Selvita szuka finansowania na rynku głównym GPW. Chce przyspieszyć badania nad nowymi lekami

CEO Magazyn Polska

Selvita chce pozyskać pieniądze od inwestorów z warszawskiej giełdy, by przede wszystkim przyspieszyć badań nad nowymi lekami. Liczy m.in. na pozyskanie stabilnych inwestorów instytucjonalnych i zagranicznych.

Do 8 grudnia trwają zapisy dla inwestorów indywidualnych na akcje Selvity, która zamierza przenieść się z NewConnect na główny rynek warszawskiej giełdy. Do 9 grudnia budowana będzie księga popytu dla instytucji. Ostateczną cenę i liczbę akcji Selvita poda do wiadomości następnego dnia. Maksymalnie chce przydzielić 2,65 mln nowych akcji, zaś górny pułap ceny jednego waloru to 10,3 zł. Największa kwota, jaką spółka może więc pozyskać, to 27 mln zł. Do 16 grudnia akcje zostaną przydzielone zainteresowanym.

– W 80 proc. fundusze planujemy przeznaczyć na rozwój projektów innowacyjnych Selvity mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Paweł Przewięźlikowski, prezes zarządu spółki. – Są to małocząsteczkowe inhibitory białek, które wiążą się z procesem nowotworzenia, czyli cząsteczki, które mogą stać się potencjalnymi lekami. Pozostałe 20 proc. pozyskanego kapitału wesprze rozwój naszej oferty usługowej.

Oznacza to rozbudowę kolejnych laboratoriów i doposażenie już istniejących w nowocześniejszy sprzęt, który pozwoli spółce oferować szerszą gamę usług, zwiększając tym samym zyski. W pierwszych trzech kwartałach 2014 r. łączne przychody spółki wyniosły 29,14 mln zł, czyli o 112 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2013 roku. Od początku roku Selvita wypracowała 3,70 mln zł czystego zysku. W tym samym okresie 2013 roku firma notowała stratę na poziomie 2,71 mln zł.

Prezes uważa, że optymalnym źródłem pozyskania kapitału na projekty innowacyjne jest rynek kapitałowy lub partnering, czyli sprzedaż części praw lub całości praw do projektu innowacyjnego partnerowi farmaceutycznemu.

– Poza inwestorami giełdowymi liczymy również na zainteresowanie inwestorów zagranicznych  deklaruje. – Dostrzegają oni, że Selvita jest niekwestionowanym liderem, jeżeli chodzi o odkrywanie innowacyjnych leków oraz usługi badawczo-rozwojowe dla biotechnologii i farmacji w tej części Europy.

Giełda to jednak tylko jedno z kilku źródło finansowania badań i rozwoju Selvity. Spółka wykorzystała już 40 mln zł pozyskanych w formie grantów, a kolejnych 30 mln zł ma zasilić spółkę do 2017 roku.

– Chcielibyśmy, żeby co roku do naszej kasy trafiało co najmniej 10 mln złotych z dotacji – zaznacza prezes Selvity. – Na razie wszystkie projekty idą dobrze, cześć z nich jest zakończona, stworzyliśmy nowe produkty, nowe miejsca pracy, nowe usługi i laboratoria, dlatego wydaje nam się, że jesteśmy modelowym odbiorcą środków unijnych i modelowo przekształcamy je na wartość dodaną dla polskiej gospodarki, jednocześnie generując przychody i płacąc podatki.

Polskie firmy nie potrzebują już restrukturyzacji. Ich rozwój będzie napędzać innowacyjność

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy są w coraz lepszej kondycji, większość rozwija się znacznie dynamiczniej niż cała polska gospodarka. Jeżeli potrzebują wsparcia, to nie programów naprawczych, tylko innowacyjnych, na które stawia teraz Agencja Rozwoju Przemysłu. Nowe instrumenty będą wspierać również małe i średnie przedsiębiorstwa.

Strategia Agencji Rozwoju Przemysłu dotąd opierała się na restrukturyzacji zagrożonych firm. Teraz przewiduje rozwój trzech filarów – obok dotychczasowej działalności ma ona wspierać też innowacje i inwestycje.

Polskie firmy nie potrzebują już restrukturyzacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan. – Zapewne znajdziemy w tych prawie 2 mln firm także takie, które wymagają restrukturyzacji, ale w tej chwili większość firm jest nastawiona na rozwój. Mimo że gospodarka nie rozwija się tak bardzo dynamicznie, to jednak szczególnie mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa sygnalizują bardzo wyraźnie, że innowacje i inwestycje w innowacje to jest coś, co rzeczywiście pomogłoby im się rozwijać.

Do 2020 roku Agencja Rozwoju Przemysłu zamierza wydać na wsparcie polskich firm ok. 3 mld zł, z tego 1,3 mld przeznaczone jest na innowacje. Te środki mają trafić nie tylko do dużych państwowych przedsiębiorstw, w których restrukturyzację ARP lokowała dotychczas większość swego budżetu, lecz także do firm prywatnych oraz małych i średnich firm.

Nowym narzędziem jest fundusz inwestycyjny dla małych przedsiębiorstw, może nie dla takich zalążkowych, dopiero powstających pomysłów i przekształcających się w przedsiębiorstwa, ale tych, które już zaczęły działać i potrzebują kapitału. Agencja będzie mogła zasilać takie przedsiębiorstwa na wczesnym etapie rozwoju pieniędzmi: albo pożyczając te pieniądze, albo wchodząc kapitałowo do firm – podkreśla główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan. – Ta zmiana strategii Agencji Rozwoju Przemysłu jest niebywale ważna z punktu widzenia gospodarki, z punktu widzenia sektora MŚP.

Od 1991 roku Agencja Rozwoju Przemysłu udzieliła firmom 5 mld zł pożyczek, finansowała ich programy naprawcze, projekty rozwojowe oraz podnoszenie wartości aktywów.

Jedną z form wspierania przedsiębiorczości w Polsce są specjalne strefy ekonomiczne, w których inwestorzy płacą znacznie niższe podatki. Dwie z nich, Euro-Parki Mielec i Euro-Park Wisłosan, należą do Agencji Rozwoju Przemysłu i do nich trafi ponad 160 mln zł.

Zmiany w cyberprzestrzeni. MAC wprowadza w urzędach procedury bezpieczeństwa i powołuje pełnomocników

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji wprowadza rozwiązania poprawiające bezpieczeństwo informatyczne w administracji. W poszczególnych urzędach powoływani są pełnomocnicy ds. bezpieczeństwa cyberprzestrzeni, organizowane są szkolenia. Trwają też prace nad stworzeniem katalogu zasad, które powinny być przestrzegane przy budowie nowych systemów – na rozwijanie e-administracji w nowej perspektywie będą do wykorzystania duże środki.

Administracja dostrzega to, że świat się zmienił i że teraz żyjemy w świecie cyfrowym, w którym jednym z najważniejszych elementów jest zapewnienie bezpieczeństwa cyberprzestrzeni – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Roman Dmowski, wiceminister administracji i cyfryzacji. – Koncentrujemy się na podniesieniu poziomu świadomości i kompetencji w poszczególnych urzędach, gdzie powoływani są pełnomocnicy do spraw bezpieczeństwa cyberprzestrzeni. Resort organizuje dla nich szkolenia i konferencje.

Zapotrzebowanie na ich doradztwo będzie rosło, bo w nowej perspektywie unijnej będą powstawać nowe systemy informatyczne. Tylko w ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa na tworzenie i rozwój e-usług przewidziano ok. 4 mld złotych.

Ważne jest to, by już projektując system, myśleć o bezpieczeństwie jego funkcjonowania – zauważa Dmowski. – W ministerstwie rozpoczęliśmy właśnie prace nad zasadami, które powinny być przestrzegane podczas budowy nowych systemów. Pierwszy krok już wykonaliśmy przygotowaliśmy pryncypia architektury korporacyjnej. Teraz chcemy rozszerzyć je o reguły związane z bezpieczeństwem cyberprzestrzeni.

Jak podkreśla, MAC w porozumieniu z różnymi instytucjami pracuje nad krótkoterminowym planem działań, który określi jakiego typu mechanizmy i systemy należy stworzyć, aby podnieść bezpieczeństwo cybernetyczne.

Z jednej strony będą to działania związane z samą infrastrukturą, czyli systemami ułatwiającymi monitorowanie zagrożeń – zapowiada Roman Dmowski. – Z drugiej strony będą to działania związane z edukacją i podnoszeniem kompetencji. Będziemy prowadzić zajęcia poruszające tematykę szeroko pojętego społeczeństwa informacyjnego zarówno dla pełnomocników bezpieczeństwa w poszczególnych urzędach, jak i dzieci i młodzieży. Obecnie ministerstwo ogłasza konkursy, które mają na celu realizację tych zadań.

W czerwcu ubiegłego roku rząd przyjął dokument „Polityka ochrony cyberprzestrzeni RP”. Działania prowadzone obecnie przez MAC oparte są na jego założeniach, ale w przyszłości będzie je regulować ustawa.

Na szczeblu europejskim trwają prace nad dyrektywą, która ma podnieść bezpieczeństwo na poziomie całej UE – informuje Dmowski. – Po ich zakończeniu w Polsce powstanie regulująca te kwestie ustawa. Jest to natomiast sprawa przyszłości.

Dostawcy płatnej telewizji walczą o widzów. Ich bronią są nowe technologie i treści na żądanie

CEO Magazyn Polska

Polski rynek rozrywki jest coraz potężniejszy i w przyszłym roku może osiągnąć wartość 12,6 mld dolarów. Na wykrojenie udziałów w tym torcie liczą nie tylko krajowi potentaci, lecz także np. globalny dostawca usług VoD amerykański Netflix. Na polskim rynku płatnej telewizji dokonuje się rewolucja technologiczna, która ma przyciągnąć nowych widzów i pozwolić zatrzymać starych. UPC Polska rusza z nową platformą, na której udostępni ponad tysiąc filmów i seriali.

Najważniejsi dostawcy usług telewizyjnych walczą o klienta, tworząc platformy dające widzom coraz szerszy dostęp do najnowszych produkcji rozrywkowych. Na życzenie są dziś dostępne światowe hity, filmy, seriale i programy. Ta strategia nie dziwi, bo zapotrzebowanie na takie usługi zgłaszają klienci. Z raportu PwC wynika, że w 2015 roku globalne roczne wydatki na rozrywkę i media sięgną 1,9 bln dolarów. W ciągu pięciu lat wzrosły one o 500 mld dolarów. Polski rynek szacowany jest przez analityków na 12,6 mld dolarów.

UPC Polska, która dostarcza swe usługi do ponad 1,4 mln polskich abonentów, tak jak inni dostawcy dostrzega, że zmienia się mentalność naszych odbiorców. Dzięki postępowi technologicznemu Polacy mają dostęp do zasobów internetu i nie wystarcza im już tradycyjna telewizja.

Klienci potrzebują na pewno więcej możliwości komunikacji, łączności, i to na wielu płaszczyznach. Chcą również interakcji, czyli nie tylko chcą odbierać, lecz także komunikować się z innymi. Poza tym potrzebują rozrywki, dlatego stawiamy na rozwój platform oferujących dostęp do niej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ramiro Lafarga, prezes UPC Polska.

UPC Polska postawiło na platformę Horizon, która pozwala oglądać filmy na życzenie na dowolnym urządzeniu mobilnym abonenta. Dzięki niej firma chce konkurować z ofertą innych dostawców treści na żądanie: TVN-u, który połączył siły z siecią T-Mobile, czy telewizji publicznej, która też otworzyła własną platformę VoD z filmami na życzenie.

Konsumenci coraz bardziej potrzebują różnych rodzajów rozrywki – ocenia Doron Hacmon, dyrektor ds. produktów i online media z Liberty Global, koncernu do którego należy UPC. – Nie wystarcza im tradycyjna telewizja linearna. Potrzebują nieograniczonego dostępu do filmów i seriali oraz szybkiego połączenia z internetem, bo to jest dla nich kluczowe. Jeśli odpowiemy na te potrzeby, powstanie usługa zupełnie inna od tych, które dostępne są dzisiaj. Wierzymy, że to jest kierunek, w którym rynek będzie się rozwijać i że platforma Horizon, którą właśnie uruchamiamy, wpisuje się w ten trend.

W ramach platformy Horizon UPC oferuje usługę MyPrime Filmy i Seriale. Widzowie uzyskają przez nią dostęp do tysiąca filmów i seriali. UPC liczy, że MyPrime, która od stycznia ma kosztować 20 zł miesięcznie, zdobędzie co trzeciego klienta sieci.

Dokonujemy przełomu, dostarczając najnowsze osiągnięcia technologiczne i wdrażając je do naszej oferty telewizyjnej. Postrzegamy siebie jako lidera w zakresie szerokopasmowego dostępu do sieci, a teraz dodatkowo stajemy się liderem w zakresie oferty telewizji – mówi prezes UPC Polska.

Na polskim rynku telewizyjnym dostawców czeka walka o klienta. Nie tylko między sobą, lecz także z zapowiadającym swoje wejście do naszego kraju amerykańskim potentatem, czyli platformą Netflix dostarczającą VoD 30 mln abonentów na świecie. Liberty Global liczy jednak na atuty oferty UPC.

Po pierwsze, bardzo unikalny interfejs użytkownika, po drugie, integracja w jednym miejscu różnych treści, czego do tej pory nie było. Po trzecie, użytkownik ma możliwość równoległego nagrywania nawet czterech programów – to opcja, którą klienci bardzo cenią. Kolejna rzecz, również ważna, to fakt, że wszystkie te możliwości dostarczamy w jednej skrzynce, która oprócz telewizji ma internet, WiFi i telefon –  wylicza Doron Hacmon.

Amerykańskie fast foody rozwijają się w Rosji mimo kryzysu. AmRest planuje otwarcie kilkunastu lokali KFC

CEO Magazyn Polska

Amerykańskie sieci fast foodowe dobrze sobie radzą na rynku rosyjskim. Mimo napiętej sytuacji politycznej, pod markami KFC oraz McDonald’s powstaje tam co roku ok. 200 nowych lokali. Tylko AmRest chce tam w ciągu roku otworzyć kilkanaście nowych barów KFC.

Po wprowadzeniu zachodnich sankcji władze rosyjskie zaatakowały sieć McDonald’s jako symbol Zachodu i USA. Ich zamknięcia domagali się niektórzy politycy, zbierano podpisy pod stosowną petycją, a władze przeprowadziły zmasowane kontrole sanitarne w lokalach, zamykając część z nich. Teraz sytuacja się uspokoiła, a konkurencyjna sieć KFC nie dostrzega, by klimat dla ich inwestycji się pogorszył.

– Z naszej perspektywy nie widzimy dzisiaj żadnej różnicy mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Trybuchowski, szef rosyjskiej dywizji i członek zarządu spółki AmRest z Grupy AmRest Holdings SE. – Wiemy, że nasza konkurencja miała sporo problemów na początku i w drugiej części roku. Natomiast ostatnie informacje na temat tego, co się dzieje z konkurencją, napawają optymizmem. Otwarto restauracje, które wcześniej zostały zamknięte. Dlatego też dosyć pozytywnie patrzę na ten rynek.

Do AmRestu należy ok. 30 proc. lokali KFC w Rosji. Spółka otwiera tam rocznie kilkanaście nowych barów i deklaruje, że to tempo pozostanie dwucyfrowe. Każdorazowy wybór nowej lokalizacji wymaga jednej większej analizy.

– Właściwie każdą lokalizację traktujemy jako osoby biznes, analizujemy biznesplan, CAPEX [nakłady inwestycyjne – red.] i podejmujemy decyzję zaznacza Jacek Trybuchowski. W tej chwili wymogi na pewno się zaostrzyły i bardziej rygorystycznie patrzymy na każdą nowo otwartą restaurację. Ale nadal się rozwijamy. Tempo na pewno będzie wymagało pewnej korekty, bo musimy też analizować zapotrzebowanie tego rynku, ale długoterminowo jest bardzo przyszłościowy, chociaż niełatwy.

McDonald’s ma w Rosji ponad 400 lokali, KFC ponad 300, z których 95 należy do AmRestu.

– Konkurencja otwiera ponad 100 restauracji rocznie – informuje członek zarządu AmRestu. KFC całościowo, z wszystkimi franczyzobiorcami, też otwiera około 100 restauracji. Ale jeżeli chodzi o sam AmRest, to tylko ok. 15-20 restauracji rocznie. To jest dzisiaj bezpieczna cyfra, wyważona, ale to będzie zależało od rozwoju sytuacji.

Mimo ambiwalentnego stosunku władz Federacji Rosyjskiej do zachodnich firm sami Rosjanie na razie swoich wyborów konsumenckich nie zmieniają.

Rosjanie są bardzo prozachodni, pomimo tego, co słyszymy o tym rynku. Cały czas rośniemy, jeżeli chodzi o liczbę transakcji, klientów w restauracjach, nawet teraz. W ubiegłą sobotę mieliśmy najlepszą historycznie sprzedaż w Rosji podkreśla Jacek Trybuchowski. – Musimy wziąć pod uwagę percepcję klientów i ich dochód do dyspozycji, czyli siłę nabywczą. To się zmienia. Wydaje się jednak, że jest duża szansa dla naszego biznesu, dla naszego segmentu, gdyż klienci będą prawdopodobnie ewoluować z segmentu casual dining bar [mniej formalna restauracja – red.] w stronę QSR [restauracji szybkiej obsługi – red.], co  jest w takiej sytuacji ekonomicznej normalną rzeczą.

Mimo spadku wartości rubla w ciągu trzech pierwszych kwartałów 2014 roku przychody z rosyjskiego biznesu wyniosły 307,7 mln zł wobec 285 mln zł przed rokiem, a EBITDA skorygowana o koszty nowych otwarć i połączeń – 38,6 mln zł wobec 34,8 mln zł rok wcześniej.

Już nie tylko centrum Warszawy kluczową lokalizacją na rynku powierzchni biurowych. Rośnie atrakcyjność Krakowa, Poznania i Wrocławia

Powierzchnie biurowe poza centrum Warszawy oraz w największych miastach regionalnych stają się coraz bardziej atrakcyjne dla inwestorów. W śródmieściu stolicy atrakcyjne powierzchnie biurowe są zamrożone w rękach inwestorów, którzy nie chcą ich sprzedawać, a tempo powstawania nowych inwestycji jest zbyt powolne. Równocześnie czynsze w miastach regionalnych stają się coraz bardziej atrakcyjne.

Warszawa jest szczególnym przypadkiem, bo wszystkie nieruchomości atrakcyjne dla inwestorów ze względu na lokalizację w biznesowym centrum miasta są już w większości sprzedane, a obecni właściciele nie będą ich zbywać przez najbliższych 7-10 lat – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Krych, prezes Griffin Real Estate.

Okazji do zakupów atrakcyjnych nieruchomości na razie więc nie będzie. Nowe powierzchnie biurowe w lokalizacjach dotychczas uważanych za centralne powstają zbyt wolno, żeby zaspokoić popyt. Krych oczekuje, że w takiej sytuacji pojęcie centrum biznesowego ulegnie redefinicji i wkrótce może objąć kolejne dzielnice, np. Wolę, która rozwija się w segmencie powierzchni biurowej. Prawdopodobnie dojdzie też do zmiany wyceny niektórych powierzchni. Jak podkreśla Krych, obecnie zdarza się, że budynki położone po dwóch stronach tej samej ulicy mają rentowność różniącą się nawet o 2 punkty procentowe, a nie ma w tym uzasadnienia biznesowego.

Poza nowymi obszarami w Warszawie inwestorzy coraz bardziej przychylnie patrzą też na miasta regionalne. Krych jako szczególnie interesujące lokalizacje wymienia Kraków i Wrocław, a także Poznań. Rynki te notują wzrosty i według ekspertów ta tendencja się utrzyma.

Tamtejsze rynki są jeszcze cały czas napędzane przez BPO i inwestorzy trochę inaczej na nie patrzą. Chociaż dla inwestorów typu core fund to jeszcze nie jest takie oczywiste i dla nich miasta regionalne nadal nie są właściwym rynkiem. Natomiast najprawdopodobniej za chwilę będą, bo i te rynki dojrzeją. Myślę, że w tej chwili transakcje, które są realizowane w Krakowie i we Wrocławiu, są tego najlepszym dowodem – podkreśla Przemysław Krych.

Miasta regionalne są teraz coraz bardziej atrakcyjne dla inwestorów ze względu na czynsze.

Inwestorzy z uwagą obserwują, co się dzieje i będzie się działo z poziomem czynszów, szczególnie w Warszawie, w związku z tym, że poziom pustostanów w tej chwili rośnie – mówi Krych.

Rośnie eksport produktów branży chemicznej. Pomagają nowe inwestycje producentów, szkodzi niepewna sytuacja na Wschodzie

CEO Magazyn Polska

Nowe inwestycje przedsiębiorstw z branży chemicznej pomagają im wzmacniać pozycję eksportową. Najważniejsze rynki zbytu to Niemcy i kraje regionu Europy Centralnej. Producenci z obawą obserwują natomiast rozwój sytuacji na Wschodzie, ponieważ Rosja była dla nich dotąd drugim rynkiem eksportowym.

Eksport chemikaliów to dość istotny wskaźnik pokazujący kondycję sektora – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Tomasz Zieliński, prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. – On nie tylko pokazuje zdolność generowania pewnego rodzaju nadwyżek, lecz także faktycznie pozycjonuje branżę. Jesteśmy stabilni w pewnych strukturach eksportowych, na pewnych rynkach.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w ubiegłym roku krajowe firmy chemiczne sprzedały za granicą produkty chemiczne o wartości niemal 60 mld zł, to o ponad 8,5 proc. więcej niż rok wcześniej. Pod względem dynamiki rozwoju eksportu chemia wyróżnia się na tle innych produktów przemysłowych, ustępując jedynie produkcji rolno-spożywczej (wzrost o 11,5 proc). W ciągu I półrocza 2014 roku wzrost rok do roku wyniósł 4,5 proc., a wartość wyeksportowanych produktów chemicznych to 30,6 mld zł.

Największym odbiorcą polskich produktów chemicznych są Niemcy – ma na to wpływ nie tylko bliskość geograficzna, lecz także chłonność niemieckiej gospodarki. W tym roku, jak prognozuje minister gospodarki Janusz Piechociński, na ten rynek zostanie skierowane 27 proc. polskiej sprzedaży zagranicznej.

W dalszym ciągu mamy w branży deficyt w handlu zagranicznym. On wprawdzie topnieje – lata poprzednie, także rok 2013, zakończyły się pewną poprawą. Wiąże się to jednak z poszukiwaniem rynków, na których są lepsze ceny i łatwiejszy zbyt produktów, oraz z tym, że kilka podmiotów zakończyło inwestycje, rozszerzyło wolumeny, zmienia struktury i poszukuje lepszych kontraktów – ocenia Zieliński.

Jego zdaniem jest to dobry prognostyk na kolejne lata. Tym bardziej że wiele inwestycji wciąż trwa, a ich zakończenie może jeszcze wzmocnić pozycję eksportową polskiej chemii i zmniejszyć negatywny bilans.

Sektor chemiczny ma swoją specyfikę – wskazuje Zieliński. – Poszczególne produkty mają swoje konkretne grupy docelowe. Niektóre rynki są traktowane bardzo regularnie, opierają się na powtarzalnych kontraktach, dostawach, wolumenach. Inne pojawiają się ad hoc jako tzw. spotowe i sprzedawane są na nich głównie pozasezonowe nadwyżki.

Produkty nawozowe, jak mówi szef PIPC, sprzedawane są głównie do Niemiec i Francji, ale także na dalsze, pozaeuropejskie rynki, takie jak Brazylia.

Natomiast petrochemikalia bardziej zależą od tego, gdzie w danym momencie jest rynek zbytu oraz od pewnych obostrzeń regulacyjnych – tłumaczy prezes. – Chiny na przykład są dużym odbiorcą kauczuku, również z Polski, ale w zależności od sezonu, możliwości i chłonności rynku różnie się zachowują. Głównym rynkiem docelowym dla krajowych producentów jest jednak Polska i kraje Europy Centralnej.

Podobnie bilans sprzedaży wewnętrznej i zagranicznej kształtuje się różnie w odniesieniu do poszczególnych artykułów. Inaczej wygląda w sezonie, a inaczej po nim.

Bywa tak, że w produkcji nawozowej ponad 40 proc. może trafiać na eksport. W sezonie ten procent jest zdecydowanie niższy, bo wewnętrzny rynek bardzo potrzebuje wtedy nawozów, więc więcej pozostaje ich w kraju – informuje Zieliński. – Natomiast średnio w całej branży na eksport trafia od 30 do 60 proc. produkcji.

Istotny dla sprzedaży zagranicznej polskiej chemii jest rozwój sytuacji na Wschodzie. Pod względem wielkości eksportu Rosja jest drugim po Niemczech rynkiem zbytu dla przedsiębiorstw z tego sektora.

Sytuacja na Wschodzie, szczególnie w Rosji i na Ukrainie, może wpłynąć na bilans eksportu w tamtym kierunku – przyznaje prezes PIPC.

Jak podał wicepremier Piechociński, w pierwszym półroczu 2014 roku eksport produktów przemysłu chemicznego do Rosji spadł o ponad 11 proc.

W programie Karty Dużej Rodziny zabraknie aptek

Apteki nie będą uczestniczyły w programie Karty Dużej Rodziny. Posłowie na wspólnym posiedzeniu komisji Polityki Społecznej i Rodziny oraz Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej nie zgodzili się na zmianę przepisu w prawie farmaceutycznym, który zakazuje reklamy aptek. Nie będzie tańszych leków dla rodzin wielodzietnych – ostrzega Konfederacja Lewiatan.

Lewiatan dobrze ocenia inicjatywę wspierania rodzin wielodzietnych w formule zaproponowanej w ustawie o Karcie Dużej Rodziny, a tym samym pozytywnie odnosi się do zaangażowania przedsiębiorców w realizację tego projektu. Celem ustawy jest włączenie do programu Karty Dużej Rodziny możliwie najszerszego kręgu podmiotów oferujących towary lub usługi związane z promowaniem modelu rodziny wielodzietnej oraz jej pozytywnym wizerunkiem.

Niestety, na przeszkodzie objęcia programem Karty Dużej Rodziny aptek stoi konstrukcja obowiązującego przepisu zawartego w art. 94 Prawa farmaceutycznego dotyczącego zakazu reklamy aptek. Zgodnie z przepisem zabroniona jest reklama aptek i punktów aptecznych oraz ich działalności, a jedynym wyłączeniem spod zakazu jest możliwość publikowania informacji o lokalizacji i godzinach pracy apteki lub punktu aptecznego.

Konfederacja Lewiatan uważa, że dla pełnej realizacji celów ustawy o Karcie Dużej Rodziny niezbędna jest zmiana treści art. 94a Prawa farmaceutycznego. Chodzi przede wszystkim o wprowadzenie możliwości informowania o uprawnieniach do obniżenia poziomu odpłatności za produkty nierefundowane, w tym poprzez przystępowanie do programu Karty Dużej Rodziny aptekom.

Konfederacja Lewiatan

 

Najchętniej wybierane prezenty

Podczas tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia rodzinie i przyjaciołom najczęściej podarujemy w Polsce książki (41 proc.) oraz kosmetyki i perfumy (32 proc.). Z kolei sami chcielibyśmy dostać nie tylko książki (42 proc.), które są na podium listy, ale również gotówkę (38 proc.). Jak wynika z międzynarodowego corocznego badania firmy doradczej Deloitte „Zakupy świąteczne 2014”, wybierając świąteczne prezenty pod choinkę koncentrujemy się przede wszystkim na upominkach praktycznych, kupionych w tańszych sklepach. Szczególną wagę przywiązują do tego kobiety.

Respondenci 14 spośród 17 krajów biorących udział w badaniu[1], wskazali książki jako najchętniej kupowany prezent pod choinkę. Pod tym względem różniła się tylko Rosja, gdzie wygrały kosmetyki i perfumy oraz Ukraina i RPA, gdzie z kolei królowały słodycze. Te dwie kategorie upominków znalazły się w Polsce na drugim i trzecim miejscu na podium.

Książkowe prezenty równie chętnie wręczają mężczyźni (40 proc.), jak i kobiety (43 proc.). Na zakup perfum i kosmetyków dla swoich bliskich znacznie częściej decydują się kobiety (37 proc.) niż mężczyźni (27 proc.). Wynika to prawdopodobnie z tego, że kobiety czują się pewniej i są bardziej kompetentne w tej dziedzinie.

Jaki prezent chcielibyśmy znaleźć pod choinką?
Po roku przerwy w Polsce wygrywają książki, które wybrało aż 42 proc. respondentów. Wyprzedziły one gotówkę (38 proc.), która była ubiegłorocznym zwycięzcą rankingu (46 proc.).„Pieniądze równie chętnie chcieliby dostać mężczyźni (38 proc.), jak i kobiety (37 proc.), zwłaszcza w wieku 35 – 44 lat (44 proc.) i 18 -24 lata (42 proc.). Co ciekawe, w przeciwieństwie do prezentów które sami chcielibyśmy otrzymać, gotówka nie odgrywa już tak dużej roli wśród podarunków dla naszych bliskich. Jedynie 11 proc. respondentów wskazało ją jako najchętniej ofiarowywany prezent. Wynika to prawdopodobnie z wciąż istniejących oporów przed wręczaniem pieniędzy jako świątecznego upominku” – mówi Jakub Rosiecki, Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Na trzecim miejscu wśród wymarzonych podarków tradycyjnie znajdują się kosmetyki i perfumy (27 proc.). Gdy jednak pod uwagę weźmiemy jedynie mężczyzn, to w tej grupie na trzeciej pozycji znalazły się komputery i laptopy (25 proc.). W pierwszej dziesiątce najbardziej pożądanych prezentów świątecznych po raz pierwszy w Polsce pojawiły się podarunki w formie wykupionych zabiegów upiększających, masaży oraz zabiegów w gabinetach odnowy biologicznej. Może to wskazywać na to, że coraz bardziej rośnie zainteresowanie nowoczesnymi formami prezentów, jakimi są usługi. Trzeba jednak zaznaczyć, że tylko kobiety wymieniały ten rodzaj prezentu wśród najbardziej pożądanych upominków.

Wśród pozostałych krajów biorących udział w badaniu, książki okazały się najbardziej oczekiwanym prezentem m.in. we Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Włoszech i Niemczech. W większości przypadków, podobnie jak w Polsce, zastąpiły one na pierwszym miejscu pieniądze.

Prezenty dla najmłodszych

Dla dzieci poniżej 12 roku życia najchętniej kupujemy zabawki (27 proc.). Polacy wybierają przede wszystkim te o charakterze edukacyjnym (65 proc.). Dla porównania, na drugie w kolejności – zabawki tradycyjne – decyduje się 11 proc. osób. Na edukacyjny charakter zabawek uwagę zwracają przede wszystkim kobiety (71 proc. kobiet wobec 59 proc. mężczyzn). Walor ten zyskuje na znaczeniu wraz z wiekiem badanych. Zaledwie 9 proc. kupujących bierze pod uwagę aktualne trendy wśród zabawek. W Europie najczęściej edukacyjne zabawki kupują Duńczycy (75 proc.) oraz Francuzi (70 proc.). Dla nastolatków tradycyjnie najchętniej wybieramy książki (20 proc.) oraz gry (19 proc.). Rzadziej niż w ubiegłym roku jako prezent wręczymy im słodycze (13 proc.) oraz gotówkę (7 proc.).

Choć Polacy są przywiązani do tradycji Świąt Bożego Narodzenia, to jednocześnie starają się do nich podchodzić w sposób bardzo zdroworozsądkowy. Dlatego podobnie jak badani z pozostałych krajów, deklarują, że postarają się nie kupować prezentów pod wpływem impulsu. Aż 31proc. respondentów mówi, że „w większym stopniu niż w zeszłym roku” skoncentruje się na praktycznych podarunkach, a 26 proc. zakłada, że „w większym stopniu niż w zeszłym roku” będzie robiła zakupy w tańszych sklepach. Szczególną wagę przywiązują do tego kobiety.

I tak aż 29 proc. kobiet „bardziej niż w ubiegłym roku” skoncentruje się na robieniu zakupów w tańszych sklepach, podczas gdy wśród mężczyzn będzie to 23 proc. „Bardziej użytecznie prezenty niż rok wcześniej” wybierze 34 proc. kobiet i 28 proc. mężczyzn. W porównaniu do zeszłorocznych świąt, kobiety znacznie częściej niż mężczyźni zamierzają kontrolować swoje wydatki, mając na uwadze ustalony wcześniej budżet. Taką odpowiedź wybrało 19 proc. mężczyzn i aż 32 proc. kobiet.

Banki znów będą promować karty kredytowe

To już kolejny kwartał  w którym spadła liczba kart kredytowych w portfelach Polaków.  Z danych zebranych przez PRNews.pl i Bankier.pl z 20 banków wynika, że aktywnych kart kredytowych jest łącznie 6,7 mln. Największym wydawcą kart jest CreditAgricole.

Na koniec III kwartału 2014 roku, 20 ankietowanych przez PRNews.pl i Bankier.pl banków miało łącznie wydanych aktywnych 6,7 mln kart kredytowych. To o 290 tys. mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Największym wydawcą kart kredytowych jest CreditAgricole, który ma 853 tys. aktywnych kart. Drugie miejsce zajmuje PKO Bank Polski z liczbą 795 tys. kart, a trzecie Sygma Bank z 750 tys. kart.

– Banki wciąż czyszczą portfele z nieaktywnych kart kredytowych, ale nie są to już duże spadki. Najprawdopodobniej w przyszłym roku znów zaczną chętniej wydawać karty kredytowe – w efekcie kolejnej obniżki opłat interchange. Nowe przepisy zakładają, że opłata interchange będzie wynosić 0,2 proc. od transakcji kartami debetowymi i 0,3 proc. przy transakcjach kartami kredytowymi. Banki będą wiec zarabiać więcej na transakcjach kartami kredytowymi i zaczną promować ten typ kart wśród klientów – uważa Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Na koniec 2009 roku Polacy mieli w swoich portfelach blisko 11 mln kart kredytowych. Kryzys finansowy zmusił banki do uporządkowania segmentu kart kredytowych, który mógł okazać się bombą z opóźnionym zapłonem. Banki zaczęły więc czyścić bazę z nieaktywnych plastików, nie przedłużać klientom umów i zmniejszać limity na kartach. Także sami klienci zrezygnowali z niepotrzebnych kart, które obniżały im zdolność kredytową i utrudniały drogę do zaciągania kolejnych zobowiązań.

Dane, które prezentujemy w raportach PRNews.pl i Bankier.pl nie pokrywają się dokładnie ze zbiorczymi danymi na temat liczby kart, które publikuje Narodowy Bank Polski. Wynika to z innej metodologii. W ankiecie poprosiliśmy o podanie liczby kart wydanych oraz aktywnych w systemach bankowych. Czyli także tych, które nie zostały jeszcze aktywowane przez klienta, ale klient może je w każdej chwili aktywować.  Bank Centralny publikuje informacje o kartach wydanych i pozostających w obiegu. To karty, które klient aktywował zaraz po otrzymaniu.

Duże korporacje stawiają na efektywne parki maszynowe

0

Możliwość gromadzenia, analizy i przetwarzania danych produkcyjnych w czasie rzeczywistym to milowy krok w stronę zwiększania wydajności i zmniejszania odpadowości w parkach maszynowych. Szansę taką dają systemy do automatycznego opomiarowania maszyn, rozwiązania które spotykają się z coraz większym zainteresowaniem ze strony koncernów. Taką rekomendację w ostatnim czasie udzieliła spółka IKEA TACE uznając autonomiczne opomiarowanie za narzędzie zgodne z polityką zrównoważonego rozwoju w obrębie środków wykorzystywanych przez wytwórców.

Niska wydajność i wiarygodność w zakresie gromadzenia i przetwarzania danych produkcyjnych to kosztowny grzech zaniechania, który skutkuje spadkiem efektywności procesów wytwórczych. Odpowiedzią na ten stan nie są ręczne pomiary, których stosowanie generuje większe straty produkcyjne oraz „szum informacyjny” skutkujący wolniejszym i mniej wydajnym procesem podejmowania decyzji. W optymalizacji procesów produkcyjnych pomaga  inne rozwiązanie – autonomiczne opomiarowanie maszyn wykorzystujące dane uzyskiwane z zewnętrznie zainstalowanych czujników pomiarowych. Jako przykład można wskazać e-Production, rozwiązanie dostarczane przez poznańską spółkę QSG S.A. System zdobył rekomendację ze strony IKEA TACE po tym, jak został wdrożony w wybranych polskich fabrykach wyposażenia wnętrz produkujących na potrzeby sklepów sieci IKEA działających w Polsce. Jak mówi Dariusz Mroczek, manager IKA TACE: – System przyczynił się do automatyzacji procesów produkcyjnych w obrębie fabryk oraz zwiększenia wydajności wytwórczej w zgodzie z koncepcją Lean Manufacturing.

Architektura systemu do automatycznego opomiarowania

Pierwszym etapem wdrożeniowym systemu do automatycznego opomiarowania maszyn jest instalacja czujników, sterowników oraz urządzeń sieciowych (bez bezpośredniej ingerencji w pracę maszyny). Połączenie z bazą danych i serwerem, na którym zainstalowano system odbywa się poprzez sieć ethernet. Przy każdej stacji roboczej obsługiwanej przez operatora maszyny znajduje się ekran dotykowy służący do wprowadzaniach danych, obserwacji parametrów wydajnościowych maszyn oraz zgłaszania ewentualnych problemów. Każdy taki panel wyposażony jest w czytniki kart RFID, dzięki czemu wszystkie procesy obsługiwane są wyłącznie przez uprawnione do tego osoby. W momencie wystąpienia nieoczekiwanych zdarzeń, system informuje operatora o konieczności przeprowadzenia kontroli procesów. Zauważmy, że dane pomiarowe zostają automatycznie rejestrowane w systemie, co znacznie upraszcza proces analizy i zarządzania oraz sprawia, że produkcja przebiega w sposób prawidłowy. Pamiętajmy też, że wszystkie parametry wydajnościowe wyświetlane są w czasie rzeczywistym. Każdy może je mierzyć, by osiągać jeszcze lepsze wyniki.

Jak podsumowuje Michał Soloch, CIO z QSG S.A.: – Widoczne efekty powdrożeniowe w wybranych, polskich fabrykach działających dla IKEA TACE pozwalają stwierdzić znaczący wzrost wydajności tych parków maszynowych. Dzięki automatycznym pomiarom podniósł się poziom wydajności produkcji przy jednoczesnym obniżeniu wolumenu odpadów produkcyjnych i poziomu marnotrawstwa.

Z całą pewnością autonomiczne opomiarowanie maszyn pozwala na realizację zakładanych planów wydajnościowych skupionych na dostarczaniu wysokich wolumenów produkcyjnych o odpowiednim poziomie jakościowym. Taki system zasadniczo wpływa także na motywację pracowników mogących mierzyć własną wydajność i efektywność osiąganą w zakładzie produkcyjnym. To narzędzia, które dają realną możliwość osiągania miarodajnych wyników produkcyjnych – w maksymalnie krótkim czasie, przy zachowaniu zakładanego poziomu jakościowego produktu gotowego.

Wydatki na reklamę online w branży nieruchomości

Biura nieruchomości z Poznania i Gdańska za każde kliknięcie w reklamę w wyszukiwarce zapłacą średnio o złotówkę więcej, niż firmy z Krakowa. To właśnie poznaniacy i gdańszczanie wykazują największe zainteresowanie zakupem nieruchomości, z kolei wynajmem – warszawiacy. Blink.pl przedstawił wyniki badania określającego warunki konkurowania na rynku reklamy w Google, przeprowadzonego dla branży nieruchomości.

Blink.pl, firma hostingowa i specjalizująca się w kampaniach SEM oraz SEO, zbadała warunki determinujące koszty ponoszone na reklamę w wyszukiwarce Google dla rynku nieruchomości. Pod lupę wzięto 10 typowych dla tej branży słów kluczowych, natomiast sama analiza została przeprowadzona w rozbiciu na duże ośrodki miejskie: Kraków, Poznań, Gdańsk, Wrocław oraz Warszawę.

Aby oszacować potencjał branży nieruchomości oraz orientacyjne ceny za kampanię SEM (tj. kampanię linków sponsorowanych), pod uwagę wzięto konkurencyjność tej gałęzi rynku oraz wartość słów kluczowych. Badanie przeprowadzono w drugiej połowie listopada 2014 roku. Symulowano wyniki, jakie uzyskałby reklamodawca wydatkujący budżet 100 zł dziennie i płacący maksymalnie 5 zł za pojedyncze kliknięcie reklamy.

„Agencja nieruchomości” i „pośrednictwo nieruchomości” – najdroższe

Analizując frazy wykorzystywane przez internautów do wyszukiwania usług deweloperskich, pod uwagę wzięto blisko siedemdziesiąt wyrażeń. Do dalszych badań wytypowano 10, które miały odzwierciedlać różne zainteresowania internautów.

Najbardziej popularnymi słowami w pięciu analizowanych miastach okazały się frazy „mieszkania na sprzedaż” – 24 tys. wyświetleń, „deweloper” – 22 tys. wyświetleń oraz „mieszkania do wynajęcia” – 16 tys. wyświetleń.

Co ciekawe, cena za kliknięcie w reklamę różni się w zależności od wybranej lokalizacji. Dla przykładu fraza „agencja nieruchomości” w Krakowie będzie kosztowała 0,26 zł, a w Poznaniu 0,55 zł! Z kolei jeśli oferujemy mieszkania do wynajęcia i będziemy chcieli dzięki reklamie w Google przyciągnąć zainteresowanych internautów, to we Wrocławiu średnia cena kliknięcia wyniesie 0,45 zł, podczas gdy w Poznaniu 3,26 zł!

Skąd tak duża rozpiętość cen pomiędzy frazami?

Cenę pojedynczego kliknięcia determinuje kilka czynników. Najważniejszy wynika z aukcyjnego charakteru reklamy. Jeśli chętnych do wyświetlenia przekazu po danym słowie kluczowym jest wielu – prowadzi to do wzrostu cen za pojedyncze kliknięcie. – Realna cena i miejsce wyświetlania reklam w znacznym stopniu zależą też od jakości przygotowanej kampanii i uzyskiwanej klikalności –  tłumaczy Artur Pajkert, ekspert od zarządzania kampaniami SEM z Blink.pl i podkreśla: – Zawsze można ograniczyć maksymalną cenę, na którą się zgadzamy i gdyby cena „rynkowa” okazała się wyższa, taka reklama nie zostanie wyświetlona i nie obciąży budżetu kampanii.

Do wynajęcia czy na sprzedaż?

Koszty za kampanię SEM różnią się od siebie w zależności od typu usług oferowanych przez biuro nieruchomości. Jak się okazuje, droższą reklamą będzie ta związana z promocją ofert kupna/sprzedaży nieruchomości. Wyjątkiem jest Gdańsk, gdzie pośrednik w obrocie nieruchomościami zapłaci więcej za kliknięcia we frazy promujące wynajem mieszkań.

Reklamując kompleksową ofertę obejmującą zarówno sprzedaż, jak i wynajem nieruchomości najtańszą kampanię przeprowadzi biuro z Gdańska (2,26 zł), a najdroższą – pośrednik z Wrocławia (2,94 zł).

Badanie pokazało także potencjał zapytań, na jakie mogą liczyć biura nieruchomości w poszczególnych miastach. Jak się okazało, w Gdańsku i Poznaniu dominują zapytania o mieszkanie na sprzedaż – kolejno 1838 oraz 1154 odsłon reklamy w skali miesiąca, podczas gdy w Warszawie zainteresowaniem cieszą się głównie mieszkania do wynajęcia (986 odsłon/m-c).

W których województwach drzemie największy potencjał?

Na koniec Blink.pl sprawdził, które województwa generują największy ruch w branży nieruchomości. Symulowano miesięczną kampanię ogólnopolską z budżetem 100 zł dziennie i sprawdzano wyniki uzyskane w poszczególnych województwach. Jak się okazało, najwięcej, bo blisko 250 kliknięć zebrało województwo mazowieckie (średnia cena za kliknięcie 2,45 zł, budżet całkowity – 600 zł), następnie województwo śląskie – prawie 150 kliknięć oraz dolnośląskie – blisko 140 kliknięć.

Prowadząc działania reklamowe dla branży nieruchomości zawsze trzeba brać pod uwagę lokalną specyfikę województwa, a nawet miasta. Wysokie wyniki gwarantuje także odpowiedni dobór słów kluczowych. Dlatego tak ważne jest, aby profesjonalna agencja przygotowała odpowiednie analizy, pomogła dobrać najlepsze frazy i zaimplementować w kampanii ograniczenia, dzięki którym efektywność działań będzie wyższa niż w wypadku prowadzenia kampanii przez osobę, dla której stanowi to jeden z wielu obowiązków – mówi Jakub Dwernicki, prezes Blink.pl.

Zatem samemu czy poprzez agencję?

Agencje za swoje usługi pobierają prowizje. Przy terminowych umowach i wyższych budżetach często udaje się wynegocjować 25-30% prowizji. Czy może zatem nie jest lepiej prowadzić kampanię samemu?

Kampanie AdWords są świetnym sposobem dotarcia do klientów, ponieważ pozwalają trafić dokładnie do tych osób, które poszukują konkretnej usługi lub towaru. Co więcej, kampania wyświetla się dokładnie w tym momencie, kiedy oni jej poszukują. Nie zwalnia to jednak reklamodawcy z konieczności stałego monitorowania i nadzorowania kampanii, a świetne wyniki można zapewnić tylko codzienną pracą i stałym procesem optymalizacji. Dlatego zdecydowanie warto przekazywać takie zlecenia wiarygodnym agencjom (oficjalnym partnerom Google) – zyskuje się wówczas pewność, że budżet jest wykorzystywany w maksymalnie efektywny sposób  – podsumowuje Jakub Dwernicki.

 

Rozporządzenie MAiC w sprawie szczegółowych wymagań dotyczących świadczenia udogodnień dla osób niepełnosprawnych przez dostawców publicznie dostępnych usług telefonicznych

0

Rozporządzenie MAiC z dnia 26 marca 2014r, opublikowane w dniu 9 kwietnia 2014r  w sprawie szczegółowych wymagań dotyczących świadczenia udogodnień dla osób niepełnosprawnych przez dostawców publicznie dostępnych usług telefonicznych.

 

9 kwietnia zostało opublikowane w Dzienniku Ustaw rozporządzenie w sprawie szczegółowych wymagań dotyczących świadczenia udogodnień dla osób niepełnosprawnych przez dostawców publicznie dostępnych usług telefonicznych. Poniżej prezentuję kilka zapisów:

  • 1. 1. Dostawca publicznie dostępnych usług telefonicznych w jednostce obsługującej użytkowników końcowych danego dostawcy usług zapewnia obsługę osób niepełnosprawnych na stanowisku wyposażonym w:

1) urządzenie umożliwiające komunikację z osobą niesłyszącą lub niemówiącą oraz ułatwiające komunikację z osobą słabowidzącą;

2) urządzenie zapewniające komunikację audiowizualną osoby niesłyszącej lub niemówiącej z tłumaczem polskiego języka migowego lub systemu językowo-migowego w czasie rzeczywistym, z zastrzeżeniem § 2 ust. 1.

  1. Dostawca publicznie dostępnych usług telefonicznych zapewnia dostępność jednostki, o której mowa w ust. 1, dla osób niepełnosprawnych z upośledzeniem narządu ruchu.

Zapisy te zostały znowelizowane w oparciu o Prawo telekomunikacyjne (Dz. U. z 2012 r. poz. 1445)

Krótko mówiąc:

W świetle nowych przepisów podmioty zobowiązane powinny dostosować obsługę, punkty sprzedaży i stronę internetową do potrzeb osób z różnymi niepełnosprawnościami, m.in.:

  • w ciągu 6 m-cy: umożliwić osobom z niepełnosprawnościami zapoznanie się z regulaminami i cennikami  – w wersji papierowej, w alfabecie Braille`a lub przy użyciu dużej czcionki, a w przypadku wysyłania pocztą elektroniczną – w formacie tekstowym umożliwiającym powiększenie czcionki;
  • w ciągu 12 m-cy: salony mają mieć urządzenia umożliwiające połączenie się z tłumaczem języka migowego lub systemu językowo–migowego on-line albo zapewniać usługi tłumacza polskiego języka migowego lub systemu językowo-migowego;
  • w ciągu 24 m-cy: strony internetowe dostawców usług telefonicznych mają być dostosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnościami (standard Web Content Accessibility Guidelines WCAG 2.0.).

 

Te zapisy usatysfakcjonowały dość dużą grupę osób z niepełnosprawnościami: słuchu, wzroku i ruchu. W Polsce wg Narodowego Spisu Ludności z 2011r, żyje 12,2% ludzi z różnymi niepełno sprawnościami, co przekłada się na liczbę: 4mln 697tys ludzi. Wymienione w artykule niepełnosprawności łącznie dają dużą grupę społeczną, która żyje w Polsce, a przez wiele lat żyła na boku, bardzo często nie ze swojej winy.

Jednak to też są ludzie, którzy byli, są i będą klientami w różnych obszarach. Bardzo często rezygnowali z zakupu, bo napotkali różne bariery. Na przykład Głuchy nie mógł porozumieć się w języku migowym z konsultantem (gwoli uzupełnienia: dla osób Głuchych pierwszym językiem jest język migowy, który ma inną gramatykę niż język polski. Pisemny polski sprawia im wiele trudności), osoba na wózku podjeżdżając do salonu widzi, że jest on na pierwszym piętrze, a dostać się można tylko po schodach. Takich sytuacji w Polsce było bardzo dużo. Można teraz zaobserwować pozytywne zmiany w kierunku „otwarcia” się na te grupy społeczne. Zmiany zachodzą nie tylko w sferze prawnej: rozporządzenie MAiC, ustawa o języku migowym z 2011r, ratyfikowanie Konwencji ONZ o prawach osób niepełnosprawnych, ale i sferze mentalnej.

Przede wszystkim, to są normalni konsumenci i klienci, do których można skierować dedykowaną ofertę lub trochę zmienić procedury obsługi. Najczęściej można takie stosowne rozwiązania wdrożyć jednorazowo a efekt będzie długofalowy. Na przykład Tłumacz Języka Migowego On-line „Migam” dla osób Głuchych i Słabosłyszących, pismo w języku Brailla dla osób niewidomych. Dla osób poruszających się na wózku czasem wystarczy usunąć dywan o wysokim włosem przy wejście do salonu. Da to efekty w postaci zadowolonych klientów, a jak wiadomo, zadowolony klient poleci tę firmę + chętnie wróci.

Jako, że zbliża się koniec roku 2014, czas na małe podsumowanie tego rozporządzenia:

Pierwszym krokiem po tym rozporządzeniu było podpisanie przez kilku sygnatariuszy z MAiC odnośnie wprowadzenia pętli indukcyjnych do wybranych salonów sygnatariuszy. Jest ich 14. Są to duzi operatorzy i krajowe izby. Porozumienie to zostało zawarte w dniu 16 maja 2014r. Już zostało zrealizowane. Pętle funkcjonują w tych salonach.

Drugim krokiem, długo oczekiwanym ze strony środowiska osób Głuchych i Słabosłyszących jest wdrożenie usługi tłumacza polskiego języka migowego (PJM) i systemu językowo – migowego (SJM). Może to być realizowane przy obecnych na miejscu takich osób, lub rozwiązania on-line, gdzie tłumacz dyżuruje na panelu i pośredniczy z poziomu swojego biura w rozmowie pomiędzy głuchym/słabo słyszącym klientem a słyszącym pracownikiem/konsultantem. Obecnie czołowa czwórka operatorów telekomunikacyjnych + mniejsze podmioty zobowiązane rozpoznają rynek. Każdy z tych operatorów trochę inaczej podszedł do tego rozporządzenia. Jeden przeprowadził szeroko zakrojone konsultacje społeczne, drugi podpisał umowę z jednym z największym portali dot. osób Głuchych i Słabosłyszących i dostosuje swoją stronę firmową do potrzeb tych osób. Obecnie cała czwórka jest w trakcie realizowania i wybierania dostawców tej usługi. Planowane początkowo wdrożenie takiej usługi miało być w IV kwartale 2014r, lecz uległo przesunięciu na termin zapisany w rozporządzeniu, tj. do 12 miesięcy od momentu podpisania rozporządzenia.

Trzecim i ostatnim krokiem, jaki podejmą podmioty zobowiązane, jest dostosowanie swoich stron firmowych do standardów WCAG 2.0 na poziomie AA. Krótko o czym to jest: wytyczne dotyczące ułatwień w dostępie do treści publikowanych w Internecie) to dokument, który zawiera wskazówki na temat tego, jak budować serwisy internetowe dostępne dla wszystkich. We WCAG szczególnie ważna jest dostępność informacji dla osób z niepełnosprawnościami. W Anglii osoba niepełnosprawna ma prawo zaskarzyć firmę do sądu za to, że nie spełniła tych standardów na swojej stronie firmowej. W Polsce jeszcze nie ma takich sytuacji. Poprawia się za to świadomość dostępności takich stron dla wszystkich osób. Nie tylko dla niepełnosprawnych. Na przykład powiększona czcionka przyda się osobie starszej jak i z problemami wzroku od dzieciństwa. Podmioty zobowiązane mają czas do 24 miesięcy na wdrożenie tych standardów od momentu podpisana w/w porozumienia.

 

Sławek Łuczywek

NIK o szpitalu w Gnieźnie

Pomimo zaangażowania prawie 8 milionów środków publicznych oraz upływu kolejnych lat rozbudowa Szpitala w Gnieźnie nadal znajduje się na początkowym etapie realizacji i do czasu zakończenia kontroli NIK nie wypracowano choćby planu zakończenia inwestycji. Uwagi NIK dotyczą także powiatu gnieźnieńskiego, który nieskutecznie nadzorował przygotowanie, przebieg i finansowanie rozbudowy Szpitala.

Przed przystąpieniem do rozbudowy Samodzielnego Publicznego Zespołu Opieki Zdrowotnej w Gnieźnie, brakowało sprecyzowanej koncepcji rozbudowy i rzeczowego rozmiaru inwestycji. Zasadnicze zmiany, uwzględniające sugestie i opinie pracowników Szpitala zostały wprowadzone dopiero po wyłonieniu projektanta. W efekcie ostateczna koncepcja znacznie odbiegała od pierwotnej i uwzględniała budowę wcześniej nieplanowanych: oddziału ratunkowego, oddziału intensywnej terapii, laboratorium diagnostycznego oraz oddziału przyjęć. Wskutek  wprowadzonych zmian, powierzchnia użytkowa rozbudowywanego szpitala zwiększyła się niemal o 100 proc. (z 4000 m² do 7924 m²), a kubatura budynku aż o 700 proc. Jak wykazały więc wyniki kontroli w  ostatecznym rozrachunku koncepcję rozbudowy Szpitala opracował nie inwestor (Szpital), ale projektant, współpracując przy tym z ordynatorami poszczególnych oddziałów szpitalnych i kierownikami medycznych komórek organizacyjnych.

Prace nad kolejnymi wersjami rozbudowy spowodowały opóźnienie terminu wykonania dokumentacji projektowej o ponad dwa lata. Na etapie wyłonienia wykonawcy projektu rozbudowy, nie zadbano też o określenie zasad i warunków pełnienia nadzoru autorskiego nad realizacją projektu. Nadzór inwestorski nad pracami budowlanymi oraz nad koordynacją prac pozostałych inspektorów, powierzono osobie, która nie spełniała określonego wcześniej warunku posiadania nieograniczonych uprawnień konstrukcyjno-budowlanych, nie posiadała także uprawnień do nadzorowania prac w obiektach budowlanych obejmujących skomplikowane instalacje i urządzenia sanitarne i elektryczne, jakie bez wątpienia występują w obiektach takich jak szpital.  Ponadto Szpital nie zapobiegł rozpoczęciu niektórych prac budowlanych  bez pozwolenia na budowę, a udzielając zamówienia na opracowanie dokumentacji projektowej rozbudowy w trybie niekonkurencyjnym (koncepcja z 2013 r.), naruszył przepisy dot. zamówień publicznych.

Podczas kontroli Starostwa Powiatowego w Gnieźnie ustalono, że działania nadzorcze Powiatu nad prowadzoną przez Szpital inwestycją ograniczono do analizy sprawozdań i informacji, przekazywanych przez dyrektora Szpitala. Zrezygnowano z przeprowadzenia własnych analiz, które potwierdziłyby zasadność i realność założeń i działań Szpitala. Warto podkreślić, że działalności Szpitala i przebiegu inwestycji nie kontrolowano, pomimo zaangażowania w projekt niemal 2 mln zł z budżetu powiatu, a także mimo licznych sygnałów o problemach związanych z realizacją inwestycji.

Rozbudowę Szpitala planowano zrealizować przy udziale środków pochodzących z Unii Europejskiej, na podstawie umowy zawartej w listopadzie 2009 r. Ze względu na rażące odstępstwa w zakresie jakości wykonywanych prac konstrukcyjnych oraz wykonanie robót budowlanych niezgodnie ze sztuką budowlaną, w kwietniu 2012 r. Zarząd Województwa bez wypowiedzenia rozwiązał umowę ze Szpitalem. W konsekwencji, Szpital został zmuszony do zwrotu 3,4 mln złotych (zaliczka wraz z odsetkami).

W związku ze stwierdzonymi nieprawidłowościami, NIK analizuje zgromadzony materiał dowodowy i rozważa skierowanie zawiadomień do prokuratury, do rzecznika dyscypliny finansów publicznych oraz do Wielkopolskiego Wojewódzkiego Inspektora Nadzoru Budowlanego. Obecnie NIK oczekuje od Starosty oraz dyrektora Szpitala nadesłania informacji o sposobie realizacji wniosków pokontrolnych, dotyczących ustalenia sposobu zakończenia inwestycji oraz rozliczenia dotacji wykorzystanej niezgodnie z przeznaczeniem.

Humanistom z analitycznymi umiejętnościami łatwiej na rynku pracy

Z analizy ogłoszeń umieszczonych na portalu Pracuj.pl, wynika, że pracodawcy zaczynają wymagać od potencjalnych pracowników umiejętności, które często wykraczają poza podstawowy obszar ich specjalizacji. Od programistów wymagane są umiejętności miękkie, od humanistów zaś znajomość narzędzi analitycznych i wybranych programów komputerowych.  

 Jak wynika z analizy ogłoszeń umieszczanych na Pracuj.pl, wykształcenie wyższe, znajomość języka angielskiego, dobra organizacja pracy, umiejętność obsługi programów MS Office i znajomość specyfiki danej branży to niektóre z najpopularniejszych wymagań, jakie przyszłym pracownikom stawiają pracodawcy.

W IT z umiejętnościami miękkimi

Z treści ogłoszeń publikowanych przez pracodawców dla programistów wynika, że oprócz umiejętności informatycznych muszą się oni wykazać umiejętnościami miękkimi. Przykładowo, od Architekta IT wymagana jest umiejętność budowania pozytywnych relacji biznesowych i zdolność do zarządzania zespołem. Starszy programista PHP powinien z kolei wykazywać się komunikatywnością i umiejętnością pracy w zespole. Starszy Programista JAVA zaś musi umieć pracować w zespole, być otwartym i komunikatywnym, a Lead Database Engineer powinien posiadać umiejętności przywódcze.

„Projekty informatyczne to praca nad tworzeniem nowych rozwiązań technologicznych mających za zadanie realizację bardzo konkretnych celów biznesowych. Dobry poziom komunikacji i argumentacji swoich decyzji, współpraca z innymi członkami zespołu, zrozumienie potrzeb biznesowych przez zespół deweloperski, są to niezbędne czynniki zapewniające sukces projektu” – komentuje Marta Matusiak, Menadżer zespołu ds. Projektowania w Grupie Pracuj.

W III kwartale br. na Pracuj.pl opublikowano ponad 14 tys. ofert pracy dla pracowników IT. Ponad połowa ogłoszeń skierowanych była do programistów. Regularnie rośnie zapotrzebowanie na Architektów IT (ponad 2 500 ofert pracy w III kwartale.)

Humaniści z umiejętnościami analitycznymi

Z kolei znajomość narzędzi analitycznych, programów komputerowych do zarządzania treścią i programów graficznych to wymagania, z którymi muszą się zmierzyć osoby po studiach humanistycznych pracujące w takich branżach jak PR, marketing czy HR. Przykładowo, znajomość zagadnień SEM i SEO to coraz częstsze warunki stawiane marketerom. Od Specjalisty ds. PR bardzo często wymagana jest umiejętność pracy z narzędziami analitycznymi takimi jak Google Analitycs. Specjalista ds. Social Media powinien wykazywać  się umiejętnością obsługi programów graficznych (np. Photoshop, Corel, Indesign, Illustrator). Specjalista ds. Marketingu powinien znać narzędzia do wysyłki kampanii e-mail marketingowych, Google Analytics i umieć zarządzać stronami internetowymi poprzez platformy CMS.

Ciekawym przykładem innowacyjnego rozwiązania, mającego za zadanie wesprzeć humanistów na rynku pracy, jest projekt „Łamigłówki dla Nomada”, stworzony przez Polsko-Japońską Akademię Technik Komputerowych. Jego założeniem jest wsparcie przede wszystkich absolwentów studiów humanistycznych i społecznych poprzez umożliwienie im zdobycia kompetencji poszukiwanych na rynku pracy. Multimedialne kursy będą przekazywać wiedzę z obszaru nauk ścisłych, zarządzania wiedzą czy przedsiębiorczości. Wśród oferowanych absolwentom kursów znajdują się między innymi: „Specyfika systemów informatycznych” czy „Narzędzia informatyczne w tworzeniu multimediów”.

Opracowując listę kursów realizowanych w projekcie wzięliśmy pod uwagę zarówno potrzeby pracodawców, jak i możliwości i preferencje absolwentów studiów humanistycznych bądź społecznych. Nasze dotychczasowe doświadczenia wskazują na potrzebę zapełnienia luki kompetencyjnej w zakresie takich zagadnień jak podstawy informatyki, komunikowanie się przy użyciu nowych technologii rozwiązywanie problemów i podejmowanie decyzji oraz zarządzanie wiedzą. Potwierdza to duża popularność kursów „Projektowanie relacyjnych baz danych” oraz  „Systemy wspomagania pracy grupowej”, które są w czołówce najchętniej wybieranych kursów na platformie NOMAD” – wyjaśnia Anna Muniak, kierownik projektu.

Projekt „Łamigłówki dla Nomada – metoda uczenia przez całe życie na miarę XXI wieku” współfinansowany jest ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.

ŚWIĄTECZNY BUDŻET POLAKÓW

Grudniowe wydatki Polaków utrzymają się na tym samym poziomie co w ubiegłych latach – tak wynika z ankiety przeprowadzonej w ramach PAYBACK Opinion Poll. Statystyczny Polak wyda na prezenty mikołajkowe ponad 100 zł, a na bożonarodzeniowe – od 201 do 500 zł. Sporym obciążeniem dla domowego budżetu będą także zakupy spożywcze. Konsumenci mają jednak swoje strategie zakupowe, a blisko 2/3 respondentów postara się przy okazji zaoszczędzić. Nowy Rok powitamy dość kameralnie. Kupimy głównie jedzenie i alkohol, na które przeznaczymy łącznie do 200 zł.

CZY MIKOŁAJ BĘDZIE SZCZODRY?

Wielu osobom grudzień jednoznacznie kojarzy się ze Świętami i prezentami. Blisko 80% respondentów PAYBACK Opinion Poll obdaruje swoich bliskich już na początku miesiąca, z okazji Mikołajek. Większość ankietowanych uda się po upominki do sklepów – głównie centrów handlowych (58%).

Słodycze, perfumy, kosmetyki, książki, filmy, płyty muzyczne lub gry komputerowe oraz zabawki – to od trzech lat najchętniej wybierane prezenty mikołajkowe. Ponad 40% badanych planuje wydać na nie powyżej 100 zł. Pieniądze na zakupy będą pochodzić z bieżącego budżetu domowego (70%).

OSZCZĘDZAMY NA ŚWIĘTA CZY NA ŚWIĘTACH?

Boże Narodzenie do 1 200 zł

W grudniu najwięcej pieniędzy przeznaczymy na organizację świąt Bożego Narodzenia, przy czym większości ankietowanych zależy, by utrzymać koszty na tym samym poziomie co w poprzednich latach.

Także poszczególne wydatki rozkładają się podobnie. Stosunkowo najmniej wyniesie nas drzewko i ozdoby świąteczne – 45% przeznaczy na nie do 200 zł. Przy czym taki sam odsetek badanych nie planuje w tym roku kupna choinki czy bombek. Znaczenie większe obciążenie dla portfela stanowią produkty spożywcze i prezenty. Co czwarta osoba wyda na jedzenie do 200 zł, a 41% ankietowanych zwiększy tę kwotę nawet do 500 zł. Prezenty gwiazdkowe zamierza kupić 87% Polaków. Ponad 1/3 ankietowanych przeznaczy na ten cel średnio od 201 do 500 zł. Około jedna czwarta badanych postara się jednak zamknąć w 200 zł.

Ponad połowa respondentów pieniądze na świąteczne zakupy weźmie z bieżącego budżetu domowego. Jednak 35% osób (czyli niemal dwukrotnie więcej niż w 2013 r.) ma oszczędności odłożone specjalnie na ten cel.

Prezenty: z galerii czy internetu?

Po świąteczne zakupy spożywcze – podobnie jak w ubiegłych latach – pójdziemy głównie do super- lub hipermarketów. Z kolei w poszukiwaniu upominków bożonarodzeniowych większość ankietowanych uda się – zresztą, jak co roku – do centrów handlowych (68%). Niemal połowa badanych zrobi zakupy także przez internet, a 1/3 odwiedzi też super- lub hipermarkety oraz punkty z wyspecjalizowanym asortymentem.

Również i w tym roku sięgniemy po sprawdzone pomysły: słodycze (49%), zabawki (58%), perfumy i kosmetyki (63%), a także książki, filmy, płyty muzyczne i gry komputerowe (63%) – które z resztą sami chętnie byśmy dostali. Równie mocno ucieszy nas gotówka, urządzenie elektroniczne (typu laptop, notebook, czytnik ebooków czy smartfon) oraz prezent wykonany własnoręcznie.

Kogo skuszą świąteczne promocje?

Polacy starają się podchodzić do świątecznych zakupów z głową – obierając jakąś strategię. Niektóre z pewnością pozwolą zminimalizować bożonarodzeniowe wydatki – zwłaszcza że niemal 2/3 ankietowanych stara się oszczędzić na zakupach na Święta.

Niezmiennie od trzech lat wśród najpopularniejszych taktyk są:

  1. Robienie zakupów ściśle wg listy (49%)
  2. Rozkładanie zakupów – a tym samym wydatków – w czasie (46%)
  3. Kupowanie części rzeczy na wyprzedażach lub w promocji (34%).

Co ciekawe, prawie 3 razy więcej ankietowanych niż w ubiegłym roku postara się jednak unikać miejsc (np. centrów handlowych) i sytuacji (np. wyprzedaży świątecznych), w których łatwiej o nieprzemyślane zakupy.

Święta – koniecznie z rodziną!

Rodzina, tradycja, religia – według respondentów PAYBACK Opinion Poll te słowa najlepiej oddają istotę świąt Bożego Narodzenia. Większość badanych spędzi je właśnie w rodzinnym gronie – jako gospodarz (61%) albo goszcząc w domu swoich bliskich (37%). 60% ankietowanych zasiądzie do wigilijnego stołu z więcej niż pięcioma osobami.

W okresie okołoświątecznym 74% Polaków okaże pomoc najuboższym, m.in. kupując produkty marek biorących udział w specjalnych akcjach charytatywnych (29%) albo przygotowując paczki z żywnością (25%).

Sylwester – na parkiecie czy na kanapie?

Rok 2015 większość ankietowanych przywita w gronie przyjaciół (38%) albo najbliższej rodziny (34%), najczęściej w domu – bawiąc się na tzw. domówce (50%) albo siedząc przed telewizorem (31%).

W związku z tym połowa respondentów nie poniesie żadnych kosztów związanych z opłatą za wstęp, nocleg czy dojazd. Większość osób nie zamierza też wydać nic na strój czy fajerwerki (odpowiednio: 61% i 57%). Kupimy za to jedzenie i napoje wyskokowe. Nie będą to jednak duże sumy. Podobnie jak w zeszłym roku 40% ankietowanych przeznaczy na produkty spożywcze i posiłki do 100 zł. Około co czwarta osoba zwiększy tę kwotę do 300 zł. Rachunek za alkohol wyniesie do 100 zł (48%).

[1] Wg ankiet nt. grudniowych planów i wydatków Polaków przeprowadzonych w ramach PAYBACK Opinion Poll w latach 2012-2014. Wszelkie porównania do ubiegłych lat są w oparciu o wyniki wspomnianych ankiet.

Nowelizacja ustawy o prawach konsumenta ograniczy telemarketerów

0

Wchodząca w życie 25 grudnia br. nowelizacja ustawy o prawach konsumenta wprowadzi spore zmiany w sprzedaży telefonicznej. Telemarketerzy, z którymi negatywne doświadczenia deklaruje ponad połowa konsumentów[1], diametralnie zmniejszą swój udział w zawieraniu umów z klientami.

Nowelizacja ustawy o prawach konsumenta, która wejdzie w życie 25 grudnia 2014, przyniesie pozytywne zmiany przede wszystkim osobom zawierającym umowy przez telefon. Sama rozmowa telefoniczna konsultanta z potencjalnym klientem, będzie jedynie formą kontaktu i sposobem przedstawienia oferty, natomiast zawarcie umowy będzie wymagało potwierdzenia jej treści na trwałym nośniku – np. mailowo lub listem tradycyjnym. Umowa wejdzie w życie dopiero wtedy, gdy klient podpisze i odeśle dokument, który otrzyma od przedsiębiorcy.

Koniec z „naciąganiem”

Ku zadowoleniu klientów ustawa ograniczy możliwości sprzedażowe telemarketerów, wśród których sporą część stanowią przedstawiciele firm telekomunikacyjnych. Jak wynika z badania zrealizowanego przez TNS Polska na zlecenie PanWybierak.pl ponad połowa badanych (57%), którzy rozmawiali z przedstawicielami operatora, oceniła takie kontakty negatywnie. Respondenci uznali kontakt z telemarketerami jako uciążliwy, nachalny oraz nie wzbudzający zaufania. Wypowiedzi Internautów powielają coraz częściej spotykane opinie na temat telemarketingu jako „wciskania” i „naciągania”.

– Wejście w życie nowej ustawy może spowodować, że konsumenci całkowicie zrezygnują z usług konsultantów telefonicznych. Obecnie większość klientów zbiera informacje o ofercie telekomunikacyjnej na stronach internetowych operatorów. Alternatywą są również platformy skupiające czołowych operatorów, jak np. PanWybierak.pl – system, który obiektywnie przedstawia wszystkie dostępne oferty operatorów na podstawie parametrów określonych przez konsumentów, co, jak przyznają badani, nie zawsze ma miejsce podczas rozmowy z telemarketerem. Dzięki temu w oczach konsumentów takie serwisy są dużo bardziej wiarygodne. – komentuje Paweł Jamiołkowski, dyrektor zarządzający PanWybierak.pl.

Wchodzące w życie przepisy mają zapobiec pojawianiu się umów z zaskakującymi treściami,
które konsumenci dotychczas zawierali przez telefon, a od których nie mogli odstąpić z powodu braku dowodów ich faktycznej treści. Wprowadzenie nowej ustawy, wynikającej m.in. z licznych skarg na konsultantów, ma zapobiec tego typu praktykom telemarketerów.

Ochrona konsumentów

15% badanych przyznało, że nie ufa informacjom przekazywanym przez konsultantów telefonicznych. Dodatkowo, respondenci, którzy mają kontakt z telemarketerami doceniają możliwość przeczytania umowy przed finalną decyzją. Wchodząca w życie ustawa, nakładająca na telemarketerów obowiązek wcześniejszego przesłania umowy do klienta, ma przede wszystkim na celu zwiększyć ochronę konsumencką i niewątpliwie przyczyni się do mniejszej liczby umów finalizowanych tą drogą. Ustawa będzie obowiązywać wszystkich przedsiębiorców, a nie stosowanie się do jej regulacji może nawet skutkować wszczęciem przez UOKiK postępowania w sprawie naruszenia zbiorowego interesu konsumentów, które jest zagrożone karą finansową do 10% przychodów za poprzedni rok rozliczeniowy.

[1]  Wg badania zrealizowanego przez TNS Polska na zlecenie PanWybierak.pl w lipcu 2014

Dekpol: Pieniądze z giełdy wzmocnią trzy filary spółki. Najszybciej będzie się rozwijać produkcja łyżek do koparek

CEO Magazyn Polska

Dekpol buduje i sprzedaje mieszkania, ale chce też rozwijać produkcję łyżek do koparek. Rozbudowuje swoją fabrykę, inwestuje w linie produkcyjne i stara się zdobyć nowe rynki eksportowe z amerykańskim na czele. Jeszcze w grudniu spółka zamierza przeprowadzić publiczną emisję akcji, by zdobyć środki na rozwój. Zapisy zaczynają się 9 grudnia.

W najbliższy wtorek zaczynają się zapisy na akcje Dekpolu dla inwestorów indywidualnych. Istniejąca od 1993 roku spółka produkcją łyżek do koparek zajmuje się dopiero od trzech lat. Firma specjalizuje się w generalnym wykonawstwie i prowadzi działalność deweloperską na Pomorzu.

– To są trzy filary firmy, które są cały czas rozwijane mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mariusz Tuchlin, prezes zarządu Dekpolu. – Jeżeli chodzi o generalne wykonawstwo, to można powiedzieć, że ubiegły rok był bardzo dobrym czasem dla spółki. W tym roku również realizujemy bardzo dobre kontrakty, również na lata 2015-2016 patrzymy bardzo optymistycznie. Sądzę, że wyniki z 2013 roku będą powielane, a może nawet lepsze.

Najwyższe marże przyniosła spółce działalność deweloperska. Dekpol oferuje mieszkania w dwóch miastach: Gdańsku i Tczewie. Obecnie ma w sprzedaży 250 lokali. W tym roku spółka zamierza znaleźć nabywców na 200 mieszkań, a do roku 2017 chce sprzedać ich 700. W pierwszym półroczu przychody spółki sięgnęły 98 mln zł i były o 41 mln zł wyższe niż w tym samym okresie zeszłego roku. Zysk netto spółki wzrósł w tym czasie z 2,6 do 4,8 mln zł.

– Wyniki za pierwsze półrocze były bardzo dobre, wyższe niż w poprzednim roku. Obecny na pewno zakończymy z sukcesem, czyli wyniki będą lepsze deklaruje Mariusz Tuchlin.

Z emisji akcji Dekpol chce pozyskać około 70 mln zł i z tego 25 mln przeznaczyć na bank ziemi, 15 mln na kapitał obrotowy, a 10 mln na projekt deweloperski realizowany w Norwegii. Reszta zostanie przeznaczona na rozwój produkcyjnej części spółki, czyli fabryki łyżek do koparek.

– Inwestycje, które spółka zrealizuje, to właśnie rozbudowa zakładu i zakup nowych linii technologicznych, rozwinięcie eksportu w kraju i za granicą, tak żeby uzyskać duży wzrost jeżeli chodzi o potencjał sprzedaży oraz marże informuje prezes i właściciel Dekpolu.

Pierwszy największy etap rozbudowy zakładu produkcji łyżek i części do koparek ma zostać ukończony do czerwca 2015 roku. W przyszłym roku też zakład osiągnie swoje pełne zdolności produkcyjne. Poza środkami z emisji publicznej spółka pozyskała na ten cel dotacje z programu Innowacyjna Gospodarka. Dekpol oczekuje, że ta część działalności będzie przynosiła największy wzrost w ciągu trzech-czterech następnych lat.

– Obecnie współpracujemy z bardzo renomowanymi odbiorcami, takimi jak Volvo, Komatsu, Caterpillar. Spółka ma odbiorców zarówno w kraju, jak i za granicą. Jesteśmy praktycznie w każdym państwie w Europie, w Skandynawii. Myślę, że w 2015 i 2016 roku nasze łyżki będą prawie na każdym kontynencie, bo już eksportowaliśmy je na przykład do Australii i Maroka – zaznacza prezes i deklaruje, że teraz Dekpol chce dla swoich łyżek zdobyć rynek amerykański.

Frank tańszy niż przed tygodniem, złoto na poziomie z końca października. Kilka dni po szwajcarskim referendum rynki znów patrzą na trendy w światowej gospodarce

CEO Magazyn Polska

Kruszce pozostały tanie, frank szwajcarski nie zyskał na wartości, a względem dolara i złotego nawet się osłabił. Zdaniem analityków większy wpływ na ceny ma sytuacja w światowej gospodarce niż szwajcarskie referendum.

Frank szwajcarski, jak przed referendum nadal kosztuje ok. 0,83 euro, podczas gdy przed rokiem płacono za niego o 2 centy mniej. Uncja złota, która zaraz po referendum potaniała z ponad 1195  do mniej niż 1150 dolarów, później odrobiła straty i teraz kosztuje przeszło 1200 dolarów. To jednak nadal jest bardzo niski poziom, bowiem jeszcze wczesną wiosną za uncję złota trzeba było płacić 150 dolarów więcej.

– Oczekiwania były takie, że jeżeli wynik referendum – chociaż prawdopodobieństwo wyniku referendum na „tak” było dużo mniejsze – byłby pozytywny, to zwiększyłby się popyt na złoto, co automatycznie spowodowałoby wzrost jego cen – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Zembik, specjalista Forex-University.  Natomiast w tym wypadku – moim zdaniem – na rynku złota testujemy minima kilkuletnie i dopóki nie pojawi się inflacja na globalnym rynku, odbicia na rynku złota szybko nie możemy się spodziewać.

W  szwajcarskim referendum zgodnie z prognozami prawie 80 proc. głosujących opowiedziało się przeciwko zwiększeniu rezerw złota.

– Oznacza to, że Narodowy Bank Szwajcarii nie będzie musiał zwiększać rezerw złota do 20 proc., pozostaną one w okolicach 8-10 proc. zwraca uwagę Łukasz Zembik. Widzimy, że rynek zareagował dość impulsywnie, wiele par walutowych otworzyło się luką, chociażby frank do złotego. Polska waluta zaczyna zyskiwać po dobrych danych PMI z sektora przemysłowego.

W listopadzie wskaźnik PMI polskiego przemysłu sięgnął 53,2 pkt, rosnąc trzeci miesiąc z rzędu. To oznacza, że przybywa menadżerów dobrze oceniających kondycję swych firm. W rezultacie frank szwajcarski, który jeszcze w połowie listopada kosztował ponad 3,5 zł, dziś wart jest ok. 5 groszy mniej.

– Jeżeli chodzi o referendum i jego skutki na rynkach finansowych, to widzimy, że dość mocno osłabił się kurs złota i on ponownie przetestował minima – podkreśla specjalista Forex-University. – Dostrzegamy wpływ na rynki finansowe, złoto i srebro oraz obserwujemy stale pogarszającą się sytuację na rynku ropy. Oczywiście jest to pokłosie ubiegłotygodniowej decyzji OPEC w sprawie niezmniejszania podaży ropy. Ropa WTI i Brent osiąga ponadpięcioletnie minimum.

Złoto i frank szwajcarski należą do inwestycji uważanych za najbezpieczniejsze. Takie inwestycje rozważa się gdy czasy są trudne, a na świecie szaleje inflacja. Ostatnio jednak wiele państw ma raczej problemy z deflacją i zamiast zamrażać bezpiecznie posiadane aktywa, próbuje ożywiać nimi rodzime firmy.

– Najistotniejsza dla rynku złota w tym momencie jest globalna presja inflacyjna ocenia Łukasz Zembik z Forex-University. – Jeżeli ona się pojawi, to myślę, że wtedy możemy spodziewać się większego popytu na rynku. Rynek złota w ostatnim czasie jest wspierany również informacjami, które napłynęły do nas z Indii. Tam import złota miał być ograniczony, ale restrykcje zostały zniesione. W związku z tym import będzie na podobnym poziomie jak do tej pory.

Prezes PARP: Spory budżet na dofinansowanie start-upów. Agencja wesprze też młode firmy działaniami doradczymi

CEO Magazyn Polska

W najbliższych latach polskie start-upy technologiczne mogą liczyć na duże wsparcie zarówno organizacyjne, jak i finansowe. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości jest największym publicznym inwestorem na tym rynku – zainwestowała już 2,8 mld zł. Dla początkujących przedsiębiorców z branży teleinformatycznej PARP i inne instytucje wdrażające nową perspektywę finansową przeznaczą kolejne kwoty, których wysokość jest w tej chwili negocjowana w Brukseli.

Pieniędzy dla start-upów będzie sporo – podkreśla Bożena Lublińska-Kasprzak, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. – One będą w różnych programach, na różnych poziomach: regionalnym, ponadregionalnym, np. w ramach programu Polska Wschodnia czy na poziomie centralnym w ramach programu Inteligentny Rozwój. W tym programie będzie sporo pieniędzy przede wszystkim dla start-upów z branż nowoczesnych technologii, rozpoczynających swoją aktywność od działalności badawczo-rozwojowej, której wyniki chcą wdrażać.

PARP będzie miał nie tylko spory budżet na wsparcie start-upów. Można też oczekiwać więcej działań wspierających i doradczych.

Oprócz pieniędzy potrzebne jest również wsparcie administracji: promocja i integrowanie środowiska, organizowanie spotkań. To wszystko wpływa na to, że start-upy powstają, rozwijają się i zdobywają rynek krajowy i rynki globalne – zwraca uwagę Bożena Lublińska-Kasprzak.

Wsparcie młodych przedsiębiorców, którzy próbują rozwijać swoje technologiczne pomysły, może się okazać doskonałą inwestycją. Wielu międzynarodowych gigantów zaczynało w podobny sposób, czyli jako firma garażowa, tworzona wokół genialnego pomysłu przez grupę entuzjastów.

Głęboko w to wierzę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prezes PARP. – Pewnie już ktoś w Polsce pracuje nad nowym Skype’em, Google czy innym globalnym projektem, tylko jeszcze o tym nie wiemy, ale to się pewnie okaże za parę lat. Myślę, że mamy już sporo takich firm, które doskonale radzą sobie na wielu rynkach globalnych.

Kiedyś takie firmy zdane były wyłącznie na energię swych twórców. Dziś inwestorzy sami poszukują ciekawych przedsięwzięć, start-upów z potencjałem. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości stara się je wspierać, tak by mogły się rozwijać i zostać dostrzeżone przez potencjalnych partnerów z całego świata.

Wspieramy start-upy w bardzo różny sposób, za pomocą różnych instrumentów – deklaruje Bożena Lublińska-Kasprzak. – Począwszy od działań o charakterze szkoleniowym, edukacyjnym, poprzez portal stworzony specjalnie dla środowiska start-upowego, e-biznesowego i portale edukacyjne, aż po różnego rodzaju finansowanie: pożyczki, dotacje, wsparcie aniołów biznesu czy inkubatory, które inwestują w start-upy.

Przedstawieniu potencjału polskiej branży ICT inwestorom z całego świata ma służyć organizowany przez PARP w dniach 3-4 grudnia ICT Summit. Głównym tematem spotkania jest rozwój ekosystemu start-upowego w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, trendy technologiczne i innowacyjne przedsięwzięcia biznesowe. To pierwsza w Polsce konferencja dla start-upów o takiej skali, gromadząca ponad 800 gości i 50 prelegentów. Odbywającej się konferencji towarzyszy konkurs na najlepszy pomysł na globalny biznes ScaleMeGlobal.

O. Dziekoński: Polska atrakcyjna dla inwestorów. Głównymi atutami wzrost gospodarczy, duży udział przemysłu w PKB i stabilny sektor bankowy

Od 1989 roku PKB naszego kraju na głowę mieszkańca wzrósł ponad dwukrotnie. Jednym z powodów jest duży, przekraczający 20 proc., udział przemysłu w PKB. Ważnym walorem polskiej gospodarki jest także stabilny sektor bankowy oraz integracja z gospodarką światową. Zdaniem Olgierda Dziekońskiego z Kancelarii Prezydenta RP to wszystko sprawia, że nie ma obecnie problemów z namawianiem inwestorów zagranicznych do lokowania kapitału nad Wisłą.

Atuty Polski w rozgrywce o inwestorów zagranicznych po pierwsze są związane z wielkością rynku wewnętrznego, który w sposób naturalny jest w stanie amortyzować pewne wahania związane z rynkiem zewnętrznym – zauważa Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP. – Po drugie są związane z położeniem geograficznym. Polska jest największym krajem spośród państw Europy Centralnej, którego pozycja pozwala myśleć z optymizmem o inwestycjach w innych częściach świata. Przy stale poprawiającej się i już relatywnie dobrej infrastrukturze transportowej staje się na przykład naturalnym hubem dla działalności przemysłowej.

Pod względem wartości nominalnej PKB – według Międzynarodowego Funduszu Walutowego – Polska jest już szóstą gospodarką Unii Europejskiej. Po przeliczeniu na mieszkańca wskaźnik ten nie wygląda jednak już tak korzystnie. W ub.r. PKB per capita wynosił 23 273 dol. i był niższy od średniej Unii Europejskiej (34 763 dol.) oraz takich krajów, jak Malta, Cypr, Estonia czy Słowenia. Warto jednak pamiętać o tym, że na początku transformacji ustrojowej wskaźnik ten wahał się w gracach 9-10 tys. dolarów.

Jak przypomina Olgierd Dziekoński, Polska ma bardzo wysoki, niespotykany w innych krajach udział przemysłu w PKB, który wynosi około 18 proc. (razem z budownictwem – ponad 23 proc.).

To pokazuje, że jesteśmy krajem, który ma trwałe i dobre fundamenty rozwoju gospodarczego – wskazuje Dziekoński. – Cała polityka Unii Europejskiej nastawiona jest obecnie na to, by w roku 2020 udział przemysłu w unijnym PKB wynosił 20 proc. W Polsce ten wskaźnik jest już obecnie powyżej średniej UE. Na Stary Kontynencie jest jednak wiele krajów, w których udział ten jest na zdecydowanie niższym poziomie, przez co są one bardziej wrażliwe na ewentualne zawirowania gospodarcze.

Kolejnym atutem polskiej gospodarki, jak przekonuje sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP, jest relatywnie młode i dobrze wykształcone społeczeństwo.

Poziom szkolnictwa wyższego w tym przedziale wiekowym jest obecnie najwyższy w Europie – zapewnia Dziekoński. – To bardzo ważny wskaźnik, który oznacza nie tylko, że ludzie są dobrze wykształceni w specjalistycznych, rozmaitych gałęziach. Młode pokolenie Polaków lepiej rozumie świat. A jak ktoś lepiej rozumie świat, to łatwiej może się przystosować do zmian, które w tym świecie mogą mieć i mają miejsce.

Dla inwestorów zagranicznych najważniejszym argumentem skłaniającym ich do przenoszenia kapitałów – zdaniem Olgierda Dziekońskiego – jest relatywnie najniższy poziom ryzyka inwestycyjnego związany ze stałym wzrostem gospodarczym, co jest zjawiskiem unikatowym w skali Europy. Nawet w czasie ogólnoeuropejskiego kryzysu polska gospodarka nie wpadła w recesję.

To pokazuje niesłychaną wręcz dynamikę i wzrost konkurencyjności polskiej gospodarki na świecie – zauważa Dziekoński. – Jeżeli ktoś inwestuje w Polsce, zaczyna uczestniczyć w rynku globalnym. Obecnie mamy taki sam udział eksportu w PKB, jak Republika Federalna Niemiec. Polska gospodarka jest już zatem poważnie umiędzynarodowiona i aktywnie uczestniczy w światowej wymianie gospodarczej. Inwestorzy, którzy lokują tutaj swoje kapitały, mają szansę korzystać z tych atutów polskiej gospodarki, jej położenia zarówno w sensie politycznym, jak i geograficznym w Europie i na świecie.

Taniejący węgiel powiększa straty polskich kopalń. Na wzrost ceny surowca można liczyć dopiero za rok

CEO Magazyn Polska

Większość polskich kopalń nie tylko nie zarabia, lecz także wciąż pogłębia straty. Koszty ich utrzymania są niezmiennie wysokie, a ceny węgla, szczególnie ostatnio, coraz niższe. Zdaniem analityków w przyszłym roku średnia cena węgla koksowego utrzyma się na poziomie ok. 120 dolarów za tonę. Dopiero pod koniec 2015 zacznie rosnąć, by w dłuższym terminie podskoczyć do 150 dolarów. Natomiast węgiel energetyczny w Polsce ma w przyszłym roku jeszcze minimalnie potanieć.

Ceny węgla na światowych rynkach spadają. Węgiel koksujący, używany w hutnictwie, potaniał poniżej 120 dolarów za tonę, podczas gdy w zeszłym roku był o prawie 35 dolarów droższy. Według najnowszego raportu DM PKO BP w przyszłym roku nie ma co liczyć na odbicie. Ceny na światowych rynkach pozostaną w okolicach 120 dolarów za tonę. Sytuacja może zacząć się poprawiać dopiero po zmniejszeniu podaży surowca, czyli jak przewidują analitycy, pod koniec przyszłego roku.

Według przewidywań analityków w Polsce cena węgla energetycznego w 2015 r. lekko spadnie ze względu na obecną wyprzedaż zapasów przez KW, ich wysoki poziom na zwałach w elektrowniach i kopalniach oraz ciepłą zimę. Surowiec ten potanieje o 1-3 proc., podczas gdy tylko w ciągu trzech kwartałów 2014 r. staniał o niemal 7 proc.

W rezultacie przychód polskich kopalń spadł w tym roku o 2,7 mld zł. W ciągu trzech kwartałów – jak podaje Agencja Rozwoju Przemysłu – sprzedały one węgiel za 13,8 mld zł, a na jego wydobycie wydały 15,4 mld zł. To nie jedyny problem dużej części polskich firm wydobywczych.

– Wiele firm, których właścicielem jest pośrednio państwo, ma wysokie koszty stałe związane z licznymi przywilejami płacowymi, które zostały jeszcze odziedziczone po starym systemie przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor dr Piotr Dalkowski, analityk ratingowy z agencji ratingowej EuroRating. – Możliwości obniżenia kosztów z tego tytułu są ograniczone, dlatego też sektor ten musi zostać zrestrukturyzowany, ale żeby to zrobić, potrzebne są zgoda zarówno pracowników, którzy działają w kopalniach, jak i pomysł na przeprowadzenie tej restrukturyzacji na poziomie państwa.

Koszty firm wydobywczych są uzależnione od tego, z jak głębokich pokładów jest wydobywany węgiel i jaka jest efektywność działania poszczególnych kopalń. Ale w ocenie analityka to firmy prywatne lepiej sobie radzą w kwestii ograniczania kosztów niż przedsiębiorstwa, które ciągną za sobą bagaż przywilejów górniczych.

– Trzeba się zastanowić i ograniczyć przywileje związane z górnictwem podkreśla dr Piotr Dalkowski. – Trzeba też odciążyć kopalnie od tego bagażu świadczeń emerytalnych, które z górnictwem są związane. Mam na myśli deputaty węglowe, które przysługują nie tylko zatrudnionym pracownikom, lecz także emerytom i członkom rodzin górniczych. To są poważne kwoty, które obciążają budżety kopalń.

Roczny koszt węglowych deputatów wydawanych przez Kompanię Węglową oraz Jastrzębską Spółkę Węglową znacząco przekracza 300 mln zł. Tymczasem tylko część kopalń obu państwowych potentatów jest w stanie zarabiać na wydobywanym węglu. Te nierentowne są jednak bronione przed zamknięciem przez wyjątkowo silne górnicze związki zawodowe.

– Wiele kopalń jest na granicy rentowności ocenia analityk EuroRating. – Trzeba się zatem zastanowić nad ewentualnym zamknięciem tych, w których produkcja po prostu się nie opłaca. Ewentualnie rozwiązaniem dla górnictwa jest sprzedaż kopalń innym podmiotom, które będą wiedziały, jak tą stroną kosztową należy zarządzać i jak ograniczyć koszty.

Największym problemem polskich kopalń jest jednak czas. Przez ostatnie 25 lat nikt nie odważył się zrestrukturyzować polskiego górnictwa, a dziś, gdy ceny węgla spadają, jest to bardzo trudne.

Ta restrukturyzacja jest spóźniona uważa dr Piotr Dalkowski.Łatwiej byłoby zreformować górnictwo w sytuacji, kiedy na rynkach cena węgla byłaby wyższa. Do tego nie doszło, a teraz mamy skutki tego zaniechania.

Błędy w zarządzaniu firmami wciąż częste. To może ograniczać ich rozwój

0

CEO Magazyn Polska

W firmach, w których panuje autokratyczny styl zarządzania, pracownicy nie mają szans, by w pełni wykorzystać swój potencjał. A to może przekładać się na wyniki tych podmiotów. Trzy czwarte specjalistów finansowych uważa, że kultura organizacyjna może wpłynąć na pracowników silniej niż kodeksy czy regulaminy – wynika z badania ACCA przedstawionego podczas CFO European Summit. W strategii firm i zarządzaniu coraz większą rolę odgrywają dyrektorzy finansowi.

Rola finansistów się zmienia. Kiedyś ich głównym zadaniem było raportowanie, czyli odzwierciedlanie przeszłość. W tej chwili powinni wyprzedzać, czyli kształtować strategię firmy – mówi Magdalena Hernandez, dyrektor zarządzająca ACCA Emerging Europe, organizatorka CFO European Summit. – Finansiści i szefowie działu finansów stali się partnerami dla osób zarządzających organizacją. To bardzo często tandem CEO i CFO [prezes i dyrektor finansowy – red.] tworzy strategię firmy i potem ją wdraża.

Poza tym rola finansistów już dawno przestała ograniczać się do samej dziedziny finansów. Często mają oni duży wpływ na działania w ramach HR i IT, a także na działalność operacyjną w kraju i za granicą.

Mają śledzić trendy i być przygotowani na nadchodzące zmiany, a nie być reaktywni w stosunku do tego, co się dzieje na rynku – podkreśla Hernandez.

Kultura korporacyjna ważniejsza niż presja na wyniki

Eksperci podkreślają, że sukcesy firmy – zarówno na arenie międzynarodowej, jak i w kraju – w dużej mierze zależą od organizacji i sposobu zarządzania zespołem. Badania wykazują, że kluczowa staje się kultura korporacyjna.

Dziś efektywność, szybkość i wzrost stały się hasłami kluczowymi, w powiązaniu z silną presją na osiąganie wyników w bardzo krótkim horyzoncie czasowym. Badania, choćby Instytutu Gallupa, które miały na celu zidentyfikowanie czynników gwarantujących długoterminowy wzrost firm, wskazały jednak, że czynniki te są związane z kulturą zarządzania i wartościami, którymi naprawdę żyje firma, a nie z dużą presją na wyniki, zwłaszcza powiązaną z agresywnym systemem motywacyjnym, również finansowym – uważa Zofia Dzik, członek rady nadzorczej PKO BP.

Jak podkreśla, motywacja finansowa – w postaci premii czy podwyżki – działa na pracowników krótkoterminowo. Dodatkowo dążenie do realizacji celu w jednym obszarze może spowodować, że zaniedbane zostaną inne dziedziny.

Duża presja czasowa i agresywny system finansowania może prowadzić do niszczenia kultury organizacyjnej i wartości ludzi. Stawiamy ich pod ścianą, więc oni też mają tendencję do przekraczania pewnych granic, których być może by nie przekroczyli, gdyby cele były inaczej zdefiniowane czy dotyczyły innych warstw – mówi Zofia Dzik. – Znam przykłady organizacji, w których nie są definiowane twarde cele finansowe, a raczej są one budowane w oparciu o selektywny dobór osób, kulturę korporacyjną i wspólne wartości. To właśnie one notują co roku dwucyfrowe wzrosty przychodów.

Trzy czwarte finansistów zrzeszonych w ACCA uważa, że kultura korporacyjna ma większy wpływ na pracowników niż kodeksy i regulaminy – wynika z raportu tej organizacji. Błędy w zarządzaniu, które zdarzają się nawet najbardziej doświadczonym menadżerom, mogą jednak tę kulturę zniszczyć. Badanie wykazało, że negatywny wpływ na organizację pracy w korporacji mają: brak pozytywnego przykładu z góry, źle przyjmowana krytyka ze strony pracowników, biurokracja oraz zbyt silna presja na osiąganie celów. Zdaniem Zofii Dzik, te błędy w zarządzaniu mogą wzmacniać postawy konformistyczne i ograniczać przestrzeń do dyskusji.

Kultura korporacyjna i jej wpływ na wyniki firmy były, obok strategii ekspansji przedsiębiorstw w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, jednym z głównych tematów siódmej edycji CFO European Summit 2014, którą zorganizowała ACCA (the Association of Chartered Certified Accountants), organizacja zrzeszająca specjalistów z zakresu zarządzania, finansów i rachunkowości. W konferencji co roku uczestniczy ponad stu liderów finansów z czołowych firm z Polski i Europy.

Finansiści muszą ze sobą rozmawiać, są głodni nowinek ze świata i Europy, bardzo chętnie usłyszą to, czym się zajmowali ich koledzy w ostatnich miesiącach czy latach. Chcą też wiedzieć jak najwięcej o tym, jak wygląda sytuacja gospodarcza, jakie są przewidywania ekonomistów, jak mają się przygotować do planowania na najbliższe miesiące czy lata – podkreśla Hernandez.

Podkarpacka branża lotnicza będzie zatrudniać. Poszukiwani będą inżynierowie

CEO Magazyn Polska

W najbliższych czterech latach w podkarpackiej Dolinie Lotniczej powstanie 4 tysiące nowych miejsc pracy. Wraz z rozwojem tej branży w Polsce zapotrzebowanie na specjalistów będzie dynamicznie rosnąć. Dlatego na Podkarpaciu edukację inżynierów zaczyna się od podstawówki. Branża będzie rozwijać się m.in. dzięki wsparciu badań i rozwoju w ramach programu INNOLOT.

Polska Dolina Lotnicza rozpościera się od Lublina po Bielsko-Białą. Działa tam 120 podmiotów, wśród nich 80 firm, 20 dużych i reszta mniejszych, często lokalnych, podkarpackich, i z południowo-wschodniej Polski. Te wszystkie przedsiębiorstwa zatrudniają już 23 tys. pracowników.

W najbliższych czterech latach stworzymy 4 tysiące miejsc pracy na Podkarpaciu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Darecki, prezes Stowarzyszenia Grupy Przedsiębiorców Przemysłu Lotniczego „Dolina Lotnicza”. – To bardzo dużo, a trzeba pamiętać, że są to high-techowe miejsca pracy.

By mieć dostęp do wykwalifikowanej kadry, firmy z branży lotniczej postanowiły zaangażować się w proces edukacji. Stworzyły zintegrowany system edukacyjny działający na rzecz przemysłu lotniczego, który obejmuje uczelnie wyższe, szkoły średnie, ale też szkoły podstawowe.

Mówimy o dzieciach 7-10-letnich – opowiada Marek Darecki. – Chcemy wzbudzić w nich miłość do techniki, więc od pięciu lat prowadzimy Politechnikę Dziecięcą, gdzie co dwa tygodnie w soboty mamy kilkugodzinny segment kursów. Rocznie kształcimy w ten sposób około tysiąca dzieci.

W ostatnim tygodniu o inwestycji w edukację w regionie poinformowała amerykańska korporacja United Technologies Corporation.

Dla tych przyszłych inżynierów i techników przedsiębiorcy z Doliny Lotniczej chcą na Podkarpaciu zbudować eksploratorium, mniejsze niż warszawskie Centrum Nauki Kopernik, ale również pozwalające dzieciom na praktyczne rozwijanie zainteresowań naukami ścisłymi. Jak podkreśla Darecki, zacznie to wkrótce przynosić efekty, bo polskie firmy lotnicze na razie działają głównie jako podwykonawcy, jednak będzie się to systematycznie zmieniać.

To są polskie firmy rodzinne, które głównie produkują – podkreśla prezes stowarzyszenia. – Produkują dla dużych korporacyjnych firm, jak Sikorski, Pratt & Whitney, Hamilton, Goodrich, niemieckie MTU czy francuska Snecma. To się jednak zmienia, bo teraz zaczynają mieć apetyt na prace badawczo-rozwojowe.

Przedsiębiorcy z Doliny Lotniczej współpracują z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju, żeby zwiększyć wydatki małych i średnich firm na badania i rozwój, tak by mogły one przejść od produkcji do tworzenia polskich konstrukcji i wynalazków. W programie INNOLOT na te cele przeznaczone zostało pół miliarda złotych.

Udało nam się uzyskać pewną pulę pieniędzy na małe i średnie przedsiębiorstwa – informuje Marek Darecki. – Udało nam się też zwiększyć finansowanie z 50 proc. do 80 proc. Jeżeli Narodowe Centrum Badań i Rozwoju dofinansowuje prace badawczo-rozwojowe w 80 proc., to zostaje bariera, którą można pokonać. Mały przedsiębiorca, który ma kilku pracowników, dzięki temu zatrudni pierwszego inżyniera, który będzie prowadził prace badawczo-rozwojowe.

Spółka z grupy Inter Cars buduje nowe centrum logistyczne w Zakroczymiu. Zatrudni kilkaset osób

0

CEO Magazyn Polska

Nawet 160 mln zł może wydać na nowe centrum logistyczne spółka Inter Cars. Inwestycja powstanie w Zakroczymiu koło Warszawy. Dzięki niej zostanie tam stworzonych kilkaset nowych miejsc pracy. Spółka liczy na stabilny rozwój we wszystkich segmentach rynku. Zamierza rozwijać szczególnie ofertę dla samochodów ciężarowych.

Obecnie spółka szuka głównego wykonawcy centrum logistycznego. Po zakończeniu tego procesu zostanie uruchomiony proces inwestycyjny.

Nowe centrum będzie blisko obecnej siedziby Inter Cars – mówi agencji informacyjnej Newseria Robert Kierzek, prezes zarządu Inter Cars. – Jest to inwestycja w strefie ekonomicznej. Powstaną nowe magazyny o powierzchni około 40 tys. mkw. z nowoczesną logistyką wewnątrzmagazynową i systemem sorterów.

Wartość inwestycji szacowana jest na około 160 mln zł. Jak podkreśla Kierzek, dzięki niej powstanie kilkaset nowych miejsc pracy.

Wszystkie inwestycje powinny dać nam bardzo mocne podstawy do dalszej ekspansji zarówno w Polsce, choć tu mamy mocną pozycję, jak i w innych krajach europejskich – zapowiada prezes Inter Cars.

Sprzedaż Inter Cars w październiku przekraczała 346 mln zł i była o ponad 13 proc. wyższa niż rok wcześniej. Lokomotywą tego wzrostu jest sprzedaż zagranicznych spółek dystrybucyjnych, która łącznie przekraczała 129 mln zł i była o 36 proc. wyższa niż w październiku 2013 roku. W Polsce dynamika wyniosła 11,7 proc.

Stawiamy na mocny rozwój produktów monokulturowych. Są to produkty, takie jak opona, olej czy akumulator – podkreśla Robert Kierzek. – Dzięki naszej strategii „one stop shop” znacznie zwiększyliśmy udziały w sprzedaży tych produktów.

Bardzo istotne dla firmy będzie również poszerzenie oferty dla samochodów ciężarowych.

Mówimy o całej ofercie, czyli materiałach eksploatacyjnych, materiałach naprawczych, elementach hamulcowych, jak klocki, tarcze, filtry, oraz oczywiście wszelkiej maści częściach naprawczych, częściach zawieszenia i częściach do układów pneumatycznych – deklaruje prezes Inter Cars. – Spółka zależna Inter Cars, czyli spółka Q-Service Truck, dostaje w tej chwili autoryzację na naprawę i serwis skrzyń automatycznych do pojazdów ciężarowych i tym też będziemy się w przyszłym roku intensywnie zajmować.

Jak podkreśla prezes, spółka stale rozwija platformę Motointegrator.pl., która jest połączeniem sprzedaży części wraz z usługą. Serwis ten jest szczególnym ułatwieniem dla kierowców w sezonie zmiany opon.

Inter Cars jest największym dystrybutorem części zamiennych do samochodów w naszym regionie Europy. Jest też sprzedawcą motocykli Triumph i Ducati. Spółka ma obecnie 168  filii oraz 162 oddziały zagraniczne w 12 państwach. Do Inter Cars należy koncept sieci ponad 1000 warsztatów naprawiających samochody osobowe i motocykle oraz 90 zajmujących się ciężarówkami.

W III kwartale przychody ze sprzedaży Inter Cars wzrosły do 997 mln zł i były o ponad 52 mln wyższe niż rok wcześniej. Skonsolidowany zysk netto spółki przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej sięgnął 56,2 mln zł i był o przeszło 6 mln zł wyższy niż w tym samym okresie 2013 roku. Po trzech kwartałach spółka zarobiła prawie 142 mln zł. Na jedną akcję spółki przypada więc po tym okresie ponad 10 zł zysku, to o ponad 2 zł więcej niż przed rokiem.

Jeszcze za wcześnie, żeby składać jakieś deklaracje dotyczące dywidendy – zaznacza Robert Kierzek. – Decyzje na pewno niedługo zapadną i o tym fakcie poinformujemy wszystkich naszych akcjonariuszy.

W 2014 roku walne zgromadzenie akcjonariuszy spółki przeznaczyło na dywidendę ponad 10 mln zł z niemal 146 mln zysku za 2013 rok. To oznaczało wypłatę 0,71 zł na jedną akcję.

Amica chce w przyszłym roku urosnąć o kilkanaście procent. Liczy na rynek brytyjski, a Wschód wciąż jest niewiadomą

0

CEO Magazyn Polska

Amica Wronki zakłada w 2015 roku wzrost sprzedaży na poziomie kilkunastu procent. To mniej niż w tym roku, gdy producentom pomogło zniknięcie z rynku jednego z konkurentów. Za granicą problemem jest Rosja, gdzie spółka ma problemy z rentownością na skutek dramatycznego spadku kursu rubla. Nadzieje na wzrost sprzedaży budzi za to rynek brytyjski.

Myślę, że w tym roku pokażemy wzrost ponad 20-proc., w przyszłym takie wyniki będą jednak trudniejsze do uzyskania, dlatego kilkanaście procent będzie dla nas celem ambitnym – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych spółki Amica Wronki.

W III kwartale sprzedaż spółki wzrosła nawet trzydziestokrotnie, podobną dynamikę w całym roku odnotują niektóre segmenty. Na wyniki spółki duży wpływ miało jednak ogłoszenie w lutym br. upadłości wrocławskiej fabryki FagorMastercook, głównego konkurenta na polskim rynku. Jak zauważa Kocikowski w 2015 roku nie będzie już tego efektu, stąd też niższe oczekiwania wzrostu. W dodatku komplikuje się sytuacja na Wschodzie, gdzie spółka wysyła znaczące ilości produktów.

W Rosji sytuacja ciągle wygląda dość dobrze, tzn. wolumenowo sprzedaż nie spada – przekonuje Kocikowski. – Natomiast rzeczywiście mamy problemy z rentownością, wynikają one z tego, że kurs rubla do euro czy złotego znacząco się obniżył i nie jesteśmy w stanie kompensować tego spadku podwyżkami cen. W związku z tym na pewno rentowność, porównując do ubiegłego roku, będzie niższa. Również przyszły rok nie będzie należał do najlepszych, bo cały rynek już nie będzie rósł tak jak w br.

Od początku roku kurs rubla do euro i złotego osłabił się o 31 proc., zaś do dolara nawet o 38 proc.

Według CECED, komitetu europejskich producentów sprzętu AGD, rynek produktów gospodarstwa domowego wzrósł w br. o około 10 proc. W tym czasie zwiększyła się sprzedaż spółki w większości kategorii objętych badaniem.

Trudno także przewidywać, co będzie się działo na Ukrainie – zauważa Wojciech Kocikowski. – Na razie rok do roku także tam pokazujemy wzrosty. Natomiast cała część wschodnia tego kraju jest właściwie wyłączona z handlu. Być może to się zmieni.

Spośród rynków wschodnich spółka dostrzega natomiast duże perspektywy rozwoju na Białorusi.

To jest inny rynek, na który weszliśmy dopiero rok temu i w związku z tym nasze wolumeny są tam na razie bardzo niskie – zauważa Wojciech Kocikowski. – Każdy z rynków wschodnich rządzi się swoimi prawami. Ale Rosja jest specyficzna ze względu na sytuację polityczną.

Natomiast największym rynkiem zachodnim są obecnie dla spółki Niemcy, później Skandynawia, a na trzecim miejscu – Wielka Brytania.

Wydaje nam się, że właśnie rynek brytyjski ma największy potencjał i tam w przyszłym roku powinniśmy pokazać kilkadziesiąt procent wzrostu, podobnie jak w tym roku – prognozuje Kocikowski. – Będziemy oferować tam na przykład kuchnie dwupiekarnikowe, których nigdzie dotąd nie sprzedawaliśmy. Oczywiście, zawsze zakładamy nowe produkty i w przyszłym roku też pojawi się całkowicie nowa linia produktów kuchennych w szerokim asortymencie ,począwszy od kuchni do zabudowy, a skończywszy na płytach grzejnych.

Jak podkreśla, przedsiębiorstwo będzie koncentrować się raczej na rynkach europejskich.

Być może jakieś niewielkie transakcje będziemy robić poza Starym Kontynentem, ale naszym głównym rynkiem będzie Europa – twierdzi Wojciech Kocikowski. – Na Wschodzie będziemy w dalszym ciągu oferować sprzęt pod marką Hansa, w Skandynawii – Gram, a na innych rynkach albo Amica, albo pod markami dystrybutorów.

Omnichannel – symbiotyczna relacja z klientem to przyszłość bankowości?

Smartfon i tablet to już nie tylko gadżety. To niezbędne w codziennym życiu narzędzia, z którymi rosnąca liczba osób nie potrafi i nie chce się rozstawać. Zastępują nam kalendarz, odtwarzacz multimedialny, aparat fotograficzny i coraz częściej również portfel. Czy banki są gotowe na to by wykorzystać ten potencjał? Czy będą potrafiły wejść na wyższy poziom obsługi klienta i multichannel zastąpić bardziej kompleksowym podejściem omnichannel?

Jak wynika z badania TNS „Smartfonizacja Polaków” już 44 procent badanych ma telefon umożliwiający korzystanie z Internetu i rozmaitych aplikacji. Relatywnie rzadko używamy tych urządzeń do dzwonienia. – Przeciętny posiadacz smartfona rozmawia z jego pomocą zaledwie przez 12 minut i 6 sekund dziennie. Więcej czasu poświęca na przeglądanie stron internetowych – niemal 25 minut, korzystanie z social media – ponad 17 minut, a także słuchanie muzyki i gry – tłum – mówi Lubomir Stojek, Application Delivery Management, HP Software CEE. Jak przewiduje HP Software, do 2016 roku klient będzie się kontaktował ze swoim bankiem za pomocą telefonu średnio 20-30 razy w miesiącu, 7-10 razy z wykorzystaniem komputera lub tabletu i zaledwie raz, dwa razy w roku tradycyjnie, w oddziale.

Bank musi być online

Chociaż część klientów banków pozostaje przywiązana do placówek, bywamy w nich coraz rzadziej. Młodsze pokolenie wraca do oddziałów w takich sytuacjach, jak zaciąganie kredytów hipotecznych czy wyjątkowo ważne inwestycje. Na co dzień wymaga prostego dostępu do wszystkich funkcjonalności konta o każdej porze dnia i w każdym miejscu.

– Rozwój technologii i ich stałe upowszechnianie, a także wiążące się z tym zmiany w przyzwyczajeniach konsumentów to jedne z najważniejszych wyzwań dla współczesnych banków. Obsługa klienta staje się coraz bardziej złożonym procesem – wieloaspektowym i wieloskładnikowym, choćby ze względu na liczbę dostępnych kanałów komunikacji – mówi Mieczysław Groszek, wiceprezes Związku Banków Polskich i przewodniczący Rady Programowej IT@BANK 2014. – Procesy komunikacji oraz dystrybucji usług muszą się przenikać. Efektem powinna być taka koordynacja działań banku, by zapewnić klientowi jednolite doświadczenia we wszystkich kanałach – dodaje M. Groszek

Multichannel nie wystarcza

Do niedawna wydawało się, że odpowiedzią na to wyzwanie będzie podejście multichannel. Zgodnie z nim, większość banków stara się proponować klientowi dostęp do usług w różnych kanałach. Obecnie już nie tylko rozbudowana bankowość internetowa, ale także aplikacje na smartfony i tablety są na polskim rynku raczej obowiązującym standardem niż ekstrawagancją. Omnichannel to kolejny krok na drodze cyfrowej ewolucji. Zakłada taką integrację wszystkich kanałów i platform, by użytkownik nie musiał zastanawiać się czy dana usługa jest dostępna w ramach bankowości mobilnej, czy nie. Celem ma być jego maksymalny komfort, a wybór kanału powinien zależeć wyłącznie od indywidualnych preferencji.

– Klient oczekuje coraz częściej, by historia kontaktu z bankiem za nim „szła” bez względu na kanał. W niedalekiej przyszłości powinniśmy móc rozpocząć jakąś operację, komunikując się z bankiem przez telefon, a skończyć za pomocą bankowości internetowej, jeśli tylko tak będzie nam wygodniej – mówi Dariusz Żurakowski, dyrektor Departamentu Business Intelligence w BGŻ S.A.

Omnichannel to podejście „klientocentryczne” polegające na rozwinięciu bankowości wielokanałowej w taki sposób by zmaksymalizować prostotę, wygodę i bezpieczeństwo korzystania ze wszystkich dostępnych kanałów. Tak, jak zaciera się granica między zakupami online, a tradycyjnymi – klienci coraz częściej oglądają towar w sklepie, jednocześnie sprawdzając przy użyciu smartfona opinie na jego temat by ostatecznie kupić go w Internecie – tak coraz mniej zauważalny będzie podział na bankowość w oddziale, w Internecie i bankowość mobilną.

Przyszłość to everyday bank?

Obecnie przy użyciu telefonu realizujemy głównie proste transakcje. Banki rzadko wykorzystują ten kanał do sprzedaży. Karol Mazurek, dyrektor zarządzający w Accenture widzi przyszłą rolę banków jeszcze szerzej. – Omnichannel to element ewolucji do everyday banku, który pomaga nam załatwiać codzienne sprawy. Może być dostawcą usług i integratorem ofert, nie tylko w obszarze finansowym, sercem ekosystemu dostarczającego klientom różnego typu produktów – tłumaczy.

Część banków już stara się podążać w tym kierunku, choćby poprzez oferowanie swoim klientom rozmaitych zniżek w oparciu o geolokalizację. Czy zatem omnichannel jest przyszłością bankowości?  – Polski rynek jest już na to gotowy pod względem technologicznym. Banki są jednak dopiero na początku drogi i z pewnością cały sektor może wiele skorzystać analizując przykłady z innych branż, takich jak e-commerce. Bardzo prawdopodobne, że już za kilka lat integracja wszystkich kanałów będzie standardem, trzeba jednak pamiętać, że oprócz omnichannel jest szereg innych innowacyjnych trendów, które mogą nagle zacząć zmieniać rynek z niespodziewaną dynamiką – mówi Mieczysław Groszek, ZBP.

Wypowiedzi ekspertów pochodzą z panelu dyskusyjnego „Omnichannel”, który odbył się podczas konferencji IT@BANK 20.11.2014 r.

Assessment center – czy jest się czego bać?

Twój samolot rozbija się na środku pustyni. Nie masz z nikim łączności. Przed Tobą perspektywa mroźnej nocy we wraku lub wędrówki w nieznane w poszukiwaniu pomocy. To nie scenariusz nowego filmu z Tomem Cruisem, ale typowe zadanie z assessment center, czyli jednej z metod rekrutacji, która pozwala na wszechstronne sprawdzenie kandydata do pracy.

Oczywiście pierwszym etapem rekrutacji w przeważającej większości przypadków jest selekcja kandydatów na podstawie CV. Nie zawsze jednak osoba z najbogatszym życiorysem najlepiej nadaje się na określone stanowisko. Jednym z najskuteczniejszych sposobów na zweryfikowanie kompetencji, którymi chwalą się kandydaci, jest assessment center.

Czego się spodziewać?

Najczęściej z takiej metody korzystają duże korporacje, ale coraz częściej sięgają po nią także mniejsze firmy. To dlatego, że ma ona ogromną przewagę nad zwyczajną rozmową kwalifikacyjną. Wiele pytań zadawanych podczas rozmów można przewidzieć, przez co łatwiej się do nich przygotować. W efekcie trudno jest sprawdzić, jak kandydat radzi sobie w nowych sytuacjach, poznać jego metody działania i to, jak radzi sobie w zespole.

Natomiast assessment center daje taką możliwość. To nie tylko rozmowa, to przede wszystkim szereg różnorodnych zadań, zarówno bezpośrednio związanych z danym stanowiskiem, jak i bardziej ogólnych, dotyczących umiejętności miękkich.

W ramach assessment center zazwyczaj spotkać można trzy typy zadań: testy dotyczące kompetencji (np. testy językowe, testy na inteligencję) indywidualne zadania pisemne dla kandydatów (np. stworzenie planu działania w danej sytuacji) oraz zadania grupowe (zabawa w rozbitków, zadania negocjacyjne).

Jednym z popularnych zadań pisemnych dla kandydata jest tzw. koszyk zadań. Kandydat ma wcielić się w rolę osoby decyzyjnej w firmie, zapoznać się z kilkunastoma dokumentami dotyczącymi różnorodnych kwestii i na ich podstawie ułożyć plan działania. Zadanie jest dość skomplikowane: dokumenty zależą od siebie, niektóre dotyczyć mogą spraw prywatnych (np. mail od żony, że trzeba zamiast niej odebrać dzieci ze szkoły), inne zaś wymagają kontaktu z osobą, która przebywa na urlopie. Dodatkowo kandydat pracuje pod presją czasu. Pozwala to sprawdzić jak kandydat radzi sobie ze stresem, czy potrafi delegować zadania i ustalać priorytety oraz czy jego praca jest metodyczna.

Z kolei negocjacje to zadanie grupowe, gdzie kilku kandydatów musi wypracować wspólne rozwiązanie, zwykle dotyczące przyznania jednemu z nich dofinansowania. Każdy kandydat reprezentuje inną firmę lub jednostkę, której interesów musi bronić, ale przy zachowaniu zasad zdrowego rozsądku. Podczas tego zadania oceniane jest czy kandydat potrafi współpracować z innymi, czy proponuje różne rozwiązania oraz za jaką cenę jest w stanie zrezygnować ze swojego stanowiska.

– Wielu kandydatów sądzi, że w tym zadaniu muszą wygrać, by dostać jak najwięcej punktów. Jest to częsty błąd –  zapewnia Marta Buzalska, specjalistka z portalu kariery Care-er.pl. – Firmy najczęściej poszukują osób otwartych na dialog i innowacyjnych, nie zaś uparcie trwających przy własnym zdaniu. W przypadku assessment center bardzo przydają się wszelkie umiejętności, także te interpersonalne, dlatego warto uczestniczyć w szkoleniach i warsztatach, które np. rozwijają umiejętności miękkie lub uczą zarządzania czasem.

Jak się przygotować?

Do assessment center warto się przygotować, choć w tym przypadku kandydat powinien wykazać więcej inwencji, niż przygotowując się do „zwykłego” spotkania rekrutacyjnego.

Tak jak przed typową rozmową o pracę, przede wszystkim należy zapoznać się z informacjami o firmie i jej produktach lub usługach. To daje dużą przewagę i pozwala zachować pewność siebie w stresującej sytuacji. Samo to może jednak nie wystarczy, dlatego warto na przykład zainteresować się wydawnictwami branżowymi, by poznać aktualne trendy w dziedzinie związanej z ewentualną, nową pracą. Dobrze jest także poznać nazwiska ekspertów z branży, ich główne osiągnięcia i najpopularniejsze wypowiedzi.

Jeśli termin assessment center jest dość odległy, można wziąć pod uwagę udział w szkoleniu, niekoniecznie odpłatnym. Istnieje wiele ofert darmowych lub częściowo finansowanych z UE kursów, które mogą być prawdziwym asem w rękawie na rynku pracy. Aby szybko zorientować się w dostępnych na rynku kursach, warsztatach, czy konferencjach, warto wziąć pod uwagę portale związane z karierą, które w jednym miejscu zbierają tego typu informacje.

To, co może być dla kandydata najtrudniejsze, to samodzielne zweryfikowanie swoich umiejętności miękkich, podczas gdy w dużych firmach zgrany zespół i dobra komunikacja bardzo często są nie mniej istotne niż doświadczenie. Dlatego wybierając się na assessment center należy pamiętać, że poza twardą wiedzą, ważne będzie także kulturalne zachowanie, okazywanie zainteresowania i zaangażowania, a także otwartość na innych.

– Pracownik o ogromnej wiedzy, który nie umie współpracować z innymi i powoduje konflikty, może mniej przysłużyć się firmie niż osoba chętna do nauki, która dobrze czuje się w zespole – zauważa ekspert Care-er.pl.

Wiele firm organizuje także warsztaty lub spotkania dla osób zainteresowanych pracą (przykładem mogą być poznańskie WorkGate) – dlatego kandydaci powinni na bieżąco śledzić informacje ze swojej branży. Przede wszystkim należy jednak pamiętać, że najlepszy pracownik to taki, który łączy wiele różnych umiejętności, jest otwarty na współpracę i nastawiony na rozwój.

Apator rozważa współpracę strategiczną z innowacyjnymi firmami z branży

CEO Magazyn Polska

Apator, producent inteligentnych systemów opomiarowania, uważa prace nad tworzeniem nowych generacji produktów za kluczowe dla swojego rozwoju i konkurencyjności. Dlatego firma inwestuje we własne badania i rozważa przejęcia lub strategiczną współpracę z zagranicznymi przedsiębiorstwami, których prace badawcze mogą ją wspierać.

– Przyglądamy się kilku firmom technologicznym, które dysponują komplementarnymi technologiami z zakresu opomiarowania mediów mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Szostak, prezes zarządu, dyrektor generalny Apatora. – Jeśli udałoby się nam w nie zainwestować lub je przejąć, to zaowocowałby to nie tylko pojawieniem się nowego produktu, lecz także uzyskaniem dostępu do nowych rynków, które bazują na tych technologiach, których my jeszcze nie mamy. Pozyskalibyśmy wtedy również ludzi, którzy tworzą te produkty, a oni zasililiby nasze działy R&D.

O ile Apator rozważa tego typu akwizycje, o tyle żadnej konkretnej nie wskazuje. Na razie są one bowiem na etapie na tyle wczesnym, że nie ujęto ich nawet w budżecie spółki na przyszły rok. Jak podkreśla prezes, na przełomie roku nie będzie jeszcze wystarczających przesłanek do tego, żeby którąkolwiek z tych transakcji w nim ująć.

Analitycy, inwestorzy, którzy często nas odwiedzają, wiedzą o tym, że prowadzimy rozmowy z różnymi firmami, które podobają się nam z tych czy innych względów, na temat których uważamy, że szybciej pozwolą nam zrealizować strategię, którą opublikowaliśmy. Zatem rozmowy są prowadzone, ale jest jeszcze za wcześnie na konkrety – zastrzega.

W działach R&D (Research and Development, badania i rozwój) Apatora pracuje około 100 osób, które zajmują się wszystkimi typami liczników produkowanych przez spółkę: obsługują zarówno opomiarowanie energii elektrycznej, jak i opomiarowania gazu, wody i ciepła.

– Spółka w tej chwili jest na etapie industrializacji czy komercjalizacji technologii otwartych, które już są na rynku podkreśla Andrzej Szostak. – Musimy to zrobić, by chronić swój rynek i stwarzać sobie nowe szanse sprzedaży naszych produktów w kraju i za granicą.

Na rynku liczników inteligentnych, które nie tylko mierzą zużycie, lecz także analizują jakość dostarczanych mediów i przekazują te dane dystrybutorowi, nadążanie za rozwojem technologii jest konieczne, by sprostać konkurencji.

– Nasz portfel projektów po stronie R&D jest głównie wypełniony tego typu zadaniami oraz dostosowaniem tych otwartych technologii do wymogów klientów na poszczególnych rynkach, bo nie są to rozwiązania, które sprzedaje się z półki czy z pudełka informuje  prezes Apatora. – To są rozwiązania bardzo zindywidualizowane, które mimo że mają wspólną platformę technologiczną, muszą być skonfigurowane pod konkretnego klienta.

Prezes Apatora podkreśla, że spółka inwestuje we własne działy R&I. Liczy też na to, że wraz z transakcjami, które planuje zrealizować, oraz organizowaną współpracą z firmami zagranicznymi, możliwości przedsiębiorstwa będą lepiej wykorzystane.

 – Liczę na to, że inne zespoły, które mamy na uwadze, zasilą skład naszych zespołów. Mam też nadzieję, że będziemy coraz bliżej się przyglądać realizowanym przez nas procesom pod kątem tego, co możemy robić sami, a co może być przedmiotem outsourcingu  – zaznacza.

Rynek druku i ksero maleje o kilka procent rocznie

Kopiowanie i drukowanie dokumentów to dla firm spore wydatki. Nowe technologie pozwalają jednak ograniczyć je niemal o połowę. Dla producentów tradycyjnych urządzeń biurowych to poważne wyzwanie, ale też szansa na utrzymanie, a nawet zwiększenie udziałów w rynku.

– Borykamy się z tym, że rynek drukowania i kopiowania maleje mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Kozdryk, dyrektor handlowy Xerox Polska. – To jest około 3 proc. w skali roku. Dlatego musimy trochę odejść od tego modelu, który mieliśmy do tej pory i w regionie, i w Polsce, czyli od sprzedawania urządzeń i prostych usług z tym związanych.

W zamian Xerox, który ma w regionie ok. 28-proc. udział w rynku, chce oferować swoim klientom urządzenia oraz usługi pozwalające na optymalizację procesów związanych z dokumentami, zarządzania dokumentami. Nowy model to „Next Generation MPS”.

– Odchodzimy od tradycyjnych modeli, takich jak drukowanie czy kopiowanie, chyba że w formie usługi outsourcingowej, czyli z finansowaniem. Idziemy w stronę optymalizacji procesu pracy z dokumentami, zarządzania dokumentami i efektywności korzystania z dokumentów w formie elektronicznej zapowiada Rafał Kozdryk.

Unowocześnienie tradycyjnego obiegu dokumentów w firmie może oznaczać oszczędności dla przedsiębiorstw. Dotychczasowe metody polegające na powielaniu i rozsyłaniu papierów były bardzo kosztowne. Według szacunków Xeroksa usprawnienia dają tu realne oszczędności.

Kilka procent wydatków dużych przedsiębiorstw jest związanych z drukiem i kopiowaniem ocenia dyrektor handlowy Xerox Polska. – To jest sytuacja, która w przypadku dużych przedsiębiorstw przekłada się na bardzo duże pieniądze. W związku z tym Xerox już od dawna ma ofertę związaną z optymalizacją, ale nie tylko optymalizacją procesów, lecz także kosztów. To zaczyna się oczywiście audytem i wypracowaniem specyficznego modelu dla firmy, który pozwoli tej firmie oszczędzić pieniądze, a są to oszczędności nawet rzędu 40 proc.

Dla Xeroksa nowe rozwiązania dla firm to nie tylko szansa na utrzymanie się na rynku, lecz także na rozwój, i to w dwucyfrowym tempie.

Nasza strategia sprzedażowa w Polsce jest budowana na następne trzy lata. Zakłada jeden główny cel: musimy rosnąć dwucyfrowo – podkreśla dyrektor Rafał Kozdryk z Xerox Polska. – Pracujemy nad nową ofertą, pracujemy nad wsparciem pokrycia rynku i nad zespołami sprzedaży, wszystko po to, by można było ten wynik osiągnąć.

Przedsiębiorcy próbują obniżyć rachunki za prąd

0

Ceny energii w kolejnych latach będą rosły, wraz ze wzrostem zapotrzebowania na jej zużycie – wynika z szacunków różnych firm i instytucji. To skłania przedsiębiorców do szukania oszczędności. Pomóc może nie tylko zmiana dostawcy na tańszego, lecz także wdrażanie rozwiązań, które pozwolą ograniczyć zużycie prądu.

Jak podkreślają przedstawiciele spółki Elektromont, ceny energii w Polsce należą do najwyższych w Europie. Wraz ze wzrostem zapotrzebowania na energię będą w dalszym ciągu szły w górę. Prognozy różnych firm i instytucji mówią o kilkuprocentowym wzroście rocznie.

Dlatego przedsiębiorcy szukają możliwości oszczędzania – ich świadomość w tym zakresie jest coraz większa.

Należy się zastanowić nad tym, czy nie wymienić źródeł światła. W perspektywie ponad 3 lat opłaca się zastosować oświetlenie wykorzystujące oprawy LED-owe. Musimy także zastanowić się nad instalacjami sterującymi tym oświetlenie, by dopasować je do warunków panujących na zewnątrz – wyjaśnia Jerzy Rymarowicz, wiceprezes zarządu Elektromont, spółki zajmującej się kompleksowymi usługami w zakresie instalacji elektrycznych.

Tylko regulacja oświetlenia uwzględniająca zmiany światła dziennego może dać oszczędność ponad 30 procent, wykorzystanie czujników ruchu może pozwolić na redukcję zużycia energii o 40 procent. Zastosowanie obu tych urządzeń pomoże zredukować pobór energii nawet o 50 procent. Jeśli dodatkowo sterowanie zegarowe, uzależnione od światła dziennego, przedsiębiorca połączy z działaniem żaluzji, ogrzewania, klimatyzacji czy wentylacji, oszczędności będą jeszcze większe.

Mamy sporo przykładów, choćby z rynku niemieckiego, na którym inwestorzy chcą to dzielić oświetlenie na sekcje, uzależniać je od oświetlenia zewnętrznego. Chcą sterować nim z zewnątrz, zdalnie, za pomocą telefonu – mówi Rymarowicz. – Możliwości oszczędzania jest wiele.

Dobrym sposobem jest też wymiana wyposażenia na bardziej efektywne energetycznie. Wymiana lodówki dla pracowników na model klasy energetycznej A++ pozwoli zaoszczędzić rocznie 55 procent energii.

Wśród innych przykładów firma Elektromont wymienia takie rozwiązania, jak montowanie kurtyn nocnych, które pozwolą zaoszczędzić energię np. w nocy, modernizacja systemów napędowych lub ich wymiana na silniki o podwyższonej sprawności. W zakładach produkcyjnych oszczędność w ciągu roku na jednym urządzeniu może sięgnąć 700 złotych. Jeśli wykorzystywanych jest więcej takich urządzeń, to firma może na tej operacji zaoszczędzić do kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Jak podkreśla Rymarowicz, wdrażanie nowoczesnych rozwiązań wiąże się z określonymi kosztami, jednak poczynione oszczędności dość szybko się zwracają.

Na podstawie analiz, które przeprowadzamy dla naszych inwestorów, możemy śmiało powiedzieć, że jeśli zastosujemy oświetlenie LED-owe, przy założeniu, że zakład pracuje w systemie trzyzmianowym, czyli oświetlenie świeci się cały czas, to stopa zwrotu zamyka się w trzech latach. Natomiast w przypadku kompensacji mocy biernej może się to zwrócić nawet po trzech miesiącach – wyjaśnia ekspert.

Jego zdaniem oszczędzanie energii najlepiej zacząć od analizy taryfy obowiązującej u dostawcy, z którego usług firma korzysta. Może się okazać, że na rynku dostępne są o wiele bardziej atrakcyjne oferty. Równie ważne jest ustalenie potrzeb i rozkładu zużycia energii, w czym pomóc może profesjonalny audyt.

Do 2018 roku globalny rynek leków wzrośnie do 1,3 bln dol.

Wartość globalnych wydatków na leki będzie rosnąć o 4-7 proc. rocznie, a w 2018 roku osiągnie poziom 1,28-1,31 bln dol. – prognozuje IMS Health. W Polsce popyt na farmaceutyki będzie się zwiększał szybciej niż na rynkach rozwiniętych, chociaż przewidywana dynamika nie przekroczy 4 proc. rocznie. Motorem wzrostu krajowego rynku będą szpitale z lekami terapeutycznymi stosowanymi w chorobach onkologicznych oraz zakaźnych.

Oczekujemy, że w 2018 roku liczony w cenach producenta globalny rynek leków osiągnie wartość 1,3 bln dolarów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Leoszkiewicz, specjalistka analiz w badającej rynek farmaceutyczny, biotechnologiczny i technologii medycznych firmie IMS Health. – W ciągu najbliższych pięciu lat średnioroczne tempo wzrostu ukształtuje się na poziomie od 4 proc. do 7 proc. Oczywiście nie będzie ono jednakowe w skali całego globu.

Do osiągnięcia prognozowanego wzrostu wartościowego w znacznym stopniu przyczynią się ten rok i następny. Powodem takich prognoz jest z jednej strony szeroko rozpowszechnione stosowanie leków specjalistycznych i innowacyjnych na rynkach rozwiniętych (USA, Japonia, Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania, Kanada, Korea Południowa), z drugiej – rosnąca świadomość chorych w zakresie dostępu do leczenia w krajach rozwijających się dynamicznie (m.in. Polska, Chiny, Brazylia, Rosja, Indie). W tym czasie nie będziemy mieć też do czynienia ze znaczącym poziomem wygasania ochrony patentowej na światowych rynkach leków.

W kolejnych trzech latach wzrost będzie umiarkowany.

Zakładamy, że za 40 proc. rynku odpowiedzialne będą farmaceutyki specjalistyczne stosowane w takich obszarach terapeutycznych, jak choroby onkologiczne, układu oddechowego oraz zakaźne – precyzuje Leoszkiewicz. – W ciągu najbliższych pięciu lat do sprzedaży trafi około 200 nowych leków. Przemawia za tym fakt, że obecnie bardzo wiele cząsteczek liniowych [wykorzystywanych podczas projektowania farmaceutyków – red.] jest w ostatniej fazie badań klinicznych, z czego 25 proc. to substancje stosowane w chorobach nowotworowych. Zatem ten segment rynku – naszym zdaniem – będzie głównym motorem wzrostu na świecie.

IMS Health szacuje, że wprowadzenie nowych leków w onkologii tylko w 2018 roku może przynieść 100 mld dolarów. Dla porównania leki stosowane w leczeniu wirusowego zapalenia wątroby typu C wygenerują taką kwotę w ciągu pięciu lat objętych badaniem.

Polska zalicza się do rynków rosnących, których dynamika wzrostu bliska jest wynikom gospodarek wysoko rozwiniętych państw Unii Europejskiej.

Wydaje nam się, że krajowy rynek może rosnąć w tempie blisko 4 proc. rocznie – przypuszcza Leoszkiewicz. – W Polsce głównym motorem wzrostu będą szpitale z lekami terapeutycznymi stosowanymi w chorobach onkologicznych czy zakaźnych. Oczywiście szczegółowa dynamika będzie zależała od wielu czynników.

1 stycznia 2015 roku wchodzą w życie ustawy z tzw. pakietu onkologicznego. Zawarte w nim rozwiązania mają poprawić jakość i dostępność opieki zdrowotnej poprzez m.in. zniesienie limitów w leczeniu nowotworów, wykrywanie chorób we wczesnym stadium i zapewnienie dostępu do informacji o tym, gdzie pacjent najszybciej może uzyskać konieczne świadczenie zdrowotne.

Ta zmiana na pewno znacząco wpłynie na dynamikę – ocenia Katarzyna Leoszkiewicz z IMS Health.

Polski rynek farmaceutyczny, biotechnologiczny i technologii medycznych wyceniany jest na około 22 mld zł. 40 proc. zajmują na nim leki generyczne (zamienniki oryginalnych), tylko 35-40 proc. to produkty innowacyjne. Pozostałą część stanowią specyfiki z wolnego obrotu, sprzedawane bez recepty (OTC, z ang. Over The Counter Drugs, czyli leki bez recepty lekarskiej, w tym suplementy diety, które stanowią jedną z najszybciej rosnących kategorii). IMS Health szacuje, że w br. Polacy kupią o ok. 4 proc. więcej farmaceutyków niż w ubiegłym roku.

Polacy wśród społeczeństw najlepiej posługujących się językiem angielskim

Coraz więcej Polaków biegle posługuje się językiem angielskim. W rankingu English Proficiency Index Polska znalazła się na 6. miejscu, tuż za krajami skandynawskimi i Holandią. Z raportu inicjatora rankingu organizacji Education First wynika, że w niemal wszystkich krajach językiem angielskim zdecydowanie lepiej posługują się kobiety.

Według English Proficiency Index język angielski najlepiej opanowali mieszkańcy wszystkich krajów skandynawskich oraz Holandii. Na pierwszym miejscu znalazła się Dania. Polska zajęła szóste miejsce, wyprzedzając takie kraje, jak Niemcy czy Szwajcaria. W stosunku do poprzedniej edycji badania Polska poprawiła swoją pozycję o dwa miejsca.

W ciągu ostatnich trzy lata, czyli od momentu kiedy zaczęliśmy prowadzić ten ranking, Polska nieustannie poprawia swoją pozycję. Sam ranking jest bardzo skorelowany z rozwojem gospodarczym, różnymi indeksami rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, penetracją internetu i łatwością robienia biznesu. Te wszystkie zależności bardzo dobrze widać – mówi Piotr Majdan, country manager Education First, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

W trzeciej edycji rankingu EPI Polska zajmowała 8. miejsce, a wyprzedzała ją m.in. Austria. W 2014 roku Austria spadła na siódme miejsce. Obecnie regiony o najsłabszych kompetencjach w zakresie znajomości języka angielskiego to Bliski Wschód oraz Azja Południowo-Wschodnia. Ranking zamykają takie kraje, jak Libia, Arabia Saudyjska, Irak oraz Kambodża.

W krajach, w których łatwość zakładania firmy czy prowadzenia przedsiębiorstwa, opodatkowanie, system fiskalny są proste, tam ludzie najlepiej mówią w języku angielskim. Polska zachowuje te proporcje, kraje skandynawskie mają te systemy najłatwiejsze. Bardzo się cieszę z tego, że Polska do tej grupy dołącza – mówi Piotr Majdan.

Wyniki są zróżnicowane ze względu na wiek i płeć. Najlepiej angielskim posługują się ludzie młodzi. Widać to szczególnie w Polsce. Niemal we wszystkich krajach poddanych badaniu językiem angielskim znacznie lepiej posługują się kobiety niż mężczyźni. Polska nie jest w tym przypadku wyjątkiem.

English Proficiency Index to największy międzynarodowy ranking, którego celem jest zmierzenie stopnia znajomości języka angielskiego w krajach, w których nie jest to język urzędowy. W tym roku badanie zostało przeprowadzone po raz czwarty. W tej edycji wzięło udział ponad 750 tys. osób powyżej 18. roku życia. Ranking uwzględnia 63 kraje z całego świata.

Griffin Real Estate negocjuje zakup dwóch biurowców na rynku wtórnym poza Warszawą. W stolicy inwestuje w centrum Jupiter i historyczną halę Koszyki

0

CEO Magazyn Polska

Griffin Real Estate finalizuje zakup dwóch biurowców w miastach regionalnych. Spółka inwestuje również w Katowicach, gdzie w miejscu Supersamu wybuduje biura i sklepy. Podobną przestrzeń stworzy w warszawskiej hali Koszyki, i choć odbudowa tego miejsca rozpoczęła się niecałe dwa miesiące temu, to lokale w obiekcie są już w 1/3 wynajęte. 

Jesteśmy w tej chwili w trakcje kupowania dwóch biurowców w dwóch miastach regionalnych. Nie mogę powiedzieć na razie nic więcej, ale niedługo będziemy to ogłaszać – zaznacza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Przemysław Krych, prezes Griffin Real Estate.

Deklaruje jednocześnie, że jego firma, w zależności od stopnia opłacalności, będzie inwestować zarówno w budowy obiektów od zera, jak i w zakup gotowych budynków.

Kryterium to miało też decydujące znaczenie przy nadawaniu kształtu inwestycji w Katowicach. Inwestor prowadzi tam przebudowę Supersamu, przedwojennej hali targowej. Tam obok powierzchni handlowej Griffin postawił na przestrzeń biurową zamiast wcześniej planowanego kilkusalowego kina.

Czysta kalkulacja pokazała, że jesteśmy w stanie więcej zarobić na biurach niż na kinie ocenia Przemysław Krych. – Dlatego zdecydowaliśmy, że tę powierzchnię, którą mieliśmy wcześniej przeznaczoną na kino, przerobimy na biuro i w wyniku tego będziemy mieli 5 tys. mkw. powierzchni biurowej. Jak widać z rozmów, które prowadzimy w tej chwili z najemcami, jest duże zainteresowanie i wydaje się nam, że to poprawi zdecydowanie ekonomikę tego przedsięwzięcia.

Griffin Real Estate specjalizuje się w inwestycjach nietypowych. Do dewelopera należy m.in. wrocławski dom towarowy Renoma, zbudowany w latach 30., jeden z największych i najbardziej luksusowych domów handlowych przedwojennej Europy. W połowie października rozpoczęła się z kolei odbudowa warszawskiej hali Koszyki.

Inwestycja ma zostać otwarta w II kwartale 2016 roku i będzie miała 21 tys. mkw. powierzchni najmu.

– Wszystko przebiega bardzo dobrze – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Przemysław Krych, prezes Griffin Real Estate. – Jesteśmy zadowoleni, nie mamy żadnych opóźnień w budowie, także leasing idzie bardzo dobrze. W części handlowej jesteśmy na poziomie około 30 proc., to samo w części office&HASH39;owej, więc to jest bardzo dobry wynik jak na ten etap.

W tym roku Griffin nabył warszawskie centrum handlowe Jupiter oraz przylegające doń tereny. W sumie ponad 4 ha gruntów na granicy Śródmieścia i Woli. W 2019 ma tam stać nowa inwestycja.

– Pracujemy nad planem miejscowym, bo jeszcze go nie ma, tam jest studium informuje prezes Griffin Real Estate. – To jest obiekt, w którym będziemy się realizować, ale jest to projekt na lata 2017-2018.

NIK i Bank Światowy wspólnie o bezpiecznych drogach

Najwyższa Izba Kontroli i Bank Światowy chcą współpracować przy podnoszeniu bezpieczeństwa ruchu drogowego. Obie instytucje mają podobne wnioski i rekomendacje. O tym, jak przekonać polskie władze do ich realizacji, prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski dyskutował z Mariną Wes, szefową Biura Banku Światowego w Europie i Azji Centralnej.

Eksperci Banku Światowego, podobnie jak autorzy raportu NIK o bezpieczeństwie ruchu drogowego, za kluczowe uznają zidentyfikowanie jednego ośrodka odpowiedzialnego za całość przedsięwzięć na rzecz bezpiecznych dróg. Nie mniej ważne jest stabilne finansowanie takich działań. Obie instytucje dostrzegają też szansę na ograniczenie najpoważniejszych wypadków i kolizji w poprawie infrastruktury drogowej.

Eksperci Banku Światowego o poprawie bezpieczeństwa ruchu drogowego

Soames Job, ekspert Banku Światowego ds. międzynarodowego bezpieczeństwa drogowego, wskazał jako dobry przykład dla Polski rozwiązania przyjęte przez Szwecję. Oba kraje są podobne pod względem geograficznym. Szwedzi postawili na model dróg 2+1. To, co zrobili, polegało na poświęceniu w przypadku dróg czteropasmowych jednego pasa ruchu. W efekcie powstały drogi trzypasmowe z dwoma pasami w jednym kierunku i jednym w przeciwnym (wymiennie). Jezdnie z obu stron otoczone zostały ochronnymi barierami oraz wyraźnie od siebie oddzielone. Od 1990 roku przebudowano w Szwecji w ten sposób 2200 km dróg. Dodatkowo zaostrzono limity prędkości i położono nacisk na ich przestrzeganie. – Te działania przyniosły niesamowite rezultaty – komentuje Job. I podaje twarde liczby: śmiertelność w wyniku wypadków na drogach 2+1 spadła o ponad 90 procent.

Przebudowa dróg to jednak kosztowne i czasochłonne przedsięwzięcie. Radosław Czapski, koordynator Banku Światowego ds. transportu i infrastruktury, zwrócił uwagę na przypadki manipulowania przez inwestorów argumentem bezpieczeństwa drogowego. – Dlatego tak ważne jest istnienie jednego organu koordynującego, który będzie monitorował, planował, weryfikował i pilnował realizacji wszelkich działań na rzecz poprawy bezpieczeństwa ruchu – uważa Czapski. Dzięki temu państwo nie będzie trwoniło pieniędzy i czasu na niepotrzebne inwestycje.

Wnioski i rekomendacje Banku Światowego oraz NIK są podobne. Obie instytucje chcą współpracować przy ich promowaniu. – Łatwiej będzie nam przekonać decydentów w Polsce do niezbędnych zmian, kiedy będziemy mówili jednym głosem – zauważył podczas spotkania z przedstawicielami Banku prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski. Reprezentująca w naszym kraju BŚ Marina Wes zaprosiła na początek ekspertów z Najwyższej Izby Kontroli do udziału w spotkaniach dotyczących podnoszenia poziomu bezpieczeństwa na drogach. Eksperci Banku wezmą z kolei udział w planowanym przez NIK panelu ekspertów, który poprzedzi kontrolę zapewnienia bezpieczeństwa pieszym i rowerzystom. Obie instytucje chcą też współpracować przy projektach edukacyjnych dla użytkowników i zarządców dróg.

Spółki Grupy Azoty rozpoczynają wspólne pozyskiwanie pieniędzy na inwestycje. Niewykluczone są przejęcia

0

CEO Magazyn Polska

Skonsolidowana Grupa Azoty rozważa rozwój zarówno organiczny, jak i poprzez przejęcia na rynkach zagranicznych. Ponad półtora roku po połączeniu czterech dużych spółek chemicznych zakończyły się już pierwsze etapy integracji. Teraz Grupa pracuje nad wspólnym modelem finansowania inwestycji, strategią rozwoju oraz programem poprawy operacyjnej Azoty PRO, który ma przynieść 300 mln zł oszczędności rocznie.

Takie proste działania, które były do przeprowadzenia w ciągu kilku tygodni czy miesięcy po konsolidacji, zostały już zrobione. W tej chwili wyrazem naszej konsolidacji są projekty w trzech obszarach. Po pierwsze wieloletni wspólny model finansowania inwestycji, co oznacza to, że będziemy razem jako grupa pozyskiwać pieniądze na inwestycje na rynku od 2015 roku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria podczas Chemical Industry Forum Adam Leszkiewicz, prezes spółki Grupa Azoty Zakłady Azotowe Kędzierzyn.

Leszkiewicz dodaje, że cała Grupa Azoty zaczyna też wdrażać wspólny plan optymalizacji operacyjnej o nazwie Azoty PRO – Program Doskonałości Operacyjnej. W jego ramach koncern będzie szukał oszczędności oraz dążył do osiągnięcia lepszych wskaźników sprawności instalacji przemysłowych. Do 2017 r. program ma przynieść grupie 300 mln zł rocznie.

Trzeci element restrukturyzacji to stworzenie strategii inwestycyjnej oraz związanej z rozwojem Grupy. Leszkiewicz podkreśla, że w grę wchodzi nie tylko rozwój organiczny, lecz także przejęcia na rynkach zagranicznych spółek działających we wszystkich kluczowych dla Grupy Azoty sektorach. Największe grupy produktowe w ofercie Azotów to m.in. nawozy, tworzywa sztuczne, alkohole OXO i plastyfikatory.

I w Europie, i poza nią pojawiają się różne okazje, które analizujemy, a w stosownym czasie, jeżeli te projekty będą nabierać jakiegoś konkretnego kształtu, będziemy o nich informować rynek – podkreśla Leszkiewicz.

Rozwój, w tym również ewentualne przejęcia, mają być finansowane głównie za pośrednictwem banków. Leszkiewicz podkreśla, że takie założenie znajdzie się w budowanym modelu finansowym. Już teraz kierowana przez niego spółka Grupa Azoty ZAK zdobywa środki z państwowego Banku Gospodarstwa Krajowego. Pod koniec października spółka zawarła umowę na 256 mln zł kredytu terminowego na budowę elektrociepłowni, a wcześniej BGK sfinansował też uruchomienie ciągłej produkcji plastyfikatorów nieftalanowych.

Głównie w kredycie upatrujemy swojej szansy i na tym się skupiamy. Analizujemy w tej chwili oferty otrzymane od banków i wybierzemy najlepszy model. Zobaczymy, co w tych ofertach jest, bo być może będą tam pewne propozycje czy podpowiedzi i narzędzia warte zastosowania w naszej grupie – dodaje Leszkiewicz.

Xerox chce rosnąć dwucyfrowo. Ma w tym pomóc zarządzanie dokumentami

CEO Magazyn Polska

Kopiowanie i drukowanie dokumentów to dla firm spore wydatki. Nowe technologie pozwalają jednak ograniczyć je niemal o połowę. Dla producentów tradycyjnych urządzeń biurowych to poważne wyzwanie, ale też szansa na utrzymanie, a nawet zwiększenie udziałów w rynku.

– Borykamy się z tym, że rynek drukowania i kopiowania maleje mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Kozdryk, dyrektor handlowy Xerox Polska. – Rocznie około kilku procent, mówi się, że 3 proc. Dlatego musimy trochę odejść od tego modelu, który mieliśmy do tej pory i w regionie, i w Polsce, czyli odchodzimy od modelu sprzedawania urządzeń i ewentualnie prostych usług wokół tego.

W zamian Xerox, który ma w naszym regionie ok. 28-proc. udział w rynku, chce oferować swoim klientom urządzenia oraz usługi pozwalające na optymalizację procesów związanych z dokumentami i zarządzaniem nimi. Nowy model działania to „Next Generation MPS”.

– Odchodzimy od tradycyjnych zadań, jak drukowanie, kopiowanie, chyba że w formie usługi outsourcingowej, czyli z finansowaniem. Idziemy w stronę optymalizacji procesu pracy z dokumentami, zarządzania nimi i efektywności korzystania z dokumentów w formie elektronicznej zapowiada Rafał Kozdryk.

Unowocześnienie tradycyjnego obiegu dokumentów w firmie może oznaczać oszczędności dla przedsiębiorstw. Dotychczasowe metody polegające na powielaniu i rozsyłaniu papierów były bardzo kosztowne. Według szacunków Xeroksa usprawnienia dają tu realne oszczędności.

Kilka procent wydatków dużych przedsiębiorstw jest związanych z drukiem i kopiowaniem ocenia dyrektor handlowy Xerox Polska. – To jest sytuacja, która w przypadku dużych przedsiębiorstw przekłada się na bardzo duże pieniądze. W związku z tym Xerox już od dawna ma ofertę związaną z optymalizacją, ale nie tylko optymalizacją procesów, lecz także kosztów. To zaczyna się oczywiście audytem i wypracowaniem jakiegoś specyficznego modelu dla firmy, który pozwali jej oszczędzić pieniądze i to są oszczędności nawet rzędu 40 proc.

Dla Xeroksa nowe rozwiązania dla firm to szansa nie tylko na utrzymanie się na rynku, lecz także na rozwój, i to w dwucyfrowym tempie.

Nasza strategia w Polsce jest budowana na następne trzy lata, jeżeli chodzi o sprzedaż. Zakłada jeden główny cel: musimy rosnąć przynajmniej dwucyfrowo – podkreśla dyrektor Rafał Kozdryk z Xerox Polska. – Z tym wiąże się oczywiście wprowadzanie nowej oferty. Pracujemy nad nową ofertą, nad wsparciem pokrycia rynku i zespołami sprzedaży, a wszystko po to, by można było ten wynik osiągnąć.

M. Budzanowski: Inwestycje i nowe kontrakty gazowe mogą zapewnić Polsce niezależność energetyczną

CEO Magazyn Polska

Budowa i rozbudowa interkonektorów na czterech granicach, zwiększenie pojemności magazynowej, nowe kontrakty na import gazu płynnego z całego świata i zwiększenie krajowego wydobycia – takie kroki w kierunku zwiększenia niezależności energetycznej Polski postuluje Mikołaj Budzanowski, były minister skarbu państwa. Pozytywnie ocenia to, że PGNiG negocjuje z Gazpromem obniżkę cen gazu.

Bezwzględnie muszą powstać co najmniej cztery nowe inwestycje, czyli po pierwsze – nowe połączenie z Niemcami, połączenie z Czechami, które istnieje, ale musi zostać rozbudowane, oraz połączenie ze Słowacją i Litwą – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mikołaj Budzanowski, były minister skarbu państwa, obecnie wiceprezes ds. rozwoju Grupy Kapitałowej Boryszew.

Wszystkie cztery inwestycje są w planach spółki Gaz-System, która zarządza siecią gazociągów w Polsce. Jeszcze w tym roku powinna pojawić się decyzja Komisji Europejskiej o wysokości dofinansowania dla budowy interkonektora pomiędzy Polską a Litwą – koszt tej inwestycji jest szacowany na ponad 550 mln euro, z czego Polska zapłaci ponad 420 mln euro. Pozostałe projekty są na etapie przygotowania. Inwestycje związane z połączeniem Polski z Czechami i Słowacją znalazły się na liście projektów o znaczeniu wspólnotowym.

Budzanowski zwraca uwagę na to, że nie wystarczy lepsze połączenie Polski z sąsiadami. Musimy też zwiększyć pojemność magazynową gazu, bo w tej chwili w Polsce możliwości magazynowania błękitnego paliwa należą do najniższych w Europie. Zgodnie z danymi organizacji Gas Infrastructure Europe magazyny gazu w Polsce mogą pomieścić niemal 2,5 mld m sześc. gazu – dla porównania na Słowacji to ponad 3,1 mld m sześc. , w Czechach ‒ 3,5 mld m sześc. , a w Austrii ‒ niemal 7,8 mld m sześc. .

Ciągle brakuje nam pojemności magazynowej, by zabezpieczyć dostawy, a trzeba pamiętać, że mówimy o 6,5 mln gospodarstw domowych, które używają gazu, dotyczy to ponad 20 mln Polaków – podkreśla Budzanowski. Dodaje: ‒ Dzisiaj musimy skupić się na tym, żeby dokończyć budowę terminalu LNG i oddać go do użytkowania w połowie 2015 roku. Trzeba też już planować kolejne duże inwestycje, m.in. w magazyny.

Były minister zaznacza, że kontrakt z Qatargasem nie wykorzysta w pełni możliwości terminala LNG w Świnoujściu. PGNiG od kontrahentów z Kataru będzie kupować tylko 1,3 mld m sześc. gazu rocznie, a terminal może przyjąć nawet 5 mld m sześc. Dlatego według Budzanowskiego odbiorcy gazu lub traderzy powinni szukać nowych kontraktów na dostawę gazu płynnego.

Dziś trzeba już szukać tańszego gazu na różnych rynkach, np. afrykańskim, amerykańskim czy norweskim, nawet niewielkie ilości – podkreśla Budzanowski.

Podkreśla, że inwestycje infrastrukturalne wpłyną pozytywnie na dalszą liberalizację rynku gazu. W ocenie Budzanowskiego skłonienie przedsiębiorców do kupowania gazu na wolnym rynku, czyli poprzez giełdę, to kluczowy projekt w skali całej UE. Polska giełda gazu daje możliwość obniżenia ceny pozyskania gazu. To dotyczy 42 000 przedsiębiorstw. W 2014 r. średnia cena pozyskania gazu z giełdy była 10 % niższa od sztywnej taryfy dla przemysłu.

Budzanowski pozytywnie ocenia też to, że PGNiG walczy o obniżkę cen gazu kupowanego z Rosji. Negocjacje z Gazpromem rozpoczęły się na początku listopada i potrwają jeszcze przez 5 miesięcy, a Polskę może w tym wesprzeć Komisja Europejska.

Dziś Polska powinna otrzymywać gaz taniej niż odbiorcy niemieccy, taniej choćby o koszt tranzytu tego gazu z Federacji Rosyjskiej do granicy niemieckiej. To jest minimalny cel, o który zapewne  walczy PGNiG, i dzisiaj cały przemysł powinien w tym wspierać starania zarządu spółki, dostarczając niezbędnych dowodów na to, że faktycznie cena, jaką dziś Gazprom oferuje Polsce, jest dyskryminująca i powinna być zdecydowanie niższa – uważa Budzanowski.

Dodaje, że Polska nie może też zapominać o wydobyciu własnego gazu. Obecnie rocznie wydobywane są 4.4 mld m sześc., czyli około jednej czwartej zużycia. Budzanowski podkreśla, że w ciągu najbliższej dekady ilość krajowego gazu powinna wzrosnąć do ok. 6 mld m sześc. Potrzebna jest intensyfikacja prac badawczo-rozwojowych, poszukiwawczych i wydobywczych. Pewne znaczenie mogą mieć koncesje pozyskane przez Lotos, Orlen i PGNiG poza granicami Polski, ale Budzanowski ocenia, że zasoby krajowe będą przeważały w strukturze wydobycia polskich koncernów.

Nowe programy resortu nauki mają rozbudzić innowacyjność oraz zwiększyć współpracę między szkołami i uczelniami

CEO Magazyn Polska

Nowe programy Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego mają zacieśnić współpracę szkół z uniwersytetami. Uniwersytet Młodych Wynalazców i Akademickie Centrum Kreatywności za łącznie 4,5 mln zł mają stworzyć ciąg edukacyjny, by kształcić kreatywnych obywateli i zwiększyć innowacyjność. W ciągu ostatnich kilku lat wydatki na rozwój szkół wyższych i instytutów naukowych wyniosły ponad 27 mld zł. Powstało 200 nowych laboratoriów. Uczelnie mają wykorzystać powstałą bazę do popularyzacji nauki.

Oba programy – kreatywny uczeń, student, obywatel i centra akademickie – obliczone są na zacieśnianie więzów między szkołami a uczelniami i na tworzenie jednego ciągu edukacyjnego – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Obecnie brakuje współpracy między tymi instytucjami. Uczniowie zainteresowani fizyką czy chemią dostają przede wszystkim wiedzę teoretyczną, niepopartą doświadczeniami. Programy stworzone przez resort nauki mają jednak zwiększyć kreatywność i innowacyjność uczniów, lepiej przygotowani do pracy z młodzieżą mają być również nauczyciele.

Uczelnie dostają takich studentów, jakich wypuszczą szkoły podstawowe i licea. Uniwersytet Młodych Wynalazców pozwala współpracować uczelniom z tymi uczniami, którzy interesują się chemią, fizyką, doświadczeniami, chcą chodzić na wykłady czy korzystać z laboratoriów uniwersyteckich – mówi minister nauki. – Właśnie ogłosiliśmy wyniki konkursu, który będą prowadziły uniwersytety – dodaje.

Uczniowie z 40 projektów, którym przyznano finansowanie, będą mogli prowadzić projekty z kadrą akademicką, korzystać z bibliotek czy laboratoriów. W ostatnich latach wydatki na szkoły wyższe i instytuty naukowe przekroczyły 27 mld zł. Powstało ponad 200 nowych laboratoriów i centrów badawczych. W przyszłym roku nakłady na szkolnictwo wyższe mają sięgnąć 14 mld zł.

Budżet programu Uniwersytet Młodych Wynalazców wynosi 2 mln zł, każdy projekt może otrzymać maksymalnie 50 tys. zł.

 Jest także Akademickie Centrum Kreatywności, czyli program skierowany do nauczycieli. Chcemy, żeby oni również uczyli w sposób nieco inny, myśleli nieco innymi kategoriami – tłumaczy prof. Kolarska-Bobińska.

Powstanie 10 centrów, w których nauczyciele będą kształceni w oparciu o najnowsze metody, tak by umieli rozwijać zainteresowania wśród uczniów. Ministerstwo planuje, że dzięki temu metody dydaktyczne zostaną upowszechnione w szkołach. Wartość programu to 2,5 mln zł, do każdego centrum może trafić 250 tys. zł.

W 2015 r. rząd nie przekaże 1,5 proc. z akcyzy paliwowej na wsparcie sektora biopaliw. Trwają prace nad ustawą okołobudżetową

CEO Magazyn Polska

W 2015 r. Ministerstwo Finansów chce zawiesić przeznaczanie 1,5 proc. wpływów z akcyzy od paliw na wsparcie biopaliw ‒ taką zmianę przewiduje ustawa okołobudżetowa, nad którą pracuje Sejm. Przemysł związany z ich wytwarzaniem bezpośrednio daje pracę 6 tys. osób, a na potrzeby biopaliw rzepak i kukurydzę uprawa nawet kilkadziesiąt tysięcy rolników. Jednak z uwagi na niewielkie wsparcie polska branża biopaliw przegrywa z zagranicznymi rywalami.

Gotowe narzędzia legislacyjne już dawno mamy. Przypomnę, że jest rozporządzenie ministra gospodarki z kwietnia 2013 roku wydane w porozumieniu z ministrem finansów, które zawiera katalog działań wspomagających rozwój zarówno produkcji, jak i wykorzystania biopaliw. Niestety, cały czas pozostają one martwe ze względu na to, że 1,5-proc. odpis z podatku akcyzowego cały czas nie jest w praktyce realizowany – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Stępień, dyrektor generalny Krajowej Izby Biopaliw.

Jak podkreśla Stępień, produkcja biopaliw generuje wiele miejsc pracy w polskiej gospodarce. Ponad 6 tys. osób pracuje bezpośrednio w branży wytwórczej, a także w przemyśle gorzelniczym i olejarskim. Zwłaszcza ta ostatnia branża jest mocno uzależniona od sytuacji na rynku biopaliw – jak ocenia Stępień, nawet dwie trzecie nowoczesnego przemysłu olejarskiego produkuje na potrzeby biopaliw.

Biopaliwa dają też zajęcie nawet kilkudziesięciu tysiącom rolników, którzy uprawiają rzepak i kukurydzę w dużej mierze do produkcji biokomponentów do paliw.

Trudno tak naprawdę podać o konkretną liczbę zatrudnionych w sektorze. Z perspektywy biopaliw należy rozumieć to znacznie szerzej, aniżeli tylko w świetle wytwórców widniejących w rejestrze prezesa Agencji Rynku Rolnego. To jest cały łańcuch wytwórczy – podkreśla Stępień.

Stępień dodaje jednak, że polski sektor biopaliw jest niekonkurencyjny wobec zagranicznych rywali. Zaznacza, że od 2011 r. nie mogą oni liczyć na niemal żadne wsparcie, co nie tylko zmniejsza opłacalność produkcji, lecz także utrudnia amortyzację poczynionych inwestycji.

Potrzebne jest realne wsparcie, ale nie ze względu na to, że mamy słabsze firmy niż w innych krajach Unii Europejskiej, tylko dlatego, że w innych krajach wprowadzono bardzo efektywne mechanizmy wspomagające kwestie opłacalności produkcji biopaliw, a my na tym tracimy – przekonuje Stępień.

Przyjęte jeszcze w 2010 roku prawo wskazuje, że 1,5 proc. wpływów uzyskanych w uprzednim roku z akcyzy od paliw silnikowych ma być przeznaczane na wsparcie segmentu biopaliw. W projekcie ustawy okołobudżetowej resortu finansów na 2015 rok rząd zaproponował zawieszenie tego mechanizmu. Pieniądze mają zamiast tego zostać przeznaczone na kwotowo-procentową waloryzację rent i emerytur. Projektem ustawy zajmuje się sejmowa Komisja Finansów Publicznych.