwestycyjnym zrealizowanym w 2016 r. przy udziale Invest in Pomerania.
– Inwestycje w sektorze nowoczesnych usług dla biznesu wspierają rozwój trójmiejskiego rynku. Jesteśmy jedną z najdynamiczniej rozwijających się polskich aglomeracji, a Trójmiasto zajmuje czołowe miejsce w rankingach dotyczących przyjaznych miejsc do życia w Polsce – mówi Wojciech Tyborowski, dyrektor Invest in Pomerania.
Trójmiasto jest doskonałym miejscem do życia, co potwierdzają choćby badania Diagnozy Społecznej[2], według których mieszkańcy Gdyni i Gdańska są najbardziej zadowoleni z miejsca, w którym żyją. To również miejsce do rozwoju biznesu, zwłaszcza w obliczu szybkiego wzrostu zapotrzebowania na obsługę coraz bardziej skomplikowanych procesów biznesowych. Rozwój sektora usług wspólnych jest wynikiem budowania najbardziej efektywnych modeli funkcjonowania korporacji, w ramach których korzystanie z zasobów wewnętrznych przynosi wzrost efektywności. Współczesne usługi dla biznesu oferują wysoko zaawansowane procesy oparte na wiedzy i doświadczeniu. Takie właśnie procesy obsługuje ok. 120 trójmiejskich centrów nowoczesnych usług biznesowych, które zatrudniają ok. 21 000 pracowników. Przewidywane tempo wzrostu zatrudnienia wynosi 20% rocznie, co pozwoli pomorskim centrom osiągnąć do 2025 r. wynik niemal 60 tys. pracowników[3].
Liczne zachęty dla biznesu
Trójmiasto jest bardzo dobrze przygotowane do współpracy z inwestorami od strony infrastruktury biurowej. Oferuje niemal 633 000 m kw. nowoczesnych biur, a kolejne 150 000 m kw. jest w budowie. Takie zasoby pozwalają nowemu inwestorowi lub firmie już działającej na rynku na otwarcie biura w ciągu dwóch do trzech miesięcy.
– Z dumą obserwujemy dynamiczny rozwój firmy Bayer w Olivia Business Centre. Spółka
od pięciu lat intensywnie i z zaangażowaniem współtworzy gospodarczy i osobowy potencjał Gdańska, przyczyniając się istotnie do wzrostu rynkowej konkurencyjności całego naszego regionu – podkreśla Maciej Grabski, Prezes Olivia Business Centre. – Życzymy jej pracownikom i współpracownikom niespożytej energii i dalszych wymiernych sukcesów. Jestem głęboko przekonany, że te będą udziałem całej firmy.
Rozwojowi sektora nowoczesnych usług dla biznesu sprzyja też współpraca pomorskich uczelni z obecnymi w regionie inwestorami. Powstają na nich wyspecjalizowane programy nauczania odpowiadające na potrzeby poszczególnych firm. Tutejsi studenci wyróżniają się też doskonałą znajomością języków obcych, także tych mniej znanych, jak np. skandynawskie czy bałkańskie.
Rynek cenionego pracownika
Rosnąca specjalizacja, innowacyjne technologie i zaawansowane procesy biznesowe zmieniają rynek pracy. W latach 2013-2016 zatrudnienie w trójmiejskim sektorze usług dla biznesu wzrosło o 100%. W ciągu kilku ostatnich lat sprowadziło się tu wiele korporacji, a wachlarz firm o podobnym profilu działalności jest coraz większy, dlatego firmy walczą o przyciągnięcie i utrzymanie pracowników. Panuje coraz silniejszy konsensus dotyczący tego, że mamy obecnie do czynienia z tzw. „rynkiem pracownika”.
– Bayer oferuje pracownikom SCG możliwość rozwoju i kariery w międzynarodowym środowisku, podnoszenie kwalifikacji poprzez uczestnictwo w projektach oraz szkoleniach. Relacje z nimi opieramy na wzajemnym zaufaniu, dlatego m. in. oferujemy elastyczny czas pracy i pracę zdalną. Zatrudniamy także studentów ostatnich lat studiów oraz absolwentów uczelni wyższych.
To możliwość startu zawodowego w globalnej firmie o uznanej marce, pakiet szkoleń, staże, dostęp do najnowszych technologii i szanse rozwoju zawodowego dzięki udziałowi w ciekawych projektach – powiedział Remigiusz Wojciechowski z Bayer SCG.
Firmy działające w sektorze usług dla biznesu mają świadomość, że wynagrodzenia i świadczenia pozapłacowe są tylko jednym z parametrów decydujących o atrakcyjności ich oferty dla przyszłych pracowników. Niemal równie ważne okazuje się bezpieczeństwo zatrudnienia, przyjazna atmosfera w pracy, stabilna sytuacja finansowa firmy.
– Rosnąca specjalizacja i nowoczesne technologie biznesowe zmieniają rynek pracy. Firmy wdrażają coraz to nowsze metody i narzędzia przyciągania i utrzymywania pracowników. Popularne stało się szukanie pracy przez media społecznościowe, a w wielu firmach funkcjonuje program polecający kandydatów przez już zatrudnionych pracowników – mówi Agata Witczak, dyrektor oddziału i dyrektor ds. personalnych Thomson Reuters w Gdyni.
Polska liderem europejskiego rynku usług dla biznesu
Polska należy do najważniejszych lokalizacji usług biznesowych na świecie. Inwestorzy, zwłaszcza europejscy, biorą pod uwagę istotne czynniki, na przykład poziom wykształcenia pracowników i ich znajomość języków, stan infrastruktury i bezpieczeństwa prawnego, dostępność powierzchni biurowych, a także kulturę pracy, innowacyjność, a nawet relatywnie niewielką różnicę czasową między biurami centrali a centrum usług. O szybkiej ewolucji rynku usług dla biznesu w Polsce świadczą choćby dane, wskazujące, że ok. 85 proc. centrów obsługuje dziś bardziej złożone procesy niż przed rokiem[4] oraz rosnące zatrudnienie w tzw. centrach kompetencji oraz centrach R&D.
[1] Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2016, Raport przygotowany przez
Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL) we współpracy z Baker & McKenzie, JLL i Randstad
[2] Diagnoza Społeczna 2015, Warunki i jakość życia Polaków – Raport, redakcja Janusz Czapiński i Tomasz Panek
[3] Dane Invest in Pomerania
[4] Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2016, Raport ABSL
Globalne przychody brutto firmy doradczej PwC w minionym roku obrotowym kończącym się 30 czerwca 2017 r. wyniosły rekordowe 37,7 mld dol., co oznacza wzrost o 7% w stosunku do poprzedniego roku. Największą dynamikę zanotował region Europy Środkowo-Wschodniej (13%). Polskie spółki PwC w tym samym okresie osiągnęły dwucyfrowy wzrost przychodów, który wyniósł 12,5%.
„PwC jest jedną z najsilniejszych marek na rynku, co w połączeniu z wiedzą i doświadczeniem naszych ekspertów oraz reputacją zapewnia nam coroczny dynamiczny wzrost. Dodatkowo, kontynuujemy strategiczne przejęcia kluczowych spółek – w minionym roku obrotowym PwC przejęło na świecie w sumie 19 podmiotów, wzmacniając kompetencje m.in. w zakresie nowych technologii i innowacji oraz cyberbezpieczeństwa” – mówi Bob Moritz, prezes PricewaterhouseCoopers International Ltd.
Łączne globalne przychody PwC w minionym roku obrotowym wyniosły 37,7 mld dol., co stanowi wzrost o 7% w porównaniu do poprzedniego roku. Największą dynamikę zanotował region Europy Środkowo-Wschodniej (13%). W Europie Zachodniej wzrost wyniósł 4%. Natomiast Spółki PwC w Polsce w roku obrotowym kończącym się 30 czerwca 2017 r. zwiększyły przychody o 12,5% w porównaniu z poprzednim analogicznym okresem. Firma posiada 8 biur regionalnych: w Warszawie, Łodzi, Gdańsku, Poznaniu, Wrocławiu, Katowicach, Krakowie i Rzeszowie. Dodatkowo działa także Centrum Kompetencyjne PwC w Gdańsku oraz dwa Service Delivery Center w Katowicach i Opolu.
„W ciągu roku polskie spółki PwC zwiększyły zatrudnienie prawie o 1 000 osób. W sumie zatrudniamy już 4 500 pracowników. Stale wzmacniamy też nasze kompetencje – zarówno w zakresie transformacji cyfrowej, jak i strategii biznesowej. Dbamy o to, by nasze działania miały jak największe znaczenie dla społeczeństwa: edukujemy rynek w zakresie podatków i etyki w biznesie, wspieramy innowacyjny ekosystem, promujemy jakość w polskiej gospodarce. Naszym celem jest budowanie społecznego zaufania i rozwiązywanie kluczowych problemów” – mówi Adam Krasoń, prezes zarządu PwC Polska.
W XI edycji Rankingu Firm Doradztwa Podatkowego organizowanego przez dziennik „Rzeczpospolita” PwC zostało nagrodzone za edukację podatkową. Doceniono wkład firmy w cykl publikacji podnoszących świadomość w tematach takich jak: luka VAT, ulgi podatkowe i świadczenia rodzinne, podatki pracownicze, podatek od nieruchomości.
Fundacja PwC wraz z zespołem PwC Drone Powered Solutions w sierpniu br. zorganizowała oblot dronami, w celu zebrania szczegółowych danych na obszarze dotkniętym nawałnicami, wykorzystując zaawansowaną analitykę obrazową i fotogrametrię. Pozyskane w ten sposób dane z bezzałogowych statków powietrznych pozwoliły na stworzenie dokładnego modelu terenu i zostały przekazane władzom gmin. Mogą pomóc nie tylko w precyzyjnej ocenie strat, ale także w procesie wyceny wysokości odszkodowań.
Liczba pracowników PwC na świecie zwiększyła się do 236 tys. z 223 tys., przede wszystkim w Azji (14%) i Europie Środkowo-Wschodniej (13%). Spółki PwC i ich pracownicy wpłacili ok. 64 mln dol. na działania społeczne.
W 2016 roku w fabrykach ulokowanych w Polsce wyprodukowano 554,6 tys. samochodów osobowych, a łączna wartość produkcji sprzedanej szeroko rozumianego przemysłu motoryzacyjnego wyniosła ponad 150 mld zł, co oznacza wzrost o 10 proc. r/r. Branża motoryzacyjna odpowiada już za 3,8 proc. całkowitej wartości dodanej brutto wytwarzanej w polskiej gospodarce. Motoryzacja i sektory z nią powiązane tworzą blisko 1,1 mln miejsc pracy. Trudno przecenić także rolę tej branży w polskim handlu zagranicznym, dynamicznie rośnie zarówno import, jak i eksport produktów przemysłu motoryzacyjnego. Firmy związane z branżą motoryzacyjną są również istotnym płatnikiem do budżetu państwa – odpowiadają za 24,4 mld zł rocznych wpływów do sektora finansów publicznych – wynika z najnowszego raportu KPMG przygotowanego z inicjatywy Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Branża motoryzacyjna od lat stanowi jeden z filarów polskiej gospodarki. Po kilku latach od kryzysu finansowego i okresu niższego popytu na głównych rynkach eksportowych polski przemysł i handel motoryzacyjny systematycznie umacniają się.
Jak wskazują wyniki prezentowane w raporcie, branża motoryzacyjna odpowiada za 3,8 proc. całkowitej wartości dodanej brutto wytwarzanej przez krajową gospodarkę. Dodatkowo sektory powiązane z motoryzacją, tj. usługi finansowe i biznesowe, transport drogowy, produkcja i handel paliwami oraz infrastruktura drogowa, generują łącznie 58,2 mld zł wartości dodanej, przekładającej się na kolejne 3,5 proc. wartości dodanej brutto w gospodarce ogółem – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Wzrost produkcji sprzedanej przemysłu motoryzacyjnego w Polsce
Od dwóch lat rośnie liczba aut zjeżdżających z taśm montażowych zlokalizowanych w Polsce. W 2016 roku w fabrykach w Polsce wyprodukowano 554,6 tys. samochodów osobowych, a dane z pierwszego półrocza bieżącego roku pozwalają przypuszczać, że w tym roku granica 600 tys. sztuk może zostać przekroczona. W kategorii pojazdów dostawczych i ciężarowych wyprodukowano w 2016 roku 122 tys. pojazdów – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Łącznie wartość produkcji sprzedanej szeroko rozumianego przemysłu motoryzacyjnego wyniosła ok. 152,7 mld zł w 2016 roku, co oznacza wzrost o 10 proc. r/r.
Wzrost produkcji jest przede wszystkim wynikiem dobrej sytuacji na głównych rynkach eksportowych, na które trafia znaczna część produkcji z Polski. Istotną rolę odgrywa także szybko rosnąca wartość produkcji części i akcesoriów motoryzacyjnych. Nie zmienia to faktu, że do wyników przemysłu motoryzacyjnego z 2008 roku, gdy wyprodukowano blisko 1 milion pojazdów wciąż daleko. Pomimo więc rosnącej liczby montowanych pojazdów, Polska znajduje się za Czechami i Słowacją – liderami w Europie Środkowo-Wschodniej pod względem produkcji pojazdów samochodowych – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.
Import samochodów używanych dużym wyzwaniem dla branży
Polski rynek nowych samochodów systematycznie odnotowuje wzrosty sprzedaży. W 2016 roku zarejestrowano 416,1 tys. nowych samochodów osobowych (wzrost 17 proc. r/r). Dobra koniunktura panuje także w segmencie samochodów użytkowych (dostawcze, ciężarowe i autobusy), których łącznie w 2016 roku zarejestrowano 88,4 tys. sztuk (o 14 proc. więcej niż w 2015 roku). Dane z 2017 roku wskazują, że tendencja wzrostowa powinna się utrzymać, w przypadku rejestracji nowych samochodów osobowych liczba rejestracji do końca br. może przekroczyć 450 tys. sztuk. Pomimo systematycznych wzrostów wolumenu sprzedaży nowych aut, to wciąż ponad dwukrotnie większy jest import samochodów używanych do Polski. W 2016 roku Polacy sprowadzili 1,038 mln używanych aut osobowych, z czego większość było starszych niż 10 lat. Co istotne, import aut używanych w 2016 roku wzrósł o ok. 30% w porównaniu z rokiem poprzednim.
Branża motoryzacyjna istotnym pracodawcą w Polsce
Dynamiczny rozwój sektora motoryzacyjnego znajduje odzwierciedlenie w tworzonych miejscach pracy.
Branża motoryzacyjna w dużym stopniu przyczynia się do utrzymania 436,7 tys. miejsc pracy w polskiej gospodarce. Przekłada się to także na zatrudnienie w sektorach powiązanych z motoryzacją, które wynosi kolejne 654 tys. osób. Pracownicy zatrudnieni w sektorze motoryzacyjnym otrzymują łącznie 23,9 mld zł wynagrodzeń brutto rocznie, zaś pracujący w sektorach powiązanych – 29 mld zł brutto rocznie – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Kluczowa rola motoryzacji w polskim handlu zagranicznym
W 2016 roku odnotowano wzrost zarówno importu, jak i eksportu towarów motoryzacyjnych. Całkowita wartość importu oscylowała na poziomie 96,5 mld zł, co oznacza, że była o 19% wyższa w stosunku do poprzedniego roku. Osiągnięcie takiego wyniku, było możliwe za sprawą większego importu głównie w kategorii samochodów osobowych (28,2 mld zł), a także części i akcesoriów (50,8 mld zł). Z kolei eksport produktów przemysłu motoryzacyjnego z Polski w 2016 roku wzrósł o 13% i wyniósł 133,5 mld zł. Najważniejszą kategorią eksportowanych produktów były samochody osobowe (30 mld zł) oraz części i akcesoria (86 mld zł). Istotne znaczenie odegrał również eksport samochodów użytkowych (14,3 mld zł). Branża motoryzacyjna źródłem 24,4 mld zł rocznych wpływów do budżetu państwa
Obszary przemysłu i handlu, a także usług motoryzacyjnych odpowiadają bezpośrednio za 24,4 mld zł rocznych wpływów do sektora finansów publicznych (włączając ubezpieczenia społeczne i zdrowotne). Jak wynika z analiz KPMG do największego źródła tych przychodów należy zaliczyć podatek od towarów i usług. W 2016 roku całkowita wartość VAT należnego wynikająca z działalności branży motoryzacyjnej wyniosła ok. 9,7 mld zł.
W 2016 roku firmy z branży motoryzacyjnej odprowadziły łącznie około 1,7 mld zł podatku dochodowego od osób prawnych. Należny podatek od dochodów osób fizycznych uzyskanych w 2016 roku wyniósł około 1,4 mld zł. Z miejscami pracy w branży motoryzacyjnej wiąże się także 9,2 mld zł składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne opłacanych przez pracodawców i pracowników, które także można traktować jako dochód sektora finansów publicznych. Ważnym źródłem wpływów budżetowych jest również podatek akcyzowy, związany ze sprzedażą samochodów, który odpowiadał za 2,4 mld zł wpływów budżetowych – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.
Ponad 2,7 tys. producentów wyrobów motoryzacyjnych w Polsce
Polski rynek współtworzy ponad 2,7 tys. zarejestrowanych producentów wyrobów motoryzacyjnych, jednak poza nimi występuje przynajmniej 115 średnich i dużych firm wyspecjalizowanych w produkcji motoryzacyjnej, które podlegają klasyfikacji w obrębie różnych branż. Większość z nich, bo aż 77 proc. to mikroprzedsiębiorstwa, które w momencie rejestracji szacują zatrudnienie na nieprzekraczające 9 osób.
Jak wynika z raportu KPMG, przeciętne miesięczne wynagrodzenie w przemyśle motoryzacyjnym utrzymuje od kilku lat tendencję wzrostową. W 2016 roku wyniosło 4 669 zł brutto, a więc o ponad 600 zł więcej niż średnia dla całego sektora przetwórstwa przemysłowego i o ponad 400 zł więcej niż przeciętne wynagrodzenie w Polsce na koniec 2016 roku.
Polski przemysł motoryzacyjny napędzany przez inwestycje zagraniczne
Coraz lepsza kondycja sektora motoryzacyjnego w Polsce jest skutkiem bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Jak wynika z badania, w ostatnim czasie kilku istotnych producentów wyszło z inicjatywą utworzenia lub powiększenia już istniejących zakładów na terenie Polski.
W 2016 roku nakłady inwestycyjne właścicieli fabryk motoryzacyjnych stanowiły 15,4 proc. nakładów przemysłu motoryzacyjnego. Tymczasem produkcja pojazdów samochodowych, części, akcesoriów oraz przyczep i naczep stanowi jeden z najbardziej innowacyjnych sektorów przemysłowych. Jego łączne nakłady na działalność innowacyjną w 2015 roku wyniosły 3,4 mld zł, co stanowiło ponad 16 proc. nakładów całego przemysłu przetwórczego na ten cel.
W całym 2015 roku do wąsko rozumianego przemysłu motoryzacyjnego (PKD 29) napłynęły inwestycje zagraniczne o wartości 4,1 mld zł – o 17,4 proc. więcej niż w roku poprzednim (3,5 mld zł). Udział sektora motoryzacyjnego w bezpośrednich inwestycjach zagranicznych w sektorze przetwórstwa przemysłowego wynosił aż 35 proc. Biorąc pod uwagę wspomniane wyżej projekty, tendencja wzrostowa bezpośrednich inwestycji zagranicznych powinna zostać podtrzymana – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.
Rosnąca pozycja firm leasingowych oraz wzrost popularności CFM
W 2016 roku firmy leasingowe sfinansowały zakup 193,8 tys. samochodów osobowych i aż 78 tys. pojazdów użytkowych. Całościowo rynek leasingu wyceniono na 30 proc. więcej niż w 2015 roku. Ponadto odnotowano wzrost roli kompleksowych usług CFM, a w sektorze usług leasingowych oraz CFM zatrudnionych było w 2016 roku 13,5 tys. osób.
Dynamicznie rozwija się rynek Car Fleet Management – w 2016 roku firmy CFM zarządzały łącznie flotą 170 tys. samochodów osobowych. Szacujemy, że działalność leasingowa związana z pojazdami samochodowymi oraz CFM i inne formy wynajmu lub dzierżawy pojazdów przyczyniają się bezpośrednio do utrzymania 13,5 tys. miejsc pracy. Ponadto działalność opisanych firm generuje wartość dodaną brutto rzędu 3,6 mld zł rocznie – podsumowuje Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
O RAPORCIE:
„Stan branży motoryzacyjnej oraz jej rola w polskiej gospodarce” to raport KPMG w Polsce, który powstał z inicjatywy Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. Analiza obejmuje dwa sektory polskiej gospodarki tworzące branżę motoryzacyjną: przemysł motoryzacyjny oraz handel i usługi motoryzacyjne. Dodatkowo uwzględniono sektory i segmenty powiązane na różne sposoby z motoryzacją: usługi finansowe i biznesowe związane z handlem samochodami, produkcję i sprzedaż paliw samochodowych, transport drogowy i infrastrukturę drogową. Publikacja obejmuje także analizę gospodarczego znaczenia branży motoryzacyjnej i powiązanych z nią sektorów. W raporcie wykorzystano dane uzyskane od instytucji statystycznych (głównie GUS i Eurostat), firm badawczych (EMIS) oraz innych podmiotów (głównie PZPM, NBP, Ministerstwo Finansów).
Amerykański dolar wyrównał wcześniejsze straty wobec swoich rywali po tym, jak wskaźnik aktywności w sektorze usług w USA był znacznie lepszy niż oczekiwano. Indeks ISM dla usług za wrzesień wyniósł 59,8 pkt., podczas gdy prognozowano 55,5 pkt. (w sierpniu wskaźnik był na poziomie 55,3 pkt.). To sugeruje siłę amerykańskiej gospodarki i zwiększa szanse na jeszcze jedną w tym roku podwyżkę stóp procentowych przez Fed. Mimo silniejszego dolara złotówka trzyma się całkiem dobrze, zyskując do innych walut. Na środowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej – zgodnie z oczekiwaniami – nie zmieniła stóp procentowych. Ze stanowiska RPP oraz wypowiedzi Adama Glapińskiego, prezesa NBP, wynika, że do końca 2018 r. polskie stopy mogą pozostać niepodwyższone.
Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do głównych walut: do euro (+0,2%), brytyjskiego funta (+0,4%), dolara kanadyjskiego (+0,17%), dolara australijskiego (+0,57%) oraz japońskiego jena (+0,31%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,175, GBP/USD – 1,323, USD/CAD – 1,248, AUD/USD – 0,782 i USD/JPY – 112,8. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,1%) i kurs EUR/JPY wynosi poniżej 132,6, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,888. Złotówka zyskuje do głównych walut. W czwartek rano dolar kosztuje 3,66 zł, euro – 4,3 zł, funt – ponad 4,84 zł, a frank szwajcarski – 3,75 zł.
Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru zielonego i czerwonego.
W środę londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,01%, frankfurcki indeks DAX wzrósł o 0,53%, a paryski indeks CAC 40 stracił o 0,08%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,12%, meksykański indeks Bolsa obniżył się o 0,1%, a brazylijski indeks Bovespa spadł o 0,22%. W czwartek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 0,01%.
Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej trzeci dzień z rzędu idą w dół. W środę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 55,8 USD (-0,36%), a ropy WTI – 49,98 USD (-0,88%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostała na poziomie 57 USD. Po wcześniejszych wzrostach spada także cena złota. W czwartek rano uncję metalu rynek wycenia na 1274 USD. To 3 USD mniej (-0,23%) niż dobę wcześniej.
Firmy coraz częściej korzystają z usług podwykonawców – informatyków, prawników, księgowych oraz innych specjalistów. W takich sytuacjach nie da się uniknąć przekazania danych osobowych na zewnątrz, czyli powierzenia ich przetwarzania, zarówno realnie, jak i wirtualnie. Aby ten proces był zgodny z prawem konieczne jest zawarcie umowy pomiędzy administratorem danych a podmiotem je przyjmującym.
Nowe obowiązki dla procesora
Aktualnie wszelkie umowy ramowe konstruowane są w taki sposób, by przede wszystkim chronić interesy dostawcy usługi, a nie klienta. Podwykonawcy w celu ograniczenia swoich wydatków nierzadko lekceważą istotę tego procesu i nie zapewniają należytej kontroli nad tym kto, kiedy i do czego ma dostęp w trakcie wykonywania zlecenia. Do tej pory umowa z podmiotem przetwarzającym dane osobowe w imieniu administratora musiała być zawierana w formie pisemnej. Niedługo się to zmieni.
Zgodnie z motywem 81 RODO przetwarzanie danych przez procesora powinno być regulowane umową lub innym instrumentem prawnym, który będzie wiązał podmiot przetwarzający i administratora. Określony zostanie wówczas przedmiot, czas trwania, charakter i cel przetwarzania, rodzaj danych osobowych oraz kategorie osób, których dane dotyczą oraz obowiązki i prawa administratora – mówi adw. Marcin Zadrożny Fundacja Wiedza To bezpieczeństwo.
Unijne rozporządzenie dodatkowo wskazuje, że nie będzie można powierzać dalej przetwarzanych danych osobowych bez zgody ich administratora. W przypadku ogólnej pisemnej zgody firma, której powierzono dane, będzie miała obowiązek poinformować ich właściciela o wszelkich zamierzonych zmianach dotyczących nowych podmiotów.
Podmiot przetwarzający zobowiązany będzie do zapewnienia wystarczających gwarancji wdrożenia odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych, by przetwarzanie spełniło wymagania rozporządzenia i chroniło prawa osób, których dane dotyczą. Co istotne, administrator danych będzie mógł korzystać tylko i wyłącznie z takich podmiotów świadczących usługi, które dają takie gwarancje. – mówi adw. Marcin Zadrożny Fundacja Wiedza To bezpieczeństwo.
Kwestia odpowiedzialności
Podczas powierzania danych najistotniejszym aspektem jest ich zabezpieczenie. Odpowiedzialność za nadzór nad podwykonawcami spoczywa przede wszystkim na osobie, która z ich usług korzysta. Czy to w przypadku usługi kadrowo-płacowej, czy powierzania danych w środowisku wirtualnym, np. korzystając z popularnej chmury.
Administratorzy danych mogą oczekiwać od dostawców oprogramowania, żeby ich produkty spełniały wymagania RODO. Całkowitej odpowiedzialności administrator nigdy nie przeniesie na dostawcę technologii, ale wykorzystanie chmury przenosi jej część na dostawcę usługi, a samemu administratorowi w znaczący sposób ułatwia życie. Zamiast śledzenia mechanizmów zabezpieczających, wymaganych przez poszczególne standardy lub regulacje osobno, najlepsza praktyka polega na zidentyfikowaniu całego zbioru mechanizmów i funkcji zabezpieczających zapewniających, spełnienie wymagań prawnych. Dlatego zamiast dokonywania oceny poszczególnych technologii i rozwiązań pod kątem spełnienia wymagań tak kompleksowej regulacji jak RODO, lepszym podejściem może być oparcie się na platformie – na przykład obejmującej Windows, Microsoft SQL Server, SharePoint, Exchange, Office 365, Azure i Dynamics 365 – celem łatwiejszego zapewnienia zgodności nie tylko z RODO, ale również spełnienia innych ważnych wymagań – dodaje Michał Jaworski, Dyrektor ds. Strategii Technologicznej w polskim oddziale Microsoft.
Rozporządzenie wyraźnie podkreśla, że jeżeli procesor naruszy przepisy RODO przy określaniu celów i sposobu przetwarzania, zostanie potraktowany tak jak ich administrator – podmiot, który przekazał dane. Dlatego wszystkie przedsiębiorstwa powinny dokładnie zinwentaryzować przypadki powierzenia danych i porównać je z nowymi regulacjami wprowadzanymi przez unijne rozporządzenie. Jeżeli okaże się, że umowy nie spełniają wszystkich norm, powinny zostać zaaneksowane.
Udostępnianie danych dotyczy prozaicznych codziennych czynności, jaką jest m.in. korzystanie z usług firm kurierskich, którym przekazujemy dane osobowe – dane, tak naprawdę niezbędne do zawarcia i realizacji umowy przewozu. Przewoźnik , któremu udostępniono dane w celu wykonania przewozu jest ich administratorem – odpowiada za bezpieczeństwo takich danych, sprawuje nad nimi pełną kontrolę, przetwarza je zgodnie z celem w jakim zostały udostępnione. W przypadku DHL Express zgodnie z wymogami ustawy o ochronie danych osobowych i innych aktów wykonawczych stosowane są liczne środki techniczne i organizacyjne mające na celu zapewnienie ochrony udostępnionych danych – wskazuje Piotr Kozak, Security Manager, DHL Express (Poland) Sp. z o.o., Security Department – International
Podmioty przetwarzające dane osobowe usługowo, np. biura księgowe czy call center, powinny szczególnie przyłożyć się do analizy nowego prawa, gdyż nakłada na nie sporo nowych obowiązków.
Laser-Med S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, otrzymała informację od spółki One More Level S.A., z którą planuje połączenie, że podmiot ten otrzyma dofinansowanie w wysokości 1,9 mln zł w ramach konkursu GameINN organizowanego przez NCBiR.
Złożony przez One More Level S.A. wniosek o dotację na realizację projektu o nazwie „Symulator warunków panujących na Marsie jako narzędzie dydaktyczne oraz deweloperskie” w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020, Działanie 1.2, prowadzonego przez NCBiR – GameINN, został oceniony pozytywnie i zakwalifikowany do dofinansowania. Całkowita wartość kosztów kwalifikowanych tego projektu wynosi ponad 3.026 tys. zł, a kwota rekomendowanej dotacji sięga 1.901 tys. zł i jest równa kwocie wnioskowanej przez One More Level S.A. Przyznane dofinansowanie wpłynie pozytywnie na dalszy rozwój Spółki po przeprowadzonym połączeniu oraz na jej wyniki finansowe.
„Informację o przyznaniu dofinansowania Spółce One More Level S.A. przyjęliśmy z dużym entuzjazmem. Konkurencja była niezwykle mocna, a One More Level uplasowało się bardzo wysoko na liście rankingowej, co utwierdza nas w przekonaniu, że planowany projekt ma bardzo duży potencjał, a przyznane środki pomogą w jego realizacji. Otrzymanie dofinansowania będzie miało również duże znaczenie dla dalszego rozwoju połączonych spółek oraz wyników finansowych.” – komentuje January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki Laser-Med S.A.
„Z wielką radością przyjęliśmy wyniki konkursu GameINN, które są dla nas niezwykle pozytywne. W tym momencie jest jeszcze za wcześnie by zdradzać szczegóły naszego nowego projektu. Nasza główna uwaga skupiona jest przede wszystkim na grze „God’s Trigger”, która jest najważniejszą premierą dla Spółki w 2018 roku.” – dodaje Iwona Cygan, Członek Zarządu Spółki One More Level S.A.
We wrześniu br. Spółka Laser-Med S.A. podpisała plan połączenia ze Spółką One More Level S.A. Planowane połączenie ma nastąpić w drodze przejęcia przez Spółkę Laser-Med S.A. Spółki One More Level S.A. poprzez przeniesienie całego majątku One More Level S.A. na Laser-Med S.A. w zamian za nowo emitowane akcje. Po połączeniu Spółka zmieni nazwę na One More Level S.A. i będzie zajmowała się produkcją gier komputerowych. Najważniejszym celem planowanego połączenia obu spółek jest zbudowanie mocnego podmiotu działającego w branży gier komputerowych, który efektywnie wykorzysta potencjał obu podmiotów, m.in. notowanie Laser-Med S.A. na rynku NewConnect oraz bardzo dobre perspektywy dla sprzedaży gry „God’s Trigger”, której producentem jest One More Level S.A., a wydawcą jest firma Techland.
One More Level S.A. zaprezentowała w sierpniu 2017 r. podczas branżowych targów swoją najnowszą produkcję – grę „God’s Trigger”. Jej premiera została zaplanowana na początek 2018 roku. Gra będzie dostępna na platformach PC, PS4 oraz Xbox One. Wydawcą tej produkcji na całym świecie jest firma Techland. Gra „God’s Trigger” należy do gatunku gier top-down shooter i została bardzo dobrze oceniona na branżowych targach Gamescom otrzymując nagrodę w kategorii: Best Puzzle / Skill Game oraz będąc nominowaną w kategorii: Gamescom award for best booth.
Według badań aż 55 proc. Polaków deklaruje, otwartość na nowinki technologiczne w zakresie płatności i aktywnie z nich korzysta. Potwierdzaniem tego jest duża popularność płatności zbliżeniowych w naszym kraju. Zawsze byliśmy w tym zakresie pionierem, a dziś już 64,4 proc. transakcji kartami to płatności zbliżeniowe. Nie byłoby to możliwe, gdyby Polacy nie uznawali płatności bezgotówkowych nie tylko za wygodniejsze, ale i za bezpieczniejsze niż gotówkowe – uważają eksperci akcji „Warto bezgotówkowo”.
Karty zbliżeniowe pojawiły się w Polsce, jako w jednym z pierwszych krajów na świecie, w 2008 roku. Dziś mamy ich już 29,4 mln., a płatności nimi stanowią aż 64,4 proc. wszystkich transakcji kartami. W tym zakresie wyprzedziliśmy inne nacje – również te z większymi niż nasz sektorami bankowymi – które dopiero teraz nadrabiają do nas dystans. Na przykład w Wielkiej Brytanii która stanowi jeden z najważniejszych rynków kartowych w Europie płatności zbliżeniowe w czerwcu br. stanowiły tylko 34 proc. wszystkich płatności kartami, choć karty takie zadebiutowały tam rok wcześniej niż w Polsce.
– 46 proc. Polaków uważa, że gdyby od jutra nie było możliwości płacenia gotówką, a jedynie kartą zbliżeniową, to byłoby to dla nich wygodne. Karty zbliżeniowe osiągnęły w naszym kraju ogromny sukces, co przyczyniło się do zmiany przyzwyczajeń i szybkiego wzrostu segmentu płatności bezgotówkowych. A to jeszcze nie koniec wzrostu, bo wciąż spora liczba Polaków nie ma konta w banku lub karty z funkcja zbliżeniową – mówi Włodzimierz Kiciński, Przewodniczący Koalicji na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności.
Jesteśmy gotowi na nowoczesność
W badaniu przeprowadzonym przez ING, aż 40 proc. Polaków zadeklarowało, że gdyby to zależało od nich, to już dziś płaciliby tylko bezgotówkowo. Okazuje się, że w Europie jesteśmy na trzecim miejscu, a więc w czołówce jeśli chodzi o rezygnację z gotówki. Jeszcze bardziej nastawieni na bezgotówkowe płatności są tylko Włosi i Turcy. Mniejszą od nas chęć na zmiany w tym kierunku przejawiają Brytyjczycy, Niemcy, Czesi, Hiszpanie, a nawet mieszkańcy Stanów Zjednoczonych.
– Na razie tylko 8 proc. Polaków stwierdza, że chciałoby, aby już dziś z gotówka została wycofana z obrotu. Dla wielu z nas jest to jeszcze trudne do wyobrażenia. Jednak kolejne lata przyniosą ekspansje płatności bezgotówkowych w obszarach, gdzie wcześniej był z tym problem. Szerokie wprowadzenie takich płatności, na przykład w urzędach i administracji spowoduje, że scenariusz rezygnacji z gotówki stanie się bardziej realny – mówi Dariusz Marcjasz, Wiceprezes Zarządu KIR.
Po bezgotówkowej stronie mocy
Ostatnie lata upłynęły pod znakiem popularyzacji wszystkich bezgotówkowych form rozliczeń. Jeszcze w 2009 roku aż 64 proc. Polaków jako ulubiony sposób płatności wskazywało gotówkę, płatność kartą wybierało 36 proc. 7 lat później tendencja się odwróciła i płatność kartą preferuje 61 proc. badanych, a gotówką już tylko 39 proc. Podobne zmiany dotknęły sposobu płacenia za rachunki. W roku 2009 opłacało je gotówką 72 proc. badanych, podczas gdy bezgotówkowo robiło to 28 proc. Obecnie 57 proc. wybiera formy bezgotówkowe, a 43 proc. gotówkę.
Jednym z elementów który wpłynęły na te zmiany, jest mocne poczucie Polaków, że rozliczenia bezgotówkowe są bardziej bezpiecznie – za takie uważa je 65 proc. z nas, podczas gdy płatności gotówkowe 55 proc. W Europie trend jest odwrotny i większym zaufaniem cieszy się gotówka (59 proc. vs 55 proc.).
– Ogromnym sukcesem banków i instytucji finansowych jest to, że odsetek Polaków określających płatności bezgotówkowe jako bezpieczne jest wyższy niż w przypadku gotówki. Dowodzi to, że bezgotówkową gospodarkę budujemy na bardzo mocnym fundamencie jakim jest zaufanie. W Europie tylko Hiszpanie mają większe zaufanie do płatności bezgotówkowych – podkreśla dr Przemysław Barbrich ze Związku Banków Polskich, ekspert akcji „Warto Bezgotówkowo”.
Z każdym dniem jest coraz gorzej, jeśli chodzi o zmienność na rynkach finansowych. Handel został zamknięty w wąskich zakresach konsolidacji, a inwestorom brak jest przekonania, by pchnąć handel w którymkolwiek kierunku. USD czeka na raport z rynku pracy, EUR ma jeszcze pole do korekty, a GBP wyczerpał wrześniowy optymizm i jest w punkcie zwrotnym. Widzimy miejsce do dalszej przeceny AUD po słabych danych o sprzedaży detalicznej. Złoty jest stabilny, choć przypomniana wczoraj bierność RPP jest balastem.
Mało co jest w stanie obecnie ruszyć rynkiem, więc pozostajemy zamknięci w wąskich konsolidacjach. Nawet 12-letni szczyt indeksu ISM dla usług z USA, czy w miarę solidny raport ADP są ignorowane. Dane z USA są obarczone skazą wpływu huraganów i paradoksalnie szum statystyczny działa w obie strony. Gorsze dane będą bagatelizowane, gdyż będą odzwierciedlać szkody po huraganach; natomiast lepsze mają być oznaką rozpoczętych prac rekonstrukcyjnych, bądź zafałszowanej ekstrapolacji (firma ADP zbiera swoje dane od klientów, którzy odpowiadają tylko za 1/5 miejsc pracy w gospodarce). Nic nie jest do końca pewne, co prowadzi do bezczynności jako najlepszej strategii.
Pomimo tego dane z USA wyglądają lepiej niż dobrze, więc nie ma powodów, by porzucać optymizm, który został przytargany z końca września. Potrzeba tylko świeżego, wymownego impulsu. Dzisiejsze dane takiego jednak nie dostarczą. Bilans handlowy, wnioski o zasiłek dla bezrobotnych i zamówienia przemysłowe to nie są pozycje, które podnoszą temperaturę na rynkach. Spośród członków Fed usłyszymy do Powella, Williamsa, Harkera i George. Inwestorzy najbardziej byliby zainteresowani poglądami Powella, który wysuwa się na czele w wyścigu o zastąpienie Yellen na fotelu prezesa Fed, jednak jego przemówienia ma dotyczyć rynku papierów skarbowych.
EUR/USD utrzymuje nudną konsolidację 1,1730-1,1830. Dziś w kalendarzu mamy minutki z wrześniowego posiedzenia ECB, ale nie należy się spodziewać rewelacji. Od czasu posiedzenia słyszeliśmy wiele komentarzy członków Rady Prezesów ECB, że można być pewnym, że siła EUR była ważnym elementem dyskusji. Dodatkowo w temacie Katalonii sprawy zdają się zmierzać do ogłoszenia niepodległości, który to wniosek zostanie zablokowany przez Madryt i dojdzie do rozpisania regionalnych wyborów. Więcej pytań niż odpowiedzi, co trochę ciąży na kondycji EUR.
W przypadku pozostałych walut, rozczarowujący spadek sprzedaży detalicznej w Australii w nocy mocno uderzył w AUD i pokazuje, że RBA prędko nie dostanie argumentów, by myśleć o podwyżce stopy procentowej. Rynek dotychczas miał bardziej optymistyczne nastawienie, więc rewaluacja będzie ciągnąć AUD w dół. Podobna rewizja dotyczy też funta, gdzie spowolnienie gospodarcze i obawy o Brexit są słabym zapleczem dla zacieśniania monetarnego. Rynek zdaje się już nie być tak pewny jastrzębiego zacięcia BoE, co odbiera siły z wrześniowego rajdu GBP. Sądzimy, że to dopiero początek korekty.
Zgodnie z oczekiwaniami RPP nie zmieniła nic w swoim przekazie. Rada dalej nie widzi zagrożenia przekroczenia celu inflacyjnego i spodziewa się osłabienia inflacji w średnim terminie. Presja płacowa została zbagatelizowana jako wpływ wynagrodzeń w sektorze górniczym zaburzających efekty bazy. Prezes NBP Adam Glapiński nie darował sobie powtórzenia, że jego zdaniem stopy procentowe nie zmienią się do końca przyszłego roku. Na ten moment stanowiska RPP nic nie zmienia dla złotego, ale trzeba pamiętać, że gdy mocniejszy zacznie być wydźwięk zacieśniania monetarnego w czołowych gospodarkach (strefa euro, USA), inwestorzy będą mniej przychylnym okiem patrzeć na rynki, gdzie atrakcyjność odsetkowa jest niska (albo realne oprocentowanie jest ujemne). Będzie to przeciwstawna siła osłabiająca pozytywny wydźwięk z tytułu szybkiego wzrostu gospodarczego.
Sektor usług nowoczesnych rośnie w zawrotnym tempie – nawet 20% rok do roku. Firmy potrzebują więc coraz większej liczby pracowników. Szukają ich już nie tylko wśród studentów, ale także uczniów szkół średnich. Jak wpłynie to na rynek pracy?
Pracownik młody, ale z bogatym doświadczeniem zawodowym, biegle posługujący się językiem obcym – to marzenie wielu pracodawców. Klasy patronackie mogą pomóc je ziścić. Współpraca placówek edukacyjnych z biznesem pozwala uczniom rozpocząć naukę zawodu już na etapie szkoły średniej. Staże, które młodzież odbywa w firmach, przyczyniają się do rozwijania kompetencji niezbędnych w przyszłej pracy.
„Zdecydowaliśmy się otworzyć klasę patronacką w I Liceum Ogólnokształcącym w Opolu. Podczas lekcji uczymy uczniów profesjonalnej obsługi klienta i przekazujemy podstawową wiedzę z branży IT. Stawiamy również na naukę języków obcych. Kształcimy w końcu przyszłych pracowników sektora usług nowoczesnych” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Marcin Nowak, dyrektor centrum operacyjnego Capgemini Poland.
Wykształcenie kierunkowe oraz praktyka ułatwiają młodym ludziom znalezienie pracy. Pozwalają też lepiej poznać własne predyspozycje, co wpływa na bardziej świadome kształtowanie kariery w przyszłości. Uczniowie wiedzą na co powinni położyć nacisk w dalszej edukacji. Jednak klasy patronackie to korzyści nie tylko dla uczniów, ale także dla samych przedsiębiorstw.
Firmy mają możliwość lepszego poznania swoich przyszłych pracowników, co pozwala im łatwiej pozyskiwać ich w procesie rekrutacyjnym. Dzięki przekazaniu młodzieży kluczowych dla danego zawodu umiejętności, wdrożenie nowego pracownika odbywa się szybciej i sprawniej, ponieważ jest on dobrze przygotowany do pracy.
Izba Obrachunkowa Ukrainy podała, że w 1. półroczu br. PKB wyniosło 2,4%. Dochody budżetowe wzrosły o 48,3% w zestawieniu z analogicznym okresem ub. roku. To mają być wyniki walki z korupcją. Jednak ekonomista Łukasz Białek uważa, że ww. wskaźniki poważnie fałszują obraz sytuacji, a „sukcesy” w przywracaniu prawa to kłamstwa. Wymyślono je w celu uzyskania kolejnej transzy kredytu od MFW. Trzeba też wiedzieć, że w latach 2014-2015 PKB spadło łącznie o ponad 16%. Natomiast w 2016 roku wzrosło o ok. 2%, więc nie osiągnęło jeszcze poziomu sprzed 3 lat. Ekspert prognozuje, że na koniec roku wyniesie ono zaledwie 2%. Dlatego rząd powinien ostrzegać naszych przedsiębiorców przed inwestowaniem na Ukrainie. Dalej panuje tam korupcja, a zmiany w mentalności potrwają dziesiątki lat. Polscy przedsiębiorcy w konfrontacji z ukraińskimi nie mają szans, bo tamci w większości nie znają uczciwych zasad.
Jak zauważa Łukasz Białek, wszelkie zmiany w życiu społeczno-gospodarczym i kulturze pracy nie odbywają się na przestrzeni 2-3 lat. Potrzeba na to przynajmniej dekady. Ci, którzy wierzą w postęp Ukrainy, powinni przypomnieć sobie, jak wyglądała polska gospodarka jeszcze na początku lat 90. Zajęło nam bez mała 25 lat, żeby stać się jednym z liczących się członków Unii Europejskiej. W ocenie eksperta, Ukraina nie jest w stanie przejść koniecznych przemian kilkakrotnie szybciej od nas. Wynika to przede wszystkim z powszechnie i głęboko ugruntowanych sposobów myślenia, że tylko w nieuczciwy sposób można dojść do majątku. Inaczej, człowiek będzie skazany na biedę i porażkę. Ci, którzy chcą żyć uczciwie i rozwijać się zawodowo, decydują się na opuszczenie swojej ojczyzny. To dotyczy szczególnie osób ambitnych i zdeterminowanych do tego, żeby zmienić całe swoje otoczenie.
– Rzekome sukcesy na polu walki z korupcją uważam za dalece mijające się z prawdą. Ubolewam nad tym, że szereg komentatorów bije brawo czemuś, co tak naprawdę jest iluzoryczne. W raporcie Transparency International, Indeks Percepcji Korupcji 2016, Ukraina znalazła się na 131. miejscu na 176 pozycji, wraz z Kazachstanem, Nepalem i Iranem. Dla porównania, Polska jest na 29. miejscu. Na temat korupcji wypowiedział się także w tym roku przewodniczący Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker. Podczas szczytu Ukraina-UE wezwał naszych sąsiadów do walki z tym haniebnym zjawiskiem, które niewątpliwie przeszkadza państwu w osiągnięciu norm europejskich – podkreśla Łukasz Białek.
W Globalnym Raporcie Konkurencyjności 2016-2017 Ukraina zajęła 85. miejsce na 138 analizowanych krajów. Wśród największych problemów państwa, oprócz korupcji, wymieniono polityczną niestabilność oraz niską jakość instytucji i rynku finansowego. Gospodarka tego kraju spadła z 79. pozycji, czyli o 6 miejsc. Znalazła się za Namibią – 84. i przed Grecją – 86. W tym rankingu Polska jest z kolei 36. Jak zaznacza Łukasz Białek, wyniki wielu zestawień pokazują, że Ukraina ma przed sobą jeszcze długą drogę do spełnienia standardów obowiązujących w wiodących krajach UE. Jednak wiele grup oligarchów, polityków czy instytucji siłowych, wpływających na system życia gospodarczego na Ukrainie, nie jest tak naprawdę zainteresowanych zmianą sytuacji. To nie byłoby w ich interesie.
– Jak wynika z raportu opublikowanego niedawno w ukraińskiej prasie, prawie trzy czwarte obywateli do 35. roku życia deklaruje, że chciałoby mieć swój biznes w tym kraju. Ale tylko 4% z nich decyduje się rozpocząć jakiekolwiek działania gospodarcze, co jest dość wymowne. I to już powinno być poważną przesłanką dla polskich przedsiębiorców, żeby nie inwestowali na tamtejszym rynku, skoro młodzi i dynamiczni Ukraińcy boją się zakładać u siebie firmy – informuje Łukasz Białek.
Warto wymienić również, że w Indeksie Wolności Gospodarczej 2017 Ukraina spadła ostatnio o 4 pozycje w dół, zajmując 166. miejsce na 180 ocenianych państw. W tej klasyfikacji Polska jest na 45. miejscu. Z kolei, w rankingu Banku Światowego, Doing Business, Ukraina znalazła się na 80. miejscu na 190 krajów. Przedstawicielstwo tej organizacji w Kijowie wyjaśniło, że normy prawne regulujące warunki prowadzenia biznesu w tym kraju nadal zawierają wiele problemowych zapisów. Z kolei prezydent Petro Poroszenko oświadczył, że w 2018 roku władze zamierzają zająć 70. miejsce w ww. raporcie. To jednak wciąż mało interesująca perspektywa dla naszych biznesmenów, zwłaszcza że Polska uplasowała się w tym zestawieniu na 24. pozycji.
– Wielu zagranicznych i lokalnych przedsiębiorców straciło już mnóstwo pieniędzy na ukraińskim rynku. Zachodnie firmy mogły skusić się tym, że średnie miesięczne wynagrodzenie wynosiło tam mniej, niż odpowiednik 1000 zł. Jednak biznesy obcokrajowców w przeszłości były już przejmowane przez oligarchów lub powiązane z nimi firmy, często w przeciągu 12 miesięcy od założenia działalności lub nawet w krótszym okresie. Uważam, że to zagrożenie wciąż jest poważne i w rzeczywistości nie ma podstaw do tego, aby kogokolwiek zachęcać do prowadzenia tam jakichkolwiek interesów – ostrzega Łukasz Białek.
Według ekonomisty, polski rząd powinien bardzo rzetelnie informować nas o prawdziwej sytuacji na Ukrainie. Dzięki temu, mniej przedsiębiorców pozwalałoby sobie na ryzyko utarty zainwestowanych pieniędzy, bo opieraliby się na sprawdzonych i obiektywnych wskaźnikach. Trzeba przedstawiać solidne dane i sprawdzone fakty. Tylko tak można uchronić rodzime firmy przed realnym zagrożeniem. Warto głośno mówić m.in. o tym, że naszym sąsiadom słabo idzie prywatyzacja i zbyt silnie regulują swoją gospodarkę. Świadczy o tym to, że wiosną br. MFW przełożyło na jesień zatwierdzenie wypłaty czwartej transzy kredytu dla Ukrainy. Warunkiem tego jest przyjęcie przez tamtejszy parlament reformy emerytalnej, przyspieszenie prywatyzacji i podjęcie szeregu działań antykorupcyjnych.
– Finansowanie danego kraju ma swoją cenę u kredytodawców. Jest nią liberalizacja regulacji prawnych, a także otwarcie rynku i gospodarki w taki sposób, aby globalne korporacje krajów wysokorozwiniętych mogły na tym skorzystać. Chodzi o stworzenie bezpiecznego i przewidywalnego środowiska do prowadzenia ekspansji gospodarczej i politycznej. W przypadku Ukrainy jest jeszcze aspekt geopolityczny. Z jednej strony pozostaje ona w sferze wpływów Rosji, a z drugiej – UE i USA stale próbują budować tam swoje pozycje. Trudno wykluczyć więc dalszą eskalację konfliktu pomiędzy prozachodnim kierownictwem Ukrainy, a Rosją – tłumaczy Łukasz Białek
Zdaniem eksperta, nie tylko gospodarcze wskaźniki i wprowadzane reformy będą miały znaczenie dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który nie jest odporny na wpływy wielkiego kapitału. Przyznanie kolejnej transzy kredytu będzie również uwarunkowane geopolitycznie, nawet jeśli organizacja nie przyzna się do tego. Niemniej, polski przedsiębiorca powinien być świadomy tego, że Ukraina ewidentnie ma interes w tym, żeby w jak najlepszym świetle prezentować swoją sytuację ekonomiczną i swego rodzaju „dokonania”.
– Ukrainie daleko jest do tego, aby obcokrajowcy pewnie tam inwestowali. Gdyby w bezpośredniej konfrontacji zderzyć tamtejszego przedsiębiorcę i polskiego, to nasz nie miałby żadnych szans, bo ukraińskie firmy w sporej większości raczej nie znają uczciwych działań i często są powiązane z lokalnymi grupami lobbingowymi. Szybko zaczynają kombinować i dawać tzw. łapówki. Dlatego jeszcze długo nie będziemy tam mieli czego szukać. Zagranicznym przedsiębiorstwom trudno byłoby konkurować w tak skrajnych warunkach. I muszą pamiętać o tym, że akurat na Ukrainie miejscowy biznes zawsze będzie bardziej preferowany i lepiej postrzegany – wyjaśnia Łukasz Białek.
Należy też wspomnieć, że hrywna jest obecnie bardzo zdeprecjonowaną walutą, czyli niezmiernie słabą na tle innych. Ponadto na Ukrainie jest bardzo wysoka inflacja. W sierpniu wyniosła 16,2%. Tymczasem, z ekonomicznego punktu widzenia, zdrowy poziom dla gospodarki powinien być na poziomie 1-3%. Z kolei, dług publiczny w stosunku do PKB wyniósł w ostatnim roku 79% i znajduje się w trendzie rosnącym. W 3. kwartale 2017 roku miał wynik 82,4%. W związku z tym, Łukasz Białek prognozuje, że do 2020 roku osiągnie on aż 86%.
– Co więcej, sektor bankowy jest w bardzo złej kondycji. Od 2015 roku drastycznie spada jego rentowność, a globalne saldo działalności generuje stratę. Według różnych szacunków, udział niespłacalnych kredytów jest oceniany na 18% i stale rośnie. Z kolei, poziom zagrożonych kredytów określany jest nawet na 40-50%. Wszystkie wymienione rodzaje ryzyka przekładają się na dość niski poziom bezpośrednich inwestycji zagranicznych. W 2016 roku w sektor niefinansowy zainwestowano zaledwie 1,6 mld dolarów – zaznacza Łukasz Białek.
Gdyby polski przedsiębiorca chciał jednak zainwestować na Ukrainie, to musi sobie zdawać sprawę z tego, że jest to bardzo niepewny rynek. Jak podsumowuje ekspert, prowadzenie tam biznesu wymaga odwagi, silnych powiązań ze służbami siłowymi i politykami, co nie sprzyja transparentności. Oprócz wysokiej korupcji i biurokracji, pozostaje jeszcze kwestia napięcia w relacjach z Rosją. Trudno wyobrazić sobie, aby jakikolwiek polski inwestor chciał prowadzić biznes w kraju, w którym w krótkiej perspektywie czasowej bezpieczeństwo oraz sytuacja polityczna może jeszcze bardziej się zdestabilizować.
W czwartek złoty może znaleźć się pod presją sprzedających, wobec braku wsparcia ze strony Rady Polityki Pieniężnej i realnego zagrożenia umocnienia dolara na świecie.
Dziś rano za euro trzeba było zapłacić 4,3020 zł, a za dolara 3,6605 zł, po tym jak w środę złoty wyraźnie umocnił się do obu tych walut. Z uwagi na brak wiarygodnych przesłanek stojących za tym wczorajszym umocnieniem, w tym braku wsparcia złotego ze strony Rady Polityki Pieniężnej (RPP), rośnie ryzyko jego przeceny w końcówce tygodnia.
Zgodnie z rynkowymi oczekiwaniami RPP nie zmieniła stóp procentowych, pozostawiając główną z nich na rekordowo niskim poziomie 1,50 proc. Jednocześnie Rada, co jest już znacznie ważniejsze, zbagatelizowała wrześniowy wyskok inflacji do 2,2 proc. w relacji rocznej z 1,8 proc. w sierpniu. Jakkolwiek prezes Glapiński przyznał, że inflacja jest obecnie nieznacznie wyższa od prognoz, to jednocześnie podtrzymał oczekiwania jej obniżenia w kolejnych miesiącach i spadku do 1,5 proc. Kolejny raz też powtórzył, że w jego opinii stopy procentowe mogą pozostać na obecnych poziomach do końca 2018 roku.
Brak reakcji Rady na przyspieszenie inflacji i obserwowane już wcześniej znaczące przyspieszenie wzrostu gospodarczego w Polsce nie dziwi, jeżeli uwzględni się znaczącą przewagę jaką w tym gremium mają tzw. gołębie, czyli zwolennicy luźnej polityki monetarnej. W tym miejscu warto dodać, że na przestrzeni ostatnich 2-3 tygodni aż 5 z 10 członków Rady, w tym również prezes Glapiński, sugerowało brak zmian stóp do końca 2018 roku, podczas gdy rynkowy konsensus wskazuje na podwyżkę w ostatnim kwartale przyszłego roku.
Trwanie Rady w dotychczasowych postanowieniach i jednoczesne wysyłanie gołębich sygnałów jest złą wiadomością dla złotego. Zwłaszcza w sytuacji, gdy z innych dużych banków centralnych płyną sygnały dotyczące zaostrzenia polityki monetarnej. Jeszcze w tym roku stopy procentowe powinien podnieść Fed, Bank Anglii, a Europejski Bank Centralny ograniczy prawdopodobnie wartość programu skupu aktywów. To będzie tworzyć naturalną podażową presję na złotym.
Mając powyższe na uwadze, ten brak wsparcia dla złotego ze strony Rady, w kolejnych dniach powinien on znaleźć się pod presją sprzedających. Szczególnie, jeżeli jednocześnie dolar ponownie zacznie zyskiwać na rynkach globalnych, co nie jest wykluczone w kontekście publikowanych w piątek danych z tamtejszego rynku pracy i ewentualnych spekulacji nt. następcy Janet Yellen na fotelu prezesa Fed.
Czwartkowe kalendarium wydarzeń gospodarczych jest dość interesujące i przede wszystkim wydaje się być prodolarowe. Dominują w nim dane z USA i wystąpienia przedstawicieli czołowych banków centralnych. O godzinie 14:30 zostanie opublikowany sierpniowy raport nt. bilansu handlowego USA (prognoza: -42,7 mld USD) i tygodniowe dane nt. wniosków o zasiłek dla bezrobotnych (prognoza: 265 tys.), a o godzinie 16:00 dane o zamówieniach w przemyśle w sierpniu (prognoza: 1 proc. M/M). Wcześniej, bo o 13:30, Europejski Bank Centralny opublikuje zaś protokół ze swojego ostatniego posiedzenia, co jednak nie wywoła emocji.
Publicznie głos zabiorą dziś liczni przedstawiciele Fed. Będzie to William Dudley, John Williams, Patrick Harker, Esther George, a także Jerome Powell, którego szanse na zastąpienie w 2018 roku Janet Yellen na fotelu prezesa Fed w ostatnich dniach wzrosły.
Sytuacja na wykresach polskich par wskazuje obecnie na możliwe wahania EUR/PLN w przedziale 4,29-4,33 zł, a USD/PLN 3,64-3,69 zł. Z tym, że w przypadku dolara taka konsolidacja prawdopodobnie jest wstępem do dalszych wzrostów, dla których celem są okolice 3,82 zł
Według raportu GFK Beauty 2016 aż 44 proc. Polaków chce dobrze wyglądać[i]. Kobietom zależy na dobrym samopoczuciu (65 proc.) oraz zrobieniu dobrego, pierwszego wrażenia (50 proc.), natomiast panowie chcieliby podobać się najbliżej osobie (46 proc.) oraz płci przeciwnej (43 proc.)[ii]. Z badania wynika, że SPA, gabinety kosmetyczne oraz salony urody odwiedza blisko 69 proc. kobiet i 39 proc. mężczyzn. Dodatkowo, rynek medycyny estetycznej w Polsce rozwija się niezwykle dynamicznie. Już w latach 2015 – 2016 można było mówić o wzroście o 10 – 12 proc. rocznie, podczas gdy średnia światowa wynosiła 8,2 proc.[iii]. Jakie zabiegi medycyny estetycznej cieszą się największą popularnością wśród Polek? Kto najchętniej odwiedza specjalistów w tej dziedzinie? Jaka jest cena za piękno przy użyciu nowoczesnych technologii?
Medycyna estetyczna może mieć zastosowanie w trzech obszarach. Po pierwsze pomaga zapobiegać różnego rodzaju defektom, po drugie poprawiać niedoskonałości, a po trzecie leczyć zmiany, które pojawiły się w wyniku przebytej choroby, np. opryszczki czy przebarwień. – Zabiegi medycyny estetycznej cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. Polki, których nie stać na finansowanie zabiegów upiększających (nie tylko medycyny estetycznej, chirurgii plastycznej, ale również stomatologii) coraz częściej sięgają po finansowanie ratalne. W ubiegłym roku, co piąta pożyczka, której udzieliliśmy była przeznaczona na zabieg chirurgii plastycznej lub medycyny estetycznej – mówi Krzysztof Sokalski, prezes Medical Finance Group właściciela marki MediRaty, jedynej instytucji, która finansuje leczenie i zabiegi medyczne oraz oferuje płatności ratalne.
Co można poprawić?
Współczesna medycyna estetyczna odbiega od stereotypowego poglądu o sztucznych, przerysowanych efektach zabiegów. Obecne metody skupiają się na delikatnych korektach. Wypełnianie zmarszczek, za pomocą toksyny botulinowej czy inaczej jadu kiełbasianego lub po prostu botoksu, od wielu lat jest jednym z najbardziej znanych zabiegów kosmetycznych. Polega na wstrzyknięciu pod skórę niewielkiej ilości substancji, w celu wypełnienia zmarszczek. Dzięki swoim właściwościom, botoks blokuje impulsy nerwowe, które prowadzą do skurczy mięśni naszej twarzy, co z kolei powoduje powstawanie zmarszczek. Nowoczesnym sposobem na zmarszczki głębokie jest Surgi Wire. Polega na wprowadzeniu pod skórę cienkiego drucika, wykonanego ze stali nierdzewnej, zrobieniu z niego podskórnej pętli, która ma za zadanie rozluźnić mięsień odpowiadający za daną zmarszczkę. Sam zabieg trwa chwilę, a efekty widać już pierwszego dnia.
Jednym z najbardziej popularnych w ostatnim czasie zabiegów jest regeneracja skóry przy użyciu osocza bogatopłytkowego, wyodrębnianego z krwi pacjenta. Zostaje ono prowadzone pod skórę za pomocą wielu nakłuć, o zróżnicowanej głębokości. Efekt? Pobudzenie tkanek do naturalnej regeneracji, produkcji kolagenu oraz redukcja zmarszczek i niedoskonałości. Do osób pragnących bezinwazyjnie zwiększyć napięcie swojej skóry czy pozbyć się jej nadmiaru, związanego np. z wiekiem czy utratą wagi, kierowany jest lifting. Metody wykonania zabiegu różnią się od siebie wykorzystywaną technologią. Innowacją jest użycie substancji wypełniających, takich jak: kwas hialuronowy czy tkanka tłuszczowa pobierana z organizmu pacjenta. Wcześniejsze, popularne również dzisiaj, metody zakładały użycie fal radiowych, mikroprądów czy ultradźwięków, mających za zadanie stymulowanie mięśni, rozgrzanie tkanek, a tym samym zwiększenia napięcia skóry.
W przypadku, kiedy pacjent potrzebuje usunąć defekty, po przebytych urazach lub opryszczce niezawodnym i sprawdzonym sposobem jest laserowe usuwanie blizn, przebarwień czy rozstępów. Jak to działa? Krótko mówić, impulsy laserowe niszczą tkanki tworzące bliznę lub przebarwienie, jednocześnie pobudzając skórę do wytwarzania zdrowych. Jest to zabieg o tyle komfortowy, że ryzyko powikłań jest niewielkie, ból nieodczuwalny, natomiast efekty trwałe.
Kto korzysta z zabiegów medycyny estetycznej?
Medycyna estetyczna nie jest kwestią zarezerwowaną wyłącznie dla pań. Oczywiście, stanowią one zdecydowaną większość (96 proc.) jednak z zabiegów estetycznych korzystają również panowie. Kliniki medycyny estetycznej najchętniej odwiedzają osoby w wieku 45 – 55 lat. Osoby starsze, od 56 roku życia, stanowią łącznie ponad 1/3 klientów[iv]. Mieszczący się poza tym obszarem 35-latkowie najczęściej decydują się na pielęgnację, delikatne zabiegi odmładzające i ujędrniające. Pacjenci po 45 roku życia skłaniają się ku liftingowi, natomiast ci, którzy ukończyli 50 lat poddają się korekcie rysów twarzy[v]. Aż 77 proc. Polaków rozważa skorzystanie z pomocy medycyny estetycznej, a 23 proc. widzi taką możliwość w przyszłości[vi].
– Sytuacja materialna Polaków poprawia się. Zwiększa się również świadomość dotycząca wyglądu, dlatego rodacy zaczynają inwestować w piękny uśmiech i poprawiać urodę. Najważniejszą kwestią jest odpowiednie dobranie zabiegu i przeprowadzenie go w gabinecie najwyższej klasy. Takie działanie przyniesie pożądany efekt, a jednocześnie będzie bezpieczne dla skóry. Trzeba pamiętać, że każda ingerencja jest wyzwaniem dla organizmu – mówi Krzysztof Sokalski z MediRat.
Piękno kosztuje
Ile jesteśmy w stanie wydać na medycynę estetyczną? Aż 19 proc. z nas deklaruje, że na zabiegi byłaby w stanie przeznaczyć 500 złotych miesięcznie, 14 proc. – 300 złotych, 13 proc. tylko do 100 złotych na miesiąc. Aż ¼ z nas chciałaby, ale nie może sobie pozwolić na wizytę w gabinecie – głównie ze względu na brak wystarczających środków[vii]. Zabiegi medycyny estetycznej nie są tak drogie jak chirurgia plastyczna, niemniej jednak za korekcję powiek trzeba zapłacić około 5 tys. zł a za usunięcie małej blizny ok. 2 tys. zł. Jak je sfinansować? Coraz więcej osób, zarówno w Polsce i na świecie korzysta z płatności ratalnych i wyspecjalizowanych systemów finansowania. Z takiego rozwiązania chętnie korzystają także mieszkańcy krajów bogatszych i bardziej rozwiniętych. Dzięki systemom ratalnym zdecydowanie więcej osób uzyskuje dostęp do najnowocześniejszych rozwiązań medycznych, gdzie wyznacznikiem nie jest status finansowy czy miejsce zamieszkania. – Nasza oferta jest skierowana do indywidualnych klientów, którzy potrzebują wsparcia finansowego w leczeniu, zabiegach chirurgii plastycznej, czy medycyny estetycznej. Udzielamy pożyczek nawet do 50 tys. zł. Oczywiście otrzymanie finansowania wiąże się ze sprawdzeniem zdolności kredytowej, jednak cały proces zamyka się zazwyczaj w ciągu kilku minut. Oferty konstruujemy tak, by były dopasowane zarówno do potrzeb, jak i możliwości finansowych wnioskującego – wyjaśnia Krzysztof Sokalski z MediRaty.
Według zapowiedzi Mateusza Morawieckiego, pracownicze plany kapitałowe mają zacząć obowiązywać od 2019 roku. Niejasne plany wprowadzenia kolejnego systemu oszczędzania na emeryturę w ramach III filara – obok wciąż mało popularnych IKE i IKZE – budzą jednak niepokój pracodawców. System miałby być bowiem obowiązkowy. W związku z tym, że firmy, w których działają pracownicze programy emerytalne mają być zwolnione z konieczności tworzenia PPK, przedsiębiorcy zaczynają interesować się tą formą zabezpieczenia emerytalnego pracowników.
– Wprowadzenie pracowniczych planów kapitałowych już ma pewien wpływ na rynek. Informacja o tym, że mają być PPK spowodowała większe zainteresowanie tematyką emerytalną. Jednak nikt nie wie, jak do końca ma to wyglądać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Łukawska z Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych Esaliens. – Coraz częściej pojawiają się zapytania o utworzenie pracowniczych programów emerytalnych. Rośnie zainteresowanie tą formą grupowego oszczędzania na emeryturę, bo jest to coś, co jest znane, dobrze opisane w ustawie, wiadomo, w jakich realiach prawnych się dzieje i widzę ostatnio dużo więcej zapytań na ten temat.
Rządowy pomysł wprowadzenia pracowniczych planów kapitałowych, w ramach których pracodawca odprowadzałby za pracownika z jego pensji dodatkową składkę emerytalną, wciąż nie jest doprecyzowany. Jeszcze w połowie roku zapowiadano, że nowe przepisy wejdą w życie od stycznia 2018 roku. Obecnie mowa jest o 2019 roku.
Sam zamysł wydaje się celowy – zwłaszcza w obliczu obniżenia wieku emerytalnego, które właśnie nastąpiło. Im wcześniejsze przejście na emeryturę, krótszy czas pracy i dłuższy okres pobierania świadczenia, tym mniej pieniędzy na comiesięczne wypłaty. W perspektywie całkowitej likwidacji i tak szczątkowego już II filara (OFE), na którą zanosi się w przyszłym roku, mógłby to być pomysł na zabezpieczenie finansowe starszych Polaków.
– Jeżeli pod pojęciem oszczędzania na emeryturę rozumielibyśmy tylko tzw. formy ustawowe, czyli pracowniczy program emerytalny, indywidualne konta emerytalne bądź indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego, to około 10 proc. zatrudnionych oszczędza na tego typu produktach. Jest to optymistyczny szacunek, bo są osoby, które mają i IKE, i IKZE, i PPE. Natomiast wiele osób we własnym zakresie oszczędza pieniądze, gromadzi oszczędności, pewnie także z myślą o emeryturze, ale niekoniecznie przez produkty typowo emerytalne – mówi Łukawska..
Od 1 października weszła w życie obniżka wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Wicepremier Mateusz Morawiecki szacuje, że liczba osób, które zwiększą pulę emerytów z powodu tego przepisu wyniesie 330 tys. Tymczasem ZUS podaje, że tylko we wrześniu wnioski emerytalne złożyło ponad 270 tys. osób. Z danych GUS wynika, że na koniec marca 2017 roku kobiet pracujących w wieku 60–64 lata było w Polsce 292 tys. Mężczyzn powyżej 65. roku życia – 216 tys.
– Rynek trwa w dużej niepewności. Najbardziej przygotowani muszą być pracodawcy, bo przepisy spowodują, że właściwie każdy pracodawca będzie zobowiązany do zapewnienia swoim pracownikom grupowego planu emerytalnego. Jeśli ten plan będzie się nazywał PPK, to znaczy, że zarówno pracodawca, jak i pracownik będzie zobowiązany do finansowania części składki – mówi Agnieszka Łukawska. – Jest duże zainteresowanie PPE i wiele firm twierdzi, że lepiej stworzyć taki program na znanych warunkach niż czekać na PPK. Wszystko wskazuje na to, że jeśli pracodawca będzie prowadził PPE ze składką co najmniej 3,5 proc. wynagrodzenia pracownika, to zwolni go to z obowiązku tworzenia PPK.
Według Komisji Nadzoru Finansowego na koniec grudnia 2016 roku PPE prowadziło 1106 pracodawców. Najwięcej na Mazowszu (210), Śląsku (164) i w Wielkopolsce (123). Czynnych uczestników programów było 330 tys., czyli tylu, ilu przybyć ma nowych emerytów. Łączna wartość składek wynosiła 12,3 mld zł. Tylko w pierwszym półroczu 2017 roku tytułem emerytur ZUS wypłacił ponad 67 mld zł.
– Jest też cała grupa tzw. pracowniczych programów oszczędnościowych. To programy, które się wymykają wszelkim statystykom. Tworzą je pracodawcy dla swoich pracowników z myślą o emeryturze – zaznacza Łukawska. – One nie wymagają rejestracji w KNF, więc gdy wejdzie obowiązek PPK, to taki plan pozaustawowy nie będzie zwalniał pracodawcy z obowiązku tworzenia planu. Widzę, że spora grupa pracodawców już takie pozaustawowe plany ma i zastanawia się, co robić dalej, czy ten plan przekształcać, czy przejść na PPE, czy zostać przy tym planie i być może mieć w przyszłości PPK.
W Polsce działa już ponad 400 centrów handlowych. Właściciele najatrakcyjniejszych obiektów, zwłaszcza w największych miastach, dyktują warunki najemcom. Stosunkowo słabą pozycję w negocjacjach z wynajmującymi mają mniejsze, lokalne firmy, nienależące do większych sieci. Dokładne i dobrze przygotowane umowy najmu pozwalają poradzić sobie z większością problemów, z którymi borykają się najemcy, tj. od problemów związanych z pracownikami, zarządcą obiektu, do nawet z właścicielem obiektu – podkreśla ekspert Cresa w Polsce.
– Rodzaj problemów na linii najemca–wynajmujący bardzo często uzależniony jest od tego, jakiego najemcę lub wynajmującego mamy na myśli. Często najemcy, którzy mają duże sieci sklepów, są w bardzo silnej pozycji w stosunku do wynajmujących. Nierzadko wynajmujący nie są w stanie osiągnąć z najemcami warunków, na których im zależy, a najemcy bronią się swoją siłą i możliwością przyciągnięcia klientów do tych obiektów. Wtedy z reguły negocjacje przedłużają się – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Szymon Łukasik, dyrektor działu reprezentacji najemców handlowych w Cresa Polska.
Z raportu JLL „Rynek handlowy w Polsce” wynika, że w I połowie 2017 roku całkowita podaż nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce wyniosła 13,4 mln mkw. W kraju działają obecnie 402 centra handlowe o łącznej powierzchni 9,5 mln mkw. W mniejszych miastach duzi najemcy często mogą narzucać swoje warunki. W aglomeracjach właściciele najbardziej atrakcyjnych obiektów mogą zaś pozwolić sobie na dyktowanie warunków, bo zawsze znajdzie się chętny najemca.
– Funkcjonowanie obiektów handlowych rodzi różnego rodzaju problemy, które dotyczą zarówno dużych, jak i małych najemców. To problemy z pracownikami, problemy administracyjne czy nieporozumienia dotyczące współpracy pomiędzy najemcą a wynajmującym. Z reguły zawierane umowy najmu regulują sposoby rozwiązywania tych problemów i pomagają skutecznie rozwiązać zaistniałe sytuacje konfliktowe – wskazuje Szymon Łukasik.
Raport CBRE „Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce” ocenia, że stawki czynszu w Warszawie w najatrakcyjniejszych obiektach kształtują się na poziomie 90–120 euro za mkw. miesięcznie. W najbardziej prestiżowych obiektach cena wzrasta nawet do ok. 200 euro za mkw. miesięcznie. Umowy przeważnie zawierane są na 10 lat, mniejsze lokale są wynajmowane zazwyczaj na nieco krótszy okres. Strony mogą negocjować nie tylko warunki komercyjne, czyli wysokość czynszu, okres najmu czy wysokość sumy zabezpieczenia, lecz także prawne, np. warunki wypowiedzenia czy rodzaj zabezpieczenia. Przy renegocjacji umowy bierze się pod uwagę obroty najemcy i jego zyski. Jeśli obiekt przyciąga wielu klientów, nie brakuje chętnych najemców, właściciele podnoszą swoje wymagania finansowe.
– Aby poradzić sobie z problematycznymi sytuacjami, obie strony muszą na etapie negocjacji dokładnie zapoznać się z umową i starać się wynegocjować te elementy, które według nich generują zagrożenia. Następnie muszą pamiętać o tej umowie i utrzymywać wzajemne dobre stosunki. To podstawa. Należy przede wszystkim rozmawiać – problemy nie biorą się z niczego, a rozmowa może pomóc przed eskalacją problemu – tłumaczy przedstawiciel Cresa.
Dlatego najemcy obiektów komercyjnych coraz częściej korzystają z pomocy firm doradczych, nie tylko przy negocjacji umowy z wynajmującym, lecz także przy badaniu rynku, wyborze lokalizacji, strategii miejsc pracy, po zarządzanie transakcjami czy relokację. Pomaga to uniknąć części problemów, które pojawiają się zwłaszcza przy wejściu na zagraniczny rynek.
– Choć funkcjonowanie i administracja w obiektach handlowych napotykają na podobne przeszkody bez względu na kraj, czasami lokalne przepisy powodują pewne dodatkowe obciążenia szczególnie dla najemców, którzy rozwijają się międzynarodowo. Firmy, które wchodzą na dany rynek, nie zawsze są świadome jego ograniczeń, a po jakimś czasie się okazuje, że danego działania nie można lub nie powinno się robić na danym rynku – podkreśla Szymon Łukasik.
Afryka jest jednym z największych na świecie importerów żywności, choć sama ma ogromny, niewykorzystany potencjał w obszarze rolnictwa. Problemem jest jednak magazynowanie wyprodukowanej żywności. Duża jej część ulega zepsuciu i jest wyrzucana już po roku, a straty sięgają nawet 40 proc. W rozwiązaniu tego problemu ma pomóc spółka z warszawskiej giełdy, która dostarczy afrykańskim państwom nowoczesne silosy do przechowywania żywności. Na ekspansję w Afryce decyduje się coraz więcej polskich inwestorów i eksporterów.
– W Afryce dużym problemem jest przechowywanie żywności. Około 40 proc. wyprodukowanej żywności jest wyrzucanej po roku, ponieważ nie ma procedur ani specjalnych systemów do jej przechowywania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Musialski, dyrektor regionu afrykańskiego w firmie Feerum.
Dla polskich firm Afryka jest bardzo perspektywicznym rynkiem. To kontynent bogaty w surowce, który przechodzi właśnie boom demograficzny (wg ONZ do 2050 roku liczba mieszkańców ma się podwoić i sięgnąć ok. 2,5 miliarda) oraz prężnie rozwija się gospodarczo. Jak wynika z przygotowanego na zlecenie OECD raportu African Economic Outlook, w tym roku średni wzrost gospodarczy w Republice Konga może sięgnąć 8 proc. PKB, w Etiopii – ok. 7,7 proc. PKB, a w Tanzanii – 7,2 proc. PKB. To plasuje państwa afrykańskie w czołówce najszybciej rosnących gospodarek.
Szybki rozwój sprawia, że Afryka potrzebuje inwestycji, towarów i usług niemal we wszystkich sektorach gospodarki: przetwórstwa rolno-spożywczego i maszyn dla rolnictwa, energetyki czy budownictwa. Kontynent od lat jest też jednym z największych na świecie importerów żywności. Afryka sama ma ogromny, niewykorzystany potencjał rolnictwa, z którego utrzymuje się większość ludności. Problem stanowi jednak niska wydajność afrykańskiego rolnictwa i brak możliwości przetwórstwa czy magazynowania wytworzonej żywności.
– Jest to duży problem. Rozwiązanie, które oferujemy, pozwala na przechowywanie żywności przez okres do trzech lat, z bardzo małymi stratami, sięgającymi maksymalnie 5 proc. W porównaniu z tym, co jest teraz, czyli 40 proc. strat, jest to ogromny plus dla rozwoju rolnictwa w dowolnym kraju afrykańskim. Dodatkowo tworzymy w Afryce nowy przemysł silosowy, który opiera się na zastosowaniu silosów przy przechowywaniu żywności – mówi Janusz Musialski.
Notowana na warszawskiej giełdzie spółka w grudniu 2016 roku podpisała z Krajową Agencją Rezerwy Żywnościowej (National Food Reserve Agency) w Tanzanii umowę na wybudowanie pięciu kompleksów silosów zbożowych i obiektów magazynowych. Zgodnie z wymaganiami rządowej agendy, która powstała w celu zapewniania bezpieczeństwa żywnościowego kraju, silosy mają pomieścić ok. 120 tys. ton kukurydzy i ziarna.
Kontrakt Tanzanii wart 33,14 mln dol., czyli około 130 mln zł, ma zostać zrealizowany do połowy przyszłego roku. Do tego czasu spółka z dolnośląskiego Chojnowa zobowiązała się wyprodukować, dostarczyć do Tanzanii i uruchomić silosy do magazynowania i przechowywania zbóż, a następnie zapewnić im serwis gwarancyjny. Dla polskiej firmy kontrakt w Tanzanii może być przepustką do afrykańskiego rynku. Spółka chce pozyskać kontrakty handlowe z partnerami w regionie Afryki Subsaharyjskiej.
– W systemach silosów, które zaoferowaliśmy na rynkach afrykańskich, mogą być przechowywane różne zboża, kukurydza i wszelkie inne produkty. W Tanzanii budujemy jednocześnie pięć zakładów w pięciu różnych miejscach. To bardzo duże wyzwanie pod względem logistycznym. Będziemy wysyłać ponad 400 kontenerów z urządzeniami i częściami do zabudowy w Tanzanii, potrwa to co najmniej kolejnych 6–7 miesięcy – mówi Janusz Musialski.
Rozwiązania polskiej firmy mogą się przyczynić do rozwiązania części problemów i wesprzeć rozwój rolnictwa w Afryce. Jak szacuje ONZ, w przyszłości ten kontynent mógłby się stać jednym z głównych producentów i dostawców żywności i produktów rolnych.
– Na rynku afrykańskim, w szczególności w Tanzanii, obecnie nie istnieje konkurencja w produkcji tego typu instalacji. To produkt nowoczesny, który jest sprawdzony w Europie, ale nie był jeszcze fizycznie montowany w Afryce. Jedyne silosy w Tanzanii zmontowała i zainstalowała firma indyjska, jednak są to już stare technologie. Natomiast technologie stosowane przez nas jeszcze nigdy nie były stosowane w Afryce – mówi Janusz Musialski.
Ze względu na słabo rozwinięty rynek w Afryce można znaleźć niszę niemal w każdej branży. Te szanse dostrzegły już m.in. polski Ursus, Mokate, Lubawa czy CanPack, które od lat rozwijają działalność na kontynencie afrykańskim.
W tym roku kilkadziesiąt tysięcy uczniów szkół ponadgimnazjalnych z całej Polski będzie miało lekcje z ubezpieczeń społecznych. W ramach projektu „Lekcje z ZUS” młodzież zdobywa praktyczną wiedzę z zakresu prowadzenia własnej działalności gospodarczej i przysługujących im świadczeń, czyli praw i obowiązków wynikających z podlegania ubezpieczeniom społecznym.
– Oczekuję, że dzięki temu projektowi poziom wiedzy o ubezpieczeniach społecznych będzie naprawdę satysfakcjonujący. Dziś jest on w miarę poprawny w grupie osób starszych, które są beneficjentami i miały już kontakt z ZUS-em. Natomiast poziom wiedzy cały czas jest bardzo słaby w średniej i najmłodszej grupie wiekowej. Dlatego trzeba tę edukację prowadzić na wszystkich poziomach wiekowych, nie tylko wśród młodzieży w wieku ponadgimnazjalnym, studentów, lecz także wśród uczniów szkół podstawowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
W rozpoczętym niedawno roku szkolnym ruszyła czwarta edycja programu edukacyjnego „Lekcje z ZUS”. Autorski program Zakładu Ubezpieczeń Społecznych ma uczyć młodzież podstawowych zagadnień związanych z ubezpieczeniami społecznymi. Obecnie wśród młodszych pokoleń wiedza dotycząca zagadnień z tego zakresu jest bardzo ograniczona.
W ramach projektu szkoły w całej Polsce prowadzą specjalne zajęcia, na których uczniowie poznają podstawy działania systemu ubezpieczeń społecznych i zagadnienia dotyczące prowadzenia własnego biznesu.
W pierwszej edycji programu, która wystartował w roku szkolnym 2014/2015, wzięło udział około tysiąca szkół i kilkadziesiąt tysięcy uczniów z całej Polski. W ubiegłorocznej edycji uczestniczyło już przeszło 46 tys. uczniów.
– Dla nas, dorosłych, ubezpieczenia społeczne to bardzo trudna tematyka. To bardzo istotne, że możemy edukować młodzież, żeby przygotować ją do dorosłego życia, do wejścia na rynek pracy, bronienia własnych interesów, poinformować o ewentualnych zagrożeniach, jakie mogą wystąpić na rynku pracy. Ten program wpisuje się w podstawę programową przedsiębiorczości. jak również prowadzenie działalności gospodarczej w technikum czy w szkole branżowej szkole I stopnia. Szkolnictwo zawodowe również wpisuje się w ten program – dodaje Bożena Mayer-Gawron, wicedyrektor Ośrodka Rozwoju Edukacji.
Materiały dydaktyczne do „Lekcji z ZUS” powstały we współpracy z metodykiem nauczania, który wcześniej współtworzył już podobne projekty z komercyjnymi instytucjami z branży finansowej. Ilustracje do lekcji wykonali młodzi polscy rysownicy. Nie brakuje też materiałów w wersji cyfrowej i multimedialnej. Zachętą do uczestnictwa w programie jest olimpiada „Warto wiedzieć więcej o ubezpieczeniach społecznych”, której zwycięzcy mogą liczyć na indeksy najlepszych polskich uczelni.
– ZUS współpracuje i ma podpisane porozumienia z prawie 80 uczelniami wyższymi, które przewidują różne wspólne inicjatywy. Władze części z nich uznały nasz potencjał i możliwości wysokiego poziomu merytorycznego olimpiady i podjęły decyzję o przyznaniu finalistom indeksów, punktów, które są potrzebne przy rekrutacji oraz innych nagród. Wyzwanie jest duże, ale nagrody są naprawdę fantastyczne. Wiosną przyszłego roku nasi finaliści, najlepsi z najlepszych, będą posiadaczami indeksów – mówi prof. Gertruda Uścińska.
Dyrektor warszawskiego XLVI Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego, które prowadzi „Lekcje z ZUS” już czwarty rok z rzędu, ocenia, że praktyczna wiedza zdobyta w trakcie zajęć przyda się młodzieży w dorosłym życiu, zwłaszcza jeśli mają w planach prowadzenie własnego biznesu czy pracę za granicą.
– Młodzież przychodzi na te lekcje bardzo chętnie. To dla nich coś nowego. Pytają się o wszystko, są dumni, że czasem wiedzą więcej od swoich dziadków czy rodziców. Wiedza zdobyta w czasie tego projektu na pewno im się przyda w przyszłym życiu. Ta młodzież będzie pracowała nie tylko w Polsce, lecz także za granicą, gdzie również są ubezpieczenia społeczne – mówi Marek Nocuła, dyrektor, XLVI LO im.Stefana Czarnieckiego.
– Te lekcje dostarczają uczniom wiedzy z nowych obszarów. Uczą się tego, jak świadomie uczestniczyć w dorosłym życiu, jak świadomie wejść na rynek pracy, pomagają uczniom w dokonywaniu bardzo trudnych wyborów edukacyjnych i zawodowych. Jestem pewna, że wiedza, którą zdobywają, bardzo przyda się uczniom w dorosłym życiu – dodaje Edyta Gałązka, nauczycielka i opiekun programu „Lekcje z ZUS” w warszawskim liceum im. Stefana Czarnieckiego.