Prawie co trzeci młody Polak nie ma pracy. Podejmowanie własnych inicjatyw biznesowych stało się popularną metodą na wychodzenie z bezrobocia.
Istnieje szereg różnych instrumentów, które pomagają młodym założyć działalność gospodarczą. Jednym z nich jest uruchomiony przez Bank Gospodarstwa Krajowego program „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”. Umożliwia on zaciągnięcie bardzo nisko oprocentowanego kredytu na rozpoczęcie pierwszej działalności gospodarczej. Pomocne są również liczne instytucje i programy, dzięki którym łatwiej o zdobycie własnego finansowania, pozyskanie inwestorów czy dopracowanie swoich pomysłów biznesowych. Mowa między innymi o Fundacji Małych i Średnich Przedsiębiorstw, akademickich inkubatorach przedsiębiorczości oraz programie Youth Business Poland. Warto również korzystać z – zapewnianych przez organizacje mentoringowe – konsultacji z doświadczonymi przedsiębiorcami. Podpowiedzą nam oni, na co należy zwrócić szczególną uwagę przy zakładaniu swojego pierwszego biznesu.
Polacy są pozytywnie nastawieni do przedsiębiorczości. Badania pokazują, że każdego roku wzrasta liczba osób, które chcą założyć własną działalność gospodarczą. „Grunt to przemyślany pomysł biznesowy, dobra analiza konkurencji i potrzeb klientów. Jeżeli stworzymy produkt i usługę, na które jest zapotrzebowanie, a których konkurencja nie dostarcza, to jest szansa, że nasza firma odniesie sukces” – mówi serwisowi infoWire.pl Justyna Politańska z Fundacji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości.
Niestety, nadal istnieje wiele ograniczeń administracyjno-prawnych, które utrudniają życie polskim przedsiębiorcom. Narzekają oni na skomplikowany system fiskalny, mnogość podatków, wysokie koszty pracy i wszechobecną biurokrację. Właśnie dlatego tak ważną rolę odgrywają organizacje działające na rzecz aktywizacji gospodarczej, które pomagają młodym Polakom na starcie.
Kwota określona przez Narodowy Fundusz Zdrowia (stawka kapitacyjna) jaką pielęgniarka i położna otrzymują na leczenie pacjenta jest zdecydowanie za niska i nie uwzględnia godnych warunków pracy – uważa Konfederacja Lewiatan.
Lewiatan z niepokojem obserwuje rozwiązania proponowane w zakresie podstawowej opieki zdrowotnej. Chodzi o przygotowany projekt zarządzenia Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia zmieniający zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów o udzielanie świadczeń w rodzaju: podstawowa opieka zdrowotna.
Stawka kapitacyjna dla pielęgniarek i położnych jest najniższą spośród stawek zaproponowanych dla wszystkich świadczeniodawców. W praktyce, przyjmując stawkę kapitacyjną w proponowanej wysokości, uwzględniając ponadto usługi świadczone na rzecz osób nieubezpieczonych, efektywna jej wysokość może spaść nawet o 20 proc. Tymczasem, wzrosły znacząco koszty utrzymania praktyki, w tym koszty stałe takie jak paliwo czy koszty ubezpieczeń społecznych.
– Stawka kapitacyjna dla pielęgniarki i położnej powinna być wyższa o 20 proc. od dotychczasowej. Konieczne jest również jej wyrównanie za nieubezpieczonych – mówi dr Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.
Stawki kapitacyjne w podstawowej opiece zdrowotnej są zróżnicowane ze względu na grupy wiekowe, z uwzględnieniem wskaźnika demograficznego. Na przykład, lekarz podstawowej opieki zdrowotnej otrzymuje roczną stawkę kapitacyjną na jednego pacjenta zapisanego do tego lekarza. Lekarz musi z niej pokryć również koszty zleconych przez siebie badań.
Rozwiązania proponowane w poselskim projekcie nowelizacji Prawa farmaceutycznego zbyt daleko ingerują w sferę wolności gospodarczej narzucając podmiotom obowiązki w odniesieniu do wszystkich leków, również tych do których państwo nie dopłaca w ramach systemu refundacji, a w stosunku do których brak jakiegokolwiek ryzyka dotyczącego dostępności dla pacjentów. Są również bardzo kosztowne dla budżetu państwa – uważają Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego i Konfederacja Lewiatan.
Krajowi producenci dostrzegają problemy związane z dystrybucją leków i trudnościami w dostępie pacjentów do niektórych z nich, w szczególności refundowanych. Sytuacja taka nie dotyczy jednak tych produktów leczniczych dla których dostępne są na rynku odpowiedniki. Konkurencja między producentami pozostaje bowiem najlepszym sposobem regulacji rynku, w tym również gwarantem dostępności produktów leczniczych dla pacjentów. W zakresie produktów refundowanych, które nie posiadają odpowiedników z pewnością konieczne jest doprecyzowanie niektórych przepisów. Proces ten jednak powinien być połączony z rewizją polityki Ministra Zdrowia w zakresie stosowania przepisów ustawy refundacyjnej.
Poselski projekt ustawy w założeniu rozwiązywać miał problem tzw. odwróconego łańcucha dystrybucji. Tymczasem nakłada on na producentów, wyłącznie krajowych obowiązki informacyjne, które nie są uzasadnione i zbędne dla uregulowania kwestii związanych z wywozem niektórych leków z Polski.
Analiza poselskiego projektu ustawy Prawo farmaceutyczne wskazuje, że jest to regulacja stworzona w pośpiechu, nieprzemyślana, dodatkowo pojawiająca się w czasie, w którym jednoznaczna jej ocena ze względu na trwające prace nad nowelizacją Prawa farmaceutycznego w związku z implementacją tzw. Dyrektywy podróbkowej jest utrudniona, ponieważ nie jest znany ostateczny kształt i brzmienie przepisów, które oba te projekty nowelizują.
Projekt rodzi ogromne koszty dla budżetu państwa związane z tworzeniem systemu przekazywania informacji, wymaga zwiększenia zatrudnienia w GIF, podwyższa nieuzasadnione koszty po stronie wszystkich uczestników obrotu produktami leczniczymi.
Jakie jest uzasadnienie nakładania na przedsiębiorców dodatkowych obowiązków informacyjnych w odniesieniu do leków nierefundowanych, również tych dostępnych bez recepty trudno odgadnąć, tym bardziej, że dotychczas nie odnotowano braku ich dostępności ze względu na silną konkurencję i obecność na rynku wielu odpowiedników.
Jednocześnie projekt wprowadza wyłącznie regulacje nakładające na uczestników obrotu kolejne obowiązki, generujące koszty i sankcje za ich niewkonywanie, które dublują się z już istniejącymi w stosunku do części z nich (leków refundowanych) na podstawie odrębnych regulacji (ustawa refundacyjna).
Projekt jest również niedopracowany legislacyjnie. Widoczne jest aż nadto wyraźnie, że jest kompilacją różnych rozwiązań. Niestety, od strony redakcyjnej nie usystematyzowanych. Osiągniecie celu polegającego na kontroli wywozu niektórych leków z Polski nie wymaga budowania kosztownego systemu informacji od producentów w odniesieniu do wszystkich leków i to w obszarze zwalnianych serii, jak i sprzedaży.
Całość problemu można uregulować w sposób wyczerpujący, przenosząc chociażby obowiązek przedstawienia odpowiedniej informacji przez podmiot, który produkty z rynku polskiego zamierza wywieźć. Innym rozwiązaniem byłoby monitorowanie wyłącznie tych leków i nakładanie obowiązku informacyjnego w stosunku do takich produktów, których braki mogą faktycznie wystąpić. Tu oczywiście konieczne byłoby określenie kryteriów (np. obowiązek może dotyczyć leków które nie posiadają odpowiedników).
Ministerstwo Gospodarki (MG) przygotowuje zmiany prawne, które mają ułatwić prowadzenie biznesu. Obowiązująca obecnie Ustawa o swobodzie działalności gospodarczej zostanie zastąpiona przez Prawo działalności gospodarczej. Czy wraz z nową nazwą zmieni się położenie przedsiębiorców?
„Ustawa o swobodzie działalności gospodarczej nie była wymieniana przez przedsiębiorców na pierwszym miejscu, kiedy mówili o tym, co przeszkadza im w prowadzeniu biznesu […]. Głównym kłopotem zawsze są podatki (ich wysokość oraz skomplikowanie), a także prawo związane z zatrudnianiem pracowników” – mówi serwisowi infoWire.pl Marek Siudaj z Tax Care. Mało tego, w wielu kwestiach, których dotyczy Ustawa, np. odnoszących się do zakładania biznesu, z biegiem lat następowała poprawa. Dlaczego zatem ten akt prawny jest tak często krytykowany przez przedsiębiorców, a MG zauważyło konieczność reformy?
Zdaniem Marka Siudaja główny problem polega na tym, że Ustawa od momentu, w którym powstała, ciągle jest nowelizowana. W dodatku wiele zmian było wprowadzanych na potrzebę chwili i część z nich z czasem zaczęła przeszkadzać. O ile początkowo Ustawa była bardzo zwięzła – liczyła niewiele artykułów – o tyle obecnie jest bardzo rozbudowana i skomplikowana. Podstawowym kłopotem są jednak wspomniane nowelizacje. „Jednym z największych problemów, z którymi przedsiębiorcy mają do czynienia, nawet nie jest to, że dana ustawa jest skomplikowana, tylko to, że notorycznie się zmienia […]. Te ciągłe zmiany są bardzo trudne. Przedsiębiorcy boją się, bo nigdy nie wiadomo, co w tej nowej ustawie się pojawi, do czego się będzie trzeba przygotowywać, ile to będzie kosztować. Nie ma stabilności systemu prawnego, który w dużym stopniu ułatwia życie” – informuje ekspert.
Być może wspomnianą stabilność systemu prawnego zapewni Prawo działalności gospodarczej. Aby tak się stało, nowe przepisy muszą mieć charakter horyzontalny – stanowić normy ogólne. Nie może być takiej sytuacji, że niektóre postanowienia prawne z innych ustaw – niekorzystne dla osób prowadzących własny biznes – będą z Prawem działalności gospodarczej sprzeczne, tak jak są często sprzeczne z Ustawą o swobodzie działalności gospodarczej. Tak naprawdę – aby położenie przedsiębiorców w naszym kraju uległo poprawie – zmiany wymagają więc nie tylko Ustawa, lecz także inne akty prawne.
Prawo działalności gospodarczej ma wprowadzić między innymi zasadę domniemanej uczciwości oraz prawo przedsiębiorcy do błędu. Planuje się, że ustawa wejdzie w życie w 2016 r.
Dzwonili do osób starszych. Przedstawiali się jako rehabilitanci i proponowali bezpłatne zabiegi w ramach programu NFZ. W rzeczywistości byli to przedstawiciele handlowi spółki Harmedy oferujący sprzęt paramedyczny. Prezes UOKiK nakazał zaniechanie stosowania tych praktyk i nałożył kary w wysokości ponad 145 tys. zł
Spółka Harmedy z Porażyna (woj. wielkopolskie) sprzedaje konsumentom sprzęt paramedyczny np. poduszki i maty masujące. Transakcje zawierane są poza lokalem przedsiębiorcy zwykle w miejscu zamieszkania klientów. Urząd wszczął postępowanie przeciwko spółce w lipcu tego roku. Impulsem do działań UOKiK były m.in. skargi zgłaszane przez konsumentów. Dotyczyły one wprowadzania w błąd przez przedstawicieli handlowych spółki.
W wyniku postępowania Urząd ustalił m.in. że, akwizytorzy spółki Harmedy dzwonili do konsumentów informując ich o zakwalifikowaniu do rehabilitacji dofinansowywanej przez Unię Europejską lub prowadzonej w ramach programu Narodowego Funduszu Zdrowia. Następnie umawiali się na przeprowadzenie bezpłatnych zabiegów w miejscu zamieszkania klienta. Podczas umówionej wizyty agenci handlowi nie ujawniali, że prowadzą sprzedaż oferowanych towarów. Pozostawiając towary w miejscu zamieszkania konsumentów, zapowiadali kolejną wizytę i prosili np. o podpis potwierdzający ich obecność. Konsumenci nie zdawali sobie sprawy, że zawierają umowę zakupu sprzętu paramedycznego. – Poprosił o dowód i moją żonę Barbarę o podpis […]. Stwierdził, że chodzi o jego obecność. Nie było mowy o sprzedaży sprzętu – tak wizytę handlowca opisywała jedna z osób, które poskarżyły się do UOKiK.
Urząd zakwestionował praktyki spółki Harmedy ponieważ każdy przedsiębiorca składający ofertę handlową ma obowiązek poinformować konsumenta o zamiarze zawarcia umowy. Wprowadzanie w błąd a nawet niedoinformowanie potencjalnych klientów jest uznawane za niezgodną z prawem nieuczciwą praktykę rynkową.
Zastrzeżenia UOKiK wzbudziły też praktyki, które mogły utrudniać konsumentom odstąpienie od umowy zawartej poza lokalem przedsiębiorcy. Zgodnie z prawem każdy konsument może zrezygnować z zakupu sprzętu nabytego od akwizytora. Warunkiem jest złożenie (np. poprzez nadanie na poczcie) pisemnego oświadczenia o odstąpieniu od umowy w ciągu 10 dni od dnia zawarcia umowy. Tymczasem przedstawiciele handlowi Harmedy zapewniali klientów, że oświadczenie o rezygnacji z zakupionego produktu można złożyć telefonicznie. W takim wypadku towar miał być odebrany osobiście przez pracownika spółki. Jednak przedsiębiorca umyślnie nie dotrzymywał terminów odbioru towaru. Następnie, po zakończeniu okresu, w którym możliwe było odstąpienie od umowy, konsument był informowany, że rezygnacja z transakcji jest niemożliwa ze względu na brak złożenia pisemnego oświadczenia.
Prezes UOKiK nakazał spółce zaniechanie stosowania praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów i nałożył kary pieniężne w łącznej wysokości 145.571 zł. Decyzja nie jest prawomocna, przedsiębiorca odwołał się do sądu.
Pomoc dla konsumentów
Konsument, którego interes został naruszony przez stosowanie nieuczciwej praktyki rynkowej, ma prawo żądać od przedsiębiorcy m.in. usunięcia skutków tej praktyki a także naprawienia szkody. Wszystkich konsumentów, którzy mają problem z przedsiębiorcami oferującymi produkty i usługi na pokazach zachęcamy do skorzystania z porad na stronie UOKiK oraz do pobrania wydanego przez Urząd poradnika. Każdy konsument może też liczyć na bezpłatną pomoc prawną: rzeczników konsumentów w swoim miejscu zamieszkania, Federacji Konsumentów, Stowarzyszenia Konsumentów Polskich. Porady udzielane są pod też darmowym numerem: 800 007 707. Skargi można zgłaszać także do Wojewódzkich Inspektoratów Inspekcji Handlowej.
Wybrane kwestie polityki makroekonomicznej i finansowej na drodze do przyjęcia euro to temat Forum Nowych Państw Członkowskich Unii Europejskiej (NPCz), zorganizowanego 12 grudnia 2014 r. w Warszawie przez Ministerstwo Finansów oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW).
W Forum wzięli udział członkowie kierowniczego szczebla resortów finansów oraz banków centralnych Bułgarii, Chorwacji, Czech, Rumunii, Węgier oraz Polski, a także przedstawiciele MFW, Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego. Polskę reprezentowali podsekretarz stanu w MF Artur Radziwiłł, radca generalny, główny ekonomista Ministerstwa Finansów Ludwik Kotecki oraz członek zarządu Narodowego Banku Polskiego Andrzej Raczko.
Uczestnicy spotkania dyskutowali o przystąpieniu NPCz do unii bankowej przed przyjęciem euro, przedstawiając argumenty za i przeciw, wpływ na swobodę manewru w polityce makroekonomicznej oraz wpływ na kompetencje nadzorcze w odniesieniu do banków macierzystych w strefie euro. Poruszono też kwestię harmonogramu przystępowania do unii bankowej.
Rozpatrywano również przyjęcie euro przez nowe państwa członkowskie UE pod kątem wpływu kryzysu na bilans kosztów i korzyści, reform niezbędnych do maksymalizacji korzyści po przyjęciu wspólnej waluty oraz konwergencji realnej (czyli zdolności gospodarek słabiej rozwiniętych do szybszego wzrostu gospodarczego, w efekcie którego z czasem zanika początkowa różnica w poziomie PKB na mieszkańca w stosunku do krajów bogatszych). Kolejną kwestią były możliwości zastąpienia autonomicznej polityki pieniężnej i kursowej innymi środkami, a także wpływ na swobodę manewru w polityce makroekonomicznej i reprezentacji NPCz w instytucjach strefy euro. Tematem Forum były ponadto ramy fiskalne UE oraz reformy systemów emerytalnych (adekwatność miejsca drugiego filara systemu emerytalnego w ramach fiskalnych UE i ocena drugiego filara przez inwestorów, polityka wspierania trzeciego filara, elastyczność ram fiskalnych UE na innych obszarach, np. inwestycji infrastrukturalnych).
Forumowicze rozmawiali również na temat dyrektywy jednolitego rynku i dyrektywy usługowej. Chodzi m.in. o wykorzystanie przez NPCz nieograniczonego dostępu do jednolitego rynku UE, rolę reform strukturalnych we wspieraniu eksportu na rynki UE oraz dywersyfikację geograficznej struktury eksportu, a także wpływ dyrektywy usługowej na eksport usług przez NPCz i perspektywy dalszej liberalizacji przepływu usług.
W przyszłym roku bardzo zmieni się otoczenie warszawskiej giełdy. W czerwcu zostanie otwarty przylegający do niej nowoczesny biurowiec. Budynek starej giełdy przejdzie zaś gruntowną modernizację. Inwestor MARS Fundusz Inwestycyjny Zamknięty zapowiada też budowę kompleksu budynków na terenie gdyńskiej stoczni.
Warszawskie Centrum Bankowo-Finansowe przy skrzyżowaniu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich to jeden z najlepszych adresów Warszawy. Zbudowany w połowie ubiegłego stulecia, jako siedziba władającej PRL-em partii komunistycznej, w latach 90. został zamieniony w symbol odradzającego się kapitalizmu. Budynek, który jako pierwszy mieścił Giełdę Papierów Wartościowych, jest jednak wyeksploatowany i przestarzały.
– Budynek tak naprawdę od początku swojego istnienia, więc od kilkudziesięciu, blisko 60 lat nigdy nie został poddany tak gruntownej modernizacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Lewandowski, dyrektor zarządzający Aktywów Nieruchomościowych w MS Towarzystwie Funduszy Inwestycyjnych. – Chcemy go całkowicie zmodernizować, odświeżyć także dziedziniec, oczywiście przy zachowaniu wymogów konserwatora zabytków. Chcemy po prostu dostosować jego standard techniczny, standard tej powierzchni do standardu lokalizacji, która nawet w najbardziej obiektywnych czy subiektywnych miarach jest najlepszą w Warszawie.
Przebudowa otoczenia polskiej giełdy to jeden z największych projektów deweloperskich grupy MARS Real Estate należącej do MS TFI.
– Realizujemy obecnie cztery projekty deweloperskie, których wartość to mniej więcej 300 mln zł – informuje Tomasz Lewandowski. – Naszym flagowym projektem jest wspomniany Nowy Świat 2.0, czyli ultranowoczesny budynek biurowy zlokalizowany przy samej ulicy Nowy Świat, niedaleko Centrum Bankowo-Finansowego. Budynek, który nawiązuje stylistycznie i architektonicznie do budynku Centrum Bankowo-Finansowego, choć ta stylistyka ma bardzo współczesny wymiar i została przemyślana przez architekta Andrzeja Chołdzyńskiego w sposób zupełnie fenomenalny.
Wśród realizowanych obecnie przez spółki wchodzące w skład MARS Real Estate inwestycji są dwa budynki mieszkaniowe. Stacja Kazimierz realizowana w formule joint venture z Polnordem oraz Miasto Wola realizowane z firmą Dantex. Jest też wśród nich biurowy budynek EQlibrium na warszawskiej Woli. Wszystkie projekty realizowane są przez spółkę Grupa Waryński.
– Lokalizacja, w której my chcemy zaoferować ten budynek, jest bardziej kojarzona z miejscem dla projektów mieszkaniowych – podkreśla dyrektor zarządzający Aktywów Nieruchomościowych w MS TFI. – W związku z tym liczymy na to, że skuszą się na niego klienci, którym będzie zależeć na większej ekspozycji, a nie tak bardzo na zagęszczeniu otoczenia stricte biznesowego.
Spółki należące do Funduszu Inwestycyjnego MARS działają głównie na rynku warszawskim. W przyszłym roku fundusz zamierza jednak rozpocząć inwestycję nad morzem. Na ponadośmiohektarowej działce nad samą wodą zamierza zbudować Gdynia Waterfront, kompleks o całkowitej powierzchni 174 tys. mkw.
– Projekt posadowiony na dawnych terenach Stoczni Remontowej „Nauta”w Gdyni – opowiada Tomasz Lewandowski z MS TFI. – Zakłada on budowę olbrzymiego centrum wielofunkcyjnego uwzględniającego komponent mieszkaniowy, hotelowy, biurowy oraz rekreacyjny. Dopiero niedawno, kilka tygodni temu, uzyskaliśmy miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego tej inwestycji. To pozwala przystąpić do tworzenia koncepcji i opracowania projektów, które ostatecznie dostaną pozwolenia na budowę i ich faktyczną realizację w przyszłości.
Pranie pieniędzy jest jednym z najczęściej wymienianych nadużyć, których obawiają się firmy zarówno w Polsce, jak i w innych krajach. Strach przed tym zjawiskiem jest nawet większy niż jego rzeczywista skala. Takie zagrożenie powinno zostać uwzględnione w polityce bezpieczeństwa firmy – radzą eksperci. Informatyka śledcza umożliwia odnalezienie i zabezpieczenie „cyfrowych” odcisków palców.
– Trzeba uwzględnić to zagrożenie w polityce bezpieczeństwa firmy, co jest ostatnio bardzo rzadko robione. Trzeba zweryfikować odpowiednie procedury bezpieczeństwa, które zwracają uwagę na wszystkie odbiegające od normy działania. Kolejnym krokiem jest wdrożenie procedur sprawdzających, czy mamy do czynienia z incydentem, czy jest to jakaś anomalia, która też czasem zdarza się w biznesie – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Odor, główny specjalista w polskim oddziale Kroll Ontrack, firmy zajmującej się informatyką śledczą i odzyskiwaniem danych.
Odsetek firm, które zostały narażone na oszustwa związane z praniem pieniędzy, wzrósł w ubiegłym roku o 2 proc. Z danych Kroll Ontrack wynika, że przedsiębiorcy obawiają się tego zjawiska. Znalazło się ono wśród sześciu najczęściej wymienianych typów nadużyć (obok korupcji, naruszenia regulacji, sprzeniewierzenia funduszy, kradzieży własności intelektualnej i zmowy rynkowej) jako realne zagrożenie. Zjawiskom tym sprzyja między innymi złożoność infrastruktury IT w firmach, duża rotacja pracowników, a także wchodzenie na nowe rynki o podwyższonym stopniu ryzyka.
Kiedy mimo wdrożonych procedur i środków zapobiegawczych dojdzie do przestępstwa, kluczowe dla firmy jest zebranie i zabezpieczenie materiału dowodowego tak, by nie stracił on swojej wartości dowodowej.
– Najważniejsza jest kwestia danych opisujących dane, bo przecież samą zawartość plików można zmienić. Analiza informacji towarzyszących tym plikom może zwrócić uwagę na pewne istotne elementy – dodaje Paweł Odor. –Odpowiednio zebrane materiały muszą być doprowadzone do odpowiedniej postaci, dzięki której łatwo będzie można je analizować i wyciągać wnioski dotyczące tego, gdzie, co i jak miało miejsce, czy doszło do incydentu, jakie osoby były zaangażowane w przeprowadzenie incydentu. Z tym oczywiście również można wystąpić na drogę sądową po odpowiednim przygotowaniu raportu.
Odor zwraca również uwagę na to, że rośnie znaczenie „cyfrowych” odcisków palców dotyczących zjawiska prania pieniędzy.
– Żyjemy w cyfrowym świecie, stąd też istnieją usługi e-discovery, dzięki którym możliwe jest przeszukanie i przeanalizowanie ogromnej liczby dokumentów elektronicznych pod kątem potencjalnych dowodów – mówi Paweł Odor.
W ramach dochodzeń dotyczących prania pieniędzy informatycy śledczy w pierwszej kolejności starają się uzyskać pełen obraz zasobów IT i używanych aplikacji. Analizują m.in. systemy bankowości i rachunkowości używane podczas operacji, sposób, w jaki dokonano przelewów i w jaki obsługiwano konta, czy procedury autoryzacyjne. Analizowane są również narzędzia komunikacyjne, takie jak e-maile, telefony komórkowe czy Skype.
Z raportu wynika, że w ubiegłym roku w Polsce było ponad 210 postępowań przygotowawczych, 65 aktów oskarżenia, 37 wyroków, 129 osób skazanych i 15,25 mld zł podejrzanego pochodzenia. Natomiast liczba zawiadomień o podejrzanych działalnościach i transakcjach zarejestrowanych w systemie informatycznym Generalnego Inspektora Informacji Finansowej wyniosła 3 265 i w stosunku do roku 2012 wzrosła o 30 proc., a w stosunku do roku 2010 – o ponad 60 proc.
Na polskim rynku ubezpieczeń na życie za zdecydowaną większość grupowych polis płacą sami ubezpieczeni. Polisy opłacane przez pracodawców to zaledwie jedna piąta rynku. Takie proporcje wyróżniają Polskę na tle innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Również fakt, że na rynku jest znacznie większa różnorodność świadczeń i rodzajów zdarzeń, które można ubezpieczyć, odróżnia polski rynek ubezpieczeń grupowych.
– Polski rynek to rynek dobrowolny. Około 80 proc. programów stanowią ubezpieczenia finansowane z kieszeni pracowników – zauważa Wojciech Rowicki, dyrektor zespołu sprzedaży ubezpieczeń grupowych w MetLife. –To zdecydowanie wyróżnia polski rynek spośród innych krajów Europy Centralnej: Węgier, Czech, Słowacji, Rumunii czy krajów bałtyckich. Tam przeważają programy sponsorowane, w ramach których to pracodawca funduje składkę.
W Polsce tego typu ubezpieczenia sponsorowane stanowią zdecydowaną mniejszość.
Przewagą polskiego rynku jest za to mnogość dostępnych świadczeń w tej grupie ubezpieczeń oraz rodzajów zdarzeń, które mogą być objęte polisą.
– Mamy pakiety dla małżonków, pakiety obejmujące ryzyka ubezpieczeniowe, jak śmierć rodzica, teścia czy urodzenie dziecka – wskazuje Wojciech Rowicki. – Niedawno na Węgrzech po zmianie systemu zabezpieczeń socjalnych wprowadzono ubezpieczenie obejmujące urodzenie dziecka i to była rzecz niespotykana.
Jak wskazuje ekspert, rynek ten może rozwijać się w stronę ubezpieczeń sponsorowanych przez pracodawców. Mogą na to wskazywać wyniki badań przeprowadzonych niedawno przez MetLife. Pracodawcy zdają sobie sprawę z tego, że odpowiednia propozycja pozapłacowych benefitów pracowniczych jest skutecznym narzędziem budowania lojalności zatrudnionych. Większość pracowników (61 proc.) przyznała, że byłaby zainteresowana dodatkowym świadczeniem, jakim jest ubezpieczenie na życie. Odsetek zainteresowanych rośnie do 85 proc., jeśli pracodawca przejąłby całość lub część kosztów składki.
– Najważniejsze dla pracodawców jest to, żeby budować lojalność swoich pracowników i oczywiście poszerzyć pakiet świadczeń pracowniczych. Pracownikom zaś chodzi o korzystną, szeroką ofertę i atrakcyjne warunki cenowe – to decydowało o tym, kiedy i jak przystępują do ubezpieczenia grupowego – mówi Rowicki o wynikach innego badania, przeprowadzonego wspólnie z ICAN Institute, na temat oczekiwań, co do ubezpieczeń pracowniczych.
Jak podkreśla, programy oparte na jednym wariancie przestały być atrakcyjne. Obie strony poszukują elastycznej oferty, której zakres i sumę świadczeń można dostosować do potrzeb pracodawcy i pracowników.
– Chcielibyśmy widzieć więcej programów sponsorowanych, gdzie suma ubezpieczenia na życie wynosiłaby co najmniej dwukrotność rocznych zarobków pracownika, tak żeby w przypadku jego zgonu rodzina otrzymała świadczenie w odpowiedniej wysokości. Teraz średnia suma na życie w ubezpieczeniu grupowym to około 60 tys. złotych. Taka suma ubezpieczenia stanowi odpowiednik dwuletnich zarobków w wysokości 2,5 tys. złotych brutto miesięcznie. To znacznie mniej niż średnia krajowa – mówi dyrektor zespołu sprzedaży ubezpieczeń grupowych.
Według Polskiej Izby Ubezpieczeń składka przypisana brutto z tytułu bezpośrednich polis na życie wyniosła w ubiegłym roku ponad 13,1 mld zł – o jedną trzecią mniej niż w 2012 roku (powodem było ograniczenie sprzedaży polisolokat). Grupowe polisy stanowią ponad połowę tego segmentu rynku ubezpieczeń.
Ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych powinny w przyszłym roku nieco zmaleć. Spółki obrotu energią są pod coraz większą presją konkurencyjną, a w segmencie dystrybucji na obniżenie opłat nalega regulator. Ze względu na niskie marże ze sprzedaży energii elektrycznej dostawcy szukają możliwości łączenia jej z innymi produktami.
‒ Presja konkurencyjna będzie rosła, co będzie się przejawiało obniżaniem marży w poszczególnych częściach rynku energii elektrycznej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Bieliński, prezes zarządu Energi. ‒ W segmencie dystrybucji nie ma wątpliwości, że będzie silna presja ze strony regulatora. Musimy temu przeciwdziałać, łącząc sprzedaż energii elektrycznej z innymi produktami, które sprawią, że będziemy atrakcyjnym dostawcą energii dla naszych klientów.
Bieliński ocenia, że w wyniku tej presji ceny energii elektrycznej w przyszłym roku dla grupy taryfowej G, czyli dla gospodarstw domowych, będą niższe. To dla Energii i innych dostawców oznacza coraz niższe marże. Zapewnienie rentowności będzie coraz większym wyzwaniem, a rozwiązaniem może być właśnie cross-selling energii i innych produktów.
Mimo spadku cen energii elektrycznej nie oznacza to, że rachunki dla odbiorców indywidualnych na pewno zmaleją. Bieliński przypomina, że w skład ostatecznej ceny wchodzi także opłata za dystrybucję, która różni się w poszczególnych częściach kraju.
Prezes Energi, która dostarcza elektryczność na Pomorzu i w Polsce Centralnej, dodaje, że w naszym kraju brakuje jeszcze presji na jakość dystrybucji ze strony urzędu regulacyjnego, ale coraz bardziej zwracają na to uwagę na to klienci.
‒ Wydaje się, że tego oczekują nasi klienci, czyli przyjęcia standardów jakościowych z Europy Zachodniej – ocenia Bieliński. ‒ To wymaga inwestycji, czasu, pomysłowości, konsekwencji i bardzo dobrego zarządzania siecią, ale może ten tryb bezosobowy jest zły, bo tak naprawdę tego wymagają i będą wymagać od nas klienci.
Bieliński dodaje, że Energa czeka na uchwalenie ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE), która wyjaśni, czy nowe inwestycje w tego typu źródła będą podejmowane.
‒ Do momentu wejścia w życie ustawy o OZE będziemy prowadzili te projekty, które mamy w tej chwili mocno rozwinięte i co do których mamy w zasadzie pewność, że je ukończymy przed wejściem w życie ustawy. Natomiast po tym, jak już ustawa się pojawi, podejmiemy decyzje w sprawie kolejnych – zapowiada Bieliński.
W jego ocenie duże znaczenie w tym obszarze może mieć nieco niedoceniane obecnie fotowoltaika. Bieliński spodziewa się także znacznego przyrostu mocy z energetyki wiatrowej. Z kolei rozwój energii z biogazu i biomasy w dużej mierze będzie uzależniony od przepisów, które znajdą się w nowej ustawie. Energa nie będzie jednak podejmować dużych decyzji inwestycyjnych przed uchwaleniem tej ustawy – podkreśla Bieliński. Zapewnia, że spółka mimo tego pozostaje w kontakcie z inwestorami.
Gekoplast, polski producent wyrobów z tworzyw sztucznych, rozbudowuje swoje moce produkcyjne i zapowiada w przyszłym roku wzrost zysku netto o ponad 30 proc. Spółka szykuje się do debiutu na NewConnect, a za rok chce się przenieść na główny parkiet warszawskiej giełdy.
Spółka jest na etapie tworzenia book-buildingu. Ten proces zakończy się 17 grudnia, a następnie 18 i 19 grudnia będą przyjmowane zapisy na akcje. Ze sprzedaży akcji debiutant chce pozyskać ponad 10 mln zł.
– Wychodzimy do rynku z ofertą publiczną zmierzającą do sprzedaży 15 proc. akcji posiadanych przez Capital PartnersInvestment I FIZ – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Górowski, prezes Gekoplastu. –Oferta ma na celu sprzedaż akcji i w konsekwencji debiut na rynku NewConnect.
Ten zaś planowany jest na początek przyszłego roku.
– Naszym celem jest wejście na główny rynek za rok, może półtora – deklaruje Piotr Górowski. – W tym okresie chcemy pozyskać zaufanie inwestorów, pokazać swoją wiarygodność, profesjonalizm i chcemy, żeby ten krok poprzez NewConnect był pierwszym etapem do dalszego rozwoju spółki i w przyszłości funkcjonowania na głównym parkiecie.
Gekoplast podkreśla, że ma ponad 30-proc. udział w rynku płyt komórkowych w Europie Środkowej. 7,8 proc. udziału w rynku europejskim stawia spółkę na piątym miejscu wśród producentów tego rodzaju płyt na kontynencie. Swoje wyroby firma eksportuje do większości krajów europejskich, a jej odbiorcami, poza branżą opakowań, są producenci AGD i samochodów oraz sektory budowlany i farmaceutyczny.
– Funkcjonujemy na rynku europejskim, nie ograniczamy się do rynku krajowego– podkreśla prezes spółki. – Jesteśmy liderem na rynku Europy Centralnej. Chcemy tę pozycję umacniać, chcemy również poprawiać swoją pozycję na rynku europejskim.
Spółka podkreśla, że ma solidne fundamenty, własne grunty, budynki, urządzenia techniczne i nowoczesne maszyny. Rozbudowę swych mocy produkcyjnych zamierza kontynuować także w przyszłym roku, a na inwestycje rozwojowe wyda w tym czasie kolejne 4,2 mln zł.
W 2013 roku sprzedaż spółki przekraczała 75 mln zł, a w obecnym ma wzrosnąć do 76,5 mln, by w 2015 roku sięgnąć ponad 90 mln zł. Zysk netto Gekoplastu w tym roku przekroczy 4 mln zł, co oznacza wzrost o blisko 800 tys. zł. Na przyszły rok spółka prognozuje wzrost zysku netto do ponad 6,2 mln zł.
– Gekoplast ma ogromny potencjał rozwoju – ocenia prezes Piotr Górowski. – Wykonaliśmy ogromną pracę, stworzyliśmy dobry materiał do dalszego rozwoju. Inwestycje, które poczyniliśmy, dają nam możliwość produkowania i sprzedawania wyrobów dużej jakości, wyrobów poszukiwanych przez rynek, i naszych klientów. Zwiększyliśmy już moce produkcyjne o ponad 40 proc. i ich wykorzystanie przy stosunkowo stałych kosztach spowoduje wzrost efektywności.
Spółce sprzyja sytuacja na światowym rynku, na którym produkcja tworzyw sztucznych od lat rośnie średnio o 9 proc. rocznie. Jednocześnie popyt przenosi się teraz do Europy Centralnej wraz z przenoszeniem w nasz region fabryk, które są głównymi odbiorcami produktów z tworzyw sztucznych.
Od dziś zaczyna obowiązywać ustawa o odwróconej hipotece. Według nowych przepisów właściciele nieruchomości będą mogli ubiegać się w banku o kredyt, którego zabezpieczeniem będzie posiadany dom lub mieszkanie. To usługa wprowadzana z myślą o osobach starszych, choć ustawa nie wprowadza limitów wiekowych. Zdaniem ekspertów nie ma co liczyć na to, że takie produkty szybko znajdą się w ofertach banków. Tym bardziej że zainteresowanie klientów na razie nie jest duże.
Odwrócona hipoteka umożliwi uwolnienie kapitału zamrożonego w nieruchomości. Senior, który zaciągnie taki kredyt, otrzyma pieniądze jednorazowo lub w ratach przez określony czas. Bank, który kredytu udziela, przejmie prawo własności do nieruchomości dopiero po śmierci świadczeniobiorcy.
– Osoby, które są właścicielami nieruchomości i są w wieku emerytalnym, bo do nich przede wszystkim skierowany jest ten produkt, będą mogły dostać od banku kredyt, który będzie zabezpieczony daną nieruchomością. Będzie on spłacany po śmierci beneficjenta albo przez spadkobierców, albo poprzez sprzedaż nieruchomości – mówi agencji Newseria Biznes Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego Dom, który oferuje świadczeniobiorcom rentę dożywotnią.
Z odwróconego kredytu hipotecznego będzie można skorzystać niezależnie od zdolności kredytowej. To umowa terminowa, od której można odstąpić. Co więcej, nawet po śmierci właściciela spadkobiercy mogą odzyskać nieruchomość, spłacając wypłacone świadczenie wraz z odsetkami.
Choć ustawa właśnie wchodzi w życie, to zdaniem eksperta banki szybko takiej propozycji nie przygotują. Seniorzy wciąż ostrożnie podchodzą do tego typu ofert.
– W mojej opinii z wielu powodów przez najbliższe 2-3 lata nie będzie takiego produktu w ofercie banków. Obecnie zainteresowanie odwróconą hipoteką wśród seniorów nie jest na tyle duże, żeby większe instytucje zainteresowały się przygotowaniem takiego rozwiązania – ocenia Majkowski.
Prawie wszystkie zapytane w listopadzie przez Home Broker banki odpowiedziały, że nie mają planów wprowadzenia hipoteki odwróconej do oferty. Jedyną instytucją, która wyraziła konkretne zainteresowanie, był Bank Polskiej Spółdzielczości, jednak i tam prace ruszą najwcześniej za rok.
Jak podkreśla Majkowski, na niskie zainteresowanie potencjalnych świadczeniobiorców wskazują również statystyki dotyczące renty dożywotniej. To podobny do odwróconego kredytu hipotecznego produkt, tyle że w modelu sprzedażowym. Różnica jest m.in. taka, że prawo własności nieruchomości przechodzi na daną instytucję w momencie podpisania umowy. Senior ma zagwarantowane dożywotnie korzystanie ze swojego mieszkania lub domu – zapewnia mu to tzw. służebność osobista mieszkania wpisana do księgi wieczystej, a wszelkie koszty eksploatacji pokrywa świadczeniodawca. Poza tym renta jest wypłacana dożywotnio. Produkt ten oferowany jest dziś przez fundusze hipoteczne w oparciu o przepisy kodeksu cywilnego, ale trwają prace nad ustawą regulującą ten rynek.
Jak wynika z raportu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych na koniec 2013 roku dwa największe fundusze hipoteczne – Dom i Familia – zarządzały nieruchomościami o wartości 67,6 mln zł. Liczba zawartych umów na rentę dożywotnią wyniosła 283. W 2013 roku zanotowało 40 proc. wzrost względem 2012 roku, a w 2011 roku podpisano zaledwie 96 takich umów.
– Zainteresowanie klientów i banków takim produktem są ze sobą powiązane. Podobnie było z kredytami hipotecznymi – w latach 90. też nie cieszyły się popularnością, bo ich de facto nie było. Dopiero kiedy pojawiła się oferta banków, lawinowo wzrosło zainteresowanie i myślę, że podobnie będzie w przypadku odwróconego kredytu hipotecznego. Jak już banki przygotują ofertę, to na pewno szybko wzrośnie zainteresowanie tego typu rozwiązaniem – prognozuje prezes zarządu Funduszu Hipotecznego Dom.
Majkowski ma nadzieję, że wejście w życie tych rozwiązań przyspieszy prace nad regulacjami dotyczącymi renty dożywotniej.
Odwróconą hipotekę będą mogły oferować banki, oddziały banków zagranicznych i instytucji kredytowych. Ustawa przede wszystkim ma gwarantować seniorom bezpieczeństwo.
Paweł Majtkowski, uznany ekspert zajmujący się rynkiem finansowym, dołączył do zespołu Centrum Finansów Aviva.
Paweł Majtkowski
Paweł Majtkowski ma bogate doświadczenie w pracy jako główny analityk w dużych instytucjach finansowych. Ostatnio pracował w Grupie Poczty Polskiej. W latach 2009-2013 pełnił funkcję głównego analityka Expander Advisors i Finamo. Jest absolwentem prawa na Uniwersytecie Warszawskim.
Paweł Majtkowski zdobył renomę, pomagając klientom poruszać się w świecie finansów osobistych. Pracując w naszym zespole będzie nadal z pasją objaśniał zawiłości produktów finansowych, aby klienci mogli realizować swoje życiowe cele przy pomocy kredytów, inwestycji i ubezpieczeń. -mówi Adrian Jarosz, wiceprezes Avivy, kierujący Centrum FinansówAviva
Centrum Finansów Aviva to nowa sieć placówek utworzonych w 2014 roku przez Avivę – jedną z najbardziej znanych w Polsce grup oferujących ubezpieczenia oraz produkty inwestycyjne. W pierwszym etapie powstało 10 placówek w dużych miastach – po dwie w Warszawie i Wrocławiu, oraz w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie, Poznaniu, Katowicach i Łodzi.
Powoli, ale systematycznie rośnie liczba ministerialnych programów lekowych, dedykowanych osobom cierpiącym na rzadkie schorzenia. Z prowadzonych w ten sposób terapii korzysta coraz więcej osób. NIK przypomina jednak, że trzeba pamiętać o kończącym się niebawem programie „chemioterapii niestandardowej”, tak aby zapewnić odpowiedni dostęp do leczenia pacjentom, u których standardowo stosowane leki nie przynoszą poprawy.
Liczba programów lekowych, które zastąpiły dotychczasowe programy terapeutyczne, wzrosła na koniec 2013 r. o 30 proc.: z 42 do 55. Wzrosła także liczba pacjentów zakwalifikowanych do tych programów: z 58,4 tys. w 2011 r. do 69 tys. w 2013 r. (o 18,1 %). Zwiększyła się także liczba stosowanych nowoczesnych substancji leczniczych, i wreszcie wzrosła też kwota nakładów z półtora miliarda złotych, wydanych w 2011 r. do ponad dwóch miliardów w 2013 r.
Programy lekowe dedykowane są chorym, u których leczenie standardowymi lekami nie przynosi efektów. W ramach tych programów finansowane jest leczenie innowacyjnymi lekami niektórych chorób: najczęściej w onkologii, reumatologii oraz w przypadkach chorób rzadkich i ultra rzadkich. O włączeniu chorego do programu i zastosowaniu odpowiedniej terapii decyduje lekarz prowadzący, zaś rolą Narodowego Funduszu Zdrowia jest finansowanie tych świadczeń.
Od 1 lipca 2012 r. programy terapeutyczne zostały zastąpione programami lekowymi, realizującym te same cele, ale podlegającym innym regulacjom prawnym, określonym w ustawie refundacyjnej. Wprowadzenie tej ustawy miało dostosować polskie prawo do unijnej „Dyrektywy Przejrzystości” poprzez wprowadzenie bardziej transparentnych mechanizmów ustalania cen leków.
Tymczasem NIK zwraca uwagę, że niektóre rozwiązania organizacyjne, wynikające z realizacji ustawy o refundacji, ograniczały przejrzystość systemu wdrażania i finansowania innowacyjnych produktów leczniczych. Wykorzystanie, w procesie obejmowania refundacją leków, opinii ekspertów, którzy pozostają w konflikcie interesów oraz przyznanie bardzo szerokich kompetencji niektórym pracownikom Ministerstwa Zdrowia, może, w opinii NIK, stanowić zagrożenie dla obiektywizmu podejmowanych decyzji.
Dostęp do programów
Świadczenia w ramach programów lekowych w znakomitej większości udzielane były na bieżąco. Zgodnie z wyjaśnieniami kierowników kontrolowanych szpitali, termin rozpoczęcia terapii zależy wyłącznie od tego, kiedy zgłoszą się pacjenci, spełniający wszystkie wymagane kryteria. Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia, z uwagi na zapotrzebowanie większe niż możliwość finansowania, listy oczekujących prowadzono jedynie w przypadku trzech programów: leczenia wirusowego zapalenia wątroby typów B i C oraz stwardnienia rozsianego. Średni czas oczekiwania na leczenie wahał się od tygodnia w wypadku stwardnienia rozsianego do blisko pięciu miesięcy w przypadku wirusowego zapalenia wątroby typu C.
Nieprawidłowości ograniczające dostęp do leczenia
Programy lekowe opracowuje Minister Zdrowia, a wdraża i finansuje Narodowy Fundusz Zdrowia. Ceny leków, stosowanych w ramach programów są cenami urzędowymi. O włączenie danego leku do programu wnioskują firmy farmaceutyczne. Decyzję w tej sprawie wydaje Minister Zdrowia.
Rozpatrzenie wniosku o objęcie leku refundacją zgodnie z przepisami nie powinno trwać dłużej niż 180 dni. Jak wynika z ustaleń kontrolerów zdarza się, że termin ten bywa przekraczany. W siedmiu przypadkach na dziewięć zbadanych procedura wydłużała się o 17 -60 dni. Uwzględniając jeszcze dodatkowo powtarzające się błędy i konieczność uzupełniania przez wnioskodawców dokumentacji – okres od dnia złożenia wniosku do podjęcia decyzji o objęciu leku refundacją wynosił od sześciu do jedenastu miesięcy.
Nieprawidłowości eksperckie
W toku prac nad kwalifikowaniem leków do poszczególnych programów Agencja Oceny Technologii Medycznych występowała o opinie do ekspertów zewnętrznych będących autorytetami w danej dziedzinie medycyny, w tym m.in. do konsultantów krajowych i wojewódzkich.
Aby zapewnić przejrzystość procesu oceny, eksperci zobowiązani byli do składania deklaracji o ewentualnym konflikcie interesów. Zadeklarowanie takiego konfliktu nie wykluczało jednak możliwości wykorzystania złożonej opinii. Z ustaleń kontroli wynika, że wśród opinii ekspertów, wykorzystywanych w analizach opracowywanych przez Agencję, były opinie wielu specjalistów, którzy zgłosili konflikt interesów. Stwierdzono również przypadki dopuszczania do udziału w posiedzeniu Rady Przejrzystości (organu opiniodawczo-doradczego Agencji) ekspertów, którzy w ogóle nie złożyli deklaracji konfliktu interesów.
Mając na uwadze wszelkie ograniczenia, związane np. z tym, że grono specjalistów w określonej, czasem bardzo wąskiej, dziedzinie, może być stosunkowo nieliczne, Izba zauważa jednak, że korzystanie w procesie obejmowania refundacją leków opinii ekspertów, którzy pozostają w konflikcie interesów, może podważać bezstronność rekomendacji wydawanych przez Agencję.
Wnioski
Programy lekowe spełniają istotną rolę w procesie terapeutycznym, zapewniając pacjentom dostęp do nowoczesnych metod leczenia. Umożliwiają także kontrolę wydatków refundacyjnych poprzez precyzyjne zdefiniowanie kryteriów klinicznych, które powinny być spełnione aby pacjent został włączony do programu.
Najwyższa Izba Kontroli uznaje również za celowe podjęcie, przez Ministra Zdrowia, działań mających na celu zwiększenie transparentności procedur w procesie refundacji leków, gwarantujących obiektywizm w podejmowaniu decyzji.
Japońska gospodarka jest w recesji, jen słabnie i wszystko wskazuje na to, że nadal będzie słabł, bowiem premier Shinzo Abe wygrał w niedzielę przedterminowe wybory i otrzymał mandat do kontynuowania swej polityki gospodarczej.
W III kwartale PKB Japonii spadło rok do roku o 1,9 proc. To znacznie mniej niż 6,7 proc. spadku w II kwartale, jednak i tak potwierdza recesję, w jakiej znalazła się gospodarka tego kraju. W związku z dramatyczną sytuacją gospodarczą premier rozwiązał parlament i ogłosił przedterminowe wybory, by potwierdzić zgodę obywateli na działania, które zyskały już nazwę abenomiki.
Rząd premiera Abe stara się bowiem od wiosny 2013 r. ożywić gospodarkę, zwiększając podaż pieniądza. Rosną więc wydatki budżetowe, a stopy procentowe banku centralnego są ujemne. To oczywiście osłabia jena.
– W Japonii mamy luzowanie monetarne, które przejawiło się już w tym, że w stosunku do dolara jen stracił w ciągu ostatnich trzech lat jedną trzecią wartości – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, dealer walutowy z DMK. –Prawdopodobnie polityka, która jest, będzie utrzymana bądź nawet, rynek już plotkuje, że będzie kolejny etap stymulacji. Jeżeli tak się stanie, to przed nami kolejna fala osłabienia się tej waluty.
Od początku roku jen osłabił się do amerykańskiej waluty o ponad 11 proc. Słaby jen nie jest jednak wielkim problem dla japońskiej gospodarki. Przeciwnie, powinien sprawić, że eksport będzie bardziej opłacalny i wzrośnie. Prawdziwym problemem Japonii, trzeciej gospodarki świata, jest od wielu lat gospodarcza stagnacja oraz deflacja.
– Ten program jak zwykle polega na skupie obligacji i rynek spodziewa się, że jeżeli inflacja, która jest prognozowana, osiągnie poziom 2 proc. w przyszłym roku, to będzie potrzebny pakiet stymulacyjny– tłumaczy Andrzej Stefaniak. – Jeżeli on się pojawi, to ta dynamika osłabienia jena japońskiego prawdopodobnie będzie podobna do tej z 2014 roku.
Od połowy października jen w Polsce potaniał o prawie 10 proc. Z poziomu 3,13 zł spadł do 2,83 zł za 100 jenów. W ocenie analityków to jednak wcale nie koniec spadków japońskiej waluty.
– 31 marca, czyli z końcem pierwszego kwartału, kończy się rok fiskalny w Japonii – przypomina dealer walutowy z DMK. – Na ten moment japońscy eksporterzy dokonują wyceny bilansowej swoich przepływów finansowych, a to jest informacja, że prawdopodobnie z końcem pierwszego kwartału należy się spodziewać naprawdę bardzo niskich poziomów jena, czyli bardzo wysokich poziomów par związanych z jenem, szczególnie pierwszy kwartał przyszłego roku powinien być negatywny dla jena.
Taki scenariusz bardzo odpowiada też inwestorom walutowym. Gdy wiadomo, w którym kierunku idzie rynek, inwestowanie wydaje się znacznie prostsze.
– Można by skonstatować, że cały 2015 rok również będzie bardzo niekorzystny dla jena japońskiego i można się spodziewać dalszej deprecjacji, osłabienia się tej waluty i nowych szczytów na wszystkich parach związanych z jenem – podkreśla Andrzej Stefaniak z DMK. – To jest niezwykle korzystna dla wszystkich spekulantów i inwestorów na rynku foreksowym informacja, że ryzyko utraty środków bądź też ryzyko na rynku walutowym znacznie spada.
Niemal co piąty Polak zamierza w ciągu najbliższych trzech lat założyć firmę, a dwie trzecie uważa przedsiębiorczość za dobrą ścieżkę kariery. Choć wartości te są niższe niż przed trzema laty, to wciąż znacznie przewyższamy unijną średnią. W Polsce, podobnie jak na świecie, przybywa młodych przedsiębiorców zakładających start-upy w obszarze nowych technologii.
‒ Osoby, które zakładają firmy w Polsce, są coraz młodsze. Rośnie liczba firm zakładanych przez osoby w wieku do 30 lat oraz liczba start-upów, firm w nowoczesnych branżach. Ci młodzi ludzie najczęściej działają właśnie w branżach nowoczesnych technologii, takich jak informatyka czy telekomunikacja – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bożena Lublińska-Kasprzak, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. ‒ W pewnym stopniu przyczyniły się do tego również programy finansowane ze środków publicznych, które były nakierowane właśnie na tworzenie czy wspieranie takich start-upów.
Jak wynika z badania Global Entrepreneurship Monitor, w którym udział bierze PARP, ponad 17 proc. Polaków zamierza w ciągu najbliższych trzech lat założyć firmę. To wprawdzie aż o 10 pkt proc. mniej niż przed trzema laty, ale wciąż o ok. 1,5 pkt proc. więcej, niż wynosi unijna średnia.
Ponad 9 proc. dorosłych Polaków, czyli 2,4 mln osób, to przedsiębiorcy we wczesnym stadium działalności – kategoria ta obejmuje osoby, które zamierzają założyć firmę lub zrobiły to mniej niż 3,5 roku temu. W całej UE wskaźnik ten wynosi 8 proc.
‒ Co ciekawe, polscy przedsiębiorcy mają bardzo duże ambicje, aspiracje czy plany na przyszłość. Znajdujemy się na trzecim miejscu w Europie, jeśli chodzi o deklarację rozwoju firmy. 39 proc. polskich przedsiębiorców twierdzi, że zatrudni następne pięć osób w kolejnych pięciu latach – dodaje Lublińska-Kasprzak.
27 proc. przedsiębiorców jest jeszcze bardziej ambitnych i zakłada stworzenie nawet 10 nowych miejsc pracy w ciągu nadchodzących pięciu lat. Pod względem aspiracji Polaków wyprzedają w UE jedynie Rumuni i Łotysze.
Prezes PARP dodaje, że coraz więcej osób decyduje się na samozatrudnienie. Dotyczy to nie tylko outsourcingu pracowników, którzy wcześniej pracowali na etatach, lecz także Polaków, którzy decydują się wykonywać zawód konsultantów i ekspertów jako wolni strzelcy. Jednak wciąż niemal połowa przedsiębiorstw jest zakładanych z konieczności. Polacy bardzo pozytywnie oceniają też założenie własnej firmy jako właściwy wybór ścieżki kariery. W naszym kraju uważa tak niemal 67 proc. osób, czyli o 10 pkt proc. więcej, niż wynosi unijna średnia.
‒ Badania, nasze obserwacje, doświadczenia i kontakty z przedsiębiorcami pozwalają na optymistyczną ocenę tego, co się będzie w Polsce działo. Pamiętajmy, że w najbliższych latach będzie bardzo duże wsparcie finansowe, zwłaszcza dla nowo powstających firm, a poza tym bardzo poprawia się również klimat prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce – zwraca uwagę Lublińska-Kasprzak.
Zaznacza, że choć pod względem przedsiębiorczości Polacy przodują w UE, to wciąż musimy pracować nad poprawieniem wizerunku osób zakładających własne firmy.
‒ Niewątpliwie mamy jeszcze sporo do zrobienia, żeby przedsiębiorców było więcej i żeby stawali się coraz bardziej konkurencyjni i coraz więksi. Jeszcze odbiegamy średnią wielkością firmy od standardu europejskiego, więc nasi przedsiębiorcy muszą rosnąć i muszą stawać się firmami globalnymi, rozwijać swoją działalność również na rynkach zagranicznych – przekonuje prezes PARP.
Ten rok zakończymy z dobrym wynikiem, ponad trzyprocentowym – ocenia Jan Krzysztof Bielecki. Perspektywy na przyszły też są pozytywne, mimo niewielkiego wzrostu gospodarczego w europejskich gospodarkach. Optymizm budzą między innymi dobre informacje z krajowego rynku nieruchomości, pewien niepokój – zbliżające się wybory.
– Kończący się rok okazuje się lepszy, niż się spodziewaliśmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krzysztof Bielecki, były premier, ustępujący szef Rady Gospodarczej przy premierze RP. – W polskiej gospodarce zdarzają się takie niesamowite sytuacje, że kiedy nadchodzi jeden miesiąc, drugi, trzeci, gdy wszystko idzie w dół i wydaje się, że tym razem może być niedobrze i niebezpiecznie, to nagle gospodarka odbija i wraca nieco niezbędnego optymizmu. Konsumenci zaczynają wydawać więcej pieniędzy i powracamy na dosyć dobre poziomy. Myślę, że przyszły rok także zaczniemy dobrą liczbą. Z trójką na czele.
W listopadowej prognozie Komisja Europejska stwierdziła, że w przyszłym roku wzrost gospodarczy Polski wyniesie 2,8 proc., a w 2016 roku – 3,3 proc. Ekonomiści Narodowego Banku Polskiego przewidują, że w przyszłym roku polska gospodarka wzrośnie o 3 proc. Natomiast rząd w projekcie ustawy budżetowej prognozuje, że produkt krajowy brutto w przyszłym roku zwiększy się o 3,4 proc. Według KE negatywnie na sytuację gospodarczą Polski wpływać będzie otoczenie: wciąż słaba aktywność Niemiec oraz konflikt na Wschodzie. Zdaniem byłego premiera krajowa gospodarka notuje zwykle wyniki co najmniej o 1,5 proc. wyższe niż niemiecka. Zatem wzrost na poziomie 2,5 proc. stanowić będzie dla niej dolną granicę wzrostu w przyszłym roku.
– Do tego dochodzi trochę dobrych wiadomości, choćby z rynku nieruchomości, które wskazują, że przy niskich cenach pieniądza konsumenci zaczynają kupować mieszkania – wskazuje Jan Krzysztof Bielecki. – W stosunku do boomu sprzed ośmiu lat tym razem wzrost sprzedaży jest mniejszy, kilkuprocentowy, ale nie jest związany ze wzrostem cen nieruchomości. One są w miarę stabilne, a klienci wykazują coraz większe zainteresowanie. Na pewno w przyszłym roku pieniądz będzie równie tani, jak obecnie, bo nie będzie przecież praktycznie inflacji w Polsce. To daje podstawy, by sądzić, że 2015 rok także zły nie będzie.
Jak podkreśla, na pewno w przyszłym roku Polska dalej będzie się rozwijać w otoczeniu niskich stóp procentowych. Europejski Bank Centralny zabrał się za luzowanie polityki, a nie jej zacieśnianie, więc podwyżki stóp raczej nie będzie. Tymczasem w strefie euro stopa depozytowa już jest poniżej zera (od czerwca, a od września wynosi -0,2 proc.), a główna stopa to zaledwie 0,05 proc.
– Zobaczymy, co w takim razie zrobi Rada Polityki Pieniężnej, bo w sytuacji bardzo niskiej inflacji, właściwie jej braku, niezłego wzrostu gospodarczego i prognozowanej poprawy optymizmu konsumentów spodziewano się jeszcze pewnego cięcia stóp – mówi Jan Krzysztof Bielecki.
Jego zdaniem pewien niepokój wywołują czekające nas w przyszłym roku wybory: najpierw wiosną prezydenckie, a później jesienią parlamentarne.
– Zbliżające się wybory, a w zasadzie igrzyska wyborcze, to jedna wielka niewiadoma. Ruszają na początku roku, kiedy zostaną ogłoszone wybory prezydenckie i będzie podana data. Potem w maju rozstrzygnie się pierwsza elekcja i praktycznie przejdziemy od razu do kampanii i następnych wyborów, co dla rynku międzynarodowego może być dodatkowym elementem niepokoju – ocenia Bielecki.
Klasyczne kredyty korporacyjne, finansowanie w formie leasingu oraz faktoringu – to produkty dla firm, które w przyszłym roku chce rozwijać Bank Millennium. Władze banku zapowiadają, że będą starać się zwiększać swój udział w finansowaniu gospodarki. W segmencie detalicznym wyzwaniem jest oferta dla oszczędzających – szczególnie w środowisku niskich stóp procentowych.
– W przyszłym roku będziemy kontynuować rozwój i sprzedaż produktów, które wprowadziliśmy w tym roku. Dla przykładu flagowy produkt rachunku bieżącego w bankowości detalicznej, obudowany grupą produktów oszczędnościowych oraz kartami płatniczymi – Konto 360° notuje bardzo dobre wyniki sprzedażowe i zamierzamy w dalszym ciągu dbać o jego rozwój – mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Kulesza, dyrektor Departamentu Relacji Inwestorskich Banku Millennium.
W okresie od maja do października bank otworzył 100 tysięcy takich kont osobistych na preferencyjnych warunkach. W segmencie detalicznym ważny produktem będzie również pożyczka gotówkowa, która w środowisku niskich stóp procentowych – zgodnie z oczekiwaniami banku – powinna notować zadowalające wyniki sprzedażowe.
– Do trzeciej grupy zaliczamy produkty inwestycyjne lub oszczędnościowo-inwestycyjne, które pozwalają klientom znaleźć pewne alternatywy w środowisku niskich stóp procentowych – tłumaczy Kulesza.
Według ostatnich przestawionych danych finansowych na koniec III kwartału 2014 r. Bank Millennium zarządzał depozytami klientów detalicznych w wysokości 29,44 mld zł (wzrost o 8,6 proc. rok do roku), produktami inwestycyjnymi o wartości 6,71 mld zł (wzrost o 5,5 proc. rok do roku) oraz oferował kredyty konsumpcyjne dla gospodarstw domowych w wysokości 4,35 mld zł (wzrost o 21,8 proc. rok do roku). Natomiast wartość kredytów hipotecznych lekko zmalała do 26,73 mld zł (-1,7 proc. rok do roku).
– Kontynuujemy wysiłki, aby mieć większą rolę w finansowaniu polskiej gospodarki. W banku dobrze rozwija się finansowanie w formie leasingu, faktoringu oraz klasyczne kredyty korporacyjne. Sądzimy, że popyt w 2015 r. na takie produkty może wzrosnąć, a my chcemy wyjść temu naprzeciw – podsumowuje Artur Kulesza. – Równie istotne jest zarządzanie gotówką i środkami bieżącymi przedsiębiorstw.
Zaangażowanie banku w sektorze przedsiębiorstw (zarówno MSP, jak i dużych podmiotów) na dzień 30 września br. w segmencie depozytów to 17,99 mld zł (spadek o 0,7 proc rok do roku). Wśród kredytów dla firm zobowiązania leasingowe wyniosły 3,95 mld zł (wzrost o 20 proc. rok do roku), natomiast pozostałe typy kredytów osiągnęły wartość 8,8 mld zł (wzrost o 12 proc. rok do roku).
– Mieliśmy okres w banku, kiedy niemalże unikaliśmy zaangażowania w duże firmy. W obecnej strategii banku, którą realizujemy od dwóch lat, nie wykluczamy dużych przedsiębiorstw, na co pozwala nasza sytuacja kapitałowa. Do nowych klientów podchodzimy tu jednak wybiórczo – mówi Artur Kulesza.
Zdaniem dyrektora Departamentu Relacji Inwestorskich Banku Millennium, celem banku jest nie tylko czyste finansowanie dużych podmiotów, lecz także kompleksowa obsługa klientów, poprzez budowanie długotrwałych relacji.
– Patrząc historycznie, zawsze bardziej aktywni byliśmy w sektorze małych i średnich firm. W dalszym ciągu naszym głównym rdzeniem rozwoju bankowości dla MSP pozostają nie duże, lecz małe i średnie przedsiębiorstwa. W przyszłym roku liczymy na jeszcze szybszy niż obecnie wzrost akcji kredytowej w tym segmencie klientów – prognozuje Kulesza.
Sektor budowlany musi rozpocząć konsolidację, bo inaczej firmy po wyczerpaniu środków unijnych po 2020 r. wpadną w duże problemy – ocenia dyrektor generalny koncernu budowlanego Mota-Engil na region Europy Środkowej. Spółka sama przeszła taki proces i dzięki temu przetrwała kryzys na rodzimym rynku w Portugalii.
‒ Firmy muszą przygotować się na przyszłość, która nastąpi po roku 2020. To wprawdzie za 6 lat, ale jeśli firmy dziś nie poświęcą temu uwagi, będziemy mieć duży problem. Rynek się skurczy, a w rezultacie firmy będą albo bankrutować, albo znacząco tracić. Zachodzi więc potrzeba, aby rynek się skonsolidował, by firmy dokonywały fuzji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Manuel Mota, dyrektor generalny Mota-Engil Central Europe.
Mota zwraca uwagę na podobieństwo rynku w Polsce do rynku w Portugalii sprzed kilkunastu lat. Ten zachodnioeuropejski kraj przed rozszerzeniem UE w 2004 r. był jednym z większych odbiorców środków wspólnotowych. Wiele firm budowlanych nie przygotowało się jednak na zmianę sposobu finansowania. Polska musi się liczyć z tym, że po zakończeniu unijnej perspektywy budżetowej 2014-2020 również w naszym kraju zmniejszy się dopływ unijnych funduszy.
Rozwiązaniem dla sektora budowlanego jest konsolidacja. Mota przypomina, że dzięki połączeniu z firmą Engil jego koncern już w 1997 r. wszedł na rynki wschodnioeuropejskie, a także do Ameryki Łacińskiej i Afryki. Od tego czasu wartość firmy wzrosła niemal trzydziestokrotnie (ze 100 mln euro do 2,6 mld euro), a zatrudnienie wynosi już 28 tysięcy.
‒ Konsolidację rozpoczęliśmy wcześnie, w czasie, kiedy nie było jeszcze wyraźnej potrzeby. Portugalski rynek miał wówczas potencjał na kolejne co najmniej 12 lat. Ale ten proces był kluczowy. Podobnie będzie w Polsce. Biorąc pod uwagę terytorium i liczbę ludności, mogą tu powstać firmy, które będą mogły konkurować z koncernami budowlanymi w Europie i na świecie. To proces, który gospodarka i rząd muszą promować – podkreśla Mota.
Mota ocenia, że dzięki konsolidacji polskie firmy zyskają szansę na ekspansję i dywersyfikację działalności. Dodaje, że jeśli w naszym kraju powstaną duże, rywalizujące z europejskimi konkurentami koncerny, to będą one mogły realizować projekty drogowe, kolejowe, energetyczne, kubaturowe i wodne.
Dyrektor generalny środkowoeuropejskiej części portugalskiego koncernu zauważa równocześnie, że perspektywy do 2020 r. są dla rynku bardzo dobre. Inwestycji będzie przybywało, ale problemem pozostaje współpraca pomiędzy firmami budowlanymi a zamawiającymi. Mota podkreśla, że musi ona się poprawić, by nie powtórzyły się problemy z realizacją inwestycji, takie jak w poprzedniej perspektywie UE.
W niedzielę pasażerowie będą w końcu mogli pojechać pociągami Pendolino. Dziewięć z 20 kupionych składów pojedzie na trasach Gdańsk – Warszawa, Gdańsk – Wrocław, Gdańsk – Kraków i Gdańsk – Katowice. Reszta na razie albo nie jest jeszcze gotowa do jazdy, albo nie ma jej w kraju, albo czeka w rezerwie. Money.pl zapytał ekspertów o największe wady i opłacalność tej wartej 2,7 mld złotych inwestycji. Z wyliczeń portalu wynika, że PKP Intercity ma średnie obłożenie na zaledwie dwa z 34 kursów Pendolino dziennie.
Mimo że składów jest niewiele, nawet w dniu premiery Pendolino, może być problem z ich zapełnieniem. Zwłaszcza, że dane o biletach sprzedanych z wyprzedzeniem (do czego zachęcała usilnie Intercity) nie napawają optymizmem i są bardzo mgliste. – Cztery razy dziennie pytamy o to kolejarzy.Obecnie jest to około 26 tysięcy sprzedanych sztuk. Nie wiemy natomiast, które pociągi ani które trasy cieszą się zainteresowaniem. Nie znamy też dat, na które dokonane zostały rezerwacje – mówi portalowi Money.pl Jakub Madrjas, redaktor portalu rynek-kolejowy.pl.
Daty są bardzo ważne, bo rezerwacji można dokonać z 30-dniowym wyprzedzeniem. Biuro prasowe przewoźnika, zapewne niezwykle zajęte przed startem swojego sztandarowego projektu, nie miało na razie czasu poinformować nas, ile konkretnie biletów Intercity sprzedało na najbliższą niedzielę. Być może jest to większość z tych 26 tysięcy, a być może nie. – Myślę, że gdyby obłożenie było duże, to spółka by się tym pochwaliła – ocenia Jakub Madrjas.
Jeśli przyjrzeć się statystyce, wynik Intercity nie wygląda dobrze. Jak pisze Money.pl, od niedzieli po polskich torach będzie jeździło dziewięć składów Pendolino, które dziennie obsłużą w sumie niecałe 40 połączeń. Każdy pociąg może na swój pokład zabrać 400 pasażerów. – Kiedy te 26 tysięcy zarezerwowanych dotychczas biletów podzieli się przez pojemność jednego pociągu, wyjdzie nam, że Intercity zapełniło dotychczas składy, które obsłużą 65 relacji – podsumowuje Jakub Majewski z Fundacji ProKolej. Tymczasem od niedzieli codziennie na polskich torach realizowane będą 34 połączenia z wykorzystaniem Pendolino. To znaczy, że na razie średnio tylko dwa spośród 34 połączeń dziennie będą w pełni obłożone, a pozostałe składy pozostaną puste.
Ekspert dodaje, że takie szacunki mają uzasadnienie o tyle, że samo PKP Intercity zachęcają pasażerów do kupowania biletów z wyprzedzeniem i chce, by była to podstawowa forma rezerwacji miejsc. Dlatego też kolejarze w ogóle nie wprowadzili możliwości kupienia biletu już na pokładzie Pendolino.
– Jeśli w pociągu podejdziemy do konduktora i poprosimy o bilet za 150 złotych, to dostaniemy do tego 650 złotych mandatu – przestrzega Jakub Madrjas. – Jestem pewien, że znajdą się pasażerowie, którzy nie będą o tym wiedzieli i konieczność wysupłania z kieszeni 800 złotych mocno ich zaskoczy – ironizuje.
System sprzedaży biletów to dziś jedna z dwóch głównych bolączek projektu pod nazwą Pendolino. – Kiedy trzy lata temu rozstrzygnięty został przetarg na te pociągi, idea kupowania biletów była zupełnie inna. Inny był też skład spółki i kto inny o tym decydował – wyjaśnia w Money.pl Madrjas.
– Planowany był rozbudowany program lojalnościowy i dużo zachęt dla pasażerów. A teraz Intercity robi bardzo dużo, by do swojej oferty zniechęcić. Zamiast elastycznego cennika, wprowadzono cztery czy pięć sztywnych stawek zmienianych raz dziennie. A taki naprawdę dynamiczny cennik oznacza, że jeśli przewoźnik wie, że na dane połączenie nie ma chętnych, to opuszcza cenę tak bardzo, by się oni znaleźli. Jeśli więc najtańszy bilet to 49 złotych i ani złotówki mniej, to ta oferta przegrywa choćby z Polskim Busem.
Ile kosztują bilety na Pendolino (w zł)
źródło: PKP Intercity
Cena najniższa
Cena średnia
Cena maksymalna
WARSZAWA – KRAKÓW
49
129,2
150
WARSZAWA – KATOWICE
49
129,2
150
WARSZAWA – WROCŁAW
59
131,1
150
WARSZAWA – TRÓJMIASTO
49
128,8
150
KRAKÓW – TRÓJMIASTO
98
171,6
189
KATOWICE – TRÓJMIASTO
98
171,6
189
Z tym, że system sprzedaży jest nierozsądny, zgadza się Jakub Majewski. – Dzisiaj Intercity mówi: kup bilet z trzytygodniowym wyprzedzeniem, to zapłacisz mniej. Jednak pociąg to nie samolot, żeby planować podróż na zapas. Jest całkiem odwrotnie: to najbardziej masowa forma transportu i jej charakterystyczną cechą jest uniwersalność. Spóźniłem się na pociąg? To nic, pojadę następnym za godzinę. Zagadałem się z kimś? Zaczekam na kolejny. A cały ten system rezerwacyjny brzmi trochę tak, jakby nakazać ludziom zaklepywać miejsca w tramwajach. To absurd.
Ekspert twierdzi, że spółka PKP Intercity popełniła błąd w tym, jak promuje Pendolino i zrobiła z niego produkt premium, podczas gdy nie taka jest jego rola. Docelowo bowiem po trasach z Warszawy do Gdańska, Wrocławia, Krakowa i Katowic pociągi mają jeździć co godzinę. Każdy skład może zabrać na pokład 400 pasażerów, a to oznacza, że aby zapełnić wszystkie maszyny na wszystkich trasach, potrzeba dziesiątek tysięcy ludzi.
Drugi, obok systemu sprzedaży biletów, zasadniczy problem związany z Pendolino, to prędkość, z jaką te pociągi będą się poruszać po polskich torach. Będzie to bowiem maksymalnie zaledwie 160 km/h (z jednym wyjątkiem na 80-kilometrowm odcinku trasy z Katowic do Warszawy, gdzie składy momentami rozpędzą się do 200 km/h). To dokładnie tyle samo, ile mogą jechać też inne składy. Na przykład, jak podaje Money.pl, pociąg Express InterCity Panorama trasę Wrocław-Warszawa będzie od 14 grudnia pokonywał w 3 godziny i 44 minuty – o minutę szybciej niż Pendolino!
Do niedawna osiągnięcie takich czasów na tym odcinku było niemożliwe, ale ponieważ właśnie zakończył się lub kończy się szereg remontów na polskich torach, pociągi przyspieszą. Jak widać, dotyczy to nie tylko najbardziej prestiżowych maszyn Intercity. 160 km/h to prędkość, którą spokojnie jest w stanie osiągnąć część standardowych lokomotyw i wagonów jeżdżących po polskich torach i należących do Intercity. Przyspieszenie jest więc faktem, ale to nie efekt Pendolino. – W tym rozkładzie nie będzie praktycznie żadnych efektów czasowych związanych z wprowadzeniem na tory pociągów Alstomu – potwierdza Jakub Madrjas.
Efekt ich wprowadzenia będzie za to inny. Z rozkładu jazdy zostanie wycofanych bądź przeniesionych na mniej atrakcyjne godziny część tańszych pociągów – zarówno należących do Intercity (działających pod markami TLK i EIC), jak i do spółki Przewozy Regionalne (InterRegio). Na przykład od 14 grudnia zniknie poranne połączenie z Krakowa do Warszawy obsługiwane przez pociąg Matejko, za przejazd którym trzeba zapłacić (kupując bilet od ręki w kasie, bez wcześniejszej rezerwacji) około 50 zł. Do wyboru podróżnym zostanie albo pociąg EIC (cena za przejazd przy kupowaniu od ręki – około 120 zł), albo Pendolino (za 150 zł).
Ile kosztują ekspresy na Zachodzie, a ile Pendolino w Polsce porównanie cen biletów na trasach o podobnej długości w dniu 20 grudnia 2014 r.
Wrocław – Warszawa – 120 złotych
Londyn – Leeds – 509 złotych (96,8 funta)
Berlin – Brema – 371 złotych (89 euro)
Paryż – Luksemburg – 421 złotych (101 euro)
źródło: Money.pl na podstawie cenników przewoźników
Obecne inwestycje Intercity to największy program modernizacyjny spółki od czasu jej wyodrębnienia z PKP w 2001 roku. Oprócz 20 Pendolino i potrzebnego zaplecza, na które firma wyda 665 mln euro (około 2,7 mld złotych), dochodzi zakup i serwisowanie 20 pociągów PESA za 1,3 mld złotych i 20 pociągów Newagu za 1,6 mld złotych. 40 polskich składów ma zostać oddanych do użytku w przyszłym roku. – Do tego dochodzi 218 zmodernizowanych wagonów na linii Przemyśl-Szczecin, 45 nowych wagonów, program modernizacji czy zakupu lokomotyw – mówił portalowi Money.pl w lipcu tego roku Paweł Hordyński, ówczesny członek spółki odpowiedzialny za jej finanse.
PESY, Newagi i Pendolino dają w sumie 60 nowych pociągów w taborze spółki. Będą one stanowiły około 25 procent wszystkich składów należących do przewoźnika. Wyjazd Pendolino na tory ma być punktem zwrotnym w dziejach Intercity, które dzięki temu chce wyjść na prostą i zacząć przynosić zyski. Ubiegły rok zakończyło bowiem ze stratą około 100 milionów złotych, a w tym roku może być podobnie. Od 2015 roku, kiedy zarówno Pendolino, jak i PESY i Newagi zadomowią się na naszych torach, ma już być tylko lepiej. Jeśli uda się utrzymać rentowność przez przynajmniej rok-półtora, będzie można zacząć myśleć o prywatyzacji spółki. Kiedy jednak firma będzie rentowna, nie wiadomo.
– Prywatyzacja PKP Intercity wymaga przede wszystkim odpowiedniego przygotowania przewoźnika do tego procesu. Zanim zdecydujemy się na giełdowy debiut, chcemy zbudować solidną wartość spółki. Wprowadzenie na tory składów Express InterCity Premium (czyli Pendolino właśnie – przyp. red.) oraz modernizacja taboru kolejowego to elementy, które mają nam pomóc w realizacji tego celu – zdradził Money.pl Jacek Leonkiewicz, dyrektor zarządzający ds. prywatyzacji w PKP SA, od której będzie zależała decyzja o wprowadzeniu Intercity na parkiet.
Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego rozpatrywali w środę wniosek Związku Gmin Żydowskich, które zarzucały, że polski rząd zakazując uboju rytualnego narusza konstytucyjną wolność praktykowania religii. I z interpretacją mniejszości religijnej zgodzili się w całości. Ich decyzja ma jednak skutki dla całej branży mięsnej w Polsce, która dotąd na zakazie traciła – jak wylicza portal Money.pl – miliard złotych rocznie.
W uzasadnieniu wyroku sędziowie podkreślili, że w dyskusjach o ochronie zwierząt często pomija się metody uboju z ogłuszeniem, które również niosą ze sobą cierpienie, ból i niepokój zwierzęcia. Trybunał uznał, że skoro w społeczeństwie polskim niemal powszechnie akceptowany jest ubój dla pożywienia, to całkowite zakazanie jednej z jego metod, nie jest konieczne. Ani do ochrony moralności, ani dla ograniczenia cierpienia zwierząt.
Sędziowie nie byli jednak jednomyślni. Czterech z nich zgłosiło zdania odrębne. Podkreślali, że orzeczenie jest zdecydowanie szersze niż zakres wniosku i pozwoli na masowy eksport mięsa z uboju.
Tak jak dwa lata temu, w każdym wypadku (niezależnie od liczby poddawanych ubojowi zwierząt) dokonanie uboju rytualnego będzie wymagało przestrzegania licznych i szczegółowych wymagań prawa polskiego i unijnego oraz wymogów przewidzianych przez normy religijne. Ale dla polskiego mięsa eksport to kwestia życia i śmierci. Prawie 80 procent krajowej produkcji trafia na zagraniczne stoły, a spożycie Polaków jest niewielkie. Zjadamy rocznie zaledwie dwa kilogramy mięsa wołowego, gdy średnia unijna wynosi 15 kilogramów.
Według byłego ministra rolnictwa Stanisława Kalemby szacunkowa wartość sprzedaży mięsa z uboju rytualnego wynosiła rocznie od około 1,2 do 1,5 miliarda złotych. Kalemba jest przekonany, że branża związana z produkcją takiego mięsa tworzyła miejsca pracy dla ponad 4 tysięcy osób. W Polsce w 2011 roku ubojem rytualnym zajmowało się 15 rzeźni bydła oraz 12 drobiu.
Rok później, według szacunków prezesa Związku Polskie Mięso, zaangażowanych w taką produkcję było już prawie 80 firm. Dlaczego? Polskie mięso koszerne było nie tylko tanie w Europie, ale spełniało również szereg rygorystycznych wymogów sanitarnych oraz religijnych.
Zarząd związku oceniał w 2012 roku, że ten sektor rynku wart jest około 650 milionów dolarów i rozrasta się nieustannie z roku na rok w tempie przekraczającym 20 procent. Potwierdzają to dane Ministerstwa Rolnictwa za okres poprzedzający wprowadzenie zakazu. Wtedy właśnie znacząco zwiększył się eksport mięsa do krajów pozaeuropejskich, między innymi do Egiptu (o 84 procent), Iraku (o 77 procent), Libii (o 67 procent), Tunezji (o 53 procent), Zjednoczonych Emiratów Arabskich (o 48 procent) oraz Arabii Saudyjskiej (o 41 procent).
W 2013 roku polscy rolnicy wyeksportowali żywność i produkty rolne o wartości 20,4 mld euro
źródło: Money.pl na podstawie danych Agencji Rynku Rolnego
Hodowcy i przetwórcy odczuli pierwsze skutki zakazu już po 1 stycznia 2013 roku, kiedy zaczął obowiązywać. Ceny skupu bydła szybko spadły o około 10 procent, co znacznie obniżyło dochody rolników. Zakłady przetwórcze również spotkały przykre konsekwencje zakazu. Chociaż, jak przypomina Money.pl, produkcja wołowiny wzrosła o kilkanaście procent w ciągu ostatnich dwóch lat, to wpływy z eksportu nie poszły w górę. Zakłady zdecydowały, że zamiast do Turcji lub krajów arabskich, więcej mięsa trafi na rynek unijny. I chociaż wagowo sprzedawały więcej, to zarobki stały w miejscu.
Jak to możliwe? Eksperci z branży wyjaśniają, że to bardzo proste. Przed wprowadzeniem zakazu polskie zakłady same dzieliły byka na droższe części i sprzedawały go za granicą. Zakaz uboju wszystko zmienił. Producenci przyparci do muru, by zmniejszać nadmiar produkcji, zdecydowali się na sprzedaż tańszych części, bo tylko na takie były dostępne kontrakty. Całą wartość dodaną produkcji inkasowali przetwórcy z Niemiec czy Holandii, którzy rozbierali wołowinę z Polski na części. I zarabiali.
Ile dokładnie straciła polska gospodarka? Portal Money.pl zapytał o to Ministerstwo Rolnictwa, którego przedstawiciele – najpierw minister Kalemba, później minister Sawicki – wyraźnie opowiadali się za utrzymaniem uboju rytualnego. Resort nie potrafił jednak udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych, jest zdania, że dokładne szacunki są praktycznie niemożliwe. – Zakaz uboju rytualnego wyhamował wzrost perspektywicznego sektora branży mięsnej. Ile straciliśmy? Trudno dziś wyrokować, ale przez półtora roku branża mięsna mogłaby być zdecydowanie bardziej rozwinięta – tłumaczy w Money.pl Szmulewicz.
O ocenę możliwych strat poprosiliśmy również w Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka, jednak nikt nie podjął się szacowania. Tylko Związek Mięsa Polskiego kilka miesięcy temu wstępnie wyliczył, ile mogli stracić rolnicy. I nie są to małe kwoty – prawie 80 firm i 5 tysięcy pracowników sektora rocznie straciło prawie 1,5 miliarda złotych.
Hodowcy i przetwórcy stracili nie tylko na niższej produkcji. Problemem były często rozpoczęte inwestycje, które nie miały szans na szybką amortyzację. W efekcie część ograniczyła produkcję, część zatrudnienie. Są jednak przedsiębiorstwa, które znalazły inny sposób. Po prostu wywożą bydło poza granice kraju, gdzie ubój rytualny jest legalny, na przykład do bliskich Czech.
Wiktor Szmulewicz z KRiR jest przekonany, że to proceder popularny wśród polskich przetwórców mięsa. – Często nawet to mięso dalej było sprzedawane jako polski produkt w Izraelu lub innych krajach arabskich. Dlaczego? Ponieważ przez lata promocji wyrobiliśmy sobie markę. Na dodatek w tych krajach wciąż uważa się, że polskie bydło jest bardzo dobrze hodowane – tłumaczy w rozmowie z Money.pl.
Kto nas zastąpił? Produkcja mięsa halal i koszernego na potrzeby krajów arabskich i Izraela szybko przeniosła się do innych krajów, skąd regularne dostawy wołowiny, czy drobiu, nie są zagrożone przez nagłe zmiany prawa lub decyzje polityczne. Już teraz wiadomo, że polską częścią eksportu zainteresowane były przedsiębiorstwa z Czech, Francji, Niemiec, Łotwy czy Węgier. Na statut regionalnej potęgi, według zapewnień premiera kraju, liczyła również też Bośnia i Hercegowina.
Janusz Rodziewicz, prezes Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy Rzeczypospolitej Polskiej jest zdania, że powrót do stanu sprzed zakazu i odbudowanie pozycji polskiego mięsa na świecie są możliwe, ale będzie to proces bardzo czasochłonny. To z kolei pociągnie za sobą spore wydatki finansowe. – Branża będzie potrzebowała przynajmniej roku, by na nowo zaistnieć na europejskim i światowym rynku mięsa koszernego – tłumaczy w Money.pl ekspert.
– Dla przetwórców, którzy posiadają już doświadczenie w uboju rytualnym, ponowne przestawienie się na ten system, nie jest wielkim problemem – mówi z kolei Szmulewicz. – Kontakty biznesowe i nowe kontrakty znajdą się w momencie, gdy wrócą możliwości produkcji i regularnej sprzedaży.
Data 1 stycznia 2015 roku jest dla polskich hodowców ważna. Właśnie z początkiem nowego roku Turcja, czyli jeden z największych importerów wołowiny, znosi wszystkie cła i szeroko otwiera rynek. To dla polskiej branży mięsnej idealna okazja, by odbudować pozycję. W tym samym dniu na Litwie zacznie obowiązywać prawo do swobodnego uboju rytualnego. Nie jest tajemnicą, że część eksporterów już zakontraktowało tiry ze zwierzętami. Możliwy eksport do krajów arabskich to nie tylko zyski dla branży, ale i również zmniejszenie cierpień zwierząt, które w tirach spędzą długie godziny.
Korzyści ekonomiczne nie przekonują jednak samych Polaków. Aż 65 procent badanych jest przeciwnych, by prawo zezwalało na ubój zwierząt bez ich ogłuszania – wynika z raportu CBOS. Z kolei 21 procent badanych opowiada się za jego legalizacją, a 14 procent nie ma w tej sprawie zdania.
W założeniach do ustawy o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów, największy sprzeciw przedsiębiorców budzi wprowadzenie regulacji, pozwalającej na obciążenie kosztami procesu – niezależnie od wyniku sprawy – strony, która w sposób nieusprawiedliwiony odmówiła poddania się mediacji lub innej pozasądowej metodzie rozwiązania sporu.
Na stronach Rządowego Centrum Legislacji opublikowana została nowa wersja założeń do ustawy o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów. Konfederacja Lewiatan w przeważającej mierze pozytywnie ocenia projekt przygotowany przez Ministerstwo Gospodarki we współpracy z Ministerstwem Sprawiedliwości.
– Zmiany mają na celu skłonienie stron do korzystania z mediacji w każdej sytuacji, w której istnieje obiektywna możliwość alternatywnego – wobec drogi sądowej – rozwiązania sporu. Jednak niektóre z nich budzą obawy, czy upowszechnianie metod mediacji nie będzie odbywać się kosztem interesów podmiotów, dochodzących roszczeń w sprawach o bardzo złożonym stanie prawnym, bądź wobec przeciwników zdeterminowanych do wykorzystania mediacji jako środka odwlekania rozstrzygnięcia sporu – mówi Bartosz Wyżykowski, ekspert Konfederacji Lewiatan.
Niestety, uwagi przedsiębiorców – jak się wydaje – głównych beneficjentów projektowanej ustawy, uwzględnione zostały w znikomym stopniu. Największy sprzeciw przedsiębiorców budzi pomysł odejścia od zasady loser pays i wprowadzenia regulacji, pozwalającej na obciążenie kosztami procesu – niezależnie od wyniku sprawy – strony, która w sposób nieusprawiedliwiony odmówiła poddania się mediacji lub innej pozasądowej metodzie rozwiązania sporu.
– Istnieje ryzyko, że przepis ten wykorzystywany będzie do celowego przewlekania postępowań. W praktyce, może się okazać, że strony w celu uniknięcia sankcji, będą się godzić na wszczęcie mediacji, z góry wiedząc, lub zakładając, że nie zakończy się ona powodzeniem. Niepotrzebnie wydłuży to postępowania tam, gdzie szansa na zawarcie ugody była znikoma. Warto więc położyć nacisk na zachęcanie i przekonywane do mediacji. Środki o charakterze przymusowym raczej nie przyczynią się do jej popularyzacji i skuteczności – dodaje Bartosz Wyżykowski.
W ustawie o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych należy wprowadzić podział na świadczenia przyznawane bez konieczności wnikliwego, uciążliwego różnicowania ich wysokości, które jest uzależnione od sytuacji rodzinnej i osobistej pracownika, ale przy utrzymaniu nadal ich charakteru socjalnego (np. karnety do klubu fitness) oraz na świadczenia otrzymywane w zależności od sytuacji życiowej, rodzinnej pracownika (np. pożyczki mieszkaniowe). Wtedy ZUS nie będzie mógł kwestionować, tak jak to robi obecnie, ich socjalnego charakteru, gdy są przyznawane w jednakowej wysokości – uważa Konfederacja Lewiatan.
Udzielanie z funduszu pomocy materialnej – rzeczowej lub finansowej, a także zwrotnej lub bezzwrotnej na cele mieszkaniowe lub inne, powodujące potrzebę poniesienia dodatkowych wydatków pieniężnych oraz ich wysokość powinno uzależniać się od sytuacji życiowej, rodzinnej lub materialnej osoby uprawnionej do korzystania z funduszu. Natomiast pozostałe formy działalności socjalnej, jak rekreacja, sport, kultura, nie wymagałyby wnikliwej oceny pracodawcy pod kątem badania sytuacji osobistej czy rodzinnej pracownika.
Celem ustawy o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych jest określenie zasad tworzenia przez pracodawców funduszu i gospodarowania jego środkami, który jest przeznaczony na finansowanie działalności socjalnej organizowanej na rzecz osób uprawnionych, dofinansowanie zakładowych obiektów socjalnych oraz tworzenie zakładowych żłobków, klubów dziecięcych, przedszkoli oraz innych form wychowania przedszkolnego.
Osobami uprawnionymi do korzystania z funduszu są pracownicy i ich rodziny, emeryci i renciści, byli pracownicy i ich rodziny oraz inne osoby, którym pracodawca przyznał prawo korzystania ze świadczeń socjalnych. Przyznawanie ulgowych usług i świadczeń oraz wysokość dopłat z Funduszu jest uzależnione od sytuacji życiowej, rodzinnej i materialnej osoby uprawnionej do korzystania z funduszu.
Zasady i warunki korzystania z usług i świadczeń finansowanych z funduszu oraz zasady przeznaczania środków na poszczególne cele i rodzaje działalności socjalnej określa pracodawca w regulaminie ustalanym z zakładową organizacją związkową bądź pracownikiem wybranym przez załogę do reprezentowania jej interesów, jeśli nie ma organizacji związkowej.
W ostatnim czasie nasiliły się kontrole prowadzone przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych w zakresie stosowania przepisów ustawy, w szczególności sposobu przyznawania pracownikom świadczeń z funduszu.
W wyniku tych kontroli odmawia się przyznanym przez pracodawcę świadczeniom charakteru socjalnego. Powodem przyjmowania przez ZUS takiego stanowiska jest zarzut kierowany do pracodawców, że nie uzależniają przyznawania ulgowych usług i świadczeń oraz wysokości dopłat z funduszu od sytuacji życiowej, rodzinnej i materialnej osoby uprawnionej do korzystania z funduszu. W rezultacie zakwestionowane świadczenia podlegają wliczeniu do podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne.
Rada ds. Gospodarczych i Finansowych (ECOFIN) przyjęła 9 grudnia 2014 r. dyrektywę ws. automatycznej wymiany informacji w zakresie podatków. Ma ona uniemożliwić podatnikom ukrywanie kapitału za granicą lub aktywów, od których należny jest podatek oraz poprawić skuteczność poboru podatków. To ważny krok w walce z unikaniem opodatkowania. Prace w tym zakresie toczyły się równolegle do działań na forum G20 i OECD dotyczących globalnego standardu automatycznej wymiany informacji. W posiedzeniu Rady w Brukseli uczestniczył minister finansów Mateusz Szczurek.
Ministrowie zatwierdzili również zmiany w dyrektywie dot. opodatkowania spółek dominujących i zależnych w zakresie ogólnej klauzuli służącej zapobieganiu unikaniu opodatkowania. Klauzula zostanie wprowadzona w wersji de minimis, czyli jako minimalny poziom regulacji. Państwa będą mogły utrzymać swoje regulacje w zakresie unikania opodatkowania, oszustw podatkowych i nadużyć, pod warunkiem że będą one przynajmniej tak samo restrykcyjne. Wprowadzenie ww. klauzuli ułatwi państwom członkowskim walkę z agresywnym planowaniem podatkowym przez grupy przedsiębiorstw oraz zapewni bardziej sprawiedliwe opodatkowanie w zakresie opodatkowania działalności gospodarczej w UE.
Dyskutowano także o zwiększeniu możliwości inwestycyjnych w celu pobudzenia wzrostu gospodarczego w UE, m.in. w oparciu o wyniki prac Grupy Zadaniowej, powołanej przez Europejski Bank Inwestycyjny i Komisję Europejską (KE) z udziałem wszystkich państw członkowskich. Ministrowie zapoznali się z Planem Inwestycyjnym dla Europy, przedstawionym przez przewodniczącego KE pod koniec listopada br. W oparciu o wyniki tej dyskusji przewodniczące pracom Rady Unii Europejskiej Włochy przygotują list do przewodniczącego Rady Europejskiej w ramach przygotowania do spotkania szefów państw i rządów, które odbędzie się w dniach 18 – 19 grudnia br.
Rada osiągnęła także porozumienie polityczne w zakresie rozporządzenia określającego zasady wnoszenia przez państwa składek do jednolitego funduszu w ramach jednolitego mechanizmu restrukturyzacji i uporządkowanej likwidacji instytucji kredytowych i niektórych firm inwestycyjnych. Ww. mechanizm ustanowiono dla zapewnienia odpowiedniego i skutecznego rozwiązywania problemów z bankami będącymi w złej kondycji finansowej, przy ograniczeniu wsparcia ze środków publicznych. Pełną działalność operacyjną osiągnie on od stycznia 2016 r.
Przedstawiono ponadto stan prac nad projektem dyrektywy w zakresie podatku od transakcji finansowych, które prowadzone są w gronie 11 państw członkowskich UE. Dla Polski, która nie jest członkiem tej grupy, ważne jest, by przyjęte rozwiązania uwzględniały interesy pozostałych państw, które nie planują wprowadzenia tego podatku i nie przynosiły dla nich negatywnych skutków.
Rada zapoznała się także z informacją KE dotyczącą przyjętych ostatnio dokumentów w ramach zarządzania gospodarczego w UE: roczną analizą wzrostu gospodarczego, mechanizmem ostrzegania oraz wynikami przeglądu aktów prawnych w zakresie nadzoru nad politykami fiskalnymi, jak też procedurami nadmiernych nierównowag makroekonomicznych i postępowania wobec krajów strefy euro doświadczających problemów finansowych oraz koordynacji polityk gospodarczych. Ministrowie rozmawiali o realizowanym obecnie śródokresowym przeglądzie Strategii Europa 2020, przyjętej w 2010 r. Dotyczy ona realizacji przez UE celów w obszarze zatrudnienia, innowacji, edukacji, włączenia społecznego oraz zmian klimatu i energii.
Prezes Europejskiego Trybunału Obrachunkowego przedstawił raport dotyczący zrealizowania budżetu UE za rok 2013 r. Jest to standardowy element procedury budżetowej. Publikacja raportu rozpoczyna procedurę przyznawania absolutorium KE z wykonania budżetu rocznego UE, tj. wydania decyzji, na mocy której Parlament Europejski, po otrzymaniu rekomendacji Rady Unii Europejskiej, akceptuje roczny sposób zarządzania przez KE budżetem UE. Po zakończeniu prac na szczeblu roboczym Rada Unii Europejskiej przyjmie rekomendację w lutym 2015 r.
Dobrze zaprojektowany system współdzielenia dochodów i odpowiedzialności pomiędzy budżetem państwa a samorządem oraz pomiędzy samymi jednostkami samorządu terytorialnego (transferów wyrównawczych) ma kluczowe znaczenie dla zapewnienia wszystkim obywatelom Polski równego dostępu do wysokiej jakości usług publicznych niezależnie od miejsca zamieszkania. Reformując obecny system transferów wyrównawczych, Polska chce skorzystać z doświadczeń innych krajów w dziedzinie finansowania samorządów.
Omówienie tych problemów było głównym celem warsztatów, zorganizowanych wspólnie przez Bank Światowy i Ministerstwo Finansów 11 grudnia 2014 r. w Warszawie. Dyskusja z udziałem przedstawicieli stowarzyszeń samorządów lokalnych, jednostek samorządu terytorialnego, organizacji badawczo-analitycznych, badaczy, ekspertów Banku Światowego i ekspertów międzynarodowych dotyczyła w pierwszym rzędzie kluczowych zagadnień, jakie należy wziąć pod uwagę dla potrzeb reformy obecnego systemu polskiego, prezentując również istotne wnioski płynące z doświadczeń międzynarodowych.
Nie istnieje jeden idealny system transferów wyrównawczych, ponieważ każdy kraj musi uwzględnić specyficzne dla niego uwarunkowania techniczne i polityczne. Analiza doświadczeń innych krajów może jednak pomóc w rozważaniu takich pytań jak np. co powinno być podstawą dla transferów wyrównawczych (dochody, wydatki, potrzeby itp.) i jak wdrożyć opracowane w tym zakresie rozwiązanie? Rozwiązania i praktyki stosowane w Danii, Szwajcarii, Niemczech i Kanadzie mogą być pomocne jeśli chodzi o informacje wykorzystywane w procesie zmian, jednak ostatecznie wypracowany model będzie najpewniej specyficznie polski.
Polska musi znaleźć własną ścieżkę przygotowania i wdrożenia tej reformy. Zdajemy sobie sprawę, że nie istnieje jeden model „najlepszych praktyk”, choć z pewnością istnieją światowe praktyki dobre i lepsze, które będą podstawą do dalszych prac Ministerstwa Finansów – powiedział minister finansów Mateusz Szczurek.
Usprawnianie przepływu wiedzy jest centralnym elementem programu Banku Światowego dla Polski. W przypadku kraju-klienta tak wysoko rozwiniętego jak Polska, dzielenie się wiedzą odbywa się na zasadach partnerskich i działa w obie strony.
Polska ma wiele znaczących doświadczeń, którymi może się podzielić z krajami ościennymi, gotowa jest też do dzielenia się z innymi swoimi pomysłami na reformy. Reformy decentralizacyjne, przeprowadzone w Polsce w latach dziewięćdziesiątych są skarbnicą wiedzy dla innych krajów. Równocześnie Polska może nadal uczyć się nowych rzeczy, tak, by udoskonalać obecnie stosowany model – powiedziała dyrektor krajowy Banku Światowego na Polskę i kraje bałtyckie Mamta Murthi.
Spółki z sektora handlowego w zimową stagnację wpędza dobra pogoda i deflacja. W 2015 r. przewiduje się stabilizację zysków w sektorze oraz ich poprawę w przypadku wybranych podmiotów. Eksperci wskazują na potencjał wyższych stóp zwrotu w takich spółkach, jak Vistula, Gino Rossi, Monnari, ze względu na cały czas duże pole do poprawy wyników. Na możliwe negatywne zachowanie kursów akcji może jednak mieć wpływ sytuacja na światowych rynkach kapitałowych.
– W IV kwartale 2014 r. widzimy brak wzrostów w sektorze handlowym, szczególnie w handlu odzieżą i obuwiem. Do najważniejszych przyczyn należy zaliczyć ciepłą pogodę, którą wpływa na spadek sprzedaży i w związku z tym generuje presję na spadające marże. Poza tym wysokie ceny zapasów mogą powodować w styczniu i lutym mocne wyprzedaże –ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Czachor, analityk Erste Securities Polska.
Zdaniem eksperta, w podsektorze handlu żywnością również daje się zauważyć brak wzrostów spółek takich jak Eurocash. Tutaj powody leżą po stronie presji deflacyjnej w gospodarce, powodującej spadki cen towarów żywnościowych, która dodatkowo jest nasilona wprowadzeniem od początku sierpnia ze strony Rosji embarga na polską żywność.
Według ostatnich danych GUS inflacja w październiku 2014 r. wyniosła -0,6 proc. i był to już czwarty miesiąc spadku cen rok do roku. Na taki odczyt znaczący wpływ wywarł spadek cen żywności (-2,4 proc.) oraz odzieży i obuwia (-4,6 proc.).
– W 2015 r. w branży detalicznej spodziewam się co najwyżej lekkiej poprawy wyników netto i to tylko w przypadku niektórych spółek – przewiduje Czachor. – Mówiąc o absolutnej stopie zwrotu, nadchodzący rok będzie zróżnicowanym okresem dla poszczególnych firm. Wyższej stopy zwrotu spodziewamy się w przypadku mniejszych spółek, takich jak Vistula, Gino Rossi czy Monnari. Cały czas są one zdecydowanie tańsze niż odpowiadające im podmioty z Europy Zachodniej.
Ekspert Erste Securities przyczyny bardziej korzystnych perspektyw dla tych spółek upatruje w dużym potencjale poprawy wyników i prognozuje, że ich kursy powinny w 2015 r. zachowywać się lepiej niż w przypadku dużych spółek, takich jak LPP, CCC bądź Eurocash.
– Nadrzędną kwestią, która wpływa na sektor handlowy, jest zachowanie się kursów walutowych. Od połowy 2014 r. obserwujemy tendencję do osłabiania się polskiej waluty, szczególnie do dolara amerykańskiego. To wpływa na poziom marż spółek z branży detalicznej – tłumaczy Marek Czachor.
Jak dodaje, prawdopodobnie w I połowie 2015 r. marże te będą niższe niż obecnie. Kwestią otwartą pozostaje skala gorszych wyników zależnych od hedgingu walutowego, czyli transakcji zabezpieczających kursy walutowe, w których spółki dokonują transakcji.
Przedstawiciel domu maklerskiego zaznacza, że zachowanie kursów giełdowych spółek handlowych zależy także od ogólnej koniunktury na rynkach kapitałowych. W przypadku spadków na światowych parkietach ucierpią także spółki z GPW. Jak podkreśla Marek Czachor, wszystko zależy od skali potencjalnej korekty.
– Giełdy w Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej w 2014 r. zachowywały się zdecydowanie lepiej niż GPW, w związku z tym możliwa jest na tych rynkach korekta w nadchodzącym roku – mówi Czachor. – Jeżeli będzie głęboka, to – nie oszukujmy się – polska giełda także ucierpi i wtedy nasze spółki, które nie są drogie, będą jeszcze tańsze.
Na 5 stycznia grupa IndygoTech Minerals zwołała Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy, które ma podjąć uchwałę o emisji akcji do wartości dającej połowę udziałów w spółce. Spółki grupy pozyskują środki z UE, jednak potrzebują dodatkowych na ekspansję zagraniczną.
Planowana prywatna emisja ma objąć maksymalnie 44,3 mln akcji serii I z wyłączeniem prawa poboru. Wartość nominalna nowych walorów to 0,05 zł, a ich cena emisyjna to 0,8 zł. Przy wyrażeniu zgody przez akcjonariuszy oraz uplasowaniu wszystkich akcji na rynku, ich udział w podwyższonym kapitale wyniesie 50 proc.
Prezes IndygoTech Minerals Dariusz Janus wskazuje na niejednoznaczną sytuację rynkową sektora energetycznego. Według niego obecnie trudniej jest pozyskać środki na emisję akcji, choć istnieje wiele podmiotów, które dobrze sobie radzą w zdobywaniu środków poprzez emisje obligacji.
– W tym roku nasza firma zrobiła dwie emisje, z których jesteśmy bardzo zadowoleni. W ciągu najbliższych 13 miesięcy realizujemy dwie inwestycje, na które nakłady wynoszą kilkadziesiąt milionów złotych. Większość z tych środków pozyskujemy z UE oraz od naszych akcjonariuszy – tłumaczy Janus.
Grupa przymierza się w przyszłym roku do ekspansji na rynki zagraniczne. Światowy rynek tylko proppantów ceramicznych, przypominających piasek i wykorzystywanych do stabilizacji otworów, przez które przepływa gaz i ropa, był w 2010 r. warty 1,21 mld dolarów, a przewiduje się, że w 2020 r. jego wartość wzrośnie do 5,23 mld dolarów.
– Nasze potencjalne docelowe rynki znajdują się w wielu miejscach na świecie, przede wszystkim w obszarze EMEA, czyli w Europie Północnej, na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce – mówi prezes IndygoTech Minerals.
Zdaniem Dariusza Janusa najistotniejszymi rynkami w branży są Wielka Brytania, Norwegia – rejon Morza Północnego, a także Rumunia, Ukraina i Arabia Saudyjska, która w sektorze ceramicznych proppantów jest rynkiem kluczowym.
– Są to tradycyjne rynki dla nasze branży. Jeszcze nie jesteśmy na nich obecni, ale będziemy starać się na nie wejść – przekonuje prezes przemysłowego holdingu.
W ciągu trzech pierwszych kwartałów 2014 r. Grupa Kapitałowa IndygoTech Minerals osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 10,80 mln zł przy 0,65 mln zł w analogicznym okresie w roku poprzednim. W raporcie za III kw. firma zmniejszyła stratę netto do -3,36 mln zł z -4,29 mln zł, które odnotowała po dziewięciu pierwszych miesięcy 2013 r. Na uwagę zwraca poprawa wyniku na działalności operacyjnej z -1,73 mln zł do 4,74 mln zł.
– Rok temu opublikowaliśmy strategię na kilka najbliższych lat, na pierwszy rok i kolejne. Możemy uznać, że zrealizowaliśmy wszystkie cele planowane na 2014 rok – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Janus, prezes zarządu IndygoTech Minerals, przemysłowego holdingu zaawansowanych technologii ceramicznych. – W roku 2014 r. rozpoczęliśmy inwestycje w dwóch istotnych dla nas projektach – Industry i Baltic Ceramics. Inwestycje przebiegają zgodnie z planem i harmonogramem, bez opóźnień czasowych, co sprawia, że jesteśmy zadowoleni z ich dotychczasowego przebiegu.
Industry Technologies zajmuje się produkcją korpusów izolacyjnych wysokich napięć, a Baltic Ceramics wytwarza proppanty ceramiczne, czyli materiał niezbędny w wydobywaniu złóż konwencjonalnych i niekonwencjonalnych, w tym ropy i gazu łupkowego. Trzecim filarem spółki jest LZMO produkujące izostatyczne systemy kominowe, montowane głównie w domach jednorodzinnych.
– Dla grupy IndygoTech Minerals to był bardzo dobry rok. Rozpoczęliśmy dwa znaczące projekty i realizujemy je zgodnie z planem. Pozyskaliśmy środki unijne na łączną kwotę prawie 50 mln zł. Natomiast nie jesteśmy zadowoleni z kursu akcji spółki, który po okresie bardzo dużego wzrostu z poziomu kilkudziesięciu groszy dotarł do ponad 2 zł, a w tej chwili znajduje się poniżej 1 zł – mówi Janus.
Akcje firmy w ciągu 12 miesięcy spadły o około 60 proc. i w chwili obecnej wahają się w granicach 0,8-0,9 zł, wykazując trend spadkowy. Przy 44,3 mln wyemitowanych akcji kapitalizacja IndygoTech Minerals wynosi 35-40 mln zł.
– Nie potrafimy przewidzieć przyszłego kursu akcji. Mamy jasne spojrzenie na sytuację fundamentalną naszych spółek, w tym IndygoTech Minerals, ale uważamy, że każdy inwestor powinien we własnym zakresie ocenić spółkę, biorąc pod uwagę swój horyzont inwestycyjny i apetyt na ryzyko związane z zaangażowaniem w akcje firmy – przekonuje prezes przemysłowego holdingu.
Technologiczna spółka Noidss, producent urządzeń wspomagających rozwiązywanie problemów społecznych, spodziewa się wzrostu zamówień na alkolocki, czyli urządzenia blokujące działanie aut uruchamianych przez osoby nietrzeźwe. Jak tłumaczy Sebastian Szajter, prezes przedsiębiorstwa, popyt intensyfikuje kampania medialna przeciwko pijanym kierowcom.
– Nasz najważniejszy produkt, czyli alkolock ilteQ System, odpowiada na potrzeby rynku – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Sebastian Szajter, prezes zarządu spółki technologicznej Noidss. – Jest to urządzenie blokujące nietrzeźwych kierowców. To obecnie priorytet w naszym portfolio: produkt najstarszy stażem, który został wdrożony na początku 2012 roku, ale także najbardziej skomplikowany i wymagający dużych nakładów pracy i czasu.
Krytyczne, szeroko komentowane przez media zdarzenia z bieżącego roku, takie jak katastrofa w Kamieniu Pomorskim, w której nietrzeźwy kierowca zabił pięć osób dorosłych i dziecko, spowodowały diametralną, jak twierdzi Szajter, zmianę podejścia do tego rodzaju urządzeń zabezpieczających.
– Prawdą jest, że od pewnego czasu, odkąd istnieje nasz alkolock, wychwytywaliśmy wszelkie statystyki mówiące o tym, o jakiej skali zagrożenia mówimy w przypadku poruszających się po drogach osób nietrzeźwych – zapewnia Sebastian Szajter. – Najwyraźniej media i społeczeństwo musiało, niestety, zetknąć się ze zdarzeniem tragicznym, jakim była kumulacja ofiar wypadku spowodowanego przez pijanego kierowcę. Efektem jest dialog społeczno-medialny, który – mam nadzieję – wpłynie pozytywnie na zmianę zachowań na polskich drogach nie tylko dzięki alkolockom, lecz także dzięki zmianie podejścia i mentalności.
Alkolock ilteQ System, jak informuje prezes spółki Noidss, jest urządzeniem w całości produkowanym w Polsce.
– W gruncie rzeczy każdy z naszych produktów wdrażamy na podstawie analizy finansowej i analizy przydatności, która jest dla nas przygotowywana. Aczkolwiek wydźwięk społeczny jest również obecny przy każdym z naszych produktów. I przy tym będziemy chcieli pozostać – wskazuje Szajter.
Obecnie spółka Noidss w swoim portfolio ma pięć gotowych produktów, w sprzedaży są cztery. Wszystkie to rozwiązania dla określonej grupy społecznej, jak chociażby aplikacja dla osób z dysfunkcją wzroku (4naviS) czy system Noicall wspierający działania dyspozytorów numeru 112, 911, straży pożarnej oraz policji.
– W ciągu najbliższego roku mamy w planach wdrożenie kolejnych trzech produktów – zapowiada Szajter. – Są one na różnych etapach wdrożenia, projektowania, prototypowania i testowania.
Na razie – jak podkreśla – przedsiębiorstwo jest niezależne i samodzielnie radzi sobie finansowo, inwestując środki prywatne. Ale w dalszej perspektywie prezes Szajter nie wyklucza sprzedaży akcji w ofercie publicznej i wejścia spółki na giełdę.
Za pięć lat szybki bezprzewodowy internet powinien być dostępny w całej Polsce. Rozstrzygnięcie trwającej aukcji na częstotliwości LTE nie tylko przyniesie zyski dla budżetu, lecz także przyspieszy inwestycje operatorów i tym samym zwiększy dostępność e-usług. To warunek szybkiego rozwoju gospodarczego kraju – oceniają eksperci Krajowej Izby Gospodarczej.
Z raportu KIG wynika, że ponad 60 proc. dzieci rozpoczynających dziś edukację będzie pracowało w zawodach jeszcze nieistniejących, a już w przyszłym roku 90 proc. miejsc pracy będzie wymagało podstawowych umiejętności cyfrowych.
Umożliwienie Polakom powszechnego dostępu do sieci zaczyna być więc sprawą fundamentalną. Dlatego wśród warunków, jakie muszą spełnić uczestnicy aukcji na nowe częstotliwości LTE, jest dostarczenie tych usług praktycznie na terenie całego kraju.
– LTE różni się tym, że ma lepszą propagację, w związku z czym może łatwiej docierać do obszarów, które są mniej zurbanizowane i dzisiaj wykluczone cyfrowo, czyli głównie na tereny wiejskie i do małych miasteczek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – Technologia ta będzie pomocna w realizacji Europejskiej Agendy Cyfrowej, która zobowiązuje Polskę jako kraj do upowszechnienia szerokopasmowego internetu.
W Europejskiej Agendzie Cyfrowej jednym z celów strategicznych jest zapewnienie powszechnego dostępu do internetu o prędkości co najmniej 30 Mb/s do końca 2020 roku. Połowa gospodarstw domowych ma do tego czasu mieć dostęp do przynajmniej 100 Mb/s. Tego jak na razie nie da się osiągnąć bez LTE.
– Myślę, że w tej chwili w Polsce nie ma alternatywy – ocenia prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – W przyszłości pewnie się pojawi, bo cały czas są prowadzone prace w tym kierunku. Będzie to technologia jeszcze bardziej wydajna, oferująca większe możliwości przepływu.
Zgodnie z prognozami rynek połączeń głosowych w Europie w pięć lat rozrośnie się o ok. 22 proc., podczas gdy rynek mobilnego dostępu do danych zwiększy się o prawie 800 proc.
Dziś w sektorze teleinformatycznym powstaje 5 proc. PKB państw Unii Europejskiej. Według Komisji Europejskiej zrealizowanie Agendy Cyfrowej przyczyni się do zwiększenia innowacyjności przedsiębiorstw, wzrostu gospodarczego oraz poprawy życia codziennego obywateli.
– Mamy bardzo ambitne plany cyfryzacji administracji i biznesu w Polsce, zapewnienia dostępu do źródeł kultury poprzez internet – mówi Andrzej Arendarski. – Oczywiście to wszystko nie byłoby możliwe bez platformy technologicznej. Na ten czas taką platformę stwarza LTE. Bez LTE w tej chwili nie bardzo sobie wyobrażam realizacji tej agendy w Polsce.
W trwającym przetargu UKE zobowiązuje zwycięzców do pokrycia zasięgiem sieci prawie 90 proc. gmin, w szczególności tych ze słabym dostępem do internetu. I to szybko. Zwycięzcy będą mieli 24 miesiące na dotarcie do co najmniej 83 proc. gmin, o liczbie mieszkańców poniżej 30 tys.
– Po rozdzieleniu częstotliwości powinniśmy spodziewać się, że inwestorzy szybko przystąpią do procesu inwestycyjnego – podkreśla Andrzej Arendarski. – W przybliżeniu będzie to połowa przyszłego roku, w przyszłym roku już będziemy mieli pierwsze owoce tego przetargu.
Cena wywoławcza jednego bloku w częstotliwości 800 MHz została określona przez UKE na poziomie 250 mln zł (za blok 2600 MHz będzie to 25 mln zł). Cena wywoławcza wszystkich pakietów to 1,5 mld zł, ale jak podkreślono w raporcie KIG, biorąc pod uwagę kwoty uzyskiwane w poprzednim postępowaniu, można oczekiwać wpływów o 1 mld większych.
Nie było zmowy cenowej w przetargu na ok. 3,3 tys. sztuk drukarek i urządzeń wielofunkcyjnych dla ZUS-u – orzekł Sąd Okręgowy w Warszawie. Sąd odrzucił skargę jednego z oferentów i zezwolił urzędowi na podpisanie umowy. ZUS zaplanował 51 mln zł na realizację tego zamówienia publicznego.
‒ Wyrok z dnia 10 grudnia to tak naprawdę tylko potwierdzenie tego, co orzekła Krajowa Izba Odwoławcza 4 września. Zmowy cenowej nie było – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Michał Czeredys, prezes zarządu firmy Arcus.
W przetargu na 1179 drukarek i 2141 urządzeń wielofunkcyjnych wystartowało łącznie dziewięciu oferentów. Najtańszą ofertę złożył właśnie Arcus (36 mln zł), najdroższa była oferta za prawie 80 mln zł – o 30 mln zł więcej, niż zarezerwował ZUS. Rozstrzygnięcie postępowania zaskarżyła jednak spółka Galaxy Systemy Informatyczne, której oferta była prawie o 10 mln zł droższa od najkorzystniejszej.
Według przedstawicieli tej firmy mogło dojść do zmowy cenowej. Najtańszą ofertę złożył Arcus, który jest dystrybutorem sprzętu japońskiej firmy Kyocera w Polsce, drugie miejsce zajęła spółka Teneo Systems (ze sprzętem Kyocera), trzecie – przedsiębiorstwo DIR z Kalisza. Czwarta pod względem opłacalności oferta (Decsoft) zawierała sprzęt wspomnianego japońskiego producenta, a piąta, złożona przez Galaxy zawierała (z jednym wyjątkiem) te same modele urządzeń (wyprodukowane przez koncerny HP, Xerox, Samsung), co oferta firmy DIR (miejsce trzecie). Podejrzenie zmowy cenowej powstało jednak dlatego, że według firmy Galaxy Teneo i Decsoft mogą kupić sprzęt Kyocery jedynie w Arcusie.
Jednak najpierw KIO, a teraz Sąd Okręgowy uznali, że nie doszło do zmowy cenowej.
‒ Wszystkie firmy, które chciały wziąć udział w przetargu i zaoferować sprzęt Kyocery, mogły zwrócić się do nas o przedstawienie równie atrakcyjnej oferty, jak w przypadku firm, które się na to zdecydowały. Ogłoszone przez ZUS postępowanie nie wykluczało także możliwości oferowania sprzętu kupowanego poza granicami Polski. Najistotniejsze jest jednak to, że nie sama wartość zakupu urządzeń, lecz wartość usług serwisowych i materiałów eksploatacyjnych przez okres aż 45 miesięcy stanowiły o tym, że przetarg opiewał aż na 51 mln zł. Wartość samego sprzętu nie mogła być większa niż 30 proc. złożonej oferty. Można zatem śmiało powiedzieć, że przetarg dotyczył raczej usługi serwisowej świadczonej na dostarczonych urządzeniach, a nie dostawy urządzeń – dodaje Czeredys.
O przetargu zrobiło się głośno, gdy 3 grudnia agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali 14 osób z ZUS-u i firm informatycznych. Zostały im postawione zarzuty związane ze zmową finansową. Czeredys podkreśla jednak, że akcja CBA w żaden sposób nie zakłóciła pracy Arcusa.
‒ Wszyscy zatrzymani w celu złożenia wyjaśnień pracownicy wrócili niezwłocznie do swojej pracy. W firmie zadziałały wszystkie procedury, które ustanawialiśmy na wypadek jakichkolwiek kryzysowych okoliczności – podkreśla prezes spółki. ‒ Realizowaliśmy kontrakty oraz pozyskiwaliśmy kolejne. Dzięki naszym oddziałom w największych miastach w Polsce, a także sieci ponad czterdziestu autoryzowanych i wiarygodnych partnerów handlowych oraz serwisowych obsługujemy kilkadziesiąt tysięcy urządzeń w całej Polsce pracujących u kilku tysięcy naszych klientów. Zaistniała sytuacja nie miała żadnego wpływu na realizację kontraktów, spadek poczucia bezpieczeństwa i zadowolenie naszych klientów, które były, są i będą priorytetem naszej działalności.
Mimo że Arcus zaproponował cenę o ponad 4 mln zł niższą niż kolejna firma, to spółka nie jest już stroną postępowania. KIO wykluczyła ofertę Arcusa ze względu na rażąco niską cenę. Przedstawiciel spółki komentował, że cena nie była zaniżona, ale ponieważ uzasadnienie tego przed sądem wymagałoby przedstawienia dowodów stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa, spółka podjęła decyzję o ich nieupublicznianiu, kierując się dobrem akcjonariuszy i klientów.
ZUS musi teraz rozstrzygnąć, czy powiązania pomiędzy Teneo Systems a Decsoftem (prezes Teneo wchodzi w skład rady nadzorczej Decsoftu) nie stanowią naruszenia uczciwej konkurencji. Potem możliwe będzie ostateczne rozstrzygnięcie przetargu.
W Żarnowcu i Choczewie – dwóch lokalizacjach wybranych przez PGE EJ 1 pod budowę elektrowni jądrowej – trwają badania m.in. pod kątem środowiskowym i bezpieczeństwa. Spółka zapewnia, że w obu gminach inwestycję popiera ponad 60 proc. mieszkańców. PGE EJ 1 podpisała już umowę z doradcą technicznym, który pomoże m.in. w wyborze technologii. Przetarg na inwestora powinien się odbyć w przyszłym roku.
– Obecnie prowadzimy prace w kilku głównych obszarach – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Cichosz, prezes zarządu spółki PGE EJ 1. – Pierwszy dotyczy wyboru lokalizacji budowy przyszłej elektrowni jądrowej. Prace są prowadzone na terenie lokalizacji Żarnowiec i Choczewo. Obejmują one przygotowania do uzyskania decyzji zarówno środowiskowej, jak i lokalizacyjnej. W praktyce oznacza to przeprowadzenie inwentaryzacji środowiskowej, monitoringu sejsmicznego oraz meteorologicznego.
Wskazanie konkretnej lokalizacji na tym etapie jest jeszcze niemożliwe.
– Musimy przeprowadzić komplet badań, żeby potwierdzić, że zarówno jedna, jak i druga jest akceptowalna z punktu widzenia kwestii środowiskowych i kwestii bezpieczeństwa, czyli charakterystyki lokalizacji – informuje Jacek Cichosz.
Jak przekonuje, bardzo ważnym elementem w tym procesie jest dialog z lokalną społecznością i uzyskanie poparcia dla realizacji inwestycji.
– Dzięki m.in. prowadzonym przez nas działaniom edukacyjnym poparcie sukcesywnie rośnie i obecnie jest na wysokim poziomie – zauważa Cichosz. – Waha się od 60 proc. dla gminy Choczewo do nawet 80 proc. w przypadku gminy Gniewino [badania TNS Polska na zlecenie PGE EJ 1 prowadzone są w gminach województwa pomorskiego – red.].
Listopadowe badania CBOS przeprowadzone w całym kraju wskazują, że budowę elektrowni atomowej w Polsce popiera 40 proc. społeczeństwa, a co drugi pytany jest jej przeciwny.
– W przestrzeni publicznej krąży dużo mitów dotyczących energetyki jądrowej – wyjaśnia Jacek Cichosz. – Naszym zadaniem jest dotarcie z informacją na temat szans i niebezpieczeństw. Chcemy pokazać, jakie są dzisiaj istotne zagrożenia, które są poruszane między innymi w ankietach, takie jak kwestia pracy elektrowni jądrowej, jej wpływu na otoczenie czy wystąpienia awarii.
Spółka rozmawia również z mieszkańcami na temat wpływu elektrowni na otoczenie, czyli turystykę, infrastrukturę i rozwój gminy. Jak wynika z badań TNS Polska, Pomorzanie nie obawiają się, że elektrownia będzie negatywnie oddziaływać na turystykę. Takiego zdania jest trzy czwarte ankietowanych. Ponad 50 proc. badanych z całej Polski zapewnia, że nie zrezygnuje z wypoczywania nad Bałtykiem po wybudowaniu elektrowni, a niektórzy spodziewają się nawet zwiększonego zainteresowania miejscem.
Równolegle z pracami w pomorskich lokalizacjach toczą się analizy związane z przygotowaniem do wyboru technologii i inwestora.
– Niedawno podpisaliśmy umowę z inżynierem kontraktu, doradcą technicznym, który będzie nas wspierał między innymi w procesie wyboru technologii. Sam przetarg planujemy w przyszłym roku. Natomiast do czasu jego uruchomienia musimy przeprowadzić jeszcze szereg prac przygotowawczych. Część dotyczy rozpoczęcia współpracy z doradcą technicznym, część – procedur formalnych. Musimy uzyskać zgody zarówno na poziomie korporacyjnym, jak i Komisji Europejskiej – wskazuje prezes PGE EJ 1.
Spółka analizuje też modele finansowania inwestycji, szukając takiego, który zapewniłby jej ekonomiczną przewidywalność. Pod uwagę brane są różne rozwiązania, również takie, z których korzystają inne państwa rozwijające energetykę jądrową, m.in. Wielka Brytania. Cichosz podkreśla jednak, że proste przeniesienie danego modelu nie będzie możliwe.
– Przygotowując analizy, będziemy musieli wziąć pod uwagę docelowy kierunek polityki energetycznej, miks paliwowy, istniejące rozwiązania, takie jak kontrakty na moce – wskazuje Jacek Cichosz. – W tym kontekście model brytyjski może być jednym z rozwiązań. Ale obecnie przedmiotem naszych prac jest szczegółowa analiza tego, jaki model powinien być dla nas docelowym.
Brytyjskie kontrakty różnicowe są jednym z mechanizmów tamtejszej reformy rynku energii elektrycznej. Londyn chce zagwarantować inwestorowi 35-letni kontrakt, w ramach którego państwo dopłaci koncernowi do ustalonej ceny 92,50 funta za megawatogodzinę. Jeśli rynkowa cena energii wzrośnie powyżej tego poziomu, inwestor odda nadwyżkę do budżetu.
Polacy coraz chętniej korzystają z kart płatniczych. W I półroczu liczba transakcji finalizowanych w ten sposób wzrosła w naszym kraju o 22 proc. Sieć akceptacji wciąż jest mniejsza niż w innych krajach Europy Zachodniej, ale systematycznie rośnie. Siłą napędową są zmieniająca się technologia, nowe produkty oferowane przez dostawców terminali oraz zmiany regulacyjne.
– Polski rynek kart płatniczych na pewno będzie się rozwijał, szczególnie że jest pewna luka pomiędzy Polską a krajami zachodnimi, które są bardziej rozwinięte. Ta luka ma szansę w przeciągu kilku lat zostać zniwelowana – ocenia Rafał Szczechura, dyrektor marketingu na Europę Środkowo-Wschodnią w SIX Payment Services.
Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w I połowie roku liczba transakcji dokonywanych za pomocą kart płatniczych wzrosła o jedną piątą w porównaniu z I półroczem 2013 roku.
– Rośniemy zdecydowanie szybciej niż rynki na Zachodzie. Taki dynamiczny rozwój rynku trwa od kilkunastu lat. 22-proc. wzrost w przeciągu roku pokazuje, że faktycznie następuje dynamiczny przyrost transakcji. Zresztą, jeżeli chodzi o liczbę terminali, to też odnotowujemy w ostatnich latach zdecydowany wzrost rok do roku – mówi Rafał Szczechura.
W Polsce działa ponad 350 tys. terminali płatniczych. W przeliczeniu na liczbę mieszkańców to dwa razy mniej niż w krajach strefy euro. Również eksperci oceniają, że na rynku jest miejsce na dwa razy tyle urządzeń. Dlatego firmy z branży liczą na dynamiczny rozwój sieci, również dzięki obniżce prowizji za płatności kartami. Przez ostatnie lata opłaty interchange w Polsce były na jednym z najwyższych poziomów w UE, ale w drodze ustawy w lipcu zostały obniżone do 0,5 proc. Trwają prace nad ich dalszym obniżaniem.
– Jeżeli klienci ze względu na wygodę chcą płacić kartami, to akceptant musi rozpatrywać tę kwestię bardzo poważnie, ponieważ utrata 20 proc. czy 30 proc. transakcji jest zdecydowanym uszczerbkiem w jego portfelu. Co więcej, w Polsce bardzo popularną metodą płatności są płatności zbliżeniowe. Cała transakcja potrafi trwać kilka sekund, więc jest to zdecydowanie najszybsza forma płatności obecna na polskim rynku, a to również stymuluje te wzrosty – podkreśla Szczechura.
Jak podkreśla, wzrosty stymulują również nowe produkty i usługi, które pojawiają się na terminalach. Chodzi np. o terminale zintegrowane z kasami, które eliminują pomyłki kasjerskie, czy zintegrowane z raportowaniem.
Na akceptację kart płatniczych decyduje się coraz więcej podmiotów.
– Korzyści to przede wszystkim krótszy czas obsługi podróżnego przez kasjerkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Donata Nowakowska, rzeczniczka Kolei Mazowieckich, które w listopadzie podpisały umowę z SIX Payment Services na obsługę transakcji bezgotówkowych. – Nam jako spółce odchodzą wszelkiego rodzaju koszty związane z transportem gotówki. Natomiast dla podróżnego to duże ułatwienie.
Dzięki umowie Kolei Mazowieckich z SIX Payment Services pasażerowie będą mogli płacić za bilety kartą nie tylko w kasie, lecz także w biletomatach. Jak wyjaśnia Szczechura, w stacjonarnych punktach kasowych terminale są zintegrowane z systemem kasowym Kolei Mazowieckich.
– Ta integracja odgrywa istotną rolę, ponieważ po pierwsze czas całego procesu jest o wiele krótszy niż przy rozwiązaniu niezintegrowanym, a poza tym eliminujemy ewentualne pomyłki kasjerskie, ponieważ dane są automatycznie transferowane z systemu kasowego Kolei do terminala i na terminalu następuje akceptacja przez posiadacza karty. Drugim elementem są transakcje kartowe w biletomatach – wyjaśnia przedstawiciel SIX Payment Services.
W obu tych rozwiązaniach jest możliwość płatności zbliżeniowej, która jest znacznie szybsza i nie wymaga akceptacji PIN-em. Jak wyjaśnia Nowakowska, z płatności kartą już korzysta wielu pasażerów. Dlatego spółka KM planuje kolejne udogodnienia w płatnościach.
– W planach mamy również prowadzenie sprzedaży biletów przez internet oraz wprowadzenie nowego nośnika, jakim będzie Karta Mazowiecka. A oprócz tego planujemy również wprowadzić rozwiązanie pozwalające na to, by nasi podróżni za bilet zakupiony w pociągu również mogli zapłacić kartą – mówi rzeczniczka Kolei Mazowieckich.
Rafał Szczechura podkreśla, że w tym roku SIX Payment Services pozyskał do współpracy wiele innych podmiotów, np. Koleje Wielkopolskie czy sieć sklepów Apart. Coraz istotniejszym segmentem działalności firmy staje się e-commerce – w tym zakresie współpracuje m.in. z Leroy Merlin i Itaką.
– Szczególnie sklepów widać, że następuje pewna zmiana w kierunku sprzedaży wielokanałowej. Jeden sklep czy sieć sklepów korzystają nie tylko z punktów stacjonarnych, lecz także sprzedają w internecie, przez telefon i realizują dostawy na przykład do domu. Właśnie takie rozwiązania oferuje SIX Payment Services, czyli terminale stacjonarne zintegrowane z kasami fiskalnymi, z drugiej strony terminale przenośne, małe i poręczne, a dodatkowo rozwiązania internetowe dla sklepów internetowych oraz call center – podkreśla dyrektor z SIX Payment Services.
SIX w Polsce posiada sieć ok. 32 tys. urządzeń do akceptacji kart, co stanowi prawie 10 proc. rynku.
W Polsce potrzebna jest debata na temat problemów przedsiębiorców – to wniosek uczestników spotkania CEO Round Table Mixer. Jej pomysłodawca Michał M. Lisiecki podkreśla, że zamiast zajmować się populistycznymi zagadnieniami politycznymi należałoby zastanowić się nad tym, jak skłonić do powrotu 2,5 mln Polaków, którzy wyemigrowali. Dużą barierą jest brak młodych liderów i brak woli zmiany systemu.
‒ Problemów jest bardzo dużo, wszyscy o nich mówimy, ale do debaty publicznej przedostają się bardzo miałkie rzeczy. Przedostają się delegacje, wyjazdy, rozliczenia – to są przecież tematy nieistotne, chociaż popularne i dobrze się sprzedające – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał M. Lisiecki, właściciel spółki PMPG Polskie Media, wydawca tygodników „Wprost” i „Do Rzeczy”, a także inicjator spotkania CEO Round Table Mixer. ‒ Istotnych tematów jest masa. To jest trochę myślenie o tym, jak, będąc akcjonariuszami Polski, sprawić, żeby Polska stała się Kalifornią Europy, żeby biznesy tutaj się rozwijały, kwitły, a miejsca pracy były atrakcyjne.
Spotkanie CEO Round Table Mixer miało na celu wywołanie dyskusji o Polsce 25 lat po Okrągłym Stole. Do udziału zostało zaproszonych wielu młodych liderów, ludzi polityki, biznesu, mediów. To właśnie brak możliwości działania przez młode pokolenie został przez uczestników oceniony jako jeden z problemów w naszym kraju.
Jak podkreśla Matthew Tyrmand, amerykański ekonomista, finansista i syn Leopolda Tyrmanda, Polska po pierwszych 15 latach gwałtownych przemian i szybkiego rozwoju popadła w samozadowolenie ,a to doprowadziło do braku dalszych zmian i stagnacji.
‒ Główną przyczyną jest wiek ludzi z tego układu – większość z nich to ludzie, którzy dorastali, uprawiając politykę jako praktykę biznesową, zwykle skorumpowaną. Zmiana tej sytuacji może być kwestią kolejnej dekady, jeśli tylko młodzi ludzie, którym nie podoba się ta sytuacja, będą potrafili uruchomić tę samą mentalność, która pomagała Solidarności w walce z komunizmem w latach 80. – apeluje Tyrmand.
Tyrmand dodaje, że również w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatniego ćwierćwiecza doszło do korporatyzacji klasy politycznej. W tej dojrzałej demokracji trend ten będzie już trudno odwrócić, jednak w Polsce, z uwagi na wciąż niedługie doświadczenie z ustrojem reprezentatywnym, wciąż jest szansa na zmianę. Wymaga to jednak odwagi i wystąpienia przeciwko zastanym zwyczajom.
Według syna polskiego pisarza Polacy boją się konsekwencji krytykowania państwa polskiego. Tyrmand dodaje, że jako mieszkaniec Stanów Zjednoczonych i osoba spoza Polski może wypowiadać się bezkompromisowo i liczy na wywołanie debaty.
‒ Poprzez to forum i mój własny model postępowania chcę zainspirować ludzi do tego, by wstali i powiedzieli: dosyć tego. Dość nacjonalizacji emerytur, dość drukowania pieniędzy przez Belkę, dość tego, co się stało z wyborami – wylicza Tyrmand. – To budzi obrzydzenie.
Lisiecki dodaje, że debata publiczna powinna koncentrować się na tym, by odpowiedzieć na podstawowe pytanie dotyczące tego, jak ściągnąć do Polski z powrotem 2,5 miliona emigrantów. Zachęcenie ich do powrotu, m.in. dzięki atrakcyjnym miejscom pracy, może też skłonić ich do zainwestowania w ojczyźnie zgromadzonego na emigracji kapitału.
‒ Mówimy o tym, jak sprawić, żeby John Kowalski czy Peter Nowak z powrotem stali się Janem Kowalskim i Piotrem Nowakiem, żeby chcieli wrócić do Polski, do swojego miasta, by tu zakładać biznes i przywozić wiedzę, którą zdobyli. O tym chcemy rozmawiać. O tym jak nasza Polska będzie wyglądała za 25 lat – tłumaczy Lisiecki.
Sprzedaż internetowa żywności rośnie o kilkadziesiąt procent rocznie. Wciąż jednak ten kanał stanowi niewielki odsetek w ogólnej sprzedaży. Rynki zachodniej Europy pokazują, że potencjał tego segmentu jest znacznie większy. Dlatego coraz więcej sieci handlowych zapowiada ekspansję w internecie.
– W przypadku sprzedaży internetowej produktów spożywczych w stosunku do 2013 r. notujemy bardzo duży wzrost obrotów w wysokości kilkudziesięciu procent – mówi Grzegorz Bielecki, wiceprezes zarządu Frisco.pl, internetowego supermarketu z produktami żywnościowymi.
Coraz większa popularność sklepów online to jedna z przyczyn trudnej sytuacji największych sieci handlowych. Klienci coraz częściej rezygnują z wizyt w dużych hipermarketach na rzecz mniejszych sklepów typu convenience, bliżej domu. Wciąż jednak Polacy rzadko kupują żywność przez internet.
– W Polsce sprzedaż internetowa żywności to nie więcej niż 1 proc. w kanale FMCG. W Wielkiej Brytanii czy Francji udział ten stanowi 5-7 proc., co pokazuje, że w Polsce cały czas istnieje wiele szans rozwoju rynku – przekonuje wiceprezes Frisco.pl.
Według badań agencji PMR Research w 2013 r. polski rynek żywnościowego e-commerce wart był 450 mln. Eksperci wskazują, że w ciągu kilku lat może on osiągnąć wartość nawet 2 mld zł.
– W tym segmencie działa zaledwie kilku liczących się graczy, którzy są dostępni w skali ogólnopolskiej. Widzimy jednak duże zainteresowanie nowych podmiotów, w tym ważnych sieci handlowych – twierdzi Grzegorz Bielecki. – Konkurencja na pewno będzie coraz większa, ale to tylko lepiej dla e-zakupów, ponieważ rośnie w ten sposób ich popularność.
Już teraz sprzedaż internetową oferują m.in. Alma24, Piotr i Paweł, Auchan oraz Tesco. Coraz więcej mówi się o uruchomieniu zakupów online przez popularne sieci dyskontowe. Jak podkreśla Bielecki, wejście dużych, ogólnopolskich graczy nie spowodowało problemów u mniejszych.
– Rynek e-delikatesów znajduje się jeszcze w fazie początkowej, gdzie jest miejsce na nowe podmioty. Nie spodziewam się konsolidacji. Ta jest ewentualnie możliwa, kiedy rynek będzie dojrzały lub pojawią się na nim zdecydowani liderzy, którzy poprzez konsolidacje będą mogli zwiększyć swój udział w rynku – mówi Bielecki.
Turcja ponownie przyciąga uwagę inwestorów. Po dramatycznych spadkach w zeszłym roku na tamtejszą giełdę powróciły dynamiczne wzrosty. Sytuacja gospodarcza i otoczenie międzynarodowe Turcji pozwalają mieć nadzieję, że będą one kontynuowane.
W latach 2012-2013 turecka giełda pozwalała dobrze zarobić. Jej główny indeks, ISE100, w rok zyskał ok. 70 proc. Tureckie firmy świetnie radziły sobie dzięki eksportowi do Unii Europejskiej.
– Zwiększona produkcja prowadziła do zwiększonej konsumpcji i przy niskich, sztucznie utrzymywanych stopach procentowych gospodarka turecka rosła jak na drożdżach– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Aleksander Jawień, prezes Investment Fund Managers. – To oczywiście skończyło się w zeszłym roku, kiedy skokowo trzeba było podwyższyć stopę procentową, żeby obronić kurs liry. Mimo to gospodarka ma dość dobre perspektywy, biorąc pod uwagę jej położenie.
Drastyczna podwyżka nastąpiła pod koniec stycznia 2014 r., gdy Bank Centralny Republiki Turcji podniósł główną stopę procentową z 4,5 proc. do 10 proc. Obecnie wynosi ona 8,25 proc.
W kwietniu 2013 roku rozpoczęła się w Turcji dramatyczna wyprzedaż akcji i w ciągu miesiąca indeksy straciły ponad 20 proc. W tym roku jednak na tureckim parkiecie znowu widać wzrosty. Od stycznia do listopada ISE100 zyskał 40 proc.
– Nawet jeżeli Turcja mogłaby odczuć spadek popytu ze strony Unii Europejskiej, to ma potężnych sąsiadów ze strony Iranu i Iraku. Teraz jest tam niespokojnie ze względu na Syrię, ale to są gospodarki, które potrzebują dóbr i płacą za nie albo ropą, albo złotem, czyli twarda walutą– ocenia Aleksander Jawień. – Więc jeżeli motor wzrostu oparty na Unii Europejskiej zaczyna nieco słabnąć, to Turcja może się bardzo łatwo zintensyfikować handel ze swoimi wschodnimi sąsiadami.
Gospodarka Turcji bardzo zyskuje na tegorocznych spadkach cen ropy. Kraj ten niemal wyłącznie importuje ten surowiec, co sprawia, że płacąc mniej, tamtejsze firmy więcej zarabiają.
– To powoduje, że spada inflacja, niższe są koszty energii i transportu, a co za tym idzie, również wszystkich dóbr i produktów konsumpcyjnych– podkreśla prezes Investment Fund Managers. – To bardzo pobudza gospodarkę turecką. Liczymy na to, że niedługo w Turcji spadną stopy procentowe, co również będzie dużym elementem stymulacyjnym. Jeżeli ceny ropy się utrzymają lub będą niższe, można oczekiwać tylko dobrych wiadomości.
Jak podkreśla, dziś w Turcji warto inwestować w sektor dóbr konsumpcyjnych i transport. To branże, które mogą najbardziej skorzystać na niskich cenach energii. Dodatkowo Turcja jest największym producentem cementu w Europie, a ten przemysł jest energochłonny, więc przy niskich cenach surowców jego zyskowność rośnie. Hamująca inflacja i lepsze otoczenie makroekonomiczne spowodują też, że w Turcji jako pierwsze poprawę odczują banki.
– Sektor bankowy jako pierwszy korzysta z polepszających się realiów gospodarczych i jest zawsze takim papierkiem lakmusowym– zwraca uwagę Jawień. – Inwestorzy bardzo lubią inwestycje w banki, szczególnie te, które są innowacyjne, głównie prywatne, bo one najwcześniej reagują na pierwsze sygnały poprawiającej się sytuacji gospodarczej.
Criteo, firma technologiczna zajmująca się marketingiem efektywnościowym, opublikowała dokument Q4 2014 State of Mobile Commerce Report, dostarczając branży e-commerce kluczowe informacje o zachowaniach i trendach zakupowych mobile. Urządzenia mobilne odpowiadają obecnie globalnie za ponad 30 proc. wszystkich transakcji e-commerce i za ponad 27 proc. transakcji internetowych w Stanach Zjednoczonych. Z raportu wyłania się obraz świata, w którym mobile zaczyna wyprzedzać inne, tradycyjne formy zakupów.
„Rynek nie miał dotychczas wystarczających danych na temat handlu w mobile, przez co wielu marketerów nie doceniało możliwości tego kanału” – mówi Jonathan Wolf, Chief Product Officer w Criteo.„Raport State of Mobile Commerce rozjaśnia sytuację na rynku globalnym i w Stanach Zjednoczonych, dzięki wykorzystaniu zasobów danych, pochodzących z miliardów transakcji. Raport pokazuje, że urządzenia mobilne wiążą się obecnie z zakupami a nie tylko wyszukiwaniem ofert. Firmy działające w e-commerce mają ogromną szansę na zwiększanie sprzedaży w mobile, przede wszystkim w branży sprzedaży detalicznej i travel. Oczekujemy, że wraz ze wzrostem wykorzystywania urządzeń mobilnych i lepszej optymalizacji stron mobilnych pod kątem konwersji, sprzedaż w mobile gwałtownie poszybuje w górę i błyskawicznie osiągnie poziom 50 proc. wszystkich transakcji”.
Informacje zawarte w raporcie oparte są na przeprowadzonej przez Criteo analizie danych indywidualnych transakcji przeprowadzonych u ponad 3 tys. reklamodawców na całym świecie. Kluczowe wnioski:
Mobile to teraz także kupowanie, nie tylko wyszukiwanie produktów: wskaźniki konwersji są wysokie we wszystkich kategoriach detalicznych, na wszystkich urządzeniach mobilnych.
Smartfony generują więcej transakcji, niż tablety. Jeśli chodzi o urządzenia mobilne, 53 proc. zakupów detalicznych i 66 proc. transakcji w branży travel dokonywanych jest właśnie za pomocą smartfona.
Tak, za pomocą telefonu kupisz nawet designerską torebkę: przeciętna wartość zamówienia z urządzenia mobilnego jest prawie tak samo wysoka, jak w wypadku komputerów stacjonarnych.
25 proc. największych amerykańskich sprzedawców detalicznych generuje ponad 40 proc. transakcji internetowych dzięki urządzeniom mobilnym, podczas gdy wskaźnik ten dla całego rynku w Stanach Zjednoczonych wynosi 27 proc. W najniższym kwartylu wartość ta wynosi jedynie 5 do 10 proc. Oddaje to czterokrotną różnicę w udziałach transakcji mobilnych, pokazując, że sprzedawcy, którzy nie uwzględniają mobile w swojej strategii, tracą potencjał sprzedażowy.
Nie tylko Apple. Telefony z androidem generują ponad jedną trzecią wszystkich transakcji przeprowadzonych za pomoca smartfona. Urządzenia z Androidem odpowiadają za odpowiednio 39 i 44 proc. amerykańskich transakcji detalicznych i w branży travel . Co więcej, w wielu krajach – np. w Niemczech, Włoszech, Hiszpanii, Brazylii czy Korei Południowej – udział Androida w transakcjach mobilnych jest wyższy niż iPhone’ów.
Wartość zamówień mobilnych sięga już tych, dokonywanych z komputerów stacjonarnych w Stanach Zjednoczonych, szczególnie w branżach takich jak: moda, dobra luksusowe, sprzęt sportowy, zdrowie i uroda oraz produkty codziennego użytku.
„Konsumenci mogą teraz dokonywać zakupów za pomocą urządzeń mobilnych wygodniej niż kiedykolwiek, przez co coraz bardziej kluczowe dla reklamodawców jest dotarcie do klientów na wszystkich posiadanych przez nich urządzeniach” – dodaje Jonathan Wolf.„Jeśli działasz w e-commerce i nie skupiasz się na umożliwieniu klientom zakupów w mobile, za kilka lat możesz w ogóle wypaść z rynku”.
Pełen raport Q4 2014 State Of Mobile Commerce znaleźć można pod adresem: http://www.criteo.com/resources/mobile-commerce/
Perspektywy gospodarcze dla Rosji są fatalne. Za sprawą zachodnich sankcji, odpływu kapitału i silnego spadku cen ropy ojczyzna Tołstoja najprawdopodobniej doświadczy bolesnej recesji. Dzięki temu rosyjskie aktywa zrobiły się na tyle tanie, że warto rozważyć ich zakup – wynika z analizy przeprowadzonej przez portal Bankier.pl.
Z obliczeń portalu Bankier.pl wynika, że od początku roku indeks RTS – mierzący ceny akcji na giełdzie Rosji w dolarach – spadł o 40% i 9. grudnia znalazł się na najniższym poziomie (846,83 pkt.) od lipca 2009 roku. RTS jest typowym „spadającym nożem” – czyli szybko taniejącym i niechcianym aktywem, cieszącym się skrajnie negatywnym sentymentem inwestycyjnym.
– Łapanie tego typu instrumentów w skrajnym przypadku grozi utratą palców, czyli zainwestowanego kapitału – przestrzega Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl. -Inwestycje w Rosji należy traktować jak ruletkę. Postawić do 5% kapitału i pogodzić się z możliwością jego utraty. Jeśli jednak Rosja nie upadnie, a świat nadal będzie potrzebował ropy i gazu, to za jakiś czas rosyjskie akcje mogą być warte dwukrotnie więcej niż obecnie – dodaje Kolany.
Obłożony zachodnimi sankcjami i osłabiony przeceną ropy naftowej rynek rosyjski prezentuje okazyjne wręcz wyceny. Jak obliczył Bankier.pl, moskiewska giełda wyceniana jest bowiem na niespełna 7-krotność zysków notowanych nań spółek. To najniższe wartości wśród wszystkich znaczących giełd akcji. Dla porównania, na rynku amerykańskim spółki wyceniane są na 20-krotność zysków, na niemieckim 17-krotność, a na japońskim na 16-krotność zysków.
Jednak aby trend w wykonaniu rosyjskich aktywów uległ odwróceniu, potrzebne są: wzrost cen ropy lub zniesienie sankcji. Czynniki te mogą (ale nie muszą) pojawić się już w przyszłym roku, co pozwalałoby oczekiwać końca bessy na moskiewskiej giełdzie w okolicach wiosny 2015 roku.
Polski rynek pracy cały czas pozostaje atrakcyjnym dla cudzoziemców spoza Unii Europejskiej. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się wśród osób zza wschodniej granicy. Tylko w przypadku obywateli Ukrainy polskie urzędy pracy notują kilkudziesięcioprocentowy wzrost oświadczeń przedsiębiorców o chęci zatrudnienia takich pracowników. Równie dynamicznie wzrasta zainteresowanie specjalistami o wysokich kwalifikacjach z sektora IT, teleinformatyki i nowych technologii.
– Widzimy w Polsce wyraźny wzrost zapotrzebowania na pracowników spoza Unii Europejskiej – ocenia Andrzej Korkus, dyrektor zarządzający w agencji zatrudnienia EastWestLink. – Prym wiodą pracownicy z Ukrainy. W I półroczu 2014 r. liczba oświadczeń zarejestrowanych przez polskich pracodawców wzrosła o 30 proc. rok do roku, co pokazuje siłę trwającego trendu.
W większości przypadków pracownik spoza UE chcący podjąć pracę w Polsce musi uzyskać pozwolenie na pracę. Obywatele pięciu państw: Rosji, Ukrainy, Białorusi, Mołdawii i Gruzji nie muszą go uzyskiwać – rolę pełni specjalne oświadczenie zgłaszane przez polskiego przedsiębiorcę do urzędu pracy o zapotrzebowaniu na pracownika z ww. państw. W 2013 roku w Powiatowych Urzędach Pracy zarejestrowano ponad 235 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. W pierwszej połowie roku było ich blisko 191 tys., z czego ponad 182 tysiące z nich stanowili obywatele Ukrainy. Wewnętrzne dane EWL wskazują na blisko 50-procentowy wzrost zatrudnienia cudzoziemców w porównaniu z tym samym okresem 2013 roku.
Najwyższy poziom zapotrzebowania na pracę cudzoziemców ciągle wykazuje branża rolna i budowlana. Liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy w sektorze ICT to 1119 zarejestrowanych wniosków w pierwszym półroczu, dla porównania w tym samym okresie 2013 roku oświadczeń w tej branży było ponad sześć razy mniej (182). W przypadku działalności profesjonalno-naukowej zanotowano 70-procentowy wzrost (1258 oświadczeń).
– Niewielki przyrost obserwujemy w branży produkcyjnej i usługowej. Natomiast w obszarze rynku pracy dla specjalistów z branży wysokich technologii możemy mówić nawet o kilkukrotnym wzroście zainteresowania ze strony polskich pracodawców – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Biznes ekspert EastWestLink.
Jak wyjaśnia Korkus, chodzi głównie o pracowników technicznych, czyli przedstawicieli łatwo transferowalnych zawodów, którzy w największym stopniu emigrowali z Polski do krajów Europy Zachodniej. A polski rynek pracy dla takich osób ciągle jest nienasycony. Według badania GUS 45 proc. dużych firm ma problemy ze znalezieniem odpowiedniego pracownika z zakresu IT. Komisja Europejska w raporcie „E-skills for job in Europe” wskazuje na to, że na rynku pracy UE wciąż brakuje 275 tys. osób o umiejętnościach teleinformatycznych i cyfrowych.
– Sądzę, że liczba przyjezdnych w nadchodzących latach w Polsce będzie zdecydowanie rosła. Nasz rynek pracy staje się w coraz większym stopniu atrakcyjny dla obcokrajowców – mówi dyrektor zarządzający agencji EWL.
Jak dodaje Korkus, uzyskanie pozwolenia na pracę dla pracownika z Europy Wschodniej jest możliwe w przeciągu kilku dni, co w porównaniu z pozostałymi państwami Unii Europejskiej stawia polską politykę imigracyjną na wysokim poziomie.
– Polski rynek pracy już teraz jawi się jako globalny. Wielu pracowników migruje z Polski ku krajom zachodnim, ale widzimy też trend odwrotny. Jedną z przyczyn są rosnące wynagrodzenia – twierdzi Andrzej Korkus.
Do zwiększenia liczby emigrantów z Ukrainy przyczynił się w głównej mierze konflikt z Rosją. Po pierwsze, wywołał on poważne problemy w ukraińskiej gospodarce, przez co Ukraińcy zmuszeni są szukać pracy za granicą. Po drugie, Rosja – do tej pory główny rynek pracy dla pracowników sezonowych – przestała być dla nich dostępna, a jej miejsce zajęła po części Polska.
Wysokie zapotrzebowanie na pracę oraz rosnąca liczba rejestrowanych oświadczeń przełożyły się na wzrost liczby zezwoleń na prace wydawanych cudzoziemcom przez urzędy wojewódzkie. W I półroczu wydano 21,3 tys. pozwoleń na pracę.
Z chwilówki skorzystał przynajmniej raz co dziesiąty Polak – wynika z badania Fundacji Kronenberga. To coraz popularniejszy sposób na dodatkowy zastrzyk pieniędzy ze względu na szybkość i minimum formalności. Niestety, mniej niż połowa pożyczkobiorców przeczytała całą umowę przed jej podpisaniem.
– Konsumenci w szale zakupów przedświątecznych uświadamiają sobie konieczność nagłego posiadania gotówki, aby spełnić marzenia i oczekiwania innych. Z naszych badań wynika, że jesteśmy zaskakiwani takimi świętami, jak Boże Narodzenie i nagłą potrzebą dokonania zakupów. Wtedy część z nas musi posiłkować się kredytami bądź szybkimi pożyczkami – mówi agencji Newseria Norbert Konarzewski, dyrektor programowy Fundacji Kronenberga przy City Handlowy.
Z badań Fundacji wynika, że 40 proc. Polaków oszczędza, ale tylko 10 proc. robi to regularnie. Nic więc dziwnego, że w okresie zwiększonych wydatków posiłkują się pożyczkami w bankach, instytucjach pozabankowych lub u rodziny.
16 proc. ankietowanych przyznało, że w kryzysowej sytuacji skorzystałoby z chwilówki, czyli szybkiej pożyczki w firmie pożyczkowej. W grupie osób, które już korzystały z tej formy kredytu, 60 proc. zadeklarowało, że zrobiłoby to ponownie.
Jak podkreśla Konarzewski, Polacy mają niewielką świadomość i wiedzę finansową oraz nie porównują ofert. Wybierają propozycje, które pozwalają im jak najszybciej uzyskać pieniądze, nie zwracając uwagi na wysokość finalnego zobowiązania.
– Badania Fundacji Kronenberga pokazują, że co dziesiąty Polak korzystał z usług firm pożyczkowych, nie mając do końca świadomości, ile taki kredyt kosztuje – mówi Norbert Konarzewski. – Z kolei zaledwie 50 proc. badanych powiedziało, że czyta umowy ze zrozumieniem.
Badani, którzy już korzystali z chwilówek, częściej przyznają, że tylko pobieżnie przeglądają umowę lub w ogóle jej nie czytają, bo ufają przedstawicielowi danej firmy. Eksperci przestrzegają, że tego typu postawa może skutkować poważnymi problemami pożyczkobiorców, bo nie potrafią oni dokładnie ocenić możliwości spłacenia zobowiązań.
– Konsekwencje nieprzemyślanych decyzji mogą okazać się dotkliwe. Łatwo możemy wpaść w pułapkę kredytową i nagle nie móc spłacać zobowiązań – przestrzega Norbert Konarzewski.
Fundacja Kronenberga podpowiada, że istotna jest trwała zmiana postaw: przede wszystkim regularne oszczędzanie i planowanie wydatków długoterminowo, w perspektywie całego roku, nawet kilku lat, a nie najbliższego miesiąca.
– Zachęcamy do zastanowienia się, do rozłożenia w czasie i zaplanowania większych wydatków, np. związanych z organizacją świąt czy wyjazdem na wakacje. Odkładanie nawet niewielkich kwot, ale systematycznie, np. przez pół roku, pozwoli nam uniknąć konieczności pożyczania pieniędzy od instytucji finansowej – mówi Konarzewski.
Radzi, by decyzje finansowe skonsultować z najbliższymi lub ekspertami. Pomocne mogą okazać się strony poradnikowe w internecie oraz blogi prowadzone przez osoby kompetentne w zakresie finansów osobistych. Tego typu treści w prosty i przejrzysty sposób opisują produkty finansowe i jasno pokazują, ile realnie mogą kosztować konkretne produkty czy usługi z segmentu domowych finansów.
Fundacja Kronenberga została założona w 1996 r. w 125 rocznicę powstania Banku Handlowego w Warszawie. Obecnie działa przy Banku Citi Handlowy i realizuje ogólnokrajowe i lokalne programy wspierające społeczną odpowiedzialność biznesu.
Straty powstałe na skutek cyberataków mogą być ogromne zarówno pod względem finansowym, jak i utraconych danych. Jak wynika z badań PwC, w ostatnim roku koszty ponoszone przez firmy w związku z działaniami cyberprzestępców wzrosły o jedną trzecią. W globalnej skali gospodarka traci od 375 mld do 575 mld dolarów.
Liczba ataków co roku rośnie, podobnie jak i skala strat. W ostatnim roku liczba cyberataków notowanych przez firmy ankietowane przez PwC wzrosła o blisko połowę, czyli do ponad 117 tys. dziennie. W sumie uczestnicy światowego badania odnotowali ok. 42,8 mln naruszeń cyberbezpieczeństwa.
Atakowane są nie tylko komputery czy serwery, lecz także równie często na routery, smartfony i tablety. Podobnie jak i klasyczny komputer, także sprzęt mobilny posiada system operacyjny, do którego można włamać się za pośrednictwem sieci bezprzewodowej. Po dostaniu się do niej intruz ma możliwość wdarcia się na inne urządzenia w zasięgu użytkownika zhakowanego sprzętu. Sytuacja taka może mieć miejsce zarówno w firmie, jak i w domu.
– Często spotyka się sytuację, że dane z zhakowanego telefonu komórkowego, smartfona czy tabletu są kopiowane na komputer firmowy w celu wykonania ich kopii zapasowej. Właściciel tego sprzętu nieświadomie wprowadza atakującego na swoje drugie, być może lepiej zabezpieczone urządzenie – tłumaczy Piotr Konieczny, szef zespołu bezpieczeństwa serwisu Niebezpiecznik.pl. – Portfolio ataków jest olbrzymie. Możemy mówić o atakach nie tylko na pojedyncze komputery, lecz także całe systemy, które każda licząca się firma musi utrzymywać, w tym także sprzęty znajdujące się w serwerowniach.
Jedną z metod włamania się jest przesyłanie wirusów w e-mailach. Szkodniki tego typu zamaskowane są jako nieszkodliwe załączniki, np. pliki PDF z fakturami. Każda firma otrzymuje tego typu dokumenty i taki „wektor ataku” jest bardzo często wykorzystywany przez włamywaczy – czekają tylko na to, aż pracownik otworzy załącznik, wówczas uaktywnia się wirus, który może nawet natychmiast zablokować dostęp do komputera, na którym został otwarty, a poprzez sieć firmową (VPN) przedostać do wszystkich podłączonych w niej urządzeń. Ponieważ szkodnik tego typu jest często wykonany z zamysłem ominięcia zabezpieczeń, przed tego rodzajami ataków nie da się ochronić systemami antywirusowymi czy też firewallem.
– Podstawową rzeczą w zabezpieczeniu urządzeń firmowych jest aktualizacja oprogramowania – wyjaśnia Piotr Konieczny. – Musi być też ktoś czuwający nad tym cały czas i szybko reagujący na wszelkie incydenty i problemy, które pojawiają się na styku firmowej sieci z internetem. Badacze bezpieczeństwa publikują codziennie od kilku do kilkunastu biuletynów opisujących nowe typy ataków. Trzeba być z nimi na bieżąco, co pozwoli zweryfikować, czy firmowe urządzenia są w grupie ryzyka sprzętów podatnych na atak. To nam pokazuje, że bezpieczeństwo w IT to proces ciągły.
Jak wynika z badania PwC, prawie 50 proc. członków zarządów na świecie podziela obawy związane z cyberzagrożeniami. Jednocześnie nakłady przeznaczane na bezpieczeństwo zmalały o 4 proc. w porównaniu z 2013 rokiem.
W bieżącym roku na świecie odnotowano dużą liczbę incydentów, które dotyczyły nie tylko firm, lecz także zwykłych użytkowników. Za pomocą szkodnika Backoff cyberprzestępcy zdołali wedrzeć się do dziesiątków tysięcy terminali płatniczych w USA oraz setek sieci firmowych. Pozwoliło to na wykradzenie poufnych danych, jak numery kart kredytowych czy dane teleadresowe ich posiadaczy, a w przypadku firm – newralgicznych danych biznesowych.
W Polsce coraz częściej przestępcy podmieniają numery rachunków w firmowych systemach, aby przelewane pieniądze trafiały na kontrolowane przez nich konta zamiast do właściwych odbiorców. Tego typu kradzieże zdarzają się również przez ataki na routery. Konieczny podkreśla, że częstotliwość takich ataków wzrosła w ostatnich 2-3 latach.
– Cyberprzestępcy zyskują kontrolę nad ruchem sieciowym – dodaje Piotr Konieczny. – Przykładowo osoba, która wpisuje adres www.nazwabanku.pl zostaje przekierowana na swoim routerze domowym na fałszywy serwer bankowy, podstawiony przez atakującego. Jeden z naszych czytelników został oszukany w ten właśnie sposób, na czym stracił w ostatnich miesiącach 16 tys. zł.