Wydaje się, iż w najbliższych latach rynek Forex przejdzie fazę konsolidacji. Znikną najprawdopodobniej z polskiego rynku brokerzy, którzy stosują agresywny marketing, często sprzeczny z wytycznymi wprowadzonymi ostatnio przez KNF i mającą wejść w przyszłym roku w życie europejską dyrektywą MiFID2, regulującą na nowo rynki i instrumenty finansowe. Znikną lub będą zmuszeni do fuzji również mniejsi brokerzy, niemający wystarczających środków finansowych na dalsze prowadzenie rentownej działalności lub niespełniający rosnących wymogów kapitałowych. Natomiast na obecnych zmianach zyskają na pewno silni brokerzy, o uznanej marce i renomie, stawiający nie tylko na pozyskanie nowego klienta, ale również na rozwój i edukację klientów inwestujących z nimi. Brokerzy oferujący przejrzyste, stałe spready i prowizje transakcyjne, dostarczający stabilne kwotowania bez poślizgów cenowych, mający wysoką płynność finansową, gwarantowaną im przez partnerskie banki inwestycyjne, także nie powinni obawiać się o swoją pozycję na rynku Forex. Ci, którzy będą w stanie dostosować się do szybko zmieniającego się otoczenia regulacyjnego oraz rosnącej świadomości inwestorów rynku Forex, mogą więc spać spokojnie.Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital
APS Energia zamierza rozszerzać działalność o nowe rynki. W przyszłym roku chce pozyskać kontrakty w Turcji, planuje też założenie spółek w Dubaju i Stanach Zjednoczonych. Poza tym spółka prowadzi badania nad rozwojem nowych produktów i usług w zakresie odnawialnych źródeł energii oraz trakcji jezdnej, aby docelowo zwiększyć swój udział w tym segmencie do 10 proc. Największy potencjał widzi jednak w energetyce wiatrowej.
– Rozwijamy produkcję w Rosji, ponieważ wymaga tego sytuacja biznesowa i potężne naciski koncernów gazowo-naftowych na to, aby utrzymać tamtejszy rynek. Planujemy również założenie spółki w Turcji, co wiąże się z potencjalnymi kontraktami, które chcemy pozyskać do realizacji w przyszłym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Szewczyk, prezes zarządu APS Energia, producenta systemów zasilania awaryjnego dla energetyki, przemysłu naftowo-gazowego, energetyki atomowej oraz innych branż.
Jednym z kluczowych celów APS Energia jest obecnie rozszerzenie działalności. Jak informuje Piotr Szewczyk, spółka intensywnie walczy o nowe rynki. Poza Turcją, planuje w niedługim czasie uruchomić sprzedaż również w Arabii Saudyjskiej. Bierze pod uwagę założenie kolejnej spółki w Dubaju oraz w kolejnym etapie w Stanach Zjednoczonych.
Dotychczas APS Energia jest obecna już m.in. w Czechach, na Ukrainie, w Kazachstanie i Rosji, która jest najważniejszym dla spółki rynkiem eksportowym. Po III kwartale br. sprzedaż na rosyjskim rynku wyniosła 31 proc. przychodów (wobec 33 proc. w analogicznym okresie rok wcześniej).
Zdaniem prezesa APS Energia Piotra Szewczyka kluczowe dla rozwoju spółki w najbliższym czasie będą nie tylko nowe rynki, lecz także nowe produkty i obszary działalności. Dlatego firma prowadzi badania nad rozwojem nowych produktów, zarówno w dziedzinie trakcji, jak i w dziedzinie źródeł odnawialnych.
– Myślę, że największy potencjał mają długofalowe plany związane z rozwojem energetyki wiatrowej. Mówi się, że moc zainstalowana np. w offshore na Morzu Bałtyckim wyniesie 5–10 GW. To są ogromne inwestycje i z naszego puntu widzenia bardzo interesujące. Polskie firmy obecnie nie dostarczają żadnych komponentów poza masztami i łopatami wiatraków – mówi Piotr Szewczyk.
APS Energia zamierza rozszerzyć swoją ofertę o produkty i usługi przygotowane specjalnie z myślą o producentach trakcji jezdnej, aby zwiększyć swój udział w tym segmencie do 10 proc. Zwiększy również nakłady na badania i rozwój, aby wziąć udział w projektach związanych z rozwojem odnawialnych źródeł energii. W połowie roku spółka przeniosła swoją działalność badawczo-rozwojową, produkcyjną i administracyjną do nowego kompleksu w Stanisławowie Pierwszym (woj. mazowieckie). Inwestycja warta 20,6 mln zł ma się przełożyć na zwiększenie mocy produkcyjnych o 150 proc. Spółka planuje też rozbudowę zakładu produkcyjnego i w tym celu zakupiła również działkę w Stanisławowie Pierwszym za 2,1 mln zł.
Po III kwartałach 2016 roku przychody APS Energia wyniosły 42,22 mln zł, strata operacyjna – 3,38 mln zł, natomiast strata netto sięgnęła 3,84 mln zł. Na wynikach finansowych odbił się m.in. spadek inwestycji w polskim sektorze energetycznym i niskie notowania rubla. Jak poinformowała spółka w komunikacie giełdowym, portfel zamówień na czwarty kwartał br. sięgnął 34 mln zł, co powinno się pozytywnie odbić na przyszłorocznych wynikach finansowych. Plan APS Energia zakłada średnioroczny wzrost przychodów o 20 proc. rok do roku.
Według banku Merrill Lynch polski złoty jest jedną z walut z największym potencjałem umocnienia w nadchodzącym roku. Jednak, by ono nastąpiło, konieczne jest przyspieszenie polskiej gospodarki, zapowiadane na połowę przyszłego roku. Na razie za euro trzeba zapłacić 4,44 zł. Pomijając ostanie osłabienie polskiej waluty, to najwięcej od stycznia.
– Na osłabienie złotego, które obecnie obserwujemy, wpływało wiele czynników ryzyka o charakterze wewnętrznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Szulec, dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej Pioneer Pekao Investments. – Patrząc z punktu widzenia tego, co się może zadziać w polskiej gospodarce w 2017 r., obecnie wszyscy oczekują, że IV kw. w tym roku będziemy mieli do czynienia z dalszym spowolnieniem polskiej gospodarki, a odbicie przyjdzie na przełomie I i II półrocza przyszłego roku, to można by śmiało założyć scenariusz, że polski złoty będzie mocniejszy niż to, co widzimy dzisiaj.
W 2016 r. polska gospodarka zachowywała się gorzej, niż ktokolwiek mógł przypuścić przed rokiem. W pierwszym półroczu tempo wzrostu z trudem przekroczyło 3 proc. W III kwartale spadło poniżej wszelkich oczekiwań do 2,5 proc. Tymczasem założony w ustawie budżetowej wzrost miał wynieść 3,8 proc. Źle się też miała polska waluta, wobec której euro umocniło się od początku roku o 4,4 proc., dolar o przeszło 7 proc., a frank o niemal 6 proc. Zdaniem Piotra Szuleca tak mocne osłabienie złotego wobec głównych walut jest jednak nieuzasadnione.
– Jak patrzymy na zachowanie się kursu euro-złotego czy w relacji do dolara, to widać wyraźnie, że niektórzy inwestorzy trochę się zagalopowali, co tylko przyspieszy właśnie to odreagowanie, którego oczekujemy – mówi dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej Pioneer Pekao Investments. – Jeżeli chodzi o polskiego złotego, to tu również będziemy mieli dwie rzeczy, które chyba w największym stopniu będą wpływały na kondycję naszej waluty. Jedna to będzie kwestia budżetu na 2017 r. Jeżeli inwestorzy uznają, że nowy rząd będzie miał problem z realizacją założeń budżetowych, to to będzie osłabiało złotego. Ale oczekiwana poprawa stanu polskiej gospodarki, szczególnie w II półroczu, powinna wpływać znowu wzmacniająco na polskiego złotego.
David Hauner z Bank of America Merrill Lynch uważa, że złoty należy do walut z największą perspektywą umocnienia. Choć słaba waluta wspiera eksporterów, to eksport netto jako składnik PKB w ostatnich miesiącach szwankuje. Z danych NBP wynika, że we wrześniu 2016 r. wartość eksportu towarów wyniosła 66,2 mld zł, a importu 67,1 mld zł. Eksport towarów wzrósł o 2,6 mld zł, tj. o 4,1 proc., natomiast import towarów zwiększył się o 3,7 mld zł, tj. o 5,8 proc. Saldo obrotów towarowych było ujemne i wyniosło 0,9 mld zł, w analogicznym miesiącu 2015 r. było ono dodatnie i wyniosło 0,2 mld zł.
– Jeżeli chodzi o punktowe położenie, jakiego byśmy oczekiwali w relacji euro do złotego czy dolara do złotego, to tutaj wydaje się, że poziomy 4,50, które obserwujemy dzisiaj w relacji do euro, są to poziomy zdecydowanie za wysokie, ale też poziomy, które mogą wspierać polski eksport – zauważa Szulec. – To jest ten czynnik składowy PKB, który nie zachowuje się tak mocno, jak powinien się zachowywać przy tych poziomach euro-złoty. I być może właśnie w 2017 r. zobaczymy pozytywne efekty takiego właśnie poziomu kursu.
Wydatki na organizację przyjęcia wigilijnego w tym roku będą o około 8 proc. wyższe niż w 2015 roku. Przeciętna polska rodzina zamierza przeznaczyć na ten cel nieco ponad 1 475 zł, o 112 zł więcej niż dwanaście miesięcy temu. Ale nakłady beneficjentów programu Rodzina 500 plus będą większe i zamkną się kwotą wyższą niż 1700 zł. Większość zostanie wydana na kupno produktów spożywczych.
– Mniej więcej jedną czwartą wszystkich wydatków świątecznych będą stanowić w tym roku zakupy beneficjentów programu Rodzina 500 plus – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Duma, prezes Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych IBRiS. – Takie gospodarstwa wydadzą o około 200 zł więcej niż pozostałe. Ale nie tylko dlatego, że korzystają ze wsparcia. Są to po prostu dużo liczniejsze rodziny. W związku z tym ich wydatki siłą rzeczy, muszą być wyższe.
Jak wynika z ostatniej analizy przeprowadzonej przez IBRiS polska rodzina w tym roku wyda na organizację świąt Bożego Narodzenia przeciętnie 1475,80 zł, o przeszło 100 zł więcej niż w rok wcześniej (1363,25 zł). Łączne przychody placówek handlowych z tego tytułu wyniosą zatem 20,1 mld zł, wobec 18,6 mld zł w 2015 roku. Gospodarstwa domowe korzystające ze świadczeń socjalnych w ramach programu Rodzina 500 plus deklarują przeznaczenie na zakupy średnio kwoty 1 715 zł. Szacowane łączne wydatki tej grupy mają wynieść 4,788 mld zł.
– Pamiętajmy, że nie mówimy wyłącznie o kupnie prezentów, ale przede wszystkim o zakupach niezbędnych do przygotowania świątecznego przyjęcia artykułów spożywczych – wyjaśnia Marcin Duma. – W przypadku samych upominków hierarchia wygląda zupełnie inaczej, waga internetu zdecydowanie rośnie. W ogólnej masie świątecznych zakupów internet odpowiada jedynie za 12 proc. Natomiast w grupie prezentów jest to wartość niemal trzykrotnie wyższa.
Z analizy IBRiS wynika, że jedna czwarta Polaków zamierza się zaopatrywać w niezbędne świąteczne produkty głównie w sklepach dyskontowych, 40 proc. – w super i hipermarketach, a blisko połowa (48 proc.) – w małych placówkach osiedlowych. Przestrzeń internetowa w realizacji przedświątecznych sprawunków nie będzie odgrywać dominującej roli. Z e-commerce chce skorzystać 25 proc. badanych.
Większość zakupów, jak tłumaczy Marcin Duma, nie będzie bowiem dotyczyć dób inwestycyjnych. Większość gospodarstw domowych przeznaczy środki na produkty spożywcze niezbędne podczas przygotowywania wieczerzy wigilijnej, ewentualnie poczęstunku czy posiłków w pozostałe dni świąteczne. A one nie są domeną handlu w internecie.
– Niektóre prezenty być może będą pewnego rodzaju inwestycją, na przykład w sprzęt elektroniczny – precyzuje Marcin Duma. – Będziemy także kupować książki, a więc zainwestujemy w kulturę. Kosmetyków czy bonów prezentowych do inwestycji jednak bym nie zaliczał.
Tuńczyk jest rybą popularną w wielu dietach, głównie dzięki korzystnym dla zdrowia wartościom odżywczych. Jego konsumpcja w Polsce nadal jest jednak niewielka. Krajowi konsumenci kupują około 9 tys. ton opartych na niej wyrobów, głównie w puszkach, ale też w słoikach z oliwą i olejem. Intensyfikacji spożycia ma służyć program certyfikacji prowadzony przez organizację MSC, dzięki któremu wiadomo, że połowy zostały przeprowadzone z troską o środowisko naturalne.
– Komisja połowów tuńczyka wprowadziła w ubiegłym roku regulacje dotyczące kontroli rybołówstwa tej ryby – informuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Dębicka z organizacji Marine Stewardship Council (MSC). – Pozwoliło to na kolejne certyfikacje w naszym programie i zmianę całej struktury zatrudnienia oraz rozwój krajów wyspiarskich. Uzyskały one dostęp do rynków zachodnich, między innymi Australii, Niemiec i Ameryki, i obecnie mogą tam sprzedawać swoje certyfikowane produkty.
Tuńczyk, jak przekonuje Anna Dębicka, jest drapieżną, bardzo charakterystyczną dla mórz i oceanów na całym świecie rybą. To naczelny drapieżnik w wielu ekosystemach, który może mieć nawet ponad 200 kg masy. Jego połowy często są zagrożone, ale są wyjątkowe, stwarzające coraz większe możliwości. Przykładem jest osiem krajów wyspiarskich zgrupowanych na mocy porozumienia z Nauru. Pochodzi stamtąd 40 proc. światowych połowów tuńczyka. Łącznie dysponują powierzchnią blisko o połowę większą niż Europa.
– Połowy tuńczyka są bardzo specyficzne i zróżnicowane – wyjaśnia Anna Dębicka. – Humanitarne i sprzyjające zrównoważonemu rozwojowi środki to tzw. naganiacze dźwiękowe, które spowodowały w wielu miejscach przełów delfinów i chronionych gatunków tuńczyka.
Najpopularniejszym gatunkiem tej ryby w Polsce jest Bonito, zdecydowanie mniejszy osobnik, najczęściej sprzedawany w puszkach. Każdego roku krajowi konsumenci spożywają około 9 tys. ton tej ryby pakowanej głównie w puszki, ale coraz częściej także słoiki zalane oliwą albo olejem, co pozytywnie wpływa na jakość. Tuńczyk generalnie, jak podkreśla Anna Dębicka, ma bardzo dużo wartości odżywczych, jest popularny w różnego rodzaju dietach, zawiera bowiem ogromne ilości białka i niewiele tłuszczów (a jeśli to z tzw. grupy dobrych, czyli Omega 3).
– Wielkość krajowego spożycia nie jest powalająca – ocenia Anna Dębicka. – Mamy nadzieję, że w przypadku wzrostu certyfikowanych połowów i pojawienia się na rynku produktów MSC wspartych odpowiednią edukacją, kampanią informacyjną pozwoli konsumentom częściej sięgać po ten produkt. Są chronione gatunki tuńczyka. Nieświadomy konsument, który nie ma gwarancji wyrobu w puszce, może rezygnować z zakupu. Gdy będzie wiedział, co nabywa, zyska świadomość, że to dobry produkt, odpowiedzialny środowiskowo i można go kupić bez narażania środowiska i poszczególnych gatunków.
Według najnowszego raportu organizacji MSC rybołówstwo z potwierdzającym zachowanie standardów certyfikatem MSC w latach 2015–2016 odpowiadało za połów ponad 9,3 miliona ton ryb i owoców morza, co stanowi niemal 10 proc. światowego wolumenu. 31 marca br. 286 rybołówstw na świecie miało taki dokument. Ma go na przykład 83 proc. (2,6 mln ton) ryb złowionych w północno-wschodnim Atlantyku.
– W całym łańcuchu dostaw mamy w Polsce wielu certyfikowanych przetwórców tuńczyka – zauważa Anna Dębicka. – Bardzo ważne tutaj jest zachowanie identyfikowalności. Ryba ta poławiana jest głównie na Pacyfiku, czyli w odległych i rozwijających się krajach. Wprowadzono tam wiele unowocześnień w zakresie zarządzania, identyfikowalności łańcucha dostaw, tak aby tuńczyk mógł dotrzeć na wszystkie rynki i aby było pewne, że po drodze jego certyfikat nie zostanie stracony czy przerwany.
MSC jest niezależną międzynarodową organizacją pozarządową założoną w 1997 roku z inicjatywy chroniącej środowisko fundacji WWF i firmy Unilever. Wraz z naukowcami, rybakami i organizacjami ekologicznymi opracowało m.in. standardy środowiskowe zrównoważonego rybołówstwa. Aby wesprzeć budowę zdrowych, stabilnych ekosystemów morskich i chronić zasoby mórz i oceanów organizacja korzysta z Programu Certyfikacji MSC oraz specjalneg niebieskiego certyfikatu.
Od nowego roku wszyscy zatrudnieni na podstawie umów-zleceń będą mieli zagwarantowaną minimalną stawkę wynagrodzenia w wysokości 13 zł za godzinę. Nowe przepisy mogą spowodować, że więcej podmiotów będzie operować w szarej strefie. W pierwszych miesiącach mogą też pojawić się oferty nieuczciwych agencji, które będą próbowały omijać minimalną stawkę – mówi ekspert Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia. To jednak naraża ich klientów na dodatkowe koszty.
– Nowa stawka 13 zł, która została zrewaloryzowana w stosunku do proponowanych pierwotnie 12 zł, ma tak naprawdę ograniczyć nadużycia związane z umowami cywilno-prawnymi. Mamy do czynienia z pewną swobodą kształtowania tych umów, przez co w konsekwencji mieliśmy do czynienia z grupą tzw. ubogich pracujących, czyli osób, które zarabiały znacznie poniżej minimalnej krajowej wynikającej z umowy o pracę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Leszek Zieliński, prezes Jobman Group i ekspert Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia.
Nowe przepisy dotyczące minimalnej stawki godzinowej w umowach cywilno-prawnych obowiązują od początku września w przetargach publicznych i będą obowiązywać dla całego rynku od 1 stycznia 2017 r. Dotąd – jak zaznacza Zieliński – mieliśmy określone wynagrodzenie minimalne w przypadku umów o pracę, a umowy cywilno-prawne były w tym zakresie polem sporych nadużyć i pracownicy zarabiali mniej niż minimum w przypadku umowy kodeksowej.
– Dzisiejszy rynek pracy o tyle zmienił się na korzyść, że jest to już rynek pracownika. W związku z tym stawki znacząco wzrosły i w wielu przypadkach wynoszą znacznie powyżej 13 zł – mówi prezes Jobman Group.
Jego zdaniem problematyczne na początku funkcjonowania nowej ustawy o minimalnej stawce godzinowej w umowach cywilno-prawnych będzie brak orzecznictwa i praktyki dotyczącej stosowania tych przepisów.
– W zakresie nadużyć, z którymi możemy mieć do czynienia, mamy dwa kluczowe obszary. Jeden dotyczy umów o dzieło, które nie są objęte ustawą o płacy minimalnej na umowach cywilno-prawnych, drugi to wynagrodzenia prowizyjne. W tym zakresie myślę, że będziemy mieli taki okres przejściowy pierwszego kwartału, może pierwszego półrocza, w którym orzecznictwo i praktyka stosowania tych przepisów będą się w pewnym sensie kształtowały – przewiduje Zieliński.
W ocenie ekspertów SAZ propozycja wychodzi na przeciw potrzebie wprowadzenia godnego wynagradzania. Pojawia się jednak wątpliwość, jak zachowa się rynek, a w szczególności duże przedsiębiorstwa zatrudniające pracowników do biznesu sieciowego. Podkreślają oni również, że tempo wprowadzania zmian oraz brak regionalizacji wysokości minimalnego wynagrodzenia może sprzyjać nadużyciom i zwiększaniu szarej strefy na rynku pośrednictwa pracy. Powszechne mogą się stać przypadki podobne do tzw. afery niderlandzkiej. Kilkaset firm, które korzystały z usług nieuczciwych agencji pośrednictwa pracy, dziś musi płacić do ZUS zaległe składki i odsetki. Dlatego SAZ radzi firmom weryfikację podmiotów, z których usług korzystają, i przestrzega przed przyjmowaniem ofert zatrudnienia pracowników za kwoty niższe niż 13 zł brutto za godzinę.
– Tutaj przede wszystkim jest kwestia korzystania z firm wiarygodnych, np. członków Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia, którzy jednym głosem mówią o tym, żeby stosować stawkę minimalną. Mimo że pracodawcy, którzy są klientami agencji pracy tymczasowej, zgłaszali sygnały w tym kierunku, aby agencje zastanowiły się, w jaki sposób da się to ominąć – wskazuje Zieliński.
Eksperci SAZ prognozują, że może wzrosnąć zatrudnienie w oparciu o umowę o dzieło nawet w sytuacjach, gdy wykonywana praca będzie de facto zleceniem. Będzie to forma zatrudnienia bardziej korzystna kosztowo dla pracodawców. Jednak dla pracowników oznacza brak prawa do dni wolnych czy do świadczenia chorobowego. Ograniczeniu może także ulec zawieranie umów o pracę tymczasową na rzecz usług outsourcingu.
Obywatelski projekt ograniczenia handlu w niedzielę budzi wątpliwości branży handlowej. Przeciwko niemu są właściciele sklepów, stacji benzynowych, a nawet samoobsługowych maszyn sprzedających przekąski (tzw. automatów vendingowych). Poza tym nowe prawo może być niespójne z Kodeksem pracy oraz wprowadzać chaos w dotychczasowej legislacji.
– Projekt ustawy o zakazie handlu we niedzielę jest niespójny z przepisami Kodeksu pracy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Stępień, radca prawny z Kancelarii Raczkowski Paruch. – Po pierwsze, nie rozstrzyga, które przepisy mają pierwszeństwo, co może rodzić wątpliwości. Nie wiadomo, czy przepisy Kodeksu pracy dopuszczające w określonych sytuacjach pracę w niedziele mają być nadal stosowane (jako wyjątek), czy też nowe przepisy należy traktować jako szczególne, ustanawiające bezwzględny zakaz. Jednoznacznie nie jest to rozstrzygnięte.
W Sejmie trwają prace nad obywatelskim projektem ustawy opracowanym przez NSZZ „Solidarność” o ograniczeniu handlu w niedzielę. Projekt jest po pierwszym czytaniu i pracach w komisjach. Celem nowego prawa jest ograniczenie niedzielnego obrotu i innych czynności sprzedażowych w placówkach handlowych oraz innych świadczących usługi na rzecz handlu (centra dystrybucyjne, magazynowe itp.). Częściowymi ograniczeniami objęte byłyby także wigilia Bożego Narodzenia i Wielka Sobota (do 14:00).
Projekt zakłada, że zakazem będą objęci nie tylko zatrudnieni na umowie o pracę, lecz także osoby wykonujące obowiązki na podstawie umów cywilno-prawnych (w szczególności agencyjnej) czy franczyzobiorcy, jak również pracownicy tymczasowi i outsourcowani (osoby świadczące pracę na rzecz jednego podmiotu, a zatrudniani przez inny).
– Przykładowo, handel w niedzielę jest dopuszczalny na podstawie przepisów Kodeksu pracy w przypadku usług użytecznych społecznie czy usług dla ludności – precyzuje Robert Stępień. – Natomiast nowa ustawa tego nie przewiduje. To pierwszy problem.
Drugim problemem, zdaniem Roberta Stępnia, jest stosunek zakazu do podobnych ograniczeń dotyczących pracy w święta, wynikających z przepisów Kodeksu pracy.
– Tutaj także pojawiają się niespójności – wskazuje Robert Stępień. – W zależności od tego, czy święto wypadnie w niedzielę, czy w inny dzień, praca będzie albo dopuszczalna, albo nie. Jeżeli, na przykład, okaże się, że Wszystkich Świętych będzie w niedzielę, to przy cmentarzach będzie obowiązywać wówczas zakaz handlu, co wydaje się dużym utrudnieniem. Jeżeli wypadnie w inny dzień – zakazu już nie będzie. Na podstawie Kodeksu pracy zleceniobiorców nie dotkną wtedy żadne ograniczenia, inaczej niż w zwykłą niedzielę. Innym przykładem jest poniedziałek wielkanocny.
Projektowana w obecnym kształcie ustawa, według Roberta Stępnia, może być istotnym ograniczeniem dla krajowego sektora handlu. Ale nie wiadomo, czy faktycznie będzie respektowana i jak szeroką uzyska akceptację. Tak samo sytuacja wygląda z obowiązującym dziś zakazem handlu w święta. Duże podmioty z reguły przestrzegają tego prawa, mniejsze – nie zawsze.
– Największe firmy na tyle są rozpoznawalne i często kontrolowane przez rozmaite instytucje, że nie będą mogły pozwolić sobie na naruszanie zakazu – wyjaśnia Robert Stępień. – Natomiast w przypadku mniejszych może to pójść w różnym kierunku. Niewykluczone są nadużycia i próby obchodzenia zakazu.
Przeciwko projektowi opowiedziały się związki zrzeszające kupców oraz Polska Organizacja Przemysłu i Handlu Naftowego (stacje benzynowe). List do premier Beaty Szydło w tej sprawie wystosowali nawet właściciele automatów vendingowych oferujących przekąski.
– Teoretycznie może się zdarzyć, że ustawa pojawi się w ciągu nawet kilku tygodni czy miesięcy – prognozuje Robert Stępień. – Ale może się okazać, że na etapie pracy w komisji sejmowej wyjdą wspomniane wątpliwości i projekt będzie modyfikowany. W mojej ocenie, jako prawnika, wymaga on w wielu miejscach doprecyzowania.
Polski rynek nieruchomości komercyjnych i produkcyjnych jest bardzo innowacyjny. Nowoczesne rozwiązania usprawniają komercjalizację powierzchni i zarządzanie budynkami. Największą rolę odgrywają w tym obszarze internet rzeczy oraz aplikacje mobilne. Polska jest jednym z ważniejszych eksporterów takich innowacji. Poza krajami Europy Środkowo-Wschodniej rodzimym firmom zaufały m.in. Japonia czy Zjednoczone Emiraty Arabskie.
– Nasz rynek jest bardzo rozwinięty w zakresie innowacji technologicznych w nieruchomościach komercyjnych i produkcyjnych. Stąd coraz więcej ogólnoświatowych firm startuje z innowacjami w Polsce, bo w naszym kraju najłatwiej je absorbujemy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Penkala, współzałożyciel firmy Velis IT Systems, specjalizującej się w tworzeniu innowacyjnych rozwiązań IT przeznaczonych dla rynku nieruchomości.
Na świecie szybko rozwija się koncepcja inteligentnych miast. Tym samym dynamicznie rośnie zapotrzebowanie na technologie skierowane do rynku nieruchomości, nie tylko komercyjnych. Agencja badawcza Navigant Research wskazuje, że w 2025 roku sprzedaż aplikacji i akcesoriów służących do zdalnego sterowania parametrami w mieszkaniach może wynieść 330 mld dol.
– Obecnie innowacje najczęściej skupiają się na obszarze IoT, czyli internecie rzeczy, różnego rodzaju czujnikach, sensorach instalowanych w obiektach biurowych czy handlowych. Dzięki temu można zbierać duże ilości danych i optymalizować działania. Możemy sugerować produkty klientom i optymalizować przestrzeń biurową dla pracowników. To jest główny obszar, czyli połączenia IoT z softwarem – tłumaczy Penkala.
Jak wskazuje, rynek dopiero uczy się tego typu rozwiązań. Polska na tle innych krajów europejskich charakteryzuje się dość dużym nasyceniem rynku innowacjami IoT, wedle szacunków firmy nie przekracza ono jednak 5–10 proc.
– Powstaje wiele nowych nieruchomości. Każdy szuka innowacji, żeby się odróżnić i lepiej zarządzać tymi budynkami. To ogromne możliwości wdrożeń czy komercjalizacji takich projektów. Istnieją na to również zasoby, zwłaszcza w branży nieruchomości komercyjnych – wskazuje ekspert.
Dla klientów istotne są rozwiązania, które zwiększają komfort korzystania z budynków. To m.in. urządzenia, które umożliwiają zdalne rozliczenie czasu pracy i automatyzujące pewne czynności. Coraz większą popularnością cieszą się systemy Building Management Systems, które monitorują ogrzewanie czy wentylację pomieszczeń, z jednej strony poprawiając komfort pracowników, z drugiej strony zmniejszając rachunki.
– Przyszłością jest wszystko w obszarze IoT i mobilności, co nastawione na wartość dla najemców i inwestorów. Chodzi nie tylko o mówienie o mobilności, faktyczne jej wdrożenie np. wszelkiego rodzaju aplikacje dla najemców ułatwiające im życie w budynku, tworzenie tzw. community w zakresie współdzielenia dojazdów do pracy czy innych akcji, które mogą łączyć ludzi pracujących w jednym obiekcie tak, aby tworzyli pewną społeczność – tłumaczy Penkala.
Polskie firmy coraz częściej eksportują tego typu rozwiązania na zagraniczne rynki. Penkala podkreśla, że Polska ugruntowała swoją pozycję jako innowacyjne centrum rynku nieruchomości. Odbiorcą są nie tyko kraje z regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Firma Velis w ostatnich kilku latach zrealizowała przedsięwzięcia w 12 krajach, w tym ostatnio w Japonii.
– Już kilkanaście polskich firm z powodzeniem, podobnie jak nasza firma, zajmuje się eksportem poza rynek lokalny czy poza rynek CEE. Najdalsze kraje, do których eksportujemy to Japonia czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. To rynki trudne do wejścia, ale bardzo wdzięczne z perspektywy potencjału. Tam poziom nasycenia innowacjami jest prawie zerowy w stosunku do Europy – podkreśla ekspert.
Firma Velis w Japonii wdraża swoje oprogramowanie do zarządzania nieruchomościami, które służy do ochrony budynków w rejonach, którym zagrażają klęski żywiołowe, jak tsunami czy trzęsienia ziemi. Jak wskazuje współzałożyciel firmy, polskim firmom trudniej zaistnieć na bliższych rynkach.
– Najłatwiej zaufały nam rynki z regionu Europy Środkowo-Wschodniej, nie ma tu żadnej bariery pod względem eksportu tego typu rozwiązań. Najtrudniejsze są rynki zachodnioeuropejskie. Anglosaska kultura pozwala łatwiej przejść tę barierę, więc wejście do Wielkiej Brytanii jest łatwiejsze niż do Francji czy Niemiec – ocenia Adam Penkala.
Proponowane przez rząd ułatwienia podatkowe dla firm to prawdziwa rewolucja – ocenia Mariusz Rutke z Wyższej Szkoły Bankowej. Osoby zarabiające do tysiąca zł będą mogły nie rejestrować działalności. To dla nich szansa na wyjście z szarej strefy, do której wpychają je obecne przepisy. 22-proc. składka ZUS lub jednolita danina łącząca składki na ZUS, PIT i NFZ mogłyby odblokować przedsiębiorczość. Zdaniem eksperta zmniejszenie obciążeń dla mikrofirm w ciągu kilku miesięcy zwiększy wpływy do budżetu.
– Zmiana dotyczyć będzie m.in. osób, które zajmują się usługami drobnymi, których dochody są bardzo niewielkie. Konstytucja dla biznesu przewiduje dla osób zarabiających 50 proc. minimalnego wynagrodzenia, czyli w przyszłym roku ok. tysiąca zł, żeby nie musiały prowadzić działalności gospodarczej i płacić składek ZUS, które obecnie wynoszą 1121 zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Rutke, ekspert z Wyższej Szkoły Bankowej.
Konstytucja biznesu zakłada, że w przypadku osób, których przychody nie przekraczają połowy minimalnego wynagrodzenia, ich działalność nie będzie uznawana za działalność gospodarczą. Tym samym będą zwolnione z płacenia składek na ZUS. To oznacza, że drobni przedsiębiorcy, np. korepetytorzy czy osoby zajmujące się drobnym handlem, będą mogły wyjść z szarej strefy, w którą obecnie wpychają je wysokie składki.
– Do rozwiązania pozostaje kwestia związana z ewidencją. Gdyby firmy nie musiały prowadzić żadnej ewidencji, toby istniało ryzyko, że znaleźliby się nieuczciwi, którzy zawsze przekraczaliby tysiąc złotych, ale nie zgłaszaliby tej działalności gospodarczej. Dlatego prawdopodobnie taka ewidencja musiałaby być wprowadzona, ale istotne, by miała ona jak najprostszą formę. Dobrym przykładem są Wyspy Brytyjskie, gdzie te ewidencje są bardzo uproszczone – zauważa ekspert.
Rządowe propozycje uproszczenia podatków dotyczą także firm, których przychody nie przekraczają 5 tys. zł. Jeden z pomysłów przewiduje rezygnację z ryczałtowanego podatku na ZUS (1121 zł) i zastąpienie go 22-proc. składką. Innym pomysłem, zdaniem eksperta rewolucyjnym, jest wprowadzenie jednej daniny łączącej składkę VAT, ZUS i NFZ.
– Taka składka miałaby być płacona od 15 proc. uzyskiwanego obrotu. Dla przykładu, jeżeli firma osiąga 60 tys. obrotu, to wedle nowych zasad płaciłaby 15 proc., czyli 9 tys. zł ZUS-u, VAT-u i PIT-u. W obecnym systemie w przyszłym roku, kiedy te składki znów wzrosną, to samego tylko ZUS-u zapłaci 14 tys. zł, a dodatkowo jest jeszcze przecież VAT i PIT– tłumaczy Rutke.
Jak przekonuje Rutke, gdyby faktycznie udało się wprowadzić w życie zmiany dla jednoosobowych firm i mikrofirm, toby mogło zdecydowanie odblokować przedsiębiorczość, a z drugiej strony znacząco zmniejszyć szarą strefę. Obecnie według różnych szacunków na czarno pracuje od 600 do 700 tys. osób, jednak skala może być znacznie większa.
– Wiele firm by powstawało czy było odwieszanych, także młode osoby zamiast emigrować mogłyby spróbować swoich sił we własnym biznesie. Obecnie jest to hamowane przez mały ZUS, czyli około 500 zł, nie mówiąc o 1,2 tys. zł w przyszłym roku. Prawdopodobnie wymagałoby to uproszczenia księgowości. Koszt uzyskania przychodu przestaje mieć znaczenie, więc pojawia się pytanie, czy ewidencji też nie należałoby uprościć – zaznacza ekspert WSB.
Obecnie nawet co piąta złotówka w gospodarce znajduje się poza kontrolą państwa. Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową ocenia, że wartość szarej strefy wynosi blisko 400 mld zł. Tegoroczne rządowe szacunki wskazywały na ok. 30 mld zł niezapłaconych podatków i składek. Gdyby podatkowe ułatwienia dla firm faktycznie weszły w życie, poprawiłyby się wpływy budżetowe. Podatki zaczęłyby płacić podmioty do 1 tys. zł, część osób, które zawiesiły działalność gospodarczą ,uruchomiłoby ją na nowo.
– Nasz budżet musi wyjść neutralnie na tej zmianie. Prawda jest więc taka, że trzeba będzie z mikrofirm i małych firm przesunąć te obciążenia na tych dużych tak, by budżet mógł się zbilansować. Prawdopodobnie po okresie kilku miesięcy jest duża szansa na to, że budżet będzie uzyskiwał wyższe wpływy ,aniżeli to jest obecnie. Zmniejszenie obciążeń spowoduje, że wiele firm się znów pokaże na rynku – analizuje Rutke.
Według zapowiedzi zmiany mogłyby wejść w życie od 2018 roku. Zdaniem eksperta ten termin jest możliwy, ale będzie to wymagało dużo pracy, zarówno w sferze legislacji, jak i zmianie systemów informatycznych.
– Musiałby powstać system, który spinałby zmiany podatkowe, pod kątem PIT-u, VAT-u i składek na ZUS, bo obecnie to różne systemy. Mówi się o tym, że zmiany mają wejść od 2018 roku, jednak trzeba rozpocząć prace na dniach, bo czasu jest coraz mniej. A korzyści wynikające z tych zmian, które przynajmniej są proponowane, wymagałaby jak najszybszego wprowadzenia – podkreśla Mariusz Rutke.
Zdaniem ekspertów po ogłoszeniu porozumienia w sprawie ograniczenia produkcji ropy zaistniała szansa na stabilizację cen tego surowca na świecie. Jest ona obecnie najwyższa od połowy ubiegłego roku.
– Z pewnością wśród inwestorów na rynkach surowcowych najwięcej jest tych, którzy inwestują na rynku ropy naftowej, a na rynku tym w 2016 roku wydarzyło się kilka przełomowych wręcz wydarzeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dorota Sierakowska, analityk surowcowy DM BOŚ. – Z pewnością jednym z najważniejszych z nich było zniesienie sankcji międzynarodowych na Iran, które nastąpiło na początku 2016 roku i sprawiło, że Iran z powrotem mógł wrócić do gry, czyli zacząć produkować większe ilości ropy naftowej i oczywiście eksportować również większe ilości ropy naftowej.
Od początku roku ropa naftowa zdrożała o niemal 40 proc. Dziś jej cena przekracza 50 dolarów za baryłkę i jest najwyższa od połowy ubiegłego roku. To jednak wciąż o połowę mniej niż w połowie 2014 roku. Od tego momentu czarne złoto zaczęło gwałtownie tanieć, osiągając dno w lutym 2016 roku, gdy baryłka ropy WTI była warta niespełna 30 dolarów.
– Kolejnym kluczowym wydarzeniem na rynku ropy naftowej w minionym roku było porozumienie krajów OPEC, czyli porozumienie, które zostało podpisane 30 listopada i które zobowiązuje kraje należące do kartelu do ograniczenia produkcji ropy naftowej i do trzymania się do pewnego z góry wyznaczonego oficjalnego limitu – podsumowuje Dorota Sierakowska. – To były takie dwa najważniejsze wydarzenia na rynku ropy naftowej.
Od początku 2016 roku trwały spekulacje dotyczące zamrożenia bądź ograniczenia produkcji ropy. Niekiedy spekulacje te działały kojąco na rynek, podnosząc ceny czarnego złota. Okazywały się jednak wciąż plotkami. Wreszcie pod koniec listopada państwa zrzeszone w OPEC porozumiały się w sprawie ograniczenia wydobycia surowca do 32,5 mln baryłek dziennie. Umowa ma zacząć obowiązywać od początku 2017 r. Pozostali producenci surowca zgodzili się na ograniczenie produkcji ropy o 600 tys. baryłek dziennie.
– Do najważniejszych wydarzeń na pozostałych rynkach surowców należy zaliczyć wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, które były tematem numer jeden na rynkach finansowych przez dłuższy czas i które również wpłynęły chociażby na wartość amerykańskiego dolara, co przełożyło się także na wartość m.in. złota oraz innych metali szlachetnych – mówi Sierakowska. – Z kolei w przypadku towarów rolnych warto zwrócić uwagę chociażby na bardzo duże zbiory kukurydzy, soi czy pszenicy w różnych rejonach świata, które przyczyniły się do tego, że notowania tych zbóż i roślin oleistych utrzymują się na niskich poziomach już od dłuższego czasu.
Cena złota w pierwszej połowie roku solidnie wzrosła, sięgając niemal 1400 dolarów za uncję. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy odnotowano jednak spadek o niemal 15 proc. Cena pszenicy od początku roku spadła o przeszło 11 proc., a kukurydzy wzrosła o ledwie 0,4 proc. Soja jest droższa o jedną piątą niż na początku roku, ale wynika to z wyjątkowo niskiej ceny tego surowca w styczniu.
Jak wynika z opublikowanego dziś przez firmę doradztwa personalnego ManpowerGroup, kwartalnego, globalnego raportu Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia, pracodawcy w Polsce są umiarkowanie optymistyczni co do planów rekrutacyjnych w I kwartale 2017 r. Mimo zachowania dobrych prognoz, wzrósł odsetek przedsiębiorców niepewnych tego co przyniesie przyszłość. Nie jest to jednak na szczęście znaczący procent.
Spośród przebadanych w Polsce firm, 85% przewiduje zwiększenie całkowitego zatrudnienia lub też konsekwencję w utrzymaniu dotychczasowej liczny etatów w nadchodzącym kwartale (12% wzrost, a 73% brak zmian). Redukcję zamierza przeprowadzić 8%, zaś 7% nie podjęła jeszcze decyzji w kwestii najbliższych planów personalnych. Prognoza netto zatrudnienia po korekcie sezonowej pozostaje jednak stabilna i plasuje się na poziomie +9%. Zarówno w ujęciu kwartalnym jak i rocznym, wynik utrzymuje się na zbliżonej pozycji.
– Umiarkowany optymizm, odnotowywany od ponad roku w prognozach ManpowerGroup dla rynku pracy w Polsce, nie ulega zmianie. Z racji spowolnienia gospodarczego, obserwujemy obecnie większą niepewność i ostrożność pracodawców, co do planów powiększania swoich zespołów w nadchodzącym czasie, – komentuje Iwona Janas, Dyrektor Generalna ManpowerGroup w Polsce. – Nie powoduje to jednak znaczącej zmiany dotychczasowej sytuacji i nadal w większości sektorów obserwujemy ciągły popyt na pracowników. Wprawdzie wraz z początkiem nowego roku możemy spodziewać się pewnego spadku ilości dostępnych ofert w niektórych obszarach. Będzie to jednak spowodowane naturalną sezonowością rynku pracy oraz zakończeniem okresu okołoświątecznego. W nowym roku możemy spodziewać się ugruntowania dotychczasowej sytuacji rynku pracownika, który skłania przedsiębiorców do poszukiwania nowych źródeł talentów oraz sięgania po niewykorzystane metody zatrzymywania pracowników w firmach, – dodaje Iwona Janas.
Wykres 1. Prognoza netto zatrudnienia dla Polski w ciągu kolejnych kwartałów. Źródło: „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.
W sześciu z 10 badanych sektorach[1] kraju prognoza netto zatrudnienia dla I kwartału 2017 r. jest dodatnia. Najwyższe noty uzyskano dla Budownictwa oraz Produkcji przemysłowej, dla których wyniki wyniosły odpowiednio +24% i +20%. Optymizm odnotowywany jest też dla branż Transport/Logistyka/Komunikacja, Restauracje/Hotele, +12% dla obu, Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo, +10%, a także Handel detaliczny i hurtowy, +9%. Najniższe prognozy uzyskano dla sektorów Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi oraz Finanse/Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi, odpowiednio -7% i -4%. Wyniki dla obszarów Kopalnie/Przemysł wydobywczy i Instytucje sektora publicznego również wskazują na nieprzychylne warunki do szukania pracy, odpowiednio 0% i -1%
Wykres 2. Prognoza netto zatrudnienia dla sektorów w Polsce na Q1 2017 r. Źródło: „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.
– Stabilna i korzystna sytuacja na rynku pracy sprzyja powstawaniu nowych etatów, podwyższaniu stawek wynagrodzeń oraz rozwojowi świadczeń pozapłacowych. To zdecydowanie wpływa na pracowników, którzy są coraz bardziej otwarci na zmianę pracy. O ile jednak przedsiębiorcy coraz częściej starają się rozwijać narzędzia przyciągania nowych talentów, o tyle wciąż obszarem do rozwoju pozostaje motywacja i budowanie lojalności dotychczasowych pracowników. Dla kandydata w Polsce nadal najczęstszym i najprostszym sposobem zwiększenia otrzymywanego wynagrodzenia jest zmiana dotychczasowego miejsca pracy. To trend, któremu warto przeciwdziałać, zarówno dla korzyści przedsiębiorców, jak i ich zespołów, wprowadzając istotne zmiany w dotychczasowej polityce personalnej wielu przedsiębiorstw, – komentuje Iwona Janas.
W ujęciu kwartalnym w sześciu z 10 badanych sektorach nastąpiło pogorszenie prognoz. Największe spadki odnotowano dla Instytucji sektora publicznego, o 11 punktów procentowych. W sektorze Finanse/ Ubezpieczenia/ Nieruchomości/ Usługi uzyskano umiarkowane osłabienie prognozy, o 5 punktów procentowych. W przypadku sektorów Transport/ Logistyka/ Komunikacja, Handel detaliczny i hurtowy, Kopalnie/ Przemysł wydobywczy, Energetyka/ Gazownictwo/ Wodociągi odnotowano nieznaczne pogorszenie wyników, o 2 lub 1 punkt procentowy. Polepszenie prognoz nastąpiło w przypadku czterech branż. Największe uzyskano dla Budownictwa, o 9 punktów procentowych. Umiarkowany wzrost zaobserwowano w sektorach Rolnictwo/ Leśnictwo/ Rybołówstwo oraz Restauracje/ Hotele, odpowiednio o 6 i o 4 punkty procentowe. W przypadku Produkcji przemysłowej wynik pozostaje na zbliżonej pozycji.
W porównaniu z I kwartałem 2016 r. poprawa prognoz nastąpiła w pięciu z 10 badanych sektorach, a pogorszenie również w pięciu. Największe wzrosty odnotowano dla Budownictwa, Restauracji/Hoteli oraz Transportu/ Logistyki/ Komunikacji, odpowiednio o 7, o 6 i o 5 punktów procentowych. W przypadku sektorów Rolnictwo/ Leśnictwo/ Rybołówstwo, Produkcja Przemysłowa, a także Kopalnie/ Przemysł wydobywczy wyniki utrzymują się na zbliżonym poziomie. Największy, zauważalny, spadek odnotowano w branżach Energetyka/ Gazownictwo/ Wodociągi, Instytucje sektora publicznego, o 10 punktów procentowych dla obu, a także Finanse/ Ubezpieczenia/ Nieruchomości/ Usługi, o 9 punktów procentowych. Umiarkowanie zmalała też prognoza dla branży Handel detaliczny i hurtowy, o 5 punktów procentowych.
W pięciu z sześciu badanych regionach Polski[2] prognoza netto zatrudnienia dla I kwartału 2017 r. jest dodatnia. Oznacza to, że w większości kraju przeważa optymizm pracodawców co do planów zwiększania liczby etatów w nadchodzącym kwartale. Najwyższą notę uzyskano w oparciu o deklaracje pracodawców z regionu Południowo-Zachodniego, dla którego odnotowano wynik +18%. Zauważalny optymizm panuje również w regionach Północno-Zachodnim oraz Wschodnim, odpowiednio +12% i +10%. Umiarkowany optymizm, odnotowano w Centrum, gdzie uzyskano prognozę +7%. Wynik dla Północy wyniósł +2%, sygnalizując niewielką poprawę sytuacji, podczas gdy prognoza dla Południa wyniosła -1%, wskazując na niezbyt optymistyczną sytuację.
Wykres 3. Prognoza netto zatrudnienia dla regionów Polski na Q1 2017 r., podział wg Eurostat. Źródło: „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.
W ujęciu kwartalnym prognoza spadła w czterech z sześciu badanych regionach, w jednym nieznacznie wzrosła, a w jednym utrzymuje się na tym samym poziomie. Największy spadek, o 6 punktów procentowych, odnotowano w regionie Południowym. Niewielkie pogorszenie wyników uzyskano na Północy i Wschodzie, o 2 punkty procentowe dla każdego. W pozostałych regionach prognoza nie zmienia się lub pozostaje na zbliżonym poziomie.
W porównaniu z danymi dla I kwartału 2016 r. wzrost optymizmu pracodawców odnotowano w dwóch z sześciu badanych regionach, a spadek w trzech. Poprawę wyników uzyskano na Południowym Zachodzie oraz Północnym Zachodzie, odpowiednio o 7 i o 2 punkty procentowe. Największy spadek odnotowano dla Południa oraz Północy, odpowiednio o 8 i o 6 punktów procentowych. W regionie Wschodnim wynik zmalał nieznacznie o 3 punkty procentowe. Prognoza dla Centrum nie ulega zmianie.
W badaniu Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia dla I kwartału 2017 r. deklaracje polskich respondentów przedstawiono również w podziale pod względem rodzajów organizacji na firmy duże średnie, małe oraz mikroprzedsiębiorstwa[1]. Dla pracodawców ze wszystkich czterech wyżej wymiennych grup prognoza netto zatrudnienia jest dodatnia. Najbardziej pozytywne wyniki odnotowano wśród respondentów z dużych przedsiębiorstw, dla których prognoza wynosi +22%. Wskazuje to na zdecydowany optymizm pracodawców z tej grupy, która wyróżnia się spośród pozostałych. Umiarkowany optymizm obserwowany jest w średnich przedsiębiorstwach, w których uzyskano prognozę na poziomie +11%. Najsłabsze noty otrzymano na podstawie deklaracji pracodawców z małych firm i mikroprzedsiębiorstw, gdzie wynik wyniósł +4% dla każdej z tych grup.
Polska a Świat:
W badaniu ManpowerGroup wzięło udział blisko 59.000 pracodawców z 43 krajów i terytoriów. Niepewność związana z Brexitem i wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych wydają się mieć niewielki wpływ na nastawienie przedsiębiorców w obszarze polityki personalnej. Pracodawcy zapowiadają jednak baczne obserwowanie warunków rynkowych i dostosowywanie poziomu zatrudnienia do bieżących potrzeb biznesowych. Dodatnią prognozę netto zatrudnienia dla I kwartału 2017 r. uzyskano na podstawie deklaracji pracodawców w 40 z 43 badanych krajach i terytoriach. W porównaniu z poprzednim kwartałem plany związane ze zwiększeniem zatrudnienia poprawiły się w 19 państwach, w 17 uległy pogorszeniu, a w siedmiu pozostały bez zmian. W ujęciu rocznym wzrost prognoz odnotowano w 20 krajach i terytoriach, w 18 spadek, a brak zmian w czterech. W ujęciu globalnym najbardziej pozytywne nastroje panują wśród pracodawców na Tajwanie (+25%), w Indiach (+24%), Japonii (+23%), na Węgrzech i w Słowenii (+17% dla każdego); najsłabsze natomiast w Brazylii (-9%), Szwajcarii (-2%) i we Włoszech (0%). Jednocześnie Polska znalazła się na 4. miejscu krajów europejskich, w których w nadchodzącym kwartale o pracę będzie najłatwiej.
Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia dla Q1 2017
Kraje europejskie
Prognoza netto zatrudnienia
po korekcie sezonowej (%)
1
Węgry
17%
Słowenia
17%
2
Rumunia
15%
3
Bułgaria
11%
4
Polska
9%
Słowacja
9%
Kwartalny badanie Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia przeprowadzono w Polsce już po raz 36. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów i terytoriów a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę są dostępne na stronie na stronie: http://manpowergroupsolutions.com/DataExplorer/.
[1] Podział respondentów pod względem wielkości przedsiębiorstw: mikroprzedsiębiorstwa (zatrudniające mniej niż 10 osób), małe przedsiębiorstwa (od 10 do 49 osób), średnie przedsiębiorstwa (od 50 do 249 osób), duże przedsiębiorstwa (powyżej 250 osób).
[3] Regiony Polski według podziału Eurostatu: Centralny (łódzkie, mazowieckie), Południowo-Zachodni (dolnośląskie, opolskie), Południowy (małopolskie, śląskie), Północno-Zachodni (wielkopolskie, zachodniopomorskie, lubuskie), Północny (kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie, pomorskie), Wschodni (lubelskie, podkarpackie, świętokrzyskie, podlaskie).
[2] Sektory uwzględnione w badaniu: Budownictwo, Energetyka/ Gazownictwo/ Wodociągi, Finanse/ Ubezpieczenia/ Nieruchomości/ Usługi,
Handel detaliczny i hurtowy, Instytucje sektora publicznego, Kopalnie/ Przemysł wydobywczy, Produkcja przemysłowa, Restauracje/ Hotele, Rolnictwo/ Leśnictwo/ Rybołówstwo, Transport/ Logistyka/ Komunikacja.
Kolejna ustawa zwiększa władzę prokuratorów nad sądami. Prawo zmienia się bardzo szybko, a niepewność przenosi się także nad decyzje biznesowe.
4 listopada 2016 r. Sejm uchwalił ustawę o zmianie ustawy – Prawo o ustroju sądów powszechnych oraz niektórych innych ustaw. Ten akt prawny zawiera kolejną regulację zwiększa władzę prokuratora nad sądem – mówi w rozmowie z MarketNews24 prawnik i ekspert FOR, Michał Magdziak.
Ustawa uprawnia prokuratora do zgłoszenia – przez cały czas trwania postępowania przed sądem I instancji, a więc już po skierowaniu aktu oskarżenia do tego sądu – wniosku o zwrot sprawy w celu uzupełnienia śledztwa lub dochodzenia. W takim przypadku sąd ma być związany stanowiskiem prokuratora.
Ustawa ogranicza prawo oskarżonego o popełnienie przestępstwa do uzyskania wyroku uniewinniającego (definitywnego rozstrzygnięcia w przedmiocie odpowiedzialności karnej).
Istnieje zagrożenie, że wnioski o przekazanie sprawy prokuratorowi w celu uzupełnienia śledztwa lub dochodzenia nie będą motywowane merytorycznymi przesłankami, lecz chęcią uniknięcia „przegranej” przed sądem. Zmiany otwierają też prokuratorom furtkę do rezygnacji ze ścigania przestępstwa (popierania aktu oskarżenia) pomimo istnienia uzasadnionych podstaw do jego ścigania.
Co przy tym istotne, zastosowanie ustawy będzie obejmowało wszystkie sprawy wszczęte przed 5 sierpnia 2016 r., a więc przed dniem jej w życie ustawy z 10 czerwca 2016 r.
W ramach europejskiej strategii rozwoju, Husqvarna Division, która jest częścią Husqvarna Group, konsoliduje i planuje wzrost produkcji Riderów i kosiarek w fabryce w Mielcu w Polsce. Właśnie zakończono budowę nowoczesnego magazynu wysokiego składowania, który stanowi jednolitą część z fabryką.
Realizując wymagania rynkowe i odnosząc się do wzrastającego popytu na maszyny koszące na rynku europejskim, Husqvarna Division podjęła proces konsolidacji produkcji Riderów i kosiarek w Europie. Dowodem na realizację takiej polityki jest otwarcie nowoczesnego magazynu wysokiego składowania w Mielcu, jako nowy etap inwestycji firmy Husqvarna w Polsce. Otwarty magazyn stanowi uzupełnienie dotychczas funkcjonującej fabryki Husqvarna. Jego powierzchnia wynosi 20 000 m², co łącznie z powierzchnią fabryki stanowi aż 45 000 m². Fabryka od 2011 roku działa na terenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej EURO-PARK Mielec.
„Dzięki wprowadzeniu nowej linii produktów jesteśmy przygotowani na rosnący popyt na produkty serii Rider na rynku europejskim. Nowy Rider z koszem zbierającym, podobnie jak inwestycja w fabrykę w Mielcu – są ważne dla naszej strategii rozwoju, a Grupa Husqvarna dąży do osiągnięcia pozycji lidera rynku w 2020 roku” – podsumował Pavel Hajman, Prezydent Husqvarna Division.
Fabryka w Mielcu
Fabryka Husqvarna w Mielcu funkcjonuje od 2011 roku. Specjalizuje się w produkcji Riderów oraz kosiarek dostarczanych na rynki europejskie. Fabryka oraz połączony z nią nowy magazyn wysokiego składowania zostały zaprojektowane w oparciu o najwyższe standardy wykorzystywane przy budowach tego typu obiektów.
Rozpoczęcie inwestycji nowego magazynu Husqvarna w Mielcu rozpoczęto wiosną 2016 roku i zakończono już w grudniu 2016. Zakład produkcyjny na stałe zatrudnia ok. 150 pracowników, a w szczycie produkcji dodatkowo zatrudnia kolejnych 500 tymczasowych pracowników.
To będzie powiew luksusu w nadmorskim kurorcie. Mostostal Warszawa wybuduje ekskluzywny apartamentowiec hotelowy na Mierzei Helskiej. Kameralny, nowoczesny obiekt z widokiem na Zatokę Pucką będzie położony tuż przy molo w Juracie. Wartość inwestycji wynosi 17 835 000 zł brutto. Kontrakt na zlecenie spółki Medical Investment Trust zrealizuje Oddział Północny pod kierownictwem Dyrektora Macieja Sasaka.
W ramach podpisanej umowy Mostostal Warszawa zrealizuje kompleksową budowę luksusowego obiektu, w którym znajdą się apartamenty hotelowe oraz garaż podziemny. Łączna powierzchnia apartamentów wyniesie ponad 1 900 m2. Budynek będzie posiadał 3 kondygnacje nadziemne. Oprócz tego w zakres prac wchodzi wyposażenie obiektu, zagospodarowanie terenu, infrastruktura techniczna i przyłącza. W każdym spośród dwu-, trzy- i czteropokojowych apartamentów, których powierzchnia wyniesie od 48 m² do 106 m², zaplanowano aneks kuchenny połączony z salonem, łazienkę oraz taras wypoczynkowy. Działka, na której stanie luksusowy hotel projektu pracowni Arch Deco jest zlokalizowana u zbiegu ulic Mestwina i Międzymorze w Juracie.
– Teren inwestycji znajduje się w wyjątkowo klimatycznym miejscu, tuż przy wodach zatoki. Właśnie ze względu na lokalizację robót budowlanych na terenie pasa ochronnego brzegu morskiego, inwestor musiał wystąpić do Urzędu Morskiegow Gdyni o pozwolenie na budowę. Ponadto, nieruchomość położona jest w granicach obszaru Natura 2000 – Specjalny Obszar Ochrony Siedlisk Zatoka Pucka i Półwysep Helski. Jednak biorąc pod uwagę zakres zaplanowanych do wykonania prac oraz fakt, że inwestycja będzie realizowana w pasach drogowych, nie stwierdzono zagrożenia dla tamtejszej fauny i flory. Bez przeszkód możemy więc przystępować do realizacji – podsumował Maciej Sasak, Dyrektor Oddziału Północnego Mostostal Warszawa.
Od początku istnienia, czyli od lat 30. XX wieku, Jurata stanowiła letnisko wypoczynkowe dla elit. Zawsze przyciągała rzesze turystów ze względu na piaszczyste plaże, powietrze bogate w jod, wyjątkowy mikroklimat i sąsiedztwo sosnowego lasu. Nowa inwestycja z pewnością przyciągnie do kurortu kolejnych wczasowiczów. Z apartamentów będzie się rozciągał piękny widok na zatokę jako że budynek będzie zlokalizowany zaledwie parę kroków od plaży, przy długim drewnianym molo. Przeszklone ściany i duże tarasy pozwolą w pełni chłonąć nadmorską atmosferę i podziwiać wschody i zachody słońca. Nowoczesna architektura budynku będzie się z kolei uzupełniać z przestrzenią pełną zieleni.
Ceny ropy naftowej wzrosły do najwyższych poziomów od 17 miesięcy, dzięki porozumieniu państw nie należących do OPEC o dodatkowym cięciu produkcji. Rosja, Meksyk oraz 9 mniejszych producentów ropy zgodziło się w ten weekend zmniejszyć dzienne wydobycie ropy o 558 tys. baryłek. Jest to pierwsze od 15 lat tego typu porozumienie wśród państw spoza kartelu. Dodatkowo, minister energii Arabii Saudyjskiej – Khalid A. Al-Falih zapowiedział, iż jego państwo jest w stanie obniżyć produkcję w stopniu znacznie większym niż to uzgodniono na szczycie OPEC w listopadzie. Tak więc obecne plany cięcia produkcji ze strony państw OPEC oraz spoza OPEC obejmują już kraje odpowiadające za 60 proc. światowej produkcji ropy. Poza porozumieniami pozostają jednak tacy kluczowi producenci jak USA, Chiny, Kanada i Brazylia.
Ropa WTI zyskuje obecnie około 4,3 proc. i handluje w pobliżu poziomu 53,70 dolarów za baryłkę. Ropa Brent zyskuje około 4,0 proc. i handluje w pobliżu poziomu 56,50 dolarów za baryłkę. Czarne złoto podrożało już ok. 20 proc. od czasu zawarcia porozumienia przez państwa OPEC, niecałe 2 tygodnie temu. Obecne plany cięcia produkcji powinny doprowadzić do obniżki zapasów już w styczniu 2017 roku i do pierwszej od lat nadwyżki popytu nad podażą. Z drugiej strony, rosnące ceny ropy będą skłaniać amerykańskich producentów ropy łupkowej do otwierania nowych wiertni, co powinno w pewien sposób ograniczyć tempo narastania deficytu na rynku ropy. Progiem wejścia dla wielu z nich może się okazać poziom 60 dolarów za baryłkę, powyżej którego wydobycie staje się dla nich mocno opłacalne.
Euro odrabia straty do dolara rosnąc 0,6 proc. i handlując w pobliżu poziomu 1,0620, natomiast dolar pozostaje stabilny do jena, handlując powyżej poziomu 115 jenów. W godzinach rannych za dolara trzeba było zapłacić nawet ponad 116 jenów, co jest najwyższym poziomem od lutego. Inwestorzy w tym tygodniu skupią swoją uwagę na środowym posiedzeniu amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Podwyżka stóp o 25 punktów bazowych od dawna jest już w cenie, a szanse na nią wynoszą niemal 100 proc. O wiele ciekawsze jest, jak Fed zachowa się w przyszłym roku – czy planowane są jedynie 2 czy 3 podwyżki oraz czy pierwszą z nich zobaczymy już w czerwcu czy dopiero w drugiej połowie roku.
Chiński indeks giełdowy Shanghai Composite Index stracił dziś 2,5 proc. przez wprowadzone obostrzenia co do handlu akcjami ubezpieczycieli oraz obawy o kondycję chińskiego rynku mieszkaniowego. Europejskie i amerykańskie indeksy korygują nieznacznie zeszłotygodniowe, silne wzrosty. W zeszłym tygodniu indeks S&P zyskał aż 3,1 proc. dzień za dniem zaliczając nowe, najwyższe w historii poziomy cenowe. WIG 20 traci około 0,8 proc. i handluje w pobliżu 1885 punktów.
Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital
8 lutego w Warszawie po raz kolejny zostaną rozdane prestiżowe statuetki „Diamenty Polskiej Infrastruktury”. Kolejna edycja konferencji „Infrastruktura Polska” odbędzie się pod honorowym patronatem Polskiej Izby Inżynierów Budownictwa, Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, Europejskiej Rady Inżynierów Budownictwa oraz International Project Finance Association.
VIII edycja konferencji „Infrastruktura Polska” organizowana przez Executive Club odbędzie się 8 lutego 2017 w hotelu The Westin w Warszawie. Szczyt ten to najbardziej prestiżowe spotkanie liderów infrastruktury o wyjątkowej renomie na rynku, która co roku zrzesza grono reprezentantów największych firm, najwybitniejszych przedstawicieli sektora z Polski i zagranicy. Wśród gości specjalnych wydarzenia będą założyciel i Dyrektor Generalny International Project Finance Association – Geoff Haley, Włodzimierz Szymczak – b. prezes Europejskiej Rady Inżynierów Budownictwa oraz Michał Olszewski, Z-ca Prezydenta m.st. Warszawy. Partnerami tegorocznej edycji są spółki takie jak Metro Warszawskie, Budimex, Bank Zachodni WBK czy Strabag.
W tym roku konferencja skupi się na zagadnieniach dotyczących utrzymania ukończonych inwestycji, zamówieniach publicznych, oraz rozbudowie infrastruktury w stolicy. Dyskutanci wśród których znajdą się przedstawiciele inwestorów, wykonawców i administracji rządowej ocenią szanse szybszej realizacji zobowiązań Polski na domknięcie dróg szybkiego ruchu oraz odpowiedzą na pytanie co dalej z polskim kolejnictwem. Tradycyjnie w trakcie konferencji dokonamy również podsumowania minionego roku w infrastrukturze oraz ocenimy efekty współpracy sektora publicznego i prywatnego.
Zwieńczeniem konferencji będzie uroczysta gala wręczenia ,,Diamentów Polskiej Infrastruktury” pod patronatem Stowarzyszenia Polski Kongres Drogowy. Już po raz drugi przyznane zostaną nagrody za szczególne osiągnięcia w branży dla spółek i liderów infrastruktury na rynku polskim. Grono autorytetów sektora skupione w Kapitule Konkursowej wyłoni laureatów w 8 kategoriach.
Sukces kampanii Europejskie Jabłka Dwukolorowe stał się faktem. Prowadzone od 2014 roku rozmowy, spotkania, negocjacje i działania promocyjne na rynku chińskim, doprowadziły do dopuszczenia do importu polskich jabłek. Jaką rolę w tym projekcie odegrał marketing i które narzędzia okazały się najbardziej efektywne? Odpowiedzi w poniższym artykule.
Przełomowy listopad 2016
Na początku listopada 2016 roku, Ambasada RP w Pekinie otrzymała z Generalnego Urzędu Nadzoru nad Jakością, Inspekcji i Kwarantanny ChRL (AQSIQ) potwierdzenie, że polskie jabłka zostały dopuszczone do importu na rynek chiński. Sukces jest w dużej mierze wynikiem prowadzonych negocjacji, spotkań i rozmów pomiędzy stroną polską a chińską, ale także, co warto podkreślić – efektywnych działań marketingowych i PR 360o w ramach kampanii Europejskie Jabłka Dwukolorowe, prowadzonej przez dom mediowy Infinity Media. Każdy, kto choć raz miał okazję promować swój produkt w Państwie Środka wie, że działania promocyjne stanowią wyzwanie i znacząco różnią się od tych prowadzonych na rynku europejskim. Dzięki spójnej i indywidualnie zaplanowanej kampanii Chińczycy zaczęli rozpoznawać europejskie jabłka. Co więcej, wyrazili chęć ich zakupu.
Sprawdźmy najpierw jak wygląda ekosystem reklamowy w Chinach, by lepiej zrozumieć przed jakimi zadaniami stanęły osoby związane z promocją tego konkretnego projektu.
Zdrowe bo europejskie
Rynek w Chinach jest drugim co do wielkości, zaraz po Stanach Zjednoczonych, rynkiem reklamowym na świecie. To jednak wcale nie oznacza, że promowanie produktów i marek w tej części globu przychodzi z łatwością. W kraju, w którym żyje ponad 1,3 miliarda ludności ciężko być zauważonym. Ponadto chiński rynek reklamowy jest specyficzny z jeszcze jednego względu – urzędu cenzora. Przez biuro tej jednostki przechodzą wszystkie materiały reklamowe. To on również może, bez podania przyczyny, wycofać wyprodukowaną już reklamę.
Pod jednym względem chiński rynek reklamowy jest podobny do europejskiego – chodzi o panujący trend. Duża ilość azjatyckich kampanii oparta jest na zdrowym stylu życia. Szczególnie w dużych miastach, skupiskach szybko bogacącej się klasy średniej. Odpowiedzią na te potrzeby jest produkt europejski, uważany za zdrowy i wysokiej jakości. W tej właśnie konwencji utrzymana została kampania Europejskich Jabłek Dwukolorowych.
Outdoor na kuli reklamowej i w taksówkach
Przejdźmy teraz do sposobów realizacji założeń kampanii. Działania promocyjne skupione były m.in. na outdoorze – nie tylko w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. W hali przylotów w Szanghaju – na dobrze znanym mieszkańcom dużych miast billboardzie – pojawiła się reklama europejskich jabłek. Z kolei na lotnisku w Pekinie, wysiadających witał duży lightbox kampanii.
W drugim roku trwania akcji, jej twórcy zrealizowali spot wyświetlany na kuli reklamowej o powierzchni 3 000 m2. Obiekt znajduje się w Xujiahui, prestiżowej części Szanghaju. Dodatkowo, wideo pojawiło się na wyświetlaczach LCD 2000 szanghajskich taksówek. Warto podkreślić, że działania pokrywały się z dużymi wydarzeniami i targami, na których pojawiały się stoiska projektu i tym samym kampania bezpośrednio docierała do grupy docelowej. Kreacje stworzone na potrzeby kampanii skupiały się na zaprezentowaniu naturalnych warunków w jakich dojrzewają jabłka z Europy – to okazało się strzałem w dziesiątkę!
Prasa i dziennikarze
Równolegle trwały działania skierowane do dziennikarzy. Począwszy od wysyłek jabłek do redakcji, spotkań, informacji prasowych, aż po tematyczne konferencje podsumowujące bądź rozpoczynające nowy etap kampanii. Zaś w magazynach pokładowych, lifestylowych i branżowych pojawiały się teksty eksperckie oraz reklamy europejskich jabłek. Czas emisji reklam pokrywał się z ważnymi wydarzeniami branżowymi w dużych ośrodkach miejskich.
Online równie ważny
Kampanie offline prowadzone w ramach projektu uzupełniały działania promocyjne w sieci. Europejskie Jabłka Dwukolorowe były szeroko promowane wśród trzech grup odbiorców: dystrybutorów, administracji rządowej i średniej klasy mieszkańców z dużych miast. Stąd też konieczne było wyselekcjonowanie i koncentracja tylko na ośrodkach, które były przydatne z punktu widzenia kampanii. Oprócz reklamy display i mobile, targetowanej na wspomniane wcześniej grupy, promocja europejskich jabłek skierowana była na serwisy Baidu oraz Weibo – chińskie odpowiedniki Google i Facebook. W serwisie Baidu został przygotowany na potrzeby kampanii profil Apples from Europe. Na stronie projektu cały czas pojawiają się aktualności oraz zdjęcia z kampanii, która została podzielona na trzy etapy: Discover, Chose oraz Enjoy.
Kontakt bezpośredni
Istotnymi, z punktu widzenia chińskiego rynku, były także bezpośrednie spotkania z kontrahentami. Stoisko Europejskich Jabłek Dwukolorowych zostało zaaranżowane na targach Asia Fruit Logistica, FVF Pekin, IFresh Pekin czy Sial Shanghai. Tam Chińczycy dowiadywali się najważniejszych informacji o projekcie. Pierwsze spotkania na ogół były bardzo krótkie, a wiedza mieszkańców Państwa Środka o europejskich jabłkach znikoma. Z czasem jednak, wraz z postępem kampanii reklamowej, kontrahenci sami zaczęli przychodzić na stoiska i składać propozycje spotkań – to dzięki nim wzrosła świadomość Chińczyków na temat europejskich produktów, jako wartościowych i godnych zaufania.
Opinia Chińczyków
Od chwili rozpoczęcia kampanii aż do dzisiaj, na zakończenie każdego roku kampanii, prowadzone są badania rynkowe mające na celu ustalenie, jak promocja Europejskich Jabłek Dwukolorowych jest odbierana przez chińskie społeczeństwo. Z wyników uzyskanych po drugim roku trwania kampanii, płyną kluczowe wnioski. Badani bardzo dobrze ocenili także aspekt edukacyjny kreacji, które ich zdaniem mówią coś nowego o dwukolorowych jabłkach europejskich i przekazują ważne informacje, a dodatkowo zachęcają do ich zakupu. Dodatkowo, co najmniej połowa badanych rozpoznawała prezentowane reklamy. Badania pokazują, że prezentowane treści są dobrze dopasowane do odbiorcy – są zrozumiałe, wiarygodne, atrakcyjne oraz wyróżniają się spośród innych reklam, z którymi spotykają się chińscy konsumenci.
Trudno więc nie przyznać, że działania promocyjne prowadzone na rynku chińskim odegrały istotną rolę w relacjach polsko-chińskich, przyczyniając się pośrednio do porozumienia zawartego pomiędzy rządami obu krajów. Sukces jest tym bardziej niezwykły, że promowane owoce są na razie praktycznie niedostępne na docelowym rynku, a mimo to już rozpoznawalne wśród dystrybutorów i potencjalnych konsumentów. Działania marketingowe w tym przypadku nie tylko zbudowały solidną świadomość marki, ale doprowadziły do zmiany gospodarczej, którą wkrótce odczuje zarówno chińskie społeczeństwo, jak i Polacy.
Oprócz domu mediowego Infinity Media, w kampanii Europejskich Jabłek Dwukolorowych zaangażowani byli: Legend Group, która przygotowała kreacje; Stowarzyszenie Unia Owocowa – inicjator projektu; polskie placówki dyplomatyczne a w szczególności Referat do spraw rolnych przy Ambasadzie RP w Pekinie oraz Agencja Rynku Rolnego.
Kampania Europejskie Jabłka Dwukolorowe jest realizowana w ramach mechanizmu WPR „Wsparcie działań promocyjnych i informacyjnych na rynkach wybranych produktów rolnych”, którym administruje Agencja Rynku Rolnego. Organizatorami kampanii są: Stowarzyszenie Polskich Dystrybutorów Owoców i Warzyw „Unia Owocowa” oraz Związek Sadowników Rzeczpospolitej Polskiej. Kampania finansowana jest przy wsparciu Unii Europejskiej oraz Rzeczpospolitej Polskiej, a także współfinansowana ze środków Funduszu Promocji Owoców i Warzyw. Głównym celem kampanii jest poszerzenie wiedzy na temat unikalnych cech europejskich jabłek dwukolorowych. Kampania trwa przez 36 miesięcy w trzech 12 miesięcznych etapach.
W ramach planowanych na lata 2014 – 2017 działań promocyjnych przewiduje się nawiązanie bezpośrednich kontaktów z menedżerami i handlowcami poprzez uczestnictwo w kolejnych międzynarodowych targach, misjach gospodarczych i spotkaniach branżowych.
Łączna wartość ww. kampanii wynosi 4,996 mln euro i jest finansowana w 50% – to jest w kwocie 2,498 mln euro ze środków Unii Europejskiej, a w 30% – w kwocie 1,499 mln euro z budżetu krajowego. Pozostały 20% wkład własny (w sumie kwota ponad 999,0 tys. euro) pochodzi ze środków Funduszu Promocji Owoców i Warzyw.
Autor: Paweł Bruczkowski i Robert Rymuszka z Infinity Media
www.infinitymedia.pl
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
EBC skutecznie zahamował dalsze umocnienie polskiej waluty. Kredytobiorcy frankowi liczą, że Fed nie spełni oczekiwań analityków i będzie bardziej gołębi. Środa kolejnym ważnym dniem na rynkach, która wykreuje kierunek ruchów na najbliższe tygodnie.
Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 01.11-12.12.2016
Para walutowa
EUR/PLN
CHF/PLN
USD/PLN
GBP/PLN
Minimum
4,2970
3,9600
3,8520
4,7500
Maksimum
4,5040
4,1770
4,2575
5,3730
Polska waluta w ostatnich dniach była w ostrej defensywie. W efekcie przebity został nawet poziom 4,50. Wszystko to było konsekwencją mocnego dolara na szerokim rynku. Wraz jednak z odreagowaniem na parze EUR/USD i ruchem w górę złotówka nieco odzyskała siły. Prawdopodobnie wraz z poprawą sentymentu na szerokim rynku inwestorzy przypomnieli sobie o pozytywnym ratingu od S&P. Korekta ostatnich wzrostów dotarła do poziomu 4,42. Ruch mógł być jeszcze bardziej okazały ale gołębie posiedzenie EBC i wydłużenie programu skupu aktywów skutecznie go powstrzymało. Konferencja EBC dodała znów paliwa dolarowi, co poskutkowało sporym ruchem na południe na głównej parze walutowej świata. Polski złoty wrócił w okolice 4,45. Jest spore ryzyko, że kurs dalej będzie podążał w górę, za sprawa decyzji Fed w tym tygodniu. Podwyżka stóp procentowych w USA i komunikat o minimum 3 ruchach w 2017 roku spowoduje ucieczkę kapitału z rynków wschodzących. Wsparciem w tym momencie będzie dolne ograniczenie kanału wzrostowego w okolicach 4,44.
Kurs CHF/PLN również porusza się w ramach wyrysowanego kanału wzrostowego. To oczywiście bardzo niekorzystne dla kredytobiorców frankowych, którym rata kredytu może rosnąć. Lekką ulgę można było poczuć w ubiegłym tygodniu wraz z ruchem w górę na EUR/CHF słabnął również frank w relacji do złotego. Kurs spadł niemal 10 groszy. I można powiedzieć, że póki co na tym koniec, po posiedzeniu EBC znów mamy wzrosty i jesteśmy już przy 4,14. Kredytobiorcy frankowi muszą teraz trzymać kciuki by retoryka Fed-u nie była tak jastrzębia jak spodziewają się rynki. Wtedy jest szansa, że EUR/USD ruszy troszkę w górę, tym samym EUR/CHF podobnie i frank w relacji do złotego spadnie o kilka groszy. Wsparciem będzie dolne ograniczenie kanału wzrostowego w okolicach 4,10.
W ostatnich dniach mamy do czynienia ze sporymi ruchami na USD/PLN. Wszystko za sprawą równie dynamicznych zwrotów na głównej parze walutowej świata. Po osiągnięciu maksimum na niemal 4,26 kurs spadł nieco poniżej 4,11. Po posiedzeniu EBC i decyzji o wydłużeniu programu skupu aktywów kurs poszybował znów powyżej 4,20, co było pokłosiem mocnego spadku na EUR/USD. Wydaje się, że to nie koniec tak gwałtownych zmian. W środę mamy posiedzenie Fed i decyzję o stopach. Można powiedzieć, że balon na bardzo jastrzębią retorykę został bardzo nadmuchany a co za tym idzie jest spora szansa, że Fed nie sprosta “zadaniu”. Wtedy EUR/USD powinien ruszyć w górę i odreagować ostatnie spore spadki, USD/PLN wtedy mógłby podążyć z powrotem na 4,10. Tym bardziej, że na EUR/USD zbliżamy się do kilku letnich minimów więc odbicie byłoby czymś naturalnym. Gdy tak się jednak nie stanie a EUR/USD będzie kontynuował ruch na południe to z pewnością USD/PLN przebije opór w postaci górnego ograniczenia kanału wzrostowego i przebije poziom 4,30.
GBP/PLN cały czas od początku listopada znajduje się w trendzie wzrostowym. Niemniej jednak w ostatnim tygodniu mieliśmy dość sporą korektę i spadek z 5,37 na 5,20. Tak jak na pozostałych parach złotowych konferencja EBC przyczyniła się do powrotu do wzrostów i bardzo szybko znów znaleźliśmy się powyżej 5,30. O dalszych losach tej pary zdecyduje Fed w tym tygodniu, jastrzębia retoryka równa się ucieczkę od kapitału z Polski tym samym GBP/PLN ma szansę przebić ostatnie maksimum. Pamiętajmy jednak, że na tej parze dochodzi bardzo poważny czynnik ryzyka a mianowicie cały czas nierozwiązaną kwestię wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Każda informacja przemawiająca za twardym Brexitem będzie ciążyć funtowi na szerokim rynku i odwrotnie.
Od jutra obowiązują nowe przepisy unijne o znakowaniu żywności – teraz dotyczą również cateringu dietetycznego.
Przepisy o podawaniu informacji o wartości odżywczej obowiązują w Polsce i całej Unii Europejskiej od dawna, ale dopiero teraz, od 13 grudnia 2016 r., powszechnie obowiązujące staje się Rozporządzenie UE 1169/2011, które kompleksowo reguluje całą sferę znakowania żywności. Konsumenci – przyzwyczajeni do szukania informacji o wartości odżywczej na opakowaniach produktów w sklepach – teraz mogą ich oczekiwać także na opakowaniach żywności kupowanej na odległość, takiej jak coraz bardziej popularny catering dietetyczny.
Od 13 grudnia 2016 r. na zestawach posiłków oferowanych jako catering dietetyczny muszą być podane informacje o wartości odżywczej, czyli wartość energetyczna, ilość tłuszczu, w tym kwasów tłuszczowych nasyconych; węglowodanów, w tym cukrów; białka oraz soli. Można też umieścić na etykietach dodatkowe informacje ważne z punktu widzenia klientów, jak np. zawartość błonnika.
Dla rosnącej rzeszy klientów korzystających z diet pudełkowych wprowadzenie obowiązkowych etykiet z wartością odżywczą to duża zmiana na plus, bo zamawiają oni dietetyczne jedzenie właśnie dlatego, że w założeniu ma być dobrze zbilansowane. Potwierdzeniem tego będzie teraz etykieta podająca nie tylko liczbę kalorii, ale także znacznie dokładniejsze informacje o składnikach odżywczych.
Dostosowanie się do nowych wymogów może być dla firm oferujących catering dietetyczny dużym wyzwaniem, a to ze względu na różnorodność oferowanych diet, urozmaicenie posiłków oraz dostępność kilku poziomów kalorycznych. Chodzi jednak o rozporządzenie ogłoszone w październiku 2011 r., a więc czasu na dostosowanie się było dużo.
– Największym wyzwaniem było precyzyjne obliczenie zawartości składników odżywczych w daniach składających się z różnorodnych produktów, a w zbilansowanej diecie takich potraw powinna być większość – mówi Małgorzata Chylewska, dietetyk LightBox, firmy oferującej catering dietetyczny w ponad 60 miastach Polski. – Choć przygotowanie wszystkich danych na etykiety było bardzo pracochłonne, jestem przekonana, że warto, bo dzięki informacjom o wartości odżywczej klienci mogą się upewnić, że ich dieta jest naprawdę dobrze zbilansowana, porównując parametry swoich posiłków np. z normami i zaleceniami Instytutu Żywności i Żywienia. To krok milowy we właściwym kierunku – dodaje Małgorzata Chylewska.
Świąteczne wyjazdy będą kierowców drożej kosztować. Wszystko za sprawą decyzji producentów ropy o ograniczeniu jej wydobycia i słabego złotego, co przekłada się wyższe ceny benzyny na stacjach. Niestety trzeba się przyzwyczaić do tego, że litr popularnej 98-ki będzie kosztował ponad 5 zł.
W poprzednim tygodniu ceny paliw na polskich stacjach mocno poszły w górę. Średnia cena litra benzyny bezołowiowej 98, jak informowały firmy monitorujące ten rynek, wzrosła o 12 gr do 4,98 zł i była najdroższa od 14. miesięcy. W tym tygodniu bariera 5 zł zostanie przełamana, a przed styczniem nie zapowiada się, żeby ceny były niższe. Zanosi się raczej, że będziemy obserwować odwrotną relację. Mianowicie, z każdym tygodniem benzyna będzie droższa. Aczkolwiek nie będzie drożeć już w tak mocnym tempie jak dotychczas.
Paliwa drożeją na stacjach w ślad za notowaniami ropy na świecie, które to napędzane są informacjami o ograniczeniu jej produkcji. W weekend producenci ropy spoza kartelu OPEC (Organizacja Krajów-Eksporterów Ropy Naftowej) zadeklarowali, że ograniczą swoje wydobycie ropy o 558 tys. baryłek dziennie, po tym jak na spotkaniu 30 listopada kartel zdecydował się obciąć je o 1,2 mln baryłek. Decyzja ta była wprawdzie oczekiwana, ale reakcję rynku wywołała nowa deklaracja Arabii Saudyjskiej (największy producent ropy), że od 1 stycznia ograniczy ona wydobycie poniżej poziomu zadeklarowanego podczas niedawnego szczytu OPEC (10,06 mln b/d). Wrażenie robi również fakt, że producenci ropy z OPEC i spoza kartelu pierwszy raz od 2001 roku porozumieli się ws. ograniczenia wydobycia.
W reakcji na weekendowe informacje o cięciu wydobycia przez kraje spoza OPEC oraz nową deklarację Arabii Saudyjskiej, w poniedziałek ceny ropy mocno wystrzeliły w górę. Ropa Brent podrożała o ponad 5% do 57,23 USD, co jest poziomem nieoglądanym od lipca 2015 roku. Prawdziwe wrażenie robi jednak to, że notowania ropy wybił się górą z obserwowanej od ponad 7. miesięcy konsolidacji (o wzrostowym nachyleniu), która zamykała się przedziałem 43,50-55,00 USD. To może zapowiadać szybki ruch najpierw do 60 USD za baryłkę, a następnie do docelowego poziomu 66 USD. Ostatnio tyle ropa Brent kosztowała w maju 2015 roku.
Dalszego wzrostu cen ropy nie jest w stanie zamortyzować złoty, który w dalszym ciągu grzeszy słabością. Wprawdzie poziomy powyżej 4,20 zł za dolara są wykorzystywane do realizacji dużych zysków na USD/PLN, ale wciąż nie ma przesłanek mogących sugerować, że w najbliższym czasie polska waluta umocni się do amerykańskiej. Wręcz przeciwnie. Jeżeli w najbliższą środę Rezerwa Federalna (Fed), nie tylko podwyższy stopy procentowe o 25 punktów bazowych (to jest już w cenach), ale też utwierdzi rynki w przekonaniu, że zakładane w 2017 roku trzykrotne zaostrzenie polityki monetarnej jest prawdopodobnym scenariuszem, to koniec roku przyniesie umocnienie dolara. Również w relacji do złotego. W tym układzie notowania USD/PLN nie tylko nie będą amortyzować spodziewanych dalszych wzrostów cen ropy, ale wręcz je wzmocnią, przekładając się na wzrost cen paliw na polskich stacjach. W efekcie w pierwszym tygodniu stycznia za popularną 98-kę możemy zapłacić nawet (średnio) 5,15-5,20 zł.
Miniony rok dobitnie pokazał, jak ważna jest stała dostępność – zarówno usług, jak i danych. Wystarczy wspomnieć głośne fiasko elektronicznego spisu powszechnego na kontynencie australijskim, czy równie dotkliwe w skutkach przestoje systemów IT w sektorze transportu pasażerskiego. Awarie te sprawiły, że ludzie na całym świecie coraz lepiej zdają sobie sprawę z wagi nieprzerwanego dostępu do informacji i kluczowych usług.
W 2017 roku firmy będą musiały uwzględnić rosnące oczekiwania klientów i zapewnić nieprzerwane dostarczanie usług.
Krzysztof Rachwalski, dyrektor regionalny na rynkach Europy Wschodniej w Veeam® Software
Krzysztof Rachwalski, dyrektor regionalny na rynkach Europy Wschodniej w Veeam® Software, wskazuje kluczowe trendy technologiczne, za którymi powinny podążać organizacje chcące spełnić wymagania klientów i partnerów:
Zacierające się granice między chmurami publicznymi, prywatnymi i hybrydowymi. Kilka lat temu próba rozszerzenia infrastruktury centrum danych na chmurę publiczną byłaby uważana za ryzykowną z powodu wyzwań związanych z łącznością, zapewnieniem bezpieczeństwa oraz czynnikami, które trudno przewidzieć. Jednak dzisiaj rynek dojrzał do przyjęcia architektury chmury hybrydowej, zarówno od strony infrastruktury, jak i aplikacji. Proces ten już się rozpoczął i wkrótce nabierze bardziej masowego charakteru. Napędzają go przedsiębiorstwa dążące do zwiększania zarówno elastyczności i niezawodności operacyjnej, jak też dostępności danych i aplikacji.
Dynamiczny rozwój infrastruktury definiowanej przez oprogramowanie. Nie jest tajemnicą, że software-defined data center stało się ważnym trendem w ostatnich latach, po części za sprawą popularności wirtualizacji. Uruchamianie aplikacji w środowisku wirtualnym przynosi firmom wiele korzyści. Pomaga zwiększyć efektywność i niezawodność, a także stworzyć elastyczną infrastrukturę IT, która upraszcza zarządzanie oraz oszczędza czas i zasoby. W miarę ewolucji przedsiębiorstw możemy spodziewać się większego popytu na oprogramowanie i usługi, które spełnią oczekiwania następnej generacji innowatorów.
O krok przed hakerami. W 2017 roku cyberataki oraz szybki rozwój botnetów i złośliwego oprogramowania (w szczególności wymuszającego okup) będą spędzać sen z powiek menedżerom IT. W 2016 roku wiele organizacji padło ofiarą zmasowanych ataków na systemy DNS, przez które duże firmy i usługi były niedostępne w kluczowych okresach. W miarę, jak coraz więcej organizacji będzie dążyło do udostępniania cyfrowych usług, hakerzy będą deptać im po piętach. Firmy będą musiały położyć szczególnie duży nacisk na kompleksową ochronę, backup i odzyskiwanie danych, aby zagwarantować partnerom i klientom stałą dostępność usług.
Więcej danych, więcej możliwości. Dzisiejsze, a z pewnością jutrzejsze centra danych będą przechowywać coraz więcej informacji, zarówno archiwalnych, jak też mających kluczowe znaczenie dla funkcjonowania firmy. Czy chodzi o napływ danych z internetu rzeczy (IoT), bardziej skomplikowane systemy biznesowe, czy też o powiększanie się istniejących zbiorów informacji, wniosek może być tylko jeden: potop danych nie ustanie. Pozytywnym aspektem tego stanu rzeczy będą korzyści dla firm, które zdecydują się zaprząc do pracy zaawansowaną analitykę w celu usprawnienia aktualnej działalności oraz zaoferowania klientom nowych usług. W 2017 roku firmy będą mogły skuteczniej używać zgromadzonych danych do podejmowania decyzji i kształtowania strategii biznesowych. Te możliwości analityczne będą użyteczne jednak tylko wtedy, gdy dane będą dostępne i sprawdzone. W firmach, które wykorzystują zaawansowaną analitykę w codziennej działalności, każdy przestój nie tylko wstrzymuje transakcje z klientami i dostawcami, ale również utrudnia podejmowanie świadomych decyzji. Przedsiębiorstwa będą musiały skutecznie zadbać o utrzymanie ciągłej dostępności krytycznych systemów, na których opierają swoje narzędzia analityczne.
Stawianie konkretnych prognoz zawsze jest wyzwaniem. Jednak dzisiejszy krajobraz technologiczny zapewnia organizacjom nieograniczone możliwości świadczenia znakomitych usług w oparciu o centrum danych oraz informacje, które są tam przechowywane i przetwarzane. Oczekiwania są takie, że dane te mają być dostępne na żądanie. Minęły czasy, w których przestój uważano za „normalną” część działalności biznesowej. W 2017 roku centrum danych stanie się przedmiotem ciągłej uwagi, jako kluczowy elementu infrastruktury, który zarówno przechowuje informacje, jak i świadczy usługi klientom, pracownikom i partnerom. Posiadanie planu gwarantowania stałej dostępności będzie miało priorytetowe znaczenie dla utrzymania ciągłości działania firmy oraz spełnienia, a nawet przekroczenia oczekiwań.
Zdaniem badaczy z ośrodka Gartner cyfrowa ekonomia jest wypadkową tworzenia, konsumowania i kontrolowania wartości związanej z produktami, usługami i zasobami firmy – również cyfrowymi. Żeby osiągnąć na tym polu biznesowe zyski siły powinni połączyć liderzy IT i osoby zarządzające organizacjami. Dodatkowo, 80% badanych w raporcie „Joining the Dots: Decision Making for a New Era” przygotowanego przez Instytut CIMA i AICPA przyznało, że ich organizacje, podejmując w ostatnich trzech latach ważne decyzje strategiczne, korzystało z niepełnych informacji.
Wszystko to odbywa się w ramach cyfrowego ekosystemu. To środowisko, na które składają się niezależne czynniki połączone zdigitalizowanymi platformami. Czynniki – w postaci ludzi lub przedsiębiorstw – działają w celu osiągnięcia wspólnego sukcesu. Niezależnie od branży. Jednak nie wszystkie firmy są gotowe, żeby do niego wejść. A kiedy już się w nim znajdą, nie zawsze potrafią w pełni wykorzystać jego zalety.
– Włączenie działań zwiększających digitalizację przedsiębiorstwa to aktualnie „być albo nie być” firmy na rynku. Od tego, w jakim tempie organizacja będzie nadążać za postępem technologicznym i coraz bardziej zaawansowanym cyfrowo społeczeństwem, zależy jej pozycja konkurencyjna. W Polsce liderami digitalizacji są te sektory, który są najbliżej konsumenta – bankowość, telekomunikacja, czy handel. Te branże musza bowiem dostosować poziom produktów i usług do bardzo zróżnicowanych grup wiekowych. Najbardziej wymagającym jest najmłodsze pokolenie – biegłe cyfrowo, chętnie testujące wszelkie nowinki IT oraz gotowe bardzo szybko zmienić dostawcę usług, jeśli nie jest zadowolone z poziomu obsługi oraz innowacyjności danej firmy – komentuje Marek Woźny, Dyrektor Zarządzający Application Services, Capgemini Polska.
Jak podkreślają badacze Gartnera, liderzy IT zbyt często rozumieją kreowanie cyfrowej wartości jako tworzenie narzędzi do poprawy swoich działań operacyjnych. To oczywiście jeden z kierunków, jednak wg ośrodka Gartner o wiele lepsze rezultaty przyniesie inwestowanie w tworzenie strategicznych założeń. Odpowiednie wykorzystanie i zrozumienie cyfrowej ekonomii doprowadzi do zidentyfikowania, a nawet wykreowania nowych rynków, wypracowania wartości dodanej firmy czy wprowadzenia ulepszeń na polach finansowych. Pod warunkiem, że nowi liderzy będą gotowi przyznać, że dotychczasowe sposoby analizowania danych, czyli
w oderwaniu od innych czynników, wymagają zmiany podejścia. Problem dostrzegają już CIO (Chief Information Officers). W badaniu przeprowadzonym przez Gartnera 34% z nich mówi, że umiejętności, lub też ich brak, związanie z przetwarzaniem informacji stanowią obecnie największą barierę w osiągnięciu sukcesu w biznesie. Skupiają się tu szczególnie na kompetencjach wykorzystywanych w najnowszych i najbardziej zaawansowanych procesach analitycznych. Twierdzą dodatkowo, że te kompetencje, które z powodzeniem sprawdzały się w erze „przedcyfrowej” nie znajdują zastosowania w dynamicznym i dziejącym się w czasie rzeczywistym środowisku biznesowym. A wraz z nowymi sposobami zarządzania przedsiębiorstwem powstają równie nowe sposoby analizowania jego kondycji. I jedne, i drugie opierają się w głównej mierze na danych i umiejętności ich połączenia.
Połącz kropki
Na to, jak ważne jest prawidłowe interpretowanie i łączenie danych zwracają też uwagę pracownicy innych specjalizacji. Zmieniająca się rola informacji zainteresowała przedstawicieli brytyjskiego Instytutu CIMA (The Chartered Institute of Management Accountants) i amerykańskiego AICPA (American Institute of Certified Public Accountants) – oba kształcą specjalistów z zakresu finansów. W efekcie opracowano raport „Joining the Dots: Decision Making for a New Era”, w którym analizie poddano rolę informacji we współczesnym otoczeniu biznesowym. Jak dowodzą jego twórcy, prawidłowa dystrybucja danych i umiejętność odsiewania tych istotnych od nieistotnych może przyczynić się do znacznej poprawy całościowej kondycji spółki. Z raportu wynika bowiem, że aż 80% respondentów przyznało, że ich organizacja, podejmując w ostatnich trzech latach ważne decyzje strategiczne, korzystała z niepełnych informacji. Z kolei 36% zadeklarowało, że ich firmy nie radzą sobie z przeładowaniem informacyjnym. Co więcej, najlepszy i najbardziej efektywny proces podejmowania decyzji zaobserwowano w organizacjach, które dużą wagę przykładały do budowania atmosfery zaufania, komunikowania do zarządów tylko istotnych informacji, analizowania w jaki sposób informacja wpłynęła na wartość firmy, a także czerpania danych z wielu źródeł. Firmy, które w ten sposób postępują są określane przez twórców raportu mianem „Integrated Thinkers”.
– Znaczenie danych jest obecnie większe niż kiedykolwiek wcześniej. Okazuje się również, że prawidłowe ich interpretowanie wpływa pozytywnie na stworzenie długoterminowych strategii działania. Nie możemy oczywiście zapominać o analizie krótkoterminowych efektów. To połączenie dwóch perspektyw, które może wyjść firmie tylko na dobre. Mówiąc o efektach mam na myśli nie tylko wyniki finansowe. W dobie zwiększającej się potrzeby analizowania coraz bardziej zróżnicowanych danych jako istotny element wartości firmy trzeba uznać to, w jaki sposób nasze działania wpływają na kondycję pracowników. To dane, które są również możliwe do zebrania – komentuje Jakub Bejnarowicz, Szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.
Połączyć siły i usystematyzować chaos
Firmy, które biznesowy rozwój stawiają wśród priorytetów organizacyjnych wyróżnia również poważne podejście do cyfryzacji. Według Gartnera, przedsiębiorstwa oceniane jako top performers chcą w przyszłości jeszcze bardziej skupić się na digitalizacji (28%). Dla porównania, stanowi to priorytet dla jedynie 6% trailing performers, czyli tych, które pozostają daleko w tyle za liderami. Nacisk na cyfryzację powinien spowodować zacieśnienie współpracy pomiędzy prezesami zarządu i Chief Information Officers. To pozwoli wdrożyć model tzw. „bimodal IT”, czyli system, w którym specjaliści pracują z jednej strony nad optymalizacją stosowanych już i tym samym bardziej przewidywalnych rozwiązań, a z drugiej prowadzą działania w rodzaju R&D. W praktyce oznacza to, że przewidują potencjalne problemy zanim staną się rzeczywistością i proponują możliwe rozwiązania. Połączenie tych dwóch modeli stanowi obecnie jeden z filarów transformacji cyfrowej.
Polska ma swojego przedstawiciela w nowym Zarządzie Leaseurope, federacji reprezentującej europejski rynek leasingu. Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu został właśnie wybrany na kolejną, 2- letnią kadencję.
Mieczysław Woźniak jest członkiem Zarządu Leaseurope od 2015r., reprezentując kraje Europy Środkowej, Wschodniej i Południowo-Wschodniej (CESEE).
Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu
„Wybór do Zarządu Leaseurope jest dla mnie wyzwaniem, a zrazem uhonorowaniem dotychczasowego zaangażowania. Współpracując i spotykając się regularnie w gronie 12 reprezentantów sektora leasingu i wynajmu, mamy okazję do wymiany wiedzy i doświadczeń, ale przede wszystkim poszukujemy rozwiązań dla najistotniejszych problemów i wyzwań naszej branży. Do najważniejszych wyzwań w nadchodzącym czasie należy zaliczyć: wzrost wymogów regulacyjnych, wprowadzenie nowego międzynarodowego standardu rachunkowego IFRS 16, wzmocnienie znaczenia leasingu, jako kluczowego elementu trwałego modeluekonomicznego, w szczególności wobec wyzwań przyszłości takich jak np.: „circular economy”, zmiany zachowań klientów czy nowego podejścia do mobilności. Liczę na to, że moje osobiste zaangażowanie zaowocuje dalszym umocnieniem pozycji polskiego rynku leasingu na europejskiej scenie” – powiedział Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu, członek zarządu Leaseurope.
Pełny, dwunastoosobowy skład Zarządu Leaseurope:
George Ashworth, UK Managing Director Asset Finance, Santander
Patrick Beselaere, Global Head, ING Lease – Europe
Pierre-Louis Colin, CEO, Fraikin Group
Vahid Daemi, Advisor to the Managing Board, LeasePlan Corporation
Marie-Christine Ducholet, CEO, Societe Generale Equipment Finance
Enrico Duranti, CEO, Iccrea BancaImpresa
Morten Guldhaug, Executive Vice President, DNB
Paulo Pinheiro, President of the Executive Committee, Caixa Leasing e Factoring
Khaled Shahbo, UK Managing Director, Enterprise Rent-a-car
Alexander Schmidecker, CEO, Raiffeisen Leasing
Hubert Spechtenhauser, Member of the Management Board, UniCredit Leasing Germany
Mieczysław Woźniak, CEO & President, mLeasing
Marie-Christine Ducholet to nowa przewodnicząca europejskiej federacji, zaś Pierre-Louis Colin i Morten Guldhaug zostali wybrani na wiceprzewodniczących Zarządu Leaseurope.
Leaseurope zrzesza 46 organizacji narodowych. Na czele federacji stoi Zarząd, który wspierają Komitety Techniczne oraz Grupy Sterujące, zajmujące się poszczególnymi sektorami działalności. Członkowie tych zespołów są najczęściej ekspertami pracującymi w branży. Związek Polskiego Leasingu od początku swojej działalności jest aktywnym członkiem Leaseurope, reprezentując polską branżę leasingową w strukturach europejskiej federacji od 22 lat.
NORMA Group, światowy lider na rynku rozwiązań technologii połączeń, postawiła na globalną integrację swoich systemów finansowych. Krok ten ma na celu przyspieszenie procesu konsolidacji przedsiębiorstw przejętych na przestrzeni ostatnich lat oraz organicznego rozwoju firmy, która obecnie oferuje swoje produkty i rozwiązania ponad 10 000 klientów w 100 krajach na świecie – w Europie, obu Amerykach oraz regionie Azji i Pacyfiku. Firmą odpowiedzialną za wdrożenie zunifikowanego systemu jest Sii – wiodący dostawca usług IT i Inżynierii w Polsce.
Sebastian Dubiel, Business Manager w Sii Kraków
“Jako Sii jesteśmy dumni, że staliśmy się sercem tego globalnego wdrożenia systemu ERP w Norma Group.” –Sebastian Dubiel, Business Manager w Sii Kraków
Sii Polska, partner technologiczny Microsoft, podpisała kontrakt z Norma Group w Polsce w mniej niż 4 miesiące od ogłoszenia RFP. To imponujący wynik, biorąc pod uwagę skalę projektu.
“Jako Sii jesteśmy dumni, że staliśmy się sercem tego globalnego wdrożenia systemu ERP w Norma Group. Taki projekt to zawsze duże wyzwanie, niemniej dzięki wiedzy naszych pracowników i doświadczeniu w globalnym consultingu, a także najlepszym praktykom, wspartym certyfikowanym i sprawdzonym modelem zarządzania projektami, stworzonym na bazie powszechnie uznawanej metodyki Microsoft Dynamics® Sure Step, jesteśmy gotowi i zmotywowani, aby osiągnąć założony cel” – mówi Sebastian Dubiel, Business Manager w Sii Kraków.
Piotr Puszcz, AX Practice Manager w Sii
“Kompetencje i doświadczenie naszego zespołu z pewnością przełożą się na wysoką jakość wdrożenia.” – Piotr Puszcz, AX Practice Manager w Sii
„Zasadniczym czynnikiem sukcesu we wdrożeniach ERP jest zespół – jego doświadczenia i umiejętne wspieranie projektu, zorientowane na cel. Projekt dla Norma Group jest unikalnym przedsięwzięciem, w bardzo wymagającym sektorze Automotive. Kompetencje i doświadczenie naszego zespołu z pewnością przełożą się na wysoką jakość i terminowość wdrożenia” – Piotr Puszcz, AX Practice Manager w Sii.
Sii, z siedzibą główną w Warszawie i 8 oddziałami, zlokalizowanymi w głównych miastach Polski, zatrudnia ponad 2700 specjalistów w całym kraju. Firma posiada 10 centrów kompetencji, w tym centrum kompetencji dedykowane systemom ERP, które ma na swoim koncie liczne projekty prowadzone w kraju i za granicą.
Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych, wyniosła -9,3% w listopadzie 2016 r. Oznacza to, że w listopadzie 2016 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 9,3% w porównaniu z listopadem 2015 r. Średnia wartość indeksu od początku 2016 r. wynosi +0,1%.
– W listopadzie wyraźnie pogorszyła się koniunktura na rynku kredytów mieszkaniowych. O nowe kredyty zawnioskowało łącznie 28,2 tys. osób w porównaniu do średniej liczby 31,7 tys. osób w 2016 r. oraz 33,7 tys. osób w 2015 r. Spadek wartości wnioskowanych kredytów wyniósł -9,3% – mówi Sławomir Grzybek, dyrektor Departamentu Business Intelligence Biura Informacji Kredytowej.
Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Konsumpcyjne (BIK Indeks – PKK), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów konsumpcyjnych, wyniosła +1,2% w listopadzie 2016 r. Oznacza to, że w listopadzie 2016 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały doBIK zapytania o kredyty konsumpcyjne na kwotę wyższą o 1,2% w porównaniu z listopadem 2015 r. Średnia wartość indeksu od początku 2016 r. jest ujemna i wynosi -2,1%.
– Na rynku kredytów konsumpcyjnych listopad okazał się nieznacznie lepszym miesiącem niż rok wcześniej. Wartość wnioskowanych kredytów była wyższa o 1,2% w porównaniu do listopada 2015 r. oraz identyczna jak średnia miesięczna wartość wnioskowanych kredytów konsumpcyjnych w 2016 r. – dodaje Sławomir Grzybek z BIK.
25 listopada br. banki udzieliły 17,6 tys. kredytów ratalnych na łączną kwotę 98,5 mln. zł. Zarówno w ujęciu liczbowym jak i wartościowym jest to więcej niż średnia dzienna dla pozostałych dni roboczych w listopadzie 2016r. odpowiednio o 30% i 25%.
BIK wspierając odpowiedzialne zarządzanie finansami konsumentów, postanowił przyjrzeć się, jak wielkie obniżki cenowe wpływają na decyzje zakupowe, realizowane za pomocą kredytów. Otóż okazuje się, że poważnym impulsem do zaciągania kredytów ratalnych był Black Friday.
Jak wiadomo, to zwyczaj amerykański, ale zdążył już zdobyć ugruntowaną pozycję wśród polskich konsumentów. W dniu tym emocje sięgają zenitu z powodu ofert wyprzedażowych w polskich sklepach, a dzień później w internecie, odwzorowującym to „święto” poprzez tzw. Cyber Monday.
– Zaobserwowane zjawisko koresponduje z informacjami dotyczącymi wzrostu obrotów handlowych zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i e-commerce 25 listopada 2016 r. Część dokonywanych tego dnia zakupów było finansowanych kredytami ratalnymi. Należy również zaznaczyć, że część z nich była opłacalna kartami kredytowymi a część kredytami gotówkowymi lub pożyczkami udzielanymi przez firmy pożyczkowe, zauważa prof. Waldemar Rogowski główny analityk kredytowy BIK SA.
Choć nie ma nic złego w zakupach, ani w zaciąganiu kredytów, to jednak warto ochłodzić swoje emocjonalne podejście w obu sprawach i zawsze odpowiedzialnie podchodzić do wydatków i decyzji finansowych. Wierząc, że polscy konsumenci dokonali przemyślanych zakupów i mądrze skorzystali z wyczekiwanych okazji i przecen, BIK na bieżąco wspiera i poleca regularne weryfikowanie swoich kredytów. Pomaga w tym Raport kredytowy BIK, dostępny na www.bik.pl.
Jak wynika z danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, do października 2016 roku w Polsce zarejestrowano w KRS w tym roku ponad 43 tys. firm. To o 15 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2015 roku. Polscy przedsiębiorcy chętnie zakładają działalności, jednak często jest im trudno ominąć pewne bariery rozwojowe. Eksperci Banku Zachodniego WBK podkreślają, że choć firmy często zmagają się z zewnętrznymi trudnościami, jak skomplikowane przepisy prawno-podatkowe, nierzadko problemy tkwią wewnątrz. Z analizy działalności firm uczestniczących w II edycji programu „Firmowe Ewolucje”, która właśnie się zakończyła, wynika, że trudności może sprawiać: brak precyzyjnego planowania, potrzeba zwiększania sprzedaży oraz nieumiejętne delegowanie zadań.
– Sektor małych i średnich przedsiębiorstw jest bardzo istotny z punktu widzenia rozwoju polskiej gospodarki, gdyż ma znaczący udział w generowaniu PKB. Jak wskazują dane PARP, przedsiębiorstwa tworzą 73 proc. PKB, w tym same MŚP generują 48,5 proc. tego wskaźnika. Dlatego tak istotne jest, aby dobrze identyfikować główne bariery rozwoju tego sektora i starać się im zaradzić. Nasze doświadczenia wyniesione z programu „Firmowe Ewolucje”, którego bohaterami byli właśnie mali i średni przedsiębiorcy, pokazują, że problemy te są często uniwersalne. Z jednej strony, w dużym stopniu zależą od otoczenia społeczno-gospodarczego oraz branży, w której działa firma. Z drugiej zaś, często są wynikiem czynników wewnętrznych – mówi Wojciech Dembiński, menedżer ds. wsparcia sprzedaży w Banku Zachodnim WBK.
Choć rozwojowi firm w Polsce na co dzień towarzyszy zmaganie się z trudnościami zewnętrznymi, które ograniczają możliwości wdrażania przez nich przedsięwzięć rozwojowych, problemy pojawiają się również wewnątrz. Firmy nierzadko zbyt krótkowzrocznie patrzą na swój biznes, skupiają się wyłącznie na zysku oraz nieumiejętnie delegują zadania.
Po pierwsze, krótkoterminowa strategia na dłuższą metę nie działa
Krótkowzroczne patrzenie na własny biznes oraz brak długoterminowej strategii uwzględniającej trendy może się bardzo źle skończyć dla przedsiębiorstwa. Program „Firmowe Ewolucje” pokazał, że szczególnie duży problem stanowi powielanie schematów, które działały w przeszłości, ale teraz są już nieaktualne. – Problemem polskich przedsiębiorców jest to, że w pewnym momencie prowadzenia własnego biznesu tracą świeże spojrzenie. Zaczynają prowadzić swój biznes opierając się wyłącznie na tym, co kiedyś działało. Często też angażują się w detale związane z rodzajem prowadzonej działalności i skupiając się na nich, tracą z oczu globalne trendy. A to właśnie otwarta głowa i świeże spojrzenie są cechami dobrego przedsiębiorcy. Na nie postawili Ci, którzy przeszli „Firmowe Ewolucje” i udało im się z sukcesem wdrożyć zmiany – mówi prowadzący program Arkadiusz Mierzwa.
Po drugie, biznes to nie tylko sprzedaż
Firma ma przynosić zysk – to oczywiste, ale nie tylko sprzedaż na to wpływa. Niektórzy przedsiębiorcy chyba o tym nie pamiętają. A to właśnie inwestowanie w rozwój, długoterminowe plany rozszerzania działalności czy obserwowanie trendów potrafią przynieść najlepsze rezultaty. Wie o tym doskonale firma Megan, która nie tylko pomyślnie przeszła „Firmowe Ewolucje”, ale otrzymała też nagrodę główną fundowaną przez Bank Zachodni WBK, w wysokości 100 tys. zł. W pierwszym etapie firma Megan, zajmująca się sprzedażą sprzętu laboratoryjnego, skupiła się na uporządkowaniu marek w swoim portfolio, rozwoju funkcjonalności stron internetowych w kierunku optymalizacji sprzedaży, wdrożeniu programu motywacyjnego dla handlowców, a także przygotowała się do aplikowania o fundusze unijne. Natomiast wygraną zapewniła firmie długoterminowa wizja prowadzenia własnego biznesu, która zakładała m.in. powołanie ośrodka badawczo-rozwojowego czy wsparcie kształcenia osób, które chciałyby się zająć obróbką szkła. – Nagrodziliśmy firmę Megan, bo doceniliśmy potencjał tkwiący zarówno we właścicielach firmy, jak i w produkcie. Widać było w nich chęć uczenia się a także rozwijania własnych kompetencji – mówi jeden z jurorów Cezary Szymanek, redaktor naczelny rp.pl i Bloomberg Businessweek Polska.
Warto pamiętać, że finansowanie większych projektów, jak powołanie własnego ośrodka badawczo-rozwojowego, choć jest dużym wydatkiem, nie znaczy, że nieosiągalnym. Na rynku dostępnych jest bardzo wiele instrumentów finansowych skierowanych do MŚP. Najbardziej podstawowy to kredyt obrotowy, który najczęściej służy do zachowania płynności finansowej przedsiębiorstwa. Środki można przeznaczyć na dowolny cel i spłacać nawet przez 3 lata. Rozwiązaniem, które cieszy się rosnącą popularnością w sektorze MSP, jest leasing. Dzięki niemu przedsiębiorca może korzystać z wybranego środka trwałego bez konieczności zakupu na własność, a przy okazji uzyskać znaczne korzyści podatkowe.
Po trzecie, zarządzanie personelem kuleje
Wyzwaniem dla wielu przedsiębiorców, zwłaszcza rozwijających swoją działalność, jest sprawne zarządzanie firmą. Nie potrafią oni rozdzielać obowiązków czy zaplanować, jak powinna wyglądać struktura firmy. Dodatkowo, problemem jest delegowanie obowiązków i ich rozdzielanie. Często bywa tak, że ze względu na nadmiar zadań, dział obsługi klienta czy marketing, wykonuje działania zupełnie niezwiązane ze swoim podstawowym biznesem. To natomiast jest spory błąd, który może skutkować licznymi problemami.
– Polscy przedsiębiorcy są pod wieloma względami wyjątkowi. To co jest ich szczególnym wyróżnikiem to determinacja w prowadzeniu swoich biznesów i kreatywność w identyfikowaniu nowych okazji biznesowych. Czasem brakuje im jednak perspektywy zewnętrznej w ocenie ich problemów oraz kompleksowego wsparcia, w różnych aspektach prowadzenia działalności. My jako bank takie wsparcie oferujemy w ramach naszej strategii „Firmowe Ewolucje” – mówi Wojciech Dembiński, menedżer ds. wsparcia sprzedaży w Banku Zachodnim WBK.
Zgodnie z najnowszym raportem przedstawionym przez KPMG rynek dóbr luksusowych w Polsce szacowany jest na ponad 16 mld zł. Jego największym segmentem są samochody luksusowe. To właśnie marki premium odnotowują w 2016 roku największe wzrosty sprzedaży.
Wzrost wartości rynku dóbr luksusowych w Polsce szacowany jest na 15 proc. w stosunku do ubiegłego roku, a jego wartość szacowana jest na 16,4 mld złotych – mówi raport przygotowany przez międzynarodową sieć firm audytorsko – doradczych KPMG. Co więcej, specjaliści przewidują, że do 2020 roku wartość tego rynku w Polsce wzrośnie łącznie o 27 proc., czyli do poziomu 21 mld złotych.
Największą z analizowanych przez KPMG kategorii okazał się segment samochodów luksusowych, którego wartość wyniosła około 8,5 mld złotych.
Najwięcej samochodów kupują firmy – auta luksusowe mają największe wzrosty sprzedaży
W pierwszych trzech kwartałach 2016 roku zarejestrowano w sumie ponad 300 tys. pojazdów. To o 17,3 proc. więcej niż w analogicznym okresie w 2015 roku. Co więcej, wśród nabywców ponad dwie trzecie stanowią w tym roku klienci instytucjonalni – oznacza to wzrost na poziomie 22,8 proc.
Dane przygotowane przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego pokazują, że w 2015 roku liczba nowych rejestracji w segmencie samochodów luksusowych osiągnęła poziom 40 tys. sztuk, a w pierwszych trzech kwartałach 2016 roku rynek marek premium rozwinął się o 30,9 proc. pokazując równocześnie, że rok bieżący będzie jeszcze lepszy dla tego segmentu.
– Większość samochodów luksusowych kupowanych jest na firmę. W 98 proc. przypadków klienci wspomagają się finansowaniem bankowym i przeważnie jest to klasyczny leasing – wyjaśnia Piotr Kurpiński, kierownik salonu Lexus Warszawa – Żerań – Zauważamy również, że zmienia się podejście nabywców do samej kwestii sposobu zakupu samochodu. Przestają oni mieć tak zwaną „potrzebę posiadania” i wybierają możliwość użytkowania danego pojazdu. Dlatego coraz większą popularnością cieszy się wynajem długoterminowy. Przy jego wyborze nabywca zakłada, że za trzy lub cztery lata wymieni samochód na kolejny, nowy model.
Ile według najbogatszych powinien kosztować samochód luksusowy?
Zgodnie z raportem przygotowanym przez PZPM liczba osób najbogatszych – a więc posiadających aktywa płynne o wartości powyżej 1 mln złotych – szacowana jest w Polsce na 41,1 tys. osób. Według nich cena samochodu luksusowego zaczyna się od 215 tys. zł. Przy czym cena luksusowego sprzętu grającego powinna zaczynać się od około 10 tys. zł, damska torebka od 1,9 tys., natomiast męski zegarek powinien kosztować minimum 6,1 tys. zł
W pierwszych trzech kwartałach 2016 roku największe wzrosty sprzedaży – na poziomie 59 proc. – odnotował na polskim rynku Lexus. Japońska marka wyprzedziła tym samym o 23 punkty procentowe niemieckie marki, których wzrosty wyniosły – Audi (36 proc.), Mercedes (36 proc.), BMW (28 proc.) i Volvo (18 proc.).
Rynek samochodów klasy premium powinien w najbliższych latach powoli się stabilizować – czytamy w raporcie KPMG. Podczas gdy w 2016 roku średni wskaźnik jego wzrostu wynosi ponad 30 proc., to do 2020 unormuje się on na poziomie 9,5 proc. Nadal jednak będzie rozwijał się szybciej od rynku samochodów popularnych, którego dynamikę wzrostu specjaliści szacują na 6,5 proc. w skali roku.
GUS poinformował, że w III kwartale 2016 roku nastąpił spadek nastrojów w branży budowlanej. Obecnie trwa proces rozstrzygania przetargów na realizację ważnych, przyszłorocznych inwestycji budowlanych. Tymczasem aż 31% przedsiębiorców budowlanych deklaruje, że nie odczuwa swobody w swoich działaniach biznesowych – wynika z badania Wolność w Biznesie, przeprowadzonego na zlecenie Raiffeisen Leasing.
Z badania przeprowadzonego przez Główny Urząd Statystyczny, wśród przedsiębiorców budowlanych, wynika, że wskaźnik nastrojów w branży jest ujemny i wynosi -12,3. Dla porównania jeszcze w październiku kształtował się on na poziomie -9,1. W listopadzie aż 21,7% badanych zadeklarowało pogorszenie nastrojów. Poprawę koniunktury w listopadzie deklarowało jedynie 9,5% przedsiębiorców.
Pogarszające się nastroje w branży budowlanej częściowo są wynikiem zastoju w przetargach centralnych i samorządowych. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w ostatnim półroczu uruchomiła ich zaledwie pięć. Główne postępowania przetargowe ruszyły dopiero we wrześniu. W przypadku inwestycji kolejowych sytuacja kształtuje się podobnie. Spółka PKP PLK wystartowała z nowymi przetargami w IV kwartale 2016 r.
W zdecydowanie lepszej sytuacji jest segment budownictwa mieszkaniowego. Według danych GUS, w okresie od stycznia do października oddano do użytkowania ponad 12,7 tys. mieszkań. To aż o 9,2% więcej niż w tym samym okresie 2015 r. Co ważne, wzrosła również liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto – do 14,8 tys., czyli o 4,3% więcej niż przed rokiem. Sytuacja na rynku mieszkaniowym jest optymistycznym sygnałem dla branży budowlanej. Ale czy to wystarczy, aby poprawić nastroje przedsiębiorców?
Uzależnienie od decyzji przetargowych ogranicza poczucie wolności
Opóźniające się przetargi budowlane, uzależnienie od decyzji centralnych i czynniki ekonomiczne sprawiają, że przedsiębiorcy budowlani czują się skrępowani w swoich działaniach biznesowych. Z badania opinii „Wolność w biznesie” przeprowadzonego przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia wynika, że aż 31% firm budowlanych nie odczuwa wolności w prowadzeniu biznesu. – Rynek budowlany w Polsce charakteryzuje się dużą zmiennością. Wiele polskich firm funkcjonuje „od przetargu do przetargu”, nie mając gwarancji, czy po zakończeniu obecnego zlecenia uda im się wygrać kolejne. Sprawia to, że nie czują się pewnie i niechętnie inwestują – komentuje Konstanty Rokicki, dyrektor Rynku Maszyn i Urządzeń Budowlanych w Raiffeisen Leasing.
Branża budowlana potrzebuje prostszych procedur i szybkich decyzji
Co powinny zrobić instytucje finansowe, aby ułatwić przedsiębiorcom budowlanym prowadzenie biznesu? Uprościć procedury i skrócić czas oczekiwania na decyzję. Aż 39% firm z branży zadeklarowało, że prostsze procedury i szybsze procesy decyzyjne instytucji finansowych zapewniłyby im większą swobodę w działaniu.
Na drugim miejscu firmy stawiały obniżanie wymagań dotyczących zdolności kredytowej i zabezpieczeń (30% ankietowanych). Wśród czynników, które mogą istotnie wpłynąć na ich poczucie wolności biznesowej, przedsiębiorcy wskazywali także: rozwiązania umożliwiające optymalizację podatkową (13%) oraz elastyczne podejście do terminów spłat zobowiązań 10%.
– Jedną z najcenniejszych wartości dla firm budowlanych jest czas. Zazwyczaj decydują się one na odważne inwestycje, dopiero kiedy wiedzą, że zlecenia są zagwarantowane. Co za tym idzie – zostaje im mało czasu na pozyskanie środków i zakup sprzętu –komentuje Konstanty Rokicki, Dyrektor Rynku Maszyn i Urządzeń Budowlanych w Raiffeisen Leasing – Dlatego nie dziwi mnie fakt, że wymagają od instytucji finansowych sprawnego działania i szybkich decyzji. W mojej ocenie ulepszenie oferty dla firm budowlanych jest jednym z głównych celów, jakie instytucje finansowe powinny sobie postawić na 2017 rok – dodaje ekspert.
Na grudniowym posiedzeniu Rezerwa Federalna podwyższy stopy procentowe. Po niemal roku debatowania oraz oczekiwania jakiegokolwiek działania władze monetarne zostały przyparte do muru, nie mają innego wyjścia. W przeciwnym razie Rezerwa Federalna będzie skazana na falę krytyki. Inwestorzy na podstawie kontraktów terminowych oczekują, że stopy procentowe 14 grudnia zostaną podwyższone o 25 punktów bazowych.
Jeżeli rynek oczekuje czegoś w 100 proc. , to nie należy spodziewać się nadmiernej reakcji rynku na takie wydarzenie. Na tym posiedzeniu będzie liczyła się projekcja stóp procentowych. Niektórzy uważają, że Rezerwa Federalna musi podnieść stopy procentowe przez rosnącą rentowność obligacji. Jeżeli rentowność obligacji będzie zbyt duża w porównaniu do oprocentowania lokat bankowych, to kapitał powoli zacznie migrować w stronę obligacji. Skutkiem tego może być zanik płynności w sektorze bankowym. Dla potwierdzenia, że rentowność obligacji wpływa na decyzję Rezerwy Federalnej proszę spojrzeć na poniższy wykres.
Na wykresie została zobrazowana korelacja pomiędzy rentownością 10 letnich obligacji amerykańskich, a stopami procentowymi ustalanymi przez Rezerwę Federalną. W tej chwili korelacja wynosi 0.31, czyli przez 31 proc. czasu stopy procentowe oraz rentowność obligacji poruszają się w tym samym kierunku. Zatem osoby, które mówią o konieczności podwyżki stóp procentowych mają poniekąd rację.
Idąc dalej, warto zbadać spread, czyli maksymalną oraz minimalną różnicę pomiędzy tymi zmiennymi.
Spread pomiędzy rentownością obligacji 10 letnich, a stopami procentowymi ustalanymi przez Rezerwę Federalną od 1982 wahał się od -1.5 do 3.8 proc. Dzięki temu wiemy, że Rezerwa Federalna wcale nie musi tak panicznie podążać za rentownością obligacji.
Wniosek jest jeden, projekcje mogą okazać się mniejsze niż rynek tego oczekuje, co wywoła fale wyprzedaży dolara amerykańskiego. Oczywiście to tylko jeden ze scenariusz. Wszystko okaże się jasne już 14 grudnia.
Gdy debiutowały na polskim rynku kilka lat temu, stanowiły raczej ciekawe uzupełnienie portfolio producentów złotego trunku niż jego nieodłączny element. Dziś piwa niskoalkoholowe i bezalkoholowe to kategoria, która notuje dwucyfrową dynamikę wzrostu rok do roku. Według firmy badawczej Nielsen, piwa o niskiej zwartości alkoholu i piwa „zero procent” pod względem wartości sprzedaży (6,2 proc.) wyprzedziły piwa niepasteryzowane (4,8 proc.) oraz piwne specjalności (4,6 proc.). Rozwojowi kategorii sprzyja rozkwit piwnej kultury, moda na aktywny styl życia, a także trendy konsumenckie, zgodnie z którymi o wyborze piwa decyduje przede wszystkim jego smak, a nie zawartość alkoholu.
Według Nielsen Polska, co druga złotówka wydawana przez Polaków na alkohol przypada na piwo. Jest ono konsumenckim faworytem nie tylko wśród trunków procentowych, ale też najważniejszą kategorią napojową wartą ponad 15 mld złotych. Choć statystyczny polski piwosz to zwolennik piwnej klasyki w postaci lagera, w jego koszyku obok „jasnego pełnego” coraz częściej lądują piwa specjalne, do których należą m.in. niskoalkoholowe piwa smakowe (beer-mixy i radlery) oraz piwa bezalkoholowe. Zainteresowanie polskich konsumentów piwami lekkimi i bezalkoholowymi sprawiło, że między 2009 a 2015 r. zdołały one zwiększyć swój udział w rynku o 60 proc. Odbyło się to głównie kosztem piw mocnych, które w tym czasie najbardziej straciły na popularności.
Piwny rynek nabiera lekkości
Nielsen podaje, że od września 2015 r. do sierpnia 2016 r. na piwa bez alkoholu lub z niską jego zawartością konsumenci złotego trunku wydali łącznie blisko miliard złotych. Podczas gdy dynamika wolumenu dla całej kategorii w tym czasie wyniosła 2 proc., sprzedaż piwa o niskiej zawartości alkoholu (do 2,5 proc.) odnotowała 17-procentowy wzrost. Równocześnie sprzedaż piw bezalkoholowych poszybowała w górę o blisko 55 proc. Wg Nielsena rynek piw „zero procent” jest wart już 138 mln zł. – Rosnącapopularność piw niskoalkoholowych i bezalkoholowych to z jednej strony efekt obserwowanego od pewnego czasu trendu odchodzenia konsumentów od mocnych trunków, a z drugiej – wynik coraz większego zainteresowania Polaków aktywnym stylem życia, którego częścią jest umiarkowana konsumpcja alkoholu – mówi Danuta Gut, Dyrektor Biura Zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie. Oferując piwa bez alkoholu lub z niską jego zawartością, browarnicy odpowiadają na potrzeby tych konsumentów, którzy do tej pory nie mogli lub nie chcieli sięgać po standardowe piwo. – Piwo w wariancie „zero procent” pozwala połączyć przyjemność płynącą z degustacji chmielowego trunku z dbaniem o dobre samopoczucie i zachowaniem aktywności przez cały dzień. To ważne szczególnie dla osób, które z powodów zawodowych nie mogą pozwolić sobie na spadek formy np. kierowców albo osób uprawiających sport – podkreśla dyrektor Gut.
Smak ważniejszy niż „procenty”
W umacnianiu rynkowej pozycji piw nisko- i bezalkoholowych kluczową rolę odgrywają aktualne trendy konsumenckie. Z badania przeprowadzonego przez GfK Polonia wynika, że dla ponad połowy piwoszy (56 proc.) najważniejszym kryterium decydującym o wyborze chmielowego trunku jest jego smak. Drugorzędne znaczenie mają marka (38 proc.) czy gatunek (21 proc.). Zaledwie co 9. badany (11 proc.) sięga po piwo ze względu na zawartość alkoholu. – Preferencje piwoszy są dla producentów swego rodzaju kompasem wskazującym kierunek rozwoju kategorii – mówi dyrektor Gut. – Piwo, jak żadna inna kategoria napojów, może występować w postaci alkoholowej i bezalkoholowej, co stanowi o jego wyjątkowości. Zainteresowanie, jakim cieszą się wśród konsumentów piwa o niższej zawartości alkoholu i bezalkoholowe, to dla piwowarów znak, że warto w nie inwestować i w tym kierunku rozbudowywać portfolio – dodaje.
Warszawa jest miastem z największą liczbą centrów BPO/SSC w Polsce i drugim, po Krakowie, pod względem zatrudnienia w tym sektorze. Stolica przeżywa obecnie drugą młodość jako preferowana lokalizacja na centra operacyjne. W tegorocznym rankingu Tholons Warszawa zajmuje 25. miejsce, co oznacza awans aż o 5 pozycji w stosunku do roku 2015.
Według danych Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych warszawski rynek BPO/SSC to obecnie 36 664 pracowników i 160 centrów usług wspólnych. Średnia liczba osób zatrudnionych w jednym centrum w stoilcy to 231 osób, podczas gdy w Krakowie wskaźnik ten wynosi 374. Jest to jeden z czynników stanowiących o wyjątkowości warszawskiego rynku BPO/SSC na tle innych lokalizacji.
Jak podkreślają eksperci Randstad, mniejsze rozmiary centrów w Warszawie sprawiają, że wtapiają się one w krajobraz stołecznych biur i biurowców, nie tworząc wyróżniających się na tle miasta enklaw. Sprawia to, że sektor BPO/SSC w Warszawie uchronił się przez stereotypem miejsca pracy o charakterze nieskomplikowanych, powtarzalnym i mało rozwojowym. Pozytywnemu postrzeganiu sektora usług biznesowych w stolicy sprzyja, większa niż w innych miastach, możliwość przepływu pracowników z części operacyjnych firm do części usługowych i na odwrót.
Powyższe czynniki wraz z rozwiniętym zapleczem akademickim sprawiają, że dostępność kadr jest tutaj największa w kraju. Mimo to koszty wynagrodzeń nadal należą do najwyższych w Polsce, co może wpłynąć negatywnie na kalkulacje opłacalności stworzenia centrum usług w stolicy.
O Warszawie mówi się często jako o lokalizacji drogiej. Tymczasem coraz więcej firm bierze pod uwagę nie tylko koszty zatrudnienia, ale także rotacji pracowników, a ta jest w Warszawie niższa niż w innych miastach. Inwestorzy doceniają również dostęp do silnej bazy studentów i absolwentów uczelni wyższych o różnych profilach oraz do obcokrajowców – mówi Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio – Od pewnego czasu mówimy o „drugiej młodości” Warszawy jako lokalizacji biznesowej, ponieważ znów coraz częściej pojawia się ona w zapytaniach zagranicznych inwestorów. Obecnie stolica jest siedzibą zagranicznych firm przede wszystkim z USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Skandynawii. Rośnie również zainteresowanie Warszawą inwestorów ze Szwajcarii, co podkreślane było podczas zeszłotygodniowego spotkania Outsourcing Breakfast zorganizowanego przez Fundację Pro Progressio.
W panelu dyskusyjnym na temat rozwoju sektora BPO/SSC w Warszawie, który odbył się w ubiegłym tygodniu na Stadionie Narodowym, udział wzięli Agnieszka Pałac z Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, Joanna Mroczek z CBRE, Wojciech Bartz reprezentujący Page Personnel oraz Marek Ozimek z Grupy Nowy Styl.
Na starcie tygodnia rewelacje dotyczące rynku ropy naftowej przyćmiewają pozostałe segmenty rynku finansowego. Więcej państw zgadza się na ograniczenie wydobycia, co podnosi ceny, ale też oczekiwania inflacyjne, więc rentowności amerykańskich obligacji wspierają USD, zanim jeszcze dotarliśmy do posiedzenia FOMC. Dla złotego jest to mieszany zestaw.
Ceny WTI i Brent skoczyły na otwarciu o ok. 5 proc., gdyż inwestorzy pokładają wielkie nadzieje na usunięcie nadpodaży z globalnego rynku ropy z pomocą nowego porozumienia. W sobotę państwa wydobywające ropę nienależące do OPEC uzgodniły ograniczenie wydobycia o 558 tys. baryłek/dzień. Jest to mniej od spekulowanych, ale razem z listopadowym porozumieniem OPEC jest to pierwsze wspólne stanowisko od 2001 r. Bycze nastroje względem ropy podkręcił minister ds. ropy Arabii Saudyjskiej, który po weekendowym spotkaniu powiedział, że kraj jest gotów ograniczyć wydobycie bardziej niż już uzgodnił na listopadowym szczycie OPEC (cięcie o 486 tys. w ramach redukcji wydobycia kartelu o 1,2 mln). Arabia Saudyjska musi być naprawdę zadowolona ze wszystkich ostatnich ustaleń, jeśli dorzuca taki bonus i prawdopodobnie liczy na stabilizację cen ropy na wyższym pułapie.
Wprawdzie wyższe ceny skuszą nafciarzy z USA do zwiększenia wydobycia (więksi producenci, którzy nie brali udziału w porozumieniu: USA, Chiny, Kanada, Brazylia, Norwegia), ale miną miesiące nim wydobycie z łupków nabierze tempa (nawet z aprobatą prezydenta Trumpa). Większym zagrożeniem jest dotrzymywanie słowa przez sygnatariuszy porozumień. Historia uczy, że nie można do końca wierzyć OPEC, ale ponieważ redukcje wchodzą od nowego roku, a pierwsze dane o realizowanych poziomach wydobycia pojawią się dopiero pod koniec stycznia, na razie rewizje w dół prognoz globalnej nadpodaży surowca będą kierować oczekiwaniami.
Dla rynku walutowego postanowienia wśród naftowych producentów są przede wszystkim pozytywnym kopem dla CAD, NOK i RUB, ale w drugim rzucie sięgają dalej. Wyższe ceny ropy ciągną w górę oczekiwania inflacyjne, a za nimi rentowności obligacji skarbowych. Rentowności amerykańskich 10-latek przebiły 2,51 proc. i są najwyżej od października 2014 r., sugerując rosnące szanse na agresywniejszą politykę Fed w przyszłym roku. USD/JPY kontynuuje marsz w stronę 116, ale na pozostałych crossach przewaga dolara nieco ginie między dyskontowaniem wzrostu apetytu na ryzyko a wyczekiwaniem środowej decyzji Fed. Dla nas rezerwa inwestorów jest zrozumiała, gdyż po Fed spodziewamy się, że podwyżka stóp procentowych o 25 pb będzie okraszona dość zachowawczym komunikatem z sugestią tylko dwóch podwyżek w przyszłym roku. Zakładany przekaz spełnia jedynie minimum jastrzębich oczekiwań rynku, co może grozić przejściową „sprzedażą faktów” i osłabieniem USD. Potem tańszy dolar szybko znajdzie chętnych, biorąc pod uwagę wyróżniające się fundamenty, ale środa może być burzliwa.
W kalendarzu na dziś została jedynie inflacja CPI z Polski. Oczekujemy potwierdzenia pierwszego nieujemnego odczytu od czerwca 2014 r. głównie za sprawą wygaśnięcia niekorzystnej bazy dla cen energii. Dla złotego będzie to prawie żaden powód do zwiększenia zmienności, a tło zewnętrzne wysyła mieszane sygnały. Wyższa ropa i wzrost apetytu a ryzyko na rynkach wspiera umocnienie, ale skok rentowności obligacji USA może za sobą pociągnąć oprocentowanie polskich papierów, a to był główny powód słabości PLN w listopadzie. Ogólnie jednak nasz pogląd w stosunku do stanowiska Fed powinien osłabić ten drugi czynnik i przed końcem roku EUR/PLN zahaczy przynajmniej o 4,40.
Najbardziej gorącym rynkiem 2015 r. była Jamajka. W tym roku hitem są również kraje Ameryki Łacińskiej. Polscy inwestorzy też mogą korzystać z owoców hossy na zagranicznych giełdach.
Jamajka przeciętnemu Polakowi kojarzy się ze słońcem, najlepszą na świecie kawą i innymi używkami, ale raczej nie z giełdą. Tymczasem w ubiegłym roku tamtejszy rynek kapitałowy odnotował 93 proc. wzrostu i był to najlepszy wynik na świecie. Wygląda na to, że w 2016 r. jamajski rekord zostanie pobity, a pretendentami jest co najmniej kilka rynków.
Karnawał na giełdzie
Na koniec pierwszego tygodnia grudnia indeks IBVC giełdy w Caracas, w Wenezueli urósł już o ponad 150 proc. (YTD). Zresztą cała Ameryka Południowa to tegoroczny hit inwestorów. Brazylijska Bovespa powiększyła wartość o prawie 40 proc., a główny wskaźnik giełdowy w Buenos Aires, w sąsiedniej Argentynie jest już ponad 47 proc. powyżej styczniowego otwarcia. Nieco słabiej radził sobie chilijski parkiet, ale i tu wzrosty są kilkunastoprocentowe (prawie 15 proc. na koniec pierwszego tygodnia grudnia 2016). W niewielkiej Kostaryce inwestorzy liczą zyski oscylujące wokół 30 proc.
Zielone wyspy
Jeśli spojrzeć na giełdową mapę świata to większość rynków świeci się mocną czerwienią. Przez większość roku wśród nich była również Polska. Zielonych wysp jest niestety bardzo mało i zlokalizowane są w dość egzotycznych miejscach, ale oferują ponadprzeciętne stopy zwrotu. Np. egipski EGX osiągnął od styczniowego otwarcia wartość wyższą o ok 61 proc., ale bywały momenty kiedy wzrost był jeszcze o kilkanaście p.p. wyższy. KASE w Kazachstanie urósł już 60 proc. Za najlepszy, najbardziej perspektywiczny rynek azjatycki agencja Bloomberg uznała w październiku Pakistan, który notował wtedy wzrost YTD o 36 proc. Na koniec pierwszego tygodnia wzrost ten był jeszcze o ponad 2 p.p. wyższy.
Kierunek – zagranica
Nasz warszawski parkiet na tym tle wypada bardzo słabo. Po ostatnim wzroście na koniec pierwszego tygodnia grudnia WIG wypracował dla inwestorów w ujęciu YTD 9,5 proc. Indeks blue chipów WIG20 był długo pod kreską i na koniec pierwszego tygodnia grudnia wypracował ledwie 2,56 proc. Dobrze radzi sobie tylko WIG40, skupiający średnie firmy. Od stycznia indeks urósł o ponad 18,5 proc.
To jednak niewiele nie tylko w porównaniu do najbardziej rozgrzanych rynków na świecie, bo również w zestawieniu z lokalnymi giełdami Warszawa jest daleko w tyle. Doskonale w tym roku radzi sobie węgierski BUX (+27,5 proc. YTD), oraz parkiety w krajach regionu, głównie w Bułgarii (+26,7 proc. YTD), czy na Litwie (+15,3 proc. YTD).
Korzystaj z globalnych okazji
Wzrosty na zagranicznych rynkach mogą sfrustrować nawet najbardziej odpornych inwestorów warszawskiej giełdy. Tyle, że nie są oni skazani tylko na rodzimy parkiet. Krajowy inwestor może z powodzeniem inwestować na obcych rynkach na własną rękę albo za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych, ponieważ samodzielne działanie na egzotycznych parkietach to jednak spore wyzwanie.
Nie trzeba otwierać rachunku maklerskiego w Brazylii, żeby zbierać owoce hossy na amerykańskich rynkach. Wystarczy zainwestować w jednostki TFI. Dla przykładu Investor Ameryka Łacińska oraz NN Ameryki Łacińskiej wzrosły w tym roku (YTD) odpowiednio o ponad 24 i prawie 23 proc. Kto zaryzykował i ulokował swoje pieniądze w Rosji również ma powody do zadowolenia: fundusze Quercus Rosja oraz Investors Rosja osiągnęły stopy zwrotu na poziomie prawie 44 proc.
Oczywiście nie wszędzie było tak dobrze. Tegorocznym spadkom indeksu Nikkei towarzyszą słabsze wyniki funduszy rynku japońskiego (NN Japonia blisko -8 proc.)
Duże różnice pomiędzy krajowymi i globalnymi funduszami są także widoczne na rynku długu. Najlepsze globalne fundusze obligacji (w tym obligacji korporacyjnych) mogą pochwalić się dwucyfrową stopą zwrotu (NN Globalny Długu Korporacyjnego +14,7 proc.). W tym czasie najlepsze polskie fundusze obligacyjne wypracowały zysk w granicach 2 proc.
Krajowi inwestorzy mogli też korzystać z tegorocznych wzrostów na rynku surowców, przede wszystkim złota. W Polsce działają głównie fundusze, które inwestują w akcje spółek zajmujących się wydobyciem, przetwórstwem i sprzedażą tego kruszcu. Od początku roku wypracowały one stopę zwrotu na poziomie około 15 proc.
Inwestycyjne okazje
Na rynkach zagranicznych dostępne są także instrumenty, których nie można nabyć na rynku krajowym, na przykład REIT-y, a więc wyspecjalizowane fundusze inwestujące na rynku nieruchomości. Lokują one swoje aktywa bezpośrednio lub pośrednio w powierzchnie biurowe, centra handlowe, powierzchnie magazynowo-logistyczne, apartamenty mieszkalne, itp. Konstrukcje tego typu, bardzo popularne w Stanach Zjednoczonych, od kilku lat dynamicznie rozwijają się także w krajach Europy Zachodniej, a także na Litwie czy na Węgrzech.
Generalnie zagraniczne rynki finansowe są znacznie bardziej rozwinięte niż nasz rynek, oferując dostęp nie tylko do większej liczby spółek (w tym globalnych koncernów), ale także większej liczby instrumentów finansowych (akcje, obligacje korporacyjne i rządowe, ETF-y, REIT-y, aktywa oparte na surowcach, krótka sprzedaż itp.). Są to także rynki bardziej płynne, a niska płynność bywa problemem w odniesieniu do części mniejszych spółek notowanych na naszej giełdzie. Inwestowanie za granicą daje szansę na większą dywersyfikację portfela, ograniczenie ryzyka i wykorzystanie większej liczby okazji inwestycyjnych. Przegląd sytuacji na światowych rynkach zarysowany wyżej pokazuje, jak różne jest zachowanie indeksów w poszczególnych krajach. Hossie na jednych rynkach towarzyszą spadki na innych.
Jacek Szwajcowski- założyciel i Prezes Zarządu spółki Pelion S.A.
Pelion SA, największa polska firma z sektora ochrony zdrowia, zdecydowanie protestuje przeciwko projektowi nowelizacji ustawy Prawo Farmaceutyczne, która radykalnie zmienia reguły otwierania aptek w Polsce. Według projektu możliwość założenia apteki będzie miał wyłącznie farmaceuta, który będzie mógł prowadzić nie więcej niż cztery punkty. W projekcie pojawia się ograniczenie w postaci kryterium geograficznego i demograficznego, przez co odległość pomiędzy konkurującymi placówkami będzie musiała wynosić minimum 500 metrów. W praktyce oznacza to zakaz jakiegokolwiek rozwoju sieci aptecznych, co zwiększy dominację zagranicznych producentów leków i spowoduje wzrost cen leków dla pacjentów.
– Projekt, który trafił do Marszałka Sejmu będzie miał tragiczny w skutkach wpływ na rynek farmaceutyczny w Polsce, który zgodnie z Planem na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju miał być jednym ze strategicznych sektorów rozwoju polskiej gospodarki – powiedział Jacek Szwajcowski, Prezes Zarządu Pelion SA. – Proponowane ograniczenia geograficzne i demograficzne sprawią, że w żadnym wojewódzkim mieście nie będzie mogła powstać ani jedna nowa apteka. Nowe przepisy wyhamują rozwój polskiej przedsiębiorczości, zmonopolizują lokalny rynek aptekarski, a także zwiększą dominację zachodnich koncernów farmaceutycznych, które będą dyktować warunki finansowe małym podmiotom. Ale przede wszystkim spowodują wzrost cen leków, co najbardziej odbije się na pacjentach – dodał Jacek Szwajcowski.
Nowelizacja Ustawy prawo farmaceutyczne radykalnie zmieni obecne zasady funkcjonowanie rynku dystrybucji leków w Polsce, który w 96% jest w rękach polskich firm. Aptekę będzie mógł prowadzić wyłącznie farmaceuta, który będzie właścicielem maksymalnie czterech placówek, a jedna apteka będzie przypadać na 3 tys. osób. Pomiędzy poszczególnymi punktami miałaby być zachowana odległość co najmniej 500 metrów.
Zezwolenie na prowadzenie apteki wydawane jest w odniesieniu do konkretnie wskazanego lokalu. Jeśli nowe przepisy wejdą w życie, obecnych właścicieli czekają duże utrudnienia w prowadzeniu biznesu np. właściciel lokalu będzie mógł podnieść czynsz najmu nawet o 100%. Zmiana adresu wiąże się z koniecznością uzyskania nowego pozwolenia, którego, po zmianie prawa, właściciel posiadający więcej niż 4 apteki nie otrzyma.
Dodatkowo, zostanie całkowicie wstrzymany rozwój sieci aptecznych, które w zdecydowanej większości należą do polskich przedsiębiorców. Dotyczy to również należącej do Peliona sieci DOZ Aptek.
Zasada „apteka dla farmaceuty” pociągnie za sobą serię niesprawiedliwych wywłaszczeń. Trzeba liczyć się z tym, że tysiące młodych farmaceutów straci pracę, a absolwenci farmacji nie będą mogli znaleźć zatrudnienia po studiach. Projekt powstał bez jakichkolwiek wiarygodnych i aktualnych analiz, a także konsultacji eksperckich i społecznych, niezbędnych przy wprowadzaniu zmian, które będą miały wpływ na całe polskie społeczeństwo – dodaje Jacek Szwajcowski, Prezes Zarządu Pelion SA.
Najbliższe losy złotego, podobnie jak wielu innych walut, uzależnione są od wyników środowego posiedzenia amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed). To właśnie podjęte wówczas decyzje i wysłane wskazówki na przyszłość zdecydują o tym, czy polska waluta będzie się osłabiać w końcówce roku, czy może jednak będzie mocniejszy?
Po bardzo dynamicznym poprzednim tygodniu, gdy złoty najpierw mocno zyskiwał na wartości, odreagowują wcześniejszą przecenę, żeby następnie w jego końcówce ponownie zacząć tracić, początek obecnego przynosi jego umiarkowane wahania. O godzinie 09:30 kurs EUR/PLN testował poziom 4,4530 zł, GBP/PLN 5,3065 zł, USD/PLN 4,2115 zł, a CHF/PLN 4,1375 zł. W dwóch pierwszych przypadkach oznacza to niewielkie osłabienie złotego, podczas gdy w dwóch pozostałych równie niewielkie jego umocnienie.
Poniedziałek, wobec braku ważnych publikacji makroekonomicznych i innych wydarzeń mogących nadać rynkom nowej dynamiki, a także przy zakładanej korekcie czwartkowo-piątkowego silnego spadku EUR/USD, może przynieść niewielkie umocnienie polskiej waluty. Skalę wahań będzie jednak ograniczało oczekiwanie na środową decyzję Fed.
Posiedzenie Fed jest głównym wydarzeniem rozpoczynającego się tygodnia i obok zeszłotygodniowego posiedzenia ECB najważniejszym wydarzeniem grudnia na rynkach finansowych. Powszechnie się oczekuje, że stopy procentowe w USA wzrosną o 25 punktów bazowych. Będzie to pierwsza ich zmiana od grudnia 2015 roku, gdy Fed rozpoczął cykl zaostrzenia polityki monetarnej. Taka decyzja w dużej mierze jest już zdyskontowana przez rynek walutowy. W cenach nie ma natomiast jeszcze oczekiwanych 3 podwyżek stóp w USA w 2017 roku. Stąd też wyniki posiedzenia Fed będą analizowane właśnie w kontekście przyszłorocznych zmian stóp. I to od potwierdzenia lub zanegowania powyższych oczekiwań będzie zależało, czy złoty w końcówce roku spróbuje odrobić straty? Czy wręcz przeciwnie, jeszcze mocniej się osłabi?
Przyjmując, że rynkowe prognozy co do polityki monetarnej w USA w 2017 roku zostaną potwierdzone w środę przez Fed, to w dłuższym horyzoncie czasu perspektywa dalszego zaostrzenia polityki monetarnej będzie dalej wspierać dolara, podnosić rentowności długu i drenować kapitał z rynków wschodzących. Przekładają to na notowania złotego, trzeba się liczyć z tym, że przynajmniej pierwsza połowa 2017 roku upłynie pod znakiem utrzymującej się słabości polskiej waluty.
Dziś o godzinie 14:00 Główny Urząd Statystyczny opublikuje listopadowe dane o inflacji konsumenckiej (CPI) w Polsce. Wstępny szacunek tych danych (tzw. flash) mówił o wzroście do 0,0% w relacji rocznej z poziomu -0,1% R/R w październiku. Nie jest jednak wykluczone, że wynik będzie nieco wyższy. Będzie to mieć jednak tylko symboliczny wymiar i nie znajdzie większego przełożenia na notowania złotego. Nawet pomimo tego, że najbliższe miesiące z dużym prawdopodobieństwem przyniosą mocny wyskok inflacji, za czym przemawia niska baza z zeszłego roku, słaby złoty i obserwowany wzrost cen paliw. W dalszym ciągu jednak to oczekiwane przyspieszenie inflacji na początku 2017 roku należy traktować jako przejściowe, a szanse na jej szybki powrót do celu, gdy polska gospodarka zwalania, iluzoryczne.
Raport o inflacji nie będzie jedynym jaki w tym tygodniu napłynie z rodzimej gospodarki. Jutro inwestorzy poznają dane o inflacji bazowej (prognoza: -0,1% R/R). W środę bilans płatniczy za październik (prognoza: -730 mln EUR). Tydzień zaś zamknie piątkowa publikacja danych o listopadowych wynagrodzeniach (prognoza: 3,9% R/R) i zatrudnieniu (prognoza: 3,0% R/R). Jednak również te „figury” nie znajdą większego przełożenia na notowania złotego, który od początku do końca pozostanie pod głównym wpływem sygnałów płynących z Fedu i sytuacji na rynkach globalnych. Czynniki krajowe mogą nabrać znaczenia dopiero w przyszłym tygodniu, gdy zostaną opublikowane dane m.in. o produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i bezrobociu.
Podsumowując, w poniedziałek można oczekiwać niewielkich wahań złotego. O tym na jakich poziomach ten tydzień zakończą polskie pary zdecydują już sygnały z Fed. Zakładam, że będą to sygnały jastrzębie. Stąd też podtrzymuję swoją dotychczasową prognozę, że na koniec grudnia za euro trzeba będzie zapłacić 4,45 zł, dolar podrożeje do 4,28 zł, a szwajcarski frank będzie kosztował 4,17 zł.
Kupować prezenty w zatłoczonych centrach handlowych czy w wygodnym fotelu? Polacy coraz chętniej korzystają z Internetu podczas robienia świątecznych upominków. Respondenci, którzy wzięli udział w badaniu firmy doradczej Deloitte „Zakupy Świąteczne 2016” zadeklarowali, że 37 proc. budżetu przeznaczonego na prezenty pozostawią w sklepach internetowych, a ponad jedna trzecia respondentów nie planuje w ogóle ich kupować w sklepach tradycyjnych. Już co dziesiąty badany deklaruje, że transakcji dokona również za pośrednictwem smartfona lub tabletu. Podczas zakupów e-commerce szukamy przede wszystkim sprzętu elektronicznego, gier oraz filmów. W sklepach tradycyjnych wciąż jednak wolimy kupować kosmetyki i perfumy.
Uczestnicy międzynarodowego badania, w którym wzięło udział dziewięć europejskich krajów, byli pytani o wagę internetowych zakupów w ich tegorocznym świątecznym koszyku. W tym roku na prezenty planujemy wydać średnio 490 zł.
Analiza Deloitte pokazała, że aż 37 proc. budżetu przeznaczonego na prezenty zostawimy w tym roku w sklepach internetowych. „To drugi najwyższy wynik spośród badanych krajów. Wyższy odsetek, bo aż 48 proc. uzyskały jedynie Niemcy. To oznacza, że każdy z nas średnio za prezenty zakupione w sieci zapłaci 42 euro” – mówi Wojciech Górniak, Dyrektor w Deloitte Digital. Jednocześnie jak pokazuje badanie Deloitte aż 34 proc. respondentów deklaruje, że w ogóle nie kupi prezentów w sklepach stacjonarnych. To najwyższy wskaźnik spośród badanych krajów. Wynik ten odzwierciedla wzrost na polskim rynku znaczenia e-commerce, którego wartość – według prognoz – podwoi się w przeciągu najbliższych pięciu lat.
W Polsce, tak jak w większości krajów europejskich, Internet jest najpopularniejszym sposobem na szukanie inspiracji prezentowych. Dwóch na trzech ankietowanych właśnie w sieci będzie chciało znaleźć w tym roku pomysły na upominki dla najbliższych. Polacy prawie dwa razy rzadziej niż przeciętni Europejczycy deklarują, że będą szukać informacji o prezentach bezpośrednio w sklepach internetowych. „Można więc wnioskować, że najpierw używamy niezmiennie najpopularniejszych sposobów, takich jak wyszukiwarki i porównywarki cenowe, na które wskazało odpowiednio 50 i 41 proc. ankietowanych, a do sklepu trafiamy, kiedy mamy już konkretny pomysł, co chcemy kupić” – mówi Wojciech Górniak.
Znacznie częściej niż respondenci w pozostałych badanych krajach Polacy szukają ofert na stronach z kuponami i zniżkami. Częściej od nas robią to tylko Rosjanie i Belgowie. Poszukujemy tam głównie ofert na prezenty do domu, zestawy prezentowe i karty upominkowe. Na tych stronach najmniej popularne były wyszukiwania książek i filmów.
Polacy, podobnie jak mieszkańcy pozostałych badanych krajów, używają social media nie tylko jako platformy do kontaktu ze znajomymi, ale również jako wyszukiwarki. Wskazało na nie 19 proc. ankietowanych. Jeśli planujemy obdarować naszych bliskich grami, muzyką czy filmami, korzystamy właśnie z mediów społecznościowych, aby dowiedzieć się, co chcieliby dostać pod choinkę.
Czerpanie informacji z newsletterów i reklam otrzymywanych na skrzynkę email jest w Polsce tak samo popularne jak szukanie takich informacji w social media. W naszych skrzynkach szukamy przede wszystkim informacji i ofert dotyczących turystki, zniżek w restauracjach czy biletów na wydarzenia kulturalne.
Stosunkowo mało popularne jest za to wyszukiwanie informacji na blogach i forach. Mamy jednak do tych źródeł zaufanie i kiedy potrzebujemy bardziej wnikliwej opinii, sięgamy także po nie. To może tłumaczyć dużą popularność blogów i forów, gdy potrzebujemy informacji na temat nowoczesnych technologii, których zakup wiąże się przeważnie z większym wydatkiem i bardziej przemyślaną decyzją.
Bartek Bobczyński, Account Director w Deloitte Digital
Osiemnaście procent Polaków pytanych, co zrobią, jeśli prezentu nie znajdą w sklepie tradycyjnym, odpowiedziało, że poszuka go w Internecie. Pod tym względem Polska osiągnęła trzeci wynik wśród analizowanych państw. W przypadku Włoch było to 24 proc., a Niemiec 20 proc. Z kolei 52 proc. będzie szukać w takiej sytuacji prezentu w innym sklepie stacjonarnym, co jest najniższym wynikiem wśród przebadanych państw. Równie wierni są klienci sklepów internetowych. Aż 55 proc. z nich odpowiedziało, że w sytuacji, gdy nie znajdą produktu, którego szukają, nie zmienią kanału sprzedaży na ten offline. Jak jednak zaznaczają eksperci Deloitte zachowania klientów są dużo bardziej skomplikowane i zależą od wielu czynników, jak choćby tego jakiego rodzaju prezentu poszukujemy. „Badania Gemius wskazują, że połowa konsumentów kupujących w sklepach tradycyjnych sprzęt elektroniczny, poprzedza swoją decyzję sprawdzeniem informacji na temat produktów w Internecie. Natomiast w przypadku kosmetyków, znajdujących się na pierwszym miejscu w kategorii najczęściej kupowanych prezentów, mamy często do czynienia z efektem odwrotnym. Konsumenci chcą dotknąć, sprawdzić i przetestować produkt osobiście, by następnie dokonać zakupu w kanałach online”– mówi Bartek Bobczyński, Account Director w Deloitte Digital.
Do zakupów online najbardziej przekonuje nas dowolność pory, w której możemy je robić (79 proc.), jak również dostawa do domu (75 proc.). Z kolei za największą zaletę zakupów tradycyjnych uważamy możliwość uzyskania fachowej porady od sprzedawcy (81 proc.), to że swoje zakupy otrzymujemy do ręki (80 proc.) oraz ochrona danych osobowych (78 proc.).
Należy pamiętać, że coraz częściej zakupów internetowych dokonujemy nie tylko za pośrednictwem komputera czy laptopa, ale również smartfonu lub tabletu. Ze świątecznego badania Deloitte wynika, że za ich pośrednictwem najczęściej Polacy poszukują gier wideo, prezentów związanych z hobby i czasem wolnym, filmów oraz nowoczesnych technologii. Z tego kanału w czasie tegorocznych zakupów świątecznych chce skorzystać 10 proc. respondentów. Dla porównania komputer wymieniło cztery razy więcej ankietowanych.
Z kolei badania Deloitte w USA pokazały, że niemal 80 proc. posiadaczy smartfonów wykorzysta swoje urządzenia do zakupów świątecznych, traktując je jako swoistego asystenta zakupowego. Aż 61 proc. osób w tej grupie sprawdzi lokalizację sklepów tradycyjnych, podczas gdy 57 proc. wykorzysta swój telefon do zweryfikowania ceny oraz zapoznania się z opinią na temat produktu. „Widać wyraźnie, że jeżeli marki chcą sprzedać swoje produkty, muszą towarzyszyć konsumentowi i walczyć o niego w toku całej ścieżki zakupowej, niezależnie od wybranego przez niego kanału sprzedażowego” – mówi Bartek Bobczyński.
Posiedzenie FED-u jest najbardziej wyczekiwanym dla rynków wydarzeniem tego roku. Redukcja wydobycia ropy nie tylko w OPEC. Kolejna agencja utrzymuje notę Polski.
W oczekiwaniu na decyzję FED
Grudniowe posiedzenie FED jest prawdopodobnie najbardziej wyczekiwanym posiedzeniem banku centralnego w tym roku. Powodem jest wyczekiwanie w sprawie podwyżek stóp w USA. O ile inwestorzy są zgodni co do tego, że stopy wzrosną o 0,25%, o tyle pod znakiem zapytania jest treść komunikatu towarzyszącemu decyzji. To z niego ma wynikać nastawienie FED do dalszej normalizacji polityki stóp procentowych. Sama decyzja nie powinna mieć większego wpływu na waluty. Ważna będzie konferencja prasowa. Jeżeli prognozy będą mówić o poprawiającej się sytuacji i zakładać dalszy wzrost stóp procentowych w 2017 roku należy spodziewać się umacniania dolara. Gdyby zapowiedź mówiła o wstrzymaniu serii podwyżek można spodziewać się osłabiania dolara.
Redukcja wydobycia
Doszło do porozumienia wśród producentów ropy naftowej. Do krajów OPEC przyłączyli się z redukcją wydobycia inni znaczący producenci surowca. Najważniejsza wydaje się deklaracja Rosji, która ma ograniczyć wydobycie aż o 300 tysięcy baryłek. Jak zauważają analitycy ze względu na brak inwestycji w rosyjskie złoża wydobycie w 2017 roku i tak powinno spaść. Jak zareagowały ceny? Czarne złoto podskoczyło o ponad 5%. Bariera 50 dolarów za baryłkę została wyraźnie przekroczona a cena zbliża się już do kolejnej bariery 60 dolarów za baryłkę. Podobnie jak przy poprzednich takich ruchach na wartości zyskał rubel. W ciągu miesiąca rosyjska waluta zdrożała o 0,75 grosza. Warto pamiętać, że obecnie kosztuje 0,0690 zł zatem podrożała o ponad 10%.
Agencja ratingowa utrzymała ocenę Polski
Tak zwana czwarta agencja – DBRS – utrzymała rating Polski na poziomie A oraz ocenę negatywną. Określenie jej jako czwartej nawiązuje do prymatu jaki na rynku mają S&P, Moody’s i Fitch. Ich pozycja nie jest tak silna jak przed kryzysem i powoli rynki biorą pod uwagę również konkurentów. Komunikat ten nie wpłynął na złotego, w przypadku naszej waluty inwestorzy wciąż czekają na decyzję FED-u.
Dzisiaj warto obserwować doniesienia z Włoch gdzie misję tworzenia rządu otrzymał obecny szef dyplomacji. W kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Polska – inflacja konsumencka,
20:00 – USA – budżet USA.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Dla konsumentów wyprzedaże wyraźnie spowszedniały, z kolei noce zakupów nie mają już takiej siły przyciągania. Teraz liczą się akcje jednodniowe. Po tegorocznym tzw. Czarnym Piątku, centra handlowe zauważają, że synergia różnych kanałów komunikacji, zasięgowych jak również cyfrowych, przynosi maksymalizację sprzedaży.
W USA Black Friday 2016 był pierwszym dniem w historii m-commerce, w którym przychody z kanału mobilnego przekroczyły okrągły miliard dolarów. Zakupy offline również odnotowały tam rekordowe wyniki sprzedaży. Z kolei, w Polsce, wielu specjalistów z branży retail podkreśla, że ostatni tzw. Czarny Piątek był pierwszym eventem pro-sprzedażowym, który udowodnił najemcom, że jednodniowe akcje specjalne są dla nich opłacalne. Ich wnioski zebrali specjaliści z aplikacji mobilnej Qpony.
– Pozyskaliśmy ponad 140 wyjątkowych rabatów. Dzięki zaangażowaniu najemców, Black Friday w naszym centrum trwał cały weekend. Biorąc udział w akcji, sprzedawcy mogli zwiększyć przychody, a przy okazji zaprezentować swój asortyment. W kolejnych latach popularność Czarnego Piątku z pewnością będzie rosła, zarówno wśród wynajmujących lokale, jak i konsumentów – przewiduje Agnieszka Juszkis, dyrektor marketingu Posnanii, centrum handlowego w Poznaniu.
Jak stwierdza, Krzysztof Sajnóg, dyrektor marketingu Blue City w Warszawie, 25 listopada 2016 roku był najlepszym piątkiem w historii centrum handlowego, biorąc pod uwagę liczbę odwiedzających. Jego zdaniem, wyprzedaże wyraźnie konsumentom spowszedniały, z kolei noce zakupów nie mają już takiej siły przyciągania, jak wcześniej. Tymczasem Black Friday jest bardzo modny wśród klientów.
Kanały zasięgowe i digital
Z danych Retail Database, dotyczących akcji specjalnych w polskich centrach handlowych, wynika, że liczba eventów pro-sprzedażowych przygotowanych na tzw. Czarny Piątek wzrosła aż 6-krotnie, w porównaniu z ubiegłym rokiem. Wówczas mniej, niż 10, obiektów szerzej komunikowało Black Friday. Tym razem, marketerzy postawili na inwestycje w tzw. media mix, czyli zespół elementów oddziałujących na rynek. Szczególnie uwzględnili kanały zasięgowe (billboardy, radio) oraz digital.
– Do promowania eventu, oprócz kampanii online u wydawców zewnętrznych, użyliśmy nasze social media, tj. Facebook, Instagram i Snapchat. Dzięki wykorzystaniu tych trzech kanałów, mogliśmy dotrzeć do różnych grup docelowych. Snapy z promocjami obserwowało blisko 2 tys. użytkowników. Kampania banerowa, która linkowała do strony internetowej centrum handlowego, wygenerowała 40% wzrost ruchu, a akcja mobilna z Qpony dotarła do prawie 26 tys. osób w Poznaniu. To właśnie synergia tych wszystkich kanałów składa się na sukces tej akcji – zaznacza Agnieszka Juszkis.
Lubelskie Tarasy Zamkowe również postawiły na wielokanałową komunikację, m.in. poprzez spoty w trzech stacjach radiowych, lokalne portale, mobilną reklamę oraz media społecznościowe. Jak podkreśla Katarzyna Wojciechowska-Wójcik, Center Manager, efektem działań był 100% wzrost footfallu, czyli frekwencji, w stosunku do ubiegłorocznego Black Friday. Jej zdaniem, najemcy wykazali duże zaangażowanie, a klienci docenili szeroką gamę promocji. Ponad 50 sklepów i punktów usługowych przygotowało wówczas specjalne oferty.
Marketing mobilny
– Na tle Polski wyróżniła się m.in. kampania „Black City” przygotowana przez Blue City. Wówczas niektóre sklepy obniżyły ceny aż o prawie połowę. Co więcej, warszawskie centrum postawiło na nowoczesne rozwiązania m-commercial. Na kilka dni przed Black Friday w aplikacji mobilnej można było „potrząsnąć” telefonem i otrzymać bardzo atrakcyjny rabat. Tzw. „shake” to angażujący format reklamy mobilnej, szeroko wykorzystywany w aplikacjach mobilnych. Niemal 10 tys. klientów zaangażowało w tę innowacyjną formę odkrywania zniżek, mającą cechy gamifikacyjne – mówi Krzysztof Sajnóg.
Marcin Lenkiewicz, dyrektor działu Retail w spółce Qpony, zauważa, że konsumenci poszukujący inspiracji zakupowych, coraz częściej przed wizytą w centrum handlowym, sięgają po oferty specjalne, dostępne w Internecie i za pośrednictwem urządzeń mobilnych. Wśród smart shopperów największą popularność mają takie kategorie, jak moda, uroda i elektronika. Przed Black Friday 2016 w rekordowym stopniu poszukiwali rabatów za pomocą telefonów. W porównaniu z 2015 rokiem, odwiedzalność aplikacji wzrosła aż o 160%.
– Jako firma oferująca technologię mobilną, korzystaliśmy również z wysyłek kontekstowych wiadomości push, czyli notyfikacji z treścią rabatową. Najlepszą konwersję, a więc stosunek liczbowy wiadomości otrzymanych do odczytanych, miały powiadomienia wysłane w samym centrum handlowym poprzez nadajniki beacon, kiedy klient był już w tak zwanym „shopping mode”, czyli w miejscu zakupów. Otwieralność tych wiadomości z rabatami sięgała nawet 70% – informuje Marcin Lenkiewicz.
Festiwal wzrostów na amerykańskich giełdach trwał cały ubiegły tydzień. Umocnieniu uległ pod koniec dolar amerykański oraz rynek ropy. Tymczasem ceny metali szlachetnych ponownie pod presją.
Wydarzeniem ubiegłego tygodnia dnia miało być i było posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. Bank pozostawił główną stopę procentową na niezmienionym poziomie. Zaskoczeniem było natomiast ogłoszenie zmniejszenia rozmiarów miesięcznych zakupów obligacji. Od kwietnia 2017 skup zostanie ograniczony do kwoty 60 miliardów euro miesięcznie, z obecnych 80 miliardów. Rynki zareagowały na tę wiadomość wyprzedażą euro i wzrostami na rynku dolara.
Tymczasem zza oceanu napłynęły w czwartek dane z amerykańskiego rynku pracy. Ilość wniosków o zasiłki wyniosła w ostatnim tygodniu 258 000. W tym tygodniu kluczowe będzie posiedzenie Fed- ogłoszenie decyzji będzie miało miejsce w środę o 20:00 naszego czasu. Powszechnie oczekuje się podwyżki stóp procentowych, co powinno przełożyć się na umocnienie dolara. Dziś znaczących danych makro nie będzie.
Wraz z umacnianiem się dolara od wielu tygodni obserwowaliśmy spadki wartości złota. Obecnie na wykresie tego metalu jesteśmy już tylko krok o miejsca, gdzie przecinają się dwie linie kanałów spadkowego i wzrostowego(okolice 1130). Tam też może dojść do odbicia. Wskaźnik RSI jest mocno wyprzedany i tylko czeka na możliwość korekty. Oporem pozostaje 1200 oraz 1235.