Koncern Continental współpracuje z Elektrobit Automotive, firmą specjalizującą się w dziedzinie wysoce innowacyjnych rozwiązań w obszarze oprogramowania, od ponad 10 lat. Firma należy do fińskiego przedsiębiorstwa Elektrobit Corporation, notowanego na giełdzie papierów wartościowych w Helsinkach. Zawarta transakcja musi zostać jeszcze zaakceptowana przez władze antymonopolowe i zatwierdzona przez akcjonariuszy spółki Elektrobit. Finalizacja umowy jest planowana na 3. kwartał 2015 r.
Spółka Elektrobit Automotive zatrudnia łącznie około 1900 profesjonalistów, którzy opracowują unikalne rozwiązania pozwalające czołowym producentom samochodów i dostawcom systemów wyposażać pojazdy na przykład w zaawansowane systemy wspomagania kierowcy oraz systemy informacyjne, czy rozrywkowe. Obecnie w Continental rozwojem oprogramowania zajmuje się 11 000 profesjonalistów.
Dzięki tej transakcji Continental zwiększy swój potencjał rozwojowy w obszarze oprogramowania oraz zintensyfikuje działania zmierzające do zapewnienia rozwoju systemów automatycznej jazdy.
Jaki metraż mają najmniejsze lokale w powstających osiedlach?
Analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl zebrali informacje, jak w tych samych inwestycjach wyceniony jest metr kwadratowy w najmniejszych mieszkaniach, a ile kosztuje w większych.
Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp
Małe, kompaktowe mieszkania nadal są pożądane, a ich liczba w danej inwestycji zależy od jej charakteru i lokalizacji. Dla przykładu, w pierwszym etapie krakowskiego Osiedla Wrocławska, zlokalizowanego w centrum, udział lokali jednopokojowych i małych dwójek przekracza poziom 60 proc. w strukturze wszystkich mieszkań.
Metr kwadratowy w kawalerkach jest z reguły droższy niż w większych mieszkaniach. Różnice dochodzą nawet do 1000 zł / m kw. Niewielki metraż, średnio 25-28 m kw., powoduje jednak, że całościowa cena mieszkania jest wciąż bardzo przystępna i nie przekracza 180 – 200 tys. zł. Taki poziom cenowy zachęca do kupna inwestorów oraz osoby młode, które już pracują i chcą się usamodzielnić.
W inwestycjach powstających na obrzeżach miast, skierowanych do rodzin, wyraźnie przeważają mieszkania o większym metrażu, których cena za mkw. jest niższa i w miarę możliwości dostosowywana do aktualnych stawek programu MdM. Przykładem mogą tu być Osiedle Powstańców 33 w podwarszawskich Ząbkach, Osiedle Słoneczne Miasteczko w Krakowie, czy Osiedle przy Srebrnej w Gdańsku.
Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska
Kawalerki zdecydowanie cieszą się stabilnym zainteresowaniem wśród klientów. Projektujemy je w zasadzie we wszystkich naszych inwestycjach. Jednocześnie od dłuższego czasu widzimy wzrost zainteresowania małymi mieszkaniami dwupokojowymi, które powoli stają się podstawową jednostką mieszkaniową.
Wielkość mieszkania jest tylko jednym, wcale nie najważniejszym czynnikiem, który bierzemy pod uwagę ustanawiając cenę metra kwadratowego danego lokalu. Ważne jest także położenie mieszkania w budynku, czy jego rozkład. Generalnie wyceniając lokal bierzemy pod uwagę jego zalety w odniesieniu do widełek cenowych dla danej inwestycji.
Karolina Guzik, koordynator sprzedaży Skanska Residential Development Poland
Na powstającym na pograniczu Bielan i Żoliborza Osiedlu Mickiewicza zaprojektowano lokale o powierzchni od 28 do ponad 100 mkw. o różnych rozkładach, w tym także kawalerki. Co ciekawe, coraz więcej klientów łączy dwa mniejsze, sąsiadujące ze sobą mieszkania w większe i bardziej przestronne lokale. Jest to stosunkowo łatwe, dzięki elastycznej konstrukcji budynku. Te i inne udogodnienia na Osiedlu Mickiewicza będzie potwierdzał przyznawany przez niezależnych ekspertów certyfikat jakości BREEAM. Natomiast w Parku Ostrobramska klienci mają do wyboru 2-,3-,4- oraz 5- pokojowe mieszkania. Nie wykluczamy jednak, że w przyszłych etapach inwestycji pojawią się lokale jednopokojowe. Dziś różnica w cenie za mkw. pomiędzy najmniejszym a trzypokojowym lokalem wynosi około 1,5 – 2 tys. zł.
Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord
W segmencie popularnym minął czas dla mikroofert, o powierzchniach liczących kilkanaście, czy 20 metrów. Takie propozycje są dziś dedykowane głównie rynkom aparthotelowym. Wśród nabywców kupujących lokale dla własnych potrzeb, widzimy trend ku większym powierzchniom. W naszych najnowszych projektach proponujemy więc kawalerki o powierzchniach sięgających prawie 30 m kw.
Na przykład w warszawskim projekcie Wilanów Brzozowy Zakątek (I etap), który w ostatnich tygodniach trafił do sprzedaży, najmniejsze lokale mierzą 29 m kw. W tym osiedlu lokale kosztują średnio niespełna 6800 zł za m kw. brutto. Natomiast w naszej najnowszej, szczecińskiej inwestycji Ku Słońcu, w dzielnicy Gumieńce, najmniejsze mieszkania mają 30 m kw. i kosztują 158,4 tys. zł brutto.
Różnice między ceną metra kawalerki i mieszkań trzypokojowych, zależą od standardu budynku i jego lokalizacji. W niektórych projektach, stawki te mogą być identyczne, podczas gdy w innych ceny za mkw. najmniejszych, jedno lub dwupokojowych ofert, mogą być nawet o 25 i więcej proc. wyższe w porównaniu do lokali trzy, czy czteropokojowych o dużych powierzchniach. Należy też pamiętać, że w segmencie premium stawki za m kw. penthause’ów o powierzchniach przekraczających 150-200 m kw., mogą być najwyższe w danym projekcie, gdyż są to najbardziej luksusowe lokale.
Anna Sitnik, dyrektor sprzedaży Dolcan
Nasze inwestycje tworzone są z myślą o odrębnych grupach klientów, zaprojektowane dla rodzin, par, singli oraz inwestorów. Jednym z takich skonkretyzowanych produktów jest stołeczne Miasteczko Rubikon, składające się wyłącznie z MiniApartamentów o metrażu ok. 20-25 m kw. Jest to produkt przygotowany z myślą o młodych ludziach, wkraczających w dorosłość. Nieco większe mieszkania, o powierzchni od 33 m kw. oferujemy w inwestycji Ogrody Ochota II, zlokalizowanej blisko centrum Warszawy.
Cena metra uzależniona jest od rodzaju inwestycji i jej lokalizacji. Najkorzystniejsze cenowo będą mieszkania w takich warszawskich dzielnicach, jak Targówek, czy Białołęka, budowane w formacie bezczynszowym – w projektach Kamyk Zielony i Czerwona Jarzębina II. Ceny w poszczególnych inwestycjach dostosowane są do lokalnego rynku, np. mieszkania w Osiedlu Jordanowskim w Częstochowie można kupić od 3825 zł za m kw.
Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service
Kawalerki stanowią ok. 10 proc. oferty w nowych inwestycjach Wawel Service. Takie mieszkania o metrażu 34 m kw. mamy w sprzedaży w inwestycji Zawiła na krakowskich Klinach w cenie 6334 zł za m kw. Projekt zostanie oddany do użytkowania w IV kwartale 2016 roku.
Najmniejsze kawalerki o powierzchni 29 m kw., oferujemy w energooszczędnej inwestycji Halszki 28A na krakowskim Kurdwanowie w cenie 6500 zł / m kw.
Kawalerki cieszą się szczególnym zainteresowaniem osób kupujących mieszkania w celach inwestycyjnych. Średni zwrot z najmu dla kawalerki wynosi ok. 6 – 6,5 proc. rocznie. Kawalerka to również dobry pomysł na pierwsze mieszkanie dla młodych. Należy pamiętać, że choć cena kawalerki nie jest wysoka, to stawka za metr kwadratowy standardowo jest o ok. 10 proc. wyższa niż w przypadku większych lokali.
Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.
Kawalerki nadal cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem wśród klientów. Najmniejsze metraże posiadamy w warszawskich osiedlach: na bliskiej Woli przy ulicy Kasprzaka – od 24 m kw., w Zielonej Dolinie na Białołęce od 22 m kw. i w Villi Campinie, położonej 7 min. od Bemowa – od 36 m kw.
W Łodzi można nabyć kawalerki od 30 m kw. w osiedlu Centrum III oraz od 38 m kw. w osiedlu Centrum II. W Katowicach w ofercie mamy małe lokale z fantastycznym widokiem na osiedlu Nowe Tysiąclecie – o powierzchni od 30 m kw.
Klientów w Trójmieście zapraszamy do inwestycji Bernadowo Park, gdzie posiadamy mieszkania od 33 m kw.
Ceny za m kw. zaczynają się od 4500 zł w osiedlu Villa Campina do 7956 zł na bliskiej Woli. Średnio cena za m kw. małych lokali wynosi nieco ponad 5000 zł.
Mieszkania dwupokojowe stanowią natomiast blisko 60 proc. lokali w naszych inwestycjach. Można je nabyć w promocyjnej cenie od 4700 zł / m kw.
20 czerwca rozpoczynamy przedsprzedaż w nowej inwestycji – Zielona Dolina II – kontynuacji projektu Zielona Dolina, który zakończył się dużym sukcesem i został uhonorowany nagrodą QI Order za najwyższą jakość inwestycji, w którym małe mieszkanie można nabyć już za 129 tys. zł.
Ceny metra kwadratowego w mieszkaniach dwupokojowych mogą być nieco wyższe niż w trzypokojowych, podobnie jak wyżej wyceniony jest m kw. w kawalerkach niż mieszkaniach dwupokojowych.
Katarzyna Żarska z firmy Marvipol
Nasza flagowa inwestycja Central Park Ursynów, powstająca przy ul. Kłobuckiej w Warszawie cieszy się dużym powodzeniem między innymi z uwagi na dopasowanie struktury mieszkań do potrzeb klientów. Do końca tego roku oddamy w niej 440 lokali mieszkalnych, a kolejne 416 w pierwszej połowie 2016 roku. W pięciu budynkach dostępne są zarówno małe, jednopokojowe mieszkania o powierzchni od 28 m kw., jak też dwu, trzy i czteropokojowe. Najmniejsze mieszkania, spełniające kryteria rządowego programu Mieszkanie dla młodych, można kupić w cenie od 6588 zł za m kw. Ceny metra w małych mieszkaniach nie są wyższe. O cenie decyduje m.in. usytuowanie mieszkania. Droższe są np. mieszkania na wyższych piętrach z atrakcyjnym widokiem.
Magdalena Rurarz, dyrektor działu sprzedaży i marketingu Victoria Dom
W naszych najnowszych inwestycjach zostały zaprojektowane kawalerki i małe mieszkania dwupokojowe. W Osiedlu Classic II przy ul. Przaśnej w warszawskiej Białołęce jednopokojowe mieszkania o metrażach 23-25 m kw. oferujemy w cenach 5700-6000 zł / m kw., a dwupokojowe o powierzchni 30-35 m kw. kosztują 5700-5900 zł / m kw. Większe metraże można kupić w podobnej cenie. Stawki w tej inwestycji uzależnione są bardziej od usytuowania mieszkania w budynku.
W Osiedlu Przy Parku przy ul. Rembielińskiej na Targówku dwa pokoje o metrażu 30-31 m kw. można kupić w cenach od 6800 do 7400 zł / m kw. w zależności od piętra. Mieszkania o większych metrażach, np. 3-4 pokojowe dostępne są w kwocie od 6400 do 7200 zł / m kw. Różnica w metrażu jest jak widać istotnym kryterium cenowym. Wyższe ceny lokali (od 7000 zł / m kw.) obowiązują na ostatnich kondygnacjach, gdzie mieszkania mają ponadstandardową wysokość 3 m.
Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic
Wielkość mieszkań projektowanych w naszych inwestycjach zależy od charakteru projektu. Mikromieszkania nie sprawdzą się w inwestycji typowo apartamentowej. Kawalerki, czy niewielkie lokale dwupokojowe planujemy w inwestycjach, w których kupujący kierują się głównie ceną. W inwestycji Wolne Miasto w Gdańskim Ujeścisku mamy kawalerki o metrażu 27 m kw., w cenach od 5200 / m kw. Tego typu lokale poszukiwane są również w inwestycjach, w których klienci traktują ich zakup jako lokatę kapitału, z przeznaczeniem na wynajem. Mniejszy lokal gwarantuje lepszą stopę zwrotu w przypadku wynajmu. W inwestycji Hubertus w warszawskim Służewcu oferujemy lokale od 27 m kw. w cenie od
9 000 / m kw. W tej lokalizacji jest duży popyt na lokale na wynajem z uwagi na bliskość tzw. Służewca biurowego. Najmniejsze mieszkania mają zawsze najwyższą cenę za metr.
Jarosław Jankowski, prezes zarządu Grupy Waryński
Projektując kolejne etapy naszych inwestycji uwzględniamy zawsze kilkanaście mieszkań o mniejszym metrażu, które najczęściej znajdują nabywców już w pierwszych tygodniach po uruchomieniu sprzedaży. Obecnie najmniejsze z oferowanych lokali w naszych, warszawskich inwestycjach Miasto Wola i Stacja Kazimierz liczą 29 i 32 m kw., a ich ceny rozpoczynają się od 7 600 zł za m kw. W tych projektach mamy już ostatnie mieszkania jednopokojowe. Zauważyliśmy, że bardzo dużą popularnością cieszą się mieszkania trzypokojowe o metrażach od ok. 55 m kw. Stąd w ofercie drugiego etapu osiedla Miasto Wola tego typu lokale stanowią ponad połowę oferty. Cena metra niejednokrotnie jest w nich niższa nawet o kilka procent w porównaniu z lokalami jedno lub dwupokojowymi.
Monika Kudełko z firmy Activ Investment
Kawalerki to jedne z najbardziej poszukiwanych mieszkań w naszych inwestycjach. Najmniejsze mieszkania, o powierzchni 19 m kw., które wprowadziliśmy w kwietniu br. do sprzedaży w trzecim etapie inwestycji 4 Wieże w Katowicach znalazły nabywców błyskawicznie. Sprawiła to atrakcyjna cena – 98 tys. zł. W chwili w tym projekcie dostępne są kawalerki o metrażu 35 m kw.
W naszej nowej inwestycji Osiedle Karoliny w Katowicach i projekcie przy ul. Banacha w Krakowie dostępne są kawalerki o powierzchni 25-26 m kw. W inwestycji Skarbowców we Wrocławiu skupiliśmy się bardziej na niedużych mieszkaniach dwupokojowych o wielkości od 33 m kw. Ceny małych mieszkań kształtują się na poziomie 4999 zł / m kw. w katowickich projektach, 5500 zł / mkw. w Krakowie i 5900 / m kw. we Wrocławiu.
Wojciech Stisz, Barc Warszawa
W drugim etapie osiedla Tarasy Dionizosa przy ul. Winorośli w Warszawie zamiast kawalerek zaprojektowane zostały mieszkania dwupokojowe, których metraż jest niewiele większy niż mieszkań jednopokojowych. Klienci zdecydowanie chętniej wybierają trzydziestokilkumetrowe mieszkania z wydzieloną sypialnią oraz salonem z aneksem kuchennym. Niewiele osób interesuje się kawalerkami, szczególnie jeśli ich powierzchnia i cena nie różnią się wyraźnie od znacznie funkcjonalniejszych mieszkań dwupokojowych. Ceny metra różnych typów lokali w tym osiedlu są podobne. Mieszkania kosztują od 5500 zł / m kw. Lokale dwupokojowe w Tarasach Dionizosa są do nabycia w cenie od 200 tys. zł.
Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest
W inwestycjach realizowanych przez Home Invest projektowane są zarówno kawalerki, jak i mniejsze mieszkania dwupokojowe. W projekcie Na Sokratesa na warszawskich Bielanach najmniejsze, jednopokojowe lokale mają metraż 29 m kw., a mieszkania dwupokojowe zaczynają się od 39 m kw. Z kolei w inwestycji Krasińskiego 58 na Żoliborzu najmniejsze mieszkanie jednopokojowe ma powierzchnię 29 m kw., a dwupokojowe 41 m kw.
W naszym najnowszym projekcie Monte Verdi w warszawskich Włochach lokale będą miały metraż od 29 m kw. Cena za metr kwadratowy w małych mieszkaniach jest o kilkaset złotych wyższa niż w większych mieszkaniach.
Michał Witkowski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Atlas Estates
W warszawskich inwestycjach mieszkaniowych, planowanych aktualnie przez Atlas Estates, tj. w Apartamentach przy Krasińskiego II oraz w osiedlu przy ul. Nakielskiej, kawalerki i mieszkania dwupokojowe będą stanowić łącznie 45-55 proc. oferty. Sprzedażowym hitem od kilku lat są niezmiennie kompaktowe dwójki o powierzchni 40-45 m kw. Kawalerki cieszą się mniejszym zainteresowaniem i dlatego w osiedlach Atlas Estates stanowią ok. 10 proc. lokali.
Warto pamiętać, że chociaż cena całkowita kawalerki może być o kilkadziesiąt tysięcy złotych niższa niż dwójki, to patrząc przez pryzmat stawki za metr kwadratowy zakup mieszkania dwupokojowego jest o kilka procent bardziej ekonomiczny. Różnica w cenie między kawalerką a dwójką jest przy tym mniejsza, niż między trójką a największym apartamentem. Te ostatnie, czasem nawet 5-pokojowe lokale są często oferowane w podwyższonym standardzie, przez co ich średnia cena za metr jest wyższa nawet o kilkadziesiąt procent.
To, jak skuteczny będzie handlowiec, zależy w dużym stopniu od jego zdolności negocjacyjnych, umiejętności przekonywania, a także od wiedzy na temat oferowanego produktu i potrzeb klienta. Ale na to, jak sprawnie przebiegać będzie podpisywanie kolejnych umów, niebagatelny wpływ ma także wykorzystywane oprogramowanie.
W ostatnich kilku latach praca handlowców, ale także całych działów handlowych oraz biur obsługi klientów uległa poważnym przeobrażeniom. Niemały wpływ miała na to wykorzystywana technologia. Jeszcze dziesięć lat temu umowy były podpisywane zazwyczaj w biurach, a nawet jeśli zawierano je na odległość, wiązało się to z koniecznością podpisania wydrukowanej umowy.
Umowa na tablecie
Dziś podpisywanie umów na odległość coraz rzadziej wiąże się z przesyłaniem dokumentów tradycyjną pocztą. Aktualnie obowiązujące w Polsce prawo pozwala na skuteczne zawieranie umów w formie elektronicznej, a nawet telefonicznej. Fakty te znacznie usprawniają pracę handlowców i pozwalają im w krótszym czasie obsłużyć większą liczbę klientów.
– Coraz popularniejsze staje się dziś podpisywanie umów poza siedzibą firmy. Handlowiec może przekazać umowę klientowi np. na tablecie lub innym urządzeniu mobilnym, klient może zaś na tym samym urządzeniu umowę podpisać. Możliwe jest również nagranie ustnej zgody klienta na zawieraną umowę – mówi Maciej Blajer, prezes informatycznej firmy Enadis.
Podpisanie umowy nie musi jednak stanowić ostatniego etapu w elektronicznym łańcuchu transakcji. Działający w chmurze, a więc dostępny przez Internet system obiegu dokumentów, pozwoli automatycznie dodać umowę do centralnego systemu przedsiębiorstwa oraz rozpocząć realizację zamówienia. Odpowiednie informacje trafiają wówczas do pracowników uruchamiających usługi oraz do działu księgowości, gdzie zostanie wystawiona faktura (to także można zautomatyzować!).
– Konsultant, który telefonicznie zawiera umowę z klientem, jeszcze podczas tej samej rozmowy może umówić wizytę technika, który podłączy klientowi telewizję kablową, technik zaś natychmiast otrzyma taką informację na swoim urządzeniu mobilnym – wyjaśnia Maciej Blajer.
Prowizja nalicza się sama
Współczesne oprogramowanie pozwala usystematyzować i przez to znacznie usprawnić pracę handlowca. Możliwość przechowywania wszystkich zawartych oraz negocjowanych umów w jednym systemie, przy jednoczesnym przypisaniu każdej z nich do konkretnego sprzedawcy, daje skutki bardzo korzystne z punktu widzenia handlowca. Przede wszystkich w każdej chwili może on w wygodny sposób sprawdzić, jakie umowy zostały podpisane, porównać między sobą zawarte w nich uzgodnienia, ale także przeanalizować te umowy, które są jeszcze na etapie uzgodnień.
Co bardzo istotne, rejestr umów może być powiązany z systemem rozliczania prowizji. Oznacza to, że każda podpisana umowa daje handlowcowi jasną informację co do tego, jaki wpływ na jego przychody w danym okresie rozliczeniowym ma dana transakcja. Bez względu na to, jak skomplikowany będzie algorytm przydzielania prowizji w danej firmie, odpowiedni system szybko pokaże konkretne dane. Taka informacja zwrotna, przekazywana w czasie rzeczywistym, może skutecznie pełnić funkcję motywacyjną (inaczej niż w odniesieniu do danych przekazywanych z dużym opóźnieniem).
Jeśli dostęp do informacji możliwy jest przez Internet, handlowiec może przeanalizować swoje wyniki w dowolnym miejscu i czasie, także po pracy.
– Dzięki informatyzacji tego obszaru działania firmy, handlowiec w dowolnym momencie może sprawdzić jak wyglądała jego sprzedaż i otrzymane prowizje w ubiegłych miesiącach – mówi prezes Enadis. – Poza tym niektóre systemy dają możliwość porównania się z innymi osobami w firmie i sprawdzenia, jak wypada nasza sprzedaż na tle pozostałych handlowców – podkreśla Maciej Blajer.
Sprzedaż pod kontrolą
Oprogramowanie mobilne pozwala również na łatwe umawianie spotkań. Klient może zamówić za pośrednictwem infolinii spotkanie z handlowcem, co natychmiast zostanie odnotowane w terminarzu na urządzeniu sprzedawcy.
Nowoczesne systemy pomagają także w kontrolowaniu pracy handlowców przez ich przełożonych. Dzięki aplikacji GPS menedżer w łatwy sposób sprawdzi, czy sprzedawca wykonuje powierzone mu czynności, i czy w czasie pracy przebywa w uzgodnionym miejscu.
Taka kontrola niekoniecznie musi być dla handlowca uciążliwa. Jeśli zostanie zastosowana w sposób odpowiedni, będzie to jeszcze jeden sposób pomocny w rzetelnej ocenie pracy poszczególnych pracowników.
W połączeniu z systemem podpisywania umów i rozliczania prowizji, system taki pozwoli na uczciwe ocenianie handlowców w zależności od osiąganych przez nich wyników oraz wkładu pracy. Im mniej miejsca pozostawimy na subiektywne oceny przełożonych i „ręczne” przyznawanie prowizji lub innych dodatków do wynagrodzenia, tym uczciwszy i bardziej motywujący będzie to system.
– Warszawa nie konkuruje z Krakowem czy Wrocławiem. Jako ekosystem start-upowy chcemy prześcignąć Berlin i Wiedeń – mówi wiceprezydent Warszawy Michał Olszewski w rozmowie z Web.gov.pl. Wyjaśnia, jak władze miasta mogą wspierać innowacyjnych przedsiębiorców i dlaczego opłaca im się to robić
Web.gov.pl: Panie prezydencie, podczas ICT Summit w grudniu 2014 r. Warszawa otrzymała od PARP tytuł „Miasta Start-upów” – jako jedno z trzech miast w Polsce najmocniej pracujących na rzecz lokalnego ekosystemu start-upowego. Jakich korzyści władze miasta upatrują we wspieraniu start-upów?
Michał Olszewski: Goeffrey West powiedział, że miasta są jak organizmy żywe. Im większe miasto, tym większy potencjał przyciągania kreatywnych osób i podmiotów. Naszą siłą, jak zresztą każdej metropolii, jest to, że działamy jak duży odkurzacz, przyciągamy zasoby z całego kraju. Zasoby do inicjowania przedsiębiorczości start-upowej, a więc innowacyjnej i kreatywnej, są tak potężne, że grzechem byłoby nie dbać, by segment ten rósł w siłę. Fundusze venture capital przyznają w rozmowach z nami, że Warszawa to miasto o najniższym ryzyku inwestycyjnym. Ale z drugiej strony nowoczesna gospodarka jest na tyle dynamiczna, że nie stwarza przeszkód, by firma, która działa w Warszawie, przeniosła się szybko do innego miasta. Jeśli nie chcemy utracić jako miasto dynamiki rozwoju, musimy budować ofertę dla osób, które tutaj przybywają, po to, by zatrzymywać najbardziej wartościowe jednostki. Im lepsze warunki im stworzymy, tym mocniej zwiążemy je z lokalnym rynkiem. Wspieranie start-upów poprzez tworzenie sieci powiązań pomiędzy biznesem, nauką i administracją jest jednym z elementów układanki, na które zwracamy uwagę. Ważna dla Warszawy jest sieć współpracy podmiotów już działających na rynku. Staramy się promować powiązania między nimi.
Czy to prawda, że w Polsce nie ma rozwiniętej kultury współpracy pomiędzy władzą a start-upami?
Jest brak zrozumienia tego, że współpraca potrafi budować synergię. Panuje przekonanie, że każda współpraca jest grą o sumie zerowej, a jest dokładnie odwrotnie. To właśnie dlatego kiedy środowisko start-upów zaczęło się mocniej organizować, bardzo nam zależało, by brać w tym udział. Ostatnio gościliśmy w naszym Centrum Przedsiębiorczości na Smolnej uroczystość zawarcia porozumienia środowisk wspierających start-upy – Startup Poland, bo to dla nas znak, że rynek dojrzewa i że buduje się również zaufanie.
„Start-up” to bardzo modne słowo, ale statystyka jest bezlitosna – tylkojeden na dziesięć start-upów odnosi sukces, reszta nie przeżyje trzech lat.
Jesteśmy inwestorem, którego stać na cierpliwość. Już w pierwszej kadencji pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz w 2007 roku podjęliśmy decyzję, że miasto zacznie się angażować we wspieranie przedsiębiorczości, w tym innowacyjnej. Pierwszą analizę dotyczącą sektora kreatywnego zrobiliśmy w latach 2009-2010. Rynek przedsiębiorczości start-upowej jest bardzo dynamiczny, nasza polityka wobec niego ewoluuje. Gdy zaczynaliśmy budowę Centrum Przedsiębiorczości Smolna w 2008 roku, jego potrzeby były zupełnie inne niż dziś. W jaki sposób zmieniły się te potrzeby?
Miał to być w całości inkubator, oferujący firmom przestrzeń do wynajęcia. W momencie, gdy zbliżaliśmy się do zamykania projektu, okazało się, że tego typu prywatnych przedsięwzięć wykiełkowało tyle, że bylibyśmy niezdrową konkurencją dla rynku, a tego nie chcieliśmy. Inkubator musiał powstać, natomiast ograniczyliśmy mocno jego funkcjonalność i zasięg do kilkudziesięciu biurek i kilku pokoi. Mamy program rozwoju dla naszych inkubowiczów, położyliśmy nacisk na rozwijanie programów mentoringowych i coachingowych, razem z partnerami, których zapraszamy do ich realizacji. Tworzymy hub dla innych tego typu działań. Nasza oferta służy temu, by jak najwięcej przedsięwzięć start-upowych w Warszawie było zmapowanych i zsieciowanych. Szkolenia i mentoring są prowadzone przez ekspertów dostarczanych przez naszych partnerów – np. Aulę Polska, inicjatywę non-profit stworzoną w 2007 roku przez Krzysztofa Kowalczyka i Artura Kurasińskiego. To działania szkoleniowe i sieciujące generują największy ruch na Smolnej. Mamy szereg działań organizowanych choćby przez Fundację Przedsiębiorczości Kobiet czy szkolenia z podatków i księgowości. W 2014 roku łącznie obsłużyliśmy 14 tysięcy osób.
W tym roku do Warszawy przeniosła się z Krakowa BitSpiration, międzynarodowa impreza poświęcona start-upom, venture capital i nowym technologiom. Jak udało się przyciągnąć Bitspiration?
Nie przypisujemy tego tylko sobie, duży wysiłek włożyło warszawskie środowisko start-upowe, z którym współpracowaliśmy.
Kraków próbuje rywalizować z Warszawą o tytuł start-upowej stolicy Polski, zyskał nawet przydomek polskiej Doliny Krzemowej. Jak by się pan prezydent do tego odniósł?
Każdy ma swój pomysł na rozwój. Nie zamierzamy podejmować rywalizacji z Krakowem czy Wrocławiem, kiedyś wychodziliśmy do tych miast z propozycjami współpracy, ale zostały one chłodno przyjęte. Z mojej obserwacji wynika, że Kraków i Wrocław są mocno skoncentrowane na własnych środowiskach start-upowych o dużej liczbie relacji wewnętrznych, ale mają o wiele mniejszą niż Warszawa skłonność do przyciągania nowych zasobów. Z kolei z Gdańskiem i Poznaniem mamy za to kilka wspólnych projektów. Widzimy, że te miasta myślą podobnie do nas, otwierając się na siebie. Przykładem tego był zorganizowany z naszej inicjatywy, razem z Orange, warszawsko-poznańsko-gdański hackathon, który bardzo fajnie wypalił. Później przyszedł przyznany prze PARP właśnie tym trzem miastom tytuł „miast start-upów”.
W rankingach dotyczących jakości kapitału społecznego, Warszawa jest i będzie liderem, a wracając do Geoffreya Westa, to naturalny efekt bycia większym i nowocześniejszym. Dziś prawie każdy chciałby konkurować z Warszawą. My jednak nie uważamy Krakowa czy Wrocławia za naszą konkurencję, raczej spoglądamy na Berlin, Wiedeń, Budapeszt czy Pragę w wielu aspektach życia gospodarczego już wyprzedziliśmy. Mamy 4,4 miliona metrów kwadratowych powierzchni biurowej, Praga – około 3 milionów, a Kraków – 600 tysięcy.
Jako stolicy zależy nam na sukcesie pozostałych polskich metropolii. Jest wiele ciekawych inicjatyw w Krakowie, które w Warszawie nie mogłyby mieć miejsca. Każdy ma swoją specyfikę.
To jaka jest specyfika Warszawy i jej najmocniejsze strony?
Najlepiej dostępny rynek finansowy, najlepsza oferta finansowania projektów, najlepsza możliwość dotarcia do inwestorów – mówię tu choćby o funduszach venture capital, najlepsza możliwość internacjonalizacji, czego dowodem są takie firmy jak CD Projekt, najlepsze zasoby biurowe, co powoduje, że są z automatu bardzo konkurencyjne i tańsze, a także dostęp do najlepiej wykwalifikowanej kadry. Jesteśmy największym rynkiem edukacyjnym w tej części Europy – mamy 260 tys. studentów, czyli dwukrotnie więcej niż Berlin. Mamy też słabości, np. nie jesteśmy jeszcze marką rozpoznawaną za granicą, mamy małą liczbę studentów zagranicznych i niewykorzystany potencjał projektów postindustrialnych w Warszawie. Nad tymi rzeczami chcemy pracować.
Wartością warszawskiego ekosystemu start-upowego jest różnorodność. W przeciwieństwie do krakowskiego, gdzie wszyscy dobrze się znają i działają razem, jest tu co najmniej kilkanaście środowisk start-upowych. Jedną grupę tworzą Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości, inną środowiska skupione przy Reaktorze, czy Noa Cowork, by wymienić tylko niektórych. Te grupy nie są powiązane, raczej ze sobą konkurują, często mają własnych partnerów wśród funduszy Venture Capital. Ostatnio obserwujemy zainteresowanie korporacji projektami start-upowymi. Zachęcił je sukces T-Mobile, którego brand został mocno wypromowany.
A co z międzynarodową konkurencją, jeśli chodzi o ekosystemy start-upowe? Mamy niedościgniony Londyn, Berlin i Wiedeń. Jakie wzorce można przeszczepić z tych ośrodków?
Berlin jest naszym naturalnym partnerem, z którym prowadzimy kilkanaście projektów dotyczących rozwoju gospodarczego, m.in. w branży fotoniki czy sektorze kreatywnym. Prowadzimy też warszawsko-berlińskie wydarzenie Startup Revolution Days, które łączymy z ekosystemem start-upowym Tel Awiwu. Mamy wiele podobieństw z Berlinem: jesteśmy miastami-patchworkami z bardzo zróżnicowaną strukturą wewnętrzną, która działa na korzyść sektora start-upowego. Nie jest on skoncentrowany w jednym parku technologicznym, stymulowanym przez władze publiczne, tak jak się to odbywa w innych ekosystemach. W Warszawie i Berlinie ekosystemy start-upowe ewoluują niezależnie od wsparcia władz. Oba miasta rozwijały się dopiero w latach 50. i 60. i wciąż mają duże pole do rozwoju, nie ma w nich bowiem rozwiniętej struktury zabytkowej. Nie ogranicza ona rozwoju start-upów w centrum miasta, gdzie działają uniwersytety i politechniki. Nie żałujemy, że nie mamy kampusów, które w Poznaniu i Gdańsku są na peryferiach miasta. Ten model przyjęło wiele polskich miast, nie było bowiem w nich stymulantów właściwych dla Warszawy.
Z kolei nasza rola w kraju jest zupełnie odmienna. Berlin jest czwartym co do wielkości rynkiem finansowym w Niemczech po Frankfurcie, Hamburgu i Monachium, a my jesteśmy pierwsi w Polsce. Wzorce czerpiemy więc z Oslo, Amsterdamu czy Barcelony. No i w przeciwieństwie do Berlina, bardzo rozwijamy centrum. Zrozumieliśmy, że nie trzeba na siłę budować parku technologicznego na oddalonym od miasta terenie. To tylko i wyłącznie projekt przestrzenny, który bez programu jest jałowy. Ważniejsza jest sieć wzajemnych powiązań i kultywowanie tego, co jest w mieście najcenniejsze. Postanowiliśmy dogęszczaćcentrum nowymi inwestycjami i dzięki temu zapobiegać wyludnianiu się miasta. Szwedzi, Norwegowie i Finowie mają właśnie takie pragmatyczne podejście, staramy się wprowadzać w życie te wzorce, a studzić niepotrzebne zapały. Już dziś widzimy pierwsze pozytywne efekty tej polityki.
Powiedział pan, że najważniejszą wartością metropolii są sieci łączące administrację, naukę i biznes. Jak pan z tej perspektywy ocenia stan ekosystemu start-upowego Warszawy?
Te sieci trzeba przez cały czas udoskonalać. Nie mogę powiedzieć, że są szczytem naszych oczekiwań. Często podpisujemy porozumienia o współpracy, po czym nie zawsze korzystamy z tych relacji, które się pojawiają. Wiele z naszych kontaktów owocuje dopiero w momencie, kiedy pojawia się wspólny biznes. Sektor nauki jest w Warszawie bardzo zróżnicowany. W obrębie każdej uczelni są ludzie skłonni do współpracy, ale i tacy, którzy wolą kultywować tradycyjny model dydaktyki, który opiera się na wykorzystaniu tych samych zasobów bez otwierania się na zewnątrz.
Najbardziej pozytywne przykłady współpracy z uczelniami?
Pozytywnym zaskoczeniem pod względem otwartości uczelni na współpracę i liczby inicjatyw, które się pojawiały. Jest Politechnika Warszawska i jej dynamiczny rektor, prof. Jan Szmidt. Wiele zmieniło się w Uniwersytecie Warszawskim, również za sprawą prorektor, prof. Anny Gizy-Poleszczuk. Myślę tu o projektach sieciujących takich jak Digital Economy Lab – uniwersytecki ośrodek naukowy, którego fundatorem jest Google. Wiele działań uczelnianych to coraz częściej inicjatywy młodego pokolenia, które stara się zmieniać środowisko naukowe.
Jakie działania powinna podejmować władza lokalna, a jakie powinny być realizowane na poziomie centralnym, jeśli chodzi o wspieranie przedsiębiorczości, również start-upowej?
Rolą administracji centralnej jest budowanie przejrzystych przepisów i sprzyjającego środowiska w skali ogólnokrajowej. Rolą miast powinno być dostarczanie zasobów, których na danym lokalnym rynku brakuje, a miasto jest w stanie dostarczyć je taniej, lepiej lub bardziej efektywnie. Najbardziej logicznym zasobem są nieruchomości, czyli np. powierzchnie biurowe. Należy to jednak robić rozważnie, bo miasto nie powinno konkurować z kapitałem prywatnym. Im więcej projektów robi się rękami partnerów prywatnych, tym rynek dynamiczniej się zmienia. Obserwując doświadczenia nie tylko polskich, ale również zagranicznych miasta podjęliśmy decyzję, że Centrum Kreatywności przy ul. Targowej, która jest w trakcie realizacji, powierzymy prywatnemu operatorowi. Kiedy kilka miesięcy temu ogłosiliśmy przetarg na kolejne centrum związane ze wspieraniem młodej przedsiębiorczości, przy ul. Oboźnej 1a (my dostarczamy budynek – partner oferuje program), zgłosiło się siedem podmiotów. To pokazuje, że miasto nie musi, a wręcz nie powinno budować start’upowego środowiska samodzielnie.
Staramy się wykorzystywać projekty dotyczące start’upów wielopłaszczyznowo. Wszystkie nasze projekty na Pradze, przeprowadzane są w zabytkach czy brownfieldach (terenach zdegradowanych – przyp.red.). To wysiłek trzykrotnie większy finansowo od każdego projektu, który powstałby na „zielonej łące” (greenfield). Ale nam się to opłaca, bo przy okazji odbudowujemy tkankę miejską i rewitalizujemy obszar.
Największą wadą każdej administracji, ale także dużego biznesu, jest popadanie w schematy i procedury. To zabija nowoczesną, kreatywną przedsiębiorczość, bo w niej najwięcej zależy od swobody i elastyczności.
Jak ocenia pan współpracę miasta ze środowiskiem start-upowym?
Wciąż się jej uczymy – obydwie strony. Udało nam się zbudować przez ostatnich kilka lat kapitał relacyjny. On jest chyba tu najważniejszy. Choćbyśmy zainwestowali ogromne pieniądze w kampanię marketingową, to nigdy nie osiągniemy takiego efektu, jak przez indywidualne relacje. Wypracowaliśmy sobie zasady współpracy. Każdy, kto zgłosi się do nas z propozycją współdziałania, definiuje swoje oczekiwania, a my staramy się dostarczyć mu dokładnie to, czego potrzebuje. Stawiamy sobie jednak jasną granicę – pieniądz to ostatnia rzecz, o której rozmawiamy. Najpierw staramy się dostarczyć to, co jako miasto możemy dać taniej – np. venue. Zasoby własnościowe są w naszym przypadku najważniejsze. Mówimy do partnerów: jeśli chcecie synergii z nami, to nie przychodźcie do nas jak do sponsora. Mamy mnóstwo miejsc na centra konferencyjne i jeśli ktoś chce zrobić event sieciujący, taki jak np. Startup Grind, to możemy mu to umożliwić. Zapłacimy za to naszemu podmiotowi zależnemu mniej niż ktokolwiek z rynku, bo takie są nasze zasady współpracy. Z takich porozumień korzysta Fundacja Przedsiębiorczości Kobiet czy Młodzi Innowacyjni. Jest duże zapotrzebowanie na takie działania. Start-upy zgłaszają się do nas nawet poprzez mój profil na Facebooku.
Niemniej jest wiele inicjatyw, które doskonale radzą sobie na rynku bez miejskiego wsparcia i to nas również cieszy.
Czy stołeczny ratusz angażuje się w nowe inicjatywy start-upowe?
Jak najbardziej. Staramy się, aby Warszawa była ośrodkiem przyjaznym środowisku startupowemu oraz sprzyjała nowatorskim przedsięwzięciom. Wykorzystujemy różne narzędzia, które mają służyć budowie stołecznego ekosystemu startupowego. Wśród nich jest m.in. pomoc w organizacji eventów, promocja firm na rynkach międzynarodowych. Zachęcamy również i angażujemy warszawskich przedsiębiorców – nie tylko startupowców – w promowanie Warszawy. Z resztą stołeczne startupy występują już pod wspólną marką #techwawa – powstała oddolnie, my ją również wspieramy. W Warszawie dzieje się obecnie tak wiele, że nasze Centrum Przedsiębiorczości Smolna – działające niespełna dwa lata – jest już za małe aby zaspokoić wszystkie potrzeby środowiska. Jednym z takich „narzędzi”, o którym chciałbym wspomnieć w kontekście angażowania się ratusza w inicjatywy startupowe, jest organizowany w czerwcu tego roku cykl Warsaw Innovation Days. Jest to pomysł na który wpadliśmy gdy dostrzegliśmy, że w Warszawie jest bardzo wiele wydarzeń, z których każde w mniejszym mieście byłoby eventem roku, a u nas znikały w powodzi podobnych wydarzeń.. Dzięki jednej dużej marce Warsaw Innovation Days obejmującej w ciągu 3 tygodni 8 dużych wydarzeń i kilkanaście lub kilkadziesiąt mniejszych, mamy możliwość dotarcia do większej grupy odbiorców i stworzenia pewnego rodzaju ekosystemu instytucji i firm świadomych innowacyjnego potencjału miasta.
To co będzie dalej?
Po pierwsze otwierane będą nowe start’upowe lokalizacje – w przyszłym roku przy ul. Targowej 56 a następnie przy ul. Targowej 80 . Wspomniany już projekt przy ul. Oboźnej 1a być może ruszy jeszcze w tym roku. Wkrótce ogłosimy kto będzie operatorem. . Wiadomo, że przy ul. Targowej 56 częściowo będzie to inkubator, częściowo sale udostępniane na spotkania czy networking. Może tam być concept store czy galeria warszawskiego sektora kreatywnego.
Młodą przedsiębiorczość chcemy wspierać i wykorzystać do rewitalizacji Pragi. Chcemy tam wprowadzić nowy sposób zarządzania lokalami użytkowymi, również pod kątem przyciągania młodych firm. Tenant-mix, czyli dobór najemców optymalny do profilu ulicy i potencjalnych klientów – to rzecz, której w Polsce jeszcze nikt nie robił. Chcemy, np. by ulica Mała, jako jeden z niewielu zachowanych w całości przedwojennych układów urbanistycznych, miała pod tym względem jednolity charakter, służący m.in. sieciowania sektora kreatywnego i rzemiosła w jednym miejscu. Będziemy wskazywać podmiotom prywatnym lokale, które mogą oni wykorzystać do swojego rozwoju – dla nas lokowanie miejsc pracy właśnie w tym rejonie miasta jest bardzo ważne. To jeden z naszych pomysłów na Starą i Nową Pragę.
Rozwój start-upów na Pradze uda się dzięki bliskości metra – bardzo pomoże też lokalizacja w praskim Koneserze Google Campusu.
Czego pana zdaniem brakuje jeszcze Warszawie, jeśli chodzi o ekosystem start-upowy?
Brakuje wkomponowania nowoczesnej przedsiębiorczości w miejską przestrzeń, zrozumienia, że start-up to nie tylko budynek i coworking, ale pomysł na dzielnicę w ogóle. Dlaczego Powiśle stało się modnym miejscem dla start-upów? Bo kiedyś miasto podjęło decyzję, że mają tu być inwestycje w naukę i ludzi młodych. To tu powstał i rozwinął się kampus uniwersytecki oraz Centrum Nauki Kopernik. Młodość, innowacyjność i kreatywność w myśleniu przyciągają się – obok jednych inicjatyw wyrastają następne. W myśleniu miejskim o start-upach brakuje moim zdaniem tematu wkomponowania ich w strukturę miejską na poziomie zarządów dzielnic poprzez oferowanie lokali, które stoją puste i niewykorzystane. Mógłby tam wejść przedsiębiorca, wyremontować lokal i przez jakiś czas nie płacić czynszu. Wciąż za mało jest instrumentów wspomagających kontakt i budowanie relacji młodych przedsiębiorców i urzędników. Obecna jest nadal pewna doza nieufności i braku komunikacji pomiędzy nimi. Ale nad też już pracujemy.
Czy nowe technologie opracowane przez warszawskie start-upy będą wdrażane w mieście?
Jak najbardziej. Naszym flagowym projektem, w który zainwestujemy ponad 50 mln zł, jest warszawska technologia beaconowa, z kompleksową informacją o miejskiej ofercie komunikacyjnej czy turystycznej, z której będzie można korzystać dzięki aplikacji na smartfony. Start-upem, który ma największy udział w projekcie, jest warszawska firma Ifinity. W latach 2016-17 ma być już gotowa kompleksowa oferta dotycząca większości przestrzeni miejskiej. Na pewno obejmie wszystkie środki komunikacji miejskiej i urzędy. Nasi partnerzy, tacy jak np. Muzeum Narodowe, będą mogli dzięki tej aplikacji tworzyć treści dla zwiedzających. Technologia będzie otwarta, co daje kolejną przewagę. Nasza oferta to hasło: my dajemy sieć, Wy generujecie pomysły. Pierwszym elementem programu jest instalacja samych beaconów, drugim – aplikacja. Chcemy umożliwić bezpłatne skorzystanie z naszej infrastruktury każdemu chętnemu podmiotowi prywatnemu, np. takiemu, który zaoferuje warszawskim restauracjom aplikację, która pomoże klientom w rezerwacji stolika, a niewidomym w dotarciu do lokalu. Idąc przez miasto z telefonem, dostaniemy informację o ofercie w najbliższym sklepie. Jeśli turysta zaprogramuje w smartfonie ścieżkę zwiedzania, to dowie się więcej niż w przypadku technologii GPS. Finansowanie projektu mamy zagwarantowane. Jest on innowacyjny i wykorzystuje technologie informacyjno-komunikacyjne, a na nich nam w Warszawie bardzo zależy.
Marta Czartoryska-Żak, VP Chief Marketing Officer w Grupie WP zdobyła Grand Prix w konkursie Dyrektor Marketingu Roku 2014 w kategorii zgłoszenie indywidualne firmy.
Celem plebiscytu jest nagradzanie najwybitniejszych polskich zespołów marketingowych oraz szefów marketingu, którzy osiągają ponadprzeciętne wyniki w Polsce, jak również na rynkach międzynarodowych, wyróżniają się skutecznością swoich działań, profesjonalizmem i nieszablonowym sposobem myślenia. Konkurs, organizowany przez właściciela portalu branżowego mediarun.pl, odbył się po raz piąty.
Zwycięzców wyłoniła kapituła konkursu. W jej skład weszło 39 osób reprezentujących branżę marketingową (zarówno teoretycy, jak i praktycy), media oraz laureaci poprzednich edycji konkursu. W tym roku nagrody przyznano w 12 kategoriach, a uroczyste wręczenie statuetek odbyło się 16 czerwca w Arkadach Kubickiego w Warszawie.
Marta Czartoryska-Żak z rynkiem reklamowym związana jest od 1992 roku, natomiast z Grupą Wirtualna Polska od 2014 roku. Nagrodzono ją za całokształt działań prowadzonych w ramach rebrandingu marki WP (wprowadzenie nowego logo, kampania wizerunkowa) oraz ich efekt.
Grand Prix w konkursie Dyrektor Marketingu Roku 2014 roku to kolejne wyróżnienie za zmianę wizerunku marki Wirtualna Polska. Wcześniej Grupa WP zdobyła złoty laur w kategorii „Best rebrand of a digital Property” oraz I wyróżnienie w kategorii ,,Best visual identity from the technology, media & telecommunications sector” w prestiżowym, międzynarodowym konkursie Transform Awards. Rebranding Wirtualnej Polski uznano za najlepszy w rankingu magazynu Press.
Czy warto kupić zadłużone mieszkanie? I czy to w ogóle bezpieczne? Odpowiadamy – oczywiście. W takim wypadku należy jednak dokładnie zbadać historię lokalu oraz jego bieżący stan prawny.
„Zadłużone” nieruchomości znaleźć można dziś wszędzie – w ofertach biur nieruchomości, w serwisach internetowych oraz wśród prywatnych ogłoszeń osób, które z powodu trudnej sytuacji finansowej nie poradziły sobie ze spłatą kredytu mieszkaniowego (na przykład w wyniku nagłej zmiany kursu waluty, w której zaciągnięto kredyt). Przyczyną kłopotów finansowych właściciela nieruchomości może też być egzekucja komornicza z tytułu wysokich zaległości w ZUS czy urzędzie skarbowym (w przypadku działalności gospodarczej), a także – trudna sytuacja rodzinna (śmierć jednego z kredytobiorców).
Co zatem dzieje się z lokalem, którego właściciel nie potrafi utrzymać?
– Nieruchomość taka trafia na sprzedaż lub w ręce komornika, który wszczyna postępowanie egzekucyjne – wyjaśnia Marcin Gaj, doradca finansowy z firmy Alex T. Great. – Cena zadłużonej i wystawionej na sprzedaż nieruchomości jest zwykle znacznie niższa, niż podobne oferty na rynku, różnica może sięgać nawet do 30 proc. Obniżając cenę, dłużnicy starają się odzyskać całość lub choćby większą część środków, dzięki którym będą mogli spłacić swoje długi.
A jak sprawdzić, czy z takim zakupem nie wiąże się żadne ryzyko?
– Najrozsądniej jest udać się do doradcy finansowego, który dokona weryfikacji stanu prawnego takiego lokalu – tłumaczy Marcin Gaj. – Sprawdzamy przede wszystkim wszystkie zapisy księgi wieczystej, by uzyskać w ten sposób komplet informacji o tym, kto jest obecnie właścicielem nieruchomości oraz upewnić się, że wszelkie zapisy w dokumentach zgodne są ze stanem faktycznym lokalu. Mam tu na myśli weryfikację zapisów dotyczących prawa własności, powierzchni użytkowej oraz rzeczywistej ilości pomieszczeń w tej nieruchomości. Najważniejsze zaś jest to, by dokładnie sprawdzić, czy nie istnieją żadne prawa, roszczenia i ograniczenia, które uniemożliwiałyby w przyszłości swobodne dysponowanie tym lokalem przez przyszłego nabywcę. Trzeba też pamiętać o ewentualnych zapisach hipotecznych, które także mogą dotyczyć takiej nieruchomości.
Rolą doradcy finansowego, który reprezentuje przyszłego nabywcę, jest także analiza opłacalności takiego zakupu. – Porównuję cenę zadłużonego lokalu ze średnią cen nieruchomości w tej samej lokalizacji, sprawdzam wiek i stan techniczny budynku, by upewnić się, że zakup takiego mieszkania naprawdę się opłaca. Zawsze w takiej sytuacji dokonuję też oględzin, bo jest to najlepszy sposób, by przekonać się, w jakim stanie jest lokal wystawiony na sprzedaż – zaznacza doradca z Alex T. Great.
Jeśli wszystko się zgadza i zapadnie decyzja o zakupie zadłużonej nieruchomości, doradca finansowy przedstawia listę dokumentów, które pozwolą skutecznie nabyć takie mieszkanie. Jest to m.in. zaświadczenie wydane przez komornika (lub inną insynuację – ZUS, bank, spółdzielnię mieszkaniową) wskazujące stan zaległości. Dokument taki dostarczyć powinien zbywca, a pojawić się w nim musi też numer konta do całkowitej spłaty zobowiązania oraz zgoda na wykreślenie z księgi wieczystej wpisu o wszczęciu egzekucji komorniczej lub hipoteki banku. Dodatkowo, jeśli lokal obciążony jest hipoteką, zadłużony kredytobiorca winien – na prośbę przyszłego nabywcy – dostarczyć zaświadczenie wydane przez kredytujący go bank potwierdzające fakt udzielenia kredytu oraz aktualne saldo zadłużenia do całkowitej spłaty kredytu. Dokument taki powinien zawierać także numer rachunku technicznego (bez dostępu kredytobiorcy) oraz zgodę banku na wykreślenie hipoteki po całkowitej spłacie zaległości wobec banku przez przyszłego nabywcę.
Dodajmy, że mowa tu o zakupie nieruchomości na kredyt. W takiej sytuacji doradca finansowy, oprócz analizy stanu prawnego i technicznego nabywanej nieruchomości, ma także dodatkowe zadanie – pomoc przyszłym właścicielom w pozyskaniu dobrego kredytu mieszkaniowego. – Podobnie, jak ma to miejsce w przypadku lokali nabywanych na rynku pierwotnym czy wtórnym, badam zdolność kredytową moich klientów, starając się znaleźć dla nich możliwie najlepszą, najkorzystniejszą ofertę kredytu mieszkaniowego – wyjaśnia Marcin Gaj z Alexa. – W tak szczególnej sytuacji zwykle aranżuję kilka spotkań z zadłużonym zbywcą, by wyjaśnić mu, jak będzie przebiegał cały proces zakupu-sprzedaży i przekazania lokalu. Takie spotkania dają też możliwość przekazania pełnej informacji o tym, jakie dokumenty niezbędne do zakupu musi nam dostarczyć zbywca.
Gdy cały proces analizy i wnioskowania kredytowego przebiegnie pomyślnie, bank, w którym nowy nabywca zaciąga kredyt, przekazuje (zwykle – w transzach) ustaloną sumę do komornika oraz do banku, w którym zbywca ma hipoteczne zobowiązanie. Nim to nastąpi, analityk bankowy podaje warunki niezbędne do zamknięcia całej transakcji – konieczne jest między innymi dostarczenie przez zbywcę wszystkich aktualnych zaświadczeń, o których mowa była powyżej. Bez nich nie dojdzie do podpisania umowy kredytowej oraz wypłaty kredytu. Dokumenty takie będą też wymagane przez notariusza podczas sporządzania ostatecznego aktu notarialnego sprzedaży nieruchomości.
A jak „technicznie” wygląda uruchomienie i obsługa takiego kredytu?
Pierwsza transza trafia zwykle do komornika lub instytucji, w których zbywca jest hipotecznie zadłużony. A gdy dług wobec powyższych zostanie uregulowany, bank uruchamia pozostałe środki, przekazując je na konto wskazane przez zbywcę (w przypadku niektórych banków wypłata odbywa się jednocześnie – zarówno na konto komornicze, jak i konto zbywcy).
Trzeba zaznaczyć, że bank może nie zechcieć skredytować zakupu zadłużonej nieruchomości. Powodem takiej sytuacji może być, dla przykładu, zły stan techniczny mieszkania. Wiąże się to wówczas z podniesieniem kwoty kredytu o wartość umożliwiającą wykonanie remontu.
Pamiętajmy też, że w przypadku zakupu mieszkania niezbędny jest dokument wskazujący liczbę osób zameldowanych w takim lokalu. A jeśli mieszkanie, które chcemy nabyć, jest mieszkaniem spółdzielczym, zbywca powinien dostarczyć dokument potwierdzający brak zaległości czynszowych wobec spółdzielni. Jeżeli nabywca zdecyduje się spłacić taką zaległość w imieniu dłużnika, suma ta traktowana jest jako wkład własny kredytu mieszkaniowego. I oczywiście zawsze żądajmy od zbywcy zaświadczenia potwierdzającego wymeldowanie wszystkich osób, które mogłyby w przyszłości stanowić przeszkodę w swobodnym dysponowaniu nabywanym przez nas lokalem.
A jeśli to wszystko, o czym piszemy powyżej, wydaje się zbyt skomplikowane, mamy dobrą radę – w przypadku zakupu tańszej, ale zadłużonej nieruchomości, warto poprosić o pomoc doradcę finansowego. Jego doświadczenie i wiedza gwarantuje, że zakup taki będzie rzeczywiście bezpieczny pod względem formalnym i prawnym. A jeśli dobrze wybierzemy doradcę, można liczyć także na to, że i cena lokalu będzie naprawdę atrakcyjna.
Specjalizująca się w zarządzaniu najmem mieszkań i inwestowaniu w nieruchomości Grupa Mzuri uruchomiła kolejną spółkę celową – Mzuri CFI 2 – która w oparciu o model inwestowania społecznościowego nabędzie portfel mieszkań na wynajem. Spółka rozpoczęła nabór środków, limit inwestycyjny wynosi minimum 10 tys. zł. Prognozowana stopa zwrotu z inwestycji może osiągnąć nawet 8 proc. w skali roku.
Mzuri CFI 2 to kolejna Spółka Grupy Mzuri uruchomiona w ramach inicjatywy Mzuri Crowdfund Investing (Mzuri CFI) opartej na modelu inwestowania grupowego w branży nieruchomości. Pierwsza ze spółek, Mzuri CFI 1 cieszyła się dużym zainteresowaniem ze strony Inwestorów i pozyskała pod koniec 2014 roku ponad 1,5 mln zł na zakup i remont kamienicy w celu późniejszego sprzedania mieszkań przeznaczonych na wynajem. Udziały w Spółce objęło wówczas 64 inwestorów. Obecnie Mzuri CFI 1 jest już na etapie finalizacji zakupu kamienicy w Łodzi. – Spółka Mzuri CFI 1 spotkała się z dużym odzewem ze strony Inwestorów. Utwierdziło nas to w przekonaniu, że inwestowanie społecznościowe umożliwiające indywidualnym inwestorom lokowanie relatywnie niskich kwot kapitału w nieruchomości, to pożądana alternatywa dla tradycyjnych instrumentów oszczędnościowych – komentuje Artur Kaźmierczak, Prezes Zarządu Mzuri CFI 2 Sp. z o. o. – Spodziewamy się, że Mzuri CFI 2 wzbudzi jeszcze większe zaintersowanie inwestorów – dodaje Kaźmierczak.
Mzuri CFI 2 w swojej działalności wykorzystuje istniejące kompetencje i zdobyte przez lata doświadczenia Grupy Mzuri. źródło: http://mzuricfi.pl
Strategia biznesowa Mzuri CFI 2 zakłada, że każdy z Inwestorów po wniesieniu do Spółki deklarowanej kwoty wynoszącej przynajmniej 10 tys. zł obejmie udziały proporcjonalnie do zainwestowanego kapitału. Po zebraniu środków rzędu co najmniej kilku mln zł, Spółka zakupi pakiet mieszkań po atrakcyjnych cenach, przeprowadzi ich remont, a następnie wynajmie je w celu osiągania regularnych korzyści finansowych z czynszu najmu. Wypłaty zysków udziałowcom planowane są co cztery miesiące, począwszy od drugiego roku funkcjonowania Spółki. Prognozowana stopa zwrotu z inwestycji może docelowo osiągnąć nawet 8 proc. rocznie. Jako że Spółka przyjmuje formę wehikułu otwartego, potencjalni Inwestorzy nie są ograniczeni terminem przystąpienia do Mzuri CFI 2. – Uruchomienie Mzuri CFI 2 jest środkiem do realizacji naszej misji – pomocy jak największej liczbie Polek i Polaków w osiągnięciu wolności finansowej. Również tym osobom, które są na początku swojej drogi i nie dysponują dużymi środkami na zakup nieruchomości – komentuje Sławek Muturi – założyciel Grupy Mzuri i Przewodniczący Rady Nadzorczej Mzuri CFI 2. Mzuri planuje uruchomienie wkrótce kolejnych Spółek w ramach inicjatywy Mzuri CFI.
Inwestorzy z coraz większym zaufaniem podchodzą do papierów dłużnych emitowanych przez deweloperów. W czasach niskich stóp procentowych obligacje spółek o dobrej kondycji finansowej i wiarygodnym wizerunku to atrakcyjna lokata kapitału
Obligacje wchodzą pod strzechy. Emitentami tego typu papierów wartościowych jest dziś nie tylko Skarb Państwo i samorządy. Coraz częściej po ten instrument sięgają przedsiębiorcy, zarówno notowani na giełdzie, jak i firmy poza rynkiem regulowanym. Do najbardziej aktywnych na tym polu zalicza się deweloperów, którzy chętnie plasują kolejne emisje obligacji, kierowane zarówno do klientów instytucjonalnych, jak i indywidualnych. Niektóre transze już w ubiegłym roku rozchodziły się w błyskawicznym tempie – np. spółka Echo Investment znajdowała chętnych na swoje papiery zaledwie w ciągu kilku dni.
– Wraz z poprawą koniunktury w budownictwie mieszkaniowym wzrósł apetyt deweloperów na środki finansowe, dzięki którym mogą oni współfinansować kolejne projekty mieszkaniowe. Z tej przyczyny przedstawiciele branży coraz częściej sięgają po obligacje jako źródło finansowania inwestycji. Ten trend jest zauważalny od dłuższego czasu, ale w I półroczu 2015 r. wyraźnie wzrosła liczba publicznych emisji obligacji, do których dostęp mają indywidualni inwestorzy. Można się spodziewać, że w miarę jak kolejne emisje będą zyskiwały uznanie w oczach inwestorów, kolejni deweloperzy będą sięgali po ten instrument – przekonuje Emil Szweda, założyciel serwisu Obligacje.pl.
O powrocie zaufania do tej branży, mogą też świadczyć marże znacznie niższe niż jeszcze rok temu, oscylujące obecnie na poziomie 3 – 4 proc. ponad WIBOR. Coraz częściej spółki deweloperskie decydują się na papiery niezabezpieczone. –Nie można zapominać, że nieruchomości są podstawowym majątkiem deweloperów, dzięki któremu obligatariusze mogą liczyć na spłatę obligacji nawet wówczas, gdy deweloper znajdzie się w trudnej sytuacji finansowej. Obecna korzystna sytuacja na rynku pozwala jednak na stopniowe odejście od emisji obligacji zabezpieczonych na nieruchomościach– zaznacza Emil Szweda.
Sami inwestorzy stawiają przede wszystkim na jakość emitentów i ich sytuację finansową, a nie na umieszczone w dokumencie emisyjnym zapisy dotyczące zabezpieczeń długu. Duże znaczenie ma także obecna sytuacja na rynku mieszkaniowym, który wrócił na drogę wzrostów po zapaści sprzed kilku lat – deweloperzy mogą pochwalić się stabilnym, wysokim poziomem kontraktacji lokali albo nawet coraz większymi obrotami.
– Największe giełdowe spółki rocznie podpisują tysiące nowych umów. To efekt urealnionych cen mieszkań, niskich stóp procentowych oraz wzrostu zamożności społeczeństwa. Deweloperzy, zachęceni popytem, sukcesywnie wprowadzają nowe inwestycje do sprzedaży. Rynek nowych mieszkań będzie się rozwijać pomyślnie przez co najmniej najbliższe dwa lata. Dobra i stabilna kondycja deweloperów sprawia, że inwestorzy znów nabierają do nich zaufania, postrzegając ich obligacje jako atrakcyjną i bezpieczną formę lokaty kapitału – tłumaczy Tomasz Sznajder, wiceprezes Polnordu.
Swoje programy emisji obligacji dedykowanych również inwestorom detalicznym już w ubiegłym roku ogłosiły, oprócz Echo Investment, również m.in. Capital Park oraz Ghelamco, a w ostatnich tygodniach – Polnord, który zaproponował trzyletnie papiery o łącznej wartości do 50 mln zł. Wartość nominalna jednej obligacji wynosi 100 zł. Oprocentowanie tej transzy opiera się o trzymiesięczny WIBOR powiększony o 3,5-proc. marżę, czyli w sumie, przy obecnym WIBORZE inwestorzy mogą liczyć na 5,21-proc. stopę zwrotu. Jest to więc zdecydowanie bardziej zyskowna opcja niż tradycyjna lokata bankowa. Oferta jest skierowana zarówno do inwestorów instytucjonalnych, jak i detalicznych. W całym programie emisji obligacji spółka planuje w sumie wyemitować papiery o wartości do 100 mln zł.
Co do zasady, obligacje spółek charakteryzujących się dobrą kondycją finansową to bezpieczna lokata. W wielu przypadkach, gdy minimalny zapis wynosi zaledwie 100 zł (np. obecna emisja obligacji Polnord S.A.), również dostępna dla wszystkich, nawet tych, którzy mają niewielki kapitał. Średnie, stabilne oprocentowanie obligacji przekracza poziom lokat oferowanych przez banki. A te papiery, które trafiają na Catalyst, często można z zyskiem sprzedać na rynku wtórnym. Z tej inwestycji można się wycofać nawet przed terminem wykupu papierów, bez utraty należnego oprocentowania. Inwestorzy otrzymują wypłatę odsetek regularnie, zwykle co kwartał, co zapewnia im stałe wpływy. Ponadto posiadacze papierów dłużnych jako wierzyciele są uprzywilejowani pod względem zaspokojenia roszczeń jeśli dojdzie do bankructwa przedsiębiorstwa.
– W porównaniu do akcji, obligacje deweloperów – przede wszystkim tych o stabilnej sytuacji finansowej – dają łatwiejszy do prognozowania wynik z inwestycji. Akcje cechują się bowiem znacznie większymi wahaniami notowań, w obie strony. W przypadku obligacji, gdy z góry wiadomo jakie będzie oprocentowanie i jaki jest termin wykupienia obligacji, znacznie łatwiej jest oszacować zysk z inwestycji, a ryzyko wahania notowań obligacji na rynku wtórnym jest bez porównania mniejsze, o ile tylko emitent obligacji jest wypłacalny – opowiada Emil Szweda.
Reasumując, obligacje to ciekawa propozycja dla inwestorów, którzy z jednej strony chcą zdywersyfikować swój portfel inwestycyjny, a z drugiej szukają rozwiązań, które przy zdecydowanie mniejszym ryzyku niż np. inwestycja w akcje, pozwalają osiągać ponadprzeciętne zyski.
Rady Nadzorcze MCI Management S.A. (MCI) i Private Equity Managers S.A. (PEManagers) podjęły uchwały o zmianach w składach zarządów obu spółek. Nowym prezesem zarządu MCI został Tomasz Czechowicz, który jednocześnie zajmie stanowisko wiceprezesa PEManagers. Na czele zarządu PEManagers stanie Cezary Smorszczewski, który złożył rezygnację z funkcji w zarządzie MCI. Zmian dokonano również w zarządach MCI Capital TFI S.A. (MCI TFI) oraz MCI AM s.j. (MCI AM). Celem rekonstrukcji zarządów jest porządkowanie struktur grup kapitałowych i zwiększenie przejrzystości działalności.
Na posiedzeniu w dniu 16 czerwca Rada Nadzorcza MCI powołała Wojciecha Marcińczyka i Tomasza Masiarza w skład zarządu spółki na trzyletnią kadencję, powierzając pierwszemu z nich funkcję wiceprezesa, a drugiemu członka zarządu. Przyjęła również rezygnację Cezarego Smorszczewskiego z funkcji prezesa zarządu, a na jego miejsce powołała Tomasza Czechowicza, dotychczasowego wiceprezesa. Zmiany w składzie zarządu weszły w życie z dniem 16 czerwca br.
W tym samym dniu Rada Nadzorcza PEManagers powołała w skład zarządu na kolejną kadencję: Cezarego Smorszczewskiego (na funkcję prezesa zarządu), Tomasza Czechowicza (na funkcję wiceprezesa zarządu), Ewę Ogryczak (na funkcję wiceprezesa zarządu) oraz Krzysztofa Konopińskiego (na funkcję członka zarządu). Zmiany w zarządzie PEManagers wejdą w życie następnego dnia po zatwierdzeniu przez Zwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki jednostkowego oraz skonsolidowanego sprawozdania finansowego za rok 2014, zwołanego na dzień 29 czerwca br.
– Ogłoszone dziś zmiany personalne są realizacją zapowiedzi sprzed ponad roku, kiedy dołączałem do Grupy MCI. Mają na celu definitywne rozdzielenie obu grup kapitałowych i zwiększanie przejrzystości ich funkcjonowania. Wraz ze zmianami w składzie osobowym i ułożeniem od nowa relacji pomiędzy spółkami z obu grup kapitałowych, zmieni się również polityka informacyjna obu podmiotów – powiedział Cezary Smorszczewski, ustępujący prezes zarządu MCI Management S.A. – Zmiany te są odpowiedzią na oczekiwania rynku i jestem przekonany, że przyczynią się do wzrostu wartości obu notowanych grup. Mamy nadzieję, że zostaną docenione przez naszych akcjonariuszy.
– Z powodzeniem zakończyliśmy proces rozdzielania PEManagers od MCI. Obie spółki mają teraz swoją tożsamość i pełnią odrębne funkcje. MCI będzie typowym funduszem multistage inwestującym w inne fundusze realizujące inwestycje w spółki segmentu digital na różnych etapach rozwoju, który będzie też odpowiedzialny za zapewnianie finansowania dla funduszy (fundraising). PEManagers natomiast, poprzez MCI TFI, będzie zarządzał aktywami funduszy inwestycyjnych – powiedział Tomasz Czechowicz, nowy prezes zarządu MCI Management S.A.
Zmiany w Zarządach MCI Management SA, Private Equity Managers SA i MCI Capital TFI SA:
Podmiot
Po zmianach
Przed zmianami
MCI Management
1. Tomasz Czechowicz – Prezes Zarządu
2. Ewa Ogryczak – Wiceprezes Zarządu
3. Wojciech Marcińczyk – Wiceprezes Zarządu
4. Tomasz Masiarz – Członek ZarząduZmiany weszły w życie z dniem 16 czerwca br.
1. Cezary Smorszczewski – Prezes Zarządu
2. Tomasz Czechowicz – Wiceprezes Zarządu
3. Ewa Ogryczak – Członek Zarządu
Private Equity Managers
1. Cezary Smorszczewski – Prezes Zarządu
2. Tomasz Czechowicz – Wiceprezes Zarządu
3. Ewa Ogryczak – Wiceprezes Zarządu
4. Krzysztof Konopiński – Członek ZarząduZmiany wejdą w życie następnego dnia po zatwierdzeniu przez Zwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki jednostkowego oraz skonsolidowanego sprawozdania finansowego za rok 2014 zwołanego na dzień 29 czerwca br.
1. Tomasz Czechowicz – Prezes Zarządu
2. Cezary Smorszczewski – Wiceprezes Zarządu
3. Ewa Ogryczak – Wiceprezes Zarządu
4. Sylwester Janik – Wiceprezes Zarządu
5. Wojciech Marcińczyk – Wiceprezes Zarządu
6. Krzysztof Konopiński – Członek Zarządu
MCI Capital TFI
1. Cezary Smorszczewski – Prezes Zarządu
2. Tomasz Czechowicz – Wiceprezes Zarządu
3. Ewa Ogryczak – Członek Zarządu
4. Wojciech Marcińczyk – Członek Zarządu
5. Sylwester Janik – Członek Zarządu
6. Tomasz Danis – Członek Zarządu
7. Joanna Rosół – Członek Zarządu
1. Cezary Smorszczewski – Prezes Zarządu
2. Tomasz Czechowicz – Członek Zarządu
3. Ewa Ogryczak – Członek Zarządu
4. Wojciech Marcińczyk – Członek Zarządu
5. Sylwester Janik – Członek Zarządu
6. Joanna Rosół – Członek Zarządu
Dzięki zmianom personalnym w każdej ze spółek skupiono kompetencje kluczowe dla ich funkcjonowania: w zakresie inwestowania, zarządzania aktywami i finansami. Nowy rozkład zarządów doprowadził też do wyeliminowania stosunku zależności i dominacji między spółkami z grupy MCI a spółkami z grupy PEManagers.
– Po zmianach PEManagers stało się typową spółka holdingową, która poprzez spółki zależne realizuje swoje najważniejsze cele, czyli zwiększanie wartości aktywów i realizowanie wysokich zwrotów z inwestycji. Jednocześnie dostosowaliśmy skład zarządu MCI Capital TFI, spółki bezpośrednio odpowiedzialnej za zarządzanie aktywami funduszy, w taki sposób, że zasiadają w nim tylko osoby wchodzące w skład komitetu inwestycyjnego MCI TFI. Dzięki temu w jasny sposób zdefiniowaliśmy ich rolę w strukturze grupy PEManagers – dodał Cezary Smorszczewski.
Reputacja pracodawców i sukces w procesie rekrutacji najlepszych specjalistów coraz bardziej zależy od wizerunku firmy w mediach społecznościowych
Nowoczesne technologie oraz jednoczesna obecność kilku pokoleń na rynku pracy powodują, że zmienia się on nieustannie. Media społecznościowe stały się kanałem otwartej komunikacji, przez co korporacje są wystawione na widok publiczny, a pozycja pracowników wobec pracodawców umacnia się. Rosnąca automatyzacja oznacza w niektórych profesjach i branżach zastąpienie ludzi przez roboty. Nie zawsze jednakwiąże się to z redukcją zatrudnienia. Obecnie głównym wyzwaniem dla firm jest budowanie zdrowej kultury organizacyjnej oraz zwiększenie zaangażowania pracowników. Coroczny międzynarodowy raport „Trendy HR 2015 – Nowy świat pracy”, przygotowany przez firmę doradczą Deloitte, przewiduje najważniejsze trendy, które w ciągu w najbliższych kilkunastu miesięcy, mogą wpłynąć na świat pracy, zarówno globalnie, jak i w Polsce.
Badanie Deloitte przeprowadzono wśród ponad 3,3 tys. liderów biznesu i dyrektorów HR ze 106 krajów świata, w tym również z Polski. Respondenci wskazali na dziesięć trendów, które wpływają i będą wpływać na podejmowanie decyzji biznesowych oraz inicjatyw związanych z zarządzaniem kapitałem ludzkim. Źródłowy raport „Global Human Capital Trends 2015. Leading in the new world of work” został opublikowany przez Deloitte USA.
„Nagie” firmy
W tym roku największą uwagę na świecie przykuwa kwestia kultury organizacyjnej i zaangażowania pracowników, która zajmuje czołowe miejsce wśród najistotniejszych wyzwań (87 proc. wskazuje to zagadnienie jako „ważne” lub „bardzo ważne”). Po raz pierwszy stanowi ona najwyższy priorytet dla liderów przedsiębiorstw. Również w Polsce trend ten znalazł się na pierwszym miejscu – osiągając skalę ważności na poziomie 81 proc. We współczesnych organizacjach, które borykają się z problemem deficytów kluczowych kompetencji i silną konkurencją o talenty, to właśnie przemyślana strategia kształtowania kultury organizacyjnej oraz wzmacniania zaangażowania jest receptą na przyciągnięcie i utrzymanie najlepszych pracowników.
„Firmy, które w porę zrozumieją i umiejętnie wykorzystają fakt, iż wewnętrzna kultura organizacyjna jest obecnie widoczna również dla potencjalnych kandydatów, głównie za pośrednictwem mediów społecznościowych, a tym samym odgrywa istotną rolę w budowaniu wizerunku pracodawcy, mają szansę na sukces w pozyskiwaniu talentów i pozostawienie w tyle swoich konkurentów. Wszystko wskazuje na to, że do tego celu prowadzi jednak daleka droga, ponieważ jedynie 12 proc. badanych globalnie i 6 proc. w Polsce uznało, że ich firma świetnie sobie radzi z wdrażaniem pożądanej kultury organizacyjnej” – mówi Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu, Lider zespołu Human Capital, Deloitte.
Firmy funkcjonują obecnie w świecie zdominowanym przez portale społecznościowe, takie jak np. Facebook czy LinkedIn. Wiele z ważnych korporacyjnych decyzji jest natychmiast upubliczniane i otwarcie dyskutowane. Opinie o pracodawcy kształtują jego wizerunek w oczach potencjalnych pracowników i wpływają na proces rekrutacji. Kwestie, które niegdyś były znane niewielu osobom, dziś szybko trafiają do Internetu i każdy może o nich przeczytać. Niezadowolony z atmosfery w pracy lub zwolniony podwładny jest w stanie za pośrednictwem Internetu narazić firmę na ryzyko reputacyjne. Kultura organizacji, którą można zdefiniować jako „sposób w jaki wszystko działa”, staje się w coraz większym stopniu jawna i widoczna dla wszystkich. Wpływa ona na zaangażowanie pracowników, wyniki biznesowe, rekrutację oraz reputację.
„Pracownicy rosną w siłę. Można wręcz powiedzieć, że stali się najważniejszymi klientami swoich firm. Przyjazne środowisko pracy motywuje dziś bardziej niż ambicje zawodowe. Oczywiście zjawisko to narasta powoli, głównie w wielkich korporacjach, ale jego zasięg w najbliższych latach będzie coraz większy” – mówi Natalia Pisarek, Starszy Konsultant w Dziale Konsultingu Deloitte. „Jeszcze kilka lat temu to działy HR sprawdzały profile kandydatów na portalach społecznościowych, teraz to oni sami niejednokrotnie mogą łatwo dowiedzieć się o przyszłym pracodawcy więcej, niż on sam chciałby ujawnić” – dodaje.
Biorąc pod uwagę stosunkowo nowe zjawisko tego rodzaju transparentności w biznesie, kultura organizacyjna może awansować do rangi kluczowej przewagi konkurencyjnej firmy lub w przeciwnym wypadku stać się jej piętą achillesową. Kultura i zaangażowanie to dziś istotne kwestie biznesowe, a nie tylko obszar zainteresowania działów HR. Widać, że następuje pewne ożywienie wśród pracowników, którzy po kryzysie poczuli się pewniej i postanowili zmienić pracę z powodów emocjonalnych. Pracownicy mają dość ciągłej presji na koszty, projektów restrukturyzacyjnych i ciągłego zaciskania pasa – więc idą do firm, w których inwestuje się w ludzi i panuje bardziej przyjazna atmosfera. Czynnik ludzki, taki jak na przykład styl zarządzania szefa czy relacje w zespole, przeważa nad kwestiami finansowymi.
Roboty: konkurencja czy wsparcie?
W świetle rosnących możliwości komputerów i oprogramowania w zakresie wykonywania zadań, organizacje muszą zmienić procesy pracy i zrewidować swoje poglądy na temat wymaganych kompetencji pracowników. Prawie sześciu na dziesięciu badanych ocenia ten trend jako „ważny” lub „bardzo ważny” (68 proc. w Polsce), ale jedynie 5 proc. (3 proc. w Polsce) twierdzi, że świetnie rozumie związane z nim konsekwencje. Dzięki technologiom takim jak rozpoznawanie mowy, widzenie komputerowe czy systemy uczące się można tworzyć maszyny, które potrafią mówić, widzieć, czytać i słuchać.
„Wpływ komputerów na pracę to nic nowego, choć dobrze zdawać sobie sprawę, że wymiar tego zjawiska przybiera na sile. Badanie przeprowadzone przez Uniwersytet w Oksfordzie w zakresie oddziaływania technologii na setki specjalizacji w Stanach Zjednoczonych wykazało, że prawie połowa miejsc pracy w USA w ciągu najbliższych dwóch dekad potencjalnie może ulec zautomatyzowaniu” – mówi Natalia Pisarek.
Już dziś w codziennym życiu można spotkać się z tym zjawiskiem. Wystarczy wspomnieć zautomatyzowane, samoobsługowe kasy w McDonald’s. Roboty pracują już także w przemyśle samochodowym oraz w Google. Czy to oznacza, że na skutek tego zjawiska wielu ludzi zostanie pozbawionych pracy? Tempo innowacji sugeruje, że technologie, które wydają się odległą przyszłością, wejdą w życie dużo szybciej niż się spodziewamy, ale będzie to stosunkowo długi proces i tempo wdrożenia w każdym kraju będzie inne. Ponadto automatyzacji przyświeca zasada, że maszyny to partnerzy w miejscu pracy, a nie konkurencja.
„Niektóre stanowiska pracy będą likwidowane, inne natomiast zmienią się. W nadchodzącej erze współpracy ludzi i maszyn, miejsca pracy, organizacje i zasady zarządzania muszą ulec gruntownym i dobrze zaplanowanym przemianom. Rotacja stanowisk przyspieszy, a okresy przejściowe ulegną skróceniu. Szeregowi pracownicy, podobnie jak ich zwierzchnicy, będą zmuszeni przez całe swoje życie zawodowe zdobywać nowe umiejętności. Rolą pracodawcy jest, aby proces ten przebiegał płynnie i bezboleśnie” – wyjaśnia Magdalena Jończak.
Sekret tkwi w kulturze
Kluczem do zrównoważonego zarządzania firmą w każdym obszarze jest kultura organizacyjna. Pracownicy mają coraz większą świadomość swoich praw, przestają akceptować nerwowe i emocjonalne zachowania liderów takie jak np. podniesiony głos, udzielanie negatywnej informacji zwrotnej w towarzystwie innych, zastraszanie, przekleństwa, wywieranie presji czy mobbing. Należy jednak zwrócić uwagę, że nadal normy etyczne i rozwiązania prawne chroniące pracowników w Polsce są mniej zaawansowane niż w krajach Europy Zachodniej lub Stanach Zjednoczonych.
„Kultura i zaangażowanie są ściśle uzależnione od przywództwa. W firmach, które forsują agresywne plany wzrostu lub przechodzą kryzys finansowy często zaobserwować można radykalne zmiany w kulturze. W większości przypadków korporacje oceniają liderów na podstawie wyników biznesowych, ale ważne jest, aby rozliczać ich także z tego, czy budują silną i trwałą kulturę w firmie, czy są otwarci na informacje zwrotne od pracowników i czy są w stanie zbudować zaangażowanie swoich zespołów i sprawić, że ich członkowie będą na tyle usatysfakcjonowani z pracy, że nie będzie ich interesowała jej zmiana” – podsumowuje Magdalena Jończak.
Dziesięć trendów (wraz z rankingiem ważności), które znalazły się w raporcie „Trendy HR 2015”, w podziale na kategorie:
Przywództwo:
priorytet nr 2 na świecie (w Polsce nr 6) –Przywództwo: Dlaczego problem powraca? Firmy niezmiennie podejmują wysiłki w celu wykształcenia liderów na wszystkich poziomach organizacji oraz w dalszym ciągu inwestują w nowe modele przywództwa. Deficyt umiejętności w zakresie kreowania prawdziwych liderów jest coraz większy we wszystkich rejonach świata.
priorytet nr 3 na świecie (w Polsce nr 5) –Szkolenia i rozwój: W centrum uwagi. Napotykając zwiększające się niedobory umiejętności personelu firmy analizują i testują nowe podejście do szkoleń oraz rozwoju pracowników.
Zaangażowanie:
priorytet nr 1 na świecie (w Polsce nr 1) – Kultura i zaangażowanie: Naga organizacja. Firmy zdają sobie sprawę z potrzeby zwiększenia nacisku na kwestie kultury organizacji i w obliczu kryzysu zaangażowania i spadku retencji, starają się znacznie wzmocnić zaangażowanie pracowników.
priorytet nr 5 na świecie (w Polsce nr 3) – Pracownicy na żądanie: Czy jesteś gotów? Firmy przyjmują bardziej wysublimowane podejście w zakresie zarządzania wszystkimi aspektami zagadnień pracowniczych, w tym odnośnie pracowników kontraktowych, prowizyjnych czy też pracujących na godziny.
priorytet nr 6 na świecie (w Polsce nr 4) –Zarządzanie efektywnością:Sekretne składnik. Firmy zastępują tradycyjne zarządzanie wynikami (sposoby oceny i nagradzania pracowników) bardziej innowacyjnymi modelami zarządzania wydajnością.
Przekształcenie:
priorytet nr 4 na świecie (w Polsce nr 2) –Transformacja funkcji HR: Całkowita przemiana. HR przechodzi całkowitą transformację, aby móc silniej oddziaływać na biznes, promować HR i innowacyjność w przedsiębiorczości.
priorytet nr 7 na świecie (w Polsce nr 7) –Analityka w obszarze kadr i HR: Ciągle na wolnym biegu. Zbyt mało organizacji aktywnie wykorzystuje możliwości zastosowania analityki w obszarze kadr.
priorytet nr 10 na świecie (w Polsce nr 10) –Dane o pracownikach są wszędzie: Sprowadź je do organizacji. Gwałtowny wzrost ilości danych dotyczących pracowników, przechowanych przez strony trzecie (np. w serwisach społecznościowych) sprawił, że wykształca się nowy świat danych pracowniczych gromadzonych poza przedsiębiorstwem. Firmy powinny rozwinąć umiejętność przeglądania, zarządzania i korzystania z takich danych, aby móc bardziej efektywnie pozyskiwać, zatrudniać, utrzymywać pracowników, a także kultywować przywództwo.
Wypracowanie od nowa:
priorytet nr 8 na świecie (w Polsce nr 7) – Uproszczenie pracy: Naciągająca rewolucja. Firmy upraszczają środowisko pracy oraz swoje praktyki w odpowiedzi na daleko idący rosnący stopień skomplikowania systemów i organizacji oraz nadmierny przesyt informacyjny.
priorytet nr 9 na świecie (w Polsce nr 9) – Maszyny i ludzie: Współpraca zamiast konkurencji. Rosnące możliwości komputerów i oprogramowania w zakresie automatyzacji i zastępowania specjalistów powodują, że firmy muszą na nowo opracować schematy wykonywania pracy i zestawy umiejętności wymagane od pracowników.
W dniach 23-25 czerwca br. w Zawierciu odbędzie się XI Konferencja Przemysłu Motoryzacyjnego AutoEvent 2015, największe spotkanie branży motoryzacyjnej w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. Partnerem Finansowym został Bank Zachodni WBK. Według ekspertów Banku, przemysł motoryzacyjny ma bardzo dobre perspektywy wzrostu produkcji na świecie, a polskie firmy będą miały w tym znaczący udział.
– Kilkaset fabryk dostawców i poddostawców branży motoryzacyjnej zlokalizowanych na terenie naszego kraju to motor polskiej gospodarki oraz silna pozycja na arenie międzynarodowej. Jakość produktów, efektywność kosztowa, dobra lokalizacja, know-how i wykwalifikowana kadra to wyróżniki, które pozwalają na współpracę z wiodącymi koncernami motoryzacyjnymi na całym świecie. Jako partner wydarzenia wypełniamy rolę nie tylko strony zapewniającej finansowanie inwestycji, ale również partnera, który kompleksowo wspiera proces nawiązywania kontaktów biznesowych, negocjowania kontraktów handlowych, dostarcza narzędzi i rozwiązań zabezpieczających bezpieczeństwo transakcji. I to zarówno u nas w Polsce jak i w ramach ekspansji zagranicznej firm z branży motoryzacyjnej – mówi Robert Antczak, odpowiedzialny za rozwój Biznesu Międzynarodowego w Banku Zachodnim WBK. – Przykłady rozwiązań przygotowanych przez BZ WBK i grupę Santander to m.in. portal SantanderTrade.com, Klub Santander Trade, wirtualne misje handlowe dla branży motoryzacyjnej np. do Meksyku, usługi International Desk czy też cały Program Rozwoju Eksportu wspierający eksport polskich firm w ważnych dla branży motoryzacyjnej kierunkach geograficznych – dodaje Antczak.
Według ekspertów BZ WBK branża motoryzacyjna ma bardzo dobre średnioterminowe perspektywy wzrostu produkcji na świecie (średni wzrost ok. 5% rocznie) jak i w Unii Europejskiej (średni wzrost ok. 3% rocznie). W połączeniu ze stabilnymi warunki współpracy sprawdzonych dostawców części z koncernami samochodowymi, zazwyczaj wysoką rentownością oraz stosunkowo dobrą przewidywalnością poziomu zamówień, zdaniem ekspertów BZ WBK, w kolejnych latach istniejące w Polsce firmy będą rozbudowywać swoje moce produkcyjne oraz będą powstawały nowe fabryki części motoryzacyjnych. – Warto także podkreślić, że przemysł motoryzacyjnym w dużym stopniu przyczynia się do wzrostu polskiego PKB i jest jedną z trzech głównych branż polskiego eksportu – stanowi niemal 10% łącznej wartości eksportu w naszym kraju. Z prognoz wynika, że na koniec br. może być jeszcze lepiej – podkreśla Robert Antczak.
Z danych firmy analitycznej AutomotiveSuppliers.pl bazującej na najnowszych danych Eurostatu wynika, że w lutym br. wartość eksportu przemysłu motoryzacyjnego wyniosła 1,74 mld euro. To wynik o 12,4% lepszy w porównaniu do analogicznego okresu w ubiegłym roku. Jednocześnie jest to drugi najwyższy w historii wynik zagranicznej sprzedaży branży Automotive. W całym 2014 r. wartość eksportu wyniosła 18,6 mld euro, a zgodnie z prognozami przedstawicieli Automotive na koniec tego roku wartość sprzedanych za granicę samochodów i części do nich może po raz pierwszy w historii przekroczyć 20 mld euro.
O polityce gospodarczej prowadzonej w Polsce i Europie wobec motoryzacji, w tym o eksporcie tej branży, porozmawiają uczestnicy tegorocznej konferencji AutoEvent. Podczas spotkania będzie też mowa o innowacjach jako wyzwaniu branży motoryzacyjnej w Polsce oraz perspektywach nowych inwestycji w naszym kraju, o rynku pracy i szkolnictwie zawodowym w segmencie Automotive. AutoEvent, którego organizatorem jest Polska Izba Motoryzacji, odbywa się pod patronatem Ministerstwa Gospodarki, Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych. Partnerem tegorocznego AutoEvent jest także Urząd Miasta Zawiercia.
– Obecność Banku Zachodniego WBK w charakterze partnera finansowego na konferencji AutoEvent podkreśla wagę tego corocznego wydarzenia tym bardziej, że wzrost inwestycji w sektorze Automotive w Polsce jest w minionych dwóch latach bardzo znaczący – mówi Roman Kantorski, Prezes Polskiej Izby Motoryzacji. – Udział BZ WBK w konferencji świadczy również o tym, że w rozwoju sektora motoryzacyjnego swojej szansy upatruje właśnie branża finansowa. Sam AutoEvent to miejsce skupiające w jednym miejscu i czasie osoby decyzyjne z fabryk motoryzacyjnych. Uczestnicy podczas trzech dni uzyskają odpowiedzi na pytania nie tylko z zakresu produkcji, logistyki i innowacji, ale także dotyczące finansów i bankowości, w tym potrzeb inwestycyjnych dla przemysłu motoryzacyjnego – dodaje Kantorski.
XI Konferencja Przemysłu Motoryzacyjnego AutoEvent 2015 odbędzie się w dniach 23-25 czerwca br. w Zawierciu, w Hotelu Villa Verde Congress & Spa. Szczegółowe informacje na temat programu spotkania dostępne są na stronie: www.autoevent.pl.
Wokół Grecji narastają kolejne obawy. Po tym jak grecki minister finansów Janis Warufakis stwierdził, że na najbliższym spotkaniu nie zaprezentuje żadnych nowych propozycji reform, inwestorzy spekulują na temat scenariusza wydarzeń podczas szczytu UE w czwartek i piątek.
Tymczasem rosną obawy, że Hellada będzie musiała ograniczyć wypłaty kapitału w swoich bankach, tak jak to było na Cyprze dwa lata temu. Od miesięcy bowiem mieszkańcy regularnie wypłacają coraz więcej środków. To, że banki ciągle mają środki na wypłaty zawdzięczają Europejskiemu Bankowi Centralnemu. W ramach tzw. programu ELA czyli ‘’awaryjnego wsparcia płynności finansowej’’, EBC pożycza środki greckim bankom, które mają problemy z płynnością. Według szefa instytutu badań gospodarki Ifo Hans-Wernera Sinna w razie wyjścia Aten z strefy euro nieuregulowane należności trzeba by umorzyć. Zatem gra na zwłokę oraz przedłużanie niepewności może wbrew pozorom być Atenom na rękę.
Poza sprawami greckimi uwagę inwestorów z pewnością zwróci posiedzenie FOMC z USA, które o godzinie 20:00 opublikuje prognozy ekonomiczne. W tym samym czasie poznamy także decyzje w sprawie stóp procentowych ze Stanów. Analitycy spodziewają się, że stopy pozostaną na niezmienionym poziomie tj. 0,25%. O 20:30 będzie przemawiała prezes Fed Janet Yellen. Inwestorzy spodziewają się, że pani prezes potwierdzi oczekiwany przez rynek termin pierwszych od kilku lat podwyżek stóp procentowych na wrzesień tego roku.
Z kalendarza danych makro mamy dziś o godz. 10:30 z Wielkiej Brytanii stopę bezrobocia za kwiecień oraz wnioski o zasiłek dla bezrobotnych. O 11:00 opublikowane zostaną dane na temat inflacji z Eurolandu. Analitycy oczekują, że wskaźnik CPI rok do roku za maj wyniesie 0,3%, natomiast miesiąc do miesiąca będzie miał 0,2%.
Jutro decyzja w sprawie stóp procentowych z Szwajcarii. Rynkowy konsensus zakłada, że stopy pozostaną bez zmian tj. na poziomie -0,75%. O 10:30 zobaczymy wskaźniki na temat sprzedaży detalicznej z Wielkiej Brytanii. O 14:30 z USA poznamy dane na temat inflacji, a o godz. 16:00 ukaże się wskaźnik przemysłowy wg Fed z Filadelfii.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 17.03.2015 do 17.06.2015
Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,1840. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1210, a następnie poziom 4,1050, zniesienie Fibonnaciego 38,2%.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 17.03.2015 do 17.06.2015
Kurs CHF/PLN jeszcze niedawno poruszał się w trendzie bocznym pomiędzy poziomami 3,8000 a 3,9400, po czym wyskoczył w górę i utworzył trend wzrostowy. Aktualnie przebił linie oporu na poziomie 3,9700. Najbliższym oporem będzie teraz ostatnie maksimum na poziomie 4,0160. Dla ruchu w dół wsparciem jest obecnie minima na 3,9150.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 17.03.2015 do 17.06.2015
Kurs USD/PLN wybił się z średnioterminowego trendu spadkowego. Aktualnie w ujęciu krótkoterminowym kurs przebił linię oporu na poziomie 3,7000 a następnie osiągnął zniesienie Fibonnaciego 38,2%. W przypadku marszu na północ ważnym oporem będzie ostatnie lokalne maksimum na poziomie 3,8210.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 17.03.2015 do 17.06.2015
Kurs GBP/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Aktualnie zbliżył się do linii wsparcia, od której skutecznie się odbił. Na drodze przed dalszymi wzrostami stoi poziom 5,7720, a więc zniesienie Fibonnaciego 23,6%. Później istotnym poziomem oporu dla dalszych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,8800. W przypadku ruchu w dół wsparciem jest minimum kanału wzrostowego na 5,6850.
Krzysztof Furmańczak- analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Według najnowszego badania autorstwa Gemius internauci z Polski klikają w reklamy online najczęściej spośród mieszkańców 12 państw Europy Środkowo-Wschodniej. Współczynnik klikalności (CTR – clickthrough rate) w reklamę displayową wynosi u nas 0,68 proc. Drugie miejsce ex aequo zajęli internauci z Bułgarii i Słowenii, z CTR sięgającym 0,49 proc. Trzecie miejsce przypadło Litwie z CTR równym 0,42 proc.
Współczynnik CTR oblicza się dzieląc liczbę kliknięć w reklamę przez liczbę jej wyświetleń (odsłon). W badaniu „Most popular display ads – Gemius Ad Monitor Report, Q3–Q4 2014” okazało się, że to właśnie internauci z Polski klikają w reklamy najchętniej. Dane uwzględnione w badaniu obejmują dwa ostatnie kwartały ubiegłego roku.
Najwyższy współczynnik CTR zanotowały w Polsce reklamy typu interstitial, czyli reklamy całostronicowe. CTR w ich przypadku sięga 4,1 proc. Piotr Prajsnar z Cloud Technologies przestrzega jednak przed zbyt pochopnym wyciąganiem wniosków z badania.
– Znakomita większość kliknięć w inwazyjne formy reklamy, jak np. interstitial, jest dziełem przypadku, a nie intencji internauty. Dlatego CTR zawsze powinien być oceniany wraz ze współczynnikiem konwersji, który mierzy rzeczywiste akcje wykonane przez użytkowników – mówi Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies – W raporcie znajdziemy tylko analizę poszczególnych form reklamowych, natomiast kluczowe znaczenie dla skuteczności reklamy ma właściwe targetowanie.Można bombardować internautę niezliczonymi reklamami, ale lepiej dotrzeć do niego raz, za to z interesującym go komunikatem. W tym celu możemy użyć anonimowych danych o intencjach zakupowych oraz zainteresowaniach użytkowników. Z naszych doświadczeń wynika, że skuteczność reklam wspartych danymi jest przynajmniej kilkakrotnie wyższa w porównaniu z kampaniami bez ich użycia – dodaje Piotr Prajsnar, którego spółka opracowała największą w tej części Europy platformę Big Data, pozwalającą na personalizowanie reklam w Sieci pod konkretne profile internautów oraz eliminowanie kliknięć generowanych przez boty.
Gemius zauważa, że najpopularniejszą formą reklamy displayowej w naszej części świata pozostaje standardowy baner, po który reklamodawcy sięgają zdecydowanie częściej niż w przypadku reklam multimedialnych (tzw. rich media). W większości z analizowanych państw około 80 proc. całego rynku reklamy internetowej wypełniają właśnie banery, zaś reklamy multimedialne wykorzystywane są w 10 – 42 proc. wszystkich kampanii reklamowych online. Jedynym państwem, w którym proporcje przedstawiają się zgoła odwrotne jest Polska. W polskim Internecie reklamy typu rich media wykorzystano aż w 84 proc. kampanii displayowych, zaś po standardowe banery reklamodawcy sięgali w przypadku 41 proc. kampanii. To dobre posunięcie, ponieważ ogólny CTR dla banerów wyniósł w badaniu raptem 0,5 proc.
– Dla rzeczywistej skuteczności reklamy, mierzonej współczynnikiem konwersji, najistotniejsza rolę odgrywa nie tyle formą graficzna reklamy, lecz jej właściwe targetowanie. ComScore wylicza, że miesięcznie jednemu internaucie wyświetlanych jest średnio 1707 masowych bannerów reklamowych. Przeważnie nie zapamiętuje on żadnego, ponieważ reklamodawcy w niewielkim stopniu wykorzystują dane o użytkownikach, czyli nie targetują reklam. Choć Big Data marketing to trend rozwijający się globalnie w imponującym tempie, to jednak na polskim rynku wciąż jest w powijakach. Wielu reklamodawców traktuje internautę jak członka jakiejś bezkształtnej masy, któremu można wyświetlić dowolną reklamę, bez wcześniejszego zorientowania się co do jego preferencji. A to droga donikąd – mówi Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.
W badaniu „Most popular display ads – Gemius Ad Monitor Report, Q3–Q4 2014” autorstwa Gemius wzięli udział internauci z 12 państw: Bułgarii, Chorwacji, Czech, Estonii, Litwy, Łotwy, Polski, Rumunii, Serbii, Słowacji, Słowenii oraz Węgier.
Według AdEx oraz IAB Polska polski rynek reklamy online w ubiegłym roku wart był 2,5 mld zł. W tym roku ma sięgnąć około 2,8 mld zł.
Ubezpieczenia kredytów (np. hipotecznych oraz gotówkowych) są już stałym elementem oferty banków. Sprzedaż takich polis w ramach działalności bancassurance zapewnia kredytodawcom spore zyski. Dla klientów banku opłacalność kredytowych polis nie jest jednoznaczną kwestią. W niektórych przypadkach kredytobiorcy muszą wykupić przynajmniej jedno z pakietowych ubezpieczeń. Niezależnie od tego, czy bank traktuje polisę jako obowiązkową, klient powinien dokładnie sprawdzić zasady jej działania.
Ograniczenia kredytowej ochrony są liczne i zróżnicowane …
Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl zwraca uwagę, że ubezpieczenie kredytowe to dość skomplikowany produkt finansowy. Jego charakterystyczną cechą jest duża liczba wyłączeń i ograniczeń ochrony (patrz poniższa tabela). Po przeanalizowaniu ubezpieczeń oferowanych przez poszczególne banki można wyróżnić typowe zapisy, które ograniczają lub wyłączają ochronę. Kredytobiorcy po zakupie polisy na życie muszą pamiętać, że ubezpieczyciel nie wypłaci odszkodowania jeśli zgon był skutkiem niezastosowania się do zaleceń lekarza. „Podobne wyłączenia ochrony obowiązują w przypadku, gdy dłużnik popełnił samobójstwo przed upływem pierwszych dwóch lat lub zmarł podczas wykonywania niebezpiecznej pracy” – mówi Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.
Nina Kuczyńska zaznacza, że ubezpieczenia skutków utraty pracy też nie są wolne od „haczyków”. Warto zwrócić uwagę, że ubezpieczyciel odmówi spłaty rat kredytu (np. przez 6 lub 12 miesięcy) jeśli dłużnik został zwolniony dyscyplinarnie albo grupowo. Ochrona ubezpieczeniowa nie działa również wtedy, gdy bezrobotny kredytobiorca zapomniał o rejestracji w urzędzie pracy. W przypadku polis zabezpieczających przed skutkami utraty pracy może się okazać, że ochrona nie obejmuje m.in. komplikacji związanych z porodem (patrz poniższe zestawienie).
Prezentacja popularnych wyłączeń i ograniczeń ochrony w ubezpieczeniach kredytów oferowanych konsumentom
Rodzaj ubezpieczenia kredytowego
Przykładowe okoliczności, które zwalniają ubezpieczyciela z odpowiedzialności
za szkodę
Ubezpieczenie na życie (dla dłużnika banku)
ü dłużnik zmarł podczas wykonywania niebezpiecznej pracy (np. w kopalni)
ü dłużnik zmarł na wskutek przewlekłej choroby, którą stwierdzono i leczono już przed podpisaniem umowy ubezpieczenia (np. 24 miesiące wcześniej)
ü zgon dłużnika był efektem jego zaniedbań (np. nieskorzystania z pomocy lekarskiej lub lekceważenia zaleceń lekarza)
ü śmierć dłużnika nastąpiła w trakcie uprawiania jednego z ryzykownych sportów
ü dłużnik zmarł podczas popełnienia przestępstwa (lub próby popełnienia przestępstwa)
ü samobójstwo dłużnika miało miejsce przed upływem okresu podanego w umowie (od 6 m-cy do 24 m-cy)
ü dłużnik zmarł na wskutek wojny, epidemii, katastrofy lotniczej lub aktów terroru
Ubezpieczenie od skutków utraty pracy przez kredytobiorcę
ü dłużnik został zwolniony w okresie karencji (np. dwóch miesięcy od podpisania umowy)
ü dłużnik został zwolniony za porozumieniem stron albo w ramach zwolnień grupowych
ü dłużnika zwolniono z przyczyn dyscyplinarnych
ü rozwiązana umowa o pracę z dłużnikiem wcześniej została zawarta na czas określony
ü dłużnik przed upływem wymaganego terminu nie zarejestrował się w urzędzie pracy jako osoba bezrobotna
Ubezpieczenie od skutków utraty zdolności do pracy
ü utrata zdolności do pracy przez dłużnika była efektem jego zaniedbań (np. nieskorzystania z pomocy lekarskiej lub lekceważenia zaleceń lekarza)
ü dłużnik dokonał samookaleczenia
ü dłużnik uległ wypadkowi będąc pod wpływem środków odurzających (np. alkoholu lub narkotyków)
ü kalectwo dłużnika jest efektem uprawiania jednego z ryzykownych sportów
ü dłużnik uległ wypadkowi podczas popełnienia przestępstwa (lub próby popełnienia przestępstwa)
ü utrata zdolności do pracy jest następstwem ciąży
Źródło: opracowanie własne na podstawie kart informacyjnych i OWU wybranych ubezpieczeń kredytowych
Prócz wyłączeń i ograniczeń ochrony kredytobiorca powinien zwrócić uwagę na kwestie związane z wypłatą odszkodowania. Przed podpisaniem umowy kredytowego ubezpieczenia trzeba sprawdzić między innymi:
sposób pobierania i obliczania składki ubezpieczeniowej
tryb zawiadomienia ubezpieczyciela o szkodzie
ograniczenia dotyczące maksymalnej wysokości odszkodowania
późniejszą odpowiedzialność kredytobiorcy z tytułu regresu
zasady związane ze zwrotem składki za niewykorzystany okres ochrony
Informacje na temat wymienionych kwestii powinny znaleźć się w karcie informacyjnej polisy lub dokumencie zatytułowanym jako ogólne warunki ubezpieczenia (OWU).
Rekomendacja U tylko w pewnym stopniu zmieniła sytuację
W kontekście kredytowych ubezpieczeń warto wspomnieć o tym, że zasady ich sprzedaży reguluje Rekomendacja U. „Zgodnie z wymogami Komisji Nadzoru Finansowego, banki musiały wdrożyć wspomnianą rekomendację do 31 marca 2015 r. Jak na razie, efekty nowych zaleceń KNF-u nie do końca odpowiadają pierwotnym założeniom” – wyjaśnia Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.
Rekomendacja U przewiduje między innymi obowiązek wprowadzenia specjalnej karty informacyjnej dla klienta. Nina Kuczyńska tłumaczy, że wspomniany dokument musi zawierać najważniejsze informacje o polisie. Banki bez zarzutu wywiązują się z obowiązku dotyczącego kart. Od początku kwietnia kredytodawcy musieli również wprowadzić zmiany dotyczące ubezpieczeń grupowych. Po 31 marca b.r. bank nie może zarabiać na sprzedaży wspomnianych polis. Dzięki temu kredytodawca nie występuje w podwójnej roli wobec klienta (jako podmiot ubezpieczający i wynagradzany pośrednik ubezpieczeniowy).
W pierwszych tygodniach obowiązywania nowej rekomendacji KNF-u okazało się, że znacznie trudniejsze będzie wdrożenie zasad pozwalających na swobodny wybór ubezpieczenia przez kredytobiorcę. Niektóre banki skutecznie uchylają się od wprowadzenia takich reguł. „Kredytodawcy osiągają swój cel dzięki sprytnej zmianie w ofercie. Ich klienci, którzy wybiorą ofertę współpracującego ubezpieczyciela mogą liczyć na sporą obniżkę marży lub prowizji przygotowawczej. W ten sposób część zapisów Rekomendacji U po prostu jest omijana. Niewykluczone, że Komisja Nadzoru Finansowego będzie musiała zareagować na kontrowersyjne praktyki banków” – podsumowuje Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl
Choć na obowiązującą od końca zeszłego roku ustawę o prawach konsumenta trzeba było czekać, to jak mówi stare porzekadło – „lepiej późno niż wcale”, bo nowe regulacje to przede wszystkim uporządkowanie i uproszczenie praw przysługujących kupującym. A jakie zmiany nowe przepisy przyniosły przedsiębiorcom? Odpowiada Tomasz Kaczorowski, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu.
Tomasz Kaczorowski, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu
Nową ustawę weszła w życie w konsekwencji wdrożenia dyrektywy wspólnotowej 2011/83/UE, która w Polsce została jednak wprowadzona ze znacznym opóźnieniem w stosunku do innych krajów członkowskich UE. Nowym przepisom podlegają więc wszystkie zawarte po 25 grudnia 2014 r. umowy na linii konsument-przedsiębiorca. Wszyscy, którzy dokonali zakupu przed wskazaną datą, musza dochodzić swoich praw na podstawie obowiązującej ustawy o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej oraz zmianie kodeksu cywilnego.
W zgodzie z postępem
Zwraca uwagę fakt, że ustawa podąża za rozwojem technologii i sposobów sprzedaży odpowiednich dla naszych czasów. Jej przepisy tworzą szeroką sferę uprawnień dla coraz szerszej grupy konsumentów zawierających umowy przez internet lub poza lokalem przedsiębiorstwa. Co istotne, odpowiednią ochronę zapewniają również grupie konsumentów tradycyjnych, którzy korzystają z utrwalonych przez wiele lat form zawierania umów.
Na mocy aktualnych przepisów, klienci sklepów internetowych czy serwisów aukcyjnych muszą być informowani o wszystkich kosztach związanych z zawarciem umowy w sposób pełny i przejrzysty. Ten sam obowiązek informowania dotyczy wszystkich praw konsumenta, w tym regulacji związanych z odstąpieniem od umowy czy reklamacją. Przedsiębiorcy muszą pamiętać, że brak odpowiedniej informacji pociąga za sobą negatywne skutki. Konsumenci powinni natomiast mieć świadomość, że wszystkie udogodnienia i zmiany wynikające z ustawy dotyczą sytuacji, w której klient zawiera umowę z przedsiębiorcą. Nie będą miały jednak zastosowania w przypadku umów pomiędzy osobami nieprowadzącymi działalności gospodarczej.
14 dni na zwrot
Jedną z najistotniejszych zmian jest wydłużenie okresu, w którym konsument może odstąpić od umowy zawartej na odległość (np. przez internet) lub poza lokalem przedsiębiorstwa, bez podawania przyczyny i bez ponoszenia kosztów. Dawniej miał na to 10 dni, dziś 14. Co więcej, jeśli sprzedający nie poinformował konsumenta o tym uprawnieniu – ten ma prawo odstąpić od umowy nawet w ciągu 12 miesięcy od upływu 14–dniowego okresu określonego w ustawie. Wzór oświadczenia o odstąpieniu jest dołączony jako załącznik nr 2 do ustawy. Bez kłopotu można znaleźć go również w Internecie, co znacząco ułatwia podjęcie decyzji o zawarciu umowy oraz ewentualne od niej odstąpienie.
Na korzyść konsumenta zmieniły się również zasady reklamacji w przypadku stwierdzenia wad produktu. Przed wprowadzeniem obecnych przepisów w pierwszej kolejności sprzedawca miał obowiązek naprawy lub wymiany rzeczy, a konsument nie mógł od razu odstąpić od umowy. Nowa ustawa przyznaje uprawnienie do żądania obniżenia ceny lub odstąpienia od umowy. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy sprzedawca niezwłocznie i bez nadmiernych niedogodności dla kupującego wymieni rzecz wadliwą na wolną od uszkodzeń albo tę wadę usunie.
Jak twierdzą eksperci, mimo że nowe przepisy nakładają na przedsiębiorcę szereg obowiązków informacyjnych i tych związanych z reklamacją, a także zwiększają ryzyko odstąpienia od umowy bez podawania przyczyny, to rzetelni przedsiębiorcy nie mają się czego obawiać. Po spełnieniu wszystkich obowiązków informacyjnych, nie ponoszą bowiem negatywnych konsekwencji zmian. Co ważne, prawa przedsiębiorców (sprzedawców) wobec konsumentów nadużywających swoich uprawnień również są chronione.
Obowiązki konsumenta
Obecna ustawa określa jasno nie tylko obowiązki sprzedającego, ale również kupującego. I tak, prawidłowo poinformowany przy sprzedaży konsument, który następnie odstępuje od umowy, poniesie koszty związane z obniżeniem wartości rzeczy sprzedanej, na skutek korzystania z niej w sposób wykraczający poza konieczny do stwierdzenia charakteru, cech i funkcjonowania przedmiotu (tj. oceny czy jest on zgodny z opisem i informacjami przekazanymi przez sprzedawcę). Co prawda, przedsiębiorca zobowiązany jest do zwrotu kosztów dostarczenia towaru od sprzedawcy do konsumenta, ale tylko w wysokości najtańszej opcji transportu. Jeśli kupujący wybrał droższy transport, to różnica będzie obciążać właśnie jego. Na odesłanie rzeczy do sprzedawcy konsument ma natomiast 14 dni od daty odstąpienia od umowy i, co istotne, to on ponosi koszty przesyłki zwrotnej, chyba że sprzedawca zgodził się ponieść je sam.
Umowa tylko na piśmie
Nowe przepisy uniemożliwiły również przeprowadzenie procedury zawierania umów wyłącznie przez telefon. Doświadczenia ostatnich lat pokazały, że był to niemały problem, bowiem zdarzali się nieuczciwi przedsiębiorcy, którzy wykorzystywali naiwność niektórych nieświadomych niczego klientów. Obecne przepisy stanowią, że jeżeli przedsiębiorca proponuje zawarcie umowy przez telefon, to ma obowiązek potwierdzenia jej treści na papierze lub innym trwałym nośniku. Dopiero dokument podpisany przez konsumenta będzie uważany za zawartą umowę. Nie wystarczy już zatem oświadczenie uzyskane przez telefon.
Niewątpliwie nowa ustawa przyznaje liczną grupę uprawnień, które w założeniu mają chronić prawa konsumentów i bezpieczeństwo zawieranych umów. Nie powinny jednak przy tym stanowić żadnych ograniczeń dla uczciwych i rzetelnych przedsiębiorców.
Wartość globalnego rynku wellness wynosi już blisko 3,5 biliona dolarów. Również w Polsce ten sektor gospodarki przeżywa gwałtowny rozwój, a najlepsze lata wciąż jeszcze przed nim.
Moda na zdrowy tryb życia coraz mocniej podbija świat. Konsumenci, należący do szybko rosnącej klasy średniej, poświęcają coraz więcej uwagi kwestiom ochrony zdrowia, medycyny estetycznej czy dobrego samopoczucia. W ślad za tym dynamicznie wzrasta wartość globalnego sektora wellness. W raporcie opublikowanym przez niezależną firmę badawczą SRI International w związku z doroczną konferencją Global Spa & Wellness Summit wartość tego rynku w 2013 roku w skali całego świata została oszacowana na kwotę 3,4 biliona dolarów.
Polacy chcą być zdrowsi
Coraz większą wagę do prowadzenia zdrowego trybu życia przykładają również Polacy. Jak wynika z drugiej edycji raportu „The European Health & Fitness Market 2015” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte wspólnie z organizacją EuropeActive, na koniec 2014 roku członkami klubów fitness było 2,73 mln Polaków. Dla porównania rok wcześniej było to 2,48 mln. Suma przychodów polskich klubów fitness w omawianym okresie wyniosła 3,6 mld zł. Co więcej, wśród właścicieli działających w naszym kraju klubów panuje opinia, że polski rynek fitness ma przed sobą świetlaną przyszłość. Aż 45,5 proc. ankietowanych spodziewa się w 2015 roku wzrostu przychodów z prowadzonej działalności, a 36,4 proc. z nich przewiduje, że wspomniane przychody wzrosną w tym roku powyżej 7,5 proc. Rok temu myślało tak jedynie 20 proc. ankietowanych.
Zdaniem ekspertów, którzy opracowali raport, klubom wkrótce przybędzie kolejna istotna grupa klientów. –Kluby fitness muszą przygotować ofertę dla klientów po 50. roku życia, gdyż ich liczba oraz wymagania będą rosnąć. Trend ten dotyczy także Polski – mówi Przemysław Zawadzki, Starszy Menedżer w Dziale Audytu, ekspert Sports Business Group Deloitte.
Chęć poprawy aktywności fizycznej przez Polaków wykorzystują również firmy. Coraz częściej zdarza się, że w swoich biurowcach, zamiast miejsca przeznaczonego na palarnie, tworzą sale do ćwiczeń. Takie miejsce zorganizował na przykład w swojej siedzibie w Gdańsku koncern LPP. W urządzenia treningowe obiekt wyposażyła firma ITP, główny dystrybutor włoskiej marki Technogym na rynku polskim. Technogym to czołowa europejska firma dostarczająca najwyższej jakości sprzęt do ćwiczeń. – Na skutki stresu i niezdrowego trybu życia szczególnie narażeni są menedżerowie. Każda ich niedyspozycja powoduje bardzo duże koszty dla firmy – wyjaśnia Dominik Śliwowski, członek zarządu ITP. S.A., dyrektor generalny Technogym Polska. – Rezygnacja z firmowej palarni i stworzenie zamiast niej przestrzeni, w której pracownicy mogą pobiegać na bieżni czy pojeździć na rowerach stacjonarnych, to rozwiązanie, które w dłuższej perspektywie przyniesie firmie wymierne oszczędności – przekonuje Śliwowski.
Hotele wychodzą naprzeciw potrzebom klientów
Innym z dynamicznie rosnących segmentów rynku wellness jest turystyka. Według cytowanego już raportu przygotowanego przez firmę badawczą SRI International jego globalna wartość wyniosła w 2013 roku blisko 0,5 biliona dolarów (wzrost o 12,5 proc. w stosunku do roku 2012). Na tym trendzie korzystają m.in. hotele, które coraz częściej oferują swoim klientom kompleksową ofertę z zakresu SPA i wellness.
Polskie hotele nie odbiegają pod tym względem od zagranicznej konkurencji. Jak wynika z badań prowadzonych przez Europejską Fundację Spa, 70 proc. ankietowanych obiektów posiada już salę relaksu oraz siłownię lub salę fitness. Goście hotelowi najczęściej korzystają z programów wyszczuplających – w swojej ofercie posiada je 75 proc. hoteli Spa. – Polacy są coraz bardziej świadomi tego, jak ważna jest troska o zdrowie i aktywność fizyczną. W ślad za tym idzie również chęć zadbania o urodę. To zapotrzebowanie świetnie rozumieją właściciele hoteli, którzy umożliwiają gościom korzystanie z coraz szerszej oferty zabiegów. Dziś trudno sobie wyobrazić, by czterogwiazdkowy hotel nie posiadał w swoim obiekcie strefy Spa czy wellness. Wraz z powiększaniem się bazy hotelowej ten trend będzie jeszcze mocniej przybierał na sile – przewiduje Dominik Śliwowski.
O bardzo dobrych perspektywach segmentu wellness w Polsce świadczy także fakt, że przeciętne zarobki w naszym kraju wciąż jeszcze pozostają sporo niższe w porównaniu na przykład do państw Europy Zachodniej. Wraz ze zmniejszaniem się tej dysproporcji będzie rosła siła nabywcza Polaków. A w ślad za tym wydatki na usługi związane ze zdrowiem i urodą wzrosną jeszcze bardziej.
Włodzimierz Karpiński, ustępujący minister skarbu państwa
Stan zaawansowania prac na terenie budowy terminalu gazu skroplonego LNG w Świnoujściu wynosi już 98 proc. Obecnie trwają próby techniczne i sprawdzanie poszczególnych systemów. Według byłego ministra skarbu państwa obiekt zgodnie z zapowiedziami zostanie oddany do użytku jeszcze w tym roku. Dzięki niemu ma wzrosnąć bezpieczeństwo energetyczne Polski.
– Dzisiaj to jest końcowy etap, 98 proc. całkowitego zaawansowania, ale w kwestii zakupów, projektowania czy montażu urządzeń to jest już 100 proc. – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Włodzimierz Karpiński, ustępujący minister skarbu państwa. – Pod tym względem jesteśmy na finiszu.
Obecnie, jak informuje były szef resortu skarbu, trwają próby techniczne i sprawdzanie poszczególnych systemów.
– To bardzo skomplikowana i wymagająca wysokiej jakości inwestycja, a jednocześnie dająca perspektywę pracy przez najbliższe dekady – tłumaczy Włodzimierz Karpiński. – Musi więc być realizowana w najwyższym reżimie maksymalnej staranności.
Zgodnie z pierwotnymi założeniami na terenie Świnoujścia miały powstać dwa zbiorniki, które mogłyby przyjmować do 5 mld metrów sześciennych gazu rocznie. Na początku kwietnia br. spółka Polskie LNG zawarła z firmą Tractebel Engineering SA umowę na opracowanie Wielowariantowego Studium Wykonalności w zakresie rozbudowy terminalu o trzeci zbiornik. Dzięki powiększeniu mocy regazyfikacyjnej obiekt mógłby przyjmować do 7,5 mld metrów sześciennych.
– Przypomnę tylko, że ta inwestycja miała poważne problemy związane z krachem na rynku budowlanym, ale udało się je pokonać i wyprowadzić wszystko na prostą – wskazuje Karpiński. – Ten rok będzie rokiem uruchomienia gazoportu i tym samym podniesienia bezpieczeństwa energetycznego Polski, które da także impuls do rozwoju gospodarczego tamtej części Polski poprzez stworzenie hubu gazowego w basenie Morza Bałtyckiego.
eRecruiter, platforma do zarządzania procesami rekrutacji i bazą kandydatów, otrzymał nagrodę specjalną w kategorii „Innowator HR” podczas uroczystości 10-lecia Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ). Wyróżnienie zostało przyznane za wprowadzenie nowoczesnych narzędzi wspierających rozwój procesów rekrutacyjnych, w szczególności rozwijających umiejętności budowania trwałych i skutecznych relacji z kandydatami na rynku pracy.
– Z roku na rok rola technologii w procesach rekrutacyjnych jest coraz większa. Z nowoczesnych narzędzi rekrutacyjnych korzyści czerpią zarówno pracodawcy, rekruterzy jak i sami poszukujący pracy. Jednym z nich jest eRecruiter, a wyróżnienie tytułem „Innowator HR” stanowi potwierdzenie, że nasza platforma znacząco przyczynia się do sprawnego i kompleksowego zarządzania procesami rekrutacyjnymi w firmie – mówi Marcin Sieńczyk, Business Development Director w eRecruiter. – System wspiera zarówno HR jak i biznes w prowadzeniu wszystkich etapów rekrutacji, od publikacji ogłoszeń, poprzez selekcję i rekrutację, aż po zatrudnienie odpowiednich kandydatów. Warto także podkreślić, że eRecruiter pomaga pracodawcom w efektywnej komunikacji z kandydatami i w budowaniu pozytywnych wrażeń kandydatów wyniesionych z rekrutacji. I cieszymy się, że na ten element w szczególności zwrócili uwagę przedstawiciele Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia – dodaje Marcin Sieńczyk.
W całym 2014 r. liczba projektów rekrutacyjnych przeprowadzonych z wykorzystaniem platformy eRecruiter przekroczyła poziom 63 tys. Jeszcze w 2010 r. było to tylko niecałe 4,5 tys., czyli w ciągu 4 lat liczba rekrutacji z wykorzystaniem nowoczesnych technologii zwiększyła się prawie czternastokrotnie. Rośnie w szybkim tempie także liczba nadsyłanych przez ATS aplikacji. W ubiegłym roku prawie 5 mln CV zostało zweryfikowanych przy pomocy systemu eRecruiter, który umożliwił firmom efektywne wyłowienie najbardziej wartościowych kandydatów.
Nagroda „Innowator HR” została wręczona podczas gali 10-lecia Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia, która odbyła się 11 czerwca br. w Business Centre Club w Warszawie. Patronat nad wydarzeniem objęli Minister Pracy i Polityki Społecznej, Pan Władysław Kosiniak-Kamysz, oraz Business Centre Club. Podczas uroczystości przyznano nagrody dla firm i osób, które w sposób szczególny wyróżniły się w ostatniej dekadzie wspierając polską branżę zatrudnienia. Wyróżnienia dotyczyły czterech kategorii: dla członków założycieli SAZ, Nagrody Specjalne dla Osób, Nagrody Specjalne dla Firm oraz Nagrody konkursowe dla przedstawiciela związku pracodawców, osoby z instytucji państwowych
i samorządowych, dla urzędu pracy i Innowatora HR.
W tym roku w całym kraju do użytku trafić może ponad 800 tys. mkw. powierzchni biurowej. Z tego przeszło 350 mkw. nowych biur oddane zostanie w Warszawie, a w trakcie budowy na stołecznym rynku jest obecnie dwa razy tyle powierzchni biurowej. Analitycy firmy doradczej w sektorze nieruchomości komercyjnych Walter Herz szacują, że tylko na jedną trzecią powierzchni, która zostanie ukończona w tym roku w Warszawie zostały podpisane umowy najmu.
W związku z szybkim rozwojem segmentu biurowego wskaźnik powierzchni niewynajętej w Warszawie jest już dosyć wysoki – wynosi ok. 13 proc. Nie wykazuje jednak na razie wyraźnej tendencji wzrostowej ze względu na duże zapotrzebowanie na nowoczesne biura.
Najwięcej powierzchni jest do wzięcia w wysokiej klasy biurowcach w ścisłym centrum
Najwięcej niewynajętych powierzchni biurowych jest w ścisłym centrum miasta (COB) i na bliskiej Woli, gdzie powstają najbardziej reprezentacyjne budynki o najwyższym standardzie. W innych obszarach biznesowych współczynnik powierzchni niewynajętej jest mniejszy. Pustostanów jest też mniej w budynkach o niższym standardzie, niż w nowych obiektach klasy A.
Starsze budynki, szczególnie te o ustalonej renomie, wciąż radzą sobie na rynku bardzo dobrze. Jednak w wyniku tak szybkiego przyrostu podaży, jak jest obecnie notowany, pustostanów może zacząć przybywać w każdym segmencie warszawskiego rynku biurowego.
Dlatego, zarówno właściciele nowo oddanych kompleksów biurowych, budynków trakcie realizacji, jak i istniejących od lat różnej klasy biurowców będą musieli powalczyć o swoją pozycję na rynku. W tym celu powinni nakreślić długofalową strategię i wyeksponować unikalne cechy, by wyróżnić budynek w coraz bardziej konkurencyjnym środowisku.
W szczególnie trudnej sytuacji są inwestorzy warszawskich obiektów biurowych klasy B. Zdaniem Mateusza Strzeleckiego, reprezentującego firmę Walter Herz, to właśnie w przypadku tego typu biurowców decydujące będzie odpowiednio szybkie stworzenie wizji rozwoju, uwzględniającej w dłuższej perspektywie plany modernizacji, przebudowy, czy nawet wyburzenia budynku. – Starsze obiekty biurowe wymagają znacznie większego nakładu pracy przygotowawczej i analitycznej przy opracowywaniu perspektywicznego projektu rozwoju. Przy tym, każdy przypadek jest inny. Trudno mówić o jednolitej koncepcji dla wszystkich lokalizacji – podkreśla Mateusz Strzelecki. Analityk Walter Herz przyznaje, że na warszawskim rynku daje się wyraźnie zauważyć zainteresowanie tego typu projektami, także ze strony dużych inwestorów.
Różne opcje rozwiązań dla budynków klasy B
– Szansą dla budynków biurowych klasy B mogą być różnego rodzaju rozwiązania, w tym modernizacja, przygotowanie atrakcyjnej dla najemców oferty bez szybkiego wprowadzania zmian, czy wyburzenie budynku i zastąpienie go nowym. Można również, tak jak to robią obecnie Brytyjczycy, zmienić przeznaczenie obiektu, nadając mu funkcje mieszkaniowe. W poszczególnych przypadkach najkorzystniejsza opcja będzie inna – wyjaśnia Mateusz Strzelecki.
Atrakcyjność niektórych budynków biurowych niższej klasy może też wzrosnąć ze względu na czynniki niezależne. Chodzi o zmiany infrastrukturalne wprowadzane w najbliższej okolicy biurowców. W ostatnim czasie w Warszawie najbardziej zyskały dzięki temu budynki położone bezpośrednio przy nowej linii metra m.in. na Powiślu i w okolicy ronda Daszyńskiego. Stacja metra w bezpośrednim sąsiedztwie biurowca skutecznie przyciąga najemców, bez konieczności modernizacji i ponoszenia nakładów inwestycyjnych.
W przypadku większości biurowców starszej generacji najbardziej efektywnym sposobem na utrzymanie przychodów będzie jednak dostosowywanie ich jakości powierzchni do obecnych oczekiwań najemców. Szczególnie, jeśli ich atutem jest świetna lokalizacja.
Starsze budynki kusza niższymi kosztami najmu i lokalizacją
Poza usytuowaniem, jedną z największych zalet biurowców klasy B są też niższe koszty najmu. Mateusz Strzelecki zauważa, że wielu najemców, których reprezentuje firma Walter Herz świadomie rezygnuje z wysokiej klasy powierzchni na rzecz obniżki kosztów i uzyskania lepszych warunków najmu. – Dla niektórych firm niezwykle istotna jest optymalizacja wydatków. Należą do nich często rodzime przedsiębiorstwa, dla których ważna jest wysokość kosztów utrzymania. Poszukujemy wtedy atrakcyjnej powierzchni w budynkach nieco niższej klasy – przyznaje Mateusz Strzelecki. Dodaje, że niebagatelne znaczenie ma przy tym również fakt, że w przypadku starszych budynków stawki na ogół wyrażane są w złotych, zawierają już opłatę eksploatacyjną i rzadko stosowany jest w nich współczynnik powierzchni wspólnych w kalkulacji czynszu.
Niższe opłaty czynszowe to nie jedyny powód dla którego biurowce, które nie mogą zaoferować najnowocześniejszych rozwiązań, wciąż są popularne. Wybór rodzaju budynku zależy także od specyfiki działalności, jaką prowadzi firma. Na przykład banki, czy kancelarie prawne wybiorą lokale znajdujące się w kamienicach usytuowanych przy głównych ulicach, w których powierzchnia biurowa nie jest zazwyczaj najwyżej sklasyfikowana. Firmy, dla których bardziej od nowinek technicznych liczy się oryginalny charakter budynku i ciekawy rozkład powierzchni również nie zdecydują się na wysokiej klasy open space w biurowych wieżach.
Należy zaznaczyć, że nie najnowsze warszawskie biurowce zyskują przede wszystkim dzięki temu, że oferują dobre rozwiązania komunikacyjne. Atrakcyjnie usytuowane budynki biurowe klasy B wciąż cieszą się dużym zainteresowaniem, zwłaszcza te które są sprawnie zarządzanie i mogą pochwalić się ciekawym składem najemców.
Choć Wielka Brytania w pierwszej 10-tce odbiorców polskich towarów jest od kilku dobrych lat, to eksperci Banku Zachodniego WBK cały czas widzą obszary dla rozwoju polsko-brytyjskich relacji handlowych. I to zarówno w eksporcie, jak i w imporcie.
Wielka Brytania jest po Niemczech drugim co do wielkości odbiorcą naszych towarów; jej udział w całości polskiego eksportu w 2014 r. wyniósł wg GUS 6,36 proc. – Przyrosty eksportu na Wyspy Brytyjskie w ostatnich 10 latach wynosiły od ok. 10 do nawet ponad 20 proc. Wyjątki – z kilkuprocentowymi wartościami – to rok, w którym wybuchł kryzys gospodarczy oraz minione dwa lata. Trzeba jednak pamiętać, że w ostatnim czasie baza jest już na tyle duża, że nawet mały przyrost procentowy oznacza duże wartości bezwzględne – mówi Piotr Dylak, dyrektor ds. finansowania handlu Banku Zachodniego WBK. Wartość polskiego eksportu do Wielkiej Brytanii, zgodnie z informacjami brytyjskiego urzędu skarbowego HM Revenue and Customs (HMRC) wyniosła w 2014 r. 7,605 mld GBP.
Lista towarów, które polskie firmy wysyłają na Wyspy jest długa. – Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że skoro w Wielkiej Brytanii mieszka tak wielu Polaków, to naszym topowym produktem eksportowym na Wyspy powinna być żywność. To oczywiście prawda, że jest jej na brytyjskich półkach sklepowych dużo, ale pierwsze miejsca w zestawieniach hitów eksportowych zajmują zupełnie inne towary – zwraca uwagę Robert Antczak, odpowiedzialny za rozwój biznesu międzynarodowego w Banku Zachodnim WBK. Do Wielkiej Brytanii eksportujemy maszyny i urządzenia, samochody i inne pojazdy nieszynowe oraz ich części, a także bardzo dużo elementów wyposażenia wnętrz – mebli, materacy, stelaży i pościeli czy poduszek. Przykładowo, z informacji podawanych przez Brytyjsko-Polską Izbę Handlową ok. 80 proc. produktów sprzedawanych w IKEA w Wielkiej Brytanii pochodzi z Polski. Eksportujemy również stosunkowo dużo biżuterii, metali szlachetnych (głównie srebra) i wyrobów z nich, jak również kosmetyków. Dopiero za tymi pozycjami w zestawieniu GUS znajdują się mięso, podroby czy czekolada.
– Koledzy z Santander UK mówią nam o tym, że o ile jeszcze niedawno eksport polskiej żywności czy kosmetyków trafiał w ręce polskiej emigracji, to coraz powszechniejsza obecność produktów z Polski w brytyjskich sieciach handlowych sprawiła, że coraz więcej Brytyjczyków zaczęło ich próbować i… się do nich przekonywać. A jedno dobre doświadczenie pociąga za sobą otwartość na kolejne polskie produkty. Na tej właśnie zasadzie nasz eksport trafiający w ręce Brytyjczyków będzie rósł – mówi Piotr Dylak. Według Banku Zachodniego WBK na brytyjskim rynku z powodzeniem odnajdą się m.in. polscy eksporterzy ceramiki, stolarki i materiałów budowlanych, chemii gospodarczej, zabawek ale także obuwia i odzieży.
Cały czas będzie popyt na polską żywność – wg badania przeprowadzonego przez firmę Mintel i opublikowanego na łamach Daily Mail, polska kuchnia jest czwartą najpopularniejszą i najchętniej wybieraną kuchnią świata wśród mieszkańców Zjednoczonego Królestwa, którzy próbują etnicznych potraw.
Jeśli chodzi o import, to zgodnie z danymi HMRC w 2014 r. Polska była dla Wielkiej Brytanii 9. największym odbiorcą spośród wszystkich krajów należących do Unii Europejskiej. GUS podaje, że z Wysp sprowadzamy produkty o wysokim stopniu przetworzenia, jak np.: produkty medyczne i farmaceutyczne, pojazdy drogowe, maszyny specjalistyczne dla określonych gałęzi przemysłu, produkty dla rynku paliw i przemysłu chemicznego. Eksperci Banku Zachodniego WBK wskazują, że wolumeny importu z Wielkiej Brytanii powinny rosnąć. – Brytyjczycy mają codzienny kontakt z Polakami, więc kultura i specyfika naszego kraju jest im coraz lepiej znana. To ośmiela do działania w naszym kraju nawet stosunkowo małe brytyjskie firmy – mówi Piotr Dylak.
Potwierdzeniem zainteresowania firm z Wielkiej Brytanii naszym krajem jest spotkanie, które Bank Zachodni WBK wraz z Santander UK organizują w Warszawie 17 czerwca 2015 r. Tego dnia Polskę odwiedzą brytyjscy przedsiębiorcy zainteresowani znalezieniem partnerów handlowych czy odbiorców w naszym kraju. – Blisko współpracując z Santander UK widzimy, że Brytyjczycy są ogromnie ciekawi Polski. Patrzą na potencjał naszego wewnętrznego rynku, ale także postrzegają nas jako kraj, z którego można prowadzić operację w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej – mówi Robert Antczak.
W trakcie urlopu staramy się odstresować. Zwykle w ogóle nie myślimy wtedy o obowiązkach zawodowych. Niestety, ten błogi stan może zakłócić pracodawca, który chce nas z urlopu odwołać. Czy ma do tego prawo?
„Pracodawca może ściągnąć pracownika z urlopu, jeśli wystąpią okoliczności, o których nie wiedział podczas jego udzielania” – mówi serwisowi infoWire.pl Alicja Biernat z Kancelarii Adwokackiej EIR Legal Alicja Biernat. Przyczyna sprowadzenia pracownika do firmy nie może, oczywiście, być błaha. Dobrym powodem jest np. choroba innej zatrudnionej osoby, która pracowała nad bardzo ważnym zleceniem, a której nikt więcej nie potrafi zastąpić.
„Odwołanie z urlopu odbywa się na zasadzie polecenia służbowego, co oznacza, że pracownik musi je wykonać. Jeśli nie stawi się w pracy, jest to nieusprawiedliwiona nieobecność” – informuje prawniczka. Na szczęście wszystkie koszty związane z urlopem, które poniósł pracownik, muszą mu zostać zwrócone, a niewykorzystane dni może później odebrać.
O planowanym urlopie warto poinformować pracodawcę jak najwcześniej. Pozwoli mu to znaleźć na ten czas odpowiednie zastępstwo lub tak zorganizować pracę w firmie, aby obecność danego fachowca nie była akurat w tym okresie konieczna. Należy przy tym pamiętać, że pracodawca może nie zgodzić się na udzielenie dni wolnych w terminie wybranym przez zatrudnianą osobę.
Urlop wypoczynkowy należy się każdemu pracownikowi. Jest to świadczenie, którego nie można się zrzec. To, ile dni w ciągu roku ma się do wykorzystania, zależy od stażu pracy. Jeśli wynosi on ponad 10 lat, pracownikowi przysługuje 26 dni urlopu, jeżeli mniej niż 10 lat – 20 dni.
Młodzi Polacy byliby zadowoleni ze swojej pracy pod względem finansowym, gdyby otrzymywali średnio 1 981 PLN netto miesięcznie – wynika z Bilansu Kapitału Ludzkiego (BKL). Oczekiwania płacowe mężczyzn są wyższe, przeciętnie chcieliby zarabiać 2 119 PLN. Wynagrodzenie, które byłoby satysfakcjonujące dla kobiet to średnio 1 816 PLN.
Na nieco wyższe zarobki liczą pozostali bezrobotni, czyli osoby po ukończeniu 30 lat. Tę grupę niezatrudnionych zadowoliłaby przeciętna płaca w wysokości 2 018 PLN netto miesięcznie.
Tabela 1. Wysokość satysfakcjonującego wynagrodzenia
w przyszłej pracy deklarowana przez bezrobotnych w poszczególnych
grupach wiekowych (średnia obcięta 5%* w PLN netto)**
średnia obcięta 5%
wielkość próby
kobiety
mężczyźni
ogół
młodzi
2 832
1 816
2 119
1 981
pozostali
5 349
1 831
2 197
2 018
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie BKL Badanie Ludności 2010 – 2015
*średnia obcięta 5% – po 5% obserwacji ze skrajnymi wartościami wyłączono z analizy
**młodzi – osoby do 30. roku życia niekontynuujące edukacji w systemie formalnym,
pozostali – osoby po 30. roku życia
Oczekiwania młodych determinuje nie tylko poziom wykształcenia na jakim zakończyli swoją edukację, ale również jego kierunek. Niezależnie od posiadanego wykształcenia, zdecydowanie wyższe oczekiwania finansowe mają mężczyźni niż kobiety. W grupie pań, najwięcej chcą zarabiać te, które ukończyły studia wyższe na kierunkach inżynierskich, ścisłych lub przyrodniczych. Zadowoliłaby je płaca w wysokości średnio 2 130 PLN netto miesięcznie. Na wynagrodzenie przekraczające 2 000 PLN miesięcznie liczą również kobiety po studiach humanistycznych. Podobnie jak panie, najwięcej chcą zarabiać panowie, którzy są absolwentami studiów inżynierskich, ścisłych bądź też przyrodniczych. Oczekują oni zarobków w wysokości 2 411 PLN netto. Młodzi mężczyźni, którzy mają wykształcenie średnie o profilu technicznym, przeciętnie liczą na płacę w wysokości 2 201 PLN. To o 61 PLN więcej niż wynoszą oczekiwania panów, którzy ukończyli studia wyższe o profilu humanistycznym.
Tabela 2. Wysokość satysfakcjonującego wynagrodzenia
w przyszłej pracy deklarowana przez młodych bezrobotnych absolwentów
po różnych kierunkach kształcenia (średnia obcięta 5% w PLN netto)*
średnia obcięta 5%
wielkość próby
kobiety
mężczyźni
zawodowe
usługi
207
1 726
1 975
przemysł/rzemiosło
337
1 772
2 137
średnie
(technikum)
techniczne
421
1 798
2 201
usługi
87
1 689
2 000
wyższe
humanistyczne
337
2 005
2 140
inżynierskie/ścisłe/
przyrodnicze
158
2 130
2 411
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie BKL Badanie Ludności 2010 – 2015
*młodzi absolwenci – osoby do 30. r. ż., które ukończyły
dany typ szkoły i nie kontynuują edukacji w systemie formalnym
Miesięczne wynagrodzenia młodych absolwentów, którzy pracują etatowo, są niższe w grupie pań niż wśród panów. Najwyższa luka płacowa, czyli różnica w zarobkach kobiet i mężczyzn, wynosząca 34%, jest w gronie pracowników z wykształceniem średnim o profilu technicznym. Co więcej, luka płacowa w wynagrodzeniach młodych absolwentów jest wysoka, bez względu na typ ukończonej szkoły i przekracza 20%.
Najwyższe średnie wynagrodzenie otrzymują młodzi pracownicy, którzy ukończyli studia wyższe o profilu inżynierskim, ścisłym lub przyrodniczym, kobiety – 1 862 PLN, mężczyźni — 2 466 PLN netto miesięcznie. Najniższe wynagrodzenie odnotowano w grupie kobiet i mężczyzn, którzy mają wykształcenie zawodowe o profilu usługowym, kolejno otrzymują oni 1 324 PLN i 1 671 PLN.
Tabela 3. Wysokość miesięcznego wynagrodzenia młodych, którzy pracują etatowo
w zależności od typu ukończonej szkoły (średnia odcięta 5% netto w PLN netto)
średnia obcięta 5%
wielkość próby
kobiety
mężczyźni
zawodowe
usługi
277
1 324
1 671
przemysł/rzemiosło
525
1 434
1 782
średnie
(technikum)
techniczne
786
1 462
1 959
usługi
111
1 499
1 903
wyższe
humanistyczne
760
1 781
2 296
inżynierskie/ścisłe/
przyrodnicze
405
1 862
2 466
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie BKL Badanie Ludności 2010 – 2015
Oczekiwania finansowe młodych bezrobotnych absolwentów nie odzwierciedlają rzeczywistej sytuacji na rynku pracy. Średnie wynagrodzenia młodych, którzy znaleźli zatrudnienie jest znacznie niższe niż pensje, które byłyby satysfakcjonujące dla bezrobotnych. Jedynie w dwóch grupach, średnia kwot, które są w stanie zadowolić niezatrudnionych jest niższa niż wynosi przeciętne wynagrodzenie wśród młodych absolwentów, którzy zakończyli edukację na tym samym poziomie. Sytuacja ta dotyczy mężczyzn, którzy ukończyli studia wyższe humanistyczne i ścisłe. Najbardziej wygórowane oczekiwania mają młode kobiety z wykształceniem zawodowym, o profilu usługowym. Kwotowa różnica pomiędzy ich przeciętnymi oczekiwaniami finansowymi, a średnim wynagrodzeniem, które otrzymują wynosi 402 PLN. Najwyższe rozbieżności pomiędzy oczekiwaniami a przeciętnymi zarobkami są w grupie osób, które są absolwentami szkół zawodowych.
Tabela 4. Różnica kwotowa pomiędzy oczekiwaniami finansowymi
młodych bezrobotnych absolwentów i miesięcznym wynagrodzeniem młodych,
którzy pracują etatowo w zależności od typu ukończonej szkoły (netto w PLN)
różnica kwotowa pomiędzy oczekiwaniami finansowymi a średnimi zarobkami
kobiety
mężczyźni
zawodowe
usługi
402
304
przemysł/rzemiosło
338
355
średnie
(technikum)
techniczne
336
242
usługi
190
97
wyższe
humanistyczne
224
-156
inżynierskie/ścisłe/
przyrodnicze
268
-55
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie BKL Badanie Ludności 2010 – 2015
Młodych bezrobotnych zadowoliłyby stawki płac niższe od średniej krajowej. Zdają sobie sprawę z tego, że osoby niedoświadczone, dopiero wchodzące na rynek pracy, nie mogą spodziewać się takich wynagrodzeń jak doświadczeni pracownicy. Jednak okazuje się, że mimo względnie niskich oczekiwań są one zazwyczaj wygórowane, przez co utrudniają części młodych Polaków znalezienie i podjęcie satysfakcjonującej pracy.
Od pierwszego lipca przedsiębiorcy zapłacą mniej za paliwo. Dlaczego? Do tej pory właściciele służbowych aut osobowych mogli odliczać VAT wyłącznie od wydatków związanych z ich eksploatacją. Wyjątkiem był zakup paliwa. Od lipca to się zmienia. Przedsiębiorca jeżdżący samochodem osobowym będzie mógł od faktury za zakupione paliwo odliczyć połowę zapłaconego VAT-u.
Adam Głos, Prezes Tax Care
Obecnie, korzystając z samochodu o przeznaczeniu mieszanym, czyli na potrzeby prywatne i na potrzeby prowadzonej działalności, podatnik miał prawo odliczyć 50 proc. podatku VAT wyłącznie od nabycia, importu, wynajmu i leasingu auta, a także zakupu części oraz kosztów jego naprawy i konserwacji.
– W świetle nowych przepisów paliwo zacznie być traktowane tak samo, jak inne wydatki ponoszone na naprawę lub konserwację samochodu. Zatem przedsiębiorca jeżdżący samochodem osobowym i korzystający z niego zarówno w pracy, jak i poza nią, będzie mógł od faktury za zatankowane paliwa odliczyć połowę zapłaconego VAT-u – tłumaczy Adam Głos, Prezes Tax Care.
Ile zaoszczędzimy?
Na tę regulację czekało ponad 2 miliony polskich przedsiębiorców. Dlaczego? Bo niesie spore oszczędności dla firmy.
– Od lipca każdy przedsiębiorca tankując paliwo do służbowego auta osobowego, zapłaci za nie około 10 proc. mniej, niż obecnie. Przykładowo, płacąc 123 złote brutto za benzynę, odliczymy 11,50 złotych, czyli połowę podatku VAT. Z kolei drugą połowę zaliczymy do koszów prowadzenia działalności gospodarczej, które obniżą nam podstawę opodatkowania. W sumie zaoszczędzimy 14 zł. W skali roku może to generować naprawdę spore oszczędności dla firmy – komentuje Adam Głos, Prezes Tax Care.
Uwaga! Odliczenie tylko od aut osobowych
Podatku VAT nie odliczymy od zatankowanego paliwa do motoroweru czy ciągnika. Ustawa o podatku od towarów i usług dokładnie definiuje pojęcie samochodu osobowego, którym jest „pojazd samochodowy w rozumieniu przepisów o ruchu drogowym o dopuszczalnej masie całkowitej nieprzekraczającej 3,5 tony, konstrukcyjnie przeznaczony do przewozu nie więcej niż 9 osób łącznie z kierowcą”. Jednak są tu też pewne wyjątki. I tak samochodem osobowym nie jest też pojazd specjalny (np. koparka) czy van, przeznaczony do przewozu towarów[1].
Kiedy odliczymy cały VAT?
Od paliwa i innych wydatków eksploatacyjnych ponoszonych w przypadku auta osobowego, można uzyskać też pełne odliczenie podatku VAT. Należy tu jednak spełnić szereg warunków. Pierwszy i podstawowy to używanie samochodu firmowego wyłącznie w celach związanych z prowadzoną działalnością gospodarczą. Kolejne to zgłoszenie auta na druku VAT-26 do urzędu skarbowego. Ostatni warunek, to prowadzenie ewidencji przebiegu pojazdu, czyli tzw. „kilometrówki”, w której rozpisywane są kilometry, które przedsiębiorca pokonuje w celach służbowych. Ewidencja ta musi być prowadzona bardzo precyzyjnie.
[1] Więcej wyjątków w treści Ustawy z dnia 11.03.2004 r. o podatku od towarów i usług.
Spółka Korporacja Budowlana Dom, notowany na GPW generalny wykonawca oraz producent prefabrykowanych elementów betonowych, w ostatnich tygodniach podpisał cztery nowe kontrakty o łącznej wartości ponad 110 mln zł.
W ramach dwóch pierwszych umów Spółka wybuduje na warszawskim Wilanowie nowoczesne, wielorodzinne budynki mieszkalne z częścią usługową wraz z garażami podziemnymi oraz osiedlową infrastrukturą. Termin zakończenia realizacji ustalony został na IQ 2017r. Miasteczko Wilanów to jeden z najbardziej prestiżowych i wymagających projektów inwestycyjnych realizowanych na terenie Polski, uznany przez Urban Land Institute w 2010 r. za jedną z pięciu najlepszych inwestycji na świecie.
Kolejna umowa dotyczy realizacji trzech wielorodzinnych budynków mieszkalnych zlokalizowanych w Gdańsku. Termin zakończenia tej inwestycji został ustalony na koniec października 2016r.
Natomiast w ramach ostatniej czwartej umowy KB DOM wybuduje, do połowy 2017 roku, w charakterze generalnego wykonawcy, wielorodzinny budynek mieszkalny w Rumi z częścią usługową, garażem podziemnym oraz infrastrukturą osiedlową.
– Na dzień dzisiejszy nasza Spółka jest w trakcie realizacji projektów mieszkaniowych, w ramach których powstanie ok 1.700 mieszkań i lokali usługowych. Podpisane umowy zapewniają nam stabilność działania oraz potwierdzają kompetencje KB DOM. Naszym celem jest dalszy rozwój, stąd cały czas pracujemy nad pozyskaniem nowych kontraktów – mówi Małgorzata Dzięgielewska z Zarządu KB DOM.
Determinacja wierzycieli do odzyskania gotówki, szczególnie w przypadku roszczeń o znacznej wartości, jest wystarczająca. Zdaniem windykatorów problemem jest raczej brak wiedzy na temat skutecznych narzędzi odzyskiwania długów. Firmy na własną rękę działają zwykle ad hoc, a windykację rozumieją jako spontaniczną aktywność kilka tygodni po bezskutecznym upływie terminu płatności.
Danuta Czapeczko – Dyrektor ds. Marketingu i Sprzedaży Pragma Inkaso SA.
Jak wynika z ostatniego raportu Bisnode regulowanie należności od kilku do nawet kilkunastu tygodni po terminie płatności wcale nie jest polską specjalnością. Firmy na całym świecie płacą ze znacznym opóźnieniem, a wierzyciele nie dysponują odpowiednim know – how ani wsparciem, aby skuteczne walczyć z zatorami płatniczymi. Polska wraz z Grecją i Portugalią we wspomnianym zestawieniu plasuje się w gronie krajów o najgorszej moralności płatniczej. Pod koniec ubiegłego roku tylko 44,4 proc. faktur zostało w naszym kraju opłaconych w terminie.
Zanim będzie za późno
Podstawowym problemem wierzycieli jest brak jakichkolwiek działań prewencyjnych. Prewindykacja to szereg aktywności, które poodejmowane systematycznie dyscyplinują płatników i w dużym stopniu eliminują ryzyko powstania zatorów płatniczych. Oznacza to, że prześwietlając kooperanta przed zawarciem umowy, a potem kontrolując terminowość spłat, często jesteśmy w stanie w ogóle wyeliminować konieczność windykacji. Firmy windykacyjne i wywiadownie gospodarcze na zlecenie klientów prześwietlają sytuację finansową przyszłego partnera biznesowego i na tej podstawie rekomendują lub odradzają współpracę z niewypłacalnym lub nierzetelnym podmiotem. Narzędziem prewencji jest ścisły monitoring płatności polegający na telefonicznym kontakcie z płatnikiem kilka dni przed terminem płatności, a w przypadku bezskutecznego upływu terminu płatności najdalej 3 dni od wymagalności faktury. Windykatorzy przekonują, że płatności objęte monitoringiem są traktowane przez płatników priorytetowo.
Koszty można minimalizować
Straty wynikające z nieterminowego regulowania należności są poważnym obciążeniem. W Polsce blisko 10 proc. faktur jest regulowana powyżej 90 dni. Koszty wyłączania tak długo znacznych sum z obrotu, które kredytują działalność dłużnika, są niebagatelne. Przedsiębiorcy, aby utrzymać płynność w czasie oczekiwania na gotówkę od nierzetelnych płatników często zaciągają kredyt obrotowy. Do tego większość firm musi doliczyć pomniejsze koszty takie jak czas pracy osób odpowiedzialnych za windykacje w firmie, telefonów, wysyłki monitów i wyjazdów do dłużników. Jakiego rodzaju to wartości łatwo skalkulować za pomocą np. opracowanego przez Pragma Inkaso internetowego kalkulatora dostępnego na stronie www.oszczedzajnawindykacji.pl. Wsparciem dla wierzycieli jest ustawa o terminach zapłaty w transakcjach handlowych uprawniająca ich do dochodzenia od dłużnika kosztów windykacji. Na jej mocy wierzyciel może się domagać od dłużnika równowartości 40 euro jako zryczałtowanych kosztów windykacji, a także kwoty przewyższającej tą wartość czyli np. prowizji firmy windykacyjnej, jeżeli skorzystał z profesjonalnej pomocy.
Na czym polega profesjonalna windykacja
Skuteczność firm windykacyjnych działających w segmencie B2B polega na wykorzystaniu sprawdzonych procedur odzyskiwania należności przez wykwalifikowany personel. Profesjonalne firmy zwykle oferują kompleksową windykację z wykorzystaniem wszystkich dostępnych metod odzyskiwania długów: polubownych i sądowych. W trakcie prowadzenia przez windykatora negocjacji z dłużnikiem dział prawny, wyspecjalizowany w sądowym prowadzeniu procesów o zapłatę, przygotowuje dokumentację potrzebną do skierowania pozwu do sądu. Jednocześnie wobec dłużnika prowadzony jest skip-tracing czyli śledzenie majątku – pomocne zarówno w negocjacjach jak i później wspierające skuteczną egzekucję komorniczą. Windykatorzy terenowi są skuteczni bo mają odpowiednią wiedzę ekonomiczną, prawniczą i posiadają znajomość technik negocjacji, a dzięki swojemu doświadczeniu potrafią negocjować w oderwaniu od kontekstu i napięć pomiędzy wierzycielem i dłużnikiem. Zlecenie windykacji w okresie nie przekraczającym 3 miesięcy od powstania wymagalności faktury daje największe szanse na polubowne czyli najszybsze odzyskanie gotówki. Z danych Pragma Inkaso wynika, że w przypadku wierzytelności przeterminowanych poniżej 90 dni liczba spraw zakończonych polubownie sięga nawet 85 proc.
Rozrywka, miejsce kontaktów ze znajomymi oraz wygodna forma autoprezentacji – oto czym są dla nas media społecznościowe i internet. Mogą one mieć i coraz częściej mają niebagatelny wpływ na nasze życie zawodowe. Przecież nie można zapominać o budowaniu swojego profesjonalnego wizerunku w sieci, ani o zarządzaniu nim.
Piotr Dziedzic
Proces rekrutacji na dobre przeniósł się do cyberprzestrzeni. Internet odgrywa obecnie olbrzymią rolę w poszukiwaniu pracy. Stale rośnie popularność internetowych wyszukiwarek CV, elektronicznych profili zawodowych, czy serwisów z ogłoszeniami. Dla osób poszukujących pracy internet to doskonała szansa zwrócenia na siebie uwagi. Firmy coraz częściej, oprócz kompetencji, akcentują znaczenie dopasowania danej osoby do reprezentowanych wartości. Warto więc zadbać o to, by wyłaniająca się z naszych internetowych profili sylwetka była jednoznacznie pozytywna.
– Często nie zdajemy sobie sprawy lub bagatelizujemy wpływ mediów społecznościowych na życie zawodowe. A przecież nierozważne podejście do kształtowanego w nich wizerunku może mieć negatywne konsekwencje dla naszej kariery. Warto pamiętać o tym zwłaszcza, gdy jesteśmy na etapie poszukiwania pracy marzeń. Efektywne zarządzanie wizerunkiem w sieci sprawia, że stajemy się widoczni i bardziej atrakcyjni dla pracodawców – przekonuje Piotr Dziedzic z Page Personnel.
Jak wyglądać atrakcyjnie dla pracodawców? Oto kilka wybranych podpowiedzi, których poszukującym pracy udziela międzynarodowa firma doradztwa personalnego Page Personnel:
Kreowanie siebie. Zarządzaj swoim wizerunkiem i bądź widoczny. Zastanów się jakie informacje na Twój temat może w Internecie znaleźć potencjalny pracodawca. Jeśli jesteś specjalistą, pasjonatem konkretnej dziedziny – rozważ założenie profesjonalnego bloga tematycznego. Atrakcyjne, kompletne profile na portalach takich, jak Linkedin i Goldenline powinny być punktem startowym do poszukiwania nowego pracodawcy. Warto także dołączyć do branżowych forów internetowych.
Wolność ekspresji. Internet zapewnia wolność wypowiedzi, staraj się jej jednak nie nadużywać. Złośliwe komentarze, co do kolegów z pracy, szefa, czy firmy, w której pracujesz są niedopuszczalne. Każdy musi czasem rozładować negatywne emocje, ale umieszczając swoje uwagi w sieci nigdy nie możesz mieć całkowitej pewności co do tego, kto je przeczyta.
Selekcja i monitoring. Dokonuj selekcji zdjęć, które zamieszczasz na swoim profilu. Przyjrzyj się także tym, na których oznaczyli Cię Twoi znajomi. Zwracaj uwagę na posty i komentarze dotyczące Ciebie. Nieodpowiednie zdjęcie czy filmik mogą negatywnie wpłynąć na odbiór Twojej osoby przez potencjalnego pracodawcę.
Portale prywatne vs zawodowe. Staraj się nie łączyć kont na portalach zawodowo-biznesowych (np. Linkedin czy Goldenline) z typowo rozrywkowymi (np. Facebook). Zostały stworzone w odrębnych celach i warto pozostawić je jako oddzielne. Jeśli jednak zależy Ci na powiązaniu kont wykorzystaj zabezpieczenia i filtry by ograniczyć dostęp do niektórych publikowanych przez Ciebie treści.
Prywatność i bezpieczeństwo. Zawsze ustawiaj odpowiedni poziom prywatności swojego profilu. Większość portali społecznościowych pozwala na wprowadzanie ograniczeń, co do tego, kto może oglądać i komentować publikowane przez Ciebie treści. Pamiętaj, że brak odpowiednich ustawień prywatności sprawia, że informacje i treści, które publikujesz w sieci nie są chronione. Co jeśli zostaną udostępnione i trafią do niewłaściwej osoby?
Znajomi z sieci. Zastanów się, kogo dodajesz do swoich kontaktów. Upewnij się, że rzeczywiście znasz tę osobę i możesz jej zaufać. Treści dostępne w Twoim profilu nie zawsze powinny trafiać do każdego.
Polska jest trzecia w Europie pod względem liczby agencji pracy tymczasowej. Ta forma zatrudnienia w łatwy sposób umożliwia zdobywanie doświadczeń zawodowych osobom w każdym wieku. Dlatego zainteresowanie pracą tymczasową wzrasta.
Dzięki pracy w wielu branżach, u różnych pracodawców zbieramy cenne doświadczenia, podnosimy kwalifikacje i rozwijamy swoje zainteresowania zawodowe. Między innymi z tego powodu coraz więcej osób decyduje się na pracę tymczasową. Jest to atrakcyjna forma zatrudnienia dla osób, które chcą łączyć pracę z nauką, oraz szukających zarobku za granicą. Musimy być jednak świadomi, że praca tymczasowa wiąże się z krótkim okresem wypowiedzenia i brakiem poczucia stabilności.
Kiedy staramy się o pracę tymczasową, pamiętajmy o odpowiednim przygotowaniu swojego CV. „Postarajmy się, aby było ono dobrze dopasowane do konkretnego ogłoszenia. Jeśli natomiast przysyłamy CV do bazy kandydatów, postawmy na uniwersalność i napiszmy je w taki sposób, aby zaprezentować wszystkie nasze kompetencje” – mówi serwisowi infoWire.pl specjalista ds. rekrutacji Beata Piechocka z agencji pracy tymczasowej Timberworks.
Na rynku pojawiają się nieuczciwe agencje pracy tymczasowej. Dlatego należy zawsze sprawdzać, czy firma została wpisana przez marszałka danego województwa na listę agencji. „Nie ufajmy tym, które nakładają na kandydatów opłaty rekrutacyjne, np. żądają pieniędzy za przedstawienie pełnej oferty pracy. Takie sytuacje warto zgłaszać na policję” – mówi prezes zarządu Timberworks Bartłomiej Brodzik.
Według danych Banku Światowego Polska jest w pierwszej dwudziestce krajów, do których przekazywane jest najwięcej gotówki – głównie od emigrantów pracujących za granicą. Co roku przekazują oni za pośrednictwem bezpośrednich transferów gotówkowych do swoich rodzin w Polsce ok. 30 mld zł (7,5 mld dolarów)! Co ciekawe głównym źródłem tych pieniędzy nie jest Wielka Brytania, która zajmuje drugie miejsce, a Niemcy. Stany Zjednoczone, gdzie ciągle mieszka największa grupa Polonii, zajmują pod tym względem dopiero trzecie miejsce. Imigranci pracujący w Polsce z kolei wysyłają pieniądze głównie na Ukrainę. W samym 2014 roku przekazano tam z terenu naszego kraju ok. 1,2 mld zł (374 mln dolarów) – podaje MoneyGram w specjalnym raporcie na temat rynku przekazów pieniężnych na świecie.
Poza granicami Polski mieszka według różnych szacunków od 15 do 20 milionów Polaków lub osób polskiego pochodzenia – to trzecia najliczniejsza diaspora świata. Największe skupiska Polonii to Stany Zjednoczone (ok. 10 mln osób), Niemcy, Brazylia, Ukraina, Francja i Białoruś, Wielka Brytania, Kanada, Rosja i Litwa. Według danych GUS, w 2012 roku z Polski wyjechało w celach emigracyjnych ok. 20 tys. osób, aż 32 tys. w roku 2013 i podobna liczba w roku 2014. Emigranci z Polski osiedlają się na stałe lub czasowo głównie w Niemczech, Wielkiej Brytanii, USA, Holandii i Irlandii. Opuszczają przede wszystkim województwa położone na południu kraju – śląskie, małopolskie, podkarpackie i dolnośląskie. W 2014 roku w naszym kraju przybyło jednocześnie około 12 tys. imigrantów.
W ubiegłym roku co trzeci przekaz pieniężny skierowany do Polski pochodził z Niemiec, skąd w sumie trafiło do naszego kraju ok. 9,2 mld zł (2,3 mld dolarów). Zachodni sąsiad był głównym celem emigracji zarobkowej Polaków przed akcesją do Unii w roku 2004. Dziś w Niemczech mieszka i pracuje ok. 680 tys. obywateli polskich. Stanowią oni 8 proc. wszystkich obcokrajowców w tym kraju. W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii, emigracja do Niemiec ma charakter czasowy. Od roku 1989 przykładowo stale rośnie liczba mieszkańców Górnego Śląska, którzy regularnie przekraczają polsko-niemiecką granicę w celu wykonywania pracy zarobkowej. Okresy przebywania za granicą mogą trwać latami, albo być ograniczone do których interwałów (np. praca sezonowa).
Roczna wartość przekazów z Wielkiej Brytanii do Polski szacowana jest przez Bank Światowy na prawie 5 mld zł (ok. 1,2 mld dolarów). Pieniądze z Wysp stanowią 17 procent wszystkich przekazów skierowanych do naszego kraju. Polscy rezydenci są dziś w Zjednoczonym Królestwie najliczniejszą grupą narodową, poza obywatelami Brytyjskimi – przy populacji ok. 726 tys. osób stanowią 14,8 proc. mieszkających tam obcokrajowców. Osoby urodzone w Polsce są druga największą grupą mieszkańców Londynu urodzonych poza granicami Wielkiej Brytanii (jest ich tam ok. 134 tys.) i zdecydowanie największą taką grupą we wschodniej i południowej Anglii, Szkocji i Walii. Ok. 260 tys. Polaków, którzy pojawili się na Wyspach w ciągu pierwszych dwóch lat po wejściu do Unii stanowiło aż 70 proc. wszystkich obcokrajowców z krajów „nowej” Europy, którzy zdecydowali się na emigrację w tym kierunku.
Trzecim pod względem liczby przekazów pieniężnych wysłanych do Polski krajem są Stany Zjednoczone, skąd trafia do nas niecałe 4 md zł (ok. 0,9 mld dolarów). To ok. 13 proc. wartości rocznej wszystkich transferów gotówkowych kierowanych do naszego kraju.
Imigranci mieszkający i pracujący w Polsce i sami Polacy przesłali z kolei w 2014 roku z naszego kraju za granicę prawie 7 mld zł (ok. 1,7 mld dolarów). Populacja obcokrajowców w Polsce to zaledwie 2 proc. stałych mieszkańców. Największe grupy imigrantów pochodzą ze wschodu, głównie z Ukrainy. Nie dziwi więc, że jak pokazują dane Banku Światowego w 2014 roku to właśnie na Ukrainę trafiło z Polski za pośrednictwem przekazów gotówkowych najwięcej pieniędzy – ok. 1,1 mld zł (275 mln dolarów). Oznacza to, że aż 20 proc. gotówki wysyłanej z Polski skierowane było właśnie tutaj. Złotówki zarabiane w naszym kraju są istotnym materialnym wsparciem dla rodzin imigrantów mieszkających na Ukrainie, w sytuacji silnej deprecjacji wartości hrywny (w 2014 straciła ona do złotego aż 33 proc.). Jak pokazują dane MoneyGram Ukraińcy nadają pieniądze głównie z największych miast – Warszawy, Krakowa i Wrocławia. Drugim krajem pod względem wartości przekazanej bezpośrednimi transferami gotówki z Polski jest Francja (1,3 mld zł, 329 mln dolarów w 2014 r.), a trzecim Niemcy (ok. 1,2 mld zł, 310 mln dolarów).
MoneyGram, lider w dziedzinie przekazów pieniężnych świadczy niezbędne usługi dla klientów, którym nie wystarczają możliwości oferowane przez tradycyjne instytucje finansowe. W Polsce przekazy pieniężne MoneyGram realizowane są we współpracy z Bankiem Pocztowym, Bankiem BGŻ, Bankiem BPS, sklepami Pepco oraz firmą PlanB International. W sumie sieć obejmuje prawie 6 tys. lokalizacji. Innowacyjne usługi przekazów pieniężnych MoneyGram są dostępne w sieci ponad 350 tysięcy punktów w ponad 200 krajach i terytoriach zależnych na całym świecie.
Irlandia, Czechy i Bułgaria – to kraje, które Polska pokonała w wyścigu o lokalizację Global Business Center MoneyGram. Dziś jedna czwarta wszystkich pracowników firmy na świecie pracuje w Warszawie. MoneyGram planuje jeszcze w tym roku zwiększyć liczbę etatów w warszawskim centrum o kolejne 15 proc.
– Wybraliśmy Warszawę, ze względu na dostęp do wielokulturowej, dobrze wykształconej kadry, przyjazne dla inwestorów zagranicznych środowisko biznesowe i dobrą sytuację ekonomiczną – mówi Pam Patsley, Prezes Zarządu MoneyGram. – Dziś obsługa operacyjna biznesu MoneyGram jest zlokalizowana w Warszawie, stąd koordynowane są kluczowe procesy. Tu również powstają nowe, innowacyjne rozwiązania, które sprawiają, że nasze usługi dla klientów z ponad 200 krajów świata świadczone są coraz bardziej nowocześnie i wydajnie. Dotyczy to np. rozwoju kanałów zdalnych, jak przekazy z wykorzystaniem samoobsługowych kiosków i smartfonów, które są dla nas dziś naszym strategicznym priorytetem – podkreśla Pam Patsley.
W pierwszym kwartale 2015 roku udział przekazów pieniężnych realizowanych przez klientów MoneyGram z wykorzystaniem kanałów samoobsługowych wyniósł 11 proc. Firma chce, aby do 2017 roku wynosił on miedzy 15 a 20 proc.
Andrzej Wilk, senior vice president MoneyGram, szef biura firmy w Warszawie
Global Business Center firmy zatrudnia dziś ponad 550 osób, 10 proc. więcej, niż planowano w momencie jego otwarcia w styczniu 2015 r. W najbliższych miesiącach powstanie tu kolejne 100 etatów. Docelowo zespół ma liczyć 800 osób do końca 2016 r. Pracownicy centrum obsługują agentów i klientów MoneyGram we wszystkich strefach czasowych, posługując się 24 językami (w tym m.in. arabskim, greckim, hindi, koreańskim, mandaryńskim, swahili, tureckim, urdu czy wietnamskim). Aż 30 proc. zespołu to obcokrajowcy, reprezentujący 39 narodowości. Spośród nich najliczniejszymi grupami są Hiszpanie, Włosi i Egipcjanie. – Wielokulturowość naszego centrum dowodzi, że Warszawa jest dziś atrakcyjnym rynkiem pracy nie tylko dla Polaków, ale również dla obcokrajowców. Niektórzy z nich przyjechali do Polski specjalnie dla pracy w MoneyGram – mówi Andrzej Wilk, Senior Vice President MoneyGram, szef biura firmy w Warszawie.
– Centrum biznesowe firmy MoneyGram w Polsce jest doskonałym przykładem inwestycji, która była w równym stopniu oparta o dostęp do dużego rynku zasobów ludzkich – ‘man power’, jak i możliwości znalezienia kadr o najwyższych kwalifikacjach – ‘brain power’. Pozwoliło to spółce w pełni skorzystać z potencjału intelektualnego kraju – mówi Iwona Chojnowska-Haponik, Dyrektor Departamentu Inwestycji Zagranicznych PAIiIZ. – To właśnie w ostatniej dekadzie wśród inwestorów rozpowszechniło się postrzeganie polskiego sektora usług nowoczesnych dla biznesu (BSS) jako branży generującej miejsca pracy o dużej wartości dodanej. Polska stała się liderem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej pod względem zarówno liczby powstających centrów usług, jak i wzrostu zatrudnienia wykwalifikowanych pracowników, którzy są w stanie obsługiwać coraz bardziej złożone i wszechstronne procesy biznesowe. Szacuje się, że dynamika wzrostu miejsc pracy przekracza 18 proc. rocznie – dodaje.
Misją firmy MoneyGram jest zbliżanie ludzi – rodzin, przyjaciół i bliskich poprzez niezawodne, docierające w dowolny zakątek świata transfery pieniężne, które można odebrać już po kilku minutach. Według danych Banku Światowego dziś 1 osoba na 7 mieszka i pracuje poza miejscem swojego urodzenia, w tym 200 milionów ludzi poza rodzinnym krajem. Jednocześnie ponad 2 mld konsumentów na świecie, czyli około połowa dorosłej populacji globu, nie ma dostępu do usług banków lub z nich nie korzysta.
– Nasze usługi są odpowiedzią na wyzwania współczesnej, globalnej gospodarki, która charakteryzuje się wysoką mobilnością pracowników. Zmieniamy sposób, w jaki świadczone są usługi przekazów pieniężnych. Klienci mogą dziś przesyłać i odbierać pieniądze online, z wykorzystaniem swoich telefonów, w samoobsługowych kioskach, placówkach banków czy lokalnym sklepie – w zależności od tego, jaka forma jest dla nich najwygodniejsza – podkreśla Pam Patsley.
Bank Światowy szacuje, że globalny rynek przekazów pieniężnych osiągnie w tym roku wartość ok. 600 mld dolarów. Trzy kraje świata, do których wędruje tą drogą najwięcej gotówki to Indie, Chiny i Filipiny (odpowiednio 70, 64 i 28 mld dolarów w 2014 roku). Z kolei najwięcej pieniędzy wysyła się ze Stanów Zjednoczonych (przede wszystkim do Meksyku), Rosji i Arabii Saudyjskiej (odpowiednio 54, 37 i 35 mld dolarów).
W Polsce przekazy pieniężne MoneyGram realizowane są we współpracy z Bankiem Pocztowym, Bankiem BGŻ/BNP Paribas, Bankiem BPS, sklepami Pepco oraz firmą PlanB International. W sumie sieć obejmuje prawie 6 tys. lokalizacji. Według danych Banku Światowego Polska zajmuje 18 pozycję wśród wszystkich krajów jeśli chodzi o wartość odbieranych przelewów pieniężnych (ok. 7,5 mld dolarów w 2014 roku). Rocznie z naszego kraju wysyłane jest ok. 1, 7 mld dolarów. Te same dane pokazują, że w 2014 roku najwięcej przekazów z Polski zrealizowano na Ukrainę (375 mln dolarów – co stanowi 22 proc. wszystkich przekazów wychodzących), do Francji (329 mln dolarów) i do Niemiec (310 mln dolarów). Do Polski z kolei najwięcej gotówki trafiło z Niemiec (2,328 mln dolarów – 31 proc. wszystkich przekazów otrzymanych), Wielkiej Brytanii (1,255 mln dolarów) i Stanów Zjednoczonych (990 mln dolarów).
Dotychczasowy Prezes i CEO Toyota Motor Europe, Didier Leroy, obejmuje stanowisko wiceprezesa Toyota Motor Corporation (TMC) i zostaje pierwszym w historii członkiem zarządu firmy spoza Japonii.
Didier Leroy, obejmuje stanowisko wiceprezesa Toyota Motor Corporation (TMC)
Didier Leroy otrzymuje stanowisko Executive Vice President Toyota Motor Corporation i odpowiedzialność za tzw. „pierwszy obszar regionalny” w strukturze globalnej Toyoty, obejmujący Amerykę Północną, Europę i Afrykę. Dotychczasowy prezes i CEO Toyota Motor Europe będzie odpowiadał za prace badawczo-rozwojowe (R&D), produkcję i sprzedaż, planowanie produktu, prace projektowe i motorsport Toyoty w tych regionach świata.
Didier Leroy pełni funkcje kierownicze w strukturach Toyoty od 1998 roku. W 2005 roku został prezesem francuskiej fabryki Toyota Motor Manufacturing France, a w 2007 roku także wiceprezesem Toyota Motor Europe oraz Managing Officer Toyota Motor Corporation. W lipcu 2010 roku jako pierwszy Europejczyk w historii objął stanowisko prezesa Toyota Motor Europe, odpowiadając za całość operacji koncernu na 56 rynkach europejskich.
Karolina Kaim, prezes zarządu firmy Tacit Development Polska
Zapotrzebowanie na najwyższej klasy nieruchomości w prestiżowych lokalizacjach (tzw. prime location) w mniejszym stopniu zależy od koniunktury gospodarczej, dlatego jest stabilne zarówno podczas rozwoju, jak i kryzysu. Dzięki temu połowa apartamentów w 44-piętrowym Cosmopolitan w Warszawie, zaprojektowanym przez Helmuta Jahna, znalazła już nabywców. Lokale oddawane właścicielom są wykończone. Tacit Development Polska, właściciel budynku, przygotowuje się do kolejnych realizacji.
– W tej chwili sprzedaż apartamentów w Cosmopolitan sięga 50 proc. – informuje agencję Newseria Inwestor Karolina Kaim, prezes zarządu firmy Tacit Development Polska, która jest właścicielem budynku. – Ten segment rynku [ekskluzywnych nieruchomości, leżących w najbardziej prestiżowych lokalizacjach, oferujących bogaty program usług dodatkowych – red.] jest odporny na kryzysy i różnego rodzaju fluktuacje. Popyt jest na nim bardzo stabilny.
Cosmopolitan przy ulicy Twardej 4 w Warszawie został zaprojektowany przez Helmuta Jahna, jednego z największych architektów XXI wieku, autora m.in. siedziby Unii Europejskiej w Brukseli czy Sony Center w Berlinie. Projekt przy Twardej jest jego pierwszą realizacją w Polsce.
Ukończony w 2014 roku Cosmopolitan ma 160 metrów wysokości, 44 piętra, 236 wykończonych i wyposażonych mieszkań (od 54 do 380 mkw.) oraz 299 miejsc parkingowych. Powierzchnia mieszkalna budynku (od ósmego piętra wzwyż) wynosi 25 tys. mkw. a komercyjna – 7 tys. mkw. Nabywcy apartamentów w Cosmopolitan kupują gotowe i całkowicie wykończone lokale.
– Proszę sobie wyobrazić, jak funkcjonowałaby wieża, gdyby połowa apartamentów była wykończona, a drugie 50 proc. znajdowało się w tzw. stanie deweloperskim – przekonuje Kaim. – Jest to absolutnie niemożliwe na rynku, który dopiero tak naprawdę tworzymy. Cosmopolitan jest prekursorem na rynku i tworzy zupełnie nową kategorię produktu.
Jak podkreśla, mieszkania w takich lokalizacjach kupuje klient zamożny, który lubi życie w mieście i chce być w centrum wydarzeń.
– Nasi klienci są bardzo mobilni, dużo podróżują. Mieszkanie w Cosmopolitanie nigdy nie jest ich pierwszym apartamentem. To przeważnie druga, trzecia albo kolejna lokalizacja. Dlatego też nasi nabywcy lubią rozwiązania proste. Nie chcą tracić czasu, czekając na gotowy produkt dwa albo trzy lata – charakteryzuje grupę docelową inwestycji Karolina Kaim.
Kolejnym budynkiem stawianym przez Tacit Development Polska, także w stolicy, jest kameralna kamienica przy ulicy Podchorążych (Park Lane Apartments), w okolicy Łazienek Królewskich. Znajduje się tam tylko dwanaście mieszkań o powierzchni od 170 do 330 mkw.
– Przy Podchorążych, zarówno jeśli chodzi o lokalizację, jak i typ budynku, możemy mówić o topowej, prestiżowej realizacji. Wartość inwestycji wynosi kilkadziesiąt milionów złotych. Poza tym projektujemy hotel we Wrocławiu, na Ostrowie Tumskim. Jesteśmy na etapie uzyskiwania pozwolenia na budowę – wymienia Kaim. – Cosmopolitan finansowany był z kapitału własnego, co świadczy o dużej stabilności Grupy Tacit. W przyszłości możemy ewentualnie wspomagać się kredytami, ale raczej prostymi, hipotecznymi.
W maju sprzedaż detaliczna mogła wzrosnąć o ponad 3 proc. w skali roku. W dużej mierze powinno to wynikać z większej niż w 2014 roku sprzedaży dóbr trwałego użytku, przede wszystkim samochodów. Dynamika wzrostu powinna też być znacznie większa niż w kwietniu, kiedy dynamika sprzedaży w cenach stałych była niższa od oczekiwań i spadła do poziomu 1,5 proc. wobec 6,6 proc. w marcu. Wpływ miał na to układ dni roboczych i przede wszystkim wcześniejsze święta wielkanocne.
– Oczekuję, że sprzedaż detaliczna nominalnie wzrośnie o 3 proc. rok do roku. Ten odczyt będzie wolny od zaburzeń związanych z przesunięciem daty świąt wielkanocnych. W tym roku Wielki Tydzień wypadał na początku kwietnia, a nie pod koniec, jak w 2014 roku. Tym samym część gospodarstw domowych zdecydowała się zrobić zakupy jeszcze w marcu, mieliśmy więc podwyższoną dynamikę w marcu, a niższą w kwietniu – mówi agencji Newseria Inwestor Krystian Jaworski, ekonomista Crédit Agricole.
Dane GUS-u wskazują, że w kwietniu wzrost sprzedaży detalicznej w cenach stałych wyniósł 1,5 proc. przy 6,6 proc. w marcu. W porównaniu do poprzedniego miesiąca spadła ona o 2,6 proc. Spadek sprzedaży w kwietniu był widoczny przede wszystkim w sektorze spożywczym (o 1,2 proc.), podczas gdy w marcu wzrosła o ponad 14 proc. rok do roku.
– To efekt świąt, statystycznie podbijających dynamikę dla sprzedaży żywności, sprzedaży w hipermarketach – ocenia ekspert. – W maju wracamy już na normalną trajektorię, która pozwala ocenić, jak ta sprzedaż będzie się rozwijać. Może to być nawet 3,5 proc., a to całkiem dobry wynik.
W cenach bieżących eksperci ostrożnie szacują, że wzrost nie przekroczy 2 proc., jednak ze względu na deflację (0,9 wedle GUS) wzrost w cenach stałych będzie wyższy.
W okresie od stycznia do kwietnia sprzedaż detaliczna zwiększyła się w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. o 3,4 proc. W następnych miesiącach wzrost powinien być jeszcze większy, zdaniem eksperta Crédit Agricole przede wszystkim ze względu na rosnącą sprzedaż samochodów. W ubiegłym roku po wzroście z pierwszych miesięcy związanym z korzyściami podatkowymi dla kupujących firm w połowie roku dynamika znacznie spadła – w maju o prawie 4, a w czerwcu o 7 proc. w skali roku.
– Sprzedaż detaliczna to najlepszy wyprzedzający wskaźnik konsumpcji, którą później widzimy w produkcie krajowym brutto. Tak naprawdę ponad połowa PKB. Im wyższa realna sprzedaż detaliczna, tym wyższa konsumpcja i wzrost gospodarczy, a więc o wiele lepsza koniunktura w całym państwie – podkreśla Jaworski.
Jacek Kapica, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów
Resort finansów pracuje nad opracowaniem strategii dla administracji podatkowej. Będzie ona opierać się na rekomendacjach Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Przede wszystkim ma doprowadzić do stworzenia przyjaznego dla podatników systemu rozliczania. Do założeń strategii będą dostosowane wszystkie działania resortu w ciągu najbliższych lat.
– Rozpoczęliśmy prace nad strategią administracji podatkowej. Bo oprócz dokumentów ustawowych i rozporządzeń im towarzyszących musimy wprowadzać to w życie. Strategia wprowadzi zmianę kultury organizacji – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Kapica, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów. – Do tej strategii wpiszemy sobie wszystkie działania, jakie chcemy przeprowadzić w ciągu najbliższych kilku lat, które ukierunkowują administrację podatkową na obsługę klienta, wspieranie go w prawidłowym rozliczaniu podatków i dostarczanie mu właściwej wiedzy podatkowej.
Kapica przypomina, że w raporcie po misji w Polsce Międzynarodowy Fundusz Walutowy wskazał problemy polskiego systemu podatkowego. Wśród nich znalazła się bardzo niska skuteczność ściągania podatków VAT, CIT i PIT. To właśnie te kwestie ma poprawić nowa strategia resortu finansów.
Podstawowym jej celem będzie zmiana administracji podatkowej w taki sposób, by była ona bardziej przyjazna płatnikom. Kapica podkreśla, że obejmuje to zarówno wsparcie w rozliczaniu podatków, jak i stworzenie jednolitej i publicznie dostępnej interpretacji prawa podatkowego, która będzie obowiązywała płatników i urzędników.
– Żeby nie było wątpliwości, że jest jakaś wiedza tajemna dla urzędników. Ona musi być dostępna w internecie, myślę, że dzięki temu tych sporów interpretacyjnych będzie dużo mniej. To jest właśnie specjalizacja Krajowej Informacji Podatkowej w odpowiednich tytułach podatkowych, w związku z czym będzie większa jednolitość wydawania interpretacji – mówi Kapica.
Ujednolicenie interpretacji i praktyki urzędów skarbowych będzie również możliwe dzięki szerszemu wykorzystaniu narzędzi informatycznych i elektronicznego systemu rozliczeń podatkowych.
Wiceminister finansów dodaje, że po zmianach każdy podatnik będzie rozliczał się tylko w jednym urzędzie skarbowym. Obecnie zdarzają się sytuacje, w których ta sama osoba rozlicza CIT i VAT z tytułu prowadzonej działalności gospodarczej w jednym mieście, a PIT w innym, w którym mieszka. Takie sytuacje mają zostać zlikwidowane.
– Chcemy wszystko skoncentrować tak, żeby podatnik miał de facto w swym zakresie jeden urząd skarbowy do pierwszego kontaktu – podkreśla Kapica.
Zmieni się także sposób obsługi cudzoziemców prowadzących działalność gospodarczą w Polsce. Obecnie zajmują się nimi wyspecjalizowane urzędy skarbowe. Kapica zapowiada jednak, że wkrótce te placówki zajmą się jedynie największymi podatnikami, a obcokrajowcy prowadzący niewielkie firmy będą obsługiwani razem z obywatelami Polski.
– Chcemy odciążyć te urzędy od obsługi podmiotów z kapitałem zagranicznym, bo często jest to jednoosobowa działalność gospodarcza obywateli, którzy przyjechali do Polski, założyli tutaj małą firmę, często związaną z gastronomią. Oni niczym się nie różnią od polskich podatników prowadzących tego typu działalność – argumentuje Kapica.
Wyspecjalizowane urzędy skarbowe zajmą się jedynie tymi podmiotami, których roczne obroty przekraczają 3 mln euro. Ma to poprawić obsługę dużych i średnich firm z zagranicznym kapitałem.
Dominik Smyrgała z Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Zrównoważonego Rozwoju Collegium Civitas
Największą zaletą odchodzącego ministra skarbu była jego odwaga w podejmowaniu strategicznych decyzji – uważa Dominik Smyrgała z Collegium Civitas. Dzięki niej – mimo krótkiej kadencji – Włodzimierz Karpiński rozwiązał kilka problemów polskiej energetyki oraz osłonił gospodarkę przed niektórymi skutkami konfliktu z Rosją.
– To była krótka kadencja, bo ona de facto trwała tylko dwa lata, w związku z tym na pewno wszystkich planów się nie dało zrealizować– mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Smyrgała z Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Zrównoważonego Rozwoju Collegium Civitas. – Natomiast nie można panu ministrowi odmówić aktywności. Miały miejsce wydarzenia, w których widać było jego osobistą interwencję. Był osobą, która potrafiła podejmować decyzje.
Poważnym problemem dla polskiej energetyki były przestarzałe elektrownie, które wręcz groziły, że w kraju mogło zabraknąć prądu. Ich modernizacja jednak jest bardzo kosztowna, a jej koszt liczony jest w miliardach złotych. Gdy minister Karpiński obejmował resort skarbu, co piaty blok energetyczny w Polsce miał ponad 50 lat i wymagał zastąpienia nowym. Koszt tej operacji szacowano na niemal 10 mld zł. Alternatywą były wyłączenia prądu z powodu nieuchronnych awarii.
– Udało się rozpocząć inwestycje w bloki węglowe w Elektrowni Opole i w innych miejscach– przypomina Dominik Smyrgała. – Ten zastój w budowie nowych bloków, który mógł się skończyć blackoutami, czyli odcięciami w dostawach prądu z powodu tego, że stare bloki trzeba odłączać, te najbardziej trujące, najbardziej przestarzałe, i zastąpić jakąś inną mocą, tego zagrożenia w najbliższej przyszłości nie będzie, bo nowe bloki jednak powstaną.
Podczas swej krótkiej kadencji Włodzimierz Karpiński musiał się zmierzyć m.in. z próbą przejęcia przez rosyjską spółkę Acron udziałów w Grupie Azoty. Zdołał powstrzymać Rosjan i tu, i w kolejnym starciu o gazociągi.
– W zeszłym roku także sytuacja była trochę kryzysowa, kiedy się nie udawało wyłonić zarządu EuRoPol GAZ-u, czyli operatora, gdzie udziały mają PGNiG i Gazprom, który operuje Gazociągiem Jamalskim– przypomina ekspert Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Zrównoważonego Rozwoju Collegium Civitas. –I wtedy – mimo dość trudnej i napiętej sytuacji – pan minister zdecydował się na odważny krok, tzn. wprowadzenie zarządu komisarycznego. Dzięki temu nie doszło może do kryzysu w kwestii wyboru tych władz i to też było stanowcze podjęcie decyzji własnej.
Po skróconej kadencji Włodzimierza Karpińskiego jego następca przejmuje też kilka problemów do rozwiązania, a najpilniejszy z nich – zdaniem Smyrgały –to zakończenie budowy terminala gazowego w Świnoujściu. Pozostała też decyzja strategiczna dotycząca kierunków rozwoju polskiej energetyki. Wobec trwającej modernizacji bloków węglowych i konieczności wprowadzania OZE trzeba się zastanowić, czy Polska nadal potrzebuje energetyki jądrowej.
– Jeśli będziemy mieli węgiel, rozwinie się atom, a także sektor odnawialnych źródeł energii, bo do tego nas będzie zmuszała Unia Europejska, to może się okazać, że będziemy mieli sytuację, w której dużo państwowych firm konkuruje ze sobą, i wtedy może się okazać, że przeinwestujemy– przestrzega Dominik Smyrgała z Collegium Civitas.
Andrzej Wilk, senior vice president MoneyGram, szef biura firmy w Warszawie
MoneyGram zapowiada systematyczny rozwój swojej nowej polskiej filii. Do końca roku zamierza zatrudnić w warszawskim Global Business Center jeszcze sto osób, a w przyszłym roku ok. 140. Jeden z liderów światowego rynku pieniężnych przekazów międzynarodowych chce, by coraz więcej operacji firmy obsługiwano z Polski.
– MoneyGram Polska to już ponad 20 proc. tzw. workforce, czyli co piąty pracownik MoneyGram pracuje w Warszawie– mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Wilk, senior vice president MoneyGram, szef biura firmy w Warszawie. – Z uwagi na wysoką jakość procesów, które dostarczamy do naszych odbiorców, możemy planować dalsze zatrudnienia. To jest laurka dla nas, przede wszystkim dla pracowników, którzy tu pracują, oznacza to bowiem, że zadania im powierzone realizują na najwyższym poziomie, znacznie wyższym niż były one realizowane gdzieś wcześniej.
Obecnie Global Business Center w Warszawie zatrudnia 560 osób. Do końca roku ta liczba wzrośnie do około 660, a docelowo – jak deklaruje Andrzej Wilk – będzie to ponad 800 do końca 2016 roku.
– Obsługujemy już 35 procesów, w biurze w Warszawie są osoby reprezentujące 39 narodowości, pracujemy w 24 językach, obsługujemy wszystkie zakątki świata. 70 proc. naszych pracowników to Polacy, 30 proc. to obcokrajowcy. Warto wyróżnić takie grupy jak Hiszpanie, Włosi czy Egipcjanie, którzy bardzo chętnie zatrudniają się w naszym centrum.
MoneyGram zdecydował się otworzyć Global Business Center w Warszawie nie tylko ze względu na niewygórowane płace akceptowane przez polskich pracowników, lecz także ze względu na to, że Polacy konkurują innowacyjnością i gotowością do rozwoju zawodowego.
– Polska i Warszawa wygrała z Irlandią, Bułgarią i Czechami– informuje senior vice president MoneyGram i szef biura firmy w Warszawie. – Po pierwsze, dzięki dostępowi do kadry – to wykształceni, młodzi profesjonaliści, chętni do pracy. Po drugie, infrastruktura i otoczenie biznesowe są bardzo pozytywne i obiecujące. Po trzecie, infrastruktura w postaci dostępności biur, połączeń lotniczych Warszawy ze światem, a także współpraca z agendami rządowymi takimi jak PAIiIZ.
MoneyGram szacuje, że międzynarodowy rynek przekazów pieniężnych będzie rósł w tempie ok. 5 proc. rocznie. Firma, której przychody przekraczały w zeszłym roku 1,4 mld dolarów, chce systematycznie poprawiać wyniki. A ponieważ stawia na rozwój usług samoobsługowych i liczy, że z tego kanału pochodzić będzie w 2017 roku nawet 20 proc. jej przychodów, znaczenie centrów, takich jak warszawskie, będzie rosło.
– Warszawa zdecydowanie spełniła nasze oczekiwania– podkreśla Andrzej Wilk z MoneyGram. – Myślę, że nawet je przewyższyła. Największym pozytywnym zaskoczeniem jest jakość i możliwość pozyskania świetnych ludzi. W przeciągu około 1,5 roku będzie tu pracować 800 osób. Na ten moment nie planujemy nowych powierzchni, ale na pewno będą nowe procesy obsługiwane stąd, z Warszawy.
MoneyGram rozwija się wraz z systematycznie rosnącą liczbą klientów korzystających z usług firmy. Ludzie coraz więcej podróżują, coraz częściej podejmują pracę w innych krajach, coraz łatwiej robią zakupy na innych kontynentach. W rezultacie coraz więcej pieniędzy wędruje pomiędzy różnymi krajami, a rynek przekazów pieniężnych rośnie niemal nieprzerwanie od 30 lat. To oznacza też rozwój firm działających na tym rynku, a MoneyGram należy tu do najważniejszych graczy.
Jacek Kosiec, dyrektor Programu Kosmicznego Creotech Instruments
Krajowe firmy wydają na badania i rozwój (B+R) więcej niż wynika z ich bilansów. Wiele projektów wymaga prowadzenia tego rodzaju przedsięwzięć, choć wprost nie są one zaliczane do tej kategorii. B+R wymagają także pomocy publicznej, bo wiążą się z wysokim ryzykiem. Kapitał prywatny w Polsce nie jest w stanie finansować prac, z których tylko część można będzie w przyszłości skomercjalizować.
– Polskie firmy technologiczne nie raportują prawidłowo swoich nakładów na B+R – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Kosiec, dyrektor Programu Kosmicznego Creotech Instruments. – Większość przedsięwzięć to nowe projekty, które są prowadzone na zamówienia wielkich ośrodków naukowych, takich jak CERN czy Europejska Agencja Kosmiczna. Aby je zrealizować, trzeba przeprowadzić badania, podczas których powstaje coś, co nie ma jeszcze swojego odpowiednika w rzeczywistości. Niestety, z różnych względów nie jest to kwalifikowane jako B+R.
Jak wynika z tegorocznego raportu „Opłacalność inwestowania w badania i rozwój” firmy doradczej PwC oraz Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, pomimo optymistycznych danych z ostatnich lat i zwiększenia zaangażowania przedsiębiorców w B+R Polska na tle reszty Europy ma jeszcze wiele do zrobienia. Według Głównego Urzędu Statystycznego w 2012 roku wydatki na badania i rozwój stanowiły 0,9 proc., a rok później nawet tylko 0,87 proc. produktu krajowego brutto (PKB). Daje to Polsce miejsce daleko poza pierwszą trzydziestką zestawiania Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) i zdecydowanie poniżej średniej zarówno dla OECD, jak i pozostałych państw Unii Europejskiej.
Transfer wiedzy technicznej do biznesu, zdaniem dyrektora Creotech Instruments, nie przebiega łatwo. Gdyby było inaczej, w Polsce funkcjonowałoby mnóstwo firm zbudowanych w oparciu o osiągnięcia technologiczne, a jest ich stosunkowo niewiele. Innowacje są bowiem ściśle związane z ryzykiem. Część przedsięwzięć przynosi straty.
– Bardzo mało się o tym mówi w dyskusjach publicznych, ale nie wiem, czym to jest spowodowane, być może nie do końca ten temat jest jeszcze dobrze rozumiany – zauważa Jacek Kosiec. – Innowacje mają to do siebie, że tylko z pewnym prawdopodobieństwem mogą zakończyć się z sukcesem. Im wcześniej się na tę drogę wchodzi, zaczynając komercjalizację, tym przedsięwzięcie jest bardziej ryzykowne.
W ostatnich latach jednak nakłady samych przedsiębiorstw na B+R szybko rosną. W 2011 roku wyniosły około 3,5 mld zł, a rok później już ponad 5,3 mld zł, zaś w 2013 roku 6,29 mld zł, co stanowi ponad 43,5 proc. nakładów na badania i rozwój ogółem. Według Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, jeżeli ten trend się utrzyma, to perspektywy rozwoju polskiego przemysłu rysują się bardzo optymistycznie. Tym bardziej że w nowej unijnej perspektywie finansowej jest poświęcony wyłącznie tego rodzaju przedsięwzięciom program Inteligentny Rozwój. Zgodnie z Umową Partnerstwa, dokumentem określającym kierunki wydawania przez Polskę funduszy unijnych, zostało na ten cel zapisane ponad 7,6 mld euro.
– Bardzo ważne jest to, żeby osiągnięcia naukowe móc przekuć w technologię, oczywiście przy wsparciu publicznym – ocenia Kosiec. – Tylko w ten sposób można ograniczyć ryzyko i zainteresować prywatny kapitał czy osoby, żeby dalej takie przedsięwzięcia ciągnęły.
Zawsze istnieje także ryzyko technologiczne, czyli kwestia opanowania danej technologii. Krajowe firmy jednak, jak uważa Jacek Kosiec, potrafią już sobie z nim radzić.
– Trzeba mieć zdolnych ludzi, odpowiednią aparaturę, czas na przeprowadzenie badań i środki do tego konieczne – zauważa dyrektor Kosiec. – Znacznie istotniejsze i stanowiące większe wyzwanie jest ryzyko biznesowe, czyli kwestia odbioru rozwiązania technologicznego na rynku. Chodzi o to, jak dotrzeć do konkretnych odbiorców i przekonać ich do tego, że nowe rozwiązanie jest lepsze. Tu potrzebne są pewne umiejętności, których ciągle w Polsce brakuje. Dotyczy to zarówno wysokotechnologicznego marketingu rozwiązań naukowych, jak i osób, które znają rynek światowy, potrafią się na nim poruszać i mają odpowiednie kontakty, które spowodują, że w ogóle będzie możliwość zaprezentowania takiego innowacyjnego rozwiązania potencjalnym odbiorcom.
Tomasz Lis, rzecznik prasowy firmy Philipiak Milano
Niezjedzoną, przeterminowaną lub kupioną w nadmiarze żywność wyrzuca 35 proc. Polaków. Generuje to nie tylko większe wydatki gospodarstw domowych, lecz także przyczynia się do marnowania wody i energii potrzebnych przy produkcji żywności. Nie wykorzystujemy jedzenia należycie także dlatego, że przetwarzamy je i gotujemy w sposób, który prowadzi do utraty cennych składników odżywczych.
Na całym świecie wyrzucana jest 1/3 produkowanej żywności. W skali Europy to 100 mln ton żywności, która co roku trafia do śmieci. Z danych Eurostatu wynika, że w Polsce co roku marnowanych jest blisko 9 mln ton żywności. Za dużą część wyrzuconej żywności odpowiada produkcja, gospodarstwa domowe marnują natomiast ok. 2 mln ton. Sytuuje to Polskę na 5. miejscu w Unii Europejskiej. Więcej żywności marnują tylko Niemcy, Wielka Brytania, Francja i Holandia. Badania Millward Brown pokazują, że w Polsce do wyrzucania niezjedzonej żywności przyznaje się 35 proc. badanych, głównie mieszkańcy dużych miast. Najczęściej wyrzucane są takie produkty, jak chleb, owoce, wędliny, warzywa i jogurty.
– Marnowanie żywności to przypadłość społeczeństw zachodnich, zamożnych. Z jednej strony chcemy posiadać dużo rzeczy, czujemy potrzebę gromadzenia zapasów, z drugiej strony nie potrafimy ich w sposób sprawny i rozsądny wykorzystać – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Lis, rzecznik prasowy firmy Philipiak Milano.
Żywność wyrzucana jest głównie z powodu przegapienia terminu przydatności do spożycia, niewłaściwego przechowywania, złego planowania zakupów lub braku pomysłu na wykorzystanie poszczególnych składników.
Marnowanie jedzenia ma także drugi, mniej oczywisty wymiar. Mowa tu o nieefektywnych sposobach przetwarzania żywności, które pozbawiają ją wartości odżywczych. W efekcie, aby uzyskać odpowiedni bilans dietetyczny i zaspokoić potrzeby organizmu, trzeba kupować więcej produktów.
Ważne są techniki przygotowywania żywności, które pomagają zachować substancje odżywcze w wykorzystywanych produktach. W przypadku mięs lub niektórych warzyw, gotując w dużej ilości wody, możemy stracić nawet 75 proc. wartości odżywczych. Przygotowując posiłki na parze, możemy natomiast zachować nawet 100 proc. substancji odżywczych wykorzystywanych produktów.
Z badań przeprowadzonych przez TNS Polska i markę Philipiak wynika jednak, że Polacy nie są świadomi marnotrawienia wartości odżywczych. 45 proc. badanych wprawdzie sięga po świeże i ekologiczne produkty, ale nie wie, jak je prawidłowo przyrządzać.
– Okazuje się, że Polacy znają niewiele technik zdrowego gotowania. Smażenie bez tłuszczu zna zaledwie 2 proc., gotowanie na parze też tylko dwadzieścia kilka procent. Nie są to techniki popularne, dlatego mamy wrażenie, że na tym etapie nie zdiagnozowaliśmy problemu jako społeczeństwo – mówi Tomasz Lis.
Marnowanie żywności to jeden z wiodących tematów tegorocznej wystawy Expo, która odbywa się w Mediolanie. Bierze w niej udział blisko 150 krajów z całego świata. Przedstawiają one własne, często bardzo oryginalne, pomysły na umiejętne przetwarzanie żywności i zapewnienie takiej jej ilości, która byłaby wystarczająca dla wszystkich mieszkańców świata.
Azimo, spółka z siedzibą w Londynie, oferująca międzynarodowe transfery pieniężne online, ogłosiła dzisiaj rundę finansowania Serii B w wysokości 20 mln dolarów.Transakcja zrealizowana została przez brytyjski fundusz Frog Capital oraz fundusz MCI.TechVentures 1.0 (zarządzany przez Private Equity Managers) oraz dotychczasowych inwestorów instytucjonalnych*, w tym fundusze Greycroft, eVentures oraz Accion. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na realizację strategii rozwoju Spółki mającej na celu budowę pozycji Azimo jako globalnego operatora transferów pieniężnych.
Azimo jest liderem rynku transferów pieniężnych w kanałach online i mobilnym, oferującym szybkie, łatwe i tanie przesyłanie pieniędzy za granicę. Założona w 2012 roku spółka w krótkim czasie rozwinęła najbardziej rozbudowaną sieć transferów pieniędzy online do ponad 200 krajów w 77 walutach, obejmującą ponad 5 miliardów ludzi **.
400-procentowy wzrost skali operacji, zrealizowany przez spółkę w 2014 roku jest odzwierciedleniem kluczowych zmian zachodzących na wartym 600 mld dolarów globalnym rynku transferów międzynarodowych, polegających na konwersji z modelu tradycyjnego – tj. obsługiwanego przez sieć placówek fizycznych – do kanału online oraz mobilnego. Za pośrednictwem Azimo pracownicy z innych krajów, mieszkający w np. Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji czy w regionie Skandynawii mogą za pomocą telefonu komórkowego tanio, łatwo i szybko przesyłać pieniądze bezpośrednio do swoich rodzin. Ogłoszenie zamknięcia rundy finansowania zbiega się z Międzynarodowym Dniem Przelewów Rodzinnych*** (ang. World Remittance Day), którego celem jest podniesienie świadomości znaczenia międzynarodowych transferów pieniężnych w rozwoju globalnej gospodarki i wsparciu społeczności lokalnych na całym świecie.
Pozyskane środki spółka przeznaczy na utrzymanie wysokiego tempa rozwoju na rynku europejskim oraz rozpoczęcie ekspansji na nowych rynkach Ameryki Północnej i Azji. Kluczowe znaczenie dla powodzenia globalnej ekspansji Azimo ma doświadczenie jej założyciela i Prezesa, Michaela Kenta – m.in. założona przez niego w 2005 roku spółka Small World zdobyła pozycję największego niezależnego operatora transferów tradycyjnych w Europie.
– To fantastyczne móc ogłosić naszą ostatnią rundę finansowania w dniu Międzynarodowego Dnia Przelewów Rodzinnych, kiedy możemy zwrócić uwagę na istotną rolę, którą w gospodarce pełnią osoby dokonujące transferów pieniężnych do swoich rodzin za granicą – powiedział Michael Kent, założyciel CEO Azimo.
Azimo już teraz obsługuje setki tysięcy klientów i zbudowało najbardziej rozwiniętą sieć transferów online na świecie. Pozyskane środki pozwolą nam jeszcze szybciej rozwijać spółkę, jednocześnie pozwalając na uatrakcyjnienie naszej oferty dla milionów osób pracujących poza ich rodzinnym krajem – dodał.
– Globalny rynek międzynarodowych transferów pieniężnych to ponad 600 mld dolarów rocznie. Dzięki korzyściom w postaci krótszego czasu, niższego kosztu i większej wygodzie, obserwujemy coraz dynamiczniejszą konwersję tego rynku na rozwiązania online. Rozwój kanału mobilnego tylko przyspieszy ten trend – powiedział Iyad Omari, partner w funduszu Frog Capital. Byliśmy pod wrażeniem dotychczasowych osiągnięć Azimo. Jesteśmy też bardzo zadowoleni z wysokiej lojalności klientów Spółki oraz skali, w jakiej polecają oni usługi spółki kolejnym użytkownikom. Cieszymy się, że możemy wesprzeć zespół Azimo w transformacji tak wzrostowego rynku.
Azimo to przykład spółki z segmentu FinTech (tj. innowacyjnych usług finansowych realizowanych w kanale online oraz mobilnym), która łączy w sobie sprawdzony model biznesowy, silny, międzynarodowy zespół i doświadczonego lidera jakim jest założyciel spółki. Cieszymy się z tego, że możemy uczestniczyć w realizacji planów wzrostu spółki, zmieniającej rynek usług finansowych – powiedział Sylwester Janik, Partner w Private Equity Managers oraz zarządzający funduszu MCI.TechVentures. Azimo jest również kolejnym przykładem na to, jak polscy przedsiębiorcy skutecznie konkurują na globalnym rynku. Dwoje z czterech założycieli spółki to Polacy (Marta Krupińska – General Manager, Marek Wawro – CTO), ponadto zaplecze technologiczne spółki oraz back-office znajduje się w Krakowie. Z naszej strony, jako inwestor przynosimy do spółki doświadczenie i rozumienie rynku usług finansowych w CEE, gdzie stosowane rozwiązania online i mobile wyprzedzają rynki Europy Zachodniej – dodał.
* Dotychczasowi inwestorzy to Greycroft Partners, Accion’s Frontier Investments Group, eVentures, TA Ventures, RI Digital Ventures oraz KRW Schindler Investments.
** Ostatnie badania Azimo wykazały, że spółka posiada najbardziej najbardziej rozwiniętą sieć na świecie.
*** Rada Prezesów IFAD (Investing in Rural People) ustaliła datę 16 czerwca jako Międzynarodowy Dzień Przelewów Rodzinnych (the International Day of Family Remittances)