Komentarz indeksowy BossaFX 7 października 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca
Komentarz indeksowy BossaFX 7 października 2014 r.
Dziś początek posiedzenia RPP. Ekonomiści oczekują obniżki stóp
Ceny w Polsce nie rosną, a gospodarka słabnie. Większość ekonomistów spodziewa się więc, że na rozpoczętym 7 października posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje się na obniżenie stóp procentowych. Niewielu jednak oczekuje, by skala tej obniżki przekroczyła 25 punktów bazowych.
– Część analityków spodziewa się głębszego cięcia, ale wydaje się, że w tej chwili nie ma takiego konsensusu, aby głębiej i silniej od razu luzować parametry polityki pieniężnej – powiedział Newseria Inwestor Dariusz Winek, główny ekonomista Banku BGŻ. – Następnych kroków należy oczekiwać w kolejnym miesiącu, czyli w listopadzie, a zatem łącznie do końca roku spodziewam się, że stopy procentowe mogą zostać obniżone o 0,5 punktu procentowego.
Prawdopodobieństwo, że obniżka będzie skromna. zwiększa fakt, że podczas podejmowania kolejnej, listopadowej decyzji, RPP będzie już znała nową projekcję inflacji i PKB. Kolejne obniżki stóp zależne będą od koniunktury w polskiej gospodarce. Tymczasem z jednej strony nowe zamówienia w przemyśle spadają, z drugiej zamówienia eksportowe się stabilizują. Wydaje się też, że słabnie efekt Ukrainy, czyli polska gospodarka coraz słabiej odczuwa skutki wojny na Wschodzie. W rezultacie, choć opublikowane na początku października dane o PMI wskazują na symptomy stabilizacji, to nadal wskaźnik ten jest na poziomie poniżej 50 punktów. De facto oznacza to, że wśród przedsiębiorców lekko przeważają pesymiści.
– Zatem wydaje się, że w perspektywie najbliższych kwartałów ciągle nas czeka spowolnienie gospodarcze i prawdopodobnie najgorszy będzie I kwartał 2015 r. – mówi Dariusz Winek. – Jeśli chodzi o inflację, to tutaj najbliższe miesiące najprawdopodobniej wskażą jeszcze utrzymywanie się deflacji, czyli zarówno we wrześniu, jak i w październiku, być może nawet jeszcze w listopadzie.
Dopiero grudzień, związane z nim wydatki na ogrzewanie i zakupy świąteczne, oraz początek przyszłego roku być mogą przynieść stopniowy wzrost inflacji.
– Jeżeli chodzi o produkcję przemysłową, to wydaje się, że w najbliższym czasie czekają nas nadal bardzo słabe odczyty i one mogą się utrzymywać na niskim, nawet ujemnym poziomie w najbliższych miesiącach łącznie do I kwartału przyszłego roku. Wydaje się, że właśnie ten w I kwartale wyniki mogą być najgorsze i tamte spadki produkcji mogą sięgać kilku procent – ocenia Dariusz Winek.
W tej sytuacji nie należy oczekiwać też szybkiego wzrostu płac. Po czasie dość dobrej koniunktury na rynku pracy, wzrostu zatrudnienia i wzrostu wynagrodzeń przy bardzo niskiej inflacji, teraz – w ocenie ekonomistów – to tempo raczej spadnie.
– Indeksy koniunktury wskazują na to, że popyt na pracę nieco słabnie i ten optymizm przedsiębiorstw co do zatrudniania po prostu gaśnie – zauważa główny ekonomista Banku BGŻ. – Dlatego wydaje się, że pod koniec tego roku i na początku przyszłego średnio kwartalnie skala wzrostu wynagrodzeń powinna utrzymać się w okolicach 3-3,5 proc.
Tańszy kredyt może powstrzymać spadające tempo wzrostu gospodarczego, a z drugiej strony niski pozom płac nie będzie sprzyjał wzrostom cen. To oznacza, że na oczekiwanych w tym roku dwóch obniżkach stóp raczej się nie skończy.
– Jeżeli koniunktura gospodarcza będzie się nadal pogarszać, a inflacja nie będzie szybko rosła, to może być tak, że Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje się na kolejne obniżki stóp procentowych na początku nowego roku. Zakładamy, że łącznie skala obniżek w Polsce w tym cyklu wyniesie 0,75 punktów bazowych – mówi Dariusz Winek, główny ekonomista Banku BGŻ
Prywatne placówki medyczne na cenzurowanym
Z rosnącym niepokojem obserwujemy zapisy części Regionalnych Programów Operacyjnych (RPO) 2014-2020 wyraźnie dyskryminujące prywatnych świadczeniodawców – podmioty lecznicze, dla których organem założycielskim nie jest jednostka samorządu terytorialnego – napisała Konfederacja Lewiatan w liście do marszałków województw.
– Zawężenie grona beneficjentów w części RPO do podmiotów należących do jednostek samorządu terytorialnego (JST) jest niedopuszczalne. Przede wszystkim polskie rozwiązania systemowe nie wprowadzają rozróżnienia pomiędzy prywatnymi i publicznymi placówkami ochrony zdrowia, które ubiegają się lub posiadają kontrakt z publicznym płatnikiem (NFZ), co oznacza, że do konkursu na takich samych prawach przystępują zarówno placówki należące do JST, jak i te z kapitałem prywatnym – mówi dr Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.
Ustawa z 27 sierpnia 2004 r. o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, zdefiniowała świadczeniodawcę następująco: podmiot wykonujący działalność leczniczą w rozumieniu przepisów o działalności leczniczej (tu wchodzą zarówno przedsiębiorcy, jednostki budżetowe czy samodzielne zakłady opieki zdrowotnej należące do JST).
Również Policy paper dla ochrony zdrowia na lata 2014-2020, opracowany przez Ministerstwo Zdrowia w 2014 r., opisując strategię inwestycji w ochronę zdrowia na poziomie regionalnym konsekwentnie odwołuje się do ogółu podmiotów leczniczych, bez wprowadzania rozróżnienia na podmioty prywatne i publiczne – obie kategorie podmiotów leczniczych traktowane są jednakowo, a kwestia pochodzenia kapitału założycielskiego jest z punktu widzenia celów strategii i narzędzi w niej zaproponowanych obojętna. Nie ma więc żadnego uzasadnienia dla uprzywilejowania podmiotów należących do JST w RPO. Rozwiązania przyjęte w RPO, zgodnie z którymi głównym kryterium decyzji o udzieleniu wsparcia danemu podmiotowi leczniczemu nie będzie poprawa dostępności usług zdrowotnych dla społeczeństwa (kryterium merytoryczne, przedmiotowe), ale publiczny charakter podmiotu wynikający z faktu, że jego organem założycielskim jest JST (kryterium formalne, podmiotowe), powinny być uznane za niezgodne ze strategią ministerstwa zdrowia.
Ograniczenie katalogu beneficjentów RPO do podmiotów publicznych stoi w wyraźnej sprzeczności z sytuacją w publicznej służbie zdrowia, w której rośnie liczba prywatnych podmiotów realizujących zadania publiczne, związane z dostępem do usług zdrowotnych. Jest to zarówno związane z poszerzeniem oferty przez przedsiębiorców prowadzących podmioty lecznicze, jak i z komercjalizacją placówek należących do JST czy organów centralnych.
Zagwarantowanie większej dostępności usług zdrowotnych przy jednoczesnym wykluczeniu podmiotów prywatnych ze wsparcia w RPO 2014-2020 nie jest możliwe do zrealizowania. Tylko równe traktowanie wszystkich podmiotów działających w systemie ochrony zdrowia da gwarancję efektywnego wydatkowania środków unijnych.
Konfederacja Lewiatan
Getin Noble Bank: Topnieją oszczędności Polaków, a liczba oszczędzających się nie zmniejsza. Najbardziej poszukiwane są depozyty oprocentowane na ok. 4 proc. w skali roku
Znacząco spada ilość wolnych środków pozostających do dyspozycji Polaków. Nie zmniejsza się natomiast liczba osób posiadających oszczędności. Na rynku wciąż najbardziej poszukiwane są bezpieczne lokaty oprocentowane na ok. 4 proc. w skali roku. Takie oprocentowanie oferuje już niewiele banków, dlatego coraz większą popularnością cieszą się fundusze inwestycyjne, za wyjątkiem agresywnie lokujących w akcje. Spadają opłaty pobierane przez instytucje finansowe, a cenniki i umowy są bardziej transparentne.
– W naszym ostatnim badaniu zaobserwowaliśmy znaczący spadek ilości wolnych środków posiadanych przez klientów, mimo że liczba osób deklarujących chęć lokowania w bankach pozostaje bez zmian – zauważa Norbert Duczkowski, dyrektor biura produktów inwestycyjnych Getin Noble Bank. – Klienci, którzy przychodzą do instytucji finansowych, nadal szukają wysoko oprocentowanego depozytu. Mimo że rynek oczekuje obniżki stóp procentowych, to klienci przyzwyczaili się do stóp na poziomie ok. 4 proc. Depozytów z takim oprocentowaniem jednak praktycznie już nie ma.
Według Narodowego Banku Polskiego przeciętne oprocentowanie nowych umów złotowych w ofertach dla gospodarstw domowych i instytucji niekomercyjnych działających na ich rzecz w ostatnich miesiącach minimalnie wzrosło (o 0,1 proc.) i w sierpniu wyniosło 2,5 proc. Dla rachunków bieżących prowadzonych przez firmy było ono nieco wyższe i kształtowało się na poziomie 2,7 proc.
– Według naszych badań klienci, którzy chcą ulokować pieniądze, oczekują mniej więcej 4 proc. w skali roku – informuje Duczkowski. – Dlatego coraz częściej są w stanie podjąć ryzyko, ale nie może ono jednak być duże. W związku z tym najchętniej wybierają produkty inwestycyjne o charakterze dłużnym.
Zdaniem Norberta Duczkowskiego popularnością cieszą się fundusze pieniężne, obligacji, przede wszystkim obligacji korporacyjnych, głównie europejskich przedsiębiorstw.
– Wynika to z tego, że w zamian za nieco wyższe ryzyko stopy zwrotu są większe niż te, które otrzymują na produktach depozytowych w bankach – przekonuje Duczkowski.
Fundusze obligacji Year To Date, których zyski liczone są od początku roku kalendarzowego do chwili obecnej, zarobiły przeciętnie, jak twierdzi Duczkowski, mniej więcej 5 proc. Fundusze rynku pieniężnego natomiast ok. 2,5 proc.
– W kontekście obecnych stawek za depozyty bankowe to znacznie więcej niż oferują banki – wskazuje dyrektor biura produktów inwestycyjnych Getin Noble Bank.
Ale osoby posiadające oszczędności poszukują na rynku również produktów, które pozwalałyby im na dostęp do środków w razie potrzeby.
– Odpowiedzią na to są również fundusze, bo w ich przypadku klienci w każdej chwili mogą skorzystać ze swoich środków – mówi Duczkowski. – Dużą popularnością cieszą się także te, które nie są skorelowane bezpośrednio z rynkiem akcyjnym. Przykładem są fundusze wierzytelności, ale są to rozwiązania dla osób, których skłonność do ryzyka jest jednak większa.
Analitycy Getin Noble Banku liczą, że w najbliższym czasie większą popularnością cieszyć się będą bardziej agresywne, a więc i ryzykowne, fundusze akcyjne.
– Obecnie dużego zapotrzebowania na ich produkty raczej nie widać – wskazuje Norbert Duczkowski. – Ale oczekiwane dalsze obniżki stóp procentowych spowodują, jak w przeszłości już to miało miejsce, że napływy do funduszy akcyjnych powinny być zdecydowanie większe.
Do struktury popytu banki próbują dostosować podaż, jak informuje Duczkowski, głównie poprzez zmniejszanie opłat obciążeniowych.
– Obserwujemy zdecydowanie spadek opłat i przygotowanie produktów bardziej transparentnych dla klientów, takich, które będą oni w stanie zrozumieć – mówi Norbert Duczkowski. – Jest to bowiem główny warunek tego, by klienci chcieli w ogóle inwestować.
Wprowadzane są także nowe, innowacyjne platformy, które ułatwiają korzystanie z usług finansowych, takie jak karty płatnicze połączone z możliwością podglądu stanu konta, bądź bezpośrednie rozwiązania mobilne, dające łatwiejszy dostęp do rachunków.
– W zakresie produktów oszczędnościowych i inwestycyjnych banki wracają do tego, od czego zaczynały, czyli do funduszy inwestycyjnych – twierdzi Norbert Duczkowski. – Natomiast inaczej wygląda proces ich oferowania. Banki stawiają na jakość i informowanie klienta, co może się stać z jego środkami. Żeby nie było takich rozczarowań jak w 2007 roku.
Koszty kredytu hipotecznego – Polska daleko za Europą
Mimo rekordowo niskich stóp procentowych, koszt kredytu mieszkaniowego w Polsce wciąż jest zadecydowanie wyższy niż w wielu krajach europejskich. Bankier.pl obliczył, że gdyby stopy procentowe w naszym kraju były takie jak w strefie euro, rata kredytu przeciętnego Polaka byłaby niższa o niemal 12%.
– Stopy procentowe w Polsce są znacznie wyższe niż w strefie euro i krajach nordyckich, pozostających poza unią walutową. Trzymiesięczny Wibor, stanowiący podstawę oprocentowania kredytów mieszkaniowych w Polsce, spadł do 2,28%. To jednak blednie przy stawce Libor 3M dla euro, która spadła do 0,0471% – tłumaczy Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.
Referencyjna stopa NBP wynosi obecnie 2,5%. Dla porównania w Riksbanku (szwedzki bank centralny) jest to 0,25%, a w EBC od niedawna 0,05%. Różnica ta przekłada się na koszt kredytu. Według danych Europejskiej Federacji Kredytu Hipotecznego, średnie oprocentowanie kredytu mieszkaniowego w Polsce jest o 68% wyższe, niż w Niemczech i przeszło dwukrotnie wyższe niż w Szwecji.
W nakreślonym przez Bankier.pl scenariuszu spłaty 15-letniego kredytu w wysokości 200 tys. zł (uwzględniając prowizję za udzielenie kredytu w wysokości 1,5%), przy obowiązującym w Polsce poziomie oprocentowania, rata wynosi 1539 zł, podczas gdy w Niemczech byłoby to 1355 zł, a w Szwecji 1307 zł. Gorszy los czeka natomiast kredytobiorców na Węgrzech i w Rumunii.
Komunikat MF ws. ustawy wprowadzającej przepisy o zagranicznych spółkach kontrolowanych (CFC)
W związku z pojawiającymi się w mediach informacjami na temat skutków budżetowych wynikających z nieopublikowania ustawy wprowadzającej przepisy o zagranicznych spółkach kontrolowanych (CFC) do końca września br. Ministerstwo Finansów informuje, że:
Nieprawdziwa jest informacja, że w wyniku nieopublikowania ustawy do końca września budżet państwa straci 3,3 mld zł.
W toku prac nad regulacją przewidującą opodatkowanie dochodów osiąganych za pośrednictwem tzw. zagranicznej spółki kontrolowanej (CFC) nie wskazywano żadnej kwoty po stronie podatkowej. Jak podkreślono w uzasadnieniu do tego projektu, w związku z wejściem w życie tych przepisów „należy liczyć się z pozytywnym wpływem przedmiotowego rozwiązania na dochody sektora finansów publicznych”. Wyrażone w uzasadnieniu ustawy wprowadzającej CFC przekonanie o pozytywnych skutkach tej regulacji na dochody sektora finansów publicznych wynika głównie z prewencyjnego oddziaływania.
Należy jeszcze raz podkreślić, że w żadnym dokumencie (uzasadnienie ustawy, Action Plan, projekt ustawy budżetowej na 2015 r.) nie wskazano – z uwagi na brak wiarygodnych danych źródłowych – choćby przybliżonych szacunków dotyczących wpływu tej regulacji na poziom dochodów budżetowych, a w konsekwencji w żadnych z tych dokumentów nie uwzględniono skutków wpływu przedmiotowej regulacji na dochody sektora finansów publicznych.
Nieprawdą jest również, że wskazane w mediach dochody w wysokości 31,9 mld zł są wyłącznie dochodami spółek sklasyfikowanych jako CFC. Przytoczona wysokość dochodów dotyczy dochodów wszystkich nierezydentów za 2012 rok z tytułu odsetek i opłat licencyjnych, które w Polsce podlegają opodatkowaniu podatkiem u źródła. Natomiast zakres przepisów o zagranicznych spółkach kontrolowanych odnosi się wyłącznie do wąskiej grupy polskich podatników posiadających pakiet kontrolny udziałów w podmiotach zagranicznych zlokalizowanych w krajach o niskim lub zerowym poziomie opodatkowania. Zatem wskazana kwota nie może stanowić podstawy do wyliczenia skutków omawianej regulacji.
Dlatego też nieuzasadnione są spekulacje jakimikolwiek kwotami strat dla budżetu państwa z tego tytułu.
Utrzymują się opóźnienia w płatnościach od kontrahentów z Ukrainy i Rosji wobec polskich partnerów
Utrzymują się opóźnienia w płatnościach od kontrahentów z Ukrainy i Rosji wobec polskich firm – wynika z obserwacji Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych. Wzrost ryzyka działalności na wschodnich rynkach widać również po rosnących kwotach odszkodowań wypłacanych polskim firmom w związku z fakturami nieregulowanymi przez importerów zza wschodniej granicy. Firmy eksportujące na Wschód mimo to mogą w dalszym ciągu liczyć na wsparcie KUKE.
– Na pewno ryzyko wzrosło. Obserwujemy to w zakresie narastających opóźnień w płatnościach zarówno ze strony kontrahentów z Ukrainy, jak i Rosji. Zwiększyły się także kwoty odszkodowań, jakie wypłacamy w związku z nieuregulowanymi fakturami przez importerów. W odróżnieniu od wielu komercyjnych firm ubezpieczeniowych KUKE nadal chroni transakcje na tamtych rynkach – zapewnia w rozmowie z agencją Newseria Dariusz Poniewierka, prezes zarządu Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych.
Na rynkach wschodnich eksporterzy mogą wciąż korzystać z ochrony w systemie ubezpieczeń gwarantowanych przez Skarb Państwa. Nie dotyczy to sprzedaży towarów i usług, które znalazły się w unijnym rozporządzeniu z 12 września, rozszerzającym katalog sankcji nałożonych przez UE na Rosję.
Jak podkreśla Dariusz Poniewierka, KUKE wraz z Komitetem Polityki Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych na bieżąco monitorują ryzyko.
– Ustalamy zasady prowadzenia dalszej działalności w tym regionie, tak aby z jednej strony chronić, a z drugiej żeby nasza usługa była jednak jak najbardziej racjonalna. Cały czas liczymy na pytania eksporterów dotyczące warunków i możliwości ubezpieczenia poszczególnych transakcji – podkreśla prezes KUKE.
W związku z embargiem nałożonym przez Federację Rosyjską na niektóre towary w sierpniu KUKE podjęła decyzję o 20-proc. obniżeniu stawek za ubezpieczenia należności krótkoterminowych oraz gwarancje pod akredytywy dla 26 krajów objętych ubezpieczeniami gwarantowanymi.
– Tym samym firmy, którym uda się znaleźć odbiorców na towary objęte embargiem w innych, wytypowanych przez Ministra Gospodarki krajach, poniosą mniejsze koszty związane z zabezpieczeniem swoich transakcji – informuje prezes Poniewierka.
KUKE jest firmą ubezpieczającą transakcje handlowe polskich przedsiębiorców. Jej działalność skupia się na ubezpieczaniu należności z tytułu sprzedaży towarów i usług z odroczonym terminem płatności, a także na udzielaniu gwarancji. Jako jedyna w Polsce prowadzi gwarantowane przez Skarb Państwa ubezpieczenia eksportowe, zapewniając bezpieczeństwo handlu na rynkach podwyższonego ryzyka. Na rynkach mniej ryzykownych korporacja działa na swój własny rachunek.
Polska energetyka pod ścianą. Przyszłość to węgiel, atom, łupki i elektownie domowe
Ministerstwo Gospodarki do końca roku chce zakończyć prace nad „Polityką energetyczną Polski do roku 2050”. Zakłada ona m.in. rozwój energetyki jądrowej oraz pozyskiwanie prądu z gazu łupkowego. Podstawowym polskim surowcem energetyczny do 2050 roku ma jednak pozostać węgiel.
Strategicznym celem Polski ma być bezpieczeństwo energetyczne oparte na produkcji prądu z krajowych surowców. Polską energetykę czekają jednak spore zmiany, działanie na dotychczasowych zasadach jest już bowiem niemożliwe.
– To wszystko funkcjonowało w formule odziedziczonej po PRL-u i dopóki funkcjonowało, wszyscy byli bardzo zadowoleni, bo skoro działa dobrze, to po co się tym zajmować, a zawsze znajdą się inne powody do wydawania pieniędzy – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Nierada ekspert ds. energetyki z Instytutu Sobieskiego.
Realizacja tej strategii oznaczać będzie gigantyczne inwestycje. Według szacunków takich firm doradczych jak Deloitte czy EY w ciągu najbliższych lat polska energetyka wymaga zainwestowania w nią 170-180 mld zł.
– Teraz faktycznie jesteśmy w pewnym sensie pod ścianą – ocenia Paweł Nierada. – Wygląda na to, że już nie uda się odkładać dużych decyzji kierunkowych. Bardzo duża część aktywów wytwórczych jest bardzo wyeksploatowana i będzie musiała zostać zastąpiona czymś nowym.
Tymczasem w Polsce nadal nie ma spójnej wizji rozwoju energetyki. Brakuje pomysłu na zapewnienie krajowi bezpieczeństwa z wykorzystaniem najważniejszych rodzimych zasobów, czyli głównie węgla. Brakuje też konsekwencji we wspieraniu alternatywnych form wytwarzania energii bezpośrednio w gospodarstwach domowych.
– Jest to kierunek bardzo ciekawy, coraz powszechniejszy w krajach zachodnich Unii Europejskiej, pozwalający obniżyć rachunki za prąd – tłumaczy ekspert z Instytutu Sobieskiego. – Montując niewielką turbinę czy jakieś ogniwo we własnym domu, w ciągu dnia uzupełniamy część własnych potrzeb. Natomiast, kiedy idziemy spać, kiedy tego prądu nie zużywamy, to ogniwo działa dalej i prąd jest przesyłany do sieci, a nasz licznik prądu zaczyna się cofać.
Przy gigantycznych inwestycjach w elektrownie domowe generatory wyglądają skromnie, w wielu krajach prywatnie wytwarzany prąd powstaje na skalę masową. Dzięki temu, że uczestniczy w tym wiele gospodarstw domowych, stają się one istotnym źródłem energii.
– Otrzymujemy spore źródło energii jak najbardziej ekologicznej, jak najbardziej zielonej – podkreśla Paweł Nierada z Instytutu Sobieskiego. – Takie zjawiska na dużą skalę rozwijane są w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Natomiast u nas nie ma jeszcze nawet spójnych regulacji prawnych, które pozwalałyby upowszechnić podobny model gospodarczy.
Komisja Europejska chce, by w roku 2050 co najmniej 40 proc. energii wytwarzanej w państwach Unii pochodziło ze źródeł odnawialnych.
Hongkong zachęca polskich przedsiębiorców. Szansa m.in. dla przemysłu spożywczego i producentów biżuterii
Hong Kong chce przyciągnąć polskich przedsiębiorców. Inwestycja w tym wydzielonym regionie pozwala zminimalizować ryzyko związane z wejściem na rynki w Chinach i innych krajach Azji. To szansa m.in. dla polskich firm z sektora przemysłu spożywczego oraz producentów dóbr luksusowych, takich jak biżuteria bursztynowa.
‒ Musimy lepiej tłumaczyć polskim firmom, że jeśli chcą działać w Chinach, to Hong Kong jest platformą niskiego ryzyka, która daje duże możliwości. W porównaniu z innymi gospodarkami europejskimi o podobnej skali, Polska jest nieco niedoreprezentowana w Hong Kongu. Ale jest wielki potencjał, by zwiększyć liczbę inwestycji i zachęcić większą liczbę przedsiębiorców do rozpoczęcia działalności w naszym mieście – przekonuje Simon Galpin, dyrektor generalny Invest Hong Kong.
Zgodnie z danymi Konferencji ONZ ds. Handlu i Rozwoju, wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych, które napłynęły do Hong Kongu w 2013 r. wyniosła 77 mld dolarów, co było czwartym wynikiem na świecie. Już w 2012 r., według danych Departamentu Cenzusu i Statystyk Specjalnego Regionu Administracyjnego Hong Kongu, skumulowana wartość inwestycji zagranicznych w tym mieście przekroczyła 10,5 bln dolarów.
Jednak polskie inwestycje w Hong Kongu mają minimalny udział. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego za 2012 r. łączny stan należności związany z bezpośrednimi inwestycjami polskimi wynosił jedynie 77 mln zł.
Invest Hong Kong chce to zmienić poprzez udzielanie polskim przedsiębiorcom porad, wsparcia i przez promowanie miasta. Jak przekonuje Galpin, możliwości są bardzo duże.
‒ Chcemy, by polskie firmy wykorzystywały Hong Kong jako platformę do ekspansji w Azji – zapowiada Galpin. ‒ Sądzę, że na tych rynkach jest wielka szansa dla produktów niszowych w segmencie spożywczym, biżuterii z bursztynu i wielu innych produktów business-to-consumer. Firmy mogą wykorzystać Hong Kong jako pewnego rodzaju witrynę sklepową, by promować swoje produkty w całej Azji.
Galpin podkreśla, że choć sam Hong Kong ma jedynie 7,2 mln mieszkańców, rocznie miasto odwiedzają 54 miliony gości. Wielu z nich to zamożni Chińczycy z właściwego terytorium tego państwa. To generuje wielki rynek konsumencki, który polscy przedsiębiorcy mogliby wykorzystać. Istotny jest też rynek krajowy, bo PKB na głowę mieszkańca Hong Kongu to zgodnie z danymi MFW ponad 37 tys. dolarów rocznie. Zgodnie ze światowym Indeksem Wolności Gospodarczej, Hong Kong jest najbardziej przyjazną inwestorom gospodarką.
Hong Kong daje też możliwość łatwego wejścia na rynek azjatycki. Jak podkreśla Galpin, procedury i prawo w tym kraju są bardzo przyjazne, a firmę można zarejestrować w ciągu godziny z kapitałem zaledwie 1 dolara hongkońskiego. Niskie są też podatki, a wielu konsumentów głównie z Chin przyjeżdża do Hong Kongu za zakupy w funkcjonujących tam sklepach wolnocłowych.
‒ W Invest Hong Kong bardzo chętnie pomagamy nie tylko dużym korporacjom. Coraz częściej pracujemy z małymi i średnimi przedsiębiorstwami, które nigdy wcześniej nie działały na rynkach azjatyckich – podkreśla Galpin. ‒ Mamy wielu ekspertów z różnych sektorów, którzy zapewniają darmowe porady, informacje i wsparcie.
W Polsce brakuje pracowników ze specjalistycznymi umiejętnościami
Choć bezrobocie wśród młodych utrzymuje się na wysokim poziomie, to są branże, w których brakuje wykwalifikowanych pracowników. Oprócz IT, także firmom technicznym trudno jest pozyskać odpowiednie osoby. Zapotrzebowanie jest także na pracowników do centrów usług wspólnych. Polski system edukacyjny nie nadąża za tak szybko rosnącym sektorem. Sytuację może zmienić ściślejsza współpraca między uczelniami, samorządami i pracodawcami. Ważna jest również aktywizacja młodzieży.
– W Polsce obserwujemy taki sam trend, jak w Europie Zachodniej, wszędzie najbardziej brakuje pracowników z umiejętnościami technicznymi. Jesteśmy globalnym rynkiem w Unii Europejskiej i o informatyczne stanowiska konkurujemy z innymi gospodarkami – mówi agencji Newseria Biznes Michał Młynarczyk, dyrektor zarządzający Hays Recruiting.
Na niedobór pracowników narzekają firmy z branży IT, związane z przemysłem czy farmaceutyką. W związku z szybkim rozwojem centrów usług wspólnych, brakuje też osób ze znajomością kilku języków obcych. Obecnie na rynku działa ich ponad 470 (badania Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych), zatrudniają blisko 130 tys. osób. Rynek ten będzie się wciąż rozwijał, a to oznacza, że zapotrzebowanie na pracowników z odpowiednimi umiejętnościami będzie coraz większe.
Jak pokazuje raport Hays Global Skills Index 2014, w Polsce można mówić o równowadze na rynku pracy (wskaźnik 5,0). Podobnie jednak jak w innych krajach Europy Zachodniej brakuje wykwalifikowanej kadry, przede wszystkim w branżach technicznych i IT ( wskaźnik 4,2). Wymusza to większą kreatywność pracodawcy, wysokie zarobki nie są już bowiem jednym czynnikiem przyciągającym najlepszych.
– Ogłoszenie o pracę powinno być bardziej lifestylowe, takie, które pokazuje wartości firmy i to, że wspiera ona rozwój pracowników i ich pasje. Z jednej strony to pracodawcy mają pracę do wykonania, z drugiej to uniwersytety muszą ściślej pracować z pracodawcami. Myśleć nie o tym, co teraz, ale co za 5 lat będzie popularne i wypuszczać osoby, które rzeczywiście odpowiedzą na potrzeby pracodawców – tłumaczy Młynarczyk.
Uczelnie coraz częściej współpracują z firmami, tworzą kierunki, których absolwenci będą mogli szybko znaleźć dobrze płatną pracę. Wciąż jednak rzadkością jest dualny system nauki, stosowany w USA czy krajach zachodnich, gdzie praktyki w firmach trwają tyle, ile zajęcia teoretyczne. Jak podkreśla ekspert w Polsce działa obecnie ponad 100 programów skierowanych do młodych ludzi. Efekty są pozytywne. Z badań GUS wynika, że w II kw. tego roku bezrobocie wśród osób poniżej 24. roku życia wynosi 23,1 proc. przy 26 proc. w analogicznym okresie 2013 roku. Nieznacznie spadło bezrobocie wśród absolwentów (29,3 proc. przy 30,1 w ubiegłym roku).
– Uczelnie coraz częściej rozmawiają na poziomie lokalnym z pracodawcami, są trójstronne stowarzyszenia, które gromadzą stronę rządową, pracodawców oraz uczelnie i starają się wspólnie wypracowywać ten program – zaznacza Młynarczyk.
Absolwenci mają często zawyżone wymagania, oczekują wysokich stanowisk i atrakcyjnego wynagrodzenia. Pomocne mogą okazać się praktyki, warto też wcześniej nauczyć się kilku języków obcych i zdobyć zagraniczne doświadczenie. Firmy coraz częściej tworzą jednak programy skierowane do młodych, ułatwiają praktyki, najlepszym oferują zatrudnienie. Jak zaznacza Młynarczyk, większe zaangażowanie i ciągłe kształcenie się mogą znacznie zwiększyć szansę na rynku pracy, dlatego warto korzystać z programów, które oferują duże firmy.
– Jako Hays również organizujemy wiele programów razem z uczelniami. Zapraszamy młode osoby, które u nas uczą się zawodu rekrutera, headhuntera. Część z nich zostaje, ale część ma po prostu szersze podejście do rynku, później trafia do działów HR firm, mają też lepszą świadomość tego, jak funkcjonuje rynek – przekonuje Michał Młynarczyk.
Rynek nieruchomości: Wiele ofert sprzedaży ma cenę niedopasowaną do możliwości rynku. To wydłuża proces sprzedaży
Dobrze skalkulowana cena ofertowa nieruchomości względem możliwości rynku daje szanse na sprzedaż w ciągu miesiąca od wystawienia oferty. Przeszacowanie już na starcie powoduje, że czas poszukiwania nabywcy się wydłuża. Eksperci podkreślają, że brakuje narzędzi, które pozwoliłyby sprzedającym porównywać ceny transakcyjne i określać tendencje rynkowe, a tym samym odpowiednio wyznaczać cenę za posiadaną nieruchomość.
– Rynek nieruchomości w Polsce, a w Warszawie w szczególności, charakteryzuje się tym, że ceny ofertowe nie są adekwatne do możliwości rynku. Różnica między ceną ofertową a ceną transakcyjną musi być zweryfikowana przez rynek – mówi Sebastian Janicki, prezes zarządu spółki Inwestycje MSW.
Zdaniem Janickiego cena skalkulowana odpowiednio do możliwości rynkowych pozwala znaleźć nabywcę w ciągu miesiąca od momentu wystawienia oferty. Przeszacowanie ceny na początku może znacząco wydłużyć ten proces.
– W zależności od tego, jak szybko uda się zweryfikować przez właściciela jego aspiracje co do ceny, ten proces trwa co najmniej trzy miesiące, nierzadko i pół roku. Jeżeli właściciel jest nieugięty, ten czas ciągnie się w nieskończoność – mówi Sebastian Janicki. – Miesiąc to jest taki odpowiedni czas na rozeznanie się na rynku, znalezienie przynajmniej kilku potencjalnych klientów, oszacowanie możliwości rynku i wybranie najkorzystniejszej oferty.
Zbyt wysokie ceny ofertowe mogą wynikać z niewiedzy na temat rynku samych klientów i braku zaufania do pośredników. W ocenie Janickiego pośrednicy również mają problem z pozyskiwaniem informacji na temat cen transakcyjnych na rynku. Dostępne systemy, jak podkreśla ekspert, obejmują niewielki procent rynku.
– Jeżeli chcielibyśmy poznać dokładną sytuację odnośnie cen transakcji i wysokości czynszów na rynku, bo to też w jakiś sposób definiuje nam możliwość uzyskiwania dochodów z nieruchomości i oszacowania jej właściwej ceny, to nie ma na rynku takich systemów, z których pośrednicy mogliby korzystać. Dlatego też w najbliższym czasie powstaną takie systemy, my staramy się taki program wprowadzić. Umożliwi on zbieranie takich danych, ich przetwarzanie i wykorzystywanie przez rynek – wyjaśnia Janicki.
Mimo to zarówno kupujący, jak i sprzedający zdaniem Sebastiana Janickiego są coraz bardziej świadomi sytuacji na rynku.
– Trzeba jednak pamiętać o tym, że ich wiedza koncentruje się wokół bodźców zewnętrznych, czyli cech nieruchomości, natomiast rolą profesjonalisty jest dostarczenie innych, niedostępnych dla przeciętnego Kowalskiego, informacji – twierdzi Janicki. – Są to na przykład ewentualne dochody, które można uzyskiwać z nieruchomości, i koszty, które trzeba ponosić w związku z jej utrzymaniem.
Niedoceniana przez Polki biżuteria z bursztynu wzbudza zachwyt w Chinach
Polki nie doceniają biżuterii z bursztynu. Zwłaszcza młode kobiety uznają jantar za odpowiedni raczej dla starszych pań bądź kojarzą go z tandetnymi pamiątkami z wakacji. Biżuterię z bursztynu pokochały natomiast Chinki.
Biżuteria z bursztynu jest niezwykle popularna na świecie. Znacznie mniejszym uznaniem cieszy się natomiast w Polsce. Wiele kobiet wciąż kojarzy bursztyn bardziej z tandetnymi pamiątkami z wakacji nad morzem lub barokowymi ozdobami dla starszych pań niż z elegancką, nowoczesną biżuterią.
– To jest paradoks. Z jednej strony uważamy bursztyn za nasze bałtyckie, polskie złoto, a z drugiej tak naprawdę wcale go nie cenimy. Doceniają tę biżuterię ambasadorki bursztynu, osoby związane ze światem mody, show-biznesu, które próbowały pokazać, że bursztyn jest modny, jest fajny. Mam nadzieję, że to się uda. W ostatnich latach ceny bursztynu bardzo wzrosły i nie spodziewajmy się już, że ta biżuteria będzie tania, ale może to się przyczynić do większego jej prestiżu – mówi Anna Sado, dziennikarka branżowa specjalizująca się w tematyce jubilerskiej.
Polska biżuteria z bursztynu cieszy się ogromną popularnością m.in. w Chinach. Według ekspertów kraj ten stał się jednym z głównych importerów bursztynu i wyrabianej z niego biżuterii, a do Azji Polska eksportuje prawie 40 proc. biżuterii.
– Chińczycy wymusili bardzo duży wzrost jakości i estetyki. Obserwuje w ostatnich trzech, czterech latach, że biżuteria bardzo się zmieniała, zrobiła się piękniejsza, oprawy są bardziej estetyczne, choć są dostosowane do potrzeb rynku chińskiego – mówi Anna Sado.
Biżuteria z bursztynu jest niezwykle elegancka i ponadczasowa. Z powodzeniem mogą ją nosić zarówno kobiety dojrzałe, jak i nastolatki. Młode dziewczyny mogą wybrać delikatne bransoletki z małymi bryłkami jantaru, dla starszych pań idealna będzie biżuteria bardziej okazała, z większymi bryłami bursztynu. Jantar najczęściej oprawiany jest w srebro, coraz bardziej popularne staje się jednak także połączenie bursztynu ze złotem. Oprawy są zazwyczaj delikatne, tak aby jak najpełniej wyeksponować urodę bursztynu. Połączenie jantaru z lnianym sznurkiem lub rzemieniem nadaje biżuterii nowoczesnego i młodzieżowego charakteru.
– Bursztyn fascynuje tym, że ma mnóstwo odmian barwnych. Nam się kojarzy przede wszystkim z brązowawym kolorem, przez fachowców zwanym koniakowym. Ale jest ich dużo więcej: mamy więc odcienie jasne, mleczne, które są najbardziej poszukiwane, mamy odcienie żółtawe i tutaj też jest cała gama tych żółtych odcieni. Mamy też takie brązowe odcienie, a nawet czarne – mówi Sado.
BNP Paribas Real Estate: Henrik Favari przejmuje funkcję Chief Executive Officer węgierskiego oddziału firmy
Csongor Csukas, który dotychczas odpowiadał za węgierski oddział awansował na stanowisko International Director.
Henrik Favari został mianowany Chief Executive Officer BNP Paribas Real Estate Hungary. Pracę na nowym stanowisku rozpoczął 1 października 2014 roku. Henrik będzie odpowiedzialny za rozwój węgierskiego oddziału firmy stanowiącego część platformy usług tworzonej dla Europy Środkowo-Wschodniej. Powołanie Henrika Favari na stanowisko CEO to kolejny krok w budowie silnej pozycji BNP Paribas Real Estate w tej części Europy, porównywalnej do wiodącej pozycji organizacji na kluczowych rynkach Europy Zachodniej.
Jestem wdzięczny za pracę, którą wykonał dotychczasowy CEO węgierskiego oddziału, Csongor Csukas. Dzięki jego zaangażowaniu i wysiłkom BNP Paribas Real Estate Hungary znajduje się w pierwszej trójce firm świadczących usługi property management w sektorze powierzchni biurowych klasy A w Budapeszcie – mówi Lauric Leclerc, Deputy Chief Executive of BNP Paribas Real Estate, który odpowiada za Property Management. Csongor obecnie zajmuje stanowisko International Director i koordynuje prace Działów Property Management w 14 krajach Europy, gdzie są świadczone usługi Property Management. Nie odpowiada jedynie za koordynację pracy Działów zlokalizowanych we Francji, Niemczech i w Wielkiej Brytanii.
Henrik Favari od ponad 12 lat pracuje na rynku nieruchomości komercyjnych. W czasie swojej kariery zajmował wiele zarządczych stanowisk w międzynarodowych firmach działających w obszarach property development, facility management oraz property management na rynkach węgierskim, czeskim oraz w Wielkiej Brytanii. Do BNP Paribas Real Estate Henrik dołączył w 2011 roku jako Business Development Director i znacząco wpłynął na rozwój firmy.
Cieszymy się, że Henrik jest w naszym Zespole jako CEO BNP Paribas Real Estate Hungary. Nie mam wątpliwości, że jego wiedza oraz doświadczenie zaowocują umocnieniem pozycji naszej firmy na węgierskim rynku oraz rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Dzięki najwyższej klasy profesjonalistom posiadającym głęboką wiedzę na temat lokalnych uwarunkowań klienci BNP Paribas Real Estate mają dostęp do najwyższej jakości usług doradczych – mówi Patrick Delcol, Chief Executive Officer, BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo-Wschodnia.
Na terenie Europy Środkowo-Wschodniej BNP Paribas Real Estate świadczy usługi w zakresie: Rynków Kapitałowych, Zarządzania Nieruchomościami, Transakcji (w tym doradztwie i pośrednictwie przy zakupie, sprzedaży i wynajmie nieruchomości biurowych, handlowych i magazynowych), Konsultingu oraz Wycen nieruchomości. Wszystkie Działy firmy wspierane są przez Dział Badań, który dostarcza informacji na temat rynku i wspiera klientów BNP Paribas Real Estate w podejmowaniu najlepszych długoterminowych biznesowych decyzji.
Prowadzenie domu to praca, która powinna być odpłatna
Coraz częściej mówi się o tym, że kobieta, która rezygnuje z pracy zawodowej na rzecz prowadzenia domu, powinna mieć zagwarantowane zabezpieczenie finansowe.
Spośród Polek, które zajmują się wychowywaniem dzieci, tylko połowa spełnia się zawodowo. „Polskie państwo nie traktuje poważnie pracy domowej wykonywanej przez matki. Uważa, że nie wymaga ona wynagrodzenia pieniężnego. Zajęcia domowe traktowane są jako obowiązek związany z miłością, przyjaźnią, partnerstwem w rodzinie” – mówi serwisowi infoWire.pl Justyna Szachowicz-Sempruch ze Studia (S)praw Kobiet.
Potrzeba zmian. Należy uświadamiać społeczeństwu, że zarządzanie gospodarstwem domowym to praca wymagająca wysiłku, odpowiedzialności i umiejętności. „Rozwożenie i odbieranie dzieci z przedszkola, gotowanie, sprzątanie, pranie, prasowanie, organizowanie popołudnia dzieciom – to tylko niektóre elementy codziennej pracy w domu […]. Dlatego porównywanie cennika obowiązującego w trzecim sektorze z pracami domowymi wydaje się rozsądnym rozwiązaniem” – mówi specjalistka.
Wzorem do naśladowania może być Szwajcaria, w której również dominuje podział ról na kobiece i męskie: gdy małżeństwo lub związek partnerski się rozpada, zabezpieczenia emerytalne, które przyjmował pracujący mężczyzna, dzielone są na pół. W związku z tym praca domowa staje się odpłatna.
Ułatwienia kredytowe dla osób wykonujących wolne zawody
W Polsce przybywa osób wykonujących wolne zawody. Duże wymagania stawiane specjalistom wykształciły sporą grupę osób posiadających zarówno wysokie kwalifikacje zawodowe, imponujące dochody, jak też wygórowane aspiracje. Jednocześnie w dobie dynamicznie zmieniającego się otoczenia konkurencyjnego rośnie presja na ograniczanie kosztów działalności firm. To sprawia, że klasyczne umowy na tzw. „etat” są zastępowane umowami o dzieło, zlecenia czy innymi kontraktami czasowymi. Z tych form zatrudnienia bardzo często korzystają ludzie wykonujący tzw. wolne zawody lub zawody zaufania publicznego. Możliwość swobodnego wykonywania zawodu jest w ich przypadku niewątpliwym plusem, ale pojawia się pytanie: jak taką nieskrępowaną formę uzyskiwania dochodów oceniają banki udzielające kredytów?
Wolny zawód a zawód zaufania publicznego, na czym polega różnica?
Oba te pojęcia są sobie znaczeniowo bliskie, jednak tylko definicja zawodu zaufania publicznego znalazła się w Konstytucji RP, która wiąże wykonywanie zawodu zaufania publicznego z istnieniem samorządu zawodowego. Do zawodów zaufania publicznego zalicza się profesje, które mają szczególne znaczenie z punktu widzenia zadań publicznych i które wspierają realizację interesu publicznego. Należy tu wymienić przede wszystkim zawody prawnicze takie jak adwokat, radca prawny czy notariusz, lekarzy medycyny oraz weterynarii, rzeczoznawców majątkowych, komorników, biegłych rewidentów, inżynierów, rehabilitantów lub fizjoterapeutów, farmaceutów, pracowników naukowych, nauczycieli, sędziów czy doradców podatkowych. Warto pamiętać, że zawód zaufania publicznego nie jest tożsamy z wolnym zawodem, tak jak nie wszyscy przedstawiciele wolnych zawodów to ludzie wykonujący zawody zaufania publicznego, zrzeszeni w samorządach zawodowych.
Z kolei wolny zawód jest to zawód wykonywany na podstawie odpowiedniego wykształcenia, ale bez konieczności uprzedniego uzyskania zezwolenia, które można zdobyć tylko po spełnieniu wymogów określonych przepisami prawnymi (np. zdanie egzaminu państwowego, ukończenie wymaganej praktyki zawodowej, uzyskanie wpisu na listę, ukończenie właściwego szkolenia). Osoba, która wykonuje wolny zawód działa w sposób niezależny zawodowo, samodzielnie (zwykle w oparciu o jednoosobową działalność gospodarczą), w celu oferowania usług intelektualnych lub koncepcyjnych na rzecz klienta lub w interesie publicznym. W tej grupie znajdziemy przede wszystkich specjalistów np. tłumaczy, grafików, artystów czy dziennikarzy.
Wizerunek osób wykonujących wolny zawód lub zawód zaufania publicznego na rynku kredytów
Zmiany zachodzące na rynku pracy na przestrzeni ostatnich kilku lat bezpośrednio przekładają się na podejście banków do udzielania kredytów osobom fizycznym. Jeszcze nie tak dawno człowiek bez zaświadczenia o zatrudnieniu i wysokości dochodów mógł jedynie pomarzyć o otrzymaniu kredytu.
A dziś, kiedy prawie 10 proc. wszystkich mikrofirm należących do sektorach małych i średnich przedsiębiorstw to firmy, które działają w ramach oficjalnych list wolnych zawodów sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Banki nie tylko darzą takich klientów uznaniem, ale wręcz postrzegają ich, jako bardzo obiecującą grupę potencjalnych kredytobiorców. W przypadku zawodów zaufania publicznego sytuacja wygląda jeszcze lepiej. Banki uznają, że przedstawiciele tych zawodów są jeszcze bardziej godni zaufania i w związku z tym tworzą dla nich specjalne oferty oparte o korzystniejsze warunki i uproszczone procedury, w porównaniu do ofert proponowanych pozostałym klientom.
Co i komu konkretnie proponują banki?
Tak jak oferty poszczególnych banków są różne, tak samo różne są listy wolnych zawodów czy zawodów zaufania publicznego sporządzane przez daną instytucję. Z tego powodu już na początku procesu poszukiwania kredytu warto skorzystać z wiedzy doradcy finansowego np. Idea Expert, który pomoże wybrać najbardziej obiecujące banki. Natomiast, w momencie rozpoczęcia rozmów z wybranym bankiem warto upewnić się, jakie konkretnie zawody są w nim uprzywilejowane i traktowane na specjalnych warunkach.
Ułatwienia, na jakie mogą liczyć osoby wykonujące wolne zawody lub zawody zaufania publicznego sprowadzają się właściwie do dwóch podstawowych obszarów tj. uproszczonej procedury przy ubieganiu się o kredyt lub korzystniejszych warunków cenowych. Do pierwszej grupy należą przede wszystkim uproszczone procedury kredytowe np. skrócenie okresu, z którego brane są dochody do wyliczenia zdolności kredytowej lub szacowanie dochodów jedynie na podstawie oświadczenia klienta, zwiększenie limitu pożyczanego kapitału lub kwoty, która jest dostępna bez dodatkowych zabezpieczeń, wydłużenie okresu kredytowania. Do drugiej grupy z kolei należy obniżenie marży kredytu lub prowizji przygotowawczej.
Kredyt obrotowy
Przedstawiciele wolnych zawodów lub zawodów zaufania publicznego bardzo często korzystają ze wsparcia banków na początku swojej działalności, korzystając z kredytów na zakup sprzętów, wyposażenie biura czy zakup samochodu, etc. Banki zdają sobie sprawę z tego, że przedstawiciele wolnych zawodów to ludzie o dużych dochodach i dużej zdolności kredytowej, dlatego bardzo chętnie kredytują ich dalszy rozwój. Dziś są one gotowe do tego, aby udzielić takiej osobie kredytu obrotowego na preferencyjnych warunkach w wysokości nawet kilkuset tysięcy złotych. Co ważne, taki kredyt może zostać przyznany w ramach uproszonej procedury, co z reguły oznacza, że osoba wnioskująca o kredyt otrzyma go szybko i bez zbędnych formalności. Z uwagi na ograniczone wymogi formalne kredytobiorca będzie mógł złożyć wniosek bez konieczności przedstawiania sprawozdań finansowych oraz zaświadczeń o niezaleganiu wobec ZUS i US.
Kredyt gotówkowy
Jest to interesująca propozycja dla osób, którym zależy bądź zmuszone są do jednorazowych, dużych wydatków. W porównaniu z innymi produktami finansowymi podstawową zaletą kredytu gotówkowego jest to, że pozwala on na zastrzyk dużej gotówki na dowolny cel. Dodatkowo spłata takiego kredytu rozłożona jest na długi okres czasu, od 6 do 120 miesięcy. Jest to o tyle istotne, gdyż pozwala na elastyczne i przyjazne dopasowanie spłat rat kredytowych w stosunku do możliwości budżetowych.
Kredyt hipoteczny
W tym przypadku ilość banków oferujących preferencje w uzyskaniu kredytu hipotecznego od wielu lat się zmniejsza i obecnie na rynku dostępnych jest dosłownie kilka propozycji. Sprowadzają się one praktycznie do uproszczonej procedury przy ubieganiu się o kredyt. Banki nie są już skore do obniżania ceny tego kredytu dla przedstawicieli wolnych zawodów. Niestety, bywa wręcz przeciwnie. Z uwagi na mniejszy zakres formalności, a więc i większe ryzyko dla banku, jego cena często jest wyższa niż w przypadku kredytu standardowego bądź wymagany jest większy wkład własny. Dlatego jeśli kredytobiorca spełnia warunki ubiegania się o kredyt w standardowej ofercie, warto by z niej skorzystał, tak, aby ostateczny koszt jego kredytu był jak najniższy.
Podsumowując, pamiętajmy, że:
- Osoby wykonujące wolny zawód lub zawód zaufania publicznego cieszą się uznaniem banków, które przygotowują dla nich elastyczne oferty specjalne. W związku z tym poszukując kredytu dla siebie warto sprawdzić dostępne opcje
- Najwięcej korzyści kryje się w kredytach obrotowych i gotówkowych dedykowanych dla przedstawicieli wolnych zawodów. Starając się o taki kredyt warto zaznaczyć swoją przynależność do tej grupy zawodowej i korzystać z uproszczonych procedur
- Poszukując kredytu hipotecznego warto porównać oferty z uproszczoną procedurą przewidzianą dla przedstawicieli wolnych zawodów z ofertami standardowymi. Może się, okazać, że mniejsza liczba formalności sprawi, że kredyt będzie droższy
- Zawsze warto negocjować z bankiem nie tylko opłaty czy prowizje, ale także konieczne formalności czy inne zapisy w umowie kredytowej
- Jeśli mamy wątpliwości jak wybrać ofertę najlepszą dla siebie, korzystajmy z usług doradców finansowych (np. Idea Expert), którzy mając wiedzę i doświadczenie będą w stanie zaproponować najlepsze rozwiązanie
Elżbieta Micigolska-Turczyk, ekspert Idea Expert
Rynek telekomunikacyjny w Polsce – w 2014 r. blisko wyhamowania spadku
Według raportu „Rynek telekomunikacyjny w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”, w 2013 r. wartość rynku telekomunikacyjnego w Polsce wyniosła 44,7 mld zł. W porównaniu do roku poprzedniego rynek spadł o blisko 4%. Przekładało się to na strategie głównych graczy. W bieżącym roku rynek również straci, choć skala spadku będzie mniej dotkliwa.
Na ogólny spadek rynku mocno wpłynęły wyniki na rynku telefonii komórkowej. Jeśli dodać do tego kolejny rok dwucyfrowych spadków w sektorze telefonii stacjonarnej, gdzie usługi na bazie VoIP i WLL nie są w stanie zrównoważyć erozji przychodów z tradycyjnych usług głosowych na bazie sieci PSTN, kurczenie się całego rynku jest nieuniknione. Wprawdzie na sytuację w branży pozytywnie wpłynął wzrost wydatków operatorów na infrastrukturę i sprzęt telekomunikacyjny, lecz nie jest to czynnik mogący zupełnie odwrócić negatywne trendy. Nie jest tego w stanie zrobić również segment transmisji danych, dostępu do internetu i łączy dzierżawionych (DLISP), który w ostatnim czasie balansuje na granicy wzrostu. Poziom nasycenia usługami internetowymi nie pozwala na znaczącą poprawę przychodów dostawców stacjonarnych, którzy zmuszeni są do konkurencji między sobą i operatorami komórkowymi o istniejącą bazę abonencką. O wzrost organiczny jest trudno; wynika on przede wszystkim z budowy nowych mieszkań i jedynie w niewielkim stopniu z dodawania nowych abonentów już będących w zasięgu sieci.
Struktura rynku telekomunikacyjnego w Polsce jest stabilna. Jak co roku, rozstrzygające znaczenie dla sytuacji na rynku mają wyniki operatorów telefonii komórkowej i od tego w największym stopniu zależy skala wzrostu bądź spadku rynku. Utrzymywanie kluczowego znaczenia operatorów komórkowych dla całego rynku telekomunikacyjnego, oprócz wzrostu intensywności korzystania z usług telefonii komórkowej w Polsce, wynika również z konsekwentnego rozszerzania przez nich działalności poza obszar usług telefonii komórkowej. Rzeczywiste wpływy operatorów wyłącznie z usług telefonii komórkowej (usługi głosowe na rynku detalicznym i hurtowym oraz usługi dodane bez internetu) w praktyce maleją, choćby z uwagi na obniżki stawek za zakańczanie połączeń.
Dotychczas najbardziej dynamiczny z segmentów rynku telekomunikacyjnego w Polsce – DLISP – zyskał również w 2013 r., ale wzrost po raz kolejny był niższy niż rok wcześniej, zmierzając w kierunku zupełnej stagnacji. Rynek ISP, będący głównym komponentem segmentu DLISP, ewidentnie się nasycił i trudno się spodziewać dynamicznych wzrostów w kolejnych latach, choć ostatnie inwestycje w regionalne sieci szerokopasmowe pozwalają na zwiększony optymizm dzięki dotarciu do bazy nowych abonentów z usługami o wyraźnie lepszej jakości. Wciąż obecne jest na rynku zjawisko substytucji telefonii stacjonarnej przez komórkową. Szczególnie bolesnych spadków doświadcza segment usług bazujących na tradycyjnych sieciach PSTN.
W strategii operatorów, widać jeden wspólny mianownik, a więc konwergencję i sprzedaż usług w pakietach, i trudno odmówić takim założeniom logiki. W kolejnych latach w zasadzie wszyscy więksi operatorzy będą próbowali sprzedaży usług w pakietach. Sposobem na utrzymanie klientów i wpływów są też dodatkowe usługi. Sieci komórkowe będą wchodzić na szerszą skalę w usługi bankowe. W przypadku największych operatorów telekomunikacyjnych kluczem będzie jednak rozwój oferty telewizyjnej w oparciu o własną infrastrukturę, a tym samym włączenie się do rywalizacji o klienta w większych miastach z sieciami telewizji kablowej. Model biznesowy tych ostatnich bazuje na pakietach i kablówki będą tę strategię kontynuować, starając się podnieść średnią liczbę usług na abonenta. Niewykluczone jest też dalsze zainteresowanie operatorów rynkiem dystrybucji energii, choć bardziej perspektywiczny segment to rozwiązania ICT dla firm, w tym przede wszystkim dla MŚP, usługi data centrowe i chmura.
Targi nieruchomości EXPO REAL w Monachium pokażą zmiany na rynku Europy Środkowo-Wschodniej
Według danych CBRE, opublikowanych przed rozpoczęciem 17. Międzynarodowych Targów Nieruchomości EXPO REAL w Monachium, widoczne są pierwsze skutki zmiany sytuacji politycznej związanej z rynkiem rosyjskim i ukraińskim. W pierwszej połowie 2014 r. wartość transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych w Rosji spadła o 58% w porównaniu z analogicznym okresem 2013 r., rzutując na wyniki (-26%) całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej (CEE). Obecnie wartość transakcji na rynku rosyjskim jest porównywalna z danymi dotyczącymi Polski. W kontekście aktywności inwestorów Polska pozostaje liderem w regionie CEE – w pierwszym półroczu 2014 r. wolumen transakcji inwestycyjnych w nieruchomości komercyjne wyniósł 1,1 miliarda euro (wzrost o 3% w porównaniu z analogicznym okresem 2013 r.). Największa dynamika wzrostu skumulowanej wartości transakcji widoczna jest jednakże w Rumunii (+295%), Czechach (+36%) oraz na Węgrzech (+35%).
„W kontekście działalności polskiego oddziału CBRE dostrzegamy znaczący rozwój naszych linii biznesowych. Skutki europejskich i amerykańskich sankcji nałożonych na rynek rosyjski, w połączeniu z brakiem stabilizacji na Ukrainie, nie odbijają się na ogólnej sytuacji biznesowej. Jesteśmy optymistami jeśli chodzi o koniec tego roku i początek 2015, jednak jeśli sytuacja na Wschodzie dalej się pogorszy, wówczas nie będzie bezpodstawne, aby założyć, że może pojawić się negatywny nastrój rzutujący nie tylko na rynek polski, ale na całą Europę Środkowo-Wschodnią. Rynek nieruchomości komercyjnych obejmuje duże transakcje pod względem wartościowym, w których zawieraniu uczestniczą międzynarodowe firmy i banki, co z kolei otwiera rynki na oddziaływanie innych, niepowiązanych bezpośrednio sytuacji i czynników. CBRE zamierza kontynuować świadczenie takiego poziomu usług, dzięki któremu odnosimy sukces, mając nadzieję na powrót stabilnej sytuacji w regionie – powiedział Colin Waddell, dyrektor zarządzający CBRE Polska.
Ograniczenie możliwości nabywania najlepszych produktów inwestycyjnych w stolicach europejskich, coraz bardziej przesuwa zainteresowanie inwestorów w kierunku pierwszorzędnych nieruchomości zlokalizowanych poza stolicami pod warunkiem, że istnieją tam stabilne rynki najemców, a nieruchomości są wyjmowane w oparciu o długoterminowe, międzynarodowe umowy najmu. To przesunięcie jest także widoczne w Polsce, gdzie popyt na warszawskim rynku nieruchomości komercyjnych, z uwagi na takie czynniki jak nadwyżki kapitału własnego, w szczególności z Europy Zachodniej, Bliskiego i Dalekiego Wschodu oraz USA, przewyższa podaż ciekawych ofert inwestycyjnych.
Jednocześnie na wielu rynkach można zaobserwować, że popyt ze strony najemców nieproporcjonalnie koncentruje się na wysokiej jakości budynkach zlokalizowanych w centrum miasta (lub jego pobliżu), które są atrakcyjne dla pracowników i w lepszy sposób umożliwiają dostosowanie nowych strategii środowiska pracy. Wzrost liczby kontraktowanych na zewnątrz centrów usług wspólnych i samego sektora BPO w Polsce jest znaczący, w którym to coraz więcej produktów inwestycyjnych pojawia się na rynku, w szczególności w miastach takich jak: Wrocław, Kraków i Poznań.
Interesujące będzie oczywiście otwarcie drugiej linii metra w Warszawie i już obecnie widzimy, że większość nowych projektów w Śródmieściu koncentrowanych jest wzdłuż powstającej linii metra. Dzięki dalszym inwestycjom w infrastrukturę transportową w całej Polsce, jak np. ukończenie pełnego przebiegu autostrady A2 do Berlina w 2012, jak i ostatnio autostrady A1 do Gdańska, będziemy obserwować dalszy wzrost na peryferiach miast i rynkach lokalnych. Wszystkie te czynniki będą tematem dyskusji podczas panelu Investor Locations Forum – Poland, który odbędzie się na targach EXPO REAL we wtorek 7 października – powiedział Mike Atwell, starszy dyrektor działu rynków kapitałowych CEE CBRE.
Zahamowanie dynamiki rozwoju rynku biurowego w CEE
Rynek biurowy w Europie odnotował ponad 12% wzrost w II kwartale 2014 r. wobec analogicznego okresu w 2013 r. Biorąc jednakże pod uwagę wynik za całe półrocze, jest on nadal o 2% gorszy niż w I półroczu ubiegłego roku. Wskutek napięć politycznych sytuacja na moskiewskim rynku biurowym pogorszyła się na tyle, że wpłynęło to negatywnie na ogólny wynik regionu Europy Środkowo-Wschodniej (CEE). Mając na względzie potencjał rynku, skumulowana wartość transakcji w CEE wzrosła zaledwie o 3%.
W regionie CEE największy wzrost odnotował rynek powierzchni biurowych w Budapeszcie – +40% w pierwszym półroczu 2014 r. w porównaniu do I półrocza ubiegłego roku. W Polsce najbardziej dynamicznym rynkiem biurowym pozostaje Warszawa, gdzie w I połowie 2014 r. w budowie znajdowały się 43 obiekty biurowe o łącznej powierzchni 633 tys. mkw.
Potencjał rynku powierzchni przemysłowych i logistycznych
W I półroczu 2014 r. rynek powierzchni przemysłowych i logistycznych odnotował ponad 30% wzrost wobec analogicznego okresu ubiegłego roku. Najbardziej rozwinęły się główne rynki, w tym takie miasta jak: Paryż, Mediolan, Budapeszt, Dublin i Amsterdam. Przyczyniło się do tego zakończenie transakcji zawieszonych w 2013 r. oraz ekspansywna aktywność firm 3PL (Third Party Logistic Provider) i sieci handlowych poszukujących obiektów logistycznych i centrów dystrybucyjnych w miastach oraz dużych magazynów w strategicznych lokalizacjach. Również dla Polski 2014 rok jest rekordowy na tle ostatnich lat jeśli chodzi o liczbę realizowanej powierzchni logistycznej. W I połowie roku znajdowało się w budowie aż 853 tys. mkw., co stanowiło najwyższą wartość od 2008 r.
Eksperci CBRE przewidują, że w 2014 r. popyt na powierzchnię przemysłowo-logistyczną w całym regionie EMEA będzie wyższy niż w roku 2013. Mimo to ten segment rynku wykazuje cały czas pewne niedopasowanie pomiędzy podażą i popytem. Ograniczona podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej w wielu ważnych lokalizacjach skutkuje potrzebą budowy nowych obiektów w systemie BTS (Build-to-suit). W Polsce takim przykładem częściowej rozbieżności w strukturze podaży i popytu zgłaszanego przez najemców jest Wrocław.
Dominacja regionu CEE w segmencie powierzchni handlowych
W Europie w budowie jest aktualnie ponad 13 milionów mkw. powierzchni handlowej, z czego ponad 70% w Europie Środkowo-Wschodniej – najwięcej w Rosji: 5,4 mln i Turcji: 2,7 mln mkw. Polska zajmuje piątą pozycję w Europie z realizacją ok. 560 tys. mkw. nowej powierzchni handlowej. Średnie nasycenie powierzchnią handlową w warszawskiej aglomeracji wynosi obecnie 430 mkw. na 1000 mieszkańców, plasując Warszawę, pod tym względem, na pierwszym miejscu wśród stolic państw regionu CEE.
W państwach Europy Zachodniej, spośród których najwięcej nowych obiektów handlowych buduje się we Francji, w Niemczech i Włoszech, właściciele koncentrują się na rozbudowie istniejących oraz modernizacji starszych obiektów. Trend przystosowywania do rosnących oczekiwań najemców oraz klientów i odświeżania obiektów handlowych kontynuowany jest od poprzedniego roku.
EXPO REAL to największe w Europie targi branży nieruchomości komercyjnych organizowane od 1998 r. W ubiegłym roku w wydarzeniu uczestniczyło ponad 36 tys. osób z 68 krajów. Wystawcy z Polski w liczbie 42 stanowili drugą najliczniejszą reprezentację po Austriakach (72 wystawców).
W tym roku w targach weźmie udział ponad 200 specjalistów CBRE z 23 krajów, w tym siedem osób z polskiego oddziału firmy.
Raport o podatkach Kościoła. Duchowny płaci średnio 236 złotych podatku rocznie
W ubiegłym roku Polacy zapłacili fiskusowi w postaci podatku dochodowego (PIT) blisko 53,2 mld złotych. Na tę kwotę złożyli się też księża, ale w sposób bardzo symboliczny. W ramach zryczałtowanego podatku dochodowego zapłacili jedynie 13,3 mln złotych.
Płacone przez duchownych podatki z roku na rok topnieją, jeszcze w 2010 roku było to o 200 tysięcy złotych więcej. Podatników mamy w Polsce blisko 24,4 mln, a duchownych i alumnów katolickich ponad 56,3 tysięcy.
Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że średni podatek dochodowy za ubiegły rok to 2184 złote. Tymczasem każdy duchowny katolicki podzielił się z państwem kwotą niewiele ponad 236 złotych. Statystyczny ksiądz, siostra, a nawet biskup zapłacili więc w 2013 roku podatek ponad dziewięciokrotnie niższy niż podatnik nie będący duchownym.
Porównanie liczby podatników i kwot podatku dochodowego (PIT) odprowadzonego w 2013 roku |
|||||
| Liczba podatników w Polsce odprowadzających podatek dochodowy (PIT) | Liczba duchownych Kościoła katolickiego w Polsce | Suma podatku dochodowego (PIT) jak w 2013 roku wpłynęła do kasy państwa. | Suma podatku dochodowego (PIT) jaką w 2013 roku zapłacili duchowni | Średni podatek dochodowy (PIT) odprowadzony przez podatnika w 2013 roku | Średnia kwota zryczałtowanego podatku dochodowego odprowadzona przez duchownego w 2013 roku |
| 24,4 mln | 56,3 tys. | 53,2 mld zł | 13,3 mln zł | 2 184 zł | 236 zł |
| Źródło: Money.pl na podstawie danych Ministerstwa Finansów i Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. | |||||
Duchowni, którzy osiągają przychody z działalności duszpasterskiej, czyli zbierają na tacę lub co łaska za posługę, są płatnikami podatku zryczałtowanego. Wysokość ryczałtu ustalana jest odrębnie na każdy rok podatkowy przez urząd skarbowy właściwy dla miejsca wykonywania funkcji o charakterze duszpasterskim. Liczy się liczba mieszkańców parafii, (a nie tylko parafian) i miejsce zamieszkania. Oczywiście, te przywileje nie dotyczą duchownych pracujących w szkołach jako katecheci. Oni rozliczają się według powszechnie obowiązujących składek.
W Polsce w ubiegłym roku było 400 tysięcy podatników CIT, czyli osób prawnych prowadzących działalność gospodarczą. W sumie wszyscy odprowadzili do budżetu państwa blisko 28 mld złotych. Natomiast kościelne firmy zapłaciły zaledwie… 78 tysięcy złotych podatku CIT. Księża płaca symboliczne podatki od działalności gospodarczej dlatego, że zapewnia im to ustawa o gwarancjach wolności sumienia i wyznania oraz ustawie o CIT.
Do tego trzeba jednak dodać podatek, jaki duchowni płacą od posiadanych gruntów i lasów. Tutaj – poza obiektami sakralnymi i przeznaczonymi na działalność duszpasterską – nie ma przywilejów. Strona kościelna ujawnia, że jest to teraz około 110 tys. hektarów, tak więc odprowadzane podatki od tych nieruchomości przekraczają rocznie około 20 mln zł.
Roczne przychody parafii są bardzo zróżnicowane i wynoszą od 30 tys. zł do 300-400 tys. zł – tak wynika z raportu KAI dotyczącego finansów Kościoła. Księża zarabiają od 800 do 5,5 tys. zł. Średnia to – jak twierdzą duchowni – to 2,5-3 tys. zł.
Dochody z tacy, za udzielanie ślubów, chrztów, za pogrzeby, stanowią dochody z niegospodarczej działalności Kościołów. Są one zwolnione od podatku dochodowego od osób prawnych i w tym zakresie kościelne osoby prawne nie mają obowiązku prowadzenia ewidencji wymaganej przez przepisy podatkowe. To jednak nie koniec przywilejów. Usługi świadczone przez Kościoły, m.in.: śluby, pogrzeby, bierzmowanie, chrzty, nie podlegają opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług. VAT-u nie płaci się też od pieniędzy z tacy.
Spór o pieniądze między rządem i duchownymi trwa już dwa lata. Celem rozpoczętych w 2012 roku negocjacji było zastąpienie utworzonego w 1950 r. Funduszu Kościelnego – na mocy ustawy o dobrach martwej ręki – stosowanym w innych krajach europejskich rozwiązaniem w formie dobrowolnego odpisu podatkowego na dowolnie wskazany kościół lub związek wyznaniowy.
Duchownym nie odpowiadają jednak propozycje odpisu na poziomie 0,5 procent z PIT, mimo że z szacunków MAC wynika, że zyskaliby na zmianie prawa. Obecnie Fundusz Kościelny to ponad 118 mln złotych rocznie. Gdyby zmiany wprowadzono jeszcze w 2012 roku, to w tym roku kościoły i związki wyznaniowe dostałyby ponad 200 mln złotych.
Szacunkowa wysokość odpisu podatkowego na rzecz kościołów i związków wyznaniowych, przy założeniu, że odpis sięgnąłby 0,5 procenta należnego podatku dochodowego (PIT) |
|||||||||
| Rok | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021 | 2022 |
| wysokość należnego podatku (w mld zł) | 75,8 | 80,8 | 87,4 | 93,3 | 99,5 | 105,8 | 111,9 | 118,2 | 124, 8 |
| stopa wzrostu wpływów z PIT | 1,04% | 6,60% | 8,17% | 6,81% | 6,60% | 6,29% | 5,78% | 5,68% | 5,57% |
| udział odpisu we wpływach z PIT | 0,23% | 0,28% | 0,28% | 0,28% | 0,28% | 0,28% | 0,28% | 0,28% | 0,28% |
| wysokość odpisu (w mln zł) | 208,9 | 222,7 | 240,9 | 257,3 | 274,2 | 291,5 | 308,4 | 325,9 | 344 |
| Źródło: Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji | |||||||||
Nie ma się co dziwić, że duchowni zaciekle walczą o finansowe przywileje. Od lat liczba praktykujących katolików, a co za tym idzie łożących na tacę, topnieje. W ubiegłym roku po raz pierwszy odsetek spadł poniżej 40 procent. Kolejne badanie uczestnictwa w mszach zostanie przeprowadzone przez kościelnych ankieterów (dominicantes i communicantes) 19 października.
Dyskusja wokół raportu „Wpływ ustawy o refundacji leków na dostęp pacjenta do farmakoterapii”
Związek Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA opublikował pierwszy, kompleksowy raport podsumowujący dwa lata funkcjonowania ustawy o refundacji leków. Wnioski z opracowanego przez niezależne instytucje dokumentu stanowiły punkt wyjścia do debaty z udziałem przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia, środowisk pacjentów i lekarzy oraz ekspertów z zakresu ochrony zdrowia. W trakcie dyskusji wskazali na społeczne i ekonomiczne implikacje wejścia w życie legislacji – wzrost indywidualnych wydatków na leczenie oraz ograniczenie dostępu pacjentów do farmakoterapii. Organizatorami wydarzenia były Ministerstwo Gospodarki oraz Związek Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA.
Wśród regulacji odnoszących się do polityki zdrowotnej państwa ustawa o refundacji leków stanowi ważny akt prawny. Zawiera ona przepisy o wyjątkowej sile oddziaływania na cały system ochrony zdrowia – zasady, na podstawie których pacjenci mogą korzystać z finansowania leczenia ze środków publicznych, kryteria włączania produktów leczniczych w system finansowania, metodykę ustalania cen i marż oraz oceny technologii medycznych. Opracowany przez niezależnych ekspertów z kancelarii prawnej Domański Zakrzewski Palinka oraz firmy Sequence raport podsumowujący dwa lata funkcjonowania ustawy stanowi pierwszą kompleksową ocenę jej wpływu na system ochrony zdrowia.
Dokument koncentruje się na analizie sytuacji pacjentów, ich dostępu do szeroko rozumianej farmakoterapii – od wizyty u lekarza i jego ordynacji, przez dostępności produktu w dystrybucji aż po odpłatność za leki. Drugim filarem raportu jest prezentacja perspektywy płatnika publicznego uwzględniająca konstrukcję budżetu lekowego oraz strategię wydatków NFZ na refundację. Dopełnienie stanowi ocena społeczno-ekonomicznych skutków wprowadzenia ustawy dla podmiotów biznesowych: aptek, hurtowni oraz firm farmaceutycznych.
Celem raportu jest skonfrontowanie projektowanych założeń z rzeczywistym wpływem ustawy na system ochrony zdrowia. Analiza ta stanowić będzie punkt wyjścia do merytorycznej, opartej na danych, dyskusji wokół realizacji podstawowego celu tej regulacji – zapewnienia dostępu do nowoczesnych, skutecznych i bezpiecznych leków dla polskich pacjentów.
„INFARMA bardzo poważnie traktuje dialog między wszystkimi uczestnikami systemu ochrony zdrowia. Ta debata stanowi istotny wkład w jego rozwój. Zaprezentowany dzisiaj raport tworzy merytoryczne podstawy dla wypracowania rozwiązań, które w bezpośredni sposób przełożą się na korzyści dla pacjentów. Przygotowana przez nas analiza pozwala posługiwać się konkretnymi danymi, dyskutować o faktach co stanowi wartościowy punkt wyjścia dla zrozumienia potrzeb systemu i efektywnej współpracy w celu jego kształtowania.” – podsumował debatę Paweł Sztwiertnia Dyrektor Generalny INFARMY.
Dyskusja nad wnioskami z raportu rozpoczęła analiza trwałego zmniejszenia wydatków płatnika publicznego na refundację leków. Jak wskazują autorzy raportu zaplanowany udział wydatków na refundację w budżecie NFZ wynoszący 17% jest co roku zdecydowanie niższy. W 2012 roku wyniósł 15,1 % a rok później 15 %. W ciągu dwóch lat spadek ten wyniósł w sumie aż 3,2 mld złotych, które wbrew wymogom ustawy nie zostały przeznaczone na nowe terapie. Na ten cel przeznaczano bowiem odpowiednio 0,014 mld zł w 2012 i 0,112 mld zł w 2013 roku.
Problem ten zauważył również minister Igor Radziewicz-Winnicki, który w trakcie debaty stwierdził – „W 2012 roku różnica miedzy wydatkami a zaplanowanym budżetem faktycznie była znacząca. Jednak w 2014 proces refundacji w wyraźny sposób przyspieszył, co spowoduje zmniejszenie w kolejnych latach poziomu niewykorzystanego budżetu na refundację nowych leków”.
W opinii uczestników debaty Ministerstwo Zdrowia słusznie wskazuje na postęp w tym zakresie. Jednocześnie nie może ono ignorować ogromnej dysproporcji między poziomem dostępności innowacji w Polsce oraz innych krajach Unii Europejskiej, w tym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Przygotowany na zlecenie INFARMY raportu wskazuje, że w okresie obowiązywania ustawy wprowadzono do systemu refundacyjnego zaledwie 28 nowych substancji leczniczych.
Na ekonomiczne aspekty ograniczenia dostępu do farmakoterapii wskazywali przede wszystkim prof. Janusz Czapiński oraz Stanisław Maćkowiak, Prezes Federacji Pacjentów Polskich. Według przytoczonych w trakcie debaty badań realizowanych w ramach projektu „Diagnoza Społeczna” wydatki Polaków na zakup środków farmaceutycznych w okresie obowiązywania ustawy wzrosły o 2 mld złotych. Dane te potwierdza raport wskazując na wzrost średniej odpłatności za leki na receptę o około 90 groszy za opakowanie. Problem ten częściowo wynika z większej liczby recept pełnopłatnych oraz nierefundowanych. Ich wypisywanie przez lekarzy jest w dużej mierze pokłosiem obaw środowiska medycznego przed finansowymi konsekwencjami błędnie wypisanych recept – na co zgodnie wskazywali Andrzej Włodarczyk z Naczelnej Izby Lekarskiej oraz Marek Balicki, Dyrektor Wolskiego Centrum Zdrowia Psychicznego, Minister Zdrowia w latach 2005-07.
Gospodarcze konsekwencje regulacji, które stanowiły jeden z filarów raportu, przedstawił współorganizator debaty, reprezentujący Ministerstwo Gospodarki, Jerzy Majchrzak. Podkreślał on ogromne znaczenie wprowadzonej przez nią transparentności oraz obniżenie kosztów leczenia. Jednocześnie wskazał na negatywne skutki presji cenowej jaka wywierana jest na firmy – „Ustawa w dużym stopniu wpłynęła na branżę farmaceutyczną, m.in. poprzez radykalną obniżkę cen. W efekcie zauważyliśmy nasilenie się kilku negatywnych trendów takich jak wzrost nielegalnego wywozu leków. Poza kontrolą z polskiego rynku wycieka ich mnóstwo. Dodatkowo, z uwagi na rolę kryterium ceny, firmy farmaceutyczne zmuszone są oferować nie najskuteczniejsze terapie lecz te, które mają szansę zostać refundowane.”
Podsumowując raport dotyczący funkcjonowania ustawy refundacyjnej jego autorzy wskazują, iż polityka racjonalizacji wydatków budżetowych NFZ, choć jest cenną inicjatywą, przekłada się na szereg zjawisk niekorzystnie wpływających zarówno na pacjenta jak i na pozostałych interesariuszy systemu ochrony zdrowia. Publiczny płatnik zapłacił za leki istotnie mniej niż przed wejściem w życie ustawy, lecz część z tych kosztów z własnych portfeli ponieść musiały osoby chore. Pogorszeniu uległa zarówno sytuacja ekonomiczna producentów, jaki i detalicznych oraz hurtowych dystrybutorów środków farmaceutycznych.
Przyczynę rozminięcia się skutków ustawy z jej podstawowymi celami wskazał Marek Balicki – „Cele administracyjne ustawy zostały spełnione: dostosowano obowiązujące prawo do dyrektywy przejrzystości a przede wszystkim ograniczono wydatki. Ale czy celem ustawodawcy nie powinien być zwiększony dostęp do leków? Powinniśmy myśleć o racjonalizacji terapii nie budżetu. Porządek został tutaj odwrócony, gdyż rząd patrzy z perspektywy refundacji a nie pacjentów.”
O prawach konsumentów z komisarz UE
Jak zapewnić, by przepisy chroniące słabszych uczestników rynku były jak najlepiej egzekwowane i ułatwić przedsiębiorcom dostosowanie się do nowego prawa? O tym rozmawiały Martine Reicherts, komisarz UE do spraw sprawiedliwości, praw podstawowych i obywatelstwa oraz Dorota Karczewska, Wiceprezes UOKiK podczas dzisiejszej wizyty komisarz w UOKiK

Komisarz zgodziła się z Wiceprezes, że działania edukacyjne powinny być w pierwszej kolejności skierowane do przedsiębiorców – głównie tych działających w sektorze MSP, zwłaszcza w branży e-commerce. – Wierzę, że nasze inicjatywy na rzecz skutecznego egzekwowania prawa, zapewnienia konsumentom możliwości efektywnego dochodzenia ich praw i dostosowania przepisów do zmian zachodzących w społeczeństwie będą odpowiednio uzupełniać działania Komisji Europejskiej i przyczynią się do lepszej ochrony konsumentów – powiedziała Wiceprezes Urzędu Dorota Karczewska.
Martine Reicherts od 16 lipca jest Komisarzem Europejskim ds. sprawiedliwości, praw podstawowych i obywatelstwa (do zakończenia kadencji Komisji Europejskiej José Barroso).
J.Borowski (Crédit Agricole): W październiku stopy w dół. Większa obniżka możliwa dopiero w listopadzie
Obniżka stóp procentowych w październiku jest przez większość uczestników rynku uważana za niemal pewną. Zdaniem Jakuba Borowskiego, głównego ekonomisty Crédit Agricole, rynek czekają dwie obniżki, mniejsza w październiku i większa w listopadzie. W sumie będzie to cięcie o 75 punktów bazowych. Takie ruchy Rady nie wpłyną na notowania złotego, którymi zachwiać mogłaby tylko zmiana polityki pieniężnej amerykańskiego Fedu. Jest ona jednak bardzo mało prawdopodobna.
Rada Polityki Pieniężnej zbierze się na posiedzeniu 7 i 8 października.
– Decyzja jest w zasadzie przesądzona. Wielu członków Rady już się w tej sprawie wypowiadało i wygląda na to, że będzie większość dla tej decyzji o obniżeniu stóp procentowych o 25 punktów bazowych – uważa Borowski.
Są jednak i przeciwnicy takiej decyzji – do nich należy np. prof. Jerzy Hausner, jeden z członków Rady – którzy podają w wątpliwość sens obniżania stóp, twierdząc, że nie wpłynie to znacząco na gospodarkę. Stopy – ich zdaniem – są już wystarczająco nisko, a dalsze ich obniżanie nie zwiększy zainteresowania przedsiębiorców kredytami.
Zdaniem Borowskiego Rada jest już spóźniona mniej więcej o trzy miesiące z obniżkami stóp, chociaż rozmówca Newserii Inwestor nie sądzi, aby chciała nadrabiać ten czas. Dlatego – jego zdaniem – obniżki będą dwie: mniejsza w październiku i większa w listopadzie.
– Listopad jest miesiącem ciekawym, ponieważ poznamy projekty inflacji, w tym ta projekcja najprawdopodobniej będzie uzasadniała bardziej znaczące złagodzenie polityki pieniężnej i stąd moja prognoza: obniżka o 50 punktów bazowych. I ta obniżka o 50 punktów bazowych, a więc łącznie o 75, to byłaby obniżka, która by nam zakończyła ten minicykl obniżek stóp procentowych.
Zdaniem Borowskiego te decyzje nie będą miały wpływu na kurs złotego.
– Nawet większa obniżka stóp procentowych jest już uwzględniana w cenach obligacji, co oznacza, że dostarczenie rynkowi 75 punktów bazowych nie powinno mieć tutaj istotnego wpływu na notowania złotego.
Większe znaczenie dla inwestorów będzie miało działanie amerykańskiej Rezerwy Federalnej, której posiedzenie zaplanowano na koniec października. Po ostatnim spotkaniu szefowa Fed Janet Yellen zapowiedziała na konferencji 17 września, że FOMC nie zmieni stóp procentowych w dłuższej perspektywie po wygaszeniu programu skupu obligacji.
– Jeżeli zmieni się komunikacja Fedu, otwierając tym samym drogę do podwyżek stóp procentowych w nieodległej perspektywie, to może być to czynnik, który podniesie nam rentowność amerykańskich obligacji i osłabi waluty gospodarek należących do rynków wschodzących, w tym złotego – uważa główny ekonomista Crédit Agricole.
Z dotychczasowych zachowań członków Komitetu Otwartego Rynku wiadomo, że raczej nie zmieniają zdania bez bardzo ważnej przyczyny, a często także mimo przyczyn uważanych przez wielu analityków za istotne. Można zatem przewidywać, że zarówno po spodziewanych zmianach dokonanych przez RPP, jak i spodziewanym braku zmian Fedu złoty pozostanie na obecnych poziomach.
Rusza 16. edycja Szkoły Giełdowej. Przez 15 lat ukończyło ją ponad 23 tys. osób
Już ponad 23 tysiące osób ukończyło uruchomioną 15 lat temu Szkołę Giełdową. W trakcie ponad 800 edycji tego szkolenia dla początkujących inwestorów całkowicie zmieniła się sytuacja na warszawskim parkiecie, a wartość indeksu WIG wzrosła niemal czterokrotnie. Program Szkoły cały czas jest dostosowywany do nowych instrumentów na GPW.
‒ W 1999 roku, kiedy startowała Szkoła Giełdowa, wartość indeksu WIG wynosiła 15 tys. punktów. W tej chwili ten indeks kształtuje się na poziomie 55 tys. punktów, więc jeżeli ktoś wtedy zaczął swoją przygodę nie tylko ze szkołą, lecz także z giełdą, mógł znacząco podnieść swoją wartość aktywów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Wiśniewski, jeden z wykładowców Szkoły Giełdowej.
Szkoła Giełdowa to 14-godzinne, odbywające się w weekendy szkolenie organizowane cyklicznie przez GPW. Organizowane jest w największych polskich miastach we współpracy z uczelniami wyższymi. Najbliższe edycje zaplanowano w listopadzie w Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu, Katowicach, Toruniu i Warszawie.
Jak podkreśla Wiśniewski, mocną stroną Szkoły Giełdowej jest połączenie wiedzy teoretycznej i praktycznej. Wykładowcami są nie tylko pracownicy akademiccy, pracujący na co dzień na uczelniach wyższych, lecz także praktycy od wielu lat związani z rynkiem kapitałowym i samą giełdą. Ci pierwsi przekazują wiedzę o instrumentach giełdowych, a drudzy dzielą się własnymi doświadczeniami z rynku kapitałowego. Uczestnikami warsztatów są przeważnie osoby o podstawowej wiedzy na temat giełdy, które pragną ją pogłębić, a część z nich potem zaczyna inwestowanie w papiery wartościowe.
‒ Formuła Szkoły Giełdowej ewoluuje tak, jak cały rynek giełdowy. Wprowadzenie na giełdę nowych instrumentów finansowych oraz nowego systemu transakcyjnego, znalazło swój wyraz również w programie Szkoły Giełdowej. To nie jest tak, że wiedza, którą zdobyliśmy 5 czy 10 lat temu, wystarczy nam na cały czas. Warto w tych warsztatach uczestniczyć co jakiś czas, odświeżyć sobie informacje, zdobyć także nową wiedzę – podkreśla Wiśniewski.
Koszt uczestnictwa w Szkole Giełdowej to 350 zł, a oferta skierowana jest do potencjalnych i początkujących inwestorów giełdowych. Nie ma wymagań co do kierunku lub poziomu wykształcenia. Może w niej wziąć udział każdy zainteresowany poznaniem rynku kapitałowego. W programie jest m.in. wiedza o rodzajach instrumentów finansowych, funkcjonowaniu giełdy warszawskiej oraz zasadach budowania portfela inwestycyjnego.
W ramach programu z GPW współpracują Uniwersytety Ekonomiczne z Katowic, Krakowa, Poznania i Wrocławia oraz Wyższa Szkoła Bankowa z Torunia.
Kontrola szkolenia kierowców
NIK rozpoczęła kontrolę szkolenia i egzaminowania kierowców. Na stronach internetowych Najwyższej Izby Kontroli zamieszczona została ankieta dla osób, które w ostatnich pięciu latach przechodziły szkolenie i zdawały egzaminy na prawo jazdy. Kontrolerzy wykorzystają wyniki sondażu do stworzenia raportu przygotowywanego dla Sejmu.
Dokonywane w ostatnich latach zmiany, zarówno w szkoleniu, jak i egzaminowaniu kandydatów na kierowców, nie przyniosły zakładanych efektów. Mimo że uzyskanie prawa jazdy jest bardzo trudne, to najmłodsi kierowcy wciąż popełniają najwięcej wypadków. Zdanie egzaminu nie gwarantuje więc bezpiecznego uczestniczenia w ruchu drogowym. Młodzi kierowcy (do 24 lat) z krótkim stażem (do 2 lat) są sprawcami ok. 20% wszystkich wypadków drogowych. W ostatnich 10 latach udział tej grupy sprawców wypadków wzrósł o 10%.
Od początku ubiegłego roku obowiązują nowe przepisy, których głównym celem było wprowadzenie rozwiązań, służących poprawie bezpieczeństwa w ruchu drogowym poprzez podniesienie jakości szkolenia kandydatów na kierowców.
Z tego powodu NIK postanowiła sprawdzić, czy nowy system szkolenia i egzaminowania kandydatów na kierowców funkcjonuje prawidłowo i wpływa pozytywnie na bezpieczeństwo ruchu drogowego.
NIK zbada, na ile wprowadzone nowe zasady przyczyniają się do likwidacji odnotowywanych w ostatnich latach negatywnych zjawisk, związanych z procesem uzyskiwania uprawnień do kierowania pojazdami.
Izba oceni też, jak jednostki administracji publicznej, nadzorujące przebieg szkolenia i egzaminowania kandydatów na kierowców oraz wydawania im stosownych uprawnień – wykonują przypisane im zadania.
NIK aktualnie prowadzi kontrole w wybranych starostwach powiatowych, urzędach miast i urzędach marszałkowskich oraz wojewódzkich ośrodkach ruchu drogowego (WORD), sprawdzając m.in.:
- jakość nadzoru nad wykonywaniem badań lekarskich i przeprowadzaniem badań psychologicznych w zakresie psychologii transportu oraz wydawaniem odpowiednich orzeczeń,
- warunki lokalowe, wyposażenie oraz plac manewrowy ośrodków szkolenia (czy spełniają stosowne wymagania),
- rzetelność przeprowadzanych szkoleń i egzaminów,
- kwalifikacje egzaminatorów i warunki ich zatrudnienia,
- wykorzystanie pieniędzy z egzaminów,
- szkolenia i egzaminy dla osób, które weszły w konflikt z prawem (spowodowanie wypadku, jazda w stanie nietrzeźwym),
- wykorzystania przez jednostki samorządowe danych przetwarzanych przez Centralną Ewidencję Kierowców.
NIK chce również ocenić funkcjonowanie systemu szkolenia i egzaminowania (aktualnego i poprzednich od 2010 roku poczynając) poprzez badania ankietowe (ankieta dostępna na stronach internetowych NIK: zapytania.nik.gov.pl). Ankietę może wypełnić każdy, kto przystępował w ciągu ostatnich pięciu lat do egzaminu państwowego na prawo jazdy. Pytania dotyczą zarówno przebiegu egzaminu, jak i jakości prowadzonego szkolenia.
Rocznie o nowe prawo jazdy ubiega się ok. 400 tys. osób i m.in. od tego, jak zostaną one przygotowane do udziału w ruchu drogowym zależeć będzie, czy w najbliższych latach nastąpi poprawa bezpieczeństwa na polskich drogach. Informacja o wynikach kontroli zostanie opublikowana na początku II kwartału przyszłego roku.
Nieruchomości na wynajem w Wielkiej Brytanii są bardzo drogie i bardzo rentowne
Żeby kupić nieruchomość na wynajem w Wielkiej Brytanii, trzeba dysponować kilkoma milionami złotych. Ceny są tam wysokie, ale rentowność takiej inwestycji jest też spora – kilka procent rocznie z czynszu plus wzrost wartości nieruchomości, w ostatnim czasie ponad 10-procentowy. Warto jednak rozejrzeć się za lokalizacją inną niż sam Londyn, bo w stolicy dobrze usytuowane mieszkanie daje wprawdzie pewność stabilnych przychodów, ale wymaga największych nakładów inwestycyjnych.
– W centrum Londynu, jeśli kupimy jakiś apartament czy nawet dom za dwadzieścia kilka tysięcy za metr kwadratowy, to rentowność takiego wynajmu będzie w okolicach 2-2,5 proc. Jeśli już będziemy troszeczkę się oddalać od centrum miasta, wówczas ta rentowność będzie rosła wraz z ceną samej nieruchomości – mówi Jakub Potocki, analityk Lion&HASH39;s Banku.
Przy wyborze lokalizacji inwestycji w samym Londynie najistotniejszym czynnikiem jest jakość dojazdu do centrum – im lepsza, tym wyższa cena wynajmu i korzystniejsza zmiana ceny nieruchomości w czasie. Warto jednak skierować uwagę poza stolicę – na takie miasta, jak Southampton, Manchester czy Nottingham – podpowiada ekspert.
– Tam rentowności są nawet w okolicach 8-9 proc. Trzeba oczywiście pamiętać też o takich miastach uniwersyteckich, jak Oxford. Tam też są one w okolicach 7 proc.
Przy inwestowaniu w nieruchomości na wynajem istotna jest pewność znalezienia klienta. Dlatego miasta uniwersyteckie są dobrym pomysłem, bo tutaj łatwiej znaleźć najemcę. Nie ma z tym problemu także w samym Londynie. W innych miastach koniecznie trzeba sprawdzić lokalny potencjał, żeby nie zostać z pustym mieszkaniem za kilka milionów. Bo ceny nieruchomości w Wielkiej Brytanii są bardzo wysokie i wciąż rosną.
– W Londynie to jest nawet około 18 proc. rok do roku. W całej Wielkiej Brytanii to jest w okolicach 10-12 proc. – mówi Potocki.
Zjawisko to ma też pozytywny aspekt – ceny rosną i będą rosły, a zatem oprócz zysków z najmu można liczyć na wzrost wartości samej inwestycji. Najpierw trzeba jednak mieć niemało środków na zakup mieszkania.
– Jeśli chodzi o centrum Londynu to mówimy o 25 tys. funtów za metr kwadratowy, a często nawet o trochę wyższej cenie. Zatem za mieszkanie 50-metrowym zapłacimy już ponad milion funtów, więc można łatwo sobie policzyć, że to ok. 5,5 czy nawet 6 mln zł – wylicza analityk. – Oczywiście w innych miastach jest znacznie taniej. W centralnych dzielnicach miast, jak Liverpool, Manchester czy Brighton, cena za metr kwadratowych wynoszą od 10 do maksymalnie 15 tys. funtów za. Jeśli jednak myślimy o inwestowaniu w nieruchomości w Wielkiej Brytanii, to trzeba już mieć miliony złotych.
O zarządzanie nieruchomością na miejscu – od wyszukiwania klientów po rozliczanie podatku – mogą zadbać wyspecjalizowane firmy. Koszt to zwykle około 20 proc. całego rocznego przychodu z takiej inwestycji.
Europejskie Forum Nowych Idei – Deklaracja Sopocka 2014
W tegorocznym Europejskim Forum Nowych Idei wzięło udział 1100 gości z 36 krajów, w tym z Argentyny, Australii, Białorusi, Kanady, Finlandii, Indii, Irlandii, Meksyku, Rosji, Słowacji, Słowenii, USA i Ukrainy. Uczestniczyli oni w 70 godzinach wydarzeń programowych. W ostatnim dniu obrad EFNI tradycyjnie przyjmie deklarację sopocką, w której przypomina o najważniejszych wyzwaniach, które stoją przed Europą. Poniżej jej treść.
Deklaracja Sopocka 2014
Unia Europejska ma przed sobą trudne wyzwania: przywrócenie wzrostu i wzmocnienie konkurencyjności europejskiej gospodarki, odbudowanie zaufania obywateli do demokracji oraz instytucji europejskich, obronę europejskich wartości i norm w świecie, w którym tracą one na znaczeniu. Wymaga to ścisłego współdziałania nowych władz UE i przywódców państw członkowskich oraz zaangażowania Europejczyków-obywateli.
Od pięciu lat Unia, w odpowiedzi na kryzys, przeprowadza reformy. Obroniliśmy strefę euro i nie dopuściliśmy do trwałej utraty zaufania rynków finansowych. To nie jest jednak wystarczająca odpowiedź na wyzwania przyszłości. W najbliższych latach Unia Europejska musi zdobyć się na odważne i nieszablonowe działania, by odzyskać zdolność do rozwoju. Popieramy inicjatywę proklamowania roku 2016 – Europejskim Rokiem Tożsamości i Solidarności.
Inna Europa
W nowym Parlamencie Europejskim znalazło się więcej eurosceptyków. Należy to wziąć pod uwagę konstruując scenariusze na przyszłość. W coraz większym stopniu głosy populistów kształtują dyskurs publiczny, utrudniają rzetelną debatę i podmywają fundamenty demokracji. Zagrożenie populizmem ma wiele źródeł, ale jednym z nich jest poczucie alienacji wobec procesów zachodzących w Unii. Obywatele wielu krajów Unii, zarówno tych, w których przeprowadzane są najgłębsze reformy, jak i pozostających w relatywnie dobrej kondycji gospodarczej, doświadczają pogorszenia jakości życia i z różnych powodów chcą mniej Europy.
Musimy wyjść z fałszywego dylematu „mniej czy więcej Europy”. Celem powinna być „inna Europa”, zachowująca najważniejsze dokonania dotychczasowej integracji, ale otwarta na zmiany. W niektórych obszarach, zwłaszcza polityki ekonomicznej i jednolitego rynku, potrzebujemy kolejnych kroków: pogłębienia i rozszerzenia unii bankowej na wszystkie kraje UE, stworzenia unii energetycznej. Te projekty, już przecież prawie gotowe, mogą stać się nowymi elementami budującymi wspólnotę europejską. W wielu z kolei dziedzinach nadmiar regulacji jest obciążeniem dla rozwoju i jednym ze źródeł frustracji obywateli. Nie możemy bać się dyskusji o tym, gdzie Unia najlepiej spełnia swoje funkcje, a gdzie powinna ograniczyć działania.
Inny świat
Wartości i normy, na których opiera się porządek europejski, znalazły się pod presją w wyniku dramatycznej ewolucji sytuacji międzynarodowej. Wojna Rosji przeciwko Ukrainie, destabilizacja sytuacji na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej oraz powstanie terrorystycznego Państwa Islamskiego to fakty zmuszające do reorientacji myślenia. Iluzją okazało się przekonanie, że globalizacja, gęstniejąca sieć współzależności i wzrost dobrobytu będą służyć rozprzestrzenianiu zachodnich wartości i wzmacniać Europę jako kontynent godny naśladowania. Większość otaczającego świata nie podziela naszych wartości oraz sposobu życia, a przeciwników mamy także wśród mieszkańców Europy.
Na te wyzwania Unia nie jest przygotowana. Dlatego nowe władze muszą w nadchodzących miesiącach z odpowiedzialnością dokonać globalnego przeglądu strategicznego (global strategic review), zgodnie z decyzją Rady Europejskiej z grudnia 2013 roku. Unia potrzebuje po pierwsze, nowej strategii sąsiedztwa, dotąd budowanej na przekonaniu, że oferta współpracy niesie w sobie istotny potencjał transformacyjny krajów partnerskich. Po drugie, Unia musi znaleźć instrumenty i mechanizmy umożliwiające lepsze wykorzystanie siły gospodarczej dla osiągania celów polityki zagranicznej. Po trzecie, musi w nadchodzących latach integrować zdolności obronne państw członkowskich i wyposażyć się w instrumenty pozwalające reagować na zagrożenia bezpieczeństwa w bezpośrednim sąsiedztwie. Czas, kiedy tę odpowiedzialność można było przerzucić na Stany Zjednoczone Ameryki, bezpowrotnie minął.
Konkurencyjność kluczem do rozwoju
Absolutnym priorytetem dla nowych władz Unii Europejskiej jest powrót gospodarki europejskiej na ścieżkę rozwoju. To wymaga reformy instytucji, odbudowy zaufania i zmiany regulacji.
Kluczowe jest podjęcie działań, które doprowadzą w ciągu najbliższych 5 lat do przyspieszenia wzrostu gospodarczego w Europie. Aby myśleć o utrzymaniu pozycji Europy w gospodarce światowej i zwiększeniu liczby miejsc pracy w Unii o 18-20 mln, PKB krajów UE powinno rosnąć w szybkim tempie. To niezbędne dla ograniczenia bezrobocia młodzieży i uniknięcia zjawiska „straconego pokolenia”, które na wiele lat obniżyłoby potencjał rozwojowy europejskiej gospodarki.
Aby konkurencyjna Europa nie była tylko pustym hasłem, konieczne jest spełnienie kilku warunków.
Po pierwsze, dokończenie reform w krajach członkowskich, które trwale rozwiążą problem finansów publicznych oraz kontynuowanie reform na poziomie UE. To zabezpieczy nas przed ponownym kryzysem finansowym i poprawi dostęp do finansowania dla firm. Bez tego rozwój gospodarek Europy będzie wciąż ograniczony.
Po drugie, określenie realistycznych celów polityki klimatycznej, które zapewnią dbałość o ochronę środowiska, nie zagrażając jednocześnie rozwojowi przemysłu i gospodarek krajów europejskich oraz stworzenie stabilnego i przewidywalnego systemu prawnego zachęcającego do inwestycji w energetyce, co przyczyni się do ograniczenia cen energii i zapewniania bezpieczeństwa jej dostaw.
Po trzecie, Europa musi stać się centrum innowacji. Niezbędne jest realne zwiększenie nakładów na badania i stworzenie dobrych ram prawnych do korzystania z nowych narzędzi, jakie przyniosła rewolucja cyfrowa.
Po czwarte, rozwój przemysłu i usług wymaga ograniczenia barier administracyjnych i wyeliminowania nadmiaru regulacji krępujących inicjatywę obywateli, a także otwarcia się na współpracę z partnerami na rynkach globalnym. Zawarcie umowy TTIP z USA oraz umowy handlowej z Japonią powinno skutkować wzrostem inwestycji wewnętrznych i zagranicznych w krajach europejskich.
Po piąte, Unia musi lepiej wspierać rozwój talentów swoich obywateli. Dlatego konieczne są zmiany w systemie edukacji, stały rozwój kompetencji pracowników, wparcie nowoczesnej przedsiębiorczości i reformy rynku pracy zwiększające elastyczność zatrudnienia. Potrzebna jest polityka zwiększająca mobilność wewnętrzną obywateli UE oraz skuteczna polityka migracyjna, która pozwoli dynamicznie odpowiadać na potrzeby gospodarki.
Po szóste, jednolity rynek musi stać się faktem. Trzeba konsekwentnie go rozwijać, szczególnie w obszarze energii, transportu, gospodarki cyfrowej.
***
W polityce europejskiej nie ma powrotu do podejścia „business as usual”. W sferach gospodarki, polityki wewnętrznej, międzynarodowej i obronnej Europa znalazła się w obliczu wyborów, od których nie ma ucieczki. Co więcej – fiasko podejmowanych dzisiaj działań może mieć konsekwencje bez precedensu dla całego projektu integracyjnego i miejsca Europy w świecie. Nie mamy czasu do stracenia.
Europejskie Forum Nowych Idei, Sopot, 3 października 2014 r.
Ustawa o PIT i CIT wejdzie w życie od początku 2015 r.
Minister finansów Mateusz Szczurek podczas konferencji prasowej w Ministerstwie Finansów 3 października br. odniósł się do pojawiających się informacji odnośnie ewentualnych skutków, które wiązałyby się z niewejściem w życie od przyszłego roku ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz o zmianie niektórych ustaw, stwierdzając, że są one „w całości przeszacowane”. – W ocenie skutków regulacji ustawy nie podawaliśmy żadnych wpływów budżetowych, ani żadnych oczekiwań dochodów z tego tytułu – powiedział minister Szczurek.
– W poniedziałek trafi do laski marszałkowskiej projekt ustawy. Inicjatywa poselska doprowadzi do korekty terminu vacatio legis i wprowadzenia w życie ustawy w całości już od 1 stycznia 2015 r. Ufam, że do 30 listopada korekcyjna ustawa będzie przyjęta przez Sejm, podpisana przez Prezydenta RP i opublikowana w Dzienniku Ustaw – dodał minister. – Projekt jest już praktycznie gotowy – stwierdził wiceminister finansów Janusz Cichoń.
Minister finansów wyjaśnił, że w ustawie budżetowej nie zostały przewidziane dodatkowe dochody z tego tytułu, jednak i tak warto aby ustawa weszła w życie od początku przyszłego roku, ponieważ wspierając uczciwą konkurencję wśród przedsiębiorców będzie korzystna dla wszystkich obywateli.
Magdalena Gaj z szansą na wysokie stanowisko w Międzynarodowym Związku Telekomunikacyjnym. Polska może na tym skorzystać
Polska ma realne szanse na objęcie stanowiska zastępcy sekretarza generalnego Międzynarodowego Związku Telekomunikacyjnego (ITU) – ocenia Krzysztof Król, przewodniczący Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Kandydatem jest prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej Magdalena Gaj. Wybór dałby Polsce wpływ m.in. na przydzielanie częstotliwości i rozwój sieci internetowej na świecie, a także szanse na pozyskanie znacznych środków.
‒ Polskie władze i przedsiębiorcy wyrażają gorące poparcie dla tego pomysłu, który leży w naszym narodowym interesie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Król, przewodniczący Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, doradca Prezydenta RP. ‒ Udział prezes Gaj we władzach Światowej Unii Telekomunikacyjnej przełoży się na lepszą pozycję Polski w dyskusjach na temat pasm radiowych, konkurencji, sporów z innymi oraz w podejmowaniu decyzji o przyszłości np. internetu.
Wybory nowych władz ITU odbędą się na szczycie w południowokoreańskim Busan, który rozpocznie się 20 października. Magdalena Gaj jest jednym z pięciu oficjalnych kandydatów na stanowisko zastępcy sekretarza generalnego. Obecnie funkcję tę pełni Chińczyk Houlin Zhao, a sekretarzem generalnym jest Malijczyk Hamadoun Touré.
Jak podkreśla Krzysztof Król, wybór Polki do władz ITU to nie tylko duży prestiż dla naszego kraju, lecz także szansa na wpływanie na podejmowane przez organizację decyzje. Powołany 149 lat temu związek m.in. zarządza częstotliwościami, rozstrzyga spory dotyczące telekomunikacji, a także ma do dyspozycji znaczne środki finansowe. W ciągu dwóch najbliższych lat do rozdzielenia na programy pomocowe, standaryzacyjne i projekty badawcze będzie nawet 200 milionów euro. Objęcie stanowiska zastępcy sekretarza generalnego przez Magdalenę Gaj oznaczałoby większe szanse na skierowanie części tych środków do Polski.
Kontrkandydatami dla Gaj są przedstawiciele Kanady, Wielkiej Brytanii, Nigerii oraz Fatimetou Mohamed-Saleck z Mauretanii, druga kobieta w tym gronie. Król ocenia, że parytet płci może mieć znaczenie przy wyborze, więc szanse Gaj i kandydatki z Afryki rosną.
‒ Na pewno Magdalena Gaj zbudowała poparcie w kręgach przedstawicieli innych państw, również państw azjatyckich i afrykańskich, jak też państw europejskich. Wydaje się, że polska administracja i służby dyplomatyczne stanęły na wysokości zadania i udzieliły maksymalnego poparcia dla pani prezes – ocenia doradca społeczny Prezydenta RP.
Nadchodzące lata będą dla ITU szczególnie ważne, bo związek może przejąć zarządzanie światowym internetem. Obecnie zajmuje się tym amerykańska organizacja non-profit ICANN pod auspicjami Departamentu Handlu Stanów Zjednoczonych.
‒ Mówi się o tym, żeby poddać internet kontroli ONZ-owskiej, a taką agendą międzynarodową jest właśnie ITU. Konflikty internetowe o nazwy, częstotliwości, ceny i zarządzanie numeracją serwerów są na tyle poważne, że przekładają się w bardzo prosty sposób na korzyści dla krajowych, w tym przypadku polskich przedsiębiorców – dodaje Król.
Praktyczne znaczenie ITU pokazało przeforsowanie przez Rosję konieczności uzgadniania przez Polskę i Litwę częstotliwości związanych z przechodzeniem z nadawania analogowego na cyfrowe. Przez to spowolniona była cyfryzacja telewizji oraz wdrażanie szybkiego internetu w naszym kraju.
Polska będzie również starać się o ponowne uzyskanie miejsca w Radzie ITU, w skład której wchodzi 48 państw. Nasz kraj jest obecnie jednym z pięciu przedstawicieli regionu Europy Wschodniej i Azji Północnej obok Bułgarii, Czech, Rumunii i Rosji. Król przyznaje, że miejsce w Radzie jest mniej prestiżowe niż stanowisko zastępcy sekretarza generalnego, ale również przekłada się na wpływ na najważniejsze decyzje.
Podkreśla, że choć znaczenie prestiżowe jest bardzo duże, to wpływ na otoczenie regulacyjne dla przedsiębiorców jest ważniejszym aspektem. Dlatego polska branża telekomunikacyjna z pewnością skorzystałaby na wyborze Magdaleny Gaj.
Polska mogłaby zaoszczędzić 12,8 mld zł dzięki upowszechnieniu oświetlenia LED
Polska energetyka potrzebuje ogromnych inwestycji, które zapewnią konkurencyjne ceny energii i bezpieczeństwo energetyczne oraz zmniejszą emisję gazów cieplarnianych. Jednocześnie eksperci podkreślają, że trzeba dążyć do ograniczania zużycia energii. Najprostsze rozwiązania to stosowanie energooszczędnych technologii, jak oświetlenie LED czy domowe instalacje OZE, które stają się coraz tańsze. Dzięki wymianie oświetlenia na bardziej nowoczesne Polska mogłaby zaoszczędzić ok. 12,8 mld zł.
– Jest wiele sposobów na obniżenie zapotrzebowania na energię. Możemy rzadziej jeździć samochodem czy rzadziej latać, ale najważniejsza sprawa to przyjrzeć się sposobom, w jaki zużywamy energię. 19 procent energii, którą dziś zużywamy na świecie, pochłaniane jest przez oświetlenie. W mieście oświetlenie konsumuje nawet 50 proc. energii. Jeśli uda nam się obniżyć te wskaźniki, zredukujemy znacząco zużycie energii w ogóle – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joost Leeflang, dyrektor generalny Philips na Europę Środkowo-Wschodnią.
Według szacunków Philipsa globalne zużycie energii na oświetlenie spadnie o 30 proc. w latach 2006-2020. Dzięki temu emisja CO2 do atmosfery obniży się o 515 mln ton. W przypadku zastosowania energooszczędnej technologii LED we wszystkich instalacjach oświetleniowych na całym świecie zużycie energii spadłoby o 40 proc. To odpowiada mocy 640 średniej wielkości elektrowni i wygenerowałoby oszczędności na poziomie 130 mld euro – wynika z raportu Philipsa „The LED Lighting Revolution” z 2012 r.
– Problem w tym, że najpierw trzeba zainwestować, żeby później móc oszczędzić. Bo to, że w przyszłości będziemy czerpać korzyści z oświetlenia LED, jest pewne – to oszczędność energii rzędu 60-80 procent. Pracujemy obecnie z instytucjami finansowymi nad rozwiązaniem, które pozwoli finansować inwestycje. bazując na przyszłych oszczędnościach – twierdzi Leeflang.
W Polsce potencjalna skala oszczędności z tytułu wymiany tradycyjnego oświetlenia na półprzewodnikowe (LED) pozwoliłaby uniknąć budowy nowych elektrowni o mocy 2000 MW, których koszt jest szacowany przez Philipsa na 12,8 mld zł.
Obecnie najważniejszym wyzwaniem polskiej energetyki jest wymiana starych, mało wydajnych bloków węglowych oraz zwiększenie udziału innych niż węgiel źródeł energii. Analitycy RWE przeanalizowali cztery różne scenariusze odnoszące się do technologii w energetyce i tempa rozwoju gospodarki.
– W pierwszym scenariuszu, najbardziej pesymistycznym, zakładamy bardzo niski albo umiarkowany wzrost PKB. Następnie mamy dwa scenariusze zakładające umiarkowany wzrost PKB, które nazwaliśmy „polska droga narodowa” i „zielony scenariusz”. Mamy te scenariusz optymistyczny, z wysokim wzrostem gospodarczym, który nazywamy „scenariuszem nowych technologii”. Zakładamy w nim bardzo znaczący udział nowych technologii i nowe podejście do efektywności energetycznej – tłumaczy Filip Thon, prezes RWE Polska.
Według niego każdy ze scenariuszy gwarantuje spełnienie trzech głównych celów.
– Po pierwsze, Polska pozostaje mniej lub bardziej niezależna energetycznie, jeśli chodzi o dostawy z innych krajów. Po drugie, ceny energii dla klientów końcowych pozostają na osiągalnym dla nich poziomie. Po trzecie, emisja CO2 pozostaje na poziomie, którym Polska jest w stanie efektywnie zarządzać na przestrzeni następnych 35-40 lat, nawet jeśli cele redukcji będą bardzo restrykcyjne – uważa Thon.
Rozwój technologii w zakresie OZE sprawia, że pogodzenie niekiedy sprzecznych celów – jak np. konkurencyjne ceny energii i spadek emisji gazów cieplarnianych – staje się łatwiejsze. Filip Thon spodziewa się wzrostu rynku prosumenckiego, czyli domowych instalacji produkujących energię elektryczną i ciepło z OZE.
– Ceny paneli fotowoltaicznych spadły w ciągu ostatnich siedmiu lat o 70 procent. Na niektórych rynkach doszliśmy do parytetu sieci, czyli sytuacji w której taniej jest zainstalować ogniwo fotowoltaiczne na dachu, niż pobierać energię z sieci energetycznej. To musi się oczywiście wiązać z inteligentnym zarządzaniem energią. Nie wystarczy panel fotowoltaiczny na dachu, trzeba mieć całościowy pomysł na to, jak zarządzać energią, np. wtedy, kiedy nie ma cię w domu, a twoje ogniwo produkuje energię – wskazuje prezes RWE.
W. Jasiński: państwo powinno prowadzić aktywną politykę energetyczną
Polityk PiS krytykuje rząd Donalda Tuska za błędne decyzje dotyczące polityki energetycznej państwa lub ich brak. Zdaniem Wojciecha Jasińskiego zaniedbana została budowa gazoportu w Świnoujściu, który obecnie, w kontekście sytuacji na Wschodzie, mógłby znacznie zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne Polski.
– Dzisiaj nikt nie ma wątpliwości, że państwa, szczególnie w naszym sąsiedztwie, używają swoich zasobów energetycznych i kapitałowych jako oręża, swego rodzaju atutu politycznego – zauważa Wojciech Jasiński, przewodniczący sejmowej Komisji Gospodarki. – Wiadomo, że przy użyciu narzędzi energetycznych prowadzona jest polityka w ogóle. Jeżeli chcemy stanowić siłę, być państwem, które ma wpływ na to, co się dzieje na zewnątrz, musimy dbać o to, byśmy umieli sprostać tej konkurencji.
Jak podkreśla Jasiński, nie chodzi o rywalizację rynkową, tylko szukanie przewag w sensie politycznej czy wręcz cywilizacyjnej rywalizacji.
– Ponieważ nasze rozpoznane zasoby energetyczne to przede wszystkim węgiel i potencjalnie gaz łupkowy, musimy robić wszystko, abyśmy mieli możliwie duże, rozpoznane zasoby i umieli z nich korzystać – wskazuje Jasiński. – Państwo powinno te wysiłki wspierać.
W kontekście sytuacji na Wschodzie ważne jest obecnie zdaniem Jasińskiego sprawne dokończenie budowy gazoportu w Świnoujściu, którym do Polski będzie dostarczany gaz skroplony m.in. z Kataru.
– Gazoport miał być gotowy w 2012 roku, jest rok 2014 i prawdopodobnie jeszcze w połowie przyszłego roku nie będzie działał – mówi Jasiński. – To czyni nas podatnym na wszelkiego rodzaju szantaże. Wyobraźmy sobie, że zimą wolumen dostaw gazu jest radykalnie zmniejszany. Nasz główny dostawca, czyli Rosja, pokazał już, że może spowodować chociażby awarię. Do takiej sytuacji państwo musi być przygotowane.
W jego ocenie rząd Donalda Tuska za mało robił w zakresie wspierania sektora energetycznego.
– Po pierwsze, w ciągu tych siedmiu lat zaniedbano gazoport, który mógłby zdywersyfikować źródła gazu – przekonuje Jasiński. – Ale nawet przy obecnie rozpoznanych zasobach gazu konwencjonalnego moglibyśmy zwiększyć wydobycie krajowe. Potencjalne zasoby gazu choćby w Niemczech są podobne do polskich. Niemcy jednak wydobywają go znacznie więcej. Trzeba jak najszybciej doprowadzić do uruchomienia wszystkich potencjalnych rezerw.
Polscy cukrzycy nadal bez dostępu do nowoczesnego leczenia
Większość dostępnych w Polsce leków na cukrzycę typu drugiego nie jest refundowana. Polskim pacjentom szczególnie brakuje dostępu do leków inkretynowych, które ograniczają ryzyko spadków cukru do niebezpiecznie niskiego poziomu. We wszystkich pozostałych krajach UE leki te są już od dawna refundowane i uznane za standard terapeutyczny.
W Polsce żyje nawet ok. 3,5 mln chorych na cukrzycę, z czego jedna trzecia może nie być świadoma swojej choroby. Co roku umiera na nią ok. 30 tys. osób. Na opublikowanej 1 września liście leków refundowanych znowu nie znalazły się jednak leki inkretynowe.
‒ Doszliśmy do momentu, w którym większość leków na cukrzycę typu II, zarejestrowanych i dostępnych w aptekach w Polsce, jeśli popatrzymy na substancje chemiczne, jest nierefundowana. Takiej sytuacji nie ma w żadnym kraju europejskim czy USA – stwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria prof. Leszek Czupryniak, prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.
Leki inkretynowe wpływają na obniżenie poziomu cukru we krwi, w przeciwieństwie jednak do insuliny działają jedynie wtedy, gdy poziom jest podwyższony. Oznacza to, że nie stwarzają ryzyka wystąpienia hipoglikemii, czyli spadku poziomu cukru do niebezpiecznie niskiego poziomu. Powtarzające się hipoglikemie pogarszają rokowania pacjentów i mogą prowadzić do poważnych uszkodzeń w organizmie chorego. Zagrożenie niedocukrzeniem niesie insulina, która wpływa na zmniejszenie stężenia glukozy w krwi niezależnie od jej początkowego poziomu.
Ekspert podkreśla, że leki inkretynowe można przyjmować bez ciągłej kontroli poziomu cukru i w znacznie prostszy sposób. Dają one także inne korzyści – zmniejszają apetyt, dzięki czemu ograniczają problem otyłości, mogą także obniżać ciśnienie tętnicze.
‒ To już nie są tak bardzo nowe leki, pojawiły się 8-9 lat temu w krajach Europy Zachodniej i weszły tam do kanonu leków – podkreśla prof. Czupryniak. ‒ W takich krajach jak Dania czy Finlandia prawie połowa chorych leczonych doustnie otrzymuje te leki. Z medycznego punktu widzenia nie ma powodu, aby polscy pacjenci ich nie otrzymywali, a przynajmniej pewna ich grupa.
Dodaje, że szczególne wskazanie do stosowania leków inkretynowych występuje w przypadku pacjentów, którzy mieli już problemy z hipoglikemią lub są otyli. W ich przypadku insulina może wpłynąć na dalszy wzrost masy ciała.
Prof. Czupryniak przekonuje, że wpisanie leków inkretynowych na listę refundacyjną to z punktu widzenia państwa inwestycja, a brak takiej decyzji jest z medycznego punktu widzenia całkowicie nieuzasadniony. Przypomina, że w Polsce przez wiele lat dominowało podejście, że początkowa faza cukrzycy nie jest zagrożeniem dla życia, więc leczyć trzeba chorych w zaawansowanych stadiach choroby. Nowoczesne badania pokazują jednak, że jest na odwrót – intensywne leczenie wczesnej fazy cukrzycy pozwala znacznie wydłużyć życie i poprawić jego jakość.
W innych krajach UE to podejście uwidacznia się w tym, jak dużą rolę pełnią lekarze rodzinni w leczeniu cukrzycy. W Holandii nawet 90 proc. chorych leczy się u lekarzy pierwszego kontaktu. W Polsce wciąż dominuje leczenie specjalistyczne, co też potęguje problemy związane z jego dostępnością.
‒ Być może długofalowo byłoby lepiej i taniej, gdyby lekarz rodzinny, mając możliwość zatrudnienia pielęgniarek, edukatorów, mógł poświęcić więcej czasu pacjentowi z nowo rozpoznaną cukrzycą – zastanawia się prof. Czupryniak. ‒ Nie ma bariery, jeśli chodzi o wiedzę czy dostęp lekarzy [diabetologów – red.] do wiedzy. Bariery są w zakresie infrastruktury, mamy nadal za mało poradni diabetologicznych. Są województwa, w których jest niewystarczająca liczba diabetologów.
Na kongresie Europejskiego Towarzystwa Badań nad Cukrzycą (EASD) w połowie września w Wiedniu, jak relacjonuje prof. Czupryniak, leki inkretynowe pojawiały się w najnowszych doniesieniach, nie budziły już jednak sensacji. Ich skuteczność i bezpieczeństwo są od dawna potwierdzone.
Rosną przychody agencji PR. Coraz ważniejsza komunikacja z blogerami
Po rekordowym dla agencji PR roku 2012 roku ubiegły okazał się znacznie trudniejszy. Liderzy rynku są jednak ci sami. Według rankingu branżowego miesięcznika „Press” największe przychody mają tak jak w ubiegłym roku trzy agencje: Partner of Promotion, AM Art-Media Agencja PR i Havas PR Warsaw. Dobre wyniki notują firmy stawiające na długoterminową współpracę i będące członkami międzynarodowych sieci.
‒ Pierwszą dziesiątkę otwierają te same agencje, co rok wcześniej. Na pierwszym miejscu jest Partner of Promotion z przychodami ponad 36 mln zł. Na drugim miejscu jest agencja AM Art-Media Agencja PR, której przychody wyniosły ponad 15 mln zł – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Sędek, redaktorka „Press” i autorka raportu. ‒ Jest duża grupa agencji, które odnotowały wzrosty przychodów. Przede wszystkim są to agencje, które stawiają zarówno na stałą, długofalową współpracę ze swoimi klientami, jak i na rozwój.
Lider rankingu za 2013 r., agencja Partner of Promotion, odnotował 1,1 mln zł zysku i wzrost przychodów o 8 proc. Agencja obsługuje takie firmy, jak m.in. Procter & Gamble czy Polski Bus. Drugie miejsce utrzymała AM Art-Media Agencja PR z przychodem ponad 15 mln zł, która pracuje m.in. dla takich firm jak: Jeronimo Martins Polska, PGNiG, Kapsch czy Pelion. Pod względem wyniku finansowego liderem została agencja Grayling Poland, która zarobiła niemal 1,4 mln zł netto. Trzecie miejsce w rankingu przychodów zajęła agencja Havas PR Warsaw (14,1 mln zł przychodu), a kolejne MSLGroup i 24/7 Communication. Te dwie ostatnie zanotowały jednak w 2013 r. niewielkie straty netto w wysokości odpowiednio 62 i 35 tys. zł.
Sędek zauważa, że najlepsze wyniki osiągały te agencje, które współpracują z klientami długoterminowo, oraz te, które należą do międzynarodowych grup. Pozwala im to na pozyskiwanie klientów wśród firm wchodzących na polski rynek.
‒ Agencje polskie uzyskują rekomendacje od sieci. Z drugiej strony również polscy klienci chętnie współpracują z agencjami zrzeszonymi w sieciach, bo mogą wejść ze swoją komunikacją na rynki zachodnie – tłumaczy Sędek. Dodaje: ‒ Ranking pokazuje, że agencje są coraz bardziej profesjonalne, chociaż wciąż się rozwijają. Pokazują, że ich wpływ na media i współpraca z mediami jest coraz większa. I to nie tylko z tymi tradycyjnymi mediami, lecz także z internetem.
Według Sędek agencje PR oferują coraz więcej usług twórcom treści internetowych – blogerom, vlogerom oraz osobom udzielającym się profesjonalnie w mediach społecznościowych. Ten obszar działalności staje się nawet bardziej istotny niż relacje z tradycyjnymi mediami. Agencje tworzą specjalne usługi skierowane do internetowych liderów opinii i starają się budować z nimi współpracę długofalową.
‒ Również przeprowadzają badania środowiska blogerów. I coraz bardziej widać, że większy nacisk kładą na to, żeby dotrzeć właśnie do środowiska internetowego – podkreśla Sędek.
Dodaje, że na rynku jest również duże zapotrzebowanie na usługi public affairs, czyli zarządzanie relacjami firm z administracją publiczną.
W czołówce największą dynamikę przychodów zanotowała agencja 24/7 Communication (44,4 proc. wzrostu). Łącznie sklasyfikowano 34 agencje, w tym 27 należących do Związku Firm Public Relations.
Groupon zmierza w kierunku handlu mobilnego
Więcej ofert dla użytkowników smartfonów i rozwój w kierunku platformy usług – tak Groupon będzie walczył o klientów. Smartfony ma już blisko połowa Polaków, coraz więcej osób korzysta z nich w trakcie robienia zakupów. Szacunki mówią, że wartość rynku m-commerce w Polsce w tym roku przekroczy 1 mld zł.
– Stawiamy na użytkowników urządzeń mobilnych – przyznaje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Aniela Hejnowska, dyrektor zarządzająca Groupon Polska. – Na Zachodzie 40–50 proc. transakcji na Grouponie jest dokonywanych przez mobilne urządzenia, w Polsce jest to na razie 10 proc., więc potencjał jest. Technologicznie jesteśmy na ten rozwój gotowi.
Raport Connected Life 2014 przygotowany przez TNS Polska wskazuje, że blisko połowa Polaków ma smartfony. Choć wciąż niewiele osób decyduje się na zakupy za ich pośrednictwem, to rynek m-commerce prężnie się rozwija. Wedle szacunków platformy mGenerator.pl jego wartość w tym roku przekroczy 1 mld zł (0,5 mld na koniec 2013 roku). Dlatego coraz częściej firmy decydują się na stworzenie aplikacji mobilnych skierowanych właśnie do takich klientów. Proponuje ją także Groupon.
– W Polsce nadchodzi rewolucja mobilna. Widzimy, że coraz więcej osób korzysta ze smartfonów w trakcie dokonywania zakupów, przeglądania ofert online. Nasza aplikacja jest czwartą najpopularniejszą na świecie, ściągnęło ją 90 milionów użytkowników – mówi Hejnowska.
Kilka tygodni temu Groupon zdecydował się również na zmianę szaty graficznej strony. Pojawiły się funkcjonalności, które ułatwiają korzystanie ze strony – wyszukiwanie i filtrowanie oferowanych produktów, dostępny jest również system rezerwacji online.
Jak podkreśla Aniela Hejnowska, Groupon przeobraził się z portalu oferującego grupowe zakupy do platformy z usługami i produktami, skierowanymi do indywidualnego klienta. To odpowiedź na zmianę upodobań użytkowników internetu, którzy częściej decydują się na zakup usług.
– Można u nas kupić wizytę u fryzjera czy w restauracji, a także bilety na koncerty oraz podróże – mówi Hejnowska. – Jesteśmy największym dostarczycielem usług online. To jest kierunek, w którym będziemy się dalej rozwijać.
Zimą przybędzie połączeń z podwarszawskiego Modlina. Lotnisko chce przyciągać kolejne linie
Władze lotniska w Modlinie zapowiadają intensywny okres jesienny i zimowy. 23 października uruchomiona zostanie baza operacyjna Ryanaira. W tym miesiącu zacznie obowiązywać zimowy rozkład połączeń z nowymi trasami i częstszymi lotami krajowymi.
– Sezon zimowy w naszym przypadku będzie bardzo ciekawy, dlatego że chyba jako jedyne lotnisko w Polsce zanotujemy znaczący wzrost liczby operacji, zarówno na istniejących trasach, jak i nowych. Poza trasami na trzy Wyspy Kanaryjskie nowością będzie trasa do Madrytu, która będzie obsługiwana cztery razy w tygodniu. Dodatkowo na ośmiu już istniejących trasach znacząco zwiększy się oferta lotów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Piotr Lenarczyk, szef Biura Handlowo-Marketingowego Mazowieckiego Portu Lotniczego Warszawa-Modlin.
Zimą pojawią się cztery nowe kierunki lotów: Fuerteventura, Gran Canaria, Teneryfa oraz Madryt. Do Gdańska i Wrocławia samoloty będą latać dwa razy dziennie.
– Połączenia krajowe cieszą się coraz większym sukcesem. Bardzo zwiększa się load factor na tych trasach. W okresie wakacyjnym współczynnik ten który był bardzo zadowalający, dlatego tym bardziej cieszymy się z tego, że zimą połączenia krajowe będą oferowane dwa razy dziennie. To znaczy, że będzie można polecieć rano do Gdańska i wrócić wieczorem, podobnie do Wrocławia. Myślę, że to będzie świetna oferta dla pasażerów, którzy chcą oszczędzić czas i koszty noclegu, załatwić różne sprawy w tych miastach i tego samego dnia powrócić do Warszawy – mówi Lenarczyk.
Zapowiadane zmiany spowodują wzrost liczby lotów ze 174 do 276 tygodniowo. Ponadto 23 października Ryanair uruchomi swoją bazę operacyjną, w której początkowo będą stacjonowały dwa samoloty, ale z czasem ich liczba będzie się zwiększać. Dzięki powstaniu bazy latem przyszłego roku przewoźnik uruchomi dwie kolejne nowe trasy: do Aten i Lizbony, przy czym ta pierwsza będzie oferowana aż siedem razy w tygodniu.
– Prowadzimy intensywne rozmowy z kilkoma przewoźnikami, z co najmniej jednym są bardzo zaawansowane. Liczę na to, że już w przyszłym sezonie letnim będziemy mogli zobaczyć samoloty w innych barwach latające regularnie z naszego lotniska – podkreśla przedstawiciel podwarszawskiego lotniska.
Lotnisko w Modlinie zabiega nie tylko o kolejnych przewoźników. Powiększono przestrzeń handlową sklepów Euroshop oraz kawiarni Coffee Corner oraz pozyskano kilku nowych najemców przestrzeni handlowej, usługowej i gastronomicznej, takich jak Best Fly Bar czy Vip & Fly. Trwają też rozmowy, które pozwolą ostatecznie ukształtować ofertę handlową i gastronomiczną dla pasażerów poprzez pozyskanie najemców na ostatnie wolne powierzchnie komercyjne w terminalu lotniska.
Nawet 400 zł miesięcznie można zarobić na wynajmie własnego miejsca parkingowego. Liczba chętnych rośnie
Rośnie liczba osób wynajmujących prywatne miejsca parkingowe w centrach dużych miast. Serwis iParkomat.pl, który ułatwia zawieranie takich umów, w ciągu pierwszych sześciu miesięcy pozyskał ponad 800 użytkowników. Pomimo krótkiej obecności na rynku, spółka już rozważa ekspansję zagraniczną, korzystając ze stosunkowo niedużej konkurencji.
‒ Mam swoje prywatne miejsce postojowe w garażu podziemnym, za które zapłaciłem duże pieniądze przy kupnie mieszkania. Codziennie z niego korzystam, ale w praktyce, po tym jak rano wyjeżdżam do pracy, moje miejsce postojowe przez cały dzień jest puste. Dlaczego więc go nie wynająć? Skorzysta z niego osoba, która przyjeżdża codziennie samochodem do swojej pracy w okolicy i jeszcze mi za to zapłaci. Niech mój parking zarobi na siebie ‒ opowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Sacha, twórca i założyciel iParkomat.pl
Spółka iParkomat weszła na rynek pół roku temu. Jej działalność polega na obsłudze witryny internetowej, na której posiadacze prywatnych miejsc parkingowych mogą je wynajmować zmotoryzowanym osobom przyjeżdżającym do pracy. Chodzi o miejsca na parkingu podziemnym w bloku mieszkalnym, wolnostojące garaże czy też miejsca na zaparkowanie samochodu na prywatnej posesji. Dla posiadaczy takich miejsc to szansa na spieniężenie miejsca, które w trakcie ich pobytu w pracy i tak stoi puste. Z kolei osoby szukające miejsc wydają mniej niż na parking miejski, a do tego mają pewne i tanie miejsce parkingowe położone w pobliżu swojej pracy.
‒ Jest to innowacyjna usługa, ponieważ w Polsce i sąsiednich krajach dzielenie się własnym miejscem parkingowym, gdy to stoi puste w ciągu dnia, praktycznie nie istnieje ‒ dodaje Piotr Sacha. ‒ Na świecie nie ma jednego lidera. Jest spora firma w Wielkiej Brytanii, JustPark, i ma apetyt na to, żeby wyjść szeroko poza Anglię ze swoimi usługami. A to oznacza, że my musimy biec nieco szybciej, dlatego rozważamy bardzo mocno wyjście poza Polskę.
Sacha podkreśla, że zainteresowanie jest największe w centrach dużych miast, szczególnie w Warszawie, a także w Krakowie, Wrocławiu i Gdańsku. Dotyczy to również miejsc poza centrum, gdzie parkowanie jest darmowe, ale trudno o miejsce. To na przykład duże węzły przesiadkowe czy położone na obrzeżach miasta stacje metra.
System opiera się o umowy cywilno-prawne pomiędzy właścicielem miejsca a wynajmującym. Rejestracja w serwisie, przeglądanie ofert i wystawienie oferty swojego parkingu to usługi bezpłatne. Spółka pobiera opłatę jedynie od zawartych umów. Największym wyzwaniem jest jednak zbudowanie zaufania pomiędzy użytkownikami.
‒ Jeśli dzielisz się swoim parkingiem przez czas, gdy stoi on pusty, to chciałbyś mieć zaufanie do osoby, która z niego korzysta – tłumaczy Sacha. ‒ To jest chyba najtrudniejsza rzecz, jeśli chodzi o współpracę między nieznanymi sobie uprzednio osobami. Żeby zbudować zaufanie, stworzyliśmy cały system rankingów, ocen, recenzji. Każda osoba, która współpracuje z inną, jest proszona o późniejszą ocenę tej współpracy. A każda następna osoba może z tej historii współpracy skorzystać przy podejmowaniu decyzji dotyczącej tego, z kim chce współpracować. W ten sposób budujemy społeczność wiarygodnych i uczciwych użytkowników.
W iParkomat.pl zarejestrowanych jest już ok. 130 indywidualnych miejsc parkingowych. Sacha zaznacza, że codziennie pojawiają się nowe. Zarobki nie są wielkie, ale nie wiążą się z żadnymi kosztami. Rekordzista miesięcznie zarobił na wynajmie własnego miejsca 400 zł, ale nawet na niewielkim miejscu dla motocykla można zarobić 50 zł.
Sacha zauważa, że w tej chwili iParkomat nie ma w Polsce internetowej konkurencji. Rynek miejsc parkingowych jest ograniczony do parkingów komercyjnych, które w internecie informują o dostępności i cenach miejsc, a czasami umożliwiają ich rezerwację. Natomiast wynajem miejsc indywidualnych osób poprzez specjalnie do tego celu przeznaczony serwis internetowy jest nowością.
‒ Poprzez naszą działalność przekonujemy klientów, że ich własny parking może na nich zarabiać, a nie musi być tytko kosztem – podkreśla Sacha.
W Polsce wciąż duże zjawisko niedożywienia dzieci. W woj. warmińsko-mazurskim i podlaskim dotyczy co 10. dziecka
160 tys. polskich dzieci w wieku 7-12 lat cierpi z powodu niedożywienia – wynika z badań przeprowadzonych przez firmę Danone. Najgorsza sytuacja panuje w województwach podlaskim i warmińsko-mazurskim, gdzie problem niedożywienia dotyka 10 proc. dzieci ze szkół podstawowych. Zdaniem lekarzy dzieci te mogą mieć problemy z nauką, koncentracją, często są agresywne w stosunku do otoczenia.
– Drugim ważnym aspektem jest to, że dzieci jedzą niezdrowe jedzenie, a to też jest rodzaj niedożywienia. To, że jedzą i piją produkty wysokosłodzone, że jedzą chipsy, a nie jedzą owoców i warzyw. Tutaj w takim wypadku nie dostarczają swojemu młodemu organizmowi potrzebnych produktów – mówi Monika Archicińska, koordynator Ogólnopolskiej Zbiórki Żywności „Podziel się Posiłkiem”, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.
Szacuje się, że 370 tys. dzieci szkół podstawowych nie odżywia się w sposób niezbędny dla ich prawidłowego rozwoju, np. nie jedzą drugiego śniadania, ich posiłki nie składają się z pełnowartościowych produktów.
Z istnieniem obszarów niedożywienia w Polsce walczą m.in. Banki Żywności. Idea tego typu banków pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. W latach 60. XX wieku biznesmen John van Hengel zaczął zbierać od właścicieli sklepów żywność, której termin ważności zbliżał się do końca. W 1967 roku założył pierwszy na świecie Bank Żywności im. Świętej Maryi. Wkrótce też znalazł naśladowców na całym świecie. W Polsce działa 31 tego typu banków, zrzeszonych w Federacji Polskich Banków Żywności.
– Pozyskujemy nadwyżki żywności od producentów oraz dystrybutorów, na przykład supermarketów, i przekazujemy je organizacjom pozarządowym, które już przekazują je osobom potrzebującym. W tym roku w związku z mechanizmem wycofywania owoców i warzyw z rynku dostaliśmy ich bardzo dużo od rolników, dzięki czemu mogliśmy je przekazać potrzebującym. Na co dzień naszą misją jest jednak wyszukiwanie tych nadwyżek żywności, współpraca z producentami, dystrybutorami i sieciami supermarketów – wymienia Monika Archicińska.
Banki Żywności udzielają bezpłatnej pomocy żywnościowej ponad 3 600 organizacjom i instytucjom społecznym. Te natomiast przekazują ją do blisko 1,700 mln osób najbardziej potrzebujących. Pierwszy Bank Żywności powstał w Polsce w 1994 roku i udzielił wówczas pomocy siedmiu tysiącom osób. Obecnie jest to 1,7 mln osób. Banki zbierają żywność o kończącej się dacie ważności, która dla rolników lub handlowców jest już nieprzydatna.
– Co prawda ten mechanizm nadwyżkowy nie działa jeszcze tak dobrze, czyli nie przekazuje nam tych nadwyżek tak dużo supermarketów, jak byśmy chcieli. Jestem przekonana, że dużo jeszcze żywności może się marnować, dlatego zachęcam do tego, żeby przekazywać tą żywność Bankom Żywności, żeby się z nimi kontaktować – mówi Monika Archicińska.
Oprócz codziennej działalności, opartej na kontaktach z dystrybutorami, handlowcami i rolnikami, trzy razy w roku Banki Żywności organizują ogólnopolskie zbiórki żywności. Jedną z nich jest akcja „Podziel się Posiłkiem” organizowana z firmą Danone już od jedenastu lat. Produkty zebrane w czasie tej zbiórki trafiają do organizacji zajmujących się dożywianiem dzieci, np. jadłodajni, świetlic środowiskowych, towarzystw przyjaciół dzieci. W 2014 roku podczas tej akcji zebrano 500 ton produktów żywnościowych, które zostały przekazane do prawie 900 organizacji społecznych.
Kolejna spółka wybiera się z NewConnect na rynek główny GPW. KNF zatwierdził prospekt emisyjny Internet Media Services
Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła prospekt emisyjny spółki Internet Media Services. Notowana na NewConnect spółka, specjalizująca się w marketingu sensorycznym, chce przenieść się na rynek regulowany.
Z upoważnienia Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) zatwierdzono prospekt emisyjny sporządzony przez Internet Media Services SA z siedzibą w Warszawie w związku z zamiarem ubiegania się o dopuszczenie do obrotu na rynku regulowanym akcji serii A, B, C, D, E, F1, F2, F3, G oraz H – podał w komunikacie KNF.
Bez opłat uzdrowiskowych także w szpitalach uzdrowiskowych
Osoby przebywające w szpitalach uzdrowiskowych, niezależnie od celu pobytu i rodzaju pobieranych przez te osoby świadczeń, nie będą musiały płacić opłaty uzdrowiskowej. To efekt podpisania 3 października br. przez Ministra Finansów interpretacji ogólnej w sprawie stosowania art. 17 ust. 2 pkt 2 ustawy z dnia 12 stycznia 1991 r. o podatkach i opłatach lokalnych (Dz. U. z 2014 r. poz. 849), na podstawie którego od osób przebywających w szpitalach nie pobiera się opłaty uzdrowiskowej. Interpretacja Ministra Finansów rozszerza zakres podmiotowy wyłączenia z obowiązku uiszczenia opłaty uzdrowiskowej na osoby przebywające w szpitalach uzdrowiskowych.
Komunikat w związku z doniesieniami medialnymi nt. działań prokuratury wobec Podsekretarza Stanu Jacka Kapicy
W związku z doniesieniami medialnymi na temat działań prokuratury wobec Podsekretarza Stanu Jacka Kapicy Ministerstwo Finansów informuje, że do ministerstwa wpłynęło pismo Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku z dnia 26 maja 2014 roku sygnalizujące ustalenia prowadzonego od 2009 roku śledztwa w sprawie urządzania gier na automatach o niskich wygranych. Wobec powyższego pisma Wiceminister Finansów Jacek Kapica ustosunkował się 30 czerwca 2014 roku pismem skierowanym bezpośrednio do Prokuratora Generalnego.
29 maja 2014 roku do Ministerstwa Finansów wpłynęło pismo Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku w którym na podstawie art. 19 § 1 kodeksu postępowania karnego wskazano między innymi, że funkcjonujący w latach 2003-2009 system nadzoru nad rynkiem gier na automatach niskich wygranych, który obejmował ich badania, rejestrację, włączenie do eksploatacji oraz kontrolę prawidłowego stosowania maksymalnej stawki za udział w jednej grze oraz maksymalnej jednorazowej wygranej, był niesprawny głównie z powodu rażących zaniedbań urzędniczych. Zaniechania urzędnicze sprawiły, że nadzór nad eksploatacją urządzeń był nie tylko formalny lecz wręcz iluzoryczny. Skutkiem tych zaniechań była powszechna eksploatacja urządzeń, które były niezgodne z ustawą.
Wobec powyższego pisma Wiceminister Finansów Jacek Kapica ustosunkował się 30 czerwca pismem skierowanym bezpośrednio do Prokuratora Generalnego. W piśmie wskazał między innymi, że podziela zdanie Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku, że funkcjonujący w latach 2003-2009 system nadzoru nad rynkiem gier na automatach o niskich wygranych był niewłaściwy. Wynikiem identyfikacji tego stanu były zrealizowane przez Ministra Finansów działania legislacyjne, administracyjne, organizacyjne i personalne. Rozpoczęcie zmian prawa w 2008 roku naruszyło, utrwalone od 2003 roku, interesy podmiotów i osób urządzających gry na automatach, które rozpoczęły szereg działań mających zapobiec wejściu w życie nowych przepisów, do usunięcia wiceministra finansów ze stanowiska włącznie. Było to przedmiotem zainteresowania operacyjnego Centralnego Biura Antykorupcyjnego.
W swoim piśmie do Prokuratora Generalnego Minister Kapica przedstawił również podejmowane od 2008 roku działania legislacyjne i organizacyjne, służące naprawie rynku gier hazardowych, które skutecznie zmieniły sytuację nadzoru nad rynkiem gier ukształtowaną w roku 2003.
Z początkiem 2008 roku podjęto prace nad nowelizacją ustawy o Służbie Celnej i nowelizacją ustawy ograch i zakładach wzajemnych, w których wprowadzono między innymi uprawnienia dla funkcjonariuszy celnych do przeprowadzania w trakcie kontroli eksperymentu gry na automacie, oraz zmiany przepisów Kodeksu karnego skarbowego dotyczących przestępstw przeciwko organizacji gier.
Ostatecznie w wyniku podejmowanych przez jednostki organizacyjne Ministerstwa Finansów konsekwentnie i wielokrotnie działań legislacyjnych i organizacyjnych, m.in.:
- zmieniono rozporządzenie Ministra Finansów w sprawie warunków urządzania gier i zakładów wzajemnych wprowadzając jednoznaczne i czytelne regulacje, zgodnie z którymi badanie poprzedzające rejestrację polega na sprawdzeniu m.in. czy konstrukcja automatu o niskich wygranych zapewnia prawidłowe ustalenie wartości maksymalnej stawki i uniemożliwienie przekraczania wartości maksymalnej stawki w wyniku kontynuacji gry za uzyskane wygrane; prace legislacyjne rozpoczęto w dniu 6 marca 2008 r., a weszło w życie 21 marca 2009 r. po uprzedniej notyfikacji Komisji Europejskiej;
- uchwalono nową ustawę o Służbie Celnej porządkującą kompetencje w zakresie nadzoru nad rynkiem gier i umożliwiającą przeprowadzenie eksperymentu kontrolnego gry na automacie; proces legislacyjny rozpoczęty w kwietniu 2008 r., zakończono w dniu 27 sierpnia 2009 r. uchwaleniem ustawy (weszła w życie 31 października 2009 r.);
- zmieniono ustawę o grach i zakładach wzajemnych porządkującą kompetencje w zakresie nadzoru nad rynkiem gier poprzez powierzenie organom Służby Celnej całości zadań
w zakresie gier i zakładów wzajemnych, które dotychczas wykonywały organy dwóch administracji: celnej i skarbowej; proces legislacyjny rozpoczęty w kwietniu 2008 r., łącznie ze zmianą ustawy o Służbie Celnej, zakończono w dniu 27 sierpnia 2009 r. uchwaleniem zmian ustawy (weszła w życie 31października 2009 r.),
Ponadto Minister Kapica zwrócił uwagę Prokuratora Generalnego na wątpliwości, jakie w opinii Pana Ministra budzi uzasadnienie postanowienia Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku z dnia 26 maja 2014 r. sygn. Ap V Ds. 28/09 RKS 341/09 UC Wałbrzych o umorzeniu śledztwa w części przeciwko podejrzanym o urządzanie gier na automatach o niskich wygranych wbrew zezwoleniom.
Śledztwo, co wynika z treści postanowienia, bezspornie wykazało, że urządzanie i prowadzenie gier odbywało się w warunkach czynu zabronionego z art. 107 § 1 kks, a podejrzani posiadali świadomość popełnienia czynu, co dawało podstawę do przypisania im winy.
Minister Kapica wyraził również nadzieję, że przedstawione informacje okażą się przydatne, w szczególności wobec opinii Prokuratora Apelacyjnego przedstawionej w Powiadomieniu z dnia 26 maja o tym, że zidentyfikowany stan może „w decydujący sposób wpłynąć na końcowe decyzje prokuratorów w zakresie możliwości pociągnięcia do odpowiedzialności karnej skarbowej właścicieli i pracowników firm urządzających gry na automatach o niskich wygranych” i zadanie prokuratury strzeżenia praworządności oraz czuwania nad ściganiem przestępstw, przyniesie w zakresie prowadzonego śledztwa wymierny rezultat, optymalnie wysoki w odniesieniu do poniesionych przez podatników nakładów.
Dodatkowo Ministerstwo Finansów informuje, że 28 lipca 2014 roku do ministerstwa wpłynęło wezwanie dla Ministra Jacka Kapicy do stawienia się w dniu 31 lipca do Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku. W dniach 26 lipca – 17 sierpnia Minister Kapica przebywał na urlopie poza granicami kraju, ale natychmiast poinformował Ministra Finansów Mateusza Szczurka o tym, że otrzymał telefonicznie informację o wezwaniu do Prokuratury i zapewnił, że jeżeli dojdzie do postawienia mu zarzutów natychmiast poda się do dymisji.
Prokuratura odstąpiła od zamiaru przesłuchania, zgodnie ze swoimi wewnętrznymi procedurami, poza oddziaływaniem Ministra Finansów.
Jednocześnie Minister Finansów z satysfakcją przyjął ten fakt do wiadomości. Minister Jacek Kapica jest urzędnikiem zaangażowanym, konsekwentnie zwalczającym nielegalną działalność bądź działalność prowadzoną z naruszeniem przepisów bez odprowadzania należnych podatków.
Eurocash ma zgodę UOKiK-u na przejęcie Inmedio
Spółka Eurocash poinformowała o otrzymaniu od Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zgody na przejęcie 51 proc. udziałów w spółce Inmedio.
– Prezes UOKiK wyraził zgodę na dokonanie koncentracji polegającej na przejęciu przez Eurocash kontroli nad Inmedio sp. z o.o. Ww. zgoda była jednym z warunków zawieszających zawartych w umowie przedwstępnej z dnia 10 czerwca 2014 roku dotyczącej nabycia 51 proc. udziałów w spółce Inmedio – podał Eurocash w komunikacie.






















