Nowelizacja ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia

Koniec ze śmieciowym jedzeniem w szkołach i przedszkolach. Sejm przyjął nowelizację ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia, która zakazuje sprzedaży niezdrowych produktów spożywczych w szkolnych sklepikach, automatach z jedzeniem oraz stołówkach.

Zmiany w przepisach zostały uchwalone prawie jednogłośnie. Za ich wprowadzeniem opowiedziało się 426 posłów, 1 był przeciw, a 2 wstrzymało się od głosu. Nowelizacja wejdzie w życie 1 września 2015 r. Od tego czasu sklepiki szkolne będą miały 3 miesiące na dostosowanie się do nowych przepisów. Za ich nieprzestrzeganie będzie grozić kara od 1 do 5 tys. zł.

Śmieciowe jedzenie dzieli się na 2 grupy. Jedna to fast food, np. frytki, hot dogi, kebaby czy hamburgery. Do drugiej zalicza się między innymi słodycze, czipsy oraz gazowane napoje. Śmieciowe produkty zawierają wiele związków – takich jak cukry proste, tłuszcze utwardzone, emulgatory, stabilizatory, przeciwutleniacze, barwniki, benzoesan sodu czy glutaminian sodu – które w dużych ilościach są szkodliwe dla człowieka. Substancje te między innymi powodują przyrost tkanki tuszowej, wzrost frakcji cholesterolu LDL, nadmierną potliwość, nadpobudliwość, wpływają niekorzystnie na układ nerwowy, a także mogą doprowadzić do chorób wątroby oraz układu pokarmowego – mówi serwisowi infoWire.pl dietetyk Barbara Kreft.

Należy zauważyć, że uczeń, jeśli będzie chciał kupić śmieciowe jedzenie, zrobi to poza szkołą. Dlatego zarówno dzieciom, jak i ich rodzicom trzeba uświadamiać, że pewne produkty można jeść jedynie od czasu do czasu. Ważną rolę powinna tu odgrywać edukacja szkolna – uważa dietetyk.

To, które produkty znikną z polskich szkół i przedszkoli, ma określić w rozporządzeniu Minister Zdrowia.

NIK o repatriacji

Z racji uwarunkowań historycznych Polski, poza jej granicami żyje znaczna populacja osób polskiego pochodzenia, wobec których nasze państwo ma moralne zobowiązanie stworzenia warunków do powrotu i osiedlania się w kraju. Jednakże w praktyce efekty repatriacji są niewielkie. Z roku na rok w trybie repatriacji w kraju osiedla się coraz mniej osób polskiego pochodzenia, rosną natomiast kolejki chętnych na przyjazd.

Od 2007 roku liczba repatriantów systematycznie spada, a okres oczekiwania na osiedlenie w Polsce w ramach repatriacji może trwać nawet 10 lat. W roku 2007 w tym trybie do Polski przyjechały 243 osoby. W roku 2012 takich osób było już o połowę mniej – tylko 123. Rośnie natomiast liczba osób, które otrzymały decyzje o przyrzeczeniu wydania wizy, lecz nie mogą osiedlić się w kraju, gdyż nie mają do tego warunków: mieszkania i źródła utrzymania. Do 2007 r. takich decyzji wydano niemal półtora tysiąca (1476), w 2012 liczba ta wzrosła do prawie 2 tys. (1937). Z danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wynika, że pod koniec listopada 2013 roku repatriacją do Polski było zainteresowanych jeszcze ponad 2,6 tys. cudzoziemców polskiego pochodzenia ze Wschodu. NIK wyliczyła, że przeprowadzana w dotychczasowym tempie repatriacja (biorąc pod uwagę liczbę osób oczekujących oraz średnią liczbę osób przesiedlanych w danym roku) trwałaby ponad  16 lat!

Wyniki kontroli pokazują, że mierne efekty repatriacji wynikają zarówno z braku skutecznych rozwiązań prawnych, jak i nieefektywnych działań organów administracji publicznej.

Jak wynika z kontroli NIK, problemem nie jest brak środków finansowych. Na pomoc dla repatriantów corocznie państwo przeznacza bowiem ponad 9 mln zł z rezerwy celowej. Jednak w żadnym roku pieniądze te nie zostały wykorzystane w całości. Najwięcej (94,8 proc.) rozdysponowano w roku 2010, w innych latach od 74,4 proc. w 2011 do 82,2 proc. w 2009. MSW tłumaczy, że przeszkodą w pełnym wykorzystaniu pomocy jest niekorzystna interpretacja ustawy o finansach publicznych przez resort finansów. Nie pozwala ona  na wykorzystywanie środków ze specjalnej  rezerwy celowej na realizację zadań własnych samorządów. W tym przypadku oznacza to, że gminy angażujące się w repatriację ponoszą dodatkowe koszty, natomiast pieniądze z rezerwy pozostają niewykorzystane. Z wyjaśnień MSW wynika, że Ministerstwo kilkakrotnie zwracało się z prośbą do ministra finansów o zmianę stanowiska w tej sprawie – bezskutecznie.

Dotychczasowe działania administracji rządowej nie doprowadziły do stworzenia skutecznego systemu rozwiązań prawnych, organizacyjnych ani finansowych, wspierających repatriantów. Na poziomie kraju określał je Rządowy Program Współpracy z Polonią i Polakami za granicą na lata 2007 – 2012. Jego celem było ułatwienie powrotu do kraju osobom polskiego pochodzenia. Zakładał on  aktywne działania  wielu instytucji tak, aby ułatwić powrót oraz wspierać repatriantów na początku pobytu w Polsce. W zadania włączone były m. in. Ministerstwa: Spraw Wewnętrznych, Pracy i Polityki Społecznej, Edukacji Narodowej oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które miało ponadto koordynować wykonanie programu.

Tymczasem żaden ze skontrolowanych ministrów nie wdrożył Programu. Nie opracowali oni harmonogramów działań swoich resortów, nie określili kryteriów ani sposobu oceny wykonania celów. Poszczególne ministerstwa ograniczały się do wykonywania zadań wynikających z przepisów prawa. Jednak NIK zwraca uwagę, że w przypadku repatriacji konieczne są aktywne działania, ułatwiające repatriantom powrót oraz wspierające ich na początku pobytu w Polsce. Jednak Minister Spraw Zagranicznych nie prowadził planowej kampanii informacyjnej o warunkach repatriacji ani o warunkach życia w Polsce. Nie zlecił też żadnych zadań z tej dziedziny polskim placówkom dyplomatycznym. NIK zwraca także uwagę, że wciąż nie został uregulowany w akcie prawa powszechnie obowiązującego tryb postępowania przed konsulem. Od 13 lat obowiązuje w tej sprawie jedynie zarządzenie ministra, co w polskim porządku prawnym jest niezgodne z Konstytucją.

Minister Spraw Wewnętrznych nie doprowadził do zwiększenia akcji repatriacyjnej do przewidzianego w Programie tysiąca osób rocznie. W Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej nie powstał kompleksowy system opieki nad repatriantami w kraju, w tym dla tych,  którzy chcieliby samodzielnie znaleźć zatrudnienie. Nie powstały plany ośrodków dla większej liczby osób przy większych aglomeracjach. Nie opracowano też działań aktywizujących zawodowo. Minister Edukacji Narodowej nie stworzył strategii inwestycyjnej dla wspierania polskiej oświaty na świecie.

Osoby chcące repatriować często nie mają odpowiedniej pomocy już na etapie ubiegania się o możliwość repatriacji. Nie mają też pełnych informacji o warunkach życia w Polsce. Konsulaty, choć dostrzegały konieczność lepszego przygotowania osób starających się o repatriację, wypełniały związane z tym zadania dość rutynowo. Jedynym obszernym źródłem wiedzy dla repatriantów okazał się informator opracowany przez organizację pozarządową (Polską Akcję Humanitarną). Problemem jest też brak znajomości języka polskiego. Tymczasem z danych NIK wynika, że w roku 2012 w porównaniu do 2007 liczba placówek zapewniających naukę języka polskiego zmniejszyła się o ponad 40 proc. Z drugiej strony maleje także zainteresowanie nauką języka polskiego wśród Polonii, zwłaszcza wśród osób średniego i starszego pokolenia. W 2005 r. języka polskiego uczyło się jeszcze ok. 2300 osób w 50 ośrodkach dydaktycznych, w 2013 r. liczba ta zmniejszyła się niemal o połowę – do ok. 1300 osób w niespełna 30 ośrodkach. Tendencja malejąca związana jest przede wszystkim z coraz powszechniejszym rozczarowaniem miejscowych Polaków trudnościami w zagwarantowaniu możliwości wyjazdu do Polski w charakterze repatriantów. Minister Edukacji zapewnia wprawdzie, że istnieje możliwość nauki przez Internet, Ministerstwo nie sprawdzało jednakże, czy Internet jest dostępny na terenach objętych repatriacją.

Gminy, które chciałyby przyjąć repatriantów na swoim terenie, nie mają wystarczającego wsparcia od rządu. Przepisy prawa przewidują, że samorządy, które zapraszają imiennie konkretne osoby, nie mogą otrzymać wsparcia finansowego od państwa na zapewnienie im mieszkania. Gminy, którym przysługują państwowe dotacje na mieszkania dla repatriantów  (czyli zapraszające repatriantów nieokreślonych imiennie) także często nie są w lepszej sytuacji. Choć powinny otrzymywać pieniądze z dotacji w ciągu 30 dni od złożenia wniosku, kontrolerzy stwierdzili przypadki, że musiały czekać na tę pomoc nawet około 3 miesięcy. Dodatkowo obowiązujące przepisy pomijają starostów w informowaniu o planowanych przyjazdach repatriantów, co utrudnia im terminowe przygotowanie wniosków do wojewodów o udzielenie  pomocy z budżetu państwa. W trudnej sytuacji są też sami repatrianci, którzy na przysługującą im indywidualną pomoc od państwa (jednorazowa pomoc na zagospodarowanie, m.in. zwrot kosztów podróży) muszą czekać nawet blisko rok, zamiast przewidzianych prawem 60 dni.

Potwierdza to też badanie ankietowe przeprowadzone przez NIK z udziałem 1645 gmin. Wynika z niego, że w latach 2009 – 2013 jedynie w 57 z nich (3,5 proc.) osiedlili się repatrianci. Większość gmin (prawie 70 proc.) miała trudności z zagwarantowaniem im źródeł utrzymania. Niemal połowa sygnalizuje problemy z odpowiednim zasobem środków własnych. Ponad jedna trzecia miała trudności z zapewnieniem lokalu mieszkalnego, tyle samo zgłosiło problem w porozumiewaniu się z repatriantami ze względu na słabą znajomość języka polskiego i realiów życia w kraju.

Na problemy wskazują też sami repatrianci w badaniu ankietowym przeprowadzonym dla potrzeb kontroli. Prawie połowa z 45 ankietowanych osób ocenia, że przed przyjazdem ich wiedza na temat warunków życia w Polsce była niewystarczająca. Siedem osób od momentu złożenia wniosku o wizę do przyjazdu do Polski czekało ponad pięć lat, a jedna osoba nawet 10 lat. Prawie połowa uznała, że wsparcie ze strony państwa przy znalezieniu pracy było niewystarczające.

Wnioski z kontroli NIK wyraźnie pokazują, że największym problemem jest brak sprawnego i  spójnego systemu prawnego i organizacyjnego, który skutecznie zachęci i pomoże cudzoziemcom polskiego pochodzenia osiedlić się w Polsce. Dla usprawnienia i uproszczenia procedur konieczne są zmiany w prawie. Najpilniejszą kwestią wydaje się obecnie nowelizacja ustawy o repatriacji tak, aby wszystkie osoby, które posiadają przyrzeczenie wydania wizy repatriacyjnej mogły wreszcie osiedlić się w Polsce oraz aby systemem wsparcia finansowego były objęte również te gminy, które zapraszają wskazanych imiennie repatriantów.

Zwiększyć siłę pensji – o premiach i innych dodatkach

Stała płaca czy wynagrodzenie uzależnione od efektów – to tak naprawdę dylemat nad samą istotą zatrudnienia. Czy kupujemy czas pracowników, czy dostarczany przez nich efekt? A może płacimy za umiejętności i kompetencje? Tylko co w takim razie zrobić, żeby pracownicy chcieli z nich w pełni korzystać?

Pensja to pierwsza i jedyna wymierna korzyść, dla której pracownik pojawia się w pracy. Zarobek, czy też zysk, jaki otrzymuje, nie zawsze oczywiście ogranicza się do wypłacanej cyklicznie puli pieniędzy. To też szereg dodatkowych benefitów i korzyści, które zapewnia pracodawca. Od opieki medycznej, przez benefity żywieniowe po karnety na siłownię. Wszystko to wpływa na satysfakcję pracownika z wykonywanej pracy. Może też walnie przyczynić się do pozytywnej oceny własnego miejsca pracy i wpłynąć na jego osobistą opinię o pracodawcy.

Pamiętając o dodatkach i szeregu korzyści, jakie dostarczają zatrudnionym, pracodawcy często zapominają o tym pierwszym i najważniejszym motywatorze, jakim jest pieniądz. A to potężne narzędzie, którym można wydatnie zwiększyć satysfakcję pracownika z wykonywanej pracy.

Premia, zachęta, motywacja

Pierwsze i najważniejsze, co można zrobić z pensją pracowniczą, to wprowadzić system premiowania. Odpowiednie powiązanie zarobków z wynikami pracy czy osiągniętymi celami to najlepszy motywator z jakiego można skorzystać. W krajach zachodnich system płac jest z reguły rozwiązany właśnie w taki sposób. Wynagrodzenie podzielone jest na niewielką, zawsze zapewnioną podstawę, oraz znacznie większą część wypłacaną uznaniowo. Podstawa pensji jest zazwyczaj niska, gwarantując jako taki komfort. Pracownicy żyją jednak na co dzień z tego, co wypracują w systemie premiowym, ściśle skorelowanym z wynikami, jakie dostarczają.

Zwolennikami podobnych rozwiązań są też z reguły managerowie działów HR w Polsce. Urszula Chabrzyk, HR business partner z Profi Credit podkreśla, że wysoka podstawa zarobkowa może działać demotywująco na pracowników. –Ja osobiście nie jestem zwolennikiem jednoczynnikowego wynagrodzenia. Kiedy wprowadzamy taki system wynagrodzeń, wtedy pracownicy przestają łączyć swoje zaangażowanie z płacą. Kiedy wyniki pracy oderwane są od wynagrodzenia jakiego może oczekiwać, pieniądze tracą funkcję motywacyjną – podkreśla. Wskazuje też na stałą pensję, która może wytworzyć wokół pracowników poczucie demotywującego komfortu, kiedy są oni przekonani, że „i tak się im należy”.

Urszula Chabrzyk przekonuje, że już minimalne premiowanie w cyklu rocznym, może zmienić postawę pracowników diametralnie. – Mimo wszystko minimalnym zabiegiem, jaki powinno się według mnie stosować jest premiowanie kwartalne, ewentualnie półroczne. Docelowo miesięczne. Taki cykl rozliczania z wykonanej pracy ułatwia też kontrolę budżetu w firmie – tłumaczy.

Partycypacja w zyskach

Za doskonały sposób motywacji okresowe premie uznaje też Piotr Piasecki, dyrektor HR w Plus Banku. – Nie ukrywam, że jesteśmy młodą spółką, która jeszcze się rozwija, dlatego u nas zdecydowanie premie są głównym czynnikiem motywującym do pracy, szczególnie w dziale handlowym. Taki sposób motywacji pracowników nie tylko się sprawdza, ale jest też oczekiwany przez zatrudnionych – mówi Piasecki. – Świadomie przesuwamy ten środek ciężkości z płacy stałej na zmienną i to przynosi zauważalne korzyści – dodaje. Jak się dowiadujemy podstawa pensji w Plus Banku stanowi w zależności od pracownika od 25 do 30 procent całego wynagrodzenia.

Piotr Piasecki słusznie zauważa, że nie każdy typ wykonywanej pracy może być w ten sposób premiowany. – Na pewno pracownicy kreatywni, lub pracownicy, którzy mają dostarczać stały wynik nie mogą być w ten sposób wynagradzani, a przynajmniej nie w takim stopniu – podpowiada.

Elastyczne podejście do powiązania zarobków z wynikami pracy proponuje HR manager w Profi Credit. – Zamiast premii okresowych możemy premiować konkretny projekt, konkretny cel, osiągnięcie konkretnych etapów pracy. Tutaj kluczowe jest wzbudzenie w pracowniku tego zaangażowania, wzbudzenia w nim poczucia odpowiedzialności za wykonywane działania. Właściwie to sprowadza się do jednej takiej sentencji – nagradzamy ludzi za efekty ich pracy. Korzyści takiego podejścia widać – mówi.
Niepopularne rozwiązanie

Urszula Chabrzyk jest świadoma złej opinii, jaką otacza wynagrodzenie oparte na premiowaniu. – Na system prowizyjny często pracownicy się obrażają, wielu się jemu sprzeciwia. Ale trzeba pamiętać, że jest to de facto swoisty sposób partycypacji w zyskach, co ma ogromne znaczenie jeśli chodzi o świadomość bycia częścią organizacji czy odpowiedzialność za wypracowywany wynik – mówi. To też motywuje do wyjścia poza komfort wynikający z postawy „nieważne co zrobię, i tak dostanę swoje”.

Jak przyznaje, mimo wszystko wśród pracowników funkcjonuje swoiste społeczne oczekiwanie na otrzymanie benefitów. – Duża organizacja zawsze wypracuje lepsze ceny, czy to opieki medycznej, czy karnetów sportowych, co jest zrozumiałe. Z tego względu to mimo wszystko dobre rozwiązanie – mówi.

Podobnego zdania jest Piotr Piasecki. Zaznacza, że system premiowania nie jest postrzegany jako benefit. – Nie ukrywam, że sami myślimy nad inwestycją w benefity medyczno-sportowe, na których zależy pracownikom. Jeśli chodzi o premie powiązane z wynikiem, pracownik jest świadom, że mu się te pieniądze należą i nie traktuje ich jako bonusu – przytacza.

Coś więcej niż pensja

Świadczenie pozapłacowe oferowane przez pracodawcę jest korzystne dla każdej ze stron takiej transakcji. Jakie są zalety rozwiązań benefitowych? Jak mówi Iwona Grochowska, Dyrektor ds. rozwoju produktów w Benefit Systems, to przede wszystkim wyselekcjonowana oferta w atrakcyjnych cenach. –Budujemy sieć markowych partnerów, gwarantujących najwyższą jakość usług. Oferujemy je użytkownikom MultiBenefitu w wyjątkowo atrakcyjnych cenach. Realizując z nami potrzeby dnia codziennego takie jak zakup paliwa, artykułów spożywczych czy biletów do kin, teatrów, muzeów, każdy użytkownik czyni realne oszczędności. Podsumowując, pracodawca oferujący swoim pracownikom dostęp do MultiBenefitu, zapewnia im zwiększoną siłę nabywczą pensji każdego miesiąca – mówi Grochowska.

Tak więc odpowiadając na pytanie postawione we wstępie, płacąc pracownikom kupujemy wszystkiego po trochu – na pewno płacimy za ich czas, chociaż nie zawsze taki zakup jest wymierny, jeśli wykonywana przez nich praca jest nieefektywna, a godziny pracy zmienne. Na pewno kupujemy też zaangażowanie – gotowość by poświęcić się dla organizacji i wypracowywać wspólny efekt. Tutaj najlepszym rozwiązaniem będzie dobrze przemyślany system premiowania, ale też dobra komunikacja i prezentowanie ważnych dla organizacji wartości. Pracodawca za wynagrodzenie kupuje też satysfakcję pracownika i jego zaangażowanie, który chce wracać na swoje miejsce pracy. Tutaj doskonale sprawdzą się benefity.

Płaca to w związku z tym swoisty barter, w którego strukturę wchodzi wiele czynników. Wymiana mniej oczywista niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. To transakcja skomplikowana, wymagająca dużej uwagi i ze strony menedżera, i ze strony pracownika, ale to transakcja dająca ogromne możliwości motywacyjne.

Autorem tekstu jest Piotr Czauderna, miesięcznik „Benefit”

13 rekomendacji dla rządu

Zbudowanie spójnego systemu wspierania innowacyjności, ułatwienie uzyskania zwrotu VAT, likwidację nadmiernych ograniczeń i obowiązków związanych z zatrudnianiem pracowników, czy umożliwienie pacjentom dopłat do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych, rekomenduje rządowi na ostatni rok działalności Konfederacja Lewiatan.

Rekomendacje zostały przedstawione na konferencji „Polska 2015-2025. Zadania na rok i kolejne 10 lat”, która odbyła się w warszawskim hotelu Sheraton, z udziałem blisko 500 przedsiębiorców, ekonomistów, polityków, liderów opinii. Jej organizatorem był Lewiatan, a partnerem strategicznym PZU SA.

Na spotkanie z przedsiębiorcami nie przyszła, mimo, że była zaproszona, premier Ewa Kopacz. Za nieobecność szefowej przepraszał  wiceminister  spraw zagranicznych Rafał Trzaskowski. – Wasze propozycje nie trafią do kosza – zapewniał. Przeczytał też list od premier Ewy Kopacz, w którym stwierdziła, że dobre wyniki polskiej gospodarki to w dużej mierze zasługa przedsiębiorców.

W specjalnej publikacji „Biała Księga bis” Konfederacja Lewiatan przedstawiła 13 rekomendacji dla rządu Ewy Kopacz, na ostatni rok działalności. – Nie mają one charakteru systemowych, trudnych w realizacji projektów, ale zadań, które przy sprawnym zarządzaniu i jasno określonych priorytetach, rząd współpracując z parlamentem, jest w stanie podjąć i zrealizować. Powinien on skoncentrować się na zwiększeniu efektywności instytucji publicznych, natomiast w działalności legislacyjnej na dokończeniu już rozpoczętych i pożądanych przez przedsiębiorców projektów – mówiła Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.

W rozmowach, które odbyły się w ramach debaty „Jaka Polska za 10 lat” udział wzięli: Mateusz Szczurek, minister finansów, Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej, Rafał Trzaskowski, wiceminister spraw zagranicznych oraz Maciej H. Grabowski, minister środowiska. Rozmówcami ministrów byli przedsiębiorcy: Andrzej Klesyk, prezes PZU SA, Jacek Kowalski, członek zarządu Orange Polska i Janusz Moroz, członek zarządu RWE Polska.
W „Białej Księdze bis” Lewiatan za ambitne a jednocześnie realistyczne zadania do realizacji w ciągu roku uznaje:

Zbudowanie spójnego systemu wspierania innowacyjności, bo obecnie mamy kilka niezależnych instrumentów o małej sile oddziaływania. To stworzy podwaliny pod budowę konkurencyjności w przyszłych latach.

Wprowadzenie nowej ordynacji podatkowej opartej na zasadzie, że wątpliwości są rozstrzygane na korzyść podatnika. Proponowana przez Ministerstwo Finansów klauzula obejścia prawa jest z tą zasadą sprzeczna.

Ułatwienie uzyskania zwrotu VAT, aby poprawić płynność finansową przedsiębiorstw.

Likwidację nadmiernych ograniczeń i obowiązków związanych z zatrudnianiem pracowników, jak np. przechowywania dokumentacji pracowniczej w formie papierowej przez 50 lat.

Przygotowanie strategii przekształceń sektora energetycznego odpowiadającej na wyzwania stawiane przez Unię Europejską w zakresie klimatu i środowiska. Tym bardziej, że po akceptacji pakietu 2030 pojawia się szansa uzyskania dużych środków na inwestycje w tym sektorze.

Stworzenie warunków rozwoju konkurencji na rynku gazu.

Zatwierdzenie programów operacyjnych na lata 2014-2020 i uruchomienie wsparcia dla firm. Kluczowe jest, aby od stycznia 2015 r. pierwsze konkursy kierowane do  przedsiębiorców na wsparcie ich działań, zostały ogłoszone i jak najszybciej rozstrzygnięte.

 Umożliwienie pacjentom dopłat do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych, tak, aby nie zmniejszać dopływu środków do systemu ochrony zdrowia, przy braku rozwiązań dotyczących np. dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.

Konfederacja Lewiatan nie rezygnuje z rekomendacji przekazanych rządowi w 2011 roku, jak: poprawa systemu stanowienia prawa, uproszczenie przepisów podatkowych, likwidacja przywilejów emerytalnych i rentowych, wprowadzenie dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych, skrócenie procesu dochodzenia należności, zwiększenie efektywności zamówień publicznych, czy równouprawnienie publicznego i niepublicznego szkolnictwa wyższego. Ma jednak świadomość, że na ich realizację nie możemy liczyć przed wyborami parlamentarnymi.

Konfederacja Lewiatan

„Polska 2015 – 2025”

19 listopada br. minister finansów Mateusz Szczurek wziął udział w debacie zorganizowanej przez Konfederację Lewiatan pt. „Polska 2015-2025. Zadania na rok i kolejne 10 lat”.

Podczas spotkania z przedsiębiorcami, minister finansów wystąpił w panelu pt. „Polityka gospodarcza, finanse publiczne” w perspektywie kolejnego dziesięciolecia. W rozmowie z Andrzejem Klesykiem – prezesem Zarządu PZU SA, zostały poruszone kwestie realnych możliwości osiągnięcia do 2025 r. długu publicznego na poziomie max. 40% PKB, udziału „sztywnych” wydatków w wydatkach z budżetu państwa na poziomie max. 60%, stopy inwestycji na poziomie min. 25% PKB oraz możliwości wejścia do strefy euro najpóźniej do 2025 r. Dyskusja toczyła się także wokół sposobów doprowadzenia do zwiększania udziału prorozwojowej, inwestycyjnej  części wydatków budżetowych w wydatkach budżetu ogółem, przy jednoczesnym prowadzeniu polityki systematycznego zmniejszania długu publicznego w relacji do PKB.

Obecnie jesteśmy w środku najgorszej w Europie stagnacji od co najmniej 100 lat. Jest to otoczenie skrajnie niekorzystne także dla przedsiębiorców w Polsce, a mimo to rośniemy szybciej niż 3 proc. –powiedział minister Szczurek w odniesieniu do ostatnich danych GUS. Jest to wzrost na bardzo stabilnych podstawach. 3,3-3,4 proc. wzrostu PKB to nie jest koniec naszych ambicji –  dodał.

Minister Szczurek odpowiadał także na pytania dotyczące perspektyw na preferencje podatkowe dla przedsiębiorców. Miałyby one być ukierunkowane na zachęcanie do inwestycji i poprawę wykorzystania posiadanych przez polską gospodarkę zasobów. Przedmiotem zainteresowania uczestników była także bieżąca działalność urzędów i izb skarbowych w zakresie interpretacji podatkowych.  Dyskusja zakończyła się konkluzjami na temat korzyści i warunków wejścia Polski do strefy euro.

W konferencji, udział wzięli również minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz oraz wiceminister spraw zagranicznych Rafał Trzaskowski. Tematami spotkania były między innymi rekomendacje dla rządu na przyszły rok oraz określenie przyszłych wyzwań w perspektywie kolejnych 10 lat.

W debacie zorganizowanej w hotelu Sheraton w Warszawie wzięło udział około 500 osób, w tym przedstawiciele administracji publicznej, politycy, przedsiębiorcy i ekonomiści. Dwie pozostałe dyskusje w ramach konferencji dotyczyły perspektyw dla polskiego rynku pracy oraz polityki energetyczno-klimatycznej.

Ustawa o podatku od wydobycia niektórych kopalin zgodna z Konstytucją

0

18 listopada br. zapadło orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego stwierdzające, że ustawa z dnia 2 marca 2012 roku o podatku od wydobycia niektórych kopalin (Dz. U. z 2012 poz. 362oraz z 2014 r. poz. 1215) jest zgodna z Konstytucją RP.

Sprawa rozpatrywana przez Trybunał Konstytucyjny dotyczyła zbadania zgodności z Konstytucją RP przepisów ustawy o podatku od wydobycia niektórych kopalin w kontekście:

  • nadmiernej ingerencji ustawy o podatku od wydobycia niektórych kopalin w prawo własności, w swobodę działalności gospodarczej,
  • naruszenia zasady powszechności i równości opodatkowania,
  • naruszenia zakazu podwójnego opodatkowania,
  • naruszenia zakazu wprowadzania zmian w podatkach dochodowych w ciągu roku  podatkowego,
  • naruszenia zasad poprawnej legislacji i procedury ustawodawczej w toku uchwalania ustawy.

Jednocześnie Ministerstwo Finansów informuje, że 10 października 2014 r., Sejm RP przyjął Informację Rady Ministrów nt. wpływu podatku od wydobycia niektórych kopalin na sektor wydobywczy miedzi i srebra oraz na sektor finansów publicznych (link otwiera nowe okno w serwisie zewnętrznym).

PHN chce się rozwijać w segmencie mieszkaniowym. Inwestycje w biura opłacalne tylko poza Warszawą

CEO Magazyn Polska

Polski Holding Nieruchomości chce inwestować w sektor mieszkaniowy. Spółka w III kwartale wyszła na prostą, notując korzystne wyniki po słabym I półroczu. Zdaniem jej prezesa perspektywy rynkowe wyglądają atrakcyjnie.

– Mieszkaniówka to jest ten sektor, który chcemy rozwijać – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Artur Lebiedziński, prezes Polskiego Holdingu Nieruchomości. – Niewątpliwie ona się cieszy w chwili obecnej o wiele lepszym sentymentem i inwestorów, i nabywców niż sektor biurowy.

Polski Holding Nieruchomości zawiaduje głównie budynkami biurowymi oraz mieszkalnymi przejętymi od Skarbu Państwa. Jego najemcami są przedsiębiorstwa i placówki dyplomatyczne. Na ostatnie wyniki firmy wpływ miała niewątpliwie nadpodaż powierzchni biurowej w Warszawie.

– Blisko 300 tys. mkw. powierzchni, które wchodzi na rynek, to jest to poziom niespotykany w ostatnich latach – ubolewa Artur Lebiedziński. – W roku 2014 300 tys., podobny plan 2015 i 2016 rok, co oczywiście oznacza, że czynsze idą w dół i następuje presja na właścicieli nieruchomości takich jak my. To się przekłada również na poziom pustostanów.

Inaczej wygląda sytuacja w innych miastach regionalnych. W Polsce powstaje sporo firm z sektora IT, przybywa firm prowadzących outsourcingową obsługę biurową koncernów z całego świata. To powoduje, że sytuacja na rynku nieruchomości komercyjnych w dużych polskich miastach poza Warszawą jest inna, bardziej sprzyjająca.

– Jestem optymistą, chociaż z drugiej strony to, co się stało na rynku biurowym w Warszawie, nakazuje, by podchodzić w sposób dosyć ostrożny do nowych inwestycji, do takiego szerszego planowania. Wydaje mi się jednak, że przed nami dobre lata – podkreśla prezes Polskiego Holdingu Nieruchomości.

Polski Holding Nieruchomości rozpoczął inwestycje w powierzchnie dla logistyki. Ta część rynku nieruchomości nie była dotąd domeną spółki, jednak wiele wskazuje na jej spory potencjał.

– Logistyka to jest coś, co rzeczywiście idzie najlepiej, bo rośnie zapotrzebowanie na powierzchnie logistyczne – ocenia prezes Artur Lebiedziński. – Tutaj rzeczywiście widać to, że poprawiająca się infrastruktura i wzrost eksportu na rynki europejskie idą bardzo dobrze. Pokazuje to, że rosnący poziom PKB dobrze nastraja na kolejne lata.

W ocenie prezesa PHN, stan polskiej gospodarki pozwala z optymizmem patrzeć na przyszłość polskiego rynku nieruchomości. Widać, że duże polskie miasta cieszą się coraz większym zainteresowaniem.

– To są coraz lepsze i coraz ciekawsze miejsca do życia. Owocuje to tym, że inwestorzy z Europy Zachodniej coraz chętniej inwestują w tym miastach, co przekłada się na zwiększenie zapotrzebowanie na powierzchnię biurową, a to dla nas oznacza wzrost popytu na powierzchnię mieszkaniową, handlową i logistykę.

Przychody operacyjne spółki po trzech kwartałach przekraczały 120 mln zł. Były jednak o niemal 10 mln niższe niż rok wcześniej. Zysk netto holdingu wyniósł 48,8 mln zł wobec 69,2 mln zł w 2013 roku. Władze spółki są jednak z tych wyników zadowolone, bowiem wyniki z III kwartału są znacznie lepsze niż z II. Od lipca do września spółka wypracowała 35,4 mln zł zysku netto.

– To był dobry kwartał. Pokazaliśmy, że skutecznie, krok po kroku, realizujemy naszą strategię – mówi Artur Lebiedziński. – Poprawę widać praktycznie na każdym poziomie, czy przychodów, czy zysków. Myślę, że blisko 50 mln zysku skonsolidowanego netto to dobry prognostyk na końcówkę roku.

 

Ambra przewiduje wzrost zysków w kolejnych kwartałach. Odpadną koszty promocji Cydru Lubelskiego

0

CEO Magazyn Polska

Zyski Ambry w kolejnych kwartałach, zwłaszcza w obecnym – ze względu na premierę Beaujolais Nouveau i sylwestra – mają rosnąć. Zmniejszą się bowiem nakłady inwestycyjne na promocję Cydru Lubelskiego, które obniżyły wynik grupy w kwartale zakończonym 30 września. Mimo wzrostu sprzedaży i przychodów zysk netto dystrybutora alkoholi spadł o 28,1 proc.

Wydatki mają bowiem przynieść zyski i wzmocnienie pozycji firmy na rynku alkoholi.

Realizujemy tegoroczny budżet zgodnie z jego założeniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Robert Ogór, prezes Grupy Ambra SA. Naszym celem jest zwiększanie przychodów i poprawa zysków. Obniżamy zadłużenie, a więc poprawiamy przepływy, było to już widoczne w wynikach za pierwszy kwartał, spadły zapasy, spadł poziom zadłużenia i kosztów finansowych. Co oznacza, że efektywność finansowa naszej operacji cały czas się poprawia, nie widzimy zatem żadnych zagrożeń dla dobrego poziomu zysków w bieżącym roku obrotowym.

W przypadającym na lipiec, sierpień i wrzesień I kwartale roku obrotowego 2014/2015 grupa ograniczyła zapasy, co pomogło obniżyć zadłużenie spółki o 8,7 mln zł, czyli o 9,1 proc. Jednocześnie Ambra sprzedała o 17,8 proc. więcej butelek alkoholu niż rok wcześniej – ponad 13,8 mln sztuk.

Ten dobry wynik rynkowy był zbudowany przede wszystkim dzięki świetnej dynamice sprzedaży Cydru Lubelskiego – ocenia Robert Ogór. Budowanie tego rynku poprzez inwestycje w marketing, sprzedaż i dystrybucję kosztowało nas oczywiście nieco po stronie wsparcia kosztów sprzedaży, czyli kosztów marketingu i reklamy. Stąd wyższa, dzięki większej sprzedaży, marża brutto została wykorzystana na inwestycje w markę i zysk brutto ze sprzedaży był właściwie identyczny jak w kwartale roku ubiegłego.

W rezultacie przychody ze sprzedaży Grupy Ambra przekroczyły w tym czasie 86,7 mln zł co oznacza wzrost o 6,1 proc. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej spadł jednak o 28,1 proc., do 2,4 mln zł.

Jednocześnie staramy się rozszerzać poprzez działania marketingowe i zwiększanie organizacji sprzedaży bazę do ekspansji cydru, z której będziemy czerpać zyski w kolejnych latach – zaznacza prezes Grupy Ambra.  Z tego powodu koszty operacyjne w tym kwartale również są wyższe, szczególnie koszty wynagrodzeń i koszty działów sprzedaży.

Dzięki tym działaniom sprzedaż cydru w Polsce szybko rośnie, a Cydr Lubelski zdobył połowę tego rynku. Wzrost wydatków na marketing i dystrybucję o 2,4 mln zł przyniósł w I kwartale roku obrotowego wzrost sprzedaży o 5 mln zł.

 Wydatki reklamowe i wydatki na wsparcie rozwoju Cydru Lubelskiego skumulowały się trochę w pierwszy kwartale – podkreśla prezes Robert Ogór. Tego oczekiwaliśmy, gdyż ten pierwszy kwartał to było lato, czyli okres gorącego sezonu. W następnych okresach oczekujemy poprawy wyników. Wpływ inwestycji na wynik finansowy będzie oczywiście mniejszy, a zyski będą się poprawiać.

Za poprzedni rok obrotowy Ambra wypłaciła dywidendę w wysokości 45 groszy na akcję. Przy kursie nieco powyżej 9 złotych dało to stopę zwrotu na poziomie 5 proc. W tym roku obrotowym dywidenda powinna być na podobnym poziomie.

Wygląda na to, że na pewno to będzie 4 proc. plus i sądzę, że jest to ciekawa alternatywa i dobra inwestycja, również dla inwestorów inwestujących konserwatywnie – deklaruje prezes Grupy Ambra.

Asseco Business Solutions liczy na dwucyfrowy wzrost zysku w całym 2014 roku. Mimo rosnącej presji kosztowej wierzy w utrzymanie rentowności

0

CEO Magazyn Polska

Asseco Business Solutions spodziewa się utrzymać 10-proc. zysk w całym roku. Choć będzie trudniej uzyskać wysoką rentowność, zarząd deklaruje ponowną rekomendację wypłacenia akcjonariuszom dywidendy.

– Z wyników jesteśmy zadowoleni i z lekkim optymizmem patrzymy na IV kwartał i cały rok – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mariusz Lizon, członek zarządu Asseco Business Solutions. – W tej chwili mamy 10 proc. zysku i  myślimy, że jest szansa na to, że utrzymamy ten poziom do końca roku.

Po III kwartale przychody ze sprzedaży tego producenta systemów zarządzania wzrosły do 102,9 mln zł, co oznacza wzrost o 5 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. Zysk netto spółki wzrósł w tym czasie o 10 proc., sięgając 19,2 mln zł. Rentowność spółki wzrosła do 18,7 proc. To jeden z wyższych wskaźników na rynku. Utrzymanie go nie będzie łatwym zadaniem.

Co roku z lekką obawą podchodzimy do tego, czy kolejny rok się uda – podkreśla Mariusz Lizon. Do tej pory się udawało, więc będziemy o to walczyć. Natomiast presja kosztowa się zwiększa, w związku z czym może być trochę trudniej, ale mówimy o niewielkim spadku rentowności, może o 1 proc. Nie przewidujemy, żeby w tych obszarach mogło nastąpić jakieś większe załamanie.

Asseco Business Solutions od 2008 roku regularnie wypłaca akcjonariuszom dywidendy. Podobnie ma być i teraz, choć decyzja, jak zawsze, zostanie podjęta przez Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy. Zarząd taka decyzję będzie rekomendował.

– Do tej pory walne zgromadzenie zawsze do tych rekomendacji się przychylało, mam nadzieję, że w tym roku również – mówi członek zarządu Asseco Business Solutions. – Potrzeb kapitałowych istotnych nie ma, w związku z tym jest szansa na to, by cały zysk netto w postaci dywidendy w przyszłym roku wypłacić. Pamiętajmy jednak, że wypłata dywidendy nastąpi dopiero w połowie przyszłego roku.

Dobre wyniki spółki osiągnięte w tym roku powinny zostać potwierdzone w czwartym kwartale, który jak podkreśla  Mariusz Lizon, również wygląda dobrze. Są szanse na to, by zysk był równie wysoki jak dotąd. To spowoduje, że zamknięcie całego roku również będzie dobre.

Jeżeli chodzi o 2015, jesteśmy w trakcie tworzenia budżetu i patrzymy z optymizmem. Spółka nie publikuje prognoz, więc ten budżet będzie tylko na wewnętrzny użytek spółki. Natomiast nasze odczucia co do 2015 roku są całkiem dobre. Uważamy, że jest szansa na to, że będzie kontynuowana ta dobra tendencja, która potwierdza się już czwarty kwartał z rzędu.

Asseco Business Solutions czekają zmiany kadrowe, które powinny przynieść lekki wzrost zatrudnienia. Trwa budowa zespołów, które zajmą się wdrożeniami kontraktów handlowych.

– Jeżeli się rozbudujemy, to głównie w obszarze wdrożeń zagranicznych – deklaruje Mariusz Lizon z zarządu spółki. Tutaj ewidentnie może nastąpić wzrost zatrudnienia. W innych obszarach raczej będzie to uzupełnienie zasobów osób, z którymi się rozstajemy.

Agencja Nieruchomości Rolnych ma w zasobach grunty inwestycyjne na ponad 50 lat. W ciągu trzech kwartałów 2014 r. sprzedała ponad 1150 ha

CEO Magazyn Polska

W zasobach Agencji Nieruchomości Rolnych znajduje się jeszcze 100 tys. ha gruntów inwestycyjnych. To zasoby zaspokajające popyt na kilkadziesiąt lat, bowiem rocznie Agencja znajduje kupców na ok. 1 tys. ha.  W 2013 roku nabywców znalazło 1175 ha gruntów nierolnych. Ze sprzedaży Agencja uzyskała dotychczas ponad 200 mln zł.

Ze 100 tys. ha ponad 60 tys. leży w granicach administracyjnych miast. Są to grunty, które nie wymagają odrolnienia, dzięki czemu są dostępne dla inwestorów praktycznie od ręki.

W ciągu I półrocza sprzedaliśmy około 900 ha [a w ciągu trzech kwartałów ponad 1150 ha – red.] – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Leszek Świętochowski, prezes Agencji Nieruchomości Rolnych. – To znacząca poprawa, gdyż w całym ubiegłym roku sprzedaliśmy nieznacznie ponad 1 tys. ha.

Tylko w I półroczu Agencja uzyskała ze sprzedaży terenów inwestycyjnych około 170 mln zł. Jest to zbliżone do wpływów z całego 2013 roku. Ceny inwestycyjnych gruntów nierolnych w Polsce systematycznie rosną, choć – jak podkreśla Świętochowski – trudno porównywać ceny poszczególnych działek.

Cena działki zależy od jej położenia – podkreśla prezes ANR. – Uzyskujemy ceny w wysokości kilku czy kilkunastu milionów złotych za hektar, a uzyskujemy i nieznacznie ponad 100 tys. zł. Średnie ceny w roku ubiegłym wyniosły około 200 tys. zł, w tym roku tendencja jest wzrostowa.

Zyski ze sprzedaży gruntów inwestycyjnych to jedno, a korzyści dla kraju z przyciągnięcia inwestorów to drugie. Dzięki terenom z Agencji zyskuje cała polska gospodarka.

Inwestorzy z różnych krajów, zarówno z Europy Zachodniej, jak i Wschodniej, dokonali inwestycji w obszarze motoryzacyjnym, przemyśle meblarskim, elektronicznym, spożywczym i logistycznym – wylicza prezes Leszek Świętochowski. – Praktycznie nie ma takiego obszaru gospodarki, gdzie na naszych gruntach nie byłyby realizowane inwestycje.

W zasobach Agencji znajdują się nie tylko grunty inwestycyjne dla przemysłu, lecz także działki dla firm deweloperskich, turystycznych, tereny rekreacyjne, grunty leśne i położone nad jeziorami, wreszcie dworki i pałace.

Oprócz gruntów inwestycyjnych dysponujemy również atrakcyjnymi obiektami zabytkowymi – zwraca uwagę Leszek Świętochowski. – W zasobie mamy jeszcze ponad 550 obiektów pałacowo-parkowych. Co roku sprzedajemy ok. 20, gdyż większość tych obiektów jest wydzierżawiona. W wielu sprzedanych obiektach powstają atrakcyjne miejsca do prowadzenia biznesu, hotele, SPA, miejsca do przeprowadzania konferencji, służące biznesowi.

Obiekty zabytkowe, jak zespoły dworskie i pałacowo-parkowe, ANR często przekazuje samorządom, by służyły zaspokajaniu zbiorowych potrzeb mieszkańców danych gmin. Gminy lokalizują tam muzea, izby pamięci czy domy kultury.

Energa inwestuje w nowe technologie. Mają one zmniejszyć zużycie prądu

CEO Magazyn Polska

Spółka Energa wprowadza na polski rynek nowoczesne technologie energetyczne. Buduje farmy fotowoltaiczne i wprowadza systemy pozwalające klientom rozsądnie zarządzać wykorzystywaną energią elektryczną. To oznacza oszczędności i dla odbiorców, i dla producentów.

– Patrzymy na potrzeby klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mirosław Bieliński, prezes zarządu spółki Energa. – Oczywiste jest dla nas to, że klienci chcieliby więcej wiedzieć, za co płacą, jak zużywają energię. Chcą mieć możliwość zarządzania energią w swoich domach, a nie tylko dowiadywania się co jakiś czas, ile wynosi rachunek za energię elektryczną. Zaczynamy współpracę z Intelem po to, by poszerzyć naszą ofertę dla klientów.

Wraz z Intelem Energa zamierza wprowadzić na polski rynek technologie, które umożliwią domowym urządzeniom gospodarczym wzajemną komunikację. Pozwoli to zapewnić klientom innowacyjne usług i da narzędzia pozwalające zoptymalizować zużycie energii.

Jednym z celów, jakie spółka chce osiągnąć, jest przekonanie klientów do świadomego zużywania prądu. Dzięki temu, zamiast zwiększać moce produkcyjne, będzie się oszczędzać energię i wykorzystywać ją wtedy, kiedy jest jej na rynku więcej i jest tańsza. Jak policzyła Energa, budowa nowych elektrowni to wydatek co najmniej 3 mln zł za każdy megawat. Oszczędzanie jest 100 razy tańsze.

– Zarządzanie popytem oznacza przede wszystkim przesunięcie popytu z godzin szczytowych, krytycznych dla systemu energetycznego, na godziny pozaszczytowe – podkreśla Bieliński. – Jest to przesunięcie z godzin drogich na godziny tanie.

Podczas przeprowadzonych w Kaliszu testów konsumenckich okazało się, że klienci chętnie korzystają z możliwości poboru tańszej energii poza godzinami szczytu, bo to oznacza dla nich niższy rachunek za energię elektryczną. Przy okazji okazało się, że gdy zaczęto świadomie gospodarować prądem, jego zużycie spadło.

– Kiedy zastanawiamy się w jakich godzinach zużywać energię, siłą rzeczy zastanawiamy się nad tym, czy w ogóle ją zużywać – zauważa prezes spółki Energa. – Te testy nam to potwierdzają. Przesuwając popyt, z reguły redukujemy samo zużycie energii. W Kaliszu w niektórych przypadkach redukcja popytu w godzinach szczytowych sięgała 30 proc. To bardzo dużo.

Z tego powodu spółka zamierza podobne rozwiązania zaoferować klientom w całym kraju. Oferty pozwalające oszczędzać na rozważnym gospodarowaniu zużywaną energią mają otrzymać zarówno najwięksi odbiorcy prądu, jak i gospodarstwa domowe.

– To jest projekt, który łatwo nam rozszerzać w ramach naszej sieci dystrybucyjnej, ponieważ musi być do tego odpowiednie przygotowanie. Nad tym pracują nasze spółki Energa Operator i Energa Obrót informuje Mirosław Bieliński.

Spółka poza technologiami pozwalającymi oszczędzać energię inwestuje też w jej odnawialne źródła. W Gdańsku uruchomiła np. największą jak dotąd w Polsce farmę fotowoltaiczną. Za ponad 9 mln zł powstała przyjazna dla środowiska elektrownia słoneczna o mocy ponad 1,6 MW. Jak podkreślają władze spółki, to zaledwie poligon doświadczalny, bowiem kolejna siłownia w tej technologii powstanie koło Torunia i będzie miała moc 4 MW.

– Przyglądamy się tej technologii z uwagi na to, że ma ona w tej chwili największy potencjał na wzrost efektywności – deklaruje Mirosław Bieliński.  Po prostu ceny poszczególnych instalacji bardzo szybko spadają i następuje wzrost efektywności, bo sprawność poszczególnych ogniw jest coraz wyższa.

PIPC: Po podpisaniu umowy o wolnym handlu polskie firmy chemiczne nie będą konkurencyjne wobec amerykańskich. Wszystko przez pakiet klimatyczny

CEO Magazyn Polska

Po podpisaniu przez Unię Europejską umowy o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi niektóre grupy produktów chemicznych mogą nie być konkurencyjne alarmuje Polska Izba Przemysłu Chemicznego. Jak wskazuje Tomasz Zieliński, prezes PIPC, wynika to z wysokich kosztów wytwarzanej z węgla energii, która na mocy paktu klimatycznego została obciążona dodatkowymi opłatami za prawo do emisji zanieczyszczeń, oraz z uzależnienia od rosyjskich surowców.

Ogólnie sektor chemiczny popiera otwieranie się UE na nowe rynki – zastrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Tomasz Zieliński, prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego (PIPC). – Jesteśmy zadowoleni z tego, że Unia Europejska wychodzi poza swój rynek i nawiązuje partnerstwo gospodarcze. Dzisiaj jest najlepiej rozwijającą się gospodarką, szczególnie w przemyśle chemicznym.

Według PAIiIZ w połowie 2013 roku w Polsce działało 11 tysięcy firm z branży chemicznej. Ponad 70 proc. stanowiły podmioty zajmujące się przetwórstwem tworzyw sztucznych i kauczuku. Kluczowe dla przemysłu chemicznego w Polsce są spółki z udziałem Skarbu Państwa. W ubiegłym roku, jak szacuje Zieliński, produkcja sprzedana całego sektora chemicznego w Polsce wyniosła około 130 mld zł. Jego zdaniem umowa o wolnym handlu wiąże się z ryzykiem, które może wpłynąć na branżę chemiczną, szczególnie w Europie Centralnej.

Ryzyko to nie ma związku z samą umową, lecz pakietem, którym dzisiaj obciążone są zakłady chemiczne w Europie. Mam na myśli politykę klimatyczną – precyzuje Zieliński. – To jeden worek kosztów, który dzisiaj dostajemy. Jeżeli dołożymy do tego wysoką cenę surowców, uzależnienie od nich i koszty energii, to siłą rzeczy przegrywamy.

Przewagą firm z USA są zdecydowanie niższe koszty energii. Dzięki rewolucji łupkowej ceny gazu za oceanem są prawie trzy razy mniejsze niż w Europie. Jak podkreśla Zieliński, to przede wszystkim będzie wpływało na niższe koszty wytworzenia danego półproduktu, który później trafi np. na europejski rynek.

Jeżeli na rynek trafią produkty wytworzone na taniej energii, z tanich surowców, nieobarczone kosztami środowiskowymi w takim stopniu, jak produkty europejskie, to będą one bardziej konkurencyjne – tłumaczy Zieliński. – Oczywiście nie przypłyną do nas gotowe nawozy, raczej przypłynie półprodukt do nawozów, którym jest amoniak, bo można go dużo łatwiej przetransportować i przetworzyć, czy to na saletrę, saletrzak, czy jakiekolwiek inne typy nawozów.

Dla koncernów z Polski i innych państw naszego regionu może to oznaczać problemy ze znalezieniem nabywców na ich produkty.

Wielu ekspertów pokłada nadzieję w imporcie taniego surowca ze Stanów Zjednoczonych. Jednak według Zielińskiego nie ma co liczyć na obniżki cen energii w Europie. Szacowane koszty transportu surowca na Stary Kontynent zmniejszają atrakcyjność tego importu. Dostęp do tanich surowców jest jednak przedmiotem negocjacji między UE a USA.

Jak podkreśla prezes PIPC, Amerykanie w negocjacjach podnoszą argument, że dziś chemikalia z USA obarczone są 6,5-proc. podatkiem.

Można powiedzieć, że te 6,5 proc. to niewiele w tej strukturze sprzedażowej. Ale jeżeli do tego dołożymy – w przypadku Polski – wyższe koszty energii, wyższe koszty emisyjności (przez to, że gospodarka opiera się na węglu), wyższe koszty skutków polityki klimatycznej, zupełnie inny rozwój technologiczny, brak własnych surowców i uzależnienie od importu z Rosji, to nie mamy szans na to, by poszukiwać innych kanałów konkurencyjności – podkreśla Tomasz Zieliński.

Dotyczy to również innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Wiele zależeć będzie od kształtu umowy o wolnym handlu. Dla niektórych grup produktów, np. dla nawozów, zostały zaproponowane okresy przejściowe

Ale są pewne grupy produktowe, w których trudno zweryfikować to, jaki umowa będzie miała na nie wpływ. To chociażby frakcje C4 w zakresie petrochemicznym czy chemikalia, takie jak substytuty sody, i wiele innych półproduktów – precyzuje Zieliński.

Po zakupie zakładu w Toruniu Libet przymierza się do kolejnych akwizycji. Myśli też o zakupie kopalń

0

Producent kostki brukowej Libet liczy na wzrost zamówień i poprawę wyników w kolejnych 2-3 latach. Spółka sfinalizowała właśnie zakup fabryki w Toruniu i mimo spadku zysku w III kwartale szuka firm do kolejnych przejęć.

– Jesteśmy zadowoleni, bo osiągamy cel, który założyliśmy sobie na ten rok  – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ireneusz Gronostaj, członek zarządu i dyrektor finansowy Libetu. – Chodzi o wzrost udziału w rynku oraz wzmacnianie świadomości i poprawę wizerunku marki na rynku i to zadziałało perfekcyjnie. Zysk netto jest niższy, ale trzeba pamiętać, że na koniec trzeciego kwartału mieliśmy jednorazowe koszty związane z refinansowaniem kredytu.

W tym roku, do końca III kwartału, Libet miał 207,6 mln zł przychodu netto ze sprzedaży, podczas gdy rok wcześniej było to 157,2 mln zł. Zysk netto w pierwszych dziewięciu miesiącach 2014 roku wyniósł 7,8 mln zł i był o 1,2 mln zł wyższy niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Zysk netto za sam III kwartał sięgnął 5,4 mln zł i był o niecałe 1,5 mln zł niższy niż w III kwartale 2013 r. Gronostaj podkreśla, że szczególnie zadowolony jest ze wzrostu przychodów ze sprzedaży. Spółka zyskała dzięki poprawie kondycji całej polskiej gospodarki w porównaniu z ubiegłym rokiem, a co za tym idzie – na wzroście zasobności Polaków.

Widzimy tutaj kilka istotnych czynników podkreśla Ireneusz Gronostaj. – Po pierwsze ożywienie i stabilność gospodarki, po drugie niskie stopy procentowe, które na pewno zachęcają do większych inwestycji. Mam tu na myśli także duże inwestycje mieszkaniowe i komercyjne ze strony deweloperów. Ważnym czynnikiem dla nas, jako producenta kostki premium, jest siła nabywcza klienta indywidualnego. Obserwujemy, że proces wykańczania domów jednorodzinnych ma w tym roku duży wpływ na wyniki.

Gronostaj uważa, że ożywienie gospodarcze, na którym zyskuje spółka, wygląda na trwałe, stąd tak dobre prognozy na kolejne lata. Spółka Libet oczekuje, że jej produkty będą się sprzedawały coraz lepiej.

Patrząc na rynek i jego otoczenie, uważam, że sytuacja jest bardzo stabilna ocenia członek zarządu spółki Libet. – Nie spodziewamy się żadnego tąpnięcia, wręcz przeciwnie – nasilenie aktywności deweloperów, czyli budowa nowych inwestycji komercyjnych, nowych biurowców, magazynów czy chociażby kolejne etapy realizacji programu budowy autostrad i dróg ekspresowych w Polsce, to wszystko pokazuje duże możliwości zarówno do końca tego roku, jak i w perspektywie następnych dwóch-trzech lat.

Libet inwestuje w nowy zakład produkcyjny. Pod koniec października zaciągnął 18,7 mln zł kredytu, który został przeznaczony na sfinansowanie większości kosztów akwizycji fabryki kostki brukowej w Toruniu. Produkcja w nowym zakładzie już ruszyła i spółka oczekuje, że jeszcze w tym roku zakup pozytywnie wpłynie na jej wyniki.

Ostatnio sfinalizowaliśmy transakcję w Toruniu, z której jesteśmy niezmiernie zadowoleni potwierdza Ireneusz Gronostaj. To dla nas znaczący punkt na mapie, zamyka nam lukę logistyczną pomiędzy Gdańskiem, Łodzią i Warszawą. Toruń, Bydgoszcz i Włocławek tworzą bardzo duży rynek, z dużym potencjałem, w szczególności dla produktów premium. Cały czas myślimy o tym, żeby wypełnić białe plamy, tak żeby skrócić dystans do klienta.

To oznacza, że inwestycja w Toruniu nie jest ostatnią, do jakiej przymierza się spółka. Wszystko zależy od znalezienia właściwych firm w atrakcyjnych dla spółki lokalizacjach.

Na pewno się rozglądamy potwierdza Gronostaj. – Rozmawiamy z kilkoma właścicielami. Koncentrujemy się na obszarze Polski, jak wcześniej mówiłem – wciąż mamy kilka białych plam, priorytetem są dla nas zakłady kostki brukowej, ale prowadzimy też wstępne rozmowy dotyczące inwestycji w kopalnie.

TVN liczy na dobre wyniki w IV kwartale i 2015 r. Choć III kwartał był dla spółki lepszy niż w ub.r., to po 10 miesiącach utraciła pozycję lidera

CEO Magazyn Polska

W październiku to Polsat, a nie TVN, był liderem rynku reklamy telewizyjnej w Polsce. Obaj rywale zanotowali spadki wpływów wobec ubiegłego roku. TVN po zyskownym III kwartale liczy jednak na dobrą końcówkę roku.

– Jesteśmy przekonani, że osiągniemy bardzo dobre wyniki w oparciu o naszą główną ramówkę, ramówki kanałów naziemnych, ofertę Telewizji Premium oraz duży popyt ze strony rynku reklamodawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Markus Tellenbach, prezes grupy TVN. – Myślę, że TVN osiągnie dobre wyniki w IV kwartale oraz nadchodzącym roku.

W III kwartale przychody netto ze sprzedaży jednej z największych prywatnych stacji telewizyjnych w Polsce sięgnęły 328 mln zł i były o prawie 19 mln większe niż w III kwartale zeszłego roku. Zysk netto TVN przypadający na akcjonariusza jednostki dominującej przekroczył w tym czasie 17 mln zł. To w ocenie władz spółki dobrze wróży na cały rok.

– W tej chwili nie mamy powodów do obaw o osłabienie naszej pozycji na rynku. Sytuacja na rynku reklamy jest dobra ocenia Markus Tellenbach. – Dlatego choć jest jeszcze bardzo wcześnie by prognozować, uważam, że rok 2015 nie będzie czasem spadku zainteresowania reklamodawców, wręcz przeciwnie, moim zdaniem TVN będzie odgrywać ważną rolę na polskim rynku reklamy.

Jak podają WirtualneMedia.pl, powołując się na dane Nielsen Audience Measurement, po dziesięciu miesiącach roku TVN miał wpływy z reklam o ponad 30 proc. niższe niż przed rokiem, podczas gdy Polsat stracił tylko 3,7 proc. Odpowiada to kwotom 2,1 mld zł i 2,56 mld zł. Tym samym Polsat zajął pozycję lidera. Dane dotyczą jednak reklam cennikowych, a ożywienie na rynku reklamy telewizyjnej potwierdzają domy mediowe.

TVN podkreśla, że po starcie jesiennej ramówki we wrześniu był najchętniej oglądaną stacją telewizyjną w Polsce w grupie osób 16-49 lat.

– Pozycja TVN napędzana jest przez lokalne produkcje – podkreśla prezes spółki. – Udowadnialiśmy wielokrotnie, że potrafimy przygotować programy przyciągające reklamodawców, bardzo udane produkcje wewnętrzne. Można oczekiwać, że TVN będzie kontynuować tę strategię inwestowania w kreatywne myślenie i kreatywne, innowacyjne rozwiązania, a co za tym idzie, przewidujemy, że będzie dominującą siłą w 2015 roku.

Markus Tellenbach uważa, że jego spółce sprzyja poprawa kondycji całej polskiej gospodarki. W III kwartale PKB wzrósł o 3,3 proc. mimo znacznie niższych prognoz (konsensus 2,8 proc.).

– Widzę też, że wskaźnik produkcji przyjmuje wartości pozytywne. Sądzę zatem, że widzimy dziś obraz złożony z niejednoznacznych wskaźników, z którego trudno cokolwiek wywnioskować. Osobiście jestem optymistą, dlatego myślę, że polska ekonomia ma silną pozycję i ta tendencja będzie się utrzymywać w najbliższym roku.

TVN oraz sieć telefonii komórkowej T-Mobile zawarły na początku listopada strategiczne partnerstwo. Jak zapowiadają, wspólnie uruchomią pod marką Player serwis wideo na żądanie oferowany klientom indywidualnym T-Mobile.

– Start serwisu jest już bliski, nie nastąpi on w ciągu najbliższych dni, ale z pewnością prace nad nim nie potrwają już długo – deklaruje prezes Tellenbach. – Myślę, że wszelkie prognozy będą możliwe po kilku miesiącach działania serwisu, gdy będziemy już znali reakcję klientów. Moim zdaniem szybko osiągniemy finansowy sukces, ale zanim będzie można o tym mówić, musimy wystartować.

Wydatki Polaków – raport

Na odzież, obuwie i dodatki Polacy wydali ponad 2200 złotych – wynika z raportu „Polak ubrany 2014”. Ponad połowa tej kwoty, czyli 1300 zł, to wydatki na odzież, 700 zł respondenci wydają na obuwie, a 500 zł na artykuły sportowe.

Odzież, bielizna i obuwie najczęściej kupowana jest w centrach handlowych i monobrandowych sklepach sieciowych popularnych marek. Najczęściej kupuje tam odpowiednio 65 i 61 proc. respondentów. Z drugiej zaś strony, miejscami, gdzie najrzadziej dokonywane są zakupy tych kategorii, są działy w hipermarketach (8 proc. deklaracji), dyskonty i domy wysyłkowe (po 3 proc. deklaracji).

Najpopularniejsze miejsca zakupów odzieży i obuwia w internecie to aukcje (63 proc.), monobrandowe sklepy pojedynczych producentów (43 proc.) oraz sklepy oferujące różne marki (33 proc.). Jeśli chodzi o częstotliwość zakupów, to 80 proc. respondentów zadeklarowało, iż w ciągu ostatnich 12 miesięcy skorzystało z tego kanału dystrybucji przy zakupie odzieży, a przy zakupie obuwia – 58 proc.

Internet jest także najważniejszym źródłem informacji o modzie. 54 proc. respondentów wskazało na sieć, jako na miejsce, gdzie zagląda najczęściej szukając informacji o modzie. Kolejno inspiruje nas oglądanie wystaw sklepowych (47 proc.) oraz rozmowy ze znajomymi i podpatrywanie innych (43 proc.). Serwisy społecznościowe były dwa razy częściej wymieniane niż pozostałe źródła internetowe. Niemal połowa respondentów przyznaje się, iż czytuje blogi modowe. Blog Kasi Tusk, czyli najpopularniejszy blog modowy w polskim internecie, czyta 16 proc. z nich. Inne blogi wymieniane przez co najmniej 4 proc. respondentów czytujących to: Maffashion, Jessica Mercedes, Fashionelka, Alicepoint, Macademian girl i Maddinka.

W ramach raportu „Polak ubrany 2014” zbadano znajomość polskich projektantów mody. Pośród nich najlepiej rozpoznawalną marką cieszy się Ewa Minge (68 proc. wskazań), Paprocki & Brzozowski (54 proc.) oraz Maciej Zień (52 proc.).

W ramach raportu wykorzystano unikatową metodologię GfK ConX Experience Score oraz GfK CBR Consumer Brand Relationship do pomiaru jakości doświadczeń i wrażeń, jakie budują określone miejsca kontaktu konsumenta z wybranymi markami modowymi. Wyniki raportu wskazują, iż wśród marek odzieżowych najcenniejsze kontakty z konsumentami zbudowały marki H&M, Reserved i Zara, a uczyniły to głównie poprzez sklepy online i stacjonarne oraz strony internetowe marki i czasopisma.

Jeśli chodzi o marki sportowe najbardziej wartościowe kontakty zbudowała marka Nike poprzez internet (sklep online, stronę internetową marki oraz informacje w internecie). Wśród marek obuwniczych najcenniejsze kontakty mieli respondenci poprzez strony internetowe marek i sklepy online, a najbardziej doceniane były kontakty z markami CCC, Deichmann i Lasocki.

Czy w Polsce potrzebna jest elektrownia jądrowa?

85% energii elektrycznej w Polsce powstaje z węgla. Niestety, wydobycie surowca jest drogie, a jego wykorzystywanie nieekologiczne. Rząd planuje wybudować elektrownię jądrową. Pomysł ten nie wszystkim się podoba.

Energia atomowa to energia ekologiczna. Cechuje ją brak emisji dwutlenku węgla (CO2), pyłów (PM), dwutlenku siarki (SO2), tlenków azotu (NOX), metali ciężkich i innych zanieczyszczeń pyłowo-gazowych. Polska jest jednym z nielicznych krajów w Europie bez elektrowni atomowej. Program polskiej energetyki jądrowej ma to zmienić. „Dokument przewiduje 4 scenariusze. W podstawowym zakłada się, że energetyka jądrowa ma dostarczać 10% energii. Jest i taki, który mówi o 60%” – informuje Daria Kulczycka, dyrektor Departamentu Energii i Zmian Klimatu w Konfederacji Lewiatan. Przedsiębiorcy chcą mieć zapewnione dostawy prądu. W sytuacji, gdy ciągle słyszy się, że energii może zabraknąć albo będzie ona bardzo droga, trudno podejmować decyzje rozwojowe i strategiczne – mówi serwisowi infoWire.pl ekspertka. „Który z wariantów zostanie zrealizowany, nie wiemy, ale oczekujemy od rządu, że po namyśle i przeliczeniu kosztów instalacji podejmie decyzję o budowie elektrowni” – dodaje.

Według World Nuclear Industry Status Report budowa elektrowni jądrowych to inwestycja długotrwała i droga, również jeśli chodzi o produkcję energii. Jak zaznacza dr Andrzej Kassenberg z Instytutu na rzecz Ekorozwoju, świat idzie w kierunku energetyki odnawialnej. Inwestycje z nią związane tanieją o 7-9% rocznie. Sami produkujemy energię, jej nadwyżki oddajemy elektrowni, a jeśli zabraknie nam prądu, to pobieramy go z sieci – to jest model, który będzie funkcjonował w przyszłości. „Mamy ok. 200 tys. mikroinstalacji. Stworzenie korzystnych warunków dla obywateli spowodowałoby wzrost ich liczby do 2 mln. Ludzie mogliby mieć panele słoneczne, małe biogazownie i wiatraki, pompy ciepła albo układy hybrydowe. To wszystko przyczyniłoby się do powstania ok. 60 tys. miejsc pracy” – dodaje ekspert.

Program polskiej energetyki jądrowej zakłada, że do końca 2016 r. będzie ustalona lokalizacja elektrowni, a 2 lata później ma być gotowy projekt techniczny oraz – uzyskane niezbędne opinie i decyzje. Trzeci etap (lata 2019-2024) to czas na zdobycie pozwolenia na budowę pierwszej elektrowni jądrowej. Druga ma być gotowa w 2035 r. Obie mają dać 6 tys. MW mocy. Czy plany zostaną wcielone w życie, nie wiadomo. Być może stanie się tak jak z planami wykorzystania energii atomowej w Żarnowcu, gdzie elektrownia miała działać już w 1992 r.

Szkolnictwo wyższe coraz droższe, a studentów coraz mniej

Bankier.pl dotarł do informacji, z których wynika, że liczba studentów maleje, ale wydatki na szkolnictwo wyższe rosną. W roku akademickim 2013/2014 na polskich uczelniach studiowało 1 549 tys. studentów. To o 127 tys. mniej niż rok wcześniej. Równocześnie nakłady ze środków publicznych na szkolnictwo wyższe wzrosły o 800 mln zł do kwoty 13,3 mld zł względem 2012 roku.

– Wzrost wydatków wynika m.in. z podwyżek dla kadry akademickiej. Obecnie publiczne nakłady na szkolnictwo wyższe stanowią 0,68% PKB. Łączne nakłady na szkoły wyższe wynoszą 1,3% PKB, co i tak stawia nas na gorszej pozycji niż np. Czechy i Estonię. Pod względem wielkości wydatków jesteśmy europejskim średniakiem – co ciekawe, na szkolnictwo wyższe wydajemy mniej więcej tyle samo co na emerytury rolników i górników – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W 2004 roku liczba studentów przekroczyła 1,9 mln osób. Wówczas wydatki na uczelnie wyższe z budżetu państwa wynosiły 8,8 mld zł, czyli blisko 1% PKB i 4,5% ogółu wydatków budżetowych. W 2013 roku wydatki na uczelnie wyższe to 13,3 mld zł, czyli 0,68% PKB i blisko 4% wydatków z budżetu. Oznacza to, że od lat sytuacja finansowania uczelni publicznych raczej pozostaje niezmienna – zmienia się jedynie stosunek wydatków w przeliczeniu na jednego studenta.

Szewc bez butów chodzi

W 2013 roku przychody w sumie wyniosły 21,3 mld zł – z tego wyższe szkoły publiczne osiągnęły  je na poziomie 18,5 mld zł, z wynikiem finansowym netto  – 418 mln zł. Co interesujące, ujemny wynik finansowy netto odnotowały tylko szkoły ekonomiczne (minus 2,8 mln zł) i szkoły pedagogiczne (minus 7,9 mln zł). Najlepiej radziły sobie szkoły techniczne (wynik 154 mln zł) i szkoły medyczne (wynik 63 mln zł).

– Na szkolnictwo wyższe wydajemy bardzo dużo i wiele wskazuje na to, że pomimo zmniejszenia liczby studentów raczej będziemy wydawać coraz więcej. Otwarte pozostaje pytanie, ile z tego wydajemy tylko na produkcję dyplomów, a ile na rzeczywiste wykształcenie? – dodaje Piechowiak.

Powstała „Biała Księga Arbitrażu”

0

Usunięcie wymogu zdatności ugodowej jako przesłanki zdatności arbitrażowej sporów majątkowych, zastąpienie obowiązku przedstawienia uwierzytelnionego przekładu wyroku arbitrażowego na język polski, regułą zgodnie z którą wystarczające będzie załączenie prywatnego tłumaczenia wyroku – to tylko niektóre z 17 propozycji zmian legislacyjnych zawarte w „Białej Księdze Arbitrażu”, przygotowanej pod egidą Sądu Arbitrażowego Lewiatan.

Propozycje zmian w przepisach dotyczą również innych zagadnień, takich jak rozszerzenie jurysdykcji krajowej sądów polskich w sprawach w zakresu sądownictwa polubownego, zdolności arbitrażowej sporów z udziałem konsumentów, zdolności do pełnienia funkcji arbitra, uregulowanie istotnych elementów relacji pomiędzy arbitrem a stronami sporu, liberalizacji wymogów formalnych w postępowaniu z wniosku o uznanie lub stwierdzenie wykonalności wyroku arbitrażowego, czy zmiany art. 1161 § 3 zd. 2 k.p.c. w kierunku przyjęcia reguły, zgodnie z którą strony związane są regulaminem stałego sądu polubownego w dacie wszczęcia postępowania.

Prace nad przygotowaniem zmian do polskiego prawa arbitrażowego rozpoczęły się wiosną 2013 roku w ramach „Programu Konkurencyjność Arbitrażu” finansowanego ze środków UE. W skład zespołu badawczego pod kierunkiem dr Beaty Gessel-Kalinowskiej vel Kalisz. weszli: dr. hab. Łukasz Błaszczak, dr hab. Rafał Sikorski, dr Maciej Zachariasiewicz, dr Karol Zawiślak, dr hab. Grzegorz Żmij. Prace zostały podzielone na trzy etapy. Pierwszy obejmował analizę obecnego stanu prawnego, której wynik ukazał się w formie publikacji „Diagnoza Arbitrażu. Funkcjonowanie prawa o arbitrażu i kierunki postulowanych zmian”. W drugim etapie uwagi de lege ferenda, zgłoszone w Diagnozie poddane zostały debacie ogólnej, jaka miała miejsce w ramach konferencji „Diagnoza Arbitrażu: Funkcjonowanie prawa o arbitrażu i kierunki postulowanych zmian”, która odbyła się na Zamku Królewskim w Warszawie. Równolegle wszystkie te zagadnienia zostały przedstawione szerokiemu gronu odbiorców w formie ankiety opublikowanej na stronie internetowej Sądu Arbitrażowego Lewiatan oraz rozdystrybuowanej wśród uczestników konferencji.

Analizy i dyskusje posłużyły Zespołowi Diagnozy do opracowania „Białej Księgi Arbitrażu”, która ma za zadanie podsumowanie zgłaszanych w doktrynie i praktyce propozycji zmiany ustawy Kodeks postępowania cywilnego oraz przedłożenie jednej spójnej propozycji zmiany legislacyjnej.

„Biała Księga Arbitrażu” zostanie 20 listopada br. przekazana na ręce wiceministra gospodarki Mariusza Haładyja oraz wiceministra sprawiedliwości Wojciech Węgrzyna.

Konfederacja Lewiatan

Biznes popiera ideę „nowego otwarcia” w dialogu społecznym w UE

Musimy wspólnie robić wszystko, by ponownie przekierować Europę na ścieżkę wzrostu. Nie potrzebujemy nostalgicznych porównań do lat 90., ale koncentracji na głównym wyzwaniu, przed jakim dziś stoimy – reformowaniu Europy. Tylko dzięki temu możemy doprowadzić do wzrostu gospodarczego i powstania nowych miejsc pracy na kontynencie. Musimy przekształcić dialog społeczny w partnerstwo na rzecz reform – powiedział Markus Beyrer, dyrektor generalny BUSINESSEUROPE, największej organizacji pracodawców w UE, do której należy Konfederacja Lewiatan.

To komentarz po spotkaniu europejskich partnerów społecznych z wiceprezydentem Komisji Europejskiej Valdisem Dombrovskisem i komisarz Marianne Thyssen odpowiedzialnej za zatrudnienie, sprawy społeczne, umiejętności i mobilność pracowników o potrzebie odnowienia europejskiego dialogu społecznego.

– Środowiska biznesowe w Brukseli głośno mówią o tym, że dziś Europa jest na rozdrożu. Kolejne pięć lat zadecyduje o naszej gospodarczej i politycznej roli w świecie. Dlatego nie ma czasu na zwlekanie z odważnymi reformami, a tych nie da się przeprowadzić bez współpracy władz UE z partnerami społecznymi. Cieszę się, że komisarz Bieńkowska na spotkaniu z Konfederacją Lewiatan i BUSINESSEUROPE 6 listopada zadeklarowała, że stały kontakt z przedstawicielami firm uważa za kluczowy w swej pracy – mówi dr Anna Kwiatkiewicz, dyrektor Biura Lewiatana w Brukseli.

Zatrudnienie w październiku rosło 7. miesiąc z rzędu. Liczba pracujących w przedsiębiorstwach powinna przekroczyć 5,54 mln

CEO Magazyn Polska

Zatrudnienie w Polsce rośnie niemal nieprzerwanie od początku roku (z wyjątkiem kwietnia) i choć nie są to skokowe wzrosty, to liczba osób pracujących w przedsiębiorstwach powoli zbliża się do 5,55 mln. Rosną także średnie wynagrodzenia, a że ceny spadają, konsumenci mają coraz więcej pieniędzy w kieszeniach. Zdaniem Rafała Beneckiego z ING Banku Śląskiego deflacja rok do roku utrzyma się nawet do lutego przyszłego roku.

–  Spodziewamy się stosunkowo stabilnej dynamiki zatrudnienia na poziomie 0,8 proc. rok do roku i nieco niższego niż 4 proc. wzrostu płac – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Benecki, główny ekonomista ING Bank Śląski. – To takie dane, które pokazują, że rynek pracy ustabilizował się po bardziej dynamicznej poprawie na przełomie 2013 i 2014 roku. Ta stabilizacja może jeszcze trochę potrwać. Te warunki oznaczają, że inflacja w Polsce, nawet jak odbije, to nadal będzie bardzo niska.

Według szacunków resortu pracy w październiku stopa bezrobocia wyniosła 11,3 proc i była o 0,2 proc. niższa niż miesiąc wcześniej oraz o 1,7 proc. niższa niż w październiku 2013 roku. We wrześniu – jak podaje GUS – zatrudnienie było 0,8 proc. wyższe niż przed rokiem. W październiku można oczekiwać podobnych rezultatów. To oznacza, że liczba zatrudnionych w przedsiębiorstwach wyniosła 5,544 mln osób. Z kolei średnie wynagrodzenie zdaniem ekonomistów wzrosło do 3960,7 zł brutto. Prognozy ING BSK zakładają jeszcze nieco wyższy wzrost – do 3980 zł.

To oznacza, że rośnie siła nabywcza konsumentów, zwłaszcza w zderzeniu ze spadkiem cen, który występuje w Polsce od lipca. Choć wcześniej ekonomiści spodziewali się, że od listopada ceny zaczną jednak rosnąć, to zdaniem Rafała Beneckiego deflacja w ujęciu rocznym może potrwać nawet do lutego przyszłego roku. Potwierdza to ubiegłotygodniowy odczyt, zgodnie z którym w październiku ceny spadły o 0,6 proc., a więc dwa razy mocniej niż w sierpniu i we wrześniu.

Ostatnie dane pokazały, że efekt embarga rosyjskiego na eksport żywności z Polski, pojawia się z dużym opóźnieniem – ocenia Rafał Benecki. Pierwotnie był on niezbyt widoczny, natomiast w październiku pojawił się w trzech kategoriach: na cenach owoców i warzyw, cenach nabiału oraz cenach mięsa. Możliwe, że duże sklepy przez jakiś czas stabilizowały ceny pomimo spadku cen hurtowych, natomiast ta tendencja się zmieniła.

W ocenie analityka pierwszego miesiąca z inflacją możemy oczekiwać dopiero w lutym lub marcu przyszłego roku.

Moim zdaniem ta presja niskich cen hurtowych zaczyna się ujawniać dopiero teraz – podkreśla główny ekonomista ING Bank Śląski. Co może oznaczać dłuższy okres niskich cen żywności, co razem ze stosunkowo niską inflacją bazową może przedłużyć okres ujemnej inflacji mniej więcej do połowy pierwszego kwartału przyszłego roku.

Polska gospodarka rozwijać się ma w tym roku według różnych szacunków w tempie 3-3,2 proc. W przyszłym roku prognozy są nieco ostrożniejsze, choć większość instytucji wieszczy wzrost PKB przynajmniej o 3 proc.

Wzrost gospodarczy w przyszłym roku w najlepszym wypadku w niektórych kwartałach może wynieść może 3,5 proc. rok do roku, może nieco więcej, nie przekraczając jednak 4 proc. – uważa Rafał Benecki. W poprzednich cyklach koniunkturalnych w najlepszym momencie wzrost gospodarczy wynosił około 5-6 proc. To oznacza, że wpływ koniunktury gospodarczej na rynek pracy jest mniej pozytywny niż to się działo w przeszłości, w związku z czym tempo wzrostu płac i zatrudnienia jest również odpowiednio niższe.

KGHM: Dzięki nowym licencjom życie kopalni wydłuży się o 40 lat. Problemem trudne warunki wydobycia

CEO Magazyn Polska

KGHM Polska Miedź koncentruje się na poszukiwaniu i dokumentacji nowych złóż w Polsce. Uzyskane ostatnio licencje wydłużą życie kopalni o kolejne 30-40 lat. Żeby wydobywać, musimy jednak schodzić coraz głębiej, co zwiększa koszty i powoduje większe utrudnienia w pracy górników. Zmniejsza się też zawartość miedzi i srebra w rudzie. Spółka inwestuje więc w nowe technologie przerobu, by – zgodnie z planem na przyszły rok – utrzymać zawartość na poziomie z tego roku.

W ostatnim okresie udało nam się uzyskać kolejne licencje na eksploatacje w rejonie naszych obecnych zakładów górniczych, co wydłuży życie kopalń o kolejne 30-40 lat – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Romanowski, pierwszy wiceprezes zarządu KGHM Polska Miedź SA. – Wyzwaniem są dla nas pogarszające się warunki geologiczno-górnicze.

Wydobycie na coraz głębszych poziomach wymaga coraz lepszych i bardziej skomplikowanych technologii, np. klimatyzacji odpowiedniej dla wyższych temperatur. Oznacza to również wyższe koszty wydobycia, np. związane z wywozem rudy na powierzchnię.

Pracujemy nad udoskonaleniem naszej technologii wydobywczej. Niektóre z projektów, jak m.in. urabianie złoża kombajnem, będą na tyle przełomowe, że pozwolą na utrzymanie dyscypliny kosztowej i eksploatację trudnych złóż w kolejnych okresach – mówi Romanowski.

Nowe technologie pozwolą m.in. na odzyskiwanie większej ilości miedzi podczas przerobu. Coraz mniejsza zawartość metali w rudzie to problem całego światowego górnictwa.

Przerabiamy coraz trudniejsze złoża o mniejszej zawartości metalu – precyzuje Romanowski. – Wymaga to coraz lepszych technologii przerobu. Nasz Zakład Wzbogacania Rud odnotowuje sukcesywną poprawę uzysków, z czego jesteśmy bardzo dumni. Mamy ambitny plan, by w przyszłym roku utrzymać zawartość miedzi i srebra w rudzie na tegorocznym poziomie.

Prace za granicą zgodnie z planem

1 października br. nastąpiło uroczyste otwarcie projektu Sierra Gorda, odkrywkowej kopalnia miedzi, złota i molibdenu na pustyni Atacama w regionie Antofagasta, największym zagłębiu miedzi w Chile. Pierwsza dostawa koncentratu została już wysłana do japońskiej huty Toyo Smelter & Refinery).

Kolejne dostawy są realizowane, wszystko przebiega zgodnie z planem – twierdzi Jarosław Romanowski. – Myślę, że w przyszłym roku uda nam się wyprodukować 110 tys. ton miedzi w koncentracie i 50 mln funtów molibdenu. Produkcja komercyjna zdefiniowana w umowie joint venture powinna być odnotowana w pierwszej połowie 2015 roku.

Zgodnie z planem toczą się również prace konstrukcyjne i budowlane w ramach innej inwestycji zagranicznej KGHM – kopalni głębinowej Victoria w kanadyjskim Ontario.

Dzięki dużej zawartości niklu i metali szlachetnych produkcja miedzi charakteryzuje się tam ujemnym kosztem. Myślimy, że po okresie trzech lat będziemy mieli możliwość rozpoczęcia produkcji również w tej kopalni – podkreśla Romanowski.

KGHM Polska Miedź SA jest największym producentem srebra i ósmym producentem miedzi na świecie, posiadającym dostęp do czwartych pod względem wielkości zasobów. Spółka ma szerokie portfolio projektów eksploracyjnych, rozwojowych i produkcyjnych w Polsce, Niemczech, Chile, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych.

Skarbiec Holding zadebiutował na giełdzie. Chce rosnąć szybciej niż rynek funduszy inwestycyjnych

Skarbiec Holding zapowiada wzrost w tempie wyższym niż tempo rozwoju rynku funduszy inwestycyjnych. W ofercie publicznej zostało sprzedane 1,36 mln akcji, co odpowiada ok. 21 proc. udziału w kapitale spółki. Choć kurs już na debiucie wzrósł o ponad 4 proc., dla inwestorów to szansa przede wszystkim na średnio- i długoterminowy zysk.

Jesteśmy bardzo zadowoleni zarówno z debiutu, jak i z zainteresowania naszą ofertą. Mieliśmy dużą nadsubskrypcję inwestorów detalicznych. Spore zainteresowanie ofertą mieliśmy także ze strony inwestorów instytucjonalnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Rybiec, prezes zarządu Skarbiec Holding SA. ‒ Liczymy na to, że spółka będzie rozwijać się dużo szybciej niż sam rynek funduszy inwestycyjnych, który w ostatnich latach rósł w tempie 15 proc. średniorocznie.

Skarbiec Holding SA początkowo planował sprzedać niemal 3,2 mln akcji stanowiących 46,3 proc. kapitału spółki. Ostatecznie przydzielonych zostało 1,4 mln akcji, stanowiących ok. 21 proc. kapitału. Cena jednej akcji wyniosła 32,5 zł. Akcje sprzedawał większościowy udziałowiec spółki, zarejestrowany na Cyprze Skarbiec Holding Limited (przed ofertą miał 94,6 proc. akcji).

Po debiucie kurs akcji Skarbca wzrósł o 4,25 proc., a na zamknięciu sesji – o 1,72 proc. Były to wyniki lepsze od całego rynku, bo indeks WIG zyskał wczoraj przez cały dzień 0,51 proc.

‒ To jest inwestycja średnio- i długoterminowa związana z polskim rynkiem kapitałowym – podkreśla Rybiec. ‒ Spółka jest doskonale zrównoważona, jeżeli chodzi o  produkty i sposób zarządzania. Jest to spółka typowo dywidendowa, zgodnie z deklaracją w prospekcie będziemy rekomendować wypłatę od 75 proc. do 100 proc. zysku w formie dywidendy.

Rybiec podkreśla, że ponieważ inwestorom sprzedane zostało tylko ok. 20 proc. udziałów w spółce, daje to szansę na przyszłe oferty. Decyzja w tej sprawie należy jednak, jak podkreśla prezes spółki, do właściciela większościowego, czyli Skarbiec Holding Limited. Ta spółka z kolei należy do Polish Enterprise Fund V L.P., funduszu Enterprise Investors. Pozostałymi akcjonariuszami spółki są menadżerowie oraz kluczowi pracownicy. Zmniejszenie zaangażowania tego funduszu będzie możliwe, ale nie nastąpi wcześniej niż za rok, bo tyle trwa lock-up, czyli zobowiązanie akcjonariuszy do niesprzedawania posiadanych przez nich udziałów.

M. Witucki (Orange Polska): rozwój LTE jest bardzo ważny, ale to rozbudowa światłowodów przyciągnie inwestorów do regionów

Do 24 listopada firmy mogą składać do UKE oferty wstępne w ramach aukcji na częstotliwości 800 oraz 2600 MHz. Ich sprzedaż budzi dużo emocji wśród największych graczy na rynku, bo częstotliwości z pasma 800 MHz są szczególnie ważne dla rozwoju technologii LTE, czyli szybkiego mobilnego internetu. Jednak zdaniem Macieja Wituckiego dla rozwoju sieci i biznesu w Polsce wciąż kluczowa będzie jednak rozbudowa światłowodów.

Aby rozwinąć e-sklep czy zainstalować fabrykę połączoną z centralą szybkim internetem, nie będziemy korzystać z LTE, ale ze światłowodów, które będą się rozwijały równolegle – przekonuje Maciej Witucki, przewodniczący Rady Nadzorczej Orange Polska. – Internet bezprzewodowy to jest oczywiście ogromny postęp dla użytkowników indywidualnych. Ich smartfony będą działały trochę szybciej. Ale przypomnę, że LTE to znaczy Long Term Evolution, a nie Revolution. Czyli jest to trochę szybszy internet niż technologia 3G, którą mieliśmy dotychczas.

Na początku października br. Urząd Komunikacji Elektronicznej po raz drugi ogłosił aukcję na częstotliwości umożliwiające rozwój LTE. Do wylicytowania będzie pięć rezerwacji częstotliwości z pasma 800 MHz, szczególnie ważne ze względu na możliwość zapewnienia usług dostępu do szybkiego internetu oraz 14 rezerwacji w paśmie 2600 MHz.

W nowych warunkach aukcji znalazły się poważne wymagania inwestycyjne. Zwycięzcy aukcji będą mieli 24 miesiące na przeprowadzenie inwestycji w gminach, gdzie obecnie zasięg oferującej transmisję danych sieci wynosi poniżej 80 proc. W ciągu dwóch lat pokrycie będzie musiało wzrosnąć do 83-89 proc. Zgodnie z danymi UKE takich gmin jest w Polsce ponad 1200, a mieszka w nich przeszło 9 mln osób.

Aukcja wiąże się zatem z ogromnymi pieniędzmi i koniecznością dużych inwestycji ze strony operatorów – tłumaczy Maciej Witucki. – Myślę, że dlatego budzi ona tak ogromne emocje i generuje tak wiele medialnych newsów czy deklaracji. Są one jednak bardziej proporcjonalne do skali inwestycji niż realnego postępu technologicznego.

Jak podkreśla, dla realizacji założeń Europejskiej Agendy Cyfrowej kluczowe będą łącza stacjonarne.

Żeby te magiczne 30 megabitów było stabilne i rzeczywiście dostępne, potrzebujemy łącza stacjonarnego: cyfrowej telewizji kablowej albo światłowodowego – zauważa Maciej Witucki. – Dzięki aukcji na pewno zostanie rozwiązany problem dostępności częstotliwości, które będą służyły poprawie jakości usług dla klienta końcowego. Ale rewolucją są jednak światłowody i cyfrowe łącza stacjonarne.

Agenda cyfrowa zakłada, że do 2020 roku każde gospodarstwo domowe w Polsce ma mieć zapewniony dostęp do szerokopasmowego internetu, o prędkości co najmniej 30 Mbps, a co najmniej połowa do szybkiego łącza – 100 Mbps.

Już dzisiaj postęp jest bardzo duży. Jeżdżąc po Polsce, podróżując po miejscach niezbyt gęsto zaludnionych, widzę, że można sprawdzać pocztę i wiadomości nawet w najgłębszych lasach i najdalszych górach. Kolejnym krokiem będzie bardzo szybki internet na łączach stacjonarnych. Miejmy nadzieję, że trafi on do jak największej liczby Polaków. Bo tylko taki daje dostęp do sieci na miarę XXI wieku – podkreśla przewodniczący Rady Nadzorczej Orange.

Lotnisko w Modlinie: Zyski dopiero za 3-4 lata. W tym roku ok. 1,7 mln pasażerów

CEO Magazyn Polska

Lotnisko w Modlinie obsłuży w tym roku ok. 1,7 mln pasażerów, a za rok celuje w 2,5 mln podróżnych. Pomimo dynamicznego rozwoju i wzrostu liczby połączeń zysk netto uda się osiągnąć dopiero w 2017-2018 r. Od listopada w Modlinie odbywa się 276 regularnych lotów tygodniowo.

Ten rok jest dla nas bardzo dobry. Myślę, że zakończymy go z 1,7 mln obsłużonych pasażerów. Na przyszły rok szacujemy 2,5 mln – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Danił, wiceprezes Mazowieckiego Portu Lotniczego Warszawa-Modlin. ‒ To wynika z nowych kierunków, zwiększenia częstotliwości w naszej siatce połączeń, bardzo szybkiego rozwoju połączeń i liczby chętnych, by latać tanio z lotniska w Modlinie.

Od początku tego roku do końca października lotnisko w Modlinie obsłużyło już 1,37 mln pasażerów. Wyników nie można odnieść do 2013 r., bo z uwagi na awarię pasa startowego w okresie od stycznia do końca września port lotniczy nie obsługiwał ruchu regularnego. W październikowa liczba pasażerów (ponad 165 tys.) wzrosła jednak o 26,4 proc. rok do roku. Przybyło także podróżnych w ujęciu miesiąc do miesiąca – w październiku było ich o 11,5 proc. więcej niż we wrześniu br.

W Modlinie obecny jest tylko jeden przewoźnik – irlandzki Ryanair. Linia oferuje w sezonie zimowych 25 kierunków z tego lotniska, w tym dwa krajowe – Gdańsk i Wrocław.

Większa liczba lotów przekłada się na coraz lepsze wyniki finansowe Modlina. W ubiegłym roku port lotniczy zanotował stratę netto w wysokości 45,5 mln zł. Zgodnie z tabelą opłat lotniskowych portu Ryanair – z uwagi na to, że jest nowym i dużym przewoźnikiem – może liczyć na nawet ponad 50-proc. zniżki od opłat za lądowanie i każdego pasażera, który wylatuje z Modlina.

Wynik finansowy będzie oczywiście coraz lepszy. Myślę, że przyszły rok to jeszcze nie będzie poziom zysku netto, ale już lata 2017-2018 przy tym tempie wzrostu na pewno przyniosą zyski – zapowiada Danił. Podkreśla: ‒ Port lotniczy to są wysokie koszty stałe związane z utrzymaniem wszystkich służb porządkowych, służb bezpieczeństwa, ochrony.

Danił dodaje, że z tego powodu sukces finansowy mogą odnieść jedynie te lotniska, które znajdują się w pobliżu dużych aglomeracji. Inne, czyli te, które mają problem z osiągnięciem poziomu ruchu w granicach co najmniej 1 miliona pasażerów rocznie, mogą mieć problem z zyskownością.

Pracodawca oferuje Ci benefity? Możesz na nich oszczędzić nawet kilkaset złotych miesięcznie

Jak pokazują dane serwisu zarobki.pracuj.pl, już ponad połowa pracowników w Polsce otrzymuje benefity. Dzięki nim możemy nie tylko rozwijać swoje kompetencje, ale także zaoszczędzić cenny czas i pieniądze. Suma oszczędności, w przypadku hojnego pracodawcy, może wynieść nawet powyżej kilkuset złotych miesięcznie.

 Cenne zdrowie

Według danych z serwisu zarobki.pracuj.pl do najczęściej otrzymywanych benefitów należy prywatna opieka medyczna, którą otrzymuje 28% pracujących. Dzięki temu benefitowi mogą oni oszczędzić miedzy 100 a 300 zł miesięcznie, w zależności od usług, jakie wchodzą w zakres umowy podpisanej z prywatnym centrum medycznym. Prywatna opieka medyczna to również najbardziej pożądany przez pracowników benefit. Według raportu Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu: benefity po polsku” 42% Polaków wskazało prywatną opiekę medyczną jako jeden z trzech kluczowych dla nich pozapłacowych dodatków.

Ze zdrowiem związane są również karnety sportowo-rekreacyjne, które – jak wynika z analiz serwisu zarobki.pracuj.pl – otrzymuje 16% pracujących. Tego typu benefit to z kolei oszczędność rzędu około 200złotych miesięcznie. Dodatkowym atutem jest możliwość korzystania z wielu placówek sportowych, z którymi współpracuje firma oferująca takie usługi.

Służbowe, ale również do celów prywatnych

Służbowy telefon do celów prywatnych otrzymuje 18% pracujących Polaków. Koszt przeciętnego abonamentu bez ograniczeń to kwota około 50 – 100 złotych miesięcznie. Z kolei samochód do celów prywatnych, który otrzymuje prawie 8% pracujących, to oszczędność rzędu nawet 1000 zł miesięcznie. Co zaskakujące, w preferencjach pracowników, według raportu Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu: benefity po polsku”, ten benefit znalazł się dopiero na szóstym miejscu. Poprzedzają go takie benefity jak prywatna opieka medyczna, ubezpieczenie na życie, świadczenia socjalne, programy emerytalne, bony towarowe/ żywieniowe.

 Nie tylko pensja

Negocjując wynagrodzenie warto wziąć więc po uwagę, jakie benefity oferuje pracodawca. Serwis zarobki.pracuj.pl pozwala nam sprawdzić nie tylko ile zarabiają przeciętnie osoby na podobnych stanowiskach jak nasze, ale również na jakie benefity możemy liczyć.

Raport Pracuj.pl: „Podwyżka bez tabu: benefity po polsku” został opracowany na podstawie badań przeprowadzonych przez TNS na zlecenie Pracuj.pl w dniach 10-15 września 2014 r. na reprezentatywnej grupie pracujących Polaków (n=1000) oraz uzupełniony o dane z serwisu zarobki.pracuj.pl

Secus AM: OFE pozostaną ważnym inwestorem na polskiej giełdzie. Mają więcej środków niż oczekiwano

CEO Magazyn Polska

Otwarte Fundusze Emerytalne pozostaną istotnym graczem na polskiej giełdzie. Liczba Polaków, którzy zdecydowali się pozostawić swe emerytalne oszczędności w zarządzie OFE, okazała się większa, niż przewidywali to analitycy, a roczne przepływy netto szacowane są na 1,4 mld zł. 

Ostateczne dane dotyczące liczby ubezpieczonych ludzi, którzy zdecydowali się pozostać w OFE, były dużym pozytywnym zaskoczeniem dla rynku, dlatego że jeszcze miesiąc przed końcem tego okresu szacowano, że to może być dużo mniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Rzeźniczek, dyrektor Departamentu Zarządzania Portfelami Secus Asset Management.

Według Głównego Urzędu Statystycznego 16,7 proc. ubezpieczonych zdecydowało, że chce, by część ich składek trafiła w ręce OFE. Spora liczba ubezpieczonych, która pozostała w OFE, to większe niż oczekiwano wpływy z emerytalnych składek. OFE dostaną również pieniądze z tytułu dywidend i odsetek.

Szacuje się obecnie, że w przyszłym roku netto przypływy do OFE wyniosą około 1,4 mld zł, co dawałoby kwotę około 170 mln złotych miesięcznie – ocenia dyrektor Departamentu Zarządzania Portfelami Secus Asset Management. Z tego punktu widzenia trudno spodziewać się tutaj negatywnych czynników, jeżeli chodzi o liczbę uczestników, która pozostała.

Na koniec października aktywa wszystkich polskich OFE Analizy Online oceniały na 157 mld zł. Trzeba jednak pamiętać o tym, że jedynie część pieniędzy, jakimi obracają Otwarte Fundusze Emerytalne, trafia na warszawską giełdę. Można oczekiwać, że portfele OFE będą ewoluowały w kierunku struktur zrównoważonych.

Jeżeli udział aktywów ryzykownych, czyli aktywów agresywnych, w portfelach OFE przekracza 80 proc., to mając na uwadze, że zarządzający prawdopodobnie będą przesuwać się w kierunku portfeli zrównoważonych, trzeba się będzie liczyć z tym, że nowe środki pojawiające się w OFE nie będą trafiały na rynek akcji albo wręcz będą z niego odpływać – twierdzi Jacek Rzeźniczek.

Kolejnym czynnikiem, który może spowodować mniejsze zaangażowanie naszych funduszy emerytalnych w polską giełdę, jest poszukiwanie nowych inwestycji. Od początku przyszłego roku OFE będą mogły zwiększać udział aktywów zagranicznych w swoich portfelach.

Obecnie ten limit jest na poziomie 10 proc. – zwraca uwagę Jacek Rzeźniczek z Secus Asset Management. – Od przyszłego roku wzrośnie do 20 proc. i nie wiadomo, w którym kierunku pójdą zarządzający. Ryzyko, że część aktywów przepłynie za granicę oczywiście jest i to zresztą potwierdziły ostatnie miesiące, kiedy OFE rzeczywiście decydowały się wychodzić za granicę w celu dywersyfikacji portfela.

Mimo nowych możliwości inwestycyjnych dyrektor Departamentu Zarządzania Portfelami Secus Asset Management nie widzi jednak zagrożenia, że OFE ograniczą swą obecność na polskim parkiecie. W każdym razie w jego ocenie nie wydarzy się to w najbliższym czasie.

To jednak będzie proces długotrwały i obecnie wydaje się, że nie będzie on miał jakiegoś bardzo negatywnego znaczenia, dlatego że OFE, oprócz akcji, nie mają wielkiej alternatywy w zakresie przesuwania środków – podkreśla Jacek Rzeźniczek.

Zgoda na Koncentrację: Pekao SA i SKOK im. Kopernika

Pekao SA może przejąć kontrolę nad Spółdzielczą Kasą Oszczędnościowo-Kredytową im. Mikołaja Kopernika w Ornontowicach – uznał Prezes UOKiK. Transakcja związana jest z przetargiem KNF na restrukturyzację tej kasy. To kolejny bank, który uzyskał zgodę Urzędu

Uczestnicy koncentracji działają na rynku usług finansowych. Bank Pekao SA należy go grupy finansowej UniCredit. Prowadzi działalność bankową w zakresie obsługi klientów indywidualnych i instytucjonalnych. Spółdzielcza Kasa Oszczędnościowo-Kredytową im. Mikołaja Kopernika w Ornontowicach świadczy usługi za w województwach: dolnośląskim, łódzkim, małopolskim, opolskim, śląskim i świętokrzyskim.

Koncentracja związana jest z restrukturyzacją SKOK im. Kopernika i przetargiem ogłoszonym przez Komisję Nadzoru Finansowego. Ma on wyłonić bank, który  przejmie kontrolę nad kasą. Jednym z oferentów jest Pekao SA, wcześniej zgodę UOKiK otrzymał inny bank – PKO BP. Ostateczny wybór podmiotu, który przeprowadzi restrukturyzację należeć będzie do KNF.

W trakcie postępowania Urząd uwzględnił sytuację na polskim rynku depozytów i kredytów dla gospodarstw domowych oraz bancassurance. Analiza wykazała, że transakcja nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji, a wzrost udziału banku w rynku będzie nieznaczny. Koncentracja nie będzie miała również negatywnego wpływu na konsumentów.

Zgodnie z przepisami transakcja podlega zgłoszeniu do urzędu antymonopolowego, jeżeli biorą w niej udział przedsiębiorcy, których łączny obrót w roku poprzedzającym przekroczył 1 mld euro na świecie lub 50 mln euro w Polsce.

Decyzje wyrażające zgodę na dokonanie koncentracji wygasają, jeżeli połączenie nie zostanie dokonane w terminie 2 lat od ich wydania. Na stronie internetowej Urzędu zamieszczane są informacje na temat wszystkich prowadzonych przez Urząd postępowań antymonopolowych w sprawach koncentracji. Więcej informacji o zasadach łączenia przedsiębiorców w przygotowanym specjalnie opracowaniu.

 

 

Nie daj się nabrać. Sprawdź, zanim podpiszesz!

Chociaż maksymalne nominalne oprocentowanie pożyczek wynosi obecnie 12 procent, to wiele firm pożyczkowych oferuje produkty, których rzeczywista roczna stopa oprocentowania może przekraczać tysiące procent. Dlatego też nierozważne podpisanie umowy o „szybką i łatwą pożyczkę” może prowadzić do utraty dorobku całego życia i rodzinnych dramatów. UOKiK dołącza do wspólnej akcji 7 instytucji

W związku z tym rozpoczynamy kolejną część akcji społecznej „Nie daj się nabrać. Sprawdź, zanim podpiszesz!”, współorganizowanej przez siedem instytucji publicznych: Bankowy Fundusz Gwarancyjny, Komisję Nadzoru Finansowego, Ministerstwo Finansów, Ministerstwo Sprawiedliwości, Narodowy Bank Polski, Policję oraz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Bohaterem kampanii jest pani Krystyna, która przed świętami zdecydowała się na zaciągnięcie pożyczki w wysokości czterech tysięcy złotych. Na stronie internetowej kampanii www.zanim-podpiszesz.pl można śledzić, jak każdego dnia rośnie jej dług,
a wraz z nim stres i frustracja.

Za pomocą witryny kampanii można zapoznać się z podstawowymi informacjami na temat bezpieczeństwa na rynku finansowym, poznać cztery zasady bezpiecznych pożyczek, użyć kalkulatorów finansowych, dowiedzieć się, jak niebezpieczne kruczki prawne stosowane są w umowach, oraz uzyskać dostęp do podstawowych aktów prawnych.

W czasie kampanii, w mediach będących partnerami społecznymi akcji, zostaną wyemitowane spoty informacyjne tłumaczone na język migowy oraz opatrzone wyraźnymi napisami.

Warto pamiętać, że polskie prawo ogranicza oprocentowanie pożyczek i kredytów do czterokrotności wysokości stopy kredytu lombardowego Narodowego Banku Polskiego. Obecnie stopa kredytu lombardowego to 3 proc., a maksymalne odsetki wynoszą 12% proc.

Z kontroli przeprowadzonej w 2013 roku przez UOKiK wynika m.in., że dla części firm pożyczkowych głównym źródłem przychodów nie były odsetki od udzielonych pożyczek, ale różnego rodzaju prowizje i opłaty ponoszone przez konsumentów, które niekiedy nie były zwracane nawet w sytuacji odmowy udzielenia pożyczki.

Podmioty świadczące usługi pośrednictwa kredytowego oraz firmy pożyczkowe nie są w Polsce objęte nadzorem KNF i nie muszą mieć licencji, aby prowadzić działalność. Nie istnieje ponadto wymóg ich rejestracji, stąd trudno precyzyjnie określić ich liczbę.

Szacunki Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, skupiającej tylko część firm pożyczkowych, wskazują że firmy te udzieliły w 2013 roku kredytów konsumenckich
i pożyczek o wartości 2,7 miliarda zł, a wartość ich należności z tego tytułu wyniosła na koniec roku 3,1 miliarda zł.

Firmy pożyczkowe specjalizowały się w udzielaniu pożyczek na niskie kwoty i na krótkie terminy, tj. zajęły niszę produktową, którą banki przez wiele lat nie były zainteresowane. Średnia wartość pożyczki udzielonej przez firmy pożyczkowe w 2013 roku wynosiła około 1 300 zł, a w przypadku podmiotów sprzedających pożyczki wyłącznie przez Internet – około 600 zł.

Wszystkich zainteresowanych zapraszamy do współpracy przy kampanii społecznej „Nie daj się nabrać. Sprawdź, zanim podpiszesz!”.

Akcję wspierają Telewizja Polska oraz Polskie Radio.

www.zanim-podpiszesz.pl

E-booki z szansą na 10-15 proc. rynku książki. Pojawią się abonamenty i wirtualne wypożyczalnie, a autorzy będą sami wydawać swoje książki

W najbliższym czasie e-booki mogą zagospodarować nawet 10-15 proc. rynku książki. Rozwijać będą się nowe modele udostępniania treści, takie jak wirtualne wypożyczalnie czy abonamenty. Autorzy coraz częściej publikować będą za własne pieniądze (tzw. self-publishing), biorąc na siebie ryzyko braku zainteresowania ze strony rynku, ale nie narażając się na odrzucenie rękopisu przez wydawcę. W razie powodzenia wydawnictwa będą proponowały im stałą współpracę.

 Przyszłość rynku e-booków niewątpliwie rysuje się w bardzo optymistycznych barwach – uważa Robert Rybski, prezes zarządu spółki Virtualo, dystrybutora publikacji cyfrowych. – Ten segment rośnie bardzo dynamicznie. Prawdopodobnie na przestrzeni najbliższych lat osiągnie poziom 10-15 proc. całego rynku książki.

Według przygotowanego przez Virtualo raportu „Rynek e-booków w Polsce 2014” do połowy br. dostępnych było prawie 35 tys. pozycji w wersji cyfrowej, a po wyłączeniu klasyki i tytułów niekomercyjnych – 20 tys. Czytelnicy konsumują treści przede wszystkim w czasie wolnym (85 proc.), podczas dojazdów do domu lub pracy (61 proc.) oraz na wakacjach (56 proc.). Audiobooków natomiast najczęściej słuchają w trakcie podróży.

W najbliższym czasie powinna się rozwijać sprzedaż książek w formie abonamentów oraz wirtualne wypożyczalnie książki – prognozuje Robert Rybski. – Wciąż jednak prowadzone są dyskusje w branży na temat tego, w jaki sposób wprowadzać takie modele sprzedaży, jak rozliczać się z właścicielami praw autorskich. Myślę, że na przestrzeni kolejnych lat będziemy mieć do czynienia z rozwojem zupełnie nowych form konsumpcji treści, których jeszcze w tej chwili na rynku nie ma.

Ciekawym obszarem rynku jest tzw. self-publishing, czyli wydawanie książki przez samego autora. Twórca e-booka w takim modelu jest nie tylko autorem, lecz także zajmuje się korektą i redakcją książki, oprawą graficzną, konwersją (przygotowaniem wersji elektronicznej w wybranych formatach – np. EPUB i MOBI), a po opublikowaniu stara się dotrzeć ze swoim produktem do jak największej liczby czytelników poprzez działania marketingowe. Trzy lata temu Virtualo stworzyło jedną z pierwszych na polskim rynku tego rodzaju platform dla niezależnych autorów. Obecnie na platformie zarejestrowanych jest ponad 880 osób, które opublikowały łącznie 1150 e-booków. W ten sposób wprowadzają na rynek swoje utwory m.in. poeta Jacek Podsiadło i Piotr Lipiński, były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, autor licznych reportaży historycznych, także telewizyjnych.

Oczywiście dla wydawców jest to pewne zagrożenie, bo autor może w którymś momencie w ogóle pominąć wydawcę – zauważa Rybski. – Mimo to uważam, że jest to bardzo ciekawe rozwiązanie. W takiej formule autor może szybko opublikować książkę i bezpośrednio wprowadzić ją do systemu sprzedaży. Jest dużo osób, które na etapie wydawców odpadają z różnych powodów, a w ten sposób mają szansę zaistnieć.

Według raportu „Rynek e-booków w Polsce 2014” sprzedaż książek w formie cyfrowej przyniesie w br. wydawcom łącznie ponad 40 mln zł. Będzie to prawie dwa razy więcej niż w ubiegłym roku (22 mln zł) i blisko cztery razy więcej niż w 2012 roku (11 mln zł).

Deweloperzy będą budować więcej mieszkań. Ożywieniu na rynku sprzyjają niskie stopy procentowe i stabilna gospodarka

Polski rynek budowlany przeżywa okres ożywienia. Polacy skuszeni taniejącymi kredytami oraz mniejszą obawą o pracę zaczynają się rozglądać za własnym mieszkaniem. W rezultacie deweloperzy budują ich coraz więcej. Końcówka roku może przynieść jeszcze większych ruch w bankach i u deweloperów, bo od stycznia wymagany wkład własny do kredytu wzrośnie do 10 proc.

Istotne jest to, by klienci, którzy rozważają zakup mieszkania, nie obawiali się utraty pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Łapiński, prezes zarządu Ronson Development. – Gdy sytuacja w gospodarce jest stabilna, klienci się tego nie obawiają. To jest kolejny istotny element, który decyduje o tym, czy rynek może rozwijać. Dobra sytuacja w gospodarce i niski poziom stóp procentowych to dwa elementy, które korzystnie oddziałują na naszą branżę i pewnie w przyszłym roku też będą na nią wpływać.

W pierwszych dziewięciu miesiącach roku – jak podaje GUS – oddano do użytku nieco ponad 100 tys. mieszkań. To o blisko 2 proc. mniej niż przed rokiem i o 4,5 proc. mniej niż w 2012 roku. Optymizmem napawają jednak wydane pozwolenia na budowę i liczba rozpoczętych inwestycji. Do końca września wydano 120 tys. pozwolenia na budowę kolejnych mieszkań, czyli prawie o 15 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2013 roku. W tym samym czasie o 17 proc. wzrosła też liczba rozpoczętych budów – w samym tylko wrześniu ich liczba była o jedną piątą większa niż przed rokiem.

Branża już nie liczy na to, żeby było jeszcze lepiej, niż jest teraz – uważa prezes Ronson Development. – Nie sądzę, żeby ktoś dyskontował możliwość dalszego obniżania stóp procentowych. Wydaje mi się, że jest to jeden z kluczowych parametrów, który korzystnie wpływa na sytuację w całej branży. Ważne jest też to, by bezrobocie stało na stabilnym poziomie.

W Polsce większość oddawanych do użytku mieszkań to inwestycje indywidualne. Jednak i firmy budujące mieszkania nie mają powodów do narzekań. Jak policzył GUS, deweloperzy w okresie dziewięciu miesięcy 2014 roku oddali ponad 39 tys. mieszkań. To o 4,1 proc. więcej niż przed rokiem.

Jeżeli zima będzie ciepła, to można się spodziewać, że ewentualnych opóźnień w oddawaniu projektów nie będzie – ocenia Tomasz Łapiński. – Wręcz można zakładać, że nasi wykonawcy mogą jakieś projekty zakończyć przed czasem. W sytuacji, w której sprzedaż jest tak dobra, jak w ostatnich okresach, nie będziemy się wzbraniać przed tym, by inwestycja była ukończona wcześniej.

Z tysiąca mieszkań, których budowę Ronson Development chce zakończyć w przyszłym roku, ponad połowa jest już sprzedana.

Oczywiście wcześniejsze kończenie inwestycji nie jest wskazane, jeśli inwestycja słabo się sprzedaje i przed oddaniem tego budynku deweloper ponosi koszty jego utrzymania – zwraca uwagę prezes Łapiński z Ronson Development. – Jeśli nie ma klientów, taka operacja nie jest wskazana. Jeśli jednak mieszkania są sprzedane i klienci czekają na ich odbiór, przyspieszenie budowy jest korzystne dla każdego.

GUS odnotował też wyraźny wzrost liczby mieszkań, których budowę deweloperzy rozpoczęli. Do września było ich o 39,5 proc. więcej niż w tym samym okresie zeszłego roku. Ten inwestycyjny rozmach potwierdza to, z jakim optymizmem branża postrzega dziś rynek.

Coraz więcej ludzi w Polsce ma pracę. W przyszłym roku bezrobocie może spaść poniżej 11 proc.

CEO Magazyn Polska

Bezrobocie w Polsce spadło do najniższego poziomu od 5 lat. Jak podał resort pracy, w październiku bez pracy było 11,3 proc. aktywnych zawodowo Polaków. W przyszłym roku stopa bezrobocia może spaść poniżej 11 proc. 

Zatrudnienie w Polsce rośnie, bo poprawia się kondycja gospodarki. Produkcja we wrześniu wzrosła o 2 proc. A ponieważ jednocześnie spadły zapasy i wzrosły zamówienia, można oczekiwać dalszych wzrostów.

– Sytuacja na rynku pracy, biorąc pod uwagę okoliczności, jest w Polsce całkiem niezła. – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego. Stopa bezrobocia obniża nam się już od wielu miesięcy. Sezon letni był pod tym względem bardzo udany, również miesiące jesienne ze względu na aurę były sprzyjające i stopa bezrobocia obniżała się, jak prognozy wskazują, łącznie z październikiem.

Październikowy spadek stopy bezrobocia o 0,2 pkt proc. do poziomu 11,3 proc. (choć to poziom najniższy od października 2009 r.) raczej zakończy tegoroczne dobre wieści z polskiego rynku pracy. Lato jest na ogół okresem, gdy pracodawcy zwiększają zatrudnienie. Wraz z zimnymi miesiącami część firm zaczyna zwalniać pracowników.

– Chociaż prawdopodobnie listopad i grudzień przyniosą jednak niewielkie wzrosty tej stopy bezrobocia, bo tutaj czynniki sezonowe dadzą o sobie znać, to wszystko wskazuje na to, że rok zakończymy w okolicach 11,8 proc. – prognozuje Monika Kurtek. Będzie więc znacznie lepiej niż było na koniec 2013 i 2012 roku, kiedy stopa bezrobocia sięgała 13,4 proc.

Sytuacja na rynku pracy w przyszłym roku zależy od kondycji polskiej gospodarki. Jeżeli tempo rozwoju utrzyma się na obecnym poziomie, bezrobocie będzie nadal spadać.

Jeżeli koniunktura się poprawia, sprzyja to spadkowi stopy bezrobocia, i odwrotnie, jeżeli koniunktura słabnie albo się pogarsza, stopa bezrobocia zazwyczaj rośnie – potwierdza główna ekonomistka Banku Pocztowego. Oczywiście musimy mieć tutaj na względzie również czynniki sezonowe i okresy zimowy i wczesnowiosenny są jeszcze takimi okresami, kiedy ta stopa bezrobocia może nam rosnąć. Prawdopodobnie będzie się to obserwować właśnie pod koniec tego roku i na początku przyszłego.

Prognozy rozwoju polskiej gospodarki na przyszły rok oscylują wokół 3 proc. Zgodnie z najnowszymi opiniami wzrost być nieco wolniejszy od tegorocznego, ale to dlatego, że dane tegoroczne okazują się być lepsze od wcześniejszych prognoz. Tak samo rozjechać się mogą przewidywania i faktyczne dane w 2015 roku.

Rozpoczęcie prac w budownictwie i rolnictwie powinno jednak wspierać osoby, które poszukują pracy, a więc ta stopa bezrobocia będzie nam się obniżać – zapowiada Monika Kurtek z Banku Pocztowego. Jeżeli w drugiej połowie przyszłego roku dodatkowo koniunktura zacznie nam się wyraźniej ożywiać, to jest szansa na to, że stopa bezrobocia na koniec 2015 roku znajdzie się w okolicach 11 proc. a może nawet poniżej.

Dobra passa w sprzedaży samochodów osobowych trwa w Polsce i Europie

W Polsce październik był siedemnastym miesiącem z rzędu, w Europie czternastym, w którym sprzedaż samochodów osobowych wzrosła – podaje Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów ACEA.  Z polskich salonów wyjechało o blisko 9% osobówek więcej niż w analogicznym miesiącu rok temu, z europejskich o 6,5% więcej r/r. Przedstawiciele Exact Systems, firmy kontrolującej części samochodowe, podkreślają, że taki początek czwartego kwartału jest zapowiedzią bardzo dobrej końcówki roku.

Tak jak się tego spodziewaliśmy, w tym roku koncerny i dilerzy samochodowi dużo wcześniej niż w poprzednich latach rozpoczęli wyprzedaże roczników. Widzimy tego efekt w postaci rosnących słupków sprzedaży nowych aut. A co bardzo cieszy, to fakt, który podał Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, że większe zainteresowanie zakupem czterech kółek widać nie tylko w grupie firm, ale także wśród klientów indywidualnych. Liczymy, że taki stan utrzyma się przynajmniej do końca bieżącego roku – komentuje Paweł Gos, prezes Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

W październiku br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 28 690 nowych samochodów osobowych, czyli o 8,8% więcej niż w tym samym miesiącu 2013 r. Udział klientów indywidualnych i firm we wrześniowych zakupach to odpowiednio 36% i 64%.
W ciągu dziesięciu miesięcy z polskich salonów wyjechało w sumie 273 732 osobówek, co oznacza 14,4% dynamikę rok do roku[1].

Europa nie zdejmuje nogi z gazu

W październiku br. Europejczycy kupili ponad 1 mln nowych osobówek, czyli o 6,5% r/r więcej niż w analogicznym miesiącu ubiegłego roku. Łącznie, po dziesięciu miesiącach w UE zarejestrowano ponad 10,6 mln aut, co oznacza 6,1% dynamikę r/r.[2] Ze wzrostami mamy do czynienia niemal w całej Europie. Jak na drożdżach rośnie sprzedaż brytyjska i na razie nic nie zapowiada zmiany tego stanu, bardzo dobrze wiedzie się też naszym zachodnim sąsiadom.
W kraju, który liczy dwa razy więcej mieszkańców niż Polska, w ciągu tylko samego października z salonów wyjechało tyle aut, ile u nas w ciągu dziesięciu miesięcy –
mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems.

Nie można jednak komentować europejskiej sprzedaży samochodów osobowych w oderwaniu od wyników rynku rosyjskiego. Choć również w październiku odnotował on poważny spadek rejestracji osobówek o 10% r/r, to jednak w porównaniu do poprzednich miesięcy – ponad 20% spadki – minus jest znacznie mniejszy. Tamtejsi dilerzy lekką poprawę sytuacji zawdzięczają uruchomionemu przez rosyjski rząd programowi dopłat za złomowanie starych aut – dodaje Jacek Opala.

W ciągu dziesięciu miesięcy br. najwięcej nowych samochodów osobowych wyjechało z salonów w Niemczech (2,56 mln; +3% r/r). Na drugim miejscu znalazła się Wielka Brytania z niemal 2,14 mln zarejestrowanych osobówek (+9,5% r/r). Ostatnie miejsce na podium przypadło Francji (1,5 mln; +1,4% r/r).

Podnosimy prognozę dla Polski

Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, podnosi prognozę sprzedaży nowych samochodów osobowych. Jego zdaniem w całym 2014 r. zarejestrujemy w Polsce 320-330 tys. nowych samochodów osobowych, czyli ok. 10-14% więcej niż rok temu. Tegoroczny październik okazał się najlepszym od kilku lat, co potwierdza, że apetyt na nowe auta rośnie i pozwala z optymizmem patrzeć na końcówkę roku. Walka dealerów samochodowych o klientów, szczególnie tych flotowych, trwa i z dnia na dzień widzimy na ulicach i w mediach coraz więcej promocji cenowych i wyprzedaży roczników – ocenia przedstawiciel Exact Systems.

[1] Na podstawie danych PZPM: http://www.pzpm.org.pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-osobowe-i-dostawcze/Pazdziernik-2014r

[2] Dane ACEA obejmujące państwa członkowskie Unii Europejskiej, poza Maltą

NIK skontroluje Krajowe Biuro Wyborcze

Prezes NIK podjął decyzję o przeprowadzeniu kontroli wydatkowania publicznych pieniędzy na system informatyczny PKW.

Kontrolerzy Izby sprawdzą czy pracownicy Krajowego Biura Wyborczego budowali system informatyczny w sposób zgodny z prawem, rzetelny, celowy i gospodarny. NIK w czasie tej kontroli wykonania budżetu przez Krajowe Biuro Wyborcze skorzysta z wiedzy zewnętrznych i wewnętrznych ekspertów z zakresu informatyki. Kontrola rozpocznie się na początku stycznia 2015 roku.

Szacunkowe dane o wykonaniu budżetu państwa za okres styczeń-październik 2014

W okresie styczeń – październik 2014 r. oszacowano:

dochody budżetu państwa na kwotę

   235.791,9 mln zł,

wydatki budżetu państwa na kwotę

  263.040,5 mln zł,

deficyt budżetu państwa na kwotę

   27.248,6 mln zł.

Więcej informacji nt. szacunkowych danych znajduje się w dziale Działalność / Finanse publiczne / Budżet państwa / Wykonanie budżetu państwa / Szacunkowe wykonanie budżetu.

Komunikat ws. stanu środków walutowych oraz operacji związanych z zarządzaniem długiem zagranicznym Skarbu Państwa w październiku 2014 r.

Ministerstwo Finansów uprzejmie informuje, że:

1. W ramach obsługi zadłużenia zagranicznego Skarbu Państwa w październiku 2014 r. dokonano następujących płatności w walutach obcych:

– kapitał – równowartość 18,8 mln EUR (79,2 mln PLN),

– odsetki – równowartość 111,4 mln EUR (468,6 mln PLN).

2. Stan środków walutowych w dyspozycji Ministra Finansów na koniec października 2014 r. wyniósł łącznie 5 919,7 mln EUR (24 888,2 mln PLN).

DTPartners: W tym roku kupimy wierzytelności za 500-600 mln zł, w przyszłym co najmniej tyle samo. Rozważamy wypłaty dywidendy z zysku za br.

0

CEO Magazyn Polska

Handlująca wierzytelnościami spółka DTPartners w pierwszych trzech kwartałach roku kupiła portfele o wartości ponad 350 mln zł. Zarząd przewiduje, że w tym roku zakupi wierzytelności – dla siebie i na zlecenie – o wartości 500-600 mln zł. Jak zapowiada prezes Michał Handzlik, nadal w większości będą to należności niedetaliczne, kupowane niekoniecznie w systemie dużych, oficjalnych aukcji i przetargów. W tym roku możliwa wypłata dywidendy w wysokości około 30 proc. zysku netto.

W ostatnim czasie nastąpiła zmiana w naszym akcjonariacie – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Handzlik, prezes zarządu DTP SA. – Częściowo, do 47 proc., swój udział zmniejszyła spółka Paged SA. Tymczasem Pioneer przekroczył próg 5 proc. i ma prawie 10 proc. udziału w kapitale. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ mamy do czynienia ze zwiększeniem udziału instytucji finansowych w spółce. Świadczy to o tym, że jesteśmy atrakcyjnym podmiotem dla dużych funduszy inwestycyjnych.

W dalszym ciągu, jak zapowiada Handzlik, spółka będzie specjalizować się w nabywaniu aktywów z przewagą niedetalicznych. Obecnie 55 proc. stanowią długi przedsiębiorstw, a ok. 45 proc. – długi osób fizycznych (detal). W trzecim kwartale spółka nabyła dużą wierzytelność detaliczną o wartości 110 mln zł.

Do tej pory mieliśmy około 60 proc. wierzytelności niedetalicznych, ale trzeba pamiętać o tym, że nie są to typowe korporacje, a raczej przedsiębiorcy, małe i mikrofirmy – przypomina Handzlik. – Po transakcji, której przedmiotem był portfel 110 mln zł wierzytelności pozostających w zadłużeniu głównie osób fizycznych, struktura ta nieco się przesunęła na korzyść detalu. Ale w przyszłości będziemy utrzymywali podział 60:40 na rzecz wierzytelności niedetalicznych.

W pierwszym półroczu br., jak informuje prezes Handzlik, spółka nabyła wierzytelności o łącznej wartości 240 mln zł, w trzecim kwartale – 110 mln zł. Wtedy to nawiązała współpracę z Altus TFI w zakresie zarządzania nowo założonym zamkniętym funduszem inwestycyjnym. Altus NS FIZ Wierzytelności nabył już pierwszy portfel o wartości 57 mln zł. Środki pochodziły m.in. z wrześniowej emisji certyfikatów, w ramach której pozyskano 5 mln zł. Kolejna planowana jest na listopad br.

W raporcie podajemy nabycia własne, ale tak jak cały czas łączymy środki obce z funduszu Altus i własne – precyzuje Michał Handzlik. – Do naszych wydatków w ramach trzeciego kwartału należałoby zatem dodać jeszcze 57 mln portfela kupionego na rzecz funduszu. Zakupy zatem tak naprawdę były znacznie większe niż tylko 110 mln na książkę własną.

Łączna pula nabytych wierzytelności w br., jak prognozuje prezes Handzlik, wyniesie 500-600 mln zł. Przyszłoroczne nabycia będą miały jego zdaniem jeszcze większą wartość.

Zwiększy się nasza pula finansowania zarówno jeśli chodzi o odzyski, przepływy pieniężne z portfeli własnych, jak i poziom zadłużenia – zapowiada szef spółki DTP. – Mamy zamiar zwiększyć nasz dług do około 60 mln zł. Po spłacie obligacji, które będą zapadały w listopadzie br., zostanie nam 32 mln zadłużenia. Będziemy chcieli zwiększyć je co najmniej o kolejne 30 mln zł. Pojawią się więc środki, żeby kupować nowe portfele.

Tym bardziej że cena wierzytelności, jak twierdzi Michał Handzlik, spada. Analitycy już od dłuższego czasu alarmują, że spółki windykacyjne za dużo płacą za portfele długów. Największe z nich handlują wierzytelnościami na przetargach oraz aukcjach.

Naszą domeną są jednak małe, wybrane transakcje, wyszukiwane wśród nieco innych podmiotów lub nie tych, które organizują wielkie i z dużym przytupem aukcje czy przetargi – mówi Handzlik. – Przez niecałe pięć lat naszej działalności nabyliśmy ponad 70 portfeli wierzytelności, których średnia cena wyniosła poniżej 2 mln zł. Niszę, w której działamy, nadal oceniamy na możliwą do wypełnienia. Trudno prognozować, w jakim kierunku będą zmierzać ceny, bo tak naprawdę zależą one od sprzedawcy, rodzaju wierzytelności czy aktywa, czyli tego, czy jest to kredyt, czy wierzytelność z tytułu zaległości telekomunikacyjnych.

Prezes DTP boleje nad tym, że akcje notowanej na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, zarządzanej przez niego firmy, są tak mało płynne. Tym bardziej że spółka zapowiada możliwość wypłaty w br. dywidendy w wysokości 30 proc. zysku netto.

Na pewno rozważamy taką możliwość – informuje Michał Handzlik. – Nasz biznes jest na tyle atrakcyjny i na tyle rentowny, że aż trudno byłoby nie podzielić się z akcjonariuszami sukcesami. Ale  nie mogę jeszcze obiecać, że będziemy rekomendować takie posunięcie, bo to jest decyzja całego zarządu i potem Rady Nadzorczej.

Rosyjskie embargo może wzmocnić polskie rolnictwo

CEO Magazyn Polska

Ograniczenie eksportu do Rosji może w dłuższej perspektywie wzmocnić polskie rolnictwo. Dzięki działaniom m.in. resortu rolnictwa i gospodarki poprawia się dostęp do nowych rynków, które mogą w przyszłości ograniczyć znaczenie Rosji dla eksporterów. Polscy rolnicy eksportują już do ponad 100 krajów na świecie, a wartość eksportu produktów rolno-spożywczych w ciągu 10 lat zwiększyła się czterokrotnie.

Polskie rolnictwo udowodniło, że potrafi rozwiązywać problemy. Tak było z poprzednim embargiem na mięso i produkty rolne ze strony Rosji, kiedy bardzo szybko znaleźliśmy inne rynki, i tak samo będzie w tej chwili – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej. ‒ Myślę, że wyjdziemy z tego bogatsi o pewne doświadczenia. Polscy producenci nie będą się już orientowali tylko na ten rynek, bo to oni dzisiaj ponoszą największe straty związane z uzależnieniem się od jednego rynku.

Z uwagi na rosyjskie embargo polscy rolnicy nie mogą eksportować swoich towarów do tego kraju. Rosja była w 2013 r. trzecim największym odbiorcą polskich produktów rolno-spożywczych, a jej udział w strukturze całego eksportu wyniósł ok. 6,5 proc. W przypadku niektórych produktów, np. jabłek, udział ten był większy, a wielu producentów wytwarzało te owoce zgodnie z preferencjami Rosjan.

Choć dla niektórych producentów embargo jest problemem, to jednak długoterminowo może ono nawet wzmocnić polskie rolnictwo. Resorty rolnictwa i gospodarki wspierają bowiem dalszy rozwój eksportu, którego wartość w tym roku przekroczy prawdopodobnie 20 mld euro. W 2004 r. wywóz produktów rolno-spożywczych był czterokrotnie mniejszy i wyniósł 5,2 mld euro. Saldo dodatnie handlu zagranicznego rolnictwa w tym czasie wzrosło z 0,8 mld euro do 5,7 mld euro w 2013 r.

Te trudności raczej wzmocnią polskie rolnictwo, niż je osłabią. Podejmowane działania i nowe kierunki promocyjne doprowadzą do tego, że prawdopodobnie pozyskamy kolejne rynki zbytu, co jest bardzo ważne, bo podstawowym problemem naszego eksportu jest jego dywersyfikacja – ocenia prof. dr hab. Paweł Czechowski, kierownik Zakładu Prawa Rolnego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Już w tej chwili polscy rolnicy mogą sprzedawać produkty do niemal 80 krajów poza Unią Europejską, czyli razem ze wspólnotą do ponad 100. Ministerstwo rolnictwa aktywnie wspiera poszukiwanie nowych rynków i ma na tym polu duże sukcesy.

Embargo rosyjskie w pewnym stopniu wymusiło zintensyfikowanie działań związanych z poszukiwaniem nowych rynków. Jako Polska Izba Mleka już we wrześniu rozpoczęliśmy program promocji polskich produktów mleczarskich na rynku chińskim, a dzięki życzliwości i zaangażowaniu ministra Sawickiego możemy uczestniczyć w takich misjach w Kazachstanie i Azerbejdżanie. To bardzo istotne z punktu widzenia branży – dodaje Agnieszka Maliszewska, dyrektor biura Polskiej Izby Mleka.

Maliszewska dodaje, że takie wizyty już przekładają się na kontakty biznesowe.

Arendarski zauważa, że obiecujących, a do tej pory częściowo lub całkowicie zamkniętych dla Polski rynków jest więcej.

Przede wszystkim Daleki Wschód – to są olbrzymie rynki z chińskim na czele, a także japońskim i indyjskim. Do tego kraje Afryki długo przez nas niedoceniane – w tej chwili to jest część świata, która bardzo szybko się rozwija. W związku z tym rośnie tam siła nabywcza społeczeństwa, a braki, szczególnie jeśli chodzi o żywność, są bardzo duże – podkreśla prezes KIG-u.

Polscy sadownicy mogą już sprzedawać jabłka do Kanady, a wkrótce także do Chile. Chile zaczęło kupować również polską wieprzowinę, a Chiny – części drobiu i mleko. Duże znaczenie dla producentów żywności mają też środki unijne. Prof. Czechowski przypomina o wielomiliardowych funduszach dostępnych w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich i apeluje o dalsze zwiększenie nakładów na promocję polskiego rolnictwa.

Na pewno można by poprawić system prawny, tak żeby ułatwić rolnikom produkcję niektórych artykułów, chociażby cydru. Producenci tego trunku w sensie prawnym mają o wiele gorsze warunki dopuszczenia niż na przykład ci produkujący lokalne piwo – podkreśla prof. Czechowski.

Fitch: Polski rynek wciąż jest atrakcyjny dla inwestorów zagranicznych

CEO Magazyn Polska

Polski rynek, ze względu na swoją wielkość i chłonność, pozostaje wciąż atrakcyjny i perspektywiczny dla inwestorów zagranicznych – ocenia prezes agencji ratingowej Fitch Polska. Dodatkowo zmniejszenie biurokracji i uproszczenie systemu podatkowego mogą w pewnym stopniu zrównoważyć osłabienie na głównych rynkach eksportowych i przyczynić się do ożywienia w polskiej gospodarce.

Nasze prognozy wzrostu gospodarczego w tym roku i kolejnych dwóch latach oscylują w okolicach 3 proc. W porównaniu z tym, z czym mamy do czynienia w krajach Unii Europejskiej, jest to oczywiście bardzo dobry wynik – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Kowalski, prezes zarządu Fitch Polska. ‒ Trzeba jednak pamiętać o tym, że są rzeczy, które możemy zrobić w kraju, aby ten wzrost jeszcze przyśpieszyć. Myślę tutaj o poprawie warunków prowadzenia biznesu w Polsce.

Jak podkreśla Kowalski, reforma krajowego systemu podatkowego oraz uproszczenie biurokracji to przykłady takich działań. W ten sposób Polska może osiągnąć prognozowane tempo wzrostu. mimo że zarówno w krajach Europy Zachodniej, jak i na Wschodzie sytuacja gospodarcza się pogarsza. To główne rynki dla polskiego eksportu. Dlatego ta sytuacja, pozostająca poza kontrolą Polski, niesie pewne zagrożenia dla naszej gospodarki.

Prezes Fitch Polska dodaje, że nasz kraj jest nadal bardzo atrakcyjnym rynkiem dla zagranicznych inwestorów, co również powinno napędzić wzrost PKB.

W porównaniu z innymi krajami regionu mamy bardzo duży rynek wewnętrzny, który nadal jest chłonny. Jeśli porównamy Polskę pod względem zamożności do średniej unijnej, to sporo nam jeszcze brakuje i to dla firm, które rozważają umiejscowienie swojego biznesu nad Wisłą, jest dosyć atrakcyjny argument. Należy bowiem założyć, że w Polsce społeczeństwo dalej będzie się bogaciło – ocenia Kowalski.

Dodaje, że Polska jest mniej narażona na kryzysy, bo jest bardziej zrównoważona niż wiele gospodarek naszego regionu lub zachodnioeuropejskich. Pomimo dużego udziału eksportu Polska nie jest od niego uzależniona. Jak przypomina Kowalski, sprzedaż zagraniczna, produkcja przemysłowa i konsumpcja wewnętrzna w Polsce są na podobnym poziomie, co zapewnia względną stabilność gospodarki.

Prognoz ekonomistów nie zmienia spowolnienie dynamiki sprzedaży detalicznej. We wrześniu sprzedaż detaliczna wzrosła rok do roku tylko o 1,6 proc. (o 0,1 pkt proc. mniej niż w sierpniu). Ekspert podkreśla jednak, że to spowolnienie przejściowe.

‒  Przewidywaliśmy, tak jak większość ekonomistów, że w polskiej gospodarce II i III kwartał, a może i IV, będą słabsze, ale nie widzimy oznak, które by wskazywały na to, że ma być to trend długotrwały. Po pierwsze, trzeba pamiętać o tym, że środowisko niskich stóp procentowych powinno wspierać konsumpcję. Po drugie, systematycznie poprawia się sytuacja na rynku pracy – ocenia Kowalski.

Eksport napędza gospodarkę. W przyszłym roku wzrośnie rola inwestycji firm i konsumpcji wewnętrznej

Dobre wyniki eksportu napędzają polską gospodarkę. W przyszłym roku większy wpływ – również pozytywny – będą miały na nią nowe inwestycje firm, które ruszą m.in. dzięki środkom unijnym, oraz większa konsumpcja wewnętrzna – ocenia wiceminister gospodarki Ilona Antoniszyn-Klik. Resort liczy na to, że wykwalifikowana kadra i zachęty ze strony samorządów przyciągną nad Wisłę kolejnych dużych inwestorów.

Od 1989 roku produkt krajowy brutto (PKB) Polski wzrósł o ponad 100 proc., czyli dwukrotnie. Eksport natomiast powiększył się ponad 14 razy. Obecnie 40 proc. PKB generowane jest przez sprzedaż zagraniczną.

Eksport pcha nasze PKB do góry ­– wskazuje Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki. – To pierwsze lata, kiedy nasze PKB zależy od tego, jaki mamy poziom eksportu. Zyski z tego tytułu pierwszy raz były determinantą naszego pozytywnego, większego od oczekiwań, wzrostu gospodarczego. Do tej pory zwykle była nią konsumpcja wewnętrzna.

Według wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego w trzecim kwartale br. PKB Polski wzrósł o 3,3 proc. w stosunku do tego samego okresu ub.r. (w drugim kwartale wzrost wyniósł 3,5 proc.). Były to rezultaty wyraźnie lepsze nie tylko od rynkowego konsensusu, lecz nawet od najwyższych prognoz. Ankietowani przez agencję Reutera ekonomiści przewidywali wzrost w przedziale od 2,6 do 3,2 proc. Duży udział w tym wzroście miała sprzedaż zagraniczna, choć ten rok nie jest dla eksporterów łaskawy. Poważnym problemem jest rosyjskie embargo na niektóre produkty oraz słaby rozwój gospodarczy w strefie euro. W I kwartale wartość eksportu wzrosła o blisko 7 proc., jednak w całym I półroczu wzrost spowolnił do 5,4 proc.

Zdaniem wiceminister gospodarki w przyszłym roku należy wspierać popyt wewnętrzny.

Musimy zadbać o to, żeby konsumpcja w kraju się nie zmniejszyła – argumentuje Ilona Antoniszyn-Klik. – Wszelkie programy zwiększające popyt oraz uruchomienie pieniędzy unijnych, w sumie ponad 81 mld euro, to czynniki, które pozwolą rozpocząć inwestycje w firmach i wzmocnią popyt zarówno na towary, jak i usługi w Polsce. Sądzimy, że te dwa elementy w przyszłym roku przyniosą pozytywne efekty gospodarce.

Ministerstwo liczy także na ściągnięcie w 2015 roku do Polski inwestycji zagranicznych, które zapewnią nowe miejsca pracy oraz wpływy z podatków. Resort zabiega także o to, by przedsiębiorstwa, które są już w Polsce obecne, jak największą część swoich zysków reinwestowały na miejscu.

Mamy bardzo dobrze przygotowany system wspierania inwestorów i przemysłu, dbamy o to, żeby ceny energii nie poszły za bardzo do góry. O to walczymy też na arenie europejskiej – zauważa wiceminister Antoniszyn-Klik. – Na poziomie lokalnym staramy się, żeby przedsiębiorcy mieli jak najlepsze warunki. Samorządy są wyposażone w szereg rozwiązań, które pomagają im wskazywać lokalizację, i instrumenty wsparcia inwestorów zarówno zagranicznych, jak i krajowych, które zachęcają ich do tego, by inwestowali i reinwestowali w naszym kraju to, co już byli w stanie zakumulować z kapitału w ramach swojej dotychczasowej działalności.

Atutem Polski dla inwestorów zagranicznych jest wykształcona kadra. Jak podkreśla wiceminister, choć rosną oczekiwania płacowe Polaków, i tak są one znacznie niższe niż we Francji czy w Niemczech.