Human Capital Awards rozdane

7 października w Hotelu Sheraton w Warszawie odbyła się Wielka Gala Human Capital Awards. Dzięki konkursowi wyróżnione zostały osoby oraz firmy, których aktywna działalność przyczynia się do podnoszenia jakości w obszarze zarządzania Kapitałem Ludzkim oraz rozwoju branży HR w Europie Środkowo-Wschodniej.

W kategorii „Projekt Roku” nagrodę otrzymała Poczta Polska. Statuetkę odebrali: Halina Bąk, Członek Rady Nadzorczej Poczty Polskiej oraz Piotr Michalski, Wiceprezes Zarządu Poczty Polskiej. „Za skuteczne przeprowadzenie działań restrukturyzacyjnych, które zwiększyły konkurencyjność i efektywność spółki. Wprowadzenie motywacyjnego systemu wynagrodzeń oraz stworzenie funkcji HR Business Partnerów, które wzmacniają proces transformacji Poczty Polskiej. Spółka inwestuje w swoich pracowników – realizuje szereg projektów rozwojowych wspierających kluczowe obszary kompetencyjne pracowników – aktywizację sprzedaży, obsługę klienta i jakość świadczenia usług motywacyjnych.”

Najlepszą w Społecznej Odpowiedzialności Biznesu okazała się Szlachetna Paczka, którą podczas Gali reprezentował jej założyciel – Ksiądz Jacek Stryczek. Szlachetna Paczka nie tylko łączy biednych i bogatych, ale jest też największym projektem z obszaru odpowiedzialnego biznesu w Polsce. Dzięki zaprojektowanej specjalnie dla biznesu metodzie przygotowywania świątecznej pomocy dla rodzin w  potrzebie, łączy pracowników w zespoły, otwiera na rozmowy o ideałach, podnosi poczucie sensu. Włącza 280 tysięcy osób, które właśnie w swojej firmie chcą się angażować w Paczkę.

Człowiekiem Roku, za odważną i skuteczną strategię rozwoju przedsiębiorstwa na rynkach krajowych i zagranicznych oraz duże zaangażowanie w sprawy pracownicze i troskę o społeczność lokalną, został Adam Krzanowski, Prezes Zarządu Grupy Nowy Styl.

Nietypową, bo „dualną” nagrodę w kategorii „Pracodawca Roku – Firma Prywatna”, otrzymały Samsung Business oraz SAMSUNG ELECTRONICS Manufacturing Poland. Obu firmom wyróżnienie zostało przyznane za kontynuację dobrych praktyk w obszarze HR, realizację polityki równych szans w zatrudnieniu oraz tworzenie wysoko opłacanych miejsc pracy, które realnie oddziałują na rynek pracy. Samsung przywiązuję ogromną wagę do rozwijania potencjału swoich pracowników oraz równowagi pomiędzy ich życiem prywatnym a służbowym, ponieważ to dzięki nim może tworzyć produkty i usługi przyczyniające się do tworzenia lepszej globalnej społeczności.

Za konsekwentne wdrażanie i respektowanie najlepszych praktyk odpowiedzialnej polityki personalnej tytuł Pracodawcy Roku wśród spółek Skarbu Państwa otrzymał PKO Bank Polski, a nagrodę odebrał Prezes Zarządu, Zbigniew Jagiełło. Łączenie celów biznesowych z polityką zatrudnienia dostosowaną do wyzwań zrównoważonego rozwoju i wymogów rynku pracy, stabilne warunki zatrudnienia, wsparcie rozwoju zawodowego i osobistego, nowoczesny system motywacyjny, bogata oferta świadczeń socjalnych, docenianie różnic i poszanowanie indywidualizmu pracowników, a także oparte na zaufaniu relacje z nimi sprawiają, że PKO Bank Polski zapewnia najwyższe standardy związane ze środowiskiem pracy i konkurencyjnością na rynku. Tytuł Pracodawca Roku Spółka Skarbu Państwa przyznany PKO Bankowi Polskiemu jest potwierdzeniem skuteczności, klarowności oraz rzetelności działania firmy w obszarze zarządzania zasobami ludzkimi.

Kapituła Konkursu Human Capital Awards przyznała również Nagrodę Specjalną prof. UW dr hab. Jackowi Męcinie „za najgłębszą od czasów powstania Publicznych Służb Zatrudnienia nowelizację ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, doprowadzenie do partnerstwa publiczno – prywatnego w zakresie aktywizacji zawodowej osób oddalonych od rynku pracy oraz stworzenie szeregu skutecznych i efektywnych instrumentów rynku pracy.”

Galę poprowadził znakomity Marcin Prokop, natomiast całość ubogacił występ artystyczny Sabiny Jeszki.

HORTICO S.A. zakończyła emisję akcji serii C

HORTICO S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zajmująca się zaopatrzeniem ogrodnictwa, przeprowadziła emisję akcji serii C, z której pozyskała 1.677 tys. zł. W subskrypcji prywatnej objętych zostało 559 tys. akcji po cenie emisyjnej wynoszącej 3,00 zł za sztukę.

Subskrypcja akcji rozpoczęła się w dniu 23.09.2015 r., a zamknięcie oferty nastąpiło w dniu 07.10.2015 r. Obejmowała ona od 150 tys. do 559 tys. szt. akcji serii C. Cena emisyjna akcji wynosiła 3,00 zł za szt., a inwestorzy biorący udział w ofercie objęli wszystkie oferowane akcje, a więc 559 tys. szt. Zapisy na akcje złożyło łącznie 12 inwestorów i wszyscy z nich podpisali umowy objęcia akcji. Z emisji akcji serii C Emitent pozyskał łącznie 1.677 tys. zł.

HORTICO S.A. osiągnęła w 2 kw. 2015 r. 1,18 mln zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym przy przychodach sięgających 26,84 mln zł. W analogicznym kwartale 2014 r. Spółka zanotowała 0,73 mln zł zysku netto przy sprzedaży wynoszącej 18,29 mln zł. Po pierwszym półroczu 2015 r. zysk netto Grupy Kapitałowej HORTICO S.A. sięgnął blisko 3,89 mln zł, a przychody ukształtowały się na poziomie blisko 49,32 mln zł, wobec 2,15 mln zł zysku netto i 33,79 mln zł sprzedaży rok wcześniej.

HORTICO S.A. jest dystrybutorem zajmującym się sprzedażą artykułów ogrodniczych i prowadzi działalność biznesową w dwóch obszarach: „profi” oraz „hobby”. W ramach pierwszego z nich Spółka zaopatruje w środki produkcji działy specjalne w branży ogrodniczej. Realizowana sprzedaż hurtowa w tym segmencie odbywa się w kraju oraz zagranicą. Z kolei w obszarze „hobby” HORTICO prowadzi sprzedaż detaliczną we własnych centrach ogrodniczych, w tym w Galerii Ogrodniczej Zielone Centrum we Wrocławiu oraz sprzedaż hurtową, m.in. dla sklepów, centrów ogrodniczych, kwiaciarni, wykonawców zieleni, itp. W dniu 31.03.2015 r. Spółka sfinalizowała transakcję nabycia Przedsiębiorstwa PNOS, które posiada centra ogrodnicze w Warszawie, Lublinie i Ożarowie Mazowieckim oraz jest znaczącym graczem na rynku nasion tradycyjnych.

Wróci moda na polskie?

Jak wynika z badań TNS na zlecenie organizacji ekologicznej Friends Of The Earth Europe (2015), 9 na 10 Polaków uważa, że kupowanie lokalnych produktów ma pozytywny wpływ na gospodarkę i pomaga tworzyć miejsca pracy w regionie. Ponad 90% Polaków twierdzi, że polski rząd, wzorem państw zachodnich, powinien energiczniej wspierać rozwój rodzimych marek m.in. spożywczych. Zdaniem ekspertów może to oznaczać, że w Polsce zaczyna budzić się patriotyzm zakupowy, a etykieta „made in Poland“ będzie miała coraz ważniejsze znaczenie przy podejmowaniu decyzji przy półkach sklepowych.

Wyniki badań TNS wskazują, że Polacy są w wielu przypadkach bardziej entuzjastyczni, jeśli chodzi o lokalne marki niż mieszkańcy inny krajów europejskich. Dotyczy to, między innymi, przekonania, że rodzime produkty wzmacniają lokalną gospodarkę (średnia europejska – 89%, w Polsce – 91%), a lokalna konsumpcja jest bardziej przyjazna środowisku i sprzyja zrównoważonemu rozwojowi (średnia europejska – 75%, w Polsce – 81%). Jeszcze większe różnice można zaobserwować, jeśli chodzi o zwracanie uwagi, czy dany produkt, zwłaszcza spożywczy, pochodzi z regionu (średnia europejska – 52%, w Polsce – 77%). Zainteresowanie Polaków rodzimymi produktami widać zwłaszcza w segmencie spożywczym i kosmetycznym. Jak wynika z badań Stowarzyszenia PEMI, 43% konsumentów uznaje polskie produkty spożywcze za lepsze od zagranicznych, a dla 30% są one pierwszym wyborem wśród kosmetyków. Aż 77% Polaków uznaje produkty promowane jako polskie za bardziej atrakcyjne, przy czym najbardziej podoba się badanym wykorzystany w reklamie motyw kolorów narodowych, na co wskazała aż jedna czwarta z nich. Ponadto, 70% Polaków uznało, że odpowiednia promocja mogłaby wzmocnić zainteresowanie produktami lokalnymi.

„Ważne jest, aby wykorzystać zainteresowanie Polaków krajowymi produktami i wdrażać systemowe zmiany wspierające polskie przedsiębiorstwa. W Polsce zbyt często widzimy niesymetryczność w podejściu państwa do firm rodzimych i zagranicznych. Często większe wsparcie otrzymują obce i niejednokrotnie bogatsze przedsiębiorstwa. Warto wyrównać te szanse. Równość podatkowa, dodatkowe ułatwienia dla krajowych firm czy zlecenia rządowe pozwoliłyby na wzrost konkurencyjności polskich marek. Badania wskazują na to, że Polacy tego właśnie oczekują”, uważa Michał Rybicki, współzałożyciel Forum dla Wolności i Rozwoju Law4Growth, pionierskiego projektu obywatelskiego, zainicjowanego przez polskich przedsiębiorców, prawników, ekonomistów i przedstawicieli różnych organizacji i środowisk politycznych, którego celem jest wyłonienie najlepszych przepisów sprzyjających wzrostowi gospodarczemu w regionie, a także wspierających lokalne przedsiębiorstwa.

Cudze chwalimy

Współczesny polski rynek konsumpcyjny kształtował się na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Po latach zamknięcia, gdy większość dostępnych produktów pochodziło od rodzimych dostawców, Polacy zachłysnęli się dobrami z zagranicy. Pomimo że pierwszy entuzjazm zdążył już dawno minąć, w świadomości wielu Polaków pozostało przeświadczenie, że to, co zagraniczne, jest lepsze, czego przykładem mogą być istniejące nadal sklepy z zachodnią chemią czy słodyczami.

Na polskim rynku istnieje wiele rodzimych marek, które w świadomości Polaków funkcjonują jako firmy zagraniczne. Czasem jest to wynik obcobrzmiącego nazwiska założycieli – doskonałym przykładem jest galanteryjna firma Wittchen lub kosmetyczne Inglot i Dr. Eris – czasem jednak jest efektem świadomej strategii pozycjonowania się na zagranicznego gracza, np. w przypadku odzieżowych firm Reserved czy Tatuum. Firmy, dzięki odpowiednim nazwom mogą tworzyć bezpośrednie skojarzenia z krajami, uznawanymi za specjalistów w danej dziedzinie. Przykładem jest tu Gino Rossi, producent obuwia i galanterii, który nawiązał do Włoch – kraju kojarzonego z elegancją i modą. Inną spółką jest sieć restauracji piwnych Bierhalle, która nazwą nawiązuje do Niemiec – kolebki europejskiego browarnictwa. Jak wynika z badań GfK Polonia dla Superbrands, firmę Reserved aż 90% respondentów postrzega jako spółkę zagraniczną, markę Ibuprom – 58,5 %, a firmę Zelmer – 40%.  Z drugiej strony, na polskim rynku obecne są marki, które mimo zagranicznego kapitału są postrzegane jako polskie. Ponad 85% badanych uważa markę Wedel za zdecydowanie lub raczej polską, pomimo jej zagranicznego kapitału. Podobnie jest z firmą Winiary, należącą do zagranicznego koncernu, którą za rodzimą uważa ponad 90% ankietowanych.

Dobre, bo z Polski

Na rynku istnieją przykłady firm, które nigdy nie ukrywały swojej polskości, odnosząc przy tym sukces nie tylko krajowy, ale też międzynarodowy. Jest wśród nich Atlas – lider spośród producentów materiałów budowlanych, obecny na kilku europejskich rynkach, w tym Wielkiej Brytanii i Rosji. Spółka zawsze podkreślała swoje pochodzenie, a według badania TNS OBOP, ponad połowa Polaków jest dumna z tej marki i poleciłaby ją znajomym z zagranicy. Firmą, która chętnie podkreśla rodzime korzenie jest także FAKRO – jeden z czołowych producentów okien dachowych, którego sieć dystrybucji obejmuje dziś ponad 50 krajów w Europie, Azji i Ameryce. Spółka posiada aż 15% światowego rynku okien dachowych i wciąż się rozwija.

„Polskość może stać się doskonałym fundamentem do zbudowania globalnego sukcesu. FAKRO to firma, która do wielu krajów świata eksportuje nie tylko okna dachowe, ale także myśl twórczą polskich inżynierów. W ten sposób polska firma wytycza nowe kierunki rozwoju dla branży okien dachowych na świecie, a Polska stała się światowym liderem w ich produkcji. Nasze produkty nie ustępują jakością zagranicznym konkurentom. FAKRO, zaledwie po trzech latach istnienia, wyszło poza granice Polski. Wiele rodzimych firm mogłoby powtórzyć nasz sukces, jednak różnego typu blokady utrudniają to zadanie. Stworzenie proinwestycyjnego systemu podatkowego, zapewnienie łatwiejszego dostępu do terenów inwestycyjnych i odpowiedniej infrastruktury czy promocja polskich firm jako element aktywnej polityki zagranicznej kraju mogłyby pomóc rozwijać międzynarodową działalność naszym przedsiębiorcom. Takie praktyki stosują inne kraje, takie jak Niemcy czy Japonia”, mówi Ryszard Florek, współzałożyciel i prezes firmy.

Kolejnym przykładem firmy, która często akcentuje swój 100-procentowo polski kapitał, jest Mikomax Smart Office, jedna z najbardziej nowatorskich polskich firm rodzinnych, oferująca rozwiązania w zakresie aranżacji nowoczesnych przestrzeni biurowych.

„Jesteśmy obecni na kilkudziesięciu rynkach świata, m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Holandii. Zawsze staramy się podkreślać, że nasze meble produkujemy w Polsce i to stąd pochodzą wszystkie nasze innowacje i projekty. Z perspektywy niemal 25 lat obecności na rynku widzimy, że strategia promująca polskość naszej marki się opłaciła, przyczyniając się zarówno do sukcesu krajowego, jak i międzynarodowego“, mówi Zuzanna Mikołajczyk, dyrektor ds. marketingu i handlu Mikomax Smart Office.

W ciągu ostatniej dekady wartość sprzedaży mebli i rozwiązań Mikomax Smart Office wzrosła z 60 do ponad 100 mln złotych, a firma eksportuje już 50% swojej produkcji. Jej meble zostały docenione przez światowych gigantów, np.: EY, Marks & Spencer czy Qatar Airlines, ale też przez takie instytucje jak np. Narodowy Bank Polski.

Przykłady takich firm dowodzą, że polskość może być ważnym atutem w walce o klienta. Potwierdzają to chociażby projekt Stowarzyszenia PEMI 590 powodów, aby kupować polskie produkty.

„W naszej akcji wiosną 2014 roku w ponad 1500 sklepach Społem umieszczono ulotki i plakaty kampanii, a część produktów oznaczono jako pochodzące z Polski. Okazało się, że Polacy częściej wybierają rodzime produkty w niemal wszystkich kategoriach, jeśli te są jasno oznakowane. Wzrost sprzedaży produktów biorących udział w akcji wahał się między 20% a aż 120% dla polskiego browaru Kormoran, względem analogicznego okresu rok wcześniej“, komentuje Małgorzata Mianowicz, Kierownik Projektu 590 Powodów.

Umacnianie patriotyzmu zakupowego w Polsce może służyć zarówno polskim firmom, ale i całej gospodarce. Budowanie świadomości korzyści płynących z wybierania produktów pochodzących znad Wisły może przyspieszyć rozwój polskich przedsiębiorstw m.in. na arenie międzynarodowej. Aby to było możliwe, potrzebne jest – wzorem innych krajów Unii Europejskiej – mądre wsparcie państwa dla rodzimych przedsiębiorstw. Będzie to jeden z tematów dyskusji podczas Forum dla Wolności i Rozwoju, 28-30 października w Katowicach.

Organizatorzy Forum: Miasto Katowice, Krajowa Izba Gospodarcza, Instytut Wolności.

Główni Partnerzy Forum: Atlas, Fakro, PZU, a także Bank Zachodni WBK, Poczta Polska, Krajowa Rada Komornicza, Cechini, TDJ, Famur.

Główni Patroni medialni: Forbes, Dziennik Gazeta Prawna, PAP, KAI, TVP Katowice, CIJ, Builder, Forum PPP, Forumbiznesu.pl, Outsourcing & More, Outsourcing Portal, Opoka.org.pl, Komercyjnie.pl

Główni eksperci Forum: Henryk Siodmok – Prezes Zarządu Grupy Atlas, Ryszard Florek – Prezes Zarządu spółki FAKRO, Marcin Krupa – Prezydent Miasta Katowice, Andrzej Arendarski – Prezes Krajowej Izby Gospodarczej, Andrzej Klesyk – Prezes Zarządu PZU SA, Mateusz Morawiecki – Prezes Zarządu Banku Zachodniego WBK, Wojciech Dziomdziora – Radca Prawny w Kancelarii Domański Zakrzewski Palinka, Andrzej Rzepliński – Prezes Trybunału Konstytucyjnego, Rafał Fronczek – Prezes Krajowej Rady Komorniczej, a także wielu innych ekspertów.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 09.10.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

USD słabnie po zapiskach Fed

Wczoraj poznaliśmy zapiski z posiedzenia FOMC. Wydźwięk komunikatu został odebrany przez rynek jako relatywnie gołębi, co przełożyło się osłabienie amerykańskiego dolara. Kurs EUR/USD zakończył dzień na poziomach 1,1281, co pociągnęło za sobą wycenę walut z koszyka emerging markets. Dzisiaj rano obserwujemy wycenę EUR/PLN 4,21 zł, CHF/PLN 3,86 zł, USD/PLN 3,73 zł, GBP/PLN 5,74 zł.

 

Z przedstawionych zapisków wynika, że FOMC rozważał możliwość podniesienia stóp procentowych na wrześniowych obradach, jednak obawy co do stanu globalnej gospodarki i problemy Kraju Środka spowodowały, że zrezygnowano z tego pomysłu na chwilę obecną. Temat luzowania polityki monetarnej w USA nadal jest dyskutowany. Większość decydentów co prawda wskazywała, że podwyżki stóp procentowych nastąpią jeszcze w tym roku, jednak w obliczu napływających coraz słabszych danych ze światowej gospodarki, scenariusz ten pozostaje wątpliwy.

 

W dniu wczorajszym napłynęła do nas informacja o liczbie zasiłków dla bezrobotnych. Dane lepsze od oczekiwań, jednak w kontekście informacji o decyzji FOMC, dane te pozostały w cieniu i nie wpłynęły na wycenę USD. Odczyt wyniósł 263 tys., przy oczekiwaniach na poziomie 274 tys., poprzedni odczyt wynosił 276 tys.

 

Czwartek był również dniem ważnym dla inwestorów zainteresowanych funtem brytyjskim. Bank Anglii nie zaskoczył swoją decyzją, pozostawił główną stopę procentową na poziomie 0,5%. Wydźwięk komunikatu po decyzji również pozostał w bardziej gołębim tonie, dlatego reakcją inwestorów na rynku była wyprzedaż brytyjskiej waluty. Dzisiaj od rana obserwujemy korektę wczorajszej wyprzedaży funta szterlinga, EUR/GBP dzisiaj rano kwotowany jest na poziomie 0,734.

 

Dzisiejszy dzień na rynku walutowym zapowiada się spokojniej. Wycena PLN pozostanie pod wpływem globalnych nastrojów, wiele wskazuje na to, że polski złoty może dzisiaj kontynuować trend aprecjacyjny, przy stosunkowo niewielkiej zmienności. Sprzyja temu brak istotnych publikacji makroekonomicznych, zarówno ze światowych rynków, jak i z polskiej gospodarki. Na głównej parze walutowej można spodziewać się w dzisiaj dalszego marszu na północ, ok. 9:30 – EUR/USD przebił poziom 1,13.

 

Z rzeczy istotnych, warto mieć na uwadze godzinę 10:30, kiedy to poznamy dane nt. bilansu handlu zagranicznego Wielkiej Brytanii. Prognozy przewidują deficyt handlowy w sierpniu na poziomie 10 mld GBP. Popołudnie i wieczór minie pod znakiem wystąpień przedstawicieli Fed, o 15:10 w Atlancie przemówienie wygłosi Dennis Lockhart, natomiast o 19:30 z Chicago – Charles Evans.

 

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 08.07.2015 do 09.10.2015Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 08.07.2015 do 09.10.2015

Kurs EUR/PLN od połowy lipca znajduje się w trendzie wzrostowym. Po osiągnięciu maksimum na poziomie 4,2600, przeszedł w fazę korekty po czym znów zawraca. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,2600 gdzie znajdowało się ostatnie maksimum lokalne. W przypadku spadków wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2050.

 

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 08.07.2015 do 09.10.2015Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 08.07.2015 do 09.10.2015

Kurs CHF/PLN znajduje się w trendzie spadkowym. Gdyby doszło do przebicia linii oporu na 3,8950, kolejnym istotnym oporem są okolice 3,9400 gdzie znajdują się ostatnie ważne maksima. Aktualnie kurs zbliżył się do linii wsparcia ma poziomie 3,8600. W przypadku osłabienia kursu, ważnym poziomem jest ostatnie minimum, czyli 3,8090.

 

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 08.07.2015 do 09.10.2015Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 08.07.2015 do 09.10.2015

Kurs USD/PLN znajduje się w trendzie bocznym. Krótkoterminowa linia wsparcia na poziomie 3,7600 została przełamana, kurs obrał kierunek na południe. Dla ruchu w górę najbliższym silnym oporem jest linia łącząca ostatnie maksima na 3,8100. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,6950.

 

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 08.07.2015 do 09.10.2015Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 08.07.2015 do 09.10.2015

Kurs GBP/PLN podąża w długoterminowym trendzie spadkowym. Aktualne górne ograniczenie kanału znajduje się na poziomie 5,7750, natomiast dolne ograniczenie 5,6700. Ważne wsparcie stanowi poziom ostatnich lokalnych minimów, a więc 5,7000.

J. Chwedoruk (Rothschild): Przyszły rok powinien być dla banków stabilny. Zagrożeniem są dodatkowe koszty kredytów we frankach lub straty górnictwa

CEO Magazyn Polska

Na wyniki sektora bankowego w nadchodzącym roku mogą wpłynąć jedynie niespodziewane decyzje polityczne – twierdzi Jacek Chwedoruk z warszawskiego biura Rothschilda. Mogą być to przede wszystkim dodatkowe obciążenia podatkowe dla sektora oraz ewentualne koszty przewalutowania kredytów we frankach. Zagrożone są również banki państwowe, które zachęcane są przez państwo do pomocy w ryzykownej restrukturyzacji górnictwa.

Przede wszystkim nie było jakiegoś zdecydowanego obniżenia zysków w sektorze bankowym. To są niewielkie, jednorazowe zdarzenia – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Chwedoruk, dyrektor zarządzający warszawskim biurem Rothschilda. – Jednak w I półroczu niewątpliwie kwestia frankowa miała wpływ i banki poczyniły dodatkowe rezerwy na albo gorszą spłacalność tych kredytów, albo po prostu na ewentualne straty przy przewalutowaniu – dodaje.

Po ośmiu miesiącach roku, jak podał we wtorek KNF, zysk netto sektora bankowego z oddziałami zagranicznymi był niższy już o 11,7 proc. niż rok wcześniej i wyniósł 10,33 mld zł. Wynik z działalności bankowej w sektorze był mniejszy o prawie 5,8 proc. i wyniósł niecałe 37 mld zł. Banki na odsetkach zarobiły o 8,5 proc. mniej, a na opłatach i prowizjach o 3 proc. mniej. Również przychody z dywidend były mniejsze o 19 proc. Wzrosły natomiast koszty działalności o 1,7 proc. do 18,6 mld zł, a przede wszystkim koszty ogólnego zarządu, wynikające z wpłat banków na rzecz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, które wyniosły 8,5 mld zł, czyli o 4 proc. więcej niż przed rokiem.

Jak zaznacza Jacek Chwedoruk, następny rok dla sektora bankowego powinien być dosyć stabilny, a dużo będzie zależeć od nadchodzących wyborów parlamentarnych oraz sytuacji w przemyśle, a przede wszystkim w restrukturyzowanym górnictwie.

Dużo było mowy o przewalutowaniu kredytów frankowych i podatkach bankowych czy quasi-podatkach, np. opłatach na Bankowy Fundusz Gwarancyjny – wymienia Jacek Chwedoruk. – Ponieważ przewalutowania w najbliższych miesiącach nie będzie, to nie będzie miało ono wpływu na wyniki banków, ale cały czas będzie miało wpływ na wycenę banków. Dlatego że rynek jednak spodziewa się jakichś działań i strat banków z tym związanych, ale być może nie w perspektywie obecnego półrocza – dodaje.

Według niego ostrożnie też należy podchodzić do kosztów związanych z nakładaniem na sektor kolejnych podatków. Choć w najbliższych miesiącach można się spodziewać nałożenia na banki np. podatku od aktywów czy podatku transakcyjnego, to w dłuższej perspektywie dodatkowe obciążenia banków okażą się dla państwa nieopłacalne.

– Jest znacznie bardziej prawdopodobne, że w najbliższych miesiącach jakieś konkretne decyzje podatkowe będą i one pogorszą wyniki banków, ale wydaje mi się, że nie będą miały kluczowego wpływu na wycenę. Historia takich podatków bankowych jest na szczęście krótka i Węgry są dobrym przykładem. Tam w tej chwili są zmniejszane obciążenia bankowe, dlatego że to po prostu zmniejsza aktywność i zmniejsza potencjał pożyczkowy – twierdzi Jacek Chwedoruk.

Ekspert zwraca uwagę na to, że najbardziej w tym momencie zagrożone są banki państwowe, które zachęcane są przez państwo do wspomagania trudnej i ryzykownej restrukturyzacji finansowej sektora górniczego.

Zagrożenie przenosi się też na sektor energetyczny, a są to duże sumy. Do tej pory spółki energetyczne były podmiotami bardzo wiarygodnymi, więc ich ocena była wysoka, a ryzyko kredytowe niskie – twierdzi Jacek Chwedoruk.

Warszawska giełda skonsumowała już zwycięstwo PiS-u w wyborach. Ceny akcji uwzględniają zmianę rządu

CEO Magazyn Polska

Wynik wyborów parlamentarnych, który będzie zgodny z obecnymi sondażami, nie powinien wywołać poważniejszej reakcji inwestorów. Dużych zmian notowań akcji można oczekiwać, gdy wyborcy zaskoczą rynek. Ewentualne zwycięstwo PO oznaczałoby wzrosty, a brak wyraźnego zwycięzcy spadki cen. Ewentualna zmiana koniunktury na polskiej giełdzie wymaga jednak poprawy nastrojów także na światowych rynkach.  

Po zwycięstwie w wyborach prezydenckich kandydata PiS-u ceny akcji na warszawskiej giełdzie zaczęły spadać. Obecne sondaże wskazują, że także wybory parlamentarne wygrają kandydaci Prawa i Sprawiedliwości, a ugrupowanie to stworzy nowy rząd. W rezultacie od pierwszej po wyborach prezydenckich sesji na warszawskiej giełdzie,  25 maja, WIG20 stracił ponad 20 proc. To oznacza, że inwestorzy uwzględnili już w swych wycenach zmianę rządu.

– Sondaże jak do tej pory wskazują dosyć jednoznaczny wynik, więc inwestorzy pewnie już zdążyli to uwzględnić w swoich portfelach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Antonik, członek zarządu odpowiedzialny za inwestycje i rozwój produktów KBC TFI. – Sądzę, że jeśli wynik okazałby się niezgodny z prognozami, czyli Platforma Obywatelska odzyskałaby pole i wygrała te wybory, to byłby to przynajmniej dla części inwestorów dobra informacja, gdyż nie ma tego czynnika ryzyka.

Z punktu widzenia inwestorów obecnie rządząca partia jest dobrze znana i wiadomo, czego można po niej oczekiwać. Najgorszym scenariuszem natomiast byłoby – według Jarosława Antonika – takie rozstrzygnięcie, które spowodowałoby chaos na scenie politycznej. Brak wyraźnego zwycięzcy, jednoznacznego wskazania przez wyborców ugrupowania, które ma stworzyć rząd, mogłoby oznaczać kolejną falę spadków.

Jeśli okazałoby się, że sytuacja jest trochę patowa, czyli że żadne z ugrupowań nie jest w stanie samodzielnie rządzić i kolejna pozycja w parlamencie będzie należała do jakiejś nowej partii czy do partii o dosyć radykalnym programie lub bez programu, bo to też wiadomo, że są takie ugrupowania, które chcą startować w wyborach, to to jest oczywiście duży czynnik ryzyka i wtedy reakcja rynku powinna być silniejsza i bardziej negatywna – ocenia Jarosław Antonik.

Takie scenariusze są jednak mało prawdopodobne i zdaniem członka zarządu KBC TFI odpowiedzialnego za inwestycje i rozwój produktów po wyborach nastroje na warszawskiej giełdzie powinny się uspokoić. Biorąc pod uwagę skalę spadków z ostatnich miesięcy, takie uspokojenie może oznaczać powrót do wzrostów cen akcji.

 Patrząc na wyceny niektórych spółek, można sądzić, że ta korekta, z którą mamy teraz do czynienia, stwarza dobry moment do budowania portfela. Należy jednak porzucić dążenie do tego, żeby ten portfel zbudować w jednym momencie i że się trafi w te najatrakcyjniejsze ceny.

Obecnie jest bardzo prawdopodobne, że na scenie politycznej nie stanie się nic zaskakującego i wyniki wyborów nie będą odbiegały od tego, na co obecnie wskazują sondaże. Problemem jest jednak to, że nie tylko sytuacja na scenie politycznej wywołuje niepokój inwestorów. Obserwują oni też spowolnienie gospodarcze w Chinach, pękniętą bańkę spekulacyjną na chińskiej giełdzie, spadki na giełdach zachodnich, problemy Volkswagena czy spadające ceny surowców.

Na giełdę w ostatnim czasie nie tylko wpływały czynniki lokalne, do których należy zaliczyć okres kampanii wyborczej i składanych obietnic, lecz także czynniki zewnętrzne, które w niektórych przypadkach nawet silniej oddziaływały na sektory niż czynniki lokalne zwraca uwagę Jarosław Antonik, członek zarządu odpowiedzialny za inwestycje i rozwój produktów KBC TFI. Dlatego niekoniecznie bym tutaj czekał z inwestycjami na rozstrzygnięcie wyborcze. 

Niełatwe czasy dla obligacyjnych funduszy inwestycyjnych. Zarobią tylko te aktywnie zarządzające portfelem obligacji

CEO Magazyn Polska

Nadchodzące lata będą wymagały od funduszy inwestycyjnych znacznie większego wysiłku i nowatorskiego podejścia do zarządzania portfelami obligacji. Pieniądze klientów będzie znacznie trudniej pomnożyć. Trudniej też będzie na tym zarabiać na taką skalę jak kilka lat temu czy choćby w bardzo korzystnym 2014 roku. Fundusze inwestycyjne, które będą tylko kopiowały portfele innych, mogą mieć niebawem problem z przyciągnięciem inwestorów.

O ile jeszcze w  2014 roku obligacje skarbowe cieszyły się dużym powodzeniem, o tyle obecnie ich rentowność spadła do bardzo niskiego poziomu. Cały czas są one dobrą alternatywą dla lokat bankowych, jednak na 6-7-proc. zwroty z inwestycji nie ma co liczyć ani dziś, ani w najbliższej przyszłości.

Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że wzrost gospodarczy jest znacznie niższy niż miało to miejsce jeszcze przed kryzysem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Gołębiewski, zarządzający BPH TFI. – Część krajów zamknęła się też na wymianę handlową. Obserwujemy do tego bardzo silne redukcje stopy bazowej ze strony głównych banków centralnych, często blisko zera, a również długoterminowe rentowności obligacji skarbowych, zarówno nominalne, jak i realne, oscylują blisko zera.

To oznacza, że trzeba zmienić oczekiwania wobec stóp zwrotu, twierdzi Paweł Gołębiewski. Nie będą one już tak wysokie jak te, do których inwestorzy przywykli w poprzednich latach. Mogą natomiast konkurować z lokatami bankowymi. Zwłaszcza jeśli inwestorzy myślą o 2-3-letnim horyzoncie inwestycyjnym. Banki bowiem, obawiając się podatku bankowego czy obciążenia kosztami przewalutowania kredytów, podniosły nieco oprocentowanie lokat. To jednak inwestycja na zaledwie kilka miesięcy.

Banki pozyskują pieniądze, trochę podwyższają te stawki depozytowe i to rzeczywiście stwarza w tym momencie większą konkurencję dla rynku obligacji skarbowych. Natomiast moim zdaniem jest to sytuacja przejściowa, krótkoterminowa, a w analizie 2-3-letniej obligacje skarbowe są cały czas bardzo sensowną alternatywą.

Dla funduszy inwestycyjnych to jednak słaba pociecha. Mimo że wygrywają z lokatami bankowymi, to stopy zwrotu, które oferują, są coraz niższe., a ich koszty pozostają bez zmian, dlatego są mniej atrakcyjne dla inwestorów.

Z czasem koszty będą miały coraz większe znaczenie ocenia zarządzający BPH TFI. – Im niższa rentowność obligacji skarbowych, teraz ona oscyluje około 2,5 proc. dla obligacji 5-letniej, tym udział kosztów za zarządzanie rośnie. Co innego pobieranie opłaty w wysokości 1 procenta za zarządzanie w środowisku stóp procentowych na poziomie 6-7 proc., co innego teraz. Klient musi mieć większą świadomość tego, że udział tych kosztów rośnie.

Rośnie więc też rola aktywnego zarządzania, aktywnego podejścia funduszy do rynku obligacji skarbowych, aktywnego zarządzania nie tylko alokacją, lecz także selekcją i budowaniem portfela.

– Taki portfel w mojej opinii powinien – inaczej niż kiedyś – być bardziej zdywersyfikowany co do klasy aktywów i w większej części składać się np. z obligacji przedsiębiorstw, z obligacji państwowych, ale innych niż Polska, czy np. z takich elementów, jak listy zastawne albo instrumenty pochodne, które są aktywnie wykorzystywane w procesie zarządzania – mówi Paweł Gołębiewski z BPH TFI.

Jak podsumowuje, będzie to czynnikiem kluczowym dla sukcesu funduszu.

Fundusze, które bardziej pasywnie zarządzały, pasywnie kopiowały tylko benchmark, będą miały większe problemy z osiągnięciem takiej stopy zwrotu dla klientów.

Setki testów upraw i procesu produkcyjnego. Normy bezpieczeństwa dla pokarmów dla dzieci coraz ostrzejsze

CEO Magazyn Polska

Producenci posiłków dla niemowląt i małych dzieci są zobowiązani do przestrzegania restrykcyjnych norm bezpieczeństwa, dlatego stawiają dostawcom surowców coraz wyższe wymogi. Każda partia warzyw, owoców czy zbóż wykorzystywanych w produkcji posiłków BoboVita przechodzi nawet ponad 600 testów jakości. Surowce badane są jeszcze u dostawców, kolejne serie badań prowadzone są już w fabryce, aby mieć pewność, że surowce są bezpieczne i nie zawierają szkodliwych substancji, takich jak pestycydy, azotyny czy metale ciężkie.

Niemowlę wymaga zupełnie innej diety z prostego powodu: to zupełnie inny organizm niż człowieka dorosłego. Gdy dziecko zaczyna być bardziej mobilne, opiekunowie usuwają z jego otoczenia niebezpieczne przedmioty, podobnie jest z dietą. Zabezpieczamy takiego dzieciaczka, żeby nie miał w swoim menu niepotrzebnych toksyn, zanieczyszczeń, które mogłyby zaszkodzić jego zdrowiu. Bariery ochronne i cały system ochronny organizmu dziecka są jeszcze nie w pełni sprawne – wyjaśnia Joanna Neuhoff-Murawska, specjalista ds. żywienia człowieka.

Jak twierdzą specjaliści zajmujący się żywieniem dzieci, ten wyjątkowy okres wzrostu i rozwoju, czyli 1000 pierwszych dni życia, wymaga szczególnej diety. Tym bardziej że jest to czas, w którym organizm dziecka jest szczególnie wrażliwy na działanie szkodliwych czynników. Ważne, aby żywność dla dzieci była bezpieczna, czyli wolna od toksyn, metali ciężkich i pestycydów.

Organizm w pełni wykształcony ma szczelną śluzówkę jelita, która byle intruza nie przepuści. Ma sprawną wątrobę, nerki, system immunologiczny, więc daje sobie radę z różnymi toksynami. Poza tym każda toksyna i jej działanie są tym groźniejsze, im mniejszy organizm je spożył, ponieważ rozkładają się one na kilogram masy ciała. Dziecko nie jest jeszcze ani tak duże, ani tak sprawne w odtruwaniu organizmu – podkreśla specjalistka ds. żywienia człowieka.

Organizm dziecka jest bardzo wrażliwy, a w związku z tym ma inne potrzeby niż organizm osoby dorosłej. Jak wykazują badania, a także doświadczenie lekarzy, żywność zanieczyszczona pestycydami, metalami ciężkimi, azotynami czy metabolitami pleśni stanowi realne zagrożenie dla zdrowia dziecka i ma ogromny wpływ na układ neurologiczny. Konsekwencje zatrucia takimi substancjami mogą prowadzić do niedotlenienia organizmu, a także zwiększenia ryzyka zachorowania w przyszłości na poważne choroby.

Z tego powodów producenci żywności dla dzieci przykładają ogromną uwagę do tego, w jaki sposób i z jakich składników przyrządzane są posiłki przeznaczone dla niemowląt i małych dzieci. Muszą przestrzegać odgórnie ustalonych norm i zasad bezpieczeństwa, ale często wyznaczają również własne, wewnętrzne restrykcje, które są przestrzegane w fabryce, na etapie produkcji, ale obowiązują już na etapie uprawy, by zagwarantować właściwej jakości surowiec. Jak zapewniają, tu nie ma miejsca na przypadek ani oszczędności.

Żeby nasze posiłki dla niemowląt i małych dzieci spełniały ostre wymagania, musimy mieć pewność, że surowce, których użyjemy do produkcji, są odpowiedniej jakości. Dlatego normy dla naszych warzyw są nawet 5000 razy ostrzejsze niż dla warzyw ogólnodostępnych, które spożywają dorośli – mówi Anna Galonska z działu kontroli jakości i rozwoju dostawców NUTRICIA.

Jak zapewnia, surowce są kontrolowane od samego początku, czyli od siewu, aż do zbioru. Dostawcy zaczynają od wyboru odpowiednich pól, później kontrolują jakość upraw przez cały okres ich wzrostu, a dodatkowo po zbiorze każda partia warzyw, owoców czy zbóż przechodzi nawet ponad 600 testów jakości. Systemy kontroli jakości nie kończą pracy w momencie przyjęcia surowców.

Owoce i warzywa będą przechodziły kolejne kontrole już w zakładzie. Zostaną dopuszczone do produkcji dopiero wtedy, gdy spełnią wszystkie wymagania, co zostanie potwierdzone przez dział jakości naszej fabryki, a następnie kolejne testy będą kontynuowane na całym etapie produkcji – podkreśla Galonska.

Wśród dostawców warzyw dla marki BoboVita jest Klaudiusz Matejka, który współpracuje z firmą od ponad 10 lat. Za priorytet swojej działalności uważa przede wszystkim jakość surowców.

Badamy warzywa pod względem zawartości pozostałości metali ciężkich, azotynów, pestycydów. Przeprowadzamy bardzo wiele badań, żeby nasze warzywa spełniały bardzo restrykcyjne wymagania, które są stawiane żywności dla niemowląt i małych dzieci – podkreśla dostawca.

Wszystko, jak mówi, zaczyna się od wyboru właściwego pola uprawnego, które jest dokładnie sprawdzane pod kątem jakości gleby czy zanieczyszczeń. Dostawca zwraca uwagę m.in. na mit domowego ogródka, który wydawałoby się jest najbezpieczniejszymi miejsce do uprawy warzyw dla najmłodszych.

Nie wiemy, czy w przydomowym ogródku, w którym produkujemy warzywa, nie jest przekroczony poziom metali ciężkich, czy stosując kompost, nie damy go zbyt dużo, możemy przez przypadek przekroczyć zawartość azotynów w marchewce i tym sposobem podać dziecku warzywa, które nie spełniają wysokich norm, opracowanych specjalnie z myślą o wrażliwych organizmach dzieci. Tylko szczegółowe badania dają pewność, że żywność jest zdrowa – podkreśla Klaudiusz Matejka.

Wiemy już dzisiaj, to nam mówi nauka, że odżywianie we wczesnym okresie życia ma swoje skutki w dorosłym życiu. To wiedza, która nakłada na nas odpowiedzialność, aby dobrze żywić swoje najmłodsze dzieci. Jeśli mają dożyć 100 lat , to muszą być dobrze odżywianie podczas 1000 pierwszych dni życia – podsumowuje Joanna Neuhoff-Murawska.

Wrocław rozwija ideę smart city. W mieście powstaje osiedle przyszłości

CEO Magazyn Polska

Wrocławski rynek nieruchomości ma potencjał. Na inwestycje nad Odrą decyduje się coraz więcej deweloperów. Miasto wdraża w budownictwie stopniowo ideę smart city. Rozwijana jest też koncepcja osiedla przyszłości, które ma ułatwiać budowanie więzi społecznych i sprostać normom budownictwa ekologicznego.

Do niedawna istotne było, czy miasto ma odpowiednią liczbę miejskich planów zagospodarowania przestrzennego. Procedowanie inwestycji deweloperskiej w oparciu o plan jest o wiele bardziej jednoznaczne, a Wrocław, jako jedno z niewielu miast w Polsce, ma bardzo dużą powierzchnię pokrytą planami. Władze skonstruowały też program mieszkaniowy, który określa zasady partycypacji inwestorów mieszkaniowych w uzbrojeniu drogowym, co również jest zachętą do inwestowania – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dorota Jarodzka-Śródka, prezes wrocławskiego oddziału Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Raport PwC o stanie i perspektywach polskich metropolii wskazuje, że Wrocław szybko się rozwija. Na przestrzeni ośmiu lat, od 2004 do 2012 roku, zanotował wzrost PKB o 45 proc. (wyższy wskaźnik miał tylko Rzeszów). W ciągu dekady bezrobocie spadło z 12,3 do 4,3 proc. Z raportu wynika, że Wrocław wyróżnia się na tle innych miast prorynkowym nastawieniem do mieszkańców. Pojawia się dużo nowych miejsc pracy, przybywa studentów i zagranicznych inwestorów, a to sprawia, że miastu potrzebne są nowe inwestycje mieszkaniowe.

Rynek deweloperski rozwija się już długo. Lokalne firmy, które nie były za duże, teraz są już w stanie budować całe osiedla, co jest cenne dla mieszkańców. Mogą wykreować przestrzeń wokół budynków – mówi Jarodzka-Śródka. – Nasza oferta deweloperska jest teraz związana z placami zabaw i klubami mieszkańców. Dzięki temu wspólnoty mieszkaniowe tworzą ludzie, którzy są zżyci ze sobą i z deweloperem i razem z nim zastanawiają się, w jaki sposób urządzać małą architekturę i zieleń.

Przyjazne osiedla, traktowane nie tylko jako sypialnie miasta, lecz także dobre miejsce do życia, to jeden z czynników smart city, miasta atrakcyjnego i użytecznego, z dobrą komunikacją publiczną i czystym powietrzem. Inteligentne miasto powinno jednak nie tylko stale poprawiać jakość życia mieszkańców, lecz także przyciągać ludzi przedsiębiorczych, firmy i turystów.

Wrocław jest jednym z liderów i jednym z prekursorów wdrażania programu smart city na terenie kraju. Biorąc pod uwagę statystyki, jesteśmy w jednych aspektach na drugim, w innych – na trzecim miejscu, jeśli chodzi o wdrażanie poszczególnych elementów tego programu – ocenia Mirosław Półtorak, wiceprezes wrocławskiego oddziału PZFD.

Przykładem rozwiązań smart city wprowadzonych we Wrocławiu są bezpłatne punkty z dostępem do internetu czy sieć monitoringu w szkołach. Sieć światłowodów liczy ok. 130 km, wykorzystuje ją inteligentny system transportu, który obejmuje większość wrocławskich skrzyżowań.

Poziom pokrycia internetem mobilnym i szerokopasmowym jest bardzo wysoki. Można na tym budować wiele technologii użytecznych zarówno na poziomie budynków mieszkalnych, jak i na poziomie komunikacji. Miasto szczyci się wdrażanym programem inteligentnego zarządzania ruchem i komunikacją, w którym za pomocą właściwych technologii sterowania światłami drogowymi można usprawnić komunikację i udrożnić ją nawet o 30 proc. – wyjaśnia Półtorak.

Wrocław rozwija też koncepcję osiedli przyszłości. Na zachodzie miasta, blisko Stadionu Miejskiego, powstaje osiedle Nowe Żerniki. Inspiracją dla projektu była wystawa WuWA z 1929 roku. Wrocław korzysta też z przykładów innych miast, w których powstały takie wzorcowe osiedla – np. Lilac w Wielkiej Brytanii, w Leeds, Ackermannbogen w Monachium, Borneo i Sporenburg w Amsterdamie czy Västra Hamnen w szwedzkim Malmö.

Mamy wiele wzorców w Europie. Wzorcem z przeszłości była WuWa 1, która była próbą pokazania, że miasto może stanowić nie tylko miejsce do mieszkania, lecz także do życia i samorealizacji – podkreśla wiceprezes wrocławskiego PZFD. – Najbardziej zrównoważony rozwój prezentują miasta skandynawskie: Sztokholm, Helsinki, Malmö, Kopenhaga. Są to kraje o dosyć podobnej kulturze jak nasza, o podobnym modelu funkcjonowania i podobnych potrzebach mieszkańców. Myślę, że to może być bardzo dobry wzorzec dla nas w przyszłości.

Wrocławskie osiedle ma pomóc w budowaniu więzi społecznych, na jego terenie mają znaleźć się szkoły, przedszkola, dom kultury i dom seniora. Nowe Żerniki mają też sprostać normom budownictwa ekologicznego – alejki rowerowe mają ograniczyć ruch samochodów, część deszczówki zostanie wprowadzona jaka szara woda do obiegu gospodarczego. Budynki mają zużywać czterokrotnie mniej energii niż standardowe, a osiedle zostanie wyposażone w infrastrukturę, która umożliwi generowanie energii ze źródeł odnawialnych.

Banery z kampanii wyborczej nie muszą trafić na wysypiska śmieci. Są pomysły na ich recykling

CEO Magazyn Polska

Po każdych wyborach na słupach i ogrodzeniach pozostają tysiące plakatów, mimo że ordynacja wyborcza nakłada na komitety wyborcze obowiązek ich sprzątnięcia. Większość tych wielkich i ciężkich płatów z tworzywa sztucznego po odegraniu swej krótkiej roli trafia na wysypiska śmieci. Są jednak pomysły na ich powtórne wykorzystanie i to z korzyścią dla potrzebujących, np. przez schroniska dla zwierząt.

Ordynacja wyborcza mówi, że po zakończeniu głosowania komitety wyborcze mają 30 dni na usunięcie z przestrzeni publicznej swoich materiałów agitacyjnych. Jeżeli tego nie zrobią, to samorządy, które będą musiały ich w tym zadaniu zastąpić, obciążą ich kosztami.

Stare banery można jednak twórczo wykorzystać. Kinga Gajewska, która w wyborczych zmaganiach uczestniczy już kolejny raz, materiały z kampanii stara się przekazać tym, którym mogą się jeszcze przydać. Kandydatka PO do Sejmu prywatnie startuje w zawodach motocrossowych, więc transparenty z jej podobizną służyły już jako ekologiczne maty pod motocykle. Prawdziwym przebojem jednak plakaty stały się w schroniskach dla zwierząt.

Pierwsze banery przekazałam po kampanii samorządowej. Wiele osób wtedy pisało do mnie i dzwoniło, że nie da się tego ukryć i nie zauważyć, że byłam w tym schronisku. Wszystkie budy są okryte moimi banerami – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kinga Gajewska, radna Sejmiku Województwa Mazowieckiego, startująca do Sejmu z listy PO.

Choć tamte transparenty są jeszcze w dobrym stanie i nadal służą zwierzętom, potrzebnych jest kolejne 40 banerów. Gajewska zapowiada, że będzie zachęcała swoich znajomych kandydatów, żeby również oddawali do schroniska swoje plakaty, tym bardziej że zbliża się zima.

Dużo osób mówi, że nie chciałyby, żeby plakaty z ich wizerunkiem był rozdrapywane lub gryzione przez psy, ale mi to nie przeszkadza. Najważniejsze jest to, że jest im ciepło – podkreśla Kinga Gajewska.

Kinga Gajewska w 2014 roku została powołana do reprezentacji Polski w motocrossie. Jak mówi, jej największym osiągnięciem jest szersze otwarcie tej dyscypliny dla kobiet, umożliwienie im startu w mistrzostwach Polski. W Sejmiku działa m.in. w Komisji ds. Kobiet i tam promuje ten sport.

W kampanii wyborczej stawiam są przede wszystkim na młodych i ich zarobki – deklaruje kandydatka PO do Sejmu. – Uważam, że bardzo trudno jest w tym momencie wejść na rynek pracy. A jak już to im się uda, to bardzo długo pracują na umowy śmieciowe. Moim zdaniem powinno się to zamienić na jednolity kontrakt, zresztą to znalazło się już w programie Platformy Obywatelskiej.

Jak podkreśla, osoba, która rozpoczęła pracę, przez dwa lata powinna dostawać dodatkowo około 4 tys. zł rocznie. Byłoby to ułatwienie dla tych osób, które jednocześnie pracują i studiują, mogłyby z tego opłacić częściowo studia. Zdaniem kandydatki należy też podwyższyć transze kredytów studenckich. Z obecnych 600 zł jednorazowej wypłaty do 1,8 tys. zł.

Ponieważ mamy bardzo duży problem z demografią, powinniśmy także dużo uwagi poświęcać rodzinom, szczególnie młodym. Wielkim ułatwieniem byłoby tworzenie coraz większej liczby żłobków i przedszkoli. Platforma Obywatelska od wielu lat tworzy takie miejsca. Natomiast powinno być ich jeszcze więcej i powinny być przede wszystkim koło uczelni. O to będę walczyła w przyszłej kadencji Sejmu – zapowiada Kinga Gajewska.

Polski rynek windykacyjny ma potencjał. W Polsce na zewnątrz zlecana jest obsługa 30 proc. długów, w Skandynawii – nawet 85 proc.

CEO Magazyn Polska

Rośnie rynek windykacji w Polsce. Na koniec ubiegłego roku wartość przeprowadzonych transakcji zakupów wierzytelności sięgnęła blisko 15 mld zł. W ciągu pięciu lat liczba długów zarządzanych przez firmy wzrosła 2,5-krotnie, a ich nominalna wartość – 3-krotnie. Rynek powinien wciąż się rozwijać, bo outsourcing windykacyjny cieszy się coraz większą popularnością. W krajach skandynawskich na zewnątrz zlecana jest obsługa 80-85 proc. długów, w Polsce tylko 30 proc.

Rynek windykacyjny jest wciąż rozwojowy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jolanta Piasecka, dyrektor sprzedaży i marketingu w firmie Intrum Justitia. – Ugruntowały się procedury windykacyjne, duże firmy, takie jak banki, firmy telekomunikacyjne czy ubezpieczeniowe, prowadzą regularne procesy windykacyjne, które zlecają firmom zewnętrznym, a także regularną sprzedaż portfeli.

Z danych branży wynika, że w ubiegłym roku wartość przeprowadzonych transakcji wzrosła o 40 proc. względem 2013 roku i wyniosła ok. 15 mld zł. Raport Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych „Wielkość polskiego rynku wierzytelności” wskazuje, że od 2010 roku branża notuje stabilny, wysoki wzrost. Liczba wierzytelności zarządzanych przez firmy w ciągu pięciu lat wzrosła 2,5-krotnie. Nominalna wartość na początku 2015 roku wyniosła ponad 58 mld zł, w porównaniu z końcem 2010 roku (20,5 mld zł) oznacza to trzykrotny wzrost.

Ważnym dostarczycielem portfeli do kupna są banki, firmy telekomunikacyjne, ubezpieczeniowe czy sprzedające mandaty komunikacyjne. Firmy, które zlecają nam obsługę wierzytelności, ale nie nabywamy ich portfeli, to wszelkie inne branże: branża wodociągowa, firmy kosmetyczne, biblioteki czy firmy pożyczkowe. To wszystkie firmy, które generują wierzytelności, ale nie są obsługiwane administracyjnie – wskazuje Piasecka.

W ubiegłym roku znacznie wzrosła podaż długu hipotecznego. Łącznie banki oferowały ponad 2 mld zł wierzytelności hipotecznych. Getin Bank sprzedał pakiet długów o wartości 1 mld zł za kwotę 340 mln zł, zaś BZ WBK sprzedał pakiet o wartości 443 mln zł za 70,2 mln zł.

Zdaniem ekspertów rynek windykacji czeka dalszy rozwój. Perspektywy są dobre, bo choć coraz więcej firm korzysta z outsourcingu windykacji, to wciąż znacznie mniej niż na Zachodzie. Raport „Global Collections Review” firmy Atradius Collections wskazuje, że zainteresowanie usługami firm windykacyjnych sięga 60 proc., w Europie Środkowo-Wschodniej to średnio 27 proc.

W Szwecji, która jest naszym macierzystym krajem, poziom outsourcingu usług windykacyjnych to 80-85 proc., w Polsce niecałe 30 proc. Myślę, że w branży B2B to nawet mniej, ponieważ 30 proc. zawiera również faktoring i bezpośrednią obsługę prawną. Wciąż wiele firm obsługuje sprawy we własnym zakresie, nie ma potrzeby ani nawyku zlecania tego wyspecjalizowanej firmie windykacyjnej. Dlatego z mojego punktu widzenia jest to rynek rozwojowy – przekonuje ekspertka Intrum Justitia.

Ocenia, że rynek czeka konsolidacja, zwłaszcza że w Polsce rośnie liczba zagranicznych windykatorów. To oznacza, że szanse na przetrwanie będą mieli tylko najwięksi i najlepsi gracze. Jeszcze w latach 2000-2003 na rynku działało ok. 800 podmiotów, obecnie jest ich ok. 300.

Rynek konsoliduje się od kilku lat. Jeszcze niedawno było ich 600, począwszy od małych kancelarii prawnymi, które między innymi usługami oferują też windykację wierzytelności, po duże firmy, takie jak Intrum, zatrudniające kilkaset osób i obsługujące wierzytelności masowe. Obecnie widzimy przejęcia, przede wszystkim przez kapitały zagraniczne, także wewnętrzne konsolidacje, inne firmy idą na giełdę – wskazuje Piasecka.

Na dalszy rozwój rynku może mieć wpływ ustawa o komornikach. Ograniczone zostały uprawnienie komornika do prowadzenia postępowań egzekucyjnych wobec dłużników mających miejsce zamieszkania poza jego rewirem. Oznacza to, że komornik, który w danym roku wszczął 5 tys. postępowań, a jego skuteczność w roku poprzednim nie przekroczyła 35 proc., nie będzie mógł wszcząć egzekucji wobec dłużnika spoza własnego rewiru. Firmy windykacyjne nie mogą więc przekazywać spraw hurtowo danemu komornikowi, a to może utrudnić pracę.

To na pewno zmieni rynek. Może zdarzyć się, że ceny nabywcze portfeli staną się niższe. Odzyskiwanie pieniędzy będzie trwało dłużej i bardziej kłopotliwe – podkreśla Jolanta Piasecka.

Pfizer wydaje rocznie 7 mld dolarów na badania i rozwój. W onkologii stawia na terapie spersonalizowane

CEO Magazyn Polska

Onkologia, choroby przewlekłe o charakterze autoimmunologicznym i neurologia to główne obszary, w których koncern farmaceutyczny Pfizer inwestuje w badania i rozwój. Rocznie na ten cel przeznacza 7 mld dolarów. W onkologii stawia na leki do spersonalizowanych terapii molekularnych. Pozwalają one stworzyć genetyczny obraz choroby i w oparciu o rodzaj mutacji dopasować leczenie, co jest skuteczniejsze niż terapie normatywne.

Podejmowane są próby odchodzenia od medycyny normatywnej, gdzie wszyscy dotknięci daną chorobą dostają te same leki w tej samej dawce. Obecnie coraz częściej chodzi o uzyskanie obrazu genetycznego choroby, aby we oparciu o rodzaj mutacji zastosować terapię indywidualną – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dorota Hryniewiecka-Firlej, prezes zarządu Pfizer Polska.

Raport PwC wskazuje, że skuteczność leków u pacjentów wynosi od 20 do maksymalnie 75 proc. Dlatego firmy farmaceutyczne pracują nad lekami, które mogłyby mieć większą skuteczność w terapii. Coraz częściej na rynku pojawiają się leki z informacją od firmy farmaceutycznej, które pozwalają ocenić lekarzowi, czy dany lek zadziała u konkretnego pacjenta. W Europie takie dane ma ok. 12 leków.

Wciąż jednak przeważa medycyna normatywna, choć coraz częściej szuka się zaawansowanych technologicznie rozwiązań, które mogłyby odpowiadać na większe potrzeby chorych.

Pfizer wydaje na badania kliniczne około 7 mld dolarów rocznie. Główne obszary terapeutyczne badań klinicznych Pfizera to przede wszystkim onkologia, choroby przewlekłe o podłożu autoimmunologicznym, leczenie bólu i neurologia – wyjaśnia prezes Dorota Hryniewiecka-Firlej.

Z danych epidemiologicznych wynika, że u 3-5 proc. populacji pacjentów z niedrobnokomórkowym rakiem płuca  występuje nieprawidłowość w genie ALK. Ratunkiem dla takich osób może być specjalistyczny lek z grupy TKI.

Pfizer odegrał tu niemal pionierską rolę. Uzyskano lek o nazwie Xalkori na niedrobnokomórkowego raka płuca ALK+. Jest to lek tak obiecujący, że zarówno Unia Europejska, jak i Amerykańska Agencja ds. Rejestracji Leków przyspieszyły wprowadzenie leku na rynek. Lek ten w większości krajów Europy jest refundowany, bo jest przełom w leczeniu chorych, dla których do tej pory nie było alternatywy – wskazuje prezes Pfizera.

Trwają też badania nad lekiem na raka piersi. Lek ten może zostać zarejestrowany już w przyszłym roku. Pierwsze testy wykazały, że kombinacja palbociclibu i letrozolu pozwala wydłużyć czas bez progresji choroby o 18,6 miesiąca.

Decydujące znaczenie w wyborze terapii będzie miał obraz genetycznego pacjentki. Taka kombinacyjna terapia będzie przeznaczona dla pacjentek, u których rozpoznano ER-pozytywny, HER2-ujemnym rak piersi – wskazuje Dorota Hryniewiecka-Firlej.

W ciągu dekady sprzedaż wina w Polsce wzrosła o połowę. Coraz większy udział w rynku mają wina portugalskie

CEO Magazyn Polska

W ciągu dekady sprzedaż wina w Polsce wzrosła o 56 procent. Polacy z roku na rok piją coraz więcej tego trunku. Rocznie na głowę wypada już ok. 7 litrów, z czego połowa to wina gronowe. Większość importowanych win pochodzi z Europy, w ostatnich latach ważnym dostawcą stały się kraje Półwyspu Iberyjskiego. W 2014 roku z Portugalii sprowadzono blisko 7,5 mln litrów, podczas gdy 10 lat wcześniej było to mniej niż 170 tys. litrów. Trunki z Portugalii chce wypromować w Polsce Polsko-Portugalska Izba Gospodarcza razem z ViniPortugal – Profesjonalnym Zrzeszeniem Portugalskiego Przemysłu Winiarskiego.

Choć do winiarskich potęg Polsce jeszcze sporo brakuje, to spożycie tego trunku w naszym kraju systematycznie rośnie. Z raportu KPMG „Rynek napojów alkoholowych w Polsce w 2014 roku” wynika, że już co dziesiąta złotówka wydana w naszym kraju na alkohol przeznaczana jest właśnie na wino. Rocznie Polak wypija ok. 7 litrów wina, z czego 3,5 litra stanowi wino gronowe. W międzynarodowych rankingach pod względem spożycia wina zajmujemy 35. miejsce, ale od 2004 roku sprzedaż win gronowych wzrosła w Polsce o 56 proc.

– Ostatnie dane pokazują, że 9 proc. wina sprzedawanego w Polsce pochodzi z Portugalii, jeżeli chodzi o wolumen win, i 6 proc., jeżeli chodzi o wartość wina, więc wydaje mi się, że jesteśmy całkiem dobrze pozycjonowani – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jorge Monteiro, prezes ViniPortugal – Profesjonalnego Zrzeszenia Portugalskiego Przemysłu Winiarskiego.

Znaczenie polskiego rynku szybko rośnie. Obecnie jesteśmy 13. największym importerem portugalskich win, dla porównania w 2004 roku zajmowaliśmy dopiero 35. pozycję. Pod względem wolumenu eksport wzrósł o kilka tysięcy procent. Jednocześnie średnie ceny spadły o kilkadziesiąt procent.

– Polski rynek jest bardzo ważny dla Portugalii. W pierwszym półroczu udało nam się tu sprzedać wino za 7 mln euro, co sprawia, że jesteśmy szóstym dostawcą wina w Polsce – podkreśla Maria Amélia Paiva, ambasador Portugalii w Polsce.

Prezes ViniPortugal podkreśla, że Portugalia stawia w eksporcie nie na ilość (2,2 proc. w światowym eksporcie), ale na jakość. Dlatego średnio wino portugalskie jest nawet dwa razy droższe od hiszpańskiego.

– Portugalia nie jest dużym producentem, produkujemy mniej niż 2 proc. całkowitego produkowanego wina na świecie. Jesteśmy dwunastym producentem, natomiast dziewiątym eksporterem wina. Połowę całej naszej produkcji eksportujemy, pod względem wartości pieniężnej to ok. 60 proc. – wskazuje Monteiro.

Większy eksport portugalskiego wina do Polski to efekt zacieśniania współpracy gospodarczej między naszymi krajami. W ubiegłym roku obroty handlowe sięgnęły 1,1 mld euro. W dużej mierze to zasługa Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej.

– Już od blisko ośmiu lat promujemy relacje gospodarcze bilateralne pomiędzy Polską a Portugalią. Jednym z największych wydarzeń jest tydzień portugalski „Flavours of Portugal”, w ramach którego promujemy naszą kulturę, kuchnię i przede wszystkim wino – mówi Pedro Pereira da Silva, prezes Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej.

Jak podkreśla, wina portugalskie są jednymi z najbardziej docenianych win na świecie, a ich spożycie w Polsce rośnie. Stąd pomysł współpracy między PPCC a ViniPortugal.

Zdaniem prezesa PPCC coraz mocniejszym wzajemnym relacjom polsko-portugalskim sprzyja podobieństwo temperamentów i tradycji.

– Mamy ze sobą wiele wspólnego jako dwa narody, mamy wspólne wartości, wspólne przyzwyczajenia, takie jak rodzina, jak przebywanie wspólnie przy stole, biesiadowanie. Dlatego też coraz większy jest wzrost zainteresowania wśród firm z obu krajów. Obserwujemy coraz większe zainteresowanie ze strony Portugalii Polską, ale również zainteresowanie ze strony Polski Portugalią, a także rynkami portugalskojęzycznymiNiedawno nasza izba gospodarcza została wybrana najlepszą portugalską izbą gospodarczą na świecie. I to także pokazuje to zainteresowanie – dodaje Pedro Pereira da Silva.

Targi Win Portugalskich, odbywające się po raz pierwszy Warszawie, to kolejne wydarzenie, podczas którego promowana jest Portugalia.

– Zdajemy sobie sprawę z tego, że w Polsce konsumpcja wina wciąż nie jest duża. Dlatego chcielibyśmy dać polskim konsumentom możliwość odkrycia różnorodności portugalskich win – podkreśla Jorge Monteiro.

W ramach targów, 8 października, podczas zorganizowanych degustacji można było pogłębić swoją wiedzę o rynku win i nawiązać relacje biznesowe z 31 producentami. Była to także dobra okazja do spróbowania portugalskich win produkowanych z ponad 250 gatunków winorośli. Udział wzięło w nich liczne grono profesjonalistów z branży winiarskiej (sommelierów, importerów, właścicieli restauracji).

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Bitwa o sklepową półkę

Firmy z sektora FMCG toczą nieustanne potyczki o to, aby ich ekspozycja sklepowa była jak najlepsza a dostępna przestrzeń handlowa wykorzystana optymalnie. Chodzi oczywiście o to, aby przykuć uwagę klienta i być dla niego cały czas widocznym. W celu zapewnienia pełnej automatyzacji procesu pozyskiwania informacji o ekspozycji towarów w punkcie handlowym, spółka eLeader wprowadziła mobilne rozwiązanie Shelf Recognition obsługiwane przy użyciu smartfona lub tabletu. Wykonując proste zdjęcie, pozwala ono nie tylko mierzyć udział własnych produktów na półce względem konkurencji, ale bada także tzw. time to market – czyli czas nasycania się poszczególnych segmentów rynku wprowadzoną nowością produktową.

Informacja w wyścigu o klienta

Przedstawiciele handlowi lub merchandiserzy na bieżąco sprawdzają ekspozycję produktów i weryfikują umowy między firmą a sklepami, dotyczące tego jak ma wyglądać ich towar na półkach. W ramach realizowanych zadań sprawdzają m.in. czy etykiety są ustawione frontem do klienta, czy towar znajduje się na odpowiedniej wysokości, lub czy nie jest zniszczony albo przewrócony. Oczywiście poza informacją o ekspozycji produktów własnych, istotna jest wiedza o sposobie prezentacji wyrobów konkurencyjnych. W branży handlowej funkcjonuje pojęcie tzw. wojny o półkę. Błyskawiczne pozyskiwanie aktualnych i pełnych informacji na temat oferty konkurencji w wysokim stopniu przesądza o zwycięstwie, czyli uzyskaniu znaczącej przewagi konkurencyjnej. Archaiczna z punktu widzenia rozwoju technologii mobilnych metoda wypełniania formularzy papierowych generuje wiele błędów a co gorsza zajmuje dużo czasu, który mógłby zostać przeznaczony na budowanie lepszych relacji z klientem.

Cyfrowy proces, realne zyski

Lubelski eLeader jest pionierem w dostarczaniu zaawansowanych rozwiązań mobilnych, dzięki którym papierowe raporty z wizyt handlowych mogą być zastąpione elektronicznymi formularzami i innymi mechanizmami wspomagającymi wprowadzanie danych dostępnymi z poziomu smartfona lub tabletu: foto-skanowanie kodów kreskowych, głosowe wprowadzanie zamówień czy rozpoznawanie tekstu.

„Wyeliminowanie papieru w pracy przedstawicieli handlowych było dużym krokiem usprawniającym ich działanie. Nadal jednak szukaliśmy rozwiązań, które pozwolą wykorzystać jeszcze większy zakres funkcji, jakie oferują telefony komórkowe lub tablety. ” – mówi Paweł Gołubiak, odpowiedzialny w firmie eLeader za rozwiązania klasy SFA (Sales Force Automation) wspomagające sprzedaż w terenie.

eLeader wspólnie ze specjalizującą się w analizie obrazu i video firmą Lab4Motion stworzył nowatorskie rozwiązanie pozwalające na pozyskiwanie pełnej informacji o produktach na półce wyłącznie przy użyciu zdjęcia.

„Współpraca bazująca na obustronnej wyłączności oraz doskonałej relacji partnerskiej pozwoliła zaoferować firmom z sektora FMCG rozwiązanie unikalne w skali świata.” – dodaje Paweł Gołubiak.

Dzień z życia handlowca 2.0

Wykonane przez przedstawiciela handlowego zdjęcie jest poddawane analizie, w trakcie której wyszczególnione zostają kluczowe informacje z punktu widzenia polityki zarządzania produktami. Uzyskany w ten sposób raport przedstawia szczegóły dotyczące obecności produktu na półce oraz weryfikuje jego zgodność z umową zawartą ze sklepem lub siecią. W efekcie w rozwiązaniach SFA eLeader mogą być implementowane zaawansowane procesy zarządzania informacją o półce sklepowej, których przebieg wpływa na zamówienia, politykę rabatowania czy dostępność promocji dla danego sklepu. Co ciekawe, wyniki analizy pojawiają się już po upływie kilku minut. W kontrze do metody „ekspresowej”, mamy przedstawiciela handlowego wchodzącego do sklepu z plikiem dokumentów lub urządzeniem mobilnym i formularzem, który ma wypełnić podczas wizyty, podchodząc do każdej półki i ręcznie wpisując wszystkie istotne informacje – czy produkt jest u góry, czy u dołu, czy nie jest przewrócony, czy jest w odpowiednim wariancie wagowym lub pojemnościowym itd.

Chmura sprzyja produktywności

Badanie „Nowoczesne IT w MŚP 2015”, zrealizowane przez Ipsos MORI na zlecenie Microsoft, wskazuje, że aż 64 proc. ankietowanych właścicieli firm z sektora MŚP zgadza się ze stwierdzeniem, że rozwiązania mobilne pomagają oszczędzać czas i wspierają produktywność. Z kolei co drugi badany zdecydowanie zgadza się z tezą, że urządzenia i usługi mobilne pozwalają na efektywną pracę zdalną oraz ułatwiają wykonywanie zadań służbowych.

W tym przypadku, rozwiązanie mobilne upraszcza proces analizy prezentacji produktów na półce sklepowej, eliminując setki papierów na rzecz smartfona z aparatem fotograficznym. Zdjęcia wykonane w ten sposób są następnie przechowywane w chmurze obliczeniowej, a dostęp do nich jest możliwy także dla innych managerów z poziomu aplikacji centralnej. Aplikacja eLeader Shelf Recognition działa w oparciu o technologię Microsoft i jest dostępna na smartfony i tablety m.in. z systemem mobilnym Windows 8.1.

„Microsoft aktywnie wspiera firmy tworzące aplikacje branżowe wykorzystujące technologię cloud computing. Zespół inżynierów Microsoft pomaga twórcom aplikacji rozwijać ich rozwiązania tak, aby umożliwić jak najlepsze rezultaty, prowadzące finalnie do stworzenia produktu, który będzie miał realny wpływ na optymalizację kosztów i większą skuteczność działań” – mówi Maciej Sobianek z polskiego oddziału firmy Microsoft.

Absencja chorobowa w Polsce – najwięcej dni pracy opuszczają 30-latkowie

Polscy pracownicy w ciągu roku spędzają przeciętnie 12 dni na zwolnieniu chorobowym. Z roku na rok absencja chorobowa kosztuje państwo i polskich przedsiębiorców coraz więcej. W 2013 roku wydatki na nią wyniosły ponad 13 mld PLN. Tymczasem z danych ZUS wynika, że w 2014 roku najwięcej dni na zwolnieniu lekarskim spędzały osoby w wieku 30-39 lat.

Wiele dni nieobecności w pracy związanej z chorobą dotyczył pracowników w wieku 20-29 lat (łącznie 31 535,1 tys. dni) oraz 50-59 lat (31 485,6 tys. dni).

Struktura dni absencji chorobowej pracowników w podziale na wiek w 2014 roku w Polsce (w %)
Struktura dni absencji chorobowej pracowników w podziale na wiek w 2014 roku w Polsce (w %)

Co do zasady, im wyższy wiek, tym dłuższy przeciętny czas trwania zaświadczenia lekarskiego. Dla osób poniżej 19. roku życia wyniósł on tylko 6,72 dni w ciągu roku. Dla pozostałych grup wiekowych przeciętna długość zaświadczenia była następująca: 20-29 lat – 11,8 dni; 30-39 lat – 12,21 dni; 40-49 lat –11,23 dni, 50-59 lat – 12,58 dni; 60-64 lat – 13,8 dni; powyżej 65 lat – 15,36 dni.

Marta Kowalówka
Sedlak & Sedlak

Jak zmiany w prawie ubezpieczeniowym wpłyną na rynek?

Posłowie i senatorowie niedawno uchwalili ustawę o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej. Jej wprowadzenie jest wymagane ze względu na konieczność dostosowania krajowego prawa do unijnej dyrektywy 2009/138/WE (tzw. Solvency II). Nowe regulacje zmienią nie tylko reguły działania zakładów ubezpieczeń. Zmiany prawne będą miały znaczenie również dla klientów towarzystw ubezpieczeniowych.

Odstąpienie od zawartej umowy będzie teraz łatwiejsze …

Ustawa o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej to akt prawny, który kompleksowo reguluje zasady funkcjonowania podmiotów rynku ubezpieczeniowego. Jest to konieczne, ponieważ nowy akt prawny zastąpi ustawę o działalności ubezpieczeniowej z 22 maja 2003 r. W związku z powyższym, ustawa uchwalona przez Sejm precyzuje m.in. takie kwestie, jak polityka finansowa zakładów ubezpieczeń i nadzór nad tymi podmiotami.

Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl zaznacza, że w nowych przepisach znajdziemy również zmiany, które będą istotne dla klientów zakładów ubezpieczeń. Jeden z przykładów to bardziej korzystne zasady odstąpienia od umowy ubezpieczenia przez osobę nieprowadzącą działalności gospodarczej (tzw. konsumenta). Ustawa o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej wprowadza zmianę zgodnie, z którą prawo odstąpienia przez konsumenta nie zawsze wygaśnie po 30 dniach od zawarcia umowy. Taka zasada będzie obowiązywała jeśli zakład ubezpieczeniowy nie przekaże wymaganej informacji o możliwości odstąpienia od umowy, przed jej zawarciem. „W opisywanej sytuacji, trzydziestodniowy termin będzie biegł od dnia, w którym ubezpieczający dowiedział się o prawie do wypowiedzenia. Nowa ustawa nie zmienia jednak reguły zgodnie, z którą miesięczny termin odstąpienia obowiązuje dla umów zawartych przez konsumenta na okres dłuższy niż pół roku” – wyjaśnia Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Według Niny Kuczyńskiej, zmiany korzystne dla konsumenta dotyczą również prowadzenia sporów sądowych z ubezpieczycielem. Nowe przepisy wskazują, że ubezpieczony, ubezpieczający lub uprawniony z umowy zawsze będzie mógł wytoczyć powództwo przed sądem właściwym dla jego miejsca zamieszkania. Obecnie takie prawo ma tylko osoba dochodząca roszczeń z tytułu obowiązkowego OC dla kierowców lub rolników (patrz artykuł 20 ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych). Po planowanych zmianach, pozew w lokalnym sądzie zawsze będą mogli złożyć również spadkobiercy osoby ubezpieczonej lub uprawnionej z umowy ubezpieczenia.

Nowe regulacje utrudnią nieuczciwą sprzedaż ubezpieczeń

W ustawie o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej znajdziemy także pewne rozwiązania, które mają chronić klienta zakładu ubezpieczeń przed nieuczciwą sprzedażą polis. Nowe regulacje są odpowiedzią na kontrowersje związane z inwestycyjnymi ubezpieczeniami na życie. Firmy oferujące takie ubezpieczenia, przed zawarciem umowy będą musiały dostarczyć klientowi między innymi zrozumiałe informacje dotyczące:

  • celu i charakteru umowy
  • wszystkich świadczeń i kosztów
  • profilu ryzyka ubezpieczeniowych funduszy kapitałowych
  • istniejącego ryzyka inwestycyjnego
  • rekomendowanego okresu trwania umowy

Szczegółowe informacje na temat zasad alokacji środków i naliczanych kosztów będą się musiały znaleźć w umowie ubezpieczenia z UFK. Ten dokument poinformuje klienta o takich kwestiach, jak:

  • koszty związane z przedterminowym zakończeniem inwestycji
  • rodzaj papierów wartościowych, w które będzie inwestował ubezpieczyciel
  • reguły i terminy wyceny jednostek ubezpieczeniowego funduszu kapitałowego
  • wysokość opłat pobieranych ze składek klienta
  • zasady umorzenia jednostek ubezpieczeniowego funduszu kapitałowego

Na uwagę zasługuje również przepis wprowadzający możliwość odstąpienia od umowy ubezpieczenia inwestycyjnego w trakcie 60 dni od otrzymania pierwszych informacji na temat wysokości przysługujących świadczeń. „Jeżeli klient zdecyduje się na odstąpienie w tym dwumiesięcznym terminie, to ubezpieczyciel będzie mógł zainkasować nie więcej niż 4% składki i dodatkowo uwzględnić koszt ochrony” – zwraca uwagę Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.    

Kolejne rozwiązanie dotyczące polis inwestycyjnych nakłada na ubezpieczyciela obowiązek analizy potrzeb ubezpieczonego. Taki wymóg ma ograniczać praktyki polegające na missellingu, czyli sprzedaży produktów niedopasowanych do klienta. Jeśli Komisja Nadzoru Finansowego w trakcie monitorowania rynku stwierdzi, że jakaś polisa z UFK narusza interesy klientów, to zostanie wprowadzony zakaz jej sprzedaży. Analogiczny zakaz będzie mógł dotyczyć również wybranej praktyki zakładu ubezpieczeń lub rodzaju jego działalności.

Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl dodaje, że opisywana ustawa wprowadza też pewne restrykcje dotyczące ubezpieczeń grupowych. W przypadku takich polis ubezpieczający nie będzie mógł otrzymywać żadnych korzyści w związku z przedstawieniem oferty, zawarciem umowy ubezpieczenia oraz wykonywaniem wspomnianej umowy. Ta zasada nie dotyczy jednak finansowania składek przez ubezpieczonego oraz umów, które pracodawca zawiera na rzecz swoich pracowników. Zakaz czerpania korzyści przez ubezpieczającego, w ramach Rekomendacji U już wcześniej wprowadziła Komisja Nadzoru Finansowego. Wspomniana rekomendacja KNF-u dotyczy polis grupowych, które oferują banki i jest tylko zaleceniem dla nadzorowanych instytucji.

Dzięki rozwiązaniom wprowadzonym przez nową ustawę, wynagrodzenie dla ubezpieczającego nie będzie już ograniczać zakresu ochrony w ubezpieczeniach grupowych. „Dodatkowe przepisy zapewniają dostęp do warunków umowy oraz informacji dotyczących likwidacji szkody, osobie ubezpieczonej w ramach polisy grupowej. Odpowiednia polityka informacyjna powinna dotyczyć też spadkobierców ubezpieczonego” – podsumowuje Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Źródło: porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl.

Małe firmy: zaczynamy zatrudniać, ale likwidacja śmieciówek może tę tendencję odwrócić

Małe firmy deklarują, że będą zwiększały zatrudnienie w II połowie 2015 r., upatrując w tym szans na wzrost swojej konkurencyjności. Tendencja wzrostu obejmie większość województw Polski. Jednocześnie jednak wyraźnie widać obawy małych firm o wzrost kosztów pracy związany z zapowiadaną przez polityków likwidacją umów śmieciowych. To wnioski z badania Instytutu Badań i Analiz OSB oraz portalu Firmy.net.

Firmy.net zaprezentował wyniki piątego badania polskich mikro- i małych firm w raporcie „Jak w Polsce prowadzi się własny biznes”. Zawiera on m.in. szczegółową analizę poziomu zatrudnienia w mikro- i małych firmach w Polsce w minionym półroczu, a także prognozy na drugą połowę 2015 roku.

Drgnęło już w minionym półroczu

W I połowie 2015 roku przedsiębiorcy najczęściej utrzymywali zatrudnienie na tym samym poziomie (77,4 proc), jednak wśród pozostałych nieznacznie częściej liczba pracowników była zwiększana (11,4 proc.) niż ograniczana (11,1 proc.). Tendencja ta wystąpiła zwłaszcza w handlu i budownictwie.

Rys. 1 – Deklaracje przedsiębiorców na temat zmian w poziomie zatrudnienia w I połowie 2015 r. według sektorów ekonomicznych

Deklaracje przedsiębiorców

Tendencja wzrostu zatrudnienia odnotowana została w województwach: warmińsko-mazurskim, kujawsko-pomorskim, lubuskim, dolnośląskim, pomorskim, podlaskim, małopolskim, podkarpackim i mazowieckim. Równowaga w zakresie zwiększania i zmniejszania poziomu zatrudnienia wystąpiła w województwie lubelskim. Tendencja spadkowa wystąpiła natomiast w przedsiębiorstwach funkcjonujących na obszarze mniej licznej grupy województw: łódzkim, wielkopolskim, zachodniopomorskim, śląskim, świętokrzyskim i opolskim.

„Pomimo, że mamy do czynienia z tendencją wzrostu zatrudnienia w małych firmach, to jednak zmiany w porównaniu do minionego roku są minimalne. Nadal dominującą postawą jest wyczekiwanie. Może to być konsekwencją planów rządowych dot. likwidacji umów śmieciowych. Małe firmy, aby się rozwijać, potrzebują pracowników, jednak brak elastyczności niweluje plany zwiększania zatrudnienia. Dla mikroprzedsiębiorców największą bolączką są wciąż rosnące koszty prowadzenia firmy, w tym koszty pracownicze. Potrzeba zatem konkretnych zmian, które będą brały pod uwagę nie tylko interesy pracowników, lecz również właścicieli najmniejszych firm, które stanowią siłę napędową polskiej gospodarki” – komentuje Michał Kurczycki  z portalu Firmy.net.

W obecnym półroczu kontynuacja wzrostu

W trwającym półroczu niemal we wszystkich województwach przedsiębiorcy najczęściej utrzymają stały poziom zatrudnienia (74,8 proc.). Jednak wśród pozostałych częściej będzie realizowana polityka wzrostu (16,1 proc.) niż spadku liczby zatrudnionych (9,2 proc.). Przewaga firm redukujących zatrudnienie będzie jedynie w województwach: zachodniopomorskim, małopolskim i świętokrzyskim.

Tendencja wzrostu wystąpi we wszystkich kategoriach małych firm: samozatrudnienie, mikro (1-9 pracowników) i małe firmy (10-49 pracowników), z największym dynamizmem u firm małych.

Rys. 2 – Zmiany w poziomie zatrudnienia według wielkości firmy

Rys. 2 - Zmiany w poziomie zatrudnienia według wielkości firmy

„Z badań wynika, że małe firmy coraz częściej decydują się na wzrost zatrudnienia, bo zaczęły postrzegać posiadanie dobrych specjalistów, jako skuteczny sposób na budowanie swojej pozycji konkurencyjnej na rynku. Uważa tak aż 11,2 proc. przedsiębiorców. Dzieje się to pomimo trudnej sytuacji małych firm na rynku, która w tym półroczu, według prognoz samych przedsiębiorców, jeszcze się może pogorszyć. Pokazuje to determinację małych firm w ich dążeniu do pokonania kryzysu i wyjścia z niego silniejszym. Jednocześnie jednak podstawa tego wzrostu jest bardzo krucha i czynniki zewnętrzne, jak np. zwiększenie kosztów pracy przez likwidację umów śmieciowych, bardzo łatwo mogą tę tendencję odwrócić” – komentuje dr Dariusz Śledź z Instytutu Badań i Analiz, Grupa OSB.

Informacje o badaniu

Badanie nastrojów gospodarczych zostało przeprowadzone po raz piąty w czerwcu 2015 r. z zastosowaniem techniki CAWI przez Instytut Badań i Analiz OSB. W badaniu wzięło udział 1419 przedstawicieli małych firm (50,3 proc. firm jednoosobowych, 43,2 proc. mikro firm, zatrudniających od 1 do 9 pracowników, oraz 6,5 proc. małych firm, zatrudniających od 10 do 49 osób), które są zarejestrowane w wyszukiwarce firm Firmy.net. Wśród ankietowanych większość zajmuje się działalnością usługową (68,1 proc.), 19,6 proc. – handlową, 6,8 proc. – budowlaną, 5 proc. – przemysłowo-produkcyjną, a około 0,5 proc. działa w branży rolnej. Z uwagi na liczbę i strukturę respondentów wyniki badania mają charakter reprezentatywny.

Inwestowanie w nieruchomości na wynajem lepsze niż grunty, złoto i obligacje

Aż 95 proc. inwestorów za najbardziej stabilne, a jednocześnie dochodowe w perspektywie kilkuletniej uważa inwestycje na rynku nieruchomości – wynika z badania opinii inwestorów przeprowadzonego przez Grupę Mzuri we wrześniu 2015.

Pozostałe z obszarów, które w ocenie 246 zapytanych inwestorów są atrakcyjne to: złoto i akcje, podczas gdy obligacje skarbowe i korporacyjne oraz inne klasy aktywów zyskały znacznie mniejsze uznanie. 70 proc. respondentów inwestuje obecnie w nieruchomości, w perspektywie najbliższych kilku lat rozważa to natomiast ponad 98 proc. ankietowanych. Spośród nich, największy odsetek (26 proc.) planuje docelowo ulokować w nieruchomościach nawet do 80 proc. swojego portfela inwestycji.

Na rynku nieruchomości najatrakcyjniejszym obszarem inwestycyjnym jest inwestowanie w mieszkania na wynajem (zdaniem 93 proc. respondentów), w dalszej kolejności plasują się grunty, lokale komercyjne oraz garaże. Zdaniem 74 proc. badanych inwestowanie grupowe w nieruchomości jest dobrą formą inwestowania dla osób dysponujących relatywnie niewielkim kapitałem.  – Wyniki badania nas nie zaskakują. Pokazują, że z jednej strony inwestorzy są coraz bardziej świadomi korzyści, jakie niesie za sobą inwestowanie w nieruchomości na wynajem, z drugiej jednak strony doceniają inwestycje grupowe, które, ze względu na wymagany kapitał, pozwalają na często niemożliwą dla pojedynczych inwestorów skalę projektu – komentuje Sławek Muturi, założyciel Grupy Mzuri i pomysłodawca Mzuri CFI. – Budujące jest też, że 60 proc. inwestorów myśli długoterminowo – oczekiwany przez nich okres inwestycji to ponad 10 lat – dodaje Muturi.

Tylko 42 proc. respondentów zadeklarowało skłonność do zainwestowania w nieruchomości kapitału wyższego niż 500 tys. zł, poniżej 75 tys. zł – 36 proc. respondentów. Jednocześnie jedna czwarta inwestorów oczekuje dwucyfrowej stopy zwrotu z inwestycji. – Dla większości inwestorów projekty polegające na zakupie całych kamienic i sprzedaży mieszkań po podniesieniu ich wartości są niemożliwe, a właśnie takie inwestycje cieszą się ponadprzeciętną stopą zwrotu. Dlatego uruchomiliśmy Mzuri CFI – inicjatywę umożliwiającą grupowe inwestowanie w nieruchomości na wynajem. Aktualnie prowadzimy nabór ciągły kapitału do spółki Mzuri CFI2 – dotychczas największej crowdfundingowej spółki w Polsce, która pozyskała już blisko 2 mln zł kapitału, a jej celem jest zbudowanie portfela mieszkań na wynajem i regularna wypłata zysków inwestorom oraz do Mzuri CFI Alfa, która dzięki reinwestowaniu zysków pochodzących z najmu i z renowacji kamienic będzie dążyć do pomnożenia majątku inwestorów – mówi Artur Kaźmierczak, prezes zarządu Mzuri CFI 2 Sp. z o.o. oraz Mzuri CFI Alfa Sp z o.o..

Czynnikami, które odgrywają najistotniejszą rolę w podejmowaniu decyzji o inwestycji grupowej są: oczekiwana średnioroczna stopa zwrotu oraz regularny wpływ gotówki – na te elementy wskazuje ponad 70 proc. badanych.

Badanie zostało przeprowadzone na grupie 246 respondentów przez Grupę Mzuri, w skład której wchodzą: Mzuri – największa w Polsce firma specjalizująca się w zarządzaniu najmem, Mzuri Investments, która kompleksowo wspiera swoich klientów w inwestowaniu w nieruchomości na wynajem oraz Mzuri CFI – crowdfundingowe spółki celowe realizujące projekty inwestycyjne.

Pierwsza ze spółek, Mzuri CFI1 cieszyła się dużym zainteresowaniem ze strony Inwestorów i pozyskała pod koniec 2014 roku ponad 1,5 mln zł na zakup i remont kamienicy w celu późniejszego sprzedania mieszkań przeznaczonych na wynajem. Udziały w Spółce objęło wówczas 64 inwestorów. Obecnie Mzuri CFI 1 jest już na etapie przygotowywania zakupionej w Łodzi kamienicy do remontu. Prognozowana stopa zwrotu z tej inwestycji wynosi 10 proc. w skali roku. Druga ze spółek – Mzuri CFI 2 – dotychczas największa crowdfundingowa spółka w Polsce pozyskała już blisko 2 mln zł kapitału. Celem spółki jest zbudowanie portfela mieszkań na wynajem i regularna wypłata zysków inwestorom. Nabór kapitału do Mzuri CFI 2 ma charakter ciągły. Trzecia – Mzuri CFI Alfa – niedawno rozpoczęła nabór wspólników. Jej celem jest reinwestowanie przychodów z rewitalizacji kamienic oraz z najmu mieszkań przez okres co najmniej pięciu lat, by pomnożyć majątek inwestorów i osiągnąć dwucyfrową stopę zwrotu gdy rozpocznie wypłatę dywidendy współwłaścicielom.

W ostatnim kwartale 2015 r. eksperci przewidują zwiększenie aktywności na rynku IPO

Łączna wartość IPO w Europie w trzecim kwartale br. wyniosła 4,6 mld euro (spadek o ponad 30% w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego), natomiast łączna liczba debiutów – 53 (spadek o 30% w stosunku do trzeciego kwartału 2014 r.). 

Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie) od roku 2012Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie) od roku 2012

W minionym kwartale odnotowano 53 oferty o łącznej wartości 4,6 mld euro – o 30% mniej, niż w trzecim kwartale 2014 r. (76 IPO o łącznej wartości 6,6 mld euro). Zdecydowana większość debiutów miała miejsce w pierwszych tygodniach lipca, po których nastąpiło spowolnienie aktywności. Jedyną ofertą odnotowaną po miesiącach wakacyjnych, większą niż 100 mln euro, było IPO spółki On the Beach Group na giełdzie w Londynie (132 mln euro).

Największą aktywność IPO odnotowano na giełdzie we Frankfurcie (5 IPO, 1,5 mld euro), głównie w wyniku oferty prywatyzacyjnej Deutsche Pfandbriefbank o wartości 1,2 mld euro. W trzecim kwartale br. stanowiła ona aż 25% łącznej wartości ofert w całej Europie. Należy spodziewać się, że w ostatnim kwartale odnotujemy zauważalny wzrost aktywności na rynku IPO – już w pierwszych dniach października na Deutsche Börse miały miejsce znaczące oferty spółek: Covestro (spin-off giełdowej spółki Bayer) o wartości 2,6 mld euro, Scout24 (branża reklamowa) oraz CHORUS Clean Energy (operator farm wiatrowych i solarnych).

Na kolejnych miejscach uplasowały się giełdy: BME (Hiszpania), gdzie odnotowano 8 ofert o łącznej wartości 867 mln euro, oraz giełda w Londynie (9 IPO, 747 mln euro).

Warto zaznaczyć, że liczba ofert, które zostały zawieszone w minionym kwartale (10) nie uległa większej zmianie w stosunku do drugiego kwartału 2015 r., kiedy to zawieszono 11 IPO. Jednocześnie według spółek to niestabilna sytuacja na rynkach była główną przyczyną zmiany planów, a nie inne możliwości wyjścia z inwestycji (które były główną przyczyną zawieszenia IPO w pierwszym półroczu br).

Jeśli chodzi o zmiany indeksów giełdowych, to globalne rynki kapitałowe odnotowały najgorszy kwartał od 2011 r. – wpływ na to miała m.in. niepewność dotycząca stanu gospodarki w Chinach oraz polityki monetarnej w USA. Mimo to aktywność w kolejnych miesiącach powinna wzrosnąć – można spodziewać się kilku ofert przekraczających 1 mld euro, np. oferty prywatyzacyjne spółek Poste Italiane na giełdzie w Mediolanie oraz ABN Amro na giełdzie w Amsterdamie.

Czekamy na ostatni kwartał 2015 roku z ogromnym zainteresowaniem. Z jednej strony, w drodze na europejskie parkiety znajduje się wiele spółek z różnych branż, które poszukują odpowiedniego rynku na przeprowadzenie IPO, natomiast z drugiej strony obserwujemy niepokój po stronie inwestorów w obliczu możliwych spadków indeksów oraz ciągłej niepewności co do perspektyw wzrostu gospodarczego w Chinach. Pojawia się zatem pytanie, czy spółki nie powinny przeczekać niestabilnej sytuacji rynkowej i wstrzymać się z IPO do bardziej sprzyjającego okresu. Jednak jak wynika z bieżących sygnałów, analitycy pozostają pewni co do dobrych perspektyw rynku w IV kwartale 2015 r.” – podsumowuje Tomasz Konieczny, partner w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

10 największych IPO w III kw. 2015 r. mln euro* mln euro** Sektor  Giełda Kraj pochodzenia Spółka portfelowa funduszu PE  
Deutsche Pfandbriefbank 1 086 1 157  Sektor finansowy Deutsche Börse Niemcy Nie
Euskaltel 764 840  Telekomunikacja BME Hiszpania Tak
Flow Traders 521 599  Sektor finansowy Euronext Holandia Tak
ADO Properties 415 415  Sektor finansowy Deutsche Börse Niemcy Nie
UK Mortgages 350 350  Sektor finansowy Londyn Wielka Brytania Nie
Space2 300 300  Sektor finansowy Borsa Italiana Włochy Nie
Cassiopea 157 169  Opieka medyczna SIX Swiss Włochy Nie
Banca Sistema 146 161  Sektor finansowy Borsa Italiana Włochy Tak
On The Beach Group 132 132  Usługi konsumenckie Londyn Wielka Brytania Tak
Menhaden Capital 112 112  Sektor finansowy Londyn Wielka Brytania Nie
Razem 3 983 4 235      

 

Na giełdzie w Warszawie odnotowano spadek aktywności na rynku pierwotnym. W trzecim kwartale 2015 roku miało miejsce 6 debiutów (jeden na rynku głównym oraz 5 na NewConnect). Łączna wartość IPO wyniosła 18 mln euro, z czego 17,7 mln euro przypadło na ofertę spółki Pekabex. 

 „Po ostatnich spadkach na warszawskiej giełdzie perspektywy rynku IPO są nieco gorsze niż przed wakacjami. Poza tym całemu rynkowi, w tym segmentowi ofert pierwotnych, ciąży niepewność związana ze zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi. W rezultacie rynek trwa obecnie w zawieszeniu. Z drugiej strony konkurencja o pieniądze inwestorów jest mniejsza, więc spółki, które wyjdą z dobrze przygotowanymi ofertami, mogę mieć ułatwione zadanie. Obecnie w kolejce do IPO czeka kilka ciekawych firm, planujących debiut jeszcze jesienią. Jeśli ich oferty zakończą się sukcesem, może to oznaczać moment przełomowy dla rynku pierwotnego. Dla innych potencjalnych emitentów byłoby to dowodem na to, że mają realne szanse na znalezienie nabywców na swoje akcje nawet w tak trudnych czasach, z jakimi nasza giełda ma obecnie do czynienia” – mówi Filip Gorczyca, wicedyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

Dodatkowe informacje

  1. Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004-2014.
  1. O IPO Watch Europe

Raport IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie (włączając w to giełdy w Austrii, Belgii, Chorwacji, Danii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Luksemburgu, Niemczech, Norwegii, Polsce, Portugalii, Rumunii, Szwajcarii, Szwecji, Turcji, na Węgrzech, w Wielkiej Brytanii i we Włoszech) i jest publikowany kwartalnie. Debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwszą ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w ramach jednej giełdy, nie zostały uwzględnione w statystykach. Raport dotyczy okresu od 1 lipca do 30 września 2015 roku i został sporządzony w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji. Dodatkowe informacje, w tym tabele danych, są dołączone do niniejszej informacji prasowej.

  1. O współtworzących raport

Raport został opracowany przez zespół ds. rynków kapitałowych PwC. Specjaliści ds. rynków kapitałowych PwC świadczą pełen zakres usług w zakresie transakcji na rynkach kapitałowych. Usługi te obejmują przygotowanie do oferty publicznej oraz całościową obsługę doradczą transakcji, w tym doradztwo finansowe, doradztwo prawne i doradztwo podatkowe.

 

Biznesplan – mapa drogowa sukcesu firmy

Nieważne, czy chcemy rozwijać naszą dotychczasową działalność, czy rozkręcić start-up, który podbije rynek – żeby osiągnąć sukces, musimy zainwestować. Jeśli brak nam środków własnych i nie mamy za plecami wsparcia zamożnego inwestora, najprostszym i najbardziej dostępnym sposobem na pozyskanie kapitału potrzebnego do wzrostu firmy jest kredyt. Aby go uzyskać, a następnie wykorzystać pozyskane środki jak najefektywniej, dobrze mieć biznesplan. Do czego będzie on nam potrzebny i jak go przygotować?

Elżbieta Micigolska-Turczyk z Idea Expert
Elżbieta Micigolska-Turczyk z Idea Expert

Biznesplan to nie tylko kolejny dokument, którego wymaga od nas bank przy udzielaniu kredytu. Dobrze wykonany będzie ułatwieniem w prowadzeniu biznesu, swoistą mapą drogową naszych działań. Dobry biznesplan powinien zawierać długofalową strategię rozwoju firmy, biorącą pod uwagę możliwe zagrożenia i przedstawiającą pomysły na ich uniknięcie. Praca nad planem biznesowym pomaga zdefiniować cele i metody ich osiągnięcia. W przyszłości dokument ten będzie też pomagał na bieżąco kontrolować, czy środki finansowe wydawane są zgodnie z założeniami, a firma rozwija się tak, jak planowaliśmy.

W procedurze kredytowej biznesplan to dokument szczególnie ważny dla nowych firm, które nie mogą pochwalić się udokumentowaną historią finansową i muszą przekonać bank do swojej wizji. Przy składaniu wniosku o kredyt biznesplan pomoże udowodnić, że nasz pomysł na rozwój ma twarde finansowe podstawy, że myślimy perspektywicznie i działamy według strategii oraz, że kredyt ma być środkiem do osiągnięcia większego celu.

Na biznesplan składają się ogólna informacja o firmie i plan wykonawczy inwestycji lub rozwoju. Powinniśmy w nim opisać produkty lub usługi, jakie oferujemy, oraz to, czym wyróżnia się nasza działalność na tle konkurencji. Ważne będą też szczegółowe informacje o planie finansowym, w tym aktualna i prognozowana sprzedaż, przepływy gotówki i spodziewane zyski. Warto opisać również zarząd przedsiębiorstwa, doświadczenia i osiągnięcia wybranych osób, które wnoszą szczególną wartość do firmy.

Te informacje będą istotne dla banku przy ocenie naszego wniosku kredytowego. Analityk kredytowy weźmie też pod uwagę inne aspekty. Z jego punktu widzenia ważnym rozdziałem będzie na przykład analiza rynku i opis zagrożeń. Dlatego w każdym dobrym biznesplanie powinna się znaleźć analiza SWOT. Dzięki niej określimy silne i słabe strony naszej firmy oraz szanse i zagrożenia, jakie mogą dotyczyć jej działalności. Podpowiedzi, jak zrobić dobrą analizę SWOT, można znaleźć w internecie. Warto na pewno zaangażować w ten proces zarząd i pracowników, którzy dodadzą do analizy swoje doświadczenie. Analiza SWOT jest bardzo cennym punktem wyjścia do strategii i planu jej wdrożenia.

Rozdział, który w biznesplanie najbardziej zainteresuje bank, to określenie celu, na jaki potrzebujemy środków, i udziału własnych zasobów finansowych. Musimy przewidzieć opłacalność przedsięwzięcia i pokazać, że wyzwanie, jakie przed sobą stawiamy, jest dla nas osiągalne.

Na pewno pomoże sprawozdanie finansowe pokazujące wyniki przedsiębiorstwa w poprzednich latach i historię naszej firmy. Jeśli dopiero rozkręcamy biznes, atutem może być posiadanie środków trwałych, np. maszyn czy nieruchomości, które mogą stanowić zabezpieczenie kredytu. Nie obędzie się też bez sfinansowania części inwestycji z własnych środków. Biznesowym nowicjuszom banki niechętnie udzielają finansowania na 100 proc. wartości inwestycji. Warto pamiętać również o tym, że pomóc może prywatna historia kredytowa twórcy firmy. Jeśli jest dobra, analitycy kredytowi mogą wziąć ją pod uwagę, oceniając wiarygodność przedsiębiorstwa.

Niezależnie od tego, czy do napisania biznesplanu zmotywowała nas faktyczna potrzeba przeanalizowania różnych scenariuszy dla firmy, czy tylko był on nam niezbędny z powodów taktycznych do uzyskania kredytu, dobrze, żeby nie był on tylko papierowym dokumentem. Wykorzystywany zgodnie z jego przeznaczeniem, jako narzędzie określające cele, wskazujące poszczególne kroki rozwoju firmy i pomagające w monitorowaniu efektów, może być bezcennym drogowskazem podczas rozruchu firmy, ale również w trakcie jej prowadzenia – pomoże w zorganizowaniu, przyciągnięciu partnerów i pracowników czy uzyskaniu środków na dalsze inwestycje.

Dobry biznesplan pomoże skutecznie przekonać bank do przyznania nam kredytu. Po jego napisaniu pozostaje już tylko zebranie reszty niezbędnych dokumentów i udanie się do eksperta, np. pracownika firmy pośrednictwa finansowego, który pomoże wybrać najlepszą ofertę, i wprowadzić nasz plan w życie.

Elżbieta Micigolska-Turczyk, Idea Expert

MdM nadal nakręca popyt

Mimo obniżenia limitów dopłat w Warszawie i Łodzi, nie słabnie zainteresowanie mieszkaniami z rządową dopłatą. Od 1 października br. na stołecznym rynku obowiązują niższe limity ceny dla nowych lokali z dopłatą w programie MdM. Ustalona na IV kwartał maksymalna cena powierzchni wynosi 6417,49 zł za mkw. Jest to o 170,83 zł mniej od poprzedniej stawki. Jednak ta zmiana nie powinna spowodować znaczącego spadku podaży mieszkań deweloperskich z dopłatą w Warszawie – potężna skala stołecznego rynku pozwala utrzymać odsetek ofert kwalifikujących się do wsparcia budżetu na podobnym poziomie. Podobnie w Łodzi, gdzie obniżono limit MdM o 185,35 zł, do 4330,15 zł za mkw. Jednak w tym mieście deweloperzy nie windują cen. Według wyliczeń analityków serwisu RynekPierwotny.pl, przeciętna stawka transakcyjna na łódzkim rynku pierwotnym jest o tylko o 7,6 proc. wyższa od nowych limitów dopłat. A więc w tym mieście nadal można znaleźć sporo lokali w MdM.

Mocny popyt, stabilne ceny

Wśród największych aglomeracji limit dopłat obniżono jedynie w Warszawie i Łodzi. W Gdańsku i Poznaniu wskaźniki zostały utrzymane na podobnym poziomie co kwartał wcześniej i wynoszą odpowiednio 5234,35 oraz 5924,60 zł za mkw. W Katowicach miała miejsce niewielka zmiana „in plus” z 4773,45 zł notowanych w III kw. br. do 4794,90 zł za metr kwadratowy obecnie. Limit poszedł w górę również we Wrocławiu, o 62,70 zł do 5243,70 zł za mkw. oraz – najbardziej – w Krakowie, o 134,20 zł, do 5247 zł za metr.

Nowe limity dopłat nie powinny znacząco wpłynąć na funkcjonowanie programu MdM, którym zainteresowanie od września wzrosło na fali tradycyjnego jesiennego ożywienia na rynku mieszkań. Do transakcji zachęcają stabilne ceny – według wyliczeń fachowców z Home Broker w ciągu ostatnich 12 miesięcy oferty od deweloperów podrożały średnio o niecały 1 proc. dla całego kraju. Jeśli spojrzymy na poszczególne lokalizacje, najbardziej wzrosły ceny w Gdańsku (o 5,8 proc.), a mniej w Krakowie (o 3,1 proc.). Ponadto, jak zauważa Marcin Krasoń z Home Broker, deweloperzy notują rekordową sprzedaż i po raz pierwszy w historii liczba rozpoczętych przez nich budów przekroczyła 80 tys. w ciągu 12 miesięcy. To o 27 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej.

– To świetny czas na kupowanie mieszkań. Z jednej strony transakcjom nadal sprzyjają niskie stopy procentowe oraz program wsparcia w ramach MdM. Z drugiej, klienci otrzymują coraz bardziej dopasowaną do ich potrzeb ofertę – lokale o odpowiednich metrażach w atrakcyjnej cenie – mówi Wioletta Kleniewska, dyrektor sprzedaży i marketingu Polnordu. Zaznacza, że rynek pierwotny pozostaje dziś w równowadze: oferta w pełni zaspokaja popyt, a zjawisko nadpodaży jest marginalne, w nielicznych lokalizacjach.

Nowe lokale bez konkurencji

Polnord do końca br. planuje rozpocząć sprzedaż ponad 600 lokali w całej Polsce. – Deweloperzy stawiają dziś na osiedla o dużym udziale lokali 2 i 3 pokojowych do 60 mkw., bo takie właśnie oferty nadal sprzedają się najlepiej – zaznacza Wioletta Kleniewska. Wylicza, że udział ofert w MdM w inwestycjach spółki oscyluje na poziomie ok. 15 proc.

Sporo lokali do nabycia z rządowym wsparciem czeka m.in. w osiedlu 2 Potoki w Gdańsku, przy ul. Guderskiego. Są to kameralne, czterokondygnacyjne budynki z dużą liczbą 2 i 3 pokojowych mieszkań o nowoczesnych i funkcjonalnych rozkładach pomieszczeń, z przestronnymi balkonami i oddzielnymi, widnymi kuchniami. Kosztują już od 4100 zł za mkw. Polnord lokale z dopłatą proponuje również w swojej warszawskiej inwestycji Brzozowy Zakątek w Wilanowie przy ul. Branickiego i Zdrowej. Spółka w pierwszym jej etapie zaprojektowała mieszkania o powierzchniach 28 – 133 mkw. Większość lokali 3- i 4-pokojowych można kupić właśnie przy wsparciu w ramach MdM.

– Co prawda we wrześniu br. zainteresowanie programem bardzo mocno wzrosło, ale i tak nie ma obawy, że w bieżącym roku budżet na dopłaty zostanie wykorzystany. Inaczej może być w 2016 r., ale trzeba poczekać na więcej informacji, aby wiarygodnie ocenić czy i kiedy kurek z rządowymi dopłatami zostanie zakręcony – ocenia Bartosz Turek analityk z Lion’s Bank.

Co więcej, według zapewnień przedstawicieli serwisu RynekPierowotny.pl od października 2015 r. do kwietnia 2016 r. największe rynki wtórne wciąż będą znajdowały się poza zasięgiem rządowych dopłat. Największe kłopoty mają osoby szukające ofert w stolicy, gdzie trudno trafić na używane „M” w mieszczącej się w emdeemowskim limicie do 5250,68 zł za mkw. – Warszawskie mieszkania dostępne za 5 – 5,3 tys. zł za metr często odstraszają złym stanem technicznym i kiepską lokalizacją. Trudno się temu dziwić, skoro warszawski limit dla rynku wtórnego jest o 27 proc. niższy od średniej transakcyjnej ceny używanych mieszkań. W Krakowie analogiczna luka cenowa wynosi aż 30 proc. – wyjaśnia Andrzej Prajsnar, analityk portalu RynekPierwotny.pl.

BVT S.A. zadebiutowało na rynku NewConnect

BVT S.A., Spółka zajmująca się windykacją pakietów wierzytelności masowych, zadebiutowała we wtorek, tj. 29.09.2015 r., na rynku NewConnect. Zarząd Spółki ocenia, że upublicznienie na alternatywnym rynku przyśpieszy jej dynamiczny rozwój.

Do obrotu na rynku NewConnect wprowadzonych zostało 1.000.000 akcji serii C Spółki o wartości nominalnej 0,10 zł każda. Cena emisyjna akcji w ofercie prywatnej, uwzględniając przeprowadzony w lipcu br. split w stosunku 1:50, wynosiła 0,80 zł za szt. Kurs akcji podczas rozpoczęcia notowań w ubiegły czwartek, tj. 01.10.2015 r., wzrósł do poziomu 1,60 zł, a więc o 100% w odniesieniu do ceny emisyjnej. Z oferty prywatnej BVT S.A. pozyskało 800 tys. zł. i przeznaczyło te środki głównie na nabywanie kolejnych pakietów wierzytelności oraz obsługę już wcześniej zakupionych, co pozytywnie wpłynęło na wyniki finansowe Emitenta.

W 2 kw. br. Spółka osiągnęła 608 tys. zł zysku netto przy przychodach wynoszących 1.674 tys. zł. Całe pierwsze półrocze 2015 r. BVT S.A. zakończyło zyskiem netto wynoszącym 1.177 tys. zł oraz sprzedażą na poziomie 3.335 tys. zł.

„Zgodnie z założeniami Zarządu w zakresie kolejnych etapów rozwoju Spółki w dniu 29 września akcje BVT S.A. zostały wprowadzone na rynek NewConnect. Trzeci kwartał 2015 r. jest dla Spółki szczególnie istotny, ponieważ bezpośrednio rzutuje na jej bliższą i dalszą przyszłość. Debiut na NewConnect umożliwi nam szersze spektrum możliwości pozyskiwania środków finansowych. Kwestią bezsporną jest wpływ tego wydarzenia na wizerunek firmy, a to z kolei przekłada się w sposób wymierny na chęci inwestorów związane z inwestowaniem w Spółkę. Pozyskanie dodatkowych źródeł kapitału oznacza dla nas możliwość realizacji kolejnych etapów jej rozwoju. Zakładam regularne nabywanie kolejnych pakietów wierzytelności przy założeniu stałej dywersyfikacji tych pakietów. Wiąże się to również z możliwością szybszej obsługi poszczególnych pakietów, co przekłada się bezpośrednio na wyniki finansowe osiągnięte przez Spółkę.” – mówi Katarzyna Szuba, Prezes Zarządu Spółki BVT S.A.

Spółka dokonała we wrześniu br. zakupu pakietów wierzytelności polskiego operatora telekomunikacyjnego o łącznej wartości nominalnej sięgającej blisko 3,22 mln zł, realizując tym samym założenia przyjętej Strategii Rozwoju, która zakłada nabywanie pakietów wierzytelności w nowych branżach. W skład nabytego pakietu wierzytelności wchodzi portfel spraw sądowych (usługi mobilne) oraz portfel klientów biznesowych (usługi stacjonarne). Jest to tym samym pierwszy zakup wierzytelności z nowej branży dokonany przez BVT S.A. Emitent złożył również najlepszą ofertę w przetargu na zakup pakietu wierzytelności pochodzących z sektora masowego transportu miejskiego. Jego wartość nominalna wynosi ponad 3 mln zł.

„Jak już wielokrotnie podkreślałam, Zarząd dąży do stałego rozwoju Spółki. Rozwój ten polega na nabywaniu kolejnych pakietów wierzytelności. Specjalizujemy się w branży transportowej, więc postanowiliśmy utrzymując działalność w tym zakresie, pozyskać inne obszary rynku wierzytelności. Zakupione zostały więc wierzytelności telekomunikacyjne o zróżnicowanym zabezpieczeniu, a także różne pod względem profilu dłużnika, tj. osoby fizyczne, ale też i przedsiębiorcy. Zdobyte doświadczenie przełoży się na zwiększenie elastyczności Spółki przy kolejnych zakupach. Spodziewamy się też, że decyzje Zarządu przełożą się na wyniki finansowe Spółki i być może nastąpi to już w czwartym kwartale br.” – dodaje Szuba.

BVT S.A. specjalizuje się w nabywaniu i obsłudze pakietów wierzytelności masowych o dużej dywersyfikacji dłużników, a ich zlokalizowanie obejmuje swoim zasięgiem teren całego kraju. Nabyte przez Spółkę pakiety wierzytelności zlecane są do windykacji firmie prowadzącej działalność w tym zakresie. Emitent specjalizuje się obecnie w obsłudze wierzytelności związanych z przedsiębiorstwami z branży transportu kolejowego.

Głównym akcjonariuszem BVT S.A. jest notowana na rynku NewConnect Spółka Kupiec S.A., która posiada akcje stanowiące 45,12% udziału w kapitale zakładowym oraz 46,12% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA. Rolę Autoryzowanego Doradcy dla BVT S.A. pełni Beskidzkie Biuro Consultingowe S.A. Natomiast Doradcą Finansowym i jednym z akcjonariuszy Spółki jest ABS Investment S.A.

BVT S.A. zakończyło 2014 r. zyskiem netto w wysokości 822 tys. zł oraz przychodami na poziomie 2.536 tys. zł. Akcjonariusze Spółki otrzymali również dywidendę z zysku wypracowanego w 2014 r. w łącznej kwocie 532 tys. zł, co stanowiło blisko 65% całego osiągniętego zysku.

E-faktury – czy jest się czego bać?

Choć faktury już od kilku lat można w Polsce wystawiać, przechowywać oraz przesyłać bez ich drukowania, tylko 20% małych i średnich firm korzysta z formy elektronicznej. I to pomimo, że każda wydrukowana faktura oznacza realne koszty – w skali roku wcale nie symboliczne.

Można by sądzić, że kto jak to, ale właściciele małych i średnich przedsiębiorstw z pewnością potrafią liczyć każdą złotówkę – w końcu nawet niewielkie oszczędności mogą mieć znaczenie dla ich biznesów. Tym bardziej dziwić może sytuacja, w której przedsiębiorcy ponoszą poważne koszty, na działania, które nie tylko nie są konieczne, ale co więcej, nie przekładają się na żadne korzyści!

Realne koszty

O jakich kosztach mówimy? Można by pomyśleć, że jedna faktura generuje jedynie groszowe wydatki związane z wartością kartki papieru. Do tego należy jednak doliczyć koszt tonera do drukarki, kopert, znaczków pocztowych oraz koszty osobowe pracownika, który musi przeznaczać swój czas pracy na drukowanie, pakowanie, wysyłanie dokumentów, a często także na stanie w kolejkach na poczcie. Czy nie mógłby spożytkować swojej energii na zadania bardziej istotne dla funkcjonowania firmy?

Warto uwzględnić również konieczność zakupu dodatkowych segregatorów oraz zorganizowania przestrzeni dla papierowych faktur. Pamiętajmy, że dokumentację należy przechowywać przez 5 lat, a więc nawet w niedużej firmie wiąże się to z koniecznością magazynowania tysięcy dokumentów.

Nie zapominajmy przy tym, że od momentu wystawienia papierowej faktury do chwili otrzymania jej przez adresata, musi minąć co najmniej kilka dni. Gdyby faktura została wysłana drogą elektroniczną, w wielu przypadkach zostałaby także wcześniej opłacona, co miałoby pozytywny wpływ na płynność finansową firmy-sprzedawcy.

Zero zysków

Skoro jednak tak wielu przedsiębiorców upiera się przy wystawianiu faktur papierowych, to być może wynika to z korzyści, jakie mogą dzięki temu osiągnąć? Niestety, trudno takie znaleźć.

Najczęstszym argumentem właścicieli firm przeciwko wystawianiu faktur elektronicznych jest obawa przed reakcją urzędu skarbowego. Jednak od 2013 roku, kiedy przepisy umożliwiające przechowywanie i wysyłanie e-faktur weszły w życie, do publicznej wiadomości nie przedostała się żadna informacja o tym, jakoby urząd skarbowy zakwestionował wiarygodność jakichkolwiek faktur ze względu na to, że nie zostały wydrukowane.

Fakturę można wysłać nawet e-mailem, choć przedsiębiorca chcący mieć gwarancję, że odbiorca nie będzie miał wątpliwości co do jej wiarygodności, może wysłać dokument bezpośrednio z programu księgowego. Taką funkcjonalność posiada obecnie wiele programów do wystawiania faktur, m.in. Systim.pl.

Jeśli faktyczną przeszkodą w przesyłaniu faktur on-line nie są zapisy prawa, to przyczyna przesadnie ostrożnego zachowania przedsiębiorców wynika prawdopodobnie z innych powodów. Można podejrzewać, że dużą rolę odgrywają tutaj przyzwyczajenia. Osobom, które prowadzą swój biznes od wielu lat, trudno być może wprowadzić zmiany w funkcjonowaniu firmy.  Może się też okazać, że przestarzały program księgowy nie posiada funkcji przesyłania faktur drogą elektroniczną, ani nawet zapisywania ich w formacie PDF. W takiej sytuacji przejście na e-faktury wymagać będzie zmiany oprogramowania.

Opłacalna innowacja

Zmiana systemu do księgowania to zawsze poważna operacja, szczególnie jeśli przedsiębiorca chce przenieść do nowego programu dokumentację z lat poprzednich. Nie jest to jednak niemożliwe, a dzięki programom dostępnym w chmurze, rozpoczęcie korzystania z nowego systemu nie musi wiązać się z dużymi kosztami. Zamiast jednorazowej, co najmniej kilkuset złotowej opłaty za program dla jednego komputera, wybrać można aplikację dostępną on-line, dostępną nawet za kilka złotych miesięcznie.

– W programie Systim.pl możliwe jest przeniesienie kartoteki produktów i kontrahentów z siedmiu innych programów księgowych oraz z Excela. Jeśli klient zechce przenieść faktury, jest to możliwe na indywidualne zamówienie – wyjaśnia Maciej Blajer, prezes firmy programistycznej Enadis.

Jeśli program jest dostępny w chmurze, można korzystać z niego w dowolnym miejscu i czasie, a więc nie musi być przypisany do konkretnego stanowiska pracy. Dzięki temu właściciel małej firmy może wystawić fakturę w domu lub bezpośrednio podczas spotkania z klientem.

Warto podkreślić, że e-faktury są nie tylko tańsze, ale także wygodniejsze od faktur papierowych. Przechowywanie ich w jednym systemie umożliwia łatwy dostęp do wszystkich dokumentów, bez względu na to, ile faktur miesięcznie wystawia dana firma. Z pewnością łatwiej je przeszukiwać, gdy znajdują się w komputerze niż w segregatorach.

Poza tym w nowoczesnych programach do księgowania wystawianie faktur wiąże się z dodatkowymi funkcjonalnościami. Na przykład na fakturze można automatycznie zamieszczać informacje o zaległych płatnościach i naliczonych odsetkach.  W formie elektronicznej wystawić można zarówno „zwykłe” faktury, jak również korekty, faktury zaliczkowe, rachunki, pro formy. W Systim.pl można nawet tworzyć własne szablony dokumentów, co może być szczególnie przydatne dla firm zagranicznych lub polskich, ale działających na wielu rynkach.

– Fakturę najlepiej stworzyć w wersji elektronicznej i przechowywać od razu w tym samym systemie, w którym została utworzona. Z tego samego programu możemy wysłać ją do kontrahenta, który już kilka minut później będzie mógł zaksięgować ją u siebie – mówi Maciej Blajer. – W przypadku kontroli skarbowej nie trzeba drukować faktur. Wystarczy zapewnić urzędnikom dostęp do faktur elektronicznych. Nie ma też potrzeby, aby na fakturach stosować podpis elektroniczny – podkreśla.

Przyszłość należy do e-faktur

Szacuje się, że w roku 2017 już połowa wszystkich dokumentów wystawianych w Unii Europejskiej będzie miała postać elektroniczną. Można też zakładać, że w przyszłości zmiany prawne będą szły w kierunku upowszechniania dokumentacji elektronicznej i wycofywania wydruków (m.in. z powodów ekologicznych).

Oznacza to, że za kilka lat problemy mogą mieć raczej ci przedsiębiorcy, którzy zechcą trwać przy dokumentach papierowych niż ci, którzy wykorzystują w swojej pracy nowoczesne narzędzia. A skoro tak, to im szybciej firma zacznie „digitalizować” dokumenty, tym mniej ich będzie musiała przetworzyć na postać elektroniczną w przyszłości. Wcześniejsze przejście na e-faktury może więc oznaczać realne oszczędności.

Innowacje technologiczne w branży dźwigowej

Branża dźwigowa jest segmentem rynku, który dynamicznie się rozwija, a rozwój ten jest uzależniony od wielu czynników, m.in. dostępu do nowoczesnych materiałów i specjalistów, którzy w oparciu o światowe trendy są w stanie wdrażać nowe rozwiązania. Mimo to rynek potrzebuje odważnego gracza, który nie tylko będzie ulepszał dotychczasowe rozwiązania na rynku, ale potrafił wręcz zrewolucjonizować podejście do produkcji specjalistycznych urządzeń.

Syndromy rozwoju rynku

Branża dźwigowa dysponuje specjalistycznymi urządzeniami, które pozwalają podnieść zarówno kilkukilogramowe produkty, jak i ciężary rzędu setek ton. Zasila wiele segmentów rynku, dostarczając urządzeń potrzebnych, m. in. w sektorze energetycznym, górniczym, transportowym, motoryzacyjnym czy przemysłowym. W tej branży wprowadzane zmiany technologiczne raczej nie mają charakteru przełomowego, nie ma tutaj nagłych skoków technologicznych, jak chociażby w sektorze elektronicznym. Zmiany wdrażane są stopniowo. Dotyczą one głównie urządzeń, wykorzystywanych w ciężkich warunkach pracy, które obwarowane są szczegółowymi zasadami bezpieczeństwa. Jeśli chodzi o dźwigi, wciągarki i inne specjalistyczne rozwiązania do pracy w niebezpiecznym terenie, to można wskazać na ulepszenia materiałów odporniejszych na skrajnie niekorzystne warunki pogodowe, powłok ognioodpornych radzących sobie jeszcze lepiej z wysokimi temperaturami czy bardziej wymagające certyfikaty, determinujące jeszcze lepsze zabezpieczenia życia i zdrowia użytkowników. Warto również docenić nowoczesne silniki, oparte o jeszcze wytrzymalsze (tańsze w eksploatacji, wymagające znacznie mniejszych nakładów na serwisowanie) materiały, czy też sposoby sterowania z wykorzystaniem bardzo dokładnych czujników, zapewniające pracownikom odpowiedni margines bezpieczeństwa, oraz znacząco obniżające koszty utrzymania całej maszynerii w idealnym stanie.

Kierunki rozwoju branży

Na rynku wielu jest silnych graczy, którzy mocno inwestują w rozwój sprzętów specjalistycznych. Niewielu jednak z nich potrafi wyjść naprzeciw klienta, a tym samym poza standardową produkcję seryjną.

Nie opieramy swojej działalności tylko i wyłącznie na produkcji taśmowej. Usługa oparta jest o indywidualne podejście do klienta, dedykowane projektowanie maszyn, prototypowanie na podstawie niemal 30-letniego doświadczenia w branży, ich testowanie, a następnie dostarczanie do klienta. Zdecydowanie postawiliśmy na rozwój i chcemy projektować urządzania innowacyjne. Inwestujemy w nowoczesne i specjalistyczne oprogramowania i stanowiska do analiz i prototypowania, zapewniając sobie zaplecze technologiczne do tworzenia bazy testowej, jak i wsparcie najlepszych specjalistów na rynku, pozwalające na konstruowanie jeszcze dokładniejszych oraz bezpieczniejszych rozwiązań. Chcemy wprowadzić nową jakość na rynku dźwigowym.  – komentuje Sebastian Przygoda, Prezes, Red Rooster Poland.

Comperia wzmacnia swoją pozycję na rynku ubezpieczeń

Comperia.pl S.A., popularna polska porównywarka produktów i usług finansowych, podpisała strategiczną umowę z grupą finansową Arrant Sp. z o.o. na wdrożenie aplikacji Comperia Agent, pomocnej w codziennej pracy agentów ubezpieczeniowych.

Jak wygląda codzienna praca agenta ubezpieczeniowego? Włącza komputer lub inne przenośne urządzenie z dostępem do Internetu, a następnie przedziera się przez gąszcz różnego rodzaju systemów dostarczanych przez towarzystwa ubezpieczeniowe – kilkanaście kalkulacji, setki wprowadzonych danych, tylko po to, by wybrać końcowemu klientowi najlepszą na rynku ofertę ubezpieczeniową. Sytuację tę postanowiła zmienić ogólnopolska grupa finansowa Arrant Sp. z o.o., która z myślą o swoich współpracownikach i klientach podpisała z Comperia.pl S.A. umowę na wdrożenie aplikacji Comperia Agent.

– Dzięki naszej aplikacji agent ubezpieczeniowy wykonuje wszystkie czynności, od jednokrotnego wpisania danych i automatycznego wygenerowania kilkunastu kalkulacji, po wystawienie polisy, w jednym oknie przeglądarki internetowej. Jest to niebywałe ułatwienie codziennej pracy. Agent ubezpieczeniowy oszczędza swój czas, wybiera najlepszą ofertę dla klienta oraz z poziomu CRM lepiej zarządza posiadaną bazą klientów. Dodatkowym wyróżnikiem Comperia Agent jest integracja z programem partnerskim ComperiaLead, co umożliwia agentom uzyskiwanie dodatkowych korzyści finansowych np. poprzez polecanie klientom jazd próbnych najnowszymi modelami aut. Cieszy nas również co raz większa otwartość Towarzystw Ubezpieczeniowych w współtworzeniu naszej aplikacji – powiedział Daniel Palak, dyrektor zarządzający obszarem ubezpieczeń w Comperia.pl S.A.

Arrant Sp. z o.o. specjalizuje się w sprzedaży ubezpieczeń komunikacyjnych, majątkowych oraz życiowych. Grupa obecnie zatrudnia blisko 3 tys. zarejestrowanych pośredników finansowych a w roku 2015 planuje zebrać ponad 100 mln zł składki plasując się tym samym w ścisłej czołówce ogólnopolskich operatorów finansowych.

– Spółka stawia na nowoczesne rozwiązania technologiczne zarówno w obszarze doradztwa oraz sprzedaży produktów ubezpieczeniowych, jak i obsługi posprzedażowej swoich partnerów. Ostatni kwartał bieżącego roku będzie dla Arrant bardzo pracowity, gdyż poza działaniami zmierzającymi do realizacji planu sprzedaży, planujemy bardzo dobrze i skutecznie przygotować się do wdrożenia aplikacji Comperii, aby zainteresować tym narzędziem jak największą liczbę naszych współpracowników. Razem z Comperią pracujemy także nad modyfikacjami, które dodatkowo wyróżnią aplikację Arrant. Jestem przekonany , że zarówno nasza nowa aplikacja sprzedażowa, jak i kolejne nowości technologiczne, które wkrótce zaprezentujemy, nie tylko przyczynią się do dalszego rozwoju spółki Arrant, ale także wprowadzą potrzebę zmian w procesie obsługi klienta na polskim rynku. – powiedział Artur Pakuła, Prezes Zarządu Arrant Sp. z o.o.

Comperia.pl S.A. już od kilku kwartałów zmaga się z rynkiem o zaufanie do nowoczesnych rozwiązań technologicznych dla agentów ubezpieczeniowych. Dotychczas Comperia Agent zaufali m.in. Diamond Finance, Lubuska Grupa Kapitałowa, ATUT, Agencja Ubezpieczeniowa Ewa Rosa, a także Idea Partners Group.

Moralny kapitalizm

0

Debata zorganizowana przez Centrum Myśli Jana Pawła II i Narodowy Bank Polski w ramach kolejnej edycji Dziedzińca Dialogu. Dyskusja odbyła się 5 października 2015 w siedzibie NBP.

Jakub Borowski, Crédit Agricole: Złoty będzie taniał. Powodem wybory w Polsce i oczekiwana podwyżka stóp procentowych w USA

CEO Magazyn Polska

W najbliższych miesiącach można oczekiwać osłabienia złotego. Polskiej walucie nie będzie sprzyjać ani oczekiwana podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, ani krajowe wybory, które prawdopodobnie przyniosą zmianę rządu, stojącej za nim większości parlamentarnej i prowadzonej polityki gospodarczej. Złotego osłabić może też Rada Polityki Pieniężnej. Dlatego zdaniem Jakuba Borowskiego z Crédit Agricole bardziej zdecydowanego umocnienia polskiej waluty nie należy się spodziewać przed II półroczem 2016 roku.

W ciągu ostatniego roku złoty nieznacznie tylko osłabił się do euro, a licząc od stycznia, nawet lekko urósł. W tym okresie najwyższa i najniższa wartość wspólnej waluty różniła się o 40 groszy. Roczne straty do dolara i franka szwajcarskiego sięgnęły jednak 11-12 proc. I nie zanosi się na odwrócenie tego trendu w ciągu nadchodzących miesięcy.

Kurs złotego w najbliższych kwartałach będzie przede wszystkim pod wpływem czynników globalnych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jakub Borowski, główny ekonomista Crédit Agricole. – Tym kluczowym czynnikiem, który w najbliższych miesiącach może mieć istotny wpływ na kurs złotego, będzie polityka pieniężna Rezerwy Federalnej. Oczekujemy, że ta długo wyczekiwana i dyskutowana już od wielu miesięcy podwyżka stóp nastąpi.

Amerykańska gospodarka ma się coraz lepiej i utrzymywanie przez Fed rekordowo niskich stóp procentowych – zdaniem wielu ekonomistów – nie jest już konieczne. W II kwartale PKB Stanów Zjednoczonych wzrosło o 3,9 proc. i był to wynik znacznie lepszy od prognoz. Nie można więc wykluczyć, że Zarząd Rezerwy Federalnej podniesie oprocentowanie amerykańskich kredytów jeszcze na spotkaniu 27-28 października.

Będzie to czynnik osłabiający waluty rynków wschodzących, które do tej pory korzystały z napływu kapitału, który z kolei umacniał waluty krajowe ocenia Jakub Borowski. Stąd spodziewam się, że w najbliższych tygodniach prawdopodobieństwo umocnienia złotego jest niskie, a dodatkowym elementem, który będzie oddziaływał w kierunku osłabienia kursu złotego, będą wybory parlamentarne w Polsce.

Sytuacja polityczna, a zwłaszcza niepewność związana ze zmianą rządzącej ekipy, ma bowiem wpływ na notowania walutowe, co uwidoczniło się w reakcji rynków na wynik majowych wyborów prezydenckich.

Jeśli dojdzie do znaczących zmian na scenie politycznej, to wzrośnie niepewność ze strony inwestorów dotycząca przyszłej polityki gospodarczej – zwraca uwagę główny ekonomista Crédit Agricole. Zapewne po jakimś czasie ta niepewność zostanie usunięta, dlatego że inwestorzy będą się musieli przyzwyczaić do nowej rzeczywistości, odmiennej od tej, w której żyli przez 8 lat, kiedy mieli stabilny układ polityczny.

Ta niepewność będzie osłabiać kurs złotego, przez co prawdopodobieństwo wyraźnego umocnienia kursu w najbliższych kwartałach jest niskie. Można go oczekiwać dopiero w II połowie przyszłego roku prognozuje Jakub Borowski z Crédit Agricole, zaznaczając jednak, że może też dojść do kolejnego osłabienia złotego. Nie jest bowiem według niego wykluczone, że Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje się na kolejną obniżkę stóp procentowych NBP.

Ta skala, o której mówimy, czyli 50 punktów bazowych, to nie jest cykl obniżek, to nie jest seria, to nie jest długotrwałe rozluźnienie polityki pieniężnej. Ale w sytuacji, w której mielibyśmy mieć stopy niższe, a w Stanach Zjednoczonych te stopy procentowe miałyby zostać podniesione, to mamy taki książkowy zestaw czynników, który oddziałuje w kierunku słabszego kursu walutowego.

Piotr Kuczyński, Dom Inwestycyjny Xelion: Z grą na krótko trzeba uważać. Lepiej nadaje się do zabezpieczania klasycznych inwestycji niż pomnażania pieniędzy

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatnich pięciu miesięcy WIG20 stracił ok. 17 proc. Choć spadki kuszą, by obstawić dalszą utratę wartości aktywów, to giełdową grę na krótko lepiej stosować do zabezpieczania klasycznych transakcji. Duże pieniądze na kontraktach terminowych zarobić jest bardzo trudno – przestrzega Piotr Kuczyński z Domu Inwestycyjnego Xelion.

Na warszawskiej giełdzie ostatnio bardzo trudno zarobić. Tracą nie tylko największe spółki. Także indeks szerokiego rynku WIG jest o przeszło 10 proc. niżej niż w połowie maja, mimo że wówczas osiągnął poziom najwyższy od grudnia 2007 roku. Na spadających rynkach część inwestorów decyduje się grać na krótko, czyli obstawiać spadki aktywów.

– Normalną grą przy spadających rynkach jest otwieranie krótkich pozycji, czyli kupowanie kontraktów, które pozwalają zarabiać wtedy, kiedy cena danych aktywów spada – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. W Polsce najbardziej popularne są kontrakty na WIG20. Wkłada się nieduży depozyt i można zagrać zarówno na spadek, jak i na wzrost wartości tego kontraktu. Bardzo pospolite są kontrakty na złoto, srebro, ropę, na wszelkie właściwie rodzaje towarów, aktywów, również na temperaturę, pogodę, na przeróżne rzeczy.

Mechanizm ten przypomina raczej zakłady bukmacherskie czy obstawianie gonitw na torach wyścigowych niż inwestycje. I podobnie jak w przypadku hazardu trudno na tym zarobić poważniejsze pieniądze.

Jest takie powiedzenie wśród inwestorów, którzy starają się grać fundamentalnie lub tylko na rosnące rynki przypomina Piotr Kuczyński. – Mówią oni: „Pokażcie mi te jachty tych, którzy grali na krótko”. Inaczej mówiąc: nie dorobisz się prawdziwego zysku, grając na krótko. A to dlatego, że bardzo często te trendy spadkowe są gwałtowne, ale szybkie, bardzo szybkie, i trudno na nich zarobić.

W Polsce do gry na krótko najlepiej nadają się kontrakty na WIG20. Tylko one dają szansę zarobku, bo jest to bardzo płynny instrument, który łatwo otworzyć, łatwo zamknąć, dlatego najłatwiej na nim zagrać.

– Dorobić można się wtedy, kiedy trwa wieloletnia hossa – podkreśla główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. Kiedy indeksy, ceny aktywów rosną. Wtedy można spokojnie inwestować, dokupując poszczególne aktywa, i zyskiwać. A rzeczywiście zarobić na krótko jest dosyć trudno.

Co nie znaczy, że kontrakty terminowe są niepotrzebne. To dobry instrument do zabezpieczania klasycznych transakcji i ograniczania w ten sposób ryzyka związanego z kupowaniem akcji i grą na ich zwyżkę.

Często jest to stosowane jako tzw. hedge, czyli zabezpieczenie pozycji – mówi Piotr Kuczyński z Domu Inwestycyjnego Xelion. Inaczej mówiąc: gram na długo, czyli na wzrost jakichś aktywów, ale wiem, że jeżeli kupię inne aktywa, które są skorelowane ujemnie z inwestycją pierwotną, czyli, kiedy jedno rośnie, to drugie spada, i wtedy otworzę kontrakty na ten spadek, to wtedy, w przypadku, kiedy nie uda mi się inwestycja, będę właśnie przez te kontrakty chroniony.

Polskie banki będą musiały zapłacić 164 mln zł kary. Uratować może je tylko kasacja

CEO Magazyn Polska

Polskie banki zostały ukarane za nielegalne porozumienie utrzymujące wysokie opłaty za korzystanie z kart płatniczych. Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił ich odwołania i utrzymał w mocy wyższe kary nałożone przez prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. To oznacza, że banki będą musiały zapłacić łącznie ponad 160 mln zł kary.

Sąd Apelacyjny oddalił we wtorek odwołania banków i uchylił wyrok Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który wcześniej  zmniejszył kary nałożone na banki do 44 mln zł. Opłat interchangowych natomiast banki obniżać już nie muszą, bowiem w ciągu ostatnich dwóch lat były one kilkakrotnie zmniejszane. Ostatniej obniżki dokonano w styczniu br.

Dla klientów w tym zakresie niewiele się zmieni – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jan Byrski, adwokat z Kancelarii Traple, Konarski, Podrecki i Wspólnicy. Banki już dostosowały swoją działalność, wraz z organizacjami kartowymi zmniejszyły wysokość opłaty interchange do 0,2 proc. od każdej transakcji kartą debetową i do 0,3 proc. od każdej transakcji kartą kredytową. Natomiast wyrok oznacza konieczność wykonania tej decyzji, która zapadła 29 grudnia 2006 roku i konieczność uiszczenia tych kar pieniężnych.

Sąd Apelacyjny podtrzymał decyzję prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów nakładającą na banki uczestniczące w porozumieniach dotyczących ustalania opłaty interchange i przywrócił kary przekraczające 160 mln zł.

– W ciągu 14 dni banki wymienione w sentencji wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie muszą wpłacić kary pieniężne. Natomiast przysługuje bankom skarga kasacyjna do Sądu Najwyższego, oczywiście po spełnieniu przesłanek, które przewidują przepisy. Zapewne banki będą korzystały z tego prawa, czekają tylko na uzasadnienie pisemne, akta sprawy.

Bez względu na postępowanie kasacyjne ukarane banki muszą do 20 października wpłacić zasądzone kary.

Te kary są dość istotne ocenia adwokat z Kancelarii Traple, Konarski, Podrecki i Wspólnicy. W stosunku do niektórych banków są to kary rzędu 20 mln zł, to są, jak się wydaje, już dość istotne kwoty dla nich. Dobrą informacją dla banków jest to, że ustawa dotycząca kredytów frankowych, w tym kształcie, który miał być, nie zostanie uchwalona. Na pewno wywoła to pewne zamieszanie, spowoduje pewne ruchy, bo te pieniądze już teraz należy znaleźć i wpłacić do budżetu państwa.

Wraz z obniżką opłat wzrosła w Polsce popularność kart bankowych. W II kwartale, jak podaje Narodowy Bank Polski, przeprowadzono przy użyciu kart płatniczych 841,6 mln transakcji, co oznacza w perspektywie roku wzrost o 31 proc., a na przestrzeni ostatnich dwóch lat o 50 proc. Jednocześnie, w ciągu ostatniego roku liczba transakcji bezgotówkowych wzrosła o 47,5 proc., a w ciągu dwóch lat o ponad 80 proc. Wartość tych transakcji wzrosła o 26 proc. w ciągu roku i o 42 proc. w ciągu dwóch lat. O prawie 24 proc. zwiększyła się też w tym czasie liczba sklepów przyjmujących płatności kartami.

Wyrok potwierdził to, co już się działo w Unii Europejskiej zwraca uwagę mec. Jan Byrski z Kancelarii Traple, Konarski, Podrecki i Wspólnicy. Wyroki Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Sądu Pierwszej Instancji w sprawie MasterCard potwierdzały, że w takiej wysokości i ustalana wielostronnie opłata interchange jest niedopuszczalna. Nie ma w tym zakresie możliwości powoływania tzw. zwolnienia indywidualne, po prostu nie należy uczestniczyć w porozumieniach dotyczących takich opłat.

S. Niesiołowski (PO): Zakup okrętu podwodnego i pocisków samosterujących u jednego producenta zagwarantuje spójność wyposażenia floty

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Obrony Narodowej proponuje, by rozdzielić proces zakupu okrętów podwodnych i pocisków manewrujących, stanowiących ich najważniejszy oręż. Zdaniem Stefana Niesiołowskiego, posła Platformy Obywatelskiej i przewodniczącego parlamentarnej Komisji Obrony Narodowej realizacja tego programu w takim kształcie będzie trudna, bo zagrażałoby to spójności uzbrajania Marynarki Wojennej.

Trzy nowoczesne okręty podwodne, które do 2030 roku mają wzmocnić polską flotę, będą kosztowały ok. 7,5 mld zł. Każdy z pocisków manewrujących dalekiego zasięgu, które mają być ich kluczowym uzbrojeniem, kosztować będzie dodatkowo kilka milionów. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami resortu obrony narodowej zakup okrętów podwodnych miał być połączony z zakupem pocisków. W ostatnich dniach wiceminister Czesław Mroczek zasugerował, że pociski będą pozyskiwane w odrębnym postępowaniu.

To była pewna sugestia ministra Mroczka. Uważam, że będzie trudno realizować ten program, jeżeli oddzieli się zakup okrętu podwodnego od zakupu rakiet. Trzeba to przedyskutować – zwraca uwagę w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stefan Niesiołowski, poseł Platformy Obywatelskiej. – Wydaje mi się, że spójność tego programu możliwa jest tylko wtedy, kiedy państwo zagwarantuje jedność okrętów i rakiet.

Uzbrojone w pociski samosterujące okręty podwodne mają pełnić funkcję odstraszającą i zagwarantować, że Marynarka Wojenna będzie w stanie skutecznie niszczyć kluczowe cele na terytorium przeciwnika. By to osiągnąć, oba typy uzbrojenia muszą ze sobą doskonale współpracować. Stefan Niesiołowski obawia się, że gdy pochodzić będą od różnych producentów, to ten cel może być zagrożony.

Nie bardzo sobie wyobrażam, jak to miałoby wyglądać, zwłaszcza że do tej pory raczej obowiązywała koncepcja, że okręty i rakiety mają jednego producenta, i z tego, co pamiętam, również przedstawiciele MON-u ją popierali. To się wydaje naturalne i chyba nic takiego się nie wydarzyło, żeby to zmienić. Być może są jakieś argumenty, trzeba to przedyskutować – mówi Niesiołowski.

Wiceminister Mroczek zasugerował także, że rozważany jest zakup okrętów podwodnych w grupie kilku państw NATO.

Jak podkreśla Niesiołowski, bez względu na to, jaka forma przetargu zostanie wybrana, MON nie zrezygnuje z budowania potencjału odstraszania, czyli wyposażenia okrętów podwodnych w pociski.

Zakup okrętów podwodnych jest jednym z wielu programów modernizacji polskiej armii.

W tej chwili polska armia staje się bardzo nowoczesna, jest bardzo wiele zestawów, są Rosomaki, Leopardy, zestawy przeciwrakietowe, samoloty F-16, za chwilę będą polskie drony. Mamy w tej chwili bardzo nowoczesną, nieco ponadstutysięczną, z siłami rezerwy nieco większą, zawodową, sprawną armię. Różnie to jest oceniane, ale mówi się, że to 6 czy 7 armia w NATO – mówi poseł PO.

Rynek żywności ekologicznej może wzrosnąć w tym roku do 1 mld zł. Coraz więcej takich produktów w supermarketach

CEO Magazyn Polska

Nawet o 1/3 rocznie rośnie rynek produktów ekologicznych. Na koniec tego roku jego wartość może sięgnąć 1 mld zł. Tego typu produkty oferują nie tylko małe specjalistyczne sklepy, lecz także duże supermarkety. Na rozszerzenie działu z produktami bio zdecydowała się m.in. sieć Intermarché.

Przyrost obrotów w naszej sieci na produktach bio to około 30 proc. rocznie. Nie możemy pozostać obojętni na te liczby i rosnące zapotrzebowanie wśród konsumentów. Dlatego poszerzyliśmy asortyment do 150 produktów – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Waligórski, prezes dyrekcji handlowej Intermarché. – Warto zaznaczyć, że produkty bio to nie tylko żywność, lecz także kosmetyki i chemia.

Szacuje się, że polski rynek produktów ekologicznych wart jest około 600-650 mln zł i rośnie około 20-30 proc. rocznie. Pod koniec 2015 roku wartość może sięgnąć nawet 1 mld zł. Mimo tak dużych wzrostów sprzedaż żywności ekologicznej wciąż stanowi jedynie 0,3 proc. całego rynku spożywczego.

Jak zaznacza Waligórski, wszystkie produkty bio sprzedawane w Intermarché posiadają specjalne certyfikaty Unii Europejskiej. Do oferty marki własnej bio w tym roku sieć dołączyła takie produkty, jak nasiona konopi czy spirulina (należąca do grupy sinic, które są bogate w białko).

– Współpracujemy głównie z polskimi wytwórcami. Gros tych produktów pochodzi z Polski, chociaż wykorzystujemy też francuskich partnerów oraz nasze fabryki Muszkieterów we Francji – wyjaśnia Krzysztof Waligórski.

Rosnące zainteresowanie klientów i sieci przekłada się także na wzrost liczby ekologicznych gospodarstw – pod tym względem zajmujemy siódme miejsce w Europie.

Rozszerzanie asortymentu produktów ekologicznych to tylko jeden z kilku elementów zmiany konceptu funkcjonowania sieci. Intermarché stawia w swojej ofercie przede wszystkim na świeże produkty: własne wędzarnie, piekarnie, a także cukiernie i stoiska z warzywami i owocami.

W ostatnim czasie sieć supermarketów Intermarché wprowadziła także usługę Drive, czyli możliwość zamówienia zakupów przez internet i odebrania ich w sklepie. W ofercie online dostępnych jest obecnie blisko 7,5 tys. produktów i ich liczba sukcesywnie rośnie. Opcja Drive funkcjonuje już w supermarkecie w Poznaniu, a w najbliższym czasie zostanie uruchomiona w Śremie i Świdnicy.

Dwa tygodnie temu uruchomiliśmy pierwszą placówkę Drive. Pierwsze efekty są pozytywne – twierdzi Krzysztof Waligórski. – W październiku uruchomimy kolejne dwie placówki, w Śremie i Świdnicy, które będą miały usługę Drive. Wtedy też będzie można dokonać wstępnej analizy rezultatów projektu.

Opcja Drive już funkcjonuje w sklepach sieci we Francji. Jak zaznacza Waligórski, e-handel w Polsce również ma ogromny potencjał.

Drive to rozwiązanie, które oszczędza czas. Można ustalić godzinę i datę odbioru, więc konsument dosłownie w kilka minut robi zakupy u nas w sklepie – wyjaśnia Waligórski. – We Francji punkty Drive notują bardzo dobre wyniki, dlatego w Polsce nie chcielibyśmy pozostać w tyle.

Udany transfer z biotechnologii do biznesu. Już wkrótce bioimplanty mogą pomóc w odbudowie ludzkich kości

CEO Magazyn Polska

Już wkrótce do regeneracji tkanki kostnej i chrzęstnej u człowieka może być stosowany bioimplant. Dzięki wynalazkowi pacjent odzyska funkcjonalną i naturalną tkankę. Wdrożenie produktu do przemysłu to czasochłonne i wymagające wsparcia sektora biznesowego przedsięwzięcie. Aby wdrażanych projektów było więcej, naukowcom potrzebna jest pomoc ze strony uczelni i biznesu, bez którego komercjalizacja wynalazków jest praktycznie niemożliwa.

Bioimplant ma odtworzyć ubytek tkanki kostnej, pomóc w odbudowie powstałej nieciągłości. Komórki odtworzą kształt implantu, który się rozpuści, a w tym miejscu po pewnym czasie od zaimplantowania takiego „rusztowania” nasza kość zostanie odtworzona w naturalnym wymiarze – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Barbara Ostrowska, doktorantka Politechniki Warszawskiej na Wydziale Inżynierii Materiałowej i prezes MaterialsCare, spółki zajmującej się bioimplantami.

Implanty mają charakter spersonalizowany – kształt stworzony na podstawie np. obrazu tomograficznego będzie taki, jak ubytek kostny u chorego. Obecnie implanty mają służyć regeneracji tkanki kostnej oraz chrzęstnej, ale w przyszłości także innych rodzajów tkanek. Produkt jest wytwarzany z ulegającego rozpadowi biologicznego materiału o zwiększonej wytrwałości, biodegradowalnych polimerów, ceramiki, metali i ich stopów oraz materiałów kompozytowych.

– Oszacowanie zysków i kosztów wytworzenia bioimplantu nie jest łatwe, inaczej się kalkuluje koszty w skali laboratoryjnej, inaczej w przemysłowej. W produkcji laboratoryjnej, po doliczeniu materiałów, kosztów robocizny, przygotowanie takiego implantu to koszt 500-600 zł za sztukę. Dużo zależy też od wielkości takiego implantu – mówi Ostrowska.

Bioimplant jest obecnie stosowany u zwierząt. Naukowcy liczą, że wkrótce zacznie być wykorzystywany na dużą skalę również w leczeniu ludzi. Zwłaszcza że – jak podkreśla Ostrowska – firma liczy również na refundację z NFZ.

Wdrożenie implantu do przemysłu nie jest proste, konieczne jest zrobienie pełnych badań laboratoryjnych. Następnym krokiem jest uzyskanie pomocy kogoś z sektora przemysłu, kto pomoże doprowadzić do komercjalizacji – tłumaczy ekspertka i podkreśla, że naukowcom często brakuje odpowiedniej wiedzy biznesowej. – Kluczowe w całej komercjalizacji jest właśnie znalezienie partnera biznesowego, który pomoże nam wprowadzić dany produkt na rynek.

W Polsce rosną nakłady na badania i rozwój w sektorze biotechnologicznym. Dane OECD wskazują, że w okresie 2010–2013 udział biotechnologii w wydatkach przedsiębiorstw na B+R zwiększył się w naszym kraju z 1,3 do 3 proc. Prywatne wydatki w dziedzinie biotechnologii w 2012 roku wyniosły w Polsce 17 mln euro. Dla porównania, w Niemczech to ponad 1 mld euro, a we Francji blisko 2,5 mld euro.

Problemem, oprócz niewielkich nakładów finansowych, jest również czas. Od pomysłu do wprowadzenia go na rynek mija nawet 10 lat. Potrzebna jest też szersza współpraca między światem nauki a biznesem, która pomogłaby w komercjalizacji projektu.

Aby wdrożenia były łatwiejsze, konieczna jest zdecydowanie większa pomoc ze strony macierzystej uczelni – ocenia Ostrowska. – Część projektów kończy swoją historię pracy bardzo ciekawymi osiągnięciami, ale często lądują po prostu w szufladzie. Potrzebny jest ktoś, kto wyłapie taki pomysł, a później, krok po kroku wyjaśni, jak go wprowadzić na rynek.

70 proc. Polaków kupuje produkty marek własnych sieci handlowych. Tesco rozwija więc kolejną ofertę takich produktów

CEO Magazyn Polska

Produkty marki własnej kupuje niemal 70 proc. klientów sieci handlowych. Z badań wynika, że 82 proc. z nich kieruje się przy zakupach wysoką jakością produktów i ich smakiem. Dlatego Tesco rozwija ofertę marki własnej wysokiej jakości Tesco finest*.

W przeszłości jakość produktów marki własnej była postrzegana jako wymagająca poprawy. Przez ostatnie lata ciężko pracowaliśmy nad brandem Tesco, żeby dostarczać klientom wysoką jakość – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jamie Walker, dyrektor ds. produktów na Europę Środkową w Tesco.

W ostatnich pięciu latach świadomość konsumentów wzrosła. Ich decyzje zakupowe nie zależą już wyłącznie od ceny, ale w dużej mierze od jakości i smaku produktu. Badania Tesco wskazują, że tymi kryteriami kieruje się 82 proc. klientów w Polsce.

Takie kwestie jak cena wciąż są bardzo istotne, ale klienci coraz większą wagę przywiązują do jakości i innowacji. Nasza nowa gama produktów marki finest* łączy te cechy. Mamy więc nadzieję na pozytywną reakcję konsumentów – mówi Jamie Walker.

Finest* to marka własna Tesco, która oferuje produkty wysokiej jakości. Wprowadzając ją na stałe do polskich sklepów, sieć chce zwiększać udział marek własnych w ogólnej sprzedaży. Według danych Tesco niemal 70 proc. klientów kupuje produkty marki własnej, doceniając ich jakość i rozsądną cenę.

Produkty Tesco finest* po raz pierwszy na półki sieci sklepów w Polsce trafiły już w zeszłym roku, tuż przed Bożym Narodzeniem. Teraz do sprzedaży na stałe trafi rozszerzona gama produktów.

W ubiegłym roku wprowadziliśmy markę finest* do sprzedaży na rynkach czeskim i słowackim. To doświadczenie pomaga nam we wprowadzeniu marki w Polsce. W Wielkiej Brytanii stale rozwijamy listę produktów, więc możemy czerpać wiedzę również z tego rynku – wymienia Jamie Walker.

Produkty dostępne będą nie tylko w dużych hipermarketach, lecz także w mniejszych formatach sklepów. Trafią do sprzedaży zarówno w dużych miastach, jak i w mniejszych miejscowościach.

Finest* to około 160 produktów będących w sprzedaży jedynie w sieci Tesco. Począwszy od oryginalnych kaw z Ameryki Południowej i Afryki, poprzez francuskie dressingi, oliwy i sosy, po włoskie makarony i wiele innych

Chcemy współpracować z różnymi markami wysokiej jakości, ale rozwój własnej marki finest* jest dla nas bardzo ważny. To ona jest powodem, dla którego część klientów robi zakupy w Tesco – twierdzi Jamie Walker. – Wszystkie produkty naszej marki własnej opatrzone są gwarancją jakości, jednak z brandu finest* jesteśmy szczególnie dumni. Mają one składniki najwyższej jakości, sprawdzone źródła i ściśle określony procesy produkcyjne. Mamy więc pewność, że ich jakość zdobędzie uznanie klientów.

Obecnie sieć w Polsce ma około 450 sklepów. W całym regionie Europy Środkowej natomiast działa ich około tysiąca.

Polacy przekazali z 1 procenta podatku ponad pół miliarda złotych. Najczęściej wspierali chorych i dzieci

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej Polaków przekazuje ze swojego podatku 1 procent na rzecz organizacji pożytku publicznego. Zdecydowało się na to 12,5 mln osób, czyli 47 proc. ogólnej liczby podatników rozliczających się za 2014 rok. W ten sposób udało się zebrać 557,6 mln zł, czyli o ponad 49 mln zł więcej niż rok wcześniej. Jedna czwarta środków została przeznaczona na Fundację Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”.

Polacy najchętniej przekazują swój 1 procent organizacjom, które działają poprzez mechanizm tzw. subkont, bo dzięki temu przekazują pieniądze np. konkretnemu dziecku, które jest chore, wymaga rehabilitacji czy terapii. Dana organizacja otwiera subkonto i rodzina, przyjaciele, bliscy wpłacają na nie środki z przeznaczeniem na konkretną osobę – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dorota Pieńkowska, specjalistka w dziedzinie finansowania OPP w Funduszu PAFPIO. – Podobnie jest z organizacjami, które zbierają na zwierzęta. To oznacza, że ludzie lubią wiedzieć, na co ich pieniądze idą.

Niezmiennie od kilku lat liderem jest Fundacja Dzieciom „Zdążyć z pomocą”, która i w tym roku zebrała największą kwotę 136 mln zł, czyli około 25 proc. wszystkich pieniędzy. Na kolejnych miejscach były: Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko” (20,7 mln zł) oraz Avalon – Bezpośrednia Pomoc Niepełnosprawnym (15,7 mln zł).

Ludzie najczęściej kierują się emocjami, więc te organizacje, które w sposób przekonujący operowały obrazem chorych dzieci czy biednych zwierząt i wykorzystywały do tego środki reklamowe, np. billboardy, pozyskały najwięcej środków – tłumaczy Dorota Pieńkowska.

Najmniej, bo jedynie 70 gr, zostało przekazane na Fundację Rozwoju Wioślarstwa Polskiego. Według PAFPIO 1 procent postrzegany jest jako narzędzie pomocy indywidualnym osobom – bliskim, znajomym, chorym oraz niepełnosprawnym.

Dorota Pieńkowska zaznacza, że idea przekazywania części podatku została nieco wypaczona. Z założenia mechanizm miał pomóc połatać dziury w środkach na koszty administracyjne fundacji.

Projekty niechętnie dają środki na tzw. koszty administracyjne – biuro, pracowników, papier. Chętniej dają na działania stricte operacyjne. Te pieniądze z 1 procenta były tak pomyślane, aby tę lukę zapełnić. Niestety, strumień pieniędzy, który płynie do osób indywidualnych, wypacza tę ideę – wyjaśnia Dorota Pieńkowska. – Ale to też pokazuje, że jest luka w systemie służby zdrowia, w systemie państwowym. Ludzie nie wierzą, że można skutecznie wyleczyć, zrehabilitować dziecko, w związku z tym biorą sprawy we własne ręce – dodaje.

Ogólnie w ten sposób Polacy wspomogli 7888 organizacji, w porównaniu z 8425 rok wcześniej. Przeciętnie podatnicy, którzy złożyli wniosek o przekazanie 1 procenta należnego podatku, przekazali organizacjom pożytku publicznego kwotę około 45 zł.