K. Wołowicz (BPS TFI): Rosnące rentowności na rynkach obligacji zagrożeniem dla stabilności polskiego budżetu

K. Wołowicz (BPS TFI): Rosnące rentowności na rynkach obligacji zagrożeniem dla stabilności polskiego budżetu 1

Przy obecnych rentownościach koszt obsługi polskiego długu publicznego przekracza ten zapisany w ustawie budżetowej na 2017 rok – zauważa Krzysztof Wołowicz z BPS TFI. Ekspert ostrzega, że jeśli sytuacja w najbliższym czasie nie ulegnie stabilizacji, to Polska może mieć problem z pozyskaniem taniego finansowania dla swojego długu publicznego. Szans na uspokojenie upatruje natomiast przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych.

– Obecne spadki cen na rynkach obligacji oznaczają, że banki pozbywają się obligacji skarbowych takich krajów m.in. jak Polska. Musimy też pamiętać o tym, że w Polsce sektor bankowy jest sporym posiadaczem obligacji skarbowych i był do tej pory ich sporym nabywcą. W związku z tym tutaj można zakładać, że banki w tej chwili rzeczywiście sprzedają te papiery – mówi Krzysztof Wołowicz główny ekonomista BPS TFI SA.

W pierwszych dniach grudnia rentowności 10-letnich polskich obligacji skarbowych oscylowały wokół 3,6–3,7 proc., co w stosunku do poziomów obserwowanych na początku września oznacza wzrost o ok. 30 proc. Zwyżki w podobnej skali widoczne są także w przypadku obligacji o krótszym terminie zapadalności. Te z 3-letnim terminem wykupu oferują obecnie oprocentowanie na poziomie ok. 2,3 proc., natomiast obligacje 5-letnie zapewniają posiadaczom odsetki wynoszące ok. 2,9 proc. rocznie.

– W związku z tym w przyszłości widziałbym zagrożenie dla polskiego budżetu, ponieważ może być problem z pozyskiwaniem taniego finansowania długu publicznego – przewiduje Wołowicz.

Główny ekonomista BPS TFI SA zauważa, że problem związany z rosnącymi rentownościami polskiego długu powoli zaczyna się już materializować. Jako przykład podaje aukcję obligacji skarbowych z połowy listopada 2016 roku. Pierwotne plany Ministerstwa Finansów zakładały, że inwestorom zostaną sprzedane papiery o wartości do 7 mld zł. Ostatecznie resort finansów zdecydował się jednak ograniczyć podaż i uplasował dług o wartości jedynie 3,6 mld zł.

– Widać, że ewentualnie resort finansów ma możliwość sprzedaży papierów skarbowych, ale po wyższych cenach, czyli tutaj koszty obsługi długu publicznego mogą zacząć niebezpiecznie rosnąć – tłumaczy ekspert.

Łączne wydatki na obsługę długu publicznego zapisane w ustawie budżetowej na 2017 rok wynoszą 30,4 mld zł. Tymczasem, jak wyjaśnia Wołowicz, już przy obecnych poziomach rentowności rzeczywisty koszt jego obsługi będzie wyższy. Szans na uspokojenie na rynku długu ekonomista upatruje natomiast w Stanach Zjednoczonych.

– Można przypuszczać, na co wskazują już pierwsze wypowiedzi amerykańskiego prezydenta elekta, że będziemy mieli pewne schodzenie z tych bardzo ambitnych planów, o których słyszeliśmy w trakcie kampanii prezydenckiej – zauważa analityk. – Wydaje się, że twarda rzeczywistość ekonomiczna nie pozwoli na tak wysoki poziom zadłużania, jaki wynikałby z tych programów, które przedstawiał Trump – wyjaśnia.

Wzrost rentowności na rynkach dłużnych dotknął nie tylko Polskę, lecz także inne kraje regionu. Oprocentowanie 10-letnich węgierskich obligacji skarbowych od początku października zwiększyło się o ponad 25 proc., natomiast czeskie papiery dłużne o 10-letnim terminie wykupu podrożały w tym czasie aż dwukrotnie.

80 proc. Polaków przy zakupie samochodu kieruje się głównie ceną. Większość nie przywiązuje wagi do kosztów eksploatacji

80 proc. Polaków przy zakupie samochodu kieruje się głównie ceną. Większość nie przywiązuje wagi do kosztów eksploatacji 2

Z badania przeprowadzonego przez Instytut Millward Brown w październiku 2016 roku wynika, że dla 77 proc. Polaków najważniejszym czynnikiem przy zakupie nowego auta jest jego cena. Znacznie mniejszą wagę przywiązują do kosztów użytkowania, na które składa się m.in. zużycie paliwa i serwisowanie. Ich obniżenie może natomiast wygenerować nawet kilkanaście tysięcy złotych oszczędności w trakcie czteroletniej eksploatacji.

Dla 65 proc. ankietowanych istotna jest marka samochodu, a dla 64 proc. parametry techniczne. Na kolejnych miejscach znalazły się takie kryteria jak bezpieczeństwo jazdy i opinia o marce. Kwestie związane z kosztami eksploatacji są mniej istotne – 60 proc. badanych stwierdziło, że zwraca uwagę na koszty paliwa, a 47 proc. uznało za istotne koszty napraw. Zdaniem ekspertów niższe koszty utrzymania mogą jednak przynieść wymierne oszczędności w domowym budżecie.

– Są samochody, gdzie te koszty są o kilka, kilkanaście tysięcy złotych wyższe na przestrzeni 4 lat niż w innych modelach, w innych markach. Wybierajmy świadomie, bo kilkaset złotych zaoszczędzonych w naszych portfelach miesięcznie jest do osiągnięcia – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Grabarczyk, dyrektor handlowy Eurotaxu.

Jednym z najważniejszych czynników jest utrata wartości auta. Z niej wynika tzw. wartość rezydualna, a więc wartość w momencie sprzedawania go po okresie użytkowania. W praktyce oznacza ona cenę, jaką można uzyskać za używany samochód. Przy wyliczaniu wartości rezydualnej bierze się pod uwagę kilka elementów, m.in. markę pojazdu, model, intensywność użytkowania i koszty serwisowania. Badania pokazały, że spadek wartości pojazdu jest istotny zaledwie dla 32 proc. badanych, mimo że co drugi z nich gotów byłby zapłacić więcej za samochód, który po kilku latach mógłby sprzedać za wyższą cenę niż w przypadku innych marek lub modeli.

– Obserwując spadki wartości samochodów i ceny transakcyjne samochodów używanych, możemy powiedzieć, że dla samochodu eksploatowanego 3–4 lata przy przebiegu nieprzekraczającym 30 tys. km rocznie, transakcyjna wartość rezydualna, czyli cena samochodu używanego, jest w okolicach 45–50 proc. – mówi Paweł Grabarczyk.

Sporą część kosztów użytkowania stanowią te ponoszone na serwisowanie samochodu. Łatwo je obniżyć, wybierając auto, z którym na przeglądy trzeba jeździć rzadziej – np. co 30 000 km, a za części eksploatacyjne zapłacimy mniej, decydując się przy zakupie auta na pakiety przeglądów oraz ochronę pogwarancyjną, która pozwoli uniknąć nieprzewidzianych kosztów napraw nawet przez trzy lata po zakończeniu standardowej gwarancji.

Na koszty eksploatacji samochodu składa się także zużycie paliwa, które często stanowi nawet 25 proc. łącznych wydatków na utrzymanie pojazdu. Obniżyć je można, kupując samochód z oszczędnym silnikiem, wyposażonym w bezpośredni wtrysk paliwa i turbodoładowanie. Silniki te pozwalają na dynamiczną jazdę przy jednoczesnym niskim zużyciu paliwa.

Analizując koszt utrzymania pojazdu, warto zwrócić także uwagę na koszty związane z ubezpieczeniem oraz materiałami eksploatacyjnymi, które ulegają naturalnemu zużyciu w procesie korzystania z pojazdu. Należą do nich m.in. wycieraczki na szybach, materiały cierne przy hamulcach, takie jak tarcze i klocki, a także elementy sprzęgła. Dopiero połączenie tych wszystkich czynników przesądza, czy cena samochodu faktycznie jest niska czy wysoka.

– Zdarza się, że samochód, który w cenie wyjściowej jest droższy, finalnie po uwzględnieniu wszystkich kosztów, oszczędności silnika czy częstotliwości przeglądów, okazuje się samochodem tańszym. Jak wynika z wyliczeń Eurotaxu, do takich należą np. Golf i Passat – podkreśla Michał Szaniecki, dyrektor marketingu marki Volkswagen.

Niesłabnącym popytem wśród Polaków cieszą się auta niemieckie. Do marek najczęściej wyszukiwanych przez użytkowników serwisu otomoto.pl należy Volkswagen, której dziennie szuka prawie 150 tys. osób. Aż 67 proc. ankietowanych przez Instytut Millward Brown wskazało tę markę jako tracącą niewiele na wartości w trakcie użytkowania. Trzech na czterech respondentów stwierdziło ponadto, że używanego Volkswagena łatwo jest sprzedać ze względu na duży popyt.

– Internauci coraz większą wagę przywiązują do jakości samochodu. Są gotowi zapłacić więcej za serwisowane w ASO, używane auto z gwarancją i pochodzące z polskiego salonu – mówi Piotr Grzemski, brand manager w OTOMOTO.

Rekordowy rok na rynku deweloperskim. Do sprzedaży trafiło przeszło 58 tys. mieszkań, najwięcej od dekady

Rekordowy rok na rynku deweloperskim. Do sprzedaży trafiło przeszło 58 tys. mieszkań, najwięcej od dekady 3

2016 rok będzie najprawdopodobniej rekordowy na deweloperskim rynku nieruchomości mieszkaniowych. Do klientów może trafić nawet 58 tys. lokali, najwięcej od 2006 roku. Branży sprzyja wysoki nadal niedobór mieszkań na tysiąc mieszkańców: w Polsce to nieco ponad 360, gdy średnia dla Unii Europejskiej wynosi 435. Duże znaczenie ma również koniunktura gospodarcza oraz program Mieszkanie dla Młodych. Rośnie udział klientów gotówkowych w transakcjach.

– Z całą pewnością br. będzie rekordowy dla branży deweloperskiej. Przewidujemy, że na siedmiu największych rynkach, gdzie są skoncentrowane działania, czyli w największych miastach, znajdzie nabywców łącznie ponad 58 tys. mieszkań i będzie to prawdziwe osiągnięcie – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Foder, dyrektor ds. marketingu i sprzedaży w przedsiębiorstwie Bouygues Immobilier Polska. – Poprzedni rekord padł dekadę temu, kiedy sprzedano w sumie około 57 tys. lokali. Deweloperzy będą mieć więc powody do zadowolenia.

Zdaniem eksperta branży sprzyja sygnalizowany od lat i nadal wysoki niedobór mieszkań, który sprawia, że są one wciąż tzw. dobrem rzadkim, poszukiwanym na rynku przez konsumentów.

– W moim przekonaniu popyt utrzyma się na wysokim poziomie także w przyszłym roku, bo w Polsce mieszkania są wciąż towarem deficytowym – przewiduje Krzysztof Foder. – Jeżeli spojrzymy na ich średnią liczbę przypadającą na tysiąc mieszkańców, to zobaczymy, że w Unii Europejskiej jest to 435 lokali, a w Polsce wciąż mniej, bo około 363. Ponadto sprzyjają nam bardzo dobre warunki makroekonomiczne: niskie bezrobocie, wysokie zarobki, rosnący popyt ze strony inwestorów, którzy traktują nieruchomość jako alternatywę niskooprocentowanych lokat bankowych. Cały czas w dodatku działa rządowy program Mieszkanie dla Młodych, w ramach którego tylko na rynku warszawskim sprzedawanych jest 15 proc. lokali. Wszystkie te czynniki powodują, że branża z nadzieją może patrzeć w przyszłość.

Krzysztof Foder podkreśla, że bardzo wysoki popyt na rynku nieruchomości powoduje, że deweloperzy masowo nabywają nowe tereny pod inwestycje. Dodaje, że między przedsiębiorstwami toczy się zażarta walka o nowe nieruchomości, więc podaż powinna nadal być dosyć wysoka, przynajmniej tak długo, jak utrzyma się zapotrzebowanie.

– W ostatnich latach możemy zaobserwować pewną konsolidację – zauważa Krzysztof Foder. – Rynek deweloperski cały czas jest bardzo mocno rozdrobniony, natomiast koniunktura powoduje, że coraz więcej dużych graczy wychodzi również na nowe obszary. Takim przykładem jest miedzy innymi nasza spółka, która w ostatnich latach uruchomiła dwie nowe agencje w Poznaniu oraz we Wrocławiu.

Skokowy wzrost cen nieruchomości w Polsce miał miejsce po akcesji kraju do Unii Europejskiej. Jak wynika z analizy specjalizującego się między innymi w inwestycjach na rynku nieruchomości, Lion&HASH39;s Banku w okresie od 2004 do 2014 roku wartość mieszkań wzrosła w Polsce średnio dwukrotnie. Szczyt miał miejsce tuż przed kryzysem finansowym w 2008 roku, kiedy to lokale drożały nawet o kilka procent miesięcznie. Potem nastąpiło krótkie załamanie, ale od mniej więcej pięciu lat, jak przypomina Krzysztof Foder, ceny utrzymują się mniej więcej na stabilnym, podobnym poziomie.

– Z naszych analiz nie wynika, że w 2017 roku nadejdzie jakakolwiek korekta – prognozuje Krzysztof Foder. – Pamiętajmy, że deweloperzy po kryzysie bardzo dobrze dostosowali ofertę do potrzeb rynku. W chwili obecnej prawie 80–70 proc. mieszkań to lokale oferowane w najbardziej pożądanym, popularnym segmencie, najbardziej poszukiwanym przez nabywców.

W 2013 roku ówczesny rząd uruchomił wspierający zakup pierwszej nieruchomości program Mieszkanie dla Młodych. Tylko w ubiegłym roku zarządzający nim Bank Gospodarstwa Krajowego w formie dofinansowania wkładu własnego wypłacił 520,7 mln zł (limit został wykorzystany w 85 proc.). Banki kredytujące zawarły 27305 umów o łącznej wartości prawie 4,9 mld zł. Był to wynik trzykrotnie lepszy od osiągniętego w 2014 r. (9141 umów).

Jak przekonuje Krzysztof Foder, także w przyszłym roku program MdM na rynku deweloperskim będzie istotnym akceleratorem. Jego udział w sprzedaży jest jednak zróżnicowany i zależy od konkretnego miasta. W Warszawie około 15 proc. zakupów w bieżącym roku zostało w ten sposób wsparte przez rząd. Jednak na przestrzeni ostatnich dwóch lat ukształtowały się rynki, takie jak Poznań czy Trójmiasto, gdzie prawie jedną trzecią transakcji przeprowadzono z udziałem MdM.

– Z całą pewnością dopóty ten program będzie istniał, czyli do roku 2019,  dopóty zachowa istotny wpływ na poziom sprzedaży – prognozuje Krzysztof Foder. – Cały czas pozostaje dużo pytań na temat programu Mieszkanie Plus. Wiemy, że pierwsze regulacje zostaną przedstawione w najbliższym czasie, a pilotażowe inwestycje ruszą zapewne w 2017 roku. Na razie trudno przewidzieć, jaki wpływ będzie miał ten program na zachowania konsumentów.

Preferencje klientów na przestrzeni ostatnich lat, jak zapewnia Krzysztof Foder, nie zmieniły się znacząco. Klienci poszukują przede wszystkim mieszkań dostępnych cenowo i w dobrych lokalizacjach. Nieustającą popularnością cieszą się także lokale dwupokojowe, które obecnie stanowią około połowy całości sprzedaży.

– W ostatnich latach, szczególnie w 2015 i 2016 roku, zaobserwowaliśmy dużą aktywność klientów gotówkowych wycofujących się z lokat bankowych, które z racji niskich stóp procentowych stają się mało rentowne – wskazuje Krzysztof Foder. – Takie osoby nabywają mieszkania w celu przede wszystkim dalszego ich wynajmu, bo inwestycja w lokal dwupokojowy może przynieść stabilną, roczną stopę zwrotu na poziomie 5 proc. Trendem, który zaobserwowaliśmy, jest także coraz większy popyt na mieszkania wykończone. Rosnącą popularnością cieszą się również rozwiązania domu inteligentnego, które powoli stają się standardem, przynajmniej w ofercie wiodących deweloperów.

Adgar Polska rozbudowuje powierzchnię data center. Firma szuka też nowych powierzchni pod inwestycje

Adgar Polska rozbudowuje powierzchnię data center. Firma szuka też nowych powierzchni pod inwestycje 4
Adgar Polska zapowiada budowę nowoczesnego data center na warszawskim Służewcu. Na początku 2017 roku powinny zostać podpisane pierwsze umowy. Przedstawiciel firmy podkreśla, że Warszawa umacnia swoją pozycję w biznesie i przyciąga duże międzynarodowe korporacje. Powierzchnia centrów danych rośnie jednak wolniej niż zapotrzebowanie na nią. Dlatego Adgar Polska chce odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie rynku i planuje budowę nowego budynku biurowego w kompleksie Adgar Park West. Rozbuduje też przestrzeń co-creative o dodatkowe 4 tys. mkw.

– Nową inwestycją Adgar Poland jest budowa najnowocześniejszego data center o powierzchni ponad 15 tys. mkw. Budynek powstanie na warszawskim Służewcu, największej dzielnicy biznesowej w Polsce. Odległość 5 km do budynku LIM, sąsiedztwo południowej obwodnicy Warszawy, bardzo dobra komunikacja miejska, przyłącza elektryczne z dwóch oddzielnych rozdzielczych punktów zasilających o mocy ponad 17 MW oraz sąsiedztwo ponad miliona metrów kwadratowych powierzchni biurowej sprawiają, że jest to idealne miejsce na budowę data center – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Artur Filipiuk, dyrektor operacyjny Adgar Polska.

Adgar Data Center, zaprojektowany przez pracownię HRA Architekci, ma mieć formę sześcianu. Cztery z pięciu naziemnych pięter mają zająć serwerownie, na parterze zostaną umieszczone zasilacze dynamiczne UPS z silnikami Diesla, każdy o mocy 2,5 megawoltoamperów, transformatory i rozdzielnice elektryczne. Na kondygnacjach podziemnych znajdą się pomieszczenia dla serwerów i pomieszczenia techniczne. Zasilanie gmachu zostanie poprowadzone ze stacji RPZ Południowa i RPZ Cybernetyki. Data center powstanie na tyłach budynku biurowego, którego powierzchnia będzie oferowana najemcom data center.

– Na naszą decyzję o budowie najnowocześniejszego data center w Polsce miał wpływ brak takiej infrastruktury na rynku oraz duże zainteresowanie międzynarodowych korporacji polskim rynkiem. Dodatkowo Adgar ma wieloletnie doświadczenie w budowie oraz zarządzaniu data center. Obecnie w naszym portfolio mamy 3,5 tys. mkw. powierzchni white-space w czterech krajach: w Polsce, Kanadzie, Belgii oraz Izraelu – wskazuje Filipiuk.

Raport PMR wskazuje, że w 2015 roku wartość rynku data center w Polsce wzrosła o 15 proc. i wynosi obecnie ok. 1,5 mld zł. Rośnie także powierzchnia centrów danych, w ubiegłym roku o 10 tys. mkw. Wciąż jednak jest to zbyt mało, jak na rosnące zainteresowanie wejściem do Polski największych firm, które wymagają bliskości infrastruktury serwerowej do przechowywania i przetwarzania danych.

– Rynek data center w Polsce jest bardzo mały, zwłaszcza w porównaniu do innych krajów europejskich, jak Niemcy czy Wielka Brytania. Dodatkowo infrastruktura jest przestarzała i brakuje nowoczesnych rozwiązań. Adgar ma doświadczenie w budowaniu oraz zarządzaniu centrami danych, znamy też potrzeby międzynarodowych korporacji. Dodatkowo zatrudniliśmy firmę BNP Paribas, która pomaga nam ściągnąć do Polski międzynarodowe korporacje – zapowiada dyrektor operacyjny Adgar Polska.

Z rozpoczęciem prac budowlanych data center Adgar wstrzymuje się do czasu podpisania pierwszych umów. Zainteresowanie jest jednak duże i już na początku 2017 roku budowa powinna ruszyć. Budynek na warszawskim Służewcu nie jest jednak jedyną planowaną inwestycją.

– W każdym naszym kompleksie biurowym mamy już istniejące serwerownie, używane zarówno przez naszych klientów budynkowych, jak i firmy zewnętrzne. Dostrzegliśmy potrzebę rynku już wiele lat temu i widzimy ciągły wzrost, przede wszystkim na polskim rynku. W przyszłym roku Adgar planuje również budowę nowego budynku biurowego w kompleksie Adgar Park West, dodatkowo zaczęliśmy rozbudowę naszej przestrzeni co-creative o dodatkowe 4 tys. mkw. Intensywnie poszukujemy też nowych nieruchomości do zakupu w Warszawie – zapowiada Artur Filipiuk.

Projekt zmian w sposobie działania aptek zaszkodzić może głównie pacjentom. Możliwy wzrost cen leków i problemy z ich dostępnością

Projekt zmian w sposobie działania aptek zaszkodzić może głównie pacjentom. Możliwy wzrost cen leków i problemy z ich dostępnością 5

Zasada apteka dla aptekarza, którą starają się wprowadzić do prawa farmaceutycznego posłowie PIS z parlamentarnego zespołu ds. regulacji rynku farmaceutycznego przyczyni się do likwidacji aptek, wzrostu cen leków i utrudni pacjentom dostęp do opieki farmaceutycznej. To tylko niektóre z obaw branży farmaceutycznej, która krytycznym okiem patrzy na forsowany właśnie poselski projekt zmian w prawie farmaceutycznym. Autorzy projektu chcą, by poprawki weszły w życie już w przyszłym roku.

Projekt nowelizacji prawa farmaceutycznego zawiera zapisy mówiące o tym, że konkurujące apteki musi dzielić odległość minimum 1 kilometra, a jedna placówka ma przypadać na więcej niż 3 tys. osób. Reguluje też zasady prowadzenia aptek oraz ich dziedziczenia. Zgodnie z poselskim projektem aptekę będzie mógł założyć jedynie farmaceuta, który nie może prowadzić jednocześnie więcej niż cztery placówki.

– Proponowana nowelizacja dotyczy przyszłości, a więc tych aptek, które dopiero będą otwierane. Nie zmienia sytuacji podmiotów, które obecnie działają na rynku. Zawarte w niej  kryteria geograficzne i demograficzne spowodują, że apteki będą lepiej dostępne dla Polaków i nie będą już skoncentrowane w miejscach, gdzie najbardziej opłaca się prowadzić biznes – mówi wiceminister zdrowia Krzysztof Łanda w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Wiceminister tłumaczy, że przygotowywane zmiany w prawie farmaceutycznym nie mają na celu faworyzowania żadnej formy działalności, czy to aptek prywatnych czy sieciowych.

To jednak nie uspokaja polskich aptekarzy, którzy uważają, że projekt nowelizacji narusza prawo do swobody prowadzenia działalności gospodarczej. Zasada apteka dla aptekarza, będąca jednocześnie roboczą nazwą projektu, w praktyce może wprowadzić ograniczenie konkurencji, a tym samym zaszkodzić całemu rynkowi. Forsowany projekty w pierwszej kolejności osłabi polskie często rodzinne sieci aptek, co z kolei może ułatwić ekspansję zachodnim koncernom. W Polsce jak wynika z Raportu Fundacji Republikańskiej 96 proc. aptek to polski kapitał.

– Apteka dla aptekarza spowoduje, że będziemy mieli tylko jedną, wybraną grupę zawodową uprawnioną, aby prowadzić tego typu firmę. Apteka jest bowiem nie tylko instytucją zdrowia publicznego, lecz także firmą. Według nas farmaceuta powinien się zajmować pacjentem, jego zdrowiem i opieką farmaceutyczną, a nie prowadzeniem firmy. Od tego są przedsiębiorcy – zaznacza Jan Zając, prezes sieci Ziko Apteka.

Zdaniem Zająca, projekt to nic innego jak zbiór pobożnych życzeń i próba naśladownictwa niemieckich wzorców, które doprowadziły do wybuchu ogromnych afer związanych m.in. z wyłudzeniami leków refundowanych.

Obawy środowiska potwierdzają eksperci rynku. Zdaniem Dawida Piekarza z Instytutu Staszica zaproponowane zmiany w prawie oznaczają de facto przekazanie rynku farmaceutycznego w ręce jednej grupy zawodowej, a tym samym hermetyzację całej branży.

– Cały rynek farmaceutyczny zostanie oddany w zarządzanie korporacji zawodowej, która będzie reprezentowała i wzmacniała pozycję swoich członków versus dobro społeczne. Przez wiele lat mogliśmy zaobserwować, jak działa taki system na przykładzie monopolu korporacji zawodowych w zawodzie prawnika. Zmiana, która została zaproponowana, stworzy nową korporacje pracowniczą na rynku aptekarskim – przewiduje Dawid Piekarz z  Instytutu Staszica.

Twórcy projektu wskazują, że zmiana prawa zapobiegnie monopolizacji rynku, w którym coraz większy udział mają polskie sieci apteczne (390 sieci aptecznych na koniec I połowy 2016 roku). Te są chętniej i częściej wybierane przez pacjentów, właśnie przez wzgląd na szerszy asortyment i ceny niższe średnio o kilkanaście procent. Z drugiej stron zdaniem przeciwników nowelizacja przyczyni się do likwidacji aptek, utrudni pacjentom dostęp do opieki farmaceutycznej i przede wszystkim spowoduje wzrost cen leków. Z danych IMS wynika, że ceny leków w sieciach są o 10–15 proc. niższe niż na pozostałej części rynku. Oznacza to, że polscy pacjenci – głównie powyżej 60 roku życia oszczędzają prawie 2 mld zł dzięki polskim sieciom aptecznym.

– Proponowane zmiany spowodują spadek liczby aptek, a w konsekwencji również spadek dostępności leków. To pociągnie za sobą wzrost cen dla pacjentów. Paradoks polega na tym, że najbogatsze firmy na świecie, jakimi są koncerny farmaceutyczne, zarobią dodatkowo na najsłabiej uposażonej grupie społecznej Polaków, czyli na rencistach, osobach niepełnosprawnych, inwalidach i rodzinach wielodzietnych, ponieważ to oni są najczęstszymi klientami aptek – uważa Jan Zając, prezes sieci Ziko Apteka.

Ekspert Instytutu Staszica przestrzega przed jakąkolwiek próbą ingerencji państwa w rynek, który ukształtował się dzięki pracy i zaangażowaniu polskich, często rodzinnych firm, na przestrzeni ostatnich 25 lat. Zdaniem Piekarza rynek ten działa dziś z korzyścią zarówno dla pacjentów, jak i przedsiębiorców.

Sieci apteczne nie są zagrożeniem dla rynku, ponieważ w większości przypadków skupiają tylko kilka placówek i są oparte na polskim kapitale – dodaje Dawid Piekarz.

Także Marcin Nowacki ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców wyraził przekonanie, że konkurencja na rynku aptek jest dobra dla pacjentów i konsumentów.

– Farmaceuci mówią o asymetrii między aptekami indywidualnymi a aptekami sieciowymi w kontekście możliwości zakupu towaru i dostępu do dobrej oferty asortymentu. To problem na wyższym poziomie niż rynek aptek – ocenia. Jego zdaniem pomysł apteki dla aptekarza jest bardzo niebezpieczny. Idąc tym tropem, można uznać, że przychodnie powinny być własnością lekarzy. To są skrajne absurdy – komentuje Marcin Nowacki ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Potwierdzają to dane z raportu „Rynek dystrybucji farmaceutycznej w Polsce 2016” opracowanego przez Fundację Republikańską dla PharmaNet. Wynika z nich, że 62 proc. aptek to podmioty indywidualne. Z ogólnej liczby 390 sieci aptecznych obecnych na rynku, tylko 16 składa się z więcej niż 50 placówek w skali kraju. Większość to przedsiębiorstwa polskie i firmy rodzinne, które skupiają zaledwie około pięciu placówek. Tylko kilka podmiotów jest natomiast własnością firm z zagranicznym kapitałem.

– Zmiany w istotnym stopniu ingerują w zdrowy system gospodarczy na rynku aptecznym. Obecnie większość podmiotów działających na polskim rynku to apteki indywidualne. Natomiast sieci apteczne są zazwyczaj niewielkie i oparte prawie wyłącznie na polskim kapitale. Obecny system jest optymalny, bo zabezpiecza interes pacjentów, stwarza konkurencje na rynku i pozwala przedsiębiorcom się rozwijać, dokupować apteki lub otwierać nowe – mówi Dawid Piekarz.

Z raportu Fundacji Republikańskiej wynika, że w I półroczu 2016 roku w Polsce dziłało około 15 tys. aptek. Cały rynek dystrybucji farmaceutycznej wart jest około 30 mld zł rocznie. 

A. Hryckiewicz: NBP będzie musiał obniżyć prognozę dotyczącą przyszłorocznego tempa wzrostu polskiego PKB

A. Hryckiewicz: NBP będzie musiał obniżyć prognozę dotyczącą przyszłorocznego tempa wzrostu polskiego PKB 6

Według szacunków Narodowego Banku Polskiego przyszłoroczne tempo wzrostu gospodarczego w Polsce wyniesie 3,6 proc. Zdaniem dr hab. Anety Hryckiewicz ta prognoza w pewnym momencie będzie musiała zostać jednak obniżona. Powodem jest odpływ zagranicznego kapitału z polskiego sektora bankowego, niska stopa oszczędności Polaków oraz ryzyko głębszego spowolnienia gospodarczego w strefie euro.

– Polski sektor bankowy przez wiele lat był rynkiem zdominowanym przez banki zagraniczne. W związku z tym, kiedy banki zagraniczne zaczynały mieć problemy, to automatycznie oznaczało to mniejszą podaż kapitału. To z kolei skutkowało spadkiem akcji kredytowej polskich banków – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor dr hab. Aneta Hryckiewicz, specjalistka od finansów i bankowości z Akademii Leona Koźmińskiego. 

Ekonomistka podkreśla, że spadek liczby udzielanych przez banki kredytów rodzi poważne konsekwencje dla trwałości polskiego wzrostu gospodarczego. Zauważa, że już w ostatnim kwartale mieliśmy do czynienia ze spowolnieniem tempa wzrostu PKB do 2,5 proc., a listopadowe prognozy Narodowego Banku Polskiego względem tych ogłoszonych w marcu zostały znacznie obniżone.

Zdaniem analityków NBP w tym roku nasza gospodarka urośnie o 3,0 proc., podczas gdy wczesną wiosną oczekiwano 3,8 proc. dynamiki polskiego PKB. W przyszłym roku oczekiwany jest natomiast wzrost na poziomie 3,6 proc.

– Myślę, że będziemy musieli w pewnym momencie znowu tę prognozę NBP trochę obniżyć, z racji tego, że nie jesteśmy gospodarką, która działa w próżni. Jesteśmy uzależnieni od wielu innych rynków. Widzimy tutaj m.in. spowolnienie gospodarcze w Niemczech, czyli to, co będzie się działo na rykach europejskich, jak najbardziej będzie rzutowało na to, co się dzieje w Polsce – ostrzega Hryckiewicz.

Profesor Akademii Leona Koźmińskiego jako przykład ekspozycji polskiej gospodarki na czynniki zewnętrzne podaje ostatnie transakcje na rynku bankowym. Znajdujący się w kiepskiej sytuacji finansowej zagraniczni właściciele polskich banków w ostatnim czasie zdecydowali się na sprzedaż m.in. Nordea Banku, Alior Banku czy udziałów w banku Pekao.

– Widzimy, że ten kapitał zagraniczny zaczyna uciekać, a jeżeli kapitał zagraniczny zaczyna uciekać, to znowu pojawia się pytanie, skąd będziemy ten wzrost gospodarczy finansować – zauważa ekspertka.

Jako drugie najważniejsze obok kredytów źródła finansowania polskiego wzrostu gospodarczego Hryckiewicz wskazuje oszczędności. Problemem jest ich bardzo niski względem innych gospodarek poziom. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Finansowy Barometr ING oraz Eurostat, ponad połowa Polaków nie ma żadnych oszczędności, a statystycznie ich poziom jest aż 8-krotnie niższy niż w przypadku Niemców i wynosi 21 tys. zł.

– Co prawda Europejski Bank Centralny wskazuje, że na razie nie ma powodów do obaw, ale są pewne obszary, gdzie to ryzyko może wystąpić, co w momencie rzeczywistej jego materializacji sprawi, że tą prognozę gospodarczą dla Polski będziemy musieli zrewidować – podsumowuje.

Firmy niemieckie, francuskie i amerykańskie największymi inwestorami zagranicznymi w Polsce. Liderem jest sektor nowoczesnych usług biznesowych

Firmy niemieckie, francuskie i amerykańskie największymi inwestorami zagranicznymi w Polsce. Liderem jest sektor nowoczesnych usług biznesowych 7

Z szacunków Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych wynika, że od 2000 roku do Polski napłynęło ponad 10 mld zł w formie zagranicznych inwestycji. Tylko w ubiegłym roku zrealizowano projekty inwestycyjne, których wartość wyniosła 766,9 mln euro. Największymi inwestorami zagranicznymi są firmy niemieckie, francuskie i amerykańskie. Liderem wzrostu inwestycji wśród firm notowanych na GPW jest telekom Orange Polska, który w trzech pierwszych kwartałach br. przeznaczył na nie 4,3 mld zł (za zestawieniem Money.pl z grudnia br.). Na kolejnych miejscach znalazły się PKN Orlen i GTC.

– Firmy inwestują tam, gdzie widzą możliwości rozwoju i odniesienia korzyści finansowych. Takie możliwości w Polsce istnieją i dostrzegają je inwestorzy, zarówno ci, którzy dopiero wchodzą na nasz rynek, jak i ci, którzy są na nim zadomowieni od lat. Przykładowo telekom Orange, który jest obecny na polskim rynku od jedenastu lat – mówi Cezary Kaźmierczak, prezes zarządu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Z opracowania money.pl wynika, że największy wzrost nakładów inwestycyjnych wśród największych spółek giełdowych odnotowała firma Orange Polska, która w pierwszych trzech kwartałach tego roku zwiększył inwestycje o ponad 3 mld zł w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Według opracowanego przez think tank Warsaw Enterprise Institute (WEI) raportu pt. „Klimat dla inwestycji w Polsce. Diagnoza sytuacji, propozycje rozwiązań”, wzrost inwestycji jest kluczowy dla polskiej gospodarki. Zdaniem ekspertów bez zwiększania nakładów inwestycyjnych trudno będzie utrzymać tempo zbliżania się PKB Polski do średniej europejskiej. Wzrost inwestycji jest również kluczowym elementem programu Zrównoważonego Rozwoju Polski.

Według danych PAIiIZ najwięcej inwestuje sektor nowoczesnych usług, a w kolejnych latach może powstać w Polsce nawet 70 ośrodków Share Service Centres (centra usług wspólnych) i BPO (centra nowoczesnych usług dla biznesu) świadczących zagranicznym korporacjom usługi z zakresu księgowości czy IT.

– W Polsce buduje się sporo nowoczesnych fabryk, co wiąże się z kilkoma czynnikami. Jest dostępność siły roboczej. Mamy dobrą infrastrukturę drogową na europejskim poziomie. Co prawda, mamy również złe podatki, ale one dotykają raczej małych i średnich przedsiębiorstw, bo duże korporacje są w stanie dość łatwo poradzić sobie z patologiami systemu podatkowego. Atutem jest też położenie geograficzne, blisko naszego głównego partnera biznesowego którym są Niemcy – wylicza Cezary Kaźmierczak.

Zdaniem prezesa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców kluczowym czynnikiem, który podnosi atrakcyjność Polski w oczach zagranicznych inwestorów, pozostaje jednak dostępność wykwalifikowanej kadry i relatywnie tanie zasoby pracy.

– Firmy wszędzie poszukują zasobów pracy i wykwalifikowanych pracowników. W Polsce te zasoby pracy są wciąż dobre, mamy wyż demograficzny, obserwujemy również napływ pracowników z Ukrainy. W dzisiejszych czasach dostępność siły roboczej jest czynnikiem coraz bardziej istotnym, który ściąga przedsiębiorstwa do danego kraju. O ile w XIX wieku praca szła za kapitałem, o tyle teraz jest odwrotnie i to kapitał idzie za pracą – uważa Cezary Kaźmierczak.

Z raportu think tanku WEI płynie jednak wniosek, że na poziom inwestycji będzie znacząco wpływać również atmosfera i warunki, które zostaną stworzone zagranicznym firmom chętnym do inwestowania w Polsce. Autorzy opracowania zwracają uwagę na to, że w ostatnim czasie działania czy też brak działań ze strony rządu nie przekładały się na przychylność inwestorów. Dodatkowe czynniki, takie jak osłabienie kursu złotego, zastój na giełdzie, zapowiedzi repolonizacji banków czy wprowadzenia podatku handlowego, również mogą spowodować obawy inwestorów i osłabić wizerunek Polski jako państwa, w którym warto lokować inwestycje.

Dlatego eksperci WEI podkreślają, że konieczne jest wprowadzenie prostego i przejrzystego Prawa zamówień publicznych i systemu podatkowego. Wśród propozycji padł również postulat, aby utworzyć Radę Inwestorów Zagranicznych, która byłaby forum wymiany poglądów i konsultacji służących wypracowywaniu rozwiązań gwarantujących podtrzymywanie dobrej reputacji Polski jako ośrodka inwestycyjnego.

Do obsługi ruchu przedświątecznego potrzebnych jest 30 tys. pracowników sezonowych

Do obsługi ruchu przedświątecznego potrzebnych jest 30 tys. pracowników sezonowych 8

W okresie świątecznym rośnie zapotrzebowanie na pracowników. Szacuje się, że co roku potrzebnych jest prawie 30 tys. dodatkowych rąk do pracy. Poszukiwane są osoby do pracy w handlu, w promocjach, eventach świątecznych oraz te pracujące w charakterze mikołajów, elfów lub śnieżynek. Najwięcej ofert można znaleźć w internecie. Warto jednak korzystać z agencji zatrudnienia, które dają gwarancję wypłaty wynagrodzenia.

Szacuje się, że co roku liczba pracowników sezonowych potrzebnych do obsługi ruchu przedświątecznego wynosi 30 tys. osób – mówi agencji Newseria Biznes Michał Szrajber prezes agencji pracy tymczasowej Wadwicz i ekspert Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia.

Zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych rośnie już w połowie listopada. Poszukiwani są zwłaszcza kurierzy, sprzedawcy, magazynierzy, hostessy oraz osoby pracujące w charakterze mikołajów, elfów lub śnieżynek.

Pracy można szukać wszędzie tam, gdzie jest obsługa klienta. To przede wszystkim handel i działania z nim związane, jak promocje, eventy przedświąteczne, kiermasze świąteczne czy typowa praca świąteczna, czyli  w charakterze mikołaja – wskazuje ekspert.

W okresie przedświątecznym na najlepsze stawki mogą liczyć osoby pracujące jako mikołaje i śnieżynki. Ci pierwsi mogą zarobić do 300 zł za godzinę tuż przed Wigilią, na imprezie świątecznej. Śnieżynki są w stanie dostać od kilkunastu złotych za godzinę pracy hostessy w galerii handlowej do 70 zł jako pomoc mikołaja i nawet kilkaset złotych za kilka godzin pracy podczas imprezy dla dzieci. Niższe stawki obowiązują w pracach podstawowych, przy sprzedaży ozdób świątecznych, karpia czy pakowaniu prezentów.

Stawki świąteczne są minimalnie wyższe niż stawki w ciągu roku. Najwyższą stawkę może otrzymać osoba, która pracuje jako mikołaj, choć to w zasadzie bardziej animator eventowy. Jeżeli taki mikołaj przychodzi do firmy czy do domu, to ma nieco skomplikowane zadanie i taka osoba jest w stanie liczyć nawet na 300 zł za godzinę – tłumaczy Szrajber.

Tradycyjnie najwięcej ofert pracy można znaleźć przy sklepach i w internecie. Często decydują kontakty z poprzednich sezonów, czy polecenie od znajomego.

Głównym źródłem ofert z pracą w tej chwili jest przede wszystkim internet, w sieci znajdziemy najwięcej ofert pracy. Nie tylko w portalach o zasięgu ogólnopolskim, ale też na forach, gdzie kandydaci do pracy wymieniają między sobą doświadczenia, gdzie można dostać taką pracę – zaznacza prezes Wadwicz.

Przed świętami brakuje rąk do pracy, rośnie zapotrzebowanie na pracowników w wielu branżach. Choć dla wielu to przede wszystkim okazja do podreperowania domowego budżetu, nie brakuje także oszustów. Dlatego jak przekonuje ekspert, pracę warto podejmować z głową, najlepiej za pośrednictwem agencji zatrudnienia.

W okresie przedświątecznym panuje duża gorączka, polecałbym więc korzystać, zwłaszcza w tym okresie, z pośrednictwa agencji zatrudnienia. Są one pewnym gwarantem, dają pewność, że wynagrodzenie, które zarobimy, zostanie wypłacone, firma nie rozpłynie się w powietrzu, a wszystko zostanie zrobione tak, jak pracownik mógłby tego oczekiwać – przekonuje Michał Szrajber.

Krok milowy w leczeniu chorych na zaawansowanego raka płuca. Nowy lek znacznie skuteczniejszy niż chemioterapia

Krok milowy w leczeniu chorych na zaawansowanego raka płuca. Nowy lek znacznie skuteczniejszy niż chemioterapia 9

Onkolodzy obwieszczają przełom w leczeniu chorych na niedrobnokomórkowego raka płuca, który odpowiada za 85 proc. zachorowań na nowotwór płuca. Badania kliniczne wykazały, że atezolizumab – nowa cząsteczka, która pobudza do działania układ odpornościowy pacjenta, jest znacznie skuteczniejsza niż chemioterapia. W porównaniu do dotychczas stosowanego sposobu leczenia wykazała wydłużenie życia chorych nawet o 12 miesięcy. Niska toksyczność sprawia ponadto, że wielu pacjentów jest w stanie prowadzić normalny tryb życia.

Zaawansowany rak płuca to najczęstsza przyczyna śmierci wśród chorych z nowotworami złośliwymi. Co roku z jego powodu umiera ponad 1,5 mln osób na świecie. W Polsce każdego roku rozpoznaje się ok. 22 tys. nowych przypadków zachorowań. Najczęściej występującym typem tego nowotworu jest niedrobnokomórkowy rak płuca (NDPR), który odpowiada za prawie 90 proc. wszystkich zachorowań. Standardem w jego leczeniu jest zabieg chirurgiczny wykonany we wczesnym stadium choroby. Do tej radykalnej terapii kwalifikuje się jednak zaledwie 14 proc. pacjentów. W zaawansowanym stadium choroby standardy leczenia obejmują chemioterapię, radioterapię oraz nowoczesne metody leczenia, takie jak terapie molekularne oraz immunoterapia.

– Terapiami ukierunkowanymi molekularnie może być leczona dość wąska grupa ludzi, którzy mają predyspozycje genetyczne do tego, żeby te terapie były skuteczne. W Polsce mamy ok. 15 proc. chorych z zaawansowanym nowotworem, którzy mogą być leczeni terapiami ukierunkowanymi molekularnie – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Paweł Krawczyk, kierownik Pracowni Immunologii i Genetyki Katedry i Kliniki Pneumonologii, Onkologii i Alergologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Jeszcze lepsze wyniki lekarze osiągają dzięki stosowaniu immunoterapii, a więc leków pobudzających do pracy układ odpornościowy chorego.

 Układ immunologiczny zabija komórkę nowotworową, pod warunkiem że nie potrafi ona się obronić. Niestety, komórki raka płuca bardzo często potrafią się obronić, w związku z tym wyłączenie mechanizmu obronnego w komórce skutkuje tym, że układ immunologiczny odzyskuje aktywność i może zabić komórkę nowotworową – mówi prof. Paweł Krawczyk.

Przełomem w leczeniu niedrobnokomórkowego raka płuca było odkrycie tzw. receptora programowanej śmierci PD-1 oraz pobudzającego go liganda PD-L1. Receptor ten występuje na powierzchni komórek układu odpornościowego i pozwala organizmowi odróżniać własne komórki od wrogich. Bez PD-1 mogłoby bowiem dojść do nadmiernej aktywności układu immunologicznego i niszczenia własnych komórek i tkanek. W komórkach nowotworowych PD-1 występuje w tak dużej ilości, że organizm chorego nie odbiera ich jako obcych, które należy zniszczyć. Zablokowanie go za pomocą nowoczesnych leków powoduje przywrócenie prawidłowego funkcjonowania układu odpornościowego i odpowiedź antynowotworową.

– To nie są klasyczne leki przeciwnowotworowe działające bezpośrednio na komórkę nowotworową. To są leki, które odblokowują układ immunologiczny pacjenta. Przełom jest olbrzymi, szczególnie w aspekcie raka niedrobnokomórkowego, gdzie w ciągu ostatnich dziesięcioleci była pustynia, bardzo mało nowych preparatów się pojawiało – mówi prof. Dariusz Kowalski, kierownik Oddziału Zachowawczego w Klinice Nowotworów Płuca i Klatki Piersiowej w Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie.

Obecnie dostępne są dwa leki będące przeciwciałami skierowanymi przeciwko receptorowi PD-1, czyli pembrolizumab i nivolumab, oraz dwa przeciwciała skierowane przeciwko ligandowi PD-L1, a więc durvalumab i atezolizumab. Badania kliniczne trzeciej fazy wykazały, że stosowanie tych leków, zwłaszcza w drugiej linii leczenia, po niepowodzeniu chemioterapii, znacznie wydłuża medianę przeżycia całkowitego i czasu przeżycia wolnego od progresji choroby wobec standardowego leczenia. W przypadku atezolizumabu w badaniu klinicznym fazy trzeciej OAK mediana przeżycia całkowitego wyniosła 13,8 miesiąca, czyli o ponad 4 miesiące dłużej niż w przypadku klasycznej chemioterapii.

 W grupie chorych, u których ekspresja PD-1 była wysoka i obecna w dużej liczbie komórek, okazało się, że ta różnica w medianie czasu przeżycia całkowitego, na korzyść atezolizumabu, wyniosła już nie 4 miesiące, ale 12 miesięcy, czyli rok. W przypadku raka niedrobnokomórkowego takich separacji krzywych naprawdę bardzo dawno nie widzieliśmy – mówi Dariusz Kowalski.

Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków przyznała atezolizumabowi status terapii przełomowej w leczeniu pacjentów z NDPR wykazującym ekspresję PD-L1, u których nastąpił postęp choroby w trakcie lub po chemioterapii. Wnioskowi złożonemu przez producenta leku biologicznego do stosowania tej terapii nadano status oceny priorytetowej.

Obecnie trwają badania kliniczne trzeciej fazy oceniające skuteczność i bezpieczeństwo atezolizumabu stosowanego w monoterapii lub w skojarzeniu z innymi lekami u pacjentów z rakiem płuca o różnym stopniu zaawansowania. W Polsce żaden z leków immunokompetentnych nie podlega refundacji. Pacjenci mogą je otrzymać jedynie w ramach uczestnictwa w badaniach klinicznych.

 Jednak jest duża szansa, że w ciągu najbliższych miesięcy pojawią się pierwsze leki. Możemy się uczyć stosowania tych leków i okazuje się, że są one niezwykle skuteczne. U tych osób, u których dochodzi do odpowiedzi na immunoterapię, obserwujemy bardzo długotrwałe remisje i być może niektórzy z tych chorych będą nawet wyleczeni. Tego nie możemy powiedzieć na pewno, bo zbyt małe doświadczenie jeszcze mamy z zastosowaniem immunoterapeutyków. Ale jest to prawdopodobne – mówi prof. Kowalski.

Ważny projekt polskiego rządu zagrożony przez pomysł z Brukseli

Ministerstwo Energii na początku grudnia zaprezentowało projekt rynku mocy, czyli pakietu który ma wspomóc polskie firmy elektroenergetyczne. Polski rząd stawia na węgiel i na nim bazować będzie też nasza energetyka. Problem w tym, że inne podejście reprezentuje Unia Europejska. Zaprezentowany pod koniec listopada tzw „pakiet zimowy” wprowadza niekorzystne dla Polski rozwiązania. Zaproponowane normy są dla nas niewykonalne. Więcej w materiale wideo.

Kto dostaję rentę może stracić na zmianie kwoty wolnej od podatku

Polityka gospodarcza w Polsce jest słabo skoordynowana z polityką społeczną. Podwyższenie kwoty wolnej przyniesie rozczarowanie rencistce, która podejmie pracę na pół etatu.
O tych niekonsekwencjach w rozmowie z MarketNews opowiada Aleksander Łaszek, główny ekonomista FOR.

NSZZ „Solidarność”: Oczekujemy realizacji programu ochrony zdrowia przez PiS

NSZZ „Solidarność” oczekuje realizacji programu ochrony zdrowia przez Prawo i Sprawiedliwość, który miał zwiększyć zaangażowanie państwa – także w kontekście odpowiedzialności finansowej. Od kilku lat kontrakty w lecznictwie szpitalnym nie były zmieniane, natomiast w podstawowej opiece zdrowotnej kilkukrotnie w tym roku. Pokazuje to mniejszą siłę przebicia lecznictwa szpitalnego, niż w sektorze cieszącym się większymi przywilejami u Pana Ministra Konstantego Radziwiłła.

– Przy obecnym finansowaniu służby zdrowia oraz braku uszczelnienia systemu nie ma możliwości sprawiedliwego wynagradzania pracowników – powiedziała agencji eNewsroom.pl Maria Ochman, przewodnicząca Krajowego Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność” – Przez to system opieki pacjentów nie będzie im przyjazny, gdyż na satysfakcję pacjenta składa się praca wszystkich zatrudnionych w szpitalu. Nie dotyczy to tylko lekarzy i pielęgniarek, lecz mowa o kucharkach, salowych, a nawet pracownikach szatni. Należy dbać o to, by otrzymywali oni godne wynagrodzenie.

Digital Signage, czyli skuteczna komunikacja marki z klientami

Każdego dnia doświadczamy 4000-6000 kontaktów z reklamą. To więcej niż nasi przodkowie przez całe swoje życie. W gąszczu różnorodnych komunikatów, walka o zauważalność marki wymaga zastosowania bardziej niekonwencjonalnych metod prezentacji treści niżeli tradycyjne rozwiązania, takie jak ulotki, gazetki czy tablice ogłoszeń. Dlatego nikogo nie powinna dziwić rosnąca popularność systemów Digital Signage które, umożliwiają przekazywanie rozmaitych treści, zarówno informacyjnych, jak i reklamowych, z wykorzystaniem cyfrowych nośników obrazów.

Potencjał polskiego rynku Digital Signage potwierdza raport „Invidis Digital Signage Yearbook 2015/2016”. Polska uplasowała się w nim na 8. miejscu w całym regionie EMEA (Europa Bliski Wschód, Afryka). Główne obszary, w jakich znajduje zastosowanie Digital Signage to, według autorów reportu, branża retail, transportowa oraz komunikacja korporacyjna.

Rozwiązania Digital Signage są szeroko stosowane w branży spożywczej – mowa tu nie tylko o dużych sieciach handlowych, coraz częściej zainteresowani tą usługą są lokalni właściciele sklepów. Dlaczego? Digital Signage pozwala im na bieżąco aktualizować informacje o promocjach. Digital Signage ma prosty interfejs do zarządzania treścią, gdzie użytkownik może umieszczać gazetki, ulotki z daną ofertą, promocjami. Jest to prosty w obsłudze system, który bez problemu może opanować każdy, tym bardziej, że każdy nowy klient ma dostęp do bezpłatnego szkolenia z jego obsługi” – komentuje Jacek Podsiadły, Dyrektor ICT w Infinite IT Solutions.

Coraz częściej nad rozwiązaniami Digital Signage pochylają się również uczelnie. Kierują one swój komunikat do młodych osób, które od wczesnego wieku obsługują smartfony, posiadają smartwatche i są praktycznie cały czas online, więc Digital Signage, jako narzędzie multimedialne, jest w przypadku tej grupy odbiorców najbardziej adekwatnym sposobem przekazania informacji.

Chyba każdemu zdarzyło się obejrzeć towar w sklepie, a później zakupić go w sieci. Coraz częściej tradycyjne sklepy stają się jedynie witrynami, a cały handel przenosi się do Internetu. Za przykład mogą posłużyć tutaj wirtualne przymierzalnie, które wykorzystują technologię Digital Signage. Skanery sczytują naszą sylwetkę, a my wybieramy na ekranie krój, kolor i model ubrania, zatwierdzamy wybór, a praktycznie następnego dnia kurier dostarcza nam ubranie do domu. Przedsiębiorcy daje to wymierne oszczędności, wynikające z wykupienia mniejszych powierzchni w galeriach handlowych oraz ograniczenia liczby osób potrzebnych do obsługi klienta.

Niewątpliwą przewagą systemów Digital Signage nad tradycyjnymi nośnikami informacji jest możliwość interakcji z obiorcami. W ramach kampanii promocyjnej podczas premiery filmowej „Minionki Rozrabiają” widzowie mogli za pomocą smsów sterować postaciami na ekranie Digital Signage. Podobnego zaangażowania nie byłaby w stanie raczej wywołać perfekcyjnie przygotowana ulotka.

Digital Signage systematycznie wkracza w nowe obszary zastosowań, dlatego przyszłość tego narzędzia wydaje się niezagrożona. Systemy Digital Signage na dobre zagościły w sklepach, galeriach handlowych, urzędach, korporacjach, uczelniach, muzeach czy restauracjach, a w połączeniu z innymi technologiami np. eyetracking czy kinect, otwiera się przed Digital Signage szereg dodatkowych możliwości zastosowania.

Źródło: Nova Skills, Customer Experience Management. Jak zadbać o doświadczenia klientów i skutecznie nimi zarządzać.

Zmiany w umowach cywilnoprawnych już od 1 stycznia 2017 r.

Pozostał niecały miesiąc na przygotowanie się do zmian przepisów Ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę („Ustawa”) wprowadzających minimalną stawkę godzinową dla osób zatrudnionych na podstawie umowy zlecenia (art. 734 Kodeksu cywilnego) lub umowy o świadczenie usług (art. 750 Kodeksu cywilnego), które wejdą w życie 1 stycznia 2017 r. Co ważne ustawa nie dotyczy umów o dzieło. Zmiany obejmą zarówno nowe umowy zawierane od tej daty, jak i wcześniej zawarte umowy, które będą nadal trwały w dniu 1 stycznia 2017 r.

Co się zmieni od 1 stycznia 2017 r.?

Minimalna stawka godzinowa osoby zatrudnionej na umowie zlecenia lub umowie o świadczenie usług (w tym prowadzącej działalność gospodarczą, jeżeli nie zatrudnia ona pracowników ani zleceniobiorców) w 2017 r. wynosić będzie 13 zł.

Wynagrodzenie w minimalnej wysokości powinno być wypłacone w formie pieniężnej, a dodatkowo w przypadku umów zawartych na czas dłuższy niż 1 miesiąc, wypłaty powinny być dokonywane co najmniej raz w miesiącu. Ustawodawca wprowadził również zasadę, że wynagrodzenia w wysokości wynikającej z minimalnej stawki godzinowej nie można się zrzec.

W związku ze zmianą przepisów podmioty zatrudniające osoby na podstawie wskazanych powyżej umów powinny:

  • dostosować postanowienia obowiązujących umów do nowych przepisów,
  • wprowadzić odpowiednie postanowienia w nowych umowach zawieranych od 1 stycznia 2017 r.

Po pierwsze – zastosowanie minimalnej stawki godzinowej

Podmioty zatrudniające na podstawie ww. umów cywilnoprawnych powinny, począwszy od 1 stycznia 2017 r., dostosować stawkę wynagrodzenia zleceniobiorcy/usługobiorcy, w ten sposób, aby nie była niższa niż minimalna stawka godzinowa. Dotyczy to także przypadków, gdy umowa określa wynagrodzenie, jako miesięczny ryczałt.

W przypadku, gdy wynagrodzenie nie zostanie w praktyce dostosowane do minimalnej stawki godzinowej, zleceniobiorca/usługobiorca będzie mógł dochodzić przed sądem wynagrodzenia w wysokości obliczonej z zastosowaniem stawki minimalnej.

Aby ograniczać ryzyka związane z roszczeniami pracowników rekomendowane jest dostosowanie postanowień umownych, tak aby przewidywały wynagrodzenie wynikające co najmniej z minimalnej stawki godzinowej.

Należy mieć też na uwadze, że Państwowa Inspekcja Pracy będzie mogła kontrolować, czy wynagrodzenie wypłacane jest w wysokości wynikającej z minimalnej stawki godzinowej, a za wypłatę niższego wynagrodzenia za godzinę pracy zleceniobiorcy/usługobiorcy będzie mogła zostać nałożona kara grzywny w wysokości do 30 000 zł.

Po drugie – ewidencjowanie godzin pracy zleceniobiorców/usługobiorców

Zmiany, które powinny być wprowadzone do trwających, jak i nowo zawieranych umów obejmują postanowienia dotyczące określenia sposobu potwierdzania liczby godzin wykonywania zlecenia lub świadczenia usług.

Należy wskazać, że na gruncie przepisów nowelizacji podmiot zatrudniający ma dość dużą swobodę w wyborze sposobu potwierdzania liczby godzin pracy zleceniobiorców/usługobiorców.

Ważne jest, że w braku dokonania ustaleń umownych w tym zakresie zastosowanie znajdą znowelizowane przepisy Ustawy, które mogą być mniej korzystne dla przedsiębiorcy zatrudniającego.

Przewidują one, że w przypadku nieokreślenia sposobu potwierdzania liczby godzin w umowie, to zleceniobiorca przedkłada podmiotowi zatrudniającemu informację o liczbie godzin wykonywania zlecenia/świadczenia usług. Może to powodować utratę kontroli nad czasem poświęcanym przez zleceniobiorców/usługobiorców na świadczenie usług, a w konsekwencji wiązać się z dodatkowymi obciążeniami finansowymi dla podmiotu zatrudniającego.

Szczególną uwagę do przepisów nowelizacji powinni przywiązać pracodawcy-użytkownicy korzystający z pracy osób zatrudnionych na podstawie umowy zlecenia lub umowy o świadczeni usług skierowanych do pracy przez agencje pracy tymczasowej. Zgodnie bowiem z nowelizacją nie stosuje się do nich powyższych zasad. Zamiast tego pracodawcy-użytkownicy obowiązani są prowadzić ewidencję liczby godzin wykonania zlecenia lub świadczenia usług.

Nie w każdym przypadku zmiana umowy będzie konieczna

Od zastosowania powyższych przepisów istnieją pewne wyjątki.

Minimalna stawka godzinowa nie będzie miała zastosowania m.in. w przypadku umów zlecenia lub umów o świadczenie usług, jeżeli: (i) o miejscu i czasie świadczenia usług decyduje zleceniobiorca/usługobiorca, oraz (ii) przysługuje mu wyłącznie wynagrodzenie prowizyjne.

Zgodnie z Ustawą, przez wynagrodzenie prowizyjne należy rozumieć wynagrodzenie uzależnione od wyników:

  1. uzyskanych przez współpracownika w ramach wykonania zlecenia lub świadczenia usług, lub
  2. działalności podmiotu, na rzecz których jest wykonywane zlecenie lub są świadczone usługi

– takich jak liczba zawartych umów, wartość zawartych umów, sprzedaż, obrót, pozyskane zlecenia, wykonane usługi lub uzyskane należności.

Podsumowanie

Jak zatem wynika z powyższego, podmioty zatrudniające osoby na umowach zlecenia lub umowach o świadczenie usług powinny przeanalizować, czy nowe przepisy nakładają na nie dodatkowe obowiązki, czy też istnieje możliwość skorzystania z jednego z wyjątków przewidzianych nowelizacją.

Ponadto, w wielu przypadkach konieczne może okazać się wprowadzenie zmian do treści obowiązujących umów zlecenia/o świadczenie usług oraz odpowiednia modyfikacja wzorów umów stosowanych przez firmy.

Autorzy:

Ewa Boroń, radca prawny, Senior Associate, Deloitte Legal

Natalia Wołkowycka, aplikant radcowski, Associate, Deloitte Legal

Innowacyjne firmy technologiczne z Europy Środkowej coraz bardziej liczą się w regionie EMEA

Aż 39 firm z Europy Środkowej znalazło się w tegorocznym rankingu firm technologicznie innowacyjnych w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka). Najwyżej, bo na trzecim miejscu w zestawieniu Deloitte Technology Fast 500 EMEA uplasowała się polska spółka Codewise, która odnotowała wzrost na poziomie 13 052 proc., czyli istotnie więcej od średniego wzrostu w regionie EMEA (967 proc). Po raz trzeci w 16–letniej historii konkursu firma środkowoeuropejska znalazła się na podium – ostatnio w 2012 r. rumińska Vola.ro ze wzrostem 17 323 proc. zajęła trzecie miejsce. Fotel tegorocznego lidera trafił do szwedzkiej spółki Fingerprints Cards, specjalizującej się w technologiach biometrycznych. Na przestrzeni ostatnich czterech lat firma zanotowała wzrost przychodów na poziomie ponad 28 tys. proc.

Ranking Deloitte grupuje najszybciej rozwijające się spółki technologiczne z regionu EMEA. Zestawienie jest przygotowane w oparciu o procentowy wzrost przychodów operacyjnych ze sprzedaży na przełomie ostatnich czterech lat (2012 r. vs. 2015 r.). Średnia stopa wzrostu przychodów wszystkich spółek z zestawienia wyniosła 967 proc., dla porównania w edycji ubiegłorocznej było to 1 012 proc. (1 711 proc. w 2014 r.). Wynik wskazuje na rosnącą dojrzałość branży technologicznej w regionie EMEA – mówi Magdalena Burnat-Mikosz, Partner w Deloitte, Lider programu Technology Fast 50 w Europie Środkowej.

Pierwsza dziesiątka rankingu:

W pierwszej „setce” Fast 500 znalazło się aż dziesięć firm z Europy Środkowej. Spośród nich na trzecim miejscu uplasował się zwycięzca Technology Fast 50 – firma Codewise z Polski, zajmująca się tworzeniem narzędzi dla e-marketingu, która w latach 2012-2015 osiągnęła wzrost przychodów na poziomie ponad 13 tys. proc.

Technology Fast 50 w Europie Środkowej

Tak wysoka pozycja spółki w rankingu Deloitte Technology Fast 500 to dla nas ogromny powód do dumy a także budujące potwierdzenie sukcesu, który wspólnie tworzymy. Przypomnę tylko, że w 2015 zajęliśmy pierwsze miejsce w kategorii „Wschodzące Gwiazdy” w rankingu Fast 50 CE a w tegorocznej edycji znaleźliśmy się na pierwszym miejscu w głównej kategorii rankingu oraz kategorii „Wielka Piątka”. Tak konsekwentnie prowadzona strategia umacnia nas na pozycji lidera firm technologicznie innowacyjnych a trzecie  miejsce w regionie EMEA pokazuje, że firma jest na dobrej drodze do zbudowania jej w skali globalnej. Jestem przekonany, że to początek czegoś naprawdę wielkiego – mówi Robert Gryn, CEO Codewise.

Zarządzając firmą na pierwszym miejscu zawsze stawiam ludzi. Mówiąc wprost, traktuję ich tak, jak sam chciałbym być traktowany. Takie podejście spowodowało, że jesteśmy otwartą organizacją z dość swobodną kulturą, ale też taką, w której każdy czuje odpowiedzialność. To pozwoliło zespołowi liczącemu 100 osób osiągnąć w 2016 r. przychody sięgające ponad 50 mln dolarów. Ludzie, produkt, zysk – taka powinna być kolejność – dodaje.

W pierwszej setce, oprócz Codewise znalazły się jeszcze dwie firmy z Polski: CodiLime na pozycji 15. Działająca w obszarze globalnych innowacyjnych rozwiązań IT i Miquido na miejscu 73. tworząca aplikacje mobilne. Łącznie nasz kraj w Deloitte Technology Fast 500 EMEA ma 15 reprezentantów, a region Europy Środkowej może pochwalić się aż 39 przedstawicielami. Sześć spółek pochodzi z Czech, cztery ze Słowacji, po trzy z Chorwacji, Rumunii, Węgier oraz po jednej z Bośni i Hercegowiny, Bułgarii, Litwy, Serbii oraz Słowenii.

Polskie firmy w rankinguDeloitte Technology Fast 500 EMEA

Podobnie jak w poprzednich latach najliczniej reprezentowanym państwem jest Francja, z której pochodzą 94 spółki. Drugie miejsce należy do Wielkiej Brytanii, a trzecie do Holandii.

Sukces Codewise jest najlepszym dowodem na to, że marzenia o zbudowaniu spółki o zasięgu globalnym, mającej swe korzenie w Europie Środkowej mają jak najbardziej realne podstawy. Tegoroczne wyniki EMEA Technology Fast 500 są tego najlepszym dowodem. Wszystkie 39 firm z regionu, które znalazły się w zestawieniu spełniało kryteria konkursu, w tym próg osiągniętych w 2015 r. przychodów na poziomie, co najmniej 800 tys. euro – mówi Magdalena Burnat-Mikosz.

Tegoroczna edycja Deloitte Technology Fast 500 EMEA tradycyjnie została zdominowana przez spółki z sektora oprogramowania, które stanowią ponad 50 proc. całego zestawienia. Firm reprezentujących kategorię media jest 14 proc. Trzecie miejsce zajmuje branża komunikacyjna, zajmujący nieco ponad 10 proc.

Zwycięzcy w poszczególnych sektorach:Deloitte Technology Fast 500 EMEA

Spółki ze Środkowej Europy są coraz bardziej widoczne wśród najszybciej rosnących firm technologicznych działających na rynkach globalnych. Na znaczeniu zyskują te działające w sektorze nanotechnologii, biotechnologii oraz energii. Przykładem może być HiProMine, która opracowała technologię przemysłowej hodowli i przetwarzania owadów. Wierzę, że już niedługo znajdzie się w gronie 500 najlepszych spółek technologicznych w Europie. Deloitte bardzo silnie wspiera ambitne spółki technologiczne, m.in. poprzez tworzone platformy współpracy i wymiany doświadczeń np. program Alumni Fast 50, warsztaty strategiczne dla zwycięzców. Jesteśmy dumni, że tak wiele spółek z Europy Środkowej korzystając z tego typu wsparcia zaczyna na poważnie myśleć o globalnej ekspansji – podsumowuje Magdalen Burnat-Mikosz z Deloitte.

O rankingu:

Ranking „Deloitte Technology Fast 500 EMEA” porównuje najszybciej rozwijające się spółki technologicznie innowacyjne w regionie EMEA, a firmy uszeregowane są na podstawie tempa wzrostu osiąganych przychodów. Program jest globalny: Deloitte publikuje trzy rankingi – poza regionem EMEA również region APAC (Azja i Pacyfik) oraz ranking obejmujący firmy z Ameryki Północnej. Firmy nominowane do rankingu pochodzą z regionalnych konkursów (główna kategoria). Polska była uwzględniona w rankingu „Technology Fast 50 Central Europe”, który został opublikowany w październiku br.

Firmy uwzględnione w rankingu muszą spełniać następujące kryteria:

  • opracowywać lub wytwarzać autorskie technologie i/lub ponosić istotne nakłady na prace badawczo-rozwojowe,
  • posiadać strukturę własności, która wyklucza udziały większościowe inwestorów strategicznych,
  • posiadać siedzibę w jednym z krajów uczestniczących w programie,
  • okres działalności min. 4 lata,
  • wysokość przychodów operacyjnych w każdym badanym roku min 50 000 EUR (kurs wymiany w oparciu o średnią roczną podaną przez banki centralne dla walut poszczególnych krajów),
  • sektor działalności: oprogramowanie, sprzęt komputerowy, komunikacja, media, czyste technologie oraz life sciences, w których zawiera się, m.in. biotechnologia, branża farmaceutyczna czy technologia medyczna.

Draghi przerwał korekcyjne umocnienie złotego

Niejednoznaczna decyzja Europejskiego Banku Centralnego (ECB) ws. polityki monetarnej przeceniła wczoraj złotego w relacji do głównych walut i tym samym przerwała obserwowane od początku tygodnia jego dynamiczne odbicie. To prawdopodobnie koniec korekty na złotym. W przyszłym tygodniu rośnie ryzyko jego ponownego osłabienia.

Piątkowy poranek upływa pod znakiem stabilizacji notowań polski par na poziomach zbliżonych z wczorajszego zamknięcia, po tym jak w czwartek złoty stracił na wartości, co zakończyło obserwowaną od początku tygodnia jego dobrą passę. O godzinie 09:46 kurs EUR/PLN testował poziom 4,44 zł, USD/PLN 4,1830 zł, CHF/PLN 4,1170 zł, a GBP/PLN 5,2550 zł.

Ta poranna stabilizacja notowań może wydłużyć się na cały dzień. W piątek brakuje bowiem istotnych publikacji makroekonomicznych, które mogłyby wstrząsnąć rynkami i nadać im nowej dynamiki. Ten spokój będzie dodatkowo wzmagał koniec tygodnia, a także dalsze „trawienie” wczorajszej decyzji ECB oraz czekanie na przyszłotygodniowe wyniki posiedzenie amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed). Stąd też na koniec dni notowania złotego nie będą istotnie odbiegać od obecnych. Aczkolwiek, odreagowując wczorajszy ruch, może on być nieznacznie mocniejszy.

W czwartek Europejski Bank Centralny, pozostawiając stopy procentowe bez zmian (główna: 0,00%; depozytowa: -0,40%), zdecydował się wydłużyć i skorygować wartość programu QE. Program ten, który był przewidziany do marca 2017 roku, został wydłużony do końca 2017 roku (bank dokonał też technicznej korekty jeżeli chodzi o kupowane aktywa). Jednakże, od kwietnia ECB będzie skupował aktywa o wartości 60 mld EUR miesięcznie, a nie 80 mld EUR jak obecnie. Ta decyzja rozminęła się z rynkowymi oczekiwaniami, które mówiły o wydłużeniu programu o 6 miesięcy i utrzymaniu jego obecnej wartości. Tym samym Mario Draghi tym posunięciem jednocześnie chciał zjeść przysłowiowe ciastko i je wciąż mieć. Jednocześnie bowiem wydłużył programu QE, ale też dał wyraźny sygnał, że powoli program będzie ograniczany.

Proste podsumowanie skali potencjalnych zakupów w obu przypadkach pokazuje, że wersja ECB oznacza skup większy o 60 mld EUR niż zakładał rynek. Tak też to zinterpretowali inwestorzy. Euro gwałtownie się osłabiło do dolara, a europejskie indeksy wzrosły. Nie można jednak zapominać, że decyzja ECB oznacza pierwszy krok w kierunku ograniczania skali ekspansywności polityki monetarnej w strefie euro, co będzie stanowić czynnik wspierający wspólną walutę, podnoszący rentowności europejskiego długu oraz zwiększający presję na sprzedaż akcji.

Złoty zareagował osłabieniem na wczorajsze wyniki posiedzenia ECB. Nie był w tym odosobniony. Podobnie reagowały też inne walut regionu (m.in. węgierski forint). Reakcja ta była przede wszystkim pochodną silnego spadku kursu EUR/USD, niż głębszego spojrzenia na decyzję ws. programu QE. Niemniej jednak trzeba mieć na uwadze, że w dłuższym terminie wychodzenie z tego programu będzie mieć negatywne przełożenie na notowania złotego, który mocno na nim korzystał.

Czwartkowe decyzja ECB powoli odchodzi w niepamięć, a rynki już powinny spoglądać w kierunku przyszłotygodniowego posiedzenie amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed). Powszechnie się oczekuje, że stopy procentowe w USA wzrosną o 25 punktów bazowych. Taka decyzja w dużej mierze jest już zdyskontowana przez rynek walutowy. W cenach nie ma natomiast jeszcze oczekiwanych 3 podwyżek stóp w USA w 2017 roku. Dlatego też w nieco dłuższym horyzoncie czasu perspektywa dalszego zaostrzenia polityki monetarnej przez Fed będzie wspierać dolara, podnosić rentowności długu i drenować kapitał z rynków wschodzących. Stąd pierwsza połowa przyszłego roku powinna stać pod znakiem utrzymującej się słabości złotego.

Wczorajsza reakcja na posiedzenie ECB zakończyła korektę na złotym. Obecnie z punktu widzenia polskiej waluty istotna będzie decyzja Fed, a w mniejszym stopniu dane makroekonomiczne z polskiej gospodarki (w przyszłym tygodniu będą to m.in. raporty o inflacji, bilansie płatniczym, zatrudnieniu i wynagrodzeniach). Niemniej jednak, raczej należy przygotować się na słabszego niż mocniejszego złotego. Szacuję, że na koniec grudnia za euro trzeba będzie zapłacić 4,45 zł, dolar podrożeje do 4,28 zł, a szwajcarski frank będzie kosztował 4,17 zł.

Marcin Kiepas

niezależny analityk

Rynek dóbr luksusowych w Polsce 2016 r.

Liczba zamożnych i bogatych Polaków w 2016 roku przekroczy 1 milion. Najwięcej takich osób mieszka w woj. mazowieckim, śląskim i dolnośląskim. Na dobra i usługi luksusowe Polacy wydadzą łącznie 16,4 mld zł, co oznacza aż 15% wzrost w porównaniu z rokiem ubiegłym. Niezmiennie największym segmentem tego rynku są samochody luksusowe i premium. Według zamożnych i bogatych respondentów badania KPMG, cena luksusowego samochodu zaczyna się od 215 tys. zł, damskiej torebki od 1 900 zł, a luksusowe wino to wydatek minimum 350 zł. Wraz ze wzrostem dochodów Polacy chętniej inwestują w kolekcjonerskie dobra luksusowe – 35% zamożnych i bogatych inwestuje lub planuje zainwestować w sztukę.

W 2016 roku w Polsce mieszka już ponad milion potencjalnych nabywców dóbr luksusowych

Jak wynika z siódmej edycji badania rynku dóbr luksusowych w Polsce, przeprowadzonego przez KPMG, w 2016 roku liczba osób zamożnych i bogatych, czyli osiągających roczny dochód brutto przekraczający 85 tys. zł, pierwszy raz w historii przekroczy milion. Ich łączne dochody netto szacowane są na około 171 mld zł. Uśredniając, dochody przeciętnego zamożnego lub bogatego Polaka wynoszą 18 tys. zł brutto, co stanowi ponad cztery średnie krajowe wynagrodzenia.

– Według prognoz najbliższe lata zapowiadają się obiecująco zarówno pod względem wzrostu liczby osób zamożnych i bogatych, jak i łącznego dochodu, którym dysponują. Prognozujemy, że w 2019 roku w Polsce będzie mieszkać blisko 1,3 mln osób zamożnych i bogatych, a ich dochód netto sięgnie około 220 mld zł. Warto jednak podkreślić, że dane te dotyczą wciąż stosunkowo niewielkiej części naszego społeczeństwa stanowiącej obecnie ok. 3% ogółu – mówi Andrzej Marczak, partner w KPMG w Polsce.

Liczba zamożnych i bogatych Polaków, a także ich dochody są znacznie zróżnicowane regionalnie. Największa liczba takich podatników, bo aż ponad ćwierć miliona osób, rozliczyła swoje dochody za 2015 rok w województwie mazowieckim (287 tys.). Na drugim miejscu znalazło się województwo śląskie, w którym zamożnych i bogatych osób było blisko trzy razy mniej (104 tys. osób). Trzecie miejsce zajęło województwo dolnośląskie (86 tys.).

Bez wątpienia najistotniejszą grupą nabywców produktów luksusowych i premium są zamożni i bogaci, a wśród nich kluczowe znaczenie mają osoby posiadające płynne aktywa o wartości przekraczającej 1 mln dolarów, czyli HNWI (ang. high net worth individuals). Jak wynika z danych Credit Suisse, w Polsce mieszka obecnie ponad 41 tys. osób, które można zaliczyć do grona HNWI . Dla porównania w Wielkiej Brytanii jest ich 2,2 mln, a w Niemczech i Francji po 1,6 mln. Analizując wyniki z perspektywy całej populacji, w Polsce 1 na 1 000 mieszkańców należy do grupy HNWI1, podczas gdy w zamożnej Szwajcarii – co dziesiąta osoba.

W porównaniu do krajów zachodnioeuropejskich majątek Polaków jest niewielki. W połowie 2016 roku średnia wartość majątku (aktywa finansowe i niefinansowe po potrąceniu zobowiązań) na osobę w Polsce wyniosła 19,8 tys. dol., podczas gdy średnia dla Unii Europejskiej to 132,5 tys. dol., czyli prawie siedmiokrotnie więcej. Wartość majątku przeciętnego Polaka porównywalna jest do takich krajów jak Słowacja (19,9 tys. dol.) czy Chorwacja (17,9 tys. dol.). Wyprzedzają nas stosunkowo najmniej zamożne kraje zachodnioeuropejskie, takie jak Portugalia (61,8 tys. dol.), Grecja (84,1 tys. dol.) czy Hiszpania (92,8 tys. dol.). Chociaż Polska jest krajem o relatywnie niskiej zamożności, to nie bez znaczenia jest fakt, że średni majątek w przeliczeniu na jedną osobę rośnie na przestrzeni ostatnich lat (7,6% wzrost rocznie w latach 2000-2016).

W 2016 roku w Polsce mieszka już ponad milion potencjalnych nabywców dóbr luksusowych

Luksus słono kosztuje – luksusowy samochód to wydatek minimum 215 tys. zł, męski zegarek – ponad 6 tys. zł, a damska sukienka – 2 tys. zł

Według szacunków KPMG wartość rynku dóbr luksusowych w Polsce w porównaniu z rokiem 2015 wzrosła o 15% i wynosi obecnie 16,4 mld zł. Osoby zamożne i bogate przeznaczają około 10% swoich dochodów netto na zakup towarów luksusowych. Od lat największe udziały w rynku ma segment samochodów luksusowych i premium, którego wartość w 2016 roku szacowana jest na około 8,5 mld zł. Liczba rejestracji nowych aut premium i luksusowych (na koniec III kwartału 2016 roku) osiągnęła rekordowy poziom – 40,4 tys. sztuk. Wartość drugiego co do wielkości segmentu rynku – luksusowej odzieży i dodatków to 2,2 mld zł. Co ciekawe stanowi on jedynie 5,5% całego rynku odzieży w Polsce. W krajach Europy Zachodniej proporcje te są inne – 23% francuskiego rynku odzieży to odzież luksusowa, we Włoszech jest to 21%, a w Niemczech – około 11%. Kolejne pod względem wartości segementy rynku dóbr luksusowych w Polsce są usługi hotelarskie i SPA (1,6 mld zł), luksususowe nieruchomości (1,2 mld zł), meble i alkohole (po 0,68 mld zł).

Najszybciej rosnącą kategorią rynku produktów i usług luksusowych w Polsce jest biżuteria i zegarki. Rynek luksusowej biżuterii w Polsce jest prawie trzykrotnie większy niż zegarków (odpowiednio 322 mln zł i 111 mln zł w 2016 roku).

– Szacujemy, że wartość rynku dóbr luksusowych w Polsce w 2020 roku zbliży się do 21 mld zł, a najszybciej rosnącym segmentem pozostanie rynek luksusowej biżuterii i zegarków, osiągający ponad 10-procentowe średnioroczne tempo wzrostu. Niewiele wolniej będzie rósł rynek ekskluzywnych alkoholi. Pozostałe segmenty będą umacniać swoją pozycję nieco wolniej, jednak wciąż znacząco przewyższając prognozowany wzrost gospodarki – mówi Tomasz Wiśniewski, partner w KPMG w Polsce.

Wydatki Polaków na dobra luksusowe w 2016

Dobra luksusowe można definiować na różne sposoby – przez pryzmat ich cech i zaspokajania potrzeb, jak również przez cenę, która ma charakter łatwo mierzalny, co pozwala na próbę określenia od jakiego poziomu, według respondentów, zaczyna się luksus. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez KPMG wśród osób zamożnych i bogatych, luksusowy samochód to wydatek minimum 215 tys. zł. W przypadku tygodniowej zagranicznej wycieczki dla jednej osoby cena „luksusu” zaczyna się od 7,2 tys. zł, a butelka wina powinna kosztować nie mniej niż 350 zł. Kobieta, która chciałaby mieć w garderobie luksusową torebkę, musiałaby, według respondentów, zapłacić za nią co najmniej 1,9 tys. zł, a za luksusowe buty 1,2 tys. zł. Mężczyzna na luksusowy zegarek powinien przeznaczyć minimum 6,1 tys. zł.

– Wyniki naszego badania wskazują, że aż ośmiu na dziesięciu respondentów o dochodach powyżej 85 tys. zł brutto rocznie, kupuje dobra luksusowe. Z kolei w grupie osób zarabiających powyżej 20 tys. zł brutto miesięcznie aż 97% deklaruje nabywanie takich produktów. Osoby te zwracają uwagę przede wszystkim na jakość. W drugiej kolejności ważne są dla nich walory estetyczne. Nie bez znaczenia są również takie kwestie jak prestiż marki, unikalność, a także opinie i rekomendacje osób trzecich – mówi Tomasz Wiśniewski, partner w KPMG w Polsce.

zakupy Dobra luksusowe 2016

Kolekcjonerskie dobra luksusowe – połączenie inwestycji i pasji

Inwestowanie w kolekcjonerskie dobra luksusowe nie należy do najpopularniejszych form pomnażania kapitału wśród bogatych i zamożnych Polaków, choć z roku na rok rośnie liczba osób poszukujących alternatywnych sposobów lokowania kapitału. Na sytuację tę mają wpływ m.in. niskie stopy procentowe i niskie zwroty z inwestycji w klasyczne instrumenty finansowe. Skłonność do nabywania dóbr luksusowych w celach inwestycyjnych rośnie wraz z miesięcznymi dochodami.

W badaniu przeprowadzonym przez KPMG 35% zamożnych i bogatych respondentów zadeklarowało, że inwestuje lub planuje zainwestować w sztukę. Nieco mniej popularne jest inwestowanie w luksusowe zegarki, alkohole i samochody.

– Sytuacja, którą obserwujemy na rynku dóbr kolekcjonerskich w Polsce wygląda dość optymistycznie, chociaż wciąż w porównaniu do krajów Europy Zachodniej rynek ten znajduje się w początkowej fazie rozwoju. Inwestycje zamożnych i bogatych Polaków są coraz odważniejsze i bardziej przemyślane, a wysokie zwroty i ekskluzywny charakter rynku kuszą nowych inwestorów. Lokowanie kapitału w kolekcjonerskie dobra luksusowe pozwala łączyć pasje, prestiż płynący z posiadania danego dobra oraz prawdopodobieństwo zysku osiąganego często w bliżej nieokreślonym czasie – mówi Andrzej Marczak, partner w KPMG w Polsce.

Na wzrost popularności inwestycji w kolekcjonerskie dobra luksusowe wpływ mogą mieć liczne doniesienia ze świata na temat astronomicznych kwot padających na aukcjach. Przykładowo 180 mln dol. wyniosła cena najdroższego dzieła sztuki (obraz Pabla Picassa „Les femmes d’Alger” z 1955 r.), 38, 1 mln dol. zapłacono za najdroższy samochód w historii (Ferrari 250 GTO z 1962 r.), 24 mln dol. za najdroższy zegarek (model „Henry Graves Supercomplication” wyprodukowany przez szwajcarską firmę Patek Philippe w 1933 r.), a 0,5 mln dol. za najdroższe wino (6-litrowe Screaming Eagle Cabernet Sauvignon z 1992 roku). Polski rynek jest jeszcze na wczesnym etapie rozwoju – przykładowo cena najdroższego obrazu sprzedanego na aukcji w Polsce wyniosła 2,6 mln zł („Polski Hektor” autorstwa Jacka Malczewskiego).

O RAPORCIE:

„Rynek dóbr luksusowych w Polsce. Edycja 2016” jest siódmą edycją publikacji KPMG o rynku luksusu w Polsce. Motywem przewodnim tegorocznej edycji raportu jest analiza poszczególnych segmentów w obrębie rynku dóbr luksusowych, która uzupełniona została o wyniki badania konsumentów oraz wypowiedzi ekspertów z branży. Na potrzeby raportu przyjęto, że dobrem luksusowym jest każde dobro opatrzone marką powszechnie uznawaną za luksusową na danym rynku lub takie, które ze względu na swoją specyfikę (unikalność, wysoką cenę itp.) nabiera luksusowego charakteru. W raporcie przedstawione zostały wyniki badania przeprowadzonego na grupie 354 respondentów w październiku 2016 roku przy wykorzystaniu metody wywiadów internetowych (CAWI – Computer Assisted Web Interview). Kryterium doboru respondentów były dochody przekraczające 7,1 tys. złotych brutto miesięcznie. Analiza ta została uzupełniona o wypowiedzi specjalistów z analizowanych w raporcie segmentów. W raporcie wykorzystano także dane firmy Euromonitor International, Eurostatu, GUS-u, Ministerstwa Finansów, Narodowego Banku Polskiego, Polskiego Związku Żeglarskiego, Credit Suisse, Economist Inteligence Unit i inne.

Zagraniczny przemysł naftowy i energetyczny coraz chętniej sięga po polskie systemy zasilania

Zagraniczny przemysł naftowy i energetyczny coraz chętniej sięga po polskie systemy zasilania 10
Zagraniczne firmy z sektora naftowego i energetycznego coraz chętniej korzystają z usług polskiego producenta systemów zasilania, giełdowej spółki APS Energia. Prezes firmy Piotr Szewczyk zapewnia, że portfel zamówień na IV kwartał był tak duży, że ich realizacja pozwoli znacząco poprawić wyniki finansowe w skali całego 2016 roku.

– Mieliśmy rekordowo duży pakiet zamówień na IV kwartał tego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Szewczyk, prezes zarządu spółki APS Energia, produkującej systemy zasilania dla przemysłu. Zdradza, że kontrahenci pochodzą z różnych zakątków świata, głównie z dwóch sektorów: naftowo-gazowego i energetycznego.

– Największe zamówienia mamy z Rosji i oczywiście z Polski. Pojawiają się jednak pierwsze pozytywne efekty naszej pracy na nowych rynkach. Mam na myśli Turcję, Stany Zjednoczone, Iran, Bliski Wschód – podkreśla prezes spółki APS Energia.

Rynek rosyjski jest, jak podkreśla Szewczyk, rynkiem stabilnym.

– APS Energia osiągnie na działalności na tym rynku w tym roku pokaźny zysk – stwierdził prezes. – Poziom sprzedaży w Rosji może nie przekroczyć rekordu z 2014 roku, ale tylko z tego powodu, że rubel jest w tej chwili dużo słabszy w relacji do złotego i innych walut.

Na rynku krajowym spółka APS Energia pracuje głównie dla sektora energetycznego. Według Szewczyka realizuje założony na ten rok plan sprzedażowy.

– Firma rozważa akwizycje, ale ze względu na nowe procedury informacyjne obowiązujące spółki notowane na GPW nie możemy udzielać szczegółowych informacji na ten temat – przyznał prezes.

Spółka APS Energia ma ambitne plany w USA. Obecnie jest na etapie przygotowania produktów pod kątem zgodności z normami tam obowiązującymi.

Prezes Szewczyk przyznaje, że zarząd nie jest do końca zadowolony z wyników wypracowanych w III kwartale br. Grupa APS Energia osiągnęła w tym okresie 18,11 mln zł przychodów ze sprzedaży, 0,53 mln zł zysku operacyjnego i 0,22 mln zł zysku netto. W analogicznym okresie 2015 roku miała lepsze wyniki (23,61 mln zł przychodu, 1,21 mln zł zysku operacyjnego i 0,51 mln zł zysku netto).

W pierwszych dziewięciu miesiącach 2016 roku przychody APS Energia wyniosły 42,22 mln zł, strata operacyjna 3,38 mln zł, a strata netto 3,84 mln zł. Prezes Szewczyk liczy jednak na to, że IV kwartał pozwoli zdecydowanie poprawić wynik w skali całego roku.

APS Energia produkuje systemy zasilania dla energetyki, energetyki atomowej, przemysłu naftowo-gazowego, wojska. Zapewnia również obsługę w zakresie projektowania, instalacji i konfiguracji sprzętu, czyli daje wsparcie na każdym etapie inwestycji. Prowadzi serwis gwarancyjny i pogwarancyjny.

Od 2013 roku spółka APS Energia jest notowana na GPW. W tym roku wypłaciła dywidendę z zysku za 2015 rok w wysokości 0,02 zł na akcję. Od sierpnia 2013 roku, od momentu debiutu na giełdzie, do 2 grudnia 2016 roku kurs APS Energia poszedł w dół o 0,61 proc., do 3,40 zł za papier.

Odroczenie przez rząd poboru podatku handlowego spotka się z pozytywnym przyjęciem ze strony inwestorów zagranicznych

Odroczenie przez rząd poboru podatku handlowego spotka się z pozytywnym przyjęciem ze strony inwestorów zagranicznych 11
Wprowadzenie podatku handlowego, którego wysokość była uzależniona od przychodów, było silnym uderzeniem w wiarygodność Polski jako miejsca sprzyjającego przedsiębiorczości. Zdaniem Macieja Leściorza z CMC Markets zawieszenie jego poboru do 1 stycznia 2018 roku zostanie pozytywnie odebrane przez inwestorów zagranicznych. Potwierdziła to między innymi ostatnia ocena agencji ratingowej Standard & Poor’s.

– Upomnienie rządu przez Komisję Europejską dotyczące poprzedniej wersji podatku od sieci handlowych dotyczyło dyskryminacji podmiotów mających wysokie przychody, która negatywnie została odebrana przez rynek – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Maciej Leściorz, dyrektor ds. sprzedaży i edukacji w firmie CMC Markets. – Projekt takiej regulacji powodował, że kapitał zagraniczny, widząc rosnące ryzyko polityczne, uciekał z Polski. Odroczenie daniny spotka się z kolei z pozytywną reakcją i być może zniweluje pozostałe zagrożenia wpływające na krajowy rynek oraz wycenę złotego.

Uchwalona na początku lipca br. ustawa o podatku od sprzedaży detalicznej wprowadziła do polskiego systemu daninę od tego rodzaju handlu. Według nowych regulacji podatnicy, którzy w danym miesiącu osiągnęli przychód ze sprzedaży detalicznej w wysokości przekraczającej 17 mln zł, musieli składać deklarację o wysokości podatku oraz obliczać i wpłacać należność na rachunek fiskusa. Na początku października br. rząd jednak przyjął nowelizację, która zawiesiła stosowanie tej daniny do 1 stycznia 2018 roku.

– Duże podmioty handlowe często są pochodzenia zagranicznego, także tamtejszy kapitał, który wcześniej poczuł się zagrożony, w tej chwili może wracać do Polski – wyjaśnia Maciej Leściorz. – Według nowych regulacji pobór podatku ma być odroczony do 2018 roku. Jest zatem czas, aby rząd podjął decyzje mające na celu albo zmianę całej ustawy, albo przynajmniej wprowadzenie okresu przejściowego, który jest konieczny do tego, aby rynki mogły się uspokoić i przygotować do nowej sytuacji.

W połowie września br. Komisja Europejska wszczęła szczegółowe postępowanie wyjaśniające w sprawie podatku od sprzedaży detalicznej. KE obawia się, że progresywne stawki tej daniny na rzecz fiskusa, które są oparte o wielkość przychodów, przyznają przedsiębiorstwom o niskich obrotach zbyt dużą przewagę nad konkurentami. Jednocześnie Komisja zobowiązała Polskę do zawieszenia stosowania podatku do czasu zakończenia analizy.

– Przede wszystkim zwróciłbym uwagę na to, jak w związku z tym krajowy rynek jest postrzegany przez inwestorów zagranicznych – wskazuje Maciej Leściorz. – Polski złoty przeżywa trudne chwile ze względu na różne kwestie polityczne i zagrożenia budżetu. To kolejne elementy tej układanki. Pozytywna informacja powoduje, że spada poziom awersji do ryzyka, chociaż w tej sytuacji jest ona cały czas obecna.

Zdaniem firmy Rothschild Polska w związku z zapowiedziami i decyzjami rządu dotyczącymi między innymi kredytów denominowanych we franku szwajcarskim, obniżki wieku emerytalnego czy systematycznego zwiększania skali wydatków budżetowych ryzyko inwestycji na krajowym rynku finansowym jest coraz większe. Jednak ostatnia, grudniowa, rewizja ratingu Polski przez agencję Standard & Poor’s nie potwierdziła tych obaw. Notowania Polski zostały utrzymane na poprzednim poziomie (BBB+), a jej perspektywa została podniesiona do stabilnej.

– Z punktu widzenia inwestorów zagranicznych na rynku polskim istotny jest strach o kwestie czysto polityczne, nie tylko takie jak podatek handlowy, lecz także na przykład obniżenie wieku emerytalnego – precyzuje Maciej Leściorz. – Może to spowodować, że za jakiś czas zostanie obniżony jednak rating Polski, a przynajmniej wzrośnie ryzyko takiego ruchu ze strony agencji. Jeszcze bardziej pogłębiłoby to i tak trudną sytuację krajowej gospodarki.

Draghi ma swoją definicję wygaszania

Posiedzenie ECB było pełne niespodzianek, które w pewnym stopniu skonfundowały rynki. Otrzymaliśmy informację o początku wygaszania QE, ale które według definicji uznawanej przez prezesa Draghiego wygaszaniem nie jest. Netto decyzja ma gołębi wydźwięk, a EUR/USD jest niżej i teraz przygotowuje się do przyszłotygodniowego posiedzenia FOMC.

Od kwietnia 2017 r. Europejski Bank Centralny będzie skupował aktywa w tempie 60 mld EUR/mies. co najmniej do grudnia. Rynek (w tym my) spodziewał się utrzymania 80 mld EUR do września. Zatem otrzymaliśmy mniejsze QE, ale na dłużej. Zatem na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z początkiem wygaszania programu QE, ale prezes Draghi zbił te zarzuty prostym stwierdzeniem, że dla niego „wygaszanie” to ucięcie programu do zera. Ponadto ECB zostawił sobie furtkę do ponownego zwiększenia programu, jeśli sprawy w gospodarce pójdą w złą stronę. Umożliwił też sobie zakup papierów z oprocentowaniem poniżej stopy depozytowej (-0,4 proc.) i zwiększył pulę dostępnych obligacji do papierów z pozostającą zapadalnością jednego roku (wcześniej było to co najmniej dwa lata).

Dla rynku walutowego najbardziej uderzające jest dopuszczenie do skupu papierów z rocznym terminem wykupu. FX jest najbardziej wrażliwy na zmiany na krótkoterminowych stopach procentowych i zwiększenie presji na krótkim końcu (ale też mniejszy nacisk na spadek rentowności długoterminowych) jest najbardziej negatywny dla waluty. We wrześniu strategię tą przyjął Bank Japonii, a teraz dołącza ECB. Program QE w dalszym ciągu będzie musiał się skończyć w 2018 r. (wyczerpią się obligacje możliwe do skupu), ale na razie polityka ECB pozostaje wysoce akomodacyjna i to będzie kamień u szyi EUR. Teraz pytaniem jest, na ile stanowisko ECB będzie kontrastować z przyszłotygodniową decyzją Fed? Z pewnością dostaniemy podwyżkę o 25 pb, ale co dalej? Kolejne dwie w 2017 r., czy więcej? Rynek generalnie jest dobrej myśli i USD jest silniejszy do EUR, JPY i GBP, ale gorzej radzi sobie względem AUD i NZD, gdyż apetyt na ryzyko ma się dobrze. To sugeruje, że inwestorzy nie pędzą z kupnem dolara za wszelka cenę, dopuszczając scenariusz, że Fed nie będzie agresywnie jastrzębi. Naszym zdaniem nie będzie, co stanowi ryzyko jeszcze jednego potknięcia USD przed końcem roku, ale potencjał wyprzedaży osłabł względem tego, czego można było się obawiać jeszcze pod koniec listopada.
Dzisiejszy kalendarz prezentuje się słabo. Wstępny odczyt indeksu nastrojów konsumentów Uniwersytetu Michigan jest jedyną publikacją, gdzie poza poprawą sentymentu (do 94,5 z 93,8) ważne będzie kształtowanie się oczekiwań inflacyjnych. Utrzymanie długoterminowych oczekiwań (5-10 lat) na 2,6 proc. będzie pozytywne dla budowania jastrzębich perspektyw wobec polityki Fed.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Bezpieczeństwo ponad wszystko. Tym kryterium kieruje się 99 proc. firm przy wyborze firmy outsourcingowej

Rewolucja technologiczna i automatyzacja procesów z jednej strony oraz uszczelnianie systemu podatkowego z drugiej – to największe wyzwania strojące obecnie przed działami podatkowymi i księgowymi w przedsiębiorstwach. Jak wynika z badania EY „Paradoksy outsourcingu”, w tej sytuacji tylko co 4. firma decyduje się na wybór firmy outscourcingowej ze względu na niską cenę usług. Badanym zależy przede wszystkim na maksymalnym bezpieczeństwie w razie kontroli.

Według raportu Banku Światowego „Doing Business 2016”, pod względem łatwości płacenia podatków Polska znalazła się na 58 miejscu na świecie. Zdaniem 9 na 10 respondentów w badaniu EY „Paradoksy outsourcingu”, polski system podatkowy nie jest przyjazny dla firm. Zaledwie 40 proc. badanych firm wierzy w skuteczność uszczelnienia polskiego systemu podatkowego, jednak ponad połowa (54 proc.) badanych uważa, że takie działanie miałoby pozytywny wpływ na gospodarkę.

Uszczelnienie przez uproszczenie

Zdaniem wszystkich ankietowanych, najprostszym, a zarazem najlepiej ocenianym rozwiązaniem byłoby uproszczenie przepisów tak, aby nie budziły żadnych wątpliwości. Innym, bardzo wysoko ocenionym sposobem było: wprowadzenie centralnego rejestru podatników (81 proc.), zaostrzenie przepisów dotyczących wyprowadzania dochodów za granicę (69 proc.) i wprowadzenie centralnego rejestru faktur (57 proc.).

Grafika 1.jpg

– W ostatnim roku wprowadzono liczne obowiązki podatkowe dla przedsiębiorstw – m.in. obowiązek opodatkowania w Polsce dochodów niektórych zagranicznych spółek, raportowanie cen transferowych czy Jednolity Plik Kontrolny. Dodatkowo Ministerstwo Finansów chce skupić więcej uwagi na kontroli podatkowej VAT i CIT. Wszystko to oznacza, że firmy mają coraz więcej raportów i obowiązków podatkowych. Nadrzędną kwestią jest bezpieczeństwo rozliczeń – mówi Marcin Jurczak, Partner, Lider Zespołu Usług Księgowych i Płacowych EY.

Bezpieczeństwo ponad cenę

W sektorze nowoczesnych usług biznesowych w Polsce zatrudnionych jest 170 tys. osób. Branża ta rośnie w tempie 15 proc. rocznie. Dla firm, które decydują się na outsourcing, najważniejszym kryterium wyboru usługodawcy jest zapewnienie przez niego bezpieczeństwa prawnopodatkowego (99 proc.) oraz kompletność dokumentacji – takiego zdania jest 98 proc. badanych. Natomiast tylko co 4. firma decyduje się na wybór firmy outscourcingowej ze względu na niską cenę usług.

Grafika 2.jpg

Księgowy czy specjalista IT?

Nowoczesne technologie i robotyka, które są coraz powszechniejsze w dużych firmach, powodują, że organizacje muszą dopasować się do nowych trendów i rozwiązań. Warto zdawać sobie sprawę, że coraz większą rolę w księgowości zaczną odgrywać specjaliści od IT. – Jednolity Plik Kontrolny, listy płac w chmurze, elektroniczne raportowanie danych sprawiają, że podatki powoli stają się domeną IT i to właśnie specjaliści z tego obszaru będą odgrywać coraz większą rolę w wypełnianiu obowiązków księgowych. Firmy muszą mieć świadomość zmian, które zachodzą na rynku – mówi Dariusz Tłokiński, Starszy Menedżer, Zespół Usług Księgowych i Płacowych EY. – Technologia otworzy kolejne obszary, w których będziemy korzystać z aktywów, które nie są na naszym bilansie, a odgrywają kluczową rolę w naszym sukcesie (chociażby crowdsourcing). Obecnie możliwe jest stworzenie niepowtarzalnego produktu lub usługi korzystając z całego bogactwa ekosystemu biznesowego, w którym się obracamy. Umiejętne zorganizowanie technologicznego otoczenia zadecyduje, czy nasz finansowy back-office będzie efektywny jak nigdy wcześniej, czy raczej przyniesie nowe problemy w obrębie księgowości i podatków – podsumowuje Marcin Jurczak.

Po raz pierwszy w historii światowe wydatki na usługi IT przekroczą poziom biliona dolarów

Zgodnie z najnowszą prognozą firmy analitycznej Gartner do końca br. firmy przeznaczą na usługi IT rekordową kwotę biliona dolarów. Globalny rynek usług IT rósł będzie do 2020 r. w tempie 4,7% rok do roku. Może na tym skorzystać także Polska.

Jeśli prognozy firmy analitycznej się sprawdzą, w tym roku wydatki na technologie informatyczne będą wyższe niż w ubiegłym roku o ponad 40 mld dolarów.

Brexit napędzi outsourcing

Jednym z powodów jest rosnąca popularność outsourcingu IT. Globalne wydatki w tym obszarze będą rosły w tempie 5,8% rocznie do 2020 r. Zdaniem analityków duży wpływ na taki stan rzeczy będzie miał Brexit. Relokacja globalnych przedsiębiorstw spowoduje bowiem wzmożoną migrację zasobów firmowych do platform chmurowych. Daje się to zauważyć na przykładzie instytucji finansowych. Wyprowadzkę z Wielkiej Brytanii zapowiedziały już takie banki, jak HSBC, Deutsche Bank czy Citigroup. Analitycy JP Morgan twierdzą, że osiem największych amerykańskich i europejskich banków przeznaczy ok. 7,5 miliarda dolarów na działania związane z przeniesieniem operacji biznesowych poza granice Zjednoczonego Królestwa. Może skorzystać na tym Polska.

Outsourcing procesów biznesowych to bardzo ważny sektor polskiej gospodarki, w którym zatrudnienie znalazło już ponad 200 tys. specjalistów. Warto zauważyć, że nasz kraj zyskuje na znaczeniu i stajemy się już nie tylko centrum outsourcingu prostych procesów biznesowych i backofficowych, ale coraz częściej także IT, przetwarzania danych czy też R&D. Wynika to z relatywnie niskich kosztów, rozbudowanej infrastruktury teleinformatycznej i dostępu do wykwalifikowanych specjalistów. Jeśli Brexit rzeczywiście spowoduje migrację części brytyjskich firm do Europy, to mogą na tym skorzystać polskie przedsiębiorstwa świadczące usługi dla zachodnich korporacji. My już zauważamy z ich strony większe zainteresowanie outsourcingiem – przekonuje Sylwester Biernacki, prezes zarządu Atmana, lidera polskiego rynku data center.

Zdaniem respondentów ogólnoświatowego badania IT Outsourcing Survey, przeprowadzonego przez firmę KPMG, Polska jest drugą najbardziej atrakcyjną na świecie lokalizacją pod kątem usług outsourcingu IT. Wśród państw Europy Wschodniej ankietowani wskazali Polskę jako najbardziej dojrzały rynek tego typu usług.

Technologie głównym czynnikiem rozwoju

Wzrost nakładów na usługi IT wynika również z faktu, że zarządzający uznają technologie za swoje najważniejsze aktywo, które będzie odpowiadać za generowanie zysków na przestrzeni najbliższych lat. Dwie trzecie spośród 800 ankietowanych przez firmę Korn Ferry prezesów i menadżerów przyznało, że technologie są najważniejsze w tworzeniu wartości biznesowej ich firm. Aż 40% badanych dostrzega z kolei, że akcjonariusze kładą nacisk przede wszystkim na inwestowanie w zasoby fizyczne, takie jak technologie, a dopiero w następnej kolejności w zasoby ludzkie.

Według Gartnera wartość wydatków firm na usługi IT do końca 2020 r. powinna przekroczyć już 1,2 biliona dolarów i stanowić będzie blisko 30% wszystkich globalnych nakładów związanych z teleinformatyką. Te wyniosą wówczas 4,2 bln dolarów.

Wspólnoty mieszkaniowe zaciągają kredyty na remont nieruchomości. Częstym problemem jest podział kosztów

Wspólnoty mieszkaniowe zaciągają kredyty na remont nieruchomości. Częstym problemem jest podział kosztów 12
Podział kosztów remontu we wspólnocie domowej często bywa problemem. Prawo mówi, że właściciele lokali powinni proporcjonalnie dzielić się opłatami, ale nie precyzuje, kto powinien zapłacić za remont balkonów i gdzie są granice części wspólnych nieruchomości. Z drugiej strony składki wpłacane na fundusz remontowy często są niewystarczające. Dlatego żeby zdobyć finansowanie na remont, wspólnoty mieszkaniowe muszą się ubiegać o kredyt w banku.

Koszty remontu części wspólnych nieruchomości powinny być dzielone proporcjonalnie do posiadanych udziałów. Udział jest to po prostu stosunek powierzchni naszego lokalu do powierzchni wszystkich lokali zlokalizowanych w danej nieruchomości – wyjaśnia Mariusz Łubiński, prezes zarządu firmy Admus, zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami.

Koszty remontu części wspólnych nieruchomości zazwyczaj ponoszą właściciele lokali. Tę kwestię reguluje ustawa o własności lokali, która precyzuje również, co jest wspólną częścią nieruchomości (instalacje, klatki schodowe, dach, kominy, fundamenty, elewacja) oraz jaki zakres prac remontowych leży wyłącznie po stronie właścicieli. Żeby uniknąć nieporozumień, każda wspólnota mieszkaniowa powinna jednak przyjąć osobną uchwałę, w której określi granice części wspólnych.

– Nasze prawo nie określa szczegółowo granic nieruchomości wspólnej, dlatego często problem dotyczy kosztów związanych z remontowaniem balkonów. Trzeba wiedzieć, że balkon należy do części wspólnej, ale zwykle na mocy aktu notarialnego zostaje oddany do wyłącznego użytkowania właścicielowi lokalu, do którego przylega. W tym przypadku częścią wspólną balkonu jest konstrukcja i izolacja, natomiast częścią prywatną jest warstwa wierzchnia i płytki. Najczęściej podział kosztów odbywa się tak, że to wspólnota pokrywa koszty związane z remontem konstrukcji i izolacji balkonu, a współwłaściciele bezpośrednio finansują pozostałe prace – mówi Mariusz Łubiński.

Zgodnie z ustawą o własności lokali koszty remontu nieruchomości powinny być dzielone udziałowo. Prawo nie zabrania jednak innego rozwiązania, o ile wszyscy mieszkańcy wyrażą na to zgodę, a wspólnota mieszkaniowa podejmie odpowiednią uchwałę, w której określi zasady dotyczące finansowania prac remontowych.

Remonty i modernizacje nieruchomości odbywają się według harmonogramu ustalanego w trakcie rocznych zebrań wspólnot mieszkaniowych. W praktyce oznacza to, że wspólnota tworzy szczegółowy plan inwestycji i wydatków przewidzianych na kolejny rok, który muszą zatwierdzić jej członkowie. W osobnej uchwale wspólnota musi również określić zakres prac remontowych oraz wysokość poszczególnych wydatków.

Środki przeznaczone na modernizację nieruchomości pochodzą z budżetu, którym wspólnota mieszkaniowa dysponuje w ramach tzw. funduszu remontowego. Właściciele lokali wnoszą do niego opłaty proporcjonalnie do udziałów w nieruchomości. Często środki z funduszu remontowego okazują się jednak niewystarczające i wspólnoty zmuszone są ubiegać się o kredyt bankowy.

Zwykle fundusze na remont inwestycji pochodzą bezpośrednio z wpłat właścicieli. Natomiast bardzo często zdarza się, że wspólnota nie dysponuje tak dużym budżetem i jest zmuszona do zaciągnięcia kredytu. W tym celu powinna podjąć stosowną uchwałę wyrażającą zgodę na zaciągnięcie kredytu, określającą jego maksymalną wysokość oraz upoważniającą zarząd do zawarcia umowy z bankiem – wyjaśnia Mariusz Łubiński, prezes zarządu firmy Admus.

Profi Credit: Zmiany w prawie doprowadziły do profesjonalizacji rynku. Zwiększyliśmy obrót i wartość sprzedaży

Profi Credit: Zmiany w prawie doprowadziły do profesjonalizacji rynku. Zwiększyliśmy obrót i wartość sprzedaży 13

Mija dziewięć miesięcy, odkąd zaczęły obowiązywać nowe przepisy regulujące rynek pożyczek. Choć już po trzech miesiącach jej obowiązywania ponad 40 proc. firm z tego sektora uważało, że ich sytuacja się pogorszyła, Profi Credit Polska odnotowuje wzrost sprzedaży i bazy klientów.

– Zmiany, jakich dokonał ustawodawca w marcu 2016 roku, spowodowały profesjonalizację rynku pożyczkowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sławomir Pawlik, wiceprezes zarządu, dyrektor wykonawczy Profi Credit Polska – Jako wicelider na polskim rynku wykorzystaliśmy zmiany do rozwoju biznesu i zaproponowania nowych produktów szerszej grupie klientów.

11 marca weszły w życie zmiany w prawie regulujące rynek pożyczek. Przede wszystkim ograniczono wysokość pozaodsetkowych kosztów kredytu do jednej czwartej całkowitej pożyczonej kwoty i 30 proc. całkowitej kwoty w ujęciu rocznym. Wszystkie pozaodsetkowe koszty nie mogą razem przekraczać wysokości pożyczonej kwoty. Wzrosły też wymogi kapitałowe – kapitał zakładowy firmy pożyczkowej musi wynosić przynajmniej 200 tys. zł.

Z danych Związku Firm Pożyczkowych wynika, że po trzech miesiącach od wejścia w życie zmienionej ustawy 42,5 proc. badanych firm odnotowało pogorszenie swojej sytuacji, a 32,5 proc. zaobserwowało spadek popytu na krótkoterminowe pożyczki. Z Rejestru Firm Pożyczkowych już po trzech miesiącach zniknęło 17 proc. zarejestrowanych firm.

– Nie wszystkie firmy mogły sprostać zaostrzonym wymogom rynkowym. Podniesienie wymagań oceniamy bardzo pozytywnie, ponieważ prowadzi do profesjonalizacji rynku.

Firma Profi Credit po trzech kwartałach tego roku zwiększyła kwotę netto udzielonych pożyczek o 20 proc. do 219,4 mln zł w stosunku do roku poprzedniego. Baza klientów również się powiększyła o zupełnie nowe osoby, które dotąd nie korzystały z oferty spółki. Liczba złożonych wniosków wzrosła o 9 proc. Firma zapowiada inwestycje w rozwój placówek stacjonarnych, wzrost zatrudnienia w obszarze sprzedaży, lecz przede wszystkim chce intensyfikować sprzedaż poprzez alternatywne kanały dystrybucji, takie jak online.

– W pełni dostosowaliśmy ofertę do wymogów ustawodawcy, zwiększając również wielkość i wolumen sprzedażowy – informuje Pawlik. – Zmieniamy naszą ofertę tak, by pozyskać klientów racjonalnie dysponujących domowym budżetem. Można powiedzieć, że zbliżamy się do standardów sektora bankowego, zmniejszając w naszym portfolio udział klienta ryzykownego.

Branża PR chce walczyć z nieuczciwymi praktykami w przetargach. Przygotowuje kodeks dobrych praktyk

Branża PR chce walczyć z nieuczciwymi praktykami w przetargach. Przygotowuje kodeks dobrych praktyk 14
Aż 70 proc. specjalistów z branży public relations spotyka się z nieuczciwymi praktykami w przetargach na zakup usług PR. Zdarza się, że firmy organizują je wyłącznie po to, aby porównać ceny albo zebrać jak najwięcej pomysłów, które są później wykorzystywane. Drenaż rynku chce ukrócić Związek Firm Public Relations, który pracuje nad kodeksem dobrych praktyk w postępowaniach przetargowych. Dokument ma być gotowy wiosną.

– Trwają prace nad opracowaniem zasad fair play w zakresie zakupu usług PR. Jesteśmy po kilku spotkaniach strategicznych. Obecnie spotykamy się w mniejszych grupach, w których przy jednym stole zasiadają reprezentanci działów zakupów oraz agencji PR. Wspólnie próbujemy przygotować jeden dokument dobrych, prawidłowych zasad przetargowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Borkowska, wiceprezes zarządu Związku Firm Public Relations.

Z ankiety, którą przeprowadziły w tym roku agencja Monday PR, Związek Firm Public Relations oraz redakcja Proto.pl, wynika że 78 proc. PR-owców zetknęło się w swojej pracy z nieuczciwymi praktykami przetargowymi. Aż 70 proc. z nich skarży się na brak rozstrzygnięcia przetargu bez podania konkretnej przyczyny, z kolei połowa spotkała się z późniejszym wykorzystaniem przez firmę pomysłów zawartych w ofercie przetargowej.

Nierzadko zdarza się, że firmy organizują przetargi nie w celu wyłonienia agencji świadczącej usługi public relations, ale po to, by bezkosztowo zebrać jak największą liczbę pomysłów albo porównać ceny. ZFPR zwraca uwagę na to, że takie działania narażają agencje PR na duże koszty i przekładają się na jakość ich pracy.

– Spotykamy się z różnego rodzaju patologiami przy organizowaniu przetargów na usługi public relations. Mam na myśli między innymi zapraszanie do udziału zbyt dużej liczby agencji albo przekazywanie im wątpliwej jakości briefów. Przykłady można mnożyć. Nie jest to ustandaryzowane i brakuje pewnego drogowskazu, który sprawiłby, że współpraca działów zakupowych w firmach i agencji PR będzie się układała lepiej – zauważa Karolina Borkowska.

W optymalnym scenariuszu do przetargu na usługi PR klient powinien zaprosić nie więcej niż 3–4 agencje. Każda ze stron postępowania przetargowego przeznacza bowiem dziesiątki godzin roboczych na spotkania wewnętrzne i briefujące oraz przygotowania i prezentacje. Dlatego zaproszenie do udziału w postępowaniu więcej niż 5 agencji PR-owych wiąże się z kosztami, które sięgają średnio kilkunastu tysięcy złotych.

Zgodnie z dobrymi praktykami wszystkie zapraszane do przetargu agencje, które świadczą usługi public relations, powinny w tym samym czasie otrzymać jednakowe briefy, w których jasno sprecyzowane zostaną zadania i oczekiwania klienta oraz wysokość budżetu, który firma zamierza przeznaczyć na realizację usługi.

Z ankiety przeprowadzonej wśród specjalistów PR wynika, że kompleksowy i przejrzysty brief wpływa na przygotowanie oferty dopasowanej do potrzeb klienta (tak uważa 55 proc. respondentów). Kluczowe znaczenie mają również jasno sprecyzowane zasady oceniania ofert agencji (34 proc.).

Tymczasem ponad połowa PR-owców (55 proc.) twierdzi, że w przygotowywanych przez klientów briefach brakuje określenia celów biznesowych i komunikacyjnych. Niewiele mniej (50 proc.) skarży się na brak informacji o wysokości budżetu, natomiast 41 proc. uważa, że zadania przetargowe są określone nieprecyzyjnie. W efekcie tracą na tym zarówno klienci, którzy poszukują profesjonalnych usług public relations, jak i agencje, które mają problem z przygotowaniem odpowiedniej, dopasowanej do potrzeb oferty.

– Nieprofesjonalne praktyki, które towarzyszą zakupom usług PR, wpływają zarówno na agencje, jak i na klientów. Przykładowo, źle skonstruowany brief spowoduje, że agencja przygotuje ofertę, która niekoniecznie będzie trafiać w oczekiwania klienta. Ten zaś będzie rozczarowany, ponieważ nie dostanie tego, czego oczekuje. To wydłuża cały proces przetargowy. Mam nadzieję, że nasz dokument, który powinien być gotowy wiosną, okaże się pomocny dla obu stron branżowego dialogu – mówi Karolina Borkowska.

Związek Firm Public Relations jest branżową organizacją zrzeszającą polskie agencje PR, której celem jest promowanie standardów zawodowych i etycznych. Od kilkunastu lat jest również organizatorem Złotych Spinaczy nagród dla najlepszych projektów w branży public relations. Tegoroczne nagrody – przyznane 2 grudnia w warszawskim Hotelu Westin – trafiły do laureatów w 27 kategoriach. Oprócz złotych statuetek rozdano także srebrne i brązowe spinacze. Najwięcej nagród zebrały agencje MSL Group, Havas PR, Garden of Words i Komunikacja Plus.

Rośnie zainteresowanie zabytkowymi samochodami. Zyskują one na wartości nawet kilkadziesiąt procent rocznie

Rośnie zainteresowanie zabytkowymi samochodami. Zyskują one na wartości nawet kilkadziesiąt procent rocznie 15

Przybywa pasjonatów klasycznej motoryzacji. Liczba aut zabytkowych wzrosła w ciągu roku nawet o 25 proc. do 55 tys. egzemplarzy. W najbliższych latach eksperci spodziewają się dynamicznego wzrostu. Zakup samochodu to nie tylko realizacja własnej pasji, lecz także możliwość długoletnich inwestycji o wysokiej stopie zwrotu. Samochody kupowane na aukcjach mogą zyskać na wartości kilkadziesiąt procent.

Tempo wzrostu rejestracji zabytkowych samochodów co prawda nieco spowolniło z poziomu powyżej 30 do 22–23 proc., ale to wciąż bardzo dużo. W tym roku to wzrost na poziomie 7–8 tys. samochodów zarejestrowanych na żółte tablice rejestracyjne. To wciąż nisza, ale już bardzo duża – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Wróbel, dyrektor Domu Aukcyjnego Ardor Auctions.

Coraz większa jest także grupa ludzi o ponadprzeciętnych dochodach, którzy decydują się na zakup albo luksusowego samochodu, albo zabytkowego auta o charakterze kolekcjonerskim. Dlatego też, jak przekonuje Michał Wróbel, rynek powinien wciąż rosnąć w siłę.

Potencjał tego rynku jest bardzo duży. Coraz więcej osób chce mieć takie auto i poszukuje tego dodatkowego wyznacznika statusowego, żeby zrobić sobie przyjemność w niekonwencjonalny sposób, ale także patrzeć się na coś, co nie straci, a być może jeszcze zarobi. Moim zdaniem przez następne 5 lat ten rynek w Polsce będzie mocno wzrastać – ocenia ekspert.

W Europie jest ponad 1,5 mln zabytkowych samochodów, w rękach polskich kolekcjonerów znajduje się ok. 50 tys. Część z nich to youngtimery, czyli samochody 40-letnie, które można kupić za stosunkowo niewielkie pieniądze. W Polsce coraz większym zainteresowaniem cieszą się auta z epoki PRL-u.

Ten rynek jest wciąż dynamiczny. Zaczęło się 6–7 lat temu i obecnie wciąż widać trend wzrostowy. Możemy mówić o wzroście dwucyfrowym, od 10 do 15 proc. Jest to trudno skalowalne, takie są nasze obecne szacunki – zaznacza dyrektor Domu Aukcyjnego Ardor Auctions.

Zabytkowy samochód jest dobrym pomysłem na inwestycje, zwłaszcza że ceny takich pojazdów idą w górę. Z danych zebranych przez Lion’s Bank wynika, że w ciągu dziesięciu lat wzrosły one o 456 proc. To znacznie więcej niż wzrost wartości nieruchomości, monet czy alkoholi.

Ludzie coraz bardziej przekonują się do tego, że samochód może być inwestycją alternatywną. Tym bardziej, gdy jesteśmy im w stanie zaproponować auta, które faktycznie mocno zyskują na wartości. Jest wiele takich przykładów, np. Lancia Delta Integrale zyskała na wartości na przestrzeni ostatnich 18 miesięcy o blisko 60 proc. – wskazuje ekspert.

W odpowiedzi na rosnące zainteresowanie zabytkowymi samochodami w 2015 roku powstał pierwszy w Polsce dom aukcyjny, który ma pomóc w kupnie i sprzedaży. Jaguar E Type wylicytowany w 2015 roku za 148 tys. zł wart jest obecnie ok. 190 tys. zł, natomiast Citroen SM zyskał niemal połowę swojej wartości do obecnie ok. 120 tys. zł.

Trzeba jednak pamiętać, że jak na każdym rynku alternatywnych inwestycji także i tu następują korekty. Na przykład Ferrari Testarossa osiągnęła jeszcze tak rok temu bardzo wysoką wartość, dobry egzemplarz w kolorze czerwonym, a takich było najwięcej, sprzedawał się za ok.140–160 tys. euro. Obecnie ta cena została skorygowana do 110 tys. euro – zaznacza Wróbel.

Przeciętny koszt oldtimerów to kilka, kilkanaście milionów, jednak ceny rozpoczynają się od kilkudziesięciu tysięcy euro.

Można startować od 50–60 tys. zł, ale prawda jest taka, że okolice 100 tys. zł, czyli mniej więcej 23–25 tys. euro, dają nam najlepszą elastyczność, jeśli chodzi o taki pierwszy zakup stuprocentowo inwestycyjny. To obecnie kategoria, która najmocniej wzrasta na wartości – przekonuje ekspert.

Jak wskazuje dyrektor Domu Aukcyjnego Ardor Auctions, obecnie dużym zainteresowaniem cieszą się samochody sportowe bazujące na autach kompaktowych z lat 80. Na znaczeniu zyskują też samochody terenowe.

Obecnie w cenie jest bardzo Lancia Delta Integrale, to samochód, który jest coraz bardziej poszukiwany – wskazuje Wróbel. – Range Rover został natomiast ogłoszony przez największy magazyn samochodów klasycznych na świecie najbardziej cenionym autem, jako najlepsza inwestycja tego roku – podkreśla.

W Polsce rośnie liczba stron internetowych i aukcji, podczas których miłośnicy zabytkowych samochodów mogą zapoznać się z ofertą. Już 17 grudnia w Studio Tęcza w Warszawie odbędzie się trzecia edycja aukcji samochodów klasycznych organizowana przez Ardor Auctions, podczas której pod aukcję trafią m.in. Mercedes 300D Adenauer, część historii PRL-u. Od 1959 wchodził w skład floty limuzyn, które były wykorzystywane przez ówczesny rząd w delegacjach. Innym okazem jest Porsche 964 3.3 Turbo.

Coraz bliżej finał negocjacji MON-u z amerykańskim rządem. Do polskiej zbrojeniówki ma trafić około 60 nowych technologii

Coraz bliżej finał negocjacji MON-u z amerykańskim rządem. Do polskiej zbrojeniówki ma trafić około 60 nowych technologii 16

Amerykański koncern Raytheon, producent przeciwlotniczych zestawów rakietowych Patriot, jest obecnie najpoważniejszym kandydatem w negocjacjach do programu „Wisła”. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że 50 proc. wartości całego kontraktu ma pozostać w Polsce, a w ramach offsetu do sektora zbrojeniowego trafi około 60 nowych technologii. Tym samym program „Wisła” to szansa na skok technologiczny dla polskiej zbrojeniówki.

– Toczą się międzyrządowe negocjacje, których efektów możemy się spodziewać w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Polski rząd przedłożył swoje wymagania rządowi amerykańskiemu i obecnie wspólnie bardzo intensywnie pracują nad doprecyzowaniem tych propozycji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes John Baird, wiceprezes ds zintegrowanych systemów obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej na Polskę w spółce Raytheon Integrated Defense Systems.

Negocjacje międzyrządowe trwają od września ubiegłego roku, kiedy Polska wystosowała do amerykańskiego rządu zapytanie ofertowe (letter of request) dotyczące zakupu systemu obrony powietrznej średniego zasięgu Patriot, produkowanego przez koncern Raytheon. Zapytanie dotyczyło w sumie ośmiu zestawów przeciwlotniczych i przeciwrakietowych, z których dwa miałyby się znaleźć w Polsce przed 2019 rokiem, natomiast sześć kolejnych baterii po 2020 roku. Program zakupu systemu obrony przeciwlotniczej dla Polski został ochrzczony przez MON kryptonimem „Wisła”.

– Wystosowanie zapytania do amerykańskiego rządu rozpoczęło formalną procedurę pozyskania systemu Patriot w ramach specjalnej procedury rządu amerykańskiego, w której pozyskuje się amerykańskie systemy uzbrojenia. W tym momencie koncern Raytheon ma nad konkurentami przewagę i największe szanse w postępowaniu na system „Wisła” – uważa Tomasz Smura, kierownik biura analiz Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.

Jeżeli negocjacje zakończą się podpisaniem kontraktu (którego wartość sięgnie kilkudziesięciu miliardów zł), Polska będzie czternastym państwem na świecie i szóstym członkiem NATO, który ma na swoim wyposażeniu system Patriot. Realizację tego celu przybliża list intencyjny podpisany w ubiegłym tygodniu przez Polską Grupę Zbrojeniową i należący do niej Autosan oraz amerykański koncern Raytheon. Na mocy zawartego porozumienia spółka z Sanoka będzie produkować komponenty dla programu Patriot i zostanie włączona w globalny łańcuch dostaw.

Wiceprezes Raytheon John Baird zaznacza, że jeżeli zakup zostanie sfinalizowany, to 50 proc. wartości całego kontraktu pozostanie w Polsce. Oznacza to, że przynajmniej połowę produkcji będą realizowały rodzime przedsiębiorstwa. Głównymi dostawcami elementów systemu Patriot miałyby być właśnie Polska Grupa Zbrojeniowa i wchodzące w jej skład spółki.

– Tak jak deklarowaliśmy, połowa wartości kontraktu pozostanie w Polsce. Intensywnie współpracujemy z Polską Grupą Zbrojeniową nad tym, aby przyniósł on nie tylko transfer nowych technologii i wiedzy, lecz także by przyczynił się do powstania nowych miejsc pracy. PGZ oraz kilkanaście spółek wchodzących w skład grupy, w tym Autosan, są naszymi głównymi partnerami i to one będą głównymi dostawcami elementów. Większość systemu będzie produkowana w Polsce – zapowiada John Baird, wiceprezes koncernu Raytheon.

Tomasz Smura z Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego podkreśla, że program „Wisła” to szansa na skok technologiczny dla polskiego sektora zbrojeniowego. W toczących się obecnie negocjacjach MON zastrzegł około 60 technologii, które powinny trafić Polski w ramach offsetu.

 Z naszego punktu widzenia najbardziej istotne będą te technologie, których Polska jeszcze nie ma, czyli przede wszystkim technologie rakietowe, tzn. napędy wszelkiego rodzaju silników, głowic czy systemów naprowadzania – mówi Tomasz Smura.

Pożądane będą również technologie radarowe, które w Polsce są dobrze rozwinięte. Uzupełnienie ich o elementy pozyskane w ramach offsetu pozwoliłoby jednak unowocześnić systemy radarowe, które wówczas z powodzeniem mogłyby być eksportowane za granicę.

– Nasz przemysł radarowy jest silny, jednak nie doszedł jeszcze do takiego etapu jak na Zachodzie, nie jest aż tak nowoczesny. Jeżeli w ramach transferu technologii udałoby się pozyskać elementy, które pomogłyby unowocześnić polskie systemy radarowe, można by wówczas z powodzeniem eksportować je na zewnątrz. To z pewnością jest obszar, o który będziemy zabiegać – mówi Tomasz Smura.

Ekspert Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego dodaje, że w tym momencie Polska nie dysponuje technologiami, które są na tyle nowoczesne, że mogłyby być atrakcyjnym towarem eksportowym. W opinii wiceprezesa koncernu Raytheon w przyszłości Polska jako wytwórca komponentów do Patriotów  będzie mogła eksportować je do innych państw, które mają na wyposażeniu systemy antyrakietowe.

– Jedną z zalet Patriota jest to, że obecnie wykorzystuje go trzynaście państw. Wszystko, co będziemy robili w Polsce, może potencjalnie zostać wyeksportowane do innych klientów, co zwiększy korzyści gospodarcze. Ten system może być przeznaczony na eksport, zarówno jeżeli chodzi o materiały, know-how, jak i komponenty. W przyszłości Polska i PGZ stać się bardzo ważnym elementem łańcucha dostaw – zauważa John Baird.

Amerykański koncern Raytheon, producent systemu obrony powietrznej Patriot, jest obecnie najpoważniejszym kandydatem w negocjacjach do programu „Wisła”. Na początku września MON zadeklarował jednak, że wybór nie jest jeszcze przesądzony i wysłał zapytanie ofertowe w sprawie innego systemu MEADS, produkowanego przez amerykańsko-włosko-niemieckie konsorcjum Lockheed Martin i MBDA. Zdaniem Tomasza Smury z Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego jest to jednak element nacisku na koncern, który ma ułatwić negocjacje stronie polskiej.

–  W tym postępowaniu prowadzi z pewnością Raytheon. Natomiast polski rząd chce w pewnym sensie wywrzeć presję na ten koncern, rozmawiając z innymi podmiotami. Tak bym oceniał deklarację o wystosowaniu zapytania o ofertę do koncernu MEADS. To kwestia dodatkowych argumentów w negocjacjach, gdyby rozmowy z koncernem Raytheon okazały się trudniejsze, niż wydawało się do tej pory – uważa Tomasz Smura.

Raport WEI: Inwestycje zagraniczne w Polsce hamują. Niepewna sytuacja w kraju zaczyna odstraszać zagraniczny kapitał

Raport WEI: Inwestycje zagraniczne w Polsce hamują. Niepewna sytuacja w kraju zaczyna odstraszać zagraniczny kapitał 17

Z danych GUS wynika, że inwestycje zagraniczne w III kwartale tego roku skurczyły się o 7,7 proc. Zdaniem ekspertów i inwestorów wpływ na zachowanie inwestorów ma wewnętrzna sytuacja w Polsce. W ostatnim czasie spiętrzyły się rządowe zapowiedzi repolonizacji banków, nowych obciążeń podatkowych, zwiększonych wydatków socjalnych, demontażu OFE oraz spadek notowań kursu złotego i zapowiedzi obniżenia polskiego ratingu. To przekłada się na niestabilność Polski w oczach inwestorów i zniechęca ich do lokowania kapitału nad Wisłą.

– W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z prawdziwym wysypem inwestycji związanych z sektorem automotive. O uruchomieniu fabryk w Polsce decydowali prawdziwi potentaci tego rynku, jak Daimler, Toyota, Volkswagen czy firma LG, która jest jednym z dostawców dla sektora automotive. Możemy mówić również o Bombardierze lub współpracy General Electric i Lufthansy. Widzimy, że największy światowy przemysł zdecydował o rozpoczęciu bądź o kontynuacji działalności w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Pisula, prezes Polskiej Agencji Informacji Inwestycji Zagranicznych.

Dane GUS pokazują jednak, że w tym roku widać już wyhamowanie w zakresie wartości inwestycji dokonywanych w Polsce. W pierwszym kwartale br. inwestycje skurczyły się o 1,8 proc., zaś w drugim – o 4,9 proc. Dynamika spadków rośnie i już w trzecim kwartale tego roku spadek wartości inwestycji zagranicznych wyniósł już 7,7 proc.

Brytyjki „Financial Times” zwraca uwagę, że przepływy inwestycyjne polskich aktywów w marcu tego roku spadły aż o 34,32 mln dolarów (z poziomu 149,83 mln dol.) Zdaniem prezesa PAIiIZ przyczyną takiego stanu rzeczy może być niekorzystna w ostatnim czasie sytuacja makroekonomiczna na świecie, ogólny spadek koniunktury i ostatnie zawirowania polityczne w Unii Europejskiej.

– Podejrzewam, że chodzi raczej o dekoniunkturę i kłopoty polityczne w gospodarce całej Unii Europejskiej. O tym, jak wyglądała sytuacja w 2016 roku, będziemy tak naprawdę wiedzieli dopiero za kilka miesięcy, kiedy zobaczymy dane z całego roku – mówi Tomasz Pisula.

Szef polskiego biura funduszu CVC Capital Partners Krzysztof Krawczyk wskazuje jednak, że sytuacja ekonomiczna i gospodarcza na świecie ani zawirowania na globalnych czy europejskich rynkach nie wpływały dotychczas na potencjał inwestycyjny Polski. Skrajnym przykładem jest kryzys finansowy, w trakcie którego Polska była jednym z niewielu państw notujących przyrost PKB.

– Patrząc na ostatnie dwadzieścia lat, widzimy, że Polska przyciągała inwestycje zagraniczne, była istotnym ośrodkiem inwestycyjnym i zapewniała pewien komfort polskim przedsiębiorcom. Działo się tak nawet wówczas, kiedy cykl koniunkturalny w ujęciu globalnym spadał. W latach 2009–2011, kiedy świat zmagał się z kryzysem finansowym, Polska przeszła przez niego w miarę suchą stopą – zaznacza szef polskiego biura CVC Capital Partners, jednego z największych na świecie funduszy inwestycyjnych.

Jak wynika z raportu „Klimat dla inwestycji w Polsce. Diagnoza sytuacji, propozycje rozwiązań”, opracowanego przez think-tank Warsaw Enterprise Institute (WEI), do spadku inwestycji zagranicznych może się przyczyniać niestabilność wewnętrzna Polski. W ostatnich miesiącach spiętrzyły się zapowiedzi rządu dotyczące repolonizacji banków, nowych obciążeń podatkowych i zwiększonych wydatków socjalnych, które mogą skutkować niewypłacalnością budżetu. Inwestorów nie zachęca tym bardziej osłabienie notowań złotego i zastój na giełdzie, spowodowany m.in. zapowiedziami dotyczącymi rozmontowania OFE.

Autorzy raportu podkreślają, że przez ostatni rok atmosfera wokół inwestorów zagranicznych zagęściła się, m.in. przez oskarżenia o niepłacenie podatków przez duże sieci handlowe czy rabunkową prywatyzację wykorzystywaną przez zagraniczne firmy. Z drugiej strony mało było zapowiedzi i działań rządu, które mogłyby świadczyć o przychylności dla kapitału spoza Polski.

– O spadku poziomu inwestycji decydują przede wszystkim czynniki wewnętrzne. Stabilność Polski, jako środowiska inwestycyjnego, pogorszyła się, co powoduje, że inwestorzy odwlekają część projektów. Niestabilność prawa czy wprowadzanie bardzo szybkich zmian prawnych również skłaniają do refleksji inwestorów, którzy zastanawiają się, czy to oby na pewno dobry moment, skoro nie mają żadnej pewności co do otoczenia prawnego – wskazuje Krzysztof Krawczyk szef polskiego biura CVC Capital Partners, jednego z największych na świecie funduszy inwestycyjnych i właściciela spółki PKP Energetyka.

Autorzy raportu think-tanku Warsaw Enterprise Institute podają przykład właśnie tej spółki jako działania szkodliwego dla reputacji państwa. W wyniku przygotowywanej od dawna prywatyzacji spółka PKP Energetyka została w ubiegłym roku kupiona przez fundusz CVC Capital Partners, ale transakcja od początku była torpedowana. Tuż przez zawarciem wiążącego porozumienia wnoszono o wstrzymanie procesu, potem posłowie opozycyjnego wówczas PiS wnieśli sprawę do sądu, domagając się unieważnienia przedwstępnej umowy sprzedaży. Prokuratura odmówiła śledztwa, ale sprawa trafiła nawet do NIK, która uznała, że transakcja była w pełni legalna i nie budziła zastrzeżeń. Na tym jednak nie koniec problemów inwestora, bo we wrześniu br. PKP SA wniosła kolejny wniosek o stwierdzenie nieważności umowy sprzedaży.

Zdaniem przedstawiciela funduszu CVC Capital Partners polski rząd, aby nie zniechęcać zagranicznych inwestorów i polepszyć klimat inwestycyjny, powinien zadbać o koordynację działań. Strategia gospodarcza i działania rządu powinny być spójne z systemem prawnym i działaniami poszczególnych resortów czy urzędników.

– To kwestia koordynacji pomiędzy szczeblem egzekucyjnym, czyli rządem, który jest odpowiedzialny za realizowanie strategii, oraz szczeblem legislacyjnym – czyli tym, jak powstają ustawy, jak są konsultowane i czy są spójne ze strategią gospodarczą, którą ten rząd przyjął. Tutaj jest bardzo dużo do poprawy. Brak koordynacji widać też pomiędzy strategią Ministerstwa Rozwoju a poszczególnymi ministerstwami czy urzędnikami niższego szczebla – wskazuje Krzysztof Krawczyk.

Cezary Kaźmierczak, prezes zarządu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, zaznacza, że jeżeli tylko polski rząd zadba o prosty i przejrzysty system prawny i stworzy dobre warunki zarówno dla polskich przedsiębiorców, jak i zagranicznych inwestorów. Wówczas nie będą potrzebne żadne dodatkowe zachęty, aby w Polsce lokować inwestycje.

Jeżeli polski rząd stworzy polskim przedsiębiorcom dobre warunki do działania, to nie musi stosować już żadnych zachęt dla przedsiębiorców zagranicznych, bo wówczas oni sami przyjdą i chętnie będą tutaj inwestowali. Dobre warunki do działania oznaczają proste i przejrzyste prawo, szybkie sądy i szybkie tryb rozstrzygania sporów sądowych oraz prosty system podatkowy. Nie mówię tutaj o wysokości stawek, tylko o prostocie ich naliczania – podkreśla Cezary Kaźmierczak.

Od 2000 roku do Polski napłynęło w formie zagranicznych inwestycji ponad 10 mld zł. Jak wynika z danych Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych,  w ubiegłym roku zrealizowano 56 projektów inwestycyjnych, których wartość przekroczyła 766,9 mln euro. Natomiast do końca sierpnia tego roku PAIiIZ zakończyła już 38 projektów wartych 404 mln euro, które stworzyły 7,6 tys. miejsc pracy. Największymi inwestorami zagranicznymi w Polsce są firmy amerykańskie, niemieckie i francuskie.

Rośnie eksport polskiej kukurydzy. Jej cena jest o 30 proc. niższa niż w Europie Zachodniej

Rośnie eksport polskiej kukurydzy. Jej cena jest o 30 proc. niższa niż w Europie Zachodniej 18

Dobre perspektywy przed rynkiem kukurydzy w Polsce. Tegoroczne zbiory mogą sięgnąć 4 mln ton, co pokrywa nie tylko krajowe zapotrzebowanie, lecz także rosnący w ostatnich latach eksport. Choć ziarno potaniało do 550 zł za tonę, to dalszy spadek jest mało prawdopodobny. Polska kukurydza ma szansę zawojować zagraniczne rynki. Producenci są jednak uzależnieni od warunków pogodowych i zagrożenia upraw szkodnikami i chorobami.

Ten rok pod względem zbiorów kukurydzy jest dużo lepszy niż ostatni. Było sporo perturbacji pogodowych, m.in. ostatnie dni października przyhamowały znacząco zbiory, ale generalnie możemy być zadowoleni. Plony były zdecydowanie wyższe, powyżej średniej za ostatnie 10 lat, mamy zbiór na poziomie blisko 4 mln ton ziarna kukurydzy, co w zupełności wystarczy na potrzeby krajowe i całkiem spory eksport, nawet powyżej 0,5 mln ton – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Tadeusz Michalski, prezes Polskiego Związku Producentów Kukurydzy.

GUS szacuje, że tegoroczne zbiory kukurydzy mogą wynieść 4,1 mln ton. Choć z racji na niekorzystną pogodę, zwłaszcza pod koniec lata, część ekspertów ocenia zbiory na 3,5 mln ton, będą one znacznie wyższe niż w 2015 roku. Wówczas, według GUS zbiory wyniosły nieco ponad 3 mln ton, o 29 proc. mniej niż rok wcześniej.

Polska cierpi ze względu na napływ stosunkowo taniego ziarna ze Wschodu, zwłaszcza z Ukrainy, gdzie kontyngent bezcłowy obniża cenę. W porównaniu do cen, jakie panują na Zachodzie, mamy blisko 30 proc. niższe, a ceny są właściwie na granicy opłacalności. Boję się, że w przyszłym roku będziemy mieli pewien regres, jeśli chodzi o zbiory i zasiewy przede wszystkim kukurydzy ziarnowej, bo to ona jest bardziej koniunkturalna – analizuje Michalski.

Obecnie na świecie ceny kukurydzy spadają. W Polsce kosztuje ok. 550 zł za tonę, jednak prognozy mówią również o możliwym spadku do 500 zł. To zaś sprawi, że produkcja kukurydzy przestanie być opłacalna, bo koszt uprawy 1 ha ocenia się na 6 tys. zł. W 2015 roku uprawa była dla rolników opłacalna przy 630 zł za tonę.

Nadmierny spadek cen przyhamuje krajową produkcję, co nie jest w interesie ani rolników, ani przetwórców kukurydzy. Na światowym rynku zaczyna rosnąć zapotrzebowanie na kukurydzę. Mimo rekordów pod względem zebranych ziaren kukurydzy, przerób na świecie, czyli rynek odbiorcy jest większy niż zbiory. To może znaczyć, że zapasy powoli maleją, a to jednocześnie wpływa w zdecydowany sposób na cenę – wskazuje prezes PZPK.

W 2015 roku zbiory kukurydzy na świecie wyniosły blisko 1 mld ton, podobnie jak w 2014 roku. W tym sezonie zbiory mogą okazać się rekordowe i sięgnąć 1,017 mld ton (prognozy Międzynarodowej Rady Zbożowej). Jednocześnie większe ma być zużycie na cele konsumpcyjne, paszowe i przemysłowe, łącznie ponad 1 mld ton, o 8 mln ton więcej niż wskazywano w połowie 2016 roku i ponad 42 mln ton powyżej przewidywań za poprzedni sezon.

Na rynku światowym kukurydzy jest dużo. To był udany rok dla największych producentów, jesteśmy w globalnej wiosce, napływ i przepływ materiału jest stosunkowo duży. W Polsce w ostatnich czasach więcej eksportujemy, niż importujemy. Jeszcze do 2010 roku byliśmy raczej importerem netto kukurydzy, w ostatnich latach jesteśmy już eksporterem – podkreśla Michalski.

W sezonie 2015/2016 Polska wyeksportowała o 10 proc. mniej kukurydzy niż sezon wcześniej, przy imporcie większym o 76 proc. Wciąż jednak eksport był większy niż import (0,6 mln do 0,5 mln ton). Najwięcej ziaren trafia do Niemiec, Czech, Islandii, Francji, Irlandii, Szwecji czy Wielkiej Brytanii.

Polska kukurydza ma szansę zawojować rynki zagraniczne, to jednak zależy od tego, na ile dobre będą warunki pogodowe. Jesteśmy w strefie klimatu przejściowego, który kukurydzy na ogół służy, ale bywają lata, że mniej. Poza tym jest kwestia cen, które zawsze są bardzo istotne, zwłaszcza dla nas. Musimy dosuszać kukurydzę, a to obciąża nasz koszt produkcji nawet do 30 proc., podczas gdy np. na Węgrzech 8,5–10 proc., co w znaczący sposób stanowi o cenie producenta – tłumaczy ekspert.

Jak tłumaczy prezes PZPK, dla producentów kukurydzy największym zagrożeniem są choroby i szkodniki. Ocenia się, że na plantacjach występuje 50 gatunków szkodników, jednak aktualny program chemicznej ochrony kukurydzy jest skierowany przeciwko pięciu gatunkom: ptakom, ploniarce zbożówce, mszycom, omacnicy prosowiance i stonce kukurydzianej. Szkodniki wpływają na jakość i opłacalność produkcji czy możliwość sprzedaży.

Zwalczanie jest możliwe, ale jest kosztowne. Istnieje metoda biologiczna, która w coraz większym stopniu jest skuteczna, podobnie jak metoda uprawy odmian genetycznie modyfikowanych z pełną odpornością, natomiast dzisiaj nie ma atmosfery do stosowania takich odmian w Europie, a przede wszystkim w Polsce – mówi Michalski.

Święta Bożego Narodzenia to okres żniw dla firm cateringowych. Zamówienia trzeba składać nawet z dwutygodniowym wyprzedzeniem

Święta Bożego Narodzenia to okres żniw dla firm cateringowych. Zamówienia trzeba składać nawet z dwutygodniowym wyprzedzeniem 19

Firmy cateringowe w okresie świątecznym realizują 10–15 proc. rocznych przychodów. Zlecenia pochodzą już nie tylko od korporacji i firm eventowych, lecz także indywidualnych odbiorców. Na stołach królują tradycyjne potrawy, lecz ze świątecznym pazurem. W tym roku zamówienia trzeba składać nawet z dwutygodniowym wyprzedzeniem.

Rynek usług cateringowych w okolicy świąt zmienia się diametralnie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Damian Wiatrak, dyrektor zarządzający w firmie Deli Catering. – Ze świątecznych dostaw chcą skorzystać niemalże wszyscy, zarówno korporacje, firmy sektora małych i średnich przedsiębiorstw, jak i klienci indywidualni. Imprez jest mnóstwo, to głównie przyjęcia dla 10, 20, 50, 100 osób, ale także dla 300, 500 czy tysiąca. Te ostatnie organizowane są przede wszystkim przez wielkie korporacje.

Usługi cateringowe są jednym z najmocniejszych sektorów rynku gastronomicznego. Według portalu Horeca.net jego wartość szacowana jest na 4,5 mld zł, co stanowi sporą część wartego blisko 18,5 mld zł rynku gastronomicznego w Polsce. Sam catering świąteczny wyceniany jest w Polsce na 40–50 mln zł, ale jego dynamika wzrostu wynosi blisko 3 proc. rocznie. Największymi odbiorcami tego rodzaju usług są agencje eventowe korzystające z usług firm dostarczających produkty spożywcze na wydarzenia i bankiety.

Klient indywidualny jest wartością promilową w całym zestawieniu i tak naprawdę jego aktywność widać dopiero tuż przed samą wigilią i świętami Bożego Narodzenia – precyzuje Damian Wiatrak. – W praktyce wygląda to tak, że w grudniu, który jest miesiącem najbardziej intensywnym w roku, mamy 7–12 realizacji dziennie, czyli organizacji spotkania świątecznego czy wigilijnego dla konkretnej firmy.

Choć klienci indywidualni mają najmniejszy udział w rynku cateringu świątecznego, to jednak ich liczba z roku na rok systematycznie rośnie. Taki odbiorca, jak wynika z opracowania portalu Horeca.net, najchętniej zamawia dania tradycyjne, wigilijne i kuchni staropolskiej. Ale coraz częściej są one dostarczane w nowej, dietetycznej odsłonie. Tego rodzaju zawierające mniej kalorii menu jest jedną z najszybciej rozwijających się nisz, czemu sprzyjają zmieniające się zwyczaje żywieniowe Polaków.

Na pewno wszystkie dania muszą być w nowej odsłonie, z jakimś świątecznym pazurem – precyzuje Damian Wiatrak. – Podczas przyjęcia powinny się bowiem pojawić wyjątkowe doznania smakowe, wynikające na przykład z niecodziennych połączeń produktowych.

W okresie świątecznym, jak podkreśla Damian Wiatrak, potrawy oraz całą obsługę cateringową wydarzeń należy zamawiać z odpowiednim wyprzedzeniem.

W przypadku spotkań organizowanych przez duże korporacje, na które przyjdzie 300, 500, a nawet tysiąc osób, zamówienie powinno być złożone co najmniej 2–3 tygodnie wcześniej, aby spokojnie można było dokonać wszelkich ustaleń – wyjaśnia Damian Wiatrak. – Spotkania mniejsze, rzędu 20, 50, 100 osób, powinno być zamówione tydzień wcześniej. Dla gości indywidualnych również tydzień jest najlepszym terminem. Z racji tego, że takie zamówienia obejmują zazwyczaj bardziej indywidualne, specyficzne oczekiwania.

Giełdy rosną, a euro traci po przedłużeniu europejskiego QE do końca 2017 roku

Europejski Bank Centralny zdecydował dziś o wydłużeniu programu skupu aktywów do końca 2017 roku, natomiast skala programu zostanie zmniejszona od kwietnia i będzie wynosić 60 mld euro miesięcznie. Oznacza to, że bank będzie skupował obligacje o 3 miesiące dłużej niż przewidywał konsensus analityków i będzie to o 20 mld euro miesięcznie mniejszy skup niż tego oczekiwano. Dlatego też, początkowa reakcja rynków finansowych na decyzję banku była mieszana. Oczywiście stopy procentowe pozostały, zgodnie z oczekiwaniami, na niezmienionym poziomie, wynosząc 0 proc. dla głównej stopy refinansowej i -0,4 proc. dla stopy depozytowej.

Na konferencji prasowej, po ogłoszeniu decyzji, prezes EBC Mario Draghi zapowiedział, iż bank w ramach programu QE będzie skupował z rynku krótkoterminowe obligacje poniżej stopy depozytowej. Ostrzegł również, iż ogłoszony dziś nowy plan nie musi być ostatnim, jeśli nie doprowadzi do zbliżenia się poziomu inflacji do celu inflacyjnego banku. Z ogłoszonych również dziś projekcji inflacji na kolejne lata wynika, iż nawet w 2019 roku inflacja wzrośnie do 1,7 proc., co jest wciąż poniżej celu inflacyjnego EBC na poziomie 2 proc. W zeszłym miesiącu inflacja w strefie euro wyniosła jedynie 0,6 proc. i znajduje się znacznie poniżej celu inflacyjnego od początku 2013 roku. Dodatkowo Draghi ponownie zaapelował do rządów państw strefy euro, aby wprowadzili strukturalne reformy, mające na celu pobudzenie wzrostu gospodarczego, zaznaczając, iż polityczna niestabilność nie może być tutaj wymówką.

Euro, które zaraz po decyzji nieznacznie się umocniło, po gołębim wystąpieniu Mario Draghiego zaczęło mocno tracić do głównych walut. Para EURUSD traci obecnie 1 proc. handlując w pobliżu poziomu 1,0640, para EURJPY traci 0,6 proc. handlując w pobliżu poziomu 121,40 a para EURGBP traci 0,9 proc. handlując w pobliżu poziomu 0,8440. Natomiast złotówka, wraz z częścią walut krajów rozwijających się, traci na decyzji EBC. Para EURPLN zyskuje 0,4 proc. handlując w pobliżu poziomu 4,45, para USDPLN zyskuje 1,6 proc. handlując w pobliżu poziomu 4,19 a para CHFPLN zyskuje 0,7 proc. handlując w pobliżu poziomu 4,12.

Na przedłużenie programu QE do końca przyszłego roku euforycznie reagują europejskie rynki giełdowe. Niemiecki DAX zalicza piątą z rzędu mocną sesję wzrostową i zyskuje 1,5 proc. handlując w pobliżu poziomu 11150 punktów. Francuski CAC40 rośnie 0,7 proc. handlując w pobliżu poziomu 4730 punktów. WIG 20 również korzysta z europejskiej hossy, handlując aż 1,6 proc. powyżej wczorajszego zamknięcia w okolicy 1920 punktów.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

YUKO – nowy program car-sharingowy Toyoty

  • YUKO to pierwszy system car-sharingowy w Europie, w którym dostępne są wyłącznie samochody z napędem hybrydowym;
  • Wersje pilotażowe programu zostały uruchomione w Dublinie oraz w mieście Forli we Włoszech; w następnych etapach Toyota wprowadzi YUKO do innych miast w Europie;
  • Dotychczas samochody hybrydowe Toyoty i Lexusa na całym świecie kupiło ponad 9,5 miliona klientów; program YUKO umożliwi korzystanie z samochodów z napędem hybrydowym jeszcze szerszej grupie kierowców;
  • Hybrydy udostępnione w systemie car-sharingu pozwolą mieszkańcom miast cieszyć się cichą, bezstresową jazdą oraz przyczynią się do poprawy jakości powietrza i płynności ruchu w metropoliach.

Toyota uruchomiła pierwszy program car-sharingowy w Europie oferujący wyłącznie hybrydy Toyota uruchomiła pierwszy program car-sharingowy w Europie oferujący wyłącznie hybrydyYUKO to nowy program car-sharingowy Toyoty, którego flota składa się wyłącznie z samochodów z napędem hybrydowym. Jego pilotażowe wersje zostały uruchomione w Dublinie w Irlandii oraz w Forli we Włoszech. YUKO po japońsku oznacza „Chodźmy”. Dzięki niemu wszyscy kierowcy mogą doświadczyć jazdy hybrydą bez konieczności posiadania własnego auta. We flocie YUKO znalazły się różne modele hybrydowe, od miejskiego Yarisa po legendarnego Priusa. Niedługo do programu dołączy również nowy crossover Toyota C-HR.

Zrównoważony rozwój

Miasta, w których uruchomiono program pilotażowy, zostały wybrane na podstawie takich kryteriów jak rozpowszechnienie car-sharingu, sytuacja demograficzna, jakość infrastruktury czy natężenie ruchu. Na początku w Dublinie zostanie udostępnionych 15 samochodów, a w Forli 7 aut.

„Zaczynamy od niewielkiej floty, aby przetestować nasz model biznesowy, ale w najbliższych latach zwiększymy liczbę samochodów oraz rozszerzymy program na kolejne miasta w Europie” – powiedział Mark Adams, wiceprezydent Consumer One & New Mobility.

Program car-sharingowy YUKO to kolejne potwierdzenie zaangażowania Toyoty w rozpowszechnianie samochodów hybrydowych wśród szerokiej grupy kierowców. Do tej pory ponad 9,5 miliona klientów Toyoty i Lexusa doceniło zalety tego napędu. Teraz także inni kierowcy będą mogli przekonać się o tym, że jazda hybrydą jest cicha, komfortowa i bezstresowa.

Bez spalin, bez ładowania

W mieście Forli leżącym 80 km od Bolonii zarejestrowani w programie użytkownicy mają do dyspozycji 7 hybrydowych Yarisów. Decyzją władz miasta mogą bezpłatnie korzystać z miejsc parkingowych oraz wjeżdżać do strefy ograniczonego ruchu. Wszystkie modele z napędem hybrydowym Toyoty umożliwiają częste korzystanie wyłącznie z silnika elektrycznego bez konieczności ładowania akumulatora z zewnętrznej sieci.

„Napęd hybrydowy to właściwy sposób na ograniczenie do minimum emisji spalin w mieście. Jesteśmy przekonani, że ten cel naprawdę może być osiągnięty. Niedawne badania Uniwersytetu w Rzymie wykazały, że Toyota Prius 4. generacji korzysta na trasie z domu do pracy z samego silnika elektrycznego przez 73% czasu jazdy. W przypadku jazdy wyłącznie po mieście Prius porusza się w trybie EV nie emitując spalin przez 79,4% czasu” – przypomniał Andrea Carlucci, CEO Toyota Motor Italia.

Ambitne plany

Na początku w programie car-sharingowym Toyoty w Dublinie hybrydowe Yarisy, Aurisy i Priusy będą dostępne w trzech lokalizacjach w centrum miasta. W szybkim tempie będzie zwiększany zarówno zasięg programu, jak i liczba samochodów. YUKO nie tylko pomoże zmniejszyć natężenie ruchu w stolicy i ułatwić mieszkańcom sprawne poruszanie się po mieście, ale także przyczyni się do ograniczenia zanieczyszczenia powietrza dzięki wyjątkowo niskiej emisji spalin.

Podczas uroczystości otwarcia programu Steve Tormey, CEO Toyota Ireland powiedział: „Jesteśmy dumni, że Toyota Europe wybrała Dublin na inaugurację programu YUKO. Bardzo się cieszymy, że program przyczyni się do rozwiązania kluczowych problemów komunikacyjnych naszej metropolii. Zależy nam na tym, aby udostępniać najnowocześniejszą technologię hybrydową szerokim grupom kierowców”.

„Ograniczanie emisji spalin, rozładowywanie korków i poprawa mobilności to nasze priorytety. Jesteśmy przekonani, że car-sharing to dobry sposób na poprawę sytuacji w tych obszarach. Program wynajmu krótkoterminowego wykorzystujący samochody hybrydowe to doskonałe uzupełnienie systemu transportu publicznego w Dublinie” – skomentował Shane Ross, irlandzki minister transportu, turystyki i sportu.

Rynek powierzchni biurowych na stabilnej ścieżce wzrostu w Krakowie, Wrocławiu i Katowicach

Międzynarodowa firma doradcza CBRE opublikowała trzy raporty podsumowujące rynek powierzchni biurowych po 3 kwartale 2016 w trzech polskich miastach: Krakowie, Wrocławiu i Katowicach. Raporty stanowią analizę zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej, nowych obiektów oddanych do użytku, poziomu najmu oraz wskaźników pustostanów. Według danych zebranych przez CBRE każde z tych trzech miast jest w bardzo dobrej kondycji i utrzymuje się na ścieżce stabilnego wzrostu.

Kraków jest drugim największym i zarazem najszybciej rozwijającym się rynkiem biurowym w Polsce. W ciągu ostatnich kilku lat miasto to przeszło ogromną transformację z regionalnego rynku dla lokalnych graczy w dobrze rozpoznawalną międzynarodową destynację biznesową. W trzech pierwszych kwartałach 2016 roku w Krakowie powstało 16 projektów o łącznej powierzchni 102 200 mkw., a w budowie jest obecnie kolejne prawie 300 000 mkw. Kraków może się również pochwalić najniższym wskaźnikiem pustostanów spośród wszystkich miast w Polsce.

Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE
Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE

„Od początku 2016 roku obserwujemy wzrost podaży we wszystkich trzech miastach: Krakowie, Wrocławiu i Katowicach. W najbliższych dwóch latach zasoby nowoczesnej powierzchni będą dalej rosły, obecnie największa aktywność jest obserwowana w Krakowie ( prawie 300 000 mkw. w budowie). Wraz ze wzrostem aktywności deweloperów, wzrasta wskaźnik pustostanów, w szczególności jest to widoczne w Katowicach. Niemniej jednak rosnące zainteresowanie ze strony najemców zwłaszcza z sektora BPO/SCC pozwala prognozować iż nowo wybudowana powierzchnia powinna zostać szybko wchłonięta.” – komentuje Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory and Transaction Services, Dział Powierzchni Biurowych, CBRE

Wrocław to trzeci największy rynek powierzchni biurowych w Polsce, plasuje się zaraz po Warszawie i Krakowie. Podaż nowoczesnej powierzchni biurowej w tym mieście wynosi obecnie ponad 770 000 mkw., a od początku 2016 roku oddano do użytkowania 8 nowych budynków biurowych. Ilość powierzchni w budowie pozostaje pokaźna i przewiduje się, że w kolejnych latach będzie utrzymywała wysoki poziom. Ponieważ najemcy coraz częściej poszukują biur w budynkach o lepszym standardzie, przewiduje się że udział budynków klasy A będzie wzrastał.

„Obecnie w stolicy Dolnego Śląska buduje się około 130 000 mkw. powierzchni biurowej. Wysokiej aktywności deweloperów towarzyszy silny popyt. Wrocław ma ogromny potencjał przyciągania nowych inwestycji, a duże zainteresowanie miastem pozwala liczyć na ciekawe transakcje na wrocławskim rynku biurowym w najbliższej przyszłości. Od dłuższego czasu władze miasta koncentrują swoje działania na przyciąganiu firm z sektora nowoczesnych usług dla biznesu, a w szczególności firm technologicznych i badawczo-rozwojowych.” dodaje Paweł Boczar, Zastępca Dyrektora, Advisory and Transaction Services, Dział Powierzchni Biurowych, CBRE

Według analityków CBRE, rynek biurowy w Katowicach po 3 kwartale 2016 jest stabilny i pełen możliwości. Zarówno zasób powierzchni biurowej jak i poziom najmu jest w tym mieście na ścieżce wzrostu od mniej więcej 2009 roku. Co prawda dynamika wzrostu oraz wolumen transakcji utrzymuje się na znacznie mniejszym poziomie w porównaniu do sąsiadujących aglomeracji Krakowa i Wrocławia, niemniej jednak miasto to prowadzi aktywną politykę promocji i skupia się na przyciąganiu nowych firm oraz zachęcaniu obecnych już na rynku graczy do rozwijania swojego biznesu.

500+ nie wpłynie na świąteczne decyzje zakupowe Polaków

Jak wynika z raportu Deloitte „Zakupy świąteczne 2016”, w tym roku polska rodzina planuje wydać na święta średnio 1121 zł – to o 161 zł mniej niż planowała w roku ubiegłym*. Jakie są powody tak zachowawczego podejścia Polaków do kwestii wydawania pieniędzy na święta?

Święta Bożego Narodzenia to w Polsce czas, w którym nie chcemy sobie odmawiać przyjemności. W naszej tradycji panuje przekonanie, że Wigilia to jeden z najważniejszych dni w roku. Tym bardziej zaskakujące mogą być wyniki najnowszych badań Deloitte. Przeciętna polska rodzina planuje wydać w tym roku 1121 zł na zakupy świąteczne, co stanowi jedynie 1/3 jej miesięcznego dochodu**. Co ciekawe, w ubiegłorocznej edycji raportu planowaliśmy zakupy o średniej wartości 1 282 zł. Ostatecznie jednak przeznaczyliśmy na ten cel średnio 1065 zł.

Pesymistycznie patrzymy w przyszłość

Powodem takiej sytuacji może być negatywna ocena zarówno obecnego stanu gospodarki, jak i prognoz na 2017 r. Wskaźnik różnicy pomiędzy pozytywnymi i negatywnymi ocenami obecnego stanu gospodarki w Polsce, badany przez firmę Deloitte, wyniósł w tym roku -24,7 p.p. Podobne nastroje panują w prawie całej Europie. Wyjątkiem są Niemcy i Duńczycy, którzy oceniają sytuację gospodarczą w swoich krajach w znacznie lepszy sposób – różnica pomiędzy pozytywnymi i negatywnymi ocenami to ok. 14 p.p. W porównaniu z ubiegłym rokiem, Polacy zdecydowanie bardziej pesymistycznie zaopatrują się także na przyszłość. Negatywne poglądy są jeszcze wyraźniejsze, w 2015 r. stanowiły 32 proc., w tym roku już 47 proc. Nastrojów nie poprawiło nawet 17 mld zł przeznaczonych w 2016 r. na pomoc rodzinom w ramach programu 500+. Co prawda w tym roku planujemy przeznaczyć więcej pieniędzy na zakupy świąteczne niż faktycznie wydaliśmy w roku ubiegłym, ale jest to różnica tylko 56 zł. Można z tego wywnioskować, że Polacy wolą odłożyć dodatkowe pieniądze na (zdaniem wielu) niepewną przyszłość niż wydawać je na tegoroczne święta.

Szukamy oszczędności

Zachowawcze podejście Polaków do zakupów świątecznych widać także w planach, gdzie będą je robili. Aż 67 proc. z nas zrobi zakupy w dyskontach, to o 11 p.p. więcej niż rok temu. Polacy przodują w tej kwestii w Europie. Na drugim miejscu znalazły się hipermarkety, dalej tradycyjne sklepy. Pogorszyła się natomiast nasza skłonność do planowania wydatków z wyprzedzeniem. W ubiegłym roku 43 proc. Polaków chciało mieć za sobą ten obowiązek w pierwszej połowie grudnia, teraz już 39 proc. zostawi zakupy na ostatnią chwilę, co sprzyja nieprzemyślanym wydatkom. Zanim ruszymy do sklepu, szczególnie w okresie świątecznym warto przygotować listę rzeczy, które są nam niezbędne i oszacować, ile będziemy potrzebowali pieniędzy. Takie kalkulacje pomogą nam w podjęciu decyzji, czy będziemy potrzebowali w tym roku dodatkowych funduszy.

Skąd wziąć pieniądze?

Wielu Polaków co roku zadaje sobie pytanie, skąd wziąć pieniądze na zorganizowanie świąt i za co żyć przez resztę miesiąca. Część z nich pod wpływem emocji zdecyduje się na pożyczkę.

Decyzja o wzięciu kredytu powinna być przemyślana, nie możemy podejmować jej pod wpływem emocji ani zostawiać  na ostatnią chwilę – tłumaczy Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych – W okresie świąt, szczególnie atrakcyjne wydają nam się szybkie pożyczki, które nie wymagają zbyt wielu formalności. Niestety, często zdarza się, że łatwość otrzymania pieniędzy jest ich jedynym plusem. A za tą łatwość płacimy słono. Im łatwiej dostępna jest pożyczka, tym bardziej powinniśmy się zastanowić nad jej zaciągnięciem i gruntownie sprawdzić warunki.

Różnica w spłacie kredytu to nawet 1,5 tys. zł

Jeżeli jednak zdecydujemy się wziąć kredyt, to należy bardzo dokładnie sprawdzić warunki i porównać obowiązujące na rynku oferty. Jak wyliczyli eksperci z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych, przy kredycie na 1121 zł, najkorzystniejsza obecnie oferta na 12 miesięcy zakłada oprocentowanie 8,5% i prowizję 2% (dla posiadaczy konta i karty kredytowej). Rata równa takiego kredytu to 99,73 zł, łączna kwota do spłaty razem z kredytowaną prowizją, to 1196,75 zł. Natomiast najmniej korzystna oferta zakłada oprocentowanie 7,49%, prowizję 3,5% i opłatę przygotowawczą 1400 zł. Rata równa tego kredytu to 222,11 zł, a łączna kwota do spłaty to 2665,29 zł.

Jeżeli już zdecydujemy, że w tym roku niezbędne będzie zaciągnięcie kredytu, nie korzystajmy z oferty pierwszego lepszego banku. Możliwe bowiem, że akurat nasz bank nie ma dopasowanej oferty do takiej kwoty kredytu i w związku z tym możemy sporo przepłacić. Jednak najbardziej zdradliwe są pożyczki dostępne „od ręki”, często w Internecie, tzw. chwilówki. Decydując się na takie rozwiązanie musimy liczyć się z kosztem całkowitym kredytu często nawet kilkudziesięcio- lub nawet kilkusetprocentowym – dodaje Katarzyna Dmowska.

* Raport Deloitte: Zakupy świąteczne 2015

**Przy założeniu, że średni miesięczny dochód na osobę w gospodarstwie wynosi w Polsce 1386 zł, a przeciętna polska rodzina to 2,7 osoby – dane GUS.

Polski rynek pracy – bliżej unijnych słabeuszy niż liderów

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Od wielu kwartałów napływają informacje o coraz niższym poziomie bezrobocia w Polsce. Mogłoby to świadczyć, że sytuacja na naszym rynku pracy jest bardzo dobra. Niestety, prawda jest zupełnie inna, zwłaszcza wśród osób zaczynających i kończących karierę zawodową – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Według danych Eurostatu za październik br., stopa bezrobocia w Polsce wynosi 5.7 proc. przy średniej dla Unii Europejskiej na poziomie 8.3 proc., a dla strefy euro: 9.8 proc. Tylko 6 na 28 krajów Unii Europejskiej (UE) charakteryzuje się mniejszą wartością tego wskaźnika. Dodatkowo w ciągu roku spadł on o 1.6 pkt proc., a od szczytów z marca 2013 r. obniżka wynosi aż 5 pkt proc.

Niski poziom bezrobocia sugeruje, że polski rynek pracy powinien być w świetnej kondycji. W rzeczywistości jednak ten wskaźnik niewiele mówi nam o faktycznym zatrudnieniu. Kluczową kwestią dla odpowiedniego rozwoju gospodarczego jest przecież informacja, jaki odsetek osób pracuje, a nie jaki tej pracy szuka.

Młodzi nie pracują, ani pracy nie szukają

Osobą pracującą – według Eurostatu, GUS (Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności) czy Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO) – jest jednostka, która w badanym tygodniu wykonywała płatną pracę przynajmniej przez jedną godzinę. Prócz pracowników najemnych, do grupy zatrudnionych zalicza się także osoby pracujące w gospodarstwach rolnych, prowadzące działalność gospodarczą czy uczniów, z którymi przedsiębiorstwa mają umowę o naukę zawodu.

Stosunkowo dobrze, choć zdecydowanie gorzej niż wynikałoby to z rankingu bezrobocia, wygląda wartość zatrudnienia dla populacji będącej w przedziale wiekowym 25-54 lata. Wynosi ona 80.5 proc. i jest to 14. rezultat w Unii, czyli lokujący nas praktycznie w środku stawki. Bardzo podobny poziom zatrudnienia ma Francja (80.3 proc.), choć bezrobocie w tym kraju jest na poziomie 9.7 proc.

Zdecydowanie gorzej sytuacja wygląda wśród ludzi młodych. Dane Eurostatu za drugi kwartał 2016 r. pokazują, że stopa zatrudnienia Polaków w wieku 15-24 lata wynosi jedynie 28.6 proc. Przeciętny wynik w Unii to 33.8 proc. Ten sam wskaźnik jest jeszcze niższy wśród polskich kobiet i wynosi tylko 23.6 proc. To o ponad 8 pkt proc. mniej niż średni rezultat mieszkanek EU. Najwyższe ogólne wyniki zatrudnienia notowane są w Holandii, Danii czy Szwecji, gdzie wynoszą odpowiednio 60.9 proc., 60.8 proc. i 45.6 proc.

Niski poziom zatrudnienia wcale nie oznacza, że młodzi Polacy poszukują pracy. Stopa bezrobocia wśród osób poniżej 25. roku życia wynosi 15.6 proc. Jest to niższy wynik niż przeciętna UE (18.4 proc.) czy wcześniej wymienionej Szwecji (18.4 proc.). Gdyby odsetek zatrudnionych młodych Polaków wzrósł chociaż do przeciętnego poziomu unijnego, oznaczałoby to przyrost liczby osób pracujących o 230 tys.

Zatrudnienie niższe tylko w 8 krajach Unii

Jeszcze gorzej niż w przypadku młodych Polaków sytuacja wygląda wśród osób w przedziale wiekowym 55-64. Zatrudnienie osób zbliżających się do końca kariery zawodowej wynosiło pod koniec drugiego kwartału br. 45.9 proc. To prawie 10 pkt proc. mniej niż unijna średnia (55.1 proc.). Lepszy wynik od Polski osiągają m.in. Hiszpania (48.8 proc.), Włochy (50.1 proc.) i Portugalia (52.2 proc.).

Polskę w tej kategorii dzieli przepaść w stosunku do liderów UE. Zatrudnienie osób mających 55-64 lata wynosi w Szwecji 75.4 proc., w Niemczech 68 proc., a na Litwie 64.4 proc. Gdyby odsetek Polaków posiadających pracę w tym przedziale wiekowym wzrósł chociaż do unijnej średniej, to liczba osób zatrudnionych w naszym kraju byłaby o ponad pół miliona wyższa niż obecnie.

Jeżeli weźmiemy pod uwagę wiek produkcyjny (15-64 lata), to odsetek zatrudnionych w Unii wynosi 66.6 proc. Nad Wisłą jest to 64.5 proc. Gorszy wynik od naszego jest tylko w 8 krajach Wspólnoty. Wyższy rezultat natomiast notują zarówno państwa Europy Środkowej, takie jak Słowacja (65 proc.), Węgry (66.4 proc.) czy Czechy (71.7 proc.), a także kraje uznawane za unijnych maruderów np. Portugalia – 65 proc. Liderzy, czyli Szwecja, Dania, Niemcy czy Holandia, osiągają rezultaty w okolicach 75 proc.

Ogólna sytuacja na krajowym rynku pracy jest więc zdecydowanie gorsza niż przedstawia to wskaźnik bezrobocia. Konieczne wydaje się wprowadzenie skutecznych rozwiązań aktywizujących osoby bierne zawodowo. Jednak nawet gdy te działania zostaną z sukcesem zastosowane, prawdopodobnie minie jeszcze wiele lat, zanim Polska osiągnie unijną średnią poziomu zatrudnienia osób w wieku produkcyjnym.

Śniadanie z prof. Małgorzatą Zaleską oraz kadrą menadżerską GPW

Cytaty z wypowiedzi prof. Małgorzaty Zaleskiej, Prezesa Zarządu GPW

Zależy nam na tym, aby Giełda Papierów Wartościowych była instytucją przejrzystą i aby informacje o jej działalności były szeroko dostępne.

Obecnie mamy bardzo dobrą koniunkturę, na co wyraźnie widocznym dowodem jest ostatni tydzień i znaczące wzrosty wartości indeksu WIG20. Wierzymy, że ten trend utrzyma się i będzie nam towarzyszył w przyszłym roku.

Polska gospodarka rozwija się, jest stabilna, wolna od nierównowag makroekonomicznych. Jesteśmy przekonani, że jej dobra kondycja będzie znajdowała odzwierciedlenie na warszawskiej giełdzie. Bacznie obserwujemy te pozytywne trendy, tak aby podążać za nimi.

W ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy udało nam się osiągnąć bardzo dużo. Liczę na to, że efekty naszej pracy będą widoczne już w pierwszej połowie przyszłego roku.

Jednym z naszych kluczowych projektów było opracowanie strategii dla GPW na kolejne lata. Jej dwa zasadnicze cele to wspieranie dalszego rozwoju rynku kapitałowego oraz Giełdy jako jej najważniejszego podmiotu. Jestem przekonana, że efekty realizowanych zgodnie z nią działań będą widoczne już wkrótce.

Znaczącym osiągnięciem jest uzgodnienie porozumienia dotyczącego utworzenia polskiej agencji ratingowej we współpracy z Polskim Funduszem Rozwoju i Biurem Informacji Kapitałowych. W naszym zamyśle agencja ta ma w pierwszej kolejności nadawać rating papierom wartościowym emitowanym przez średnie i małe spółki, które nie mają możliwości skorzystania z usług dużych zagranicznych agencji. Chcemy nie tylko pomóc tym spółkom, ale także zwiększyć przejrzystość na rynku akcji i obligacji, co przełoży się na zaufanie inwestorów tak do spółek, jak i do GPW. Krajowa agencja ratingowa wypełni lukę na polskim rynku kapitałowym, a przede wszystkim będzie impulsem do budowania w Polsce kultury ratingu.

Naszym kolejnym przedsięwzięciem jest przejęcie kwotowania stawek WIBID i WIBOR. Ma to niebagatelne znaczenie dla krajowego systemu finansowego. Dość przypomnieć, że w polskich bankach aż 800 mld zł opiera się na tych stawkach.

Zależy nam na zwiększeniu efektywności naszego działania i na tym, aby było to dostrzegane. W ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy nastąpił znaczny wzrost wartości GPW – od 10 lutego nasza wartość giełdowa wzrosła o 145 mln zł. Warto przypomnieć, że tego tytułu Skarb Państwa ma wymierne korzyści. Mam tu na myśli 85 mln zł w postaci wypłaconej dywidendy plus wzrost wartości akcji znajdujących się w posiadaniu Skarbu Państwa o 50 mln zł. Przez ostatnie miesiące kurs akcji GPW wzrósł bowiem z 34 zł do blisko 38 zł. Taka stopa zwrotu, osiągnięta w ciągu zaledwie 10 miesięcy, to powód do zadowolenia, ale i silna motywacja do dalszego działania.

Przeprowadziliśmy racjonalizację struktury GK GPW, a osiągniętą dzięki temu redukcję kosztów możemy już mierzyć w milionach złotych. Obecnie finalizujemy integrację całej grupy kapitałowej, zarówno w sensie fizycznym, jak i organizacyjnym. Po pierwsze, wszystkie spółki należące do GK GPW będą miały swoją siedzibę w gmachu giełdowym przy ulicy Książęcej. Zintegrowanie ich w jednym miejscu to oszczędności finansowe, a także poprawienie przepływu informacji. Po drugie, integrujemy wszelkie działania wewnętrzne o charakterze wspomagającym, takie jak finansowo-księgowe, prawne, PR-owe i marketingowe. Umożliwi to kolejną racjonalizację kosztów i kolejne, liczone w milionach złotych oszczędności.

W tym roku Zespół Relacji z klientami obył około 100 spotkań ze spółkami, potencjalnymi kandydatami do wejścia na GPW. Przyjęliśmy przy tym zw. podejście celowane, co oznacza, że spotykaliśmy się ze starannie wyselekcjonowanymi spółkami poszukującymi kapitału na rozwój. Naszym zdaniem w przyszłym roku będziemy zbierali owoce naszej pracy. Tym bardziej, że spodziewamy się zdecydowanie lepszej sytuacji w otoczeniu zewnętrznym. W tym roku pewna liczba spółek wstrzymała decyzje o IPO ze względu na m.in. takie wydarzenia, jak zapowiedź Brexitu, wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych i nierozwiązana kwestia kredytów frankowych. Odbieramy liczne sygnały od spółek, że spodziewają się poprawy koniunktury w przyszłym roku, co przełoży się na zwiększoną liczbę IPO. Już teraz mamy taką zapowiedź ze strony spółki Dino. Mam nadzieję, że to zmieni nastawienie sceptyków rynku kapitałowego.

GPW jest w tej dziedzinie dla Białorusi najbardziej odpowiednim partnerem, i to nie tylko ze względu na bliskość geograficzną. Poza finansowaniem na korzystnych warunkach warszawski parkiet oferuje białoruskim spółkom również coś, co trudno byłoby im uzyskać na dużych zachodnich giełdach – indywidualne podejście, zgodne z ich potrzebami i oczekiwaniami, a co za tym idzie wymierne korzyści związane z większą rozpoznawalnością.

Poza tym strona białoruska zwróciła się do nas z propozycją współpracy w zakresie pomocy technicznej dla tamtejszych przedsiębiorców, w tym organizacji szkoleń i warsztatów, a także spotkań z polskimi inwestorami i domami maklerskimi. Co więcej, Białoruski Uniwersytet Państwowy zaproponował GPW utworzenie na tej uczelni Polsko-Białoruskiego Centrum IPO. Poczynione zostały już pierwsze kroki w tym kierunku – 24 listopada, podczas Forum „Dobrosąsiedztwo 2016”, w obecności wicepremiera Mateusza Morawieckiego oraz wicepremiera Białorusi Michaiła Rusego, został podpisany list intencyjny w tej sprawie.

Dynamika prywatyzacji gospodarki na Białorusi z dużym prawdopodobieństwem będzie zgodna z przewidywaniami zaprezentowanymi miedzy innymi przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy – jego eksperci oczekują przyśpieszenia reform sektora przedsiębiorstw państwowych i wprowadzenia przepisów ułatwiających funkcjonowanie prywatnych przedsiębiorstw. Stanowi to ogromną szansę i zarazem wyzwanie dla GPW, która mogłaby aktywnie uczestniczyć w budowaniu marki Białoruś na gospodarczej mapie świata.

Chęć dzielenia się wiedzą i doświadczeniem z Białorusinami ma wymiar nie tylko biznesowy, ale i misyjny, równie ważny w działalności warszawskiej giełdy. Dobrze pamiętamy pomoc oraz wiarę i zaufanie, jakim kiedyś obdarzyli nas nasi partnerzy z Zachodu. Dlatego dziś chcemy w ten sam sposób wesprzeć starania Białorusi o lepszą przyszłość.

Dla GPW projekt REIT-ów jest bardzo istotny. Z naszego punktu widzenia REIT-y muszą być spółkami notowanymi na warszawskim parkiecie, nie tylko ze względu na rozwój rynku kapitałowego, ale także bezpieczeństwa tych instrumentów. Doświadczenia innych krajów pokazują, że to najlepsze rozwiązanie. Zależy nam na tym, aby REIT-y weszły do polskiego porządku prawnego także dlatego, że jest to bardzo dobry instrument oszczędzania długoterminowego, w tym na cele emerytalnego.

Konferencja EBC

Zapowiada się ciekawy dzień na rynkach. Najpierw podjęcie decyzji w sprawie stóp procentowych w Europie, a chwilę później konferencja EBC. Dobry tydzień dla naszej waluty.

One man show

Dzisiejsza kartka z kalendarza makroekonomicznego nie zawiera zbyt wielu publikacji. Jednakże jedno dzisiejsze wydarzenie może wstrząsnąć rynkami. O godzinie 13:45 ogłoszona zostanie decyzja Europejskiego Banku Centralnego w sprawie stóp procentowych w Strefie Euro, a chwilę później nastąpi konferencja prasowa prezesa EBC, Mario Draghiego. O tyle o ile analitycy nie spodziewają się zmiany wysokości stopy procentowej, to słowa prezesa pozostają tajemnicą.  Możliwych jest kilka scenariuszy. Przedłużenie skupu aktywów o dłużej niż 6 miesięcy będzie mogło oznaczać osłabienie wspólnej waluty, z kolei jednak deklaracja wycofywania się z obecnych działań znacznie umocni euro. Aktualnie notowania głównej pary walutowej oscylują w okolicach poziomu 1,08, a dalsze losy jej wyceny spoczywają w rękach jednego człowieka, który rozpocznie swoją konferencję o 14:30.

Z pozostałych ważniejszych informacji poznamy dzisiaj liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w Stanach Zjednoczonych. Jednakże ten odczyt pozostanie najprawdopodobniej tylko tłem dla poczynań EBC.

Złotówka odrabia straty

Pomimo braku jakiejkolwiek decyzji Rady Polityki Pieniężnej oraz pomimo jakichkolwiek większych przesłanek nasza rodzima waluta, choć dziś nieznacznie traci, od początku tygodnia odrobiła dość sporą część ostatnich strat w stosunku do głównych walut. Cena euro to już 4,43 zł, a nie jak przed dwoma dniami 4,50 zł. Ku uciesze kredytobiorcom frank staniał o 8 groszy i obecnie kosztuje 4,09 zł. Za dolara zapłacimy już “tylko” 4,11 zł. Z kolei brytyjska waluta potaniała do 5, 21 zł.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Rynek pracownika zmusza polskie firmy do weryfikacji dotychczasowej polityki rekrutacyjnej

Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, stopa bezrobocia rejestrowanego osiągnęła w październiku i listopadzie br. rekordowo niski poziom i wyniosła 8,2 proc. To najlepszy wynik od maja 1991 roku. Jednocześnie coraz częściej mówi się o tworzącym się w Polsce rynku pracownika i problemach z nim związanych. Z badań przeprowadzonych przez Biuro Projektowania Systemów Cyfrowych wynika, że nawet 2/3 rodzimych firm ma trudności z pozyskaniem odpowiednich kadr. Specjaliści z obszaru HR twierdzą jednak, że problem często leży po stronie samych pracodawców, którzy nie nadążają za zmieniającymi się realiami rynku pracy.

Polska gospodarka potrzebuje obecnie fachowców, a o tych coraz trudniej. Mniejsze lub większe problemy z pozyskaniem pracowników o odpowiednich kompetencjach komunikują firmy z niemal wszystkich branż. Brakuje inżynierów i wykwalifikowanych pracowników fizycznych, techników, specjalistów IT, a także kierowców, księgowych i przedstawicieli handlowych.

Kiedyś pracowników było na rynku bardzo dużo i jeżeli nawet pierwsza rekrutacja w firmie się nie udała, to następowała kolejna, przychodził kolejny pracownik i nie było to dla firmy dużym kosztem. Teraz, kiedy wchodzimy w rynek pracownika, musimy ponieść większy wysiłek, żeby znaleźć tego właściwego pracownika i czas rekrutacji się wydłuża – mówi Anna Węgrzyn, kierownik projektu mHR Biura Projektowania Systemów Cyfrowych.

Winien nie tylko rynek pracownika

Jak wynika z badania SARATOGA Human Capital Benchmarking, wydatki związane z pozyskaniem nowego pracownika na przestrzeni czterech lat wzrosły o 40 proc., a średni czas rekrutacji wynosi ponad 30 dni roboczych. Coraz większym problemem polskich firm stają się regionalne i lokalne rozbieżności między podażą pracy i popytem na pracę, trudności z dopasowaniem kompetencji do wymogów stanowiska, a także rosnące wymagania pracowników odnośnie płacy i warunków zatrudnienia. Problemy te szczególnie widoczne są w branży IT, która w związku z dynamicznymi zmianami technologicznymi i rozwojem licznych centrów usług dla biznesu, już dziś zgłasza deficyt ponad 50 tys. specjalistów. Jak twierdzi Urszula Puśko, IT Consultant w Relyon Recruitment & IT Services, jednej z najdynamiczniej rozwijających się polskich firm specjalizujących się w rekrutacjach m.in. specjalistów IT, często problem leży po stronie samych pracodawców, którzy mają trudności z odnalezieniem się w realiach rodzącego się w naszym kraju rynku pracownika.

Wielu polskich pracodawców sądzi, iż pracownik o pożądanych kwalifikacjach jest na wyciągnięcie ręki, natomiast realia często pokazują, że jest inaczej. Świadczy o tym fakt, iż na wiele stanowisk poszukiwania właściwego kandydata potrafią trwać wiele miesięcy. Obecna sytuacja na rynku pracy wymaga zatem stosowania zaawansowanych narzędzi rekrutacyjnych, które ułatwiają dotarcie do odpowiednich kandydatów, spełniających wymagania co do danego stanowiska. Najlepsi specjaliści na rynku nie poszukują aktywnie pracy i trzeba do nich dotrzeć innymi kanałami. Dodatkową trudność dla pracodawców stanowi często nieznajomość panujących stawek. Warto nadmienić, iż te dynamicznie się zmieniają, w zależności od zapotrzebowania na danych specjalistów. Niedostosowanie do szybko zmieniającego się rynku może zatem spowodować, iż proces pozyskania właściwego pracownika znacząco się wydłuży dodaje Urszula Puśko.

Agencje edukują pracodawców

W związku problemami z pozyskaniem pracowników o pożądanych kwalifikacjach polscy przedsiębiorcy coraz częściej zlecają realizację procesów rekrutacyjnych wyspecjalizowanym firmom, które docierają do najlepszych kandydatów, wykorzystując wypracowane przez lata sieci kontaktów w różnych branżach. Rosnący popyt na tego rodzaju usługi znajduje swoje odbicie w dynamicznym rozwoju rynku firm rekrutacyjnych. Jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej tylko w ubiegłym roku powstało ich niemal 1000.  W bieżącym już ponad 800. Rozwojowi rynku agencji zatrudnienia sprzyja coraz mniejsze bezrobocie, ale również zapotrzebowanie na specjalistów z nowych obszarów. Chociażby w związku z coraz większą liczbą cyber ataków na systemy administracji publicznej i firm z sektora prywatnego, dynamicznie rośnie zapotrzebowanie na specjalistów ds. bezpieczeństwa IT. Pracodawcy zaś nie mają doświadczenia w tego typu rekrutacjach.

– Już nie tylko sektor bankowy i ubezpieczeniowy, ale również firmy z innych branż poszukują specjalistów lub ekspertów od bezpieczeństwa IT. Dla wielu z nich to pierwsze tego typu procesy rekrutacyjne i dotarcie do właściwych kandydatów bywa bardzo trudne. Czasami Klienci ustalają np. zakres obowiązków, którym spokojnie można by obdzielić dwie osoby. Wtedy rekomendujemy, że być może warto byłoby podzielić te kwalifikacje na dwa odrębne stanowiska, ponieważ znalezienie wszystkich pożądanych kompetencji w jednej osobie będzie bardzo czasochłonne i kosztochłonne, a nieraz wręcz niemożliwe. Podobnie jest z widełkami płacowymi. Znając dobrze rynek, potrafimy precyzyjnie określić stawkę, która obowiązuje na tego typu stanowiskach. Często doradzamy również ujawnienie większej ilości informacji na temat stanowiska, warunków pracy, pensji i przyznawanych benefitów. Należy pamiętać, że są to specjaliści i eksperci obecnie bardzo rozchwytywani na rynku, a udzielenie obszernej informacji o firmie, kulturze pracy oraz projektach, może im pomóc w podjęciu decyzji o przyjęciu oferty konkretnego pracodawcy – dodaje Urszula Puśko z Relyon Recruitment & IT Services.

Spór o ceny ropy naftowej

O 10 dolarów za baryłkę wzrosły ceny ropy naftowej po porozumieniu o ograniczeniu wydobycia, zawartym przez kraje OPEC. Spory wewnątrz OPEC pozostają otwarte, a kartel ten zwykle słabo wywiązywał się ze swoich obietnic. Możliwe, że ceny znów zaczną spadać, bo producenci ropy z gazu łupkowego zwiększają produkcję.

– Cena ropy nie powróci do poziomów bliskich 100 USD/baryłka, ale możliwe jest jej utrzymywania się w granicach 60-65 dolarów – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

O przypomina, że nawet niewielkie zmiany podaży i popytu mają duży wpływ na zmienność cen tego surowca.

Polskie firmy poligraficzne w świetnej kondycji. Branża jest już warta blisko 14 mld

W 2015 r. wartość produkcji sprzedanej sektora poligraficznego w Polsce wyniosła 13,9 mld zł, co oznacza wzrost o prawie 7% w porównaniu z rokiem poprzednim. Analizy KPMG wskazują, że jednym z najważniejszych czynników rozwoju tego sektora jest eksport na rynki zagraniczne – w 2015 r. wyeksportowano produkty i usługi poligraficzne warte 8,3 mld zł. Z badania przeprowadzonego wśród przedsiębiorstw poligraficznych wynika, że firmy pozytywnie oceniają ogólną sytuację w branży.

Największymi optymistami są średnie i duże firmy poligraficzne

Liczba podmiotów zadowolonych z własnej sytuacji rośnie wprost proporcjonalnie do wielkości firm. Wśród firm średnich i dużych odsetek przedsiębiorstw oceniających pozytywnie własną sytuację na rynku zwiększył się do poziomu nienotowanego w żadnej z poprzednich edycji badania – aż do 80%, co oznacza wzrost o 11 punktów procentowych w porównaniu z ostatnim badaniem. Najmniej skłonne do pozytywnych ocen są mikroprzedsiębiorstwa, spośród których zaledwie 38% uważa, że sytuacja jest bardzo dobra lub dobra. W gronie małych przedsiębiorstw własną sytuację pozytywnie ocenia 57%.

Branża poligraficzna w Polsce rośnie w siłę – wartość produkcji sprzedanej w 2015 roku wyniosła blisko 14 mld złW badaniu poprosiliśmy przedsiębiorstwa poligraficzne o dokonanie oceny obecnej sytuacji i perspektyw dla branży. Najważniejszymi atutami polskiej branży poligraficznej są dostępność papieru, dostęp do know-how i nowoczesnych technologii oraz kwalifikacje kadry zarządzającej. Najczęściej wskazywaną słabą stroną pozostaje poziom marż, a także różnice w kosztach – od materiałowych i zakupu urządzeń, po koszty pracy. Wśród największych szans polskiej poligrafii firmy najczęściej wymieniały popyt na usługi poligraficzne za granicą i na rynku krajowym oraz rozwój cyfrowych nośników informacji. Do największych zagrożeń dla branży przedsiębiorcy zaliczają wymogi i regulacje prawno-administracyjne – mówi Jacek Bajger, partner w dziale doradztwa podatkowego w KPMG w Polsce.

Eksport napędza rozwój branży poligraficznej w Polsce

Niezwykle istotną rolę w utrzymaniu tendencji wzrostowej odgrywa eksport, który pozostaje jednym z kluczowych czynników rozwoju przemysłu poligraficznego w Polsce. Dzięki wysokiej jakości usług i produktów oraz stosunkowo niskim kosztom pracy, polskie firmy poligraficzne skutecznie konkurują zarówno na rynku unijnym, jak i poza nim. Z możliwości eksportu korzystają przede wszystkim firmy średnie i duże – w tej grupie jedynie 15 proc. przedsiębiorstw skupia się wyłącznie na rynku krajowym, ponadto odsetek ten wciąż spada.

Firmy poligraficzne eksportujące swoje towary lub usługi zostały poproszone o wskazanie maksymalnie trzech krajów, do których kierują swoją ofertę. Najczęściej wymienianym przez respondentów kierunkiem eksportu pozostały – podobnie, jak ubiegłorocznym badaniu – Niemcy. Współpracę z naszym zachodnim sąsiadem zadeklarowało 52% ankietowanych firm poligraficznych. Na kolejnych miejscach znalazły się Wielka Brytania, Francja oraz Czechy – mówi Jacek Kuśmierczyk, kanclerz Polskiego Bractwa Kawalerów Gutenberga.Eksport napędza rozwój branży poligraficznej w Polsce

Zwiększenie efektywności działań i rozwój oferty priorytetami sektora poligraficznego

Aż 44% badanych firm uważa, że w najbliższej przyszłości wzrośnie poziom sprzedaży w sektorze poligraficznym. Blisko połowa respondentów jest natomiast przekonana, że wskaźnik ten zostanie na dotychczasowym poziomie. Największymi optymistami są średnie i duże firmy – aż 70% z nich uważa, że w 2016 roku wartość sprzedaży wzrośnie.

Zwiększenie efektywności działań i rozwój oferty priorytetami sektora poligraficznego

Zwiększanie potencjału firm na konkurencyjnym rynku poligraficznym zmusza przedsiębiorstwa do planowania krótko- i średnioterminowej strategii rozwoju. Badane firmy zamierzają przede wszystkim zwiększyć efektywność swych działań, wzbogacić ofertę oraz poszukiwać nowych dostawców. Przedsiębiorstwa chcą najczęściej inwestować w zakup nowych maszyn i urządzeń – jest to priorytet dla co czwartego przedsiębiorstwa. Na pytanie o zmianę wykorzystania technologii w najbliższych 2-3 latach, największy odsetek firm wskazuje rozwój usług związanych z drukiem cyfrowym oraz usługami introligatorskimi – mówi Jacek Bajger, partner w dziale doradztwa podatkowego w KPMG w Polsce.