Zmiany podatkowe w 2017 r., których nie można zlekceważyć

Pod koniec każdego roku pojawiają się projekty zmian przepisów podatkowych, lub zapowiedzi ich zapowiedzi. Tak jest również i teraz. Nowa władza zapowiada kilka dużych projektów, które mają zwiększyć wpływy do budżetu państwa. Czy będą miały znaczący wpływ na działalność przedsiębiorców?

Biorąc pod uwagę potrzeby budżetowe oraz fakt, że największe wpływy (ale również i luka podatkowa, czyli nieściągnięte podatki) pochodzą z podatku VAT, to na tym polu pojawiło się najwięcej propozycji. Dla przykładu można wskazać przywrócenie 30-procentowej stawki VAT, możliwość dokładniejszego weryfikowania oraz blokowania zwrotów nadwyżki podatku, czy zaostrzenie odpowiedzialności karnej związanej z posługiwaniem się fikcyjnymi fakturami.

Planowane są zmiany w konkretnych branżach, m. in. wprowadzenie odwrotnego obciążenia VAT na procesory, rozszerzenie zasad solidarnej odpowiedzialności nabywcy za przewinienia sprzedawcy, zmiany zasad rozliczeń samorządów oraz wprowadzenie dla szerokiej grupy podatników nowych obowiązków raportowych (tzw. jednolity plik kontrolny).

Czy te zmiany, w szczególności wymienione powyżej, będą miały dobre konsekwencje dla podatników? Z założenia na pewno tak – prowadzą przecież do ograniczania nadużyć i walki z oszustami wyłudzającymi podatek z budżetu. Wyłudzenia te powodują olbrzymie straty, za które wszyscy „płacimy” zwiększającymi się podatkami i wymaganiami w zakresie prowadzenia i raportowania rozliczeń.

Z drugiej jednak strony, podatnicy prowadzący działalność gospodarczą mają świadomość, jak wygląda praktyka stosowania instytucji i mechanizmów mających ograniczyć wyłudzenia. To przede wszystkim nadmierne obciążenie obowiązkami formalnymi, a czasem nawet wydatkami – tutaj można wskazać konieczność nabycia rozwiązań służących wygenerowaniu danych w ramach jednolitego pliku kontrolnego. Można obawiać się także nadmiernego ściągania daniny od uczciwych podatników. Wtedy rozwiązania, mające zapobiegać oszustwom, a przez to chronić uczciwych przedsiębiorców, odnoszą odwrotny skutek.

Oby nowe władze i ich pierwsze realne zmiany wprowadzane w tym roku przyniosły więcej tych pozytywnych aspektów, a przepisy były interpretowane na rzecz uczciwych podatników. Ciągle jest na to szansa, wciąż bowiem trwają prace nad reformą strukturalną istotnej części aparatu skarbowego (Krajowa Administracja Skarbowa).

Na pewno warto odpowiednio przygotować się do zmian i nowych obowiązków. Dlatego też radzimy, aby szczególnie przyjrzeć się:

  • nowym obowiązkom w zakresie raportowania (jednolity plik kontrolny, dokumentacja cen transferowych w transakcjach między podmiotami powiązanymi kapitałowo i osobowo),
  • swoim kontrahentom (prawidłowości realizowanych transakcji, jak i pewności, co do istnienia samych firm i ich uczciwej działalności),
  • sposobowi dokumentacji transakcji dla celów podatkowych.

Nie są to działania, które prowadzą do kreowania dużej wartości dodanej, ale w czasach, gdy intensywnie poszukuje się oszustów, warto szczególnie dbać o bezpieczeństwo. Niestety w przypadku podatku od towarów i usług ustawodawca nie ma obowiązku uchwalania przepisów zmieniających na rok przed ich wejściem w życie (tak jak ma to miejsce w przypadku podatku dochodowego). W konsekwencji zmiany mogą być wprowadzane w trakcie roku i obowiązywać od kolejnego okresu sprawozdawczego.

Zespół podatkowy Impel Business Solutions

Marek Zamłyński nowym Dyrektorem Zarządzającym w IDC Polska

Marek Zamłyński -Dyrektor Zarządzający w IDC Polska
Marek Zamłyński -Dyrektor Zarządzający w IDC Polska

Marek Zamłyński został Dyrektorem Zarządzającym IDC Polska, krajowego oddziału międzynarodowej firmy analitycznej specjalizującej się w obszarze nowych technologii i rynku ICT. Jest odpowiedzialny za wzmocnienie kompetencji konsultingowych firmy, a także poszerzenie i lepsze dostosowanie oferty do zmieniających się potrzeb klientów ery cyfrowej transformacji. Swoim działaniem obejmuje Polskę oraz kraje bałtyckie.

Marek Zamłyński posiada ponad 20-letnie doświadczenie w obszarze zarządzania, sprzedaży, marketingu. Specjalizuje się w konsultingu biznesowym oraz IT, ze szczególnym uwzględnieniem transformacji IT. W IDC jest odpowiedzialny za dalsze wzmacnianie pozycji firmy na rynku usług doradczych i badawczych.
„IDC posiada w Polsce bardzo doświadczony zespół analityków rynku i konsultantów i jest dobrze rozpoznawana wśród dostawców technologii. Wykorzystując te kompetencje, chciałbym aby firma była jeszcze lepiej rozpoznawalna w obszarze doradztwa strategicznego również dla użytkowników technologii – czyli dyrektorów działów IT w dużych przedsiębiorstwach.” – mówi Marek Zamłyński.

Marek Zamłyński, zanim został dyrektorem zarządzającym IDC Polska, był dyrektorem pionu „Cloud & Enterprise”, w firmie Microsoft Polska. Przez ostatnie 6 lat odpowiadał m.in. za strategie, wprowadzenie i sprzedaż usług chmury obliczeniowej Microsoft na polskim rynku. Wcześniej Marek Zamłyński pracował w firmie IBM Polska, gdzie prowadząc dział handlowy IBM Software Group, odpowiadał za rozwój rynku oprogramowania IBM.

Andrzej Jarosz, od 18 lat zarządzający polskim oddziałem IDC, będzie obecnie odpowiadał za rozwój oferty usług doradczych dla dyrektorów działów IT w regionie Europy Środkowo-Wschodniej (CEE) w ramach globalnej oferty IDC IT Executive Program (IEP).
Nowe osoby w IDC Polska

To nie jedyne zmiany w firmie. Do zespołu IDC Polska dołączył również Radosław Stępień, który będzie odpowiadał za sprzedaż i rozwój oferty usług doradczych dla dyrektorów działów IT w Polsce. Radosław Stępień jest doświadczonym managerem w obszarze IT i analityki. Wcześniej sprawował kierownicze stanowiska w instytucjach administracji centralnej oraz bankowości w obszarze IT i analiz, między innymi był Członkiem Zarządu w ZUS, CIO w Ministerstwie Sprawiedliwości oraz w Banku Gospodarstwa Krajowego. Kierował również grupą roboczą odpowiadającą za przeprowadzenie Narodowego Spisu Powszechnego 2011.

Nową osobą w zespole jest też Mirosław Burnejko – ekspert od chmury publicznej. W IDC będzie odpowiadał za rozwój programu chmury publicznej w regionie CEE, wspierając zespoły badań, konsultingu i konferencji swoją wiedzą na temat cloud computing. Wcześniej pracował przy projektach w Polsce i Europie jako konsultant chmury publicznej w Amazon Web Services oraz jako Cloud Solution Architect w Microsoft. Znany jest też jako autor bloga chmurowisko.pl, czy Public Cloud User Group.

Do działu sprzedaży dołączył też Marcin Knieć, który swoje działania skupi na rynku producentów oprogramowania, dostawców technologii i usług IT oraz w sektorze telekomunikacyjnym. Wiedza i doświadczenie Marcina Kniecia wyniesione z dotychczasowych projektów zrealizowanych z wykorzystaniem zaawansowanych technologii informatycznych oraz inżynierskich, pozwolą wzmocnić lokalną pozycję IDC w obszarach takich jak Cloud, 3D Printing czy też IoT.

Francja wprowadza opłatę za delegowanego pracownika

Wzrost kosztów pracy i barier administracyjnych oraz skrupulatne kontrole dały się we znaki polskim przedsiębiorcom realizującym transport we Francji. Na tym jednak nie koniec. Firmy czeka kolejny koszt w postaci dodatkowej opłaty za delegowanego pracownika.

Obecnie stawka godzinowa we Francji wynosi co najmniej 9,68 euro (prawie 42 złote) na godzinę. Tyle też muszą wypłacać swoim pracownikom firmy, których kierowcy choćby realizują przewóz z lub na terytorium Republiki. Komisja Europejska wszczęła latem postępowanie wobec ustaw o płacy minimalnej. Na cenzurowanym znalazły się zarówno francuska Loi Macron, jak i niemiecki MiLoG, jednak na tę chwilę firmy muszą stosować się do przepisów zawartych w tych ustawach. W przeciwnym wypadku grożą im kary sięgające, w przypadku Loi Macron, nawet 4000 euro na oddelegowanego pracownika.

Polskich przewoźników wykonujących transport na terenie Francji czekają też dodatkowe koszty. W życie wchodzi bowiem procedowana w tym roku tzw. ustawa „o pracy”. Zgodnie z jej zapisami na przedsiębiorstwa delegujące swoich pracowników do tego kraju nałożona zostanie dodatkowa opłata. – Francja decyduje się na kolejny krok, który utrudnia działalność polskich firm transportowych na tamtejszym rynku – mówi Łukasz Włoch, główny ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców. – Opłata ta wynosić ma maksymalnie 50 euro na oddelegowanego pracownika. To już kolejny, dodatkowy koszt, jaki mają ponosić polscy pracodawcy – dodaje.

Francja rozpoczęła również wnikliwe kontrole polskich przewoźników. – Do tej pory kontrole odbywały się na zasadzie wyrywkowej, gdzie służby sprawdzały, czy poszczególni kierowcy mają przy sobie wymagane dokumenty, takie jak zaświadczenie o oddelegowaniu oraz umowę o pracę. Obecnie francuskie organy kontrolne żądają od przedstawiciela firmy transportowej niezwłocznego dostarczenia dokumentacji kadrowo-płacowej za cały okres od wejścia w życie Loi Macron, czyli od 1 lipca 2016 roku. Co ciekawe, służby nie mają obowiązku poinformowania o pozytywnym zakończeniu kontroli. Może to rodzić patologię w postaci zmiany orzecznictwa i interpretacji, co skutkować będzie nakładaniem kar na przedsiębiorstwa – przekonuje Łukasz Włoch.

Dolar mocny względem złotego

Kolejny dzień zakończył się wzrostami na amerykańskich giełdach. Wszystkie trzy główne indeksy osiągnęły rekordowe poziomy. Zmiany na rynku walutowym nie były duże, z tendencją spadkową dla dolara.


Nie widać końca wzrostów zapoczątkowanych na amerykańskich parkietach giełdowych po wygranej Trumpa. Indeks SP500 zakończył dzień niecałe 2 punkty poniżej bariery 3000. Test powyższego poziomu wydaje się teraz tylko formalnością. Jeszcze większe wzrosty odnotowano na rynku ropy – WTI zyskała na zamknięciu niemal 6%. Spotkanie OPEC ma miejsce w przyszłym tygodniu i uczestnicy rynku oczekują, że zapadnie na nim decyzja o ograniczeniu wydobycia tego surowca.

Dzisiejszy dzień pozbawiony będzie znaczących publikacji makroekonomicznych. Z tych które będą dostępne wyróżnić można dane o sprzedaży detalicznej z Kanady oraz sprzedaż domów w USA. Nieco wcześniej będzie miało miejsce posiedzenie banku centralnego Węgier, a dzień zakończymy danymi z rynku ropy. Dane API o zapasach paliw opublikowane zostaną tuż przed 23:00 polskiego czasu.

usdpln22112016r

Umocnienie dolara widoczne jest też na polskim rynku. Wykres pary USD/PLN przedstawia się bardzo optymistycznie dla byków. Dolar dotarł na wysokość górnego ograniczenia kanału wzrostowego, w okolicach poziomu 4.20. Wskaźnik RSI jest już wykupiony, więc można oczekiwać korekty. Najbliższe wsparcie znajduje się w okolicy poziomu 4.05. Przyszłość tego rynku zależna zapewne będzie od wyniku grudniowego posiedzenia Fed.

Sylwester Majewski


Forex-Desk

L. Sobolewski: GPW w Warszawie jest liderem w Europie Środkowej i Wschodniej, ale do miana regionalnego centrum finansowego wiele jej brakuje

L. Sobolewski: GPW w Warszawie jest liderem w Europie Środkowej i Wschodniej, ale do miana regionalnego centrum finansowego wiele jej brakuje 1
Pomimo fatalnej koniunktury i małej liczby debiutów warszawska giełda wciąż wielokrotnie przewyższa, zarówno pod względem kapitalizacji, jak i liczby notowanych podmiotów, inne parkiety Europy Środkowo-Wschodniej. Zdaniem Ludwika Sobolewskiego, szefa Giełdy Papierów Wartościowych w Bukareszcie i byłego prezesa GPW w Warszawie, jednak mianem regionalnego centrum finansowego stolicy obecnie nazwać nie można.

– W Europie Wschodniej jest kilka rynków, na których ich uczestnikom chce się osiągać więcej, parkietów aspirujących do lepszej pozycji – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Ludwik Sobolewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Bukareszcie (BVB), były szef Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Takim rynkiem jest na pewno Polska, a także Rumunia i Węgry, zwłaszcza od niedawna. Można zatem w Europie Wschodniej zaobserwować pewną dynamikę. Choć jej wektory w różnych krajach są inne.

W Polsce, jak precyzuje prezes Ludwik Sobolewski, jest wiele frustracji, w Rumunii natomiast ostatnio widać głównie optymizm, powodowany reformowaniem tamtejszej gospodarki oraz otwarciem rynku, który już wcześniej nie był tak przeregulowany jak nad Wisłą.

– W Polsce jest trochę zdrowego niezadowolenia – ocenia prezes Ludwik Sobolewski. – Zarówno w Polsce, jak i Rumunii jest wielu myślących ludzi, którzy mogą się wiele od siebie nauczyć. Ja oczywiście bardzo bym chciał, żeby krajowi inwestorzy instytucjonalni oraz indywidualni zainteresowali się rynkiem rumuńskim, co zresztą już się dzieje. Teraz zależy mi na tym, aby skala tego zainteresowania była coraz większa. Ogólnie cieszy to, że w krajach Europy Wschodniej nie zrezygnowano z budowy sensownych rynków kapitałowych, które będą ważne zarówno dla ludzi, jak i dla gospodarek.

W połowie listopada na rynku podstawowym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie notowanych było 384 spółek, w tym 338 krajowych oraz 46 zagranicznych (głównie z Ukrainy) o łącznej kapitalizacji przekraczającej 980 mld zł. Na rynku wtórnym, odpowiednio 434 oraz 53 (razem 487 przedsiębiorstw o wartości 14,6 mld zł). Na giełdzie w Bukareszcie pod koniec ubiegłego roku notowanych było 85 spółek o łącznej kapitalizacji przekraczającej 139 mld lei (około 31 mld euro).

– W Warszawie zbudowaliśmy naprawdę jakościowo i ilościowo dobry i bardzo znaczący ekosystem, który ostatnio został trochę popsuty, ale jest wciąż bardzo silny – przypomina  były prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Polska jest bez wątpienia liderem tej części Europy, ale nie można jej nazwać centrum finansowym regionu. Zawsze bardzo ostrożnie używałem tego określenia, ale jeśli spojrzeć lata wstecz z perspektywy dnia dzisiejszego to wydaje się, że krajowy rynek był takim centrum finansowym. Ostatnio się to trochę pogorszyło. Ale ani Rumunia, ani żaden inny kraj we Wschodniej Europie wciąż nie może podważyć pozycji Warszawy. Jeśli tylko przestanie ona sama siebie podminowywać, to zupełnie wystarczy do poprawy sytuacji.

K. Wołowicz: zapowiadane przez wicepremiera Morawieckiego odbicie w gospodarce jest realne, ale raczej pod koniec przyszłego roku

K. Wołowicz: zapowiadane przez wicepremiera Morawieckiego odbicie w gospodarce jest realne, ale raczej pod koniec przyszłego roku 2
Przewidywane ożywienie w niemieckiej gospodarce oraz napływ środków unijnych wspomagających inwestycje mają zdaniem wicepremiera Morawieckiego napędzić tempo rozwoju polskiej gospodarki, która w tym roku wyraźnie spowolniła. Minister rozwoju przewiduje, że stanie się to już w pierwszym półroczu 2017 roku. Zdaniem głównego ekonomisty BPS TFI optymistyczny scenariusz jest prawdopodobny, ale raczej zrealizuje się bliżej końca przyszłego roku.

– Scenariusz zakładający odbicie polskiego PKB w I połowie przyszłego roku, który prezentuje m.in. wicepremier Morawiecki, wydaje się bardzo realny – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Krzysztof Wołowicz, główny ekonomista BPS TFI. – Inwestycje są w tej chwili opóźnione i w związku z tym mamy tak widoczne osłabienie tempa wzrostu gospodarczego. Natomiast w przyszłym roku rynek spodziewa się wyraźnego odbicia w inwestycjach, ruszą programy finansowane ze środków unijnych i to pociągnie za sobą też wzrost PKB.

Według wstępnego, nierozpisanego jeszcze na części składowe odczytu polska gospodarka urosła w III kwartale o 2,5 proc. Spodziewano się wzrostu o 2,9 proc., co było poziomem i tak niższym od uzyskanych w I i II kwartale. Tamte z kolei także okazywały się niższe od oczekiwań. W I kw. roku gospodarka urosła o 3 proc., w II o 3,1 proc. W połączeniu z najnowszym odczytem wróży to całoroczny wynik poniżej 3 proc. Tymczasem w założeniach do ustawy budżetowej widnieje planowany poziom 3,8 proc.

– Pozostaje pytanie, czy odbicie nastąpi szybciej czy później. Wydaje się, że wicepremier tradycyjnie jest dużym optymistą, natomiast ja sądzę, że jednak to będzie później, czyli gdzieś pod koniec przyszłego roku – przewiduje Wołowicz. – Tym niemniej taki scenariusz oczywiście będzie pozytywny i będzie pozytywnie odebrany przez rynki, dlatego że pokaże, że to spowolnienie, z którym mamy obecnie do czynienia, było czynnikiem przejściowym, chwilowym i gospodarka rzeczywiście wraca na ścieżkę szybkiego wzrostu.

Szczegółowe dane o PKB opublikowane zostaną ostatniego dnia listopada. W przyjętym przez rząd projekcie budżetu na 2017 rok przyjęto, że Polska rozwijać się będzie w tempie 3,6 proc. Zdaniem Wołowicza najbliższe lata powinny przynieść wzrost w tych granicach.

– Wydaje mi się, że możemy się spodziewać mniej więcej tempa wzrostu gospodarczego w granicach między 3 a 4 proc. W tej chwili struktura gospodarki jest taka, że raczej nie oczekiwałbym wyraźnego wyjścia powyżej poziomu 4 proc., ale między 3 a 4 to na tle całej Europy to byłby to bardzo dobry wynik – ocenia.

Symptomów poprawy wypatrywać trzeba zwłaszcza w budownictwie. Dane o produkcji budowlano-montażowej są złe od miesięcy. Wzrost rok do roku odnotowano ostatni raz w listopadzie 2015 r., przy czym od lutego spadki są dwucyfrowe. W październiku było to -20,1 proc. Spadek wyższy niż kilkuprocentowy został wcześniej odnotowany po raz ostatni w sierpniu 2013 roku, a cykl tak głębokich spadków – w pierwszym półroczu 2013 roku. Wtedy jednak podstawą porównania były intensywne inwestycje przed Euro 2012.

– Pierwsze symptomy powinniśmy zobaczyć tradycyjne w budownictwie. To jest sektor, który z reguły pierwszy pokazuje jakieś elementy ożywienia, jeżeli chodzi o inwestycje. I tak jak w tej chwili widzimy rzeczywiście silne spadki w budownictwie, tak w momencie, kiedy ruszą inwestycje ze środków unijnych, ten poziom powinien wyraźnie wyjść na plus – sądzi główny ekonomista BPS TFI. – Natomiast trudno w tej chwili przewidywać, jak długi będzie okres szybszego wzrostu. Wydaje się jednak, że ta perspektywa finansowana ze środków unijnych do 2020 roku zapewnia przynajmniej przyzwoite tempo wzrostu gospodarczego w ciągu najbliższych 2–3 lat.

Do rozwoju infekcji przyczyniają się nieodpowiednie warunki domowe i złe nawyki. Aż 40 proc. Polaków nie wierzy, że ich zachowania w domu mogą wpłynąć na ich zdrowie

Do rozwoju infekcji przyczyniają się nieodpowiednie warunki domowe i złe nawyki. Aż 40 proc. Polaków nie wierzy, że ich zachowania w domu mogą wpłynąć na ich zdrowie 3

Zapewnienie odpowiednich warunków domowych – jakości powietrza, poziomu wilgotności, temperatury czy dostępu do światła dziennego – ma wpływ na nasze zdrowie, samopoczucie i energię życiową. Zwiększony poziom wilgotności powietrza związany z gotowaniem, kąpielą czy sprzątaniem może doprowadzać do powstawania pleśni, a co za tym idzie – poważnych problemów zdrowotnych i takich chorób jak np. infekcje gardła czy astma. Świadomość codziennych zachowań i nawyków nabiera szczególnego znaczenia w okresie jesienno-zimowym.

– Jesteśmy obecnie narażenie na infekcje poprzez większą ilość wirusów, które się uaktywniają o tej porze roku. O tym, czy jesteśmy podatni na zarażenie nimi, decyduje przede wszystkim stan naszych błon śluzowych, który jest uzależniony od jakości powietrza, zarówno tego, którym oddychamy na zewnątrz, jak i tego, które nas otacza w warunkach domowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Senderska, lekarz rodzinny.

Lekarze podkreślają, że powinniśmy zadbać o jak najwyższą jakość powietrza we wnętrzach, w których spędzamy 90 proc. naszego czasu.

– W naszych domach jakość powietrza tworzą różne tzw. bioaerozole, które powstają w wyniku obecności pleśni, grzybów, palenia tytoniu, wydzielania różnych substancji chemicznych obecnych w wykładzinach, meblach czy środkach chemicznych, których używamy. Musimy zadbać o to, żeby wentylacja i dostęp świeżego powietrza był stały. Poziom wilgotności oczywiście też ma ogromny wpływ na stan naszych śluzówek – taki optymalny poziom jest między 40 a 60 proc. – mówi Anna Senderska, lekarz rodzinny.

– Ważnym aspektem jest komfort termiczny. Powinniśmy unikać zbyt niskich temperatur zimą, czyli powinniśmy tak dogrzewać nasze pomieszczenia, aby temperatura wynosiła między 18 a 21 stopni – trochę cieplej w łazienkach, trochę chłodniej w sypialniach, z kolei latem można stosować takie zabiegi jak np. zasłony okienne, które znacznie poprawiają komfort termiczny – dodaje Jacek Siwiński, dyrektor generalny Velux Polska.

Aby uzyskać optymalną jakość powietrza wewnątrz pomieszczenia, należy wietrzyć je 2–4 razy dziennie. Najlepsze jest połączenie wentylacji pasywnej poprzez klapy wentylacyjne i aktywnej poprzez wietrzenie z wykorzystaniem okien. Z badań wynika jednak, ze Polacy nie przywiązują zbyt dużej wagi do dbania o jakość powietrza w pomieszczenia, w których przebywają. Najczęściej jest w domach wilgotno, duszno i za sucho.

– Boimy się wietrzyć, boimy się chłodu, nasze kaloryfery często są rozbuchane maksymalnie, żeby nam było ciepło. Nie dbamy o właściwą wentylację, używamy zbyt dużo środków chemicznych, które drażnią nasze śluzówki, nie zwracamy uwagi na obecność pleśni i grzybów, które są w naszym domu, i utrzymujemy zbyt wysoką temperaturę otoczenia przy zbyt niskiej wilgotności – ocenia Anna Senderska, lekarz rodzinny.

Badanie „Barometr zdrowych domów 2016”, które zostało przeprowadzone przez Grupę Velux, wykazało dużo nieprawidłowości dotyczących warunków panujących w naszych domach.

– Ponad połowa Polaków zwraca uwagę na to, że cierpi na pewne dolegliwości, które są wprost związane z warunkami w budynkach, w których przebywamy. Respondenci naszego badania uskarżali się np. na choroby związane z górnymi drogami oddechowymi, samopoczuciem, bólami głowy, z brakiem witalności. Wynika to z tego, że warunki, w których przebywamy, mają negatywny wpływ właśnie na stan naszego zdrowia – podkreśla dyrektor generalny Velux Polska.

Ponadto, jak wynika z badania, Polacy wyrażają obawy co do szkodliwych dla zdrowia warunków domowych. Najbardziej martwi nas problem zagrzybienia i pleśni w domu. Taką obawę wyraża prawie co drugi badany. Częściej niż Europejczycy obawiamy się negatywnego wpływu złej jakości powietrza w domu (36 proc.), zbyt małej ilości światła dziennego (36 proc), hałasu, przeciągu oraz chłodu (po 37 proc).

O aspektach zdrowotnych wnętrz należy już myśleć w fazie wybierania odpowiedniego projektu domu czy przed zakupem mieszkania. Dom odpowiednio doświetlony światłem słonecznym wpływa na poprawę nastroju, sprzyja lepszej wydajności, produktywności i nauce. Poszukując nowego domu, warto więc przyjrzeć się jego projektowi pod kątem dostępu do światła dziennego oraz ograniczać korzystanie ze sztucznego oświetlenia.

– Polacy powinni zwracać uwagę na to, w jaki sposób podjęty wybór wpłynie długofalowo na ich funkcjonowanie, na ich zdrowie, samopoczucie. Bardzo często zapominamy o tym, w jaki sposób mieszkanie czy dom, czyli miejsce, w którym będziemy spędzać długie godziny przez długie lata, będzie doświetlone, w jaki sposób będziemy mieli zapewnioną odpowiednią ilość czystego powietrza, w jaki sposób ten budynek zostanie czy został skonstruowany, jakich materiałów użyto, czy są to materiały, które nie będą emitowały żadnych substancji, które mogą potencjalnie negatywnie wpływać na nasze zdrowie –uważa Adam Targowski, menedżer ds. zrównoważonego rozwoju w Skanska Property Poland.

Jak wynika z badania „Barometr zdrowych domów 2016” jedna czwarta Polaków nie jest przekonana, że ich własne zachowania w domu mogą mieć wpływ na ich zdrowie.

Coraz więcej firm angażuje się w działalność edukacyjną. Zyskują na tym również pracownicy

Coraz więcej firm angażuje się w działalność edukacyjną. Zyskują na tym również pracownicy 4
Dla 92 proc. dużych i średnich firm najistotniejsze problemy, w których rozwiązanie powinien angażować się biznes, dotyczą dziedziny nauki i edukacji – wynika z badania KPMG i Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Co czwarta podkreśla, że jest to dla niej priorytetowe wyzwanie. To przekłada się na coraz większą liczbę inicjatyw edukacyjnych podejmowanych przez biznes. Korzyści z takiej działalności odczuwają obie strony, firmy również – podkreśla prezeska FOB.

65 proc. menadżerów badanych przez PBS na zlecenie FOB uważa, ze biznes w ostatnich latach przyczynił się do rozwiązywania problemów społecznych w Polsce. Najczęściej wskazywali, że problemy te dotyczyły edukacji, pomocy społecznej i ochrony środowiska.

W dzisiejszych czasach bardzo duże problemy społeczne to nie są problemy, które może rozwiązać sam rząd albo same organizacje pozarządowe. Konieczna jest współpraca. Biznes ma know-how, wiedzę i środki finansowe, żeby pomóc w rozwiązywaniu tych największych problemów społecznych w skali kraju i w skali globalnej – mówi agencji Newseria Biznes Mirella Panek-Owsiańska, prezeska Forum Odpowiedzialnego Biznesu.

Wśród najistotniejszych wyzwań wymienianych przez firmy w badaniu KPMG i Forum Odpowiedzialnego Biznesu pojawiają się przede wszystkim zagadnienia związane z ekologią. 99 proc. wskazało na recykling i odpowiednie gospodarowanie odpadami, a 97 proc. na ochronę środowiska naturalnego. Na trzeciej pozycji znalazła się nauka i edukacja.

– W ciągu 15 lat liczba projektów edukacyjnych biznesu się zwiększa. Wszystkie duże firmy starają się edukować w jakimś obszarze, w którym są ekspertami, w którym mają tę wiedzę, którą chciałyby się dzielić – mówi Mirella Panek-Owsiańska.

Wśród innych wyzwań pojawiły się także przeciwdziałanie dyskryminacji, wspieranie przedsiębiorczości, przeciwdziałanie ubóstwu, profilaktyka zdrowotna.

Jak podkreśla prezeska FOB, coraz więcej firm zauważa, że działania edukacyjne przynoszą obustronną korzyść, zarówno firmie, która się w te działania angażuje, jak i społecznościom lokalnym albo konkretnym grupom, do których te akcje są kierowane.

Co ważne, nasi pracownicy przez takie inicjatywy też się uczą. Firma buduje pewną świadomość na zewnątrz, jednocześnie rozwija swoich pracowników i to jest dla niej największą wartością – mówi Anna Grosiak, dyrektor ds. nowego biznesu, pełnomocnik ds. zrównoważonego rozwoju w Siemens.

Jej zdaniem firma, która stwarza takie możliwości rozwoju swoim pracownikom, będzie w przyszłości lepiej postrzegana na rynku pracy.

– Ja określiłabym działalność edukacyjną biznesu bardziej jako budowanie świadomości. Firma, która ma wieloletnie doświadczenie i ponad stuletnią tradycję, ma obowiązek budować pewną świadomość. Budujemy ją np. poprzez pokazywanie jak ważny jest zrównoważony rozwój, różnorodne zespoły, rola młodych w budowaniu ciekawych pomysłów – mówi Anna Grosiak.

Działalność edukacyjna to jedna z najważniejszych możliwości pozytywnego wpływu na otoczenie. Przykładowo, pomagając naszym dostawcom rozwijać swoje standardy, pomagamy im też zwiększać swoją konkurencyjność – mówi Magdalena Rzeszotalska z Polpharmy.

Jak podkreśla, naturalnym obszarem działań edukacyjnych Polpharmy jest profilaktyka zdrowotna.

Prowadzimy wiele programów edukacyjnych dla pacjentów. Uwrażliwiamy ich w obszarze ciśnienia tętniczego krwi, kontroli cukrzycy, kontroli glukozy we krwi, prowadzimy programy edukacyjne w zakresie zdrowia seksualnego i wielu innych obszarów, które pozwalają pacjentom lepiej dbać o swoje zdrowie – wymienia Magdalena Rzeszotalska. – Jeżeli byśmy patrzyli tylko na to, że celem naszej firmy jest sprzedaż leków, to moglibyśmy stwierdzić, że edukowanie ludzi w zakresie profilaktyki zdrowotnej jest sprzeczne z tym celem. Jesteśmy jednak firmą odpowiedzialną, naszym obowiązkiem jako lidera polskiego rynku jest przede wszystkim dbać o zdrowie, a nie tylko dostarczać produkty.

Promowaniu działań edukacyjnych sprzyjać ma projekt „Edukacyjne działania biznesu. Lista najbardziej znaczących inicjatyw”. Spośród 271 inicjatyw zgłoszonych przez firmy wybrano 10 najlepszych.

Chcemy promować inicjatywy, które są wartościowe, oparte na wiedzy, na pewnych badaniach, na zaspokajaniu realnych potrzeb społecznych. Są to inicjatywy zarówno skierowane do osób młodych, do dzieci i młodzieży, jak i do seniorów czy do mieszkańców konkretnych miast – mówi Mirella Panek-Owsiańska.

Listę ogłoszono podczas 6. Targów CSR, największego w Polsce wydarzenia poświęconego społecznej odpowiedzialności biznesu i zrównoważonemu rozwojowi.

M. Petka-Zagajewska: Obniżenie wieku emerytalnego będzie gigantycznym kosztem dla sektora finansów publicznych. Ostrzeżenie agencji ratingowej Moody’s nie dziwi

M. Petka-Zagajewska: Obniżenie wieku emerytalnego będzie gigantycznym kosztem dla sektora finansów publicznych. Ostrzeżenie agencji ratingowej Moody's nie dziwi 5
Obniżenie wieku emerytalnego będzie stanowić gigantyczny koszt dla sektora finansów publicznych. Zdaniem agencji ratingowej Moody’s od 2017 roku nowe regulacje uruchomią wydatki na poziomie przeszło 10 mld zł rocznie. Według Marty Petki-Zagajewskiej z Raiffeisen Polbank negatywna ocena nowego prawa przez agencję nie dziwi, bo oprócz innych konsekwencji może ono osłabić wzrost gospodarczy Polski.

Negatywne spojrzenie agencji ratingowych na reformę wieku emerytalnego w Polsce nie jest zaskoczeniem – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka banku Raiffeisen Polbank. – Zarówno z punktu widzenia przyszłego tempa wzrostu gospodarczego, jak i finansów publicznych zdaniem analityków nie była to dobra decyzja.

We wrześniu br. Moody’s Investors Service, jedna z trzech kluczowych agencji ratingowych, nie zaktualizowała notowań Polski, co oznacza, że utrzymała obowiązującą ocenę A2 z maja 2016 z perspektywą negatywną. Miesiąc wcześniej przestrzegała, że kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego może odbić się na ratingu Polski. Tak się jednak nie stało.

W ubiegłym tygodniu Sejm przyjął jednak prezydencki projekt nowelizacji ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, który zakłada obniżenie wieku emerytalnego dla kobiet do 60 lat i mężczyzn do 65 lat. Zmiany mają zacząć obowiązywać od 1 października 2017 roku (obecnie ustawa znajduje się w Senacie).

Po uchwaleniu nowego prawa Moody’s w nowym komunikacie ocenił, że taka zmiana „jest negatywnym czynnikiem dla ratingu, czyli oceny wiarygodności kredytowej”. Według szacunków agencji relacja deficytu sektora finansów publicznych do PKB w przyszłym roku wyniesie 3,2 proc., a w 2018 roku – 2,8 proc. Koszt obniżenia wieku emerytalnego ma kształtować się natomiast na poziomie dwóch mld zł w 2017 r. oraz 10,2 mld zł rocznie w 2018 i w 2019 roku.

Niższy wiek emerytalny, po prostu, jest gigantycznym kosztem dla sektora finansów publicznych, który w kolejnych latach będzie tylko narastał – tłumaczy Marta Petka-Zagajewska. – Wraz ze starzeniem się społeczeństwa liczba osób, które zostaną objęte reformą będzie coraz większa. To oznacza, że rosnące wydatki z tego tytułu trzeba będzie czymś sfinansować. Na razie nie poznaliśmy konkretnych pomysłów na źródła dodatkowych przychodów budżetowych. Stąd też ryzyko, że finansowanie tej reformy odbędzie się po prostu kosztem wyższego deficytu, co oznacza większe ryzyko kredytowe.

Co więcej, jak wskazuje Marta Petka-Zagajewska, koszt tej zmiany w przyszłości może jeszcze bardziej wzrosnąć. W wyniku tego nie jest wykluczone obniżenie poziomu wzrostu gospodarczego Polski, który jak wynika z ostatnich odczytów, i tak nie jest imponujący.

Jednym z ważniejszych czynników determinujących tempo gospodarczego progresu w długim terminie jest to, ile ludzi może na niego pracować – wyjaśnia Marta Petka-Zagajewska. – Jeżeli aktywne na rynku zatrudnienia zasoby siły roboczej sami sobie ograniczamy, to obniżamy tym samym potencjalne tempo wzrostu gospodarczego i podcinamy skrzydła potencjałowi gospodarki.

Pacjenci z dystrofią mięśniową Duchenne’a i innymi chorobami rzadkimi nie są w Polsce odpowiednio leczeni. Brakuje im dostępu do nowatorskich terapii i lekarzy specjalistów

Pacjenci z dystrofią mięśniową Duchenne’a i innymi chorobami rzadkimi nie są w Polsce odpowiednio leczeni. Brakuje im dostępu do nowatorskich terapii i lekarzy specjalistów 6
Co roku jeden na 6 tys. chłopców rodzi się z dystrofią Duchenne’a, chorobą genetyczną prowadzącą do zaniku mięśni. Wczesna diagnostyka pozwala zaplanować leczenie, które może znacznie wydłużyć życie i okres sprawności. Problemem jest jednak dostęp do terapii. Leki stosowane w chorobach rzadkich i ultrarzadkich nie zawsze są w Polsce refundowane.

Dystrofia mięśniowa Duchenne’a to ciężka choroba genetyczna, która występuje przede wszystkim u chłopców i w niezwykle rzadkich przypadkach u dziewczynek. Nieleczona prowadzi do przedwczesnej śmierci w 2–4 dekadzie życia.

 Informacja o ciężkiej postępującej chorobie zawsze jest wstrząsem dla rodziców dziecka. Jest to niezwykle trudny moment, ale też szansa na to, by zaplanować leczenie i w ten sposób złagodzić przebieg choroby. Diagnoza stawiana jest zazwyczaj, kiedy chłopiec ma już wyraźne objawy choroby, ale bywa, że wykrywana jest w okresie niemowlęcym, zanim jeszcze pojawią się jakiekolwiek symptomy – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Anna Kostera-Pruszczyk, neurolog, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

W schorzeniu istotna jest wczesna diagnostyka. W Polsce dystrofię Duchenne’a rozpoznaje się u dzieci w wieku 4–6 lat.

 Wczesna diagnostyka sprawia, że można zaplanować leczenie, i daje rodzicom szansę zadbania o to, żeby pewne działania, rehabilitacja czy badania niezbędne dla właściwej opieki, były wykonywane wtedy, kiedy trzeba, a nie w momencie, kiedy sytuacja staje się już naprawdę groźna – tłumaczy prof. Kostera-Pruszczyk.

Dystrofia Duchenne’a uwarunkowana jest genetycznie. Przyczyna choroby kryje się w mutacji genu, który uniemożliwia produkcję białka zwanego dystrofiną odpowiedzialnego za prawidłową kondycję mięśni. W 2014 roku Europejska Agencja Leków zarejestrowała ataluren, który może znacząco opóźnić postęp choroby i poprawić jakość życia pacjentów.

– Każdy sposób leczenia dystrofii Duchenne’a istotnie zmienia przebieg tej choroby. Opóźnia moment, kiedy chłopcy tracą sprawność ruchową, daje dużą szansę na to, że ich samodzielność będzie większa. To może nie tylko wydłużyć okres tej relatywnie dobrej sprawności, lecz także wydłużyć ich życie – podkreśla prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

Wyzwaniem jest ustalenie rozpoznania w badaniu genetycznym. Łatwiejsza metoda genetyczna potwierdza dystrofię u ok. 70 proc. chorych chłopców. Trudniejszy jest natomiast dostęp do sekwencjonowania całego genu dystrofiny. Przy rozpoznaniu choroby istotne jest jak najszybsze dotarcie do specjalisty, neurologa dziecięcego lub genetyka.

– Najważniejsza jest możliwość skorzystania ze wszystkich dostępnych sposobów leczenia: regularnej rehabilitacji, leczenia sterydami, regularnej opieki neurologa i kardiologa dziecięcego, wielu specjalistów. Nawet jeżeli metody te nie są jeszcze dziś w stanie tej choroby całkowicie wyleczyć, to dają ogromne szanse na złagodzenie jej przebiegu – mówi prof. Anna Kostera-Pruszczyk. – W Polsce w przeciwieństwie do innych krajów europejskich dostęp do nowatorskich terapii jest utrudniony, ze względu na brak refundacji leku oraz na niewystarczającą liczbę specjalistów.

– Wiemy, że chorób rzadkich nie można wyleczyć, ale walczymy o to, żeby wydłużyć życie tym małym pacjentom. Zakładamy, że postęp medycyny jest tak dynamiczny, że w tym dodatkowym czasie pojawiają się nowe produkty lecznicze, które jeszcze bardziej poprawią komfort chorych – podkreśla dr Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny w Szpitalu Wolskim w Warszawie, prezes Fundacji Razem w Chorobie.

Jak wskazuje ekspert, choć sytuacja się poprawia, problemem w Polsce wciąż jest dostępność do leków sierocych wykorzystywanych w leczeniu chorób rzadkich i ultrarzadkich.

 Leki, które są stosowane w niektórych chorobach rzadkich, w ogóle nie są refundowane w Polsce. To prowadzi do sytuacji, że pacjenci praktycznie nie są leczeni. Stosuje się leczenie paliatywne czy rehabilitację, która choć rzeczywiście jest potrzebna, nie hamuje procesu chorobowego – wskazuje prezes Fundacji Razem w Chorobie.

Nowelizacja ustawy refundacyjnej, która zakłada zmianę dotychczasowego podejścia do badania efektywności kosztowej danej terapii i kładzie nacisk na efektywność kliniczną, może poprawić sytuację cierpiących na rzadkie choroby. Refundacja leków jest jednak tylko jednym z czynników, które mogą ułatwić życie chorym. Pomógłby również lepszy dostęp do lekarzy specjalistów.

Ataluren, lek stosowany w dystrofii Duchenne’a, której przyczyną jest mutacja nonsensowna w genie dystrofiny, nie jest w Polsce dostępny. Minister zdrowia nie wyraził zgody na jego refundację w ramach importu docelowego. Po odwołaniach przy wsparciu Rzecznika Praw Obywatelskich sprawa trafiła do Naczelnego Sądu Administracyjnego (NSA), który oddalił skargę kasacyjną ministra zdrowia w sprawie refundacji leku. NSA uznał, że odmowa refundacji była niezgodna z Konstytucją, a Ministerstwo Zdrowia powinno interpretować przepisy w interesie chorych, a nie przeciw nim. Resort zdrowia ma 30 dni na ustosunkowanie się do pisemnego uzasadnienia wyroku NSA.

– Dzisiaj mówi się, że będziemy przekonywać kobiety do rodzenia chorych dzieci. Takie przesłanie jest etyczne i szlachetne, ale za tym powinny pójść konkrety. Takim konkretem jest właśnie zwiększona opieka państwa już w momencie urodzenia się dziecka. Dotyczy to również dzieci z chorobami rzadkimi, a niektóre z nich diagnozujemy bardzo wcześnie. Chodzi o to, żeby te dzieci mogły być właściwie leczone – przekonuje dr Leszek Borkowski.

Poczta Polska chce być liderem polskiego rynku e-handlu. Realizację tego celu ma umożliwić nowa umowa ze sklepem Allegro

Poczta Polska chce być liderem polskiego rynku e-handlu. Realizację tego celu ma umożliwić nowa umowa ze sklepem Allegro 7
Poczta Polska realizuje strategię ekspansji na polskim rynku e-commerce. Jednym z jej elementów jest dwuletnia umowa ze sklepem Allegro, w ramach której dostarczy ok. 3 mln przesyłek. Zarząd pocztowej grupy oczekuje, że przyniesie to jej kilkanaście milionów złotych zysku rocznie oraz pozwoli na osiągnięcie pozycji rynkowego lidera w segmencie sprzedaży internetowej.

– Ekspansja na rynku logistyki e-commerce to jeden z trzech najważniejszych filarów naszej strategii. Jeśli chodzi o przesyłki kurierskie to już jesteśmy na tym rynku numerem dwa, a jeżeli chodzi o kwestie wyboru dostawcy, to w tej chwili Poczta Polska jest rynkowym wyborem numer jeden – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Kurdziel członek zarządu Poczty Polskiej SA.

Szans na zwiększenie udziałów w polskim rynku sprzedaży elektronicznej Poczta Polska upatruje m.in. w partnerstwie z największymi krajowymi platformami e-commerce. Przykładem takiej kooperacji jest podpisana w listopadzie 2016 roku umowa z Allegro. Dwuletni kontrakt zakłada, że pocztowa spółka co roku będzie obsługiwała około 1,5 mln przesyłek rocznie.

– Myślę, że wybór Allegro jako partnera jest oczywisty. Poczta Polska jest liderem na rynku e-commerce, jeśli chodzi o dostawę. Szukamy również największych partnerów na rynku i nasze partnerstwo strategiczne jest kolejnym elementem budowania portfela bardzo dużych, strategicznych klientów e-commerce’owych – uzasadnia Grzegorz Kurdziel.

Według oczekiwań Poczty Polskiej współpraca z Allegro przyniesie jej korzyści w wysokości kilkunastu milionów złotych rocznie. Pozwoli także na umocnienie dotychczasowej pozycji lidera rynku sprzedaży elektronicznej oraz sięgnięcie po miano największej firmy kurierskiej działającej w Polsce.

– Już w tej chwili Poczta Polska obsługuje około 60 proc. wszystkich przesyłek, ale jak na razie były to przesyłki wysyłane zarówno przez indywidualnych allegrowiczów, jak i sklepy internetowe ogłaszające się na Allegro. W tej chwili podpisaliśmy umowę z samym Allegro, chodzi o flagowy projekt Allegro ich własnego sklepu e-commerce’owego – tłumaczy Grzegorz Kurdziel.

Członek zarządu Poczty Polskiej SA wyjaśnia, że klientom kupującym w sklepie internetowym Allegro zostanie zaoferowany najszerszy dostępny wachlarz usług: przesyłki polecone e-commerce dla towarów o niewielkich gabarytach, usługę Pocztex Expres 24 z dostawą towaru na następny dzień roboczy i usługę Pocztex Kurier 48, gdzie przesyłka trafia do odbiorcy w ciągu dwóch dni od momentu nadania.

– Naszą dużą przewagą konkurencyjną jest także dostęp do prawie 7 tys. punktów odbioru na terenie całego kraju. Mamy ponad 4 tys. punktów własnych Poczty Polskiej i oferujemy odbiór w 1 tys. stacji benzynowych marki PKN Orlen oraz w prawie 2 tys. placówek Ruchu – dodaje.

Poczta Polska, która pod względem wielkości sieci już teraz jest zdecydowanym krajowym liderem, planuje, że do końca przyszłego roku przesyłki będzie można odbierać w 10 tys. punktów.

J. Męcina: Bezrobocie wciąż spada. To najlepszy moment na aktywizację osób, które wciąż nie pracują

J. Męcina: Bezrobocie wciąż spada. To najlepszy moment na aktywizację osób, które wciąż nie pracują 8
Stopa bezrobocia rejestrowanego w październiku wyniosła 8,2 proc. i po raz kolejny była niższa niż miesiąc wcześniej. Chociaż w dużych miastach pracy nie brakuje, to w poszczególnych regionach i województwach jej brak wciąż może być problemem. Według Konfederacji Lewiatan to najlepszy moment na aktywizację zawodową osób, które nadal nie mają zajęcia.

– To bardzo dobry moment, w którym możemy podwyższyć wskaźniki zatrudnienia i wprowadzić na rynek pracy nawet grupy defaworyzowane, które w normalnych warunkach przegrywały konkurencję z lepszymi kandydatami – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Męcina, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan, członek Rady Dialogu Społecznego. – Jeżeli dziś nie zapewnimy dopływu pracowników na polski rynek pracy, to gospodarka zacznie odczuwać bariery związane z brakiem kapitału ludzkiego, co jest tak samo niebezpieczne jak brak pracy.

Październik był kolejnym miesiącem spadku stopy bezrobocia w Polsce. Według szacunków Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS) udział osób niemających zatrudnienia w ogólnej liczbie osób czynnych zawodowo wyniósł 8,2 proc. Pod koniec miesiąca w urzędach pracy zarejestrowanych było blisko 1,31 mln osób, o 14,8 tys. mniej niż pod koniec września. W stosunku do października 2015 r. było to o 207,6 tys. mniej bezrobotnych.

– Sytuacja na rynku pracy konsekwentnie od roku 2014 się poprawia i dziś jego poziom oznacza, że bezrobocie BAEL-owskie, czyli liczone trochę inaczej, w standardowej formie ankietowania reprezentatywnej próby, wynosi już około sześciu proc. – precyzuje Jacek Męcina. – Widać wyraźnie, że rynek należący wcześniej do pracodawcy staje się domeną zatrudnionych, a podstawowym problemem jest poszukiwanie przez firmy osób chętnych do pracy.

Zdaniem Jacka Męciny to ogromne wyzwanie, które trzeba podjąć.

– Tak jak jeszcze dwa, czy trzy lata temu trzeba było znaleźć efektywne instrumenty aktywizacji bezrobotnych, ich wprowadzenia na rynek, dziś trzeba znaleźć instrumenty uruchamiania całego niewykorzystanego potencjału – wyjaśnia Jacek Męcina. – Warto podkreślić, że w rejestrach urzędów pracy cały czas jest ponad 1,4 mln osób nie mających pracy. To są często długotrwale bezrobotni, których trzeba aktywizować w inny sposób. Ale przedsiębiorcy muszą mieć także dostęp do takich, wolnych zasobów.

Jak poinformowało MRPiPS, najsilniejszy spadek liczby zarejestrowanych osób bezrobotnych odnotowano w województwach mazowieckim, śląskim, świętokrzyskim i podlaskim. Zróżnicowanie regionalne, jak potwierdza ekspert, wciąż pozostaje problemem krajowego rynku pracy.

– Pamiętajmy, że średnie ponad osiem proc. stopy bezrobocia oznacza, że na przykład w Wielkopolsce bezrobocie jest bliskie tzw. naturalnemu, a więc wynosi około pięciu proc., ale w warmińsko-mazurskim – nadal kilkanaście – zauważa Jacek Męcina. – Ten czas można dobrze wykorzystać do tego, aby zwiększając mobilność przestrzenną pracowników, wyrównać sytuację między regionami. Kapitał ludzki jest tak samo ważny jak finansowy, inwestycje, bez których gospodarka nie będzie się rozwijać, dotrze do barier w osiąganiu coraz wyższych wzrostów.

Ale w październiku spadła także liczba wolnych miejsc pracy i aktywizacji zawodowej zgłoszonych przez pracodawców do urzędów pracy. Było ich 115,6 tys., czyli o 23,5 tys. mniej niż we wrześniu. Zdaniem resortu to sygnał, który może pokazywać, że dwa najbliższe miesiące mogą być trudniejsze.

– Już na początku br. mówiłem, że mamy szansę w grudniu na bezrobocie rejestrowane w wysokości 8,6 proc., a BAEL-owskie – na poziomie 6 proc. – przypomina Jacek Męcina. – Następny rok może być okresem dalszej poprawy sytuacji na rynku pracy, choć zwracam uwagę na bardzo niski poziom inwestycji. Z drugiej strony dość radykalna poprawa jakości pracy oznacza, że część przedsiębiorców może mieć problem z płacą minimalną, bo o ile dwa tys. zł czy trzynastozłotowa stawka minimalna za godzinę nie będą problemem na warszawskim rynku, to już w regionach Podkarpacia, Warmii i Mazur mogą być kłopotliwe. Nie sądzę, żeby przełożyło się to na wzrost bezrobocia. Spodziewam się jednak, niestety, wzrostu negatywnego zjawiska szarej strefy.

Średnio 100 zł wydamy w tym roku na prezent bożonarodzeniowy dla dziecka. 70 proc. Polaków kupi świąteczne upominki przez internet

Średnio 100 zł wydamy w tym roku na prezent bożonarodzeniowy dla dziecka. 70 proc. Polaków kupi świąteczne upominki przez internet 9
Z ponad 30 do blisko 50 proc. wzrósł odsetek rodziców, którzy chcą wydać na prezent dla swojego dziecka ponad 100 zł – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie sieci sklepów Smyk. Świąteczne upominki coraz częściej kupujemy przez internet. Dzieci najczęściej obdarowywane są zabawkami, rośnie jednak popularność książek, gier, puzzli i sprzętu sportowego. Tegorocznym hitem mogą się okazać również interaktywne, zaawansowane technologicznie zabawki. 

– Rodzice kupują dzieciom pod choinkę coraz więcej prezentów i wydają na nie coraz więcej pieniędzy. Średnie kwoty przeznaczane na upominki wzrosły, a rodzice częściej planują kupić prezenty w sklepach z zabawkami – mówi Aleksandra Furman, psycholog, badacz rynku i opinii w Maison & Partners.

Z badania „Postawy i zwyczaje związane z zakupem prezentów gwiazdkowych dla dzieci” przeprowadzonego na zlecenie sieci handlowej Smyk wynika, że ponaddwukrotnie mniej rodziców planuje wydać najniższą kwotę – do 50 zł. Istotnie wzrósł odsetek osób planujących przeznaczyć na prezent ponad 100 zł (z 32 proc. do 48 proc.). Autorzy raportu podkreślają, że wzrost kwot przeznaczanych na prezenty dla dzieci może być związany z poprawianiem się sytuacji finansowej polskich rodzin, a także z narastającymi trendami konsumpcyjnymi.

Najpopularniejszym prezentem świątecznym są zabawki, głównie zestawy klocków (55 proc.), zabawki edukacyjne i muzyczne (41 proc.), zestawy kreatywne do malowania i wyklejania (38 proc.), pojazdy (30 proc.), figurki zwierzątek (27 proc.), lalki i akcesoria (21 proc.), zestawy dla małego majsterkowicza (20 proc.) oraz zabawki pluszowe (19 proc.).

Rodzice zdecydowanie częściej kupują dzieciom również książki, które w ciągu dwóch ostatnich lat ponaddwukrotnie zyskały na popularności. W tym roku pod choinkę wybierze je 48 proc. dorosłych, podczas gdy jeszcze w 2014 roku tylko 20 proc. zdecydowało się na taki prezent. Największe wzrosty dotyczą słodyczy (51 proc. wobec 26 proc. w 2014 roku), puzzli i gier (49 proc. wobec 25 proc. w 2014 roku) oraz sprzętu sportowego, który w tym roku planuje kupić pod choinkę 32 proc. rodziców (wobec 10 proc. dwa lata temu).

Jak wynika z sondażu, 7 na 10 rodziców spodziewa się, że w tym roku ich dziecko znajdzie pod choinką zabawki. Dotyczy to jednak głównie chłopców, ponieważ dla dziewczynek coraz popularniejszym prezentem gwiazdkowym są ubrania. Większość rodziców deklaruje, że przy wyborze świątecznych upominków kieruje się głównie marzeniami dziecka.

– Około 70 proc. rodziców deklaruje, że przy wyborze kierują się przede wszystkim marzeniami swoich dzieci. Natomiast 30 proc. przyznaje otwarcie, że wybiera to, co uważa za słuszne i potrzebne. Wiadomo jednak, że nie do końca jest tak, że to, o czym dzieci marzą, od razu trafia pod choinkę. Rodzice kupują również rzeczy, które uważają za potrzebne i dobre dla rozwoju dziecka. Kupujemy więc coraz więcej zabawek edukacyjnych i kreatywnych, gier, książek i puzzli, za to mniej wymarzonych przez dzieci sprzętów elektronicznych, telefonów i tabletów – mówi Aleksandra Furman.

Marek Łebek, PR & Marketing Manager sieci sklepów Smyk, przyznaje, że od lat hitem świątecznej oferty sklepów z zabawkami są pluszowe misie, postrzegane jako uniwersalny prezent zarówno dla dziecka, jak i nastolatka. Z drugiej strony w świat zabawek wkroczyły nowoczesne technologie i rodzice coraz częściej wybierają interaktywne i zaawansowane technologicznie prezenty.

– Nowe technologie wkraczają w świat zabawek i sprzedajemy coraz więcej zabawek zaawansowanych technologicznie. Począwszy od interaktywnych zwierzaków, a skończywszy na urządzeniach takich jak smartwatche. Nie są one tak zaawansowane jak te dostępne w sklepach z elektroniką, ale są bezpieczniejsze dla dzieci, mają wbudowany cyfrowy aparat fotograficzny, panele dotykowe, można się nimi bawić tak samo jak sprzętem dla dorosłych. Spodziewamy się, że hitem sprzedaży będą też trójwymiarowe gogle, które pozwalają się dzieciom przenieść w świat wirtualny – przewiduje Marek Łebek.

Jak wynika z tegorocznego badania postaw konsumenckich przeprowadzonego na zlecenie Smyka, w tym roku 90 proc. rodziców planuje spełnić gwiazdkowe marzenia swoich dzieci. Główną barierą okazuje się jednak nie tylko brak funduszy, lecz także brak wiedzy. Niemal jedna trzecia rodziców przyznaje, że trudno im wskazać co ich dziecko najchętniej znalazłoby pod choinką. Ten odsetek jest większy w przypadku młodszych dzieci w wieku 1–3 lat. Aż 53 proc. nie wie, co dziecko chciałoby dostać w prezencie na gwiazdkę.

– Kolejna sprawa to finanse. 9 proc. rodziców twierdzi, że w tym roku nie spełni marzeń swojego dziecka i jest to podyktowane właśnie sytuacją finansową. Aczkolwiek ten argument nigdy nie jest decydujący, na ogół dochodzi przekonanie, że ten wymarzony prezent może nie jest dziecku potrzebny, bo ma już dużo podobnych rzeczy bądź jest to szkodliwe dla jego rozwoju – podkreśla Aleksandra Furman.

Marek Łebek z sieci handlowej Smyk zwraca uwagę na dwa trendy, którymi kierują się rodzice w wyborze świątecznych prezentów dla swoich pociech. Coraz częściej zwracają oni uwagę na markę zabawek, która ma zagwarantować wysoką jakość produktu. Z roku na rok widać również, że rodzice coraz częściej kupują gwiazdkowe upominki nie w sklepach stacjonarnych, lecz za pośrednictwem internetu. Jak wynika z badania, blisko 70 proc. Polaków korzysta w tym celu z portalu Allegro, ale w porównaniu do 2014 roku więcej rodziców korzysta także ze sklepów internetowych oraz serwisów ogłoszeń lokalnych. Niesłabnącą popularnością cieszą się natomiast sklepy wielkopowierzchniowe oferujące przed świętami możliwość stosunkowo niedrogiego zakupu markowych zabawek. W sklepach sieciowych z zabawkami takich jak np. Smyk prezenty świąteczne kupuje co trzeci Polak.

– Internet odpowiada za coraz większą część sprzedaży i to jest trend obserwowany na całym świecie. Ciągle udoskonalany sklep internetowy smyk.com i widzimy, że jeszcze kilka lat temu wartość sprzedaży w porównaniu do sklepów tradycyjnych była niewielka. Obecnie wzrasta i wynosi około 10 proc., co jest naprawdę dobrym wynikiem, zważywszy, że opieramy się na sieci 130 sklepów tradycyjnych – mówi Łebek.

Dr Magdalena Śniegulska, psycholog dziecięcy z Uniwersytetu SWPS, zauważa, że z roku na rok utrzymanie świątecznej magii i wiary w świętego Mikołaja staje się dla rodziców coraz trudniejsze. Jednak z sondaży wynika, że zdecydowana większość młodszych dzieci nadal wierzy w przybysza z Laponii.

– Blisko 90 proc. dzieci w młodszych grupach wiekowych wierzy w świętego Mikołaja. To bardzo dobrze, ponieważ świat magiczny jest im potrzebny do tego, żeby oswoić dorosłą rzeczywistość. Jeżeli zależy nam na tym, żeby wzmacniać tą wiarę w Mikołaja, to nie należy z tym dyskutować i powiedzieć: „Słuchaj, być może Jaś nie wierzy, być może u Marysi Mikołaj nie istnieje, ale u nas w domu on jest i co roku przychodzi”. I to dla wielu dzieci jest wystarczające – mówi dr Magdalena Śniegulska.

Wśród najmłodszych dzieci w wieku 1–3 lat aż 85 proc. wierzy w przybycie świętego Mikołaja. Natomiast w grupie 9–14 lat ten odsetek spadł z 45 proc. w 2014 roku do obecnych 22 proc., co zdaniem psychologów wiąże się z rosnącą popularnością internetu i mediów społecznościowych.

Cukrzyca coraz częstszą chorobą wśród dzieci. Profilaktykę trzeba rozpoczynać już w okresie prenatalnym

Cukrzyca coraz częstszą chorobą wśród dzieci. Profilaktykę trzeba rozpoczynać już w okresie prenatalnym 10
Około 20 proc. dzieci w Polsce cierpi na nadwagę i otyłość, które są głównymi czynnikami ryzyka cukrzycy typu II. Jej konsekwencją są poważne powikłania takie jak miażdżyca, utrata wzroku czy stopa cukrzycowa. Eksperci podkreślają, że profilaktykę trzeba rozpocząć już w momencie poczęcia, a kluczowe jest 1000 pierwszych dni życia dziecka, w trakcie których kształtuje się metabolizm i nawyki żywieniowe.

– Na całym świecie na cukrzycę choruje aż 285 mln ludzi, a według szacunków ta liczba podwoi się do 2030 roku. To prawdziwa pandemia. Można jednak powiedzieć, że większość osób, które chorują na cukrzycę, ma ją na własne życzenie – mówi Joanna Neuhoff-Murawska, dietetyk kliniczny.

Około 90 proc. wszystkich zachorowań na cukrzycę stanowi cukrzyca typu II, która jest ściśle powiązana ze stylem życia. Jedną z głównych jej przyczyn jest otyłość, a na ryzyko zachorowania wpływa zbyt wysokie spożycie cukrów, nieregularne posiłki, siedzący tryb życia i brak aktywności fizycznej.

Eksperci podkreślają, że zaburzenia gospodarki węglowodanowej poprzedzające cukrzycę typu II są coraz częściej obserwowane wśród dzieci, dlatego profilaktykę tej choroby powinno się rozpocząć już w wieku niemowlęcym. Kluczowe jest 1000 pierwszych dni życia dziecka, w trakcie których programuje się metabolizm i kształtują nawyki żywieniowe. W tym okresie prawidłowe żywienie dziecka ma realny i długotrwały wpływ na jego zdrowie w dorosłym życiu. Przykładowo, zbyt krótkie karmienie piersią może zwiększyć ryzyko zachorowania na choroby dietozależne – w tym cukrzycę – w późniejszym wieku.

– Profilaktyka cukrzycy zaczyna się już w okresie prenatalnym. To mama podejmuje decyzję, czego uczy jeść swoje dziecko. Smaki z diety mamy przenikają do płynu owodniowego i młody człowiek uczy się całej tej rozmaitości, która później trafia na jego talerz. Rozszerzając dietę, warto nauczyć dziecko jeść warzywa, dzięki czemu w przyszłości chętnie po nie sięgnie, a to przełoży się na mniejsze spożycie kalorii. Rolą rodziców jest więc zadbać o to, aby w okresie 1000 pierwszych dni życia dziecka umożliwić mu naukę właściwych nawyków żywieniowych – podkreśla Joanna Neuhoff-Murawska.

Cukrzyca typu II rozwija się powoli i może latami nie dawać o sobie znać. Zwykle jest postrzegana jako choroba osób starszych, dlatego u dzieci rzadziej prowadzona jest jej diagnostyka. Tymczasem ryzyko zachorowania wzrasta, ponieważ według statystyk już około 20 proc. dzieci w Polsce cierpi na nadwagę i otyłość, które są głównymi czynnikami ryzyka.

– Cukrzyca typu II rozwija się w pełni u dorosłych, ale już w wieku dziecięcym widać, że w organizmie dzieje się coś złego, a gospodarka węglowodanowa nie działa prawidłowo. Wynik pomiaru cukru na czczo jest zwykle prawidłowy, jednak wykonanie testu obciążenia glukozą i wyznaczenie krzywej insulinowej pokazuje, że trzustka produkuje zbyt dużo insuliny. Jest to wynikiem oporności tkanek na ten hormon, a dzieje się tak często w przypadku nadwagi i otyłości – zaznacza Joanna Neuhoff-Murawska, dietetyk kliniczny.

W przypadku wykrycia stanów przedcukrzycowych u dziecka leczeniem powinno się objąć całą rodzinę. Podstawą jest radykalna zmiana diety, sposobu przyrządzania posiłków i robienia zakupów oraz zmiana formy spędzania wolnego czasu na bardziej aktywną.

– Dziecko jest tylko czubkiem góry lodowej. Pod spodem jest zwykle wielki, rodzinny problem, który dotyczy niewłaściwego stylu życia. Cukrzyca jest chorobą, której nie da się całkowicie wyleczyć, można ją tylko oswoić. Wykrycie jej objawów u dziecka to bardzo zły sygnał, ponieważ za cukrzycą ciągną się poważne powikłania, takie jak uszkodzenia naczyń krwionośnych, utrata wzroku, miażdżyca czy stopa cukrzycowa, która jest żywą, nigdy niegojącą się raną – stwierdza Joanna Neuhoff-Murawska.

Zdaniem dietetyczki niepokojący jest również obserwowany w ostatnich latach wzrost zachorowań wśród dzieci na cukrzycę typu I stanowiącą 10% proc. przypadków zachorowań. Cukrzyca typu I jest co prawda w pewnym stopniu uwarunkowana genetycznie, ale do jej rozwoju przyczyniają się np. infekcje.

– Ten typ cukrzycy może wywołać na przykład wirus, który zaatakuje trzustkę i uszkodzi komórki beta produkujące insulinę. Niestety, od tego momentu do końca życia trzeba wstrzykiwać sobie insulinę. Może to być również czynnik autoimmunologiczny. Nie wiadomo do końca, dlaczego nasz system obronny atakuje organy i uszkadza je w sposób trwały, tak jak w przypadku cukrzycy dzieje się z trzustką – mówi Joanna Neuhoff-Murawska.

W przypadku cukrzycy typu I objawy szybko dają o sobie znać, więc wykrycie choroby jest prostsze. Kiedy dziecko jest przewlekle zmęczone, apatyczne, dużo pije i często oddaje mocz, rodzice powinni na to zwrócić uwagę rodziców. W takim wypadku konieczne jest przeprowadzenie odpowiednich badań i zwykle szybko udaje się wdrożyć właściwe leczenie.

Furgalski: Via Carpatia nowym Europejskim Korytarzem Transportowym?

Projekt Via Carpatia to ważny szlak drogowy, na którym obecnie zaawansowanie prac znajduje się w różnych stadiach: przetargi, projektowanie fragmentów tej drogi, itd. Polska zamierza powalczyć wraz ze Słowakami o fundusze z CEF – nowego funduszu Connecting Europe Facility – aby przedłużyć drogę z Rzeszowa do przejścia granicznego w Barlinku.

– Obecnie 7 krajów podpisało się pod kolejną wersją „Deklaracji Łańcuckiej”, dając do zrozumienia że chcą, aby droga ta stała się nowym korytarzem Europejskim – powiedział agencji eNewsroom.pl Adrian Furgalski, wiceprezes ZDG TOR – Mamy wsparcie ze strony naszych sąsiadów – Ukrainy i Białorusi, jednak to właśnie brak środków blokuje budowę.

Sposobem może być przekonanie Komisji Europejskiej, by w 2018 roku wpisała Via Carpatię do Korytarzy Transportowych Unii Europejskiej. Po wyrażeniu zgody przez KE możemy prognozować, że w 2020 roku nowa perspektywa i pieniądze zostaną przyznane, co przełożyłoby się na start prac nad korytarzem w 2022 roku. Pełny przebieg drogi byłby dostępny w 2025-2026 roku. Myślę, że pozytywem wynikającym z sytuacji, że droga nie zostanie zrealizowana od razu w całości, jest powstanie odnogi od Via Carpatii do portów trójmiejskich przez budowaną drogę S17 i S7. Były obawy, że dociągnięcie Via Carpatii do Kłajpedy może rozpocząć walkę o palmę pierwszeństwa na Bałtyku, a porty trójmiejskie zostaną przez Kłajpedę wyprzedzone. Póki co takiego zagrożenia nie ma. Moim zdaniem – gdyby rząd chciał oprzeć się wyłącznie na pieniądzach europejskich – to droga powstanie pomiędzy 2025 a 2026 rokiem – ocenia Furgalski.

BGK: Program 500+ napędzi PKB w 2017 roku

Prognozy PKB na 2017 rok wyglądają lepiej, niż można było się tego spodziewać. Ostatni spadek dynamiki PKB do 2,5% jest związany z brakiem nowych inwestycji po stronie rządowej. Sektor prywatny inwestuje dosyć żwawo, natomiast sektor publiczny, rządowy i samorządowy nie wydaje pieniędzy. Dzieje się tak z różnych przyczyn, m.in. ze względu na lukę między dwiema perspektywami finansowymi Unii Europejskiej.

– Te pieniądze trzeba będzie wydać, jeżeli nie zrobimy tego dzisiaj, to stanie się tak w pierwszym kwartale przyszłego roku – powiedział agencji eNewsroom.pl Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego – W przyszłym roku będziemy świadkami uruchomienia przetargów, a do tego dołoży się silny wzrost konsumpcji. Program 500+ zaczyna powoli przynosić efekty, a trzeba pamiętać, że w tym roku działał on jedynie przez kilka miesięcy drugiego półrocza. Ludzie będą wydawać pełną parą pieniądze, dzięki czemu konsumpcja będzie napędzać PKB. Nie martwiłbym się o prognozę na 2017 rok. Natomiast w tym roku PKB będzie niższe za sprawą statystycznych zmian dokonanych przez Główny Urząd Statystyczny.

GUS dokonał rewizji 2015 roku, co niestety zmieniło punkt odniesienia na wyższy.Nie zmieniło to fundamentów gospodarki i inwestycje pojawią się, mimo że w obecnie ich brakuje. Słabość w wydatkowaniu środków publicznych na inwestycje widzimy w nieco lepszym poziomie deficytu – a raczej jego braku – w samorządach. Do tej pory nigdy nie zdarzyło się, aby zanotowały tak ogromną nadwyżkę. Deficyt w budżecie centralnym jest na bardzo niskim poziomie i odzwierciedla on zmniejszoną ilość wydawanych środków na inwestycje – ocenia Kaczor.

Rosnące wydatki rządu destabilizują polską gospodarkę

Od III kw. br. rosnący dług publiczny stał się większym zagrożeniem dla polskiej gospodarki, której problemem jest chroniczny deficyt, związany z wydatkami rządowymi.

W III kw. Polska miała najniższy wzrost gospodarczy od trzech lat, co powoduje wzrost kłopotów związanych z wydatkami. – Dotychczas szybko rósł dług publiczny, ale też szybko wzrastał PKB i dzięki temu relacja długu do PKB malała o 2,5 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 główny ekonomista FOR, Aleksander Łaszek.

Dyrektywa NIS – prawo cyberprzestrzeni UE

Dyrektywa NIS to pierwsze w historii UE prawo, które ma zapewnić wysoki poziom bezpieczeństwa systemów i sieci teleinformatycznych. Dotyczyć ma usług cyfrowych, takich jak internetowe wyszukiwarki i platformy handlowe.

-To reakcja na narastającą falę naruszeń zabezpieczeń systemów, czego przykładem było włamanie do działającego w Berlinie telekomunikatora Telegram, gdy wykradziono dane dotyczące 15 mln numerów telefonicznych – mówi w rozmowie z MarketNews24 radca prawny Paweł Gruszecki z kancelarii prawnej Kochański Zięba i Partnerzy (KZP).
Polski rząd przedstawi ustawę, która nałoży na firmy obowiązki wynikające z unijnej dyrektywy, w czerwcu 2017.

Murapol wykupił kolejną serię obligacji o wartości blisko 18,6 mln zł

W dniu dzisiejszym Grupa Murapol wykupiła obligacje serii O o wartości blisko 18,6 mln zł. Jest to drugi wykup instrumentów dłużnych zrealizowany przez Spółkę w ciągu ostatniego tygodnia. W miniony wtorek Murapol spłacił swoje zobowiązania wobec nabywców obligacji serii M na kwotę blisko 9 mln zł. Obydwie wykupione serie obligacji były notowane w ASO Catalyst.

Od września br. Grupa wykupiła obligacje korporacyjne na łączną kwotę 40 mln zł.

Murapol jest aktywnym uczestnikiem giełdowego rynku instrumentów dłużnych, z sukcesem wykorzystującym możliwości współfinansowania swojego rozwoju oferowane przez tę platformę. W ciągu 7 lat funkcjonowania rynku Catalyst wyemitowaliśmy obligacje korporacyjne o wartości około 500 mln zł, z czego 80%, zgodnie z terminami zapadalności, już wykupiliśmy. Wielkość uplasowanych ofert instrumentów dłużnych pokazuje jak wielu inwestorów zarówno indywidualnych, jak i instytucji uwierzyło w nas, nasz model biznesowy oraz strategię rozwoju. Wiemy, że nie możemy zawieść ich zaufania, dlatego każde zobowiązanie wobec obligatariuszy realizujemy zgodnie z terminem jego zapadalności. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Murapol S.A. – Wypracowane relacje z inwestorami, oparte na wzajemnym szacunku i zaufaniu, procentują zainteresowaniem naszymi instrumentami finansowymi podczas każdej kolejnej oferty obligacji. Naszą wiarygodność potwierdza również otrzymany w styczniu br., a podtrzymany w październiku, rating kredytowy na poziomie BB z perspektywą stabilną. – dodaje Michał Sapota.

Na przełomie października i listopada br. Grupa Murapol, w trybie prywatnych ofert obligacji serii T i U, pozyskała od inwestorów łącznie 15 mln zł. Środki zostaną przeznaczone na działania związane z dalszym umacnianiem pozycji rynkowej Grupy.

Ponadto, na rynku Catalyst są notowane dwie serie obligacji korporacyjnych, które Spółka wyemitowała w ramach publicznego programu emisji obligacji. Są to instrumenty dłużne serii P o wartości 30 mln zł, z terminem wykupu przypadającym w kwietniu 2018 r. oraz serii R na kwotę blisko 22,5 mln zł z planowanym wykupem w październiku 2018 r.

Veeam ostatecznie wygrywa sprawę o naruszenie patentów firmy Symantec

Firma Veeam® Software, dostawca rozwiązań, które zapewniają stałą dostępność na potrzeby przedsiębiorstw działających non stop (Availability for the Always-On Enterprise™), poinformowała dziś, że sprawy o naruszenie patentów wniesione przez Symantec (obecnie Veritas) przeciwko Veeam ponad cztery lata temu ostatecznie dobiegły końca. Federalny sąd okręgowy oddalił powództwo bez możliwości podejmowania dalszych kroków prawnych. Sąd oraz Biuro Patentów i Znaków Towarowych Stanów Zjednoczonych (USPTO) stanęły w obronie innowacyjnego podejścia Veeam w zakresie dostarczania rozwiązań do gwarantowania dostępności IT w przedsiębiorstwach. To pokazuje, że producenci chcący przedłużyć czas użytkowania starszych technologii nie mogą tłumić innowacyjności i zwalczać niewygodnej konkurencji poprzez nieuzasadnione roszczenia.

William H. Largent – nowy dyrektor generalny (CEO) w Veeam Software
William H. Largent – nowy dyrektor generalny (CEO) w Veeam Software

„W naszej branży zdarza się całkiem często, że producenci ‘tradycyjnych’ rozwiązań obawiają się zmian i nadużywają systemu prawnego, na próżno próbując stłumić innowacyjność i ochronić swój biznes” – powiedział William H. Largent, dyrektor generalny Veeam. „Doskonałym przykładem jest właśnie ta sprawa. W ciągu czterech minionych lat Veeam twardo sprzeciwiał się nieuzasadnionym roszczeniom. Cieszę się niezmiernie, że Amerykański Urząd Patentowy wydał korzystne dla nas orzeczenie. Mocno wierzę też, że sprawa ta wysyła rynkowi jasny sygnał: innowatorzy – tacy jak Veeam – nie dadzą się zastraszyć tak zwanym ‘uznanym’ producentom”.

Veeam wygrał czteroletnią batalię zainicjowaną przez firmę Symantec, której tradycyjne produkty do fizycznego backupu nie były w stanie konkurować z innowacyjnym podejściem Veeam do zapewniania dostępności przedsiębiorstwom działającym bez przerw. Branżowy gigant Symantec, zaniepokojony rosnącymi sukcesami Veeam, wniósł dwa oddzielne pozwy do sądu okręgowego północnego dystryktu Kalifornii (pierwszy w lutym 2012 r., drugi w październiku 2012 r.), twierdząc, że produkty Veeam naruszają kilka patentów Symantec związanych z przechowywaniem, przywracaniem i tworzeniem kopii zapasowych danych. Decyzje te oznaczają, że wszystkie roszczenia patentowe zgłoszone przez Symantec przeciwko Veeam zostały albo uznane za nieważne przez USPTO, albo pozwy ich dotyczące zostały wycofane przez Symantec bez możliwości podejmowania dalszych kroków prawnych.

W związku z niedawnym wyrokiem Sądu Federalnego, który potwierdził decyzję USPTO, że roszczenia związane z ostatnim, pozostałym patentem firmy Symantec było nieuzasadnione, próby pozbycia się Veeam jako konkurenta w praktyce dobiegły końca. Ogółem USPTO oddaliło siedem roszczeń patentowych firmy Symantec: patenty nr 7,831,861; 7,024,527; 8,117,168, 7,480,822, 7,093,086; 6,931,558 i 7,191,299. Sąd okręgowy północnego dystryktu Kalifornii oddalił wszystkie osiem roszczeń patentowych bez możliwości podejmowania dalszych kroków prawnych.

W pracach zespołu Sterne Kessler, reprezentującego Veeam w postępowaniach przed sądem okręgowym i USPTO, uczestniczyli Mark Fox Evens, Lori A. Gordon, Byron L. Pickard, Michael Q. Lee, Michael B. Ray, Jonathan M. Strang, Daniel S. Block oraz dr Peter H. Dykstra.

Przedsiębiorcy nieprawidłowo wykazują koszty dot. CSR-u. Dlatego, nie mogą ich odliczać od podatku

Firmy coraz częściej toczą spory z fiskusem o to, czy mogą zaliczać do kosztów wydatki na działania z zakresu tzw. Społecznej Odpowiedzialności Biznesu. Zdaniem ekspertów, problem istnieje, bo sądy administracyjne i organy skarbowe źle interpretują obowiązujące przepisy. Nie bez winny pozostają również sami podatnicy.

W ostatnim czasie Ministerstwo Rozwoju dostrzegło potrzebę unormowania kwestii związanych z tzw. Społeczną Odpowiedzialnością Biznesu. Jednak, jak potwierdza w rozmowie z serwisem agencyjnym MondayNews, jest jeszcze zbyt wcześnie na prognozowanie, jakiego rodzaju udogodnienia dla firm zostaną opracowane. Na początku grudnia br. odbędzie się posiedzenie Zespołu do spraw Zrównoważonego Rozwoju i Społecznej Odpowiedzialności Przedsiębiorstw, na którym zostaną powołane grupy robocze, mające prowadzić prace tematyczne. Jedna z nich przygotuje m.in. Krajowy Plan Działań w zakresie CSR (z ang. Corporate Social Responsibility).

– Problem nie polega na braku przepisów dotyczących CSR-u w ujęciu podatkowym, ale na ich interpretacji i stosowaniu przez organy skarbowe oraz sądownictwo administracyjne. Oczywiście można zaproponować wprowadzenie regulacji ustawowej. Ale, z uwagi na proces zmian gospodarczych i brak profesjonalizmu podatników w zakresie prowadzenia nowych form aktywności, byłoby to rozwiązanie tymczasowe. Taka jest specyfika nadmiernej kazuistyki ustawodawcy. Im precyzyjniej zapisuje prawo, tym częściej postępujące przeobrażenia ekonomiczne nie dają się uchwycić w sztywno zarysowane ramy – podkreśla Marek Niczyporuk, radca prawny z Kancelarii MSDS Legal Szczotka Szczygieł.

Długotrwałe spory

Ekspert podkreśla, że coroczne cele stawiane organom skarbowym, przez Ministerstwo Finansów, polegają na wykrywaniu nieprawidłowości, a nie promowaniu wśród podatników pozytywnych wzorców działalności, np. poprzez wspieranie rozwiązań CSR. Głównym wskaźnikiem rozliczania podległych MF urzędów jest kryterium udziału postępowań kontrolnych pozytywnych, tzn. takich, które kończą się stwierdzeniem nieprawidłowości w ogólnej liczbie przeprowadzonych analiz. Świadomość, że organy skarbowe mają realizować ten plan, nie sprzyja podejmowaniu przez podatników decyzji o angażowaniu się w przedsięwzięcia, w których nie występuje bezpośredni związek z przychodami.

– Spory toczące się między firmami i fiskusem, w zakresie wydatków na CSR, właściwie dotyczą wykładni prawa, a przede wszystkim rozumienia pojęcia związku wydatku z prowadzoną działalnością opodatkowaną. Sprawy często są rozstrzygane dopiero przed Naczelnym Sądem Administracyjnym, więc mogą trwać 3-4 lata, a nawet dłużej. Zwykle bowiem procedura rozpoczyna się kontrolą skarbową lub podatkową, która następnie przechodzi w etap postępowania podatkowego. Fazy te są prowadzone odpowiednio przed Urzędem Kontroli Skarbowej lub Urzędem Skarbowym – mówi Marek Niczyporuk.

Podatnikom przysługują środki obronne, m.in. zastrzeżenia do protokołu kontroli podatkowej. Dyrektor Izby Skarbowej często uchyla decyzje organów niższej instancji, przekazując im sprawy do ponownego rozpoznania. Dalsza procedura kontrolna obejmuje postępowanie przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym z prawem złożenia skargi kasacyjnej do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Wszystkie te etapy są żmudne i dość kosztowne. Zasadniczo nie podlegają limitom czasowym. Przepis art. 83 ustawy z dnia 2 lipca 2004 r. o swobodzie prowadzenia działalności gospodarczej dotyczy tylko czasu trwania kontroli. Nie obejmuje zaś m.in. postępowań przed organami drugiej instancji i sądami administracyjnymi.

– Przeniesienie kontroli do urzędu, zdaniem organów, ma zapobiegać problemom związanym z wprowadzeniem limitów czasowych. Na szczęście, coraz częściej takim praktykom sprzeciwiają się sądy administracyjne. Przykładem niech będzie postanowienie WSA z Białegostoku z dnia 5 października 2016 roku, sygn. akt I SAB/Bk 4/16. Sąd wskazał, że prowadzenie kontroli podatkowej przez ponad dwa lata, przy dalszym braku możliwości określenia terminu jej zakończenia, nie może być uznane za nieprzewlekłe, niezależnie od przyczyn tego stanu rzeczy – przytacza Marek Niczyporuk.

Konieczne udowodnienie

Zgodnie z ogólnymi normami ustaw podatkowych, istnieje możliwość zarówno zaliczenia wydatków na tzw. CSR do kosztów uzyskania przychodów, jak i odliczenia podatku VAT naliczonego. Jak przypomina Marek Niczyporuk, obie grupy przepisów nakładają jednak na podatnika jednolity obowiązek wykazania związku, każdego poniesionego wydatku z obszarem działań firmy. W podatku dochodowym włączenie do kosztów uzyskania przychodów wymaga odpowiedniego udowodnienia, że wydatek został poniesiony dla zapewnienia przychodów lub ich źródeł. W podatku VAT nabywany towar lub usługa muszą mieć bardzo ścisły związek z prowadzoną działalnością opodatkowaną.

– Kosztami uzyskania przychodów są wszelkie racjonalnie uzasadnione wydatki, związane z bezpośrednim prowadzeniem działalności gospodarczej, których celem jest osiągniecie, zabezpieczenie i zachowanie źródła przychodów, z wyjątkiem wymienionym w art. 16 ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Zatem określony wydatek może zostać uznany za koszt uzyskania przychodu, o ile między nim, a zyskiem istnieje związek przyczynowo-skutkowy. Dla kwalifikacji danego wydatku jako kosztu uzyskania przychodu istotne znaczenie ma zatem cel, w jakim wydatek został poniesiony – mówi serwisowi agencyjnemu MondayNews, Łukasz Świerżewski, rzecznik prasowy Ministerstwa Finansów.

Jak wyjaśnia Marek Niczyporuk, w praktyce orzeczniczej i kontrolnej dla wykazania istnienia związku pomiędzy wydatkiem, a prowadzoną działalnością, nie wystarczy jednak samo powołanie się na zasadę „in dubio pro tributario” („w razie wątpliwości na korzyść podatnika”). Widoczne jest to zarówno w aspekcie stosowania prawa materialnego, gdy pojawiają się wątpliwości co do wykładni prawa, jak i w postępowaniu dowodowym. Wówczas mogą wystąpić zastrzeżenia w zakresie wykazania właściwymi dowodami okoliczności, na które powołuje się podatnik. Powinna obowiązywać zasada, że to organ podatkowy wykazuje brak związku wydatku z działalnością gospodarczą, ale w praktyce najczęściej jest odwrotnie. Sądy administracyjne wskazują, że ciężar dowodu spoczywa jednak po stronie podatnika.

Prawda obiektywna

– Pomimo wprowadzenia w art. 2a Ordynacji podatkowej, przepisów o rozstrzyganiu wątpliwości na korzyść podatników, obowiązujących od 1 stycznia 2016 roku, sytuacja płatników raczej nie uległa znaczącej poprawie. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że klauzula nie dotyczy postępowania dowodowego, oznaczającego rozstrzyganie wątpliwości w stanie faktycznym sprawy na korzyść podatnika. Ogranicza się ona jedynie do analizowania treści przepisu prawa. W praktyce problematyka CSR tworzy poważne utrudnienia dowodowe w zakresie wykazania związku wydatku z prowadzoną działalnością gospodarczą – zaznacza Marek Niczyporuk.

Radca prawny z Kancelarii MSDS Legal Szczotka Szczygieł przypomina, że problem został już zauważony w sądownictwie administracyjnym jeszcze w poprzednim systemie prawnym. Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 18 stycznia 1988 r., III SA 964/87, stwierdził, że „jakiekolwiek niejasności lub wątpliwości dotyczące stanu faktycznego nie mogą być rozstrzygane na niekorzyść podatnika. Za niedopuszczalną natomiast należy przyjąć praktykę kwalifikowania zastrzeżeń na niekorzyść podatnika („in dubio pro fisco”). Prowadziłoby to w oczywisty sposób do naruszenia zasady prawdy obiektywnej”. Jak podkreśla ekspert, tak jednoznaczne stanowiska sądów coraz trudniej jest znaleźć w aktualnym orzecznictwie.

Indywidualna interpretacja

– Obecnie nie są prowadzone prace nad zmianą przepisów podatkowych, które zmierzałyby do szczególnego uregulowania podatkowego działalności w zakresie CSR-u. Społeczna Odpowiedzialność Biznesu jest rozumiana jako pewnego rodzaju standard prowadzenia działalności gospodarczej z uwzględnieniem potrzeb, m.in. społecznych i środowiskowych, w których na co dzień funkcjonują konsumenci produktów firmy. W takim ujęciu zastosowanie znajdą ogólne zasady uwzględniania wydatków w kosztach podatkowych – stwierdza Łukasz Świerżewski.

Tymczasem, Marek Niczyporuk przypomina, aby podatnicy korzystali z dodatkowej możliwości ochrony, jaką daje indywidualna interpretacja podatkowa. W ramach tego narzędzia, Minister Finansów wielokrotnie potwierdzał prawo do zaliczania wydatków na CSR do kosztów uzyskania przychodów. Ekspert podaje szereg dostępnych interpretacji, np. z 30 października 2014 r. nr IPPB5/423-845/14-2/JC, z 15 grudnia 2015 r. nr ILPB3/4510-1-441/15-3/KS, a także z 7 marca 2016 r. nr IBPB-1-3/4510-92/16/MO). Wymienione przypadki dotyczyły planowania dużych kampanii CSR-owych. Obejmowały one m.in. kompleksowe projekty edukacyjne i naukowe, propagujące nowe technologie i wspierające ochronę zdrowia.

– Spółka, której dotyczyła jedna z wyżej wymienionych interpretacji, wykazała, że w długofalowej perspektywie planowane działania z zakresu CSR mogą istotnie przyczynić się do utrzymania jej pozycji na rynku i pozwolić na dalszy, intensywny rozwój. To jest przykład racjonalnego podejścia podatnika do wydatków, związanych ze Społeczną Odpowiedzialnością Biznesu. Polega ono na zachowaniu chronologii, prowadzonych systematycznie działań. W praktyce oznacza, że pomysł zostaje najpierw opisany, potem zabezpieczony interpretacjami, a dopiero wówczas wprowadzony w życie – podkreśla Marek Niczyporuk.

Błędy podatników

Jak stwierdza Marek Niczyporuk, organy podatkowe często nie dostrzegają związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy wydatkami na CSR, a przychodami i funkcjonowaniem firmy, ponieważ brakuje metodycznego działania w tym zakresie po stronie samych podatników. W praktyce, zwykle wygląda to tak, że nie są w stanie logicznie wskazać, czego konkretnie dotyczyły wydatki, ponieważ podjęte działania nie zostały prawidłowo udokumentowane w inny sposób, niż tylko poprzez okazanie faktur VAT i dowodów zapłaty. Tworzenie koncepcji CSR w firmie powinno opierać się na ścisłej współpracy kadry menadżerskiej, rachunkowo-księgowej i doradców z zakresu prawa podatkowego.

– Każdy wydatek musi mieć swoje uzasadnienie. W toku kontroli nie wystarczy złożenie wyjaśnień ustnych. Konieczne będzie też wykazanie istnienia omawianych okoliczności stosownymi dowodami, najlepiej dokumentami, np. pisemną polityką CSR firmy. Powinna ona zawierać szczegółowy opis spodziewanych efektów. W większości przypadków są one wizerunkowe, co oczywiście pośrednio przekłada się na zyski materialne. Tymczasem, zgodnie z podstawową definicją, działania w tym obszarze nie generują bezpośrednio przychodów. Nie trzeba ich obliczać, a jedynie wykazać pośredni wpływ na zwiększenie obrotów lub zaoszczędzenie wydatków – doradza Marek Niczyporuk.

Zalecana ostrożność

CSR jest ogólnie definiowany jako budowanie koncepcji rozwoju przedsiębiorstwa z uwzględnieniem interesów społecznych, w tym zagadnień ochrony środowiska. W każdej branży zakres tych działań może być różnie rozumiany i uwzględniać inne rodzaje wydatków. Przykładowo, przedsiębiorstwo prowadzące hutę żelaza ustali inną strategię, niż sieć handlowa. Niemożliwe jest zaproponowanie uniwersalnego rozwiązania, dzięki któremu podatnicy rozliczaliby wydatki na CSR, bo nie istnieje dla nich zamknięty katalog. Dlatego podatnicy powinni wykazać się daleko idącą ostrożnością i przewidywać, jakie działania mogą podjąć organy skarbowe w celu kontroli. Mają prawo m.in. do analizy wyników finansowych firmy sprzed wprowadzenia polityki Społecznej Odpowiedzialności Biznesu i po pewnym okresie czasu.

– Na podstawie dotychczasowych doświadczeń kontrolnych, można stwierdzić, że każda dopuszczalna prawem forma aktywności prospołecznej, której ramy nie są wystarczająco precyzyjnie określone, będzie generować pewien odsetek nieprawidłowości lub prób oszustw. W przeszłości nieprawidłowości często stwierdzano w obszarze indywidualnych stypendiów, darowizn. np. na cele kultu religijnego. Uszczelnianie przepisów w tych obszarach zmniejszyło skalę nieprawidłowości, ale nie doprowadziło do ich całkowitego wyeliminowania – ocenia Łukasz Świerżewski z Ministerstwa Finansów.

Podejrzane koszty

Nadużycia, szczególnie piętnowane przez organy skarbowe, wiążą się z możliwością tzw. kupowania kosztów. Oznacza to próby nieuzasadnionego lub sztucznego obniżania podstawy opodatkowania w podatku dochodowym (zwiększenie kosztów uzyskania przychodów) oraz podatku należnego VAT (odliczenia podatku naliczonego). Szczególnej analizie poddawane są faktury dokumentujące usługi niematerialne, tj. doradcze, konsultingowe itp. Występują bowiem przypadki nieuczciwych firm, które próbują rekompensować przez państwo pokrycie takich kosztów. Ale, nie należy utożsamiać tych podmiotów z przedsiębiorstwami działającymi w zakresie CSR-u. W tym obszarze najczęściej ponoszone są innego rodzaju wydatki, np. związane z zakupem specjalnych filtrów do kominów w celu ochrony środowiska. Wtedy organom skarbowym trudno jest kwestionować tego typu działanie.

– Drugi rodzaj podejrzeń dotyczy prób ukrywania pod sztandarem wydatków na CSR kosztów prywatnych, które nie podlegają zaliczeniu do kosztów uzyskania przychodów i odliczeniu VAT albo służą wyłącznie ograniczonej grupie osób. Mogą zostać zaliczone do nich wydatki na wyjazdy i imprezy integracyjne, usługi gastronomiczne czy ponoszone w ramach tzw. reprezentacji. Te grupy przypadków są przedmiotem szczególnego zainteresowania organów skarbowych. Niestety, wszystkie kazusy, w których zostanie wykryte nadużycie, będą wpływały na postrzeganie sektora wydatków na CSR jako całości – przewiduje radca prawny z Kancelarii MSDS Legal Szczotka Szczygieł.

Jak podsumowuje Marek Niczyporuk, prowadzenie działań w oparciu o politykę CSR nadzorowane bezpośrednio przez władze państwowe mogłoby wyeliminować problematykę konieczności wykazywania związku przyczynowo-skutkowego. Z drugiej jednak strony, może rodzić ryzyko faworyzowania jednych podmiotów, kosztem innych, a także ograniczyć aktywność przedsiębiorców w ramach, które nie mieszczą się w akceptowany przez władze modelu. Najlepsza jednak byłaby kompleksowa zmiana podejścia organów skarbowych i sądownictwa do tej problematyki i niezakładanie z góry, że każde zaangażowanie podatnika w tego typu działanie może wiązać się z nadużyciami.

6 sektorów na skraju rewolucji IIoT

Do 2030 roku przychody z wdrażania rozwiązań Internetu rzeczy w przemyśle USA wyniosą 7,1 biliona dolarów – wynika z ubiegłorocznego raportu “Winning with the Industrial Internet of Things” firmy Accenture. Chiny, Niemcy i Wielka Brytania mogą spodziewać się dwunasto- i trzynastocyfrowych wpływów. Oznacza to, że rewolucja IIoT rozpoczęła się na dobre.

Jednym ze sposobów napędzania gospodarki i poprawy jakości życia, jest wykorzystanie rozwiązań technologicznych. Coraz więcej państw uwzględnia konieczność rozwoju przemysłowych rozwiązań IoT. W tym celu tworzone są strategie i inicjatywy, które mają za zadanie wcielić je w życie. Jako przykłady można podać między innymi: hub innowacji „Smart Nation” w Singapurze, „Industry 4.0” w Niemczech, czy chińską inicjatywę „Made in China 2025”. Także Stany Zjednoczone wprowadziły już w życie strategię „Smart Cities Initiative”, a jeszcze w tym roku wdrożą krajowy plan dla technologii IIoT. Coraz częściej słyszy się o głośnych wdrożeniach typu „smart”, którym mogą być inteligentne systemy fabryk, miast, czy sieci elektroenergetyczne.

Takie przykłady można mnożyć, jednak zawsze będą miały one pewien wspólny mianownik. Jest nim skupienie na inwestycji w potencjał ludzki, nowe technologie oraz badania i edukacja, w celu pełnego wykorzystania rozwiązań IIoT.

Działając w ramach Industrial Internet Consortium (IIC), obserwujemy wzrost zainteresowania i rozwój długofalowych planów tworzenia aplikacji IIoT.  Ich celem jest ożywienie i ulepszenie podstaw krajowej i międzynarodowej gospodarki, w tym sektorów energetyki, służby zdrowia, rolnictwa, transportu, produkcji i edukacji. Jest bardzo prawdopodobne, że podniesienie poziomu efektywności, bezpieczeństwa i produktywności któregokolwiek z tych filarów gospodarki, będzie skutkować wzrostem PKB – mówi Ireneusz Martyniuk, Dyrektor Pionu Przemysłu w Schneider Electric Polska.

Jednym z symptomów wspomnianego wzrostu zainteresowania jest tworzenie kolejnych “stanowisk testowych”. W ciągu ubiegłego roku IIC zaaprobowało powstanie aż 40 ośrodków, których zadaniem jest testowanie i ciągły rozwój zastosowań technologii IIoT. W oparciu o dotychczasowe doświadczenia, można wskazać obszary o największym możliwościach rozwoju IIoT:

Inteligentne gospodarowanie energią i infrastruktura energetyczna

Od inteligentnych sieci wodociagowych, energetycznych czy liczniki  – rozwiązania IIoT sprawiają, że wszystkie elementy systemu produkcji i transmisji energii, napędzają spragniony elektryczności świat w sposób bardziej bezpieczny, efektywny i przyjazny dla środowiska.

Aplikacje IIoT nie tylko przyczyniają się do rozwoju zaawansowanych rozwiązań w dziedzinie rozproszonych źródeł energii (np. energetyka solarna i magazynowania energii), czy komunikacji w sieciach elektroenergetycznych, lecz usprawniają też kluczowe procesy zdalnego monitoringu, prognostyki prac konserwacyjnych, zaawansowanych systemów sterowania i bezpieczeństwa. Rozwiązania typu Smart Energy wykorzystują specjalistyczne oprogramowanie, czujniki i systemy analizy danych, tym samym wydłużając bezawaryjny czas pracy, podnosząc efektywność i poziom bezpieczeństwa zasobów.

Komunikacja w służbie zdrowia

Rosnąca średnia długość życia i wydatki na systemy służby zdrowia w skali 10% PKB na poziomie krajowym, sprawiają że rządy państw muszą znaleźć sposób na ograniczenie kosztów, przy jednoczesnej potrzebie zwiększania zasięgu i poprawy jakości opieki medycznej. Technologie IIoT odgrywają kluczową rolę w ulepszaniu systemu najważniejszych świadczeń. Zapewniają skuteczną komunikację i udostępnianie danych, stanowiących główny element programu testowego ICC Connected Care.

Uczestnicy programu skupiają się na tworzeniu otwartych systemów IIoT dla służby zdrowia, które umożliwiają zdalny monitoring pacjentów. Dzięki realizowanej na odległość specjalistycznej opiece medycznej, osoby cierpiące na chroniczne schorzenia mogą bezpiecznie pozostawać w domu. To nie tylko krok w stronę pacjenta, ale i jego rodziny.

Rolnictwo oparte na danych

Według prognoz ONZ, do roku 2100 globalna populacja osiągnie liczbę 11 mld. Skuteczne zwiększenie produktywności, odporności i zrównoważonego rozwoju w rolnictwie jest zatem niezbędnym warunkiem naszego przetrwania. Technologie IIoT zajmują czołowe miejsce w poszukiwaniu takich rozwiązań.

Działalność programu testowego IIC Precision Crop Management, opiera się na współpracy dostawców żywności, którzy poszukują lepszych metod zwiększania plonów, przy jednoczesnej redukcji kosztów. Celem jest walka z problemem głodu na świecie. Prace obejmują łączenie technologii zdjęć lotniczych i systemów czujników, w celu uzyskania obrazu pól uprawnych. Fotografię wykonuje się w 360 stopniach i niemalże w czasie rzeczywistym.  Za pośrednictwem sieci kratowych (mesh) lub komórkowych jest ona transmitowana przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, a dostępna analiza danych, pozwala na wczesne wykrywanie i korygowanie nieprawidłowości.

Ograniczanie strat w transporcie

Nieważne czy chodzi o przewóz ludzi, czy towarów, transport jest fundamentem płynnego funkcjonowania każdej gospodarki i społeczeństwa. Ponadto wpływa on na produktywność, poziom zdrowia i klimat planety. Pionierzy IIoT skupiają się obecnie na  następujących zagadnieniach:

  • Opracowanie systemów transportu, zdolnych do wykrywania i reagowania na zmienne
    warunki w czasie rzeczywistym;
  • Podniesienie poziomu efektywności operacyjnej i bezpieczeństwa publicznego, ograniczenie przerw w pracy floty transportowej oraz wprowadzenie prognostycznych strategii konserwacji części wadliwych;
  • Lokalizowanie wydajnych szlaków transportowych i podniesienie poziomu efektywności
    wykorzystania paliwa.

Sektor produkcyjny i narodziny inteligentnej fabryki

Sektor produkcji już teraz szybko ewoluuje w kierunku inteligentnych fabryk przyszłości. Technologie IIoT mogą znacznie podnieść efektywność zarówno procesów produkcyjnych, jak i całego łańcucha dostaw. Będzie to możliwe, dzięki zastosowaniu inteligentnych maszyn i urządzeń zdolnych do zapobiegania nieplanowanym przerwom w pracy. Poszczególne części i podzespoły zostaną automatycznie wymieniane w oparciu o bieżące dane, a każde cyfrowe urządzenie przenośne w fabryce, będzie informować o kondycji urządzeń stacjonarnych. Zapewni to personelowi mobilny dostęp do użytecznych i nieustannie aktualizowanych informacji. Czujniki noszone przez pracowników będą śledzić ich lokalizację w obiekcie, na wypadek niebezpiecznych sytuacji, a to wszystko tylko niewielka część możliwości – mówi Ireneusz Martyniuk z Schneider Electric Polska.

Komunikacja w klasie i transformacja w edukacji

Nie sposób przecenić strategiczną rolę edukacji w tworzeniu praktycznych rozwiązań IIoT. Dzięki nim proces uczenia się ulegnie diametralnej zmianie. Klasy będą podłączone do sieci, a kolejne urządzenia mobilne pozwolą uczniom na większą imersję i lepszą interakcję z przedmiotami, niż dotychczas tradycyjne podręczniki. Technologie IIoT nie tylko doprowadzą do transformacji systemu edukacji, lecz edukacja odegra ważną rolę w rozwoju IIoT. Rządy państw będą musiały podwoić inwestycje w edukację STEM po to, by napędzać proces innowacji IIoT i jak najlepiej z niego korzystać. Zależność ta jest dziś widoczna w Stanach Zjednoczonych, gdzie wiele rentownych stanowisk w branży produkcyjnej pozostaje nieobsadzona, z powodu braku wykwalifikowanych kandydatów.

W każdym z krajowych planów wykorzystanie potencjału technologii IIoT do podniesienia efektywności i stymulacji wzrostu gospodarczego, opiera się na współpracy sektora prywatnego i publicznego. Opowieść o IIoT nie dotyczy samej technologii, lecz realizacji wizji technologicznej, na drodze inwestycji przemysłowych i społecznych.

Prima Moda wyemituje obligacje o łącznej wartości do 3 mln zł

Giełdowa spółka w pierwszej połowie grudnia przeprowadzi emisję dwuletnich obligacji w ofercie prywatnej. Pozyskane środki przeznaczy na dalsze zwiększanie potencjału sprzedaży. Prima Moda podała warunki oferty.

Zarząd giełdowej spółki Prima Moda podjął decyzję o emisji dwuletnich obligacji zabezpieczonych o łącznej wartości maksymalnej do 3 mln zł. Zostanie przeprowadzona w ramach oferty prywatnej. Termin rozpoczęcia zapisów to 21 listopada, a termin zakończenia ich przyjmowania i dokonywania wpłat na obligacje to 7 grudnia 2016 roku. Oprocentowanie obligacji będzie stałe i wyniesie 8,25% w skali roku.

Poprzez emisję obligacji pozyskamy dodatkowe środki na finansowanie dalszego rozwoju działalności spółki. Przede wszystkim będziemy kontynuować działania, dzięki którym systematycznie zwiększamy potencjał sprzedaży. W planach mamy rozbudowanie oferty w segmencie modowym, poprzez wprowadzenie nowych linii produktów, jak również efektywny rozwój kanałów sprzedaży online, z wykorzystaniem strategii omnichannel – mówi Dariusz Plesiak, prezes spółki Prima Moda.

Prima Moda to dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych na polskim rynku marek w segmencie wysokiej klasy obuwia i skórzanych akcesoriów modowych, m.in. takich jak torebki i paski. Szerokie portfolio komplementarnych produktów jest mocnym atutem spółki. Wszystkie firmuje własną marką PRIMAMODA. Nowe linie produktów to PRIMAMODA YOUNG oraz PRIMAMODA FITTING, obie adresowane do szerokiego grona klientów. Procentowa wartość sprzedaży obuwia, w tym wizytowego, weekendowego i codziennego, w stosunku do innych towarów wynosi 90%.

Spółka posiada sieć własnych salonów sprzedaży usytuowanych w najbardziej prestiżowych galeriach handlowych. We wrześniu 2015 roku Prima Moda uruchomiła notujący dynamiczne wzrosty e-sklep, a sprzedaż prowadzi również poprzez serwis Allegro.

W ramach modelu sprzedaży omnichannel plany spółki obejmują wykorzystanie przede wszystkim rozwiązań dedykowanych dla urządzeń mobilnych oraz usprawniających komunikację online z klientami, w powiązaniu ze skutecznymi działaniami w obszarze e-marketingu.

Pierwszy etap wdrażania tego typu rozwiązań mamy już za sobą i sukcesywnie będziemy udostępniać kolejne. Wykorzystujemy w ten sposób możliwości, jakie daje naszej branży szybki wzrost polskiego e-commerce. Nowoczesne rozwiązania IT otwierają przed nami również rynki zagraniczne. Rozważamy możliwość wejścia na nie z naszą ofertą – dodaje Dariusz Plesiak.

Prima Moda konsekwentnie realizuje program, mający na celu poprawę sytuacji w spółce i jej rozwój. Oprócz restrukturyzacji kosztów, w tym związanych z ogólnym zarządem, spółka zwiększyła efektywność sprzedaży, optymalizując zaopatrzenie i zarządzanie produktami w sklepach stacjonarnych.

W trzecim kwartale spółka odnotowała poprawę rentowności: marża brutto na sprzedaży wzrosła o 7,4 punktu procentowego (do 58,9%), co świadczy o rosnącej sile marki Prima Moda na polskim rynku i jednocześnie pokazuje finansową elastyczność spółki. Poprawę jej sytuacji pokazują też inne dane. W trzecim kwartale Prima Moda wygenerowała z działalności operacyjnej 217 tys. zł zysku netto. To kontynuacja dobrych wyników za drugi kwartał, kiedy to wykazała 1,15 mln zł zysku netto.

W sumie, w pierwszych trzech kwartałach tego roku giełdowa spółka odnotowała zysk netto w wysokości ponad 9 mln zł. Te dane, wraz z optymalizacją kosztów i kapitałami własnymi na poziomie 10 mln zł, dają dobre prognozy na zamknięcie roku i utrzymanie pozytywnego trendu.

Dane za III kwartał pokazują, że utrzymuje się pozytywny trend i sytuacja spółki systematycznie się poprawia. Obniżenie kosztów i wsparcie sprzedaży przynoszą już oczekiwane przez nas rezultaty. Będziemy kontynuowali działania, które stanowią mocny fundament dla dalszej poprawy wyników również w dłuższej perspektywie – podkreśla Dariusz Plesiak, prezes Prima Mody.

Prima Moda działa od 2000 roku, a na warszawskiej giełdzie zadebiutowała w 2007 roku. Łącznie wyemitowano 3,2 mln akcji spółki (1,2 mln w dniu debiutu).

Co przyniesie nam ten tydzień?

Pierwsze pytanie po weekendzie dotyczy tego, czy podziurawiony przez Święto Dziękczynienia tydzień przyniesie przystanek dla rajdu dolara? Jeśli tak, to raczej tylko na chwilę, gdyż generalne przekonanie rynku stojące za rajdem waluty USA nie ulega zmianie. EUR na razie niewrażliwe na porażkę Sarkozy’ego w prawyborach na prawicy. Tymczasem Moody’s znowu ostrzega Polskę.

W zeszłym tygodniu wypowiedzi czołowych przedstawicieli Fed nie zmieniły postrzegania perspektyw USD: podwyżka stóp procentowych w grudniu jest coraz bardziej prawdopodobna (wg rynku: 98 proc.), ale decydenci milczą na temat tego, co zrobią w 2017 r. Nie przeszkadza to jednak uczestnikom rynku wyceniać prawie dwóch podwyżek w przyszłym roku, licząc że ekspansja fiskalna administracji Trumpa podeprze odbicie inflacji i zmusi Fed do działania. Na marginesie trzeba jednak pamiętać, że pompowanie siły USD szkodzi eksportowi i przemysłowi w USA, czemu Fed będzie musiał kiedyś przeciwdziałać. Wątpliwe jednak, abyśmy obawy o tę kwestię usłyszeli wcześniej niż w komunikacie po grudniowej decyzji, więc na razie USD ma idealne warunki, szczególnie że ostatnie dwa tygodnie to też wysyp lepszych od oczekiwań danych makro z USA. Co może zburzyć ten ład? Sądzę, że tylko techniczna realizacja zysków w obliczu świątecznej przerwy (Święto Dziękczynienia w USA w czwartek). Nie zmienia to jednak faktu, że rynek będzie podbierał USD przy każdej oznace przejściowej słabości.

Póki rentowności obligacji skarbowych USA pozostają wysoko (wspierane przez jastrzębie oczekiwania wobec Fed i perspektywy wzrostu zadłużenia USA), póty USD będzie solidny wobec walut o niskich lokalnych stopach procentowych (EUR, JPY). EUR ma dodatkowo na karku ryzyko polityczne z kluczowym punktem najbliższych dni w postaci referendum we Włoszech 4 grudnia, a dalej w przyszłorocznym maratonie wyborów. Weekendowe prawybory prezydenckie we Francji zakończyły się porażką dla Nicolasa Sarkozy’ego, który zajął trzecie miejsce i nie weźmie udziału w drugiej turze. Dalej w grze pozostają Francois Fillon i Alain Juppe i może i dobrze, gdyż sondaże nie dawały Sarkozy’emu dużych szans w starciu z kandydatką skrajnej prawicy Marie Le Pen. Czasami niechęć do kandydata wygrywa ze zgodą z poglądami (wniosek z przegranej Clinton), więc być może inny kandydat prawicy będzie miał większe szanse z Le Pen. Ale to temat interesujący dla FX w późniejszym terminie.

Moody’s ostrzegł dziś Polskę, że cofnięcie podniesienia wieku emerytalnego jest negatywne dla ratingu. Moody’s już wcześniej zaznaczał, że majstrowanie przy emeryturach oraz konwersja kredytów frankowych to największe ryzyka dla polskiego ratingu, więc decyzja agencji nie jest zaskoczeniem. Kolejna rewizja ratingu przez Moody’s zaplanowana jest na styczeń/luty przyszłego roku, więc złoty ma czas, żeby dyskontować te rewelacje, ale warto pamiętać, że określenie „credit negative” nie zwiastuje od razu cięcia ratingu. Obecnie złoty cierpi z powodu wyprzedaży polskiego długu, który podąża za wyprzedażą papierów skarbowych w Europie i USA. Jeśli tamte trendy się zatrzymają, ulga trafi i na złotego, ale trudno w obecnym otoczeniu liczyć na coś więcej niż 4,40 EUR/PLN.

Dzisiejszy kalendarz startuje dopiero po południu, ale dane z Polski niewiele zmienią, podobnie jak indeks Chicago Fed NAI. Fischer z Fed podtrzyma retorykę swoich kolegów. Prezes ECB Draghi przemawia w Parlamencie Europejskim, ale wypowiadał się już w ostatni piątek i niczym nie zaskoczył.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Świąteczny marketing sensoryczny podnosi sprzedaż nawet o 30 proc.

W okresie świątecznym znacząco wzrasta korzystanie z usług marketingu sensorycznego. Marki oraz ich sklepy kreują wyjątkową atmosferę poprzez odpowiednio dobrane barwy, specjalne zapachy i aromaty oraz muzykę. Sprzedawcy coraz częściej zachęcają także klientów by wręcz brali produkty „do ręki”. Wszystko po to, aby przyciągnąć konsumenta, wydłużyć czas jego pobytu w punkcie sprzedażowym i tym samym zarobić znacznie więcej. Około 70 proc. decyzji podejmowanych przez klientów ma miejsce w punkcie handlowym-usługowym. Jeśli zostanie zastosowany tam profesjonalny marketing sensoryczny, sprzedaż może wzrosnąć nawet o 30 proc.

Świąteczny wir zakupów to jeden z najlepszych okresów dla sprzedawców i czas wzmożonych działań marketingowych. Wielu przedsiębiorców uważa święta za żniwa, ponieważ w tym okresie generowane są niespotykane w skali roku zyski. Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny, a więc żeby uzyskać wysokie profity, w wielu przypadkach wymagane jest stworzenie odpowiedniej atmosfery towarzyszącej zakupom produktów czy usług.

Aleksandra Potrykus-Wincza
Aleksandra Potrykus-Wincza

Aby tego dokonać, należy w pełni wykorzystać wpływ ludzkich zmysłów na decyzje zakupowe klientów. Tutaj bardzo pomocne okazują się dobrze dobrane narzędzia marketingu sensorycznego, które mają na celu pobudzenie zmysłów konsumenta, a w efekcie wywołanie jego konkretnych i pożądanych reakcji. W przypadku sklepów jest to wydłużenie czasu robienia zakupów, co zwykle kończy się tym, że klient kupuje więcej, a tym samym zostawia więcej pieniędzy przy kasie – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza, country manager w Mood Poland & Baltics.

W okresie świątecznym marketing sensoryczny cieszy się ogromnym zainteresowaniem wśród firm. Główną przyczyną jest to, iż odpowiednia atmosfera przekłada się na wyniki sprzedażowe. Badania przeprowadzone przez Mood we współpracy z organizacją ESOP wskazują, że ponad połowa kupujących deklaruje, że dłużej chce zostać w sklepie, którego atmosfera im odpowiada.

Listopad i grudzień to moment, w którym otrzymujemy wręcz zdwojoną liczbę zapytań ofertowych dotyczących naszych usług. W tym okresie Klienci wyczuleni są na nowości produktowo-usługowe i rozglądają się za promocjami. Jako eksperci od marketingu sensorycznego mamy tu zatem ogromne pole do popisu przy tworzeniu oczekiwanej przez wszystkich świątecznej atmosfery. Wprowadzamy ją najczęściej za pomocą określonej muzyki, zapachów i wizualizacji. Odwołując się do bodźców poznawczych oraz ludzkich zmysłów, klientowi ciężko jest się oprzeć pozytywnym decyzjom zakupowym – podkreśla Aleksandra Potrykus-Wincza.

Badania Mood wykazują, iż niekontrolowane decyzje konsumenckie stanowią blisko 70 proc. wszystkich zakupów. To właśnie w punkcie sprzedażowym klient podejmuje 2/3 decyzji. Odsetek zakupów impulsywnych sięga 67 proc. w supermarketach i na stacjach benzynowych, w centrach handlowych wartość ta oscyluje na poziomie 39 proc.

Według naszych globalnych badań, odpowiednie zastosowanie marketingu sensorycznego podnosi sprzedaż o około 30 proc. Analizując raporty sprzedażowe naszych Klientów na całym świecie, odnotowujemy wahania na poziomie od 10 do 33, a czasem nawet 40 proc. w zależności od pory roku i tego, co aktualnie dzieje się na rynku. Oczywiście nigdy nie możemy wykluczyć czynników zewnętrznych, ale śmiało możemy stwierdzić, że w większości przypadków jest to liczba dwucyfrowa – ocenia Aleksandra Potrykus-Wincza.

Świąteczne dekoracje, wizualizacje, muzyka oraz zapachy, to poszczególne narzędzia marketingu sensorycznego, które wpływają na zwiększanie obrotów w punktach sprzedaży. Choć każde z nich może przekładać się na większe zakupy Klientów, to dużo lepsze efekty można osiągnąć łącząc je wszystkie odpowiednio w jedną spójną całość – tylko holistyczne działania neuromarketingu dają najbardziej pożądane efekty.

Poza aspektami dźwiękowymi, wzrokowymi oraz zapachowymi, marki coraz częściej decydują się aby przyciągać konsumentów doznaniami dotykowymi. Sklepy zaczynają zachęcać wręcz, by klient produkt wziąć do ręki, dotknął go i doświadczył. Dla sprzedawcy to ogromna część sukcesu w procesie zakupowym – dotykając przedmiot, Klient już zaczyna czuć się jego właścicielem. Najczęściej sobie tego nie uświadamia, ale jego mózg już to zakodował. Metoda ta była jeszcze do niedawna zaniedbywana, ale obecnie jest już bardziej doceniana, gdyż tradycyjne metody przyciągania klientów przestają być tak efektywne jak dawniej – dodaje Aleksandra Potrykus-Wincza.

Ranking banków 2016 – gdzie można liczyć na najlepszą obsługę?

Wyniki tegorocznego badania jakości obsługi w bankach mogą zaskakiwać. Choć Bank Millennium utrzymał pozycję lidera, drugie i trzecie miejsce przypadło kolejno Getin Bankowi oraz mBankowi, którzy zdetronizowali ubiegłorocznych finalistów, tj. ING Bank Śląski i Deutsche Bank. O tym, że obsługa klienta nadal w wielu miejscach kuleje, świadczy jednak ogólny wynik dla wszystkich przebadanych placówek, który wyniósł 74,7 proc. – zaledwie jeden punkt procentowy więcej niż w ubiegłym roku.

Ogólnopolskie badanie przeprowadzone w październiku 2016 roku przez firmę badawczą INTERNATIONAL SERVICE CHECK objęło – podobnie jak w ubiegłorocznej edycji – 60 placówek bankowych należących do 15-tu banków. Dla uzyskania miarodajnego porównania, tajemniczy klienci ponownie odwiedzili te same oddziały (o ile placówka nie została zlikwidowana), należące do: Alior Banku, Banku BPH, Banku Millennium, Banku Pekao SA, Banku Pocztowego, Banku Zachodniego WBK, BGŻ BNP Paribas, Credit Agricole, Deutsche Banku, Eurobanku, Getin Noble Banku, ING Banku Śląskiego, mBanku, PKO Banku Polskiego oraz Raiffeisen Polbanku.

Co oceniali tajemniczy klienci?

Analogicznie jak w ubiegłorocznej edycji badania, i tym razem tajemniczy klienci pod lupę wzięli przede wszystkim jakość obsługi oferowanej przez pracowników banków. Oceny dokonywali na podstawie rozmów przeprowadzanych na tematy związane z kredytem lub oszczędnościami, których efektem było dokonanie zakupu, tj. otwarcie rachunku, lub rezygnacja z produktu, czyli zamknięcie konta kilka dni po podpisaniu umowy. Dodatkowo każdy z tajemniczych klientów zwracał uwagę na prezentację placówki oraz wygląd pracowników.

Bank Millennium, Getin Bank i mBank – najlepsze banki w Polsce

Ogólny średni wynik, jaki osiągnęły wszystkie przebadane banki, wyniósł 74,2 proc., czyli zaledwie jeden punkt procentowy więcej niż w ubiegłym roku. Co może cieszyć, tylko 22 placówki uzyskały ocenę poniżej 70 proc. (w ubiegłym roku było ich 35), w tym sześć poniżej 50 proc. (w ubiegłym roku – dziewięć). Najsłabszy bank zakończył badanie z wynikiem 46,7 proc. (w zeszłym roku 44,9 proc.). A które okazały się być najlepsze?

Ranking banków 2016
Rys.1: Najlepsze banki 2016 r. – wynik ogólny

Gdy w listopadzie 2015 roku tajemniczy klienci ocenili placówki bankowe, na podium znalazł się Bank Millennium z oceną 90,8 proc., przyznaną za rzetelną pracę doradców w zakresie oferowania produktów podstawowych oraz finalizacji rozmów. Nie inaczej było w tym roku. Znów to Bank Millennium zajął pierwsze miejsce, uzyskując wynik 90,6 proc., już nie tylko za prezentację produktów podstawowych, ale i oferowanie produktów dodatkowych.

Zupełnie inaczej niż w ubiegłym roku przedstawiło się z kolei miejsce drugie, które z wynikiem 87,9 proc. zajął Getin Bank, skutecznie deklasyfikując ubiegłorocznego, srebrnego medalistę, czyli ING Bank Śląski. Tym razem to pracownicy Getin Banku zostali docenieni za umiejętność nawiązywania kontaktu i rozpoznawania potrzeb klienta, a dodatkowo także za idealną prezentację produktów i finalizację rozmów.

W tym roku trzecie miejsce na podium przypadło mBankowi, który osiągając wynik 87,8 proc. zrzucił z podium Deutsche Bank.

Ranking banków 2016
Rys. 2: Trzy najlepsze wyniki w podziale na kategorie badania, z uwzględnieniem zakresu procentowego osiągniętej oceny (tło zielone – powyżej 90 proc., żółte – 80-90 proc., czerwone – poniżej 80 proc.)

Podium dla oddziałów we Wrocławiu i Chorzowie

Analizując wyniki dla przebadanych oddziałów banków, nieprzeciętnie wysoką jakością obsługi wyróżniły się szczególnie trzy placówki. To ex aequo: Getin Bank we Wrocławiu (Plac Solny 20) oraz Eurobank w Chorzowie (ul. Rynek 11), które zdobyły 98,2 proc., a także wrocławski Bank Millennium (Plac Bema 2), który został oceniony na 96,4 proc.

Ranking banków 2016
Rys. 3: Najlepsze placówki bankowe w Polsce

Jak otwierać konto albo brać kredyt to w Getin Banku, zamykać rachunek – w PKO Banku Polskim, a o oszczędzaniu najlepiej opowiedzą w Eurobanku

Jak ujawniło badanie przeprowadzone przez INTERNATIONAL SERVICE CHECK, na najlepszą obsługę przy zakładaniu nowego konta można liczyć w placówkach Getin Banku (98,2 proc.), PKO Banku Polskiego i ING Banku Śląskiego (94,7 proc.) oraz banku Millennium (93 proc.).

Z kolei wizyty, w czasie których zadaniem tajemniczego klienta było zamknięcie konta, najlepiej wypadły w PKO Banku Polskim (89,6 proc.), Banku Millennium (85,4 proc.), Raiffeisen Polbanku i mBanku (83,3 proc.).

Na podium w zakresie udzielania informacji na temat oszczędzania znalazły się: Eurobank (98,2 proc.), Bank Millennium (96,4 proc.) i mBank (94,5 proc.), natomiast w tematyce kredytowej najlepiej czuli się doradcy z Getin Banku (92,7 proc.), Banku Zachodniego WBK i ING Banku Śląskiego (91,1 proc.) oraz BGŻ BNP Paribas (89,3 proc.).

Ranking banków 2016
Rys. 4: Najlepsze trzy wyniki wśród banków w podziale na scenariusze badań

Doradcy chętnie zakładają konta, niechętnie – zamykają

Analizując scenariusze wizyt, okazało się, że doradcy najlepiej radzili sobie podczas rozmów z klientami zainteresowanymi zakupem, tj. otwarciem konta – średni wynik osiągnięty w tej kategorii wyniósł 81,1 proc. (przy czym najgorszy bank uzyskał notę na poziomie 43,9 proc.).

Zdecydowanie niższe oceny otrzymali pracownicy, którzy musieli udzielić informacji na temat planów oszczędzania. Średni wynik w tej kategorii wyniósł 74,8 proc., a najsłabszy bank otrzymał zaledwie 32,7 proc.

Jeszcze gorzej poszło doradcom, którzy obsługiwali klientów zainteresowanych uzyskaniem kredytu. Choć banki zarabiają na tej formie wsparcia finansowego, pracownicy nie przejawiali większych zainteresowań w nakłanianiu do skorzystania z ich oferty. Średni wynik wyniósł zaledwie 72,9 proc., a najsłabszy 30,4 proc.

Ranking banków 2016

Nie zmienia to faktu, że najgorzej oceniono wizyty dotyczące zamknięcia konta – średni wynik osiągnięty przez placówki to zaledwie 68,2 proc., a najsłabszy 31,3 proc.

Ranking banków 2016 Oczywiście należy pamiętać, że badanie przeprowadzone przez INTERNATIONAL SERVICE CHECK to jedynie zarys rzeczywistej sytuacji, a dla uzyskania w pełni miarodajnych wyników, należałoby tego typu wizyty powtarzać cyklicznie, przez dłuższy okres czasu, w każdej z placówek danego banku.

Źródło: http://www.internationalservicecheck.com/pl

UI TFI: Kapitał inwestycyjny płynie do USA i Europy

Robertem Ślepaczukiem

Robert Ślepaczuk, szef inwestycji ilościowych Union Investment TFI, komentuje rosnący napływ aktywów do funduszy ETF w Stanach Zjednoczonych oraz Europie.

Napływ kapitału do amerykańskich funduszy ETF, które odwzorowują zachowanie indeksów lub poszczególnych segmentów rynku, trwa nieprzerwanie od 2015 roku. Dotąd postępował w umiarkowanym tempie, jednak od czasu wyborów prezydenckich w USA gwałtownie przyspieszył. Najwięcej kapitału inwestycyjnego pozyskały fundusze inwestujące w amerykański sektor finansowy, ochrony zdrowia oraz przemysłowy. Ich aktywa powiększyły się aż o 10-20%. Dowodzi to, że w związku z wyborem Donalda Trumpa na prezydenta inwestorzy dostrzegli szansę na zysk. Czy słusznie, okaże się, gdy w 2017 roku republikański prezydent zacznie zamieniać słowa w czyny.

Kapitał płynie także do Europy

Od kilku tygodni obserwujemy też napływy do funduszy ETF w Europie. Jest to o tyle ciekawe, że praktycznie przez większą część tego roku kapitał systematycznie odpływał z europejskich rynków akcji. Do powrotu inwestorów skłoniło kilka czynników.

Po pierwsze, tegoroczna słabość europejskich giełd do innych, światowych rynków akcji. Po drugie, znacząca poprawa wyników finansowych spółek w III kwartale 2016 roku oraz ich prognoz na 2017 rok. Po trzecie, ostatnio euro osłabiło się do dolara. Jest też prawdopodobne, że europejska waluta jeszcze się osłabi w stosunku do amerykańskiej waluty, z uwagi na możliwe podwyżki stóp procentowych w USA oraz odmienne oczekiwania w kontekście przyszłych działań ECB. To dobra wiadomość dla dużego grona spółek działających w Europie, a przede wszystkim eksporterów.

Inwestorzy ucieszyli się w wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA

Radosław Piotrowski
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI

Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI, ocenia perspektywy dla amerykańskiego rynku finansowego po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA.

Wybór Trumpa może być pozytywny dla USA

Zwycięstwo Donalda Trumpa było sporym zaskoczeniem i w pierwszym momencie inwestorzy się przestraszyli. Awersja do ryzyka wzrosła jednak na zaledwie kilka godzin. Potem rynek akcji się uspokoił. Ma to swoje racjonalne uzasadnienie. Wybór republikanina na najważniejszy urząd w USA może być pozytywny dla gospodarki oraz części sektorów reprezentowanych na amerykańskiej giełdzie.

Jakie branże mogą skorzystać na zwycięstwie Donalda Trumpa?

Historycznie, gdy urząd prezydenta sprawowali republikanie, stopień regulacji amerykańskiego sektora finansowego był dużo niższy niż w czasach, gdy rządzili demokraci. Program wyborczy obecnego prezydenta elekta sugeruje, że tym razem będzie podobnie. Dlatego na zwycięstwie Donalda Trumpa mogą skorzystać szczególnie banki i inne spółki finansowe. Dla amerykańskich banków pozytywny jest również wzrost rentowności obligacji rządowych, który nastąpił po wyborach oraz wzrost oczekiwań inflacyjnych. Jeśli w grudniu Fed dokona podwyżki stóp procentowych w USA, przychody banków się zwiększą. Na wyborze Donalda Trumpa mogą skorzystać także firmy budowlane oraz spółki z sektora obronnego.

Jak długo mogą potrwać wzrosty na amerykańskiej giełdzie?

Po wyborach prezydenckich w USA indeks S&P500 powrócił w okolice rekordowych poziomów. Szczególnie silnie urosły wspomniane wcześniej sektory – finansowy, budowlany i obronny. Uważam, że teraz amerykańskiej giełdzie należy się chwila oddechu. Później dużo będzie zależało od tego, co Donald Trump zrobi po styczniowym zaprzysiężeniu. Jeśli zacznie od obniżenia podatków, deregulacji sektora finansowego oraz inwestycji infrastrukturalnych, wzrosty na Wall Street mogą być kontynuowane. Jeśli jednak w pierwszej kolejności skupi się na protekcjonizmie oraz wydaleniu imigrantów poza granice USA, rynki mogą to odebrać negatywnie. Na szczęście poza niepewnym czynnikiem politycznym, amerykańskie akcje wspierają fundamenty. Wyniki finansowe spółek w USA za III kwartał 2016 r. zaskoczyły inwestorów zdecydowanie na plus. Świadczy to o coraz lepszej kondycji amerykańskich przedsiębiorstw.

W przeciwieństwie do akcji, amerykańskie obligacje zdecydowanie się przeceniły. Dlaczego?

Silna przecena amerykańskich obligacji to rezultat obaw o to, że pod rządami Donalda Trumpa przyspieszy inflacja. Wzrost cen w gospodarce USA jest prawdopodobny chociażby ze względu na zapowiadane przez prezydenta elekta obniżenie podatków oraz ogromne wydatki na inwestycje infrastrukturalne na poziomie od pół do nawet jednego biliona dolarów. Gwałtowny skok inflacji może z kolei stanowić dla amerykańskiej Rezerwy Federalnej argument za szybszymi podwyżkami stóp procentowych. Tym bardziej, że pierwsza podwyżka na grudniowym posiedzeniu jest już niemal przesądzona. W dłuższym terminie kluczowe będzie również to, czy Donald Trump będzie chciał finansować zapowiadane inwestycje infrastrukturalne przez zwiększanie zadłużenia. Jeśli amerykański rząd zanadto się zadłuży, inwestorzy mogą zażądać wyższych odsetek od obligacji, co przyczyni się do wzrostu rentowności.

Cyber Monday czyli e-commersowy Czarny Piątek

Z końcem roku każdy sklep przygotowuje sezonową wyprzedaż produktów. Nie wszyscy jednak marzą aby uczestniczyć w przepychankach i walce o najtańszy produkt. Z pomocą przychodzi Cyber Monday – wielkie święto sklepów internetowych.

Pierwsze były sklepy stacjonarne

Black Friday stał się tradycją obchodzoną na całym świecie. Pierwszy piątek po amerykańskim Święcie Dziękczynienia uważany jest za umowny początek zakupów bożonarodzeniowych w tym kraju. W ten dzień sklepy oferują specjalne promocje oraz wyprzedaże sięgające nawet 90%!

Black Friday postrzegany jest za najbardziej dochodowy dzień dla sprzedawców. Tylko w jeden dzień zakupy potrafi zrobić prawie 250 milionów Amerykanów. Według firmy comScore każdy może wydać średnio ok. 380 $, co daje łącznie ponad 50mld $. Jednak Czarny Piątek to już nie tylko amerykańska okazja na wyprzedaże, ale globalne święto, które angażuje miliony ludzi.

Czym jest Cyber Monday?

Cyber Monday przez jednych zwany jest wirtualnym odpowiednikiem Black Friday, przez innych jego przedłużeniem, ponieważ w sklepach internetowych szał przecen oraz specjalnych ofert trwa nawet 4 dni – od piątku do poniedziałku. Idea tego dnia narodziła się w Stanach Zjednoczonych i pierwszy raz określenia Cyber Monday użyto w 2005 roku i od tego czasu zyskuje on na popularności. Według comScore Amerykanie w 2006 roku wydali w tym dniu 610 mln dolarów, w 2010 już 1,4mld dolarów, a w 2013 wydatki przekroczyły już 2 mld dolarów.

Większość sklepów rozpoczyna akcję wyprzedażową już w Black Friday i kontynuuje te same promocje do Cyber Monday. Oczywiście są także takie, które w poniedziałek chcą przyciągnąć tych klientów, którzy nie dokonali zakupu w weekend. Wówczas na Cyber Monday możemy napotkać na jeszcze większe rabaty lub całkowicie nowe promocje.

Czego możemy oczekiwać?

Dziwić może bliski okres między tymi dwoma okazjami sprzedażowymi, bo dzielą je tylko dwa dni.  Jednak biorąc pod uwagę obecny przebieg tego wyprzedażowego dłuższego weekendu, dodatkowy dzień pozwala na lepsze wyszukanie interesujących towarów, co sprawia, że koszyki zakupowe są większe. Specjalne promocje w poniedziałek, dodatkowy rabat lub darmowa wysyłka pozwalają osobom niezdecydowanym na szybsze podjęcie decyzji. Największym plusem zakupów internetowych jest to, że konsument ma przynajmniej 14 dni na przemyślenie zakupu i odstąpienie od umowy.

Cyber Monday nie jest jeszcze u nas tak popularny jak w USA. Jego potencjał marketingowy jest dużo mniej wykorzystywany niż Black Friday. Może być to spowodowane tym, że promocje w Polsce daleko odbiegają od tych w USA i nie różnią się bardzo od tych oferowanych przy okazji innych świąt. Jednak z roku na rok zainteresowanie tym dniem wzrasta i polskie sklepy biorą pod uwagę ten dzień w swoich działaniach marketingowych. Kilka przykładów poniżej:

Przyciągnij kupujących

W tym roku Cyber Monday przypada 28 listopada. Pamiętajmy aby należycie go wykorzystać! Warto także wziąć pod uwagę, że część klientów prezenty gwiazdkowe kupuje znacznie wcześniej i nie czeka z nimi na ostatnią chwilę. To może być wspaniała okazja na pomnożenie przychodów i zamknięcie ostatniego kwartału na wysokim poziome.

Tomasz Rowiński, Project Manager w Beemail
Tomasz Rowiński, Project Manager w Beemail

Autor: Tomasz Rowiński, Project Manager w Beemail, pierwszej platformie e-mailingowej dla e-commerce, gdzie odpowiada za koordynację platformy oraz działania z obszaru marketingu. Wcześniej pracował w LeadBullet i IdeaBank, gdzie zajmował się między innymi budowaniem długofalowych relacji z klientami tych marek. Zawodowo interesują go nowe technologie wykorzystywane w obszarze marketingu. Prywatnie jest aktywnym członkiem społeczności FilmWeb, fanem Realu Madryt, wszelkich tematów geekwsko – fantastycznych. Wolne chwile najczęściej spędza na podróżowaniu. Więcej nt. Beemail na www.beemail.pl

Marcin Kiepas: Czas na realizację dolarowych zysków

Po dwutygodniowej hossie na dolarze, która wywindowała jego notowania o 36 groszy do 4,20 zł w piątek, przyszedł czas na korektę. Oczywiście, o ile nie przeszkodzą publikowane dziś dane z polskiej gospodarki.

Poniedziałkowe przedpołudnie przynosi odreagowanie obserwowanego po wyborach prezydenckich w USA silnego rajdu na dolarze. Rajdu, który wywindował notowania amerykańskiej waluty do bardzo dawno nieobserwowanych poziomów. I tak kurs USD/PLN, rosnąc w ostatni piątek do 4,2071 zł, znalazł się na najwyższym poziomie od 2002 roku. W tym samym czasie indeks dolarowy testował poziomy nieoglądane od 2003 roku, kurs EUR/USD od grudnia 2015 roku, a USD/JPY od maja br.

Dziś o godzinie 11:23 za dolara trzeba było zapłacić 4,1710 zł. Notowania EUR/USD odbiły do 1,0620 z 1,0568 na zamknięciu poprzedniego tygodnia, a USD/JPY koryguje do 110,77 z 110,89. Korekta na rynku dolara w sposób pośredni wzmacnia również złotego w relacji do innych głównych walut. Za euro rano trzeba było zapłacić 4,4320 zł (o 0,7 gr mniej niż w piątek), szwajcarski frank kosztował 4,1305 zł (o 2 gr mniej niż w piątek), a brytyjski funt 5,1440 zł (o 3 gr mniej).

Istotnego wpływu na notowania złotego nie miała opinia agencji Moody’s, że obniżenie wieku emerytalnego będzie miało negatywne przełożenie na rating Polski. Nie oznacza to jednak, że krajowy rynek walutowy do końca dnia pozostanie pod głównym wpływem czynników globalnych. Wręcz przeciwnie. Po południu uwaga inwestorów powinna koncentrować się przede wszystkim na czynnikach lokalnych. Wówczas Główny Urząd Statystyczny (GUS) opublikuje październikowe dane o produkcji przemysłowej (prognoza: 0,8% R/R), sprzedaży detalicznej (prognoza: 4% R/R) i inflacji producenckiej (prognoza: 0,4% R/R). Kluczowy będzie raport o produkcji. Październikowy odczyt indeksu PMI dla polskiego przemysłu sugeruje, że roczna dynamika produkcji znajdzie się na minusie. Szacuję, że będzie to -0,5% R/R. Przy nieco gorszym od oczekiwań wyniku sprzedaży detalicznej, takie dane mogą popsuć sentyment do złotego, ograniczając dzisiejszy korzystny dla niego wpływ czynników globalnych. Stąd też na korektę trzeba będzie jeszcze chwilę zaczekać. Aczkolwiek to wciąż będzie scenariusz bazowy na ten tydzień. Dotyczy to zresztą w równym stopniu głównych par, jak EUR/USD czy USD/JPY, jak właśnie złotego. Takiej korekcie sprzyjać będzie zarówno specyfika tego tygodnia (w czwartek w USA jest Święto Dziękczynienia), jak i brak ważnych publikacji makroekonomicznych ze świata oraz duże wykupienie dolara i wyprzedanie rynku długu.

W średnim i długim terminie perspektywy złotego pozostają słabe. Czynniki globalne, jak oczekiwane podwyżki stóp procentowych przez Fed (jeden z efektów oczekiwanej polityki prowadzonej przez prezydenta Donalda Trumpa), silne umocnienie dolara i wyprzedaż obligacji, a także z miesiąca na miesiąc rozczarowujące wyniki polskiej gospodarki, obniżka wieku emerytalnego, zapowiedź likwidacji OFE, czy też ryzyko obniżki ratingu Polski sprawiają, że złoty powinien pozostawać słaby. Dlatego też zakładam, że euro znajdzie teraz nowy punkt równowagi w okolicy 4,40 zł (raczej powyżej, niż poniżej tego poziomu), a szwajcarski frank i dolar pozostaną powyżej 4,10 zł. W tym ostatnim przypadku, jeżeli oczekiwania inwestorów co do przyszłej polityki gospodarczej USA nie zmienią się, to w perspektywie pół roku realne jest wzrost notowań dolara nawet do 4,40 zł.

Marcin Kiepas, główny analityk easyMarkets

Czy to tylko przystanek przed kontynuacja rajdu dolara?

Poniedziałek zaczyna się dość spokojnie na rynku walutowym. Potężna fala spadków na EUR/USD wydaje się, że została zatrzymana. Rajd na głównej parze walutowej świata trwał od zwycięstwa Donalda Trumpa w wyborach w USA. Pytanie, które się teraz nasuwa to czy to jest tylko przystanek do dalszych spadków gdzieś w rejony 1,0450. Wydaje się to wątpliwe, biorąc pod uwagę chociaż to, że inwestorzy po takich spadkach zechcą realizować swoje zyski.

Druga sprawa, że ewentualna podwyżka stóp w USA w grudniu jest już w cenach a spodziewane dalsze zacieśnianie polityki monetarnej to temat na kolejne miesiące. Jak to bywa na rynkach tak odległy termin jest ciężki do przewidzenia, mogą pojawić się nowe fakty, niekoniecznie z Fed, który spowodują wzrost wartości euro.

Mocne argumenty za dolarem

Patrząc historycznie nie zawsze cykl zacieśniania polityki monetarnej skutkował zwyżkami na walucie amerykańskiej. Ale trzeba jasno powiedzieć dolar ma sporo atutów by kontynuować trend aprecjacyjny. Weźmy pod uwagę chociaż zapowiadaną politykę fiskalną Trumpa, co skutkuje wzrost inflacji i koniecznością kolejnych podwyżek stóp przez Fed.

Dzisiaj brak jest danych makro na szerokim rynku. Warto zwrócić uwagę jedynie na wystąpienie Stanleya Fischera z Fed o 14.30, o 17.30 wypowie się Mario Draghi z EBC.

Godzina 14 ważna dla krajowej waluty

Na krajowym rynku obserwujemy nieco mocniejszą polską walutę. Nie ma co mówić o korekcie bo jednak czynniki lokalne oraz globalne są mocno niekorzystne. Mocny dolar wpływa niezbyt dobrze na waluty krajów wschodzących. Czynniki lokalne to przede wszystkim alarmujący odczyt PKB za III kwartał co skutkuje wzrostem niepewności co do realizacji budżetu. Z pewnością złą informacją jest również obniżenie wieku emerytalnego i kolejne obciążenia budżetu na 2017 rok.

O 14 GUS zaprezentuje kilka istotnych danych a mianowicie produkcję przemysłową, inflację PPI oraz sprzedaż detaliczną. Wzrost produkcji we wrześniu był słabszy od prognoz. Oczekiwania analityków mówią o niewielkim wzroście w październiku 1,1%. Sprzedaż detaliczna we wrześniu była na poziomie 4,8% i oczekuje się w październiku spadku do poziomu 4,1%. Gorsze odczyty spowodują presję podażową na złotówkę.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Przedsiębiorcy muszą się dostosować do unijnych przepisów o ochronie danych osobowych. W przeciwnym razie czekają ich spore kary finansowe

Przedsiębiorcy muszą się dostosować do unijnych przepisów o ochronie danych osobowych. W przeciwnym razie czekają ich spore kary finansowe 11
W połowie 2018 roku zacznie obowiązywać Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (GDPR). Unijne prawo wprowadza narzędzia, które mają zwiększyć kontrolę osób fizycznych nad ich danymi osobowymi. Z drugiej strony nakłada szereg wymogów na firmy i podmioty, które gromadzą, przetwarzają i udostępniają dane. Firmy, które nie wdrożą nowych przepisów, czekają kary finansowe.

Resort cyfryzacji szacuje, że 90 proc. dostępnych dzisiaj danych zostało wygenerowanych w ostatnich dwóch latach. Ich ilość na świecie będzie wzrastać w tempie 40 proc. rocznie.

– Obecnie zagłębiamy się w technologie powiązane ze swobodnym przepływem danych takie jak cloud i big data. W oparciu o te elementy będziemy chcieli budować nowoczesne usługi administracyjne. Nad tym obecnie aktywnie pracujemy w ministerstwie – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Szubert, Doradca Strategiczny Ministra Cyfryzacji.

Rosnąca ilość danych to dla firm i instytucji nie tylko szansa, lecz także duże wyzwanie w związku z bezpieczeństwem tych informacji. Tym bardziej że przepisy w tym zakresie stają się coraz bardziej rygorystyczne.

– Przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych będą sporą rewolucją. Ciężar odpowiedzialności za dane osobowe zostaje nałożony na administratora, czyli firmę, fundację czy stowarzyszenie, które te dane gromadzi, przetwarza i udostępnia. Przedsiębiorcy będą musieli wprowadzić rozwiązania organizacyjne i techniczne służące bezpiecznemu przetwarzaniu tych danych. Co więcej, będą musieli udowodnić, że zastosowali odpowiednie środki, które służą ochronie praw konsumentów zagwarantowanych w rozporządzeniu. To duże wyzwanie – mówi Paweł Makowski, zastępca dyrektora Departamentu Edukacji Społecznej i Współpracy Międzynarodowej z Biura Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych.

Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych to nowe unijne prawo, które zostało przyjęte w tym roku i zacznie obowiązywać 25 maja 2018 roku. Nowelizacja ma na celu ujednolicenie przepisów o ochronie danych osobowych we wszystkich państwach członkowskich UE i nakłada szereg nowych wymogów na wszystkie podmioty, które zbierają i przetwarzają dane osobowe.

Jednym z celów rozporządzenia jest zwiększenie kontroli osób fizycznych nad ich danymi osobowymi. Dlatego nowe prawo nadaje konsumentom szereg uprawnień, m.in. prawo do informacji na temat tego, w jaki sposób wykorzystywane są ich dane, oraz tzw. prawo do bycia zapomnianym, które przewiduje, że każdy będzie mógł wnioskować o usunięcie jego danych osobowych z systemów informatycznych.

– Rozporządzenie gwarantuje dużo większy zasób praw dla osób, których one dotyczą. Będziemy mieli prawo do uzyskania informacji na temat tego, jak nasze dane osobowe są przetwarzane przez konkretny podmiot. Zostało również wprowadzone prawo do bycia zapomnianym, co oznacza, że będziemy mogli wnioskować o usunięcie swoich danych osobowych przez administratora. To niesłychanie istotne, ponieważ pojawiły się narzędzia służące temu, abyśmy mogli lepiej egzekwować swoje prawa wobec podmiotów, które przetwarzają nasze dane osobowe – mówi Paweł Makowski.

Nowe przepisy nakładają duże wymogi na przedsiębiorców, którzy będą musieli m.in. zadbać o ochronę danych osobowych już na etapie projektowania systemów informatycznych, każdorazowo uzyskiwać zgodę klienta na przetwarzanie jego danych i rejestrować takie operacje. Administratorzy będą również musieli obowiązkowo zgłaszać każdy incydent polegający na naruszeniu przepisów o ochronie danych osobowych.

Michał Jaworski, członek zarządu Microsoft, podkreśla, że przedsiębiorcy powinni wykorzystać okres przejściowy przed wprowadzeniem nowych przepisów na szkolenia i opracowanie szczegółowego planu, który pozwoli się dostosować do wymogów rozporządzenia.

– Już teraz firmy muszą zdefiniować krytyczne obszary, które będą wymagały zmian. Z pewnością będzie to marketing, komunikacja z klientami oraz przede wszystkim współpraca pomiędzy działem prawnym a IT. Dokładna analiza systemów firmy pokaże, co trzeba będzie zmienić, ale musi być wykonana przez zgodny zespół prawników i informatyków. Nowe wymagania będą musiały spełnić wszystkie systemy, a rozwiązania chmurowe z mechanizmami udostępnionymi przez dostawców mogą proces dostosowania przyspieszyć i ułatwić – podkreśla Michał Jaworski.

Przedsiębiorcom, którzy nie dostosują się do wymogów rozporządzenia, będą grozić wysokie kary finansowe. Egzekwowaniem nowych przepisów zajmie się Biuro Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, które zostało wyposażone w nowe kompetencje.

– Będziemy stać na straży procesów przetwarzania danych i w tym celu dostaliśmy szereg nowych narzędzi, dzięki którym możemy robić to skutecznie. Mamy możliwość nakładania wysokich kar finansowych, których górny próg sięga 20 mln euro lub 4 proc. światowego obrotu firmy, co może budzić lekki niepokój. Dojdzie do tego wyłącznie w tych sytuacjach, w których wnikliwa analiza wykaże rażące naruszenie przepisów. Niemniej jednak przedsiębiorcy muszą być świadomi, że jeżeli nie zadbają należycie o nasze dane osobowe, to możemy ich za ten brak należytej staranności ukarać karą finansową – przestrzega Paweł Makowski.

Wymogi w zakresie przetwarzania i gromadzenia danych stawiane przez rozporządzenie i bezpieczeństwo danych w chmurze to jedne z głównych tematów podczas konferencji Trusted Cloud Day 2016, która odbyła się 16 listopada w Warszawie.

Artifex Mundi zainwestuje w marketing gier free-to-play

Artifex Mundi zainwestuje w marketing gier free-to-play 12
Producent gier spółka Artifex Mundi zadebiutowała w ubiegłym tygodniu na rynku głównym GPW. Pieniądze z emisji przeznaczy na promowanie swoich czterech gier z segmentu free-to-play, który jest dla niej nowym polem działania. Spółka specjalizuje się w grach typu HOPA. Co trzy tygodnie oferuje nową premierę na platformy mobilne, a w przyszłym roku wprowadzi sześć swoich produktów na konsole.

– Pomysł wejścia na giełdę to naturalna kolej rzeczy i bardzo duży krok milowy w rozwoju naszej spółki. Środki z emisji pozwolą nam trochę zwiększyć skalę działania, jeśli chodzi o nowe gry, przede wszystkim gry free-to-play, które w tej chwili zaczynamy wprowadzać na rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Grudziński, prezes spółki Artifex Mundi SA. – Ich proces wprowadzania na rynek wygląda znacząco inaczej niż przy naszych poprzednich grach premium, potrzebna jest dużo większa kampania marketingowa, w związku z czym przede wszystkim na to chcemy przeznaczyć środki z emisji.

Artifex Mundi zadebiutował na GPW w czwartek jako 17. spółka w tym roku. Jest 487. spółką na głównym parkiecie. Wartość oferty publicznej wyniosła 99,4 mln zł, z czego 88,15 stanowiła sprzedaż istniejących akcji, zaś 11,25 mln zł pozyskano z nowej emisji.

Spółka specjalizuje się w grach przygodowych z gatunku „a hidden object puzzle adventure” (HOPA – dosł. ukryty obiekt, zagadka, przygoda).  Deklaruje, że ma ich w portfolio 45, a nowa premiera pojawia się średnio co trzy tygodnie. Są one przeznaczone głównie na urządzenia mobilne i sprzedawane w modelu „try-before-you-buy” (wypróbuj, zanim kupisz): użytkownik może skorzystać z darmowej wersji na próbę, a następnie decyduje się na zakup pełnej gry lub rezygnuje. Użytkownikami gier są głównie kobiety: jak mówi prezes spółki, dwóch na trzech użytkowników emitowanych przez Artifex Mundi gier to właśnie panie. Najwięcej – z grupy wiekowej 35–50 lat.

Oczywiście chcemy kontynuować ten kierunek działania, bo to jest nisza, w której mamy bardzo mocną pozycję na świecie, być może jednego z najlepszych wydawców w ogóle, ale nie chcemy się ograniczać tylko do tych gier – deklaruje Grudziński. – Od jakiegoś czasu inwestujemy w 4 gry monetyzowane zupełnie inaczej, właśnie w modelu free-to-play, gdzie gra cała jest dostępna za darmo, natomiast przez system mikrotransakcji graczom oferowane są pewne usprawnienia.

Podkreśla, że taka strategia jest konsekwencją faktu, że tego typu gry dominują w tej chwili, szczególnie wśród gier mobilnych, a spółka, choć wydaje gry na Android, iOS, Windows Phone, PC, Mac, Linux, XBOX One oraz PlayStation 4, nie ukrywa, że najlepiej zarabia na platformach mobilnych, czyli na smartfonach i tabletach. Głównymi odbiorcami są Stany Zjednoczone, Europa Zachodnia, ale także Rosja i Polska. W 2015 r. Artifex Mundi miał  niemal 17,5 mln zł przychodów przy 7 mln zł zysku netto. W pierwszym półroczu 2016 r. odpowiednio 10,6 mln zł i 3,33 mln zł. Z grami free-to-play spółka wiąże nadzieję na skokowy rozwój.

– Jeśli chodzi o gry HOPA, to nic się nie zmienia, będziemy wydawać jedną grę na trzy tygodnie na wszystkie platformy mobilne. W tej chwili już i na Xboxa, i na PS4, jako pierwsza firma na świecie wydajemy HOPA na konsole i myślę, że w przyszłym roku można się spodziewać około 6 premier na obie konsole naszych najlepszych gier tego typu – zapowiada Grudziński. – I przede wszystkim te gry free-to-play, tam proces wydawania jest trochę bardziej złożony.

Z czterech przygotowanych gier tego typu spółka wprowadziła już trzy, które są wciąż usprawniane. Gdy zostaną ostatecznie udoskonalone, będą miały swoją oficjalną premierę wspartą kampanią promocyjną. Wszystkie cztery planowane są na przyszły rok.

– Cały czas pracujemy nad nowymi rzeczami w naszym głównym studiu w Katowicach, tzn. jedynym wewnętrznym studiu, ale pracujemy też z wieloma zewnętrznymi i nie mogę za bardzo zdradzać szczegółów, natomiast w naszym studiu realizowane są już nowe pomysły, nowe projekty, o których jeszcze nie mówiliśmy, i myślę, że w przyszłym roku w tych tematach będzie się działo bardzo dużo – zapowiada prezes Artifex Mundi. – Natomiast na zewnątrz pewnie informacje będziemy mogli podać dopiero za jakiś czas, pewnie pod koniec przyszłego roku, bo to raczej jest kwestia planów na 2018 r. i dalej.

B. Sawicki (TMS Brokers): rentowności amerykańskich obligacji ani dolar nie utrzymają się długo na tak wysokim poziomie

B. Sawicki (TMS Brokers): rentowności amerykańskich obligacji ani dolar nie utrzymają się długo na tak wysokim poziomie 13
Pierwsze po ogłoszeniu wyników wyborów przemówienie Donalda Trumpa wybiło w górę rentowności amerykańskich obligacji i dolara. Temu drugiemu pomogła też szefowa Fed, utwierdzając rynki w przekonaniu, że stopy procentowe zostaną w grudniu podniesione. Zdaniem analityka TMS Brokers tak wysokie poziomy nie utrzymają się jednak długo.

– Wydaje się, że ruchy, które miały miejsce po zwycięstwie Trumpa w wyborach prezydenckich, były bardzo drastyczne i będzie trudne utrzymanie aż tak wysokich poziomów rentowności amerykańskich obligacji skarbowych, a to może powodować, że dolar wraz ze zbliżaniem się końca roku będzie nieco słabszy – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Bartosz Sawicki, kierownik departamentu analiz TMS Brokers.

Dzień po wygranej prezydent elekt wygłosił przemówienie, z którego rynki wyciągnęły optymistyczne wnioski, że uda się zwiększyć wydatki infrastrukturalne, bo pozostający we władaniu republikanów Kongres nie będzie przesadnie przeszkadzał prezydentowi, ale też nie dopuści do ich przesadnego wzrostu oraz że zapowiadane restrykcje w handlu międzynarodowym nie dojdą do skutku. W efekcie założyły wzrost inflacji w USA i związany z nią wzrost gospodarczy oraz podwyżki stóp proc. przez Fed.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać: od 9 listopada rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich wzrosła o jedną trzecią, a dolar umocnił się do euro o 5 proc., zaś do złotego o niemal 8 proc. do 4,20 zł. Jednak według Sawickiego jeszcze przed końcem roku oba aktywa osłabną.

– Nie można zapominać o tym, że Donald Trump będzie zapewne chciał prędzej czy później wprowadzić część z tych budzących największe kontrowersje elementów swojego programu politycznego, m.in. chodzi o kwestie związane z imigracją czy o bardzo protekcjonistyczną politykę w handlu zagranicznym – uważa szef departamentu analiz TMS Brokers. – I to będzie rodzić na pewno gorsze nastroje na giełdach i powodować, że w dłuższym terminie prezydentura Trumpa będzie związana z wyższą zmiennością na rynkach finansowych i z częstymi zmianami nastrojów.

Nowy prezydent obejmie stanowisko w drugiej połowie stycznia. Sawicki przypomina, że w wbrew oczekiwaniom republikanie utrzymali przewagę w Kongresie, co ułatwi Trumpowi realizację obietnic. Niekoniecznie korzystnych dla rynku. W dodatku z czasem uzyska więcej władzy.

– Warto nadmienić, że w 2018 roku, czyli mniej więcej po 1,5 roku kadencji Trumpa, będzie on mógł wymienić część bardzo ważnych decydentów z amerykańskiego banku centralnego, wymienić m.in. prezesa amerykańskiej Rezerwy Federalnej, i to może rzutować bardzo mocno na to, jaki kształt będzie miała polityka monetarna w kolejnych latach – mówi.

Prawdziwą niewiadomą jest jednak stosunek republikańskiego przecież Kongresu do niektórych pomysłów Donalda Trumpa, które jak właśnie wydatki infrastrukturalne czy cła, nie są wcale zgodne z republikańską filozofią.

– Republikanie będą też bardzo mocno krygować Trumpa w tych najbardziej kontrowersyjnych zamierzeniach, przede wszystkim po to, żeby utrzymać władzę. Wiemy doskonale, że republikanie wcale nie postrzegają wszystkich punktów, na których Trump budował swoje poparcie społeczne, za punkty ważne, a nawet za punkty, które są realne do wprowadzenia. Dlatego polityka Trumpa tak naprawdę będzie dopiero wtedy bardziej przewidywalna, kiedy będziemy wiedzieć, na ile Kongres i na ile liderzy partii republikańskiej będą chcieli mu pozwolić – mówi Sawicki.

Cyfrowe narzędzia pomagają tworzyć przyjazne środowisko pracy. Pracodawcy walczą o najlepszych kandydatów

Cyfrowe narzędzia pomagają tworzyć przyjazne środowisko pracy. Pracodawcy walczą o najlepszych kandydatów 14
Nowe technologie i nowoczesne narzędzia cyfrowe ułatwiają komunikację między pracownikami a zespołami, upraszczają obowiązki oraz pozwalają wykonywać pracę zdalnie. Pracodawcy oferują tego typu rozwiązania, by budować wizerunek firmy jako przyjaznego miejsca do pracy, a także przyciągać najlepszych pracowników. – Na wizerunek pracodawcy składa się również odpowiednie zarządzanie różnorodnością w firmie oraz umożliwianie pracownikom realizacji swoich pasji – mówi Jacek Kowalski, członek zarządu ds. zasobów ludzkich w Orange Polska.

Warto zwrócić uwagę na dwa elementy, które zazwyczaj dominują u dobrych pracodawców – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Kowalski, członek zarządu ds. zasobów ludzkich w Orange Polska. – To połączenie wyzwań pracy rozwojowej, zmuszającej do dodatkowego wysiłku z satysfakcją z tej pracy, z możliwością przebywania w określonym środowisku pracy, mającym także inne cele niż tylko zawodowe. Może to być spełnianie się w różnego rodzaju akcjach, także charytatywnych, funkcjonowaniu we wspólnotach wymieniających się wiedzą czy możliwość spędzenia czasu po pracy w niewymuszony sposób.

Jednym z ważnych elementów budowania przyjaznego środowiska pracy i ułatwiania życia pracownikom jest cyfryzacja i nowoczesne technologie.

– To, co skłania nas do inwestycji w cyfryzację, to szybkość interakcji. Często musimy coś szybko konsultować, by przechodzić do następnych etapów projektu, dlatego spotykamy się wirtualnie. To jest spowodowane tempem dnia i geograficzna lokalizacją naszych pracowników. Orange Polska działa w 190 miejscach, pracuje u nas ponad 16 tys. osób, a 800 zespołów działa w rozproszeniu, czyli menedżerowie są gdzie indziej niż ich zespół – wyjaśnia Jacek Kowalski. – Poza tym cyfrowe narzędzia są niezbędne, bo mnóstwo rzeczy dzieje się w wirtualnym świecie.

W Orange Polska 95 proc. procesów HR uległo cyfryzacji. Pracownicy nie podpisują papierowych list obecności, wszelkie wnioski (np. urlopowe) składają w formie elektronicznej, sami drukują zaświadczenia o zatrudnieniu czy zarobkach wymagane przez inne instytucje, w tym także oświadczenia podatkowe. Zdaniem Jacka Kowalskiego narzędzia cyfrowe sprzyjają efektywnej i satysfakcjonującej pracy. Nie ograniczają zarazem w żaden sposób udziału człowieka i pomagają podczas codziennych obowiązków.

Orange Polska wykorzystuje komunikator Lync, dzięki któremu pracownicy łączą się podczas rozmów i telekonferencji ok. 170 tys. razy miesięcznie. Coraz częściej transmitowane są spotkania i zwiększa się liczba ich uczestników. Pracownicy firmy, jak twierdzi Jacek Kowalski, odbywają 10 tys. sesji miesięcznie za pośrednictwem narzędzi cyfrowych. – To staje się standardem – ocenia Jacek Kowalski.

W Orange działa wewnętrzny portal społecznościowy Plazza, na którym można się dzielić zainteresowaniami i przemyśleniami. Funkcjonuje na nim ok. 300 społeczności.

Cyfrowe rozwiązania umożliwiają też zdalną pracę z domu, dzięki czemu możliwa jest reakcja pracodawcy na zmianę sytuacji zawodowej lub prywatnej pracownika. Możliwość zachowania równowagi między pracą a życiem osobistym staje się coraz ważniejszym kryterium wyboru pracodawcy dla nowych pokoleń pracowników. Cenią również to, że pracodawca daje możliwość spełniania się w różnego rodzaju akcjach społecznych i charytatywnych. W Orange Polska w programie wolontariatu uczestniczy ok. 3 tys. osób rocznie.

Z podejściem wchodzącego na rynek pracy pokolenia Y wiąże się też inne wyzwanie dla pracodawców, a mianowicie zarządzanie różnorodnością. Chodzi o to, by optymalnie wykorzystywać potencjał ludzi pracujących w firmie.

Uważam, że różnorodność zawsze jest zaletą, którą nie zawsze potrafimy odpowiednio wykorzystać – uważa Jacek Kowalski. – Dobrze, żeby zespoły nie były jednorodne pod względem kompetencji, żeby składały się z ludzi, którzy w różny sposób patrzą na dany projekt. Potrzebni są tylko mądrzy menedżerowie, którzy potrafią z tego korzystać. Dlatego firma wspiera różnorodne zespoły, tak, aby doświadczenie, wiedza i zaangażowanie efektywnie się uzupełniały.

Orange Polska zatrudnia osoby w wieku od 20 do ponad 60 lat (średnia wieku to 42 lata). Udział kobiet na stanowiskach kierowniczych sięga 37 proc., panie są także w zarządzie firmy.

Od dwóch lat działa program angażujący zawodowo osoby z niepełnosprawnościami („Zdrowie na Tak”).

– W Orange pracują ludzie z różnymi poziomami niepełnosprawności i rozmaitym ich zaawansowaniem – mówi Jacek Kowalski. – Staramy się dopasować pracę tak, żeby niepełnosprawność im nie przeszkadzała. W jednym z salonów pracuje sprzedawca po amputacji obu nóg. Jest bardzo dobrze postrzegany przez klientów i zbiera wysokie oceny. To kwestia jego osobistej motywacji i stworzenia przez nas odpowiednich warunków. Niestety, nie zawsze jesteśmy w stanie temu sprostać, ale się staramy. Chcemy, aby Orange był przyjaznym pracodawcą. 

Polscy pacjenci cierpią z powodu braku danych o skuteczności opieki onkologicznej. Krajowy Rejestr Nowotworów wymaga zmian

Polscy pacjenci cierpią z powodu braku danych o skuteczności opieki onkologicznej. Krajowy Rejestr Nowotworów wymaga zmian 15
Nowotwory złośliwe są drugą po chorobach układu krążenia przyczyną zgonów w Polsce. Mimo to nie ma aktualnej i wiarygodnej informacji o bezpieczeństwie i skuteczności leczenia tych chorób w poszczególnych ośrodkach onkologicznych. Eksperci wskazują na konieczność zbudowania połączeń między istniejącymi bazami wiedzy na temat nowotworów oraz uzupełnienia danych w obszarze rozpoznań histopatologicznych. Takich danych potrzebują nie tylko decydenci, lecz także pacjenci, którzy chcą wiedzieć, w którym ośrodku w Polsce najlepiej leczy się raka piersi, płuca czy prostaty. 

– Pacjenci w Polsce chcieliby mieć wiedzę, gdzie najlepiej leczy się raka piersi, raka prostaty czy raka płuc, ale takie dane nie są dla pacjentów dostępne. Co więcej, również ci, którzy podejmują decyzje o rozwoju polskiej onkologii, nie wiedzą, w których ośrodkach potrafimy leczyć nowotwory dobrze, skutecznie, zgodnie ze standardami, a w których to leczenie nie jest optymalne – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Ewa Borek, prezes Fundacji My Pacjenci.

Polska zamyka rankingi OECD w przypadku oceny przeżyć 5-letnich na poziomie 38,8 proc. dla mężczyzn i 48,3 proc. dla kobiet, z powodu kilku takich nowotworów, którym można zapobiegać. Eksperci alarmują więc, że skuteczność leczenia musi być zdecydowanie zwiększona.

– Można to zrobić jedynie w oparciu o wiedzę o skuteczności leczenia nowotworów w poszczególnych ośrodkach i poprzez wspieranie tych ośrodków, które leczą dobrze, żeby mogły leczyć jeszcze lepiej, i wyeliminowanie tych ośrodków, które okaleczają, leczą źle i szkodzą pacjentom – tłumaczy Ewa Borek.

Według ekspertów Fundacji My Pacjenci nie będzie możliwa poprawa wskaźników skuteczności leczenia nowotworów w Polsce bez rozpoczęcia procesu podejmowania decyzji administracyjnych opartych na analizowaniu i monitorowaniu danych z zakresu zapadalności, umieralności, chorobowości i przeżyć na poziomie poszczególnych ośrodków.

– Mamy bardzo dobre bazy danych – NFZ-u i Krajowy Rejestr Nowotworów, które stanowią już w tej chwili dobrą podstawę do procesów podejmowania decyzji. Te bazy muszą zacząć ze sobą współpracować. Trzeba je uporządkować i z tych danych należy korzystać. Kraje, w których nauczono się korzystać z danych w celu podejmowania decyzji o tym, gdzie leczyć pacjentów najlepiej i najskuteczniej, zmniejszyły swoje wydatki na leczenie o prawie 40 proc. – wyjaśnia Ewa Borek.

Wiele krajów przekształciło już swoje dane medyczne z papierowych w cyfrowe, bardzo intensywnie analizuje swoje zasoby, a w oparciu o te statystyki są już podejmowane konkretne decyzje.

Jesteśmy bardzo opóźnieni w tym procesie i czas najwyższy, żebyśmy nadrobili te zaległości i zaczęli przynajmniej analizować dane, wykorzystywać, a także upubliczniać je, żeby pacjenci mogli zobaczyć, z jaką skutecznością w jakim ośrodku leczy się ten rodzaj raka, który ich interesuje, żeby mogły zacząć powstawać rankingi świadczeniodawców, żebyśmy wszyscy wiedzieli, gdzie możemy oczekiwać dobrej, skutecznej, zgodnej ze standardami pomocy w przypadku rozpoznania choroby nowotworowej – podkreśla Ewa Borek.

Baza wiedzy na temat chorób nowotworowych w Polsce jest całkiem obszerna. Składają się na nią trzy systemy – system komputerowy Krajowego Rejestru Nowotworów, System Informacyjny Monitorowania Profilaktyki pracujący w NFZ oraz moduł Rejestr Leczenia Chorób również działający w NFZ, jest to moduł analityczny, który zbiera dane z różnych źródeł.

– Systemy te działają właściwie wyłącznie na potrzeby instytucji, które je stworzyły, które są ich operatorami. Krajowy Rejestr Nowotworów jest tutaj pewnym wyjątkiem, ponieważ regularnie publikuje dane w swoich opracowaniach własnych oraz na stronie internetowej, są to zagregowane dane statystyczne dotyczące epidemiologii chorób nowotworowych w Polsce. Pozostałe dwa systemy działające w NFZ praktycznie są wykorzystywane wyłącznie przez NFZ i dostęp do nich z zewnątrz w zasadzie jest niemożliwy – mówi Tomasz Brodowicz, autor raportu, ekspert ds. systemów informatycznych, Fundacja My Pacjenci.

W tej chwili te bazy danych zbierają informacje zupełnie niezależnie, a eksperci podkreślają, że dobrze by było, żeby mogły przynajmniej w jakimś zakresie wymieniać je między sobą.

– To bardzo ważne choćby z tego względu, że liczby np. zachorowań w bazie NFZ i w bazie Krajowego Rejestru Nowotworów w poszczególnych kategoriach nowotworów czasami istotnie się między sobą różnią. W związku z tym na pewno mamy do czynienia z problemem braku kompletności danych i do końca nie wiadomo, w którym systemie i jakiego typu dokładnie są to problemy i z czego wynikają – mówi Tomasz Brodowicz.

Połączenie tych systemów, zapewnienie wymiany danych między nimi i konfrontowania ich ze sobą pozwoliłoby zrobić spory krok w kierunku poprawy skuteczności programów profilaktyki nowotworowej.

– Krajowy Rejestr Nowotworów powołany został  głównie do celów naukowych, do celów badawczych, do formułowania właściwych procesów leczenia nowotworów. Informacje gromadzone przez płatnika głównie służą rozliczeniu świadczeń. To są oczywiście dwa odrębne cele i też te bazy są skonstruowane w różny sposób, mają różne zakresy informacyjne. Natomiast nie ma w Polsce skonstruowanych spójnych procesów zarządczych, jeśli chodzi o kwestie onkologii i z tego punktu widzenia napotykamy na różnego rodzaju trudności – mówi Artur Pruszko, autor raportu, Centrum Zintegrowanej Opieki i e-Zdrowia, Gdański Uniwersytet Medyczny.

Ekspert dodaje, że stworzenie dobrych procesów zarządczych oraz uporządkowanie danych jest jednak dużym wyzwaniem.

– Należy się zastanowić nad tym, jakich informacji będziemy potrzebowali, żeby skutecznie wspierać procesy zarządzania terapiami onkologicznymi w Polsce. Mamy tutaj dużo do zrobienia, mamy też wytyczne Światowej Organizacji Zdrowia oraz organizacji europejskich – dodaje Artur Pruszko.

M. Kurtyka (wiceminister energii): dzięki dostawom z Norwegii gaz dla konsumentów będzie tańszy. Brama Północna to nasz najważniejszy projekt

M. Kurtyka (wiceminister energii): dzięki dostawom z Norwegii gaz dla konsumentów będzie tańszy. Brama Północna to nasz najważniejszy projekt 16
Projekt Bramy Północnej, przez którą Polska będzie odbierać gaz z norweskiego szelfu, wraz z gazoportem w Świnoujściu przyczyni się do dywersyfikacji dostaw gazu i poprawy bezpieczeństwa energetycznego. Planowana inwestycja ma zielone światło Unii Europejskiej, a polski rząd szacuje, że nowe połączenie ruszy w 2022 roku i w długiej perspektywie przyczyni się do spadku cen surowca, co odczuje statystyczny Kowalski.

Dywersyfikacja dostaw gazu do Polski poprzez Bramę Północną, czyli połączenie północy Polski z szelfem norweskim przez Danię, to obecnie najważniejszy projekt, nad którym pracujemy. Przykład innych państw takich jak Litwa pokazuje, że pojawienie się alternatywnego źródła dostaw gazu przyczyniło się do skokowego zmniejszenia kosztów dotychczasowego dostawcy – mówi agencji Newseria wiceminister energii Michał Kurtyka.

Brama Północna ma połączyć złoża gazu na szelfie norweskim z polskim systemem przesyłowym. Obejmuje dwa projekty: interkonektor gazowy między Polską i Danią (tzw. Baltic Pipe) oraz między Danią i Norwegią. W połowie października planowana inwestycja była przedmiotem dyskusji w Parlamencie Europejskim, zaś wiceszef Komisji Europejskiej ds. unii energetycznej Marosz Szefczovicz uznał, że Brama Północna może stać się stabilną drogą dostaw norweskiego gazu nie tylko do Polski, ale i całego regionu Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej. Gazociąg Baltic Pipe został uznany przez KE za projekt o znaczeniu wspólnotowym.

Brama Północna ma być konkurencją dla gazociągu Nord Stream 2, który połączy Rosję i Niemcy. Zdaniem rządu projekt ten zapewni Polsce bezpieczeństwo dostaw i przełoży się na niższe ceny gazu.

Spodziewamy się, że polityka rozbudowy alternatywnych źródeł dostaw gazu w długiej perspektywie przełoży się na kieszeń przeciętnego Kowalskiego, czyli po prostu dla konsumentów gaz będzie tańszy. Jest to uwarunkowane budową połączenia z szelfem norweskim, ale również rozbudową naszego systemu gazowego, co pozwoliłoby gazyfikować te miejsca na mapie Polski, które jak dotąd jeszcze nie zostały zgazyfikowane – dodaje Michał Kurtyka.

Na dywersyfikację dostaw gazu do Polski i spadek cen wpłynie również terminal w Świnoujściu, który odbiera dostawy gazu LNG w ramach długoterminowej umowy z dostawcą z Kataru. Obecnie po regazyfikacji gazoport w Świnoujściu może przekazać do systemu przesyłowego 5 mld metrów sześciennych gazu rocznie, co odpowiada około jednej trzeciej polskiego zapotrzebowania, rozważane są jednak możliwości jego rozbudowy.

Gaz jest surowcem, którego ceny są regulowane na rynkach światowych. W ciągu ostatnich dwóch lat obserwowaliśmy spektakularny spadek cen ropy, podobne wahania mogą dotyczyć również cen gazu. Globalnym trendem jest pojawienie się gazu LNG w postaci ciekłej, którego jest bardzo duża nadpodaż, przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych, ale również wkraczającej na ten rynek Australii. To już teraz powoduje stopniowe obniżanie się cen gazu w światowych hubach gazowych, co odczuwa przeciętny konsument nie tylko w Polsce – mówi wiceminister energii.

Przyszłość rynku gazu, paliw i nowoczesna energetyka były jednymi z głównych tematów podczas tegorocznej edycji Konferencji Energetycznej EuroPOWER, organizowanej przez MM Conferences.

Zmiany polityczne z dużym wpływem na światową gospodarkę. Największe znaczenie ma sytuacja w Rosji, Chinach, na Bliskim Wschodzie i USA

Zmiany polityczne z dużym wpływem na światową gospodarkę. Największe znaczenie ma sytuacja w Rosji, Chinach, na Bliskim Wschodzie i USA 17
Zmiana gospodarza w Białym Domu pociąga za sobą wiele pytań o rozwój światowej gospodarki i coraz silniej wpływającą na nią polityki. Zdaniem ekonomistów najważniejszą kwestią będzie utrzymanie stabilizacji w największych krajach takich jak Rosja czy Chiny i uspokojenie konfliktu w północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie. Do tego niezbędna jest solidarność krajów Zachodu. Te tendencje będą również wpływać na polską ekonomię.

– Wśród zagrożeń zewnętrznych widzę możliwe konsekwencje nie do końca skoordynowanych działań gospodarczych między głównymi gospodarkami światowymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Belka, prezes NBP w latach 2010–2016. – Przede wszystkim nie wiemy, jaką politykę gospodarczą będzie chciał prowadzić prezydent elekt w Stanach Zjednoczonych Donald Trump. Może to wywołać np. znaczącą podwyżkę stóp procentowych, a to by oznaczało, że wiele instytucji finansowych i wiele gospodarstw domowych odczuje to negatywnie. A szczególnie ci wszyscy Polacy, którzy mają kredyty hipoteczne bardzo nisko oprocentowane, a które mogą zdrożeć.

Grudniowa podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych jest praktycznie przesądzona. Rynki wyceniają ją na 90 proc., a Janet Yellen, szefowa amerykańskiego banku centralnego, niemalże ją zapowiedziała w swoim pierwszym po wyborach prezydenckich przemówieniu, wyrażając się, że podwyżka nastąpi „względnie niedługo”. Wprawdzie będzie to jedyna tegoroczna podwyżka, choć gdy Fed podnosił stopy w grudniu ubiegłego roku po raz pierwszy po niemal dekadzie, zanosiło się na cztery, może to jednak być początek cyklu.

Nowej administracji w Waszyngtonie powiedziałbym, że czeka nas kilka wyzwań, jeżeli chodzi o wspólnotę transatlantycką – mówi Ian Brzezinski, starszy doradca w Centrum Międzynarodowego Bezpieczeństwa Brenta Scowcrofta w Radzie Atlantyckiej. – Po pierwsze musimy poradzić sobie z rolą Rosji jako dość nerwowego gracza w stosunkach międzynarodowych, szczególnie na arenie europejskiej. To duże wyzwanie. Zachód musi określić, jak najlepiej wykorzystać swój potencjał polityczny, gospodarczy i militarny tak, by agresja przestała być dla Putina opłacalna, by pokazać mu, że nie warto grozić Zachodowi eskalacją konfliktów. 

Kolejnym wyzwaniem jest inna światowa potęga gospodarcza, czyli Chiny. Tylko w obecnym stuleciu PKB tego kraju wzrosło ośmiokrotnie. Wprawdzie to wciąż najszybciej się rozwijająca znacząca gospodarka, jednak jej tempo rozwoju jest ponaddwukrotnie niższe niż dekadę wcześniej. W dodatku znajduje się w trakcie transformacji z gospodarki przemysłowej na konsumpcyjną.

Nie wiadomo, czy Chiny będą źródłem destabilizacji, czy raczej ważnych projektów, liderem konstruktywnych zmian. To wyzwanie jest dużo bardziej skomplikowane niż w przypadku Rosji – przestrzega Brzeziński. – Dochodzą do nas sygnały, że zarówno Rosja, jak i Chiny przyjmują w swojej polityce coraz bardziej nacjonalistyczną retorykę. Naszym zadaniem jest zawrócenie Chin z tego kursu, ale jednocześnie zagwarantowanie, że gospodarcza kruchość Chin nie doprowadzi do ekonomicznego krachu, który mógłby mieć globalne konsekwencje. To bardzo trudne zadanie.

Kolejną trudną próbą dla świata zachodniego jest opanowanie i uspokojenie sytuacji w islamskim świecie rozwijającym się, w takich krajach jak Syria, Libia czy Irak. Zdaniem Brzezińskiego zwalczanie militarne Państwa Islamskiego to działanie niewystarczające i powinno zostać wsparte propozycjami politycznymi i gospodarczymi dla tych obszarów. Żadnego z powyższych zadań nie uda się jednak wykonać bez jedności świata zachodniego.

Wyzwaniem, które stoi przed Zachodem, jest scementowanie solidarności transatlantyckiej – zaznacza Ian Brzeziński. – Mamy teraz bardzo wiele agresywnych ruchów populistycznych, zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych. Nie możemy pozwolić im na rozbicie tej wspólnoty. Ponieważ podzieleni nie będziemy w stanie sprostać wyzwaniom, które stawia przed nami coraz szybciej zmieniający się świat.

O wyzwaniach stojących przed światową i polską gospodarką eksperci rozmawiali podczas dwudniowego Europejskiego Forum Gospodarczego, które odbyło się w Łodzi już po raz czwarty.

Od stycznia będzie można składać wnioski o dopłaty z MdM na 2017 rok. Według ekspertów pieniądze rozejdą się błyskawicznie

Od stycznia będzie można składać wnioski o dopłaty z MdM na 2017 rok. Według ekspertów pieniądze rozejdą się błyskawicznie 18
W styczniu wróci możliwość składania wniosków o dopłatę do kredytu z programu Mieszkanie dla Młodych na 2017 rok. W przyszłorocznej puli pozostało 186,5 mln zł. Eksperci prognozują, że pieniądze wyczerpią się już w pierwszym kwartale, tak jak miało to miejsce w tym roku. Mimo że od przyszłego roku banki będą wymagać od klientów 20-proc. wkładu własnego na zakup mieszkania to perspektywy dla rynku są bardzo dobre.

– Program Mieszkanie dla Młodych kończy się w 2018 roku. Już teraz widać akcje promocyjne deweloperów, którzy zachęcają do skorzystania z przyszłorocznej oferty z dopłatą MdM. Zapotrzebowanie znacząco przewyższa środki, które są dostępne, więc te pieniądze z pewnością rozejdą się już w okolicach marca – prognozuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Kołodziejczyk z redNet Property Group.

Tegoroczny limit dopłat w ramach programu Mieszkanie dla Młodych na 2016 rok wyczerpał się w marcu. Natomiast przyszłoroczna pula dopłat, która wynosi 373 mln zł, została zarezerwowana w 50 proc. już w połowie lipca, co spowodowało, że Bank Gospodarstwa Krajowego zaprzestał przyjmowania kolejnych wniosków. Wciąż jednak przyjmowane są wnioski na 2018 rok.

Możliwość składania wniosków o dopłatę do kredytu zaciąganego na kupno mieszkania w 2017 roku powróci 1 stycznia 2017 roku, kiedy odmrożona zostanie druga połowa środków w wysokości 186,5 mln zł. Eksperci przewidują, że pieniądze te wyczerpią się już w pierwszym kwartale przyszłego roku.

– Perspektywy na 2017 rok są dobre, gdyż sytuacja gospodarcza w Polsce jest bardzo dobra. Rynek mieszkaniowy pozytywnie zareagował na program Rodzina 500 plus, który dostarczył nowych klientów. Jeżeli stopy procentowe i inflacja utrzymają się w przyszłym roku na tym poziomie co obecnie, to nie mamy się czym martwić – mówi Tomasz Kołodziejczyk.

Eksperci przypominają, że od przyszłego roku wchodzi w życie kolejny stopień Rekomendacji S. To oznacza, że zgodnie z wymogami Komisji Nadzoru Finansowego banki udzielające kredytów na zakup mieszkania będą wymagały 20-proc. wkładu własnego. Część banków już teraz jednak deklaruje, że umożliwi klientom sfinansowanie brakujących 10 proc. z osobnego kredytu bankowego.

Program Mieszkanie dla Młodych, który cieszy się na rynku ogromną popularnością, decyzją rządu zakończy się w 2018 roku. Zostanie zastąpiony przez kolejny program Mieszkanie Plus, który zakłada budowę tanich mieszkań na wynajem. Według założeń z czasem wynajmujący zyskaliby możliwość wykupienia ich na własność.

– Ten program na razie pozostaje w fazie planowania. Trzeba mieć na uwadze to, że budowa mieszkań nie jest szybkim procesem. Z obecnych informacji banku Gospodarstwa Krajowego wynika, że na początku te mieszkania nie będę powstawały w dużych miastach, a raczej w mniejszych miejscowościach, gdzie rynek deweloperski w tym momencie de facto nie istnieje – podkreśla Tomasz Kołodziejczyk.

W opinii eksperta redNet Property Group minie sporo czasu zanim Mieszkanie Plus wejdzie w życie i zaspokoi potrzeby mieszkaniowe. Co istotne, rządowy program będzie adresowany do innej grupy klientów niż osoby, które kupują mieszkania, i w długiej perspektywie może się przyczynić do rozwiązania problemu, jakim jest niewystarczająca liczba mieszkań komunalnych.

– Aktualnie w Warszawie sprzedaje się ponad 2 tys. mieszkań, a więc minęłoby dużo czasu, zanim popyt rynkowy zostałby zaspokojony. Trzeba też mieć na uwadze, że w programie Mieszkanie Plus preferowane będą osoby, które mają więcej dzieci. Co do zasady rzadziej kupują one mieszkania na rynku deweloperskim. Nie są to typowi klienci. W tym momencie na lokale komunalne czeka w Polsce około 800 tys. osób, więc mógłby on te potrzeby częściowo zaspokoić – mówi Tomasz Kołodziejczyk.

Komentarz tygodniowy: Co za tydzień!

Nic nie może powstrzymać dolara, który zdaje się mieć w ręku same atuty, od fiskalnych (polityka Trumpa) po monetarne (podwyżki Fed). Jeśli dodamy do tego wieczną ekspansje BoJ, Brexit oraz ryzyka polityczne wokół Eurolandu, to może być dopiero początek dłuższego trendu. Choć zapewne nie zabraknie potknięć po drodze, na razie dolar tratuje wszystko.

Przyszły tydzień: zamówienia na dobra trwałe z USA, minutki FOMC, Ifo, PMI, brytyjski budżet

W USA czwartek jest dniem wolnym (Święto Dziękczynienia), a w piątek sesja na Wall Street będzie skrócona. W efekcie dane tradycyjnie publikowane w czwartek (wnioski o zasiłek) lub piątek (indeks Michigan) są przesunięte na środę. Najważniejsze będą dane o zamówieniach na dobra trwałe (śr), które wypadały słabo w poprzednich miesiącach, jednak ostatnie wyniki subindeksu nowych zamówień w ISM dla przemysłu, czy dane o produkcji przemysłowej dóbr trwałych z tego tygodnia sugerują, że październik powinien przynieść solidne odbicie. Dla odmiany po sprzedaży domów (wt i śr) oczekuje się odreagowania silnych odczytów za wrzesień. W badaniu nastrojów konsumentów Uniwersytetu Michigan (śr) interesujące będzie, jak Amerykanie postrzegają perspektywy gospodarki pod wodzą Trumpa? Wstępny odczyt wskazał na wzrost indeksu do 91,6 z 87,6 w październiku, ale badanie przeprowadzano przed wyborami i większość respondentów przewidywała wygraną Clinton. Minutki z listopadowego posiedzenia FOMC (lis) powinny przyciągnąć małą uwagę, gdyż już sam komunikat po posiedzeniu zasugerował gotowość Fed do podwyżki, a ostatnie wydarzenia zwiększyły na to szanse. Ogólnie pozycje z kalendarza nie rysują ryzyka przerwania dobrej passy USD, choć z drugiej strony brak istotnych impulsów może popchnąć inwestorów do realizacji zysków.

W strefie euro wstępne odczyty indeksów PMI dla przemysłu i usług (śr) powinny pokazać marginalne przyspieszenie aktywności gospodarczej. Lepsze dane mogą zbudować oczekiwania na przyspieszenie wzrostu w czwartym kwartale wobec 0,3 proc. k/k osiągniętych w poprzednich dwóch kwartałach. Mimo to bolączką ECB pozostaje brak odbicia inflacji bazowej, stąd spekulacje o wydłużeniu QE w grudniu pozostaną ciężarem dla euro.
W Wielkiej Brytanii najciekawiej zapowiada się jesienne sprawozdanie Kanclerza Skarbu Hammonda (śr). Doniesienia prasowe sugerują zapowiedź dodatkowych wydatków infrastrukturalnych, choć w niewielkiej skali. Agresywniejsze pogłębienie deficytu budżetowego nie zostanie odebrane pozytywnie przez rynki finansowe, a tylko przypomni o zagrożeniach wynikających z Brexitu. Widzimy pole do powrotu słabości funta.
Z Polski otrzymamy październikowe dane z przemysłu i handlu (pon), minutki RPP (czw) i odczyt stopy bezrobocia (pt). Roczne dynamiki produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej powinny być słabsze niż we wrześniu ze względu na niekorzystny efekt różnicy dni roboczych, choć zaskakująco słaby odczyt indeksu PMI dla przemysłu stanowi dostawowe ryzyko dla słabszego odczytu. Zakładamy spadek produkcji o 1,6 proc. oraz spowolnienie wzrostu sprzedaży do 3,4 proc. Nie sądzimy, aby gorsze dane mogły zaszkodzić złotemu, który przede wszystkim cierpi przez globalnie pogarszający się sentyment do rynków wschodzących. Jakkolwiek jesteśmy zdania, że ruch jest przesadzony, tak odreagowanie także pozostaje kwestią ogólnej poprawy nastrojów względem segmentu emerging markets, co raczej jest kwestią tygodni, niż dni.

W Japonii w środę mamy święto, a po za tym dane o handlu zagranicznym (pon) i inflacji CPI (pt) niosą marginalny wpływ na notowania jena. Po handlu oczekuje się niewielkiego wzrostu nadwyżki w październiku (z 349 mld JPY do 393 mld JPY), z kolei inflacja bazowa ma minimalnie wzrosnąć do -0,4 proc. r/r z -0,5 proc. Kierunek dla USD/JPY w dalszym ciągu wyznaczają rentowności obligacji skarbowych USA, utrzymując otwarte pole dla deprecjacji jena.

W Australii pod lupę będą wzięte prognozy wydatków inwestycyjnych przedsiębiorstw (czw). Brak przyspieszenia projektów w sektorze wydobywczym pomimo odbicia cen m.in. rudy żelaza może szkodzić Aussie. W Nowej Zelandii kalendarz zawiera bilans handlu zagranicznego (czw). W Kanadzie po sprzedaży detalicznej (wt) oczekuje się mocnego nadrobienia słabych wyników z poprzednich dwóch miesięcy. We wszystkich trzech przypadkach widzimy jednak dominacje czynników zewnętrznych i silną podatność na presję ze strony utrzymującego się popytu na USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.