Eksport i import: Czech lepszy dla Lecha niż Rus

Czechy są trzecim najważniejszym rynkiem dla polskiego eksportu i siódmym dla importu. Radosław Jarema z instytucji płatniczej AKCENTA obsługującej transakcje walutowe eksporterów i importerów twierdzi, że choć w tym momencie zyski naszych eksporterów są pod presją niskiego kursu korony, to ze względu na bliskość geograficzną i kulturową Czechy są i zawsze będą naturalnym kierunkiem ekspansji dla polskich firm. A kurs korony można mieć pod kontrolą.

W 2014 r. na czeski rynek polscy eksporterzy wysłali towary o wartości aż 43,1 mld zł, co daje 6,3 proc. udział w strukturze całości polskiego wywozu. W przypadku importu Republika Czeska zajmuje również wysoką pozycję (7. miejsce) i z wwozem o wartości blisko 24,9 mld zł odpowiada za 3,6 proc. całego polskiego importu. Polska utrzymuje tym samym dodatnie saldo wymiany handlowej z Czechami, nadwyżka wyniosła pod koniec ubiegłego roku ok. 18,2 mld zł.

Eksporterzy nie odpuszczają czeskiego rynku

Dzięki popytowi na polskie towary w Czechach, eksport krajowych firm na rynek naszego południowego sąsiada wzrósł w ubiegłym roku w porównaniu do 2013 r. aż o 7,5 proc. – Znamy już dane za pierwsze cztery miesiące bieżącego roku i odnotowany przez GUS 13,1 proc. wzrost eksportu może wskazywać, że eksporterzy chcą pobić wynik z minionego roku. Będzie to wielki sukces, gdyż polscy eksporterzy są obecnie, przez dość słabą koronę, w gorszej sytuacji i ich zyski są przez to niższe – mówi Radosław Jarema, dyrektor zarządzający instytucji płatniczej AKCENTA w Polsce.

Radosław Jarema jest przekonany, że Czechy, pomimo rosnącej dywersyfikacji kierunków polskiej wymiany handlowej, będą atrakcyjne dla polskich firm. – Na pewno warto, aby eksporterzy i importerzy interesowali się dalekimi rynkami takimi jak Ameryka Łacińska, kraje arabskie czy Azja. To ciekawe kierunki, które stwarzają unikalne szanse. Ale prawda jest taka, że dużo łatwiejsze operacyjnie jest wejście na rynki najbliższe, szczególnie dla małych i średnich przedsiębiorstw, które nie mogą sobie pozwolić na duże ryzyko. Mniejsze firmy oswajają się z ekspansją na spokojnie, krok po kroku, i to zrozumiałe – mówi przedstawiciel AKCENTY.

Liczy się nie tylko kurs wymiany…

Niestety, dla eksporterów, którzy rozliczają się z kontrahentami w koronie, Czechy stały się w ostatnich miesiącach nieco mniej opłacalnym kierunkiem ze względu na niekorzystny kurs czeskiej waluty do złotówki, który w kwietniu br. znalazł się najniższym poziomie od 2008 r. Eksperci AKCENTY podkreślają jednak, że polscy eksporterzy nie muszą tracić na niekorzystnych wahaniach kursu, bo mogą skorzystać z darmowych transakcji terminowych forward i poszukać oszczędności na transakcjach walutowych poza bankami – Czeskie korony to trzecia najczęściej wymieniana przez naszych polskich klientów waluta. Jako firma czeska mamy zawsze świetną ofertę jej kursu, którą można również negocjować. Dodatkowo eksporterów i importerów przyciągają do nas darmowe ekspresowe przelewy do krajów, w których jesteśmy obecni (Polska, Czechy, Węgry, Słowacja, Rumunia). Oszczędności na opłatach za międzynarodowe transfery pieniężne oraz wynikające z atrakcyjnych kursów wymiany warto uzupełnić o zabezpieczania przed ryzykiem kursowym – mówi Radosław Jarema. Oferowane w AKCENTCIE transakcje terminowe typu forward są bezpłatnym narzędziem, które służy zabezpieczenia kursu wymiany w danym okresie czasu. Dzięki takiemu rozwiązaniu eksporter lub importer może zabezpieczyć korzystny kurs wymiany waluty w której będzie rozliczał się w przyszłości, np. w związku z realizacją kontraktu. Forward pozwala uniknąć niepewności związanej z wahaniami kursu walut i pomaga w stabilizacji finansów firmy.

Co dalej z czeską koroną?

– Niski kurs korony jest spowodowany głównie słabym euro wobec którego bank centralny Czech (ČNB) ustalił próg interewencyjny na poziomie 27 CZK/EUR. W odróżnieniu od złotego czeska korona nie ma potencjału do aprecjacji w stosunku do wspólnej waluty w nadchodzących miesiącach, co prawdopodobnie znajdzie odzwierciedlenie w dalszym osłabieniu czeskiej waluty na parze ze złotym – komentuje Miroslaw Novak, analityk AKCENTY. Instytucja płatnicza AKCENTA prognozuje, że w perspektywie półrocznej należy się spodziewać kursu CZKPLN oscylującego w granicach 0,142 a w perspektywie rocznej 0,143.

Wartość rynku luksusowych apartamentów w Polsce wynosi około 450 mln zł

Polski rynek luksusowych nieruchomości jest wciąż niewielki i względem światowych liderów znajduje się w fazie rozwoju. Łączna wartość transakcji na rynku pierwotnym nieruchomości luksusowych wynosi ok. 500 mln zł rocznie, z czego około 90% generują apartamenty.

Ceny luksusowych apartamentów w stanie deweloperskim zaczynają się w Polsce od 1 mln zł, a największe transakcje sięgają 10 mln zł. Średnia cena, od której zamożni i bogaci Polacy uznają apartament za luksusowy, wynosi ok. 16,5 tys. zł/mkw.

Sytuacja na rynku apartamentów w Polsce

W raporcie firm doradczych KPMG i REAS segment luksusowych nieruchomości mieszkalnych podzielony został na dwie kategorie: apartamenty i rezydencje. Aż 90% wartości rynku luksusowych nieruchomości budowanych i sprzedawanych przez deweloperów generowane jest na rynku apartamentów, którego wielkość szacuje się na ok. 440-460 mln zł. W ostatnich latach liczba transakcji realizowanych w ciągu roku waha się od 160 do 180. Na rynku luksusowych rezydencji, czyli ekskluzywnych wolnostojących domów jednorodzinnych oferowanych przez deweloperów, dochodzi rocznie do 20-25 transakcji sprzedaży, opiewających łącznie na ok. 50-57 mln zł. Domy te sprzedawane są jednak z reguły w stanie wymagającym dużych nakładów na wykończenie.

Wartość rynku luksusowych apartamentów w Polsce wynosi około 450 mln zł

O znaczącej wielkości rynku apartamentów można mówić w przypadku pięciu aglomeracji o najlepszej sytuacji gospodarczej: Warszawy, Krakowa, Trójmiasta, Wrocławia i Poznania.

Chociaż w ostatnich latach rośnie znaczenie Wrocławia i Krakowa, to pod względem realizowanych jednostek mieszkalnych, największym rynkiem w Polsce jest zdecydowanie Warszawa. Na koniec I kwartału 2015 roku wśród lokali o cenach brutto 16-18 tys. zł/mkw ponad jedną trzecią stanowiły oferty z Warszawy. W latach 2009-2014 w Warszawie wybudowano około 3 000 apartamentów, z których 400 stanowiły lokale luksusowe.
W przedziale cenowym powyżej 18 tys. zł/mkw blisko 90% luksusowych mieszkań także znajduje się w stolicy. Obecnie w Warszawie w ofercie znajduje się kolejnych 300 ekskluzywnych mieszkań. Maksymalne ceny sięgają w przypadku Warszawy 65 tys. zł/mkw, we Wrocławiu i Krakowie ok. 40 tys. zł/mkw, a w Poznaniu i Trójmieście ok. 30 tys. zł/mkw.

Jak wynika z raportu, w kilkuletniej perspektywie liczba apartamentów o cenach jednostkowych przekraczających 17 tys. zł/mkw, sprzedawanych rocznie w pięciu kluczowych aglomeracjach, powinna przekroczyć 250, zaś łączna wartość rynku – poziom 500 mln zł (w cenach brutto).

Wartość rynku luksusowych apartamentów w Polsce wynosi około 450 mln złWartość rynku luksusowych apartamentów w Polsce wynosi około 450 mln zł

Ceny luksusowych apartamentów w stanie deweloperskim zaczynają się w Polsce od 1 mln zł

W porównaniu do dojrzałych gospodarek Europy Zachodniej polski rynek luksusowych nieruchomości cechuje relatywnie niski poziom cen i stosunkowo niewielka liczba prawdziwie luksusowych inwestycji. Tylko nieliczne polskie apartamenty odpowiadają pod względem jakości wykończenia i powierzchni najwyższym standardom światowego luksusu.

Ceny luksusowych apartamentów w stanie deweloperskim zaczynają się w Polsce od 1 mln zł, podczas gdy najdroższe transakcje sięgają 10 mln zł. To wciąż niewiele w porównaniu do spektakularnych wartości notowanych w największych światowych metropoliach – rekordowe transakcje przekroczyły ostatnio kwotę 200 mln dol. za penthouse w Londynie, 70 mln dol. za apartament w Nowym Jorku, 65 mln dol. za dom szeregowy w Paryżu, zaś najdroższy niedawno sprzedany penthouse w Hongkongu osiągnął cenę 105 mln dol. W przypadku Monako maksymalne ceny przekraczają 80 tys. euro/mkw, podczas gdy przeciętne ceny wynoszą kilkanaście tysięcy euro za metr kwadratowy w pełni wyposażonego i umeblowanego apartamentumówi  Kazimierz Kirejczyk, partner zarządzający i prezes zarządu REAS.

Aby uznać nieruchomość za luksusową, kluczowa jest prestiżowa lokalizacja obiektu, tj.
w centrum miasta, w rejonie starówki, niedaleko parku czy w sąsiedztwie teatrów i opery. Luksusowe apartamentowce charakteryzuje też unikatowa architektura i wykorzystanie szlachetnych materiałów wykończeniowych. Z raportu KPMG i REAS wynika, że do najczęściej występujących udogodnień w inwestycjach z segmentu apartamentów należą monitoring oraz przestronne lobby z recepcją. W najbardziej ekskluzywnych apartamentach znajdziemy także przestrzeń rekreacyjną z klubem fitness, sauną czy basenem. W ofercie części inwestycji znajdują się także usługi concierge, których zakres obejmuje zarówno pomoc w sprawach codziennych, jak i nietypowe życzenia związane z organizacją czasu, podróży i rozrywką. W ostatnich latach popularna staje się także funkcja „inteligentny dom”, umożliwiająca zdalne sterowanie ogrzewaniem, klimatyzacją, oświetleniem czy urządzeniami AGD.

Wartość rynku luksusowych apartamentów w Polsce wynosi około 450 mln zł

Granica „luksusu” na polskim rynku luksusowych nieruchomości wynosi około 16,5 tys./m2

Jak wynika z raportu, w segmencie nieruchomości nie istnieje jedna uniwersalna definicja „granicy luksusu”. Polacy o zarobkach w przedziale 10-20 tys. zł uważają średnio 16 tys. zł za minimalną cenę za 1 mkw luksusowego apartamentu, podczas gdy w opinii badanych o najwyższych dochodach powyżej 20 tys. zł – cena 1 mkw luksusu rozpoczyna się od 17 tys. zł. Kwota ta jest jeszcze wyższa (blisko 20 tys. zł/mkw) w oczach kluczowych nabywców dóbr i usług luksusowych, czyli osób określanych jako HNWI (ang. high net worth individuals). Najbogatsi mieszkańcy Polski to przede wszystkim osoby w wieku 40-59 lat, najczęściej zamieszkujące miasta powyżej 250 tys. mieszkańców. Ponad połowę polskich HNWI stanowią prywatni przedsiębiorcy, a jeden na pięciu jest przedstawicielem najwyższej kadry kierowniczej (prezesi, członkowie zarządów, dyrektorzy). Według szacunków KPMG liczba HNWI w Polsce w 2014 roku wyniosła ok. 47 tys. osób i aż 84% z nich deklaruje, że jest w posiadaniu przynajmniej jednej luksusowej nieruchomości.

Stopniowy proces wzbogacania się polskiego społeczeństwa pozwala przypuszczać, że liczba HNWI w Polsce w najbliższych latach wzrośnie, dzięki czemu rynek luksusowych nieruchomości utrzyma się na ścieżce dynamicznego wzrostu. Dla najbogatszych Polaków, posiadających więcej niż jedną luksusową nieruchomość, tzw. second home pełni często rolę wakacyjnej lub miejskiej rezydencji. Warto także zaznaczyć, że jednym z ważnych źródeł dochodów HNWI jest działalność inwestycyjna. Wpływa to bardzo pozytywnie na rozwój rynku luksusowych nieruchomości, które stanowią coraz istotniejszy element portfela inwestycyjnego, obok akcji czy obligacji –dodaje  Steven Baxted, partner i szef zespołu doradztwa dla sektora budownictwa i nieruchomości w KPMG w Polsce.

Wartość rynku luksusowych apartamentów w Polsce wynosi około 450 mln zł

Powstaną cztery fundusze inwestycyjne na mocy podpisanej właśnie umowy między BGK, PIR i TFI BGK

Finansowanie przedsiębiorstw, samorządów i infrastruktury – Bank Gospodarstwa Krajowego, Polskie Inwestycje Rozwojowe S.A. oraz Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych BGK S.A. podpisały wczoraj umowę w sprawie utworzenia funduszy inwestycyjnych wpierających rozwój polskiej gospodarki.

  • Powstaną cztery fundusze inwestycyjne o docelowej kapitalizacji 6,5 mld zł, którymi będzie zarządzał PIR.
  • Celem utworzenia funduszy inwestycyjnych jest wzrost dostępności finansowania kapitałowego i dłużnego inwestycji realizowanych przez przedsiębiorstwa oraz samorządy.

Bank Gospodarstwa Krajowego podpisał wczoraj ze spółką Polskie Inwestycje Rozwojowe S.A. oraz należącym do BGK Towarzystwem Funduszy Inwestycyjnych BGK S.A. umowę w sprawie utworzenia funduszy inwestycyjnych, przez które będzie prowadzić działalność w ramach programu „Inwestycje polskie”. Umowa obejmuje utworzenie czterech funduszy, które będą zarządzane przez PIR. Są nimi Fundusz Inwestycji Samorządowych, dwa Fundusze Inwestycji Infrastrukturalnych (kapitałowy i dłużny) oraz Fundusz Inwestycji Polskich Przedsiębiorstw.

Powstaną cztery fundusze inwestycyjne o docelowej kapitalizacji 6,5 mld zł, którymi będzie zarządzał PIR. Celem utworzenia tych funduszy jest wzrost dostępności finansowania kapitałowego i dłużnego inwestycji realizowanych przez przedsiębiorstwa oraz samorządy. Dzięki tym środkom rozwijać się będzie infrastruktura, poprawi się efektywność przedsiębiorstw, nastąpi wzrost innowacyjności, a także wzrośnie zdolność do wdrażania nowych technologii i nowoczesnych produktów. PIR to wiarygodny i stabilny partnerem dla podmiotów planujących inwestycje – powiedział Wojciech Kowalczyk, sekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa.
Wszystkie fundusze będą działały w formule funduszu inwestycyjnego zamkniętego aktywów niepublicznych (FIZAN).

Prowadzenie przez BGK działalności inwestycyjnej jest jednym z kluczowych obszarów naszej strategii. Poza funduszami zarządzanymi przez PIR, w portfolio BGK są dwa inne fundusze, zarządzane przez TFI BGK. Pierwszy z nich zaczął działać w ubiegłym roku i jest nim Fundusz Mieszkań na Wynajem, drugi – Fundusz Ekspansji Zagranicznej – jest już w fazie rejestracji, objęliśmy pierwszą jego emisję certyfikatów inwestycyjnych o wartości emisyjnej 10 mln EUR. Kolejny, czyli Fundusz Municypalny jest w przygotowaniu i wkrótce rozpocznie działalność – powiedział Adam Świrski, wiceprezes Zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.
Tworzone we współpracy z BGK i PIR fundusze inwestycyjne są kolejnym produktem przygotowanym przez TFI BGK, który wpisuje się w działalność inwestycyjną związaną ze wspieraniem rozwoju polskich firm – powiedział Piotr Linke, prezes Zarządu Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych BGK S.A.

Najważniejszą zmianą w dotychczasowej strategii PIR S.A. jest uruchomienie Funduszu Inwestycji Polskich Przedsiębiorstw. Dysponować będzie on początkowo środkami finansowymi o wartości 1,5 mld zł. Kapitał ten będzie inwestowany poprzez obejmowanie akcji lub udziałów spółek kapitałowych, obligacji zamiennych na akcje lub poprzez udzielanie finansowania typu mezzanine. Fundusz będzie koncentrował się na inwestycjach w sektorze przemysłowym, preferując projekty istotne dla funkcjonowania całej branży pod względem pozycji rynkowej, przyczyniające się do zwiększania przychodów, realizacji fuzji i przejęć lub ekspansji organicznej. Istotnym kryterium oceny inwestycji będzie jej wpływ na poprawę efektywności przedsiębiorstwa, wzrost innowacyjności, zdolność do wdrażania nowych technologii i nowoczesnych produktów.
Fundusz Inwestycji Samorządowych będzie wspierać inwestycje w obszarze infrastruktury komunalnej poprzez obejmowanie bądź użytkowanie akcji lub udziałów w spółkach należących do jednostek samorządu terytorialnego odpowiedzialnych np. za wodociągi, transport czy gospodarkę odpadami. Jego początkowa kapitalizacja planowana jest na 600 mln zł.

Z kolei Fundusze Inwestycji Infrastrukturalnych będą koncentrowały się na dużych projektach z sektora energetycznego, transportowego czy telekomunikacyjnego. Będą udzielały finansowania w formule projektowej (project finance) dostarczając kapitał bądź instrumenty dłużne typu mezzanine dla spółek celowych, realizujących planowane inwestycje. Każdy z tych dwóch funduszy będzie dysponować kwotą ponad 2,2 mld zł. Fundusze Inwestycji Infrastrukturalnych realizują największą wartościowo część działalności inwestycyjne PIR, która zaowocowała już podpisaniem pierwszych umów.

Podpisana wczoraj umowa otwiera dostęp do przeznaczonych na inwestycje i rozwój środków Skarbu Państwa dla szerokiej gamy podmiotów gospodarczych. Istotnie poszerzyliśmy obszar działalności PIR. Oprócz inwestowania w infrastrukturę PIR w imieniu i na rzecz funduszy, którymi będzie zarządzał, będzie inwestował teraz również w przedsiębiorstwa przemysłowe oraz spółki samorządowe, dostarczając kapitał na rozwój oraz przyczyniając się do poprawy efektywności oraz wzrostu konkurencyjności w gospodarce. Działalność ta powinna być również ważnym źródłem pozyskiwania przez krajowe podmioty gospodarcze oraz jednostki samorządu terytorialnego puli środków własnych, niezbędnych do optymalnego wykorzystania pieniędzy z nowej perspektywy finansowej Unii Europejskiej na lata 2014-2020 – mówi Jerzy Góra, prezes Polskich Inwestycji Rozwojowych S.A.

„Inwestycje polskie” to zainicjowany przez rząd program, którego celem jest utrzymanie tempa wzrostu gospodarczego w kraju. Program adresowany jest do przedsiębiorstw prywatnych i państwowych oraz samorządów. Bank Gospodarstwa Krajowego i spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe zapewniły już finansowanie rentownych projektów infrastrukturalnych na łączną kwotę ponad 23 mld zł. BGK ułatwił przedsiębiorcom z sektora MŚP sięgnięcie po kredyty inwestycyjne i obrotowe o wartości 34 mld zł.

Jak sprzedać firmę rodzinną?

0

Firmy budowane przez wspólników, których łączą więzy krwi, to szczególny rodzaj biznesu. Trudno trzymać emocje na wodzy, gdy osobiste relacje idą w parze ze sprawami finansowymi. Czasem jednak warto racjonalnie ocenić, czy dalsze prowadzenie firmy w takiej formule ma sens, a jeśli nie, zdecydować się na sprzedaż. Jak się do tego zabrać?

Osoby, które rozwinęły swój biznes najczęściej chciałyby, aby rozpoczęte przez nich dzieło było kontynuowane przez kolejne pokolenia. Tym bardziej, że firma to bardzo często wspólna sprawa, w którą zaangażowana bywa bliższa i dalsza rodzina, a naturalnymi sukcesorami wydają się dzieci lub wnuki założyciela.

Niestety, marzenia o rozwijającej się przez wiele pokoleń firmie nie zawsze mogą się spełnić. Czasem następców po prostu nie ma, innym razem może się okazać, że dorosłe dzieci mają inne plany zawodowe, albo że sytuacja finansowa firmy nie jest w ich ocenie na tyle dobra, by warto było angażować się w biznes rodziców czy dziadków.

– Może się też zdarzyć, że dotychczasowy właściciel firmy będzie chciał spróbować sił w zupełnie innej branży i sprzedaż dotychczasowej firmy okaże się łatwiejsza od zmiany zakresu działalności – mówi Grzegorz Wojciechowski z Fractal Group.

Sprzedaj zamiast zamknąć

Czy w takich sytuacjach rozwijane przez lata przedsiębiorstwo rodzinne musi zostać zamknięte? Niekoniecznie. Dobrym rozwiązaniem może być poszukanie inwestora i sprzedanie firmy z zyskiem. Wówczas sprzedaż może nie tylko nie być symbolem porażki, ale okazać się dobrym interesem.

Jeśli sprzedający nie wycofuje się z działalności biznesowej, a jedynie chce zmienić branżę, wówczas środki uzyskane ze sprzedaży będą mogły być wkładem w nową inwestycję. Ważne jest jednak, aby o szukaniu kupca nie pomyśleć zbyt późno, na przykład wtedy, gdy firma znajdzie się w tarapatach finansowych lub z powodu braku zarządcy, wstrzyma działalność. Naturalnie wtedy trudno będzie sprzedać biznes na dobrych warunkach.

Gdy pomysł sprzedaży już zaświta w głowach dotychczasowych właścicieli, najtrudniejszą sprawą może się okazać ocena atrakcyjności przedsiębiorstwa z punktu widzenia potencjalnego kupca. Niewiele osób będzie jednak potrafiło rzetelnie wycenić firmę, a potem jeszcze przeprowadzić profesjonalne negocjacje i sprawnie przekazać zarząd nowemu właścicielowi. Dla kogoś, kto nie miał wcześniej do czynienia z podobnymi operacjami, może być to duży problem.

– Dobrym rozwiązaniem będzie skorzystanie z pomocy zewnętrznego brokera inwestycyjnego, najlepiej takiego, który jest wyspecjalizowany w obsłudze małych i średnich firm – proponuje przedstawiciel Fractal Group. – Na pierwszym etapie broker oceni, czy dane przedsiębiorstwo ma szanse znalezienia kupującego i czy wartość transakcji oczekiwana przez sprzedającego ma szanse spotkać się z akceptacją rynku. Może również okazać się, że oczekiwania finansowe dotychczasowego właściciela są zaniżone w stosunku do rzeczywistej wartości firmy – podkreśla.

Samodzielnie lub z brokerem

Do sprzedaży najlepiej przygotować się z odpowiednim wyprzedzeniem. Idealnie, jeśli proces ten rozpocznie się na dwa lata przed zakładanym terminem sprzedaży. Dzięki temu przedsiębiorstwo zyska czas na uporządkowanie swojej struktury i procedur, a wtedy łatwiejsze będzie przejęcie zarządzania przez zewnętrznego inwestora. Jeśli firma była wcześniej prowadzona jako wykonywana osobiście działalność gospodarcza lub jako spółka cywilna, można w tym czasie zmienić formę prawną na spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością bądź spółkę akcyjną, co może znacznie ułatwić przekazanie majątku nowemu właścicielowi.

Jeśli w procesie sprzedaży właściciele korzystają z pomocy brokera, będzie się to wiązało z dodatkowymi kosztami. Zazwyczaj jednak zysk pośrednika uzależniony jest od ceny sprzedaży (popularne jest rozliczenie success fee), dlatego brokerowi powinno zależeć na tym, aby kupujący zapłacił możliwie wysoką cenę. Powierzenie sprzedaży profesjonalistom ma także inne zalety – cały proces będzie przebiegał szybciej, sprawniej i bez angażowania cennego czasu dotychczasowych właścicieli.

Występowanie w negocjacjach pośrednika sprawi też, że łatwiej będzie oprzeć się presji potencjalnego inwestora. Przy negocjacjach prowadzonych bezpośrednio, trudniej odmówić żądaniom kupującego niż wówczas, gdy rozmowy przeprowadza broker w imieniu swojego klienta. Broker nie może bowiem pozwolić sobie na dowolne ustalenia z kupującymi – strategia sprzedaży powinna zostać uzgodniona wcześniej pomiędzy dotychczasowym właścicielem, a firmą pośredniczącą w sprzedaży.

Istnieją również takie sytuacje, gdy korzystanie z usług brokera nie jest wskazane. Gdy kupującym jest zaufana osoba, na przykład inny członek tej samej rodziny, do którego sprzedający ma pełne zaufanie, można wówczas zrezygnować z pośrednika. W innych sytuacjach, lepiej zdać się na profesjonalistów.

Tym bardziej, że proces profesjonalnej sprzedaży firmy jest znacznie bardziej złożony niż mogłoby się wydawać. Zanim dojdzie do transakcji, pośrednik przeprowadza całą serię operacji, m.in. analizuje sytuację danej firmy oraz branżę i rynek, na którym działa, dokonuje wyceny, przygotowuje memorandum inwestycyjne.

Na etapie sprzedaży pozyskiwane są listy intencyjne od potencjalnych inwestorów, po czym następują negocjacje mające wpływ na ostateczne oferty. To jednak nie koniec, ponieważ pozostaje jeszcze przeprowadzenie badania due dilligence oraz przygotowanie ostatecznej wersji kontraktu. Trudno sobie wyobrazić, aby tak złożone działania osobiście przeprowadził właściciel, niemający wcześniej doświadczenia w handlu przedsiębiorstwami.

– Formuła pośrednika w obrocie firmami jest nowa na polskim rynku. W USA, gdzie narodził się zawód business brokera, sprzedaż firmy odbywa się głównie z pomocą specjalistów – mówi Grzegorz Wojciechowski. – Ważne, aby business broker był profesjonalistą, miał doświadczenie biznesowe, potrafił rozwiać wątpliwości sprzedającego i kupującego, doradzić i w końcu przeprowadzić transakcje w formule „win to win”, tak aby żadna ze stron nie czuła się przegrana – podpowiada przedstawiciel Fractal Group.

Dotychczasowy właściciel, mając pewność, że operacja sprzedaży zostanie przeprowadzona tak dobrze, jak to tylko możliwe, z mniejszym żalem będzie rozstawał się z biznesem, któremu poświęcił znaczną część swojego życia. Sprzedaż firmy, szczególnie firmy rodzinnej, zawsze może być odczuwana jako emocjonalna strata, ale lepiej, gdy pocieszeniem będzie zysk widoczny na koncie, niż gdy na koniec pozostanie jedynie gorycz porażki wywołana zamknięciem biznesu.

Technologia pomoże rozwijać polskie miasta

Orange Polska, Integrated Solutions i Fundacja Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych prezentują najnowszy Raport dotyczący roli technologii w realizacji projektów Smart City.

Takie obszary, jak Big Data, chmura czy Internet Rzeczy są ściśle powiązane i niezbędne do realizacji koncepcji Smart Cities – wyjaśnia w Raporcie „Inteligentny Rozwój Miasta” Sebastian Christow z Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji.

Miasta dziś i jutroCo tydzień miasta na całym świecie powiększają się o dodatkowy milion mieszkańców. Szacuje się, że w 2050 w miastach będzie mieszkało 6 mld ludzi, choć zajmują one tylko 2 proc. powierzchni Ziemi. Zdaniem Anny Dąbrowskiej z Fundacji Centrum Analiz Transportowych

i Infrastrukturalnych (CATI), zanieczyszczenie środowiska, przemiany demograficzne i rosnąca cyfryzacja życia to wyzwania, na które będą musiały zareagować także polskie miasta. Odpowiedzią jest realizacja koncepcji Smart City.

Z kolei Jan Maciej Czajkowski, wiceprezes Związku Miast Polskich we wspomnianym materiale, wylicza, jakimi zasadami powinny kierować się aglomeracje, które chcą funkcjonować w sposób „Smart”. – Przede wszystkim powinny posiadać sprawną infrastrukturę komunikacyjną (w tym telekomunikacyjną), pełniącą rolę układu krwionośnego niezbędnego dla zdrowia i życia miast – mówi Jan Maciej Czajkowski.

To, jak ważne zadanie rozwiązania ICT odegrają w procesie ewolucji miast, prezentuje najnowszy Raport „Inteligentny Rozwój Miasta” opracowany przez Orange i Integrated Solutions, przy współpracy z Fundacją CATI. Raport w pełni koncentruje się na aspektach technologicznych Smart Cities. To pierwsza tak obszerna publikacja na polskim rynku, która wyjaśnia, jak rozwiązania teleinformatyczne zmienią dotychczasowe sposoby zarządzania miastem. Raport stanowi kompendium wiedzy dla władz samorządowych, zarówno dla tych prezydentów i burmistrzów, którzy już podjęli pierwsze decyzje dotyczące wdrożeń oraz tych, którzy dopiero są na początku tej drogi i zastanawiają się, na co warto spożytkować fundusze unijne.

– Tworząc raport postawiliśmy przed sobą trzy pytania: dlaczego, w jakie rozwiązania i jak inwestować w Smart City. Zależało nam na potraktowaniu tematu w sposób jak najbardziej wyczerpujący, pokazując różne podejścia i pomysły na wdrożenie IT w przestrzeniach miejskich. W tym celu poprosiliśmy o opinię niezależnych ekspertów. Ludzi nauki, biznesu, dziennikarzy, przedstawicieli administracji lokalnej i samorządowej. To na bazie ich doświadczeń powstał ten materiał – wyjaśnia Mariusz Gaca, wiceprezes Orange Polska.

Oprócz opinii ekspertów w raporcie znajdują się także przykłady innowacyjnych projektów IT zrealizowanych na całym świecie, szereg inspiracji, dobrych praktyk i konkretnych porad, dotyczących pozyskiwania środków z UE na projekty Smart City. Raport można pobrać ze strony www.smartcity2020.pl.

Ile można zarobić w Lidze Mistrzów i Lidze Europy?

Europejskie drużyny, którym udało się dostać do Ligi Europy oraz Ligi Mistrzów, co roku otrzymują wysokie premie pieniężne od UEFA. W poniższej tabeli zawarto premie za wyniki drużyn w poszczególnych ligach. Oczywiste jest, że większe zarobki są w bardziej prestiżowej Lidze Mistrzów. W tym roku za rozegranie meczu finałowego, klub który zwyciężył otrzymał od organizatorów 10,5 mln EUR, natomiast drużyna przegrana zarobiła 6,5 mln EUR.

W Lidze Europy kwoty za poszczególne osiągnięcia były niższe. Zwycięzcy rozgrywek (Sevilla FC) otrzymali 5 mln EUR a finaliści (Dnipro Dniepropietrowsk), którzy ponieśli porażkę na pocieszenie otrzymali 2,5 mln EUR. Można też zaobserwować, że na etapach 1/8, 1/4 oraz 1/2 finałów różnice w premiach między tymi dwiema ligami wynosiły od 3 mln EUR do 4 mln EUR.

 

Tabela 1. Premie pieniężne dla klubów za osiągnięcia
w Lidze Mistrzów i Lidze Europy w sezonie 2014/2015 (EUR)

Osiągnięcia Liga Mistrzów Liga Europy różnica
awans do fazy grupowej 8 600 000 1 300 000 7 300 000
rozegranie sześciu meczy fazy grupowej
zwycięstwo w meczu fazy grupowej 1 000 000 200 000 800 000
remis w meczu fazy grupowej 500 000 100 000 400 000
awans do 1/8 finału 3 500 000 350 000 3 150 000
awans do 1/4 finału 3 900 000 450 000 3 450 000
awans do 1/2 finału 4 900 000 1 000 000 3 900 000
awans do finału – finalista 6 500 000 2 500 000 4 000 000
awans do finału – zwycięzca 10 500 000 5 000 000 5 500 000

opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie archiwumfutbolu.pl
Największe dysproporcje w premiach wystąpiły przy awansie do fazy grupowej. W Lidze Mistrzów było to 8,6 mln EUR, natomiast w Lidze Europy o 7,3 mln EUR mniej. Warto też pamiętać, że drużyny finałowe otrzymały również pieniądze ze sprzedaży praw telewizyjnych.

Mateusz Rachucki
wynagrodzenia.pl

Ogólnopolskie Badania Wynagrodzeń 2014

Konsolidacja północnoamerykańskich centrów badań i rozwoju Toyoty

Toyota Motor Corporation rozpoczęła rozbudowę Centrum Technicznego w Ann Arbor w stanie Michigan. Inwestycja jest warta 126 milionów USD i przyniesie znaczące zwiększenie zatrudnienia w strukturach firmy w Teksasie.

Inwestycja obejmie budowę dwóch nowych budynków w miejscowości York Township. W pierwszym znajdą siedzibę centrum rozwoju pojazdów oraz ośrodek rozwoju napędów. W drugim zostanie umiejscowione centrum zaopatrzenia. Budowa zostanie zakończona pod koniec 2016 roku.

Inwestycja w Toyota Technical Center w Ann Arbor, zapowiedziana w grudniu 2014 roku, jest częścią szeroko zakrojonych działań mających na celu konsolidację północnoamerykańskich ośrodków badań i rozwoju oraz budowę  w Plano, w Teksasie nowej głównej siedziby Toyota North America. Działy produkcji, sprzedaży, marketingu i zarządzania będą umiejscowione w Teksasie, natomiast centrum rozwoju produktu zostanie w całości ulokowane w Michigan.

Zmiany organizacyjne obejmą przeniesienie 300 pracowników, w tym inżynierów, z Kentucky i Kalifornii. Wspólna siedziba do tej pory oddalonych od siebie oddziałów ma umożliwić większą samodzielność w podejmowaniu decyzji i szybsze reagowanie na potrzeby rynku.

„Nowe obiekty w Michigan zwiększą możliwości Toyoty North America w dziedzinie rozwoju i projektowania, inżynierii oraz zaopatrzenia. Nasi klienci szybko odczują pozytywne skutki tych przemian poprzez jeszcze wyższą jakość produktów, szybszą implementację nowych technologii i wyższą wartość naszych samochodów” — powiedział podczas uroczystego otwarcia budowy Jim Lentz, CEO Toyota North America.

Inwestycje w USA wpisują się w rozpoczętą w tym roku ekspansję Toyoty w różnych częściach świata. W Meksyku powstaje nowa fabryka, zaś w Chinach nowa linia produkcyjna. Celem tych inwestycji, wartych łącznie 1,3 mld USD, jest wdrożenie do produkcji zaprezentowanych niedawno nowych modułowych napędów i platform samochodowych (TNGA).

Z kolei Toyota Motor Europe otwiera w Polsce Centrum Usług Wspólnych do prowadzenia części prac księgowych dla europejskich oddziałów koncernu i spółek zależnych. Celem przedsięwzięcia jest skonsolidowanie rozliczeń z dostawcami, które obecnie są prowadzone osobno w 18 podmiotach, usytuowanych w 14 państwach.

Wzrost dominacji Apple i innych spółek amerykańskich w rankingu największych światowych przedsiębiorstw

Najnowszy raport firmy doradczej PwC przedstawia ranking 100 największych światowych spółek pod względem wartości rynkowej.  Analiza uwzględnia zmiany kapitalizacji przedsiębiorstw w okresie od końca I kwartału 2009 r. do końca I kwartału 2015 r., w tym dynamikę i trendy w ujęciu globalnym, krajowym
i sektorowym.

Badanie pokazuje, że dostanie się do listy Top 100 i utrzymanie się w niej nie jest prostym zadaniem.

  • Spółki ze Stanów Zjednoczonych umacniają swoją wiodącą pozycję – ponad połowa firm na liście Top 100 pochodzi z USA (53). Chiny (wraz z Hongkongiem) zajmują drugą pozycję (11 spółek), a Wielka Brytania trzecie miejsce (8 spółek).
  • Apple utrzymała miano najbardziej wartościowej spółki świata (725 mld dolarów) zwiększając swoją rynkową kapitalizację aż o 54% (+ 256 mld dolarów) w porównaniu do ubiegłego roku, pomimo wypłacenia swoim akcjonariuszom w 2014 r. 56 mld dolarów. Apple jest obecnie prawie dwukrotnie większa od drugiej największej spółki (Google – 375 mld dolarów) i prawie 10 razy większa niż najmniejszy podmiot z listy Top 100.
  • Aby dostać się do grona stu największych spółek należy posiadać kapitalizację na poziomie co najmniej 85 mld dolarów (w 2009 r. było to 45 mld dolarów). Średnia kapitalizacja spółek z Top 100 wynosi obecnie 162 mld dolarów (w 2009 r. były to 84 mld dolarów).
  • Chiński gigant internetowy – Alibaba – wszedł do listy Top 100 z rynkową kapitalizacją na poziomie 168 mld dolarów uzyskaną w ramach pierwszej oferty publicznej. Do 31 marca 2015 r. kapitalizacja spółki wzrosła do 205 mld dolarów.

 100 największych spółek pod względem kapitalizacji na koniec I kwartału 2015 r. w podziale na kraj pochodzenia (trendy 2009-2015)100 największych spółek pod względem kapitalizacji na koniec I kwartału 2015 r

Firma Apple już czwarty rok z rzędu prowadzi w rankingu największych spółek. W porównaniu do ubiegłego roku kapitalizacja spółki wzrosła aż o 54% (+ 256 mld dolarów), z 469  do 725 mld dolarów.  Ten nadzwyczajny wzrost był osiągnięty pomimo wypłaty akcjonariuszom 56 mld dolarów w 2014 r. Ponadto spółka zwiększyła przewagę nad drugim na liście Google, którego kapitalizacja wynosi 375 mld dolarów.

Ponad połowa spółek w rankingu pochodzi z USA (53 spółki). Pięć lat temu były to 42 spółki, natomiast w 2014 r. – 47. Co więcej, aż siedem spółek spośród największych 10 pochodzi z USA.

Pozycja Chin (wraz z Hongkongiem) oraz Wielkiej Brytanii nie uległa tak znaczącej zmianie – w rankingu znalazło się odpowiednio 11 i 8 spółek pochodzących z tych krajów, podczas gdy Brazylia, Rosja i Indie łącznie zmniejszyły swój udział z 6 do 1 firmy. Warto podkreślić, że spadła również liczba spółek ze strefy euro – z 18 do 15. Odzwierciedla to bieżące nastawienie inwestorów do tych rynków.

Łącznie od 2009 r. 34 spółki wypadły z Top 100 (28 spółek – w wyniku spadku kapitalizacji, a 6 przez przejęcia, połączenia lub podział). Spośród 34 firm, które weszły do zestawienia, 29 dołączyło w wyniku wzrostu kapitalizacji, a 5 przez przeprowadzenie pierwszej oferty publicznej lub podział: Alibaba (miejsce 22), Facebook (miejsce 17), Agricultural Bank of China (miejsce 29), Kinder Morgan (miejsce 90) oraz wydzielenie AbbVie ze struktur spółki Abbott (miejsce 86).

Względem roku 2009 największy wzrost w rankingu odnotowały spółki zaklasyfikowane do sektora nowych technologii, których łączna kapitalizacja wzrosła o cztery pozycje – z 6 miejsca na 2. Od 2009 r. łączna kapitalizacja 11 firm z branży nowych technologii wyniosła 997 mld dolarów, natomiast w 2015 kapitalizacja rynkowa 12 spółek z tego sektora wyniosła 2,8 biliona dolarów. Z drugiej strony, z zestawienia całkowicie wypadły firmy z sektora użyteczności publicznej, których w 2009 r. były cztery.

Spółki z USA zwiększyły swoją dominację w rankingu – obecnie aż 7 spośród 10 i 13 spośród 20 największych przedsiębiorstw pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Patrząc na firmy takie jak Apple, Google, Microsoft, Berkshire Hathaway czy Facebook wyraźnie widać, że ich sukces jest ściśle związany z wysoką innowacyjnością oraz światowym zasięgiem. Spółki z USA wykorzystują swoją wielkość i relatywnie wyższe wyceny, by dalej rosnąć poprzez przejęcia innych biznesów. Te przewagi konkurencyjne sprawiają również, że spółkom z innych krajów ciężko jest skutecznie rywalizować z przedsiębiorstwami amerykańskimi. Miejmy nadzieję, że doczekamy się czasów, kiedy polska firma znajdzie się na liście TOP 100, choć na razie cel ten wydaje się bardzo odległy. Największa krajowa spółka notowana na warszawskiej giełdzie – Bank Pekao SA – ma kapitalizację rzędu 12,7 mld dolarów, a zatem aby wejść na listę, musiałaby ją zwiększyć prawie siedmiokrotnie” – mówi Filip Gorczyca, wicedyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

20 największych spółek pod względem kapitalizacji na koniec I kwartału 2015 r.

Spółka Kraj pochodzenia Sektor Kapitalizacja   (mld USD)
Apple Inc USA Nowe technologie    725
Google Inc USA Nowe technologie    375
Exxon Mobil Corp USA Ropa naftowa i gaz    357
Berkshire Hathaway Inc USA Sektor finansowy    357
Microsoft Corp USA Nowe technologie    334
PetroChina Co Ltd Chiny Ropa naftowa i gaz    330
Wells Fargo & Co USA Sektor finansowy    280
Johnson USA Opieka zdrowotna    280
ICBC Ltd Chiny Sektor finansowy    275
Novartis AG Szwajcaria Opieka zdrowotna    267
China Mobile Ltd Hongkong Usługi telekomunikacyjne    267
Wal-Mart Stores Inc USA Usługi konsumenckie    265
General Electric USA Przemysł    250
Nestle SA Szwajcaria Usługi konsumenckie    243
Toyota Motor Japonia Usługi konsumenckie    239
Roche Holding AG Szwajcaria Opieka zdrowotna    237
Facebook Inc USA Nowe technologie    231
JPMorgan Chase & Co USA Sektor finansowy    226
Procter & Gamble Co USA Usługi konsumenckie    221
Pfizer Inc USA Opieka zdrowotna    214

 

Kwota wolna od potrąceń z wynagrodzenia pracownika

Wypłata wynagrodzenia za pracę w pełnej należnej wysokości to podstawowy obowiązek pracodawcy. Jedynym ograniczeniem mogą okazać się zajęcia pensji przez organ egzekucyjny, jednak należy pamiętać, że nieprawidłowe potrącenia ze strony zatrudniającego mogą narazić go na roszczenia ze strony pracownika. Jakie kwoty są zatem wolne od potrąceń egzekucyjnych i muszą pozostać do dyspozycji pracownika – odpowiada Tomasz Kaczorowski, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu.

Bez zgody pracownika

[quote_box_right]Wysokość potrąceń jest zależna od kwoty minimalnego wynagrodzenia za pracę, które od 1 stycznia 2015r. wynosi 1 750 zł brutto.[/quote_box_right]Hierarchia dokonywanych potrąceń jest ściśle określona i wynika z art. 87 § 1 Kodeksu pracy. W pierwszej kolejności egzekucji podlegają sumy egzekwowane na mocy tytułów wykonawczych na zaspokojenie świadczeń alimentacyjnych. Następną grupę stanowią sumy egzekwowane na mocy tytułów wykonawczych na pokrycie należności innych niż świadczenia alimentacyjne. W trzeciej kolejności potrąceniu ulegają zaliczki pieniężne udzielone pracownikowi, natomiast na samym końcu ściągnąć można kary pieniężne przewidziane w art. 108 Kodeksu pracy (czyli kary porządkowe).

Tomasz Kaczorowski, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu
Tomasz Kaczorowski, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu

Każdy pracodawca musi wiedzieć, że zgodnie z art. 87 (1) Kodeksu pracy, wolna od potrąceń pozostaje kwota wynagrodzenia za pracę w wysokości:

1) minimalnego wynagrodzenia za pracę, ustalanego na podstawie odrębnych przepisów, przysługującego pracownikom zatrudnionym w pełnym wymiarze czasu pracy, po odliczeniu składek na ubezpieczenia społeczne oraz zaliczki na podatek dochodowy od osób fizycznych – przy potrącaniu sum egzekwowanych na mocy tytułów wykonawczych na pokrycie należności innych niż świadczenia alimentacyjne. W przypadku świadczeń alimentacyjnych trzeba dodatkowo pamiętać, że potrącenia mogą być dokonywane do wysokości 3/5 wynagrodzenia za pracę – co wynika z prawnej ochrony alimentów,

2) 75% wynagrodzenia minimalnego (określonego w pkt 1) – przy potrącaniu zaliczek pieniężnych udzielonych pracownikowi,

3) 90% wynagrodzenia minimalnego (określonego w pkt 1) – przy potrącaniu kar pieniężnych przewidzianych w art. 108 Kodeksu pracy (mowa tutaj o karach porządkowych).

W każdym indywidualnym wypadku zajęcia wynagrodzenia pracownika przez organ egzekucyjny pracodawca powinien obliczyć kwotę wolną od potrącenia i upewnić się, że pracownik otrzyma ją w należnej, gwarantowanej przez prawo wysokości, gdyż bez względu na prowadzoną egzekucję, nie może pozostać on bez środków do życia.

Wolna od potrącenia będzie zatem kwota minimalnego wynagrodzenia, po odjęciu składek na ubezpieczenia społeczne oraz zaliczki na podatek dochodowy. Najczęściej wyniesie ona:

1 750 zł – (239,93 zł + 135,91 zł + 88 zł) = 1 286,16 zł

Należy też pamiętać, że w przypadku osób, które podejmują pracę po raz pierwszy w życiu wynagrodzenie minimalne w pierwszym roku pracy będzie wynosić 80% kwoty wskazanej powyżej, co ma wpływ na kwotę wolną od potrącenia:

1 400 zł – (191,94 zł + 108,73 zł + 58 zł) = 1 041,33 zł

Potrącenia tylko za zgodą pracownika

Istnieje również grupa tzw. potrąceń dobrowolnych. Zgodnie z art. 91 § 1 Kodeksu pracy, należności te mogą być potrącane z wynagrodzenia tylko i wyłącznie za zgodą pracownika. Do grupy tej zaliczane są m.in. roszczenia banków z tytułu udzielonych pożyczek lub kredytów i choć zazwyczaj w momencie podpisania umowy z bankiem kredytobiorca jest zobowiązany do podpisania takiej deklaracji, to w każdej chwili ma on prawo taką zgodę wycofać. Warto więc pamiętać, że w odróżnieniu od sum egzekwowanych na mocy tytułów wykonawczych oraz zaliczek pieniężnych lub kar porządkowych, w przypadku grupy potrąceń regulowanych art. 91 Kodeksu pracy, pracodawca nie może dokonać takiego potrącenia, w przypadku braku pisemnej zgody pracownika.

Creotech chce zaistnieć na globalnym rynku dzięki sektorowi kosmicznemu. Realizacja zleceń dla prywatnych firm z tej branży będzie możliwa za 5 lat

Jacek Kosiec, dyrektor Programu Kosmicznego w Creotech Instruments SA.
Jacek Kosiec, dyrektor Programu Kosmicznego w Creotech Instruments SA.

Pięć lat zajmie firmie Creotech przygotowanie do realizacji zleceń dla komercyjnych firm z sektora kosmicznego. Na razie spółka pracuje m.in. dla Europejskiej Agencji Kosmicznej, a swoją przyszłość widzi także w dostarczaniu aparatury naukowej.

– Zakończyliśmy projekt kwalifikacyjny elektroniki lotnej na europejską stację kosmiczną, co zajęło nam dwa lata. Dwa lata testów i wykazywania, że jesteśmy w stanie zmontować odpowiedni układ elektroniki, który sam w sobie nie jest specjalnie skomplikowany. Wymagania, jakie są mu postawione, które obowiązują w kosmosie, są jednak najwyższego stopnia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Kosiec, dyrektor Programu Kosmicznego w Creotech Instruments SA.

Creotech specjalizuje się w rozwiązaniach hardware’owych dla urządzeń elektronicznych naziemnych (sektor aparatury naukowej), a także dla tych, które są wysyłane w kosmos.

– Myślę, że w tych dwóch pierwszych sektorach mamy bardzo duże szanse zaistnieć na rynku nie tylko polskim, lecz także na rynku światowym – mówi dyrektor.

W dwóch sektorach – kosmicznym i aparatury naukowej – odbiorcami urządzeń są organizacje międzynarodowe, takie jak Europejska Agencja Kosmiczna czy Europejskie Laboratorium Badań Jądrowych (CERN).

Jeżeli chodzi o aparaturę naukową, to mamy bardzo dobre kontakty z wieloma dużymi ośrodkami naukowymi, międzynarodowymi ośrodkami, gdzie przede wszystkim liczy się kwestia rozwiązania i adekwatności tego rozwiązania do potrzeb, które zgłasza taki ośrodek – mówi dyrektor.

Kosiec wyjaśnia, że w przypadku zleceń dla prywatnych firm sektora kosmicznego ważne są dowody kwalifikacji, certyfikaty umiejętności, certyfikaty heritage, czyli doświadczenie w budowaniu podobnych systemów.

– Dla Europejskiej Agencji Kosmicznej przede wszystkim wykonujemy pewne prototypy. W przypadku firm, które komercyjnie wysyłają np. satelity telekomunikacyjne na orbitę, jest już potrzebna powtarzalność i oparcie się na technologiach sprawdzonych, takich, które już w kosmosie zadziałały – podkreśla Kosiec.

Dlatego przygotowanie do przyjmowania tego typu zleceń może zająć firmie co najmniej 5 lat.

– Nie ukrywamy tego i myślę, że 5 lat oczywiście przy bardzo intensywnych pracach – może zająć opanowanie tych technologii od strony technicznej, a przede wszystkim od tej strony produkcyjnej – podsumowuje Kosiec

Kosiec zwraca jednak uwagę na to, że Creotech choć wciąż nie jest dużą firmą, to jednak w ciągu ostatnich dwóch lat znacząco wzrosła. Obecnie spółka zatrudnia około 50 osób i ma plany dotyczące przyjęcia kolejnych osób do pracy. W ciągu trzech lat chce osiągnąć przychód rzędu 100 mln zł, jednak inwestycje w infrastrukturę potrzebne do osiągnięcia tego wyniku mogą kosztować podobną kwotę.

 Żeby działać skutecznie na rynku międzynarodowym i móc konkurować ze znacznie większymi przedsiębiorstwami niż nasze, musimy być bardzo elastyczni i szybko działać – dodał Kosiec.

W jego ocenie Creotech w produkcji systemów hardware’owych i elektroniki już jest liderem na rynku polskim. Jest to wynik znaczących inwestycji poczynionych znacznie szybciej od innych firm, przede wszystkim w budowie sprzętu do zastosowań kosmicznych. Takich firm jak Creotech jest więcej w Polsce. Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego skupia obecnie ponad 30 małych i dużych firm oraz ośrodków badawczych. Rozwój tego sektora ma wspierać również Polska Agencja Kosmiczna, która powstała w lutym br.

Na rynkach wciąż nerwowo

Grecka telenowela trwa w najlepsze. Kolejne dni przynoszą nam nowe doniesienia, jednak na chwile obecną mają one raczej negatywny wydźwięk i nie wskazują na szybkie osiągnięcie porozumienia. Dziś i jutro czeka nas kolejna runda negocjacji, a co za tym idzie kolejna fala spekulacji.

Środa rozpoczęła się spokojnie i początkowo wydawać się mogło, że minie ona pod znakiem odreagowania wcześniejszych spadków. Niestety optymizm został dość szybko ugaszony przez wypowiedź przedstawicieli Banku Grecji. Stwierdzili oni, że jeśli negocjacje z wierzycielami nie powiodą się, to ich kraj czeka bankructwo, a co za tym idzie wyjście ze Strefy Euro, a w dalszej perspektywie również z Unii Europejskiej. Co więcej stwierdzili oni również, że spowolnienie gospodarcze w drugim kwartale nabrało tempa. Taka wypowiedź nie wniosła nic nowego w temacie greckim, jednak przy obecnych nastrojach rynkowych stanowiła idealny pretekst do kontynuowania spadków.

Niewątpliwie wydarzeniem numer jeden wczorajszego dnia była konferencja po posiedzeniu FOMC. Jak zwykle wypowiedź Komitetu była niejednoznaczna i owiana sporą dozą spekulacji. Niemniej ogólne przesłanie wystąpienia jest takie, że do końca roku mogą czekać nas jeszcze dwie podwyżki stóp procentowych w USA. Jak zawsze FOMC podkreśliło, że podejmie decyzje na podstawie sytuacji makroekonomicznej, a ta nie jest jednak tak dobra jak spekulowali inwestorzy jeszcze na początku roku, a i argumentacja wskazująca na sezonowość przestaje być skuteczna.

Czwartek zapowiada się bardzo ciekawie na rynkach finansowych w świetle tego co czeka na inwestorów w kalendarzu wydarzeń makroekonomicznych. Na dobry początek o godzinie 9.30 czeka nas decyzja Szwajcarskiego Banku Centralnego w kwestii stop procentowych oraz wystąpienie prezesa SNB podsumowujące tą decyzję. Rynek spodziewa się, że stopy pozostaną na niezmienionym poziomie jednak historia uczy, że szwajcarzy lubią działać z zaskoczenia.

Dziś czeka nas również spora dawka informacji o rodzimej gospodarce. O godzinie 14.00 Główny Urząd Statystyczny poda do publicznej wiadomości wielkość produkcji przemysłowej i budowalno-montażowej oraz wyniki dynamiki sprzedaży detalicznej. W tym samym czasie opublikowane zostaną zapiski z posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej, co jak zwykle stanowi idealną pożywkę do spekulacji o wielkości stóp procentowych w Polsce.

W świetle wczorajszych doniesień FOMC oczy inwestorów powinny być skierowane na doniesienia z gospodarki USA. O godzinie 14.30 poznamy wskazania inflacji konsumenckiej za maj oraz tradycyjnie jak co czwartek tygodniową liczbę wniosków o zasiłki dla bezrobotnych. W późniejszej fazie sesji na rynek napłyną publikacje indeksów. O godzinie 16 poznamy wartość Indeksu Conference Board oraz Indeksu FED z Filadelfii.

EUR/PLNKomentarz walutowy 18.06.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 25.03.2015 do 18.06.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,1840. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1210, a następnie poziom 4,1050, zniesienie Fibonnaciego 38,2%.

CHF/PLNKomentarz walutowy 18.06.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 05.04.2015 do 18.06.2015

Kurs CHF/PLN jeszcze niedawno poruszał się w trendzie bocznym pomiędzy poziomami 3,8000 a 3,9400, po czym wyskoczył w górę i utworzył trend wzrostowy. Aktualnie przebił linie oporu na poziomie 3,9700. Najbliższym oporem będzie teraz ostatnie maksimum na poziomie 4,0160. Dla ruchu w dół wsparciem jest obecnie minima na 3,9150.

USD/PLNKomentarz walutowy 18.06.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 25.04.2015 do 18.06.2015

Kurs USD/PLN testował górne ograniczenie kanału spadkowego. Niestety po wybiciu z kanału nastąpiło cofnięcie i kurs w dalszym ciągu porusza się w kanale spadkowym. Na chwilę obecną wsparcie stanowią poziomy 3,6250.

 

GBP/PLNKomentarz walutowy 18.06.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 18.03.2015 do 18.06.2015

Kurs GBP/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Aktualnie zbliżył się do linii wsparcia, od której skutecznie się odbił. Na drodze przed dalszymi wzrostami stoi poziom 5,7720, a więc zniesienie Fibonnaciego 23,6%. Później istotnym poziomem oporu dla dalszych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,8800. W przypadku ruchu w dół wsparciem jest minimum kanału wzrostowego na 5,7300.

Michał Iskat – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Sam wzrost PKB nie rozwiąże wszystkich problemów społecznych

Od kilkudziesięciu lat świat przyzwyczaił się do mierzenia sukcesu danego kraju jedynie poprzez wzrost PKB. Tymczasem wskaźnik ten nie pokazuje realnej kondycji, w której znajduje się społeczeństwo danego kraju, nie definiuje również jego wyzwań społecznych i środowiskowych. O potrzebie szerszego spojrzenia na kwestię społecznego rozwoju mówił wczoraj w Warszawie podczas Warsaw Innovation Days Michael Green, pomysłodawca Social Progress Index (z ang. Indeksu Rozwoju Społecznego, SPI) i dyrektor wykonawczy organizacji Social Progressive Imperative. Firma doradcza Deloitte od trzech lat wspólnie z tą organizacją przygotowuje badanie SPI, czyli globalny ranking krajów pod względem rozwoju społecznego.

We wczorajszej debacie zorganizowanej przez Deloitte oprócz Michaela Greena udział wzięli: Irena Pichola: Partner, Lider Zespołu Sustainability Consulting Central Europe w Deloitte; Paweł Orłowski: Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju; Mirella Panek-Owsiańska: Prezeska Forum Odpowiedzialnego Biznesu oraz Radosław Kubaś: Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

SPI to globalny ranking krajów, który oparty jest o czynniki społeczne oraz środowiskowe, dzięki czemu pokazuje rzeczywisty poziom rozwoju społeczeństwa i dobrobytu obywateli. Co roku, badanie to przygotowuje Social Progress Imperative we współpracy z m.in. Deloitte. W tegorocznej, trzeciej edycji zestawienia bezkonkurencyjna wśród 133. przebadanych krajów okazała się Norwegia. Polska zajęła 27 lokatę.

Wskaźnik Social Progress Index udowadnia, że same wyniki gospodarcze nie mogą być jedynym miernikiem postępu społecznego, a wzrost PKB jedynym dowodem na dobrobyt obywateli. „Postęp społeczny co prawda rośnie wraz z PKB, jednakże od pewnego poziomu bogactwa społeczeństwa trudno jest zwiększyć postęp społeczny tylko poprzez wzrost gospodarczy” – uważa Michael Green. „Indeks może być pomocny dla krajów, które mają problem w poszczególnych kategoriach składowych SPI (tj. zaspokojeniu podstawowych potrzeb człowieka, fundamentach dobrobytu oraz możliwościach awansu społecznego i wolnościach osobistych). Podpowiada on, jak inne państwa poradziły sobie z problemami, oferuje wskazówki i proponuje gotowe rozwiązania” – mówi Michael Green.

Nowatorskie podejście SPI do mierzenia postępu społecznego zadecydowało, że Deloitte wspiera tę inicjatywę od samego początku. Postęp społeczny rozumiany jako zdolność społeczeństwa do zaspokajania podstawowych potrzeb swoich obywateli i używania narzędzi, które pozwalają podnosić jakość życia, uzupełnia się z ideą zrównoważonego rozwoju. SPI może służyć jako pomoc w identyfikacji najgłębszych społecznych wyzwań, które mogą zostać rozwiązane dzięki współpracy rządów, biznesu i sektora NGO.

Firmie Deloitte, której przy tworzeniu globalnej misji „Making an impact that matters” (z ang. „Twój wpływ ma znaczenie”), przyświecała myśl, że biznes powinien wpływać na rozwój społeczny, bliska jest filozofia Social Progress Index. „Doradztwo w zakresie zrównoważonego rozwoju w pomaga organizacjom identyfikować ich ekonomiczny, społeczny i środowiskowy wpływ oraz zarządzać nim w celu osiągnięcia celów biznesowych. Naszym zdaniem Social Progress Index jest dla biznesu przewodnikiem i wsparciem w tym zakresie” – wyjaśnia Irena Pichola.

W opinii Michela Greena Social Progress Index może pomóc firmom w pokazaniu pozytywnego wpływu ich działalności na społeczeństwo. Może też być przydatnym narzędziem do identyfikacji i ewaluacji ryzyka inwestycyjnego w poszczególnych krajach. Indeks nie tylko pomaga firmom zbudować strategie zrównoważonego rozwoju, ale także wspiera je w tworzeniu produktów i usług, które przyczyniają się do rozwiązania najważniejszych problemów społecznych. „„Michael Green powinien być słuchany nie tylko przez specjalistów od CSR, ale także przez prezesów i członków zarządu, którzy powinni nauczyć się włączania do zarządzania zasad zrównoważonego rozwoju. Równie trudne zadanie to przekonanie czołowych polskich ekonomistów, że oprócz PKB, ważne są także takie mierniki społeczne jak SPI, a wpływ społeczny można mierzyć.” – przekonuje Mirella Panek-Owsiańska.

O konieczności współpracy pomiędzy biznesem, sektorem NGO i administracją publiczną w zakresie postępu społecznego mówił podczas panelu także Paweł Orłowski. Zapewnił, że w Strategii Rozwoju „Polska 2030” użyto mierników rozwoju społecznego. „Oczywistym jest, że wzrost PKB nie wystarczy, żeby osiągnąć wyznaczone cele, a naszym głównym zamiarem jest poprawa jakości życia. W długoterminowej perspektywie poza PKB należy uwzględnić też inne mierniki, w tym wskaźniki społeczne” – mówi Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju. Zwrócił uwagę na potrzebę tworzenia strategii CSR przez polskie przedsiębiorstwa. „W unijnej perspektywie na lata 2014-2020 są pieniądze na ten cel, więc jako Ministerstwo będziemy promować taką aktywność. Wierzę, że polskie firmy w coraz większym stopniu będą zainteresowane strategiami zrównoważonego rozwoju” – podkreśla Paweł Orłowski.

Warto wspomnieć, że Komisja Europejska, która dotąd propagowała używanie innych mierników rozwoju społecznego, zainteresowała się już SPI i postanowiła wspólnie z Social Progress Imperative opracować wskaźniki dla wszystkich regionów Unii Europejskiej na poziomie NUTS2, czyli w przypadku Polski, województw. „W Polsce każdy region i każda aglomeracja stosuje inny zestaw wskaźników szacujących rozwój społeczny i jakość życia. Sprawia to, że dane te są zupełnie nieporównywalne. SPI jest narzędziem, który z jednej strony zapewni porównywalność danych, a z drugiej może być używane w bardzo lokalnej perspektywie.” – wyjaśnia Radosław Kubaś.

Po raz pierwszy Social Progress Index został opublikowany w 2013 roku. Jego inicjatorem jest organizacja Social Progress Imperative. Wskaźnik Social Progress Index powstaje poprzez obliczenie średniej uzyskanej z analizy trzech kategorii: zaspokojenia fundamentalnych potrzeb człowieka (Basic Human Needs), fundamentów dobrobytu (Foundations of Wellbeing) oraz możliwości awansu społecznego i wolności osobistych (Opportunity). Tegoroczna edycja SPI analizuje sytuację w 133 w państwach, które swoim zasięgiem obejmują 99 proc. światowej populacji. Polska w kolejnych dwóch edycjach zajęła 27. miejsce. Nasz kraj znalazł się w tzw. „drugiej” grupie państw, które charakteryzują się wysokim poziomem rozwoju społecznego. Razem z nami w tej kategorii uplasowało się także większość krajów Unii Europejskiej i USA. Lepszą pozycję od Polski spośród krajów naszego regionu udało się osiągnąć Słowenii (19), Czechom (22), Estonii (23) oraz Słowacji (25). Za nami znalazły się z kolei Węgry (32), Łotwa (33) oraz Litwa (35). Bezkonkurencyjna wśród 133. przebadanych państw okazała się Norwegia. Więcej o SPI: www.socialprogressimperative.org/data/spi

Niedopasowanie wykształcenia do oczekiwań pracodawców

Kwestia niedopasowania wykształcenia do oczekiwań pracodawców nie jest domeną wyłącznie polskich uczelni. Szkoły wyższe w innych krajach Europy i świata również borykają się z nadmiarem studentów na niepotrzebnych kierunkach czy zbyt słabym przygotowaniem studentów do wymagań przyszłej pracy.

Co najwyżej połowa

Najlepiej – jak wynika z badania Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) „Skills Outlook 2015”[1] – mają absolwenci uczelni w Holandii – aż połowa znajduje pracę w zawodzie. To zdecydowanie więcej niż gdzie indziej, ale z drugiej strony oznacza, że również „aż połowa” absolwentów legitymuje się wykształceniem, które trudno im będzie wykorzystać w przyszłości. Najlepiej radzą sobie absolwenci niemieckich szkół wyższych zawodowych – pracę w zawodzie znajduje 90 proc. z nich, ale są to jednak szkoły zawodowe, czyli nie obejmują takich kierunków jak np. filozofia.

Edukacja do poprawki

Z badania Skills Outlook 2015 wyłania się obraz rynku edukacyjnego, który wymaga poprawek, i to niezależnie od kraju. Trudno mówić o dbałości o przyszłe kadry.  Co czwarty absolwent, który znajduje pracę, jest zatrudniony na kontrakcie czasowym (czyli najczęściej nie ma zbyt wielu możliwości rozwoju – tacy pracownicy mają bowiem utrudniony dostęp do szkoleń). Za wysokie kwalifikacje w stosunku do swojego stanowiska ma 12 proc., co oznacza, że wyuczone kompetencje są nieużywane i ulegają powolnemu zanikowi, a czas przeznaczony na ich zdobywanie można uznać za stracony.

NEETsi

NEET to akronim od sformułowania  „not in employment, education or training”, czyli nie uczy się, nie pracuje, nie przygotowuje do zawodu. W takiej sytuacji jest cała masa młodych absolwentów, którzy nie chcą odbywać bezpłatnych staży, edukację już zakończyli, a pracy nie są w stanie znaleźć. Liczba NEETsów w Polsce przewyższa nieco średnią OECD (17,5 proc. do 16 proc.). Nie jesteśmy jednak w aż tak złej sytuacji jak Turcja (ponad 30 proc. takich osób), Grecja czy Hiszpania. Co nie znaczy, że jesteśmy w dobrej i nie ma potrzeby dokonywać zmian.

Środki zaradcze

Skoro tak jest, to może warto zdecydować się na podjęcie pracy w innym obszarze, czasem poniżej swoich kwalifikacji? A może jednak lepiej skupić się na szukaniu tego, z czym naprawdę wiąże się przyszłość? I to niezależnie od tego, czy właśnie stawia się pierwsze kroki na rynku pracy, czy straciło się pracę w wyniku redukcji bądź wypowiedzenia.

Plusy szukania pracy bez podejmowania innego zatrudnienia

Największym plusem takiego rozwiązania, choć dyskusyjnym, jest dostępność i możliwość poświęcenia więcej czasu na szukanie ofert i dopasowywanie swojego CV. W razie zaproszenia na spotkanie rekrutacyjne, nie ma problemów z terminem spotkania. Pracę można podjąć od zaraz, co dla niektórych pracodawców jest bardzo ważne. Nie doświadcza się także frustracji związanej z pracą poniżej swoich kwalifikacji, ale…

… są minusy szukania pracy bez podejmowania innego zatrudnienia

To, co było największym plusem akapit wyżej, w tej sytuacji staje się minusem. Traci się źródło dochodu. Nawet, jeśli przysługuje zasiłek dla bezrobotnych, to jego wysokość nie jest satysfakcjonująca. W CV tworzy się przerwa, która – jeśli z pracą będą trudności – może stać się dłuższym okresem bez zatrudnienia. Raz, że część pracodawców niechętnie zatrudnia osoby z dłuższą przerwą w pracy, a dwa, traci się pozycję negocjacyjną w zakresie zarobków. Pracodawcy są bardziej skłonni zaproponować niższe wynagrodzenie osobie bez pracy. Brak pracy przekłada się na zwiększenie poziomu frustracji.

Plusy szukania pracy w trakcie zatrudnienia

Podjęcie pracy wiąże się ze zdobywaniem nowego doświadczenia i przyswajaniem nowych umiejętności. Pojawiają się możliwości rozwoju, często atrakcyjniejszego, niż pierwotne założenia, lepiej dopasowanego do zmieniających się wymagań rynku. Przebywa się wśród ludzi, dzięki czemu nie ma poczucia wyobcowania. Pracodawcy powinni docenić zaangażowanie, zaradność, pracowitość i odpowiedzialność. Zmniejsza się poziom frustracji związany z brakiem pracy, a co nie mniej ważne, ma się stały dochód.

Minusy szukania pracy w trakcie zatrudnienia

Jeżeli plany rozwoju nakreśliło się inaczej, podjęcie innej pracy ogranicza czas, by efektywnie dążyć do celu. Istnieje ryzyko utraty motywacji do szukania pracy zgodnej z aspiracjami, co poniekąd oznacza marnowanie czasu. Trudniej umówić się na rozmowę kwalifikacyjną czy podjąć nowe wyzwanie zawodowe niemal od zaraz.

Zdaniem Marka Jurkiewicza, General Managera infoPracy, nie ma co zwlekać z podjęciem pracy, nawet jeśli nie do końca jest zgodna z naszymi zamierzeniami. Nabywa się doświadczenie, uczy pracy zespołowej i zyskuje możliwość rozwoju. Każdy sukces, każde osiągnięcie warto dokumentować i pokazywać potencjalnym pracodawcom podczas rozmów kwalifikacyjnych. Zyskujemy opinię ludzi szukających szansy, pełnych nadziei i uporu, a nie biernych, często z pretensjami do otoczenia za to, że jest tak, a nie inaczej.

[1] http://www.oecd-ilibrary.org/education/oecd-skills-outlook-2015_9789264234178-en

Przed inwestycją w nowy sklep można sprawdzić, kto w nim będzie kupował i ile na te zakupy może wydać

0
Anna Staniszewska, dyrektor Zespołu Badań i Analiz Rynkowych BNP Paribas Real Estate
Anna Staniszewska, dyrektor Zespołu Badań i Analiz Rynkowych BNP Paribas Real Estate

Nowy sklep należy otwierać nie tylko tam, gdzie jest wielu klientów, lecz także tam, gdzie są klienci z dużą siłą nabywczą. Inwestorzy z branży handlowej mają coraz więcej nowoczesnych narzędzi pozwalających badać potencjał lokalnego rynku. I choć zawsze przyda się zdrowy rozsądek, doświadczenie i wyczucie rynku, to warto o potencjalnych klientach wiedzieć jak najwięcej.

– Na rynku istnieje wiele narzędzi, które wspomagają proces wyboru lokalizacji i minimalizują przez to ryzyko mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Anna Staniszewska, dyrektor Zespołu Badań i Analiz Rynkowych BNP Paribas Real Estate. – Dzięki wykorzystaniu analiz ilościowych i jakościowych sieci handlowe mogą trafnie wytypować miejsca na nowe lokale. Nowe technologie geoinformacyjne GIS są jednym z podstawowych narzędzi używanych we wstępnym rozpoznaniu miejsca, w którym chcą lokować się sieci. Za pomocą programów i aplikacji zawierających odpowiednie algorytmy wskazywane są optymalne miejsca prowadzenia sklepów.

Najważniejsze znaczenie dla określenia najlepszej lokalizacji mają uwarunkowania społeczno-gospodarcze stref zasięgu sklepu, czyli struktura wiekowa, dochody i siła nabywcza, zarówno okolicznych mieszkańców, jak i klientów, którzy mogą dojechać do sklepu, pracują lub przesiadają się w jego pobliżu w inny środek transportu lub bywają w jego okolicy ze względu na tryb życia, np. odwiedzają kino czy siłownię. Kluczowe są rzetelne źródła danych.

– Publiczne źródła są z reguły nieaktualne zaznacza Anna Staniszewska. – Oprócz tego nie odzwierciedlają faktycznego stanu, gdyż nie rejestrują migracji ani dodatkowych źródeł dochodu, np. napływu pieniędzy od rodzin mieszkających za granicą. Suche dane to nie wszystko, równie istotne są badania konsumenckie. Uzyskanie opinii na temat preferencji w zakresie wyboru sklepu, jego oferty czy powodów dokonywania zakupów jest kluczowe dla określenia zarówno lokalizacji sklepów, jak i strategii rozwoju sieci.

Zdaniem dyrektor Zespołu Badań i Analiz Rynkowych BNP Paribas Real Estate badania takie trzeba prowadzić cyklicznie, bo otoczenie szybko się zmienia.

– Zwyczaje zakupowe Polaków oraz sposoby spędzania wolnego czasu zmieniają się w szybkim tempie. Nie ma też mowy o uniwersalnym typie konsumenta. Z pewnością konsumenci stają się coraz bardziej świadomi i wymagający, szczególnie w aglomeracjach. Nie są im obce światowe nowości. Oprócz tego zmienia się stopniowo tryb życia. Przywiązuje się większą wagę do sportu, rekreacji, zdrowej żywności, więcej pieniędzy przeznacza się także na rozrywkę. Zwraca się też coraz więcej uwagi na jakość produktów i komfort zakupów.

Pozyskiwanie danych będzie coraz łatwiejsze dzięki nowym technologiom. Pomagać w nim będą np. beacony, czyli urządzenia wykorzystujące technologię Bluetooth, których sygnały będą odbierane przez smartfony czy tablety, co pozwoli na śledzenie zachowań klientów.

– Dziś praktycznie każdy ma smartfona, a beacony pozwalają sieciom dokładnie śledzić swoich klientów podkreśla Anna Staniszewska z BNP Paribas Real Estate. – Również informacje zbierane z kart kredytowych są niezwykle pomocne. Technologie mierzące zarówno twarde dane, czyli populację, zasobność portfela, konkurencji, odwiedzalności miejsc, jak i analizy miękkie, przedstawiające preferencje konsumentów, to solidne narzędzia, które ułatwiają sieciom handlowym podjęcie decyzji o lokalizacji sklepu czy strategii rozwoju sieci. Nic jednak nie zastąpi zdrowego rozsądku i wyczucia rynku.

Motorem wzrostu produkcji przemysłowej są i będą eksporterzy. W kolejnych miesiącach produkcja powinna nadal rosnąć w tempie 3,5-4 proc.

Krystian Jaworski, ekonomista z Crédit Agricole
Krystian Jaworski, ekonomista z Crédit Agricole

Eksporterzy to nadal najlepiej prosperująca część polskiej gospodarki. Słaby złoty i dobra koniunktura na świecie pozwalają im na szybki rozwój. Zdaniem ekonomistów Crédit Agricole w kolejnych miesiącach zarówno produkcja przemysłowa, jak i sprzedaż detaliczna powinny rosnąć w tempie 3,5-4 proc. rok do roku.

Jak informuje resort gospodarki, do kwietnia eksport towarów z Polski przekroczył poziom 56,8 mld euro. To oznacza, że był wyższy niż w tym samym okresie zeszłego roku o 4,7 proc. Najwięcej polscy eksporterzy sprzedali w tym czasie wyrobów elektromaszynowych. Ich wartość przekraczała 23 mld euro i było o 6,6 proc. wyższa niż przed rokiem.

– Od paru miesięcy najważniejsze i najsilniej rozwijające się branże to te eksportowe mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krystian Jaworski, ekonomista z Crédit Agricole. – Korzystaliśmy z tego, że złoty był relatywnie słaby, kurs euro powyżej granicy opłacalności, koniunktura za granicą, w strefie euro, w Niemczech też była dobra. Wszystko układało się w taki scenariusz dobrego rozwoju dla branż eksportowych w Polsce, tak samo będzie w maju.

W kwietniu wzrost produkcji przemysłowej w Polsce nie był imponujący i wyniósł 2,3 proc., a od początku roku do końca kwietnia wyniósł 4,4 proc.

Zakładam, że w kolejnych miesiącach utrzymamy tempo realne około 3,5-4 proc. zarówno w przypadku produkcji, jak i sprzedaży ocenia ekonomista z Crédit Agricole.  I tak naprawdę trzeba patrzeć, co to oznacza dla wzrostu PKB. Zakładam, że jeśli moje prognozy się zrealizują, to oznacza, że polska gospodarka będzie rozwijała się w tempie około 3,7 proc. w II kw. wobec 3,6 w I kw., czyli sytuacja się poprawia.

W Polsce od niemal roku panuje deflacja. W maju ceny było o 0,9 proc. niższe niż rok wcześniej. Tu jednak ekonomiści oczekują odbicia w ciągu kilku miesięcy. Tzw. efekt niskiej bazy, przede wszystkim dla cen żywności i paliw, które w zeszłym roku mocno spadły, sprawia, że statystycznie będą one rosły i wpływały na wzrost inflacji w przyszłym roku.

– Wskaźnik cen konsumpcyjnych, czyli tę najczęściej raportowaną inflację CPI, w IV kw. powinien być już lekko dodatni, nasza prognoza to wzrost cen 0,3 rok do roku zapowiada Krystian Jaworski z Crédit Agricole. – W przyszłym roku ze względu na silnie oddziałujące efekty niskiej bazy dynamika cen powinna istotnie wzrosnąć, średnio rocznie do poziomu 1,5 rok do roku.

PKP Cargo będzie łączyć Europę z Chinami. Nawet 300 pociągów rocznie

Adam Purwin, prezes PKP Cargo
Adam Purwin, prezes PKP Cargo

W ciągu trzech miesięcy powstanie spółka joint venture między PKP Cargo a chińskim International Zhengzhou Hub. Dzięki tej współpracy polski przewoźnik chce odgrywać kluczową rolę w obsłudze przewozów w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku. Umowa zakłada zwielokrotnienie liczby pociągów z Chin do Europy, a dodatkowo utworzenie nowoczesnego centrum logistycznego w Małaszewiczach na granicy polsko-białoruskiej.

Dzisiaj obsługujemy 2-3 pociągi tygodniowo, liczę jednak, że w następnym roku dojdziemy do jednego połączenia dziennie. To po pierwsze brama do Europy dla partnerów chińskich, po drugie ogromna okazja dla naszych producentów, bo to jest unikalne połączenie, którego brakowało do tej pory. Przypomnę tylko, że transport drogą morską zajmuje od 30 do 40 dni, podczas gdy transport pociągiem zajmuje zaledwie 11 dni – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adam Purwin, prezes PKP Cargo.

Z polskiej strony najważniejszym elementem zawartego porozumienia będzie rozbudowa tzw. suchego portu, czyli terminalu przeładunkowego w Małaszewiczach na granicy polsko-białoruskiej. To tam będą przeładowywane towary z i do Chin – głównie, ale nie tylko, w kontenerach. Małaszewicze zgodnie ze strategię mogą stać się jednym z najważniejszych terminali obsługujących handel pomiędzy Europą a Chinami. Przeładunek jest konieczny z uwagi na inny rozstaw szyn w Rosji i krajach byłego ZSRR niż w Polsce.

Po chińskiej stronie połączenie kolejowe obsłuży przede wszystkim prowincję Henan. Jak podkreśla Purwin, w samym tym regionie mieszka ponad 100 mln osób, a w promieniu 1,5 godziny jazdy szybkim pociągiem (chińska sieć kolei dużych prędkości jest największa na świecie) jest 400 mln mieszkańców.

Zhengzhou, który jest stolicą prowincji Henan, jest bardzo ważnym miastem. To jest bardzo istotna inicjatywa, która będzie pozwalała lepiej prowadzić ekspansję na rynki zagraniczne. Pozwoli zaangażowanym stronom mieć dwa rynki zbytu i korzystać z zasobów obu tych rynków. Wszystkie kraje i regiony, w tym np. Polska, które biorą udział w realizowaniu tej strategii, będą miały także łatwiejsze wejście na rynek chiński, będzie to taka platforma umożliwiająca im obecność na rynku chińskim – przekonuje Guo Gengmao, przewodniczący komitetu partyjnego prowincji Henan.

Porozumienie o utworzeniu spółki joint venture pomiędzy chińskim podmiotem a PKP Cargo to praktyczna realizacja chińskiej strategii „One Belt, One Road” („jeden pas, jedna droga”), nazywana Nowym Jedwabnym Szlakiem. Zgodnie z nią pomiędzy Chinami a Europą mają zostać zbudowane dwa nowe połączenia towarowe: lądowe (kolejowe) i morskie.

Połączenie z Chin musi być też wpisane w transeuropejskie sieci transportowe. Jak podkreśla Adam Purwin, tym właśnie zajmie się PKP Cargo.

Łączymy korytarze transportowe Europy z rynkiem chińskim. Małaszewicze to kluczowy punkt na chińskim Nowym Jedwabnym Szlaku. Będziemy częścią tego wielkiego projektu. Podpisany list intencyjny jest pierwszym krokiem, bardzo konkretnym – przekonuje Purwin.

Guo Gengmao dodaje, że z połączenia skorzystają nie tylko prowincja Henan i Polska, lecz także wszystkie kraje położone na trasie. Zauważa, że podpisanie umów z PKP Cargo jest dowodem na to, że Chinom zależy na praktycznej realizacji tego projektu. Dodaje także, że duża zaletą Polski i prowincji Henan są dobrze rozwinięte sieci kolejowe, które umożliwiają tworzenie centrów przeładunkowych w Małaszewiczach i Zhengzhou.

Bardzo ważne jest również to, że w Zhengzhou, stolicy Henanu, możemy prowadzić konsolidację przesyłek i później, korzystając z tego hubu, dalej je przesyłać. Jestem pewien, że wdrożenie tej strategii wpłynie na rozwój logistyki, będzie również przyczynkiem do tworzenia nowych miejsc pracy i pobudzi gospodarkę – mówi Guo.

Obecnie jedynie 3,5 proc. towarów przesyłanych między Chinami a Europą jest transportowanych drogą lądową, choć jest ona tańsza i szybsza niż droga morska. PKP Cargo liczy, że dzięki joint venture z Chińczykami uda się poprawić tę statystykę.

Grupa PKP Cargo odpowiada obecnie za obsługę logistyczną europejskiego odcinka połączenia z Chinami (Polska-Niemcy). Jeden pociąg przewozi 41 kontenerów 40-stopowych. Obecnie PKP Cargo współtworzy trzy pociągi w imporcie i jeden w eksporcie. W transporcie kontenerów spółka wykorzystuje nowe, 80-stopowe wagony do przewozów intermodalnych.

Ochrona zdrowia musi zmieniać się dla osób starszych. Potrzebne będą nowe ośrodki opieki i rehabilitacji

dr Grzegorz Juszczyk, dyrektor Biura Edukacji Zdrowotnej Grupy LUX MED
dr Grzegorz Juszczyk, dyrektor Biura Edukacji Zdrowotnej Grupy LUX MED

Polityka senioralna, dotąd zaniedbywana przez władze, będzie coraz ważniejsza. Ze względu na starzejące się społeczeństwo będą się rozwijać nowe usługi w służbie zdrowia. Model opieki rodzinnej będzie trudny do zrealizowania, dlatego potrzebne będą zarówno placówki oferujące opiekę specjalistyczną, całodobową lub dzienną, jak i ośrodki rehabilitacyjne. Dziś to dopiero raczkujący segment rynku.

W Polsce temat starzejącego się społeczeństwa jest na razie zaniedbany – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED. – Nie ma wielu ośrodków, a osoby starsze i ich bliscy będą szukali takich miejsc, dlatego zainteresowanie inwestorów tym rynkiem będzie rosło. Chodzi tu o różnego rodzaju ośrodki, zarówno całodobowe, jak i rehabilitacyjne czy dziennej pomocy. Na razie jednak jesteśmy na początku tej drogi w Polsce.

W związku z demografią już teraz konieczne są rozwiązania, które będą nie tylko wspierały osoby starsze, lecz także te aktywne zawodowo, aby jak najpóźniej potrzebowały opieki. Jak podaje GUS, osoby starsze będą stanowiły coraz większą grupę społeczną. W 2035 roku 23 proc. Polaków będzie miało powyżej 65 lat. W 2050 ten wiek przekroczy już co trzeci Polak. Dlatego coraz ważniejsze będzie stworzenie systemu opieki nad starszymi osobami. Model opieki rodzinnej może się nie sprawdzić, konieczne byłyby do tego szkolenia dla nieformalnych opiekunów czy większa rekompensat utraconego dochodu ze względu na opiekę.

Innym rozwiązaniem jest opieka stacjonarna, czyli rozwój miejsc, które nie tylko zapewniają profesjonalną opiekę, lecz także gwarantują dobrą jakość życia. To jest nowy model, zupełnie inny od tradycyjnego domu seniora. Oprócz opieki pielęgniarskiej i lekarskiej prowadzi się działania aktywizujące, terapię zajęciową, a czas tam spędzany nie jest całkowicie bezproduktywny – wyjaśnia dr Grzegorz Juszczyk, dyrektor Biura Edukacji Zdrowotnej Grupy LUX MED.

Rozwiązaniem może być też system specjalistycznej opieki prowadzonej w domu klienta. Nie wymaga budowy infrastruktury, jednak ze względu na małą liczbę wykwalifikowanych pielęgniarek i pielęgniarzy jest trudny do zrealizowania. Dziś działające oddziały dzienne są mieszanką tych modeli: seniorzy w ciągu dnia mogą liczyć na opiekę i rehabilitację, ale nadal mieszkają u siebie. NFZ nie jest w stanie jednak sprostać wszystkim potrzebom, część oddziałów proponuje opiekę odpłatną, ale na to z kolei nie stać części rodzin. W przyszłości nie będzie lepiej.

Nieuniknione są rozwiązania, które pozwolą na gromadzenie środków od osób aktywnych zawodowo. Może się to wiązać ze wzrostem składki zdrowotnej albo pojawieniem się ubezpieczenia pielęgnacyjnego, czyli specjalnego ubezpieczenia opłacanego przez osoby pracujące, w ramach którego finansowane są potrzeby osób starszych. Problemem jest też to, że młode osoby nie myślą o swojej starości – mówi Juszczyk.

Na ponad milionie założonych indywidualnych kont emerytalnych oraz indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego Polacy zgromadzili dotąd zaledwie ok. 6 mld zł. To niewiele, tym bardziej że w związku z wydłużaniem się długości życia, obecnie młodzi ludzie po przejściu na emeryturę często będą musieli opiekować się również swoimi rodzicami.

Częstym problemem u pacjentów w wieku podeszłym jest wielochorobowość i specyficzne problemy wieku podeszłego, np. upadki, które wymagają znacznie większych nakładów, zarówno na leczenie, jak i na opiekę nad tymi osobami – zaznacza dr Mirosław Wróbel, prezes zarządu Ośrodka Opiekuńczo-Rehabilitacyjnego Tabita.

Głównym problemem starszych ludzi jest wzrost zachorowań na choroby cywilizacyjne, w tym również otępienne, czy udary mózgu, które w efekcie często prowadzą do uzależnienia od pomocy innych. To duży problem dla państwa, głównie ekonomiczny. Eksperci z Instytutu Organizacji Ochrony Zdrowia Uczelni Łazarskiego szacują, że roczny koszt związany z leczeniem i rehabilitacją chorych po udarach oraz absencją chorobową i świadczeniami rentowymi wynosi ok. 1,4 mld zł. Zdaniem prezesa ośrodka Tabita powrót do samodzielności jest możliwy dzięki odpowiedniej rehabilitacji.

Nasz projekt koncentruje się przede wszystkim na wybudowaniu i wyposażeniu pracowni ergoterapii, która będzie pierwszą taką pracownią w Polsce – przekonuje Wróbel.

Pracownia ergoterapii, która wkrótce powstanie w ośrodku Tabita, będzie rehabilitować pacjentów poprzez pracę przy codziennych czynnościach. Pacjent nie tylko ćwiczy niesprawną kończynę, lecz także uczy się wykonać konkretną czynność, np. ubranie się czy przygotowanie posiłku.

Tabita jest szczególnym ośrodkiem, bardzo kompleksowym, gdzie mamy zakład opiekuńczo-leczniczy, dom rezydencyjny i profesjonalną rehabilitację neurologiczną. Mamy też doświadczenie, międzynarodowa grupa Bupa, której jesteśmy częścią, posiada ok. 700 domów na całym świecie, więc know-how grupy na pewno zasili nasz ośrodek tak, aby rozwijać polski rynek – mówi Anna Rulkiewicz.

W Małopolsce powstała nowa instalacja przetwarzania odpadów komunalnych o wartości 40 mln zł. Trafią do niej odpady od ponad 180 tys. mieszkańców Małopolski i Śląska

Magdalena Markiewicz, prezes zarządu Zakładu Gospodarki Odpadami Komunalnymi (ZGOK) w Balinie
Magdalena Markiewicz, prezes zarządu Zakładu Gospodarki Odpadami Komunalnymi (ZGOK) w Balinie

Oddana w tym tygodniu do użytku instalacja przetwarzania odpadów komunalnych ZGOK w Balinie zredukuje o około 60 proc. poziom składowania odpadów na terenie zachodniej Małopolski. Zgodnie z decyzją środowiskową zakład może przetwarzać 58 tys. ton odpadów rocznie. Część będzie przetwarzana na paliwo RDF, które jest surowcem energetycznym m.in. dla cementowni. Inwestycja kosztowała 40 mln zł.

Instalacja będzie przetwarzać zmieszane odpady komunalne odbierane od mieszkańców, a także zielone, z których będzie robiony kompost – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jarosław Wróbel, dyrektor ds. inwestycji ze współodpowiedzialnej za to przedsięwzięcie firmy Eneris, partnera samorządów w gospodarce komunalnej na tym obszarze. – Nowy obiekt zmniejszy masę składowanych odpadów poprzez selektywny odzysk surowców materiałowych, kompostowanie frakcji organicznej oraz produkcję paliwa alternatywnego RDF.

Jak podkreśla Magdalena Markiewicz, prezes zarządu Zakładu Gospodarki Odpadami Komunalnymi (ZGOK) w Balinie, w rezultacie tej inwestycji zasadniczo zmieni się sposób funkcjonowania istniejącego zakładu. Przede wszystkim dotychczasowe deponowanie zmieszanych odpadów komunalnych na składowisku zostanie zastąpione w znacznej mierze przez mechaniczne segregowanie i odzysk surowców.

Odpady pochodzące od mieszkańców będą przetwarzane na surowce. Część z nich zostanie przetworzona na RDF (alternatywne paliwo z odpadów), które będzie wykorzystywane m.in. przez cementownie. Zgodnie z decyzją środowiskową zakład może obecnie przetwarzać 58,5 tys. ton odpadów rocznie. Natomiast technologiczna moc instalacji jest przeszło dwa razy wyższa (130 tys. ton). W wyniku inwestycji zakład zyska status Regionalnej Instalacji Przetwarzania Odpadów Komunalnych.

Wiążą się z tym zarówno wymogi, jak i możliwości – tłumaczy Magdalena Markiewicz. – Obowiązkiem jest uzyskiwanie poziomów recyklingu. Natomiast dzięki rozwiązaniom technologicznym, wyposażeniu instalacji w najnowocześniejsze separatory do odzyskiwania surowców mamy też możliwości w postaci przetwarzania odpadów w surowce i ich sprzedaży.

Jak podkreśla prezes ZGOK, w zakładzie wzrośnie także zatrudnienie.

Będą potrzebne zarówno osoby na stanowiska kierownicze, brygadziści do nadzorowania pracy zmianowej, jak i w pionie administracyjnym do prowadzenia ewidencji odpadów, nadzoru nad procedurami, kartami przekazania odpadów itp. – wylicza Magdalena Markiewicz. – Ale poszukiwać będziemy także chętnych do pracy fizycznej, na takie miejsca jak operator ładowarki czy sortowacz, który wstępnie segreguje strumienie.

Wybudowana na terenie ZGOK w Balinie inwestycja jest jednym z niewielu w skali kraju przedsięwzięć realizowanych w modelu partnerstwa publiczno-prywatnego, na zasadzie spółki prawa handlowego zawiązanej przez podmiot prywatny i samorządy. Udziałowcami są spółka Eneris Surowce SA (67%), Związek Międzygminny „Gospodarka Komunalna” (18%) oraz miasto Jaworzno (15%). Instalacja mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów składa się z hali sortowni zmieszanych odpadów komunalnych wraz z instalacją do produkcji paliwa alternatywnego oraz kompostowni obejmującej 16 bioreaktorów. Zakład ma obsługiwać obszar zamieszkany przez 180 tys. osób.

Nowa instalacja pozwoli zmniejszyć składowanie odpadów na terenie zachodniej Małopolski nawet o 60 proc. – ocenia Przemysław Deda, członek zarządu ZGOK w Balinie i przewodniczący Związku Międzygminnego „Gospodarka Komunalna” Chrzanowa, Libiąża i Trzebini. – Jest to spora skala w porównaniu do tego, co z odpadami dzieje się dzisiaj. Znaczenie instalacji dla regionu jest olbrzymie. Tak nowoczesna instalacja pozwoli nam w pełny, profesjonalny i odpowiedzialny sposób postępować z odpadami od momentu ich wyprodukowania, poprzez przywiezienie tutaj, odzyskanie dużej ilości frakcji odpadów, aż po wyprodukowanie paliwa RDF i zdeponowanie na składowisku tego, co pozostanie.

Budowa instalacji rozpoczęła się jesienią ubiegłego roku i – łącznie z wyposażaniem w specjalistyczne urządzenia sortująco-przetwarzające – trwała około siedmiu miesięcy.

Małe polskie firmy wyposażone w sprzęt informatyczny na światowym poziomie. Chętnie w niego inwestują, ale nie wykorzystują jego możliwości

Przemysław Szuder, dyrektor działu Small & Medium Business Solutions and Partners, Microsoft Polska
Przemysław Szuder, dyrektor działu Small & Medium Business Solutions and Partners, Microsoft Polska

Nawet najmniejsze polskie firmy są wyposażone w nowoczesny sprzęt informatyczny i nie odbiegają pod tym względem od przedsiębiorstw z rozwiniętych krajów świata. Gorzej jednak wygląda wykorzystanie tego sprzętu. Większość nie używa funkcji, które pomogłyby im zwiększyć sprzedaż i zdobyć nowe rynki albo przynajmniej ułatwić i usprawnić pracę.

Polskie mikro- i małe firmy, czyli zatrudniające nie więcej niż 50 pracowników, mają do dyspozycji tyle laptopów, tabletów i smartfonów, ile firmy z zachodniej Europy.

Zostały poniesione inwestycje, czyli właściciele wydali już pieniądze na te urządzenia mówi agencji informacyjnej Newseria Przemysław Szuder, dyrektor działu Small & Medium Business Solutions and Partners, Microsoft Polska.  Jednocześnie, jeśli spojrzymy na dane, które pokazują, jak te urządzenia są wykorzystywane, a przede wszystkim, czy te urządzenia, które z natury są mobilne, mają umożliwić pracownikowi pracę z dowolnego miejsca, niekoniecznie zza własnego biurka czy biura, to z tym jest ewidentnie słabo.

Zaledwie 29 proc. małych polskich firm wykorzystuje rozwiązania informatyczne, które pozwalają wystawić klientowi fakturę spoza własnego biura albo złożyć zamówienie na produkt spoza własnego biura. Pod tym względem wg badania Ipsos Mori jesteśmy przedostatni w UE. To oznacza, że nie korzystamy z atutów, które doceniają szczególnie przedsiębiorcy z małych państw, które jak my próbują dogonić bogatą część kontynentu. Firmy z krajów bałtyckich oraz ze Słowacji i Słowenii są dużo bardziej zaawansowane jeżeli chodzi o poziom zaawansowania usług cyfrowych.

One mają dokładnie te same urządzenia do dyspozycji, ale lepiej rozumieją, że żeby ten tablet czy smartfon był mobilny, to potrzebne są również usługi cyfrowe, które pozwolą na komunikację z dowolnego miejsca, na dostęp do naszych dokumentów i systemów, na komunikowanie się oraz zabezpieczenie swoich danych zwraca uwagę Przemysław Szuder. Poziom świadomości jest w tych krajach zdecydowanie wyższy. Niestety, to odzwierciedla się we wszelakich rankingach innowacyjności polskich firm.

Firmy, które nie wykorzystują atutów nowoczesnych technologii, praktycznie stoją w miejscu. Koncentrują się na utrzymaniu się na rynku, bo na rozwój mają znacznie mniejsze szanse niż firmy cyfrowe, które korzystają z technologii informatycznych.

To firmy, które się rozwijają, które są nastawione na rozwój, dla których ważne jest to, żeby zwiększać udziały w rynku, zwiększać sprzedaż, żeby dzięki temu więcej zarabiać i docelowo, żeby wartość firmy w długim okresie rosła podkreśla dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan. To są firmy, dla których ważne jest budowanie pozycji konkurencyjnej w oparciu tylko o jakość, o szycie na miarę. Ważne jest zindywidualizowane podejście do klienta, specjalizacja i budowanie wizerunku firmy. To jest naprawdę inny model biznesowy, który daje szanse nawet 3-5 osobowej firmie na to, żeby zaistnieć globalnie, bo technologie takie szanse dają.

Tymczasem przeszkody w korzystaniu z nowoczesnych technologii są niemal wyłącznie mentalne. Obecnie wejście w świat cyfrowy jest tanie i proste. Koszty stworzenia własnej strony internetowej zaczynają się od 30 złotych rocznie.

To bardzo niewiele na pierwszy rok, żeby spróbować, zobaczyć, czy działa, zacząć używać i spróbować ściągnąć do siebie klientów zwraca uwagę Marta Puczyńska, dyrektor działu sprzedaży i marketingu w home.pl. Próg wejścia, żeby zaistnieć w e-świecie, jest naprawdę niski i dostępny dla każdego. Oczywiście mamy świadomość tego, że kiedy klient się rozwija i jego przychód rośnie, to te rozwiązania także mogą być rozbudowywane, mogą być po prostu przedłużane na kolejne lata. Jeśli chodzi o reklamę internetową, można zacząć od niewielkich pakietów, dostępnych np. tylko regionalnie. To jest koszt rzędu kilkuset złotych, na jakich czas.

Microsoft, home.pl oraz Konfederacja Lewiatan próbują zachęcić właścicieli małych polskich firm, by podjęli ten wysiłek. Dla nich zorganizowali konkurs Firmowe (R)ewolucje. Zachęcają  przedsiębiorców, by opowiedzieli, jak technologia może usprawnić ich biznes, jakie rezultaty rynkowe i finansowe mogą dzięki temu osiągnąć.

Chcemy nagrodzić inwestując w te najlepsze, najciekawsze zgłoszenia wyposażając tych przedsiębiorców w tę technologię, począwszy od urządzeń ultra mobilnych, tabletów, smartfonów, poprzez pakiet usług cyfrowych, które pozwolą im te urządzenia należycie wykorzystać, ale również oferując im know how, doradzając im jak w ich otoczeniu, jak w ich biznesie mogą najlepiej konkurować w użyciu technologii informuje Przemysław Szuder z Microsoft Polska.

Milion Polaków więcej niż rok temu wyjedzie na wakacje. Większość spędzi urlop w Grecji i Chorwacji

Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance
Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance

Ponad połowa Polaków wyjedzie w tym roku na letnie wakacje. To o milion osób więcej niż w ubiegłym roku. Zdecydowana większość Polaków urlop spędzi w kraju, a 1/3 wybierze się za granicę. Najpopularniejsze zagraniczne destynacje to niezmiennie Grecja, Chorwacja, Włochy i Hiszpania. Podczas urlopu Polacy nie zamierzają ryzykować – blisko 70 proc. wyjeżdżających wykupi ubezpieczenie turystyczne.

Z raportu firmy Mondial Assistance wynika, że tego lata na wakacje wyjedzie 16 milionów Polaków, czyli o milion więcej niż rok temu. Na wyjazd decydują się głównie osoby w wieku poniżej 60 lat, mieszkające w dużych miastach, posiadające wyższe wykształcenie lub studiujące. Urlop za granicą wybierają częściej Polacy w wieku 18-29 lat. Większość wyjeżdżających poza Polskę planuje spędzić na wakacjach 12-13 dni, czyli o jeden dzień dłużej niż w 2014 roku.

– Dominują wyjazdy dwuosobowe, 45 proc. osób deklaruje, że jedzie w parze, 25 proc. to single. Singli najbardziej przybywa w stosunku do zeszłego roku, bo było ich 18 proc., a teraz jest 25. Wydatki na urlop krajowy są niezmienne, ok. 1320 zł na osobę. Podwyższyły się natomiast wydatki na wyjazd zagraniczny o 250 zł i jest to obecnie 2,6 tys. zł, czyli dwa razy tyle, co w kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance.

Zdecydowana większość Polaków tegoroczne wakacje spędzi w Polsce, ale 1/3 zdecydowała się na zagraniczny wyjazd. Najpopularniejsze kierunki zagraniczne to niezmiennie Grecja, Chorwacja, Włochy i Hiszpania, które wybiera ponad połowa badanych. 61 proc. osób, które wyjadą za granicę, jako środek lokomocji wybierze samolot, a 21 proc. samochód. Autokary cieszą się popularnością raczej wśród zwolenników wycieczek objazdowych. W ten sposób Europę planuje zwiedzić 18 proc. Polaków. Połowa tegorocznych urlopowiczów wybierających się za granicę samodzielnie zorganizuje wyjazd, a połowa skorzysta z pomocy biura podróży.

– Chcemy jechać z biurem, w którym już byliśmy, a przynajmniej wtedy, jeżeli było dobrze. Bardzo istotny jest internet – szukamy w internecie opinii, kto co przeżył. Aczkolwiek, w internecie raczej pisze się negatywnie, w związku z tym ten wybór jest zwykle negatywny. Czyli dobrze świadczy, jeśli o kimś nie piszą. Natomiast trzecim kryterium jest już bliższy krąg znajomych i rodziny lub po prostu słuchamy, jak poszło innym – mówi Tomasz Frączek.

Połowa Polaków nie ma żadnych obaw w związku z zagranicznym wyjazdem. Pozostali obawiają się problemów zdrowotnych, wypadku, złej pogody, a także zamieszek i aktów terroru w miejscu docelowym. Aż 67 proc. wyjeżdżających deklaruje chęć zakupu ubezpieczenia turystycznego. Osoby, które rezygnują z tego typu polisy, uważają, że jest to niepotrzebny koszt, są już ubezpieczone bądź nigdy nie korzystają z jakiejkolwiek formy ubezpieczenia. Na wakacje polisy wykupują zwłaszcza ludzie między 30. a 49.  rokiem życia. Ubezpieczają się przede wszystkim od kosztów leczenia, a więc wizyt u lekarza, i pobytów w szpitalu. Popularne jest także ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków.

– Ubezpieczamy się od odpowiedzialności cywilnej. Może się zdarzyć, że komuś niechcący wyrządzimy krzywdę, choćby w sklepie czy supermarkecie. To też jest w pakietach ubezpieczeń turystycznych. I wreszcie ubezpieczamy się od odwołania podróży. Oznacza to, że jeżeli byśmy np. ze względów zdrowotnych bądź losowych nie mogli brać udziału w wycieczce, to ubezpieczając się, nie poniesiemy z tego tytułu straty – mówi Tomasz Frączek.

14,5 miliona Polaków nie wyjedzie tego lata na wakacje. To o półtora miliona mniej niż rok temu. Najczęstszą przyczyną rezygnacji z urlopu są problemy finansowe: aż 49 proc. niewyjeżdżających osób, czyli o 8 proc. więcej niż w roku ubiegłym, twierdzi, że na wakacje ich nie stać. Wśród pozostałych powodów znajdują się m.in. problemy zdrowotne, brak urlopu w pracy, inne obowiązki oraz konieczność przeznaczenia pieniędzy na inny cel, np. kupno lub remont mieszkania.

Dzięki mediom społecznościowym rośnie liczba psich adopcji. Na Facebooku i Twitterze codziennie pojawia się tysiąc wpisów na ten temat

Łukasz Jadaś, ekspert ds. badań internetu i mediów społecznościowych w Instytucie Monitorowania Mediów
Łukasz Jadaś, ekspert ds. badań internetu i mediów społecznościowych w Instytucie Monitorowania Mediów

W mediach społecznościowych codziennie pojawiają się wpisy zachęcające do adopcji bezdomnych psów. W kwietniu i maju pojawiło się 40 tys. publicznych postów – najwięcej na Facebooku i Twitterze. Zwiększa to szanse bezdomnych czworonogów, zwłaszcza że od 2005 roku liczba porzuconych zwierząt wzrosła o 25 proc., a liczba psów czekających na adopcję – do 100 tys.

Z badań Instytutu Monitorowania Mediów oraz serwisu KarmiePsiaki.pl wynika, że codziennie w serwisach społecznościowych pojawia się ponad tysiąc ogłoszeń związanych z adopcją psów. Polacy kochają zwierzęta. Nad Wisłą ponad 5,5 mln czworonogów znalazło swoje domy, ale jednocześnie wiemy, że dziesiątki tysięcy zwierząt wciąż czekają na adopcję w schroniskach – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Jadaś, ekspert ds. badań internetu i mediów społecznościowych w Instytucie Monitorowania Mediów.

IMM monitorował komentarze, w których pojawiały się zwroty „pies do adopcji”, „szczeniak szuka domu”, „psiak szuka właściciela” i 50 innych najczęściej używanych słów związanych z zagadnieniem psich adopcji. Z badań przeprowadzonych wspólnie z serwisem KarmiePsiaki.pl wynika, że w kwietniu i maju w sieci pojawiło się blisko 40 tys. publicznych wpisów zachęcających do adopcji bezdomnego psa. Przodują w tym media społecznościowe. Zdecydowana większość postów (32 tys.) została zamieszczona na Facebooku, gdzie oprócz zdjęcia czworonoga pojawia się dramatyczna historia jego życia. Bezdomnym psom sprzyja również Twitter, choć tam ogłoszeń jest znacznie mniej, bo ok. 7 tys.

Analizując rozmowy w mediach społecznościowych, zauważyliśmy, że występuje bardzo silny nurt, bardzo duża chęć promowania adopcji zwierząt właśnie przez Facebooka czy Twittera – wskazuje ekspert. – Z naszego podsumowania wynika, że tego typu treści udostępnione były łącznie ponad 2 mln razy. Czyli informacja o tym, że możemy się zgłosić do danego schroniska, chcąc zaadoptować psa, trafia do bardzo szerokiej rzeszy Polaków.

Często informacje publikują schroniska lub związani z nimi wolontariusze, zwiększając szanse na adopcje. Schroniska są przepełnione. Dane Najwyższej Izby Kontroli wskazują, że rośnie liczba porzucanych zwierząt, od 2005 roku o 25 proc. Na właścicieli czeka już 100 tys. psów. Co czwarte zwierzę w schronisku umiera, a w gminach 80 proc. pieniędzy przeznaczonych na bezdomne czworonogi zgarniają hycle. Jak podkreśla Jadaś, wpływ mediów społecznościowych jest nie do przecenienia, bo większość organizowanych tam wydarzeń kończyła się sukcesem, czyli adopcją.

Z informacji, które mamy od schronisk, wynika, że to właśnie strony internetowe oraz media społecznościowe są źródłem, dzięki któremu Polacy trafiają na konkretnego psa. Trafiliśmy na wiele przypadków, w których to osoby prywatne angażowały się bezpośrednio w pomoc albo konkretnemu psu, organizując wydarzenie na Facebooku, albo schronisku poprzez organizację wydarzenia na rzecz bezdomnych zwierząt, pomagając im w ten sposób w znalezieniu domu – tłumaczy ekspert z IMM.

Apel o inwestowanie w małe przetwórnie

Apeluję do rolników o inwestowanie w małe przetwórnie. To pewna szansa na dodatkowe dochody, bo konsumenci kochają wiejską żywność – powiedział minister rolnictwa i rozwoju wsi Marek Sawicki podczas konferencji prasowej w Centrum Doradztwa Rolniczego w Radomiu. Takie inwestycje mogą liczyć na dofinansowanie z programu LEADER w wysokości 100 tyś. zł, a z programu „Wsparcie inwestycji w przetwarzanie produktów rolnych, obrót nimi lub ich rozwój” maksymalna kwota pomocy to 300 tys. zł.

Fot. Minister Marek Sawicki
Fot. Minister Marek Sawicki

– Deflacja w maju to dobra informacja dla konsumentów, którzy będą płacić mniej za żywność. Mniej zadowoleni są rolnicy, którzy otrzymają mniej za swoją pracę. Aby bronić ich dochodów proponujemy inwestycje w działalność marginalną, ograniczoną oraz lokalną, czyli tzw. MOL-e. To małe przetwórnie żywności, które mogą korzystać z surowców wyprodukowanych w gospodarstwie rolnika – tłumaczył Marek Sawicki.

Spotkanie z dziennikarzami odbyło się w Centrum Praktycznego Szkolenia w Zakresie Małego Przetwórstwa. To, funkcjonujący od 2010 r. w ramach Centrum Doradztwa Rolniczego, ośrodek szkoleniowy, gdzie każdy rolnik może poznać teoretyczne oraz praktyczne tajniki przetwórstwa, na poziomie gospodarstwa. Do tej pory z takich szkoleń skorzystało 7,5 tys. rolników.

Zdecydowana większość polskich rolników sprzedaje produkty ze swoich gospodarstw w postaci surowców (zboża, żywiec, owoce), w efekcie czego otrzymuje za nie cenę dużo niższą w porównaniu z tą, jaką można otrzymać przy sprzedaży produktów przetworzonych. Przetwórstwo na poziomie gospodarstwa pozwala na zwiększenie dochodów, bo rolnik może zatrzymać marżę, którą do tej pory zabierał mu przetwórca, a potem hurtownik. To po pierwsze. Po drugie – klienci coraz częściej szukają czegoś innego niż masowa produkcja pochodząca z wielkich zakładów przemysłowych. Coraz popularniejsza jest żywności produkowana metodami tradycyjnymi, która wyróżnia się nie agresywnym marketingiem, ale wybitnymi walorami smakowymi i zdrowotnymi. I tu pojawia się ogromna szansa dla rolników. Warunek jest jeden – trzeba sprostać wymaganiom konsumentów i postawić na jakość i bezpieczeństwo żywności. Działalność marginalna, ograniczona i lokalna gwarantuje taki sukces i jest uzupełnieniem tzw. sprzedaży bezpośredniej, która wchodzi w życie 1 stycznia 2016 r.

W Centrum Praktycznego Szkolenia w Zakresie Małego Przetwórstwa w Radomiu na własne oczy można zobaczyć np. małą wędzarnię. Jej koszt to wydatek rzędu 30 tys. zł, wydajność 200 kg produktów dziennie. Wędzarnia spełnia wszystkie rygorystyczne unijne normy dotyczące zawartości substancji rakotwórczych w produktach mięsnych.

– Dotychczas na prowadzenie działalności marginalnej, lokalnej i ograniczonej zdecydowało się 2103 podmiotów. Liczymy, że po uruchomieniu programów dofinansowujących takie inwestycje, ich liczba znacznie wzrośnie – powiedział Marek Sawicki.

Minister rolnictwa poinformował także o wciąż trwającej ofensywie dyplomatycznej, której celem jest otwieranie nowych rynków zbytu dla polskiej żywności. W ostatnim czasie Inspekcji Weterynaryjnej udało się wynegocjować m.in. otwarcie indyjskiego rynku dla polskiego mleka oraz uzyskać możliwość eksportu wieprzowiny do Egiptu.

 

Raiffeisen Polbank na celowniku Chińczyków

Fundusz inwestycyjny Fosun International ostrzy sobie zęby na Raiffeisen Polbank. Jak donosi Reuters, Chińczycy są zainteresowani kupnem banku i mieli już spotkać się z przedstawicielami instytucji. W ewentualnej transakcji może jednak przeszkodzić Komisja Nadzoru Finansowego.

Fosun International to jeden z największych chińskich biznesów znajdujących się w prywatnych rękach. Firma działa jednocześnie w sektorze finansowym oraz niefinansowym (m.in. branży farmaceutycznej i przemyśle ciężkim). Do Chińczyków należy m.in. Club Med, francuska sieć kurortów all-inclusive przejęta w lutym tego roku.

Fundusz, jak donosi Reuters powołując się na dobrze poinformowane źródła, zainteresowany jest kupnem Raiffeisen Polbanku. Zdaniem cytowanego przez agencję anonimowego bankowca, Chińczycy mieli już odbyć spotkania z zarządem i innymi przedstawicielami banku. Banku chce pozbyć się Raiffeisen Bank International, który stara się w ten sposób poprawić wskaźniki kapitałowe.

Przywoływani przez Reuters analitycy wskazują, że nowy inwestor może mieć problem z uzyskaniem zgody Komisji Nadzoru Finansowego. Regulator już nie raz dał wyraz niechęci do funduszy jako inwestorów strategicznych w polskim sektorze bankowym. Z tego powodu preferowanym kupcem pozostaje PZU, który ogłosił niedawno zamiar budowy własnej grupy.

Raiffeisen Polbank ma również znaczący portfel walutowych kredytów hipotecznych (w tym pochodzących z przejętego wcześniej Polbanku EFG). To czynnik ryzyka, który sprawia, że nadzór będzie bacznie przyglądać się kandydatom do ewentualnej transakcji. Zainteresowanie ze strony Chińczyków może jednak skomplikować plany PZU i wpłynąć na cenę banku, zauważa Reuters.

MdM na rynku wtórnym pomoże mniejszym miastom

Tylko 1,5 proc. krakowskich i warszawskich mieszkań z rynku wtórnego mieści się w limitach cenowych „Mieszkania dla młodych” dla mieszkań z drugiej ręki. Największą korzyść z dołączenia rynku wtórnego do programu odniosą osoby kupujące mieszkania w niewielkich miastach.

Podczas ubiegłotygodniowego posiedzenia podkomisji obradującej nad nowelizacją ustawy o Mieszkaniu dla Młodych przyjęto pomysł włączenia do programu rynku wtórnego. Jak dotąd z dopłat mogli skorzystać tylko klienci kupujący mieszkania od deweloperów, dodanie do tego możliwości zakupu lokalu z drugiej ręki będzie zmianą rewolucyjną. Home Broker oraz portal Domiporta.pl przyjrzały się dostępności mieszkań z rynku wtórnego na zróżnicowanych rynkach, wnioski są niezwykle ciekawe.

Niższe limity dla rynku wtórnego

Wg pomysłu podkomisji sejmowej, mieszkania z rynku wtórnego mają mieć inne limity cen kwalifikujące nieruchomość do dopłat niż rynek pierwotny. Różnica to ok. 20 proc., choć proponowano nawet stawki niższe o 30 proc. W efekcie w Warszawie limit dla rynku pierwotnego wynosi 6 588,32 zł, a przy tych założeniach na rynku wtórnym będzie to 5 390,44 zł (lub 4791,50 zł dla pesymistycznego wariantu). – Niskie limity budzą sporo kontrowersji, bo podaż mieszkań spełniających wymogi programu będzie w wielu miastach bardzo mała względem ogólnego wolumenu – zauważa Maciej Górka z Domiporta.pl

Z danych Domiporta.pl wynika, że na warszawskim rynku wtórnym dostępnych jest ponad 42 tys. mieszkań o powierzchni do 75 mkw. (to ograniczenie ustawowe w MdM), ale tylko 642 (1,5 proc.) z nich mieszczą się w limicie 5390,44 zł, tych w cenie dla niższego limitu jest zaledwie 117, co stanowi 0,3 proc. Owszem, po wejściu w życie zmian część sprzedających prawdopodobnie obniży cenę, by zwiększyć zainteresowanie ofertą, ale nie ma co liczyć, że liczba dostępnych mieszkań pójdzie w tysiące. Wg szacunków Home Brokera w Warszawie podaż mieszkań deweloperskich w MdM to około 2-2,5 tys. lokali, czyli czterokrotnie więcej niż byłoby na rynku wtórnym wg aktualnych założeń.

W Krakowie liczby wyglądają podobnie – z ponad 11 tys. mieszkań w ofercie, w hipotetycznym limicie MdM dla rynku wtórnego (4183,20 zł) mieszczą się 163, jeśli wybrany zostanie niższy limit (3718,40 zł) będą to 94 nieruchomości. Z pięciu największych miast najlepiej pod tym względem jest w Łodzi, gdzie limity są relatywnie wysokie. Z 2,6 tys. wystawionych na sprzedaż mieszkań prawie 1200 mieści się w limicie 3694,50 zł. Nawet jeśli wybrany zostanie niższy wskaźnik (3284 zł za mkw.), to do kupienia i tak będzie 550 lokali.

W mniejszych miejscowościach, tych niesąsiadujących z aglomeracjami, w limitach mieści się duża część mieszkań, co powinno otworzyć rynek dopłat na osoby z tych miejscowości. Tam bowiem deweloperzy budują bardzo mało (lub wręcz w ogóle) i szans na uzyskanie dopłat raczej dotąd nie było. Nowelizacja ustawy może to zmienić.

Dostępność mieszkań na rynku wtórnym spełniających warunki programu „Mieszkanie dla młodych” w wybranych miastach 
Miasto Hipotetyczny limit MdM dla rynku wtórnego Średnia cena mkw. mieszkań o pow. do 75 mkw. Odsetek mieszkań w limicie
Warszawa 5 390,44 zł 7 919,60 zł 1,5%
Kraków 4 183,20 zł 6 586,21 zł 1,5%
Łódź 3 694,50 zł 3 899,60 zł 45,4%
Wrocław 4 239,00 zł 5 600,64 zł 3,0%
Poznań 4 847,40 zł 5 589,83 zł 15,7%
Gdańsk 4 338,90 zł 5 548,04 zł 9,0%
Szczecin 3 697,20 zł 4 196,86 zł 18,1%
Bydgoszcz 3 720,15 zł 3 717,65 zł 28,1%
Lublin 3 780,68 zł 4 877,54 zł 5,9%
Katowice 3 905,55 zł 4 090,64 zł 51,1%
Chojnice (pomorskie) 3 700,35 zł 2 768,75 zł 82,4%
Żyrardów (mazowieckie) 3 160,09 zł 3 124,44 zł 27,4%
Nowa Sól (lubuskie) 2 965,50 zł 2 218,67 zł 46,9%
Brzeg (opolskie) 2 885,85 zł 2 764,56 zł 6,1%
Krotoszyn (wielkopolskie) 3 438,90 zł 2 803,21 zł 29,4%
Białogard (zachodniopomorskie) 3 203,10 zł 2 285,65 zł 67,6%
Lubartów (lubelskie) 3 242,55 zł 3 232,78 zł 54,5%
Grajewo (podlaskie) 3 169,80 zł 2 789,39 zł 100,0%
Żnin (kujawsko-pomorskie) 3 050,55 zł 2 595,77 zł 100,0%
Wieluń (łódzkie) 3 008,25 zł 2 617,12 zł 27,5%
Źródło: ceny ofertowe z Domiporta.pl obniżone o 5% założenia: mieszkania o powierzchni do 75 mkw. położone w granicach miasta

W mniejszych miastach będzie łatwiej o MdM

Home Broker i Domiporta.pl sprawdziły podaż mieszkań z drugiej ręki w 10 losowo wybranych miejscowościach z całej Polski. I np. w Białogardzie, Lubartowie i Nowej Soli około połowy mieszkań wystawionych na sprzedaż mieści się w limicie. W Chojnicach, Grajewie i Żninie jest to zdecydowana większość, a jedynym sprawdzonym przez nas niewielkim miastem z bardzo niską dostępnością mieszkań z rynku wtórnego w MdM (poniżej 10 proc.) jest położony w woj. opolskim Brzeg. Jednak jest ona tam i tak kilkukrotnie wyższa od tej w Krakowie, Wrocławiu i Warszawie.

Maciej Górka z Domiporta.pl zwraca jednak uwagę na jeszcze jedno zjawisko. – Lokalne rynki, których średnie ceny metra kwadratowego plasuje się poniżej limitów, będą podnosić ceny, aby dorównać do wymagań MdM, tak jak działo się na rynku pierwotnym w Łodzi. Niestety działa to na szkodę klientów, którzy nie wspierają zakupu nieruchomości kredytem hipotecznym – mówi. Możemy więc mieć do czynienia z sytuacją, w której w jednych miastach sprzedający będą obniżać ceny, by zmieścić się w limicie (tam gdzie limit jest dość niski), a w innych podnosić, bo i tak będzie można dostać dopłaty (tam gdzie limit jest wysoki).

Przede wszystkim jednak dołączenie rynku wtórnego do programu MdM pomoże potencjalnym kupującym z małych miast, zwiększając znacząco dostęp do kredytów z dopłatą w tych lokalizacjach, gdzie wcześniej było o nie bardzo trudno. Ułatwi też życie tym, którzy w dużych miastach kupują tanie mieszkania z rynku wtórnego, choć należy pamiętać, że w niektórych lokalizacjach nieruchomości spełniających warunki programu jest niewiele.

 

Gotówka mile widziana

Warto jednak zauważyć, że wiele z tanich mieszkań jest w niskim standardzie i ich zakup wymagać będzie potem dodatkowych nakładów finansowych na remont czy choćby odświeżenie. Z drugiej strony, kupno mieszkania od dewelopera też wymaga gotówki na urządzenie i średnio jest to więcej niż w przypadku rynku wtórnego.

Home Broker wyjaśnia: Skąd biorą się limity cenowe w „Mieszkaniu dla młodych”?

Do wyznaczenia limitów wykorzystywane są wskaźniki przeliczeniowe kosztu odtworzenia 1 mkw. powierzchni użytkowej budynków mieszkalnych w danej gminie, publikowane przez wojewodów. Do obliczeń brana jest średnia arytmetyczna z dwóch ostatnich odczytów wskaźnika (zmienia się on co pół roku). Limit cenowy dla rynku pierwotnego jest tą średnią powiększoną o 10 proc., pomysł włączenia rynku wtórnego zakłada, że limit dla mieszkań z drugiej ręki będzie w/w średnią pomniejszona o 10 proc.

Wskaźniki są inne dla siedzib wojewodów i sejmików samorządowych i inne dla reszty województwa. Wyjątkiem są gminy sąsiadujące z miastami wojewódzkimi, gdzie pod uwagę brana jest średnia arytmetyczna z limitu dla stolicy województwa i reszty województwa. Z zastrzeżeniem jednak, że nie może to wskaźnik ten nie może być wyższy o więcej niż 20 procent od limitu w pozostałych gminach.

Marcin Krasoń

Analiza wydatków reklamowych branży finansowej – spadek w pierwszym kwartale 2015 roku

W pierwszym kwartale 2015 roku wydatki sektora finansów na reklamę wyniosły ponad 104 miliony złotych. To o ponad 50 milionów mniej niż w ostatnim kwartle 2014 roku i o prawie 11 w stosunku do okresu styczeń – marzec 2014 – wynika z analiz największego niezależnego domu mediowego Codemedia.

W pierwszym kwartale największym reklamodawcą w tej kategorii były banki, które wydały na reklamę swoich produktów ponad 65 milionów (63% całego budżetu). Za nimi uplasowały się instytucje finansowe przeznaczając na promocję ponad 24 miliony złotych (23%). Firmy ubezpieczeniowe poniosły z kolei wydatki na poziomie 13 milionów złotych (13%).

Kwota jaką banki przeznaczyły w ciągu trzech pierwszych miesięcy 2015 roku jest o prawie 23% niższa w stosunku do ostatniego kwartału 2014 roku, ale tylko o 2% mniejsza niż w okresie styczeń – marzec 2014. Banki najchętniej reklamowały konta, przeznaczając na ich promocję ponad 25 milionów złotych.

Instytucje finansowe również zmniejszyły swoje nakłady na reklamę o prawie 25% w stosunku do ostatniego kwartału 2015 roku i o 9% w stosunku do pierwszych trzech miesięcy 2014 roku. Podmioty te najczęściej inwestowały w reklamę produktów leasingowych i kredytowych przeznaczając na ten cel ponad 14 milionów złotych.

Wydatki sektora ubezpieczeń również spadły o 56% w stosunku do okresu październik-grudzień 2014 roku i o 31% w zestawieniu z pierwszym kwartałem 2014 roku. Firmy ubezpieczeniowe w 2015 roku intensywnie promowały ubezpieczenia komunikacyjne przeznaczając na ten cel prawie 6 milionów złotych.

Firmy z rynku finansowego najchętniej reklamują swoje usługi i produkty w telewizji, inwestując 53% swojego budżetu marketingowego – 55 milionów zł (dane I – III 2015 r, Codemedia) – właśnie w tym kanale. Kampanie reklamowe były głównie emitowane w takich stacjach jak Polsat, TVN, TVP1 i TVP2. W pierwszej szóstce znalazły się również TVN24 i Discovery Channel.

Wydatki na telewizję spadły o 36% w stosunku do ostatniego kwartału 2014, a w stosunku do okresu styczeń – marzec 2014 o 2%. 18% nakładów – ponad 18 milionów złotych – kosztowała sektor reklama on-line. Ich suma spadła o 19% w stosunku do IV kwartału 2014 roku i o 40% w stosunku do I kwartału ubiegłego roku. Najwięcej budżetów firmy lokowały w reklamę na Wp.pl, Onet.pl i Interia.pl. Jeśli chodzi o portale finansowe to pierwszą trójkę tworzą Money.pl, Biztok.pl i Bankier.pl.

Z naszego doświadczenia w realizacji kampanii dla klientów z sektora finansowego oraz pro sprzedażowego charakteru większości działań marketingowych realizowanych przez banki, instytucje finansowe i firmy ubezpieczeniowe szacujemy, że udział telewizji i Internetu będzie systematycznie rósł w tej kategorii. Są to bowiem media najlepiej wspierające charakterystyczne dla tej branży kampanie realizowane w modelu direct response – podsumowuje Piotr Bieńko, Prezes Zarządu Codemedia.

Na trzecim miejscu uplasowały się wydatki na reklamę kinową, które wyniosły ponad 7 milionów złotych (7%). Po 6% budżetów marketingowych firmy przeznaczyły na reklamę w magazynach, radiu oraz na outdoor (odpowiednio ponad 6 milionów na każdy obszar). Tylko 3% wydatków pochłonęła reklama w gazetach codziennych.

NieBezpieczne płatności internetowe

W ostatnich tygodniach coraz częściej słyszymy o atakach hackerów na instytucje finansowe, polegających na dokonaniu zmiany zdefiniowanych numerów kont bankowych do przelewu. Okazuje się, że takie sytuacje mogą się przydarzyć każdemu z nas. Istnieją jednak rozwiązania, które pozwalają chronić klientów przed konsekwencjami takich ataków.

Banki mogą nie uznać Twojej reklamacji

Warto podkreślić, że taka forma cyberataków sprawia, że zupełnie nieświadomi użytkownicy bankowości internetowej realizują swoje płatności, a w efekcie sami przelewają pieniądze na zmodyfikowane konta. Bardzo często banki nie uznają reklamacji klientów, gdyż ci posługując się smsami lub kodami jednorazowymi sami autoryzowali dyspozycje wysłania przelewów.

Trzeba przyznać, że rzadko kiedy sprawdzamy raz już zdefiniowany numer odbiorcy. Przeważnie realizując przelew klikamy odruchowo i akceptujemy odbiorcę. W końcu przecież to już kolejny przelew, który wychodzi na dany numer konta. Okazuje się, że banki nie ponoszą odpowiedzialności za sprawdzanie autoryzowanych przez klienta numerów kont. Bank nie musi też sprawdzać, czy dany numer powiązany jest z odbiorcą. Okradziony klient odchodzi więc z kwitkiem i z informacją, że nie przestrzega zasad bezpiecznego korzystania z bankowości internetowej lub ma zawirusowany komputer.

Jak się uchronić przed cyberatakami?

Większość zachowań konsumentów przenosi się do sieci. Począwszy od zakupów, rozmów z doradcami finansowymi, korzystania z bankowości internetowej. Nie sposób więc oczekiwać, że społeczeństwo zarzuci te praktyki i powróci do starych metod wypłacania i przelewania pieniędzy w przysłowiowym „okienku”. Chcąc bezpiecznie korzystać z bankowości internetowej należy przestrzegać kilku podstawowych zasad. Jeżeli dojdzie już do ewentualnego ataku hackerskiego, po pierwsze należy jak najszybciej zmienić hasła do swoich kont bankowych. Jeśli tego samego hasła używamy również do innych zasobów np. poczty mailowej, tam również należ je zmienić. Kolejnym krokiem powinna być dokładna weryfikacja transakcji bankowych dokonanych z naszego konta w danym roku kalendarzowym. Wszystkie podejrzane lub nieznane nam przelewy należy zgłosić do banku i wyjaśnić. Należy również pamiętać, aby rozsądnie i ostrożnie budować swoją tożsamość internetową tak, by nie ujawniała ona zbyt wielu informacji i nie kierowała cyberprzestępców wprost do naszego portfela.

Na rynku dostępne są rozwiązania, które niektóre banki dodają do swoich produktów. Mowa tu o ubezpieczeniu „Bezpieczne Płatności” od Europ Assistance Polska, które dotyczy płatności mobilnych i zbliżeniowych, a także gwarantuje szeroki zakres przydatnych usług. Dzięki takiemu rozwiązaniu klienci banków mogą liczyć na zwrot kosztów nieuprawnionych transakcji zbliżeniowych z wykorzystaniem skradzionej karty, zwrot kosztów nieuprawnionych transakcji w sieci, pomoc w zablokowaniu skradzionej karty, czy dostęp do całodobowego Centrum Alarmowego.

Bankowość internetowa to niezwykle przydatne rozwiązanie. Niestety dokonywanie płatności i transakcji za pomocą Internetu naraża nas na ryzyko ujawnienia danych osobowych, albo co gorsza utraty środków finansowych z naszego konta. Ubezpieczenie Bezpieczne Płatności powstało właśnie po to aby chronić klientów bankowych od takich sytuacji.” –mówi Joanna Nadzikiewicz, Dyrektor Handlowy Europ Assistance Polska.

Coraz częściej dochodzi do cyberataków

Według danych Norton by Symantec, dwie trzecie dorosłych na świecie padło ofiarą cyberprzestępstwa,. Każdego dnia dane 1,5 miliona osób są wykorzystywane bez ich zgody a roczny globalny koszt cyberprzestępczości sięga 445 mld dolarów. Jak wynika z raportu, co trzeci użytkownik Internetu w ogóle nie myśli o cyberprzestępczości i nie podejrzewa, że może stać się jej ofiarą. Co gorsza, cyberprzestępczość przenika również do urządzeń mobilnych.

Z kolei z raportu z Security Report 2015 przygotowanego przez Check Point Software Technologies wynika, że z roku na rok liczba ataków hackerskich rośnie. Dla przykładu w ciągu każdej godziny dochodzi do 106 różnego rodzaju działań o charakterze cyberprzestępczym. W stosunku do 2013 roku ich liczba wzrosła 48-krotnie.

Grupa Europ Assistance

Ytong: dom i rodzina 1995-2015 – raport i badanie społeczne

Badań dotyczących warunków mieszkaniowych, czy sytuacji rodzin w Polsce jest wiele, ale nikt nie pokusił się dotychczas o kompleksowe zbadanie więzi rodzinnych, tradycji, jak i emocji związanych z domem. Badanie społeczne i raport na ten temat zrealizowała marka Ytong, z okazji 20-lecia swojej obecności na polskim rynku.

„Ytong: dom i rodzina 1995-2015” to badanie społeczne sporządzone przez TNS oraz raport opracowany przez socjolog Magdalenę Łukasiuk z Uniwersytetu Warszawskiego. Zostały zamówione w kwietniu 2015 roku przez markę Ytong. To pierwsze tak duże opracowanie na temat domu rodzinnego w kontekście towarzyszących mu emocji, wartości oraz tradycji. Na warsztat wzięto ostatnie dwie dekady, dzięki czemu można w dużej perspektywie czasowej przyjrzeć się bliżej temu, jak zmieniało się postrzeganie domu rodzinnego.

Dom rodzinny jest w centrum naszych zainteresowań, dlatego 20-lecie marki Ytong w Polsce postanowiliśmy uświetnić poświęconym mu raportem i badaniem społecznym – tłumaczy Monika Mychlewicz, Dyrektor ds. marketingu i zarządzania procesami sprzedaży w Xella Polska, firmy produkujące bloczki Ytong. – Interesowało nas szczególnie, jak przez 20 lat zmieniała się definicja domu rodzinnego, związane z nim emocje, czy wpisane weń tradycje – dodaje Mychlewicz.

Dla socjolog ważne było połączenie w raporcie dwóch komplementarnych dziedzin: kondycji rodziny oraz przemian zamieszkiwania w Polsce w ostatnich dwóch dekadach.

Współczesne nauki społeczne włączają aspekty materialne – jak zabudowa, przedmioty czy przyroda – na równych prawach do swoich analiz. Stąd też raport ten w swoich założeniach odpowiada aktualnym tendencjom badawczym, umieszczając mieszkańców w ich przestrzeniach życiowych. Zmiany w jednym obszarze wywołują odpowiedzi w drugim. Dlatego współbieżne śledzenie obu tych obszarów badawczych daje głębszy wgląd w procesy, z którymi mieliśmy do czynienia w potransformacyjnej Polsce i które rozgrywają sie także dziś na naszych oczach – mówi Magdalena Łukasiuk.

Zamożność sprzyja rodzinie

Co trzeci respondent w kwietniowym badaniu zleconym przez markę Ytong twierdzi, że więzi rodzinne uległy w ciągu ostatnich 20 lat osłabieniu. Szczególnie wyczulone są na ten aspekt osoby starsze, powyżej 49 lat. Zauważalny jest również trend, że osoby z najuboższy gospodarstw domowych częściej deklarują osłabienie więzi. Z kolei respondenci z najzamożniejszych gospodarstw najczęściej wskazują na wzmocnienie więzi rodzinnych. Trudności finansowe, niestabilna sytuacja materialna niekorzystnie odbijają się na życiu rodzinnym milionów Polaków.

Według socjolog wyniki badań ilościowych podważają stereotypowy pogląd, iż do rodziny i tradycji najbardziej przywiązane są najniższe warstwy społeczne. – Jak się okazuje, respondenci z warstw wyższych, lepiej uposażeni i wykształceni, zajmujący wyższe pozycje w strukturze zawodowej, są mocno zaangażowani w pielęgnowanie więzi rodzinnych i kultywowanie wszystkich lub wybranych tradycji domowych. Jest to po części powiązane z posiadaniem odpowiednich warunków mieszkaniowych umożliwiających praktykowanie gościnności w kręgu rodziny, krewnych i przyjaciół – wyjaśnia Łukasiuk.

Statystyki pokazują również spadek stabilności i dezinstytucjonalizację rodziny w ostatnich dwóch dekadach. Jeszcze w 1998 roku małżeństwa z dziećmi stanowiły 61,8 % gospodarstw, w 2011 roku już tylko 49,7%. Więcej jest gospodarstw jedno- i dwuosobowych. Do tego dochodzą niekorzystne zjawiska demograficzne – spadek dzietności, tendencja do opóźnienia wieku urodzenia pierwszego dziecka, czy widoczny od ponad 20 lat brak zastępowalności pokoleń.

Tradycje, a nowe wzorce

Polacy słyną z zamiłowania do licznych tradycji i świąt obchodzonych w gronie rodziny. Ponad 80% badanych zadeklarowała kultywowanie wszystkich lub wybranych tradycji wyniesionych z domu. Ale 12% respondentów nie jest do nich w ogóle przywiązanych. Istotnie więcej kobiet niż mężczyzn uważa tradycje rodzinne za ważne. Tradycjom najwierniejsze są osoby starsze, w grupie powyżej 60 lat odsetek ten jest najwyższy. Najmłodsze grupy wiekowe częściej prezentowały postawę wybiórczą.

Raport odnosi się także do nowych trendów związanych z zamieszkiwaniem nierodzinnym. – Jakkolwiek statystycznie niewielkie, to jednak kulturowo istotne są tendencje do zamieszkiwania w formacjach innych niż tradycyjna rodzina dwupokoleniowa. W opracowaniu wspomina się o wzroście liczby nierodzinnych gospodarstw domowych, których mieszkańcy mogą być spokrewnieni (np. rodzeństwo, dziadek z wnukiem) lub niespokrewnieni, jak w przypadku wspólnego zamieszkiwania seniorów czy też niedomów użytkowanych przez migrantów – opisuje socjolog.

Dom, czyli rodzinność

Dom czy mieszkanie jawi się Polakom przede wszystkim jako miejsce realizacji funkcji rodzinnych. Dla 63% badanych rodzinność jest podstawowym skojarzeniem z pojęciem domu. W nieco większym stopniu dotyczy to mieszkańców wsi, a nieco mniejszym – mieszkańców największych miast. Wraz z wykształceniem i dochodem rośnie także skłonność do kojarzenia domu z oazą prywatności i intymności. Wśród badanych z miast powyżej 200 000 mieszkańców częściej pojawiały się wskazania na dom jako azyl od zewnętrznego świata, charakteryzujący się komfortem i stanowiący składnik kapitału. Wśród kategorii zawodowych największy nacisk na prywatność i azyl kładli urzędnicy, zaś menadżerowie myśląc o domu nieco częściej wskazywali na aspekt majątkowy i prestiżowy, ale także – co ciekawe – na możliwość samorealizacji.

Po pierwsze funkcjonalność

Preferencje Polaków w wyborze własnego lokum są natury pragmatycznej. Większość kieruje się na pierwszym miejscu ceną, poza tym funkcjonalnością i zapewnieniem przestrzeni dla każdego domownika. Respondenci, którzy zaobserwowali w ostatnich 20 latach zacieśnienie więzi rodzinnych, stosunkowo częściej wskazywali na walor wspólnej przestrzeni integrującej wszystkich mieszkańców. W ostatnich dwóch dekadach najwyraźniej poprawę swoich warunków mieszkaniowych odnotowali 30-, 40-latkowie, menadżerowie i urzędnicy.

W badaniu respondenci, których warunki mieszkaniowe się polepszyły, deklarują równocześnie intensyfikację relacji z rodziną. Wskazuje to na powiązanie obu tych kwestii oraz na niezbywalny walor domu jako miejsca, w którym więzi z rodziną są podtrzymywane, pielęgnowane i praktykowane – tłumaczy Łukasiuk.

###

Informacje o raporcie „Ytong: dom i rodzina 1995-2015”

Metodologia przygotowania raportu autorstwa socjolog Magdaleny Łukasiuk zakłada wykorzystanie trzech typów źródeł, traktowanych komplementarnie. Pierwszą z technik jest desk research, a więc analiza istniejących danych, materiałów, raportów i opracowań związanych z tematyką badania. Drugim źródłem są wyniki ogólnopolskiego badania społecznego wykonanego przez TNS na zlecenie marki Ytong. Trzecim źródłem wykorzystywanym w analizach są publikacje naukowe, głównie socjologiczne i demograficzne, traktujące o tematyce rodzinnej i problematyce zamieszkiwania w różnych kontekstach. Dzięki wykorzystaniu wymienionych trzech typów źródeł analizy są pełniejsze i bardziej zniuansowane, a przy tym spełniony zostaje metodologiczny postulat triangulacji.

Badanie społeczne zostało przeprowadzono przez TNS w dniach 27 marca– 1 kwietnia 2015 r. w oparciu o technikę CAPI, w trakcie wywiadu osobistego (face-to-face), w domach respondentów. Omnibus przeprowadzony został na reprezentatywnej, ogólnopolskiej próbie 1000 osób w wieku 15+. Próba ma charakter losowo-kwotowy.

Zarządzanie nieruchomościami z punktu widzenia właścicieli i deweloperów

Każdy specjalista mający doświadczenie w zarządzaniu nieruchomościami w imieniu dewelopera wie, że podjęcie wszelkich decyzji, zarówno operacyjnych i technicznych, jak i tych związanych z najmem czy marketingiem, wymagają głębokiego namysłu i indywidualnego podejścia. 

Christopher Rasiewicz, dyrektor Zespołu Zarządzania Nieruchomościami w firmie DTZ
Christopher Rasiewicz, dyrektor Zespołu Zarządzania Nieruchomościami w firmie DTZ

— Kiedy klient powierza swoją nieruchomość — czy to nowo wybudowaną, czy istniejący już obiekt — zewnętrznej firmie zarządzającej, chce mieć pewność, że zarządca zapewni taki sam poziom zaangażowania i nastawienia na wyniki, jakiego zlecający wymaga od swojego personelu. Jeśli firma zarządzająca potrafi rzetelnie spełnić wymagania dotyczące sprawozdawczości, a jednocześnie odpowiednio zinterpretować rezultaty i dostosowywać do nich działania najlepiej wykwalifikowanych, przedsiębiorczych pracowników, to spełni oczekiwania nawet najbardziej wymagających właścicieli nieruchomości i deweloperów  mówi Christopher Rasiewicz, dyrektor Zespołu Zarządzania Nieruchomościami w firmie DTZ.

— Zarówno klient, jak i zarządca mogą odnieść wymierne korzyści ze współpracy. Duże fundusze nieruchomości komercyjnych oszczędzają czas i unikają przestojów w pracy zarządców, wynikających np. z konieczności naprawy błędów czy poszukiwania i precyzowania brakujących lub niejasnych informacji zawartych w raportach. Dodatkową korzyścią może być też wdrożenie kreatywnych rozwiązań, które stanowią wartość dodaną. Z kolei zarządca buduje swoją reputację i może liczyć na kolejne zlecenia  dodaje Rasiewicz.

— To wszystko jest możliwe tylko w firmie o dobrze zorganizowanej strukturze, gdzie zwierzchnicy przekazują pracownikom swoje cenne doświadczenia, wspierając ich przy tym i zachęcając do kreatywności. Ważną rolę odgrywają również systemy informatyczne. Na międzynarodowym rynku zarządzania nieruchomościami skuteczna kontrola danych i prawidłowe raportowanie przy obsłudze dużych portfeli jest możliwe tylko przy użyciu sprawdzonych, najbardziej wydajnych systemów podsumowuje Rasiewicz.

 

Czerwiec najlepszym miesiącem dla szukających mieszkania

Poszukiwanie lokalu do wynajęcia to prawdziwa udręka. A to za brzydki, a to za drogi, a to za bardzo oddalony od miejsca pracy lub uczelni. Jeśli chcemy trafić na mieszkanie, które spełni wszystkie nasze oczekiwania, powinniśmy zacząć szukać go już teraz.

„Czerwiec jest najlepszym miesiącem na znalezienie lokalu. Duży wolumen mieszkań się zwalnia. Do obrotu, na rynek wchodzi ich znaczna liczba, więc właściciele próbują rywalizować między sobą ceną” – mówi serwisowi infoWire.pl ekspert ds. spraw nieruchomości Maciej Górka z serwisu Domiporta.pl. Jednym słowem mamy duży wybór i czas, żeby znaleźć dogodną lokalizację oraz wynegocjować zadowalający nas czynsz.

Najczęściej ofert mieszkaniowych szukamy, oczywiście, w internecie, głównie na serwisach ogłoszeniowych. Nie warto ograniczać się tylko do jednego z nich. Odwiedźmy co najmniej klika, aby mieć z czego wybierać. Bardzo pomocne w znalezieniu dobrego lokalu mogą okazać się także portale społecznościowe.

Podczas poszukiwań mieszkania powinniśmy zachować szczególną ostrożność, aby nie dać się oszukać. Gdy już znajdziemy atrakcyjne ogłoszenie, należy sprawdzić, czy jego nadawca faktycznie jest właścicielem lokalu. Następnie trzeba udać się na miejsce i zobaczyć mieszkanie na własne oczy.

Po sprawdzeniu wszystkiego możemy przejść do podpisania umowy. Jest to bardzo ważne, ponieważ nadaje ona najemcy pewne uprawnienia, zapewnia egzekwowanie praw od właściciela lokalu i reguluje kwestię rozliczeń między obiema stronami. Na pewno nie warto ryzykować i wynajmować na czarno.

Raport o wypadkach drogowych w polskich miastach w 2014 roku

Łódź najniebezpieczniejsza, Warszawa najbardziej „zabójcza”

Jak wynika z najnowszego raportu porównywarki ubezpieczeń mfind, w 2014 roku w Łodzi doszło do największej liczby wypadków. Kolizje kończyły się jednak najtragiczniej w stolicy Polski.

Łódź znowu najbardziej niebezpieczna

Zespół porównywarki ubezpieczeń mfind już po raz drugi przygotował raport o wypadkach drogowych w polskich miastach wojewódzkich. Podobnie jak w zeszłym roku, w zestawieniu najgorzej wypadła Łódź. W tym mieście doszło do największej liczby wypadków (1790) oraz odnotowano najwięcej nietrzeźwych sprawców kolizji (42). Z kolei Warszawie po raz kolejny przypadł niechlubny tytuł najbardziej „zabójczego” miasta w Polsce. W stolicy w wypadkach zginęły 62 osoby. Należy jednak zaznaczyć, że w 2013 roku ofiar śmiertelnych było jeszcze więcej – aż 72.

W Toruniu na drodze możesz być spokojny

W raporcie najlepiej wypadł Toruń, w którym odnotowano 65 wypadków, a na 10 tys. mieszkańców przypadają zaledwie trzy kolizje. W 2014 r. najmniej osób zginęło w Kielcach oraz Zielonej Górze (po trzy ofiary śmiertelne). Pamiętajmy jednak, że rok wcześniej, w tym ostatnim mieście, żaden wypadek nie skończył się tak tragicznie.

Gorzów Wielkopolski coraz bezpieczniejszy

W porównaniu z 2013 rokiem, sytuacja na drogach najbardziej poprawiła się w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie odnotowano aż o 26% mniej wypadków. Co ciekawe, pod tym względem najgorzej wypadł… najbezpieczniejszy Toruń. Jednak wzrost liczby wypadków aż o 51% był tam związany z wyjątkowo dobrym 2013 rokiem (tylko 43 kolizje).

Polacy nie lubią ustępować pierwszeństwa

Po raz kolejny najczęstszą przyczyną wypadków było nieudzielenie pierwszeństwa przejazdu (aż 8 miast), a drugą w kolejności – nieprawidłowe zachowanie wobec pieszego. Co ciekawe, nadmierna prędkość była główną przyczyną kolizji tylko w Katowicach.

– Statystyki policyjne są optymistyczne – od roku 2011 wypadków na terenie Polski jest coraz mniej. Zmniejszenie liczby wypadków oraz ofiar śmiertelnych wynika ze znacznej poprawy jakości polskich dróg. Miasta zyskują obwodnice i bezkolizyjne skrzyżowania. Polacy jeżdżą też coraz lepszymi, a więc bezpieczniejszymi samochodami, co sprawia, że nawet gdy dochodzi do wypadków, nie są one tak tragiczne w skutkach jak jeszcze kilka lat temu. Na mapie naszego kraju są niestety w dalszym ciągu takie miasta jak Łódź, która musi nadrobić wieloletnie zaniedbania w zakresie infrastruktury drogowej, aby jazda po tym mieście była bezpieczna. Akademia ubezpieczeń mfind co roku będzie sprawdzać, jak zmieniają się polskie miasta pod względem bezpieczeństwa ruchu drogowego – zapowiada Dominika Grabek, redaktor naczelna serwisu.

GIODO przeprowadzi kontrolę w PlusBanku

Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych przeprowadzi, w najszybszym możliwym terminie, kontrolę w PlusBanku. To pokłosie zeszłotygodniowych doniesień o wycieku danych klientów instytucji.

Ustawa o ochronie danych osobowych zobowiązuje podmioty podlegające jej rygorom do dbałości o wrażliwe informacje w taki sposób, aby podmioty nieuprawnione nie miały do nich dostępu. „Za nieprzestrzeganie zasad ochrony danych osobowych ustawa o ochronie danych osobowych przewiduje odpowiedzialność karną (art. 49 – art. 54). Przykładowo, za niewłaściwe zabezpieczenie danych osobowych, czego konsekwencją jest ich zabranie przez osobę nieuprawnioną lub ich uszkodzenie czy zniszczenie, grozi grzywna, kara ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2” wskazuje w przesłanym do redakcji oświadczeniu rzecznik GIODO. Jednocześnie informuje, że każda sprawa wycieku danych wymaga indywidualnej oceny, a incydent może być np. wynikiem kradzieży.

W zeszłym tygodniu serwis „Zaufana Trzecia Strona” ujawnił, że w PlusBanku doszło prawdopodobnie do włamania do systemu informatycznego. Haker miał dostęp do serwera obsługującego bankowość internetową i zdołał pobrać dane dotyczące produktów i transakcji pewnej grupy klientów. Włamywacz zażądał okupu, grożąc ujawnieniem w sieci zdobytych informacji. Swoją groźbę spełnił w piątek 3 umieszczając na forum w sieci Tor paczkę danych dotyczącą klientów biznesowych banku.

Rzecznik GIODO wskazuje, że działania włamywacza są bezprawne. „ Zgodnie bowiem z art. 49 ust. 1 ustawy o ochronie danych osobowych, każdy ‘kto przetwarza w zbiorze dane osobowe, choć ich przetwarzanie nie jest dopuszczalne albo do których przetwarzania nie jest uprawniony, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2’. Przy czym odpowiedzialności tej podlega nie tylko osoba, która dane wykradła, ale również i ta, która wykorzystując możliwość dostępu do nich w jakikolwiek sposób je przetwarza, np. podaje dalej do publicznej wiadomości” czytamy w przesłanym redakcji stanowisku.

autor: Michał Kisiel

Paweł Dawidek: o e-skoku na polski bank: włamywacz zagroził sprzedażą danych klientów

Przerwa w pracy i podczas realizacji codziennych obowiązków istotnie wpływa na nasze dobre samopoczucie

Padł rekord zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw

GUS poinformował, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło w maju 4002,16 zł (2854 zł) i było o 3,2% wyższe niż przed rokiem. Zatrudnienie w firmach zatrudniających ponad 9 osób ustanowiło nowy rekord .

– W maju przeciętne zatrudnienie wyniosło 5.577,2 tys., co było wynikiem o 2,1 tys. wyższym niż w kwietniu i 1,1% wyższym niż przed rokiem. To najwyższy stan zatrudnienia w sięgającej roku 2005 historii tych danych, choć tempo przyrostu nowych miejsc pracy pozostaje zdecydowanie niższe niż w czasach boomu z lat 2005-08 – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

W ciągu roku przeciętna płaca wzrosła o 124 zł brutto (93 zł netto), a zatrudnienie o 61 tysięcy. Wzrost przeciętnego wynagrodzenia oraz zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw ekonomiści tłumaczą stosunkowo dobrą koniunkturą w gospodarce. Przewidywany wzrost PKB w 2016 roku wyniesie ponad 3,5%. Równocześnie odnotowujemy systematyczny spadek bezrobocia, które w kwietniu spadło już poniżej 11%. Na ten moment największym zagrożeniem dla polskiej gospodarki jest sytuacja na rynkach światowych, zwłaszcza ciągła niepewność w sprawie przyszłości Grecji w strefie euro.

– Przeciętna płaca w sektorze przedsiębiorstw rośnie, ale wciąż oscyluje w granicach 1 tys. euro miesięcznie. Zwłaszcza, że o średniej płacy może pomarzyć ok. 2/3 pracujących. 4 tys. zł brutto to mało na tle innych państw Europy Zachodniej. Niskie koszty pracy były jedną z przyczyn łagodnego przebiegu kryzysu w Polsce, ale zarówno sytuacja polityczna jak i ekonomiczna nie pozwala nam dłużej tolerować znacznej rozbieżności między stosunkowo dobrą wydajnością pracy, a bardzo niskimi w stosunku do niej pensjami. Dlatego większość planowanych reform powinna skupiać się na zwiększeniu dochodów Polaków – dodaje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

 

Andrzej Targosz: Jak przekonać inwestora w USA do polskiego start-upu?

O tym, dlaczego lecąc do Stanów Zjednoczonych ze swoim pomysłem na biznes trzeba przygotować kilka wersji prezentacji oraz jak nie stracić uwagi inwestora już w pierwszych minutach spotkania rozmawiamy z Andrzejem Targoszem, prezesem Proidea sp. z o.o. oraz CEO Eventory – aplikacji, którą przedstawiał w ostatnich tygodniach amerykańskim przedsiębiorcom

Web.gov.pl: W Stanach byłeś wiele razy, a ostatnio wybrałeś się tam jako przedsiębiorca z własnym start-upem. Czy zauważyłeś różnice w podejściu do prowadzenia biznesu tam w porównaniu do naszego rynku?

Andrzej Targosz: Moim głównym wnioskiem z licznych pobytów w Stanach jest to, że ludzie są tam bardzo otwarci na wymianę opinii, poglądów i konstruktywną krytykę. To element, który odróżnia tamtejszych start-upowców od naszych – w Polsce wciąż boimy się krytyki oraz stronimy od otwartego przyznania się do błędu. Inną cechą odróżniającą rynek USA od naszego jest tempo rozwoju, które determinuje zachowania. Możliwości rozwijania biznesu w Stanach są ogromne, ale i konkurencja jest większa, dlatego każdy inwestor boi się, że sprzed nosa ucieknie mu okazja czy prawdziwa perełka – przecież mało kto wierzył na początku, że Facebook może stać się tak potężnym biznesem. Do tego dodałbym jeszcze jeden wniosek – ludzie starają się być skromni – nigdy nie wiesz, czy znajomi z konferencji nie okażą się kolejnymi Markami Zuckerbergami i czy nie zrazimy ich do siebie. Do czasu, aż nie będziemy guru, to cnota pokory (nie mylić z brakiem pewności i umiejętności autoprezentacji) będzie zaletą.

Czy w obrębie samych Stanów różnice kulturowe w podejściu do biznesu są zauważalne?

Tak, niejednokrotnie trzeba mieć przygotowane odrębne prezentacje, które pokazują dane z innego punktu widzenia – w różnych częściach USA różną wagę przywiązuje się do modelu biznesowego, do planów marketingowych, planu akwizycji użytkowników etc. Sam tego na początku nie wiedziałem i w trakcie mojego pobytu w USA zmieniałem przygotowaną wcześniej prezentację. Ogólnie rzecz biorąc zachodnie wybrzeże to kolebka wizjonerów technologicznych i ludzie bardziej skupiają się na zespole i wizji – trzeba mówić przekonująco, nakreślać wizję, opowiadać o swoim start-upowym teamie. Na wschodnim wybrzeżu (NY) z kolei zwraca się uwagę na cyfry i wskaźniki biznesowe, jak np. skalowalność i tempo osiągnięcia ROI (ang.return on investment – zwrot z inwestycji). Jest to podział kulturowy, który z czasem się pewnie zatrze, ale póki co jeszcze funkcjonuje.

W Polsce jesteś inwestorem i mentorem, który znany jest w ścisłym gronie osób obeznanych z polską sceną start-upową. Niemniej ostatnio sam miałeś okazję postawić się w roli polskiego start-upowca i stanąć przed amerykańskimi inwestorami. Jak wygadało twoje pitchowanie Eventory (aplikacji usprawniającej proces organizacji i promocji eventów)? Miałeś umówione wcześniej spotkania? Od czego zacząłeś, gdzie się udałeś?

Pitchowanie Eventory podzieliłem na dwa etapy. Pierwszym z nich było zbieranie feedbacku od doświadczonych przedsiębiorców. Próbowałem zrozumieć, na co amerykański biznes zwraca uwagę. Oczywiście przed wyjazdem włożyłem dużo pracy w research, po którym nastąpiły próby umówienia się na spotkania. Po potwierdzeniu spotkań pojechałem z gotową, przećwiczoną prezentacją – którą potem edytowałem, jak wspominałem wcześniej. Spotykałem się średnio z trzema inwestorami dziennie. Zacząłem od NYC, a skończyłem w Silicon Valley, gdzie dodatkowo umawiałem spotkania będąc już na miejscu – otwartość Amerykanów na współpracę przy dojrzałych, gotowych biznesach jest bardzo duża i chętnie zgadzali się na spotkania ze mną.

Czy spotkani przez ciebie inwestorzy dawali jasną odpowiedź zwrotną? Jak oceniałeś, czy udało się ich zainteresować?

To, czy się spodobałeś czy nie, widać po chemii, jaka nawiązuje się między rozmówcami. Niesamowite jest wyjście ze stref ukrycia i sekretów do pełnej otwartości i rozmów w kawiarni czy na meczu NBA o poważnych biznesach. Podczas takich rozmów najważniejsze jest to, aby founder miał jasny cel i przekaz, z jakim chce trafić do rozmówcy. Jeśli będziemy mówić niejednoznacznie, to zabieramy cenny czas i powodujemy zniechęcenie drugiej strony.

Jak w takim razie zacząć rozmowę z inwestorem, by nie stracić jego uwagi już na początku?

Trzeba przede wszystkim mówić otwarcie i szczerze, ale też odrobinę, w granicach rozsądku, PR-owo koloryzować. Na pewno trzeba być pewnym swojej wizji i atutów oraz tego, co wyróżnia nasz produkt od innych. Nie bójmy się też rozmów o modelu biznesowym i nie ukrywajmy zagrożeń. Każdy biznes to ryzyko i inwestorzy doskonale zdają sobie z tego sprawę – bardziej docenią naszą szczerość i znajomość rynku, niż bezpodstawne superlatywy. To trochę tak, jak z zakładem mechaniki samochodowej. Czy jak naprawiamy swoje ulubione auto, to idziemy to mechanika, który musi doczytać instrukcję, czy też bardziej ufamy osobie, która zna nasz model samochodu, zna historię modeli i wie dokładnie, co w duszy gra? Tak patrzą inwestorzy – muszą wierzyć, że jesteśmy mechanikiem z pasją.

Czy każdy może liczyć na rozmowę w kawiarni czy podczas meczu? Trzeba być przygotowanym na takie towarzyskie spotkania?

Tak, moim zdaniem tak. Poważne rozmowy w luźnej atmosferze to standard i lecąc do Stanów, start-upowiec nie powinien się dziwić takim propozycjom, ani tym bardziej im odmawiać. W USA jest mnóstwo nieformalnych spotkań. Jeśli tylko mamy odwagę i przełamiemy wstyd, to drzwi do sukcesu stoją otworem.

Autor Tekstu: Sylwia Wojtas
Źródło: web.gov.pl

 

Google Campus: dlaczego Warszawa?

W maju 2015 roku Google potwierdził, że Warszawa stanie się wkrótce czwartym po Londynie, Tel Awiwie i Seulu miastem, w którym powstanie Google Campus. Przygotowania do otwarcia już trwają. Co to wszystko oznacza dla warszawskiej i polskiej sceny start-upowej? By dowiedzieć się więcej, przyjrzeliśmy się bliżej kampusom w Londynie i Tel Awiwie

Google definiuje swoje kampusy jako „przestrzeń, która pozwala przedsiębiorcom zdobywać wiedzę i kontakty do budowania przedsięwzięć zdolnych zmieniać świat”. W Google Campusach założyciele start-upów, z pomocą ekspertów z Google i nie tylko, zamieniają swoje pomysły w konkretne modele biznesowe – takie, które pozwalają myśleć o skalowaniu firmy poza granice kraju czy regionu. Każdy może zostać członkiem kampusu i bezpłatnie korzystać z kafejek internetowych oraz brać udział w większości spotkań i szkoleń. Konieczne jest jedynie wypełnienie formularza na stronie, po którym automatycznie stajesz się członkiem kampusu.

Dzięki kampusom, lokalne społeczności zyskują dostęp do bogatej i wciąż rozrastającej się sieci kontaktów pod batutą Google. Składa się ona z trzech istniejących kampusów (kolejne trzy w fazie planowania – Sao Paulo, Madryt, Warszawa), 25 mniejszych hubów i licznych biur Google na całym świecie. .

Gdy oficjalnie potwierdzono zamiar budowy warszawskiego kampusu, prezes wykonawczy Google Eric Schmidt powiedział:

– Google powstał, jak wiele innych start-upów, „w garażu”. Wspieranie start-upów jest więc w naszym DNA. Mamy nadzieję, że warszawski kampus dostarczy przedsiębiorcom solidnej dawki energii, wzmocni ekosystem start-upowy i zachęci do innowacji.

Aby przekonać się , co te słowa oznaczają w praktyce, zobaczmy, jak mają się podobne kampusy w Londynie i Tel Awiwie.

Londyn: pierwszy poza Kalifornią Google Campus

Nasze poszukiwania zacznijmy od pierwszego kampusu, jaki powstał poza obrębem siedziby głównej Google w Mountain View, w Kalifornii. Był to kampus w Londynie, który zainaugurował swoją aktywność w 2012 roku. 12 miesięcy później mógł się już pochwalić setką start-upów ,które skorzystały z możliwości coworkingu w murach kampusu. Co roku organizuje się tam też liczne wydarzenia stanowiące platformę do networkingu – w 2013 roku było ich ok. 850, od wspólnych sesji jogi do warsztatów marketingu, programowania czy przedsiębiorczości dla start-upowców.

Google Campus w Londynie zwraca uwagę przestronnością. Na jego siedmiu piętrach można znaleźć kawiarnię, pomieszczenia konferencyjne, coworkingowe i edukacyjne, laboratoria, akceleratory oraz, rzecz jasna, darmowe Wifi.

Nikogo, kto zna kalifornijską siedzibę główną Google, nie zdziwi, że w kampusach jest miejsce i na pracę, i na rozrywkę. Znajdziemy tam stoły bilardowe i konsole do gier.

Google Canpus oferuje start-upowcom i każdemu zainteresowanemu przedsiębiorczością o wiele więcej niż funkcję akceleratora oraz inkubatora. Organizowane są w nim również wykłady ekspertów Google i innych firm lub organizacji o szeroko pojętej tematyce technologicznej i biznesowej, konkursy pitchingowe, kursy, warsztaty i sesje networkingowe. Tylko część tych wydarzeń organizowana jest przez Google – reszta to inicjatywa lokalnych społeczności.

Google Campus w Izraelu ogranicza przestrzeń biurową

Londyn, jako ośrodek znany z silnej społeczności technologicznej, był naturalnym kandydatem na Google Campus. Ale dlaczego Tel Awiw? Sukcesy tego miasta na polu nowych technologii są niepodważalne. Przykładem jest Mamram – komputerowe centrum treningowe, które jest szkołą dla start-upów na obrzeżach miasta. Najlepsi maja możliwość pracować dla armii izraelskiej. Google otworzyło biuro w Tel Awiwie na długo przed podjęciem decyzji o lokalizacji tam kolejnego kampusu.

W przeciwieństwie do Londynu, przypadek kampusu w Tel Awiwie, znanego też jako Campus TLV, daje jednak potencjalnie zainteresowanym przedsiębiorcom kilka powodów do niepokoju. Ledwie nieco ponad rok po otwarciu, w lipcu 2014 roku, kampus został przeniesiony do nowej, mniejszej lokalizacji, na inne piętro budynku, na którym mieści się także wspomniane biuro Google. Została tem przeniesiona część programów edukacyjnych i mentorskich, skierowana zwłaszcza do kobiet i młodych ludzi. Powodem tej niedalekiej przeprowadzki była, jak można było przeczytać w poście na oficjalnym kanale kampusu w Google+, chęć „zmniejszenia powierzchni i przeniesienia części zasobów do innych programów w związku z obserwacją, że nie wszystkie są wykorzystywane efektywnie.”. Kampus wciąż może się pochwalić bardzo aktywną społecznością entuzjastów IT i nowych technologii (hackspace). Redukcja przestrzeni oznaczała jednak dla wielu start-upów pożegnanie się z kampusem.

Google Campus: dlaczego Warszawa?

Wiele osób zastanawiało się, dlaczego to właśnie Polskę Google wybrało na lokalizację czwartego kampusu. Z kolei w Krakowie zastanawiano się, dlaczego to właśnie Warszawie przypadł ten zaszczyt. W końcu to w Krakowie Google już w 2006 roku założyło Google for Entrepreneurs, popularne miejsce spotkań start-upowców. Ale już w marcu 2015 Google poleciło swoim pracownikom przeprowadzkę do Warszawy i innych placówek na terenie Polski.

Koneser Centrum Praskie

Co dla Krakowa jest stratą, dla Warszawy oznacza dużą szansę. Jak wyglądać będzie więc warszawski Google Campus? Tego na razie nie wiadomo. Wiadomo za to, że znajdzie się w Centrum Koneser na warszawskiej Pradze, gdzie funkcjonowała wytwórnia wódek. Warto zwrócić uwagę na wybór Pragi – części Warszawy, która przez wiele lat znajdowała się na kulturalnym i ekonomicznym uboczu, a która obecnie przeżywa renesans, m.in. dzięki uruchomieniu w 2015 roku drugiej linii metra. Obecność Google to szansa, że budynki dawnych fabryk i warsztatów już wkrótce zamienią się w biura i przestrzeń konferencyjną dla licznych start-upów. Poza tym miasto przeprowadza rewitalizację przestrzeni postindustrialnych na Pradze (m.in. dwie lokalizacje przy ul. Targowej), które mają służyć m.in. start-upom jako biura i warsztaty do pracy.

Już wkrótce dowiemy się więcej co do szczegółów funkcjonowania warszawskiego Google Campusu. Na razie muszą nam wystarczyć słowa Genny McKeel z Google for Entrepreneurship, która przed kilkoma miesiącami gościła w warszawskim Reaktorze:

– Google nie chce być akceleratorem. Google nie chce rywalizować z istniejącym ekosystemem start-upowym. Nie interesuje nas także funkcjonowanie jako przestrzeń coworkingowa. Chcemy współpracować z już istniejącymi organizacjami i instytucjami. Razem z nimi zbudujemy kampus na miarę potrzeb Warszawy.

Tekst został pierwotnie opublikowany na portalu http://www.web.gov.pl/

autor: Anna Spysz

 

Statystyki pokazują, że Paweł Kukiz pozostaje w grze

Przegrana w wyborach prezydenckich nie osłabiła znacząco medialności Pawła Kukiza – podsumował „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”. Analiza obecności polityka w mediach pokazuje, że nadal jest liczącym się zawodnikiem na polskiej arenie politycznej.

Kukiz nie zniknął z mediów ani po przegranej w I turze, ani nawet po II etapie wyborów. Udało mu się pozyskać poparcie sporej części społeczeństwa, co obecnie konsekwentnie wykorzystuje, przygotowując się do startu w wyborach parlamentarnych. W okresie od 11 do 24 maja odnotowano na jego temat ponad 22,1 tys. publikacji. Z kolei od 25 maja do 7 czerwca – 5,7 tys. informacji, czyli 25 proc. przekazu sprzed II tury.

W tym samym czasie polityk pojawił się na 23 jedynkach w prasie i został wymieniony w aż 86 publikacjach na stronie drugiej, a na trzeciej i czwartej odnotował po ponad 50 materiałów.

Wykres 1 Rozkład liczby publikacji na temat Pawła Kukiza w czasie
Wykres 1 Rozkład liczby publikacji na temat Pawła Kukiza w czasie

Największy udział w doniesieniach na temat Kukiza po zakończonej kampanii miały źródła internetowe – 42 proc. i social media – 37 proc. Znacznie rzadziej pojawiał się w mediach tradycyjnych – prasie i telewizji (po 9 proc.) oraz radiu (3 proc.). Analiza rozkładu publikacji w czasie pokazuje, że po 25 maja, kiedy Kukiz został wymieniony w aż 911 doniesieniach serwisów internetowych, drastycznie spadła jego obecność na portalach na rzecz wzmocnienia pozycji w mediach społecznościowych.

Po zakończeniu kampanii prezydenckiej Kukiz nadal budzi skrajne emocje. Z jednej strony krytykowany jest za niedouczenie i agresję, z drugiej podziwiany za pasję i konsekwencję w działaniu. 14 proc. analizowanych doniesień miało wydźwięk pozytywny, 1 proc. negatywny, a 85 proc. neutralny. Najprzychylniej pisano o Kukizie w internecie – 13 proc. przekazu w sieci stawiało go w korzystnym świetle.
Najwięcej pozytywnych komentarzy Kukiz zebrał 29 maja, kiedy m.in. ogłoszono wyniki sondażu poparcia dla tzw. Listy Kukiza oraz zaufania do jego osoby. Tego dnia informacje zajmowały także największą powierzchnię – aż 83 stanowiły artykuły, a wskaźnik dotarcia osiągnął poziom ponad 308 mln kontaktów odbiorców z tymi materiałami. Ekwiwalent reklamowy doniesień na temat Kukiza od 25 maja do 7 czerwca wyniósł ponad 6 mln zł. Największy udział w tym wyniku miały stacje telewizyjne – 43 proc.

Wykres 2 Ekwiwalent reklamowy publikacji na temat Pawła Kukiza z uwzględnieniem wydźwięku
Wykres 2 Ekwiwalent reklamowy publikacji na temat Pawła Kukiza z uwzględnieniem wydźwięku

Zdecydowana większość przekazu na temat Kukiza należała do mediów ogólnopolskich – 76 proc. Spośród mediów regionalnych polityk budził największe zainteresowanie w województwach dolnośląskim – 167 publikacji, mazowieckim – 140 i małopolskim – 124. Najmniej interesowały się nim media ze świętokrzyskiego – 17, podlaskiego – 41, zachodniopomorskiego – 44 i lubuskiego – 46.

Mapa 1 Udział publikacji o wydźwięku pozytywnym, neutralnym i negatywnym w mediach regionalnych
Mapa 1 Udział publikacji o wydźwięku pozytywnym, neutralnym i negatywnym w mediach regionalnych

Analiza nacechowania publikacji z mediów regionalnych prowadzi do wniosku, że najprzychylniejsze Kukizowi były media województwa opolskiego – 15 proc. oraz mazowieckiego – 14 proc. Najczęściej krytykowany był w województwie pomorskim – 4 proc.

 

Najnowszy eksperyment GE w dziedzinie energetyki wiatrowej ma szansę odmienić oblicze zrównoważonej produkcji energii elektrycznej

Do piasty turbiny znajdującej się w kalifornijskiej miejscowości Tehachapi inżynierowie GE przymocowali dużą metaliczną kopułę o nazwie ECOROTR (ang. Energy Capture Optimization Revolutionary Onboard Turbine Reshape).

Zasadę działania ECOROTR łatwo zrozumie każdy, kto próbował zakręcić płytą na adapterze albo wprawić w ruch karuzelę na placu zabaw. Okrągłemu przedmiotowi łatwiej nadać rotację, jeśli przyłoży się siłę bliżej jego krawędzi. Wiatr jest mniej efektywny w wytwarzaniu energii elektrycznej, gdy trafia we fragment łopaty znajdujący się bliżej piasty. Kopuła ECOROTR wypycha wiatr na krańce łopat, gdzie może być wykorzystany z większym pożytkiem. Eksperymenty i symulacje poczynione we wstępnej fazie projektu wykazały, że rozwiązanie to pozwoli zwiększyć ilość produkowanej energii o 3%. Projekt pilotażowy pozwoli skonfrontować te oczekiwania z rzeczywistością, jednak już dziś ECOROTR zmienia sposób, w jaki GE myśli o projektowaniu turbin.

„Opracowaliśmy już rozwiązania, dzięki którym łopaty będą w stanie w większym stopniu wykorzystywać możliwości związane z zainstalowaniem kopuły na piastach. Myślimy także o ulepszeniu konstrukcji samej kopuły” – mówi Mike Bowman, naukowiec pracujący w GE Global Research Center i dyrektor programu rozwoju zrównoważonych technologii energetycznych.

Większe i lepsze turbiny

Im większa turbina, tym większą ilość energii elektrycznej może wyprodukować. Jednak budowanie większych turbin niesie ze sobą znaczne wyzwania – duże łopaty trudniej w bezpieczny sposób przytwierdzić do piasty. To właśnie tu z pomocą przychodzi ECOROTR. Kopuła jest swoistym powiększeniem konstrukcji piasty, dzięki czemu może ona utrzymać znacznie większe łopaty. Rozwiązanie to pozwoli GE tworzyć turbiny, których średnica wirnika będzie do 30 metrów większa niż ma to miejsce dzisiaj.

Widząc ECOROTR po raz pierwszy ludzie mogą się zastanawiać, co też nam chodziło po głowach. Tymczasem ECOROTR to coś więcej niż kolejny etap ewolucji turbin, to prawdziwa rewolucja w energetyce wiatrowej” — powiedział Mike Bowman z GE Global Research Center.

Prace nad ECOROTR prowadzone są przez międzynarodowy zespół ekspertów. Symulacje komputerowe szybko przeszły w fazę eksperymentów z małoskalowymi modelami, a w kwietniu na kalifornijskiej pustyni rozpoczął się czteromiesięczny projekt pilotażowy testujący kopułę naturalnej wielkości. Prace toczą się w ramach inicjatywy GE Ecomagination, której celem jest budowa oszczędnych i przyjaznych środowisku urządzeń. Od 2005 roku w badania i rozwój projektów Ecomagination zainwestowano już 15 miliardów dolarów, zaś do roku 2020 na ten cel przeznaczonych zostanie w sumie 25 miliardów dolarów.

Za trzy lata globalny rynek mZdrowia będzie wart 21,5 mld dolarów

Liczba aplikacji związanych z ochroną zdrowia w systemach Android i iOS podwoiła się w ciągu 2,5 roku i sięgnęła ponad 100 tys. Globalny rynek mZdrowia w 2013 roku był wart 2,4 mld dolarów, a za trzy lata będzie to już 21,5 mld dolarów, co oznacza wzrost średnio blisko o 55 proc. rocznie. Zdaniem autorów raportu „Connected health. How digital technology is transforming health and social care”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, model świadczeń ochrony zdrowia z użyciem technologii cyfrowych (w tym telemedycyna, teleopieka, telezdrowie) pomoże w zmniejszeniu luki pomiędzy rosnącymi potrzebami pacjentów a dostępnością usług medycznych i opieki nad osobami chorymi oraz starszymi.

Technologie cyfrowe rozwijają się w szybkim tempie, a ich koszty gwałtownie spadają. Z drugiej strony na całym świecie rosną nakłady na ochronę zdrowia, napędzane zmianami demograficznymi (starzenie się społeczeństw, spadek przyrostu naturalnego), postępem w świadczeniach medycznych (coraz bardziej zaawansowane leki i procedury) i oczekiwaniami społeczeństw (jakość i dostępność usług). Rosnące oczekiwania ścierają się z ograniczeniami budżetowymi. Dodatkowo, ograniczona dostępność do lekarzy i opieki stała się coraz bardziej większą barierą w sprawnym dotarciu z odpowiednimi usługami do chorych i potrzebujących. „Dlatego model świadczeń ochrony zdrowia z wykorzystaniem technologii (TEC – technology enabled care), w tym technologii mobilnych, stał się koniecznością w radzeniu sobie z postępującą luką pomiędzy potrzebami a dostępnością usług medycznych i opieki nad osobami chorymi, niepełnosprawnymi lub niedołężnymi. Lekarzom i pacjentom z pomocą przychodzi telemedycyna, posługująca się wieloma skutecznie funkcjonującymi modelami świadczeń, monitoringu chorych i prewencji zdarzeń, opierająca się przede wszystkim na technologiach informatycznych i cyfrowych” – wyjaśnia Krzysztof Jakubowski, Starszy Menedżer w Dziale Doradztwa Biznesowego i Technologicznego, ekspert ds. Sektora Farmaceutycznego i Opieki Zdrowotnej, Deloitte.

W związku z rosnącym upowszechnieniem smartfonów i tabletów oraz technologii mobilnych jednym z najdynamiczniej rozwijających się segmentów telemedycyny jest rynek mZdrowia. Według ekspertów Deloitte jego globalna wartość w 2018 roku będzie wynosić 21,5 mld dolarów, podczas gdy w 2013 roku było to 2,4 mld dolarów, a to oznacza, że średni wzrost na tym rynku wynosi 54,9 proc. rocznie. Za trzy lata najsilniejszym rynkiem w segmencie mZdrowia będzie Europa z udziałem wartym 7,1 mld dolarów i średnim rocznym wzrostem w wysokości 61,6 proc.

Moc i zasięg technologii mobilnych mogą przezwyciężyć odległości geograficzne oraz ograniczenia w bezpośrednim dostępie do służby zdrowia i opieki nad osobami potrzebującymi, zapewniając jednocześnie bardziej wszechstronne i zindywidualizowane podejście. TEC dostarcza potencjał, żeby poprawić dostęp do służby zdrowia i jednocześnie zmniejszyć jej koszty. Jak duży to jest problem najlepiej świadczy fakt, że tylko w Wielkiej Brytanii w latach 2020-21 luka w finansowaniu służby zdrowia sięgnie 30 mld funtów.

Mimo oczywistych korzyści nie należy zapominać o barierach, które stoją na drodze rozwoju mZdrowia. W kwietniu ub.r. Komisja Europejska upubliczniła tzw. Zieloną Księgę na ten temat i wezwała do konsultacji w tej sprawie. Jak się okazuje wśród najczęściej wymienianych przeszkód znalazły się: obawa o brak standardów dotyczących pozyskiwania, przechowywania i wykorzystywania danych na temat zdrowia pacjentów, brak dowodów na opłacalność szerokiego wykorzystywania technologii mobilnych w służbie zdrowia, brak jasnych reguł prawnych i regulacyjnych, a także opory pracowników służby zdrowia. W związku z tymi wątpliwościami zalecono działania zmierzające do zbudowania zaufania społecznego poprzez rozwijanie odpowiednich standardów i mechanizmów bezpieczeństwa i jasne zasady wykorzystania wrażliwych danych medycznych, a także oddanie kontroli nad tym procesem pacjentom, którzy sami będą decydować jakimi danymi chcą się podzielić.

Jednym z przykładów krajów, w którym wdrożono już projekty, mające na celu wykorzystanie technologii mobilnej i telemedycyny w służbie zdrowia jest Wielka Brytania. Tamtejszy system ochrony zdrowia (NHS) posiada niezależne od siebie struktury w Anglii, Walii, Szkocji oraz Irlandii Płn. I tak w ramach NHS w Anglii jesienią ub.r. wprowadzono pięcioletni program, który ma ocenić wpływ cyfrowych innowacji na doświadczenia pacjentów, ale też na opłacalność tamtejszego systemu służby zdrowia. Jego skutkiem ma być objęcie w marcu 2018 roku wszystkich pacjentów dostępem do swoich kart zdrowia, które dziś są w posiadaniu lekarzy i pracowników opieki społecznej. Z kolei władze Szkocji zapowiedziały przeznaczenie 30 mln funtów na rozwój usług pozwalający z pomocą technologii na opiekę nad chorymi w ich domach. W latach 2006-2011 takim pilotażowym systemem było objętych w Szkocji 44 tys. osób, teraz liczba ta ma się powiększyć o kolejne 300 tys. osób. Podobne programy wprowadzono również w Walii i Irlandii Płn. „Jak pokazują przykłady strategii narodowych w Wielkiej Brytanii, scentralizowana polityka, strategia i wdrażanie spójnych rozwiązań na skalę regionalną i krajową może przynieść większe efekty niż w przypadku rozproszonych programów lokalnych” – mówi Krzysztof Jakubowski. „Oczywiście pod warunkiem, że przedmiotem programu jest nie tylko kosztowna „zabawa” w nowoczesne technologie, ale odpowiednie opracowanie modelu świadczeń usług telemedycznych, zmiany w prawie oraz zasadach finansowania, promującego nowe postawy, zachowania i włączenie do dyskusji szerokiego kręgu interesariuszy, zarówno po stronie dostawców technologii, jak i lekarzy, płatników, organizacji pozarządowych oraz samych pacjentów” – dodaje.

„Technologie mobilne przynoszą korzyści pacjentom poprzez większą kontrolę nad własnym zdrowiem i potrzebami socjalnymi przy jednoczesnej redukcji ich uzależnienia od dostępności do lekarzy w zakresie informacji o stanie zdrowia. Jak się okazuje już dziś 75 proc. osób w Wielkiej Brytanii szuka informacji o zdrowiu w Internecie. Istotnym wyzwaniem jest nie tylko wdrażanie nowych technologii, ale zapewnienie do nich równego dostępu tak, aby nie generować kolejnych podziałów społecznych” – wyjaśnia Sylwia Kraus, Starszy Konsultant w Dziale Doradztwa Biznesowego i Technologicznego, ekspert ds. Sektora Farmaceutycznego i Opieki Zdrowotnej, Deloitte.

Zastosowanie technologii cyfrowej jest ważnym czynnikiem zaangażowania pacjenta. Gdy mają oni łatwy dostęp do informacji na temat swojego stanu zdrowia, dokonują lepszych wyborów. Technologie mobilne, umożliwiające monitorowanie zdrowia w czasie rzeczywistym i przesyłanie danych do placówek służby zdrowia, mogą być dużym ułatwieniem nie tylko dla samych chorych, ale także dla ich opiekunów. Z danych brytyjskich wynika, że w tej chwili takich osób jest tam 6,5 mln, z czego 2,3 mln musiało zrezygnować z pracy, by zająć się swoimi bliskimi. Tak prosta rzecz jak np. automatycznie wysyłany SMS przypominający o przyjęciu lekarstw może nie tylko poprawić stan zdrowia pacjentów, ale także przyczynić się do ograniczenia kosztów w dłuższym okresie. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia aż połowa terapii długoterminowych nie jest przez pacjentów w należyty sposób przestrzegana. W krajach rozwijających się ten odsetek może być jeszcze większy. Dla zobrazowania, tylko w Wielkiej Brytanii koszt niewykorzystanych lub źle wykorzystanych leków sięga 100 mln funtów rocznie.

Wzrost ilości aplikacji związanych ze zdrowiem, których liczba w ciągu ostatnich dwóch i pół roku podwoiła się do ponad 100 tys. jest związany głównie z rosnącą popularnością urządzeń mobilnych: smartfonów i tabletów. Ze względu na dynamikę i optymistyczne perspektywy rozwoju mZdrowia do tego sektora przyłączają się nie tylko wyspecjalizowani dostawcy, specjalizujący się w tym sektorze usług, ale także tacy giganci jak Apple czy Google. Świadczą o tym takie programy jak Apple HealthKit, Google Health czy Google Fit.

Kluczowymi dostawcami w systemie mZdrowia są: operatorzy telekomunikacyjni, producenci urządzeń mobilnych, dostawcy treści oraz sama służba zdrowia. Jak zauważają eksperci Deloitte przy tworzeniu aplikacji kluczowe powinny być opinie pracowników tej ostatniej grupy, by wypełnić lukę pomiędzy funkcjonalnością aplikacji a wytycznymi klinicznymi. Z kolei czynniki, które zwiększają wykorzystanie (wzrost popularyzacji) wśród pacjentów aplikacji związanych ze zdrowiem to: zaufanie (69 proc. osób wskazało ten czynnik), łatwość obsługi (66 proc.) oraz gwarancja bezpieczeństwa danych (62 proc.).

Optymalne wykorzystanie TEC wymaga jednak przedefiniowania ról i obowiązków świadczeniodawców, w tym pracowników służby zdrowia. Bez ich akceptacji dla e-wizyt, e-recept i monitorowania stanu zdrowia swoich pacjentów za pomocą technologii cyfrowych nawet najlepiej przygotowany program nie ma szans powodzenia. Owszem, wielu lekarzy, przychodni lekarskich czy ośrodków zdrowia stosuje już technologie, ale raczej w zakresie administracyjnym (umawianie wizyty w Internecie, powiadomienie SMS-em o zbliżającej się wizycie, wyniki badań dostępne na portalu po zalogowaniu), nie mającym wpływu na poprawę samopoczucia i stanu zdrowia pacjentów. Tymczasem implementacja technologii może przynieść dobre rezultaty. Pokazuje to chociażby projekt Airedale NHS Foundation Trust, w ramach którego umożliwiono pacjentom kontakt z pracownikami służby zdrowia za pośrednictwem Internetu przez całą dobę siedem dni w tygodniu. Okazało się, że w tym czasie liczba przyjęć do szpitala spadła o 35 proc., a średnia liczba dni spędzonych w łóżku szpitalnym o 59 proc. Podobnie obiecujące wyniki osiągnięto w programie NHS Ayrshire and Arranprzeznaczonym dla pacjentów z przewlekłą obturacyjną chorobą płuc. Dokonywane pomiary ich stanu zdrowia przesyłane w czasie rzeczywistym do lekarza pozwoliły zaoszczędzić rocznie 100 tys. funtów na grupie 150 pacjentów i zredukować o 70 proc. nagłe przyjęcia do szpitala.

Raport Deloitte przedstawia przykłady, w jaki sposób technologie mobilne mogą wpłynąć na przyszłe modele świadczenia usług opieki i ochrony zdrowia. Każda z tych technologii przechodzi przez określone fazy rozwoju i oczekiwań, jakie stawia przed nią rynek. „Jak pokazuje cykl technologii cyfrowych w ochronie zdrowia, opracowany według schematu prognoz firmy Gartner, choć wiele koncepcji telemedycyny i mZdrowia jest jeszcze w fazie wyłaniania się i budowania oczekiwań, to już niektóre rozwiązania i aplikacje mobilne związane z szeroko pojętym mZdrowiem powoli wchodzą już w ostatnią fazę dojrzałości rynkowej, czyli płaskowyż produktywności” – mówi Krzysztof Jakubowski. „Technologie osiągają ją wtedy, gdy zaadaptuje je ok. 20–30 proc. potencjalnych klientów, a oczekiwania biznesu cechuje realizm w ocenie korzyści i świadomość ewentualnych zagrożeń wynikających z ich zastosowania” – dodaje.

Przykłady ciekawych koncepcji wykorzystywanych w mZdrowiu:

  • Electronic Skin – czujnik noszony na nadgarstku wykorzystywany, m.in. u osób chorych na chorobę Parkinsona lub padaczkę. Czujnik wykrywa ruchy mięśni lub atak padaczkowy i uwalnia lek, znajdujący się w pojemniku pod skórą,
  • HealthPatch – czujnik biometryczny umieszczony na klatce piersiowej, którego zadaniem jest ciągły pomiar pracy serca, temperatury i czynności oddechowych,
  • Proteus- czujnik pozwalający na wykrycie czy pacjent wziął czy nie wziął leku, a także monitorujący podstawowe czynności życiowe,
  • TempTraq24 – czujnik pozwalający na całodobowy monitoring temperatury u dzieci i niemowląt i przesyłający informację na ten temat do rodziców.

Raport “Connected health. How digital technology is transforming health and social care”,został opublikowany w kwietniu br. przez Deloitte w Wielkiej Brytanii.

6 na 10 Polaków na wakacje pojedzie samochodem

Wg badań 60% Polaków wybierających się w tym roku na wakacje, jako środek transportu wybierze własny samochód – jesteśmy pod tym względem wiceliderem Europy. Taki środek transportu to wygoda dla podróżujących i pełne ręce roboty dla ludzi od drogowego assistance.

Własny samochód to wygoda, ale i awarie

Własny samochód to ulubiony wakacyjny środek lokomocji Polaków. Potwierdzają to badania: przed ubiegłym sezonem wakacyjnym aż 72% badanych wskazywało go jako planowany środek lokomocji podczas krajowych wakacji*.  W tym roku podobnie – wg innych badań 60% z nas wyjedzie na urlop własnym autem**. Zajmujemy pod tym względem drugie miejsce w Europie (po Francji). Większość, bo aż 78%, jako główny powód takiej decyzji podaje związaną z tym swobodę i niezależność. Ponad połowa Polaków ceni sobie również możliwość dotarcia w mało popularne miejsca i wygodę związaną z wcześniejszym zrobieniem większych zakupów.

Samochodem jeździmy też na zagraniczne wakacje. Poza wygodą ma to także nieco mniej przyjemne konsekwencje. Latem firmy asystenckie mają pełne ręce roboty.

– W czerwcu notujemy blisko 8% wszystkich wezwań do pomocy zmotoryzowanym polskim turystom za granicą. W lipcu to już blisko 13% wszystkich takich interwencji, a w sierpniu ponad 13%. Cały okres urlopowy od czerwca do września, to w sumie aż 44% interwencjichociaż to tylko 1/3 roku – mówi Piotr Ruszowski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Mondial Assistance.

Holowanie, pojazd zastępczy lub naprawa na miejscu

Najczęściej udzielana pomoc polega na naprawie na miejscu lub holowaniu pojazdu (dotyczy to nie tylko zagranicznych serwisów), które ma miejsce w 63% wezwań, udostępnienie samochodu zastępczego to 32% przypadków (wg Mondial Assistance).

– Zdarza nam się też udzielać bardziej nietypowej pomocy polegającej na oddelegowaniu kierowcy zastępczego, pokryciu kosztów biletu lotniczego czy pomocy w… złomowaniu pojazdu – dodaje Piotr Ruszowski.

– Najczęściej pomocy w czerwcu zeszłego roku udzielaliśmy w Niemczech i Francji. W lipcu i sierpniu więcej zgłoszeń mamy z Chorwacji czy Austrii, ale zdarzają się też wezwania z bardziej egzotycznych krajów jak Finlandia Islandia czy Malta – wylicza Piotr Ruszowski.

Chociaż prowadzenie samochodu wszędzie wydaje się tak samo proste, to jednak przepisy w wielu krajach bardzo się różnią, a ich nieznajomość może przysporzyć nam stresu i wydatków.

W Szwecji wolno

Najniższa dopuszczalna prędkość poza obszarem zabudowanym możliwa jest na niektórych drogach w Szwecji (70 km/h). Najszybciej legalnie pojedziemy z kolei w Niemczech i w Austrii – nawet 100 km/h poza obszarem zabudowanym. Na autostradzie w Niemczech (w niektórych miejscach) ciągle nie ma ograniczeń. Po suto zakrapianej kolacji za kółko lepiej następnego dnia nie wsiadać w żadnym kraju, jednak jeśli już musimy to zrobić, to najlepiej w Wlk. Brytanii, Irlandii, Luksemburgu i na Malcie, gdzie dopuszczalna norma alkoholu we krwi to aż 0,8‰. W wielu państwach z surową karą spotkamy się jeśli alkomat wykaże cokolwiek ponad 0,0‰. Będzie tak m.in. w Czechach, na Słowacji, Węgrzech, Rumunii czy Ukrainie. Wielu Polaków liczy na ostrzeżenia wysyłane radiem CB, ale mając taki sprzęt, trzeba pamiętać, że w kilku krajach musimy mieć na niego specjalne pozwolenia – np. w Rosji, Bułgarii, Szwecji, Słowenii, Serbii czy Turcji.

Na Słowacji lepiej mieć prawie wszystko

Istotne różnice dotyczą również obowiązkowego wyposażenia samochodu. Nieubłagani są tutaj Słowacy. Przekraczając Tatry czy Beskidy, powinniśmy mieć w samochodzie: apteczkę, ostrzegawczy trójkąt, zapasowe żarówki i bezpieczniki, kamizelkę odblaskową (we wnętrzu, nie w bagażniku!), klucz do kół i podnośnik oraz linkę holowniczą. We Francji i Słowenii z tej listy odpuszczą nam tylko 3 ostatnie pozycje. W Niemczech, oprócz trójkąta ostrzegawczego, wymagana jest też apteczka z gumowymi rękawiczkami i kamizelka odblaskowa. Przed wyjazdem lepiej sprawdzić takie rzeczy, choćby spędzając kilka minut przy wyszukiwarce Google.

Wprawdzie ratyfikowana także przez Polskę Konwencja wiedeńska zdejmuje z nas obowiązek wyposażania pojazdu w przedmioty, które nie są obowiązkowe w kraju, w którym pojazd jest zarejestrowany, ale żeby uniknąć nieprzyjemności i trudnych negocjacji z miejscowym policjantem w obcym języku lepiej te rzeczy po prostu zabrać ze sobą. Szczególnie, że trudno kwestionować zasadność posiadania w samochodzie np. apteczki, trójkąta czy kamizelki.

Jak przygotować pojazd do wakacyjnej podróży?

  • Sprawdź ważność dokumentów – datę prawa jazdy, ubezpieczenia, zieloną kartę jeśli jest potrzebna, zasięg assistance – zanotuj numer, żeby mieć go pod ręką
  • Oddaj samochód do przeglądu – sprawdzą oświetlenie, wycieraczki, zawieszenie, uzupełnią płyny eksploatacyjne, oczyszczą i napełnią klimatyzację
  • Sprawdź gdzie i jak szybko można jeździć, jakie różnice w przepisach w porównaniu z polskimi są w krajach tranzytowych i docelowych
  • Zaplanuj trasę, zgromadź mapy tradycyjne lub uaktualnij GPS

 

*Badanie „Gdzie, za ile, jak długo – przeciętny Polak na wakacjach” przeprowadzone przez AC Nielsen na zlecenie Mondial Assistance w maju 2014

** „Raport na temat podróży samochodem na wakacje” przygotowany przez Stena Line