Komentarz walutowy z 13.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Aluflam poszerzy listę najemców parku MLP Pruszków II
Aluflam, duński koncern wytwarzający przeciwogniowe konstrukcje z aluminium i szkła, podpisał umowę najmu 4,5 tys. mkw. powierzchni magazynowo-produkcyjnej w parku MLP Pruszków II, należącym do MLP Group. W transakcji pośredniczyła agencja Sharman Church.
Firma Aluflam Extrusion Sp. z o.o., wchodząca w skład duńskiego koncernu, podpisała umowę z MLP Group dotyczącą najmu około 4,5 tys. mkw. powierzchni w parku logistycznym MLP Pruszków II.
Spółka zamierza przeznaczyć blisko 4,3 tys. mkw. na cele produkcyjno-magazynowe. Z kolei na powierzchnie socjalno-biurowe wygospodarowane zostanie nieco ponad 0,2 tys. mkw. Ze względu na produkcyjny charakter działalności, konieczna będzie odpowiednia adaptacja obiektu pod potrzeby Aluflam.
Grupa Aluflam specjalizuje się w produkcji i montażu konstrukcji przeciwpożarowych z aluminium i szkła. W ofercie Aluflam znajdują się m.in. okna, drzwi, drzwi przesuwne, okna dachowe i szklane dachy. Produkty koncernu są dostępne na całym świecie.
„Zawarta umowa zakłada dostarczenie najemcy powierzchni dostosowanych do działalności produkcyjnej. Jesteśmy pod tym względem bardzo elastyczni i dopasowujemy nasze obiekty do indywidualnych potrzeb naszych klientów. Taka strategia zapewnia nam systematyczną poprawę osiąganych wyników” – podkreślił Radosław T. Krochta, Dyrektor Generalny, Wiceprezes Zarządu MLP Group S.A.
Centrum logistyczne MLP Pruszków II położone jest w okolicach Warszawy, w gminie Brwinów, w odległości 5 km od Pruszkowa. Park zajmuje łącznie 67 hektarów i docelowo ma obejmować 302 000 mkw. MLP Pruszków II posiada rozwinięte połączenia komunikacyjne zarówno z centrum Warszawy, jak i z głównymi arteriami łączącymi stolicę z innymi miastami. Park położony jest między drogą lokalną nr 760 a odcinkiem autostrady A2, 3 km od węzła komunikacyjnego zlokalizowanego w rejonie Pruszkowa-Żbikowa. W jego pobliżu przebiegają linie kolejowe o charakterze międzynarodowym, które umożliwiają doskonałe warunki logistyczne zarówno dla dystrybucji krajowej, jak i międzynarodowej.
Czeski lepszy niż francuski. Jakich języków szukają firmy?
Język czeski jest bardziej pożądany przez pracodawców niż francuski – wynika z analiz portalu Praca.pl. Zainteresowanie tym językiem w ostatnim czasie wzrosło. Ponad 7 proc ogłoszeń zawierało wymóg znajomości tego języka. Analiza trendów na przestrzeni ostatniego roku pokazuje także wyraźny wzrost zainteresowania pracodawców osobami mówiącymi po niemiecku, to kryterium znalazło się w 23 proc. ofert pracy. Nadal najbardziej poszukiwanym językiem jest angielski, jest on wymagany w ponad połowie ogłoszeń.
– Wśród ogłoszeń znalazły się także takie języki jak fiński, szwedzki, słowacki. Związane jest to z faktem, że w Polsce powstaje coraz więcej centrów usług wspólnych. W nich Polacy obsługują klientów z innych państw i w związku z tym wymóg znajomości tych nietypowych języków staje się coraz częstszy – mówi newsrm.tv Michał Filipkiewicz, biuro prasowe portalu Praca.pl.
Najwięcej ofert pracy dotyczyło Sprzedaży i Obsługi Klienta – 30 proc wszystkich ofert pracy koncentrowało się właśnie na tym obszarze. Choć w sprzedaży nadal najłatwiej o pracę, to porównując ilość ofert pracy w sektorze do analogicznego okresu ubiegłego roku, widać 5 proc. spadek popytu na pracowników. Podobna sytuacja ma miejsce w obszarze IT. Wprawdzie 15 proc. wszystkich ofert pracy dotyczyło w Q3 2015 roku programowania, a 10 proc. Administracji IT, to w porównaniu zarówno do ubiegłego roku jak i poprzedniego kwartału widać nieznaczny spadek udziału tych ofert w całości ogłoszeń. W tej branży nadal niepodzielnie króluje Java – jest to najbardziej poszukiwany przez pracodawców język programowania. Wzrosła natomiast ilość pracy dla pracowników fizycznych. Jest to związane nie tylko z okresem wakacyjnym, ale ogólnie ożywieniem gospodarki. W analogicznym okresie ubiegłego roku praca fizyczna stanowiła 10 proc. wszystkich ogłoszeń. Obecnie – ponad 13 proc.
Do najbardziej popularnych branż należą również: Przemysł i Produkcja – 9,5 proc. całości ogłoszeń, Finanse i Bankowość – 8,2 proc., Inżynieria i projektowanie – 7,7 proc. (nieznaczny wzrost udziału ogłoszeń w porównaniu do poprzedniego kwartału), Księgowość i Audyt – 8,6 proc.
Badanie pokazało także, że pracę najszybciej można znaleźć w województwie mazowieckim, 16,5 proc. wszystkich ofert pracy. Na drugim miejscu znalazło się województwo małopolskie, 12,2 proc., kolejne miejsce zajmuje dolnośląskie, 12 proc.
Skradzione auto można namierzyć
Auto było i go nie ma? Nie pomagają alarmy i zabezpieczenia złodzieje jak chcą potrafią ukraść każde auto. Na rynku poza tradycyjnymi alarmami pojawiają się urządzenia, które pomagają namierzyć skradziony samochód. Jak to działa?
– Wychodzimy z założenia, że nie ma systemu, który w stu procentach zabezpieczy pojazd przed kradzieżą. Najważniejsze jest aby go zlokalizować jak najszybciej. Pomaga w tym system radiowy, który działa inaczej niż systemy GPS. Nie ma możliwości śledzenia online samochodu, bo urządzenie zaraz po montażu przechodzi w stan uśpienia. Jest w tym stanie dopóki ekipa radionamiaraowa go nie wybudzi – mówi newsrm.tv Dominika Włodarczyk, Key Account Manager Gannet Guard System.
Wybudzenie urządzenia powoduje, że można już namierzyć auto i dzięki temu odnaleźć skradziony samochód. Takich akcji przeprowadzanych jest kilkadziesiąt rocznie. – Samochody, które są kradzione najczęściej odjeżdżają niezbyt daleko od miejsca kradzieży. Zdarzają się też sytuacje, w których wsparciem dla nas jest specjalistyczny samolot. Może on w szybkim czasie przeszukać duży obszar. Lokalizacje podaje nam ekipa z powietrza i później ekipy naziemne odszukują pojazd już w danym rejonie – wyjaśnia Mirosław Marianowski Security Manager Gannet Guard System.
Takie akcje prowadzone są wspólnie z policją.
Stopy procentowe w USA tematem nr 1
Pod nieobecność innych danych rynki skupiły się na konferencjach członków FED i spekulacjach na temat podwyżek stóp w USA. Unia Europejska zamierza zawiesić sankcje wobec Białorusi. Słabsze dane z Chin.
Zgodnie z wczorajszymi przewidywaniami pod nieobecność danych makroekonomicznych rynki skupią się na analizowaniu wystąpień członków rezerwy federalnej. Tak też się stało, a same referaty i wywiady wyraźnie w tym pomagały. Głównym tematem jest oczywiście potencjalna podwyżka stóp procentowych. Analitycy o ile są zgodni, że kiedyś w końcu musi nastąpić, o tyle nie są zgodni co do terminu. Po ostatnich słabszych danych, zarówno z USA, jak i potwierdzających się problemach w Chinach coraz mniej prawdopodobne wydaje się, że dojdzie do niej na najbliższym posiedzeniu. Stopy w USA są na niezmienionym poziomie, wynoszącym 0-0,25% od 2008 roku. Tak długie utrzymywanie niskich stóp procentowych miało służyć ponownemu rozpędzeniu gospodarki. Pozostaje pytanie, czy przypadkiem nie weszliśmy właśnie na świecie w epokę niskich stóp procentowych a parametry, które znamy sprzed kryzysu już nie wrócą. W takim scenariuszu oczywiście dalej jest miejsce na podwyżkę stóp lub nawet krótki cykl, ale docelowy poziom będzie znacznie niższy niż dotychczas zakładano.
Jak te informacje wpływają na rynki? Im bardziej inwestorzy wierzą, że na podwyżkę stóp procentowych będą musieli czekać do 2016 roku, tym bardziej osłabia się dolar wobec euro. Im bardziej z kolei, tak jak to miało miejsce w ciągu ostatnich dwóch dni, rynek jest przekonywany do podwyżki jeszcze w tym roku, tym bardziej dolar umacnia się wobec euro. Jaki to ma wpływ na złotego? Im mocniejszy dolar tym więcej kapitału za oceanem a więc i słabsze waluty naszego regionu. Nie jest to oczywiście pełna korelacja, ale wyraźnie widać zależność. Najbliższe posiedzenie FED 27-28 października, aczkolwiek rynek ocenia szanse na podwyżkę wtedy poniżej 10%. Do tego czasu pozostaje nam słuchanie wystąpień i spekulacje.
Pomimo mało demokratycznego przebiegu wyborów na Białorusi Unia Europejska rozważa zawieszenie sankcji na okres próbny 4 miesięcy. Jak widać prawa człowieka są jednym z elementów, które można poświęcić w ramach rywalizacji o wpływy z Rosją. Co ta decyzja oznacza dla Polski? Zyskujemy kolejnego partnera handlowego na Wschodzie. Nie jest to skala, która wywróci statystyki do góry nogami, ale to zawsze korzystny gospodarczo sygnał. Polska jako jeden z sąsiadów powinna znaleźć się w gronie głównych beneficjentów.
Od rana poznaliśmy dane z Chin. Eksport spada wolniej od oczekiwań, za to znacznie silniejszy jest spadek importu. Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:
10:30 – Wielka Brytania – inflacja konsumencka,
11:00 – Niemcy – indeks instytutu ZEW.
EUR/PLN

Kurs EUR/PLN od połowy lipca znajduje się w trendzie wzrostowym. Po osiągnięciu maksimum na poziomie 4,2600, przeszedł w fazę korekty po czym znów zawraca. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,2600 gdzie znajdowało się ostatnie maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2100 a następnie minima w okolicach 4,1550-4,1600.
CHF/PLN

Kurs CHF/PLN znajduje się w trendzie spadkowym. Gdyby doszło do przebicia linii oporu na 3,8950 Kolejnym istotnym oporem są okolice 3,9400 gdzie znajdują się ostatnie ważne maksima. W przypadku osłabienia kursu, ważnym poziomem jest ostatnie minimum, czyli 3,8090.
USD/PLN

Kurs USD/PLN Znajduje się w trendzie bocznym. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest linia łącząca ostatnie maksima na 3,8100. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,7000.
GBP/PLN

Kurs GBP/PLN podąża w krótkoterminowym trendzie spadkowym. Najbliższymi ograniczeniami dla wzrostu kursu są jest linia łącząca maksima lokalne na 5,7250. Doszło co prawda do jej przebicia, ale kurs szybko zawrócił i wybił się poniżej poprzedniego wsparcia. W przypadku dalszych spadków ważnym wsparciem jest 5,6750 czyli ostatnie minimum.
Rynki rozwinięte wciąż najbardziej perspektywiczne
O sytuacji w Chinach, USA oraz klasach aktywów z największym potencjałem rozmawiamy z Robertem Ślepaczukiem, szefem inwestycji ilościowych, oraz Radosławem Piotrowskim, zarządzającym funduszami w Union Investment TFI.

R.P.: Za granicą preferujemy bezpieczniejsze i silniejsze fundamentalnie akcje oraz obligacje skarbowe krajów rozwiniętych. Szczególnie tych, które mają jeszcze szansę skorzystać na luzowaniu monetarnym prowadzonym przez banki centralne (np. w Europie i Japonii). W funduszu aktywnej alokacji aktywów szukamy wartości dla inwestorów także przy wykorzystaniu dodatkowych pomysłów inwestycyjnych, czyli nadzwyczajnych okazji rynkowych o charakterze long-short lub market-neutral.
Co z Chinami, czy w dalszym ciągu lepiej je omijać?
R.P.: Chiński rząd robi, co może, żeby pobudzić słabnący wzrost gospodarczy. Na przykład ostatnio, chcąc zwiększyć popyt, obniżył podatek od sprzedaży samochodów. Z kolei dane napływające z Chin budzą mieszane uczucia. Obserwujemy stabilizację wskaźnika PMI w okolicach 50 pkt (we wrześniu 49,8 pkt), a tzw. indeks premiera Li (Li Keqiang Index), który w przeszłości był dobrym wskaźnikiem wyprzedzającym w chińskiej gospodarce, odbił nieco w górę. Odczyty te trudno jednak obecnie uznać za wyraźną zapowiedź poprawy sytuacji gospodarczej w Państwie Środka. To wszystko skłania nas do tego, żeby jeszcze poobserwować rozwój sytuacji i wstrzymać się z odważniejszym inwestowaniem w Chinach.
A jak Panowie oceniają rynek amerykański?
R.Ś.: Do rynku amerykańskiego (szczególnie akcji) podchodzimy dość ostrożnie. Przede wszystkim ze względu na zaawansowaną fazę cyklu koniunkturalnego oraz obawy odnośnie do skali spowolnienia globalnej gospodarki i jej przełożenia na zyski spółek. Martwić może także duży w ostatnich miesiącach spadek indeksu PMI dla amerykańskiego przemysłu. Istnieje też niepewność co do momentu, w którym rozpocznie się podwyżka stóp procentowych w USA. Wygląda na to, że zacieśnianie polityki pieniężnej zostanie odsunięte w czasie, m.in. na skutek pogorszenia się danych makro na świecie i braku presji inflacyjnej w USA. Ale przedstawiciele Fedu (przynajmniej na razie) zapewniają, że wciąż jest to bazowy scenariusz.
Jednak brak podwyżek powinien być pozytywny przynajmniej dla części giełd?

Home Invest kończy budowę „Krasińskiego 58” na Żoliborzu, rusza sprzedaż w dwóch kolejnych inwestycjach
Dobiega końca budowa osiedla mieszkaniowego „Krasińskiego 58”, inwestycji realizowanej przez Home Invest na warszawskim Żoliborzu. Sprzedanych zostało już ponad 80% wszystkich mieszkań. Deweloper rozpoczął też przedsprzedaż lokali w dwóch innych inwestycjach, zlokalizowanych w dobrze skomunikowanych dzielnicach Warszawy – na Bielanach i Włochach.
„Krasińskiego 58” to inwestycja o pięciopiętrowej zabudowie z wewnętrznym dziedzińcem, małą architekturą oraz placem zabaw dla dzieci. Każdy lokal posiada dodatkową powierzchnię w postaci ogródka (na parterze) oraz balkonu (na piętrach). Funkcjonalne układy mieszkań pozwalają na dostosowywanie ich do indywidualnych potrzeb. Mieszkania posiadają także oddzielne widne kuchnie lub aneksy z oknem, gdzie istnieje możliwość wydzielenia kuchni. Budowa osiedla rozpoczęła się w czerwcu 2014 roku.
– Satysfakcjonująca sprzedaż jest z pewnością efektem dobrej lokalizacji, w prestiżowej dzielnicy Warszawy, jaką jest Żoliborz. Komfortowa komunikacja z centrum, bliskość terenów zielonych oraz galerii handlowej, zachęcają klientów do zakupu mieszkania przy ulicy Krasińskiego. Obecnie w ramach promocji oferujemy także 50% zniżkę na miejsce postojowe na tym osiedlu – mówi Janusz Miller, dyrektor sprzedaży i marketingu w firmie Home Invest.
Bielany w cenie
W sierpniu Home Invest rozpoczął budowę II etapu bielańskiego osiedla „Na Sokratesa”, w którym znajdzie się 186 mieszkań o zróżnicowanej powierzchni. Ceny zaczynają się już od 6 899 złotych za metr kwadratowy. Dotychczas były podpisywane umowy rezerwacyjne, natomiast od października klienci mogą się już decydować na umowy deweloperskie.
II etap inwestycji „Na Sokratesa” to budynek B o wysokości od 7 do 9 pięter. W ofercie znajdują się mieszkania o powierzchni od 29,49 do 67,71 m2. Dużą zaletą pomieszczeń jest zapewniony podział stref funkcjonalnych na część dzienną i nocną. Ponadto, wszystkie mieszkania będą posiadały balkony, loggie lub ogródki na parterze.
Pierwszy etap, którego budowa ma zostać zakończona w pierwszym kwartale przyszłego roku, sprzedaje się na satysfakcjonującym poziomie – na chwilę obecną ponad 60% mieszkań znalazło swoich nabywców. Podobnie jak w przypadku Żoliborza, tak i tutaj największym atutem osiedla jest jego lokalizacja, zaledwie pięć minut od Metra Młociny. W pobliżu są też liczne przystanki autobusowe i tramwajowe. Zielona dzielnica, jaką są Bielany (30% powierzchni zajmują tereny zielone) jest wymarzonym miejscem dla osób aktywnych fizycznie, ale też tych szukających wyciszenia w kontakcie z przyrodą.
Także na Bielanach deweloper w październiku oferuje zniżki na miejsca postojowe – przy I etapie inwestycji miejsce można kupić z 20% rabatem, zaś w przypadku II etapu, cena jest o połowę niższa.
Powstanie osiedle w dzielnicy Włochy
Najnowszy projekt firmy Home Invest, osiedle mieszkaniowe „Monte Verdi” w dzielnicy Włochy, jest na etapie przedsprzedaży i podpisywania umów rezerwacyjnych. Kameralna inwestycja, z lokalami użytkowymi w parterze budynku, będzie się znajdować w bliskim położeniu od stacji PKP Warszawa Włochy, z której dojazd do centrum stolicy wynosi około 10 minut. W najbliższej okolicy znajdą się także liczne punkty usługowo-handlowe, ścieżki rowerowe wraz ze stacją Veturilo oraz liczne tereny zielone.
– Bardzo dobre skomunikowanie tej lokalizacji poprzez kolej miejską i podmiejską sprawia, że dojazd do pracy, szkół czy przedszkoli w innych dzielnicach miasta, nie będzie stanowił większego problemu. Bliskie sąsiedztwo terenów zielonych oraz niskiej, kameralnej zabudowy powoduje, że lokalizacja ta będzie dobrym miejscem dla osób ceniących sobie spokój i odpoczynek od zgiełku miasta – mówi Janusz Miller.
Home Invest w poprzednich latach z sukcesem zrealizował inne inwestycje, w których wszystkie mieszkania znalazły swoich nabywców – cztery etapy „Wola Prestige” (661 mieszkań) na Woli oraz „Miłosna Park” (117 mieszkań) w Wesołej. Deweloper nadal poszukuje gruntów na terenie Warszawy, które mogłyby być przeznaczone pod nowe inwestycje mieszkaniowe.
Rośnie zainteresowanie instalacjami fotowoltaicznymi. Do końca roku Polski Prąd planuje pozyskać zamówienia na łączną moc do 3 MW
Polski Prąd tylko w sierpniu i wrześniu 2015 roku pozyskał zlecenia na instalację paneli fotowoltaicznych na łączną sumę 5 mln zł. W całym roku spółka spodziewa się zawarcia umów na całkowitą moc zainstalowaną do 3 MW. Największym popytem cieszą się mikrogeneracje o mocy 30-40 kW. Niestety, mimo rosnącego zainteresowania energetyką odnawialną ogólna świadomość rynku jest nadal niewielka. Z danych firmy wynika jednak, że co piąte przedsiębiorstwo z sektora MŚP, do którego Polski Prąd dociera, jest zainteresowane instalacją.
– Obserwujemy duży ruch w segmencie instalacji fotowoltaicznych, szczególnie wśród małych i średnich firm. Zarówno w sierpniu, jak i we wrześniu pozyskaliśmy zlecenia na sumę około 2,5 mln zł miesięcznie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Owczarski, prezes spółki Polski Prąd.
Łączna moc instalacji fotowoltaicznych, na które Polski Prąd uzyskał zamówienia tylko w sierpniu wyniosła blisko 400 kW. Ogółem w ostatnich dwóch miesiącach (tj. sierpień i wrzesień 2015 rok) zamówienia złożyło około 40 firm, przy czym średnia wartość jednej instalacji wyniosła 200–300 tys. zł.
– Obserwujemy zainteresowanie firm z praktycznie każdego sektora. Są to zarówno gospodarstwa rolne, hotele, jak i firmy produkcyjne czy usługowe – tak naprawdę decyduje nie tyle branża, ile posiadany budynek, czyli dach bądź grunt, na którym można postawić instalację fotowoltaiczną – wyjaśnia Owczarski.
Według definicji zawartej w ustawie o odnawialnych źródłach energii maksymalna moc mikrogeneracji nie może przekroczyć 40 kW mocy zainstalowanej.
– Takie instalacje są dużo łatwiejsze w przyłączeniu, a dystrybutor ma obowiązek na własny koszt tę instalację przyłączyć i wymienić licznik na dwukierunkowy. I większość naszych instalacji to właśnie segment 30–40 kW – tłumaczy prezes Polskiego Prądu.
Oprócz mikroinstalacji warszawska spółka ma także zamówienia na instalacje o większej mocy. Składają je klienci, którzy mają zamiar wytwarzać prąd jedynie na własne potrzeby. Nie interesuje ich działanie na zasadach prosumenta, w których nadwyżki wyprodukowanej energii odsprzedawane są do sieci.
– Świadomość rynku jest jeszcze niewielka. Firmy nie tyle zgłaszają się do nas, ile my rozszerzyliśmy ofertę od energii elektrycznej właśnie po instalacje fotowoltaiczne – mówi ekspert.
W wielu przypadkach okazuje się, że potencjalni klienci mają niewielką wiedzę na temat możliwości zainstalowania paneli słonecznych. Po przedstawieniu zalet, które oferuje taka inwestycja, okazuje się, że wielu z nich wyraża duże zainteresowanie ofertą.
– Trudno przedstawić mi dane, ale prawie jedna piąta firm, które odwiedzamy i z którymi rozmawiamy o sprzedaży energii, jest zainteresowana zakupem instalacji fotowoltaicznej – tak Paweł Owczarski ocenia potencjalny popyt na produkty i usługi oferowane przez firmy z sektora, w którym działa Polski Prąd.
Zarząd spółki zakłada, że do końca roku firmie uda się podpisać umowy na kupno i instalację paneli o łącznej mocy do 3 MW.
Perspektywa wzrostu stóp procentowych w USA się oddala
Z powodu słabszych danych z amerykańskiego rynku pracy znacznie odsunęła się w czasie możliwość wzrostu stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Obecnie inwestorzy spodziewają się raczej, że Fed rozpocznie zacieśnianie polityki monetarnej na przełomie lutego i marca 2016 roku. Wszystko uzależnione jest jednak od kolejnych odczytów dotyczących poziomu inflacji i sytuacji na rynku pracy.
– W tej chwili już nikt nie wie, kiedy będzie podwyżka stóp w Stanach Zjednoczonych, dlatego że ostatni raport z amerykańskiego rynku pracy był bardzo słaby. Mało tego, dane z poprzednich miesięcy zweryfikowano w dół, i to znacznie, szczególnie za sierpień – mówi Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.
Ostatnie dane dotyczące sytuacji na rynku pracy w Stanach Zjednoczonych okazały się wyraźnie gorsze od oczekiwań. Liczba miejsc pracy w sektorze pozarolniczym we wrześniu 2015 roku wzrosła o 142 tys., podczas gdy analitycy oczekiwali wzrostu o ponad 200 tysięcy. Dodatkowo zrewidowano w dół dane za sierpień. Wówczas powstało tylko 136 tys. nowych miejsc pracy (wobec pierwotnego odczytu na poziomie 173 tys.).
– To była znaczna rewizja w dół, z czego wynika, że wcale nie jest tak dobrze, jak oczekuje Fed. A Fed ma dwa mandaty: jeden to jest inflacja, a drugi to właśnie rynek pracy. Jeżeli inflacja jest ciągle około zera, ostatnie dane wyniosły tylko 0,2 proc., a sytuacja na rynku pracy nie jest tak dobra, jak się wydawało, to raczej w tym roku takiej podwyżki nie zobaczymy – ocenia Kuczyński.
Inwestorzy oczekują obecnie pierwszych podwyżek stóp procentowych za oceanem dopiero na przełomie lutego i marca 2016 roku. Jak jednak zaznacza ekspert, ostateczny termin uzależniony jest od kolejnych danych napływających z amerykańskiego rynku pracy.
– Może się okazać, że np. rewizja tych ostatnich danych będzie mocno w górę, a wtedy znowu zmienimy spojrzenie na podwyżki stóp – zwraca uwagę główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.
Piotr Kuczyński w rozmowie z agencją informacyjną Newseria odnosi się także do opinii, w której Fed przegapił odpowiedni moment na rozpoczęcie cyklu podwyżek stóp procentowych. Zdaniem analityka do tej pory amerykańskie władze monetarne nie miały jeszcze okazji do tego, aby zacząć zacieśniać prowadzoną politykę.
– Fed w zasadzie nie miał takiej możliwości w ogóle, tzn. możliwość miał, tylko wtedy być może zamordowałby wzrost gospodarczy. Podnoszenie przez Fed stóp przy inflacji rzędu 0,2 proc., która jest bliska deflacji, byłoby lekko bezsensowne – zwraca uwagę.
W czwartek okaże się, o ile zmieniły się ceny we wrześniu. Prognozowany jest nawet ich spadek o 0,2 proc. rok do roku.
Według głównego analityka Domu Inwestycyjnego Xelion wzrost kosztu pieniądza o 25 punktów bazowych w obecnej chwili nie zrobiłby na inwestorach większego wrażenia. Bez względu na to, czy nastąpi w tym czy przyszłym roku.
W ciągu ośmiu sesji giełdowych, począwszy od 29 września, indeksy giełdowe w Stanach Zjednoczonych notowały ponad 6-7-procentowe wzrosty. Wielu analityków uważa, że powodem silnego popytu jest wstrzymanie się Fedu przed rozpoczęciem podwyżek stóp procentowych. Według Piotra Kuczyńskiego ostatnia szarża to jednak początki typowego w IV kwartale roku „strojenia okienek”.
– A prawda jest taka, że po prostu rozpoczął się IV kw. i po fatalnym III kw. zarządzający funduszami zrobią wszystko, żeby IV był dobry, po to, żeby dostać premię, przecież to o to chodzi – wyjaśnia.
Euroobligacje państw Europy Środkowo-Wschodniej i listy zastawne mogą być dochodowym dodatkiem do portfela obligacji
Polscy inwestorzy szukają sposobów korzystniejszego ulokowania środków niż bardzo nisko oprocentowane lokaty czy obligacje skarbowe. Ciekawą opcją są euroobligacje państw naszego regionu, papiery zmiennokuponowe oraz od przyszłego roku szerzej dostępne listy zastawne.
W Polsce od ponad roku panuje deflacja. We wrześniu, jak podał w szybkim szacunku Główny Urząd Statystyczny, ceny były o 0,8 proc. niższe niż rok wcześniej. Dlatego jeszcze w marcu Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe NBP do rekordowo niskiego poziomu. Od tego czasu stopa referencyjna wynosi zaledwie 1,5 proc. Skutkiem jest najniższe w historii oprocentowanie obligacji skarbowych i lokat bankowych. Dziś trudno na nich zarobić choćby 3 proc. rocznie. Inwestorzy szukają więc innych metod pomnażania swoich pieniędzy.
– Dosyć aktywnie uczestniczymy na rynku euroobligacji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Gołębiewski, zarządzający BPH TFI. – To są najczęściej obligacje państw z grupy CEE, czyli z Europy Środkowo-Wschodniej, które zdecydowały się wyemitować swoje zobowiązania, czyli obligacje, na rynku szerszym, dostępnym również dla zagranicznych inwestorów, czyli w walucie wspólnej lub w dolarze.
Euroobligacje części państw naszego regionu są znacznie lepiej oprocentowane niż podobne papiery z Europy Zachodniej.
– To państwa takie jak chociażby Czechy, Węgry czy również Chorwacja, Serbia, czyli państwa, które mają nieco większe ryzyko polityczne czy związane z aktywnością gospodarczą, nieco słabszy profil kredytowy, a z tym się wiąże to, że ich obligacje są oprocentowane wyżej – ocenia Paweł Gołębiewski. – Uważamy, że to jest cenny składnik naszego portfela i chętnie angażujemy się na tym rynku.
Ponieważ są to papiery obarczone nieco większym ryzykiem, fundusze inwestują w nie w ramach wyznaczonych limitów. Dają one dodatkową stopę zwrotu w portfelu, ale nie są głównym czynnikiem, który tę stopę generuje.
Kolejnymi papierami, na które zwracają uwagę inwestorzy są obligacje, których oprocentowanie zmienia się wraz ze zmianą stóp procentowych. Na razie są one najniższe w historii, ale jeśli inwestuje się w obligację 10-letnie, to warto się zabezpieczyć na wypadek podwyżek stóp.
– Warte uwagi są obligacje poza benchmarkiem, obligacje zmiennokuponowe, czyli takie, które kiedyś, w dłuższej perspektywie czasu i podwyżek stóp procentowych, mogą zachowywać się lepiej niż obligacje stałokuponowe skarbowe – mówi zarządzający BPH TFI. – Ciekawe są również obligacje indeksowane do inflacji, które w mniejszym stopniu są wrażliwe na zaskoczenia inflacyjne w górę. One pozwalają klientom na zarabianie w sytuacji, gdy inflacja będzie się zwiększała.
Od przyszłego roku pojawią się w Polsce kolejna możliwość inwestowania – zwraca uwagę Paweł Gołębiewski, zarządzający BPH TFI.
– Ciekawym rozwiązaniem są w mojej opinii także listy zastawne. Mamy przegłosowaną już zmianę ustawy. Od 1 stycznia 2016 roku te instrumenty będą cieszyły się większym zainteresowaniem, a cały czas widzimy tam bardzo dużą różnicę w wycenie w stosunku do tego, jak jest prawdziwa wartość tego instrumentu.
Velux zainwestuje w tym roku 100 mln zł w fabryki w Polsce. Zatrudnienie wzrośnie do 3,5 tys. osób
Tegoroczny program inwestycyjny Grupy Velux i spółek siostrzanych w zakładach w Gnieźnie, Namysłowie i Wędkowach zakłada zwiększenie zatrudnienia do 3,5 tys. osób i wzrost powierzchni fabryk o 17 tys. mkw. Inwestycje warte 100 mln zł mają zakończyć się w I połowie 2016 roku. Dzięki nim już w tym roku dynamika wzrostu przychodów ma być znacznie większa niż w 2014 roku.
– Ostatnie trzy lata oraz 2015 rok to okres wzmożonych inwestycji w naszej firmie. Większość z nich była związana z wprowadzeniem na rynek nowej, bardziej energooszczędnej i bardziej komfortowej generacji okien – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Jacek Siwiński, dyrektor generalny Velux Polska.
Inwestycje realizowane przez Grupę Velux oraz jej spółki siostrzane w latach 2012-2014 wyniosły łącznie 350 mln zł. W tym roku nakłady wyniosą dodatkowe 100 mln zł. Grupa prowadzi teraz trzy duże projekty inwestycyjne w zakładach w Gnieźnie, Namysłowie oraz Wędkowach koło Tczewa. Po ich zakończeniu znacząco zwiększy się oferta oraz potencjał produkcyjny spółki.
– Na ukończeniu jest rozbudowa fabryki okuć w Gnieźnie, która będzie przejmowała coraz więcej globalnej produkcji okuć dla Grupy Velux. Jednocześnie w Namysłowie ruszyła budowa nowej hali na komponenty produkcyjne, dzięki której zwiększymy elastyczność i efektywność naszej produkcji oraz wdrożymy bardziej zaawansowane produkty – informuje Siwiński.
W pomorskim zakładzie należącym do spółki siostrzanej Grupy Velux powstaje natomiast lakiernia proszkowa, której powierzchnia wyniesie 10 tys. mkw. W wyniku realizowanych działań łączne zatrudnienie zwiększy się do około 3,5 tys. osób. Wzrośnie także sprzedaż na eksport spółki.
– Rola naszych zakładów produkcyjnych zlokalizowanych w Polsce w globalnym systemie produkcyjnym Grupy rośnie systematycznie. Można powiedzieć, że Polska stanowi strategiczne zaplecze produkcyjne dla naszej organizacji. Większość produktów, które wytwarzamy, jest sprzedawana na rynkach eksportowych – tłumaczy dyrektor generalny Velux Polska.
Do najważniejszych rynków eksportowych należą: Francja, Niemcy, Wielka Brytania oraz kraje skandynawskie.
– W związku z inwestycjami, jakie prowadzimy, nasze tegoroczne przychody będą wykazywały dużo wyższą dynamikę niż w latach poprzednich – ocenia Siwiński.
Przychody uzyskane przez Grupę Velux i spółki siostrzane w 2014 roku w Polsce wyniosły 1,43 mld zł (wzrost o 4 proc. rok do roku). Plasowało to firmę na pozycji największego producenta i eksportera okien w naszym kraju.
Według badań Centrum Analiz Branżowych, na które powołuje się spółka, udział Grupy Velux i spółek siostrzanych w krajowej produkcji wynosił ponad 15 proc. Udział w produkcji okien z drewna sięgał w ubiegłym roku 45 proc.
– Obserwujemy pewne symptomy ożywienia na rynku budowlanym. Skupiamy się głównie na rynku budownictwa indywidualnego. Parametry tego rynku są bardzo obiecujące, ale jest za wcześnie, by ocenić ich wpływ. Moim zdaniem branża stolarki w tym roku osiągnie na rynku polskim poziom lekko powyżej ubiegłorocznego – dyrektor Jacek Siwiński.
Firma Velux obchodzi w tym roku 25-lecie działalności w Polsce. Jak podkreśla Siwiński, w tym czasie znacząco zmieniła się oferta spółki, bo zmieniły się także oczekiwania klientów wobec okien.
– Dzisiejsze okna różnią się zasadniczo od tych produkowanych 25 lat temu. Głównie chodzi tu o energooszczędność, która polega na lepszej termoizolacyjności okien, ale też i lepszej zdolności do absorpcji darmowej energii słonecznej z otoczenia, czyli na tzw. bilansie energetycznym – wyjaśnia Jacek Siwiński. – Dziś okna można kupić z szybami, na których są różne specjalne powłoki, wpływające na takie parametry, jak energooszczędność, czystość szyby czy jej parowanie. Dostępna jest również szeroka oferta akcesoriów do okien związana z regulacją światła, z ochroną przed ciepłem, z automatyką. Wszystko po to, by zwiększyć energooszczędność, bezpieczeństwo i komfort użytkowania – dodaje.
Zmiany w przepisach o bezpieczeństwie imprez masowych. Skorzystają na nich głównie organizatorzy
Nowelizacja ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych ułatwi organizację meczów. Kompatybilne systemy elektroniczne będą musieli zapewnić organizatorzy tylko trzech najwyższych ligowych klas rozgrywkowych. Skrócony zostanie też termin na zgłoszenie imprezy – z 30 do 14 dni. Zdaniem ekspertów zmiany idą w dobrym kierunku, konieczne są jednak dalsze ułatwienia dotyczące np. składania dokumentów. Znika też obowiązek posiadania karty kibica, a przy zakupie biletu nie będzie już wymagany wizerunek twarzy.
– Nowelizacja jest obszerna, zostało zmienionych ponad 20 przepisów. To w pewnym stopniu rewolucja dla organizatorów imprez masowych, przedsiębiorców. Przede wszystkim należy wskazać, że zmiana dotyczy meczów piłki nożnej. Od teraz łatwiej będzie można nabyć bilet na mecz, zrezygnowano z obowiązku gromadzenia wizerunku twarzy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Mateusz Dróżdż, radca prawny z Katedry Prawa Gospodarczego Uczelni Łazarskiego.
Rezygnacja z obowiązku wizerunku twarzy jest korzystna z punktu widzenia kibiców. Do zakupu biletów wystarczy imię, nazwisko i PESEL. Do sprzedaży dopuszczone zostaną też bilety na miejsca stojące (nie więcej niż 25 proc. wszystkich miejsc). Tylko w ramach rozgrywek UEFA i FIFA na biletach nie znajdzie się nic oprócz numeru miejsca siedzącego.
Nowelizacja wprowadza też ułatwienia dla organizatorów meczów.
– Kompatybilne systemy elektroniczne, czyli tzw. bramki, przez które przechodzimy przed meczem, będą musieli posiadać tylko organizatorzy meczów trzech najwyższych klas rozrywkowych mężczyzn. W znacznym stopniu ograniczy to kwestie finansowe klubów z II, III i IV ligi, ponieważ nie były one w stanie spełnić tego obowiązku – tłumaczy Dróżdż.
Skrócony zostanie też termin, w którym będzie można zgłaszać masową imprezę – w uzasadnionych przypadkach z 30 do 14 dni. Będzie to możliwe, jeśli potrzeba organizacji wynikła z nagłych przyczyn, a charakter imprezy nie jest sprzeczny z przeznaczeniem obiektu określonym w projekcie budowlanym.
Zdaniem eksperta zmiany mogą być korzystne dla sektora biznesowego, bo ułatwienia w sprzedaży biletów to większy zysk. Nowelizacja jest krokiem w dobrym kierunku, choć – jak podkreśla Dróżdż – konieczne są dalsze ułatwienia.
– Powinny zostać zniwelowane obowiązki dotyczące dokumentów, jakie należy złożyć, żeby zorganizować imprezę masową, bo teraz ten katalog jest bardzo obszerny. Jest praktycznie niemożliwe, żeby wszystkie załączniki złożyć do organu bez jakiegokolwiek błędu. Dlatego też artykuły 25. i 26. ustawy powinny być jeszcze zmienione – ocenia ekspert z Uczelni Łazarskiego.
Zmiany w ustawie odczują również kibice. Za posiadanie wyrobów pirotechnicznych podczas zorganizowanego przejazdu kibiców można zostać ukaranym aresztem, karą ograniczenia wolności lub grzywną nie niższą niż 3 tys. zł. Co więcej, w takiej sytuacji obowiązkowo będzie także orzekany zakaz stadionowy.
– To rzecz mocno kontrowersyjna, pojawiają się kwestie dotyczące zgodności tego przepisu z konstytucją. Jednocześnie będzie też możliwość orzeczenia zakazu stadionowego za popełnienie tzw. występku chuligańskiego. Nawet za kąpiel w fontannie, jeżeli zostanie uznana za takie wykroczenie, będzie można orzec zakaz stadionowy – podkreśla Dróżdż.
Nowelizacja Kodeksu wykroczeń budzi najwięcej wątpliwości. Przepisy nie wskazują okoliczności posiadania wyrobów pirotechnicznych, które mogą w żaden sposób nie wskazywać na ich użycie w celu popełnienia przestępstwa. Kontrowersje dotyczą też pojęcia zorganizowanego przejazdu. Zakaz stadionowy mogą też spowodować wykroczenia niezwiązane z imprezą masową, np. nieopuszczenie zbiegowiska mimo wezwań, naruszanie ciszy nocnej czy drobne akty wandalizmu.
– Kary będą za środki pirotechniczne podczas przejazdu, podczas trwania imprezy masowej czy wyrzucenie jakiegoś przedmiotu na murawę. Wachlarz sankcji jest bardzo szeroki – mówi radca prawny. – Ustawa jest słaba, wymaga tak naprawdę napisania od nowa. Przede wszystkim ustawodawca powinien kibiców traktować bardziej jako konsumentów, a nie potencjalnych chuliganów.
Zmiany w ustawie dotyczą również zakazu klubowego. Osoba nim ukarana będzie mogła wnieść wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy do klubu, zamiast jak dotychczas do właściwego podmiotu prowadzącego rozgrywki, czyli PZPN-u lub Ekstraklasy.
Ustawa została podpisana przez prezydenta 6 października i zacznie obowiązywać w ciągu 30 dni od ogłoszenia.
Benzyna i olej napędowy będą drożeć. Cena diesla w obrocie hurtowym jest już wyższa niż popularnej benzyny 95
Czas wyjątkowo taniej benzyny i oleju napędowego dobiega końca – prognozują eksperci e-petrol.pl. Przy obecnych cenach hurtowych, które nie pozostawiają miejsca na marżę sprzedawców, podwyżki w detalu są nieuniknione. W hurcie i na niektórych stacjach zmiany już są widoczne. Obecnie cena benzyny w detalu o około 20 groszy za litr przekracza wartość diesla. Wkrótce jednak te proporcje mogą się odwrócić.
– W cenach hurtowych mogliśmy już zaobserwować ważną zmianę: przeskoczenie cen oleju napędowego nad wartość benzyny – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Bogucki, analityk rynku paliw platformy e-petrol.pl. – Obecnie diesel jest droższym paliwem i wydaje się, że w najbliższych kilku tygodniach możemy zaobserwować przełożenie tego zjawiska na detal.
Jak wynika z piątkowej analizy e-petrol.pl, na hurtowym rynku paliw w ubiegłym tygodniu miał miejsce systematyczny wzrost notowań benzyny i oleju napędowego. W porównaniu z początkiem października 95-oktanowa benzyna zdrożała o blisko 80 zł. Za metr sześcienny tego paliwa u krajowych producentów trzeba było zapłacić średnio 3460,60 zł. Nieco mniejsza była skala wzrostu oleju napędowego. Od początku miesiąca w cennikach rafinerii diesel podrożał o około 70 zł i obecnie kosztuje przeciętnie 3469 zł za metr sześcienny.
– Diesel będzie niebawem paliwem droższym od benzyny na stacjach benzynowych, co zdarza od kilku lat późną jesienią oraz wczesną zimą i wydaje się, że w tym roku tak będzie również – przekonuje Jakub Bogucki. – Natomiast między wartością tych podstawowych paliw na razie jeszcze jest dość spora różnica.
Przez pierwsze dni października na stacjach benzynowych ceny spadały. Za litr 95-oktanowej benzyny płacono średnio 4,45 zł, o 4 grosze mniej niż tydzień wcześniej. Autogaz podrożał o 1 grosz – do 1,82 zł za litr. Średnia cena oleju napędowego utrzymała się na poziomie 4,26 zł. Jest to wieloletnie minimum cen tego paliwa.
– Między cenami benzyny a diesla jest więc jeszcze około 20 groszy różnicy na stacjach – zauważa Jakub Bogucki. – Ale wydaje się, że ze spadkami, które obserwowaliśmy w ostatnich tygodniach, będziemy musieli się pożegnać. Już mamy do czynienia z niewielką podwyżką cen oleju napędowego. Benzynę prawdopodobnie niebawem też to czeka.
Prognozowane przez e-petrol.pl przedziały cenowe dla poszczególnych gatunków paliw w tym tygodniu wynoszą: 4,39–4,50 zł za litr 95-oktanowej benzyny, 4,26–4,37 zł za litr oleju napędowego i 1,81–1,90 zł w przypadku autogazu.
Polska inwestuje w najnowocześniejsze technologie kosmiczne. Z efektów tych prac mogłaby korzystać administracja
Stworzenie Polskiej Agencji Kosmicznej nie tylko pozwoli zwiększyć udział polskich naukowców w badaniach przestrzeni okołoziemskiej, lecz także pozwoli polskim firmom na udział w unijnych programach badawczych. Zwiększy również dostępność technologii stworzonych przy okazji eksploracji kosmosu. Może wspierać nawet działania polskiej administracji.
Dzięki udziałowi Polski w pracach Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) nastąpi transfer technologii kosmicznych do biznesu. To, co naukowcy tworzą w celu poznawania wszechświata, szybko staje się przydatne także na Ziemi. Wielu powstałych w ten sposób urządzeń używamy na co dzień, często nawet nie zdając sobie sprawy z ich pochodzenia.
– Z nowoczesnymi technologiami kosmicznymi spotykamy się, jadąc samochodem, pociągiem, lecąc samolotem czy nawet w precyzyjnym rolnictwie, co jest dużym ułatwieniem w produkcji rolnej i sadowniczej. Mamy z nimi do czynienia także w zarządzaniu kryzysowym – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Świerczyński, ekspert technologii kosmicznych w Krajowym Punkcie Kontaktowym Programów Badawczych UE.
Jak podkreśla, transfer technologii kosmicznych do innych dziedzin gospodarki już dziś ma miejsce, ale dzięki zwiększeniu zaangażowania Polski i krajowych firm w działalność ESA będzie możliwy na szerszą skalę.
– To jest dobra perspektywa nie tylko dla naszych firm kosmicznych, lecz także dla firm z innych branż, które będą korzystały z tych usług i produktów. Co więcej, nowe produkty, dzięki danym, które wkrótce otrzymamy z dwóch flagowych programów: Galileo i Copernicus, będą się rozwijać i będą służyły nam –obywatelom i społeczeństwu – podkreśla Świerczyński.
Kosmiczne technologie mogą być przydatne w niemal każdej dziedzinie życia. Dzięki nim otrzymamy nie tylko nowocześniejsze urządzenia, lecz także możliwość sprawniejszego działania administracji.
– Administracja na poziomie regionalnym i lokalnym powinna zrozumieć, że te technologie są potrzebne, czy to w dziedzinie zarządzania kryzysowego, czy katastru, czy to w dziedzinie geodezji, kartografii itp. – wymienia Piotr Świerczyński. – Tutaj jest wiele do zrobienia. Myślę, że trzeba pokazać zarówno społeczeństwu, jak i naszej administracji, że dzięki tym technologiom możemy łatwiej pewne dane przetworzyć, przeanalizować, przedstawić i z tego korzystać.
Polska płaci 30 mln zł rocznej składki na rzecz Europejskiej Agencji Kosmicznej. Mamy zagwarantowane, że znacząca część tej kwoty wróci do polskich firm w postaci kontraktów. Możliwości rozwoju biznesu kosmicznego są jednak dużo większe. Jak podkreślają eksperci, w ostatnim czasie wiele dzieje się w tym nieco zaniedbanym sektorze gospodarki.
– Polski rząd zdecydował o wejściu do Europejskiej Agencji Kosmicznej, powstaje Polska Agencja Kosmiczna i inwestujemy w najnowocześniejsze technologie na świecie. Myślę, że ten proces przyspieszy, nawet nie będziemy zdawali sobie sprawy z tego, jak szybko – ocenia ekspert technologii kosmicznych. – Jesteśmy bardzo zadowoleni, że powstaje Polska Agencja Kosmiczna, której zadaniem będzie również wpływanie na system legislacyjny, który spowoduje, że również nasza polska administracja będzie bardziej niż dotychczas korzystała z technologii kosmicznych czy satelitarnych.
Połowa klientów obawia się wykorzystania ich danych osobowych przez firmy
Konsumenci coraz lepiej zdają sobie sprawę z potencjalnych zagrożeń związanych ze zbieraniem danych osobowych przez obsługujące ich firmy. Połowa przyznaje, że budzi to ich obawy. Jednocześnie jedna piąta podkreśla, że ważna jest dla nich spersonalizowana oferta. Na satysfakcję klientów duży wpływ ma także poziom obsługi. Ponad 60 proc. konsumentów chętnie podzieli się pozytywnym doświadczeniem kontaktu z rodziną czy znajomymi.
– W kontekście big data ważne jest, że aż 50 proc. ankietowanych osób obawia się, w jaki sposób są przetwarzane ich dane osobowe – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Monika Kaczmarek, analityk dostarczającej rozwiązania w zakresie analizy danych firmy Verint. – Organizacje, które zbierają dane osobowe, proszą klientów o zgodę na ich przetwarzanie, ale budzi to obawę odbiorców.
Z drugiej jednak strony, jak wynika z wyników badania przeprowadzonego na zlecenie firmy Verint, część klientów nadal zadowolona jest z tego, że firmy coś o nich wiedzą i znają ich historię. Blisko 20 proc. chce, aby obsługująca ich organizacja umiała dopasować swoją ofertę i postępowanie do ich aktualnych potrzeb. Bez gromadzenia i przetwarzania danych osobowych nie jest to jednak możliwe
– Gdy przeprowadzaliśmy podobne badanie dwa lata temu, dla klientów ważne było przede wszystkim to, aby firma kierowała spersonalizowaną pod ich kątem obsługę – zauważa Monika Kaczmarek. – Dzisiaj obsługa staje się trochę mniej ważna. Większość klientów oczekuje od firmy przede wszystkim jasnej i prostej odpowiedzi na pytania. Odbiorcy końcowi oczekują tego, że organizacje, współpracując z nimi, po prostu ułatwią im życie.
Jak wynika z badania, dobra obsługa korzystnie wpływa na lojalność konsumentów. Prawie 90 proc. badanych stwierdziło, że ma wtedy lepszą opinię o marce. W badaniu przeanalizowano także wpływ słabej obsługi na zmianę dostawcy. Mimo że najważniejszą przyczyną zmiany dostawcy, podobnie jak dwa lata temu, jest wyższa niż u konkurencji cena (31 proc.), kolejne miejsca zajmuje nieuprzejmy personel (18 proc.) i zbyt wiele błędów podczas obsługi (16 proc.).
Analiza wykazała także, że pozytywne doświadczenia mogą mieć istotny wpływ promocję marki. 61 proc. respondentów stwierdziło, że o takiej sytuacji powiedziałoby rodzinie i znajomym, a ponad jedna czwarta (27 proc.) dołączyłaby do programu lojalnościowego. Tylko 15 proc. nie zmieniłoby swojego zachowania.
– Marketing szeptany w dalszym ciągu jest dobrą drogą komunikacji i promocji – komentuje Monika Kaczmarek. – Przewaga konkurencyjna danej organizacji rośnie, gdy jest w stanie sprostać wymaganiom konsumentów. Warto zatem się temu przyjrzeć i zadbać o nich. Obsługa nie zawsze jest na odpowiednim poziomie. Istotne jest zatem, aby przyjrzeć się również pracownikom, którzy współpracują z klientami, jaki jest poziom usługi dostarczanej klientom.
Badanie na zlecenie firmy Verint zostało przeprowadzone w formie wywiadów z ponad 18 tys. klientów z Niemiec, Francji, Holandii, Polski, Wielkiej Brytanii, Republiki Południowej Afryki, Stanów Zjednoczonych, Australii i Nowej Zelandii.
Relacja z Human Capital Economy CEE Congress
7 i 8 października w Hotelu Sheraton w Warszawie po raz pierwszy w Polsce odbył się Human Capital Economy CEE Congress. Wzięły w niej udział najważniejsze osobistości branży HR, Zarządzania Zasobami Ludzkimi, Liderzy Świata Biznesu i Administracji.
Międzynarodowe grono ekspertów, polityków, liderów biznesu i praktyków zarządzania zasobami ludzkimi miało okazję do debatowania na temat aktualnego stanu Kapitału Ludzkiego, a także do wypracowania rozwiązań na najbliższe lata. Jest to niezwykle ważne, szczególnie, że wyzwań stojących przed gospodarką Europy Środkowo-Wschodniej nie brakuje. Jednym z kluczowych aspektów poruszanych podczas kongresu były migracje – zarówno zarobkowe Polaków, jak i te z bliskiego wschodu i Afryki do Polski. W debacie oxfordzkiej na ten temat udział wzięli: Władysław Kosiniak-Kamysz, Minister Pracy i Polityki Społecznej, oraz Andrzej Malinowski, Prezydent Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej. Kluczowymi były pytania o to, co zrobić, aby Polacy wrócili z Emigracji oraz kto będzie budować rozwój gospodarki w Europie Środkowo-Wschodniej. Drugiego dnia odpowiadano natomiast na pytanie, czy praca jest dobrem wspólnym czy tylko partyjnym. Swoją wizję rynku pracy przedstawili liderzy polityczni: Joanna Shmidt – Członek Zarządu Komitetu Wyborczego „Nowoczesna”, Maks Kraczkowski – Poseł na Sejm RP, Prawo i Sprawiedliwość, oraz Włodzimierz Karpiński – Poseł na Sejm RP, Minister Skarbu Państwa w latach 2013-2015, Platforma Obywatelska.
W ciągu dwóch dni trwania kongresu debatowano również na tematy takie, jak:
- Rynek pracy a rozwiązania systemowe
- Edukacja i kariera ludzi młodych
- Czy naprawdę potrzebujemy więcej pracowników? Wyzwania starzejącego się społeczeństwa
- Narodowe modele zarządzania, jako szansa na międzynarodowy sukces
- Trendy, wyzwania i nowe modele prowadzenia polityki HR.
Swoją obecnością kongres zaszczycili m.in. Pani Minister Joanna Kluzik-Rostkowska, Pedro Pereira da Silva, Country Manager, Jeronimo Martins Poland, Joanna Makowiecka-Gaca, Prezes Zarządu, Polimex-Mostostal, Brian Tracy, International Keynote Speaker, Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu, Work Service.
Konferencję w znakomity sposób poprowadził dziennikarz Telewizji Polskiej- Krzysztof Ziemiec.
Popołudniowy komentarz walutowy z 12.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Popołudniowy komentarz walutowy z 12.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Hejt w sieci zablokuje Ci karierę
Pracodawcy sprawdzają jakie treści udostępniamy na swoich profilach społecznościowych, jakim słownictwem się posługujemy w komentarzach, i czy wyrażane przez nas poglądy nie obrażają uczuć innych grup społecznych.
Kandydat bierze udział w procesie rekrutacji na wyższe stanowisko menedżerskie. W końcowym etapie, przed podjęciem ostatecznej decyzji o złożeniu mu oferty pracy, okazuje się, że przyszły pracownik komentował w internecie aktualne wydarzenia społeczne pod swoim nazwiskiem w sposób pozbawiony kultury i przy użyciu niecenzuralnego języka. Wyrażał przy tym skrajne i kontrowersyjne poglądy godząc w dobre imię innych grup społecznych. Z tego powodu nie złożono mu oferty pracy.
To tylko jeden z coraz częstszych przypadków tego typu odnotowywanych przez ekspertów Michael Page, firmy specjalizującej się w prowadzeniu rekrutacji na stanowiska kierownicze.
Zastanawiające jest, że wiele osób zachowuje się tak, jakby internet był anonimowy. A przecież w najpopularniejszych serwisach społecznościowych funkcjonuje się pod własnym imieniem i nazwiskiem (takie zapisy znajdują się w regulaminie). Może dziwić, że wiele osób w swoich komentarzach posługuje się językiem, który trudno nazwać literacką polszczyzną, a dodatkowo często nawołującym do nienawiści. Kandydaci na stanowiska kierownicze pod własnym nazwiskiem publikują i publicznie promują treści kontrowersyjne, informacje newralgiczne, opinie rasistowskie, krytykują grupy społeczne, a nawet naśmiewają się z innych osób. Obrażają je ze względu na wiek, płeć, orientację seksualną, religię. W sieci stają się „hejterami”. Oczywiście wszyscy mają prawo do własnych opinii, ale powinno się to odbywać w ramach poszanowania praw drugiego człowieka.
– Tymczasem największe firmy, globalne organizacje, znane marki, spółki giełdowe, są szczególnie wyczulone na takie zachowania. Pracownicy, a szczególnie, kluczowe osoby w tego typu organizacjach muszą realizować ich wewnętrzne kodeksy etyczne. Osoby te reprezentują firmy na zewnątrz, dlatego powinny nie tylko akceptować, ale także swoją postawą popierać wartości przedsiębiorstwa, być ich ambasadorami. A wiarygodność w oczach współpracowników i kontrahentów zyskają tylko wtedy, gdy również prywatnie, będą zgadzać się i realizować zasady etyczne pracodawcy. Mówiąc wprost – przykład musi być dawany przez szefów – przekonuje Paweł Wierzbicki z Michael Page.
I dotyczy to coraz szerszej liczby przedsiębiorstw, gdyż kodeksy etyczne, do tej pory standard w koncernach globalnych, stają się również coraz bardziej popularne w polskich firmach. Najczęściej dotykają problemów równego traktowania, uczciwego i sprawiedliwego postępowania, regulują zasady działania w przypadku gdy pracownik dyskryminuje innych ze względu na: płeć, niepełnosprawność, pochodzenie etniczne, wyznanie, orientację seksualną. Za naruszenie obowiązujących w firmie zasad etycznych grożą pracownikom, a także kandydatom do pracy, konkretne konsekwencje.
Dlatego osoby, którym zależy na rozwoju kariery, które starają się o awans w swojej organizacji, czy też nowe stanowisko pracy w innej firmie, powinny zdawać sobie sprawę, że ich internetową tożsamość, w tym profile w sieciach społecznościowych może przeanalizować każdy, zarówno pracodawca, jak i rekruter. – Dokładny research w sieci na temat poglądów kandydata, jego norm etycznych, badanie tożsamości w sieci, odbywa się zazwyczaj pod koniec procesu rekrutacji, gdy pozostaje 2-3 kandydatów do weryfikacji i wyboru. Tym trudniej jest kandydatowi, któremu do tej pory bardzo dobrze wychodziły starania o nową posadę, zaakceptować porażkę z powodu własnych wpisów w internecie – twierdzi Paweł Wierzbicki.
Podczas takiego researchu pod uwagę brane są m.in.: sieci społecznościowe, fora internetowe i komentarze pod artykułami. Pracodawców interesuje jakie treści kandydaci udostępniają na swoich profilach, jakim słownictwem się posługują, w jakich wydarzeniach biorą udział, w jaki sposób wyrażają swoje poglądy. Wszelkie niedopuszczalne zachowania mają realny wpływ na ścieżkę kariery i procesy rekrutacji. W najbardziej skrajnym przypadku może się okazać, że pracodawca wycofa złożoną kandydatowi ofertę zatrudnienia pod wpływem internetowych treści, które ten firmował swoim własnym nazwiskiem.
Banki wkrótce bez BTE
25 września Sejm przyjął nowelizację ustawy Prawo bankowe, która zakłada między innymi zlikwidowanie bankowego tytułu egzekucyjnego (BTE). Nowelizacja jest wynikiem uznania przez Trybunał Konstytucyjny przepisów umożliwiających bankom wystawianie BTE za niekonstytucyjne.
Zgodnie z nowymi przepisami BTE zostanie całkowicie zlikwidowany. W myśl noweli banki stracą możliwość wystawiania tytułów egzekucyjnych i będą zobowiązane do uzyskania tytułów egzekucyjnych w postępowaniu sądowym. Nowa ustawa ma zapewnić dłużnikom prawo do merytorycznego rozstrzygnięcia sprawy przez sąd. Dla banków oznacza jednocześnie wyeliminowanie skróconego sposobu egzekucji niespłaconych wierzytelności. Droga sądowa i postępowania wszczęte przeciwko nieuczciwym kredytobiorcom mogą ciągnąć się latami, a wygrana w sądzie nie da bankom gwarancji, że komornik skutecznie odzyska dla banku zaciągnięte i niespłacone zobowiązania.
Przyjęta przez Sejm ustawa została skierowana do Senatu, który zadecyduje o jej ostatecznym kształcie. Pozostaje zatem pytanie, czy wpływ na okres obowiązywania przepisów o BTE będzie miał fakt, że są to ostatnie dni posiedzeń przed zakończeniem tej kadencji parlamentu.
Polskie firmy farmaceutyczne coraz bardziej innowacyjne
W 2014 roku polskie przedsiębiorstwa działające w sektorze przemysłowym wydały przeszło 24,6 mld złotych na działalność innowacyjną. W porównaniu z poprzednim rokiem nakłady na ten cel wzrosły o 17,4%. Przychody ze sprzedaży produktów nowych lub istotnie ulepszonych za lata 2012–2014 wyniosły natomiast 8,8%. Największy udział w innowacjach (45,6% wszystkich przedsiębiorstw przemysłowych) miały firmy zajmujące się produkcją leków i wyrobów farmaceutycznych.
Miliardy wydawane na innowacje
Nakłady na innowacje w sektorze przemysłowym w 2014 roku były o 3,6 mld złotych wyższe w porównaniu do roku 2013. Tendencję wzrostową w zakresie rozwoju aktywności innowacyjnej i przeznaczanych w tym celu funduszy potwierdzają analitycy, ośrodki badawcze, przedsiębiorstwa wprowadzające nowatorskie produkty, a także podmioty wspierające, które świadczą dla nich usługi o charakterze uzupełniającym.
Dofinansowanie ze środków europejskich na innowacyjne projekty napędza rozwój centrów badawczo-rozwojowych, a one coraz częściej i chętniej inwestują w badania nad nowymi produktami. Zauważyliśmy znaczący wzrost zleceń na tłumaczenia tekstów specjalistycznych z zakresu farmacji, chemii i biotechnologii. Innowacja to proces, który zaczyna się w laboratoriach, ale tak naprawdę wymaga szerokiej współpracy. Nasza firma posiada wyspecjalizowany zespół tłumaczy, którzy na co dzień obsługują zarówno firmy farmaceutyczne, jak również uniwersytety, laboratoria i ośrodki badawcze – mówi ekspert Biura Tłumaczeń 123tłumacz.pl.
Medycyna i farmacja podstawowym kierunkiem rozwoju
Jak pokazują najnowsze dane GUS-u za 2014 rok, 9 na 20 aktywnych innowacyjnie polskich przedsiębiorstw przemysłowych prowadzi działalność związaną z produkcją leków oraz podstawowych substancji i wyrobów farmaceutycznych. Całościowy rozwój rynku leków biotechnologicznych szacuje się natomiast na około 10% w skali roku. Prowadzenie działalności na tym obszarze jest o tyle wymagające, że wiąże się z podjęciem długotrwałych badań, które są dodatkowo niebotycznie kosztochłonne. Zrealizowanie kompletnego projektu odkrywczo-badawczego i wprowadzenia na rynek nowego leku wiąże się średnio z wydatkiem przekraczającym 1 mld dolarów.
Mimo że polskie firmy i ośrodki badawcze przekazują na innowacje ciągle dużo mniej środków w porównaniu do ich zachodnich odpowiedników, dostrzec jednak można systematyczny, stały wzrost w zakresie wydatków na aktywność innowacyjną. Jednym ze sposobów poradzenia sobie z problemem wysokich kosztów badań biotechnologicznych jest podjęcie wielowymiarowej współpracy między naukowymi ośrodkami badawczymi a przedsiębiorstwami działającymi na rynku farmaceutycznym.
Połączyć naukę i biznes — klastry i ośrodki naukowo-konsultacyjne
Zgodnie z najnowszą strategią Narodowego Centrum Badań i Rozwoju stworzenie platformy naukowo-biznesowej jest jednym z podstawowych instrumentów gwarantujących wzrost innowacyjności w obrębie polskiej farmaceutyki. – Żenimy ze sobą dwa środowiska: nauki i biznesu. Głęboko wierzymy w to, że z tego małżeństwa będą dzieci, mówię tu oczywiście o innowacjach, pracach badawczo-rozwojowych i nowych produktach, które są w stanie zdobyć polskie, a przede wszystkim światowe rynki – mówi Leszek Cieśla z NCBiR. O skuteczności takiego rozwiązania przekonują sukcesy odnoszone przez regionalne klastry stworzone w celu współdziałania firm komercyjnych i akademickich laboratoriów (m.in. Mazowiecki Klaster BioTechMed prowadzący obecnie zaawansowane prace nad bioimplantem).
Z pomocą w zrealizowaniu projektów farmaceutycznych dla tzw. start-upów przychodzą również ośrodki naukowo-konsultacyjne, np. pod szyldem koncernu Pfizer, działające w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej. Eksperci oceniają tam możliwość komercjalizacji wynalezionego leku i wskazują możliwe drogi rozwoju. Planowane utworzenie takiego punktu w Polsce we współpracy z uniwersytetami medycznymi sprawi, że szansę na rozwój i innowacyjność zyskają nie tylko duże firmy farmaceutyczne, ale również młodzi i zdolni naukowcy rozpoczynający swoje badania nad nowatorskimi lekami.
Źródło: Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl
Jaka będzie przyszłość samochodów elektrycznych w Polsce
Popularność samochodów elektrycznych w najbliższych latach będzie szybko rosnąć. Zdaniem specjalistów auta elektryczne przyczynią się do zmniejszenia zanieczyszczenia w miastach oraz znacząco obniżą koszty transportu: miejskiego oraz dla indywidualnych użytkowników. Obecnie przejechanie 100 km samochodem elektrycznym kosztuje niewiele ponad 5 PLN. Eksperci Schneider Electric wskazują czego potrzeba w naszym kraju, aby samochody przyjazne dla środowiska stały się elementem naszej rzeczywistości.

W kierunku rozwoju
Zgodnie z postanowieniami pakietu, Polska do 2020 roku musi posiadać 46 tys. punktów ładujących dla samochodów elektrycznych. Według danych z raportu „Przyszłość miast” ośrodka dialogu i analiz THINKTANK aktualnie posiadamy około 250 takich punktów.
W końcowym założeniu ich ilość i dostępność ma być porównywalna z powszechnością parkometrów. Z analiz Frost & Sullivan wynika, że w najbliższych latach po drogach na całym świecie będzie jeździło niemal 6,5 mln pojazdów o napędzie hybrydowym
i elektrycznym. Wskazuje to na znaczny wzrost popularności aut elektrycznych i konieczność przystosowania infrastruktury energetycznej w miastach.
Rozwiązanie dla miast
Transport elektryczny to rozwiązanie dostosowane głównie do miejskiego stylu życia. Średnio na jednym doładowaniu samochód elektryczny jest w stanie pokonywać dystans od 80 do 150 km. Jak pokazują dane pochodzące z raportu „Przyszłość miast”, w pełni zaspokaja to potrzeby ludności żyjącej w miastach, gdyż dziennie nie pokonują oni dystansu większego niż 60 km. W związku z tym, rozwiązanie to dedykowane jest głównie dla odbiorców indywidualnych oraz firm, których pracownicy poruszają się na terenie miasta. Wyjście naprzeciw oczekiwaniom i potrzebom mieszkańców miast jest koniecznością. Auta elektryczne jak i ładowarki są elementem budującym inteligentny system energetyczny w miastach.
W naszej nowej siedzibie, zlokalizowanej przy ul. Konstruktorskiej 12, ładowarka do samochodów elektrycznych już znalazła swoje zastosowanie. Pozwala załadować samochód w ciągu maksymalnie dwóch godzin, co umożliwia pokonanie trasy 150 kilometrów – mówi Jacek Łukaszewski, prezes Schneider Electric, firmy, która jest m.in. producentem ładowarek dedykowanych elektrycznym samochodom. W naszym asortymencie znajdują się ładowarki przeznaczone zarówno dla odbiorców indywidualnych jak i do użytku publicznego tzn. na parkingach, w supermarketach czy na ulicach. Urządzenie EV Link zostało zaprezentowane również na tegorocznych Międzynarodowych Energetycznych Targach Bielskich – Energetab, gdzie cieszyło się dużym zainteresowaniem. Ważne jest również to, że każdy może mieć taką ładowarkę zainstalowaną przy domu, czy w garażu – kontynuuje Jacek Łukaszewski.
Społeczne poparcie

w postaci subwencjonowanych kwot do zakupu. Inną zachętą jest wprowadzenie ulg podatkowych, na co wskazało 29 proc. ankietowanych. Z kolei 15 proc. respondentów twierdzi, że istotnym bodźcem wpływającym na zwiększenie liczby elektrycznych samochodów jest wprowadzenie bezpłatnego parkowania na terenie całych aglomeracji miejskich. Dużym atutem samochodu elektrycznego jest niski koszt eksploatacji, ponieważ przejechanie 100 km kosztuje niewiele ponad 5 PLN, a to zdecydowanie mniej niż w przypadku samochodów na benzynę czy ropę, choć oczywiście należy wziąć pod uwagę silnik i specyfikę pojazdu – dodaje Jacek Łukaszewski.
Jednym z obszarów inteligentnego miasta jest inteligentny transport i komunikacja. Samochody elektryczne, jak również cały system ich ładowania, to kluczowe elementy Smart Cities. Podstawą wzrostu popularności samochodów elektrycznych powinny być rozwiązania legislacyjne, które będą promować działania wspomagające ich rozwój. Zachęty w postaci ułatwień regulacyjnych, zarówno na szczeblu krajowym i europejskim, powinny przyczynić się do wzrostu zainteresowania, a tym samym do rozwoju inteligentnego transportu. Warto przy tym zwrócić uwagę na zalety tego rozwiązania, które gwarantują czystsze, bardziej ciche oraz przyjazne miasta XXI wieku.
Komentarz walutowy z 12.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 12.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
ABS Investment S.A. przeznaczy do 1 mln zł na skup akcji własnych B
ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną oraz doradczą, zamierza przeznaczyć kwotę do 1 mln zł na skup akcji własnych B. Emitent opublikował także Regulamin swojego drugiego Programu Buy-back’u.
Skup B będzie realizowany w okresie 36 miesięcy od dnia 25.06.2015 r. lub do wyczerpania środków przeznaczonych na ten cel. Nabycie akcji własnych w ramach Skupu B będzie się odbywało w Transzach, w których liczba nabywanych akcji będzie nie mniejsza niż 30.000 szt. Cena akcji w poszczególnych Transzach będzie obliczana jako wyższa o 10% od średniej ceny z 60 sesji poprzedzających dzień ogłoszenia zawierającego informację o chęci odkupienia akcji w ramach danej Transzy. Nabywanie akcji w ramach Skupu B będzie realizowane tylko i wyłącznie na podstawie umów cywilnoprawnych.
„Realizacja I transzy skupu planowana jest już w tym kwartale. Nie wykluczam, że skup B będzie realizowany częściej niż raz do roku. Nabywanie akcji na obecnym poziomie cenowym jest mocno uzasadnione ekonomicznie, ponieważ wartość księgowa na akcję jest znacznie wyższa. Atrakcyjne są również inne wskaźniki m.in. cena/zysk czy poziom długu w stosunku do wartości aktywów. Jest jeszcze za wcześnie, aby decydować co dalej z nabytymi akcjami. Po zakończeniu procesu podjęta zostanie decyzja w tym zakresie. Jestem głęboko przekonany, że akcje własne ABS mogą zostać odsprzedane po znacznie wyższej cenie niż średnia cena nabycia. Druga opcja to ich umorzenie. Niezależnie od skupu B, systematycznie realizowany będzie oczywiście skup A. W obecnej sytuacji finansowej ABS jest w stanie realizować zarówno obydwa skupy, jak i wpłacać co roku dywidendę Akcjonariuszom.” – komentuje Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.
Spółki znajdujące się w portfelu inwestycyjnym ABS Investment S.A. notują istotną poprawę wyników finansowych, a także realizują przyjęte Strategie Rozwoju, więc Emitent liczy na bardzo dobre kolejne kwartały. Podmioty, który trafiły do portfela inwestycyjnego Spółki, przeszły bardzo wnikliwą selekcję, a jej efektem jest widoczny wzrost jego wartości. ABS Investment S.A. stara się inwestować w spółki działające w niszowych oraz bardzo dochodowych branżach. Ważnym elementem przyjętej strategii inwestycyjnej przez Emitenta jest również dobór spółek dywidendowych, które regularnie dzielą się wypracowanym zyskiem ze swoimi akcjonariuszami. W ten sposób ABS Investment S.A. buduje bezpieczny, stabilny i rentowny portfel inwestycyjny.
„Wyniki finansowe spółek portfelowych są znacznie lepsze od planowanych. Z tego powodu oraz ze względu na dużą ilość nowych umów do realizacji jestem ogromnym optymistą co do wyników ABS w kolejnych kwartałach. Napływa też do nas coraz więcej ciekawych i innowacyjnych projektów. Po publikacji wyników za III kwartał podejmę decyzję odnośnie publikacji nowej prognozy na 2015 w zakresie wyniku finansowego i wartości aktywów na akcję.” – dodaje Jarosz.
ABS Investment S.A. osiągnęła w 2 kw. 2015 r. 919 tys. zł zysku netto przy przychodach ze sprzedaży na poziomie 411 tys. zł. W analogicznym okresie ub. roku Spółka zanotowała stratę netto w wysokości 700 tys. zł, a jej przychody ze sprzedaży wyniosły 4 tys. zł. Od początku 2015 r. Emitent wypracował już 1.288 tys. zł zysku netto przy przychodach na poziomie 511 tys. zł. Rok wcześniej strata netto ABS Investment S.A. przekroczyła 1.124 tys. zł.
W tym roku Spółka wypłaciła także dywidendę w wysokości 0,03 zł na akcję z zysków wypracowanych w poprzednich latach. ABS Investment S.A. prognozuje osiągnięcie w 2015 r. zysku brutto na jedną akcję w wysokości 0,25-0,27 zł. Prognozy finansowe przewidują również, że wartość aktywów Spółki wraz z należnościami pochodzącymi z ich sprzedaży wyniesie na koniec 2015 r. w przeliczeniu na 1 akcję od 2,80 zł do 3,00 zł. Po 6 miesiącach br. realizacja prognozy na cały 2015 r. wynosi blisko 100%, a Zarząd może rozważyć jej podwyższenie.
ABS Investment S.A. jest spółką notowaną na rynku NewConnect od lutego 2011 r., która prowadzi działalność w dwóch obszarach: inwestycji kapitałowych oraz doradztwa finansowego. We wrześniu 2014 r. jej obligacje zadebiutowały również na rynku Catalyst. ABS Investment S.A. specjalizuje się inwestycjach w firmy działające w niszowych branżach, mające już rozwinięty biznes o ponadprzeciętnej oczekiwanej stopie zwrotu.
Umocnienie walut wschodnioeuropejskich
Piątek i weekend były dobrym czasem dla walut naszej części świata. Rublowi rosyjskiemu pomogła zwyżka cen ropy. Rublowi białoruskiemu “demokratyczne” wybory. Złoty i inne waluty naszego regionu umacniały się w wyniku ruchów na rynkach światowych.
Piątek był szczególnie aktywnym dniem na funcie. Poznaliśmy co prawda o 10:30 dane z Wielkiej Brytanii, ale ruch osłabiający funta zaczął się kilka godzin wcześniej. Same dane również nie uzasadniały tak silnej przeceny. Deficyt w handlu zagranicznym spadł, ale nie tak mocno jak uważali analitycy. To co jest istotne, to skala tego ruchu. Funt rozpoczął dzień w okolicach 5,75 zł by zakończyć go 6 groszy niżej.
Warto zwrócić uwagę na rynek ropy. Jest to pewien prognostyk dla rynków surowcowych. Czarne złoto odbija się po osiągnięciu dołków i zaczyna powoli rosnąć. Nie można oczywiści mówić jeszcze o zbliżaniu się do starych poziomów. Powodem wzrostów jest zwiększenie prognoz konsumpcji ropy na 2016 rok oraz spadek wydobycia, szczególnie poza krajami OPEC. Nie może dziwić ta sytuacja, gdyż wydobycie w pierwszej kolejności spada tam, gdzie są najwyższe koszty. Wraz ze wzrostem cen ropy do łask wraca również rosyjski rubel. Waluta ta kosztuje “już” 6 groszy i jest to najwyższy poziom od niemal 3 miesięcy.
W weekend odbyły się wybory na Białorusi. Zgodnie z oczekiwaniami wygrał je Aleksander Łukaszenko. W tej edycji wyborów uzyskał 83,49% głosów poprawiając swój wynik z poprzednich o niemal 5%. Frekwencja wyniosła imponujące 87%. Waluta zareagowała delikatnym umocnieniem na te dane, ale nie zmienia to faktu, że białoruski rubel jest w zdecydowanym wieloletnim trendzie spadkowym. Tylko w ciągu ostatniego roku stracił on jedną trzecią swojej wartości względem złotego.
Na rynki światowe trafiają niepokojące doniesienia z Syrii, gdzie sytuacja wymyka się powoli spod kontroli. Do mediów trafiła informacja, jako Brytyjczycy uzbroili swoje samoloty w rakiety powietrze-powietrze na wypadek kolejnych naruszeń przez Rosjan przestrzeni powietrznej państw NATO. Gdyby doszło do spełnienia takich gróźb z pewnością odczulibyśmy to bardzo dotkliwie na rynkach finansowych. Polska jako kraj leżący pomiędzy Rosją a Zachodem z pewnością ucierpiałby na kolejnych prężeniach muskułów. Szanse dojścia do wojny są oczywiście skrajnie niskie, ale ewentualne napięcia powinny gwałtownie osłabić waluty naszego regionu.
Dzisiejszy dzień jest ubogi w publikacje danych makroekonomicznych. Dodatkowo dochodzi fakt, że mamy dni wolne od pracy zarówno w Kanadzie jak i w Japonii. W USA popołudniu odbędzie się kilka konferencji, na które zaproszeni są członkowie FED. Tematyka ich wystąpień zahacza o tematy polityki monetarnej zatem możemy spodziewać się kolejnych wskazówek co do terminów ewentualnych podwyżek.
EUR/PLN

Kurs EUR/PLN od połowy lipca znajduje się w trendzie wzrostowym. Po osiągnięciu maksimum na poziomie 4,2600, przeszedł w fazę korekty po czym znów zawraca. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,2600 gdzie znajdowało się ostatnie maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2100 a następnie minima w okolicach 4,1550-4,1600.
CHF/PLN

Kurs CHF/PLN znajduje się w trendzie spadkowym. Gdyby doszło do przebicia linii oporu na 3,8950 Kolejnym istotnym oporem są okolice 3,9400 gdzie znajdują się ostatnie ważne maksima. W przypadku osłabienia kursu, ważnym poziomem jest ostatnie minimum, czyli 3,8090.
USD/PLN

Kurs USD/PLN Znajduje się w trendzie bocznym. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest linia łącząca ostatnie maksima na 3,8100. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,7000.
GBP/PLN

Kurs GBP/PLN podąża w krótkoterminowym trendzie spadkowym. Najbliższymi ograniczeniami dla wzrostu kursu są jest linia łącząca maksima lokalne na 5,7250. Doszło co prawda do jej przebicia, ale kurs szybko zawrócił i wybił się poniżej poprzedniego wsparcia. W przypadku dalszych spadków ważnym wsparciem jest 5,6750 czyli ostatnie minimum.
Prawie 10 tysięcy osób w Polsce zapada na raka krwi
Wypowiedź: Dorota Wójtowicz-Wielgopolan, rzecznik prasowy Fundacji DKMS, Wojciech Niewinowski, który zachorował na białaczkę w wieku 22 lat, Julia Sygulska-Walczak, która została dawcą komórek macierzystych.
Każdego roku prawie 10 tysięcy osób w Polsce zapada na jedną z chorób nowotworowych krwi, najczęstszą z nich jest białaczka. Często jedynym dla nich ratunkiem jest przeszczep. Prawdopodobieństwo znalezienia bliźniaka genetycznego dla potrzebującego przeszczepienia pacjenta, wynosi w najlepszym wypadku 1 do 20.000. Bywa, że spada do kilku milionów.
– W Polsce co piąty pacjent zostaje bez swojego bliźniaka genetycznego, bez swojego dawcy. Apelujemy do wszystkich, którym los ludzki nie jest obcy aby zastanowili się nad tym, czy warto zarejestrować się i mieć swój udział w ratowaniu życia – mówi newsrm.tv Dorota Wójtowicz-Wielgopolan, rzecznik prasowy Fundacji DKMS.
Jak pokazują statystyki, aż 75% przeszczepień możliwych jest dzięki dawcom niespokrewnionym. W rejestrach niespokrewnionych dawców na całym świecie, zarejestrowało się już ponad 25 milionów potencjalnych dawców, jednak wciąż jest ich za mało, by pomóc wszystkim potrzebującym.
– Moja choroba zaczęła się w 2009 roku. Wtedy jako młody chłopak, miałem 22 lata, studiowałem i moje życie stanęło w miejscu. W szpitalu okazało się, że mam białaczkę, która musi zostać wyleczona chemioterapią, która powoduje bardzo duże spustoszenie w organizmie. Ja jako pacjent bardzo cierpiałem – opowiada Wojciech Niewinowski, który zachorował na białaczkę w wieku 22 lat – Odebrałem telefon i okazało się, że dzwoni mój lekarz żeby przekazać mi informację, że jest dawca. Wtedy po raz pierwszy zagościła w moim sercu nadzieja na to, że przeżyję.
Dzięki przeszczepowi pacjent, który ma raka krwi odzyskuje zdrowie. Natomiast osoba, która zdecydowała się na podarowanie komórek macierzystych zyskuje swojego bliźniaka genetycznego. W ten sposób rodzą się przyjaźnie, które trwają latami. – Czasami w to nie wierze, że dzięki mnie żyje druga osoba. Ja dzięki temu zyskałam, siostrę, bo jestem jedynaczką. Agnieszka ma jeszcze dwie siostry. Mam nową dużą rodzinę – opowiada Julia Sygulska-Walczak, która została dawcą komórek macierzystych.
W najbliższy wtorek, 13 października, obchodzony jest Ogólnopolski Dzień Dawcy Szpiku. Fundację DKMS Polska właśnie wtedy organizuje akcję rejestrowania do bazy potencjalnych dawców komórek macierzystych krwi lub szpiku.
Jak funkcjonują działy marketingu i sprzedaży w polskich firmach? Raport „Efektywny marketing a skuteczna sprzedaż”
Nieco ponad połowa polskich firm zatrudnia osoby odpowiedzialne za sprzedaż. Podobne jest w przypadku marketingowców. 53% badanych przedsiębiorstw wskazuje na obecność w swoich strukturach osób zajmujących się na co dzień komunikacją marketingową. To tylko niektóre dane płynące z raportu „Efektywny marketing a skuteczna sprzedaż”, będącego efektem badań opracowanych wspólnie przez agencję Mind Progress Group i Instytut badawczy IPC.
Badanie przeprowadzono w maju 2015 roku. Wzięły w nim udział 202 firmy i osoby, kwalifikowane do małych, średnich i dużych przedsiębiorstw na podstawie definicji GUS. W większości były to firmy o charakterze produkcyjnym i usługowym. – W tegorocznej – trzeciej już̇ – edycji badań skupiliśmy się̨ m.in.: na funkcjonowaniu działów sprzedaży i marketingu w strukturze firm, obrazie marketera i sprzedawcy, realizacji ich zadań́ i celów czy narzędzi, jakie najczęściej wykorzystują̨ w swojej pracy – mówi Michał Pawlik, head of strategy w Mind Progress Group, pomysłodawca i koordynator badania.
Wyniki badań pokazują dość duże zróżnicowanie polskich firm w podejściu do marketingu i sprzedaży. Skłonność do zatrudniania osób odpowiedzialnych za sprzedaż rośnie wraz z wielkością przedsiębiorstwa. Aż 75,4% spośród małych przedsiębiorstw nie posiada tego typu pracowników. Co z kolei diametralnie zmienia się dużych przedsiębiorstwach, gdzie zaledwie w ok. 28% firm nie pracują sprzedawcy. Są to liczby mniej optymistyczne niż w przypadku zatrudniania marketingowców. Tylko 55,1% małych przedsiębiorstw posiada osób odpowiedzialnych za marketing. Na brak marketerów w szeregach dużych firm wskazuje ok. 28% badanych. W badanych przedsiębiorstwach aż̇ 72,9% osób zajmujących się̨ marketingiem tworzy dedykowany temu zadaniu dział marketingu. Zaledwie 11,2% ankietowanych zadeklarowało, że marketingiem w firmie zajmują̨ się̨ samodzielni specjaliści. W tych przedsiębiorstwach, w których funkcjonują̨ zarówno dział marketingu, jak i dział sprzedaży, w większości (45%) została zachowana odrębność́ pomiędzy działami. Nieco mniej, bo w 30% badanych firm, dział marketingu i dział sprzedaży są̨ połączone. – Dość́ dobrze widoczna jest połączona struktura marketingu i sprzedaży typowa dla małych i średnich przedsiębiorstw oraz rozdzielenie tych funkcji w dużych firmach – mówi Jacek Kotarbiński, autorytet świata marketingu, bloger, trener biznesu, autor książki „Sztuka rynkologii”. – Warto przypomnieć́, że to kompetencje marketingowe kształtują̨ charakter i strategię sprzedaży. Dlatego np. szef marketingu i sprzedaży małej czy średniej firmy powinien zdecydowanie bardziej rozumieć́ rynek i zachowania klientów niż̇ koncentrować́ się̨ na modelu sprzedaży – dodaje.
Ciekawe wnioski płyną także z wyników dotyczących realizacji celów i zadań́ działów marketingu i sprzedaży. Przykładowo według respondentów budowa wizerunku i świadomości marki oraz promowanie, polepszanie reputacji firmy to zadania, które dotyczą̨ działu marketingu (53,4% w stosunku do 23,3%, kiedy wskazywano na dział sprzedaży w przypadku wizerunku marki oraz 45,9% w stosunku do 27,1% w przypadku reputacji). – Odpowiedzi wskazują̨ raczej na stereotypowe ukształtowane przez wiele lat rozumienia ról w ramach tych dwóch kompetencji – mówi Krzysztof Sobieszek, chief strategy officer w ZenithOptimedia Group. – To, co kojarzy się̨ wyraźnie, np.: budowanie świadomości i wizerunku marki lub zwiększanie przychodów firmy, jest jasno przypisane do marketingu i sprzedaży, natomiast większość́ obszarów nie uzyskuje dużego stopnia zróżnicowania. Według Jacka Kotarbińskiego ujawnia się̨ mit na temat działu marketingu odpowiedzialnego wyłącznie za promowanie i wspieranie sprzedaży. – Brak korelacji pomiędzy wpływem marketingu na wyniki sprzedaży jest wyraźnie widoczny. Pora promować́ zmianę̨ tego stanu rzeczy, ponieważ̇ współczesną rolą marketingu jest tworzenie i zarzadzanie rynkiem, a nie wyłącznie bycie supportem dla działań́ handlowych.
Nowa inwestycja w wielkopolskim Robakowie
Kilkadziesiąt osób znalazło pracę w nowej fabryce dań gotowych sushi, jaka powstała w podpoznańskim Robakowie. Warta 7 mln zł inwestycja Sushi Factory rozpoczęła się na początku 2015 r. Obecnie to najbardziej rozbudowana linia do produkcji sushi maki w Polsce i jedna z pięciu największych w Europie. To także centrum dystrybucyjne gotowe do obsługi polskich i zagranicznych sieci handlowych.
Sushi Factory to inwestycja z polskim kapitałem założona na początku 2015 roku. Fabryka zajmuje się produkcją dań gotowych sushi na potrzeby polskich i zagranicznych sieci handlowych, w tym tworzeniem marek własnych. Jej wartość szacowana jest na 7 mln zł, w tym zawarte są nakłady poniesione na maszyny i linię technologiczną. Zakład znajduje się w podpoznańskim Robakowie, w strategicznym położeniu koło Poznania, bezpośrednio przy autostradzie A2 relacji Warszawa-Poznań-Berlin oraz drodze szybkiego ruchu S11.
Obecnie Sushi Factory zatrudnia blisko 30 osób, w tym dwóch sushi masterów czuwających nad jakością wyborów gotowych. Przy produkcji posługuje się międzynarodowym standardem bezpieczeństwa żywności BRC, a także – jako jeden z nielicznych tego typu zakładów w Polsce, został zatwierdzony przez Inspekcję Weterynaryjną jako spełniający wszystkie normy sanitarno-weterynaryjne. W praktyce oznacza to możliwość eksportu wytwarzanych produktów na rynki unijne, co byłoby niemożliwe bez nadanego numeru weterynaryjnego.
Największa w Polsce linia do produkcji sushi
W Sushi Factory znajduje się najbardziej rozbudowana linia do produkcji sushi maki w Polsce, jedna z pięciu największych w Europie. To jedyna fabryka z Krio-line, ciągiem linii chłodzącej ciekłym azotem do temperatury 2 stopni C pozwalającej na uzyskiwane produktów o lepszej jakości i dłuższej dacie przydatności (aż 6 dni). Park maszynowy to także linia układania dań na tacki oraz trzy bramy załadowcze. Całość procesów produkcyjnych i logistycznych ma miejsce w obrębie powierzchni liczącej 1800 m2.
W zakładzie znajduje się sześć maszyn trzyszufladowych pozwalających na jednoczesne gotowanie do 270 kg ryżu, a także w pełni automatyczna maszyna do płukania wybrana pod kątem optymalnie niskiego zużycia wody i energii elektrycznej. Proces przygotowywania dopełnia maszyna do mieszania ryżu o wydajności 15 kg/3 minuty.
Produkcja maki, hosomaki i california maki („odwrócone sushi”) odbywa się w dwóch maszynach dwuliniowych o wydajności 4 tys. rolek na godzinę. Linia technologiczna to także maszyna do cięcia i plastrowania mrożonego łososia o wydajności 150 kg na godzinę oraz maszyna do krojenia i szatkowania warzyw o wydajności 1 tony na godzinę.
Dania Sushi Factory pakowane są próżniowo w modyfikowanej atmosferze. – Wykorzystanie mieszaniny gazów azotu i dwutlenku węgla pozwala wydłużyć przydatność produktu do nawet 6 dni od dnia zapakowania. Standardowo dostępne w supermarketach dania gotowe sushi posiadają zdecydowanie krótsze terminy przydatności do spożycia, nie dłuższe niż 48 godzin od momentu zapakowania – mówi Peter Le, japoński technolog nadzorujący linię produkcyjną Sushi Factory.
2016 rok pod kątem kolejnych inwestycji
Sztandarowy produkt Sushi Factory to danie Factory Chīsai 230 g składające się z dziewięciu kawałków sushi. To maki z paluszkiem krabowym oraz wędzonym łososiem, california maki z zapiekanym łososiem, kapustą kimczi, prażonymi pestkami dyni i słonecznika, a także hosomaki z marchwią, ogórkiem oraz marynowaną rzodkwią japońską. Aktualna wydajność produkcyjna jednej zmiany trwającej 8 godzin wynosi 14 tys. tacek Factory Chīsai. – Docelowo planujemy trzykrotnie zwiększyć wolumeny, osiągając wielkość produkcji na poziomie 84 tys. tacek w 8 roboczogodzin – mówi Tomasz Nawrocki, członek zarządu Sushi Factory sp. z o.o. Jak dodaje, w planach na 2016 r. przewidziane jest także otwarcie kolejnej linii technologicznej oraz dwukrotne zwiększenie liczby zatrudnionych osób.
– Na tę chwilę produkty Sushi Factory dystrybuowane są do polskich sieci handlowych, choć docelowo planowany jest ekspert na rynki zagraniczne, ze szczególnym uwzględnieniem Turcji i krajów Europy Zachodniej – podsumowuje plany Tomasz Nawrocki.
A. Halicki: Polska kształci za mało informatyków. Umiejętność programowania najbardziej poszukiwaną kompetencją na rynku pracy
Mimo że polskie uczelnie co roku kształcą 30 tys. informatyków, zapotrzebowanie biznesu na specjalistów w tej dziedzinie rośnie dużo szybciej. Dlatego przedstawiciele firm, rządu i uczelni chcą, by już wśród najmłodszych promować umiejętności cyfrowe i zachęcać ich w ten sposób do wyboru tej ścieżki zawodowej. Temu ma służyć także właśnie rozpoczęty Europejski Tydzień Kodowania, który jest inicjatywą Komisji Europejskiej.
– Na rynku pracy brakuje 40 tys. informatyków i programistów, a w całej Europie aż kilkuset tysięcy. Wprawdzie kształcimy bardzo dużo informatyków, ale to ciągle za mało – mówi Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji, podczas inauguracji Europejskiego Tygodnia Kodowania w Polsce. – Dzisiaj lekcje kodowania, wprowadzenie informatyki do szkoły i powszechna nauka tej dziedziny powinny być pierwszym wyzwaniem nowoczesnej szkoły.
Potencjał jest, bo polscy programiści są cenieni w świecie. Wygrywają różne konkursy i są rozchwytywani przez największe firmy z branży IT. Poziom kształcenia na polskich uczelniach także jest doceniany za granicą. Zainteresowanie tą dziedziną rośnie, o czym może świadczyć, że do Tygodnia Kodowania w Polsce zgłoszono ponad 1100 różnych wydarzeń. Wśród zgłaszających są szkoły, biblioteki, organizacje pozarządowe, start-upy i duże korporacje.
– Moglibyśmy wykorzystywać tę szansę jeszcze lepiej. Myślę tu np. o nawiązaniu dobrej współpracy między uczelniami, biznesem a administracją. Czegoś takiego brakuje – mówi Halicki. – Bardzo się cieszę, że firmy prywatne, jak np. Samsung, tak dużo uwagi poświęcają nauce kodowania wśród młodzieży, która ma być pierwszą zachętą do tego, by być bliżej oświaty, i promocją tego, co jest potrzebne gospodarce.
Z drugiej strony dane dotyczące wykluczenia cyfrowego pokazują, że kompetencje w tej dziedzinie są piętą achillesową Polaków. Jedna trzecia społeczeństwa nie korzysta z komputera i internetu. Jak podkreśla minister, szybko nadrabiamy zaległości związane z infrastrukturą dostępową oraz liczbą dostępnych e-usług, jednak prawdziwym wzywaniem pozostają umiejętności. Wszystkie te trzy obszary wspierać ma program Polska Cyfrowa, z którego na lata 2014-2020 do wydania będzie 2 mld euro.
– Młode pokolenie ma bardzo wysoko rozwinięte umiejętności cyfrowe, aczkolwiek one pozwalają raczej się bawić komputerem, tabletem czy internetem. Nie mamy wiedzy o tym, jak wykorzystywać wszystkie możliwości tych urządzeń. Kodowanie temu właśnie służy – mówi Michał Boni, europoseł, były minister administracji i cyfryzacji. – Wielka Brytania od pewnego czasu ma kodowanie jako element stałego kształcenia, podobnie jak Estonia i Finlandia. My również powinniśmy zmierzać w tym kierunku.
Upowszechnianiu wśród najmłodszych nawyków cyfrowych i wiedzy na temat korzystania z nowoczesnych technologii mają służyć takie programy, jak Mistrzowie Kodowania i Mistrzowie Kodowania Junior, realizowane z inicjatywy Samsung Electronics Polska. Biorą w nich udział tysiące uczniów i przedszkolaków. Mistrzowie Kodowania zostali głównym partnerem polskiego Tygodnia Kodowania.
– Jak uczyć kodowania? Ja używałbym raczej określenia uczyć myślenia strategicznego i analitycznego, a kodowanie, np. poprzez proste języki typu Scratch, ma pokazać, jak to wdrażać w działaniu. Programowanie to jest szersze pojęcie niż tylko kodowanie, a warto mówić o tym szerzej, jako o formie twórczości. Chodzi o kreatywne myślenie, o to, by pokazywać młodym ludziom, że komputery służą nie tylko do zabawy, lecz także do wielu innych rzeczy – mówi Włodzimierz Marciński, Lider Cyfryzacji w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji.
Eksperci podkreślają, że edukowanie najmłodszych pokoleń w tej dziedzinie będzie miało korzystne efekty także dla starszych pokoleń. Jego przedstawiciele zdobywają i pogłębiają swoją wiedzę na temat technologii właśnie dzięki pomocy młodych ludzi. W ten sposób łatwiej będzie poradzić sobie z problemem wykluczenia cyfrowego. To zjawisko staje się coraz groźniejsze, bo coraz więcej aspektów codziennego życia przenosi się do internetu.
– Będą się zmieniały wszystkie sektory gospodarki, systemy naszej pracy, życie codzienne. Za chwilę czekają nas duże zmiany w obszarze zdrowia, będziemy także korzystali z aplikacji, by śledzić stan swojego zdrowia. Do tego potrzebnych jest więcej umiejętności, niż dzisiaj mamy – przekonuje Michał Boni.
Zdobywaniu nowych i pogłębianiu posiadanych umiejętności służy Tydzień Kodowania. To coroczna inicjatywa Komisji Europejskiej, której celem jest popularyzacja idei programowania. Między 10 a 18 października w całej Polsce odbędzie się ponad 1100 różnego typu imprez: spotkań, warsztatów, szkoleń, konferencji związanych z technologiami cyfrowymi i nauką programowania dla dzieci, młodzieży i dorosłych.
– Programują zarówno seniorzy, jak i przedszkolaki w całej Polsce. Zwykle jest to programowanie bardzo amatorskie. Popularyzując ideę kodowania, chcemy zachęcać szeroką grupę do uczestnictwa w tym wydarzeniu. Traktujemy programowanie jako trzeci język – język, który pozwala zrozumieć zasady funkcjonowania współczesnych technologii, mediów, informacji – wyjaśnia Blanka Fijołek, polska ambasadorka Tygodnia Kodowania i CSR & Sponsorship Senior Manager w Samsung Electronics Polska.
MON rozważa osobny zakup okrętów podwodnych i pocisków samosterujących. Eksperci uważają, że byłby to błąd strategiczny i biznesowy
Gdyby – jak sugeruje MON – rozdzielono zakup trzech okrętów podwodnych i rakiet manewrujących, to koszty zakupu znacznie by wzrosły – przekonuje wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Byłoby to więc nie tylko błędem strategicznym, lecz także biznesowym.
– W mojej ocenie wygląda to bardzo źle – podkreśla w rozmowie z Newserią Dariusz Seliga, poseł PiS, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej. – Inaczej negocjuje się tego typu zakupy, kupując cały pakiet, patrząc na perspektywę wielu lat i dostęp do technologii, a inaczej kupuje się skorupy, czyli same okręty, bez systemu uzbrojenia. Nawet, jeżeli jest możliwość późniejszego wmontowania tego systemu, to tak naprawdę płacimy później drugi raz za coś, co moglibyśmy być może wynegocjować w pakiecie.
Jego zdaniem osobny zakup okrętów i ich wyposażenia, które stanowić ma o potencjale odstraszającym Polski, byłby biznesowym błędem. Stefan Niesiołowski, przewodniczący Komisji Obrony Narodowej, podkreślał, że w takim przypadku problemem będzie też zapewnienie spójności uzbrojenia Marynarki Wojennej. Takie rozwiązanie niedawno zasugerował wiceminister obrony narodowej Czesław Mroczek. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami MON pociski miałby być pozyskiwane w tym samym postępowaniu, co okręty.
– Dziś podejmowane są decyzje strategiczne dla bezpieczeństwa państwa polskiego. Mamy jednak wrażenie, że politycznie te decyzje są podejmowane ad hoc. Widzimy poważne zmiany: raz mówimy o zakupie całego pakietu okrętów podwodnych z systemami rakiet, za chwilę mówimy, że możemy ten projekt rozdzielić. Tak naprawdę nie wiemy dzisiaj, z kim negocjować – mówi Dariusz Seliga.
W ocenie wiceprzewodniczącego sejmowej Komisji Obrony Narodowej przy poszczególnych programach modernizacji polskiej armii jest zbyt mało przejrzystości. Nawet komisja nie ma często dostępu do kluczowych informacji. Seliga dodaje, że brak cywilnej kontroli parlamentu nad armią jest błędem politycznym, który powinien zostać naprawiony w następnej kadencji.
– Jeżeli chcemy zrobić coś porządnie, uczciwie i z dbałością o pieniądze publiczne, to te rzeczy muszą być jawne. Dzisiaj, w dobie internetu, ci, którzy nadzorują armię, szczególnie parlamentarne Komisje Obrony Narodowej, powinni wiedzieć, co w każdym momencie w tych przetargach się dzieje. Myślę, że to jest rozwiązanie, które zmusi wojskowych do pełnej otwartości i współpracy – podkreśla Seliga.
Dodaje, że taka sytuacja pozwoliłaby uniknąć zamieszania, jakie miało miejsce przy przetargach na śmigłowce dla armii, kiedy określonego w specyfikacji sprzętu żaden z producentów tak naprawdę nie był w stanie dostarczyć. Rozstrzygnięcie przetargu wzbudziło wiele kontrowersji, a odpowiedzialnych z tę specyfikację nie ma.
– Myślę, że nowy rząd będzie naprawiał te błędy, które przecież będą skutkować przez lata – to będą tysiące miejsc pracy u kooperantów i w fabrykach przemysłu obronnego, jeśli te pieniądze będą dobrze wydawane – mówi wiceprzewodniczący komisji. – Ministerstwo Obrony Narodowej nie mówi w żadnym aspekcie, co na tym skorzysta polski przemysł obronny, co na tym skorzysta polski tokarz czy ślusarz.
Seliga podkreśla, że przedwyborcze miesiące nie są dobrym czasem na podejmowanie strategicznych dla państwa decyzji.
– Rzucanie tego typu tematu w takim okresie powoduje, że przestajemy jako Polska być wiarygodnym partnerem dla kooperantów, dla firm zachodnich. Dziś cały świat wie, co chcemy zakupić, jakie powinny być te systemy. Cały świat wie też, kto ma systemy i komponenty, które mogłyby być dla nas przydatne, więc tutaj nie mamy dużego pola manewru. Dlatego tym bardziej powinniśmy tych partnerów z Zachodu, z którymi będziemy współpracować, traktować bardzo poważnie – mówi Seliga.
Przyznaje jednocześnie, że ogłoszenie szczegółowych planów zakupowych dla armii i budżetu, jaki zamierzamy na nie przeznaczyć, było błędem biznesowym, bo trudno będzie teraz wynegocjować niższe stawki.
Japońskie firmy zainwestowały w Polsce już ponad 5 mld zł. Polska przyciąga inwestorów stabilnością polityczną i wysokimi kompetencjami pracowników
Coraz więcej japońskich firm dostrzega potencjał inwestycyjny Polski. Rośnie nie tylko wymiana handlowa między dwoma krajami, lecz także wartość inwestycji. Japońscy przedsiębiorcy przyznają, że cenią nasz kraj głównie za stabilność polityczną oraz wysokie kompetencje pracowników. Miasto Takasaki zorganizowało w Warszawie pierwsze targi Japan Business Expo, które mają przyczynić się do rozwoju polsko-japońskiej współpracy biznesowej.
– Jest kilka przyczyn, dla których wybraliśmy właśnie Polskę. Pierwsza z nich to tradycyjnie bardzo przyjazne kontakty między Polską a Japonią. Kolejna jest taka, że Polska jest bardzo ważnym sprzymierzeńcem Stanów Zjednoczonych, a więc jest krajem stabilnym. Poza tym w Polsce jest wielu wysoko wykwalifikowanych pracowników – mówi agencji informacyjnej Newseria Norihiro Yagi, prezes zarządu Yagi Industries, która od 12 lat działa w Polsce.
Spółka Yagi Industries w 2003 roku zdecydowała się na otwarcie swojego oddziału w Polsce. Inwestycja zlokalizowana jest w miejscowości Żarów, wchodzącej w skład Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej „Invest-Park”. Zakład zajmuje się produkcją części do silników i pojazdów mechanicznych.
– Wiedzieliśmy, że nasi klienci, którzy już zainwestowali w Polsce, mają pewne kłopoty z dostawami części. Żeby rozwiązać ich problem, zdecydowaliśmy się na zrealizowanie tej inwestycji właśnie w Polsce, dzięki temu powiększyliśmy także nasze możliwości biznesowe w Japonii – wyjaśnia Norihiro Yagi.
Japońskie firmy, które mają fabryki w wałbrzyskiej strefie ekonomicznej, zainwestowały do tej pory 5 mld zł w budowę zakładów oraz rozwój działalności. Japonia – według danych resortu gospodarki – jest największym azjatyckim inwestorem w Polsce. Przedsiębiorcy z tego kraju widzą duży potencjał w Polsce i chcą rozwijać dwustronną współpracę. Dlatego władze miasta Takasaki, położonego 100 km od Tokio, zorganizowały w Warszawie targi Japan Business Expo.
– Firmy zlokalizowane w Takasaki charakteryzują się bardzo wysokim poziomem technologicznym. Mamy nadzieję, że dzięki takim spotkaniom jak Japan Business Expo pojawią się nowe okazje do nawiązania kontaktów biznesowych – mówi Masashi Kimura, wiceprezydent Takasaki.
Takasaki to siedziba wielu nowoczesnych parków biznesowych i przemysłowych. Wiele firm działa w obszarze zaawansowanych technologii, m.in. w przemyśle ciężkim i chemicznym. W mieście znajdują się również uznane na świecie instytuty badawcze, m.in. przemysłu biotechnologicznego i farmaceutycznego.
Na targach zaprezentowało się 13 wiodących firm z Takasaki: producenci maszyn, części do maszyn, części samochodowych, a nawet części do rakiet. Pojawili się także wystawcy z branży konsumenckiej, np. browar sake Makino Brewery. Jak podkreślają przedstawiciele Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, do niedawna japoński kapitał w Polsce koncentrował się w branży motoryzacyjnej, dlatego powinniśmy zachęcać inwestorów do dywersyfikowania działalności, do tego, by inwestowali m.in. w centra usług wspólnych, centra badawczo-rozwojowe, przetwórstwo spożywcze, branżę energetyczną czy przetwarzanie odpadów.
Przyjazd tak licznej grupy przedsiębiorców z Japonii to znakomita okazja do nawiązania kontaktów z podmiotami działającymi nad Wisłą. To także okazja do zdobycia cennych doświadczeń, m.in. w zakresie zarządzania w japońskich przedsiębiorstwach.
– Jest to również okazja do tego, by spróbować wejść na nowy etap współpracy, czy to technologicznej, czy handlowej – ocenia Masashi Kimura.
W targach Japan Business Expo – Takasaki Day udział wzięło wielu przedsiębiorców oraz przedstawicieli firm z Polski zainteresowanych współpracą z Japonią. Z danych resortu gospodarki, że wartość wymiany handlowej między tymi krajami z roku na rok jest wyższa. W 2014 roku wolumen obrotów wyniósł 2,83 mld euro (wzrost o 6,8 proc. w ujęciu rocznym). Do Kraju Kwitnącej Wiśni wysłaliśmy towary o łącznej wartości 492,1 mln euro, natomiast import przekroczył 2,35 mld euro.
W targach uczestniczyli także Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy, oraz ambasador Japonii w Polsce Makoto Yamanaka.
Sprzedaż mieszkań we Wrocławiu w tym roku może sięgnąć poziomu 7 tys. Więcej kupujących korzysta z programu MdM
Na wrocławskim rynku nieruchomości utrzymuje się dobra koniunktura. Wzrost sprzedaży wspomagają zmiany w programie Mieszkanie dla Młodych, dzięki którym więcej mieszkań spełnia limity cenowe. Zdaniem ekspertów lepszym pomysłem byłoby wprowadzenie kas oszczędnościowych, które ułatwiłyby gromadzenie pieniędzy na wymagany wkład własny przy zakupie mieszkania. Obecnie mimo wymaganych 10 proc. wartości nieruchomości popyt na kredyty mieszkaniowe rośnie. W III kwartale wartość wnioskowanych kredytów była wyższa o 7,7 proc. niż przed rokiem.
– Sprzedaż mieszkań we Wrocławiu w ubiegłym roku sięgnęła poziomu 7 tys. mieszkań. W tym roku wydaje się, że miasto może osiągnąć podobną liczbę. Oczywiście dotyczy to sprzedaży na rynku pierwotnym – mówi agencji Newseria Biznes Dorota Jarodzka-Śródka, prezes wrocławskiego oddziału Polskiego Związku Firm Deweloperskich.
W 2014 roku deweloperzy skupieni w PZFD wprowadzili na wrocławski rynek 7,2 tys. mieszkań. W tym samym czasie nabywców znalazło 6,5 tys. lokali. Najlepiej pod tym względem wyglądał IV kwartał, kiedy liczba sprzedanych mieszkań było o 257 wyższa od wprowadzonych do sprzedaży. W tym roku sytuacja dla deweloperów może być równie korzystna ze względu na zmianę limitów cenowych w programie Mieszkanie dla Młodych.
– W pierwotnej wersji program dla województwa dolnośląskiego miał bardzo niską średnią cenę mkw. brutto. To spowodowało, że Wrocław przez 1,5-2 lata nie był znaczącym beneficjentem programu. Wprowadzono jednak korekty, w wyniku których dla rodzin wielodzietnych metraż i totalna pula pomocy zostały zwiększone – ocenia Jarodzka-Śródka.
Aktualnie limity cenowe we Wrocławiu wynoszą ponad 5,2 tys. zł dla nieruchomości na rynku pierwotnym i ponad 4,2 tys. na rynku wtórnym. Przed zmianą maksymalna cena za mkw. nie przekraczała 5 tys. (poza IV kw. 2014 roku – 5,1 tys. zł). Tymczasem przeciętna cena za mkw. wyniosła w ubiegłym roku od 5,11 tys. zł na Psim Polu do 7,17 tys. zł na Starym Mieście.
– W skali kraju potrzebujemy lepszego programu, który mógłby działać długofalowo. Tu pomysł kas oszczędnościowych, czyli powrót do pomysłu, że ludzie mogą odkładać pieniądze na mieszkania i wykorzystać je tylko w tym celu, ale w związku z tym dostają specjalne oprocentowania lub premie w momencie, kiedy wyjmują te środki, chcąc wpłacić wkład własny na mieszkanie – przekonuje prezes wrocławskiego PZFD.
Jej zdaniem zmiana jest konieczna, zwłaszcza że rośnie wymagany wkład własny. W tym roku wynosi 10 proc. wartości nieruchomości, a docelowo ma wzrosnąć do poziomu 20 proc. w 2017 roku.
– Większość mieszkań kupowanych jest na kredyt. Są regulacje KNF, które rekomendują, żeby wkłady własne były co roku większe. Jest to też rodzaj wsparcia dla kredytobiorców, bo wyższy wkład własny powoduje, że ich ryzyko kredytowe spada. Jeżeli ktoś ma 20-30 proc. udziału wkładu własnego, to szybciej stanie się właścicielem mieszkania, bo krócej będzie spłacał kredyt – tłumaczy Jan Szuba, dyrektor Oddziału Okręgowego Narodowego Banku Polskiego we Wrocławiu.
Zdecydowana większość klientów kupuje mieszkania na kredyt. Znaczna część ma większe od wymaganych oszczędności – z danych NBP wynika, że ok. 10 proc. osób posiada minimalny wkład.
Jak podkreśla Szuba, mimo wzrostu wkładu minimalnego w tym roku nie spada zainteresowania kredytami. Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że we wrześniu dynamika wzrostu popytu na kredyty mieszkaniowe wyniosła 5,6 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2014 roku, a liczba złożonych wniosków wzrosła o 2,7 proc. W III kwartale wartość wnioskowanych kredytów była wyższa o 7,7 proc. niż przed rokiem, przy liczbie złożonych wniosków wyższej o 1,7 proc.
– Cały czas mamy trend wzrostowy, liczba udzielanych kredytów rośnie. Mamy niskie stopy procentowe, lepiej zaczynamy zarabiać, infrastruktura i oferta na rynku jest coraz bogatsza. To trzy czynniki, które o tym decydują. Moim zdaniem bardziej należy się obawiać zmian stóp procentowych i to pierwsza informacja dla kredytobiorców, żeby rozważnie brali kredyty i nie zadłużali się do maksymalnego poziomu – podkreśla ekspert NBP.
O perspektywach rozwoju rynku nieruchomości w Polsce dyskutowano podczas Dni Dewelopera 2015, organizowanych z inicjatywy Polskiego Związku Firm Deweloperskich. W debacie udział wzięli samorządowcy, deweloperzy, analitycy oraz eksperci branży nieruchomościowej, bankowej i budowlanej. Konferencja odbyła się 7 października we Wrocławiu.
Polscy przedsiębiorcy nie wykorzystują potencjału internetu. 20 proc. mikro i małych firm nie ma strony internetowej
Co piąta mała firma nie ma własnej strony WWW, a co czwarta nie korzysta z konta pocztowego we własnej domenie – wynika z raportu „Mikro i małe firmy w internecie 2015” przygotowanego przez nazwa.pl. Przedsiębiorcy rezygnują z posiadania własnej strony głównie z powodu braku czasu oraz z obawy o wysokie koszty uruchomienia witryny. Eksperci przekonują jednak, że stworzenie atrakcyjnej graficznie strony w oparciu o gotowe narzędzia jest szybkie i nie wymaga specjalnych kompetencji.
– Polscy przedsiębiorcy zauważają, że posiadanie własnej strony WWW wpływa na wzrost liczby klientów, co w konsekwencji przekłada się na większe zyski firmy. Oznacza to, że strona internetowa traktowana jest w coraz większym stopniu jako narzędzie do bezpośredniej sprzedaży – mówi agencji informacyjnej Newseria Radosław Dudek z nazwa.pl.
W ocenie zdecydowanej większości przedsiębiorców posiadanie własnej strony WWW to dziś konieczność (wskazanie 70 proc. ankietowanych). Głównymi zaletami obecności w internecie są przede wszystkim łatwiejszy kontakt z kontrahentami (65 proc.) oraz wzrost wiarygodności firmy (63 proc.). Mimo to wciąż wiele firm nie wykorzystuje potencjału, jaki daje internet.
– Bardzo wielu przedsiębiorców wciąż nie dba o swoją obecność w sieci. Założenie firmowej strony WWW w dalszym ciągu kojarzy się z procesem, który jest pracochłonny, czasochłonny i do tego kosztowny – wyjaśnia Dudek.
Brak firmowej strony internetowej w ponad połowie przypadków argumentowany jest brakiem czasu na jej stworzenie, a ponad 1/3 przedsiębiorców obawia się wysokich kosztów związanych z jej uruchomieniem. Równie częstym wytłumaczeniem jest brak wiedzy na temat wykonania firmowej witryny.
– Największą zachętą dla firm do założenia własnej strony WWW byłaby niska cena oraz możliwość skorzystania z gotowych rozwiązań. 38 proc. ankietowanych założyłoby stronę, gdyby ktoś zrobił to za nich, a co czwarty przedsiębiorca zainwestowałby w serwis internetowy, gdyby zajmowało to mniej czasu – wylicza Radosław Dudek.
Praktyka pokazuje, że wbrew obawom przedsiębiorców stworzenie firmowej strony internetowej nie musi być czasochłonne. W ramach Wizytówki Internetowej, narzędzia oferowanego przez nazwa.pl, stworzenie atrakcyjnej wizualnie strony może trwać nawet mniej niż minutę.
– Wystarczy wybrać szablon odpowiedni dla danego biznesu, wpisać dane firmy, a strona automatycznie będzie opublikowana, stwarzając przedsiębiorcy możliwość dotarcia do nowego, licznego grona klientów – wyjaśnia Dudek.
Rozmówca zwraca uwagę na typowe błędy popełniane przy tworzeniu firmowej strony internetowej. Często można spotkać się ze stronami ze zbyt dużą ilością treści, grafiki czy nawet plików muzycznych. Wydłuża to czas ładowania, a także może zniechęcić potencjalnych klientów firmy.
– Tymczasem aż 90 proc. ankietowanych wskazuje, że najbardziej istotne na stronie są dane kontaktowe, takie jak numer telefonu czy adres e-mail, oraz prezentacja oferty firmy – zaznacza.
Potencjalni klienci najczęściej na stronie internetowej szukają oprócz oferty firmy danych o lokalizacji z załączoną mapą, liczą także na szybki kontakt online z przedstawicielem firmy (również poza standardowymi godzinami pracy).
– Takie informacje w zupełności wystarczą, by klienci szybko zapoznali się z obszarem działania firmy i nawiązali z nią kontakt – dodaje ekspert.
72 proc. mikro i małych firm ma pocztę e-mail we własnej domenie. Odsetek korzystających z takiego rozwiązania rośnie wraz z wielkością przedsiębiorstwa. W przypadku jednoosobowych działalności co czwarty przedsiębiorca nie ma poczty firmowej. W przypadku firm zatrudniających do 10 osób konto we własnej domenie ma cztery na pięć przedsiębiorstw.
Rośnie świadomość i wiedza pacjentów onkologicznych na temat sposobów leczenia nowotworów
Pacjenci onkologiczni często sami szukają w sieci informacji na ten temat terapii i dzielą się nimi z innymi chorymi. Wymianie opinii służy m.in. portal Onkomapa.pl. Rosnąca z miesiąca na miesiąc liczba odwiedzających wskazuje, że chorzy potrzebują tego typu informacji na temat placówek leczniczych, lekarzy i terapii.
– Platforma Onkomapa.pl została stworzony z myślą o tym, żeby dać pacjentom głos, z którego będą mogli skorzystać inni – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agata Polińska z Fundacji Onkologicznej Osób Młodych Alivia, która prowadzi serwis. – To portal, na którym każda osoba mająca doświadczenie kontaktu z placówką zajmującą się w jakiś sposób onkologią może wyrazić o niej i lekarzach tam pracujących swoją opinię. Chodzi między innymi o to, by pacjenci nowo zdiagnozowani łatwiej mogli podejmować decyzje o miejscu leczenia i trafiali od razu w dobre ręce.
W tej chwili, jak informuje Polińska, platforma umożliwia ocenę prawie tysiąca placówek. Są to nie tylko szpitale wielospecjalistyczne, lecz także podmioty o innym charakterze: przychodnie, placówki diagnostyczne i radioterapeutyczne. Portal notuje około 20 tys. odwiedzin miesięcznie. W ciągu niespełna dwóch lat od uruchomienia informacji poszukiwało lub dzieliło się nimi ok. 230 tys. osób.
– Wierzymy, że baza będzie się powiększać w najbliższych latach, służąc tym samym pacjentom – przekonuje Agata Polińska. – Nierzadko samym ośrodkom bardzo zależy na takiej opinii, bo portal motywuje administracje do tego, by poprawiać jakość świadczeń i podejście do pacjenta. Wspiera na przykład przestrzeganie praw osób chorych.
Współpraca z ocenianymi placówkami jednak, jak zauważa Agata Polińska, przebiega różnie. Niektóre proszą, żeby przesłać do nich materiały promocyjne, ulotki, plakaty, a pracownicy zachęcają pacjentów, by wystawili ośrodkowi opinię. Po drugiej stronie są placówki, które nie zgadzają się na przeprowadzenie badania.
– Reakcje i współpraca zależą więc od ośrodka i osoby, która nim zarządza – podsumowuje Polińska.
Fundacja Onkologiczna Osób Młodych Alivia powstała w kwietniu 2010 roku. Jej celem jest naświetlanie problemu występowania chorób nowotworowych u osób młodych. Propaguje aktywną postawę wobec choroby i przejęcie inicjatywy w jej leczeniu, w zdobywaniu jak największej liczby informacji na temat konkretnego przypadku i w podejmowaniu decyzji dotyczących leczenia wspólnie z lekarzem. Podpowiada również sposoby ułatwiające dotarcie do informacji, a także sama publikuje na swojej stronie WWW i mediach społecznościowych. W krytycznych sytuacjach pomaga organizować środki finansowe na świadczenia medyczne, które nie są finansowane z NFZ.
Porównanie majątku najbogatszych Polaków i Francuzów
Wprowadzona we Francji w 2012 roku 75% stawka podatku dla najbogatszych obywateli stała się przyczyną wyjazdu z kraju kilku milionerów. Szeroko komentowana w mediach była emigracja Gerarda Depardieu, który po wprowadzeniu podatku został Rosjaninem. Francuski rząd szybko wycofał się z tego rozwiązania i do końca 2014 roku zniósł podatek. Jak duże majątki posiadają najbogatsi Francuzi, którzy jeszcze nie zdążyli zmienić obywatelstwa? Jak w porównaniu z nimi wypadają nasi rodzimi milionerzy?
Łączny majątek 40 najbogatszych Francuzów jest 8,5-krotnie większy niż zagregowany majątek 40 najbogatszych Polaków. Najbogatsi obywatele Francji łącznie posiadają ponad 185 mld EUR, natomiast najzamożniejsi nasi rodacy dysponują łącznym majątkiem w wysokości 21,5 mld EUR. Gdyby wszyscy najbogatsi Polacy (uwzględniona czterdziestka) połączyli swoje fortuny, znaleźliby się dopiero na trzecim miejscu francuskiej listy najbogatszych.
Średnia majątków 40 najbogatszych Francuzów wyniosła w 2014 roku ponad4,5 mld EUR. Polscy najbogatsi milionerzy (czterdziestu) przeciętnie posiadają o wiele mniej –538 mln EUR. Równie duża różnica jest pomiędzy medianą tych fortun. We Francji mediana wysokości majątków 40 najbogatszych obywateli wynosi 1 885 mln EUR, a w Polsce 238 mln EUR.
Francjato niekwestionowanastolica mody. Piękno przyciąga równie mocno jak fortuny, a co więcej – bywa, że jest kosztowne i można na nim nieźle zarobić. Nie dziwi fakt, że najbogatsza Francuzka – Liliane Bettencourt dorobiła się właśnie na kosmetykach. Jest ona głównym udziałowcem koncernu L’Oréal, a jej majątek to 30 mld EUR. Na drugim miejscu we Francji uplasował się Bernard Arnault, który jest prezesem i udziałowcem takich marek jak Louis Vuitton, Moët, S Hennessy oraz Christian Dior. Jego majątek jest szacowany na ponad 28 mld EUR. Trzeci Francuz w zestawieniu to Patrick Drahi z fortuną wartą 12 mld EUR. Źródłem jego majątku są firmy telekomunikacyjne. W światowym rankingu „The World’s Billionaires” znalazło się jedynie pięciu Polaków. W tym samym zestawieniu było natomiast 47 Francuzów. Najbogatszym Polakiem w ubiegłym roku był nieżyjący już Jan Kulczyk – z majątkiem 3,6 mld EUR. W Polsce, w pierwszej trójce, znaleźli się również Zygmunt Solorz-Żak i Michał Sołowow, z dorobkiem kolejno ponad 2,8 i 1,8 mld EUR.
Tabela 1. Porównanie wartości majątków Polaków i Francuzów zajmujących dziesięć najwyższych pozycji w rankingu 40 najbogatszych osób w poszczególnych krajach (w mld EUR)*
| lp. | najbogatsi Francuzi | mld EUR | najbogatsi Polacy | mld EUR |
| 1 | Liliane Bettencourt | 30,233 | Jan Kulczyk | 3,609 |
| 2 | Bernard Arnault | 28,047 | Zygmunt Solorz-Żak | 2,844 |
| 3 | Patrick Drahi | 12,063 | Michał Sołowow | 1,840 |
| 4 | Serge Dassault | 11,535 | Leszek Czarnecki | 1,195 |
| 5 | Francois Pinault | 11,234 | Dariusz Miłek | 0,923 |
| 6 | Pierre Castel | 7,464 | Wiaczesław Smołokowski | 0,884 |
| 7 | Alain Wertheimer | 7,162 | Grzegorz Jankilewicz | 0,884 |
| 8 | Gerard Wertheimer | 7,162 | German Efromovich | 0,860 |
| 9 | Xavier Niel | 7,012 | Anna Woźniak-Starak i Jerzy Starak | 0,789 |
| 10 | Carrie Perrodo | 6,635 | Roman Karkosik | 0,514 |
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie rankingów Forbesa
*dane dla Francji pochodzą z rankingu „The World’s Billionaires”i zostały przeliczone z USD na EUR według średniorocznego kursu z 2014 roku, a dla Polski z rankingu „100 najbogatszych Polaków” i zostały przeliczone z PLN na EUR według średniorocznego kursu z 2014 roku
Listę czterdziestu najbogatszych obywateli Polski zamyka Marek Majewski z dorobkiem 148 mln EUR. Jest on założycielem sieci sklepów RTV i AGD Neonet. Co ciekawe, swoją działalność rozpoczynał od prowadzenia jednoosobowej hurtowni na Dolnym Śląsku. Majątek Majewskiego jest prawie sześciokrotnie mniejszy niż ostatniego we francuskim zestawieniu Jeana Burelle.
Tabela 2. Porównanie wartości majątków Francuzów i Polaków zajmujących dziesięć najniższych pozycji w rankingu 40 najbogatszych osób w poszczególnych krajach (w mld EUR)*
| lp. | najbogatsi Francuzi | mld EUR | najbogatsi Polacy | mld EUR |
| 31 | Monique RoosmaleNepveu | 1,131 | Tomasz Gudzowaty | 0,179 |
| 32 | Claude Dauphin | 1,056 | Rodzina Likusów | 0,155 |
| 33 | Clement Fayat | 1,056 | Grzegorz Grzelak | 0,155 |
| 34 | Alain Taravella | 0,980 | Sobiesław Zasada z rodziną | 0,154 |
| 35 | AnneBeaufour | 0,905 | Zyta i Andrzej Olszewscy | 0,153 |
| 36 | Henri Beaufour | 0,905 | Krzysztof Jędrzejewski | 0,152 |
| 37 | Jean-Charles Naouri | 0,905 | Teresa Mokrysz z rodziną | 0,151 |
| 38 | Pierre Papillaud | 0,905 | Krzysztof Suski | 0,148 |
| 39 | Jacques Saade | 0,905 | Edgar Łukasiewicz | 0,148 |
| 40 | Jean Burelle | 0,867 | Marek Majewski | 0,148 |
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie rankingów Forbesa
*dane dla Francji pochodzą z rankingu „The World’s Billionaires”i zostały przeliczone z USD na EUR według średniorocznego kursu z 2014 roku, a dla Polski z rankingu „100 najbogatszych Polaków” i zostały przeliczone z PLN na EUR według średniorocznego kursu z 2014 roku
Ewelina Jurczak
Sedlak & Sedlak
Popołudniowy komentarz walutowy z 09.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Popołudniowy komentarz walutowy z 09.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl



























