Od 1 stycznia firmom będzie łatwiej przekazywać dane do innych państw. Nie będzie konieczna zgoda GIODO

0

Przekazywanie danych do państw trzecich, również do tych niezapewniających na swoim terytorium takiego poziomu ochrony danych osobowych jak w Polsce, będzie możliwe bez zgody Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Taką zmianę zakładają przepisy, które wejdą w życie od stycznia 2015 roku. Przekazywanie danych w ramach jednej grupy międzynarodowej będzie odbywać się zgodnie z tzw. wiążącymi regułami korporacyjnymi.

Nie będziemy mieć już obowiązku w każdej sytuacji, kiedy ma dojść do przekazania danych osobowych poza Europejski Obszar Gospodarczy, uzyskiwania zgody Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (GIODO) – tłumaczy Iwona Kozieł, ekspertka ds. ochrony danych osobowych w kancelarii Lex Artist. – Dzisiaj jest to obowiązek, który spędza sen z powiek wielu przedsiębiorcom i spółkom.

Przez państwo trzecie rozumie się państwo nienależące do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Oznacza to, że przepływ danych w obrębie EOG jest traktowany tak samo, jak na terytorium Polski. Przekazywanie danych osobowych do państw trzecich, w szczególności takich, które nie zapewniają na swoim terytorium gwarancji ochrony danych osobowych, jakie obowiązują na terenie Polski, wiąże się z ryzykiem naruszenia praw i wolności osób, których te informacje dotyczą. Dlatego Ustawa z 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych zawiera szczególne wymogi dotyczące przekazywania danych osobowych do tej grupy państw.

Od nowego roku wystarczy zawarcie w umowie o współpracy z podmiotem działającym na terenie państwa spoza EOG zatwierdzonych przez Komisję Europejską standardowych klauzul umownych. Nowela zezwala na przekazywanie wtedy danych bez konieczności każdorazowego uzyskiwania zgody GIODO.

Jest to więc znaczne ułatwienie – ocenia Iwona Kozieł. – Do umów o współpracy będzie można dołączyć jedynie postanowienia standardowych klauzul umownych zatwierdzonych przez Komisję Europejską i w tym momencie bezpiecznie przekazać dane osobowe do państwa trzeciego.

Nowością, jak zauważa ekspertka ds. ochrony danych osobowych w kancelarii Lex Artist, są tzw. wiążące reguły korporacyjne, które będą obowiązywać w przypadku przekazywania informacji między spółkami w ramach jednej grupy działającej również w państwach poza EOG.

Te klauzule muszą być zatwierdzone przez Generalnego Inspektora, ale jeżeli raz zostaną uznane, to przy każdym następnym kontakcie biznesowym, w którym będzie dochodziło do przekazywania danych na teren państwa trzeciego, będzie można się na taką klauzulę powołać bez każdorazowej zgody GIODO. Innymi słowy: raz uzyskujemy zgodę na przekazywanie danych na podstawie klauzul umownych, a dalej już możemy działać w tym obszarze całkowicie bezpiecznie – wskazuje Iwona Kozieł.

Jak podkreśla, nowe zasady będą dotyczyć wszelkiego rodzaju danych, również tych wrażliwych.

Polacy coraz chętniej wyjeżdżają na narty za granicę. Najczęściej wybierają Włochy

Rośnie liczba Polaków wyjeżdżających na narty za granicę. Największą popularnością cieszą się Włochy, Austria, a ostatnio także Szwajcaria. Miłośnicy narciarstwa cenią alpejskie kurorty przede wszystkim za świetnie przygotowane stoki, rozbudowaną bazę hotelową i przystępne ceny.

Zimowy wypoczynek to dla Polaków przede wszystkim wyjazd na narty. Jeszcze do niedawna zdecydowana większość narciarzy wybierała polskie miejscowości, wśród których największą popularnością cieszyło się Zakopane. Teraz coraz więcej miłośników tego sportu nad rodzime stoki przedkłada zagraniczne kurorty. Według danych biura podróży Neckermann Polska w tym roku na narty za granicę wyjedzie 11 proc. więcej osób niż przed rokiem. Mają na to wpływ przede wszystkim stabilne ceny, które nie zmieniły się znacząco w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Nie bez znaczenia jest także spadek cen benzyny, ponieważ większość Polaków wybiera się na narty własnym samochodem.

Polacy, podobnie jak i turyści z innych krajów europejskich, najchętniej udają się na narty na alpejskie stoki, szczególnie do kurortów we Włoszech i w Austrii, gdzie infrastruktura i wspaniale przygotowane stoki pozwalają na uprawianie narciarstwa na każdym poziomie zaawansowania. Numerem jeden są Włochy, które dodatkowo wybieramy ze względu na słońce i wspaniałą atmosferę na stoku. Wśród najpopularniejszych miejscowości można wymienić Livigno, Val di Sole, ale też największą karuzelę narciarską w Europie – Sellaronda, pozwalającą na przejechanie na nartach w ciągu jednego dnia czterech najpiękniejszych dolin w Dolomitach – mówi Magda Plutecka-Dydoń, rzecznik prasowy Neckermann Polska, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

W Austrii największą popularnością cieszy się region salzburski z Zell am See-Kaprun na czele. Bardziej zaawansowani narciarze oraz Ci oczekujący atrakcji po zejściu ze stoku, wybierają ostatnio Ischgl czy region Sölden. Coraz więcej klientów wybiera również Szwajcarię, która wbrew stereotypom oferuje wiele korzystnych cenowo obiektów narciarskich. Natomiast osoby, które wyjeżdżają z dziećmi, lub zaczynają swoją przygodę z nartami zdecydowanie preferują bliższe rejony, takie jak Czechy lub Słowacja.

Urlop narciarski to z reguły kilka dni. Chcemy ten czas spędzić optymalnie, oczywiście aktywnie na stoku. Dlatego też klienci najczęściej i najchętniej wybierają hotele położone blisko stoków, z dobrym dostępem do szkółek narciarskich i wypożyczalni sprzętu. Jeśli myślimy o narciarskim budżecie, warto zwrócić uwagę na hotele ze skipassem w cenie. My w tym roku oferujemy możliwość rezerwacji skipassów już w biurze podróży po niższych cenach niż na miejscu – mówi Magda Plutecka-Dydoń.

Średni koszt wyjazdu na narty z biurem podróży to ok. 1650 zł od osoby. Przy wcześniej rezerwacji można zaoszczędzić ok. 30 proc. Polacy coraz chętniej korzystają z pośrednictwa biur podróży przy zimowych wyjazdach narciarskich. W ubiegłym roku w ten sposób podróżowało już 28 proc. narciarzy, czyli o 6 proc. więcej niż w poprzednim sezonie. Biura podróży zapewniają hotele z wyżywieniem, dostęp do wypożyczalni sprzętu, skipassy w atrakcyjnych cenach, a niektóre nawet gwarancję śniegu – klienci uzyskują prawo do zmiany rezerwacji, jeżeli w wybranym regionie na 7 dni przez przyjazdem nie będzie działało 75 proc. wyciągów.

Polskie miasta mają do wykorzystania miliardy złotych na sieci tramwajowe. Wyzwaniem nie tylko jakość taboru, lecz także oferta dla pasażera

W nowej perspektywie UE stawia na rozwój sieci tramwajowych w miastach. Polskie samorządy będą miały do wydania 13 mld zł na ten cel. Jak podkreśla Adrian Furgalski, są już plany na wydanie znacznej części tej kwoty. To m.in. modernizacja istniejących sieci, budowa nowych oraz zmiany w taborze. Największym wyzwaniem będzie jednak przygotowanie kompleksowej oferty dla pasażerów – z tym miasta mają wciąż duży problem.

Z ponad 80 mld euro, jakie Polska ma dostać w ramach polityki spójności z unijnego budżetu na lata 2014-20, część pieniędzy ma być przeznaczona na poprawę transportu publicznego.

Samorządy już dokonały bardzo dużych inwestycji w tramwaje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Prawie 40 proc. sieci tramwajowych zostało zmodernizowane, a 40 proc. taboru wymienione. Teraz stoją niejako pod przymusem Unii Europejskiej wydatkowania co najmniej 13 mld zł wyłącznie na tramwaje. Już w tej chwili są projekty i plany na około 11 mld.

Jak podkreśla, obejmują one m.in. zakup 600 nowych tramwajów, budowę ok. 100 km nowych linii – również nowych, zupełnie od zera, np. w Jaworznie na Śląsku, oraz modernizacja 200 km już istniejących linii.

W moim przekonaniu dwa miasta muszą nadrobić ostatni czas i to widać po projektach. To jest przede wszystkim Łódź i Górny Śląsk. Te dwa obszary odstają od takich miast, jak Warszawa, Kraków czy Poznań, które sporo zainwestowały. Jest wiele przygotowanych projektów, więc mam nadzieję, że za 5-7 lat nie będzie różnic między miastami, które dziś mają tramwaje, a tymi, które dopiero je zbudują – prognozuje ekspert z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

UE stawia na tramwaje, bo są bardziej ekologiczne, pojemne i sprawniej poruszają się po mieście niż autobusy. Wprawdzie ten rodzaj transportu jest dość kosztowny w budowie, ale relatywnie tani w eksploatacji.

W tej chwili Komisja sporo środków chce i każe przeznaczyć polskim miastom na inteligentne systemy transportowe, które będą tę komunikację uprzywilejowywać – podkreśla Adrian Furgalski. – To nie jest problem wybudować linię tramwajową. Efekt będzie jednak tylko wtedy, kiedy ten tramwaj nie utknie w korku razem z samochodami, kiedy będzie miał priorytet. W ten sposób osiągniemy zamierzony cel, a więc skłonimy ludzi do zamiany samochodu na tramwaj.

Dlatego wsparcie unijne dla nowych autobusów będzie znacznie słabsze. Jeżeli już to pieniądze znajdą się na pojazdy elektryczne.

– W większości polskich miast bardzo trudno jest wydzielić w centrach miast odrębne pasy dla autobusów, a tramwaj zazwyczaj ma wydzielone torowisko i może się przemieszczać bezkolizyjnie. Dlatego ten priorytet jest słuszny – podkreśla Furgalski.

Jak podkreśla ekspert, najważniejsza będzie jednak nie sama budowa infrastruktury i zakup taboru, lecz ich odpowiednie wykorzystanie w celu stworzenia kompleksowej oferty dla pasażerów.

Tramwaje muszą kursować w odpowiednich przedziałach czasu z odpowiednią częstotliwością, zwłaszcza w godzinach szczytu. Trzeba też zapewnić dobrą dostępność do przystanku tramwajowego czy autobusowego. Myślę, że największym wyzwaniem jest patrzenie na transport ludzi komunikacją zbiorową jako na jedną całość, a więc połączenie komunikacji wykonywanej autobusami i tramwajami z komunikacją kolejową. To w tej chwili szwankuje – mówi wiceprezes TOR.

Jako przykład podaje funkcjonujący w stolicy Wspólny Bilet Zarządu Transportu Miejskiego, Kolei Mazowieckich i Warszawskiej Kolei Dojazdowej oraz zakrojoną na znacznie szerszą skalę inicjatywę Pomorza.

Chodzi o stworzenie zarządu transportu już nie miejskiego, ale wojewódzkiego, który w ramach całego województwa pomorskiego – bo ono jako pierwsze zdecydowało się zacząć taką strukturę budować – będzie dogrywało komunikację publiczną w miastach z całym ruchem pociągów dowożących ludzi codziennie do pracy czy szkoły – mówi ekspert.

Polska motoryzacja musi walczyć o inwestorów i wspierać innowacyjność, aby się rozwijać i przetrwać na globalnym rynku

Trendy globalne a przyszłość polskiej branży motoryzacyjnej

Wydaje się, że światowa motoryzacja znajduje się obecnie na ścieżce zmian, spowodowanych dwoma czynnikami. Po pierwsze – globalizacją zasięgu produkcji i sprzedaży aut, która wymusza procesy konsolidacyjne i obniżanie kosztów, a po drugie – nowymi preferencjami konsumentów, przede wszystkim rosnącym popytem na innowacje. W tej sytuacji prawdopodobne wydaje się, że do 2020 r. obecny poziom koncentracji głównych grup producenckich będzie o połowę większy (5-6 grup), na rynkach wschodzących wzrośnie popyt na auta wyższych klas kosztem aut najtańszych, a na rynkach rozwiniętych będzie rósł popyt na auta zaawansowane technologicznie. Nie bez znaczenia pozostaje też rozwój samochodów z napędem elektrycznym – szacunki autorów raportu wskazują, że do 2020 r. „zielone auta” stanowić będą około 1/3 sprzedaży na rynkach rozwiniętych i około 1/5 sprzedaży w miastach krajów rozwijających się.

Udział Polski w światowej produkcji motoryzacyjnej (pod względem ilościowym) jest dziś znikomy (0,7 proc. w 2013 r.) i malał w ostatnich kilku latach – przede wszystkim z powodu spadku produkcji aut osobowych (w 2013 r. zaledwie 475 tys. sztuk, tj. o połowę mniej niż w 2008 r.).Jeśli nie uda się zwiększyć popytu na polską produkcję, Polska będzie dalej tracić udział w produkcji aut na rzecz innych krajów w regionie.

Jeśli chcemy, aby polski sektor motoryzacyjny rozwijał się w zrównoważony sposób, poprzez produkcję części do aut i akcesoriów, jak również samochodów, to należy podjąć walkę o inwestorów i wspierać nowoczesne inwestycje, mówi Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska. Niestety w ostatnich latach, inwestorzy z sektora motoryzacyjnego preferowali kraje inne niż Polska, pomimo m.in. dobrej oceny działających w naszym kraju specjalnych stref ekonomicznych, poprawy sieci transportowej i porównywalnych kosztów produkcji, w tym kosztów pracy. Możliwe, że brakującym bodźcem dla inwestycji zagranicznych w Polsce jest słaby popyt wewnętrzny na nowe auta z powodu nadmiernego importu używanych samochodów. Może to świadczyć o tym, że w Polsce instrumenty polityki fiskalnej nie są wykorzystywane równie efektywnie dla wspierania zakupów nowych i ograniczania importu starych aut, jak ma to miejsce w innych krajach.

Branża motoryzacyjna a PKB Polski

Produkcja i eksport polskiego przemysłu motoryzacyjnego są silnie powiązane z produkcją sektora auto-moto w krajach Unii Europejskiej. Według modelu opracowanego przez Deloitte widać silne zależności pomiędzy eksportem polskich części a dynamiką produkcji sektora motoryzacyjnego u głównych partnerów handlowych Polski, a także eksportem samochodów wyprodukowanych przez głównych partnerów handlowych Polski. W tym kontekście dynamikę produkcji przemysłu motoryzacyjnego można postrzegać jako wskaźnik koniunktury w Polsce i Unii Europejskiej.

– Według naszych wyliczeń, w wyniku jednorazowego wzrostu dynamiki PKB w Polsce o 1 pkt proc. i towarzyszącego mu wzrostu PKB w UE, dynamika produkcji sektora motoryzacyjnego w Polsce w tym samym roku rośnie o ok. 6,7 pkt. proc. Natomiast w długim okresie skumulowany wpływ zmian koniunktury wynosi ok. 3,3 pkt. proc., mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Business Consulting.

Obraz polskiego sektora motoryzacyjnego

Sektor motoryzacyjny, szeroko rozumiany jako produkcja pojazdów oraz handel i naprawy, stanowi 7,8 proc. polskiej gospodarki, z czego bezpośrednio przemysł motoryzacyjny to 4,4 pkt. proc., a kolejne 3,4 pkt. proc. to dostawcy – powiązani poprzez łańcuch zaopatrzeniowy i dochodowy. Motoryzacja daje pracę ok. 800 tys. osób (ok. 6 proc. ogółu pracujących) – to niemal dwukrotnie więcej niż np. w sektorze energetycznym (3,3 proc. ogółu zatrudnionych) i długookresowo widać, że tendencja jest wzrostowa – pomimo skutków globalnego kryzysu finansowego.

Średnie zarobki w sektorze motoryzacyjnym są dość zróżnicowane – w zależności od poszczególnych segmentów tej branży. Najwięcej zarabiają zatrudnieni w segmencie produkcji samochodów osobowych i silników (odpowiednio 7,3 i 7,7 tys. zł wobec 5,2 tys. zł w całym sektorze przedsiębiorstw). W branżach produkujących części i akcesoria zarobki są już niższe (3,7 tys. zł w przypadku wyposażenia elektrycznego i elektronicznego, 5,1 tys. zł – w przypadku pozostałych części). W działach handlowych najwięcej zarabiają handlujący pojazdami (5,2 tys. zł w przypadku samochodów osobowych, 6,5 tys. zł – dla pozostałych), relatywnie mniej – handlujący częściami samochodowymi (w handlu hurtowym: 4,8 tys. zł i 3,7 tys. zł w handlu detalicznym). W ostatnich kilku latach najszybciej rosły wynagrodzenia w branżach notujących najlepszą koniunkturę, tj. produkującej silniki, a także części i akcesoria oraz w handlu hurtowym częściami.

– Warto zauważyć, że w skali całej polskiej gospodarki udział kosztów pracy w wytworzonej wartości dodanej jest w Polsce niższy niż w krajach Unii Europejskiej, natomiast w branży motoryzacyjnej jest na poziomie bliższym średniej UE, mimo sporych różnic w poszczególnych segmentach, mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Business Consulting.

Tendencje w polskiej branży motoryzacyjnej

W Polsce produkuje się coraz mniej aut – produkcja samochodów osobowych stanowi niecałe 26 proc. całej produkcji sektora motoryzacyjnego. Z drugiej strony – coraz większą rolę odgrywa wytwarzanie części i akcesoriów, które stanowi już prawie 53 proc. produkcji sprzedanej. W handlu pojazdami dominuje sprzedaż samochodów osobowych i furgonetek (50 proc. zrealizowanej marży), ale ze stopniowo malejącym udziałem. Dynamicznie rośnie natomiast rola handlu częściami samochodowymi i akcesoriami (32 proc.).

Produkcja sektora motoryzacyjnego w ogromnej większości trafia na eksport – w ubiegłym roku było to aż 18,7 mld EUR, co stanowiło 12 proc. całego polskiego eksportu. Największymi „hitami” eksportowymi są części i akcesoria (76 proc. produkcji trafia na eksport) oraz samochody osobowe (89 proc.). Głównym odbiorcą polskiej branży motoryzacyjnej są kraje Unii Europejskiej – trafia tam blisko 80 proc. eksportu. Z grona państw UE największym odbiorcą pozostają Niemcy, choć udział eksportu na ten rynek spadł z 50 proc. jeszcze dekadę temu, do 29 proc. obecnie.

– Spadek polskiego eksportu na rynek niemiecki jest z powodzeniem rekompensowany przez wzrost eksportu do innych krajów, m.in. Wlk. Brytanii, Słowacji, Włoch, Szwecji czy Belgii. Jest on na tyle duży, że pozycja polskiej produkcji na rynkach Unii Europejskiej jest bardzo silna, a w wielu przypadkach wypiera import z innych krajów unijnych – głownie z Francji, a także z Chin i Turcji. Dotyczy to zwłaszcza rynku części i akcesoriów w Niemczech i we Włoszech, mówi Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska.

W ostatnich latach zaobserwować można było jednak wyhamowanie tempa eksportu samochodów osobowych, co spowodowane było kryzysem gospodarczym w roku 2009, po którym nastąpiła stagnacja. – Mimo, iż w ostatnich latach tempo eksportu samochodów osobowych wyhamowało, to Polska sprzedaje za granicę coraz droższe samochody – warte średnio prawie 10 tys. EU za sztukę, co świadczy o ich rosnącej jakości, dodaje prezes Tomaszewski.

Rezolucja PE uderzy w polskie rafinerie

Przyjęcie przez Parlament Europejski rezolucji Komisji ds. Środowiska dotyczącej metodyki wyliczania emisji gazów cieplarnianych w cyklu życia paliw silnikowych, doprowadzi do dyskryminacji ropy rosyjskiej, która jest głównym surowcem przerabianym w polskich rafineriach. Dlatego Konfederacja Lewiatan apeluje do europosłów o głosowanie przeciwko tej rezolucji.

W 2009 r. na dostawców paliw silnikowych nałożono obowiązek redukcji intensywności emisji gazów cieplarnianych w całym cyklu życia paliw o 6 proc. do 2020 roku w stosunku do poziomu z 2010 roku. Dostawcy paliwa zostali zobowiązani do sporządzania sprawozdań i wykazywania emisji gazów cieplarnianych związanych z dostarczanym przez nich paliwem. Metodykę obliczania intensywności emisji gazów cieplarnianych w całym cyklu życia paliw innych niż biopaliwa pozostawiono do opracowania Komisji Europejskiej w ramach procedury komitetowej.

– Po 4 latach dyskusji i w oparciu o liczne analizy, w październiku br., Dyrekcja Generalna ds. Działań w dziedzinie Klimatu KE przedstawiła kompromisowy projekt metodyki, której zasadniczym elementem było przyjęcie europejskiej średniej ważonej wartości emisyjności rop naftowych obliczonej w oparciu o aktualne dane o gatunkach i strukturze rop przerabianych w UE. Przedstawione rozwiązanie w wyważony sposób uwzględnia wymogi ochrony klimatu, utrzymania konkurencyjności europejskiego przemysłu rafineryjnego oraz racjonalności systemu sprawozdawczego – mówi Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

Projekt Komisji Europejskiej został zaakceptowany przez Komitet Stałych Przedstawicieli państw członkowskich. Stanowisko Polski jest zgodne z postulatami Konfederacji Lewiatan, BUSINESSEUROPE oraz organizacji branżowych zgłaszanymi już w 2011 roku. Pod wpływem przedstawianych przez przemysł rafineryjny i kraje członkowskie argumentów, KE odstąpiła od opcji różnicowania benzyn i olejów napędowych w zależności od użytego do ich produkcji surowca, tj. przypisania arbitralnej wielkości emisji trzem klasom gatunków ropy naftowej: tzw. konwencjonalnej, asfaltów naturalnych (ropy z piasków roponośnych) i ropy łupkowej. Ta opcja była forsowana jako sposób na zahamowanie importu do Europy wyżej emisyjnej ropy z piasków bitumicznych. W 2013 roku import ten stanowił zaledwie 0,5 proc. całości sprowadzanej do UE ropy.

Niestety, Komisja ds. Środowiska PE przyjęła rezolucję odrzucającą kompromisowy projekt. Będzie ona poddana pod głosowanie plenarne Parlamentu Europejskiego na posiedzeniu 15-18 grudnia 2014 r.

Jeśli byłaby przyjęta, to cały proces sprawozdawania i weryfikacji emisji przez producentów bardzo się skomplikuje: dostawcy paliw będą musieli śledzić pochodzenie każdej baryłki przerobionej ropy. To co dodatkowo budzi poważne zaniepokojenie Lewiatana, to możliwość dywersyfikacji na kolejnym etapie także pochodzenia rop konwencjonalnych. Jeśli tak się stanie, to prowadzić może do dyskryminacji ropy rosyjskiej, która jest głównym surowcem przerabianym w rafineriach PKN Orlen i pozostałych polskich rafineriach. Ropa ta charakteryzuje się wskaźnikiem emisyjności CO2 wyższym od wskaźnika emisyjności ropy używanej przez rafinerie w EU15, ale, w wyniku historycznych zaszłości, polskie rafinerie są przystosowane technologicznie do przerobu jedynie tej ropy.

Konfederacja Lewiatan

 

Kampania informacyjna dla płatników

0

Od 1 stycznia 2015 r. wchodzą w życie nowe przepisy mające zastosowanie do dochodów uzyskanych od 1 stycznia 2014 r. Aby wiadomość o zmianach dotarła do wszystkich zainteresowanych, Ministerstwo Finansów rozpoczyna 10 grudnia kampanię informacyjną.

Wprowadzone zmiany nakładają na płatników i inne podmioty, które mają obowiązek sporządzania i przekazywania informacji o dochodach osób fizycznych nowy, wyłącznie elektroniczny sposób przesyłania do urzędów skarbowych deklaracji, informacji i rocznych obliczeń podatku za osoby fizyczne np. za pracowników. Formularze te powinny być przesyłane do urzędów skarbowych w formie dokumentu elektronicznego opatrzonego podpisem elektronicznym.

Obowiązująca od nowego roku nowelizacja ustawy nakłada nowe obowiązki m.in. według kryterium, czy płatnicy sporządzają i przekazują imienne informacje o wysokości dochodów podatników podatku dla więcej lub nie więcej niż pięciu podatników (osób fizycznych) i w zależności od tego, czy tych informacji w ich imieniu nie składa biuro rachunkowe.

Ministerstwo Finansów wychodząc naprzeciw potrzebom informacyjnym związanym ze zmianami rozpoczyna dzisiaj, tj. 10 grudnia br. akcję informacyjną dla płatników.

Jej elementem będą:

  • kampania radiowa – prowadzona w stacjach ogólnopolskich i lokalnych w dwóch odsłonach: od 10 do 19 grudnia 2014 r. oraz od 7 do 21 stycznia 2015 r.,
  • spotkania dla przedsiębiorców/płatników – organizowane w całym kraju przez administrację podatkową (izby i urzędy skarbowe),
  • zakładka Dla płatników na portalu podatkowym – ze szczegółami wprowadzanych zmian, możliwością testowania Uniwersalnej Bramki Dokumentów do składania deklaracji elektronicznych oraz wsparciem technicznym,
  • infolinia dla płatników – uruchomiona w ramach Krajowej Informacji Podatkowej.

Zachęcamy do korzystania ze wskazanych powyżej źródeł informacji przybliżających zmiany w składaniu wybranych formularzy.

Więcej informacji na www.portalpodatkowy.mf.gov.pl w zakładce Dla Płatników.

Rok 2015 będzie czasem intensywnych inwestycji w budowę farm wiatrowych. Wiele firm chce zdążyć z ich budową przed końcem przyszłego roku

CEO Magazyn Polska

Polska energetyka wiatrowa rozwija się dynamicznie. Co roku wytwarzana przez nią moc zwiększa się o co najmniej 0,5 GW. Wielu inwestorów chce zdążyć z budową farm wiatrowych przed wejściem w życie nowej ustawy o odnawialnych źródłach energii.

Do roku 2020 zgodnie ze strategią energetyczną Unii Europejskiej co najmniej 20 proc. wytwarzanego w Polsce prądu powinno pochodzić z odnawialnych źródeł energii: elektrowni wodnych, biogazowni, farm fotowoltaicznych oraz właśnie z generatorów wiatrowych. To oznacza, że OZE powinny produkować wedle różnych szacunków 7-10 GW mocy. Obecnie istniejące produkują ok. 4 GW. Jedną z nowych farm o mocy 90 MW buduje Alstom. Dla tego międzynarodowego koncernu to pierwsza tego typu inwestycja w naszym kraju, ale nie ostatnia.

Startujemy w następnych przetargach organizowanych przez polskie grupy oraz inwestorów prywatnych mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mirosław Kowalik, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Alstom Power w Polsce. Liczymy na to, że będą następne projekty, czyli polska energetyka wiatrowa będzie dalej tak dynamicznie się rozwijała, instalując od 500 do 800 MW rocznie nowych mocy.

Alstom deklaruje, że chce wzmocnić swą pozycję w Polsce, chce walczyć o nowe kontrakty.

Energetyka wiatrowa obecnie chyba jest jednym z kół napędowych, bo wiele firm chce zrealizować swoje inwestycje przed końcem 2015 roku – ocenia Mirosław Kowalik. Wierzymy, że w następnych projektach będziemy znowu odgrywać istotną rolę i nasza technologia, która w wielu przypadkach jest stworzona do działania w takich warunkach wiatrowych, jakie mamy w Polsce, spełni oczekiwania naszych klientów.

Obecnie jest wiele przetargów, które są w trakcie finalizacji. Inwestorzy chcą zdążyć z postawieniem farm przed wejściem w życie nowej ustawy o OZE. W dokumencie zapisano bowiem, że od 2016 roku obowiązywać będą mniej korzystne warunki handlu zieloną energią. Dziś uzyskane dzięki jej produkcji certyfikaty można sprzedawać zyskownie na giełdzie. Elektrownie, które powstaną po wejściu w życie ustawy, będą musiały startować w przetargach na dostawy, w których wygra ten, kto zaoferuje najtańszy prąd. Ustawa znajduje się obecnie w sejmie, który prace nad dokumentem zamierza zakończyć do końca grudnia.

– Dla Alstomu rynek polski był, jest i będzie bardzo istotny podkreśla dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Alstom Power w Polsce. Gdy się patrzy na zmiany, jakie niesie nam otoczenie, na pewne formuły dotyczące polityki energetycznej i spełnienia wymagań klimatycznych, na nasz miks energetyczny, to widać, że powstają nowe możliwości dla Polski.

Gdyby nie zmieniły się bowiem przepisy, Polska musi wytwarzać coraz więcej energii powstającej z minimalnymi szkodami dla środowiska. Dla firm z branży najbliższych kilka lat stwarza ogromne możliwości zarobku.

Alstom patrzy z nadzieją na ten obszar rynku –  zaznacza dyr. Mirosław Kowalik z Alstom Power w Polsce. – Jesteśmy zainteresowani uczestnictwem w przetargach na energetykę wiatrową oraz myślmy również o przyszłości energetyki jądrowej. I podchodzimy do tego nie tyle z zaciekawieniem, ile z wielką uwagą ze względu na naszą pozycję w energetyce jądrowej w części konwencjonalnej.

Konferencja „Dyscyplina finansów publicznych w dziesięć lat po uchwaleniu ustawy – stan obecny i kierunki pożądanych zmian” w grudniu 2014 r.

Ministerstwo Finansów informuje, że 17 grudnia 2014 r. w budynku Ministerstwa Finansów odbędzie się konferencja pt. „Dyscyplina finansów publicznych w dziesięć lat po uchwaleniu ustawy – stan obecny i kierunki pożądanych zmian”.

Konferencja będzie okazją do wymiany doświadczeń i ma przyczynić się do efektywniejszego funkcjonowania systemu odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

Organizatorem konferencji jest Ministerstwo Finansów. Wezmą w niej udział wyłącznie zaproszeni goście, to jest osoby związane z procesem dochodzenia odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Wśród zaproszonych gości są w szczególności: Prezes Najwyższej Izby Kontroli, Prezes Urzędu Zamówień Publicznych, Prezesi Regionalnych Izb Obrachunkowych, członkowie Głównej Komisji Orzekającej w Sprawach o Naruszenie Dyscypliny Finansów Publicznych, zastępcy Głównego Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych, rzecznicy dyscypliny finansów publicznych oraz inne osoby o uznanym dorobku naukowym lub zawodowym związanym z przedmiotem konferencji.

Konferencja „Skuteczny komitet audytu: wzmacnianie kontroli, zarządzanie ryzykiem i poprawa sprawozdawczości finansowej” w styczniu 2015 r.

16 stycznia 2015 r. w budynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie odbędzie się konferencja pt. „Skuteczny komitet audytu: wzmacnianie kontroli, zarządzanie ryzykiem i poprawa sprawozdawczości finansowej”, organizowana przez Komisję Nadzoru Audytowego we współpracy z Bankiem Światowym.

Celem konferencji jest wsparcie członków komitetów audytu w realizacji ich funkcji w sposób bardziej skuteczny oraz poprawa komunikacji i współpracy między komitetami audytu a biegłymi rewidentami, organami regulacyjnymi i interesariuszami.

Program konferencji stanowi rozwinięcie wydarzenia zorganizowanego przez Komisję Nadzoru Audytowego i Bank Światowy w dniu 10 stycznia 2013 r. pod nazwą „Komitet Audytu: Kluczowe ogniwo w sprawozdawczości finansowej i procesie rewizji finansowej”. Ówczesny program oferował spojrzenie z różnych perspektyw oraz wgląd w role i zakres odpowiedzialności komitetu audytu. Niniejszy program będzie koncentrował się bardziej na praktycznych aspektach pracy komitetu audytu, oferując informacje oraz narzędzia wspierające je w lepszej realizacji zadań oraz skuteczniejszym przyczynianiu się do wzrostu spółek giełdowych.

Adresatami konferencji są przede wszystkim członkowie komitetów audytu, członkowie rad nadzorczych, dyrektorzy finansowi oraz inni przedstawiciele wyższej kadry kierowniczej, którzy współpracują z komitetami audytu, inwestorzy, biegli rewidenci, prawnicy oraz przedstawiciele innych zawodów pełniący funkcje doradcze dla komitetów audytu.

W uroczystości otwarcia konferencji weźmie udział Pani Dorota Podedworna-Tarnowska, podsekretarz stanu w MF, przewodnicząca Komisji Nadzoru Audytowego. Jako prelegenci wystąpią także dwaj inni członkowie Komisji Nadzoru Audytowego, Pani Ewa Jakubczyk-Cały i Pan Piotr Kamiński.

NIK o realizacji Projektu Ochrony Przeciwpowodziowej

Projekt Ochrony Przeciwpowodziowej dla Odry okazał się zbyt trudny do zakończenia w pierwotnym terminie. Z uwagi na problemy związane z kluczowymi inwestycjami: Modernizacją Wrocławskiego Węzła Wodnego i budową Zbiornika Racibórz (które miały zostać oddane do użytku już w 2008 r. i w 2011 r.), w ocenie NIK, zagrożony jest nawet kolejny termin zakończenia Projektu – grudzień 2017. W konsekwencji powstałych opóźnień wykonane dotychczas prace ani nie chronią przed skutkami wezbrań podobnych do tych z lipca 1997 r., ani nie eliminują ryzyka skutków powodzi o skali takiej jak w 2010 r.

Najwyższa Izba Kontroli już po raz szósty zbadała realizację Projektu Ochrony Przeciwpowodziowej w dorzeczu rzeki Odry. Wyniki dotychczasowych kontroli wykazały w latach 2007-2012 niski poziom wykonania zadań założonych w Projekcie. NIK wskazywała m.in. na konieczność przyśpieszenia realizacji Projektu. W ocenie Izby zakończenie Projektu w terminie do dnia 31 maja 2014 r. było zagrożone. W związku z narastającymi opóźnieniami wskazywano także na zagrożenie utraty dofinansowania ze środków Unii Europejskiej.Stan realizacji zadań Projektu na koniec 2013 r. nie był zadowalający. Pomimo upływu niemal całego  czasu pierwotnie przewidzianego na realizację Projektu oraz zawarcia dziewięciu kontraktów na wykonanie i prowadzenie robót, poniesione dotychczas wydatki utrzymywały się na niskim poziomie i stanowiły niespełna ¼  planowanych całkowitych kosztów. Na przestrzeni 2013 r. nie zdołano nadrobić dotychczasowych, trzyletnich, opóźnień, związanych z realizacją dwóch kluczowych zadań: budową Zbiornika Racibórz oraz Modernizacją Wrocławskiego Węzła Wodnego.

Powstałe opóźnienia spowodowały konieczność przesunięcia daty zakończenia Projektu z maja 2014 r. na grudzień 2017 r. Niemniej jednak, w ocenie NIK, istnieje zagrożenie niedotrzymania również tej daty, głównie z uwagi na problemy związane z budową Zbiornika Racibórz.

Dotychczasowa zwłoka w realizacji Projektu dla Odry skutkuje wzrostem koszów jego wykonania: z kwoty 505 mln euro do kwoty 749,6 mln euro. Brakujące 244 mln euro będą musiały zostać pokryte ze środków budżetu państwa.

W badanym przez NIK okresie powstały kolejne opóźnienia mające realny wpływ na niezakończenie budowy Zbiornika Racibórz i części zadań Modernizacji Wrocławskiego Węzła Wodnego w terminach przewidzianych kontraktami.

Istotne zastrzeżenia kontrolerów dotyczyły działań Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Gliwicach w zakresie budowy Zbiornika Racibórz. Kontrakt na roboty budowlane Zbiornika zawarto w I półroczu 2013 r. Mimo tego zaawansowanie prac na koniec 2013 r. wyniosło zaledwie 4 % i stan ten nie uległ zasadniczym zmianom do końca kwietnia 2014 r. Podczas sześciu i pół roku realizacji Projektu wydatki na prace budowlane Zbiornika Racibórz zamknęły się w kwocie 140 mln, przy czym była to głównie  zaliczka wypłacona wykonawcy na rzecz jego mobilizacji. Zarząd Gospodarki Wodnej w Gliwicach dopuścił do realizacji części robót budowalnych bez wymaganych projektów wykonawczych oraz szczegółowych programów zapewnienia jakości, co, zdaniem NIK, może mieć negatywny wpływ na trwałość i bezpieczeństwo inwestycji. W 2013 r. powstały kolejne opóźnienia zagrażające nowemu terminowi zakończenia tego zadania określonego w umowie z wykonawcą na 9 stycznia 2017 r. W ocenie NIK ryzyko  kolejnego przesunięcia daty zakończenia budowy Zbiornik Racibórz nawet poza rok 2017 jest bardzo realne.

W ramach Modernizacji Wrocławskiego Węzła Wodnego do końca 2013 r. zawarto osiem z dziesięciu wymaganych kontraktów na realizację robót budowlanych. Dotychczasowe, łączne wydatki wyniosły zaledwie 22% przewidywanych całkowitych kosztów. Opóźnienia w postępach robót budowlanych wystąpiły przy realizacji siedmiu z ośmiu zawartych kontraktów, przy czym największe z nich dotyczyły dwóch zadań realizowanych przez Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej we Wrocławiu, dotyczących modernizacji murów oporowych, kanałów i budowli hydrotechnicznych. Opóźnienia te były na tyle istotne, iż uniemożliwiają realizację tych zadań w uzgodnionych terminach. Z danych pozyskanych już po zakończeniu kontroli wynika, iż według stanu na koniec września 2014 r. przesunięte zostały terminy zakończenia wszystkich czterech kontraktów realizowanych przez Zarząd we Wrocławiu. Czas realizacji wydłużono od dwóch do siedmiu miesięcy.  Ponadto do końca 2013 r. na przebudowę kanału przeciwpowodziowego w dolinie Widawy (realizowanego w ramach Modernizacji) nie zawarto żadnego z dwóch kontraktów, ani nie uzyskano nawet stosownych pozwoleń na realizację, a tym samym nie rozpoczęto żadnych prac.W stosunku do pierwotnie planowanych terminów rozpoczęcia robót na rzece Widawie opóźnienia wyniosły już ponad 36 miesięcy.

Główną przyczyną dotychczasowych opóźnień były przedłużające się procedury administracyjne, opóźnienia w projektowaniu i przygotowywaniu dokumentacji, złe zarządzanie kontraktem ze strony wykonawców, długi okres mobilizacji, niskie zaangażowanie niektórych wykonawców robót w realizację inwestycji, a także nieprawidłowa organizacja robót oraz nieterminowe przedkładanie przez konsultantów wsparcia technicznego stosownych dokumentów.

NIK ostrzega, że dalsze nawarstwianie opóźnień powoduje ryzyko niezakończenia Modernizacji Wrocławskiego Węzła Wodnego do połowy grudnia 2015 r., co stwarza zagrożenie konieczności zwrotu do budżetu Unii Europejskiej środków w wysokości nawet 689,9 mln zł.

Opóźnienia w realizacji Projektu skutkują również wzrostem kosztów obsługi zaciągniętej pożyczki z Banku Światowego i kredytu z Banku Rozwoju Rady Europy oraz opłaty za gotowość środków.  Na koniec 2013 r. koszty obsługi wyniosły ponad 20 mln zł, przy czym sama opłata za gotowość do wypłaty środków z BŚ kosztowała blisko 2 mln euro.

NIK pozytywnie oceniła sposób wydatkowania w 2013 r. ponad 334 tys. zł przeznaczonych na realizację zadań Projektu. Wydatki poniesione zostały zgodnie z celami i zasadami realizacji, wynikającymi z wymagań przewidzianych procedurami Banku Światowego.

W terminie przewidzianym w kontrakcie zakończono „Modernizację obwałowania Blizanowice – Trestno” – zaledwie jedno z sześciu zadań realizowanego przez Dolnośląski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych.

KBJ notuje bardzo dobre wyniki finansowe i zapowiada inwestycje w rozwój usług, m.in. w chmurze obliczeniowej

0

CEO Magazyn Polska

Po ubiegłorocznym podwojeniu zysku notowana na parkiecie NewConnect spółka technologiczna KBJ zapowiada rekordowe wyniki finansowe za IV kwartał. Jak tłumaczy Artur Jedynak, prezes spółki, będą one wynikiem bogatego programu inwestycji, w tym poszerzenia działalności o własne usługi oferowane w modelu SaaS chmury obliczeniowej. Ujemne przepływy gotówkowe wynikają głównie z modelu finansowania prac, który oparty jest o kapitał własny przedsiębiorstwa.

W ostatnim kwartale obserwujemy duży wzrost wyników finansowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Artur Jedynak, prezes zarządu KBJ. – Jest on wynikiem dosyć intensywnego zwiększenia przychodów ze sprzedaży. To z kolei efekt ciągłego rozwoju firmy, pracy nad nowymi umowami, inwestycjami i pozyskiwanie nowych klientów. W br. dodatkowo mieliśmy bardzo dużo inwestycji w marketing, promocję i własne produkty. Staramy się utrzymać równowagę pomiędzy tym, co inwestujemy w firmę, a jakie pokazujemy wyniki. W ubiegłym roku mieliśmy świetne rezultaty rok do roku, zanotowaliśmy wzrost o 100 proc. W tym roku wyniki także będą w porządku.

W 2013 roku KBJ miał 10,33 mln zł przychodów, o 60 proc. więcej niż rok wcześniej i niemal 816 tys. zł zysku netto wobec 425 tys. rok wcześniej. W III kwartale 2014 roku przychody wyniosły 2,7 mln zł, a zysk netto 587 tys. zł (wzrost o ponad 160 proc. rok do roku).

Obecnie, jak informuje prezes spółki KBJ, ponad jedna trzecia przychodów (ok. 35 proc.), pochodzi z eksportu, czyli prac na rzecz klientów zagranicznych z przemysłu, usług, mediów, bankowości i sektora publicznego.

Praktycznie każda branża jest reprezentowana w naszym katalogu klientów – zauważa Artur Jedynak. – W ubiegłym roku pracowaliśmy dla klientów ze Szwecji, Szwajcarii, Włoch, ogólnie Europy Zachodniej. Dodatkowo pozyskaliśmy również bardzo ciekawego klienta z Rosji. Dla tych odbiorców pracujemy w obrębie systemu SAP [zintegrowany system informatyczny, który daje dostęp do danych we wszystkich obszarach działalności przedsiębiorstwa – red.] i nasze przychody dotyczą świadczenia usług. Wykonujemy tam głównie projekty wdrożeniowe, rozwijamy systemy i utrzymujemy. Nie planujemy za granicą sprzedaży naszych produktów czy szczególnych rozwiązań. Prowadzimy po prostą podstawową działalność operacyjną. Jedynie w przypadku klienta rosyjskiego realizujemy projekt wdrożeniowy.

W ciągu najbliższych kilku tygodni przedsiębiorstwo uruchomi, jak zapowiada Jedynak, własne rozwiązania w modelu SaaS (z ang. Software as a Service – oprogramowanie jako usługa) chmury obliczeniowej.

Pracujemy nad tymi rozwiązaniami od około dziewięciu miesięcy, obecnie jesteśmy na etapie zaawansowanych testów i od razu po ich zakończeniu będziemy uruchamiać je dla kilku tysięcy pracowników – precyzuje Jedynak. – Nie czekamy z tym rozwiązaniem. Mamy już pierwszą, dużą umowę. Będzie to dla nas klient referencyjny, ogromne pole do zdobywania doświadczeń i zaufania do systemu zarówno po stronie klienta, jak i naszej. Odbiorca nie będzie miał wyłączności na to rozwiązanie. Będziemy oferowali je także innym.

Ne wymierne efekty z tej inwestycji będzie jednak trzeba poczekać.

Zanim oprogramowanie w modelu chmury zacznie się zwracać, będą mijały kolejne kwartały – prognozuje prezes KBJ. – Dla klienta to małe, miesięczne płatności. Po drugiej stronie są to dokładnie te same pieniądze, więc nie otrzymujemy ogromnej puli środków za jednorazowe wdrożenie, tylko w niewielkich fragmentach. Zwrot zatem będzie następował stopniowo. Ale widzimy w tym ogromny potencjał i dalej będziemy inwestować w tego rodzaju rozwiązania. Mamy na uwadze organiczny rozwój firmy i wzrost skali działalności.

W przyszłym roku spółka spodziewa się także dobrych wyników finansowych.

Niedawno informowaliśmy o zawarciu dosyć dużego kontraktu dla klienta z sektora publicznego, kolejne są na bardzo zaawansowanym etapie sprzedaży – podsumowuje Artur Jedynak.

Wspomniany kontrakt to zlecenie Ministerstwa Sprawiedliwości dla konsorcjum Infovide-Matrix i KBJ na łączną kwotę brutto ponad 14 mln zł. Dotyczy on wsparcia Zintegrowanego Systemu Rachunkowości i Kadr w sądach.

Po pierwszych trzech kwartałach narastająco spółka miała 389 tys. zł zysku przy przychodach na poziomie nieco ponad 6 mln zł, z czego 2,6 mln zł uzyskała w trzecim kwartale.

Zgodnie z prognozą w całym 2014 roku przychody przedsiębiorstwa mają wynieść 9,4 mln zł, a zysk netto – 800 tys. zł. Aby to osiągnąć, w ostatnim kwartale roku sprzedaż powinna sięgnąć 3,3 mln zł, a wynik netto – ponad 400 tys. zł.

Koniec roku bez rewolucji na rynku walutowym. Złoty może się wzmocnić, ale lekko

CEO Magazyn Polska

Na rynku walutowym rewolucji w tym roku już nie będzie. Analitycy oczekują wprawdzie niewielkich zmian, ale dostrzec je będą mogli raczej ekonomiści niż konsumenci. Frank i euro mogą potanieć o 2-3 grosze.

Koniec roku jest ważnym momentem na rynkach finansowych, zwłaszcza na rynku walutowym. W tym czasie są bowiem zamykane pozycje, które były otwierane na cały kończący się rok. W praktyce obecnie przynieść to może umocnienie polskiej waluty.

– Złoty jest od presją na to, żeby być lekko kupowanym mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, dealer walutowy z DMK. – Nasza giełda też zaczyna odżywać na fali tego, co się dzieje na całym świecie, dlatego perspektywy na najbliższe dwa tygodnie są raczej lekko pozytywne i spodziewałbym się tutaj nieco umocnienia krajowej waluty, która mogłaby przyspieszyć, gdyby na giełdach dynamika wzrostu była większa, niż teraz zakładamy. Można zatem powiedzieć, że perspektywy do końca roku są raczej optymistyczne.

Na międzynarodowych rynkach walutowych widać tendencję do wzmacniania dolara i osłabiania euro. Amerykańska gospodarka ma coraz lepsze perspektywy, a Zarząd Rezerwy Federalnej sugeruje odchodzenie od polityki łatwego pieniądza. W strefie euro – przeciwnie. Europejski Bank Centralny zaczyna pobudzać wciąż słabą gospodarkę i analitycy oczekują rychłych obniżek stóp procentowych.

Największa presja na umocnienie złotego wystąpi prawdopodobnie na euro-złotym, ze względu na kurs euro do dolara zapowiada Andrzej Stefaniak. W perspektywie dwóch, trzech tygodni możemy obserwować zejście złotego o kilka groszy. Myślę, że poziom 4,12-4,13 to jest teraz taki punkt odniesienia i on może być testowany na koniec tego roku.

Referendum w sprawie rezerw złota w Szwajcarii wzbudzało może pewien niepokój wśród zadłużonych w frankach, ale jego wynik nie był specjalnym zaskoczeniem dla rynków walutowych. Zgodnie z oczekiwaniami Szwajcarzy odrzucili pomysł, by ich bank centralny zwiększył zakupy złota i odtworzył jego zapasy.

Dlatego prawdopodobnie frank będzie się zachowywał tak jak euro, czyli jeżeli euro będzie lekko traciło na wartości, to frank także będzie tracił na wartości w stosunku do innych walut prognozuje dealer walutowy z DMK. Prawdopodobnie w stosunku do złotego będą się znosić dwie siły, czyli słaby frank i lekko mocniejszy złoty i można się spodziewać spadku pary frank do złotego w okolicach 3,45 lub troszeczkę niżej na koniec roku.

Do końca roku na walutowym rynku powinien więc panować względny spokój. Grudniowe posiedzenia polskiej Rady Polityki Pieniężnej oraz Europejskiego Banku Centralnego nie przyniosły większych zmian, a na planowanym 17 grudnia posiedzeniu amerykański Fed, jak się oczekuje, zasygnalizuje co najwyżej to, czego wszyscy spodziewają się od dawna, że rozważa podwyżkę stóp procentowych w USA.

Najważniejsze wydarzenia w tym miesiącu już miały miejsce podkreśla Andrzej Stefaniak z DMK. Dlatego już żadne wydarzenie i żadne dane makroekonomiczne raczej nie będą miały wpływu na rynek, będzie się on pozycjonował na koniec roku, a większego ruchu możemy się prawdopodobnie spodziewać na początku kolejnego roku i miesiąca.

W przyszłym roku GPW chce wprowadzić kontrakty terminowe na energię

CEO Magazyn Polska

Na warszawskiej giełdzie już w przyszłym roku mogą się pojawić kontrakty terminowe na gaz i energię elektryczną. Operatorom i spółkom energetycznym nowe instrumenty umożliwią zawieranie transakcji zabezpieczających.

– Grupa Kapitałowa Giełdy Papierów Wartościowych pracuje w tej chwili nad wprowadzeniem pochodnych instrumentów finansowych opartych na cenach gazu i energii elektrycznej zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Tamborski, prezes zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Mam nadzieję, że ten segment rynku będziemy w stanie uruchomić w przyszłym roku. W tym momencie liczymy na to, że pojawią się na rynku nowi inwestorzy finansowi zainteresowani nabywaniem tego typu instrumentów.

Prezes warszawskiej giełdy spodziewa się, że w transakcjach na nowych kontraktach poza spółkami z branży energetycznej będą uczestniczyć zarówno inwestorzy finansowi, jak i indywidualni. Ma to być rynek profesjonalny, ale dostępny dla wszystkich zainteresowanych.

Potencjał wynika ze skali naszego rynku podkreśla Paweł Tamborski. – Myślę, że to jest taki punkt startowy i dobry prognostyk dla – mam nadzieję – skokowego przyrostu płynności na tym rynku. Wydaje mi się, że nasz potencjał daje nam gwarancję tego, że ten rynek spotka się z zainteresowaniem inwestorów i uczestników.

Spółki energetyczne odgrywają dużą rolę na GPW. Kapitalizacja notowanych gigantów to: 50 mld zł czeskiego CEZ-u, 38 mld zł PGE, 10 mld zł Energi, 9,5 mld zł Tauronu, a 8 mld zł Enei. To niemal 1/8 całego warszawskiego parkietu.

– To oznacza, że sektor energetyczny jest bardzo ważny dla giełdy – mówi jej prezes. – W skład WIG-energia wchodzi 9 spółek, z czego cztery duże notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie są istotnym elementem naszego rynku. Rynek kapitałowy jest bardzo ważny dla sektora energetycznego jako element możliwości finansowania planów rozwojowych i modernizacji zarówno po stronie equity, jak długu. Myślę, że tutaj to przenikanie się jest bardzo wyraźne.

Dzięki giełdzie spółki energetyczne pozyskują inwestorów, finansowanie rozwoju często w drodze plasowania obligacji.

– Rynek publiczny wymaga pewnych zachowań, wprowadzenia zasad ładu korporacyjnego, transparentności i przejrzystości – ocenia prezes Paweł Tamborski. – Myślę, że w długim terminie to się przekłada również na niższy koszt finansowania i na poprawę wyników finansowych tych spółek.

W Limie dobiega końca szczyt klimatyczny. Prof. Jerzy Buzek: UE jako samotny biegacz nie rozwiąże globalnych problemów klimatu

Globalne cele ograniczania emisji dwutlenku węgla powinny być bardziej ambitne, na wzór europejskich, ale powinny uwzględniać różnice miedzy krajami rozwiniętymi a rozwijającymi się – uważa były przewodniczący Parlamentu Europejskiego prof. Jerzy Buzek. Dobiegający końca szczyt w Limie ma na celu przygotowanie zarysu globalnego porozumienia, które zastąpi protokół z Kioto.

Podczas październikowego unijnego szczytu klimatycznego Polska i inne kraje, które dopiero gonią Zachód, uzyskały sporo przywilejów: wydłużenie bezpłatnych pozwoleń na emisję czy dofinansowanie przebudowy energetyki.

Pamiętajmy, że pakiet klimatyczny może osiągnąć sukces tylko wtedy, kiedy będzie zróżnicowane stanowisko wobec każdego kraju europejskiego – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Jerzy Buzek, były polski premier i były przewodniczący Parlamentu Europejskiego. – Łatwiej jest te wysokie cele realizować Francji, Szwecji czy Danii, a znacznie trudniej Polsce. W Europie to się już widzi i to się docenia. I o to dzisiaj chodzi na świecie.

W Limie od początku grudnia obraduje globalny szczyt klimatyczny, który ma zdecydować, jak państwa świata zamierzają walczyć z nadmierną emisją gazów cieplarnianych do atmosfery. Konferencja COP20 w Peru ma za zadanie przygotować ogólny zarys globalnego porozumienia, które zostanie podpisane za rok w Paryżu. Umowa ta zastąpi funkcjonujący od 1997 roku Protokół z Kioto.

Musimy w skali świata inaczej potraktować tych, którzy się rozwijają, na przykład Chiny czy Indie, a inaczej tych, którzy są już rozwinięci, jak Stany Zjednoczone, Australia czy Kanada – podkreśla prof. Buzek. – Jeżeli takie zasady zastosujemy w skali globalnej, to jestem przekonany, że uda nam się w Limie dokonać następnego kroku do przodu, a za rok w Paryżu podpisać globalne porozumienie, które uwzględni różnicę pomiędzy krajami, ale da szansę na obronę klimatu.

Podczas kończącego się 12 grudnia szczytu w Limie może powstać rodzaj mapy drogowej – plan, zgodnie z którym państwa świata powinny zadeklarować, kto i w jakim zakresie ograniczy emisję gazów cieplarnianych.

Jeżeli będziemy dyskutowali o tym, w jaki sposób pomóc krajom słabszym gospodarczo, żeby one także spełniły ambitny program, to wtedy nam się to uda – ocenia były premier. – Z taką mapą drogową, punkt po punkcie, będziemy mogli przez 11-12 miesięcy rozwiązać wszystkie sprawy i podpisać w Paryżu globalne porozumienie. Gdyby się to nie udało, to niewątpliwie Unia Europejska musi wrócić do swoich propozycji i być może zejść z tego wysokiego pułapu ambicji klimatycznych.

W październiku Unia Europejska narzuciła sobie bardzo wyśrubowany program ekologiczny. Założono w nim, że do roku 2030 emisja CO2 w państwach wspólnoty będzie o 40 proc. niższa niż w roku 1990. Teraz chodzi o to, by reszta świata również – w miarę możliwości – podjęła równie ambitne zobowiązania.

Na pewno nie powinniśmy być jedynym obszarem, który tak mocno chroni klimat i obniża emisję, bo wtedy nie będziemy liderem, tylko samotnym biegaczem – uważa prof. Jerzy Buzek. – Lider to jest ktoś, za kim podążają inni, a jeżeli my mamy bardzo ambitny program, a inni są daleko w tyle, to już nie jesteśmy liderami, tylko samotnymi biegaczami. Jako samotny biegacz nie rozwiążemy problemów klimatycznych na Ziemi.

Szansa na kilka tysięcy miejsc pracy w przemyśle lotniczym. Dolina Lotnicza kusi inwestorów

CEO Magazyn Polska

Polska ma szansę na stworzenie tysięcy miejsc pracy w przemyśle lotniczym. Wszystko dzięki dużym przetargom, które mogą przyciągnąć nowych inwestorów. Duże możliwości daje zainteresowanie się Polską europejskiego koncernu Airbus. Dzięki nowym inwestycjom nasz kraj może wskoczyć do pierwszej dziesiątki światowych potęg lotniczych.

Są to śmigłowce, ale również trzeba pamiętać o całym systemie antyrakietowym i obronie powietrznej. Wiąże się to z olbrzymimi pieniądzmi, które Polska wyda na rzecz firm zachodnich. W związku z tym firmy zachodnie muszą zrobić większy krok, niż taki, że ktoś chce stworzyć 200 miejsc pracy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marek Darecki, prezes Stowarzyszenia Grupy Przedsiębiorców Przemysłu Lotniczego „Dolina Lotnicza”. ‒ Mamy za duży tort do podziału i zbyt atrakcyjny, żeby sprzedać się za 200 miejsc pracy. To muszą być tysiące miejsc pracy.

Darecki podkreśla, że cały czas na Podkarpacie, gdzie swoje siedzibę ma Dolina Lotnicza, napływają nowi inwestorzy z zagranicy. To w większości małe i średnie firmy, ale nie brakuje także dużych inwestycji korporacyjnych. W klastrze zrzeszone są polskie przedsiębiorstwa i oddziały należące m.in. do United Technology Corporation, MTU Aero Engines, Goodricha oraz Safrana. W Polscy powstają części wykorzystywane w wielu popularnych samolotach pasażerskich na świecie, m.in. Airbusach A320 (m.in. części silników oraz dodatkowych jednostek mocy APU) oraz Boeingach 747 (części silników).

Dużą szansą na dalszy rozwój sektora są przetargi prowadzone w związku z modernizacją polskich sił zbrojnych. Darecki ocenia, że m.in. dzięki nim w Polsce zakłady może uruchomić Airbus. Europejski koncern jest już właścicielem zakładów PZL Warszawa-Okęcie.

Airbus na pewno przyjdzie. Jeżeli polski rząd rozegra to dobrze, to powinno powstać 2-3 tys. miejsc pracy – wyjaśnia Darecki.

Według niego Polska raczej nie stanie się taką potęgą lotniczą, jak Stany Zjednoczone, Francja czy Wielka Brytania, jednak ma szansę na znaczny rozwój w tym przemyśle. Darecki ocenia, że za kilka lat możemy zrównać się chociażby z Hiszpanią, która należy do współudziałowców Airbus Group. Powinno to pozwolić na znalezienie się w czołowej światowej dziesiątce w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat.

Nie ma dnia, żeby nie było nowych inwestorów, którzy przyjeżdżają na Podkarpacie, dlatego będą nowe firmy, będą powstawać nowe fabryki i to duże, korporacyjne. Co ciekawe, małe i średnie firmy lotnicze z Europy Zachodniej chcą przenieść swoje siedziby i swoje miejsca pracy do Polski, dlatego że w Polsce po pierwsze jest wyższy etos pracy, po drugie ustawodawstwo paradoksalnie okazuje się być bardziej korzystne dla przedsiębiorców. We Francji, Włoszech czy w innych krajach jest tak sztywne ustawodawstwo w zakresie prawa pracy, że przedsiębiorcy po prostu nie chcą tam więcej inwestować ‒  podkreśla prezes Doliny Lotniczej.

Darecki ocenia, że Polska musi też coraz bardziej stawiać nie tylko na produkcję, lecz także na tworzenie własnych konstrukcji i prace badawczo-rozwojowe.

Musimy nie tylko produkować, lecz także konstruować, musimy być bardziej twórczy – podkreśla Darecki. ‒ Ostatnie 12 lat spędziliśmy bardzo pracowicie, rozwijając przemysł. Ale to nie jest przemysł rozwijany tylko po to, by zwiększyć liczbę zatrudnionych, lecz także po to, by prowadzić bardziej skomplikowane procesy, w tej chwili najważniejsze są prace badawcze i rozwojowe.

Szybki kredyt na Święta? Jak uniknąć spirali zadłużenia

Święta zbliżają się wielkimi krokami, a wraz z nimi zakupowy szał. Wigilia, prezenty, to spore wyzwanie dla portfeli części polskich rodzin. Wiele osób zaciągnie świąteczne pożyczki. Dlatego radzimy jak sfinansować święta i nie wpaść w kłopoty z długami.

Boże Narodzenie to zawsze okres większych wydatków. Według firmy doradczej Deloitte na tegoroczne Święta Polacy zamierzają wydać o 13 proc. więcej niż w 2013 roku. Na wigilijną kolację, prezenty czy podróż do rodziny statystyczna rodzina przeznaczy 1160 złotych.

Do tego w grudniu sklepy kuszą świątecznymi promocjami. Wiele osób decyduje się na wzięcie pożyczki lub zaciągnięcie kredytu konsumpcyjnego. Taka szybka świąteczna decyzja kredytowa wielu osobom przypomina o minionej wigilii jeszcze przez wiele miesięcy.

Jak zatem wziąć pożyczkę w święta nie wpadając przy okazji w spiralę zadłużenia? Eksperci firmy windykacyjnej Kredyt Inkaso podpowiadają:

Kupując na raty zawsze zapłacisz więcej

Wzięcie kredytu zawsze kosztuje. Nie inaczej jest z zakupami na raty. I choć cena produktu w Święta może faktycznie być okazyjna, to cena kredytu już najczęściej taka nie będzie. Kupując na raty zapłacimy znacznie więcej niż wskazuje promocyjna cena na wystawie. Bo kredyt zawsze jest obciążony kosztami.

Dlatego przed podjęciem decyzji o zakupie na raty sprawdźmy zawsze dokładnie warunki na jakich przyjdzie nam spłacać w przyszłości pożyczkę. Nagle może okazać się, że nowy telewizor plazmowy dla rodziny, który miał kosztować np. 3 tys. złotych kupiony na kredyt będzie tak naprawdę kosztował 4 tys., a kolejka dla dziecka okaże się w rzeczywistości droższa o 500 złotych. Świąteczna promocja na kredyt przestaje z reguły być okazją, bo trzeba pokryć koszty kredytu.

Ile kosztuje kredyt

Jeśli nie chcemy przepłacić za świąteczne promocje, zawsze przed podpisaniem umowy sprawdźmy dokładnie wszystkie koszty kredytu. To właśnie na nich zarabiają banki i inne instytucje finansowe.

Zwracajmy szczególną uwagę na oferty rat nieoprocentowanych. Mogą okazać się tylko pozorną okazją. Często takie kredyty są obciążone np. obowiązkowym ubezpieczeniem. Zdarza się, że koszty takiego ubezpieczenia wynoszą nawet 40 proc. wartości kredytu. Jeśli nie wiemy dokładnie na co zwrócić uwagę sprawdzając cenę kredytu, poprośmy sprzedawcę, żeby wszystko dokładnie wyjaśnił. Mamy prawo do jasnej odpowiedzi. Spytajmy, ile dokładnie trzeba będzie oddać kredytodawcy. Zapytajmy czy jeśli raty są nieoprocentowane, to faktycznie biorąc 1 tys. złotych kredytu za rok zapłacisz tę samą kwotę? Warto przy okazji spytać o tzw. RRSO, czyli całkowity, rzeczywisty, roczny koszt kredytu. Wtedy będziemy mieli jasność, ile wydajemy np. na prezenty, które kupimy za pożyczkę.

Sprawdź różne oferty

Na rynku nie brakuje kredytodawców. Wybór jest naprawdę duży. Spokojnie możesz porównać proponowane dostępne oferty i wybrać tę najbardziej korzystną. Nie decyduj się na pierwszą, na którą trafisz. Poszukaj takiej, która najbardziej pasuje do twoich potrzeb i możliwości finansowych. Szukaj zaufanych instytucji, omijaj te o nieznanej marce i podejrzanej reputacji. Warto zwrócić też uwagę, czy pożyczka jest bardzo łatwo dostępna. Ta, choć kusząca, z reguły jest niestety także droga. A to dlatego, że pożyczkodawca wysokimi kosztami kompensuje sobie wysokie ryzyko niespłacania kredytu przez innych pożyczkobiorców.

Ile pożyczyć, by nie wpaść w tarapaty przy spłacaniu?

– Jak bardzo by nie kusiło świętowanie na raty, pamiętajmy by upewnić się, że będziemy w stanie spłacić świąteczne długi – ostrzegają specjaliści z Kredyt Inkaso. Sprawdź domowy budżet. Podsumuj zarobki i obecne obciążenia kredytowe. Na koniec uwzględnij raty planowanej pożyczki świątecznej. Jeśli w tym rachunku przychodów i wydatków łączne raty pożyczek przekraczają 50 proc. dochodów, lepiej na razie zrezygnować z kolejnego kredytu. Przekroczenie tego progu może prowadzić do pętli zadłużenia i ostatecznie bankructwa. Taka sytuacja dotyczy blisko 20 proc. osób, które mają na swoich kontach pożyczone pieniądze. Oczywiście im niższe dochody tym ostrożniejszym trzeba być rozważając zaciąganie pożyczek.

Gdy zaciągniesz pożyczkę i nie radzisz sobie ze spłatą

Zdarza się, że zaciągniemy pożyczkę i z różnych względów nie dajemy sobie rady z jej spłatą. – W takiej sytuacji najgorszym wyjściem jest unikanie kontaktu z wierzycielem i udawanie, że jakoś to będzie – podkreślają eksperci z firmy windykacyjnej Kredyt Inkaso. Dlatego powiadom wierzyciela o zaistniałym problemie. Firmie windykacyjnej zależy na odzyskaniu wierzytelności, więc będzie starała się pomóc w ułożeniu twojego planu wyjścia z długu. Pamiętaj, że możecie porozumieć się w sprawie wstrzymania odsetek, obniżenia raty albo nawet negocjować umorzenie części długu.

Czy na pewno musisz pożyczać na święta?

Polacy lubią świętować na bogato. Wiele osób nie waha się spłacać świątecznych wydatków przez długie miesiące. A może lepiej skromniej, ale na plusie? Święta to okres, w którym handlowcy kuszą zewsząd reklamami i promocjami. Często konsumenci dają się niestety skusić agresywnemu marketingowi, i to mimo braku wystarczających środków. Windykatorzy Kredyt Inkaso w trakcie swojej pracy zauważyli zależność – pożyczając przesadzamy z wydatkami, które spokojnie mogą poczekać. Telewizor, nowe AGD, to nie są produkty pierwszej potrzeby.

Może warto więc dwa razy zastanowić się przed zaciągnięciem pożyczki, czy naprawdę jest nam ona teraz potrzebna? Może dojdziemy do wniosku, że lepiej świętować skromniej, a w Nowy Rok wejść bez długów?

NIK o warunkach leczenia na oddziałach dziecięcych w szpitalach województwa warmińsko-mazurskiego

Szpitale powiatowe w warmińsko-mazurskiem mają kłopoty z zapewnieniem na oddziałach dziecięcych warunków leczenia, spełniających wymagane prawem standardy. Zastrzeżenia NIK budzi głównie nieodpowiedni stan sanitarny pomieszczeń, brak zabezpieczeń przeciwpożarowych oraz wykorzystywanie aparatury medycznej bez wymaganych przeglądów technicznych. W województwie brakuje lekarzy pediatrów, stąd trudności szpitali z zapewnieniem niezbędnej kadry medycznej.

Aż w sześciu z siedmiu skontrolowanych szpitali stan sanitarno-techniczny pomieszczeń oddziałów dziecięcych, a także miejsc przygotowywania i wydawania posiłków był niezgodny z przepisami prawa. Pomieszczenia nie były właściwie wyposażone i brakowało w nich wymaganych środków czystości. W jednym szpitalu leki nie były należycie zabezpieczone przed nieuprawnionym dostępem. Wszystkie szpitale nierzetelnie opracowały tzw. Programy dostosowania, które następnie powinny realizować. Nie przewidziały w nich np. właściwego wyposażenia izolatek czy konieczności zapewnienia możliwości obserwacji dzieci poprzez ścienne przeszklenia.

Nie we wszystkich szpitalach warunki pobytu dzieci w salach chorych były zadowalające. Na przykład, w jednym ze skontrolowanych szpitali w salach o powierzchni zaledwie 7 m2 ustawiono po dwa łóżka chorych, zaś w innym szpitalu, w sali o powierzchni 50 m2 umieszczono aż osiem takich łóżek. W niektórych szpitalach rodzicom lub opiekunom chorych dzieci nie zapewniono natomiast godziwych warunków przebywania z dziećmi w godzinach nocnych, proponując noclegi wspólnie z dzieckiem na jednym łóżku lub w salach zlokalizowanych zupełnie poza oddziałem. Część szpitali wymagała od rodziców ponoszenia kosztów takich noclegów. Nie jest to działanie niezgodne z prawem, jednak rekomendowana przez Ministerstwo Zdrowia „Europejska Karta Praw Dziecka w Szpitalu” zaleca, aby pobyt rodziców w szpitalu nie narażał ich na dodatkowe koszty.

NIK zwraca uwagę także na nieprawidłowości w wykorzystaniu urządzeń medycznych do przeprowadzania badań i zabiegów. W szpitalach były one wykonywane z użyciem aparatury nie poddanej obowiązkowym przeglądom technicznym. Takie postępowanie nie gwarantuje odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa pacjentów i personelu medycznego, może też powodować niewłaściwe odczyty parametrów zdrowotnych. Trzeba pamiętać, że w przypadku niektórych urządzeń medycznych (np. pomp infuzyjnych) ich niesprawność może być zagrożeniem dla prawidłowego przebiegu leczenia.

W trakcie kontroli okazało się, że nie wszystkie szpitale były w stanie zapewnić pełny stan medycznej obsady kadrowej. Dwa z nich miały trudności ze znalezieniem lekarzy pediatrów. Z tego powodu Narodowy Fundusz Zdrowia w umowach z tymi szpitalami w kolejnych latach obniżył wartość kontraktu.

NIK w wyniku kontroli zaleciła starostom zwiększenie wsparcia finansowego szpitali, aby były w stanie poprawić warunki leczenia pacjentów. Izba wskazała również na konieczność wzmożenia nadzoru nad tymi szpitalami przez NFZ. W związku z występującymi trudnościami w zatrudnieniu lekarzy pediatrów, Wojewodzie Warmińsko-Mazurskiemu Izba zasygnalizowała potrzebę zwiększenia liczby miejsc kształcenia podyplomowego lekarzy w tej specjalności.

J. Piechociński: Zamierzamy wspierać młode firmy technologiczne. Nowy projekt ustawy o działalności gospodarczej trafia do konsultacji

0

CEO Magazyn Polska

Do konsultacji międzyresortowych i społecznych w ciągu kilku dni trafi projekt nowej ustawy Prawo działalności gospodarczej, który ma zastąpić dotychczasową Ustawę o swobodzie działalności gospodarczej. Zmiana ma pomóc szczególnie mikrofirmom i start-upom. – Szczególnym zadaniem jest zapewnienie dostępu do kapitału i zbudowanie otoczenia biznesowego, zwłaszcza dla powstających firm – zapowiada wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński.

W ostatnich dniach kierownictwo Ministerstwa Gospodarki przyjęło założenia nowego, ważnego aktu prawnego Prawa działalności gospodarczej, o swobodzie gospodarczej wracającej duchem do ustawy Wilczka, czyli sukcesu polskiej wolności gospodarczej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Piechociński.

Chodzi o nowy projekt ustawy Prawo działalności gospodarczej, która ma zastąpić dotychczas obowiązującą Ustawę o swobodzie działalności gospodarczej. Wicepremier zapewnia, że prace nad projektem są tak zaplanowane, by ustawa weszła w życie przed końcem obecnej kadencji parlamentu, czyli w ciągu 11 miesięcy. W tym tygodniu projekt trafi do konsultacji międzyresortowych i społecznych. Jego celem jest ułatwienie działania i rozwoju zwłaszcza niedużym firmom z sektora nowoczesnych technologii.

– Globalne firmy informatyczne wchodzą na polski rynek nie ze względu na jego chłonność, lecz ze względu na takie czynniki, jak nowoczesna bankowość internetowa czy już 1,5-proc. udział Polski w światowym rynku produkcji i sprzedaży gier – przekonuje J. Piechociński.

Jak przewiduje minister gospodarki, w perspektywie 2020 r. sektor nowoczesnych usług technologicznych ICT będzie stanowił 13,5 proc. PKB.

– W ostatnich latach staliśmy się europejskim hubem sektora BPO, usług na rzecz firm globalnych, o czym świadczy stworzenie 150 tys. miejsc pracy. Dzisiaj oferujemy takie usługi w 32 językach świata, lecz za pięć lat musimy je zapewniać w co najmniej 50 językach – stwierdza wicepremier.

Zwraca też uwagę na to, że na polskim rynku działają nie tylko światowe i europejskie koncerny, nie tylko krajowi potentaci (m.in. Asseco, Comarch), lecz także mniejsze podmioty, które rosną razem z rynkiem.

– Dlatego musimy wspierać równie intensywnie także małe dopiero powstające firmy, które w ciągu 10-15 lat mogą okazać się wielkim polskim, europejskim lub nawet światowym sukcesem. Równie ważne jest mądre wykorzystanie środków w nowej perspektywie unijnej dla przedsiębiorczości, dla innowacyjności, dla sektora B+R, dla nowych technik i technologii – wymienia Piechociński.

Na poczet sektora MSP dotychczas przeznaczono 2,8 mld zł, co przynosi m.in. takie efekty. Dodaje, że należy obalać mity i neutralizwoać negatywne skojarzenia związane z przedsiębiorcami oraz próbować wykorzystać kapitał ludzki, szczególnie w sektorze ICT, oprogramowania i informatyki.

Jak zwraca uwagę Janusz Piechociński, nowe, bardziej przyjazne regulacje są niezbędne w zbliżających się nowych warunkach obecności Polski w handlowym programie stowarzyszeniowym Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi.

– Przeregulowana przepisami i kosztami administracyjnymi gospodarka europejska zderzy się z wolniejszą, bardziej rynkową, zasobniejszą w kapitał gospodarką amerykańską, która w wyniku wzrostu efektywności wydobycia gazu i ropy z zasobów łupkowych w ciągu najbliższych lat będzie miała jeszcze tańszą energię – mówi wicepremier.

Negocjacje rozpoczęły się w 2013 r. Ich celem jest wprowadzenie strefy wolnego handlu między gospodarkami UE i USA. Szacuje się, że zmiany mogą po obydwu stronach przynieść wzrost obrotów handlowych o około 200 mld euro rocznie oraz wygenerować 2,5 mln miejsc pracy.

Ponad 40-procentowy wzrost wartości Energi w pierwszym roku notowań na GPW

Energa SA obchodzi rocznicę debiutu na Giełdzie Papierów Wartościowych. Inwestorzy mają dziś powody do zadowolenia – w tym czasie wartość Spółki wzrosła o ponad 40 proc., a Zarząd konsekwenie realizuje deklaracje z okresu IPO, w tym politykę dywidendową. 

Debiut Energa SA, który miał miejsce 11 grudnia 2013 roku, poprzedzony był największą od ponad trzech lat ofertą publiczną o wartości 2,4 mld zł. Oferta zakończyła się sukcesem, a do nowych akcjonariuszy trafiło 34,18 proc. akcji spółki. Kapitalizacja Energi w pierwszym dniu notowań wynosiła 7 mld zł, rok później to niemal 10 mld zł, czyli o ponad 40 proc. więcej. W ciągu tego roku spółka awansowała do najważniejszych indeksów – początkowo do WIG40, by po chwili znaleźć się w gronie „blue chips” z WIG30, gromadzącym największe spółki z warszawskiej giełdy. Potem przyszedł czas na międzynarodowe indeksy: MSCI Poland oraz FTSE All World.

Wchodząc na parkiet warszawskiej giełdy Energa postawiła na defensywny model biznesowy, jak i najwyższą rentowność, efektywność i oszczędny plan inwestycyjny. Strategia Grupy koncentruje się na regulowanym segmencie dystrybucji, produkcji energii ze źródeł odnawialnych oraz podnoszeniu jakości obsługi klienta.

Nadrzędny cel –  tworzenie wartości dla akcjonariuszy – spółka realizuje poprzez utrzymanie  profilu działalności o niskim ryzyku biznesowym i bezpiecznej strukturze kapitału, Na systematyczną poprawę wyników wpływ ma też coraz większa efektywność funkcjowania spółki i całej Grupy. Jej kilkuletnia, głęboka restrukturyzacja oraz uporządkowanie według segmentów produkcyjnego, handlowego i usługowego, pozwoliło zmniejszyć liczbę spółek, zoptymalizować zatrudnienie, sposób i koszty funkcjowania.  Stabilną pozycję finansową spółki potwierdzają oceny ratingowe agencji Fitch i Moody’s, na poziomie odpowiednio BBB oraz Baa1.

– Źródłem naszego dotychczasowego powodzenia wśród inwestorów jest spokojny, przewidywalny model biznesowy, który pozwala nam na generowanie zysku przy niskim poziomie ryzyka. Inwestorzy cenią stabilność i przewidywalność. Dobrze też zarządzamy aktywami, w ostatnich kwartałach wykazaliśmy wysoką rentowność i kolejną poprawę efektywności biznesowej. Duże znaczenie ma także fakt, że konsekwentnie wywiązujemy się z deklaracji, jakie składaliśmy przed giełdowym debiutem, zwłaszcza w zakresie polityki dywidendowej – ocenia  Mirosław Bieliński, Prezes Zarządu Energa  SA.

Zdolność do wypłaty wysokiej dywidendy jest jedną z najistotniejszych wartości spółki. 10 czerwca ENERGA po raz pierwszy jako spółka giełdowa podzieliła się z akcjonariuszami zyskiem. Stabilna pozycja finansowa i dobre wyniki pozwoliły przekazać akcjonariuszom 414 mln zł, czyli 1 zł na akcję. Jednostkowe wyniki wypracowane po 3 kwartałach tego roku potwierdzają zdolność wypłaty wysokiej dywidendy także za rok. Zgodnie z polityką opisaną w prospekcie emisyjnym, Zarząd zamierza rekomendować wypłatę zysku na poziomie 500 mln, a w kolejnych latach kwotę wypłaconą za 2014 rok, zindeksowaną o poziom równy bądź wyższy niż stopa inflacji.

– Patrząc na wyniki Energi, jestem przekonany że jej wejście na giełdę otworzyło nowy rozdział w historii spółki i stworzyło szanse dalszego rozwoju. Mamy nadzieję, że Energa, która tak dobrze jest przyjmowana przez inwestorów, dalej będzie korzystać przy realizacji swoich planów inwestycyjnych właśnie z Giełdy Papierów Wartościowych jako atrakcyjnego źródła pozyskania kapitału na inwestycje – mówi Paweł Tamborski, Prezes Zarządu GPW.

W ciągu roku obecności na giełdzie Energa odnotowała pierwsze sukcesy: znalazła się w gronie Liderów Rynku Kapitałowego i nagrodzona została przez Giełdę Papierów Wartościowych za największą wartość oferty publicznej w 2013 r. W 15. edycji konkursu Giełdowa Spółka Roku spółka wyróżniona została przez redakcję Pulsu Biznesu, a w badaniu relacji inwestorskich spółek z WIG30 prowadzonym przez Gazetę Giełdy Parkiet, ENERGA zajęła miejsce tuż za podium, co zważywszy na krótki staż  giełdowy jest dużym osiagnięciem. We wrześniu spółka otrzymała także logo „Odpowiada inwestorom” – tytuł przyznawany przez redakcję Pulsu Biznesu spółkom, które regularnie komunikują się z inwestorami indywidualnymi w ramach prowadzonej przez dziennik „Akcji Inwestor”.

Energa  na Giełdzie:

  • Indeksy: WIG30, WIG Enegia, WIG, MSCI Poland, FTSE All World
  • Roczne maksimum: 25,27 zł
  • Roczne minimum:14.52 zł
  • Raporty analityczne: 32, w tym 16 z rekomendacją kupuj
  • Ratingi: Moody’s Baa1 – perspektywa stabilna, Fitch BBB – perspektywa stabilna

Korzystanie z wód powierzchniowych ma być płatne dla wszystkich. Resort środowiska pracuje nad nowym Prawem wodnym

0

Ministerstwo Środowiska wprowadzi zasadę odpłatności za korzystanie z wód powierzchniowych. Tego wymaga od Polski prawo unijne. Dziś z tej opłaty zwolnione są niektóre branże. W nowym Prawie wodnym znajdą się również rozwiązania mające usprawnić zarządzanie gospodarką wodną – pojawią się nowe instytucje i zasady. Ustawa ma rozwiązać także problem lokalnych podtopień.

Wprowadzamy zasadę odpłatności za korzystanie z wody. Chcemy doprowadzić do sytuacji, w której będziemy całkowicie zgodni z prawem europejskim. Oczywiście pamiętamy o wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie Niemiec, bo on doprecyzowuje zasady pobierania opłat, ale jednak ta zasada musi być w Polsce wprowadzona – mówi Stanisław Gawłowski, wiceminister środowiska.

Tego wymaga Ramowa Dyrektywa Wodna 2000/60/WE z 2000 roku, która ustanawia ramy wspólnotowego działania w dziedzinie polityki wodnej. ETS w niedawnym wyroku w sprawie KE przeciw Niemcom stwierdził, że płacić za wodę powinny firmy i branże, które negatywnie oddziałują na jej stan. Dziś z opłat za korzystanie z wód powierzchniowych zwolnione są np. firmy energetyczne, które i tak płacą za wodę na podstawie umów.

To jedna ze zmian, którą wprowadza przygotowana przez resort środowiska nowa ustawa Prawo wodne. Propozycja przepisów trafiła do konsultacji.

W Polsce od dłuższego czasu pojawiają się głosy mówiące o tym, że trzeba uporządkować zarządzanie gospodarką wodną – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Gawłowski. – Trzeba doprowadzić do sytuacji, w której na jednej rzece będzie wyłącznie jeden gospodarz. Dzisiaj możliwe jest, by kto inny zarządzał wałami przeciwpowodziowymi, kto inny – korytem rzeki, a jeszcze inny – międzywalem.

W projekcie ustawy resort proponuje ograniczenie liczby organów i instytucji z piętnastu zajmujących się żeglugą śródlądową i regionalnych zarządów gospodarki wodnej do ośmiu. Będzie to sześć urzędów gospodarki wodnej (zgodnie z podziałem Polski na układ hydrograficzny – w Szczecinie, Poznaniu i Wrocławiu oraz Gdańsku, Warszawie i Krakowie) i dwa zarządy: Dorzecza Wisły i Dorzecza Odry.

Rzeki duże, o znaczeniu ogólnokrajowym, lub graniczne będą utrzymywane przez zarządy. Pozostałe – te o znaczeniu regionalnym lub lokalnym – będą przypisane marszałkom województw. Przygotowane przepisy zwiększą rolę wojewodów w zarządzaniu tymi terenami w zakresie działań przeciwpowodziowych, m.in. realizacji koniecznych inwestycji i utrzymaniu infrastruktury przeciwpowodziowej.

Samorządy gmin przejmą odpowiedzialność za utrzymanie melioracji szczegółowych. Do tej pory melioracja szczegółowa jest zadaniem własnym właścicieli nieruchomości i jakość jej utrzymania jest bardzo słaba. Zdecydowaliśmy się również rozwiązać ten problem. Mamy świadomość, że początkowo może to budzić różnego rodzaju emocje, ale bez rozwiązania problemu związanego z melioracją szczegółową nie uda się uporządkować spraw związanych z lokalnymi podtopieniami – podkreśla Stanisław Gawłowski.

Pieniądze na ten cel mają być pozyskiwane z opłat uiszczanych do gminy przez właścicieli gruntów, którzy odniosą korzyści z urządzeń melioracji wodnych. Do końca 2020 r. gminy dodatkowo otrzymają dotacje z budżetu państwa na dofinansowanie wydatków związanych z utrzymywaniem wód i urządzeń wodnych.

Na przedświątecznym sezonie zakupowym korzystają również fast foody, kawiarnie i restauracje

Im lepiej radzi sobie gospodarka, tym chętniej Polacy jadają poza domem. IV kwartał jest wyjątkowo dobry dla barów szybkiej obsługi, kawiarni i restauracji – sprzyja im sezon zakupowy i zwiększony ruch w galeriach handlowych. Restauratorzy wierzą w siłę trwającego trendu.

Tradycyjnie III i IV kwartał to dla restauratorów lepsza połowa roku. W grudniu zwiększone obroty to efekt sezonu zakupowego przed Bożym Narodzeniem.

W naszych restauracjach rosną transakcje, co jest bardzo dobrym prognostykiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Mroczyński, dyrektor ds. strategii z AmRest, która zarządza w Polsce takimi markami, jak KFC, Pizza Hut, Burger King czy Starbucks.

Większy ruch w restauracjach i fast foodach to jednak nie tylko efekt sezonowy. Coraz większa zamożność społeczeństwa i zmiana przyzwyczajeń powodują, że Polacy chętniej jadają poza domem.

Branża jest bardzo mocno skorelowana ze wzrostem gospodarczym, a ten trwa nieprzerwanie od 25 lat i z tego korzystamy – mówi Mroczyński. – Polacy zmieniają swoje przyzwyczajenia, coraz częściej wychodzą do restauracji i m.in. dzięki temu możemy rozwijać naszą działalność w takim tempie jak dziś.

Zapowiada, że w przyszłym roku spółka będzie koncentrować się na rozwoju marek, które już ma w portfelu, i rynków, na których już jest obecna.

– Tradycyjnie planujemy skupić się na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej z markami KFC, Burger King, Starbucks oraz Pizza Hut. Poza tym regionem pragniemy rozwijać nasze własne marki – La Tagliatella w Hiszpanii oraz Blue Frog w Chinach – stwierdza dyrektor ds. strategii AmRest.

Szczególnie z chińską marką firma wiąże duże nadzieje. Już teraz Blue Frog notuje najwyższą sprzedaż w strukturze AmRest.

– Istnieje szansa, że będziemy jedną z polskich spółek, która odniesie olbrzymi sukces w Chinach – przekonuje Wojciech Mroczyński.

Łączna liczba restauracji w portfelu AmRestu to 781. Spółka założyła na ten rok plan 90 otwarć nowych restauracji i wyniki po III kwartałach wskazują, że uda się zbliżyć do tej liczby (w III kwartale otworzyła ich 21). Zapowiada, że w przyszłym chce zachować tempo otwarć, widząc duży potencjał na każdym z rynków .

AmRest Holdings SE jest największą firmą prowadzącą sieć restauracji w Europie Środkowo-Wschodniej. Działa w oparciu o franczyzę znanych brandów oraz rozwija własne marki.

Kurs akcji spółki od kilku miesięcy znajduje się w trendzie wzrostowym (w ciągu 4 miesięcy wzrósł o ponad 50 proc.), co wynika z poprawiających się wyników finansowych AmRestu (m.in. wzrost zysku EBITDA w trzecim kwartale 2014 r. o 30 proc. w stosunku do roku poprzedniego oraz wzrost sprzedaży o 9,9 proc. w takim samym okresie).

Krótkoterminowy wynajem samochodów zdobywa popularność w wielu miastach na świecie. W Polsce na razie w planach

System krótkoterminowego wynajmu samochodów może zrewolucjonizować miejski transport na całym świecie. Umożliwia on szybki dostęp do pojazdu i odstawienie go w dowolnym miejscu. Dodatkowym plusem jest minutowe rozliczanie wypożyczenia. Na taki wynajem zdecydowały się już m.in. Daimler (Car2Go) i BMW (DriveNow, we współpracy z Mini i siecią wypożyczalni Sixt). Jest szansa na to, że w przyszłości taka możliwość pojawi się w Polsce.

System DriveNow BMW działa obecnie w miastach niemieckich (Monachium, Berlinie, Hamburgu, Kolonii i Düsseldorfie) oraz w Wiedniu i San Francisco. Tylko w Niemczech korzysta z niego 360 tys. użytkowników. Mimo krótkiego okresu działalności firma odnosi duże sukcesy.

Naszym pierwszym celem było osiągnięcie zysku – ten zamiar został osiągnięty, więc teraz zaczynamy się rozwijać. Planujemy rozszerzenie działalności do 15 europejskich i 10 północnoamerykańskich miast. Sprawdzamy te lokalizację i tworzymy listę miast, które bierzemy pod uwagę. Nie mogę powiedzieć nic więcej na temat tego, kiedy i gdzie będziemy, ale na pewno zamierzamy się rozwijać – mówi Michael Fischer z DriveNow.

Nie zdradza jednak, czy wśród rozważanych lokalizacji są również miasta w Polsce. Uruchomienie krótkoterminowego wynajmu aut w kraju zapowiada jednak Car2Go. Według planów system miał ruszyć w Warszawie na początku 2015 roku. System spółki należącej do Daimler AG działa w 29 miastach w Europie i Ameryce Północnej, korzysta z niego ponad 800 tys. osób. Do dyspozycji mają niewielkie smarty, w większości z napędem elektrycznym.

DriveNow to konkurent Car2Go. Obie firmy proponują rozbudowany system wynajmu aut w mieście. Jak podkreślają inicjatorzy takich systemów, dzięki nim jest szansa na ograniczenie ruchu pojazdów prywatnych w dużych metropoliach i odciążenie zatłoczonych ulic. W wielu przypadkach skorzystanie z auta wynajmowanego może być wygodniejsze i tańsze niż poruszanie się po mieście własnym samochodem.

Podstawowa zasada naszego systemu to elastyczność – tłumaczy Michael Fischer. – W tradycyjnych wypożyczalniach auto trzeba było odstawić do miejsca, w którym zostało wypożyczone. W DriveNow można wypożyczyć samochód z jakiegokolwiek miejsca w mieście i zostawić w dowolnym punkcie.

Żeby zacząć wynajmować, potrzebna jest karta członkowska – dostaje się ją po zarejestrowaniu się na stronie internetowej lub w aplikacji mobilnej. Cały proces zamawiania odbywa się online. Aplikacja wskazuje klientowi znajdujący się najbliżej samochód, ten otwiera go kartą i rozpoczyna podróż. Po dotarciu do celu samochód można zaparkować w dowolnym miejscu i zamknąć go za pomocą karty. W tym samym momencie ponownie staje się on dostępny w aplikacji. Opłaty pobierane są według taryfy minutowej, płaci się więc za rzeczywisty czas korzystania z auta. Klient nie musi więc wcześniej deklarować, jak długo będzie z niego korzystał.

Jak podkreśla Fischer, system DriveNow wyróżnia się flotą aut wyższej klasy. Mimo że ich eksploatacja oznacza dla firmy wyższe koszty, nie planuje ona wprowadzenia do oferty tańszych pojazdów.

Auta z wyższej półki to nasza cecha charakterystyczna. Nie chcemy tego zmieniać – mówi Fischer. – Klientom ta oferta się podoba, proponujemy samochody, których wielu z nich nie kupiłoby dla siebie prywatnie ze względu na wysoką cenę. Do dyspozycji są więc MINI i BMW. To pojazdy dobre do każdego celu, można nimi pojechać na zakupy, lotnisko czy wybrać się gdzieś z przyjaciółmi, a w ładny dzień można skorzystać z kabrioletu.

DriveNow cieszy się największą popularnością w Niemczech, gdzie z systemu korzysta regularnie ok. 360 tysięcy klientów.

W Polsce jest miejsce na nowe hotele. Mimo że średnia frekwencja w obiektach to ok. 40 proc.

Polska jest na ostatnim miejscu w Unii Europejskiej pod względem liczby łóżek w hotelach w stosunku do liczby mieszkańców. To stwarza potencjał do rozbudowy bazy noclegowej. Z drugiej strony średnie zapełnienie to mniej niż 50 proc., co oznacza, że nie w pełni wykorzystujemy potencjał już istniejących obiektów. Nowe hotele mogą powstawać w dużych miastach i najciekawszych turystycznie miejscach.

–  Jeśli ustawiamy Polskę w szeregu krajów UE pod względem wskaźnika liczby łóżek na 10 tys. mieszkańców, to znajdziemy się na ostatnim miejscu z liczbą około 40-50 łóżek. Na pozór mamy więc jeszcze dużo miejsca do budowy nowych hoteli – mówi agencji Newseria Biznes Ireneusz Węgłowski, prezes Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego.

To jednak dotyczy tylko wybranych segmentów oraz wybranych lokalizacji. Zdaniem Węgłowskiego większa baza hotelowa jest potrzebna w największych miastach, np. w Warszawie, Krakowie i we Wrocławiu, oraz w miejscowościach atrakcyjnych turystycznie. W tych lokalizacjach już dziś występuje większa niż średnia krajowa frekwencja w hotelach. Mają one również duży potencjał, by generować większy ruch turystyczny. Jak podkreśla prezes IGHP, w skali kraju zapełnienie hoteli nie jest najwyższe. Średnia frekwencja notowana w Polsce w skali całej branży wynosi około 40-43 proc., czyli wykorzystywane jest mniej niż pół istniejącego potencjału.

– W hotelach sieciowych wskaźnik ten jest nieco wyższy, tak samo w miastach, ale w skali całego kraju to około 40 proc.– dodaje Węgłowski.

Jak informował niedawno Orbis, w okresie od stycznia do września br. hotele tej sieci zanotowały średnią frekwencję na poziomie 61,5 proc. Był to wynik o 1,7 pkt proc. lepszy niż w tym samym okresie w 2013 roku.

Zdaniem prezesa IGHP w wielu miejscowościach frekwencja spada w weekendy. Dotyczy to np. obiektów, które specjalizują się w obsłudze ruchu biznesowego. Liczba rezerwacji w hotelach rośnie latem, kiedy najwięcej Polaków udaje się na wakacje.

– Hotele miejskie, które obsługują ruch biznesowy, również mają niższą frekwencję. Z drugiej strony wszystkie okresy zarówno świąteczne, jak i weekendowe w sposób naturalny ją obniżają – mówi Ireneusz Węgłowski.

Z danych GUS wynika, że w połowie 2013 roku w Polsce działało 2 107 hoteli – o 4,6 proc. więcej niż w 2012 roku (2 014). W tym czasie najwięcej przybyło hoteli cztero- i pięciogwiazdkowych. Natomiast z tegorocznego raportu „Rynek Hotelarski w Polsce” (wydanie specjalne miesięcznika „Świat Hoteli”) wynika, że na koniec I połowy br. funkcjonowało w kraju 2 458 skategoryzowanych hoteli, w których do dyspozycji gości było ponad 117 tysięcy pokoi oraz ponad 233,5 tys. miejsc noclegowych.

Największy udział w bazie hotelowej (liczony liczbą miejsc noclegowych) mają hotele trzygwiazdkowe (42,7 proc.), a najmniejszy – te w najwyższym standardzie (5,7 proc.). Węgłowski podkreśla, że w dużych miastach przeważają hotele trzygwiazdkowe i wyższe, które też notują najwyższe frekwencje.

Dolny segment, czyli hotele klasy ekonomicznej – w przypadku Orbisu to hotele Ibis, w innych sieciach np. Campanile, również notują wysokie frekwencje. To najczęściej łączy się z konkretnym powodem przyjazdu, takim jak imprezy sportowe czy duże wydarzenia kulturalne. Tam, gdzie jest aktywność miasta w organizowaniu tego typu imprez, frekwencje będą wyższe – podsumowuje Węgłowski. – Poza dużymi ośrodkami, czy to gospodarczymi, czy akademickimi, znajdują się zwykle hotele o charakterze pobytowym lub SPA – tu kategorie są bardziej zróżnicowane, ale to też jest górny segment.

W tym samym raporcie wskazano, że w ubiegłym roku największe zaangażowanie inwestorów odnotowano w segmencie hoteli czterogwiazdkowych (ok. 60 proc. inwestorów).

Wydatki na marketing w sieci rosną najszybciej. Reklamodawcy coraz bardziej wymagający

Rynek reklamy internetowej rośnie w Polsce bardzo szybko. Biorąc pod uwagę również wzrost segmentu mobilnego może to być nawet 50 proc. rocznie. Budżety, jakie firmy inwestują w reklamę online, rosną kosztem mediów tradycyjnych, głównie prasy. Marketerzy jednak coraz częściej oczekują mierzalnych efektów kampanii w sieci.

Dom mediowy ZenithOptimedia Group ocenia, że łączna wartość wydatków reklamowych netto na koniec roku przekroczy 6,5 mld zł. Oznacza to ich wzrost o 1,8 proc.

Rynek reklamy internetowej rośnie dziś około 20 proc. rok do roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Pruszczyński, prezes zarządu SARE, firmy organizującej kampanie marketingowe w sieci. – Nasza branża rośnie bardziej dynamicznie, ponieważ wchodzimy też w usługi na urządzenia mobilne. Tutaj rośniemy około 70 proc. rok do roku, a cała branża o ok. 50 proc.

ZenithOptimedia Group ocenia ostrożniej – wydatki na reklamę w internecie mogą w tym roku wzrosnąć o 12,2 proc. Najszybciej rozwijają się treści wideo. Eksperci doceniają również potencjał kanału mobilnego – dziś 12 proc. ruchu na polskich stronach internetowych generowane jest przez urządzenia mobilne, co znajduje odzwierciedlenie w wydatkach reklamodawców.

Dynamiczne wzrosty w tym segmencie negatywnie odczuwają inne media. Z raportu wynika, że spadną wydatki na reklamę w prasie: o 14,9 proc. w magazynach, zaś o 16,1 proc w gazetach codziennych. Na reklamę telewizyjną firmy wydadzą tylko o 2,1 proc. więcej niż w zeszłym roku.

Coraz większa część budżetów na reklamę przeznaczana jest na kampanie internetowe, kosztem reklamy w telewizji czy prasie – potwierdza Tomasz Pruszczyński. – Jednocześnie naszymi klientami są zarówno działy marketingu, jak i działy sprzedaży – związane jest to z użytecznością naszych narzędzi do bezpośredniego wsparcia sprzedaży.

Jak podkreśla, rosnące nakłady na kampanie w sieci powodują, że marketerzy coraz większą wagę przywiązują do ich wymiernych efektów, do tzw. twardych danych.

Na dzisiejszym rynku coraz większe znaczenie ma wymierność prowadzonych działań. Marketerzy liczą na to, że pieniądze wydane na marketing, szybko przełożą się na realne zyski. Oczekują, że będziemy im dostarczali narzędzi, które te dane pokażą. W porównaniu z latami poprzednimi dzisiaj marketerzy coraz bardziej skłaniają się ku wymiernym liczbom, a nie ku ładnym obrazkom – mówi prezes SARE.

Firmy z branży jednoznacznie wskazują, że dziś kluczowe dla skuteczności reklamy online jest trafienie do odpowiedniej grupy odbiorców. Reklamodawcy oczekują narzędzi inteligentnie śledzących internautów, które pomogą precyzyjnie wskazać potencjalnego odbiorcę produktów czy usług danej firmy.

Dzięki dostarczanym przez nas informacjom nasi klienci mogą być bliżej swojego konsumenta, a tym samym mogą mu sprzedać więcej – podkreśla Pruszczyński.

Orbis rośnie w siłę. Podpisał już umowę o przejęciu hoteli Accoru, przymierza się też do kolejnej inwestycji w Gdańsku

0

CEO Magazyn Polska

Orbis zamierza rozwijać swoją sieć hoteli od Bałtyku po Adriatyk i Morze Czarne. W Polsce chce mieć m.in. kolejny hotel w Gdańsku.  W Europie Centralnej i na Bałkanach zamierza inwestować szczególnie w tych krajach, w których baza hotelowa dopiero się rozwija.

7 stycznia Orbis sfinalizuje umowę ze swym francuskim właścicielem Accorem, od którego za ponad 142 mln euro kupuje 38 hoteli, 8 hotelowych projektów oraz przejmuje licencję na prowadzenie marek Accoru w 16 krajach Europy Środkowej.

– Oprócz tego inwestujemy w kraju mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ireneusz Węgłowski, wiceprezes zarządu Orbisu. Nie dość, że modernizujemy swoje hotele, to rozpoczęliśmy inwestycję budowy hotelu 200-pokojowego klasy Mercure w Krakowie. Przyglądamy się również innym lokalizacjom, między innymi w Gdańsku.

Za niemal 19 mln zł Orbis kupił w Krakowie niespełna 2 tys. mkw. gruntu, na którym powstać ma czterogwiazdkowy hotel. Jego otwarcie zaplanowano na 2016 rok, a koszt inwestycji spółka szacuje na 100 mln zł. Obok inwestycji w budowę oraz zakupów gotowych hoteli spółka chce poszerzać swą sieć franczyzową.

Sądzę że kilkanaście hoteli, licząc w najbliższych kilkunastu miesiącach, będziemy dodawali do grupy, do sieci hoteli Orbisu – podkreśla Ireneusz Węgłowski. One będą pracowały głównie w sieci albo Ibis Styles albo Mercure, bo to dwie główne marki, które rozwijamy na terenie Polski. Dodatkowo trzeba powiedzieć, że jesteśmy obecni z naszymi deweloperami w takich państwach, jak Litwa, Łotwa czy Estonia.

Po sfinalizowaniu umowy z Accorem Orbis chce rozpocząć ekspansję aż po Bułgarię, Macedonię i Chorwację.

Idziemy na południe zapowiada wiceprezes Orbisu. – To jest bardzo duży obszar do zagospodarowania. 7 stycznia, kiedy podpiszemy końcowa umowę i przejmiemy całe to terytorium, będziemy musieli uruchomić naszych deweloperów, którzy będą szukali odpowiednich miejsc lokalizacji hoteli.

Umowa z Accorem oznacza, że w sieci Orbisu znajdą się kolejne hotele położone głównie w dużych miastach, ponad 75 proc. z nich zlokalizowanych jest w stolicach poszczególnych państw.

To nas bardzo cieszy, bo one bardzo poprawiają wskaźnik ryzyka w tej transakcji ocenia wiceprezes Węgłowski. Ponadto we wszystkich tych krajach jest pewien potencjał rozwoju sieci w drodze podpisywania umów franczyzowych. Tu już niekoniecznie będziemy celowali w miasta stołeczne.

Polska, kraje bałtyckie oraz Czechy albo Węgry to są rynki ustabilizowane, na których jest dużo hoteli. Orbisowi bardziej niż na pozyskiwaniu nowych obiektów zależy na tym, by zwiększyć efektywność działania już zarządzanych hoteli. Czyli stawia głównie na restrukturyzację ich działalności, by zwiększyć efektywność tych obiektów.

Inne rynki, jak chociażby kilka krajów, w których jeszcze nie ma hoteli Accoru, z markami accorowskimi, to jest pole do popisu w sferze rozwoju sieci deklaruje przedstawiciel Orbisu. Będziemy szukali tam możliwości zdobywania bądź nowych hoteli, nowo budowanych, bądź tych, które już są, ale nie mają jeszcze marki międzynarodowej. Będziemy starali się skłonić właścicieli i operatorów do podpisania umowy franczyzowej.

Polskie projekty w świetle prac Grupy Zadaniowej EBI i KE ds. identyfikacji potrzeb inwestycyjnych w UE

Grupa Zadaniowa (Task Force) pod przewodnictwem Europejskiego Banku Inwestycyjnego i Komisji Europejskiej wypracowała i opublikowała dziś listę projektów, które mogłyby być sfinansowane w ramach Planu Inwestycyjnego KE, tzw. planu Junckera. To efekt niespełna dwumiesięcznych prac, z aktywną rolą Polski, która przyczyniła się zarówno do powołania Grupy Zadaniowej, jak i wypracowania jej raportu. Wśród prawie 2000 projektów inwestycyjnych zgłoszonych przez państwa członkowskie o łącznej wartości 1,3 bln euro w ciągu najbliższych 3 lat mogą być zrealizowane projekty o wartości 500 mld euro. Wśród tych projektów znajduje się ponad 250 projektów zidentyfikowanych przez Polskę, o łącznej wartości ponad 130 mld euro. Promocja inwestycji pobudzających wzrost gospodarczy w Europie to jeden z polskich priorytetów.

W związku z brakiem poprawy sytuacji gospodarczej w strefie euro i UE, pomimo pewnych oznak ożywienia na początku 2014 r., w UE toczy się dyskusja o sposobach pobudzenia wzrostu gospodarczego. Podczas wrześniowego, nieformalnego posiedzenia ministrów finansów w Mediolanie podkreślone zostało kluczowe znaczenie inwestycji dla tworzenia podstaw ożywienia gospodarczego w Europie. Szczególnym priorytetem dla  ministrów finansów było poszukiwanie rozwiązań na rzecz pobudzenia inwestycji publicznych i prywatnych dla wsparcia wciąż słabego wzrostu gospodarczego w UE.

Po spotkaniu w Mediolanie, z inicjatywy prezydencji włoskiej pod auspicjami EBI i KE utworzona została Grupa Zadaniowa (Task Force), której celem była pilna identyfikacja potrzeb inwestycyjnych w Europie. W pracach grupy uczestniczyły wszystkie państwa członkowskie. Głównym zadaniem grupy było przygotowanie listy projektów inwestycyjnych, których realizacja mogłaby przyczynić się do zwiększenia wzrostu gospodarczego w UE oraz analiza barier utrudniających ich wdrożenie. Projekty zgłoszone przez państwa członkowskie i Komisję Europejską, po usunięciu barier blokujących ich wprowadzenie, mogłyby zostać zrealizowane w ciągu najbliższych kilku lat. Projekty te musiały spełniać kryteria określone przez Grupę Zadaniową – m.in. musiały być uzasadnione ekonomicznie, przyczyniać się do poprawy funkcjonowania jednolitego rynku oraz tworzyć podstawy do trwałego wzrostu gospodarczego w Europie.

Z uwagi na ryzyko przedłużonej stagnacji w Europie oraz powiązania naszej gospodarki z rynkami unijnymi promocja inwestycji pobudzających wzrost gospodarczy w Europie jest jednym z polskich priorytetów. Polska jest jednym z animatorów dyskusji toczącej się na forum Rady ECOFIN o potrzebach pobudzenia wzrostu gospodarczego w UE. Braliśmy  również aktywny udział w pracach Grupy Zadaniowej i w przygotowaniach raportu końcowego grupy.

Polska zidentyfikowała ponad 250 projektów o łącznej wartości ponad 130 mld euro, które spełniały kryteria określone przez Grupę Zadaniową. Największą grupę naszych propozycji stanowiły projekty w sektorze transportowym (63,9 mld euro), energetycznym (33,5 mld euro), infrastrukturze społecznej (16 mld euro) oraz z obszaru zasobów naturalnych i środowiska (13,3 mld euro). Wartość polskich projektów zgłoszonych w obszarze gospodarki cyfrowej i ICT wyniosła ok. 6 mld euro.

Dodatkowo Komisja Europejska, przygotowała własną listę propozycji, na której umieściła ok. 120 projektów już wcześniej zgłoszonych przez Polskę, o łącznej wartości ok. 60 mld euro. Zdecydowaną większość na tej liście stanowią projekty w sektorze transportowym (ponad 48 mld euro). Na liście znalazły się również projekty z sektora energetycznego, obszaru infrastruktury społecznej, opieki zdrowotnej i edukacji.

Przygotowanie listy projektów pomogło w oszacowaniu potrzeb inwestycyjnych w Europie oraz identyfikacji projektów, które mogłyby zostać pobudzić wzrost gospodarczy w UE. W związku z krótkim czasem, jaki Grupa Zadaniowa miała na opracowanie tej listy, ma ona głównie charakter ilustracyjny. Faktyczna liczba projektów inwestycyjnych możliwych do realizacji jest znacznie większa. Dlatego też lista ta będzie otwarta na nowe projekty. Po weryfikacji będzie ona stanowić istotny wkład do zasobu projektów (project pipeline) tworzonego przez Komisję Europejską w ramach Planu Inwestycyjnego dla Europy. Utworzenie zasobu o znaczeniu europejskim da prywatnym inwestorom rzetelne i przejrzyste informacje o potencjalnych przedsięwzięciach inwestycyjnych i umożliwi ukierunkowanie dostępnego kapitału na ich realne potrzeby inwestycyjne.

Porozumienie w sprawie budżetu UE

9 grudnia br. Rada UE osiągnęła robocze porozumienie ws. zmiany budżetu na rok 2014 oraz budżetu na rok 2015. Potwierdza ono wynik wczorajszych negocjacji z Parlamentem Europejskim w tej sprawie oraz umożliwia zakończenie trwających od czerwca trudnych negocjacji budżetowych. Przyszłotygodniowe potwierdzenie porozumienia przez PE ostatecznie zakończy procedurę budżetową. Dzięki niemu Polska osiągnęła zwiększenie budżetu UE w bieżącym roku o 3,5 mld euro, co zmniejszy zaległości płatnicze Komisji, w tym wobec polskich podmiotów. Budżet na rok 2015 zapewni Polsce wzrost środków na działania realizowane w ramach polityki spójności z poprzedniego okresu programowania oraz na wdrażanie programów z nowej perspektywy.

Porozumienie przewiduje:

  • Dodatkowe środki w budżecie UE na rok 2014 w kwocie ok. 3,5 mld euro, które przyczynią się do stabilizacji sytuacji płatności budżetowych. Większość środków zostanie przeznaczona dla mniej rozwiniętych regionów UE w ramach polityki spójności (2,4 mld euro), co jest istotne z punktu widzenia Polski. Ponadto przewidziano dodatkowe środki na pomoc Ukrainie (250 mln euro) oraz na najpilniejsze wydatki w innych politykach unijnych.
  • Uchwalenie budżetu na rok 2015 w wysokości 141,2 mld euro w płatnościach oraz 145,3 mld euro w zobowiązaniach. Przewiduje on m.in. istotne dla Polski środki niezbędne zarówno na refundacje i finalizację wydatków z polityki spójności z poprzedniego okresu programowania 2007-13, jak i na zaliczki oraz rozpoczęcie wdrażania nowych programów z perspektywy 2014-2020.

Komisja Europejska opublikowała 11 czerwca br. projekt budżetu UE na rok 2015. Pod koniec maja opublikowano projekt budżetu korygującego nr 3 na rok 2014, zwiększający środki na płatności o ponad 4,7 mld euro, w tym ponad 4 mld euro w ramach tzw. contingency margin. Równocześnie w okresie kwiecień – październik br. Komisja Europejska ogłosiła sześć dodatkowych budżetów korygujących na rok 2014.

W dniach 28 października – 17 listopada trwała procedura pojednawcza Rady UE i Parlamentu Europejskiego, w trakcie której równocześnie negocjowano wszystkie korekty budżetu UE na rok 2014 oraz projekt budżetu na rok 2015. Po niepowodzeniu negocjacji 17 listopada wygasł 21-dniowy termin przewidziany w traktacie na osiągnięcie porozumienia w zakresie budżetu UE 2015.

W związku z tym 28 listopada Komisja przedstawiła drugi projekt budżetu UE na przyszły rok. Po negocjacjach między Radą UE i Parlamentem Europejskim, na trilogu (trójstronne rozmowy Komisji Europejskiej, Rady UE i Parlamentu Europejskiego) 8 grudnia osiągnięto powyższe porozumienie (dla pakietu budżetowego na lata 2014-2015). Przedstawiciele państw członkowskich zaakceptowali je na posiedzeniu Komitetu Stałych Przedstawicieli (COREPER) 9 grudnia w godzinach porannych.

Samochody osobowe – potwierdzenie zapłaty akcyzy dostępne online

Od 9 grudnia br. możliwe będzie uzyskanie bezpośrednio z portalu systemów Służby Celnej elektronicznego potwierdzenia zapłaty akcyzy od samochodu osobowego nabytego wewnątrzwspólnotowo. Dokument taki, po wydrukowaniu, stanowić będzie  podstawę do rejestracji pojazdu zgodnie z przepisami o ruchu drogowym bez konieczności wizyty w urzędzie celnym.

Na stronie internetowej www.e-clo.pl w zakładce „Potwierdzenie zapłaty” będzie można w prosty sposób wygenerować plik potwierdzenia w formacie PDF, a następnie – w zależności od potrzeby – plik ten można pobrać lub dodatkowo wydrukować. Wystarczy jedynie wpisać numer VIN pojazdu lub numer Urzędowego Potwierdzenia Odbioru (tzw. UPO) otrzymany dla złożonej elektronicznie deklaracji AKC-U.

Wydrukowane potwierdzenie stanowić będzie podstawę do zarejestrowania samochodu osobowego, zgodnie z przepisami o ruchu drogowym, wyczerpując tym samym wymogi w zakresie akcyzy. Warunkiem skorzystania z nowej usługi jest dokonanie zapłaty podatku akcyzowego w pełnej kwocie wynikającej z deklaracji AKC-U.

Wprowadzone rozwiązanie daje podatnikowi możliwość ograniczenia do minimum wizyt w urzędzie celnym. Niezbędne do celów rejestracyjnych potwierdzenie zapłaty akcyzy będzie można wydrukować bezpośrednio ze strony internetowej.

Podatnicy, którzy złożą deklarację w formie elektronicznej będą mogli dopełnić wszelkich formalności związanych ze złożeniem deklaracji, dokonaniem przelewu oraz pobraniem potwierdzenia zapłaty akcyzy bez konieczności „wychodzenia z domu”.

Dotychczas potwierdzenie zapłaty akcyzy można było otrzymać wyłącznie w formie papierowej w urzędzie celnym. Po wprowadzeniu zmian nadal możliwy będzie osobisty odbiór tego dokumentu w urzędzie.

Uruchomienie usługi związane jest ze zmianą rozporządzenia Ministra Finansów w sprawie wzoru dokumentu potwierdzającego zapłatę akcyzy na terytorium kraju od samochodu osobowego nabytego wewnątrzwspólnotowo lub braku obowiązku zapłaty tej akcyzy (Dz. U. poz. 1676) oraz uruchomienie nowej funkcjonalności w systemie informatycznym Służby Celnej „Zefir”.

NIK sprawdziła NFZ

NFZ nie doprowadził do poprawy dostępności świadczeń zdrowotnych. W wielu poradniach i oddziałach średni czas oczekiwania pacjenta na świadczenie uległ wydłużeniu. Poprawę dostępności świadczeń utrudniało nierównomierne rozmieszczenie szpitali, przychodni i sprzętu, problemy z szacowaniem ceny świadczeń oraz pozyskaniem wykwalifikowanych kadr medycznych.

Wydawanie pieniędzy publicznych przez NFZ odbywało się bez ustalonych ogólnopolskich priorytetów zdrowotnych. Nieskuteczne okazały się działania zmierzające do zmniejszenia czasu oczekiwania pacjentów na hospitalizacje w odniesieniu do schorzeń możliwych do diagnozowania i leczenia również w warunkach ambulatoryjnych.

Podobnie, jak w latach poprzednich, utrzymywały się znaczne dysproporcje, pomiędzy poszczególnymi oddziałami wojewódzkimi NFZ w dostępie do świadczeń zdrowotnych, mierzone zarówno liczbą zakontraktowanych świadczeń przypadających na 10 tys. osób ubezpieczonych, jak i czasem oczekiwania na ich udzielenie.

Na pogorszenie dostępu do świadczeń zdrowotnych wskazują rosnące w Polsce kolejki do lekarzy.

W ambulatoryjnej opiece specjalistycznej (przypadki stabilne):

  • – w poradniach okulistycznych średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł[1] z 32 do 40 dni (o 25%);
  • –  w poradniach kardiologicznych średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł z 69 do 79 dni (o 14,5%);
  • – w poradniach neurologicznych średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł z 27 dni do 30 (o 11,1%);
  • – w poradniach chirurgii urazowo-ortopedycznej średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł z 25 dni do 29 (o 16%);
  • – w pracowniach tomografii komputerowej średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł z 25 dni do 43 (o 72%).

W leczeniu szpitalnym natomiast (przypadki stabilne) m.in.:

  • – w oddziałach chirurgii urazowo-ortopedycznej średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł z 77 dni do 95 (o 23,4%);
  • – w oddziałach chirurgii ogólnej średni rzeczywisty czas oczekiwania wzrósł z 24 dni do 29 (o  20,8%);
  • – w oddziałach chirurgii jednego dnia średni rzeczywisty czas oczekiwania wyniósł 15 dni i był dłuższy średnio o 3 dni w porównaniu do roku poprzedniego;

Porównanie łącznej liczby osób oczekujących oraz średniego rzeczywistego czasu oczekiwania w poszczególnych województwach 

W niektórych oddziałach wojewódzkich NFZ w 2013 r. nie zakontraktowano wszystkich świadczeń, przewidzianych w planach, głównie z uwagi na braki wymaganego personelu medycznego. I tak np.:

  • w woj. dolnośląskim nie oferowano pacjentom m.in. badań echokardiograficznych płodu, świadczeń w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej czy w zakresie rehabilitacji wzroku. Wynikało to z braku placówek zainteresowanych udzielaniem tych świadczeń;
  • w woj. świętokrzyskim nie udzielano świadczeń w zakresie endokrynologii (w powiatach kazimierskim, włoszczowskim i jędrzejowskim). Świadczenia w zakresie rehabilitacji pulmonologicznej w warunkach stacjonarnych realizował – jako jedyny świadczeniodawca Wojewódzki Szpital Specjalistyczny im. Św. Rafała w Czerwonej Górze – jednak w marcu 2013 r., z powodu braku kadry lekarskiej, Szpital rozwiązał umowę z NFZ;
  • w woj. zachodniopomorskim, w rejonie Koszalina, nie zapewniono dostępu do doraźnej pomocy stomatologicznej. Na terenie całego województwa z powodu braku świadczeniodawców nie zakontraktowano natomiast świadczeń w zakresie rehabilitacji pulmonologicznej oraz wzroku;
  • nie zapewniono również dostępu do świadczeń w okulistyce (hospitalizacja planowa) w województwach świętokrzyskim i opolskim.

Problem braku lekarzy określonych specjalności staje się coraz poważniejszy i zaczyna stanowić istotne ryzyko dla pacjentów, ograniczając im dostęp do świadczeń  zdrowotnych. Kształcenie i przygotowanie kadr medycznych będzie przedmiotem kontroli NIK w 2015 roku.

Najwyższa Izba Kontroli ponownie zwraca uwagę, że niedoszacowanie cen świadczeń kontraktowanych przez NFZ w stosunku do rzeczywistych kosztów ich udzielania, skutkuje najczęściej brakiem zainteresowania takim kontraktem ze strony placówek medycznych, co w konsekwencji prowadzi do ograniczania dostępu pacjentów do pewnego rodzaju świadczeń.

Z drugiej strony przeszacowanie ceny i liczby niektórych świadczeń skutkuje ich nadmiernym  udzielaniem, nawet wbrew potrzebom medycznym, co prowadzi do nieefektywnego wydatkowania publicznych pieniędzy.

Fundusz nie opracował – zgodnie z wewnętrznymi procedurami – ogólnokrajowych priorytetów zdrowotnych. Określenie priorytetów jest zdaniem NIK konieczne m.in. ze względu na zmiany demograficzne, które w najbliższych latach spowodują wzrost kosztów leczenia.

NIK zwraca uwagę, że w ciągu najbliższych kilku lat zmniejszanie kolejek do lekarzy może być utrudnione z uwagi na wzrost kosztów leczenia osób starszych, tj. powyżej 65 roku życia. O ile ich udział w kosztach świadczeń ogółem w latach 2009-2013 wzrósł o blisko 3%, to w latach 2014-2018 wzrost ten, według szacunków Funduszu, może przekroczyć 5%. Trzeba pamiętać, że zmiany chorobowe u osób starszych związane są często z wykorzystaniem kosztownych procedur medycznych, np. onkologicznych lub kardiologicznych. Może to spowodować dalsze wydłużanie czasu oczekiwania na udzielenie świadczeń lub ograniczenia we wprowadzaniu nowoczesnych technologii medycznych. Tym bardziej zasadne jest skoncentrowanie wydatków Funduszu na priorytetowych problemach zdrowotnych mieszkańców.

Lewiatan chce zmian w przepisach o podróżach służbowych

0

Pracownikowi wykonującemu na polecenie pracodawcy zadanie służbowe poza miejscowością, w której znajduje się siedziba pracodawcy lub poza stałym miejscem pracy, a także w dodatkowym miejscu pracy powinny przysługiwać należności na pokrycie kosztów związanych z podróżą służbową – uważa Konfederacja Lewiatan.

W projekcie nowelizacji Kodeksu pracy w sprawie podróży służbowych, który przygotowała Konfederacja Lewiatan, znalazł się również zapis, że w przypadkach wykonywania pracy w dodatkowym miejscu pracy, układ zbiorowy pracy, regulamin wynagradzania lub umowa o pracę mogą odmiennie określić zakres świadczeń przysługujących pracownikowi z tytułu podróży służbowej, przy czym świadczenia te nie mogą być wyższe.

Autorzy projektu podkreślają, że jeżeli w umowie o pracę określono więcej niż jedno miejsce pracy, strony mogą wskazać główne oraz dodatkowe miejsca pracy. W przypadkach uzasadnionych rodzajem pracy strony mogą określić w umowie o pracę dopuszczalność wyznaczania przez pracodawcę dodatkowych miejsc pracy, które nie zostały sprecyzowane w umowie o pracę.

– Obecne przepisy Kodeksu pracy dotyczące miejsca pracy oraz podróży służbowej nie odpowiadają potrzebom gospodarczym i organizacyjnym. Poza stosunkami pracy, w których pracownik wykonuje pracę w określonym miejscu i jedynie sporadycznie podróżuje poza to miejsce, występuje wiele sytuacji, gdy natura danego rodzaju pracy wymaga od pracowników zmiany miejsca pracy, co kilka tygodni lub miesięcy. Jest to charakterystyczne m.in. dla pracowników zatrudnionych na budowach – mówi dr Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka prawa pracy Konfederacji Lewiatan.

Kodeks pracy nie zawiera regulacji, które pozwalałyby zapewnić tym pracownikom świadczenia uwzględniające konieczność wykonywania pracy w sytuacjach zbliżonych do podróży służbowej, a nawet bardziej od niej uciążliwych. W przypadku pracowników wykonujących pracę w różnych miejscach pojawia się problem pokrycia kosztów przejazdu i zakwaterowania, a także zwiększonych kosztów utrzymania.

Obecne rozwiązania budzą też wątpliwości z punktu widzenia konstytucyjnej zasady równości wobec prawa. Ustawodawca zapewnił ochronę w postaci uprawnienia do świadczeń z tytułu podroży służbowych jednej grupie zawodowej – kierowcom. W odniesieniu do innych grup pracowników również może istnieć (m.in. ze względu na charakter pracy czy zwiększone wydatki pracownika) uzasadnienie dla podobnego rozwiązania. W rezultacie obecne zróżnicowanie nie opiera się na obiektywnych kryteriach, które mogą być uznane za uzasadnione w demokratycznym państwie prawnym.

Jednocześnie należy się liczyć z sytuacją pracodawców, którzy nie w każdym przypadku będą mieli możliwość realizacji świadczeń w pełnym zakresie. Dlatego proponowane przez Konfederację Lewiatan rozwiązanie ma charakter fakultatywny. Świadczenia są uzależnione od zastosowanej konstrukcji miejsca pracy, a także mogą być wyłączone lub ograniczone w układzie zbiorowym, regulaminie wynagradzania lub w umowie o pracę.

Objęcie pracowników ochroną wymaga stworzenia nowych regulacji w zakresie miejsca pracy. Proponowana konstrukcja dodatkowego miejsca pracy jest niezbędna, aby wyodrębnić sytuacje zbliżone pod pewnymi względami do typowej podróży służbowej.

Obecne regulacje nie tylko nie odpowiadają potrzebom pracodawców, ale również skłaniają do poszukiwania mechanizmów, które nie zostały wyraźnie przewidziane przez ustawodawcę, a które mogą zagrażać interesom pracowników, nie pozwalając przy tym na realizację świadczeń, które stanowiłyby odpowiednik świadczeń z tytułu podróży służbowej (co byłoby uzasadnione charakterem wykonywanej pracy). Dlatego w przypadku wykonywania pracy w różnych miejscach uzasadnione jest stworzenie możliwości przyznania pracownikom świadczeń analogicznych, jak w przypadku podróży służbowych Świadczenia te powinny być traktowane tak samo pod względem podatkowym, jak i opłacania składek na ubezpieczenia społeczne.

Konfederacja Lewiatan

Technologiczna spółka Noidss po inwestycjach za kilka milionów złotych zapowiada ekspansję zagraniczną i rozważa wejście na giełdę

0

CEO Magazyn Polska

Po zainwestowaniu kilku milionów złotych spółka technologiczna Noidss, specjalizująca się w rozwiązaniach odpowiadających na problemy społeczne, zapowiada rekrutację specjalistów. Firma chce wejść na rynek czeski i słowacki a w dalszej kolejności na pozostałe rynki europejskie. Jak informuje Sebastian Szajter, prezes zarządu, w 2016 roku spółka będzie mieć własne laboratorium badawcze. Na razie rozwija się ze środków własnych, ale zarząd rozważy także debiut na giełdzie.

– Naszą misją jest wdrażanie rozwiązań, które są społecznie potrzebne i zabezpieczają życie wielu obywateli – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sebastian Szajter, prezes zarządu spółki technologicznej Noidss. – Zainwestowaliśmy kilka milionów złotych, żeby zdobyć odpowiednie technologie. Obecnie mamy w ofercie cztery produkty, których sprzedaż dopiero ruszyła. W całym portfolio mamy pięć gotowych produktów i w ciągu najbliższego roku planujemy wdrożenie kolejnych trzech. Dosyć szczegółowe analizy biznesowe informują o tym, że nasza strategia ma sens. W związku z tym poszerzamy kadrę i ruszamy na podbój nie tylko kraju, lecz także rynków globalnych.

Spółka ma obecnie pięć aplikacji: blokadę alkoholową, aplikację łączącą z najbliższym operatorem numerów alarmowych (także za granicą), aplikację dla niewidomych, kartotekę medyczną oraz program umożliwiający pozostawienie wpisu dla potomnych. Jak deklaruje Sebastian Szajter, trzy z nich spółka już jest gotowa zaoferować na rynkach zagranicznych.

W pierwszej kolejności przedsiębiorstwo będzie chciało wejść na rynki najbliższe Polsce, a więc do Czech i na Słowację.

Tam pojawiają się już odbiorcy naszych urządzeń – wskazuje Sebastian Szajter. – Ale docelowo naszym globalnym rynkiem ma być cała Unia Europejska. To obszar, na którym obecnie możemy oferować trzy produkty. Potrzebujemy trochę czasu, żeby przyzwyczaić społeczeństwo do naszych rozwiązań. Liczymy na to, że szybko zdobędą one zaufanie i osiągniemy sukces.

Do tej pory, jak podkreśla szef spółki Noidss, przedsiębiorstwo jest niezależne i samodzielnie radzi sobie finansowo, inwestując środki prywatne.

Widzimy jednak tak duży potencjał w naszych produktach, dostrzegają go także nasi przyszli partnerzy, że nie wykluczamy wejścia na giełdę – mówi Sebastian Szajter. – W ten sposób moglibyśmy postawić kropkę nad i w kwestii naszej wiarygodności i stabilności przyszłych produktów oraz całego portfolio.

W przyszłym roku, jak prognozuje Szajter, określone zostaną kluczowe produkty, na których działalność firmy powinna się koncentrować w przyszłości.

Będzie to dla nas przełomowy rok – zapowiada prezes spółki Noidss. – Wszystko wskazuje na to, że będziemy promować nasz system zabezpieczenia osób nietrzeźwych, czyli alkolock ilteQ System. Zbliżające się dwanaście miesięcy przyniesie odpowiedź, który z innych produktów ma szansę na dobrą sprzedaż w Unii Europejskiej.

Szef spółki technologicznej nie ukrywa, że firma poniekąd działa jak instytucja charytatywna. Pojawiają się w związku z tym produkty, które nie zawsze dają jej duże budżety.

 Są to bardzo fajne rozwiązania dla jakiejś grupy społecznej, jak chociażby aplikacja dla niewidomych czy system Noicall wspierający działania dyspozytorów numeru 112, 911, straży pożarnej, policji – przekonuje Sebastian Szajter. – To małe produkty, które w masie mogą dać dobry wynik finansowy. Ale to jedna strona medalu. Drugą jest to, że chcemy proponować rozwiązania, które ludziom naprawdę pomagają.

Prace nad własnym laboratorium badawczym spółki, jak przypomina prezes Szajter, są zaawansowane.

Nie będę ukrywał, że naszą misją i celem od samego początku było stworzenie własnego laboratorium, tworzącego na zapotrzebowanie rynku ciekawe produkty, które znajdą zastosowanie – wyjaśnia prezes Sebastian Szajter. – Aktualnie jesteśmy na etapie wdrożenia ISO 9001 i ISO 17025. Powoli to następuje, jeszcze się nie uśmiecham, bo nie zostało to w 100 proc. wdrożone, ale furtka została już otwarta. Mam nadzieję, że w 2016 roku będziemy mogli powiedzieć: tak, udało się, laboratorium funkcjonuje i przygotowuje nowe rozwiązania.

Spółce sprzyjać będzie nowa perspektywa unijna, której priorytetem ma być wspieranie nowych technologii i innowacyjnych rozwiązań. Według tegorocznego badania firmy KPMG w ciągu ostatnich trzech lat prace nad innowacjami podjęło 78 proc. średnich i dużych przedsiębiorstw działających w Polsce. Niewiele mniej (71 proc.) wprowadziło je w życie.

Komentarz indeksowy BossaFX 10 grudnia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 10 grudnia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Agencja Rozwoju Przemysłu z nową ofertą wsparcia dla firm

0

CEO Magazyn Polska

Agencja Rozwoju Przemysłu zmienia filozofię wspierania przedsiębiorczości. Chce pomóc sektorowi małych i średnich firm w realizacji przedsięwzięć innowacyjnych, wspierając transfer technologii oraz oferując inwestycje kapitałowe w tzw. drugą rundę finansowania (od 5 do 15 mln złotych). Jak podkreślają eksperci, profil proponowanych instrumentów jest komplementarny wobec wsparcia oferowanego dziś przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

ARP może się świetnie wpisać w te polskie instytucje, które wspierają rozwój przedsiębiorczości i innowacyjności w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Jerzy Kwieciński, wiceprezes zarządu Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości, firmy doradczej wspierającej polskich przedsiębiorców. – NCBiR daje pieniądze na przeprowadzenie badań naukowych, opracowanie prototypu. PARP może przekazać wsparcie instytucjom otoczenia biznesu, takim jak fundusze zalążkowe, oraz samym firmom na inwestycje. Ale firmy potrzebują również kapitału, żeby zrealizować swój projekt. I właśnie ten kapitał może być im przekazany przez ARP.

Eksperci podkreślają, że jest wiele możliwości współpracy między poszczególnymi instytucjami, które wspierają innowacyjność, dzięki czemu możliwy jest efekt synergii oferowanych instrumentów. Narzędzia ARP Venture, które służą fazie wdrożeń i rozwoju, uzupełnią ofertę NCBiR finansowania prac badawczo-rozwojowych. Będą też kontynuacją wsparcia udzielonego przez PARP w obszarze seed capital, czyli start-upom i inkubatorom przedsiębiorczości.

W oparciu o nową strategię ARP będzie mogła realizować nowe zadanie wspierania polskich firm, które dokonały pewnych odkryć, opracowały nowe technologie i teraz potrzebują pieniędzy na rozwój. Potrzebują większego kapitału, żeby spiąć projekt finansowy, żeby on mógł znaleźć się na rynku krajowym czy nawet rynkach międzynarodowych – podkreśla Kwieciński.

Dziś taki kapitał firmy mogą pozyskać np. przez instytucje wysokiego ryzyka, czyli fundusze venture capital.

– Takie fundusze wchodzą do Polski, ale my również powinniśmy budować swój polski potencjał. ARP ma pieniądze i może to zrobić – przekonuje Jerzy Kwieciński.

Nowe instrumenty wsparcia dla firm to efekt nowej strategii przyjętej przez Agencję Rozwoju Przemysłu. Obok dotychczasowych filarów działalności, czyli restrukturyzacji i inwestycji, pojawił się nowy – innowacja. Do 2020 r. ARP planuje przeznaczyć na innowacyjność 1,3 mld zł, na restrukturyzację trafi 1,8 mld zł, a na inwestycje – 160 mln zł.

Do tej pory Agencja Rozwoju Przemysłu była głównie znana z pomagania firmom, instytucjom, które znajdowały się w poważnych problemach finansowych – mówi wiceprezes Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości. – Teraz nowa strategia będzie stawiała na innowacyjność. To nie oznacza, że ARP nie będzie pomagała tym firmom, które wpadają w tarapaty, ale teraz będzie im mogła pomagać nie tylko przez restrukturyzację, lecz także przez prowadzenie innowacji.

Bank Millennium: Banki będą chętnie udzielać kredytów. Depozyty pozostaną głównym instrumentem oszczędzania

CEO Magazyn Polska

Bank Millennium prognozuje rozwój akcji kredytowej i to zarówno wśród firm, jak i klientów indywidualnych. Jednych i drugich powinny zachęcić stabilny rozwój gospodarczy i niskie stopy procentowe, które ograniczają koszty kredytu. Niższe oprocentowanie nie odstrasza klientów od depozytów, które rosną nawet szybciej niż kredyty.

Efekt rekordowo niskich stóp procentowych nie jest odczuwalny od razu, ale my się go jednak spodziewamy – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Artur Kulesza, dyrektor Departamentu Relacji Inwestorskich w Banku Millennium. – Pobudzenie popytu na kredyty jest celem polityki pieniężnej Narodowego Banku Polskiego.

W porównaniu z innymi krajami akcja kredytowa w Polsce nie wygląda źle. Według Narodowego Banku Polskiego należności banków od sektora niefinansowego (głównie przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe) po październiku br. wyniosły łącznie 887,9 mld zł i w ciągu roku wzrosły o około 5 proc.

Wiele krajów zazdrości nam tak pozytywnej dynamiki, choć my przyzwyczailiśmy się do dwucyfrowych wzrostów – wskazuje Kulesza. – Spodziewamy się jednak rocznego wzrostu kredytów, szczególnie ze strony przedsiębiorstw. One na pewno powinny odczuć skutki polityki NBP i generować popyt na kredyt, również inwestycyjny, co będzie się wiązać również ze spodziewaną poprawą sytuacji gospodarczej.

W stabilnym otoczeniu gospodarczym firmy chętnie rozpoczynają nowe inwestycje, na które potrzebują finansowania z zewnątrz. Według prognoz Banku Millennium Polska powinna uniknąć zagrożeń, jakie pojawiają się lub są prognozowane w gospodarkach europejskich.

Także wśród gospodarstw domowych powinien pojawić się większy popyt na kredyty.

Obniżka stopy kredytu lombardowego wpływa na znaczną część kredytów konsumenckich, więc gospodarstwa natychmiast odczują mniejszy koszt finansowania, co powinno niektóre z nich zachęcić – tłumaczy Kulesza. – Ale również banki będą miały możliwość udzielania większej kwoty takich kredytów. Zdolność kredytowa wielu gospodarstw rośnie w oczach banków. Spadają bowiem koszty z nim związane. Powinno to spowodować wzrost akcji kredytowej.

Jak wynika z danych NBP, w III kwartale banki nieznacznie złagodziły kryteria kredytowe dla przedsiębiorstw, z wyjątkiem kredytów długoterminowych dla małych i średnich firm. W prognozach na IV kwartał bankowcy spodziewali się istotnego złagodzenia kryteriów dla MŚP i wzrostu popytu, w szczególności na kredyty długoterminowe. Podobne prognozy dotyczyły rynku kredytów konsumpcyjnych.

Niskie oprocentowanie, które może zachęcać do zadłużania się, nie sprzyja z kolei oszczędzającym w bankach. Popularne w Polsce depozyty dają zarobić ok. 2 proc. w skali rocznej. Mimo obniżek oprocentowania depozytów jednak przybywa. Po październiku br. zobowiązania banków wobec sektora niefinansowego wyniosły 821 mld 556 mln zł i były o 8,3 proc. wyższe niż w tym samym momencie ubiegłego roku.

W tym roku depozyty rosną szybciej niż kredyty, więc nawet jeżeli stopa wzrostu depozytów trochę spowolni, to w dalszym ciągu nie widzę żadnych zagrożeń, że zabraknie nam środków na finansowanie tej spodziewanej rosnącej akcji kredytowej. Sytuacja płynnościowa sektora bankowego poprawiła się ostatnio, choć w zasadzie ona zawsze była dobra – mówi Artur Kulesza.

Mimo popularności depozytów banki rozwijają ofertę alternatywnych form inwestowania oszczędności.

Millennium ma już bardzo szeroką gamę różnych produktów związanych z funduszami kapitałowymi i ubezpieczeniami czy produkty strukturyzowane oparte o różne indeksy, nie tylko oprocentowane stałą stopą – zachwala Kulesza. – Szczególnie dla klientów zamożniejszych mamy większą gamę produktów.

Inter Cars wzrósł za granicą o blisko 25 proc. To dwa razy szybciej niż w Polsce

0

CEO Magazyn Polska

Inter Cars będzie miał w tym roku zagraniczne przychody o jedną czwartą wyższe niż w ubiegłym roku. Na 12 rynkach zewnętrznych, głównie w Europie Środkowo-Wschodniej, dystrybutor części zamiennych do aut rozwija się dwukrotnie szybciej niż w Polsce, chociaż przychody z działalności prowadzonej w kraju wolumenowo wciąż są wyższe.

W każdym z krajów, w których jesteśmy, chcemy osiągnąć pozycję lidera – zapowiada Robert Kierzek, prezes zarządu Inter Cars. – Perspektywy są dobre. Międzynarodowy biznes spółki rozwija się zdecydowanie szybciej niż działalność w Polsce.

Polska pozostaje podstawowym rynkiem zbytu dla firm w Grupie Kapitałowej Inter Cars – pochodzi z niego ponad dwie trzecie przychodów grupy. W okresie od stycznia do października sprzedaż grupy w Polsce wyniosła ponad 2 mld zł, a za granicą – blisko 1 mld zł.

W Polsce także planujemy dalszy rozwój, chociaż w tym przypadku mamy do czynienia z biznesem już mocno dojrzałym – wyjaśnia Kierzek. – Dążymy do tego, żeby operacje zagraniczne w niedalekiej przyszłości dały nam co najmniej taki wolumen obrotu, jaki mamy w kraju. Jesteśmy obecni na dwunastu rynkach. Są to głównie kraje Europy Środkowo-Wschodniej, potocznie nazywane demoludami. Naszym planem jest ugruntowanie pozycji tam, gdzie już jesteśmy.

Firma prowadzi działalność także we Włoszech. Obecność na tym rynku jest związana z przejęciem w 2007 roku przedsiębiorstwa JC Auto.

Jak wynika z raportu Inter Cars za III kwartał, na wszystkich rynkach zagranicznych przychody wzrosły. Rynki regionu mają duży potencjał rozwoju, a co więcej wykazują wyższą rentowność dla branży. Największą dynamiką sprzedaży w tym roku wykazują się Łotwa (176 proc.), Węgry (88 proc.) i Bułgaria (87 proc.), najsłabiej wypada Słowacja (3,1 proc.).

Dynamika w Polsce jest wciąż zadowalająca. W I kwartale była ona bardzo wysoka, ale nieco zafałszowana słabym rokiem 2013, dalsze miesiące nie były już tak dobre, jednak po 10 miesiącach wciąż jest to ponad 10 proc. Natomiast za granicą jest zdecydowanie lepiej – blisko 25 proc. wzrostu, czyli dynamika jest bardzo dobra – mówi prezes Inter Cars.

W okresie od stycznia do października sprzedaż Inter Cars w Polsce wzrosła o 11 proc., a za granicą – nawet o 24,7 proc.

Polska jest europejskim zagłębiem zarówno produkcji, jak i dystrybucji części zamiennych oraz akcesoriów do samochodów. W ubiegłym roku wartość produkcji sprzedanej wszystkich firm tej branży wyniosła ok. 60 mld zł, z czego połowa trafiła na eksport. Inter Cars to największy dystrybutor tego rodzaju produktów w Europie Środkowej i Wschodniej. W samym trzecim kwartale br. przychody spółki wyniosły blisko miliard złotych (997 mln zł), zysk netto – 56,2 mln zł.

Zmiany w umowach-zleceniach

Obecnie to jedna z najpopularniejszych form zatrudnienia. Dzięki sposobie jej oskładkowania pracodawca oszczędza, a zleceniobiorca więcej zarabia. Od 1 stycznia 2016 r. odprowadzanie składek ulegnie zmianie.

Zgodnie z rządowym projektem składki ZUS odprowadzane będą od wszystkich umów-zleceń do wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę. Oskładkowanie będzie więc większe niż dotychczas. Według rządu przyniesie to podniesienie przyszłych emerytur. Jednocześnie doprowadzi jednak do spadku obecnych dochodów zleceniobiorców.

Celem przygotowanych zmian jest stopniowa eliminacja umów-zleceń. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej (MPiPS) uważa, że doprowadzi to do stabilizacji zatrudnienia oraz wzrostu liczby umów bezterminowych. „Modyfikacje spowodują wzrost kosztów zatrudnienia, a to zniechęci pracodawców do korzystania z umów-zleceń. Skutkami mogą być także wzrost bezrobocia, rozszerzenie szarej strefy oraz wzrost cen” – mówi serwisowi infoWire.pl Marcin Nowacki ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

MPiPS szacuje, że zmiana w oskładkowaniu umów-zleceń zwiększy roczne wpływy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych o 350 mln zł. Podobne rozwiązania przewiduje się w odniesieniu do umów o dzieło.

Zaostrzenie kar dla nietrzeźwych kierowców może nie przynieść spodziewanych rezultatów

0

Proponowane zmiany w ustawie przewidują zaostrzenie kar dla kierowców prowadzących po alkoholu. Zdaniem specjalistów dalsze zwiększanie rygoru karnego może nie być wystarczające, potrzebne są również działania edukacyjne i prewencyjne. Producenci blokad alkoholowych przekonują, że w krajach, które zdecydowały się na wprowadzenie obowiązku ich montowania, statystyki dotyczące wypadków z udziałem nietrzeźwych się poprawiają.

Proponowane zmiany powinny ograniczyć to zjawisko i należy je oceniać pozytywnie. Bardzo dobrze, że coś zaczyna się robić w tym kierunku. Natomiast wydaje się, że zbyt duży nacisk jest położony wyłącznie na karanie kierowców, podwyższenia kar, tak naprawdę zmierza to w kierunku restrykcyjnym. To może znaleźć poklask w społeczeństwie, ale wydaje się, że te działania mogą być nieskuteczne – uważa Michał Kubisa, dyrektor działu ilteQ System z firmy NOIDSS, zajmującej się samochodowymi systemami antyalkoholowymi.

Ustawodawca proponuje m.in. zmianę kwalifikacji z wykroczenia na przestępstwo za prowadzenie samochodu bez uprawnień, wprowadzenie obowiązkowej nawiązki na rzecz poszkodowanych w wypadku, którego sprawcą była osoba nietrzeźwa (min. 5 tys. zł), ustanowienie obowiązku przejścia kursu reedukacyjnego dla osób starających się o zwrot zatrzymanego prawa jazdy oraz wydłużenie okresu zatrzymania uprawnień za jazdę w stanie nietrzeźwości na okres od 3 do 15 lat dla osób łamiących prawo po raz pierwszy. Recydywistom dokumenty odbierane byłyby dożywotnio.

Jak podkreśla Kubisa, dotkliwsze sankcje nie rozwiążą problemu.

Naszym zdaniem lepsze efekty przyniesie wprowadzenie szeroko zakrojonej prewencji, między innymi obowiązkowe wyposażenie pojazdów transportu publicznego w blokady alkoholowe, a także organizowanie akcji edukacyjnych – zapewnia Marcin Kubisa.

Wyjaśnia, że przykład krajów unijnych, w których odnotowuje się najmniejszą liczbę wypadków drogowych – m.in. w Szwecji i Finlandii – pokazuje, że stosowanie blokad może być skuteczne. W Finlandii obowiązkowe jest ich montowanie w pojazdach transportu publicznego wożących dzieci. We Francji wszystkie autobusy mają zostać wyposażone w takie systemy do końca przyszłego roku.

W toku prac nad ustawą w Polsce pojawił się pomysł wprowadzenia powszechnego obowiązku wyposażenia samochodów w blokady alkoholowe. Proponowane zmiany przewidują, że taki obowiązek będą miały osoby starające się o zwrot prawa jazdy zatrzymanego za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu. Przewiduje się, że tacy kierowcy będą mogli warunkowo odzyskać uprawnienia w połowie orzeczonego okresu, jeśli zdecydują się wyposażyć swój pojazd w urządzenie typu alkolock. Obliguje ono kierowcę do poddania się badaniu na trzeźwość przed każdym uruchomieniem pojazdu.

Niepokoi jednak stopniowe osłabianie proponowanych zmian. Początkowo rozważane było wprowadzenie obowiązku montażu takich urządzeń we wszystkich pojazdach o masie całkowitej powyżej 3,5 tony, jednak ostatnio proponowane zmiany w przepisach nie potwierdzają już tego zamiaru – mówi ekspert.

W Polsce stan po spożyciu alkoholu stwierdza się w przypadku, gdy kierowca ma między 0,2 a 0,49 promila we krwi. Jest to traktowane jako wykroczenie, za które grozi od 5 do 30 dni aresztu, grzywna (od 50 zł wzwyż) lub zakaz prowadzenia auta do 3 lat. W przypadku osób prowadzących w stanie nietrzeźwości, czyli u których stężenie alkoholu we krwi przekracza 0,5 promila, jest to już przestępstwo, za które grozi pozbawienie wolności do dwóch lat, grzywna nie niższa niż 100 zł oraz zakaz prowadzenia auta od roku do 10 lat. Jeszcze poważniejsze konsekwencje grożą za spowodowanie pod wpływem alkoholu wypadku drogowego (do 5 lat więzienia i zakaz prowadzenia do 10 lat). Najsurowiej karani są nietrzeźwi sprawcy wypadków, w których były ofiary śmiertelne lub w których ktoś doznał poważnego uszczerbku na zdrowiu.

Obowiązująca dziś ustawa okazuje się po prostu nieskuteczna. Widać to po wszelkich danych, które do nas napływają. Praktycznie nie ma tygodnia, żeby nie były kolejne informacje o nieskuteczności tych działań. One ograniczają pewnie to zjawisko w jakimś stopniu, natomiast jego skala ciągle narasta na naszych drogach – mówi Kubisa.

W ubiegłym roku w wypadkach drogowych zginęło ponad 3,3 tys. osób. W wielu z nich sprawcą był nietrzeźwy kierowca – w całym roku zatrzymano ich ok. 160 tys. W tym roku w okresie od stycznia do października liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 2,5 tys.

Na rynku dóbr luksusowych najszybciej rośnie segment samochodów luksusowych i premium

5,6 mld zł – tyle w tym roku jest wart segment samochodów luksusowych i marek premium. To największy i najszybciej rosnący segment na rynku dóbr luksusowych. Duża w tym zasługa preferencyjnych warunków odliczenia VAT w I kwartale roku. Polacy coraz częściej kupują również ekskluzywną odzież i dodatki.

Wartość polskiego rynku dóbr luksusowych w Polsce wzrosła w ciągu roku o 15 proc. – do 12,6 mld zł.

Według raportu KPMG najbardziej dynamicznie rozwijającym się segmentem jest segment samochodów luksusowych i kategorii premium. To za pewne również za sprawę możliwości odliczenia VAT-u na początku roku, niemniej cała gama samochodów luksusowych zarówno niemieckich, włoskich, jak i brytyjskich znalazła uznanie u nabywców. Ten segment stanowi największą wartość w całym rynku dóbr luksusowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Marczak partner KPMG w Polsce.

Wartość tego segmentu to 5,6 mld zł. Kolejny w rankingu KPMG był segment luksusowej odzieży i dodatków – 2,1 mld zł. Zdaniem Marczaka to coraz większa dostępność w Polsce luksusowych marek powoduje szybki rozwój tej kategorii.

Trzecia kategoria rynku to usługi hotelowe i spa. Rośnie liczba hoteli ekskluzywnych w Polsce, hoteli pięciogwiazdkowych, hoteli butikowych i po zaspokojeniu podstawowych potrzeb majętnych Polaków, czyli po zakupie domu, samochodu i wykształceniu dzieci, Polacy coraz bardziej doceniają jakość spędzania czasu, wygodę, komfort, ekskluzywność, emocje związane z bytowaniem w tego typu obiektach – mówi Andrzej Marczak.

Jego zdaniem segment ten – dziś wart 1,3 mld zł – będzie obok biżuterii i zegarków najszybciej rosnącą kategorią na rynku dóbr luksusowych.

Eksperci wskazują, że cały rynek czeka wyhamowanie tempa wzrostu – według szacunków KPMG w przyszłym roku będzie on wart tyle samo, co w tym, a w 2017 roku wzrośnie do 14 mld zł (czyli o 11 proc. porównując do tego roku).

Z roku na rok rośnie też liczba najbogatszych. W 2008 roku ludzi zamożnych, których dochód miesięczny przekracza brutto 7 tys. zł., było w Polsce 574 tys., w tym roku liczba wzrosła do 878 tys., a jak prognozuje KPMG w 2016 roku ich liczba może przekroczyć milion.

Widać, że wejście Polski do Unii Europejskiej, rozwój ekonomiczny naszego kraju, wejście dużych inwestorów zagranicznych i kumulacja majątku spowodowały, że jesteśmy zamożniejsi – mówi partner w KPMG w Polsce. – Wartość majątku dochodów netto tej grupy osób w Polsce to jest prawie 140 mld złotych. Jeżeli utrzymalibyśmy takie tempo rozwoju, to w 2016 roku takich osób majętnych w Polsce będzie już ponad 1 mln, a wartość majątku zgromadzonego rok później przekroczy 200 mld złotych.

Polakom, choć są coraz zamożniejsi, nadal daleko do bogactwa obywateli państw zachodnich. Mimo że nasza majętność rośnie w przyzwoitym tempie 4,6 proc. rocznie, osiągnięcie poziomu ich zamożności zajmie nam 43 lata. Milionerów, czyli ludzi, których inwestycyjny majątek przekracza 1 mln dolarów, mamy w Polsce 47 tys.

Wydaje się, że to jest już dosyć duża liczba, jednak porównując do krajów Europy Zachodniej, gdzie majątek był budowany przez dziesięciolecia czy setki lat, jesteśmy nadal ubogim krajem – podkreśla Andrzej Marczak. – Dla porównania, osób mających co najmniej 1 mln dolarów w aktywach płynnych we Francji jest 2 mln 440 tys. W Czechach, które są nieporównywalnie mniejsze niż Polska, jest ponad 32 tys. takich osób, co oznacza, że jednak mamy jeszcze dużo do nadrobienia.

70 proc. Polaków deklaruje, że ich meble wymagają wymiany. Branża meblowa w rozkwicie

Ponad dwie trzecie Polaków deklaruje, że ich meble wymagają wymiany, a 59 proc. w najbliższym czasie zamierza kupić tego rodzaju artykuł wynika z badania TNS Polska na zlecenie sieci Agata Meble. To dobry prognostyk dla branży meblowej, która na polskim rynku bardzo dobrze sobie radzi. Coraz większą renomę zdobywa też za granicą.

Branża mebla w Polsce jest w bardzo dobrej kondycji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Leżoń, dyrektor handlowy sieci Agata Meble. – Krajowi klienci najchętniej wybierają meble wypoczynkowe do salonu czy pokoju dziennego. Chętnie kupujemy dzisiaj także komody, szafki RTV, witryny oraz regały. Jeżeli chodzi o meble tapicerowane, to najczęściej wybieraną grupą produktów stają się narożniki.

Jak wynika z badania TNS Polska, ponad połowa ankietowanych (53 proc.) deklaruje potrzebę wymiany mebli wypoczynkowych, z czego 41 proc. wskazuje na artykuły do salonu. Preferowanym stylem Polaków jest nowoczesny (38 proc.), który charakteryzuje się oszczędnymi kształtami i prostymi bryłami. Wśród kolorów dominują różne odcienie brązu (39 proc.) oraz beż, ecru i kremowy.

W wyborach konsumenckich Polacy stają się coraz bardziej odważni – komentuje Piotr Leżoń. – Zmiana kolorystyki z ciemnej na jasną mówi, że klienci szybciej się decydują, łatwiej i więcej ryzykując. Chcą, żeby ich wnętrza były ciekawsze, bardziej atrakcyjne, a nie ciemne i smutne, jak do tej pory. Dlatego dobrze sprzedają się meble białe, kremowe, w różnych odcieniach dębu, z połyskiem, ale też matowe.

Jak szacuje specjalizująca się w analizach rynku mebli firma B+R Studio, wartość eksportu tego rodzaju produktów w 2014 r. wyniesie 7,3 mld euro wobec 6,9 mld euro w ubiegłym roku. Krajowe przedsiębiorstwa więcej sprzedadzą do krajów spoza Unii Europejskiej, w tym m.in. Stanów Zjednoczonych. Głównym odbiorcą zagranicznym pozostaną jednak Niemcy.

Dużo polskich artykułów kupuje przede wszystkim rynek niemiecki i austriacki. Wielu krajowych producentów zarówno dużych, jak i małych wytwarza niemal wyłącznie na te rynki – potwierdza Leżoń. – Cenią nas za korzystny stosunek jakości do ceny. Dzisiaj polskie meble są bardzo dobrej jakości i jednocześnie niedrogie.

Korzystne dla branży jest także to, że w ostatnich latach kryteria wyborów konsumenckich tego rodzaju produktów w Polsce i Niemczech stały się bardzo podobne.

Na jednym i drugim rynku meble muszą dziś być ładne i dobrze wykonane – informuje Leżoń. – Kolorystyka, która do niedawna była trudna do zaakceptowania jednocześnie przez klienta niemieckiego i polskiego, dzisiaj już może być taka sama. Dzięki temu obecnie premiery poszczególnych produktów odbywają się na obu rynkach w tym samym czasie, bo producenci nie muszą już brać pod uwagę lokalnej specyfiki.

Branża meblarska w Polsce to ok. 24 tys. podmiotów, wśród których liczebnie dominują mikrofirmy. Na rynku funkcjonuje około setki dużych, zatrudniających powyżej 250 osób, przedsiębiorstw, 350 firm średniej wielkości (od 50 do 250 pracowników) i ok. 1500 małych (od 10 do 50 osób). Cały sektor wytwarza ok. 2 proc. polskiego PKB i ma znaczący udział w sprzedaży zagranicznej.

Polska ma niewielką szansę, by w wydobyciu gazu łupkowego powielić model amerykański

W 2013 r. Stany Zjednoczone produkowały dziennie 7,5 mln baryłek ropy, o 2,5 mln więcej niż kilka lat wcześniej. Stało się to na skutek energetycznej rewolucji, która dokonała się w tym kraju po odkryciu i eksploatacji dużych złóż gazu łupkowego. Czy inne kraje, w tym Polska, mogą podążyć tą samą drogą i odnieść równie spektakularny sukces? Jak twierdzi Gregory Zuckerman, autor książki „Frakersi. O gazie i ropie łupkowej” wydanej w Polsce przez wydawnictwo Kurhaus Publishing we współpracy z firmą doradczą Deloitte, będzie to niezwykle trudne. Wśród barier wymienia on brak doświadczenia zespołów wiertniczych, odpowiedniej infrastruktury, różnice prawne i kulturowe.

Frakowanie to potoczna nazwa szczelinowania hydraulicznego – technologii, która pozwala na wydobycie gazu łupkowego. Tytułowi frakersi to amerykańscy inwestorzy i pionierzy, którzy jako pierwsi poszukiwali gazu z łupków. Amerykański dziennikarz ekonomiczny i biznesowy Gregory Zuckerman opisuje w swojej książce historię sukcesu, m.in.: Georga Mitchella, Harolda Hamma, Aubreya McClendona, Toma Warda czy Marka Papy. Zdaniem autora to właśnie ich upór pozwolił USA osiągnąć tak niebywały sukces w tym obszarze i być dziś na dobrej drodze do samowystarczalności energetycznej. „George Mitchell, Harold Hamm, Mark Papa oraz inni nieugięci poszukiwacze gazu i łupków uparcie dążyli do celu, ponieważ wiedzieli, że jeśli uda im się stworzyć skuteczne sposoby sięgnięcia do łupków, zdobędą zarówno sławę, jak i wielkie bogactwo” – uważa Gregory Zuckerman. Każdy z opisywanych przez niego bohaterów nie reprezentował wielkich koncernów, a raczej średnie i małe firmy, które były zdeterminowane, aby eksploatować złoża gazu łupkowego. Czy ten model powtórzy się również w Polsce? „Skała łupkowa skruszona została przez płotki amerykańskiego sektora naftowego. Funkcjonują ich tam setki, a nawet tysiące. Giganci naftowi Ameryki i świata, długo nie wierzyli w łupki i dołączyli do biznesu, dopiero gdy ryzyko niepowodzenia znacząco zmalało. W Polsce mamy zaledwie trzy duże firmy paliwowo-naftowe, a żądnych sukcesu małych i średnich przedsiębiorstw w tej branży niestety brak” – wyjaśnia Tomasz Konik, Partner, Lider Zespołu Energii i Zasobów Naturalnych w Deloitte.

 

Lektura książki uzmysławia, jak wielką rolę w rewolucji łupkowej odgrywają innowacyjność techniczna oraz pieniądze. Zasoby tkwiące w łupkach byłyby nadal niedostępne, gdyby nie kapitał płynący, m.in. z amerykańskiej giełdy, szczególnie przed kryzysem w 2008 roku. Poza tym firmy w USA wydają nieporównywalnie większe kwoty na badania i rozwój, co pozwoliło im na udoskonalenie technologii łupkowej. „Znaczące obciążenie kredytem to dla wielu tamtejszych firm zupełnie normalny stan. Europejskie, w tym polskie, podejście do długu jest zupełnie inne. Nasze gospodarki są dużo bardziej zachowawcze, a decydenci znacznie ostrożniejsi niż amerykańscy. Skłonność do podejmowania ryzyka okazała się jedną z najistotniejszych przesłanek amerykańskiej rewolucji łupkowej” – uważa Tomasz Konik.

Innym krajom brak także głównego elementu, który pozwolił Stanom Zjednoczonym na rewolucję energetyczną, tj. kultury przedsiębiorczości i zewnętrznych zachęt do podejmowania prób. „Patrząc na amerykańskie doświadczenia, to co zrobiono do tej pory w Polsce nie wystarczyłoby na jakikolwiek sukces w USA. Dziś nie można powiedzieć, że polskie złoża gazu łupkowego zostały rzetelnie zbadane a ich potencjał wykorzystany. Polska jest co najwyżej na początku tej drogi” – mówi Michał Wróblewski, Starszy Menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego, członek Zespołu Energii i Zasobów Naturalnych w Deloitte.

To co różni USA i Europę to również system prawny. Ten amerykański zakłada, że właściciel ziemi jest jednocześnie właścicielem tego, co znajduje się pod powierzchnią i może zbywać do tego prawo. To spowodowało, że w Stanach Zjednoczonych wiercenia odbywały się szybciej niż w krajach, w których prawa górnicze są kontrolowane przez rządy.

Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki autor „Frakersów” wątpi, aby inne kraje, w których występują złoża gazu łupkowego, powtórzyły amerykański sukces. Mówi w tym kontekście także o Polsce. Wczesne szacunki wskazywały, że znajduje się u nas około pięć bilionów metrów sześciennych rezerw łupkowych. „W 2010 r. wielcy gracze, tacy jak ExxonMobil, ConocoPhillips, Marathon Oil i inni, popędzili do Polski, by kupować działki, a polski rząd wspierał badania i rozdawał koncesje na poszukiwania rozciągające się na powierzchni jednej trzeciej kraju. Nadzieje były ogromne, ale powietrze z tej polskiej bańki szybko uszło. Na początku 2012 r. szacunki dotyczące rezerw łupkowych kraju zostały drastycznie zmniejszone wobec wstępnych danych. Poza tym najbogatsze pokłady polskich formacji łupkowych znajdują się głęboko, bo ponad 4800 metrów pod ziemią co wiąże się z większymi kosztami wydobycia. Okazało się również, że łupki zawierają dużo silikonu, więc wydobycie z nich surowca jest trudniejsze” – pisze Gregory Zuckerman. Na niekorzyść Europy przemawia również brak doświadczonych zespołów wiertniczych oraz ograniczona sieć rurociągów i innej infrastruktury. O tym, jak niewiele się dzieje w tym obszarze, świadczy fakt, że w 2013 r. istniało w Europie około 70 działających platform w porównaniu z 1700 w USA.

Korzyści i koszty rewolucji łupkowej w USA

W 2006 r. nie brakowało głosów, że USA grozi kryzys energetyczny. Jednak już siedem lat później Stany Zjednoczone produkowały dziennie 7,5 miliona baryłek ropy (w 2005 r. było to 5 milionów). Nowe możliwości produkcji energii mogą zaowocować do 2020 r. ponad dwoma milionami nowych miejsc pracy. Rewolucja łupkowa przełoży się także na jeden punkt procentowy wzrostu gospodarczego w ciągu następnych 10 do 15 lat, a deficyt handlowy całego kraju może spaść o 85 proc. do 2015 r. Jednak rewolucja łupkowa nie obyła się bez ofiar. Jedną z nich stało się środowisko naturalne. „Szczelinowanie spowodowało mniej szkód niż twierdzą jego najbardziej zaciekli przeciwnicy, lecz więcej, niż przyznają zwolennicy. I być może upłyną całe lata, zanim w pełni znane staną się wszystkie konsekwencje wiercenia i szczelinowania”– argumentuje autor „Frakersów”. Pomimo wielkiego sukcesu w kontekście makroekonomii USA tamtejsza branża wydobywcza ma na swoim koncie także porażki i szereg bankructw.„Główny problem to uzależnienie rentowności od cen surowców. W pewnym sensie to „wina” samych frakersów, którzy znajdując tyle gazu, zwiększyli tak jego podaż, że ceny musiały spaść” – mówi Michał Wróblewski.