Ceny paliw. Przed świętami będzie jeszcze taniej

Paliwa w Polsce są najtańsze od początku 2011 roku, a ceny spadają w bardzo szybkim tempie. Podczas ostatniego szczytu wyjazdowego Polaków, na Wszystkich Świętych i dwa długie weekendy, trzeba było dobrze szukać, by znaleźć dziewięćdziesiątkę piątkę tańszą niż pięć złotych. W ciągu 30 dni jej średnia cena – jak pisze portal Money.pl – spadła już o 28 groszy i nadal będzie tanieć.

Dzisiaj, według danych e-petrol, bogatszą w oktany benzynę Pb 98 średnio możemy kupić za 5,20, Pb 95 za 4,92, ropę za 4,86, a za gaz zapłacimy 2,57, czyli więcej o dwa grosze niż przed miesiącem. Oznacza to spadek ceny najpopularniejszej benzyny o 28 groszy i oleju napędowego o 25 i to w ciągu trzydziestu dni – wylicza portal Money.pl.

Warto jednak pamiętać, że w zależności od regionu kraju i koncernu można zauważyć duże różnice między cenami maksymalnymi i minimalnymi danych paliw. – Na początku grudnia obserwowaliśmy stacje gdzie pojawiały się już ceny w okolicach 4,65 za Pb 95, a na drugim biegunie są te proponujące to samo paliwo o 50 groszy drożej czyli za 5,15 – zauważa w Money.pl Grzegorz Maziak, kierownik zespołu analiz e-petrol.pl.

Jedynie tankujący gaz nie poprawiają sobie nastroju odwiedzając stacje i porównując ceny, bo tu cyfry na wyświetlaczach zatrzymały się na stabilnym poziomie okolic 2,55 – 2,60 zł.

W ostatnich tygodniach Rosja, przeżywająca poważne problemy gospodarcze, w związku ze spadającymi cenami ropy, zabiegała u 12 krajów zrzeszonych w Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC) o zmniejszenie wydobycia, co spowodowałoby by wzrost cen na światowych rynkach. Organizacja pozostała jednak odporna na dyplomatyczne gry Rosjan i w ostatnich dniach listopada zdecydowała się zachować wydobycie na obecnym poziomie, nie dającym nadziei na zatrzymanie trendu. Tym samym jedna z przesłanek, która mogłaby spowodować, że pod koniec roku na stacjach zrobi się trochę drożej zniknęła z horyzontu.

W ciągu ostatnich pięciu miesięcy ceny ropy spadły o ponad 30 procent i osiągnęły najniższy poziom od czterech lat. Przełamana została kolejna psychologiczna granica 70 dolarów za baryłkę, czyli około 159 litrów. Warto zauważyć, że przed miesiącem było to jeszcze 86 dolarów. Teraz wygląda to bardzo podobnie tyle, że cyfry zamieniły się miejscami i jest to już 68 i ciągle spada. – Decyzja OPEC już częściowo była uwzględniona w notowaniach, ale wszystko wskazuje na to, że będziemy obserwować dalszy spadek ceny tego surowca – przewiduje w Money.pl Urszula Cieślak, analityk rynku paliw z BM Reflex.
Cena ropy oczywiście w prosty sposób nie przekłada się na rachunki za tankowanie. Gdyby tak było, płacilibyśmy mniej o jedną trzecią. Trzeba jednak pamiętać, że blisko połowa ceny na stacjach to VAT i obciążenia podatkowe, dopiero druga połowa to ropa, proces jej obróbki i niezwykle ważna w tym ujęciu para walutowa. Drożejący dolar w znacznym stopniu może osłabić efekt tańszej ropy i odwrotnie, stały kurs spowoduje, że cena za baryłkę znajdzie swoje pełniejsze odzwierciedlenie w ostatecznym koszcie tego co w dystrybutorze.- – ocenia w rozmowie z Money.pl Zdzisław Pisiński z Polskiej Izby Paliw Płynnych.

Zgadza się z nim Grzegorz Maziak- Nie ma przesłanek wskazujących na osłabianie się złotego, tak jak miało to miejsce choćby w ostatnich kilku miesiącach. Nie spodziewam się dużo droższego dolara, a zatem i na ceny paliw pod koniec roku nie będzie to miało wpływu – przewiduje.- Z dostępnych nam analiz wynika, że dolar będzie wprawdzie umacniał się wobec euro ale już nie tak mocno do złotego. Zatem ten czynnik nie zahamuje spadków cen, a z całą pewnością nie wpłynie też na podwyżki – ocenia w rozmowie z Money.pl Zdzisław Pisiński z Polskiej Izby Paliw Płynnych.

Skoro nie będzie drożej to jak bardzo tanio może być jeszcze przed świętami? W ocenie ekspertów, z którymi rozmawiali dziennikarze portalu Money.pl, każdego dnia i tygodnia ceny powinny spadać, więc napełnianie zbiorników pod korek nie ma większego sensu. Czas ciągle będzie sprzymierzeńcem kierowców, przynajmniej na razie. – Do końca roku nie wyobrażam sobie żadnych podwyżek. Średnio przed świętami za najpopularniejszą dziewięćdziesiątkę piątkę płacić będziemy 4,73-78, w tych też okolicach znajdzie się olej napędowy, który przestanie też być tańszym paliwem – ostrożnie prognozuje Urszula Cieślak. – Minimalnie przed gwiazdką na najbardziej konkurujących cenowo stacjach zobaczyć będziemy mogli 4,55 zł, a z cała pewnością nie będzie już cen powyżej 5 złotych.

Dużo ostrożniejszy jest ekspert Polskiej Izby Paliw Płynnych, który nie chce prognozować minimalnej ceny na stacjach za około dwa tygodnie. W jego ocenie nadal możemy jednak spodziewać się tańszego tankowania. – Jak na razie wszystko nurkuje w dół w szybkim tempie, ale nie chcę wyrokować. Jeżeli jednak nic się nie wydarzy na rynkach co mogło by odwrócić obecny trend, to rzeczywiście ceny nadal będą spadać – uważa Zdzisław Pisiński.

Najbardziej optymistyczny jest analityk e-petrol, który zapowiada nawet przełamanie psychologicznej granicy czterech złotych i pięćdziesięciu groszy. – Przed świętami 4,50 za Pb 95 jest jak najbardziej możliwe, o ile oczywiście zostaniemy przy obecnym tempie przecen. Możliwe też, że pierwsze próby poniżej poziomu 4,50 zł pojawią się na stacjach należących do hipermarketów – prognozuje Grzegorz Maziak. Jak przekonują eksperci rzeczywiście szczególnie wśród hipermarketowych operatorów należy spodziewać się najbardziej agresywnej walki cenowej. Niską ceną paliwa, przełamującą kolejne bariery zachęcać nas mogą do świątecznych zakupów.

Student pracuje, bo potrzebuje praktyki i pieniędzy

71% studentów podejmuje pracę w czasie studiów, gdyż potrzebuje środków finansowych na utrzymanie i naukę, a jedna na trzy osoby studiujące z uwagi na chęć zdobycia doświadczenia zawodowego – tak wynika z wewnętrznego badania przeprowadzonego przez Exact Systems, firmę specjalizującą się w kontroli jakości części samochodowych. Przedstawiciele firmy podkreślają, że motoryzacja jest coraz atrakcyjniejszym rynkiem pracy dla studentów.

Studia kosztują, polscy studenci wiedzą o tym, ale nie liczą już tylko na pomoc finansową ze strony swoich rodziców. Z badania przeprowadzonego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości „Przyszłe kadry polskiej gospodarki” wynika, że czterech na dziesięciu studentów pracuje w czasie roku akademickiego.[1] – Studenci stanowią 75% wszystkich współpracujących z nami kontrolerów. Branża motoryzacyjna, w której głównie działamy, jest dla nich atrakcyjna nie tylko ze wzglądu na zarobki, ale i możliwość pracy przy innowacyjnych produktach z perspektywą stałego podnoszenia kwalifikacji w międzynarodowym środowisku – komentuje Paweł Gos, prezes Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji. – Warto także podkreślić, że zalety te dostrzegają nie tylko studenci zaoczni, którzy z reguły częściej podejmują pracę podczas studiów. Coraz więcej współpracujemy ze studentami dziennymi – dodaje Paweł Gos.

Dzienny z elastycznymi godzinami pracy

Co trzeci zatrudniony w Exact Systems student (35%) łączy pracę ze studiami w trybie dziennym. Motywacją dla 71% z nich jest perspektywa zdobycia doświadczenia zawodowego, 11% akcentuje możliwość rozwoju osobistego w firmie, 9% zwraca uwagę na szansę poznania osób z branży. W przypadku pracujących studentów zaocznych na zdobycie doświadczenia wskazuje 58% zbadanych, a tylko 8% łączy pracę na studiach z rozwojem zawodowym. Bardzo istotna jest specyfika całej branży motoryzacyjnej, która daje możliwość regulowania czasu pracy tak, aby dostosować się do możliwości studentów. – Elastyczne godziny pracy pozwalające pogodzić zajęcia na uczelni z zatrudnieniem są ogromną zaletą dla ponad połowy (56%) wszystkich przebadanych przez nas studentów. Studenci dzienni doceniają ten aspekt jeszcze bardziej – 71% z nich wskazało tę odpowiedź jako czynnik decydujący o podjęciu pracy – podkreśla Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems. Prawie co piąty zapytany (17%) ceni pracę w młodym zespole i dobrą atmosferę w firmie.

Żaka motywuje premia, karnet i awans

Niezależnie od długości pracy i planów na przyszłość, studenci zwracają uwagę na możliwość awansu i podwyżki. Czynnikami, które motywują ponad połowę zapytanych studentów do pracy, są przejrzysty system premiowania (58% wskazań) oraz dodatkowe świadczenia socjalne jak np. karnety do kina czy na basen (53% wskazań). Na najniższym stopniu podium znalazła się możliwość awansu (48%). – Wyniki naszej wewnętrznej ankiety potwierdzają, że praca w zakładzie motoryzacyjnym bardzo często stanowi pierwszy szczebel drabiny w karierze zawodowej studenta. Zaczynając od kontrolera jakości części samochodowych, student uzyskuje pierwszą możliwość aktywizacji zawodowej i zdobycia konkretnych umiejętności, jak również szansę zaprezentowania własnej osoby potencjalnemu pracodawcy – mówi Jacek Opala. – Warto także podkreślić, że studenci bardzo chętnie korzystają z dodatkowych szkoleń, czego przykładem jest prowadzona przez nas Szkoła Jakości, w której w ciągu pół roku wzięło udział dwieście osób – dodaje Opala.

Przedstawiciele Exact Systems zwracają uwagę na ważną w kontekście studentów rozbieżność kształcenia z oczekiwaniami pracodawców. – Osoby młode po studiach bardzo często nie posiadają wymaganych umiejętności praktycznych, gdyż w czasie nauki mieli okazję nabyć jedynie wiedzę teoretyczną. Stąd doświadczenie, które przynosi ze sobą świeżo upieczony absolwent, jest bardzo dobrze postrzegane przez pracodawców – podkreśla Paweł Gos. – Zaprezentowane dane są ciekawe również z jeszcze jednego bardzo ważnego powodu: branża motoryzacyjna jest jedną z najdynamiczniej rozwijających się gałęzi w Polsce. A trendy i zachowania na tym rynku pracy mogą mieć istotne przełożenie na całą grupę osób studiujących i poszukujących zatrudnienia w najbliższych miesiącach – podsumowuje Paweł Gos z Exact Systems.

[1] Przyszłe kadry polskiej gospodarki, PARP, http://www.parp.gov.pl/files/74/81/713/20014.pdf

Drgania warszawskich cen

W mieszkaniówce mamy przyspieszenie. Rośnie liczba rozpoczynanych budów i wydawanych pozwoleń. Warszawa to największy plac budowy w Polsce. Najwięcej nowych mieszkań powstaje na Woli,  Mokotowie, Białołęce, Pradze Południe i w Wilanowie.   

Mieszkań w ofercie deweloperów przybywa, a mimo to na obniżki cen nie ma co liczyć. Nowe lokale rozchodzą się na pniu, bo u dewelopera kupimy dużo taniej niż z drugiej ręki.

Ceny lekko w górę

Jak wynika z ostatnio przeprowadzonej wśród deweloperów sondy, większość firm nie planuje zmieniać cen w najbliższym czasie. Tylko w niektórych projektach mieszkania lekko drożeją, nie są to jednak duże zmiany. W najpopularniejszych inwestycjach, które wzbudzają duże zainteresowanie kupujących stawki nieznacznie idą w górę.

Z kolei w przypadku niektórych projektów niewielki wzrost cen idzie w parze z postępem prac budowlanych. Czasem na początku budowy lub jeszcze przed jej rozpoczęciem deweloperzy oferują ceny niższe o kilka procent, by później je podnieść. Choć większość inwestorów twierdzi, że zainteresowanie mieszkaniami jest tak duże, że nie muszą obniżać cen nawet na początku realizacji inwestycji.

Kilku procent obniżki ceny można również czasem oczekiwać po ukończeniu budowy, kiedy w oddanym osiedlu  zostają ostatnie wolne mieszkania.

Co piąte w Warszawie gotowe

Obecnie co piąty, oferowany przez deweloperów w Warszawie lokal jest już gotowy. Emmerson oblicza, że na koniec września na warszawskim rynku było w sprzedaży ok. 14,9 tys. nowych mieszkań. Oferta rośnie, a mimo to liczba oddanych lokali w całej dostępnej puli jest mniejsza niż przed rokiem. Prym wiodą mieszkania w budowie.

Jak podaje portal nieruchomości Dompress.pl, najwięcej warszawskich, nowych mieszkań wycenionych jest na 7-8 tys. zł za metr. Najtańsze oferty deweloperskie znajdziemy w Wesołej i na Białołęce. O ile w tej pierwszej dzielnicy oferta jest skromniutka, to Białołęka plasuje się w czołówce, jeśli chodzi o wielkość podaży nowych mieszkań w Warszawie.

Konkurencja jest tam silna i czasem można trafić na promocje. Obniżkę cen wprowadziła np. ostatnio firma Barc Warszawa, budująca w Białołęce osiedle Tarasy Dionizosa przy ul. Winorośli. – Wyselekcjonowaliśmy część mieszkań, które trafiły do oferty specjalnej. Wybrane lokale, które wcześniej kosztowały 5780 zł/mkw., można teraz kupić w cenie 5500 zł/mkw. – podaje Wojciech Stisz reprezentujący firmę. Wojciech Stisz zwraca uwagę, że w inwestycji oferowane są mieszkania w wyższym standardzie,  a mieszkanie dwupokojowe można nabyć już za 203 tys. zł.

W odległych rejonach Białołęki mieszkania wycenione są nawet poniżej 5 tys. zł za metr, co praktycznie nie zdarza się w innych rejonach Warszawy. Bywa, że znaczne różnice cen występują nawet w obrębie tej samej dzielnicy. Mowa tu o tych częściach miasta, w których znajduje się metro. Więcej za nowe mieszkanie trzeba będzie zapłacić, jeśli wybierzemy inwestycję usytuowaną w pobliżu kolejki podziemnej. Lokale znajdujące się w budynkach stojących niedaleko stacji metra są nawet o kilkanaście procent droższe od tych usytuowanych dalej od podziemnej kolejki.

Góra-dół , północ-południe Pragi

Dobrym przykładem tego, jak metro wpływa na ceny mieszkań jest Praga Północ. Badacze rynku zauważają, że cena nowych lokali, które weszły do sprzedaży w tej dzielnicy w III kwartale 2014 roku jest o ok. 2 tysiące za metr wyższa od stawek obowiązujących wcześniej. Na terenie dzielnicy rosną droższe inwestycje, bo druga linia metra dochodzi teraz do Dworca Wileńskiego. Obecnie w najnowszych, pólnocno-praskich inwestycjach ceny mieszkań są  porównywalne do tych, które deweloperzy dyktują w projektach realizowanych na Ochocie i Żoliborzu.

Średnie ceny nowych mieszkań podskoczyły też trochę w Wilanowie i Ursynowie, ale jest też dobra wiadomość. Dotyczy Pragi Południe. Wprowadzenie do oferty inwestycji ze znacznie niższymi cenami niż dotychczasowe doprowadziło do obniżenia średniej ceny nowych mieszkań w tej dzielnicy.

Autor: Barc Warszawa SA.

AmRest będzie otwierać 90 restauracji rocznie. EBITDA ma rosnąć o ponad 20 proc. rocznie

0

CEO Magazyn Polska

90 nowych restauracji zamierza rocznie otwierać na całym świecie spółka AmRest. Szuka też ciekawych firm z branży, które mogłaby przejąć. Na kolejne lata zapowiada dynamiczny, kilkunastoprocentowy rozwój.

– Nie wykluczam przejęć, ale raczej nie szukamy niczego dużego, bo chcemy się skupić na tym, co mamy mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wojciech Mroczyński, dyrektor ds. strategii AmRest. – Drobniejsze akwizycje w poszczególnych dywizjach nie są jednak wykluczone. Najbardziej atrakcyjne dla nas podmioty to głównie istniejący franczyzobiorcy marek, na których my się znamy świetnie. Tam, gdzie możemy zrobić różnicę, dodać wartość, ewentualnie również nowe marki, ale nasz apetyt nie jest zbyt duży na tę chwilę.

AmRest prowadzi lokale takich marek, jak Burger King, Pizza Hut, KFC oraz Starbucks. Obecnie ma ponad 780 restauracji i fast foodów w 12 krajach. Z tego niemal połowę, bo aż 314, w Polsce. W tym roku po trzech kwartałach przychody ze sprzedaży spółki przekraczały 2,1 mld zł i były o 183 mln zł wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej przekraczał w tym czasie 44,5 mln zł, co oznacza, że zmniejszył się w porównaniu z ubiegłym rokiem o prawie 5 mln zł. Na tym tle jednak naprawdę dobrze wygląda sam III kwartał, gdy spółka zanotowała wzrost przychodów o 9,9 proc., do 765 mln. Jej zysk netto był cztery razy wyższy niż w III kwartale 2013 r. i wyniósł 31,6 mln zł.

Po tych trzech kwartałach widać, że to jest dla nas bardzo dobry rok, zresztą po bardzo trudnym 2013 roku ocenia Wojciech Mroczyński. Wszystko wskazuje na to, że końcówka też będzie bardzo dobra, dlatego wszyscy jesteśmy bardzo zadowoleni.

W przyszłym roku wyniki AmRestu mają się nadal poprawiać. Spółka zapowiada w najbliższych latach dynamiczny rozwój sieci lokali na całym świecie i zdecydowaną poprawę wyników.

– To jest na pewno kontynuacja wzrostu kilkunastoprocentowego i spodziewamy się, że EBITDA w najbliższych 3 latach będzie rosnąć w jeszcze szybszym tempie niż sprzedaż mówi dyrektor ds. strategii AmRest. – Ok. 20 proc., a nawet ponad, takie są nasze aspiracje. Będziemy kontynuować te trendy, które dotąd obserwowaliśmy przez ostatnie 2-3 lata, czyli 90 otwarć rocznie z rozłożeniem akcentów głównie na Europę Środkową i Wschodnią, Hiszpanię, Rosję i Chiny.

W najbliższych latach AmRest bardzo liczy na dwa nowe dla spółki rynki: francuski i właśnie chiński. W Państwie Środka spółka rozwija własną markę Blue Frog i na razie osiąga 15 mln dolarów sprzedaży. Liczy jednak na więcej.

 To jest taki trochę przyczajony tygrys i będzie na pewno coraz bardziej ważył na wynikach całego AmRestu – podkreśla Wojciech Mroczyński.  Do tego dochodzi Francja, gdzie mamy markę La Tagliatella, która jest liderem w Hiszpanii. A ponieważ rynek francuski jest bardzo zbliżony do hiszpańskiego jeżeli chodzi o przyzwyczajenia naszych gości i bliskość geograficzną, to myślę, że na tych dwóch rynkach będziemy się skupiać, jeżeli chodzi o rozwój.

Największym rynkiem AmRestu pozostaje jednak Polska. Tu spółka istnieje najdłużej, tu zbudowała zespół ludzi oraz system wspierania restauracji od logistyki po marketing.

To przekłada się na świetne marże, a wszystko dzięki temu, że marki są bardzo rozpoznawalne – zaznacza przedstawiciel AmRestu. Mamy bardzo dużą siłę przetargową, jeżeli chodzi o właścicieli centrów handlowych, lokalizacji, i to procentuje tym, że to dywizja Europy Środkowo-Wschodniej jest właśnie tą, która dostarczy najwięcej sprzedaży i najwięcej gotówki dla całego AmRestu.

Będzie przybywać w Polsce magazynów. W III kwartale wynajmowano je szybciej niż budowano

Polski rynek powierzchni magazynowej ma ogromny potencjał. Dostępna powierzchnia to ponad 8 mln mkw., w sąsiednich Niemczech jest jednak 10 razy większa. Natomiast Czesi wyprzedzają nas pod względem liczby metrów kwadratowych na mieszkańca. Duży jest także popyt – w III kwartale w Polsce wynajęto więcej powierzchni, niż wybudowano.

Tylko w tym roku powstały w Polsce nowe magazyny o łącznej powierzchni przekraczającej 700 tys. mkw., z tego w samym III kwartale 400 tys. mkw. – wynika z raportu Colliers International. W tym samym czasie najemców znalazło 500 tys. mkw. powierzchni magazynowej.

Perspektywy dla nowych inwestycji są pozytywnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Dobrzycki, partner zarządzający odpowiedzialny za Europę w Panattoni Europe, jednym z największych inwestorów na tym rynku. –Rynek jest konkurencyjny, aczkolwiek bardzo rozwojowy. Ta baza, która w tej chwili przekracza 8 mln mkw. w porównaniu z 80 mln mkw., które są w Niemczech, napawa optymizmem. Biorąc to pod uwagę, można spokojnie powiedzieć, że przed nami bardzo długi okres fundamentalnego rozwoju. W Niemczech także w dalszym ciągu budujemy, więc widać, że możliwości rozwoju są praktycznie nieograniczone.

O potencjale rynku świadczy również to, że Polska jest największym rynkiem w regionie, chociaż pod względem liczby metrów kwadratowych na mieszkańca wyprzedzają nas Czesi.

Na polskim rynku powierzchni magazynowych najważniejsze są tereny wokół pięciu kluczowych miast: Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Poznania i konurbacji śląskiej.

W tych lokalizacjach jest najwięcej powierzchni, najwięcej się dzieje i to one są kluczowe dla rynku – ocenia Robert Dobrzycki. – Poza tym mamy dwie lokalizacje, Gdańsk i Kraków, które rosną, choć są mniejsze niż pozostałe. Trzeci segment to pozostałe miejsca w Polsce, strefy ekonomiczne bądź mniejsze miejscowości na wschodzie Polski.

Jak podkreśla, konkurencyjność rynku jest różna w poszczególnych sektorach. Najbardziej konkurencyjny jest rynek w najważniejszych pięciu lokalizacjach. Wpływa na to dostępność gruntów i koszty budowy.

Jeżeli chodzi o bazę i procent, to te mniejsze rynki rozwijają się szybciej. Aczkolwiek wolumenowo więcej jest biznesów na tych podstawowych rynkach – mówi przedstawiciel Panattoni Europe.

Na wybór konkretnej lokalizacji dla powierzchni magazynowej w Polsce wpływa wiele czynników. Jednym z nich jest rozbudowana infrastruktura komunikacyjną, kolejnym – wielkość samego rynku, czyli pobliskiej aglomeracji miejskiej. Wpływ ma również bliskość zagranicznych rynków.

Większość naszego rynku to nieruchomości w kluczowych lokalizacjach, pod standardowego klienta logistycznego, który lokalizuje się przy autostradach, lotniskach i dużych ośrodkach miejskich – podkreśla Dobrzycki. – Oczywiście zdarzają się klienci, którzy wymagają specyficznego podejścia. Klienci produkcyjni często chcą lokalizować się poza dużymi ośrodkami, w strefach ekonomicznych, bo koszty pracy i granty rządowe bądź unijne mają dla nich istotne znaczenie.

Popyt na magazyny występuje w wielu branżach gospodarki, jednak najwięcej potrzebuje ich dynamicznie rozwijający się sektor e-commerce oraz przemysł samochodowy.

Polski rynek jest atrakcyjny przez samą wielkość oraz ze względu na położenie geograficzne, koszt pracy i elastyczność kodeksu pracy w porównaniu z innymi krajami w regionie – uważa Robert Dobrzycki. – Mimo że narzekamy na to, że system prawny i podatkowy jest nieprzejrzysty, on i tak na tle krajów regionu jest przejrzysty. Dużym plusem jest też dostępność nieruchomości, klarowność planningu, czyli planów zagospodarowania, oraz bliskość rynków zachodnich.

Dynamiczny rozwój polskiego rynku powierzchni magazynowej jest dowodem na dobrą kondycję gospodarki.

W percepcji klientów ten rynek został wciągnięty do grupy krajów podstawowych w Europie, gdzie ryzyko prowadzenia działalności jest rozpoznawane jako niskie. To też pomaga klientom czuć się komfortowo w naszym kraj – zwraca uwagę Robert Dobrzycki.

SARE zapowiada na przyszły rok lepsze wyniki niż w 2014. Planuje podwoić zyski

0

CEO Magazyn Polska

SARE, notowana na NewConnect spółka specjalizująca się w e-mail marketingu, zamierza w przyszłym roku z nawiązką podwoić swoje tegoroczne wyniki. Nie wyklucza też nowej emisji, gdy pod koniec 2015 r. przeniesie się na główny parkiet warszawskiej giełdy.

Wyniki, jakie Grupa SARE dotąd osiągnęła w 2014 roku, już wyglądają imponująco. Spółka po trzech kwartałach ma przychody sięgające 18 mln zł, czyli o prawie 80 proc. wyższe niż przed rokiem. Jej zysk netto wzrósł o 135 proc., do niemal 1,4 mln zł.

Zeszły i obecny rok to czas inwestycji w działania badawczo-rozwojowe. Dążymy do stworzenia skutecznych narzędzi, które monetyzujemy, oferując je naszym klientom – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Pruszczyński, prezes zarządu SARE. – Jednocześnie zwiększamy udziały w nowych spółkach, m.in. właśnie teraz kupiliśmy udziały w spółce Emagenio, która buduje sklepy internetowe w technologii Magento. Zwiększamy też naszą ekspansję zagraniczną.

Swe usługi SARE świadczy m.in. w branży finansowej, obsługując większość dużych banków w Polsce. Działa też w branży odzieżowej i motoryzacyjnej. Mocna jest też na rynku B2C, wspierając sprzedaż do klienta końcowego (konsumenta).

Budujemy naszą pozycję na rynkach międzynarodowych – informuje Tomasz Pruszczyński. – Jest to możliwe dzięki doskonałym referencjom. Na przykład w branży kosmetycznej, gdzie klienci, zadowoleni z naszych usług w Polsce, zaczynają korzystać z naszych systemów na innych rynkach. Widzą skuteczność naszych rozwiązań w skali globalnej, bo mogą porównać różne rynki zbytu i efektywność naszych narzędzi w różnych środowiskach konsumenckich.

Do niedawna rynki zagraniczne stanowiły marginalną część działalności spółki, dając jej 2-3 proc. przychodu. Obecnie jest to już 10 proc. Spółka zmienia więc strategię zagranicznej ekspansji. Dotychczas wkraczała na rynek wraz z polskim klientem i rosła z nim, obecnie chce samodzielnie rozwijać zagraniczną działalność.

W przyszłym roku planujemy ekspansję o wiele bardziej zorganizowaną w postaci czy to oddziałów fizycznych w poszczególnych państwach, czy budowania franczyzy i wsparcia sprzedaży przez podmioty lokalne – zapowiada prezes SARE.

W 2015 roku SARE zamierza przygotować się do przeniesienia z NewConnect na główny parkiet warszawskiej giełdy, co ma nastąpić pod koniec przyszłego roku. W tym celu musi jeszcze poprawić swoją kapitalizację, co w ocenie władz firmy, przy jej dynamice wzrostu, nie powinno stanowić problemu.

Rozwijamy się zarówno organicznie, jak i poprzez inwestycje kapitałowe, dlatego uważam, że dynamika wzrostu zysku może być jeszcze większa. Zarówno w przyszłym roku, jak i w następnych latach – ocenia Tomasz Pruszczyński. – Można powiedzieć, że teraz zbudowaliśmy bazę pod dalszy wzrost. Choć już teraz SARE jest – według mnie – wyjątkową spółką na NewConnect, każdego roku zwiększamy naszą dochodowość. Inwestorzy powinni być zadowoleni.

W planach, dzięki wejściu na główny rynek GPW, SARE ma pozyskanie kapitału na rozwój firm, które już ma w portfelu. Pieniądze pozyskane w przyszłości z kolejnych emisji mają być przeznaczone na rozwój grupy, sfinansowanie przejęć następnych spółek.

To jest naturalny rozwój. Po to weszliśmy na NewConnect, żeby urosnąć szybko, ustabilizować biznes, pokazać inwestorom, że jesteśmy partnerem godnym zaufania – podkreśla prezes. – To już udowodniliśmy. Efektem jest rosnąca kapitalizacja. Do tego chcemy nadal poprawiać wyniki. Planujemy do końca przyszłego roku być gotowi do wejścia na tak zwaną dużą giełdę, czyli na GPW. Patrząc na nasze wyniki i dynamikę ich wzrostu, myślę, że spokojnie osiągniemy ten cel.

Szkody wywołane cyberatakami w UE szacowane są na 290 mld euro. Polskie spółki słabo się przed nimi zabezpieczają

Skala szkód spowodowanych przez hakerów rośnie. Szacuje się, że wynoszą one w UE 290 mld euro, a cyberataki prowadzone są na coraz większą skalę. W Polsce świadomość zagrożeń nie jest wystarczająca. Firmy i internauci są narażeni na kradzież nie tylko danych osobowych i finansowych, lecz także pieniędzy.

Polskie spółki nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakim są ataków, a także z ich rozmiaru i z możliwości wycieku informacji poufnych, technologii czy danych istotnych i wrażliwych dla rozwoju firmy. Wartość szkód spowodowanych przez cyberataki w UE to 290 mld euro – mówi agencji Newseria Biznes Anna Katarzyna Nietyksza, prezes zarządu firmy doradczej EFICOM.

Brak odpowiedniego oprogramowania, brak ostrożności, a czasem wręcz lekceważenie zagrożeń narażają firmy na utratę danych osobowych i finansowych.

Podczas różnych transakcji elektronicznych hakerzy mogą ukraść pieniądze z konta firmy i to w bardzo łatwy sposób. Wyciekają więc dane dotyczące planów firmy czy dane wrażliwe dotyczące technologii. Kradzione są też dane z niezabezpieczanych telefonów komórkowych i komputerów – wylicza Anna Katarzyna Nietyksza.

To właśnie urządzenia mobilne stają się gratką dla hakerów. Na świecie w użyciu jest już ponad 6 mld urządzeń mobilnych. Ich użytkownicy często zapominają o odpowiednim ich zabezpieczeniu – znacznie rzadziej kupują oprogramowanie antywłamaniowe niż dla komputerów stacjonarnych lub laptopów. W ten sposób cyberprzestępcy mają łatwy dostęp do danych gromadzonych w smartfonie lub tablecie. Dodatkowo, jeśli dane urządzenie podłączane jest do służbowego komputera, hakerzy zyskują również dostęp do tych lepiej chronionych sprzętów czy całego systemu firmy.

Polska ma świetną i doświadczoną kadrę informatyczną, ale myślę, że firmy jeszcze nie bardzo nadążają za trendem gospodarki zarządzanej danymi, szczególnie te mniejsze albo firmy energetyczne. De facto żyjemy w gospodarce zarządzanej danymi, 80 proc. danych jest przestrzenne, korzystamy z chmury obliczeniowej, często nie zdając sobie z tego sprawy – mówi Nietyksza.

Według prezes EFICOM SA niski poziom świadomości dotyczy zarówno spółek, także tych giełdowych, jak i administracji. Wszystkie te instytucje powinny przede wszystkim szkolić pracowników i zarządy w zakresie cyberbezpieczeństwa i odpowiedzialności, jaka się z nim wiąże.

We wzmacnianiu świadomości i bezpieczeństwa cyfrowego polskich firm mogą pomóc środki z Unii Europejskiej.

Tych pieniędzy wystarczy, by sfinansować zakup rozwiązań i urządzeń, a nawet ich stworzenie. Pierwszym krokiem, aby ustalić ile dana firma potrzebuje środków, jest audyt cyberbezpieczeństwa i sprawdzenie, co tak naprawdę dzieje się w przedsiębiorstwie. A dopiero potem wyposażenie firmy we właściwe rozwiązania – podsumowuje Nietyksza.

Światowy dzień konkurencji

0

Za sześć tygodni wchodzi w życie nowelizacja prawa antymonopolowego. Wzmocniony zostanie polski system walki ze zmowami przedsiębiorców i  nadużywaniem pozycji  dominującej, a także usprawnione zostaną procedury kontroli koncentracji. Dziś, w Światowy Dzień Ochrony Konkurencji, UOKiK przypomina o najważniejszych zmianach w przepisach

Światowy Dzień Konkurencji organizowany jest 5 grudnia  (od 2010 roku) przez pozarządową organizację Consumer Unity & Trust Society (CUTS International) oraz Konferencję Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD).

Polskie prawo antymonopolowe istnieje od 1990. Od tego czasu przeszło szereg zmian. Najnowsze wejdą w życie 18 stycznia 2015 r, wraz z nowelizacją ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Jej celem jest skuteczniejsze wykrywanie praktyk ograniczających konkurencję, a tym samym zwiększenie ochrony konsumentów.

Ważną zmianą będzie wprowadzenie możliwości nałożenia kary finansowej na osoby zarządzające przedsiębiorstwem za umyślny udział w porozumieniu ograniczającym konkurencję. Maksymalnie będzie mogła wynieść równowartość dwóch milionów zł. Ustawa zawiera  zamknięty katalog naruszeń prawa, tak aby wiadomo było, jakie praktyki zagrożone są karą finansową. Wprowadzenie osobistej odpowiedzialności ma za zadanie zniechęcić menedżerów i prezesów do zawierania nielegalnych porozumień. Może być również bodźcem do wprowadzenia systemów compliance, czyli przyjmowania i stosowania kodeksów, zasad i procedur jakimi powinni kierować się pracownicy i zarządzający, tak aby przestrzegać prawa. Skuteczny compliance powinien pełnić dwie funkcje. Po pierwsze zapobiegać łamaniu prawa antymonopolowego, a po drugie  zminimalizować negatywne skutki dla spółki i menedżerów – jeżeli mimo wszystko dojdzie do złamania przepisów.

Zmiany dotyczyły będą również programu łagodzenia kar leniency. Wprowadzone rozwiązanie, tzw. leniency plus umożliwi przedsiębiorcy, który złoży wniosek jako drugi lub kolejny, uzyskanie dodatkowego obniżenia kary o 30 proc., jeśli poinformuje Urząd o innej zmowie, której również był uczestnikiem. W tej drugiej sprawie będzie miał status pierwszego wnioskodawcy i uniknie w niej kary finansowej.

Nowym narzędziem UOKiK będą środki zaradcze (ang. remedies). W decyzji kończącej postępowanie UOKiK będzie miał możliwość wskazania przedsiębiorcy, jakie działania ma podjąć w celu usunięcia skutków naruszenia lub zaprzestania niedozwolonej praktyki. W pierwszej kolejności będą to mogły być tzw. środki behawioralne, np. udzielenie licencji własności intelektualnej na niedyskryminujących warunkach, czy zmiana umowy. Jeżeli okażą się one nieskuteczne lub będą mniej korzystne dla przedsiębiorcy, Urząd będzie miał możliwość zastosowania tzw. środków strukturalnych. Jednym z nich może być nakaz rozdzielenia prowadzenia przez przedsiębiorcę działalności na szczeblu detalicznym od hurtowej, w celu zapewnienia innym detalistom jednolitych warunków na danym rynku.

Ponadto w skuteczniejszej walce z niedozwolonymi porozumieniami pomóc może wydłużenie okresu przedawnienia praktyk ograniczających konkurencję z roku do pięciu  lat. Pozwoli to na wykrycie większej ilości zmów szkodliwych dla gospodarki oraz konsumentów. Może również działać prewencyjnie – zniechęcać do niedozwolonych działań.

Usprawniona zostanie również kontrola koncentracji. Wprowadzona zostanie dwuetapowa procedura analizowania wniosków w sprawie fuzji i przejęć – proste koncentracje rozpatrywane będą w ciągu miesiąca, natomiast bardziej złożone przez dodatkowe cztery miesiące.

Ponadto przedsiębiorca jeszcze w toku trwającego postępowania z zakresu  kontroli koncentracji pozna przewidywany kierunek rozstrzygnięcia, w tym zastrzeżenia Urzędu. Będzie mógł odnieść się do nich, a nawet zmodyfikować zakres fuzji lub przejęcia, tak aby uniknąć decyzji zakazującej transakcji.

Wszystkie zmiany, które wprowadza nowelizacja można znaleźć w załączniku pod komunikatem prasowym.

 

Sprzedaż poza lokalem przedsiębiorcy – nieuczciwe praktyki

0

Nawet 300 zł dodatkowych kosztów za każdą domową wizytę osoby przypominającej o opóźnieniach w spłacie należności – takie procedury windykacyjne stosowała poznańska spółka sprzedająca produkty paramedyczne. To jeden przykładów niezgodnych z prawem praktyk przedsiębiorców zajmujących się handlem na pokazach i akwizycją. Prezes UOKiK wydał trzy decyzje

Jeżeli konsument dokonuje zakupu poza stałymi punktami sprzedaży detalicznej – zwykle od akwizytora lub podczas prezentacji (np. w hotelach, szkołach), zawiera umowę poza lokalem przedsiębiorcy. W takiej sytuacji nabywca ulega często presji sprzedawcy, a ponadto ma ograniczone możliwości porównania proponowanej mu oferty z innymi dostępnymi na rynku. Dlatego konsumenci, którzy kupują od akwizytorów i na pokazach, są szczególnie chronieni m.in. poprzez prawo do odstąpienia od umowy w ciągu 10 dni od jej zawarcia. Ponadto UOKiK stale nadzoruje przedsiębiorców oferujących swoje towary i usługi poza lokalem. Ostatnim rezultatem tych działań są decyzje dotyczące poznańskiej spółki Nuovo, która oferuje konsumentom wyroby rehabilitacyjne i zdrowotne, Zakładu Usługowo-Handlowego Gazpron z Konina, który zajmuje się sprzedażą i montażem kuchenek gazowych oraz czujników gazu i Sobex Gaz (wcześniej Domex Gaz) z Okonka (woj. wielkopolskie) zajmującego się sprzedażą i montażem czujników gazu.

Bezprawne procedury windykacyjne

Spółka Nuovo zastrzegała we wzorcach umownych prawo do obciążania klientów kosztami w wysokości do 300 zł za każdą domową wizytę osoby przypominającej o opóźnieniach w spłacie należności, nie precyzując przy tym częstotliwości tych wizyt. Zastrzeżenia UOKiK dotyczyły braku określenia procedur naliczania opłat windykacyjnych. W rezultacie konsument nie wiedział, jakimi kosztami może zostać obciążony za nieterminową spłatę zobowiązań.

Ograniczanie prawa do odstąpienia od umowy

Spółka Nuovo zastrzegała możliwość pobierania opłaty w wysokości 400 zł za odstąpienie przez konsumenta od umowy zawartej poza lokalem przedsiębiorcy. Podobne praktyki stosował Sobex Gaz, który konsumentów odstępujących od umowy obciążał wynagrodzeniem za usługę i korzystanie z rzeczy w wysokości 100 zł.  Tymczasem zgodnie z prawem konsument ma prawo odstąpić od takiej umowy w ciągu 10 dni bez ponoszenia z tego tytułu jakichkolwiek dodatkowych kosztów.

Zniechęcanie do złożenia reklamacji

Zakład Usługowo-Handlowy Gazpron m.in. zastrzegał we wzorcu umownym, że w przypadku nieuzasadnionego wezwania serwisanta klient zobowiązany jest pokryć koszty dojazdu i roboczej godziny serwisanta w wysokości 90 zł. Praktyka ta naruszała interesy klientów spółki, ponieważ w obawie przed poniesieniem kosztów mogli oni rezygnować z przysługującego im prawa składania reklamacji na wadliwie działający produkt. Tymczasem zgodnie z prawem, koszty związane z reklamacjami składanymi przez konsumentów (np. dojazd serwisanta) ponosi przedsiębiorca.

Wyłączanie odpowiedzialności za opóźnienia

Sobex Gaz zastrzegł we wzorcu umownym m.in, że ma prawo do wykonania usługi w terminie późniejszym niż ustalony, dłuższym nawet o 21 dni. Takie postanowienie wzorca jest niedozwolone, ponieważ przewiduje możliwość jednostronnej zmiany terminu wykonania umowy przez przedsiębiorcę, bez wskazania ważnej przyczyny. W ramach dodatkowego okresu przedsiębiorca może bowiem swobodnie decydować o tym, kiedy faktycznie wykona swoje zobowiązanie i nie będzie to traktowane jako nienależyte wykonanie umowy. Zgodnie z prawem, jeżeli z powodu nienależytego wykonania umowy z winy przedsiębiorcy konsument poniesie straty, ma prawo domagać się odszkodowania.

Działania UOKiK

Prezes UOKiK nakazał spółce Nuovo zaniechanie stosowania praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów i nałożył kary w łącznej wysokości 21 536 zł. Decyzja jest prawomocna, przedsiębiorca nie skorzystał z prawa do odwołania do sądu.

Za stosowanie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów Prezes UOKiK nałożył na Gazpron karę w wysokości 1 011 zł. Przedsiębiorca, jeszcze przed zakończeniem postępowania UOKiK zaprzestał stosowania niedozwolonych praktyk, co wpłynęło na obniżenie wysokości sankcji finansowej. Decyzja nie jest prawomocna. Przedsiębiorca odwołał się do sądu.

Za stosowanie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów Prezes UOKiK nałożył na Sobex Gaz kary pieniężne w łącznej wysokości 4 440 zł. W trakcie postępowania UOKiK przedsiębiorca zaniechał stosowania niektórych z kwestionowanych praktyk. Decyzja jest prawomocna, przedsiębiorca nie skorzystał z prawa odwołania się do sądu.

NIK o wykorzystaniu 1% przez OPP

Organizacje pożytku publicznego (OPP) są jednym z filarów wspierających obywatelską aktywność na rzecz dobra społecznego. Coraz więcej podatników przekazuje im środki z 1 proc. odpisu z podatku dochodowego. Dlatego zdaniem NIK należy bardziej precyzyjnie niż dotąd określić zasady dokumentowania i rozliczania się przez OPP z przekazanych przez podatników środków. Główną przeszkodą w zapewnieniu pełnej transparentności jest brak prawnego obowiązku wyodrębniania przez OPP w ewidencji finansowo-księgowej zarówno przychodów z odpisu, jak i ponoszonych z tych środków kosztów administracyjnych.

NIK wskazuje na konieczność ujednolicenia i uregulowania przepisów, dotyczących funkcjonowania OPP. Niespójne przepisy sprawiają kłopot z odczytywaniem i interpretowaniem danych ze sprawozdań finansowych organizacji pożytku publicznego. Z jednej bowiem strony OPP muszą – zgodnie z nałożonym przez ministra obowiązkiem – określać w sprawozdaniach cel, na jaki wydały środki pochodzące z 1 proc. odpisów, z drugiej zaś OPP nie mają prawnego obowiązku gromadzenia danych niezbędnych do sporządzenia rzetelnego sprawozdania. W konsekwencji blisko 30 proc. OPP nie uwzględnia w ogóle tych danych w sprawozdaniach,  część organizacji podaje zaś wyłącznie dane szacunkowe.  Zdaniem NIK sytuacja ta wymaga uregulowania tym bardziej, że coraz więcej Polaków przekazuje swój 1% na rzecz organizacji pożytku publicznego. W 2005 r. zrobiło to zaledwie 0,3 % podatników, tymczasem w roku 2011 było to już 38 % (ponad 10 mln), a w 2014 roku 45 % (12 mln) podatników.

Wciąż nie została też ustanowiona prawem reguła dotycząca wydatkowania środków pochodzących z odpisu 1 proc. na koszty administracyjne. OPP – poza finansowaniem zadań statutowych – muszą mieć pieniądze na pokrycie kosztów administracyjnych, np. na wypłatę wynagrodzeń pracowników, remonty czy działania promocyjne. NIK zwraca uwagę, że chcąc pozyskać jeszcze większe niż do tej pory zaufanie obywateli, w interesie OPP byłoby jednoznaczne zapisanie, jaką część napływających środków i z jakiego źródła organizacje mogą wydawać na koszty administracyjne. Dzięki takiej regulacji, można byłoby jednocześnie zapewnić spokojne funkcjonowanie organizacji oraz  transparentność rozliczeń.

NIK odnotowuje, że część z OPP – mimo braku obowiązku prawnego – z własnej inicjatywy dokonała wyodrębnienia przychodów i kosztów administracyjnych z odpisu w swojej ewidencji finansowo-księgowej. Takie działania na rzecz transparentności NIK wskazuje jako dobre praktyki godne upowszechnienia.

Minister ds. społecznych nadzorował organizacje pożytku publicznego w badanym okresie na tyle, na ile pozwalały mu na to określone prawem narzędzia. Minister zlecał wojewodom i urzędom kontroli skarbowej prowadzenie kontroli w OPP, przygotował Koncepcję zmian w ustawie o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie w zakresie podniesienia standardu OPP (2012 r.), a także projekt Dobrych praktyk organizacji pożytku publicznego (2013 r.).

Przygotowana Koncepcja zmian zakładała m.in. wprowadzenie limitu kosztów administracyjnych dla organizacji i obowiązek ich wyodrębniania w ewidencji księgowej, a także zakaz przeznaczania środków z odpisu na reklamę oraz inwestowania ich na rynku finansowym. Jednak w wyniku opinii Rady Działalności Pożytku Publicznego, kwestionującej potrzebę wprowadzenia proponowanych zmian, minister żadnej z nich nie uwzględnił w projekcie nowelizacji ustawy.

Przeprowadzone przez NIK w ministerstwie badanie 50 sprawozdań merytorycznych OPP za lata 2011-2012 wykazało, że System sprawozdań OPP, który miał ułatwić organizacjom składanie i publikowanie sprawozdań, nie umożliwiał weryfikacji wprowadzanych danych ani korygowania sprawozdań już opublikowanych. Problem stanowiły także nieprecyzyjne instrukcje we wzorze sprawozdania. Wzór ten budził wątpliwości OPP, jednak minister nie robił nic, by go zmienić. W konsekwencji dane przekazane opinii publicznej zawierały wiele błędów.

Kontrole przeprowadzone przez MPiPS wykazały, że część OPP nie przedkładała ministrowi ds. społecznych sprawozdań merytorycznych i finansowych. Organizacje,  które – mimo wezwania – sprawozdań nie składały, minister konsekwentnie wykreślał z rejestru OPP. W ten sposób w latach 2011-2013 status OPP utraciło odpowiednio 44, 371 i 338 organizacji. NIK zwraca jednak uwagę, że minister nie dysponuje wystarczająco szeroka skalą możliwych działań. W zasadzie w każdej sytuacji jedyną sankcją jest pozbawienie danej organizacji statusu OPP. W przypadku, gdy skala stwierdzonych nieprawidłowości jest niewielka – wydaje się to karą nadmiernie rygorystyczną.

Zdaniem NIK, aby ministerstwo mogło sprawować skuteczny nadzór nad środkami otrzymywanymi z „jednego procenta” powinny być one odrębnie ewidencjonowane. Poza wprowadzeniem prawnego obowiązku wyodrębniania środków z odpisu w ewidencji finansowo-księgowej, zdaniem NIK należy także ustanowić ustawowe reguły dysponowania tymi środkami, w odniesieniu do finansowania z nich kosztów administracyjnych.

NIK zwraca też uwagę, że ustawodawca zobowiązał publiczne radio i telewizję do nieodpłatnego rozpowszechniania, we współpracy z OPP, audycji popularyzujących m.in. ideę przekazywania konkretnym organizacjom pożytku publicznego 1 proc. podatku PIT. Z kontroli wynika, że OPP, poza jednostkowymi przypadkami, z tej możliwości nie korzystały.

W świetle ustaleń z kontroli w ocenie NIK zasadne jest wprowadzenie zmian w prawie umożliwiających m.in.:

  • zobowiązanie OPP z rocznym przychodem przekraczającym np. 100 tys. zł do wyodrębniania przychodów z 1% oraz kosztów administracyjnych. Takie rozwiązanie stworzyłoby warunki dla transparentnego rozliczania środków i rzetelnego sporządzania sprawozdań, także w kontekście realizacji woli obywatela odnośnie szczegółowego celu odpisu;
  • określenie jasnych i przejrzystych zasad dysponowania przez OPP środkami z odpisu 1%;
  • ujednolicenie wzoru sprawozdania z działalności OPP, tak, aby zmniejszyć ryzyko zamieszczania w sprawozdaniach nierzetelnych danych;
  • przyjęcie szerszego katalogu sankcji, nakładanych za nieprawidłowości, który wykluczy konieczność wykreślanie organizacji z listy OPP w wyniku drobnych nieprawidłowości (Minister już zapowiedział zaproponowanie takiego rozwiązania w kolejnej nowelizacji ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie).

Eficom planuje kolejne akwizycje. Spółka chce być branżowym liderem w Europie Centralnej

0

CEO Magazyn Polska

Grupa Eficom-Sinersio będzie się powiększać. Po zakupie specjalizującej się w technologii cloud computing spółki Sinersio Eficom planuje kolejną inwestycję. Chce kupić firmę zajmującą się cyberbezpieczeństwem. Celem notowanej na NewConnect spółki jest stworzenie grupy, która stanie się branżowym liderem w Europie Środkowej.

– Po zakupie spółki specjalizującej się w technologii cloud computing planujemy również zakup spółki oferującej rozwiązania związane z cyberbezpieczeństwem deklaruje prezes Eficom. Będziemy mieli dość zdywersyfikowany rodzaj działalności, ale jednocześnie idący w kierunku gospodarki cyfrowej. To znaczy z jednej strony chcemy proponować i dostarczać rozwiązania cyberbezpiecznej chmury obliczeniowej i data center. A z drugiej strony będziemy wspierać nas samych i naszych klientów funduszami unijnymi.

Eficom chce być integratorem usług cloud computing na Europę Centralną i rozwinąć ten dopiero rosnący w Polsce technologicznie i rynkowo obszar, który w Europie jest wart już ponad 43 mld euro.

– Na szczęście zaczyna się w pewnym sensie manna urodzaju w naszej podstawowej działalności, którą były do tej pory fundusze unijne mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Anna Katarzyna Nietyksza, prezes zarządu Eficom. – Tu mamy już 12-letnie doświadczenie i sądzę, że będzie to też okazja do tego, żeby to doświadczenie przekształcić w konkretne pieniądze.

Notowany na NewConnect Eficom specjalizuje się w doradztwie dla firm poszukujących kapitału. Spółka liczy na to, że najbliższe lata pozwolą jej rozwinąć działalność. W I półroczu, jeszcze przed połączeniem ze spółką Sinersio, Eficom miał 385 tys. zł przychodów ze sprzedaży, aż o 77 proc. mniej niż w ubiegłym roku. Strata netto spółki sięgnęła w tym czasie 253 tys. zł i była o połowę mniejsza niż w I półroczu 2013 roku. Firma stawia teraz na nowe technologie. Chce oferować cyberbezpieczne rozwiązania, czyli takie usługi, jak chmura obliczeniowa. Planuje rozwój i docelowo stworzenie dużego, silnego podmiotu na skalę Europy Centralnej.

W praktyce stajemy się już dostawcą chmury obliczeniowej i rozwiązań rozmaitego typu: od infrastruktury IT, którą już udostępniamy na żądanie, po platformy typu e-commerce, które też już posiadamy, ale będą też rozmaite inne platformy IT udostępniane poprzez platformy software. Czyli te, na których różni dostawcy będą mogli ulokować swój software,a my będziemy go sprzedawać docelowym klientom podkreśla Anna Katarzyna Nietyksza.

Jedną z metod prowadzących do osiągnięcia celu, czyli stworzenia dużej środkowoeuropejskiej firmy dostarczającej klientom nowoczesne rozwiązania informatyczne, jest edukacja rynku.

Z drugiej strony Eficom pracuje nad reorganizacją grupy, sprzedażą zbędnych aktywów i kupnem nowych.

– Na pewno w naszej strategii nie stawiamy już na rozwój organiczny ocenia prezes spółki. – Nie na budowanie powolne, lecz na kupowanie, może nie chcę powiedzieć przejmowanie, bo tego nikt nie lubi, ale kupowanie kolejnych podmiotów, dołączanie do grupy kapitałowej, tworzenie silnej grupy kapitałowej w obszarze właśnie IT i cyber security. Pozbywanie się – pewnie tak, na przykład takiej spółki, jak Green Assets Inwestycje.

Green Assets Inwestycje, jak wynika z ostatniego opublikowanego raportu Eficom, w II kwartale nie wygenerowała żadnych przychodów ze sprzedaży.

Resort środowiska: nowela ustawy o GMO dotyczy prac badawczych i nie zezwala na uprawy takich roślin czy wprowadzanie ich do środowiska

CEO Magazyn Polska

Celem nowelizacji ustawy o organizmach genetycznie zmodyfikowanych są kwestie związane z ich zastosowaniem do badań naukowych. Resort środowiska zapewnia, że nowe prawo nie zawiera żadnych regulacji, które zmieniłyby stanowisko rządu dotyczące utrzymania wolnego od GMO środowiska Polski.

Przyjęta pod koniec listopada przez Sejm ustawa zmieniająca ustawę o organizmach genetycznie zmodyfikowanych ma de facto jeden cel, czyli wprowadzenie do polskiego porządku prawnego dyrektywy Unii Europejskiej regulującej kwestie związane z mikroorganizmami genetycznie modyfikowanymi, a w szczególności z ich zamkniętym użyciem – uspokaja w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Otawski, wiceminister środowiska.

Nowelizacja ustawy z 22 czerwca 2001 roku o organizmach genetycznie zmodyfikowanych wdraża do polskiego porządku prawnego dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady 2009/41/WE regulującą zamknięte (do celów naukowych i badawczych) użycie mikroorganizmów genetycznie zmodyfikowanych. W październiku Europejski Trybunał Sprawiedliwości ukarał Polskę za niewdrożenie odpowiednich przepisów dotyczących GMO. Stąd – jak wyjaśnia wiceminister – konieczność szybkiego opracowania i wdrożenia nowych przepisów.

Z punktu widzenia obywateli czy bezpieczeństwa środowiska, jak przekonuje ekspert, nowe prawo nic nie zmienia. Nie ma tam bowiem regulacji, które zmieniałyby stanowisko rządu dotyczące tego, że Polska ma pozostać obszarem wolnym od GMO.

To regulacje mówiące jak, kto i na jakich zasadach może wykonywać badania dotyczące mikroorganizmów w taki sposób, aby można było prowadzić ich modyfikację genetyczną, co związane jest przede wszystkim z badaniami w celach medycznych i farmaceutycznych – tłumaczy Otawski. – Nowelizacja reguluje też tę sferę dotyczącą mikroorganizmów i ich zamkniętego użycia, w warunkach braku kontaktu ze środowiskiem zewnętrznym oraz ludźmi, którzy nie są uprawnieni do prowadzenia takich badań.

Ustawa określa także dodatkowe zabezpieczenia, których do tej pory w polskim prawie nie było, związane z badaniami nad organizmami i mikroorganizmami genetycznie zmodyfikowanymi.

Wprowadzamy tzw. kategorię zakładów inżynierii genetycznej i obowiązek uzyskania zezwolenia na prowadzenie tego typu obiektów – mówi Piotr Otawski. – Nowe prawo wskazuje parametry i warunki, jakie trzeba spełnić, aby móc prowadzić zakład inżynierii genetycznej. Tym samym większej kontroli poddana będzie sfera prowadzenia badań nad mikroorganizmami genetycznie zmodyfikowanymi, co zwiększy bezpieczeństwo środowiska i społeczeństwa.

Jak podkreśla wiceminister, te regulacje są istotne dla postępu prac w medycynie, farmacji czy nad wykorzystaniem i produkcją substancji chemicznych. Dla przeciętnego Polaka skutki nowych przepisów nie będą jednak bezpośrednio odczuwalne.

Nie są to działania, które wprost mają wpływ na społeczeństwo czy środowisko naturalne. W żaden sposób nie umożliwiają wprowadzenia organizmów genetycznie zmodyfikowanych do otoczenia, a tym bardziej – upraw w Polsce roślin genetycznie zmodyfikowanych – precyzuje Otawski.

Jak napisano w uzasadnieniu do projektu, nowe przepisy nie mają zastosowania w produkcji żywności, produktów leczniczych, pasz itp. zawierających, składających się lub wytworzonych z organizmów genetycznie zmodyfikowanych. Nie będą też stosowane do magazynowania, hodowania, transportu, niszczenia, usuwania lub wykorzystywania mikroorganizmów, które zostały wprowadzone do obrotu na podstawie decyzji Komisji Europejskiej albo decyzji państwa członkowskiego Unii Europejskiej.

Sytuacja w Rosji zaczyna być podbramkowa. Kraj jest poza zainteresowaniem poważnych inwestorów

CEO Magazyn Polska

Zagraniczny kapitał ucieka z Rosji, ryzyko bankructwa tego kraju rośnie, a perspektywy na kolejne lata są pesymistyczne. Już w przyszłym roku tamtejsza gospodarka prawdopodobnie pogrąży się w recesji.

Tylko w III kwartale z rosyjskiego rynku inwestorzy zabrali 13 mld dolarów, a w tym roku w sumie 85 mld. Rosyjskie rezerwy walutowe, jeszcze niedawno gigantyczne, topnieją w szybkim tempie. W 2013 roku Moskwa miała zapasy waluty przekraczające 522 mld dolarów, później jednak rozpoczął się konflikt z Ukrainą i rezerwy walutowe zaczęły topnieć.

Co prawda mówi się o tym, że Rosja nadal ma 370 mld dolarów w rezerwach walutowych, ale tylko mniej niż 200 mld jest w tak zwanych bardzo płynnych aktywach do natychmiastowej sprzedaży podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Aleksander Jawień, prezes Investment Fund Managers. To mniej niż zobowiązania państwa rosyjskiego i firm rosyjskich, które muszą spłacić w ciągu następnych dwóch lat. Można zatem powiedzieć, że sytuacja zaczyna się robić podbramkowa.

Rosja czerpie 70 proc. swoich dochodów ze sprzedaży surowców, głównie ropy i gazu. Stany Zjednoczone zwiększyły sprzedaż ropy, przyczyniając się do obniżki jej cen na rynku ze 110 dolarów za baryłkę (cena sprzed wojny) do ok. 67 dolarów według najnowszych notowań. To jednak nie koniec. W przyszłym roku USA zapowiada zwiększenie eksportu ropy, a za dwa lata – rozpoczęcie eksportu gazu, który teraz jest zakazany.

To spowoduje podwyżkę cen gazu w Stanach Zjednoczonych, co oczywiście ucieszy branżę, i pewnie znaczną obniżkę cen gazu w Europie. To nie jest dobra wiadomość dla Rosji, jej stabilności finansowej i możliwości czerpania dochodów z ropy naftowej i gazu.

Skutek jest taki, że Rosja pogrąża się w kryzysie gospodarczym, a jej waluta dramatycznie tanieje. Przed rokiem za dolara trzeba było zapłacić niecałe 33 ruble, a dziś aż o 20 rubli więcej. Rosyjskie firmy zostały przez sankcje praktycznie odcięte od kapitału. Tymczasem w 2015 roku tamtejsze przedsiębiorstwa zadłużone na otwartych rynkach finansowych na kwotę ponad 500 mld dolarów muszą spłacić ponad 130 mld dolarów.

Ostatnio Morgan Stanley obniżył prognozę dla gospodarki z -0,5 proc. w 2015 roku do -1,7 proc. dynamiki PKB – zwraca uwagę prezes Investment Fund Managers. To są kiepskie informacje, dlatego trudno mi na podstawie tych negatywnych przepływów kapitału wyobrazić sobie, że ktoś chciałby rzeczywiście inwestować krótkoterminowo w Rosji. Wynika to z gigantycznego ryzyka geopolitycznego, a przede wszystkim ze zmniejszającej się stabilności finansów rosyjskich.

Może to oznaczać, że na nowe inwestycje Rosja nie ma co liczyć. Jej papiery skarbowe to coraz bardziej ryzykowne aktywa, a jak podkreśla prezes Investment Fund Managers, kraj ten pozostaje poza zainteresowaniem rozsądnych inwestorów.

– Po pierwsze, inwestorzy wyceniają dziś ryzyko bankructwa Rosji na 20 proc. przypomina Aleksander Jawień. –  Jak dla kraju, który jeszcze niedawno cieszył się estymą inwestorów, jest to dość dużo. Po drugie, agencje ratingowe pewnie już niedługo będą obniżały inwestycyjny rating Rosji, co jest ewidentnie kolejnym sygnałem braku zaufania do tego kraju.

Za cztery lata zaczną pracę nowe bloki Elektrowni Opole. Ruszył największy projekt infrastrukturalny

CEO Magazyn Polska

Dwa bloki w Opolu, każdy o mocy 900 MW, będą gotowe w 2018 i 2019 roku. Budowa elektrowni jest największym projektem infrastrukturalnym III RP – kosztować będzie ponad 11 mld zł. Jej realizacja musi odbywać się w ramach przepisów o zamówieniach publicznych, choć jak podkreśla Mirosław Kowalik z Alstom Power w Polsce, ustawa daje pole do kształtowania szczegółowych rozwiązań. Do tego jednak konieczny jest dialog między partnerami na każdym etapie procedury. Łatwiej ma być również dzięki zmianom w prawie.

Realizacja projektu budowy dwóch bloków w Elektrowni Opole jest bardzo ważna dla naszej organizacji w Polsce i grupy Alstom ze względu na skalę inwestycji – mówi agencji informacyjnej Newseria Mirosław Kowalik, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Alstom Power w Polsce. – To są ogromne pieniądze, które zostaną zainwestowane w infrastrukturę energetyczną, dając zatrudnienie polskim firmom.

Budowana elektrownia będzie jedną z najnowocześniejszych na świecie. Choć jej paliwem pozostanie węgiel kamienny, emisja CO2 do atmosfery ma być zredukowana o ok. 25 proc na jednostkę wyprodukowanej energii. Sprawność netto nowych bloków ma być wyższa o 25 proc w stosunku do obecnej średniej w polskiej energetyce.

3 listopada wykonawcy wmurowali kamień węgielny pod opolską inwestycję. Jej zakończenie oczekiwane jest na 2019 rok. Jeden z bloków ma ruszyć w lipcu 2018 r., drugi – w lutym 2019 r. Każdy z nich będzie miał moc 900 MW.

Każdy taki projekt infrastrukturalny, a szczególnie w energetyce, wymaga wysokiej mobilizacji wszystkich uczestników procesu inwestycyjnego, w szczególności wykonawców – podkreśla Kowalik. – Pierwsze  etapy: projektowanie, przygotowanie placu budowy i wejście na budowę realizowane są zgodnie z planem. Jesteśmy w stałym kontakcie z naszymi partnerami, konsorcjum i klientem. Wierzymy, że ten projekt będzie zakończony sukcesem.

Inwestorem wartej 11,56 mld zł budowy jest Polska Grupa Energetyczna, a wykonawcą konsorcjum Rafako, Polimeksu-Mostostalu, Mostostalu Warszawa, przy współudziale Alstom Power.

Nowa część elektrowni Opole to największy projekt infrastrukturalny, jaki realizowany jest w Polsce od ćwierćwiecza, i największa obecnie inwestycja w Europie. Jak podkreśla Kowalik, realizacja tego typu przedsięwzięć jest o tyle trudna, że musi odbywać się w ramach obowiązującego Prawa zamówień publicznych.

Zmiany dokonane ostatnio w ustawie o zamówieniach publicznych, np. ograniczenie stosowania wyłącznie kryterium ceny czy powoływania się przez wykonawców na zasoby podmiotów trzecich, idą w dobrym kierunku – mówi Mirosław Kowalik.

Wyjaśnia, że ustawa narzuca pewne rozwiązania i ramy działania, ale jednocześnie pozostawia pole do kształtowania szczegółowych rozwiązań, w zależności od charakteru inwestycji. Kluczowe dla realizacji tak dużych projektów są dialog i współpraca między partnerami na każdym etapie procedury. Zdaniem Kowalika dla firm uczestniczących w przetargu oprócz spełnienia wymagań ustawy ważna jest możliwość wypracowania zrównoważonej formuły realizacji inwestycji, zapewniając jej optymalizację ekonomiczną i techniczną, co nie ograniczy konkurencji i zapewni czytelne kryteria oceny ofert.

Ustawa o zamówieniach publicznych nie definiuje tego, w jaki sposób są rozłożone akcenty w umowie szczegółowej, która jest przedmiotem ostatecznej specyfikacji zamówienia – zaznacza dyrektor z Alstom Power w Polsce. – Szczegółowe wymagania kształtowane są podczas całego postępowania przetargowego i powinny być przedmiotem uzgodnień stron, szczególnie dla tak technologicznie zaawansowanych inwestycji, z jakimi mamy do czynienia w energetyce. 

Eksperci wskazują, że jednym z problemów zamówień publicznych jest kryterium najniższej ceny, które może czasem odbijać się na jakości projektu. Jak podkreśla Kowalik, w sektorze energetycznym inwestorzy – poza ceną – muszą kierować się jeszcze innymi kryteriami, w tym wyborem najlepszej dostępnej technologii.

Investment Fund Managers: mimo tanich rosyjskich aktywów, inwestowanie w tym kraju jest ryzykowne

CEO Magazyn Polska

Zagraniczny kapitał ucieka z Rosji, ryzyko bankructwa tego kraju rośnie, a perspektywy na kolejne lata są pesymistyczne. Już w przyszłym roku tamtejsza gospodarka prawdopodobnie pogrąży się w recesji.

Tylko w III kwartale z rosyjskiego rynku inwestorzy zabrali 13 mld dolarów, a w tym roku w sumie 85 mld. Rosyjskie rezerwy walutowe, jeszcze niedawno gigantyczne, topnieją w szybkim tempie. W 2013 roku Moskwa miała zapasy waluty, które przekraczały 522 mld dolarów. Później jednak rozpoczął się konflikt z Ukrainą i rezerwy walutowe zaczęły topnieć.

Co prawda mówi się, że Rosja nadal ma 370 mld dolarów w rezerwach walutowych, ale tylko mniej niż 200 mld jest w tak zwanych bardzo płynnych aktywach do natychmiastowej sprzedaży podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Aleksander Jawień, prezes Investment Fund Managers. To mniej niż zobowiązania państwa rosyjskiego i firm rosyjskich, które muszą oni spłacić w ciągu następnych dwóch lat. Można zatem powiedzieć, że sytuacja zaczyna się robić podbramkowa.

Rosja czerpie 70 proc. swoich dochodów ze sprzedaży surowców, głównie ropy i gazu. Po wybuchu konfliktu z Ukrainą Stany Zjednoczone zwiększyły sprzedaż ropy, obniżając jej cenę na rynku ze 110 dolarów za baryłkę (cena sprzed wojny) do ok. 67 dolarów według najnowszych notowań. To jednak nie koniec. W przyszłym roku USA zapowiada zwiększenie eksportu ropy, a za dwa lata – rozpoczęcie eksportu gazu, który teraz jest zakazany.

To spowoduje podwyżkę cen gazu w Stanach Zjednoczonych mówi Aleksander Jawień. Co oczywiście ucieszy tę branżę, natomiast spowoduje pewnie znaczną obniżkę cen gazu w Europie, a to z kolei będzie niekoniecznie dobra wiadomość dla Rosji, bo zaburzy jej stabilność finansową i możliwości czerpania dochodów z ropy naftowej i gazu.

Skutek jest taki, że Rosja pogrąża się w kryzysie gospodarczym, a jej waluta dramatycznie tanieje. Przed rokiem za dolara trzeba było zapłacić niecałe 33 ruble, a dziś aż o 20 rubli więcej. Rosyjskie firmy zostały przez sankcje praktycznie odcięte od kapitału. Tymczasem w 2015 roku tamtejsze przedsiębiorstwa zadłużone na otwartych rynkach finansowych na kwotę ponad 500 mld dolarów muszą spłacić ponad 130 mld dolarów.

Ostatnio Morgan Stanley obniżył prognozę dla gospodarki z -0,5 proc. w 2015 roku do -1,7 proc. dynamiki PKB – zwraca uwagę prezes Investment Fund Managers. To są kiepskie informacje, dlatego trudno mi na podstawie tych negatywnych przypływów kapitału wyobrazić, że ktoś chciałby rzeczywiście inwestować krótkoterminowo w Rosji. Wynika to z gigantycznego ryzyka geopolitycznego, a przede wszystkim ze zmniejszającej się stabilności finansów rosyjskich.

To oznacza, że na inwestycje Rosja nie ma co liczyć. Jej papiery skarbowe to coraz bardziej ryzykowne aktywa, a jak podkreśla prezes Investment Fund Managers, kraj ten pozostaje poza zainteresowaniem rozsądnych inwestorów.

– Po pierwsze, inwestorzy dzisiaj wyceniają ryzyko bankructwa Rosji na 20 proc. przypomina Aleksander Jawień. – To dla kraju, który jeszcze niedawno cieszył się estymą inwestorów, dość duże ryzyko. Po drugie, agencje ratingowe pewnie już niedługo będą obniżały inwestycyjny rating Rosji, co jest ewidentnie kolejnym sygnałem braku zaufania do tego kraju.

KPMG: Polacy zainwestują w tym roku 433 mld zł. Najbogatsi kupują głównie nieruchomości, ci nieco mniej zasobni – akcje

CEO Magazyn Polska

57 proc. zamożnych Polaków inwestuje swoje pieniądze. Wśród najbogatszych czyni to aż 83 proc. Z najnowszego raportu firmy KPMG wynika, że tylko w tym roku polskie gospodarstwa domowe zainwestują 433 mld zł.

Najbogatsi, których miesięczny dochód brutto przekracza 20 tys. zł miesięcznie, najchętniej inwestują w nieruchomości. Bezpośrednio kupuje je wcelach inwestycyjnych 51 proc. tej grupy. Drugą najchętniej wybieraną przez te osoby inwestycją są akcje (25 proc.), a na trzecim miejscu – inwestycje w start-upy (15 proc.). Z grupy osób bardzo zamożnych, z dochodami miesięcznymi rzędu kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie, inwestuje 78 proc. Z tego połowa w nieruchomości, a 29 proc. w akcje. Natomiast spośród osób o dochodach między 7 a 10 tys. zł miesięcznie 36 proc. kupuje akcje, zaś o jeden pkt proc. mniej – nieruchomości.

Wynika stąd jasno, że im więcej zamożnych Polaków, tym wyższe i liczniejsze stają się inwestycje.

W 2008 roku ludzi zamożnych i bogatych, których dochód miesięczny przekraczał brutto 7 tys. zł, było w Polsce 574 tys. W 2014 roku ich liczba osiągnęła 878 tys., a jak prognozuje kancelaria KPMG, w 2016 roku ich liczba może sięgnąć 1,04 mln.

– Widać, że wejście Polski do Unii Europejskiej, rozwój ekonomiczny naszego kraju, pojawienie się dużych inwestorów zagranicznych i kumulacja majątku spowodowały, że jesteśmy zamożniejsi mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Marczak, partner KPMG w Polsce. – Wartość majątku dochodów netto tej grupy osób w Polsce to prawie 140 mld zł. Jeżeli utrzymalibyśmy takie tempo rozwoju, to w 2016 roku takich osób majętnych w Polsce będzie już ponad 1 mln, a wartość majątku zgromadzonego rok później przekroczy 200 mld zł.

Polakom, choć są coraz zamożniejsi, nadal daleko do bogactwa obywateli państw zachodnich. Mimo że nasza majętność rośnie w przyzwoitym tempie 4,6 proc. rocznie, osiągnięcie poziomu zamożności statystycznego Europejczyka zajmie nam 43 lata. Milionerów, czyli ludzi, których inwestycyjny majątek przekracza 1 mln dol., jest w Polsce 47 tys.

Wydaje się, że to jest już dosyć duża grupa, jednak porównując do krajów Europy Zachodniej, gdzie ten majątek był budowany przez dziesiątki czy nawet setki lat, nadal jesteśmy ubogim krajem – podkreśla Andrzej Marczak. Dla porównania, osób kwalifikowanych, mających co najmniej 1 mln dol. w aktywach płynnych we Francji jest 2 mln 440 tys. W Czechach, które są nieporównywalnie mniejsze niż Polska, jest ich ponad 32 tys. Oznacza to, że mamy jeszcze dużo do nadrobienia, ale powoli gonimy Zachód. Polacy się bogacą. Pamiętajmy jednak, że to jesteśmy na początku drogi, a ta bogata przyszłość dopiero przed nami.

Wraz ze wzrostem polskiej zamożności rozwija się też rynek luksusowych towarów. Według raportu KPMG najbardziej dynamicznie rozwija się segment samochodów luksusowych i z kategorii premium.

Cała gama samochodów luksusowych niemieckich, włoskich czy też brytyjskich znalazła uznanie u nabywców zwraca uwagę partner KPMG w Polsce. Ten segment jest najbardziej dynamicznie rozwijającym się i stanowi największą wartość w całym rynku dóbr luksusowych, bo 5,6 mld zł.

Kolejną luksusową kategorią, która bardzo dobrze się rozwija i na którą Polacy sporo wydają jest  kategoria odzieży i dodatków. O ile na kupno bardzo drogiego samochodu mogą sobie pozwolić tylko ludzie naprawdę zamożni, na tego typu zakupy decydują się także mniej zasobni w gotówkę Polacy.

Niewątpliwie każdy z nas może sobie pozwolić na ekskluzywną apaszkę, krawat, torebkę, pasek czy jakąś odzież. Czyli ta powszechność powoduje, że ten segment bardzo dobrze się rozwija ocenia Andrzej Marczak z KPMG. Trzecia kategoria rynku to są usługi hotelowe i spa. Rośnie liczba hoteli ekskluzywnych w Polsce, hoteli pięciogwiazdkowych, hoteli butikowych i po zaspokojeniu, powiedziałbym, podstawowych potrzeb majętnych Polaków, czyli po posiadani domu, samochodu, wykształcenia dzieci, Polacy coraz bardziej doceniają jakość spędzania czasu, wygodę, komfort, ekskluzywność.

Zmiany w opodatkowaniu użytku aut służbowych

0

1 stycznia 2015 r. ma wejść w życie ustawa określająca wysokość opodatkowanego przychodu za korzystanie z samochodów firmowych do celów prywatnych. Kwota uzależniona będzie od pojemności silnika i liczby dni, w których pracownik używał pojazdu.

„Właściwie każdy przychód jest opodatkowany, więc korzystanie z auta służbowego do celów prywatnych również […]. Do tej pory nie było jasnej wykładni, jak należy rozliczać te podatki” – mówi serwisowi infoWire.pl Marek Siudaj z Tax Care. Od nowego roku ma się to zmienić. Wysokość przychodu, od którego pracodawca musi rozliczyć podatek, warunkowana będzie przez pojemność silnika. Jeśli auto firmowe ma silnik o pojemności 1600 cm3 lub mniej, pracownikowi zostanie policzony miesięczny przychód w wysokości maksymalnie 250 zł. W przypadku, gdy pojemność silnika będzie większa, przychód ten wyniesie co najwyżej 400 zł.

Dokładna kwota zależeć będzie od liczby dni, w których auto służbowe było wykorzystywane do celów prywatnych. Jeśli będzie to dzień w miesiącu, przychód wyniesie 1/30 ustalonej sumy, jeśli 2 dni – 2/30 itd. Jest to rozwiązanie korzystne, ponieważ wyraźnie określono, jak należy się rozliczać, a wprowadzone stawki są niższe niż te, które do tej pory naliczały urzędy skarbowe – uważa ekspert.

Wydaje się jednak, że największy problem nie został rozwiązany – ciągle brakuje definicji, czym jest użytek samochodu firmowego do celów prywatnych. Interpretacji jest wiele. Zdaniem niektórych izb skarbowych nawet dojazd autem służbowym do miejsca pracy należy traktować jako przychód i obciążać podatkiem – informuje rozmówca. Kwestia jest zawiła i powinna zostać jak najszybciej rozstrzygnięta.

Warszawscy taksówkarze muszą ponownie zdawać egzaminy

Zawód taksówkarza nie należy do najłatwiejszych i wiąże się z wieloma problemami oraz wymogami, które kierowca musi spełnić. Modele biznesowe różnych korporacji ulegają zmianom, aby dostosowywać się do rygorystycznego prawa, jednak niektóre zapisy w prawie nie tylko utrudniają pracę taksówkarzom, ale też narażają klientów na straty finansowe. 

Każdy taksówkarz, który wykonuje zawód na własną rękę lub zrzeszony jest w korporacji zdaje sobie sprawę, że nie jest to łatwa praca. Nienormowane godziny, zarobki uzależnione od liczby kursów oraz niebezpieczne sytuacje są dla tej grupy zawodowej codziennością. Trzeba także pamiętać o obowiązkowych opłatach ZUSu i podatku, a część wypłaty przekazywana jest jako prowizja do korporacji. Do tego dochodzą koszty amortyzacji samochodu, serwisu oraz opłat za paliwo. Po wszystkich kalkulacjach, taksówkarz osiągając obrót ok. 8 000 zł może zarobić od ok. 1 700 zł do 2 400 zł, jednak nawet ta kwota nie jest pewna. Wystarczy bowiem drobna kolizja i nie mając narzędzia pracy, kierowca po prostu nie zarabia.

Ponieważ średnia cena za 1 km w polskich taksówkach to ponad 2 zł, a u naszych zachodnich sąsiadów ponad 3 euro, trudno się dziwić, że standard rodzimych usług taxi ciągle pozostawia wiele do życzenia. Kierowcy ciągle korzystają ze starszych aut, a średni wiek taksówki na krajowych drogach to 12 lat. W Polsce wciąż dominującym modelem jest współpraca taksówkarza z korporacją. Na rynku pojawiają się już jednak nowoczesne rozwiązania, które jednocześnie są przyjazne klientowi, ale dają też stabilizację kierowcy. Taksówkarz jest bowiem zatrudniany do świadczenia usług i otrzymuje stałe wynagrodzenie. Jedną z nielicznych firm w Polsce, która praktykuje ten model biznesowy jest EcoCar.

W korporacji kierowca ponosi comiesięczne opłaty, bez względu na to czy ma zlecenia czy nie. W EcoCar, to my płacimy wynagrodzenie za godziny pracy, zatem kierowca zarabia bez względu na okoliczności. Oczywiście bardzo się staramy, aby zleceń było jak najwięcej, a kierowca zawsze miał przysłowiowy „święty spokój” i nie musiał martwić się o koszty obsługi samochodu, takimi jak paliwo, serwis czy leasing. Jego zadaniem jest natomiast świadczenie usług na najwyższym poziomie. W momencie kiedy kierowca uszkodzi samochód również nie musi przerywać pracy, gdyż otrzyma od nas samochód zastępczy – mówi Aneta Ogrodniczek, Prezes firmy EcoCar.

To co jest standardem w Europie, w Polsce stanowi swego rodzaju novum i nie zanosi się na szybką zmianę takiego stanu rzeczy. Z całą pewnością nie pomoże w tym uchwała Rady Warszawy, według której kierowca jeżdżący samochodem służbowym wraz z końcem roku traci prawo do wykonywania zawodu. Nie liczy się ważna licencja czy dwudziestoletni staż pracy. Poszkodowanych zmianą przepisów kierowców jest w Warszawie ok. 3 tysięcy. Taksówkarze posiadający własny pojazd są natomiast dla urzędu całkowicie w porządku.

Przy okazji Ustawy deregulacyjnej zawód taksówkarza został uwolniony. Miało to polegać na likwidacji barier formalnych, czyli szkoleń i egzaminów państwowych. Ustawodawca postanowił jednocześnie, że w dużych miastach powyżej 100 tys. mieszkańców, Rada Miasta ma prawo podjąć inną decyzję i może egzaminy utrzymać. Stało się tak w Warszawie, Krakowie, Poznaniu czy Wrocławiu.

Nagle okazało się, że w Warszawie jest problem z interpretacją zapisów Ustawy. Kto ma zdawać egzaminy? Na przestrzeni wielu lat kierowcy zdobywali swoje uprawnienia nie tylko na podstawie zdanego egzaminu, ale również tzw. praktyki zawodowej. Dotyczy to około 30% wszystkich kierowców w stolicy. W listopadzie Rada Miasta zadecydowała, że wszyscy kierowcy posiadający licencje na podstawie praktyki zawodowej muszą zdać egzaminy, również kierowcy posiadający licencje od ponad 15 lat. Ryzyko pojawienia się na ulicach Warszawy 3 tysięcy strajkujących kierowców spowodowało, że przy okazji uchwały o zmianie oznakowania taxi władze postanowili błąd skorygować, aczkolwiek nadal nie dla wszystkich. W tejże Uchwale małym druczkiem zapisano, że kierowcy wykonujący zawód osobiście takiego egzaminu zdawać nie muszą. A co z tymi, którzy wykonują usługi na rzecz innego przedsiębiorcy? Ci kierowcy traktowani będą gorzej, ponieważ nie jeżdżą swoim samochodem, tylko samochodem firmy, dla której pracują.

Ta sytuacja dotyczy około 40 naszych kierowców. Część z nich wysyłamy na szkolenia, ale nie wiemy czy zdążymy przeszkolić wszystkich do końca roku. Urzędników nie obchodzi co się stanie z tymi ludźmi. Czy stracą pracę? A może urząd ufunduje im samochody? Według nas ta ustawa jest kuriozalna i stanowi ewenement w skali kraju. Wśród naszych pracowników czuć wielkie rozżalenie i trudno się temu dziwić – komentuje Aneta Ogrodniczek, Prezes firmy EcoCar.

 

Mam licencję ważną do 2053 roku i ponad 30-letni staż pracy jako taksówkarz. Dzięki wspaniałomyślności naszych urzędników mam ponownie przechodzić tygodniowy kurs i zdawać egzamin, oczywiście płatnie? To tak jakby komuś z wyższym wykształceniem kazać ponownie zdawać maturę. Ta uchwała jest dla nas dyskryminująca i nie mogę się z nią pogodzić – mówi Bogdan Molski, taksówkarz EcoCar.

 

Wraz z kłodami rzucanymi pod nogi przez Radę Warszawy, w siłę rośnie rynek nielicencjonowanego transportu osób. Przewoźnicy jeżdżą często bez oznaczeń ani żadnego nadzoru, łamią przepisy oraz naciągają pasażerów na wyższe stawki, nie płacąc przy tym podatków.  Z drugiej strony pojawia się w Polsce kolejna firma, której usługi są zakazane w wielu krajach. Zatrudnia ludzi bez uprawnień do wykonywania usług przewozu, które w Polsce mogą być świadczone tylko na podstawie licencji taxi. Warto, żeby zamiast bezsensownymi przepisami, władze zajęły się powyższymi problemami, które naprawdę stwarzają zagrożenie, zarówno dla przewoźników, jak i klientów.

Na kamienicach do remontu można zarabiać. Inwestycje w nieruchomości dla drobnych udziałowców

CEO Magazyn Polska

Inwestycja w nieruchomości w dłuższej perspektywie na ogół jest opłacalna, wymaga jednak nakładu sporych środków. Drobni inwestorzy mają zwykle problem ze znalezieniem tam oferty dla siebie. Swoje miejsce na tym rynku dostrzegło Mzuri CFI1, które chce w imieniu drobnych inwestorów kupować kamienice do remontu, odnawiać je i zarabiać na tworzonych tam mieszkaniach.

Mzuri CFI1 ma za zadanie kupić kamienicę, która będzie w nie najlepszym stanie, odrestaurować ją tak, jak to już zresztą robiliśmy wcześniej jako Mzuri Investments, i sprzedać nowe mieszkania mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Artur Kaźmierczak, prezes Mzuri CFI1. Mzuri CFI2, CFI3, CFI5 mogą mieć inne modele. Być może coś zbudujemy, być może kupimy kamienicę i będziemy wynajmować ją i dzielić się czynszem ze wspólnikami. Mamy plany tworzenia różnych modeli biznesowych.

W Polsce wynajmowanie mieszkań nie jest tak popularne, jak na Zachodzie Europy. Tam ludzie nie chcą kupować nieruchomości na własność, zakładając, że co jakiś czas będą się przeprowadzać, np. w związku ze zmianą pracy. W Polsce przeciwnie, własna nieruchomość jest wyznacznikiem pozycji, a oferty pracy często są odrzucane, bo wymagają przeprowadzki. To się jednak zaczyna zmieniać i rynek wynajmu rośnie. Firmy, które umożliwiają inwestowanie na tym rynku, jednak dopiero powstają.

W Polsce tych wzorców za bardzo nie ma – potwierdza Artur Kaźmierczak. Jest jeden czy dwóch konkurentów, którzy działają w trochę podobnym modelu, natomiast próg wejścia jest dziesięcio-, albo piętnastokrotnie wyższy. My chcemy, żeby to był rzeczywisty crowdfunding. Chcemy otworzyć się na młodych ludzi i pomóc im postawić pierwszy krok w drodze do budowania wolności finansowej, ich emerytury za 30-40 lat.

Obecnie szacuje się, że w Polsce brakuje ok. 800 tys. mieszkań. Mzuri CFI1 zamierza poszukiwać nieruchomości w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców. Najlepiej w atrakcyjnym położeniu i w kiepskim stanie. Po ich wyremontowaniu poszczególne mieszkania w kamienicy mają być sprzedawane po konkurencyjnych cenach.

– Chcemy zebrać stosunkowo niewielki kapitał od stosunkowo dużych grup osób, których nie stać na inną formę inwestowania w nieruchomości zaznacza prezes Mzuri CFI1. – Zainteresowani inwestowaniem będą wspólnikami w naszej spółce, ale staraliśmy się w taki sposób ustrukturyzować tę spółkę, żeby maksymalnie przypominała model funduszu inwestycyjnego. Nie chcemy angażować nadmiernie tych osób w zarządzanie spółką, natomiast oczywiście będą mogły sprawować nadzór nad działaniem firmy, na przykład poprzez radę nadzorczą.

Nabór do pierwszej inwestycji potrwa do końca 2014 roku. Jeden inwestor nie może objąć w spółce udziałów większych niż 80 tys. zł. Jednocześnie jej udziałowcem można zostać wpłacając już 10 tys. zł. Szef Mzuri podkreśla, że ma to na celu umożliwienie objęcia udziałów maksymalnie szerokiej grupie inwestorów.

Jak na nieruchomości nie jest to kwotą zbyt dużą uważa prezes Artur Kaźmierczak. – Chcemy umożliwić zainwestowanie na przykład studentom, nauczycielom czy emerytom, którzy mają oszczędności na tym poziomie. I zebrawszy 100, może 150 osób, może 70 chcemy zrobić ich wspólnikami Mzuri CFI1 i podzielić się z nimi zyskiem z tego przedsięwzięcia biznesowego.

W tym roku plony kukurydzy o 1 mln ton niższe niż przed rokiem

To nie był najlepszy rok dla producentów kukurydzy. Zbiory są o 1 mln ton niższe niż w 2013 roku. Szczególnie słabe były w Wielkopolsce i województwie kujawsko-pomorskim, ale ze względu na niską podaż ceny kukurydzy były tam najwyższe. Polski Związek Producentów Kukurydzy ocenia, że mimo słabszego roku rolnicy nie będą rezygnować z tych upraw.

W ubiegłym roku rolnicy zebrali 4,5 mln ton ziarna. Krajowe zapotrzebowanie na kukurydzę to ok. 3 mln ton, więc nadwyżka trafiła na eksport. Polskie ziarno przetransportowano m.in. do Afryki Północnej i na Półwysep Iberyjski. W tym roku zbiory będą o około 1 mln ton niższe.

Tam, gdzie warunki były sprzyjające, zostanie nadwyżka dla rolników Tam, gdzie nie było warunków, gdzie była susza, plony są relatywnie niskie, dlatego być może trzeba będzie do produkcji dołożyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Roman Warzecha, członek rady Polskiego Związku Producentów Kukurydzy.

Trudne warunki upraw w tym roku wystąpiły w części Wielkopolski i województwa kujawsko-pomorskiego. W pozostałych regionach zbiory były w miarę wysokie.

Mieliśmy niskie ceny w porównaniu z rokiem ubiegłym na kukurydzę, zarówno tą suchą, jak i mokrą, bo przedmiotem skupu jest też kukurydza mokra, bezpośrednio z pól rolników, która jest suszona przez firmy skupujące – firmy, które produkują drób czy innego rodzaju mięso – mówi Warzecha.

W tym roku łączna powierzchnia upraw w Polsce to nieco ponad 1 mln hektarów: z tego nieco mniej niż 500 tys. to zasiewy na kiszonkę, a ponad 600 tys. to kukurydza na ziarno.

Trzeci rok z rzędu mamy ponad milion hektarów kukurydzy. I jest to bardzo dobry trend, bo kukurydza jest rośliną bardzo wydajną. Nie widzimy zagrożeń dla utrzymania tej powierzchni, bo rolnicy są przywiązani do produkcji kukurydzy. Jest to jedna z głównych roślin, poza pszenicą i rzepakiem, która dostarcza gospodarstwom środków finansowych – mówi członek rady PZPK.

Jego zdaniem perspektywy zarówno dla producentów ziarna, jak i producentów kukurydzy na kiszonkę, która jest podstawą paszy, są dobre i nie powinni oni rezygnować z upraw.

Być może właśnie uprawa kukurydzy na kiszonkę z całych roślin wzrośnie, dlatego że trzeba będzie odtworzyć zapasy kiszonki, której w tym roku w niektórych rejonach było za mało – podkreśla dr Roman Warzecha.

Roczne spożycie kukurydzy cukrowej w Polsce wynosi niespełna 0,5 kg na mieszkańca, zaś w Stanach Zjednoczonych – ponad 20 razy więcej.

Polacy lojalni wobec pracodawców. Ale co czwartego do zmiany firmy przekonałyby atrakcyjne benefity pracownicze

67 proc. zatrudnionych Polaków chce się zachowywać lojalnie wobec swojego pracodawcy, ale tylko co czwarty jest zadowolony ze swojego miejsca pracy – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie firmy ubezpieczeniowej MetLife. Rozbudowany, odpowiednio dopasowany i niestandardowy program pozapłacowych świadczeń pracowniczych ma duży wpływ na satysfakcję z wykonywanego zajęcia.

W tym roku po raz pierwszy mieliśmy możliwość przeprowadzenia w Polsce badania Studium Trendów w Świadczeniach Pracowniczych [ang. Employee Benefits Trends Study, w skrócie EBTS – red.] – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Lasota, dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Grupowych MetLife. –Bardzo nas zainteresowało to, że jedynie 21 proc. pracowników zadeklarowało zwrócenie uwagi na benefity pracownicze podczas ewentualnej zmiany miejsca zatrudnienia. Tam, gdzie prowadzimy tego typu badania cyklicznie, wskaźnik ten zaczyna się od 50 proc. Pogłębiliśmy więc analizę i znamy przyczynę.

Zdaniem Roberta Lasoty rozbieżność bierze się stąd, że benefity pracownicze w firmach w Polsce są bardzo standardowe.

Pracownik w większości zakładów pracy ma możliwość wejścia w posiadanie podobnych, by nie powiedzieć takich samych, świadczeń pozapłacowych – wskazuje Lasota. – Z drugiej strony widzimy też, że komunikacja benefitów po stronie pracodawcy jest bardzo znikoma, co oznacza, że zatrudnieni mają niewielką świadomość budowania i rozbudowy tego rodzaju świadczeń.

Jak wynika z EBTS, 67 proc. zatrudnionych Polaków chce się zachowywać lojalnie wobec swojego pracodawcy, ale tylko co czwarty zadowolony jest ze swojego miejsca pracy. Jednocześnie zaledwie co trzeci uważa, że firma, w której pracuje, jest doskonałym miejscem do pracy, a jedna czwarta stwierdziła, że otrzymuje odpowiednie do zakresu obowiązków wynagrodzenie.

Najlepszym sposobem, żeby zatrzymać wartościowych pracowników w firmie, według EBTS, jest podniesienie pensji. Takiego zdania jest znacząca większość (82 proc.) osób rozważających zmianę pracodawcy. Skłonić ich może również odpowiednio dostosowany do wymagań pracowników, elastyczny system benefitów pracowniczych.

Skuteczne jest budowanie elastycznych programów, które trafiają do wszystkich grup – zauważa Robert Lasota. – Z EBTS jednoznacznie zawsze wynika, że bardzo istotne są świadczenia, które pracodawca współfinansuje lub wręcz pokrywa w całości.

Rezultaty badania wskazują, że 85 proc. respondentów chciałoby mieć ubezpieczenie na życie, gdyby koszty z nim związane były ponoszone wspólnie z pracodawcą. W takim układzie finansowania 76 proc. byłoby skłonne wykupić dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne i opiekę medyczną. W przypadku planów emerytalnych i inwestycyjnych ilość wskazań wyniosła 63 proc, a dodatkowych ubezpieczeń na wypadek inwalidztwa – 25 proc.

Wiele zależy od grupy wiekowej – precyzuje dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Grupowych MetLife. – Młodzi pracownicy, którzy dopiero wchodzą w życie zawodowe i zaczynają budować rodzinę, są bardziej zainteresowani elementami ochronnymi dla siebie czy najbliższych. W przypadku osób w wieku około 40 lat, które wiedzą już, jak będzie wyglądała ich emerytura, zaczynają dochodzić elementy związane z budowaniem zaplecza finansowego. Pracownicy w wieku około 50 lat zaczynają doceniać świadczenia dotyczące zdrowia, jego ochrony bądź wsparcia, kiedy coś się z nim dzieje.

Badanie „Studium Trendów w Świadczeniach Pracowniczych” (EBTS) zostało przeprowadzone w Polsce na zlecenie firmy ubezpieczeniowej MetLife między styczniem i marcem br. przez firmę ORC International. Wzięło w nim udział 300 pracodawców zatrudniających przynajmniej 10 osób oraz 300 pełnoetatowych pracowników w wieku od 18 do 70 lat.

UPC wprowadza nową bibliotekę ponad tysiąca filmów i seriali na żądanie. Chce trafić do widzów, którzy wcześniej pobierali seriale z internetu

0

Polscy dostawcy VoD, czyli wideo na żądanie, przygotowują się do zapowiadanego na 2015 r. debiutu w Polsce platformy Netflix, amerykańskiego giganta, który ma już ponad 30 mln klientów. UPC Polska wprowadziło właśnie usługę My Prime Filmy i Seriale. Użytkownicy zyskują dostęp do bazy ponad tysiąca popularnych produkcji. Mogą obejrzeć je również na tabletach czy smartfonach, które stają się coraz popularniejszym narzędziem konsumpcji mediów.

Klienci chcą mieć możliwość obejrzenia filmów i seriali, które nie są pokazywane akurat na antenie w którejś ze stacji, chcą mieć możliwość ich obejrzenia właśnie wtedy, kiedy mają na to czas. Jesteśmy coraz bardziej zajęci i taka możliwość staje się bardzo ważna – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Esz, członek zarządu i dyrektor marketingu UPC Polska.

UPC Polska wprowadziło na rynek ofertę My Prime Filmy i Seriale – klienci telewizji cyfrowej operatora zyskują dostęp do ponad 1000 pozycji filmowych i serialowych, dostępnych na życzenie i bez limitu. Jak podkreśla Esz, to pierwsza taka oferta legalnych seriali na rynku dostarczona przez operatora kablowego.

W ofercie UPC znajdą się produkcje dostarczone przez takich dystrybutorów, jak ABC Studios on Demand, SPI oraz Sony Pictures Television (AXN Now).

Nowa usługa to przede wszystkim seriale, w naszej ofercie będzie ich ponad 800. Mamy takie hity, jak „Lost: Zagubieni” czy „House of Cards”, to dwie najbardziej znane pozycje. W przyszłym roku chcemy wprowadzić także „Breaking Bad” – po raz pierwszy ten serial oficjalnie pojawi się u nas w kraju – wymienia Esz.

UPC nie ukrywa, że liczy także na przyciągnięcie klientów, którzy do tej pory oglądali ulubione seriale, ściągając je z internetu lub na nielegalnych serwisach.

Badania pokazują, że wielu naszych klientów wraca do ulubionych seriali. Możliwość obejrzenia ich w gwarantowanej wysokiej jakości, w sposób legalny i na telewizorze lub innych urządzeniach, jest dla nich bardzo ważna, mimo że wcześniej je ściągali czy oglądali za pośrednictwem różnych portali – uważa przedstawiciel UPC Polska.

Oferta jest dostępna dla klientów także poprzez mobilną aplikację Horizon GO.

Liczba tabletów i smartfonów oraz sposób konsumpcji mediów za ich pośrednictwem jest już prawie na takim samym poziomie, jak na rynkach zachodnich. Dlatego chcemy, żeby klient miał wybór i szanse obejrzenia ulubionego serialu na dowolnym urządzeniu – przekonuje Grzegorz Esz.

Mimo rosnącej popularności urządzeń mobilnych telewizor wciąż pozostaje głównym odbiornikiem kanałów telewizyjnych oraz filmów i seriali.

– Patrząc na badania z innych rynków, np. w Wielkiej Brytanii, nie wierzę w to, że telewizory znikną całkowicie z naszego życia i naszych mieszkań – uważa Esz.

Docelowo oprócz seriali w ramach usługi My Prime Filmy i Seriale będzie można znaleźć 450 programów dla dzieci oraz 150 filmów fabularnych. UPC liczy na to, że usługa, do której dostęp od stycznia będzie kosztował 20 zł miesięcznie, zainteresuje 20-30 proc. obecnych klientów sieci.

Przemysł potrzebuje zaplecza badawczego. To ostatni moment na jego budowę

Polskie firmy świetnie sobie radzą we wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań zza granicy, ale same pod względem innowacyjności nie mają wielu sukcesów – ocenia Marek Kossowski, ekspert rynku energetyki. Przemysł potrzebuje zaplecza badawczego i ścisłej współpracy z uczelniami. Zdaniem Kossowskiego to najlepszy moment na rozwój innowacyjności, bo po raz ostatni Polska dostanie tak duże środki z Unii Europejskiej.

Ta nowa perspektywa i chyba to jest ostatnie 5 minut, które powinno przyczynić się do tego, że ten proces kreowania nowych technologii, nowych rozwiązań i innowacji rzeczywiście ruszy i będziemy mieli się czym pochwalić – podkreśla Marek Kossowski, ekspert rynku energetyki i prokurent w firmie Konerg.

To oznacza, że po 2020 roku gospodarka nie będzie już wspierana przez potężne środki z UE. Jak zaznacza Kossowski, polskie firmy bardzo dobrze radzą sobie w unowocześnianiu działalności, ale zwykle służą im do tego rozwiązania zaczerpnięte zza granicy. Pod względem innowacyjności Polska zajmuje jednak jedne z ostatnich miejsc w rankingach europejskich.

Jesteśmy niezwykle słabi, jeżeli chodzi o innowacje i ich finansowanie, a także sukcesy w tej dziedzinie, które można wymiernie ocenić. Mimo działania Narodowego Centrum Badań i Rozwoju i działań podejmowanych w wielu innych obszarach, skutki nie są zbyt dobre – mówi ekspert.

Środki, jakie przekaże nam UE w kolejnych latach, mają w dużej części być przeznaczone na wsparcie innowacyjności i myśli technologicznej, zarówno w przemyśle, jak i w instytutach naukowych. Bez współpracy obu stron rozwój innowacyjnych rozwiązań nie będzie możliwy.

Polski przemysł nie ma swojego zaplecza naukowo-badawczego – podkreśla ekspert. – Według mnie innowacyjność ruszy tylko wtedy, kiedy w przemyśle pojawi się zaplecze badawcze, a na uczelniach będą określone zasoby, które będą przeznaczone tylko do tworzenia innowacji, do „produkowania” rozwiązań innowacyjnych, technologicznych, które przemysł będzie kupował i wdrażał.

Jak podkreśla Marek Kossowski, bez rozwoju myśli technologicznej i innowacji polska gospodarka znajdzie się w trudnej sytuacji.

Musi dojść do zmian również w obszarze nauki i szkolnictwa wyższego. Polskie uczelnie nastawione są w tej chwili na realizację procesu edukacji. Gorzej jest u nich natomiast z realizacją prac badawczych, tak potrzebnych gospodarce – ocenia Kossowski.

Zaznacza jednak, że są przykłady branż i firm w gospodarce, które warte są naśladowania. To m.in. przemysł farmaceutyczny i koncern KGHM Polska Miedź.

45 proc. Polaków sięga po świeże i ekologiczne produkty, ale większość nie umie ich we właściwy sposób gotować

Polacy chcą się zdrowo i racjonalnie odżywiać, ale nie przywiązują wagi do tego, w jaki sposób przygotowują posiłki – wynika z badań TNS Polska. Tylko 14 proc. potrafi gotować na parze, a 2 proc. smaży bez tłuszczu. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że smażenie w głębokim tłuszczu czy gotowanie w wodzie powoduje, że świeże produkty tracą swoje najcenniejsze właściwości. Duże znaczenie ma też używanie odpowiednich naczyń.

Blisko 60 proc. Polaków deklaruje, że stawia na zdrowy styl życia i racjonalne odżywianie. – wynika z badań TNS Polska przeprowadzonych na zlecenie marki naczyń Philipiak Milano. Czytają poradniki, konsultują się z dietetykami i układają swój jadłospis tak, żeby znalazły się w nim posiłki, które dostarczają witamin i składników odżywczych. Mimo że 45 proc. stara się sięgać po produkty ekologiczne, niewielu potrafi przygotować z nich zdrowe posiłki.

Niestety, sposób przygotowania świątecznych potraw nie będzie szczególnie zdrowy. Przeważać będzie gotowanie w wodzie i smażenie w tłuszczu. Jedynie 2 proc. Polaków umie i stosuje metodę smażenia bez tłuszczu, zaledwie 14 proc. Polaków potrafi gotować na parze – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Tomasz Lis, dyrektor ds. komunikacji i rzecznik prasowy Philipiak Polska.

Zdecydowanie przeważają tradycyjne metody gotowania: gotowanie w wodzie (62 proc.) smażenie (36 proc.) i duszenie (23 proc.).

Proces przetwarzania żywności często powoduje, że nasze potrawy tracą wiele substancji odżywczych. Przez gotowanie w wodzie dużo witamin i soli mineralnych jest wypłukiwanych z warzyw czy mięsa. Z kolei smażenie na tłuszczu powoduje, że przyjmujemy tego tłuszczu więcej, niż sobie zaplanowaliśmy. Stosujemy najczęściej wszystkie te techniki, które albo zubożają potrawy, albo powodują, że jemy zbyt tłusto – tłumaczy Tomasz Lis.

Na jakość przygotowywanych potraw wpływ mają również naczynia, w których są przygotowywane.

– Polacy nie wybierają naczyń, które pomagałyby im gotować w zdrowy sposób, i traktują je po macoszemu. Kupują naczynia tanie i rzadko je wymieniają. Rodacy mają więc dobre chęci, sięgają po coraz zdrowsze produkty, natomiast później obróbka termiczna, czyli gotowanie, pozostawia wiele do życzenia – podkreśla Tomasz Lis.

Z badania wynika, że Polacy gotują w naczyniach ze stali szlachetnej (46 proc.), emaliowanych (39 proc.) i z powłoką ceramiczną (35 proc.). Przynajmniej raz w roku garnki wymienia 8 proc. Polaków. Co czwarty robi to raz na trzy lata. Podobna jest grupa tych, którzy wymieniają je co pięć lat.

Jak podkreśla Lis, wyniki badań skłoniły firmę do organizowania warsztatów kulinarnych, na których uczestnicy mogą uczyć się technik zdrowego gotowania pod okiem dietetyków i szefów kuchni. Na razie są one dostępne tylko w Warszawie, ale z czasem firma zamierza rozszerzyć je na inne miasta.

Firmy mogą na zakupach zaoszczędzić miliony. Wystarczy dobra organizacja i odpowiednia strategia

0

CEO Magazyn Polska

Zła organizacja zakupów oznacza wielomilionowe straty zarówno dla prywatnych firm, jak i urzędów. Tymczasem, aby zacząć oszczędzać, wystarczy przygotować właściwą strategię zakupową.

Najprościej rzecz ujmując, im większe wydatki, tym łatwiej jest obniżyć cenę jednostkową. Dobrze więc, aby zakupami dla wszystkich jednostek (tzw. klientów biznesowych) w ramach przedsiębiorstwa zajmował się jeden dział odpowiedzialny za większość kosztów. Tym bardziej że taki specjalistyczny dział zakupowy ma na uwadze interes całej firmy, a nie tylko jej części.

– Gdy dział informatyczny kupuje komputery, administracyjny materiały biurowe, a dział inwestycji projekty inwestycyjne, to w naszej ocenie – a potwierdzają to przykłady kilkuset firm na całym świecie – jest to złe mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mariusz Turek, partner PROFITIA Management Consultants, firmy konsultingowej specjalizującej się w doradztwie zakupowym. – Jeśli każdy klient wewnętrzny kupuje sam dla siebie, zwraca uwagę na cenę, by zmieścić się w budżecie. Natomiast jeśli jest to wyodrębniona jednostka, której celem jest zmniejszanie wszystkich kosztów, czyli nie tylko zapewnienie jakości, lecz przede wszystkim maksymalne obniżenie kosztów, to jest to dobre dla organizacji.

Przekazanie budżetu wyspecjalizowanemu działowi zakupów to dopiero pierwszy etap oszczędzania w firmie. Kolejny to stworzenie obowiązującej wszystkie działy w organizacji strategii zakupowej, wyznaczającej standardy, które określają co, gdzie i na jakich warunkach należy kupić, aby było to najkorzystniejsze dla firmy.

– Patrzymy na dostawców i uwarunkowania prawne. Zastanawiamy się, czy kontraktacja w jednym modelu zakupowym jest bardziej korzystna, czy w drugim podkreśla Mariusz Turek. – Czy firma powinna iść w stronę umów ramowych, czy w stronę zakupów jednorazowych. To wszystko zależy od charakteru kategorii i rynku dostawców.

Stworzenie optymalnej strategii zakupowej w firmie, wybór odpowiedniego dostawcy oraz właściwych dźwigni zakupowych, czyli przedstawienie sprzedawcy atutów kupującego, które pozwolą uzyskać atrakcyjniejsze warunki kupna, wymaga posiadania  wyspecjalizowanych w tym zakresie kupców.

– Kupcy powinni się szkolić z negocjacji, analizy rynku dostawców, zarządzania ryzykiem czy z finansów doradza partner PROFITIA Management Consultants. – Są przeróżne rodzaje szkoleń zakupowych i programów budowy kompetencji. Nie wystarczy mieć zespołu 30 kupców, 50 czy 100. Samo to nie zapewni poprawności procesów zakupowych. Powinni oni natomiast być dobrze przeszkoleni i doskonale znać się na tym, co robią.

Dzięki właściwej strategii zakupowej można oszczędzać pieniądze, skracać czas, który zabierają procesy zakupowe i wreszcie zwiększać transparentność, czyli przejrzystość kosztową całego procesu zakupów.

– Przykładowo, realizowaliśmy dla bardzo dużego klienta z administracji publicznej projekt dotyczący zakupu materiałów biurowych wspomina Mariusz Turek z PROFITIA Management Consultants. – Początkowo wydawało się, że jest to bardzo proste zadanie. Okazało się jednak, że wszystkie jednostki w ramach tej organizacji wydają na te materiały aż 50 mln zł rocznie, czyli ogromne pieniądze. Ograniczyliśmy im koszyk materiałów biurowych, które mogli kupić, z 2 tys. pozycji do 300 oraz skonsolidowaliśmy zakupy w tej kategorii w ramach jednego, centralnego przetargu. To przełożyło się na oszczędności nie 20 czy 25 proc., ale 60 proc. w skali roku.

P. Kuczyński (Xelion): Po dobrych danych z rynku pracy w USA Fed może podnieść stopy już w I kwartale. Od lutego możliwe jednak spadki zatrudnienia

Według Piotra Kuczyńskiego z Domu Inwestycyjnego Xelion piątkowe dane za listopad br. z amerykańskiego rynku zatrudnienia oznaczają, że tamtejsza gospodarka szybko tworzy nowe miejsca, co dobrze wróży ożywieniu aktywności przedsiębiorstw za oceanem. Jego zdaniem w grudniu wzrosty mogą być jednak mniejsze, a od lutego przyszłego roku możliwe są spadki. Jeśli stanie się inaczej, Rezerwa Federalna, szybciej niż zapowiadała, zacznie podnosić stopy procentowe.

Piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy z listopada były niezwykle dobre, wręcz zaskakująco dobre, bo ponad 90 tys. miejsc pracy więcej, przy prognozie 230 tys., to naprawdę duża różnica – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – To pokazuje, że amerykańskie przedsiębiorstwa, głównie prywatne, szybko tworzą nowe miejsca pracy. Gdyby nie to, że początek sprzedaży detalicznej był dużo gorszy, bo 11 proc. spadku to sporo, można by powiedzieć, że gospodarka amerykańska jest na drodze do szybkiego ożywienia.

W listopadzie w sektorze pozarolniczym utworzono 314 tys.nowych miejsc pracy (oczekiwano 225 tys.), zaś w sektorze prywatnym – 321 tys. miejsc pracy (wobec oczekiwanych 232 tys.). Bezrobocie zgodnie z oczekiwaniami utrzymało się na poziomie 5,8 proc.

Jak zauważa Piotr Kuczyński, oceniając odczyt trzeba jednak brać pod uwagę to, że listopad to początek sprzedaży świątecznej, więc firmy handlowe zatrudniają dodatkowe osoby do obsługi większej liczby kupujących.

Mimo to dane robią wrażenie – przekonuje Kuczyński. – Co prawda miesiąc nie mówi jeszcze o trendzie i trzeba zobaczyć, jak będzie w grudniu. Na przełomie roku możliwy jest  co prawda spadek liczby zatrudnionych, ale na razie wygląda to nieźle. Przede wszystkim właściciele firm prywatnych najwyraźniej uznali, że sytuacja gospodarcza jest dobra. Opłaca się więc inwestować w przyszłość i zatrudniać.

Zdaniem tego analityka w grudniu przyrosty miejsc pracy mogą już nie być tak duże, bo listopad „skonsumował” już wzrost sprzedaży detalicznej, spodziewany podczas ostatniego miesiąca roku.

Być może jeszcze styczniowe przeceny spowodują utrzymywanie większej liczby zatrudnionych – przypuszcza Kuczyński. – Ale potem może być gorzej. Myślę, że od lutego możliwe są słabsze dane z tamtejszego rynku pracy.

Amerykański bank centralny, jak przypomina Kuczyński, zapowiadał, że będzie zmieniał swoją politykę w zależności od napływających danych. Zdaniem głównego analityka firmy Xelion, to słuszny kierunek.

Jeżeli kolejne odczyty też będą tak dobre, następne miesiące pokażą podobne przyrosty zatrudnienia, Fed nie będzie czekał do połowy roku i już w pierwszym kwartale podniesie stopy procentowe, co jeszcze bardziej umocni dolara – prognozuje Kuczyński. – Rezerwa Federalna ma bowiem dwa mandaty: musi dbać o niską inflację i możliwie pełne zatrudnienie. Wzrost stóp będzie nieznaczny, ale i tak spowoduje interwencję rynków.

Obecnie stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych wynoszą 0-0,25 proc. Analitycy przewidują, że pod koniec przyszłego roku mogą wzrosnąć do 1,20-1,25 proc.

Będzie to jednak zależało zarówno od tempa rozwoju gospodarki amerykańskiej, jak i inflacji – tłumaczy Kuczyński. – W Stanach Zjednoczonych z naszego punktu widzenia inflacja wygląda lepiej niż w Europie, gdzie kształtuje się na poziomie 0,3 proc. rok do roku. Za oceanem jest to prawie 2 proc. Gdyby więc spadek wartości pieniądza w Stanach postępował szybciej, to stopy procentowe również musiałyby bardziej wzrosnąć, co hamowałoby gospodarkę amerykańską. Ale to jest gdybanie. Nie można przewidzieć tego, jakie będzie tempo wzrostu gospodarki za oceanem ani tego, jaka tam będzie inflacja.

W III kw. amerykańska gospodarka urosła o 3,9 proc. w ujęciu zannualizowanym, co było znacznie lepszym odczytem od oczekiwanego wzrostu o 3,3 proc.

Od maja br., jak przypomina Kuczyński, umacnia się natomiast dolar w stosunku właściwie do wszystkich głównych walut, co powoduje, że amerykańskie firmy stają się mniej konkurencyjne. Tanieje także ropa.

Nie są to dobre wiadomości dla tamtejszej gospodarki – mówi Piotr Kuczyński. – Szczególnie gaz łupkowy, a ostatnio także i ropa łupkowa stanowią o przewadze konkurencyjnej tamtejszych przedsiębiorstw. Jeżeli ceny surowców idą w dół, reszta świata się do nich zbliża i przewaga konkurencyjna maleje. Nie wiem, gdzie jest próg bólu, jeśli chodzi o stosunek euro czy jena do dolara. Ale niewątpliwie zbliżamy się do momentu, w którym zacznie się niepokój na rynku walutowym.

GE rozpoczyna budowę inteligentnej fabryki w Bielsku-Białej. W nowym obiekcie zatrudnienie będzie mogło znaleźć do 1,2 tys. osób

0

CEO Magazyn Polska

GE rozpoczyna budowę nowoczesnej, zarządzanej cyfrowo, fabryki w Bielsku-Białej. Nowy zakład zastąpi cztery istniejące obiekty, w których pracuje 800 osób, ale docelowo zatrudnienie będzie mogło znaleźć w nim jeszcze 400 pracowników. Jak zapowiada Beata Stelmach, prezes i dyrektor generalny GE w Polsce i krajach bałtyckich, mniej więcej za rok zakład powinien rozpocząć produkcję. W Bielsku-Białej znajdzie się jedyna w Europie inteligentna fabryka biznesu GE Energy Management i jedna z czterech na świecie wytwarzająca produkty w sposób zaawansowany technologicznie.

W ostatnich dwunastu miesiącach zatrudniliśmy w istniejącym zakładzie dodatkowo 50 osób. Myślimy o rozwoju, chcemy pracować z klientami, by razem z nimi zastanawiać się, jak ma wyglądać rynek. W miarę rozwoju sytuacji będziemy zatrudniać dodatkowe osoby – przekonuje Beata Stelmach, prezes i dyrektor generalny GE w Polsce i krajach bałtyckich.

W nowym zakładzie GE Industrial Solutions pracować będzie 800 osób, które dziś pracują w istniejących obiektach w Bielsku-Białej. Docelowo będzie w nim zatrudnionych 1,2 tys. pracowników, ale jak podkreśla prezes GE, zwiększanie zatrudnienia będzie następowało stopniowo.

Plan mamy taki, by pod koniec przyszłego roku fabryka już funkcjonowała, więc myślę, że wstęgę będziemy przecinać w okresie krótszym niż dwanaście miesięcy – zapowiada Stelmach. – Przeniesiemy tam naszą aktywność z kilku miejsc. Stawiamy nowoczesny, inteligentny, odpowiadający wyzwaniom XXI wieku budynek. Będzie to miejsce przeznaczone jednocześnie na badania oraz na dyskusje z klientami. Dzisiaj nie przygotowuje się już gotowych produktów na półkę. Muszą powstawać rozwiązania, które odpowiadają na konkretne zapotrzebowanie.

Zdaniem Stuarta Thompsona, dyrektora generalnego działu Power Equipment w GE Industrial Solutions, kluczowym powodem wyboru Bielska-Białej, poza kompetentnym zespołem, była korzystna lokalizacja. Istniejący zakład obsługuje klientów z całego świata od ponad czternastu lat.

Obiekt jest bardzo dobrze położony zarówno w stosunku do Europy Wschodniej, jak i Zachodniej, a nasi globalni klienci lubią tu przyjeżdżać – zauważa Stuart Thompson.

W portfolio fabryki znajdują się produkty do zastosowań komercyjnych, przemysłowych, w zakresie odnawialnych źródeł energii oraz sektorach wrażliwych na dostawy prądu (np. do zasilania infrastruktury technicznej, w sektorze wydobywczym, turbinach wiatrowych, centrach danych oraz szpitalach). Około 20 proc. produktów sprzedawanych jest na polskim rynku, pozostała część trafia na eksport.

W fabryce produkowane są m.in. elementy elektrycznego sprzętu rozdzielczego i sterującego, kolejowe systemy trakcyjne oraz urządzenia wspomagające źródła zasilania (zapewniające zapasową moc w sytuacjach krytycznych).

Następuje prawdziwa cyfryzacja fabryki: dzięki systemom komputerowym lepiej będziemy rozumieć, co dzieje się ze sprzętem w czasie rzeczywistym – tłumaczy Thompson – Usprawni to zarządzanie zasobami oraz zespołem projektowym i pozwoli na optymalizację procesów. Dla tak dużej firmy kluczową kwestią jest szybki rozwój. Zależy nam jednak na tym, by wprowadzać na rynek takie produkty, które rzeczywiście spełniają potrzeby klientów. Jedną z cech nowego obiektu będzie połączenie zaawansowanej technologicznie produkcji z centrum współpracy z klientem. Dzięki informacjom zwrotnym od klientów uzyskanym w czasie rzeczywistym będziemy w stanie lepiej dostosować produkcję.

Jak wskazuje Mark Begor, prezes i dyrektor generalny GE Energy Management, koncern proponuje rozwiązania głównie w obszarze elektryfikacji i regulacji mocy. W nowy zakład zamierza zainwestować ok. 54 mln dolarów.

Działamy globalnie, w prawie 100 krajach świata – informuje Mark Begor. – W Polsce mamy jeden z kluczowych obiektów do obsługi klientów, nie tylko europejskich, lecz także globalnych, w obszarze rozdzielnic niskiego i średniego napięcia oraz sprzętu regulacji mocy.

Zakład będzie miał 45 tys. mkw. łącznej powierzchni produkcyjnej, magazynowej, biurowej, laboratoryjnej oraz szkoleniowej.

Największym wyzwaniem jest czas dostarczenia i kwestie związane z pozwoleniem na budowę – mówi Robert Dobrzycki, partner zarządzający odpowiedzialny za Europę w Panattoni Europe.

W ubiegłym tygodniu miała miejsce uroczystość wmurowania kamienia węgielnego pod budowę zakładu.

J. Piechociński: do końca roku decyzja ws. kształtu banku wspierającego eksporterów

W przyszłym roku rozpocznie działalność Bank Eksport-Import. Jeszcze w grudniu ma zapaść decyzja, czy będzie to odrębna instytucja, czy część Banku Gospodarstwa Krajowego. To kolejna inicjatywa wspierania wymiany handlowej z zagranicą. Ministerstwo Gospodarki chce, by do 2020 roku liczba eksporterów się potroiła.

Założenia już mamy – informuje wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński. – Prowadzimy ostatnie szacunki dotyczące kapitału i modelu tego banku: czy będzie to dodatkowa część Banku Gospodarstwa Krajowego, wydzielona na trudne, ryzykowne rynki, czy też nowa instytucja.

Decyzja ma zapaść jeszcze w tym roku. Na początek przyszłego planowane jest rozpoczęcie działań wdrażających.

Ze względu m.in. na napięcia z poradzieckim Wschodem mamy świadomość, że w ciągu pięciu najbliższych lat musimy zdywersyfikować koszyki rynków, do których docieramy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piechociński. – W związku z tym uruchomiliśmy takie programy, jak Go Africa, Go China, i wybraliśmy kolejnych piętnaście rynków, które chcemy promować. Chcemy otwierać je nie tylko na polskie jabłka, mleko, ser, lecz także na usługi.

Resort chce, by do 2020 roku na polskim rynku działało trzy razy więcej eksporterów niż teraz – 150 tys. przedsiębiorstw zamiast 58 tys. dzisiaj.

Trzy czwarte wymiany zagranicznej to handel z państwami Unii Europejskiej, ponad jedna czwarta przypada na Niemcy. Jak podkreśla wicepremier, celem resortu jest, by nie rezygnując z rynków europejskich, otwierać polska gospodarkę na odbiorców z całego świata.

Kierunki eksportu muszą być rozłożone w różnych koszykach. Przy takim zróżnicowaniu, nawet jeśli gdzieś tąpnie albo wydarzy się coś takiego, jak choćby w relacjach z Rosją, straty będą mniej odczuwalne – podkreśla Janusz Piechociński.

Wśród 15 strategicznych nowych rynków są m.in. Iran, Azerbejdżan, Kazachstan, Algieria, Turcja czy Brazylia. Duże nadzieje Ministerstwo Gospodarki wiąże także z odbiorcami z Ameryki Północnej i Azji.

To kolejna inicjatywa resortu, która ma wspierać polskich eksporterów. Jak przypomina Piechociński, wcześniej zostały zmienione zasady działania BGK czy Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (KUKE). Na początku listopada rząd przyjął również rozporządzenia ministra gospodarki dotyczące pomocy de minimis. Dzięki nim eksporterzy mogą starać się o wsparcie m.in. na działania promocyjne na zagranicznych rynkach czy na uzyskanie certyfikatów wymaganych za granicą.

Polskie firmy rozpoczęły ekspansję, już są do niej gotowe – zapewnia Janusz Piechociński. – Po mentalnym przełamaniu barier w eksporcie na europejskie rynki, teraz jest czas na myślenie o rynkach pozaeuropejskich.

2015 będzie rokiem mocnego dolara i słabego euro. Złoty ma być stabilny

CEO Magazyn Polska

Na rynku walutowym w przyszłym roku spokojnie raczej nie będzie. Z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że dolar podrożeje, euro potanieje, a frank szwajcarski pozostanie stabilny. Złoty będzie silny wobec euro, natomiast za dolara będzie trzeba zapłacić więcej.

Notowania najpotężniejszych walut świata,czyli euro i dolara, powiązane są bezpośrednio z działaniami banków centralnych, które je emitują. Jako że gospodarka amerykańska jest w coraz lepszej kondycji, zarząd Rezerwy Federalnej powoli odchodzi od polityki łatwego pieniądza. Skup obligacji w ramach programu pomocowego QE3 został zakończony i rynki czekają na podwyżkę stóp. Po ostatnich dobrych danych z amerykańskiego rynku pracy znów powróciły oczekiwania na podwyżkę w lipcu 2015 r.

W strefie euro natomiast przeciwnie, szef EBC Mario Draghi poinformował, że możliwe jest rozpoczęcie skupu obligacji skarbowych, o ile zainteresowanie drugą transzą tanich pożyczek długoterminowych (TLTRO) dla banków ponownie będzie mniej niż umiarkowane, jak miało to miejsce we wrześniu. Rynek przekona się o tym już w czwartek, 11 grudnia.

– Uważamy, że oczekiwania co do przyszłorocznych podwyżek stóp procentowych przez Rezerwę Federalną będą wspierały dolara amerykańskiego mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Zembik, specjalista Forex-University. Natomiast słabość euro i rozbieżność polityki prowadzonej przez Mario Draghiego i Janet Yellen powinny powodować, że eurodolar będzie testował coraz niższe minima. Zmierzamy w kierunku 1,22-1,20  w najbliższym roku.

Polski złoty ma pozostać stabilny. Nasza gospodarka utrzymuje przyzwoite tempo wzrostu, nadal przekraczające 3 proc. Rośnie popyt wewnętrzny i inwestycje, nieźle ma się eksport. To oznacza, że w relacji do innych walut na kurs złotego wpływ będą miały w mniejszym stopniu wydarzenia krajowe, a w większym zmiany na światowych rynkach walutowych.

Myślę, że w relacji do euro polska waluta pozostanie stosunkowo silna ocenia Łukasz Zembik.  W przypadku dolara amerykańskiego myślę, że będziemy szli na wyższe poziomy i osoby, które posiadają kredyt w dolarach, niestety będą musiały zapłacić większą ratę kredytu. Również w stosunku do dolara uważam, że polska waluta będzie się osłabiać.

Więcej Polaków ma jednak kredyty ze zmiennym oprocentowaniem (głównie hipoteczne) we frankach. Tu analitycy mają dla kredytobiorców dobre wiadomości. Po zamieszaniu ze „złotym” referendum na rynek szwajcarski wraca spokój. Frank zgodnie z polityką tamtejszego banku narodowego od trzech lat zmienia się w stosunku do euro w niewielkim zakresie, rynkowo usiłuje się bowiem umacniać, ale polityka SNB nie pozwala mu umocnić się do poziomu poniżej 1,20 franka za euro. W przyszłym roku nie należy tu oczekiwać rewolucji.

Osoby, które chcą inwestować na rynku walutowym i chcą inwestować w waluty o niższej zmienności, bardziej stabilne, powinny wybierać franka szwajcarskiego i parę walutową EUR/CHF uważa specjalista Forex-University. Mimo wszystko interwencja banku Szwajcarii i obronienie poziomu 1,20 będą istotne i będą tę parę walutową utrzymywały w takich widełkach.

Znacznie mniej stabilnie mogą się zachowywać natomiast waluty państw, które są bogate w surowce.

– Inwestując w dolara australijskiego czy nowozelandzkiego, musimy brać pod uwagę to, jak zachowują się surowce, bo te waluty są mocno skorelowane chociażby ze złotem zwraca uwagę Łukasz Zembik z Forex-University. Jeżeli inwestujemy w rubla, który od początku roku został przeceniony w stosunku do dolara amerykańskiego o ponad 60 proc., musimy dość mocno spoglądać na rynek ropy, jeżeli oczekujemy większej zmienności. Podobnie ma się rzecz z koroną norweską czy dolarem kanadyjskim.

Zmiany w ustawie o Specjalnych Strefach Ekonomicznych

0

Senat nie zgłosił poprawek do noweli ustawy o Specjalnych Strefach Ekonomicznych. Zakłada ona m.in. że spółki zarządzające specjalnymi strefami ekonomicznymi nie muszą stosować przepisów o zamówieniach publicznych, o co zabiegała Konfederacja Lewiatan.

Zgodnie z prawem Unii Europejskiej przepisy o zamówieniach publicznych powinny stosować tzw. „instytucje prawa publicznego”. Instytucja taka musi spełniać, zgodnie z dyrektywą 3 cechy: a) być osobą prawną, b) być zależną od państwa, c) być utworzoną w celu zaspokajania potrzeb powszechnych o niekomercyjnym charakterze.

Spółki zarządzające specjalnymi strefami ekonomicznymi, zdaniem Konfederacji Lewiatan, nie spełniają trzeciego warunku. Nie zostały bowiem utworzone w celu zaspokajania potrzeb powszechnych, które są potrzebami ogółu, a charakter niekomercyjny to inny, niż związany z prowadzeniem działalności gospodarczej. Specjalna strefa ekonomiczna działa wyłącznie na ustawowo wydzielonym obszarze i kieruje działania do podmiotów, które uzyskały zezwolenie administracyjne na funkcjonowanie w jej obszarze, co wyłącza powszechność zaspokajanych potrzeb. Zaspokajane przez strefę potrzeby są stricte biznesowymi, a więc mają komercyjny (przeciwny od wskazywanego w dyrektywie) charakter.
Senatorowie podzielili w tej kwestii stanowisko Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan

Ustawa o społecznej inspekcji pracy

Konfederacja Lewiatan złożyła wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności c Konstytucją RP niektórych przepisów ustawy o społecznej inspekcji pracy, m.in. dotyczących maksymalnej liczby społecznych inspektorów pracy jaka może działać w przedsiębiorstwie.

Zdaniem Lewiatana w obecnej ustawie o społecznej inspekcji pracy brak precyzyjnego określenia maksymalnej liczby społecznych inspektorów pracy jaka może funkcjonować w zakładzie pracy, czego efektem jest nieuzasadniona ważnym interesem publicznym ingerencja w wolność gospodarczą pracodawców.

Konfederacja Lewiatan uważa, że niezgodny z Konstytucją RP jest również zapis o zbyt szerokim i ogólnikowym określeniu kompetencji społecznych inspektorów pracy. Prowadzi to do ingerencji w swobodę działalności gospodarczej pracodawców polegającej na umożliwieniu społecznym inspektorom pracy podejmowania działań wykraczających poza cele dla których powołano społeczną inspekcję pracy. Ten przepis narusza także prawo do prywatności poprzez wyposażenie społecznych inspektorów pracy w kompetencje umożliwiające im uzyskanie dostępu do wielu poufnych informacji dotyczących pracodawców oraz zatrudnianych przez nich pracowników.

We wniosku do Trybunału Konstytucyjnego za niezgodne z Konstytucją uznano również inne przepisy dotyczące m.in. kwalifikacji wymaganych od społecznych inspektorów pracy, procedur ich wyboru i odwoływania, czy nieprecyzyjnego określenia obciążeń jakie pracodawca powinien ponosić w związku z działaniem społecznych inspektorów pracy.

Społeczni inspektorzy pracy mają wiele przywilejów, a w zamian niewiele się od nich wymaga. Są chronieni przed zwolnieniem i zmianą warunków pracy i płacy na mniej korzystne, mają prawo wstępu w każdym czasie do pomieszczeń i urządzeń zakładu pracy, wgląd do dokumentów, a nawet możliwość uzyskania dodatkowego wynagrodzenia.

Konfederacja Lewiatan

Na prezenty pod choinkę Polacy wydadzą ok. 500 złotych

Blisko 90 proc. Polaków zamierza w tym roku kupić prezenty najbliższym. Średni budżet na ten cel to 500 zł, czyli 14 proc. domowego budżetu. Podarunki znajdują się jednak na ostatnim miejscu świątecznych priorytetów. Z badań przeprowadzonych przez firmę Groupon wynika, że w tym roku najważniejsze jest spędzanie czasu z rodziną, wspólne ubieranie choinki i wigilijna kolacja.

Przedświąteczna gorączka nie jest dla Polaków powodem do stresu. Tylko 30 proc. ankietowanych przyznało, że zaczyna się denerwować z tego powodu. 18,7 proc. z nich jako świąteczną zmorę wskazało korki i opóźnienia komunikacyjne. Na świecie najmniej zestresowani z powodu Bożego Narodzenia są Hiszpanie, tylko 15 proc. z nich deklaruje, że czuje jakiekolwiek podenerwowanie związane ze świętami. Natomiast najbardziej zestresowanym narodem są Belgowie – stres świąteczny odczuwa aż 60 proc. z nich.

Badania pokazały też, że wbrew pozorom święta dla Polaków nie mają charakteru komercyjnego – prezenty są na ostatnim miejscu pod względem świątecznych priorytetów. Jako najważniejsze wskazało je tylko 2,6 proc. badanych. Zdecydowanie ważniejsze jest spędzanie czasu z rodziną i przyjaciółmi.

77 proc. Polaków deklaruje, że najistotniejsze w świętach jest ich przeżywanie i bliskość z rodziną, czyli właśnie kolacja wigilijna czy wspólne ubieranie choinki. To przeżywanie i bycie razem jest dla nas na pierwszym miejscu. Oczywiście prezenty są w tle tego wszystkiego, one są ważnym elementem, ale nie najważniejszym – mówi Aniela Hejnowska, dyrektor zarządzający Groupon Polska, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

86 proc. badanych Polaków planuje kupić prezenty, średnio każdy z nas wręczy dziewięć podarunków. Na tegoroczne upominki świąteczne Polacy zamierzają wydać średnio 486,54 zł, co będzie stanowić 14 proc. budżetu domowego. Własnoręcznie zrobione prezenty planuje przygotować jedynie 0,3 proc. respondentów. Podobną kwotę na upominki zamierzają wydać Hiszpanie i Argentyńczycy. Najhojniejsi okazali się Brytyjczycy, którzy zamierzają wydać średnio 2 783 zł, czyli 19 proc. swojego budżetu domowego. Mieszkańcy wszystkich krajów, które zostały poddane badaniu, najwięcej zamierzają wydać na prezenty dla dzieci. Polakom najtrudniej wybrać prezent dla chłopaka lub męża oraz ojca, kłopoty z wybraniem odpowiedniego upominku dla partnera ma 19 proc. badanych, a taty aż 15 proc. Zdecydowanie najłatwiej znaleźć pomysł na prezent dla kobiety: mamy, siostry lub babci.

Większość mężczyzn deklaruje, że z dużym wyprzedzeniem myśli o prezencie dla kobiecej części rodziny i że planuje, co kupi. Natomiast kobiety zakup prezentów dla mężczyzn odkładają na ostatni moment – mówi Aniela Hejnowska.

Część badanych zadeklarowała, że zdarza się im zapomnieć o bożonarodzeniowych prezentach. Najczęściej zapomina się o dalszej rodzinie i dziadkach. Prawie połowa zapominalskich przyznałaby się do błędu, ale co trzeci skłamałby, że sklep nie zdążył dostarczyć prezentu na czas.

Aż 37 proc. badanych przyznaje, że liczy na osobisty i znaczący prezent. Polacy chcą także, aby prezenty ich inspirowały i spełniały ich marzenia. Wysoko znalazły się takie podarunki, jak romantyczna wycieczka z ukochanym i więcej czasu z bliskimi, ale także „doświadczenie życia”, takie jak skok ze spadochronem czy rajd samochodowy.

Co ważne, ponad połowa Polaków chciałaby znaleźć prezenty pod żywą choinką.

Firma Groupon zbadała zwyczaje świąteczne mieszkańców jedenastu krajów, w tym Polski.

Firmy inwestują w mobilność swoich pracowników. To zwiększa skuteczność ich pracy

Zapotrzebowanie na urządzenia mobilne w firmach szybko rośnie. Nowe, coraz bardziej zaawansowane aplikacje oraz technologie mobilne pozwalają przedsiębiorcom zaoszczędzić czas, zmniejszyć ograniczenia lokalizacyjne i zwiększyć skuteczność pracy. To przyczynia się do wzrostu ich zysków. Firmy inwestują więc w mobilność swoich pracowników.

Używanie smartfonów to sposób na poprawienie skuteczności działania wielu firm. Dzięki technologiom mobilnym firmy mają dostęp zarówno do zasobów wewnętrznych firmy z różnych miejsc, co pozwala pracownikom mobilnym na bardziej efektywne zarządzanie informacją, jak i dotarcie do klientów, którzy znajdują się w różnych częściach kraju czy świata. Technologie mobilne zmniejszają ograniczenia geograficzne, lokalizacyjne oraz przyspieszają efektywność pracy przedsiębiorstwa – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Marcin Reichman z Microsoft Devices.

Oszczędność czasu przekłada się nie tylko na oszczędność pieniędzy, lecz także optymalizację działań biznesowych. Dla przykładu, dyrektor finansowy, który w danym momencie musi podjąć decyzję o tym, czy zaakceptować dokumenty, dzięki chmurze ma dostęp do wszystkich zasobów firmy, co umożliwia mu szybką weryfikację danych. Agenci handlowi i zespoły sprzedaży mają dzięki urządzeniom mobilnym stały dostęp do najnowszych danych  –zaktualizowanych cenników i informacji produktowych, co pozwala im szybko reagować na zmiany na rynku i dostosować do niech ofertę.

Jeszcze kilka lat temu firmy korzystały głównie z tradycyjnych form komunikacji. Jednak w ostatnich latach tradycyjne komórki zostały praktycznie wyparte przez smartfony. Wciąż przybywa osób korzystających z mobilnej poczty, kalendarza i oprogramowania związanego z możliwością zarządzania zadaniami pracownika.

Zapotrzebowanie na urządzenia mobilne szybko rośnie. Związane jest to przede wszystkim z rozwojem technologii chmurowej, szeroko pojętej mobilności oraz aplikacji mobilnych. Firmy coraz bardziej stawiają na mobilność swoich pracowników, w związku z tym coraz więcej smartfonów ląduje w kieszeniach klientów biznesowych – mówi Reichman.

Nie bez znaczenia jest także dynamicznie reagujący na potrzeby swoich klientów rynek oprogramowania, na którym znajdują się zarówno aplikacje specjalistyczne, np. do zarządzania klientami, jak i kompleksowe oprogramowanie firmowe.

Smartfony umożliwiają również dostęp do takich narzędzi biurowych, jak edytory tekstu czy arkusze kalkulacyjne. Microsoft jest jednym z potentatów w tej dziedzinie, oferując Office365, czyli sieciowe wydanie popularnego pakietu biurowego. Użytkownik może korzystać z niego zarówno z komputera, jak i urządzenia mobilnego, co znacznie zwiększa jego efektywność i eliminuje potrzebę instalowania rozbudowanego oprogramowania na smartfonie.

Branża stalowa i paliwowa najbardziej narażone na ryzyko prania pieniędzy

Rośnie liczba postępowań wszczynanych przez organy ścigania w sprawach dotyczących prania pieniędzy. Rozprzestrzenianiu się tego procederu sprzyjają m.in. zaawansowane mechanizmy ekonomiczno-prawne, rozwój technologii i nowe formy komunikowania się na odległość. Podejrzanego pochodzenia mogło być w 2013 roku ponad 15 mld zł.

Obserwujemy w Polsce coraz większy wzrost tej patologii gospodarczej, jaką jest pranie pieniędzy, czyli przestępstwo przeciw prawu gospodarczemu – mówi agencji Newseria Biznes, Łukasz Chmielniak, adwokat, założyciel kancelarii Chmielniak Adwokaci.

Świadczyć o tym mogą m.in. statystyki sądowe i policyjne. Z danych GIIF (na podstawie informacji z Prokuratury Generalnej) wynika, że w ubiegłym roku w związku z podejrzeniem prania pieniędzy wszczęto 212 postępowań przygotowawczych, sporządzono 65 aktów oskarżenia wobec 198 osób oraz wydano 37 wyroków skazujących 129 osób. Liczba wszczętych przez policję postępowań wzrosła o 27 proc. w porównaniu z 2012 rokiem.

Te liczby nie są spektakularne, jednak jeżeli spojrzymy na kwoty, to te są już znaczące – dodaje Łukasz Chmielniak.

Jak wynika z raportu „Pranie pieniędzy”, opracowanego przy współpracy kancelarii prawnej Chmielniak Adwokaci oraz firmy Kroll Ontrack, zajmującej się informatyką śledczą i odzyskiwaniem danych, czynności mające na celu wprowadzenie nielegalnie uzyskanych środków do legalnego systemu finansowego mogły dotyczyć w 2013 roku ponad 15,25 mld zł.

Liczba zawiadomień o podejrzanych działaniach i transakcjach zarejestrowanych w systemie GIIF wyniosła ponad 3,2 tys. i była o blisko jedną trzecią większa niż w 2012 roku, a w porównaniu z 2010 rokiem była o 60 proc. większa.

Według autorów raportu oprócz pieniędzy nadużycia mogą obejmować także instrumenty finansowe, papiery wartościowe, wartości dewizowe, prawa majątkowe, nieruchomości i mienie ruchome. W 2013 roku problem dotyczył wielu gałęzi przemysłu, handlu czy też sektora usług na całym świecie. W opinii Łukasza Chmielniaka to przede wszystkim branża stalowa i paliwowa są najbardziej narażone na ryzyko nadużyć.

W tych branżach obserwujemy największy wzrost zachowań o charakterze patologicznym – uważa Chmielniak. –Bardzo łatwo jest przeprowadzić takie transakcje pomiędzy wieloma podmiotami. A są to transakcje nie tylko krajowe, lecz także międzynarodowe. Tworzone są również karuzele podatkowe.

Odsetek przedsiębiorstw z całego świata, które zostały narażone na oszustwa związane z praniem pieniędzy, wzrósł w 2013 roku o 2 proc. Wzrost zagrożenia odczuwały zarówno firmy w Polsce, jak i na świecie.

Pranie pieniędzy znalazło się wśród sześciu typów przestępstw (obok korupcji, naruszenia regulacji, sprzeniewierzenia funduszy, kradzieży własności intelektualnej i zmowy rynkowej), wymienianych jako realne zagrożenie solidności, uczciwości i stabilizacji instytucji kredytowych i finansowych. Obawy deklarowało więcej firm, niż rzeczywiście ucierpiało na tym procederze.

Polacy ostrożnie sięgają po kredyty hipoteczne

W ostatnich miesiącach co trzeciemu Polakowi pogorszyła się sytuacja finansowa. Ma to przełożenie nie tylko na codzienne funkcjonowanie, lecz także na spadek liczby zaciąganych kredytów hipotecznych.

Zazwyczaj uważamy, że my sami odpowiadamy za wysokość branego kredytu. Jak pokazują wyniki badania „Finansowy Barometr ING”, 24% Polaków twierdzi jednak, że decyduje o tym przede wszystkim bank. „Trochę intrygujący wynik […]. Przychodzimy z pewnymi żądaniami, chcemy daną kwotę pieniędzy, a bank ma nas ograniczać i mówić, jak wysoką pożyczkę możemy otrzymać” – mówi serwisowi infoWire.pl Grzegorz Ogonek z ING. Takie podejście uplasowało nasz kraj na trzecim miejscu wśród badanych państw.

Dane uzyskane dzięki przeprowadzonemu badaniu nie napawają optymizmem. Niepokojące jest, że 42% rodaków ma problemy ze spłatą rat kredytu hipotecznego. Podobnie dzieje się w Hiszpanii (46%) i Rumunii (43%). Rozwiązaniem tej sytuacji według 35% polskich respondentów mogłoby być zaoferowanie dłuższego czasu spłaty kredytu. Wśród propozycji znalazły się też zwrot samych odsetek (29%) oraz pomoc państwa (17%).

Co prawda oprocentowanie kredytów hipotecznych jest obecnie niskie, ale wzrastają marże. Ponadto od 2015 r. co dziesiątą złotówkę kredytobiorcy będą musieli wnieść sami, gdyż żaden udzielony kredyt hipoteczny nie będzie mógł przekraczać 90% ceny nabywanej nieruchomości.

Bezpieczny prezent dla dziecka – porady UOKiK

Przeczytaj instrukcję użytkowania, sprawdź czy zabawka nie ma ostrych krawędzi, wybierz produkt dostosowany do wieku dziecka – warto o tym pamiętać wybierając prezent dla dziecka. Jak co roku Inspekcja Handlowa na zlecenie UOKiK kontrolowała zabawki oraz inne produkty przeznaczone dla najmłodszych

W tym roku Inspekcja Handlowa skontrolowała łącznie 2 533 zabawki u 306 przedsiębiorców (hurtowników i sprzedawców detalicznych), kwestionując 36 proc. To prawie tyle samo co w ubiegłym roku kiedy zastrzeżenia dotyczyły 35,7 proc. zbadanych wyrobów.

Kwestionowano przede wszystkim niewłaściwe oznakowanie. Najczęściej wykrywane nieprawidłowości to brak adresu producenta (9,2 proc.), nieprawidłowo wystawiona deklaracja zgodności (9,1 proc.), czy niezasadne umieszczenie ostrzeżenia informującego, że zabawka nie nadaje się dla dzieci w wieku 0-3 lata (8,3 proc.).

Zastrzeżenia dotyczyły także konstrukcji i materiałów, z których wykonano produkty (ogółem 6,9 proc). Najczęściej stwierdzane wady polegały m.in. na obecności małych elementów, które dziecko mogło by połknąć, występowaniu zadziorów stwarzających ryzyko zranienia czy nieodpowiednim zabezpieczeniu komory bateryjnej.

Inspekcja Handlowa skontrolowała także w tym roku niektóre produkty przeznaczone dla małych dzieci czyli nosidełka, chodziki, barierki bezpieczeństwa i bujaki. Ogółem sprawdzono 299 partii produktów (nosidełek i chodzików – po 138, barierek bezpieczeństwa – 22,  bujaków – 1) u 67 przedsiębiorców (producentów, hurtowników i sprzedawców detalicznych), z czego zakwestionowano 26,8 proc. To znacznie mniej niż podczas ubiegłorocznej kontroli wyrobów tego rodzaju, kiedy zakwestionowano 38 proc. sprawdzonych partii.

Większość zastrzeżeń dotyczyła nieprawidłowości w oznakowaniu – 26,4 proc. Najczęściej kwestionowano brak fragmentów instrukcji użytkowania, a także brak informacji oraz ostrzeżeń, które zgodnie z prawem, powinny być umieszczone na produkcie.

Stwierdzono też wady konstrukcyjne dwóch nosidełek. Jedno miało zbyt duże otwory na nogi, co groziło wypadnięciem dziecka na zewnątrz. Drugie zakwestionowano ze względu na odłączanie się uchwytu od zamka błyskawicznego, który mógł by zostać połknięty przez dziecko.

To jest osadzony dokument pakietu <a target=’_blank’ data-cke-saved-href=’http://office.com’ href=’http://office.com’>Microsoft Office</a> obsługiwany przez aplikację <a target=’_blank’ data-cke-saved-href=’http://office.com/webapps’ href=’http://office.com/webapps’>Office Online</a>.

Konsumencie wybierając prezent dla dziecka pamiętaj:

  1. Zabawka powinna być dostosowana do wieku malucha. Wybór powinny ułatwić informacje na opakowaniu, np. dla dziecka poniżej 3. roku życia. Zabawki przeznaczone dla najmłodszych, takie jak maskotki, gryzaki, klocki, lalki, nie powinny być wykonane z materiałów łatwo ulegających uszkodzeniu (np. szkła lub porcelany).
  2. Sprawdźmy czy na opakowaniu zabawki lub samej zabawce znajduje się znak CE. Oznacza on deklarację producenta, że produkt spełnia m.in. wymagania bezpieczeństwa obowiązujące na terenie Unii Europejskiej. Zgodnie z prawem znak CE powinien znajdować się na każdej zabawce oferowanej w państwach członkowskich.
  3. Zapoznajmy się dokładnie z informacjami na opakowaniu. W grach zapachowych, zestawach kosmetycznych i grach smakowych mogą się znaleźć substancje, które powodują alergie. Na opakowaniu zabawki powinny znajdować się ich nazwy oraz wyraźne ostrzeżenie o treści: „Zawiera substancje zapachowe mogące powodować alergie”.
  4. Przed dokonaniem zakupu warto upewnić się czy zabawka nie ma ostrych krawędzi, sztywnych lub wystających elementów (np. w kierownicy roweru). Zabawki, które można złożyć (np. wózki dla lalek) muszą być wyposażone w blokadę zabezpieczającą. Zwróćmy uwagę czy drobne elementy nie odpadają przy lekkim naciśnięciu, ponieważ dziecko może je połknąć lub udławić się nimi.
  5. Jeżeli jednym z elementów zabawki są linki i sznurki zakończone kółkiem lub innym elementem, który może tworzyć zaciągającą się pętlę, należy sprawdzić czy nie są zbyt długie (powyżej 220 mm dla zabawki przeznaczonej dla malucha poniżej 3. roku życia). W przypadku huśtawek linki nie powinny być zbyt cienkie.
  6. Do niektórych zabawek. np. rowerów, hulajnóg, huśtawek, zabawek funkcjonalnych, powinny być dołączone instrukcje użytkowania w języku polskim. Zabawki kupowane w stanie zdemontowanym powinny posiadać również instrukcje montażu.
  7. Instrukcje i informacje dotyczące bezpiecznego używania zabawki przechowujmy w bezpiecznym miejscu. W razie wątpliwości, będziemy mogli do nich zajrzeć.
  8. Nie możemy zwrócić do sklepu zabawki, tylko i wyłącznie dlatego, że nie podoba się dziecku. Zgodnie z prawem sprzedawca może odmówić przyjęcia towaru zgodnego z umową i zwrócenia klientowi pieniędzy, bądź też wymiany na inny. Natomiast jeżeli zabawka jest wadliwa możemy złożyć w sklepie reklamację, żądając naprawy towaru lub wymiany na nowy. Prawo to przysługuje nam w ciągu dwóch lat od zakupu, ale nie później niż w ciągu dwóch miesięcy od wykrycia wady lub niezgodności z umową (tj. produkt nie posiada cech, o których zapewniał przedsiębiorca).
  9. Zastrzeżenia co do bezpieczeństwa lub oznakowania produktów należy zgłaszać do Inspekcji Handlowej lub Departamentu Nadzoru Rynku w UOKiK.

Spółki z warszawskiej giełdy dają zarobić na dywidendach. O ponad 10 proc. w dwa lata i o ponad 98 proc. w ciągu dekady wzrósł uwzględniający je indeks WIG20TR

CEO Magazyn Polska

Na warszawskiej giełdzie można dobrze zarobić. Bo choć od ponad trzech lat wartość indeksu blue chipów zmienia się w niewielkim zakresie, to dywidendy wypłacane przez część spółek znacząco zwiększają zyski inwestorów. Uwzględniający dochody z wypłaty dywidendy i emisji nowych akcji indeks WIG20TR przez dwa lata wzrósł o ponad 10 proc.

Wartość indeksu WIG20TR, czyli WIG20 Total Return warszawska giełda publikuje od dwóch lat. W tym czasie podstawowy WIG20, wyliczany tylko na podstawie cen akcji, praktycznie się nie zmienił. To oznacza, że dywidendy wypłacane przez największe giełdowe spółki dały inwestorom 10 proc. dodatkowego zysku w dwa lata.

– W dobie coraz niższych stóp procentowych wyraźnie zauważamy wzrost zainteresowania inwestorów spółkami dywidendowymi, czyli takimi, które wypłacają dywidendę i regularnie tą dywidendą dzielą się z inwestorami mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Wiśniewski, wicedyrektor Działu Rozwoju Produktów Informacyjnych i Indeksów Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Wystarczy tylko spojrzeć na oprocentowanie stóp procentowych czy lokat bankowych w tej chwili. Znalezienie oferty na poziomie 3-4 proc. graniczy z cudem, natomiast w przypadku WIG20TR stopa dywidendy wynosi około 4 proc.

Giełda zaczęła publikować WIG20TR dwa lata temu, jednak wyliczany jest on znacznie dłużej. W ciągu dekady stopa zwrotu WIG20 wzrosła o 24,78 proc., podczas gdy WIG20TR zyskał 98,32 proc.

– Te 70 punktów procentowych różnicy jest efektem dodatkowych zysków, które osiągnęli inwestorzy z inwestycji w te spółki, które dzielą się zyskiem w formie dywidendy czy w efekcie emisji nowych akcji z prawem poboru podkreśla Tomasz Wiśniewski.

Jest to wynik tym ciekawszy, że nie każda spółka wypłaca dywidendę. Na tak dynamiczny wzrost dochodowego indeksu WIG20TR wpływ miały jednak tylko te, które zyskami podzieliły się z akcjonariuszami.

– Tu nastąpiła różnica w stosunku do tego, co miało miejsce jeszcze kilka lat temu podkreśla wicedyrektor Działu Rozwoju Produktów Informacyjnych i Indeksów GPW. – Otóż wtedy jedynie dziewięć spółek z indeksu WIG20 płaciło dywidendę. W tej chwili takich spółek jest już 16. Wzrosła również kwota dywidendy, czyli zysku, którym spółki dzielą się z inwestorami. Wówczas było to 10 mld złotych, w tej chwili jest to 15 mld zł. To istotnie wpływa na kształtowanie się wartości indeksu WIG20TR.

Na notowania akcji wpływ ma wiele czynników. Wypowiedzi polityków i ekonomistów, sytuacja na światowych giełdach, wojny czy zmiany cen surowców czasem potrafią załamać notowania najlepszych spółek. Mimo to dobre spółki potrafią zarabiać i dzielić się swoim zyskiem z udziałowcami bez względu na ceny swych akcji. Dywidenda to zysk, na który można liczyć nawet w czasie załamania giełdowego.

– Szczególnie na przestrzeni ostatnich dwóch-trzech lat widać wyraźny wzrost różnicowania się wartości cenowego i dochodowego indeksu WIG20 przypomina przedstawiciel GPW. – Ktoś może powiedzieć, że indeks WIG20 stoi w miejscu, ale jeżeli spojrzymy na giełdę z perspektywy indeksu WIG20TR, wówczas zauważymy, że od kilku lat obserwujemy sukcesywny wzrost wartości notowań największych spółek z GPW.

Polska najczęściej kontrolowanym krajem przez Europejski Trybunał Obrachunkowy

Polska jako największy beneficjent unijnych funduszy jest jednocześnie najczęściej kontrolowana przez audytorów z ETO. Na tle innych państw UE wypadamy dobrze. To zasługa m.in. krajowego systemu nadzoru i kontroli.

Polska jest największym beneficjentem środków unijnych. Od 2008 roku systematycznie wzrasta ich wykorzystanie. W latach 2007-2013 Polska wchłonęła blisko 80 mld euro z budżetu UE. W rekordowym pod tym względem 2013 roku absorpcja przekroczyła 16 mld euro.

Nawet odliczając składkę członkowską uzyskaliśmy najwięcej pieniędzy spośród krajów UE. Ponadto znaleźliśmy się w czołówce państw, które otrzymały najwyższe kwoty w ramach Wspólnej Polityki Rolnej i Polityki spójności.

Polska w budżecie UE 2007-13

Jednocześnie Polska była krajem najczęściej odwiedzanym przez unijnych kontrolerów. W latach 2007-2013 zbadali oni 383 zawarte w naszym kraju transakcje w ramach największych funduszy pomocowych: rolnictwo i spójność. Różnego rodzaju błędy stwierdzili w 128 z nich. To 33,4 proc. przypadków zbadanych przez ETO. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że średnia europejska wynosi 45,2 procent. Mniej błędów od Polaków w transakcjach mają procentowo tylko cztery kraje, w dodatku dużo mniejsze: Łotwa, Słowenia, Belgia i Estonia.
Błędy stwierdzone przez ETO: rolnictwo i spójność 2009-2013
To zasługa m.in. sprawnie funkcjonującego w Polsce systemu nadzoru i kontroli. Nieprzypadkowo ETO wysoko oceniło działanie w naszym kraju systemu kontrolowania transakcji zawieranych w ramach polityki spójności. Pozytywna ocena ETO w tej dziedzinie wyróżnia nas w Unii Europejskiej.

Europejski Trybunał Obrachunkowy obliczył, że w 2013 r.  4,7 proc. budżetu unijnego wydatkowano w mniejszym lub większym stopniu niewłaściwie. Złożyły się na to nieprawidłowości dostrzeżone we wszystkich państwach członkowskich w ramach wszystkich polityk UE. Najgorzej pod tym względem było w 2007 roku. Najlepiej w 2009.

Szacowany poziom błędu w budżecie UE jako całości za lata 2007-2013: płatności

Błędy stwierdzane przez ETO mają różną wagę. Tych najcięższych jest niewiele. W 2013 r. Trybunał skierował do OLAF-u (Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych) 14 spraw. To przypadki, w których audytorzy podejrzewali oszustwo polegające na wyłudzeniu lub sprzeniewierzeniu unijnych pieniędzy. Zdecydowana większość stwierdzanych nieprawidłowości ma charakter formalny lub merytoryczny. Audytorzy wskazują na przekroczenie jakiegoś przepisu, niespełnienie wymagania lub błędną interpretację zasad projektu. Najwięcej błędów pojawia się tam, gdzie zarządzanie funduszami jest dzielone między Komisję Europejską i państwa członkowskie. A właśnie tak zarządzane są dwie polityki z największą liczbą błędnych transakcji: polityka regionalna oraz rozwój obszarów wiejskich. To wynik nakładających się na siebie systemów zarządzania, mnogości przepisów, a przede wszystkim zasięgu obu polityk. Ich beneficjentami są miliony ludzi.

Wśród stwierdzonych w 2013 r. w całej UE błędów najwięcej, bo aż 39 proc., dotyczyło pojedynczych elementów projektu, które nie powinny być w jego ramach finansowane. 22 proc. nieprawidłowości polegało na przekazaniu pieniędzy podmiotom, które nie spełniały wszystkich wymagań. 21 proc. miało związek z wadliwymi przetargami, a 14 proc. polegało na nieprawidłowym zadeklarowaniu powierzchni rolnej.

Polska, mimo wyróżniających się wyników, w dalszym ciągu będzie intensywnie kontrolowana przez ETO. Wynika to z podziału unijnych funduszy. W nowej perspektywie budżetowej nasz kraj znów będzie w czołówce beneficjentów.  Dlatego Trybunałowi szczególnie zależy na współpracy z polską Najwyższą Izbą Kontroli. Ocenia ją zresztą bardzo wysoko. ETO zaproponowało NIK pełną współpracę przy audycie unijnego programu zwalczania chorób zwierzęcych jako pierwszemu spośród wszystkich europejskich najwyższych organów kontroli. – Ta wyjątkowa propozycja jest wyrazem zaufania Trybunału do naszej instytucji i naszego kraju – komentuje wspólną kontrolę w Małopolsce prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski.

NIK o sprzedaży mieszkań komunalnych

Miasta coraz lepiej radzą sobie ze sprzedażą mieszkań komunalnych. Prawidłowo ustalają ceny sprzedaży oraz wyliczają należne kupującym bonifikaty. Znacząca poprawa zauważalna jest szczególnie w tych miejscach, które NIK już skontrolowała w 2010 roku. Kontrolerzy stwierdzili jednak występowanie także nagannych zjawisk: pobierania nienależnych opłat za wyceny lokali oraz niepowiadamianie najemców o przysługującym im pierwszeństwie kupna.

Samorządy przeznaczają do sprzedaży głównie lokale w gorszym stanie technicznym, wymagające remontów i dużych nakładów. Pierwszeństwo w ich nabywaniu mają wynajmujący je lokatorzy. Miasta pozbywają się w ten sposób obciążeń finansowych, związanych z utrzymaniem mieszkań. Natomiast dla kupujących jest to okazja do nabycia mieszkania w atrakcyjnej cenie. Bonifikaty udzielane na zakup tych mieszkań, w zależności od stanu technicznego i stopnia dewastacji,  sięgają nawet 99 proc. W 24 skontrolowanych przez NIK gminach w latach 2011 – 2014 sprzedano ponad 7,5 tys. takich lokali. Większość  (70 proc.) została sprzedana  z bonifikatą powyżej 81 proc., w tym 43 proc. z bonifikatą ponad 90 proc.

Miasta prawidłowo realizują procedurę sprzedaży. Prawidłowo wyliczają ceny oraz należne kupującym bonifikaty. Znaczącą poprawę widać zwłaszcza w tych 14, które NIK kontrolowała w roku 2010. Powtórnie skontrolowane samorządy wyeliminowały stwierdzone wówczas nieprawidłowości, w tym najpoważniejszą: niepowiadamianie lokatorów na piśmie o planowanej sprzedaży mieszkań i przysługującym im prawie pierwokupu. Jednak występowanie tej samej nieprawidłowości kontrolerzy zauważyli w kolejnych sześciu miastach kontrolowanych po raz pierwszy. Obowiązek powiadamiania lokatorów może wydawać się tylko formalnością, jednak NIK zwraca uwagę, że jego zaniedbanie może mieć poważne konsekwencje, zwłaszcza w sytuacji, gdy z roszczeniami do konkretnego lokalu może zgłosić się osoba trzecia.  W kolejnych czterech w wykazach nieruchomości przeznaczonych do sprzedaży nie zamieszczano niektórych wymaganych informacji , np. terminu złożenia wniosku przez osoby uprawnione do zakupu w pierwszej kolejności.

Podczas obecnej kontroli NIK stwierdziła ponadto przypadki łamania ustawy o gospodarce nieruchomościami, m.in.:

  • domaganie  się od potencjalnego nabywcy zaliczki na pokrycie kosztów wyceny lokalu – praktyki takie wystąpiły  w 15 z 24 skontrolowanych miast. Osoby zainteresowane kupnem mieszkania musiały wpłacać na ten cel od 100 do 500 złotych. Szczególnie naganna była sytuacja w Starachowicach i Szczytnie, gdzie uchwały rad miejskich zobowiązywały do zapłacenia zaliczki (odpowiednio 350 zł  oraz 100 zł) i zastrzegały, że jeśli transakcja nie dojdzie do skutku z winy kupującego,  nie otrzyma on zwrotu wpłaconej sumy. NIK zobowiązała miasta do zaprzestania takich praktyk. Specjalnie uczuliła także na tę kwestię wojewodów, do których należy opiniowanie uchwał rad gmin;
  • nieskuteczna windykacja bonifikat podlegających  zwrotowi w przewidzianych prawem przypadkach (jeśli nabywca sprzedał mieszkanie przed upływem pięciu lat od zakupu osobie niespokrewnionej) – skontrolowane miasta odzyskały zaledwie 11 proc. należnych im z tego tytułu kwot. Trzy miasta nie podjęły żadnych działań w tej kwestii, jedno dopiero po upływie trzech lat od powtórnej sprzedaży lokalu.

W wyniku kontroli NIK zobowiązała burmistrzów i prezydentów miast  do:

  • zaprzestania domagania się od potencjalnych nabywców zaliczek na pokrycie kosztów wyceny lokalu;
  • występowania z niezwłocznym żądaniem, w tym również na drodze sądowej,  zwrotu udzielonych bonifikat we wszystkich ustawowo uzasadnionych przypadkach.

Drugie podejście Grodna do głównego parkietu warszawskiej giełdy. Spółka chce rozbudować sieć sprzedaży

CEO Magazyn Polska

Kończą się zapisy na akcje Grodna. Spółka ponowiła zawieszoną wcześniej próbę przejścia z NewConnect na główny rynek warszawskiej giełdy. Liczy na to, że pozyska od akcjonariuszy ponad 10 mln zł, które będzie mogła przeznaczyć na sfinansowanie rozwoju swojej sieci sprzedaży.

– To bardzo dobry moment biznesowy dla rozwoju firmy mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Jurczak, prezes spółki Grodno SA. – Myślę o otoczeniu biznesowym w skali makro, mamy bardzo duży napływ środków unijnych, które wpływają pozytywnie na branżę i też bardzo dobry rozwój branży w tym momencie. Urośliśmy po dwóch kwartałach o 9 proc. rok do roku, tak że idziemy zgodnie z rynkiem, a nawet w pewnych elementach nasza strategia wyprzedza rynek.

Grodno chce sprzedać inwestorom 3,5 mln sztuk akcji. Ich cena emisyjna to 3 złote, zapisy kończą się 5 grudnia. 900 tys. sztuk akcji skierowane jest do inwestorów indywidualnych, 2 mln 600 tys. do instytucjonalnych.

– Zarządowi zależy na tym, żeby była dobra płynność na akcjach i żeby poprawić tę płynność. Zależy nam oczywiście na inwestorach, którzy wierzą w spółkę podkreśla Andrzej Jurczak. Tych jest coraz więcej, dlatego jesteśmy pozytywnie nastawieni do wznowienia tej emisji.

Grodno jest jednym z największych w Polsce dystrybutorów artykułów elektrotechnicznych i oświetleniowych. W całym kraju ma 43 przedstawicielstwa handlowe i tę sieć nadal planuje rozbudowywać. Dzięki pieniądzom inwestorów chce ten rozwój przyspieszyć, bo oczekuje dobrej koniunktury w polskiej gospodarce. Pieniądze pozyskane od inwestorów Grodno zamierza wydać na tworzenie kolejnych punktów handlowych.

Cele emisyjne to finansowanie rozwoju naszej sieci zaznacza prezes Grodna. Rozwój sieci już dynamicznie ruszył. W tym roku otworzyliśmy 7 nowych placówek, w przyszłym roku jeszcze trzy, czyli w roku finansowym bieżącym i przyszłym w sumie 10. Dalej prowadzimy rozwój informatyki, rozwój marki własnej i rozwój nowej oferty produktowej.

W III kwartale tego roku, który dla spółki był II kwartałem roku obrotowego 2014/2015, przychody spółki ze sprzedaży wzrosły, porównując rok do roku, o 8,8 proc. i przekroczyły 57,3 mln zł. Zysk netto Grodna wzrósł w tym czasie symbolicznie, o 7 tys. zł, przekraczając 856 tys. zł. Po dwóch kwartałach przychody sięgnęły niemal 105 mln zł, a zysk 995 tys. zł wobec 909 tys. zł rok wcześniej.

W połowie roku spółka próbowała już przeprowadzić emisję, ale po rozmowach z inwestorami instytucjonalnymi zdecydowała się ją zwiesić. Teraz, jak informuje prezes Grodna, zainteresowanie akcjami jego spółki jest wyraźne.

Wyniki po dwóch kwartałach jeszcze bardziej nas pozytywnie stawiają w oczach inwestorów. Od czerwca obserwujemy wzmożone zainteresowanie naszą spółką. Te rozmowy z różnymi inwestorami, różnymi funduszami, różnymi potencjalnymi podmiotami były prowadzone na bieżąco. W tym momencie widzimy większe zainteresowanie i właśnie też z tego względu czujemy, że to jest dobry moment biznesowy na przeprowadzenie tej emisji.