Big Data zmienia biznes

W dniach 22-23 listopada 2016 r. w Hotelu Westin w Warszawie odbędzie się V edycja BIG DATA: Think Big CEE Congress. Podczas V edycji wydarzenia przedstawiciele każdego sektora biznesu, administracji rządowej i samorządowej oraz mediów i nauki rozmawiać będą m.in. o smart analytics, programie „Od papierowej do cyfrowej Polski”, zastosowaniu big data do poprawy standardów obsługi klienta, czy ekosystemie IoT.

Podczas BIG DATA: Think Big CEE Congress już po raz 5 zostaną zaprezentowane liczne praktyczne przykłady wdrożeń (case study) z powodzeniem wprowadzone w Polsce m.in poprzez T-mobile, PKO Bank Polski, AbInitio, MDSap Tech czy Główny Urząd Statystyczny. Zagraniczne wdrożenia zaprezentują goście reprezentujący światowych gigantów –  IBM oraz Teradata.

Tegoroczna edycja skupiona została wokół panelu inauguracyjnego oraz 5 Bloków Tematycznych pod opieką Piotra Adamczyka (Work Service), Krzysztofa Szuberta (Ministerstwo Cyfryzacji), Tomasza Motyla (Alior Bank), Renaty Juszkiewicz (Metro Group) oraz Grzegorza Bartlera (Polkomtel). Myśli i doświadczenia a także wnioski z własnych wdrożeń i zastosowań Big Data przedstawiać będą w ramach dyskusji m.in.:

  • Martin Willcox, Director, Big Data Centre Of Excellence, Teradata International
  • Jarosław Mastalerz, Wiceprezes Zarządu ds. Operacji i Informatyki, mBank
  • Guillaume de Colonges, Prezes, Carrefour
  • Michał Możdżonek, Członek Zarządu ZUS nadzorujący Pion IT
  • Krystian Piećko, Członek Zarządu, Chief Technology Officer, Pilab
  • Karl Krycha, Senior Manager Professional Services Advanced Analytics AT/HU, Teradata Austria
  • Stephane Tanter, Dyrektor Generalny, Bank Oney
  • Henryk Mucha, Prezes Zarządu, PGNiG Obrót Detaliczny

Organizatorem wydarzenia jest spółka MMC Polska, która jest wiodącym organizatorem spotkań biznesowych, w szczególności szkoleniowo-konferencyjnych m. in. dla branży telekomunikacyjnej,  energetycznej, finansowej oraz technologicznej.

Sfinks pracuje nad nowa strategia

Sfinks Polska, spółka zarządzająca największą w Polsce siecią restauracji typu casual dining Sphinx oraz sieciami Chłopskie Jadło i WOOK, przygotowuje nową strategię, dzięki której ma efektywniej budować swoją wartość wobec coraz bardziej odczuwalnego w działalności wpływu zmian w otoczeniu gospodarczo-prawnym. Nowa strategia ma zostać opublikowana w I kwartale 2017 r. W związku z tym spółka odwołała strategię na lata 2016-2020 wraz z prognozami.

– W obliczu zmieniających się czynników ekonomicznych i prawnych, które wpływają na naszą działalność, uważamy, że obecna strategia nie jest najbardziej efektywną ścieżką rozwoju dla Sfinksa i wymaga zastosowania zmienionego podejścia. Wskazywaliśmy wcześniej, że zapowiadane przez decydentów zmiany w prawie, dynamiczna sytuacja na rynku pracy i walutowa mają znaczenie dla sytuacji spółki i jej planów. Poza tym korzystnie dla nas zmienia się rynek nieruchomości, co przekłada się na rosnącą podaż lokali, a z kolei relatywnie niski koszt pieniądza umożliwia zmiany w podejściu do finansowania inwestycji. Te przewagi konkurencyjne można lepiej niż dotychczas wykorzystać. Jednocześnie cały czas pracujemy nad rozwojem grupy poprzez przejęcia. Wszystko to są elementy, które powodują, że strategia wymaga ponownej analizy szans i ryzyk, a w efekcie znalezienia optymalnego modelu wykorzystania potencjału spółki – mówi Sylwester Cacek, prezes Sfinks Polska.

Prace nad strategią, jaką spółka zamierza opublikować w przyszłym roku, będą toczyły się z uwzględnieniem kilku założeń. Jednym z nich jest dywersyfikacja oferty poprzez rozwój sieci restauracji oferujących szersze spectrum kuchni świata, pozwalająca na maksymalizację zwrotu z inwestycji i rentowności. Sfinks zamierza też zdywersyfikować ryzyko inwestycyjne poprzez rozwój mniej kapitałochłonnych konceptów, chce również wykorzystać wysoką podaż lokali i niski koszt pieniądza, by budować pozycję na rynku. Jednym z istotnych czynników wzrostu ma być rozwój spółek zależnych, niewymagający istotnego dokapitalizowania spółki Sfinks.

– Uważamy, że rynek stwarza wiele szans, które chcemy jak najlepiej wykorzystać. Jednocześnie przystępując do pracy nad nową strategią, musimy w świetle przepisów odwołać dotychczasową, która przestaje być w tym momencie aktualna. Nie zmienia się jednak fakt, że Sfinks ma solidne fundamenty i potencjał do szybszego wzrostu. Przygotowując nową strategię kontynuujemy prace nad rozwojem spółki, by zapewnić stały i długoterminowy wzrost jej wartości – dodaje Sylwester Cacek.

Raport ZPP: Kapitał społeczny – tautologia czy jednak przydatne pojęcie?

Kapitał społeczny ma wszelkie cechy tautologii. Według zwolenników tego pojęcia grupa społeczna odnosi sukces, ponieważ ma wyższy kapitał społeczny. Sukces ten natomiast jest dowodem wyższego kapitału społecznego – czytamy w Raporcie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców pn. „Polska drużyna. Kapitał społeczny w Polsce i dla Polski” autorstwa Pawła Dobrowolskiego. Premierowa prezentacja Raportu odbyła się podczas Kongresu 590 w Rzeszowie.

Pierwsza część raportu traktuje o mnogości definicji pojęcia „kapitał społeczny” opracowanych przez różnych autorów.  Współcześnie znany termin „kapitał społeczny” pochodzi z 1916 roku, a znaczący przyrost swojej popularności osiągnął w latach 80. i 90. XX wieku. Obszerna i ogólnie dostępna literatura odnosząca się do terminologii „kapitału społecznego” nie przełożyła się natomiast na wypracowanie spójnej teorii tego określenia.

– Tautologiczne definicje na pytanie „co jest skutkiem a co przyczyną?” dają odpowiedź: „każdy czynnik jest jednym i drugim”. Nie jesteśmy zatem w stanie sprecyzować czy kapitał społeczny tworzy zaufanie czy, czy to zaufanie jest elementem wspólnych wartości, które pozwalają tworzyć kapitał społeczny – powiedział podczas prezentacji autorskiego raportu Paweł Dobrowolski. – Podobna sytuacja dotyczy skłonności do zrzeszania się w różnych stowarzyszeniach. Są one poniekąd częścią składową kapitału społecznego i zarazem jego skutkiem – dodał.

Jak wynika z raportu, obok tautologicznego wymiaru kapitału społecznego, zarówno na poziomie definicji, jak i pomiaru, z terminem tym związane są następujące aspekty:

  • mierniki kapitału społecznego wymyślone dla państw bogatego Zachodu raczej nie są właściwe dla Polski;
  • autorzy opisujący rzekomy spadek kapitału społecznego w USA, ujmują z reguły jego wyrażanie się w sposób dostosowany do nowych uwarunkowań technologicznych i aktualnych potrzeb społecznych;
  • analiza kapitałem społecznym nie daje gotowych do wdrożenia sposobów ulepszenia naszych urządzeń społeczno-gospodarczych;
  • warto korzystać z „kapitału społecznego”, by przyciągać uwagę do zjawisk społecznych.

W kolejnej części raportu został omówiony problem kapitału społecznego w Polsce. Autorzy „Diagnozy społecznej”, głównego źródła empirycznych obserwacji o zjawisku kapitału społecznego w Polsce, uważają, że Polska charakteryzuje się niskim kapitałem społecznym mierzonym zgeneralizowanym zaufaniem. Według autorów tejże „Diagnozy” niski jest również stopień zrzeszania się, tj. odsetek obywateli, którzy należą do organizacji dobrowolnych lub działają na ich rzecz, co nie zmienia się od ponad dekady.

Porównując Polskę do państw Europy, autorzy „Diagnozy społecznej” dokonali wyboru tła, na którym przedstawili nasz rzekomo niski kapitał społeczny. Z odniesienia do projektu badawczego „World Values Survey”, zamiast do „European Values Survey” wynika, że zgeneralizowane zaufanie w Polsce jest przecięte, ani niskie, ani wysokie.

Nie należy mylić aspiracji ze stanem faktycznym. Dla Polski porównywalne są społeczności o krótkim, często przerywanym doświadczeniu z demokracją oraz państwa peryferium na dorobku. Możemy w kategoriach aspiracji porównywać się do Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii czy USA – stwierdził Paweł Dobrowolski.

Zadaniem autora Raportu kierunek dalszych rozważań powinien zmierzać do dyskusji nt. tego jakiego kapitału społecznego potrzebujemy, a zatem:

  • inwestycja w kapitał społeczny powinna być dostosowana do potrzeb rozwojowych społeczności;
  • w rozwiniętych państwach Zachodu inwestycja w zgeneralizowane zaufanie, może pomóc mobilnym społecznościom składających się z różnorodnych ludzi w sięgnięciu po większą sprawczość i spójność;
  • w Indiach inwestycja w rozmywanie barier kastowych, może polepszyć zdrowie, wyniki nauczania, plony;
  • szukając sposobów rozwoju Polski potrzebujemy rozpoznać przeszkody dla naszego rozwoju oraz wyartykułować propozycje inwestycji w kapitał społeczny, które usuną te przeszkody.

Indeks dolara na 13-letnim maksimum

W ostatnim czasie indeks dolara przełamał psychologiczną barierę 100 punktów. Nie spodziewałem się tego, a po wygranej Donalda Trump’a rynek zrobił, co zrobił. Dlaczego tak się stało i czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Zanim odpowiemy na to pytanie, to przyjrzyjmy się bliżej komponentom wchodzącym w skład indeksu dolara.

Indeks dolara na 13-letnim maksimum 1

Źródło: Bloomberg

W skład indeksu dolara wchodzi 6 głównym par walutowych. Na pierwszym miejscu stoi euro, następnie jen japoński, funt brytyjski, dolar kanadyjski, korona szwedzka oraz frank szwajcarski. Euro stanowi ponad 57 proc. całego indeksu. Czyli tak naprawdę samo euro może wyznaczyć nam kierunek głównego trendu na indeksie. Pomijając ten fakt, pomyliłem się i doszło do przełamania psychologicznej bariery 100 punktów. Dlaczego tak się stało? Głównym powodem nie jest wcale słabość euro, ale dwóch pozostałych walut, które stanowią razem 24 proc. całego indeksu.

Jeżeli euro nie zdoła pokonać swojego ostatniego minima, to dolar indeks nie powinien kontynuować swojego rajdu, niemniej jednak na chwile obecną trend jest, jaki jest i nie ma co z nim walczyć. Głównym powodem osłabienia się większości walut względem dolara amerykańskiego są stopy procentowe, a dokładniej duża zmiana rentowności obligacji emitowanych przez Stany Zjednoczone. Dla przykładu proszę spojrzeć na poniższy wykres.

Indeks dolara na 13-letnim maksimum 2

Źródło: Bloomberg

Na wykresie białą linią została przedstawiony spread rentowności amerykańskich i niemieckich. Jeżeli rośnie, to obligacje amerykańskie stają się o wiele bardziej atrakcyjne, stopy procentowe w USA rosną szybciej niż w Strefie Euro. Natomiast kolorem żółtym zaznaczono parę walutową USD/EUR.

Kolejnym aspektem jest grudniowa podwyżka stóp procentowych, która tak naprawdę już nie będzie miała większego wpływu na rynek, ponieważ aktualnie wyceniana jest na 96 proc.

Indeks dolara na 13-letnim maksimum 3

Źródło: Bloomberg

Czerwoną linią oznaczono prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych na posiedzeniu Rezerwy Federalnej, które odbędzie się 14 grudnia. Co z tego wynika? Jeżeli rentowność obligacji, czyli spread przestanie działać na korzyść Stanów Zjednoczonych to nie widziałbym możliwości osiągnięcia nowych dołków na parze walutowej EUR/USD – oczywiście w najbliższym czasie. Aktualnie rynek wycenia jedną podwyżkę stóp procentowych przez FED oraz przedłużenie programu skupu obligacji skarbowych przez ECB. Jeżeli na rynku stanie się coś innego, to możemy spodziewać się mocniejszej reakcji.

Dodatkowym argumentem przemawiającym za brakiem nowych dołków na EUR/USD jest prognoza Goldman Sachs, który spodziewa się, że parytet na tej parze zostanie osiągnięty do końca 2017 roku. Z tym, że na 2016 rok w 7 prognozach pomylili się 6 razy.

Indeks dolara na 13-letnim maksimum 4
Źródło: Goldman Sachs

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Mozolna wspinaczka USD/CAD

Koniec tygodnia przyniósł nam kolejne wzrosty na amerykańskich giełdach. Umacniał się też dolar, któremu pomogły zarówno dane jak też wypowiedź szefowej Fed. Ceny ropy zakończyły dzień na niewielkim minusie.

Wczorajsze dane przyczyniły się do umocnienia obecnego już między inwestorami przekonania, o nieuchronności podwyżki stóp procentowych Fed. Z jednej strony odnotowano wzrost inflacji konsumenckiej. Dodatkowo dane z rynku pracy dotyczące ilości wniosków o zasiłki, okazały się lepsze od prognoz. W końcu dolarowi pomogła i sama prezes Fed. Janet Yellen stwierdziła wczoraj, iż podwyżka stóp procentowych jest „relatywnie blisko”. Kumulacja tych zjawisk pozwoliła dolarowi na wyraźne wzrosty.

Dziś znaczących publikacji z USA już nie będzie. Spodziewać się za to można wystąpień prezesów poszczególnych oddziałów Fed. Przemawiać zatem będzie prezes oddziału z Kansas City (Esther George), Nowego Jorku (William Dudley), a także z Chicago oraz Dallas. Dane o inflacji opublikowane zostaną natomiast w Kanadzie. Oczekuje się niewielkiego wzrostu cen.

usdcad18112016r

Tymczasem dolar kanadyjski mozolnie traci względem USD. Na wykresie pary USD/CAD widzimy, iż rynek pokonał jakiś czas temu środkową linię kanału spadkowego. Teoretycznie powinien zmierzać teraz do następnej, czyli w okolice 1.40. Znajduje się tam zarówno poziomy opór jak też wspomniana górna linia kanału. Jednak niepowodzenie może doprowadzić nawet do zejścia na 1.30, gdzie znajduje się pierwsze, solidne wsparcie.

Sylwester Majewski, Forex-Desk

Pieniądze lubią spokój

Najzamożniejsze kraje Europy miały czas na zgromadzenie bogactwa, bo od lat żyją w pokoju. A poza tym są po prostu oszczędne. Polacy kumulują kapitał od 27 lat. A przy tym nie grzeszą oszczędnością.

Stare powiedzenie mówi, że pieniądze lubią spokój, co zazwyczaj interpretuje się jako konieczność zachowania dyskrecji, poufności spraw dotyczących finansów. Tymczasem warto spojrzeć na sprawę w szerszym kontekście spokoju rozumianego w sensie podstawowym czyli bezpieczeństwa, braku zagrożeń, poczucia stabilności. Wielkość oszczędności zależy w równym stopniu od zapobiegliwości, jak i okresu spokojnego oszczędzania.

Po pierwsze spokój

Analitycy BGŻOptima sporządzili zestawienie obrazujące w pewnym uproszczeniu wpływ pokoju oraz spokoju społecznego, gdyż nie chodzi tylko o okres bez konfliktów zbrojnych, ale również czas stabilności politycznej, na zamożność społeczeństw. Zgromadzona suma oszczędności zależy od dwóch elementów od stopy oszczędności oraz upływu czasu. Ten drugi element jest często pomijany. A ma on ogromne znaczenie. Wysoka stopa oszczędności wpływa bowiem na sumę oszczędności tylko wtedy, gdy utrzymuje się w dłuższym terminie. W zestawieniu uwzględniono tylko najważniejsze wydarzenia mające wpływ na proces oszczędzania. Założono, że proces oszczędzania przebiega najlepiej w państwach o ustroju demokratycznym, choć nie można zapominać o wyjątkach np. Chiny, czy Hiszpania w latach 1944-1975.

W Europie najdłuższym okresem pokoju cieszą się Szwajcaria i Szwecja, które nie brały udziału w konflikcie zbrojnym od czasu wojen napoleońskich, czyli już 202 lata. Pozostałe kraje miały mniej szczęścia, bo tylko kilka państw uniknęło katastrofy II wojny światowej. Wśród nich jest Irlandia, która od 95 lat, od wojny o niepodległość, żyje w pokoju. Portugalia od czasów Napoleona również nie była zaangażowana w konflikt zbrojny, jednak trudno uznać ten okres za czas prosperity. W XX w. kraj był rządzony przez dyktaturę Salazara i powrócił na ścieżkę demokracji dopiero w 1974 r. W tym samym czasie zakończyły się też rządy wojskowych w Grecji. W Hiszpanii koniec dyktatury generała Franco nastał rok później.

Kraje Europy Zachodniej – Norwegia, Dania, Niemcy, kraje Beneluxu, Francja, Włochy, Austria – w spokoju akumulują kapitał od zakończenia II wojny, czyli od 71 lat. Na tym tle kraje naszego regionu legitymują się tylko 27-letnim okresem spokoju, liczonym od upadku komunizmu. Dane statystyczne pokazują jednak, że państwa bloku wschodniego wcale nie są jednorodne jeśli chodzi o poziom bogactwa. Jak się okazuje również w czasach gospodarki socjalistycznej można było kumulować kapitał. Tyle, że jednym wychodziło to lepiej, innym gorzej. Czechy w demokrację wchodziły z 13 tys. dolarów PKB na mieszkańca. Na Słowacji wskaźnik ten był niższy i wynosił 8,2 tys. USD. Węgry wychodziły z komunizmu z 10,9 tys. USD na mieszkańca. Natomiast na przeciętnego Polaka wypadało wówczas tylko 6,8 tys. dolarów.

Jeśli spojrzeć na cały kontynent to można zauważyć związek między zasobnością krajów, a czasem trwania pokoju. Szwajcaria jest na czwartym miejscu z 59,9 tys. USD na mieszkańca, poprzedzana przez kraje, które zamożność czerpią albo z surowców, albo regulacji podatkowych: Luksemburg (94,6 tys. USD), Norwegia (68,7 tys. USD), San Marino (63,4 tys. USD). Za Szwajcarami są Irlandczycy z 53,1 tys. USD PKB per capita. Dalej jest Holandia (49,5 tys. USD), Szwecja (48,8 tys. USD), Niemcy i Austria (48,2 tys. USD). Na 16 miejscu, m.in. za Finlandią, Wielką Brytanią, jest Hiszpania 36,2 tys. USD), a jeszcze niżej, za Czechami i krajami nadbałtyckimi, Portugalia. Z 28,4 tys. USD tylko nieznacznie wyprzedza Polskę, gdzie dochód na mieszkańca wynosi 27,5 tys. dolarów.

 

Po drugie oszczędność

Spokój i poczucie bezpieczeństwa to składniki niezbędne do gromadzenia kapitału, ale nie jedyne. Kluczowym elementem jest chęć i skłonność do oszczędzania. Z danych Eurostatu wynika, że najbardziej zapobiegliwym narodem Europy są Szwedzi, którzy po opłaceniu wszystkich kosztów odkładają jeszcze do skarbonki 15 proc. zarobionych pieniędzy. Na drugim miejscu w rankingu oszczędności są Francuzi ze stopą 8,55 proc. o włos wyprzedzając Niemcy, gdzie stopa oszczędności wynosi 8,52 proc. Dalej jest Norwegia (8,7) i Holandia (8,2).

Jeśli ktoś powie, że są to kraje zamożne, które stać na oszczędzanie to tylko w części będzie mieć rację. Związek między przychodami a stopą oszczędzania wcale nie jest oczywisty. W badanej grupie krajów najlepsze roczne zarobki mają Norwegowie – 30 tys. euro – a wcale nie przewodzą rankingowi. W drugiej w zestawieniu Francji przeciętny dochód to 18,7 tys. EUR, czyli najmniej spośród krajów pierwszej szóstki.

Zresztą to nie jest najbardziej wyrazisty przykład. Na siódmym miejscu w Europie pod względem zapobiegliwości jest Słowenia, kraj o przeciętnym rocznym dochodzie na obywatela w wysokości 8,6 tys. EUR. Mimo trzykrotnie niższych zarobków niż w najbogatszych krajach Zachodu stopa oszczędności wynosi tu 6,8 proc., czyli niewiele mniej niż w znacznie zamożniejszej Austrii, zajmującej miejsce wyżej.

Tuż za Słowenią znajdują się Czechy. Choć nasi sąsiedzi pobierają jedno z najniższych uposażeń w Unii – 6,2 tys. EUR rocznie – są w stanie wygenerować nadwyżkę w budżetach domowych w wysokości 5,7 proc. Warto dodać, że Czechy będą jedynym krajem w UE, który na koniec roku pokaże nadwyżkę budżetową.

W Polsce zarobki są tylko nieznacznie niższe niż w Czechach – 6,1 tys. euro – a nie tylko nic nie odkładamy, ale jeszcze pożyczamy pieniądze. Dzieje się tak mimo, że mamy najniższe ceny w odniesieniu do średniej UE. W Polsce przeciętnie płacimy za towary i usługi 63 proc. tego co wydają średnio mieszkańcy Unii. W Słowenii wskaźnik ten wynosi już 96 proc. W zamożnej, ale nie najzamożniejszej Szwecji koszty utrzymania stanowią 124 proc. średniej i jest to najwyższy wskaźnik w Europie.

***

Konrad Grzelec, BGŻOptima

Rynki wschodzące po zwycięstwie Trumpa w wyborach prezydenckich

Zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych ma wiele potencjalnych implikacji dla rynków na całym świecie, w tym dla rynków wschodzących. Gdy stało się jasne, że to Trump wyjdzie zwycięsko z pojedynku, rynkom akcji udzielił się szok, jakiego doznało wielu obywateli Stanów Zjednoczonych.

dr Mark Mobius, Prezes Templeton Emerging Markets Group
dr Mark Mobius, Prezes Templeton Emerging Markets Group

Szczególnie wrażliwe na wpływ wstrząsu były rynki wschodzące. Relacje pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem (drugą pod względem wielkości gospodarką Ameryki Łacińskiej) były jednym z najważniejszych tematów kampanii Trumpa, podczas której obiecywano, między innymi, budowę potężnego muru na granicy państwa w celu ograniczenia imigracji i wypowiedzenie Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu (NAFTA), którego sygnatariuszem jest także Kanada. Zwycięstwo Trumpa wywołało spadek kursu peso meksykańskiego do dolara amerykańskiego do rekordowo niskiego poziomu nazajutrz po wyborach, a spadki zanotowano także na meksykańskim rynku akcji i na większości pozostałych rynków latynoamerykańskich.

Choć wzmożona zmienność na rynkach światowych może utrzymać się jeszcze przez pewien czas w związku z niepewnością co do możliwej polityki Stanów Zjednoczonych pod wodzą prezydenta Trumpa, uważam, że należy nieco powstrzymać emocje i uświadomić sobie, że duża część przedwyborczych zapowiedzi może nie przełożyć się na konkretne działania. Wiele osób przyjmuje wypowiedzi Trumpa z kampanii wyborczej bez żadnej rezerwy, sądząc, że wkrótce możemy być świadkami pewnych skrajnych działań politycznych. Mam jednak wrażenie, że niektórzy wykazują dziś zbyt duży pesymizm i przesadne obawy, co może nie być uzasadnione, biorąc pod uwagę naturę gospodarki Stanów Zjednoczonych i systemu politycznego opartego na wzajemnej kontroli władz państwowych. Jeżeli natomiast Trumpowi uda się osiągnąć potężny wzrost gospodarczy, jaki obiecał Stanom Zjednoczonym, sądzimy, że inne kraje, w tym Meksyk i inne rynki wschodzące, prawdopodobnie jeszcze na tym skorzystają.

 

Zwycięstwo Trumpa w wyborach nie było dla mnie zbyt dużym zaskoczeniem. Podobne rozczarowanie elektoratu, jakie ujawniło się w Stanach Zjednoczonych, widzieliśmy już w Europie i kilku innych częściach świata. Przede wszystkim liczne przedwyborcze sondaże nie odzwierciedlały w pełni niezadowolenia Amerykanów zamieszkujących pogrążone w ekonomicznej depresji wiejskie obszary kraju. Mam nadzieję, że Trump, jako biznesmen, który, jak sam twierdzi, z każdym potrafi dobić targu, będzie umiał wypracowywać pozytywne rozwiązania i zawierać umowy handlowe, które jednak będą prawdopodobnie częściej dwustronne niż wielostronne (jak, na przykład, porozumienie NAFTA). Jako człowiek biznesu, Trump prawdopodobnie będzie dobrze się czuł podczas negocjacji z przedstawicielami innych krajów i powinien wykazać się umiejętnością zawierania umów handlowych i inwestycyjnych, które będą satysfakcjonowały obydwie strony. Można liczyć, na przykład, na nowe stosunki i porozumienie handlowe z Rosją, która także była jednym z najważniejszych tematów kampanii wyborczej Trumpa. Można także spodziewać się korzystnych konsekwencji dla kilku krajów zaliczanych do rynków wschodzących, które nie były zadowolone ze zbyt ogólnych i sztywnych ram umów wielostronnych. Co więcej, potencjalne obniżenie podatków oraz bardziej przyjazne dla biznesu warunki w Stanach Zjednoczonych mogą przełożyć się na bardziej aktywne działania amerykańskich przedsiębiorstw na rzecz rozwoju nie tylko krajowego, ale także międzynarodowego, w szczególności na dynamicznie rosnących rynkach wschodzących. Gdybym miał przekazać jakąś wiadomość nowemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych, zachęciłbym go do przyspieszenia prac nad umowami o swobodzie handlowej i inwestycyjnej z różnymi krajami na całym świecie.

W każdych wyborach są zwycięzcy i przegrani. W warunkach szoku naszym zadaniem, jako zarządzających inwestycjami, jest analiza poszczególnych krajów i spółek oraz ustalanie, które z nich są w stanie przetrwać bieżące trudności i wyjść z nich silniejszymi. Musimy oczywiście zachować przy tym selektywne podejście. Zasadniczo wciąż dostrzegamy liczne argumenty przemawiające za inwestycjami na rynkach wschodzących takie jak wysokie stopy wzrostu, rozsądna polityka budżetowa czy trendy demograficzne. Jak pokazały wybory w Stanach Zjednoczonych, niespodzianki mogą zdarzyć się wszędzie. W zespole Templeton Emerging Markets Group sądzimy, że w czasach wzmożonej zmienności rynkowej inwestorzy powinni przyjąć długoterminową perspektywę i wykazać się odpornością na wpływ bieżących wahań, których nadal możemy się spodziewać na rynkach wschodzących.

Autor komentarza: dr Mark Mobius, Prezes Templeton Emerging Markets Group

Rekordowe wydatki handlu na reklamę

Wydatki sektora handel (bez e-commerce) na promocję tylko w pierwszych trzech kwartałach 2016 r. wyniosły ponad 710 mln zł, co stanowi 85% wydatków całego sektora w całym 2015 r. W porównaniu do analogicznego okresu w poprzednim roku jest to wzrost o 26%. Najwięcej inwestują reklamodawcy z kategorii super- i hipermarkety – pokazuje analiza domu mediowego Codemedia. Wśród nich niezmiennym liderem od trzech lat pozostaje Lidl, który sukcesywnie przeznacza coraz większe budżety na reklamę. W okresie od stycznia do września 2016 r. zainwestował o ponad 72 mln więcej niż jego konkurent – Biedronka.

Kategorie

W podziale na kategorie największym reklamodawcą są super- i hipermarkety, których wydatki w pierwszych trzech kwartałach 2016 r. to niemal 460 mln zł (64% udziału). Za nimi plasują się sklepy i hurtownie, które na promocję przeznaczyły budżet w wysokości 214 mln zł (30% udziału). Na podstawie danych z kilku ostatnich lat można prognozować, że rok do roku będą rosły wydatki na reklamę super- i hipermarketów. W pierwszych trzech kwartałach 2016 r. wyniosły one aż 86% wydatków z całego 2015 r., co porównując z analogicznym okresem w 2015 r. oznacza wzrost o 35%. Rok 2016 r. zapewne okaże się rekordowym pod względem środków przeznaczonych na promocję przez tę kategorię reklamodawców, zwłaszcza, że przed nami jeszcze listopad i grudzień, w których co roku są odnotowywane wzrosty inwestycji – mówi Anna Lipińska, Group Account Director, Codemedia.

wydatki reklamowe handel podzial na kategorie

Reklamodawcy

Największym reklamodawcą kategorii super- i hipermarkety w pierwszych trzech kwartałach 2016 r. był Lidl Polska. Tylko w tym roku zainwestował w media już prawie 117 mln zł (26% wydatków całego sektora), trochę więcej niż w całym roku 2015. Na drugim miejscu znajduje się Metro Group (właściciel sieci MAKRO Cash & Carry, Real, Media Markt i Saturn) z inwestycjami na poziomie 48 mln zł w okresie styczeń-wrzesień 2016 r. (wzrost o 1,5 mln względem analogicznego okresu w 2015 r.). Trzecie miejsce przypadło Jeronimo Martins, właścicielowi sieci Biedronka z wydatkami nieco ponad 44,5 mln zł, czyli o 1,3 mln więcej w porównaniu z analogicznym okresem w poprzednim roku. Zarówno Lidl, jak i właściciel Biedronki wydali już w tym roku więcej na reklamę niż w całym 2016. Według badań przeprowadzonych przez Nielsena to właśnie w super- i hipermarketach najrzadziej robimy zakupy. Nie jest więc zadziwiające, że duże sieci handlowe starają się poprzez reklamy skłonić nas do skorzystania z ich oferty. Najczęściej reklamowane są okazje cenowe i różnego rodzaju promocje, które lubią Polacy – wskazuje Anna Lipińska, Group Account Director, Codemedia.

Reklamodawcy z kategorii sklepy i hurtownie wydali w pierwszych trzech kwartałach 2016 r. ponad 214 mln zł, o 34% więcej niż w tym samym okresie w poprzednim roku. Najwięcej w tej kategorii na promocję przeznaczył Terg, właściciel sieci marketów Media Expert, który w pierwszych trzech kwartałach 2016 r. przeznaczył na reklamę ponad 43,5 mln zł, aż o 63% więcej niż w tym samym okresie w 2015 r. Drugim reklamodawcą tej kategorii był właściciel sieci drogerii Rossman, a na trzecim miejscu sieć sklepów spożywczych Żabka.

wydatki reklamowe handel podzial na media

Media

Jeśli chodzi o podział wydatków na media to zdecydowanie sektor handlu najwięcej w okresie styczeń-wrzesień 2016 r. przeznaczył na reklamę w telewizji – inwestycje osiągnęły poziom 260 mln zł (wzrost o 66 mln w porównaniu z analogicznym okresem w 2015 r.) i stanowiły prawie 37% wszystkich wydatków. Na drugim miejscu znalazło się radio z nieco ponad 28% udziału w media miksie. A na kolejnych: internet (13,5%), outdoor (9,2%), magazyny (6,4%), gazety (4,6%) i kina (1,1%).

W media miksie wydatków super- i hipermarketów także na pierwszym miejscu plasuje się telewizja z 42% udziału. Co ciekawe jest to wzrost o 34% względem roku 2015. Na drugim miejscu znajduje się radio z 28% udziałem, a na trzecim internet – 14% udziału.

Reklamodawcy z kategorii sklepy i hurtownie przeznaczyli najwięcej na promocję w telewizji (32% udziału) oraz w radiu (32% udziału). W dalszej kolejności wybierany był internet (12% udziału) i magazyny (10% udziału).

Polacy coraz mniej lojalni wobec pracodawców

W ciągu ostatniego półrocza aż 26 proc. pracujących Polaków zmieniło miejsce zatrudnienia – wynika z raportu „Monitor Rynku Pracy”. Pod tym względem w Europie wyprzedza nas jedynie Wielka Brytania. Duża rotacja na rynku pracy oznacza dla firm coraz większe koszty związane z realizacją procesów rekrutacyjnych oraz utrzymaniem kadr.

Choć wielu specjalistów uważa, że jest jeszcze za wcześnie, aby w Polsce mówić o dojrzałym rynku pracownika, nastroje pracującej części społeczeństwa są coraz bardziej optymistyczne. Polacy szukają lepszych warunków zatrudnienia, a także mają coraz większe ambicje awansu. Aż 79 proc. respondentów badania „Monitor Rynku Pracy” uważa, że w ciągu pół roku byłoby w stanie znaleźć jakąkolwiek inną pracę, a 75 proc. – porównywalną. Jedynie 9 proc. ankietowanych odczuwa silne obawy w związku z możliwością utraty pracy, a co trzeci badany Polak przyznaje, że mniej lub bardziej aktywnie rozgląda się za nową posadą. Szczególnie otwarci na zmiany są ludzie młodzi, którzy dopiero wkraczają w życie zawodowe.

Z naszych badań wynika, że osobom z niżu demograficznego, rozpoczynającym karierę, szczególnie zależy na rozwoju. Dlatego też chętnie śledzą zmiany na rynku pracy i starają się jak najlepiej wykorzystać nadarzające się zawodowe szanse – twierdzi Sabina Dąbrowska-Olbryś z Grupy Pracuj.

Bezrobocie spada, problemy pracodawców rosną!

Rekordowo niskie bezrobocie rejestrowane, które w październiku spadło do poziomu 8,2 proc., a także wzrost płac o 5 proc. w skali roku to dobra informacja dla pracowników. W gorszej sytuacji znajdują się pracodawcy, którzy mają coraz większe trudności z rekrutacją i zatrzymaniem pracowników w firmach. Jak wynika z badania Millward Brown, 33,9% firm komunikuje problemy ze znalezieniem osób o odpowiednich kwalifikacjach, a ¾  pracodawców obawia się, że nie będzie w stanie utrzymać obecnej kadry. To generuje coraz większe koszty po stronie firm.

– Koszty pozyskiwania nowych pracowników systematycznie rosną, wydłużają się też procesy rekrutacyjne. Minęły już czasy, kiedy pracodawcy zamieszczali w mediach oferty pracy i mogli liczyć na wysoki odsetek odpowiedzi od kandydatów o odpowiednich kwalifikacjach. Dziś praktycznie 90 proc. nadsyłanych CV jest nietrafionych. Poszukiwanie pracowników spełniających wymagania danego stanowiska to jak płukanie złota w rzece – trzeba przerzucić naprawdę dużo żwiru, żeby znaleźć cenny kruszec. Ci, którzy mają kwalifikacje poszukiwane na rynku, zazwyczaj mają też już pracę – twierdzi Konrad Królikowski, Associate Manager w Relyon Recruitment & IT Services, jednej z czołowych polskich firm specjalizujących się m.in. w rekrutacjach kadry kierowniczej i specjalistycznej dla branży produkcyjnej.

Jak wynika z badania SARATOGA Human Capital Benchmarking, wydatki związane z pozyskaniem nowego pracownika na przestrzeni czterech lat wzrosły o 40 proc. Średni koszt rekrutacji to 2640 zł. W przypadku firm produkcyjnych wzrasta on nawet do 4300 zł. Dlatego coraz więcej przedsiębiorców decyduje się na zlecanie rekrutacji wyspecjalizowanym firmom zewnętrznym.

Coraz częściej firmy nie są w stanie efektywnie rekrutować, bo nie dysponują odpowiednimi narzędziami. Do tego dochodzą jeszcze duże nakłady czasu i pieniędzy. Ktoś musi przecież te aplikacje przejrzeć, wybrać kandydatów, którzy rokują i spotkać się z nimi, a im wyższe stanowisko do obsadzenia, tym wyższe stanowisko osoby, która prowadzi rekrutację i podejmuje decyzję. Coraz częstszym problemem jest również nieprzychodzenie kandydatów na rozmowy kwalifikacyjne lub przechodzenie przez cały proces rekrutacji i na końcu odrzucanie oferty. Doświadczony rekruter potrafi zminimalizować ryzyko zaistnienia takich sytuacji – dodaje Konrad Królikowski.

Młodzi niezdecydowani

Coraz częstszym problemem polskich pracodawców jest również job-hopping, czyli częste zmienianie przez pracowników miejsca zatrudnienia. To szczególnie domena Millenialsów, czyli osób urodzonych pomiędzy 1980 a 1994 rokiem. W życie zawodowe wkraczają z dyplomami wyższych uczelni, pewnością siebie, której brakowało ich rodzicom i doskonałą znajomością nowoczesnych technologii. W zamian oczekują równowagi pomiędzy pracą a sferą prywatną, możliwości rozwoju i pozapłacowych benefitów. Jeśli tego nie otrzymują, przechodzą do innej firmy. Według badania Instytutu Gallupa 60 proc. przedstawicieli pokolenia Y przyznaje, że u obecnego pracodawcy popracują jeszcze tylko rok.

­­– Najczęściej zmieniają pracę najmłodsi stażem pracownicy, którzy zatrudnienie traktują jako szansę na zdobycie doświadczenia i rozwoju zawodowego. Poszukują nowych wyzwań i lepszych perspektyw. Ponadto są bardziej mobilni i nie boją się zmian – twierdzi ekspert monsterpolska.pl Małgorzata Majewska.

Rotacja, nawet na najniższych stanowiskach to dla pracodawców dodatkowy koszt. Z raportu opublikowanego przez Human Capital Institute wynika, że nowo zatrudniona osoba przez pierwsze 3 miesiące kosztuje organizację wartość równą trzem miesiącom swojej późniejszej pracy. Po tym czasie praca wykonywana przez nowego pracownika zaczyna przynosić firmie wartość dodaną. Natomiast większą wartość nowy pracownik dostarcza dopiero po upływie 6 miesięcy.

Coraz większym wyzwaniem, przed którym stoją polscy pracodawcy jest utrzymanie posiadanych pracowników. Trwałe związanie kadr z firmą to mniejsze nakłady finansowe na realizację procesów rekrutacyjnych i wdrażanie nowych osób. Koszty rekrutacji to bowiem nie tylko koszty bezpośrednie i często pomijane przez pracodawców koszty pośrednie, ale też koszty alternatywne, czyli to, czego nie zrobił pracownik, który zajmował się rekrutacją. Warto więc zatrudniając nową osobę, zwrócić uwagę na jej motywację do rozpoczęcia pracy w danej firmie.  Doświadczony rekruter jest w stanie określić, czy motywacja ta jest na tyle silna, że pracownik za kilka miesięcy nie przyjmie innej oferty, np. od konkurencji – dodaje Konrad Królikowski z Relyon Recruitment & IT Services.

Agencja pośrednictwa pracy IPF Group uruchamia oddział we Francji oraz filię na Ukrainie

Agencja pośrednictwa pracy IPF Group uruchamia oddział we Francji oraz filię na Ukrainie 5

Bezrobocie spada, więc zapotrzebowanie na pracowników w Polsce jest coraz większe. Z powodu brexitu Francja dąży do większej ochrony swojego rynku zatrudnienia. W związku z tym agencja pośrednictwa IPF Group uruchamia oddział w tym kraju. Kandydatów będzie szukać m.in. poprzez swoją nową filię na Ukrainie oraz sieć współpracowników na Białorusi, w Mołdawii, Gruzji oraz Rumunii.  ​ 

– W związku z tym, że pojawiły się problemy ze strony francuskich władz, otworzyliśmy we Francji przedstawicielstwo – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jan Starzyk, dyrektor generalny w spółce IPF Group. – Polacy są tam zatrudniani na umowę o pracę na francuskich warunkach i wykonują swoje obowiązki w tamtejszych zakładach. Pozostają jednak pracownikami naszej francuskiej spółki. Krajowe firmy zajmują się tylko rekrutacją.

W wyniku podjęcia przez Wielką Brytanię decyzji o wyjściu z Unii Europejskiej Francja dąży do zaostrzenia ochrony swojego rynku pracy. W lipcu br. Paryż zażądał od Komisji Europejskiej ograniczeń dla polskich pracowników. Premier Manuel Valls oświadczył, że KE powinna zmienić dyrektywę o osobach delegowanych, tak żeby zniwelować różnice w wynagrodzeniu pracowników lokalnych i tych, którzy przybyli z innego kraju UE. Od 1 lipca br. nad Sekwaną obowiązuje prawo tzw. Loi Macron, zgodnie z którym firmy logistyczne i transportowe wykonujące na terenie Francji przewozy muszą płacić delegowanym pracownikom co najmniej tyle, ile wynosi tamtejsza płaca minimalna.

– Polaków wysyłamy do Francji i Niemiec, a pracowników niewykwalifikowanych ściągamy do Polski z takich krajów, jak Ukraina, Białoruś, Mołdawia czy Gruzja – precyzuje Jan Starzyk. – Otworzyliśmy filię na Ukrainie, rozbudowujemy też sieć współpracujących z nami agencji pośrednictwa na Białorusi, w Mołdawii, Gruzji oraz Rumunii. W obliczu niedoboru osób chętnych do pracy prowadzimy działania rozwojowe tak, żeby dotrzeć bezpośrednio do pracowników, znaleźć nawet takie osoby, które do tej pory nie myślały o tym, żeby wyjechać do pracy za granicę, wspomóc gospodarkę polską czy francuską.

IPF Group jest certyfikowaną agencją doradztwa personalnego i pracy tymczasowej. Na rynku działa od 2008 roku. Obecnie oferuje możliwości zatrudnienia we Francji i Niemczech w różnych branżach. Poszukuje m.in. spawaczy, mechaników, rzeźników, monterów, elektryków, lakierników, pracowników produkcji, ślusarzy, szlifierzy, formierzy, tokarzy, frezerów, operatorów CNC i innych. W lutym tego roku mniejszościowym udziałowcem spółki został bank BGŻ BNP Paribas. Inwestycja została przeprowadzona w ramach działającej na krajowym rynku od dwóch lat firmy Capital Development, która jest projektem prowadzonym przez tą instytucję finansową.

– Uruchomienie filii na Ukrainie było z naszej strony ruchem wyprzedzającym w stosunku do konkurencji, bo większość firm czy agencji pośrednictwa pracy bazuje na tamtejszych pośrednikach – wyjaśnia Jan Starzyk. – My mamy tam teraz swoich przedstawicieli, ludzi, którzy na miejscu jeżdżą, rekrutują. Spodziewamy się szybkich efektów, czyli poprawy jakości dostarczonego pracownika i możliwość zaproponowania sensownych stawek naszym klientom.

Zwalczanie nieuczciwej konkurencji wobec przedsiębiorców – wspólny, polski interes

Polskim interesem narodowym w Unii Europejskiej jest przede wszystkim zapewnienie takich reguł gry, które ułatwią polskim pracodawcom tworzenie miejsc pracy dla Polaków i rozwijanie rodzimych firm – wynika z Raportu „Źródła nieuczciwej konkurencji wobec polskich przedsiębiorców” autorstwa Pawła Dobrowolskiego.

Publikacja powstała we współpracy Związku Przedsiębiorców i Pracodawców oraz Fundacji „Pomyśl o Przyszłości” i została zaprezentowana podczas Kongresu 590 w  Rzeszowie.

Jak czytamy w Raporcie, powszechnie, za źródła problemów polskiego przedsiębiorcy uznaje się przewlekłość postępowań sądowych, nadmierny formalizm wymiaru sprawiedliwości, skomplikowanie i niestabilność przepisów podatkowych oraz uznaniowość urzędników.

Tego rodzaju tłumaczenie i uogólnianie problemów z jakimi borykają się polscy przedsiębiorcy, w dalszym ciągu pozostawia bez rozwiązania powtarzający się charakter tych niedogodności – powiedział podczas dyskusji panelowej Paweł Dobrowolski. – Nic więc dziwnego, że przedsiębiorca zadaje sobie pytanie, dlaczego z prowadzeniem biznesu w Polsce wiąże się tyle trudności? Dlaczego jedne działania, w innym państwie zostają załatwione szybko i sprawnie, a w Polsce osiągają rangę wielkich problemów? – dodał.

W Raporcie mowa o hipotezie nt. zhegemonizowania polskich przedsiębiorców. Paweł Dobrowolski przytacza trzy źródła takiego tłumaczenia:

  • metodologia francuskiego socjologa Pierra Bourdieu, który rozróżnia trzy typy kapitałów: ekonomiczny, społeczny i kulturowy – kapitały te umożliwiają uczestnikom elit podstawy do walki o przewagę na polu władzy;
  • teksty Józefa Chałasińskiego, który zajmował się zagadnieniami otworzenia polskiej struktury społecznej, w tym roli inteligencji w Polsce;
  • koncepcja hegemonii inteligenckiej w polskim społeczeństwie, opracowana przez prof., dr hab. Tomasza Zaryckiego – przez całą nowożytną państwowość polska inteligencja była frakcją hegemoniczną na polu władzy.

Ze względu na powracające kryzysy, podczas których kapitały gospodarcze są regularnie grabione i niszczone, a kapitał społeczny ulega przekreśleniu, tylko inteligencja czerpiąca swoją siłę z kapitału kultury jest w stanie umacniać, a w kolejnych pokoleniach odtwarzać swą pozycję – podsumował Dobrowolski.

Zdaniem autora Raportu, problem wzrostu gospodarczego w Polsce przyczynia się do powstawania nieuczciwej konkurencji wobec polskich przedsiębiorców, ponieważ:

  • nadmierne regulacje są niezwykle dotkliwe zwłaszcza dla nowych i małych firm oraz działalności innowacyjnej;
  • nadregulacja ogranicza postęp technologiczny i organizacyjny;
  • przyrost regulacji i klasy urzędniczej ma wpływ na skład elit i prowadzoną przez nie politykę gospodarczą;

Patrząc na biznes z perspektywy nowego i małego przedsiębiorcy musimy pamiętać, że takie podmioty nie mają w swoich usługach sztabów lobbystów, księgowych i prawników. Nie należą one także do elit społeczno-ekonomicznych, nie posiadają dużych nadwyżek gotówki, zatem nie mogą lobbować legalnie, ani tym bardziej nie kupują przychylności urzędników egzekwujących przepisy – powiedział obecny podczas dyskusji panelowej Jacek Cieplak, Ekspert ZPP.

Występowanie licznych utrudnień w prowadzeniu działalności przez podmioty gospodarcze, w tym nieuczciwej konkurencji, stanowi poważny problem dla polskich przedsiębiorców. Nie ulega wątpliwości, że trzeba poprawiać procedury sądowe, prawo podatkowe oraz dążyć do poprawy relacji prowadzących biznes z urzędnikami, jednak bez rozpoznania generalnej przyczyny, będą to działania skazane na porażkę. – czytamy w podsumowaniu.

M. Belka: Stopy procentowe w Polsce są na właściwym poziomie

M. Belka: Stopy procentowe w Polsce są na właściwym poziomie 6

Półtoraprocentowa stopa referencyjna to poziom odpowiedni do stanu polskiej gospodarki – uważa były prezes NBP Marek Belka. Nie sądzi, by podwyżka była konieczna wcześniej niż w drugiej połowie przyszłego roku, choć deflacja powoli się wygasza. Problemem polskiej gospodarki jest natomiast wyhamowanie inwestycji.

Rada Polityki Pieniężnej jeszcze pod kierownictwem Marka Belki po raz ostatni zmieniła stopy procentowe w marcu 2015 roku, obniżając o pół punktu procentowego. Od tej pory stopy pozostają na stałym, najniższym w historii poziomie. Ten stan powinien się utrzymać jeszcze co najmniej przez kilka miesięcy.

– Dzisiaj podstawowa stopa procentowa Narodowego Banku Polskiego wynosi 1,5 proc. i ona jest właściwa – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Belka, prezes NBP w latach 2010-2016. – I cieszę się, że już w tej chwili przestaje się mówić o konieczności obniżenia tejże stopy. Być może będzie trzeba ją podwyższyć, ale to na pewno nie w tym roku i na pewno nie w I połowie przyszłego roku.

Podwyżka stóp procentowych może być konieczna w sytuacji, gdyby inflacja zaczęła przekraczać dopuszczalny margines odchyleń od celu inflacyjnego, czyli przeskoczyła poziom 3,5 proc. Do tego jednak droga daleka, mimo że deflacja niknie w oczach. W październiku ceny wciąż były niższe od tych sprzed roku, choć już jedynie o 0,2 proc.

– Inflacja będzie powoli wracać, ale na razie przynajmniej nie wydaje się, żeby to była taka inflacja, którą byśmy zbyt dolegliwie odczuli w naszych portfelach – uspokaja Marek Belka.

Ostatnie dane z polskiej gospodarki mogą jednak niepokoić. Według wstępnych danych w III kwartale PKB Polski urósł tylko o 2,5 proc. To najsłabsze tempo od trzech lat. Ekonomiści tłumaczą spadek tempa splotem przyczyn: spożycie nie rośnie tak szybko, jak się spodziewano po wprowadzeniu programu Rodzina 500 plus, eksport rośnie wolniej niż import, a inwestycje trwają w stagnacji. Ten ostatni czynnik uważany jest za największy problem.

– Przede wszystkim trzeba zwiększyć absorpcję funduszy unijnych, trzeba to udrożnić, dlatego że inwestycje publiczne mają istotne znaczenie dla gospodarki, a także mają istotne znaczenie dla sektora prywatnego – mówi były prezes NBP. – A jeżeli chodzi o przedsiębiorców, to cóż, dla nich nic gorszego nie ma jak niepewność, więc zmniejszajmy niepewność.

Rośnie znaczenie firm rodzinnych na rynku pracy. Co trzeci Polak woli się zatrudnić w firmie rodzinnej niż w jakimkolwiek innym przedsiębiorstwie

Rośnie znaczenie firm rodzinnych na rynku pracy. Co trzeci Polak woli się zatrudnić w firmie rodzinnej niż w jakimkolwiek innym przedsiębiorstwie 7

Firmy rodzinne to w oczach poszukujących pracy atrakcyjni pracodawcy. Cieszą się dobrą reputacją, są postrzegane jako stabilne oraz lojalne wobec pracowników. Jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Grupy On Board Think Kong, co trzeci młody Polak chętniej zatrudniłby się w firmie rodzinnej, niż w jakimkolwiek innym przedsiębiorstwie. Przedstawiciele rodzinnych biznesów odczuwają jednak brak wsparcia na szczeblu rządowym, a ich głównym problemem pozostaje zawiłe prawo podatkowe oraz brak wystarczającego kapitału.

– Firmy rodzinne stanowią w Polsce najliczniejszą grupę przedsiębiorstw, więc ich znaczenie dla rynku pracy jest bardzo duże. Jak wynika z naszych badań, co trzeci kandydat uważa, że przedsiębiorstwa rodzinne mają dobrą reputację i chętniej wybrałby pracę w takim właśnie przedsiębiorstwie – mówi Katarzyna Rek, dyrektor komunikacji korporacyjnej Grupy On Board PR.

Z badania przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Grupy On Board Think Kong wynika, że 37 proc. Polaków w grupie wiekowej 25–34 lata chętniej zatrudniłoby się w firmie rodzinnej niż w innym przedsiębiorstwie. Niezdecydowanych mogłaby zachęcić do tego stabilność zatrudnienia (57 proc.), wyższe wynagrodzenie (45 proc.) bądź większa lojalność wobec pracowników ze strony pracodawcy (32 proc).

Według raportu „Wizerunek firm rodzinnych jako pracodawcy” co trzeci badany (33 proc.) uważa, że firmy rodzinne mają dobrą reputację i nie występują w nich konflikty, a niemal tyle samo (36 proc.) jest przekonanych, że gwarantują one stabilizację i bezpieczeństwo zatrudnienia. Jedna trzecia kojarzy również przedsiębiorstwa rodzinne z niskim stopniem formalizacji procedur.

Polska gospodarka opiera się na firmach rodzinnych, które według szacunków stanowią ponad 70 proc. wszystkich przedsiębiorstw. Zdaniem Sebastiana Margalskiego ze Stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych ich wyjątkowość opiera się w dużej mierze na wizji, charyzmie i pracowitości właściciela, które udzielają się również pracownikom. Takie biznesy są również bardziej elastyczne i szybciej reagują na zmiany w otoczeniu gospodarczym.

– Można powiedzieć, że firmy rodzinne sprawniej i lepiej reagują na zmiany rynkowe. Szybciej podejmują decyzje, dzięki temu, że za sterami jest konkretna twarz, właściciel, który ma sprecyzowaną wizję i wie, w jakim kierunku ma podążać firma – zaznacza Sebastian Margalski.

Dla firm rodzinnych jednym z największych wyzwań jest sukcesja. Zmiana pokoleniowa w ostatnich latach sprawiła, że dzieci obecnych właścicieli często nie chcą przejmować familijnych biznesów, ponieważ zwykle mają inny pomysł na karierę zawodową. Problemem pozostaje również zawiłe prawo podatkowe i brak wystarczającego kapitału.

– Największy wpływ na działalność firm rodzinnych ma otoczenie gospodarcze, nieprzewidywalność przepisów, prawo podatkowe oraz sytuacja rynkowa. Z naszych obserwacji wynika też, że jednym z największych problemów firm rodzinnych jest brak kapitału, co sprawia, że przedsiębiorcy myślą w perspektywie krótkoterminowej. Brakuje im długiej perspektywy właśnie ze względu na brak kapitału, brak czasu i brak kadry, czyli odpowiedniej liczby osób, które mogłyby pomóc w prowadzeniu biznesu – mówi Sebastian Margalski.

Przedstawiciele firm rodzinnych postrzegają jako niesprawiedliwość fakt, że rząd wpiera i finansuje ekspansję zagraniczną dużych, polskich firm, pomijając w swoich działaniach przedsiębiorczość familijną, będącą istotnym segmentem gospodarki. Katarzyna Rek z Grupy On Board Think Kong podkreśla, że zarówno przedsiębiorcy, jak i administracja publiczna powinni się skupić na budowaniu wzajemnych, długotrwałych relacji m.in. poprzez wspólne debaty, konsultacje oraz monitorowanie tego, co dzieje się na szczeblu legislacyjnym, gospodarczym i politycznym.

– Zdaniem respondentów firmy rodzinne mają prawo oczekiwać ułatwień w postaci ulg podatkowych, ale również finansowania badań i rozwoju oraz zaangażowania i wsparcia w promowaniu swoich produktów na rynkach zagranicznych – dodaje Katarzyna Rek.

Miasta rozlewają się na przedmieścia. To powoduje coraz większe korki

Miasta rozlewają się na przedmieścia. To powoduje coraz większe korki 8
Ponad połowa mieszkańców miast uważa, że samochód to najwygodniejszy środek transportu. Jednocześnie większość z nich korki i brak miejsc parkingowych uważa za największą zmorę komunikacyjną w mieście. Mimo że transport publiczny staje się coraz wygodniejszy i jest znacznie tańszy niż auta, niewiele osób decyduje się na przesiadkę. Problem w tym, że miasta w coraz większym stopniu rozlewają się na przedmieścia, więc mieszkańcom nowych osiedli trudno zrezygnować z samochodu.

 Największym globalnym problemem komunikacyjnym jest to, że miasta się rozluźniają, coraz bardziej rozlewają na przedmieścia, co wymusza użycie samochodu, bo dystanse do pracy czy szkoły stają się długie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Gajda, architekt, urbanista i bloger. – Jeżeli planowalibyśmy w sposób bardziej zrównoważony i harmonijny rozwój ośrodków miejskich, to powinniśmy się postarać, aby były one bardziej zwarte.

Jak wynika z badania „Komunikacja w aglomeracjach – sytuacja i innowacje” zrealizowanego przez SW Research na zlecenie mytaxi – aplikacji taxi, dwie trzecie Polaków narzeka na zbyt duże korki w mieście. 57 proc. mieszkańców dużych aglomeracji za najszybszy środek transportu uważa własny samochód, a tylko 19 proc. – komunikację miejską i 15 proc. – taksówki, mimo że oba te środki transportu mogą skutecznie omijać korki dzięki buspasom.

– Często wystarczy krótka podróż, kilka przystanków komunikacją miejską, albo wręcz spacer, żeby załatwić wszystkie codzienne potrzeby – zauważa Radosław Gajda. – Jeżeli będziemy dalej rozwijali model amerykański, co ma niestety miejsce w Polsce nawet w mniejszych miejscowościach powiatowych czy dawnych miastach wojewódzkich, to dojazd samochodem do pracy, szkoły czy po zakupy stanie się codziennością. To przekłada się na korki i na wiele zmarnowanych godzin.

Mieszkańcy polskich miast doceniają w komunikacji miejskiej, m.in. jakość pojazdów i bezpieczeństwo (kolejno 83 proc. i 80 proc. pozytywnych opinii). Negatywne zdanie mają natomiast na temat cen biletów komunikacji miejskiej: blisko 60 proc. uważa, że są zbyt drogie.

Jednak badanie wskazuje, że podróżowanie własnym samochodem na co dzień może być czterokrotnie droższe niż komunikacją miejską. 44 proc. badanych przeznacza na to do 300 zł miesięcznie, podczas gdy co trzecia osoba podróżująca komunikacją miejską na bilety wydaje do 50 zł. Ponad połowa za najtańszy środek transportu uważa rower miejski, chociaż aż 63 proc. jeszcze nigdy z niego nie skorzystało. Co piąty Polak jeździ kilka razy w miesiącu taksówką, najczęściej w szczególnych okolicznościach, takich jak dojazd na dworzec lub lotnisko (24 proc.), powrót z wieczornej imprezy (23 proc.) czy w związku ze spotkaniem biznesowym (13 proc.).

 Wyzwaniem dla miasta jest to, aby tak zarządzać infrastrukturą miejską i rozwojem transportu publicznego, żeby do przegęszczeń, takich jak na przykład w tokijskim albo hongkońskim metrze, nie dochodziło – wskazuje Radosław Gajda. – Z jednej strony mamy zwykłe rozwiązania urbanistyczne i politykę miejską, ale dzięki nowym technologiom możemy ją wzbogacić o duże zbiory danych dotyczące tego, jak to wszystko funkcjonuje na wszystkich poziomach. W rezultacie zyskujemy możliwość mierzenia tego, skąd ludzie przychodzą, gdzie jadą i wysiadają, o jakich godzinach. To pozwala dostosowywać różne systemy miejskiej infrastruktury tak, aby miasto dla mieszkańców było jak najbardziej przyjazne.

Zdaniem eksperta nie zawsze rozwiązaniem problemów komunikacyjnych w mieście jest po prostu rozbudowa infrastruktury. Tym bardziej że wiąże się to zwykle z czasowymi utrudnieniami, wyłączaniem bądź zwężaniem ulic.

 Moim zdaniem to jest ślepa uliczka. Nie ma tak szerokich dróg, tak wielkich skrzyżowań wielopoziomowych, które by się w ogóle nie korkowały. A każda inwestycja na żywym organizmie, jakim jest miasto, powoduje utrudnienia ­– mówi Radosław Gajda. – Do wielu utrudnień musimy się przyzwyczaić, bo trudno rozwiązać problemy komunikacyjne czy urbanistyczne bez inwestycji oraz remontów. Trzeba raczej myśleć o tym, żeby używać jak najlepszych, jak najbardziej sprawdzonych i trwałych materiałów, aby remonty były potrzebne jak najpóźniej. Musimy myśleć perspektywicznie w planowaniu, żeby takich inwestycji było jak najmniej i żeby były koordynowane.

Najpopularniejsze wśród Polaków – według autorów badania – są aplikacje pozwalające na wyszukiwanie połączeń komunikacji miejskiej. Znajomość tego typu softu deklaruje aż 80 proc. ankietowanych, z czego 69 proc. z nich właśnie korzysta. Aplikacje do zamawiania taksówek lub przewozu osób zna więcej niż połowa (53 proc.), a co czwarty ich używa. Na nieco niższym poziomie znajomości znajdują się aplikacje związane z kupnem biletów na transport publiczny.

Rząd uszczelnia ściągalność podatku VAT. Część propozycji może zaszkodzić uczciwym przedsiębiorcom

Rząd uszczelnia ściągalność podatku VAT. Część propozycji może zaszkodzić uczciwym przedsiębiorcom 9

Resort finansów systematycznie pracuje nad zatykaniem kolejnych luk w podatku VAT. ZIPSEE „Cyfrowa Polska” wskazuje jednak, że rządowe inicjatywy nie obejmują wszystkich ważnych obszarów, jak chociażby obłożenia odwróconym VAT-em obrotu twardymi dyskami. Niepokój elektronicznej branży budzi pomysł sankcji VAT z pełną swobodą interpretacyjną urzędów skarbowych wobec przedsiębiorcy, a także możliwość pociągnięcia do odpowiedzialności firmy za wcześniejsze transakcje jej kontrahentów.

– Trzeba się cieszyć, że projekt nowelizacji ustawy o VAT w końcu się pojawił i że mamy możliwość dyskutowania o konkretnych propozycjach rządowych w zakresie uszczelnienia podatku VAT. Główny wątek, czyli wprowadzenie centralnego rejestru faktur, był oczywiście narzędziem dobrym, natomiast na jego efektywność będziemy musieli czekać jeszcze długie lata zanim powstanie i nabierze pełnej funkcjonalności oraz skuteczności – mówi agencji informacyjnej Newseria Michał Kanownik, prezes zarządu ZIPSEE „Cyfrowa Polska”. – Natomiast w samej ustawie widzimy kilka rzeczy, które z jednej strony budzą nadzieje, że będzie lepiej, z drugiej wiele wątpliwości, czy nie utrudnią jeszcze funkcjonowania.

Ekspert podkreśla, że branża pozytywnie odebrała propozycję ministra finansów w kwestii poszerzenia odwróconego VAT na procesory. Jednocześnie stwierdza, że odwróconym VAT nie objęto twardych dysków. ZIPSEE szacuje, że na wyłudzeniach VAT w obrocie twardymi dyskami i procesorami budżet państwa traci rocznie około 350–400 mln zł.

 Na dyskach twardych suma strat budżetu państwa na oszustwach jest większa niż na procesorach, więc mam nadzieję, że w toku dalszych konsultacji i prac legislacyjnych uda się ten mankament poprawić – stwierdza Kanownik.

Obrót dyskami twardymi zgodnie z propozycją rządu ma zostać objęty solidarną odpowiedzialnością.

Zastrzeżenia przedsiębiorców z branży elektronicznej dotyczą m.in. likwidacji możliwości składania deklaracji kwartalnych dla dużych firm (o obrotach ponad 1,2 mln euro rocznie). O ile takie rozwiązanie ma sens w przypadku nowych firm i takich, co do których istnieje ryzyko, że mogą nie wywiązywać się z obowiązku płacenia VAT, to w przypadku dużych podmiotów, działających na rynku od wielu lat i uczciwie rozliczających z podatków, nie ma już to uzasadnienia.

– To będzie po prostu kolejne obciążenie administracyjne dla firm i dodatkowy koszt prowadzenia działalności – uważa Michał Kanownik.

Prezes ZIPSEE „Cyfrowa Polska” ostrzega jednocześnie, że proponowany powrót sankcji VAT-owych jest bardzo ryzykowny.

– Uważam, że 30-proc. kara za pomyłkę np. w deklaracji VAT jest trochę przesadzona. Zwłaszcza że po stronie skarbówki w postępowaniu kontrolnym nie ma obowiązku udowodnienia świadomości tego czynu po stronie przedsiębiorcy. Czyli tutaj mamy pełną swobodę działania skarbówki – wskazuje prezes ZIPSEE.

Dodaje jednocześnie, że biorąc pod uwagę doświadczenie firm, które przeżywają kontrole skarbowe, wątpliwości członków związku budzi możliwość pociągnięcia do odpowiedzialności firmy za wcześniejsze transakcje kontrahentów.

– Chodzi o to, że jeżeli towar znalazł się w jakiejś firmie, a wcześniej mógł brać udział w procesie np. karuzelowym, to uczciwa firma, która nabyła ten towar w dobrej wierze, może za to odpowiadać i ponieść konsekwencje – zaznacza Kanownik.

ZIPSEE „Cyfrowa Polska” zaznacza, że systematycznie apeluje i oferuje rządowi pomoc w zakresie uszczelnienia systemu VAT-owego, gdyż od już właściwie 6 lat niemalże oszustwa podatkowe przynoszą straty budżetowi państwa oraz uczciwym przedsiębiorcom. Przyjęta przez rząd w ubiegłym roku propozycja „Cyfrowej Polski” w kwestii odwróconego VAT-u na smartfony, tablety, komputery zastopowała wypływ z budżetu państwa kwot szacowanych na około 2 mld zł rocznie.

– Chcemy, aby w tej ustawie wyeliminować zapisy, regulacje, które mogą tworzyć niebezpieczeństwo utrudnienia bądź też bariery dla uczciwego przedsiębiorcy, a wspierać efektywne działania, które mogą uszczelnić ten system – mówi szef związku firm elektronicznych. – Na pewno będziemy chcieli doprecyzować kwestie VAT-u odwróconego i poszerzyć go w odpowiednim stopniu. Będziemy chcieli służyć praktyczną pomocą w zakresie budowy efektywnego systemu rejestru faktur online. Jest to potrzebne, ale wymaga bardzo precyzyjnej wiedzy technicznej. Oczywiście będziemy też starali się pokazać rządowi potencjalne negatywne skutki sankcji VAT-owych.

BM BGŻ BNP Paribas: ostatnie dane z chińskiej gospodarki gorsze od oczekiwań, ale Chinageddon rynkom nie grozi

BM BGŻ BNP Paribas: ostatnie dane z chińskiej gospodarki gorsze od oczekiwań, ale Chinageddon rynkom nie grozi 10

Chińska gospodarka w października rozwijała się o 0,1 proc. wolniej niż prognozowali analitycy. Zmniejszyły się także wydatki rządowe. Zdaniem Michała Krajczewskiego z biura maklerskiego banku BGŻ BNP Paribas spowolnienie Państwa Środka jest faktem, ale, na szczęście, odbywa się w sposób stopniowy. Prognozy dotyczące Chinageddonu się nie sprawdziły.

Od dłuższego czasu widzimy, że gospodarka Chin zwalnia, jest to natomiast, na szczęście, proces stopniowy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Krajczewski, analityk rynku papierów wartościowych biura maklerskiego banku BGŻ BNP Paribas. – Czarne prognozy dotyczące Chinageddonu czy jakiegoś poważnego kryzysu gospodarczego w tym kraju się nie sprawdziły. Na razie działania władz takie jak obniżanie stóp procentowych, stymulacja fiskalna, czyli inwestycje infrastrukturalne przekładają się na wciąż dodatnie tempo wzrostu.

Zgodnie z raportem Urzędu Statystycznego Chin wartość produkcji przemysłowej w tym kraju pozostała w październiku tego roku na niezmienionym poziomie 6,1 proc. Analitycy oczekiwali, że progres wyniesie przynajmniej 6,2 proc. O przeszło 10 proc. zwiększyła się sprzedaż detaliczna.

Ostatnie dane z Chin były nieco słabsze od oczekiwań – zauważa Michał Krajczewski. – Wprawdzie rok do roku wzrosty nadal są dosyć duże, szczególnie na tle krajów rozwiniętych, ale były one jednak nieco gorsze niż prognozowali analitycy. Stąd negatywna reakcja rynków finansowych, szczególnie w krajach się rozwijających.

Jak wynika z informacji chińskiego ministerstwa finansów rządowe wydatki spadły w październiku o 12,5 proc. w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku. Tymczasem przychody zwiększyły się o 5,9 proc. Po dziesięciu miesiącach nakłady władz w Pekinie były jednak wyższe o 10 proc. To o tyle istotne, że po wyhamowaniu inwestycji sektora prywatnego Państwo Środka oparło swoją gospodarkę głównie na wydatkach rządowych. 

Trzeba pamiętać, że mamy do czynienia z coraz wyższą bazą, z której Chiny rosną – wskazuje Michał Krajczewski. – Przestawienie gospodarki z przemysłowo-eksportowego na model bardziej konsumpcyjny wciąż jednak postępuje. Może nie jest to szybki proces. Ale czarne scenariusze, pomimo jednorazowych słabszych danych, generalnie się jednak nie sprawdzają.

Coraz mniej kontraktów i przetargów w infrastrukturze. Polskie firmy zmuszone do szukania zleceń za granicą

Coraz mniej kontraktów i przetargów w infrastrukturze. Polskie firmy zmuszone do szukania zleceń za granicą 11

Spadła liczba przetargów infrastrukturalnych, co powoduje, że zaostrza się konkurencja – w każdym z nich bierze udział coraz więcej firm. Z kolei inwestorzy wymagają coraz dłuższych, nawet 10-letnich zabezpieczeń. Szansą na odbicie będą środki z nowej perspektywy unijnej na lata 2014-2020, która obecnie jest w fazie przygotowań. Ten trudny czas polskie przedsiębiorstwa chcą przetrwać dzięki realizacji inwestycji na rynkach zagranicznych, głównie w Niemczech i Skandynawii, a nawet w Stanach Zjednoczonych.

– Jest mniej kontraktów i przetargów, co powoduje, że startuje w nich coraz więcej firm. Obecnie w jednym przetargu udział bierze średnio około piętnastu firm, podczas gdy jeszcze dwa lata temu było ich około pięciu. To powoduje, że ceny oferentów versus oferta inwestora są średnio o 25 proc. niższe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Puta, dyrektor Biura Gwarancji Ubezpieczeniowej w Euler Hermes.

Formą zabezpieczenia zobowiązań podmiotów gospodarczych są gwarancje ubezpieczeniowe. Zaliczają się do nich m.in.  gwarancje kontraktowe w przetargach (np. wadium,  gwarancja należytego wykonania umowy przez generalnego wykonawcę, i najdłuższe z nich gwarancje usunięcia wad i usterek). Jak zauważa Andrzej Puta, rozwój rynku gwarancji ubezpieczeniowych w największym stopniu będzie w kolejnych latach ściśle uzależniony od środków unijnych.

– Potencjał rynku gwarancji ubezpieczeniowych jest duży, ale powiedziałbym, że jest to ostatnia szansa na rozwój tego rynku. Gwarancje są wykorzystywane głównie przy wydatkowaniu środków unijnych przeznaczonych na infrastrukturę. Unijna perspektywa finansowa na lata 2014-2020 to będzie ostatni moment, w którym produkty gwarancyjne będą bardzo potrzebne jeśli chodzi o ich wartość. Później pozostaną na rynku, ale zapotrzebowanie na nie będzie znacznie mniejsze – przewiduje Andrzej Puta.

Trendem, który nasilił się w ostatnich latach, jest coraz dłuższy okres zabezpieczeń wymaganych przez inwestorów, którzy chcą mieć pewność, że ewentualne usterki i niedociągnięcia zostaną poprawione przez wykonawcę nawet 10 lat po zakończeniu inwestycji. Eksperci podkreślają, że bankom i ubezpieczycielom trudno jest oszacować ryzyko finansowe związane z udzieleniem tak długich gwarancji.

– Gwarancje ubezpieczeniowe są coraz dłuższe. Kiedyś obejmowały one standardowo okres do ośmiu lat, a obecnie inwestorzy wymagają takiego zabezpieczenia nawet na dziesięć lat i dłużej. To wymaga oczywiście większego zabezpieczenia ze strony firm ubezpieczeniowych i banków, co nie zawsze jest proste – zauważa Andrzej Puta.

Rynek gwarancji ubezpieczeniowych jest podzielony niemal równo na pół, pomiędzy sektor bankowy i ubezpieczeniowy. Choć zapotrzebowanie na gwarancje ubezpieczeniowe zależy w dużej mierze od skali inwestycji infrastrukturalnych, to wykorzystuje się je również w innych branżach.

– Główne branże, w których są potrzebne gwarancje ubezpieczeniowe to te, w których jest dużo inwestycji i kapitału. Są to więc branże budowlana, metalowa i szeroko rozumiany transport, czyli autobusy, tramwaje pociągi. Takie kontrakty dotyczą zwykle dużych pieniędzy i inwestorzy chcą mieć pewność, że zostaną zrealizowane na czas – mówi Andrzej Puta.

W związku z rozwojem eksportu i ekspansją polskich firm, wzrasta również zapotrzebowanie na gwarancje międzynarodowe, udzielane polskim przedsiębiorstwom realizującym kontrakty za granicą. Dotyczy to głównie Niemiec, Norwegii, Finlandii i Szwecji, w której prowadzony jest obecnie rządowy program modernizacji infrastruktury.

– Dla polskich firm nowym rynkiem, na którym wymagane są gwarancje ubezpieczeniowe, są Stany Zjednoczone i branża budowlana. Mamy też transakcje w Wielkiej Brytanii, na Węgrzech, w Arabii Saudyjskiej, Emiratach i w Kuwejcie. Sektor ubezpieczeniowy nie oferuje generalnie w tym zakresie szerokiej oferty. Euler Hermes, jako część Grupy Allianz, to jedyne w Polsce towarzystwo ubezpieczeniowe, które może zaoferować gwarancje zagraniczne (co więcej – dostosowane do lokalnego prawa, specyfiki biznesu i np. wymiany walutowej) dzięki temu, że jego oddziały funkcjonują w kilkudziesięciu państwach świata– mówi Andrzej Puta.

Z obserwacji dyrektora Biura Gwarancji Ubezpieczeniowej Euler Hermes wynika, że polskie przedsiębiorstwa odnoszą obecnie duże sukcesy zwłaszcza w Skandynawii, gdzie gwarancje ubezpieczeniowe udzielane w miejscowym języku i walucie pozwalają zdobyć zaufanie inwestorów publicznych –rządów i organów publicznych.

– Na polskim rynku jest obecnie mniej kontraktów, dlatego rodzime firmy wychodzą na rynki zagraniczne, ponieważ muszą przetrwać ten cięższy okres i utrzymać zatrudnienie. W odniesieniu sukcesu pomaga im zarówno doświadczenie, jak i zaplecze finansowe. Potrzebny jest więc gwarant, który wystawi polskim firmom wymagane zabezpieczenia – mów Andrzej Puta.

Euler Hermes pracuje obecnie nad wdrożeniem instrumentu finansowego, który ma wesprzeć polskich eksporterów w ekspansji międzynarodowej. Podobny produkt finansowy jest obecnie dostępny w wybranych krajach, w których zapotrzebowanie na taką usługę pojawiło się wcześniej niż w Polsce.

– Będziemy przejmowali na siebie część ryzyka związanego z produktami oferowanymi przez banki – poprzez odpowiednie polisy na rzecz instytucji finansowych. Dzięki przejęciu części ich odpowiedzialności i ryzyka powinny zwiększyć się poziomy potencjalnego zaangażowania i limitów kredytowych w bankach,  nasi eksporterzy będą więc mogli liczyć na większą ich przychylność   w finansowaniu planów zwiększenia sprzedaży i ekspansji za granicą – informuje Andrzej Puta.

Grupa Energa chce zainwestować 20,6 mld zł w ciągu 9 lat. Wśród priorytetów elektrownia w Ostrołęce i stopień wodny na Wiśle

Grupa Energa chce zainwestować 20,6 mld zł w ciągu 9 lat. Wśród priorytetów elektrownia w Ostrołęce i stopień wodny na Wiśle 12
Ponad 20,6 mld zł – taką kwotę na inwestycje przeznaczy Grupa Energa w ramach nowej strategii przyjętej na lata 2016–2025. Sztandarowe projekty to budowa nowego bloku energetycznego w Ostrołęce oraz elektrowni wodnej na Wiśle, która ma umocnić pozycję spółki na rynku OZE. Energa zamierza się również skoncentrować na obsłudze klientów i wprowadzić nową, rozszerzoną ofertę. Nie wyklucza, że poza energią elektryczną i gazem zaoferuje klientom inne usługi, na przykład dostęp do szerokopasmowego internetu.

– Grupa Energa w 2015 roku będzie supernowoczesną firmą, która odpowiada na zapotrzebowanie klientów. Zamierzamy wychodzić naprzeciw oczekiwaniom i tworzyć takie produkty i oferty, które w pełni zaspokoją ich potrzeby. Nowoczesność oznacza, że będziemy się opierać o informatyczne sieci energetyczne i inteligentne liczniki z możliwością zdalnego odczytu na daną chwilę. To oznacza, że nie będzie już liczone szacunkowe, ale faktyczne zużycie energii – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Kaśków, prezes Energa SA.

Polski rynek energii dynamicznie się zmienia, na co wpływ ma m.in. stagnacja popytu i niskie ceny hurtowe energii oraz duża konkurencja w obszarze sprzedaży. Żeby utrzymać swoją pozycję, spółki energetyczne muszą reagować i dostosowywać się do zmian rynkowych. Nowa strategia Grupy Energa na lata 2016–2025 skupia się na dwóch strategicznych celach: rozszerzonej ofercie dla klientów oraz rozbudowie nowoczesnej infrastruktury.

Szczegółowe plany spółki przewidują m.in.: zainstalowanie 100 proc. zdalnie obsługiwanych układów pomiarowych (tzw. inteligentnych liczników, z których korzysta obecnie 800 tys. klientów Energi) do 2020 roku, rozbudowę inteligentnej sieci dystrybucji energii elektrycznej i dostosowanie się do wymogów taryfy jakościowej SADI (która określa średni czas awarii) i SAIFI (średnia częstotliwość przerw w dostawach prądu na odbiorcę) oraz wymogów związanych z czasem realizacji przyłączenia odbiorcy energii.

Kluczowe inwestycje Grupy Energa na najbliższe lata dotyczą jednak budowy elektrowni. Do końca 2023 roku ma zostać oddany do eksploatacji nowy blok 1000 MWe w Ostrołęce. Spółka przewiduje, że projekt będzie rentowny dzięki rynkowi mocy i zawarciu korzystnej umowy na dostawy węgla. Inwestycja ma być przygotowana do realizacji w 2018 roku i będzie prowadzona we współpracy z partnerami strategicznymi. Drugi projekt to elektrownia wodna na Wiśle (w Siarzewie), która do 2020 roku ma uzyskać pozwolenie na realizację. Spółka pokryje nakłady na część energetyczną tego projektu i liczy, że umocni on silną pozycję Grupy Energa na rynku OZE.

 Energa zainwestuje miliardy złotych w budowę systemowej elektrowni w Ostrołęce i kolejnego stopnia na Wiśle, czyli elektrowni wodnej w Siarzewie, która ma zacząć działać w 2026 roku. Koszt pierwszego z tych projektów wyniesie około 6 mld zł, natomiast nakłady na część energetyczną elektrowni w Siarzewie to niewiele ponad miliard złotych – informuje Dariusz Kaśków.

Projekty inwestycyjne spółki będą realizowane w ramach przyjętego z nową strategią „Wieloletniego Programu Inwestycji Strategicznych Grupy Energa na lata 2016–2025”. Łączne nakłady na inwestycje w trzech segmentach: dystrybucja, wytwarzanie i sprzedaż, przekroczą w ciągu kolejnych lat 20,6 mld zł. Cześć tych środków zostanie przeznaczona również na rozwinięcie modelu sprzedaży i obsługi klientów oraz rozwój nowych obszarów aktywności biznesowej.

– Będą to przede wszystkim inwestycje w sieci inteligentne i światłowody, czyli szerokopasmowy dostęp do internetu. Poza energią elektryczną i gazem będziemy oferować szereg innych usług, które będą dostępne w naszych punktach, biurach obsługi klienta oraz przez internet – zapowiada Dariusz Kaśków.

Na części obsługiwanych obszarów Energa dysponuje siecią światłowodową, która dotąd była wykorzystywana jedynie na potrzeby wewnętrzne. Spółka rozważa jednak możliwość rozbudowy sieci i wykorzystania jej w sposób komercyjny, na przykład prowadząc działalność w zakresie dostępu do szerokopasmowego internetu. Szczegółowy model biznesowy w tym obszarze ma powstać do końca 2017 roku.

Budowa modelu biznesowego zorientowanego na klientów to drugi cel strategiczny Energi na najbliższe lata. Do końca 2017 roku spółka ma zapewnić obsługę klientów w jednym środowisku informatycznym i stworzyć centralne repozytorium danych. Przeprowadzi też gruntowną reorganizację procesów sprzedaży, obsługi klientów i rozliczeń oraz uruchomi nowe kanały sprzedażowe.

Dzięki wprowadzeniu nowej, rozbudowanej oferty dla klientów indywidualnych, biznesowych i samorządów Energa planuje się uzyskać dodatkową EBITDA na poziomie 100 mln zł w 2020 roku i 300 mln zł EBITDA w 2025 r. z nowych produktów. Nowa strategia grupy zakłada, że inwestycje będą realizowane przy zachowaniu pełnego bezpieczeństwa finansowego i zrównoważonego harmonogramu wydatków. Jak zapowiada Dariusz Kaśków, w przyszłym roku spółka skupi się przede wszystkim na modernizacji sieci energetycznej oraz procedurze wyłonienia generalnego wykonawcy dla nowej elektrowni w Ostrołęce.

 Do końca bieżącego roku rozpoczniemy procedurę wyłaniania generalnego wykonawcy dla naszej sztandarowej inwestycji, czyli elektrowni w Ostrołęce, która ma strategiczne znaczenie dla bezpieczeństwa systemu energetycznego. Oprócz tego będziemy ciągle modernizować sieć energetyczną, z której mamy największe przychody i największą EBITDĘ – mówi Dariusz Kaśków.

CEED Kulczyk Research Institute: Unia Europejska musi na nowo wypracować politykę migracyjną

CEED Kulczyk Research Institute: Unia Europejska musi na nowo wypracować politykę migracyjną 13

Unia Europejska nie była przygotowana na napływ uchodźców, który nastąpił w latach 2015–2016, i w efekcie stanęła przed największym kryzysem w swojej historii. Obecnie nie ma już powrotu do kształtu Wspólnoty sprzed 2015 roku – wynika z najnowszego raportu migracyjnego CEED Kulczyk Research Institute „Początek końca. Czy migranci doprowadzą do rozpadu Unii Europejskiej?”. Kluczem do rozwiązania problemu jest stworzenie nowej, przemyślanej polityki migracyjnej, która pozwoli na lepszą kontrolę nad tymi procesami – przekonywali uczestnicy debaty zorganizowanej przy okazji prezentacji raportu.   

– Wyzwania związane z imigracją są dużo większe niż jeszcze kilka lat temu. Unia Europejska nie zareagowała odpowiednio na napływ uchodźców, przyjmując ich w krótkim czasie zbyt wielu i wywołując tym negatywny efekt społeczny. Popełniono wiele błędów, co widzimy choćby po wynikach wyborów. Nie jest to wyłącznie problem Europy, ponieważ o wyniku ostatnich wyborów w Stanach Zjednoczonych również w dużej mierze zadecydowały kwestie migracyjne. Klimat wokół imigracji jest negatywny – mówi prof. Maciej Duszczyk z Uniwersytetu Warszawskiego i współautor raportu migracyjnego CEED Kulczyk Research Institute.

Z tegorocznej, czwartej edycji raportu migracyjnego wynika, że lata 2015–2016 przyniosły największy w historii kryzys funkcjonowania Unii Europejskiej, który w znacznym stopniu wpłynął na kształt debaty publicznej. Polityka migracyjna była jednym z czynników, który spowodował, że Brytyjczycy zagłosowali w referendum za opuszczeniem struktur Wspólnoty, zniechęceni bezradnością instytucji unijnych wobec napływu imigrantów. Zdaniem autorów raportu, brexitu bardziej wystraszyli się jednak Brytyjczycy niż cudzoziemcy. Liczba obywateli państw Europy Środkowo-Wschodniej przebywających w Wielkiej Brytanii spadła tylko nieznacznie, za to wzrosła liczba Brytyjczyków zainteresowanych przyjęciem obywatelstwa innego państwa członkowskiego.

W I połowie 2016 roku liczba osób ubiegających się o status uchodźcy w Unii Europejskiej wzrosła do ponad 617 tys. (z 432 tys. w 2013 roku). Główny ciężar związany z imigracją uchodźców wzięły na siebie Niemcy, a skala zjawiska zmniejszyła się po podpisaniu umowy z Turcją, która obecnie powstrzymuje napływ uchodźców do Grecji i dalszych państw członkowskich.

Jak podkreślają autorzy raportu, fala migracyjna w latach 2015–2016 negatywnie wpłynęła na nastawienie opinii publicznej. W Polsce 65 proc. społeczeństwa krytycznie postrzega napływ cudzoziemców z państw trzecich. Na tle innych państw regionu to wciąż stosunkowo niski odsetek. W Czechach, Estonii, Łotwie, Litwie, na Węgrzech i Słowacji imigrację postrzega negatywnie ponad 80 proc. obywateli. Andrzej Rzońca z Forum Obywatelskiego Rozwoju i Towarzystwa Ekonomistów Polskich podkreśla, że zaskakujące są jednak dane dotyczące aktywności zawodowej imigrantów.

– W większości krajów aktywność zawodowa migrantów jest bardzo wysoka, często wyższa niż aktywność obywateli tych państw. Należy do nich Polska, gdzie odsetek bezrobotnych wśród migrantów jest niewielki, często zakładają oni swoje biznesy. Zaskakują też różnice między państwami, które przyjmują imigrantów, i tymi, które o imigracji dowiadują się głównie z telewizji bądź z internetu. Przykładowo, w Szwecji nie ma obaw, że imigranci zniszczą tamtejszą kulturę, a w stosunku do 2002 roku zwiększył się odsetek osób, które pozytywnie postrzegają imigrację. Podobnie jest w Niemczech. Natomiast w Polsce i Czechach, gdzie imigrantów jest niewielu, poglądy zmieniły się w drugą stronę – zauważa Andrzej Rzońca.

Prof. Maciej Duszczyk z Uniwersytetu Warszawskiego podkreśla, że w szerokim kontekście imigracja jest pozytywnym zjawiskiem, które wpływa dodatnio między innymi na rynek pracy. Największym wyzwaniem, przed którym stoi teraz zarówno Polska, jak i cała UE, jest zarządzanie zjawiskiem imigracji tak, aby w przyszłości osiągnąć z niej jak największe korzyści.

– Wydarzenia ostatnich dwóch lat spowodowały, że o imigracji mówi się źle, podczas gdy jest to zjawisko pozytywne. Trudno wypowiadać takie opinie dzisiaj, kiedy jesteśmy epatowani negatywnymi obrazami imigracji. Trzeba jednak pamiętać, że poza Japonią nie ma na świecie państwa, które rozwinęłoby się bez napływu imigrantów. To również lekcja dla Polski, która musi zadać sobie pytanie, jak zarządzać tym zjawiskiem – mówi prof. Maciej Duszczyk.

Zdaniem Andrzej Rzońcy z Forum Obywatelskiego Rozwoju Polska musi się nauczyć wykorzystywać potencjał, który niesie ze sobą imigracja. Wobec starzenia się społeczeństwa i perspektywy obniżenia wieku emerytalnego do 2040 roku z rynku pracy ubędzie od 2,3 do nawet 4,5 mln osób. By zrekompensować tę stratę, Polska musiałaby przyjmować około 100 tys. imigrantów rocznie (nawet 200 tys. w przypadku obniżenia wieku emerytalnego).

– Obecnie przyciągamy imigrantów z Ukrainy, ponieważ Polska szybko się rozwija i stwarza im dobre perspektywy. Jeżeli przestaniemy się rozwijać, wówczas więcej Polaków będzie wyjeżdżać na Zachód do tych państw, w których standard życia jest wyższy. Natomiast do Polski przestaną napływać imigranci ze Wschodu, bo wobec braku perspektyw nie będą mieli tu czego szukać – mówi Andrzej Rzońca.

Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha, członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP, podkreśla, że przyczyną obecnego kryzysu w Unii Europejskiej nie jest sama imigracja, ale niewłaściwa polityka migracyjna. Państwa członkowskie UE powinny określić zapotrzebowanie swoich rynków pracy i na tej podstawie wypracować odpowiednie regulacje.

– Niektóre kraje, na przykład Hiszpania, ogłosiły, że są otwarte na imigrantów, natomiast szczegółowo określiły kogo potrzebują i jakie kwalifikacje są pożądane. Tak samo postępują rządy Kanady czy Stanów Zjednoczonych, gdzie imigracja odbywa się pod ścisłą kontrolą jeśli chodzi o profesje, które są poszukiwane dla gospodarek tych państw – mówi Andrzej Sadowski.

Konieczność wypracowania właściwej polityki migracyjnej stoi również przed polskim rządem. Za przykład może posłużyć Australia, która ma dość restrykcyjne wymogi dotyczące imigrantów, ale przyznała pracodawcom prawo do sprowadzania pracowników z zagranicy na własną rękę, zgodnie z ich zapotrzebowaniem. Zdaniem Andrzeja Sadowskiego takie rozwiązanie mogłoby się sprawdzić również w Polsce.

– Musimy podkreślać, że imigracja jest czymś pozytywnym, natomiast Europa nie jest w stanie przyjąć wszystkich. Jeżeli imigrantów będzie zbyt wielu, to nie zapewnimy im możliwości funkcjonowania, a oni ze względu na swoją frustrację mogą być dla nas po prostu groźni. To jest oczywisty proces społeczny. Musimy być odpowiedzialni za słowa, które wypowiadamy, i wysłać jasny sygnał mówiący, że jesteśmy w stanie przyjąć ograniczoną liczbę osób – mówi prof. Maciej Duszczyk.

CEED Kulczyk Research Institute jest think-tankiem założonym przez Jana Kulczyka, którego celem jest promocja osiągnięć i potencjału gospodarczego krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Począwszy od 2014 roku wydaje cykliczne raporty dotyczące szans i wyzwań, które stoją przed państwami regionu w związku z migracją.

Konsumenci coraz częściej wybierają słabsze i smakowe alkohole. Chętnie sięgają po nowości polecane przez znajomych

Konsumenci coraz częściej wybierają słabsze i smakowe alkohole. Chętnie sięgają po nowości polecane przez znajomych 14

W ciągu ostatnich dwóch lat widać wyraźne zmiany w konsumpcji alkoholi. Coraz częściej wybierane są alkohole lżejsze, smakowe oraz whisky. Prawie połowa konsumentów badanych przez SW Research podkreśla, że od czasu do czasu sięga po nowości, które pojawiają się na rynku. Wpływ na to mają przede wszystkim rekomendacje znajomych. Pod względem liczby nowości przoduje piwo.

– Na rynku alkoholi duże znaczenie ma sezonowość. Zbliża się okres świąteczny, karnawałowy, dlatego w najbliższych miesiącach zobaczymy wzrost konsumpcji i wzrost sprzedaży alkohol – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Zimolzak, wiceprezes Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research. – W przyszłym roku, o ile nic specjalnego nie wydarzy się na rynku, będziemy obserwować dotychczasowe trendy, czyli wzrost roli piwa rzemieślniczego, lokalnych browarów, win gronowych i droższych alkoholi.

Producenci oraz dystrybutorzy alkoholi z optymizmem patrzą na zbliżający się czas. Jak podkreśla Zimolzak, w tym roku na rynku widać pierwsze oznaki stabilizacji po podwyżce akcyzy, która została wprowadzona w 2014 roku. W tym okresie zaszły również zmiany w preferencjach konsumentów.

Przed podwyżką prognozowano, że akcyza spowoduje spadek popytu na mocne alkohole, czyli wyroby spirytusowe, i rzeczywiście tak w pierwszym w okresie obowiązywania nowych przepisów było. Potem zaczęły się pojawiać nowe rodzaje alkoholi, przerzucono nacisk na alkohole smakowe i okazało się, że Polacy też chętnie konsumują trochę słabsze, ale nadal pozostające na poziomie powyżej 30 proc. alkohole, np. wódki smakowe – mówi Zimolzak.

Co roku na rynku pojawia się wiele nowości. Liderem pod tym względem jest branża browarnicza, notująca rekordową liczbę premier. To wynika z dynamicznego rozwoju browarów lokalnych i rzemieślniczych.

Z uwagi na powstawanie coraz większych sieci dystrybucyjnych, sklepów specjalizujących się w dystrybucji piw, czyli tzw. multitapach, Polacy mają okazję eksperymentować, zapoznawać się z różnymi rodzajami piwa i następnie przekazywać informacje dalej, robią zamówienia w sklepach internetowych bądź kontaktują się bezpośrednio z tymi dystrybutorami – mówi Piotr Zimolzak.

Z badania SW Research wnika, że prawie połowa konsumentów po nowości alkoholowe sięga od czasu do czasu. 3,5 proc. robi to zawsze, gdy decyduje się na zakup trunku. Najwięcej badanych sugeruje się przy wybieraniu nowości rekomendacjami znajomych (36,3 proc.). Jedna czwarta wskazała na materiały dostępne w sklepach.

Polacy przekonują się także do win gronowych. Z uwagi na częste promocje w dyskontach czy hipermarketach Polacy sięgają chętniej po wina, do których wcześniej nie mieli dostępu – mówi Zimolzak. – Poza tym Polacy coraz więcej podróżują, mają okazję próbować win w różnych regionach świata, a potem szukają tych samych marek w polskich sklepach.

Kupując alkohol, kierujemy się przede wszystkim jego smakiem oraz znajomością marki. Te czynniki okazały się ważniejsze niż cena. Jeśli alkohol kupujemy na prezent, to najważniejsze przy wyborze są znajomość marki oraz jej prestiż.

Janet Yellen nie zaskoczyła rynków, zapowiadając podwyżkę stóp

Prezes Rezerwy Federalnej Janet Yellen zasygnalizowała dziś, że Bank Centralny jest bliski podjęcia decyzji o podwyżce stóp procentowych, gdyż amerykańska gospodarka tworzy w dobrym tempie nowe miejsca pracy, a inflacja nieznacznie wzrosła. Takie stwierdzenie zupełnie nie zaskoczyło rynków finansowych, gdyż szanse na podwyżkę stóp procentowych są bliskie 100 proc. Prezes Fed-u nie odniosła się do zapowiedzi wyborczych prezydenta elekta Donalda Trumpa i po raz kolejny powtórzyła, że przyszłe podwyżki stóp procentowych będą miały stopniowy charakter.

Para USDJPY zyskuje dziś 0,4 proc. i handluje już jedynie kilkadziesiąt pipsów poniżej poziomu 110 jenów, w oczekiwaniu na spotkanie premiera Japonii Shinzo Abe z Donaldem Trumpem w Nowym Jorku. Traderzy będą oczekiwać na komentarze Trumpa, który wcześniej oskarżył Japonię o manipulacje walutowe. Euro zahamowało, trwające 9 dni z rzędu spadki do dolara, po tym jak Członek Rady Nadzorczej Europejskiego Banku Centralnego Yves Mersch powiedział, iż nadzwyczajne środki stymulacyjne nie będą trwać bez końca i powinny być zakończone tak szybko, jak tylko będzie to możliwe. Para EURUSD handluje obecnie neutralnie w okolicy poiozmu 1,07, który wczoraj został przebity po raz pierwszy w tym roku.

Para USDPLN przyhamowała nieco ostatnie wzrosty i handluje dziś około 2 grosze poniżej osiągniętego wczoraj 14-letniego maksimum na poziomie 4,18. Para EURPLN handluje dziś neutralnie w okolicy poziomu 4,45 a para CHFPLN w okolicy poziomu 4,15. Odreagowanie na złotym jest znikome, dlatego też możliwe są dalsze spadki na rodzimej walucie. Słabość naszej waluty wynika nie tylko z siły dolara, ale również z niższego od oczekiwań polskiego wzrostu gospodarczego oraz obaw agencji ratingowych, wynikających z przegłosowanego wczoraj przez sejm obniżenia wieku emerytalnego. Taki rozwój sytuacji może być negatywny dla wiarygodności kredytowej Polski, dlatego złotówka, mimo niskiej wyceny, wciąż jest pod presją sprzedażową.

Ceny ropy naftowej rosną dziś ponad 2,2 proc. przez spekulacje, dotyczące dzisiejszego spotkania sekretarza generalnego z częścią członków OPEC w Katarze. OPEC jest przekonany, iż porozumienie dotyczące cięcia produkcji ropy naftowej zostanie wypracowane na spotkaniu przedstawicieli krajów kartelu 30 listopada w Wiedniu. Za baryłkę ropy naftowej WTI trzeba obecnie płacić około 46,40 dolarów natomiast za baryłkę ropy Brent około 47,50 dolarów. CEO największej na świecie firmy wydobywczej BHP Billiton Ltd., Andrew Mackenzie powiedział dziś dziennikarzom, że rajd na surowcach, który doprowadził do 66 proc. wzrostu cen rudy żelaza i 295 proc. wzrostu cen węgla koksującego, w tym roku może zostać wkrótce zahamowany, gdyż Chiny planują zrestrukturyzować swój przemysł stalowy.  

Janet Yellen nie zaskoczyła rynków, zapowiadając podwyżkę stóp 15 Janet Yellen nie zaskoczyła rynków, zapowiadając podwyżkę stóp 16


Andrzej Kiedrowicz

Chief Operating Officer

KOI Capital

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Powyborczy chaos

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Znana maksima głosi, że prognozowanie to trudna sprawa, szczególnie kiedy dotyczy przyszłości. Ostatnimi czasy czynność ta stała się jeszcze cięższa. Przypomnę, że w wyborczy wtorek w znanym profesjonalnym serwisie informacyjnym specjalna zakładka poświęcona wyborom prezydenckim w USA dumnie głosiła, iż to Hillary Clinton z 90-procentowym prawdopodobieństwem będzie przyszłym gospodarzem Białego Domu. Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna, ale nie przeszkadza to prorokom wszelkiej maści z nie mniejszym niż wcześniej przekonaniem głosić, jak będą wyglądały przyszłe rządy Donalda Trumpa. Dlaczego jednak nikt nie zadaje sobie pytania, jak osoby, które we wtorek nie wiedziały co wydarzy się dzień później, teraz już bezbłędnie zarysują trendy na najbliższe cztery lata? Podobnie sprawa wygląda z rynkiem finansowym, który wcześniej, obawiając się populistycznego prezydenta, teraz pod pewnym względem wita go z radością. Przecież podatki zostaną obniżone, a wydatki zwiększone, co oznacza spory stymulus fiskalny. Czyżby? Jakoś nie słychać głosów, że w czystej postaci bardzo ciężko będzie zrealizować taką politykę. Ponadto jeszcze nikomu nie udało się w pełni zrealizować przedwyborczych obietnic. Owszem, powinny być one wskazówką, ale szczególnie w przypadku populistów realizacja obietnic napotyka wiele przeszkód. Może to nie do końca odpowiedni przykład, ale warto pamiętać, że grecka Syriza po wygranych wyborach poszła zgoła odmienną ścieżką niż było to sygnalizowane wcześniej. Na to wszystko nakłada się prawdziwy powyborczy rynkowy chaos. Zmiany cen aktywów są bardzo dynamiczne i w większości ciężko jest racjonalnie wytłumaczyć ich skalę. O ile bowiem zgodzić się można z tezą, że przyszła polityka Trumpa będzie proinflacyjna, to prawdą z pewnością nie jest, że ta inflacja czai się tuż za rogiem. Zresztą gdyby tak było, to złoto by drożało, a tak przecież nie jest. Ponadto rosnąca presja inflacyjna powinna wspierać ceny surowców oraz rynki akcji ich wytwórców, czyli całe spektrum krajów rozwijających się. Tak jednak również nie jest, gdyż rynki wschodzące znalazły się pod presją z uwagi na protekcjonistyczną przedwyborczą retorykę Trumpa. W tym kontekście zaskoczeniem może jednak być poprawna postawa rynku niemieckiego, czyli głównego światowego eksportera silnie uzależnionego nie tylko od kondycji USA, ale również Chin, które w teorii miałyby być głównym celem hipotetycznej wojny handlowej. Na dodatek ceny akcji w Szanghaju zachowywały się nie gorzej i od wyborów zdrożały o 2%. Wydaje się, że w dłuższym okresie takie nierzadko wzajemnie zaprzeczające się zachowanie rynków jest nie do utrzymania.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Polska powinna zdecydowanie zwiększyć poziom migracji. Inaczej czeka nas fatalny scenariusz

Wzrost liczby emerytów przy jednoczesnym spadku ilości osób pracujących prowadzi do kryzysu ekonomicznego krajów wysoko rozwiniętych. Za 25 lat będzie on wyjątkowo widoczny także w Polsce, ze względu na dodatkowy czynnik, tj. wysoką emigrację. W związku z tym, nasze państwo czekają bardzo poważne konflikty wewnętrzne.

Problem starzejącego się społeczeństwa występuje w większości krajów wysoko rozwiniętych. Najbardziej widoczny jest w Japonii. Podobna sytuacja ma miejsce w Europie Zachodniej, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Australii. Dzięki postępowi medycyny, mieszkańcy tych części świata żyją coraz dłużej. Jednocześnie odnotowują spadek liczby urodzeń. Aby struktura i wielkość populacji utrzymywały się na stałym poziomie, współczynnik dzietności, który określa liczbę dzieci przypadających na każdą kobietę w wieku rozrodczym, musi wynosić średnio 2,1.

– Obecnie, w krajach wysoko rozwiniętych współczynnik dzietności kształtuje się pomiędzy 1,3 a 1,5. Jednocześnie, należy zauważyć, że coraz szybciej przybywa ludzi w wieku poprodukcyjnym, czyli emerytalnym. Osoby obecnie wchodzące na rynek pracy, nie zastępują w pełni tych, które z niego odchodzą – mówi serwisowi agencyjnemu MondayNews, dr Jacek Tomkiewicz, dyrektor ds. naukowych w Centrum Badawczym Transformacji Integracji i Globalizacji, które działa przy Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Jak zauważa ekspert, Polska i Kanada są na podobnym poziomie rozwoju cywilizacyjnego. Choć państwa te znacznie różnią się od siebie stopniem zamożności, to mają porównywalny model funkcjonowania. Oznacza to, że w obu krajach liczba dzieci, rodzących się w przeciętnych rodzinach, jest do siebie zbliżona. Współczynniki dzietności w obu przypadkach wynoszą od 1 do 1,5. Należy jednak zwrócić uwagę, że w Kanadzie istnieje dodatnie saldo migracji, a Polsce – ujemne.

– Do Kanady przyjeżdża więcej ludzi, niż z niej wyjeżdża, natomiast w Polsce jest odwrotnie. Występuje tu bardzo głębokie, ujemne saldo migracji. Wynika to z faktu, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat nasz kraj opuściło ok. 1,5 mln osób. Ponadto większość emigrantów nie wróci już do ojczyzny. Ich dzieci także będą pracowały za granicą, m.in. w Wielkiej Brytanii. Oznacza to oczywiście spadek liczby ludności w wieku produkcyjnym i pogorszenie sytuacji w perspektywie kolejnych 20 lat – wyjaśnia dr Jacek Tomkiewicz.

Ekspert z Akademii Leona Koźmińskiego ostrzega, że obecny poziom emerytur jest relatywnie wysoki w stosunku do tego, jaki jest przewidywany w przyszłości. Jeśli aktywni zawodowo Polacy nie będą samodzielnie odkładali pieniędzy ze swoich obecnych pensji, to na starość mogą mieć problem z tym, żeby w ogóle się utrzymać. Za 25 lat będzie ok. 20 mln osób w wieku produkcyjnym i prawie 9 mln seniorów. Przyszłemu emerytowi, teoretycznie, będzie przysługiwało wysokie świadczenie, np. z tytułu osiąganych przez niego zarobków lub przepracowanych lat. Jednak go nie otrzyma z braku funduszy, płaconych ze składek osób pracujących.

– Obecnie w naszym kraju żyje około 25 mln ludzi w wieku produkcyjnym, wśród których nie wszyscy pracują, oraz 7 mln seniorów. Oznacza to, że na trzech zatrudnionych przypada jeden emeryt. Gdy przybędzie osób w wieku poprodukcyjnym, a liczba Polaków aktywnych zawodowo zmaleje, będziemy musieli pracować dłużej. Podatki i składki emerytalne wzrosną, a wysokość świadczeń zmaleje – przewiduje dr Tomkiewicz.

Specjalista podkreśla, że problemów demograficznych nie można rozwiązać w krótkim czasie. Nawet, gdyby w najbliższym roku drastycznie wzrosła liczba urodzeń, to potrzeba aż 20 lat, aby nowonarodzone dzieci pojawiły się na rynku pracy. Jedyne, co możemy zrobić obecnie, to zwiększyć poziom migracji. Jednak państwa, z których przyjeżdżają do nas obcokrajowcy, czyli Ukraina, Białoruś czy Rosja, odnotowują jeszcze niższe wskaźniki demograficzne, niż Polska.

– Nasz kraj czekają poważne konflikty wewnętrzne. Emeryci zaczną się wyraźnie sprzeciwiać drastycznie niskim świadczeniom i długim kolejkom w przychodniach i szpitalach. Lekarze, nauczyciele oraz reprezentanci innych grup zawodowych, opłacanych ze środków publicznych, będą protestować z powodu niesatysfakcjonujących płac. To osłabi jakość dóbr publicznych, czyli poziom ochrony zdrowia i edukacji. Problemy, które powstaną, będą praktycznie nie do rozwiązania – przewiduje ekspert z Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Ponadto dr Tomkiewicz wyjaśnia, że Polskę i Kanadę różni system emerytalny. U nas jest on zdefiniowany składką, podczas gdy w tamtym kraju funkcjonuje tak zwana emerytura obywatelska. Nie zależy ona od liczby przepracowanych lat i składek pobieranych z pensji osób aktywnych zawodowo. Obecny wiek emerytalny to w Kanadzie 65 lat. Emerytura podstawowa przysługuje tym, którzy mieszkali tam co najmniej 10 lat, po skończeniu 18 roku życia. Pełna kwota jest dla tych, którzy przeżyli w Kanadzie co najmniej 40 lat. Im krótszy okres zamieszkiwania, tym niższe świadczenie. Oznacza to, że jedni dostają więcej, niż odprowadzili składek, inni odwrotnie, więc system się automatycznie sam bilansuje.

PKO BP: Spowolnienie gospodarcze jest chwilowe. Ożywienie w inwestycjach w 2017 roku przyspieszy tempo wzrostu PKB do ponad 3 proc.

PKO BP: Spowolnienie gospodarcze jest chwilowe. Ożywienie w inwestycjach w 2017 roku przyspieszy tempo wzrostu PKB do ponad 3 proc. 17

Mimo spowolnienia tempa wzrostu PKB w III kwartale tendencje w polskiej gospodarce pozostają pozytywne, zwłaszcza na rynku pracy – uspokaja Piotr Bujak, główny ekonomista PKO Banku Polskiego. Niższy niż oczekiwany wzrost na poziomie 2,5 proc. to wynik osłabienia aktywności inwestycyjnej w sektorze publicznym. Kiedy środki unijne zaczną płynąć do gospodarki, tempo rozwoju ponownie przyspieszy do ponad 3 proc. – prognozuje. Ożywieniu sprzyjać ma także rosnąca konsumpcja.

Spowolnienie wzrostu gospodarczego w III kwartale było oczekiwane. Druga połowa tego roku przynosi słabszy wzrost ze względu na przejściowe osłabienie aktywności inwestycyjnej w sektorze publicznym. Mocno spadają inwestycje samorządowe, co wiąże się z przerwą w wykorzystaniu środków unijnych. Napływ funduszy z perspektywy do 2020 roku następuje stopniowo i dopiero w ciągu kilku najbliższych kwartałów zobaczymy szybszy wzrost inwestycji publicznych, głównie samorządowych – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Bujak, główny ekonomista PKO Banku Polskiego.

Jak wynika z danych GUS, w III kwartale polska gospodarka urosła o 2,5 proc. w ujęciu rocznym. To najsłabsze tempo w ciągu ostatnich trzech lat. W ujęciu kwartalnym wzrost PKB wyniósł 0,2 proc. W obu przypadkach wyniki są gorsze niż oczekiwania ekonomistów.

Warto podkreślić, że tempo wzrostu nadal pozostaje na bardzo solidnym poziomie. To jeden z najlepszych wyników wśród wszystkich krajów Unii Europejskiej – mówi Bujak. – Potencjalny wzrost dla polskiej gospodarki jest szacowany w przedziale 2,53 proc. Wynik z III kwartału jest bardzo dobry, biorąc pod uwagę tak znaczny spadek inwestycji publicznych.

Według prognoz rządowych w całym roku PKB wzrośnie o 3,4 proc. Resort finansów podtrzymuje dotychczasowe założenia budżetowe. Nieco gorzej potencjał polskiej gospodarki oceniają zagraniczne instytucje. Komisja Europejska po ostatniej rewizji prognozuje wzrost na poziomie 3,1 proc., a nie jak wcześniej – 3,7 proc. Z kolei OECD i EBOiR oczekują 3 proc. wzrostu PKB.

Kiedy trend spadkowy w inwestycjach publicznych się odwróci, w trakcie przyszłego roku możemy oczekiwać przyspieszenia wzrostu gospodarczego ponownie powyżej 3 proc. O tym, że tendencje w polskiej gospodarce nadal są pozytywne, świadczy m.in. zachowanie rynku pracy w III kwartale – mówi Piotr Bujak.

Zgodnie z danymi resortu pracy w październiku bezrobocie spadło do 8,2 proc. To najniższy poziom dla tego miesiąca od 1991 roku. Rok temu stopa bezrobocia była o 1,4 pkt proc. wyższa. Liczba bezrobotnych na koniec ubiegłego miesiąca wyniosła nieco ponad 1,3 mln osób i w porównaniu do września spadła o 1,1 proc. Spadki odnotowano w 14 województwach. GUS podał, że zatrudnienie w przedsiębiorstwach wzrosło we wrześniu o 3,2 proc. w ujęciu rocznym, a przeciętne wynagrodzenie było większe o 3,9 proc.

Rynek pracy zaskakiwał pozytywnie, wzrost zatrudnienia był bardzo wysoki, wyższy od prognoz ekonomistów, a stopa bezrobocia spadła do najniższego od 25 lat poziomu. To pokazuje, że w kolejnych kwartałach możemy liczyć na utrzymanie, a nawet przyspieszenie wzrostu konsumpcji, co również będzie się przyczyniać do ponownego przyspieszenia wzrostu gospodarczego powyżej 3 proc. w trakcie 2017 roku – prognozuje Piotr Bujak.

Taki scenariusz powinien pozytywnie wpłynąć na wyniki sektora bankowego, jeśli zgodnie z oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej nie wznowi obniżek stóp procentowych.

Polski rynek akcji będzie się zachowywał głównie w rytm zmian na głównych rynkach akcji na świecie. Jednak przyspieszenie wzrostu gospodarczego oczekiwane w trakcie przyszłego roku powinno pomagać polskiej giełdzie zachowywać się w relatywnie pozytywny sposób. Mogą na tym zyskiwać przede wszystkim małe i średnie spółki – mówi główny ekonomista PKO Banku Polskiego.

W Polsce już co dziesiąte dziecko rodzi się przed terminem. Brakuje skoordynowanej opieki medycznej i profilaktyki zakażeń wirusem RS dla wcześniaków

W Polsce już co dziesiąte dziecko rodzi się przed terminem. Brakuje skoordynowanej opieki medycznej i profilaktyki zakażeń wirusem RS dla wcześniaków 18
Brakuje skoordynowanej pomocy medycznej nad przedwcześnie urodzonymi dziećmi, która zredukowałaby możliwość infekcji i ułatwiła rodzicom opiekę nad noworodkami. Tylko 8 proc. wcześniaków jest objętych profilaktyką groźnego dla ich życia wirusa RS. Zdaniem ekspertów niezbędne jest również zapewnienie pomocy psychologicznej rodzicom, dla których opieka nad wcześniakiem, przepełniona lękiem i poczuciem bezradności, stanowi wyjątkowo trudne doświadczenie.

Każdego roku w Polsce ok. 26 tys. dzieci przychodzi na świat przedwcześnie. Współczesna medycyna jest w stanie zwiększyć ich szansę na przeżycie i szybkie dojście do zdrowia, muszą one jednak zostać otoczone specjalistyczną opieką. Przedwczesny poród wiąże się bowiem z wieloma groźnymi dla życia i zdrowia noworodka powikłaniami. Do najgroźniejszych należą: niewydolność oddechowa, niedokrwistość, dysplazja oskrzelowo-płucna, retinopatia, czyli uszkodzenie siatkówki, oraz infekcje bakteryjne i wirusowe, jak np. zakażenie wirusem RS nabłonka syncytium oddechowego, który co roku atakuje 90 proc. wcześniaków. Jest to najczęstszy patogen atakujący drogi oddechowe, w Polsce występujący sezonowo od listopada do kwietnia.

– Teraz właśnie rozpoczynają się infekcje spowodowane wirusem. Te infekcje występują u wszystkich, to są drobne nieżyty nosa i oskrzeli, dla dorosłych i starszych dzieci niegroźne, ale dla noworodków urodzonych przedwcześnie wirus ten jest naprawdę bardzo niebezpieczny – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Maria Katarzyna Borszewska-Kornacka, prezes Polskiego Towarzystwa Neonatologicznego.

Płuca wcześniaków nie są jeszcze w pełni rozwinięte, a ich układ odpornościowy nie działa prawidłowo. Wirus RS może prowadzić do niewydolności oddechowej, a leczenie, odbywające się na oddziale intensywnej opieki, dodatkowo osłabia nie w pełni ukształtowane płuca noworodka. Dlatego tak ważna jest profilaktyka polegająca na podawaniu gotowych przeciwciał monoklonalnych, które niszczą wirusa. Muszą być one aplikowane co 4 tygodnie przez 5 miesięcy. W Polsce profilaktyka obejmuje jednak jedynie 8 proc. wszystkich wcześniaków.

– Profilaktyka w Polsce obejmuje noworodki tylko najbardziej niedojrzałe, poniżej 28. tygodnia ciąży lub te, które mają ewidentne objawy dysplazji oskrzelowo-płucnej. Walczymy o to, żeby większa grupa wcześniaków była objęta profilaktyką, ale wciąż jesteśmy w ogonie Europy – mówi prof. dr hab. n. med. Maria Katarzyna Borszewska-Kornacka.

Przedwczesny poród to jednak nie tylko problem medyczny, lecz także psychologiczny. Dla rodziców jest to wyjątkowo trudne doświadczenie, będące źródłem stresu i zagubienia. Rodzicom stale towarzyszy obawa o życie noworodka, poczucie niepewności i bezradności, poczucie winy – zwłaszcza w przypadku matek, a także brak wiary w kompetencje rodzicielskie. Zdaniem ekspertów niezbędne jest tu wsparcie ze strony lekarzy, pielęgniarek, a także psychologa, którzy pomogą się rodzicom odnaleźć w trudnej sytuacji oraz stworzyć dziecku optymalne warunki dla rozwoju.

– Psycholog jest po to, żeby pomóc w tej trudnej drodze do domu, ale ta pomoc nie kończy się w szpitalu, bo często w tych rodzinach potrzebna jest obserwacja rozwoju, wspieranie w kolejnych zadaniach rozwojowych – mówi dr hab. n. społ. Grażyna Kmita z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

W Polsce tworzony jest program opieki nad dziećmi przedwcześnie urodzonymi zakładający skoordynowany nadzór nad rozwojem noworodka. Czuwać nad nim musi lekarz neonatolog, neurolog dziecięcy, kardiolog dziecięcy, okulista, laryngolog i fizjoterapeuta. Zdaniem ekspertów niezbędne jest stworzenie ośrodków, w których wcześniaki mogłyby odbywać wizyty u wszystkich specjalistów w jednym miejscu i jednego dnia.

– Bez takiej organizacji rodzice są trochę bezradni, dlatego że to są problemy, które narastają. Specjalistów nie przybywa, w związku z czym zaczynają się pojawiać kolejki, a w przypadku dzieci urodzonych przedwcześnie nie ma czasu na czekanie. One muszą dostać pomoc, która jest im potrzebna po to, żeby zachować wszystkie potencjalne możliwości rozwojowe – mówi prof. dr hab. n. med. Ewa Helwich, krajowy konsultant w dziedzinie neonatologii.

Na rzecz zwiększenia świadomości Polaków w kwestii potrzeb wcześniaków oraz poprawienia standardów opieki nad nimi działa Koalicja dla Wcześniaka. Jej głównym celem jest stworzenie programu kompleksowej opieki nad wcześniakami. Zakłada on m.in. zorganizowanie blisko 30 ośrodków, które będą działały w każdym województwie przy szpitalu wielospecjalistycznym. W ośrodkach tych wcześniaki przez pierwsze 3 lata życia odbywałyby 4 wizyty w roku i w ciągu jednego dnia poddawane byłyby kompleksowym badaniom lekarskim.

Prof. J. Hausner: w połowie przyszłego roku RPP powinna zacząć podnosić stopy procentowe

Prof. J. Hausner: w połowie przyszłego roku RPP powinna zacząć podnosić stopy procentowe 19

Spadek cen w Polsce w ujęciu rocznym wydaje się zmierzać ku końcowi. Jeśli wyhamowywanie spadku cen utrzyma tempo z ostatnich trzech miesięcy, to w listopadzie deflacja powinna już zniknąć. Według prof. Jerzego Hausnera, byłego członka RPP, w efekcie rada powinna zacząć podnoszenie stóp już w połowie przyszłego roku.

– Deflacja w Polsce nie była głęboka i trwała znacznie dłużej, niż sądzono, również niż sądziła Rada Polityki Pieniężnej poprzedniej kadencji, której byłem członkiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Jerzy Hausner, ekonomista Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. – Ale jest chyba już oczywiste, że wychodzimy z deflacji. Te notowania, które będziemy widzieli w ostatnich dwóch miesiącach tego roku, będą już prawdopodobnie notowaniami dodatnimi, czyli będziemy mieli dodatnią inflację.

Spadek cen w ujęciu rocznym trwa od połowy 2014 roku. Wbrew prognozom długo nie mógł zostać zniwelowany. Główną przyczyną były niskie ceny surowców, głównie ropy naftowej, co przełożyło się na niższe ceny wszelkich dóbr oraz żywności. Wydaje się jednak, że już w listopadzie ceny towarów i usług okażą się nie niższe niż rok wcześniej. Topnienie deflacji w ostatnich trzech miesiącach przebiegało bowiem szybko: jeszcze w sierpniu sięgało 0,8 proc. rdr., we wrześniu 0,5 proc., a w październiku już tylko 0,2 proc.

– To oznacza, że najpóźniej w połowie przyszłego roku Rada Polityki Pieniężnej powinna zacząć podnosić stopy procentowe po to, by nie nastąpiło odbicie inflacyjne. Nie mówię o tym, w jakiej skali, bo tego się nie da w tej chwili określić – zastrzega Hausner. – Na pewno nie powinno być to jakieś bardzo mocne podnoszenie stóp procentowych, raczej powolne i umiarkowane. Tym niemniej wydaje się to oczywiste, na pewno nie ma dzisiaj możliwości do dyskutowania o obniżeniu stóp procentowych. I sądzę, że rada powinna to zrobić i zrobi.

Stopy procentowe w Polsce pozostają na historycznie najniższym poziomie: 1,5 proc. w przypadku stopy referencyjnej od marca 2015 r. Ostatnia podwyżka miała miejsce w maju 2012 roku. Spodziewana obecnie oznaczałaby wzmocnienie polskiej waluty. Jeśli nie nastąpi, rynki zadziałają przeciwnie.

– Może się okazać, że rada tego nie będzie robić, że będziemy mieli osłabienie kursu złotego jako reakcję rynków finansowych na to, co będą obserwowali jako brak reakcji polityki pieniężnej, więc ta reakcja wystąpi po innej stronie – przekonuje prof. Hausner. – I to nie będzie korzystna reakcja, o wiele lepiej jest podnosić powoli stopy procentowe. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że cena pieniądza wzrośnie, a mamy dzisiaj obniżenie nakładów inwestycyjnych zarówno publicznych, jak i prywatnych, a szczególnie martwiłbym się tymi prywatnymi.

Z ostatnich danych o PKB wynika, że polska gospodarka wzrosła w III kw. jedynie o 2,5 proc. To szok dla rynków: prognozowano 2,9 proc. rdr., co i tak byłoby bardzo niskim poziomem. W ustawie budżetowej wciąż zapisane jest 3,8 proc., a rząd wciąż oficjalnie twierdzi że będzie to 3,4 proc. całorocznie. Szanse na osiągnięcie tego wyniku są niewielkie. W I i II kw. wzrost sięgnął 3 i 3,1 proc. – także słabiej od oczekiwań.

– W związku z tym trzeba oczekiwać, że jeśli cena pieniądza wzrośnie, to znaczy, że pojawi się bodziec, który nie będzie skłaniał do zwiększania nakładów inwestycyjnych i to będzie już pewien element świadczący o tym, że możemy powoli tracić równowagę makroekonomiczną i takie obszary jak: inwestycje, cena pieniądza, stopy procentowe i kurs stają się newralgiczne dla polityki makroekonomicznej, z tego punktu widzenia rola Rady Polityki Pieniężnej, która dzisiaj działa dobrze, działa stabilizująco, będzie trudniejsza i coraz bardziej ważna.

Facebook wprowadza nowe narzędzie do zakupów online. Może się stać poważną konkurencją dla sprzedażowych gigantów

Facebook wprowadza nowe narzędzie do zakupów online. Może się stać poważną konkurencją dla sprzedażowych gigantów 20

Facebook staje się internetową fabryką nowych produktów i usług – mówi Joanna Jałowiec, redaktor naczelna Proto.pl. Największy serwis społecznościowy wprowadził w październiku trzy nowe aplikacje, zarówno dla użytkowników indywidualnych, jak i dla biznesu. W tyle nie pozostają LinkedIn i Instagram, które również testują nowe funkcjonalności.

Najwięcej zmian w październiku odnotowaliśmy w serwisie Facebook, który powoli staje się internetową fabryką usług i produktów. Cały czas ulepsza funkcje zarówno dla nas, użytkowników, jak i dla biznesu – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Jałowiec, redaktor naczelna serwisu Proto.pl.

W październiku Facebook zaprezentował aplikację Marketplace, która działa na podobnych zasadach co serwis Allegro i może się stać poważną konkurencją dla sprzedażowych gigantów. Narzędzie umożliwia kupowanie i sprzedawanie produktów za pośrednictwem serwisu społecznościowego. Na razie dostępne jest tylko w czterech krajach: Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Australii i Nowej Zelandii. Jeśli się przyjmie, Facebook wprowadzi je w kolejnych państwach.

 Dzięki aplikacji Marketplace będziemy mogli wystawić na sprzedaż wybrany produkt, dołączyć do oferty zdjęcie oraz cenę. Co ciekawe, będziemy mogli też sami wyszukiwać produkty pod kątem lokalizacji, kategorii i ceny, oferty sprzedażowe pojawią się również na profilach użytkowników – mówi Joanna Jałowiec.

Serwis na początku ubiegłego miesiąca oficjalnie zaprezentował też nową aplikację Workplace, przygotowaną z myślą o firmach i przedsiębiorcach. To platforma do komunikacji, w której zamiast grona znajomych użytkownicy mogą wymieniać wiadomości z szefem i współpracownikami. Narzędzie ma ułatwić pracę w zespołach i podgrupach. Już na etapie testów aplikacja Workplace cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, a z pilotażowej wersji skorzystało ponad tysiąc firm z całego świata.

– W aplikacji Workplace pracownicy mogą przesyłać wiadomości i dołączyć do grupowej rozmowy wideo lub audio. Dostępna jest także opcja automatycznego translatora rozmów. Co ważne, aplikacja działa na urządzeniach mobilnych, jest więc przydatna dla tych osób, które w danym momencie nie przebywają w pobliżu swojego służbowego komputera – mówi redaktor naczelna serwisu Proto.pl.

Komunikator firmowy Facebooka ma być konkurencją dla dostępnej na rynku aplikacji Slack. I podobnie jak on, jest płatny. Im więcej użytkowników będzie korzystać z aplikacji Workplace, tym opłata za jej użytkowanie będzie niższa. Amerykański gigant zapowiada, że nowe narzędzie będzie stopniowo wzbogacane o nowe funkcjonalności. Już teraz użytkownicy Workplace mogą korzystać m.in. z opcji prowadzenia rozmów wideo na żywo, wykresów i narzędzi analitycznych.

– Ciekawą opcją jest tworzenie grup pomiędzy firmami. W przypadku, kiedy kilka firm pracuje nad wspólnym projektem, ich pracownicy mogą się komunikować za pomocą Workplace. To sprytny sposób, ponieważ część wiadomości może być przeznaczona tylko dla pracowników danej firmy i niewidoczna dla innych – zauważa Joanna Jałowiec.

Ostatnią nowością są nowe funkcje dla stron firmowych na Facebooku. Według statystyk korzysta z nich ponad 60 mln przedsiębiorstw na całym świecie, a przegląda je nawet miliard osób. W październiku amerykański gigant poszerzył je o nowe funkcjonalności.

– Facebook cały czas stara się ulepszyć kontakt pomiędzy biznesem a użytkownikami. Ostatnio wprowadzone opcje pozwalają nam na przykład przeglądać menu w restauracji i zamówić wybrane dania albo umówić się do SPA poprzez stronę firmową na Facebooku – mówi Joanna Jałowiec.

W minionym miesiącu zmiany wprowadził również serwis LinkedIn, specjalizujący się w kontaktach biznesowych i przeznaczony dla tych, którzy świadomie dbają o swoją karierę zawodową. Platforma pozwala nie tylko promować markę osobistą i rozszerzać sieć kontaktów, lecz także szukać pracy. W październiku LinkedIn wprowadził opcję, która umożliwia poszukiwanie nowej pracy tak, aby nie dowiedział się o tym dotychczasowy pracodawca. Po zmianie ustawień użytkownika dane konto zobaczą wyłącznie rekruterzy innych firm, a pozostanie ono ukryte dla współpracowników. Nowe funkcjonalności testuje obecnie również Instagram.

– Instagram, na który dotychczas mogliśmy wrzucać zdjęcia, testuje nową funkcję Go Insta. Dzięki niej użytkownicy będą mogli przeprowadzać na swoich profilach relacje live wideo i pokazywać różne ciekawe rzeczy z miejsca, w którym się znajdują – mówi Jałowiec.

Pacjenci z mielofibrozą, rzadkim nowotworem krwi, są w trudnej sytuacji. Czekają na dostęp do innowacyjnego leczenia

Pacjenci z mielofibrozą, rzadkim nowotworem krwi, są w trudnej sytuacji. Czekają na dostęp do innowacyjnego leczenia 21
Mielofibroza to rzadko występujący, ale zagrażający życiu nowotwór krwi, który charakteryzuje się włóknieniem szpiku kostnego. Jedyną metodą dającą szansę na wyleczenie jest przeszczepienie szpiku, do którego kwalifikuje się jednak tylko 20–25 proc. chorych, głównie z tego względu, że nowotwór ten dotyka najczęściej osoby starsze. Tradycyjne leki stosowane w tej chorobie nie zapewniają skutecznej kontroli jej przebiegu oraz nie wydłużają przeżycia. Innowacyjny lek z tzw. terapii celowanej oczekuje na refundację  w Polsce.

– Mielofibroza to pojawienie się włókien w szpiku, czyli zastępowanie prawidłowego utkania szpikowego włóknami retikulinowymi i kolagenowymi. To jeden z rzadziej występujących nowotworów hematologicznych. Częstość zachorowania nie przekracza jednego przypadku na 100 tys. mieszkańców, czyli w Polsce mamy nie więcej niż kilkuset takich chorych – mówi agencji Newseria Lifestyle prof. dr hab. Krzysztof Warzocha, dyrektor Instytutu Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie.

Mielofibroza  najczęściej diagnozowana jest u osób starszych, po 67 roku życia, jednak taką diagnozę słyszy też coraz więcej osób młodych.

– Ja mam 40 lat, chorobę miałam rozpoznaną w wieku 33 lat, natomiast słyszę o osobach, które mają lat 25, 26, nawet 18 i mają rozpoznawaną mielofibrozę – mówi pacjentka Monika Sieńska-Pieczyńska.

Mielofibroza jest tzw. chorobą skrytą – objawy, zwłaszcza na początku, często są mało specyficzne i mogą wskazywać na wiele innych schorzeń. Jest to więc nowotwór bardzo trudny do zdiagnozowania.

 Jest przede wszystkim grupa objawów wynikająca z zahamowania prawidłowej czynności szpiku. Mogą się pojawić również objawy niedokrwistości, leukopenii, małopłytkowości, w tym cała grupa objawów związanych z tymi nieprawidłowościami. Natomiast druga bardzo ważna grupa to objawy zależne od powiększenia śledzony, czyli wszelkie dolegliwości brzuszne oraz objawy ogólne pod postacią gorączki, świądu skóry, chudnięcia, zmęczenia – tłumaczy prof. dr hab. Krzysztof Warzocha.

Mielofibroza jest chorobą o ciężkim przebiegu. Anemia, spowodowana niedostateczną produkcją komórek krwi, skutkuje narastającym osłabieniem i powikłaniami ze strony układu krążenia. Niedobór płytek krwi powoduje pogorszenie krzepnięcia krwi i zagrożenie krwawieniami. Do tego może się pojawić zmniejszenie liczby krwinek białych. Wpływa to z kolei na znaczne pogorszenie odporności organizmu na infekcje. W przebiegu choroby może dochodzić  nawet do  transformacji w ostrą białaczkę szpikową czy zgonu.

Znacznie powiększona śledziona, osiągająca nawet masę 10 kg i 30 cm średnicy, powoduje ból w jamie brzusznej i uczucie ucisku pod żebrami po lewej stronie. Wystąpienie poszczególnych objawów zależy od aktywności choroby. Jedyną metodą dającą szansę na wyleczenie mielofibrozy jest przeszczepienie szpiku kostnego. Tymczasem kwalifikuje się do niego jedynie ok. 20–25 proc. chorych, a poza tym z uwagi na wiek pacjentów i schorzenia współwystępujące wiąże się on z wysokim ryzykiem zgonu – ok. 30–40 proc.

W większości krajów Unii Europejskiej w leczeniu pacjentów z mielofibrozą stosuje się innowacyjne terapie celowane – inhibitor kinazy JAK1 i JAK2, który znacznie poprawia komfort życia chorego i może znacznie wydłużyć przeżycie. Lek jest dostępny dla pacjentów w Europie od 2012 roku, od kiedy został zarejestrowany do stosowania przez Komisję Europejską. W Polsce lek nie jest refundowany.

Nie jest refundowany lek z grupy tzw. terapii celowanej, ukierunkowanej na zaburzenie cytogenetyczne występujące w tej chorobie, lek, który hamuje przede wszystkim występowanie objawów ogólnych i powiększanie się śledziony. Faktycznie, jest to cząstka zarejestrowana w Unii Europejskiej, a w Polsce jeszcze nierefundowana, w tym sensie polscy chorzy mają gorszy dostęp do tej formy terapii – podkreśla prof. dr hab. Krzysztof Warzocha.

Zdaniem prof. Krzysztofa Warzochy sprawa powinna być dokładnie przeanalizowana przez odpowiednie jednostki medyczne.

– Nie jest to dla budżetu państwa ogromny wydatek, bo jest to na szczęście choroba rzadka, ale należy dostrzec ten problem i stworzyć chorym możliwość optymalnego leczenia – dodaje prof. dr hab. Krzysztof Warzocha.

W zależności od cech klinicznych schorzenia pacjenci od momentu rozpoznania choroby żyją od 27 miesięcy do 11 lat. Średni czas przeżycia określa się na ok. 6 lat. Aż 7,6 proc. chorych umiera z powodu przekształcenia się choroby w ostrą białaczkę.

Łódzkie przyciąga coraz więcej inwestorów. Prężnie rozwija się outsourcing, IT, sektor farmaceutyczny i logistyka

Łódzkie przyciąga coraz więcej inwestorów. Prężnie rozwija się outsourcing, IT, sektor farmaceutyczny i logistyka 22

W Łodzi działa obecnie 66 centrów usług wspólnych dla biznesu, które zapewniają ponad 16 tys. miejsc pracy. W ostatnich latach miasto wyrosło na jeden z największych ośrodków outsourcingowych. Chętnie inwestują tu również firmy z sektora IT i nowych technologii, przedsiębiorstwa produkcyjne i farmaceutyczne oraz branża transportowa. Dobry klimat dla biznesu, wykwalifikowane kadry, tereny inwestycyjne, przywileje finansowe i strategiczna lokalizacja – to atuty, które przyciągają do Łodzi polskich i zagranicznych inwestorów.

– Zainteresowanie inwestorów Łodzią i województwem łódzkim jest bardzo duże. W szczególności dotyczy to branży IT, motoryzacyjnej i budowlanej. Od wielu lat region łódzki jest kolebką biznesu tekstylnego, więc pojawia się tutaj coraz więcej marek i firm produkcyjnych. Łódź jest również kolebką przedsiębiorstw z branży farmaceutycznej. Można wymieniać wiele polskich i międzynarodowych firm, które tu inwestują – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Andrzejak, prezes zarządu Łódzkiej Agencji Rozwoju Regionalnego SA.

Według statystyk w regionie łódzkim działa obecnie około 240 tys. przedsiębiorstw. Prawie 3,5 tys. to firmy zagraniczne, które w ciągu ostatniej dekady zainwestowały około 3,5 mld euro. Tym, co przyciąga inwestorów do Łodzi, jest kapitał ludzki i dostępność wykwalifikowanych kadr, tereny inwestycyjne, konkurencyjne koszty najmu powierzchni biurowych oraz możliwość ubiegania się o wsparcie finansowe dla biznesu z wielu źródeł.

Duży atut regionu to Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna, która zapewnia inwestorom ulgi finansowe i przywileje (firmy mogą skorzystać z pomocy publicznej, która sięga nawet 55 proc. kosztów inwestycji lub dwuletnich kosztów pracy). Z danych wynika, że w ŁSSE zapewnia ponad 33 tys. miejsc pracy, a przedsiębiorcy, którzy działają w strefie, zainwestowali łącznie ponad 13 mld zł.

Szukamy także sposobów, aby dawać szansę naszym rodzimym firmom, małym i średnim przedsiębiorstwom, które mogą sięgać po unijne wsparcie. Chcemy pokazywać im dobre przykłady i skłaniać do tego, aby inwestowały, rozwijały się i wychodziły poza region, zdobywały rynek polski i rynki światowe. Internacjonalizacja przedsiębiorstw to coś, w czym staramy się je w ostatnim czasie intensywnie wspierać – mówi Witold Stępień, marszałek województwa łódzkiego.

Jednym ze strategicznych dla miasta sektorów jest BPO/SSC. Tylko w ostatnim czasie zainwestowali tutaj światowi giganci, jak Philips, Infosys, Transition Technologies, Hewlett-Packard czy Nordea, która tworzy w Łodzi swoje centrum outsourcingowe. Według branżowego stowarzyszenia ABSL, które zrzesza globalnych inwestorów z sektora usług wspólnych, to miasto jest jednym z najważniejszych w Polsce ośrodków outsourcingowych. W Łodzi działa obecnie 66 centrów usług wspólnych, w których zatrudnionych jest ponad 16 tys. osób. Świadczone przez nich usługi obejmują głównie obszary finansów, księgowość i IT.

 Łódź jest ważnym ośrodkiem akademickim, w którym działa 16 uczelni wyższych. To powoduje, że przedsiębiorcy właśnie w tych branżach znajdują dobrze wykształconych pracowników, co przekłada się na realizację celów biznesowych – podkreśla prof. Adam Mariański, adwokat i partner zarządzający w Kancelarii Prawno-Podatkowej Mariański Group.

Na wysoki potencjał edukacyjny i dostępność wykwalifikowanej kadry zwracają uwagę również firmy z sektora nowych technologii i IT, który rozwija się w Łodzi bardzo dynamicznie. Działają tutaj obecnie m.in. Asecco, Comarch, Deloitte Digital, Ericpol, BHS, Accenture Services, Intercon, SAB Solutions czy Fujitsu Technology Solutions. Z raportu „Łódź miastem nowych technologii”, opublikowanego w tym roku przez Antal i urząd miasta, wynika, że przedsiębiorcy bardzo wysoko oceniają potencjał inwestycyjny regionu, a większość z nich deklaruje, że ponownie rozważy Łódź jako lokalizację dla kolejnych inwestycji.

Przemysław Andrzejak, prezes zarządu Łódzkiej Agencji Rozwoju Regionalnego, podkreśla, że Uniwersytet Medyczny w Łodzi, który jest obecnie jedną z najlepszych uczelni w Polsce, kształci kadry na potrzeby rynku farmaceutycznego i medycznego. To kolejny magnes dla inwestorów z tego sektora (m.in. Aflofarm, Adamed, Sandoz, Celon Pharma). Ze względu na strategiczne położenie w centrum kraju, dobre połączenia kolejowe i sieć autostrad do Łodzi chętnie przenoszą się również firmy z branży logistyczno-transportowej. Dzięki temu Łódź zyskuje na znaczeniu także jako transportowy i komunikacyjny hub dla całej Polski.

Mamy pociąg łączący Europę z Chinami, kursujący między Chengdu a Łodzią, który w niespełna 12 dni dociera z produktami w jedną i w drugą stronę. To już dziś jest 200 pociągów rocznie, od następnego roku liczba ta szybko będzie rosła do tysiąca pociągów rocznie – mówi

– PKB w województwie łódzkim przyrasta szybciej niż w innych regionach. Mamy największe w kraju środki unijne zapisane na rozwój przedsiębiorczości. Samorządy w województwie łódzkim są otwarte na współpracę z biznesem i nastawione na to, aby przedsiębiorcy mogli szybko i sprawnie rozwiązywać wszystkie skomplikowane procedury administracyjne i skutecznie inwestować. To bardzo duża wartość – podkreśla Witold Stępień, marszałek województwa łódzkiego.

O potencjale inwestycyjnym regionu, współpracy środowiska akademickiego z biznesem i rozwoju przedsiębiorczości eksperci rozmawiali podczas zakończonego właśnie dwudniowego Europejskiego Forum Gospodarczego, które odbyło się w Łodzi już po raz czwarty.

– Ideą forum jest spotkanie przedsiębiorców, przedstawicieli świata nauki i ekspertów z dziedziny biznesu, zarówno międzynarodowego, jak i krajowego – mówi prof. Adam Mariański. – Łódź to miejsce idealne do prowadzenia biznesu w Polsce, jeszcze niewyczerpane zasoby ludzkie, nowe idee, olbrzymi obszar rewitalizacji, który daje ogromne szanse.

Najlepszy w historii kwartał Aplisens. Spółka poprawiła wyniki o kilkanaście procent i zapowiada program skupu akcji własnych

Najlepszy w historii kwartał Aplisens. Spółka poprawiła wyniki o kilkanaście procent i zapowiada program skupu akcji własnych 23

Wytwarzająca urządzenia pomiarowe spółka Aplisens ma za sobą najlepszy kwartał w historii, podczas którego zarówno przychody, jak i zysk zwiększyły się o kilkanaście proc. Adam Żurawski, prezes przedsiębiorstwa, zapowiada w związku z tym rozpoczęcie programu skupu akcji własnych. W kolejnych kwartałach firma najbardziej liczy na sprzedaż swojej aparatury na terenie Unii Europejskiej. Wynikom ze sprzedaży zagranicznej sprzyja spadek wartości złotego.

To był bardzo udany kwartał, najlepszy kwartał w historii firmy, w tej trudnej sytuacji na rynku krajowym mamy bardzo dobre rezultaty – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Żurawski, prezes zarządu w spółce Aplisens. – W najbliższym czasie planujemy skup akcji własnych w celu umorzenia. Chcemy nabyć około 650 tys. walorów, a przy okazji 208 tys. akcji dla pracowników na realizację systemu motywacyjnego. Łącznie wydamy na to około 10,5 mln zł.

Aplisens jest dostawcą przemysłowej aparatury kontrolno-pomiarowej. Produkuje urządzenia do pomiaru ciśnienia, jego różnicy, poziomu oraz temperatury na rzecz przedsiębiorstw przemysłowych. Firma świadczy też usługi doradcze związane z aplikacjami produkowanej aparatury, serwis gwarancyjny oraz pogwarancyjny. Ma również laboratorium ciśnień mające akredytację PCA (Polskiego Centrum Akredytacji). 

W sprzedaży mamy swego rodzaju rozdwojenie – zauważa prezes Adam Żurawski. – Z jednej strony na rynku krajowym idzie do dołu. W ciągu tych trzech kwartałów zmniejszyła się o około 15 proc. Perspektywy na czwarty kwartał i przyszły rok są raczej słabe, nie spodziewam się wzrostów. Eksport natomiast bardzo dynamicznie nam rośnie.

Sytuacja na terenie Wspólnoty Niepodległych Państw (w skrócie WNP, obszar krajów byłego bloku radzieckiego, wśród których najważniejszą rolę odgrywa Federacja Rosyjska), gdzie Aplisens kieruje część swojego eksportu, jest trudna do przewidzenia.

W wariancie optymistycznym ceny ropy naftowej utrzymają się na sensownym poziomie, za czym pójdzie kurs rubla rosyjskiego i odnotujemy wzrosty – wyjaśnia prezes Adam Żurawski. – Gdyby jednak coś działo się na przykład na Ukrainie, wtedy wszystko może się załamać. Natomiast w przypadku Unii Europejskiej przyrosty są stabilne, na poziomie kilkunastu procent. Sądzimy, że w najbliższych kwartałach utrzymają się widełkach od 15 do 20 proc. Z tego rynku jesteśmy najbardziej zadowoleni. Jest najbardziej przewidywalny i stabilny.

Na wysokość przychodów ze sprzedaży zagranicznej spółki będzie miało niemały wpływ dynamiczne osłabienie się złotego, który po wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych stracił już przeszło 30 groszy wobec amerykańskiego dolara. Podobnego rzędu, choć nieco mniejsza, przecena dotyczy także euro. Duża część sprzedaży spółki rozliczana jest natomiast w tych walutach. Analitycy rynku walutowego są zdania, że nie jest to jednorazowy, krótki rajd, po którym nastąpi powrót do poprzednich poziomów, ale trwała tendencja. Dolar ich zdaniem na dłużej zagości na poziomach wyższych niż 4 zł, a euro – ponad 4,40 zł.

Ceny w kraju ogólnie są stabilne – zauważa prezes Adam Żurawski. – Jeśli zaś chodzi o rynki zachodnie wyrażane są bardziej w euro, ale też dolarach. W zasadzie też nie obserwujemy jakichś specjalnych zmian. Chętnie byśmy je podnieśli, ale wartość naszych produktów reguluje rynek. Także wszystko jest na podobnym poziomie, zmienia się niewiele.

Po trzech kwartałach br. przychody ze sprzedaży Aplisens wyniosły 72,54 mln zł i były o przeszło 10 proc. wyższe niż w tym samym okresie rok wcześniej (65,37 mln zł). Przedsiębiorstwo zarobiło (netto) 11,7 mln zł i był to wynik o kilkanaście procent wyższy niż w trzecim kwartale ubiegłego roku (10,4 mln zł).

Związany z dobrymi rezultatami programem motywacyjnym ma być objętych dwadzieścia kilka osób. Według prezesa Adama Żurawskiego będzie to przede wszystkim narzędzie stabilizujące między innymi zatrudnienie.

Majątek Polaków wynosi obecnie 6,5 bln zł. Do 2040 roku wzrośnie blisko dwukrotnie

Majątek Polaków wynosi obecnie 6,5 bln zł. Do 2040 roku wzrośnie blisko dwukrotnie 24

W 2040 roku Polacy zgromadzą majątek wart ponad 18 bln zł – wynika z badania PI Research dla Banku Zachodniego WBK. Po uwzględnieniu inflacji będzie to o 70 proc. więcej, niż mają dzisiaj. Majątek przyrośnie nie tylko w efekcie gromadzenia oszczędności i zysków z posiadanych nieruchomości, lecz także w wyniku dziedziczenia. Eksperci szacują, że wartość otrzymywanego w spadku majątku wzrośnie z 61 mld zł rocznie do prawie 170 mld zł w 2040 roku. To oznacza szereg wyzwań dla banków.

W 2015 roku przeciętna polska rodzina miała majątek netto wynoszący 441 tys. zł. Ponad połowę z tego stanowiły nieruchomości. Trzy czwarte rodzin ma własny lokal, a co piąta ma także inną nieruchomość, np. domek letniskowy, działkę czy drugie mieszkanie na wynajem. Z kolei przeciętna wartość depozytu Polaków to 16,2 tys. zł. Połowa oszczędzających przyznaje jednak, że nie ma odłożonych więcej niż 5 tys. zł.

16 tys. zł średnich oszczędności na przeciętne gospodarstwo to wciąż bardzo mało. Natomiast ten majątek rzeczowy już zaczyna imponować, ponieważ mamy ponad 400 tys. zł środków zgromadzonych w nieruchomościach, w ziemi lub w innych dobrach. Wyzwaniem dla nas z perspektywy kolejnych lat jest to, żeby środków pieniężnych, bardziej płynnych, które są zabezpieczeniem dnia codziennego, było coraz więcej – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Pawłowski, dyrektor segmentu klienta indywidualnego w Banku Zachodnim WBK.

Jak wynika z raportu „Prognoza majątku – jak demografia zmieni aktywa Polaków”, w najbliższych 24 latach czeka nas rewolucja finansowa. Będzie to okres bogacenia się społeczeństwa, a wzrost majątku będzie szybszy niż dotychczas. PI Research szacuje, że dziś wartość majątku Polaków to 6,5 bln zł.

– W 2040 roku Polacy będą mieli ponad 20 bln zł w cenach bieżących. To jest bardzo duża skala wzrostu. W ujęciu realnym, czyli już po skorygowaniu o wzrost cen, majątek Polaków wzrośnie prawie dwukrotnie – mówi dr Adam Czerniak, główny ekonomista Polityki Insight, jeden z twórców raportu.

Średnia wartość brutto majątku polskiej rodziny wzrośnie z 500 tys. zł do 861 tys. zł. Średnie roczne tempo wzrostu także przyspieszy – w latach 30. będzie wynosiło 20 tys. zł, podczas gdy w połowie lat 20. – tylko ok. 8 tys. zł. Do tej pory głównym motorem wzrostu majątków były rosnące ceny nieruchomości, zarówno mieszkań, jak i gruntów. W kolejnych latach będzie się to zmieniać.

 Wzrost majątku Polaków będzie napędzał przede wszystkim wzrost cen aktywów, zwłaszcza finansowych, bo te będą rosły w tempie 5,6 proc. Ceny nieruchomości będą rosły w tempie powyżej 4 proc., więc dużo wolniej, stąd udział nieruchomości w aktywach majątkowych Polaków będzie stopniowo malał – wyjaśnia Adam Czerniak.

Oszczędności pozostaną głównym elementem majątku finansowego Polaków. To przede wszystkim lokaty, na których za 24 lata będzie zgromadzone czterokrotnie więcej środków niż dzisiaj, a także coraz popularniejsze fundusze inwestycyjne oraz inne produkty dla inwestorów oferowane przez banki.

Kluczowym źródłem bogacenia się będzie proces dziedziczenia. Eksperci PI Research wskazują, że mniej więcej od 2025 roku liczba gospodarstw domowych będzie malała, co wiązać się będzie z przekazywaniem majątków młodszym gospodarstwom domowym. W konsekwencji wartość dziedziczonego rocznie majątku wzrośnie z 61 mld zł do 167 mld w 2040 roku. Przyspieszenie będzie zauważalne od 2030 roku.

Dużych transferów majątkowych i szybkiego wzrostu majątków eksperci spodziewają się na terenach wiejskich. Dziś z 6,5 bln zł zgromadzonych przez Polaków 2,7 bln mają rodziny mieszkające na wsiach. Głównie są to majątki ulokowane w ziemi rolnej czy w gospodarstwach rolnych.

 W najbliższych dwudziestu paru latach majątki przekazywane w ramach dziedziczenia będą w dużej mierze aktywami rzeczowymi, to będą nieruchomości lub ziemie. Młodsze pokolenie będzie decydowało, co z tym zrobić. Albo będziemy te nieruchomości sprzedawać i inwestować środki w postaci funduszy inwestycyjnych, inwestycji bezpośrednich lub zakładać własne firmy, albo te majątki będą dalej trzymane w postaci rzeczowej – mówi Marcin Pawłowski, dyrektor segmentu klienta indywidualnego w Banku Zachodnim WBK.

Badanie IQS wskazuje, że w ostatnich pięciu latach najczęściej Polacy otrzymywali w spadku pieniądze i nieruchomości (odpowiednio 28 proc. i 24 proc.). W kolejnych latach spadku lub darowizny od rodziny spodziewa się 26 proc. badanych. Do 2020 roku Polacy odziedziczą majątek wart 342 mld zł.

 Z przygotowanego przez nas raportu na zlecenie BZ WBK wynika, że będzie rosła nierówność majątkowa Polaków. Osoby, które już zarabiają dosyć dużo i mają stosunkowo duży majątek, będą także otrzymywać stosunkowo wyższy majątek. W przypadku osób i gospodarstw domowych, które mają dochody powyżej 10 tys. zł netto na osobę. oczekiwany majątek przekazany w spadku wynosi prawie 500 tys. zł wobec 200 tys. zł przeciętnie w społeczeństwie –podkreśla Adam Czerniak.

Z badania wynika, że 72 proc. dziedziczonego majątku będą stanowiły depozyty, a kolejne 10 proc. – jednostki uczestnictwa towarzystw inwestycyjnych. Badani deklarowali, że duża część dziedziczonych aktywów rzeczowych trafi na sprzedaż, a środki uzyskane w ten sposób zostaną przeznaczone na zakup m.in. produktów inwestycyjnych czy akcji.

 Dla banków kolejne lata to test tego, jak klientów przygotują na proces dziedziczenia, czy będą się potrafili dostosować do ich potrzeb związanych z procesem otrzymania majątku, porady prawnej, czy będą umiały pokazać klientom, że oprócz posiadania rachunku, oszczędności czy kredytu potrafią dać wartość dodaną. Wierzę głęboko w to, że sektor finansowy ten test zda i pomoże klientom w tym procesie, będąc również beneficjentem tych zmian – mówi Marcin Pawłowski.

Najmniejsze firmy omijają banki

Najmniejsze firmy omijają banki, obawiając się ryzyka związanego z finansowaniem inwestycji.

Inaczej postępują firmy średnie i duże, które chcą skorzystać z rekordowo niskich stóp procentowych. Niski poziom inwestycji jest jednak aktualnie problemem polskiej gospodarki

To wynika z raportu „Polskie firmy w obliczu wyzwań – Plany, rozwój, finansowanie” przygotowanego dla Deutsche Bank Polska SA. Badaniami objęto 500 przedsiębiorstw działających w Polsce. O wynikach tych badań w rozmowie z MarketNews24 mówi Leszek Niemycki, wiceprezes Deutsche Bank Polska.

Kooperatywa sposobem na wybudowanie własnego mieszkania z pominięciem kosztów deweloperów

Rynek mieszkaniowy zdominowały firmy deweloperskie, ale na popularności zyskują właśnie kooperatywy. To wykorzystanie prawa spółdzielczego, aby obniżyć koszty inwestycji, po zakończeniu której kooperatywa przestaje istnieć, co ją różni od istniejących przez dziesiątki lat spółdzielni mieszkaniowych.

– Kilkanaście osób wystarczy, aby stworzyć kooperatywę, która przy niższych kosztach w porównaniu do deweloperów wybuduje mały blok lub małe osiedle mieszkaniowe – mówi w rozmowie z MarketNews24 Kuba Karliński, członek zarządu Magmillon.

Pierwszy tydzień z Trumpem

Rynki finansowe wciąż żyją wynikami amerykańskich wyborów i analizują zarówno wcześniejsze deklaracje prezydenta elekta, jak i jego najnowsze wypowiedzi, doszukując się wskazówek dotyczących jego przyszłej polityki i decyzji mogących mieć wpływ na gospodarkę.

Choć wciąż jeszcze trudno mówić o pewności w wielu kwestiach i zbyt wcześnie jest na bardziej długofalowe wnioski, to niektóre tendencje są na tyle wyraźne i silne, że sugerują, iż inwestorzy z dużym przekonaniem optują za ich kontynuacją i niełatwo będzie o zmianę poglądów.

Warto zwrócić uwagę na trzy główne obszary. Pierwszy, o największej skali i sile oddziaływania na światowe rynki, to umocnienie się dolara, wcale zresztą nie najłatwiejsze do zinterpretowania. Drugi, także mający szerokie konsekwencje, to ucieczka od obligacji skarbowych, powodująca wzrost ich rentowności. Nie ulega również wątpliwości zdecydowanie pozytywne postrzeganie nowej sytuacji przez amerykańską giełdę. Wzrosty indeksów, w tym rekord Dow Jones’a i Russell 2000, wskaźnika szerokiego rynku, obejmującego także średnie firmy, wskazują na optymizm, wynikający głównie z zapowiedzi obniżenia podatków i stymulacji fiskalnej. Nie są w stanie zgasić go ani mocny dolar, ani perspektywa dalszego zaostrzania polityki pieniężnej.

O ile zarówno w przypadku dolara, jak i papierów skarbowych trudno o mocne przesłanki do wnioskowania o trwałości wspomnianych tendencji, to w przypadku giełdy dobra koniunktura ma szanse utrzymać się przez dłuższy czas, a w każdym razie nie widać przed nią większych zagrożeń.
————

Mariusz Skwaroń
AgioFunds TFI S.A.

Ailleron po trzech kwartałach 2016 r.

Ailleron SA zamknął trzy kwartały 2016 r. przychodami ze sprzedaży na poziomie 54,3 mln zł. To wynik o 30% wyższy od analogicznego okresu w 2015 r. O 32%, do poziomu 16,7 mln zł, wzrosła również sprzedaż eksprtowa. W trzech kwartałach roku spółka wykazała także wyższą EBITDA – na poziomie 9,1 mln zł w porównaniu z 7,7 mln zł uzyskanymi rok wcześniej.

Wynik operacyjny i zysk netto obciążyła wyższa amortyzacja na poziomie 4,9 mln zł, której źródło wzrostu związane jest m.in. z rozwojem funkcjonalnym produktów dla segmentu telekomunikacyjnego (np. Poczta Głosowa 3GEN sprzedana do Polkomtela w modelu revenue share) oraz amortyzacją biura zlokalizowanego w Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Istotna część amortyzacji w rozliczeniu rocznym zostanie skompensowana ulgą w podatku CIT z tytułu lokalizacji w SSE.

Z uwagi na śródroczną sezonowość i bardziej niż proporcjonalne natężenie kosztów działalności w okresach typowo produkcyjnych, jak co roku, w pełni wartościowa i porównywalna analiza rentowności spółki w relacji do poziomów z 2015 r. będzie możliwa po publikacji wyników za cały 2016 r.

Ailleron wyniki 3 kwartał 2016 r. Ailleron wyniki 3 kwartał 2016 r. Ailleron wyniki 3 kwartał 2016 r. Ailleron wyniki 3 kwartał 2016 r. Ailleron wyniki 3 kwartał 2016 r. Ailleron wyniki 3 kwartał 2016 r. Ailleron wyniki 3 kwartał 2016 r. Ailleron wyniki 3 kwartał 2016 r.

Szanse na grudniową podwyżkę stóp są bliskie 100 proc.

Wygrana Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich przybliżyła rynek do niemal 100 proc. pewności odnośnie podwyżki stóp procentowych w grudniu. Kontrakty na stopy procentowe dają już 96 proc. szans na taki ruch ze strony Fed-u. Pewność rynku wynika z ekspansywnych planów fiskalnych prezydenta elekta, co mogłoby doprowadzić do szybszego od oczekiwanego wcześniej wzrostu presji inflacyjnej. Prezydent Federalnego Banku Saint Louis James Bullard uważa, iż polityka Trumpa może doprowadzić do średnioterminowego wsparcia wzrostu gospodarczego. Z drugiej strony uważa on, że pojedyncza podwyżka stóp w grudniu będzie na razie wystarczająca. Inwestorzy czekają na jutrzejsze wystąpienie publiczne prezes Fed, Janet Yellen, przed Komitetem Ekonomicznym Kongresu. Mają oni nadzieję, iż uchyli ona rąbka tajemnicy na temat planów polityki monetarnej Fed-u w przyszłym roku.

Polski złoty wciąż traci na rosnącym w siłę dolarze. Para USDPLN zyskuje 0,8 proc. handlując w okolicy najwyższego od stycznia br. poziomu 4,14. Para EURPLN zyskuje dziś 0,7 proc. handlując w okolicy poziomu 4,44, a para CHFPLN dokładnie 0,6 proc., handlując w okolicy poziomu 4,13. Dzieje się tak dlatego, iż wyższe rentowności amerykańskich obligacji odbijają się negatywnie na wycenie walut rynków rozwijających się, w tym złotówki. Nie pomagają również lokalne dane gospodarcze, gdyż 2,5 proc. wzrost w III kwartale roku można uznać jako bardzo słaby i niepokojący wynik. WIG 20 na razie opiera się trendowi spadkowemu, handlując w okolicy poziomu wczorajszego zamknięcia, czyli 1754 punktów.

Europejskie indeksy tracą dziś około 1 proc., korygując w ten sposób wzrosty z zeszłego tygodnia. Niemiecki DAX traci 1,1 proc. handlując w okolicy 10620 punktów, francuski CAC 40 traci 1,1 proc. handlując w okolicy 4485 punktów, natomiast brytyjski FTSE 250 1,3 proc. handlując w okolicy 6730 punktów. Akcje Bayer AG tracą ponad 2 proc. po tym, jak koncern zdecydował się na wypuszczenie zamiennych obligacji wartych 4 miliardy euro. Akcje Wirecard AG, niemieckiego dostawcy płatności, zyskują 5,8 proc., gdyż opublikowano lepszą od oczekiwań prognozę zysku w 2017 roku. Akcje Hugo Boss AG tracą już ponad 12 proc. po tym, jak firma ogłosiła wycofanie ze sprzedaży dwóch marek odzieżowych i zamiar zmniejszenia liczby sklepów.

Ropa naftowa dość nieudolnie koryguje dziś swoje wczorajsze, prawie 6 proc., silne wzrosty wywołane zapowiedziami oficjeli grupy OPEC odnośnie finalizacji porozumienia w sprawie wprowadzenia limitów produkcji. Porozumienie ma być podpisane podczas szczytu OPEC w Wiedniu pod koniec miesiąca. Tymczasem Międzynarodowa Agencja Energii zapowiedziała, iż amerykańska produkcja ropy wzrośnie bardziej w tej dekadzie niż zakładano, gdyż producenci ze złóż łupkowych dostosowują się do niższych cen rynkowych. Za baryłkę ropy WTI trzeba dziś płacić około 45,80 dolarów, natomiast za baryłkę ropy Brent trzeba płacić około 46,60 dolarów. W dniu dzisiejszym poznamy dane odnośnie amerykańskich zapasów ropy. Według mediany analityków urosły one o 1 milion baryłek w zeszłym tygodniu.

Ceny miedzi i aluminium tanieją dziś na Londyńskiej Giełdzie Metali o ponad 1 proc., oddalając się od jednorocznych maksimów osiągniętych w zeszłym tygodniu. Cynk również tanieje po tym, jak wczoraj kosztował najdrożej od 2010 roku. Inwestorzy zdecydowali się zrealizować zyski, gdyż rośnie sceptycyzm odnośnie wpływu planu Donalda Trumpa dotyczącego wydatków na infrastrukturę na zwiększenie globalnego popytu na metale.

Szanse na grudniową podwyżkę stóp są bliskie 100 proc. 25 Szanse na grudniową podwyżkę stóp są bliskie 100 proc. 26


Andrzej Kiedrowicz

Chief Operating Officer

KOI Capital

Kredyty walutowe w Hiszpanii. Sądy bronią prawa.

W Hiszpanii w 2006, 2008 roku banki mogły prowadzić nieprawidłową sprzedaż wielu produktów, m.in. kredytów walutowych. Skutki były bardzo dotkliwe dla obywateli. Obecnie kwestie rozwiązania spornych spraw wspiera mocno Bank Hiszpanii i rzecznicy praw obywatelskich. Prowadzone są liczne procesy sądowe, w których obywatele uzyskują korzystne wyroki.

– Sędziowie w Hiszpanii bronią prawa, bronią sprawiedliwości. I wiedzą, że konsumenci mają rację, że banki prowadziły nieuczciwą sprzedaż – mówi agencji eNewsroom Patricia Suarez, przewodnicząca ASUFIN, hiszpańskiej federacji konsumentów– Dzięki Sądowi Najwyższemu konsumenci mają więcej argumentów prawnych, aby się bronić. Do 2016 roku mamy ponad 60 wyroków, z czego 80% wyroków jest korzystna dla obywateli. Stowarzyszenie ASUFIN prowadzi powództwa grupowe, które bronią rzesze ludzi uwikłanych w kredyty indeksowane kursem franka szwajcarskiego lub jena. Takich kredytobiorców w Hiszpanii jest ponad 60.000.

Wysoka dynamika sprzedaży detalicznej w Europie

Według najnowszej prognozy BNP Paribas Real Estate, sprzedaż detaliczna powinna utrzymać wysoki poziom, osiągając dynamikę na poziomie 1,3% w 2017 r. (po uprzednim wzroście o 1,8% w 2016 r.). Trzy wiodące europejskie rynki (Niemcy, Wielka Brytania i Francja) powinny odnotować również względnie wysoki wzrost tego wskaźnika.

Rynek inwestycyjny: Niemcy, Wielka Brytania i Francja przyciągają  połowę inwestycji na rynku powierzchni handlowych w Europie  

W ciągu ostatnich 12 miesięcy poziom inwestycji na rynku powierzchni handlowych w Europie, stanowiący 25% całkowitego wolumenu inwestycji, osiągnął wartość niemal 60 miliardów Euro. Największymi rynkami są Niemcy, Wielka Brytania i Francja, odpowiadające za połowę inwestycji w sektorze powierzchni handlowych w Europie.

Po rekordowym roku 2015 zakończonym wynikiem 70 miliardów Euro, nastąpiło spowolnienie tempa inwestycji, które osiągnęły wartość 39 miliardów Euro w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2016 r., co oznacza spadek o 23% w stosunku do roku ubiegłego; wartość odzwierciedla trend z ostatnich pięciu lat.

Niemniej jednak dzięki kilku szczególnie dużym transakcjom rynek inwestycyjny w sektorze powierzchni handlowych zwiększył się trzykrotnie w Irlandii (Blanchardstown Shopping Center) i podwoił w Polsce (portfel Echo).

Retail 1.jpg

* Austria, Belgium, Bulgaria, Czech Republic, Estonia, Hungary, Ireland, Italy, Latvia, Lithuania, Luxembourg, Moldova, Netherlands, Norway, Portugal, Romania, Russia, Slovakia, Ukraine.

Kompresja stop kapitalizacji za najlepsze obiekty handlowe

Niski poziom stóp kapitalizacji na wiodących rynkach europejskich zmusza inwestorów do poszukiwań korzystnych możliwości inwestycyjnych. Kontynuowana jest presja na stopy kapitalizacji za najlepsze obiekty handlowe na kluczowych europejskich rynkach. W Wielkiej Brytanii od 2014 r. spadły one poniżej 2 % i pozostały na tym niskim poziomie. Podobną tendencję obserwuje się w w Hiszpanii.

Czynsze w lokalizacjach typu prime: spore rozbieżności w całej Europie

Dwa europejskie miasta zdecydowanie odstają od pozostałych. Dzięki ofercie dóbr luksusowych lodyńska New Bond Street oraz paryskie Champs Elysées odnotowały najwyższy poziom czynszów. Inne istotne miasta jak Zurich i Berlin posiadają tańszą ofertę dla marek detalicznych. W ciągu ostatnich 10 lat czynsze za najlepsze obiekty w najlepszych lokalizacjach wzrosły czterokrotnie w Londynie i dwukrotnie w Paryżu.

Okiem eksperta

Według Fiony Hamilton, Global Head of Retail for International Brands, BNP Paribas Real Estate:

„Marki detaliczne weryfikują obecnie swoje strategie sprzedaży przez internet i stawiają na sklepy stacjonarne.  Następuje powrót do sprzedaży tradycyjnej, ponieważ wiele sklepów internetowych decyduje się na otwarcie lokali w tradycyjnych formatach handlowych. Najlepszym przykładem jest ostatnio otwarty salon Birch Box, marki kosmetycznnej sprzedającej swoje produkty w systemie “test and try”. Warby Parker, początkowo jedynie sklep internetowy, obecnie posiada 31 salonów w Stanach Zjednoczonych, a po rozwoju sieci placówek biznes firmy wyceniany jest na 1,2 miliardów dolarów. Są również inni operatorzy podążający tą drogą: Nasty Gal, Ever Lane, Amazon i Bonobos. Mają oni coraz więcej naśladowców. Marki detaliczne, odnoszące sukcesy dokonują połączenia sieci sprzedażyi on-line i sprzedaży w sklepach przy głównych ulicach handlowych. Wszystko po to, żeby w każdym kanale sprzedaży, czy to w sieci czy w realnym świecie, dostarczyć klientom odpowiednich wrażeń doświadczeń zakupowych. Zadaniem sklepów stacjonarnych jest opowiedzenie historii, czego nie da się zrobić poprzez internet. Sprzedaż wyłącznie w sieci to przeszłość, co jest doskonałą wiadomością dla sektora nieruchomości.”

retail 2.jpgRetail 3.jpg

Retail 4.jpgRetail 5.jpg

Retail 6.jpg

Ziemia obiecana na rynku biurowym. Dynamiczny rozwój w Łodzi

Łódź, miasto o doskonałej lokalizacji w kontekście biznesowym, od dawna czeka na zdecydowany rozwój rynku powierzchni biurowych. Najnowszy raport firmy OPG Property Professionals potwierdza, że lata 2016-2018 będą dla miasta włókniarzy przełomowe. Pod względem dynamiki wzrostu względem istniejących zasobów, Łódź wyprzedza w tym roku m.in. Wrocław, Poznań czy Lublin.
Badaniem objęto łódzkie nieruchomości biurowe w klasie od A do B-, a także obiekty wielofunkcyjne wyposażone w co najmniej 1.000 m2 powierzchni biurowej. Całkowite zasoby miasta szacuje się dziś na 400.000 mkw., co plasuje Łódź na szóstym miejscu w rankingu rynków regionalnych, po wyłączeniu Warszawy (stan na połowę 2016). Jak przewidują autorzy raportu, obecna pula powierzchni w ciągu 2-3 lat wzrośnie o ponad połowę, co powinno pomóc w nadgonieniu tempa innych dużych ośrodków.

W Łodzi znajduje się dziś w realizacji ponad 167 tysięcy metrów kwadratowych nowoczesnej przestrzeni biurowej, a łączna podaż planowana na ten rok wyniesie blisko 40 tysięcy metrów kwadratowych, czyli prawie dwa razy więcej, niż w Poznaniu – komentuje Andrzej Szczepanik, ekspert OPG Property Professionals. – Dobrą koniunkturę potwierdzają też wysokie stopy wynajęcia przestrzeni dopiero powstających, plasujące się na poziomie 45% – dodaje.

Wśród najciekawiej zapowiadających się inwestycji warto wymienić m.in. Nową Fabryczną, 7-kondygnacyjny obiekt w bezpośrednim sąsiedztwie dworca Łódź Fabryczna, zapowiadany od dawna Ogrodowa Office, który zajmie działkę naprzeciwko Pałacu Poznańskiego, a także rozbudowę OFF Piotrkowska Center, gdzie dwa biurowce klasy A wkomponowane zostaną harmonijnie w zabytkową architekturą przemysłową dawnej fabryki bawełny.

Na progu zmiany w strukturze ofertowej

W Łodzi największy segment rynku stanowią jeszcze obiekty klasy B (160.000 mkw.), lecz tegoroczny wzrost podaży sprawi, palmę pierwszeństwa obejmą już nowoczesne biurowce klasy A (obecnie 150.000 mkw.). Razem z obiektami klasy B+, czyli dobrze zlokalizowanymi, lecz nieco ustępującymi stanem technicznym budynkom najnowszym, tworzą obecnie 56% rynku.

Dbałość o najwyższy standard wynika z potrzeb najemców, co potwierdza rosnącą atrakcyjność miasta w oczach dużych inwestorów. Stopa pustostanów w istniejących i powstających biurowcach klasy A wynosi 5%, podczas gdy dla obiektów klasy B+, B i B- wartość ta waha się w przedziale 11-12%.

Jakość powierzchni biurowej i lokalizacja to główne czynniki determinujące wysokość stawki czynszu. W centrum, w biurowcach klasy A ceny najmu wahają się od 11 do 14,75 euro za metr kwadratowy, zaś w dolnych rejonach rynku powierzchni klasy B- stawki kształtują się w granicach 4,5 – 8 euro za metr kwadratowy.

Za kulisami wzrostu

Za czynniki sprzyjające koniunkturze łódzkiego rynku należy uznać poprawiającą się jakość życia w mieście, dostęp do wykwalifikowanej kadry oraz relatywnie niskie koszty zatrudnienia. Pomagają też realizowane w ostatnich latach duże projekty inwestycyjne związane z rewitalizacją terenów śródmiejskich w ramach Nowego Centrum Łodzi. Przedsięwzięcia, wśród których wymienić można m.in. szeroko zakrojone remonty dróg, miejskie centrum przesiadkowe, nowy Dworzec Łódź Fabryczna czy wschodnią obwodnicę miasta, wpływają na poprawę wizerunku Łodzi i generują atrakcyjne lokalizacyjnie tereny pod budownictwo komercyjne.

Popyt na wysokiej klasy powierzchnie biurowe kreuje w Łodzi przede wszystkim sektor nowoczesnych usług biznesowych: BPO, SSC, ITO i R&D, który zatrudnia dziś ponad 15 tysięcy osób, a w najbliższym czasie wygeneruje kolejne 3 tysiące miejsc pracy.

Jak łódzki rynek biurowy zareaguje na wzrost konkurencyjności?

Rosnąca podaż powierzchni oraz prawdopodobna polaryzacja cen najmu związana z coraz większymi wymaganiami inwestorów, prędzej czy później przyniosą wzrost konkurencji na łódzkim rynku biurowym. Różnice widać już dziś, czego przykładem może być topniejąca stopa pustostanów w inwestycjach o najwyższym standardzie kosztem obiektów klasy B i niżej. Jak podkreśla Michał Styś, Dyrektor Zarządzający OPG Property Professionals, kiedy zaczyna się walka o najemcę, rośnie potrzeba skutecznej komercjalizacji danego obiektu.

Wzrost podaży powinien zaspokoić popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe w Łodzi, ale prawdopodobnie nie wystarczy na zapełnienie powierzchni w budynkach starszych – wyjaśnia. – W takiej sytuacji przydaje się pomoc specjalistów, którzy mogą zwiększyć atrakcyjność obiektu w oczach najemców. Poprzez analizę sytuacji ekonomicznej oraz znajomość rynków, na jakich operują najemcy, można planować wynajem tak, aby dany obiekt nie był zależny od zmian w danym segmencie usług – podsumowuje.

Więcej informacji na temat realizowanych inwestycji, aktualnych zasobów powierzchni biurowych, ich lokalizacji, dostępności, struktury jakościowej i stawek czynszu w poszczególnych segmentach znaleźć można znaleźć można w raporcie „Rynek biurowy w Łodzi”. Dokument można pobrać bezpłatnie ze strony OPG Property Professionals.

Raport rynku biurowego w Łodzi, opracowany przez OPG Property Professionals wspólnie z Katedrą Inwestycji i Nieruchomości UŁ oraz SKN Real Estate, to kolejny przykład aktywnej współpracy firmy z lokalnym środowiskiem naukowym i akademickim. Publikacja stanowi część szerszego programu praktyk i płatnych staży, które OPG Property Professionals już wkrótce zaoferuje najzdolniejszym łódzkim studentom oraz młodym absolwentom kierunków związanych z inwestycjami i nieruchomościami.

Wybory w USA oczami polskiego Internetu

Od kilku tygodni świat żyje wyborami prezydenckim, które miały miejsce w miniony wtorek w Stanach Zjednoczonych. Zwycięstwo Donalda Trumpa było dużym zaskoczeniem, tym bardziej, że wszystkie opublikowane w przedwyborczy poniedziałek sondaże wskazywały na zwycięstwo Hillary Clinton. Chcieliśmy się dowiedzieć, jaki kształt przybrała w Polsce debata wokół wyborów prezydenckich.

Postanowiliśmy przyjrzeć się temu co, kiedy i gdzie pisano o kandydatach na prezydenta podczas najgorętszego okresu – czyli w dniu wyborów oraz w dniu ogłoszenia wyników. Przeanalizowaliśmy wpisy z 8 i 9 listopada poświęcone zarówno Hillary Clinton, jak i Donaldowi Trumpowi.

Dynamika zamieszczanych treści

w1
W dniu wyborów liczba publikowanych treści utrzymywała się na dosyć niskim poziomie około 2000 wpisów na godzinę – udział opublikowanych treści wynosił 40% do 60% na korzyść Trumpa. Sytuacja zmieniła się wraz z ogłoszeniem pierwszych wyników dla poszczególnych stanów. Od pierwszych godzin porannych gwałtowanie zaczęła rosnąć liczba zamieszczanych treści. Między 8 a 9 rano, czyli w czasie ogłoszenia oficjalnych wyników, opublikowano powyżej 32 tysięcy wpisów (średnio 16 tysięcy wpisów na godzinę). W tym czasie wzrósł także udział treści dotyczących Trumpa i stanowił 80% wszystkich treści, które pojawiły się po ogłoszeniu wyników. Między godziną 16 a 17 wzrosła liczba opublikowanych treści, która zbiegła się w czasie z ogłoszeniem informacji o zdobyciu przez Hillary Clinton bezwzględnej większości głosów oraz protestami podczas przemówienia prezydenta elekta.

Wygrywa lepszy?

w2
W ciągu dwóch analizowanych dni na jedną wypowiedź o Hillary Clinton przypadały trzy wypowiedzi o Donaldzie Trumpie. W kontekście obu kandydatów dyskutowany był wątek dotyczący wyniku głosowania na Florydzie, która jest Swing State o największej liczbie głosów elektorskich (29). Często pojawiały się także komentarze nawiązujące do relacji na żywo, którą dla TVN24 prowadziła Jolanta Pieńkowska.

Wypowiedzi dotyczące kandydatki demokratów pojawiały się najczęściej w kontekście jej przegranej oraz nietrafionych wyników poniedziałkowych sondaży przedwyborczych. Z kolei wypowiedzi dotyczące wygranej Trumpa nawiązywały do szerszego zjawiska społecznego polegającego na rosnącym nacjonalizmie (nawiązanie do PiS-u oraz niedawnego Brexitu). Pojawiały się w nich także odniesienia do Putina (dotyczące zarówno sympatii obu polityków, podobieństwa ich poglądów oraz planowanego zacieśniania stosunków między Ameryką a Rosją).

Przykładowe komentarze

Jola Pieńkowska, „dziennikarka” TVN24: „60% Amerykanów jest za Clinton, cała Ameryka płacze”

W Polsce idioci wybrali Dudę i Kaczyńskiego a w Ameryce też sami idioci poszli do wyborów , masakra. Koniec swiata …”

Internet re-twittował

 

w3

 

Dyskusję w polskim Internecie zdominowały treści zamieszczane na Twitterze – stanowiły one 45% wszystkich opublikowanych w tym czasie treści. Zdecydowana częściej dotyczyły one prezydenta elekta (84% twittów) niż Hillary Clinton (16%). Najbardziej angażującymi twittami były te opublikowane na profilach @M_Gutka, @sk8ismylove, @nialliv_mikey oraz @stylesshoney. O ich popularności zadecydowała bardzo duża liczba ponownych udostępnień (każdy z nich był udostępniony w tym czasie około 1000 razy). Wszystkie dotyczyły Donalda Trumpa – zwracano uwagę na niepopularne poglądy republikanina, planowany przez niego sojusz z Rosją, a także pojawiały się porównania do polskiego prezydenta oraz ustępującego Baracka Obamy.

Treści publikowane na Facebooku stanowiły 27% wszystkich opublikowanych w tym czasie treści. Udział treści dotyczących Donalda Trumpa był mniejszy (wynosił 73%). Najbardziej angażującym postem był ten opublikowany na Kwejku – administratorzy zwrócili się do fanów z grafiką „Co zrobisz w związku z tym, że Trump wygrał?”, która w ciągu analizowanego czasu została skomentowana przez blisko 2 tysiące osób oraz polubiona przez blisko 20 tysięcy. Równie dużym zainteresowaniem cieszył się post opublikowany na fanpage’u ASZdziennik.pl odsyłający do artykułu „Agencja Wywiadu uspokaja: Donald Trump zlokalizuje Polskę na mapie najwcześniej w 2020 roku” (około 10 tys. polubieni i 1200 udostępnień).

Trzecim najbardziej angażującym wątkiem była opublikowana na stronie TVN24.pl: relacja z wyborów (około 900 komentarzy, 5 tysięcy polubieni i 500 ponownych udostępnień). Trzecią najpopularniejszą przestrzenią publikowania treści dotyczących kandydatów na prezydenta był Wykop – na portalu duże zainteresowanie wzbudziło „znalezisko” Donald Trump 45. prezydentem USA. Treści publikowane na pozostałych stronach stanowiły zaledwie 20%. Wśród nich najbardziej angażującą był materiał Mariusza Maxa Kolonko opublikowany na jego kanale YouTube wyświetlony przez ponad 500 tysięcy osób.

Źródło: IRCenter.com.