Czy polskie firmy wykorzystują potencjał urządzeń mobilnych?

Czy smartfony na pewno obniżają koszty w twojej firmie?

Czy smartfony na pewno obniżają koszty w firmie?
fot_myphone

Warto przypomnieć sobie, że smartfony powstały nie tylko jako narzędzia do rozrywki, ale przede wszystkim instrumenty pomocne w prowadzeniu biznesu –  zauważa Mateusz Pośpieszny z myPhone. Czy polskie firmy zaczną w pełni wykorzystywać potencjał tych urządzeń? Zmiany na rynku mobile udowadniają, że proces ten już się rozpoczął.

Smartfon w nagrodę dla dobrego menadżera? Już nie. Dziś, kiedy smartfon z ośmiordzeniowym procesorem kosztuje kilkaset złotych, inwestycja w takie urządzenie może zwrócić się w czasie jednej delegacji.

Zaprzęgnij smartfona do pracy

Bariera uniemożliwiająca wyposażanie pracowników w urządzenia mobilne znika wraz z pojawianiem się na rynku konkurencyjnych cenowo modeli. To dobry kierunek, ponieważ wykorzystanie smartfonów może przynieść firmie konkretne oszczędności. Dla przykładu – w czasie służbowych delegacji. Wtedy pracownik może użyć smartfona jako access point, zyskując w ten sposób dostęp do Internetu również na laptopie. Pozwoli to produktywnie wykorzystać czas spędzony w pociągu czy na lotnisku. Ponadto nie będzie musiał korzystać z hotelowego lub kawiarnianego Wi-Fi, co podniesie bezpieczeństwo transmisji i pozwoli oszczędzić czas na próby znalezienia właściwej sieci, dopytywania o hasło i akceptowania regulaminów dostępu do Wi-Fi, etc.

Warto przypomnieć sobie, że smartfony powstały jako narzędzie dla biznesu i wrócić do korzeni. To nie tylko gry i video, ale przede wszystkim możliwość efektywnego gospodarowania czasem pracownika bez względu na to, gdzie aktualnie przebywa. Dziwi tylko fakt, że nadal niewiele firm w pełni wykorzystuje potencjał urządzeń mobilnych. Kupują smartfony dla pracowników, ale nie dokonują prostych czynności jak np. konfiguracja firmowej poczty. Szkoda, bo nawet najprostszy telefon to potrafi – mówi Mateusz Pośpieszny, dyrektor marketingu z myPhone.

Kiedy jeszcze smartfon pozwoli zaoszczędzić?

Na przykład w czasie delegacji zagranicznych. W takich sytuacjach przydatne będą szczególnie modele Dual SIM, czyli obsługujące jednocześnie dwie karty SIM (np. myPhone Luna). Jak oszczędzimy? Umieszczając w telefonie kartę SIM zagranicznego operatora i omijając w ten sposób problem olbrzymich cen w roamingu. Drugi slot można wykorzystać na kartę SIM Aero2, która z kolei pozwoli za darmo korzystać z Internetu.

Smartfon z Dual SIM sprawdzi się również w sytuacji, kiedy pracownik korzysta z numeru prywatnego i służbowego. Dzięki temu może mieć przy sobie jeden telefon zamiast dwóch. To dodatkowa korzyść dla obu stron gwarantująca możliwość kontaktu również w sytuacjach niespodziewanych (np. po godzinach pracy).

Pamiętajmy, że smartfon to także odbiornik GPS, przydatny w handlu, logistyce i innych branżach, których pracownicy realizują zadania w terenie. Dzięki tej funkcjonalności firma może optymalizować trasy przejazdu, informować odbiorców o przewidywanym czasie dostawy czy wysyłać pracownika tam, gdzie aktualnie jest potrzebny. Takie optymalizowanie pracy pracownika to gwarancja sprawnie i wydajnie realizowanych zadań, nawet tych poza siedzibą firmy.

Dostęp do CRM i ERP nareszcie z telefonu

Co jeszcze doceniają biznesowi użytkownicy smartfonów, a już w szczególności handlowcy? Przede wszystkim możliwość natychmiastowego dostępu do systemów CRM i ERP. System Customer Relationship Management pozwala przechowywać informacje o wszystkich kontaktach z klientami i współdzielić je między działem handlowym, marketingu czy obsługi. Mimo że połączenie takiego systemu z telefonami wydaje się oczywiste, dostawcy systemów dopiero zaczynają zauważać urządzenia mobilne. Tymczasem wykorzystanie rozmów w budowaniu scoringu pozwala wyprzedzić konkurencję pod względem skuteczności pozyskiwania klientów.

Kiedy handlowiec jest już u klienta, przydatny okazuje się być dostęp do systemu ERP. Dzięki temu może na bieżąco sprawdzać stan magazynowy lub promować produkt, którego sprzedaż jest w danym momencie priorytetem firmy. Stałe aktualizowanie dostępności oferty jest niezbędne szczególnie, jeśli firma posiada kilkudziesięciu czy kilkuset klientów.

W kontakcie z bazą

Mając stały i tani dostęp do Internetu (np. wykorzystując urządzenie z funkcją Dual SIM i Aero2), firma może delegować zadania między pracowników będących w terenie. Zwykle wymaga to zamówienia dedykowanej aplikacji, więc koniecznie należy wybrać urządzenia z systemem Android. Na rynku są gotowe aplikacje biznesowe do delegowania i monitorowania zadań mobilnych, można też zlecić napisanie i utrzymanie tego typu programu.

Smartfon do zadań specjalnych

Dziś najszybciej rosnącym segmentem rynku mobile dla firm jest tzw. klasa rugged. Są to specjalnie wzmocnione urządzenia mobilne przeznaczone do pracy nawet w ciężkich warunkach przez długi okres czasu, a przynajmniej 5-6 lat. Jest to możliwe dzięki bardziej wytrzymałej obudowie, odpornej na kurz, uderzenia, upadki i wodę. W połączeniu z niską ceną, wytrzymałą baterią i dobrymi parametrami technicznymi, urządzenia klasy rugged stają się najczęściej wybieranymi narzędziami mobilnymi dla pracowników, szczególnie w takich branżach, jak: przemysł, handel, produkcja czy logistyka.

Jak przekonuje Mateusz Pośpieszny, smartfony klasy rugged to także najbardziej ekonomiczne urządzenia, w jakie może zainwestować firma. – Mimo że modele te, jak np. seria Hammer Iron z certyfikacją IP67/IP68, cechują się ogromną odpornością na uszkodzenia, ich cena jest nawet kilkanaście razy niższa niż w przypadku innych smartfonów. To, w połączeniu z gwarancją długiego czasu użytkowania, przekonuje nie tylko firmy z branży przemysłu i logistyki, ale też handlowców i tysiące innych osób pracujących w terenie – dodaje ekspert.

Co ciekawe, mimo wysokiej odporności na uszkodzenia i niskiej ceny, urządzeniom klasy rugged nie brakuje typowych dodatków. Pracownik może więc np. zrobić zdjęcie wykonanej pracy i przesłać je e-mailem lub przez firmowy system. Taki telefon można również wykorzystywać do kontroli urządzeń sterowanych przez Internet, takich jak stacje pogodowe, kamery przemysłowe czy systemy alarmowe.

Biorąc pod uwagę coraz niższe ceny za smartfony i dostęp do Internetu, a także dynamiczny rozwój segmentu rugged, warto przemyśleć jak używamy smartfony w firmie. Czy na pewno służą do obniżania kosztów i uzyskania przewagi nad konkurencją? W końcu to główna rola, jaką powinny spełniać w swoim firmowym zastosowaniu. Poza tym, to się po prostu opłaca!

Źródło: www.myphone.pl

Jak zawiesić, a później wznowić działalność gospodarczą i ile to kosztuje?

W wakacje rusza biznes sezonowy: gastronomia w nadmorskich kurortach, sprzedaż pamiątek, przejażdżki bryczką, zwiedzanie. Jednak nie wszyscy przedsiębiorcy notują latem zyski.  Dla niektórych to czas marazmu i oczekiwania na „lepszy utarg”. Jak zaoszczędzić na ZUS-ie i podatkach? Jak zawiesić, a później wznowić działalność gospodarczą i ile to kosztuje?

Sprzedaż lodów, wypożyczanie sprzętu wodnego albo agroturystyka to usługi, które w większości przypadków są sezonowe. Tego typu firmy (zazwyczaj jednoosobowe), by zaoszczędzić na składkach ZUS i uniknąć składania deklaracji VAT, często zawieszają działalność gospodarczą na okres jesienno-zimowy, a wznawiają ją właśnie w wakacje. Jednak uwaga. Aby wznowić działalność należy złożyć wniosek do CEIDG. Wniosek ten może zostać złożony w formie tradycyjnej – papierowo albo w formie elektronicznej. Warto pamiętać, że ze wznowieniem działalności wiąże się powrót do obowiązków związanych z prowadzeniem firmy (ubezpieczenie z tego tytułu, inne zobowiązania wobec ZUS i formularze).

– W przypadku wznawiania działalności gospodarczej i powrotu do opłacania składek w ZUS, przedsiębiorca powinien złożyć odpowiedni formularz ZUS ZUA lub ZUS ZZA – oczywiście w zależności od rodzaju ubezpieczenia, któremu podlega. Dodatkowo powinien również złożyć dokumenty dotyczące swoich pracowników np. wyrejestrowanych osób, podlegających ubezpieczeniu ZUS DRA lub imienne raporty za siebie lub osoby współpracujące (za miesiąc, w którym nastąpiło wznowienie działalności oraz za miesiąc kolejny). Wznawiając działalność należy ponownie rozpocząć składanie deklaracji VAT i rozliczanie podatku. Jeśli chodzi o PIT, to przedsiębiorcy wznawiający działalność mają obowiązek wpłacać zaliczki na podatek dochodowy zgodnie z zasadami sprzed okresu zawieszenia firmy – mówi Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Kwestie zatrudnienia pracowników

Jeśli chcemy odwiesić naszą firmę tylko na okres wakacji, to aby móc ją potem bez problemu zawiesić nie możemy zatrudniać pracowników w ramach umowy o pracę. Nie ma jednak przeszkód, by w sezonie zatrudnić ich na umowę o pracę tymczasową, na czas określony, umowę-zlecenie lub o dzieło. Po wygaśnięciu tych umów, możemy bez problemu zawiesić działalność gospodarczą.

Wakacje od fiskusa

Dla wielu przedsiębiorców wakacje stanowią sezon ogórkowy. To czas, w którym mogą pozwolić sobie na upragniony, dłuższy urlop. Zatem przedsiębiorcy, którzy nie zatrudniają pracowników, mogą rozważyć zawieszenie firmy na czas wakacji. Pozwoli im to zaoszczędzić nawet tysiąc złotych w skali miesiąca.

– Przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą może min. na miesiąc, a maksymalnie na dwa lata zawiesić funkcjonowanie firmy. Jest to idealne rozwiązanie dla firm oferujących naukę języków obcych czy prowadzących sprzedaż sprzętu zimowego, dla których, z punktu widzenia prowadzonego biznesu, wakacje są sezonem ogórkowym. Takie rozwiązanie pozwala zaoszczędzić na składkach ZUS. W tym czasie przedsiębiorca nie musi też rozliczać się z fiskusem i składać deklaracji VAT (tzw. „zerówek”). Jednak jeśli na potrzeby firmy wykorzystuje się budynki czy magazyny, trzeba nadal opłacać za nie podatek. Na szczęście można to rozliczyć w kosztach firmy. We wniosku o zawieszenie określa się termin, w którym chcemy wznowić działalność, jednak co ważne – nie następuje to automatycznie. Konieczne będzie złożenie kolejnego wniosku, tym razem dotyczącego wznowienia działalności gospodarczej – mów Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Czy podczas zawieszenia działalności można odliczać VAT?

Podczas zawieszenia działalności gospodarczej podatnik może zachować prawo do odliczenia podatku od towarów i usług. Muszą być jednak spełnione pewne warunki. W przypadku takich zakupów, których przedsiębiorca dokonuje stale (np. opłat za telefon, czynszu za najem lokalu, czy też spłaty rat leasingowych samochodu) można zastosować odliczenie VAT-u. Jest ono również możliwe, jeśli faktura, która dotarła w okresie zawieszenia działalności, dotyczy umowy zawartej z kontrahentem przed zawieszeniem firmy.

KAYAK.pl przedstawia trendy wśród polskich użytkowników porównywarek ofert turystycznych na urządzeniach mobilnych

Rezerwacje mobilne to jeden z najbardziej prężnie rozwijających się sektorów e-commerce. Porównywarka turystyczna KAYAK.pl przeprowadziła analizę przedstawiającą, w jaki sposób polscy użytkownicy iPhone’a, iPada, Androida i strony KAYAK.pl korzystają z aplikacji KAYAK. Eksperci KAYAK-a przetworzyli i przeanalizowali dane pochodzące z wyszukiwarki KAYAK, aby zbadać najnowsze trendy w podróżowaniu panujące wśród Polaków korzystających z urządzeń mobilnych.

Z przygotowanego na podstawie analizy raportu można dowiedzieć się, jakie są trendy w podróżowaniu, ile Polacy są gotowi zapłacić za swoje wakacje, ile czasu poświęcają na wyszukiwanie i rezerwowanie podróży oraz jak wygląda profil polskich użytkowników poszczególnych urządzeń mobilnych planujących i rezerwujących podróż. Znajdują się w nim także praktyczne wskazówki i porady, jak korzystać ze smartfona w podróży. Oto najważniejsze wnioski, które znalazły się w raporcie:

Trendy w podróżowaniu: czego szukają Polacy?

Według analizy nie ma zależności między ulubionymi celami podróży a urządzeniem wykorzystywanym przez polskich użytkowników. Największą popularnością wśród użytkowników strony KAYAK.pl, Androida i iPhone’a cieszą się niezmiennie Nowy Jork, Londyn i Paryż. Zespół KAYAK ustalił, że Polacy najchętniej wyszukują podróże za pośrednictwem aplikacji mobilnej – 66% wyszukiwań odbywa się przy jej pomocy. Poza tym Polska jest drugim krajem, obok Hiszpanii, w którym większość użytkowników korzysta z aplikacji na Androida do planowania i rezerwacji podróży.

Ile Polacy są gotowi zapłacić za swoje wakacje?

Polscy użytkownicy urządzeń mobilnych są gotowi wydać więcej (średnio 1445 zł) na przeloty do ulubionych celów podróży niż internauci, którzy korzystają z komputera. Powyższa różnica wynika przede wszystkim z faktu, że Polacy korzystający z iPhone’a wydają przeciętnie więcej niż użytkownicy systemu Android i komputera – 1523 zł w porównaniu z kwotą poniżej 1400 zł.

Ile czasu Polacy poświęcają na wyszukiwanie i rezerwowanie podróży?

Przed dokonaniem rezerwacji lotu Polacy spędzają na wyszukiwaniu średnio 3 minuty. Z tym wynikiem polscy użytkownicy zajmują drugie miejsce w Europie pod względem szybkości w podejmowaniu decyzji – szybsi od nich są tylko Turcy. Polacy są najszybsi w Europie, jeśli chodzi o wyszukiwanie hoteli – aby dokonać wyboru, potrzebują przeciętnie zaledwie 5 minut. Niezależnie od urządzenia, najczęściej rezerwowane podróże to krótkie wycieczki.

Profile podróżnych rezerwujących za pomocą aplikacji mobilnych KAYAK

Przeciętny polski użytkownik iPhone’a jest bardziej skłonny do zakupu biletu lotniczego w klasie biznesowej i rezerwuje loty z ponad 3-miesięcznym wyprzedzeniem, a hotel – na 2,5 miesiąca przed podróżą. Użytkownicy iPhone’ów przed rezerwacją zarówno lotów, jak i hoteli spędzają średnio 3 minuty na ich wyszukiwaniu, a na przeloty do ulubionych miejsc wydają przeciętnie 1523 zł.

Dla porównania, przeciętny polski użytkownik smartfona z Androidem najchętniej lata w klasie ekonomicznej i rezerwuje loty z ponad półrocznym wyprzedzeniem, a hotel – na ponad 2 miesiące przed podróżą. Przed rezerwacją na wyszukiwanie lotów poświęcają średnio 2 minuty, a hoteli – 6 minut, natomiast na przeloty do ulubionych miejsc wydają przeciętnie 1371 zł.

Polscy użytkownicy KAYAK.pl rezerwują loty na ponad 6 miesięcy przed podróżą, a hotel – z ponad 3-miesięcznym wyprzedzeniem. Ich ulubiony dzień na wyszukiwanie podróży to wtorek, a na przeloty do ulubionych miejsc wydają przeciętnie 1397 zł.


UWAGA:

Raport został przygotowany na podstawie wyszukiwań hoteli, lotów i samochodów w latach 2014/2015 w aplikacjach mobilnych, mobilnych i stacjonarnych wersjach strony internetowej KAYAK.pl Porady zostały opracowane przez ekspertów KAYAK-a.

www.kayak.pl

 

Zmiany w Zarządzie ING Banku Śląskiego

0

Rada Nadzorcza ING Banku Śląskiego podjęła decyzję o zmianach w składzie zarządu spółki. 1 lipca 2015 roku, stanowisko Wiceprezesa Zarządu ING Banku Śląskiego nadzorującego Pion Zarządzania Ryzykiem Kredytowym i Zarządzania Ryzykiem Rynkowym obejmie Patrick Roesink.

Patrick Roesink pracuje w ING od 1994 roku. Od początku swojej kariery zawodowej związany z obszarem ryzyka kredytowego i rynkowego. Pracował w ING w Pradze, potem w Amsterdamie, a od 2002 do 2004 w ING Banku w Seulu, gdzie najpierw zarządzał ryzykiem na kraj, a następnie objął stanowisko tymczasowego Dyrektora Zarządzającego na kraj. W 2005 roku został Głównym Analitykiem ds. Ryzyka Kredytowego na Europę Środkowo-Wschodnią w ING Banku w Amsterdamie. Rok później został powołany na stanowisko Dyrektora Departamentu Korporacyjnych Produktów Kredytowych w ING Banku Śląskim. W 2007 roku objął stanowisko Wiceprezesa Zarządu odpowiedzialnego za obszar ryzyka w ING Banku w Rumunii. W styczniu 2014 powrócił do ING Banku Śląskiego na stanowisko Dyrektora Banku w Pionie Zarządzania Ryzykiem Kredytowym i Rynkowym – Ryzyko Kredytowe.

Patrick Roesink jest absolwentem Akademii Bankowości i Finansów oraz Vrije Universiteit w Amsterdamie o specjalności zarządzanie przedsiębiorstwem z sektora finansowego.

Oscar Swan, dotychczasowy Wiceprezes Zarządu Banku, złożył rezygnację z pełnionej funkcji z dniem 30 czerwca 2015 roku. Od 1 lipca br. będzie zajmował stanowisko Wiceprezesa ING Lease Polska nadzorującego obszar ryzyka.

Źródło: ING Bank Śląski

Nowe czy z drugiej ręki? Jakich nieruchomości szukali kupujący?

Rozpoczynając poszukiwania swojej wymarzonej nieruchomości kupujący mają do wyboru mieszkania używane oraz mieszkania, które dopiero czekają na swojego pierwszego właściciela. Każdy z tych rynków ma swoje zalety, ale również wady. Czy osoby, które ostatecznie zdecydowały się na zakup nowej nieruchomości dopuszczały również możliwość nabycia używanego lokalu? Jak zmieniły się te preferencje w porównaniu do ubiegłego roku?

W ramach Badania dotyczącego preferencji i satysfakcji z zakupu mieszkaniaprzeprowadzonego przez TNS Polska dla serwisu OtoDom.pl pytano respondentów o preferencje dotyczące rynku, na którym szukali swojego przyszłego „M”. Mieszkańców powstałych w trakcie ostatnich dwóch lat osiedli/inwestycji zapytano o to, czy brali pod uwagę zakup mieszkania z rynku wtórnego.

Z otrzymanych wyników możemy się dowiedzieć, iż aż 55% właścicieli domów/mieszkań interesowało się tylko i wyłącznie ofertami dotyczącymi nowych domów. Oznacza to wzrost o 2 p.p. względem analogicznego badania w ubiegłym roku. Druga część respondentów (45%) w jakimś stopniu rozważała zakup nieruchomości z drugiej ręki. Jak się jednak później okazało ostatecznie zdecydowały się one na zawarcie transakcji zakupu z deweloperem. Zaledwie 9% respondentów nie miało preferencji w zakresie wyboru konkretnego rynku. Dla tej grupy fakt, czy mieszkanie pochodziło z drugiej ręki, czy też będzie zasiedlone po raz pierwszy, nie odgrywał istotnej roli. Około 12% ankietowanych poszukiwania nieruchomości kierowało w pierwszej kolejności na rynek wtórny. Dwukrotnie większa liczba respondentów (24%) dopuszczała rynek wtórny, choć od razu wskazywała mieszkanie/dom z rynku pierwotnego jako preferowaną opcję.

Jak zauważa Agata Polińska, ekspert serwisu Otodom.pl, zestawienie otrzymanych wyników z analogicznymi zebranymi w poprzednim roku wskazuje na większe zdecydowanie poszukujących mieszkań w kwestii wyboru konkretnego rynku, na którym koncentrują poszukiwania. Świadczy o tym przede wszystkim spadek o 11 p.p. udziału ankietowanych, dla których kwestia ta pozostaje obojętna.

Preferencje właścicieli nowych domów/mieszkań dotyczące rodzaju rynku mieszkaniowego
CEO Magazyn Polska

Źródło: Badanie dotyczące preferencji i satysfakcji z zakupu mieszkania –badanie TNS Polska dla otoDom.pl.

Badanie przeprowadzono marcu 2015 roku. W badaniu wzięło udział 501 pełnoletnich mieszkańców nowych osiedli bądź inwestycji, które powstały w ciągu ostatnich dwóch lat w pięciu miastach w Polsce: w Warszawie, Krakowie, Trójmieście, Wrocławiu i Poznaniu. Na każde miasto przypadło 20% ankietowanych.

Wśród pięciu badanych miast, wyniki jednego rynku wyraźnie odróżniają się od czterech pozostałych. Jak można się domyślić chodzi o Warszawę, która głownie ze względu na wielkość podaży oraz wysokość cen rządzi się swoimi prawami. Nie inaczej jest w przypadku zachowań kupujących. W stolicy respondenci zdecydowanie rzadziej interesowali się mieszkaniami/domami tylko z rynku pierwotnego, zdecydowanie częściej niż w pozostałych miastach preferowali mieszkanie z rynku wtórnego (47% wobec 12% dla ogółu). Tylko 21% poszukujących swojej nieruchomości w stolicy zadeklarowało brak zainteresowania rynkiem wtórnym. Dla porównania warto dodać, iż wśród ogółu przebadanych kupujących odsetek ten stanowił ponad połowę respondentów.

Podsumowując, większość ankietowanych (55%) nie interesowała się nieruchomościami, które miały wcześniej innych właścicieli, czyli pochodziły z rynku wtórnego. Swoje poszukiwania celowo ograniczali do nowych mieszkań lub domów. Preferencje pozostałych w jakimś stopniu uwzględniały rynek wtórny, chociaż i tak można w nich dostrzec większą sympatię do nowych mieszkań. Można więc stwierdzić, iż deweloperzy stoją na dobrej pozycji, mając do zagospodarowania dużą grupę osób preferujących nowe mieszkania. Analitycy Działu Badań i Analiz Grupy Emmerson dodają, iż odpowiedzią na zgłaszane zapotrzebowanie są liczne nowe projekty wprowadzane w ostatnim czasie na rynek.

Aleksandra Kubicka, serwis Otodom.pl
Jarosław Mikołaj Skoczeń, Grupa Emmerson S.A.

Rynek pracy nie potrzebuje wyłącznie magistrów

W ostatnich latach zdecydowanie zwiększyła się liczba polskich studentów. Przegoniliśmy kraje wysoko rozwinięte. Skąd więc tak wysokie bezrobocie? Eksperci już od kilku lat alarmują, że uczelnie kształcą osoby, których rynek pracy nie potrzebuje. Rzesze młodych ludzi kończą upragnione studia i rozpoczynają bezskuteczne poszukiwanie pracy. Ci, którzy nie chcą emigrować, często pracują poniżej swoich kwalifikacji.

Decydując się na studia wyższe, warto skorzystać z podpowiedzi, jaką niewątpliwie jest lista kierunków zamawianych. W całej Unii Europejskiej, jeszcze przez wiele lat będzie brakować kadr inżynieryjnych, specjalistów od telekomunikacji itp. Zdobycie dyplomu w tych dziedzinach jest niemal gwarancją uzyskania dobrej pracy. Problem w tym, że olbrzymi procent studentów decyduje się na ścieżkę prowadzącą prosto do bezrobocia. Wybierając drogę zawodową musimy więc dobrze przeanalizować rynek, aby w przyszłości nie zasilać szeregów bezrobotnych.

Co trzeci bezrobotny nie skończył 25 lat. Na rynku jest zbyt wiele osób bez doświadczenia, które poświęciły się studiowaniu, zwłaszcza tych kierunków po ukończeniu których od wielu lat są problemy ze znalezieniem pracy. Zdecydowanie za mało młodych decyduje się na to, by zdobyć konkretny zawód – mówi Kamila Małocha, przedstawicielka portalu pośrednictwa pracy GoWork.pl.

Sytuacja zaczyna się zmieniać, głównie z inicjatywy samych pracodawców, którzy zwrócili uwagę na problem zbyt dużej liczby absolwentów wyższych uczelni, którzy nie są przystosowani do podjęcia pracy, a jednocześnie na brak wykwalifikowanych pracowników średniego szczebla. Jak podkreślają, by zwiększyć swoje szanse na szybkie znalezienie pracy, warto rozważyć zdobycie konkretnego zawodu, gdyż właśnie na tym polu jest największe zapotrzebowanie na rynku.

Na ten apel odpowiedziały m.in. szkoły policealne, w których chce się kształcić coraz więcej osób. Placówki te skupiają się na zaspokojeniu luk powstałych na rynku pracy i co roku przygotowują kierunki obejmujące branże, w których zapotrzebowanie na pracowników jest największe. Zgodnie z analizami rośnie popyt na pracowników z umiejętnościami kosmetyczki czy biomasażystów. Instruktorzy fitness i fryzjerzy są o wiele częściej poszukiwani niż np. pedagodzy. Niejednokrotnie ich zarobki także są bez porównania wyższe. Podobnie jest z asystentkami stomatologicznymi, technikami farmaceutycznymi, ratownikami medycznymi czy z grafikami komputerowymi. Zawody te, wymagają przede wszystkim wiedzy praktyczniej, a zdobycie jej zapewniają szkoły policealne. Absolwenci zaraz po ich ukończeniu są gotowi z powodzeniem podjąć pracę, gdyż w trakcie nauki zdobyli wymagane doświadczenie. W przeciwieństwie do uczelni wyższych, czas szkolenia jest znacznie krótszy – wynosi od dwóch do czterech semestrów, a tym samym młodzi ludzie szybciej trafiają na rynek pracy. Co ciekawe, rośnie ilość chętnych do zdobywania takich umiejętności wśród tych, którzy ukończyli już studia wyższe. Szkoły policealne stanowią dla nich możliwość dokształcenia, a tym samym zwiększenia swojej konkurencyjności.

Zbilansowaniu sytuacji na rynku pracy z pewnością pomogłoby dokładniejsze monitorowanie zapotrzebowania na pracowników w poszczególnych sektorach gospodarki. Nasi zachodni sąsiedzi praktykują takie rozwiązanie od lat. Już na etapie szkół średnich duży nacisk kładzie się na zajęcia z doradztwa zawodowego. W Polsce zalety takiego postępowania również zaczęto dostrzegać. Są już pierwsze rezultaty. Dyrektorzy placówek edukacyjnych od niedawna mogą bardziej świadomie planować kierunki jakie tworzą. Dzięki bazie danych opartej na analizach GUS i aktualnych ogłoszeń zamieszczanych w portalach pracy, stworzony został projekt „Edu-Nawigator”. Program monitoruje trendy zmian na lokalnym i regionalnym rynku pracy.

 

Korekta na GPW

Banki i spółki surowcowe ciążą rynkowi

Inteligentny dom i biuro według Seed Labs

wyróżnia, o planach na rozwój i potencjale rynku building automation rozmawiamy z szefem działu marketingu Seed Labs, Markiem Wierzbickim

Założony w Krakowie Seed Labs to jeden z kilku polskich start-upów, które na stałe przebywają w Stanach Zjednoczonych, by działać na szybko rozwijającym się tam rynku inteligentnych urządzeń. Szczególnie mocno interesuje ich tematyka oświetlenia, którego używamy na co dzień w naszych domach, biurach, czy spotykamy w restauracjach.

Inteligentne urządzenia działają dziś na wyobraźnię wielu ludzi. Potencjalni konsumenci zachwycają się możliwością sterowania najróżniejszymi domowymi urządzeniami, od lamp i żaluzji, po czajniki czy lodówkę, a przedsiębiorcy, także polscy, proponują rozwiązania oparte na Bluetooth Smart i innych protokołach bezprzewodowych, takich jak ZigBee czy Z-Wave.

Seed Labs koncentruje swoje wysiłki na rozwijaniu systemu Silvair, którego bezpośrednim odbiorcą nie są indywidualni konsumenci, a producenci urządzeń. W oparciu o technologię Bluetooth Smart, firma opracowuje rozwiązania mogące zrewolucjonizować rynek oświetlenia. Sercem inteligentnego urządzenia jest software tworzony przez Seed Labs. W przyszłości rozwiązanie Silvair może stać się potężnym systemem, koordynującym współpracę najróżniejszych urządzeń. Ale już teraz jego możliwości są więcej niż skromne.

Z szefem działu marketingu Seed Labs, Markiem Wierzbickim, rozmawiamy o potencjale systemu Silvair i całego rynku Internetu Rzeczy.

Web.gov.pl: Seed Labs wybrało nieco inną drogę niż większość polskich firm działających w sektorze Internetu Rzeczy. Wasz system Silvair kierowany jest do producentów wszelkiego rodzaju urządzeń: lamp, włączników światła, żaluzji, bram czy przedmiotów gospodarstwa domowego. Sukces będzie więc w pierwszej kolejności zależał od tego, jak bardzo będą oni skłonni do integrowania swoich produktów z Silvair. Dlaczego pańskim zdaniem powinni to robić?

Marek Wierzbicki: Jest wiele powodów, dla których producenci powinni wejść do ekosystemu Silvair. Długo by o nich opowiadać. Ważne jest to, że nasze rozwiązanie skierowane jest do producentów urządzeń codziennego użytku. Skupiamy się na ludzkich potrzebach. To, co dziś dostępne jest na rynku, to głównie gadżety, a nie sposoby na rozwiązanie konkretnego problemu. My zaczynamy od oświetlenia, które ma ogromny potencjał. Mówię tu zarówno o urządzeniach związanych z regulowaniem oświetlenia naturalnego, tj. żaluzjach, osłonach itp., jak i sztucznego, przede wszystkim lampach czy sterownikach oświetlenia. Staramy się dotrzeć do producentów, którzy potrafią szybko zbudować masę krytyczną. Nasze kompetencje to głównie software. Producenci wiedzą z kolei, jak te urządzenia wyprodukować. Mają sprawdzone kanały dystrybucji. To jest droga, by wejść do tych domów, restauracji, w których chcemy być. To połączenie producent-Seed Labs to największa korzyść, jaką możemy zaoferować.

Już od dłuższego czasu Seed Labs znany był z rozwiązania, które pozwala producentom na wzbogacenie swoich urządzeń o możliwość sterowania nimi za pomocą aplikacji. W jaki sposób od tego rozwiązania różni się system Silvair? Jak istotną jego częścią jest Silvair Control?

Podstawową zaletą systemu Silvair jest możliwość prostej rekonfiguracji ustawień całej sieci urządzeń połączonych ze sobą. Telefon dalej może służyć do kontroli ale bardziej przydaje się do konfiguracji włączników, które już tak dobrze znamy. Nasz Silvair Control to nowy rodzaj włącznika, który zbudowaliśmy dla producentów. Silvair Control to rodzaj bezprzewodowego, bateryjnego kontrolera urządzeń, który możemy przykleić w dowolnym miejscu i połączyć z dowolnym urządzeniem z naszą technologią. Taki „reference design” został zaimplementowany przez naszego partnera – Soraa, producenta oświetlenia, który swoje lampy wzbogaci właśnie o ten kontroler. To nie jedyny projekt hardware’owy jaki mamy w ofercie dla producentów.

Silvair i działalność Seed Labs w ogóle, to bez wątpienia znak pewnego trendu. Coraz więcej producentów zainteresowanych jest możliwościami Bluetooth Smart i innych bezprzewodowych protokołów. Czy równie mocno zainteresowani są nimi sami konsumenci? Czy nie jest trochę tak, że dość przypadkowo pojawiła się technologia, a producenci próbują ja dopasować do konsumentów?

Technologia na pewno nie pojawiła się przypadkowo. Komunikacja radiowa daje mnóstwo możliwości. Ma ogromy potencjał, który cały czas odkrywamy. Bluetooth Smart pojawił się najpierw w kategorii wearables i totalnie ten rynek zdominował. Home automation czy Internet Rzeczy to kolejna kategoria, w którą Bluetooth mocno chce się zaangażować. Bluetooth Smart w porównaniu z innymi protokołów, jak np. Z-Wave, ma mnóstwo zalet z punktu widzenia końcowego użytkownika. Przede wszystkim jest bardzo łatwy w konfiguracji i obsłudze. Jednym z dotychczasowych zagrożeń wykorzystania tej technologii był jego zasięg. Ta bariera będzie zniesiona w momencie pojawienia się Bluetooth Mesh (rodzaj sieci, w której poszczególne jej elementy mogą się ze sobą komunikować bez angażowania jednostki centralnej) jako standardu. Myślę, że przyszły rok to będzie rok Bluetootha, na całym szeroko rozumianym rynku IoT. Jako Seed Labs, bardzo mocno angażujemy się w prace nad rozwojem Bluetooth Smart. Jesteśmy członkiem grupy roboczej Bluetooth Smart Mesh. To grupa firm, która opracowuje wspólne ten standard. Dzięki temu wiemy, co się dzieje z tą technologią i na bieżąco możemy reagować na zmiany. Nasi partnerzy mają zatem pewność, że rozwiązania będzie stabilne i bezpieczne.

Jako firma działająca w modelu B2B, w jaki sposób pozyskujecie kolejnych partnerów?

W dużej mierze pomaga nam w tym ciągle zwiększająca się świadomość samego Bluetootha. Jeszcze rok temu musieliśmy tłumaczyć czym jest, czym różni się od WiFi, ZigBee czy Z-Wave. Dziś duże firmy zdają sobie sprawę z potencjału Bluetooth i same szukają rozwiązań opartych o tą technologię. To globalne marki, których nazw nie mogę niestety wymienić. Same rozmowy z takimi partnerami trwają dość długo. Tutaj weryfikacja technologii i drugiej strony jest procesem dość złożonym i wymagającym. To zrozumiałe, bo na potrzeby tej technologii muszą oni często przestawić całą linię produkcyjną.

Czy Bluetooth Smart i inteligentny dom to obszary, w których już teraz można osiągnąć zysk, czy raczej coś perspektywicznego, nad czym warto pracować? Jakie są wasze oczekiwania co do debiutu produktów opartych o rozwiązanie Silvair?

Ten rynek rozwija się niesamowicie dynamicznie. Żeby osiągnąć sukces, trzeba być cierpliwym i gotowym na zmiany. To nie znaczy, że nie ma miejsca na nowe rozwiązania, choć po piętach depczą duzi gracze. Cała kategoria jest jeszcze nie do końca uformowana, dlatego pewne rzeczy mogą bardzo szybko zaskoczyć, a pewne wymagają dużych nakładów pracy i czasu.

Wiele polskich start-upów działających w obszarze Internetu Rzeczy wybiera rynek amerykański. Czy oznacza to, że poza USA nie ma na ten moment zapotrzebowania na urządzenia smart?

Na pewno nie jest tak, że liczą się tylko Stany Zjednoczone. Europa i Chiny to także bardzo atrakcyjne rynki choć Chiny wciąż bardziej śledzą to, co dzieje się na Zachodzie. Cena jest dla nich ważniejszym czynnikiem niż innowacyjność. Inaczej jest z Europą – to dojrzały rynek. Systemy automatyki przecież istnieją już od dobrych kilku lat. Teraz mamy boom, bo da się to zrobić taniej i lepiej. Z perspektywy producenta koszty technologii mają znaczenie podobnie jak łatwość w konfiguracji i użytkowaniu. Żeby rozwiązanie przyjęło się na dużą skalę, musi być łatwo przyswajalne.

Nawet pobieżna analiza pokazuje, że nad rozwiązaniami typu IoT pracuje wiele polskich firm. Co jest według pana tego przyczyną?

To jedna z tych rzeczy, które często słyszę od amerykańskich inwestorów i klientów. „Co jest takiego w Polsce, że oferuje tyle rozwiązań związanych z Internetem Rzeczy, beaconami itp.?” Myślę, że można wskazać dwie przyczyny. Z jednej strony bacznie obserwujemy trendy i wiemy, w którym kierunku podąża świat. Dodatkowo, mamy znakomitych deweloperów i inżynierów. Bluetooth Smart jest prosty w obsłudze dla użytkowników końcowych, ale bardzo wymagający w programowaniu. Stworzenie prostego systemu wymaga ciężkiej pracy wielu osób. Cieszę się, że mamy w Polsce i w naszym zespole kompetentnych ludzi. Praca nad takimi rozwiązaniami to duże wyzwanie dla każdego.

By takie urządzenia stały się powszechne w użyciu, nie mogą być zbyt drogie. W jaki sposób rozwiązanie Silvair wpływa na cenę końcowego produktu?

Cała technologia Bluetooth jest bardzo konkurencyjna cenowo w porównaniu do Z-Wave i innych protokołów komunikacyjnych. Cena jednak nie jest tu najważniejsza – ważne są wartości, jakie można poprzez to rozwiązanie dostarczyć. Ludzie są w stanie wydać więcej, jeśli zapewnimy im komfort użytkowania i odpowiemy na ich potrzeby. Taką potrzebą może być np. energooszczędność, która może się zwiększyć dzięki inteligentnym rozwiązaniom w przypadku lamp LED. Takie lampy mogą zużywać mniej energii, wymagać mniej nakładów do obsługi i działać kilka lat dłużej.

System taki jak Silvair musi być oczywiście prosty i wygodny w użytkowaniu dla konsumenta. Ale z punktu widzenia producenta hardware’u i oprogramowania to duża ilość zmiennych. Konieczna jest aplikacja, łączność z chmurą, funkcjonalne chipy, mikrokontrolery itp. Czy uważa pan, że z punktu widzenia producenta rynek ten stwarza duże bariery wejścia?

Pracujemy nad Bluetooth Smart od września 2013 roku. To pokazuje jak bardzo wymagająca jest ta technologia. Protokół komunikacyjny to jedna rzecz, ale warstwa aplikacyjna to zupełnie inna kwestia. Wielu producentów nie posiada tych kompetencji, dlatego szuka silnych partnerów.

Jak w tym wszystkim odnajduje się sensoryka czyli np. możliwość mierzenia temperatury, wilgotności, nasłonecznienia, ale także lokalizowanie ludzi i przedmiotów. Czy takie funkcjonalności również mogą się stać częścią Silvair?

Cała sensoryka to nieodłączny element środowiska Silvair – np. kiedy jest za ciepło. powinniśmy obniżyć temperaturę w pomieszczeniu. Kiedy jest jasno, możemy przygasić oświetlenie LED-owe i pokryć to zapotrzebowanie korzystając ze światła naturalnego.

Na Silvair wielu czeka i wiele się także po tym systemie spodziewa. Czy można już zdradzić, kiedy pierwsze urządzenia, takie jak lampa LED od Soraa, trafią na rynek?

Soraa rusza ze sprzedażą swoich produktów już jesienią tego roku. Należy pamiętać, że klientami Soraa są w dużej mierze firmy, np. California Pizza Kitchen, sieci sklepów, hotele itp. Rynek indywidualny czyli np. inteligentne domy, to niewielka część ich oferty. Produkty Soraa w sprzedaży detalicznej będą dostępne na początku przyszłego roku na rynku amerykańskim.

Źródło: web.gov.pl
Autor: Adrian Senecki

10 polskich start-upów, które pomogą ci w content marketingu

Content marketing i marketing przychodzący osiągają coraz większą popularność. Poznaj polskie start-upy, które pomogą ci w dopracowaniu twojej internetowej strategii marketingowej

Content marketing to przyciąganie odpowiednich konsumentów (tzn. takich, których zainteresowania i aktualna sytuacja życiowa czyni prawdopodobnymi klientami) do marki poprzez oferowanie im odpowiednich materiałów takich jak artykuły, oferty, infografiki, treści video czy newslettery w odpowiednim czasie, tzn., gdy mogą wywrzeć na nich największy wpływ. To także dostarczanie konsumentom wartościowych treści biorąc pod uwagę kontekst danego medium/platformy i, coraz częściej, indywidualny profil każdego konsumenta.

Istnieje wiele definicji content marketingu i marketingu wychodzącego (ang. inbound marketing), sztuki osiągania rezultatów zbliżonych do skutecznej reklamy przy jednoczesnym unikaniu bezpośrednich komunikatów reklamowych. Panuje mylne przekonanie, że polskie start-upy nie osiągają na tym polu dobrych rezultatów. Przedstawiamy 10 polskich start-upów, które wiedzą jak promować się poprzez content marketing, bądź tworzą narzędzia, które pomagają w tym innym.

  1. DrOmnibus

DrOmnibus powstał w 2012 r. z inicjatywy obecnej CEO Bogumiły Matuszewskiej. Zajmuje się opracowywaniem aplikacji (zwłaszcza gier) dla dzieci cierpiących na schorzenia związane z niepełnosprawnością intelektualną (ADHD, zespół Downa). Content marketing DrOmnibusa skierowany jest przede wszystkim do rodziców dzieci w wieku 6-7 lat i młodszych. Start-up opiera swoją komunikację na promowaniu tabletów, jako narzędzi idealnych do wspierania rozwoju dzieci o specjalnych potrzebach.

Lwia część tej komunikacji odbywa się poprzez portal terapiaztabletem.pl. Blog jest dostępny również w języku angielskim na happy-therappy.com. To bogate źródło wiedzy na temat terapii przy użyciu tabletu. DrOmnibus informuje też o swoim udziale w ciekawych wydarzeniach tematycznych takich jak Health 2.0 conference, przyciągając w ten sposób nie tylko potencjalnych klientów, ale także każdego zainteresowanego tematyką innowacyjnych metod leczenia i terapii.

– Wskazujemy badania naukowe na temat efektywności tabletów w terapii. Publikujemy scenariusze terapii przygotowywanych na potrzeby naszych gier oraz przewodniki dla terapeutów i rodziców – mówi web.gov.pl Bogumiła Matuszewska.

DrOmnibus jest dostępny w dwóch wersjach – DrOmnibus Home dla rodziców i DrOmnibus Pro dla lekarzy i terapeutów.

  1. Brainly

Pod względem liczby użytkowników – 30 milionów w 20 krajach – Brainly należy do najpopularniejszych polskich start-upów. To rodzaj edukacyjnego portalu typu Q&A (ang. pytania i odpowiedzi), w którego działania zaangażowani są aktywni użytkownicy. Każdy pytający może liczyć na rozbudowaną odpowiedź z każdej dziedziny szkolnej wiedzy (matematyka, język polski, historia, biologia, ale także różne języki obce), zawierającą pełne wyjaśnienie kolejnych kroków prowadzących do rozwiązania.

– Siłą Brainly jest społeczność. To nasi użytkownicy tworzą treść portalu. Odpowiadając i zadając pytania pomagają sobie nawzajem w obowiązkach szkolnych. Z punktu widzenia Brainly, pozytywnym efektem tej interakcji jest potężna baza wiedzy. Każde pytanie po moderacji pozostaje na stronie i jest publicznie dostępne dla wszystkich użytkowników. Owa baza wiedzy to także ważny element naszej strategii pozyskiwania nowych użytkowników, gdyż dzięki niej łatwo znaleźć nasz portal w wyszukiwarce. Taki projekt – oparty na treści tworzonej przez użytkowników (ang. user-generated content – przyp. red.) – jest bardzo skalowalny – im więcej osób uczestniczy w interakcji, tym większa jest nasza baza danych i szanse na pozyskanie kolejnych użytkowników – tłumaczy Jakub Piwnik, PR & Marketing Manager Brainly w Stanach Zjednoczonych.

Pomysł na oparcie portalu na treści tworzonej przez użytkowników okazał się strzałem w dziesiątkę. Dzięki dużej popularności, Brainly wywalczyło silną pozycję w wyszukiwarkach internetowych, zwłaszcza w Google. I to właśnie poprzez Google mnóstwo nowych osób codziennie dowiaduje się o istnieniu Brainly w każdym z krajów, w których działa. Brainly zdołało w pełni wykorzystać potencjał do efektywnego marketingu przychodzącego, który wynika z jego natury jako serwisu typu Q&A.

  1. Listonic

Tym razem mamy do czynienia z jedną z najpopularniejszych aplikacji do tworzenia list zakupowych. Po osiągnięciu dużej popularności w Polsce, start-up ten zdecydował się na wypróbowanie sił w USA, uważanych za najbardziej konkurencyjny rynek aplikacji na świecie. Dział marketingu Listonica na pewno pomoże w odniesieniu sukcesu, na koncie ma już kilka wartych odnotowania osiągnięć, zwłaszcza przyciski Listonic.

Listonic udostępnia przyciski każdej zainteresowanej witrynie czy blogowi kulinarnemu. Przy ich pomocy użytkownicy mogą jednym kliknięciem przycisku zamienić składniki przepisu w listę zakupową Listonic, która pozwoli łatwo zapamiętać wszystkie składniki i wzmocni dyscyplinę zakupową (mniejsze prawdopodobieństwo dokonania niespodziewanych, impulsywnych zakupów).

W ten sposób Listonic skutecznie korzysta z zewnętrznych treści do popularyzowania swojej aplikacji. Zewnętrzni wydawcy otrzymują w zamian wartościową funkcjonalność.

  1. Brand24

Brand24 to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich start-upów. Brand24 oferuje swoim klientom możliwość zarządzania swoją rozpoznawalnością w internecie 24 godziny na dobę. Monitoruje sieć w poszukiwaniu wszelkich śladów obecności marki, zwłaszcza na blogach i w mediach społecznościowych. Z danymi można się zapoznać za pomocą aplikacji mobilnej, panelu webowego oraz wiadomości email. Użytkownik może wykorzystać te informacje do natychmiastowej reakcji na treści w internecie dotyczące jego marki – odpowiedzieć na wątpliwości konsumentów, pomóc im czy szybko podjąć decyzję o produkcji i publikacji materiałów, które pozwolą zażegnać kryzys PR-owy, jaki miał miejsce po publikacji w Internecie niekorzystnych treści dla marki.

  1. Positionly

Positionly powstało z myślą o markach, które chciałyby wzmocnić swoją pozycję w wyszukiwarce. Dopracowany i przyjazny użytkownikowi interfejs to jedna z głównych zalet tego popularnego start-upu, który w październiku 2014 roku pochwalił się tysięcznym klientem korzystającym z płatnej wersji usługi.

Positionly ułatwia content marketing poprzez udostępnianie narzędzi wyróżniających się relatywną prostotą obsługi w porównaniu z możliwościami, jakie oferują. Użytkownik może porównać z konkurencją swoje pozycje w wyszukiwarkach na różne frazy kluczowe, zarządzać linkami zewnętrznymi, a także generować raporty zawierające wszystkie te dane.

Start-up wspomagający content marketing u klientów powinien uwiarygadniać to publikacjami w Internecie edukującymi klientów nt. content marketingu. Dostarczają one konsumentom wartościowej wiedzy i skutecznie zachęcają ich do korzystania z usług start-upu. Positionly prowadzi bloga, który zawiera treści poradnikowe w zakresie marketingu w sieci.

  1. SALESmanago

Platformy typu marketing automation oferują innowacyjny sposób dotarcia do potencjalnych konsumentów w sposób spersonalizowany i na dużą skalę. Według MarketsandMarkets, przychody z automatyzacji marketingu wzrosną z 3,65 miliarda dolarów w roku ubiegłym do 5,5 miliarda w 2019 r. Jak automatyzacja marketingu wygląda w praktyce?

Gdy na twojej stronie internetowej pojawi się nowy użytkownik, oprogramowanie SALESmanago odnotuje szereg informacji związanych z jego aktywnością na niej. Na ich podstawie postara się m.in. określić obecne zainteresowania użytkownika, jego zachowanie itp. Następnie SALESmanago przygotuje treść dostosowaną do tego konkretnego użytkownika i wyśle ją w formie maila. Niewiele start-upów robi to tak efektywnie jak SALESmanago. Możesz dowiedzieć się o tym więcej, przeglądając bogatą bazę tego krakowskiego start-upu z ponad tysiącem klientów biznesowych w całej Europie.

  1. Vintom

Content marketing to także w coraz większym stopniu materiały wideo. Vintom to polski start-up, które oferuje efektywną metodę pozyskiwania nowych leadów (informacji o klientach) przy wykorzystaniu treści wideo.

Vintom sam siebie określa mianem „dodatkowej warstwy na wideo”. Kilka linijek kodu wystarczy, by wzbogacić film o funkcjonalność pozwalającą na prośbę do użytkownika o wykonanie danej akcji (email, udostępnienie w mediach społecznościowych, kliknięcie URL) w celu dalszego oglądania. Do użytkownika należy wskazanie momentu, do którego wideo można oglądać bez żadnych zobowiązań.

  1. PressPad

Ciągły wzrost popularności portali internetowych wydawał się początkiem końca tradycyjnej prasy drukowanej. Szansą dla tych ostatnich jest PressPad – dostawca aplikacji mobilnych na systemy Android i iOS, za pomocą których tradycyjni wydawcy mogą wygodnie dystrybuować swoje publikacje w formie cyfrowej. PressPad pozwala m.in. na dołączenie do tekstu filmów z YouTube i Vimeo, ścieżek dźwiękowych z SoundCloud i linków do mediów społecznościowych. Wydawcy mogą także wysyłać swoim subskrybentom powiadomienia push, dostarczane przez aplikacje mobilne czy emaile.

  1. LiveChat

Content marketing to także sztuka znalezienia się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Twoja wartościowa treść powinna trafić do użytkownika w momencie, gdy akurat jest mu potrzebna. LiveChat to start-up, który pomoże w dążeniu do tego celu. Oprogramowanie LiveChat pozwala na łatwe założenie na stronie czatu „na żywo”, z którego odwiedzający stronę może skorzystać w każdej chwili. Pytanie trafia niezwłocznie do wskazanej osoby, np. pracownika firmy, który od razu przygotowuje odpowiedź. Imię i twarz osoby odpowiadającej zwykle widoczna jest w okienku chatu, co pozwala na stworzenie wrażenia rozmowy w czasie rzeczywistym.

LiveChat oferuje rozbudowane możliwości dostosowania aplikacji do wyglądu strony, w tym możliwość usunięcia wszelkich śladów tego, że za funkcją stoi LiveChat (tzw. white-label product).

  1. Estimote

Estimote to producent beaconów o międzynarodowym zasięgu. To jedna z kilku uznanych za granicą polskich firm (obok Kontakt.io oraz Ifinity), które osiągnęły międzynarodowy sukces na polu tzw. proximity technologies, tzn. technologii umożliwiających bezprzewodowy kontakt pomiędzy urządzeniami. Przykładem jest tutaj np. protokół Bluetooth Smart, wykorzystywany właśnie w beaconach Estimote. Znajdują one zastosowanie np. w marketingu – umieszczone w sklepach mogą kontaktować się ze znajdującymi się w zasięgu konsumentami i przekazywać im komunikaty reklamowe i sugestie do ich smartfonów czy tabletów.

Źródło: web.gov.pl
Autor: Adrian Senecki

Nowe centrum IT w Katowicach

FinTech Innovation Centre Katowice to ośrodek badawczo-rozwojowy, który do końca 2019 roku zapewni zatrudnienie 70 specjalistom i inżynierom z branży IT. Ich zadaniem będzie m.in. rozwój i opracowywanie systemów informatycznych dla instytucji finansowych.

O wyborze lokalizacji zadecydowało wiele czynników m.in. potencjał rozwojowy regionu, jego wielkość i możliwość współpracy z uczelniami wyższymi. Istotna była także lokalizacja i dogodne połączenia lotnicze z USA oraz kolejowe i drogowe z Europą. Katowice wygrały ostatecznie rywalizację z miastami Estonii, Argentyny czy Bułgarii. Decydującym argumentem był przede wszystkim dostęp do wysokiej jakości specjalistów IT pracujących w branży finansowo-bankowej.


Odbiorcami rozwiązań tworzonych w ramach FinTech Innovation Centre Katowice będą firmy z branży finansowo-bankowej zlokalizowane w USA, Wielkiej Brytanii oraz Niemczech. Zadaniem centrum jest rozwój nowych, szybszych i bezpieczniejszych algorytmów w opracowywanych systemach. Realizowane projekty mają zapewnić pełną ochronę w zakresie operacji giełdowych i dostępu do oferty banków zarówno klientom indywidualnym, jak i korporacyjnym.

Odpowiedzialna za realizację nowego centrum firma SMT Software Services już rozpoczęła poszukiwania specjalistów. Pracę znajdą tu inżynierowie oprogramowania, analitycy, programiści, specjaliści ds. zapewnienia jakości oraz kierownicy projektów.

Firmy z sektora MŚP są najbardziej narażone na wycieki poufnych danych

Do ponad 75 proc.  przypadków wszystkich wycieków danych na świecie dochodzi w firmach z sektora MŚP. Co istotne, blisko 92 proc. z nich zawiera dane osobowe[1]. Okazuje się, że w tym sektorze w 57 proc. przypadków do wycieków danych dochodzi w sposób przypadkowy[2]. Spowodowane jest to najczęściej zaniedbaniami załogi i nieprzestrzeganiem podstawowych norm bezpieczeństwa. Jedynie 36 proc. wycieków poufnych danych ma swoje źródło w celowym działaniu pracowników lub kogoś z poza organizacji[3]. Z kolei w dużych firmach i korporacjach sytuacja się odwraca. Tam już jedynie 35 proc. wycieków spowodowana jest nieumyślnie, a już co drugi z nich jest intencjonalny[4]. Wynika to przede wszystkim z faktu, że w dużych korporacjach utrata poufnych danych spowodowana jest z reguły atakiem na przedsiębiorstwo z zewnątrz. To szeregowi pracownicy, którzy nie są świadomi zagrożeń jakie niesie za sobą utrata cennych firmowych informacji i nie są odpowiednio przeszkoleni, a nie kadra menadżerska i administratorzy IT są dla firm największym zagrożeniem. Okazuje się, że to właśnie oni odpowiadają za ponad 50 proc. wszystkich wycieków poufnych danych. Z badań ekspertów wynika też, że blisko 70 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP prognozuje, że z punktu widzenia rozwoju biznesu najbliższy rok będzie dla nich lepszy niż poprzedni[5]. Czy przełoży się to także na inwestycję w bezpieczeństwo informacji?

„Przedsiębiorstwa z sektora MŚP są bardziej narażone na wycieki poufnych danych niż duże korporacje ze względów dość prozaicznych – mniejsze nakłady finansowe na szkolenia dla pracowników oraz brak podstawowych norm i standardów bezpieczeństwa informacji skutkuje niską świadomością problemu wśród załogi. W polityce bezpieczeństwa informacji nadrzędna sprawą jest to, aby w proces przechowywania oraz utylizacji dokumentów zaangażowanych było jak najmniej osób. Bardzo ważne jest także, by proces w całości przeprowadzany był wewnątrz organizacji. Outsourcing usług w tym przypadku tylko zwiększa ryzyko wycieku poufnych danych. Z mediów co jakiś czas dowiadujemy się o dokumentach zawierających dane osobowe, które znalazły się na śmietniku. Aby uniknąć tego typu sytuacji najlepiej jeżeli w naszym przedsiębiorstwie znajdzie się dopasowane do potrzeb firmy urządzenie do niszczenia dokumentów zgodne z normą DIN 66399 służące utylizacji zbędnej dokumentacji firmowej”– komentuje Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska.

Na wycieki informacji najbardziej narażone są firmy z branży HoReCa, medycznej i bankowości. Wynika to ze specyfiki przechowywanych przez nie danych. Wrażliwe informacje, które wyciekną poza firmę najczęściej używane są do przestępstw finansowych oraz wyłudzeń.

Małe i średnie przedsiębiorstwa są jednym z najważniejszych motorów napędowych polskiej gospodarki. Właśnie w tym sektorze powinniśmy położyć duży nacisk na edukowanie zarówno przedsiębiorców, jak i szeregowych pracowników, bo straty firm z sektora MŚP odbiją się bezpośrednio na nas wszystkich. Szerzenie świadomości o tym, jak ważne jest właściwe obchodzenie się z dokumentacją firmową oraz wykorzystanie nowoczesnych narzędzi do utylizacji nośników danych wewnątrz firmy, pozwoli znacznie zmniejszyć ryzyko wycieku w niemal każdym przedsiębiorstwie”– podsumowuje Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska.

[1] InfoWatch
[2] InfoWatch
[3] InfoWatch
[4] InfoWatch
[5] BlackPartners

Sieć B&B poszerza portfolio o hotele w Hiszpanii

Grupa B&B Hotels, która niedawno wystartowała z budową czwartego hotelu w Polsce i już planuje kolejną inwestycję w naszym kraju, podbija kolejne rynki europejskie. Sieć ogłosiła właśnie, że wkracza na hiszpański rynek z 4 nowymi hotelami: w Alicante, Gironie, Madrycie oraz Walencji. Grupa, która świętuje w tym roku swoje 25. urodziny, posiada obecnie 335 hoteli w Europie. Ponadto na lata 2016 – 2017 planuje otwarcie kolejnych placówek we Francji, Niemczech, Włoszech oraz Brazylii.

4 nowe lokalizacje hoteli B&B w Hiszpanii

Sieć hoteli B&B Hotels wchodzi do Hiszpanii z 4 nowymi obiektami. Każdy z nich posiada szereg udogodnień, które docenią zarówno podróżni z Hiszpanii, jak i z zagranicy. Hotel B&B w Alicante zlokalizowany jest obok międzynarodowego lotniska oraz Centrum Wystawowego (IFA). Hotel w Gironie położony jest na malowniczym wybrzeżu Costa Brava, w sąsiedztwie centrum handlowego Espai Girones. Madrycki hotel B&B znajduje się 5 minut drogi z lotniska Madrid Barajas, w pobliżu autostrady A2. Hotel jest znakomicie skomunikowany z centrum miasta i atrakcjami turystycznymi. 10 minut drogi od hotelu znajduje się również Centrum Kongresowe IFEMA. Hotel w Walencji jest zlokalizowany w odległości 3 kilometrów od centrum miasta oraz 7 kilometrów od plaży. Do obydwu tych miejsc kursują liczne linie autobusowe.

„Przełomowe wejście na rynek w Hiszpanii jest dowodem na to, że nasza oferta Econochic spotyka się z ogromnym zainteresowaniem, zarówno w Europie, jak i na całym świecie. Staramy się zaspokajać potrzeby klientów poprzez rzetelnie świadczone usługi noclegowe w przystępnej cenie” tłumaczy Georges Sampeur, prezes grupy B&B Hotels.

W Hiszpanii, podobnie jak we Francji oraz całej Europie, hotele B&B dysponują wygodnymi, przestronnymi pokojami, z których każdy posiada szereg udogodnień: bezpłatny dostęp do Wi-Fi, komfortowe i funkcjonalne wyposażenie, nowoczesny design, dogodną lokalizację oraz możliwość korzystania z bufetu śniadaniowego z szerokim wyborem dań.

Model hoteli ekonomicznych B&B w całej Europie

Hotele B&B są liderem wśród sieci hoteli ekonomicznych we Francji, oferując gościom biznesowym oraz turystom usługi wysokiej jakości idące w parze z przystępną ceną. Rozwój Grupy B&B Hotels w Europie i na świecie jest wyznacznikiem jej sukcesu, u podstaw którego leżą kluczowe wartości, takie jak prostota, życzliwość  oraz chęć ciągłego ulepszania oferty rynkowej, będąca wynikiem pro klienckiej strategii.

Wspomniane perspektywy rozwoju eksplorowane będą przez cały rok 2015, na czele z ważnymi projektami we Francji, takimi jak otwarcie dwóch hoteli w Paryżu: w pobliżu Gare du Nord i Porte d’Italie, otwarcie hotelu przy stadionie w Marsylii oraz otwarcie największego do tej pory obiektu sieci – składającego się z 400 pokoi hotelu w pobliżu podparyskiego Disneylandu. Do końca tego roku sieć B&B powinna mieć we Francji 250 obiektów, co oznacza około 20 000 pokoi hotelowych.

W Niemczech, Grupa obecnie zarządza 72 hotelami oraz planuje otwarcie do końca tego roku kolejnych 12 obiektów oferujących w sumie 1260 dodatkowych pokoi.

We Włoszech 22 hotele B&B oferują obecnie ponad 1900 pokoi, zaś w 2015 roku zostaną otwarte kolejne 4 obiekty. W Mediolanie, gdzie w tym roku odbywa się Wystawa Światowa EXPO, sieć posiada 5 placówek.

W Polsce w 2016 roku planowane jest ukończenie budowy hotelu w Łodzi, który będzie czwartą lokalizacją, po Wrocławiu, Toruniu oraz Warszawie. Jednocześnie, do końca roku 2017 Grupa B&B Hotels planuje otwarcie 2 projektów hoteli w Brazylii: w Rio de Janeiro oraz Sao Paulo.

Czy polskie miasta mogą być efektywne energetycznie?

Zwiększenie efektywności energetycznej polskich miast w ostatnich latach stało się szczególnie istotne. Obecnie miasta muszą dołożyć wszelkich starań, aby zaspokoić potrzeby mieszkańców oraz stać się bardziej przyjaznymi dla środowiska. Wzorem do naśladowania powinny być francuskie miasta Grenoble i Lyon, w których inteligentne zarządzanie energią w ramach projektu GreenLys przynosi realne korzyści mieszkańcom i zarządcom sieci. Co więc należy zrobić, aby taką efektywność uzyskać? Na ten temat rozmawiali w Katowicach uczestnicy seminarium „Efektywność energetyczna, jako instrument obniżania rachunków samorządów oraz poprawy jakości środowiska”, zorganizowanego w ramach projektu ECO – Miasta.

Główne wyzwania miast

Współczesne miasta muszą sprostać wielu wyzwaniom związanym z rosnącą liczbą ludności oraz ich potrzebami, zapewnianiem odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa, a także właściwym zarządzaniem komunikacją i transportem miejskim, jak również sieciami wodno-kanalizacyjnymi i energią. Według danych z raportu „Energia Inteligentna” przygotowanego przez Frost&Sullivan, przy współpracy Schneider Electric, wynika, iż światowy popyt na energię w latach 2000 – 2030 zwiększy się o 200%. Znaczący udział tego zużycia generują budynki – ich systemy ogrzewania, chłodzenia i oświetlenia odpowiadają za ok. 25% globalnych emisji dwutlenku węgla. Jednym z głównych problemów współczesnych miast jest kwestia architektonicznej zabudowy. Z jednej strony mamy budynki starszego typu, które pochłaniają znaczne pokłady energii. Natomiast z drugiej, powstaje coraz więcej inwestycji, które również wymuszają większe zapotrzebowanie na energię. W związku z czym podnoszenie efektywności energetycznej powinno być priorytetowym obszarem działań władz polskich miast, jako niezbędny element sprawnego działania organizmu miejskiego i sposób na obniżenie kosztów jego funkcjonowania – mówi Jacek Łukaszewski, Prezes Zarządu Scheider Electric Polska.

Francuskie doświadczenie wzorem do naśladowania

Efektywność energetyczna to proces, na który składa się kilka czynników. Z jednej strony jest to termomodernizacja, z drugiej zaś inwestycja w rozwiązania energetyczne takie jak smart grid czy smart mettering, które pozwalają tę efektywność uzyskać. Podczas seminarium, Xavier Normand odpowiedzialny za zrównoważony rozwój we francuskim mieście Grenoble oraz Lyon, podzielił się doświadczeniami z realizacji innowacyjnego projektu GreenLys, którego głównym zadaniem jest przetestowanie i zademonstrowanie działania inteligentnych sieci jako całości, przy udziale wszystkich podmiotów zaangażowanych w system energetyczny od producenta energii po mieszkańców. Realizując zaawansowany technologicznie projekt energetyczny w miastach Lyon i Grenoble Xavier Normand podkreślił, że inteligentne miasta nie są tylko konceptem, ale realnie funkcjonującymi miastami, w których inteligentne zarządzanie energią przynosi korzyści ich mieszkańcom i służą za przykład dla całego świata.

Projekt GreenLys, który był realizowany w ramach konsorcjum firm z branży energetycznej: ER DF, GEG, GDF Suez i Schneider Electric oraz przy współpracy z miastem Grenoble. Udział firmy Schneider Electric polegał na rozpowszechnieniu innowacyjnych rozwiązań smart grid i pokazaniu ich wpływu na funkcjonowanie miasta. Ma on również wskazać, że inteligentne miasto to sprawdzony model biznesowy, w którym aktywny udział biorą również konsumenci. Pierwszym etapem projektu była instalacja inteligentnego opomiarowania w formie liczników. Do tego celu wytypowanych zostało 1000 gospodarstw domowych i 40 obiektów komercyjnych. Dodatkowo zainstalowane zostały specjalne boksy, których zadaniem było monitorowanie i optymalizacja zużycia energii elektrycznej. Jednocześnie w mieście zainstalowano stacje do ładowania samochodów elektrycznych. Efektem tych działań jest lepsze zarządzanie siecią energetyczną i zdefiniowanie potrzeb konsumentów, jak również dostosowanie zużycia energii do ich aktualnych potrzeb. Co więcej, każdy z konsumentów będzie mógł bardziej efektywnie zarządzać poborem energii, korzystając z rozwiązań komunikacyjnych. Bardzo ważne jest również fakt, że cały system przyczynia się do zbierania dokładnych danych o funkcjonowaniu sieci przesyłowych w celu zwiększenia ich efektywności, zmniejszenia strat energii oraz planowania ich rozwoju.

Budynki kluczowe dla efektywności energetycznej w miastach

Według danych firmy Schneider Electric, budynki generują obecnie 40% globalnej konsumpcji energii, a w niedalekiej przyszłości będzie to aż 60%. Z tego względu konieczne są inwestycje w inteligentne systemy zarządzania energią i automatykę w budynkach, które pozwolą na efektywne wykorzystanie energii i realne oszczędności. Systemy te pozwalają na zmniejszenie zużycia energii o 30 proc. w istniejących budynkach oraz do 70 proc. w nowych budynkach. Mamy więc konkretne narzędzia, z których możemy i powinniśmy korzystać – podkreśla Jacek Łukaszewski. Nowe budynki komercyjne są dużo bardziej efektywne energetycznie, a zatem tańsze w eksploatacji. Nieco mniejsze możliwości inwestycji w efektywność energetyczną istnieją w budownictwie mieszkaniowym, gdzie własność jest rozproszona pomiędzy wielu lokatorów. W lokalach mieszkalnych jednak także można instalować chociażby systemy zarządzania światłami lub ogrzewaniem, które pozwolą na wymierne oszczędności i zużycie mniejszej ilości energii.

Konkurs ECO Miasto organizowany jest przez Ambasadę Francji w Polsce wraz z partnerami – Renault Polska, SAUR Polska, EDF Polska, Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, firmami Saint-Gobain, Schneider Electric, DK Energy, TIRU oraz Krajową Agencją Poszanowania Energii. Doświadczenia poprzednich edycji pokazują, że miasta inwestują w efektywność energetyczną i że jest to dla nich ważny problem, któremu chcą sprostać.

W ubiegłorocznej edycji konkursu do tytułu miasta eco pretendowało 31 miast, a wybrano
8 w trzech kategoriach: efektywność energetyczna budynków, gospodarka odpadami, mobilność zrównoważona. W tegorocznej edycji konkursu pojawiła się nowa kategoria – gospodarka wodna. Pojawienie się tej kategorii to dowód na to, że obszar sieci wodno–kanalizacyjnych i wykorzystanie wody w miastach to bardzo ważny obszar dla miast. Zważywszy na problemy, z którymi muszą poradzić sobie miasta w Polsce w tym obszarze, pojawienie się tej kategorii będzie mobilizować do inwestycji w tym obszarze – mówi Anna Szymczyk ze Schneider Electric. Nasza firma posiada technologię i wiedzę w zakresie wdrażania w miastach takich rozwiązań oraz doświadczenia, którymi będziemy dzielić się z uczestnikami konkursu – dodaje Anna Szymczyk.

Guillaume Duverdier nowym prezesem Browarów Polskich

Na mocy uchwały Zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego w Polsce – Browary Polskie, z dniem 2 czerwca nowym Prezesem organizacji został Guillaume Duverdier, który zastąpił na tym stanowisku Tomasza Bławata.

Od listopada 2013 r. Guillaume Duverdier sprawuje funkcje Prezesa Zarządu Grupy Żywiec S.A. Z Grupą HEINEKEN jest związany od marca 2000 r. kiedy objął stanowisko Dyrektora ds. rozwoju sprzedaży w Brasseries HEINEKEN we Francji. Później sprawował kolejne funkcje w strukturach międzynarodowych, koncentrując się na rozwoju sprzedaży i produkcji. Do Polski przeniósł się z Egiptu, gdzie pełnił obowiązki prezesa Al Ahram Beverages Company, związanej z Grupą HEINEKEN. Swoja karierę zawodową Guillaume Duverdier rozpoczął w Procter and Gamble, gdziew latach 1994 – 2000 zajmował kolejne stanowiska w obszarze zarządzania sprzedażą i relacjamiz klientami.

– Rynek piwa w Polsce jest już dojrzały, nasycony i bardzo konkurencyjny, a wśród Polaków rośnie grupa nie tylko entuzjastów piwa, ale również wymagających konsumentów. W tych okolicznościach kluczowymi zadaniami dla Związku, którego przewodnictwo obejmuję, będzie działanie na rzecz promocji kultury picia piwa oraz odpowiedzialnej sprzedaży i konsumpcji, aby zapewnić zrównoważony wzrost kategorii – powiedział Guillaume Duverdier.

Nowy Prezes wyraził także zamiar dalszego rozwijania współpracy i dialogu ze wszystkimi środowiskami powiązanymi z branżą.

Kluby polskiej Ekstraklasy w coraz lepszej kondycji finansowej. Całkowite przychody drużyn wyniosły w tym sezonie prawie 0,5 miliarda złotych

CEO Magazyn Polska

W sezonie 2014/2015 przychody klubów grających w piłkarskiej Ekstraklasie wyniosły blisko 0,5 mld złotych. Większość wpływów pochodziła ze sprzedaży praw mediowych. Dzięki rozwojowi infrastruktury sportowej na znaczeniu w strukturze przychodów zyskuje rola marketingu i sprzedaży biletów. Spółka Ekstraklasa liczy, że polska liga już wkrótce będzie dobijać się do pierwszej dziesiątki czy dwunastki w Europie.

– 11 mln osób interesuje się rozgrywkami Ekstraklasy. To przyczynek do tego, aby osoby przychodziły na stadiony czy oglądały mecze w telewizji. Więc wydaje się, że wszystko jest na dobrej drodze i mam nadzieję, że także z perspektywy rozwoju, czy to finansowego, czy sportowego, naszych klubów będziemy w stanie dobijać się do tej pierwszej dziesiątki czy dwunastki lig w Europie, bo w te miejsca celujemy – mówi agencji Newseria Inwestor Marcin Animucki, wiceprezes zarządu Ekstraklasa SA.

Jak wynika z raportu Deloitte, wartość europejskiego rynku piłki nożnej w sezonie 2013/2014 przekroczyła 20 miliardów euro. Liderem jest brytyjska Premier League, której łączne przychody osiągnęły w tym okresie 3,9 miliarda euro. Polska Ekstraklasa znalazła się w drugiej dziesiątce zestawienia.

– W ostatnich latach nastąpił bardzo duży skok jakościowy, jeżeli chodzi o infrastrukturę. Mamy najbardziej nowoczesne stadiony piłkarskie w Europie. To jest ten pierwszy podstawowy element do budowania solidnych drużyn – przekonuje Marcin Animucki.

Przedstawiciel spółki Ekstraklasa wskazuje, że od dwóch lat widać dużą pracę klubów w zakresie uporządkowania kwestii finansowych. Dotyczą one budżetowania, wypłacalności klubów oraz terminowego przekazywania wynagrodzenia dla trenerów i piłkarzy.

– Sumarycznie przychody wszystkich klubów w Ekstraklasie to prawie 0,5 mld zł, na co składają się przede wszystkim scentralizowane prawa mediowe. To jest ta część, za którą odpowiada Ekstraklasa. Dużą część przychodów klubów stanowią umowy sponsorskie i reklamowe. Ważnym elementem w niektórych klubach są także transfery zawodników do lig zagranicznych czy transfery wewnętrzne – wymienia wiceprezes zarządu Ekstraklasa SA.

Według opracowania „Przeglądu Sportowego” w zakończonym sezonie 2014/2015 szesnaście drużyn rywalizujących w rozgrywkach Ekstraklasy dysponowało budżetem wynoszącym 434 milinów złotych. Różnice finansowe pomiędzy poszczególnymi zespołami były jednak znaczne. Najbogatsza Legia Warszawa dysponowała budżetem ponad 10-krotnie wyższym niż najbiedniejsza Zawisza Bydgoszcz.

– W ligach europejskich nie ma jednolitej struktury. W zależności od kraju, któremu się przyglądamy, jest albo przewaga praw mediowych nad praw ami marketingowymi czy ticketingu – mówi przedstawiciel Ekstraklasa SA, pytany o optymalną strukturę przychodów osiąganych przez ligi piłkarskie.

Marcin Animucki zaznacza, że zrównoważony model biznesowy ligi piłkarskiej zakłada osiągniecie ok. 30 proc. przychodów ze sprzedaży praw mediowych, ok. 30 proc. z praw marketingowych oraz ok. 30 proc. z ticketingu. Polska Ekstraklasa powoli zbliża się do tych proporcji, choć nadal duża część przychodów osiągana jest z praw mediowych. Nowoczesna infrastruktura sportowa sprawia natomiast, że coraz większe znaczenie odgrywają również pozostałe źródła przychodów.

– Jeżeli chodzi o same przychody Ekstraklasy, jako spółki, to odnotujemy [w tym roku – red.] około 15-proc. wzrost, co będzie w 10-letniej historii Ekstraklasy największym budżetem, który będzie dochodził do granicy około 170 mln zł i z tego powodu możemy być szczęśliwi i dumni – mówi Animucki.

Jeśli chodzi natomiast o skumulowane przychody klubów piłkarskich występujących w Ekstraklasie, to ich wielkość uzależniona jest od głównie od przychodów z praw mediowych klubów uczestniczących w europejskich pucharach oraz z transferów zewnętrznych. W opinii wiceprezesa Animuckiego, standardowa struktura przychodów w przyszłości pozostanie raczej niezmienna. Różnić się będą jednie modele finansowania poszczególnych klubów.

Grupa Mzuri uruchamia kolejną spółkę, celując w 7-8 proc. zwrotu rocznie. Spodziewa się średniego wkładu na poziomie wyższym niż 25 tys. zł

CEO Magazyn Polska

Rusza spółka celowa Mzuri CFI 2, specjalizująca się w grupowych inwestycjach w nieruchomości. Właśnie rozpoczęła nabór środków. Liczy na średnie wpłaty przekraczające 25 tys. zł. Drobnym inwestorom ma to otworzyć drogę do najatrakcyjniejszych segmentów rynku. Obecnie średnia rentowność najmu w Polsce wynosi nieco ponad 4 proc. Szef rady nadzorczej spółki oczekuje zysku na poziomi 7-8 proc. brutto.

– Mzuri CFI 2, czyli spółka crowdfundingowa, będzie kupować mieszkania, domy, poddasza, strychy do adaptacji, ale też kamienice, po to, żeby je później wyremontować, wynająć i przychody z najmu dzielić wśród udziałowców w proporcji do objętych udziałów – wyjaśnia Sławek Muturi.

Mzuri CFI 2 to druga z crowdfundingowych spółek celowych Grupy Mzuri, która specjalizuje się w grupowych inwestycjach w nieruchomości. Kapitał pozyskany od udziałowców przeznaczony będzie na długoterminową inwestycję w zdywersyfikowany portfel nieruchomości na wynajem.

Zarząd spółki zakłada, że kolejne podwyższenia kapitału będą realizowane mniej więcej raz na miesiąc, aż do 30 września 2015 roku. Późniejsze nabycie udziałów również będzie możliwe, choć już po cenie wyższej niż nominalna.

– Sporo zależy od tego, ile kapitału uda nam się zebrać, bo to będzie spółka z o.o., która będzie ponosić normalne koszty funkcjonowania spółki, ale przy założeniu, że będzie to przynajmniej 3-5 mln zł, to spodziewamy się, że zwrot powinien być w granicach 7-8 proc. już po uwzględnieniu podatku CIT, ale przed opodatkowaniem PIT-u – prognozuje przewodniczący rady nadzorczej crowdfundingowej spółki.

Według danych firmy Home Broker przeciętna rentowność wynajmu mieszkań w głównych miastach Polski na początku 2015 roku rzadko kiedy przekraczała 4 proc. netto rocznie. Na najwyższe stopy zwrotu mogli liczyć mieszkańcy stolicy (4,8 proc.) oraz Łodzi (4,4 proc.). Najmniej opłacalny najem był w Gdyni, gdzie średnia rentowność wynosiła zaledwie 3,1 proc. rocznie. Grupowe inwestycje w nieruchomości mają być receptą, na osiągnięcia znacznie lepszych stóp zwrotu.

Ideą powołania spółki jest umożliwienie inwestycji w nieruchomości nawet osobom z ograniczonym kapitałem. W przypadku Mzuri CFI 2 minimalna kwota wkładu wynosi zaledwie 10 tys. zł. Dzięki grupowemu inwestowaniu udziałowcy będą mogli lokować swoje środki w najbardziej rentowne segmenty rynku, takie jak m.in. kamienice na wynajem.

– To już kolejna inwestycja, którą realizujemy w formule crowdfundingowej. W przypadku poprzednich kształtowało się to na poziomie 20-25 tys. zł od każdej osoby, natomiast mieliśmy górne limity: minimalny próg był 10 tys., maksymalny wtedy ustawiliśmy na 80 tysięcy. Teraz maksymalnego praktycznie nie ma, bo powiedzmy, jest to pół miliona, jest dużo większy, więc też spodziewamy się, że może to będą większe kwoty – wyjaśnia założyciel Grupy Muturi.

W planach funduszu są inwestycje w nieruchomości położone we wszystkich największych miastach w Polsce. Sławek Muturi wymienia tu ośrodki liczące powyżej 200 tys. mieszkańców. Inwestycje realizowane będą także w mniejszych miastach, od 100 tys. mieszkańców, choć ich udział w portfelu nieruchomości spółki będzie odpowiednio niższy.

Od 1 lipca 2014 roku obowiązują nowe zapisy w Rekomendacji S, wydanej przez Komisję Nadzoru Finansowego. Mówią one, że bank powinien udzielić klientom detalicznym kredytów hipotecznych wyłącznie w walucie, w jakiej uzyskują swoje dochody. Zmiany znacznie ograniczają dostęp do kredytów osobom pracującym za granicą. Zdaniem założyciela Grupy Mzuri powinno to zwiększyć zainteresowanie Polaków za granicą inwestycjami takimi jak Mzuri CFI 2.

– To jest taki dosyć niefortunny skutek uboczny, niezamierzony, ale ograniczając tę możliwość Polonii, więc my mamy duże zainteresowanie Polonii, spodziewamy się też sporego zainteresowania ze strony inwestorów zza naszej wschodniej granicy – wyjaśnia Muturi.

Multimedia Polska chce przyciągnąć klientów pakietami usług niezwiązanych z telewizją czy internetem. Duży potencjał widzi przede wszystkim w sprzedaży energii elektrycznej

0

CEO Magazyn Polska

Multimedia Polska stawia na sprzedaż pakietową, dorzucając do tradycyjnego modelu działania usługi wykraczające poza dotychczasowy model biznesowy. Oprócz ubezpieczeń czy telefonii komórkowej i monitoringu domu oferuje również energię elektryczną. Widzi potencjał w tym rynku, na którym do tej pory blisko 330 tys. gospodarstw domowych zmieniło dostawcę prądu.

Rozszerzamy nasze portfolio usług, także o takie, które dotychczas nie kojarzyły się z multimediami, ale dobrze wpasowują się w strategię oferowania klientom dodanej wartości produktowej. Do internetu czy telewizji cyfrowej dodajemy ubezpieczenia, usługi mobilne, ale też energię elektryczną – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Jakub Jacewicz, dyrektor Departamentu Usług Energetycznych w Multimedia Polska.

Dane Urzędu Regulacji Energetyki (URE) wskazują, że rynek energetyczny szybko się rozwija. Nie tylko więcej firm oferuje usługi, lecz także większa jest świadomość konsumentów. Od 2007 roku, kiedy możliwa stała się zmiana sprzedawcy, zrobiło to blisko 330 tys. gospodarstw domowych (dane na koniec kwietnia br.). Choć to niewiele ponad 3 proc., to ich liczba – zwłaszcza na przestrzeni trzech ostatnich lat – szybko rośnie. Jeszcze w 2011 roku dostawcę energii zmieniło nieco ponad 14 tys. osób, w 2013 było to już 120 tys. Od grudnia 2014 roku dynamika wzrostu przekroczyła 14 proc.

Energia staje się coraz bardziej znanym towarem, to nie tylko prąd w gniazdku, który powinien bez przerwy płynąć. Klienci mają większą świadomość możliwości zmiany sprzedawcy i potrafią z niej skorzystać. Wybierają oferty, rozumieją, że uzyskali możliwość zaoszczędzenia, również na energii elektrycznej – przekonuje ekspert.

Dostawcy i sprzedawcy usług muszą dostosowywać ofertę do wymagań klientów. Dlatego choć Multimedia Polska wciąż stawia na internet, telewizję i telefon, to rozwija ofertę i oprócz sprzedaży prądu jeszcze w ubiegłym roku wprowadziła możliwość ubezpieczenia domu i telefonię komórkową. W 2014 roku z łącznych przychodów (705,8 mln zł) 49,4 proc. stanowiły przychody z telewizji, 31,2 proc z internetu i 15,5 proc. z telefonii. Wszystkie pozostałe źródła stanowiły niecałe 4 proc.

Mamy oczywiście cele biznesowe związane z energią, ale traktujemy je jako jeden ze strumieni przychodów usług i produktów. O liczbach jeszcze nie rozmawiamy, jesteśmy nowym sprzedawcą. Zaczęliśmy sprzedawać energię w I kw. ubiegłego roku i ciągle się rozwijamy. Aktualizujemy nasze cele sprzedażowe z miesiąca na miesiąc, bo tak dobrze rozwija się sprzedaż – mówi Jacewicz.

Spółka ma ponad 800 tys. klientów i stara się przyciągnąć kolejnych, proponując konkurencyjne ceny, a także pakiety usług, gdzie płaci się tylko za jedną z nich. W ubiegłym roku klienci mogli liczyć na 15-proc. upust względem taryfy sprzedawcy, u którego kupowali energię wcześniej. W tym roku mogą uzyskać przez pół roku darmową telewizję i internet.

Naszą unikalną ofertą jest możliwość pakietowania energii z innymi usługami. Dzięki temu klienci zaoszczędzają jeszcze więcej, podpisując z nami umowę na pakiet, mogą np. uzyskać do sześciu miesięcy darmowego abonamentu za telewizję i internet – wskazuje Jakub Jacewicz.

Budowa południowej obwodnicy Warszawy może się opóźnić. Firmy biorące udział w przetargu złożyły odwołanie do Krajowej Izby Odwoławczej

CEO Magazyn Polska

Wykonawcy, których oferty odrzucono w przetargu na budowę fragmentu południowej obwodnicy Warszawy, uważają, że zwycięzca nie zdoła wybudować drogi tak tanio, jak obiecuje. Część dokumentów zwycięskiej firmy jest utajniona, dlatego jej konkurenci złożyli do KIO odwołania, by poznać szczegóły tej oferty. Ich zdaniem zawiera ona bowiem rażąco niską cenę.

Zwycięzca przetargu, firma Astaldi, zobowiązała się zrealizować zlecenie za 1,2 mld zł – to 55% szacunkowej wartości inwestycji. Pozostali uczestnicy przetargu deklarowali wykonanie prac za kwoty zbliżone do budżetu założonego przez dyrekcję lub drożej (nawet do 2,4 mld zł).

– Ogłoszono wyniki przetargu na budowę drogi ekspresowej S2, a dokładnie odcinku pomiędzy węzłem Płaskowicka a węzłem Lubelska mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Wardawy, szef biura firmy Impresa Pizzarotti w Polsce. – Ten przetarg składał się z trzech części: części z tunelem, części z estakadami oraz mostu. Przetarg został rozstrzygnięty, wygrała go w części z tunelem firma Astaldi.

Impresa Pizzarotti jest jednym z wykonawców, którzy ubiegali się o kontrakt na tę budowę. Największe wątpliwości przegranych budzi fakt, że zwycięzca nie chce ujawnić, jak zamierza zbudować drogę wraz z tunelem pod Ursynowem tak tanio, jak obiecuje.

– Na razie trudno nam ocenić, czy jest to oferta realistyczna. Nie mamy dostępu do pełnej dokumentacji firmy, która złożyła tę ofertę, ponieważ w większości te dokumenty są utajnione podkreśla Krzysztof Wardawy. – I to było powodem, że firma Pizzarotti zdecydowała się na złożenie odwołania do Krajowej Izby Odwoławczej. Mamy nadzieję, że uda nam się zapoznać z tym materiałem.

Jak mówi, trzy inne konsorcja, które odpadły z przetargu, także złożyły odwołania na decyzję GDDKiA. Ich zdaniem Dyrekcja naruszyła prawo, wybierając ofertę, która zawierała rażąco niską cenę.

– Podaliśmy szereg argumentów, które naszym zdaniem powinny być zweryfikowane w tym postępowaniu, i mamy nadzieję, że będziemy więcej wiedzieli po przeprowadzeniu całego postępowania przez KIO ocenie szef biura firmy Impresa Pizzarotti w Polsce. – Zwłaszcza że nie tylko my sami się odwołaliśmy, również pozostałe trzy firmy złożyły odwołania, więc w sumie cztery konsorcja łącznie z naszą firmą podnoszą tę samą kwestię, a mianowicie: niemożliwości zweryfikowania ofert z powodu utajnienia części informacji.

Krzysztof Wardawy z firmy Impresa Pizzarotti zaznacza, że zgodnie z najlepszą wiedzą inżynierską jest przekonany, że za zaoferowaną kwotę zwycięzcy trudno będzie wykonać zlecenie przetargowe zgodnie z jego założeniami. Dodaje, że w odwołaniu nie chodzi o naruszenia prawa czy procedur.

– Nam nic na ten temat nie wiadomo, żeby były jakieś naruszenia procedur czy wątpliwe kwestie prawne. Tu bardziej chodzi o to, że chcielibyśmy się zapoznać i ocenić dokumentację firm, które złożyły oferty, a ta dokumentacja jest utajniona, do czego firmy oczywiście mają prawo. Natomiast nam trudno jest ocenić, czy oferta, która była złożona, a która jest kilkaset milionów poniżej ceny budżetowej, jest wiarygodna i możliwa do zrealizowania.

Dobre perspektywy dla polskich stoczni. Remontowa Holding rozwija się dzięki modernizacjom i zamówieniom na statki pasażersko-samochodowe

0

Arkadiusz Aszyk

Polska zajmuje piąte miejsce w Europie pod względem wielkości przemysłu stoczniowego. Cały czas ma on dobre perspektywy – pomimo spadku zapotrzebowania na statki i platformy wiertnicze szanse na rozwój cały czas są m.in. w segmencie statków pasażerskich i remontów. Korzysta na tym lider rynku – Remontowa Holding.

Jako Remontowa Holding klasyfikujemy się w pierwszej trójce największych stoczni europejskich budujących statki dla rynku offshore [do wykonywania zadań związanych z wydobyciem ropy i gazu na morzu – red.] i statki pasażersko-samochodowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Aszyk, dyrektor zarządzający Remontowa Holding. – Potencjał naszego przemysłu jest bardzo duży.

Remontowa Holding skupia obecnie 25 spółek, w tym dwie stocznie – Gdańską Stocznię Remontową oraz Remontowa Shipbuilding. Spółka jest liderem w Polsce w obszarze budowy, remontów i modernizacji statków oraz platform wiertniczych. Remontowa Holding w 2015 roku otrzymała tytuł najlepszego polskiego eksportera.

Wszystkie inne rynki, na których istniejemy [poza jednostkami dla przemysłu wydobywczego – red.], czyli np. statków pasażerskich, promów napędzanych gazem LNG czy remontów, są cały czas dla nas bardzo dobre – podkreśla Aszyk.

Jak podkreśla Aszyk, zdywersyfikowana działalność pozwala na spokojne przeczekanie spowolnienia w budowie nowych jednostek dla pełnomorskiego przemysłu wydobywczego, wywołanego spadkiem cen ropy. Według niego mniejszy popyt w tym segmencie rynku będzie obserwowany przez co najmniej dwa lata.

Poza remontami statków Remontowa Holding rozwija swoją działalność w obszarze projektowania i budowy nowych statków. W ofercie spółki są m.in. promy pasażersko-samochodowe, statki towarowe, w tym kontenerowce arktyczne i gazowce, statki rybackie, specjalistyczne (m.in. hydrograficzne oraz holowniki) i wojskowe. Ofertę uzupełniają jednostki dla przemysłu offshore, w tym m.in. kablowce oraz statki ewakuacyjne.

Grupa kapitałowa wykonuje również liczne konwersje, czyli przebudowy statków na jednostki innego typu.

Spółka ma już silną pozycję w Europie, ale musi także mierzyć się z konkurentami z innych regionów. Jak podkreśla Aszyk, szczególnie dynamicznie rozwija się przemysł stoczniowy w Turcji.

Dzisiaj mamy konkurencję ze strony stoczni tureckich, które nie należą do Unii Europejskiej i w jakiś sposób są dotowane przez państwo. Ale nasza renoma na rynku jest taka, że mimo wszystko klienci przychodzą do nas po statki – podkreśla Aszyk w rozmowie podczas posiedzenia Rady Związku Pracodawców Forum Okrętowego, które odbyło się w siedzibie kancelarii K&L Gates.

Rośnie wartość transferów pieniężnych do Polski. Głównie dzięki emigracji zarobkowej Polaków

0

CEO Magazyn Polska

Wartość transferów pieniężnych do Polski w 2014 roku wyniosła 7,5 mld dol. Najwięcej pieniędzy przesłano z Niemiec, Wielkiej Brytanii i USA, czyli krajów, gdzie wyemigrowało najwięcej Polaków, a to właśnie emigracja zarobkowa w dużej mierze determinuje rozwój rynku. Największe przepływy generują sektor rolniczy i budownictwo. Międzynarodowy rynek przekazów pieniężnych będzie rozwijał się w tempie ok. 5 proc. rocznie. Rośnie też udział przekazów z wykorzystaniem kanałów samoobsługowych. 

W Polsce widzimy ruch w obie strony, przekazy pieniężne zarówno wpływają, jak i wypływają. Pieniądze napływające do Polski pochodzą przede wszystkim z takich krajów, jak Niemcy, Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone. Natomiast środki wysyłane z Polski trafiają głównie na Ukrainę, do państw Europy Wschodniej, ale też do bardziej oddalonych miejsc – mówi agencji Newseria Biznes Pam Patsley, prezes zarządu MoneyGram.

Dane Banku Światowego wskazują, że wartość transferów do Polski w ubiegłym roku wyniosła 7,5 mld dol. Najwięcej pieniędzy wpłynęło z Niemiec (2,3 mld dol.), Wielkiej Brytanii (1,3 mld dol.) i USA (1 mld dol.), czyli z krajów gdzie najczęściej emigrują Polacy. Z naszego kraju najwięcej środków finansowych przekazywanych jest na Ukrainę (375 mln dol.), do Francji i Niemiec (ponad 300 mln dol.) oraz na Litwę (182 mln dol.).

Makroekonomiczny trend, który najbardziej determinuje rozwój sektora i rynku przekazów pieniężnych, to ten dotyczący zatrudnienia. Globalnie nie wygląda to może jednolicie, ale sektory w ramach zatrudnienia, które generują najwięcej takich przepływów, to szeroko pojęte budownictwo i rolnictwo. Wielu naszych klientów migruje po to, żeby szukać zatrudnienia w tych sektorach, a następnie wspierać rodzinę, która została w kraju – ocenia prezes MoneyGram.

Podobnie jest też w przypadku Polski, gdzie emigranci przekazują pieniądze rodzinom i znajomym. Z transferów często korzysta się również w sytuacjach kryzysowych, kiedy potrzebny jest nagły zastrzyk finansowy.

Choć wciąż największym zainteresowaniem cieszą się tradycyjne transfery pieniężne, to rozwija się kanał online i samoobsługowy. Jak wynika z danych firmy, w I kw. tego roku udział przekazów pieniężnych realizowanych przez klientów z wykorzystaniem kanałów samoobsługowych wyniósł 11 proc. MoneyGram liczy, że na koniec 2017 roku w ten sposób transfery będzie wykonywać już co piąty klient firmy. Przyszłością mogą okazać się kioski samoobsługowe. MoneyGram oferuje też możliwość odbierania w Polsce z rachunku bankowego środków wpłaconych online w innych krajach.

Polska była jednym z pierwszych krajów, w których dostępna była usługa wpłaty na konto, przede wszystkim ze względów na rozwój sektora bankowego i duże ubankowienie społeczeństwa. Dlatego wpłata na konto była usługą, którą zaproponowaliśmy, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom konsumentów – podkreśla Patsley.

Wkrótce również będzie możliwość wysyłania środków z Polski za pośrednictwem kanału online. Bardzo cieszy nas rozwój różnych możliwości generowania przekazów pieniężnych w systemie samoobsługowym – zaznacza prezes MoneyGram.

Firma systematycznie się rozwija, bo rośnie też liczba osób korzystających z transferów pieniężnych. Międzynarodowy rynek rośnie nieprzerwanie od 30 lat, w tempie nawet 5 proc. Dobre są również perspektywy, łatwiej jest podróżować, ludzie coraz częściej przenoszą się za pracą do innego kraju, czy kontynentu. W ubiegłym roku obroty MoneyGram przekroczyły 1,4 mld dolarów, w tym roku mogą być jeszcze większe.

Oferujemy największe możliwości pod względem produktów i usług, umożliwiając naszym klientom przesyłanie i odbieranie przekazów pieniężnych w dowolnej formie. Sądzę też, że tym, co odróżnia nas od konkurentów, jest siła naszej sieci agentów i szkolenie osób obsługujących konsumentów. Im więcej wiedzą i są sprawniejsi, tym lepszą obsługę możemy zaproponować naszym klientom – przekonuje Pam Patsley.

Tylko połowa Polaków wyjedzie na wakacje. Przeszkodą są koszty, przeciętna rodzina wyda na ten cel 2,8 tys. zł

CEO Magazyn Polska

Blisko połowa Polaków w tym roku nie planuje wakacyjnego wyjazdu. Powodem głównie są koszty. Przeciętna rodzina z dziećmi planuje wydać na urlop 2,8 tys. zł. Większość na wakacje oszczędza, nawet od poprzedniego lata, tylko co trzecia osoba jest w stanie opłacić wakacyjne wojaże z bieżących dochodów. Zaledwie 2 proc. decyduje się na pożyczkę na wyjazdy.

Wyjazd na wakacje deklaruje tylko połowa respondentów. 45 proc. na pewno nie pojedzie, pozostali wciąż się wahają. Niestety, osoby, które nie wiedzą, czy pojadą na wakacje, częściej też deklarowały, że ostatni raz na wakacjach były kilka lat temu. Dlatego przypuszczam, że faktyczny odsetek osób wyjeżdżających na urlop to połowa populacji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Przemysław Kasza, specjalista ds. badań i analiz w Provident Polska.

Według Barometru Providenta większość z tych, którzy w wakacje zostaną w domu, to ludzie starsi. Wśród osób po 59. roku życia 76 proc. nie planuje wyjazdu, z osób w wieku 40-59 lat to blisko połowa badanych. Dla porównania w grupie młodszych osób (25- 39 lat) tylko co trzeci zostanie w domu. Deklaracje wakacyjne zależą też od miejsca zamieszkania.

Częściej wyjeżdżają mieszkańcy wielkich miast. Tylko co trzeci wskazuje, że nie wyjedzie na wakacje. W przypadku mieszkańców małych miast, do 50 tys. i wsi, odsetek deklarujących brak wyjazdu wakacyjnego sięga ponad 60 proc. – mówi ekspert.

Choć część osób nie planuje wyjazdów, bo nie ma takiej potrzeby, to jednak dużej grupy na to po prostu nie stać. Przeciętny koszt wyjazdu to 2360 zł, w przypadku rodziny z dziećmi kwota sięga 2,8 tys. Mniej zapłacą pary bez dzieci (ok. 1,7 tys.). Blisko co piąty badany wskazuje, że na wakacje nie wyda więcej niż 1 tys. zł, tylko 12 proc. poświęci na ten cel ponad 3 tys.

Zdecydowana większość, ponad 60 proc., zamierza sfinansować wakacje z oszczędności. Przygotowywali się do tego wydatku w dwóch cyklach – jedni zaczęli już po ubiegłorocznych wakacjach, inni po feriach zimowych. Trzeba powiedzieć, że bardzo rozsądnie podchodzimy do finansowania naszych wyjazdów – przekonuje Kasza.

Z bieżących dochodów za letnie wojaże zapłaci zaledwie 30 proc. badanych, a 9 proc. pojedzie na koszt drugiej osoby, to jednak przede wszystkim uczniowie i studenci. Na niewielkim poziomie od lat utrzymuje się odsetek tych, którzy żeby wyjechać, gotowi są zaciągnąć kredyt.

Z pożyczek sfinansuje wyjazd 1,5-2,3 proc. osób. To, że Polacy rozsądnie gospodarują pieniędzmi i rozsądnie przygotowują się do wydatków wakacyjnych, jest pocieszające. Z drugiej strony warto zauważyć, że osoby, które oszczędzają na wakacje, deklarują wyższy poziom wakacyjnych wydatków – zaznacza specjalista Providenta.

Rzadko decydujemy się na wakacyjną pożyczkę spontanicznie. Z badań GfK przeprowadzonych wśród klientów Providenta wynika, że 60 proc. dokładnie sprawdza możliwości spłacania swojego zobowiązania finansowego na czas. Tylko co trzeci z nich wskazuje, że najważniejsza jest dla niego szybkość i łatwość uzyskania pieniędzy. 36 proc. przed podjęciem decyzji zastanawia się, czy faktycznie pożyczka jest niezbędna.

Pamiętajmy, że pożyczając pieniądze na wakacje, musimy się liczyć z tym, że w kolejnych tygodniach czy miesiącach powinniśmy zacząć spłacać ten kredyt. Starajmy się nie brać pożyczek na krótkie okresy miesięczne, bo po wakacyjnej zabawie nie zostanie zbyt wiele pieniędzy na spłatę. Rozłóżmy dług na większą liczbę rat, które będziemy w stanie spłacić – radzi Przemysław Kasza.

Popyt na nieruchomości premium jest stabilny i odporny na kryzysy. Rynek takich lokali w Polsce dopiero się tworzy

CEO Magazyn Polska

Nieruchomości w prestiżowych lokalizacjach poszukują klienci zamożni, którzy lubią życie miejskie i chcą być w centrum wydarzeń. Takich osób jest coraz więcej, bo również w Polsce zauważalny jest ogólnoeuropejski trend powrotu do miasta. Ten segment rynku dopiero się rozwija, ale jak podkreślają deweloperzy, jest odporny na wahania koniunktury na rynku.

Ludzie, którzy wiele lat temu marzyli o tym, żeby wyprowadzić się do domu z ogródkiem, dziś marzą o tym, żeby do pracy jeździć rowerem albo chodzić na piechotę – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Kaim, prezes zarządu firmy Tacit Development Polska, która jest właścicielem apartamentowca Cosmopolitan w Warszawie.

Ukończony w 2014 roku Cosmopolitan przy ulicy Twardej ma 160 metrów wysokości, 44 piętra, 236 wykończonych i wyposażonych apartamentów (od 54 do 380 mkw.) oraz 299 miejsc parkingowych. Powierzchnia mieszkalna budynku (od ósmego piętra wzwyż) wynosi 25 tys. mkw. a komercyjna – 7 tys. mkw. Cosmopolitan został zaprojektowany przez Helmuta Jahna, jednego z największych architektów XXI wieku, autora m.in. siedziby Unii Europejskiej w Brukseli czy Sony Center w Berlinie. Projekt przy Twardej jest jego pierwszą realizacją w Polsce.

Budynek Cosmopolitan jest pierwszym takim na rynku i tworzy zupełnie nową kategorię produktu. Do tej pory Polacy nie mieszkali w wysokościowcach albo drapaczach chmur. Łączy się to z ogólnoeuropejskim trendem powrotu do miasta, co widać także w Warszawie – mówi Kaim. – Ten segment rynku jest bardzo odporny na kryzysy i fluktuację, a popyt jest bardzo stabilny.

Nabywcy apartamentów w Cosmopolitan kupują gotowe, wykończone lokale.

– W tej chwili sprzedaż osiąga blisko 50 proc. – mówi Kaim. – Proszę sobie zresztą wyobrazić, jak funkcjonowałby tego typu budynek, gdyby połowa apartamentów była wykończona, a połowa w trakcie wykańczania. Jest to absolutnie niemożliwe. Jest to po prostu charakterystyka inwestycji wysokich tego typu i tej kategorii rynku, którą dopiero tak naprawdę tworzymy w Warszawie, w Polsce.

Jak podkreśla, mieszkania w takich lokalizacjach kupuje klient zamożny, który lubi życie w mieście i chce być w centrum wydarzeń

Nasi klienci są bardzo mobilni, dużo podróżują. Mieszkanie w Cosmopolitanie nigdy nie jest ich pierwszym apartamentem. To przeważnie druga, trzecia albo kolejna lokalizacja. Dlatego też nasi nabywcy lubią rozwiązania proste. Nie chcą tracić czasu, czekając na gotowy produkt dwa albo trzy lata – charakteryzuje grupę docelową inwestycji Karolina Kaim.

Kolejnym budynkiem stawianym przez Tacit Development Polska, także w stolicy, jest kameralna kamienica przy ulicy Podchorążych (Park Lane Apartments), w okolicy Łazienek Królewskich. Znajduje się tam tylko dwanaście mieszkań o powierzchni od 170 do 330 mkw. Poza tym spółka projektuje hotel we Wrocławiu – inwestycja jest na etapie uzyskiwania pozwolenia na budowę.

Szwecja chciałaby zwiększenia obrotów handlowych z Polską. Produkty polskie coraz bardziej doceniane w Skandynawii

0

CEO Magazyn Polska

Szwecja jest na 11. miejscu pod względem wartości zagranicznych inwestycji w Polsce. W ciągu dekady wymiana handlowa między Polską a Szwecją się podwoiła, a tempo to może zostać utrzymane w kolejnych latach. Szwecja staje się coraz bardziej otwartym rynkiem dla polskich produktów, które są tańsze niż towary wyprodukowane na rynku lokalnym i coraz częściej doceniane.

Handel Szwecji z Polską podwoił się w ciągu 10 lat i moim celem jest, żeby w ciągu kolejnej dekady jeszcze raz go podwoić – mówi agencji informacyjnej Newseria Daniel Larsson, radca handlowy Ambasady Szwecji.  – Porównując wartość obrotu z innymi krajami, handel Szwecji z Polską jest duży i dobrze się rozwija, ale np. per capita jest bardzo mały. Rynek polski ma 40 mln ludzi, więc to ten handel w dalszym ciągu jest za mały.

W 2014 roku wartość eksportu wyniosła 4,7 mld euro, co oznacza 11-proc. wzrost w stosunku do 2013 roku. Wartość importu była na poziomie ponad 3 mld euro i odnotowała 2-proc. wzrost. Pod względem wartości obrotu Szwecja, podobnie jak w 2013 r., znalazła się na 7. pozycji. Według danych za pierwszy kwartał 2015 r. wymiana handlowa między Polską a Szwecją wyniosła ponad 1,8 mld euro.

Larsson podkreśla, że oprócz rosnącej wymiany handlowej także szwedzkie inwestycje bezpośrednie na rynku polskim również są na wysokim poziomie.

Jesteśmy w tej chwili numer 11. w Polsce pod względem zagranicznych inwestycji. Szwedzkie firmy działają na rynku polskim od bardzo długiego czasu. Mamy takie przykłady jak Ikea, która zaczęła działać w Polsce już w 1961 roku, mamy przykład firmy Ericsson, który już od ponad 100 lat działa na rynku polskim – dodaje  radca handlowy.

Według danych Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych całkowita wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych wyniosła 160,5 mld euro na koniec 2013 roku. Szwecja zajmowała 11. miejsce z 5,3 mld euro inwestycji. Jak podaje PAIiIZ w ostatniej dekadzie szwedzcy inwestorzy stworzyli ponad 6285 miejsc pracy. Na polskim rynku aktywnie działa ponad 500 szwedzkich firm.

W tej chwili widzimy potencjał dla szwedzkich firm w Polsce np. w branży zbrojeniowej, branży energetycznej, ogólnie mówiąc w branży ochrony środowiska – wylicza Daniel Larsson.

Jego zdaniem polski rynek przedstawia spory potencjał dla firm, które sprzedają do końcowego klienta, gdyż Polska szybko się rozwija, ma 38 mln mieszkańców, a obywatele mają coraz więcej pieniędzy. Szwecja również staje się coraz ciekawszym rynkiem dla polskich firm.

– W tej chwili widzimy np. możliwości dla polskich firm w branży spożywczej, gdzie polskie produkty są bardzo dobrze przyjmowane na rynku szwedzkim. W Szwecji poziom cenowy jest bardzo dobry dla polskich firm. Mamy polskie firmy, które w tej chwili są technologicznie już na bardzo dobrym poziomie, a w dalszym ciągu mogą oferować niższe ceny niż szwedzkie firmy – podsumowuje Daniel Larsson.

Komunikat FOMC umiarkowany – teraz uważajmy na Grecję, SBN i Norges Bank

Wczorajsze posiedzenie amerykańskiego Federalnego Komitetu Otwartego Rynku przekroczyło najśmielsze oczekiwania rynku: retoryka była bardzo umiarkowana, a komunikat nie uległ zmianie, z wyjątkiem drobnych, pozytywnych korekt języka dotyczącego opisu sytuacji gospodarczej.

Dla dolarowych byków z komunikatem tym wiąże się problem polegający na braku jakichkolwiek zmian w zakresie wytycznych w porównaniu z komunikatem z kwietnia. Rynkowe prognozy ekonomiczne i tzw. prognozy „dot plot” wydawały się opierać na korekcie w górę stopy bezrobocia w 2015 r. dokonanej przez amerykańską Rezerwę Federalną; zakres prognoz podwyższono z 5,0%-5,2% do 5,2%-5,3%.

Prognoza „dot plot” nie była zaskoczeniem: przewidywana stopa procentowa funduszy Fed w 2016 r. została lekko obniżona (co i tak mogliśmy zignorować, ponieważ trafność prognoz ekonomicznych Fed jest na poziomie dowolnego generatora danych liczbowych), natomiast mediana na 2015 r. nadal sugeruje, że do końca tego roku nastąpią dwie podwyżki stóp – mimo iż w tym momencie rynek nie uwzględnia w wycenach nawet pełnych szans na jedną podwyżkę (kontrakty terminowe na fundusze Fed z terminem w grudniu 2015 r. zyskały sześć punktów od minimalnego zamknięcia w ubiegłym tygodniu).

Tymczasem na konferencji prasowej prezes Fed, Janet Yellen, nakazała zaprzestać pytań o termin pierwszej podwyżki stóp i poradziła skupić się raczej na ostatecznej ścieżce stóp. Omówiła również szczegółowo kwestię mocnego USD i związane z tym możliwości dalszego hamowania wzrostu.

Wyraźnie widać, że Fed woli zachować ostrożność: znacznie łatwiej jest reagować na ewentualne wydarzenia, niż ryzykować przedwczesny alarm.

Czy nie byłoby jednak interesujące, gdyby to posiedzenie FOMC stanowiło amerykański odpowiednik „gry pod prąd Europejskiego Banku Centralnego w lipcu 2011 r.”, kiedy to ówczesny prezes EBC, Jean-Claude Trichet, podwyższył stopy procentowe pomimo kryzysu w UE? Innymi słowy, co się wydarzy w przypadku, gdy dane w najbliższych miesiącach będą mocne, a rynek zmuszony będzie do brutalnej korekty swoich oczekiwań w górę?…

Czy deprecjacja USD się utrzyma?

W tym momencie wszystko zależy od tego, czy wyprzedaż USD uzyska jakiekolwiek wsparcie, co trudno ustalić, ponieważ dotyczy to nadzwyczajnego ryzyka związanego z euro, będącego wynikiem sytuacji w Grecji (czy dzisiejszy szczyt Eurogrupy udzieli nam jasnej odpowiedzi na to pytanie, czy też rozpoczniemy weekend w atmosferze niepewności?).

Ponadto dziś w nocy odbędzie się posiedzenie Bank of Japan, po którym można się niewiele spodziewać – prezes BoJ, Haruhiko Kuroda, ostatnio wygłosił kilka uwag na temat deprecjacji JPY, po czym usiłował złagodzić ich oddziaływanie.

Dzisiejsze posiedzenie jest istotne, ponieważ para USD/JPY musi uniknąć spadku poniżej ważnego pod względem strukturalnym obszaru 122,00/121,50, aby podtrzymać szanse na umocnienie.

Co do zasady, rynek szybko przestanie reagować na protokół z posiedzenia FOMC, jeżeli rozpocznie się napływ mocnych danych ze Stanów Zjednoczonych, ponieważ Fed wyraźnie stosuje swoją ulubioną politykę „tylnego lusterka”. W ujęciu technicznym, USD wydaje się być pod presją i gotowy na dalsze straty w najbliższym czasie, o ile wczorajsze osłabienie nie zostanie szybko zniwelowane.

Transakcje w parze EUR/USD 

Para EUR/USD zależna jest od sytuacji technicznej i doniesień z Grecji – bardzo trudne warunki do zawierania transakcji. Pod względem technicznym, rajd wskazuje na test wyższych rejonów, jeżeli przedostaniemy się powyżej formacji „zwyżkującego trójkąta”, gdzie wydaje się, że istnieje linia szyi (zaznaczona grubszą niebieską linią) odwróconej formacji głowy i ramion down, której przełamanie może sugerować z kolei test co najmniej 200-dniowej średniej ruchomej.

Powstrzymuje nas obawa, że wiadomości z Grecji mogą negatywnie wpłynąć na potencjał ukierunkowanego ruchu w najbliższym czasie.

Funt szterling

Wczoraj GBP znacznie się umocnił względem USD po publikacji stosunkowo agresywnego protokołu z posiedzenia Bank of England. Bank wyraźnie skłaniał się ku mocnym odczytom danych z Wielkiej Brytanii i, co zaskakujące, wyraźnie zignorował wyjątkowo słabe dane dotyczące inflacji, zamiast tego podkreślając ryzyko wzrostu płac.

Zasugerowano nawet, że inflacja płac może być większa, niż wskazują na to oficjalne dane.

Równocześnie opublikowano oficjalne dane dotyczące zarobków w kwietniu, które sugerują, że inflacja płac w Wielkiej Brytanii w kwietniu osiągnęła najwyższy poziom od czasu kryzysu finansowego. Dziś poznamy dane dotyczące brytyjskiej sprzedaży detalicznej, które mogą okazać się rozczarowujące po bardzo mocnym wzroście wydatków w kwietniu (związanym z pogodą).

Nowozelandzki nielot

Osłabiony od dawna NZD wczoraj otrzymał jeszcze większy cios, ponieważ słaby odczyt PKB zwiększa prawdopodobieństwo kolejnego cięcia stóp na posiedzeniu w lipcu. Potencjał ruchu kursu NZD już wkrótce się wyczerpie, jest jednak możliwość testu obszaru 1,1300 w parze AUD/NZD, a być może i dalszych rejonów.

Uwaga na posiedzenia banków centralnych w Szwajcarii i w Norwegii

Dziś czeka nas posiedzenie Szwajcarskiego Banku Narodowego. Podejrzewam, że SBN narobi wiele hałasu, mimo iż niekoniecznie będzie się to wiązało z wyraźną zapowiedzią działań politycznych – być może bank chce uniknąć dalszej aprecjacji CHF w przypadku bankructwa Grecji/kontroli kapitałowych/okresu przedłużonej niepewności, a najprawdopodobniej przygotowuje się do kolejnego ruchu na rzecz osłabienia waluty.

Następnie odbędzie się posiedzenie Norges Bank, na którym ryzyko wzrostu kursu NOK może przeważyć nad ryzykiem spadku, nawet w przypadku faktycznego cięcia stóp do 1,00% (czego spodziewa się rynek), w zależności od wytycznych na przyszłość.

W przypadku, gdy stopy nie zostaną obniżone, może nastąpić bardzo duży, natychmiastowy ruch z powrotem poniżej poziomu 200-dniowej średniej ruchomej.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Nowa Zelandia: PKB w I kw. wykazał +0,2% k/k i +2,6% r/r w porównaniu z przewidywanymi odpowiednio +0,6%/+3,1% i odnotowanym w IV kw. +3,5% r/r

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Szwajcaria: posiedzenie SBN (07:30)
  • Norwegia: posiedzenie Norges Bank (08:00)
  • Norwegia: konferencja prasowa prezesa Olsena z Norges Bank (08:30)
  • Wielka Brytania: sprzedaż detaliczna w maju (08:30)
  • Stany Zjednoczone: CPI w maju (12:30)
  • Stany Zjednoczone: cotygodniowe dane o nowych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych (12:30)
  • Stany Zjednoczone: wyniki ankiety Rezerwy Federalnej z Filadelfii w czerwcu (14:00)
  • Nowa Zelandia: wskaźnik zaufania konsumentów (ANZ) w czerwcu (01:00)

John J Hardy, Saxo Bank

 

saxo bank

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Rynek nieruchomości w Polsce w I kw. 2015 r.

Narodowy Bank Polski opublikował 17 czerwca kwartalną informację o cenach mieszkań i sytuacji na rynku nieruchomości. W I kwartale 2015 r. ceny transakcyjne nieruchomości na rynkach pierwotnym i wtórnym w największych miastach pozostały stabilne.

Sektor nieruchomości mieszkaniowych pozostawał zrównoważony, mimo że ponownie wzrosła liczba mieszkań oczekujących na sprzedaż. Podobnie jak w poprzednim kwartale na rynku nieruchomości komercyjnych utrzymywała się nierównowaga pomiędzy popytem na przestrzeń a zwiększającą się podażą. Jej rezultatem była wysoka stopa pustostanów w sektorze biurowym – na koniec analizowanego okresu wynosiła ona 13 proc.

Ceny transakcyjne mkw. mieszkań na rynkach pierwotnych i wtórnych największych miast były stabilne. W Warszawie odnotowano obniżkę cen na rynku wtórnym, związaną ze sprzedażą większej liczby mieszkań o niższym standardzie lub gorszej lokalizacji. We wszystkich analizowanych miastach ceny na rynku pierwotnym są wyższe niż na rynku wtórnym. Stawki najmu w dużych miastach wykazywały niewielki wzrost, natomiast w Warszawie były stabilne.

Wzrosły dostępności kredytów oraz mieszkań, na co wpłynęły stabilne ceny nieruchomości, niższe stopy procentowe kredytów mieszkaniowych, a przede wszystkim wzrost dochodów nominalnych. Średnia dostępność mieszkania w największych miastach wzrosła do poziomu 0,85 mkw. za przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw, a zatem była większa o 0,36 mkw. w porównaniu z minimum z III kwartału 2007 r.

Akcja kredytowa banków była stabilna. Stan zadłużenia gospodarstw domowych z tytułu kredytów mieszkaniowych wzrósł, co było konsekwencją wypłat kredytów złotowych oraz zwiększenia wartości kredytów mieszkaniowych walutowych na skutek istotnego wzrostu kursu PLN/CHF. W strukturze walutowej portfeli banków od 2012 r. systematycznie spada udział kredytów nominowanych w walutach obcych, co jest zjawiskiem korzystnym z punktu widzenia stabilności finansowej i makroekonomicznej. Mimo sprzedaży firmom windykacyjnym wierzytelności o obniżonej jakości udział kredytów mieszkaniowych uznanych za zagrożone pogorszył się i wyniósł 3,4 proc.

Nadal utrzymuje się wysoka rentowność mieszkaniowych projektów inwestycyjnych. Jest to związane z korzystną dla deweloperów relacją cen mieszkań do spadających od kilku lat kosztów materiałów i robót budowlanych. Kolejny kwartał zmalała liczba bankructw w branży deweloperskiej.

Azjatycki partner gospodarczy – Chiny

– Chiny będą nowym centrum generowania wzrostu. Powstawanie nowych instytucji finansowych potwierdza, że będą miały istotny wpływ na kształtowanie kierunków światowej wymiany handlowej – powiedział minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna otwierając Forum Gospodarcze w Pekinie. To pierwsze wydarzenie podczas oficjalnej wizyty ministra Schetyny w Chinach, któremu towarzyszy prezes PAIiIZ Sławomir Majman oraz 70 polskich firm.
Grzegorz Schetyna

Szukamy ważnych partnerów gospodarczych na świecie, dlatego jesteśmy w Chinach – zaznaczył prezes Majman. Polscy przedsiębiorcy mają apetyt na chiński rynek. W ciągu ostatnich miesięcy jest to czwarta wizyta z udziałem polskiego biznesu. Duży i chłonny rynek, z rosnącą klasą średnią oraz wzrastającą zamożnością społeczeństwa wzmaga popyt na wysokiej jakości produkty żywnościowe – ekologiczne oraz naturalne. Polski sektor spożywczy może odegrać kluczową rolę we wzroście polsko-chińskiej wymiany handlowej. Polskie firmy mają szansę zaistnieć na chińskim rynku także w sektorze nowych technologii czy przemyśle infrastrukturalnym.  – Z nadzieją spoglądamy na wizję chińskiego rządu w budowie Nowego Jedwabnego Szlaku – One Belt One Road. Widzimy w niej szansę na rozwój w dziedzinie infrastruktury i transportu – podkreślił prezes PAIiIZ.

Forum w Pekinie zorganizowane zostało przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ) i Ambasadę w Pekinie we współpracy z Wydziałem Promocji Handlu i Inwestycji (WPHI) Pekin oraz chińską agencją ds. promocji inwestycji (CIPA). W wydarzeniu udział wzięło łącznie 400 przedstawicieli polskiego i chińskiego biznesu, którzy uczestniczyli w rozmowach B2B. Polskie firmy biorące udział w wydarzeniu reprezentują: sektor rolno-spożywczy, transport i logistykę, usługi, sektor finansowy, IT/ICT, wydobywczy, maszynowy oraz zielone technologie, a także instytucje otoczenia biznesu.

Szef polskiej dyplomacji Grzegorz Schetyna wraz z ministrem spraw zagranicznych Chin Wangiem Yi, 17 czerwca otworzyli także pierwsze posiedzenie polsko-chińskiego komitetu międzyrządowego w Pekinie. W dyskusji dotyczącej współpracy gospodarczej udział wziął prezes PAIiIZ Sławomir Majman. Głównym celem powołanego polsko-chińskiego komitetu międzyrządowego jest wzmocnienie współpracy na linii Polska-Chiny.(PAIiIZ)

 

 

Pracodawcy o zmianach w ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów

W nowej wersji nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów (projekt z 12 czerwca 2015 r.), z punktu widzenia przedsiębiorców, wprowadzono wiele zmian zwiększających ich prawa i gwarancje procesowe. Część rozwiązań, np. dotyczących proponowania konsumentom nabycia usług finansowych, które nie odpowiadają ich potrzebom, nadal wymaga dopracowania – uważa Konfederacja Lewiatan.

Bartosz Wyżykowski– Bardzo pozytywnie należy ocenić wprowadzenie konieczności uzyskania uprzedniej zgody sądu na wykorzystanie instytucji „tajemniczego klienta”. Instytucja ta ma pozwolić na weryfikację, czy przedsiębiorcy wywiązują się ze swoich obowiązków – w tym w szczególności informacyjnych i czy nie wprowadzają konsumentów w błąd. Projekt zakłada, że w celu uzyskania informacji, które będą mogły stanowić dowód w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów, urzędnicy przeprowadzający kontrolę będą mieli prawo do podjęcia niejawnych czynności zmierzających do zakupu towaru (zawarcia umowy). Jednocześnie, przebieg tych czynności będzie mógł być utrwalany przy pomocy urządzeń rejestrujących. W obu wypadkach, wymagana będzie zgoda Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (SOKiK) udzielana na wniosek prezesa UOKiK – mówi Bartosz Wyżykowski, radca prawny, zastępca dyrektora departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Równie pozytywnie należy ocenić wprowadzenie 2 miesięcznego terminu na rozpatrzenie przez SOKiK odwołania przedsiębiorcy od decyzji tymczasowej. W przypadku odwołania prezes UOKiK obowiązany będzie przekazać odwołanie wraz z aktami sprawy do SOKiKu niezwłocznie, jednak nie później niż w terminie 14 dni od jego wniesienia. W porównaniu z pierwotną wersją projektu jest to więc krok w bardzo dobrym kierunku, ale nie jest to rozwiązanie optymalne. Należy pamiętać, że w praktyce decyzja tymczasowa może stanowić bardzo daleko idącą ingerencję w działalność gospodarczą, np. poprzez zablokowanie reklamy, czy konkretnej usługi, zaś terminy dla organów i sądów mają charakter instrukcyjny. Stąd pytanie, dlaczego również w przypadku decyzji tymczasowej nie można zastosować analogicznego mechanizmu jak w przypadku instytucji tajemniczego klienta – czyli uprzedniej zgody sądu?

Z zadowoleniem należy też przyjąć doprecyzowanie w projekcie kwestii nieodpłatnych publikacji w publicznym radiu i telewizji. Pierwotne założenia budziły wątpliwości jaki charakter miały mieć publikacje, nie dawały też przedsiębiorcom możliwości ochrony swoich w praw w przypadku, gdyby publikacja dotyczyła konkretnego przedsiębiorcy. Przyjęto więc, że co do zasady prezes UOKiK będzie miał prawo publikować komunikaty i ostrzeżenia dotyczące ogólnych zachowań lub zjawisk rynkowych, które mogą być szkodliwe lub zagrażać interesom konsumentów. To dobre rozwiązanie, które pozwoli na ostrzeganie konsumentów przy pomocy środków masowego przekazu, jeżeli na rynku rzeczywiście pojawią się jakieś niepożądane zachowania przedsiębiorców. Natomiast publikacja odnosząca się do konkretnego przedsiębiorcy będzie mogła następować tylko i wyłącznie na podstawie postanowienia, wydanego przez prezesa UOKiK, jeżeli będzie istniało szczególnie uzasadnione podejrzenie, że przedsiębiorca taki dopuszcza się praktyki naruszającej zbiorowe interesy konsumentów i praktyka ta może spowodować znaczne straty lub niekorzystne skutki dla szerokiego kręgu konsumentów. Dodatkowo na postanowienie takie, przedsiębiorcy służy zażalenie do SOKiKu.

– Duże wątpliwości budzi natomiast w dalszym ciągu wprowadzenie w proponowanym kształcie nowej praktyki naruszającej zbiorowe interesy konsumentów, polegającej na proponowaniu konsumentom nabycia usług finansowych, które nie odpowiadają ich potrzebom, lub też proponowanie nabycia tych usług następuje w sposób nieadekwatny do ich charakteru – dodaje Bartosz Wyżykowski.

Po pierwsze, przepis ten jest sformułowany tak ogólnie, że bardzo trudno odkodować dyspozycję normy w nim zawartej. Tymczasem, adresaci normy prawnej muszą decydować o swoim postępowaniu w oparciu o pełną znajomość przesłanek. Innymi słowy, zachowania uznawane przez prawo za niedozwolone powinny być stypizowane w możliwie precyzyjny sposób. Co więcej, za praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów uznawane będzie nie tyle zawarcie umowy (czy złożenie oświadczenia woli przez przedsiębiorcę), lecz samo proponowanie konsumentom nabycia usługi. Jeżeli więc przez proponowanie usługi rozumieć oferowanie klientowi usługi, czy to w siedzibie jego przedsiębiorstwa, czy też w inny sposób, w tym w ramach marketingu, to oznaczałoby to ogromną i nieuzasadnioną ingerencję w swobodę działalności gospodarczej. A przecież poznanie potrzeb konkretnego konsumenta nastąpić może dopiero w sytuacji w której zgłosi on wolę nabycia usługi właśnie w wyniku oferty lub propozycji przedsiębiorcy. W związku z tym, o ewentualnym naruszeniu praw konsumenta, w praktyce można mówić dopiero w sytuacji, gdy dojdzie do zawarcia konkretnej umowy, obejmującej usługę finansową rzeczywiście niedostosowaną do potrzeb konsumenta. Na marginesie, warto dodać, że tego rodzaju przepisy w istocie oznaczają, że konsumenci nie są w stanie ocenić swoich własnych potrzeb i w tym zakresie muszą być wyręczani przez ustawodawcę, urzędy, czy przedsiębiorców. Tego rodzaju zmiany nie spowodują więc większej świadomości prawnej konsumentów.

Konfederacja Lewiatan

 

Pracownicy nie powinni ponosić kosztów ozusowania umów zleceń

Ozusowanie umów zleceń zacznie obowiązywać od 1 stycznia 2016 roku. Sytuacja, w której koszty związane ze zmianami w systemie ubezpieczeń społecznych zostaną przesunięte na pracowników, jest niedopuszczalna. Jedynym sposobem na zabezpieczenie interesu każdej ze stron jest uwzględnienie zasady podlegania ozusowaniu umów zleceń w nowych budżetach oraz jak najszybsza waloryzacja długoterminowych kontraktów – jeszcze przed końcem 2015 roku – uważa Konfederacja Lewiatan.

Czy nowe prawo – które w zamyśle Ustawodawcy miało chronić zatrudnionego – spełni swoją rolę? Czy wzrost kosztów pracy zostanie przerzucony na pracownika? Instytucje publiczne czy samorządowe, a także uczestnicy sektora prywatnego powinni przeprowadzić przegląd budżetów na usługi oraz rozpocząć negocjacje z Wykonawcami, by zabezpieczyć pracowników – szczególnie tych najmniej zarabiających – przed ewentualną utratą pracy, zepchnięciem do szarej strefy i tym samym wykluczeniem społecznym.

Umowy między zamawiającymi a wykonawcami, które zostaną zawarte od przyszłego roku – zarówno w systemie zamówień publicznych, jak i w sektorze prywatnym – będą musiały uwzględniać koszty pracy obejmujące oskładkowanie umów zleceń. Co jednak z kontraktami dłuższymi niż 12 miesięcy, które są w trakcie realizacji a termin ich zakończenia przypada na długo po 1 stycznia 2016 roku? Oskładkowanie umów zleceń może spowodować, że usługodawcy będą zmuszeni do szukania oszczędności, pokrywających wyższe koszty zatrudnienia. W związku z tym rynek pracy – wbrew woli ustawodawcy – może stać się mniej stabilny, a pracownicy będą narażeni na utratę stanowisk – w obliczu blisko 11% stopy bezrobocia – czy funkcjonowanie w szarej strefie. Rozwiązaniem tego problemu jest pełna – z uwzględnieniem stawek brutto wynagrodzeń – waloryzacja kontraktów w toku, po to by nowe obciążenia nie były przerzucone na pracowników. Ma to szczególne znaczenie w zamówieniach, w których większość kosztów stanowią wynagrodzenia pracowników – czyli w branżach usługowych.

Nie można bowiem dopuścić do sytuacji, gdy wzrost obciążeń fiskalnych obniży pensję, jaką pracownik otrzymuje do ręki. Zamawiający zawsze powinien wkalkulować w budżecie wynagrodzenia pracowników z uwzględnieniem podatków, składek na ubezpieczenia – także w tej części, którą obowiązkowo odprowadza pracownik. Warto podkreślić, że ozusowanie umów zleceń w istotny sposób wpływa na bilansowanie kontraktów dotyczących usług m.in. ochrony i sprzątania – ich obecna zyskowność oscyluje na poziomie 5%, po 1 stycznia 2016 roku spadnie ona o 10 punktów procentowych i de facto kontrakt będzie generować straty.
Renegocjacje budżetów przewiduje art. 142 ust. 5 znowelizowanej ustawy Prawo zamówień publicznych. Intencją Ustawodawcy było zabezpieczenie usługodawcy – w tym także pracowników – w przypadku nieprzewidzianych zmian w prawie. Zmiana zasady podlegania ubezpieczeniom społecznym – która wejdzie w życie od przyszłego roku – zobowiązuje do waloryzacji trwających kontraktów długoterminowych.

– Roczny okres przejściowy nowelizacji ustawy o systemie zabezpieczeń społecznych – który zakończy się wraz z początkiem 2016 roku – to czas na renegocjacje kontraktów obecnie funkcjonujących w systemie zamówień publicznych, jak i sektorze prywatnym. Intencją ustawodawcy było, aby nowe regulacje przyczyniły się do stabilizacji na rynku pracy i wzrostu poziomu bezpieczeństwa zatrudnienia wśród pracowników – szczególnie tych najmniej zarabiających, najbardziej narażonych na wykluczenie społeczne. Jednak przerzucanie wyższych kosztów pracy wyłącznie na wykonawców może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Jeżeli zleceniodawcy nie uwzględnią w swoich budżetach nowych obciążeń – z uwzględnieniem stawek brutto – wynikających z reformy, to konsekwencje mogą okazać się bardzo dotkliwe przede wszystkim dla pracowników i kasy państwa. W związku z tym tak ważne jest, żeby wszyscy zamawiający uwzględniali zmiany w prawie zgodnie z intencją ustawodawcy, tak by w pełni zabezpieczyć interes pracowników – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Rady Zamówień Publicznych przy Konfederacji Lewiatan.

Niewątpliwie zmiany w funkcjonowaniu umów zleceń – postulowane od dawna przez związki zawodowe i pracodawców – to warunek konieczny dla prawidłowego rozwoju rynku pracy w Polsce. Zmiana zasady podlegania ubezpieczeniom społecznym i tym samym obowiązkowe odprowadzenie składki ZUS od tego typu kontraktów stanowi przede wszystkim realną korzyść dla pracowników. Reforma obejmie w znacznej mierze pracujących w przedsiębiorstwach usługowych, gdzie ok. 50% kadry stanowią osoby powyżej 50. roku życia czy niepełnosprawni . Zabezpieczenie tych miejsc pracy pozwala na dalszą stabilizację zatrudnienia w Polsce.
Właściwe wprowadzenie obowiązkowej stawki ZUS pozwoli rozwiązać istotną patologię przez lata utrwalającą się na polskim rynku pracy. Dotyczy to praktyk stosowanych także przez instytucje państwowe, które przy wyborze wykonawców zasadniczo skupiały się dotąd wyłącznie na kryterium ceny. Było tak m.in. w przypadku przetargów organizowanych przez ZUS w Łodzi, Płocku czy Warszawie na ochronę swoich obiektów, gdzie wygrywały firmy oferujące najtańszą usługę. W konsekwencji średnia stawka godzinowa brutto, którą zapłacił ZUS wykonawcy, zbliżyła się do całkowicie nieracjonalnego poziomu 4,85 – 5,41 zł za godzinę. Od tej stawki wykonawca musiał jeszcze potrącić koszty zatrudnienia i podatki.
W związku z tym renegocjacje umów w toku – które pozwolą na realizację intencji ustawodawcy – powinny zostać przeprowadzone przed końcem 2015 roku. Od ich udanej finalizacji zależy bowiem m.in. dalszy rozwój sytuacji zawodowej Polaków i rzeczywiste przestrzeganie praw zatrudnionych od 1 stycznia 2016 roku.

Konfederacja Lewiatan

Nawet stu pensji potrzeba, żeby kupić mieszkanie

Mimo że w Krakowie pensje są istotnie wyższe niż w Łodzi, to jednak w tym ostatnim mieście znacznie łatwiej jest zgromadzić fundusze na zakup mieszkania. Potrzeba bowiem aż stu średnich krakowskich pensji, aby w stolicy Małopolski nabyć lokal z rynku wtórnego o powierzchni 50 mkw. W Łodzi wystarczy ich zaledwie 60. Jedną z przyczyn takiej sytuacji jest wyludnianie się tego miasta.

Zarówno ceny lokali, jak i wysokość wynagrodzeń w różnych częściach Polski znacznie się od siebie różnią. Dla przykładu, w Warszawie za metr kwadratowy nowego mieszkania trzeba zapłacić średnio 7 396 zł, a w Łodzi tylko 4 578 zł. Jednocześnie jednak w stolicy wynagrodzenia są znacznie wyższe – średnia pensja netto wynosi 3 794 zł netto, natomiast w Łodzi 2 771 zł. Trudno jednoznacznie stwierdzić, gdzie mieszkańcom łatwiej kupić nieruchomość, gdyż dodatkowo sprawę mogą komplikować różnice w kosztach życia. Dla uproszenia porównaliśmy, ile średnich pensji z danego miasta potrzeba, aby kupić średniej wielkości (50 mkw.) mieszkanie.

Dane na temat wybranych miast za I kw. 2015 r. 
Średnie wynagrodzenie
w sektorze przedsiębiorstw
Średnie ceny transakcyjne
Miasto Brutto Netto Rynek pierwotny Rynek wtórny
Łódź 3 881 zł 2 771 zł 4 578 zł 3 342 zł
Poznań 4 597 zł 3 270 zł 6 353 zł 4 905 zł
Wrocław 4 256 zł 3 032 zł 5 988 zł 5 245 zł
Warszawa 5 349 zł 3 794 zł 7 396 zł 7 054 zł
Kraków 4 367 zł 3 109 zł 5 861 zł 6 197 zł
Źródło: Expander na podstawie GUS i NBP

Z pięciu wybranych przez nas miast zdecydowanie wyróżnia się Łódź. Wystarczy 60 średnich łódzkich pensji, aby kupić tam mieszkanie z rynku wtórnego. Tymczasem w większości przypadków potrzeba ich ponad 90. Ten fenomen można jednak wytłumaczyć tym, że Łódź to miasto, które dość szybko się starzeje i wyludnia. W 2000 r. miało ono ok. 800 000 mieszkańców, a w tym roku ich liczba spadnie prawdopodobnie poniżej 700 000. Dodatkowo prognozy demograficzne mówią, że w przyszłości będzie ono miało najszybszy spadek ludności spośród dużych miast. W rezultacie, w przyszłości ten korzystny stosunek cen mieszkań do wynagrodzeń prawdopodobnie się utrzyma.

Ile średnich pensji potrzeba na mieszkanie 50 mkw.
Miasto Rynek pierwotny Rynek wtórny
Łódź 83 60
Poznań 97 75
Wrocław 99 86
Warszawa 97 93
Kraków 94 100
Źródło: Expander na podstawie danych GUS i NBP

 Najtrudniej o mieszkania z rynku wtórnego jest natomiast w Krakowie. Na lokal o powierzchni 50 mkw. potrzeba aż 100 średnich krakowskich pensji. Co ciekawe, to jedyna wśród wybranych przez nas lokalizacji, w której ceny transakcyjne nieruchomości na rynku wtórnym są wyższe niż na pierwotnym. W rezultacie na zakup nowego własnego M potrzeba mniej, bo 94 pensje. Trzeba jednak pamiętać, że taki lokal wymaga dodatkowych wydatków na wykończenie (łazienka, podłogi, drzwi wewnętrzne itp.). W praktyce nowe mieszkanie i tak zapewne będzie wymagać większych nakładów.

Jarosław Sadowski

Główny Analityk
Expander Advisors

Polska produkcja przemysłowa znacznie poniżej oczekiwań

GUS podał, że w maju wartość produkcji przemysłowej była tylko o 2,8% wyższa niż przed rokiem. Ekonomiści liczyli na wzrost rzędu 4%. Po wyeliminowaniu czynników o charakterze sezonowym dynamika produkcji przyspieszyła z 2,7% rdr do 5,3% rdr.

– Na pierwszy rzut oka majowe dane o produkcji przemysłowej prezentują się fatalnie: wzrost o ledwie 2,8% rdr, choć oczekiwano wzrostu o 4,1%. Ale po wyeliminowaniu czynników o charakterze sezonowym dynamika produkcji przyspieszyła z 2,7% rdr do 5,3% rdr – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Wartość produkcji sprzedanej przemysłu była w maju o 1,3% niższa niż w kwietniu i o 2,8% wyższa niż przed rokiem. Mocny wzrost zaobserwowano w górnictwie, gdzie sprzedaż zwiększyła się 13% rdr. Przetwórstwo przemysłowe poprawiło wyniki o 2,9% rdr. Kulą u nogi była energetyka, ciepłownictwo i zaopatrzenie w wodę, gdzie spadek produkcji wyniósł aż 4,1% rdr.

– Produkcja przemysłowa trochę zawodzi. Dane są gorsze od oczekiwanych, co sugeruje niebezpieczne tendencje w gospodarce. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę inne dane makro to raczej nie ma powodów do zmartwień.  W 2015 roku PKB powinno wzrosnąć o 3,5%, a stopa bezrobocia najprawdopodobniej w wakacje spadnie już poniżej 10%. Na wyniki przemysłu wpływ może mieć niepewność na rynku odnośnie do sytuacji politycznej w kraju i w regionie oraz inne czynniki zewnętrzne, np., sytuacja w Grecji. Nie ukrywajmy też, że polskie firmy wciąż czekają na uruchomienie programów UE, więc prawdopodobnie na lepsze dane z przemysłu musimy poczekać jeszcze kilka miesięcy – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

 

Deutsche Telekom, Intel i Cisco łączą siły, by pomóc start-upom

Cisco, Intel i Deutsche Telekom uruchamiają akcelerator Challenge Up! Mogą w nim uczestniczyć start-upy związane z Internetem Rzeczy (IoT). Polska będzie miała swój udział w programie jako miejsce organizacji Acceleration Week. W programie mogą uczestniczyć start-upy związane z sektorem IoT. Zapytaliśmy Lukę Sučicia, Business Development Managera w Hub:raumie, o warunki udziału w akceleratorze i o to, co Challenge Up! może zaoferować start-upom

Luka Sučić
Luka Sučić

Trwa nabór do nowego akceleratora dla start-upów tworzących rozwiązania dla Internetu Rzeczy, które powoli stają się naszą codziennością. Rynek ten zaczyna się znacząco rozwijać, a konsumenci, przedsiębiorcy i przedstawiciele rządu dostrzegają korzyści z podłączania urządzeń codziennego użytku do Internetu. Szacuje się, że wartość rynku związanego z Internetem Rzeczy już wkrótce przewyższy rynek komputerów, smartfonów i tabletów łącznie. Do 2020 roku wartość światowej gospodarki zwiększy się dzięki Internetowi Rzeczy o 1,8 mld dolarów. Nasze domy staną się bardziej wydajne przy jednoczesnym obniżeniu kosztów eksploatacji. Wszystko to sprawia, że jest to idealny moment dla start-upów na tworzenie nowych rozwiązań w sektorze IoT, a Cisco, Intel i Deutsche Telekom chcą im w tym pomóc. O nowym programie akceleracyjnym i rynku Internetu rzeczy w Polsce opowiada nam Luka Sučić z Hub:rauma.

Web.gov.pl: Uruchomiliście niedawno nowy program akceleracyjny dla start-upów. Czy Cisco, Intel i Deutsche Telekom mogą pomóc rozwinąć się start-upom z rynku Internetu Rzeczy?

Luka Sučić: Jednym z podstawowych obszarów działań firm telekomunikacyjnych jest komunikacja między urządzeniami (ang. Machine to Machine – M2M) poprzez wifi, Bluetooth czy sygnały komórkowe. A zatem wejście Deutsche Telekom na ten rynek było bardzo naturalne. Chcieliśmy znaleźć sposoby, aby przyspieszyć postęp rynku. Chcieliśmy dostarczyć start-upom specjalistyczną wiedzę zdobytą przez lata doświadczeń z M2M, jak również dostęp do ponad 151 mln klientów. Podjęliśmy współpracę z dwoma gigantami branży ICT: Intelem, znanym z tworzenia potężnych procesorów i wielozadaniowych płyt głównych, i Cisco, znanym ze swojej wiedzy na temat sieci i prowadzenia interesów z tym związanych.

W rezultacie mamy trzy potężne firmy z wieloletnim doświadczeniem i pozycją na rynku IT, wspierające start-upy w rozwiązywaniu problemów, rozwoju produktów i budowaniu sieci klientów.

Program nazywa się Challenge Up! i przeznaczony jest dla start-upów na wczesnym etapie tworzenia rozwiązań dla Internetu Rzeczy/Wszechrzeczy (IoT/IoE) oraz dla obszarów z tym związanych, jakinteligentne rozwiązania (inteligentne domy, inteligentne miasta, inteligentne rozwiązania energetyczne czy samochody, urządzenia do noszenia, a także przemysł 4.0), bezpieczeństwo informacjibig dataanaliza,łączność, cloud computing.

Kluczowym elementem programu będzie Acceleration Week sponsorowany przez Cisco EIR, Intel Business Challenge Europe i Hub:raum.

Dziesięć lat temu nikt, poza kilkoma osobami, nie wyobrażał sobie, że dzisiaj będziemy mieć inteligentne zegarki i smartfony. W ramach Challenge Up! chcielibyśmy promować takie myślenie, by tworzyć naprawdę innowacyjne produkty.

Czego i kogo szukacie w ramach tego projektu?

Chcemy znaleźć i pomóc 12 start-upom przenieść ich pomysły na rynek globalny. Zapraszamy start-upy nie tylko z Polski, ale całej Europy: Albanii, Czech, Macedonii. Początkowo będziemy pracować z 24 start-upami, a po Acceleration Week (który odbędzie się w dniach 6-10 czerwca 2015 w krakowskim Hub:raumie) wyłonimy 12 start-upów, które wesprzemy w ramach naszego akceleratora. Acceleration Week można porównać do ultra szybkiej wersji programu WARP, który organizujemy w Hub:raumie. Jesteśmy w trakcie ustalania pełnej formuły, ale z pewnością duży nacisk położymy na mentoring świadczony przez najlepszych partnerów korporacyjnych i zewnętrznych. Następnie wybrane start-upy będą uczestniczyć w indywidualnie skrojonych, czteromiesięcznych programach inkubacji (od lipca do października), które odbywać się będą wKrakowieBerlinie i Wiedniu przy wsparciu CiscoIntela i Deutsche Telekomu. W okresie inkubacji nacisk zostanie położony na ustalenie celów i głębszą analizę start-upu. Finał odbędzie się podczas Demo Day w Berlinie. Wybrane do programu start-upy wezmą w nim udział za darmo, bez obowiązku posiadania kapitału własnego i zachowają swoją własność intelektualną.

Wierzymy, że z zespołami z różnych dziedzin wiedzy, dostępem do wszystkich zasobów firmy Intel, Cisco i Deutsche Telekom, możemy stworzyć synergiczny efekt, który stanie się katalizatorem dla wielkich rzeczy.

Szukamy ludzi z pasją, którzy chcą coś zmienić. Szukamy ludzi z talentem biznesowym, naukowym i technicznym. Szukamy ludzi, którzy są kreatywni i głodni zmian. Szukamy ludzi, którzy potrafią dobrze współpracować w zespole i są w stanie realizować wspólnie pomysły. Jeśli znasz problem, który można rozwiązać za pomocą Internetu Rzeczy, zapraszamy cię do Challenge Up!

Jakie narzędzia będą do dyspozycji zespołów?

Mamy zespół najlepszych specjalistów z wieloletnim, praktycznym doświadczeniem w różnych dziedzinach, którzy będą dostępni na sesjach mentoringowych. Te dziedziny obejmują: PRmarketingprawo,technologię itp. Zespoły będą miały dostęp do różnego rodzaju nowoczesnych technologii, które pomogą im udowodnić swoje hipotezy. Mogę zdradzić, że Intel udostępni im swoje nowe platformy deweloperskie Edison i Galileo.

Co oferujecie zespołom po zakończeniu programu?

Program ułatwi uzyskanie inwestycji z naszych funduszy VC, ofert partnerskich, dostępu do lepszych technologii oraz zapewni uznanie. Dzięki udziałowi trzech potężnych firm o globalnej renomie, zespoły zyskają przede wszystkim zaufanie światowej bazy klientów. Otrzymają szybką drogę do stworzenia wspaniałej marki. Pozyskanie tego rodzaju zaufania trwa zazwyczaj latami, ale w tym przypadku skracamy ten czas właściwie do kilku tygodni! Oczywiście, wdrażanie produktu będzie stopniowe i będzie wymagało solidnej strategii – produkt przetestujemy najpierw na niewielkim rynku, następnie rozwiniemy go w oparciu o opinie i dane rynkowe.

Jakie korzyści z programu płyną dla polskich start-upowców?

Program jest szansą na współpracę, networking i wymianę doświadczeń dla ludzi z różnych krajów. Każdy kraj ma coś, w czym jest naprawdę dobry: Chorwacja – e-zdrowie, Czechy i Słowacja – e-commerce i analitykę, Polska – beacony, a Rumunia – cyberbezpieczeństwo. Mamy nadzieję, że z pomocą Deutsche Telekom, Cisco i Intela polskie zespoły rozjadą się do domów z wiedzą i doświadczeniem zaczerpniętymi od zespołów z innych krajów, uczestniczących w programie akceleracyjnym . Uważamy, że nie ma tu przegranych. Drużyny przyjęte do programu zdobędą praktyczną wiedzę od najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie, doświadczenie w dziedzinie nowoczesnych technologii i dużą sieć kontaktów podczas wielu sesji networkingowych.

A jak ocenia pan stan sektora Internetu Rzeczy w Polsce?

Obecnie w Polsce mamy sporo przedsięwzięć na rynku Internetu Rzeczy: beacony i związane z nimi firmy takie jak Estimote, czy Kontakt.io. W Warszawie beacony Ifinity niedawno zdobyły nagrodę w prestiżowym konkursie Mayor’s Challenge organizowanym przez Fundację Boomberg Philantrophies. Mamy też Woolet, który sprawi, że nigdy nie stracimy naszego portfela.

A w jakich dziedzinach możemy zetknąć się z Internetem Rzeczy?

To między innymi:

Sprzedaż detaliczna: w jaki sposób handlowcy mogą wejść w interakcje z klientami przez przesyłanie wiadomości do ich inteligentnych urządzeń mobilnych i jednocześnie uzyskać cenne informacje o tym, jak ci klienci korzystają z tych urządzeń.

Dom: inteligentne domy to dla wielu pierwsze skojarzenie z tematyką Internetu Rzeczy. Zespół VORM lab opracował czujniki Clime, które dzięki pomiarom temperatury i wilgoci informują o warunkach panujących w domu. Ecois.me pomaga zaoszczędzić na kosztach energii przy użyciu urządzenia podłączonego do licznika energii elektrycznej. Seed Labs stara się pomóc zautomatyzować dom dzięki małym, energooszczędnym urządzeniom Bluetooth.

Zdrowie publiczne: ogromnym utrapieniem jest zanieczyszczenie powietrza. W tym sektorze widzę duży potencjał dla start-upów na opracowanie urządzeń mogących pomóc w rozwiązaniu tego problemu. Rynkiem zbytu mogą być lokalne samorządy czy organizacje pozarządowe, a nawet Chiny, w których problem zanieczyszczenia powietrza jest jeszcze poważniejszy.

Zdrowie własne i bliskich: potencjał ma tu rynek urządzeń do noszenia (tzw. wearables), m.in. smart watche mogące dostarczyć nam sporo informacji biologicznych – od pomiaru temperatury ciała po monitorowanie akcji serca. Istnieją także sensory, które umożliwiają samodzielny pomiar funkcji życiowych i wyświetlenie wyników na urządzeniach inteligentnych, np. Tail – urządzenie umożliwiające monitorowanie funkcji życiowych naszych pupili.

Jak z Internetu Rzeczy skorzysta każdy z nas?

Internet Rzeczy pomoże nam zyskać czas na automatyzację procesów i zadań. Pamiętam taką historię, w której Steve Jobs rzucił wyzwanie swoim inżynierom, by skrócili czas uruchamiania swoich komputerów – jak się okazuje, każdego roku marnowanych jest wiele godzin pracy na czekanie, aż uruchomi się nasz komputer.

Wykorzystanie inteligentnych urządzeń w domach może znacznie ułatwić codzienne funkcjonowanie, bezpieczeństwo i dobre samopoczucie. Jako rodzic możesz np. stale monitorować zdrowie swojego dziecka i reagować natychmiast, kiedy dzieje się coś złego. W Chorwacji dostępne jest urządzenie Bellabeat pozwalające na monitorowanie pracy serca dziecka w okresie prenatalnym.

Jako sportowiec możesz stosować czujniki monitorujące oddech, poziom zakwaszenia organizmu, czy nawet poprawę formy.

Jako wnuk czułbym się spokojniejszy, wiedząc, co dzieje się z moją 90-letnią babcią, która mimo zaawansowanego wieku chce zachować nieco niezależności. Dzięki automatyzacji zadań zyska czas, który będzie mogła spędzić ze swoimi wnukami. W Czechach i na Słowacji są już start-upy, które pracują nad takimi rozwiązaniami.

Podsumowując – największą wartością wypływającą z IoT dla przeciętnego człowieka jest spokój, jaki zyskuje dzięki inteligentnym urządzeniom.

—-

Autor

Paul Chen
Redaktor / Dziennikarz
web.gov.pl

Agata Duda tajną bronią kampanii wyborczej?

Żony polityków dopełniają i ocieplają ich wizerunek oraz zazwyczaj powodują wzrost notowań. „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów” przeanalizował wpływ Agaty Dudy i Anny Komorowskiej na przebieg kampanii wyborczej kandydatów na prezydenta. Wyniki badania jednoznacznie potwierdzają, że żona prezydenta elekta skuteczniej wzmocniła wizerunek swojego męża niż obecna pani prezydentowa.

Wsparcie, jakiego Agata Kornhauser-Duda udzieliła mężowi w kampanii prezydenckiej, było sporym zaskoczeniem. Wcześniej media donosiły o jej odmiennych poglądach i unikaniu polityki. Pomimo że zmiana jej przekonań dokonała się praktycznie na oczach wyborców, wypadła wiarygodnie.

W maju na temat Agaty Dudy pojawiło się łącznie 2077 informacji. O Annie Komorowskiej o 791 publikacji mniej. Materiały prasowe i internetowe o żonie prezydenta elekta wygenerowały dotarcie na poziomie 1,7 mld kontaktów z odbiorcami i ekwiwalent reklamowy w wysokości 13,2 mln zł. Publikacje na temat Anny Komorowskiej – o 0,4 mld kontaktów mniej i 10,5 mln zł AVE.

Wykres 1. Mapa benchmarkingowa* obrazująca liczbę, dotarcie i ekwiwalent reklamowy publikacji na temat Agaty Dudy i Anny Komorowskiej (prasa i internet)
Wykres 1. Mapa benchmarkingowa* obrazująca liczbę, dotarcie i ekwiwalent reklamowy publikacji na temat Agaty Dudy i Anny Komorowskiej (prasa i internet)

Pierwszy pik doniesień na temat Agaty Dudy miał miejsce 8 maja, na dwa dni przed I turą wyborów, kiedy pojawiła się na wyborczym spotkaniu Andrzeja Dudy w Ogrodach Domu Polonii w Warszawie. Szczególne zainteresowanie osobą żony prezydenta elekta widoczne było dzień po I turze oraz po II turze wyborów. 25 maja liczba publikacji osiągnęła pułap prawie 700 doniesień, a dwa tygodnie wcześniej – blisko 240 materiałów. Kolejny wzrost odnotowano 29 maja, kiedy Agata Duda towarzyszyła mężowi podczas przekazania aktu wyboru na prezydenta.

Dla Anny Komorowskiej dniem największego zainteresowania mediów był 15 maja. Wtedy udzieliła wywiadu m.in. Monice Olejnik. Dzień wcześniej, wieczorem opublikowano spot z udziałem dzieci prezydenta Komorowskiego.

Wykres 2. Rozkład w czasie publikacji na temat Agaty Dudy i Anny Komorowskiej
Wykres 2. Rozkład w czasie publikacji na temat Agaty Dudy i Anny Komorowskiej

Co ciekawe, Agata Duda częściej pojawiała się w mediach regionalnych niż ogólnopolskich – 53 proc. przekazu, przeciwnie do Anny Komorowskiej, która obecna była głównie w źródłach ogólnokrajowych – 70 proc. doniesień. Nierzadko w tej samej publikacji dokonywano zestawienia obu pań – porównywano ich stylizacje i oceniano, która prezentuje się korzystniej.

W obu przypadkach ze źródeł internetowych pochodziło 73 proc. doniesień. Agata Duda częściej niż Anna Komorowska wymieniana była w prasie – 13 do 11 proc., za to nieco rzadziej w telewizji – o 1 proc. O żonie prezydenta elekta najczęściej wspominały portale Se.pl (44 informacji) i Wpolityce.pl (36) oraz stacje Polsat News (41), TVP Info (39) i TVN24 (36). Anna Komorowska gościła głównie na antenie TVN24 (35) oraz TVP Info (26). Była również tematem publikacji na portalach Prezydent.pl (29), Wpolityce.pl (25), Wiadomości.gaz (24).

Wykres 3. Liczba publikacji na temat Agaty Dudy i Anny Komorowskiej w podziale na media
Wykres 3. Liczba publikacji na temat Agaty Dudy i Anny Komorowskiej w podziale na media

O stopniu zainteresowania mediów Agatą Dudą świadczy również liczba okładek prasowych, na których pojawiła się w maju – aż 75. W tym samym czasie Anna Komorowska gościła na 18 pierwszych stronach.

– Widoczne zaangażowanie Agaty Dudy podczas kampanii, jej otwartość, naturalność, dobra prezencja, a wreszcie deklaracja, iż postara się być dobrą Pierwszą Damą, pozwalają przypuszczać, że nie pozostanie w cieniu męża, ale będzie aktywnie wspierać go w działaniach podczas prezydentury. Już dziś media porównują ją do Jolanty Kwaśniewskiej, która sprawdziła się tej w roli zarówno w kraju, jak i zagranicą – komentuje Marlena Sosnowska, rzecznik prasowy „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”.

*Mapa benchmarkingowa obrazuje medialną pozycję analizowanych osób z uwzględnieniem trzech czynników: ekwiwalentu reklamowego, dotarcia i liczby informacji.

  • Ekwiwalent reklamowy (AVE) – wartość publikacji wyrażona w pieniądzu.
  • Dotarcie – zasięg informacji wyrażony w potencjalnej liczbie kontaktów z czytelnikami i unikalnymi użytkownikami.
  • Wielkość kuli – liczba publikacji.
  • Położenie kuli – uwzględnia wartość reklamową przekazów medialnych, ich dotarcie oraz liczbę publikacji.
  • Najlepsza pozycja na wykresie to prawy górny róg (oznacza, że publikacje miały wysoką wartość AVE oraz bardzo duże dotarcie).

PRESS-SERVICE Monitoring Mediów

AGIO Multistrategia zmienia politykę inwestycyjną i nazwę

0

Subfundusz AGIO Multistrategia zmienia politykę inwestycyjną w ślad za tym zmieniła się również jego nazwa na AGIO Globalny. Subfundusz na dostosowanie polityki ma czas do 17 września br.

AGIO Globalny powstał w wyniku zmiany polityki inwestycyjnej AGIO Multistrategia, który pod koniec maja zarządzał aktywami wartymi 27 mln zł. Subfundusz od początku roku wypracował stopę zwrotu na 8,37%, podczas gdy średni wynik w grupie akcji polskich uniwersalnych kształtował się na poziomie 6,83%. Wraz ze zmianą polityki inwestycyjnej subfundusz poszerzy ekspozycję na zagraniczny rynek akcji i będzie mieć międzynarodowy charakter. W nowej formie będzie:

  • Inwestować głównie w akcje utrzymując stosunkowo wysokie zaangażowanie (70-100% aktywów)
  • Inwestować ok. połowę portfela w akcje spółek notowanych na GPW
  • Oferować ekspozycję na rynki zagraniczne – docelowo utrzymując min. 30% zaangażowania w akcjach zagranicznych spółek

„Postanowiliśmy dostosować politykę inwestycyjną funduszu do zmieniającego się otoczenia. Według naszej oceny to otoczenie zmieniło się w ostatnich latach w taki sposób, że inwestorzy rozpatrując możliwości lokowania środków, coraz chętniej uwzględniają rynki zagraniczne. Posiadanie w ofercie funduszu wyraźnie akcentującego w swojej strategii inwestowanie za granicą, stało się więc z punktu widzenia towarzystwa swego rodzaju koniecznością”  – mówi Adam Dakowicz, Prezes Zarządu i Dyrektor Departamentu Zarządzania Aktywami

„Kryteria doboru akcji zagranicznych do portfela będą takie same jak w przypadku spółek z polskiego rynku. Będę szukał spółek niedowartościowanych, płacących dywidendy i jednocześnie mających możliwości poprawy wyników. W krajach Europy Zachodniej i USA takich relatywnie tanich spółek nie ma zbyt wiele, ale to nie znaczy, że nie ma ich w ogóle. Do tej pory fundusz inwestował niewielki udział aktywów (do 5%) w różne akcje zagranicznych spółek i raczej osiągał zyski na tych inwestycjach. Częściowo oczywiście to zasługa rosnącego rynku wspieranego darmowym pieniądzem, natomiast w większości przypadków spółki te istotnie poprawiały wyniki finansowe.”  – dodaje Wojciech Juroszek, Zarządzający subfunduszem AGIO Globalny

Profil ryzyka subfunduszu nie ulegnie zmianie.

Nieostrożne kliknięcie i będziesz robił przelewy na konto cyberprzestępcy

Eksperci z firmy antywirusowej ESET poinformowali, że w sieci pojawiła się kolejna fala wiadomości mailowych zawierających załącznik, po otwarciu którego komputer zostaje zainfekowany złośliwym programem ClipBanker. Zagrożenie, mimo, że nie jest nowe, potrafi poważnie zagrozić finansom swoich ofiar. ClipBanker potrafi bowiem podmienić numer rachunku bankowego, który użytkownik kopiuje do schowka, podczas realizowania przelewu online.

Zagrożenie identyfikowane przez laboratorium ESET jako Win32/ClipBanker.C jest rozsyłane jako załącznik do wiadomości email o tytule „gdzie realizacja zamówienia!?!”. Sam załącznik to plik wykonywalny „przelew.exe”, którego ikona może sugerować, że jest to dokument PDF. Próba otwarcia załącznika powoduje uruchomienie złośliwego programu.

Od tego momentu zagrożenie kontroluje zawartość schowka systemowego, gdzie trafiają wszystkie materiały kopiowane przez użytkowników m.in. za pomocą popularnego skrótu klawiszowego CTRL+C. Równocześnie złośliwy program łączy się ze zdefiniowanym wcześniej serwerem, skąd pobiera numer rachunku bankowego zdefiniowany przez swojego twórcę. Jeśli aplikacja wykryje w schowku 26 cyfrowy numer, charakterystyczny dla rachunków bankowych, podmieni go na ten uzyskany z serwera. Jeśli komunikacja z serwerem jest niemożliwa, zagrożenie podmienia numer na ten zapisany w swoim kodzie.

Tym samym każdorazowe korzystanie ze schowka przez użytkownika przy kopiowaniu i wklejaniu numeru rachunku bankowego kończy się wprowadzeniem numeru zdefiniowanego przez twórcę zagrożenia. Jeśli użytkownik nie zauważy, że numer rachunku bankowego został podmieniony, przelew trafi bezpośrednio na konto oszusta.

– Realizując przelew online, warto korzystać z listy zdefiniowanych odbiorców. Jeśli koniecznym jest skopiowanie numeru rachunku do schowka, przed akceptacją przelewu ponownie sprawdźmy, czy wprowadzone dane są prawidłowe – radzi Kamil Sadkowski, analityk zagrożeń ESET.

W Warszawie rośnie liczba zaciąganych kredytów, a chętnych na mieszkania przybywa

Warszawski rynek mieszkaniowy rośnie jak żaden inny w kraju. W ciągu ostatnich pięciu lat co piąte mieszkanie budowane przez deweloperów powstawało w Warszawie. W ofercie firm jest obecnie 15,5 tys. nowych lokali, szacują analitycy Emmerson. Co tydzień do sprzedaży wchodzą nowe inwestycje, ale pomimo dużej aktywności deweloperów, oferta nie zwiększa się. Co więcej, okresowo podaż nawet maleje. Jak podaje Emmerson, po pierwszych trzech miesiącach tego roku wybór mieszkań deweloperskich w Warszawie był mniejszy, niż na koniec 2014 roku.

Powodem jest utrzymujące się od dawna duże zainteresowanie zakupem. Sprzedaż może jeszcze wzrosnąć za sprawą zapowiedzianych zmian w programie Mieszkanie dla młodych. Wszystko wskazuje na to, że wkrótce osoby, chcące skorzystać z rządowych dopłat do kredytów mieszkaniowych zyskają więcej. Największe korzyści nowelizacja programu, której wejście w życie spodziewane jest na przełomie drugiego i trzeciego kwartału br., przyniesie rodzinom z dziećmi. W przypadku nabywców mieszkań z trójką i większą liczbą dzieci wysokość dopłat ma wzrosnąć najbardziej (do 30 proc.), a subwencja dotyczyć będzie 65 mkw. Osoby z dwójką dzieci także dostaną większe dopłaty (20 proc.).

W MdM kupujemy średnio 53 mkw.

Na preferencyjny kredyt, udzielany w ramach programu MdM, kupowane są mieszkania o średnim metrażu ponad 53 mkw., wynika z danych BGK. Żeby w Warszawie móc skorzystać z rządowych dopłat mieszkanie nie może kosztować więcej niż 6588 zł za metr kwadratowy. O tak  nisko wyceniony lokal nie jest wcale łatwo, bo na stołecznym rynku pierwotnym obowiązują wyższe ceny. Według danych  Narodowego Banku Polskiego na koniec pierwszego kwartału br. deweloperzy oferowali w Warszawie mieszkania średnio po 7 839 zł za mkw.

Tarasy Dionizosa przy ul. Winorośli firmy Barc Warszawa
Tarasy Dionizosa przy ul. Winorośli firmy Barc Warszawa

Najłatwiej lokal kwalifikujący się do dopłaty można znaleźć w inwestycjach powstających w warszawskiej Białołęce. W tej dzielnicy nielicznych przypadkach kredytem dotowanym przez państwo sfinansować można nawet zakup mieszkania łącznie z wykończeniem i miejscem garażowym. Jest to możliwe na przykład  w osiedlu Tarasy Dionizosa przy ul. Winorośli firmy Barc Warszawa. Wybrane mieszkania, które kosztują 5500 zł za metr można kupić dodatkowo z wykończeniem i miejscem postojowym w garażu podziemnym i wszystko sfinansować kredytem z dopłatą. W ofercie „Wszystko w cenie w MdMie” dostępny jest np. lokal dwupokojowy o metrażu 37,5 mkw., który bez wykończenia i garażu kosztuje nieco ponad 206 tys. zł lub trzypokojowe mieszkanie o pow. ok. 57 mkw. wycenione na ponad 312 tys. zł.

Warszawiacy zwiększyli swój udział w puli zaciąganych kredytów mieszkaniowych w kraju

Dzięki temu, że popyt równoważy podaż stawki ofertowe na rynku deweloperskim pozostają stabilne. Z danych Amron wynika, że ceny transakcyjne warszawskich mieszkań pozostały na poziomie sprzed roku. Podobnie jest na największych rynkach mieszkaniowych w kraju, gdzie od 2011 roku ceny tylko nieznacznie się wahają.

Wysoki popyt na mieszkania to konsekwencja trwających od kilku lat obniżek stóp procentowych, a tym samym spadku oprocentowania kredytów, ocenia w swoim raporcie NBP. Średni kredyt mieszkaniowy w kraju udzielany jest na 211 tys. zł.

Najwięcej zobowiązań hipotecznych udzielanych jest w Warszawie. W ciągu ostatniego roku liczba kredytów na zakup warszawskich mieszkań wzrosła. Nabywcy stołecznych nieruchomości zwiększyli swój udział w puli zaciąganych kredytów w kraju, z ok. 25 proc. w I kwartale 2014 roku, do ponad 35 proc. w I kw. tego roku.

Inteligentny magazyn – nagroda IFOY w kategorii „rozwiązanie intralogistyczne”

Tegoroczna nagroda IFOY w kategorii „rozwiązanie intralogistyczne” wskazuje na rosnącą rolę inteligentnych, elastycznych systemów pojazdów transportowych i pokazuje, jak w przyszłości przebiegać będą tego typu wdrożenia.

Jury IFOY przyznało tytuł najciekawszego rozwiązania intralogistycznego zautomatyzowanemu magazynowi w zakładzie Kuraray Europe GmbH – fabryce należącej do jednego z największych światowych producentów polimerów, syntetycznych mikrowłókien i innowacyjnych materiałów wysokiej trwałości. Magazyn materiałów surowych przedsiębiorstwa działa w oparciu o urządzenia STILL PalletShuttle oraz reach truck STILL FM-X.

Integracja wielu rozwiązań

Czynnikiem kluczowym dla decyzji jury była innowacyjność funkcjonującego w zakładzie połączenia bezzałogowych autonomicznych pojazdów transportowych z system ruchomych platform oraz wózkami sterowanymi ręcznie. Na bazie swoich technologii, STILL stworzył w dziewięć tygodni w pełni funkcjonalne, przynoszące klientowi znaczące korzyści rozwiązanie o czasie zwrotu inwestycji na poziomie 36 miesięcy. – Projekt funkcjonujący w Kuraray działa w oparciu o: system regałowy wysokiej gęstości z 3,3 tysiąca miejsc składowania, 7 urządzeń STILL PalletShuttle, 3 autonomiczne reach trucki FM-X, 2 elektryczne wózki czołowe RX 60, mierzący 40 m długości obszar przeładunkowy z 7 stacjami roboczymi, miejsca buforowe, komputer przepływu materiałów oraz centralny komputer, zarządzający magazynem oraz automatyczne urządzenie do sztaplowania pustych palet – relacjonuje Tobiasz Jakubczak, specjalista ds. produktu STILL Polska. – Pojazdy i urządzenia STILL współpracują ze sobą, pozwalając na maksymalizację wydajności procesów – dodaje ekspert.

Komunikujące się maszyny

Każdego dnia do zakładu dostarczanych jest około czterystu palet granulatu plastikowego. Rozładunek samochodów realizowany jest przez wózki RX 60, których operatorzy po zeskanowaniu towaru otrzymują od komputera zarządzającego magazynem wskazówki dojazdu do odpowiedniego kanału wyposażonego w urządzenie PalletShuttle. Wyjątkowe w tym układzie jest to, że po raz pierwszy półautomatyczne platformy transportowe komunikują się z autonomicznymi reach truckami, tworząc inteligentny system zapewniający terminowe dostawy materiałów surowych na linię produkcyjną. Po pokonaniu trasy przez czołowy wózek widłowy, ładunek jest pobierany przez mobilną platformę i transportowany w głąb regału. Reach-trucki FM-X pełnią w tym układzie potrójną rolę. Umieszczają urządzenia PalletShuttle w odpowiednich, wskazanych przez system zarządzania magazynem kanałach oraz dostarczają towary wychodzące z regałów do systemu przewożącego materiały do stacji roboczych. Tam granulat jest zasysany przez rurociągi, transportujące surowiec bezpośrednio do maszyn produkcyjnych. Puste palety po zesztaplowaniu trafiają przy pomocy FM-X do zarezerwowanych na nie kanałów. Wszystkie te zadania obywają się automatycznie, bez konieczności angażowania operatorów. System działa 24 godziny na dobę. Gdy poziom energii w akumulatorze spadnie poniżej określonego progu, urządzenia same udają się do stacji wymiany baterii.

To wszystko w 9 tygodni

Jury konkursowe zwróciło uwagę również na tryb, w jakim zrealizowano wdrożenie w Kuraray Europe. Ze względu na napięty harmonogram prac, klient oczekiwał implementacji inteligentnych rozwiązań w zaledwie 9 tygodni. STILL sprostał temu wyzwaniu i – jak stwierdzono w uzasadnieniu przyznania nagrody IFOY – ustanowił wzorzec odniesienia dla przyszłych projektów magazynów surowcowych.

Tworzywa twardsze niż stal. Czy sprawdzą się w przemyśle?

Stal już nie chroni amerykańskich lotniskowców – jej miejsce zajęły tworzywa polimerowe. Czy polimery sprawdzą się również w przemyśle i BHP?

„Tworzywa polimerowe” to bardzo ogólne określenie, zawierające w sobie wiele tworzyw o  zupełnie różnych właściwościach. Do tej grupy należą zarówno włókna z których zrobione są kurtki polarowe, wykorzystywany w kamizelkach kuloodpornych kevlar, polipropylen z którego robi się zderzaki samochodów, jak i odporny na temperatury teflon.

Z lotniskowca do magazynu

Tak różnorodne zastosowanie polimerów pokazuje, że można dzięki nim uzyskać praktycznie dowolne właściwości. Zależy nam na wytrzymałości? Odpowiednio zbudowane tworzywa polimerowe wytrzymają naprężenie rzędu 3,5 gigapaskali, co można porównać do położenia 350 tysięcy ton na powierzchni metra kwadratowego. To więcej niż wytrzyma najlepsza jakościowo stal, a w dodatku tworzywo jest kilkukrotnie lżejsze. Wszystko to sprawia, że tworzywa polimerowe wykorzystywane są np. jako pancerze lotniskowców, gdzie zastąpiły stal.

Skoro tworzywa polimerowe sprawdzają się jako pancerz lotniskowca wartego kilka miliardów dolarów, spełnią swoją rolę również przy ochronie regałów przed wózkami widłowymi. „Aktualny poziom technologii pozwala na nadanie tworzywom prawie dowolnych właściwości chemicznych. Potrafimy już tworzyć materiały przewyższające stal pod każdym względem – lżejsze, z lepszą zdolnością deformacji i tańsze. Sama wytrzymałość już dawno przestała być problemem” – wyjaśnia Tomasz Baryła, prezes zarządu Anter System Sp. z o.o. , która od wielu lat dostarcza produkty poprawiające bezpieczeństwo i wspierające utrzymanie ruchu na halach produkcyjnych, magazynach i parkingach. To właśnie od zabezpieczeń przestrzeni zagrożonych wypadkami i kolizjami zależy zdrowie, a nawet życie ludzkie. Dlatego odbojnice przemysłowe, bariery ochronne oraz słupki parkingowe i drogowe powstają z materiałów odpornych na wilgoć, odznaczających się dużą wytrzymałością mechaniczną.

Polimerowe odbojnice wkraczają do magazynów

W przemyśle i BHP idealnie sprawdzi się i-Plast – tworzywo polimerowe o niespotykanej do tej pory zdolności deformacji. W odróżnieniu od stali przedmioty wykonane z i-Plastu wracają do swojego pierwotnego kształtu nawet po ekstremalnym uderzeniu, co czyni je doskonałym budulcem do odbjonic, barier ochronnych  i innych elementów zabezpieczających.

Ponadto i-Plast jest lżejszy od stali  a wykonane z niego elementy są nietoksyczne i odporne na korozję, co sprawia, że nadają się idealnie do magazynów i hal produkcyjnych, w których wymagane są szczególnie rygorystyczne normy. Nie bez znaczenia jest też nowoczesny wygląd, znacznie mniej „toporny” niż wygląd elementów stalowych. Dodatkowe korzyści to mniejszy koszt transportu elementów z tworzyw oraz możliwość poddania ich recyclingowi, dzięki czemu proces produkcji jest bardziej ekologiczny.

Podobnymi właściwościami charakteryzuje się inne tworzywo polimerowe o nazwie Ertax. Ertax cechuje przede wszystkim wysoka odporność na wstrząsy – produkt wykonany z Ertaksu może pochłonąć siłę uderzenia, a dzięki wysokiej elastyczności, nie uszkodzi przy tym posadzki, do której jest przymocowany.

Takie cechy sprawiają, że kolejne firmy zastępują odbojnice, naprowadzacze kół czy słupy dynamiczne z Ertaksu coraz częściej odchodząc od stali. Nawet w przypadku silnego uderzenia, tworzywo po prostu odkształci się. Ten same element wykonany ze stali, mógłby wyrwać część posadzki

Czy Ertax i i-Plast zastąpią stal?

Czy Ertax, i-Plast i podobne tworzywa polimerowe całkowicie zastąpią stal? Zarówno i-Plast jak i Ertax spełniają rygorystyczne normy jakościowe, a produkty z nich wykonane są nietoksyczne i mogą otrzymać certyfikat HACCP. Jako że są to tworzywa polimerowe, a nie metale, obydwa są odporne na korozję, więc mogą być stosowane na zewnątrz budynków.

Ponadto, przy niewielkiej różnicy w cenie w porównaniu do stalowych odpowiedników, produkty wykonane z tworzyw polimerowych, mogą okazać się zdecydowanie bardziej ekonomiczne. „W miejscach, w których silne uderzenie mogłoby uszkodzić posadzkę lub ścianę do której przymocowana jest odbojnica, często zalecamy korzystanie z Ertaksu zamiast stali. Nawet przy ekstremalnym uderzeniu, uszkodzeniu ulegnie co najwyżej odbojnica, a posadzka i ściana pozostaną nienaruszone, co pozwoli ograniczyć koszty wypadku” – mówi Tomasz Baryła, z Anter System. „Jednocześnie nie przekreślamy całkowicie stali, zawsze warto skonsultować wybór materiałów ze specjalistą” – dodaje.

Źródło: Anter System http://antersystem.pl/