Banki centralne kupują złoto. Na giełdach kruszec idzie jak burza

CEO Magazyn Polska

Wiele wskazuje na to, że złoto znów może powrócić do łask inwestorów. Od początku roku podrożało już o niemal 17 proc. Chętni na nie są nie tylko inwestorzy. Z ostatnich informacji Światowej Rady Złota wynika, że banki centralne w 2015 r. zwiększyły swoje rezerwy złota o niemal 590 ton. Najwięcej dokupiły Rosja i Chiny.

– Świat metali szlachetnych jest bardziej azjocentryczny. Dlatego tutaj szczególną uwagę warto zwrócić na publikowane od zeszłego roku aktualne stany rezerw metali szlachetnych w Chinach – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Paweł Żuk, główny analityk Mennicy Złota. – Miało to miejsce po raz pierwszy od wielu lat. Inwestorzy spodziewali się w tamtym momencie wyższych aktywów. Wynik był negatywny, cena złota chwilowo spadła.

W lipcu ubiegłego roku Chiny ogłosiły, że w ciągu ostatnich sześciu lat zwiększyły swoje rezerwy złota o 604 tony. Według World Gold Council Państwo Środka miało na koniec ubiegłego roku 1762,3 ton złota, co dawało mu szóste miejsce na świecie. Niemal 104 tony Ludowy Bank Chin zakupił w drugim półroczu 2015 roku. To o tonę więcej, niż wynoszą całe rezerwy złota Polski.

– Banki centralne w ostatnim roku zostały kupcami netto po raz pierwszy od dłuższego czasu, co było niespodziewaną sytuacją. W tych zakupach przodują Rosja i Chiny – mówi Żuk. – W przypadku Polski jedyną instytucją państwową odpowiedzialną za polskie rezerwy złota jest Narodowy Bank Polski. Tak samo jest w przypadku innych banków centralnych i narodowych rezerw. Dalej banki centralne są strażnikami tego kruszcu.

Z ostatniego raportu Światowej Rady Złota wynika, że w 2015 roku banki centralne zwiększyły swój stan posiadania o 588,4 ton złota. Najwięcej kupiły Rosja (200 ton) i Chiny. Kazachstan zakupił 30 ton kruszcu, zwiększając stan posiadania do 221 ton. To ponad dwa razy tyle, ile ma Polska. Ze 102,9 ton złota polskie rezerwy plasują się na 36. miejscu.

Ten sam raport podaje, że ogółem w 2015 roku kupiono na świecie 4 212,2 ton złota, więcej niż rok wcześniej, ale trochę mniej niż wynosi średnia z ostatnich pięciu lat. Kruszcem ponownie zainteresowali się także giełdowi inwestorzy, którzy od początku roku podbili cenę giełdowych kontraktów już o niemal 17 proc.

– Bardziej na cenę złota wpływa giełda niż odwrotnie. Jak już historia wielokrotnie pokazywała, pierwotnym kierunkiem inwestycji stają się standardowe aktywa, takie jak akcje. Tu na początku roku inwestorzy poważnie odczuli, co to znaczy znaleźć się pod kreską. Wielu z nich zakończyło swoje inwestycje, spieniężając wszelkie aktywa. W tej chwili poszukują alternatywnej drogi lokowania swojego kapitału – mówi główny analityk Mennicy Złota. – Odwołując się do wielu lat doświadczeń, a także do rynkowych guru, którzy cały czas wskazują, jak ważnym składnikiem portfela są metale szlachetne, w ostatnich dniach największy odpływ kapitału zauważyliśmy do złota.

Ekspert podkreśla, że bardzo istotne dla decyzji inwestorów giełdowych o ulokowaniu pieniędzy w złocie są jednak dane z rynku amerykańskiego. Dobre dane z gospodarki zwiększają prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych przez Fed, co sprzyja umocnieniu dolara i spadkom cen złota. Dane gorsze odsuwają taką perspektywę w czasie.

– Na rynku metali szlachetnych mamy dość paradoksalną sytuację. W krytycznych momentach decydujące okazują się jednak dane ze Stanów Zjednoczonych, niespodziewane ruchy Rady Polityki Monetarnej, całego Fedu czy przede wszystkim wynik amerykańskiego PKB – wymienia Żuk.

Pod koniec stycznia okazało się, że w trzecim kwartale 2015 roku amerykański PKB wzrósł w ujęciu zanualizowanym jedynie o 0,7 proc. W poprzednim kwartale gospodarka Stanów Zjednoczonych rosła w tempie 2 proc.

Wraz ze złotem od początku roku drożeje jego ubogi krewny – srebro. W ciągu półtora miesiąca jego wartość wzrosła o przeszło 13 proc. To ważna wiadomość dla KGHM-u, który jest światowym liderem w wydobyciu i produkcji srebra.

– KGHM jest jednym z największych producentów srebra w Europie. Srebro jest m.in. produktem pobocznym wydobycia miedzi, więc na pewno wzrost cen przełoży się również na gwałtowny wzrost wartości sprzedaży i wzrost obrotów, na co inwestorzy z pewnością czekają – prognozuje Paweł Żuk.

Dwie trzecie firm ma problem ze znalezieniem odpowiednich pracowników. Pracodawcy muszą zmienić podejście do rekrutacji

CEO Magazyn Polska

Tylko co druga firma monitoruje efektywność procesu rekrutacji, a mniej niż 40 proc. sprawdza trafność wyboru. Zmiana podejścia do procesu zatrudniania może pomóc pracodawcom obniżyć wydatki, które trafiają na ten cel. Skuteczna rekrutacja wraz ze zmieniającym się na korzyść pracownika rynkiem pracy będą coraz poważniejszym wyzwaniem. Dziś traktuje ją tak 70 proc. HR-owców.

W ciągu ostatnich dwóch lat stopa bezrobocia w Polsce spadła z 14 proc. do poniżej 10 proc. Firmy coraz częściej żalą się, że trudno im zapełnić wakaty, szczególnie jeżeli potrzebują ludzi o wysokich, wyspecjalizowanych kwalifikacjach.

– Kiedyś pracowników było na rynku bardzo dużo i jeżeli nawet pierwsza rekrutacja w firmie się nie udała, to następowała kolejna, przychodził kolejny pracownik i nie było to dla firmy dużym kosztem. Teraz, kiedy wchodzimy w rynek pracownika, musimy ponieść trochę większy wysiłek, żeby znaleźć tego właściwego pracownika i czas rekrutacji się wydłuża – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Węgrzyn, kierownik projektu mHR Biura Projektowania Systemów Cyfrowych.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez firmę BPSC, niemal 70 proc. firm ma dziś problem z pozyskaniem odpowiednich pracowników, a w kolejnych latach będzie o to jeszcze trudniej. Zdaniem Węgrzyn pracodawcy powinni zmienić podejście do rekrutacji.

– Z naszych badań wynika, że tylko około 50 proc. firm monitoruje efektywność procesu rekrutacji na ogólnym poziomie – mówi Anna Węgrzyn.

52 proc. analizuje skuteczność poszczególnych kanałów rekrutacji, a niespełna 38 proc. monitoruje, czy procedury rekrutacji i selekcji były skuteczne na podstawie wskaźnika przedłużeń umów po okresie próbnym. Jak dodaje ekspertka BPSC, dane te dotyczą średnich i dużych firm, a prawdopodobnie wśród mniejszych podmiotów statystyki te są jeszcze gorsze.

Wyniki badań trochę nas dziwią. Poświęcamy tak dużo czasu i energii, żeby przyjąć właściwych ludzi, a nie sprawdzamy, czy jest to efektywne – podkreśla Węgrzyn. – Widzimy dużą szansę na to, żeby usprawnić procesy, żeby narzędzia były efektywniejsze i żeby nie marnować czasu, bo to jest strata, kiedy rekrutujemy niewłaściwym narzędziem, nie weryfikujemy, a potem pracownik odchodzi, bo jest niedopasowany do stanowiska.

Jedną z wymienianych przez HR-owców przyczyn braku weryfikacji jest brak umożliwiających to narzędzi. W przypadku pomiaru efektywności kanałów rekrutacji na problem ten wskazuje niemal 60 proc. badanych przez BPSC. Tylko 15 proc. nie widzi potrzeby analizowania takich informacji.

Nie możemy stosować uniwersalnych narzędzi do poszczególnych obszarów opisu. Inaczej oceniamy kompetencje, inaczej cechy osobowości, więc trzeba stosować inne narzędzia, czyli odpowiednie testy, odpowiednie oceny kompetencji przez wywiady kompetencyjne czy oceny 360 stopni z potencjalnym pracownikiem, korzystając z jego poprzednich miejsc pracy i rozmawiając z osobami, które go znają – mówi Anna Węgrzyn.

40 proc. Polaków co najmniej raz w tygodniu uprawia sport. Tylko kilka procent z nich sprawdziło jednak swój stan zdrowia

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej Polaków dba o dobrą formę i regularnie uprawia sport. Niestety, blisko połowa z nich w żaden sposób nie przygotowała się do aktywności fizycznej, a tylko 3 proc. sprawdziło wcześniej swój stan zdrowia. Uprawianie sportu – zarówno amatorskie, jak i zawodowe – wymaga wsparcia profesjonalistów, także w zakresie medycyny. 

Już 40 proc. Polaków sygnalizuje, że przynajmniej raz w tygodniu uprawia sport, a część z nich robi to zdecydowanie częściej. Te liczby wciąż rosną. Uważam, że masowa aktywność Polaków nie jest sezonową modą, lecz trwałym trendem, jednym z lepszych, jaki mógł się przydarzyć naszemu społeczeństwu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Robert Korzeniowski, menedżer programu Medycyna dla Sportu i Aktywnych w Grupie LUX MED.

Jak wynika z badań opinii „Jak Polacy uprawiają sport?” przeprowadzonego przez IQS na zlecenie LUX MED najczęściej decydujemy się na jazdę na rowerze (22 proc.) lub bieganie (19 proc.). Co dziesiąty dorosły Polak pływa lub uprawia aerobik.

Mówimy o dwóch nurtach życia. Jeden to klubowy – mamy około miliona zawodników, którzy biorą udział w rywalizacji. W przypadku pozostałej części społeczeństwa jest to aktywność niepodlegająca stowarzyszaniu się, okazjonalny udział w zawodach dla amatorów – zaznacza Korzeniowski.

Jak podkreśla, nawet amatorskie uprawianie sportu powinno zostać poprzedzone profesjonalnym przygotowaniem. Niewłaściwie dobrana do stanu zdrowia aktywność fizyczna może skończyć się tragicznie, a zły sprzęt może powodować kontuzje. Warto też wcześniej zadbać o zdrowie, by nie doprowadzić do przemęczenia organizmu, zwłaszcza że duża część aktywności fizycznej jest bardzo wymagająca i skłania do wysiłku, który często przekracza nasze możliwości.

Istnieje olbrzymi deficyt wiedzy ogólnospołecznej na ten temat. Zaczyna się on na poziomie prowadzenia treningu, doboru sprzętu, właściwego dozowania wysiłku, ale również w sferze dbałości o zdrowie i medycynę – wskazuje sportowiec.

Zaledwie 3 proc. osób uprawiających sport wykonało jakiekolwiek badania lekarskie pod kątem planowanej aktywności fizycznej. Niewiele więcej odbyło konsultację z lekarzem (4 proc.), fizjoterapeutą (3 proc.) lub trenerem danej dyscypliny (6 proc.). Brak przygotowania do uprawiania sportu częściej deklarują mężczyźni niż kobiety (odpowiednio 46 i 37 proc.).

Ustawa o sporcie wymaga od osób odpowiadających za organizację rywalizacji sportowej, by zawodnicy podlegali orzecznictwu sportowemu. Chodzi o to, by przeszli cały cykl kontroli medycznych, które doprowadzą do wydania pozytywnego orzeczenia lekarza specjalisty medycyny sportowej o tym, że dana osoba może uczestniczyć w rywalizacji sportowej – podkreśla Korzeniowski. – Te regulacje nie dotyczą osób dorosłych i tych, które są poza klubami. W tym przypadku powinien decydować zdrowy rozsądek.

Przed rozpoczęciem przygody ze sportem powinno się przeprowadzić podstawowe badania laboratoryjne (badanie krwi, moczu, badanie wzroku) i skonsultować się ze specjalistami, kardiologiem czy ortopedą. Osoby, które decydują się na profesjonalne uprawianie sportu, powinny sprawdzić także zdolności tlenowe i beztlenowe oraz przeprowadzić trening funkcjonalny i motoryczny.

Jeżeli nie jest to dyscyplina o wysokim narażeniu, jak sporty walki, gdzie trzeba wykonać badanie EEG, czy zapasy lub judo, gdzie wymagane są badania rentgenowskie, to raz na dwa lata trzeba odwiedzić laryngologa i raz na pół roku trzeba się zobaczyć z lekarzem medycyny sportowej, który przeprowadzi wywiad i pogłębione badanie – przypomina Robert Korzeniowski.

Dostęp do specjalistów jest coraz łatwiejszy. Na rozwój medycyny sportowej stawia także Grupa LUX MED. W placówkach, w których realizowany jest program Medycyna dla Sportu i Aktywnych, można skorzystać z porady lekarzy różnych specjalizacji: ortopedów, kardiologów, internistów, dietetyków, psychologów czy fizjoterapeutów. Wszyscy mają doświadczenie w sporcie lub są lekarzami o specjalności medycyny sportowej. Grupa LUX MED uruchomiła właśnie kolejne takie centrum kompetencyjne, tym razem w rzeszowskiej placówce Medicor.

Dla sportowców szczególnie ważna jest diagnostyka po wystąpieniu kontuzji. Przy jakimkolwiek urazie należy się jak najszybciej skontaktować ze specjalistami. Jak podkreśla Korzeniowski, liczy się czas i kompetencje lekarzy, to wszystko wpływa na to, jak długi będzie czas powrotu do pełni zdrowia i na to, czy przebyta kontuzja nie będzie przeszkadzała w dalszej aktywności fizycznej.

Popołudniowy komentarz walutowy z 15.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 15.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Goście hoteli będą bezpieczniejsi. Nowość w kontroli dostępu

Zabezpieczenie przed podrobionymi kartami i sprawniejsza kontrola ruchu
– tym wyróżnia się system elektronicznej kontroli dostępu Dialock, którego udoskonalona wersja trafiła na polski rynek.

 HF_hotel_system_windaElektroniczny system kontroli dostępu sprawia, że znacznie poprawia się komfort
i bezpieczeństwo zarówno obsługi, jak i użytkowników hoteli. To funkcjonalne rozwiązanie zostało teraz dodatkowo udoskonalone – na polskim rynku debiutuje nowa wersja systemu Dialock Häfele. Zmiany dotyczą zarówno sfery oprogramowania, jak i wyglądu
– wszystko z myślą o jeszcze większej wygodzie i niezawodności.

Nowy Dialock działa w najpopularniejszej obecnie technologii MIFARE, a karty-klucze  są dodatkowo kodowane, co uniemożliwia otwarcie drzwi nawet podrobioną kartą.  Zastosowanie tego rozwiązania sprawia, że znacznie wzrasta bezpieczeństwo gości hotelowych, jak i możliwość kontroli zewnętrznych firm serwisowych. Zmiany dotknęły również sfery designu: zarządcy obiektów mogą obecnie wybierać spośród trzech wzorów klamek w dwóch wersjach kolorystycznych (stal nierdzewna, satyna lub mosiądz polerowany) oferowanych na szyldzie lub na rozecie.

Zmiana dotyczy również oprogramowania – software do zarządzania systemem może być teraz skrojony „na miarę”. Ponadto software może być obsługiwany zewnętrznie – dzięki możliwości umieszczenia oprogramowania w chmurze, zarządca hotelu ogranicza koszt obsługi IT. Oszczędności dotyczą także kosztów montażu.

– Otworowanie zgodne z normą DIN sprawia, że ewentualna wymiana terminala Dialock, a nawet zmiana na terminale innego producenta, nie wymaga wymiany całego skrzydła drzwiowego – mówi Rafał Osiński, architekt i ekspert ds. technologii budowlanych w firmie Häfele. – To częsty problem, choćby w przypadku taniej kontroli dostępu z Chin, która wymaga dodatkowych otworów. Na nowy system postawił już m.in. kołobrzeski Hotel Centrum Ikar.

Kupiec S.A. wypracował 5,39 mln zł zysku netto w 2015 r.

Kupiec S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, działająca w branży transportu i spedycji, osiągnął 3.311 tys. zł zysku netto w 4 kw. 2015 r. przy przychodach sięgających 6.951 tys. zł. Emitent kontynuuje rozwój swoich dwóch segmentów biznesowych: spedycji oraz działalności inwestycyjnej.

 W 4 kw. 2014 r. Spółka poniosła stratę netto w wysokości 41 tys. zł, a jej sprzedaż wynosiła 5.976 tys. zł. Cały 2015 r. Kupiec S.A. zakończył rekordowym zyskiem netto na poziomie 5.392 tys. zł oraz przychodami o wartości 29.069 tys. zł. Rok wcześniej było to odpowiednio 73 tys. zł i 23.094 tys. zł. Tak znacząca poprawa wyników finansowych była głównie rezultatem upublicznienia na rynku NewConnect Spółki BVT S.A., w której Emitent posiada 45,12% udziałów w kapitale zakładowym. Podmiot ten wypłacił także w 2015 r. dywidendę, a jej wartość brutto w przypadku Kupca wyniosła ponad 240 tys. zł. Spółka prowadzi również działania rozwojowe w zakresie segmentu spedycyjnego, który notuje regularny wzrost obrotów oraz generuje dodatni wynik finansowy.

„Rzeczywiście nie mamy co narzekać, bowiem debiut BVT S.A. na rynku NewConnect był jednym z lepszych w 2015 roku. BVT wspaniale się rozwija i ma wielkie perspektywy wzrostu. Po zyskach za 2014 r. na poziomie 800 tys. zł, rok 2015 spółka ta zakończyła zyskiem przekraczającym 2,2 mln zł. Dla Akcjonariuszy obejmujących akcje w ofercie prywatnej, debiut zakończył się 100% stopą zwrotu przy obrotach sięgających 3 mln zł  w pierwszych 90-ciu dniach. BVT wypłaca dywidendę, myśli o nowych rynkach i planuje emisję obligacji. Myślę, że jeszcze nie raz nas zaskoczy, pozytywnie oddziałując na wyniki finansowe Kupiec S.A. Druga spółka z grupy również wypłaciła nam dywidendę, więc obie inwestycje już się zwróciły, a co więcej przyniosły nam niebagatelny zysk. Planujmy już kolejne zakupy i myślę, że w przeciągu kilku miesięcy będziemy się mogli nimi pochwalić. Równie pozytywnie nastrajają wyniki wypracowane przez dział TSL. Obroty spedycji systematycznie rośną, zyski się stabilizują i przygotowujemy wydzielenie spedycji do osobnej spółki. Wszystko zmierza obecnie do zbudowania mocnej grupy wokół spółki inwestycyjnej Kupiec S.A.” – wyjaśnia Leszek Wróblewski, Prezes Zarządu Spółki Kupiec S.A.

Działalność inwestycyjna jest obecnie bardzo ważnym segmentem biznesowym dla Zarządu Spółki, bowiem pozwala ona na wypracowywanie niezwykle wysokich zysków. Emitent posiada również 23% udziałów w spółce WindykacjaPL Sp. z o.o., która przygotowuje się do procesu połączenia z BVT S.A. Kupiec S.A. zamierza konsekwentnie zwiększać skalę prowadzonych inwestycji kapitałowych poprzez budowanie, przejmowanie oraz rozwijanie już posiadanych spółek z branży finansowej oraz spedycyjnej. Rozwój działalności inwestycyjnej może przyczynić się do reorganizacji struktury Spółki, co z kolei powinno korzystnie wpłynąć na jej wyniki finansowe.

Długoterminowym celem Spółki jest osiągnięcie przez nią w latach 2016-2017 rocznych przychodów w segmencie spedycyjnym na poziomie 50 mln zł. W tym celu w styczniu 2016 r. Kupiec S.A. zawarł umowę zwiększająca wartość finansowania zakupu usług spedycyjnych od podwykonawców o 1 mln zł. Emitent zapoczątkował tym Samym realizację strategii skracania terminów płatności dla swoich przewoźników. Pozyskane środki zostały w całości przeznaczone na nowy program Szybkiej Płatności, który spotkał się z dużym zainteresowaniem wśród przewoźników, co przełożyło się na zwiększenie ilości podstawianych przez przewoźników zestawów TIR. Zdaniem Zarządu Spółki nowa atrakcyjna oferta dla podwykonawców pozwoli jej zwiększać przychody oraz poprawiać osiągane rentowności z uwagi na skrócenie czasu oczekiwania przez przewoźników na zapłatę.

„Nasz dział spedycji dynamicznie się rozwija z celem do osiągnięcia 50 mln zł obrotów do końca 2017 roku. Również proces wydzielenia działalności TSL do osobnego podmiotu coraz szybciej dojrzewa. Myślę, że jeszcze w pierwszej połowie roku będę mógł o tym zakomunikować. Ważnym celem na ten kwartał jest także sfinalizowanie połączenia BVT i WindykacjaPL. Spółki bardzo ściśle współpracowały w dotychczasowej działalności i stad pomysł, aby je połączyć, przez co powstanie mocna i komplementarna firma windykacyjna. Osiągnięcia BVT są bardzo dobrze znane. Natomiast WindykacjaPL dokłada do tego doświadczenie w windykacji masowej, listownej, sądowej i bezpośredniej, a także całkiem spore referencje w zakresie przetargów publicznych. Nowy podmiot po połączeniu będzie samodzielną firmą windykacyjną z dużym zapleczem doświadczenia i zasobami wierzytelności do windykacji w kwocie blisko 90 mln zł. Wszystkie te posunięcia mają na celu uporządkowanie spółek w grupie, tak aby wizerunek Kupiec S.A. był spójny z prowadzoną działalnością inwestycyjną, ukierunkowaną na zakup i rozwijanie spółek w grupie.” – dodaje Prezes Wróblewski.

Przełomowa oferta pożyczki i konsolidacji w Alior Banku – oprocentowanie niższe aż o 30%

Alior Bank wprowadza zupełnie nowy model zniżek dla klientów wnioskujących o pożyczkę gotówkową lub kredyt konsolidacyjny. Bank inspirując się rozwiązaniami z branży ubezpieczeniowej, przygotował ofertę pożyczki, w ramach której osobom z dobrą historią kredytową obniża oprocentowania aż o 30%.

Alior Bank po raz kolejny zmienia zasady panujące na rynku usług finansowych, wprowadzając nowy model zniżek pożyczkowych dla klientów. Inspiracją do stworzenia przełomowej oferty były wielkie zniżki dla bezszkodowych kierowców. Bank mechanizm ten przenosi teraz na osoby, które regularnie spłacają lub już spłaciły swoje pożyczki, czyli mają dobrą historię kredytową, oferując im obniżkę oprocentowania aż o 30%.

Stale przyglądamy się najlepszym praktykom, nie tylko z rynku bankowego, ale również z innych branż, których wdrożenie stanowiłoby dodatkową korzyść dla naszych klientów. Dobrzy kierowcy od lat korzystają ze zniżek na ubezpieczenia komunikacyjne, dlaczego zatem nie dać podobnej możliwości klientom banków, którzy sumiennie spłacają swoje pożyczki? – mówi Wojciech Sobieraj, prezes Zarządu Alior Banku. Jako pierwsi na rynku wprowadzamy produkt – pożyczkę gotówkową lub kredyt konsolidacyjny – premiujący solidnych kredytobiorców. Klienci, którzy z niego skorzystają, otrzymają oprocentowanie niższe aż o 30% od oprocentowania dotychczasowej pożyczki – dodaje Wojciech Sobieraj.

Z wyjątkowej oferty mogą skorzystać nowi klienci, którzy posiadają jedną lub więcej pożyczek w innym banku i terminowo opłacali raty w okresie minimum jednego roku od złożenia wniosku w Alior Banku. O kredyt mogą ubiegać się również osoby, które w ciągu ostatnich sześciu miesięcy od momentu złożenia wniosku spłaciły poprzednie zobowiązania w innym banku i przez minimum rok nie miały opóźnień w spłacie rat.

Aby otrzymać oprocentowanie niższe o 30%, wystarczy przedstawić dokumenty potwierdzające aktualne oprocentowanie pożyczki (harmonogram spłat, zaświadczenie z banku, umowę kredytową, formularz informacyjny). W przypadku braku ww. dokumentów lub przy wniosku o nową pożyczkę, oprocentowanie zostanie obniżone o 30% od stawki bazowej, wynoszącej 10%.

W ramach oferty klient może pożyczyć kwotę do 50 tys. zł – w przypadku zaciągnięcie nowej pożyczki oraz nawet do 200 tys. zł, gdy przenosi jedno lub więcej zobowiązań z innego banku. Maksymalny okres kredytowania wynosi 120 miesięcy, a środki można otrzymać nawet w ciągu jednego dnia.

Nowa oferta Alior Banku to idealna propozycja dla osób, które regularnie spłacają pożyczki i nie uzyskują z tego tytułu korzystniejszych warunków w swoich dotychczasowych bankach. Uzyskanie pożyczki jest bardzo łatwe. Można to zrobić wypełniając wniosek internetowy, odwiedzając dowolny oddział Alior Banku lub dzwoniąc na infolinię pod numer 19 502.

Do Parrot dołącza nowy Dyrektor ds. marketingu i sprzedaży w segmencie dronów konsumenckich

François Ruault, 49l., dołączył do kadry zarządzającej Parrot 11 lutego 2016r. Będzie on odpowiedzialny za marketing i sprzedaż w segmencie dronów konsumenckich i connected devices (rozwiązania  audio oraz dla ogrodnictwa) na całym świecie.

Parrot_Francois RuaultFrançois Ruault wnosi unikalne i bogate doświadczenie w obszarach sprzedaży, marketingu, działalności operacyjnej i innowacyjności, aby wesprzeć plany rozwoju Grupy.

Po zdobyciu doświadczenia w agencji BBDO w Stanach Zjednoczonych i Francji, w 1992 roku rozpoczął pracę w Apple jako odpowiedzialny za komunikację, marketing a później sprzedaż detaliczną w Europie. Odegrał istotną rolę w przekształceniu europejskiej części firmy, przyczyniając się do sukcesu flagowych produktów jak iMac, iBook czy iPod.

W 2004 roku, został Country Managerem odpowiedzialnym za Xbox we Francji, generując dwucyfrowy wzrost sprzedaży do 2010 roku, kiedy przeniósł się do Redmond, USA. Pracował tam jako Senior Director, Worldwide Sales & Marketing w segmencie rozwiązań sprzętowych Microsoft, następnie jako COO w Microsoft Next Gen Experiences, gdzie odpowiadał za HoloLens, platformę wirtualnej rzeczywistości współpracującą z Windows 10.

W 2013 roku dołączył do Amazon jako Dyrektor ds. marketingu produktów cyfrowych na rynkach USA, Europy i Azji.

Henri Seydoux, CEO i założyciel Parrot’a powiedział: „Jestem zaszczycony, mogąc powitać François Ruault w zespole i cieszę się ze współpracy przy realizacji kolejnych wyzwań związanych z rozwojem firmy. Jego międzynarodowe doświadczenie w sprzedaży i marketingu, sukcesy we wprowadzaniu innowacji i budowaniu wzrostu zarówno na dojrzałych jak i wschodzących rynkach oraz znajomość ekosystemu sprzętu, oprogramowania i usług, z pewnością przyczynią się do rozwoju Parrot.”

Rynek Pracy Specjalistów w styczniu 2016 r.

W styczniu na portalu Pracuj.pl opublikowano 39 864 ogłoszeń o pracę. Najwięcej ofert pochodziło z branż: handel i sprzedaż, bankowość/ finanse/ubezpieczenia oraz przemysł ciężki. Spośród województw na czele zestawienia pod względem liczby ogłoszeń znalazły się: mazowieckie, małopolskie i dolnośląskie.

2016_02_12_rps_styczen_infografikaJak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w styczniu poziom bezrobocia wyniósł 10,3% procent i jest to wynik o 1,6 pkt proc. niższy niż przed rokiem. Spadek świadczy o utrzymującej się tendencji wzrostowej na rynku pracy; dane Pracuj.pl potwierdzają ten pozytywny trend. W porównaniu rok do roku, liczba ofert pracy w styczniu 2016 r. wzrosła o 15%.

W jakich branżach najłatwiej o pracę?

Z analizy ogłoszeń na portalu Pracuj.pl wynika, że największe zapotrzebowanie na pracowników zgłosili w styczniu pracodawcy z branży handel i sprzedaż. Opublikowali oni 7 950 ogłoszeń o pracę, co stanowiło jedną piątą wszystkich ofert ze stycznia. Kolejną branżą była bankowość/finanse/ubezpieczenia, z 5 078 ogłoszeń o pracę oraz przemysł ciężki – z liczbą 3 337 ofert. Największy wzrost, w porównaniu rok do roku, zanotowano w branży produkcja dóbr szybkozbywalnych (FMCG) – wzrost aż o 41%. Istotne zmiany nastąpiły także w branży transport i logistyka (wzrost o 19% rok do roku), turystyka/hotelarstwo/gastronomia (wzrost o 16% rok do roku) oraz telekomunikacja i zaawansowane technologie (wzrost o 12% rok do roku).

Specjaliści najbardziej pożądani w styczniu

W styczniu najczęściej poszukiwanymi specjalistami byli pracownicy: handlu i sprzedaży, obsługi klienta oraz IT. Największą dynamikę wzrostu, w porównaniu do roku ubiegłego, odnotowano natomiast w przypadku specjalistów HR/zasobów ludzkich. Po raz kolejny obserwujemy istotnie wzrosty zapotrzebowania na specjalistów z tej kategorii, co stanowi potwierdzenie pozytywnej tendencji na rynku pracy dotyczącej zwiększenia zatrudnienia i poszukiwania osób wykwalifikowanych do przeprowadzania profesjonalnych procesów rekrutacyjnych.  Inni pracownicy, na których znacząco wzrosło zapotrzebowanie, to specjaliści od obsługi klienta, logistyki i budownictwa.

Województwa poszukują pracowników

Niezmiennie, jeśli chodzi o rozkład ogłoszeń według województw, dominuje woj. mazowieckie; w styczniu opublikowano 8 985 ofert (23% ogólnej liczby ogłoszeń) z tego województwa. Na kolejnych miejscach znalazły się województwa małopolskie z 4 070 ofert (stanowiących 10% ogłoszeń) oraz dolnośląskie z 4 061 ofert (10% ogólnej liczby ogłoszeń). Znaczna liczba ofert pracy pochodziła także z województw: śląskiego (3 526), wielkopolskiego (3 455) oraz pomorskiego (2 633). W styczniu 2016 r. największe wzrosty zapotrzebowania na pracowników odnotowano w województwie małopolskim, 23% więcej ofert pracy niż przed rokiem, dolnośląskim (20%) oraz zachodniopomorskim (18%).

W styczniu najczęściej zapotrzebowanie na nowych pracowników zgłaszały firmy zatrudniające od 51 do 250 pracowników – opublikowały one łącznie 11 325 ofert pracy. Niemal równie często rekrutowali pracodawcy w największych firmach (zatrudniających powyżej 250 pracowników) – z tych firm pochodziło 11 038 ofert. Najwyższą dynamikę wzrostu liczby ofert pracy odnotowano w firmach zatrudniający od 51 do 250 pracowników, porównując rok do roku nastąpił wzrost o 17%. Niewiele niższy wskaźnik wzrostu liczby ogłoszeń zanotowano wśród pozostałych przedsiębiorstw; dla największych firm wyniósł 15%, dla małych (zatrudniających od 11 do 50 osób) 13%, natomiast dla mikroprzedsiębiorstw (zatrudniających do 10 osób) 12%.

Dlaczego polisolokaty wywołały prawną wojnę?

Od pewnego czasu, coraz częściej możemy dowiedzieć się o sporze dotyczącym polis inwestycyjnych (zwanych potocznie „polisolokatami”). We wspomnianym sporze biorą udział nie tylko ubezpieczyciele oraz ich klienci. Niedawno ważne działania podejmował również rząd oraz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Nawet jeśli problem dotyczący polis inwestycyjnych uda się rozwiązać bez masowych pozwów sądowych, to możemy być pewni, że zasady sprzedaży tych produktów będą bardziej restrykcyjne.

Za kapitał pożyczony na inwestycję niestety trzeba słono płacić

Posiadacze tzw. polisolokat, którzy pozywają ubezpieczycieli i skarżą się do UOKiK-u, zwykle nabyli specyficzny typ polisy inwestycyjnej, który jest określany jako „produkt typu Pareto”. Jego konstrukcja sprawia, że od początku zostaje zainwestowana łączna składka, którą klient ma przekazać przez kolejne 10 lat – 15 lat. Przy zakupie produktu typu Pareto, inwestor wpłaca np. 20% kapitału, a reszta wpłat jest dokonywana w miesięcznych ratach. Za udzielenie swoistego kredytu na inwestycje, trzeba jednak zapłacić w formie wyższej prowizji, a rozwiązanie umowy w trakcie pierwszych kilku lat inwestycji skutkuje utratą prawie całego kapitału. Wysokość tzw. opłat likwidacyjnych, które sięgają nawet 95% – 100% zainwestowanych środków, jest głównym przedmiotem sporu dotyczącego tzw. polisolokat.

Warto zwrócić uwagę, że w odniesieniu do polis inwestycyjnych, które zakupiono po 1 stycznia 2016 roku, obowiązują już przepisy ustawy o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej. Wspomniany akt prawny mówi, że klient ma prawo do odstąpienia od umowy w ciągu 60 dni po otrzymaniu pierwszych informacji na temat przysługujących świadczeń. W takiej sytuacji, opłata likwidacyjna nie może przekroczyć 4% zapłaconej składki. Ubezpieczycielowi ponadto przysługuje prawo do rozliczenia kosztów zapewnionej ochrony, ale w przypadku polis inwestycyjnych są one minimalne. Pierwsze informacje o wartości przysługujących świadczeń, powinny zostać wysłane klientowi w okresie od 10 miesiąca do 14 miesiąca po zawarciu umowy ubezpieczenia inwestycyjnego.

Unijna Dyrektywa IDD wkrótce wprowadzi kolejne restrykcje dotyczące polis inwestycyjnych. Zgodnie z tym pakietem regulacji, pośrednicy sprzedający polisy inwestycyjne będą musieli spełniać dodatkowe wymagania w zakresie przekazywanych informacji. Jeden z wymogów polega na przygotowaniu jednolitej karty produktu, która przedstawi informacje o kosztach ponoszonych przez klienta i ryzyku inwestycyjnym.

Ekokogeneracja S.A. notuje wysoki zysk w 2015 r.

Ekokogeneracja S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2012 r., zakończyła miniony rok skonsolidowanym zyskiem netto w wysokości 1.388 tys. zł przy przychodach na poziomie 5.386 tys. zł. Emitent zamierza aktywnie poszukiwać kolejnych odbiorców na swoje instalacje do produkcji energii cieplnej z odpadów.

 Spółka zanotowała w 4 kw. 2015 r. 824 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym, a jej sprzedaż sięgnęła 2.358 tys. zł. W analogicznym okresie 2014 r. Grupa Kapitałowa miała stratę netto w kwocie 802 tys. zł, a wartość przychodów wynosiła 577 tys. zł. Cały 2015 r. Ekokogeneracja S.A. zamknęła skonsolidowanym zyskiem netto na poziomie 1.388 tys. zł., w porównaniu ze skonsolidowaną stratą netto za rok 2014 w wysokości 1.520 tys. zł. Dobre wyniki finansowe wypracowane przez Emitenta w 2015 r. były związane z realizacją dwóch kontraktów na dostawę instalacji do produkcji energii cieplnej z odpadów. Zarząd Spółki bardzo dobrze ocenia osiągnięty wynik finansowy netto oraz perspektywy dla rozwoju branży.

„Osiągnięty w roku 2015 wynik finansowy netto to efekt realizacji jednego kontraktu dostawy dwóch pieców do produkcji energii cieplnej z odpadów o mocy użytecznej 2,4 MW oraz częściowej realizacji jednego kontraktu dostawy instalacji do produkcji energii cieplnej z odpadów o mocy użytecznej 1,2 MW. Część realizowanego od października 2015 r. kontraktu będzie kontynuowana w bieżącym roku.” – wyjaśnia Wojciech Rychlicki, Prezes Zarządu Spółki Ekokogeneracja S.A.

Z kolei jednostkowy zysk netto Ekokogeneracja S.A. w 4 kw. 2015 r. wyniósł 1.122 tys. przy przychodach kształtujących się na poziomie 1.594 tys. zł. Rok wcześniej było to odpowiednio: 912 tys. zł oraz 1.063 tys. zł. Spółka zakończyła 2015 r. jednostkowym zyskiem netto sięgającym prawie 990 tys. zł oraz przychodami przekraczającymi 1.947 tys. zł wobec 664 tys. zł zysku netto w całym 2014 r. i 1.215 tys. zł sprzedaży.

Opublikowane przez Emitent prognozy finansowe na 2015 r. zakłady osiągnięcie skonsolidowanego zysku netto w wysokości 1.946 tys. zł oraz przychodów ze sprzedaży na poziomie 5.222 tys. zł. Z kolei jednostkowy zysk netto Spółki miał wynieść 1.145 tys. zł, a jej przychody ze sprzedaży sięgnąć 2.353 tys. zł.

Grupa Kapitałowa przekroczyła prognozy finansowe w zakresie wartości przychodów ze sprzedaży, natomiast zanotowała niższy od prognozowanego zysk netto, co wynikało z wyższej straty osiągniętej przez spółki stowarzyszone Ekotermika S.A. i WGE Sp. z o.o. Natomiast w zakresie jednostkowej prognozy finansowej, Spółka wykonała prognozę zysku netto w 86%, a stopień realizacji przychodów wyniósł blisko 83%. Było to pochodną niższego poziomu sprzedaży oraz konieczności zapłacenia podatku dochodowego.

„Możemy powiedzieć, że na poziomie skonsolidowanego zysku z działalności gospodarczej Grupy Kapitałowej plan wyniku za rok 2015 został osiągnięty. Gdyby nie strata netto jednostek stowarzyszonych WGE Sp. z o.o. i Ekotermika S.A. konsolidowanych metodą praw własności, nasz skonsolidowany zysk netto za rok 2015 byłby bliski 2 mln zł. W związku ze zbyciem w I kwartale 2016 r. udziałów i akcji w obu wspomnianych jednostkach stowarzyszonych, ich wyniki nie będą miały już wpływu na skonsolidowany zysk netto za rok 2016.” – podsumowuje Rychlicki.

 Ekokogeneracja S.A. przeprowadza aktualnie reorganizację struktury Grupy Kapitałowej, która pozwoli jej skoncentrować się na rozwijaniu podstawowej działalności, a więc dostarczaniu instalacji do produkcji energii cieplnej z odpadów. Planowane zmiany organizacyjne powinny zwiększyć także potencjał produkcyjno-montażowy Spółki, co powinno mieć swoje odzwierciedlenie w nadchodzących latach we wzroście ilości sprzedawanych instalacji. Istotnemu obniżeniu ulegną również koszty funkcjonowania Grupy Kapitałowej.

Ustawa frankowa zagraża GPW i gospodarce

Ponad 40 mld złotych – tyle według wyliczeń Narodowego Banku Polskiego może kosztować ustawa frankowa. Straty banków to problem dla np. GPW. Jakie mogą być konsekwencje? Wyjaśnia analityk.

waluty

– Prezydencka ustawa frankowa jest swoistym kompromisem pomiędzy interesem frankowiczów a interesem całego społeczeństwa. Być może wszyscy poniesiemy koszty ustawy, ponieważ jeżeli banki będą ponosiły straty to z pewnością przeniosą to na klientów. Z drugiej strony jest to pewna forma kompromisu, gdyż uwzględnia np. interesy kredytobiorców, którzy brali zadłużenie w złotym – mówi newsrm.tv Mateusz Adamkiewicz, HFT Brokers.

To, co dobre dla frankowiczów nie koniecznie może okazać się korzystne dla naszego rynku.Trzeba pamiętać, że warszawska giełda jest mocno uzależniona od banków. Banki mają największy wpływ na notowania niemalże wszystkich indeksów na GPW.

– Jeżeli chodzi o kurs złotego to, tu nie ma ścisłej korelacji. Może się  to przełożyć negatywnie, bo na pewno nie pozytywnie. Żeby to ocenić musimy poczekać na ostateczne wyliczenia. Kluczową sprawą jest to ile ustawa może kosztować sektor bankowy. Jeżeli się okaże, że banki będą musiały ponieść 30-40 mld zł strat, a o takich wyliczeniach się mówi, to może się okazać, że nasz system bankowy nieco podupadnie i będzie wymagał dokapitalizowania – dodaje analityk.

Większość polskich firm organizuje szkolenia stacjonarne, ale e-learning zyskuje na znaczeniu

Polscy przedsiębiorcy nadal są przywiązani do tradycyjnej, stacjonarnej formy szkoleń. Organizuje je 71% z nich – wynika z badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Onex Group. Jednak grono firm, które sięgają po e-learningowe formy szkoleń, powiększa się. Już prawie co szósty przedsiębiorca organizuje tego typu kursy (15%) Według ekspertów Onex Group formy e-learningowe mają duży potencjał, zwłaszcza, że pracownicy dostrzegają liczne zalety e-szkoleń, w tym możliwość nauki w dowolnym momencie (53%), bez konieczności opuszczania miejsca pracy (60%).

Według szacunków firmy Docebo, która zajmuje się szkoleniami online dla pracowników, światowy rynek e-learningu bardzo szybko rośnie i 2016 rok zamknie osiągając wartość 51,5 mld dolarów, notujący średni wzrostu na poziomie 7,6%. Co istotne, jednym z najszybciej rozwijających się w tym segmencie obszarów jest Europa Wschodnia, gdzie szacowany wzrost jest dużo wyższy i wynosi nawet 16,9%[1].

Kursy online służą praktycznym umiejętnościom pracowników

Polskie firmy, które organizują szkolenia online, skupiają się na kształtowaniu praktycznych umiejętności pracowników. Dlatego kursy tego typu najchętniej przeprowadza się z zakresu: marketingu (52%), zarządzania (23%), księgowości (23%) czy korzystania z programów i aplikacji Microsoft (20%). To właśnie w tych obszarach przekazywanie wiedzy online, przedsiębiorcy uznają za najbardziej efektywne. Natomiast kształtowanie w ten sposób umiejętności miękkich jest mniej popularne. Negocjacji za pomocą metody e-learningowej uczy się tylko w 13% przedsiębiorstw.

Platformy e-learningowe są najlepszym rozwiązaniem, gdy chcemy wykształcić czy podszkolić pewne praktyczne umiejętności naszych pracowników. Ich główne przewagi nad szkoleniami stacjonarnymi, z punktu widzenia przedsiębiorstwa, to możliwość udostępnienia kursu nieograniczonej liczbie pracowników oraz większa atrakacyjność cenowa, chociażby ze względu na brak kosztów związanych z dojazdem czy noclegiem. Ten sposób przekazywania wiedzy jest nastawiony na samodzielne wykonywanie różnego typu zadań przez pracowników – mówi Jakub Hryciuk, dyrektor zarządzający w Onex Group.

Mobilnie znaczy lepiej

Z badania Onex Group wynika, że pracownicy, którzy korzystali ze szkoleń online wskazują, że największą ich zaletą jest brak konieczności opuszczania miejsca pracy (60%) oraz możliwość pracy w dowolnym momencie (53%). To szczególnie istotne dla osób mających w ciągu dnia różnego rodzaju spotkania, które ograniczają ich elastyczność i powodują, że nie mogą brać udziału w całodniowych szkoleniach. Dodatkowo, co trzeci pracownik wskazał, że dzięki platformie internetowej ma dostęp do materiałów, testów czy treści wykładów również po zakończeniu szkolenia. Dzięki temu można w łatwy sposób odświeżyć sobie interesujący fragment kursu. 30% pracowników wskazywała również na możliwość dostosowywania tempa nauki do własnych potrzeb.

– Zalety szkoleń online najlepiej przedstawić na praktycznym przykładzie. W naszej firmie organizujemy tego typu szkolenia m.in. z Office 365. Uczymy pracowników firm, jak efektywnie pracować z tym pakietem, jak działają poszczególne jego elementy. W tym celu udostępniamy im multimedialne wykłady, interaktywne ćwiczenia, testy oraz dodatkowe materiały, dzięki którym zdobywają niezbędną wiedzę. Co istotne, każdy z elementów szkolenia można dowolnie zatrzymywać, powtórzyć, ale także przewijać, jeżeli czujemy, że jakieś zagadnienie znamy już dobrze. Z punktu widzenia pracodawców, istotne jest również to, że mogą na bieżąco śledzić postępy swoich pracowników – komentuje Jakub Hryciuk, Dyrektor Zarządzający Onex Group.

Jak wskazują eksperci Onex Group, szkolenia online, ze względu na rosnącą informatyzację polskich przedsiębiorstw, zgodnie z prognozą firmy Docebo, mają szansę stać się równie popularną formą przekazywania wiedzy, co szkolenia stacjonarne.

[1] https://www.docebo.com/landing/contactform/elearning-market-trends-and-forecast-2014-2016-docebo-report.pdf

JR HOLDING S.A. z rekordowym zyskiem w 2015 r

JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., wypracowała w 2015 r. skonsolidowany zysk netto w kwocie 6,6 mln zł i w porównaniu do wcześniejszego roku, w którym wyniósł on 2,6 mln zł, wzrósł o ponad 154% (przy przychodach netto ogółem 12,8 mln zł na koniec 2015 roku, wobec 6,7 mln zł na koniec 2014 roku). Był to tym samym najlepszy rok dla Emitenta w całej jego historii.

 W samym 4 kw. 2015 r. Grupa Kapitałowa JR HOLDING S.A. osiągnęła 4,5 mln zł zysku netto, a jej przychody netto ogółem wyniosły 8,1 mln zł. W analogicznym okresie poprzedniego roku zysk netto sięgnął 0,7 mln zł przy przychodach netto ogółem na poziomie 2,4 mln zł. Znacząca poprawa wyników finansowych jest rezultatem prowadzenia bardzo rentownych inwestycji. Istotny wpływ na osiągnięty zysk ma zmiana struktury najemców powierzchni biurowych i handlowych w posiadanych nieruchomościach komercyjnych, a także wejście przez Spółkę w branżę Odnawialnych Źródeł Energii, głównie fotowoltaiki. Posiadane przez Emitenta akcje spółki Columbus Energy S.A. budzą olbrzymie zainteresowanie dużej ilości podmiotów oferujących ich odkup za cenę dającą kilka tysięcy procent zwrotu z tej inwestycji. Zarząd Emitenta z uwagi na bardzo dobrą sytuację finansową oraz ze względu na zbliżającą się finalizację sprzedaży nieruchomości Galeria Ramzes w Zielonej Górze, po wpłynięciu środków ze sprzedaży tej nieruchomości, będzie rekomendował Radzie Nadzorczej wypłatę dla Akcjonariuszy dywidendy zaliczkowej za 2016 rok w wysokości od 0,04 zł do 0,15 zł przypadającej na 1 akcję.

„Jestem niezwykle zadowolony z rozwoju całej Grupy Kapitałowej, widocznego w osiągniętych wynikach finansowych – najlepszych w naszej historii. Głównym czynnikiem, który pozwolił nam wypracować tak wysoki zysk netto było wejście na rynek Odnawialnych Źródeł Energii. Skutecznie realizujemy także założenia planu rozwoju w zakresie naszej podstawowej działalności, czyli inwestowaniu w nieruchomości komercyjne. Pozytywna finalizacja transakcji sprzedaży Galerii Handlowej Ramzes w Zielonej Górze pozwoli nam realnie myśleć o wypłacie dywidendy. Nieustannie poszukujemy również kolejnych atrakcyjnych nieruchomości, które spełniają nasze kryteria inwestycyjne. Jestem przekonany, że osiągnięte wyniki potwierdzają trafność przyjętych przez Zarząd założeń.” – ocenia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.

 JR HOLDING S.A. rozpoczęła pracę nad przygotowaniem nowej Strategii Rozwoju całej Grupy Kapitałowej, którą zamierza przedstawić do końca 1 kw. 2016 r. Emitent planuje  w większym stopniu skoncentrować swoją działalność na projektach inwestycyjnych, których fundament będą nadal stanowiły nieruchomości komercyjne, przy czym zintensyfikowane zostaną inwestycje w obszarze Odnawialnych Źródeł Energii oraz nowych technologii. Wdrożenie nowej Strategii Rozwoju Spółki ma pozwolić jej utrzymać bardzo dynamiczne tempo wzrostu wartości w nadchodzących latach.

„Prowadzimy obecnie intensywne prace nad zbudowaniem nowej Strategii Rozwoju Spółki, która umożliwi nam kontynuowanie zwiększania wartości Grupy Kapitałowej. W dalszym ciągu będziemy koncentrowali się na rynku nieruchomości komercyjnych, rozszerzając nasz obszar inwestycyjny o Odnawialne Źródła Energii oraz nowe technologie. Zamierzamy zagospodarować niszę rynkową, jaką jest sprzedaż niewielkich lokali biurowych w budynkach o wysokim standardzie. Realizujemy aktualnie tego typu inwestycję w Krakowie (http://biurowiec-hexagon.pl/) i wiążemy z nią bardzo duże nadzieje. Czekamy także na zakończenie procesu połączenia spółek COLUMBUS CAPITAL S.A. i Columbus Energy S.A., który pozwoli na zbudowanie podmiotu o bardzo mocnej pozycji rynkowej na rynku fotowoltaiki. Dla nas osiągnięte wyniki za 2015 r, które przyjmujemy z prawdziwą satysfakcją to jedynie pierwszy krok.” – podsumowuje Prezes Ciszewski.

Na początku stycznia br. Akcjonariusze JR HOLDING S.A. podczas NWZA podjęli uchwałę o przyjęciu zmienionego programu skupu akcji własnych. Zarząd Spółki został tym samym upoważniony do nabycia maksymalnie 7.800.000 szt. akcji własnych po cenie nie niższej niż 0,10 zł i nie wyższej niż 2,00 zł za jedną akcję. Łączna kwota przeznaczona na ten cel wyniesie do 5 mln zł. Termin trwania programu buy-back został określony do dnia 31.12.2017 r. lub do wyczerpania środków przeznaczonych na ten cel. Celem nabywania  akcji własnych będzie ich umorzenie lub ewentualnie zostaną przeznaczone do dalszej odsprzedaży. O rozpoczęciu prowadzenia skupu akcji własnych, niemożliwego w okresie  zamkniętym, Spółka powiadomi rynek odrębnym raportem bieżącym.

Umocnienie pozycji Emitenta oraz wzrost jego wartości spowodowało, iż od dnia 01.10.2015 r. znajduje się on w składzie Segmentu NewConnect Lead, który grupuje 23 największe i najpłynniejsze podmioty z alternatywnego rynku.

 

Fatalne dane z Azji

Chińskie odczyty były wielokrotnie gorsze od oczekiwań analityków. Również dane z Japonii nie powinny zachwycić inwestorów. Reakcja rynków była jednak bardzo wyrozumiała dla tych wydarzeń. W UE wraca temat Brexit-u.

Wbrew oczekiwaniom wielu analityków po tygodniowej przerwie chińska giełda nie otworzyła się potężnym spadkiem. Giełda była pod kreską, ale zaledwie o 0,63%. Jest to zaskakująco dobry wynik, biorąc pod uwagę poranny odczyt danych makroekonomicznych. Eksport, który zdaniem analityków miał spaść o 1,9%, spadł o 11,2%, a import zamiast 0,8% skurczył się o 18,8%. Co ciekawe, biorąc pod uwagę wzrost importu z Hongkongu o 108% widać, że dane te i tak są zmanipulowane. Przewidywania większych strat bazowało również na tym jak zachowywała się giełda w Tokio w zeszłym tygodniu. Przeważnie te dwa parkiety miały ze sobą sporo wspólnego. Uwagę inwestorów przykuł wywiad, którego udzielił prezes Banku Chin. Padło w nim stwierdzenie, że nie ma podstaw do dalszego osłabiania się chińskiej waluty. Powiedział on też, że nie zamierza wprowadzać kontroli kapitału w celu ochrony wciąż spadających rezerw walutowych.

Dane z Japonii również wypadły gorzej od oczekiwań, aczkolwiek odchylenie nie było tak znaczne jak w Chinach. Wzrost gospodarczy spada o 1,4% podczas gdy analitycy spodziewali się redukcji o 1,2%. Co ciekawe inwestorzy w reakcji na te dane zaczęli kupować. Logika stojąca za tym zjawiskiem jest prosta. Jest tak źle, że rząd będzie interweniował i zwiększał skalę interwencji na rynku. W rezultacie mieliśmy do czynienia z bardzo nielogicznym połączeniem. Gospodarka kurczy się o 0,2% więcej niż oczekiwaniom a giełda rośnie o ponad 7%. Warto zwrócić uwagę, że to imponujące 7% to mniej więcej ⅓ tegorocznych spadków. Jest to zatem raczej korekta niż nagłe wzrosty.

Negocjacje na linii Unia Europejska-Wielka Brytania nabierają tempa. W czwartek rozpocznie się dwudniowy szczyt w sprawie warunków dalszego członkostwa tego kraju w strukturach europejskich. Już teraz trwają tournée polityków europejskich promujących różne warianty kompromisu. Referendum odbędzie się dopiero za kilka miesięcy, ale już teraz widać presję wywieraną na funta w związku z tymi wydarzeniami. Wśród postulatów Wielkiej Brytanii jest ograniczenie krajowych benefitów socjalnych dla obywateli reszty państw Unii.

Dzisiejszy dzień pod względem danych makroekonomicznych, biorąc pod uwagę poranne odczyty z Azji, z pewnością nie należy do nudnych. W dalszej części dnia powinno być już spokojniej, jednakże w dalszym ciągu warto zwrócić uwagę na:

11:00 – Strefa euro – bilans handlu zagranicznego,

15:00 – Strefa euro – wystąpienie Mario Draghiego.

W nocy poznamy dodatkowo kwotę nowych kredytów oraz podaż pieniądza w Chinach. Dane z tego kraju nie są szczególnie rzetelne, ale po dzisiejszej niespodziance każdy sygnał będzie ważny.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 15.11.2015 do 15.02.2016Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 15.11.2015 do 15.02.2016

Kurs EUR/PLN powraca do wzrostów. Dla ruchu w górę oporem jest obecnie poziom 4,5100 zł, gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będą ostatnie minima lokalne na 4,3850.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 15.11.2015 do 15.02.2016Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 15.11.2015 do 15.02.2016

Kurs CHF/PLN również wybił się z trendu bocznego w górę. Najbliższym oporem są okolice 4,1150, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem po przebiciu linii łącząca minima lokalne jest ważne minimum lokalne na poziomie 3,9300.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 15.11.2015 do 15.02.2016Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 15.11.2015 do 15.02.2016

Kursowi USD/PLN równie udało się wybić z trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,1350. Dla obecnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest ważne trzymiesięczne minimum lokalne na 3,8600.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 15.11.2015 do 15.02.2016Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 15.11.2015 do 15.02.2016

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,9100. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,6200.

Srebro drożeje, miedź z szansami na odbicie. To będzie sprzyjać KGHM-owi

CEO Magazyn Polska

KGHM, największy producent srebra i ósmy na świecie producent miedzi, musi zrewidować swoje wydatki inwestycyjne. W ciągu dziewięciu miesięcy cena akcji spółki spadła ponaddwukrotnie, a pod względem wartości rynkowej KGHM spadł na 10. miejsce w indeksie WIG20. Wszystko z powodu niskich cen surowców, których jest producentem. Jest jednak nadzieja na odwrócenie trendu.

– W przypadku KGHM-u mamy kilka zmiennych, przede wszystkim cenę miedzi, a także cenę srebra oraz molibdenu, który spółka zaczęła wydobywać w Chile – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Rozbicki, analityk MM Prime TFI. – Wszystko jest bardzo mocno zależne od tego, jak będzie wyglądała cena miedzi i srebra. Wydaje się, że na rynku miedzi mogą być większe szanse na odbicie niż na rynku ropy naftowej, a to by się korzystnie przełożyło na wycenę KGHM-u.

Po trzech kwartałach 2015 roku KGHM wyprodukował 517,5 tys. ton miedzi i 917,3 tys. ton srebra. To odpowiednio o 5 proc. więcej i 1,5 proc. mniej niż rok wcześniej. Ceny obu surowców w ubiegłym roku były jednak wyraźnie niższe niż w 2014. W ciągu pięciu lat oba metale straciły po połowie swojej wartości.

Kurs srebra na przełomie roku zawrócił jednak w górę. Przez sześć tygodni jego wartość wzrosła o ponad 13 proc. Srebro odpowiada za 20 proc. przychodów koncernu. Odbicie na miedzi, którego nie wyklucza analityk, wsparłoby KGHM nieporównanie mocniej.

Spółkę czeka zapowiedziana przez nowego prezesa Krzysztofa Skórę rewizja strategii inwestycyjnej. Poinformowano o utworzeniu niemal 2 mld zł odpisów z tytułu utraty wartości zagranicznych udziałów oraz inwestycji. Drugie tyle obciąży ubiegłoroczny wynik z powodu strat w kopalni Sierra Gorda w Chile. Kilka lat temu Polska Miedź nabyła kanadyjską Quadrę (obecnie KGHM International) wraz z chilijskimi złożami za ok. 9 mld zł.

– Moim zdaniem inwestycja w Chile była zasadna o tyle, że obniżyła koszty wydobycia miedzi. Oczywiście jest problematyczna, ale wydaje się, że tego typu projekty trzeba realizować. Tak naprawdę oceniałbym ją jako inwestycję zrealizowaną z sukcesem, aczkolwiek oczywiście z problemami i z czynnikiem, który trudno było przewidzieć, czyli po prostu z bardzo niską ceną miedzi – mówi Rozbicki. – Cena miedzi za 6 czy 12 miesięcy może być jednak zupełnie inna i wtedy może się okazać, że projekt w Chile jest bardzo korzystny.

Rozbicki przypomina, że nie udało się odciążyć spółki z daniny, jaką jest podatek od kopalin, choć obecna premier złożyła taką obietnicę na kilka tygodni przed ubiegłorocznymi wyborami. Według ówczesnych zapowiedzi podatku miało nie być już w tym roku.

– Nie spodziewam się, żeby podatek miedziowy został zlikwidowany. Należy pamiętać o tym, że jest to jednak 1,5 mld zł do napiętego budżetu – zauważa Rozbicki.

Według najnowszych deklaracji ministra Skarbu Państwa Dawida Jackiewicza rząd będzie pracował w tym roku nad zmniejszeniem lub zawieszeniem podatku. Kwota, jaką obecnie rocznie płaci KGHM tytułem podatku od kopalin, jest niewiele niższa (w 2013 r. była mu równa) niż zaplanowany dochód z podatku od sprzedaży detalicznej od całego sektora.

Raiffeisen Polbank: W najbliższych miesiącach złoty będzie się umacniał. Nawet do 4,15 za euro

CEO Magazyn Polska

Dobre fundamenty polskiej gospodarki przeważają nad politycznymi niepokojami i światowymi zagrożeniami – uważa główna ekonomistka Raiffeisen Polbanku Marta Petka-Zagajewska. W bazowym scenariuszu zakłada wzrost popytu na polskie aktywa za kilka miesięcy i umocnienie złotego do nawet 4,15 za euro. Pod uwagę brany jest też jednak scenariusz negatywny.

– Naszym bazowym założeniem jest, że przynajmniej w horyzoncie najbliższych miesięcy rynki skupiać się będą na silnych fundamentach – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka Raiffeisen Banku. – Na tym, że mamy duży potencjał, żeby ciągle prezentować się jako jedna z najszybciej wzrastających gospodarek w Unii Europejskiej. Między innymi dzięki temu apetyt na polskie aktywa powinien się znowu pojawić. Sądzę, że złoty powinien się umacniać w kierunku 4,30 za euro, być może nawet 4,15 na koniec roku.

Pierwsze tygodnie roku nie były łaskawe dla złotego. Po obniżce ratingu przez agencję Standard & Poor’s w połowie stycznia euro wystrzeliło do poziomu 4,5 zł, niewidzianego od 4 lat. Od tej pory kurs waha się w przedziale 4,35–4,45 zł.

– O kształcie kursu złotego decydować będą nastroje inwestorów na rynkach globalnych. Wtedy okaże się, czy zwycięży poszukiwanie ryzyka, czy wręcz przeciwnie – awersja do niego. Okaże się też, w jakim stopniu trwałe będzie przesunięcie Polski do koszyka rynków rozwijających się z rynków aspirujących do tego, by być już rozwiniętymi – wyjaśnia Petka-Zagajewska.

Ekonomistka podkreśla, że zachowanie inwestorów jest trudne do przewidzenia, gdyż rynkom towarzyszy zbyt duża niepewność. Dodaje, że światowe indeksy spadają, świetnie za to się ma tzw. indeks strachu (VIX – Volatility Index) od początku roku wzrósł o 57,5 proc. Inwestorzy obawiają się o globalny wzrost gospodarczy, w tym szczególnie o sytuację w Chinach.

– Wysoka awersja do ryzyka jak najbardziej nie sprzyjałaby polskiemu złotemu. Nie sprzyjałoby mu także, gdyby inwestorzy w coraz większym stopniu widzieli w Polsce niepewność i brak stabilności, gdyby np. ze strony agencji ratingowych nadciągały kolejne negatywne sygnały.

Pozostałe dwie największe agencje ratingowe – Fitch i Moody&HASH39;s – na razie ratingu ani jego perspektywy Polsce nie zmieniły, ale zapowiedziały, że będą się bacznie przyglądać rozwojowi sytuacji w kraju. Część analityków głośno mówi, że spodziewa się cięcia ratingu przez Moody&HASH39;s już w maju. W tej agencji Polska ma ocenę wyższą niż w pozostałych.

– Wtedy pewnie obserwowalibyśmy poziomy zbliżone do obecnych albo nawet bliższe styczniowych szczytów, czyli w okolicach 4,50. Natomiast to jest scenariusz, który traktujemy jako scenariusz ryzyka, gdyby materializowałyby się te negatywne czynniki.

OPZZ: Ozusowanie umów-zleceń oznacza wyższe emerytury. Składki powinny dotyczyć także innych form zatrudnienia

CEO Magazyn Polska

Oskładkowanie umów-zleceń do minimalnego wynagrodzenia oznacza dla pracownika zabezpieczenie emerytalne, a w przypadku utraty zatrudnienia również zasiłek dla bezrobotnych. Zdaniem związków zawodowych zmiany, które weszły w życie z początkiem tego roku, to krok w dobrym kierunku, jednak – jak mówią – w takim samym stopniu oskładkowane powinny zostać również wszystkie umowy cywilnoprawne. 

Od 1 stycznia tego roku zmianie uległy przepisy ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych w zakresie ustalania obowiązku ubezpieczeń emerytalnego i rentowych zleceniobiorców. Zgodnie z tymi zmianami zleceniobiorca, którego podstawa wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe w danym miesiącu nie osiągnie kwoty minimalnego wynagrodzenia, czyli 1850 zł, podlega ubezpieczeniom społecznym obowiązkowo ze wszystkich tytułów. Zasady tej nie stosuje się, jeśli łączna podstawa wymiaru składek osiągnie kwotę minimalnego wynagrodzenia – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Urszula Białkowska z Departamentu Ubezpieczeń i Składek w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych.

W przypadku umów-zleceń zleceniodawca ma obowiązek zgłosić tak zatrudnione osoby do obowiązkowych ubezpieczeń, czyli emerytalnego, rentowego i wypadkowego. Musi też opłacić składkę na ubezpieczenie zdrowotne. Zleceniobiorca zaś może przystąpić do dobrowolnego ubezpieczenia chorobowego. Co do zasady obowiązkowemu oskładkowaniu z tytułu umowy-zlecenia podlega wynagrodzenie do wysokości minimalnej pensji. Aby ustalić obowiązek opłacania składek w przypadku osoby, która ma kilka umów-zleceń, konieczne jest wskazanie tytułu, który powstał jako pierwszy. Jeśli kwota uzyskana z takiej umowy jest niższa niż 1850 zł, bierze się pod uwagę również kolejne umowy.

Na zmianie przepisów korzystają przede wszystkim zleceniobiorcy, którzy wykonują pracę na podstawie co najmniej dwóch umów-zleceń. Do końca 2015 roku płatnik miał obowiązek zgłaszania do obowiązkowych ubezpieczeń społecznych zleceniobiorcę z tytułu pierwszej lub wybranej przez niego umowy, z której przychód zazwyczaj był niski. Natomiast z drugiej, z której przychód był wyższy, obowiązkowe było jedynie ubezpieczenie zdrowotne. W konsekwencji składki były odprowadzane od niższej podstawy, co przekładało się na wysokość zasiłku lub w przyszłości na wysokość świadczenia emerytalnego – przekonuje ekspertka ZUS.

Minimalne wynagrodzenie nie jest kwotą graniczną – jeśli zleceniobiorca chce, składki mogą być odprowadzane od wszystkich umów-zleceń. Jeśli jednak pracownik podejmie decyzję, że kolejny pracodawca nie musi już opłacać składek, powinien przedstawić dowód, że od innych umów składki już zostały opłacone. Szacuje się, że na umowach-zlecenie pracuje prawie miliona Polaków.

Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych od wielu lat apelowało, żeby wszystkie dochody z pracy były ozusowane. Porozumieliśmy się z pracodawcami, żeby w pierwszym kroku umowa była oskładkowana przynajmniej do minimalnego wynagrodzenia. I to jest bardzo ważne dla pracowników – zyskują oni w ten sposób zabezpieczenie emerytalne, ponieważ składka wpływa na konto do systemu ubezpieczeń społecznych. Po drugie, jeśli pracownik ma oskładkowane do minimalnej płacy świadczenie, może skorzystać z zasiłku dla bezrobotnych – wskazuje Wiesława Taranowska, wiceprzewodnicząca Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych.

Dotychczas, jak wskazuje Taranowska, problemem zatrudnionych na podstawie takich umów były składki odprowadzane od umowy, która opiewała zaledwie na 100 zł. Od drugiej, zdecydowanie wyższej, nie były obliczane już żadne składki. Oskładkowanie umów-zleceń oznacza, że pracownik uzbiera składki na emeryturę, której wysokość zależy od czasu pracy oraz wysokości zgromadzonych składek. Oszczędza na tym również budżet państwa, który dopłaca do minimalnych emerytur.

Jak podkreśla wiceprzewodnicząca OPZZ, ozusowanie umów cywilnoprawnych jest krokiem w dobrym kierunku, należy jednak oskładkować wszystkie umowy cywilnoprawne.

Chcieliśmy, żeby ozusowane były też umowy o dzieło. Nie jest to wcale takie proste, ponieważ jest to umowa rezultatu i trudno wskazać, kiedy ktoś np. napisze książkę – wskazuje Taranowska. – Cały czas w zamyśle OPZZ jest, żeby wszystkie dochody z pracy były oskładkowane, chcemy też, żeby to było oskładkowanie równe.

Wyrównanie obowiązku oskładkowania oznacza, że większe składki zapłacą samozatrudnieni. Obecnie przedsiębiorcy płacą składki do ZUS od podstawy stanowiącej 60 proc. średniego wynagrodzenia. Mogą oczywiście płacić wyższe składki, tak aby zapewnić sobie wyższą emeryturę, decyduje się na to jednak niewielu z nich.

Jest też problem z rzemiosłem, bo tutaj też jest deklarowana składka, a po wielu latach płacenia bardzo niskiej składki mają bardzo niskie emerytury. To wiąże się z problemem utrzymania się z niskiego świadczenia, a przecież przebudowa naszego systemu emerytalnego spowodowała, że z każdym rokiem wypłacane emerytury będą coraz niższe. Już wiemy, że emerytura wypłacana wedle starych zasadach jest o tysiąc złotych wyższa niż opłacana i wyliczana na nowych zasadach – podkreśla Wiesława Taranowska.

Rosną inwestycje Bakallandu w rozwój produkcji i poprawę efektywności pracowników

CEO Magazyn Polska

Bakalland w przyszłym roku chce zainwestować więcej w linie technologiczne i rozwój rynku – zapowiada prezes zarządu Marek Moczulski. Spółka deklaruje również utrzymanie zatrudnienia przy jednoczesnym zwiększeniu wydajności produkcji. Szans rozwoju szuka za granicą, w działalności eksportowej. Mimo drożejącego dolara, w którym Bakalland nabywa surowce, udało się zdobyć rynki afrykańskie, w tym RPA. Działalności spółki produkującej bakalie, płatki, musli i batony zbożowe sprzyja też trend zdrowego odżywiania.

– We wszystkich naszych fabrykach dokonujemy inwestycji. To są kwoty rzędu kilkudziesięciu milionów złotych, co umożliwia wzrost sprzedaży bez konieczności wzrostu np. zatrudnienia – mówi prezes Bakallandu. – W następnym roku budżetowym zakładamy istotny wzrost wydatków na linie technologiczne. To nie są jedyne inwestycje, jakie planujemy. Bardzo dużo inwestujemy też w rozwój rynku, w zaprezentowanie konsumentom naszych produktów takimi, jakimi powinni je oglądać.

Spółka osiąga przychody rzędu 0,5 mld zł. Jej większościowym akcjonariuszem jest fundusz Innova Capital. Jak zapewnia prezes Moczulski, właściciel gwarantuje rozwój Bakallandu, a już za kilka lat jego przychody mogą wzrosnąć o jedną czwartą, aż do 0,7 mld zł.

– Mamy bardzo dobrą i stabilną sytuację, jeśli chodzi o akcjonariuszy, którzy dostarczyli nam kapitał. W tej chwili nie potrzebujemy już dofinansowania. Inwestorem w Bakallandzie został jeden z funduszy inwestycyjnych, który dokapitalizował spółkę. W związku z tym jesteśmy w bardzo dobrej sytuacji finansowej. Finansujemy się z kapitałów własnych bądź z kredytów. Nasz bilans kompletnie się zmienił w ostatnim roku – podkreśla prezes Marek Moczulski

Przed rokiem akcje Bakallandu zostały wycofane z giełdy. Tuż przed tym krokiem nastąpiło operacyjne połączenie producenta bakalii i produktów na jego bazie z wytwórcą galaretek i ciast, właścicielem marki Delecta. Choć obecnie spółka już nie musi publikować raportów okresowych, to jej prezes zapewnia, że w większości założone wartości budżetowe są wykonywane, a szczególną dumą napawa fakt zdobycia przez spółkę mocnej pozycji w kategorii batonów na bazie musli w zaledwie 2,5 roku.

– Nasze założenia dotyczące przychodów są realizowane, podobnie jak założenia dotyczące większości pozostałych części rachunku wyników – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marek Moczulski, prezes Bakallandu. – Bardzo nas cieszy to, że nasze udziały rynkowe w większości kategorii rosną. Szczególnie nas cieszy dominująca pozycja na rynku bakalii. Osiągnęliśmy pozycję numer jeden również w batonach. To jest niesamowity sukces, ponieważ stało się to dosłownie w ciągu ostatnich 2,5 roku. Jesteśmy już liderem w kategorii batonów zbożowo-bakaliowych.

W. Rozłucki: Przed polską giełdą trudne czasy. Wpływ na notowania będą miały czynniki zewnętrzne

CEO Magazyn Polska

Wprowadzany podatek bankowy, niezniesiony podatek od kopalin, ratowanie polskiego górnictwa przez sektor energetyczny, a także mocno niepewna koniunktura w Chinach i coraz wyższe wymagania wobec giełdowych firm będą w najbliższych latach szkodzić spółkom z GPW – uważa Wiesław Rozłucki, były prezes Rady Giełdy. Nowe władze GPW nie będą miały większego wpływu na przebieg wydarzeń.

– Obecny i przyszły rok będzie trudnym okresem dla polskiej giełdy. Podstawowe pytanie jest takie, czy wszystkie czynniki niesprzyjające warszawskiej giełdzie, czyli koniunktura międzynarodowa i polityka gospodarcza w Polsce, są już uwzględnione w cenach, czy jeszcze nie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wiesław Rozłucki, były prezes GPW i Rady Giełdy. – Czekamy na jasne stanowisko władz państwowych dotyczące polityki gospodarczej.

W głównym indeksie warszawskiej giełdy WIG20 największą rolę odgrywają banki (PKO BP, Pekao SA, BZ WBK, mBank i Alior Bank), które podobnie jak ubezpieczyciele (PZU) obciążone są od początku lutego daniną od aktywów w wysokości 0,44 proc. rocznie. Ponadto są w nim spółki energetyczne (Energa, Enea, Tauron i PGE), nad którymi wisi widmo pomocy zadłużonym kopalniom. Dodatkowo są tam miedziowy gigant KGHM, który cierpi z powodu spadku cen miedzi i popytu na ten surowiec w Chinach, a także zajmujące się handlem CCC, Eurocash i LPP, którym szkodzi trwająca od półtora roku deflacja.

 – Pytanie, czy pojawią się inne opłaty zmniejszające zyski. Czy sektor energetyczny w jakimś zakresie będzie musiał pomagać polskiemu górnictwu i jak to wpłynie na jego opłacalność. Czy ceny miedzi nadal będą spadać i czy podatek miedziowy od kopalin zostanie utrzymany – wylicza Rozłucki. – Jest bardzo wiele rzeczy niewiadomych, które wpływają na zyskowność spółek notowanych na giełdzie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czynniki zewnętrzne determinują notowania na warszawskim parkiecie. W związku z tym rola obecnych władz GPW jest niewielka. Wydaje mi się, że przyczyny słabych notowań nie wynikają z tej czy innej polityki samej Giełdy.

Ceny miedzi pozostają w trendzie spadkowym od 2011 roku. Podobnie jak ceny srebra, którego KGHM jest jednym z największych na świecie wydobywców. Z kolei spółki energetyczne, choć jeszcze nieobciążone żadnym dodatkowym podatkiem, zagrożone są ewentualną koniecznością ratowania nierentownych kopalni. Jak oszacował wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski, sam Katowicki Holding Węglowy wymaga wsparcia rzędu 400–500 mln zł.

– Na pewne sprawy nie mamy żadnego wpływu, np. czy rozwinie się koniunktura w Chinach i na innych rynkach wschodzących. Natomiast w Polsce jest sporo do zrobienia. Oczekuję od rządu jasnej deklaracji, że rynek kapitałowy i warszawska GPW pełnią ważną funkcję w polskiej gospodarce. Jestem głęboko przekonany o tym, że giełda dostarcza najlepszego kapitału polskim przedsiębiorstwom, pozwalając im zwiększyć skalę działalności. Nie ma lepszej drogi do pobudzenia i innowacyjności oraz siły kapitału niż warszawska Giełda. Od kilku lat czekam na bardzo konkretną deklarację ze strony najwyższych władz państwowych – podkreśla były prezes Rady Giełdy.

Ostatnie miesiące nie były korzystne dla warszawskiej giełdy. Od maja 2015 roku, czyli od momentu wyboru Andrzeja Dudy na prezydenta, indeks blue chipów spadł o ponad 30 proc. Indeks szerokiego rynku stracił natomiast niemal 24 proc.

– Nie sądzę, żeby były potrzebne nowe regulacje. Zresztą te regulacje przychodzą do nas z Unii Europejskiej. W lipcu tego roku wchodzi rozporządzenie i dyrektywa o przestępstwach rynkowych, co oznacza wyższe wymagania wobec spółek notowanych na giełdzie. One same będą musiały opracować swoją politykę informacyjną i pamiętać o tym, że nieprzestrzeganie tej polityki pociąga za sobą wysokie kary. Z jednej strony mamy kiepską koniunkturę giełdową, a z drugiej coraz bardziej rosnące wymagania wobec spółek notowanych na giełdzie – mówi Wiesław Rozłucki.

Przelewy natychmiastowe zyskują coraz większą popularność. W 2015 roku w systemie Express Elixir Polacy przesłali 6,7 mld zł

0

CEO Magazyn Polska

W ubiegłym roku system Express Elixir obsługujący natychmiastowe rozliczenia transakcji bezgotówkowych przetworzył 1,5 mln komunikatów – o ponad 50 proc. więcej niż w 2014 roku, a ich wartość sięgnęła 6,7 mld zł. Przelewy natychmiastowe sprawdzają się zwłaszcza w sytuacjach, gdy w ostatniej chwili chcemy kupić prezent, bilet czy opłacić rachunki. W kolejnych miesiącach popularność zdobywać będą natychmiastowe przelewy na numer telefonu.

W 2015 roku w systemie płatności natychmiastowych rozliczyliśmy prawie 1,5 mln komunikatów. Jest to istotny wzrost w stosunku do roku 2014, kiedy było ich nieco ponad 900 tys. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Szymański, wiceprezes zarządu Krajowej Izby Rozliczeniowej SA. – Warto zwrócić uwagę na fakt, że system sukcesywnie wdrażany jest w kolejnych bankach. W ubiegłym roku to grono zostało poszerzone o dwadzieścia dwa banki spółdzielcze.

Z badania „Wizerunku polskiego sektora bankowego”, zrealizowanego w ubiegłym roku przez TNS Polska na zlecenie ZBP i KIR, wynika, że co piąty klient banków w Polsce przynajmniej raz zlecił transakcję natychmiastową. Rosnąca z roku na rok popularność przelewów natychmiastowych wynika ze zmieniających się potrzeb konsumentów. Respondenci cytowanego badania podkreślali, że przelewy powinny być szybkie (32 proc.) i bezpieczne (25 proc.). Ci, którzy z przelewów natychmiastowych korzystają regularnie, najbardziej cenią sobie kontrolę nad momentem realizacji transakcji i pewność, że pieniądze w ciągu kilku sekund trafią do odbiorcy (23 proc.).

Przelew natychmiastowy może być ratunkiem w sytuacjach, gdy mamy ostatni dzień na spłatę raty kredytu czy opłacenie rachunku, kiedy zapomnieliśmy o zakupie prezentu czy decydujemy się na zakup – np. wycieczki zagranicznej – w ostatniej chwili. Jest to rozwiązanie szczególnie doceniane przez osoby, które chcą dokładnie wiedzieć, kiedy pieniądze znajdą się na rachunku odbiorcy. Przelewy natychmiastowe rozliczane są przez KIR w trybie ciągłym – 24 godziny na dobę przez cały rok, czyli również w weekendy i w święta.

Polska jest jednym z liderów w skali Europy w tym zakresie. W tej chwili coraz większą wagę przykłada się do upowszechnienia płatności natychmiastowych w innych krajach Unii Europejskiej, takich jak Niemcy czy Francja. Można się spodziewać, że ten rok przyniesie powstanie nowych systemów rozliczeniowych, przeznaczonych właśnie do realizacji takich płatności – mówi Michał Szymański. – Coraz więcej mówi się także o interoperacyjności płatności natychmiastowych w Europie.

System Express Elixir jest podstawą natychmiastowych rozliczeń bezgotówkowych na numer telefonu (tzw. płatności P2P). Pod koniec ubiegłego roku we współpracy z firmą Polski Standard Płatności, odpowiedzialną za rozwój systemu płatności mobilnych BLIK, KIR wdrożył w systemie Express Elixir płatności P2P, czyli realizowane na numer telefonu komórkowego. Tego typu przelewy zdobyły już dużą popularność np. na rynku szwedzkim. Eksperci KIR oceniają, że z czasem również w Polsce przyczynią się one do ograniczenia udziału gotówki w rozliczeniach prywatnych.

W Polsce brakuje mieszkań. Na tysiąc mieszkańców przypada 366 lokali

CEO Magazyn Polska

W Europie na tysiąc mieszkańców przypada 460 mieszkań, w Polsce o prawie 100 mniej. Wprawdzie na rynku jest coraz więcej lokali, ale są one trudno dostępne. Średnie zarobki pozwalają na zakup mniej niż 1 mkw., dwukrotnie mniej niż na Zachodzie. Dlatego ponad 14 proc. Polaków mieszka w warunkach niespełniających standardów. Konieczne jest dofinansowanie mieszkalnictwa, programy wspierające mieszkalnictwo społeczne i system wynajmu dla mniej zamożnych osób.

W Polsce głównym problemem polityki mieszkaniowej jest deficyt lokali. Plasujemy się na jednym z ostatnich miejsc w Europie pod względem dostarczenia mieszkań. Na tysiąc osób przypada 366 mieszkań, przy średniej europejskiej 460. Deficyt, co prawda, zmniejsza się co roku, natomiast dostępność do tych mieszkań nie zwiększa się wcale – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Salamon, dyrektor Fundacji Habitat for Humanity Poland.

Jak wskazuje Salamon, problemem jest mała liczba mieszkań komunalnych. Ze wstępnych danych GUS wynika, że w 2015 roku oddano do użytkowania blisko 148 tys. mieszkań – o 3,2 proc. więcej niż w 2014 roku. W budownictwie komunalnym, społecznym czynszowym i zakładowym oddano ich niecałe 3,5 tys., wobec 4,5 tys. przed rokiem.

Kolejnym problemem w Polsce jest mieszkanie w substandardowych warunkach. Około 14 proc. polskiego społeczeństwa mieszka albo w przeludnieniu, albo w warunkach, które nie spełniają standardów. To również brak dostępu do mediów – tylko połowa polskich mieszkań jest wyposażonych we wszystkie media, wodę i centralne ogrzewanie – mówi dyrektor Fundacji Habitat for Humanity.

Z danych GUS-u wynika, że z ogółu mieszkań zamieszkanych na stałe ponad 10 proc. stanowią lokale substandardowe. W takich warunkach mieszka 5,4 mln osób, z czego ponad 2 mln w miastach (9,6 proc.), zaś na wsi – 3,1 mln (21 proc.). Według danych Narodowego Spisu Powszechnego (2011) 2,3 proc. mieszkań pozbawionych było jakichkolwiek instalacji (0,6 proc. w miastach i blisko 6 proc. na wsi). Pełne wyposażenie (wodociąg, ustęp spłukiwany, łazienka, gaz z sieci i centralne ogrzewanie) było 51 proc. mieszkań (z czego 66,7 proc. w miastach i 18 proc. na wsi).

Polska polityka mieszkaniowa, szczególnie od 2008 roku, jest nastawiona na promowanie własności, natomiast dla 60 proc. polskiego społeczeństwa nie ma żadnego programu. To osoby zbyt bogate, żeby ubiegać się o mieszkania socjalne czy komunalne, a z drugiej strony zbyt biedne, żeby aplikować o kredyty mieszkaniowe – tłumaczy Salamon.

W Polsce nie brakuje mieszkań, problemem jest jednak ich dostępność. Jeśli cena metra kwadratowego jest zbliżona do średniej płacy, można stwierdzić, że w danym kraju nie ma kłopotu z dostępnością lokali. W Warszawie cena za mkw. wynosi średnio 7,5 tys. zł, w Krakowie – ok. 6 tys. zł, przy średniej krajowej ok. 4 tys. zł. W Europie Zachodniej średnie wynagrodzenie pozwala na zakup 2 mkw.

Brakuje rozwiązań systemowych, które pozwoliłyby Polakom na wynajęcie taniego mieszkania. Habitat promuje jedno z takich rozwiązań – Społeczne Agencje Najmu, które dzięki dopłacie pozwalają taniej wynająć lokale. Nie buduje się mieszkań społecznych. Odchodzący rząd wznowił ustawę o TBS-ach, ale to mieszkania dla bardzo konkretnej grupy, nie tej najuboższej – analizuje Małgorzata Salamon. – Potrzeba długoterminowej polityki mieszkaniowej nastawionej na budownictwo społeczne, promujące mieszkalnictwo na wynajem, dla osób, które często nie będą sobie mogły nigdy pozwolić na kredyt mieszkaniowy.

Towarzystwa Budownictwa Społecznego (TBS) mogły zaciągać preferencyjne kredyty na budowę mieszkań w Krajowym Funduszu Mieszkaniowym. Do momentu likwidacji Funduszu (w 2009 roku) TBS-y i spółdzielnie mieszkaniowe wybudowały blisko 100 tys. mieszkań. Zdaniem ekspertki program powinien być kontynuowany, nie rozwiąże to jednak wszystkich problemów.

W Polsce brakuje inwestycji w budownictwo. Udział bezpośrednich wydatków budżetowych na cele mieszkaniowe w polskim PKB wynosi tylko 0,09 proc. Dla porównania, inne kraje Unii planują znacznie większe środki – np. Wielka Brytania (1,5 proc.,), Francja (0,8 proc.), czy Niemcy (0,6 proc.).

Należy także wspierać gminy w budowie mieszkań. Badanie przeprowadzone przez HfH w 2015 r. wśród samorządów gminnych wskazuje, że 65 proc. gmin ma mniej niż 100 mieszkań komunalnych. Jak wynika z raportu „Mieszkalnictwo w Polsce. Analiza wybranych obszarów polityki mieszkaniowej”, w kolejkach po mieszkania komunalne stoi 80 tys. osób, tyle samo po mieszkania socjalne. Towarzyszą temu długi czas oczekiwania na mieszkanie (ponad 15 proc. gmin określa średni czas oczekiwania na mieszkanie na okres 4–7 lat).

Gminy wskazują też na problem legislacji, który uniemożliwia im zarządzanie swoim zasobem. Często wspominana jest ustawa o ochronie lokatorów, która powoduje, że gminy nie chcą inwestować w tego typu mieszkalnictwo. Ta ustawa także zniechęca prywatnych inwestorów, którzy potencjalnie mogliby inwestować w mieszkalnictwo społeczne tak, jak to się dzieje w krajach Europy Zachodniej – przekonuje dyrektor Habitat for Humanity.

Coraz więcej firm docenia rozwiązania chmurowe. Za pięć lat powszechność ich wykorzystania będzie porównywalna do użycia internetu

CEO Magazyn Polska

Rozwiązania chmurowe cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Jak prognozuje IDC, w ubiegłym roku firmy na całym świecie mogły wydać na ten cel ponad 32 mld dol., o jedną czwartą więcej niż w 2014 roku. Do 2020 roku wydatki będą rosły w tempie średnio 15 proc. i będą stanowiły połowę nakładów firm na IT. Nieprzyjęcie rozwiązań chmurowych będzie w najbliższych latach porównywalne z brakiem obecności w internecie. 

Rynek rozwiązań chmurowych w Polsce zgodnie z ostatnim raportem IDC  wygląda obiecująco. Według ostatnich szacunków w 2014 roku wynosił 130 mln dol., co oznacza wzrost o 35 proc. w porównaniu do 2013 roku. Prognozy na 2015 rok mówią o 160 mln dol., zaś na 2019 rok – już o 450 mln dolarów – mówi agencji Newseria Biznes Patrick Opas, który odpowiada za dywizję chmurową w IBM Polska.

Jak wynika z raportu „IDC Worldwide Quarterly Cloud IT Infrastructure Tracker”, w 2015 roku na chmurową infrastrukturę firmy na świecie mogły wydać ok. 32,6 mld dol., czyli o 24 proc. więcej niż rok wcześniej.

W Polsce wydatki na usługi chmurowe rosną kilkukrotnie szybciej niż na tradycyjne usługi IT. IDC ocenia, że dziś cloud odpowiada za ok. 4 proc. rynku usług IT, a w 2019 będzie to 11 proc.

Jak wskazuje ekspert IBM Polska, rynek cloudowy jest obecnie zdominowany przez chmurę publiczną.

Odpowiada ona za 3/4, zaś chmura prywatna – za 1/4 wszystkich wydatków. Chmurę prywatną dzielimy na SaaS, czyli Software as a Service, które odpowiada za 62 proc. przychodów, następnie PaaS, czyli Platform as a Service (10 proc.) i na IaaS, Infrastructure as a Service (ok. 28 proc.). Widać więc, że zostało to zdominowane przez rozwiązania software’owe – wyjaśnia Opas.

IDC podaje, że na infrastrukturę dla prywatnych chmur przedsiębiorstwa przeznaczą ok. 12 mld dol. (wzrost o 15,8 proc. rdr.), a na zakup technologii związanych z chmurą publiczną – 20,5 mld dol. (wzrost o blisko 30 proc. rdr.).

Trudno jednoznacznie określić, ilu obecnie klientów korzysta z rozwiązań chmurowych, jednak ich liczba rośnie. Pomaga to w usprawnieniu pracy, poprawia również bezpieczeństwo.

Klientów można podzielić na tych, którzy już zainwestowali w IT, oraz tych, którzy kupują taką usługę, żeby móc rozpocząć działalność gospodarczą – wskazuje Patrick Opas. – Według raportu Gartnera wszystkie firmy, które do 2020 roku nie nie będą korzystać z chmury w swojej organizacji, będą porównywalne do firm, które w ogóle nie mają internetu. To trend, który można zaobserwować – przekonuje.

Przyszłością usług cloudowych jest chmura hybrydowa, łącząca chmurę prywatną i publiczną. W ten sposób można wydzielać te elementy, które pozostaną we własnych zasobach (np. dane wrażliwe), i te, które trafią do centrum danych zarządcy chmury.

Możemy się spodziewać bardziej przyjaznego podejścia do korzystania z usług. Więcej będzie rozwiązań hybrydowych, w których już klient korzysta i amortyzuje sprzęt, który kupił, i do tego dołoży chmurę publiczną – analizuje ekspert.

Chorwacja coraz popularniejszym kierunkiem dla turystów. Będzie przybywać 4- i 5-gwiazdkowych hoteli

CEO Magazyn Polska

Chorwacja jest coraz popularniejszym kierunkiem wakacyjnych wyjazdów. Turystyka stanowi ponad 17 proc. tamtejszego PKB. W 2015 roku kraj ten odwiedziło blisko 15 mln turystów. Większość podróżuje na własną rękę. Aby przyciągnąć nowych turystów, Chorwacja planuje podnieść standard usług turystycznych i postawić na ochronę środowiska.

Szacujemy, że około 80 proc. polskich turystów wyjeżdża do Chorwacji na własną rękę. Polacy lubią improwizować, to tańszy sposób spędzania i organizowania wakacji. Zachęca ich do tego również dobra infrastruktura drogowa, która przyciągnęła od 2004 roku wielu polskich turystów. Wydaje mi się, że taki trend będzie kontynuowany – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bojan Baketa, dyrektor Narodowego Ośrodka Informacji Turystycznej Republiki Chorwacji w Polsce.

Według Raportu Podróżnika 2016 firmy Travelplanet.pl Chorwacja jest ósmym najpopularniejszym kierunkiem wyjazdów Polaków. Liczba turystów z Polski z roku na rok rośnie. W ciągu trzech kwartałów 2015 roku było ich 686 tys. Zarezerwowali oni łącznie 4,5 mln noclegów (dni pobytu).

Polscy turyści są bardzo wysoko w rankingu tych, którzy zwiedzają zabytki kultury. Chorwacja jest kilkukrotnie mniejsza niż Polska, ale jest tu dużo zabytków, w tym siedem wpisanych na listę UNESCO – mówi dyrektor Narodowego Ośrodka Informacji Turystycznej Republiki Chorwacji w Polsce.

W minionym sezonie hitem wśród turystów okazały się loty po archipelagu hydroplanem. Mieszczą one do 10 osób i błyskawicznie pozwalają się przenieść z wyspy na wyspę. Chorwacja przyciąga też miłośników żeglowania i aktywnego wypoczynku.

W 2015 roku Chorwację odwiedziło 14,9 mln turystów, czyli 8,5 proc. więcej niż rok wcześniej (liczba noclegów wzrosła o 6,9 proc.). Najczęściej ten kraj wybierają Niemcy, Słoweńcy i Austriacy. Polska jest w pierwszej dziesiątce.

Udział turystyki w PKB Chorwacji wynosi ok. 17,2 proc. Można więc powiedzieć, że to ważna gałąź gospodarki – podkreśla Baketa.

Turystów przyciąga przede wszystkim Dalmacja, m.in. ze względu na położenie na wybrzeżu Adriatyku i liczny archipelag wysp. Na wybrzeże Chorwacji przybyło 13,1 mln turystów (wzrost o 8 proc.). Jak wskazuje ekspert, Polacy znajdują się na drugim miejscu wśród nacji najczęściej odwiedzających ten rejon Chorwacji. W ostatnich latach zmienił się też Split, który z miasta portowego stał się centrum życia nocnego. Turystów przyciąga też północna część Chorwacji.

Półwysep Istria jest najbardziej rozwinięty ze względu na hotele i campingi. Wedle różnych badań to jeden z najbardziej wyposażonych w campingi regionów w Europie – podkreśla dyrektor Narodowego Ośrodka Informacji Turystycznej.

Jak wskazuje Baketa, w Chorwacji znajduje się obecnie ok. 650 hoteli, przede wszystkim 3-gwiazdkowych. Branża stawia jednak na podwyższenie standardu bazy noclegowej.

Hoteli 5-gwiazdkowych jest obecnie ok. 10–15, to ok. 7 proc. wszystkich – mówi Baketa. – Staramy się podwyższyć kategorie hoteli, bardziej stawiamy na 4- i 5-gwiazdkowe.

Aby przyciągnąć turystów, dobry klimat i piękne widoki to za mało. Dlatego władze Chorwacji chcą podwyższyć standard obsługi turystów.

Przede wszystkim będziemy się starali chronić nasze środowisko, naturę, bo to przyciąga turystów. Chcemy też podwyższyć standard usług gastronomicznych i wypoczynkowych. Z roku na rok można tu zauważyć duże postępy – zaznacza Bojan Baketa.

Jak wynika z badania przeprowadzonego w lipcu 2015 roku przez Reputation Leaders na zlecenie Chorwackiej Wspólnoty Turystycznej na 11 rynkach europejskich i w USA, 82 proc. turystów, którzy odwiedzili Chorwację, ma o niej pozytywną opinię. Przyznali jej 8 na 10 punktów w skali satysfakcji. 93 proc. Polaków przyznało najwyższe noty.

Popołudniowy komentarz walutowy z 12.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 12.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Drogi kredyt? Niekoniecznie…

Na wysokość comiesięcznej raty kredytu mieszkaniowego wpływ ma nie tylko poziom oprocentowania – taki kredyt to zbiór wielu elementów, wielu różnorodnych kosztów, których łączna suma określa dopiero całkowitą wartość takiego zobowiązania. Jakie to koszty? I czy da się ich uniknąć?

Angelika Ryngwelska, Daniela Dołęga - doradcy finansowi Alex T. Great

Powiedzmy otwarcie – każdy kredyt kosztuje, a najpoważniej obciążają nasze kieszenie kredyty o dużej wartości, wieloletnie, takie jak kredyty hipoteczne. Różnice w kosztach takich zobowiązań wynikają przede wszystkim z różnic w wysokości odsetek, jakie proponują poszczególne banki, ale ważna jest też odpowiednia strategia i podejście samego klienta. – Kredyt mieszkaniowy to rodzaj umowy między dwiema stronami, bankiem a klientem, może zatem podlegać negocjacjom. Warto zawczasu dokładnie przestudiować treść umowy kredytowej, dokonać stosownych wyliczeń i z taką wiedzą ponowie usiąść do stołu z przedstawicielem banku, by wynegocjować możliwie najlepsze dla siebie warunki przyszłego kredytu – wyjaśnia Daniela Dołęga, doradca finansowy firmy Alex T. Great.

A co może podlegać negocjacjom? – Przede wszystkim warto wnikliwie przeanalizować całą listę kosztów okołokredytowych – tłumaczy Angelika Ryngwelska, specjalista ds. kredytów hipotecznych Alex T. Great. – Nie każdy wie, że mogą one stanowić nawet piętnaście procent wartości całego kredytu. Najważniejszy z nich to prowizja banku za udzielenie kredytu, która waha się między 0 – 5 procent wartości całej pożyczonej kwoty. Na pierwszy rzut oka widać, że może to być całkiem spora suma, zachęcam więc, by już na tym etapie dokonać rzetelnych porównań co najmniej kilku ofert, wybierając tę, która będzie rzeczywiście najbardziej korzystna.

Jest pewne, że w odpowiedzi na propozycję negocjacji warunków umowy kredytowej bank złoży nam ofertę cross-sellingu. Co to takiego? – Cross-sell to rodzaj wymiany, sprzedaży dodatkowych usług w zamian za obniżenie marży kredytu lub niższą prowizję bankową. Może to być na przykład oferta dodatkowego ubezpieczenia, karty kredytowej lub konta w banku, w którym zabiegamy o kredyt – wyjaśnia Daniela Dołęga z Alex T. Great. – Zachęcam, by wnikliwie przeanalizować ofertę dotyczącą takiego pakietu, bo choć niższa marża lub obniżona prowizja na pierwszy rzut oka mogą wyglądać kusząco, to w skali całego kredytu koszty dodatkowych usług bankowych mogą znacznie zmienić jego ostateczną wartość. Wszystko warto więc uprzednio dokładnie wyliczyć, zweryfikować, nim zapadnie ostateczna decyzja, którą z opcji wybieramy.

Wśród kosztów okołokredytowych znajdują się także wszelkiej maści ubezpieczenia, w tym m.in. ubezpieczenie od utraty pracy, ubezpieczenie na życie czy ubezpieczenie samej nieruchomości. Zwykle bank proponuje tu swoje rozwiązania i sugeruje wybór ubezpieczyciela, choć oczywiście nie jest to regułą. – Wysokość składek za takie ubezpieczenia jest zależna od oferty firmy ubezpieczeniowej, która podejmuje się takiej ochrony. Tu znów warto wcześniej porównać wszystkie dostępne na rynku propozycje polis i wybrać taką, która zagwarantuje nam bezpieczeństwo, ale jednocześnie nie będzie zbyt droga – zachęca Angelika Ryngwelska.

Ważnym na liście kosztów kredytu mieszkaniowego jest też koszt ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. To opłata, którą bank pobiera z tytułu podwyższonego ryzyka, jakie ponosi w związku z udzieleniem kredytu z niskim wkładem własnym. – Rzecz dotyczy tych kredytobiorców, którzy wnoszą do kredytu minimum wymaganej przez bank kwoty, jaką należy „dorzucić” z własnej kieszeni w ramach obowiązkowego wkładu własnego. To właśnie w wypadku takich klientów bank wymagać będzie dodatkowych pieniędzy na poczet zabezpieczenia swojej własności, jaką jest udzielona pożyczka. Opłatę za takie ubezpieczenie można wnieść z góry, można też doliczyć ją do rat kredytu – wyjaśnia Daniela Dołęga, specjalistka ds. finansów z Alex T. Great.

Co jeszcze znaleźć można na liście kosztów okołokredytowych? – W umowie z pewnością pojawi się prowizja za wcześniejszą spłatę – dodaje Angelika Ryngwelska z Alexa. – Tego typu opłata pobierana jest przez bank zwykle w pierwszych pięciu latach trwania kredytu. Stanowi ona rodzaj rekompensaty za stratę banku, jaka powstaje w przypadku wcześniejszej spłaty. Mówiąc prościej, bank rekompensuje sobie w ten sposób utratę zysków z marży, bowiem wcześniejsza spłata kredytu oznacza, że bank otrzyma jedynie zwrot kapitału, nie będzie więc mógł dłużej zarabiać na odsetkach.

Nie można też zapominać o kosztach taksy notarialnej, związanej z przeniesieniem prawa własności do lokalu (wpis do księgi wieczystej) oraz o kosztach wyceny zakupionej nieruchomości, którą wykonuje oddelegowany przez bank inspektor. – To wszystko także koszty okołokredytowe. Jeśli dodać je do wymienionych już wcześniej, na rachunku może się pojawić naprawdę spora suma – dodaje Angelika Ryngwelska, doradca finansowy z Alex T. Great.

Jak zatem sfinansować wszystkie te koszty, skoro od kilku lat banki nie udzielają już kredytów na kwoty wyższe niż wartość zakupu samej nieruchomości? Rozwiązaniem może być kredyt gotówkowy, dostępny w ofercie każdego banku. Wbrew pozorom, jego koszt wcale nie musi być wysoki. – Na rynku dostępnych jest wiele niskooprocentowanych kredytów gotówkowych, z terminem spłaty maksymalnie do 10 lat. Oczywiście, tego typu zobowiązanie można spłacić znacznie szybciej – tłumaczy Daniela Dołęga, specjalistka ds. finansów z Alexa.

A jak znaleźć taki tani, dobry kredyt gotówkowy? Najlepiej poprosić o radę doświadczonego doradcę kredytowego. – Mamy do dyspozycji cały zestaw narzędzi finansowych, w tym wszystkie aktualne kalkulatory kredytowe, za pomocą których jesteśmy w stanie bardzo precyzyjnie wyliczyć i podać dokładne koszty całego takiego zobowiązania. Dodatkowo, doświadczenie doradcy finansowego jest nie do przecenienia, gdy dochodzi do negocjacji z bankiem. To właśnie my, doradcy kredytowi, stajemy wówczas po stronie klienta i targujemy się z bankiem o możliwie najkorzystniejsze warunki dotyczące wysokości i późniejszej spłaty każdego z takich kredytów – tłumaczy Angelika Ryngwelska, specjalistka ds. kredytowania nieruchomości Alex T. Great Doradcy Finansowi.

Podsumowanie 2015 r. i prognozy na 2016 r. dla branży leasingowej

Ubiegły rok będziemy mogli z pewnością zaliczyć do rekordowych dla całego rynku leasingu
w Polsce. Mieliśmy co do tego pewność już w październiku, kiedy wartość transakcji wyniosła 40 mld zł, czyli niemal tyle co w całym 2014 r. W pierwszych 10 miesiącach 2015 r. wzrost wyniósł aż 17% i był równomierny w prawie wszystkich grupach aktywów. Finansowaliśmy każdy sprzęt, który posiada stopę amortyzacji, a najbardziej popularne były pojazdy osobowe, dostawcze i ciężarowe. Ważnym segmentem były również maszyny, urządzenia budowlane, sprzęt IT, wyposażenie linii produkcyjnych czy restauracji. Duże zapotrzebowanie na finansowanie wśród polskich przedsiębiorców i rolników, napędzające polski rynek leasingu, pozwoliło nam awansować na wysokie szóste miejsce w Europie.

Andrzej Krzemiński

Miniony rok upłynął pod znakiem finansowania samochodów osobowych, dużą dynamikę obserwowaliśmy w tym sektorze zwłaszcza na początku roku. Kilku graczy rynkowych osiągnęło tu bardzo dobre wyniki sprzedaży, a i Raiffeisen Leasing w szczytowym okresie od lutego do końca kwietnia sfinansował ponad 7 tys. pojazdów. Jak wynika z danych ZPL, w porównaniu do tego samego okresu 2014 r., w trzech pierwszych kwartałach finansowanie aut osobowych wzrosło aż o niemal 43%.

Podsumowując 2015 r. nie można pominąć rynku agro, w który firmy leasingowe zaangażowały się bardzo intensywnie. Po pierwszych III kwartałach tego roku segment  zanotował 11,6% wzrost w stosunku do odczytów z 2014 r. Zarówno my, jak i kilku konkurentów, podeszliśmy do tego sektora poważnie, widzimy w nim duży potencjał: jest to rynek rozwijający się, profesjonalizujący, a sami rolnicy są obecnie bardzo aktywni w finansowaniu maszyn rolniczych czy nieruchomości. Co ciekawe, pojawiły się w tym roku również jednostkowe transakcje finansowania ziemi rolnej, co być może przerodzi się w interesujący trend.

Inną ciekawą zmianą, jaką zanotowaliśmy w 2015 r., było pojawienie się finansowania nieruchomości. Jest to dość specyficzny rynek, bo z uwagi na zawiłe i często uciążliwe procedury, konieczność związania się umowa na długie lata, a także z uwagi niepewność rynku, takie transakcje są sporadyczne, opiewają na niskie kwoty. Ten rok przyniósł jednak kilku podmiotom transakcje, zapewniające niemal 84% wzrost w pierwszych trzech kwartałach, w porównaniu do 2014 r. Rozczarował nieco natomiast sektor budowlany. Mimo, wydawałoby się, wielu trwających w Polsce inwestycji, polskie przedsiębiorstwa z tego rynku finansowały mniej.

Dla Raiffeisen Leasing był to również ważny rok, jeśli chodzi o finansowanie polskich przedsiębiorstw produktami z dofinansowaniem lub gwarancjami Unii Europejskiej. W 10. rocznicę uruchomienia programów unijnych w Polsce zdobyliśmy pozycję lidera, jeśli chodzi o finansowanie leasingiem z dotacjami lub gwarancjami UE. Od 2002 roku wsparliśmy rozwój  ponad 21 tys. przedsiębiorców, podpisaliśmy umowy na 3 mld zł w finansowaniu i 1 mld zł w gwarancjach. Grudniowe podsumowanie Ministerstwa Rolnictwa pokazało, że nie wszystkim firmom udało się w jednakowym stopniu zaangażować w ten obszar biznesu.

Rozpoczynający się właśnie rok 2016 będzie w mojej ocenie wybitnie dobry dla polskiej branży leasingowej. Jak pokazują wyniki, nabiera ona rozpędu już od kilku lat: 20% wzrost, jaki osiągnęła w 2014 r. i kolejne 20% z zakończonego właśnie 2015 r., dają w sumie bardzo dobry wynik 40%, zapewniający nam wysokie 6 miejsce w czołówce Europy. Z uwagi na rozwojowy trend w całej gospodarce i rosnący popyt na usługi leasingowe, 2016 r. przyniesie nam kolejne wysokie wzrosty w obszarze leasingu.

Przewidywania te zdaje się popierać wskaźnik wykorzystania mocy produkcyjnych w przemyśle, utrzymujący się na wysokim, oscylującym wokół 80% poziomie. Oznacza on, że moce produkcyjne są w dużej mierze wykorzystane i przedsiębiorstwa będą zmuszone inwestować w kolejne maszyny, aby zaspokoić swoje potrzeby. Dodatkową stymulacją będą środki unijne, które powinny pojawić się w tym roku i trafić do gospodarki w formie produktów zwrotnych lub gwarancyjnych, zachęcających przedsiębiorstwa i rolników do kolejnych inwestycji.

Podsumowując panujące w branży trendy, aktywne poszerzanie obecności firm leasingowych w poszczególnych sektorach pod względem aktywów spowodowało, że rynek stał się pod tym względem nasycony. Konsekwencją tego było szczególnie widoczne w tym roku przenoszenie się z prostego finansowania leasingiem na usługi najmu, dzierżawy, w tym najmu samochodów osobowych i CFM, czyli długoterminowych najmów samochodów dostawczych i ciężarowych.

Produktowo będziemy się więc jako branża przesuwać w 2016 r. w dalszym ciągu w stronę szeroko pojmowanych kompleksowych usług związanych z doborem sprzętu dla klienta, finansowaniem go i świadczeniem usług serwisowych. Będziemy to obserwować zarówno w  sektorze samochodów osobowych, ciężarowych, maszyn budowlanych i rolnych, jak i np. w sektorze IT. Sektor Full Service Leasingu, czyli wynajmu długoterminowego pojazdów i flot, będzie się więc bardzo dynamicznie rozwijał. Jako inicjatorzy tego trendu, przewidujemy również, że rosła będzie popularność ofert długoterminowego najmu dla osób fizycznych, głównie w obszarze samochodów osobowych. Tu również spodziewamy się produktowej zmiany w stronę kompleksowości oferty

Kolejnym trendem, który będziemy obserwować w rozpoczynającym się roku, będzie odejście od wojen cenowych pomiędzy leasingodawcami w kierunku ułatwień dla klienta w procesie pozyskania finansowania. Będziemy stawiać na bardzo głęboką znajomość ryzyk w danym sektorze i idące za tym jasne kryteria i szybką decyzję, opartą o minimalne wymogi dokumentowe. Z uwagi na odmienny model biznesowy i ryzyko rozłożone pomiędzy firmę i klienta, będziemy jeszcze bardziej dystansować się w tym obszarze od banków, dla których cały rynek spodziewa się w tym roku kolejnych utrudnień. Rozwojowi uproszczonych procedur może zaszkodzić jedynie znacząca zmiana gospodarcza, niosąca za sobą spowolnienie, a więc i rosnące ryzyko kredytowe wynikające z zatorów płatniczych.

Złoty medal Akademii Polskiego Sukcesu dla Loyd S.A.

Loyd S.A. został uhonorowany złotym medalem Akademii Polskiego Sukcesu za aktywną działalność na rynku pracy, w szczególności za działania mające na celu aktywizację osób niepełnosprawnych. Nagrodę odebrał prezes zarządu Bartosz Kaczmarczyk – 8 lutego podczas uroczystej gali na Zamku Królewskim w Warszawie. Akademia Polskiego Sukcesu wręczyła łącznie 21 medali, wyróżniając tym samym ludzi biznesu, nauki, kultury i sportu. Wszyscy laureaci nagrody przyczyniają się do rozwoju i umacniania polskiej gospodarki.

– „Polacy są kreatywnymi ludźmi sukcesu, a Nagrody Polskiego Klubu Biznesu stanowią tego potwierdzenie. Akademia wspiera ludzi, którzy odnoszą nietuzinkowe sukcesy na rozmaitych polach. Ten złoty medal to dowód koleżeńskiego uznania i cenna rekomendacja biznesowa. Z radością obserwujemy przełamywanie stereotypów i znoszenie barier na rynku pracy. Coraz więcej pracodawców przekonuje się, jak wartościowymi, zaangażowanymi i kompetentnymi pracownikami są osoby niepełnosprawne. Nagroda utwierdziła nas w tym, że to, co robimy ma sens, że podążamy w dobrym kierunku. Daje nam to ogromną siłę do dalszego działania. Cieszymy się niezmiernie, że Loyd S.A. dołączył do grona wyróżnionych przez Akademię Polskiego Sukcesu”- komentuje Bartosz Kaczmarczyk, prezes zarządu Loyd S.A.

Loyd S.A. od lat przykłada dużą wagę do aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych – firma zatrudnia te osoby nie tylko w swych szeregach, ale także promuje tę postawę wśród swoich klientów. Podległa spółka Polski HR –  A-Trybut S.A. działa na rynku pracy osób niepełnosprawnych i wspiera polskich przedsiębiorców w pozyskiwaniu i wdrażaniu tych pracowników do swych organizacji. Firma świadczy m.in. usługi doradcze i szkoleniowe, usługi związane z rekrutacją i delegowaniem personelu, a także innowacyjny model zatrudnienia wspomaganego. Dzięki temu modelowi obie strony mają zapewnione stałe wsparcie agencji, która systematycznie ich przygotowuje, szkoli, asystuje, dba o przebieg całego procesu zatrudnienia i późniejszej wspólnej pracy. Z usług tych korzystają zarówno przedsiębiorcy, którzy mają doświadczenie we współpracy z niepełnosprawnymi pracownikami, jak i ci, którzy pierwszy raz zamierzają zatrudnić osoby niepełnosprawne. Przy wsparciu agencji osoba niepełnosprawna poznaje zasady funkcjonowania w środowisku pracy, natomiast pracodawca zaznajamia się ze specyfiką pracy takiej osoby, tym samym przełamując bariery przed zatrudnianiem niepełnosprawnych.

Medale Akademii Polskiego Sukcesu od lat cieszą się uznaniem na naszym rynku, a także mogą stanowić przepustkę do zagranicznych kontaktów biznesowych. Kandydatów do tej nagrody zgłaszają organizacje biznesowe, stowarzyszenia twórcze, naukowe i sportowe, właściciele lub szefowie firm zarejestrowanych w Polsce oraz członkowie Kapituły Medalu APS. W kategorii biznesu pod uwagę brane są wyniki firmy, pozycja i reputacja na rynku, sukcesy w eksporcie, posiadanie znaków i certyfikatów jakości. W innych dziedzinach liczą się osiągnięcia twórcze, uznanie i prestiż społeczny, otrzymane nagrody i wyróżnienia, a także krzewienie wartości europejskich.

Najemnik na wojnie czy strategiczny doradca klienta w dobie kryzysu?

1 stycznia weszła w życie ustawa o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów. Celem nowych przepisów jest przede wszystkim wzrost ilości spraw gospodarczych kierowanych do mediacji oraz podniesienie świadomości przedsiębiorców, że mediacja może być alternatywą wobec procesu sądowego. Takie rozwiązanie umożliwia bowiem zakończenie konfliktu w tańszy, szybszy i mniej sformalizowany sposób.

Ewelina Stobiecka_CONNECTTo także szansa dla prawników, którzy mogą w ten sposób doprowadzić do zakończenia sporu klienta w sposób najbardziej efektywny, posiadając przy tym pełną kontrolę nad wypracowywanym porozumieniem.  Ustawa wprowadza m.in system uprawnień proceduralnych i organizacyjnych oraz zachęt ekonomicznych.

Do najistotniejszych zmian w ramach KPC należy m.in. wprowadzenie obowiązku poinformowania w pierwszym piśmie procesowym, tj. w pozwie, czy strony podjęły próbę mediacji lub próbę innej alternatywnej metody rozwiązania sporu.

Oznacza to, że jeszcze przed złożeniem pozwu prawnik reprezentujący swojego klienta powinien taką próbę podjąć. Wbrew pozorom mediacja nie oznacza dla prawnika mniej pracy. Przygotowanie do procesu mediacji, reprezentacja klienta w trakcie mediacji, redagowanie i negocjowanie zapisów wypracowanej ugody a także ostateczne zatwierdzenie ugody przez sąd – to tylko część zadań jakie stoją przed prawnikiem rzetelnie podchodzącym do swoich obowiązków jako profesjonalny pełnomocnik. Warto zwrócić uwagę, że pomoc klientowi w procesie mediacji pozasądowej jest skoncentrowana w czasie i trwa zazwyczaj tyle, ile sam proces mediacyjny, a sama obsługa na tym etapie jest bardziej intensywna i zorientowana na wypracowanie (z zaistniałego konfliktu) wartości dodanej dla klienta.

Daje to prawnikowi możliwość większej koncentracji nad sprawą klienta i jej skuteczne doprowadzenie do końca w krótszym czasie niż tradycyjny proces sądowy, w sposób bardziej efektywny biznesowo. Co istotne, prawnik w tym procesie to nie „najemnik na wojnie” a strategiczny doradca w czasie kryzysu. Ta nowa rola jaką może przyjąć prawnik może mieć wymierne korzyści dla jego relacji z klientem. Zazwyczaj bowiem wzrasta poziom satysfakcji klienta a relacja tak skutecznego prawnika z klientem może tylko pozytywnie wróżyć na przyszłość, którą prawnik wspólnie ze swoim klientem kształtuje w procesie mediacji. Wojna zawsze generuje straty i ma swoje ofiary, z kryzysu natomiast, można wyjść niejednokrotnie obronną ręką. W nowych regulacjach takiemu scenariuszowi sprzyjać będzie także sędzia, który według nowych zapisów KPC dokonywać będzie na każdym etapie procesu oceny czy sprawa może zostać zakończona polubownie i nakłaniać będzie strony do mediacji.

Kolejne regulacje, istotne z tego punktu widzenia, to także uwolnienie od opłaty sądowej wniosku o zatwierdzenie ugody pozasądowej zawartej przed mediatorem. Tu prawnik może wygenerować dla klienta realne zyski w postaci zaoszczędzenia chociażby 5 % wartości przedmiotu sporu, które klient musiałby wydać składając pozew. Warto przy tym pamiętać, że ugoda zawarta przed mediatorem a zatwierdzona (w tym wypadku bez kosztowo) przez sąd ma taką samą moc jak wyrok sądu.

Nowe regulacje niewątpliwie uświadomią niejednemu przedsiębiorcy,  iż rozwiązanie sporu w drodze polubownej ułatwia prowadzenie działalności i pozwala kontynuować współpracę pomiędzy kontrahentami, co z reguły nie jest możliwe po długotrwałym i kosztownym procesie sądowym.

Prawnik jako doradca klienta musi także podjąć ważną decyzję co do miejsca, w którym można podjąć taką próbę polubownego, pozasądowego rozwiązania sporu, o której to próbie później (w razie jej niepowodzenia) musi poinformować sąd.  Niewątpliwie potrzeba instytucji, ośrodków mediacji, które w sposób profesjonalny są w stanie rozwiązać konflikt powstały pomiędzy przedsiębiorcami.

Najbardziej poszukiwany zawód w 2016 roku – badacz danych

Według ankiety „25 Best Jobs in America” autorstwa Glassdor Survey najbardziej poszukiwanym zawodem w tym roku w Stanach Zjednoczonych będzie badacz danych (data scientist). Hal Varian, główny ekonomista Google, idzie o krok dalej i określa tę profesję mianem „najbardziej pożądanego zawodu tego dziesięciolecia”. Mediana wynagrodzeń pracowników sektora analityki Big Data sięga w USA 116 840 USD. Szacuje się, że na amerykańskim rynku do 2020 roku może zabraknąć nawet 4 mln specjalistów od analityki danych. Deficyt badaczy danych odczuwa również polska branża IT.

Big Data odcyfrowana

Jeff Hammerbacher oraz D.J. Patil to dwaj ojcowie-założyciele terminu „Big Data Scientist”. Ukuli tę nazwę już w 2008 roku, akcentując konieczność analizy danych w Sieci. Wielu kwitowało wówczas tę deklarację uśmieszkiem politowania. Jednak to Hammerbacher i Patil mieli rację. Po latach amerykański Forbes zaliczy obydwu Panów do grona siedmiu najbardziej wpływowych badaczy danych na świecie. Zajmą drugie miejsce na pudle, tuż za szefem Google, Larrym Pagem.

– Badacz danych to wciąż młody zawód, który nie zdołał jeszcze okrzepnąć na rynku i zakorzenić się w powszechnej świadomości. W 2008 roku portal LinkedIn postanowił przebadać profile zawodowe swoich użytkowników. Okazało się, że żaden użytkownik nie zadeklarował się jako Big Data Scientist. Za to podczas ponownego badania w 2013 roku wspomnianą profesję wpisało w swoich profilach 3 440 użytkowników portalu. Dzisiaj to jeden z najczęściej poszukiwanych zawodów w Dolinie Krzemowej. Niestety, rynek boryka się z poważną trudnością, bowiem wykwalifikowanych pracowników od Big Data jest jak na lekarstwo – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, prezes największej platformy Big Data w tej części Europy, w której zasięgu znajduje się praktycznie każdy polski internauta.  

Łatwo odgadnąć, że firmy działające w obszarze analityki internetowej toczą o takich pracowników regularną wojnę. Josh Sullivan, lider niemal pół tysięcznej grupy „badaczy danych” w firmie konsultingowej Booz Allen Hamilton twierdzi, że użytkownicy, w których profilu zawodowym na LinkedIn widnieje wpis „data science”, otrzymują dziś od rekruterów nawet sto maili dziennie z propozycją zmiany pracy. Dlaczego badacze danych są tak łakomym kąskiem na celowniku headhunterów?

Specjalista od Big Data na wagę baryłki ropy naftowej

– Specjaliści od Big Data to pracownicy sektora gospodarki cyfrowej, kluczowej gałęzi w ekonomii społeczeństw postindustrialnych, w których główną rolę odgrywa informacja, a właściwie: dostęp do informacji. To właśnie informacje, czyli dane, są nową ropą naftową – jak zgrabnie ujął to Clive Humby. Pracownicy sektora Big Data są specjalistami do spraw pozyskiwania, analizowania, segmentowania i interpretowania informacji, jakie internauci pozostawiają po sobie na witrynach. Ich wiedza jest kombinatem wiadomości z zakresu ekonomii, matematyki, statystyki oraz nowych technologii. Właśnie do tych nauk nawiązuje termin „scientist” (naukowiec, badacz), używany w nawie tego zawodu – tłumaczy Piotr Prajsnar.

Jak wynika z raportu McKinsey Global Institute Big Data Scientist już teraz jest jednym z najbardziej pożądanych zawodów nie tylko w USA, ale i na całym świecie. Do 2020 roku luka na rynku pracy w USA wyniesie już ponad 1,5 mln wolnych stanowisk, czekających na obsadzenie przez specjalistów od Big Data na stanowiskach kierowniczych, zaś cały deficyt stanowisk powiązanych z Big Data może sięgnąć nawet ponad 4 mln nieobsadzonych stanowisk.

Deficytowi pracowników sprzyja dwucyfrowe tempo, w jakim rozrasta się ilość danych w Sieci. Oracle szacuje, że obecnie Internet liczy ponad 8 ZB danych, ale w 2020 roku będzie to już 45 ZB.

Magister Big Data

Ten deficyt specjalistów dostrzegły już uczelnie wyższe. W odpowiedzi na alarmujące sygnały spływające ze środowisk biznesowych, wdrożyły do swojej oferty edukacyjnej studia dedykowane zagadnieniom Big Data. Przykładowo Uniwersytet w Iowa uruchomił w 2013 roku kierunek Analityka Biznesowa i Systemy Informacyjne. Na pierwszy rok studiów zapisało się ponad 170 studentów.

– Polska, która mimo wszystko jeszcze raczkuje na rynku Big Data, rynkowa luka w zawodzie badaczy danych również jest odczuwalna. Już obecnie na portalach z ogłoszeniami o pracę coraz więcej rekruterów poszukuje osób z doświadczeniem w Big Data. Zapotrzebowanie zgłasza sam biznes: według badania autorstwa InsightExpress 8 na 10 polskich menedżerów IT sądzi, że Big Data stanowiło będzie trzon strategii ich przedsiębiorstw w ciągu najbliższych pięciu lat – mówi Piotr Prajsnar – Nasza firma również poszukuje aktualnie specjalistów od analityki danych, choć nie tylko ich. Szukamy Java Developerów i data minerów, a przede wszystkim: ludzi z pasją, którzy chcieliby zgłębić się, dosłownie i w przenośni, w cyfrowy świat danych. Nasza firma planuje zwiększyć swoją aktywność na rynkach zagranicznych, więc zamierzamy rekrutować biznesowych specjalistów i badaczy danych z całej Europy – dodaje CEO Cloud Technologies.

Polskie uczelnie nie zamierzają przespać tego czasu. Szkoła Główna Handlowa w październiku zeszłego roku uruchomiła pierwszą edycję dwusemestralnych studiów podyplomowych: Inżynieria Danych – Big Data. Koło Statystyki i Demografii SGH organizuje konferencje przybliżające te wątki studentom, wśród których znajdą się być może przyszli badacze danych. Podobnie Instytut Podstaw Informatyki PAN zachęca do podjęcia studiów podyplomowych na kierunku „Metody i narzędzia nowoczesnej analizy danych w biznesie”. Z kolei Politechnika Warszawska od 2012 organizuje seminaria poświęcone tematyce Big Data. W polskiej nauce pierwsze oznaki zainteresowania potencjałem tej branży są już widoczne.

Big Data Scientist będzie niebawem wymieniany jednym tchem obok takich profesji jak prawnik, chirurg czy dentysta. Oprócz obiecujących perspektyw zawodowych i gwarancji wolnych stołków, w Big Data kuszą także zarobki. A te dla wielu mogą okazać się propozycją nie do odrzucenia.

Big Data = Big Money?

Frank J. Ohlhorst to dziennikarz IT, który zaczął zajmować się tematyką Big Data zanim jeszcze stało się to modne. W książce „Turning Big Data into Big Money” przywołał zasadę 4V, za sprawą której Big Data może (ale wcale nie musi) generować Big Money, czyli wielkie pieniądze.

– Te 4V to: Volume (ogromna ilość danych), Variety (ogromna ich różnorodność), Veracity (wiarygodność danych) oraz Velocity (zawrotna szybkość ich generowania). Te cztery czynniki składają się na wartość danych, w sensie zarówno merytorycznym jak i czysto finansowym – tłumaczy Łukasz Kapuśniak, Chief Technology Officer w Cloud Technologies.

Ohlhorst jednak nie odpowiedział wprost na pytanie: ile można zarobić na danych? Pokazuje raczej, na czym należy się skupić, żeby móc na nich zarobić. Mimo to można podać pewne szacunki zarobkowe branży Big Data. Przynajmniej w kolebce tej technologii, czyli w Stanach Zjednoczonych.

O oszacowanie średnich wynagrodzeń badaczy danych w USA pokusił się portal DataJobs. Według jego analityków zarobki specjalisty ds. Big Data wahają się w granicach 50 tys. USD – 75 tys. USD. W przypadku doświadczonych analityków mówimy już o widełkach cenowych rzędu 65 tys. USD – 110 tys. USD. Z kolei według Burtch Works mediana zarobków badacza danych ze stażem do 3 lat, który może pochwalić się dyplomem uniwersyteckim, dobrą znajomością języków programowania oraz metod statystycznych, wynosi 80 tys. USD. Ci, którzy pracują w branży dłużej mogą liczyć nawet na 150 tys. USD. Glassdor Survey, po przeanalizowaniu blisko 2 tysięcy aktywnych ogłoszeń na stanowisko data scientist, szacuje medianę wynagrodzeń pracowników tego sektora na ponad 116 tys. USD.

Czy to już „Big Money”? Zależy jak na to patrzeć. W USA są to zarobki, które stoją w tym samym rzędzie co pensje lekarzy czy prawników, a także wyspecjalizowanych programistów – lub lekko je przewyższają. W Polsce ten zawód dopiero raczkuje i brak jest szczegółowych analiz uwzględniających wynagrodzenia dla tej konkretnie profesji. Niemniej należy ona do tych finansowo ponadprzeciętnych i blisko jej do najlepiej opłacanych zawodów w branży IT.

Epoka Big (Smart) Data

Dr Vinton Gray Cerf z Google, szerszej publiczności znany jako „ojciec internetu”, już w 2008 roku zapowiadał nadejście czasów, w których koniecznością stanie się poznanie osoby po drugiej stronie kabla. Po to, by lepiej zrozumieć ją i jej potrzeby. Te czasy już nadeszły.

– Wolumen Big Data rośnie dziś w tempie dwucyfrowym, zaś dynamika wzrostu danych przekracza 40 proc w skali roku. IDC twierdzi, że rynek Big Data rozwija się w tempie sześciokrotnie szybszym niż cała branża IT. Markets and Markets prognozuje, że do 2018 roku globalny rynek Big Data wart będzie już 46,34 mld USD. IDC przelicza, że w 2020 roku na jednego mieszkańca Ziemi przypadnie wówczas ponad 5,2 GB danych. Według byłego prezesa Google, Erica Schmidta, w ciągu 48 godzin produkujemy w Internecie więcej danych niż od początku powstania cywilizacji do 2003 roku – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.

Nie popadajmy jednak w obsesję ilości. Bardziej podstawową kwestią jest dziś rozdzielczość czy też jakość danych, czyli to, co można z ich pomocą zrobić. Wówczas na pierwszym planie pojawia się pojęcie „Smart Data”, czyli danych już uporządkowanych i zinterpretowanych, pogrupowanych w profile behawioralne (profile zachowań) użytkowników Internetu. To przetworzone (niesurowe) dane, które przeszły przez warsztat wytrawnego badacza i stanowią solidną podstawę nie tylko do zbudowania konkretnej strategii komunikacyjnej, ale też do personalizacji Sieci.

Cyfrowy zawrót głowy

Ilość danych generowanych w Internecie faktycznie może przyprawiać o zawrót głowy. Rzecz w tym, żeby tej głowy nie stracić – i podjąć trud ich przeanalizowania. Obecnie wykorzystujemy stosunkowo niewielką część danych: średnio 20 proc. całego wolumenu Big Data to tzw. Smart Data, czyli dane, z których można zrobić biznesowy użytek. IDC pociesza jednak, że do 2020 roku będziemy już w stanie spożytkować 30 proc. całego wolumenu Big Data. Mimo istotnego skoku procentowego to jednak wciąż niewiele. Ten procent trzeba zwiększać, jeśli chcemy uczynić Internet bardziej przyjaznym użytkownikowi środowiskiem.

Oznacza to, że przed branżą IT tytaniczna praca do wykonania, w której liczyć się będzie każda para rąk na pokładzie. Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że stanowiska typu Big Data Scientist, Big Data Architect czy Big Data Analyst, będą rosły jak grzyby po deszczu. To nie tylko pasjonujące i lukratywne zawody. To zawody (na miarę) przyszłości.

Problemy europejskiego systemu bankowego

Na rynkach nie ma nudy. Ropa wyznacza nowe minima, złoto maksima. Problemy widać wyraźnie w systemach bankowych, gdzie pojawiły się ujemne stopy procentowe. Szwecja mimo tego obniża stopy procentowe.

Część komentatorów prognozowała, że ze względu na tydzień wolnego w Chinach będziemy mieli spokój na rynkach. Nic takiego nie ma miejsca. Dobrym przykładem jest ropa naftowa, która wciąż leci w dół osiągając 13-letnie minima cenowe. Jest to spadek o ponad 25% od początku roku. Złoto z kolei wciąż zyskuje na wartości. Sytuację na złotym kruszcu wykorzystuje Bank Kanady, który właściwie zeruje swoje rezerwy tego surowca. Po ostatniej redukcji posiada ich mniej niż 1% tego co Polska.

Bardzo niepokojąca jest sytuacja na giełdach. Indeks grupujący 47 największych europejskich banków spadł od początku roku o 28%. Najważniejsze w tym gronie są spadki o 40% Deutsche Banku i 45% UniCredit. W przypadku DB powodem są bardzo słabe wyniki za zeszły rok. Strata na poziomie 6,7 mld euro, czyli przekraczającym rentowność całego polskiego systemu bankowego. Nie bez znaczenia są też niepokojące komunikaty o tworzonych rezerwach przez nowego prezesa. Wśród rezerw niepokój budzą przede wszystkim te na koszty prawne. Banki te brały udział w wielu “podejrzanych” operacjach i jest ryzyko, że za niektóre z nich przyjdzie im teraz zapłacić.

Problemy banków potęgowane są przez ujemne stopy procentowe. Niemal wszyscy boją się obniżyć oprocentowanie poniżej psychologicznej wartości 0 w obawie przed odpływem depozytów. W efekcie marże spadły, a pojawiające się co jakiś czas bezwartościowe aktywa coraz bardziej ciążą na wynikach. Ewentualne bankructwo jakiegoś z banków, do którego raczej nie dojdzie ze względu na wszelakie mechanizmy wsparcia, z pewnością nie pomoże złotówce. W tym wypadku najczęściej działa mechanizm bezpiecznej przystani. W strefie euro będzie bardzo źle, ale i tak bezpieczniej, więc złoty nie powinien zyskać do euro. Dramat w tym scenariuszu przeżyją kredytobiorcy frankowi. Na szczęście bankructwo wciąż jest mało prawdopodobne.

Wczoraj Bank Szwecji obniżył stopy procentowe. Analitycy spodziewali się obniżki z -0,35% do -0,45%. Redukcja sięgnęła nawet dalej i nowy poziom wynosi -0,5%. Polityka ujemnych stóp to dziwny wynalazek. Z jednej strony na rynek trafiają tanie kredyty, z drugiej obywatele nie są obciążani kosztami ujemnych stóp, gdyż banki boją się odpływu klientów. W rezultacie sytuacja banków ulega wyraźnemu pogorszeniu. Decyzja banku krótkoterminowo spowodowała duże skoki na szwedzkiej koronie, jednakże rynek szybko się uspokoił.

Wczorajsze dane z USA okazały się lepsze od oczekiwań. Liczba nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych spadła o 12 tysięcy więcej niż oczekiwali analitycy. Dzisiaj od rana mamy serię odczytów danych makroekonomicznych, ale pokrywają się one z oczekiwaniami. Warto o godzinie 14:00 zwrócić uwagę na dane na temat inflacji w Polsce.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 12.11.2015 do 12.02.2016Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 12.11.2015 do 12.02.2016

Kurs EUR/PLN powraca do wzrostów. Dla ruchu w górę oporem jest obecnie poziom 4,5100 zł, gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będą ostatnie minima lokalne na 4,3850.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 12.11.2015 do 12.02.2016Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 12.11.2015 do 12.02.2016

Kurs CHF/PLN również wybił się z trendu bocznego w górę. Najbliższym oporem są okolice 4,1150, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem po przebiciu linii łącząca minima lokalne jest ważne minimum lokalne na poziomie 3,9300.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 12.11.2015 do 12.02.2016Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 12.11.2015 do 12.02.2016

Kursowi USD/PLN równie udało się wybić z trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,1350. Dla obecnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest ważne trzymiesięczne minimum lokalne na 3,8600.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 12.11.2015 do 12.02.2016Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 12.11.2015 do 12.02.2016

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,9100. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,6200.

E.Chojna-Duch: Program 500+ pomoże przywrócić inflację. Jednak poziom założony w budżecie będzie trudny do osiągnięcia

Ekonomiści zgadzają się, że w bieżącym roku powinien nastąpić koniec deflacji w Polsce. Są również zgodni co do tego, że poziom inflacji założony w budżecie jest mało prawdopodobny do osiągnięcia. Nawet zakładając korzystne oddziaływanie programu 500+ na wzrost cen.

– Mamy bardzo dobrą sytuację gospodarczą. Dynamika wzrostu gospodarczego jest w trendzie wzrostowym. Miejmy nadzieję, że w 2016 roku osiągniemy zamierzony przez twórców budżetu pułap wzrostu gospodarczego na poziomie 3,8 proc. PKB – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Elżbieta Chojna-Duch. – Natomiast inflacja jest założona na wysokim poziomie.

W budżecie na 2016 rok przyjęto, że ceny w całym roku wzrosną o 1,7 proc. Tymczasem już listopadowa projekcja inflacji NBP zakładała wzrost cen jedynie o 1,1 proc. Ostatnio prezes NBP Marek Belka przyznał, że przeszacował tempo, w jakim inflacja będzie wracać, a spadek cen potrwa jeszcze kilka miesięcy. Zdaniem prof. Chojnej-Duch w marcowej projekcji można się zatem spodziewać jeszcze obniżenia tej prognozy.

– W tej chwili poziom cen zależy od czynników globalnych. Decydują o nim rynki surowcowe, w szczególności ropa naftowa, i rynki żywnościowe. Poniekąd otrzymujemy ten wskaźnik z zewnątrz. Czy będzie to 1,7 proc. inflacji, w tej chwili jeszcze nie wiadomo. Decydują o tym czynniki podażowe – mówi była członkini Rady Polityki Pieniężnej.

Nadzieję na podwyższenie tego wskaźnika daje przyjęta przez Sejm ustawa wprowadzająca 500 złotych na dziecko. Tylko w tym roku, o ile zgodnie z planem ruszy od kwietnia, powinien dać konsumentom do rąk ok. 17 mld zł. W kolejnym – 22–23 mld zł.

– Należy liczyć się z tym, że w związku z wprowadzeniem nowych uregulowań, w szczególności programu 500+, pojawią się na rynku dodatkowe środki pieniężne przeznaczone na konsumpcję. To będzie powodowało również zwiększanie dynamiki inflacji – przewiduje ekonomistka. – Zatem wychodzimy w 2016 roku z deflacji, która nam towarzyszyła właściwie przez ostatnie dwa lata. Ta deflacja również miała charakter zewnętrzny i wpływała istotnie na naszą gospodarkę również pozytywnie. Niski poziom inflacji będzie się utrzymywał przez cały 2016 rok. Czy dojdziemy do tego dolnego wskaźnika przedziału celu inflacyjnego, trudno powiedzieć.

Cel inflacyjny NBP to wzrost cen na poziomie 2,5 proc. z marginesem 1 pkt proc. w obie strony.

To, by poziom inflacji był możliwie zbliżony do zaplanowanego w budżecie, jest istotne dla wysokości wpływów budżetowych, zwłaszcza z podatku VAT. A to po stronie budżetowych dochodów pozycja największa, stanowiąca ponad 40 proc. (128,7 mld zł z 313,8 mld zł).

Elżbieta Chojna-Duch nie widzi w tym momencie potrzeby zmiany poziomu stóp procentowych przez RPP, choć obniżki mogłyby się przysłużyć się do pobudzeniu inflacji. Dodaje, że jest w tym zgodna zarówno nowo wybranych członków Rady, jak i prezesa NBP.

– Obecny poziom stóp procentowych jest adekwatny do sytuacji makroekonomicznej. Polityka pieniężna jest stabilna i to jest naszym atutem. Nie musimy stosować niekonwencjonalnych instrumentów polityki pieniężnej, które niezależnie od pozytywnych aspektów w pierwszym okresie, będą tworzyły problemy dla poszczególnych krajów w średnim i długim terminie – mówi była członkini RPP. – Wyjście z niekonwencjonalnej polityki pieniężnej jest bardzo trudne, na co wskazuje chociażby zachowanie Fedu czy sytuacja w Europejskim Banku Centralnym. Jest nacisk rynków finansowych na luzowanie. My takiej potrzeby nie mamy. Mamy niezależny bank centralny i możemy niezależnie prowadzić dobrą politykę pieniężną.

R. Paszkiewicz (CDM Pekao): Sporo potencjalnych kryzysów dla nowego prezes NBP. Rynek będzie przyglądał się jego decyzjom

0

CEO Magazyn Polska

W czerwcu br. wygasa kadencja obecnego prezesa NBP prof. Marka Belki. Jego następca będzie musiał pokierować w połowie już wybraną nową Radą Polityki Pieniężnej. Za najbardziej prawdopodobnego kandydata uważany jest prof. Adam Glapiński, obecny członek Rady, którego kadencja kończy się 19 lutego. Zdaniem Rolanda Paszkiewicza z CDM Pekao nowy prezes nie napotka na swej drodze fundamentalnych problemów. Może natomiast stanąć przed nieoczekiwanymi wyzwaniami, takimi jak słabość złotego czy kolejne obniżki ratingu.

– Na giełdzie nazwisk pojawiało się już wiele. Obecnie wydaje się, że uważany za największego faworyta jest prof. Adam Glapiński – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Roland Paszkiewicz, szef działu analiz CDM Pekao SA. – Dobrym kandydatem byłaby osoba, która ma autorytet rynkowy. Taka, która nie jest politykiem, nie jest osobą uważaną za kogoś wyciągniętego z drugiego szeregu bez możliwości kreowania czy też bez uznanego nazwiska, które gwarantowałoby samodzielność podejmowanych decyzji.

Prof. Adam Glapiński jest obecnym członkiem Rady Polityki Pieniężnej, mianowanym jeszcze przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a jego kadencja kończy się 19 lutego. Według Rolanda Paszkiewicza jest to kandydatura, która zapewni spokój na rynkach.

– Wydaje się, że prof. Glapiński ze względu dorobek zarówno naukowy, jak i związany z pracą w Radzie Polityki Pieniężnej jest kandydatem, którego rynek i inwestorzy spokojnie zaakceptują, bo będzie gwarantem kontynuacji polityki Narodowego Banku Polskiego – mówi Paszkiewicz.

Zdaniem dyrektora działu analiz CDM Pekao SA wyzwaniem dla nowego szefa NBP będzie nie tylko polska gospodarka, która po zwycięstwie wyborczym PiS znalazła się na cenzurowanym, lecz także światowe niepokoje, takie jak tania ropa czy spowolnienie wzrostu gospodarczego w Chinach.

– Paradoksalnie pierwszym wyzwaniem pewnie będzie nowa rada. Pamiętajmy jednak o tym, że jest to instytucja już zakorzeniona w polskim systemie gospodarczym i politycznym. To nie jest pole dziewicze i to, czego rynek oczekuje, to kontynuacji i przewidywalności polityki. O ile od strony operacyjnej trudno znaleźć jakieś rafy, o tyle wydaje się, że to, co rynek będzie obserwował, np. reakcje czy działania prezesa banku centralnego, to będą na pewno sytuacje chociażby związane z jakimiś minikryzysami, które pewnie będą się pojawiały.  

Jak utrzymuje Paszkiewicz, polska gospodarka i polityka pieniężna są stabilne. Dodaje, że nowy prezes, jak i cała RPP nie będą musieli się borykać z fundamentalnymi problemami. Mogą natomiast natknąć się na niespodziewane wydarzenia, takie jak np. kolejna obniżka ratingu i spowodowane nią gwałtowne osłabienie złotego oraz wzrost rentowności polskiego długu. W budżecie na 2016 rok jest to trzecia najwyższa pozycja po stronie wydatków, w wysokości 31,8 mld zł, czyli ponad połowa dziury budżetowej. Każdy spadek ceny polskich obligacji skarbowych powoduje podniesienie tej kwoty.

– Rynek będzie uważnie patrzył na to, jak nowy prezes będzie reagował i czy będzie reagował na ewentualne mocniejsze osłabienie złotego. Inwestorzy będą się przyglądać, jak będzie reagował na sytuacje związane z rynkiem długu, kiedy np. okaże się, że po kolejnej obniżce ratingu nasz dług gwałtownie tanieje. Poważnych wyzwań fundamentalnych na tę chwilę nie widać. Ewentualnych małych kryzysów pewnie jest sporo. Pamiętajmy jednak, że światowa gospodarka jest nieprzewidywalna, dlatego można mieć praktycznie pewność, że w trakcie swojej kadencji nowy prezes NBP napotka niejedną sytuację, w której będzie musiał podejmować bardzo krytyczne decyzje.

Kontrole podatkowe będą bardziej skuteczne. Firmy muszą dostosować systemy informatyczne

CEO Magazyn Polska

Firmy muszą zainwestować w dostosowanie swoich systemów finansowo-księgowych. Od lipca br. kontrolerzy podatkowi będą mogli wymagać od przedsiębiorców Jednolitego Pliku Kontrolnego, czyli ujednoliconych w formie dokumentów. Ma to ułatwić i przyspieszyć kontrole fiskusa oraz uszczelnić system. Resort finansów szacuje, że dzięki JPK w pierwszym roku działania do budżetu wpłynie dodatkowe 200 mln zł.

Do tej pory kontrole odbywały się w sposób tradycyjny. Przeprowadzali je przedstawiciele urzędu skarbowego, którzy przychodzili na kontrolę do firmy i badali dokumenty związane z prowadzeniem działalności gospodarczej. W tej chwili poproszą o wygenerowanie specjalnego pliku, który nosi nazwę roboczą Jednolity Plik Kontrolny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Ciski, dyrektor zarządzający Sage. – Tak naprawdę to jest kilka plików. W sposób elektroniczny wszystkie informacje dotyczące działalności gospodarczej będą analizowane przez urzędy skarbowe.

Systemy księgowe mają zyskać nowe funkcjonalności – możliwość edycji ksiąg podatkowych oraz dowodów księgowych. W ten sposób kontrolerzy zyskują dostęp do danych w formacie łatwym do analizy, co przyspieszy kontrole i ograniczy wydruki papierowe, a w konsekwencji zmniejszy koszty funkcjonowania administracji podatkowej. Ma to poprawić efektywność kontroli podatkowych.

Polski budżet w głównej mierze jest finansowany przez podatki. Wpływy z podatku VAT to prawie 50 proc. W związku z czym ustawodawca liczy na wzrost jego ściągalności. Biorąc pod uwagę doświadczenia innych krajów, w Portugalii wdrożenie podobnego rozwiązania spowodowało 13-proc. wzrost wpływów z podatku od towarów i usług – mówi Ciski.

Jednolity Plik Kontrolny to jedno z kilkudziesięciu działań przewidzianych na lata 2014–2017 mających uszczelnić system podatkowy. W projekcie ustawy budżetowej na 2016 rok dochody podatkowe mają wynieść 276 mld zł. Z tego za 128 mld zł odpowiadać ma podatek od towarów i usług. Z wprowadzenia samego JPK wpłynąć do budżetu w pierwszym roku ma ok. 200 mln zł. Wpływy z realizacji całego pakietu działań po trzech latach szacowane są w wariancie optymistycznym na 17,4 mld zł.

Wdrożenie JPK wiązać się będzie dla firm z kosztami rzędu kilku tysięcy złotych. Na razie dotknie to tylko największych przedsiębiorców – zatrudniających więcej niż 250 pracowników lub wypracowujących powyżej 50 mln euro obrotu rocznie. Mali i średni będą mieli taki obowiązek od 1 lipca 2018 r., choć mogą wprowadzić to rozwiązanie wcześniej.

Przedsiębiorca przede wszystkim musi unowocześnić swój system informatyczny. Jeżeli jego system dzisiaj nie wspiera takiej funkcjonalności, będzie musiał nabyć nowy. Niestety, nie są to tanie systemy, w związku z tym przedsiębiorcy będą musieli w swoich budżetach wygospodarować odpowiednie kwoty i przeprowadzić takie zmiany – wyjaśnia dyrektor zarządzający Sage.

Przedsiębiorcy muszą również uwzględnić koszt przeszkolenia personelu z tego, w jaki sposób JPK wygenerować i jak dokonać jego sprawdzenia przed wysłaniem do urzędu skarbowego.