Ubywa save havens

Konrad Grzelec, BGŻOptima
Konrad Grzelec, BGŻOptima

Zamiast zysków inwestorzy na świecie coraz częściej poszukują bezpiecznych przystani, w których można ochronić kapitał. Niestety, ubywa miejsc, gdzie można zaparkować  pieniądze bez obawy poniesienia straty. W Polsce wciąż atrakcyjność zachowują lokaty bankowe i konta oszczędnościowe, ale coraz więcej osób zaczyna inwestować w złoto.

W ostatnim czasie zauważalne jest rosnące zainteresowanie save havens, miejscami gdzie bezpiecznie można zaparkować kapitał, nawet jeśli trzeba będzie za to zapłacić. Zjawisko stało się bardziej intensywne z powodu aktualnej sytuacji gospodarczo-ekonomicznej na świecie. Referendum ws. Brexitu, możliwość wygranej Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, nienapawające optymizmem dane z europejskiej i chińskiej gospodarki powodują, że inwestorzy szukają rozwiązań, które pozwolą im przeczekać niepewne czasy. Z niedawnych badań AT Kaerney przeprowadzonych w gronie menedżerów topowych międzynarodowych korporacji, wynika że na wysokim, 11 miejscu wśród najbardziej atrakcyjnych rynków inwestycyjnych wymieniana jest Szwajcaria, kraj z ujemnymi stopami procentowymi i jedną z najdroższych walut.

Za najatrakcyjniejsze uważane są wciąż USA, z tym zastrzeżeniem, że sentyment może się znacząco pogorszyć w razie wygranej Donalda Trumpa. Na drugim miejscu znalazły się Chiny, choć i tu nie brakuje ryzyk, rzutujących na perspektywy kraju, a związane z wciąż słabymi wynikami gospodarczymi.

W Europie największą estymą inwestorów cieszą się Niemcy (4 miejsce na świecie), ale znowu: cieniem nad całym kontynentem kładzie się widmo wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, niosące za sobą wiele trudnych do przewidzenia ryzyk.

Inwestycja na niepewne czasy

W tak skomplikowanym i niepewnym otoczeniu rośnie znaczenie i cena aktywów uchodzących za pewne inwestycje na niepewne czasy. Czarnym koniem rynków od początku roku jest złoto, które w I kwartale zyskało już 17 proc. na wartości – to największy kwartalny skok tego surowca od trzech dekad. Do dzisiaj cena złotego kruszcu poszła w górę ponad 20 proc. Dla porównania indeks S&P 500 wzrósł w tym czasie 1 proc.

Wycenom złota sprzyja kilka okoliczności oprócz wspomnianej wyżej niepewności rynkowej. Złoto jest mocno powiązane z dolarem przy czym obydwa aktywa działają na siebie jak odpychające się magnesy. Gdy w siłę rośnie USD, aurum traci. Aż do końca 2015 r. dolar rządził na rynku forexowym, co stanowiło odzwierciedlenie oczekiwań na kolejne podwyżki stóp procentowych w USA – łącznie cztery w 2016 r. Niepewne odbicie w amerykańskiej gospodarce, przystopowało te nadzieje i obecnie optymiści zakładają dwie podwyżki stóp. W efekcie dolar traci od początku roku, a zyskuje złoto.

Na rynku wyraźnie zmienia się sentyment do tego kruszcu. Niedawno miliarder George Soros zainwestował 264 mln dolarów w kopalnię złota Barrick Gold Corp., a zarządzający dwóch potężnych funduszy inwestycyjnych: Stan Druckenmiller z Duquesne Capital i Paul Singer z Elliott Management Corporation w liście do klientów napisali, że złoto, po czterech latach spadków, znowu jest dobrym sposobem na ulokowanie kapitału. „To naprawdę ma sens, żeby trzymać złoto” – czytamy w cytowanym przez Bloomberga liście Paula Singera.

Zapłać za depozyt

Jest jeszcze jeden czynnik mocno wspierający złoto – ujemne stopy procentowe. „Jeśli możesz, ulokuj część pieniędzy w złoto, ponieważ jest to jedno z tych aktywów, które pozwala zabezpieczyć się przez negatywnymi stopami. Dostaję szału na myśl, że muszę zapłacić bankowi za to, że trzyma moje pieniądze” – powiedział niedawno „The Economic Times” Rakesh Jhunjhunwala, znany indyjski inwestor i właściciel funduszu inwestycyjnego.

Według World Gold Council w IV kwartale 2015 r. zapotrzebowanie na złoto wzrosło o 4 proc. i był to najwyższy wzrost od dziesięciu kwartałów. Rosnący popyt odzwierciedlają też wyceny ETFy na złoto, które w tym roku wzrosły o 23 proc.

Dostępny dla polskich inwestorów fundusz Investor Gold Otwarty od początku roku zyskał ponad 15 proc. Dobrze radzi sobie też Quercus Gold, który od początku roku zyskał ponad 17 proc. Różnica wycen obydwu funduszy wynika z odmiennej polityki inwestycyjnej. O ile Quercus dąży do odwzorowania zmian cen na rynku złota poprzez nabywanie instrumentów pochodnych na złoto, przede wszystkich kontraktów terminowych na ten kruszec, to fundusz Investora dokonuje alokacji środków w sztabki lokacyjne przechowywane na rachunkach powierniczych metali szlachetnych, certyfikaty na złoto oraz instrumenty pochodne bazujące na złocie a także w akcje spółek powiązanych z przemysłem wydobywczym opartym na rynku metali szlachetnych.

Nie lubiący ryzyka krajowi inwestorzy, w przeciwieństwie do zagranicznych, nadal mogą też lokować pieniądze w najbardziej tradycyjne instrumenty finansowe, jak depozyty i rachunki bieżące. Oprocentowanie, choć niskie stanowi bezpieczną alternatywę wobec innych, mocno zmiennych w ostatnich miesiącach klas aktywów.

***
Konrad Grzelec, BGŻOptima

Polskie mikrofirmy znalazły się w pułapce małej skali

Teoria ekonomii mówi, że im mniejsze przedsiębiorstwo, tym szybciej rośnie. Tymczasem z raportu „Małe i średnie firmy w Polsce – bariery i rozwój” przygotowanego przez PI Research na zlecenie Banku Zachodniego WBK wynika, że wraz ze wzrostem wielkości przedsiębiorstwa zwiększa się dynamika przychodów ze sprzedaży. Średni roczny wzrost obrotów w mikrofirmach wynosi tylko 1,8%, podczas gdy w małych 5,6% i 9,9% w średnich. Ponadto, firmy zatrudniające mniej niż 10 osób rozwijają się dwa razy wolniej od konkurencji nawet wtedy, gdy już staną się małymi przedsiębiorstwami. Jest to tzw. pułapka małej skali.

Polskie mikroprzedsiębiorstwa nie rosną
Źródło: BZ WBK

Mikrofirm, czyli podmiotów zatrudniających nie więcej niż 9 osób, w Polsce jest ponad 1,8 mln – wynika z danych GUS. Ich procentowy udział w łącznej liczbie przedsiębiorstw jest jednym z najwyższych w całej Unii Europejskiej. – Niestety ogromna część mikrofirm tkwi w pułapce małej skali, czyli ma bardzo niski wzrost obrotów. Przyczyną takiej sytuacji w Polsce jest to, że często mikropodmioty są zakładane wyłącznie w celu optymalizacji podatkowej i opierają się na pracy samych właścicieli, którzy nie mają kompetencji oraz długoterminowych celów zwiększania skali działalności. Mikrofirmy potrzebują inspiracji i wsparcia w zmianie sposobu myślenia i zwiększeniu swoich ambicji, a potem w realizacji przejścia z poziomu mikro na wyższy – mówi Feliks Szyszkowiak, Członek Zarządu Banku Zachodniego WBK odpowiedzialny za Pion MŚP.

Polskie mikroprzedsiębiorstwa nie rosną

Średni roczny wzrost obrotów mikrofirm wynosi tylko 1,8%, podczas gdy w całym segmencie małych i średnich firm wskaźnik ten wynosi już 6,9%. Co niepokojące, z pułapki małej skali nie jest łatwo wyjść: małe firmy, wyrastające z firm mikro, rozwijają się dwukrotnie wolniej niż firmy małe, które od razu powstały jako małe. Rosną wtedy w tempie 2,5% rocznie wobec średnio 5% dla grupy małych firm. Na rynku radzą sobie więc lepiej te podmioty, które od razu były tworzone z myślą o większej skali biznesu i nie przechodziły etapu mikro.

W rezultacie, tylko co druga mała, co trzecia średnia i co piąta duża firma wyrosła z najmniejszych przedsiębiorstw. Jeśli weźmiemy pod lupę główne sektory działania, problem ten jest najpoważniejszy w handlu detalicznym i usługach, gdzie prawdopodobieństwo awansu z mikrofirmy na małą firmę przekracza 50% dopiero po ponad 30 latach działalności. Najszybciej rosną mikropodmioty w budownictwie i przemyśle (próg 50% jest przekraczany po ok. 10 latach).

Połowa polskich przedsiębiorców boi się porażki

Można wskazać kilka źródeł zjawiska małej skali. Po pierwsze, mikrofirmy często nastawione są na rozwój swojego biznesu tylko w skali lokalnej, szczególnie jeśli działają w branży handlowej. Po drugie, rozwój firmy jest utrudniony z uwagi na barierę edukacyjną, w tym na niewystarczające umiejętności zarządcze właścicieli. Po trzecie, mikrofirmy w Polsce po prostu boją się działania na większą skalę: z raportu PI Research dla BZ WBK wynika, że ponad 50% polskich przedsiębiorców obawia się poniesienia porażki w biznesie. Jest to odsetek dużo wyższy niż średnia Unii Europejskiej wynosząca 40,7%. – Niestety, jeśli spojrzymy na statystyki obrazujące przeżywalność polskich firm, taki strach może być uzasadniony. Pierwszy rok działalności przeżywa prawie 87% podmiotów, ale próg 5 lat przekracza już mniej niż połowa. Można ograniczyć ten niepokojący problem, ale potrzebne są bardzo konkretne narzędzia i rozwiązania oraz to, co najważniejsze – wiedza jak prowadzić firmę we wszystkich obszarach – od HR-u, poprzez aspekty prawne i finansowe, aż po marketing. Odpowiedzią na tę potrzebę jest nasza platforma Firmowych Ewolucji – podkreśla Feliks Szyszkowiak z Banku Zachodniego WBK.

Firmowe Ewolucje (www.firmoweewolucje.bzwbk.pl) to duży projekt Banku Zachodniego WBK, który w założeniu ma pomóc firmom z sektora MŚP rosnąć. Platforma łączy różne działania i narzędzia ze wszystkich obszarów biznesu takich jak księgowość, prawo, marketing i wsparcie sprzedaży, HR czy monitoring płatności. Bank, projektując platformę, skupił się też na narzędziach pozwalających przenosić firmę ze świata realnego do wirtualnego (digitalizacja) oraz wspierających ekspansję zagraniczną. Pomoc ma formę licznych szkoleń rozwijających wiedzę i kompetencje małych i średnich przedsiębiorców oraz konkretnych usług partnerów.

Metodologia badania:

Badanie „Małe i średnie firmy w Polsce – bariery i rozwój” zostało przygotowane i opracowane na zlecenie Banku Zachodniego WBK przez centrum analityczne PI Research w marcu i kwietniu 2016 roku.

Instytucja płatnicza AKCENTA ogłosiła wynik finansowy za 2015 r

Milan Cerman, Prezes Zarządu firmy AKCENTY
Milan Cerman, Prezes Zarządu firmy AKCENTY

AKCENTA, międzynarodowa instytucja płatnicza, obsługująca transakcje walutowe dla eksporterów i importerów w 5 krajach Europy Środkowej, w tym w Polsce, ogłosiła wynik finansowy za 2015 r. Zysk netto wyniósł 26,4 mln CZK (4,3 mln PLN) i był prawie czterokrotnie wyższy niż w 2014 r.

Przedstawiciele AKCENTY podkreślają, że osiągnięty w minionym roku wynik jest wyraźnie powyżej oczekiwań. Do jego osiągnięcia przyczyniły się m.in. ważne inwestycje poczynione w ramach uaktywnienia wybranych rynków handlowych oraz unowocześnienie wewnętrznych systemów informatycznych.

Oprócz gigantycznego wzrostu zysku netto, AKCENTA odnotowała także wzrost innych wskaźników. Wartość zrealizowanych transakcji wzrosła w porównaniu do 2014 r. prawie o 100 proc. a liczba klientów zwiększyła się o blisko 10 proc. Dużą popularnością cieszyły się narzędzia eliminujące ryzyko kursowe i zabezpieczające kursy walutowe (forwardy). W ich przypadku wzrost obrotu był prawie dwukrotny.

Ożywienie gospodarcze zauważalne w całym kręgu państw środkowoeuropejskich oraz aktywność firm w obszarze handlu zagranicznego zwiększyło zapotrzebowanie na transakcje walutowe wśród małych i średnich przedsiębiorstw, do których kierujemy swoje usługi. Wzrost nastąpił nie tylko na czeskim rynku, ale także na innych rynkach Europy Środkowej, gdzie działamy tzn. w Polsce, na Węgrzech, w Rumunii i na Słowacji – powiedział Milan Cerman, Prezes Zarządu firmy AKCENTY.

W 2014 r. AKCENTA odnotowała zysk netto w wysokości 6,61 mln CZK, czyli blisko 1,01 mln PLN, a rok wcześniej 6,69 mln CZK, ok. 1,04 mln w przeliczeniu na złotówki.

Uwolnienie cen gazu dla firm od 1 kwietnia 2017 roku

Rząd przygotował nowelizację prawa energetycznego. Konfederacja Lewiatan proponuje, aby przedsiębiorcy byli zwolnieni z obowiązku zatwierdzania taryf gazowych od 1 kwietnia 2017 roku, natomiast dla gospodarstw domowych uwolnienie cen gazu nastąpiłoby od 1 stycznia 2024 roku.

Pracodawcy chcą przyspieszenia wejścia w życie ustawy z 1 kwietnia 2017 roku na 1 października 2016 roku, a więc na początek najbliższego „roku gazowego”. Domagają się również uproszczenia i przyspieszenia harmonogramu zwalniania z obowiązku zatwierdzania taryf gazu sprzedawanego do odbiorców końcowych. Sprzeciwiają się różnicowaniu terminów zwolnienia przedsiębiorstw obrotu z obowiązku przedkładania do zatwierdzenia taryf ustalanych dla poszczególnych grup odbiorców niebędących odbiorcami w gospodarstwach domowych.

– Proponujemy podział odbiorców tylko na dwie grupy: gospodarstwa domowe i wszyscy pozostali. Przedsiębiorcy byliby zwolnieni z obowiązku zatwierdzania taryf gazowych od 1 kwietnia 2017 roku, a w przypadku gospodarstw domowych nastąpiłoby to od 1 stycznia 2024 roku – mówi Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

Uwzględniając obecny etap rozwoju rynku gazu, niezasadne jest odkładanie w czasie uwolnienia cen gazu w odniesieniu do odbiorców końcowych, którzy „w każdym pojedynczym punkcie sieci danego operatora systemu gazowego pobrali w 2015 r. paliwa gazowe w ilości mniejszej niż 278 GWh”.

Zdaniem Lewiatana warunki uwolnienia cen gazu dla odbiorców końcowych gazu wysokometanowego innych niż odbiorcy paliw gazowych w gospodarstwach domowych, zostały spełnione.

Dalsze utrzymywanie dla nich regulacji cen gazu stanowić będzie interwencję państwa w rynek gazu nieproporcjonalną do pierwotnego celu jej podjęcia, a więc wykraczającą poza to, co jest niezbędne do ochrony odbiorców przed anty-konkurencyjnym podnoszeniem cen gazu, a tym samym niezgodną z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości UE.

Konfederacja Lewiatan

Columbus Energy S.A. publikuje prognozy finansowe i nową strategię rozwoju

Dawid Zieliński
Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Spółki Columbus Energy S.A.

Columbus Energy S.A. (dawniej Columbus Capital S.A.), Spółka notowana na rynku NewConnect, działająca w branży Odnawialnych Źródeł Energii, przedstawiła nową strategię rozwoju, która zakłada wprowadzenie do oferty nowego i unikalnego na rynku produktu. Emitent przedstawił także prognozy finansowe na lata 2016-2020 i planuje zrealizować montaż 50.000 instalacji w tym okresie.

Spółka rozszerzy od początku czerwca 2016 r. swoją ofertę o nowy produkt – sprzedaż i montaż instalacji fotowoltaicznych w ramach oferty „Abonament na słońce”. Jest to produkt, w którym klienci indywidualni podpisują umowę długoterminowej i sukcesywnej płatności za instalację oraz zobowiązują się uiszczać opłaty miesięczne w zamian za montaż instalacji na ich domu. Innowacyjne podejście Columbus Energy S.A. do rynku fotowoltaiki w Polsce wynika z planowanych zmian w prawie energetycznym, które mają wejść w życie od dnia 01.07.2016 r. Emitent zamierza sprzedać oraz zamontować w trakcie najbliższych 5-ciu lat ponad 50.000 instalacji o łącznej mocy ponad 200.000 kWp.

„Sytuacja na rynku fotowoltaiki w Polsce staje się bardzo podobna do tej, która miała miejsce na rynku amerykańskim. Dzisiaj w świetle spodziewanej nowelizacji Ustawy o OZE klienci indywidualni nie będą inwestować swoich własnych środków, jak również nie będzie ich stać na kredyt komercyjny. Musieliby wtedy zapłacić podwójną marżę – marżę handlową instalatora i marżę odsetkową. Columbus Energy S.A. wypracował model finansowy, w którym możliwe jest wyeliminowanie połowy z tej marży i sprowadzenie produktu fotowoltaicznego do prostej wersji – abonamentu. Za 119 zł miesięcznie właściciel domu jednorodzinnego dostanie instalację fotowoltaiczną. Co więcej, większość z tych klientów już pierwszego roku będzie mieć więcej oszczędności niż suma rocznych opłat. Jesteśmy wszyscy świadkami rewolucji w ofercie odnawialnych źródeł energii w Polsce. Nowa Ustawa o OZE jest kompromisem między taryfami gwarantowanymi i brakiem wsparcia w ogóle, a proponowany przez nas abonament idealnie wpisuje się w nowe regulacje prawne.” – komentuje Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Spółki Columbus Energy S.A.

Strategia rozwoju Columbus Energy S.A. zakłada 3 możliwe ścieżki rozwoju, z których każda pozwoli osiągnąć bardzo wysokie wyniki finansowe w najbliższych latach. Pierwszą z nich jest pozyskanie inwestora strategicznego, którego zaangażowanie kapitałowe byłoby w stanie zaspokoić potrzeby finansowe Spółki związane z planowanym montażem 50.000 instalacji w ramach umów abonamentowych w ciągu 5 lat. Emitent planuje również zakładać zależne spółki celowe, w których będzie posiadać 100% udziałów w kapitale zakładowym. Będą one właścicielami długoterminowych należności z tytułu umów abonamentowych, a Columbus Energy S.A. będzie dokonywał sprzedaży posiadanych w nich udziałów, reinwestując uzyskane środki w kolejne portfele należności. Spółka zamierza także przeprowadzać sekurytyzację należności poprzez emisję obligacji w spółkach celowych. Emitent będzie nadal pozostawał aktywny w zakresie montażu instalacji fotowoltaicznych dla klientów z Programu Prosument oraz dla klientów z sektora sakralnego i publicznego.

„Scenariusze rozwoju oparte są o model finansowania długu. Jesteśmy pewni, że będziemy skutecznie pozyskiwać klientów na abonament, bo po prostu nie ma innej alternatywy na rynku, na którym ponad 1 mln osób według danych CBOS jest zainteresowana oszczędzaniem z OZE. To czas na tani, miesięczny produkt, który daje nam przewagę rynkową. Scenariusze rozwoju zakładają, że pozyskamy w 5 lat ponad 700 mln zł kapitału na montaż 50.000 instalacji. Może rozegrać się to poprzez pozyskanie inwestora finansowego, sprzedaż spółek celowych razem z należnościami bądź skuteczną sekurytyzację należności. Czas pokaże, która wersja będzie najefektywniejsza rynkowo.” – dodaje Prezes Zieliński.

Prognozowany zysk netto Spółki ma wynieść w tym roku 6 mln zł, a jej przychody netto ze sprzedaży sięgnąć 46 mln zł. W 2017 r. Columbus Energy S.A. przewiduje wypracowanie zysku netto w kwocie 28 mln zł. Z kolei w optymistycznym scenariuszu wysokość osiągniętego zysku netto przez Emitenta ma wzrosnąć w 2020 r. do 82 mln zł przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 721 mln zł. Prognozy finansowe Spółki zostały oparte na założeniu, że będzie ona tak skutecznie sprzedawała umowy abonamentowe jak umowy w ramach Programu Prosument i pozyska kapitał na dalszy rozwój lub będzie efektywnie sekurytyzowała należności bądź zbywała spółki celowe z pakietem należności.

„Prognozy finansowe na lata 2016-2020 zostały bardzo dobrze przemyślane. Największą wartością wynikającą z nich jest to, że jesteśmy w stanie wypracować w 2020 roku zysk netto na akcję praktycznie równy dzisiejszej wartości rynkowej tej akcji. To pokazuje, jaki jest prawdziwy potencjał naszej Spółki i kierunek, w jakim powinna się rozwijać. Jeśli tylko jeden z trzech założonych scenariuszy się zrealizuje, bądź w części każdy z nich, a skuteczna sprzedaż będzie dalej trwała to prawdopodobieństwo realizacji prognoz jest bardzo wysokie. Szczególnie, że fotowoltaika zaczyna być opłacalna dla rynku kapitałowego. W Columbus Energy S.A. wierzymy w to, że zamiast sprzedaży montażu instalacji powinniśmy oferować montaż z finansowaniem oraz usługą kompleksowego załatwienia wszystkich urzędowych spraw z przyłączeniem do sieci. To jest właśnie Abonament na Słońce z Columbus Energy.” – zakończył Zieliński.

Columbus Energy S.A. podtrzymuje plany przeniesienia notowań akcji na rynek regulowany Giełdy Papierów Wartościowych S.A. w Warszawie. Zarząd Spółki zamierza złożyć Prospekt emisyjny do Komisji Nadzoru Finansowego do końca 3 kw. 2016 roku. Emitent począwszy od 2018 r. będzie chciał przeznaczać 50% osiągniętego zysku netto na wypłatę dywidendy dla Akcjonariuszy.

W marcu 2016 r. Sąd Rejonowy w Krakowie zarejestrował połączenie Columbus Energy S.A. z Columbus Capital S.A., które nastąpiło zgodnie z przyjętym planem połączenia poprzez przeniesienie całego majątku Columbus Energy S.A. na Columbus Capital S.A. w zamian za nowo emitowane akcje. Kapitał zakładowy Spółki wynosi aktualnie 72.863.778,42 zł i dzieli się na 269.865.846 akcji o wartości nominalnej 0,27 zł każda. Najważniejszym celem nowego podmiotu – Columbus Energy S.A. – jest ugruntowanie pozycji lidera na rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce oraz przeniesienie notowań akcji na rynek regulowany GPW w Warszawie. Emitent planuje także prowadzić aktywną działalność inwestycyjną w podmioty z sektora MŚP.

Powstaje nowy system poręczeń i gwarancji dla firm

0

Nowa Perspektywa Unijna realizowana do 2020 r. prawdopodobnie będzie ostatnią, gdy Polska otrzyma bardzo duże środki finansowe. Polskie banki można lepiej przygotować do finansowania projektów ważnych dla rozwoju gospodarki, poprzez rozbudowanie systemu poręczeń i gwarancji dla firm.
-Takie rozwiązanie będzie bardziej sprzyjać finansowaniu innowacyjnych projektów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.

Firma z Polski produkuje technologie stosowane w misjach marsjańskich

0

VIGO System S.A., firma z Polski jest światowym liderem w produkcji niechłodzonych, fotonowych detektorów podczerwieni. W latach 80. w Wojskowej Akademii Technicznej, zespół pod kierownictwem prof. dr. hab. Józefa Piotrowskiego opracował unikalną technologię wytwarzania detektorów pracujących bez chłodzenia kriogenicznego, którą następnie wdrożono w firmie.

Obecnie oferowane przez firmę detektory są wykorzystywane w przemyśle, medycynie, technice wojskowej oraz pracach badawczych – stanowią wyposażenie systemów pomiarowych w pracowniach najbardziej renomowanych ośrodków badawczych na całym świecie.
Detektory, pracują obecnie na pokładzie łazika Curiosity, w ramach misji Mars Science Laboratory. Firma z Ożarowa Mazowieckiego uzyskała status oficjalnego dostawcy podzespołów dla NASA.
Ofertę produkcyjną VIGO System stanowią również zaawansowane urządzenia optoelektroniczne, w tym wysokiej klasy kamery termowizyjne do zastosowań cywilnych i wojskowych. O firmie i zastosowaniu produkowanych przez nią technologii mówił w rozmowie z MarketNews24 Adam Piotrowski, prezes zarządu.

Czy sprzedaż banku Pekao SA to realny scenariusz?

0

Nie wiadomo czy bank Pekao SA zostanie wystawiony na sprzedaż przez Włochów. Oficjalnie tego nie potwierdzili, choć jest o tym głośno od ponad tygodnia. Jakie byłyby skutki takiej decyzji dla całego sektora finansowego, o tym mówi Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.
Włoska grupa UniCredit ma 50,10 proc. akcji Pekao SA. Chce uporządkować aktywa, aby poprawić swe oceny u akcjonariuszy. W 2010 r. akcje UniCredit były notowane przy cenie czterokrotnie wyższej niż obecnie.
Pojawiły się nieoficjalne informacje, że Włosi planują sprzedać banki w Polsce i Turcji.
Na ten temat w materiale przygotowanym przez MarketNews24.

Ryzyko większej korekty cen ropy naftowej

Ole Hansen
Ole Hansen, szef działu strategii rynków towarowych, Saxo Bank
  • Już drugi tydzień z rzędu sektor surowców pozostaje bez zmian
  • Spadki cen energii i metali szlachetnych zrównoważyły zyski w sektorze rolnym i metali przemysłowych
  • Ropa odnotowuje lekki zysk w ujęciu tygodniowym, jednak nie utrzymała się powyżej 50 USD

Już drugi tydzień z rzędu ceny surowców pozostają niemal bez zmian. Spadki cen energii, a przede wszystkim metali szlachetnych, zrównoważyły zyski w sektorze rolnym i metali przemysłowych.

Metale szlachetne, w tym platyna i pallad, przez cały maj traciły na wartości ze względu na mocnego dolara i wzmianki o możliwości podwyżki amerykańskich stóp procentowych, które spowodowały od dawna konieczną korektę i realizację zysków.

Sytuacja w sektorze energetycznym była mieszana, a cena gazu ziemnego spadła w związku z większym niż przewidywano wzrostem stanu zapasów. Do pewnego stopnia wyrównał to kolejny – choć niewielki – wzrost w ujęciu tygodniowym w sektorze ropy naftowej. Zarówno ceny ropy WTI, jak i ropy Brent zdołały wybić się powyżej 50 USD za baryłkę, jednak z braku zainteresowania dalszym wzrostem nastąpiła realizacja zysków i sprzedaż techniczna, które nieco zbiły ceny.

Sektor rolny odnotował zdecydowane zyski i przez sześć z siedmiu ostatnich tygodni idzie w górę. W związku z powodzią i obawami o jakość zbiorów w Argentynie ceny soi wzrosły o ponad 50% od początku kwietnia. Umocniło to nie tylko kontrakty terminowe na soję, ale także na inne uprawy, np. kukurydzę. Ceny cukru osiągnęły najwyższy poziom od lipca 2014 r., a wybicie powyżej poziomu 17 centów za funt przyczyniło się do zmniejszenia nerwowości wśród funduszy, które obecnie dysponują rekordową długą pozycją.

Metale przemysłowe zyskały na wartości, przede wszystkim miedź, która umocniła się w wyniku dobrych danych na temat amerykańskiego rynku mieszkaniowego i spadku obaw o sytuację w Chinach. Pokrywanie krótkich pozycji również umożliwiło wzrost cen miedzi po tym, jak fundusze odwróciły swoje pozycje z długiej pozycji netto przechodząc do istotnej krótkiej pozycji w ciągu ostatnich dwóch tygodni.

Trwa rollercoaster na rynku rudy żelaza: ceny tego surowca ponownie spadły poniżej poziomu 50 USD za tonę po tym, jak zaledwie pięć tygodni temu osiągnęły poziom 70 USD. Wtedy to spektakularnie eksplodowała bańka spekulacyjna na szanghajskiej giełdzie kontraktów terminowych. Wzrost podaży ze strony spółek wydobywczych przyczyniający się do intensyfikacji produkcji pojawił się w momencie, gdy spadł popyt ze strony chińskich producentów stali.

Rajd cen ropy napotyka przeszkody

W ubiegłym tygodniu ceny ropy ostatecznie osiągnęły i przełamały psychologiczny poziom 50 USD za baryłkę. Poziom ten w coraz większym stopniu cieszył się zainteresowaniem traderów, a w połączeniu z licznymi wymuszonymi zakłóceniami podaży przyczynił się do wsparcia rynku w ciągu ostatnich kilku tygodni. W efekcie zwykła zdecydowanie negatywna korelacja z dolarem została naruszona, a ceny ropy wzrosły pomimo przeciwności w postaci umacniającego się na nowo dolara amerykańskiego.

Jednak po wybiciu powyżej 50 USD brak kontynuacji wśród kupujących zarówno ropę WTI, jak i ropę Brent był pewnym zaskoczeniem i szybko do gry weszli sprzedający. Sygnały, że producenci w coraz większym stopniu zabezpieczają swoje pozycje, zwiększają „ryzyko”, że wyższe ceny mogą spowodować stabilizację produkcji wśród producentów wysokokosztowych i potencjalny powrót do poprzednich poziomów.

Dlatego nadal zbyt wcześnie jest wyrokować, czy odrzucenie rajdu sygnalizuje osiągnięcie na rynku wartości szczytowej w najbliższym terminie. Impet wzrostu cen ropy już od wielu tygodni jest zdecydowany, m.in. ze względu na fundamentalne wsparcie w postaci licznych zakłóceń podaży, które przynajmniej tymczasowo przyczyniły się do zrównoważenia rynku.

W tygodniu kończącym się 17 maja fundusze zwiększyły liczbę pozycji zakładających wzrost cen obydwu rodzajów ropy naftowej o 75 mln baryłek. Posiadana przez nich obecnie łączna długa pozycja w wysokości 650 mln baryłek jest bliska rekordowej długiej pozycji z kwietnia tego roku. Ten wzrost spekulacyjnych długich pozycji w połączeniu ze zmianą obserwacji technicznych na negatywne, stabilizacją liczby wiertni w Stanach Zjednoczonych i sezonowym spadkiem marż rafinerii oznacza ryzyko głębszej korekty.

Cena ropy WTI rosła w ramach rosnącego klina, jednak odrzucenie ruchu powyżej 50 USD za baryłkę może otwierać drogę do korekty technicznej. Taki ruch początkowo sprowadziłby cenę na sam dół klina, tj. do poziomu 47 USD, natomiast wybicie spowodowałoby przedłużenie tego ruchu do dna linii trendu rosnącego od minimum z lutego, obecnie na poziomie 45 USD.

Szczyt OPEC najprawdopodobniej nie przyniesie żadnych zmian 167 konferencja Organizacji Krajów Eksportujących Ropę (OPEC) w Wiedniu 5 czerwca w nadchodzących dniach zacznie przykuwać coraz większą uwagę inwestorów. Biorąc pod uwagę rajd cen utrzymujący się od zakończonego niepowodzeniem szczytu w Doha, konferencja ta ma coraz mniejsze znaczenie. Nikt nie spodziewa się jakichkolwiek decyzji, ponieważ żadne decyzje nie są konieczne.

Uwaga rynku odwróciła się od OPEC, ponieważ organizacja ta, poza stosunkowo ograniczoną werbalną interwencją, nie podjęła szczególnych działań, by wesprzeć wzrost cen. Zamiast tego byliśmy świadkami licznych i znaczących zakłóceń podaży, które niewątpliwie przyczyniły się do przywrócenia równowagi na rynku i wywindowania cen wyżej, niż dotychczas przewidywano na tym etapie.

Dla OPEC najlepszym rozwiązaniem byłoby zainicjowanie rozmów, zamiast pozwalać na to, by na proces negocjacji wpływała polityka i różnice regionalne. Przewiduje się, że nowy minister ds. ropy Arabii Saudyjskiej kolejny raz – po zakończonym niepowodzeniem szczycie w Doha – zaprezentuje twarde stanowisko. Zobaczymy, jak przyjmą to pozostali gracze, w szczególności Iran.

Priorytetem powinna być odbudowa reputacji kartelu. Sukces w tym zakresie będzie wskaźnikiem potencjalnego oddziaływania OPEC na rynek.

Złoto szuka wsparcia w postaci popytu na produkty notowane na giełdzie

W ostatnich dniach ceny metali szlachetnych poszły w górę w efekcie coraz bardziej agresywnej retoryki ze strony wielu członków Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. W konsekwencji projekcje stóp procentowych po raz kolejny zostały podwyższone, a na zmianach tych skorzystał dolar amerykański.

Apetyt na ryzyko na rynku akcji i stałe wsparcie dla dolara, w połączeniu ze wzrostem rentowności obligacji, utrudniają warunki na rynku metali szlachetnych, w szczególności złota. Po raz pierwszy również od czasu zdecydowanego rajdu w styczniu tego roku pojawiają się pytania co do trwałości rajdu i zdolności złota do uzyskania wsparcia.

Popyt inwestycyjny na złoto, w szczególności za pośrednictwem produktów notowanych na giełdzie, był nadal mocny w tym miesiącu, przynajmniej do wczoraj, kiedy to nastąpiła niewielka redukcja. Wolumen złota w posiadaniu inwestorów w tym okresie wzrósł o niemal 5%, podczas gdy cena złota spadła o 5,5%.

Innymi słowy, inwestorzy postrzegają spadek cen jako okazję do kumulacji zaangażowania w nadziei na utrzymanie kierunku trendu w perspektywie długoterminowej.

Z drugiej strony, za ostatnią falą sprzedaży mogą stać fundusze hedgingowe korzystające z kontraktów terminowych. Pozycje, które posiada ta grupa inwestorów, z dużym prawdopodobieństwem cechują się sztywnymi poziomami stop, a bez ekspozycji do zabezpieczenia fundusze te dodają i odejmują kolejne pozycje w zależności od zachowania rynku.

W pierwszym tygodniu maja grupa ta zwiększyła swoją długą pozycję netto w kontraktach terminowych i opcjach o 26%. Biorąc pod uwagę, że w ciągu poprzednich dwóch tygodni nie odnotowano większych zmian, pozycje te znalazły się obecnie pod wodą i istnieje duże prawdopodobieństwo korekt.

Po przełamaniu w dół w ubiegłym tygodniu widać, że inwestorzy koncentrują się obecnie na głównych poziomach zniesień. Aby można to było uznać jedynie za korektę zgodną z trendem, konieczne jest ustanowienie wsparcia, optymalnie przed poziomem 1 205 USD za uncję. Głębsza korekta – do poziomu 1 175 USD za uncję – nadal będzie akceptowalna, natomiast powrót do poziomu 1 145 USD za uncję sygnalizowałby konieczność nowych wytycznych.

Dopóki oczekiwania dotyczące amerykańskich stóp procentowych będą w dalszym ciągu korygowane w górę, a dolar będzie się umacniał, złoto będzie mieć problemy. Jednak niski wzrost, ujemne rentowności obligacji rządowych, możliwość powrotu inflacji i nadchodzące wydarzenia wysokiego ryzyka skłaniają nas do przyjęcia poglądu, że obecne trudności to jedynie racjonalna korekta w ramach ustanowionego trendu rosnącego.

Ole Hansen, szef działu strategii rynków towarowych, Saxo Bank

Utrzymuje się wysoki popyt na powierzchnie przemysłowe i logistyczne

Dorota Haller nowym dyrektorem ds. marketingu Medicover

Dorota Haller nowym dyrektorem ds. marketingu Medicover
Dorota Haller dyrektor ds. marketingu Medicover

Od początku maja 2016 stanowisko dyrektora marketingu Medicover objęła Dorota Haller. Zastąpiła Marzenę Kołoszczyk, która przyjęła nowo utworzoną funkcję dyrektora sprzedaży ds. rynku masowego Medicover.

Dorota Haller odpowiedzialna jest za marketing – tworzenie wartości dla klientów, kreowanie produktów, komunikację, PR oraz rozwój Medicover w świecie cyfrowym.

Dorota Haller ostatnio zarządzała marketingiem w AASA Polska S.A., poprzednio odpowiadała za marketing i komunikację w Banku BNP Paribas, wcześniej była Dyrektorem Marketingu i Komunikacji w Polskich Liniach Lotniczych. Pełniła także funkcję członka zarządu ds. marketingu i strategii w pkt.pl. oraz prowadziła projekty doradcze z zakresu marketingu i PR we własnej firmie DNH Marketing Institute. W swojej karierze zawodowej była również dyrektorem marketingu i kolportażu w „Życiu Warszawy” oraz dyrektorem marketingu i promocji w EMI Music. Pracę zawodową rozpoczęła w agencji reklamowej Saatchi & Saatchi.

Dorota Haller jest absolwentką SGH.

Świąteczny koniec maja

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Tydzień zacznie się świętowaniem na dwóch wielkich rynkach – amerykańskim i brytyjskim – ale to tylko chwila oddechu przed emocjami, jakie przyniosą kolejne dni. W USA obchodzony jest Dzień Pamięci, a w Wielkiej Brytanii – Spring bank holiday. Reszta świata pracuje normalnie, zwłaszcza, że ma co robić, bo piątkowe deklaracje Janet Yellen rzuciły na rynki długi cień. Nawet jeżeli Ameryka milczy, to i tak ją słychać.

Yellen dała zielone światło dla szybkich podwyżek stóp procentowych, tym samym podsumowując długą serię wypowiedzi przedstawicieli Fed. Rezerwa Federalna prowadzi zespołową grę, a mniej lub bardziej wyraziste deklaracje członków Fed tylko to potwierdzają. W tym tygodniu nie zabraknie danych, które pozwolą im przejść od słów do czynów: królują oczywiście piątkowe dane z rynku pracy, tzw. payrollsy, ale już jutro pojawią się informacje o wydatkach i dochodach Amerykanów, a w środę Beżowa Księga. W Europie też będzie ciekawie, zwłaszcza czwartek, kiedy EBC podejmie decyzję w sprawie stóp procentowych.

Dzisiaj na pierwszy plan wychodzą dane z Niemiec, ze wstępną inflacją CPI za maj (jutro kolejny ważny wskaźnik: stopa bezrobocia za maj). Strefa euro publikuje serię informacji o koniunkturze w strefie euro: od nastrojów w gospodarce i usługach po biznes, producentów i konsumentów. Na kurs euro pewno nie będą miały one wielkiego wpływu, ale i tak tuż przed posiedzeniem EBC warto na nie zwrócić uwagę.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Analityk z Instytutu Spraw Publicznych: Strefa Schengen przetrwa

2015 r. obnażył, że Unia Europejska nie ma wspólnej, a przede wszystkim skutecznej polityki azylowej. Niekontrolowany napływ uchodźców zmusił niektóre z państw członkowskich do wprowadzenia – z obawy o własne bezpieczeństwo – kontroli na granicach wewnętrznych Unii. Czy strefa Schengen wkrótce odejdzie do lamusa?

„Wszelkie wyliczenia związane z kryzysem azylowym z 2015 r. pokazywały, że jakiekolwiek ograniczenia w swobodnym przepływie towarów i osób w strefie Schengen wiążą się z ogromnymi kosztami. Sądzę więc, że strefa Schengen na pewno przetrwa i powróci do czasu nieograniczonego przepływu ludzi wewnątrz niej” – mówi serwisowi infoWire.pl Rafał Baczyński-Sielaczek, analityk z Instytutu Spraw Publicznych.

Wprowadzenie kontroli na niektórych granicach wewnętrznych strefy Schengen nie jest niczym niezwykłym. Zdarza się to co jakiś czas w związku z różnymi ważnymi wydarzeniami politycznymi, kulturalnymi czy sportowymi. W przypadku kryzysu migracyjnego okres obowiązywania tych kontroli jest po prostu dłuższy.

„Wydaje się, że w tym momencie kryzys związany z napływem do Europy ludzi poszukujących azylu został już w znacznym stopniu opanowany. To kwestia czasu, kiedy sytuacja wróci do normy i wszelkie kontrole na granicach wewnętrznych Unii zostaną zniesione” – uważa ekspert.

Nawet jeśli obecny kryzys, wpływający negatywnie na funkcjonowanie strefy Schengen, zostanie niebawem zażegnany, podobne sytuacje mogą się powtarzać w przyszłości. Aby ich uniknąć, Unia potrzebuje spójniejszej i lepszej polityki azylowej. „Europa musi wprowadzić stałe mechanizmy umożliwiające ludziom składanie wniosków o status uchodźcy i zapewniające bezpieczne docieranie tych osób do kraju docelowego” – stwierdza rozmówca.

Dobre perspektywy przed gigantem chemicznym DuPont. Po połączeniu z Dow Chemical ma szansę stać się największą korporacją chemiczną

0
Andrzej Pałka, dyrektor DuPont Polska
Andrzej Pałka, dyrektor DuPont Polska

Firma DuPont notuje coraz lepsze wyniki. W I kw. zysk netto był o 19 proc. wyższy niż rok wcześniej, zarobek firmy na akcję był również znacznie lepszy, niż przewidywano. Pod koniec roku DuPont połączy się z innym chemicznym gigantem, Dow Chemical. Nowa firma DowDuPont ma generować sprzedaż na poziomie 90 mld dol. i w ten sposób może zostać największą korporacją chemiczną na świecie. Najpóźniej w ciągu dwóch lat firma zostanie podzielona na trzy niezależne spółki o dużym potencjale innowacyjnym.

– W I kw. zysk netto DuPont wyniósł 1,2 mld dol., aż o 19 proc. więcej niż rok wcześniej. Zyski zostały wypracowane mimo spadku przychodów ze sprzedaży spowodowanych negatywnym wpływem kursów walutowych w ostatnich dwóch latach. Zysk na akcję wyniósł 1,39 dol., w porównaniu do 1,13 dol. z 2015 roku. Przeszliśmy już długą drogę restrukturyzacji. Na koniec roku spodziewamy się z tego tytułu oszczędności na poziomie 730 mln dol. – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Pałka, dyrektor DuPont Polska.

DuPont podniósł prognozę zysku rocznego w tym roku o 10 centów na akcję do poziomu 3,20 dol. za akcję. Prognozy wskazują, że negatywny wpływ podatków i kursów walut na wyniki finansowe powinien być mniejszy niż przewidywano.

Jak wskazuje Pałka, w tym roku firmę czekają duże zmiany.

– Wielkie zmiany pociągają ze sobą wyzwania, ale również wielkie szanse rozwoju na przyszłość. 11 grudnia ubiegłego roku zarządy firm Dow Chemicals oraz DuPont podjęły decyzję o połączeniu obu firm. W III lub IV kw. tego roku powstanie jedna firma o nazwie DowDuPont. Obecnie jesteśmy na etapie uzyskiwania wszystkich niezbędnych pozwoleń oraz akceptacji urzędów antymonopolowych oraz innych urzędów, które te zgody wydają – podkreśla Pałka.

W ciągu 18–24 miesięcy firma zostanie podzielona na trzy niezależne od siebie spółki. DowDuPont Agriculture ma produkować i sprzedawać środki ochrony roślin. DowDuPont Material Science, największa, ze sprzedażą na poziomie 51 mld dolarów, będzie się zajmować produkcją nowoczesnych materiałów, w jej strukturach znajdzie się dział tworzyw sztucznych, a 70 proc. jej sprzedaży ma pochodzić z opakowalnictwa, transportu i budownictwa. DowDuPont Speciality Products, zajmująca się materiałami wyspecjalizowanymi, będzie się składać z działów żywności i zdrowia, technologii bezpieczeństwa oraz działu elektroniki i materiałów komunikacyjnych.

– Wszystkie te firmy będą się skupiały na działalności w bardzo wyspecjalizowanych segmentach, będą miały również wielki potencjał innowacyjny. Będą więc o wiele szybciej i sprawniej decydować o tym, nad jakimi nowymi technologiami pracują i będą wprowadzać o wiele szybciej te technologie i usługi na rynek – zapowiada dyrektor DuPont Poland.

Łącznie sprzedaż nowego koncernu ma wynieść ok. 90 mld dol. rocznie. Tym samym może zostać największym koncernem chemicznym w rankingu Big Chemicals. Obecnie Dow Chemicals i DuPont plasują się w pierwszej dziesiątce, po połączeniu mogą wyprzedzić niemiecki BASF. Firma stawia na innowacje, stąd budowa centrów innowacji, które mają umożliwić szybszy kontakt z naukowcami i inżynierami. Obecnie w Europie działają cztery centra – w Genewie, Stambule, Moskwie i najnowsze w Warszawie.

– Do naszego laboratorium zapraszamy obecnych i przyszłych klientów, naukowców z bardzo różnych branż, aby stąd mogli się połączyć ze wszystkimi naszymi centrami innowacji oraz centrami naukowo-badawczymi i wspólnie z innymi naukowcami dyskutować nad nowymi rozwiązaniami technologicznymi, produktowymi. Wierzymy, że tylko w ten sposób jesteśmy w stanie rozwiązać najważniejsze problemy świata – przekonuje Pałka.

Jako przykład podaje nową technologię długoletniego partnera DuPont, firmy Safer, która opatentowała metodę nawijania włókien syntetycznych na liner PET, dzięki czemu powstały ultralekkie zbiorniki kompozytowe. Dzięki opleceniu włóknem kevlar firmy DuPont, używanym do produkcji kamizelek kuloodpornych, zbiorniki są wytrzymałe i bardzo lekkie.

– Dotychczas gazy techniczne były przechowywane głównie w ciężkich metalowych butlach, pojemnikach. Dzięki rewolucyjnej technologii rynki zbytu Safer są praktycznie nieograniczone. Obecnie firma sprzedaje pojemniki na sprężone powietrze liderom światowym, którzy produkują aparaty oddechowe. Czyli strażak podczas akcji ratowniczej zamiast kilkunastu kilogramów, które musi nosić, ratuje ludzkie życie mając na plecach jedynie dwukilogramowe, bardzo lekkie butle polskiej firmy – podkreśla Andrzej Pałka.

Pożyczki zamiast dotacji unijnych. Więcej firm i projektów otrzyma finansowe wsparcie

Patrycja Wolińska-Bartkiewicz, dyrektor zarządzająca pionem funduszy unijnych w Banku Gospodarstwa Krajowego
Patrycja Wolińska-Bartkiewicz, dyrektor zarządzająca pionem funduszy unijnych w Banku Gospodarstwa Krajowego

Od 2023 wsparcie unijne będzie zdecydowanie mniejsze niż obecnie. Aby wzrost gospodarczy osiągnięty dzięki środkom unijnym był impulsem do dalszego rozwoju, na większą skalę powinny być stosowane instrumenty zwrotne, czyli pożyczki, kredyty i poręczenia – przekonują eksperci BGK. Mogą być użyte wielokrotnie i wspierać większą liczbę przedsiębiorstw. Z kolei samorządy powinny już dziś starać się o partnerów, którzy będą wspierać utrzymanie infrastruktury wybudowanej z pieniędzy unijnych.

Powinniśmy już dziś myśleć o przyszłości i więcej środków przeznaczać na instrumenty zwrotne, takie jak pożyczki, gwarancje, wejścia kapitałowe, tak aby móc ich używać wiele razy. Grant czy dotacja są wydawane raz i wspierają tylko jedno przedsięwzięcie. Instrumenty zwrotne pozwalają natomiast wspierać przedsiębiorców wiele razy i w dłuższym czasie – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Patrycja Wolińska-Bartkiewicz, dyrektor zarządzająca pionem funduszy unijnych w Banku Gospodarstwa Krajowego.

W trwającej perspektywie na lata 2014–2020 Polska ma do rozdysponowania 82,5 mld euro, które mogą być wydawane do 2022 roku. Przedsiębiorcy mogą uzyskać wsparcie finansowe na inwestycje w ramach programów ogólnokrajowych i regionalnych. To prawdopodobnie ostatni tak duży zastrzyk pieniędzy z Unii Europejskiej. Inna strategia wykorzystywania wsparcia umożliwi dalszy rozwój firm, szczególnie małych i średnich przedsiębiorstw, które bez unijnych środków nie miałyby szansy na rozwój.

Fundusze europejskie mają ogromne znaczenie dla przedsiębiorców, zwłaszcza tych, którzy są w początkowej fazie rozwoju, mają świetny pomysł, a brakuje im wiedzy, skąd pozyskać środki na wdrożenie ich na rynek i na rozwój swoich przedsiębiorstw. Zwłaszcza dla sektora mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw środki europejskie są pożądanym zastrzykiem finansowym – wskazuje Wolińska-Bartkiewicz.

Takie instrumenty ma w swojej ofercie także BGK. Jednym z nich są gwarancje de minimis, dzięki którym firmy z sektora MŚP zyskują większy dostęp do kredytów obrotowych lub inwestycyjnych. Bank udziela też kredytów finansujących kontrakty eksportowe na mocy rządowego programu Finansowego Wspierania Eksportu.

Już dzisiaj warto pomyśleć o instrumentach finansowych, o środkach, które mogą być używane wielokrotnie i które mają wspierać większą liczbę przedsiębiorców. Myślę, że te odważne decyzje powinny być podejmowane tak, żeby kreować kapitał finansujący zadania rozwojowe w przyszłości – przekonuje ekspertka BGK.

O sytuacji po 2023 roku powinny myśleć też samorządy. Najbliższe lata to okres zwiększonych inwestycji. Samorządy województw będą zarządzać ok. 40 proc. funduszy z polityki spójności, czyli ok. 31,28 mld euro. Dotacje przeznaczone na politykę spójności po zakończeniu perspektywy na lata 2014–2020 będą znacząco niższe, dlatego samorządy powinny znaleźć inny sposób pozyskania środków na prowadzenie polityki rozwoju i zaspokajania swoich potrzeb.

– Samorządy powinny dzisiaj mieć świadomość, że infrastrukturę, którą dziś mamy lub budujemy, trzeba będzie później utrzymać. Należy myśleć o tym, aby pozyskać jak największą liczbę partnerów prywatnych, rynkowych i instytucje finansowe, które będą uczestniczyły w finansowaniu tej infrastruktury i które będą nadawały jej sens w przyszłości. Będą to miejsca, które będą kreowały i wspierały naturalne potencjały rozwoju – mówi Patrycja Wolińska-Bartkiewicz.

Wciąż niskie nakłady państwa na opiekę zdrowotną. Polska daleko w tyle za najbardziej rozwiniętymi gospodarkami

Erik Plas, dyrektor zarządzający MSD w Polsce
Erik Plas, dyrektor zarządzający MSD w Polsce

Nakłady na opiekę zdrowotną w innych krajach są uważane za inwestycję, podczas gdy w Polsce wciąż są traktowane jako koszt – podkreśla dyrektor MSD Polska Erik Plas. To zaś ma duże znaczenie zarówno dla społeczeństwa, jak i dla gospodarki. Od 2010 roku na ten cel przeznacza się u nas nieco powyżej 4 proc. PKB przy średniej dla krajów OECD powyżej 6 proc. To plus niekorzystne zmiany demograficzne na rynku pracy może w przyszłości wpłynąć na pogorszenie konkurencyjności polskiej gospodarki.

– Polska nie jest postrzegana jako kraj, który dużo inwestuje w opiekę zdrowotną. W wielu innych krajach nakłady na opiekę zdrowotną są traktowane jako inwestycja, a w Polsce wciąż jako koszt. To ma ogromny wpływ na otoczenie, w jakim działają firmy farmaceutyczne w naszym kraju – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Erik Plas, dyrektor zarządzający MSD w Polsce. – Mam szczerą nadzieję, i taki komunikat odbieramy od obecnego rządu, że nakłady na opiekę zdrowotną będą rosły. To także ułatwi dostęp do najnowszych osiągnięć w dziedzinie medycyny. Jest to w interesie zarówno pacjentów, jak i państwa, bo przyczyni się do długoterminowej pomyślności ekonomicznej polskiego społeczeństwa.

Lepsze warunki prowadzenia działalności przez firmy farmaceutyczne w naszym kraju są istotne nie tylko dla rozwoju gospodarczego, lecz także gwarantują pacjentom szerszy dostęp do innowacyjnych leków. Dla MSD w Europie Polska jest dziś jednym z kluczowych rynków. Tu powstało jedyne w Europie Centrum Zarządzania Danymi z Badań Klinicznych MSD, w które firma zamierza dalej inwestować.

Polska to ważny obszar w działaniach MSD w Europie. Jesteśmy jedynym krajem, który ma Centrum Zarządzania Danymi z Badań Klinicznych prowadzonych przez naszą firmę, co wyróżnia nas na tle reszty Europy. Dodatkowo w badaniach klinicznych MSD na terenie Polski bierze udział siedem procent pacjentów z obszaru Unii Europejskiej. W związku z tym Polska jest dla MSD jednym z najważniejszych krajów w zakresie badań klinicznych – podkreśla Erik Plas.

MSD prowadzi obecnie w Polsce ponad 40 badań klinicznych i współpracuje z 200 ośrodkami badawczymi. Duża skala działalności i osiągnięcia sprawiły, że właśnie w naszym kraju 5 lat temu otwarto pierwsze i jedyne w Europie Centrum Zarządzania Danymi z Badań Klinicznych MSD. Jak przypomina Plas, początkowo zatrudnienie miało w nim znaleźć ok. stu osób.

Obecnie mamy 170 pracowników i chcemy zwiększyć ich liczbę do ponad 200. Zrealizowaliśmy nasze podstawowe założenia i widzimy znakomite perspektywy do dalszego inwestowania w to centrum w Polsce – ocenia Erik Plas.

Rynek badań klinicznych w Polsce, jak wynika z raportu PwC przygotowanego dla Infarmy, GCP i Polcro, w 2014 roku był wart 950 mln zł. W stosunku do 2009 roku to wzrost o 15 proc. Jednocześnie o 10 proc. spadła liczba prowadzonych w kraju badań klinicznych (w 2014 roku było ich 396). Oznacza to zmniejszenie liczby pacjentów, którzy dzięki tym badaniom uzyskali dostęp do najbardziej innowacyjnych leków. Eksperci PwC oceniają jednak, że Polska ma duży potencjał w tym zakresie. Wskaźnik liczby prowadzonych badań na milion mieszkańców wyniósł 10,4, podczas gdy w innych krajach regionu, np. w Czechach czy na Węgrzech, był ponaddwukrotnie wyższy.

Rocznie MSD inwestuje w badania kliniczne w Polsce 30–50 mln zł. Wkrótce kwota może być jeszcze większa, ponieważ firma rozpoczyna badania wykorzystujące immunoterapię w onkologii.

Trwają rozmowy PZL-Świdnik z Polską Grupą Zbrojeniową ws. utworzenia konsorcjum. Firmy chcą wspólnie produkować śmigłowce wielozadaniowe na zlecenie MON

Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters
Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters

Przedstawiciele PZL-Świdnik i firm wchodzących w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowej rozmawiają o potencjalnych obszarach współpracy. Jednym z nich jest budowa nowego polskiego śmigłowca wielozadaniowego. Jeśli zamówienie MON na zakup 50 helikopterów trafiłoby do PZL-Świdnik, to dostawcą maszyn de facto byłoby konsorcjum polskich firm.

Produkcja nowego śmigłowca wielozadaniowego dla Polskich Sił Zbrojnych to ogromna szansa nie tylko dla Lubelszczyzny, lecz także dla całego krajowego przemysłu obronnego – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters (dawniej AgustaWestland). – Byłby to pozytywny impuls innowacyjny i technologiczny dla wielu gałęzi polskiego przemysłu.

Podczas ostatniego spotkania w Świdniku między należącą do koncernu Leonardo-Finmeccanica spółką PZL-Świdnik i Polską Grupą Zbrojeniową (PGZ) określono strategiczne założenia współpracy w zakresie rozwoju i produkcji w Polsce śmigłowca wielozadaniowego na bazie modelu AW149. Przedstawiciele firm dyskutowali o zaangażowaniu PGZ w produkcję maszyn oraz udziale w łańcuchu dostaw.

W złożonej w przetargu na zakup śmigłowców dla polskiej armii ofercie PZL-Świdnik znalazły się projekty offsetowe o wartości ok. 4 mld euro.

Bardzo ważną rzeczą jest włączenie PGZ w projekt nowego polskiego śmigłowca wielozadaniowego. Jeżeli Ministerstwo Obrony Narodowej zdecydowałoby się kupić nowy śmigłowiec od nas, to będzie go kupowało de facto od polskiego konsorcjum z bardzo poważnym udziałem PGZ. Ta część naszej współpracy zależy od MON – podkreśla Krystowski.

W ubiegłym tygodniu Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił pozew, w którym świdnickie zakłady domagały się zamknięcia postępowania przetargowego na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskich sił zbrojnych bez wybrania oferty. Przedstawiciele PZL-Świdnik argumentowali, że wybór oferty Airbus Helicopters odbył się z wielokrotnym naruszeniem procedur podczas postępowania przetargowego.

Decyzja MON nie przekreśla innego obszaru współpracy z PGZ, który startuje właściwie od zaraz. Nasi przedstawiciele prowadzą konkretne rozmowy o szczegółach współpracy z Wojskowymi Zakładami Lotniczymi nr 1 w Łodzi w obszarze produkcji bieżącej. Kolejne wizyty studyjne będą miały miejsce w następnych tygodniach. Zakładam, że do wakacji będziemy po konkretnych wizytach studyjnych ze wszystkimi potencjalnymi partnerami z PGZ i będziemy rozmawiać o wdrażaniu nowych projektów – mówi wiceprezes Leonardo Helicopters.

Zdaniem Krzysztofa Krystowskiego efektem kooperacji byłoby ulokowanie w Świdniku światowego centrum produkcji śmigłowca przyszłości na potrzeby nie tylko polskich Sił Zbrojnych, lecz także odbiorców zagranicznych. W dodatku wszystkie modyfikacje i udoskonalenia byłyby realizowane przez polskich inżynierów i krajowych specjalistów, co oznacza, że produkt miałby szansę stać się flagową ofertą eksportową przemysłu zbrojeniowego.

Jak podkreśla Krystowski, śmigłowiec to produkt, którego eksport liczy się w dziesiątkach milionów euro. W przypadku bogato wyposażonej maszyny bojowej to nawet ponad 50  mln euro za sztukę. Według naukowców z Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w wyniku ewentualnej akceptacji oferty PZL-Świdnik na dostawę 50 śmigłowców powstałoby w Polsce ponad 5,8 tys. nowych miejsc pracy.

To rzecz niebagatelna, nie wspominając o tym, że wchodzimy w produkcję śmigłowca, przed którym jest 30–40 lat eksploatacji, modernizacji i rozwoju – zapewnia Krzysztof Krystowski. – Śmigłowce, z którymi startowaliśmy w przetargu, to maszyny, które konstrukcyjnie pochodzą z lat 60. czy 70., ale nadal można je sprzedawać. Co powiedzieć więc o śmigłowcu, który dopiero wchodzi na rynek? Jest to ogromna szansa nie tylko dla Lubelszczyzny, lecz także dla całego polskiego przemysłu lotniczo-obronnego i pozytywny impuls innowacyjny i technologiczny.

NBP: Świadomość ekonomiczna Polaków jest niska. Podejmujemy działania, aby to zmienić

CEO Magazyn Polska

Wiedza finansowa Polaków w porównaniu do krajów starej Europy, wciąż jest na niskim poziomie. Potwierdzeniem tego jest niski poziom ubankowienia i mniejsza liczba rachunków bankowych i kart płatniczych na jednego mieszkańca. ObserwatorFinansowy.pl, serwis należący do Narodowego Banku Polskiego, podejmuje działania mające zwiększyć świadomość ekonomiczną Polaków. Temu ma służyć m.in. organizowany już po raz piąty konkurs „Gdyby to zależało ode mnie, to…”.

– Wiedza ekonomiczna Polaków i ich świadomość dotycząca finansów nie są na zbyt wysokim poziomie. Wynika to m.in z uwarunkowań historycznych, i braku kompleksowych programów edukacyjnych poświęconych ekonomii – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Zajdel-Kurowska, członkini zarządu Narodowego Banku Polskiego i przewodnicząca Kapituły Konkursu. – Jesteśmy społeczeństwem nieufnym i mamy ograniczone zaufanie do instytucji rynkowych. Nie mamy także zbyt długiego doświadczenia w wykorzystywaniu produktów i usług bankowych, w porównaniu do obywateli starej UE. W rezultacie Polacy mają mniej rachunków bankowych oraz kart płatniczych w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

Jak wynika z ostatniej analizy systemu płatniczego cyklicznie publikowanej przez Narodowy Bank Polski, liczba bieżących, rozliczeniowych rachunków bankowych osób fizycznych w grudniu ubiegłego roku wyniosła 39,7 mln i w porównaniu do stanu na koniec czerwca zwiększyła się tylko o 0,7 mln, czyli 1,7 proc.

Wzrostowi towarzyszył znacznie większy postęp w zakresie aktywności w przeliczeniu na jedno konto. Między czerwcem a grudniem Polacy wykonali średnio 62,6 transakcji bezgotówkowych, o 5,6 więcej niż w pierwszym półroczu (wzrost o 9,8 proc.).

Mimo że poziom gotówki w obiegu dynamicznie rośnie, na koniec kwietnia br. poziom gotówki przekroczył 157 mld zł. Oznacza to, że mimo wzrostu płatności bezgotówkowych Polacy sporą część swoich oszczędności trzymają nie w banku, a w domu lub portfelu.

– NBP przywiązuje bardzo dużą wagę do tego, aby wiedza ekonomiczna społeczeństwa była coraz większa, żeby przypadki nieuczciwych praktyk na rynku finansowym były coraz rzadsze – wskazuje Katarzyna Zajdel-Kurowska. – Bardzo dużo uwagi poświęcamy programom edukacyjnym, współpracujemy zarówno ze szkołami, jak i z seniorami.

W ramach działań należący do NBP serwis ObserwatorFinansowy.pl już po raz piąty organizuje konkurs „Gdyby to zależało ode mnie, to…”. Jak tłumaczy Katarzyna Zajdel-Kurowska w ten sposób bank centralny chce zachęcać obywateli do dzielenia się przemyśleniami na temat tego, co i jak można usprawnić, wykorzystując do tego finanse publiczne (m.in. środki z budżetu).

Przedmiotem pracy może być analiza jednej z dziedzin szeroko rozumianego sektora publicznego, czyli finanse, opieka zdrowotna, ubezpieczenia społeczne, finansowanie i budowa infrastruktury, inwestycje samorządowe itp. Autor powinien wskazać problem, a następnie możliwy sposób jego realizacji oraz poprawę efektywności, sprawności, skuteczności działania oraz stałego rozwoju.

Szczegółowa tematyka opracowania jest dowolna. Jedynym kryterium jest zależność zagadnienia od wydatkowania środków publicznych, jak na przykład: tworzenie lepszych warunków rozwoju, działanie instytucji finansowych i zabezpieczenia socjalnego, efektywniejsza edukacja czy kształtowanie świadomości ekonomicznej.

Jak przypomina Katarzyna Zajdel-Kurowska w poprzednich edycjach brały udział zarówno osoby młode, gimnazjaliści i studenci, jak i seniorzy. Prace obejmowały takie zagadnienia, jak np. reforma ochrony zdrowia czy samorządu terytorialnego.

– Celem konkursu nie jest tylko promowanie pisania esejów – zastrzega członkini zarządu NBP. – Chodzi o budowanie postawy obywatelskiej, pokazanie, że ważne jest to, abyśmy mieli i wypowiadali swoje zdanie w ważnych kwestiach. Chodzi także o znalezienie pomysłów na to, co można zmienić w kraju. Chcemy oddać głos obywatelom w debacie. Poprzez konkurs zachęcamy do tego, żeby zastanowili się nad tym, co im doskwiera, co można naprawić, czego być może rządzący czy ludzie w instytucjach nie zauważają. Obywatele żyjąc na co dzień w różnych miastach czy wsiach często widzą lepiej, które rzeczy można zrobić inaczej.

Prace można zgłaszać do Obserwatora Finansowego drogą mailową do 30 czerwca bieżącego roku. Nagrodą główną jest indywidualne, osobiste spotkanie z prezesem NBP oraz atrakcyjne nagrody rzeczowe. Laureata wyłoni Kapituła Konkursu, która również przyzna wyróżnienie specjalne uczniowi szkoły ponadpodstawowej oraz trzy dodatkowe nagrody. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone do 31 lipca.

Pedro Pereira da Silva, były dyrektor generalny Biedronki, ujawnia swoje plany

Pedro Pereira da Silva
Pedro Pereira da Silva

Pedro Pereira da Silva po 25 latach pracy w Jeronimo Martins, w tym 16 latach w Polsce, zmienia barwy. Pokieruje siecią sklepów spożywczych Dixi w Rosji i chce tam powtórzyć sukces Biedronki. Da Silva skorzysta też z innych swoich doświadczeń jest współtwórcą Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej, która obecnie zrzesza ponad 200 firm i pomaga we wzmacnianiu dwustronnych relacji.

– Dixi chce zwiększyć swój udział w rynku, jest więc wiele do zrobienia. Ostatnich kilka tygodni spędziłem w Rosji i jestem bardzo zadowolony z tego, co tam zobaczyłem. Poznałem fascynujących ludzi, z pozytywną energią, poczuciem humoru i determinacją, by się rozwijać. To będzie więc dla mnie kolejne duże wyzwanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Pedro Pereira da Silva, były prezes Jeronimo Martins Polska i były prezes Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej. – Dlatego, choć miałem oferty z różnych krajów i kontynentów, zdecydowałem się na Rosję.

Pod wieloma względami – m.in. pod względem liczby pracowników – Grupa Dixi jest podobna do Biedronki, którą da Silva kierował przez ostatnich 16 lat.

– Udało nam się stworzyć sieć, którą co miesiąc odwiedzają miliony Polaków i którą ponad połowa Polaków uważa za swój sklep pierwszego wyboru. Sukcesem jest również to, że oferujemy przede wszystkim produkty wytworzone przez polskich producentów, firma zatrudnia przede wszystkim Polaków, polskich menadżerów z polskim know-how – mówi da Silva.

Podkreśla, że lata spędzone w naszym kraju były pełne wyzwań. Sieć w tym czasie stała się największą siecią handlową w Polsce. Otwierając nowe sklepy i centra dystrybucyjne, firma utworzyła tysiące nowych miejsc pracy. Obecnie zatrudnia ponad 55 tys. osób.

– Udało nam się zbudować od zera firmę, która stała się największym prywatnym pracodawcą w kraju. Jeżeli w nowym kraju tworzysz firmę od zera, musisz się liczyć z wieloma wyzwaniami i tak było w moim przypadku – tłumaczy da Silva.

Zaznacza, że głównym kapitałem Biedronki są ludzie. I chodzi mu nie tylko o menadżerów. Da Silva szczyci się tym, że firma proponuje swoim pracownikom jeden z najbogatszych pakietów socjalnych na rynku, a pensja minimalna obowiązująca w sieci Biedronka od kilku lat jest co najmniej kilkanaście procent wyższa od najniższej płacy krajowej.

Da Silva podkreśla, że Biedronka jest symbolem sukcesu w branży handlowej zarówno w Europie, jak i na świecie i stała się międzynarodowym punktem odniesienia.

– Polska branża spożywcza stała się bardzo konkurencyjna, stała się symbolem sukcesu w Europie. Polscy producenci żywności są doceniani, mają najwyższej jakości ofertę przy bardzo konkurencyjnych cenach – mówi były prezes Jeronimo Martins Polska.

Pedro Pereira da Silva jest też jednym z inicjatorów powstania Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej. Zaczęła ona działalność w marcu 2008 roku, zrzeszając 22 firmy członkowskie – dziś jest ich 10 razy więcej.

– Działalność Izby jest bardzo widoczna w kraju i na arenie międzynarodowej. W 2014 roku zostaliśmy uznani za najlepszą portugalską izbę handlową na świecie – mówi były prezes Izby. – Budujemy wzajemne relacje w naszych krajach, ale nie tylko. Reprezentujemy portugalskie firmy w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Staramy się też wspierać naszych członków, którzy chcą prowadzić biznesy w Afryce, Ameryce Południowej i innych krajach portugalskojęzycznych, w których mamy swoich przedstawicieli.

W I kwartale 2016 roku obroty handlowe między Polską a Portugalią osiągnęły 305,1 mln euro, przy czym były one zdominowane przez polski eksport, którego wartość wyniosła 268,5 mln euro. W stosunku do I kwartału 2015 roku to ok. 2-proc. spadek.

Polska jest poza pierwszą 20 inwestorów w Portugalii. Według Banku Portugalii na koniec marca tego roku, polskie inwestycje wynosiły tam nieco ponad 14,5 mln euro. Jedynym polskim podmiotem zarejestrowanym w Portugalii jako inwestor jest X-Trade Brokers (XTB) Dom Maklerski SA. Dopiero w ubiegłym roku dołączyła do niej spółka Asseco Poland, jeden z największych w Europie producentów oprogramowania, przejmując pakiet kontrolny w portugalskiej spółce informatycznej Exictos SGPS. Na tamtejszym rynku obecna jest też firma kosmetyczna Inglot, która ma w Portugalii sieć sklepów na bazie franczyzy.

Z kolei wartość portugalskich inwestycji w Polsce wyniosła blisko 1,3 mld euro, a nasz kraj jest ósmą najważniejszą lokalizacją dla tamtejszych firm. W Polsce zainwestowały przedsiębiorstwa m.in. z branży bankowej i spożywczej.

Rak prostaty co roku wykrywany jest u 9 tys. mężczyzn. Chorych będzie przybywać

dr n. med. Roman Sosnowski, urolog z Kliniki Nowotworów Układu Moczowego Centrum Onkologii w Warszawie
dr n. med. Roman Sosnowski, urolog z Kliniki Nowotworów Układu Moczowego Centrum Onkologii w Warszawie

Lekarze alarmują, że w związku ze starzeniem się społeczeństwa w najbliższych latach zachorowań na raka prostaty będzie coraz więcej. Problem w tym, że mężczyźni często wstydzą się mówić o swoich dolegliwościach i zwlekają z pójściem do lekarza. Czasami na skuteczne leczenie jest już za późno. Rocznie w Polsce rak prostaty diagnozowany jest u 9 tys. mężczyzn. U 4–4,5 tys. pacjentów jest on przyczyną zgonu. Ruszyła właśnie kampania „Rada na raka prostaty”, która ma edukować pacjentów i ich bliskich w trzech najważniejszych aspektach związanych z tą chorobą – medycznym, psychologicznym i finansowym.

W Polsce rocznie na raka prostaty zapada około 9 tys. mężczyzn, a około 4–4,5 tys. umiera na ten nowotwór. Zachorowania są coraz częstsze i w przyszłości będzie ich jeszcze więcej. Związane jest to ze starzeniem się społeczeństwa, bo jednym z ważniejszych czynników zachorowania na raka gruczołu krokowego jest wiek. Im starszy mężczyzna, tym większe ryzyko, że wystąpi u niego ta choroba. Innym ważnym czynnikiem jest pokrewieństwo z chorymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle dr n. med. Roman Sosnowski, urolog z Kliniki Nowotworów Układu Moczowego Centrum Onkologii w Warszawie.

Metody leczenia raka prostaty są już na tyle zaawansowane, że na świecie widać trend związany ze spadającą liczbą zgonów spowodowanych tą chorobą. Jednak w Polsce nie jest on na razie obserwowany. Podstawowy problem polega na tym, że nowotwór gruczołu krokowego niełatwo zdiagnozować.

Objawy dotyczą problemów ogólnie z drogami moczowymi i nie są charakterystyczne dla raka gruczołu krokowego. Może to być zwiększona częstotliwość oddawania moczu w nocy i w dzień, mogą to być problemy z samym oddawaniem moczu, bóle czy nawet krwiomocz – tłumaczy dr n.med. Roman Sosnowski.

Regularne badania kontrolne powinien wykonywać każdy mężczyzna po 50. roku życia. Problemem we wszystkich chorobach nowotworowych, również w przypadku nowotworu prostaty, jest zbyt późna diagnostyka.

Najważniejszym problemem jest wstyd w rozmowie o chorobie nowotworowej prostaty. Często żony przychodzą do nas zamiast mężów, którzy chorują. To one pytają nas o wszystkie szczegóły dotyczące choroby i szukają wsparcia w tej trudnej sytuacji, np. wskazania dobrego specjalisty – mówi Tadeusz Włodarczyk, prezes Stowarzyszenia Mężczyzn z Chorobami Prostaty „Gladiator”.

Psychoonkolodzy podkreślają, że wsparcia wymagają także leczeni pacjenci. Dodają, że nie ma jednego złotej rady na to, jak radzić sobie z chorobą. Wiele zależy od stopnia zaawansowania nowotworu.

Często diagnozujemy pacjentów, którzy mają już bardzo zaawansowany nowotwór. Wielu mężczyznom bardzo trudno jest okazać swoją słabość, to, że się źle czują, że się boją, stąd tak często zwlekają np. z pójściem do lekarza. Są ludzie, którzy łatwiej adaptują się do trudnych sytuacji, a są osoby, które zwlekają z pewnymi decyzjami, czują się niekomfortowo, kiedy ktoś ma im pomóc – mówi dr n. med. Mariola Kosowicz z Zakładu Psychoonkologii Centrum Onkologii w Warszawie.

Lekarze podkreślają, że odpowiednie podejście chorego jest jednym z warunków skutecznego leczenia. Dlatego konieczna jest szeroko zakrojona edukacja – organizowanie kampanii informacyjnych i sympozjów naukowych tak, by o tej chorobie mówić jak najczęściej i jak najwięcej.

Pacjenci potrzebują bardzo dużo wiedzy prostej, praktycznej i łatwo dostępnej. Skomplikowana wypowiedź, stricte medyczna, do pacjenta nie zawsze trafia. Tym bardziej że każdy pacjent jest zestresowany wiadomością o swojej chorobie i nie wszystko zapamiętuje – mówi Tadeusz Włodarczyk.

Forma leczenia raka prostaty musi być dopasowana do indywidualnego przypadku, bo choroba ta może mieć różny przebieg w zależności od stopnia zaawansowania.

Kiedy mamy chorobę ograniczoną tylko do narządu, czyli nie mamy przerzutów, głównie leczymy radykalnie, czyli staramy się usunąć za wszelką cenę komórki nowotworowe, czy to chirurgicznie, a jest to metoda najbardziej skuteczna, czy to przez radioterapię. Natomiast w przypadku, kiedy mamy chorobę uogólnioną, kiedy są przerzuty do kości, do węzłów chłonnych lub do innych narządów, to tutaj możemy pomóc choremu poprzez stosowanie nowoczesnej hormonoterapii, chemioterapii czy leczenia celowanego. Wydłużamy wtedy życie chorego, poprawiamy jego jakość i spowalniamy chorobę – podkreśla dr n. med. Roman Sosnowski.

Jak podkreślają eksperci, rak prostaty może być dużym wyzwaniem także finansowym.

Do szybkiej diagnostyki kwalifikują się tylko pacjenci, którzy są diagnozowani w kierunku nowotworu bądź których leczenie jest nastawione na wyleczenie. Pacjenci, którzy mają chorobę rozsianą, uogólnioną, już do pakietu onkologicznego się nie kwalifikują. Żeby wykonać takie badania w trybie natychmiastowym, czasami trzeba zainwestować prywatne środki – mówi Agata Polińska, wiceprezes zarządu Fundacji Onkologicznej Alivia.

Jednak długotrwałe leczenie może być bardzo kosztowne. Tym bardziej że nie wszystkie leki są refundowane przez NFZ. W tym przypadku można liczyć na pomoc organizacji, które wspierają finansowo osoby zmagające się z nowotworami. Należy do nich m.in. Fundacja Alivia.

Prowadzimy program Skarbonka, którego celem jest crowdfunding, czyli zbieranie od dużej liczby darczyńców środków, którymi potem wspieramy naszych podopiecznych i refundujemy im wydatki związane z leczeniem, których nie pokrywa NFZ. Łącznie pomogliśmy już ponad 300 osobom i przekazaliśmy prawie 3 mln zł na pokrycie ich wydatków związanych z procesem leczenia – mówi Agata Polińska.

Polski Holding Nieruchomości S.A. i Waryński S.A. Grupa Holdingowa nawiązują współpracę

Polski Holding Nieruchomości S.A. i Waryński S.A. Grupa Holdingowa w dniu 25 maja br. podpisały list intencyjny dotyczący możliwości nawiązania ewentualnej współpracy, mającej na celu intensyfikację rozwoju i zwiększenie konkurencyjności obu podmiotów na rynku.

Zgodnie z postanowieniami listu intencyjnego, zamiarem Polskiego Holdingu Nieruchomości S.A. i Waryński S.A. Grupa Holdingowa jest współpraca w zakresie opracowywania kompleksowych rozwiązań na rynku nieruchomości. Będzie ona polegać na współdziałaniu i podejmowaniu inicjatyw, mających na celu optymalizację oferty obu spółek i maksymalizację korzyści wynikających z efektywnej kooperacji.

– Jest nam miło poinformować o zawarciu listu intencyjnego dotyczącego potencjalnej współpracy z Waryński S.A. Grupa Holdingowa, zgodnie z którym dokonamy przeglądu obszarów działalności, mogących być przedmiotem współpracy i wyselekcjonujemy aktywności dające największą możliwość wykorzystania efektu synergii – powiedział Maciej Jankiewicz, Prezes Zarządu Polskiego Holdingu Nieruchomości S.A.

– Rynek nieruchomości w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie. Duża konkurencja w wielu obszarach rynku wymaga nieustannego poszerzania oferty i dostosowywania jej do oczekiwań klientów oraz potencjalnych inwestorów. Jesteśmy przekonani, że przyszła współpraca z Polskim Holdingiem Nieruchomości S.A. przyniesie wiele korzyści obu stronom i zaowocuje wypracowaniem bardzo atrakcyjnych inicjatyw – powiedział Mirosław Łoziński, Prezes Zarządu, Waryński S.A. Grupa Holdingowa.

Polscy przedsiębiorcy coraz mniej zainteresowani dofinansowaniem z UE

Polskie mikrofirmy i małe firmy są coraz mniej zainteresowane dofinansowaniem z Unii Europejskiej. W grudniu 2015 r. jedynie co dziesiąta z nich deklarowała, że skorzystała już lub zamierza skorzystać z unijnych dotacji w ramach perspektywy finansowej 2014–2020 – wynika z szóstego raportu „Jak w Polsce prowadzi się własny biznes?”. Czym jest spowodowana ta niechęć przedsiębiorców do ubiegania się o środki z Unii?

Małe zainteresowanie dofinansowaniem unijnym wynika głównie ze skomplikowania obowiązującej procedury aplikacyjnej i trudności ze sporządzeniem wymaganych dokumentów. Do prawidłowego wypełnienia wielu z nich potrzeba specjalistycznej wiedzy, której w firmach często brakuje. W związku z tym muszą one korzystać z usług różnych ekspertów i doradców.

Problemem jest też to, że duża część polskich przedsiębiorców, zwłaszcza tych mniejszych, po prostu nie wierzy w możliwość uzyskania unijnych środków. Zamiast się o nie starać, odkładają oni swoje inwestycje na później lub je ograniczają, ewentualnie posiłkują się pożyczkami i kredytami.

„Statystyki mówią, że zasadniczo po unijne pieniądze znacznie częściej i skuteczniej ubiegają się spółki z dużych ośrodków w tzw. Polsce A oraz większe przedsiębiorstwa. Wynajmują one doradców i są lepiej przygotowane do całego procesu aplikacyjnego” – zauważa w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl Anna Misiołek, prezes zarządu firmy ABBEYS.

Czy mniejsze firmy są na straconej pozycji? Oczywiście nie. Mimo istniejących trudności ze starania się o środki z Unii nie należy rezygnować. Pieniądze do zdobycia są bowiem zbyt duże, żeby przynajmniej nie spróbować. Na pewno warto skorzystać z usług doświadczonych doradców, którzy pomogą w przygotowaniu dokumentów i wyjaśnią wszystkie proceduralne zawiłości.

Ostanie słowo należy do Janet Yellen

Dzisiaj po południu zabierze głos dawno niesłyszana Janet Yellen, prezes Fed. Wprawdzie w komentarzach widać sporą dozę sceptycyzmu co do konkretów, które miałyby się pojawić w jej wystąpieniu (głównym tematem jest dobrobyt i równość), jednak to się dopiero okaże po fakcie. Seria wypowiedzi członków Rezerwy Federalnej jest długa, i na razie brakowało w niej najważniejszego głosu, czyli samej Janet Yellen. Wczoraj wypowiadali się dwaj ważni członkowie Fed: James Bullard oraz Jerome Powell. Obaj mówili mniej więcej w tym samym tonie (Powell bardziej zdecydowanie): istnieją szanse na szybkie podwyżki stóp procentowych, choć oczywiście nic nie jest przesądzone. Dolar już się przyzwyczaił do tej narracji, więc Yellen, jeżeli wspomni o stopach choć słowem, może nadać mu trochę energii.

Ameryka to dzisiaj nie tylko Fed, ale również kilka ciekawych danych gospodarczych, zwłaszcza indeks Uniwersytetu Michigan oraz rewizja PKB za I kwartał. Oba wskaźniki mają być lepsze od poprzednich, choć w przypadku danych Uniwersytetu Michigan opinie nie są jednoznaczne. Indeks bada nastroje amerykańskich konsumentów, oceniając de facto ich potencjał nabywczy. Zrewidowany PKB ma skoczyć nawet do 0,9 proc. z 0,5 proc.

Komunikat opublikowany po posiedzeniu szefów państw G7 nie jest do końca po myśli Japonii. Tokio nie uzyskało zielonego światła dla polityki luzowania, choć widać wyraźnie, że liderzy największych państw widzą problem globalnego spowolnienia gospodarczego. W komunikacie znalazł się passus dotyczący ograniczeń polityki monetarnej, która samodzielnie nie jest w stanie doprowadzić do wzrostu. Tradycyjnie jednym z głównych tematów był Brexit, oczywiście jako poważne zagrożenie dla świata. Ostatnie sondaże wskazują jednak, że jego zwolenników ubywa, a problemem dla funta stają się gorsze wyniki gospodarcze, np. słabe dane o inwestycjach w I kwartale. Całkiem możliwe, że Brytyjczycy będą mieli spory kłopot z gospodarką, a dyskusje o wynikach czerwcowego referendum tylko na chwilę go przytłumiły.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Dobre dane na temat bezrobocia w Polsce. Dobre dane z Niemiec i USA

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

W ostatnich dniach nie brakowało posiedzeń banków centralnych w sprawie stóp procentowych. W środę Kanada utrzymała poziom 0,5%. Z kolei we wtorek Węgry obniżyły stopy procentowe zgodnie z oczekiwaniami do 0,9% z obecnych 1,05%. W reakcji na te dane rynek delikatnie przecenił forinta. Turcja w dalszym ciągu utrzymuje relatywnie wysoki poziom 7,5%. Państwa na tym poziomie rozwoju muszą płacić wyższe oprocentowanie.

W środę poznaliśmy również lepszy od oczekiwań indeks instytutu IFO w Niemczech. Oczekiwania mówiły o 106,8pkt, z kolei wynik wyniósł 107,7pkt. Dane te umocniły euro do pozostałych walut. Poznaliśmy również tego dnia informacje z Polski. Stopa bezrobocia spadła nawet mocniej niż oczekiwano. Wynosi ona obecnie 9,5%, wobec oczekiwanych 9,6%. Bezrobocie spadające o tej porze roku spowodowane jest pojawieniem się prac sezonowych. Nie mniej szybsze od oczekiwanego spadki tego parametru dobrze rokują na przyszłość.

Czwartek był dniem wolnym w Polsce, natomiast rynki cały czas funkcjonowały. W Hiszpanii opublikowano wzrost PKB, który zgodnie z oczekiwaniami wyniósł zaledwie 0,8%. Na Węgrzech stopa bezrobocia spadła do 5,8%, przy czym spadek wyniósł zaledwie 0,2%. Dla porównania w Polsce bezrobocie spadło o 0,5%. Wolniej od oczekiwań rośnie PKB w Wielkiej Brytanii dane roczne mówią o wzroście o 2%, wobec oczekiwanych 2,1%. Dane te spowodowały osłabienie funta z okolic 5,80zł na 5,78zł.

Ważne dane nadeszły z USA. Zamówienia na dobra trwałego użytku wzrosły o 3,4% w ujęciu miesięcznym przy oczekiwaniach 0,5%. Z kolei liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych mierzona liczbą wniosków o zasiłek wyniosła 268 tysięcy, wobec 275 tysięcy oczekiwanych. Wzrósł również indeks podpisanych umów kupna domów. Co ciekawe pomimo tak dobrych danych dolar nie umocnił się względem euro.

Od rana poznaliśmy dane z Japonii. Deflacja powoli spada i wynosi już “tylko” 0,3%. Jest to i tak o 0,1% lepiej niż sądzili analitycy. Gospodarka Japońska przytłoczona jest obecnie odbiciem na jenie, który gwałtownie obniżył konkurencyjność japońskiego eksportu.

Marcin Lipka: Niestabilny złoty skłania do inwestowania w waluty

Dla Rosji PKN Orlen jest kluczowym klientem

0

Na podstawie danych Federalnej Służby Celnej w 2015 roku Forbes sprawdził jak przedstawia się rosyjski eksport ropy i kto najchętniej kupuje rosyjską ropę. Z zestawiania przygotowanego przez magazyn wynika, że PKN Orlen kupuje 10 mln ton za co płaci 3,7 mld USD, czyli średnio 51 dolarów za baryłkę. Wynika więc z tego, że rodzima firma należy do kluczowych klientów. Zdaniem dr Przemysława Kwietnia, głównego ekonomisty XTB, taki stan rzeczy utrzyma się jeszcze długo. Więcej w materiale wideo.

Inwestorzy przestali się bać wyjścia Wielkiej Brytanii z UE

0

Kurs funta w ostatnich miesiącach zachowywał się dziwnie, poruszał się w oderwaniu od danych makroekonomicznych. Cała nerwowość napędzana jest przez perspektywę Brexitu. Ostatnio jednak widać wygaszanie emocji, czy w związku z tym, czy można dojść do generalnych wniosków, że inwestorom perspektywa wyjścia Wielkiej Brytanii przestaje być straszna? Więcej w materiale wideo.

Mall.pl wypłaci 50 zł wszystkim kupującym, do których przesyłka nie zostanie wysłana na czas

Z końcem maja 2016 Mall.pl wprowadził gwarantowaną, terminową wysyłkę do Klienta i wypłaca 50 zł wszystkim kupującym, do których przesyłka nie zostanie wysłana na czas.

Vít Endler, Dyrektor Generalny Netretail Holding Group
Vít Endler, Dyrektor Generalny Netretail Holding Group

Strategia na rok 2016 koncentruje się na systematycznym umacnianiu relacji
z Klientami i ulepszaniu procesu dostawy zamówień. Obserwowana dotychczasowa dynamika e-commerce, osiągnięty sukces w ilości prawie 400 tys. zamówień za rok ubiegły, stworzyły realne szanse na usprawnienie procesu dostawy zależnej od zewnętrznych firm kurierskich i dlatego też z przekonaniem wprowadzamy gwarancję wysyłki w terminie i odpłatną rekompensatę w razie braku spełnienia tego warunku
– mówi Vít Endler, Dyrektor Generalny Netretail Holding Group.

Firma planuje również poszerzyć ilości punktów odbioru osobistego jak i rozwijać możliwość zakupów online na raty oraz rozszerzyć gwarancję na zakupiony asortyment nawet o 5 lat. Usługa gwarantowanej, terminowej wysyłki z opcją zwrotu 50 zł jest szczególnie polecana wszystkim kupującym online, którzy do tej pory np. obawiali się o otrzymanie przesyłki na czas przed ważną okazją, świętem, jak i dla wszystkich, którzy rezygnowali z zakupów  w sieci z obawy przed zaginięciem przesyłki lub dostawy na czas.

Korzyści z wprowadzenia tej usługi są obopólne. Wdrożona usługa jest kolejnym etapem rozwijania synergii pomiędzy zakupem online w sieci, a realnym otrzymaniem złożonego zamówienia w domu, czyli integracji działań w dwóch obszarach: w świecie wirtualnych zakupów w internecie i w świecie realnym – offline.

– Zależy nam, by budować silniejszą relację z Klientami, której fundamentem jest pewność pełnej realizacji zamówienia zgodnie z oczekiwaniami, a co za tym idzie – budowanie zaufania i przywiązania do naszej handlowej galerii online – dodaje V. Endler.

PZL-Świdnik opracował śmigłowiec wsparcia bojowego dla Polskich Sił Zbrojnych. Obecnie Wojska Lądowe wykorzystują W-3PL Głuszec

Stanisław Wojtera, szef biura wydarzeń i komunikacji w PZL-Świdnik
Stanisław Wojtera, szef biura wydarzeń i komunikacji w PZL-Świdnik

Śmigłowiec W-3PL Głuszec, bojowa wersja sprawdzonego Sokoła, jest rezultatem współpracy między PZL-Świdnik, Polskimi Siłami Zbrojnymi a Instytutem Technicznym Wojsk Lotniczych. Obecnie jest on wykorzystywany przez polskie Wojska Lądowe. Maszyna wyposażona jest w nowoczesną awionikę i sprzęt, który znacząco zwiększa zdolności bojowe polskiego wojska.

PZL-Świdnik podczas 10. Międzynarodowej Wystawy AIR FAIR 2016 w Bydgoszczy zaprezentował śmigłowiec W-3PL Głuszec, który obecnie wykorzystywany jest przez 56. Bazę Lotniczą w Inowrocławiu.

To bardzo nowoczesny śmigłowiec odpowiadający światowym standardom. Mamy takie elementy jak semi glass cockpit, który ułatwia pilotowanie i zarządzanie w kokpicie, może być zintegrowany z różnymi rodzajami broni. To dowód na to, że jest to śmigłowiec, który może spełniać najwyższe wymagania stawiane przez siły zbrojne – mówi agencji Newseria Biznes Stanisław Wojtera, szef biura wydarzeń i komunikacji w PZL-Świdnik.

Śmigłowiec W-3PL Głuszec, zmodernizowana do wsparcia bojowego wersja śmigłowca Sokół, to efekt doświadczeń zdobytych przez Polskie Wojska Aeromobilne podczas działań bojowych w trakcie misji stabilizacyjnej w Iraku. Powstał dzięki współpracy między PZL-Świdnik, Polskimi Siłami Zbrojnymi a Instytutem Technicznym Wojsk Lotniczych. Mogą być na nim zainstalowane różne systemy uzbrojenia, które umożliwiają realizację różnych operacji, od wsparcia bojowego i ataku, przez misje poszukiwawczo-ratownicze, po transport żołnierzy.

Model, który prezentujemy w Bydgoszczy, na pewno nie jest wersją ostateczną. To śmigłowiec bardzo nowoczesny, a jednak cały czas pracujemy nad jego rozwojem – zaznacza Wojtera.

Cztery pierwsze Głuszce dostarczono Wojskom Lądowym pod koniec 2010 roku. PZL-Świdnik podpisał umowę na modernizację kolejnych czterech śmigłowców Sokół do wersji W-3PL. Jak wskazuje przedstawiciel producenta, w zakładzie trwają obecnie prace nad ukończeniem ostatniego z zamówionych śmigłowców.

Z tego, co wiemy, żołnierze są zadowoleni. Zgłaszają jeszcze pewne uwagi, my wprowadzamy poprawki, ale W-3PL Głuszec to niewątpliwie jeden z tych produktów, na które stawiamy. Uważamy, że może być naszą dumą, ale też przede wszystkim dobrze spełniać wymagania Polskich Sił Zbrojnych – ocenia Wojtera.

PZL-Świdnik został wyróżniony przez Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 w Bydgoszczy, organizatora targów w Bydgoszczy, za osiągnięcia w dziedzinie lotnictwa wojskowego i cywilnego oraz profesjonalne przygotowanie stoisk wystawowych i kompleksową prezentację firmy.

Wrocławski developer i2 Development przygląda się innym lokalnym rynkom, nie wyklucza też ekspansji zagranicznej

CEO Magazyn Polska

i2 Development, jeden z największych graczy lokalnego rynku nieruchomości w stolicy Dolnego Śląska, chce w tym roku sprzedać 1250 mieszkań w samym Wrocławiu. Planuje wypłacić dywidendę z tegorocznego zysku na poziomie minimum 50 proc. Myśli o wejściu na inne lokalne rynki i nie wyklucza ekspansji zagranicznej.

– Koncentrujemy się na inwestycjach premium, wysokomarżowych – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Misztal, wiceprezes zarządów w spółce i2 Development. – Nie interesują nas osiedla wieloetapowe powstające w okresach dziesięcioletnich. Zamiast jednego gruntu, który może przyjąć 1,5 tys. mieszkań wolimy wykonać trzy projekty, każdy na 500 lokali, żeby wszystko zamknąć w cyklu 4–5-letnim. Takie projekty będziemy realizować w przyszłości.

Obecnie flagowym przedsięwzięciem grupy i2 Development jest składająca się z czternastu niezależnych budynków o różnym charakterze inwestycja Bulwar Staromiejski. Realizowana jest na 2,5 hektarowej działce w ścisłym centrum Wrocławia, przy rzece i fosie. W rezultacie powstanie tam 30 tys. mkw. powierzchni użytkowej, z czego 20 tys. stanowić będą mieszkania (reszta to biura i usługi).

– To inwestycja charakteryzująca się marżą ekonomiczną przekraczającą 60 proc. – podkreśla wiceprezes Marcin Misztal. – Kończymy właśnie sprzedaż pierwszych budynków. W tym roku na rynek trafi cały kompleks. Ze względu na swoją specyfikę już teraz cieszy się on bardzo dużym zainteresowaniem – dodaje.

Działająca od 2012 roku i2 Development jest grupą deweloperską specjalizującą się w w budownictwie mieszkaniowym o podwyższonym standardzie i w mieszkaniach z segmentu premium, co stanowi około 75% jej działalności. Pozostałe 25% to powierzchnie biurowe i usługowe. W ciągu trzech lat przedsiębiorstwo stało się liderem deweloperskiego segmentu premium we Wrocławiu. Jak zapowiada wiceprezes Misztal, firma planuje wejście na inne lokalne rynki. Nie wyklucza też ekspansji.

– Firma rozwija się bardzo szybko – mówi Marcin Misztal. – Dzisiaj jesteśmy bezkonkurencyjni pod względem liczby mieszkań w inwestycjach. W tym roku uruchomimy 1250 mieszkań w stolicy Dolnego Śląska. Stale przyglądamy się innym lokalizacjom, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Ale obecnie koncentrujemy się na Wrocławiu.

Firma zatrudnia 70 pracowników, a kolejne 600 osób pracuje przy jej projektach. Obecnie realizuje ponad 20 projektów we Wrocławiu o różnej wielkości, a posiadany bank ziemi pozwala jej na realizację niemal 100 tys. mkw. powierzchni mieszkalnej oraz biurowo-usługowej w ciągu najbliższych trzech lat. Swoje potrzeby inwestycyjne na najbliższe lata grupa szacuje na ok. 100 mln zł.

– Debiut był udany – mówi wiceprezes Marcin Misztal. – Chcemy być spółką dywidendową, to jedno z naszych głównych założeń. Zysk za 2016 rok będziemy chcieli wypłacić w co najmniej 50 proc. W przyszłym roku należy się więc spodziewać wypłaty dywidendy za ten rok.

W drugiej połowie maja akcje przedsiębiorstwa zadebiutowały na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. W ofercie publicznej spółka przydzieliła 1,7 mln akcji, a wartość oferty sięgnęła 34 mln zł. Podczas debiutu kurs akcji spółki był wyższy o 10 proc. Względem ceny odniesienia i wyniósł 22 zł. Dziś za jedną akcję trzeba płacić 20,15 zł.

Rynki finansowe liczą na mocne zobowiązania krajów G7. Oczekiwania mogą być jednak na wyrost

CEO Magazyn Polska

Najważniejsza będzie dyskusja o utrzymaniu sankcji gospodarczych wobec Rosji – mówi o trwającym szczycie G7 Piotr Szulec, dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej Pioneer Pekao Investments. Jego zdaniem z punktu widzenia Unii Europejskiej to kluczowa kwestia. Głównymi tematami przywódców USA, Japonii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch i Kanady są m.in. znalezienie sposobów na pobudzenie światowej gospodarki, walka z terroryzmem czy przeciwdziałanie unikaniu płacenia podatków. Rynki finansowe liczą na mocne zobowiązania grupy G7. Eksperci uważają, że oczekiwania mogą być jednak na wyrost. 

– Przywódcy chcą się skupić na tym, co się dzieje na linii Rosja–Ukraina i Rosja–Unia Europejska. To będzie najważniejszy temat w kontekście dotychczasowych sankcji nałożonych na Rosję i tego, czy Unia Europejska te sankcje zmniejszy czy zniesie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Szulec, dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej w Pioneer Pekao Investment.

Oficjalnym celem spotkania przywódców najbardziej uprzemysłowionych państw świata jest znalezienie sposobów pobudzenia globalnej gospodarki, przedyskutowanie sposobów walki z terroryzmem oraz zastanowienie się nad tym, jak przeciwdziałać unikaniu płacenia podatków w kontekście afery Panama Papers. Eksperci spodziewają się też, że liderzy będą dążyli do wypracowania wspólnego stanowiska w najważniejszych kwestiach międzynarodowych takich jak kryzys uchodźczy, konflikt na Ukrainie czy północnokoreańskie próby rakietowe i nuklearne.

– Szczyt G7 tak naprawdę będzie się skupiał na współpracy poszczególnych państw w zakresie większej kontroli nad centrami finansowymi, chociażby różnych grup terrorystycznych, czy większej współpracy wywiadów finansowych tych gospodarek – podkreśla Szulec.

Ekspert zaznacza, że w praktyce przywódcy G7 skupią się na zwiększeniu kontroli nad swoimi centrami finansowymi. Dodaje przy tym, że dyskusja o Ukrainie i Rosji będzie bardzo ważna z punktu widzenia Unii Europejskiej. Jak zaznacza Szulec, w dużej mierze wyznaczy ona kierunek dla wewnętrznych dyskusji w Unii na ten temat.

– W zakresie dalszej współpracy krajów wchodzących w skład G7, warto zwrócić uwagę przede wszystkim na wypowiedzi przedstawicieli Japonii, którzy zaakcentowali, że wszyscy powinni nad wzrostem gospodarczym pracować, ale każdy kraj powinien to robić w kontekście własnych problemów i zdolności finansowych – wskazuje Szulec.

Podkreśla, że to sugerowałoby, że Japonia w zakresie dalszego luzowania polityki monetarnej chce podjąć kolejne kroki i słownie przygotowuje uczestników rynku do tych właśnie kroków. Piotr Szulec zaznacza jednocześnie, że takie sugestie Kraju Kwitnącej Wiśni mogą się spotkać z oporem innych członków grupy G7, choćby Stanów Zjednoczonych, które zaostrzają swoją politykę fiskalną.

– Bank Japonii będzie się starał osłabiać jena, to w kontekście poprawiania stanu całej japońskiej gospodarki – mówi. – Natomiast Stany Zjednoczone z pewnością poprzez swoje działania zaostrzania polityki monetarnej będą wpływały na silnego dolara – dodaje.

Szulec przypomina, że Japonia ma cały czas problem z osłabianiem własnej waluty. To, jak podkreśl, wpływa na ograniczenie przewagi konkurencyjnej eksporterów tego kraju. Jen jest jedną z najmocniejszych walut w tym roku w koszyku państw z rozwiniętymi gospodarkami. Od początku 2016 r. japońska waluta zdrożała względem dolara o ponad 9 proc., czym zaskakuje strategów, którzy pod koniec 2015 r. prognozowali jej osłabienie do 124 za dolara.

Szczyt G7 zbiega się z pogłębiającą niepewnością w globalnej gospodarce, konfrontowanej z terroryzmem, spowolnieniem m.in w Chinach, a także konsekwencjami spadających cen ropy naftowej i obawami przed wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Analitycy zwracają uwagę na to, że rynki finansowe liczą na mocne zobowiązania krajów G7 w kwestii ożywienia wzrostu.

J. Buzek: Czempiony narodowe muszą wygrywać konkurencję na europejskim rynku. Szansą może być ich umiędzynarodowienie

CEO Magazyn Polska

Zgodnie z rządowym Planem na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju ważną rolę w gospodarce mają odgrywać czempiony, czyli silne, krajowe przedsiębiorstwa, które są konkurencyjne za granicą. Zdaniem prof. Jerzego Buzka to trend, który widać w wielu europejskich krajach. Dodaje jednak, że nawet jeśli firma świetnie sobie radzi lokalnie, nie oznacza to, że poradzi sobie z konkurencją w UE. Wiele firm odkryło, że wzmocnieniem może być umiędzynarodowienie.

Wiele rządów europejskich stara się stworzyć u siebie coś w rodzaju czempionów narodowych. To nie jest polski pomysł. Trzeba jednak pamiętać o tym, że na dużym europejskim rynku taki narodowy czempion może sobie nie dać rady. Dlatego firmy europejskie już dawno odkryły, że warto się umiędzynarodowić po to właśnie, żeby te czempiony mogły wygrywać na europejskim rynku, skoro go otworzyliśmy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Jerzy Buzek, były premier RP i przewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Wicepremier i minister rozwoju Mateusz Morawiecki w Planie na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju podkreślił, że w Polsce jest znacznie mniej czempionów niż na rynkach rozwiniętych. Podstawą krajowej gospodarki jest sektor małych i średnich przedsiębiorstw (99,8 proc. firm), który odpowiada za 70 proc. PKB oraz podobny odsetek miejsc pracy. Według przytaczanego w planie rankingu „Forbesa” tylko sześć polskich firm może być uznanych za światowe czempiony, podczas gdy w Wielkiej Brytanii jest ich 95, we Francji – 64, w Niemczech – 50, a w Hiszpanii – 28. Na całym świecie takie firmy najwięcej wydają na badania i rozwój, tworzenie innowacyjnych produktów i usług oraz chronią gospodarkę przed zjawiskiem tzw. drenażu mózgów.

Podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego przedstawiciel węgierskiego rządu mówił o internacjonalizacji gospodarki, o internacjonalizacji małych i średnich przedsiębiorstw. A więc to jest nieco inne podejście niż polskie, być może Węgrzy mają doświadczenie z ostatnich paru lat i dlatego odchodzą nieco od tego narodowego podejścia, które polski rząd często proponuje. Ale oczywiście i jednego i drugiego musimy mieć odpowiednie proporcje. Żadnej z tych idei nie należy negować, tylko przyjąć właściwe proporcje – podkreśla prof. Buzek.

Autorzy Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju podkreślają, że rozwój polskich firm pociągnie za sobą rozwój całej gospodarki. Większe firmy mają bowiem lepsze warunki do wdrażania innowacji, tworzenia wysokojakościowych miejsc pracy czy ekspansji zagranicznej. Mają też dostęp do tańszego kapitału i większe możliwości fuzji i przejęć. W planie wskazano także na konieczność szukania rynków zbytu dla przedsiębiorstw, które mają potencjał uzyskania statusu czempiona.

Niewątpliwie jest stała zależność pomiędzy działalnością gospodarczą a tym, o czym decyduje i w jaki sposób działa państwo – podkreśla prof. Jerzy Buzek. – To wiąże się również z tym, czy kapitał ma swoją narodowość.

Zdaniem byłego premiera RP i przewodniczącego Parlamentu Europejskiego również ważnym wyzwaniem dla państwa jest takie ukształtowanie wzrostu gospodarczego, aby sprzyjał on obywatelom i żeby wszyscy mogli odczuć jego pozytywne skutki.

To jest problem, z którym borykamy się od lat. Dotyczy on pełnej liberalizacji czy daleko idącej liberalizacji gospodarki i tego, w jaki sposób odpowiedzieć na wyzwania, zagrożenia i oczekiwania społeczne – zauważa prof. Jerzy Buzek. – Gospodarka rynkowa od dawna próbuje odpowiedzieć na te pytania i ciągle nie ma ostatecznej odpowiedzi i zapewne nigdy jej nie będzie. Zawsze poruszamy się pomiędzy bardzo silnymi regułami liberalnymi a czymś, co można nazwać społecznym podejściem. W tych ramach należy szukać równowagi i najbardziej korzystnych rozwiązań, które mogłyby nam pomóc szybko się rozwijać, a równocześnie spełniać oczekiwania społeczne.

Rośnie wartość wypłat za szkody osobowe w wypadkach komunikacyjnych. Ceny polis OC mogą w efekcie wzrosnąć nawet o 50 proc.

CEO Magazyn Polska

OC komunikacyjne mogą wzrosnąć od 20 do nawet 50 proc. – prognozuje Andrzej Jarczyk, prezes UNIQA Towarzystwa Ubezpieczeń. To skutek dużych strat ubezpieczycieli na rynku OC, wzrostu wypłat za szkody osobowe mimo spadającej liczby wypadków, większej liczby uprawnionych osób i zmieniającego się prawa. W ubiegłym roku łączna wartość wypłat za szkody osobowe przekroczyła 1,3 mld zł.

– Cieszy fakt, że ofiar wypadków drogowych jest coraz mniej. Z drugiej strony świadczenia, które wypłacamy z tytułu zadośćuczynienia, uszczerbków na zdrowiu i rent bardzo dynamicznie rosną. Powodów jest wiele. To wzrost średniej szkody i liczby osób uprawnionych do skorzystania z zadośćuczynień. Od kilku lat działa też prawo i ubezpieczyciele wypłacają zadośćuczynienia za wypadki sprzed 2008 roku – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Jarczyk, prezes UNIQA Towarzystwa Ubezpieczeń.

W ubiegłym roku z tytułu 170 tys. szkód osobowych ubezpieczyciele wypłacili świadczenia o łącznej wartości 1,3 mld zł. To 12 proc. więcej niż w 2014 roku. Dane Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego wskazują, że z każdych 100 zł wypłaconych z polis blisko 30 zł pokrywało szkody osobowe. To dwa razy więcej niż jeszcze siedem lat temu. Rośnie nie tylko liczba odszkodowań z tytułu szkód osobowych, lecz także ich wysokość.

– Czynników wpływających na wysokość odszkodowań z OC komunikacyjnego jest bardzo wiele. Dobrze uregulowane są odszkodowania z tytułu szkód materialnych. Z drugiej strony świadczenia z tytułu szkód osobowych zależą od bardzo indywidualnych czynników, np. tego, jaki był rozmiar szkody, uszczerbku na zdrowiu, jaka była sytuacja rodzinna osoby, która tego uszczerbku doznała, ile osób bliskich jest w rodzinie czy poszkodowany jest na tyle niesprawny, że pobiera rentę – wymienia Jarczyk.

Liczba i wysokość odszkodowań komunikacyjnych szybko rosną, choć spada liczba zabitych i rannych w wypadkach drogowych. W 2008 roku liczba wypadków oscylowała wokół 49 tys., zaś zgłoszonych szkód osobowych – ok. 52 tys. W 2014 roku było to już odpowiednio 35 i 98 tys. W dużej mierze to efekt zgłaszanych roszczeń za szkody osobowe, do których doszło nawet kilkanaście lat wcześniej. Jak podkreśla Jarczyk, dlatego szybko rośnie stosunek między liczbą szkód osobowych zgłoszonych do ubezpieczycieli w danym roku a liczbą szkód, do których faktycznie doszło. W 2015 roku na 140 zgłoszonych szkód, tylko 100 dotyczyło wypadków, do których doszło właśnie w tym roku, a 40 w latach ubiegłych. Jeszcze w 2014 roku było to odpowiednio 100 do 15.

– Branżę ubezpieczeniową kosztowało to już setki milionów złotych, a ubezpieczyciele borykają się z wypłatą odszkodowań czy zadośćuczynień za szkody, do których doszło w latach 90. Drugim elementem, który mocno wpływa na wysokość świadczeń, jest liczba osób uprawnionych. Ta kwestia jest nieuregulowana. Ani sądy, ani ubezpieczyciele nie wiedzą, kto jest uprawniony do zadośćuczynień, czy bliska, czy dalsza rodzina, czy może sąsiad – wskazuje prezes UNIQA.

To w znacznym stopniu przekłada się na wyniki ubezpieczycieli. W ubezpieczeniach komunikacyjnych strata techniczna sięgnęła na koniec 2015 roku niemal 1,2 mld zł, z czego ponad miliard w samych tylko OC. Jarczyk ocenia, że w najbliższych latach świadczenia będą nadal rosły, co przełoży się na wzrost cen polis.

– Ubezpieczyciele dużo tracą na ubezpieczeniach komunikacyjnych. W ubiegłym roku branża straciła na ubezpieczeniu OC ponad 1 mld zł. Ubezpieczenia muszą wzrosnąć o co najmniej 20-30 proc. i to się już dzieje. Każda zmiana legislacyjna, każda rekomendacja będzie wpływała na wzrost ceny. Musimy tylko wiedzieć, czy klienci są w stanie zapłacić za lepszą jakość, czy za wyższe jednorazowe świadczenia – podkreśla Andrzej Jarczyk.

Rewolucja na rynku telewizorów. W 2019 roku 7 mln sprzedanych na świecie urządzeń będzie wykonanych w technologii OLED

CEO Magazyn Polska

Stopniowo spadające ceny i rosnąca biblioteka treści powodują, że technologia OLED staje się coraz popularniejsza. Eksperci przekonują, że może ona całkowicie zmienić rynek telewizorów. Każdy piksel w takim ekranie włącza się i wyłącza samodzielnie, zapewniając dużo większy kontrast i lepsze odwzorowanie kolorów. Za cztery lata globalna sprzedaż takich urządzeń powinien wynieść ok. 7 mln sztuk. 

W tym roku pierwsze skrzypce będą grały telewizory OLED, które są rewolucją na rynku wyświetlaczy – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kubiszak, menadżer kategorii Home Entertainment w firmie LG. – To zupełnie nowe podejście do konstruowania telewizora, które przypomina przeskok z urządzenia kineskopowego na płaski ekran.

OLED to telewizory zbudowane z diod organicznych. W odróżnieniu od paneli LCD nie wymagają dodatkowego podświetlenia. Dzięki temu, że diody OLED same są źródłem światła, zapewniają lepszy kontrast i odwzorowanie kolorów. Obraz jest dobrze widoczny pod różnymi kątami.

Ma to też wpływ na wzornictwo, bo telewizory OLED są dużo smuklejsze – zauważa Marcin Kubiszak. – Tak naprawdę możliwości wykorzystania tej technologii są nieograniczone.

Może ona służyć do produkcji nie tylko lepszych telewizorów, lecz także elastycznych wyświetlaczy w urządzeniach mobilnych, paneli samochodowych czy do celów przemysłowych. Przy tym trwałość urządzeń OLED jest porównywalna do wyświetlaczy ciekłokrystalicznych.

My gwarantujemy 30 tys. godzin wyświetlania obrazów bez zmiany jakości parametrów – podkreśla Marcin Kubiszak. – Jest to dziesięć lat oglądania telewizji po osiem godzin dziennie. Konsumenci wymieniają telewizory dużo częściej niż co dziesięć lat. Nie muszą więc obawiać się o trwałość tej technologii. OLED gwarantuje wrażenia z oglądania, których wcześniej nie można było doświadczyć na LCD. Jak ktoś raz zobaczy obraz w tej technologii, jego głębię, plastyczność, czernie, nie będzie chciał więcej niczego oglądać na LCD.

Dodatkowym, ale odgrywającym coraz większą rolę, parametrem jest technologia HDR (High Dynamic Range, z ang. szeroki zakres tonalny). Jak tłumaczy Marcin Kubiszak, ludzkie oko rejestruje rzeczywistość właśnie w takim zakresie. Dotychczas był on poza zasięgiem producentów telewizorów, bo stosowano paletę kolorów, jasności, kontrastów, która była ograniczana w procesie postprodukcji filmów. Ograniczenia technologiczne sprawiały, że ekrany nie mogły odtworzyć szerokiej rozpiętości tonalnej.

W tej chwili technologia HDR, w przypadku LG dostarczana przez Dolby Vision, umożliwia wyświetlanie treści w tak szerokim zakresie, w jaki widzi je ludzkie oko – wskazuje Marcin Kubiszak. – Taki obraz jest znacznie lepszy od standardowego.

Treści HDR jest także coraz więcej. Producenci sprzętu od lat współpracują z największymi studiami filmowymi na świecie, także z platformą Netflix, przygotowując zawartość o rozszerzonej rozpiętości tonalnej. Obecnie można zobaczyć sporo filmów HDR na Blu-ray lub platformach VOD.

W przypadku firmy LG wszystkie telewizory 4K obsługują standard HDR, natomiast najwyższe serie, czyli Super UHD oraz OLED, wspierają dodatkowo system HDR certyfikowany przez Dolby Vision. To jest nasz wyróżnik na rynku – mówi Kubiszak. – Różnica w cenie poszczególnych modeli nie zależy tylko od tego, czy mają HDR. Im wyższa linia, tym bardziej zaawansowane technologicznie rozwiązania, wyższa jakość materiałów i tym samym wyższa cena telewizora.

Prognozy rynku telewizorów OLED są optymistyczne. Jak szacuje firma badawcza DisplaySearch, w ubiegłym roku na świecie sprzedano 400 tys. tego rodzaju ekranów. W 2019 roku liczba ta powinna wzrosnąć do 7 mln. W 2015 roku nabywców na świecie znalazło przeszło 226 mln telewizorów.

Telewizory OLED jeszcze trzy lata temu były cztery razy droższe niż w tej chwili. Teraz osiągnięcie pewnego pułapu produkcji pozwoliło na obniżenie ceny. Jest ona porównywalna z topowymi telewizorami LCD. Natomiast jakość telewizorów OLED jest dużo lepsza niż nawet najlepszych wyświetlaczy ciekłokrystalicznych – dodaje ekspert.

Jutro Światowy Dzień Walki z Nowotworami Krwi. W Polsce zarejestrowanych jest już ponad milion potencjalnych dawców szpiku kostnego

CEO Magazyn Polska

W rejestrze Bone Marrow Donor Worldwide (BMDW) umożliwiającym międzynarodową koordynację transplantacji komórek krwiotwórczych od dawców niespokrewnionych pojawił się milionowy dawca zrekrutowany w Polsce. Światowa społeczność dawców szpiku liczy już ponad 27 mln osób z 52 krajów. Polacy stanowią 4 proc. z nich. Zgromadzenie ponad miliona dawców w naszym kraju w dużej mierze stało się możliwe dzięki zaangażowaniu Fundacji DKMS Polska.

Co 35 sekund na świecie pacjent otrzymuje diagnozę – nowotwór krwi. Ten nowotwór może dotknąć każdego, bez względu na wiek czy płeć. Dla wielu chorych jedyną szansą na życie jest przeszczepienie komórek macierzystych od niespokrewnionego dawcy.

– Kiedy zaczynaliśmy, zarejestrowanych było nieco ponad 30 tys. potencjalnych dawców niespokrewnionych, dzisiaj mamy już ponad milion, z czego prawie 900 tys. to dawcy zarejestrowani przez Fundację DKMS Polska. Tym samym rejestr prowadzony przez Poltransplant stał się szóstym na świecie i trzecim w Europie pod względem wielkości. To pokazuje ogrom pracy, jaką wykonaliśmy na przełomie tych ostatnich 8 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Dorota Wójtowicz-Wielgopolan, rzecznik prasowy Fundacji DKMS Polska.

Misją Fundacji DKMS Polska jest znalezienie dawcy dla każdego, kto wymaga przeszczepienia krwiotwórczych komórek macierzystych krwi lub szpiku. W tym celu prowadzone są szeroko zakrojone kampanie edukacyjne, m.in. z udziałem gwiazd, autorytetów w dziedzinie transplantologii i osób, które dzięki przeszczepowi otrzymały drugie życie. DKMS zajmuje się edukacją społeczną w zakresie dawstwa krwiotwórczych komórek macierzystych , które zawsze jest dobrowolne i bezinteresowne, rejestracja potencjalnych dawców komórek macierzystych, opieką nad dawcami faktycznymi i wsparciem dla pacjentów chorych nowotwory krwi. Co 27. potencjalny dawca szpiku jest Polakiem.

– To, co najbardziej nas Polaków przekonuje do idei dawstwa szpiku, to opinia lekarzy, szczególnie lekarzy specjalistów, którzy informują precyzyjnie, o co chodzi w tej całej idei dawstwa, a także historie zasłyszane wśród znajomych, wśród rodziny, historie pacjenckie opowiadające o tym, że taki dar szpiku uratował czyjeś życie – podkreśla Dorota Wójtowicz-Wielgopolan.

W latach 2006–2015 ponad 4 tys. pacjentów w naszym kraju otrzymało alogeniczny przeszczep komórek krwiotwórczych w ramach terapii nowotworów krwi i wielu innych schorzeń szpiku kostnego. 2457 transplantacji odbyło się dzięki dawcom niespokrewnionym – zarówno tym mieszkającym w Polsce, jak i w tym mieszkających w innych częściach świata.

– Leczenie za pomocą komórek macierzystych krwi lub szpiku, to często terapia ratująca życie, stosuje się ją wtedy, kiedy już wiadomo, że inne terapie nie przyniosą efektów – tłumaczy Dorota Wójtowicz-Wielgopolan.

Motto Światowego Dnia Walki z Nowotworami Krwi brzmi: „Zostaw swój znak”, a jego symbolem jest &, który oznacza, że „Ty & Ja wspólnie możemy pokonać nowotwory krwi!”. Na znak solidarności z chorymi na stronie www.worldbloodcancerday.org potencjalni dawcy mogą dodać do mapy świata swoje zdjęcie, umieszczając na nim właśnie znak „&”.

Poszukiwaniem dawców i wymianą informacji w przestrzeni międzynarodowej zajmują się dwie organizacje: WMDA (World Marrow Donor Association) i BMDW (Bone Marrow Donor Worldwide). Tworzą one zasady współpracy dla sieci ośrodków i instytucji zaangażowanych w rozwój transplantacji szpiku na całym świecie. Dzięki takiej międzynarodowej kooperacji udało się pomóc setkom tysięcy pacjentów.

Lampy LED niezgodne z wymaganiami – odpowiedzialność sprzedawcy

Odpowiedzialność cywilno-prawna sprzedawcy/dystrybutora niebędącego wprowadzającym za sprzedaż konsumencką lamp LED niespełniających wymogów w Rozporządzeniu Komisji (WE) Nr 244/2009 z dnia 18 marca 2009 r. w sprawie wykonania dyrektywy 2005/32/WE Parlamentu Europejskiego i Rady w odniesieniu do wymogów dotyczących ekoprojektu dla bezkierunkowych lamp do użytku domowego oraz Rozporządzeniu Delegowanym Komisji (UE) 874/2012 z dnia 12 lipca 2012 r. uzupełniające Dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady 2010/30/WE w odniesieniu do etykietowania energetycznego lamp elektrycznych i opraw oświetleniowych.

Podmiotem wprowadzającym produkt oświetleniowy do obrotu na terenie EU/EFTA jest producent/upoważniony przedstawiciel producenta/importer. Produkt oświetleniowy, wyrób oświetleniowy jakim jest lampa LED zanim zostanie wprowadzona do obrotu na rynku musi spełnić określone prawem wymogi, które podzielić można na techniczne, funkcjonalne i informacyjne. Ja zwrócę uwagę głównie na wymogi informacyjne tj. jakie informacje o produkcie powinny się znaleźć na opakowaniu lub na samej lampie LED. Podstawowymi wymogami informacyjnymi na opakowaniu lampy LED użytecznymi dla konsumentów, zgodnie z zał. II pkt 3.1 Rozporządzenia Komisji (WE) Nr 244/2009 są:

  1. nominalna wartość strumienia świetlnego określonego poprzez jednostkę lumen (lm);
  2. nominalny okres trwałości lampy podany w godzinach,
  3. liczba cykli włącz/wyłącz;
  4. temperatura barwowa wyrażone w Kelwinach (K);
  5. deklarowana moc równoważna – jeżeli jest podawana powinna być zgodna z tab. 6 zał. II wspomnianego rozporządzenia;
  6. czas nagrzewania lampy itd.

Dla konsumentów najistotniejszym parametrem jest wartość strumienia świetlnego wyrażonego w jednostce lumen (lm) oraz parametr równoważności mocy wyrażony w Watach (W). Pierwszy z nich jest wartością obligatoryjną i wskazuje nam ilość światła dostarczaną przez produkt oświetleniowy jakim jest lampa LED. Drugi natomiast stanowi informację fakultatywną i jest informacją pomocniczą dla konsumenta, który w tradycyjnym oświetleniu kupując żarówkę kierował się wartością mocy wyrażonej w Watach. Jeżeli jednak producent/importer, postanowił wpisać wartość mocy równoważnej na opakowaniu, musi to zrobić w sposób zgodny z tabelą nr 6 zał. II pkt 3.1 Rozporządzenia 244/2009. Niestety większość wprowadzających zawyża moc równoważną wprowadzając konsumentów w błąd. Dlatego też sprzedawca będący przedsiębiorcą, jako profesjonalny uczestnik rynku, powinien posiadać wiedzę na temat wymogów informacyjnych dla produktów oświetleniowych w tym lamp LED, która pozwoliłaby mu szybko weryfikować nieprawidłowości i zwracać na nie uwagę importerom/producentom.

Dystrybutor, niebędący wprowadzającym sprzedając lampę LED konsumentowi powinien mieć na uwadze, że zgodnie z art. 5561 § 2 KC zapewnienie producenta co do ilości, jakości innych parametrów technicznych oznaczonych na opakowaniu traktuje się na równi z zapewnieniem sprzedającego. Dlatego też, ryzyko sprzedawcy w przypadku sprzedaży konsumenckiej jest istotnie podwyższone, gdyż to sprzedawca w szczególności ponosi odpowiedzialność za te zapewnienia składane przez producenta czy też importera rzeczy. Oznacza to, że zarówno sklep z wyrobami oświetleniowymi jak i wielkopowierzchniowy obiekt handlowy prowadzący we własnym imieniu działalność gospodarczą powinni weryfikować prawidłowość danych podawanych na opakowaniu przez producenta, importera.

Zakładam, że w tej chwili podniosą się głosy sprzedawców oświetlenia i działów wyrobów elektrycznych w wielkopowierzchniowych obiektach handlowych, skąd mianowicie mają uzyskać wiedzę na temat wymogów dotyczących lamp LED. Oczywiście co do zasady wiedzę o wymaganych parametrach technicznych, funkcjonalnych i informacyjnych musi posiadać producent/importer, który wprowadza towar do obrotu po raz pierwszy. Niemniej jednak, jeżeli sprzedawca, poweźmie informacje o tym, że w ofercie przedsiębiorstwa znajdują się produkty oświetleniowe, które nie spełniają wymagań np. informacyjnych, technicznych, to taki przedsiębiorca nie może podnosić później, że według kryterium „rozsądnej oceny” nie wiedział o nieprawidłowościach i zasłaniać się brakiem specjalistycznej wiedzy, tym samym uchylając się od odpowiedzialności.

Rzetelny przedsiębiorca powinien natychmiast powiadomić pisemnie producenta/importera o tym, że konkretna lampa LED nie spełnia wymagań, wskazać podstawę prawną i żądać dostarczenia wyrobu oświetleniowego zgodnego z wymaganiami prawnymi obowiązującymi na terenie RP. Naiwne jest twierdzenie, że przedsiębiorcy sprzedający lampy LED będą informowali o tym importerów/producentów, z którymi współpracują i zarabiają na tym krocie. Należy jednak mieć na uwadze fakt, że postępowanie takie będzie postrzegane jako praktyka naruszająca zbiorowe interesy konsumentów. Zgodnie z art. 100 ust. 1 ustawa z dnia 16 lutego 2007 r. o ochronie konkurencji i konsumentów (Dz.U. 2007 Nr 50 poz. 331 z późn. zm.) praktykę taką może zgłosić każdy w tym także konsument do Prezesa UOKIK, jeżeli wykaże i uprawdopodobni, że działanie sprzedawcy jest sprzeczne z prawem i narusza zbiorowy interes konsumentów.

Prezes UOKIK w razie stwierdzenia takich praktyk może nałożyć dotkliwą karę na przedsiębiorcę w wysokości nie większej niż 10% obrotu osiągniętego w roku obrotowym poprzedzającym rok nałożenia kary. Zgodnie z art. 557 § 3 KC sprzedawca może uchylić się od odpowiedzialności tylko jeżeli zostaną przez niego spełnione następujące przesłanki tj. musi wykazać, że ma brak wiedzy na temat treści publicznego zapewnienia przez producenta albo, że zapewnienie takie nie mogło mieć wpływu na decyzję kupującego/konsumenta o zawarciu konkretnej umowy, albo faktu sprostowania treści zapewnienia przed zawarciem umowy. Uchylanie się od odpowiedzialności poprzez twierdzenie braku wystarczającej wiedzy na temat oferowanych produktów oświetleniowych przez przedsiębiorcę prowadzącego działalność gospodarczą nie ma podstaw do obrony. Zgodnie bowiem z orzecznictwem SN brak specjalistycznej wiedzy nie może usprawiedliwiać przedsiębiorcy z uwagi na zawodowy charakter prowadzonej przez niego działalności.

To na sprzedawcy/dystrybutorze niebędącym wprowadzającym spoczywa obowiązek pozyskania informacji dotyczących zagrożeń wynikających ze sprzedaży lamp LED niespełniających wymagań informacyjnych i wprowadzonych po raz pierwszy do obrotu przez uczestnika rynku, jakim jest importer. Ponadto Sąd Najwyższy wielokrotnie w orzecznictwie uznał, że brak wiedzy może zostać uzupełniony w drodze skorzystania z usług oferowanych przez placówki badawcze lub naukowe takimi jak certyfikowane laboratoria. Sprzedawca (mały sklep z oświetleniem) a już na pewno posiadający wykwalifikowaną kadrę wielkopowierzchniowy obiekt handlowy powinien na bieżąco weryfikować jakość produktów stanowiących jego ofertę skierowaną do potencjalnych konsumentów.

Niezgodna ze stanem faktycznym deklaracja wartości strumienia świetlnego oraz oznaczona niezgodnie z przepisami wartość mocy równoważnej stanowi bowiem wadę fizyczną zgodnie z art. 5561 § 1, gdyż rzecz sprzedana nie posiada właściwości, o których istnieniu sprzedawca zapewniał kupującego tj. lampa LED nie ma takiej ilości światła, którą producent deklaruje na opakowaniu i nie nadaje się do celu, o którym kupujący poinformował sprzedawcę. Na podstawie wyników badań przeprowadzonych przez BBJ (Biuro Badawcze ds. Jakości) na zlecenie „Pol-lighting” niektórzy importerzy wprowadzają konsumentów, sprzedawców w błąd co do ilości dostarczonego światła zawyżając o około 30% deklarowaną wartość strumienia świetlnego na opakowaniu. W całej tej dyskusji istotny jest fakt, że sprzedawcy jako profesjonalni uczestnicy rynku, dbający o dobro konsumentów powinni prowadzić tą działalność z zachowaniem należytej staranności.

Zgodnie z tezami orzeczeń SN, „należyta staranność wymagana przy uwzględnieniu zawodowego charakteru prowadzonej działalności, uzasadnia zwiększone oczekiwania co do umiejętności, wiedzy, skrupulatności i rzetelności, zapobiegliwości i zdolności przewidywania. Obejmuje także znajomość obowiązującego prawa oraz następstw z niego wynikających w zakresie prowadzonej działalności gospodarczej (wyrok Sądu Najwyższego z dnia 17.08.1993 r. pod sygn. akt III CRN 77/93”). Należy przez to rozumieć, że oczekiwania co do sprzedawcy i jego fachowej wiedzy są wyższe niż w stosunku do potencjalnego konsumenta, lub osoby fizycznej nieprowadzącej działalności gospodarczej. Uchylanie się od odpowiedzialności i zasłanianie brakiem wiedzy będzie traktowane przez sąd na niekorzyść strony, która podnosi tego typu argumenty. Zatem jakakolwiek informacja stwierdzająca, że produkt stanowiący ofertę sklepu nie spełnia określonych prawem wymogów/wymagań powinna zostać skrupulatnie przeanalizowana i zbadana przez jednostki wewnętrzne zajmujące się jakością produktów. Z powyższego wynika, że zapewnienia co do ilości, jakości produktu i jego zgodności z wymaganiami informacyjnymi i technicznymi określonymi w przytoczonych Rozporządzeniach Komisji Nr 244/2009 i 874/2012 obowiązują nie tylko producenta/importera jako pierwszych wprowadzających produkt na rynek ale również na sprzedawcy, dystrybutorze niebędącym wprowadzającym.

Procedura weryfikacji określona w zał. III Rozporządzenia Komisji Nr 244/2009 odnosi się jedynie dla organów nadzoru rynkowego na potrzeby badań. Według tej procedury, UOKIK podczas badania m. in. w przedmiocie wymagań prawnych dla lamp LED w tym spełnienia istotnego parametru technicznego, wartości strumienia świetlnego, bierze pod uwagę średnie wyniki spośród 20 losowo wybranych lamp tego samego modelu i producenta. Uzyskane wyniki nie powinny odbiegać od wartości granicznych, progowych lub zadeklarowanych o więcej niż 10%. Jeżeli odbiegają organ nadzoru rynku (UOKIK) uznaje, że model nie spełnia wymogów. Pamiętajmy jednak, że wyniki odbiegające o co najmniej 10% od wartości progowych/zadeklarowanych tylko i wyłącznie odnoszą się do weryfikacji mierzonych parametrów przez organy państw członkowskich. Oznacza to, że producent/importer nie może stosować takiej tolerancji przy wprowadzaniu do obrotu wyrobu oświetleniowego, gdyż jest ona przeznaczona jedynie dla organu nadzoru tj. UOKIK.

Michał Waloch

Prawnik w Związku Producentów Sprzętu Oświetleniowego „Pol-lighting”

Dlaczego powinieneś wykorzystać druk 3D w swoim biznesie?

Od kilku lat coraz większą popularnością wśród przedsiębiorców cieszy się drukowanie przestrzenne, czyli popularny druk 3D. W momencie, gdy do obrotu wchodziły zwykłe drukarki atramentowe czy laserowe, nikt nie mógł jeszcze marzyć, by kiedyś było możliwe drukowanie trójwymiarowych obiektów na podstawie komputerowego modelu. A jednak – technologia ta została rozwinięta do tego stopnia, że dziś nie stanowi problemu zrobienie niemal dowolnego cyfrowego prototypu, który następnie może być w 100% fizycznie stworzony przez drukarkę. Drukowanie przestrzenne wiąże się z wieloma szansami. Dziś skupimy się na nich i podpowiemy, jakie możliwości daje druk 3D niemal każdej firmie – bez względu na branżę.

Każdy może skorzystać z druku 3D

Prawdą jest, że praktycznie każda firma może osiągnąć wymierne korzyści dzięki zastosowania druku 3D w swoich procesach biznesowych. Ale też prawdą jest, że nie każde przedsiębiorstwo będzie go wykorzystywało w ten sam sposób. Jedni będą zainteresowani tylko masowym wydrukiem unikalnych akcesoriów ze swoim logo, inni skupią się raczej na stworzeniu precyzyjnego prototypu własnego produktu. Na rynku funkcjonują już firmy, które zajmują się profesjonalnym doradztwem i implementacją rozwiązań związanych z drukowaniem przestrzennym. Ich zadaniem jest dokładne rozpoznanie potrzeb klienta i zaproponowanie takich narzędzi oraz zarekomendowanie takich partnerów biznesowych, którzy wpłyną pozytywnie zarówno na wizerunek przedsiębiorstwa, jak i jego wyniki ekonomiczne.

Co dokładnie może biznesowi dać druk 3D?

Wszystko zależy od branży, w jakiej funkcjonuje Twoja firma. Inne będą bowiem potrzeby agencji reklamowej, a inne producenta dronów. Ogólnie rzecz ujmując, drukowanie przestrzenne może pomóc naszemu biznesowi na kilka głównych sposobów:

  • Budowa sklepu 3D lub dodanie funkcjonalności 3D do istniejącego e-sklepu – rozwiązanie szczególnie przydatne dla firm, które produkują niewielkie, ale unikalne, jedyne w swoim rodzaju przedmioty. Dzięki implementacji sklepu 3D klienci mogą w bardzo łatwy, intuicyjny sposób zamówić rzecz o konkretnych parametrach. Odpowiednio sformatowane zamówienie trafia do działu produkcji, który nawet w ciągu 24 godzin jest w stanie je zrealizować.
  • Niskonakładowa produkcja – to opcja dla tych, którzy chcieliby sprawdzić, czy ich produkt ma szansę zaistnieć na rynku. To coś więcej niż budowa prototypu, ale też mniej niż produkcja masowa. Chodzi o to, by za pomocą druku 3D stworzyć odpowiednią liczbę produktów, które będą stanowiły swego rodzaju partię testową, na podstawie której przedsiębiorstwo podejmie decyzję o ewentualnej dalszej produkcji seryjnej.
  • Prototypowanie – jest ono najczęściej ukoronowaniem wielotygodniowej lub nawet wielomiesięcznej pracy koncepcyjnej i projektowej. Dzięki drukarce 3D możliwe jest stworzenie w pełni zgodnego z projektem, dopracowanego w najmniejszych szczegółach prototypu, nawet jeśli jego struktura jest mocno skomplikowana. Zaletą wykonania prototypu w druku 3D jest również stosunkowo krótki czas jego stworzenia.
  • Produkcja spersonalizowanych akcesoriów promocyjnych – opcja bardzo przydatna szczególnie dla firm, które regularnie rozdają swoje gadżety i zależy im na tym, by były wykonane w jak najlepszej jakości oraz by były jak najbardziej spersonalizowane.

Efekt wykorzystania druku 3D

Jeśli Twoja firma jest zdecydowana rozpocząć współpracę z przedsiębiorstwem oferującym kompleksowe rozwiązania z zakresu druku 3D, to może liczyć na uzyskanie 3 efektów:

  • Efekt PR-owy – który polega na tym, że dzięki wykorzystaniu nowych technologii firma jest postrzegana jako nowoczesna, podążająca za najnowszymi trendami i dbająca o zaspokojenie potrzeb swoich klientów.
  • Zysk – prototypowanie i produkcja partii testowych za pomocą technologii drukowania przestrzennego jest świetną (i tańszą) alternatywą dla tradycyjnych metod produkcyjnych czy popularnego ostatnio zamawiania dużych ilości towarów z Chin.
  • Efekt walidacji produktu – dzięki szybkiemu i taniemu wytworzeniu partii testowej produktu, możemy w bardzo krótkim czasie wprowadzić go na rynek i sprawdzić, czy w wystarczającym stopniu zaspokaja potrzeby potencjalnych klientów i czy powinniśmy inwestować dalsze środki w jego udoskonalenie oraz masową produkcję.

Warto zaufać profesjonalistom

Kiedy już rozważysz wszystkie „za” i „przeciw” odnośnie wykorzystania druku 3D w swoim biznesie (w jakiejkolwiek formie) i jeśli decyzja jest pozytywna, warto zastanowić się czy posiadasz odpowiednią wiedzę, umiejętności i kontakty, które pozwolą Ci skutecznie i szybko rozpocząć odpowiednie działania. Wdrożenie poszczególnych rozwiązań może wymagać dużej wiedzy informatycznej i technicznej, a doświadczenie w branży, pozwalające między innymi wybrać odpowiednich partnerów, również może okazać się bezcenne. Dlatego jeśli jesteś całkowitym nowicjuszem w tej dziedzinie to rozważ współpracę z firmą, która zajmuje się profesjonalnym doradztwem w tym zakresie. Do jej obowiązków będzie należało rozpoznanie Twojego faktycznego zapotrzebowania na druk 3D (być może sam nie doszacowałeś lub przeszacowałeś konieczność użycia go), a także pomoc w podjęciu decyzji, w jaki sposób z niego skorzystać. Na tej podstawie wspólnie wybierzecie najlepsze rozwiązania i narzędzia, a Twój partner zapewni wsparcie logistyczne procesów implementacji sklepu 3D lub projektowania produktu. Dobry doradca pomoże Ci też w stworzeniu odpowiedniej strategii PR dla nowych funkcjonalności lub produktów z Twojego asortymentu

Eksperci są zgodni co do tego, że druk 3D jest przyszłością projektowania i produkcji prototypów. Technologia ta powinna w kolejnych latach być udoskonalana szczególnie w obszarze precyzji oraz zmniejszenia kosztów wytworzenia pojedynczego produktu. To dlatego tak żywo interesują się nią przedsiębiorcy różnych branż – zarówno Ci, którzy szukają taniego sposobu na produkcję spersonalizowanych gadżetów czy paczek promocyjnych, jak i Ci, którzy pragną stworzyć jedyny w swoim rodzaju prototyp lub testową partię towaru. Zalet inwestowania w drukowanie przestrzenne jest wiele i aby z nich w pełni skorzystać, warto na początku swojej przygody z nim zawierzyć radom profesjonalnych firm, zajmujących się implementacją, logistyką i promocją rozwiązań związanych z drukiem 3D.

Autor: Oskar Lis, Prototype Hub

Deweloperzy budują domy dla studentów

0

Deweloperzy szukają nowych pomysłów, aby budować i zarabiać na mieszkaniach. Taki pomysł to budowanie prywatnych akademików.
Mieszkania dla studentów już powstają. Zaczyna się w tym specjalizować kilka firm.
– Prywatny akademik z ponad 100 pokojami już powstaje, w Lublinie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław M.Skoczeń z Grupy Emmerson.